Prolongaty receptą na długi? Zmienia się nastawienie firm do windykacji

  • Przedsiębiorcy są zdeterminowani, żeby odzyskać środki od dłużników, ale nie chcą ich upadku. Część firm odstępuje od natychmiastowej windykacji, stosując prolongaty długów czy rozkładając je na raty.
  • Prowadzący biznes są jednak ostrożni i w gospodarce postcovidowej częściej decydują się na pieczęć prewencyjną czy monitoring płatności jeszcze przed terminem zapłaty.
  • Wśród branż zlecających windykację królują obecnie: transportowa, budowlana, farmaceutyczna oraz szkoleniowa. Nowe kategorie dłużników to tzw. branża beauty, turystyka, hotele czy restauracje.

Pełzająca pandemia uderza w biznes. Nie we wszystkich jednak tak samo mocno. Przedsiębiorcy, którzy jeszcze „mają z czego brać”, odstępują od natychmiastowej windykacji i zlecając odzyskanie długów oczekują od firmy windykacyjnej wypracowania formuły korzystnej dla obydwu stron. Często wiążą ich wieloletnie kooperacje, od lat przynoszące obopólne korzyści. Część przedsiębiorców ma świadomość, że jakaś forma kompromisu z dłużnikiem jest potrzebna po to, aby nie stracić perspektyw współpracy po kryzysie.

Przedsiębiorcy zlecający nam windykację zaległych zobowiązań są zdeterminowani, żeby jak najszybciej odzyskać jak największą część środków, które im się należą. Od czerwca obserwujemy jednak bardziej ugodowe podejście części wierzycieli. Niektórzy przedsiębiorcy zaznaczają, że zależy im na przetrwaniu windykowanego partnera. Pomimo niezapłaconych faktur, a więc nie dotrzymania słowa przez dłużnika, wiążą z nim nadzieje na przyszłość. To powoduje, że są gotowi prolongować zobowiązanie czy rozkładać je na raty. Czasem nawet doradzają dłużnikom, skąd mogą pozyskać pieniądze na spłatę zobowiązań (np. z mechanizmów wsparcia rządowego). My w procesie windykacyjnym staramy się działać stosownie do oczekiwań przedsiębiorcy zlecającego odzyskanie długu i jego nastawienia wobec kontrahenta, który nie płaci w terminie. Najbardziej skuteczna windykacja polega na negocjacjach i wspólnym wypracowywaniu akceptowalnej formuły zwrotu zaległości. Takiej, która nie pomija okoliczności i możliwości dłużnika – mówi Piotr Maciągowski, Prezes Zarządu w e-Kancelaria.

Ostrożnie z fakturami

Zlecenia miękkiej windykacji dostosowanej do postcovidowej sytuacji i możliwości zadłużonej firmy są warte uznania i być może pozwolą wielu biznesom przetrwać trudny okres. Niestety, jest też druga strona medalu – liczba firm nieregulujących swoich zobowiązań rośnie. Wielu przedsiębiorcom zapewne nie uda się przetrwać kryzysu, a wraz z upływającym czasem maleją szanse na odzyskanie istotnej części zobowiązania.

– Większość firm zdaje sobie z tego sprawę, dlatego bardzo „dba” o wystawione faktury. Może to mieć formę pieczęci prewencyjnej, która jest sygnałem dla odbiorcy usługi czy towaru, że płatności pilnuje wyspecjalizowana instytucja finansowa. Jesteśmy też coraz częściej proszeni o monitoring i przypominanie, że zbliża się data przelewu czy raty – Aleksandra Linda – Kierownik Działu Windykacji B2B w e-Kancelaria.

+ 500 mln do długów – te branże trafiają do windykatorów podczas pandemii

Małe i średnie przedsiębiorstwa w kwietniu zalegały z oddaniem 24 mld zł (dane NBP). W kolejnych miesiącach sytuacja jeszcze się pogorszyła. Długi rosną szczególnie w branżach takich jak transport, gastronomia czy turystyka – tam w wyniku zamrożenia gospodarki zdolność do spłaty znacznie spadła. W całej gospodarce nieobsługiwane zadłużenie wzrosło w kwietniu (pełnym miesiącu lockdownu) o 572 mln zł. Największy wzrost, bo aż 12% dotyczy sektora kulturalno-rekreacyjnego (wg BIG InfoMonitor).

– Te dane są zbieżne z naszymi statystykami. Wśród branż zlecających windykację królują transportowa, budowlana, farmaceutyczna oraz szkoleniowa. Bardzo zadłużona jest też tzw. branża beauty – szczególnie salony piękności. Firmy na dużą skalę starają się też odzyskiwać długi od restauracji, hoteli i podmiotów zajmujących się turystyką. Trwający sezon urlopowy daje nadzieję, że w tym przypadku uda się odzyskać większą część zobowiązań. Przedsiębiorcy funkcjonujący w turystyce w wakacje mają szanse stanąć na nogi, ale potrzebują czasu. Obserwujemy też wzrastającą liczbę zleceń przekazywanych przez firmy faktoringowe. Faktoring (chętniej niż banki) w koronawirusie finansował biznes, ale niestety nie wszystkie faktury zostały terminowo uregulowane – mówi Piotr Maciągowski z e-Kancelaria.

Zaległości turystyki podwyższyły się w kwietniu o prawie połowę – z 81,2 mln zł do 117,5 mln zł, natomiast opóźnienia w spłatach obiektów sportowych o więcej niż połowę, bo z 28,3 mln zł do 44,3 mln zł.

W latach 2018-2019 z GPW wycofano 47 spółek, przy zaledwie 14 debiutach

Lata 2018-2019 były kolejnym okresem, w którym zmalała liczba spółek notowanych na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie. Przy zaledwie 14 debiutach, odnotowano aż 47 wycofań z obrotu publicznego – co spowodowało spadek liczby notowanych spółek aż o 33 podmioty. Łączna kapitalizacja spółek, które zniknęły z GPW wynosiła ok. 43 mld złotych.

W latach 2018-2019 z warszawskiego parkietu wycofano 47 spółek, przy zaledwie 14 debiutachDuża liczba wycofań utrzymująca się niezmiennie od 2016 roku (łącznie 86 podmiotów) oraz bardzo niska łączna wartość ofert publicznych w ostatnich dwóch latach, która wyniosła 302 mln złotych w 2018 roku oraz zaledwie 45 mln złotych w 2019 roku są oznaką marazmu panującego na GPW, a kryzys wywołany pandemią koronawirusa może jeszcze zwiększyć liczbę wezwań przy znikomej liczbie debiutów.

Biorąc pod uwagę zwiększoną liczbę wezwań, jeszcze bardziej istotne staje się prawidłowe określenie odpowiedniej ceny, która umożliwi zakończenie wezwania sukcesem. Ustawowe ograniczenia wskazują jedynie cenę minimalną, jaka musi zostać zaoferowana za jedną akcję w wezwaniu, co w żadnym stopniu nie definiuje wartości godziwej akcji, która jest w takim wezwaniu wymagana. Cena minimalna to przeważnie także zbyt mało, aby skłonić akcjonariuszy do sprzedaży posiadanych przez nich papierów wartościowych.

W latach 2018-2019 z warszawskiego parkietu wycofano 47 spółek, przy zaledwie 14 debiutach 2W pierwszych latach analizowanego okresu można zaobserwować znaczne wahania wysokości premii płaconej w przypadku udanych wezwań. W 2018 roku średnia premia ponad cenę minimalną wyniosła 14%, a ponad cenę minimalną ważoną wartością wezwania – 17%. Natomiast w 2019 roku średnia premia płacona ponad cenę minimalną w udanych wezwaniach wyniosła jedynie 10%, praktycznie zrównując się z premią ważoną wartością wezwania. W 2019 roku przeprowadzono osiem wezwań, w których wartości wezwania przekroczyły 200 mln złotych, z czego dwa przekroczyły wartość 3 mld złotych.

Wraz z rosnąca liczbą wezwań oraz malejącą aktywnością inwestorów, poziom premii w ostatnich latach ustabilizował się na poziomie kilkunastu procent, spadając do zaledwie 10% w 2019 roku, co jest wartością istotnie niższą od tej spotykanej na dojrzałych rynkach kapitałowych, takich jak Wielka Brytania czy Stany Zjednoczone, gdzie premie na poziomie 20-30% nie należą do rzadkości – mówi Tomasz Wiśniewski, partner w dziale Deal Advisory, szef zespołu wycen w KPMG w Polsce.

Inwestor finansowy vs. branżowy – różne interesy, różne premie

W analizowanym okresie 2018 i 2019 roku można również zauważyć różnice w premiach płaconych przez inwestorów branżowych oraz finansowych. W tym czasie inwestorzy branżowi przeprowadzili 33 wezwania, z czego aż 32 zakończyły się sukcesem, a średnia arytmetyczna premia (w udanych wezwaniach) wyniosła 14%. Inwestorzy finansowi wzywali z kolei na akcje 20 spółek (17 wezwań zakończyło się powodzeniem), a oferowana premia w przypadku udanych wezwań wyniosła jedynie 8%. W ostatnich dwóch latach różnica w premii ważonej wartością wezwania, pomiędzy inwestorem finansowym i branżowym, utrzymywała się w granicach 7-8 p.p. W 2018 roku, za powodzenie w wezwaniu więcej zapłacili inwestorzy branżowi, a w 2019 roku, inwestorzy finansowi.

Pierwsza cena to nadal często za mało

W okresie od 2010 do 2017 roku z 222 wezwań w ponad 75% przypadków pierwsza zaproponowana cena była ceną ostateczną. W pozostałych przypadkach inwestorzy zdecydowali o podniesieniu ceny w trakcie wezwania, z czego w niemal 75% przypadków umożliwiło to powodzenie wezwania.

Z 53 przeprowadzonych wezwań w latach 2018- 2019, w dwóch na trzy przypadki, pierwsza zaproponowana cena była również ostateczną, co w ponad 90% przypadków okazało się wystarczające, aby nabyć akcje. W pozostałych wezwaniach po podniesieniu ceny znów ponad 90% zakończyło się sukcesem.

W latach 2018-2019 z warszawskiego parkietu wycofano 47 spółek, przy zaledwie 14 debiutach 3W ujęciu historycznym, podnoszenie ceny w wezwaniu często okazywało się bardziej kosztowne, niż zaproponowanie odpowiednio wysokiej premii już na samym początku. Podczas ostatniej dekady w przypadku wezwań gdzie pierwsza zaproponowana cena była jednocześnie ostateczną, aby przekonać akcjonariuszy do sprzedaży swoich akcji wystarczyła premia w wysokości ok. 15%. W przypadku wezwań z podniesieniem ceny, pierwsza zaproponowana premia wynosiła średnio ok. 5%, ostatecznie jednak, aby osiągnąć sukces, inwestor musiał zapłacić łącznie prawie 19% premii – mówi Tomasz Regulski, dyrektor w dziale Deal Advisory w zespole wycen w KPMG w Polsce.

Wyższa premia za przejęcie kontroli i wycofanie spółki z giełdy

Plany przejęcia kontroli oraz wycofania spółki z giełdy wymagają zwykle od wzywającego zaoferowania wyższej premii. W 2018 roku na GPW przeprowadzono jedynie dwa wezwania, w których intencją wzywającego było przejęcie kontroli i wycofanie spółki z obrotu giełdowego. W 2019 roku takich wezwań było sześć. Średni pakiet akcji objęty wezwaniem wyniósł ok. 92%, a średni pakiet akcji faktycznie zakupionych w ramach wezwania ok. 86%. Za sukces wystarczyło zapłacić średnio 12% premii, najmniej od 2010 roku kiedy powodzenie w podobnych wezwaniach kosztowało tylko 8% premii.
W latach 2018-2019 z warszawskiego parkietu wycofano 47 spółek, przy zaledwie 14 debiutach 4Pomimo niskich premii w wezwaniach z zamiarem przejęcia kontroli i wycofania akcji spółki z obrotu publicznego w 2019 roku, prawidłowość dotycząca wyższej premii w przypadku takich wezwań jest widoczna w całym analizowanym okresie tj. w latach 2010- 2019. Inwestor chcąc wycofać spółkę z giełdy musi zapłacić więcej. Taka prawidłowość występuje również w przypadku średniej ważonej minimalną wartością wezwania, jednak różnica w tym przypadku jest znacznie niższa (ok. 2 p.p.). Oznacza to, że wyższe premie płacone w przypadku planów wycofania spółki z giełdy są bardziej istotne w mniejszych wezwaniach – mówi Marcin Łągiewka, dyrektor w dziale Deal Advisory w zespole wycen w KPMG w Polsce.

77,5 mln zł na wspólne projekty jednostek naukowych i przedsiębiorców. NCBR rozstrzygnęło konkurs „Projekty aplikacyjne”

Szkolenia dla personelu kolejowego z wykorzystaniem wirtualnej rzeczywistości, system do wykrywania zaburzeń smaku i węchu, redukcja zanieczyszczeń powietrza dzięki produkcji proekologicznych materiałów – współpraca biznesu i nauki w ramach konkursu „Projekty aplikacyjne” po raz kolejny odpowiada na konkretne potrzeby społeczne i gospodarcze. Tym razem NCBR, agencja wykonawcza ministra nauki i szkolnictwa wyższego, wybrało do dofinansowania 19 projektów.

Nauka i biznes „skazane” na siebie

Rozstrzygnięcie dotyczy szóstego konkursu w historii programu „Projekty aplikacyjne”, którego celem jest zwiększenie skali wykorzystania nowych, rodzimych technologii przez polskie firmy. Konkurs realizowany dzięki środkom z Funduszy Europejskich w ramach Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój umożliwia wspólną realizację inicjatyw badawczo-rozwojowych przez przedsiębiorstwa i jednostki naukowe. Na opublikowanej właśnie liście projektów rekomendowanych do dofinansowania znalazło się 19 pozycji. Łączna kwota dofinansowania wynosi prawie 77,5 mln zł, przy czym wsparcie, na które mogły liczyć pojedyncze projekty waha się od ponad 10 mln zł do ponad 1 mln zł.

Współpraca nauki z biznesem to jeden z priorytetów Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. To warunek transferu wiedzy i technologii do przemysłu. Dlatego znaczenie ma każdy program nakłaniający te dwa środowiska do kooperacji. Program „Projekty aplikacyjne” to podobnie jak doktoraty wdrożeniowe esencja takiego podejścia. Na prace badawczo-rozwojowe przeznaczyliśmy w nim już ponad 680 mln zł – mówi Wojciech Murdzek, minister nauki i szkolnictwa wyższego.

Na co tym razem postawiły konsorcja

W obecnie rozstrzygniętym konkursie dofinansowanie przyznano 19 konsorcjom, które będą pracowały między innymi nad: innowacyjnym zestawem terapeutycznym dla dzieci i młodzieży z niepełnosprawnościami i dysfunkcjami znoszącym bariery w edukacji, systemem do wykrywania zaburzeń smaku i węchu opartym na badaniu wykonywanym samodzielnie w domu pacjenta, redukcją zanieczyszczeń powietrza atmosferycznego w wyniku produkcji proekologicznych materiałów elastomerowych, immersyjnym systemem szkoleniowym dla personelu kolejowego wykorzystującym technologię VR, innowacyjnym systemem do diagnostyki, terapii i treningu zaburzeń funkcjonalnych i uszkodzeń części szyjnej i szyjnopiersiowej kręgosłupa.

Sektor zdrowia i transportu jest mocno reprezentowany na wybranej przez ekspertów liście projektów aplikacyjnych. Innowacje w tych branżach są bardzo potrzebne, ponieważ właśnie w nich chcemy zająć jedno z czołowych miejsc w Europie. Polskiej gospodarce udało się być dość odporną na koronakryzys. Z pomocą funduszy europejskich chcemy powrócić na pozycję lidera rozwoju. Chcemy też pokonać barierę, jaką dla polskich firm było wykorzystanie innowacji w rozwijaniu przedsiębiorczości – mówi Małgorzata Jarosińska-Jedynak, minister funduszy i polityki regionalnej.

Jak zawsze do konkursu „Projekty aplikacyjne” zgłosiła się liczna i różnorodna grupa wnioskodawców. To kolejna okazja do wsparcia najbardziej wartościowych projektów, które powstały dzięki połączeniu wiedzy naukowej oraz potrzebnej do jej wdrożenia technologii. Ostatnie miesiące pokazały jak dużo przed nami wyzwań społeczno-gospodarczych w różnych dziedzinach życia. W trudnym czasie epidemii najlepiej widać jak procentują efekty współpracy przedsiębiorców i naukowców – projekty z obszaru medycyny i farmacji, ale także np. narzędzia ułatwiające nam zdalną pracę i edukację – mówi Wojciech Kamieniecki, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Szansa dla kolejnych

Czekając na wyniki szóstego konkursu, do którego nabór był wydłużony ze względu na epidemię koronawirusa, NCBR ogłosiło kolejny, siódmy już konkurs w programie „Projekty aplikacyjne”. Konsorcja mogą zgłaszać się w nim do 31 lipca br. Budżet konkursu to 100 mln zł.

Regulamin konkursu nie wskazuje konkretnego obszaru badawczego, ale niezbędne jest, aby projekty wpisywały się w tzw. „krajową inteligentną specjalizację”. Eksperci ocenią także opłacalność wdrożenia pod kątem tego, czy pomysły mają potencjał rynkowy i czy znajdą klientów. Wartość kosztów kwalifikowalnych projektu musi wynosić co najmniej 1 mln zł.

O dofinansowanie mogą starać się wyłącznie konsorcja, złożone maksymalnie z pięciu podmiotów, w skład których wejdzie co najmniej jedna jednostka naukowa i co najmniej jedno przedsiębiorstwo. Ubiegające się o wsparcie projekty powinny obejmować realizację zarówno badań przemysłowych, jak i eksperymentalnych prac rozwojowych lub wyłącznie tych ostatnich. Elementem projektu mogą być również prace przedwdrożeniowe. Podobnie jak w przypadku innych konkursów NCBR, finansowanych z Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój, miejsce realizacji projektu musi znajdować się w regionie słabiej rozwiniętym (tj. poza województwem mazowieckim).

PKN Orlen po przejęciu Grupy Lotos będzie kontrolował rafinerie, stacje benzynowe, gaz i elektrownie

Komisja Europejska wydała warunkową zgodę na przejęcie Grupy Lotos przez PKN Orlen. W praktyce oznacza to zgodę na stworzenie w Polsce pierwszego koncernu multienergetycznego. Koncern multienergetyczny opiera swoją działalność na więcej niż jednym segmencie energetycznym. Po przejęciu przez PKN Orlen Grupy Lotos, wszystkie polskie rafinerie i stacje benzynowe zarządzane będą z ramienia jednej spółki. Dodatkowo PKN Orlen przejmie PGNiG – czyli polską spółkę gazową, a już od kwietnia kontroluje koncern Energa, działający w segmencie elektroenergetycznym. To sprawia, że pod sztandarem PKN Orlen działać będą zarówno rafinerie i stacje paliw, jak też elektrownie i produkcja gazu. Tak gruntowne przebudowanie systemu energetycznego w Polsce wymagało zgody Unii Europejskiej. Nad sprawą pochyliła się Komisja Europejska i 14 lipca wydała warunkową zgodę na przejęcie Grupy Lotos przez PKN Orlen. Nowa spółka musi jednak spełnić postawione przez KE warunki. 

– Mamy do czynienia z powstawaniem jednego, multienergetycznego koncernu, którego głównym udziałowcem będzie Skarb Państwa. Zgoda Komisji Europejskiej jest jednak warunkowa. Obok PKN Orlen na polskim rynku energetycznym musi działać szereg innych koncernów, które będą stanowić jego konkurencję. Ma to nie dopuścić do monopolu jednej spółki, czyli w tym przypadku PKN Orlen – a co za tym idzie, do monopolu państwa – powiedział agencji eNewsroom Mariusz Marszałkowski, redaktor serwisu Biznesalert.pl. – Szczegółowe warunki zgody dotyczą również liczby stacji benzynowych. Grupa Lotos musi pozbyć się 380 stacji benzynowych i udostępnić nowemu podmiotowi swoje magazyny. PKN Orlen zobowiązał się zaś do wybudowania terminala importowego paliwa odrzutowego do samolotów oraz udostępnienia infrastruktury związanej z produkcją bituminu. To wszystko sprawia, że prawdopodobnie nie dojdzie do dużej koncentracji nowej grupy kapitałowej – co mogłoby zaburzyć sytuację na polskim rynku paliw i wpłynąć na zwiększenie cen na stacjach benzynowych – przewiduje Marszałkowski.

Warszawskie biura przełamały złą passę? Analitycy REDD przedstawiają trzy obserwacje warte uwagi

O 3,4 proc.​ zmalała od 9 lipca do dziś liczba wolnych modułów biurowych w Warszawie.​ To może być przełom.​ W drugim kwartale roku zasoby dostępnych modułów biurowych w Warszawie przyrastały w średnim tempie 22 biur tygodniowo, ale po 9 lipca doszło do odwrócenia trendu.

#1. Zasoby wolnych biur spadają po raz pierwszy od końca marca

  • W drugim kwartale roku zasoby dostępnych modułów biurowych w Warszawie przyrastały w średnim tempie 22 biur tygodniowo, co w ciągu trzech miesięcy wygenerowało ok. 12,000 m2 powierzchni biurowej, która nie została zaabsorbowana przez nowe umowy najmu.
  • Dane REDD wskazują na szczyt przyrostu w dniu 9 lipca, po którym doszło do odwrócenia trendu, co do dnia dzisiejszego spowodowało spadek liczby dostępnych modułów o 3.4%.
  • Dla porównania, w tym samym czasie liczba wszystkich dostępnych modułów biurowych w Polsce uległa zmianie o 1.2% (spadek).Zasoby wolnych biur spadają po raz pierwszy od końca marca

    #2. Najwięcej nowych umów najmu w Warszawie

    • W ciągu ostatnich dwóch tygodni w Warszawie odnotowano rekordową liczbę nowych umów najmu (105) na łączną powierzchnię 23,211 m2. Ponad 45% tej powierzchni zostało wynajętej tylko w ramach 6 umów, dla których średnia wielkość biura wyniosła 1722 m2.
    • Stołeczne transakcje stanowiły 67.8% wszystkich umów najmu zawartych na 27 rynkach regionalnych w Polsce (155).Najwięcej nowych umów najmu w Warszawie
    • Na uwagę zasługuje również spadek współczynnika Months of supply (MoS), który opisuje aktualną dynamikę relacji popytu do podaży.
    • Współczynnik MoS dla Warszawy zanotował prawie dwukrotny spadek i wynosi obecnie 9.5 miesiąca (w porównaniu do 18.1 miesiąca w czerwcu).
    • Wynik rynku stołecznego jest o prawie 5 miesięcy niższy niż średnia dla wszystkich głównych rynków w Polsce.REDD3

      #3. Średnia wielkość wolnego biura wraca do poziomu z początku czerwca

      • Od końca marca obserwowaliśmy silny trend spadkowy dla średniej powierzchni dostępnych biur do wynajęcia w Warszawie, która na koniec czerwca wynosiła 457 m2 (w porównaniu do 532 m2 w marcu). Tendencję należało interpretować jako stałe zasilanie podaży przez coraz mniejsze moduły biurowe, których wielkość obniżała średnią.
      • Widoczny na poniższym wykresie trend został przełamany na początku lipca i od tego czasu wskaźnik średniej powierzchni wzrósł o 2.4%.
      • Obecny wskaźnik można odczytywać jako dobry sygnał — coraz więcej małych i średnich modułów jest wynajmowanych, co podnosi średnią powierzchnię pozostałych, wolnych biur i zbliża ją w kierunku wyników sprzed pandemii COVID-19.Średnia wielkość wolnego biura wraca do poziomu z początku czerwca

Zasady ustalania wartości świadczeń częściowo odpłatnych w podatku dochodowym od osób prawnych

Na potrzeby prowadzonej działalności przedsiębiorcy nabywają różnego rodzaju towary lub usługi. Zdarza się, że takie świadczenia są nabywane nieodpłatnie lub za poniesieniem jedynie częściowej odpłatności. Na wstępie warto wskazać, że temat nie dotyczy jedynie umów sprzedaży, ale każdego rodzaju umów, w ramach których podatnik może nabyć świadczenia rozumiane bardzo szeroko.

Świadczenia częściowo odpłatne

Zgodnie z art. 12 ust. 1 pkt 2 ustawy o CIT przychodem są również wartości rzeczy, praw, a także innych świadczeń otrzymanych częściowo odpłatnie. Ustawa nie wskazuje, co należy rozumieć jako świadczenia nieodpłatne lub częściowo odpłatne. Jednocześnie ustawa w żadnym miejscu nie definiuje pojęcia „świadczeń nieodpłatnych” lub „świadczeń częściowo odpłatnych”, pozostawiając te zagadnienia do ukształtowania przez orzecznictwo i doktrynę.

Przykładowo organy podatkowe za świadczenia częściowo nieodpłatne nie uznają okresu bezczynszowego najmu w sytuacji zawarcia umowy na dłuższy okres. Innymi słowy, wynegocjowany okres bezczynszowego najmu nie będzie świadczeniem częściowo nieodpłatnym, lecz zmniejszeniem należności za czynsz za przyszłe okresy (por. interpretacja Dyrektora KIS z dnia 18 stycznia 2018 r., sygn. 0111-KDIB1-3.4010.460.2017.2.IZ).

Za świadczenia częściowo odpłatne nie można uznać przypadku czynności, których cechą charakterystyczną jest brak odpłatności. Stanowisko to jest potwierdzane przez sądy administracyjne. Przykładowo Naczelny Sąd Administracyjny w wyroku z dnia 29 września 2017 r. wskazał, że w przypadku nieodpłatnej służebności przesyłu ustanowionej zgodnie z przepisami Kodeksu Cywilnego nie można mówić o nieodpłatnym lub częściowo odpłatnym świadczeniu.

Ustalenie wartości

Wartość rzeczy, praw lub innych świadczeń otrzymanych częściowo odpłatnie określa się poprzez odniesienie się do różnicy w wartości rynkowej rzeczy, praw lub świadczeń nabytych przez podatnika a ponoszoną odpłatnością. Przykładowo, jeżeli podatnik zaciągnie pożyczkę oprocentowaną 4% w skali roku, a średnie oprocentowanie banków to 11%, to różnica ta może być przychodem z częściowo nieodpłatnego świadczenia. Z kolei w przypadku, gdy takie odsetki uległyby przedawnieniu i podatnik nie byłby zmuszony do ich zwrotu, wówczas zgodnie z ostatnim podejściem organów podatkowych przychód z tytułu częściowo nieodpłatnego świadczenia nie powstanie (por. interpretacja z dnia 2 sierpnia 2018 r., sygn. 0111-KDIB1-2.4010.234.2018.1.DP).

Ustawa precyzuje również szczególne sytuacje ustalania wartości rynkowej. W przypadku, gdy takie świadczenie dotyczy czynności wykonywanych w ramach działalności gospodarczej, miernikiem jest wartość tych świadczeń w innych sytuacjach. Jeżeli z kolei przedmiotem świadczenia są usługi zakupione, wartość rynkowa tych świadczeń powinna zostać określona w wartości zakupu. W przypadku udostępnienia lokalu wartość rynkową stanowi równowartość czynszu, jaki przysługiwałby w chwili zawarcia umowy.

Świadczenia trudne do wyceny

Omówione powyżej reguły dotyczą sytuacji, gdy istnieje możliwość stosunkowo prostego ustalenia ceny rynkowej, odnosząc się do znanych informacji. Powstaje natomiast pytanie, co zrobić w sytuacji, gdy przedmiotem świadczenia są rzeczy, usługi lub prawa trudne do wyceny. Jednym z takich przykładów może być znak towarowy i obciążenie z tytułu prawa do korzystania z tego znaku. Określenie wartości takiego świadczenia jest bardzo trudne i wymaga specjalistycznej wiedzy. Dlatego dobrą praktyką w tym zakresie jest wystąpienie o wcześniejsze wydanie opinii biegłych lub ekspertów, tak aby mieć argumenty w dyskusji z urzędem. Innym rozwiązaniem występującym w praktyce gospodarczej jest wliczenie wartości znaku towarowego w wartość sprzedawanych towarów lub usług. Należy jednak pamiętać, że nie można takiego świadczenia wyodrębnić, lecz powinno ono być wkalkulowane w cenę. W takim przypadku nie można mówić o świadczeniach częściowo nieodpłatnych.

Świadczenia wzajemne różnej wartości

Problematyka ustalania wartości świadczeń częściowo odpłatnych komplikuje się w sytuacji, gdy każda ze stron dokonuje świadczeń na rzecz drugiej strony (świadczenia wzajemne). Przykładowo w sytuacji udzielenia wzajemnych poręczeń przez spółki o nierównej wartości dochodzi do powstania przychodu z tytułu częściowo nieodpłatnych świadczeń dla jednej spółki (por. Wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego z dnia 31 lipca 2019 r., sygn. II FSK 2908/17). W wyroku tym NSA wskazał, że nie można mówić o równej wartości poręczeń w sytuacji, gdy dotyczą one innych, nierównych zobowiązań kredytowych. W efekcie można przyjąć, że uproszczenia stosowane przez podatników polegające na świadczeniu wzajemnych usług i braku dodatkowych obciążeń z tego tytułu powinny być analizowane pod kątem możliwości powstania świadczenia częściowo nieodpłatnego. Taka sytuacja może wystąpić w szczególności pomiędzy podmiotami powiązanymi, gdzie przesłanki ekonomiczne nie zawsze determinują podejmowane decyzje i może zaistnieć różnica w wysokości świadczeń wzajemnych, za którymi nie idzie rozliczenie.

Ustalenie wartości przez organ podatkowy

Zgodnie z przepisami ww. ustawy w przypadku, gdy ustalona wartość świadczeń częściowo odpłatnych znacznie odbiega od wartości rynkowych, organ podatkowy wzywa strony do jej zmiany lub do wskazania przyczyn uzasadniających przyjęcie takiej ceny. Jeżeli strony nie zareagowałyby na takie wezwanie organu, wtedy organ ma prawo skorzystać z opinii biegłego. W sytuacji, gdy wartość wynikająca z opinii odbiega o więcej niż 33% od wartości transakcji ustalonej przez strony, organ podatkowy może wykorzystać opinię biegłego.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

MŚP odważnie wkraczają w chmurę

Z raportu Deloitte, ICAN Institute i Google Cloud wynika, że 31 procent polskich firm korzysta już z usług chmurowych. Wśród MŚP odsetek ten jest nieco mniejszy, ale pandemia koronawirusa znacznie przyśpieszyła proces ich przejścia do chmury. Według Deloitte, tylko 26% badanych firmy zadeklarowało gotowość do powrotu do pracy w dawnym, biurowym wymiarze. Chmura może okazać się więc największym wygranym pandemii.

COVID-19 oraz wprowadzony lockdown spowodował konieczność przestawienia się wielu firm na tryb pracy zdalnej. W widoczny sposób przełożyło się to na wzrost zainteresowania rozwiązaniami chmurowymi w każdym sektorze, w tym także wśród MŚP. „Mniejsze podmioty rozumieją nie tylko korzyści wynikające z dostarczanych usług chmurowych, które mogą poprawiać efektywność pracy oraz usprawniają komunikację między pracownikami, ale teraz częściej dostrzegają, że chmura może być łatwo osiągalna także dla nich, a nie tylko dla największych firm. Olbrzymią popularnością cieszą się wszelkie rozwiązania chmurowe wspierające pracę zdalną. Najlepszym przykładem usługi, która ma wysoki potencjał jest Microsoft Teams. Sprawia ona, że komunikacja między pracownikami w czasie pandemii stała się dużo łatwiejsza, a dla części firm w ogóle możliwa do utrzymania. Oczywiście, aplikacje służące do komunikacji to tylko czubek góry lodowej możliwości, które daje nam chmura. Warto jednak zaznaczyć, że biznes, który do tej pory prowadzony był w tradycyjnym modelu – zastosował jako pierwsze właśnie narzędzia do efektywnego porozumiewania się z pracownikami oraz nadzoru ich pracy w domu” – mówi Grzegorz Przebieracz, Chief IT Solutions Architect w ITBoom Sp. z o.o.

Wśród MŚP około 20-30 procent korzysta obecnie z usług chmurowych. Jednak w dobie pandemii coraz więcej firm decyduje się na wdrożenie rozwiązań zapewniających ciągłość działalności. Nowe narzędzia są doceniane, ponieważ wpływają na wzrost efektywności pracy, rozwój i modernizację przedsiębiorstwa. Rozwiązaniem, które szczególnie sprawdza się w przypadku MŚP jest PaaS, które nie wymaga zaangażowania znacznych środków inwestycyjnych. „Model działania MŚP jest zazwyczaj bardziej elastyczny i PaaS dobrze przystaje do ich potrzeb. Szczególne zainteresowanie usługami PaaS można zauważyć wśród MŚP, które decydują się na wprowadzenie pracy zdalnej ze względu na brak konieczności inwestowania we własną infrastrukturę oraz dostarczenie gotowych rozwiązań, szeregu możliwości analiz biznesowych czy zarządzania bazami danych. MŚP najczęściej decydują się na uruchomienie środowiska informatycznego w chmurze publicznej. Pozwala ono ograniczyć lub całkowicie wyeliminować koszty związane z utrzymywaniem swojej lokalnej infrastruktury. Podejście to daje im także dostęp do szerokiej gamy usług bez konieczności poniesienia dodatkowych nakładów wejścia w konkretne, specjalistyczne rozwiązanie” – wyjaśnia Przebieracz.

Praca integratorów i specjalistów jest więc nie do przecenienia. Nawet z punktu widzenia dużych podmiotów, ważna jest odpowiednia obsługa klienta i wdrożenie rozwiązań w taki sposób, aby przedsiębiorcy aktywnie z nich korzystali. W tym aspekcie lokalni integratorze sprawdzają się o wiele lepiej.  Są bardziej skoncentrowani na obsłudze i indywidualnym podejściu do klienta. Takie podmioty mogą dostarczać rozwiązania atrakcyjniejsze pod względem kosztów, przy jednoczesnym zachowaniu jak najwyższej jakości i profesjonalnej obsługi. Dodatkowo mogą zaoferować usługi w 100% dopasowane do indywidualnych potrzeb klientów, którzy nie potrzebują rozbudowanych, skomplikowanych rozwiązań. „Sprawne podmioty z wieloletnim doświadczeniem – takie jak ITBoom – potrafią adekwatnie zaadresować rozwiązanie w odpowiedzi na problem i potrzebę zgłoszoną przez kontrahenta. Duże podmioty i dostawcy koncentrują się na wzrostach liczby użytkowników i licencji, nie na ciągłości i dostosowaniu narzędzi w formie odpowiedniej konfiguracji. To zadanie właśnie leży po stronie specjalistów i integratorów. Dlatego tak ważne i unikalne jest doświadczenie jakie w ITBoom zbieraliśmy od ponad 15 lat” – podkreśla specjalista ITBoom.

Wynajmować z przerwami czy sprzedać mieszkanie i wpłacić pieniądze na lokatę terminową

Niektóre osoby zastanawiają się, na jakie oprocentowanie lokaty mogłyby liczyć po sprzedaży mieszkania. Odpowiadamy na tak zadane pytanie.

Najniższy w historii poziom stóp procentowych Narodowego Banku Polskiego dwojako wpływa na rynek nieruchomości. Po pierwsze, skutkuje on bardzo niskim oprocentowaniem nowych kredytów mieszkaniowych w PLN wynoszącym np. 2,20% – 2,50%. Obniżka stóp procentowych NBP oraz WIBOR-u w marcu, kwietniu i maju br. tylko po części została skompensowana przez wzrost bankowych marż. Taka sytuacja zachęca do zaciągania kredytów mieszkaniowych pomimo kryzysu związanego z epidemią koronawirusa. Warto również pamiętać, że sytuacja dotycząca stóp procentowych Narodowego Banku Polskiego ma jeszcze inny wpływ na rynek nieruchomości. Chodzi o to, że bardzo niskie oprocentowanie depozytów zniechęca do sprzedaży mieszkania i założenia lokaty z użyciem otrzymanych pieniędzy. Sprawdziliśmy, na jakie oprocentowanie lokaty może liczyć osoba wybierająca takie rozwiązanie.  

Banki nie cenią posiadaczy dużych depozytów

Osoby znające ofertę depozytową krajowych banków dobrze wiedzą, że te instytucje oferują najciekawsze promocje w przypadku niewielkich lokat o wartości 5000 zł – 10 000 zł i okresie spłaty wynoszącym zwykle 3 miesiące. Opisywana sytuacja wynika z faktu, że przeciętne polskie gospodarstwo domowe posiada lokaty o łącznej wartości wynoszącej zaledwie 10 000 zł – 15 000 zł. „Warto również pamiętać, że krótki czas trwania promocyjnych depozytów oraz ich niewielka wartość chroni banki przed koniecznością wypłacania dużych odsetek” – komentuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Lokaty o wartości typowej dla przeciętnego polskiego mieszkania (np. 300 000 zł – 400 000 zł) są dość rzadkie w rodzimych warunkach, a ich posiadacze raczej nie mogą liczyć na szczególnie wysokie oprocentowanie. „Trzykrotna obniżka głównej stopy procentowej Narodowego Banku Polskiego (w marcu, kwietniu i maju 2020 r.) oczywiście dodatkowo pogorszyła sytuację” – dodaje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Lokata na kwartał lub półrocze nie jest lepsza

Jeżeli sprawdzimy aktualną ofertę lokat z krajowych banków, to okaże się, że osoba deponująca 200 000 zł, 300 000 zł lub 400 000 zł na rok (w ramach jednej lokaty), może liczyć na oprocentowanie wynoszące co najwyżej 1,60%. Najbardziej zyskowna jest Lokata Facto z Banku Facto, który funkcjonuje w formie oddziału włoskiej instytucji kredytowej. „Osoby zainteresowane lokatą gwarantowaną przez krajowy system ochrony depozytów, mogą liczyć na stawkę wynoszącą co najwyżej 1,25% pod warunkiem założenia konta osobistego i aktywności na nim (patrz: ekolokata Plus z Banku Ochrony Środowiska)” – wyjaśnia Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Wybór kilku mniejszych, rocznych lokat z różnych banków (np. 4 x 100 0000 zł) nie pozwoli zwiększyć analizowanego oprocentowania. Lokaty półroczne i kwartalne o wartości 200 000 zł – 400 000 zł zapewniają natomiast zbliżone lub jeszcze gorsze wyniki pod względem zyskowności. Dzielenie dużej kwoty (np. 300 000 zł) na wiele trzymiesięcznych lokat o niskiej wartości może nieco poprawić poziom zysków, ale jest bardzo kłopotliwe. „W tym kontekście warto pamiętać, że praktycznie każdy bank przewiduje ograniczenie dotyczące liczby i wartości promocyjnych lokat” – podkreśla Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Nie warto uwzględniać podczas analizy pojedynczego depozytu o wartości większej niż 100 000 euro, ponieważ nie będzie on w całości objęty ochroną zapewnianą przez Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Wyjątek dotyczy tylko pierwszych trzech miesięcy od wpłaty środków pochodzących ze sprzedaży prywatnego domu lub prywatnego mieszkania. „W tym okresie, limit ochrony oszczędności przez BFG wynosi 200 000 euro minus suma innych środków w danym banku lub SKOK-u” – informuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Lepiej wynajmować z przerwami niż sprzedać

Wyniki powyższej analizy dobrze tłumaczą, dlaczego wiele osób nie kwapi się do sprzedaży mieszkania i wpłaty pieniędzy na lokatę terminową. Istnieje bowiem pewność, że oprocentowanie takiego depozytu będzie znacznie mniejsze od poziomu aktualnej inflacji. Inwestycje na rynkach kapitałowych w obecnej sytuacji gospodarczej zniechęcają natomiast osobę unikającą ryzyka. Trudno się zatem dziwić, że wielu inwestorów mieszkaniowych woli jednak wynajmować „M” i czekać na poprawę koniunktury rynkowej w 2021 roku oraz 2022 roku. „Dotyczy to zwłaszcza inwestorów, których lokale dużo zyskały na wartości w czasie poprzednich 4 lat – 5 lat” – zauważa Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Osoba posiadająca mieszkanie na wynajem w metropolii nadal może osiągnąć roczną rentowność przekraczającą poziom inflacji – nawet jeśli uwzględnimy przerwę w najmie trwającą np. 2 – 3 miesiące rocznie. W pewnych sytuacjach, może się nawet okazać, że wynajem tylko przez 5 – 6 miesięcy rocznie nadal generuje wyższą stopę rocznego zysku niż najlepsze lokaty na jeden rok. W tym kontekście warto pamiętać, że powyżej analizowaliśmy tylko najlepsze depozyty terminowe. „Tymczasem na rynku jest dostępnych również wiele lokat o dużej wartości, których stawka oprocentowania nawet nie przekracza 1,00%. Chodzi oczywiście o roczny poziom zysku bez uwzględnienia podatku Belki” – podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Źródło: Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Grow Uperion rozpoczyna II etap emisji akcji

Grow Uperion, technologiczna spółka oferująca platformę grywalizacyjną, mającą na celu wzrost motywacji i zaangażowania pracowników w realizacji celów i zadań, dzisiaj rozpoczyna drugą, otwartą dla wszystkich transzę zapisów w prowadzonej emisji akcji. Obejmuje ona 150 tys. akcji o wartości 0,5 mln zł. W pierwszej transzy spółka już uzyskała zapisy na maksymalną zakładaną kwotę 0,5 mln zł. Środki z oferty będą dedykowane rozwojowi oprogramowania oraz globalnych kanałów sprzedaży. Dziś rozpoczynane zapisy będą przyjmowane bezpośrednio na stronie internetowej spółki. Szczegóły, w tym dokument ofertowy i prezentacja inwestycyjna są opublikowane na platformie CrowdConnect.pl. Minimalny zapis może obejmować 100, maksymalny 10 tys. akcji.  

Model biznesowy Grow Uperion opiera się na kilku filarach – oferowaniu platformy w formie modułu SaaS/Customized Saas, w formie narzędzia do obsługi programów ESOP (Plany Pracowniczej Własności Akcji), na potrzeby szkół i sektora edukacyjnego oraz w szytej na miarę formule dla Partnerów z szeregu branż.

W dniach 28 lipca – 10 sierpnia na platformie CrowdConnect.pl wszyscy inwestorzy będą mogli złożyć zapisy w II transzy, obejmującej do 150 tys. akcji w ww. cenie. W I transzy Grow Uperion uzyskał 500 tys. zł. Wycena spółki przed ofertą wynosi 10 mln zł

– Dzisiaj rozpoczynamy zapisy w II transzy emisji akcji, licząc na zainteresowanie kolejnych inwestorów naszą spółką. Jednocześnie dziękujemy inwestorom, którzy już nam zaufali. Grow Uperion zakończył główne prace B+R nad platformą grywalizacyjną, osiągając gotowość do jej szerszej komercjalizacji. Jednocześnie pozyskane środki pozwolą nad w dalszym stopniu rozwijać ofertę Grow Uperion, rozszerzając ją o kolejne funkcjonalności oraz budując międzynarodowe kanały sprzedaży. Prowadzony proces, a w dalszym etapie planowane upublicznienie spółki na rynku NewConnect ułatwią budowę silnego niezależnego brandu i rozpoznawalności w branży HR Tech – mówi Przemysław Śnioszek, Prezes Zarządu Grow Uperion.

Grow Uperion identyfikuje dwa cele emisyjne – rozwój oprogramowania oraz globalnych kanałów sprzedaży. W pierwszym obszarze, którego potrzeby kapitałowe wynoszą ok. 0,65 mln zł, zamiarem firmy jest rozwój kolejnych technologicznych funkcjonalności na platformie oraz prace nad implementacją tzw. lejków motywacyjnych. Drugi cel pozwoli rozwijać sprzedaż na najbardziej atrakcyjnych europejskich rynkach w obszarach HR Tech i grywalizacji (m.in. Niemcy, Francja, Szwecja, Wielka Brytania) i zawiera m.in. przeprowadzenie kampanii lead generation oraz rozbudowę działu sprzedaży.

Sytuacja epidemiologiczna skłoniła nas do przystosowania platformy Grow Uperion na potrzeby pomocy uczniom, nauczycielom i rodzicom w wyzwaniach zdalnego nauczania. W ten niekomercyjny sposób, mogąc pomóc potrzebującym, wypełniamy założenia wewnętrznej społecznej odpowiedzialności biznesu. Z drugiej strony, prowadząc pilotażowe wdrożenia w szkołach województwa podlaskiego i mazowieckiego, testujemy przydatność platformy w sektorze edukacji, który w dalszej przyszłości może stać się odrębną nogą biznesową spółki – podsumowuje  Przemysław Śnioszek.

Inicjatywa Grow Uperion została doceniona poprzez wsparcie ze strony Microsoft oraz GovTech, będąc włączoną do ogólnopolskiego projektu #akcjaedukacja. Projekt zaowocował podpisaniem listu intencyjnego z przedstawicielem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów  wyrażającego gotowość Grow Uperion do wdrożenia platformy spółki w szkołach dla 5,5 mln uczniów.

Rozwiązanie Grow Uperion wpisuje się w obszar technologii grywalizacyjnych znanych z gier wideo, których rynek eksperci States Fortune Business Insights szacują na 37 mld USD w 2027 roku wobec kilkukrotnie niższej wartości w minionym okresie. Światowe koncerny coraz częściej korzystają z systemów szkoleniowych, rekrutacyjnych i motywacyjnych i opartych na narzędziach grywalizacyjnych, zwłaszcza lokowanych w chmurze w modelach SaaS. W naszej ocenie zbieżność oferty spółki z obserwowanymi trendami na jej rynku to dobry punkt wyjścia do osiągania zakładanych etapów milowych oraz wyznaczania kolejnych w następnych latach z korzyścią dla obecnych i przyszłych akcjonariuszy Grow Uperion – podsumowuje Przemysław Śnioszek.

Grow Uperion oferuje innowacyjną platformę do realizacji celów, podnoszenia motywacji i doceniania pracowników. Jej założenia powstały w oparciu o połączenie technik grywalizacyjnych znanych w sektorze gamingowym, psychologii motywacji oraz elementów z dziedziny automatyzacji marketingu. Rozwiązanie to pozwala osiągać zakładane KPIs pracowników i całych zespołów bez zwiększania nakładów na benefity finansowe i pozafinansowe w organizacji. Grow Uperion stanowi odpowiedź na zapotrzebowanie rynkowe – wg badań przeprowadzonych przez ośrodek Randstad w 2019 roku, aż 87 proc. pracowników w Polsce nie angażuje się wystarczająco w swoją pracę. Spółka, w oparciu o elementy  grywalizacyjne, wykorzystuje prostą i uniwersalną symbolikę rosnącego obiektu, np. drzewa lub budynku, w wizualizacji poziomu rozwoju pracownika. Każdy pracownik ma własny obiekt osiągnięć, wskazujący na realizację celów indywidualnych lub grupowych.

Rajd ryzykownych aktywów

Ostry spadek cen kontraktu futures na złoto w chwilę po dotknięciu 2000 USD za uncję wywołało lawinowe odbicie dolara w relacji do metali i innych walut. Szybkość zmian uwidacznia sposób myślenia inwestorów, którzy gdy tylko cena docelowa zostanie osiągnięta, zabezpieczają zyski. W szerszym ujęciu przyczyny słabości dolara i przesiadki na ryzykowne aktywa pozostają w mocy.

Każdy dzień rajdu to wzrost ryzyka korekty, więc naturalnym jest, że inwestorów świerzbią palce w sytuacji najmniejszego zawahania trendu. A mało co jest lepszym pretekstem do zwrotu i powiedzenia „dość” niż osiągnięcie okrągłego poziomu. Cena kontraktu futures na złoto zawróciła 70 USD, podobnie cena srebra zawróciła od 26 USD, odpadając od szczytu o ponad 12 proc. Realizacja zysków dosięgnęła też crossów USD z EUR, GBP i JPY. Zmiany prawdopodobnie podsycane są perspektywą końca miesiąca, ale też niepewnością odnośnie tego, co przyniesie jutrzejszy komunikat FOMC. Oczywistym jest, że Fed pozostanie gołębi, pytanie tylko, czy może być bardziej gołębi niż rynek już oczekuje? Oczekuję, że lipcowe posiedzenie nie przyniesie przełomowych decyzji i powinno być neutralne dla USD, choć w szerszym kontekście oznacza długotrwałość ekspansywnej polityki monetarnej. Tylko czy potwierdzenie tego, co już wiadomo, wystarczy, by nie wywołać niedosytu wśród sprzedających USD? Wątpliwości są największym zagrożeniem dla popularnych trendów, nawet jeśli nie kwestionują generalnych podstaw osłabienia dolara. Wtorek odwrotu kolejny raz potwierdza swój mit.

Rozwój wydarzeń w temacie pakietu fiskalnego USA także nie pomaga dolarowi. Republikanie w porozumieniu z Białym Domem przedstawili pakiet w ramach Fazy 4. w wysokości 1 bln USD. Teraz chcą przed końcem miesiąca przekonać do niego Demokratów, którzy jednak mają własne propozycje warte 3,5 bln USD. Powodzenia w znalezieniu w 4 dni kompromisu między różnicą zdań za 2,5 bln USD. Bez tego od 1 sierpnia wygaśnie wiele z programów wspierających finansowo Amerykanów. Kolejny powód, by wątpić w wyjątkowość ożywienia gospodarczego USA i jego pozytywnego wyróżniania się na tle reszty świata.

Grupowe umocnienie ryzykownych aktywów podsycane słabością dolara jest głównym motorem umocnienia złotego. Podpina się pod to też lepsze dane z Polski i silniejsze PMI z Eurolandu, ale osobiście mam wątpliwości – jakkolwiek na papierze umocnienie złotego w reakcji na pozytywne dane ma sens, w rzeczywistości występuje tak sporadycznie, że ekscytowanie się tą zależnością teraz wydaje się szukaniem na siłę dodatkowego wytłumaczenia. Ważniejsze jest zachowanie rynków globalnych. Jeśli przecena USD się utrzyma, razem z nią pozostanie rajd walut rynków wschodzących. Fundamentalnie złoty po 4,39 za euro jest za mocny a nasze modele wyznaczają kurs fair value kilka groszy wyżej. Jednak póki pociąg jest rozpędzony, nie należy stawać mu na drodze i w tym kontekście czerwcowy dołek na 4,37 nie jest on poza zasięgiem. Dalej jednak sceptycznie podchodzę do tego, że tak silny złoty utrzyma się trwale.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Polacy ostrożniej zarządzają budżetem, ale nie rezygnują z inwestycji – pokazuje badanie ING

Niepewność zmotywowała nas do zweryfikowania podejścia do pieniędzy i uważniejszego oraz bardziej efektywnego planowania ich wydawania – skomentowała wynik badania ING Maria Rotkiel.

Wysoki poziom niepewności konsumenckiej obserwowany w badaniach, związany z silną presją i atmosferą niepokoju, sprawił, że zarządzanie finansami stało się ważnym tematem rozmów. To właśnie niepewność zmotywowała nas do zweryfikowania podejścia do pieniędzy i uważniejszego oraz bardziej efektywnego planowania ich wydawania, inwestowania i codziennego zarządzania budżetem. Badanie potwierdza, że stres to również stan mobilizacji i otwarcia na nowe rozwiązania i strategie finansowe. – Maria Rotkiel, psycholog, terapeutka i trenerka biznesu

Aby lepiej zrozumieć zmieniające się tendencje w zakresie zarządzania finansami w dobie koronawirusa, ING wspólnie z firmą GFK przeprowadziło w maju tego roku badanie nastrojów społecznych. Wynika z niego, że Polacy będą wydawać pieniądze ostrożniej, ale nie zamierzają całkowicie rezygnować z zakupów i inwestowania.

Robimy swoje, tylko inaczej

Obecna sytuacja gospodarcza skłoniła wielu z nas do uważniejszego planowania wydatków i racjonalnego robienia zakupów. Najczęstszą strategią praktykowaną przez Polaków jest powstrzymanie się od kupowania rzeczy, które nie są niezbędne (72%). Jesteśmy również bardziej skłonni oszczędzać na produktach spożywczych (72%), niż na dobrach trwałych i usługach (66%). O tym, że nasze zakupy będą miały bardziej przemyślany charakter, świadczy również fakt, że zdecydowanie mniej osób (39%) chce rezygnować z jakości i sprawdzonych marek, szukając tańszych zamienników, za to 48% częściej niż do tej pory będzie szukało promocji.

Mimo że w miarę uwalniania gospodarki Polacy zaczynają patrzeć bardziej optymistycznie w przyszłość, jesteśmy cały czas ostrożni i uważnie planujemy wydatki. Ta ostrożność może być bardzo pomocna w nauce zrównoważonego zarządzania zasobami finansowymi. Badanie pokazuje, że wielu z nas chce wprowadzić w życie racjonalne ograniczenia w sferze finansowej i planuje powstrzymanie się od zakupu rzeczy nie traktowanych jako niezbędne. Co ważne, większość z nas będzie kupowała produkty spożywcze, mając na uwadze polskie lub lokalne ich pochodzenie, zamierzamy również kupować w sposób bardziej przemyślany i oszczędny, wdrażając jednocześnie różne strategie oszczędzania. To ważna i pozytywna zmiana, która na przykład ograniczy marnowanie jedzenia i pozwoli na efektywniejsze zarządzanie domowym budżetem. Cały czas realizując cele, rozwijając się i ciesząc życiem, będziemy uważniejsi i bardziej świadomi codziennych wyborów. – Maria Rotkiel, psycholog, terapeutka i trenerka biznesu

Polacy planują zakup nieruchomości i elektroniki

Po kwietniowym spadku z każdym miesiącem wracają plany związane z zakupem dóbr stałych. Wśród najczęściej wymienianych produktów, na które będziemy wydawać pieniądze, znalazły się smartfony, sprzęt komputerowy i telewizory. Z pewnością nie bez znaczenia jest tu fakt, że coraz więcej spraw załatwiamy zdalnie i więcej pracujemy z domu. Pieniądze będziemy wydawać również na wyposażenie warsztatu i sprzęt AGD. Ponadto Polacy coraz częściej rozważają nabycie nieruchomości, przy czym wciąż rośnie liczba tych, którzy wcześniej takich planów nie mieli.

Planowanie inwestycji z jednoczesnym uważniejszym i lepiej przemyślanym podejściem do finansów to najlepszy przykład pozytywnej odpowiedzi na finansowe wyzwania ostatnich miesięcy. To dowód na to, że trudne okoliczności ostatnich kilku miesięcy pomogły nam wrócić do sprawdzonych strategii zarządzania finansami, również takich jak zapisywanie i kontrolowanie wydatków, wyznaczanie limitów, bardziej przemyślane planowanie wydatków. Jest szansa, że zaczniemy rezygnować z tych wydatków, które nie są niezbędne, a zaczniemy oszczędzać i inwestować, jednocześnie uważniej i ostrożniej wydając pieniądze. – Maria Rotkiel, psycholog, terapeutka i trenerka biznesu

Nowe oczekiwania – nowe narzędzia

Zmieniające się podejście do kwestii finansów to również wyzwanie dla banków, które powinny dostosować dostępne dla klientów narzędzia do aktualnych potrzeb i oczekiwań konsumentów, przyczyniając się tym samym do redukowania stresu wywołanego niepewną sytuacją gospodarczą.

Konsumenci będą wydawali pieniądze z większą uważnością, dlatego potrzebują rozwiązań, które będą wspierały ich aktywność w nowej sytuacji, ułatwią ogarnianie finansów i zaproponują im spersonalizowane rozwiązania. Takim rozwiązaniem jest aplikacja Moje ING. Z banku w telefonie staje się ona narzędziem, które aktywnie podpowiada, przypomina, proponuje spersonalizowane rozwiązania. Dzięki wysyłanym w aplikacji powiadomieniom typu push, klienci wiedzą jaki jest poziom wykorzystania zaplanowanego miesięcznego budżetu, mają informację co dzieje się na kontach ich dzieci czy ile mają pieniędzy na kontach w innych bankach. – Barbara Pasterczyk, Dyrektor Banku odpowiedzialna za komunikację marketingową w ING Banku Śląskim.

Badanie Corona Mood GFK zostało zrealizowane w maju 2020 roku, jego wyniki dotyczą więc nastrojów społecznych, jakie panowały w trakcie wychodzenia z najtrudniejszej fazy pandemii w Polsce. Jak wynika z komentarza Marii Rotkiel widoczne już wówczas pozytywne trendy nasilały się w kolejnych miesiącach po wybuchu pandemii.

Ożywienie gospodarcze w Europie postępuje

Miniony tydzień przyniósł wysyp pozytywnych informacji z Europy. We wtorek europejscy decydenci uchwalili pakiet odbudowy gospodarki o łącznej wartości 750 miliardów dolarów. Państwa europejskie pierwszy raz w historii zdecydowały o emisji wspólnego długu, co przez rynki zostało przyjęte pozytywnie. Z kolei w piątek odczyty PMI z głównych europejskich gospodarek pokazały, że na rynku postępuje ożywienie, szczególnie pozytywnie zaskoczyły odczyty z sektora usług, gdzie wyraźnie zostały przebite prognozy analityków. Ten pozytywny obraz zakłócały napięte relacje na linii USA-Chiny, gdzie wzajemne agresywne działania dyplomatyczne wpłynęły na osłabienie sentymentu na rynkach akcji. Ostatecznie rynki akcyjne w Europie i USA zakończyły tydzień niewielkim spadkiem. W Polsce dane o sprzedaży detalicznej, produkcji przemysłowej oraz bezrobociu również zaskoczyły pozytywnie. Widać, że sytuacja gospodarcza poprawia się szybciej niż przewidywali ekonomiści, co zwiększa prawdopodobieństwo odbicia gospodarki w kształcie litery V.

W zeszłym tygodniu srebro oraz złoto w środowisku osłabiającego się dolara wzrosły do najwyższych poziomów w tym roku. Srebro wybiło się z ponad 6-letniej konsolidacji z impetem kończąc tydzień powyżej 24$ za uncję. Hossa na metalach szlachetnych rozkręca się i przyspiesza.

W nadchodzącym tygodniu oczy inwestorów będą skupione na posiedzeniu FOMC, które zdecyduje o poziomie stóp procentowych w USA. Inwestorzy z uwagą będą śledzić słowa przewodniczącego FED J. Powella, szukając wskazówek pozwalających przewidzieć dalsze kroki decydentów w walce ze skutkami pandemii COVID-19. W czwartek poznamy wstępne dane PKB za II kw. w USA. Będzie to ważny odczyt, który pokaże skutki zamrażania gospodarki, które miało miejsce w II kwartale. W piątek poznamy wstępny odczyt inflacji CPI w Polsce, po ostatnich zaskoczeniach w górę można spodziewać się utrzymania wzrostu poziomu cen na wysokich poziomach.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Biura w nowej rzeczywistości. Co dalej?

Na początku roku tętniące życiem, w drugim kwartale – szczególnie w czasie lockdown’u – w większości opustoszałe i z zupełnie inaczej zorganizowaną pracą. Dziś wiele biur wróciło już do życia, choć duża część pracowników wciąż pracuje zdalnie w pełnym wymiarze miesięcznym lub pojawia się w biurze jedynie w trybie rotacyjnym. Autorzy raportu „Rynek biurowy w Warszawie, At A Glance 2020 Q2” w kryzysowym czasie zwracają uwagę na solidną podaż i popyt, rekordową umowę najmu, ale także na dużą niepewność w nadchodzących kwartałach.

To, jak biurowce poradzą sobie w zupełnie nowych realiach pokażą najbliższe trzy kwartały. Uczestnicy rynku dziś skupiają się na ocenie minionych trzech miesięcy. Zarówno najemcy, deweloperzy jak i inwestorzy wnikliwie analizują negatywne oraz pozytywne skutki lockdown’u planując obecną oraz przyszłą perspektywę biznesową włączając do swych analiz pracę zdalną. W najbliższej perspektywie koronawirus i spodziewane spowolnienie gospodarcze z pewnością znajdą swoje odzwierciedlenie w decyzjach uczestników rynku biurowego. Często dziś zadawane pytanie, czy część powierzchni biurowej nie okaże się zbędna ze względu na szerokie możliwości świadczenia pracy w trybie zdalnym, jest w głównej mierze podstawą do szukania odpowiedzi na to jak realnie taka decyzja wpłynie na codzienne funkcjonowanie firmy oraz jej konkurencyjność w długiej perspektywie czasu.

Pomimo ogólnej fascynacji szerokimi możliwościami pracy zdalnej patrzymy optymistycznie na kolejne kwartały bieżącego roku na rynku biurowym. Sytuacja związana z globalną pandemią obnażyła słabości organizacyjne tego rozwiązania szczególnie w krajach azjatyckich, gdzie dostęp do Internetu, niekiedy również i do prądu, poza budynkiem biurowym jest mocno ograniczony. W związku z tym upatrujemy szansę dla naszego regionu w przeniesieniu części procesów i kompetencji firm właśnie do Polski. Aktualnie przedsiębiorstwa przeprowadzają wnikliwą analizę możliwości szerszego zastosowania pracy zdalnej. Analizowane są aspekty prawne, przepisy prawa pracy oraz bieżąca wymiana informacji wśród pracowników, którzy są podstawą sprawnego i efektywnego funkcjonowania firmy w długim okresie czasu – Mikołaj Laskowski, Head of Office Agency, BNP Paribas Real Estate Poland

Mimo pandemii świat warszawskich biur nie stanął w miejscu. Analitycy z BNP Paribas Real Estate Poland podsumowali, że w okresie maj – czerwiec zasoby rynku biurowego w Warszawie powiększyły się o ok. 100 tys. m kw. nowoczesnej powierzchni. To wynik, który reprezentuje ok. 62 proc. całej ubiegłorocznej nowej podaży. Do końca czerwca swoje podwoje otworzyły m.in.: drugi z kompleksu trzech biurowców w Varso Place (40 tys. m kw.) i biurowa piramida przy Chmielnej 89 (25 tys. m kw.).

W ostatnich latach popyt na biura był bardzo wysoki, i to nie tylko w stolicy. To właśnie dlatego w pierwszych miesiącach pandemii deweloperzy nie wcisnęli hamulca, a wszystkie znaczące projekty były realizowane niemal zgodnie z planem lub z niedużym opóźnieniem powodowanym mniejszą dostępnością i mobilnością pracowników budowlanych bądź czasowymi problemami w łańcuchach dostaw materiałów z zagranicy. Zakładając, że w drugiej połowie roku żadna z większych budów nie stanie, czego deweloperzy na razie nie sygnalizują, to do końca grudnia Warszawa może wzbogacić się o kolejne ok. 219 tys. m kw. powierzchni. Tym samym w całym 2020 r. sektor biurowy w Warszawie może powiększyć się o ok. 330 tys. m kw. nowej powierzchni, ponad dwukrotnie więcej niż w ubiegłym roku – Klaudia Okoń, Konsultant w Dziale Analiz i Doradztwa BNP Paribas Real Estate Poland, współautorka analizy

Z podsumowania drugiego kwartału wynika, że w porównaniu z okresem styczeń-marzec zaskakująco dobrze wyglądał popyt brutto na stołeczne biura. Wyniósł on prawie 196 tys. m kw., z czego ok. 29 proc. przypadło na renegocjacje i przedłużenia dotychczasowych kontraktów. Analitycy BNP Paribas Real Estate Poland podkreślają, że najwięcej przedłużonych umów podpisano w biurowcach, które mieszczą się w strefach Centrum, COB oraz na Mokotowie. Niepewność związana z ewentualną drugą falą COVID-19 i spowolnieniem gospodarczym sprawia, że część firm wstrzymuje nadal swoje plany rozwojowe, co w krótkiej perspektywie przekłada się na przesunięcia decyzji o wynajęciu nowego biura. W drugim kwartale padł też kolejny biurowy rekord. Grupa PZU wynajęła cały biurowiec Generation Park Y przy rondzie Daszyńskiego, podpisując umowę najmu na 46,5 tys. m kw. powierzchni. W 140-metrowym wieżowcu wybudowanym przez Skanska, w ciągu dwóch lat ubezpieczeniowy gigant urządzi swoją nową siedzibę skupiając jednocześnie miejsca pracy dla kilku tysięcy osób, którzy dotychczas pracowali w kilku rozproszonych lokalizacjach.

Analiza drugiego kwartału sygnalizuje też nieznaczny wzrost wskaźnika pustostanów, który od 5 lat systematycznie spadał, aby na koniec pierwszego kwartału osiągnąć rekordowo niski pułap 7,5 proc. Na koniec czerwca powierzchnia niewynajęta stanowiła 7,9 proc., co i tak jest bardzo dobrym wynikiem biorąc pod uwagę znaczny wolumen dostarczonej nowej powierzchni. Warto zauważyć, że w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku wskaźnik wakatów obniżył się o 0,6 p.p. Dodatkowo zaobserwować można wzrostowy trend pojawiających się powierzchni do podnajęcia. Analitycy podkreślają, że najchętniej podnajmowane są moduły biurowe o wielkości od 300 do800 m kw. Na tę chwilę decyzje dużych, stabilnych, globalnych firm z podpisanymi wieloletnimi umowami najmu nie mają wpływu na rozwój sytuacji podnajmów powierzchni. Eksperci BNP Paribas Real Estate Poland dodają, że w ciągu ostatnich 12 miesięcy najwięcej wakatów zostało zasiedlonych w strefie korytarzy Żwirki i Wigury (spadek o 3,8 p.p.) i Puławska (spadek o 3,2 p.p.). Ze wzrostem pustostanów, w porównaniu z analogicznym okresem 2019 roku, musi radzić sobie strefa Zachód, w której w drugim kwartale poziom wakatów urósł o 2,6 p.p. Autorzy analizy zaznaczają, że obecna sytuacja może nasilić trend spadku popularności obiektów starszych, niespełniających nowoczesnych parametrów technicznych, leżących w mało dogodnej lokalizacji, a także biurowców wymagających gruntownej modernizacji. Pandemia może przyspieszyć konieczność modernizacji oraz ewentualnej konwersji takich budynków na funkcje inne niż biurowa.

Najbliższe miesiące będą dla sektora biurowego czasem reorganizacji. Wymogi sanitarne sprawią, że większość pracowników wróci do przearanżowanych biur. Zachowanie dystansu społecznego łatwiejsze będzie w otwartych przestrzeniach, w których zmniejszy się liczba zajmowanych biurek, a w niektórych przypadkach przestrzenie będą wygrodzone. Część najemców może zdecydować się na ustalenie liczby pracowników, którzy w jednym czasie będą mogli przebywać w biurze. W wielu przypadkach będzie oznaczać to kontynuowanie pracy zdalnej w systemie rotacyjnym. Przed zarządcami stoi natomiast zadanie polegające na zmniejszeniu porannych i popołudniowych szczytów w głównych ciągach komunikacyjnych.
W nowej biurowej rzeczywistości słowem kluczem będzie elastyczność, zarówno jeśli chodzi o prawa i obowiązki stron w umowach najmu, jak również o dostosowywanie w szybkim czasie powierzchni pod kątem pojawiających się potrzeb – Mikołaj Laskowski, Head of Office Agency, BNP Paribas Real Estate Poland

Odwilż w bankach – czy warto już wnioskować o kredyt hipoteczny?

  • Z danych Biura Informacji Kredytowej wynika, że w czerwcu popyt na kredyty hipoteczne wzrósł o blisko 26% w stosunku do maja.
  • Eksperci podchodzą z rezerwą do tych wyników, nadal są one słabsze niż w 2019 r.
  • Z rynku dochodzą już jednak pozytywne sygnały – banki zaczynają łagodzić swoją politykę, pojawiają się też pierwsze oferty promocyjne.

Zdaniem ekspertów, rok 2020 miał być rekordowy pod względem liczby i wartości udzielanych kredytów hipotecznych. Niskie oprocentowanie i dobra sytuacja finansowa polskich gospodarstw domowych sprzyjałyby chętnemu podejmowaniu decyzji o inwestycjach w nieruchomości. Jednak tak jak w przypadku wielu innych branż i dziedzin życia, sytuację skomplikował wybuch pandemii.

Od marca kredyty pod kreską

Pierwsze miesiące 2020 r. zapowiadały bardzo dobry rok dla branży kredytowej. Biuro Informacji Kredytowej informowało wtedy, że wartość udzielonych kredytów hipotecznych wzrosła w styczniu o 24,5%, a w lutym o 27,7% – w porównaniu z tym samym okresem w 2019 r. W marcu sytuacja uległa diametralnej zmianie i po raz pierwszy od pół roku, w odniesieniu do popytu na kredyty, pojawiły się wartości ujemne.

W połowie marca zaczęliśmy dostrzegać pierwsze negatywne skutki pandemii, jednak sytuacja uległa znacznemu pogorszeniu dopiero w kwietniu. Zgłaszali się do nas przede wszystkim klienci, którzy – głównie z powodu utraty lub zmniejszenia wynagrodzenia – mieli problemy z terminową spłatą zobowiązań. Nasza praca dotyczyła więc przede wszystkim szukania dla nich korzystnych rozwiązań, zanim jeszcze pojawiła się realna pomoc dla kredytobiorców od rządu – mówi Katarzyna Dmowska z ANG Spółdzielni.

Polacy wracają do banków

Z danych BIK wynika, że w czerwcu odnotowano o 2,6% więcej wniosków kredytowych w stosunku do czerwca 2019, jednak ich wartość była niższa o 6,7%. Najistotniejszy jest jednak fakt, że w stosunku do poprzedniego miesiąca liczba wnioskujących wzrosła aż o ¼, co może świadczyć o odwilży na rynku kredytowym. Poprawę sytuacji potwierdzają doniesienia o pojawieniu się pierwszych ofert promocyjnych.

Przez ostatnie miesiące banki zaostrzały swoją politykę udzielania kredytów hipotecznych. Wzrosła m.in. wymagana minimalna wartość wkładu własnego – nawet do 30%, mniejsze szanse na kredyt miały też osoby prowadzące własną działalność. Obecnie mamy więcej klientów niż możliwości znalezienia dla nich finansowania odpowiadającego ich oczekiwaniom i możliwościom. W ostatnim czasie zaczęły jednak docierać do nas z banków optymistyczne sygnały o łagodzeniu tych restrykcji i pojawianiu się promocji na kredyty hipoteczne. Nie dotyczy to jednak wszystkich banków, dlatego polecam skorzystanie z usług pośrednika kredytowego, który jest na bieżąco informowany o wszelkich zmianach i promocjach obowiązujących w większości banków. W każdym przypadku klienci muszą uzbroić się w cierpliwość, ponieważ z związku z ograniczeniami w postaci pracy zdalnej czasy procesowe w bankach są mocno wydłużone – dodaje Katarzyna Dmowska z ANG Spółdzielni.

Ze względu na trudną sytuację Polaków spowodowaną pandemią, Rada Polityki Pieniężnej obniżyła stopy procentowe do zaledwie 0,1%. Zgodnie z przepisami, oprocentowanie kredytu hipotecznego nie może być wyższe niż dwukrotność sumy stopy procentowej i 3,5%, co oznacza, że nie przekracza obecnie 7,2%. Przy ustalaniu warunków spłaty kredytu należy jednak pamiętać o tym, że te warunki mogą się w każdej chwili zmienić, a po podwyższeniu wysokości stóp procentowych, miesięczna rata kredytu wzrośnie nawet o kilkaset zł.

Dane NBP: Na rynek trafia coraz mniej monet. Wraca dyskusja o likwidacji najmniejszych nominałów

Narodowy Bank Polski przekazał przeszło 278 milionów sztuk monet powszechnego obiegu w stanie zachowania „producenckim”. Odbyło się to od stycznia do czerwca 2020 roku w ramach zaopatrywania banków i Poczty Polskiej. Z kolei po danych z analogicznego okresu ubiegłego roku widzimy ponad 395 milionów sztuk takich monet. Wraz z nimi dostarczono też środki, które wcześniej powróciły z rynku i po przesortowaniu posiadały status obiegowych. W tym roku było ich łącznie z „producenckimi” – 561 milionów sztuk, a wcześniej – 749 milionów. W analizowanych okresach najwięcej wydano pojedynczych groszy.

Jak informuje NBP, od stycznia do czerwca br. przekazano ponad 278 milionów sztuk monet powszechnego obiegu w stanie zachowania „producenckim”. Zrobiono to w ramach zaopatrywania banków i Poczty Polskiej S.A. Natomiast w analogicznym okresie 2019 roku wprowadzono przeszło 395 milionów sztuk. Jak podkreśla dr Wojciech Świder z Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu, w Polsce i w wielu krajach systematycznie spada udział gotówki w płatnościach. Coraz popularniejsze stają się kanały elektroniczne, takie jak karty czy płatności mobilne. W tym roku wiele sklepów zachęcało do korzystania z tych form ze względu na koronawirusa.

– Pandemia spowodowała, że Polacy chętniej i częściej korzystają z płatności bezgotówkowych. To wynika trochę ze strachu, ponieważ monety czy banknoty powszechnie uważane są za brudne. Mogą przenosić różne wirusy itd. To jest paradoks, bo szczególnie w marcu i w kwietniu było spore zapotrzebowanie na gotówkę. Ludzie wypłacali z bankomatów po kilka tysięcy złotych, zwłaszcza w dużych nominałach. Dzięki temu chcieli zyskać poczucie bezpieczeństwa. Badania pokazują, że w czasach kryzysu czy niepewności to gotówka jest królem – komentuje Marcin Matyja z Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie, wykładowca psychologii pieniądza i zachowań konsumenckich.

Według danych NBP, od stycznia do czerwca br. przekazano ponad 561 milionów sztuk monet, zarówno w stanie zachowania „producenckim”, jak i tych, które wcześniej powróciły z rynku i po przesortowaniu posiadały status obiegowych. Z kolei rok wcześniej wprowadzono przeszło 749 milionów sztuk takich monet.

– Na podstawie tych informacji widzimy tylko ewidentny spadek. Ale z danych z poprzednich lat wynika, że monety są wprowadzane w seriach. Jednocześnie wiemy o trendach konsumenckich. Na początku pandemii Polacy rzadziej wychodzili na zakupy, ale robili je większe. Ponadto cały czas rośnie popularność e-commerce, a tym samym – wartość dokonywanych transakcji w Internecie – mówi ekspert z Akademii Leona Koźmińskiego.

Patrząc na dane dot. monet przekazanych w 2020 roku, można zauważyć, że najwięcej było tych o nominale 1 grosza – ponad 152 mln sztuk (w 2019 roku – ponad 209 mln sztuk). Dalej znalazło się 10 groszy – 72,5 mln sztuk (ponad 93 mln sztuk). Potem był 1 złoty – 63,1 mln sztuk (ok. 80,6 mln sztuk), a za nim uplasowały się 2 złote – 56,1 mln sztuk (ponad 67 mln sztuk).

– Jedną z klasycznych cech pieniądza jest jego podzielność. Występowanie monet jednogroszowych ją gwarantuje. Oczywiście należy zadać sobie pytanie, czy nie jest ona zbyt duża. Jak można przeczytać na stronie NBP, groszówki wykonane są z mosiądzu manganowego. Koszt produkcji jest wyższy niż ich wartość nominalna. To argument za ograniczeniem emisji – zaznacza dr Świder.

Natomiast Marcin Matyja powołuje się na raporty Związku Banków Polskich. Z nich wynika, że regularnie maleje średnia wartość transakcji bezgotówkowej. Ludzie płacą elektronicznie za coraz mniejsze zakupy, również za przysłowiową bułkę i gazetę. Wcześniej zazwyczaj wyciągali w takich sytuacjach banknoty lub monety. Drobne nominały są po to, aby ułatwić przeprowadzenie niewielkich transakcji. Ale ekspert ma wątpliwości, czy akurat do tego służą jednogroszówki. Wielokrotnie w sklepach można usłyszeć od sprzedawców, że będą dłużni 1 gr itd.

– Moim zdaniem, należałoby poważnie pomyśleć nad likwidacją 1 i 2 gr, ewentualnie zmniejszyć ich emisje. W Belgii niedawno wycofano jednocentówki i dwucentówki. Najniższym nominałem jest 5 eurocentów. Z najdrobniejszych pieniędzy wcześniej zrezygnowały Czechy, Dania, Holandia, Izrael, Rosja i Szwecja. Nie spowodowało to zauważalnych negatywnych skutków u detalistów – dodaje ekspert z Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.

Z kolei Marcin Matyja stwierdza, że jako społeczeństwo nie doszacowujemy wartości monet. Ma to też swoje konsekwencje konsumenckie. Oznacza to, że np. cena 1,99 zł za 100 gramów wydaje się tańsza niż 19,90 za kg. Wychodzimy z założenia, że to niespełna 2 zł. Zazwyczaj o monetach myślimy dopiero wtedy, kiedy portfel staje się cięższy. Nasz szacunek do tego rodzaju gotówki, zwłaszcza najniższych nominałów, jest ograniczony i jeszcze będzie maleć.

– Badania Humphreya i in. z 2006 roku wykazały, że dany kraj może zaoszczędzić na produkcji kwotę wynoszącą co najmniej 1% PKB. Taki byłby efekt przejścia z systemu bazującego jedynie na gotówce na model w pełni elektroniczny. Moim zdaniem, trzeba aktywnie zachęcać ludzi do używania metod bezgotówkowych ze względu na niższy koszt i wygodę. Jednak nie należy likwidować gotówki jako metody płatności – podkreśla ekspert z Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.

Monety będą traciły na znaczeniu, o czym przekonuje Marcin Matyja. I zaznacza, że one są niewygodne i o niewielkich nominałach. Nie są więc atrakcyjne z punktu widzenia dokonywania transakcji. W obecnych czasach zdecydowanie idziemy w kierunku płatności elektronicznych.

Finiata rozszerza swoją ofertę i dołącza do ZPF

  • Wsparcie finansowe jest obecnie kluczowe dla przetrwania małych i średnich przedsiębiorstw.
  • Według badań obecnie co czwarta firma w ogóle nie ma szans na kredyt, a co trzecia – uzyskałaby go na gorszych warunkach. Zagrożone przedsiębiorstwa powinny szukać rozwiązania wśród ofert fintechów.
  • Finiata dołączyła właśnie do Związku Przedsiębiorstw Finansowych, w celu wymiany wiedzy i dbania o poszanowanie etycznych relacji z klientami i kontrahentami.

Tegoroczne lato dla przedsiębiorców niewiele ma wspólnego ze spokojem i wypoczynkiem, czego efektem jest  kryzys ekonomiczny po lockdownie. Małe i średnie przedsiębiorstwa są zmuszone do poszukiwań nowoczesnych narzędzi finansowych, które szybko i bez zbędnych formalności pomogą im w utrzymaniu płynności finansowej.

Dla zagrożonych firm z sektora MŚP prawdopodobnie najlepszym rozwiązaniem jest poszukiwanie wsparcia ze strony fintechów. Nowoczesne narzędzia oferowane przez tego typu podmioty charakteryzują się szybką decyzyjnością, bez procesowania wielu formalności. To odpowiedź na głosy właścicieli firm, którzy coraz częściej zgłaszają problemy związane z uzyskaniem wsparcia od banków działających na polskim rynku. Tradycyjne instytucje finansowe zaostrzyły regulacje przyznawania kredytów, uderzając tym samym w małych przedsiębiorców. Według badań co czwarta firma w ogóle nie ma szans na kredyt, a co trzecia – uzyskałaby go na gorszych warunkach.[1]

Podczas gdy inne firmy odczuwają ograniczenia kapitałowe i nawet zaprzestają udzielania pożyczek, nasze drzwi są wciąż otwarte dla wszystkich, którzy mają obecnie problem z płynnością: przedsiębiorców, freelancerów/wolnych strzelców i samozatrudnionych. – mówi Jan Enno Einfeld, CEO Finiata Group.

Innowacyjny fintech o niemieckich korzeniach, Finiata, wyszła naprzeciw potrzebom przedsiębiorców, którzy mogą w szybki sposób otrzymać finansowanie bieżących potrzeb, a te w zależności od branży mogą się diametralnie różnić. Co więcej Finiata chcąc pomóc firmom z sektora MŚP wprowadziła nowe narzędzie, Finiata Analityka. Oparto je na samouczącym się algorytmie sztucznej inteligencji Copernicus, wykorzystywanym dotychczas przy udzielaniu elastycznej linii kapitałowej, FlexKapitał. Ten algorytm całkowicie zdigitalizował i zautomatyzował udzielanie przez Finiatę krótkoterminowych małych pożyczek. Jak dotąd Copernicus działa tak samo dokładnie, jak przed COVID-19, podobnie jak spłaty przez klientów.

Produkt, który zaoferowaliśmy pomoże przedsiębiorcom dobrze zmapować (zdefiniować) ich problemy. Jest to nowość na rynku dla polskich przedsiębiorców, dlatego zdecydowaliśmy o udostępnieniu tego narzędzia bezpłatnie. Tak, aby każdy mógł w tych trudnych czasach sprawnie kontrolować przepływy pieniężne w swojej firmie. Uważamy, ze to kluczowe zadanie, abyśmy wszyscy przetrwali obecny kryzys gospodarczy. – dodaje Jan Enno Einfeld.

W ostatnich dniach Finiata dołączyła również do Związku Przedsiębiorstw Finansowych (dawniej Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych). Fintech chce wspólnie z innymi przedsiębiorstwami uczestniczyć w programie wymiany wiedzy oraz dbać poszanowanie etycznych relacji z klientami i kontrahentami. W obecnej sytuacji takie podejście jest szczególnie cenne dla małych i średnich przedsiębiorstw, ponieważ buduje ponowną szansę na powrót do normalnego funkcjonowania rynku.

[1] Raport BGK, luty 2020

Revolut uzupełnia ofertę kryptowalut o Stellar Lumens

  • Stellar Lumens (XLM) to szósta kryptowaluta, którą można kupić przez Revolut
  • Fintech planuje dodać kolejne kryptowaluty do swojej oferty w bliskiej przyszłości 
  • Revolut przekazał niedawno prawo własności kryptowalut, które przechowuje klientom

Revolut, globalna platforma usług finansowych, z której korzysta ponad 12 milionów użytkowników, dodał dziś oficjalnie Stellar Lumens (XML) do rosnącej listy oferowanych kryptowalut. Tym samym fintech oferuje obecnie 6 różnych kryptowalut, w tym: Bitcoin (BTC), Ethereum (ETH), Litecoin (LTC), Bitcoin Cash (BCH) i XRP. Revolut pracuje już nad dołączeniem do platformy kolejnych kryptowalut.

Obecnie, klienci Revolut mogą wymieniać błyskawicznie do 30 walut FIAT bezpośrednio na 6 kryptowalut, które mogą być przechowywane w aplikacji lub szybko sprzedane. Aplikacja pozwala na ustawianie alertów cenowych gdy tylko wybrana kryptowaluta osiąga oczekiwaną wartość.

Dołączenie do oferty XML wynika z dużego popytu na tą kryptowalutę wśród społeczności klientów Revolut i renomy jej założycieli. Stellar to sieć open-source dla walut i płatności, która umożliwia tworzenie, przesyłanie oraz cyfrowy handel wszelkiego rodzaju walutami. Jest zaprojektowana tak, by wszystkie systemy finansowe na świecie mogły współpracować w ramach jednej sieci. Stellar Lumens to jedna z 15 kluczowych kryptowalut na świecie, której łączna wycena przewyższa obecnie 1,2 miliarda dolarów.

Stały rozwój technologii Stellar wspierany jest przez fundację Stellar Development Foundation, która utrzymuje kod, wspiera społeczności i rozwija relacje z partnerami instytucjonalnymi i regulatorami rynku. Fundacja nie ma udziałowców, jest więc w całości ukierunkowana na sukces Stellar jako neutralnej, niezależnej, publicznej sieci. Jej dogmatem pozostaje transparentność, a kod open source dostępny jest dla każdego do wglądu i kontrybucji.

“Dodanie Stellar do oferty Revolut i przekazanie prawa własności handlowanych kryptowalut na rzecz naszych klientów to początek zmian i nowej odsłony naszej oferty kryptowalut. Docierają do nas liczne, powtarzające się zapytania od klientów zainteresowanych kryptowalutami. Mamy ich świadomość i dołożymy starań, by zaspokoić oczekiwania naszych klientów” – powiedział Ed Cooper, Head of Crypto w Revolut.

Revolut zaoferował ekspozycję na kryptowaluty w grudniu 2017 roku, aby udostępnić kryptowaluty wszystkim osobom zainteresowanym handlem walutami cyfrowymi. Od tego czasu, funkcja stała się popularną usługą na platformie Revolut, ostatnio firma przekazała klientom prawo własności przechowywanych kryptowalut.

Najbardziej deficytowe zawody na polskim rynku pracy

Aż 31 deficytowych zawodów wymieniło Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w raporcie „Barometr zawodów 2020”. Dokument pokazuje te profesje, na które w poszczególnych regionach Polski jest duże zapotrzebowanie, lecz brakuje osób, które mogłyby w nich pracować. Są to m.in. zawody z branży budowlanej, usługowej i medycznej. Zdaniem ekspertów Personnel Service, pandemia COVID-19 przyczyniła się do pogłębienia luki kadrowej w niektórych sektorach. Przykładem są małe i średnie firmy budowlane, w których brakuje rąk do pracy z powodu odpływu pracowników z Ukrainy i Białorusi.

Według Głównego Urzędu Statystycznego, bezrobocie w Polsce w maju b.r. wyniosło 6%. To najwyższy wskaźnik od lutego 2019 roku. Jednak pomimo tego, że w ostatnim okresie odsetek bezrobotnych wzrasta, na polskim rynku pracy wiele branż zmaga się z deficytem pracowników. „Barometr zawodów 2020”, czyli cykliczne badanie przeprowadzane na zlecenie MRPiPS wykazało, że w 2020 roku aż w 31 zawodach mogą pojawić się braki kadrowe. Zawody deficytowe można podzielić na branże, takie jak: budowlana, usługowa i medyczno-opiekuńcza.

Fizyczni pracownicy na wagę złota

Najwięcej ze wspomnianych 31 zawodów deficytowych można odnaleźć w branży budowlanej. Duże zapotrzebowanie jest na: cieśli i stolarzy, betoniarzy i zbrojarzy, brukarzy, dekarzy i blacharzy. Zatrudnienie w wielu regionach Polski bez problemu znajdą także wykwalifikowani monterzy instalacji budowlanych, operatorzy i mechanicy sprzętu do robót ziemnych, a także spawacze, ślusarze, murarze i tynkarze. Brakuje również robotników budowlanych oraz pracowników robót wykończeniowych w budownictwie. Zgodnie z danymi zamieszczonymi w raporcie, największe deficyty na tego typu zawody mogą wystąpić w województwach: dolnośląskim, kujawsko-pomorskim, opolskim, pomorskim, śląskim, wielkopolskim i zachodniopomorskim.

W Polsce prowadzi się obecnie wiele inwestycji, dlatego od kilku lat problemy – czasowe lub permanentne – ze znalezieniem rzetelnych pracowników mają zarówno duże firmy deweloperskie, jak i małe firmy remontowo-budowlane. Młodzi Polacy zazwyczaj nie decydują się na pracę fizyczną w trudnych warunkach. Ich zdaniem często wymagania są nieadekwatne do zarobków. W zapełnieniu luki w ostatnim czasie pomagali pracownicy fizyczni ze Wschodu, dla których polskie stawki były bardziej atrakcyjne. Epidemia koronawirusa spowodowała jednak, że wielu z nich wróciło na Ukrainę i to nawet mimo uwzględnienia przez rząd postulatu o automatycznym przedłużaniu ukraińskim pracownikom pozwoleń na pracę. Szacujemy, że najbardziej dotknęło to małe i średnie przedsiębiorstwa budowlane, gdzie deficyty kadrowe, nawet mimo mniejszych zleceń, mogły się pogłębić w trakcie pandemii – mówi Krzysztof Inglot, prezes Personnel Service i ekspert ds. rynku pracy.

Do podobnych wniosków można dojść analizując raport „Sektor budownictwa w obliczu COVID-19”, który przygotował Polski Związek Pracodawców Budownictwa. Z danych wynika, że o ile sektor budowlany okazał się dość odporny na gospodarcze spowolnienie i wiele inwestycji toczyło się zgodnie z planem, to krajowe firmy wykonawcze zanotowały spadek wydajności na budowach o ok. 5-20% w porównaniu do okresu sprzed pandemii. W najgorszej sytuacji znalazły się małe i średnie podmioty podwykonawcze, które odnotowały dotkliwy spadek potencjału do wykonywania zakontraktowanych inwestycji z powodu masowego odpływu pracowników z Ukrainy i Białorusi.

Sytuacja w medycynie zła od lat

W „Barometrze Zawodów 2020” nie zabrakło deficytowych zawodów medycznych: lekarzy, pielęgniarek i położnych, fizjoterapeutów i masażystów oraz opiekunów osób starszych lub niepełnosprawnych. Ta tendencja utrzymuje się kolejny rok z rzędu. Problem braku wykwalifikowanych pracowników z branży medycznej widoczny jest praktycznie w całej Polsce. Jedynie w nielicznych regionach, np. w województwie łódzkim, zauważalna jest równowaga popytu i podaży. Największy deficyt zgłaszają szpitale i placówki medyczne w małych powiatach lub na obrzeżach dużych miast. Dzieje się tak z powodu zarobków, które są tam znacząco niższe niż w metropoliach.

Wynagrodzenie jest znaczącą, ale nie jedyną przyczyną deficytów kadrowych w branży medyczno-opiekuńczej. Na pewno nie możemy konkurować z krajami Europy Zachodniej pod kątem stawek, ale moglibyśmy zatrudniać specjalistów z Europy Wschodniej lub Azji. Tu, oprócz ograniczeń spowodowanych przez koronawirusa, problem stanowi system uznawania kwalifikacji specjalistów spoza UE. Proces uzyskiwania pozwolenia na wykonywanie zawodu takiego jak lekarz, dla mieszkańców krajów nie będących w Unii, jest u nas na tyle skomplikowany, że rocznie wydawanych jest niewiele takich zezwoleń. Dlatego bardzo często wykształceni specjaliści ze Wschodu, zamiast pracować w swoim zawodzie, podejmują prace poniżej swoich kompetencji – zauważa Krzysztof Inglot.

ORLEN Projekt i ENERGA Invest wspólnie realizują zamówienia

ORLEN Projekt i ENERGA Invest, spółki z Grupy Kapitałowej ORLEN, w ramach zawartej umowy ramowej, wspólnie realizują zamówienia m.in. z zakresu energetyki. Jednym z nich jest opracowanie koncepcji oraz dokumentacji projektowo-kosztorysowej dla budowy instalacji fotowoltaicznych w terminalach paliwowych oraz Zakładach Produkcyjnych w Płocku i Trzebini. Współpraca spółek to przykład synergii i możliwości, jakie gwarantuje szeroki rynek połączonych branż rafineryjno–petrochemicznej oraz energetycznej.

Spółki przystąpiły do współpracy przy realizacji zamówienia, które obejmuje opracowanie koncepcji oraz dokumentacji projektowo-kosztorysowej dla budowy instalacji fotowoltaicznych o łącznej mocy 19 MW, w terminalach paliwowych w: Ostrowie Wielkopolskim, Żurawicy, Sokółce, a także w Zakładzie Produkcyjnym w Płocku, Zakładzie Produkcyjnym w Trzebini oraz we włocławskim ANWILu.

Kolejnym zamówieniem, które zrealizują ORLEN Projekt i ENERGA Invest, będzie m.in. sporządzenie kosztorysu dla budowy nowego zbiornika retencyjnego oraz opracowanie dokumentacji technicznej dla systemów zabezpieczeń technicznych na terenie zakładów PTA we Włocławku i Terminalu Paliwowego w Świnoujściu, z uwzględnieniem pełnienia nadzoru autorskiego.

– Działamy z ENERGĄ Invest w ramach jednej grupy kapitałowej. Współpraca, którą podjęliśmy, umożliwia wzajemne wykorzystanie potencjału oraz kompetencji obu firm, a co za tym idzie rozszerzenie zakresu świadczonych usług. Doskonała znajomość branż, w których funkcjonujemy, a także ugruntowana pozycja na rynku, są gwarancją wykonywania zadań na najwyższym poziomie – mówi Marcin Kasza, Prezes Zarządu ORLEN Projekt.

– Działalność biznesowa obu spółek jest realizowana w podobnych zakresach kompetencyjnych – opiera się na zadaniach projektowych, miedzy innymi w szeroko rozumianym obszarze energetyki. Zainicjowana współpraca pozwoli nam szukać synergii, która przyczyni się do dalszego, dynamicznego rozwoju każdej ze spółek i przyniesie korzyści całej Grupie ORLEN – mówi Marek Konieczny, Prezes Zarządu ENERGA Invest.

ORLEN Projekt z Grupy ORLEN świadczy pełen zakres usług inżynierskich w przemyśle rafineryjnym i petrochemicznym, w tym przygotowywanie dokumentacji projektowej na wszystkich poziomach procesu inwestycyjnego, a także zakupy dóbr inwestycyjnych oraz budowanie i uruchamianie inwestycji.

Energa Invest, która od kwietnia tego roku jest częścią Grupy ORLEN, jest jedną z największych w Polsce firm projektowych w obszarze energetyki konwencjonalnej, wodnej, wiatrowej, fotowoltaicznej, źródeł kogeneracyjnych, budownictwa kubaturowego oraz konstrukcji. Płocki oddział spółki od 1 czerwca mieści się w budynku należącym do ORLEN Projekt, co korzystnie wpływa na rozwijanie współpracy i poprawę efektywności biznesowej Spółek.

Mobilność jako usługa – nowe wyzwania i szanse dla logistyki

Mobilność osób zmienia się wraz z technologią. Obecnie ludzie odchodzą od własności, a coraz częściej wybierają rozwiązania multimodalne – rowery miejskie, auta współdzielone czy hulajnogi na minuty. Wychodząc naprzeciw trendom, firmy technologiczne i motoryzacyjne oferują zintegrowane usługi z zakresu mobilności MaaS (Mobility-as-a-Service). Powstają platformy oferujące środki transportu w cenie uzależnionej od czasu i formy użytkowania. Według specjalistów GEFCO Polska, nowy rynek kreuje wyzwania, ale również i szanse dla operatorów logistycznych.

Rynek usług MaaS to duże pole do rozwoju dla operatorów logistycznych w zakresie transportu i serwisowania pojazdów używanych. Dodatkowo dzięki wykorzystaniu nowoczesnych technologii i analizie danych to właśnie operatorzy logistyczni mogliby wspierać dostawców usług MaaS, planując popyt i przewidując potrzeby serwisowe. „Szacuje się, że rynek MaaS, którego wartość w 2017 roku tylko w Unii Europejskiej była szacowana na 25 mld USD, w 2030 roku przekroczy próg 450 mld USD. Dobre prognozy dla MaaS to również szansa na rozwój dla operatorów logistycznych w nowym i szybko rozwijającym się segmencie” – mówi Rafał Krajewski, Dyrektor Generalny GEFCO Polska.

Od masowej produkcji do MaaS-owych rozwiązań

Usługi w zakresie mobilności łączą różne środki transportu. W jednej aplikacji otrzymujemy dostęp do rozwiązania multimodalnego, które umożliwia optymalizację podróży przy użyciu wielu pojazdów – począwszy od transportu publicznego przez car sharing, hulajnogi czy tradycyjną taksówkę.

W ramach dążenia do efektywnych i zintegrowanych systemów transportowych, przedsiębiorstwa z branży motoryzacyjnej wychodzą poza dotychczasowe modele biznesowe oparte na sprzedaży i własności pojedynczych pojazdów. Koncentrują większą uwagę na tworzeniu elastycznych i dostosowanych do indywidualnych potrzeb rozwiązań w zakresie mobilności. Niektórzy producenci samochodów idą o krok dalej, oferując pojazdy w modelu subskrypcji i produkując ich uproszczone wersje, na przykład bez możliwości konfiguracji wyposażenia.

Zmieni się rola operatora logistycznego

„Jeśli rynek przesunie się w tym kierunku, to z jednej strony nastąpi utrata przychodów i marży przez dealerów, dostawców i firmy logistyczne. Jednak z drugiej strony, efektywność takiego modelu oraz korzyści wynikające z uproszczonego procesu składania zamówień na dostawę otworzą nowe możliwości dla operatorów logistycznych. Dzięki wykorzystaniu danych analitycznych pozyskanych w procesie wyboru i użytkowania pojazdu przez klienta można zbudować łańcuch dostaw dostosowany do popytu w czasie rzeczywistym” – dodaje dyrektor generalny GEFCO Polska.

Wraz z upowszechnieniem się MaaS, przed operatorami logistycznymi rozwija się nowy wachlarz usług, które powinny być przez nich dostarczane. Podstawowym elementem będzie nadal realizowanie dostaw floty pojazdów lub też pojedynczego egzemplarza bezpośrednio do klienta końcowego. Dodatkowo przy popularyzacji usługi car sharingu, mówimy o szeregu nowych potrzeb – jak np. zmiana położenia pojazdów, modyfikacja akcesoriów, a przede wszystkim serwis i naprawa oraz ładowanie lub wymiana akumulatorów. Jak podkreśla specjalista GEFCO, do zadań operatorów logistycznych mogą również należeć bardziej strategiczne role w zakresie obsługi klienta, takie jak usługi śledzenia pojazdów lub wykorzystanie danych do analizowania i planowania prac serwisowych oraz do optymalizacji zarządzania ubezpieczeniami i odszkodowaniami.

Artykuły sponsorowane – korzyści płynące z ich publikacji

Artykuły sponsorowane jako forma promocji już od dawna cieszą się dużą popularnością. Przede wszystkim ze względu na swoją skuteczność. To bardzo dobre narzędzie wykorzystywane do pozycjonowania stron, jak i budowania pozytywnego wizerunku marki. Ważne jest jednak, aby tworzenie artykułów sponsorowanych i ich publikacja przebiegała właściwie. Jak zatem realizować content marketing i jakie realne korzyści przynosi?

Czym jest artykuł sponsorowany?

Artykuł sponsorowany to forma reklamy polegająca na stworzeniu artykułu opisującego określoną tematykę i nawiązującego do konkretnego produktu, usługi i marki. Co ważne, nie jest to reklama czy promocja wprost jakiegoś produktu. Artykuły sponsorowane publikowane są w wybranych serwisach internetowych najczęściej za opłatą. Ważne, aby były to serwisy odwiedzane przez grupę docelową, do której chce się trafić ze swoim przekazem. W artykule powinien znaleźć się link prowadzący do strony internetowej, której artykuł dotyczy. Duża ilość opublikowanych artykułów sponsorowanych z linkiem bezpośrednio wpływa na wzrost pozycji strony w wynikach wyszukiwania. Pamiętać jednak trzeba, aby każdy artykuł był unikalny. Ich treść nie może być duplikowana.

Co powinien zawierać artykuł sponsorowany?

Chcąc odpowiedzieć na pytanie jak napisać dobry artykuł sponsorowany powiedzieć trzeba przede wszystkim, że musi być on ciekawy. Szczególną uwagę zwrócić należy na tytuł i wstęp. To pierwsze z czym zapozna się czytelnik. Muszą zachęcić go do dalszej lektury artykułu. Jak wspomniano, artykuły sponsorowane są formą reklamy. Artykuł musi być jednak pisany w sposób obiektywy. Nie może być to bezpośrednia reklama produktu czy usługi. Treść artykułu powinna zaciekawić i zainteresować czytelnia podjętą tematyką. Tak, aby był on skłonny odwiedzić stronę internetową. Nie można także zapomnieć o zamieszczeniu linku w treści artykułu. Artykuły sponsorowane można pisać samodzielnie, jednak często lepszym rozwiązaniem jest zlecenie tego specjalistom. Dobrym rozwiązaniem może być sklep z artykułami sponsorowanymi, gdzie można zlecić napisanie teksu.artykuły sponsorowane

Jak artykuły sponsorowane wpływają na pozycjonowanie?

Na pozycjonowanie stron internetowych wpływ ma wiele czynników. Jednym z nich są linki przychodzące. Publikacja artykułów sponsorowanych umożliwia zdobycie wielu jakościowych linków przychodzących. Pamiętać jednak trzeba, aby były to linki zróżnicowane. Przede wszystkim mowa tu o stosowanych anchorach. Koniecznie muszą być one zróżnicowane. Istotne jest także, aby stosować zarówno linki dofoolow, jak i nofollow. W ten sposób buduje się naturalny profil linków przychodzących, który pozytywnie oceniany jest przez algorytm wyszukiwarki. Ważne jest także miejsce publikacji artykułów sponsorowanych. Po pierwsze, muszą być to serwisy powiązane tematycznie z treścią artykułu. Dzięki temu można mieć pewność, że trafi się do grupy osób zainteresowanych tematem artykułu. I po drugie, portal powinien być popularny. W innym przypadku ilość osób, która przeczyta artykuł będzie niewielka.

Dobrze napisany artykuł sponsorowany i opublikowany na wartościowym serwisie to skuteczny sposób na wypozycjonowanie strony i budowę pozytywnego wizerunku marki. Wysokie pozycje w wynikach wyszukiwania i rozpoznawalność marki oczywiście bezpośrednio przekłada się na wzrost sprzedaży. Gdzie zatem publikować artykuły sponsorowane? Przeczytaj tutaj: https://premiumeo.pl/gdzie-publikowac-artykuly-sponsorowane-by-byly-one-skuteczne/

Ruszają konsultacje projektu ws. estońskiego CIT-u. 200 tys. firm będzie mogło skorzystać z maksymalnie uproszczonych zasad

0

Jak długo przedsiębiorca będzie rozwijał firmę, tak długo nie będzie musiał płacić podatku CIT – to główna zasada nowego rozwiązania, które zacznie obowiązywać z początkiem 2021 roku. Z tzw. estońskiego CIT-u skorzysta około 200 tys. firm w Polsce, a uproszczone zasady rozliczania mają skłonić je do reinwestowania zysków i stymulowania całej gospodarki. Koszt dla budżetu jest szacowany na ok. 5 mld zł, ale – jak szacuje resort finansów – dość szybko się zwróci. Równolegle w życie mają wejść także zapowiedziane przez premiera Morawieckiego zmiany w podatku dochodowym od osób fizycznych.

Tak zwany estoński CIT to nowe rozwiązanie podatkowe, które wejdzie w życie od stycznia 2021 roku. Pandemia koronawirusa sprawiła, że jego szybkie wdrożenie w Polsce jest tym bardziej konieczne.

 Wniosek o wpis projektu obejmującego tzw. estoński CIT do wykazu prac Rady Ministrów został już przekazany przez Ministerstwo Finansów. Projekt będzie dostępny publicznie wkrótce, prawdopodobnie jeszcze w lipcu. Już 28 lipca w Polskim Instytucie Ekonomicznym odbędzie się spotkanie, na którym będziemy prezentować zalety ekonomiczne i skutki tego rozwiązania w Estonii – mówi agencji Newseria Biznes Aleksander Łożykowski, dyrektor Departamentu Podatków Dochodowych w Ministerstwie Finansów.

Firmy, które skorzystają z estońskiego CIT-u, nie będą musiały płacić podatku w miesięcznych ani kwartalnych zaliczkach, ani w związku z rozliczeniem rocznym. Zapłacą go dopiero w momencie, kiedy zdecydują się przeznaczyć zysk na własne, a nie biznesowe cele. Innymi słowy: dopóki spółka będzie przeznaczać zysk na inwestycje, rozwój i działalność badawczą, dopóty nie będzie musiała płacić podatku dochodowego.

Z nowego rozwiązania będą mogły skorzystać mikro-, małe i średnie spółki kapitałowe (z ograniczoną odpowiedzialnością i akcyjne), których przychody nie przekraczają 50 mln zł, a struktura firmy jest transparentna i prosta. Ich udziałowcami mogą być wyłącznie osoby fizyczne. Ponadto firma musi zatrudniać co najmniej trzech pracowników (oprócz udziałowców), wykazywać nakłady inwestycyjne i nie może posiadać udziałów w innych podmiotach.

– Z estońskiego CIT-u będzie mogła skorzystać większość spółek. Z naszych analiz wynika, że aż 97 proc. spółek spełni podstawowy warunek przychodowy, czyli przychody za poprzedni rok nieprzekraczające 50 mln zł. Z kolei warunek dotyczący osób fizycznych, które mogą być wyłącznymi udziałowcami, spełni około 200 tys., czyli też zdecydowana większość spośród 219 tys. spółek wykazujących jakikolwiek przychód – mówi Aleksander Łożykowski.

Jak podkreśla, estoński CIT to dla firm szereg korzyści. Minimalizuje formalności przy rozliczeniu podatków i wprowadza jedną ewidencję dla celów podatkowych i rachunkowych zamiast dwóch odrębnych. Podatnik nie będzie musiał ustalać, co jest kosztem uzyskania przychodu, obliczać odpisów amortyzacyjnych, stosować podatku minimalnego ani tracić czasu i środków na optymalizacje podatkowe. Zamiast tego ma się skupić na rozwijaniu swojego biznesu. Oprócz minimalizacji obowiązków administracyjnych estoński CIT ma też zmniejszyć obciążenia podatkowe.

– Obecnie mamy tzw. podwójne opodatkowanie przy wypłacaniu dywidendy ze spółki. Płaci ona CIT od wypracowanego dochodu, a to, co zostało, wypłaca w formie dywidendy wspólnikom i od tego jest pobierany PIT. Łączny rezultat daje opodatkowanie przekraczające 34 proc. w przypadku dużych podatników i 26 proc. dla tych mniejszych. W estońskim podatku CIT to łączne opodatkowanie będzie niższe niż obecnie – zapowiada dyrektor w Ministerstwie Finansów. – W przypadku większych spółek chcemy, żeby łączne opodatkowanie CIT-u i PIT-u wynosiło 30 proc. Przy większych nakładach inwestycyjnych natomiast wprowadzimy dodatkową zachętę i to łączne obciążenie spółki i wspólnika w przypadku „wyjścia” z systemu estońskiego spadnie do 25 proc. Z kolei w przypadku małych podatników te obciążenia zostaną obniżone do 25 proc. oraz 20 proc. na „wyjściu” przy większych nakładach inwestycyjnych.

Nowe rozwiązanie ma promować inwestycje i uatrakcyjnić polski rynek dla inwestorów. Zostało ono pierwotnie wprowadzone w Estonii, z której doświadczeń Polska mogła korzystać przy konstruowaniu podatku. Dzięki temu można było wyeliminować dotychczasowe mankamenty.

– Stąd niektóre warunki, które mają zagwarantować, żeby firmy nie trzymały środków i nie gromadziły nadmiernej poduszki, ale faktycznie inwestowały te pieniądze. Warunek dotyczący osób fizycznych i braku zaangażowania kapitałowego w innych podmiotach będzie znacznym uproszczeniem tego systemu, jeżeli chodzi o kwestie struktury udziałowej. Chcemy, żeby estoński system w Polsce był narzędziem dostępnym dla najbardziej powszechnych w Polsce sytuacji, gdzie udziałowcy mają dość prostą strukturę, faktycznie bezpośrednio troszczą się o biznes i prowadzą realną działalność. Nie chcemy, żeby były to takie spółki skarbonki, ale realna działalność, bardziej o charakterze przemysłowym, usługowym czy handlowym niż stricte inwestycji kapitałowych – tłumaczy Aleksander Łożykowski.

Dyrektor w MF podkreśla też, że nowe rozwiązanie podatkowe będzie skierowane przede wszystkim do mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw, a nie dużych podmiotów.

– Chodzi o wyrównanie szans na rynku. Z badań prowadzonych w Estonii i innych krajach wynika, że efekty zastosowania tego modelu opodatkowania były o wiele lepsze w przypadku mniejszych spółek – mówi.

Koszt wprowadzenia estońskiego CIT-u dla budżetu jest szacowany na ok. 5 mld zł, ale Ministerstwo Finansów podkreśla, że trzeba je traktować jako inwestycję w rozwój polskich firm i wzrost gospodarczy, a uszczuplone wpływy podatkowe dość szybko powinny się zwrócić.

– Jesteśmy świadomi, że w krótkiej perspektywie możemy mieć trochę mniejsze wpływy z CIT-u, ale te 5 mld zł prognozowanego kosztu to mniej niż 10 proc. obecnych wpływów z tytułu podatku CIT – mówi Aleksander Łożykowski. – Doświadczenia Estonii, Gruzji, a ostatnio także Łotwy pokazują, że te wpływy wracają do normy, a w długim okresie są nawet wyższe. Mówimy też o łączonym efekcie, który dotyczy podatku PIT i VAT, bo zwiększenie zdolności inwestycyjnych spółek – poprzez obniżenie CIT-u i przesunięcie momentu opodatkowania – przekłada się na zwiększone wpływy z innych podatków. Tak więc można powiedzieć, że w dłuższej perspektywie nie będzie to rozwiązanie kosztowe, a wręcz przynoszące dodatkowe benefity dla całej gospodarki i budżetu.

Oprócz estońskiego CIT-u w expose z listopada ub.r. premier Mateusz Morawiecki zapowiedział też rozszerzenie ryczałtu od przychodów ewidencjonowanych. Nowe rozwiązanie w podatku dochodowym od osób fizycznych też ma wejść w życie z początkiem 2021 roku.

– W przypadku PIT-u rozwiązaniem dla mniejszych podatników, którzy prowadzą prostsze biznesy, związane z bieżącą działalnością w celu utrzymania siebie i rodziny, są maksymalnie proste zasady opodatkowania, czyli ryczałt od przychodów ewidencjonowanych. Próg wejścia zostanie podniesiony docelowo do 2 mln euro. Rozszerzony zostanie też krąg branż, które będą mogły z tego korzystać – zapowiada dyrektor w Ministerstwie Finansów. – Ukończyliśmy już prace nad projektem. Teraz jest etap przekazania do wykazu i konsultacji zewnętrznych, co nastąpi w ciągu najbliższych tygodni. Następnie będą prace parlamentarne, aby przed końcem roku obie ustawy mogły wejść w życie.

Polacy zwracają się z oszczędnościami w stronę rynku kapitałowego. Liczba rachunków maklerskich wciąż rośnie

Każdy inwestor marzy o inwestycji bezpiecznej, a jednocześnie mogącej przynieść jeśli nie zyski, to chociaż utrzymanie wartości zainwestowanej kwoty. Jednak przy obecnym oprocentowaniu lokat o spełnieniu drugiego z tych warunków nie ma co marzyć. Dlatego zdaniem Grzegorza Chłopka, dyrektora zarządzającego iWealth Management, Polacy postawią na rachunki maklerskie i fundusze inwestycyjne. Po tych pierwszych już widać zainteresowanie – w czerwcu przybyło ich ponad 10 tys.

To, co się w tej chwili dzieje, może przyciągnąć Polaków na rynek kapitałowy. Sytuacja uświadomiła społeczeństwu, że trzeba oszczędzać długoterminowo, że należy mieć jakieś zaskórniaki i oszczędności, bo trudne chwile niekoniecznie muszą wynikać z tego, że zostaniemy zwolnieni, ponieważ firma pada, a rynek jest dalej rynkiem pracownika – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Chłopek. – W przyszłości możemy być często zaskakiwani sytuacjami, które niekoniecznie będą dotyczyć jednego przedsiębiorstwa, ale całego sektora. To uzmysławia nam, że musimy mieć jakąś poduszkę bezpieczeństwa.

Przed pandemią Polacy cieszyli się jedną z najniższych stóp bezrobocia w Europie, rosnącymi dochodami, związanymi zarówno z idącymi w górę wynagrodzeniami, jak i świadczeniami z budżetu państwa i wysoką konsumpcją. Na koniec marca 2020 roku konsumenci mieli łącznie 1,2 bln zł oszczędności, jak informuje „Rzeczpospolita” za raportem ING Banku Śląskiego. Już w 2018 roku w badaniu tego samego banku co piąty ankietowany deklarował, że jego oszczędności są równe co najmniej dwunastokrotności pensji netto, a tylko 16 proc. twierdziło, że są niższe niż jedna pensja. Najwięcej – ok. 25 proc. – zgromadziło środki odpowiadające od jednego do trzech miesięcznych wynagrodzeń. Są to dane dotyczące osób, które w ogóle mają jakieś oszczędności, ale ich posiadanie zadeklarowało 71 proc. pytanych.

Pandemia postawiła jednak wiele osób przed ewentualnością utraty pracy, zmniejszenia dochodów czy niemożnością wykonywania działalności. Ścięcie stóp procentowych do 0,1 proc. spowodowało, że oprocentowanie depozytów spadło poniżej 1 proc., podczas gdy inflacja wzrosła do 3,3 proc. Inwestorzy muszą więc wybrać optymalną proporcję między bezpieczeństwem a szansą na zysk.

Ochrona kapitału jest tym, co Polacy kochają najbardziej – i nie tylko Polacy – tłumaczy dyrektor zarządzający iWealth Management. – Trzeba pamiętać o tym, żeby podchodzić do inwestycji dosyć konserwatywnie, ale też długoterminowo. Długoterminowe podejście jest najlepszym ratunkiem przed oczekiwaniami strat w krótkim okresie, bo w krótkim okresie może się zdarzyć wiele negatywnych rzeczy, które doprowadzą do tego, że będziemy mieli chwilowo stratę.

Za sprawą koronawirusa inwestorzy rzucili się zakładać rachunki maklerskie. Jak podała KDPW, na koniec czerwca w Polsce działało ich 1 318 740. Oznacza to, że w czerwcu przybyło 10 085 rachunków. Największy run na biura maklerskie zaobserwowano jednak w marcu (29,8 tys.) oraz kwietniu (18,1 tys.), natomiast w maju apetyt inwestorów nieco przygasł (tylko 4,8 tys.).

Powoli wracają też do łask fundusze inwestycyjne. O ile w marcu i kwietniu odpłynęły z nich 23 mld zł netto, o tyle w czerwcu saldo było dodatnie i wyniosło 2,4 mld zł (dane analizy.pl). Widać powrót do funduszy akcji, powoli także do obligacyjnych.

– Bezpieczne przystanie to oczywiście głównie depozyty, ale one są obecnie bardzo nisko oprocentowane, i obligacje skarbowe, a w konsekwencji również fundusze inwestycyjne, które w nie inwestują, co jest dużo prostsze i zdejmuje z nas obowiązek zakładania rachunku czy nabywania bezpośrednio w banku lub innym okienku – informuje Grzegorz Chłopek. – Nabywanie funduszy inwestycyjnych jest dużo prostsze, nie musimy się martwić o reinwestowanie naszych odsetek czy podatki, bo to wszystko jest załatwiane przez towarzystwo funduszy inwestycyjnych czy inną instytucję, która zarządza środkami.

W ciągu trzech kluczowych miesięcy (marzec, kwiecień, maj) dobrze poradziły sobie fundusze akcji małych i średnich spółek (wzrost o 4,4 proc.), akcji amerykańskich oraz polskich papierów dłużnych długoterminowych (po 2,7 proc.) czy akcji globalnych rynków rozwiniętych (2,0 proc.). Straciły natomiast fundusze akcji rynków wschodzących, zarówno globalnych (-8,0 proc.), jak i europejskich (-7,2 proc.). Największym blaskiem błyszczały jednak fundusze surowców – metali szlachetnych (+10,7 proc.). Nic dziwnego: samo złoto podrożało w tym czasie z niespełna 1600 dol. za uncję do 1800 dol.

Surowce nie są bezpiecznymi przystaniami. Zdecydowanie odradzam Polakom inwestowanie i zaczynanie oszczędzania od surowców z bardzo prostej przyczyny: w krótkim terminie to jest tzw. gra o sumie ujemnej, bo jeszcze płacimy pewne prowizje i nie ma takiej osoby na świecie, która jest w stanie powiedzieć, jakie będą ceny w krótkim czasie – komentuje dyrektor zarządzający iWealth Management. – Z surowcami związane są instrumenty wykorzystujące tzw. dźwignię finansową, które często powodują, że wykładając 100 zł, możemy całą tę kwotę stracić.

Niższe ceny i coraz większy wybór przekonują Polaków do aut elektrycznych. Przybywa też stacji ładowania pojazdów

Jeszcze kilka lat temu bez budżetu przekraczającego 200 tys. zł nie można było myśleć o zakupie samochodu elektrycznego. Dzisiaj małe, kompaktowe auto do jazdy po mieście można nabyć w przedziale cenowym 120–170 tys. zł, a ceny systematycznie spadają. Jednocześnie poszerza się gama modelowa, więc i wybór takich samochodów na rynku jest coraz większy. Ekspert Polskiego Stowarzyszenia Elektromobilności ocenia, że pandemia i rosnąca świadomość Polaków w połączeniu z rządowymi dotacjami przyczynią się do większej popularyzacji elektryków. 

Mały samochód elektryczny kosztuje dzisiaj około 120 tys. zł, przy czym 125 tys. zł to jest już górna granica, która pozwala pozyskać dotację na jego zakup – mówi agencji Newseria Biznes Michał Baranowski, członek zarządu Polskiego Stowarzyszenia Elektromobilności. – W klasie kompaktowej koszt takiego samochodu waha się między 120 a 170 tys. zł. Potem mamy już klasę premium, gdzie różnica między ceną auta elektrycznego i spalinowego jest znacznie mniejsza. Ceny spadły, bo wcześniej bez 200 tys. zł raczej nie można było nawet myśleć o zakupie elektryka. Dzisiaj za ok. 120 tys. zł można mieć samochód, który w mieście przejeździ 250 czy nawet ponad 300 km.

Kilka lat temu barierą – oprócz wysokiej ceny – był też ograniczony wybór dostępnych na rynku elektryków. W tej chwili gama modelowa jest już znacznie szersza, prawie każdy producent ma już w ofercie przynajmniej jeden samochód elektryczny i jedną hybrydę typu plug-in ładowaną z gniazdka.

Jak wynika z Licznika Elektromobilności, uruchomionego przez PSPA i PZPM, na koniec czerwca br. w Polsce było zarejestrowanych łącznie 12 271 samochodów osobowych z napędem elektrycznym, z których 56 proc. stanowiły pojazdy w pełni elektryczne (6837 szt.), a pozostałą część hybrydy typu plug-in (5434 szt.). Od stycznia br. liczba rejestracji samochodów całkowicie elektrycznych oraz hybryd typu plug-in wyniosła 3275 sztuk, czyli o 65 proc. więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej.

Liczba samochodów elektrycznych na polskich drogach przyrasta bardzo dynamicznie. Co prawda nie są to jeszcze duże wartości i liczba tych rejestracji nie jest spektakularna, ale procentowo ten przyrost jest znaczny – mówi Michał Baranowski.

Przed pandemią wzrosty były jeszcze wyższe, około 100-proc., ale koronawirus nieco zahamował zarówno produkcję, jak i popyt na auta elektryczne. PSPA oszacowało, że w tym roku – w zależności od rozwoju sytuacji epidemicznej – zarejestrowanych zostanie od 3,6 tys. do 7,5 tys. aut elektrycznych, a wcześniejsze prognozy mówiły o 9,3 tys. sztuk. Mniejsza (o 30 proc.) ma być także liczba nowo zainstalowanych punktów ładowania, ale w obu przypadkach odbicie ma nastąpić w 2021 roku.

Pandemia na początku trochę przyhamowała rozwój elektromobilności w Polsce, zwłaszcza rozbudowę infrastruktury, ponieważ przed uruchomieniem stacji potrzebne są badania Urzędu Dozoru Technicznego, które zostały tymczasowo wstrzymane – mówi członek zarządu Polskiego Stowarzyszenia Elektromobilności. – Jednak w ogólnym rozrachunku pandemia będzie mieć na elektromobilność pozytywny wpływ, ponieważ trochę otworzyła nam  głowy, jeśli chodzi o zdrowy tryb życia czy ekologię. Nauczyliśmy się mniej podróżować, a z drugiej strony zwracamy większą uwagę na jakość naszego życia. Jest więc szansa, że Polacy będą przychylniej patrzeć na samochody elektryczne.

Wraz ze wzrostem liczby pojazdów rozwija się też infrastruktura ładowania. Na koniec I półrocza w Polsce funkcjonowały 1194 ogólnodostępne stacje ładowania pojazdów elektrycznych (łącznie 2258 punktów), z których 33 proc. stanowiły szybkie stacje ładowania.

Polska ma bardzo wysoki wskaźnik szybkich punktów ładowania w stosunku do całkowitej liczby ładowarek, na Zachodzie jest on znacznie niższy, ale to typowe dla rynku, który się rozwija. Należy się spodziewać, że ładowarek będzie coraz więcej. Widzimy spore zainteresowanie prywatnych inwestorów, którzy budują stacje przy swoich biznesach, takich jak restauracje, kawiarnie, centra handlowe czy kluby fitness. Ładowarek przybywa też w punktach tranzytowych, a właśnie tam ich najbardziej potrzebujemy, kiedy przemieszczamy się samochodem elektrycznym z punktu A do punktu B – mówi Michał Baranowski.

Jak podkreśla, wciąż problematyczny jest jednak brak infrastruktury do ładowania elektryków na osiedlach mieszkaniowych czy na parkingach naziemnych.

Są instrumenty dla przedsiębiorców, które mają wspierać budowę takiej infrastruktury, ale dla rynku indywidualnego jeszcze takich nie ma. Jest to pewne ograniczenie, zwłaszcza że większość z nas mieszka w blokach i ma parkingi pod oknem – mówi ekspert Polskiego Stowarzyszenia Elektromobilności. – Wszyscy ci, którzy mieszkają w domkach jednorodzinnych lub mają garaże podziemne, mogą już ładować swoje auta. Poza tym budowa stacji o mocy 22 kW to nie jest już droga przez mękę, jeżeli tylko wspólnota czy spółdzielnia wyrazi zgodę. Nie mamy już blokad formalnoprawnych, które nie pozwalają zapłacić za tę energię, nawet jeśli ładujemy się pod budynkiem, w garażu podziemnym czy na stacji ładowania, która jest wpięta do ogólnego przyłącza.

Ekspert PSEM wskazuje, że do popularyzacji samochodów elektrycznych w Polsce przyczynić się mogą również rządowe dotacje, które zostały uruchomione miesiąc temu. Można składać wnioski do trzech programów: Zielony samochód (dla nabywców indywidualnych), eVAN (dla przedsiębiorców) i Koliber (dla taksówkarzy). Ich łączny budżet to 150 mln zł.

Dotacje, które się pojawiły, nie są może idealne, ale wskazują kierunek, w którym powinniśmy podążać, żeby elektromobilność się w Polsce rozwijała – mówi Michał Baranowski. – Import samochodów używanych z zagranicy to też jest bodziec, który na pewno zwiększy liczbę tych pojazdów na polskich drogach.

500 mln zł rocznie będzie trafiać do samorządów na budownictwo mieszkaniowe. Ministerstwo Rozwoju chce zwiększyć liczbę tanich lokali na wynajem

Zaspokojenie własnych potrzeb mieszkaniowych to wciąż duży kłopot dla wielu Polaków. Prawie 150 tys. osób o najniższych dochodach czeka na mieszkanie komunalne. Nawet 40 proc. społeczeństwa może być w tzw. luce czynszowej, czyli w grupie, która zarabia za dużo na mieszkanie komunalne, ale nie stać ich na zakup lub wynajem mieszkania. W ubiegłym tygodniu rząd przyjął przepisy wspierające rozwój mieszkalnictwa, które zakładają, że dwukrotnie wzrośnie kwota przekazywana samorządom na budownictwo mieszkaniowe. W rozwiązaniu problemu mogą też pomóc społeczne agencje najmu, nad których wprowadzeniem pracuje Ministerstwo Rozwoju.

Z cyklicznie prowadzonego przez Fundację Habitat for Humanity Poland badania wynika, że problemy mieszkaniowe są wskazywane jako jedna z trzech najważniejszych bolączek Polaków – po niskich zarobkach i bezrobociu.

– Polacy cały czas odczuwają duże problemy z dostępem do mieszkań. Według szacunków brakuje od 600 tys. do 2 mln tanich, dostępnych cenowo lokali – mówi agencji Newseria Biznes Katarzyna Przybylska, kierowniczka ds. rzecznictwa w Fundacji Habitat for Humanity Poland. – Polska jest jednym z krajów, gdzie skala przeludnienia jest niemalże największa w całej Europie, to jest około 40 proc. Borykamy się również z dużym problemem przeludnienia młodych. Osoby  między 18. a 25. rokiem życia bardzo długo zamieszkują z rodzicami, nie są w stanie się usamodzielnić i zamieszkać we własnym czy w wynajmowanym mieszkaniu.

Jak zaznacza, w Polsce potrzeba przede wszystkim kompleksowego, systemowego podejścia do kwestii mieszkaniowych. Jednym z obszarów wymagających wsparcia jest mieszkalnictwo komunalne. Jak podaje Fundacja Habitat for Humanity Poland, średni czas oczekiwania na lokal z zasobu gminy wynosi nawet kilka do kilkunastu lat w zależności od wielkości miasta. W kolejce czeka prawie 150 tys. osób o najniższych dochodach.

– Istnieje również grono osób, które mieszczą się w tzw. luce czynszowej, czyli zarabiają trochę lepiej i nie kwalifikują się na mieszkanie komunalne, ale dochody nie pozwalają im również na zakup lub wynajem mieszkania na rynku – wyjaśnia Katarzyna Przybylska.

To właśnie z myślą o osobach o niskich dochodach Ministerstwo Rozwoju przygotowało pakiet zmian w budownictwie społecznym i komunalnym. W ubiegłym tygodniu rząd przyjął ustawy, które m.in. wprowadzą dopłaty dla rodzin do czynszów (dla najemców dotkniętych skutkami pandemii do 1,5 tys. zł miesięcznie przez pół roku, na pokrycie 75 proc. czynszu) czy wakacje czynszowe dla osób wynajmujących mieszkania w TBS-ach (towarzystwa budownictwa społecznego). Nowe przepisy zakładają także dopłaty dla spółek gminnych czy miejskich, dzięki którym spółki te będą mogły budować tańsze mieszkania. Średnio do samorządów na budownictwo mieszkaniowe ma trafiać 500 mln zł rocznie, czyli prawie dwukrotnie więcej niż obecnie. Łatwiejszy ma być także dostęp do gruntów pod zabudowę.

– Zbudowanie odpowiednio dużego zasobu tanich mieszkań na wynajem jest bardzo dobrą metodą, ponieważ one rotują. Jedna rodzina poprawi swoją sytuację mieszkaniową i wyprowadza się z tego mieszkania, może potem kupić swoje czy wynająć w innym mieście, a dany lokal może służyć kolejnej rodzinie. Gdyby to było mieszkanie własnościowe, nie będzie aspektu służenia całemu społeczeństwu. Poza tym tanie mieszkania na wynajem też są o tyle korzystne, że wspierają mobilność na rynku pracy. Osoby, które kupują mieszkanie na własność, często są nazywane więźniami kredytu – podkreśla kierowniczka ds. rzecznictwa w Fundacji Habitat for Humanity Poland.

Badania pokazują, że obecnie największe zapotrzebowanie występuje w segmencie mieszkań na wynajem. Im większa metropolia, tym wyraźniej respondenci podkreślają zapotrzebowanie na najem mieszkania bez możliwości jego wykupu. Poszukiwane są rozwiązania, które pozwolą młodym ludziom oraz seniorom pokonać bariery cenowe i mieszkać samodzielnie, zwiększą mobilność na rynku pracy oraz umożliwią wynajem lokalu z rozsądnymi kosztami eksploatacji, zwłaszcza ogrzewania.

– Dla osób z tzw. luki czynszowej bardzo atrakcyjną ofertą mogą być społeczne agencje najmu, bo oferują czynsz niższy niż stawki rynkowe – mówi Katarzyna Przybylska.

Model działania społecznych agencji najmu jest prosty – agencja wynajmuje na rynku mieszkania od właścicieli, a następnie podnajmuje je osobom o dochodach niewystarczających do zaspokojenia potrzeb mieszkaniowych. Agencja działa długoterminowo i jest solidnym partnerem dla właścicieli mieszkań, zatem negocjuje warunki najmu i zwykle właściciele są gotowi obniżyć czynsz o około 20 proc.

– Dzięki tej 20-proc. różnicy społeczna agencja najmu może następnie zaoferować mieszkanie podnajemcy taniej, niż proponuje rynek – uściśla ekspertka z Fundacji Habitat for Humanity Poland.

Taka agencja działa już m.in. w Warszawie, prowadzona przez fundację Habitat for Humanity. Ministerstwo Rozwoju przygotowało projekt ustawy, która ma stworzyć podstawy prawne do funkcjonowania takich instytucji. Zgodnie z zapowiedziami ma trafić na Radę Ministrów w III kwartale br. Dodatkowo zakłada on także wprowadzenie nowej ulgi w podatku dochodowym od osób fizycznych, tzw. ulgi na zasiedlenie. Będzie ona dostępna dla osób, które nabyły mieszkanie na rynku pierwotnym lub wybudowały dom jednorodzinny.

Przełom w transporcie coraz bliżej. Już w 2030 roku mogą wystartować pierwsze komercyjne kapsuły hyperloop

Superszybkie pociągi, a raczej pociski lewitujące ponad torami, mogą już wkrótce stać się rzeczywistością. Firma Virgin Hyperloop One podpisała umowę z rządem Arabii Saudyjskiej na budowę toru testowego dla swojej futurystycznej koncepcji transportu, która obejmuje kapsułę ciśnieniową z pojazdem przewożącym pasażerów do 10 razy szybciej niż obecna kolej. W efekcie podróż z Rijadu do Jeddah, zamiast 10 godzin, skróci się do 76 minut. – To posunięcie, które przybliża systemy Hyperloop do rzeczywistości – ocenia Sultan Ahmed bin Sulayem, prezes i dyrektor generalny grupy DP World.

To może być przełom we wprowadzeniu na rynek innowacyjnego transportu. Saudyjskie Ministerstwo Transportu (MoT) ogłosiło zawarcie umowy z Virgin Hyperloop One (VHO). VHO przeprowadzi wstępne studium wykonalności dotyczące wykorzystania technologii hyperloop do transportu pasażerów i ładunków, kładąc podwaliny pod sieć tras hyperloop. Pierwsze kapsuły mają wystartować w 2030 roku.

Transport hyperloop odbywa się w niewielkich kapsułach z elektrycznymi silnikami. Poruszają się dzięki magnetycznej lewitacji w tunelach o zredukowanym ciśnieniu. Związane z tym mniejsze opory powietrza, zredukowana siła tarcia pozwalają na osiągnięcie prędkości nawet 1100 km/h.

– Cieszymy się, że ta rewolucyjna wizja stanie się częścią przyszłości transportu. Jesteśmy przekonani, że Virgin Hyperloop zrobi krok naprzód i dostarczy rozwiązanie transportowe XXI wieku. Decyzja jest ogromnym wotum zaufania, że wszyscy jesteśmy po właściwej stronie historii. To posunięcie, które przybliża systemy hyperloop do rzeczywistości, potwierdza naszą decyzję o poważnym potraktowaniu tej technologii i wsparciu tej innowacji – wskazuje Sultan Ahmed bin Sulayem, prezes i dyrektor generalny grupy DP World, firmy logistycznej operującej w 40 krajach na sześciu kontynentach.

Już w 2019 roku firma Virgin Hyperloop One podpisała umowę z rządem Arabii Saudyjskiej na budowę toru testowego dla swojej futurystycznej koncepcji transportu. Tor o długości 35 km miał powstać na północ od Jeddah, obok ośrodka badawczo-rozwojowego i zakładu produkcyjnego. Virgin Hyperloop One twierdzi, że technologia może skrócić podróż z Rijadu do Jeddah z 10 godzin do zaledwie 76 minut.

Tor testowy hyperloop działa już też w Las Vegas. Firma Elona Muska, The Boring Company, testuje już połączenia na odległości 1200 m, wykorzystując do tego elektryczne samochody Tesla. Tymczasem amerykańska Izba Reprezentantów przyjęła ustawę wzywającą do wprowadzenia ram regulacyjnych dla bezpiecznego użytkowania systemów hyperloop. Rada Nietradycyjnych i Powstających Technologii Transportowych (NETT) w USA wyda wytyczne prawdopodobnie w ciągu najbliższych sześciu miesięcy.

Jednocześnie Virgin Hyperloop przeprowadziła rozmowy z rządami Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Arabii Saudyjskiej i Indii. W marcu Arabia Saudyjska wydała Virgin Hyperloop One licencję handlową po przeprowadzeniu ogólnokrajowego studium wykonalności wykorzystania tej technologii do transportu ludzi i towarów.

– Dążymy do zrewolucjonizowania regionalnych sektorów transportu i handlu poprzez system hyperloop dla pasażerów i ładunków, oparty na sztucznej inteligencji – tłumaczy bin Sulayem. – Naszym celem jest bycie katalizatorem globalnej adaptacji i ekspansji tego nowego środka transportu, który będzie szybszy, bezpieczniejszy, tańszy i bardziej zrównoważony niż inne istniejące środki transportu.

Kapsuły hyperloop mogą całkowicie zmienić transport, a przy tym – co istotne w dobie pandemii koronawirusa – zapewniają odpowiedni dystans między pasażerami.

Rozszerzona rzeczywistość zmieni telewizję. Innowacyjne reklamy mogą wkrótce pojawić się w trakcie transmisji sportowych

Zaawansowane narzędzia do projektowania i produkcji, które umożliwiają nadawcom tworzenie wirtualnych obiektów, są dostępne od kilku lat, ale od niedawna weszły do głównego nurtu w największych sieciach telewizyjnych. Grafika AR umożliwia lepszą interakcję, daje swobodę w opowiadaniu złożonej historii w bardzo wizualny sposób. Aplikacje Augmented Reality pozwalają na angażujące wizualnie reprezentacje danych, dlatego sprawdzają się m.in. przy rozgrywkach sportowych. Przyszłością mogą być reklamy wyświetlane jeszcze w czasie transmisji.

– Najnowsze technologie w transmisjach telewizyjnych to obecnie przede wszystkim wykorzystywanie coraz bardziej zaawansowanych silników renderujących, silników gamingowych w telewizji, w broadcaście i w reklamie. Mówimy tutaj o rozszerzonej rzeczywistości i wirtualnym oknie, czyli o tworzeniu perspektywy, która pozwala nam na budowanie dużych przestrzeni za aktorem – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Piotr Gęsek z Platige Image.

Producenci i sieci telewizyjne szukają sposobów na uatrakcyjnienie przekazu. Telewizja coraz częściej przegrywa z innymi formami przekazu, a nowe technologie pozwalają na wyrównaną walkę z konkurencją. Zaawansowane narzędzia do projektowania i produkcji, które umożliwiają nadawcom tworzenie wirtualnych obiektów wyglądających tak, jakby faktycznie znajdowały się w studiu, są dostępne od kilku lat, ale od niedawna są już często wykorzystywane przez producentów. Pandemia przyspieszyła ten proces – dzięki AR udało się np. stworzyć iluzję wypełnionych trybun podczas zawodów.

– Do tej pory grafiki można było pokazywać po prostu na pełnym ekranie czy w formie wyświetlanych alf, nakładanych już na gotowy sygnał. My rozszerzoną rzeczywistość dodajemy do sygnału kamery, dzięki czemu widz ma wrażenie, że dodajemy wirtualne rzeczy albo nawet, jeśli są bardzo dobrze zrobione, że dodajemy je bezpośrednio i fizycznie do obiektów, które są filmowane – tłumaczy Piotr Gęsek.

Broadcast coraz częściej wykorzystuje grafikę AR do ulepszonego opowiadania historii. Rzeczywistość rozszerzona umożliwia wyświetlanie grafiki opartej na danych wraz z rzeczywistymi obrazami, gdzie prawdziwy materiał filmowy lub wideo na żywo miesza się z wirtualnymi tłami lub scenami i grafiką 3D. Tak rozszerzona rzeczywistość pozwala na tworzenie wirtualnych środowisk, w których prezenterzy mogą lepiej wyjaśnić wizualnie reprezentacje danych. Przełomowy dla przyjęcia grafiki w telewizji był 2018 rok. To właśnie igrzyska olimpijskie były wydarzeniem, podczas którego AR została szerzej wykorzystana.

– Augmented reality najczęściej wykorzystuje się w transmisjach sportowych, które jeszcze rzadko przenoszą się do internetu. Jednak nie ma żadnego wpływu, czy jest to streaming internetowy, czy transmisja bezpośrednio tworzona przez operatorów telewizyjnych – tę technologię możemy wykorzystywać tak samo – wskazuje przedstawiciel Platige Image.

Wszystko wskazuje na to, że AR już weszła do świata transmisji sportowych i może być wykorzystana także do prezentowania innowacyjnych reklam.

– Dla nas rozwój technologii rozszerzonej rzeczywistości i wirtualnego okna wiąże się przede wszystkim z rynkiem reklamowym. Chcielibyśmy, żeby AI zaistniała w feedzie telewizyjnym, np. w transmisjach meczów piłki nożnej, gdzie moglibyśmy pokazywać reklamy różnych producentów bezpośrednio w trakcie spotkania, bez konieczności czekania do przerwy pomiędzy połówkami czy do studia kończącego mecz – podkreśla Piotr Gęsek.

Kurs euro w parze z dolarem amerykańskim osiągnął najwyższy poziom od września 2018

Kluczowym tematem rynkowym pozostaje słabość dolara amerykańskiego. Kurs EUR/USD w ostatnim czasie wzrósł do najwyższego poziomu od września 2018 roku, kontynuując wzrost na początku tego tygodnia. Nie liczymy na zmianę tego trendu w dłuższym terminie, niewykluczone jednak, że po silnym spadku, dolar doświadczy krótkoterminowego odbicia. 

W minionym tygodniu amerykańska waluta osłabiła się w relacji do wszystkich głównych walut. Ruch ten był interesujący, bowiem nastąpił przy braku typowo negatywnych dla dolara trendów widocznych na innych rynkach. Aktywa ryzykowne ogólnie traciły, a różnica w rynkowych stopach procentowych między USA i resztą świata pozostała w większości niezmieniona. Analitycy zdają się przypisywać słabość amerykańskiej waluty euforii związanej z porozumieniem dotyczącym akceptacji unijnego funduszu wsparcia gospodarek wychodzących z kryzysu, jednak nie tłumaczy to osłabienia dolara w relacji do innych walut, w tym rynków wschodzących.

W naszej ocenie, przynajmniej częściowo obwinić należy za to obawy dotyczące zarządzania i możliwości stanów USA podkreślone przez rozczarowującą odpowiedź na pandemię koronawirusa. Tak czy inaczej, euro w parze z dolarem amerykańskim osiągnęło najwyższy poziom od września 2018 roku, rozpoczynając obecny tydzień kontynuacją wzrostów.

Najbliższe dni będą wypełnione informacjami, zarówno gospodarczymi, jak i tymi z frontu polityki, w tym monetarnej. Dla dolara, w środę, w kontekście spotkania decyzyjnego Rezerwy Federalnej kluczowa będzie retoryka decydentów. Czwartek przyniesie wstępne dane o amerykańskim PKB w II kwartale, w piątek zaś poznamy analogiczny odczyt dla strefy euro. Temu ostatniemu towarzyszyć będą świeże dane o inflacji w lipcu. Dane o PKB będą pierwszym kompleksowym indykatorem szkód, jakie pandemia wyrządziła we wspomnianych gospodarkach.

PLN

Miniony tydzień przyniósł wyraźne umocnienie polskiego złotego, który w parze z euro zyskał ponad 1,5%, kończąc go na poziomie 4,40. Złotemu, podobnie jak innym walutom regionu sprzyjał silny wzrost pary EUR/USD. W ujęciu ogólnym waluty rynków wschodzących nie radziły sobie bowiem szczególnie dobrze, często zyskując w parze z USD jedynie w związku z wyraźnym osłabieniem amerykańskiej waluty.

W minionym tygodniu poznaliśmy też dobre dane z polskiej gospodarki. In plus zaskoczyły dane o produkcji przemysłowej, sprzedaży detalicznej i bezrobociu w czerwcu, dając nadzieję na silniejsze odbicie gospodarki w drugiej części roku. W tym tygodniu, w piątek, poznamy odczyt „flash” inflacji CPI w Polsce w lipcu. Dla złotego jednak nadal istotniejsze powinno być zachowanie pary EUR/USD i zmiany sentymentu względem ryzyka.

EUR

Indeksy PMI opisujące aktywność biznesową w strefie euro w lipcu okazały się znacznie lepsze od oczekiwań. Szczególnie wyraźną poprawę odnotowano w sektorze usług, co mocno podbiło indeks kompozytowy. Optymizm w kontekście danych jedynie spotęgował euforię z powodu porozumienia ws. pakietu pomocowego UE, który oznacza fundamentalną zmianę w podejściu europejskich decydentów do kryzysu, porównując z poprzednim załamaniem. Obie informacje były pozytywne dla rynków i przełożyły się na umocnienie euro do wszystkich kluczowych pozaeuropejskich walut.

Oczekuje się, że dane które poznamy w tym tygodniu pokażą głęboki, dwucyfrowy spadek PKB w relacji do poprzedniego kwartału. Biorąc pod uwagę wściekłe tempo ostatnich wzrostów wspólnej europejskiej waluty i coraz bardziej napięte długie pozycje spekulacyjne na euro, dane te mogą stanowić powód do realizacji zysków i wywołać pauzę w dalszym wzroście tej waluty.

USD

Podczas gdy niekorzystne wieści z frontu walki z pandemią w USA nadal istotnie różnią się od tych w Europie, dolar amerykański traci. W krótkim terminie ryzykiem dla dolara jest to, że gospodarka strefy euro może wyjść z kryzysu szybciej niż amerykańska. W tym kontekście kluczowe jest postrzeganie konsumentów i biznesu dotyczące tego, czy pandemia jest pod kontrolą, w kontekście czego strefa euro zdaje się mieć przewagę. W dłuższym terminie zmiana postrzegania jakości instytucji w USA i potencjału stanów może osłabić znaczenie dolara jako waluty rezerwowej. Zgodnie z ostatnimi danymi, 62% rezerw stanowią te w dolarach, podczas gdy zaledwie 20% w euro. Jeśli liczby te w jakikolwiek sposób zaczną zbiegać do siebie, dolar amerykański powinien ucierpieć. Dolar w bardzo krótkim czasie doświadczył znacznego spadku, a spekulanci zaczęli wyraźnie „shortować” walutę. Nie będziemy zaskoczeni, jeśli dojdzie do krótkoterminowego odbicia po ostatnich spadkach.

GBP

Dane z gospodarki, jakie napłynęły z Wielkiej Brytanii w ubiegłym tygodniu były ogólnie zachęcające. Tak jak w strefie euro, tak w przypadku Wielkiej Brytanii in plus zaskoczyły indeksy PMI. Istotne były też piątkowe dane o sprzedaży detalicznej, które pokazały wyraźnie silniejsze od oczekiwanego odbicie w czerwcu, pokazując, że sprzedaż wróciła do okolic sprzed lockdownu. Pomimo dobrych danych z gospodarki, walucie nie pomagał brak oznak postępu w negocjacjach brexitowych z UE. W parze z silniejszym złotym funt zakończył tydzień na sporym minusie.

W tym tygodniu kalendarz ekonomiczny dla Wielkiej Brytanii nie obfituje w istotne publikacje, w przeciwieństwie do tego dla strefy euro i USA. W związku z tym spodziewamy się, że waluta będzie w znacznej mierze naśladować zachowanie euro w parze z dolarem amerykańskim.

Dynamika sprzedaży detalicznej w Wielkiej Brytanii (2015 – 2020)

Dynamika sprzedaży detalicznej w Wielkiej BrytaniiŹródło: Refinitiv Datastream Data: 27/07/2020

CHF

Para EUR/CHF zakończyła ubiegły tydzień na poziomie bliskim tego, na jakim go rozpoczęła, utrzymując się w dość wąskim paśmie wahań. Stanowi to spory kontrast do poprzedzającego tygodnia, kiedy to obserwowaliśmy jej wyraźny wzrost. Niemniej, frank był jedną z najlepiej radzących sobie walut G10, znacznie lepiej niż pozostałe waluty safe haven, czyli USD i JPY. Różnica w zachowaniu franka a dwóch ostatnich, do pewnego stopnia może być spowodowana tym, że zarówno USA, jak i Japonia w ostatnim czasie notowały rekordowe wzrosty liczby nowych dziennych zakażeń koronawirusem.

Miniony tydzień nie przyniósł wielu istotnych wieści ze Szwajcarii. W czerwcu, w relacji do poprzedniego miesiąca odbił eksport, ale krajowi producenci nadal cierpią. Eksport jednego z produktów, z których słynie kraj – zegarków – spadł w czerwcu o 35,1% w ujęciu rocznym, co i tak jest wynikiem lepszym niż spadek o 67,9% z poprzedniego miesiąca.

W tym tygodniu poznamy dane o sentymencie i o sprzedaży detalicznej. Te ostatnie zapewnią bardziej solidny wgląd w stan szwajcarskiej gospodarki, nie będą jednak one tak aktualne, jak dane sentymentowe, które dotyczą obecnego miesiąca. Stąd też dane o nastrojach mogą być istotniejsze dla rynku.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Informacje zawarte w niniejszej publikacji służą wyłącznie do celów informacyjnych. Nie stanowią one porady finansowej lub jakiejkolwiek innej porady, mają charakter ogólny i nie są skierowane dla konkretnego adresata. Przed skorzystaniem z informacji w jakichkolwiek celach należy zasięgnąć niezależnej porady. Portal nie ponosi odpowiedzialności za konsekwencje działań podjętych na podstawie informacji zawartych w raporcie.

Amazon z nowymi rekomendacjami. Facebook zmienia termin publikacji wyników

Analitycy firmy Wedbush podnieśli poziom ceny docelowej dla spółki Jeffa Bezosa do 3500 USD z 3050 USD, pozostawiając rekomendację lepiej niż rynek. Nowy poziom ceny docelowej może oznaczać wzrost o 16 proc. od ostatniej ceny zamknięcia. Średni poziom docelowy na Wall Street to 3072,33 USD. Najwyższy poziom (Street-High) wynosi 3800 USD. Najbliższe wyniki Amazona zostaną opublikowane 30 lipca.

Również analitycy Telsey Advisory Group podnieśli poziom ceny docelowej dla AMZN z 2800 do 3600 USD. Firma spodziewa się, że spółka będzie kontynuować zwiększanie swojego udziału w rynku e-commerce. Akcje Amazon drożeją o 1,2 proc. w handlu przed sesją. Pandemia przyspieszyła przejście na internetowy handel detaliczny, co w połączeniu z rządowymi pakietami symulacyjnymi i tymczasowymi zamknięciami sklepów stacjonarnych wraz z trwającą konsolidacją handlu detalicznego powinno prowadzić do dobrych wyników. Spółka może również odnotować silny wzrost i dobrą rentowność z działalności w zakresie cloud-computingu. Amazon ogłosił również utworzenie 1000 miejsc pracy w Irlandii, tworząc nowy kampus w Dublinie. W ciągu 2 lat Amazon ma w Irlandii zatrudniać 5000 osób. Będą to wysoko wykwalifikowani pracownicy – podała Amerykańska Izba Handlowa w Irlandii.

Facebook oznajmił z kolei, że zmienił datę publikacji wyników finansowych spółki za drugi kwartał 2020 r. Zmiana wynika z konfliktu w kalendarzu wydarzeń spółki i wystąpień Marca Zuckerberga. Facebook opublikuje swoje wyniki finansowe po zamknięciu rynku w czwartek 30 lipca i przeprowadzi konferencję o godzinie 18:00 ET tego dnia. Założyciel i CEO Facebooka ma złożyć zeznania przed Komisją Sądowniczą Izby Reprezentantów w dniu 29 lipca.

Analityk firmy Raymond James podniósł rekomendację dla spółki American Airlines Group Inc. z zachowania gorzej niż rynek do zachowania tak jak rynek. 23 lipca American Airlines podała wyniki oraz dane o sprzedaży, które przewyższyły kwartalne szacunki analityków na Wall Street.

Departament Zarządzania Aktywami
Copernicus Capital TFI S.A.

Polska, Niemcy czy Czechy: który kraj wybiorą Ukraińcy do pracy w okresie pandemii i po jej zakończeniu. Dane z badań

Pandemia to szansa dla polskich pracodawców na zatrzymanie migrantów zarobkowych, którzy zamierzali podjąć pracę w innych krajach. Jeśli jednak na poziomie polityki państwowej nie pojawi się bardziej lojalny program wizowy, a także ułatwienia w asymilacji Ukraińców, nawet przy obowiązujących ograniczeniach pandemii i kwarantanny, coraz częściej będą oni wybierać nie Polskę, ale Czechy i Niemcy.

Do takiego wniosku doszli eksperci Centrum Analitycznego agencji zatrudnienia międzynarodowego Gremi Personal, przeprowadzając badanie przewag konkurencyjnych na rynku pracy trzech krajów – Polski, Niemiec i Czech.

W Europie ze względu na recesję gospodarczą popyt na siłę roboczą w najbliższej przyszłości nie zostanie w pełni przywrócony. Ale izolacja w związku z pandemią pokazała globalny trend – mieszkańcy krajów UE nie są gotowi do podjęcia ciężkiej pracy wykonywanej przez migrantów, nawet w sytuacji bezrobocia. Status ukraińskich migrantów zarobkowych jako pracowników nie do zastąpienia został ugruntowany. Wszystkie trzy kraje bardzo potrzebują pracowników z Ukrainy i są gotowe wysyłać czartery po pracowników, przeprowadzać testy na obecność koronawirusa na koszt przedsiębiorców i upraszczać procedury legalizacji zatrudnienia. A stosunkowo stabilna, pomimo recesji, sytuacja gospodarcza pozwala na równe rozpoczęcie walki o siłę roboczą.

Republika Czeska pracuje obecnie nad liberalizacją dostępu do rynku pracy, planując rozszerzenie uproszczonego zatrudnienia z obecnych trzech miesięcy na dwanaście. Czeskie firmy są gotowe zatrudnić Ukraińców nawet bez znajomości języka, a zakłady produkcyjne chętnie przyjmą do pracy migrantów, którzy pracowali w podobnych fabrykach w Polsce.

W dłuższej perspektywie Niemcy staną się dla Ukrainców najbardziej obiecującym i pożądanym kierunkiem pod kątem pracy, kiedy migranci zarobkowi ocenią sytuację i swoje szanse na niemieckim rynku pracy, a ograniczenia związane z kwarantanną na granicach zostaną zniesione.

Tym bardziej, że uchwalona w Niemczech 1 marca 2020r. Ustawa o migracji zarobkowej nie ułatwiła w znaczący sposób Ukraińcom dostępu do niemieckiego rynku pracy.

Ale pandemia wstrzymała plany Berlina, aby przyciągnąć zagranicznych pracowników, a wydawanie wiz pracowniczych zostało całkowicie wstrzymane, z wyjątkiem wiz dla przedstawicieli niektórych zawodów, takich jak kierowcy ciężarówek, czy personel pielęgniarski.

Jedna czwarta migrantów zarobkowych, którzy przybyli 6 czerwca lotem czarterowym zorganizowanym przez Gremi Personal dla swoich pracowników, powiedziała, że ​​zamierzała podjąć pracę w Czechach, Niemczech i krajach skandynawskich, jednak ze względu na trudności w przekraczaniu granic nie odważyli się i przylecieli czarterem do pracy w Polsce. Około 40% osób, które przybyły lotem czarterowym, po raz pierwszy przyjechało do pracy z Ukrainy do Polski. Nie postrzegają jednak Polski jako miejsca docelowego, ale są gotowi jechać dalej w poszukiwaniu lepszych miejsc pracy i wynagrodzeń, traktując Polskę jako okno na Europę.

Wątpliwym wydaje się, aby sytuacja gospodarcza na Ukrainie miała zatrzymać Ukraińców w tym kraju. Po otwarciu granic wyjadą do miejsc, w których można będzie szybko znaleźć oficjalną pracę i gdzie procedury zatrudnienia będą możliwie najprostsze.

Marketing i komunikacja w trakcie i po pandemii

W efekcie wybuchu pandemii wiele branż ucierpiało przez wprowadzone obostrzenia, zmianę potrzeb zakupowych konsumentów, a w najgorszych przypadkach – przez całkowite wstrzymanie biznesu. W trudnej i nieznanej nikomu sytuacji wszelkie prowadzone dotychczas działania komunikacyjne oraz marketingowe musiały zmienić swój kierunek tak, by były jak najbardziej wartościowe dla firm i ich odbiorców.

Czy warto było zamilknąć?

Kryzys gospodarczy z 2008 roku pokazał, że marki, które wstrzymały wszelkie działania komunikacyjne, odzyskiwały swoją pozycję sprzed kryzysu w dużo wolniejszym tempie. Aktualna sytuacja związana z wybuchem pandemii była i jest nadal bardzo dynamiczna. To czas, w którym właściwie poprowadzone działania komunikacyjne mogą przynieść wiele korzyści. – mówi Hanna Gehrke-Gut z GutPR.

Zarówno działania marketingowe, jak i PR-owe bazują najczęściej na długofalowych strategiach, które przygotowywane są z właściwym wyprzedzeniem. Gdy w marcu bieżącego roku została wprowadzona kwarantanna, wypracowane do tej pory aktywności musiały zostać dopasowane do aktualnej sytuacji. Wiele firm w tym czasie wprowadziło tryb komunikacji kryzysowej, inne zmieniły kanały i narzędzia swojej komunikacji, a jeszcze inne stały się głosem przedsiębiorcy, dostarczając opinii publicznej opinie i prognozy.

Choć w mniejszości, w początkowej fazie pandemii można było zauważyć firmy, które zaprzestały działań marketingowych i komunikacyjnych. Wynikało to z ich specyficznej sytuacji związanej z eksportem i dotyczyło przedsiębiorstw, które w głównej mierze opierały się o rynki zagraniczne takie jak Francja, Hiszpania czy Wielka Brytania. Firmy te wstrzymały swoje funkcjonowanie, ponieważ odnotowały gwałtowny spadek przychodów lub brak możliwości ich generowania, wynikający z ograniczenia logistyki i możliwości sprzedaży oraz zamknięcia punktów sprzedaży w krajach, do których eksportowały swoje produkty. Jednak pomimo tego wyjątku, większość firm współpracująca z nami była gotowa do przemodelowania dotychczasowych działań i dalszej pracy. Odbyliśmy wiele konsultacji, dopasowaliśmy działania do aktualnej sytuacji i pozytywne efekty widzimy już teraz – mówi Cezary Jasiczak z JobDone.

Przymusowo odnajdź się na nowo

Zmiana kierunku działań w wielu przypadkach związana była ze zmianą narzędzi i kanałów komunikacji. I choć cele oraz grupy docelowe wciąż są takie same, kontekst zdecydowanie się zmienił. W pierwszej fazie po wybuchu pandemii należało dokładnie odpowiedzieć na pytania dotyczące potrzeb i problemów, z jakimi zderzyło się dane przedsiębiorstwo czy cała branża.

W przypadku narzędzi marketingowych oraz komunikacyjnych, sytuacja wymagała szybkiej reakcji. Wynikało to z braku możliwości pośredniego kontaktu, co w głównej mierze dotknęło siły handlowe wielu przedsiębiorstw. Do tej pory najważniejszy był kontakt face to face, ale w obecnej sytuacji trzeba było przestawić się na zupełnie nowe narzędzia. Jak komentuje Cezary Jasiczak z JobDone – Wszelkie działania komunikacyjne przeniesiono do internetu, jednak wiele firm samodzielnie próbujących aktywności digitalowych poniosło klęskę. Działy marketingu wybierały niekiedy tańsze narzędzia digitalowe, które były dodatkowo źle używane lub na starcie zostały nieodpowiednio dobrane do profilu firmy. Na wielu platformach pojawiały się treści słabej jakości bez przygotowania technicznego oraz promocji.

Jakość w działaniach komunikacyjnych jest bardzo ważna. Szybka chęć przeniesienia wszelkich aktywności marketingowych do sieci sprawiła, że wiele przedsiębiorstw operowało kontentem wymagającym wielu poprawek. Odbiorcy łaknęli treści o ponadprzeciętnej jakości, dlatego w tej sytuacji nie można było pozwolić sobie na błędy – dodaje Hanna Gehrke-Gut, założycielka agencji GutPR.

A co z PRem?

Wiele działów marketingu czy PR-u skupia się na przygotowaniu contentu i jego wyemitowaniu lub dystrybucji, zapominając, że musi się on przebić przez tysiące innych komunikatów.

W aktualnej sytuacji należy dokładnie zastanowić się, czego potrzebuje dana firma i co może w tym trudnym czasie zaoferować swoim odbiorcom. Należy dokładnie przemyśleć każdy krok. Dostarczane treści muszą nieść ze sobą pewne obustronne korzyści, zarówno dla przedsiębiorcy, jak i konsumenta. Jeśli pandemia wstrzymała naszą sprzedaż, nie oznacza to, że wstrzymała ją na zawsze. W tym czasie warto dostarczać treści nie tylko sprzedażowe, ale na przykład edukacyjne, które pozwolą odbiorcom na stały kontakt z marką i nie pozwolą im o sobie zapomnieć. Tym samym, w okresie rozluźnienia kwarantanny potencjalny klient szybciej zaufa marce, która cały czas była aktywna – dodaje Hanna Gehrke-Gut.

Odpowiednio opracowane działania public relations, które wychodzą poza komunikaty produktowe na rzecz PR-u w kontekście firmy i jej sytuacji, pozycji rynkowej czy umiejętności reagowania na to, co się dzieje na rynku stają się bardzo dobrym narzędziem prosprzedażowym.

Firmy, które postanowiły wykorzystać aktualną sytuację do wyrażania opinii i udzielania przemyślanych komentarzy mogły odnieść sukces komunikacyjny, który zaowocował jeszcze w trakcie pandemii lub przyniesie wymierne korzyści, gdy sytuacja się ustabilizuje. Najważniejsze w tych działaniach jest dostarczanie treści na wysokim poziomie, które osiągną szerokie zasięgi i stworzą interakcje z odbiorcami – mówi Hanna Gehrke-Gut z GutPR i dodaje: – Zmodyfikowanie wcześniej założonych planów i harmonogramów było koniecznością w przypadku działań komunikacyjnych. W aktualnej sytuacji ślepe podążanie za strategią mogłoby niekiedy negatywnie wpłynąć na wizerunek firmy jako promującej wartości czy aktywności nieadekwatne do ogólnopolskiej sytuacji.

Plusy komunikacji w pandemii

– Obecna sytuacja ma wiele plusów, jeśli chodzi o komunikację. Jednym z nich jest większa podatność na przeformatowanie strategii marketingowych czy wizerunkowych. Dobra koniunktura zniechęcała do rozmowy o zmianie lub modyfikacji strategii, a obecnie nie spotyka się to z większym sprzeciwem. Zarządy firm są bardziej przychylne i wsłuchane w głosy marketingowców i PR-owców – może nie tylko ze względu na to, że za rogiem mogą czyhać różne zagrożenia, ale też z racji tego, że to jest ten moment aby, dokonać zmian w strategicznym działaniu. – mówi Cezary Jasiczak z JobDone.

Wybuch pandemii dla wielu branż można traktować jako czas zarządzania kryzysowego, w którym działania komunikacyjne i szeroko pojęty PR odgrywają ogromną rolę. Pozwalają one wysłać jasny sygnał do partnerów biznesowych oraz klientów, że dana firma jest gotowa do współpracy i jest w stanie wywiązać się ze wszelkich zobowiązań. Właściwie prowadzone działania pozwalają na stworzenie relacji biznesowych, które zaowocują jeszcze w trakcie kryzysu lub przyniosą korzyści po zakończeniu pandemii.

Kryzys spowodowany koronawirusem przyspieszył rozwój reklamy w kanale digital, której udział w globalnym rynku po raz pierwszy przekroczył 50%

  • Globalne wydatki na reklamę spadną w 2020 roku o 9,1%
  • Rynek reklamy najbardziej ucierpiał w drugim kwartale 2020. Prognozowane ożywienie w 2021 na poziomie 5,8%
  • Trendy w wydatkach mediowych: e-commerce, personalizacja oparta na danych, przyspieszenie w sektorze digital
  • Spodziewany wzrost udziałów inwestycji w reklamę digital do 51% światowych wydatków w roku 2020 roku i 55% w 2022 roku

Według estymacji agencji mediowej Zenith, opublikowanej w Zenith Advertising Expenditure Forecasts, globalne wydatki na reklamę zmniejszą się w 2020 roku o 9,1%.  Dla porównania, wydatki na reklamę podczas recesji w 2009 roku spadły o 9,5%.

Dynamika wydatków reklamowych na polskim rynku

Wartość polskiego rynku reklamy po pierwszym kwartale 2020 roku szacowana była na 2,1 miliarda złotych, co oznaczało wzrost wartości o 0,5% rok do roku. W styczniu i lutym odnonowana została jeszcze dodatnia dynamika wydatków. W marcu natomiast, w wyniku załamania rynkowego, wprowadzonych restrykcji związanych z COVID-19 oraz wynikających z sytuacji redukcji budżetów reklamowych odnotowano już spadki.

Po pierwszych trzech miesiącach 2020 roku, wpływy reklamowe z wszystkich mediów z wyjątkiem internetu oraz radia zmniejszyły się. Reklama online wygenerowała budżety o 7,5% wyższe, wpływy z reklam radiowych wzrosły o 1,0 punkt procentowy. Telewizja i outdoor zanotowały spadki odpowiednio o 3,1% oraz 3,5%, natomiast prasa oraz magazyny o 11,8% oraz 8,4%. Najsilniejszy trend spadkowy – 13,5% na minusie – obserwować było można w przypadku kin. Było to skutkiem decyzji organów państwa o zawieszeniu działalności sal kinowych.

Reklama online na rynku polskim w pierwszym kwartale 2020 charakteryzowała się większą dynamiką wzrostu niż rynek w całości, co przełozyło się na wzrost udziałów w rynku reklamowym jedynie dla tej kategorii. Udział budżetów lokowanych w reklamy online wzrósł o 2,5 punktu procentowego, z 35,9% do 38,4%.

Wskaźniki gospodarcze dla Polski po pierwszym kwartale 2020 roku nie były jeszcze aż tak dramatyczne jak te odnotowane w kwietniu i maju. Po trzech pierwszych miesiącach roku, wartość produktu krajowego brutto wzrosła o 2,0%, co oznacza istotne spowolnienie w porównaniu do analogicznego okresu roku poprzedniego kiedy dynamika wynosiła 4,1% (rok do roku). Najnowsza lipcowa projekcja NBP mówi, iż w wartość PKB w Polsce spadnie o 10,6% (r/r) w drugim kwartale oraz o 5,6% w całym roku. Jest to ostre wyhamowanie w gospodace, szczególnie biorąc pod uwagę, że w całym 2019 r. Produkt Krajowy Brutto wzrósł o 4,1%.

Na podstawie prowadzonych przez nas analiz wytypowaliśmy dwa najbardziej prawdopodobne scenariusze, oczywiście oba zależne od ostatecznej sytuacji związanej z COVID-19 w pozostałych kwartałach 2020 roku. Jeśli bedziemy mieć do czynienia ze skutecznym odmrażaniem gospodarki, spadek rynku reklamowego w Polsce może się zatrzymać na koniec 2020 na poziomie -7,3%.  Natomiast jeśli na skutek wzrostu zachorowań restrykcje zostaną zaostrzone wartośc rynku reklamowego może spaść nawet o 14%. Najłagodniej kryzys obejdzie się z mediami cyfrowymi, a największe spadki w ujęciu procentowym odnotują prasa, kino i outdoor – komentuje Anna Bartoszewska, Dyrektor Generalna Zenith Polska.

Rynek reklamowy zaczyna się odradzać, a prognozowane ożywienie w branży reklamowej w 2021 rok może skutkować nawet wzrostem o 5,8% w skali świata

W momencie, gdy skala kryzysu związanego z COVID-19 stała się rzeczywsta, reklamodawcy gwałtownie ograniczyli wydatki reklamowe. Najostrzejsze spadki miały miejsce między marcem a majem, przy zróżnicowanym rozłożeniu w czasie pików spadkowym w zależności od kraju. Obecnie spadki zaczęły się stabilizować i wszystko wskazuje na to, że przez resztę roku nadal będą stopniowo maleć. Zenith przewiduje, że w 2021 roku globalne wydatki na reklamę wzrosną o 5,8%, do czego przyczyni się zmiana harmonogramu letnich igrzysk olimpijskich oraz mistrzostw Europy w Piłce Nożnej UEFA 2020.

Stany Zjednoczone okazały się być stosunkowo odporne na sytuację, dzięki rekordowym wydatkom reklamowym związanym z wyborami prezydenckimi, planowanymi na listopad. W związku z tym oczekuje się, że inwestycje na reklamę w USA spadną w tym roku jedynie o 7%. Z kolei, wydatki w regionie Azji i Pacyfiku zmniejszą się o 8%, dzięki niektórym rynkom, którym udało się utrzymać pod kontrolą wpływ wirusa na gospodarkę. Reklamodawcy w Europie Zachodniej agresywnie wycofali się w drugim kwartale, więc ich udział w reklamie zmniejszy się nawet o 15%. Prognozy przedstawione przez Zenith zakładają również spadek budżetów reklamowych o 8% w Europie Środkowej i Wschodniej, 13% w Ameryce Łacińskiej i 20% na Bliskim Wschodzie i Afryce Północnej w 2020 roku.Kryzys spowodowany koronawirusem przyspieszył rozwój reklamy w kanale digital, której udział w globalnym rynku po raz pierwszy przekroczył 50%

Zmiany w e-commerce i handlu detalicznym w perspektywie długoterminowej

e-Commerce stał się niemal codziennością dla konsumentów, zapewniając im potrzebne produkty, podczas gdy nie mogli lub nie chcieli odwiedzać sklepów osobiście. Wielu konsumentów wprowadziło trwałe zmiany w swoich zwyczajach zakupowych. Według globalnych badań Criteo, w ostatnich miesiącach 53% konsumentów odkryło co najmniej jedną formę zakupów online, którą planują utrzymać. W najbliższych miesiącach, jeśli nie latach, stopa zwrotu z zakupów w sklepach detalicznych będzie niewielka. Zmusiło to marki do przyspieszenia działań na rzecz transformacji cyfrowej i sprawiło, że posiadanie solidnej strategii handlowej, czy to w D2C, czy za pośrednictwem partnerów detalicznych, stało się niezwykle istotne.

Personalizacja napędzana przez dane wysuwa się na pierwszy plan

Obecny kryzys podniósł również wartość first party data dla marek. Dane te dają marketerom wgląd w zachowania ich klientów i zapewniają rzeczywistą przewagę konkurencyjną. Takie dane pozwalają na śledzenie zmian w postawach konsumentów w miarę rozwoju kryzysu oraz na określenie, kiedy należy zacząć inwestować na rzecz ożywienia gospodarczego.

Marki muszą pokazać konsumentom, że rozumieją ich szybkozmieniające się potrzeby w tym niepewnym czasie. Pomagamy więc naszym klientom zintegrować ich dane, komunikację cyfrową i podejście do handlu elektronicznego, a także głębiej je wykorzystać, aby dostarczyć im zindywidualizowanych doświadczeń w trakcie szybko zmieniającej się podróży klienta – powiedział Christian Lee, dyrektor zarządzający Zenith Worldwide.

Dystans społeczny i nowe zachowania konsumentów stymulują rozwój digitalu

W pierwszych tygodniach lockdownu istotnie wzrosła konsumpcja mediów cyfrowych i telewizji. Mimo, że w obu sektorach ponownie można zauważyć tendencję spadkową, nie przewiduje się, że w najbliższym czasie powrócą do poziomu sprzed kryzysu. Wraz z rozwojem handlu elektronicznego i znaczenia danych, nastąpiło momentalne przesunięcie budżetów reklamowych z mediów tradycyjnych na cyfrowe, przyspieszając tym samym trend, który już wcześniej można było zauważyć. Według estymacji agencji mediowej Zenith, reklama digital będzie stanowić 51,0% globalnych wydatków na reklamę w tym roku, w porównaniu z 49,5%, które przewidywane były w grudniu.

Budżety na reklamę w kanale digital zostały gwałtownie obcięte w pierwszej fazie kryzysu, a było to możliwe dzięki mniejszemu ryzyku nałożenia kar przez wydawców.  Jednak w miarę upływu czasu, marki przeznaczały coraz więcej środków na kanały cyfrowe, aby wykorzystać ich elastyczność i zdolność do optymalizacji wydajności, co jest szczególnie ważne w niepewnych czasach. Prawdopodobnie wydatki na reklamę cyfrową zmniejszą się o zaledwie 2,0% w roku 2020. Agencja mediowa Zenith nie spodziewa się również powrotu do tradycyjnych mediów wraz z osłabieniem kryzysu i prognozuje, że udział reklamy cyfrowej w rynku osiągnie 54,6% w 2022 roku.

Wzrost poziomu wydatków na media tradycyjne będzie powolny

Spośród tradycyjnych mediów najmniej ucierpiały telewizja i radio, które zgodnie z oczekiwaniami mają zakończyć rok tylko nieznacznie poniżej rynku – odpowiednio 11% i 12%. Natomiast kryzys pogłębił długotrwały spadek inwestycji reklamowych w prasie – spodziewane wydatki na reklamę w gazetach będą mniejsze w tym roku o 21% w skali globalnej, zaś w magazynach spadną o 20%. Należy przy tym zwrócić uwagę, że reklama w gazetach i czasopismach obejmuje tutaj tylko przychody reklamowe wydawców z publikacji drukowanych. Ich przychody z publikacji cyfrowych są uwzględnione w reklamie cyfrowej.

Reklama zewnętrzna oraz kinowa najbardziej ucierpiały z powodu rządowych obostrzeń dotyczących przemieszczania się czy ograniczeń przebywania w miejscach publicznych. Przewiduje się, że udział reklamy outdoorowej w rynku zmniejszy się w tym roku globalnie o 25%, a  reklamy kinowej o 51%.

W przypadku gazet i czasopism trudno mówić o poprawie sytuacji, wydatki na reklamę w obu tych obszarach w przyszłym roku będą nadal spadać. Z kolei ożywienie telewizji i radia będzie minimalne, przy czym w 2021 roku przewiduje się wzrost wydatków reklamowych w tych kanałach komunikacji odpowiednio o 2% i 1%. Dynamika w sektorze OOH i kinowym będzie silniejsza, ponieważ zrekompensuje znacznie większe spadki w tym roku. Zenith prognozuje wzrost na poziomie 16% dla OOH i 65% dla kina, jednak do 2022 roku żaden z tych sektorów nie powróci do szczytów z 2019 roku.

Koronawirus zmusił marki do koncentracji na reklamie digital jeszcze szybciej niż oczekiwano i sprawił, że cyfrowa transformacja przedsiębiorstw stała się pilniejsza niż kiedykolwiek. Ten rok będzie pierwszym rokiem, w którym reklama w kanale digital przyciągnie ponad połowę wszystkich światowych wydatków na reklamę, co jest kamieniem milowym, ponieważ takiej sytuacji spodziewaliśmy się dopiero w 2021 roku − powiedział Jonathan Barnard, szef działu prognoz Zenith.

ID Logistics w I półroczu 2020 notuje wzrost sprzedaży o 4,3 proc. do 776,6 mln EUR

ID Logistics, wiodący dostawca usług logistycznych specjalizujący się w dedykowanej logistyce kontraktowej, podsumował wyniki za II kwartał 2020 roku.  

Eric Hémar, prezes i dyrektor generalny Grupy ID Logistics, komentuje: „W pierwszej połowie 2020 roku, naznaczonej kryzysem związanym z Covid-19, Grupa ID Logistics utrzymała stabilny wzrost i osiągnęła dobre wyniki. Po pierwszych trzech miesiącach dynamicznego wzrostu sprzedaży, drugi kwartał pokazał odporność naszego modelu biznesowego. Dywersyfikacja portfela klientów, zrównoważony i międzynarodowy zasięg oraz zaangażowanie zespołów umożliwiły nam utrzymanie stabilnego poziomu przychodów”.

Dobra pozycja w II kwartale

W II kwartale firma ID Logistics dobrze poradziła sobie ze skutkami kryzysu wywołanego pandemią Covid-19. Zróżnicowane portfolio klientów, szczególnie z branży spożywczej i e-commerce oraz zasięg geograficzny umożliwił Grupie utrzymanie stabilnego poziomu sprzedaży na poziomie 384,1 mln EUR (-0,6 proc. w porównaniu z 2019 r., -3,0 proc. w ujęciu like-for-like).

We Francji, rynku macierzystym, w II kwartale Grupa odnotowała spadek sprzedaży o 5,9 proc. do 170,6 mln EUR. W kwietniu, w porównaniu z ubiegłym rokiem, aktywność spadła o 13,5 proc., w maju spadek był już mniejszy (-7,3 proc.), natomiast w czerwcu zanotowano wzrost sprzedaży (+ 3,2 proc.).

W II kwartale przychody z działalności międzynarodowej wzrosły o 4,1 proc. do 213,5 mln EUR. Po stabilnym kwietniu (-0,2 proc.) i bardziej dynamicznym maju (+ 1,6 proc), w czerwcu Grupa odnotowała gwałtowny wzrost do 11 proc. Wynik ten uwzględnia niekorzystny wpływ kursów wymiany walut, szczególnie odczuwany w Ameryce Łacińskiej oraz zmiany w konsolidacji Grupy wynikające z zakończenia działalności w RPA we wrześniu i rozpoczęcia działalności w USA, po przejęciu Jagged Peak w grudniu 2019 r. Po wyłączeniu tych czynników, spadek sprzedaży netto zmniejszył się do 0,2 proc. w ciągu kwartału.

W ciągu pierwszych sześciu miesięcy br. Grupa ID Logistics odnotowała wzrost sprzedaży o 4,3 proc. (+ 2 proc. w ujęciu like-for-like) do poziomu 776,6 mln EUR. Na osiągnięty wynik wpłynął dynamiczny wzrost sprzedaży odnotowany w I kwartale połączony z odpornością firmy na skutki kryzysu pandemicznego w II kwartale. W tym okresie Grupa uruchomiła łącznie 10 nowych magazynów (3 we Francji i 7 na świecie), zgodnie z założonym wcześniej biznesplanem.

Nowe kontrakty i rozwój biznesu

Mimo kryzysu związanego z pandemią koronawirusa, w II kwartale Grupa ID Logistics rozwijała działalność biznesową, biorąc udział w kolejnych przetargach. W tym okresie firma wygrała lub rozpoczęła realizację wielu nowych kontraktów.

  • W Holandii Grupa ID Logistics rozpoczęła realizację zamówień dla firmy Talpa (e-commerce). Operator zarządza jej nowym magazynem o powierzchni 10 tys. mkw. w Etten-Leur, skąd zaopatrywani są klienci w krajach Beneluksu.
  • ID Logistics zacieśniło współpracę z jednym ze światowych liderów z branży e-commerce, wygrywając nowy kontrakt w Niemczech i rozpoczynając realizację pierwszej umowy we Francji.
  • We Francji NAOS, jedna z największych światowych firm kosmetycznych specjalizująca się w pielęgnacji skóry (marki Bioderma i Institut Estheder), powierzyła Grupie ID Logistics zarządzanie nowym, scentralizowanym magazynem w rejonie Marsylii. W obiekcie o początkowej powierzchni 30 tys. mkw. operator wdrożył rozwiązanie racjonalizujące przepływy logistyczne, które ma umożliwić NAOS zmniejszenie emisji CO2.
  • W I połowie roku w Polsce ID Logistics uruchomiło nowe centra dystrybucyjne dla sieci Carrefour w Podkonicach Dużych k/Rawy Mazowieckiej (powierzchnia 65 tys. mkw., obsługiwany przez zespół 600 pracowników), Lindt&Sprüngli w Grodzisku Mazowieckim (7 600 mkw.) oraz magazyn centralny PepsiCo w Mszczonowie (58 tys. mkw., obsługiwany przez 240-osobowy zespół).

Perspektywy

Dzięki zróżnicowanemu portfelowi klientów (40 proc. produkcja i dystrybucja żywności, 20 proc. e-commerce) oraz zrównoważonemu zasięgowi geograficznemu, ID Logistics utrzymało aktywność biznesową na dobrym poziomie, mimo kryzysu pandemicznego. Do tej pory Grupa nie doświadczyła znaczących opóźnień w uruchamianiu nowych magazynów, a jej celem pozostaje otwarcie ok. 15 nowych obiektów w ciągu roku. Operator nadal otrzymuje zaproszenia do składania ofert, zwłaszcza w obszarze obsługi firm z branży e-commerce. ID Logistics zamierza kontynuować rozwój w drugiej połowie roku, skupiając się na zarządzaniu operacyjnym, racjonalnym zarządzaniu środkami pieniężnymi oraz poszukiwaniu nowych możliwości ekspansji, zwłaszcza w Europie Północnej i USA. Wciąż trudno jest przewidzieć jak będzie się rozwijała sytuacja związana z pandemią koronawirusa, dlatego też Grupa ID Logistics nie jest jeszcze w stanie ocenić wpływu tego kryzysu na jej ogólne przychody w 2020 roku.

Polska na 20. miejscu na świecie pod względem transparentności rynku nieruchomości

Polski rynek, zaliczany przez inwestorów do grona państw transparentnych, utrzymuje pozycję najwyżej ocenianego wśród wszystkich krajów Europy Środkowo – Wschodniej.

Firmy JLL i LaSalle opublikowały najnowszą edycję Globalnego Indeksu Transparentności Rynku Nieruchomości (Global Real Estate Transparency Index – GRETI). Jak podkreślają autorzy raportu, mimo zwiększonego nacisku na społeczną odpowiedzialność biznesu i powszechne wykorzystanie nowych technologii, aktualnie mamy do czynienia z najniższym tempem poprawy przejrzystości światowych rynków nieruchomości od okresu bezpośrednio po światowym kryzysie finansowym.

Po raz kolejny kategorię najbardziej transparentnych rynków zdominowały kraje anglosaskie: Wielka Brytania, Stany Zjednoczone i Australia. Na kolejnych miejscach uplasowały się Francja, Kanada, Nowa Zelandia, Holandia, Irlandia, Szwecja i Niemcy. Najmniej transparentnym krajem jest Libia. Wenezuela, która zamykała ranking w 2018 roku, wypadła z zestawienia. Z kolei wśród krajów, które odnotowały największy postęp w obszarze przejrzystości rynku dominują państwa azjatyckie.

Zrównoważony rozwój i rozwiązania PropTech motorem transparentności

Od 2018 roku, czyli ostatniej edycji rankingu – kwestią najmocniej wpływającą na transparentność rynków nieruchomości stały się zobowiązania w zakresie zrównoważonego rozwoju. – Jeremy Kelly, Dyrektor Globalnych Programów Badawczych w JLL

W tym obszarze liderami najwyższych standardów są kraje najbardziej transparentne, w tym Wielka Brytania, Stany Zjednoczone, Australia i Francja.

Innym kluczowym czynnikiem zwiększającym transparentność jest ilość danych dotyczących nieruchomości, które są obecnie dostępne dzięki coraz większemu wykorzystaniu narzędzi PropTech oraz Big Data. Ponownie, największa skala wdrożeń innowacyjnych rozwiązań technologicznych może być obserwowana w gronie najbardziej transparentnych państw – we Francji, Holandii, Australii, Wielkiej Brytanii, w Kanadzie i USA, a także na rynkach Azji i Pacyfiku – w Korei Południowej, Singapurze i Hongkongu. Co istotne, kilka mniej przejrzystych, większych rynków wschodzących również wyróżnia się w tym aspekcie – w tym Indie, Republika Południowej Afryki, Brazylia i Chiny.

Polska bez zmian

W tegorocznym rankingu Polska, podobnie jak dwa lata temu, została zakwalifikowana na 20 miejscu. Tym samym kolejny raz z rzędu wyprzedziła wszystkie pozostałe kraje Europy Środkowo – Wschodniej, w tym Czechy (25 pozycja), Słowację (28), Węgry (27) i Rumunię (35 – spadek o sześć pozycji do grona krajów półtransparentnych).

Mocne fundamenty polskiego rynku nieruchomości potwierdza między innymi wysoka aktywność inwestorów, którą obserwujemy mimo globalnych zawirowań związanych pandemią koronawirusa. Dotychczas w tym roku sfinalizowano w Polsce transakcje o wartości ponad 3,7 mld euro. To świadczy o głębokim zaufaniu inwestorów. Dalsza praca nad poprawą klimatu legislacyjnego, lepsza współpraca na linii sektor prywatny – państwo i zwiększanie innowacyjności to warunki, abyśmy za dwa lata byli oceniani jeszcze lepiej. – komentuje Agata Sekuła, Wiceprezes Zarządu JLL w Polsce

Na lepszą percepcję polskiego rynku w przyszłości może w mniejszym tempie wpływać tempo wzrostu w zakresie podaży projektów nieruchomościowych, a w większym – jakość produktu, który jest oferowany inwestorom.

Pandemia bardzo mocno uwypukliła rolę nowoczesnych rozwiązań technologicznych, dzięki którym firmy utrzymały swoją ciągłość biznesową, a teraz bez większych przeszkód mogą wracać do budynków biurowych. Dlatego nadchodzące miesiące i lata będą stały pod znakiem zwiększonych nakładów na innowacyjność, również w obszarze PropTech, dzięki którym nieruchomości staną się dla swoich użytkowników jeszcze bardziej bezpieczne. Ciekawym aspektem jest też wzrost znaczenia zrównoważonego rozwoju. Globalne zmiany klimatyczne stoją chwilowo w cieniu koronawirusa, musimy jednak pamiętać, że w tym obszarze szczególnie ważna jest konsekwencja i długofalowe strategie nastawione na ochronę środowiska. Te dwie kwestie powinny znaleźć się w centrum uwagi inwestorów i deweloperów aktywnych na rynku nieruchomości w Polsce. – podsumowuje Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badań Rynku i Doradztwa, JLL

Globalny Indeks Transparentności Rynku Nieruchomości jest wydawany co dwa lata. W tegorocznej edycji oceniono 99 rynków, biorąc pod uwagę 210 czynników. Zostały one podzielone na sześć obszarów, którymi są wskaźniki efektywności, fundamenty rynku, nadzór nad podmiotami notowanymi na rynkach zorganizowanych, warunki prawne i ustawodawstwo, jakość procesów transakcyjnych oraz zrównoważony rozwój.

W oparciu o badane wskaźniki kraje są przypisywane kategorii: wysoce transparentnych (highly transparent), transparentnych (transparent), półtransparentnych (semi-transparent), o niskiej transparentności (low transparency) i nieprzejrzystych (opaque). Indeks jest narzędziem zarządzania ryzykiem dla inwestorów. Zapewnia porównywalne dane dla wielu lokalizacji geograficznych, jest wsparciem przy tworzeniu strategii inwestycyjnych i modelu alokacji środków dla poszczególnych krajów. Pomaga najemcom korporacyjnym ocenić lokalizacje na całym świecie. Wyniki raportu stanowią narzędzie również dla instytucji publicznych, podejmujących działania na rzecz poprawy transparentności gospodarki.

W 2021 roku płaca minimalna powinna wynosić tyle, ile w tym roku

Zdaniem Konfederacji Lewiatan w 2021 roku musimy w sprawie wysokości płacy minimalnej zachować realizm i twardo stąpać po ziemi. Przedsiębiorcy mają nadzieję, że nie będą się już pojawiać mało realistyczne pomysły polityków na skokowe wzrosty płacy minimalnej, a negocjacje jej dotyczące zostaną, jak stanowi ustawa pozostawione wyłącznym kompetencjom partnerów w Radzie Dialogu Społecznego. Jeśli chcemy uniknąć kłopotów na rynku pracy w kolejnym roku, w ryzach trzymać musimy wszelkie inicjatywy związane ze wzrostem kosztów pracy. Priorytetem będzie bowiem ratowanie miejsc pracy i firm, mocno dotkniętych skutkami pandemii i coraz bardziej realistycznej wizji dużego spowolnienia gospodarczego. Rozmowy na ten temat odbywać się będą w Zespole ds. budżetu, wynagrodzeń i świadczeń socjalnych RDS, w którym prowadzone są negocjacje.

Przypomnijmy, że płaca minimalna wynosi w 2020 – 2 600 zł, a stawka godzinowa 17 zł brutto. Oznacza to, że płaca minimalna w relacji do przeciętnej pensji zbliża się do poziomu 50% przeciętnego wynagrodzenia, ale go jeszcze nie osiąga. Ta referencyjna relacja 50% przeciętnego wynagrodzenia powinna być ściśle przestrzegana i choć perspektywa roku 2021 jest wyjątkowa, ważne jest potwierdzenie znaczenia tej relacji przed rozpoczęciem rozmów pomiędzy związkami zawodowymi i pracodawcami.

Warto przypomnieć, że wysokość minimalnego wynagrodzenia za pracę, jest corocznie przedmiotem negocjacji w ramach Rady Dialogu Społecznego, a Rada Ministrów, w terminie do 15 czerwca każdego roku, przedstawia Radzie Dialogu Społecznego proponowaną wysokość płacy minimalnej oraz wskaźniki makroekonomiczne. W tym roku zgodnie z ustawą COVID- 19 nastąpiła zmiana ustawowych terminów i propozycje rządu partnerzy otrzymają do 31 lipca br. mając tylko 10 dni na ustalenie 3 podstawowych wskaźników tj. płacy minimalnej, wskaźnika wzrostu wynagrodzeń dla sfery budżetowej i wskaźnika waloryzacji emerytur i rent. Te rozmowy, nie tylko ze względu na krótsze terminy, będą trudne, bo przecież mamy świadomość kłopotów gospodarczych, nasilenia się negatywnych zjawisk społecznych i bardzo złej kondycji budżetu, a to wszystko w warunkach wciąż nie znanego zagrożenia pandemią. Dlatego Lewiatan apeluje o rozwagę i odpowiedzialność partnerów społecznych i przywrócenie rangi negocjacjom w RDS. Nikt lepiej niż pracodawcy i reprezentanci pracowników nie jest w stanie ocenić sytuacji, dlatego politycy tym razem powinni wsłuchać się głosy płynące z Rady Dialogu Społecznego i cofnąć do drugiego rzędu.

Warto przypomnieć, że ustawa gwarantuje weryfikację wysokości płacy minimalnej o inflację, a dodatkowo, jeżeli inflacja w roku poprzednim była wyższa od zakładanej o wskaźnik weryfikujący. Dodatkowo, jeżeli w roku, w którym odbywają się negocjacje, wysokość minimalnego wynagrodzenia będzie niższa od połowy wysokości przeciętnego wynagrodzenia, stopień wzrostu minimalnego wynagrodzenia, zwiększa się dodatkowo o 2/3 wskaźnika prognozowanego realnego przyrostu produktu krajowego brutto. Natomiast wysokość minimalnej stawki godzinowej jest corocznie waloryzowana o wskaźnik wynikający z podzielenia wysokości minimalnego wynagrodzenia ustalonej na rok następny przez wysokość minimalnego wynagrodzenia obowiązującą w roku, w którym odbywają się negocjacje.

Ochrona miejsc pracy przede wszystkim

Choć nieznane są jeszcze wskaźniki, które rząd przedstawi zapewne na koniec lipca br. wiemy, że w opinii przedsiębiorców trudno będzie zaakceptować jakikolwiek wzrost płacy minimalnej, mimo, że inflacja na pewno, mimo prognozowanego spadku w II połowie roku, będzie wysoka. W perspektywie 2021 roku kluczowa będzie ochrona miejsc pracy i ograniczanie redukcji zatrudnienia, które niestety w opinii pracodawców będzie nie do uniknięcia. Stąd powszechna zgoda na podniesienie zasiłku dla bezrobotnych i postulat utrzymania instrumentów ochrony miejsc pracy z Funduszu Pracy i Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych zaproponowane w Tarczy 4.0.

Pracodawcy z Konfederacji Lewiatan postulują utrzymanie wysokości płacy minimalnej w 2021 roku na poziomie roku 2020 tj. kwoty 2 600 zł, a zatem także utrzymanie stawki godzinowej na niezmienionym poziomie 17 zł brutto. Ale oczywiście będziemy rozmawiać z partnerami związkowymi i rządem. Kwestią negocjacji jest ewentualna weryfikacja wysokości płacy minimalnej, ale tylko o wskaźnik inflacji oraz 2/3 przewidywanego wzrostu PKB. Zakładając przewidywany wskaźnik inflacji na poziomie 2,5% oraz wzrost PKB na poziomie ok. 2% ustawowy mechanizm zagwarantowałby wzrost płacy minimalnej odpowiednio o 65 zł oraz 33 zł czyli łącznie o 98 zł tj. do wysokości 2698 zł. I to jest umowna granica kompromisu w opinii pracodawców.

Aby zrealizować cel utrzymania wysokości minimalnego wynagrodzenia z 2020 roku (2 600 zł), konieczna będzie ustawowa interwencja, zgodnie bowiem z art. Art. 5 ust. 1 i 2 ustawy z 2002 roku o minimalnym wynagrodzeniu za pracę, ustawa gwarantuje wzrost płacy minimalnej na kolejny rok w stopniu nie niższym niż prognozowany na dany rok wskaźnik cen. Uzasadnieniem dla zawarcia porozumienia partnerów społecznych w tej sprawie jest zagrożenie kryzysem na rynku pracy i przeciwdziałanie negatywnym skutkom pandemii. Apelując o takie porozumienie do strony związkowej, konieczne będzie zagwarantowanie w przyszłym roku, przy założeniu poprawy sytuacji gospodarczej i na rynku pracy, rozpoczęcia negocjacji od poziomu płacy minimalnej odpowiadającej relacji 50% przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce. Alternatywą jest tylko ustawowy wzrost wynagrodzenia minimalnego, zgodny ze wskaźnikami i wtedy minimalne wynagrodzenie w 2021 roku wynosiłoby nie więcej niż 2 700 zł, a minimalna stawka godzinowa 18 zł.

Kompromis jest możliwy

Taka propozycja jest uczciwym postawieniem sprawy. Dziś musimy myśleć o ochronie miejsc pracy i rynku pracy – dlatego decydujemy się na utrzymanie w ryzach w kolejnym roku wysokości minimalnego wynagrodzenia i stawki godzinnej, ale jutro, gdy zagrożenie kryzysem zostanie zażegnane, związkowcy i pracodawcy, przystępując do rozmów o płacy minimalnej na kolejne lata – poziom minimalnego wynagrodzenia powinni ustalać wychodząc od zagwarantowania 50% relacji do przeciętnego wynagrodzenia, następnie utrzymania automatycznej waloryzacji o wskaźnik inflacji i negocjacji docelowej wysokości płacy minimalnej w oparciu o 2/3 prognozowanego wskaźnika wzrostu PKB. Ta propozycja powinna zostać poddana konsultacjom partnerów społecznych, do których teraz i w przyszłości muszą zostać przypisane wyłączne kompetencje w zakresie negocjacji wzrostu płacy minimalnej i minimalnej stawki godzinowej.

Co do wskaźnika wzrostu wynagrodzeń w sferze budżetowej uważamy, że punktem wyjścia, przy założeniu zamrożenia płac powinna być planowana inflacja, czyli wzrost o przewidywany wskaźnik – przewidywane 2,5%, przy czym wskaźnik wzrostu wynagrodzeń w sektorze ochrony zdrowia z uwagi na wyzwania związane z COVID – 19 powinien być wyższy. Wyższy wskaźnik wzrostu warto też rozważyć dla inspekcji sanitarnej, nauczycieli i pracowników nauki. Taki wstępny pakiet negocjacyjny w sferze płac warto zaproponować, licząc, że strona związkowa rozumiejąc powagę sytuacji będzie skłonna do zawarcia kompromisu w ramach zarysowanego stanowiska negocjacyjnego proponowanego przez pracodawców.

Komentarz prof. Jacka Męciny, doradcy zarządu Konfederacji Lewiatan. Autor jest też przewodniczącym Zespołu ds. budżetu, wynagrodzeń i świadczeń socjalnych w RDS i pracownikiem Uniwersytetu Warszawskiego

4 sposoby na wyróżnienie sklepu online na tle konkurencji

Ostatnio większość firm przenosi swoją działalność do sieci. Sklepy online wyrastają jak grzyby po deszczu, nic więc dziwnego, że konkurencja jest olbrzymia. Jakość produktów nie przesądza już o sukcesie podjętego przedsięwzięcia. Trzeba jeszcze zaplanować odpowiednią akcję marketingową, a  przede wszystkim wyróżnić się czymś na tle innych. Budowanie niekonwencjonalnego wizerunku nie musi być jednak trudne. Wystarczy wykorzystać poniższe pomysły, a twój internetowy biznes zyska nowe oblicze.

  1. Zaproponuj aktywację na profilu swojej firmy w mediach społecznościowych.

Prowadzenie strony na popularnych portalach społecznościowych to istotny aspekt współczesnego marketingu. Publikowanie postów i zdjęć zapewni stały kontakt z klientem, ale trzeba jeszcze w umiejętny sposób przyciągnąć jego uwagę. Dobrym pomysłem jest zaproszenie odbiorców do udziału w specjalnej aktywacji. Prowadzisz sklep z ubraniami? Zorganizuj konkurs na najciekawszą stylizację. Sprzedajesz książki? Zaproponuj, by klienci nagrywali filmik z recenzją ulubionej z nich. Sposobów na zaangażowanie odbiorców jest wiele. Ważne, by aktywacja była oryginalna, a jej wykonanie zabierało niewiele czasu. Nagroda dla autora najciekawszej odpowiedzi dodatkowo zmobilizuje odbiorców.pudla-kartonowe-prezenty

  1. Zadbaj o projekt firmowego opakowania.

Budowanie korzystnego wizerunku to nie tylko zakrojona na szeroką skalę promocja w mediach, lecz także dbałość o estetykę opakowania naszego produktu. Pudełko dociera do każdego klienta, możesz więc zmienić je w profesjonalną reklamę. Właśnie taką usługę oferuje nam polski producent opakowań kartonowych, Kartony24. Wystarczy, że wybierzesz interesujący cię rodzaj kartonu, hasło i logo, a potem otrzymasz spersonalizowany projekt opakowania z nadrukiem. Grafika kojarzona z twoją firmą z pewnością przykuje uwagę klientów, a ponadto sprawi, że wykażesz się profesjonalizmem i dbałością o najdrobniejszy szczegół. Interesującym rozwiązaniem jest także zastosowanie specjalnej taśmy z nadrukiem, za pomocą której zwykłe pudełko zamienisz w estetyczne opakowanie firmowe. I to zaledwie w kilka sekund!

  1. Dołącz do zamówienia gadżety reklamowe.

Przygotuj dla klientów coś specjalnego. Możesz podarować im zakładkę z zabawnym cytatem, kalendarz ze śmieszną grafiką lub specjalną kartę z podziękowaniem za zakupy w twoim sklepie. Do większych zamówień dołącz kubek albo koszulkę z interesującymi cytatami. Każdy lubi dostawać upominki, więc dzięki takim gratisom klienci z pewnością zapamiętają twój sklep, a zakładka w książce lub kalendarz na ścianie będą stale przypominać o możliwości zrobienia zakupów na twojej stronie. Można także rozważyć przekazanie bonu z kodem rabatowym na kolejne zakupy.

  1. Wykorzystuj rozwiązania ekologiczne

Troska o środowisko to ważna sprawa. Pokaż swoim klientom, że dbasz o klimat i naturę. Możliwości w tym zakresie jest wiele. W niektórych sklepach internetowych zamiast taśm do owijania kartonu wykorzystuje się sznurek. Pustą przestrzeń w pudełku można wypełnić natomiast skropakiem ekologicznym, wykonanym ze składników pochodzenia roślinnego. U producentów dostępne są także wytrzymałe taśmy papierowe, w całości podlegające recyklingowi. Korzystanie z takich rozwiązań pozwoli wyjść naprzeciw oczekiwaniom osób, którym kwestia ekologii nie jest obojętna. Klienci docenią i zapamiętają twoje starania. Ponadto w ten sposób połączysz marketing z wypełnianiem ważnej misji społecznej.

Powyższe wskazówki stanowią dowód, że budowanie korzystnego wizerunku sklepu internetowego to niekiedy kwestia dopracowywania detali. Jednak to właśnie detale sprawiają, że nasze produkty zyskują unikalny charakter, a klienci chcą do nas wracać. W marketingu nie można więc bagatelizować szczegółów, nawet projektu opakowania towaru. Takie elementy składają się na budowanie ogólnego wizerunku przedsiębiorstwa i przyczyniają się do odniesienia sukcesu.

Cyberprzestępcy atakują systemy przemysłowe, firmy zwiększają budżety i łatają luki

Środowiska, w których stosowane są techniki operacyjne (OT), są coraz częstszym celem cyberprzestępców. Jedynie 8% firm w ciągu ostatniego roku nie doświadczyło ich aktywności – wynika z „Raportu o stanie bezpieczeństwa technik operacyjnych 2020” opracowanego przez Fortinet. Jednocześnie nakłady finansowe na cyberbezpieczeństwo rosną, ponieważ zarządy firm dostrzegają jego kluczową rolę w zapewnieniu ciągłości biznesowej i produkcyjnej.

Ochrona procesów związanych z technikami operacyjnymi (OT) jest coraz większym wyzwaniem, ponieważ obejmuje ona wielkie fabryki, zakłady użyteczności publicznej, służby zdrowia, transportu publicznego, obiekty energetyczne i inną infrastrukturę krytyczną. Zabezpieczenie przemysłowych systemów kontroli przed cyberzagrożeniami to jeden z priorytetów dla osób zarządzających sieciami OT. Pomimo poświęcania temu zagadnieniu dużej uwagi, ciągłość biznesowa jest coraz bardziej zagrożona, głównie z powodu stale rosnącej liczby ataków, ich zróżnicowania i zaawansowania. Tym problemom zostało poświęcone badanie przeprowadzone przez Fortinet wśród osób odpowiedzialnych za techniki operacyjne w przedsiębiorstwach z branż: produkcyjnej, energetycznej, użyteczności publicznej, ochrony zdrowia i transportowej.

Skala ataków jest ogromna

Z wydanego na podstawie badania „Raportu o stanie bezpieczeństwa technik operacyjnych”[1] wynika, że tylko 8% firm w ciągu ostatnich 12 miesięcy nie zaobserwowało żadnego przypadku naruszenia bezpieczeństwa OT. W tym samym czasie 90% respondentów doświadczyło co najmniej jednego włamania, 72% – trzech lub więcej włamań, a 26% – sześciu lub więcej włamań.

Ponad połowa badanych (51%) przyznała, że w wyniku ataków ich firma odnotowała spadek wydajności, 37% stwierdziło, że przestoje operacyjne miały wpływ na osiągane dochody. Według 39% ankietowanych atak miał wpływ na fizyczne bezpieczeństwo, co stanowi poważny problem, biorąc pod uwagę charakter pracy i strategiczne znaczenie obiektów przemysłowych.

Wśród najczęstszych rodzajów zagrożeń wymieniane było użycie złośliwego oprogramowania (60%), phishing (43%), ransomware (37%), ataki typu DDoS (27%) oraz wewnętrzne naruszenia bezpieczeństwa informacji (18%).

CISO zajmą się bezpieczeństwem OT?

Osoby odpowiedzialne za techniki operacyjne w razie zaobserwowania problemów zazwyczaj zgłaszają się do osób wyższych rangą w przedsiębiorstwie, takich jak przedstawiciele zarządu czy dyrekcja. Zdecydowana większość z nich (80%) jest również regularnie zaangażowana w podejmowanie decyzji dotyczących cyberbezpieczeństwa (przy czym połowa ma prawo do ostatecznego głosu), a 71% jest regularnie zaangażowanych w strategię bezpieczeństwa IT.

Warto też zwrócić uwagę, że kwestie związane z bezpieczeństwem OT wkrótce staną się obowiązkiem CISO (dyrektorów ds. bezpieczeństwa informacji). Ta zmiana jest nieuchronna: większość (61%) respondentów oczekuje, że ich CISO przejmie wszystkie obowiązki związane z bezpieczeństwem OT w ciągu nadchodzącego roku. Jest to prawdopodobnie spowodowane zwiększonym ryzykiem związanym z coraz częściej obserwowanym łączeniem systemów OT i IT oraz ich wpływem na zachowanie ciągłości funkcjonowania przedsiębiorstwa.

Podstawowe środki cyberochrony nie występują powszechnie w infrastrukturach OT

Raport opracowany przez Fortinet ukazał również istnienie luk w zabezpieczeniach infrastruktury OT w wielu firmach. W przypadku około 40-50% badanych przedsiębiorstw brakowało: rozwiązań zapewniających bezpieczeństwo informacji i zarządzanie zdarzeniami (SIEM), technicznego centrum operacyjnego (TOC), centrum operacyjnego ds. bezpieczeństwa (SOC), sieciowego centrum operacyjnego (NOC), wewnętrznej segmentacji sieci, kontroli dostępu do niej czy uwierzytelniania wieloskładnikowego.

Ponad połowa (58%) przedsiębiorstw dysponuje w 2020 r. wyższymi budżetami. Natomiast 15% doświadcza spadków finansowych, co może być związane m.in. z utratą przychodów związanych z pandemią COVID-19.

Analiza bezpieczeństwa pozostaje wyzwaniem

Wśród najczęściej wykrywanych i zgłaszanych problemów z bezpieczeństwem znajdują się podatności (64%), włamania (57%) oraz redukcja kosztów wynikająca z działań w zakresie cyberbezpieczeństwa (58%). Z drugiej strony mniej niż połowa przedsiębiorstw (43%) raportuje wyniki analiz ryzyka, a nawet 50% nie udostępnia rutynowo podstawowych danych na temat cyberbezpieczeństwa kadrze kierowniczej wyższego szczebla.

Jako jedne z najważniejszych rozwiązań z zakresu bezpieczeństwa były wymieniane także narzędzia do analizy i monitorowania zagrożeń, przy czym większość respondentów (58%) umieściła je w pierwszej trójce. Jednocześnie 53% badanych stwierdziło, że rozwiązania ochronne utrudniają elastyczność operacyjną, a według połowy ankietowanych powodują one większy stopień skomplikowania środowiska OT.

[1] https://www.fortinet.com/resources-campaign/ot/state-of-operational-technology-and-cybersecurity-2

Kurs dolara już na poziomie 3,75 zł. Dane z USA znów rozczarowują

Dawno nie było tak złej passy dolara. Z dnia na dzień traci coraz bardziej, a wielu analityków zastanawia się, gdzie jest kres tego ruchu. W niecały miesiąc dolar stracił ponad 5 centów względem euro.

Dane z USA znów rozczarowują

Piątek był kolejnym dniem słabości dolara. Tym razem do tej sytuacji przyczyniły się gorsze dane z indeksów PMI. O ile przemysłowy subindeks wygląda całkiem przyzwoicie, o tyle ten dla usług okazał się znacznie słabszy. W rezultacie po raz kolejny byliśmy świadkami odwrotu od amerykańskiej waluty. W ciągu niecałego miesiąca za jedno euro płacimy już nie 1,12 dolara, a 1,17 dolara. To dlatego jego cena w złotych spadła do 3,75 zł.

Lepsze perspektywy w Niemczech

Dzisiaj poznaliśmy odczyt indeksu IFO u naszego zachodniego sąsiada. Wynik 90,5 punktów to nie jest coś, czym normalnie powinniśmy się cieszyć, ale to dalszy wzrost i to punkt  powyżej oczekiwań analityków. Rosnący optymizm przekłada się również na sytuację w Polsce. Niemcy są w końcu głównym odbiorcą polskiego eksportu, zatem potencjalna poprawa koniunktury za Odrą powinna dobrze wpłynąć na złotego.

Dobre nastroje na Wyspach

W piątek pojawiły się indeksy PMI z Wielkiej Brytanii. Indeks okazał się znacznie lepszy od oczekiwań analityków. Wskaźnik dla przemysłu wyniósł 53,6 pkt wobec oczekiwanych 52 pkt, z kolei dla usług aż 56,6 pkt wobec oczekiwań na poziomie 51,5 pkt. Po tych danych funt zyskiwał zarówno względem euro, jak i dolara. Jak widać, pomimo negocjacji brexitowych, optymizm na Wyspy wraca.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych:

14:30 – USA – zamówiena na dobra.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Trójmiasto najatrakcyjniejszą lokalizacją z perspektywy sektora nowoczesnych usług biznesowych

W polskich miastach działa już ponad półtora tysiąca centrów usług biznesowych, zatrudniających łącznie ponad 338 000 specjalistów. Chociaż najpopularniejsze są ciągle Warszawa, Wrocław i Kraków, kolejne inwestycje trafiają również do mniejszych ośrodków – Lublina, Bydgoszczy, Chełma. Najatrakcyjniejszą lokalizacją z perspektywy inwestorów jest dziś Trójmiasto. Takie wnioski płyną z najnowszego raportu ABSL Sektor Usług Biznesowych w Polsce.

Sektor usług nowoczesnych w Polsce tworzy obecnie 1513 centrów obsługi procesów biznesowych (BPO), usług wspólnych (SSC/GBS), usług IT oraz centrów badawczo-rozwojowych (R&D). W branży pracuje już ponad 338 000 specjalistów. Zatrudnia ich łącznie 970 firm, z czego aż 71% to inwestorzy zagraniczni. Dzięki temu usługi dla biznesu wyrosły na lidera polskiego eksportu.

Nowoczesne usługi biznesowe mają duży udział w wydostawaniu się Polski z pułapki średniego dochodu, a Polska wraz ze swoją ofertą staje się jedną z najatrakcyjniejszych lokalizacji. Warto podkreślić, że obecnie blisko co piąta firma z listy Fortune Global 500 zainwestowała w Polsce. Jest to dobitny przykład na to, że jako rynek osiągnęliśmy dojrzałość. Świadczymy coraz bardziej złożone usługi, wymagające wysokich kwalifikacji – mówi Wojciech Popławski, wiceprezes ABSL, Związku Liderów Sektora Usług Biznesowych.

Przyczółek Warszawa

Raport ABSL Sektor Usług Biznesowych w Polsce wskazuje, że najwięcej centrów usług dla biznesu działa w Warszawie (279). Pracuje w nich 64 000 osób. Na kolejnych miejscach jest Kraków (234 centra i rekordowe 77 700 pracowników) i Wrocław (188 centra, 51 900 pracowników). Następne trzy lokalizacje, w których działa ponad 100 centrów w każdym, to Trójmiasto (158 centra, 27 900 pracowników), Poznań (113 centra, 18 200 pracowników) i GZM, czyli Górnośląsko – Zagłębiowska Metropolia (110 centra, 25 800 pracowników). Największe polskie miasta są ciągle preferowanymi lokalizacjami dla nowych centrów, szczególnie w przypadku pierwszej inwestycji danej firmy w kraju. Duże znaczenie ma dostępność nowoczesnej powierzchni biurowej, a w opinii inwestorów najatrakcyjniejszą ofertą może pochwalić się ex aequo Trójmiasto i Warszawa. Rośnie jednak znaczenie mniejszych ośrodków. W zeszłym roku nowe inwestycje pojawiły się w Lublinie (6), Bydgoszczy (3), Chełmie (3) i Białymstoku (2). Po jednym centrum powstało też w Kielcach, Elblągu, Olsztynie, Radomiu, Tarnowie i Płocku.

Trójmiasto liderem

Przedstawiciele branży usług dla biznesu uznali Trójmiasto za najlepszą lokalizację dla inwestycji w Polsce. Jak wynika z raportu ABSL, rośnie specjalizacja polskiego sektora usług dla biznesu. O ile początkowo polskie centra wykonywały na rzecz międzynarodowych korporacji głównie prace administracyjne, dziś coraz częściej odpowiedzialne są za skomplikowane procesy biznesowe, badania i rozwój oraz IT. Wraz ze specjalizacją rośnie wartość dodana świadczonych w Polsce usług oraz poziom płac w sektorze. Na lidera tej zmiany wyrasta Trójmiasto. Wśród blisko 28 tysięcy pracowników trójmiejskiego sektora, aż 43% pracuje w IT (dla porównania, w Warszawie odsetek ten wynosi 25%, a w Krakowie 20%). Kolejne 16% zatrudnionych jest w centrach badań i rozwoju (w Warszawie i Krakowie odpowiednio 10% i 13%). Duży udział zatrudnionych w centrach IT jest też w Katowicach i GZM (najwyższy odsetek wśród dużych miast, aż 45%), gdzie jednak stosunkowo mało pracowników zajmuje się badaniami i rozwojem (niecałe 4% pracowników sektora).

Nasza technologiczna specjalizacja została zauważona również zagranicą. W niedawno opublikowanym rankingu fDi X TNW Tech Cities of the Future 2020/21 – FDI Strategy oceniającym lokalizacje dla rozwoju biznesu technologicznego, uplasowaliśmy się na 4. miejscu tuż za największymi aglomeracjami Europy takimi jak Londyn, Barcelona i Berlin. Autorzy przeprowadzili ewaluację strategii ponad 50 lokalnych samorządów, miast, aglomeracji skupiając się na możliwościach rozwoju globalnie zsieciowanego i wspierającego ekosystemu, którego nadrzędnym celem jest ułatwienie rozwoju innowacjiMarcin Grzegory, Zastępca Dyrektora, Invest in Pomerania.

Jakość życia

W tegorocznym raporcie ABSL najatrakcyjniejszych lokalizacji inwestycyjnych tuż za Trójmiastem na podium znalazł się zeszłoroczny czempion – Poznań. Trzecie miejsce w rankingu, podobnie jak w zeszłym roku, przypadło Wrocławowi. Kraków – z najlepszymi według respondentów zasobami kadrowymi – oraz Warszawa – z najlepszą komunikacją lotniczą – znalazły się poza pierwszą trójką. Zwycięzca rankingu swoją pozycję zawdzięcza m.in. najwyższej ocenie ogólnej jakości życia, komunikacji kolejowej i miejskiej, dostępności powierzchni biurowych oraz współpracy z lokalną jednostką obsługi inwestorów – Na dzisiejszą pozycję Trójmiasta wpłynęła przede wszystkim konsekwentna polityka rozwojowa, choćby w zakresie infrastruktury biznesowej. Jako agencja, której celem jest przyciąganie inwestorów, staramy się wspierać ich na każdym etapie procesu inwestycyjnego, dlatego zdecydowaliśmy się powołać rzecznika inwestorówtłumaczy Grzegory z Invest in Pomerania.

Istotnym czynnikiem przyciągającym inwestorów w sektorze usług dla biznesu jest też jakość życia. – Wykwalifikowana kadra, o jaką zabiegają pracodawcy, coraz bardziej zwraca uwagę na warunki życia w danym mieście. W przypadku Trójmiasta atutem są naturalne warunki, takie jak bliskość morza, czyste powietrze i tereny zielone. Podejmując decyzję o relokacji pracownicy biorą pod uwagę również poziom usług publicznych i ofertę kulturalną miastadodaje Grzegory.

Pierwsza pływająca farma wiatrowa w Europie kontynentalnej jest już w pełni operacyjna

  • Ostatnia platforma WindFloat Atlantic została podłączona do sieci, a farma wiatrowa została w pełni oddana do użytku.
  • Trzy jednostki zasilają portugalską sieć elektroenergetyczną energią generowaną przez turbiny wiatrowe o mocy 8,4 MW każda. Są to największe turbiny na świecie zainstalowane do tej pory na pływającej platformie.
  • Oddanie do użytku tej pływającej farmy wiatrowej stanowi przełomowe osiągnięcie dla całej branży; technologia ta przyczynia się do dywersyfikacji źródeł energii, umożliwia dostęp do niewykorzystanych zasobów wiatrowych na obszarach morskich i stanowi istotny krok technologiczny w kierunku gospodarki zeroemisyjnej.
  • WindFloat Atlantic, o łącznej mocy zainstalowanej 25 MW, jest pierwszą półzanurzalną pływającą farmą wiatrową na świecie.

WindFloat Atlantic jest obecnie w pełni operacyjna i przesyła czystą energię do portugalskiej sieci elektroenergetycznej. Budowę farmy wiatrowej zakończyło podłączenie ostatniej z trzech platform do kabla przesyłowego o długości 20 km, który łączy farmę wiatrową ze stacją elektroenergetyczną w Viana do Castelo w Portugalii. WindFloat Atlantic, o łącznej mocy zainstalowanej 25 MW, jest pierwszą na świecie półzanurzalną pływającą farmą wiatrową. Wytwarzana przez nią energia elektryczna będzie w stanie pokryć roczne zapotrzebowanie 60 000 użytkowników i pozwoli uniknąć emisji blisko 1,1 miliona ton CO2.

Zamknięcie tego etapu potwierdza sukces dziesięcioletniego projektu realizowanego przez joint-venture Windplus i otwiera możliwości korzystania z najlepszych zasobów wiatrowych na wcześniej niedostępnych głębokich wodach. Windplus z powodzeniem zainstalował i podłączył trzy platformy, z których każda ma 30 m wysokości i składa się z trzech kolumn rozmieszczonych w odległości 50 m od siebie; platformy są przystosowane do udźwignięcia turbin wiatrowych o mocy 8,4 MW — największych, jakie zostały do tej pory zainstalowane na pływającej platformie.

Projekt zawdzięcza swój sukces wykorzystanym rozwiązaniom technologicznym. Przykładowo — technologia cumowania pozwala na zainstalowanie platform na obszarach morskich o głębokości powyżej 100 m, a rozwiązania projektowe zapewniają platformom stabilność w niesprzyjających warunkach pogodowych i morskich. Kolejny kluczowy czynnik stanowi sposób montażu: montaż w suchym doku pozwolił na znaczne oszczędności logistyczne i finansowe, a platformy były transportowane przy użyciu standardowych jednostek holowniczych.

Dzięki przyjętym rozwiązaniom technicznym model WindFloat Atlantic może zostać powielony w innych lokalizacjach, w których niedogodne warunki dna morskiego lub duża głębokość wykluczają możliwość zastosowania tradycyjnych, montowanych na stałe do podłoża farm wiatrowych.