Refinansowanie kredytu mieszkaniowego – czy i kiedy to się opłaca?

Refinansowanie kredytu mieszkaniowego to rozwiązanie, które może zapewnić spore korzyści. Wyjaśniamy, kiedy taki wariant rzeczywiście będzie opłacalny.

Wbrew temu, co wciąż może sądzić wiele osób, posiadacz kredytu mieszkaniowego nie jest „przywiązany” do jednego banku aż do czasu zakończenia spłaty swojego długu. Spora część kredytobiorców może tak myśleć, ponieważ refinansowanie kredytu mieszkaniowego wciąż nie jest bardzo popularne w polskich warunkach. Popularność tej opcji jednak systematycznie wzrasta. Właśnie dlatego postanowiliśmy przedstawić informacje, które będą bardzo pożyteczne dla osób rozważających refinansowanie kredytu mieszkaniowego. Warto pamiętać, że taka operacja nie zawsze musi być opłacalna.

Refinansowanie „hipoteki” w CHF będzie bardzo trudne

Obniżka marży to jeden z najczęstszych powodów, które sprawiają, że posiadacz zadłużenia decyduje się na refinansowanie swojego kredytu mieszkaniowego. Warto przypomnieć, że taka operacja skutkuje spłaceniem poprzedniego długu przez bank, który staje się nowym wierzycielem kredytobiorcy. „Refinansowania kredytów nie można mylić z ich konsolidacją, która polega na połączeniu kilku zobowiązań i ustaleniu dla nich nowego planu spłaty” – zaznacza Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Refinansowanie kredytu hipotecznego to wariant, który może zainteresować przede wszystkim osoby spłacające swoje zobowiązanie na niekorzystnych warunkach. Przykład stanowią wysokie marże, które krajowe banki w obawie przed skutkami globalnego kryzysu ustalały w latach 2009 – 2010. Warto nadmienić, że chodzi przede wszystkim o marże kredytów bez waloryzacji do walut obcych. Refinansowanie „hipotek”, które są rozliczane na przykład we franku szwajcarskim, może być bowiem bardzo problematyczne. „W tym kontekście warto wspomnieć o ograniczeniach, które Komisja Nadzoru Finansowego w Rekomendacji S nałożyła na banki udzielające kredytów walutowych” – podkreśla Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Znaczenie ma nie tylko mniejsza stawka nowej marży …

Jeżeli posiadacz domu lub lokalu rozważa refinansowanie kredytu mieszkaniowego, to jego decyzja powinna zależeć przede wszystkim od ekonomicznej kalkulacji. Weźmy pod uwagę przykładową sytuację kredytobiorcy, który jedenaście lat temu pożyczył kwotę 500 000 zł (bez waloryzacji) na 30 lat i nadal regularnie spłaca swój dług w ratach równych. Przykładowemu kredytobiorcy wciąż pozostały do spłaty 402 184 zł. Załóżmy, że inny bank mógłby mu zaproponować kredyt refinansowy z marżą 2,30% i okresem spłaty wynoszącym kolejne 19 lat. Różnica marży na korzyść nowego kredytu wynosi zatem 0,70 punktu procentowego. Jednocześnie trzeba będzie jednak zapłacić prowizję 1,50% za udzielenie kredytu refinansowego. W analizowanym przykładzie, kalkulacja wszystkich kosztów i korzyści, jakie pociąga za sobą refinansowanie kredytu mieszkaniowego wygląda następująco:

  • Różnica kosztów kredytu związana z marżą niższą o 0,70 punktu procentowego przez kolejne 19 lat (przy założeniu średniego poziomu stopy WIBOR 3M wynoszącego 2,60%): 35 443 zł
  • Koszt związany z prowizją przygotowawczą za udzielenie nowego kredytu: 6033 zł (prowizja płatna z góry)
  • Koszt związany ze wcześniejszą spłatą poprzedniego kredytu: 0 zł (większość banków nie nalicza tzw. prowizji rekompensacyjnej po upływie 3 lat – 5 lat od daty podpisania umowy)
  • Dodatkowe koszty powiązane z zawarciem nowej umowy kredytowej (m.in. opłaty sądowe i wycena nieruchomości): 800 zł
  • Łączna korzyść związana z refinansowaniem kredytu mieszkaniowego: 28 610 zł bez uwzględnienia inflacji (przy założeniu średniego poziomu stopy WIBOR 3M wynoszącego 2,60% do końca okresu spłaty)

Sytuacja każdego kredytobiorcy jest oczywiście inna – również w kontekście refinansowania. Niemal zawsze można jednak posłużyć się powyższym schematem obliczeń” – tłumaczy Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Refinansowany kredyt podlega już nowym przepisom

W ramach podsumowania warto wspomnieć o jeszcze jednej korzyści, jaką niesie za sobą refinansowanie kredytu mieszkaniowego. Mowa o objęciu nowej „hipoteki” przepisami ustawy z dnia 23 marca 2017 r. o kredycie hipotecznym oraz o nadzorze nad pośrednikami kredytu hipotecznego i agentami (Dz.U. 2017 poz. 819). „Ten akt prawny dotyczy wyłącznie kredytów hipotecznych udzielanych konsumentom, czyli osobom wykorzystującym pożyczone pieniądze na cele bezpośrednio niezwiązane z działalnością gospodarczą i zawodową” – mówi Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Warto też wiedzieć, że ustawa z 23 marca 2017 r. obejmuje kredyty na cele mieszkaniowe (w tym refinansowe) i pożyczki hipoteczne, które zostały udzielone najwcześniej 22 lipca 2017 r. Objęcie kredytu udzielonego konsumentowi wspomnianą ustawą skutkuje licznymi korzyściami. Jedną z nich jest ograniczenie wysokości prowizji za wcześniejszą spłatę. Warto również wspomnieć o możliwości odstąpienia od umowy kredytu refinansowego lub innego kredytu na cele mieszkaniowe (zabezpieczonego hipoteką) w ciągu 14 dni i to bez konieczności podawania przyczyny. „Trzeba też dodać, że posiadacz „hipoteki” udzielonej po 21 lipca 2017 r. w razie niewypłacalności będzie miał przynajmniej 6 miesięcy na samodzielną sprzedaż lokalu lub domu” – podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

OEX wypłaci dywidendę w wysokości 2,32 zł na akcję

Akcjonariusze OEX podczas Zwyczajnego Walnego Zgromadzenia, które odbyło się 25 sierpnia 2020 r., zdecydowali o wypłacie najwyższej w historii spółki dywidendy w kwocie ok. 17,6 mln zł (2,32 zł na każdą akcję uczestniczącą w dywidendzie). Pozostała część z zysku wypracowanego w 2019 r., tj. ok. 14,9 mln zł, została przekazana na kapitał zapasowy spółki. Dzień dywidendy ustalono na 3 września, a jej wypłata nastąpi 11 września 2020 r.

– Dzielimy się ponad połową zysku wypracowanego w ubiegłym roku, w tym zyskiem ze sprzedaży spółki ArchiDoc. Wypłata dywidendy nie wpłynie przy tym na możliwość bezpiecznej kontynuacji przyjętej strategii rozwoju oraz realizację planowanych inwestycji.  – powiedział Jerzy Motz, prezes zarządu OEX.

Spółka nie wypłacała dywidendy od 2016 roku, choć warto podkreślić, że w 2019 r. OEX skupił akcje własne, stanowiące 5,27 proc. kapitału zakładowego spółki, płacąc 19 zł za walor. Łącznie na ten cel przeznaczono 8 mln zł.

Środki uzyskane z transakcji sprzedaży akcji ArchiDoc pozwoliły znacząco obniżyć zadłużenie Grupy . Na koniec marca 2020 r. spółka w ujęciu skonsolidowanym dysponowała rekordowym poziomem gotówki w kwocie 59,3 mln zł.

Bezrobocie po-COVIDowe rośnie. Kryzys uderza w osoby młode

Po kryzysie epidemicznym wiele państw na świecie boryka się z problemem rosnącego bezrobocia. W Polsce odsetek bezrobotnych nie jest tak wysoki jak w innych krajach UE. Badania stanu rynku pracy pokazują, że epidemia ta najmocniej dotknęła kraje południowej Europy, część Włoch, Hiszpanii i Francji. W porównaniu z tymi krajami i innymi krajami UE stopa bezrobocia w Polsce jest wyjątkowo niska. Nie zmienia to jednak faktu, że mimo niewielkiej skali zjawiska liczba bezrobotnych w Polsce znacznie wzrosła. Znacząco zmieniła się również struktura bezrobocia.

Na przestrzeni ostatniego roku liczba młodych bezrobotnych – czyli osób poniżej 30 roku życia – zwiększyła się o dwa punkty procentowe. Natomiast o ponad dwa punkty procentowe spadł udział osób bezrobotnych w wieku 50+. To oznacza, że obecny kryzys w dużo większym stopniu dotyka ludzi młodych. Taki trend obserwuje się również w innych krajach – między innymi na rynku amerykańskim. To osoby, które często zatrudnione są na umowy cywilnoprawne – nie mają więc okresu wypowiedzenia. Dlatego kryzys koronawirusa w większym stopniu uderzył w osoby młode, niż w osoby w wieku przedemerytalnym.

– Niedawne odczyty GUS-u pokazywały, że bezrobocie w Polsce sięga 6,1%. Oznacza to wzrost w stosunku do wyników sprzed pandemii o około 0,7 punkta procentowego. Warto wziąć pod uwagę, że ten wzrost następuje w okresie wakacyjnym – a więc w czasie wzmożonego popytu na pracę sezonową. Zazwyczaj jest to okres stabilizacji bądź spadków poziomu bezrobocia. W tym roku odnotowujemy jednak jego wzrost – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Kubisiak, ekspert Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Nie powinno nas to dziwić, gdyż mamy do czynienia z pierwszą od dwudziestu lat recesją. Według naszej prognozy poziom PKB w Polsce spadnie w II kwartale o około 8%. Oznacza to, że nadal mogą pojawiać się najciemniejsze chmury na polskim rynku pracy. Trudności z rekrutacją są szczególnie widoczne zimą. Ponadto będzie to sytuacja, gdy firma będzie musiała wznowić działalność bez dodatkowego wsparcia i przerw w finansowaniu rządowym. Wtedy rynek pracy powie „sprawdzam”. Wszystko wskazuje na to, że stopa bezrobocia w Polsce znacznie wzrośnie w listopadzie i na początku grudnia. Wiele prognoz sugeruje, że nie powinno przekroczyć 8%. W porównaniu z dwucyfrowymi odsetkami w niektórych krajach Unii będzie to średni wynik. Niepokoić powinna jednak zmiana jego struktury – wskazuje Kubisiak.

Co jest nie tak z polskim węglem?

Węgiel kamienny to surowiec zamieszany w dwa sektory – wydobywczy i elektroenergetyczny. Problemy z węglem to więc po pierwsze kwestia kopalni. W Polsce większość z nich stoi u progu bankructwa – wymaga dużych dofinansowań od rządu i jest bardzo mocno uzwiązkowiona. Kopalnie w Polsce zmuszone są wydobywać węgiel z coraz głębszych złóż, co czyni produkcję droższą i bardziej niebezpieczną. To prowadzi nas do kolejnego sektora, który korzysta z węgla – elektroenergetyki, czyli elektrowni wytwarzających prąd z paliw kopalnych. Tych w Polsce jest dużo i powstaje coraz więcej. By je odpowiednio zaopatrzyć – polskie kopalnie musiałyby dostarczyć dużo więcej węgla, niż są w stanie. Dlatego coraz bardziej popularny staje się w Polsce import tego paliwa. Węgiel jest paliwem łatwo mobilnym. Można przewieźć go w zasadzie z każdego miejsca na ziemi. Dlatego import węgla z zagranicy jest częstą praktyką, również w Polsce. Wciąż słyszymy, że polskie elektrownie używają węgla z Kolumbii, Australii czy z Rosji. Dzieje się tak, ponieważ importowany z tych krajów węgiel jest dużo tańszy od polskiego. Głębokość wydobycia w Polsce sprawia, że surowiec drożeje, opłaca się więc kupować go z zagranicy.

– W polskich kopalniach rocznie wydobycie spada o mniej więcej o 3-4%. Złoża, które do tej pory były eksploatowane, mają swoją przydatność. W większości tych miejsc po węgiel trzeba sięgać coraz głębiej – więc jest on po prostu niekonkurencyjny w stosunku do innych ofert. Dlatego bronienie kopalni argumentami, że zapewniają nam bezpieczeństwo energetyczne i są elementem naszej konkurencyjności na rynku, jest dużym naciąganiem – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego. – Na to wszystko nakłada się trzeci ważny element, czyli polityka energetyczno-klimatyczna. Prąd wytwarzany z węgla jest obłożony kosztem środowiskowym, który każdy z nas widzi na domowych rachunkach. Polskie elektrownie emitują do atmosfery nawet 700 kg dwutlenku węgla na 1 megawatogodzinę. Energia elektryczna wytwarzana z węgla kamiennego i brunatnego jest więc droższa niż energia z importu albo ze źródeł odnawialnych. Te trzy elementy powodują, że węgiel jest mocno wypychany z polskiego miksu energetycznego. W tym tempie spadku wydobycia, nawet gdyby nie zostały zamknięte kolejne kopalnie, węgiel skończy nam się w ciągu 20 lat. Sektor wydobywczy wymaga więc gruntownej reformy – podkreśla Roszkowski.

Mieszkania Wilanów – rynek wtórny i pierwotny

Wilanów to jedna z najpopularniejszych warszawskich dzielnic. Mieszkać w tej okolicy to marzenie wielu osób i nic dziwnego, gdyż uchodzi ona za luksusową i elitarną, a osiedlając się na Wilanowie można liczyć nie tylko na komfort, ale też na znanych sąsiadów, bo przecież mieszka tam wielu ważnych ludzi – aktorów, muzyków, celebrytów, sportowców czy nawet polityków.

Wielu osobom Wilanów kojarzy się przede wszystkim z barokowym pałacem króla Jana III Sobieskiego. Dzisiaj to jednak również luksusowe warszawskie osiedle mieszkalne ze słynnym Miasteczkiem Wilanów, terenami zielonymi, wspaniałą architekturą i właściwie wszystkim, co potrzeba do życia. Co ciekawe – ten obszar to jeden z nielicznych terenów Warszawy, o którym można powiedzieć, że wizja i koncepcja jego rozbudowy jest spójna i to pomimo realizacji przez różnych deweloperów. Aktualnie kolejni renomowani developerzy budują kolejne osiedla – m.in. jest to Infinity Wilanów, które stawia developer Dor Group, budują też Polnord i AM Invest.

Wilanów mieszkania – jakie są ceny?

Mieszkania na Wilanowie to prestiż, a ten jak wiadomo kosztuje. Jeśli ktoś nie chce jednak kupować nowego mieszkania, może rozejrzeć się na rynku wtórnym, a ten na Wilanowie naprawdę jest spory. Szczególnie w Miasteczku Wilanów, gdzie znaleźć możemy sporo ofert mieszkań na sprzedaż. Eksperci oceniają, że wynika to z faktu, iż wiele osób kupiło właśnie tam mieszkania w celach inwestycyjnych, ale też z tego, że nabywcami było sporo singli lub młodych par, a po powiększeniu rodziny szukają dla siebie czegoś innego, często też większego. Jest to osiedle na terenie Wilanowa Zachodniego, które jako pierwsze w Polsce zostało stworzone na podstawie tak zwanego Masterplanu, który zakładał budowę samowystarczalnego osiedla o idei miasta w mieście.

Mieszkania Wilanów – ile kosztują w porównaniu do innych dzielnic w Warszawie? Otóż wedle ostatnich raportów dotyczących warszawskiego rynku wtórnego nieruchomości średnia cena za metr kwadratowy mieszkania przy Alei Wilanowskiej, która wchodzi w skład powyżej wspomnianego Miasteczka Wilanów jako jego granica wynosi – 10650 złotych. Jest więc dużo niższa niż na przykład średnie ceny mieszkań przy ulicach w centrum miasta lub jego pobliżu:

  • Aleja Niepodległości – 12970 złotych
  • Chmielna – 15900 złotych
  • Hoża – 16500 złotych
  • Koszykowa – 18600 złotych
  • Nowolipki – 13600 złotych
  • Wspólna – 16800 złotych

Nowe mieszkania Wilanów

Na równie szeroką ofertę mogą liczyć ci, którzy chcą kupić nowe mieszkanie na Wilanowie. Mimo dużego ruchu na rynku wtórnym, dzielnica wciąż się rozwija i powstają w niej nie tylko nowe budynki mieszkaniowe, ale też  – niezwykle przydatna mieszkańcom – infrastruktura publiczna. Budowana jest południowa obwodnica Warszawy, a także zgodnie z ostatnimi zmianami Rady Miasta dotyczącymi zagospodarowania terenu – dwa duże obiekty handlowe. Pierwszy powstanie na przedpolu pałacu czyli na obrzeżach Miasteczka Wilanów – przy ulicy Przyczółkowej u zbiegu z ulicą Branickiego. Będą to cztery połączone budynki o kaskadowym kształcie, przy miejskim skwerze z zielenią. Nie zapomniano też o innych atrakcjach dla mieszkańców – na dachu ma być wybudowany plac zabaw oraz skatepark. Drugi obiekt to natomiast rejony ulicy Uprawnej gdzie ziemię ma Auchan. Powstanie tam nie tylko galeria handlowa, ale także park z oczkiem wodnym i oranżerią. Tam gdzie powstają nowe inwestycje na Wilanowie nie brak też miejsca na przestrzeń wspólną – można tam z powodzeniem organizować imprezy plenerowe, pikniki dla mieszkańców czy innego typu eventy (Zasady bezpiecznej organizacji tego typu imprez w czasie Covid można sprawdzić NA TEJ STRONIE).

Wilanów

Nowe mieszkania Wilanów – czy ciągle powstają? Tak! Deweloperzy wciąż chętnie budują na Wilanowie i aktualnie w realizacji jest sporo budynków. Nowe mieszkania powstają na Błoniach Wilanowskich, na terenach osiedla Zawady oraz Kępie Zawadowskiej.

Wilanów to dzielnica, która ciągle się rozwija i powstaje na niej nowa infrastruktura i nowe osiedla, na których wybór mieszkań jest naprawdę spory. Jednocześnie jest tam także bogaty rynek wtórny, a ceny są niższe niż w dzielnicach położonych bliżej centrum stolicy.

Galerie handlowe powoli odrabiają straty. Polacy wracają do bardziej spontanicznych zakupów

0

– Sytuacja w centrach handlowych powoli się stabilizuje – mówi Anna Szmeja, prezes Retail Institute. Wyniki sprzedaży i odwiedzalności od maja stopniowo się poprawiają. Najlepiej radzą sobie najmniejsze obiekty. Ze sporymi spadkami wciąż borykają się galerie położone w centrach dużych miast, które są mocno uzależnione od klientów z dużych biurowców. To im najwięcej czasu zajmie powrót na ścieżkę wzrostu.

Od maja powoli rośnie liczba osób, które odwiedzają galerie handlowe, co przekłada się na obroty firm, które prowadzą na ich terenie działalność.

Już w czerwcu ich wyniki były o 26 proc. wyższe niż w maju, ale słabsze niż rok temu o 15 proc. Sytuacja różni się w zależności od wielkości firm i branży, w której działają, ale generalnie zaczynają odrabiać straty – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Anna Szmeja, prezes Retail Institute.

Z danych ze 140 obiektów monitorowanych przez Retail Institute wynika, że pierwsze półrocze galerie zamknęły ponad 30-proc. spadkiem obrotów i odwiedzalności w ujęciu rocznym. Dane za lipiec i pierwsze tygodnie sierpnia pokazują jednak, że spadki są coraz mniejsze.

Mimo że prognozy są nadal dosyć bezpieczne, to jednak trend jest stale rosnący – mówi Anna Szmeja. – Dziś jest zbyt wiele elementów, które mają wpływ na dalszy rozwój sytuacji, oraz niewiadomych, aby móc prognozować wyniki. Jednak patrząc na dane z lipca i sierpnia pokazujące powolne wzrosty, można stwierdzić, że o ile nie pojawi się żaden kryzys spowodowany wzrostem zachorowań, to będzie dobrze.

Dobra sytuacja panuje przede wszystkim w segmencie elektroniki, który notuje wyraźne wzrosty (w czerwcu 23,7 proc. r/r), a także w sklepach budowlanych i z wyposażeniem wnętrz (+11 proc.). W ujęciu miesięcznym – w porównaniu do maja – wzrosty widać było za to w większości asortymentów. Segment modowy odnotował o 43,8 proc. większą sprzedaż, a kawiarnie i restauracje – o 88,3 proc.

Zdecydowanie lepiej radzą sobie nadal centra małe i bardzo małe. Obiekty śródmiejskie, które są w dużej mierze uzależnione od mobilności Polaków i dużych biurowców, gdzie klientami są pracownicy dzisiaj pracujący zdalnie, wciąż borykają się ze sporymi spadkami. Jednak one również mają ogromny potencjał, żeby w dłuższym okresie powrócić na ścieżkę wzrostów – podkreśla prezes Retail Institute.

Zwraca uwagę, że wszystkie galerie handlowe będą potrzebować trochę czasu, żeby wrócić do formy sprzed koronawirusa. Najpierw musiały przygotować powierzchnie do nowych wymogów sanitarnych, potem dzięki tarczy antykryzysowej na dwa miesiące najemcy zostali zwolnieni z opłat czynszowych i eksploatacyjnych, a od 4 maja w ciągu trzech miesięcy trzeba było wypracować nowe warunki dotyczące wynajmu powierzchni do grudnia tego roku.

– Aż 98 proc. tych rozmów zakończyło się sukcesem. Każdy sklep był traktowany indywidualnie. Spowodowało to jednak, że przychody z tytułu czynszów po stronie galerii handlowych są mniej więcej o 15–20 proc. niższe niż w analogicznym czasie w 2019 roku – mówi Anna Szmeja. – Pamiętajmy, że umowy najmu często podpisuje się na siedem, nierzadko na dziesięć lat, więc faktycznie włożono ogromny wysiłek, aby nowe warunki dopasować do aktualnej sytuacji.

Eksperci Retail Institute obliczyli, że w I półroczu br. zagregowana wartość czynszu i kosztów wspólnych w monitorowanych centrach spadła o 16,7 proc., przy czym największe spadki odnotowano w marcu (-19,5 proc r/r) i kwietniu (-83,8 proc). Dotychczasowe wsparcie najemców 500 centrów handlowych w Polsce mogło kosztować galerie nawet 22,7 mld zł miesięcznie.

Zdaniem prezes instytutu w przyszłości można się spodziewać rozwoju małych i bardzo małych centrów handlowych, bo to one najlepiej poradziły sobie w kryzysowej sytuacji.

– W segmencie dużych i bardzo dużych centrów rynek jest już nasycony, więc tutaj koronawirus niewiele zmieni. Pozytywnym sygnałem jest jednak fakt, że wiele sieci handlowych, które wstrzymały swoje plany ekspansji, teraz zaczyna do tego tematu wracać. Zatem nawet gdyby pojawiły się okresowe wzrosty pustostanów, wolnych powierzchni w centrach handlowych, to właśnie te plany otwierania nowych lokalizacji w nowych centrach i miastach powinny tę lukę wypełnić – mówi.

Przez pierwsze miesiące odmrażania gospodarki widać było, że zakupy Polaków stały się znacznie mniej spontaniczne niż przed pandemią. Rzadko też wybierali się oni do galerii całymi rodzinami.

Paradoksalnie nie ma to dużego wpływu na obroty najemców, a to oznacza, że koszyk zakupowy nadal jest bardzo porównywalny do tego, co znaliśmy sprzed pandemii. Natomiast już w pierwszych tygodniach sierpnia pojawiły się w wynikach pierwsze jaskółki powrotu klientów do spontaniczności. Trzeba pamiętać, że w przypadku wielu firm takie impulsowe zakupy stanowią często nawet 25 proc. ich obrotu. W związku z tym wszystkim zależy na tym, żeby dawne zwyczaje zakupowe wróciły jak najszybciej – mówi Anna Szmeja.

Sytuację mógłby poprawić także powrót do niedziel handlowych. Z danych Retail Institute wynika, że przełożyłoby się to na 4-proc. wzrost liczby klientów i 1,8-proc. wzrost obrotów, co dla najemców oznacza zwiększenie przychodów ze sprzedaży rzędu kilkuset milionów złotych do końca 2020 roku. Branża apeluje również o zmiany w podatkach – m.in. czasowe zwolnienie właścicieli centrów handlowych z podatku od nieruchomości oraz kasowe rozliczanie VAT i CIT.

Szkolenia dla kontrolerów ruchu lotniczego zostały zawieszone. Powodem jest mniejszy ruch na polskich lotniskach

Polska Agencja Żeglugi Powietrznej wstrzymała rekrutację na kursy dla kontrolerów ruchu lotniczego. Nowe szkolenia nie będą uruchamiane do 2024 roku z uwagi na spadek liczby operacji lotniczych i mniejsze zapotrzebowanie na personel operacyjny na lotniskach wywołane pandemią koronawirusa. Tymczasem kontrolerów ruchu lotniczego w Polsce od kilku lat brakuje. – Decyzja o zawieszeniu szkoleń zapewne nie poprawi tej sytuacji – mówi Franciszek Teodorczyk ze Związku Zawodowego Kontrolerów Ruchu Lotniczego.

W Polsce jest około 600 kontrolerów ruchu lotniczego, którzy pracują w ramach służby kontroli lotniska, służby kontroli zbliżania i służby kontroli obszaru.

Niedobory w szeregach kontrolerów ruchu lotniczego występują od kilku lat, ale obecnie są trudne do oszacowania, bo branża lotnicza dopiero wraca do normalnego funkcjonowania. Myślę, że pod koniec roku będziemy dysponowali w miarę rzetelnymi prognozami dotyczącymi natężenia ruchu lotniczego w Polsce. W poprzednich latach natomiast obserwowaliśmy wzrost liczby połączeń i brak kontrolerów był zauważalny – zaznacza w rozmowie z agencją Newseria Biznes Franciszek Teodorczyk, kontroler obszaru w Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej i przewodniczący Związku Zawodowego Kontrolerów Ruchu Lotniczego.

Proces rekrutacji i szkolenia kontrolerów ruchu lotniczego trwa około dwóch lat. Do tej pory nabory na kursy były prowadzone co pół roku i w każdym z nich wyłaniano około 20 osób, z czego licencję uzyskiwała mniej więcej połowa kursantów. Ponadto część aktywnych zawodowo kontrolerów odchodzi co roku na emeryturę, a inni podejmują się pracy biurowej albo projektowej, dlatego trudno oszacować niedobory.

Trzeba pamiętać o tym, że jest to zawód, który jest uznawany za jeden z najbardziej stresujących – zauważa przewodniczący Związku Zawodowego Kontrolerów Ruchu Lotniczego. – Ponadto w związku z pandemią oraz znacznym ograniczeniem ruchu lotniczego nad Polską wynagrodzenia kontrolerów zostały obniżone o około 1/4. Trudno przewidzieć, co będzie dalej, bo cały czas jesteśmy na etapie odmrażania ruchu lotniczego i nie wiemy, jak będzie wyglądała sytuacja na lotniskach w przyszłym roku.

Jak podała Polska Agencja Żeglugi Powietrznej, analiza liczby aktywnych zawodowo kontrolerów ruchu lotniczego i praktykantów znajdujących się w procesie szkolenia oraz prognozy dotyczące wzrostu ruchu lotniczego w długim okresie były powodem wstrzymania rekrutacji na kursy dla kandydatów na kontrolerów.

Wpłynie to na obciążenie pracą kontrolerów ruchu lotniczego oraz najprawdopodobniej także na opóźnienia w ruchu lotniczym – ocenia Franciszek Teodorczyk.

Przewodniczący zaznacza, że wstępne prognozy dotyczące ruchu lotniczego na 2020 rok wskazywały osiągnięcie w grudniu poziomu ruchu mniejszego o 20 proc., niż pierwotnie planowano na ten miesiąc. Jednak sytuacja jest bardzo dynamiczna i prognozy dotyczące ruchu lotniczego zmieniają się z tygodnia na tydzień wraz z zamykaniem bądź otwieraniem kolejnych krajów dla ruchu turystycznego. Zgodnie z nowym rozporządzeniem obowiązującym od 26 sierpnia do 1 września na liście „zakazanych” kierunków Rada Ministrów utrzymała 43 kraje, m.in. Rosję, Czarnogórę, Meksyk, Brazylię czy USA. Wcześniejszy projekt rozporządzenia zakładał jej rozszerzenie o kolejne 20 państw, m.in. Hiszpanię i Belgię. Jak wyjaśniono w uzasadnieniu, utrzymanie dotychczasowej listy spowodowane jest jednak kończącym się okresem wakacyjnym i koniecznością zapewnienia powrotów do kraju wypoczywającym za granicą Polakom.

Cotygodniowe statystyki publikowane przez Polską Agencję Żeglugi Powietrznej pokazują, że ruch na lotniskach jest zdecydowanie mniejszy, ale spadki liczby operacji zróżnicowane: mieszczą się w granicach od kilku procent do ok. 50 proc. Dla przykładu między 17 a 23 sierpnia spadek liczby operacji lotniczych na lotnisku w Warszawie wyniósł 53 proc. (w porównaniu z analogicznym okresem w 2019 roku), w Krakowie – 47 proc., w Rzeszowie – 51 proc., a w Łodzi – 46 proc. Liczba operacji lotniczych na wszystkich polskich lotniskach w tym samym okresie była mniejsza w porównaniu z ubiegłorocznymi statystykami o 46 proc., a w ujęciu tydzień do tygodnia wzrosła o 1,5 proc.

Najwięcej lotów w polskiej przestrzeni wykonały w tych dniach: PLL LOT (16,1 proc.), Wizz Air (14,7 proc.) oraz Ryanair (12,6 proc.). W sumie linie te obsłużyły prawie 44 proc. ruchu lotniczego, co stanowi 3708 lotów w polskiej przestrzeni powietrznej.

Pandemia mocno ograniczyła frekwencję w kinach. Możliwe duże zmiany w dystrybucji filmów

0

Branżę filmową czekają zmiany w sposobie dystrybucji produkcji filmowych. W wyniku ograniczeń związanych z pandemią koronawirusa maleje zainteresowanie widzów oglądaniem filmów w kinie na rzecz innych form dystrybucji – np. platform VoD. Wpływa na to m.in. brak głośnych premier na wielkim ekranie. Tym bardziej że studia filmowe coraz częściej decydują się od razu udostępnić premierę filmową online, tyle że za dodatkową opłatą. Niewykluczone, że w przyszłości kina staną się miejscem wybieranym tylko przez pasjonatów wielkiego ekranu.

Trudno dziś jednoznacznie określić, jaka będzie przyszłość kina. Wszyscy w branży mamy nadzieję, że pozostanie pierwszym i największym kanałem dystrybucji filmów, nadal uwielbianym przez widzów. Jednak na pewno nie wróci już to, co obserwowaliśmy kiedyś, czyli tłumy na premierach filmowych, jak choćby na ostatniej produkcji o Jamesie Bondzie, kiedy bilety były sprzedawane już trzy tygodnie wcześniej – mówi agencji Newseria Biznes Justyna Troszczyńska, właścicielka Agencji Consultingu Filmowego Media4Fun.

Pandemia i związane z nią ograniczenia w przemieszczaniu się sprawiły, że nowe produkcje filmowe stanęły na kilka miesięcy. Studia filmowe, nawet jeśli mają gotowe filmy, opóźniają ich premierę ze względu na niską frekwencję w kinach. Eksperci podkreślają jednak, że to właśnie długo wyczekiwane hity i głośne filmy przyciągnęłyby widzów przed wielkie ekrany. Kinom pozostaje teraz dystrybucja starych hitów lub produkcji sprzed pandemii.

– Jako branżę dystrybucyjną rozumiemy w dużej mierze kinematografię i tutaj mamy olbrzymie problemy. Aczkolwiek biznes nie lubi pustki, dlatego część tej dystrybucji przenosi się do nowych mediów, rozwijają się platformy VoD. Oczywiście telewizja miewa swoje problemy, jeżeli chodzi o reklamodawców, natomiast pod kątem oglądalności i zainteresowania widza notuje tendencje wzrostowe – mówi Justyna Troszczyńska.

To właśnie platformy VoD sprawiają, że dystrybucja filmowa przyjmuje dziś – i tak prawdopodobnie będzie w przyszłości – bardziej rozproszoną formę i jest dostosowana do indywidualnych preferencji widza. Przykładem może być nowy film Disneya „Mulan”, który miał pojawić się wkrótce jako głośna premiera na ekranach kin. Zamiast tego we wrześniu zostanie udostępniony na platformie streamingowej za dodatkową opłatą. Jak podkreśla ekspertka, możliwy jest również taki scenariusz, że filmy będą dostępne na platformach VoD już po 17 dniach od premiery kinowej. Taki zapis znalazł się w umowie pomiędzy studiem a siecią kin AMC. Wcześniej filmy mogły być udostępnione online najwcześniej po trzech miesiącach od premiery na dużym ekranie.

Pojawienie się zagranicznych platform streamingowych w Polsce znacząco wpłynęło na dynamikę rynku i rozwój konkurencyjności w tej branży filmowej. Poprzednio mieliśmy dostępne jedynie platformy VoD, za których plecami de facto stały stacje telewizyjne, więc były one w większości wykorzystywane do promowania produkcji emitowanych wcześniej na ekranach danego kanału. Netflix jako pierwsza zagraniczna platforma weszła do Polski, oferując zupełnie nową jakość i zupełnie nowe produkcje, które wcześniej w większości nie były emitowane na kanałach telewizyjnych. To było coś nowego. Dlatego stał się prekursorem w zakresie  produkcji filmowych realizowanych specjalnie na platformy – wyjaśnia właścicielka Agencji Consultingu Filmowego Media4Fun.

Niewykluczone, że w przyszłości pojawią się zupełnie nowe możliwości dystrybucji filmów na YouTubie czy w mediach społecznościowych, jednak dziś branża filmowa koncentruje się na znanych obszarach i na nich opiera swój rozwój.

Zdaniem ekspertki zdecydowanie najbardziej poszkodowaną formą dystrybucji filmów jest kino, ale to pociąga za sobą także inne konsekwencje dla branży. Przy największych produkcjach i najciekawszych realizacjach wysokobudżetowych, szczególnie zagranicznych, to przede wszystkim kino zarabiało na odpracowanie budżetu i realizację kolejnych filmów.

– W tym momencie te wysokie budżety obliczane na przychody z kina poniosły największe straty – mówi Justyna Troszczyńska. – Te filmy zostały jednak upublicznione. Udało nam się je wprowadzić do dystrybucji i pokazać szerszemu widzowi, tyle że za pomocą platform VoD. Między tymi dwiema formami dystrybucji i produkcji filmowej zawsze była zażarta walka i mimo że od kilku lat platformy VoD i dostęp do serwisów digital bardzo mocno się rozwija, kino chce pozostać tradycyjną, pierwszą formą dystrybucji dla widza. Pozostaną na pewno kina dla pasjonatów. Mamy nadzieję, że ten rynek w ciągu najbliższych dwóch–trzech lat ułoży się na tyle, żeby kina nie zniknęły całkowicie z naszej mapy.

Półtora roku na połączenie Orlenu i Lotosu. Kierowcy mogą pośrednio skorzystać na tej fuzji

Kierowcy mogą zyskać na połączeniu dwóch paliwowych koncernów. – Wzmożenie siły nabywczej Orlenu na rynkach międzynarodowych to większa możliwość pozyskiwania taniej ropy i niższego kosztu tankowania – ocenia dr Jakub Bogucki z e-Petrol.pl. Zgoda Komisji Europejskiej na fuzję oznacza, że Orlen będzie musiał sprzedać 30 proc. udziałów rafinerii Lotos i 80 proc. stacji tej sieci. Jeśli doszedłby w tym zakresie do porozumienia z jedną z zagranicznych firm, mogłoby to wzmocnić jego obecność na innych rynkach.

– Możemy założyć, że kierowcy będą grupą, która zyska na fuzji Orlenu z Lotosem, bo taki był jej cel. Chodzi o wzmożenie siły nabywczej Orlenu na rynkach międzynarodowych, większą możliwość pozyskiwania taniej ropy i, co za tym idzie, niższego kosztu tankowania dla kierowców. Wszystko jednak zależy od tego, jak zostaną dokładnie zrealizowane wytyczne Komisji Europejskiej, jak szybko i z czym uda się lub nie uda się przy tym procesie uporać – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Jakub Bogucki, analityk rynku paliw z portalu e-Petrol.pl.

Po warunkowej zgodzie Komisji Europejskiej na przejęcie Lotosu przez Orlen i podpisaniu 18 sierpnia porozumienia dotyczącego nabycia akcji od Skarbu Państwa w pierwszym etapie Orlen wykupi 33 proc. akcji tego koncernu naftowego. Zgoda KE uzależniona jest jednak od spełnienia szeregu warunków. Aby Orlen nie zmonopolizował polskiego rynku paliw, musi sprzedać 30 proc. udziałów rafinerii Lotos i 80 proc. stacji (389 z 500) oraz dziewięć magazynów paliw (w tym pięć Lotosu i cztery Orlenu).

Do tej pory nie wiadomo, kto je przejmie,  czy to będzie jednorazowa transakcja, czy sprzedaż tylko po części tego majątku. To jest sprawa otwarta, która może bardzo mocno zaważyć na kształcie rynku detalicznego w Polsce. Jeżeli byłby to np. jeden operator, z całą pewnością mógłby stać się bardzo ważnym graczem na rynku detalicznym albo umocnić swoją pozycję – zauważa dr Jakub Bogucki.

Władze Orlenu już kilka miesięcy temu mówiły, że jednym z pomysłów jest zamiana na aktywa w innej części Europy. Umowa z jedną z zagranicznych firm ułatwiłaby polskiemu koncernowi wejście na inne rynki. Obecnie działa na Litwie, w Czechach i Niemczech, gdzie będzie chciał wzmocnić pozycję, ale firmie zależy też na zaistnieniu w innych europejskich krajach. Wśród potencjalnych zainteresowanych partnerów wymieniane były węgierska firma MOL i Unimot, który buduje sieć stacji w Polsce i na Ukrainie.

Fuzja to także szansa dla Orlenu i Lotosu na wejście w nowe obszary działalności. Na razie jednak, jak podkreśla Bogucki, zbyt dużo jest niewiadomych, by móc ocenić realny wpływ fuzji na działalność samego Orlenu, jak i na rynek petrochemiczny w Polsce.

– Na polskim rynku musimy rozpatrywać to na kilku płaszczyznach – z jednej strony segmentu rafineryjnego, z drugiej strony dystrybucji paliw, hurtu, a także rynku detalicznego. Każdy z tych segmentów w jakiś sposób musi zostać dotknięty przez zmiany związane z wytycznymi Komisji Europejskiej. Dopiero kiedy poznamy całą listę, jak Orlen się do tych wytycznych odnosi, będziemy mogli nakreślać taką panoramę. Z całą pewnością będzie to zmiana o dużym znaczeniu dla rynku, ale kierowcy wyjdą na niej bez uszczerbku, a nawet z korzyścią – przekonuje analityk rynku paliw z portalu e-Petrol.pl.

Jak poinformował prezes Orlenu podczas Forum Wizja Rozwoju w Gdańsku, proces fuzji powinien się zakończyć w ciągu półtora roku. W tym samym czasie ma dojść do połączenia z PGNiG.

Według danych Polskiej Organizacji Przemysłu i Handlu Naftowego, przytaczanych w badaniu IBRiS na temat postrzegania stacji paliw w Polsce, PKN Orlen ma największy udział w polskim rynku. Na koniec grudnia miał 1800 punktów usługowych (na ponad 7,6 tys. istniejących na polskim rynku), a Grupa Lotos – 506. Pomiędzy firmami na podium znalazł się jeszcze koncern bp z 575 stacjami.

Największe kraje pracują nad bronią antysatelitarną. Jej użycie może być groźne dla całej gospodarki światowej

Trwa wyścig zbrojeń w kosmosie. Największe mocarstwa rywalizują nie tylko pod względem odkryć czy misji kosmicznych. Rosja, Chiny czy Stany Zjednoczone opracowują nową broń, aby zagrozić konstelacjom satelitów innych mocarstw. Broń antysatelitarna jest przydatna nie tylko do osłabiania zdolności wojskowych przeciwników na polu bitwy, lecz także zagraża cywilnemu wykorzystaniu przestrzeni kosmicznej. Niedawno Rosja przetestowała kosmiczną broń przeciwsatelitarną, co pokazuje, że zagrożenia dla systemów kosmicznych są realne.

– Od kilku lat zauważamy coraz silniejszą rywalizację ze strony świata Zachodu i Wschodu, szczególnie amerykańsko-chińską. Zarówno na płaszczyznach orbitalnych, gdzie np. testowane są bronie antysatelitarne, ale także na płaszczyźnie prestiżowej, jak to miało miejsce 50 lat temu pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Radzieckim, wyścig zbrojeń w kosmosie już trwa i nabiera rozpędu – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Gordon Wasilewski, inżynier w firmie Astronika.

Największe kraje na świecie rywalizują ze sobą coraz mocniej w kosmosie. Trwa wyścig o dominację – wysyłane są misje kosmiczne, trwają badania Marsa, planowane są bazy na Księżycu. Nieco mniej mówi się o rywalizacji w zakresie opracowania broni zdolnej do niszczenia satelitów. Tymczasem, jak pokazują dwa raporty, Center for Strategic and International Studies oraz Secure World Foundation, Rosja, Chiny czy USA pracują nad bronią do zneutralizowania nie tylko wojskowych, lecz także cywilnych satelitów kosmicznych. Spowodowałoby to znaczne zakłócenia np. w dostępie do sygnałów telewizyjnych po globalny system pozycjonowania GPS.

Lipcowe testy przeprowadzone przez Rosję pokazały, że taka broń to już nie tylko plany, ale też rzeczywistość. Amerykańscy i brytyjscy urzędnicy rządowi potwierdzili, że mają dowody na to, że Rosja przetestowała kosmiczną broń przeciwsatelitarną.

– Podobno użyto broni kinetycznej, co w sytuacji kosmicznej może przynieść odwrotny do zamierzonego skutek. Jeżeli mówimy o wojnach w kosmosie, jeżeli obce państwa celują w zdolności kosmiczne innego państwa bądź jakiejś komercyjnej firmy, to nie chcą też narazić na szwank własnych satelitów w przestrzeni kosmicznej. A niestety broń kinetyczna czy broń energetyczna powoduje powstawanie wielu części uszkodzonych satelitów, które mogą narazić funkcjonujące systemy na poważne szkody – tłumaczy Gordon Wasilewski.

Według raportów  CSIS i SWF Rosja inwestuje w broń antysatelitarną. Pocisk 14A042 Nudol może zestrzeliwać nadlatujące pociski balistyczne, choć ma ograniczone zdolności antysatelitarne. Istnieją jednak przesłanki, że Moskwa unowocześnia swój optyczny system obserwacji przestrzeni kosmicznej o laserowy system oślepiający, który mógłby oślepić, a nawet uszkodzić czujniki optyczne zagranicznych satelitów szpiegowskich.

Rosja inwestuje też w broń antysatelitarną bliżej Ziemi, poprzez zakłócanie strumienia danych między satelitami a ich odbiorcami. CSIS podaje informacje np. o zagłuszaniu GPS w Rosji oraz w siłach rosyjskich w Syrii. Zakłócenia GPS utrudniają pilotom i broni samonaprowadzającej szybkie odniesienie się do własnej lokalizacji.

– Projektowane są takie systemy antysatelitarne, które polegają na przechwyceniu satelity, np. złapaniu jej w siatkę, bądź zepchnięciu z orbity. Oczywiście to nie są pokojowe działania, ale powinny być akceptowalne w tej całej grze – przewiduje ekspert.

Według Secure World Foundation także Chiny pracują nad trzema systemami antysatelitarnymi. Co najmniej jeden system już działa. SC-19 był testowany pięć razy, wywodzi się z pocisku balistycznego średniego zasięgu DF-21C z technologią przeniesioną z systemów rakiet ziemia–powietrze. Zaawansowany program broni antysatelitarnej jest też prowadzony przez Stany Zjednoczone. Przykładem może być rakieta Ground Based Interceptor, pierwotnie opracowana do zestrzeliwania głowic pocisków balistycznych, gdy przechodzą przez niską orbitę okołoziemską.

Nad podobną bronią pracują też Iran, Japonia i część krajów europejskich, m.in. Francja, jednak w ich przypadku prace są znacznie mniej zaawansowane.

– Broń antysatelitarna może być groźna, bo duża część naszej gospodarki i życia jest oparta na sektorze kosmicznym, orbitach ziemskich. Tam znajdują się satelity telekomunikacyjne, satelity internetowe i powstają olbrzymie konstelacje satelitów Starlink firmy SpaceX. Próby niszczenia tej infrastruktury mogą dotknąć każdego z nas. Mogą zaburzyć nasz codzienny rytm, lecz przede wszystkim rytm gospodarki światowej i to jest bardzo groźne – przekonuje Gordon Wasilewski.

Opracowano długowieczne czujniki internetu rzeczy. Mogą pobierać energię z takich źródeł jak promienie świetlne generowane przez domowe żarówki lub wibracje [DEPESZA]

Przyszłością sektora inteligentnych urządzeń funkcjonujących w ramach internetu rzeczy mogą okazać się długowieczne czujniki, które będą w stanie pracować przez wiele lat bez wymieniania baterii. Nad rozwojem układów tego typu pracuje firma Everactive, która wyspecjalizowała się w produkcji energooszczędnej elektroniki generującej prąd z najbliższego otoczenia. – Nasze źródło energii jest nieograniczone, dlatego nie szukamy kompromisów, aby oszczędzać baterię – tłumaczy David Wentzloff, dyrektor ds. technologii w Everactive.

– Słyszymy o inteligentnym transporcie, inteligentnym rolnictwie itp. Internet rzeczy może uczynić wszystkie nasze środowiska inteligentnymi. Istnieje świadomość tego, co się dzieje, i już wykorzystujemy informacje, aby te środowiska zachowywały się w sposób, który przewiduje nasze potrzeby i były jak najwydajniejsze. Uważamy, że do realizacji tej wizji niezbędne są czujniki niewymagające zasilania bateryjnego – podkreśla Benton Calhoun, współzałożyciel Everactive.

Czujniki od tej firmy nie są zasilane przez klasyczne baterie montowane w konkurencyjnych sprzętach wchodzących w skład sieci internetu rzeczy. Układy opracowano w taki sposób, aby z jednej strony pracowały przy skrajnie niskim poborze energii elektrycznej, a z drugiej były w stanie pobierać ją z takich źródeł jak promienie świetlne generowane przez domowe żarówki czy wibracje wzbudzane w trakcie przemieszczania się, jeśli dany układ zamontowano np. w opasce sportowej. Dzięki temu szacowana żywotność tych pasywnych czujników może sięgać nawet 20 lat.

Pierwszy komercyjny czujnik Everactive skonstruowano z myślą o wykorzystaniu w przemysłowych systemach IoT i służył do monitorowania funkcjonowania odwadniaczy wykorzystywanych m.in. w sektorze paliwowym, podczas produkcji papieru czy żywności. Firma ma na swoim koncie także czujniki monitorujące działanie silników i pomp, które również nie wymagają korzystania z klasycznego źródła zasilania.

– Wszystko to umożliwiają układy scalone o bardzo niskim poborze mocy, które obsługują ciągłe monitorowanie – tłumaczy David Wentzloff. – Nasze źródło energii jest nieograniczone, dlatego nie szukamy kompromisów, aby oszczędzać baterię.

Każdy z czujników Everactive projektowany jest w taki sposób, aby mógł być zasilany za pośrednictwem niewielkich wibracji, czerpać energię z fal świetlnych emitowanych przez żarówki w fabrykach bądź z różnicy temperatur rzędu ok. 12 stopni Celsjusza. Dzięki temu czujniki są znacznie tańsze w utrzymaniu niż konkurencyjne rozwiązania. Nie wymagają stałego nadzoru oraz regularnej wymiany baterii, co pozwala wykorzystać je w projektach przemysłowych składających się z wielu maszyn podłączonych do internetu rzeczy.

W przyszłości firma planuje opracować przezroczyste i elastyczne czujniki wielkości znaczka pocztowego, które wystarczyłoby przykleić do urządzenia, aby błyskawicznie rozpoczęło cykl monitorowania pracy i przesyłania danych do chmury. Taka technologia mogłaby zostać wykorzystana m.in. na potrzeby pasywnych opasek sportowych. Urządzenia tego typu mogłyby działać wiele lat bez ładowania, nieustannie monitorując temperaturę ciała czy przyspieszenie użytkownika. Zebrane dane byłyby w czasie rzeczywistym przesyłane do chmury obliczeniowej.

– Jest to technologia całkowicie bezobsługowa, bez baterii, zasilana ze zgromadzonej energii i zawsze połączona z chmurą. Jej możliwości zastosowania są ogromne – przekonuje dyrektor ds. technologii w Everactive.

Prace nad podobnymi rozwiązaniami prowadzone są w ramach unijnego programu NECOMADA. Zakłada on wykorzystanie modułów NFC oraz RFID do stworzenia bezbateryjnych tagów wchodzących w skład systemów internetu rzeczy. Pasywne czujniki radiowe miałyby znaleźć zastosowanie m.in. w branży farmaceutycznej do monitorowania temperatury czy na potrzeby rozwiązań inteligentnego domu.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku internetu rzeczy w 2019 roku wyniosła 139,3 mld dol. Przewiduje się, że do 2024 roku wzrośnie do 278,9 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 14,9 proc.

Koszty budowy mieszkań wzrosły mimo pandemii? 

Główny Urząd Statystyczny niedawno opublikował swój szacunek dotyczący kosztów budowy mieszkań w II kw. 2020 r. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl sprawdzili, czy wspomniane koszty wzrosły pomimo wpływu epidemii koronawirusa.

Cena 1 mkw. powierzchni użytkowej budynku mieszkalnego oddanego do użytkowania to wskaźnik, który dość często bywa mylony z uśrednioną ceną 1 mkw. nowych mieszkań. Wspomniany wskaźnik okazuje się natomiast przydatny jako informacja dotycząca zmian kosztów budowy mieszkań. Główny Urząd Statystyczny niedawno opublikował nowe odczyty tego ważnego indeksu. Dzięki nim możemy sprawdzić, czy koszty budowy lokali w II kw. 2020 r. wzrosły pomimo pandemii. 

Najpierw warto przypomnieć, że GUS poprzez cenę 1 mkw. powierzchni użytkowej budynku mieszkalnego oddanego do użytkowania rozumie nakłady poniesione przez inwestorów na budowę nowych budynków mieszkalnych (innych niż jednorodzinne i budynki zbiorowego zamieszkania) w przeliczeniu na 1 mkw. powierzchni. Taki przeciętny ogólnopolski koszt wybudowania 1 mkw. bloku jest obliczany poprzez zastosowanie średniej ważonej powierzchnią użytkową budynków mieszkalnych oddanych do użytkowania w poszczególnych województwach.

Główny Urząd Statystyczny podaje, że w ostatnich kwartałach analizowany wskaźnik dotyczący kosztów budowy 1 mkw. bloku zmieniał się następująco:

  • I kw. 2018 r. – 4 132 zł
  • II kw. 2018 r. – 4 294 zł
  • III kw. 2018 r. – 4 385 zł
  • IV kw. 2018 r. – 4 139 zł
  • I kw. 2019 r. – 4 388 zł
  • II kw. 2019 r. – 4 484 zł
  • III kw. 2019 r. – 4 376 zł
  • IV kw. 2019 r. – 4 597 zł
  • I kw. 2020 r. – 4 567 zł
  • II kw. 2020 r. – 5 000 zł

Szybki wzrost kosztów budowy bloków i mieszkań widoczny w II kw. 2020 r. sugeruje, że krajowi inwestorzy mieszkaniowi mogą znaleźć się w trudnej sytuacji. Chodzi o spadek popytu połączony z presją kosztową. Taka sytuacja może bardziej skłaniać deweloperów do ograniczania podaży mieszkań.

koszt budowy

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Dane GUS: koronawirus ciosem dla rynku pracy w drugim kwartale

Prawie 2 mln osób w Polsce, mimo że mają status pracujących, nie wykonywało obowiązków służbowych w drugim kwartale 2020 roku. To niemal dwa razy więcej osób niż rok wcześniej. Dodatkowo, w ciągu 3 miesięcy podwojeniu uległa liczba osób pracujących zdalnie – wynika ze wstępnych danych Głównego Urzędu Statystycznego. Zdaniem ekspertów Personnel Service, rynek boleśnie odczuł skutki wprowadzonych obostrzeń związanych z pandemią koronawirusa, ale pracodawcy stosunkowo szybko przystosowali się do nowych warunków, co powinno skutkować stopniowym odbiciem w kolejnych miesiącach.

Stopa bezrobocia w Polsce w drugim kwartale bieżącego roku nie zmieniła się znacząco i to mimo tego, że to właśnie w marcu, kwietniu i częściowo w czerwcu, w kraju wprowadzono najwięcej ograniczeń związanych z pandemią koronawirusa. Stopa bezrobocia rejestrowanego, w porównaniu do pierwszego kwartału 2020 roku, wzrosła o 0,7 pp. i wyniosła 6,1%. Zdaniem ekspertów Personnel Service, kolejne miesiące przyniosą uspokojenie.

Wychodząc z analizą trochę poza drugi kwartał 2020 roku, można zauważyć, że pewne złe tendencje już uległy zahamowaniu. Dla przykładu, zgodnie z danymi Ministerstwa Rodziny, Pracy i Pomocy Społecznej, lipiec był pierwszym miesiącem od początku pandemii, w którym nie zanotowano dalszego wzrostu bezrobocia. To pokazuje, że po pierwszej fali zwolnień i obniżek wynagrodzeń na rynku pracy, stopniowe uwalnianie gospodarki uspokoiło przedsiębiorców, którzy nie są już tak skłonni do „cięć”. Dodatkowo, wydaje się mało prawdopodobne, by gospodarkę spotkały obostrzenia o tak dużym zakresie, jak do tej pory. A nawet jeśli, przedsiębiorcy są na to lepiej przygotowani niż byli na początku roku – zauważa Krzysztof Inglot, prezes Personnel Service i ekspert ds. rynku pracy.

Teoretycznie z pracą, w praktyce – bez. Tak wyglądała sytuacja wielu osób

Wskaźnik pokazujący liczbę osób niewykonujących pracy w momencie badania wzrósł znacząco – rok temu było to nieco ponad 1 mln pracowników, natomiast w drugim kwartale tego roku prawie 2 mln. Oznacza to niemal podwojenie liczby osób pracujących, a niewykonujących pracy w momencie badania w ciągu roku. W tym gronie znajdują się mikroprzedsiębiorcy, którzy na czas pandemii często zawieszali swoją działalność. To także efekt szybkich działań pracodawców, którzy zareagowali na pierwsze, negatywne efekty zamknięcia gospodarki wysyłając pracowników na urlopy.

Z analiz GUS wynika, że wśród osób pracujących, ale niewykonujących pracy w momencie badania, aż 62% wskazało, że robiło to z powodów bezpośrednio związanych z koronawirusem. Co ciekawe, z 684 tys. osób, które określiły, że w badanym tygodniu przyczyną niewykonywania pracy jest przerwa w działalności zakładu, aż w 675 tys. przypadków ta przerwa była bezpośrednio związana z pandemią COVID-19.

Mniej osób pracuje… w głównym miejscu pracy

Z perspektywy zmian, które na rynku pracy spowodowała pandemia, ciekawy wydaje się także inny wskaźnik – indeks liczby wszystkich godzin faktycznie przepracowanych w głównym miejscu pracy. Tu punktem odniesienia (indeks = 100) jest rok 2006 (czas przed wystąpieniem kryzysu gospodarczego). Analiza danych GUS pokazuje, że indeks ten w drugim kwartale 2019 roku wynosił 104,2, natomiast w drugim kwartale 2020 roku – już jedynie 95,1. Oznacza to gwałtowny spadek indeksu godzin przepracowanych w głównym miejscu pracy. Zdaniem ekspertów Personnel Service, sytuacja ta wynika z faktu, że duża część firm zdecydowała się ograniczyć lub zawiesić działalność stacjonarną, a dodatkowo wielu pracowników przeszło na tryb pracy zdalnej.

Od kilku lat możliwość tymczasowej pracy zdalnej była traktowana jako jeden z benefitów dla zatrudnionych. Pełną swobodę w doborze miejsca pracy otrzymywali niemal wyłącznie freelancerzy oraz pracownicy firm IT. Właściwie z dnia na dzień pandemia wymusiła na pracodawcach upowszechnienie i demokratyzację home office. Jednocześnie, w branżach, w których praca w takiej formie jest możliwa, wiele firm przekonało się, że nie wpłynęło to negatywnie na produktywność pracowników. Dlatego niektóre korporacje już przedłużyły pracę z domu do końca obecnego roku. Część z nich nie zamierza wracać do stacjonarnego trybu pracy, a część przejdzie na formułę „hot desk”, co może przełożyć się na mniejsze zapotrzebowanie na przestrzeń biurową – podsumowuje Krzysztof Inglot.

Bezrobocie wciąż niskie – raport walutowy

Dane z Polski pokazują, że bezrobocie jest wciąż na stabilnym poziomie. 6,1% to nie jest tak dobry wynik jak przed pandemią, ale pokazuje, że sytuacja jest stabilna.

Dane z Niemiec

Dzisiaj nad ranem poznaliśmy dane na temat zmian PKB w Niemczech. Za drugi kwartał jest to spadek o 9,7%. Z kolei za rok jest to aż 11,3%. Wynika to oczywiście z wpływu lockdownu spowodowanego koronawirusem. W przyszłym roku gospodarka powinna odzyskać większość tej straty. Co istotne, dane te i tak były lepsze o 0,4% od oczekiwań, co spowodowało, że pomimo 10% recesji u naszego zachodniego sąsiada euro umacnia się względem dolara amerykańskiego.

Bezrobocie wciąż niskie

Dane GUS na temat bezrobocia wskazują, że stabilizuje się ono na poziomie 6,1%. Jest to jednak stopa bezrobocia rejestrowanego. Druga z metodologii BAEL wskazuje zaledwie 3,1%. Jest to procent osób aktywnych zawodowo, ale nieposiadających pracy. Bezrobocie na starym kontynencie ma się generalnie zdecydowanie lepiej niż w USA. Tam pandemia pozbawiła pracy znacznie więcej osób. Dane te nie miały większego wpływu na notowania złotego.

Stabilizacja na złocie

Najcenniejszy kruszec ponownie okazuje słabość. Ostatnie odbicie powyżej 2000 dolarów było znacznie słabsze i krótsze od poprzedniego. Wygląda na to, że brakuje nowych inwestorów chcących dalej inwestować w złoto. Z drugiej strony stabilizacja sytuacji na świecie powoduje, że część inwestorów wraca do inwestycji konwencjonalnych zamykając swoje pozycje na złocie.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

 

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

COVID-19 nie zaszkodził branży IT. Specjaliści wciąż pożądani

Przez pandemię znacznie wzrosła liczba ogłoszeń oferujących pracę zdalną w obszarach IT– wynika z najnowszego raportu No Flu Jobs[1]. Dziś wciąż – pomimo sytuacji pandemicznej i niepewnej gospodarki – to pracownicy IT dyktują warunki pracodawcom. Średnia kwota oferowana pracownikom IT przez firmy jest o 2 tysiące wyższa niż w 2019 roku. Co zrobić, aby zatem przyciągnąć pracownika? Zaproponować mu zatrudnienie na stabilnych warunkach, w międzynarodowym środowisku i realizację ambitnych projektów, np. przy tworzeniu aplikacji biznesowych Microsoft.  

Pandemia nie wpłynęła negatywnie na rynek IT w Polsce, a wręcz doprowadziła do jego rozkwitu. Korzystają na tym pracownicy branży, którzy w I półroczu 2020 r. zarabiali aż o 2 tys. zł więcej niż w analogicznym okresie ub. roku.

Ile chcą zarabiać pracownicy IT? Ci świeżo po studiach wymagają od pracodawców kwoty wyższej niż 4 tys. zł netto. Średnie zarobki dla osób z kilkuletnim doświadczeniem to kwoty rzędu 10 do 18 tys. zł netto w zależności od miejsca zamieszkania. Zarobki juniorów w 2020 r. wahały się od 4 do nawet 7 tys. zł.

Coraz częściej specjaliści IT poszukują pracy opierając się na opinii i rekomendacjach znajomych (34 proc.). Najchętniej pracowaliby dla gigantów takich, jak Google (23 proc.), Microsoft (6,2 proc.) czy CD Projekt (2,7 proc.)[2]. Do zmiany pracy motywują ich lepsze pieniądze, możliwość rozwoju technologicznego, praca na nowych technologiach, możliwość pracy zdalnej, awansu czy dobra atmosfera.

Praca w międzynarodowym środowisku

Nadal na rynku najbardziej pożądani są specjaliści mid – 46 proc. ofert o pracę skierowanych jest do nich oraz senior – również 46 proc. Na najwyższe zarobki rzędu nawet ponad 20 tys. zł miesięcznie mogą liczyć specjaliści Big Data, Business Intelligence, Beckend, a także analitycy biznesowi. Pracodawcy cenią sobie u pracowników umiejętności pracy pod presją czasu czy multizadaniowość. Podjęcie zatrudnienia w sprawdzonej firmie na co dzień obcującej w międzynarodowym środowisku to duża szansa na rozwój dla przyszłego kandydata. Spółka Bonair – najczęściej wybierany dostawca usług wdrożeniowych w technologiach Microsoft w zakresie: CRM, ERP i BI w Polsce – nieco ponad miesiąc temu dołączyła do grupy Fellowmind, która stała się głównym partnerem Microsoft Business Applications w Europie. Polska firma tym samym jest pierwszym i jedynym partnerem giganta z branży aplikacji biznesowych w Europie Środkowo-Wschodniej.

 – Ambicją grupy Fellowmind jest pozycja lidera w rozwiązaniach MS Dynamics w Europie. Dzięki tej transakcji dołączyliśmy do grupy firm mających realny wpływ na rozwój Microsoft Business Applications. Dziś możemy dzielić się swoją wiedzą i pracować w międzynarodowym środowisku, czerpać dobre praktyki od pozostałych spółek wchodzących w skład Fellowmind. Wymiana doświadczenia jest dla nas niezwykle cenna – mówi Daniel Olejniczak, wiceprezes Bonair.  – Realizujemy nasz długoterminowy plan rozwoju i chcemy zwiększyć zatrudnienie o minimum 20 procent. Poszukujemy osób, które wesprą naszą spółkę w projektach wdrażania Microsoft Dymamics. Zależy nam na specjalistach posiadających konkretne umiejętności z tego obszaru. Dla nas ważny jest również rozwój osobisty naszego stałego składu, dlatego też zachęcamy pracowników do poszerzania swoich kompetencji i zdawania kolejnych certyfikatów Microsoft.

Pomimo pandemii firmy IT i zajmujące się szeroko pojętymi wdrożeniami technologicznymi coraz częściej poszukują pracowników. Eksperci szacują, że do końca 2020 roku wzrośnie zainteresowanie firm rozwiązaniami online, a zapotrzebowanie na pracowników IT będzie jeszcze bardziej wyraźne. Zawody związane z tym obszarem są wymieniane przez specjalistów jako jedne z najbardziej perspektywicznych i opłacalnych w Polsce. Szacuje się, że dziś w samym naszym kraju brakuje 50 tys. specjalistów, natomiast w całej Unii Europejskiej to ponad 825 tys. specjalistów IT.

[1] https://nofluffjobs.com/insights/category/raporty/

[2] Badanie społeczności IT 2020

Firmy coraz częściej ratują się restrukturyzacją

Wraz z rozwojem sytuacji kryzysowej rośnie liczba firm, które ratują się przed upadłością poprzez postępowania restrukturyzacyjne. Wyraźny skok zainteresowania takim rozwiązaniem widać już od maja br. W sumie w 2020 roku (do końca lipca) wszczęto 296 postępowań. Rok temu było to 263. Restrukturyzacja jest dla firm, które mają problemy z obsługą zobowiązań, ale równocześnie posiadają potencjał rynkowy i szansę na stabilizację – tłumaczą eksperci firmy doradczej Lege Advisors.

Według danych Centralnego Ośrodka Informacji Gospodarczej lipiec br. był rekordowy pod względem liczby wszczętych postępowań restrukturyzacyjnych – było ich aż 71. Miesiąc wcześniej – 39.  W polskim prawie restrukturyzacja pojawiła się w 2016 r. W pierwszym roku jej funkcjonowania firmy zdecydowały się na 212 postępowań. W tym roku firmy z kłopotami w ponad 51 procentach wybrały przyspieszone postępowanie układowe. Postępowanie to jest skierowane do dłużników, którzy chcą zabezpieczyć swój majątek przed egzekucją i zrestrukturyzować swoje zobowiązania (a jednocześnie mają nie więcej niż 15% wierzytelności spornych). Przyspieszone postępowanie układowe jest adresowane głównie do firm, którym bardzo realnie grozi upadłość. Chodzi o przedsiębiorstwa wobec których już wszczęto postępowania egzekucyjne, a część aktywów jest w posiadaniu komornika.

Z założenia postępowanie to powinno trwać tylko 2-3 miesiące, a Sąd rozpoznaje wniosek o wszczęcie postępowania w terminie 7 dni od momentu jego złożenia. Po pozytywnym rozpatrzeniu Sąd wydaje postanowienie o otwarciu przyspieszonego postępowania układowego oraz wyznacza sędziego – komisarza i nadzorcę sądowego. Równocześnie majątek dłużnika staje się masą układową. – tłumaczy Szymon Mojzesowicz z firmy doradczej Lege Advisors.

Według COIG ponad 27 procent przedsiębiorstw zdecydowało się w 2020 roku na otwarcie postępowania sanacyjnego. Postępowanie to jest dla przedsiębiorców, którzy potrzebują czasu na ratowanie majątku firmy oraz renegocjowanie umów do warunków pozwalających przetrwać nadchodzący kryzys. „Sanację” poprzedza powołanie tymczasowego nadzorcy sądowego, który m.in. zabezpieczy majątek firmy zanim zostanie otwarte postępowanie.

W rankingu pojawiło się po raz pierwszy głośne ostatnio uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne. Na jego wybór zdecydowało się ponad 10 procent firm, ale pamiętajmy, że postępowanie to jest w prawie dopiero od końca czerwca br. wyjaśnia Szymon Mojzesowicz z firmy doradczej Lege Advisors. – Popularność tego postępowania będzie prawdopodobnie szybko rosła. Chroni przed egzekucją, pozwala na wypowiadanie kłopotliwych umów i funkcjonuje w dużej mierze bez udziału sądu. Jest także szybkie – 4 miesiące na dogadanie się z wierzycielami. – dodaje.

Według COIG najmniej popularne w tym roku postępowania restrukturyzacyjne to – postępowanie układowe (9,12%) i postępowanie o zatwierdzenie układu (1,69%). Najwięcej postępowań dotyczy spółek z ograniczoną odpowiedzialnością (34,8%) i indywidualnych działalności gospodarczych (29,05%). W 2020 roku najwięcej postępowań restrukturyzacyjnych rozpoczęto w województwie mazowieckim (18,92%) i wielkopolskim (13,85%)

Źródło: firma doradcza Lege Advisors

Pierwszy pozew Rzecznika Finansowego w sprawie GetBack

Rzecznik Finansowy złożył pozew w imieniu klienta Idea Banku, który zdaniem Rzecznika został wprowadzony w błąd w trakcie proponowania nabycia i oferowania obligacji korporacyjnych spółki GetBack S.A. Sprawa jest o tyle bulwersująca, że na ryzykowną inwestycję namówiono osobę, która w momencie nabywania obligacji miała 85 lat. To modelowy przykład tzw. misselingu, czyli oferowania produktu nieodpowiedniego dla danego klienta. 

21 sierpnia 2020 r. Rzecznik Finansowy złożył do Sądu Okręgowego w Warszawie pozew w imieniu klienta Idea Bank S.A.. Zdaniem Rzecznika został on pokrzywdzony stosowaniem przez bank nieuczciwych praktyk rynkowych wprowadzających klienta w błąd oraz zakazanej praktyki missellingu w trakcie proponowania nabycia i oferowania obligacji korporacyjnych spółki GetBack S.A.

Sprawa dotyczy jaskrawego naruszenia interesów osób starszych na rynku finansowym. Klient miał zgromadzone oszczędności na bezpiecznych lokatach a został skłoniony do ich zainwestowania w ryzykowny instrument finansowy – mówi dr hab. Mariusz Jerzy Golecki, Rzecznik Finansowy.

Zdaniem Rzecznika, klient został wprowadzony w błąd odnośnie osoby emitenta, charakteru obligacji, a przede wszystkim ryzyka związanego z tego typu produktem finansowym. Według zapewnień pracownika banku, obligacje te miały być bezpiecznym sposobem ulokowania oszczędności, z gwarantowanym zwrotem wpłaconego kapitału, jak w przypadku lokaty bankowej. Przed konsumentem zatajono istotne cechy oferowanego produktu. Ponadto, bank dopuścił się zabronionej praktyki missellingu, proponując nabycie ryzykownego produktu inwestycyjnego, który był nieodpowiedni dla osoby mającej w chwili zakupu obligacji 85 lat i nie będącej zainteresowaną ryzykownymi inwestycjami. Klient lokował zaoszczędzone środki na lokatach bankowych. Te pieniądze miały być wsparciem jego budżetu w czasie emerytury.

W mojej ocenie to przykład nadużycia zaufania klienta do banku. Szczególnie osoby starsze wciąż postrzegają banki jako instytucje zaufania publicznego – mówi Mariusz Golecki.

Podstawę prawną pozwu stanowią przepisy ustawy z dnia 23 sierpnia 2007 r. o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym (t.j. Dz. U. z 2017 r. poz. 2070, ze zm.). Rzecznik Finansowy wniósł o zasądzenie na rzecz klienta tytułem odszkodowania kwoty wpłaconej na nabycie obligacji GetBack S.A., której klient nie może obecnie odzyskać. Dodatkowo wniósł o zasądzenie 50 tys.  zł tytułem zadośćuczynienia na cel społeczny związany z ochroną konsumentów. W tym wypadku na rzecz Federacji Konsumentów z siedzibą w Warszawie.

Specjalne strefy ekonomiczne kluczowe dla rozwoju gospodarki

W ramach odbywającego się w Gdyni III Forum Wizja Rozwoju dyskutowano o rosnącej roli specjalnych stref ekonomicznych (SSE) w rozwoju przedsiębiorstw oraz gospodarki regionów. Przy okazji zapowiedziano nowelizację ustawy usprawniającą współpracę firm z sektora MŚP z dużymi przedsiębiorstwami.

„Historia i działalność stref ekonomicznych pokazuje, że jest to rozwiązanie potrzebne i mające wpływ na rozwój gospodarczy – stwierdził Paweł Kolczyński, wiceprezes zarządu Agencji Rozwoju Przemysłu. Przy okazji zaznaczył, że pierwsza specjalna strefa ekonomiczna w Polsce (Mielecka Specjalna Strefa Ekonomiczna), to właśnie domena ARP.

Przez ostatnie 25 lat funkcjonowania specjalnych stref ekonomicznych Agencja Rozwoju Przemysłu wydała 850 decyzji o wsparciu inwestycji w tych obszarach na łączną kwotę 21 mld zł. Dzięki temu udało się utworzyć 68 tys. miejsc pracy. Paweł Kolczyński opowiedział też o działaniach mających zapewnić inne źródła przychodów dla stref ekonomicznych w przyszłości.

Przykładem może być wdrażany właśnie przez ARP program Polskich Parków Przemysłowych. Ma on na celu zaopatrzenie lokalnych inwestorów w kompleksowy wachlarz usług oraz instrumentów finansowych. Zdaniem Kolczyńskiego, rola specjalnych stref ekonomicznych w „rzeczywistości post-COVIDowej” będzie jeszcze rosła.

Jak powiedziała Olga Semeniuk, podsekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju, na działalność specjalnych stref ekonomicznych w Polsce należy patrzeć z dwóch perspektyw, obejmujących zarówno czas przed, jak i po pandemii. Wbrew głosom sceptyków o zbyt małej liczbie terenów, inwestycji oraz inwestorów czas pandemii zweryfikował ich pozytywną rolę w gospodarczej mapie Polski.

„Specjalne strefy ekonomiczne, które za sprawą nowelizacji ustawy z 2018 roku przeobraziły się w Polską Strefę Inwestycji (PSI), w czasie kryzysu związanego z koronawirusem zdały swój egzamin. Są niezbędne do tworzenia polskich produktów i usług, ze szczególnych naciskiem na małych i średnich przedsiębiorców” – twierdzi Semeniuk.

Na bazie obserwacji z ostatnich miesięcy wiceminister rozwoju uważa, że potrzebna jest dalsza nowelizacja ustawy z 2018 r., aby usunąć dysproporcje między dużymi przedsiębiorstwami, a sektorem MŚP. Stosowny projekt zmian, który pozwoli na uelastycznienie i poprawę kryteriów współpracy dużych, średnich i małych firm ma zostać złożony we wrześniu.

Uczestniczący w debacie prezesi specjalnych stref ekonomicznych pozytywnie ocenili zmiany wdrożone wraz z nowelizacją ustawy o SSE z 2018 roku. Jak podkreślał Leszek Dec, prezes zarządu Suwalskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, znacznie zwiększył się teren działania dla inwestorów i wzrosło zaangażowanie samorządów.

Na dynamizację rozwoju spółki szczególnie w dużych aglomeracjach miejskich, wzrost liczby wydanych decyzji, wzrost świadomości, a także ułatwienia dla firm z sektora MŚP zwracał uwagę Krzysztof Kielec, prezes zarządu w Kostrzyńsko-Słubickiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej.

Janusz Michałek, prezes zarządu Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, wspomniał o potencjale gliwickiego zakładu Opla (dawniej General Motors), który przyciągnął dziesiątki inwestorów. Po 24 latach funkcjonowania strefy zapewnia ona 90 tys. miejsc pracy. Ważnym celem dla strefy jest transformacja regionu w stronę zielonej energii.

„Sukces PSI widać najlepiej w małych strefach. Przez ostatnie cztery lata przyciągnęliśmy więcej inwestorów, niż przez poprzednie 18 lat funkcjonowania w ramach poprzedniej ustawy. Polska w ustawie o wspieraniu inwestycji ma najbardziej proinwestycyjne zapisy w Unii Europejskiej” – podsumował Marcin Perz, prezes zarządu Specjalnej Strefy Ekonomicznej Starachowice.

Ile tak naprawdę zarabia fundusz Venture Capital (VC)?

0

VC zakładają wyłącznie niezwykle majętne osoby, mają ogromne budżety na prowadzenie swojej działalności, dzięki czemu pławią się w luksusach i zatrudniają dziesiątki ekspertów z różnych obszarów – takie przekonanie często pokutuje wśród startupów. W większości przypadków ma ono niewiele wspólnego z rzeczywistością, co prowadzi do nietrafionych oczekiwań i utrudnia pozyskanie finansowania.

Chcąc pozyskać finansowanie od VC z jednej strony trzeba rozumieć realia rynkowe dotyczące np. przeciętnej waluacji spółek na poszczególnych etapach w danym kraju, natomiast z drugiej – specyfikę działania funduszy, wokół której funkcjonuje wiele mitów. Zrozumienie potrzeb partnera biznesowego jest kluczem do zrobienia udanego dealu – niestety wciąż wiele osób o tym zapomina.

Skąd fundusze VC mają pieniądze?

Fundusze VC mają dwie grupy środków: inwestycyjne oraz operacyjne, z czego ta druga jest z reguły mocno ograniczona. Z czego to wynika, skoro są w stanie ryzykować i inwestować miliony? Z faktu, że najczęściej środki na inwestycje pochodzą od niezależnych inwestorów, czyli tzw. limited partners (LPs). Fundusz pozyskuje kapitał od inwestorów, oferując im określony zwrot z inwestycji. Najczęściej są nimi przedsiębiorcy z dużymi sukcesami na koncie czy C-level dużych korporacji. Ich cel jest prosty – zysk i dywersyfikacja przychodów. Co ważne – nie angażują się oni bezpośrednio w zarządzanie funduszem, bo nie podejmują decyzji inwestycyjnych, jednak jako venture partners wspierają swoją wiedzą founderów. Kluczowe decyzje podejmuje general partner (GP), czyli spółka zarządzająca funduszem. To jej zespół bierze na swoje barki pozyskiwanie projektów, prowadzenie procesów inwestycyjnych, nadzór nad spółkami portfelowymi i stymulowanie ich wzrostu czy w końcu upragnione exity. Cała odpowiedzialność za skuteczność funduszu spada zatem właśnie na GP.

Kto jest w zespole VC?

Przeciętny polski fundusz VC zatrudnia na stałe mniej niż 10 osób. Podstawowy zespół składa się najczęściej z:

Partnerów, którzy zajmują się kompleksowym zarządzaniem funduszem, nadzorem nad zespołem, relacjami z inwestorami i podejmowaniem decyzji inwestycyjnych oraz dezinwestycyjnych.

Dyrektorów inwestycyjnych odpowiedzialnych za egzekucję prowadzonych procesów inwestycyjnych, w tym m.in. za: negocjacje warunków, nadzór nad due dilligence finansowym i prawnym, rekomendowanie lub podejmowanie decyzji inwestycyjnych.

Analityków /Associates wspierających dyrektorów i weryfikujących potencjalne inwestycje pod kątem możliwości uzyskania na nich oczekiwanego zwrotu. Analizują potencjał rynku, model biznesowy, zespół itd. Zajmują się też często controllingiem spółek będących w portfelu. Na tym poziomie występuje gradacja od juniora do seniora.

Ponadto w zależności od profilu bezpośrednio w zespołach znajdują się również analitycy finansowi, prawnicy transakcyjni, eksperci ds. B+R czy marketingowcy.

Jak zarabiają fundusze VC?

Fundusz działa najczęściej przez 8-10 lat, z czego 4-5 ma na zbudowanie portfela inwestycyjnego. Rocznie otrzymuje średnio 2-3% kapitalizacji na całość działań w postaci tzw. management fee (budżet operacyjny): analizy finansowe i prawne, controlling, marketing, wynagrodzenia itd. – wszystko musi zmieścić się w tej puli. I to często tylko do czasu zbudowania portfela inwestycyjnego. Na czym zatem zarabia? Na tzw. carried interest, czyli swoim % od zysków wynikających z exitów i dywidend, które najczęściej wynosi między 20 a 30%.

Jak to wygląda na przykładzie? Większość VC w Polsce to tzw. nanofundusze, czyli z kapitalizacją do 10 mln pln. Jeśli zatem popatrzymy na powyższe parametry podmiotu dysponującego wyłącznie kapitałem prywatnym mamy:

10 mln kapitału od inwestorów z czego:

2,4 mln kapitału operacyjnego (3% rocznie, czyli 300.000 x 8 lat)

7,6 mln kapitału inwestycyjnego

Warto jednak wspomnieć, że obecnie w Polsce większość aktywnych funduszy ma charakter publiczno-prywatny, w których znacząca część kapitału poza LP pochodzi ze środków publicznych, co zwiększa atrakcyjność potencjalnych zwrotów dla inwestorów, bo występują one w formie uprzywilejowanej np. jako granty.

Ticket, czyli wielkość inwestycji na etapie seed w Polsce wynosi średnio między 0,25 a 1 mln pln. Fundusz skupia się na tym, by tak zainwestować środki, by móc zrobić jak najlepszy exit, czyli wyjść z inwestycji z zyskiem. Może się to odbyć na wiele różnych sposobów, np. poprzez: sprzedaż udziałów do kolejnego funduszu VC, inwestora branżowego czy founderów (MBO). Spółka może też mieć IPO (debiut na giełdzie). Statystycznie przy takim portfelu 1-3 inwestycji zarobi na wszystkie pozostałe, którym się nie powiodło.

Grand finale: jeśli po sprzedaży wszystkich udziałów uzyskano dwukrotność początkowej kapitalizacji, czyli 20 mln pln, to zysk na funduszu wynosi 10 mln pln, z czego 2-3 miliony trafią do partnerów a pozostała kwota zostaje rozdysponowana dla inwestorów. Zarobek ten stanowi gratyfikację wieloletniej pracy, po czym duża jego część stanowi często wkład do kolejnego funduszu i cała zabawa zaczyna się od początku.

 

Autor: Szymon Janiak, Dyrektor Zarządzający Czysta3.vc

Alkohol przez Internet? Sprzedawcy powinni się przygotować!

O umożliwieniu w Polsce sprzedaży alkoholu przez Internet mówiło się od dawna. Jednak dopiero sytuacja związana z pandemią sprawiła, że grupa posłów złożyła w Sejmie projekt ustawy w tej sprawie. Jeśli zostanie przyjęty, już wkrótce sprzedawcy obudzą się w nowej rzeczywistości. Czy są na nią przygotowani?

Jeśli projekt zgłoszony przez posłów zyska większość parlamentarną, już wkrótce kupowanie wina, piwa, cydru bądź innych napojów alkoholowych przez Internet z dostawą do domu stanie się możliwe.

Co się zmieni?

Dziś problemem jest nie tyle sama sprzedaż, co konieczność wydawania alkoholu w miejscu posiadającym stosowną koncesję. Mamy więc do czynienia z kuriozalną sytuacją, w której klient może co prawda zamówić alkohol przez Internet, ale odebrać zamówienie może wyłącznie w sklepie stacjonarnym.

Zgodnie z projektowanymi zmianami w prawie, nowy kanał sprzedaży nadal byłby dostępny tylko dla tych sklepów, które prowadzą sprzedaż stacjonarną, z tą różnicą, że teraz dostawa towaru do klienta byłaby możliwa. Nadal więc nie będzie możliwości, aby firma, która nie posiada zezwolenia na sprzedaż stacjonarną alkoholu, mogła uruchomić sklep internetowy. Nie będzie opcji uzyskania zezwolenia wyłącznie na sprzedaż on-line.

Teoretycznie więc zmieni się niewiele. Firmy, które mogłyby specjalizować się w handlu internetowym, nie będą mogły iść w tym kierunku, jeśli nie będą posiadały choćby niewielkiego sklepu stacjonarnego. Natomiast sklepy skoncentrowane na sprzedaży stacjonarnej – czy poświęcą wystarczająco dużo środków i uwagi, by rozwijać elektroniczne kanały sprzedaży?

Odpowiedź wcale nie jest oczywista, ponieważ w praktyce różnice pomiędzy sprzedażą w tradycyjnym sklepie, a handlem w kanale e-commerce są bardzo duże. Zastanówmy się więc nad tym, na jakie aspekty powinien zwrócić uwagę sklep stacjonarny, aby mógł osiągnąć sukces w sprzedaży internetowej.

Po pierwsze – dobra logistyka

Paradoksalnie, dla słabo przygotowanego sklepu sprzedaż przez Internet może okazać się katastrofą. Samo umożliwienie wysyłki towaru do klienta nie wystarczy, jeśli za uruchomieniem witryny on-line nie pójdzie staranna obsługa klienta, czy też zapewnienie szybkiej dostawy i bezpiecznego transportu. Sklep internetowy powinien na bieżąco reagować na zapytania i zamówienia klientów, a stan magazynowy sklepu stacjonarnego musi być na bieżąco synchronizowany z e-magazynem. Oznacza to konieczność zainwestowania w odpowiednią technologię, ale nie tylko.

Zacznijmy od tego, że warto współpracować z odpowiednią firmą logistyczną, która ma doświadczenie w branży alkoholowej i potrafi zadbać o terminowość zarówno dużych transportów, jak i przesyłek detalicznych. W przypadku takiej współpracy, wysyłka alkoholu mogłaby się odbywać nie ze sklepu, ale bezpośrednio z magazynu, na zasadach outsourcingu.

Inna opcja – w ramach współpracy z firmą logistyczną istnieje możliwość zamawiania do sklepu niewielkich partii towaru, np. o objętości połowy palety, a nawet ćwierć palety. W takiej sytuacji nawet sklep, który początkowo miałby niewiele zamówień internetowych, mógłby korzystać z zewnętrznego magazynu.

Nie zapominajmy przy tym, by paczki były odpowiednio zabezpieczone – wszak przeważnie chodzi o szklane butelki z płynną zawartością.

– Dystrybutorzy alkoholi zdecydowanie powinni wybierać takie opakowania, które z powodzeniem przechodzą „drop testy”. Podczas tego typu testów symulowane są upadki i uderzenia, które mogą wystąpić podczas transportu i przeładunku. Dzięki temu, że nasze opakowania przeszły taki egzamin, możemy zagwarantować bezpieczeństwo alkoholu w transporcie – mówi Remigiusz Zdrojkowski, członek zarządu firmy PRO-LOG S.A., która zajmuje się logistyką wyrobów akcyzowych.

Po drugie – marketing i obsługa klienta

Klienci w ostatnich latach przyzwyczaili się do wygodnych zakupów przez Internet. Dlatego sprzedawcy alkoholu nie będą mogli liczyć na taryfę ulgową. Klienci oczekują aktualnych danych na temat stanów magazynowych, dokładnych informacji na temat produktów, atrakcyjnych zdjęć, czy też możliwości zapoznania się z recenzjami i dodawania własnych opinii.

Dla sklepu oznacza to konieczność zakupu odpowiedniego systemu e-commerce, który będzie zintegrowany z systemem informatycznym (w tym magazynem) sklepu stacjonarnego. Następnie trzeba będzie zadbać o odpowiednie opisy poszczególnych alkoholi – zarówno atrakcyjne z punktu widzenia klienta, jak i skuteczne pod kątem pozycjonowania strony internetowej (SEO).

Pozycjonowanie jest w tym przypadku szczególnie ważne, ponieważ planując promocję sklepu w Internecie trzeba uwzględnić ograniczenia prawne związane z oferowaniem alkoholu. Pod tym względem nic się nie zmieni i wiele form reklamy pozostanie niedostępnych. I tak, prawdopodobnie niemożliwe będzie reklamowanie sklepu z alkoholem w wyszukiwarce internetowej, a jedną z nielicznych legalnych opcji może się okazać reklama lekkich alkoholi w mediach społecznościowych, pod warunkiem ustawienia reklamy w taki sposób, by trafiła wyłącznie do osób pełnoletnich. Warunkiem jest także dopuszczalność takiej promocji przez regulamin konkretnego portalu społecznościowego.

Jednocześnie nie należy zapominać o wzorcowej obsłudze klienta. Dziś wiele e-sklepów dba o to, by klienci otrzymywali odpowiedzi na swoje zapytania w ciągu kilku, najwyżej kilkunastu minut. Dla sklepu stacjonarnego może to oznaczać konieczność zatrudnienia dodatkowych osób do obsługi klienta on-line. Dodatkowo warto zadbać o konta sklepu w mediach społecznościowych – nawet bez korzystania z płatnej promocji, social media mogą znacznie pomóc w popularyzowaniu informacji o danym sklepie internetowym i jego ofercie. Profil firmy powinien być jednak tak ustawiony, aby mogły go odwiedzać tylko osoby pełnoletnie.

Pamiętajmy przy tym, że obsługa klienta oznacza nie tylko reagowanie na zapytania i zamówienia, ale także przyjmowanie zwrotów i reklamacji. Klient dokonujący zakupu przez Internet ma prawo do zwrotu zamówionego towaru bez podania przyczyny, a sprzedawca w większości sytuacji musi taki zwrot przyjąć, a następnie zwrócić pieniądze. Pod tym względem sprzedaż wina czy piwa będzie się opierała na takich samych zasadach jak sprzedać każdego innego produktu w sieci.

Po trzecie – wyróżnij się

Duża liczba podmiotów prowadzących sprzedaż alkoholu w połączeniu z ograniczeniami dotyczącymi promocji może doprowadzić do sytuacji, w której konkurencja okaże się szczególnie trudna. Można oczywiście starać się konkurować ceną, ale cen nie da się obniżać w nieskończoność.

Warto więc szukać innych możliwości wyróżnienia się – np. działać bardziej innowacyjnie, a zarazem ekologicznie. Pomóc w tym mogą ciekawe „wynalazki”.

Na przykład jeden ze znanych producentów whisky zaprezentował niedawno papierową butelkę. Takie rozwiązanie pozwoliłoby zarówno na większą ekologię, jak również na obniżenie wagi produktu. To z kolei mogłoby wpłynąć na niższe koszty transportu, a finalnie także ceny produktu.

Inna ciekawostka to płaska butelka. Firma, która zaprezentowała niedawno takie rozwiązanie przekonuje, że tego typu opakowania będą łatwiejsze w transporcie, a do tego można je wrzucić do skrzynki na listy lub wygodnie dołączyć np. do pudełka z pizzą.

To tylko przykłady, ale mogą one obrazować, w jakich kierunkach będzie się zmieniał handel alkoholem, szczególnie gdy duża część sprzedaży przeniesie się do Internetu.

Przyszłość z pewnością będzie należała do tych firm, które szybko i sprawnie zareagują na zmiany w prawie, a do tego zaoferują klientom dobre produkty, świetną obsługę klienta oraz będą miały do zaoferowania coś jeszcze – np. bardziej innowacyjne rozwiązania.

To wszystko wymaga jednak dużego zaangażowania i jak najszybszego rozpoczęcia przygotowań do funkcjonowania w nowej rzeczywistości. W praktyce – zwycięskiego szampana często piją ci, którzy jako pierwsi podjęli ryzyko.

Optymalizacja to będzie najmodniejsze słowo tej jesieni – Przedsiębiorcy szykują się do poważnych zmian w swoich firmach. Wszystko podszyte jest niepewnością

Jaka będzie w gospodarce jesień 2020? Nawet najtęższe umysły świata ekonomii nie potrafią jasno i wyraźnie powiedzieć jaka przyszłość czeka zarówno rynek krajowy jak i szerzej gospodarkę europejską i światową. Zmiennych jest całkiem sporo, a na dodatek branże bardzo różnie reagują na niepewność, która stała się codziennością biznesu w czasach COVID-19. Co jest najbardziej niebezpieczne? Specjaliści z Centrum Doradztwa Gospodarczego Kiżuk & Michalska zwracają uwagę na kilka czynników. Przedsiębiorcy stają się bardzo asekuracyjni – niektórzy już teraz tną plany inwestycyjne i ograniczają wszelkie koszty. Wiele branż nie podniosło się jeszcze po pierwszej fali pandemii koronawirusa, inne drżą na myśl o kolejnym lockdownie.  – Zgłaszają się do nas przedsiębiorcy, którzy pierwszy raz w swojej długoletniej historii potrzebują ludzi, którzy będą im pomagać przygotowywać strategie biznesowe. Jak mówią, to co przyniosła wiosna nie śniło im się nawet w najgorszych koszmarach – mówi Filip Kiżuk. – Optymalizacja będzie najmodniejszym słowem jesieni. Planują ją nawet firmy, które teoretycznie z koronawirusa wyszły obronną ręką np. handel czy budownictwo. Wszyscy zastanawiają się jak przygotować się na to, co może nadejść. A co może nadejść? No właśnie nie za bardzo wiadomo – dodaje Katarzyna Michalska.

  • Pandemia koronawirusa nadal jest poważnym zagrożeniem dla gospodarki. Przedsiębiorcy obawiają się drugiej fali zachorowań i obostrzeń gospodarczych, które mogą wrócić
  • Nastroje wśród przedsiębiorców nie są najlepsze, choć są oni lepiej przygotowani do działania w trudnych warunkach niż byli przygotowani wiosną 2020
  • Przedsiębiorcy nauczyli się „chomikowania” pieniędzy. Gromadzą kapitał obrotowy, spieniężają majątek, ograniczają wydatki wewnętrzne i zewnętrzne
  • Jesień będzie więc czasem optymalizacji. To może wiązać się np. z koniecznością redukcji etatów w wielu gałęziach gospodarki

Teoretycznie – gospodarka powinna iść do przodu. Praktycznie? Firmy boją się, że będą zmuszone do dalszych ograniczeń

Jak mówią specjaliści z Centrum Doradztwa Gospodarczego Kiżuk & Michalska cienka linia pomiędzy pierwszą, a drugą falą pandemii koronawirusa jest trudna do uchwycenia. Niektórzy mówią, że najgorsze przyjdzie na jesień, a inni odpowiadają, że przecież dzienny współczynnik przyrostu chorych szacowany jest na setki osób. Dla gospodarki koronawirus jest poważnym niebezpieczeństwem. Jesień będzie czasem bez wielkiego wsparcia rządowego i samorządowego, a wiele branż nie wróciło jeszcze do funkcjonowania sprzed pandemii. Jak oni więc szykują się na ewentualny nawrót obostrzeń jesienią? Nasi specjaliści przyznają, że zgłoszeń w tej sprawie jest całe mnóstwo. Firmy pytają o to jak pozyskać kapitał, jak utrzymać pracowników czy wreszcie: prowadzić biznes mimo strat czy może się poddać? Dla gospodarki jesień może być czasem jeszcze większych wstrząsów niż wiosna.

– Wśród naszych klientów nie brakuje optymistów, którzy myślą, że kryzys jakoś nas ominie. Niektóre branże zostały dotknięte pandemią mniej, a nie brakuje i tych, którzy zyskali i marzą już o wielkich inwestycjach. Niestety więcej jest pesymistów i osób bardzo ostrożnie patrzących w przyszłość. Nastroje przedkładają się bezpośrednio na pytania naszych klientów: jedni szukają działek, nieruchomości czy np. firm, których udziały można przejąć „w promocyjnych cenach”, a inni przeciwnie, skupiają się na gromadzeniu kapitału i raczej oszczędnościach niż planach inwestycyjnych – mówi Katarzyna Michalska, doradca gospodarczy.

Jesień może być dla wielu przedsiębiorców trudniejsza, bo nie mogą już liczyć ani na programy wsparcia wynikające z Tarcz Antykryzysowych ani na wyrozumiałość innych partnerów biznesowych.    – Przedsiębiorcy często są już po rozmowach np. z wierzycielami czy z osobami od których wynajmowali przestrzeń. Niestety nie wszędzie mogą liczyć na kontynuowanie dogodnych warunków z czasu lockdownu. Teoretycznie gospodarka powinna iść do przodu i wszystko powinno wracać do normy. Praktyka pokazuje, że wiele firm jesienią czeka poważna zmiana strukturalna, a być może nawet konieczność likwidacji – mówi Filip Kiżuk, doradca gospodarczy.

Przedsiębiorcy uczą się… chomikować. „Wygrani są Ci, którzy mają kapitał rezerwowy”

Wiele wskazuje na to, że jesienią przedsiębiorców czeka czas zmian – niektórzy będą rozwijać np. usługi w ramach e-commerce czy działalności zdalnej, a inni będą starali się działać tak, by przetrwać, ewentualnie generować jak najmniej strat. – Mam taką obawę, że niektórzy przedsiębiorcy nie mieli jeszcze czasu przepracować negatywnych konsekwencji pierwszej fali koronawirusa, że nie było wystarczająco czasu na zmianę np. strategii gospodarczych, a tutaj już kolejne wizje, które nie są optymistyczne. Przedsiębiorcy stali się bardziej ostrożni, rozważniej wydają pieniądze, bardziej liczą się z kosztami wewnętrznymi i zewnętrznymi w firmie, są skłonni do oszczędzania, powiedziałbym nawet do chomikowania pieniędzy, a nie do inwestycji. To znacząca zmiana, bo minione lata to był raczej boom inwestycyjny – mówi doradca Gospodarczy Filip Kiżuk.

– Zachowanie przedsiębiorców jest logiczne i dojrzałe. Zgłaszają się do nas firmy, które proszą o doradztwo np. czy kontynuować inwestycje, czy zawiesić budowę, czy rozwijać działalność czy na przykład przeczekać trudny czas. Przedsiębiorcy nauczyli się także, że kapitał zapasowy w firmie jest konieczne. Firma musi mieć rezerwę na „czarną godzinę”. Wygrani są Ci, którzy mają zapas środków finansowych lub materiały, które mogą spieniężyć – dodaje Katarzyna Michalska, doradca gospodarczy.

„Optymalizacja to będzie najmodniejsze słowo jesieni”

Jak mówi Katarzyna Michalska, wiele wskazuje na to, że słowo optymalizacja może być najmodniejszym i najczęściej używanym przez biznes słowem jesieni: – Optymalizacja, restrukturyzacja, tak te słowa na pewno będą z nami przez cały czas trwania pandemii koronawirusa i to nie są słowa, których rozwojowy przedsiębiorca lubi używać – zaznacza Katarzyna Michalska, doradca gospodarczy. – Optymalizacja często ma miejsce w firmach, które szukają zmniejszenia kosztów. Zastanawiamy się z przedsiębiorcami jak zachować płynność finansową i rozwój przy jednoczesnym braku np. zwolnień lub bez wyprzedaży majątku – mówi Katarzyna Michalska.

Czy możliwe jest przeprowadzenie optymalizacji tak, by była ona możliwie mało dotkliwa dla funkcjonowania firmy? Specjaliści z kancelarii Kiżuk & Michalska nie mają wątpliwości, że jest to proces trudny, który wymaga wdrożenia pewnych zmian i wypracowania narzędzi, które pomogą uratować firmę. Optymalizacja to więc perspektywa na przetrwanie i rozwój, a nie „zło konieczne”. Tak warto podchodzić do tego zagadnienia.

Rzecznik MŚP otrzymał wydane przez Minister Rozwoju objaśnienia prawne w zakresie sposobu weryfikacji wielkości przedsiębiorstwa

W związku ze zgłaszanymi przez przedsiębiorców wątpliwościami, Rzecznik MŚP wystąpił do Ministra Rozwoju z wnioskiem o wydanie objaśnień prawnych w zakresie sposobu weryfikacji wielkości przedsiębiorstwa przy podejmowaniu decyzji o przyznaniu subwencji finansowej w ramach tzw. tarczy finansowej. 

Rzecznik otrzymał objaśnienia o następującej treści:

Pytanie 1: „W jaki sposób obliczana jest wartość referencyjna zatrudnienia dla ustalenia statusu mikro, małego i średniego przedsiębiorcy o którym mowa w punkcie 3.1.1 uchwały RM 50/2020 dla potrzeb przyznania subwencji finansowej na podstawie programu rządowego Tarcza Finansowa Polskiego Funduszu Rozwoju dla małych i średnich firm”?

W Programie rządowym wskazano, iż „Polski Fundusz Rozwoju przygotuje i opublikuje dokumenty wykonawcze dla celów związanych z realizacją Programu, weryfikacją spełnienia przez Beneficjentów Programu warunków programowych lub skorzystania z jakichkolwiek innych uprawnień wynikających z Programu”. Podstawowym dokumentem wykonawczym regulującym zasady udzielania finansowania w ramach rządowego programu udzielania Beneficjentom subwencji finansowych jest regulamin ubiegania się o udział w programie rządowym „Tarcza Finansowa Polskiego Funduszu Rozwoju”, zgodnie z którym:

„Beneficjent” – oznacza, na potrzeby określenia podmiotu uprawnionego do udziału w Programie, przedsiębiorcę w rozumieniu art. 4 ust. 1 i 2 Prawa Przedsiębiorców, pod warunkiem uznania, iż podmiot ten spełnia warunki przyznania mu statusu mikroprzedsiębiorcy bądź małego lub średniego przedsiębiorcy, wnioskującego do Polskiego Funduszu Rozwoju („PFR”) o udzielenie subwencji finansowej, lub któremu PFR udzielił subwencji finansowej.

„Mikroprzedsiębiorca” – oznacza, na potrzeby określenia podmiotu uprawnionego do udziału w Programie, Beneficjenta, który na 31 grudnia 2019 r. łącznie spełnia następujące warunki:

  • zatrudnia co najmniej jednego pracownika oraz nie więcej niż dziewięciu pracowników (z wyłączeniem właściciela), oraz
  • jego roczny obrót za 2019 r. lub suma bilansowa w 2019 r. nie przekracza kwoty 2 mln EUR.

„Mały lub średni przedsiębiorca” – oznacza, na potrzeby ustalenia podmiotu uprawnionego do udziału w Programie, Beneficjenta, który na 31 grudnia 2019 r.:

  • zatrudnia do 249 pracowników (z wyłączeniem właściciela), a jego roczny obrót za 2019 r. nie przekroczył 000.000 EUR, lub suma bilansowa za 2019 r. nie przekroczyła 43.000.000 EUR,
  • nie jest mikroprzedsiębiorcą, oraz
  • nie jest beneficjentem finansowania udzielonego w ramach programu rządowego „Tarcza Finansowa Polskiego Funduszu Rozwoju dla Dużych Firm”.

Na potrzeby ustalenia statusu mikroprzedsiębiorcy, małego lub średniego przedsiębiorcy, jako podmiotu uprawnionego do udziału w Programie, przez pracownika rozumie się osobę zatrudnioną na podstawie umowy o pracę, przy czym za pracowników nie uważa się pracowników na urlopach macierzyńskich, ojcowskich, rodzicielskich, wychowawczych i zatrudnionych w celu przygotowania zawodowego.

Określając status mikroprzedsiębiorcy bądź małego lub średniego przedsiębiorcy, Beneficjent jest zobowiązany zweryfikować, czy zachodzą po jego stronie powiązania w ramach relacji łączących go z innymi przedsiębiorstwami (m.in. w ramach grup kapitałowych) – zgodnie z zasadami określonymi w Regulaminie i Rozporządzeniu Komisji (UE) nr 651/2014 z dnia 17 czerwca 2014 r. uznającym niektóre rodzaje pomocy za zgodne z rynkiem wewnętrznym w zastosowaniu art. 107 i 108 Traktatu (Dz. Urz UE L 187/1 z 26.6.2014).

Pytanie 2: „Czy w przypadku małego i średniego przedsiębiorcy wartość zatrudnienia dla ustalenia statusu małego i średniego przedsiębiorcy ustala się według stanu zatrudnienia na podstawie umów o pracę na dzień 31 grudnia 2019 roku? Czy też jako wartość ustalaną w skali rocznej jako średnioroczne zatrudnienie w całym 2019 roku tzw. roczne jednostki pracy (RJP), którym odpowiada liczba pracowników zatrudnionych w ciągu całego roku referencyjnego w danym przedsiębiorstwie?”

Zgodnie z postanowieniami rządowego Programu jednym z kryteriów kwalifikujących danego przedsiębiorcę w kategorii małego lub średniego przedsiębiorcy w rozumieniu Programu jest stan zatrudnienia u tego przedsiębiorcy na dzień 31 grudnia 2019 r. – zgodnie z zasadami opisanymi powyżej.

Pytanie 3: „Czy w przypadku gdy wartość referencyjna w 2019 roku była wyższa niż 250 RJP przedsiębiorca traci status średniego przedsiębiorcy w sytuacji gdy w 2018 roku wartość ta była niższa niż 250 RJP?”

Art. 12 ust. 1 ustawy o systemie instytucji rozwoju stanowi, że Polski Fundusz Rozwoju udziela finansowania, w szczególności mikroprzedsiębiorcom oraz małym i średnim przedsiębiorcom spełniającym warunki określone w załączniku I do rozporządzenia Komisji (UE) nr 651/2014 z dnia 17 czerwca 2014 r. uznającego niektóre rodzaje pomocy za zgodne z rynkiem wewnętrznym w zastosowaniu art. 107 i 108 Traktatu. Brzmienie art. 12 ust. 1 ustawy o systemie instytucji rozwoju nie wyklucza zawarcia w programie rządowym, o którym mowa w art. 21 a ust. 2 ww. ustawy dodatkowych warunków, które musi spełnić przedsiębiorca. Jak wskazano powyżej, jednym z kryteriów ustalania statusu przedsiębiorcy jest stan zatrudnienia na dzień 31 grudnia 2019 r. Zatem przedsiębiorca nie zatrudniający na ten dzień odpowiedniej liczby pracowników nie spełnia kryterium, o którym mowa w Programie.

Podstawa prawna: art. 33 ust. 1 ustawy – Prawo przedsiębiorców (Dz. U. 2019, poz. 1292).

BADANIE ZPP: COVID-19 pogorszył nastroje przedsiębiorców, ale zaskakująco nieznacznie

Pandemia koronawirusa była dla gospodarki niewątpliwym wstrząsem, który dla wielu firm oznaczał konieczność przemodelowania swojej działalności, a w niektórych przypadkach doprowadził wręcz do upadłości i bankructw. Po wielu latach konsekwentnego wzrostu, niezatrzymanego nawet przez kryzys finansowy z końcówki pierwszej dekady XXI wieku, polska gospodarka w 2020 roku skurczy się. Dom badawczy Maison&Partners zbadał na zlecenie Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, jak bardzo nastroje gospodarcze wśród przedsiębiorców pogorszyły się względem okresu sprzed pandemii. Wyniki mówią same za siebie – polski biznes ma stalowe nerwy.

W ramach badania nastrojów gospodarczych wśród firm, analizowane są trzy komponenty: koniunktury gospodarczej, rynku pracy (płace i zatrudnianie) oraz inwestycji. Wartość każdego komponentu mieści się w przedziale od 0 do 100. Wyniki poniżej 50 oznaczają pesymistyczne nastroje, a powyżej 50 – optymistyczne.

Z zebranych w trakcie badania danych wynika, że generalny spadek nastrojów gospodarczych w odczycie na II półrocze 2020 roku, względem odczytu sprzed COVID-19, odnotować można w przypadku średnich i dużych firm. Pogorszenie nastrojów w podmiotach mikro i małych jest zdecydowanie mniej zauważalne – w ich przypadku spadek nastąpił o, odpowiednio, 1,4 pkt oraz 1,7 pkt, podczas gdy dla firm średnich i dużych są to dokładnie 4 pkt.

Być może wynika to z faktu, że najmniejsze podmioty operują w rytmie miesięcznym i rzadko mają dalekosiężne plany, które mógłby pokrzyżować koronawirus – twierdzi Cezary Kaźmierczak, Prezes ZPP – Ponadto łatwiej im się dostosować do nowej rzeczywistości, niż większym firmom. Często zarządza nimi jednoosobowo właściciel, więc wdrożenie pewnych decyzji, które w korporacji byłyby podejmowane tygodniami, w małych przedsiębiorstwach możliwe jest w zasadzie z dnia na dzień.

Interesujący okazuje się być przegląd poszczególnych komponentów badania. Wynika z niego bowiem na przykład, że mimo iż wzrósł (z 45% do 50%) odsetek respondentów twierdzących, że koniunktura gospodarcza w najbliższych miesiącach pogorszy się, o tyle odsetek tych, którzy prognozują poprawę nie tylko nie spadł, lecz wręcz nieznacznie się zwiększył (z 21% do 22%). Z badania wynika ponadto, że negatywny wpływ koronawirusa na gospodarkę spowodował, iż przedsiębiorcy rzadziej planują podwyżki i zwiększanie zatrudnienia, jednak równocześnie nie zwiększył się odsetek przedsiębiorców szykujących w swoich firmach zwolnienia (z 8% przed COVID-19 na 7%), czy zmniejszenie funduszu płac (z 6% przed COVID-19 na 5%).

Z tych danych wynikałoby, że w zakresie zatrudnienia i jego warunków, koronawirus jedynie nieco przygasił optymizm polskich firm, jednak nie wpłynął na zasadniczą zmianę nastrojów – mówi Cezary KaźmierczakWidzimy, że np. odsetek firm planujących podwyżki zmalał z 29% przed pandemią do 14% w tej chwili, ale najważniejsze jest to, że przedsiębiorcy nie planują zwolnień. Mimo kłopotów związanych z pandemią, wydaje się zatem, że rynek pracy ma się dobrze.

Istotny spadek nastrojów odnotowany został w komponencie „Inwestycje”. Odsetek respondentów nie planujących inwestycji wzrósł z poziomu 61% przed pandemią, do 68% w trakcie pandemii. Największy spadek planowanych inwestycji widoczny jest w firmach małych (zatrudniających od 10 do 49 pracowników).

Niewielka stopa inwestycji to strukturalny problem polskiej gospodarki i wydaje się, że koronawirus dodatkowo go pogłębił – twierdzi Jakub Bińkowski, Dyrektor Departamentu Prawa i Legislacji ZPP – Oznacza to, że trzeba będzie w jeszcze większym stopniu skupić się na tworzeniu dobrego otoczenia regulacyjnego dla inwestycji.

Mimo spadków w każdej z badanych kategorii, nie sposób nie stwierdzić że redukcja nastrojów jest znacznie mniejsza, niż można byłoby przypuszczać analizując skalę strat wygenerowanych w gospodarce przez koronawirusa.

Polscy przedsiębiorcy po raz kolejny pokazali, że mają stalowe nerwy – podkreśla Cezary KaźmierczakTo najcenniejszy kapitał, z jakim możemy wejść w erę post-koronawirusową. 

Zakup Porsche na firmę po okazyjnej cenie i automatyczny domiar akcyzy – organy nie mogą tak robić

Spółka nabyła Porsche Panamera Turbo S. z Niemiec. W deklaracji wykazała wartość zakupu w wysokości 268 000 zł, ale fiskus stwierdził, że średnia wartość rynkowa takiego pojazdu w Polsce wynosi ponad 543 000 zł. Domierzył więc blisko 20 000 zł akcyzy. Spółka wskazała, że Porsche było uszkodzone, a w takim przypadku uwarunkowania rynkowe w Niemczech znacznie odbiegają od tych w Polsce. Z przedsiębiorcą zgodził się sąd, uznając za niedopuszczalne praktyki organów podatkowych, które z automatu, bez względu na okoliczności biorą za podstawę opodatkowania akcyzą średnią wartość rynkową podobnego auta w Polsce, a następnie do tej wartości porównują kwotę, jaką podatnik zapłacił za samochód za granicą.

Zgodnie z art. 104 ust. 8 Ustawy z dnia 6 grudnia 2008 r. o podatku akcyzowym (Dz.U. 2009 nr 3, poz. 11 ze zm.), jeśli wysokość wykazanej przez podatnika podstawy opodatkowania akcyzą bez uzasadnionej przyczyny znacznie odbiega od średniej wartości rynkowej samochodu osobowego, to organ podatkowy wzywa podatnika do zmiany jej wysokości lub wskazania przyczyn uzasadniających tę rozbieżność.

Akcyza za samochód sprowadzony z Niemiec

W styczniu 2019 r. jedna ze spółek z o.o. złożyła w urzędzie skarbowym deklarację AKC-U, w której wykazała w podstawie opodatkowania zakup samochodu Porsche Panamera Turbo S. w kwocie 267 962 zł. Był to pojazd „nieuszkodzony z opinią” o przebiegu 72 000 km. Przy 18,6% stawce akcyzy do zapłaty spółka zadeklarowała 49 841 zł. Firma dołączyła do zeznania opinię rzeczoznawcy potwierdzającą, że pojazd był wcześniej uszkodzony. Rzeczoznawca wycenił auto w tym stanie na kwotę 387 000 zł.

Korzystniejsze uwarunkowania sprzedaży na niemieckim rynku

Urząd skarbowy postanowił sam ustalić wartość rynkową zakupionego przez spółkę Porsche, odnajdując średnie wartości pojazdów podobnych na polskim rynku. Organ stwierdził, że taki samochód jest wart 543 700 zł. Naczelnik urzędu skarbowego wezwał firmę do przedłożenia dokumentów kosztowych naprawy auta. W odpowiedzi na wezwanie spółka nie dostarczyła żądanej dokumentacji, za to wytłumaczyła, że taką cenę zakupu samochodu uzyskała dzięki panującym na rynku niemieckim uwarunkowaniom, różnym od realiów rynku polskiego. Wśród tych uwarunkowań wymieniła wyższy poziom życia obywateli Niemiec, zaostrzone wymogi ochrony środowiska, jak i tamtejsze standardy kontroli stanu technicznego aut, a także nieopłacalne dla ich właścicieli wysokie koszty naprawy. Na poparcie tego spółka przedłożyła wydruki podobnych ofert sprzedaży Porsche Panamera Turbo S. na terenie Niemiec, potwierdzające jej stanowisko.

Domiar blisko 20 000 zł podatku

Dyrektor Izby Administracji Skarbowej jako organ odwoławczy uznał taką argumentację spółki za niezrozumiałą, bowiem jak stwierdził, zgodnie z przepisami ustawy o podatku akcyzowym przy ustalaniu średniej wartości rynkowej samochodów osobowych przyjmuje się notowania z rynku krajowego. Tym samym utrzymał w mocy decyzję organu pierwszej instancji określającą spółce należny do zapłaty podatek akcyzowy od spornej transakcji w wyższej kwocie 69 324 zł.

Celem przepisów nie jest przeciwdziałanie podstawowym prawom ekonomii

Rozstrzygający wniesioną przez spółkę skargę Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gdańsku przywołał wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego z 30 listopada 2016 r. (sygn. akt I GSK 120/15), w którym stwierdzono, że wskazujący reguły określania podstawy opodatkowania samochodu osobowego przepis art. 104 ustawy o podatku akcyzowym ma za zadanie przeciwdziałać zwalczaniu nieuczciwych prób zaniżania podstawy opodatkowania, a nie przeciwdziałać podstawowym prawom ekonomii. A więc takim, które polegają na nabyciu towaru po niższej cenie w celu odsprzedania po wyższej. Stąd zakup auta na rynku wspólnotowym po cenie niższej od średniej ceny na rynku krajowym nie uprawnia za każdym razem do automatycznego wyrównywania podstawy opodatkowania do wartości ustalonej na podstawie średnich cen w kraju.

Organy nie mogą z automatu podwyższać podstawy opodatkowania

Sąd zgodził się ze spółką, że przy ocenie prawidłowości ustalenia podstawy opodatkowania organy muszą brać pod uwagę uwarunkowania rynku, na którym pojazd został zakupiony, a które w różnych krajach kształtują się w odmienny sposób, w zależności od czynników ekonomicznych i kulturowych. Ważne przy tym są również okoliczności, w jakich podatnik nabywa samochód. A w niniejszej sprawie uwarunkowania rynku niemieckiego, na jakie wskazywała spółka (poziom dochodów tamtejszych obywateli, zaostrzone wymogi środowiskowe i kontrole stanu technicznego pojazdów oraz wysokie koszty napraw) mogą uprawdopodabniać realność zakupu auta po cenie niższej, niż byłoby to możliwe w Polsce. Dlatego też, uchylając decyzje organów obu instancji w przedmiocie podwyższenia spółce wysokości zobowiązania w podatku akcyzowym z tytułu wewnątrzwspólnotowego nabycia samochodu, sąd stwierdził, że skoro organy nie negowały, iż firma nabyła je w Niemczech, to analiza porównawcza kształtowania się cen tych pojazdów powinna obejmować rynek niemiecki. Tymczasem organy skupiły się jedynie na kwestii braku udowodnienia przez spółkę poniesienia przez nią kosztów naprawy auta. Przywołując rozstrzygnięcie NSA z 2013 r. (sygn. akt I GSK 1399/11), orzekł:

„…nie jest prawidłowe działanie organu, który w każdej sprawie, nie bacząc na okoliczności, jako punkt wyjścia przyjmuje średnią wartość rynkową podobnego samochodu w kraju i do tej wartości porównuje cenę, jaką zapłacił podatnik w kraju nabycia…” (wyrok WSA w Gdańsku z 10 czerwca 2020 r., sygn. akt I SA/Gd 2230/19).

Ochrona majątku firmy

Czerwcowy wyrok gdańskiego sądu wskazuje, że automatyczne podwyższanie opodatkowania przedsiębiorcy podatkiem akcyzowym za każdym razem, gdy firma nabędzie samochód po cenie niższej niż średnie ceny obowiązujące na polskim rynku to powszechna strategia działania fiskusa. I to funkcjonująca do dziś, mimo że już w 2011 r. NSA rozstrzygnął:

„…iż celem procedury określonej w art. 104 ust. 8 u.p.a. nie jest unifikacja cen wszystkich sprowadzanych z zagranicy samochodów i wprowadzenie dla samochodów podobnych jednakowej podstawy opodatkowania akcyzą, niezależnie od tego, za jaką cenę samochód został zakupiony” (wyrok z 14 września 2011 r., sygn. akt I GSK 245/10).

Dlatego w takich przypadkach w celu zabezpieczenia swoich interesów przedsiębiorcy powinni sami wdrażać przeciwną strategię polegającą na zabezpieczeniu majątku firmy poprzez kontrolę działań podejmowanych przez organy podatkowe.

Autor: Kinga Hanna Stachowiak – Wspólnik Zarządzający w Kancelarii Prawnej Skarbiec

Będziemy mieć niskie stopy procentowe i wysoką inflację

Dlaczego w najbliższym czasie możemy oczekiwać niskich stóp procentowych? Po pierwsze dlatego, że ekonomiści powszechnie uważają, że pobudzają one gospodarkę. A to zawsze się przyda w czasie kryzysu. Ale jest również drugi powód, niewykluczone, że ważniejszy. Ci, którzy decydują o wysokości stóp procentowych, czyli rządy państw, są zadłużeni na ogromne kwoty. Niskie stopy procentowe umożliwiają im obsługę tego zadłużenia.

Drugi z powodów jest ekonomiczną oczywistością. Natomiast pierwszy jeszcze długo pozostanie przedmiotem dyskusji akademickiej i publicystycznej. Niskie stopy procentowe wpływają na zwiększenie podaży pieniądza, który dzięki temu jest bardziej dostępny dla przedsiębiorstw i konsumentów. Nie ma wątpliwości, że ułatwienie dostępu do finansowania w krótkim terminie wpływa na ożywienie działalności gospodarczej oraz większą aktywność gospodarstw domowych na rynkach konsumpcyjnych. Jednak zgodnie z klasyczną teorią ekonomii oraz zdrowym rozsądkiem, zwiększenie podaży pieniądza powinno doprowadzić do spadku jego wartości. Inaczej mówiąc, powinniśmy spodziewać się inflacji a ta na wiele sposobów negatywnie wpływa na sytuację przedsiębiorców i konsumentów.

Jednak wyraźnie widać, że na razie zwiększona podaż pieniądza nie wpływa na rynki konsumpcyjne krajów najlepiej rozwiniętych. Konsumpcja jest tam na tak wysokim poziomie, że gospodarstwa domowe nie będą już jej zwiększać tylko dlatego, że mają ułatwiony dostęp do pieniądza. Dlatego w Stanach Zjednoczonych, w strefie euro, czy w Japonii, mimo szalonego dodruku pieniądza, cały czas nie obserwujemy podwyższonej inflacji. Wydrukowany pieniądz trafia za to na rynki kapitałowe powodując hossę na najważniejszych światowych giełdach. Nieco inaczej jest w Polsce, gdzie inflacja rosła dynamicznie jeszcze przed epidemią koronawirusa a indeksy giełdowe są bardzo dalekie od rekordów. W Polsce, przynajmniej przez jakiś czas, najprawdopodobniej będziemy mieli do czynienia z wysoką inflacją i niskimi stopami procentowymi.

Delikatnie mówiąc, tego rodzaju sytuacja jest dla gospodarki, niezbyt naturalna. Należy więc się zastanowić, jakie będą jej długoterminowe skutki. Wiadomo na pewno, że nie będą one takie same dla wszystkich.

W stosunkowo trudnej sytuacji znajdą się inwestorzy. Utrudnione będzie osiąganie ulubionego przez nich pasywnego dochodu. Co więcej, będą oni narażeni na znaczące straty, gdyż z jednej strony oprocentowanie lokowanych środków będzie bardzo niskie, z drugiej strony będzie spadać ich wartość nabywcza.

W zupełnie innej sytuacji będą kredytobiorcy lub osoby zadłużone. Oprocentowanie kredytów pozostanie niskie, natomiast w wyniku inflacji wzrosną nie tylko ceny, ale również ich dochody. Oznacza to, że regulowanie zobowiązań będzie łatwiejsze. Rząd, chcąc ułatwić sobie obsługę własnego zadłużenia, niechcący pomoże kredytobiorcom, również tym zdruzgotanym przez wzrost kursu franka szwajcarskiego.

Jednak w perspektywie, taka sytuacja jest bardzo niebezpieczna dla gospodarki. Banki potrafią lepiej lub gorzej liczyć pieniądze i nie będą ich nikomu pożyczać wiedząc, że będą warte mniej, gdy kredytobiorca je zwróci. Oznacza to, że banki zaostrzą kryteria przyznawania kredytów, co nawiasem mówiąc i tak już robią z powodu epidemii a konsumenci i przedsiębiorcy zamiast mieć ułatwiony dostęp do finansowania, nie dostaną kredytu w ogóle, bo jego przyznanie będzie się wiązało ze zbyt dużym ryzykiem.

Autor: Bartosz Tomczyk – przewodniczący rady nadzorczej polskiego fintechu Provema

Sklepy stacjonarne teraźniejszości – nowe rozwiązania dla handlu

0

Choć następstwa pandemii koronawirusa w świecie sprzedaży odcisnęły ogromne piętno, sklepy stacjonarne nie znikną. Koniecznością staną się jednak innowacje oraz zmiany, które pozwolą przyspieszyć proces zakupów i znacznie je ułatwią. Placówki handlowe będą musiały dostosować się do oczekiwań klientów. Muszą być bardziej eko, lokalne i przystępne cenowo. Świadoma konsumpcja nie jest już sprawą elitarną, to zjawisko coraz bardziej powszechne.

Rozwiązania w przestrzeni sklepowej

Pomimo częściowego odpływu konsumentów do internetu, sklepy stacjonarne nadal będą głównym wyborem. Zmieni się jednak ich funkcjonowanie. Wszystko z myślą o zatrzymaniu obecnych i przyciągnięciu nowych klientów. Sieci sprzedaży powinny już teraz zacząć wprowadzać rozwiązania zapewniające większy komfort dokonywania zakupów – wskazuje Marcin Zieliński, Head of Sales w Terytorium Sp. z o. o., jeden z twórców streamPRO+.

Nowoczesny sklep to przede wszystkim technologia, której zadaniem jest inteligentne zarządzanie sprzedażą. Konsumenci coraz chętniej korzystają z aplikacji danego sklepu, ale również z asystentów głosowych czy sztucznej inteligencji, która pomaga w doborze najlepszego produktu. Chętniej wybierają placówki, w których zakupy zrobią równie szybko i łatwo, jak w sklepach online. Stacjonarne sieci sprzedaży nie mają wyjścia i muszą zaoferować bogatsze doświadczenia zakupowe, dostosowane do indywidualnych preferencji każdego klienta.

Kryzys związany z pandemią COVID-19 zmienia nastawienie związane z zakupami i ich bezpieczeństwem. Tutaj również warto postawić na nowe technologie i – przede wszystkim – rozwiązania systemowe. Na rynku dostępne są urządzenia, które pomogą kontrolować liczbę klientów w sklepie, zachować minimalną zalecaną odległość pomiędzy klientami, czy w odpowiedni sposób zdezynfekować wózki sklepowe. Handel detaliczny jaki znamy przestaje zaspokajać rosnące wymagania zakupowe. Sprzedawcy powinni przygotować się na to, że konsumenci stają się coraz bardziej świadomi – dodaje Marcin Zieliński, Head of Sales w Terytorium Sp. z o. o., jeden z twórców streamPRO+.

Sklepy bardziej lokalne i eko

Warto obecnie postawić na produkty lokalne. Przez lockdown doceniamy to, że dana marka wspiera takie inicjatywy i chętniej korzystamy z jej oferty W okresie COVID-19 ok. 40% konsumentów w znacznym stopniu zwraca jeszcze większą uwagę na postepowanie marek wobec społeczności lokalnych, pracowników, środowiska oraz na lokalne pochodzenie produktów – wynika z danych KPMG. Co więcej, istotna jest dla nas również cena. Jest to podyktowane tym, że większość z nas podczas lockdownu doświadczyła obniżenia pensji, zredukowania etatu lub musiało zmienić pracę. Zdaniem ponad 60% osób kluczowym czynnikiem, który w największym stopniu wpływa na podjęcie decyzji zakupowej jest stosunek jakości do ceny.

A co z ekologią? To również ważny czynnik, który pomoże odbudować zaufanie i przyciągnąć konsumentów. Z raportu „Bio – szansą rynkową” wynika, że aż 62% badanych chciałoby biozakupy robić częściej i kupować więcej. Widać więc, że warto postawić na ten trend, który może zaowocować w przyszłości.

Nurt ochrony środowiska naturalnego rośnie w siłę i angażuje coraz więcej osób. W dobie trendu „zero waste” nie powinien dziwić więc fakt, że konsumenci coraz bardziej świadomie dokonują zakupu produktów – chcą mieć wpływ na zatrzymanie negatywnych zmian środowiskowych, które dzieją się na ich oczach. Badanie „Postawy Polek i Polaków wobec ochrony środowiska” pokazuje, że niemal 60% osób postrzega zmianę klimatu jako realne zagrożenie dla siebie i swoich bliskich.

Eksperci: zarządzanie kryzysowe i digital PR mocno w górę

Profesjonaliści z branży public relations są zgodni co do tego, że po pandemii wzrośnie zapotrzebowanie na zarządzanie kryzysowe (77%) oraz digital PR (72%). Po przeciwnej stronie znajdują się organizacja eventów i sponsoring, gdzie spadek zapotrzebowania prognozuje odpowiednio 78% i 63% respondentów. Powyższe wyniki są efektem badań przeprowadzonych w roku 2020 przez zespół analityków Exacto.

W związku z wybuchem pandemii COVID-19 szczególnego znaczenia nabrały dwa obszary, którymi zajmują się specjaliści public relations. Zarządzanie kryzysowe było uruchamiane przez znaczną część podmiotów, które musiały dostosować procedury do nowych realiów. Digital PR natomiast, w naturalny sposób zyskuje na znaczeniu z racji przeniesienia znacznej części działań do sieci podsumowuje dr hab. Dariusz Tworzydło, prof. UW, współautor badań.

Badania dowodzą, iż profesjonaliści PR prognozują także wzrost zapotrzebowania na rynku w zakresie komunikacji wewnętrznej (51%) oraz CSR (42%). Co ciekawe, przy tym drugim obszarze 35% specjalistów mówi o spadku popytu na tego typu działania. – CSR jest na tyle specyficzny, że niektóre firmy uruchamiając oszczędności będą rezygnowały z tych działań, a inne wpasują aktywności w obszarze CSR w walkę z COVID-19 – dodaje Marek Zajic, lider zespołu badawczego Exacto. Podobna rozbieżność widoczna jest w kategorii relacji z influencerami, gdzie wzrost zapotrzebowania prognozuje 33% specjalistów, a spadek 41%. Obszarami, na które zapotrzebowanie będzie się kurczyć są (oprócz eventów i sponsoringu) badania i ewaluacje – spadek prognozuje 42% badanych.

Spoglądając sumarycznie na wszystkie badane obszary, respondenci wskazywali wzrost łącznie 1096 razy (36%), spadek – 1025 (33%), a 961 razy (31%) prognozowali, że sytuacja pozostanie bez zmian. Taki rozkład sugeruje, że pomimo głębokiego, wewnętrznego przetasowania, rynek działań PR oceniany jest w sposób zrównoważony ze względu na różnorodność sfer zadaniowych, które zastępują i uzupełniają się wzajemnie.

Analizę popytową uzupełniono dodatkową informacją dotyczącą potencjału outsourcingowego poszczególnych usług. Wśród zadań realizowanych głównie przy wsparciu zewnętrznym, czyli tych z największym potencjałem outsourcingowym, specjaliści branży PR wskazali: badania i ewaluacje (36%), zarządzanie kryzysowe (33%), relacje z influencerami (28%), organizację eventów (28%) oraz digital PR (28%). – Interpretując te odpowiedzi należy mieć na uwadze, że na wysoko oceniane pod kątem outsourcingowym badania i ewaluacje oraz organizację eventów trzeba nałożyć prognozowany przez specjalistów spadek zapotrzebowania w tych obszarach. Zatem firmy nie tylko rezygnują z części działań, ale także optymalizując koszty szukają podmiotów zewnętrznych do realizacji tych, które jednak planują wykonać – dodaje Dariusz Tworzydło. Z kolei digital PR i zarządzanie kryzysowe to dziedziny, gdzie wysoki potencjał outsourcingowy połączony jest z prognozowanym wzrostem zapotrzebowania na usługi. Oznacza to, że firmy PR mogą liczyć na coraz większy zasób zleceń w tych obszarach.

Więcej informacji w tym zakresie zostanie zaprezentowanych podczas XX Kongresu Public Relations, który odbędzie się w dniach 24-25 września 2020 roku w Rzeszowie.

Branża turystyczna i estradowa szukają ratunku w uproszczonej restrukturyzacji

0

Sektor zatrudniający 800 tysięcy osób w ponad 13 tysiącach firm i wart blisko 55 mld zł, swoją przyszłość uzależnia od rozwoju pandemii, a także wejścia w życie ustawy o tarczy antykryzysowej dla turystyki. Kolejne prace parlamentarne w związku z nowymi przepisami zaplanowano na 10 września br. W opinii ekspertów PMR Restrukturyzacje pomocnym rozwiązaniem dla wielu przedsiębiorstw znajdujących się w sytuacji kryzysowej może okazać się uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne. 

Według Głównego Urzędu Statystycznego w maju 2020 r. z turystycznych obiektów noclegowych w Polsce skorzystało 387,2 tys. osób, czyli o 88,2% mniej niż przed rokiem. W czerwcu spadek był niewiele mniejszy i wyniósł 62,7%. Kluczowe dla tego sektora będą jednak miesiące wakacyjne, które co roku odpowiadają za ok. 30 proc. rocznych obrotów generowanych w krajowej turystyce.

Aby wyjść na prostą i zrekompensować poniesione straty, w lipcu i sierpniu firmy z branży turystycznej musiałyby znacząco zwiększyć planowane zyski i utrzymać wysoki poziom przychodów w kolejnych miesiącach. Nadchodząca jesień jest jednak całkowicie nieprzewidywalna i w obawie przed zapowiadaną kolejną falą zachorowań, większość z nas decyduje się na urlop już teraz. We wrześniu i październiku możemy więc spodziewać się kolejnego spowolnienia w branży, którego budżety wielu firm mogą już nie wytrzymać – tłumaczy Małgorzata Anisimowicz, prezes zarządu PMR Restrukturyzacje i kwalifikowany doradca restrukturyzacyjny i dodaje, że w najbliższym czasie drugim ogromnym wyzwaniem dla przedsiębiorców z tego sektora będzie upływający termin wypłaty zwrotów rezerwacyjnych. Tym bardziej kluczowe pozostaje zatem wdrożenie mechanizmów pomocowych amortyzujących skutki utraty płynności finansowej, w tym czasowe zwolnienie przedsiębiorców ze składek ZUS, wypłacenie świadczeń postojowych, a także powołanie Turystycznego Funduszu Zwrotów, który pomoże utrzymać płynność pomimo konieczności wypłacenia przez firmy środków za odwołane imprezy turystyczne.

Czas to pieniądz – nowe przepisy lub uproszczona restrukturyzacja

Po zamknięciu granic w połowie marca br. i wprowadzeniu obostrzeń w zakresie przemieszczania się, setki tysięcy Polaków odwołało planowane wyjazdy. Jak wynika z analiz zespołu parlamentarnego, który przygotował projekt zmian w ustawie o tarczy antykryzysowej dla branży turystycznej i estradowej, do czerwca br. zaledwie 30% osób, które odstąpiły od umowy lub z którymi zostały one zerwane, zdecydowało się na przyjęcie rekompensaty poniesionych kosztów w postaci długoterminowych voucherów. Zdecydowana większość klientów biur podróży i firm oferujących usługi turystyczne preferowała 100% zwrot na konto, co oznacza, że branża musi liczyć się z dużym zagrożeniem dla utrzymania płynności finansowej.

– Zgodnie z mechanizmami określonymi w ramach tarczy antykryzysowej, wprowadzonej 31 marca br., operatorzy turystyczni, mieli na oddanie środków 180 dni. Czas ten płynie jednak bardzo szybko i bez szybkiej pomocy ze strony państwa znaczna część przedsiębiorstw będzie miała duże problemy z utrzymaniem płynności finansowej. Dlatego firmy znajdujące się w najtrudniejszej sytuacji, nieposiadające poduszki finansowej, która pozwoliłaby im przetrwać nadchodzące miesiące, już teraz powinny rozpocząć działania restrukturyzacyjne. Doświadczenie naszych klientów pokazuje bowiem, że nawet kilka tygodni zwłoki może sprawić, że biznesu nie będzie już można uratować – wskazuje Małgorzata Anisimowicz.

Uproszczona restrukturyzacja szansą na przetrwanie

Przedstawiciele branży turystycznej, którzy nie zdążą lub nie będą mieli możliwości skorzystania z rozwiązań przewidzianych w tarczy antykryzysowej, mogą okazać się więc znaczącym „beneficjentem” nowego narzędzia dla przedsiębiorców, w postaci uproszczonego postepowania restrukturyzacyjnego. Nowe rozwiązanie, z którego skorzystać można od 24 czerwca br. sprawia, że postępowanie naprawcze staje się nie tylko szybkie, ale także przewidywalne, a jego przepisy zwiększają wpływ przedsiębiorcy na proces restrukturyzacji. Może z niego skorzystać każdy przedsiębiorca, bez względu na wielkość i obszar działalności firmy, który poszukuje efektywnych narzędzi do ochrony przed upadłością, agresywną windykacją i egzekucją komorniczą – W stosunku do klasycznego postępowania restrukturyzacyjnego, jego uproszczona wersja niesie dla firmy kilka niepodważalnych korzyści. To przede wszystkim pozasądowy charakter, który przyspiesza proces podejmowania decyzji i umożliwia niemal natychmiastowe wstrzymanie egzekucji. Uproszczone postępowanie trwa także znacznie krócej niż pozostałe procedury naprawcze, umożliwia zdalne głosowanie nad układem i ułatwia ochronę kluczowych umów – wyjaśnia Małgorzata Anisimowicz. Nowe unormowania prawne przewidują m.in. brak możliwości wypowiadania umów wzajemnych przez wynajmujących, takich jak umowy najmu lokalu czy nieruchomości, na których prowadzone jest przedsiębiorstwo, a także umów leasingu.

Restrukturyzacja dla wielu firm z branży turystycznej, które chcą uniknąć upadłości, jest nieunikniona. Ich sprzymierzeńcem z pewnością nie będzie jednak czas, dlatego uproszczone postępowanie wydaje się optymalnym rozwiązaniem, by naprawić biznes, przetrwać trudny okres i za kilka miesięcy odzyskać stabilność – tłumaczy Małgorzata Anisimowicz.

Biznes wart ponad 55 miliardów złotych

O tym, że w turystyce gra toczy się o naprawdę wielkie pieniądze, najlepiej świadczą dane. Według Głównego Urzędu Statystycznego pod koniec października 2019 roku w Polsce było zarejestrowanych 13,6 tys. firm prowadzących m.in. działalności organizatorów turystyki, pośredników i agentów turystycznych. Branża, która w zależności od źródeł zatrudnia nawet do 800 tys. osób ma także dużą wartość biznesową. Jak wynika z najnowszych analiz Światowej Rady Turystyki i Podróży sektor turystyczny w Polsce odpowiada za blisko 4,7 proc. krajowego PKB, a wszystkie wydatki krajowych i zagranicznych turystów w naszym kraju sięgają około 55 mld złotych.

Wybór drukarki w zależności od przeznaczenia

0

Drukarka jest niezbędnym wyposażeniem biura, ale przydaje się również w domu do drukowania różnych dokumentów, materiałów do nauki, biletów lub zdjęć. Warto sprawdzić, czy drukowanie w domu będzie bardziej opłacalne niż korzystanie z usług punktu ksero lub fotograficznego. Obecnie zakup urządzenia kosztuje niewiele i każdy jest w stanie dopasować go do swoich możliwości finansowych. Jak wybrać odpowiednią drukarkę? Czym kierować się przy zakupie? 

Jaka drukarka jest odpowiednia do domu?

W pierwszej kolejności należy podjąć decyzję dotyczącą technologii druku. Drukarki laserowe i atramentowe są powszechnie dostępne, ale należy zastanowić się, do czego konkretnie będziemy używać urządzenia. Na uwadze trzeba mieć fakt, że drukarka atramentowa pozwala na drukowanie w czerni i kolorze, ale w przypadku drukarki laserowej musimy wybierać pomiędzy modelem zapewniającym wydruk monochromatyczny lub kolorowy. Niestety laserowa drukarka kolorowa to już większy wydatek. Dlatego do użytku domowego najlepiej wybierać pomiędzy laserową drukarką monochromatyczną i drukarką atramentową. Jeżeli nie przewidujemy drukowania kolorowych obrazów czy wykresów, za to duże ilości dokumentów, wówczas szybkość drukarki laserowej zdecydowanie ułatwi zadanie. Jeśli jednak planujemy wydruk zdjęć lub innych obrazów, idealnym rozwiązaniem będzie drukarka atramentowa. Domowa drukarka powinna być niedroga w eksploatacji, dlatego przed zakupem należy sprawdzić, ile kosztuje tusz do drukarki hp lub innego producenta i to pod kątem konkretnego modelu drukarki. Warto zastanowić się nad dodatkowymi funkcjami, czyli zamiast klasycznej drukarki kupić urządzenie wielofunkcyjne, które nie tylko drukuje, ale również kopiuje i skanuje. Wielofunkcyjne urządzenia laserowe są droższe niż atramentowe, a przy tym zajmują więcej miejsca.

Drukarka do zdjęć – laserowa czy atramentowa?

Fotografia cyfrowa to prawdziwa rewolucja, która każdemu umożliwia zabawę w fotografa. Wystarczy dysponować smartfonem, aby upamiętnić dowolną chwilę lub uwiecznić imponujący krajobraz. Najpiękniejsze zdjęcia warto jednak wydrukować zamiast przechowywać na dysku, a teraz można to zrobić w zaciszu domu. Do drukowania zdjęć zdecydowanie najlepsza jest drukarka atramentowa, która zapewnia większą intensywność kolorów i wyrazistość obrazu. Na wydruku widać więcej szczegółów niż w przypadku posługiwania się drukarką laserową. Poza tym koszt zakupu urządzenia atramentowego jest niższy. Aby zdjęcia odznaczały się naprawdę dobrą jakością, warto sięgnąć po drukarki atramentowe z wyższej półki. 

Dobra jakość wydruku – jaki tusz wybrać?

Tusz musi być dopasowany do danego modelu drukarki. Producenci zalecają stosowanie oryginalnych tuszów. Na przykład do urządzeń HP DeskJet Ink Advantage 2515 i HP DeskJet Ink Advantage 3515 e-All-in-One oraz kilku innych modeli stworzono tusz hp 650, który w korzystnej cenie można dostać na stronie https://www.drukuj24.pl/wklad-atramentowy-czz0zae-black-65ml-oryginalny.html. Oryginalne tusze zapewniają najwyższą jakość wydruku, ale zamienniki sprawdzonych producentów niewiele im ustępują, a przy tym pozwalają na wygenerowanie oszczędności.

 

Pogorszyły się wyniki finansowe firm. Najbardziej cierpi hotelarstwo i gastronomia

W przypadku działalności sprzedażowej tendencja utrzymuje się (-4,4% vs. -4,2%). Znajduje to odzwierciedlenie w podstawowych wskaźnikach finansowych. Wynik finansowy na sprzedaży spadł o 9,2% r/r, a osłabienie polskiej waluty pogarsza wynik na operacjach finansowych. W I półroczu br. wynik finansowy netto spadł o 22,8%.

Zysk netto wykazało 72,3% przedsiębiorstw (spadek o 2,6 pkt proc.). Firmom rentownym zyski topnieją (-0,7%), wśród rosnącej grupy firm notujących stratę, skala strat wzrosła ponad dwukrotnie (o 105,1%).

Mimo ograniczeń w światowym handlu, kondycja eksporterów (52,4% badanej populacji) pozostaje niezmiennie lepsza niż podmiotów produkujących wyłącznie na krajowy rynek. Nie oznacza to automatycznie, że eksport impregnuje od spadków (przychody ze sprzedaży na eksport spadły o 10,9%, a wraz z nimi zysk netto spadł o 1,5 pkt proc., do 24,2%) – tym niemniej odsetek firm zyskownych jest systematycznie wyższy.

Rentowność obrotu netto spadła do 3,4. Dzisiejsze dane potwierdzają już wielokrotnie stawianą tezę, że pandemia dotknęła branże nierównomiernie. Najsilniejsze ciosy dostało hotelarstwo i gastronomia ze wskaźnikiem na poziomie -11,7%; na minusie są również górnictwo i wydobycie oraz pozostała działalność usługowa. Pozostałe branże notują dodatnie rentowności, niemniej spadki są dotkliwe, przy wskaźnikach na poziomie 2-3%, nie ma mowy o inwestycjach i podejmowaniu ryzyka, czy budowie buforu finansowego. Wziąwszy pod uwagę dalsze wzrosty płacy minimalnej, dodatnie marże są zagrożone. Już w I połowie roku widać było rosnący udział wynagrodzeń, usług obcych, energii oraz podatków kosztem taniejących materiałów.

W istocie, niepewność gospodarcza i regulacyjna (zwłaszcza w II kwartale) przełożyły się na drastyczne ograniczenie nakładów inwestycyjnych (-6,1% r/r). Zawieszano zakupy maszyn i urządzeń (-5,4% r/r) i środków transportu (24,6% r/r), natomiast niewielki wzrost inwestycji w budowle to efekt niezakończonych procesów zleconych w 2019 roku.

Najnowsze dane z budownictwa wskazują, że i ten efekt wygasa. W przekroju branż inwestycje kurczą się w znacznej większości z nich – w szczególności w handlu o 10,3%, w logistyce o 2,1% oraz w przetwórstwie o 1,7%. Wzrosty oparte są o efekt niskiej bazy lub specyficzne potrzeby branż.

Innym sygnałem pogrążającej niepewności jest wzrost wskaźnika płynności finansowej II stopnia (z 97,9 do 102,9). Powstrzymanie od inwestycji i leżące na kontach transfery z tarcz finansowych stanowią swoiste zabezpieczenie na czasy, kiedy wsparcie publiczne zostanie zakończone, a popyt prywatny nie wróci do poziomów sprzed pandemii.

Komentarz dr Sonii Buchholtz, ekspertki Konfederacji Lewiatan

Konfederacja Lewiatan

Dryf niepewności – sytuacja na rynku walutowym

Nagłówki w temacie szczepionek oraz oznaki konstruktywnego przebiegu rozmów handlowych USA-Chiny dają rynkom pomocną dłoń, wyciągając indeksy giełdowe na nowe szczyty. Ale na FX widoczna jest walka przywrócenie słabości dolara. Wygląda na to, że zawirowania z końcówki ubiegłego tygodnia zostawiły po sobie ślad i rezerwę inwestorów do podejmowania świeżego ryzyka.

Interesujące, jak wiele pozytywnych informacji związanych z Białym Domem pojawia się na początku tego tygodnia, akurat gdy Partia Republikańska przeprowadza konwencję, na której ostatecznie będzie przekazane poparcie dla Donalda Trumpa przed listopadowymi wyborami. Administracja Trumpa stara się pokazać, że prowadzi politykę sukcesów. Wczoraj pozytywne nastroje budowały doniesienia o przyspieszonym procesie zatwierdzenia szczepionek i to z dwóch źródeł (AstraZeneca i Pfizer), podczas gdy jednocześnie dopuszczone zostało eksperymentalne leczenie pacjentów osoczem ozdrowieńców. Dziś nowym paliwem dla rajdu cen akcji są informacje, że rozmowy handlowe USA-Chiny zostały wznowione, prowadzony jest „konstruktywny dialog”, a obie strony chcą zadbać o sukces porozumienia. Już wcześniej pisaliśmy, że umowa nie jest zagrożona, gdyż kosztowałaby Trumpa gniew farmerów i utratę głosów w wyborach. Mimo to po zeszłotygodniowym niedoborze impulsów teraz każda wiadomość jest silnym pretekstem do ruchu, a preferowany kierunkiem są wzrosty. W dobie obfitości kapitału uwolnionego przez banki centralne i rządu, trudno nie pompować go w rynek akcji.

Jednak na rynku walutowym takiego powrotu trendów tożsamych z risk-on nie widać. Przede wszystkim wygaszona została presja na osłabienie dolara. Z dużymi problemami przychodzi wznowienie wzrostów EUR/USD czy GBP/USD; w miejscu zastygł też USD/JPY. Zeszłotygodniowe korekty istotnie podkopały zaufanie do słuszności deprecjacji dolara lub przynajmniej zmusiły do rewaluacji jego skali. Dalej sądzę, że kierunek jest słuszny, gdyż psucie wartości USD przez Fed i rząd USA jest większe w porównaniu z podobnymi działaniami władz np. w Eurolandzie czy Wielkiej Brytanii. Jednocześnie poprzednia fala trwała dość długo (od połowy lipca) i po zeszłotygodniowych wstrząsach inwestorzy mogą czkać na nowy, jednoznaczny impuls. Ten sygnał najprawdopodobniej jest upatrywany w czwartkowym przemówieniu szefa Fed Powella na sympozjum Jackson Hole. Zatrzymanie w miejscu USD sugeruje, że rynek nie oczekuje niczego nadzwyczajnie gołębiego od Powella, ale to automatycznie tworzy pole do zaskoczeń negatywnych dla USD. Pozbawione rewelacji minutki z lipcowego posiedzenia FOMC rozczarowały dolarowych niedźwiedzi, ale pytaniem teraz jest, czy opinia Powella bogatszego o miesiąc nowych informacji nie uległa zmianie? Nie wykluczam, że w ocenie Fed gospodarka USA potrzebuje konfirmacji, że polityka monetarna będzie wspierać ożywienie zdecydowanie i długo. Ale dopóki w czwartek nie usłyszmy tego wprost od Powella, rynek FX będzie dryfował w niepewności.

A co dziś? Niemiecki indeks Ifo będzie uzupełnieniem mieszanych odczytów wskaźników PMI. Wzrost liczby zachorowań na koronawirusa stanowi zagrożenie dla oceny sytuacji bieżącej, ale perspektywa impulsu fiskalnego i trwającego wsparcia monetarnego powinna przynieść poprawę w subindeksie przyszłych oczekiwań. W USA przy wciąż trwającej batalii z pandemią indeks nastrojów konsumentów będzie istotnym źródłem informacji dla oceny przyszłej siły ożywienia. Konsensus zakłada utrzymanie lipcowego poziomu, odzwierciedlając równoważący się wpływ odbudowy miejsc pracy po lockdownie z wzrostem obaw o rosnącą liczbę zachorowań.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Producenci szwajcarskich zegarków otwierają się na e-commerce. To znak, że kryzys jest naprawdę poważny

Od kilku miesięcy media na całym świecie informują o firmach, które wpadły w poważne tarapaty z powodu kryzysu wywołanego pandemią koronawirusa. Doniesienia dotyczą przede wszystkim rynku amerykańskiego i tamtejszych potentatów handlu detalicznego. Sklepy, z których usług korzystają setki milionów klientów, mogą przestać istnieć. Ci, którzy utrzymali się na powierzchni, zrozumieli, że trzeba na poważnie wziąć się za rozwój w e-commerce.

Niedawno okazało się, że Polskę opuści francuska sieć odzieżowa Camaieu. Firma zdecydowała się na taki ruch z powodu spadku sprzedaży spowodowanego pandemią. Pracę z tego powodu straci ponad 140 osób. W tym samym czasie z rynku brytyjskiego docierają doniesienia o wielkich problemach marki Hotter Shoes, działającej od przeszło 60 lat. A za naszą zachodnią granicą sieć domów towarowych Karstadt Kaufhof ma zamknąć kilkadziesiąt placówek i zwolnić kilka tysięcy osób, o czym informuje m.in. Agencja Reutera. Z pewnością nie jest to koniec kiepskich wiadomości z europejskiego sektora handlu.

Amerykańscy detaliści w potrzasku

Znacznie gorzej sprawa wygląda jednak za oceanem. Serwis CNBC podawał niedawno, że według prognoz Coresight Research, amerykańscy detaliści w tym roku mogą zamknąć 25 tys. sklepów, z czego nawet 60 proc. ulokowanych jest w galeriach handlowych. Dla ukazania skali problemu warto dodać, że według CNBC w roku 2019 w USA zamknięto 9300 sklepów. I był to niechlubny rekord. Z bankructwem zmagają się m.in. J.Crew, True Religion, Victoria’s Secret, Tailored Brands, Francesca’s czy Brooks Brothers. O rekordowej stracie kwartalnej sięgającej blisko miliarda dolarów poinformował także Gap. A to jedynie przykłady z segmentu odzieżowego.

Lista jest znacznie dłuższa, znaleźć można na niej przedstawicieli różnych branż. W tarapatach są GNC, Pier 1 Imports, Gold’s Gym, Hertz czy Sur La Table. Tymczasem media publikują kolejne zestawienia firm, które należy obserwować, bo ich kondycja finansowa wydaje się nieciekawa. Część z nich zapewne zniknie z rynku, inne zostaną przejęte, pozostałe muszą opracować plan restrukturyzacji, który pozwoli uratować biznes. Nierzadko będzie się to jednak wiązać z koniecznością likwidacji nawet setek sklepów i zwolnieniem tysięcy pracowników.

Pandemia o takiej skali to w naszych czasach zjawisko bez precedensu. Jej prawdziwy wpływ na handel i pozostałe segmenty gospodarki poznamy pewnie dopiero za kilka lat – mówi Sascha Stockem, CEO Nethansy, która wprowadza polskie i niemieckie firmy na Amazona, gdzie kompleksowo zarządza ich obecnością i sprzedażą. – Nie można jednak powiedzieć, że obecna fala bankructw to wyłącznie efekt zamknięcia sklepów na kilka tygodni. Część firm od dawna zmagała się z problemami, a lockdown po prostu przyspieszył pewne procesy, był swoistym katalizatorem. Niektóre podmioty w jakimś stopniu same przyczyniły się do kryzysu, ponieważ lekceważyły nowe rozwiązania, rynek e-commerce, potrzebę ewolucji – podsumowuje Stockem.

Spóźniony zapłon

Trudno nie przyznać mu racji, gdy spojrzy się np. na prognozy firmy eMarketer. Wynika z nich, że chociaż w tym roku sprzedaż detaliczna w USA spadnie o 10 proc., to segment e-commerce urośnie o 18 proc. Nie jest to jednak wyłącznie specyfika handlu w USA. Niedawno nasz minister finansów, Tadeusz Kościński, przywoływał dane Głównego Urzędu Statystycznego i wskazywał, że w kwietniu 2020 roku sprzedaż detaliczna spadła w naszym kraju o ponad 22 proc., ale sprzedaż w internecie wzrosła o 28 proc. Jednocześnie minister zakomunikował, że wartość polskiego handlu internetowego może w tym roku przekroczyć 100 mld zł. Dla porównania w ubiegłym roku było to 50 mld zł.

Z badania przeprowadzonego przez agencję Catchers za pośrednictwem panelu badawczego Ariadna wynika z kolei, że co trzeci Polak podczas pandemii częściej korzysta z handlu internetowego, a 6 proc. respondentów zadeklarowało, że zakupy online zaczęło robić w związku z koronawirusem i ograniczeniami w handlu tradycyjnym. O tym, jakim impulsem dla rozwoju e-commerce w Polsce była pandemia, najlepiej świadczą poczynania sieci sklepów z żywnością. Kaufland, Żabka, Polomarket i Stokrotka zaczęły testować i wdrażać rozwiązanie click&collect, w którym klienci mogą zdalnie rezerwować produkty i odbierać je w wybranym sklepie. Biedronka nawiązała z kolei współpracę z operatorem aplikacji Glovo i umożliwiła zamawianie zakupów do domu. Partnerem Auchana został natomiast Inpost, który będzie tworzył sieć lodówkomatów.

Poproszony o komentarz szef Nethansy nie pozostawia wątpliwości. – Gdyby nie pandemia, te działania nie miałyby miejsca albo byłyby notorycznie odkładane na później. Do niedawna handel online żywnością w Polsce rozwijał się powoli, dużym sieciom niespecjalnie zależało na jego ekspansji. Nowa sytuacja wymaga radykalnych działań. Ich efekty z nami zostaną – zapewnia Stockem i dodaje, że wielu klientów przekonało się, że zakupy w sieci są wygodne i nie należy się ich bać. – Będą korzystać z tych nowinek nawet wtedy, gdy sytuacja się unormuje, a koronawirus przestanie być problemem. Kto raz zasmakował w e-commerce, nie będzie chciał z tego rezygnować. A przewagę nad konkurencją zdobędą ci, którzy w porę to zrozumieją.

Odważne kroki gigantów

Co ciekawe, pokaźna część detalistów zdawała sobie sprawę ze znaczenia e-commerce jeszcze przed wybuchem pandemii. Z badania przeprowadzonego na początku roku przez Retail Week wynika, że 40 proc. podmiotów z tej grupy planowało w 2020 roku inwestycje w handel w sieci. To właśnie rozwój technologiczny miał stanowić oś zmian dostosowujących ich biznes do nowych warunków. Ciekawym przykładem takiej metamorfozy jest hiszpański holding odzieżowy Inditex, do którego należą m.in. marki Zara, Pull&Bear, Bershka czy Stradivarius. Iberyjski gigant zamierza zamknąć 1200 sklepów, o czym informował m.in. Guardian. Jednocześnie firma zainwestuje 3 mld dolarów w cyfrową transformację. Plan ten ma być realizowany w latach 2020-2022 i przewiduje ekspansję na rynku e-commerce oraz rozwój platformy IT scalającej różne sfery biznesu, na który składa się dzisiaj około 7,4 tys. sklepów. Inditex chce, by w roku 2022 e-commerce odpowiadał za jedną czwartą jego wyników. W ubiegłym roku było to 14 proc.

Podobną ścieżką może pójść np. Adidas. Serwis Business Insider prezentując wyniki niemieckiej firmy z początku roku, wskazał, że zamierza ona postawić na dynamiczny rozwój sprzedaży w internecie. Podczas rozmowy w akcjonariuszami korporacji na ten element wskazał CEO Adidasa, Kasper Rorsted. Wydaje się to kluczową decyzją w sytuacji, gdy zyski w pierwszym kwartale spadają o 97 proc. w porównaniu z analogicznym okresem w roku poprzedzającym, za co w głównej mierze odpowiada zamknięcie sklepów stacjonarnych na całym świecie.

Ambitne plany na tym polu ma również Carrefour. Niedawno firma informowała, że zamierza udostępnić francuskim klientom nowe rozwiązanie zakupowe: Asystenta Google. Dzięki temu konsumenci mogą dyktować narzędziu Google listę zakupów, a ta zostanie przekształcona w koszyk zakupowy w sklepie Carrefour. Te działania nie są podejmowane pod wpływem chwili i obecnej sytuacji – największa europejska sieć supermarketów już na początku 2018 roku informowała, że do roku 2022 zamierza przeznaczyć 2,8 mld euro na rozwój e-commerce. Nie jest tajemnicą, że firma chce w ten sposób odpowiedzieć na presję m.in. ze strony Amazona.

Znak czasów

Niewątpliwie ciekawym przykładem zmian, do jakich doprowadziła pandemia koronawirusa jest pojawienie się w e-handlu kilku marek luksusowych zegarków. Do niedawna producenci tzw. „szwajcarów” wzbraniali się przed sprzedażą online, tłumacząc, że ich nabycie musi być wyjątkowym doznaniem i wykracza to poza zwykłą transakcję kupna-sprzedaży. Jednak zamknięcie sklepów stacjonarnych oraz zawieszenie ruchu turystycznego, od którego w znacznym stopniu uzależniona jest ta branża, skłoniły niektórych graczy do rewizji strategii. Na e-handel zdecydowały się m.in. Hublot, Zenith czy Ulysse Nardin. Oczywiście nie oznacza to, że zmiany wprowadzili wszyscy producenci – Rolex czy Patek Philippe wydają się być niewzruszeni efektami lockdownu i nie zamierzają oferować swoich czasomierzy online. Jednak w ich przypadku największą barierą zakupową dla klientów prawdopodobnie nie jest zamknięty butik czy brak e-sklepu…

Zwrócenie się w kierunku e-commerce nie jest oczywiście odpowiedzią na wszystkie problemy firmy – wyjaśnia Stockem. – Warto pamiętać, że pandemia koronawirusa uderzyła poważnie w łańcuchy dostaw i w niektórych przypadkach przerwała je na pewien czas. Część sklepów internetowych nie tylko nie skorzystała na boomie e-handlu, ale wpadła wręcz w tarapaty. To pokazuje, że nie ma idealnych rozwiązań. Warto jednak dywersyfikować biznes, szukać nowych rozwiązań i ścieżek rozwoju. Z pewnością ułatwi to prowadzenie firmy i uczyni ją mniej podatną na tak nieoczekiwane sytuacje – radzi CEO Nethansy.

Work Service zyskuje międzynarodowego akcjonariusza Gi Group

0

Work Service, największa w Polsce firma branży HR zapewniająca innowacyjne rozwiązania w obszarze zasobów ludzkich oraz Gi Group, jedna z wiodących na świecie firm świadczących usługi na rzecz rozwoju rynku pracy zawarły 24 sierpnia br. umowę inwestycyjną, na mocy której Gi Group przejęła kontrolny pakiet akcji Work Service. Dzięki transakcji GI Group umacnia swoją pozycję na rynku usług HR w Europie Środkowo-Wschodniej, Work Service zyskuje nowego, liczącego się na międzynarodowym rynku usług HR akcjonariusza, który umożliwi spółce pełną stabilizację finansową, rozwój działalności i usług.

Thibault Lefebvre, Dyrektor Regionalny Gi Group na Centralną i Wschodnią Europę został powołany na stanowisko nowego Prezesa Zarządu Work Service SA, Iwona Szmitkowska, dotychczasowa Prezes Zarządu Work Service została nowym Wicerezesem; Nicola Dell’Edera, Global Chief Financial Officer Gi Group został powołany na stanowisko nowego Wiceprezesa Work Service.

– Pozyskanie Gi Group jako branżowego inwestora strategicznego, który doskonale zna rynek usług HR i działa na wielu rynkach międzynarodowych, oznacza dla nas nowy etap działalności i szansę, jaką zamierzamy w pełni wykorzystać. Zyskujemy stabilizację finansową, a także perspektywę dalszego rozwoju działalności oraz powrotu do dużej części klientów. Dysponujemy olbrzymim doświadczeniem, przez lata inwestowaliśmy w jakość i technologię, a także w nowoczesną rekrutację, robotyzację i komunikację. Dzięki redukcji kosztów pośrednich działalności osiągnęliśmy najwyższe wskaźniki efektywności operacyjnej w branży. Tak jak na początku rozwoju Work Service, tkwi w nas ogromna siła i możliwości, które po zrealizowaniu umowy inwestycyjnej  będą mogły być w końcu w pełni wykorzystane” – komentuje Iwona Szmitkowska, Wiceprezes Zarządu Work Service.

Umowa finalizuje ogłoszony przez Work Service w marcu ub. roku proces pozyskania finansowego lub branżowego inwestora strategicznego, tym samym przeglądu opcji strategicznych. W jego wyniku 13 lutego br. Work Service podpisał umowę inwestycyjną z Gi Group, w której zostały określone warunki nabycia większościowego pakietu akcji. Jej finalizację poprzedziło badanie confirmatory due diligence, uzyskanie zgody organów antymonopolowych oraz uzgodnienie ze spółką, akcjonariuszami, bankami i obligatariuszami ostatecznej dokumentacji transakcji. Pomimo pandemii, która zmieniła sytuację gospodarczą i globalny rynek pracy, zawarta 24 sierpnia br. umowa zawiera wszystkie uzgodnione wcześniej postanowienia.

Na mocy umowy Gi Group nabyła większościowy pakiet akcji Work Service i zgodnie z aktualnymi przepisami wezwie do zapisu na co najmniej 66% wszystkich wyemitowanych akcji. Międzynarodowy inwestor udzieli również niezbędnego finansowego wsparcia, które umożliwi Work Service osiągnięcie celów biznesowych przy odpowiedniej strukturze finansowej.

Work Service zobowiązał się do zwołania Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy w celu zaproponowania podwyższenia kapitału zakładowego o co najmniej 30 mln zł do maksymalnej wysokości 105 mln zł po cenie 0,39 zł za akcję.

Inwestycja w Work Service jest strategicznym dopełnieniem dotychczasowej działalności Gi Group, która działa w obszarze zatrudnienia tymczasowego i stałego, poszukiwania i selekcji, doradztwa i szkoleń HR oraz usług uzupełniających.

– Duże wsparcie finansowe ze strony Gi Group połączone z doświadczeniem kierownictwa wyższego szczebla, jakością procesów oraz konsekwentnym inwestowaniem w nowe technologie umożliwi nam dalsze zapewnianie najlepszych innowacyjnych rozwiązań naszym klientom i kandydatom w ramach pośrednictwa pracy, outsourcingu i RPO. Work Service jest i pozostanie stałym punktem odniesienia dla kandydatów, klientów oraz konkurentów w Europie Centralnej i Wschodniej, w szczególności w Polsce, Czechach, na Słowacji i na Węgrzech. Jestem pewien, że nawet jeśli Gi Group i Work Service będą funkcjonowały niezależnie, będą współdziałać, by zapewnić efektywność działań oraz profesjonalizm usług świadczonych firmom i kandydatom – mówi Thibault Lefebvre, nowy Prezes Zarządu of Work Service i Dyrektor Regionalny Gi Group na Europę Centralną i Wschodnią.

– Nabycie większościowego pakietu akcji Work Service daje nam możliwość poszerzenia i skonsolidowania naszej obecności w Europie Centralnej i Wschodniej, gdzie jesteśmy już obecni w ramach marek Gi Group, Wyser i Grafton oraz umacnia naszą rolę globalnego gracza w sektorze usług HR. Jest kolejną transakcją po tych, które zrealizowaliśmy w Stanach Zjednoczonych i Brazylii oraz pokazuje pełne skupienie Grupy na zarządzaniu fazą odbicia. Działania te w pełni pokrywają się z naszym średnioterminowym celem osiągnięcia obrotów na poziomie 6 miliardów euro do roku 2023. Jestem przekonany, że Gi Group i Work Service będą współpracowały i osiągną synergię, mając jeden unikalny cel: zapewnić kompleksową obsługę zarówno firmom, jak i kandydatom” – komentuje Stefano Colli-Lanzi, Globalny CEO Gi Group.

Działające w Polsce, Czechach, na Słowacji i na Węgrzech spółki należące do Work Service i Gi Group będą w najbliższej przyszłości prowadziły działalność niezależnie. Docelowo jednakże planowane jest przygotowanie i wdrożenie optymalnego modelu synergii, by zapewnić efektywność działalności, komplementarność i rozwój usług oraz profesjonalną obsługę klienta.

– Podpisana umowa to pierwszy, formalny i bardzo ważny etap. W najbliższym czasie zastanowimy się nad możliwościami i zakresem współpracy, zintegrowania działalności spółek, by zapewnić najwyższą jakość świadczonych usług – komentuje Iwona Szmitkowska.

Doradcami Work Service w procesie byli: Blackwood Capital Group, PwC Advisory, oraz kancelaria Mrowiec Fiałek i Wspólnicy. Doradcami Gi Group w procesie byli: Baker McKenzie jako międzynarodowi doradcy prawni ze wsparciem wewnętrznego Globalnego Działu Prawnego, M&A i Globalnego Działu Finansowego, Deloitte oraz Core Sp. z o.o.

Nowe możliwości leczenia wzw C u dzieci z dofinansowaniem ABM

Rusza badanie Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, polegające na leczeniu dzieci w wieku 6-18 lat z przewlekłym wirusowym zapaleniem wątroby typu C terapią pozwalającą na całkowite wyeliminowanie wirusa z organizmu. Projekt dofinansowała Agencja Badań Medycznych w ramach konkursu na realizację niekomercyjnych badań klinicznych.

Dzieci najczęściej zakażają się wirusem zapalenia wątroby typu C od chorych matek. Przewlekłe wirusowe zapalenie wątroby typu C wzw C jest postępującą chorobą wątroby prowadzącą do marskości i raka wątrobowokomórkowego. U dzieci jest ono zwykle opisywane jako choroba łagodna, ale ostatnie obserwacje wskazują, że odsetek dzieci, u których rozwija się zaawansowane włóknienie, w tym marskość wątroby, przed osiągnięciem dorosłości sięga kilkunastu procent.

Obecnie najlepszą opcją terapeutyczną w przewlekłym wzw C u dzieci, pozwalającą na całkowite wyeliminowanie wirusa z organizmu są terapie bezinterferonowe oparte na stosowaniu leków o bezpośrednim działaniu przeciwwirusowym (DAA). Terapie te charakteryzują się skutecznością powyżej 95%, a także łatwością podania, krótkim czasem trwania terapii i wysokim wskaźnikiem bezpieczeństwa w porównaniu do dotychczas dostępnych dla dzieci terapii. – podkreśla opiekun merytoryczny projektu dr hab. Maria Pokorska-Śpiewak.

W Europie spośród około dziesięciu kombinacji leków zarejestrowanych u osób dorosłych, jedynie pojedyncze mogą być stosowane u dzieci. Ponadto, dotychczas dzieci w Polsce miały ograniczony dostęp do nowoczesnych terapii opartych o stosowanie leków mających bezpośrednie działanie przeciwwirusowe z powodu braku ich refundacji u pacjentów pediatrycznych.  Niestety wysoka cena leków sięgająca kilkudziesięciu tysięcy złotych za miesięczną terapię wyklucza samodzielny zakup preparatów przez pacjentów. Niekomercyjne badanie kliniczne prowadzone przez Warszawski Uniwersytet Medyczny we współpracy z Wojewódzkim Szpitalem Zakaźnym w Warszawie oraz Meyer Children’s University Hospital we Florencji, dzięki finansowaniu Agencji Badań Medycznych daje realną szansę na wdrożenie terapii u dzieci zakażonych wszystkimi genotypami wirusa, niezależnie od stopnia włóknienia wątroby.

Każda matka pragnie mieć zdrowe dziecko. Wiele kobiet, które zakaziły swoje dzieci wirusem zapalenia wątroby typu C, zostało już wyleczonych przy użyciu DAA. Ich marzeniem jest, aby terapia była dostępna dla ich dzieci. Dlatego ten projekt badawczy jest szczególnie istotny nie tylko z punktu widzenia naukowego i klinicznego, ale także społecznego. – podsumowuje dr hab. Maria Pokorska-Śpiewak.

Firmy boją się zatrudniać na stałe. Skorzysta na tym rynek outsourcingu

Pandemia może okazać się szansą dla rynku outsourcingu. – Firmy obawiają się jej drugiej fali i szukają rozwiązań, które wpłyną na wzrost sprzedaży, ale nie będą zanadto obciążać ich budżetu – mówi Jarosław Janiszewski, prezes NDG Medical. Zamiast zatrudniać ludzi, bardziej może im się opłacać zlecenie pewnych zadań zewnętrznej firmie. Do rekrutacji wrócą w przyszłym roku, jednak nadal ostrożnie będą podejmować decyzje, biorąc pod uwagę swoje bezpieczeństwo i koszty.

Sytuacja w gospodarce jest niestabilna i w każdej chwili obostrzenia, z którymi mieliśmy do czynienia kilka miesięcy temu, mogą wrócić. A to wpłynie na dalsze pogorszenie się wyników finansowych firm.

W efekcie już widzimy większe zainteresowanie outsourcingiem – mówi agencji Newseria Biznes Jarosław Janiszewski, prezes NDG Medical, firmy zajmującej się outsourcingiem sił sprzedaży dla branży medycznej, farmaceutycznej i FMCG.

Rynek rośnie jednak nie od dzisiaj. Z danych Deloitte wynika, że w ciągu ostatnich czterech lat globalny wskaźnik wzrostu outsourcingu wyniósł 6,4 proc., a do 2023 roku dynamika będzie utrzymywać się na poziomie 7,4 proc. rocznie. Najczęściej firmy zlecają działania z obszaru IT. Raport firmy NTT pokazuje, że ponad 45 proc. organizacji zamierza w ciągu najbliższych 18 miesięcy zwiększyć nakłady na outsourcing usług IT. Będzie on zyskiwał na znaczeniu do 2022 roku, a powodem nie będzie dążenie do zmniejszenia kosztów, tylko zapotrzebowanie na wiedzę specjalistyczną pomocną w dobie kryzysu i związanej z nim niepewności.

Rośnie też zainteresowanie outsourcingiem sił sprzedaży. Z badania „Wizerunek usług outsourcingu sił sprzedaży w Polsce”, przeprowadzonego przez grupę NDG, wynika, że przedsiębiorcy coraz częściej korzystają z pomocy firm specjalizujących się w takich rozwiązaniach.

Zdaniem eksperta outsourcing to dla firm oszczędności, ale bardzo ważne są także kwestia bezpieczeństwa i elastyczność.

– Firma outsourcingowa może wziąć na siebie wszelkie kwestie związane z kadrami, księgowością, flotą, informatyką. Dzięki temu przedsiębiorca nie musi zawierać wielu umów, zapewniać pracownikom odpowiedniego sprzętu i warunków pracy, ani zastanawiać się, czy za chwilę nie będzie musiał ich zwalniać. Wystarczy, że podpisze umowę z jedną firmą, która dostarczy mu wszelkie zamówione usługi. Dzięki temu ma poczucie bezpieczeństwa i może obniżyć  codzienne, bieżące koszty pracy ludzi – mówi prezes NDG Medical.

Dodaje, że wielu przedsiębiorców w reakcji na pandemię, z obawy o koszty i niższą sprzedaż, zaczęło ciąć etaty w poszukiwaniu oszczędności. Teraz nie zatrudniają na nowo, ponieważ wciąż obawiają się tego, co się wydarzy za dwa albo trzy miesiące.

Zastanawiają się, co zrobią z zatrudnionym pracownikiem, jeżeli lada chwila pojawi się druga fala pandemii. Dlatego do tworzenia nowych etatów podchodzą bardzo ostrożnie, dzielą obowiązki między dotychczasowych pracowników i przesuwają pewne zadania na innych, żeby przetrwać niepewny czas. Wydaje się jednak, że wkrótce pojawi się potrzeba nowych osób i zatrudnienie będzie rosło. Nie oczekiwałbym jednak takiego wysypu ofert jak przed pandemią. Firmy raczej podejdą do tematu ostrożnie, na początek zatrudniając jedną czy dwie osoby zamiast pięciu czy dziesięciu – mówi Jarosław Janiszewski.

Sytuacja może wrócić do normy w przyszłym roku. Jednak firmy wciąż ostrożnie będą podejmować decyzje, biorąc pod uwagę swoje bezpieczeństwo i koszty.

Będzie im zależało na lepszych wynikach, ale nadal będą dążyć do tego rozważnie – mówi prezes NDG Medical.

Jego zdaniem pandemia i wywołany nią wzrost zainteresowania outsourcingiem to również wyzwanie dla firm, które się tym zajmują. Muszą one przygotować ofertę i dostosować ją do obecnych realiów.

– Wydaje się jednak, że po doświadczeniu pierwszego lockdownu wiedzą już, co należy robić i jakie oferty przedstawić klientom, żeby ci z nich skorzystali i mogli czuć się bezpiecznie – mówi Jarosław Janiszewski.

Polska pracuje nad strategią wodorową. Aby zaistnieć na globalnym rynku, będzie musiała znaleźć swoją niszę

Ministerstwo Klimatu tworzy strategię wodorową do 2030 roku, która według zapowiedzi ma trafić do konsultacji jesienią. Rozwój tego rynku w Polsce ma zapewnić bodziec do rozwoju gospodarczego, ale też przyczynić się do transformacji energetycznej i ograniczenia krajowej emisji gazów cieplarnianych. Aby było to możliwe, Polska musi się jednak skupić na tzw. zielonym wodorze, wytwarzanym ze źródeł odnawialnych. Tymczasem na globalnym rynku wodoru już jesteśmy obecni – z roczną produkcją na poziomie ok. 1 mln ton, ale jest to przede wszystkim tzw. szary surowiec, wytwarzany z paliw kopalnych.

Jeżeli chodzi o szanse Polski na globalnym rynku wodorowym, musimy pamiętać, że szereg państw i dużych firm już teraz mocno inwestuje w wodór. Stąd ważny jest wybór niszy, w której chcemy się specjalizować, to musi być rozwiązanie systemowe. Potrzebujemy wielu regulacji, instrumentów finansowych i wsparcia państwowych firm, które są aktywne w tym sektorze – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Antas, analityk i partner zarządzający Esperis.

Wodór to perspektywiczny rynek, w którym szansę dostrzegła też Komisja Europejska. Opublikowana na początku lipca strategia wodorowa przewiduje wsparcie finansowe, instytucjonalne i ma zapewnić bodziec rozwojowy dla rynku wodoru w Europie, której szacunkowe zapotrzebowanie na ten surowiec w 2030 roku ma sięgnąć ok. 16,5 mln ton. Popyt na wodór rośnie na całym świecie – stowarzyszenie FCHEA szacuje, że do 2050 roku ten surowiec będzie już pokrywać ok. 14 proc.  całkowitego zapotrzebowania na energię w USA (raport Esperis „Gra o wodór. Kto zdominuje rynek wodoru na świecie?”).

W tej chwili Stany Zjednoczone – podobnie zresztą jak i UE – są jednym z największych na świecie producentów wodoru, wytwarzając ok. 10 mln ton rocznie (cała globalna produkcja to ok. 74 mln ton). Polska wytwarza ok. 1 mln ton (największym producentem jest Grupa Azoty) i chcąc dalej rozwijać się na tym rynku, będzie musiała sprostać rosnącej, globalnej konkurencji i znaleźć swoją niszę na rynku wodorowym.

Kwestiami, o których możemy myśleć, są oczywiście chemia, magazynowanie i przesył wodoru oraz elektrolizery, czyli produkcja wodoru. Wprawdzie tutaj jest spora konkurencja, ale swoich sił próbują na tym polu również firmy z mniejszych krajów, jak Nowa Zelandia, i też mają spore szanse – mówi Łukasz Antas. – Możliwości dla polskich technologii jest więcej. Mamy silnych graczy w sektorze kolejowym, producentów autobusów, więc tutaj też jak najbardziej powinniśmy inwestować, bo w tych sektorach mamy większe perspektywy. Trzeba przeanalizować, które z nich są najbardziej perspektywiczne, i na nich skoncentrować wysiłki.

Jak podkreśla, na rynku tzw. szarego wodoru (czyli produkowanego z paliw kopalnych) Polska jest już teraz dość istotnym graczem. Jednak przyszłość rynku to wodór niskoemisyjny, czyli zielony, produkowany z odnawialnych źródeł energii. Ten stanowi jak na razie raptem 5 proc. całkowitej produkcji tego surowca.

Szary wodór jest wykorzystywany głównie w procesach przemysłowych i praktycznie nie jest sprzedawany na rynku. Teraz więc Polska musi wykonać szereg inwestycji, wprowadzić regulacje i zapewnić środki finansowe, żebyśmy mogli zaistnieć na globalnym rynku. Nie jako producenci, bo pod tym względem trudno będzie konkurować z takimi gigantami jak Katar czy generalnie Bliski Wschód, ale przede wszystkim musimy myśleć o technologiach zastosowania wodoru w gospodarce, np. w przemyśle chemicznym, który jest w Polsce bardzo silny – mówi analityk i partner zarządzający Esperis.

Ministerstwo Klimatu pracuje w tej chwili nad strategią wodorową do 2030 roku, która – jak zapowiedział minister Michał Kurtyka – ma trafić do konsultacji jeszcze tej jesieni. Rządowy plan zakłada m.in. współpracę z państwowymi spółkami, które będą inwestować w wodór i wykorzystanie mechanizmów finansowych przewidzianych w Europejskim Zielonym Ładzie.

Podejrzewam, że decyzja rządu pójdzie w kierunku wspierania chemii [wodór stosuje się głównie jako surowiec w procesach chemicznych, np. produkcji amoniaku – red.], ale sektor kolejowy i autobusowy prawdopodobnie też będą uwzględnione dość wysoko – prognozuje Łukasz Antas.

Według rządowych planów rozwój rynku wodoru w Polsce ma zapewnić bodziec do rozwoju gospodarczego, ale też przyczynić się do transformacji energetycznej i ograniczenia przez nasze kraj emisji gazów cieplarnianych, zwłaszcza z sektora transportowego. Jednak aby faktycznie było to możliwe, Polska musi skupić się na tzw. zielonym wodorze, produkowanym ze źródeł odnawialnych.

To, czy Polska będzie produkowała zielony wodór, zależy tylko od nas. Mamy w planach duże farmy offshore na morzu, o mocy prawie 6 GW, i spokojnie można wykorzystać je do produkcji zielonej energii. Mało kto mówi też o tym, że do produkcji zielonego wodoru można wykorzystać biomasę. Z perspektywy Polski, czyli kraju, w którym sektor rolniczy jest dosyć rozwinięty, ważne jest, żeby tę definicję zielonego wodoru na poziomie unijnym rozszerzyć tak, aby dawała szansę na jego produkcję właśnie z biomasy albo ze śmieci – mówi analityk i partner zarządzający Esperis.

Niepewna przyszłość rynku kredytowego. Dalsze zaostrzanie polityki przez banki może zachwiać całą gospodarką

0

W pierwszej połowie tego roku banki udzieliły mniej kredytów we wszystkich segmentach rynku. Spadki wynikają zarówno z mniejszego zainteresowania klientów, jak i zaostrzania polityki kredytowej sektora. Dalsze jej zaostrzanie w kolejnych kwartałach może doprowadzić do zjawiska tzw. credit crunchu, czyli nadmiernego ograniczenia dostępności kredytu w gospodarce, czego efektem może być m.in. spadek polskiego PKB. Z raportu NBP wynika wprawdzie, że banki w niewielkim stopniu będą łagodzić swoje podejście, ale Związek Banków Polskich podkreśla, że ze względu na wzrost ryzyka i duże obciążenia sektora polityka musi pozostać bardziej restrykcyjna niż przed pandemią.

– W ostatnich miesiącach zaobserwowaliśmy ogromny spadek zainteresowania ofertą kredytową banków. Wystąpił on właściwie we wszystkich grupach. Największy obserwujemy w segmencie małych i średnich przedsiębiorstw oraz rolników. Istotny spadek, ale nie tak dramatyczny, zaobserwowaliśmy też w przypadku kredytów mieszkaniowych. Szacujemy, że na koniec tego roku poziom ilościowy i wartościowy kredytów mieszkaniowych zmniejszy się o ok. 8–10 pkt proc., czyli nie będzie tragedii, ale jednak wyraźne zmniejszenie – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Pietraszkiewicz, prezes Związku Banków Polskich.

Spadek popytu na kredyty odzwierciedlają dane BIK za pierwsze półrocze tego roku. Banki i SKOK-i udzieliły w nim mniej wszystkich rodzajów produktów kredytowych, zarówno w ujęciu wartościowym, jak i ilościowym. Liczba i wartość przyznanych kredytów gotówkowych spadły średnio o 1/3. W segmencie mikroprzedsiębiorców liczba zapytań kredytowych z banków do BIK spadła w pierwszym półroczu o 23 proc. W sumie w tym czasie banki udzieliły im kredytów obrotowych na kwotę niższą o 27,5 proc., a inwestycyjnych – o 42,6 proc. w porównaniu do tego samego okresu rok wcześniej. Z kolei liczba klientów starających się o kredyt mieszkaniowy tylko w lipcu spadła o 6,4 proc. r/r, a wnioskowali oni o kredyty na kwotę niższą o 3,5 proc. względem tego samego miesiąca zeszłego roku. Co istotne, spadki mają zarówno charakter podażowy, jak i popytowy.

– Mamy z jednej strony ograniczenia po stronie samych klientów, czyli po stronie popytowej. Jest to także związane z ofertą wsparcia, którą w okresie pandemii rząd skierował do przedsiębiorców. Ze zrozumiałych względów część klientów zrezygnowała w tej fazie z typowego kredytu bankowego, ponieważ uzyskała pomoc z tarczy finansowej PFR-u – wyjaśnia prezes ZBP. – Z drugiej strony banki, ze względu na pandemię, sytuację na rynku i poziom kredytów nieregularnie obsługiwanych, zaostrzyły w ostatnich miesiącach politykę kredytową.

Na znaczne zaostrzenie warunków udzielania kredytów we wszystkich segmentach rynku już w pierwszym kwartale br. wskazywał NBP. W przypadku produktów dla przedsiębiorstw skala tego zaostrzenia była największa od 2009 roku. Prezes ZBP podkreśla, że wynika to m.in. z wysokiego poziomu nieregularnie obsługiwanych kredytów i wzrostu ryzyka kredytowego.

– W strefie euro poziom kredytów nieregularnych mieści się w przedziale ok. 2,5–3,5 pkt proc. W Polsce niestety ten poziom utrzymuje się w przedziale 6,5–7 pkt proc., ale w przypadku kredytów dla przedsiębiorców i niektórych kredytów konsumpcyjnych przekroczył już nawet 12 pkt proc. Banki nie mogą sobie pozwolić na podwyższenie poziomu kredytów nieregularnych. Ponadto polskie rozwiązania podatkowe i ostrożnościowe są bardzo restrykcyjne i dotkliwe. Ten zbieg czynników, czyli wysokie obciążenie, stosunkowo wysoki poziom kredytów nieregularnych, pandemia i kłopoty wielu przedsiębiorstw, powodują, że polityka banków musi być o wiele ostrożniejsza, bardziej restrykcyjna – mówi Krzysztof Pietraszkiewicz.

Zarówno bank centralny, jak i ZBP wskazują, że zaostrzenie polityki kredytowej może w kolejnych kwartałach doprowadzić do zjawiska tzw. credit crunchu, czyli nadmiernego ograniczenia dostępności kredytu w gospodarce. To zaś przełoży się na spadek polskiego PKB.

– To zjawisko credit crunchu było widoczne zwłaszcza w latach 2008–2015, zarówno na rynku amerykańskim, jak i europejskim. Taka sytuacja ma miejsce, kiedy banki, które odpowiadają przede wszystkim za bezpieczeństwo depozytów, widząc, że pewna pula kredytów się zepsuła i może zagrozić ich stabilności, mocno ograniczają swoją akcję kredytową – wyjaśnia prezes ZBP. – W Stanach Zjednoczonych credit crunch był bardzo głęboki i władze federalne musiały podejmować działania zakrojone na wielką skalę, łącznie z pewnymi specyficznymi metodami finansowania przedsiębiorstw bezpośrednio przez federalną rezerwę. Z kolei w wielu krajach Europy Zachodniej władze zawierały z systemami bankowymi dodatkowe porozumienia, udzielały dodatkowego finansowania lub gwarancji, ale było to połączone z rekapitalizacją, a w niektórych przypadkach nacjonalizacją banków.

Polski sektor bankowy zetknął się ze zjawiskiem credit crunchu w II połowie 2008 roku. Jak wskazuje ZBP, kredytowanie gospodarstw domowych spadło wówczas o 25 proc., a kredytowanie przedsiębiorstw o 33 proc, a efektem tej sytuacji był spadek polskiego PKB o 1 pkt proc.

– W dłuższym okresie w przypadku Polski to ograniczenie kredytowania było stosunkowo niewielkie, bo w latach 2008–2015 wzrost kredytowania wyniósł w sumie ponad 48 proc. i byliśmy na drugim miejscu w całej Unii Europejskiej. W wielu krajach kredytowanie spadło w tym czasie o kilkanaście do nawet kilkudziesięciu procent. Dlatego też w Polsce PKB obniżyło się tylko o 1 pkt proc. rocznie, ale w innych krajach spadki były kilkuprocentowe. Credit crunch jest groźny, bo rzutuje na płynność firm i współpracę między przedsiębiorcami. Doprowadza do zaburzeń w różnych segmentach gospodarki realnej. Dlatego trzeba robić wszystko, aby zapobiec temu zjawisku – podkreśla Krzysztof Pietraszkiewicz.

W lipcowym raporcie Narodowy Bank Polski wskazuje, że w III kwartale banki zamierzają już stopniowo łagodzić politykę kredytową – zarówno dla firm, jak i klientów indywidualnych („Sytuacja na rynku kredytowym – wyniki ankiety III kw. 2020”). Spodziewany jest też wzrost popytu na kredyty mieszkaniowe oraz kredyty krótkoterminowe dla firm. W przypadku konsumpcyjnych prognozy banków są zróżnicowane.

Afryka Wschodnia walczy ze skutkami powodzi. Brakuje wody pitnej, żywności i schronienia dla blisko pół miliona osób

Seria powodzi wywołana przez ulewne deszcze, które nawiedziły strefę równika w okresie od września 2019 roku do kwietnia tego roku, oraz największa od lat inwazja szarańczy to powody wyjątkowo trudnej sytuacji w wielu afrykańskich krajach. Kryzys potęguje pandemia koronawirusa. – Sytuacja w Afryce Wschodniej jest bardzo trudna, bo powodzie dotknęły miejsc, które są najmniej przygotowane na to, aby sobie z nimi radzić, czyli m.in. Sudan Południowy i Somalię – mówi Helena Krajewska z Polskiej Akcji Humanitarnej.

– W wyniku powodzi zostało zniszczonych wiele domów, zginęły zwierzęta gospodarskie i blisko pół miliona osób zostało pozbawionych dachu nad głową. Powódź niesie za sobą również choroby. Stojąca woda może przyczynić się do epidemii malarii, tyfusu, czerwonki – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Helena Krajewska.

Jak podaje Polska Akcja Humanitarna, fala powodziowa niszczy nie tylko domy, ale także latryny i niesie ze sobą duże ilości śmieci. Znajduje się w niej mnóstwo patogenów powodujących choroby, takie jak cholera czy ostra biegunka wodnista, które nieleczone mogą prowadzić do śmierci, zwłaszcza dzieci. W rozlewiskach, które powstają po powodziach, lęgną się komary roznoszące inne niebezpieczne choroby – malarię i dengę.

 Sytuację pogarsza fakt, że powodzie odizolowały od reszty świata całe miejscowości, szczególnie w Sudanie Południowym i Somalii. Dotarcie tam z pomocą humanitarną stało się szczególnie trudne – podkreśla ekspertka z PAH. – Mieszkańcy zalanych terenów potrzebują natychmiastowej pomocy, a szczególnie bezpiecznego schronienia i wsparcia, które pozwoli im przespać się w komfortowych warunkach, nie na ziemi, w wilgoci. Potrzebują też czystej wody, której wciąż brakuje, racji żywnościowych i przede wszystkim pomocy w odbudowaniu domów, aby mieli do czego wrócić.

Jak podkreśla, długoterminowe perspektywy nie są dobre, bo zmiany klimatu przyczyniają się do natężenia groźnych zjawisk pogodowych. W Afryce już teraz mamy do czynienia z jednej strony z nawracającą suszą, a z drugiej – z coraz silniejszymi opadami deszczu, które prowadzą do długotrwałych powodzi.

 Niestety nie ma pomiędzy nimi wystarczająco długiego okresu dobrej, spokojnej pogody, aby mieszkańcy mogli zasiać, zebrać plony i zabezpieczyć się na przyszłość. To są główne wyzwania zarówno dla ludności, jak i organizacji, które docierają tam z pomocą humanitarną – dodaje Helena Krajewska.

W Afryce odnotowano do tej pory prawie milion przypadków zakażenia koronawirusem, a liczba ofiar to około 19 tys. Gospodarki krajów afrykańskich, które odczuwają kryzys związany z pandemią, w szczególności skutki izolacji ekonomicznej, nie poradzą sobie same z konsekwencjami powodzi, a później – jak można się spodziewać – także suszy.

Dodatkowo mieszkańcy znacznego obszaru Afryki nie mieli szansy na zmagazynowanie dostatecznej ilości pożywienia na przyszłość, z uwagi na największą od 70 lat plagę szarańczy. Trudno mówić o jakichkolwiek perspektywach rozwoju dla krajów, które są tak silnie doświadczane przez kryzysy – podkreśla ekspertka PAH.

Niesienie pomocy wymaganej w czasie pandemii jest niezwykle trudne w warunkach klęski powodziowej. Polska Akcja Humanitarna działa w Somalii od 2011 roku. Od początku priorytetem jest zapewnianie ludziom dostępu do czystej wody i dbanie o bezpieczeństwo higieniczne. Mieszkańcy Somalii od wielu lat zmagają się z problemem dostępu do wody pitnej, a ostatnie kataklizmy potęgują niedobory. Ponadto wielu z nich mieszka w obozach dla osób wewnętrznie przemieszczonych, gdzie nie ma możliwości zastosowania kwarantanny na wypadek zarażenia koronawirusem. Dlatego bardzo ważne jest unikanie ryzyka. Lokalna misja PAH organizuje dystrybucję środków czystości, plakatów z informacjami o sposobach zapobiegania rozprzestrzenianiu się koronawirusa oraz organizuje szkolenia z higieny.

Podobne działania są prowadzone w Sudanie Południowym. W obozach dla osób wewnętrznie przemieszczonych powstają punkty do mycia rąk, a mieszkańcy otrzymują mydło. PAH jest tam obecna od 2006 roku – buduje i remontuje studnie, latryny i stacje mycia rąk oraz dba o odpowiednie warunki sanitarne w szkołach. Prowadzi dystrybucję nasion, narzędzi rolniczych, sprzętu do nawadniania upraw. Pomoc niesiona jest zarówno w odpowiedzi na nagłe potrzeby, jak i w ramach zwiększania odporności lokalnej społeczności na przyszłe kryzysy.

Sztuczna inteligencja skróci czas wykonania rezonansu magnetycznego 10-krotnie. Wygenerowany przez nią obraz diagnostyczny jest identyczny jak otrzymany starym sposobem

Wykorzystanie sztucznej inteligencji do wykonywania badania rezonansem magnetycznym pozwala na otrzymanie obrazu diagnostycznego aż dziesięciokrotnie szybciej, niż ma to miejsce w tradycyjnych aparatach. Jak wynika z badań naukowych, taka forma otrzymania wyników pozwala na stwierdzenie takich samych nieprawidłowości i postawienie identycznej diagnozy, jak ma to miejsce w tradycyjnym MRI. Technologia została już przetestowana w ortopedii. Kolejnym krokiem będzie wykorzystanie jej w diagnostyce neurologicznej.

– Nasze badanie dotyczące fastMRI jest ważnym krokiem w kierunku akceptacji klinicznej i wykorzystania skanów MRI wykonywanych dzięki sztucznej inteligencji, ponieważ po raz pierwszy pokazuje, że obrazy generowane przez SI są zasadniczo nie do odróżnienia od standardowych badań klinicznych MRI i są wymienne pod względem dokładności diagnostycznej – podkreśla dr n. med. Michael P. Recht, profesor radiologii Louis Marx na Wydziale Radiologii Uniwersytetu Nowojorskiego Langone.

FastMRI jest oparta na sieci neuronowej, która analizuje największy na świecie otwarty zbiór danych o rezonansach magnetycznych kolana. Na podstawie tych danych algorytm sztucznej inteligencji był w stanie wygenerować skan MRI o dokładności odpowiadającej temu, który wykonywany jest standardowo, jednak w aż dziesięciokrotnie szybszym tempie. Standardowo badanie rezonansem trwa od 10 minut do nawet 1,5 godziny.

Następnie badania obrazowe otrzymane u 108 pacjentów przez fastMRI i tradycyjny rezonans zostały przeanalizowane przez specjalistów w dziedzinie radiologii. Z badania opublikowanego w „American Journal of Roentgenology” wynika, że na podstawie obu obrazów wykryto te same nieprawidłowości i postawiono dokładnie takie same diagnozy.

– Nasze wyniki oznaczają zmianę paradygmatu, w jaki sposób możemy poprawić doświadczenia pacjentów i tworzyć obrazy za pomocą rezonansu magnetycznego – przekonuje dr Michael P. Recht.

Szybki rezonans magnetyczny może sprawdzić się zarówno w diagnozowaniu w ortopedii, jak i innych gałęziach medycyny – między innymi w neurologii. Badacze postanowili udostępnić projekt fastMRI w formule open source.

– Zachęcamy do korzystania z danych fastMRI i otwartego kodu źródłowego w celu rozwijania naszych badań – wskazuje dr n. med. Daniel K. Sodickson, dyrektor Centrum Innowacji i Badań Zaawansowanego Obrazowania na Uniwersytecie Langone.

Sztuczna inteligencja jest coraz chętniej wykorzystywana do usprawnienia zarówno wykonywania, jak i analizy innych rodzajów badań obrazowych. Firma ContextVision oferuje już oparte na SI wzmocnienie obrazu dla radiografii. Atumira jest narzędziem pozwalającym poprawić zarówno obraz uzyskiwany w badaniu przeprowadzanym statycznie, jak i dynamicznie. Może być ono wykorzystywane zarówno do zwykłych zdjęć rentgenowskich, jak i najbardziej zaawansowanych aparatów angiograficznych, a także w diagnostyce wykonywanej na potrzeby medycyny weterynaryjnej.

W lutym amerykańska Agencja ds. Żywności i Leków (FDA) zezwoliła na wprowadzenie na rynek pierwszego oprogramowania do przeprowadzania USG serca opartego na sztucznej inteligencji. Caption Guidance jest przeznaczone do stosowania w badaniu ultrasonograficznym serca, znanym jako dwuwymiarowa echokardiografia przezklatkowa. Jest to badanie przydatne zwłaszcza w uzyskiwaniu standardowych widoków serca pod różnymi kątami. Uzyskanie takiego obrazu pozwala na znaczne usprawnienie diagnostyki kardiologicznej.

– Będziemy nadal przesuwać granice obrazowania medycznego, wykorzystując sztuczną inteligencję nie tylko do powielania zadań wykonywanych przez ludzi, lecz także do generowania zupełnie nowych możliwości, które poprawiają opiekę nad pacjentami – zapowiada dr Daniel K. Sodickson.

Według analityków z Mordor Intelligence rynek sztucznej inteligencji w medycynie był w 2019 roku wyceniany na kwotę ponad 3 mld dol. Do 2025 roku ma ona wzrosnąć niemal do 24 mld dol. Średnioroczne tempo wzrostu utrzyma się na poziomie przekraczającym 40 proc.

Pandemia koronawirusa zwiększy możliwości zastosowania druku 3D w firmach. Mimo rosnącego zainteresowania rynek do końca roku zamknie się z niższymi przychodami

Technologia druku 3D pozwoliła w wielu przypadkach na utrzymanie łańcucha dostaw w dobie ograniczeń wynikających z pandemii koronawirusa. Dzięki drukarkom 3D udało się m.in. zaopatrzyć personel medyczny w niezbędny sprzęt. Chociaż zainteresowanie technologią w tym roku znacznie wzrosło, zanotowane przychody rynku będą o jedną piątą niższe niż oczekiwane – z uwagi na znaczną liczbę usług realizowanych za darmo. Zwiększyła się jednak innowacyjność tej technologii.

– Pandemia przyczyniła się do zwiększenia innowacyjności w zakresie druku 3D. Przede wszystkim postawiła wiele wyzwań przed branżą, ale jednocześnie pokazała, jak można wykorzystać tę technologię jako narzędzie reagowania kryzysowego w firmach. W momencie, kiedy standardowe działania łańcucha dostaw zostają przerwane, możemy ograniczyć sobie dostęp do kluczowych części zamiennych, co może grozić przestojem w produkcji. Uniknęlibyśmy tego, gdybyśmy w firmie wprowadzili rozwiązania druku 3D – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Natalia Jusiak, head of marketing w firmie Zortrax.

Podstawową zaletą wynikającą ze stosowania drukarek 3D jest możliwość szybkiego uruchomienia produkcji. Czas potrzebny od ukończenia projektu do stworzenia prototypu narzędzia lub części zamiennej do maszyny można w tym przypadku zamknąć w zaledwie kilku godzinach. Dzięki temu, w obliczu ograniczeń wynikających z rozprzestrzeniania się SARS-CoV-2, udawało się w wielu przypadkach doraźnie utrzymać istniejący łańcuch dostaw. Szczególnie istotne było to w przypadku branży medycznej.

– Możliwość szybkiej i rozproszonej produkcji oraz brak konieczności uruchamiania skomplikowanych procesów w fabrykach, ponieważ druk 3D jest bardzo intuicyjnym procesem, sprawiały, że firmy i prywatni użytkownicy posiadający drukarki 3D odpowiadali na bieżące zapotrzebowania lokalnych szpitali i ośrodków medycznych. Na naszych drukarkach drukowaliśmy przyłbice, jak również adaptery umożliwiające wykorzystanie masek do nurkowania w charakterze masek do respiratorów czy same komponenty respiratorów – wymienia Natalia Jusiak.

Pandemia wpłynęła również na przemodelowanie samego procesu rynkowego wdrażania nowych produktów. O ile rozwiązania open source od lat kojarzone są z oprogramowaniem komputerowym, o tyle w branży sprzętu medycznego były one dotychczas stosowane raczej rzadko. Przykładem połączenia formuły open source z drukiem 3D był projekt respiratorów OpenBreath, do którego współrealizacji włoscy inżynierowie zaprosili lekarzy i naukowców z całego świata. Pliki projektowe urządzenia zostały udostępnione za pośrednictwem GitHub.

– Początkowo elementy całej konstrukcji respiratora miały zostać wykonane z blachy stalowej, a te o bardziej złożonej geometrii frezowane na maszynach CNC. Niestety ograniczenia związane z pandemią, nałożone ówcześnie na włoską gospodarkę, spowodowały, że zamknęły się firmy, które miały dostarczać te części do respiratorów Open Breath. Członkowie zespołu stwierdzili, że do tego projektu wykorzystają właśnie druk 3D, wybrali do tego rozwiązania naszą drukarkę Zortrax M300 Dual i dzięki niej stworzyli kluczowe komponenty wykorzystane w respiratorze – wskazuje ekspertka Zortrax.

Na drukarkach 3D powstają również ochronne przyłbice, stosowane zamiast maseczek nakładanych na usta i nos. Również ich projekt udostępniany jest do pobrania – tak, by szybko mógł takie narzędzie ochronne wydrukować każdy, kto dysponuje odpowiednim sprzętem do trójwymiarowego druku. Wsparcie projektowania sprzętu dla chorych i ochrona przed koronawirusem to jednak niejedyne możliwości, jakie ta technologia stwarza dla branży medycznej.

– Już teraz druk 3D wykorzystywany jest do drukowania modeli edukacyjnych dla studentów, stosuje się również drukowane modele do planowania skomplikowanych operacji czy np. drukowania prototypów personalizowanych implantów dla pacjentów. Sektor ten bardzo prężnie się rozwija i zmierza do wykorzystania w druku materiałów biokompatybilnych. Już teraz dentyści korzystają z technologii UV LCD i żywic biokompatybilnych, żeby drukować np. korony, mosty czy szyny ortodontyczne. Trwają również prace nad możliwościami tworzenia implantów dla pacjentów z materiałów biokompatybilnych – wskazuje Natalia Jusiak.

Z raportu MarketsandMarkets, uwzględniającego wpływ koronawirusa na gospodarkę, wynika, że światowy rynek druku 3D wzrośnie z 11,4 mld dol. przychodu, który zanotujemy w 2020 roku, do 30,2 mld dol. przewidywanych na rok 2025. Estymowana wycena na 2020 rok będzie o 19 proc. niższa w porównaniu do szacunków dokonywanych przed wybuchem pandemii, jednak jeszcze w tym roku dojdzie do stabilizacji i powrotu do dwucyfrowego tempa wzrostu. Spadek przychodów, zdaniem analityków, wynika z tego, że choć zainteresowanie drukiem 3D w dobie pandemii znacznie wzrosło, to znaczna część zamówień była realizowana bezpłatnie.