Raczkujące innowacje. Jakie są wyzwania firm na drodze do innowacyjności?

0

W kolejnej edycji „Europejskiego Rankingu Innowacyjności” Polska ponownie zajęła 4. miejsce od końca. Słabo wypadliśmy m.in. pod kątem wprowadzania innowacji w MŚP, atrakcyjności systemu badań naukowych, poziomu komercjalizacji technologii oraz współpracy nauki z biznesem. Choć zgodnie z danymi GUS z 2018 r. nakłady wewnętrzne na działalność badawczo-rozwojową z roku na rok wzrastają, to stoi za tym przede wszystkim aktywność największych podmiotów. Z tegorocznego „Raportu o stanie sektora małych i średnich przedsiębiorstw w Polsce” przygotowanego przez PARP wynika bowiem, że kolejny rok z rzędu firmy zmniejszają nakłady na działalność innowacyjną. Od 2015 r. to spadek o niemal 8 mld zł do poziomu 36,5 mld zł i to mimo wprowadzonych zachęt podatkowych w postaci ulgi B+R czy IP Box. Co musi się zmienić, aby firmy w Polsce dogoniły światową czołówkę? 

Do kluczowych instrumentów budujących system innowacyjności w Polsce i polepszających poziom rodzimych innowacji zaliczymy dotacje ze środków europejskich oraz ulgi podatkowe (ulga B+R i IP Box). Te drugie stanowią bardzo atrakcyjne wsparcie dla firm prowadzących działalność badawczo-rozwojową i odprowadzających podatek PIT lub CIT. Wyniki Europejskiego Rankingu Innowacyjności pokazują jednak, że zachęty podatkowe i granty to niejedyny element przy tworzeniu skutecznej polityki innowacyjnej kraju. Konieczne są działania o charakterze systemowym i zmiana mentalna samych przedsiębiorców. W raporcie Ayming „Droga do innowacyjności a COVID-19. Wyzwania dla CEO” czytamy, że do bolączek trapiących przedsiębiorców rozwijających innowacje zaliczymy zbyt rzadkie prowadzenie działań B+R wewnątrz firmy, brak współpracy między sferą nauki i biznesu oraz nieumiejętność zarządzania ryzykiem, które jest wpisane w projekty innowacyjne.

Wypracowanie własnego know-how

Inwestowanie w potencjał własnej kadry sprzyja wypracowaniu know-how organizacji i jednocześnie wpływa na efektywniejsze wykorzystanie wewnętrznej infrastruktury B+R. Mimo trudności i wyzwań związanych
z realizacją prac badawczo-rozwojowych wewnątrz przedsiębiorstwa, korzyści z tego płynące mogą przekroczyć poniesione nakłady. Przede wszystkim firma zyskuje pełną kontrolę nad prowadzonym procesem badawczo-rozwojowym oraz może dokonywać w nim bieżących modyfikacji według potrzeb. Z badania Ayming wynika, że dwie na trzy firmy posiadają wyodrębnioną komórkę B+R. Dotyczy to zwłaszcza największych organizacji (zatrudniających ponad 250 pracowników), gdzie 9 na 10 z nich może pochwalić się istnieniem takiego zespołu. Jednocześnie co piąty przedsiębiorca deklaruje, że jego obecna liczba pracowników (nie tylko w dziale B+R) jest zbyt mała, aby efektywnie prowadzić prace badawczo-rozwojowe. Natomiast dla 36 proc. kwalifikacje kandydatów dostępnych na rynku są niewystarczające.

Innowacje wypracowywane na miejscu umożliwiają wzrost wiedzy w organizacji, a wprowadzone procedury i narzędzia pozwalają na jej archiwizowanie w ustalony sposób, dzięki czemu może służyć w przyszłości całemu przedsiębiorstwu. Własny dział B+R ułatwia również efektywne zarządzanie pracami nad innowacjami oraz przydzielanie zasobów w odpowiedzi na aktualne zapotrzebowanie. Ważną rolę odgrywa system motywacyjny i jasna ścieżka rozwoju, które pozwalają ograniczyć ryzyko odejścia z firmy pracowników z kluczową wiedzą. Pomimo działań mających na celu dokumentowanie prac, nie jest możliwe pełne utrwalenie uzyskanego przez pracowników doświadczenia i umiejętności – dodaje Tomasz Stańczyk, konsultant w Dziale Innowacji, Ulg i Dotacji w Ayming Polska. 

Współpraca biznesu z nauką

Z badania Ayming* wynika, że w ubiegłym roku 62 proc. ankietowanych firm współpracowało z podmiotami zewnętrznymi w celu rozwijania innowacji. Najczęściej były to uczelnie wyższe (68 proc.), instytuty i laboratoria badawcze (58 proc.) oraz samodzielni naukowcy (39 proc.). Niestety potencjał płynący z takiej współpracy nie jest w pełni wykorzystywany i nie zawsze przebiega ona w taki sposób, jaki zakładał sobie zleceniodawca. Często wynika to z rozbieżności celów pomiędzy nauką i biznesem. Dla naukowców główną miarą sukcesu są publikacje naukowe, a dla biznesu – wdrożenia przemysłowe. Przedsiębiorcy przede wszystkim skupiają się na praktyczności proponowanych rozwiązań, ograniczaniu kosztów i szybkim czasie wdrożenia. Z kolei  propozycje naukowców bywają zbyt kosztowne, niepraktyczne lub trudne do wdrożenia i oderwane od rzeczywistości rynkowej.

Podejmując współpracę z instytucjami naukowo-badawczymi, to przedstawiciele biznesu powinni przyjąć rolę liderów, którzy ukierunkowują prowadzone prace tak, aby znalazły zastosowanie rynkowe. Firmy, które zdecydowały się na partnerstwo z sektorem naukowym, cenią je sobie ze względu na znaczący wkład merytoryczny do ich własnych działań. Istotne znaczenia ma również renoma danego ośrodka oraz potencjał infrastrukturalny bądź kadrowy, np. wyspecjalizowane laboratoria czy specjaliści z wąskich dziedzin. Taka współpraca przyczynia się do rozwoju kadry własnej w organizacji. Połączenie wiedzy przedsiębiorców na temat rynku i potrzeb klientów z ekspercką wiedzą naukowców pozwala rozwiązywać złożone problemy
i tworzyć innowacyjne rozwiązania, których samodzielne wypracowanie nie byłoby możliwe dla żadnej ze stron
– stwierdza Agnieszka Hrynkiewicz-Sudnik, Dyrektor Obszaru Podatków i Finansowania Innowacji w Ayming Polska. 

Zarządzanie ryzykiem

Punktem wyjścia do prowadzenia działalności innowacyjnej jest zarządzanie ryzykiem i przyzwolenie na popełnianie błędów. Bez akceptowania niepowodzeń nie ma szans na ulepszanie dotychczasowych działań, a w dalszej perspektywie – wypracowanie innowacyjnych rozwiązań. Należy pamiętać, że tylko niewielka część projektów B+R kończy się sukcesem. Ryzyko porażki i wysoki poziom niepewności są wpisane
w działalność innowacyjną. 52 proc. firm ankietowanych przez Ayming deklaruje wysoką skłonność do podejmowania ryzyka przy prowadzeniu projektów badawczo-rozwojowych. Jednocześnie 43 proc. przyznaje się do ostrożności w tym zakresie. Tylko wśród 12 proc. badanych przedsiębiorców wszystkie podejmowane projekty zakończyły się z powodzeniem. Najwięcej ankietowanych (35 proc.) zadeklarowało, że sukces dotyczył od 50 do 74 proc. projektów B+R.

Przedsiębiorcy w Polsce cechują się dużym poziomem zachowawczości przy wprowadzaniu produktu lub usługi na rynek po raz pierwszy. Preferują korzystanie z rozwiązań sprawdzonych, wdrożonych z sukcesem przez innych. Za takim podejściem stoi obawa przed popełnieniem błędu, co może wiązać się z bolesną stratą finansową. Ale specyfika działalności innowacyjnej polega właśnie na tym, że nie wszystkie podejmowane działania dają szybki i pozytywny efekt. Trudność może stanowić określenie prawdopodobieństwa wystąpienia porażki i potencjalnych konsekwencji, zwłaszcza że taka ocena najczęściej bazuje na własnych doświadczeniach i przypuszczeniach, a nie na pewnych informacjach. Przedsiębiorcy powinni skupić się na identyfikacji wszystkich źródeł ryzyka – od tych związanych bezpośrednio z działalnością firmy, przez ryzyko rynkowe, aż po te wynikające z uwarunkowań makroekonomicznych – tłumaczy Przemysław Gabrysiak, Kierownik Projektu w Dziale Innowacji, Ulg i Dotacji w Ayming Polska.

Jak będą wyglądać nowoczesne banki

Nowoczesne banki, chcąc odnieść sukces na rynku muszą osiągać wyższe stopy zwrotu z inwestycji oraz oferować atrakcyjne produkty depozytowe.

Współczesny sektor bankowy charakteryzuje się stale rosnącym poziomem konkurencyjności. Banki, rywalizując o klientów, są zmuszone do nieustannego wprowadzania innowacji a poprawa pozycji konkurencyjnej najczęściej wymaga od banku ograniczania kosztów operacyjnych. W bankowości, podobnie jak w innych branżach, konkurencję wygrywa się nie poziomem cen a poziomem kosztów.

Klienci oczekują od banków między innymi: braku opłat za prowadzenie rachunku i wydanie karty płatniczej, możliwości dokonywania transakcji przez internet oraz przez urządzenia mobilne, ułatwień w zakresie organizacji finansów osobistych i rodzinnych a także innowacyjnych produktów ułatwiających oszczędzanie.

Innowacje to także sposób na ograniczenie kosztów

Banki dostosowują się do potrzeb klientów poprzez budowanie coraz bardziej złożonych i intuicyjnych systemów bankowości online. Z punktu widzenia banku, elektroniczne systemy transakcyjne, choć dość drogie w budowie i utrzymaniu, są również sposobem na redukcję poziomu kosztów. Dzięki elektronicznym systemom transakcyjnym, banki są w stanie odnieść ogromne korzyści wynikające z niższego poziomu zatrudnienia w procesach związanych z obsługą klienta.

Budowa systemów transakcyjnych pozwala również na łatwe gromadzenie i porządkowanie ogromnych ilości danych związanych z działalnością operacyjną. Te dane mogą być w łatwy sposób wykorzystywane dla stworzenia szytych na miarę, konkurencyjnych produktów finansowych. Dlatego dziś banki rutynowo zajmują się analizą coraz większych i coraz bardziej złożonych zbiorów danych. W tym celu używane są algorytmy wykorzystujące uczenie maszynowe i sztuczną inteligencję.

Jednak to wszystko może już niedługo nie wystarczyć. Poziom konkurencyjności w sektorze bankowym rośnie coraz bardziej. Dla konsumentów i podmiotów gospodarczych posiadających wystarczającą zdolność kredytową pieniądz jest tani i łatwo dostępny. Bardzo niskie stopy procentowe uniemożliwiają bankom oferowanie klientom atrakcyjnych produktów depozytowych. Mimo rosnącego poziomu innowacji, sektor bankowy chcąc przedstawić klientom atrakcyjną ofertę będzie musiał całkowicie zmienić swoją filozofię działania.

Nowoczesne banki będą musiały się zaprzyjaźnić z ryzykiem

Współczesne banki unikają ryzyka jak mogą. Są do tego zobowiązane przez prawo, instytucje nadzoru oraz przez akcjonariuszy i właścicieli depozytów. Inwestując nie swoje pieniądze, banki muszą być pewne, że ich inwestycje będą wystarczająco bezpieczne.

Jednak, inwestując bezpiecznie, banki nie są w stanie zaoferować wystarczających stóp zwrotu swoim inwestorom i właścicielom depozytów. Przed podobnym wyzwaniem stoją właściciele kapitału. Chcąc osiągać pasywny dochód ze swoich oszczędności, muszą zaakceptować wyższy poziom ryzyka. Dlatego w nowoczesnym sektorze bankowym konkurencję wygrają przedsiębiorstwa, które będą potrafiły w najbardziej efektywny sposób oceniać ryzyko.

Oznacza to konieczność dalszego rozwoju bankowych systemów służących do analizy dużych zbiorów danych. Dziś potrafią one bardzo efektywnie analizować ryzyko kredytowe w przypadku kredytów konsumenckich. Bezradne są natomiast w przypadku dużych inwestycji wymagających stworzenia biznesplanów i przeprowadzenia skomplikowanych analiz przez zespoły ludzkie. Jednak tak nie musi być zawsze.

Coraz bardziej złożone systemy służące do analizy ryzyka, oparte na sztucznej inteligencji już w niedalekiej przyszłości umożliwią bankom osiąganie coraz wyższych stóp zwrotu z inwestycji. Tym samym wzrośnie ich zapotrzebowanie na kapitał i będą one oferować bardziej atrakcyjne warunki właścicielom depozytów. Umożliwią w ten sposób dalszy rozwój branży finansowej i całej światowej gospodarki.

Autor: Grzegorz Szulik, prezes zarządu polskiego fintechu Provema

Rzecznik Finansowy interweniuje w sprawie klauzuli minimalnego oprocentowania kredytów

0

Rzecznik Finansowy wystąpił do podmiotów rynku finansowego o wyjaśnienia dotyczące praktyk w zakresie wprowadzania lub podwyższania wysokości minimalnego oprocentowania kredytów lub pożyczek. 

Mechanizm tzw. klauzuli minimalnego oprocentowania w umowach lub regulaminach kredytu bądź pożyczek zawieranych przez podmioty rynku finansowego z kredytobiorcami/pożyczkobiorcami będącymi osobami fizycznymi, nie pozwala na obniżenie oprocentowania kredytu lub pożyczki w związku ze zmianą stopy referencyjnej poniżej ustalonego progu. W konsekwencji, pomimo spadku wysokości stopy referencyjnej WIBOR, wysokość raty kredytu nie zmniejsza się poniżej tego minimalnego progu. W związku z tymi praktykami Rzecznik zdecydował o przeprowadzeniu szczegółowej analizy materiałów, które mają zostać przekazane przez instytucje finansowe, tak aby ocenić czy postanowienia dotyczące minimalnego oprocentowania kredytów nie stanowią niedozwolonych klauzul umownych określonych w kodeksie cywilnym.

– Problem tzw. klauzul minimalnego oprocentowania został zauważony przez naszych ekspertów jako niepokojąca tendencja na rynku. Potwierdzają ją kolejne wnioski składane przez klientów instytucji finansowych do Biura Rzecznika Finansowego. Dlatego zdecydowałem o podjęciu kroków w celu wyeliminowania tego zjawiska z rynku – powiedział dr hab. Mariusz Jerzy Golecki, Rzecznik Finansowy. 

Rzecznik Finansowy zwraca uwagę na najnowsze stanowisko Trybunału Sprawiedliwości odnoszące się do zagadnienia minimalnego oprocentowania (tzw. „dolnego progu”) w  umowie kredytu, przedstawione w wyroku z dnia 9 lipca 2020 r. w sprawie Ibercaja Banco (C-452/18). Trybunał  przyznał w tym stanowisku, że co do zasady, postanowienie odnoszące się do „dolnego progu” jest objęte „głównym przedmiotem” umowy w rozumieniu art. 4 ust. 2 dyrektywy 93/13 z dnia 5 kwietnia 1993 r. w sprawie nieuczciwych warunków w umowach konsumenckich. Niemniej jednak, aby wyłączyć badanie abuzywności tego postanowienia, powinno ono spełniać wymóg przejrzystości. Trybunał wyjaśnił w wyroku Ibercaja Banco, jak należy rozumieć ów wymóg w kontekście klauzuli minimalnego oprocentowania. Z tego wyroku wynika, że wymóg przejrzystości ciążący na przedsiębiorcy na mocy przepisów dyrektywy 93/13 (w przypadku polskiego prawa również na podstawie art. 385(1) § 1 zdanie drugie in fine kodeksu cywilnego) oznacza, że przy zawieraniu umowy kredytu o zmiennej stopie oprocentowania, zawierającej postanowienie dotyczące minimalnego oprocentowania, konsument musi być w  stanie zrozumieć konsekwencje ekonomiczne, jakie wynikają dla niego z mechanizmu będącego rezultatem zastosowania tego postanowienia, w szczególności dzięki udostępnieniu informacji o kształtowaniu się w przeszłości wskaźnika na podstawie, którego obliczana jest stopa oprocentowania.

Eksporterzy i importerzy walczą o każdą złotówkę

Nowo opublikowane dane GUS za I połowę 2020 r. dla polskiej sprzedaży zagranicznej pokazują, że pandemia już zadała mocny cios eksportowi. Jego wartość spadła o 5,3% w porównaniu do pierwszego półrocza ubiegłego roku. To jednak dopiero początek cięższych czasów w handlu zagranicznym. Eksporterzy, jak i importerzy będą musieli mocniej zacisnąć pasa i szukać rozwiązań, które pomogą im przetrwać, wskazują eksperci międzynarodowej instytucji płatniczej AKCENTA.

Wartość towarów wysłanych z Polski za granicę w ciągu 6 miesięcy 2020 r. wyniosła według danych zebranych przez GUS 480,4 mln zł. 5,3% spadek rok do roku oznacza stratę rzędu ok. 14,6 mln zł w porównaniu do wyniku z zeszłego roku, gdy eksport miał się świetnie i rósł (o 6,6% r/r w czerwcu 2019 r.)

Wśród 10 najważniejszych rynków zbytu, polski wywóz najmocniej zanurkował na kierunku włoskim (-17,8% r/r). Jedynym krajem w tym gronie, gdzie udało się utrzymać wzrost sprzedaży były Stany Zjednoczone (4,6% r/r).

Znacznie gorzej w statystykach GUS wypadł natomiast import. Jego wartość obniżyła się o 9,4% r/r, osiągając wynik 458,4 mln zł. W pierwszej dziesiątce największe wyhamowanie widoczne jest w przypadku Rosji, skąd wwóz spadł o blisko 1/4 r/r.

Szukanie oszczędności

Firmy, w tym przedsiębiorstwa handlujące z zagranicą, mierzą się z wieloma utrudnieniami związanymi z bezpieczeństwem sanitarnym, a przede wszystkim ze zmianą popytu i kurczeniem się rynków zbytu. W takiej sytuacji muszą zacisnąć pasa i szczegółowo przyglądać się swoim finansom. Jak wskazuje dyrektor polskiego oddziału AKCENTY, Radosław Jarema widać, że przedsiębiorstwa biorą sprawy w swoje ręce i aktywnie szukają oszczędności. – Jako firma obsługująca transakcje walutowe eksporterów i importerów obawialiśmy się spadku obrotów w wymianie międzynarodowej. Jednak nasi klienci radzą sobie bardzo dobrze i na poziomie skali operacji nie widać na razie negatywnego wpływu pandemii. Być może dzięki znajomości nowoczesnych rozwiązań finansowych i generowanych oszczędnościach na rozliczeniach walutowych mogli oni zachować konkurencyjność na rynku i utrzymać dotychczasowy poziom zamówień nawet w tak trudnych czasach – analizuje Radosław Jarema.

Innym zjawiskiem, które obserwuje AKCENTA jest wzrost zainteresowania tańszą obsługą walutową wśród polskich eksporterów i importerów. – U nas przedsiębiorcy, bez względu na wielkość biznesu, mają dostęp do jednych z najkorzystniejszych na rynku kursów walut. Nie muszą ponosić też wielu opłat, które stosują banki, a jednocześnie mają zapewniony najwyższy poziom bezpieczeństwa swoich transakcji, bo działamy jako instytucja płatnicza. Dzięki wyspecjalizowaniu się w wąskim zakresie obsługi jesteśmy stanie zmaksymalizować dla nich korzyści. Widać, że teraz, gdy każda złotówka się liczy, tego właśnie szukają przedsiębiorstwa – mówi szef AKCENTY i dodaje, że trend ten widać także w wynikach firmy. – W lipcu odnotowaliśmy największy od początku roku przypływ nowych klientów. Od marca, czyli początku pandemii, aktywniejsi są też nasi dotychczasowi użytkownicy. Tym samym, nasze obroty wzrosły w lipcu o 16% rok do roku. Widzimy też lepsze nastroje naszych klientów i większy optymizm niż w marcu i kwietniu.

Ekspert AKCENTY podkreśla jednak, że pozytywne sygnały należy traktować z dużą ostrożnością. – To może być cisza przed burzą. Im dłużej trwamy w stanie niepewności, tym więcej problemów się przed nami piętrzy. Zmiany w naszej rzeczywistości są na tyle duże, że ciężko zakładać, że nie odbiją się na gospodarce i praktycznie wszystkich branżach – komentuje.

Udany kwaratał zapowiedzią rekordowego roku

0

QubicGames zamknął rekordowe półrocze, zarówno pod względem zysku netto, jak i przychodów ze sprzedaży. Wszystko wskazuje na to, że trend ten będzie kontynuowany w drugiej połowie roku. W przeciągu 6 miesięcy, QubicGames planuje wydać ponad 20 nowych tytułów na konsoli Nintendo Switch oraz kilka tytułów na pozostałych konsolach.

Przy przychodach na poziomie 5,82 mln zł (wzrost o 36% r/r), QubicGames wypracował w pierwszej połowie roku 3,58 mln zł zysku netto (wzrost o 29% r/r). W samym drugim kwaratle przychód spółki sięgnął 2,54 mln zł (wzrost o 21% r/r). Wzrost zysku netto o 46% do 2,9 mln zł był efektem aktualizacji wartości aktywów finansowych. Przypomnijmy, że na koniec drugiego kwartału QubicGames był właścicielem m.in. ponad 13% akcji Sonki oraz ponad 5% akcji Drageus Games i Noobz from Poland. – Zależy nam na stabilnym systematycznym wzroście wyników co realizujemy przez ostatnie 2 lata. Jestem spokojny o drugą połowę roku. Do końca 2020 roku czekają nas premiery co najmniej 20 tytułów, w tym pierwszych gier z serii BIT.TRIP. Nasza największa dotychczasowa premiera Dex w trzy tygodnie zwróciła pełne koszty wydania i marketingu, a w ostatni weekend zakończyliśmy naszą kolejną udaną promocję Giveaway i wprowadziliśmy 7 gier do Top 30. Jestem przekonany, że przełoży się to na wycenę akcji spółki, które w porównaniu z branżą mają wciąż duży potencjał wzrostu – podkreśla Jakub Pieczykolan, prezes QubicGames.

Spółka rozpoczęła trzeci kwartał od udanego debiutu największej dotychczasowej premiery – Dex – w niespełna trzy tygodnie przychody ze sprzedaży gry w wersji cyfrowej przekroczyły łącznie poniesione koszty wydania oraz marketingu gry na platformę Nintendo Switch oraz sumę wypłaconego minimum gwarancyjnego dla dewelopera gry.

W zeszły weekend została przeprowadzona kolejna udana promocja giveaway – Family Weekend. Z okazji powołania nowego brandu Family Spirits, QubicGames udostępnił 6 gier za darmo dla wszystkich użytkowników Coloring Book – Pocket Mini Golf, Robonauts, Not Not – a brain buster, Mini Trains, Jumping Joe & Friends i Puzzle Book. Wszystkie powyższe gry znalazły się w Top 30 i  powinny tam zagości na kilka najbliższych tygodni. Tym sposobem wygenerują także dodatkowe przychody ze sprzedaży.

Przedsiębiorca nie odpuścił. Mimo odzyskania zwrotu VAT żądał zbadania, czy organ w ogóle miał prawo go wstrzymywać

Urząd skarbowy przez dwa i pół roku wstrzymywał i przedłużał termin zwrotu VAT. Przedsiębiorca wniósł zażalenie do organu drugiej instancji, ale zanim ten je rozpatrzył, urząd skarbowy dokonał zwrotu podatku. Organ odwoławczy uznał więc postępowanie za bezprzedmiotowe i umorzył je. Przedsiębiorca jednak nie odpuścił i domagał się zbadania, czy urząd miał w ogóle prawo wstrzymywać należny mu zwrot.

Wewnątrzwspólnotowa dostawa do Czech

Przedsiębiorca dokonał we wrześniu 2016 r. wewnątrzwspólnotowej dostawy towaru na rzecz czeskiej spółki s.r.o. Następnie złożył deklarację VAT-7K za III kwartał 2016 r., wraz z którą wniósł o zwrot ponad 60 tys. zł nadwyżki zapłaconego VAT w ustawowym terminie 60 dni. Jednak naczelnik urzędu skarbowego postanowił sprawdzić rzetelność będącej podstawą zwrotu dostawy. W marcu 2017 r. organ wszczął w tej sprawie kontrolę podatkową. NUS kilkakrotnie przez ponad dwa lata wstrzymywał firmie termin zwrotu VAT. Ostatecznie przedłużył go do 31 lipca 2019 r.

Organ odwoławczy umorzył postępowanie

Przedsiębiorca wniósł zażalenie na takie działanie naczelnika. Dyrektor izby administracji skarbowej wydał postanowienie, którym umorzył postępowanie odwoławcze. Wskazał, że w trakcie rozpoznawania zażalenia podatnika organ pierwszej instancji dokonał całości zwrotu VAT, o jaki wystąpił przedsiębiorca. Skoro sprawa dotyczyła zwrotu nadpłaconego podatku od towarów i usług, a zwrot ten nastąpił, to dalsze jej prowadzenie i rozstrzyganie w jej przedmiocie przez organ odwoławczy jest bezprzedmiotowe.

Zwrot VAT wstrzymywany przez dwa i pół roku

Jednak sam fakt dokonania zwrotu VAT za III kwartał 2016 r. w połowie 2019 r. nie zadowolił podatnika. Uznał on, że w ramach kontroli instancyjnej DIAS powinien był zbadać podniesione w zażaleniu zarzuty wobec organu pierwszej instancji. Przede wszystkim przedsiębiorca domagał się zbadania legalności wstrzymywania należnego mu zwrotu VAT przez NUS przez ponad dwa lata.

Postanowienie o wstrzymaniu zwrotu nie może być jedynym uzasadnieniem jego wstrzymania

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Łodzi rozpoznał skargę przedsiębiorcy i wyrokiem z 7 maja 2020 r. uchylił postanowienie DIAS. Sąd, przywołując przepis art. 87 ust. 2 ustawy o podatku od towarów i usług, przypomniał, że przedłużanie terminu zwrotu VAT to wyjątek od reguły jego natychmiastowego zwrotu. Z przepisu tego wynika również, że uprawnienie do zastosowania tej wyjątkowej instytucji przysługuje wyłącznie naczelnikowi urzędu skarbowego. Zatem to on zadecyduje, czy zwróci VAT w ustawowym terminie, czy dokona jego wstrzymania na czas weryfikacji podatnika. Dlatego tak ważna jest kontrola instancyjna legalności realizacji tego uprawnienia. Organ podatkowy, dokonując przedłużenia terminu zwrotu VAT, ma obowiązek wykazania, jakie przesłanki za tym przemawiają oraz wyjaśnienia, dlaczego jego zdaniem konieczna jest dodatkowa weryfikacja rozliczeń podatnika. Uzasadnieniem wstrzymywania zwrotu nie może być jedynie sam fakt wydania w tym przedmiocie postanowienia.

Przedsiębiorca miał prawo domagać się zbadania legalności działań organu

Sąd przyznał rację przedsiębiorcy, że organy podatkowe nie mogą sobie same zamykać takich spraw niejako poza kontrolą sądową. Dlatego podatnik słusznie oczekiwał, że organ odwoławczy rozpozna skarżone działania NUS, a ocena ta będzie następnie podlegać kontroli sądu administracyjnego. Wszak sam zwrot podatku nie powoduje, że przestał istnieć przedmiot zaskarżenia – czyli kwestionowane przez przedsiębiorcę postanowienie o przedłużaniu terminu zwrotu VAT.

„… wielokrotnie stosownymi postanowieniami (…) przedłużono skarżącemu zwrot (…) Rację należy przyznać skarżącej, która żąda od organu odwoławczego oceny legalności przedłużenia terminu zwrotu podatku, skoro zwrotu tego nie dokonano we wskazanym przez podatnika 60-dniowym terminie” (sygn. akt I SA/Łd 831/19).

Podatnicy mogą się bronić przed negatywnymi skutkami samowoli decyzyjnej fiskusa

WSA w Łodzi, przyznając rację przedsiębiorcy, podzielił jego pogląd odnośnie do bezkarnego decydowania we własnym gronie przez organy podatkowe o wieloletnim wstrzymywaniu należnych mu pieniędzy. Sąd zwrócił uwagę na bardzo ważną kwestię. W przypadku bowiem braku legalności działań organów podatkowych przedsiębiorca ma prawo wszcząć postępowanie o naprawienie wyrządzonych mu takimi działaniami szkód.

„Nie chodzi jedynie o zwrot VAT z odsetkami (…), lecz również rekompensatę szkód, które w czasie takiego przetrzymywania mogły zaistnieć. Dochodzenie zaś takiego odszkodowania jest możliwe na gruncie postępowania cywilnego” (sygn. akt I SA/Łd 831/19).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

EDPR zapowiada transakcję na aktywach lądowych farm wiatrowych w Hiszpanii o wartości 500 mln EUR

0

Dzięki zawartej umowie EDPR sprzeda 36% z zaplanowanych do zbycia w latach 2019-2022 aktywów o wartości 4 mld EUR

EDP Renewables („EDPR”), globalny lider w sektorze energii odnawialnej i jeden z największych producentów energii wiatrowej na świecie, podpisał umowę kupna-sprzedaży na kwotę 426 mln EUR z Finerge S.A., jednym z głównych producentów energii odnawialnej w Portugalii. Umowa obejmuje praktycznie cały pakiet należący do EDPR w portfelu lądowych farm wiatrowych o zainstalowanej mocy 242 MW, łącznie z pozostałą do spłaty kwotą pożyczek udziałowców.

Dzięki tej transakcji EDPR zakończył sprzedaż siedmiu lądowych farm wiatrowych znajdujących się na terenie prowincji Ávila i w Katalonii. Zbyte aktywa znajdują się w eksploatacji od średnio dziewięciu lat.

Na podstawie ceny transakcji oraz niespłaconego zewnętrznego zadłużenia netto, łączna wartość aktywów jest szacowana na ok. 507 mln EUR.

Zawarta umowa pozwoliła EDPR na zbycie 36% z 4 mld EUR planowanych na lata 2019-2020, zgodnie przez firmę dokumentem „Startegy Update”, opublikowanym w dniu 12 marca 2019 roku.

Zbycie udziałów większościowych w projektach w fazie operacyjnej lub w trakcie powstawania pozwala EDPR przyspieszyć generowanie wartości, a uzyskany w ten sposób kapitał wykorzystać do inwestycji w dalszy rozwój.

Jak wyjaśnia Rui Teixeira, p.o. CEO EDP Renewables: „Ta umowa to dla nas istotny krok naprzód. Dowodzi ona nie tylko, że potrafimy generować przychody realizując i zarządzając projektami, ale również, że rynek docenia jakość naszych aktywów. Transakcja ta umożliwia nam dalszą realizację założeń naszego planu biznesowego dzięki strategii zbywaniu aktywów, co z kolei pozwala nam zarabiać na nich nim ich okres użytkowania dobiegnie końca, działając zawsze w celu zwiększania inwestycji, a co za tym idzie – rozwoju.”

Transakcja podlega stosownym regulacjom i warunkom zawieszającym. Przewidywany czas jej sfinalizowania to czwarty kwartał 2020 roku.

Złoto – cała prawda o jego popularności w Polsce

0

Złoto pobiło długo oczekiwany rekord. Na początku sierpnia za uncję trzeba było zapłacić ponad 2 tys. dolarów. Tym samym, notowania kruszcu sięgnęły najwyższych poziomów od 2011 roku. Pomimo wysokich cen i sporego ruchu na rynkach akcji, inwestorzy nadal utrzymują duże zainteresowanie kupnem królewskiego kruszcu uzupełniając nim swój portfel. W marcu sprzedaż była dwukrotnie większa niż w poprzednim miesiącu – wynika z danych firmy Tavex. Powód? Chęć dywersyfikacji w obliczu niepewności dotyczącej przyszłości globalnej gospodarki. Jakie produkty cieszą się największym zainteresowaniem w naszym kraju?

Skala pandemii koronawirusa oraz jej potencjalny wpływ na globalną gospodarkę sprawiły, że inwestorzy skłaniali się ku aktywom, które w czasach kryzysu uznawane są za bezpieczną przystań. Globalny popyt na złoto inwestycyjne w I półroczu osiągnął najwyższy w historii poziom 1130,7 ton, a wartość inwestycji w kruszec przekroczyła niebotycznie wysoki poziom 60 mld USD – wskazują dane Światowej Rady Złota.

Podczas gdy na Zachodzie dominowały bezpieczne zakupy i inwestycje związane z potrzebą powiększenia majątku – w obliczu niepewności gospodarczej i perspektyw dalszych wzrostów cen – na Wschodzie przy zakupie złota przebijał się motyw chęci zysku. W rezultacie rynki europejskie odnotowały najwyższy popyt od 2010 roku. Grupa Tavex sprzedała na dziewięciu europejskich rynkach 77% więcej złota inwestycyjnego w drugim kwartale tego roku niż w tym samych okresie rok temu.  Wzmożona aktywność inwestorów rozpoczęła się na polskim rynku już w 2019 roku. Jednak prawdziwy peak popytu na złote sztabki i monety nastąpił podczas pandemii COVID-19.

W Polsce rekordowym miesiącem okazał się marzec. Obserwowaliśmy wówczas wzmożone zainteresowanie naszymi produktami. Przykładowo liczba sprzedanych złotych sztabek inwestycyjnych 1oz była większa o ponad 50 proc. w porównaniu do lutego br. Podobnie było w przypadku sztabek 100 gramowych. Popyt na nie wzrósł w analogicznym okresie o prawie 40%. Warto podkreślić, że odegrały one również istotną rolę pod względem wolumenu w pierwszym półroczu 2020 roku – wskazuje Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex.

Niezmiennie Polacy najchętniej kupują sztabki o wadze jednej uncji 31 gramów. Warto zwrócić również uwagę na sztabki o mniejszej gramaturze. Przykładowo te 5 gramowe cieszyły się sporym zainteresowaniem w czerwcu. Ich sprzedaż w porównaniu z początkiem roku wzrosła o ponad 66%. Jest to najprawdopodobniej efekt przesuniętego sezonu ślubnego i komunijnego.

W analizowanym okresie główną przeszkodą, z którą przyszło zmierzyć się inwestorom, jeśli chodzi o zakup złotych sztabek i monet były blokady rynkowe. W tym czasie kruszec stał się praktycznie niedostępny. Utrudnione były dostawy przez zamknięte granice i wstrzymane produkcje. Jednak od miesiąca można już obserwować ponowne odmrożenie. Sytuacja zaczęła wracać do normy. Poprawa dostępności fizycznego złota stworzyła warunki do niższych spreadów. Obecnie wynoszą one 4-6%. Inwestorzy odchodzą więc od lokat oprocentowanych na 0,01% na rzecz bezpiecznych aktywów takich jak np. fizyczne złoto

Wszystko wskazuje na to, że w ciągu najbliższych kilku miesięcy będziemy obserwować dalsze utrzymywanie się trendu wzrostowego. Musimy jednak pamiętać o ewentualnych korektach. Jednosesyjne spadki na metalach szlachetnych mogą nas jeszcze nie raz zaskoczyć. Jednak spływają już do nas pierwsze sygnały, że popyt na złoto w trzecim kwartale pozostanie bardzo silny – wynika to przede wszystkim ze wzrostu zainteresowania innymi metodami inwestowania majątku niż lokaty bankowe – wskazuje Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex. Już od jakiegoś czasu świat żyje w warunkach ujemnych stóp procentowych. Ta sytuacja sprzyja złotu dużo bardziej niż np. sama inflacja. Co ważne, wszystko wskazuje na to, że nie szybko się to zmieni – dodaje.

Ceny warzyw rosną dużo wolniej niż rok temu. W sklepach jest drożej tylko o niecałe 2%

O niespełna 2% wzrosła średnia cena najczęściej promowanych warzyw w sklepach. Analitycy porównali dane z ostatnich trzech miesięcy z analogicznym okresem ubiegłego roku. O przeszło 35% więcej trzeba było zapłacić za fasolę szparagową. Natomiast wzrosty wynoszące niemal 13% odnotowano w przypadku cukinii i ogórków. Z kolei o ponad 18% mniej kosztowały buraki. Za cebulę chciano prawie 16% niżej niż wcześniej, a cena kapusty spadła o przeszło 6%. Tak wyglądają wnioski z raportu agencji badawczo-analitycznej Hiper-Com Poland i Grupy BLIX.

Od początku maja do końca lipca br. średnia cena promocyjna warzyw na wagę była o 1,8% wyższa niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Jak stwierdza Michał Majszczyk z Hiper-Com Poland, ta niewielka zmiana jest dosyć zaskakująca. W tym roku mieliśmy do czynienia z suszą na przełomie wiosny i lata. Możliwe jest, że sieci handlowe nie chcą ryzykować dużego wzrostu cen w obawie o zaleganie towaru, który ma krótki okres trwałości. Magazynowanie w chłodniach generowałoby dodatkowe koszty.

– Epidemia koronawirusa oraz zakaz handlu w niedziele spowodowały mniejszy ruch w sklepach. One świadomie postawiły na oferowanie jak najniższych cen warzyw. W ten sposób chciały zachęcić konsumentów do powrotu na zakupy, a także odebrać część klientów placom targowym i lokalnym ryneczkom, gdzie trudniej zachować reżim sanitarny – komentuje Magdalena Szlezyngier, menedżer ds. Klientów Strategicznych z DNB Bank Polska.

Z kolei Adam Wilkosz, wiceprezes Ogólnopolskiego Związku Producentów Warzyw (OZPW) zwraca uwagę na to, że urodzaj ma wpływ na ceny. One standardowo rosną, jeśli czegoś jest mniej na rynku. A przykładowo, ostatnio było bardzo dużo nasadzeń ziemniaków. Ale kluczowe decyzje są podejmowane przez sieci handlowe. Natomiast Magdalena Szlezyngier podkreśla, że wiosną panowały lepsze warunki pogodowe w stosunku do analogicznego okresu ub.r. Wówczas z powodu suszy ucierpiały głównie warzywa gruntowe o płytkim systemie korzeniowym, m.in. marchew, pietruszka, buraki i ziemniaki.

– W standardowych okolicznościach owoce i warzywa są często objęte akcjami promocyjnymi, ponieważ zachęcają klienta do odwiedzenia konkretnej sieci sklepów. W początkowej fazie wzrostu zachorowań w Polsce, ale i w całej Europie, zaburzeniu uległo funkcjonowanie łańcucha dostaw. Wiele łatwo psujących się warzyw, tj. cukinii, ogórków, pomidorów czy pieczarek, nie mogło trafić na półki sklepowe z powodu zamknięcia granic lub obostrzeń w kraju – informuje Karolina Załuska, ekspert ds. Analiz Sektorowych i Rynków Rolnych w Banku BNP Paribas.

Jak zaznacza Marcin Lenkiewicz z Grupy BLIX, bardzo ciekawe jest porównanie ww. wyników z owocami. Średnia cena promocyjna warzyw w tym samym czasie podskoczyła o niespełna 2%, a owoców – o ponad 21%. Znacząca część tych ostatnich produktów jest importowana, co podkreśla ekspert z DNB Bank Polska. Słabsze notowania polskiej waluty w stosunku do euro i dolara musiały się przełożyć na ostateczną cenę dla konsumenta. Dodatkowo lokalni producenci żądali więcej za te towary.

– Susze oraz inne zjawiska pogodowe dość mocno uderzyły w rynek owoców. Wiele krajów eksportujących je do Polski miało problemy ze zbiorami w związku z koronawirusem. Natomiast sporo warzyw jest bardziej odpornych na warunki pogodowe – mówi Hubert Majkowski z Hiper-Com Poland.

Z analizy wynika również, że ceny najbardziej wzrosły w przypadku fasoli szparagowej (35%). Dalej w zestawieniu znalazły się takie warzywa jak cukinia (12,8%), ogórek (12,8%) i pomidory (5,3%). Jak zaznacza Magdalena Szlezyngier, trzy pierwsze warzywa są roślinami ciepłolubnymi. Zimny maj i chłodny czerwiec istotnie wpłynęły na ich wegetację. Sieci sięgały więc po towar z importu. Z kolei wiceprezes Wilkosz dodaje, że fasola szparagowa jest bardzo wymagającym warzywem do zbiorów. To mogło się przyczynić do wzrostu cen, zwłaszcza że rolnicy odczuli poważny problem z dostępnością pracowników.

– Wiele badań pokazuje, że Polacy zmienili podejście do zakupów spożywczych. Robią je rzadziej, ale kupują więcej, a także chętniej korzystają ze sklepów internetowych. Taka postawa miała również wpływ na łatwo psujące się towary, jakimi są warzywa szklarniowe czy nowalijki. Robiąc zakupy raz w tygodniu, konsumenci ograniczyli ilość nabywanych np. ogórków i cukinii. W odróżnieniu od większości warzyw okopowych, nie można ich długo przechowywać, więc nie kupowano ich na zapas – podkreśla Karolina Załuska.

Jak dodaje ekspert z Grupy BLIX, spadki średnich cen odnotowano w przypadku sześciu spośród dziesięciu najczęściej promowanych warzyw w sklepach. Najbardziej na minusie były buraki (18%). Za nimi znalazły się takie towary jak cebula (15,7%), kapusta (6,2%) i marchew (5,9%). Natomiast nieznacznie tańsze niż wcześniej były ziemniaki (1,3%) oraz papryka (1,3%).

– Przyczyną spadków takich produktów jak buraki, cebula, marchew itd. jest efekt wysokiej bazy w 2019 roku, czyli szybkiego wzrostu cen. Wówczas susza była bardzo niekorzystna dla uprawy warzyw gruntowych. Z tego wynikają obniżki, które odnotowujemy obecnie – dodaje ekspert z DNB Bank Polska.

Analizę wykonali eksperci z agencji badawczo-analitycznej Hiper-Com Poland oraz Grupy BLIX. Porównano dane TOP 10 najczęściej promowanych warzyw w 2020 roku z okresu od początku maja do końca lipca br. i z analogicznego czasu w ub.r. Weryfikacji poddano blisko 2,5 tys. akcji promocyjnych.

W poszukiwaniu katalizatorów – sytuacja na rynku walutowym

Weekend nie przynosi nowych informacji mogących zmącić wakacyjny marazm na rynku walutowym. Dolar jest nieco słabszy, choć potrzeba lupy, by tą słabość dostrzec. Inwestorzy czekają na cokolwiek w czołowych tematach: relacje USA-Chiny, pakiet fiskalny USA. Spokój nie opuszcza też złotego.

Tydzień miał się zacząć od doniesień z półrocznej rewizji umowy handlowej, jaką na przełomie roku zawarły USA i Chiny. Jednak zaplanowana na 15 sierpnia telekonferencja nie odbyła się rzekomo w związku z trudnościami w ustaleniu dogodnego terminu, choć nie brakuje opinii, że strony także nie potrafiły uzgodnić agendy, gdyż Pekin naciskał na rozszerzenie obrad o zakazy nałożone na chińskie firmy technologiczne. Rewizja została odroczona na nieokreślony termin, co można czytać na dwie strony. Niechęć do wznowienia rozmów przypomina o konflikcie między państwami, który aktualnie toczy się na wielu płaszczyznach. Z drugiej strony bez rewizji nie ma podstaw do zerwania dotychczasowej umowy. Biorąc pod uwagę, że rynki preferują odczytywać takie sytuacje jako szklankę do połowy pełną, na starcie tygodnia powinno być łatwiej o zawiązanie umiarkowanego apetytu na ryzyko.

Poszukiwanie świeżych katalizatorów zmienności trwa, ale w najbliższych dniach nie będzie przychodzić to łatwo. Od strony danych makro dopiero piątek przyniesie aktualizację indeksów PMI z Eurolandu, Wielkiej Brytanii i USA. Dziś indeks NY Empire State raczej nie dostarczy przełomowych informacji – nie jest tajemnicą, że ożywienie w USA postępuje, nawet jeśli tempo zostało nieco osłabione wzrostem liczby zachorowań na koronawirusa. Co mogłoby rozbudzić risk-on, to postęp w zatwierdzaniu Fazy 4. pakietu fiskalnego, tylko że Demokraci i Republikanie określają swoje stanowiska jako „beznadziejnie daleko od siebie”: Republikanie oferują 1 bln USD, podczas gdy Demokraci żądają do 3 bln USD. Tymczasem Kongres rozpoczął przerwę w obradach do września, a Demokraci będą w tym tygodniu zajęci konwencją swojej partii, gdzie Joe Biden zostanie oficjalnie zatwierdzony jako kandydat do stawienia czoła Donaldowi Trumpowi w listopadowych wyborach.

Ogólnie, cokolwiek mogłoby rozruszać rynki, prawdopodobnie nie pojawi się szybko. Rozumowanie „szklanki do połowy pełnej” zapewni pro-ryzykowne nachylenie dla zmiany cen aktywów do czasu, aż coś nie da sygnału do odwrotu. Dla FX oznacza to podtrzymanie presji na USD, bardziej widoczne w relacji do EUR, GBP, AUD i NOK. Wyjątkiem w gronie G10 może być NZD, który zmaga się z nową falą zachorowań na COVID-19 w Nowej Zelandii i gołębiością RBNZ.

EUR/PLN na 4,3950 zaczyna tydzień mniej więcej tam, gdzie był przed weekendem. Marazm na rynkach zewnętrznych sprzyja stabilizacji notowań, choć od strony czynników lokalnych można było liczyć na lepszą postawę złotego. W piątek GUS podał, że PKB Polski skurczyło się o 8,2 proc. r/r w II kw., mniej niż zakładane przez konsensus 9 proc. Szczegółowe rozbicie danych pojawi się dopiero pod koniec sierpnia, ale już teraz można przyjąć, że relatywnie niższa liczba zachorowań i mniejszy udział turystyki w PKB złagodziły recesję. Pomogła też dywersyfikacja produkcji i mniejsza zależność od kondycji Europy Zachodniej, co widać w porównaniu do silnego spadku PKB Węgier (-13,6 proc.), gdzie duże znaczenie ma sektor motoryzacyjny. Mimo to pozytywne zaskoczenie w danych przyniosło tylko chwilowe umocnienie złotego, które szybko zostało wygaszone. Sugeruje to, że tło makroekonomiczne złotego nie oferuje już impulsu do poprawy notowań waluty i potwierdza nasze przekonanie, że pod 4,40 złoty znalazł się w obszarze krótkoterminowego przewartościowania.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Sejm zdecydował. Firmy około targowe pozostaną bez wsparcia?

Sejm przegłosował w piątek ustawę o pomocy dla branży turystycznej. Znalazł się w niej także zapis dotyczący branży targowej, na mocy którego wsparcie objąć ma tylko organizację  targów. Pomimo apelu do wiceminister Emilewicz, jaki skierowała do niej Polska Izba Przemysłu Targowego, pomocy nie dostaną firmy projektujące i budujące stoiska, jak również transportowe i zajmujące się spedycją targową. – Jeśli nasze firmy pozostaną bez wsparcia, imprezy targowe w Polsce, jak również cała zatrudniająca dziesiątki tysięcy ludzi branża z dnia na dzień przestanie istnieć – przewiduje Paweł Montewka, właściciel firmy, która zajmuje się projektowaniem i budową stoisk targowych. Na wniesienie poprawek jest niewiele czasu. Wkrótce ustawą zajmie się senat. 

Choć niemal do ostatniej chwili nie było wiadomo, czy z zapowiedzianego przez wicepremier i minister rozwoju Jadwigę Emilewicz wsparcia sektorowego korzystać będą mogły także firmy projektujące i budujące stoiska, a także zajmujące się spedycją targową, to w piątek po południu wszystko się wyjaśniło.

– Mimo apelu Polskiej Izby Przemysłu Targowego, pomoc nie jest przewidziana dla takich przedsiębiorstw, a to na nich opiera się działalność całej branży targowej, i to one zostały najbardziej poszkodowane przez spowodowany przez pandemie kryzys – mówi Paweł Montewka, przedsiębiorca z branży targowej z Pracowni Sztuk Plastycznych.

Niemal od początku marca firmy pracujące dla targów nie realizują właściwie żadnych zleceń. Głównym powodem jest brak zamówień od organizatorów branżowych imprez targowych. Prawie wszystkie zostały odwołane lub przesunięte na inny termin. Późną wiosną rząd zezwolił na ich organizowanie i wydał w tym celu szczegółowe wytyczne dotyczące norm sanitarnych i bezpieczeństwa. Stało się to jednak u progu wakacji będących tradycyjnie martwym sezonem targowym. Przedstawiciele branży targowej wskazują także na dużą niepewność wśród potencjalnych wystawców i klientów targów. Z tego powodu wiele zaplanowanych już wcześniej imprez, także cyklicznych, stoi dziś pod dużym znakiem zapytania. Coraz więcej jest także informacji o odwołaniu niektórych z nich.

– Niemal od początku pandemii firmy naszego sektora zabiegają o wsparcie rządowe. Jest ono konieczne, aby dotrwać do lepszego czasu, kiedy znów będzie można organizować targi, a my znów będziemy dostawać zlecenia, choć i tak dziś ta pomoc jest niewystarczająca – zwraca uwagę Paweł Montewka.

Z relacji uczestników spotkania przedstawicieli ministerstwa z kilkoma liczącymi na rządowe wsparcie sektorowe branżami, do jakiego doszło w drugiej połowie lipca, wynika, że spośród współpracujących z imprezami targowymi firm, pomoc dostać ma tylko jedna kategoria przedsiębiorstw – organizatorzy targów, wystaw i kongresów, i to pomimo wniosku, aby rząd wsparł w sumie 3 kategorie firm pracujących dla imprez targowych. Bez wsparcia miałyby zatem pozostać firmy projektujące i wykonujące stoiska targowe, a także o transportowe i zajmujące się spedycją targową. W tej sprawie, z apelem do wicepremier Jadwigi Emilewicz zwróciła się Polska Izba Przemysłu Targowego. Prosiła w nim o ponowne rozpatrzenie wniosku, aby proponowaną przez rząd dalszą pomocą sektorową objąć firmy oznaczone PKD 73.11.Z (projektowanie i wykonanie stoisk targowych) i 52.29.C (transport i spedycja targowa). Według przedstawicieli branży targowej, pominięcie tych przedsiębiorstw w oparciu o niejako „automatyczną” przynależność do stałych kategorii branżowych (PKD) byłoby zatem ogromnym kłopotem dla wielu przedsiębiorstw, określanym jako swoiste tsunami. Właściciele firm współpracujących z organizatorami targów do ostatniej chwili liczyli, że w poddanym pod głosowanie projekcie ustawy o wsparciu dla branży turystycznej pojawią się 2 pominięte wcześniej kategorie firm. Tak jednak się nie stało. Ustawa, niemal jednogłośnie przeszła ze wsparciem tylko dla jednej kategorii (PKD 82.30.Z czyli organizacja targów). Od czerwca do 31 sierpnia firmy do niej należące nie muszą uiszczać składek ZUS. Nie znalazły się tam natomiast kategorie PKD odpowiadające innym segmentom rynku targowego czyli PKD 73.11.Z (projektowanie i wykonanie stoisk targowych) i 52.29.C (transport i spedycja targowa). Po głosowaniu zaapelowano o szybką ścieżkę legislacyjną i niezwłoczne wnoszenie poprawek. Teraz ustawą zajmie się senat.

– Jeśli nasze firmy pozostaną bez wsparcia, imprezy targowe w Polsce, jak również cała zatrudniające dziesiątki tysięcy ludzi branża z dnia na dzień przestaną istnieć. Zatrudnienie straci wiele osób, a mozolnie budowana przez nas pozycja, również zagraniczna, stanie się jedynie branżowym wspomnieniem – obawia się Paweł Montewka. Dodaje, że jest jeszcze cień szansy na uratowanie takich podmiotów – na kolejnych, zaledwie jednak kilku, etapach prac legislacyjnych.

Polska Izba Przemysłu Targowego szacowała początkowo straty branży na około 150 mln złotych miesięcznie. Od początku epidemii rosły one jednak bardziej dynamicznie. Dziś wynoszą już blisko 800 mln. Jak wskazuje Paweł Montewka, chodzi o firmy należące do Polskiej Izby Przemysłu Targowego, która skupia około 40% rynku. Jeśli doliczyć straty podmiotów gospodarczych zajmujących się targami , ale będących poza Izbą, może to, według Pawła Montewki, być co najmniej drugie tyle.

W 2019 r. cała branża targowa zasiliła budżet blisko 500 mln złotych z podatków, dając zatrudnienie nie tylko 500 tys. osób, ale także zlecenia podwykonawcom np. z przemysłu meblarskiego czy metaloplastyki. Dotyczy to także firm działających w ramach Izby. Rynek targowy szacowany był na 3-4 mld zł, jednak także jedynie uwzględniając firmy należące do PIPT.

Firmy projektujące i budujące stoiska, w ciągu ostatnich prawie 30 lat, wyrobiły sobie bardzo silną pozycję za granicą – m.in. w Niemczech, gdzie na zlecenie tamtejszych organizatorów targów budują przestrzenie wystawiennicze. Tam zarabiały pieniądze, w Polsce zaś zamawiały komponenty do budowanych przez siebie stoisk i tu płaciły podatki. Dziś rynek targowy w Europie także przechodzi przez poważny kryzys, więc, jak wskazuje Paweł Montewka, na razie nie ma możliwości uzyskania zleceń od tamtejszych organizatorów targów. Takich firm jest w Polsce kilkaset, i to nie tylko już w Wielkopolsce, z której tradycyjnie się wywodzą.

Nestmedic przeprowadzi kampanię crowdfundingową w Niemczech

Nestmedic, notowany na NewConenct właściciel rozwiązania telemedycznego Pregnabit, planuje pozyskanie finansowania w wysokości 1 mln euro w ramach kampanii crowdfundingowej na niemieckim rynku. W tym celu spółka podpisała umowę z profesjonalnym doradcą DLT Capital GmbH, który pomoże przygotować i przeprowadzić kampanią na jednej z platform: Companisto, Seedrs lub Seedmatch.

Pozyskane finansowanie zostanie przeznaczone na przygotowanie nowej wersji technologii Preganbit Pro, której składowymi są nowy system IT, nowe urządzenie wraz z sondami, przygotowanie Spółki do działalności na rynkach zagranicznych oraz finansowanie bieżącej działalności. Oczekiwaniem Zarządu jest pozyskanie około 1 mln EUR.

– Rozwiązanie Pregnabit ma globalny potencjał rozwoju, dlatego zdecydowaliśmy się na przeprowadzenie kampanii finansowania społecznościowego o międzynarodowym zasięgu. Mamy dobre doświadczenia z niemieckim rynkiem, stąd decyzja o wyborze partnera na tym rynku. Proces pozyskania finansowania chcielibyśmy zakończyć na przełomie 2020 i 2021 r. – komentuje Jacek Gnich, prezes Nestmedic.

Spółka spodziewa się zawarcia umowy z platformą crowdfundingową  do końca września 2020 r.  Uruchomienie akcji crowdfundingowej jest planowane na IV kwartał br. Umowa z DLT Capital GmbH została zawarta na okres 12 miesięcy. Wynagrodzenia partnera obejmuje zarówno wynagrodzenie ryczałtowe, rozliczenie czasu spędzonego na realizacji umowy oraz część prowizyjna w przypadku pozyskania ponad 500 tys. euro.

Kolejna reforma górnictwa zablokowana. Kopalniom grożą bankructwa

Związki zawodowe zablokowały kolejną próbę rządowej reformy górnictwa. Uniemożliwi to przesunięcia górników do kopalni, które potrzebują kadry pracowniczej. To krótkoterminowy efekt negocjacji związkowców, który źle odbije się na samych pracownikach. Jednak konsekwencji może być dużo więcej. Historia blokowania reform polskiego górnictwa sięga paru poprzednich rządów. Brak głębokiej restrukturyzacji doprowadził do sytuacji, w której już nie staramy się poprawić funkcjonowania kopalń – lecz ratujemy je przed bankructwem. Unia Europejska chce przeznaczyć pieniądze na transformację energetyczną w Polsce. Jednak pod namową związków górniczych rząd mocno zaprotestował przeciwko unijnym projektom.

– Reforma tego sektora powinna się wydarzyć dobrych kilka lat temu. Nie wydarzyła się – przez co rząd w zasadzie zarządza teraz kryzysem upadłościowym. Dużej części tych dwudziestu polskich kopalń, których dotyczył projekt restrukturyzacji, grozi po prostu niewypłacalność i bankructwo – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego. – Przez to, że politycy przez lata nie podejmowali odważnych decyzji – kolejne miasta i regiony znajdą się w sytuacji, jaką obserwowaliśmy na przykład w Wałbrzychu. Miejsca, które są w zasadzie uzależnione od sektora górniczego, będą bardzo mocno cierpieć. Szczególnie, że fundusze unijne na restrukturyzację górnictwa stoją pod znakiem zapytania. Z jednej strony sektor górniczy zmierza więc do wygaszenia i bankructwa – a z drugiej nie dostaniemy pomocy z Unii, gdyż uparcie bronimy istnienia tego sektora w niezmienionej formie. Oprócz górników, energetyki i rządu w ten proces włączone jest również polskie społeczeństwo. Ono ocenia efektywność pracy rządu w tym sektorze – więc poparcie dla dofinansowania kopalń węgla kamiennego będzie najpewniej znikome – analizuje Roszkowski.

Od 2021 roku zmienią się przepisy budowlane. Nowe budynki będą bardziej energooszczędne

Z początkiem przyszłego roku w Polsce zaczną obowiązywać zaostrzone wymogi efektywności energetycznej dla nowo powstających budynków. Będą one charakteryzować się m.in. lepszą izolacją, a więc niższym zapotrzebowaniem na energię. Branża budowlana w większości jest już gotowa na zmiany, do których przygotowywała się przez ostatnich osiem lat. Zresztą zmiany te, związane ze spełnieniem standardów unijnych, następowały etapowo i od nowego roku będzie to trzeci, ostatni etap. Dla użytkowników budynków oznaczają one większy komfort i oszczędności na rachunkach za ogrzewanie. Nowe wymogi nie powinny przełożyć się na wzrost cen mieszkań – podkreślają przedstawiciele branży budowlanej.

– Jako branża materiałów budowlanych bardzo pozytywnie oceniamy zmiany, które zachodzą w zakresie poprawy efektywności energetycznej budynków – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Kielar, członek zarządu Stowarzyszenia Producentów Wełny Mineralnej: Szklanej i Skalnej MIWO. – Jest to istotny element zwiększania bezpieczeństwa energetycznego kraju, ochrony środowiska, ale również podnoszenia komfortu życia mieszkańców Polski. Nie da się też ukryć, że dzięki temu będziemy w stanie lepiej stawić czoła spowolnieniu wywołanemu pandemią koronawirusa.

Z początkiem 2021 roku wejdą w życie nowe warunki techniczne dotyczące poprawy efektywności energetycznej dla nowo powstających budynków (WT2021). Zaostrzone zostaną m.in. współczynniki przenikania ciepła ścian zewnętrznych i dachów, a okna i drzwi będą musiały również spełnić wyższe wymagania. Każdy nowy budynek mieszkalny będzie musiał być nie tylko dobrze ocieplony, ale też zastosowane w nim będą urządzenia korzystające z energii odnawialnej. Lepsza izolacja domów to mniej wykorzystanej energii potrzebnej do ich ogrzewania czy chłodzenia, co oznacza wymierne oszczędności.

– Kombinacja nowych warunków technicznych, które pozwolą budować w supernowoczesny sposób, i termomodernizacji, która poprawia stan istniejącej w Polsce substancji mieszkaniowej, jest świetnym sposobem na to, żeby uniknąć kryzysu w branży budowlanej wynikającego z pandemii – wyjaśnia Andrzej Kielar.

W najbliższych latach szansą na rozwój branży budowlanej będą nie tylko nowe przepisy, ale także  termomodernizacja istniejących budynków. W Polsce jest ok. 5,5 mln domów jednorodzinnych (które stanowią 90 proc. wszystkich budynków mieszkalnych). Wiele z nich zostało wzniesionych jeszcze przed 1989 rokiem i charakteryzują się niską efektywnością energetyczną. Rząd wspiera finansowo ich termomodernizację w ramach kilku programów i instrumentów finansowych, m.in. Stop Smog, program Czyste Powietrze czy ulga termomodernizacyjna, na które w najbliższych latach przeznaczy z budżetu miliardy złotych.

– Nowe warunki techniczne są fantastycznym uzupełnieniem termomodernizacji, czyli drugiego filaru, na którym w najbliższych latach powinien się opierać rozwój branży budowlanej w Polsce. Renowacja jest nam potrzebna i w Polsce, i w Unii Europejskiej, bo wiąże się, po pierwsze, z redukcją niskiej emisji i smogu, który nas dusi, a po drugie, daje oszczędności energetyczne – mówi członek zarządu Stowarzyszenia MIWO

Wejście w życie nowych regulacji to efekt unijnej dyrektywy EPBD, dzięki której Unia Europejska chce zredukować zużycie energii i emisję CO2 w budownictwie. W Polsce unijne regulacje były wprowadzane etapami (w 2014 i 2017 roku), aby rynek zdążył się do nich przygotować.

– Kolejny krok we wprowadzaniu nowych warunków technicznych, który będzie miał miejsce od 1 stycznia przyszłego roku, nie jest niczym nowym. Cała branża przygotowywała się do tego przez ostatnich osiem lat – podkreśla Andrzej Kielar.

Jak wskazuje, już w tej chwili wiele budynków w Polsce jest wznoszonych według nowych wytycznych. Tym bardziej że od ubiegłego roku obowiązują one dla nowo powstających i modernizowanych budynków publicznych. Większość podmiotów z rynku budowlanego jest przygotowana na kolejne zmiany, co widać chociażby na przykładzie biur projektowych, które mają w swej ofercie projekty gotowych domów. Niemal wszystkie są już przystosowane do WT2021, bo w przeciwnym razie z końcem tego roku stałyby się nieaktualne.

– Inwestorzy już dostrzegają konieczność stosowania najnowszych wymogów i technologii. Widzą też korzyści wynikające z tego, że budynki są bardziej energooszczędne, że spełniają zdecydowanie lepsze wymagania w zakresie akustyki, oszczędności energii, ale również komfortu użytkowania – przekonuje ekspert.

Według analiz i wyliczeń Stowarzyszenia MIWO nowe standardy w zakresie energooszczędności budynków nie powinny spowodować wzrostu cen mieszkań.

– Na przykład dla mieszkania w budynku wielorodzinnym, którego cena wynosi ok. 9 tys. zł za 1 mkw., koszt zwiększenia grubości izolacji wyniesie około 0,1 proc., czyli 1 promil w stosunku do jego wartości rynkowej. Niezależnie zaś od ceny rynkowej metra kwadratowego mieszkania dodatkowy koszt związany ze wzrostem grubości izolacji może wynieść około 9–10 zł za 1 mkw. powierzchni mieszkania. To bardzo niewiele, a bezsprzecznie nowe przepisy są bardzo korzystne dla użytkowników budynków. Zużyją oni mniej energii i zapłacą mniej za ogrzewanie domu w każdym kolejnym roku od 2021 – wyjaśnia Łukasz Glapa, sekretarz zarządu stowarzyszenia MIWO.

Polscy lekarze notują duże sukcesy w leczeniu niepłodności metodą in vitro. Jednak dostęp do jej finansowania jest ograniczony

Polska pozostaje jednym z nielicznych krajów UE, w których z publicznych pieniędzy nie finansuje się w żaden sposób kosztów leczenia niepłodności. Tymczasem ten problem dotyczy nawet 1,5 mln par. Co roku kilkanaście tysięcy z nich korzysta z procedury in vitro. Na tle innych państw lekarze w Polsce notują na tym polu duże sukcesy i wysoką skuteczność, sięgającą ok. 36 proc. Jak ocenia dr Janusz Pałaszewski z kliniki Invicta, krajowe prawo jest w tym zakresie dość dobrze skonstruowane, ale brakuje programu zdrowotnego, który otworzyłby dostęp do tej metody leczenia dla większej liczby par.

– Według statystyk w Polsce około 300 tys. par jest dotkniętych niepłodnością. To nie oznacza, że problem ma 600 tys. osób, bo mówimy o parach, wystarczy więc, że problem ma jedna osoba i on rozciąga się na dwie – mówi Janusz Pałaszewski, specjalista ginekolog i położnik, ordynator oddziału szpitalnego w klinice leczenia niepłodności Invicta w Warszawie.

Dużo wyższą liczbę podaje Ministerstwo Zdrowia w ubiegłorocznej aktualizacji „Programu kompleksowej ochrony zdrowia prokreacyjnego w Polsce”. Z problemami z zapłodnieniem boryka się 1,5 mln par. Co najmniej połowa z nich korzysta z pomocy podstawowej opieki zdrowotnej, a ok. 60 proc. wymaga specjalistycznej pomocy lekarskiej. Jednak nie wszystkie – z różnych powodów – z niej korzystają.

Na całym świecie – według Światowej Organizacji Zdrowia – problemem niepłodności dotkniętych jest około 60–80 mln par. WHO uznaje niepłodność za chorobę społeczną (definiuje się ją jako niemożność poczęcia dziecka po 12 miesiącach systematycznych starań, bez stosowania środków antykoncepcyjnych) i szacuje, że przeciętnie co 10. para ma trudności z poczęciem potomstwa.

Ministerstwo Zdrowia podkreśla, że pary dotknięte niepłodnością częściej mają zaburzone relacje społeczne, a partnerzy są bardziej narażeni na depresję i inne zaburzenia psychiczne, co przekłada się też na relacje w życiu zawodowym. Jest to problem również w wymiarze ogólnospołecznym i demograficznym.

Niepłodność jest już w tej chwili chorobą cywilizacyjną i ona musi być leczona – podkreśla specjalista ginekolog i położnik.

Według danych Europejskiego Towarzystwa Rozrodu Człowieka i Embriologii (ESHRE) co roku kilkanaście tysięcy par w Polsce, które mają problem z zajściem w ciążę, korzysta z zabiegów in vitro.

Szacuje się, że w Polsce co roku powinno być wykonywanych około 25 tys. procedur in vitro, żeby zabezpieczyć ten obszar leczenia niepłodności. Wydaje się, że jest to uczciwie wyliczona i nieprzeszacowana liczba – mówi Janusz Pałaszewski. – Trzeba pamiętać, że procedura in vitro nie oznacza automatycznie ciąży, często trzeba powtórzyć ją dwu-, trzykrotnie. Jeden panel takiego leczenia to właśnie trzykrotna procedura. Tu czasami dużą rolę odgrywa zwykły przypadek – w pierwszym ani drugim podejściu nie wystąpią warunki sprzyjające uzyskaniu zdrowej, prawidłowej ciąży, a dopiero przy trzecim się pojawia.

Skuteczność leczenia metodą zapłodnienia pozaustrojowego jest zależna od wieku kobiety, ale zazwyczaj wynosi około 30–40 proc. Najwyższą skuteczność notuje się w grupie pacjentek przed 35. rokiem życia.

W Polsce wypadamy nieźle na tle Europy. Mamy około 36-proc. skuteczność, czyli bardzo wysoką – mówi ekspert.

Kwestie dotyczące leczenia niepłodności i funkcjonowania ośrodków wspomaganego rozrodu reguluje w Polsce ustawa, która weszła w życie w listopadzie 2015 roku.

Wprowadziła ona pewne restrykcje, ale jest na tyle mądrze skonstruowana, że – jeżeli w ocenie lekarza stoją w sprzeczności z dobrem pacjenta – może on od nich odstąpić. Przykładem może być chociażby limit zapłodnienia sześciu komórek jajowych u pacjentek do 35. roku życia. Jeśli istnieją wskazania medyczne do zapłodnienia większej liczby, uzasadniamy to, umieszczamy w dokumentacji i możemy zapłodnić ich więcej – mówi ordynator w klinice Invicta.

Zgodnie z ustawą leczeniu poddawane są tylko pary (kobieta i mężczyzna, z wyłączeniem związków jednopłciowych i singli) pozostające w związku małżeńskim lub we wspólnym pożyciu. Do in vitro para jest kwalifikowana po 12-miesięcznym okresie leczenia innymi metodami (lekarz może skrócić ten termin, jeśli leczenie nie rokuje ciąży). W przypadku, gdy jeden z partnerów jest bezpłodny, ustawa dopuszcza dawstwo i biorstwo komórek rozrodczych lub zarodków, ale tylko anonimowe, co oznacza, że nie jest możliwe dawstwo ze wskazaniem czy wewnątrzrodzinne.

Przyjęty w 2016 roku nowy program leczenia niepłodności wyklucza metodę in vitro, skupiając się m.in. na naprotechnologii. Polska pozostaje jednym z nielicznych krajów UE, w których państwo nie finansuje ani nie partycypuje w kosztach leczenia niepłodności. W całym kraju jest ponad 40 klinik zajmujących się leczeniem metodą in vitro (dla porównania w Hiszpanii prawie 240), ale barierę w dostępie do leczenia tą metodą stanowią m.in. wysokie koszty, brak finansowej pomocy państwa i negatywne postrzeganie społeczne.

– Większość krajów w Europie refunduje leczenie in vitro. W Polsce mamy programy regionalne, obejmujące np. poszczególne miasta. One są bardzo pomocne, ale brakuje programu ministerialnego, który zresztą dał fantastyczny efekt, bo dzięki niemu pojawiło się nowe miasto wielkości Wyszkowa – mówi ginekolog.

W latach 2013–2016 był już prowadzony ministerialny program „Leczenie niepłodności metodą zapłodnienia pozaustrojowego”. Kosztowna procedura in vitro po raz pierwszy została w Polsce objęta finansowaniem ze środków publicznych. Z danych Ministerstwa Zdrowia przytaczanych przez OKO.Press wynika, że do grudnia ubiegłego roku dzięki temu programowi na świat przyszło już 22 188 dzieci.

– W Europie niemal wszystkie kraje – zgodnie z aktualną wiedzą medyczną – działają tak, aby ich obywatele mogli być leczeni z powodu niepłodności. Oczywiście są też takie, które poszły w stronę bardzo złych regulacji, czego przykładem są Szwajcaria i Włochy, gdzie około dwóch lat temu zmieniono prawo, wprowadzono restrykcyjne ograniczenia i zablokowano możliwość zapłodnienia większej liczby komórek jajowych, co uderzyło w pacjentów. To spowodowało wręcz drastyczny spadek skuteczności tego leczenia – poniżej 20 proc. Szwajcarzy jechali na leczenie do Francji albo Niemiec, a Włosi do Austrii, bo nikt nie chciał się leczyć we własnym kraju – mówi dr Janusz Pałaszewski.

Jak podkreśla, w Polsce wprowadzenie podobnych ograniczeń bądź całkowitego zakazu in vitro mocno uderzyłoby w pary borykające się z niepłodnością i cofnęło polską medycynę o 35 lat wstecz. Zwłaszcza że w naszym kraju lekarze notują ogromne sukcesy w leczeniu niepłodności.

Pierwsza procedura in vitro w Polsce była wykonana przez prof. Mariana Szamatowicza w 1987 roku i urodziła się wtedy dziewczynka, która jest dzisiaj 33-letnią kobietą. Mamy ogromne doświadczenia, bardzo dobre wyniki i osiągnięcia na tym polu. W polskiej klinice – jako drugiej na świecie – sekwencjonowano DNA zarodków, po raz pierwszy dokonała tego klinika uniwersytecka w Stanach Zjednoczonych. Byliśmy liderami w stosowaniu pewnych oznaczeń, przykładowo parametr anti-Müllerian hormone [AMH, wskaźnik rezerwy jajnikowej – red.] został w Polsce zastosowany bardzo szybko, co miało duży wpływ na inne kraje – mówi ginekolog.

Jak wynika z raportu EFAP „European Policy Audit on Fertility”, który podsumowuje dane dotyczące leczenia niepłodności w krajach Europy, w Polsce wskaźnik płodności wynosi 1,32 (podobny odnotowuje się np. w Hiszpanii), a średnia dla UE wynosi 1,58. Jeden z najwyższych notuje Francja, gdzie ten wskaźnik sięga 2,01.

Stan ochrony zwierząt w Polsce pozostawia wiele do życzenia. Trwają prace nad zmianą prawa

0

– Ustawa o ochronie praw zwierząt wymaga generalnej reformy, bo obecnie jest nieprecyzyjna i pozwala na dowolną interpretację. Trwają już konsultacje dotyczące jej nowelizacji – poinformował Wojciech Albert Kurkowski, pełnomocnik ministra rolnictwa ds. ochrony zwierząt. To nowe stanowisko powołane pod koniec czerwca. Zadaniem pełnomocnika będzie m.in. pośredniczenie pomiędzy organizacjami, które zajmują się ochroną praw zwierząt, oraz stowarzyszeniami rolników i hodowców. Przykład branży hodowli zwierząt na futra pokazuje, że nie będzie mieć łatwego zadania.

– Stan ochrony zwierząt w Polsce pozostawia dziś wiele do życzenia. Chcę być rzecznikiem zwierząt, a nie konkretnego ministra czy partii politycznej. Zwierzęta nie posiadają barw politycznych, ale muszą mieć głos, który pomoże im żyć lepiej. I to jest moje zadanie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes pełnomocnik ministra rolnictwa do spraw ochrony zwierząt.

Stanowisko to powstało pod koniec czerwca. Został na nie powołany hodowca kotów, dotychczasowy wiceprezes World Cat Federation i międzynarodowy sędzia felinologiczny Wojciech Albert Kurkowski. Jego zadaniem będzie m.in. opiniowanie aktów prawnych dotyczących ochrony i dobrostanu zwierząt oraz wskazywanie największych problemów w tym zakresie. Pełnomocnik ministra ma też współpracować i pełnić rolę mediatora między organizacjami, które zajmują się ochroną praw zwierząt, a stowarzyszeniami rolników i hodowców.

– Jestem już po pierwszych rozmowach, zarówno z organizacjami posiadającymi w swoim statucie ochronę praw zwierząt, jak i środowiskami rolniczymi, a nawet z przemysłem futrzarskim. Jestem również po wizytacjach na fermie zwierząt futerkowych i fermie krów. Zapewne nie uda się pogodzić interesów wszystkich, ale można znaleźć wspólny cel, czyli przede wszystkim podniesienie dobrostanu zwierząt żyjących w gospodarstwach rolnych czy na fermach futerkowych – mówi Albert Kurkowski. – Chętnie spotykam się z każdą stroną i przyjmuję rozsądne, logiczne, naukowe argumenty.

Jak podkreśla, na dobrostanie zwierząt zależy nie tylko organizacjom prozwierzęcym, ale i rolnikom. Według resortu rolnictwa potwierdza to też fakt, że do tej pory już ponad 46 tys. gospodarstw złożyło do ARiMR wniosek na działanie dotyczące podwyższonych standardów utrzymywania zwierząt.

– Trzeba zrobić wszystko, żeby edukować ludzi i umożliwić im stworzenie zwierzętom lepszych warunków do życia. Nie możemy być hipokrytami. Jemy mięso, więc zdajemy sobie sprawę, że mamy zwierzęta rzeźne albo takie, których futra są wykorzystywane w przemyśle i modzie. Uważam, że najlepszym sposobem protestowania przeciw hodowlom zwierząt futerkowych jest nienoszenie futer. Jeśli natomiast te zwierzęta mają zapewniony dobrostan, a taką fermę widziałem, to żyją w dobrych warunkach, zapewne niejednokrotnie lepszych niż zwierzęta innych gatunków wykorzystywane w rolnictwie – mówi pełnomocnik ministra rolnictwa do spraw ochrony zwierząt.

Interesy hodowców i organizacji prozwierzęcych niełatwo będzie pogodzić, co dobrze pokazuje właśnie przykład hodowli zwierząt futerkowych. Według Stowarzyszenia Otwarte Klatki w Polsce działa 476 ferm (dane za 2019 rok), a co roku dla futer zabijanych jest ponad 5 mln zwierząt (norki, lisy, jenoty i szynszyle). Polska jest trzecim największym producentem futer na świecie, ale awansuje na drugie miejsce wraz z wygaszaniem tej branży w Holandii, gdzie w 2024 roku wejdzie w życie zakaz hodowli norek. Jak podaje Polski Związek Hodowców i Producentów Zwierząt Futerkowych, poza Holandią Polska konkuruje w tym przemyśle głównie z Danią i Finlandią. Niemal 100 proc. polskich skór sprzedawanych jest przez domy aukcyjne w Helsinkach, Kopenhadze, Seattle i Toronto, a roczne przychody polskich hodowców z hodowli zwierząt futerkowych wynoszą 400 mln euro.

Jak podaje Stowarzyszenie Otwarte Klatki, w ostatnich latach zakaz hodowli zwierząt na futra wprowadziły już m.in. Czechy, Słowacja i Norwegia. Z kolei Niemcy w 2017 roku przegłosowały nowe normy dobrostanowe dotyczące ferm futrzarskich (norki muszą mieć np. zapewnioną możliwość pływania), co spowodowało, że produkcja stała się nieopłacalna i ostatnią fermę zamknięto w ubiegłym roku. Według ubiegłorocznego badania Centrum Biostat przeciwnych hodowli zwierząt na futra jest aż 73 proc. Polaków. W 2017 roku w Sejmie został złożony projekt nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt, zakładający m.in. zakaz hodowli zwierząt na futra, ale jak dotąd takie rozwiązania legislacyjne nie zostały przyjęte.

Jak ocenia nowy pełnomocnik ministra rolnictwa do spraw ochrony zwierząt, w Polsce ustawa o ochronie praw zwierząt wymaga generalnej reformy, bo obecnie jest nieprecyzyjna i pozwala na dowolną interpretację. Trwają już konsultacje dotyczące jej nowelizacji.

– Ustawę należy sprecyzować, żeby lepiej chroniła zwierzęta. Trudno wyciągać w tej chwili pojedyncze przykłady, ale to m.in. słynne złe schroniska. Trzeba to poprawić w taki sposób, by prawo nie zezwalało na ich funkcjonowanie. Drugi przykład – są zarówno dobre działania organizacji prozwierzęcych, które w 90 proc. fantastycznie pomagają w ratowaniu zwierząt i poprawianiu ich dobrostanu, jak również 10 proc. złych działań i interwencji organizacji pseudoprozwierzęcych, które potrafią w istniejących lukach prawnych znaleźć możliwość zarabiania pieniędzy. Dlatego prawo należy wyprostować, żeby priorytetem były zwierzęta, a nie ludzie i ich interesy – mówi Albert Kurkowski.

Wraz z powołaniem nowego pełnomocnika szef resortu rolnictwa Jan Krzysztof Ardanowski wskazał, że konieczna jest analiza stanu ochrony zwierząt w Polsce, uporządkowanie przepisów i zapobiegnięcie narastającym konfliktom pomiędzy właścicielami zwierząt a organizacjami odbierającymi im zwierzęta. Minister wskazał też, że w przyszłości przy resorcie może zostać powołany Rzecznik Praw Zwierząt. Jak wynika z badania przeprowadzonego w listopadzie 2019 roku przez Biostat na zlecenie Stowarzyszenia Otwarte Klatki, pomysł powołania takiej instytucji popiera aż 85 proc. Polaków.

– Rzecznik Praw Zwierząt jest niezbędny w polskim prawodawstwie, to on ma występować w ich imieniu. W tej chwili faktycznie brakuje takiej funkcji. Moja rola jako pełnomocnika MRiRW nie wystarcza, żeby ująć się za zwierzętami jako ekspert zupełnie niezależny, niezwiązany z żadnym ministerstwem czy partią. To musi być ktoś, kto faktycznie będzie dbał o losy zwierząt i będzie mógł w ich imieniu występować przed władzami. Ktoś, kto będzie mieć też inicjatywę zmiany prawa – mówi pełnomocnik ministra rolnictwa do spraw ochrony zwierząt.

Zyski banków mniejsze o połowę. Kryzys napędzi cyfryzację sektora

– Można powiedzieć za Churchillem, że nie należy zmarnować dobrego kryzysu. Najważniejsze w czasie pandemii jest to, żeby zareagować na tę trudną sytuację – mówi Leszek Skiba, prezes Banku Pekao SA. Jak wskazuje, banki przechodzą w tej chwili transformację i dostosowują swoje modele biznesowe do nowych warunków, stawiając głównie na szybszą cyfryzację i rozwój zdalnych kanałów kontaktu z klientami. Kryzys wywołany przez COVID-19 nie pozostaje też bez wpływu na kondycję finansową sektora, w którą najmocniej uderzają niskie stopy procentowe, spadek popytu na kredyty i znaczący wzrost ryzyka.

Spadek marży odsetkowej wywołany obniżką stóp procentowych, wzrost odpisów na oczekiwane straty kredytowe oraz spadek przychodów z tytułu opłat i prowizji, spowodowany zmniejszonym popytem na usługi bankowe – to w ocenie NBP główne czynniki, które w nadchodzącym czasie wpłyną na spadek zyskowności sektora bankowego. W ubiegłym tygodniu bank centralny podał, że zysk netto sektora za I półrocze był aż o 47,7 proc. niższy rok do roku i wyniósł 3,93 mld zł. W samym czerwcu wyniósł 0,55 mld zł i w ujęciu rocznym spadł aż o 67 proc. Dla porównania zysk netto całego sektora bankowego za ubiegły rok wyniósł 14,7 mld zł.

Pandemia jest czasem spowolnienia gospodarczego, a nawet recesji w II kwartale. W tym okresie mamy spadek popytu na kredyt, co stanowi największy kłopot dla wszystkich banków. Klienci rzadziej wnioskują o kredyty, w związku z czym mamy mniej klientów. Jest też drugi czynnik związany z tym, że Narodowy Bank Polski, reagując na spowolnienie, obniżył stopy procentowe, a to zawsze oznacza spadek dochodów odsetkowych dla sektora bankowego – mówi agencji Newseria Biznes Leszek Skiba, prezes Banku Pekao SA.

Seria trzech tegorocznych obniżek stóp procentowych (17 marca, 8 kwietnia i 28 maja) mocno wpływa na wyniki banków. Główna stopa referencyjna NBP została obniżona z 1,5 proc. na początku marca do rekordowo niskiego poziomu 0,1 proc. obecnie i najprawdopodobniej w kolejnych kwartałach stopy procentowe zostaną utrzymane na tym poziomie, bo prognoza banku centralnego dotycząca gospodarki jest bardziej pesymistyczna, niż zakłada rząd. W lipcowym raporcie o inflacji NBP prognozuje spadek PKB w 2020 roku o 5,4 proc. i odbicia do stanu sprzed pandemii dopiero w 2022 roku.

Kolejny niekorzystny czynnik to spadek popytu na kredyty, który odzwierciedlają dane BIK. W pierwszym półroczu banki i SKOK-i udzieliły mniej prawie wszystkich rodzajów produktów kredytowych – zarówno w ujęciu wartościowym, jak i liczbowym. Liczba i wartość przyznanych kredytów gotówkowych spadły średnio o 1/3. W lipcu liczba klientów starających się o kredyt mieszkaniowy spadła o 6,4 proc. r/r, a wnioskowali oni o kredyty na kwotę niższą o 3,5 proc. względem lipca 2019 roku. Z kolei w segmencie mikroprzedsiębiorców liczba zapytań kredytowych z banków do BIK spadła w pierwszym półroczu o 23 proc. W sumie w tym czasie banki udzieliły im kredytów obrotowych na kwotę niższą o 27,5 proc., a inwestycyjnych – o 42,6 proc. w porównaniu do tego samego okresu rok wcześniej.

NBP wskazywał na znaczne zaostrzenie warunków udzielania kredytów we wszystkich segmentach już w pierwszym kwartale. Jednak w lipcowym raporcie bank centralny wskazuje, że w III kwartale banki zamierzają odwracać ten trend i zacząć stopniowo łagodzić kryteria – zarówno dla firm, jak i klientów indywidualnych („Sytuacja na rynku kredytowym – wyniki ankiety III kw. 2020”). Spodziewany jest też wzrost popytu na kredyty mieszkaniowe oraz kredyty krótkoterminowe dla firm. W przypadku konsumpcyjnych prognozy banków są zróżnicowane.

Na wynikach banków odbija się też jednak znaczny wzrost ryzyka kredytowego i konieczność zawiązania rezerw na skutki pandemii SARS-CoV-2 (cały sektor odpisał na nie w pierwszym półroczu 3,1 mld zł). Wzrost bezrobocia, spowolnienie gospodarcze i bankructwa przedsiębiorstw zwiastują gorszą spłacalność i więcej tzw. złych kredytów, więc banki muszą zawiązać na ten cel wielomilionowe odpisy.

W związku z tym banki standardowo pokazują niższe zyski i to jest właśnie ten moment, w którym następuje spadek zysków całego sektora. To oczywiście przekłada się na cenę akcji – mówi prezes Banku Pekao SA.

Jak podkreśla, pandemia jest czasem, w którym banki starają się zmieniać i dostosowywać swoje modele biznesowe do nowych warunków. Reżim sanitarny i zmiana sposobu, w jaki klienci korzystają z usług bankowości, głównie poprzez kanały zdalne, są bodźcem do szybszej cyfryzacji sektora. Jednak warto podkreślić, że polskie banki jeszcze przed pandemią należały do najbardziej zdigitalizowanych i innowacyjnych w Europie.

Można powiedzieć za Churchillem, że nie należy zmarnować dobrego kryzysu – mówi Leszek Skiba. – Najważniejsze w czasie pandemii jest to, żeby zareagować na tę trudną sytuację. Część placówek w bankach było zamkniętych m.in. z powodów sanitarnych, ale też związanych z popytem. W naszym banku też widzimy, że klienci wolą używać środków zdalnych, kontaktują się przez telefon i aplikację, rzadziej pojawiają się w oddziałach i to jest naturalne. Banki dostosowują się do tej sytuacji w przyspieszony sposób poprzez cyfrową transformację. Robią więcej niż zwykle, żeby być w kontakcie z klientami właśnie za pomocą kanałów zdalnych.

Rusza produkcja pierwszych szczepionek na koronawirusa. 400 mln dawek może niebawem trafić do Europy

Komisja Europejska podpisała już pierwsze porozumienie w sprawie zakupu potencjalnej szczepionki przeciwko SARS-CoV-2. Podstawa umowy ramowej obejmuje zakup 300 mln dawek szczepionki po wykazaniu, że jest ona bezpieczna i skuteczna. Umowa daje też możliwość zakupu kolejnych 100 mln dawek. Komisja nadal prowadzi rozmowy w sprawie podobnych umów z innymi producentami szczepionek.

Niedawno o swojej szczepionce przeciw wirusowi SARS-CoV-2 poinformowała Rosja, a jej produkcja właśnie ruszyła na masową skalę. Międzynarodowi eksperci zwracają jednak uwagę na niski poziom bezpieczeństwa Sputnika V i niewystarczające badania kliniczne.

Tymczasem Komisja Europejska podpisała umowę na zakup co najmniej 300 mln dawek szczepionki na SARS-CoV-2. Po wynikach dotyczących bezpieczeństwa i immugenności szczepionka stworzona przez naukowców z Uniwersytetu w Oxfordzie, która produkowana będzie przez firmę AstraZeneca, znajduje się już w II/III fazie badań klinicznych prowadzonych na dużą skalę. Opiera się ona na niezdolnym do replikacji wektorze adenowirusa szympansa (ChAdOx1). Do tego gwarantowane są m.in. szybkość realizacji, niewysokie koszty i zdolność produkcyjna, która ma zapewnić zaopatrzenie w szczepionkę całej Unii Europejskiej.

– Po tygodniach negocjacji mamy do czynienia z pierwszą umową ramową na zakup potencjalnej szczepionki – podkreśla Stella Kyriakides, komisarz ds. zdrowia i bezpieczeństwa żywności w KE.

To porozumienie jest pierwszym elementem wdrażania strategii Komisji Europejskiej w sprawie szczepionek. Strategia ta umożliwi dostarczanie w przyszłości szczepionek Europejczykom, a także naszym partnerom w innych częściach świata – wskazuje Ursula von der Leyen, przewodnicząca Komisji Europejskiej.

17 czerwca KE zaprezentowała europejską strategię przyspieszenia rozwoju, produkcji i wdrożenia skutecznych i bezpiecznych szczepionek przeciwko SARS-CoV-2. W ramach tego planu komisja ma sfinansować część kosztów, które producenci szczepionek muszą ponieść na początkowym etapie. W zamian otrzyma prawo do zakupu określonej liczby dawek szczepionek w określonym terminie. Jak zapowiada KE, w celu przyspieszenia zatwierdzenia i udostępniania skutecznej szczepionki w państwach członkowskich zostanie wykorzystana elastyczność unijnych ram regulacyjnych.  Dotyczy to m.in. szybszej procedury udzielania zezwoleń i elastyczności w odniesieniu do etykietowania i pakowania.

KE planuje też udostępniać szczepionkę w formie darów krajom o niższych i średnich dochodach. W tym celu zebrała niemal 16 mld euro.

– Będziemy w dalszym ciągu niestrudzenie pracować nad wprowadzeniem większej liczby potencjalnych szczepionek do szerokiego unijnego wachlarza szczepionek. Bezpieczna i skuteczna szczepionka pozostaje najpewniejszym sposobem ochrony naszych obywateli i reszty świata przed koronawirusem – podkreśla Stella Kyriakides.

Rozmowy trwają także z innymi producentami potencjalnych szczepionek. 31 lipca ogłoszono wstępne porozumienie z Sanofi-GSK, a 13 sierpnia z Johnson & Johnson. Na całym świecie badanych jest ponad 140 potencjalnych szczepionek.

Pandemia koronawirusa spowolniła rozwój Przemysłu 4.0. Firmy automatyzują produkcję przy wykorzystaniu sztucznej inteligencji i internetu rzeczy

Przymusowe wstrzymywanie pracy fabryk oraz widmo nadchodzącego kryzysu postpandemicznego oddaliły wizję powszechnego wdrożenia rozwiązań z zakresu Przemysłu 4.0. Najbardziej innowacyjne firmy, które dostrzegły potencjał pracy zdalnej w dobie pandemii, inwestują obecnie w sprawdzone rozwiązania związane z automatyzacją produkcji oraz wykorzystaniem systemów analizy Big Data, które pozwolą usprawnić procesy przemysłowe.

– Niewiele fabryk na świecie wdrożyło wielką ósemkę Przemysłu 4.0, czyli metody kojarzone z nowoczesną technologią, metodami zarządzania produkcją czy komunikowaniem się maszyn bez udziału człowieka. Bieżące wdrożenia przystopowały ze względu na obawę przed inwestycją, zatrzymaniem projektów, zamknięciem fabryk. Z drugiej strony pandemia pozwoliła zobaczyć, jak przystępne są cyfrowe technologie, które są siłą napędową Przemysłu 4.0. W związku z tym łatwiej będzie nam podejmować decyzje o wdrożeniach tego typu technologii – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Mikołaj Dramowicz, prezes zarządu DATAPAX.

Mimo spowolnienia procesów wdrożeniowych z zakresu Przemysłu 4.0 automatyzacja i cyfryzacja procesów przemysłowych wydaje się przyszłością gospodarki uprzemysłowionej. Z raportu „Przemysł 4.0 w Polsce – rewolucja czy ewolucja” opracowanego przez analityków z firmy Deloitte wynika, że dla 86 proc. menedżerów wyższego stopnia wdrażanie nowych technologii będzie mieć kluczowe znaczenie dla uzyskania przewagi rynkowej nad konkurencją.

Badanie sugeruje, że największą przeszkodą na drodze do wdrożenia transformacji cyfrowej jest brak wiedzy na temat tego, w jaki sposób ją przeprowadzić oraz które technologie powinny stanowić podstawę nowej infrastruktury informatycznej, na co zwróciło uwagę 41 proc. respondentów. Ponadto aż 61 proc. badanych przyznało, że firma musi dokonać zmian personalnych bądź nauczyć pracowników nowych umiejętności, zanim przeprowadzi cyfrową transformację.

– W Polsce w dużej części firm, szczególnie z sektora MŚP, głównym narzędziem do zarządzania jest Excel. Do tej pory te firmy nie były otwarte na nowe technologie. Oczywiście firmy międzynarodowe, które budują nowe oddziały, przodują i stosują bardzo nowoczesne rozwiązania, więc jesteśmy na dobrej drodze. Szukamy metod na usprawnianie, ale do Przemysłu 4.0 jeszcze nam daleko – ocenia ekspert.

O konieczności usprawnienia metod wdrażania systemów inteligentnych przekonują również przedstawiciele hubu technologicznego działającego pod egidą Krakowskiego Parku Technologicznego. Zespół hub4industry stworzył kompleksowy program wsparcia dla przedsiębiorstw zainteresowanych wdrożeniem rozwiązań z zakresu Przemysłu 4.0. W tym celu zbudowano showroom Fabryki Przyszłości, w którym firmy mogą sprawdzić, jak konkretne technologie sprawdzają się w praktyce. Hub realizuje także pilotażowe projekty wdrożeniowe i prowadzi działania edukacyjne w zakresie wykorzystania technologii Przemysłu 4.0

– Najchętniej wprowadzane technologie z Przemysłu 4.0 przede wszystkim opierają się na internecie rzeczy. W przemyśle są to różnego rodzaju czujniki na maszynach, które mogą informować o tym, co się dzieje z parkiem maszynowym, czy są jakieś awarie i je przewidywać. Jest też analiza danych z wykorzystaniem sztucznej inteligencji w firmach produkcyjnych, żeby móc podjąć sensowną decyzję i wyszukać w gąszczu informacji te sensowne i wartościowe. Internet rzeczy i analiza danych poprzez sztuczną inteligencję przodują dlatego, że są najbardziej dostępne, najłatwiej nam je zrozumieć i są najprostsze we wdrożeniu – wyjaśnia Mikołaj Dramowicz.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku Przemysłu 4.0 w 2019 roku wyniosła 71,7 mld dol. Przewiduje się, że do 2024 roku wzrośnie do 156,6 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 16,9 proc.

Pozytywne dane z europejskiego przemysłu

W tym tygodniu ukazały się ważne europejskie dane makroekonomiczne. Potwierdziły one, że przemysł europejski wraca do normy. W strefie euro produkcja przemysłowa wzrosła w czerwcu o 9,1% m/m. W Niemczech odnotowano wzrost w zestawieniu miesięcznym o 8,9%. Wskaźniki wyprzedzające można także uznać za optymistyczne, gdyż oprócz indeksu PMI w sektorze produkcyjnym rosną również zamówienia przemysłowe. We wspomnianych już Niemczech wzrosły one o ponad jedną czwartą. Produkcja przemysłowa w strefie euro jest nadal o 12,3% niższa w zestawieniu r/r, co oznacza, że powrót do wyników sprzed pandemii zajmie trochę czasu. Coraz większe oczekiwania co do przyszłego rozwoju sytuacji w Niemczech wpłyną także na gospodarkę europejską, a więc również i polską. Na przykład niemiecki indeks nastrojów gospodarczych ZEW wzrósł w sierpniu z 59,3 do 71,5 pkt. Większy optymizm niemieckich firm powinien więc wspierać działalność gospodarczą nie tylko w
Niemczech, ale także za granicą, w tym w Polsce.

Złoty nadal czeka na istotny impuls makroekonomiczny. Jeszcze w tym tygodniu zmienność polskiej waluty wobec euro była relatywnie niska, a w piątek rano kurs złotego oscylował na poziomie 4,39 PLN/EUR. Kurs eurodolara również w tym tygodniu nie uległ większym zmianom i pod koniec tygodnia osiągnął wartość 1,180 USD/EUR.

AKCENTA CZ a.s.

Polska gospodarka zmniejszyła się realnie o 8,2% r/r. Michał Sadecki (PGS): byliśmy przygotowani na takie okoliczności

GUS opublikował szacunki dotyczące produktu krajowego brutto na drugi kwartał 2020 roku. Nasza gospodarka zmniejszyła się realnie o 8,2% w porównaniu z analogicznym okresem 2019 roku. Jednocześnie ceny towarów i usług konsumpcyjnych w lipcu spadły o 3% w stosunku rocznym. – Od czasu ogłoszenia epidemii, byliśmy przygotowani na takie okoliczności – komentuje załamanie gospodarcze Michał Sadecki, prezes Polskiej Grupy Supermarketów.

Zakładany spadek PKB o 8,2% może się okazać największym kryzysem dla polskiej gospodarki w ostatnich 25 latach. Szacunki analityków GUS-u są jednak obniżone w stosunku do przewidywań części ekonomistów (które wahały się od 8,9 do ponad 10 % PKB).

– Spadek produktu krajowego oznacza mniejszą konsumpcję, która może odbić się częściowo na branży spożywczej. Od czasu ogłoszenia epidemii, byliśmy przygotowani na takie okoliczności. Myślę, że właśnie teraz najbardziej sprawdzi się nasza strategia inwestowania w rozwój marek własnych. – komentuje dane GUS-u Michał Sadecki, prezes Polskiej Grupy Supermarketów.

Mimo dużych spadków polska gospodarka radzi sobie relatywnie dobrze. W Europie jedynie Finlandia i Litwa donoszą o mniejszych spadkach w drugim kwartale 2020 r., natomiast PKB strefy Euro zaliczyło spadek o przeszło 12% r/r.

– Najbliższe miesiące okażą się niezwykle istotne dla losów naszej gospodarki. Zakończenie programów pomocowych, może doprowadzić do dalszego jej zachwiania i głębszej recesji. Dla branży spożywczej oznaczać to będzie jeszcze ostrzejszą walkę o klienta i niższe marże. Naszym zadaniem jest takie wsparcie partnerów, by jak najmniej dotkliwie przeszli załamanie gospodarki – dodaje prezes PGS.

Początek upadku dolara?

Przez ostatni miesiąc dolar osłabił się wobec złotego o ponad 5 proc., a przez trzy miesiące o ponad 10 proc. Skąd ta słabość USD i siła PLN?

– Analitycy i inwestorzy na siłę szukają źródła osłabienia dolara. Pojawiły się nawet opinie, że mamy do czynienia z upadkiem hegemonii Stanów Zjednoczonych i trwają poszukiwania innej niż dolar waluty rezerwowej – mówi w rozmowie z MarketNews24 Łukasz Wardyn, dyrektor CMC Markets na Europę Wschodnią. – To wielka przesada, bo gospodarka amerykańska jest nadal liderem, a większość obrotu kapitałowego jest nadal realizowana przez amerykańskie banki.

Powodem osłabienia dolara wobec innych walut są bardzo duże obniżki stóp procentowych w USA, które były relatywnie głębsze niż w innych gospodarkach. Taka jest właśnie podstawowa przyczyna zmian na parze EUR/USD. Tendencje na rynku globalnych stóp procentowych ustabilizowały się. Obserwowane duże wzmocnienie euro wobec dolara może okazać się jednak krótkotrwałe, a wtedy sytuacja stałaby się niekorzystna również dla złotego

– Siła polskiej waluty jest konsekwencją dobrych nastrojów na rynkach i wzmocnienia euro do dolara, ale doszliśmy już do bardzo ważnych poziomów oporu na indeksie złotego i dalsze wzmocnienie naszej waluty może nie być łatwe– wyjaśnia ekspert CMC Markets. – Widać to w działaniu inwestorów wykorzystujących naszą platformę. Ci, którzy w ostatnich miesiącach generują zyski, ostrożnie podchodzą do złotego, a większość z nich oczekuje wzrostu USD/PLN.

Podczas okresów niepewności na rynkach panika pisała różne scenariusze. Dla przypomnienia w październiku 2000 r. dolar kosztował 4,71 zł, czyli o 1 zł drożej niż obecnie. Takiego scenariusza nie da się jednak wykluczyć również obecnie.

– Inflacja bazowa w Polsce jest bardzo wysoka i nie chce spadać, a stopy procentowe są rekordowo niskie. Dlatego istotne jest, jak długo inwestorzy będą nadal zainteresowani kupowaniem bezpiecznych polskich aktywów. Te przecież w sytuacji braku umacniania się złotego mogą realnie znacznie tracić na wartości – dodaje Ł.Wardyn. – Gdyby nastrój na światowych rynkach się pogorszył, to potencjał do odwrotu inwestorów od złotego jest znaczny.

Rośnie popularność e-księgowości i elektronicznego obiegu dokumentów

Konieczność pracy zdalnej, dystansowanie społeczne, wiele nowych i nie zawsze precyzyjnych regulacji wprowadzonych w ramach tarczy antykryzysowej – wszystko to sprawiło, że w ostatnich miesiącach na znaczeniu zyskała e-księgowość, a przedsiębiorcy przekonują się do elektronicznego przechowywania dokumentów.

Rośnie popularność e-księgowości

Sytuacja podczas pandemii zmusiła wielu przedsiębiorców do zmiany modelu działania i przenoszenia niektórych obszarów funkcjonowania firmy do internetu. Konieczne było wdrożenie nowych rozwiązań, które pozwalają zminimalizować konieczność kontaktu osobistego. Jednym z nich było zdecydowanie się na zdalną współpracę z księgowym, a co za tym idzie – elektroniczne przechowywanie i przesyłanie dokumentów. – Nowi klienci, którzy dołączyli do nas w pierwszym półroczu 2020 roku, wygenerowali przychód o 62% wyższy niż nowi klienci z pierwszej połowy 2019 roku – podaje Wiktor Sarota, prezes firmy inFakt, oferującej rozwiązania z zakresu e-księgowości. 

Warto zaufać e-dokumentacji

Stosowane w e-księgowości rozwiązania IT pozwalają przede wszystkim na zdalne przekazywanie dokumentów, co obecnie staje się bardzo przydatne. Jest to podstawowa funkcja, która ułatwia pracę zarówno księgowym jak i przedsiębiorcom, a przy okazji eliminuje konieczność papierowego obiegu dokumentów. Warto przy tym pamiętać, że przechowywanie dokumentacji w wersji elektronicznej jest dozwolone, bezpieczne i w pełni legalne. – Zmiana relacji księgowy-przedsiębiorca, jaka została wymuszona w czasie pandemii, wpłynęła także na mentalność właścicieli firm, którzy do tej pory często uważali, że dokumenty muszą być koniecznie gromadzone w postaci papierowej. Takie zaufanie do „papieru” było głęboko zakorzenione, dopiero ostatnie wydarzenia sprawiły, że to myślenie się zmienia, a zdalny obieg dokumentów staje się popularniejszy – mówi Wiktor Sarota.

Kiedy księgowość prowadzona jest online, zmienia się zarazem sposób kontaktu między klientem a specjalistą. Księgowy nie musi poświęcać czasu np. na ręczne przepisywanie dokumentów – dzięki aplikacji te zadania odbywają się w tle. Automatyzacja procesów przyspiesza pracę księgowego, a przechowywanie dokumentów w chmurze powoduje, że dostęp do nich jest łatwy i możliwy w dowolnej chwili. Przedsiębiorca i księgowy na bieżąco widzą ich stan i łatwiej jest im współpracować. – Moim zdaniem ten model pracy będzie coraz powszechniejszy – przewiduje prezes inFaktu.

Jaka będzie przyszłość księgowości?

Księgowi wciąż będą potrzebni, ale będzie się zmieniał zakres ich czynności. – Na pewno nadal będzie konieczne, aby przedzierać się przez przepisy i wyłuskiwać, co jest przedsiębiorcy potrzebne, co mu przysługuje, jakie ciążą na nim obowiązki – zwraca uwagę Piotr Juszczyk, doradca podatkowy inFakt.

Eksperci podkreślają, że sztuczna inteligencja nie będzie w stanie zastąpić księgowego, który posiada zdolność wyłapywania wielu różnych kontekstów w rozliczeniach czy tym bardziej w ustawach. – W nowoczesnym podejściu do księgowości jest mniej przepisywania danych, ale za to więcej analiz, wnioskowania, relacji z urzędami, ponieważ klienci poszukują pośrednika w kontakcie z ZUS czy Urzędem Skarbowym – dodaje Wiktor Sarota.

Jeśli natomiast chodzi o przyszłość rozwiązań cyfrowych, to eksperci przewidują, że należy nastawić się na udoskonalanie tego, co już istnieje. Duże znaczenie dla tych procesów ma digitalizacja państwa – dzięki temu łatwiej będzie można komunikować się z urzędami. Przykładem na to może być zautomatyzowane wysyłanie Jednolitego Pliku Kontrolnego. Nie jest to jednak rewolucja, ale raczej postępująca innowacja.

Rozliczenie z influencerem – kwestie podatkowe

Cenieni twórcy internetowi zarabiają dużo, dlatego wzbudza to coraz większe zainteresowanie urzędów skarbowych. I dotyczy to zarówno influencerów, jak i przedsiębiorców wypłacających im wynagrodzenie.

Jakie są zarobki cenionych influencerów? Za zdjęcie wstawione na Instagramie stawka wynosi 10-20 tys. zł. Jeżeli wstawienie zdjęcia jest powiązane z tagowaniem i zorganizowaniem konkursu, wynagrodzenie prawdopodobnie wyniesie 20-50 tys. zł.

Jeżeli przedsiębiorcy nawiązują współpracę z influencerami, których celem jest podjęcie działań marketingowych, to należy rozróżnić sytuację, gdy taki twórca internetowy jest bądź nie jest przedsiębiorcą.

Gdy influencer nie jest przedsiębiorcą, należy rozważyć sytuację, w której wartość otrzymanego przez influencera produktu (upominku, innego świadczenia o charakterze reklamowym) od przedsiębiorcy nie przekracza 200 zł oraz sytuację, w której ta wartość jest wyższa.

Zgodnie z ustawą o podatku od osób fizycznych, jeżeli wartość produktów promocyjnych brutto nie przekracza 200 zł, nie będą one podlegały opodatkowaniu podatkiem dochodowym.

Ustalając wartość otrzymanego produktu, należy zsumować jego części, np. w przypadku przekazania w formie prezentu np. roweru, jego wartość będzie ustalana jako suma wszystkich składników, a nie jego poszczególnych części, tj. kół, kierownicy, siodełka.

– Zdarzają się sytuacje, w których wartość poszczególnych elementów istotnie nie przekracza 200 zł, ale łącznie tworzą jedną funkcjonalną całość o wartości większej niż 200 zł. Tego rodzaju sposób ustalania wartości, ma na celu uniknięcie nadużyć przedmiotowego zwolnienia, niemniej jednak warto pamiętać o tym, że przy wycenie należy również kierować się racjonalnością oraz zasadnością jej przeprowadzenia – mówi w rozmowie z MarketNews24 Marcin Rozbicki, Junior Associate w Kancelarii Ożóg Tomczykowski. – Na marginesie, chciałbym wskazać, że zwolnienie to może dotyczyć influencerów, którzy nie współpracują z przedsiębiorcą na podstawie umów cywilnoprawnych, nie są pracownikami ani nie prowadzą działalności gospodarczej.

Jeżeli wartość otrzymanych produktów przekroczy 200 zł, to po stronie Influencera powstanie przychód, który tak jak przychody z innych źródeł, podlega opodatkowaniu,. Wtedy przedsiębiorca, który przekazał produkt powinien poinformować o przychodach z innych źródeł oraz o dochodach i pobranych zaliczkach na podatek dochodowy (PIT-11) właściwy dla influencera urząd skarbowy oraz samego influencera. Informacja PIT-11 nie jest zeznaniem podatkowym, a jedynie informacją przekazywaną do urzędu skarbowego i podatnika.

Z informacji tej wynika, że u podatnika powstał przychód o danej wartości i podlega on opodatkowaniu po jego stronie. Przedsiębiorca nie pobiera od tego źródła zaliczki na podatek dochodowy na rzecz influencera. W praktyce oznacza to, że kwotę wynikającą z informacji PIT-11, influencer powinien uwzględnić w zeznaniu rocznym. Nie ma też ZUS-u.

Jeżeli taki twórca internetowy prowadzi działalność gospodarczą, to wówczas przedsiębiorca, który przekaże nieodpłatnie produkty influencerowi, aby ten wykorzystał je w kampanii reklamowej, produkty takie powinny co do zasady, zostać opodatkowane tak, jak przychody z działalności gospodarczej, w zależności od przyjętego przez influencera sposobu opodatkowania działalności tj. według skali 17% lub 32% lub podatku liniowego 19%.

Ponadto, w tym zakresie, pojawia się możliwość ujęcia w rozliczeniu podatkowym kosztów uzyskania przychodów, tj. tego rodzaju wydatków, które służą Influencerowi do osiągnięcia przychodu.

Co w praktyce oznacza, ze influencerowi przysługuje prawo, do zaliczenia poniesionych wydatków związanych z prowadzoną działalnością gospodarczą do kosztów uzyskania przychodu, a tym samym, umożliwi to pomniejszenie obciążeń podatkowych Influencera w podatku dochodowym.

– Ma to praktyczne przełożenie na prowadzoną przez influencera działalność, bowiem aby był on zdolny do prowadzenia działalności gospodarczej, musi uprzednio ponieść pewne wydatki związane z tematyką lub treścią podejmowanych działań. W innym przypadku nie będzie on posiadał „narzędzi” umożliwiających prawidłowe wykonanie poleconego mu zadania – również te wydatki należy uwzględnić w kosztach uzyskania przychodu prowadzonej działalności – wyjaśnia M.Rozbicki z Kancelarii Ożóg Tomczykowski. – To może oznaczać, że influencerowi może przysługiwać prawo do rozpoznania kosztów uzyskania przychodu. Niemniej jednak, w dalszym ciągu możliwość rozpoznania przez influencera kosztów budzi kontrowersje w praktyce interpretacyjnej organów podatkowych.

To, czy dane czynności zostaną uznane za działalność gospodarczą nie zależy od decyzji osoby podejmującej działalność. Zgodnie z definicją ustawową, działalność gospodarcza, to działalność prowadzona we własnym imieniu bez względu na jej rezultat, w sposób zorganizowany i ciągły, z której uzyskane przychody nie są zaliczane do innych przychodów. I ten właśnie element może stanowić punkt zapalny wielu sporów.

Rekordowe przychody GK GPW w II kwartale 2020 r.

0
  • Przychody Grupy Kapitałowej GPW wyniosły 101,1 mln zł w II kw. 2020 r.
  • EBITDA: 63,2 mln zł w II kw. 2020 r.
  • Zysk operacyjny: 54,1 mln zł w II kw. 2020 r.
  • Zysk netto: 43,5 mln zł w II kw. 2020 r.
  • Zwyczajne Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy GPW zdecydowało o wypłacie 100,7 mln zł dywidendy (2,40 zł na jedną akcję)

Grupa Kapitałowa Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW) w II kw. 2020 r. wypracowała 101,1 mln zł przychodów ze sprzedaży i osiągnęła 43,5 mln zł zysku netto. EBITDA wyniosła 63,2 mln zł w tym okresie. Skonsolidowane przychody ze sprzedaży wzrosły o 13,5% wobec II kw. 2019 r. i o 4,2% wobec I kw. 2020 r.

Wzrost przychodów w ujęciu rocznym wynika z wyższych o 15,2 mln zł (o 33,5%) przychodów z rynku finansowego. To z kolei jest rezultatem, w głównej mierze, wyższych przychodów z obsługi obrotu na rynku finansowym o 15,6 mln zł. Wpływ na to miały wzrost przychodów z tytułu obrotu akcjami i innymi instrumentami udziałowymi o 14,6 mln zł oraz wzrost przychodów z obrotu instrumentami pochodnymi o 1,3 mln zł. Przychody zwiększyły się również w obszarze sprzedaż produktów informacyjnych o 0,9 mln zł (o 7,7% rdr).

Przychody Grupy z rynku towarowego w II kw. 2020 r. były niższe o 7,7% rdr oraz wyższe o 5,1% kdk. Przychody z obsługi obrotu spadły w ujęciu rocznym o 12,4%, tj. o 2,8 mln zł. Spadek przychodów głównie wynikał z niższych obrotów prawami majątkowymi do świadectw pochodzenia, które spadły o 4,2 mln zł, czyli o 33,7% rdr oraz z braku przychodów z obrotu prawami majątkowymi kogeneracji. Obrót tymi instrumentami zakończył się 30 czerwca 2019 roku.

Drugi kwartał 2020 stał pod znakiem rekordów. Mieliśmy najwyższe w historii obroty, bardzo wysoką aktywność inwestorów indywidualnych i debiuty nowych spółek w trybie online. Konsekwentnie wdrażamy nasze kluczowe inicjatywy strategiczne, mimo że w zaistniałej sytuacji pandemii większość kadry Grupy Kapitałowej GPW pracuje zdalnie. Wszyscy uczymy się realizacji ambitnych celów i utrzymania wysokiej produktywności w wymagających warunkach otoczenia. Obecnie skupiamy się na rozwoju tych biznesów giełdy, które będą czyniły naszą organizację jeszcze bardziej odporną na koniunkturę rynkową, co wpisuje się w przyjęte założenia strategiczne #GPW2022 – mówi Marek Dietl, Prezes Zarządu GPW.

Koszty operacyjne w II kw. 2020 r. wyniosły 45 mln zł, co oznacza wzrost o 4,0% w porównaniu z tym samym okresem 2019r.i spadek o 19,6% w porównaniu z I kwartałem 2020 r. Wskaźnik kosztów do przychodów (C/I) ukształtował się na poziomie 44,5% wobec 48,6% w II kw. 2019 r. oraz 57,8% w I kw. 2020 r.

W II kwartale 2019 r. Zwyczajne Walne Zgromadzenie GPW zdecydowało o wypłacie 100,7 mln zł dywidendy, co daje 2,40 zł na akcję i stanowi 93,2% skonsolidowanego zysku netto spółki GPW za rok obrotowy 2019 r. przypadającego akcjonariuszom GPW i skorygowanego o udział w jednostkach stowarzyszonych. Dniem ustalenia prawa do dywidendy był 28 lipca, a dniem wypłaty 11 sierpnia 2020 r.

Podsumowanie wyników finansowych Grupy GPW za II kw. 2019 r.

Zysk netto

Zysk netto Grupy GPW w II kw. 2020 r. wyniósł 43,5 mln zł, o 2,2% więcej niż w analogicznym okresie2019r., oraz o 48,6% więcej niż w I kw. 2020 r. Wzrost zysku netto w ujęciu rocznym to w znacznym stopniu efekt zwiększonych obrotów na rynku akcji i instrumentów pochodnych. Wzrost zysku netto jest rezultatem wyższego wyniku operacyjnego o 5,9 mln zł. 

Przychody z rynku finansowego

W II kw. 2020 r. przychody ze sprzedaży na rynku finansowym wyniosły 60,7 mln zł, co oznacza wzrosty: względem poprzedniego roku o 33,5% i o 3,3% kdk. Tym samym przychody z rynku finansowego stanowiły 60,0% całkowitych przychodów ze sprzedaży Grupy GPW. Na przychody z rynku finansowego składają się przychody z tytułu: obsługi obrotu, obsługi emitentów i sprzedaży produktów informacyjnych.

  • Obsługa obrotu na rynku finansowym 

W II kw. 2020 r. przychody z obsługi obrotu na rynku finansowym wyniosły 44,0 mln zł wobec 28,4 mln zł rok wcześniej. Jest to wzrost o 54,9% rdr i o 6,1% kdk. Na wynik największy wpływ miał wzrost przychodów z obrotu akcjami oraz wzrost przychodów z obrotu instrumentami pochodnymi. Odpowiednio przychody z obrotu akcjami wzrosły o 70,1% rdr oraz o 11,2% kdk, a przychody z obrotu instrumentami pochodnymi o 54,5% rdr i spadły o 16,1% kdk. 

  • Obsługa emitentów

W II kw. 2020 r. przychody Grupy GPW z obsługi emitentów na rynku finansowym wyniosły 3,8 mln zł w porównaniu do 5,1 mln zł w II kw. 2019 r. i 5,4 mln zł w I kw. 2020 r. Przychody z tytułu opłat za notowanie wyniosły 4,1 mln zł (-5,4% rdr i -9,9% kdk). Głównym czynnikiem kształtującym wysokość przychodów za notowanie jest liczba notowanych emitentów na rynkach GPW oraz ich kapitalizacja na koniec poprzedniego roku. Przychody z tytułu opłat za wprowadzenie oraz inne opłaty wyniosły -0,3 mln zł wobec 0,7 mln rok wcześniej i 0,8 mln w I kw. tego roku. Głównym czynnikiem kształtującym wysokość przychodów z tej linii biznesowej jest liczba debiutów na parkietach GPW oraz wartość akcji i obligacji wprowadzonych do obrotu. Przyczyną spadku przychodów z tytułu opłat za wprowadzenie jest m.in. zastosowanie przepisów „MSSF 15 Przychody z umów z klientami” i rozłożenie w czasie uzyskiwanych przychodów za wprowadzenie do obrotu.

W pierwszej połowie 2020 roku na giełdzie w Warszawie odnotowano 5 IPO, wobec 9 w analogicznym okresie ubiegłego roku. Łączna wartość przeprowadzonych ofert na GPW w pierwszych dwóch kwartałach (łącznie na rynku regulowanym oraz NewConnect) wyniosła 27,0 mln zł. Jedynym debiutantem na Głównym Rynku warszawskiego parkietu był producent i wydawca gier komputerowych Games Operators S.A. – spółka zadebiutowała w kwietniu 2020 roku i pozyskała w ramach przeprowadzonej oferty 24,2 mln zł.

Sprzedaż produktów informacyjnych

Przychody ze sprzedaży produktów informacyjnych na rynku finansowym w II kw. 2020 r. wyniosły 12,9 mln zł, co oznacza wzrost o 7,7% rdr i o 8,8% względem I kw. 2020 r. Przychody ze sprzedaży informacji na rynku towarowym także wzrosły i osiągnęły w II kw. br. 0,3 mln zł. Łącznie przychody z tej linii biznesowej na rynku finansowym i towarowym stanowiły 13,0% przychodów ze sprzedaży Grupy GPW. 

Przychody z rynku towarowego

W II kw. 2020 r. przychody ze sprzedaży na rynku towarowym wyniosły 40,1 mln zł, o 7,7% mniej niż rok wcześniej i o 5,1% więcej niż w I kw. 2020 r. Ich udział w całkowitych przychodach Grupy GPW w II kw. 2020 r. wyniósł 39,7%. Na przychody z rynku towarowego składają się przychody z tytułu: obsługi obrotu, prowadzenia rejestru świadectw pochodzenia i rozliczenia transakcji.

  • Obsługa obrotu na rynku towarowym 

Przychody z obsługi obrotu na rynku towarowym w II kw. 2020 r. spadły o 12,4% rdr oraz wzrosły o 2,3% kdk do 19,3 mln zł. Przychody z obrotu energią elektryczną wyniosły 4,7 mln zł, co oznacza wzrost o 34,4% rdr i spadek o 3,3% kdk. Przychody z obrotu gazem spadły o 4,1% rdr i o 11,6% kdk do 3,0 mln zł. Przychody z tytułu obrotu prawami majątkowi do świadectw pochodzenia spadły w II kw. 2020 r. o 33,7% rdr oraz wzrosły o 14,1% kdk do 8,3 mln zł. Przychody Grupy z tytułu innych opłat od uczestników rynku towarowego w II kw. 2020 r. wyniosły 3,4 mln zł, co daje wzrost o 13,0% rdr oraz spadek o 1,2% kdk. Wysokość innych opłat od uczestników rynku zależy w dużej mierze od liczby i aktywności Członków IRGiT, w szczególności liczby wykonywanych transakcji. 

  • Prowadzenie Rejestru Świadectw Pochodzenia

W II kw. 2020 r. przychody z prowadzenia RŚP wyniosły 9,1 mln zł, co oznacza wzrost o 1,6% rdr i wzrost o 55,2% kdk. Wzrost przychodów o 3,2 mln zł w porównaniu do ostatniego kwartału wynikał głównie ze wzrostu wolumenów wystawionych praw majątkowych OZE (8,3 TWH w stosunku do 6,0 TWh w I kw. 2020r.) i umorzonych praw majątkowych OZE (12,8 TWh w porównaniu do 4,4 TWh w I kw. br.).

  • Rozliczenia transakcji

Grupa uzyskuje przychody z tytułu prowadzenia działalności rozliczeniowej prowadzonej przez IRGiT, spółkę zależną TGE. Przychody z rozliczenia transakcji w II kw. 2020 r. wyniosły 11,4 mln zł, o 6,9% mniej niż rok wcześniej i o 13,2% mniej niż w I kwartale 2020 r. Na zmianę przychodów z tego tytułu wpływ mają wolumeny obrotu na rynkach prowadzonych przez TGE.

Koszty działalności operacyjnej GK GPW

W II kw. 2020 r. koszty działalności operacyjnej GK GPW wyniosły 45,0 mln zł, o 4,0% więcej niż w analogicznym okresie 2019 r., ale o 19,6% mniej niż w I kw. 2020 r. Na wzrost kosztów działalności operacyjnej w ujęciu rocznym wpływ miał wzrost kosztów osobowych.

Koszty amortyzacji spadły o 3,6% rdr oraz o 7,0% kdk do 9,1 mln zł. Spadek kosztów amortyzacji w stosunku do porównywalnego okresu 2019 r. to przede wszystkim efekt niższych kosztów z tego tytułu w GPW.

Łączne koszty osobowe wyniosły 22,3 mln zł, o 15,5% więcej rdr i o 0,1% więcej kdk. Wyższe łączne koszty osobowe wynikają głównie ze stopniowego zwiększania zatrudnienia w Grupie podyktowanego większym nakładem pracy związanym z realizacją inicjatyw rozwojowych zawartych w strategii #GPW2022.

W II kwartale 2020 r. GK GPW koszty czynszów wyniosły 1,1 mln zł, o 1,2% więcej rdr i o 1,8% więcej kdk.

W II kwartale koszty usług obcych wyniosły 11,3 mln zł o 2,3% mniej rdr oraz 1,1% kdk.

Udział w zyskach jednostek wycenianych metodą praw własności

W II kw. 2020 r. zysk Grupy GPW z tytułu udziału w zyskach jednostek wycenianych metodą praw własności wyniósł 4,4 mln zł w porównaniu do 3,6 mln zł w II kw. 2019 r. oraz 2,0 mln zł w I kw. 2020 r. Na wyższe wyniki w ujęciu rocznym wpłynął wyższy zysk Grupy KDPW spowodowany wzrostem przychodów z działalności operacyjnej.

3 sposoby optymalizacji zarządzania firmą

U podstaw każdego przedsiębiorstwa leżą zasoby i procesy. Te elementy wzajemnie na siebie wpływają, dlatego aby firma dobrze funkcjonowała, trzeba nimi odpowiednio zarządzać. Utrzymywanie kontroli nad dokumentami i przetwarzanymi informacjami to optymalizacja nie tylko pracy, ale także czasu i kosztów.

Myśląc długofalowo o sprawnym działaniu przedsiębiorstwa, warto postawić sobie cele do zrealizowania. Jeśli chcemy przyśpieszyć pracę firmy, a jednocześnie mieć pewność, że żaden istotny element nie zostanie przeoczony przez pracowników, opracujmy system, który pomoże w kontrolowaniu każdego etapu działań zachodzących w firmie.

O czym należy pamiętać

Zmiany przyczyniają się do rozwoju. W przypadku biznesu to właśnie one sprawiają, że firmy stają się bardziej konkurencyjne. Istnieje jednak kilka czynników, które niezmiennie będą wpływać na przedsiębiorstwa.

Jednym z podstawowych jest stale idąca do przodu technologia. Dzięki niej zadania wykonujemy szybciej i precyzyjniej, często także zmieniając sposób myślenia o danej branży. Technologia pomaga nam zatem dostrzegać nowe możliwości, których niedawno jeszcze nie mieliśmy.

Rynek ulegający przeobrażeniom – to kolejny element, który nie może umknąć firmom. Niejednokrotnie zdarza się, że dane rozwiązanie wdraża coraz więcej przedsiębiorstw z branży, co wymusza tzw. dostosowanie się, aby nadążyć za wymaganiami konsumentów. Sytuacja może też wyglądać nieco inaczej – firma, jako pierwsza na rynku, zaczyna korzystać z rozwiązania, pokazując innym, że warto wprowadzić nowy system.

Równie ważne są wszelkie zmiany w prawie oraz wchodzące w życie nowe ustawy i rozporządzenia. Każde przedsiębiorstwo powinno śledzić je na bieżąco i dostosowywać do nich swoje działania. Doskonałym przykładem tego, jak duży wpływ mają one na funkcjonowanie firm, jest chociażby RODO. Początkowo było ono postrzegane jako kolejna komplikacja, dziś jednak zgodność z tą regulacją jest już wpisana w funkcjonowanie przedsiębiorstw.

Analiza dotychczasowych działań to pierwszy krok ku optymalizacji zarządzania firmą. Najczęściej po przemyśleniu okazuje się, że podstawowe problemy, z jakimi mierzą się na co dzień przedsiębiorstwa, wiążą się z dokumentacją, fakturami czy umowami. Istnieje jednak kilka sposobów na usprawnienie zarządzania tymi obszarami.

  1. Archiwizacja dokumentów

    Zarządzanie dokumentacją wymaga znajomości prawa, które jasno określa, jak należy je przechowywać oraz na co zwrócić uwagę w organizowaniu tego procesu. Prawo dopuszcza obecnie możliwość przechowywania dokumentów w formie elektronicznej, pozwalając tym samym ograniczyć ilość papieru używanego w firmie, a co za tym idzie – uczynić przedsiębiorstwo bardziej ekologicznym. Ponadto, dokumenty w tradycyjnej formie gromadzone są w teczkach czy segregatorach, które również zajmują cenną biurową przestrzeń.

    Szeroko pojęta cyfryzacja pozwala dziś stworzyć całe elektroniczne archiwa, a wszystko to w zgodzie z obowiązującym prawem. Przykładowo, tradycyjne faktury mogą być również przechowywane w formie elektronicznej, o czym mówi chociażby interpretacja dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej z dnia 26 czerwca 2017 roku. Znalazła się w niej informacja, iż obowiązujące regulacje prawne dają możliwość przechowywania elektronicznych faktur w dowolny sposób. Może to być zapis elektroniczny na elektronicznych nośnikach danych, jeśli tylko pozwoli na szybkie ich odszukanie, zapewni autentyczność ich pochodzenia, czytelność i integralność treści oraz możliwość bezzwłocznego poboru na żądanie odpowiednich organów.

    Częstym problemem w firmach jest konieczność szybkiego odnalezienia ważnego dokumentu. Korzystanie ze specjalnego archiwum elektronicznego, w którym zgromadzimy wszystkie niezbędne dane, pozwala go wyeliminować. Co ważne, uprawnieni pracownicy mają do niego dostęp w każdej chwili. Jeśli dodatkowo takie rozwiązanie pomaga też automatycznie odczytywać dane z faktur, to oszczędzamy czas poświęcany dotąd na ręczne wprowadzanie dokumentów – wyjaśnia Krzysztof Wojtas, prezes zarządu BrainSHARE IT, producenta SaldeoSMART.

2. E-teczki pracownicze

W okresie pandemii, gdy nadal wiele firm działa w oparciu o zespoły hybrydowe lub pracuje z domu, szczególnie cenny staje się także dostęp do akt pracowniczych. Na ogół przechowuje się je zabezpieczone w biurach, jednak jeśli nie przebywamy codziennie w siedzibie firmy, to dostęp do ważnych dokumentów staje się utrudniony. Mnożące się przepisy dotyczące przechowywania danych również nie ułatwią firmom zadania.

1 stycznia 2020 roku przedsiębiorców zobowiązano do przestrzegania nowych, bardziej restrykcyjnych norm. W pomieszczeniach, w których znajdują się akta pracownicze, należy zachować odpowiednią temperaturę i wilgotność. Ponadto, obecnie wymaga się codziennych pomiarów temperatury i wilgotności oraz zapisu otrzymanych wyników.

Wdrożenie e-teczek pracowniczych w przedsiębiorstwie sprawia, że te obostrzenia przestają nas dotyczyć. Elektroniczna dokumentacja wymaga jednak stosowania się do przepisów bezpieczeństwa, które jednoznacznie stwierdzają, iż dostęp do akt mogą mieć tylko uprawnione, wskazane przez pracodawcę osoby. Akta pracownicze są przy tym prowadzone systematycznie i zgodnie z wymogami ustawy. Pełne archiwum danych przydaje się w sytuacjach, gdy dobiega końca okres ważności badań lekarskich, pojawia się kontrola inspekcji pracy bądź należy przeprowadzić szkolenia BHP. Dzięki temu pracownicy działu HR czy kadr mają pod ręką wszystkie niezbędne informacje – mówi Krzysztof Wojtas.

Obecne rozwiązania technologiczne sprawiają zatem, że dostosowanie się do najnowszych przepisów wcale nie musi być żmudnym procesem. Wystarczy jedynie dostęp do internetu i oprogramowania oraz wyznaczenie konkretnych osób zajmujących się danymi.

3. Faktury podstawą firmy

Sprawne zarządzanie fakturami to bardzo istotny element każdego przedsiębiorstwa. Jeśli nie kontrolujemy ich przepływu oraz terminów ich płatności, możemy narazić się na problemy. Równie istotne staje się nie tylko archiwizowanie faktur, ale także ich wystawianie.

Proces optymalizacji zarządzania firmą to także wystawianie faktur sprzedażowych. Nie ma znaczenia czy są to faktury VAT, czy faktury dla nie-vatowców. Ważne, aby wystawiać je w programie online, a nie ręcznie, dzięki czemu przedsiębiorca ma zawsze dostęp do pełnej listy wystawionych faktur. W codziennych działaniach pomocna jest też kontrola rozliczeń z kontrahentami oraz możliwość wysyłania przypomnień i wezwań do zapłaty.

Systematyczne śledzenie finansów stanowi zatem punkt wyjścia do nadzoru nad innymi działaniami przedsiębiorstwa, pozwalając tym samym zaplanować kolejne kroki.

Optymalizacja zarządzania przedsiębiorstwem nie musi być skomplikowana. Nowoczesne narzędzia sprawiają, że można tego dokonać w sposób kompleksowy, uprzednio planując cały proces. Stosowanie archiwizacji dokumentów w formie elektronicznej, e-teczek oraz wystawianie faktur za pomocą programu znacząco usprawnia działania firmy, zwłaszcza w warunkach pandemii, gdy dostęp do ważnych plików w dowolnym momencie staje się tak cenny. To również zmniejszone ryzyko pomyłek przy wystawianiu dokumentów, bezpieczniejsze działanie firm oraz systematyczne dopasowywanie się do najnowszych prawnych wytycznych.

Wpływ pandemii na Polskę

Poznaliśmy dzisiaj skalę obrażeń, jaką w polskiej gospodarce na razie spowodował koronawirus. W zeszłym roku nie do pomyślenia był spadek PKB o 8% w skali kwartału, dzisiaj cieszymy się, że tylko tyle.

Mniej niż milion nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych

Dane z USA pokazują cotygodniową liczbę wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. Od początku pandemii w USA wartość ta wczoraj po raz pierwszy spadła poniżej miliona. W czasach przed pandemią była mniej więcej 4 razy mniejsza, ale pokazuje to, że idziemy w dobrym kierunku. Dane te spowodowały, że dolar odrobił straty, jakie miał względem głównych walut od początku dnia. Powodem reakcji rynków był fakt, że analitycy spodziewali się prawie 20% więcej wniosków.

Lepsze od oczekiwań dane z Polski

Dzisiaj od rana poznaliśmy odczyty wzrostu PKB i inflacji z Polski. Chciałoby się powiedzieć, że to dobre dane, skoro są lepsze od oczekiwań, ale w skali roku PKB spada o 7,9%. Jest to w większości zasługa drugiego kwartału, który był jak w większości gospodarek naszej części świata najgorszy od wielu dekad. Na uwagę zasługuje inflacja, która spadła do 3%. Jak widać ostrzeżenia o jej możliwym szybkim odbiciu nie sprawdzają się na razie. Nie można natomiast wykluczyć szybkiego wzrostu gdy gospodarka wróci do normy. Dane te pozostały bez większego wpływu na złotego, który w ostatnich tygodniach stabilnie oscyluje wokół 4,40 zł.

Dane z Chin

W nocy poznaliśmy odczyty na temat wzrostu produkcji przemysłowej, sprzedaży detalicznej i inwestycji w aglomeracjach. W skali roku produkcja rośnie o 4,8%, co jest wartością delikatnie niższą od oczekiwań, ale i tak bardzo dobrym rezultatem na tle innych państw. Sprzedaż detaliczna w skali roku spada o 1,1%, tutaj analitycy spodziewali się symbolicznego wzrostu o 0,1%. Inwestycje w aglomeracjach z kolei zgodnie z oczekiwaniami spadają o 1,6%.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Wakacje: jak zapewnić bezpieczeństwo biznesu przy zwiększonej liczbie ataków ransomware?

W czasie wakacji pracownicy działów IT większych przedsiębiorstw i menedżerowie ds. IT z małych i średnich firm korzystają z corocznego urlopu wypoczynkowego, co oznacza zmniejszenie liczebności personelu Jednak w przeciwieństwie do pracowników korzystających z wolnego czasu, cyberprzestępcy nie wyjeżdżają na urlop, lecz zwiększają swoje wysiłki, starając się wykorzystać ten czas do własnych potrzeb. Niestety cyberprzestępcy mają w tym okresie ułatwione zadanie choćby poprzez zaniedbanie środków ostrożności w firmach.

Osoby zastępujące pracownika na urlopie mogą nie mieć odpowiednich kompetencji, mogą być przeładowane obowiązkami i nadmiarem pracy, a od tego już tylko jeden krok do popełnienia błędu skutkującego np. zaszyfrowaniem lub utratą firmowych danych. Warto pamiętać, że ataki typu ransomware to obecnie jedna z najchętniej wykorzystywanych przez cyberprzestępców metod, mogąca znacząco zaszkodzić w funkcjonowaniu każdej firmy.

Ransomware nie zatrzyma się przed niczym

Ostatnio wiele firm zdało sobie sprawę, że to nie tylko biura czy komputery są niezbędne do prowadzenia dzielności, ale przede wszystkim dane. Niezależnie czy mówimy o potężnym banku lub telekomie, czy też o kilkunastoosobowej firmie wartość danych jest ogromna. Nie trudno wyobrazić sobie bank, który traci dostęp do informacji o kontach swoich klientów. Mała firma księgowa nagle traci archiwum faktur i dokumentów złożonych w Urzędzie Skarbowym lub w ZUS. Nawet dla tak niewielkiej firmy konsekwencje, zarówno te finansowe, jak i te wizerunkowe mogą być potężne. Cyberprzestępcy doskonale o tym wiedzą, dlatego w okresie wakacyjnym, licząc na urlopowe rozluźnienie, mniejszą obsadę w firmach, a i często zbyt dużo obowiązków na barkach osób zastępujących, zwiększają liczbę ataków[1]. Niestety, wielu przedsiębiorcom wydaje się, że ten problem ich nie dotyczy. Mają oni błędne wyobrażenie, że przestępcy obierają sobie za cel jedynie największe firmy i korporacje, od których mogą żądać milionowych okupów.

– Rzeczywiście jest tak, że do mediów przebijają się informacje o największych i najbardziej spektakularnych atakach. Należy jednak pamiętać, że duży atak wymaga dużych przygotowań, dużych zasobów, a nie ma żadnej gwarancji jego powodzenia. Duże korporacje sporo inwestują bowiem w silne zabezpieczenia i wyspecjalizowany personel IT. Cyberprzestępcy chcą działać szybko, przy minimalnym wysiłku, dlatego firmy z sektora MŚP, takie jak mniejsze kancelarie prawne, biura rachunkowe czy producent uszczelek samochodowych – które są często w mniejszym przygotowane do odparcia lub zapobiegnięcia takiemu atakowi – są jeszcze bardziej narażone na takie zagrożenie – komentuje Andrzej Niziołek, Regionalny Dyrektor Sprzedaży w Veeam Software Poland, lidera w zakresie rozwiązań do tworzenia kopii bezpieczeństwa i rozwiązań Cloud Data Managment.

Z badań przeprowadzonych przez Malwarbytes[2] wynika, że aż 22 proc. firm z sektora MŚP było zmuszonych zakończyć swoją działalność natychmiast po ich zaatakowaniu. Mówimy tutaj tylko o natychmiastowym zakończeniu działalności, nie analizując, jak wiele firm nie podniosło się po ataku w ciągu kolejnych miesięcy. Wówczas ta liczba byłaby zapewne wyższa.

Mechanizm ataków

Złośliwe i celowe próby naruszenia systemu informatycznego firmy przebiegają zazwyczaj w podobny sposób: napastnik przenika do firmowej sieci, zakłóca jej działanie, a następnie szyfruje wszystkie dane (często działając niezauważenie w tle) co sprawia, że stają się one niedostępne, a firma traci możliwość funkcjonowania. Inną opcją jest żądanie okupu za nieujawnienie danych. Jeśli działalność firmy opiera się na przetwarzaniu danych osobowych, to konsekwencje ich wycieku mogą być bardzo poważne. Niestety, wiele firm płaci okup, ponieważ uważają, że nie ma innego sposobu, aby uzyskać dostęp do ich danych. Nie było wdrożonych mechanizmów tworzenia kopii bezpieczeństwa, które umożliwiłyby niemal natychmiastowe odzyskanie wszystkich zaszyfrowanych przez przestępców danych.

– Przedsiębiorcy, którzy nie zainwestowali wcześniej w strategię bezpieczeństwa danych, obejmującą rozwiązania służące do tworzenia i skutecznego przywracania kopii zapasowych zostają postawieni pod ścianą. Nie są w stanie odtworzyć swoich danych samodzielnie, firma nie może funkcjonować, co zmusza ich na wpłatę często niemałego okupu – o ile przedsiębiorstwo ma zgromadzony odpowiedni zapas gotówki. W przeciwnym wypadku konsekwencje utraty danych mogą doprowadzić nawet do bankructwa. Dlatego tak często powtarzamy w Veeam, że niezależnie od tego jak duża jest firma, to jej dane są największym kapitałem i wartością. Bez regularnego tworzenia kopii zapasowych, bez sprawdzania, da się je łatwo i szybko przywrócić sami wystawiamy się na celownik cyberprzestępców – dodaje Andrzej Niziołek.

Bądź po bezpiecznej stronie z zasadą 3-2-1

Sama kopia bezpieczeństwa to jednak nie wszystko. Co z tego, że np. utworzymy ją innym pomieszczeniu firmy, skoro np. w wypadku zalania albo pożaru ulegnie ona zniszczeniu w takim samym stopniu, jak dane wyjściowe. Dlatego warto stosować się do łatwej do zapamiętania zasady 3-2-1 aby mieć pewność, że dane z kopii zapasowej są bezpieczne. Oznacza ona, że powinniśmy wykonywać trzy kopie bezpieczeństwa, na dwóch różnych nośnikach, a jeden z nich powinien być przechowywany poza lokalem przedsiębiorstwa np. w coraz popularniejszej w Polsce chmurze.  Zasada 3-2-1 pozwoli zarówno na odtworzenie utraconych danych w wyniku cyberataku, jak i zapewni ciągłość działania firmy. Ten drugi aspekt –  zabezpieczający ciągłość działania – jest równie istotny jak dostępność danych. Każda godzina przestoju generuje bowiem koszty. Z danych zawartych w Veeam Data Protection Trends Report 2020 wynika, że globalnie godzina przestoju aplikacji o „wysokim” priorytecie generuje koszt 67 651 dolarów.

Cyberprzestępcy nie chodzą na wakacje

Wakacje to okres odprężenia i wypoczynku, niestety jednak nie dla przestępców. Warto w tym okresie przykładać tyle samo uwagi do bezpieczeństwa danych, jak w innych okresach roku. Najlepszym wyjściem jest wdrożenie kompleksowych rozwiązań, które w sposób automatyczny, nieprzerwanie dbają o to, żebyśmy mogli,  nawet zaatakowani przez ransomware, w kilka chwil przywrócić nasze dane i postawić firmę na nogi.

[1] https://www.bankinfosecurity.com/combating-ransomware-malware-attacks-covid-19-theme-a-13966

[2] https://press.malwarebytes.com/2017/07/27/new-global-research-ransomware-attacks-caused-22-percent-infected-small-medium-sized-organizations-cease-business-operations-immediately/

Rezygnacja z wczasów w czasie pandemii – co na to biuro podróży?

Urlop – rzecz święta, ale w tym roku jest on nietypowy. Choć sezon urlopowy powoli dobiega końca, to z pewnością wielu z nas musiało zmierzyć się z koniecznością zrewidowania swoich planów wakacyjnych wojaży. Świadomość ryzyka zachorowania nas samych czy naszych najbliższych, jak również komplikacje organizacyjne wynikające z wprowadzonych przez rząd obostrzeń, niejednokrotnie mogły skłonić nas do całkowitej rezygnacji z tegorocznego urlopu lub przynajmniej zmiany jego destynacji. To wiąże się nawet z kilkumiesięcznymi potyczkami z organizatorem wyjazdu. Jakie działania może podjąć niedoszły wczasowicz? Czy można uzyskać zwrot kosztów rezerwacji? Jak dochodzić swoich praw? Te gorące zagadnienia wyjaśnia radca prawny Piotr Lenart z MGM Kancelarii Radców Prawnych Mirosławski Galos Mozes.

Przyszli urlopowicze, którzy dopiero błogi wypoczynek mają przed sobą, mogą skłaniać się do zmiany celu wakacyjnych wojaży przez odczuwalną, drugą falę zachorowań. O ile planowaliśmy spontaniczny wyjazd w nieznane zakątki i organizacja wypoczynku dopiero przed nami, to jesteśmy w stanie zareagować na bieżące wydarzenia i zaplanować wyjazd w sposób, zarówno bezpieczny, jak i uwzględniający wszelkie wprowadzone restrykcje. Co jednak w sytuacji, gdy wykupiliśmy wakacje w biurze podróży? Czy stan epidemii oraz wprowadzone obostrzenia uprawniają nas do rezygnacji z zorganizowanego wypoczynku? Czy strach związany z wyjazdem, np. za granicę, będzie dostatecznym powodem naszej rezygnacji dla organizatora wczasów? A jeśli tak, to co ze zwrotem uiszczonej już kwoty? Zmagania z biurem podróży i dochodzenie swoich praw mogą trwać nawet kilka miesięcy. Warto zasięgnąć wiedzy jakie mamy możliwości.

Letni wypoczynek w myśl przepisów

Zgodnie z ustawą o imprezach turystycznych i powiązanych usługach turystycznych, impreza turystyczna, bo tym właśnie są potoczne wczasy, to połączenie co najmniej dwóch różnych rodzajów usług turystycznych na potrzeby tej samej podróży lub wakacji. W zakres tych usług może wchodzić przewóz pasażerów, zakwaterowanie w celach innych niż pobytowe, które nie jest nieodłącznym elementem przewozu pasażerów, wynajem pojazdów samochodowych lub innych pojazdów silnikowych oraz inne usługi świadczone podróżnym, które nie stanowią integralnej części przejazdu, noclegu czy wynajmu. Jeżeli nasze wczasy obejmują przynajmniej dwa z powyższych elementów, to mamy do czynienia z imprezą turystyczną w rozumieniu ustawy.

Na podstawie  art. 47 ust. 4 przywołanej ustawy podróżny, czyli osoba która wykupiła  w biurze podróży imprezę turystyczną, ma prawo bezpłatnie odstąpić od zawartej umowy w razie wystąpienia nieuniknionych i nadzwyczajnych okoliczności występujących w miejscu docelowym lub jego najbliższym sąsiedztwie, które mają znaczący wpływ na realizację imprezy turystycznej lub przewóz podróżnych do miejsca docelowego.

Zgodnie ze stanowiskiem Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów wystąpienie w miejscu docelowym naszej podróży lub jego najbliższym sąsiedztwie stanu epidemii w związku z COVID-19 w pełni wyczerpuje definicję nieuniknionych i nadzwyczajnych okoliczności. To zatem upoważnia nas do bezkosztowej rezygnacji z wykupionych wcześniej wczasów – wskazuje Piotr Lenart, radca prawny z MGM Kancelarii Radców Prawnych Mirosławski Galos Mozes.              

Jak odzyskać pieniądze?

Musimy pamiętać, że w celu rezygnacji z wyjazdu  należy złożyć w naszym  biurze podróży oświadczenie o odstąpieniu od wiążącej nas umowy o udział w imprezie turystycznej. W przypadku skutecznego odstąpienia od umowy biuro podróży powinno zwrócić nam uiszczoną cenę imprezy turystycznej, jednak nie jest zobowiązane do zapłaty na naszą rzecz odszkodowania czy też zadośćuczynienia.

Warto wiedzieć, że o ile sama ustawa o imprezach turystycznych i powiązanych usługach turystycznych przewiduje 14-dniowy termin na zwrot uiszczonej ceny, liczony od dnia rozwiązania umowy, to wprowadzona w związku z epidemią COVID-19 tzw. Tarcza antykryzysowa wydłużyła ten termin. Zgodnie z jej treścią uznanie odstąpienia za skuteczne następuje dopiero po 180 dniach od momentu poinformowania biura podróży o rezygnacji z wakacji, a tym samym o 180 dni wydłużył się czas, w którym biuro podróży zobowiązane jest zwrócić nam cenę zakupu wakacji. Wydłużony termin zwrotu należnych nam pieniędzy dotyczy wyłącznie sytuacji, kiedy zrezygnowaliśmy z wczasów ze względu na epidemię COVID-19. Zwrot uiszczonej kwoty może nastąpić jednak szybciej, ale tylko jeśli zdecydujemy się na rozliczenie z biurem podróży w formie vouchera do realizacji na poczet przyszłych imprez turystycznych. Realizacja musi nastąpić w ciągu roku od dnia, w którym miała się odbyć impreza turystyczna, z której zrezygnowaliśmy. Co istotne, voucher nie może opiewać na kwotę niższą niż uiszczona przez nas cena wczasów.

Biuro podróży też może odwołać wczasy

Planując wakacje musimy mieć również na uwadze fakt, iż nie tylko nam przysługuje prawo rozwiązania umowy o udział w imprezie turystycznej. Biuro podróży, w razie braku możliwości realizacji imprezy turystycznej spowodowanej wystąpieniem okoliczności nieuniknionych i nadzwyczajnych, czyli np. epidemii COVID-19, również ma do tego prawo. W takiej sytuacji powinniśmy być o tym niezwłocznie poinformowani i należy nam się zwrot pełnej uiszczonej już kwoty. Również w tym wypadku organizator nie jest zobowiązany do wypłaty na naszą rzecz odszkodowania czy też zadośćuczynienia. Podobnie jak w przypadku naszego odstąpienia od umowy, także w tym wypadku obowiązuje 180-dniowy okres karencji w zwrocie uiszczonej ceny.

Dodatkowe 180 dni na zwrot pieniędzy – zastrzeżenia Komisji Europejskiej

Przedłużenie terminu zwrotu uiszczonej ceny o 180 dni spotkało się z reakcją Komisji Europejskiej, która stając w obronie konsumentów, dnia 2 lipca br. wezwała 10 krajów członkowskich, w tym m.in. Polskę, do złożenia wyjaśnień w kwestii naruszenia tzw. dyrektywy turystycznej (dyrektywa (UE) 2015/2302), która nakazuje zwrot środków na rzecz podróżnego w nieprzekraczalnym terminie 14 dni. Polska ma obecnie 2 miesiące na złożenie stosownych wyjaśnień. Pamiętajmy jednak, że do momentu zmiany przepisów aktualny pozostaje wydłużony termin zwrotu ceny imprezy turystycznej i biurom podróży przysługuje uprawnienie do  skorzystania z takiego terminu.

Jak widać istnieją regulacje prawne pozwalające nam zrezygnować z opłaconego już wyjazdu i uzyskać pełen zwrot wpłaconej już ceny. Jeśli jednak nie jesteśmy zainteresowani uzyskaniem vouchera na kolejny wyjazd, to nie pozostaje nam obecnie nic innego, jak uzbroić się w cierpliwość w oczekiwaniu na zwrot poniesionych kosztów wyjazdu.

Zasady dokonywania odpisów amortyzacyjnych metodą degresywną

Przyjęcie określonej metody amortyzacji środków trwałych może być przyczyną powstania „korzyści” podatkowych związanych z możliwością kwalifikacji w koszty podatkowe większej kwoty amortyzacji. Jedną z przyspieszonych metod amortyzacji środków trwałych jest amortyzacja degresywna. Na wstępie należy zaznaczyć, że w przypadku tej metody ustawodawca wymaga jedynie wpisu środków trwałych do ewidencji i przyjęcia do używania. Nie jest wymagane, aby dany środek trwały był wykorzystywany w sposób bardziej intensywny niż inne. Ustawodawca sprecyzował jedynie katalog środków trwałych, które mogą niejako „automatycznie” korzystać z tej preferencji.

Środki trwałe podlegające amortyzacji metodą degresywną

Jednym z ograniczeń w stosowaniu metody degresywnej jest ograniczenie rodzaju środków trwałych mogących korzystać z tej metody. Zgodnie z art. 22k ust. 1 ustawy o PIT i odpowiednio art. 16k ust. 1 ustawy o CIT zastosowanie metody degresywnej zostało ograniczone do środków trwałych klasyfikowanych do grup 3-6 i 8 Klasyfikacji Środków Trwałych. Do powyższej grupy należą w szczególności:

  • urządzenia techniczne,
  • maszyny, urządzenia i aparaty specjalistyczne,
  • kotły i maszyny energetyczne,
  • maszyny, urządzenia i aparaty ogólnego zastosowania,
  • narzędzia, przyrządy, ruchomości i wyposażenie, gdzie indziej niesklasyfikowane.

Ponadto z tej metody można skorzystać w przypadku środków transportu z wyłączeniem samochodów osobowych. Dodatkowo należy zwrócić uwagę, że ustawodawca nie przewidział możliwości zastosowania metody degresywnej do wartości niematerialnych i prawnych, budynków i lokali oraz spółdzielczego prawa do lokalu użytkowego i spółdzielczego własnościowego prawa do lokalu mieszkalnego, obiektów inżynierii lądowej i wodnej.

Zasady stosowania metody degresywnej

Podstawowym założeniem amortyzacji degresywnej jest uznanie, że wartość środka trwałego na potrzeby amortyzacji spada szybciej w pierwszych latach jego używania niż w kolejnych. Innymi słowy, metoda degresywna amortyzacji charakteryzuje się tym, iż w każdym roku podatkowym jest inna podstawa dokonywania odpisów amortyzacyjnych. Dokonywanie odpisów amortyzacyjnych od coraz mniejszej wartości prowadziłoby do amortyzowania środka trwałego w nieskończoność. W związku z tym ustawodawca dopuścił możliwość przejścia na metodę liniową w określonym momencie, tzn. począwszy od roku podatkowego, w którym roczna kwota odpisów amortyzacyjnych wyliczona metodą degresywną będzie niższa od kwoty wyliczonej metodą liniową. Konieczne jest zatem w przypadku metody degresywnej przeanalizowanie wysokości odpisów przynajmniej raz w roku, najlepiej na początku, aby wiedzieć, czy należy przejść na metodę liniową.

Stawka współczynnika amortyzacji metodą degresywną wynosi 2,0 (współczynnik nie może być wyższy niż 2,0). Przykładowo więc w przypadku samochodu ciężarowego wprowadzonego do ewidencji w marcu o wartości 100 tys. zł i pięcioletnim okresie amortyzacji liniowej (stawka 20%) wartość rocznego odpisu amortyzacyjnego metodą degresywną wyniesie w pierwszym roku 30 tys. zł liczone w następujący sposób: 100 tys. zł x 20% x 2,0)/12 m-cy x 9 m-cy. Za ten sam okres amortyzacja metodą liniową wyniosłaby połowę tej wartości, czyli 15 tys. zł. W kolejnym roku odpisy wyniosłyby odpowiednio 28 tys. zł przy metodzie degresywnej i odpowiednio 20 tys. zł. W trzecim roku wartości te wyniosłyby odpowiednio 16 800 zł w przypadku metody degresywnej i 20 tys. zł przy metodzie liniowej, czyli odpis kalkulowany metodą degresywną byłby niższy, więc następuje przejście z metody degresywnej na liniową i podatnik może zaliczyć w koszty kwotę amortyzacji w wysokości 20 tys. zł. W kolejnych latach amortyzacja następuje także metodą liniową. W efekcie podatnik w pierwszych latach używania mógł zakwalifikować w koszty podatkowe wyższe wartości odpisów amortyzacyjnych.

Powyższe oznacza, że amortyzacja metodą degresywną jest formą amortyzacji przyspieszonej, ponieważ pozwala podatnikom na zamortyzowanie środka trwałego w krótszym czasie, z uwagi na wyższe odpisy amortyzacyjne w ciągu roku.

Pewne problemy mogą pojawić się w przypadku ulepszenia środka trwałego. Z uwagi na ustalanie wartości początkowej środka trwałego na początku każdego roku ulepszenie to spowoduje zwiększenie kosztów dopiero w kolejnych latach.

Podwyższony współczynnik amortyzacji degresywnej

Współczynnik amortyzacji degresywnej przyspieszonej jest równy 3,0. W celu skorzystania z tej metody amortyzacji należy spełnić wszystkie warunki dla amortyzacji metodą degresywną oraz dodatkowo środek trwały powinien być używany w zakładzie podatnika położonym na terenie gminy o wysokim bezrobociu strukturalnym albo zagrożonej recesją i degradacją społeczną. Wykaz gmin, w których można korzystać z wyższego współczynnika amortyzacji degresywnej, publikowany jest w odpowiednich rozporządzeniach. Jeżeli w trakcie roku gmina zostanie wykreślona z tego wykazu, wówczas podatnik powinien – począwszy od kolejnego roku – zacząć stosować współczynnik 2,0 lub przejść na amortyzację liniową, w zależności, który odpis amortyzacyjny byłby większy.

Na zakończenie warto także podkreślić, że zgodnie ze stanowiskiem Ministerstwa Finansów taki rodzaj wsparcia przedsiębiorców funkcjonujących na tych terenach nie stanowi pomocy publicznej.

Autor: Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Czego nauczy nas koronawirus – o zmianach naszych nawyków

Na naszych oczach rzeczywistość, którą znaliśmy, mocno ewoluowała. Koronawirus wpłynął na codzienne życie każdego z nas. Inaczej spędzamy czas, ćwiczymy i wyznajemy inne wartości. Zmianę nawyków żywieniowych w trakcie lockdownu zadeklarowało ponad 40 proc. badanych raportu „Nawyki żywieniowe Polaków w czasie izolacji społecznej podczas epidemii koronawirusa 2020”. Co więcej, zaczęliśmy lepiej planować zakupy, częściej korzystać z płatności bezgotówkowych oraz – co istotne – zwracać większą uwagę na zdrowie nasze i innych. Czy można więc mówić o pozytywnych skutkach pandemii?

Zmiany jedzeniowe i zakupowe Polaków

Dzięki temu, że planujemy posiłki i zakupy marnujemy mniej jedzenia. Jest to pozytywna wiadomość patrząc na statystyki, w których nie wypadamy najlepiej. W Polsce rocznie marnuje się około 9 mln ton żywności, która trafia do kosza. Statystycznie jedna osoba wyrzuca 235 kg jedzenia – wynika z danych BIG InfoMonitor. Pozbywając się produktów spożywczych, marnujemy także surowce potrzebne do ich wyprodukowania. To z kolei przyczynia się do ocieplenia klimatu. Nowe nawyki dają szansę na odwrócenie tego trendu.

Zmianę nawyków żywieniowych w czasie lockdownu zadeklarowało ponad 40 proc. badanych. Prawie połowa przyznała, że jadła zdrowiej, natomiast 60 proc. respondentów wskazywało też na częstsze gotowanie w domu od podstaw – wynika z raportu „Nawyki żywieniowe Polaków w czasie izolacji społecznej podczas epidemii koronawirusa 2020”. Co istotne, chcemy zachować zdrowe nawyki także po epidemii.

Podobnie jest w przypadku zakupów. Zanim odwiedzimy sklep starannie planujemy to co chcemy kupić, aby spędzić w nim jak najmniej czasu. Z listą zakupów, sporządzoną w domu, idziemy do wybranego sklepu i kupujemy tylko to, co potrzebne. Jak pokazuje raport firmy Deloitte: The Global State of Consumer Tracker powoli kończy się okres gromadzenia zapasów, który mogliśmy obserwować jeszcze na początku pandemii. Aktualnie jedynie 38 proc. respondentów kupuje więcej niż potrzebuje. Jest to wynik o 6 pp. mniejszy niż w połowie czerwca.

Ewolucje w sklepach

Aktualnie kreuje się nowa rzeczywistość i trendy w sektorze handlu. O tym, czy pójdziemy do sklepu i czy będziemy do niego chętnie wracać w dużej mierze decyduje dziś poczucie, że jest w nim zachowany odpowiedni poziom higieny. Aż trzy czwarte Polaków wciąż obawia się o bezpieczeństwo swoich bliskich – wynika z raportu Deloitte.

W celu zapewnienia bezpieczeństwa, w sklepach stacjonarnych, zostały wprowadzone odpowiednie przepisy. Przy kasach stanęły plastikowe przesłony, a na podłogach linie wskazujące prawidłową odległość pomiędzy klientami. Sklepy coraz częściej wprowadzają również nowoczesne rozwiązania, np. do dezynfekcji wózków sklepowych, czy związane z odbiorem zamówienia dokonanego online – wskazuje Marcin Zieliński, Head of Sales w Terytorium Sp. z o. o., jeden z twórców streamPRO+. Możemy spodziewać się, że wiele placówek będzie musiało na nowo przeanalizować swoje strategie i wprowadzić innowacyjne rozwiązania dopasowane do aktualnych oczekiwań klientów oraz podążające za ich digitalizacją – dodaje.

Poprawa relacji społecznych, bezpieczeństwa i higieny

Pandemia spowodowała również szereg zmian społecznych. Przez zamknięcie w domach staliśmy się bardziej empatyczni, a także w większym stopniu skupiliśmy się na życiu rodzinnym. Prawie połowa z nas zaczęła poświęcać więcej czasu swoim bliskim i ma plan utrzymać tę zmianę na stałe – wynika z danych Mindshare Polska. Wzrosło także nasze zainteresowanie innymi. Zaczęliśmy dbać o siebie nawzajem.

Co ciekawe, strach przed koronawirusem zmusił nas do skrupulatnego przestrzegania zasad higieny. Lepiej dbamy o bezpieczeństwo. Efektem takiego zachowania jest znaczny spadek zachorowań na inne choroby. Mycie rąk to prosta czynność profilaktyczna, która chroni przed wieloma zagrożeniami, np. przed chorobą brudnych rąk.

Wielka poprawa czy „przymykanie oka” na uchybienia? Zdecydowanie mniej skarg na problemy z pracą w czasie upałów

W sezonie letnim 2019 Stowarzyszenie STOP Nieuczciwym Pracodawcom odbierało mnóstwo telefonów i wiadomości od pracowników, którzy dopytywali nas kiedy pracodawca powinien skrócić czas pracy jeżeli występują upały. Wiele osób skarżyło się także na brak klimatyzacji, duchotę w pokojach w których wykonywana jest praca czy na brak wody i napojów izotonicznych. W tym sezonie w sierpniu otrzymaliśmy zaledwie… trzy wiadomości. Dwie skargi i jedno pytanie. Czy to oznacza, że pracodawcy nareszcie dojrzeli do tego, by w czasie upału zapewniać pracownikom lepsze warunki? A może temat pandemii koronawirusa na tyle mocno zdominował uwagę pracowników i pracodawców, że inne tematy zeszły na dalszy plan?

Sezon wakacyjny 2020 w lipcu i pierwszej połowie sierpnia nie przynosił nam wielkich upałów. Sytuacja zmieniła się dopiero nieco ponad tydzień temu i teoretycznie temperatury, które odnotowano w Szczecinie mogłyby kwalifikować się do skrócenia czasu pracy w biurach. Musimy pamiętać, że jest to własna inicjatywa przedsiębiorców lub osób organizujących prace w urzędach. Pamiętamy jednak, że w roku 2019 dochodziło do bardzo dużej ilości skarg, w których zwracano uwagę na trudne warunki pracy w czasie upału, brak dostępu do zimnej wody pitnej czy brak klimatyzacji. W tym sezonie takich pytań i skarg jest zdecydowanie mniej.

– Dlaczego tych skarg jest mniej? Hipotezy są dwie. Bardziej optymistyczna: pracodawcy przestrzegają prawa pracy i bez problemu już skracają czas pracy kiedy warunki stają się afrykańskie i jej efektywność mocno spada. Druga opcja, mniej optymistyczna, a bardziej realna jest taka, że w czasie pandemii koronawirusa i poważnych problemów w wielu firmach pracownicy przymykają oko na sytuacje, które jeszcze rok temu były dla nich wielkimi problemami – mówi Małgorzata Marczulewska, Prezes Stowarzyszenia Stop Nieuczciwym Pracodawcom.  – Jedno pytanie, które do nas dotarło dotyczyło dopuszczalnej temperatury w biurze jeżeli nie jest ono klimatyzowane. Były też dwie skargi: od Pana zajmującego się organizacją ruchu na jednej z budów nieopodal Szczecina. Napisał on do nas, że został zmuszony do pracy na dwóch zmianach na pełnym słońcu, bo okazało się, że nie ma zmiennika. Oczywiście podjęliśmy mediacji z pracodawcą. Druga sprawa dotyczyła pracy w niekorzystnych warunkach w jednym z lokali gastronomicznych nad morzem. Pracownice napisały, że pracując w restauracji muszą same kupować sobie napoje lub pić wodę z kranu, bo takie jest polecenie kadry zarządzającej. Oczywiście również sprawa jest przez nas analizowana. To raczej kwestia pewnej kultury organizacyjnej w firmie – mówi Małgorzata Marczulewska, Prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom.

Zgłoszeń w sprawach dotyczących warunków pracy w czasie upałów jest zdecydowanie mniej. Należy to docenić.

Dostęp do zimnej wody – obowiązek. Klimatyzacja i skrócenie pracy – dobra wola.

Jakie warunki muszą być spełnione, by można było mówić, że pracodawca uczciwie traktuje pracowników w czasie upałów? Tych czynników jest kilka i wynikają one w dużej mierze z Przepisów Prawa Pracy i dobrej kultury organizacyjnej przedsiębiorstw. – Woda powinna być dostarczona do pracowników działających w plenerze, gdy temperatura przekracza 25 stopni Celsjusza i w biurze powyżej 28 stopni Celsjusza. Zdarzały się skargi, że np. pracodawca daje pracownikowi rano butelkę półlitrową wody i uważa, że to wystarczy. Nie, dostęp do wody musi być ciągły – mówi Prezes Małgorzata Marczulewska.

Czy pracodawca ma obowiązek zapewniać klimatyzację w biurze? Nie, jest to dobrowolna decyzja kadry zarządzającej firmą. Podobnie jak wcześniejsze zwolnienie pracowników do domu w przypadku wysokich temperatur. – Nie ma takich obowiązków, ale jest taka „dobra praktyka”. Główny Inspektor Pracy i Minister Pracy i Polityki Społecznej mogą tylko apelować do pracodawców o skrócenie czasu pracy podczas upałów. Co ważne, pracownik nie musi odpracowywać krótszych „dniówek”. Nie może być mu również obniżone wynagrodzenie z tego tytułu. W latach ubiegłych pojawiały się skargi od pracowników, że skrócona dniówka musi być odrabiana lub wykonywana zdalnie. Nie, nie ma takich przepisów. Pracodawca nie musi wypuszczać pracowników wcześniej do domu, ale nie ma prawa żądać później odrabiania „straconych” godzin jeżeli tak się stanie – dodaje Prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom.

– Dla pracodawcy najważniejsza powinna być efektywność. Ta jest na pewno mniejsza w czasie upałów. To kwestia kultury organizacyjnej w firmie – dodaje Prezes Marczulewska.

 

KE zgodziła się na przejęcie Grupy Lotos przez PKN Orlen, ale stawia warunki

Komisja Europejska wydała zgodę na połączenie się Grupy Lotos oraz PKN Orlen pod jedną banderą Orlenu. Jest to jednak zgoda warunkowa, wymagająca od obu podmiotów szeregu czynności. To przede wszystkim wymóg sprzedaży w ręce innego koncernu 380 stacji paliw, które aktualnie są własnością Lotosu. Do tego Komisja Europejska dorzuciła wymóg, by nowa spółka podzieliła się z innym koncernem obrotami i zdolnością produkcyjną rafinerii w Gdańsku. Te dwa warunki i szereg mniejszych – dotyczących sprowadzania do Polski paliwa lotniczego i produkcji bituminu – mają pomóc w zachowaniu równowagi na hurtowym i detalicznym rynku paliw. Komisja Europejska chce zapobiec w ten sposób zmonopolizowania rynku przez jedną spółkę, co miałoby znaczący wpływ na ceny paliw na stacjach benzynowych. 

– Komisja Europejska miała obawy dotyczące nadmiernej koncentracji na rynku po fuzji Orlenu z Lotosem. Zawarła więc w swojej zgodzie kilka kluczowych warunków, dlatego nazywamy ją zgodą warunkową – powiedział serwisowi eNewsroom Mariusz Marszałkowski, autor w portalu Biznesalert.pl. – PKN Orlen będzie musiał odsprzedać 380 stacji benzynowych, które zaczną działać w Polsce pod inną banderą. Spółka została zobligowana także do udostępnienia zewnętrznemu partnerowi 30% rafinerii w Gdańsku – zarówno pod kątem własnościowym i organizacyjnym, jak i możliwości przerobu ropy. Rafineria w Gdańsku będzie więc musiała mieć nowego operatora, w którym 70% udziałów będzie miał PKN Orlen, a 30% partner zewnętrzny. Kolejnym warunkiem jest zbycie przez PKN Orlen aktywów produkujących bitumin – czyli składnik powstający z ciężkich pozostałości frakcji po ropie naftowej – oraz wybudowanie terminalu do odbioru paliwa odrzutowego dla samolotów w Szczecinie. Nowy podmiot, który wejdzie na nasz rynek, będzie mógł dzięki temu sprowadzać je do Polski. Te warunki, w  dużym uproszczeniu, oznaczają wejście do Polski kolejnego dużego gracza na rynku energetycznym – jakiego obecnie nie ma na naszym rynku. Nowa architektura rynku energetycznego pozwoli na wejście koncernu, który będzie mógł zarówno importować swoje paliwo, jak i produkować je w gdańskiej rafinerii. Dzięki temu przejęcie Lotosu przez Orlen nie doprowadzi do monopolizacji na polskim rynku paliw – analizuje Marszałkowski.

Apel kontrolerów ruchu lotniczego – #BezpieczneNiebo nie tylko podczas wakacji

W związku ze stopniowym odmrażaniem ruchu lotniczego i połączeń międzynarodowych Związek Zawodowy Kontrolerów Ruchu Lotniczego (ZZKRL) kieruje apel do wszystkich osób i instytucji, którym zależy na bezpieczeństwie na polskim niebie. Start akcji #BezpieczneNiebo to konsekwencja analiz oraz obserwacji bieżących wydarzeń, które po kilkumiesięcznej przerwie od normalnego funkcjonowania branży lotniczej mogą potencjalnie wpływać na bezpieczeństwo pasażerów, a także pracowników i pasjonatów branży.  

Analizując wydarzenia na polskim niebie z ostatnich miesięcy ZZKRL, apeluje o zwracanie większej uwagi na procedury, które gwarantują bezpieczeństwo w ruchu lotniczym. Mamy świadomość, że jakiekolwiek ew. przypadki naruszeń przepisów czy procedur w naszej branży mogą mieć negatywne skutki dla bezpieczeństwa. Nie bez powodu w przypadku lotnictwa tak często podnosi się fakt, że „procedury pisane są krwią” – mówi Franciszek Teodorczyk, Przewodniczący Związku Zawodowego Kontrolerów Ruchu Lotniczego. 

Liczba operacji w ruchu lotniczym po wybuchu pandemii COVID-19 w tym roku była znacznie mniejsza niż w roku poprzednim.  Powracające połączenia, czasem z dnia na dzień w znacznej liczbie, będą miały wpływ m.in. na: organizację pracy kontrolerów i innych służb oraz podmiotów odpowiedzialnych za bezpieczeństwo lotów. Wdrażane są nowe procedury, a także zmieniane są praktyczne i formalne aspekty podróży dla pasażerów. Od kilku tygodni wracają destynacje krajowe i zagraniczne, a na polskie niebo powraca coraz więcej przewoźników. Mimo to niezmiennie priorytetem powinno być zachowanie najwyższej troski o bezpieczeństwo.

Kontrolerzy ruchu lotniczego wykonują zawód, który ma na celu dbanie o bezpieczeństwo na polskim niebie. To bezwzględny priorytet, dlatego chcemy świadomie i realnie mieć wpływ na przestrzeganie procedur bezpieczeństwa. Analizujemy i obserwujemy zmiany dotyczące latania w polskiej przestrzeni powietrznej. Podstawą w tej kwestii powinna być edukacja, nie tylko personelu, załogi, czy osób technicznych, ale także pasażerów. Celem akcji #BezpieczneNiebo jest działanie m.in. na rzecz pasażerów i docieranie do nich z praktycznymi informacjami. To także chęć wspólnego działania w ramach akcji  z grupami zawodowymi, mediami oraz wszystkimi instytucjami działającymi na rzecz bezpieczeństwa na polskim niebie. Działanie we wspólnej sprawie opierać się będzie o kampanię informacyjną i edukacyjną. Zachęcamy wszystkie instytucje oraz organizacje branżowe do dołączenia się do naszej akcji społecznej #BezpieczneNiebo. Zapraszamy wszystkie instytucje, przedsiębiorstwa, organizacje. Duże i małe, w tym: LOT Polish Airlines, Polską Agencję Żeglugi Powietrznej, Urząd Lotnictwa Cywilnego i Ministerstwo Infrastruktury, Enter Air, Aerokluby, lotniska czy organizacje zrzeszające personel lotniczy oraz pasjonatówmówi Franciszek Teodorczyk, Przewodniczący Związku Zawodowego Kontrolerów Ruchu Lotniczego.

Kluczowe jest przestrzeganie PROCEDUR BEZPIECZEŃSTWA przez wszystkie osoby i podmioty związane z lotnictwem. To one bowiem są „konstytucją” bezpiecznego latania. To ich przestrzeganie jest podstawą tego, że od 2009 roku, w Europie, na zachód od Bugu nie było żadnej katastrofy samolotu komunikacyjnego, która pochłonęłaby więcej niż 2 ofiary.

– Zwracamy się do wszystkich osób związanych z lotnictwem, ale także do Was Drodzy Pasażerowie. Przestrzegajmy procedur z najwyższą starannością. Kontrolujmy się wzajemnie. Analizujmy, monitorujmy i reagujmy na wszelkie niejasności – dodaje Franciszek Teodorczyk, Przewodniczący Związku Zawodowego Kontrolerów Ruchu Lotniczego

Apelujemy do Wszystkich!

Piloci komunikacyjni – nierzadko od długiego czasu nie siedzieliście za sterami. Taka przerwa powoduje konieczność zachowania szczególnej uwagi, dopóki w pełni nie powrócą nawyki wykształcone przy natężeniu latania przed pandemią. Wiemy, że robicie wszystko, żeby wrócić przygotowani w maksymalnym możliwym zakresie. Dziś obserwujemy na wskaźnikach naszych radarów, że przy najbardziej skomplikowanych manewrach wolicie jeszcze latać trochę wolniej, tak żeby na spokojnie i dogłębnie upewnić się, że wszystkie checklisty są poprawnie wykonane, że procedury są zachowane i wszystko odbywa się bezpiecznie. Dziękujemy Wam za to! Trzymamy kciuki za spokojny powrót i do „for sequence high speed as long as possible” usłyszenia!

Personel techniczny – dbacie o sprawność urządzeń niezależnie od koniunktury w branży. Dziękujemy również Wam! Bez Was i bez zaufania, że wykonujecie swoją pracę dokładnie i zgodnie z procedurami, nikt z nas (kontrolerów, pilotów) nie podjąłby się swojej pracy.

Najbliższy czas będzie także dla Was trudny pod tym kątem, że część samolotów, ale także i innej infrastruktury nie była używana tak często, jak zwykle. W związku z tym niezbędne będą dokładne przeglądy i dopuszczenia techniczne. Wiemy, że zakres stojących przed Wami zadań będzie ogromny i że wychwycenie 100% problemów graniczy z cudem, o czym świadczą, chociażby, pojawiające się sporadycznie,  drobne problemy techniczne, ale wierzymy, że jak zawsze staniecie na wysokości zadania!

Informatorzy Służby Informacji Powietrznej – na ilość Waszej pracy pandemia praktycznie nie miała wpływu. Liczba operacji „małego lotnictwa” praktycznie nie spadła, a gdzieniegdzie wręcz wzrosła. Pomimo trudności wynikających z działań podjętych wewnątrz PAŻP, nieustannie dajecie radę. Za co mamy dla Was wielki szacunek!

Drodzy piloci General Aviation, wojskowi, szybownicy, skoczkowie, lotniarze, baloniarze – przez czas pandemii ochoczo korzystaliście z przestrzeni kontrolowanej, a my z radością gościliśmy Was „na frekwencji”. Ze względu na spadek natężenia rozkładowego ruchu komunikacyjnego mogliście swobodniej operować w CTRach czy TMA. Ruch komunikacyjny wraca, nie miejcie zatem do nas pretensji, jeśli w najbliższym czasie nie będziemy już mogli wydać zgody na swobodne loty szkolne czy wyloty ze stref w naszą przestrzeń. Choć nadal będziemy starali się umożliwić Wam to na tyle często, na ile pozwolą procedury i względy bezpieczeństwa. Dzielimy wspólną pasję i dalej zawsze chętnie będziemy przykładać się do jej rozwijania. Z zastrzeżeniem jak w zdaniu powyżej.

Wszyscy pozostali pracownicy zatrudnieni w branży lotniczej – personel pokładowy, służby wsparcia operacyjnego, służby meteo, obsługa płyty, pojazdów lotniskowych, security, dziękujemy, że wytrwaliście przez ten ciężki czas. Wiemy, że jesteście niezastąpieni dla bezpiecznego funkcjonowania tej branży, bo gdyby było inaczej, nie piastowalibyście swoich stanowisk. Dziękujemy i doceniamy!

I Wy, Drodzy Pasażerowie – kupując bilet, wsiadając do samolotu, lądując bezpiecznie na miejscu – wspomnijcie czasem dobrze personel lotniczy. To będzie dla nas wszystkich szczególnie stresujący czas. Wybaczcie, że czasem ktoś przy security mniej uprzejmie zareaguje, gdy będziecie przechodzić kontrolę z dezodorantem lub scyzorykiem. Że czasem w czasie lotu mocniej szarpnie, bo np. kontroler zareaguje z opóźnieniem i manewr będzie ostrzejszy. Że może się zdarzyć twardsze przyziemienie. Że stewardessa upomni Was może bardziej niż zazwyczaj, jeśli zaczniecie wstawać z miejsca po lądowaniu, gdy samolot jeszcze poruszać się będzie po płycie. Albo będzie zwracać uwagę na kwestie związane z ochroną przed koronawirusem. Wybaczcie. I zrozumcie, że to nie wynika z naszej złośliwości, niechęci czy lekceważenia, a wyłącznie z procedur ustanowionych w trosce o Wasze bezpieczeństwo.

O Wasze bezpieczeństwo, które w rozwiniętych krajach na szczęście traktowane jest jak pewnik. Nie dopuśćmy do tego, żeby takie przekonanie zniknęło. Lotnictwo, pomimo największego poziomu skomplikowania wśród wszystkich gałęzi zbiorowego transportu, jest najbezpieczniejszą z nich. Większość z nas nie uznaje za niezwykłe tego, że na drugi koniec Europy można dostać się, lecąc 3 godziny w powietrzu, nierzadko za 100-200 zł i jest to wielokrotnie bezpieczniejsze niż jazda w to samo miejsce samochodem przez ponad 20 godzin, płacąc np. za same odcinki autostrad większe kwoty.

Pamiętajmy, że pomimo urządzeń wartych miliardy dolarów przyczyniających się do podnoszenia poziomu bezpieczeństwa, najlepszych dostępnych nowoczesnych technologii,

to człowiek nadal jest niezastąpiony w tej branży i to on ponosi odpowiedzialność za życie pasażerów i mienie. Doceńmy tę pracę, bo mało kto jest w stanie zrozumieć jaki ciężar spoczywa na barkach personelu lotniczego.

Nigdy nie zmuszajmy, nie naciskajmy w żadnych sytuacjach do nieprzestrzegania procedur w imię potencjalnych oszczędności finansowych czy czasowych. Bez względu na funkcje – każdy z nas zasługuje na takie samo bezpieczeństwo w ramach przyjętych procedur.

Ludzkie życie jest tego warte!

Apelujemy o zrozumienie tego aspektu, tak przez krajowe, jak i międzynarodowe instytucje, których decyzje przekładają się na bezpieczeństwo wszystkich podróży lotniczych.

#BezpieczneNiebo – Kontrolerzy Ruchu Lotniczego

Będzie, co ma być – sytuacja na rynku walutowym

Interpretacja cotygodniowych, comiesięcznych danych makroekonomicznych publikowanych w erze COVID-19 to bardzo trudne zadanie. W obliczu niepewności dotyczącej rozwoju pandemii w kolejnych miesiącach, rysowanie ścieżki przyszłego wzrostu czy inflacji staje się jeszcze bardziej skomplikowane.

Porcja statystyk z tego tygodnia pomoże jednak odpowiedzieć na wiele pytań. Dzisiejsze dane o rachunkach narodowych wskażą jak głębokie jest dno. Rynek zakłada, że PKB Eurolandu skurczyło się o 12 proc. kwartał do kwartału i 15 proc. w ujęciu rok do roku. W przypadku Polski, dynamika PKB powinna wynieść około – 9 proc. rok do roku. W dużej mierze poznamy zatem odpowiedź na pytanie, czy bliższe prawdy okażą się dość optymistyczne szacunki części instytucji (w tym nasze, zakładające około 3,5 proc. spadek PKB w całym 2020 roku), czy estymacje widzących perspektywy w ponurych barwach instytucji takich jak OECD, czy NBP.

Informacje, czyt. sprzedaż detaliczna i produkcja przemysłowa, z Chin pokazały a z USA pokażą zapewne, że ścieżka odbudowy bo najdotkliwszej fazie pandemii będzie kręta i należy zakładać, że najdynamiczniejsza faza odbicia, niezależnie od globalnej sytuacji epidemicznej jest już za nami. Warto skomentować też fakt, że w ubiegłym tygodniu w USA pierwszy raz od marca złożono mniej niż milion nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. Należy przy tym zastrzec, że do takiego stanu rzeczy walnie przyczynić mógł się impas dotyczący benefitów socjalnych, kluczowego elementu czwartej fazy pakietu stymulacji fiskalnej największej światowej gospodarki. Po drugie, liczba aktywnych wniosków przekracza 15 milionów, co pokazuje jak drażliwa i istotna jest to kwestia w kontekście przyszłej konsumpcji, fundamentu modelu gospodarczego USA.

Biorąc pod uwagę gigantyczną skalę niepewności, rynki finansowe przyjmują, że będzie, co ma być i tak długo, jak tylko się da, płyną z falą wręcz nieograniczonej płynności. Na giełdach akcji utrzymują się bardzo dobre nastroje. Podbicie rentowności długu USA, które było iskrą do głębokiej korekty na rynku metali szlachetnych, choć było silne, to nie powinno być postrzegane w kategoriach zmiany trendu. Na rynku walutowym trwa letnie wyczekiwanie. Dolar krąży nad lipcowymi dołkami i nie jest w stanie wygenerować mocniejszej korekty. Dominują przedziały wahań. W przypadku EUR/USD jest to 1,17 – 19. Do tego w piątek notowania są dokładnie w jego połowie. Zresztą kursy wspólnej waluty, franka, funta i dolara australijskiego są niemal dokładnie na tym samym poziomie, co na koniec poprzedniego tygodnia. W przestrzeni G-10 prym wiodą powiązane z ropa korona norweska i dolar kanadyjski a w defensywie są bezpieczny jen i pokiereszowany przez stanowisko władz monetarnych dolar nowozelandzki. Obie waluty w tym tygodniu straciły około 1 proc. Pole do deprecjacji JPY zostało w dużej mierze wyczerpane, natomiast w NZD upatrujemy kandydata do roli najsłabszej waluty G-10.

Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers S.A.

Technologiczni giganci rozwijają ecommerce

0

Microsoft i Mastercard nawiązują współpracę w celu stymulacji innowacji w handlu cyfrowym i w ekosystemach startupów. 

Współpraca przyspieszy natywną działalność badawczo-rozwojową w chmurze Mastercard Labs, stworzoną na platformie Azure i wspomaganą sztuczną inteligencją. Dzięki dostępowi do wiedzy technicznej i najnowszych technologii partnerzy Mastercard uzyskają dostęp do tworzenia i bezpiecznego skalowania nowych rozwiązań.

Ken Moore, wiceprezes wykonawczy i szef Mastercard Labs komentuje współpracę, która jego zdaniem wzmocni i rozszerzy usługi i możliwości w chmurze klientów i partnerów fintechowych, pobudzając innowacje i kreatywność całego ekosystemu. Pozwoli to zbadać możliwość skoncentrowania się na nowych segmentach klientów, technologiach i trendach, w miarę zwiększania integracji finansowej i przyszłość handlu.

Według Kuby Lebudy, Dyrektora Zarządzającego Clipatize, agencji contentowo-digitalowej dla segmentu b2b i high-tech, współpraca Microsoft z Mastercard jest jasnym sygnałem, że retail, a szczególnie jego online-owa cześć będzie bardzo dynamicznie się zmieniać. Skala handlu detalicznego i rosnący udziału ecommerce jest na tyle duży, że gwarantuje ogromne zwroty z poniesionych inwestycji. Infrastruktura technologiczna, którą opracowują operatorzy płatności, partnerzy logistyczni i dostawcy oprogramowania oraz rozwiązań obliczeniowych zdefiniują kształt ecommerce na najbliższe lata i będzie to środowisko oligopolistyczne – kilka globalnych gigantów będzie w posiadaniu 80-90% całego rynku. Pozostałe firmy mają szansę wdrażać pojedyncze innowacje (np. w obszarze fintech) lub działać jako operatorzy platform ecommerce.

Lebuda dodaje, że trwająca już transformacja ecommerce będzie realizowana na kilku płaszczyznach, w tym:

  • W obszarze doświadczeń związanych z interakcją z ofertą – znane dotychczas efekty ROPO/REVERSE ROPO (research online, purchase offline; research offline, purchase online) prawdopodobnie zostaną ograniczone – retail przeniesie się jeszcze bardziej w stronę ecommerce i operatorzy sklepów będą musieli wdrażać rozwiązania lepiej przybliżające oferowane produkty w kanale cyfrowym, bo konsumenci mniej chętnie będą odwiedzać galerie handlowe i inne sklepy stacjonarne. Będzie to wymagać wdrożenia rozwiązań, które będą generować wyższe zaangażowanie klientów online (z ang. immersive). Możliwe, że rozwiązania te wykorzystywać będą technologie AR/VR, chociaż nie jest to jeszcze przesądzone.
  • W obszarze doświadczeń w zakresie wygody check-outu, oraz dostawy i zwrotów – czyli praca nad skracaniem czasu dostawy, optymalizacji procesu zwrotów, gwarantowanie higieny procesu zwrotu bez konieczności niszczenia produktów.
  • W obszarze dotarcia z ofertą i mechanizmami zakupowymi na platformy społecznościowe – w tym komunikacji i prezentacji oferty, umożliwienie prostego i krótkiego procesu zakupowego; rekomendacji właściwych odbiorcy produktów, dostosowania ich do przewidywanych oczekiwań klienta.
  • W obszarze włączania w kanał ecommerce grup niebędących digital native, w tym z pokolenia 50/60+ z wysoką siłą zakupową, ale niewielką intuicją digitalową.
  • W obszarze bezpieczeństwa danych (w tym finansowych) oraz prywatności kupującego.
  • W obszarze wyzwań stojących przed firmami odpowiedzialnymi społecznie oraz regulatorów rynku, których rolą będzie rozwój ecommerce przy rozsądnym ograniczeniu nadmiernej koncentracji kapitału (sytuacja oligopolu/monopolu) oraz niwelując przeszkody w dostępie do rynku dla mniejszych graczy – historia internetu pokazuje wszak, że nie zupełnie jest on spełnieniem marzeń o demokratyzacji świata i niwelowaniu nierówności społecznych.

Ostatnie zmiany zachowań konsumentów spowodowane COVID-19 zmierzają do cyfryzacji większości codziennych czynności. Jest to niewiarygodnie szybkie tempo rozwoju i zmian, które utrzymają się nawet po zakończeniu pandemii, ponieważ nawyki konsumentów ulegną trwałej transformacji.

Sprzedaż kwartalna InteliWISE zwiększyła się o 52 % w porównaniu do II kwartału 2019

0

O ponad 52% wzrosły przychody grupy kapitałowej InteliWISE w II kwartale bieżącego roku w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego. Motorem napędowym sprzedaży czołowego polskiego dostawcy AI są nie tylko nowe zlecenia, ale także rosnące zamówienia na technologie spółki napływające od obecnych klientów. 

Przy przychodach ze sprzedaży na poziomie 1 427 tys. zł, grupa InteliWISE wypracowała w drugim kwartale bieżącego roku rekordowy zysk netto na poziomie 278 tys. zł.

– W obliczu epidemii wyraźnie wzrosło zapotrzebowanie na innowacyjne rozwiązania w zakresie komunikacji. Dlatego oczekiwaliśmy, że nasza działalność wypracuje rekordowe przychody. Co ważniejsze, odnotowanie wysokich wyników kwartalnych nie jest jednostkowym wydarzeniem wynikającym wyłącznie ze specyficznej sytuacji na rynku. Wpisuje się w ogólną tendencję wzrostową spółki – mówi Marcin Strzałkowski, CEO InteliWise. 

Rekordowe wyniki spółka wypracowała również na poziomie jednostkowym.  InteliWise S.A., warszawska spółka specjalizująca się w projektowaniu innowacyjnych voicebotów oraz chatbotów, zwiększyła przychody do 1 327 tys. zł, co daje wzrost o 67 % w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego roku.

Wynik jest zasługą zarówno rozszerzenia zakresu współpracy, jak i zwiększenia się zapotrzebowania na usługi wśród dotychczasowych klientów. Dotyczy to zarówno technologii automatycznych, wspierających pracę zespołów konsultantów i sprzedawców, jak i usług outsourcingu.

Narastająco, od początku roku, na poziomie grupy kapitałowej, InteliWISE wykazał ponad 41% dynamikę wzrostu, osiągając rekordowe przychody w historii firmy na poziomie 2 357 tys. zł. Na poziomie jednostkowym było to odpowiednio 48% i 1 188 tys. zł.

– Sądzimy, że Covid-19 to jedynie katalizator zmian dotyczących przyzwyczajeń klientów w kontaktach z infoliniami. Rosnąca liczba użytkowników on-line, zwłaszcza młodszych, rezygnuje z kontaktu telefonicznego na rzecz komunikacji poprzez aplikacje mobilne, głównie komunikatory jak Messenger czy whatsapp. Kiedy działania pracowników infolinii zostały utrudnione przez lockdown, nowoczesność naszych rozwiązań została dostrzeżona. – dodaje Strzałkowski.

Kolejnym motorem wzrostu jest branża e-commerce, która rośnie w tempie dwucyfrowym.  – Sklepy zwiększają wykorzystanie rozwiązań Inteliwise, gdyż pomagają im rozwiązywać codzienne, najbardziej czasochłonne problemy ich klientów online. Dotyczy to szczególnie rozwiązań omni-channel, czyli wielu kanałów kontaktu. A że ecommerce rośnie w tempie co najmniej dwucyfrowym, oferta InteliWISE jest coraz bardziej zauważalna -dodaje Strzałkowski.

Perspektywy branży zostały dostrzeżone również przez inwestorów. – Od dłuższego czasu obroty akcjami spółki wyraźnie rosną, co przekłada się na jej wycenę. W porównaniu z „konkurencją”, która notuje podobne lub niższe wyniki, mamy wciąż bardzo duży potencjał wzrostu. InteliWISE będzie zyskiwać na rosnącym rynku rozwiązań opartych na AI i automatyzacji dla firm. Połączenie w 100% własnej, opatentowanej w USA technologii AI wraz z produktami Omni-channel daje potężny potencjał do globalnego rozwoju. zauważa

Jak podaje globalna firma doradcza McKinsey, rynek rozwiązań inteligentnych (AI) dla firm wyniesie od 3,5 – 5,8 biliona USD, i w potężnym stopniu zmieni technologie wspierające Sprzedaż, Obsługę Klienta i Marketing.

Skutki pandemii: Polacy mniej wydadzą na tegoroczne wyprawki szkolne, głównie przez ostrożność

Niemal czterech na dziesięciu rodziców uważa, że pandemia i jej skutki w żaden sposób nie wpływają na ich wydatki związane z wyprawkami szkolnymi. Prawie co trzeci ankietowany przeznaczy na takie zakupy mniej pieniędzy niż w ubiegłym roku. Blisko połowa z tej ostatniej grupy respondentów zrobi to raczej z ostrożności. Natomiast wśród osób, które zamierzają wydać więcej niż poprzednio, przeważa pogląd o większych potrzebach dziecka. Niemal 40% badanych wskazuje, że na wyprawkę dla jednego ucznia przeznaczy średnio od 300 do 500 zł. Takie wnioski płyną z ogólnopolskiego badania UCE RESEARCH i Grupy BLIX.

39,3% ankietowanych zaznaczyło, że pandemia i jej skutki nie mają dla nich żadnego znaczenia w kwestii wydatków na wyprawkę szkolną. 22,3% respondentów przyznało, że przeznaczy na ten cel raczej mniej pieniędzy niż rok temu, a 9,2% – zdecydowanie mniej. Z kolei 6,5% badanych zadeklarowało wydatki raczej większe, a 1,8% – zdecydowanie większe. Natomiast 20,8% osób nie ma wyrobionego zdania na ten temat.

– W niepewnych czasach Polacy nie zamierzają przeznaczać więcej pieniędzy na wyprawki szkolne niż to potrzebne. 2/3 badanych opowiedziało się za tym, że wpływ pandemii względem zakupów dla dzieci w nowym roku szkolnym nie ma dla nich większego znaczenia. Jednak blisko 1/3 chce zredukować swoje wydatki w tym zakresie. Można więc założyć, że są to osoby, których sytuacja finansowa uległa pogorszeniu lub tego spodziewają się w najbliższym czasie – komentuje Tomasz Jabłoński, prezes Grupy BLIX.

Jak zaznacza dr Andrzej Maria Faliński, prezes Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego, te odpowiedzi pokazują, że ludzie mają coraz mniej pieniędzy. Czują się zagrożeni, że spadną ich dochody ze względu na utratę pracy czy gorsze warunki zatrudnienia w małych firmach. W związku z tym będą redukować zakupy. Z kolei według Marcina Lenkiewicza, wiceprezesa Grupy BLIX, spora część Polaków może jeszcze nie odczuwać pogorszenia sytuacji finansowej. Ekspert zwraca też uwagę na naukę zdalną w minionym roku szkolnym. Wówczas rodzice nie musieli wydawać większych środków na materiały szkolne. Część tych przyborów zapewne będzie wykorzystywana od września.

– Jest szerokie spektrum czynników, które mogą oddziaływać w kierunku obniżenia lub podwyższenia kosztów wyprawki. Mamy dosyć wyraźną inflację, co powoduje, że ceny tych produktów również rosną. To na pewno przełoży się na wydatki rodziców. W poprzednich latach zdarzało się, że nauczyciele przekazywali już w czerwcu listę potrzebnych rzeczy. Teraz to wszystko się przesunęło, bo np. wyniki rekrutacji do szkół ponadpodstawowych były prawie w połowie sierpnia – mówi Monika Kurtek, główna ekonomistka Banku Pocztowego.

Respondenci też wyjaśniali, dlaczego zamierzają wydać mniej środków niż w ubiegłym roku. 44,7% z nich zrobi to raczej z ostrożności, a 28,1% – ze względu na mniejsze potrzeby dziecka. Z kolei 22,6% badanych stwierdziło, że ogólnie ma mniej pieniędzy. Jak zaznacza Tomasz Jabłoński, obawy o przyszłą sytuację finansową są stymulowane doniesieniami o kolejnym uderzeniu wirusa, tym razem na jesieni. A powrót fali zachorowań bezwzględnie będzie mieć wpływ na przedsiębiorców, którzy jeszcze nie otrząsnęli się po wiosennym lockdownie.

– Ludzie zakładają, że nauka będzie prowadzona na odległość, przez Internet. Uważają więc, że potrzeby zmaleją, bo zawsze w domu już coś jest. Moim zdaniem, to jednak mało wiarygodne. Gdyby dokładnie dopytać respondentów, co mają na myśli, to sądzę, że 80% z nich nie umiałoby odpowiedzieć. A jeżeli dziecko chce się normalnie uczyć, to musi mieć wszystko, co jest mu potrzebne. Pewne wydatki są nieuniknione – dodaje dr Faliński.

Respondenci, którzy zamierzają wydać więcej, również przedstawili swoje argumenty. 53,8% osób z tej grupy stwierdziło, że dziecko ma większe potrzeby. Natomiast 46,2% wskazało, że ogólnie wszystko jest droższe i stąd taka decyzja. Jak zaznacza dr Faliński, jedno wskazanie drugiego nie wyklucza. W związku z załamaniem się sytuacji importowo-eksportowej zdrożało wyposażenie szkolne.

– Można powiedzieć, że te dane pokazują dwie grupy klientów. Pierwsza z nich uzasadnia wyższe wydatki większymi potrzebami dziecka niezależnie od sytuacji finansowej. Druga dostrzega w większej mierze zjawisko inflacji, kupując taką samą wyprawkę co roku. Argumenty jednej i drugiej strony są uzasadnione i zależą od indywidualnej interpretacji rodziców – analizuje Marcin Lenkiewicz.

Ankieterzy zapytali też o planowane wydatki na wyprawkę szkolną dla jednego dziecka. 38,3% badanych podało 300-500 zł, 29,9% – poniżej 300 zł, a 20,6% ankietowanych jeszcze tego nie wiedziało. Z kolei 7,8% respondentów wskazało 500-700 zł, 2,4% – 700-900 zł, natomiast 0,9% – 900-1000 zł. Zdaniem dr. Falińskiego, to jest odwzorowanie struktury zamożności naszego społeczeństwa. I widać, że Polacy deklarują mniejsze kwoty niż wydali w poprzednich latach.

–  CBOS podał, że w 2018 roku średni koszt wyprawki szkolnej wyniósł ponad 1050 zł. Widać więc, że 300 zł z programu „Dobry Start” nie wystarcza na pokrycie wydatków. Ale jest to kwota wspierająca budżet domowy. Na pewno rodzice inaczej planują zakupy niż wcześniej. Zakładam, że ograniczą wybrane wydatki. Przykładowo plecak może kosztować kilkadziesiąt, ale też kilkaset złotych. A dziś nie ma pewności, czy dziecko fizycznie będzie uczęszczało do szkoły. Jednak konieczne może być doposażenie w sprzęty elektroniczne. Bo zakładam, że nauka zdalna będzie prowadzona w przypadku wykrycia zachorowań – mówi główna ekonomistka z Banku Pocztowego.

Z kolei Tomasz Jabłoński przywołuje dodatkowo raport firmy audytorsko-doradczej Deloitte. Z niego wynika, że w 2019 roku rodzic z jednym dzieckiem musiał wydać średnio niecałe 1400 zł. Ekspert podkreśla, że w obecnym badaniu blisko 70% osób nie zamierza przekroczyć wydatków na poziomie 500 zł. Należałoby więc doprecyzować, co przez Polaków jest rozumiane jako wyprawka szkolna. Ponadto ankieta została przeprowadzona przed podjęciem decyzji przez MEN ws. powrotu do szkół od września.

– W tym momencie trudno jeszcze określić, ile w sumie pieniędzy wydadzą Polacy na szkolne wyprawki. Natomiast na „Dobry Start” zarezerwowano 1,42 mld zł, w tym jest również koszt obsługi świadczenia przez urzędy. Myślę, że ta kwota w skali całego kraju zostanie wykorzystana. Z pewnością rodzice dołożą do tego 300 zł z rządowego programu. Może się też okazać, że wyprawka, na którą Polacy chcą przeznaczyć 300-500 zł, będzie we wrześniu jednak droższa – podsumowuje Monika Kurtek.

Badanie zostało wykonane metodą CAWI przez UCE RESEARCH i Grupę BLIX w pierwszym tygodniu sierpnia br. W ogólnopolskiej ankiecie wzięło udział 1002 rodziców planujących zakupy związane z powrotem do szkoły dzieci w wieku 6-19 lat.

Passus z 379 tys. zł zysku netto w I poł. 2020 r.

0

Passus S.A., notowany na NewConnect producent i integrator specjalistycznych rozwiązań w zakresie bezpieczeństwa oraz wydajności sieci i aplikacji, podsumowuje I półrocze 2020 r. W minionym okresie spółka wypracowała 1,63 mln zł EBITDA, przy przychodach 14,14 mln zł (+116 proc. rdr.). Passus konsekwentnie realizuje strategię rozwoju własnych rozwiązań, w szczególności oprogramowania APN/NPM. Spółka pracuje również nad umocnieniem pozycji sprzedażowej na rynkach Europy Zachodniej.

Grupę Kapitałową Passus S.A. tworzą spółki Passus (APM/NPM, cyberbezpieczeństwo), Chaos Gears (technologie cloudowe), AISecurity (cyberbezpieczeństwo) i WiseNet (cyberbezpieczeństwo). Unikalne kompetencje poszczególnych spółek pozwalają dostarczać klientom sprofilowany produkt spełniający najwyższe standardy. Passus posiada liczne certyfikaty, które pozwalają realizować projekty dla służb mundurowych oraz strategicznych gałęzi przemysłu. Z usług grupy korzysta ponad to 300 największych polskich firm i instytucji, w tym ministerstwa, spółki paliwowe i energetyczne, banki i telekomy. Rozwiązania Passus pozwalają m.in. wcześnie wykryć i powiadomić o problemach związanych z wydajnością sieci i aplikacji oraz cyberzagrożeniach nie doprowadzając do eskalacji, której konsekwencją byłyby przestoje, zatory i tym samym koszty finansowe i niefinansowe.

Za nami udana I połowa 2020 r. Jesteśmy zadowoleni z osiągniętych wyników finansowych. Jednak z racji specyfiki naszej działalności i długoterminowych projektów, nasze rezultaty należy analizować w dłuższych okresach. W naszej ocenie bieżący rok będzie niezwykle ważny. Z jednej strony pandemia wymusiła i przyspieszyła przeniesienie się większości aktywności i operacji do sfery online, co oczywiście jest dla nas ogromną szansą. Z drugiej strony mamy z tyłu głowy ryzyka w postaci potencjalnego wstrzymania niektórych projektów. – komentuje Tadeusz Dudek, Prezes Zarządu Passus.

Z końcem lipca Passus zakończył prace badawczo – rozwojowe nad autorskim rozwiązaniem StressTester, które umożliwia automatyczne prowadzenie testów wydajności aplikacji w oparciu o rzeczywisty ruch sieciowy. Na rozwój tego projektu spółka pozyskała dotację z UE w wysokości ponad 3 mln zł. Wkrótce zostanie także zaprezentowana nowa wersja systemu FlowControl – narzędzia do monitorowania ruchu sieciowego i wykrywania ataków w oparciu powszechny, bezpłatny protokół NetFlow. Passus prowadzi także rozmowy z międzynarodowym dystrybutorem, w sprawie wprowadzenia produktów polskiej spółki na rynki niemiecki, austriacki i szwajcarski.

W przypadku StressTestera zaczynamy proces komercjalizacji, który potrwa ok. półtora roku. Projekt jest niezwykle ciekawy, w pionierski sposób połączyliśmy ideę testów syntetycznych i funkcjonalnych bez konieczności tworzenia scenariuszy testowych. System FlowControl został wzbogacany o nasze autorskie rozwiązanie do analizy ruchu sieciowego, które otwiera unikalne dla tej klasy rozwiązań możliwości. Warto zaznaczyć, że pracujemy wkrótce zaprezentujemy kolejny moduł umożliwiający monitorowanie chmury.. Dodatkowo przełomowym wydarzeniem będzie dla nas podpisanie umowy z międzynarodowym dystrybutorem na bardzo ciekawych i perspektywicznych rynkach DACH. – dodaje Tadeusz Dudek.

Dane UdSC: Obcokrajowcy nie wystraszyli się pandemii. Liczba legalnych cudzoziemców na lekkim plusie

Blisko 450 tys. cudzoziemców miało na początku lipca br. ważne zezwolenia na pobyt w Polsce. Jak wynika z danych Urzędu do Spraw Cudzoziemców, to o 9 tys. więcej w porównaniu ze stanem z 1 kwietnia. W tej grupie najliczniejsi pozostają obywatele Ukrainy, których liczba wzrosła z przeszło 227 tys. do ponad 236 tys. Biorąc pod uwagę statystyki z początku trzeciego kwartału tego roku, najwięcej cudzoziemców z ważnym zezwoleniem na pobyt było w województwie mazowieckim – niemal 120 tys. Z kolei najmniej przebywało w świętokrzyskim – niespełna 5 tys.

Według stanu z 1 lipca 2020 roku, ważne zezwolenia na pobyt w Polsce posiadało 449,7 tys. cudzoziemców. To o 9 tysięcy więcej niż 3 miesiące wcześniej, o czym informuje Jakub Dudziak, rzecznik prasowy Urzędu do Spraw Cudzoziemców. Natomiast w ciągu roku liczba takich osób wzrosła o 50 tys. Wówczas było ich 399,7 tysięcy, co z kolei oznacza przyrost o 16,7 tys. od 1 kwietnia 2019 roku.

– Od lat notujemy wzrost liczby cudzoziemców posiadających w Polsce ważne tytuły pobytowe, ale obecnie przyrost jest mniejszy. Ocena, czy wpływ na to ma pandemia koronawirusa, będzie możliwa, moim zdaniem, dopiero na podstawie statystyk z całego 2020 roku. Natomiast dane dotyczące ważnych tytułów pobytowych nie świadczą wprost o liczbie cudzoziemców przebywających w Polsce – komentuje Michał Wysłocki, ekspert BCC oraz dyrektor Działu Prawa Imigracyjnego w Kancelarii Sadkowski i Wspólnicy.

Jak stwierdza Kseniya Homel, ekspertka ds. migracji z Instytutu Spraw Publicznych, dane statystyczne UdSC nie odzwierciedlają pełnego obrazu procesów migracji. Nie wskazują też realnej liczby osób, które nie są obywatelami Polski, a tu zamieszkują. Nadal problemem pozostaje przewlekłość procedur. Czas oczekiwania na decyzje jeszcze przed pandemią znacząco przekraczał terminy wyznaczone ustawowo. Okresowe zawieszenie w marcu oraz zmiana formy obsługi osób w urzędach wojewódzkich jeszcze bardziej wydłuża okres procedur legalizacyjnych. Decyzje wydawane w 2020 roku są to wnioski złożone kilka miesięcy czy rok wcześniej.

– Na podstawie Tarczy Antykryzysowej przedłużone zostały wszystkie tytuły pobytowe cudzoziemców, w tym wizy i ruch bezwizowy, których ważność kończyła się w czasie epidemii. Z kolei terminy na złożenie wniosków o udzielenie zezwoleń pobytowych zostały przesunięte. Jest na to czas aż do 30. dnia następującego po dniu odwołania stanu zagrożenia epidemicznego lub epidemii – czyli tego, który będzie obowiązywał jako ostatni – dodaje ekspert BCC.

Na początku lipca br. najliczniejszą grupą cudzoziemców z ważnymi zezwoleniami na pobyt byli Ukraińcy – 236,5 tys. W ciągu trzech miesięcy ich liczba wzrosła o 9,2 tys. Dalej znaleźli się obywatele Białorusi – 27,9 tys. (w kwietniu br. – 27,1 tys.), Niemiec – 20,9 tys. (21,3 tys.), Rosji – 12,8 tys. (12,8 tys.) i Wietnamu – 11,6 tys. (11,9 tys.).  Dla porównania, od 1 kwietnia do 1 lipca ub.r. liczba Ukraińców wzrosła o 11,9 tys. (ze 186,7 tys. do 198,6 tys.), a Białorusinów – o 1,6 tys. (z 21,4 tys. do 23 tys.). W przypadku Niemców nie doszło do zmian (21,3 tys. w analizowanych okresach). Z kolei grupa Rosjan powiększyła się o 0,2 tys. (z 12 tys. do 12,2 tys.), a Wietnamczyków zmalała o 0,1 tys. (z 12,2 tys. do 12,1 tys.).

– Obywatele Ukrainy stanowią zdecydowanie najliczniejszą grupę migrantów i migrantek, zarówno pod kątem posiadania zezwolenia na pobyt, jak i pobytów krótkoterminowych. Według danych zeszłorocznych, wytworzyli oni 1% PKB. Polska jest nastawiona na migracje ekonomiczne, czyli uzupełnienie zasobów gospodarki oraz obecność migrantek i migrantów na rynku pracy. Przejawia się to nawet tym, że osobie posiadającej obywatelstwo kraju spoza UE łatwiej jest założyć działalność gospodarczą niż legalizować swój pobyt – mówi Kseniya Homel.

Jak zaznacza Michał Wysłocki, na liczbę ważnych zezwoleń pobytowych istotny wpływ ma sytuacja na rynku pracy. Decyzje obywateli poszczególnych państw ws. pobytu w Polsce zależą także od sytuacji politycznej i ekonomicznej w kraju ich pochodzenia. Niektórzy migranci zarobkowi decydowali się powracać, bo przed pandemią polepszyła się sytuacja w ich ojczyznach. Sam koronawirus także był powodem wyjazdu dużej liczby cudzoziemców z Polski, w szczególności Ukraińców.

– Od momentu zamknięcia granic do wprowadzenia ustawy antykryzysowej minęło kilka tygodni. W tym czasie osoby, których pobyt był w Polsce niepewny, zetknęły się z ryzykiem utraty podstawy legalnego przebywania na terenie RP. Dla nich oznaczało to popadnięcie w nielegalny pobyt. Z Polski mogło  wyjechać nawet 200 tys. ludzi. Wiemy to na podstawie danych ZUS-u. Instytucja ta uwzględnia umowy, od których odprowadza się składki, bez względu na podstawę pobytową – dodaje ekspertka z Instytutu Spraw Publicznych.

1 lipca br. najwięcej cudzoziemców z ważnym zezwoleniem na pobyt było w województwie mazowieckim – 119,9 tys. W porównaniu z początkiem drugiego kwartału br. ich liczba wzrosła o 1,5 tys. Następne było małopolskie – 51,5 tys. (w kwietniu br. – 48,5 tys.), wielkopolskie – 38,1 tys. (35,9 tys.), dolnośląskie – 36,2 tys. (35,9 tys.) oraz łódzkie – 27,7 tys. (27 tys.).

– Na liczbę wydawanych zezwoleń pobytowych w poszczególnych województwach wpływa przede wszystkim ilość pracy oferowanej cudzoziemcom. Dla przykładu, w woj. mazowieckim funkcjonują duże zakłady produkcyjne, magazyny, a w małopolskim – centra usług wspólnych międzynarodowych korporacji. I w tych regionach jest najwięcej zezwoleń pobytowych. One są bowiem udzielane przez wojewodę właściwego ze względu na miejsce zamieszkania danej osoby – wyjaśnia ekspert z Kancelarii Sadkowski i Wspólnicy.

Na początku trzeciego kwartału br. najmniej cudzoziemców z ważnym zezwoleniem na pobyt było w województwie świętokrzyskim – 4,8 tys. W ciągu trzech miesięcy liczba ta wzrosła o 0,1 tys. Dalej znalazły się woj. warmińsko-mazurskie – 7,8 tys. (w kwietniu br. – 7,8 tys.), podkarpackie – 9,2 tys. (9 tys.), opolskie – 10,9 tys.(11 tys.) oraz podlaskie – 11,5 tys. (11,2 tys.).

– Pandemia unaoczniła nieefektywność od lat stosowanych mechanizmów, w tym także w kontekście legalizacji pobytu oraz pracy migrantów i migrantek w Polsce. Świadczą o tym m.in. na bieżąco opracowywane rozwiązania Tarczy Antykryzysowej. Regres w gospodarce może zmienić np. zapotrzebowanie na pracę w poszczególnych sektorach. Pewnym „konkurentem” dla Polski stają Czechy i Niemcy. Pierwsze z tych państw zwiększyło roczny kontyngent dla pracowników i pracowniczek z Ukrainy. Natomiast w drugim od 1 marca br. weszły w życie przepisy ułatwiające dostęp do rynku pracy osobom z obywatelstwem spoza UE – podsumowuje ekspertka ds. migracji z ISP.