Polacy podczas pandemii docenili więzy rodzinne i kontakt z ludźmi. Brakowało im przestrzeni i dostępu do rozrywki

Pandemia i przymusowa izolacja sprawiły, że bardziej doceniamy wartość rodzinnych i przyjacielskich więzów – wynika z Barometru Providenta. Po zniesieniu obostrzeń większość z nas chce wrócić do dawnych przyzwyczajeń. Blisko połowa osób deklaruje, że w ciągu trzech najbliższych miesięcy zamierza spotykać się ze znajomymi częściej i regularniej. Inni już planują wakacyjne wyjazdy i zaległe badania lekarskie.

– Najwięcej Polaków, bo około 60 proc., wskazuje na to, że najbardziej brakowało im spotkań z rodziną i przyjaciółmi. Przede wszystkim odczuwali samotność i chęć przebywania wśród ludzi – mówi agencji Newseria Biznes Karolina Łuczak, rzeczniczka Provident Polska.

Z badania Barometr Providenta wynika, że za towarzystwem najbardziej tęsknili najmłodsi – 66 proc. osób poniżej 25. roku życia. Na tęsknotę za najbliższą rodziną lub przyjaciółmi skarży się też 46 proc. osób powyżej 50. roku życia. Okres izolacji sprawił, że doceniamy nasze relacje i chcemy nadrabiać zaległości. Prawie połowa badanych zadeklarowała, że w kolejnych miesiącach chce spotykać się ze znajomymi częściej i bardziej regularnie.

– Brakowało nam ludzi, ale też przestrzeni. Z drugiej strony osoby, które przebywały cały czas w środowisku najbliższych osób, potrzebowały wyjścia, świeżego oddechu, żeby nie przebywać cały czas, 24 godziny na dobę w jednym środowisku – wskazuje Karolina Łuczak.

Polacy narzekali też na brak możliwości spędzania wolnego czasu w taki sam sposób, jak robili to wcześniej. Tęsknią za atrakcjami kulturalnymi (42 proc.), wyjazdami (blisko 37 proc.), wyjściami do restauracji i klubu (34,5 proc.) czy aktywnością sportową (ok. 32 proc.). Brakuje im też swobody w zakresie podróżowania oraz możliwości bezpośredniej i bezpiecznej wizyty u lekarza.

– Kiedy zadaliśmy Polakom pytanie, co planują zrobić w momencie, kiedy pandemia się skończy, prawie 40 proc. osób powiedziało, że w ciągu trzech miesięcy wybiorą się w podróż, wrócą do swobodnego wyjeżdżania i przemieszczania się. Około 30 proc. powiedziało, że wróci do kin, teatrów i innych rozrywek. Ale też ok. 30 proc., głównie osób starszych, chce nadrobić opóźnienia związane z badaniami lekarskimi – podkreśla rzeczniczka Provident Polska.

Dla większości Polaków pandemia była bardzo uciążliwa. Blisko 60 proc. narzekało na noszenie rękawiczek czy maseczek ochronnych. Jednak w tej całej sytuacji potrafimy dostrzegać plusy. Doceniamy takie pozytywne aspekty jak nadrobienie zaległości kulturalnych w domu (40 proc.) czy większą dbałość o higienę (50 proc.). Przykładowo ponad 38 proc. badanych zamierza zachowywać większy dystans wobec osób w przestrzeni publicznej, podobny odsetek twierdzi, że będzie jak najrzadziej dotykać przedmiotów w tych miejscach.

– Jeśli chodzi o to, czego nas ta pandemia nauczyła, to Polacy wskazują, że z jednej strony jest to bardziej skrupulatne i dokładne mycie rąk, ale z drugiej strony to zmiana nawyków zakupowych. Wiele osób powiedziało, że dzięki pandemii nie wydawało pieniędzy na niepotrzebne rzeczy, lepiej trzymało swój budżet domowy i zamierza to kontynuować, również robiąc zakupy w internecie – mówi Karolina Łuczak.

Trendy w opakowaniach nie tylko dla e-commerce

Choć często się o nim zapomina, to dobre opakowanie pełni niezmiernie ważne funkcje w przypadku niemal każdego towarów – bez względu na to, czy sprzedajemy go online, czy w stacjonarnych sklepach.

Również w tym przypadku mamy bowiem do czynienia z szeregiem trendów, które wynikają z potrzeb rynku oraz oczekiwań klientów.

Jakie zatem powinny być opakowania przyciągające wzrok i przekonujące do zakupu? O tym opowiemy poniżej.

Do czego służy dobre opakowanie?

Opakowania spełniają szereg istotnych funkcji, niezmiernie ważnych dla każdego produktu. Przede wszystkim zabezpieczają towary przez zabrudzeniem i uszkodzeniem, co mogłoby wpłynąć na estetykę oraz komfort użytkowania. Źle dobrane lub uszkodzone opakowanie w niektórych przypadkach potrafią prowadzić do zmian właściwości fizykochemicznych produktu lub wręcz jego zepsucia. Dla konsumenta wiąże się to z koniecznością wyrzucenia lub zwrócenia przedmiotu. Dla producenta lub sprzedawcy oczywiście wpływa to na powstanie strat generujących dodatkowe koszty.

W wielu przypadkach opakowania stanowią nośnik ważnych informacji na temat produktu. Umieszcza się na nich skład (żywność, chemia lub odzież), parametry techniczne, instrukcję obsługi oraz wszelkie certyfikaty, które uzyskał konkretny przedmiot. Dzięki nim konsument może podjąć świadomą decyzję i wybrać najlepszy dla niego produkt.

Część informacji na etykietach jest wręcz wymagana przez przepisy prawa lokalnego lub unijnego.

Opakowania coraz częściej pełnią funkcję marketingową, stając się spójnym elementem identyfikacji wizualnej firmy. Niejeden producent opakowań oferuje swoim klientom możliwość zamówienia materiałów pakowych z logotypem, hasłami reklamowymi lub rozmaitymi grafikami, łączącymi funkcję promocyjną z ciekawą estetyką.

Trendy w opakowaniach 2020

Opakowania bywają różne i przede wszystkim muszą być dopasowane do potrzeb produktu oraz danej firmy. Nie oznacza to jednak, że nie podlegają zmianom, wynikającym z oczekiwań rynku.

Podobnie jak w wielu innych dziedzinach designu, również w przypadku opakowań obserwujemy obecnie zafascynowanie skrajnym minimalizmem i geometryzacją formy. Pudełka oraz inne materiały pakowe są maksymalnie uproszczone. Często wykonuje się je w jednym kolorze, ewentualnie z pojedynczymi akcentami barwnymi, w wyrazistej, intensywnej barwie.

Drugim, niezmiernie silnym trendem są eko-opakowania. Głośno mówi się o konieczności zmniejszenia ilości tworzyw sztucznych w opakowaniach rozmaitych produktów. Za tym trendem podążają oczywiście wielkie marki, ale także lokalni sprzedawcy.

Stawia się znacznie chętniej niż jeszcze kilka lat temu na materiały z recyklingu. Nawet biznesy utożsamiane z produktami premium pakują swoje towary w papierowe, niebielone torebki lub szary papier.

Wiele firm, gdy tylko jest to możliwe, wykorzystuje opakowania wielokrotnego użytku lub rozwiązania biodegradowalne. Wszystko po to, żeby zmniejszyć ilość odpadów zalegających na wysypiskach śmieci.

Wzrost poziomu recyklingu to wbrew pozorom nie tylko korzyść dla środowiska naturalnego. Zyskuje na tym również sam przemysł. W jaki sposób? Odzyskiwanie wcześniejszych odpadów opakowaniowych do wytwarzania surowca na nowe pudełka znacząco zmniejsza zapotrzebowanie na zakup nowych materiałów. A to prowadzi do zmniejszenia kosztów, większej efektywności procesu oraz usprawnienia funkcjonowania poszczególnych ogniw w nawet bardzo rozbudowanych łańcuchach dostaw.

Równocześnie zatem zyskuje środowisko naturalne, przemysł oraz oczywiście konsumenci.

Wielu z nich jest wręcz gotowych zapłacić nieco więcej za produkt, byle tylko był on zapakowany w materiały biodegradowalne lub poddawane późniejszemu recyklingowi.

Opakowania – rozwiązania dla e-commerce

e-Commerce rozwija się w olbrzymim tempie, wymuszając wielkie zmiany w różnych gałęziach gospodarki – od produkcji aż do opakowań. To w dużej mierze handel internetowy dyktuje trendy oraz wpływa na kształt branży.

Każde opakowanie musi być praktyczne, trwałe i odporne na uszkodzenia. Równocześnie powinno wyróżniać się ciekawą estetyką oraz nawiązywać do wizji firmy.

Warto zatem przyjrzeć się dobrze i zaprojektować opakowania, które spełnią wszystkie oczekiwania. To klucz do zwiększenia popularności marki oraz wzrostu zadowolenia klientów.

Coraz więcej pracowników wraca z pracy zdalnej do biur. Pandemia zmieni model pracy i rynek najmu powierzchni biurowej

Po tygodniach pracy zdalnej biura przygotowują się na powrót pracowników. Kluczowe jest zapewnienie bezpieczeństwa osób w biurze, czyli m.in. odpowiedniego dystansu i dezynfekcji miejsc wspólnych. Zarządców biur może też wspomóc technologia, np. aplikacje, które pozwalają na bezdotykowe otwieranie drzwi czy sprawdzające liczbę osób w danym pomieszczeniu. Wraz z powrotem pracowników do biur wraca też zainteresowanie wynajmem powierzchni biurowej. – Dzisiaj jest dobra okazja, żeby podpisywać kontrakty ze względu na lepsze warunki niż jeszcze kilka miesięcy temu – ocenia Sebastian Świstak z Cavatina Holding.

– Firmy powinny przygotować biura na powrót pracowników, aby zapewnić im maksymalne bezpieczeństwo oraz zdrowie. To szereg rozwiązań, które rekomenduje Ministerstwo Zdrowia. Z pewnością musimy zachować zasady dystansu. Części wspólne budynku muszą być regularnie czyszczone, a podajniki na płyn dezynfekujący powinny być przy każdym wejściu do budynku – mówi agencji Newseria Biznes Sebastian Świstak, dyrektor ds. komercjalizacji w warszawskim oddziale Cavatina Holding.

Po tygodniach przymusowej kwarantanny i pracy zdalnej pracownicy wracają do biur. Aby zminimalizować ryzyko zarażenia się koronawirusem, potrzebna jest pewna reorganizacja biura, żeby zwiększyć powierzchnię, która przypada na jednego pracownika. Przykładowo do pracy można przystosować strefy relaksu czy sale konferencyjne, dzięki czemu można zapewnić odpowiedni dystans między pracownikami. To wymusza pewne zmiany zarówno po stronie firm, jak i zarządców nieruchomości.

– Zarządcy dużo większą uwagę muszą zwrócić na kwestię czystości powierzchni i ich dezynfekcji, ochronę personelu, czyli recepcji i serwisu technicznego – wymienia ekspert z Cavatina Holding. – Bardzo wcześnie zareagowali oni na tę sytuację, bo już w marcu wszystkie procedury zostały wprowadzone, więc powrót większej liczby pracowników do biur nie będzie dla nich większym problemem. Ważną kwestią są koszty eksploatacyjne, gdyż większe środki zostaną wydatkowane na czystość, dezynfekcję. Niemniej jednak podczas pracy zdalnej budynki zasadniczo były puste, stąd nie były w pełni wykorzystywane i eksploatowane, a co za tym idzie – koszty eksploatacyjne w całym roku nie powinny znacząco wzrosnąć.

Zarządcy mogą także uregulować ruch w budynku, np. wprowadzając jednokierunkowe korytarze, żeby unikać zatłoczenia, ale również specjalnie znakować windy, schody, wejścia, żeby usprawnić ten ruch.

Nowy reżim sanitarny w biurach wymusi zmianę sposobu pracy i nawyków pracowników. Przez jakiś czas nie będzie możliwe gromadzenie się dużymi grupami w kuchni czy jadanie posiłków wśród wielu osób.

– Ta ostrożność z nami pozostanie dopóty, dopóki będziemy czuć wewnętrzną obawę, a zagrożenie zdrowotne nie minie – podkreśla Sebastian Świstak.

Organizowane spotkania będą odbywać się w ograniczonym składzie lub też będą łączone z wideokonferencjami.

– Dodatkowym aspektem, który może zapewnić bezpieczeństwo pracowników w firmie, jest praca zmianowa, czyli przykładowo dane zespoły pracują w poszczególne dni i nie spotykają się między sobą. Na pewno będziemy korzystać z pracy zdalnej, choć uważam, że pracownicy chcą już wrócić do biur i szukają kontaktu z ludźmi, tak więc praca zdalna nie zastąpi standardowego modelu pracy, ale raczej będzie jego uzupełnieniem – mówi ekspert z Cavatina Holding. – Możliwe też, że firmy wydłużą godziny pracy tak, aby wszyscy pracownicy nie zaczynali i kończyli dnia o tej samej godzinie.

W zapewnieniu bezpieczeństwa pomocne mogą okazać się rozwiązania technologiczne. Wśród nich są specjalne systemy wentylacji i klimatyzacji, ale także aplikacje na telefon.

– Pozwalają one na bezdotykowe otwieranie bramek na parterze czy drzwi wejściowych do biura. Umożliwiają też rezerwacje sal. Mogą zliczać liczbę osób w danym biurze i w momencie, kiedy przekroczy ona bezpieczny poziom, mogą wysyłać informację do office managera – wyjaśnia Sebastian Świstak.

Pandemia SARS-CoV-2 zmienia też rynek biurowy. Z raportu Knight Frank „Rynek biurowy w Warszawie w I kwartale 2020 roku. Rynek biurowy w epoce post-covid” wynika, że od stycznia do marca 2020 roku na warszawskim rynku biurowym podpisano umowy najmu na niemal 140 tys. mkw. Jest to wynik o niemal 20 proc. niższy niż średni popyt z pierwszych kwartałów w ostatnich pięciu latach. Eksperci wskazują, że aby przyciągnąć nowych najemców, zarządcy będą musieli sięgnąć po zachęty, np. w formie dopłaty do kosztów aranżacji czy okresów bezczynszowych. Najemcy będą też preferowali bardziej elastyczne umowy najmu, np. w zakresie długości trwania umów.

– Dzisiaj jest dobra okazja, żeby podpisywać kontrakty, ponieważ na pewno będą one zawierane na lepszych warunkach niż jeszcze parę miesięcy temu. Kiedy sytuacja w pełni wróci do normalności, za parę miesięcy możemy ponownie wrócić do rynku wynajmującego i na nowo będziemy bardzo aktywnie wynajmować powierzchnie – przekonuje ekspert Cavatina Holding.

Na pewno najemcy szukający biur będą zwracać większą uwagę na ich powierzchnię i możliwość zapewnienia odpowiedniego dystansu między pracownikami. Zdaniem eksperta początkowo może spaść popyt na biura położone na najwyższych piętrach budynków.

– W windach trudno zachować odstęp, a w budynkach wieżowych trudno mówić o możliwości wejścia na 30. piętro. Paradoksalnie powierzchnie na pierwszym lub drugim piętrze mogą zyskać na wartości, choć tylko tymczasowo – podkreśla Sebastian Świstak.

Sytuacja epidemiologiczna w Polsce stopniowo się poprawia. Mimo to medycy i szpitale apelują o utrzymanie dotychczasowego wsparcia

Od wykrycia w Polsce pierwszego przypadku zachorowania na COVID-19 minęły trzy miesiące. Ponad 2,1 tys. osób wciąż jest hospitalizowanych. Mimo że sytuacja powoli się stabilizuje, zapotrzebowanie na środki ochrony osobistej, do dezynfekcji oraz środki czystości wciąż jest ogromne, znacznie większe niż jeszcze w styczniu czy lutym. Dlatego też szpitale i medycy apelują do darczyńców o utrzymanie dotychczasowego wsparcia, bez którego trudno im będzie walczyć z pandemią. Chodzi nie tylko o pomoc materialną, lecz również o pokazanie pracownikom medycznym, jak ważna jest ich praca.

– Szpitale otrzymywały w tym trudnym czasie wiele form pomocy i była nam ona bardzo potrzebna. Dostaliśmy wsparcie od branż związanych m.in. z gastronomią, chemią czy kosmetykami. To było ważne dla pracowników szpitali również ze względów psychologicznych – świadomość, że społeczeństwo się mobilizuje i powstają oddolne ruchy koncernów czy dużych firm, aby wspierać medyków i szpitale w tym trudnym czasie, bardzo nam pomagała – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Iwona Sołtys, kierownik działu obsługi pacjenta w Centralnym Szpitalu Klinicznym MSWiA.

Od wykrycia w Polsce pierwszego przypadku COVID-19 minęły trzy miesiące. W tym czasie zakażonych zostało ponad 24,5 tys. osób. Ponad 1,1 tys. ludzi zmarło, ponad 12 tys. wyzdrowiało, a 2,1 tys. wciąż jest hospitalizowanych. Służba zdrowia podkreśla, że otrzymała w tym czasie dużą pomoc i choć wydaje się, że szczyt pandemii już minął, to wciąż jest ona potrzebna.

 W szpitalach nadal jest zapotrzebowanie na środki ochrony osobistej, artykuły higieniczne, różnego typu środki czystości, bo wciąż musimy bardzo dbać o czystość i dezynfekcję – mówi.

Jak podkreśla, szpitale i placówki medyczne nadal zużywają hurtowe ilości środków higienicznych i środków ochrony osobistej, jak np. maseczki, jednorazowe rękawiczki czy płyny dezynfekujące. Wszystkie oddziały działają bowiem według nowych procedur, które mają zapewnić pracownikom i pacjentom możliwie jak największe bezpieczeństwo. Tymczasem – zwłaszcza na początku pandemii – ceny takich artykułów mocno wzrosły, a ich dostępność była bardzo ograniczona. Dlatego też pomoc otrzymana od darczyńców i firm okazała się konieczna z ekonomicznego punktu widzenia.

W walce z pandemią SARS-CoV-2 biznes stworzył szeroki front: w pomoc włączyły się firmy państwowe oraz prywatne, zarówno duże, jak i te z sektora MŚP. Przekazują szpitalom zarówno środki finansowe, jak i materialne. Jedną z najbardziej pożądanych form pomocy jest zakup sprzętu medycznego, środków ochrony osobistej i środków higienicznych, których placówkom dramatycznie brakuje.

 Będziemy kontynuować naszą pomoc przez kolejne miesiące, aż do momentu, kiedy sytuacja się ustabilizuje – zapewnia Krzysztof Brabander, senior brand manager marki Persil. – W obliczu zagrożenia SARS-CoV-2 wszyscy musimy się zastanowić, jak wspierać funkcjonowanie placówek medycznych i szpitali. Tym, czego najbardziej oczekują i potrzebują pracownicy medyczni, jest wsparcie społeczne – zarówno emocjonalne, jak i materialne.

W ramach pomocy służbie zdrowia marka Persil przekazuje środki piorące ponad 200 placówkom medycznym na terenie całego kraju. Wystarczą one na ok. 80 tys. prań, co oznacza, że każda placówka będzie mogła z nich korzystać przez kolejne trzy miesiące. Z pomocy tej skorzysta około 7 tys. pracowników medycznych, pielęgniarek oraz ratowników.

– Firma Henkel zapewnia także wsparcie rzeczowe dla szpitali i oddziałów zakaźnych w całej Polsce w postaci kosmetyków czy produktów chemii gospodarczej. Zapotrzebowanie na tego typu produkty jest w szpitalach ogromne. Niektóre placówki piorą nawet po 100 razy dziennie – mówi Krzysztof Brabander. – Każda pomoc utwierdzi osoby pracujące na pierwszej linii frontu z koronawirusem w przekonaniu, jak ważna jest ich praca.

Henkel, do którego należy marka Persil, przekazał milion euro na Fundusz Solidarnościowy prowadzony przez Światową Organizację Zdrowia i ONZ oraz kolejny milion euro dla wybranych organizacji walczących z pandemią.

– Trudno wyrokować, co się stanie, gdy pomoc dla szpitali się zakończy. Na pewno będzie to dużo cięższe ekonomicznie dla budżetu wszystkich szpitali w Polsce, choćby właśnie ze względu na koszty zakupu środków dezynfekujących. Apelujemy o to, żeby nie ustawać w niesieniu pomocy, bo dzięki niej będziemy mogli lepiej wszystkich chronić – mówi Iwona Sołtys.

Zgodnie z decyzją rządu od 30 maja w otwartej przestrzeni nie jest już obowiązkowe zasłanianie nosa i ust, pod warunkiem zachowania dwumetrowego odstępu od innych osób. To oznacza, że można już spacerować, jeździć rowerem, chodzić po ulicy, parku czy plaży bez maseczki, ale tylko zachowując odpowiedni dystans społeczny. Maseczki wciąż są obowiązkowe m.in. w sklepach, autobusach i tramwajach, kościołach, urzędach oraz w teatrach i kinach. Te ostatnie zostaną otwarte już 6 czerwca, kiedy rozpocznie się czwarty, ostatni etap odmrażania gospodarki. Wtedy działalność będą mogły wznowić również siłownie i salony masażu, możliwa będzie organizacja wesel do 150 osób, a także targów, wystaw i kongresów, ale w ścisłym reżimie sanitarnym.

Znoszenie kolejnych ograniczeń jest możliwe, ponieważ w większości województw (za wyjątkiem Śląska, Mazowsza i Wielkopolski) liczba zachorowań spada. Jednak rząd podkreśla, że mimo rezygnacji z wielu obostrzeń jedna zasada pozostaje nadal aktualna: wciąż trzeba zachować szczególną ostrożność w kontaktach z innymi.

– Znoszenie ograniczeń w naszym kraju absolutnie nie oznacza, że zagrożenie zakażeniem koronawirusem zniknęło i że możemy pozwolić sobie na nieostrożność, np. nienoszenie maseczek. Nadal musimy się chronić, przestrzegać zasad bezpieczeństwa i zachowywać się rozsądnie – zwłaszcza gdy mamy kontakt z większą liczbą osób w małych, zamkniętych pomieszczeniach – mówi Iwona Sołtys.

W sobotę teatry wznawiają działalność. Spektakle będą grane tylko dla połowy widowni

0

Od 6 czerwca teatry – podobnie jak kina, opery i filharmonie – mogą wznowić działalność w nowym reżimie sanitarnym. Spektakle przy udziale publiczności będą mogły odbywać się tylko przy maksymalnie połowie zajętych miejsc na widowni. Widzowie będą też zobowiązani do noszenia maseczek i podawania swoich danych osobowych. Część teatrów liczy się z tym, że widzowie nie będą szturmować spektakli ze względu na obawę przed zakażeniem. Obecny sezon spisują na straty, skupiając się na zintensyfikowaniu prób i z nadzieją na pełne otwarcie sezonu we wrześniu. Większość podkreśla też, że pandemia oraz związane z nią obostrzenia i wydatki powoduje spustoszenie w budżetach instytucji teatralnych.

Twórcy i teatry błyskawicznie zaadaptowali się do nowej rzeczywistości i przenieśli się do internetu. Wciąż są aktywne w sieci, ale marzą, żeby wrócić do grania na żywo i z publicznością. Trzeba sprostać tej nowej, trudnej sytuacji i wrócić, nie dać o sobie zapomnieć publiczności, która też czeka na powrót do teatru – mówi agencji Newseria Biznes Elżbieta Wrotnowska-Gmyz, dyrektor Instytutu Teatralnego im. Zbigniewa Raszewskiego.

Muzea, galerie sztuki, biblioteki, archiwa i księgarnie działają już od początku maja. Nieco później rząd dopuścił też działalność kin plenerowych, wznowienie prac na planach filmowych oraz ćwiczeń i prób teatralnych. Jednak teatry – podobnie jak kina, opery i filharmonie – na możliwość pełnego wznowienia działalności musiały poczekać jeszcze dłużej. W nowym reżimie sanitarnym mogą przyjmować widzów od soboty, 6 czerwca. Nie jest to wymóg, a jedynie możliwość – decyzję o otwarciu poszczególnych placówek będą podejmować dyrektorzy.

Dyrektorzy teatrów ukuli ostatnio powiedzenie, że teraz od nowa trzeba będzie budować wzajemne zaufanie. Wiemy, że często twórcy stają przed dość dramatycznymi wyborami i muszą decydować, czy np. kontynuować próby z kolegami, którzy należą do grup ryzyka związanych z zakażeniem. Wielu podjęło decyzję, żeby prace nad spektaklami odłożyć na bezpieczniejszy czas. Musimy zachować wszystkie rygory, ale jednocześnie spotykamy się w środowisku z olbrzymim głodem grania – mówi Elżbieta Wrotnowska-Gmyz.

W czasie narodowej kwarantanny i obostrzeń związanych z pandemią SARS-CoV-2 większość teatrów została zamknięta. Spektakle zostały odwołane, a premiery przełożone. Jednak wiele z nich przeniosło część bieżącej działalności do sieci, a widzowie mogli oglądać wybrane spektakle teatralne online. Dyrektor Instytutu Teatralnego przewiduje, że nawet teraz – po zniesieniu obostrzeń – część z nich utrzyma tę możliwość.

– Prawdopodobnie na początku teatry będą działały w dalszym ciągu online, jak i na żywo. Już słyszymy, że zbliżają się pierwsze premiery jeszcze w tym kończącym się sezonie, jak i później. Jednak w nowym sezonie większość teatrów wróci do normalnej pracy, ale ten proces będzie trzeba dobrze zorganizować i zaplanować – podkreśla dyrektor Instytutu Teatralnego.

Część teatrów liczy się z tym, że nawet po otwarciu widzowie – obawiając się o swoje bezpieczeństwo – nie będą masowo kupować biletów. Obecny sezon spisują na straty, skupiając się na zintensyfikowaniu prób i z nadzieją na otwarcie sezonu we wrześniu.

Dla placówek, które wznowią działalność w czerwcu, zostały opublikowane szczegółowe wytyczne na stronach Instytutu Teatralnego, Instytutu Muzyki i Tańca oraz Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. To na dyrektorach będzie spoczywać ciężar zorganizowania bezpiecznego powrotu teatrów do nowej normalności i działania w warunkach pandemii.

Te wytyczne bardzo szczegółowo opisują wszystkie procedury. W zasadzie przenoszą na grunt teatralny wszystkie zasady, z którymi mamy do czynienia na co dzień, czyli zasadę dystansu społecznego, dezynfekcji i częstego mycia rąk czy umożliwienia bezpiecznej pracy w różnych miejscach teatralnych, w których stykają się duże grupy ludzi, np. w kasie, szatni lub foyer – wymienia Elżbieta Wrotnowska-Gmyz.

Zgodnie z rządowymi wytycznymi spektakle przy udziale publiczności będą mogły odbywać się tylko przy maksymalnie połowie zajętych miejsc na widowni. To wyzwanie dla teatrów, które już odczuły ekonomiczne skutki pandemii, bo w większości z nich wpływy z biletów są najistotniejszą częścią budżetu. Co więcej, instytucje czekają też dodatkowe wydatki związane chociażby z zapewnieniem środków dezynfekujących dla obsady, pracowników i widzów.

– Wytyczne dla teatrów mówią również o konieczności odkażania, zaostrzenia reżimu sanitarnego i nadzwyczajnego przestrzegania higieny, podobnie jak wszędzie indziej – mówi dyrektor Instytutu Teatralnego. – Publiczność będzie proszona, żeby przybyć do teatru wcześniej, zarezerwować sobie czas na bezpieczny odbiór wejściówek. Najlepiej jest kupować bilety online, gdyż to nie naraża pracowników kas na styczność z dużymi grupami ludzi. Od publiczności będą też pobierane dane osobowe. Jako widzowie będziemy zobowiązani do podawania swoich danych, aby – w razie, gdyby doszło do zakażenia – można było łatwo odtworzyć grupę osób, które przebywały razem w danym miejscu w danym czasie.

Okres zamknięcia i wszystkie nowe obostrzenia mogą spowodować poważne straty finansowe w budżetach teatrów, a wiele z nich pozostawić w kryzysie.

Został już obiecany i zapowiedziany przez wicepremiera Piotra Glińskiego program rekompensacji strat, który ma zostać wdrożony po ustaniu pandemii. Patrząc realistycznie  będzie to rekompensata tylko części strat, w pewnym zakresie, około 60 proc. Takie rozwiązania są już przyjęte na świecie i w Europie. Jednak bez nich byłoby trudno i nawet częściowe zrekompensowanie strat będzie dla teatrów olbrzymią pomocą – podkreśla Elżbieta Wrotnowska-Gmyz.

Polscy naukowcy badają interakcje koronawirusa z ludzkimi komórkami. Chcą umożliwić szybsze testowanie leków

Polscy naukowcy opracowują platformę elektroniczną symulującą działanie komórki, chcąc zbadać interakcje zachodzące pomiędzy koronawirusem a organizmem. Dzięki niej łatwiej będzie znaleźć sposób na dezaktywowanie SARS-CoV-2 np. podczas transportu próbek od chorych, co ograniczy ryzyko zakażenia pracowników służby zdrowia. Platforma ma też pozwolić na szybsze i bezpieczniejsze testowanie nowych terapii na COVID-19 oraz potencjalnych szczepionek.

– System elektroniczny, nad którym pracujemy, ma służyć do badania nie samego wirusa, tylko de facto jego oddziaływania z komórkami. Każdy wirus atakując komórkę, poniekąd z nią rozmawia, oddziałuje na nią tak, żeby ją przejąć, żeby w niej zacząć się rozmnażać i zakazić nasz organizm. Przy okazji tych interakcji generuje się dużo różnych sygnałów elektrycznych i to jest ta informacja, której poszukujemy, by ją zbadać i opisać – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Robert Bogdanowicz z Wydziału Elektroniki, Telekomunikacji i Informatyki, Katedry Metrologii i Optoelektroniki na Politechnice Gdańskiej.

Opracowywany przez polskich naukowców system opierać się będzie na platformie elektronicznej, zbudowanej z małych kawałków diamentu, na których znajdą się białka charakterystyczne dla powierzchni komórek. Taki układ ma więc symulować prawdziwą komórkę ludzkiego organizmu, do której naukowcy będą zbliżać fragment wirusa.

– Zbliżając się do niej, wirus zacznie „porozumiewać się” elektrycznie, czyli będzie uważał, że to jest komórka. Będzie to jednak powierzchnia elektryczna i zacznie się wymiana sygnałów elektrycznych, a więc komunikacja pomiędzy nimi. I to, co nas najbardziej interesuje, to właśnie to, jakie sygnały elektryczne będą przekazywane w takim układzie – mówi Robert Bogdanowicz.

Na tej podstawie naukowcy będą mogli lepiej zrozumieć interakcje zachodzące pomiędzy wirusem a komórkami organizmu. To z kolei pozwoli zbadać, w jaki sposób można je spowolnić lub zahamować. Z jednej strony chodzi o zapewnienie bezpieczeństwa w transporcie materiału biologicznego pobranego od chorego, a z drugiej – o opracowanie sposobów na to, by  zapobiec rozwojowi choroby COVID-19 poprzez skuteczniejsze testowanie potencjalnych metod terapii.

– Druga rzecz to szybkie testowanie najróżniejszych leków. W tradycyjnej metodzie badania kliniczne polegają na badaniu leków na próbce pacjentów, przy czym jest szereg różnych czynników, które mogą wpływać na ten lek i jego odbiór. Jednak podstawowy zestaw leków można badać wcześniej szybszymi metodami i dopiero z nich wybierać te konkretne leki, które potencjalnie będą już testowane na zwierzętach czy ludziach – dodaje kierownik zespołu badawczego.

Naukowcy z całego świata wciąż poszukują skutecznej metody leczenia choroby wywołanej koronawirusem SARS CoV-2. Światowa Organizacja Zdrowia wznowiła prace nad możliwością stosowania hydroksychlorochiny w leczeniu COVID-19 po tym, jak tydzień wcześniej wstrzymała je z uwagi na ryzyko występowania niebezpiecznych skutków ubocznych. Jednocześnie badacze związani z Uniwersytetem Kalifornijskim testują możliwość leczenia łagodnych przypadków COVID-19 z użyciem powszechnie znanego antybiotyku, jakim jest azytromycyna. Część przypadków choroby wywołanej przez nowego koronawirusa jest leczona preparatem pozyskanym z osocza ozdrowieńców.

Na wymierne efekty badań naukowców z Gdańska będzie można liczyć jeszcze przed końcem roku.

– W pełni funkcjonalny system w fazie testowej powinien być ukończony do końca roku – zapowiada Robert Bogdanowicz. – Ale system to jedno, a informacja o tym, jakie interakcje zachodzą pomiędzy koronawirusem a komórkami i jakie czynniki mogą na nie wpływać, jest najważniejsza. Będziemy chcieli ją upublicznić, podzielić się z innymi zespołami naukowców i lekarzy na całym świecie.

Na świecie potwierdzono dotychczas już ponad 6,5 mln przypadków zarażenia koronawirusem. Niemal 400 tys. osób zmarło w wyniku wywoływanej przez niego choroby COVID-19. W Polsce liczba zarażeń oscyluje w granicach 25 tys., a liczba zgonów przekroczyła tysiąc.

Dzieci i dorośli z rdzeniowym zanikiem mięśni (SMA) skutecznie leczeni w Polsce. Brakuje tylko badań przesiewowych

Postępujące osłabienie i wiotczenie mięśni, które prowadzi do utraty oddechu i śmierci – to objawy SMA, czyli rdzeniowego zaniku mięśni. Z tą poważną chorobą genetyczną rodzi się około 50 dzieci rocznie. Obecnie w Polsce choruje na nią ok. 900 pacjentów w różnym wieku. Od półtora roku w naszym kraju refundowany jest innowacyjny, pierwszy na świecie lek, który pozwala uchronić chorych przed przedwczesną śmiercią i niepełnosprawnością. Wyniki ostatnich badań obserwacyjnych niemieckich lekarzy przeprowadzone wśród dorosłych pacjentów potwierdziły jego skuteczność. Lekarze podkreślają jednak, że aby terapia przyniosła jak najlepsze rezultaty, musi zostać wdrożona jak najwcześniej. 

SMA, czyli rdzeniowy zanik mięśni, to ciężka choroba z grupy schorzeń nerwowo-mięśniowych. Dotyka osoby w różnym wieku, ale w ponad 50 proc. przypadków objawy pojawiają się już w okresie niemowlęcym. Szacuje się, że obecnie w Polsce jest ok. 850–900 chorych z SMA, a każdego roku rodzi się około 50 dzieci z tym schorzeniem. W przebiegu SMA lekarze wyróżniają kilka podtypów.

– Rdzeniowy zanik mięśni dzieli się na kilka typów. Pacjent z SMA 1 nie nabył umiejętności siedzenia. Pacjent z typem SMA 2 to dziecko, które potrafi siedzieć, ale nigdy nie chodziło. Natomiast pacjent z typem SMA 3 chodził, ale później mógł zatracić tę umiejętność. Z kolei najcięższy przebieg ma typ SMA 1, w którym często dziecko rodzi się zdrowe, ale szybko zaczyna stawać się bardzo wiotkie. Czasami te objawy są widoczne już od urodzenia i wtedy bardzo ważne jest, żeby jak najszybciej postawić diagnozę, ponieważ wiotkość i osłabienie siły mięśniowej narasta – mówi agencji Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Maria Mazurkiewicz-Bełdzińska, przewodnicząca Polskiego Towarzystwa Neurologów Dziecięcych, kierownik Kliniki Neurologii Rozwojowej Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.

SMA wywołuje wada genetyczna, wskutek której obumierają neurony w rdzeniu kręgowym odpowiadające za skurcze i rozkurcze mięśni. Brak impulsów nerwowych prowadzi do ogólnego osłabienia i postępującego zaniku mięśni. Mutacja występuje w genie odpowiedzialnym za kodowanie SMN – białka niezbędnego do prawidłowego funkcjonowania neuronów motorycznych. Taką mutację ma w Polsce średnio jedna na 35 osób. Jeżeli oboje rodziców są nosicielami tej wady genetycznej, istnieje 25 proc. ryzyka, że ich dziecko będzie miało SMA.

– Leczenie rdzeniowego zaniku mięśni powinno rozpocząć się jeszcze przed wystąpieniem objawów chorobowych. Jest to możliwe tylko dzięki badaniom przesiewowym noworodków. Są to badania genetyczne, czyli szukamy mutacji odpowiedzialnej za powstanie SMA. Dzięki nim będziemy wiedzieć, który noworodek jest chory lub predysponowany do tego, żeby wystąpiły u niego objawy rdzeniowego zaniku mięśni. Wtedy po konsultacji z rodzicami mamy obowiązek włączyć leczenie – mówi prof. Maria Mazurkiewicz-Bełdzińska.

SMA jest najczęstszą genetyczną przyczyną śmierci dzieci do drugiego roku życia, o ile nie wprowadzi się leczenia. Jednak w przypadkach, kiedy zostało ono wdrożone jeszcze przed pojawieniem się objawów bądź na ich wczesnym etapie, dzieci z tym schorzeniem rozwijają się podobnie jak ich zdrowi rówieśnicy.

– Rdzeniowy zanik mięśni – szczególnie ten wczesnodziecięcy, typu 1 – jest chorobą szybko postępującą. Bywa, że w ciągu dosłownie kilku tygodni na naszych oczach dochodzi do bardzo szybkiego pogorszenia funkcji ruchowych. Dlatego absolutnie kluczowe jest wczesne rozpoznanie i podanie leku. Wprowadzenie w Polsce – wzorem krajów Europy Zachodniej – powszechnego screeningu noworodków byłoby idealnym rozwiązaniem i pozwoliłoby uchronić dzieci przed niepełnosprawnością – mówi prof. dr hab. n. med. Anna Kostera-Pruszczyk, kierownik Kliniki Neurologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

– Leczenie zapobiega pojawieniu się objawów. Jeżeli już się pojawiły, to znaczy, że mięśnie zaczęły zanikać. Chory będzie słabł i w mniejszym lub większym stopniu będzie niepełnosprawny. Wprowadzenie badań przesiewowych w kierunku SMA jest względnie niedrogie i mogłoby uratować przed niepełnosprawnością kilkadziesiąt dzieci rocznie. Zwłaszcza że w Polsce mamy bardzo dobre refundowane leczenie i te dzieci mogłyby być leczone na wczesnym etapie choroby, kiedy tylko wada genetyczna zostanie zidentyfikowana – dodaje Kacper Ruciński, założyciel i członek Rady Strategicznej Fundacji SMA.

Dzięki nowym lekom pacjenci nawet z najcięższym przebiegiem choroby osiągają zdolność samodzielnego siedzenia, a niektórzy – chodzenia. To ogromny przełom w leczeniu SMA.

– Jeszcze dwa lata temu rozpoznanie SMA było wyrokiem. Mogliśmy opiekować się pacjentem tylko w ramach rehabilitacji, wsparcia gastroenterologicznego, oddechowego itd. Jednak neurologicznie nie potrafiliśmy zrobić nic – mówi prof. Maria Mazurkiewicz-Bełdzińska. – W tej chwili dysponujemy nieprawdopodobnymi środkami do leczenia takich pacjentów. W Polsce dostępny jest nusinersen w ramach programu lekowego. Do leczenia zakwalifikowanych jest obecnie ponad 600 pacjentów. W populacji dziecięcej tym leczeniem objęta jest znakomita większość i widzimy na co dzień, że efekty są bardzo zadowalające.

Nusinersen jest pierwszym na świecie lekiem zatwierdzonym do leczenia rdzeniowego zaniku mięśni we wszystkich postaciach, u pacjentów w każdym wieku. Ministerstwo Zdrowia objęło go refundacją od stycznia 2019 roku. Już pod koniec tego roku z tej formy leczenia korzystało ok. 60 proc. pacjentów z SMA – zarówno dzieci, jak i dorosłych.

– Mamy lek na chorobę, o której jeszcze na studiach mówiono nam, że jest nieuleczalna. Im wcześniej włączone leczenie, tym postępy chorych są większe – mówi przewodnicząca Polskiego Towarzystwa Neurologów Dziecięcych.

– W klinice, którą kieruję, nusinersenem leczonych jest ponad 60 dorosłych pacjentów i nasze własne obserwacje, chociaż krótkie, dają bardzo dobre wyniki. Obserwujemy poprawę, która znacząco przekłada się na jakość życia naszych pacjentów i ich opiekunów. Różni się ona w zależności od tego, jaki jest początkowy stan pacjenta. Są pacjenci, którzy odzyskują utracone funkcje i praktycznie wracają do pełnej samodzielności – dodaje prof. Anna Kostera-Pruszczyk.

– Szacujemy, że na włączenie leczenia czeka jeszcze około 150–200 chorych. Warto podkreślić, że najmłodsze dzieci z SMA typu 1 przebiegającym bardzo gwałtownie są włączane natychmiast. Jednak są i będą uruchamiane kolejne ośrodki leczące pacjentów dorosłych, żeby dostęp do terapii był jak najlepszy – mówi.

Do tej pory dzięki badaniom klinicznym lekarze dysponowali danymi o znaczącej poprawie funkcji ruchowych u niemowląt i dzieci leczonych nusinersenem. Takich danych brakowało jednak w odniesieniu do nastolatków i osób dorosłych. Dostarczyły ich jednak niezależne badania obserwacyjne przeprowadzone przez klinicystów z 10 akademickich ośrodków klinicznych w Niemczech, których wyniki zostały opublikowane w kwietniu tego roku w „The Lancet Neurology”.

– Jedno z najbardziej prestiżowych pism neurologicznych opublikowało w kwietniu pierwszą długotrwałą obserwację pacjentów dorosłych z SMA leczonych nusinersenem. Analizie poddano około 140 pacjentów, z których część była leczona przez 14 miesięcy. Badanie to potwierdziło skuteczność leku u ludzi dorosłych z dużą rozpiętością wieku, od 16. do 65. roku życia. Ta skuteczność dotyczyła zarówno funkcji ruchowych kończyn górnych, jak i całościowych skal oceniających sprawność motoryczną. Wyraźnie wydłużył się też dystans samodzielnego chodzenia u tych pacjentów, którzy na początku byli w stanie słabiej poruszać się samodzielnie – podkreśla prof. Anna Kostera-Pruszczyk.

W Polsce coraz mniej lekarzy. Farmaceuci mogliby uzupełnić lukę w systemie ochrony zdrowia

W Polsce na 87,5 tys. lekarzy przypada 60 tys. magistrów i techników farmacji. – Ograniczenie roli farmaceutów do sprzedaży leków to błąd systemowy – podkreśla dr hab. n. med. Andrzej Fal, dyrektor Instytutu Nauk Medycznych na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Potencjał tej grupy zawodowej jest dużo większy. Mogłaby ona odgrywać kluczową rolę w profilaktyce i edukacji zdrowotnej, co pozwoliłoby odciążyć lekarzy. Ostatnie miesiące pandemii koronawirusa pokazały, że farmaceuci są bardzo istotnym ogniwem systemu ochrony zdrowia. Dlatego też środowisko wyczekuje ustawy, która ureguluje pracę farmaceuty i rozszerzy jego uprawnienia.

– Obserwując opiekę farmaceutyczną rozwijaną w Wielkiej Brytanii, Skandynawii czy Holandii, widzimy bezwzględne korzyści płynące z rozszerzenia roli farmaceuty do roli eksperta, który może przeprowadzać proste badania diagnostyczne, identyfikować ryzyko polipragmazji [łączenia – red.] leków zalecanych przez specjalistów czy też wspierać zespół podstawowej opieki zdrowotnej w procesie profilaktyki i edukacji pacjentów – mówi agencji Newseria Biznes dr Małgorzata Gałązka-Sobotka, dyrektor Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego. – My z tego potencjału nie korzystamy we właściwy sposób.

W Polsce problemem jest m.in. deficyt kadr medycznych, zwłaszcza lekarzy i pielęgniarek. Największe niedobory dotyczą pediatrów, geriatrów, anestezjologów oraz specjalistów chorób wewnętrznych. W porównaniu z innymi krajami Europy liczba lekarzy specjalistów w Polsce jest o ok. 24 proc. niższa, a w przypadku podstawowej opieki zdrowotnej ta różnica wynosi ok. 42 proc. Co istotne, ponad 55 proc. lekarzy to osoby w wieku co najmniej 45 lat. W niektórych specjalizacjach luka pokoleniowa jest na tyle duża, że może zagrozić ciągłości świadczeń medycznych (dane OECD Health Care Resources Database, raport „Opieka farmaceutyczna w Polsce 2020” IQVIA).

– To właśnie farmaceuci mogliby pomóc w uzupełnieniu tego deficytu – dodaje dr hab. n. med. Andrzej Fal, dyrektor Instytutu Nauk Medycznych, Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. – W Polsce rola farmaceuty w opiece zdrowotnej jest zupełnie niedoceniona. To są świetnie wykształceni, doświadczeni ludzie. Ograniczenie ich roli tylko do wydawania i sprzedaży leków jest błędem systemowym i ewidentną stratą. 

– Farmaceuta może stać się stróżem pacjenta, jego terapii, osobą zachęcającą go, żeby terapie były doprowadzone do końca, i pilnującą, żeby konflikty lekowe były jak najrzadsze – wskazuje Artur Łakomiec, prezes zarządu sieci aptek Gemini Polska.

W polskim prawie opieka farmaceutyczna jest zdefiniowana jedynie w kontekście obowiązków farmaceuty w ustawie o izbach aptekarskich. Zgodnie z definicją polega na „dokumentowanym procesie, w którym farmaceuta – współpracując z pacjentem i lekarzem, a w razie potrzeby z przedstawicielami innych zawodów medycznych – czuwa nad prawidłowym przebiegiem farmakoterapii w celu uzyskania określonych jej efektów poprawiających jakość życia pacjenta”. Eksperci podkreślają, że ta definicja jest zbyt ogólna i nie stwarza możliwości rozwijania opieki farmaceutycznej. Tymczasem przyniosłoby to wymierne korzyści dla całego systemu ochrony zdrowia.

Zwiększenie roli farmaceutów umożliwiłoby m.in. optymalizację czasu pracy lekarzy. W przypadku prostych badań diagnostycznych czy porad dotyczących powszechnych schorzeń pacjent może udać się do farmaceuty, a do lekarza specjalisty trafiałyby przypadki wymagające bardziej kompleksowych konsultacji. Efektywność takiego systemu pokazały już chociażby miesiące pandemii.

– Badania pokazują także, że wprowadzenie opieki farmaceutycznej bezpośrednio przełożyło się również na zmniejszenie liczby hospitalizacji w systemach opieki zdrowotnej. Szybka reakcja farmaceuty to często bodziec, który skłania pacjenta, aby szybciej zareagował na pojawiające się niebezpieczne objawy choroby – wskazuje dr Małgorzata Gałązka-Sobotka.

Farmaceuta może też odgrywać istotną rolę w profilaktyce zdrowotnej, m.in. konsultując z pacjentem aspekty dotyczące zdrowego trybu życia czy listę badań, które powinien on wykonać ze względu na swój wiek i stan zdrowia czy leczone choroby.

– Wzorem Anglii czy Niemiec moglibyśmy realizować programy zdrowotne, np. aby wszystkie osoby powyżej 70. roku życia przechodziły dziennie co najmniej 2 tys. kroków, co ewidentnie poprawia ich stan ogólny. Farmaceuta mógłby być jednym z ogniw takiego programu, przy każdym spotkaniu o tym przypominać – mówi dr hab. n. med. Andrzej Fal.

W Polsce na 87,5 tys. lekarzy przypada 26,5 tys. magistrów i 33,5 tys. techników farmacji. Wsparcie lekarzy poprzez rozszerzenie roli farmaceutów pozwoliłoby im w większym stopniu skoncentrować się na diagnozie i terapii. Podobnie 12,5 tys. aptek (nie uwzględniając punktów aptecznych) mogłoby zapewnić wsparcie dla 22 tys. przychodni lekarskich i 26,7 tys. podmiotów ambulatoryjnej opieki zdrowotnej w zakresie podstawowych badań diagnostycznych czy konsultacji farmaceutycznych.

– Już wprowadzenie e-recepty otworzyło drzwi do zbratania się środowiska z technologią i włączenia pacjenta, lekarza i farmaceuty w bazy danych, przy użyciu których ci ostatni mogą lepiej rozpoznawać np. interakcje czy konflikty lekowe – wskazuje Artur Łakomiec.

Jak podkreśla, środowisko farmaceutyczne jest przygotowane na zmiany i oczekuje ustawy, która po wielu latach ureguluje pracę farmaceuty i rozszerzy jego uprawnienia. Zdaniem prezesa sieci Gemini Polska przygotowani są również pacjenci, wśród których farmaceuci cieszą się dużym zaufaniem.

– W szczycie pandemii koronawirusa 74 proc. Polaków odwiedziło apteki i ponad 80 proc. z nich stanowili seniorzy. Ta fala odwiedzin w aptekach pokazuje, jak istotną rolę odgrywają farmaceuci w systemie ochrony zdrowia i że warto inwestować w ludzi, którzy cieszą się takim zaufaniem Polaków – podkreśla.

Ruch w restauracjach coraz większy. Część lokali wprowadziła dodatkowe standardy bezpieczeństwa i higieny

0

Lokale gastronomiczne od ponad dwóch tygodni mogą obsługiwać klientów w nowym reżimie sanitarnym. Branża wdrożyła wszystkie standardy i procedury, które pozwolą zapewnić bezpieczeństwo gości. Część restauracji opracowała własne procedury, bardziej restrykcyjne niż wytyczne Głównego Inspektoratu Sanitarnego. Ruch w lokalach powoli się zwiększa – po niemal całkowitym zastoju część podmiotów notuje już sprzedaż na poziomie przekraczającym 40 proc. w stosunku do tej sprzed pandemii. 

– Gastronomia to 70 tys. podmiotów, które różnią się pomiędzy sobą modelem działania. Mamy w tym gronie restauracje typu quick service, kawiarnie, lodziarnie, restauracje z pełną obsługą kelnerską i podmioty, które zajmują się obsługą gastronomiczną wyłącznie dla pracowników biur. Od 14 marca gastronomia mogła sprzedawać tylko posiłki na wynos i ta sprzedaż wahała się w granicach od 10 do 30 proc. normalnych obrotów. Po odmrożeniu 18 maja sprzedaż zaczęła rosnąć – startowała z poziomu ok. 30 proc. i obecnie u niektórych podmiotów przekracza już poziom 40 proc. – mówi agencji Newseria Biznes Rafał Macias, członek zarządu Związku Pracodawców HoReCa.

Większość restauracji, kawiarni i barów pozostawała zamknięta od połowy marca. Jak wynika z danych serwisu Briefly z marca, 67 proc. firm i lokali z branży gastronomicznej i eventowej całkowicie wstrzymało działalność w trakcie lockdownu, a 32 proc. działało w ograniczonym stopniu, np. oferując jedzenie na wynos lub z dowozem.

Według BIG InfoMonitor dwumiesięczna przerwa w działalności była katastrofalna w skutkach dla gastronomii, której zadłużenie na koniec marca przekroczyło 647 mln zł. Z tego powodu restauratorzy, którzy dotkliwie odczuli przełożenie lockdownu na spadek przychodów, z niecierpliwością czekali na trzeci etap odmrażania gospodarki. Ten rozpoczął się 18 maja – od tego momentu lokale mogą już podejmować gości w nowym reżimie sanitarnym.

– Widać już, że powoli sprzedaż rośnie i wracają klienci. Bardziej pomoże nam pełne odmrożenie gospodarki oraz rezygnacja z pracy zdalnej, czyli powrót pracowników do swoich miejsc pracy – mówi Rafał Macias.

Według rządowych wytycznych otwarte na powrót restauracje i lokale gastronomiczne muszą dostosować się do nowych obostrzeń. Restauratorzy są zobowiązani m.in. do zachowania dwumetrowych odstępów między stolikami, częstej dezynfekcji przestrzeni wspólnych w lokalu i stolików po każdym kliencie oraz zapewnienia środków dezynfekujących, maseczek i rękawiczek dla kucharzy i obsługi. Cukier, serwetniki czy dozowniki do samodzielnego nalewania napojów muszą zostać usunięte, wyłączone z użytku są też otwarte bufety czy bary sałatkowe.

Przed wejściem do restauracji goście muszą zdezynfekować ręce, a maseczki zdjąć dopiero przy stoliku. Goście, którzy nie siedzą przy wspólnym stoliku, są zobowiązani zachować między sobą odpowiedni odstęp.

– Do ponownych otwarć restauracji podchodzimy ze spokojem, stopniowo. Zależy nam, żeby odpowiednio przygotować nasze lokale i pracowników do bezpiecznej pracy. McDonald’s działa na rynkach, które już przeszły szczytowy etap pandemii, na którym my jesteśmy teraz. Dlatego możemy czerpać z tamtejszych doświadczeń, za każdym razem dostosowując rozwiązania do lokalnych regulacji – mówi Anna Borys-Karwacka, dyrektor ds. korporacyjnych w McDonald’s Polska.

Jak podkreśla, sieć jest dobrze przygotowana do ponownej obsługi gości w reżimie sanitarnym. Pracownicy zostali wyposażeni w środki ochrony osobistej: maseczki, rękawiczki, płyny do dezynfekcji rąk i przyłbice. Stanowiska kasjerów są dodatkowo zabezpieczone specjalną przegrodą z pleksi. McDonald’s wprowadził bezkontaktowy proces obsługi, który zabezpiecza zarówno klientów, jak i pracowników, którzy zostali przeszkoleni z nowych procedur.

Dyrektor ds. korporacyjnych sieci zwraca też uwagę na fakt, że branża gastronomiczna i tak jest przyzwyczajona do wysokich standardów higieny i bezpieczeństwa żywności, do których musiała stosować się jeszcze przed pandemią SARS-CoV-2.

– Oczywiście teraz zmienił się kontekst, w którym funkcjonujemy, i absolutnie najważniejsza jest higiena dłoni. Wszystko w naszych rękach! Dlatego przy wejściu do restauracji, przy toaletach i kioskach zamówieniowych znajdują się pojemniki z płynem do dezynfekcji rąk – mówi Anna Borys-Karwacka. – Ważne jest też zachowywanie bezpiecznych odległości, dlatego na podłogach umieściliśmy specjalne oznaczenia graficzne, które pomagają je utrzymać. Odległość między stolikami powinna wynosić przynajmniej 2 metry, chyba że znajdują się między nimi specjalne przegrody. Poza tym wszystkie powierzchnie są na bieżąco dezynfekowane. Na każdym stoliku znajduje się specjalne oznaczenie, które informuje gości, że dany stolik został już zdezynfekowany.

Jak wynika z badania zrealizowanego dla BIG InfoMonitor w końcówce kwietnia, 14 proc. Polaków wskazało wyjście do restauracji jako pierwszą rzecz, którą chcą zrobić po zniesieniu obostrzeń związanych z pandemią. Ta pozycja zajęła siódme miejsce na liście aktywności, do których rodacy najbardziej tęsknią, m.in. za spotkaniem z rodziną czy wizytą u fryzjera. Klientów w lokalach powinno więc stopniowo przybywać. Branża podkreśla, że wdrożyła wszystkie standardy i procedury, które pozwolą zapewnić im bezpieczeństwo.

– Restauracje jak najbardziej są w stanie zadbać o bezpieczeństwo swoich gości. Przy otwarciu każdego punktu gastronomicznego musimy spełniać rygorystyczne normy i jesteśmy kontrolowani przez stacje sanitarno-epidemiologiczne – podkreśla Rafał Macias. – Do wytycznych sanitarnych dostosowaliśmy się już na początku pandemii, w okresie kiedy sprzedaż odbywała się jedynie w opcji na wynos, z dostawą czy poprzez okienka drive thru.

Według ostatnich dostępnych danych GUS w Polsce działa ok. 70 tys. stałych lub sezonowych placówek gastronomicznych. Wśród nich 38 proc. stanowią punkty gastronomiczne, 28 proc. to restauracje, a 27,6 proc. – bary. Według przytaczanego przez BIK raportu PMR „Rynek HoReCa w Polsce 2020” w ubiegłym roku polski rynek gastronomiczny był wart 32,6 mld zł. Prognozy sprzed pandemii zakładały, że w tym roku jego wartość urośnie do 34,4 mld zł.

Minimalne sumy gwarancyjne w OC lekarza to dziś zdecydowanie za mało

Obowiązujący w kraju stan epidemii pogłębił problemy systemu opieki zdrowotnej. Wzrosły nie tylko ryzyka sanitarne, ale również zagrożenia  prawne związane z wykonywaniem zawodu lekarza. Nasuwa się pytanie czy stan epidemii zdejmuje z lekarza odpowiedzialność za skutki ewentualnych błędów? Nie, żadne przepisy nie zdejmują z lekarza odpowiedzialności. Co więcej, jest wysoce prawdopodobne, że stan epidemii i związane z nim problemy w zakresie funkcjonowania podmiotów leczniczych pogłębiają ryzyko popełnienia błędu, którego skutkiem może być odpowiedzialność materialna lekarza.

To lekarz, a nie kierownictwo placówki, jest na pierwszej „linii frontu”. To lekarz – przedstawiciel samodzielnego zawodu medycznego – ponosi główną odpowiedzialność za cały proces diagnostyczno-terapeutyczny. Niestety może się okazać, że dzisiejsi bohaterowie niosący pomoc pacjentom, po ustaniu epidemii będą obciążani skutkami błędów organizacyjnych sytemu ochrony zdrowia. Polisa OC pozwala lekarzowi pokryć skutki finansowe takich sytuacji. Jednak czy standardowe OC jest wystarczające? Wydaje się, że obecnie wiele argumentów przemawia za tym, że minimalne sumy gwarancyjne to dziś jednak zdecydowanie za mało. Oto kilka z nich:

  1. Sumy gwarancyjne od lat się nie zmieniają…

Skuteczną ochronę ubezpieczeniową w zawodzie lekarza powinien cechować nie tylko możliwie szeroki zakres, ale także odpowiednio wysokie sumy gwarancyjne. Suma gwarancyjna to maksymalna kwota, którą ubezpieczyciel wypłaci aby pokryć szkody wyrządzone przez ubezpieczonego. Sumy gwarancyjne w ubezpieczeniu obowiązkowym OC lekarskich praktyk zawodowych od 2011 roku utrzymywane są na niezmienionym poziomie i wynoszą odpowiednio:  75 000 euro w odniesieniu do jednego zdarzenia oraz 350 000 euro w odniesieniu do wszystkich zdarzeń, których skutki są objęte umową ubezpieczenia.

Dla porównania polisa obowiązkowego ubezpieczenia samochodu osobowego – tu sumy gwarancyjne wynoszą: w przypadku szkód na osobie –  5 210 000 euro w odniesieniu do jednego zdarzenia, którego skutki są objęte ubezpieczeniem bez względu na liczbę poszkodowanych, zaś  w przypadku szkód w mieniu –1 050 000 euro. Obrazuje to przepaść w zakresie ochrony ubezpieczeniowej medyków wykonujących skomplikowane procedury medyczne, których skutkiem może być uszczerbek na życiu i zdrowiu człowieka oraz kierowcy, który w następstwie spowodowania wypadku ponosi odpowiedzialność za szkody osobowe. W świetle tych danych można nawet argumentować, że lekarz chroniony jest gorzej w miejscu pracy niż za kierownicą samochodu.

  1. …a tymczasem liczba i wysokość roszczeń wciąż rośnie

Od kilkunastu lat systematycznie rośnie liczba roszczeń kierowanych przez pacjentów wobec podmiotów leczniczych i osób wykonujących zawody medyczne. Wzrastają również sumy roszczeń pacjentów. Wyraźnie widoczny jest też wzrost wysokości należności zasądzanych prawomocnymi wyrokami na rzecz pacjentów. Jeszcze kilkanaście lat temu kwoty odszkodowań i zadośćuczynień w związku z poważnymi uszczerbkami na zdrowiu pacjentów sięgały kilkudziesięciu tysięcy złotych. W chwili obecnej pojawia się coraz więcej orzeczeń, w których zasądzane na rzecz pacjentów kwoty to nawet kilkaset tysięcy złotych, a w przypadku najpoważniejszych szkód, nierzadko znacznie powyżej miliona złotych.

Oprócz odszkodowania i zadośćuczynienia poszkodowany pacjent ma również prawo do ubiegania się o rentę, która jest wypłacana co miesiąc i może być w przyszłości zwiększona jeśli potrzeby poszkodowanego pacjenta wzrosną. W praktyce zasądzane dziś renty rozpoczynają się sumą kilkuset złotych miesięcznie, zaś przy poważnych szkodach sięgają kwot kilku tysięcy złotych miesięcznie. Równie istotne jest to, że wielu wypadkach renta będzie wypłacana przez długi okres niepełnosprawności pacjenta (miesiące, lata), czasami do końca jego życia. Nawet jeżeli minimalna suma gwarancyjna wystarczy na pokrycie odszkodowania i zadośćuczynienia, to z pewnością ulegnie wyczerpaniu po dłuższym okresie wypłat dokonywanych przez ubezpieczyciela z tytułu przyznanej pacjentowi renty. Po wyczerpaniu sumy gwarancyjnej obowiązek regulowania comiesięcznych należności będzie spoczywał na sprawcy szkody – placówce medycznej lub osobie wykonującej zawód medyczny.

  1. Profesjonalna pomoc w uzyskaniu odszkodowania na wyciągnięcie ręki

Na przestrzeni ostatnich lat na rynku pojawiła się ogromna liczba profesjonalnych podmiotów reprezentujących pacjentów w sporach ze środowiskiem medycznym. Tzw. kancelarie odszkodowawcze, nie mając obowiązku przestrzegania restrykcyjnych reguł dotyczących  reklamowania swej działalności wiążących tradycyjne kancelarie, prowadzą ekspansywną politykę marketingową. Hasła „Miałeś wypadek lub jesteś ofiarą błędu medycznego – zadzwoń”  wypełniają uliczne banery oraz przestrzeń Internetu. Coraz częściej obserwowany jest marketing bezpośredni – przedstawiciele takich podmiotów docierają do pacjentów „uświadamiając” im zasadność roszczeń, o których potencjalni poszkodowani nie zawsze mieli pojęcie. Nasilenie tego typy praktyk może znacząco nadwątlić minimalne sumy gwarancyjne w ubezpieczeniu działalności leczniczej.

  1. Na roszczenia pacjentów dopiero przyjdzie czas

Pacjent ma stosunkowo długi czas na wystąpienie z roszczeniem związanym z błędem medycznym. Roszczenia pacjenta przedawniają się dopiero z upływem 3 lat od momentu, w którym pacjent dowiedział się o szkodzie i osobie za nią odpowiedzialnej. W przypadku pacjentów małoletnich przedawnienie roszczeń nie może nastąpić wcześniej niż 2 lata od uzyskania pełnoletniości. Szczególnie w czasie epidemii należy liczyć się z tym, że roszczenia pacjentów pojawią się w czasie dosyć odległym od momentu udzielenia świadczenia medycznego.

Kluczową sprawą dla skuteczności ochrony ubezpieczeniowej jest więc nie moment wystąpienia przez pacjenta z roszczeniem, ale właśnie czas, w którym świadczenie było udzielone. Lekarz skorzysta z ochrony ubezpieczeniowej, jeżeli posiadał polisę OC w momencie udzielania świadczenia, z którego skutkami pacjent wiąże swoje żądania finansowe. Obowiązujące terminy przedawnienia roszczeń wynikających ze szkód na życiu i zdrowiu powodują, że często od interwencji medycznej do wystąpienia przez pacjenta na ścieżkę prawną mijają lata. Średni czas od momentu udzielenia świadczenia zdrowotnego, do zgłoszenia roszczenia, to około 2,5 roku. W przytłaczającej liczbie przypadków okres rozpoznawania spraw o błędy medyczne przez sądy we wszystkich instancjach to kolejne kilka lat (zdarzają się procesy trwające ponad dekadę).

Przy założeniu, że lekarz miał w 2020 r. wykupioną polisę ubezpieczeniową z minimalną sumą gwarancyjną oraz uwzględniając  rosnące sumy zasądzanych należności, istnieje wysokie ryzyko, że polisa nie pokryje całości zasądzonego za kilka lat odszkodowania, zadośćuczynienia czy renty. Brakująca kwota obciąży budżet podmiotu wykonującego działalność leczniczą lub lekarza. Ponownie więc warto zadać pytanie, czy obecnie obowiązujące kwoty sum gwarancyjnych są wystarczające dla zapewnienia medykom właściwej ochrony ubezpieczeniowej nie tylko obecnie, ale przede wszystkim w przyszłości gdy pojawią się roszczenia ich dzisiejszych pacjentów?

  1. Odsetki ustawowe znacznie uszczuplają sumy gwarancyjne

Szukając odpowiedzi na to pytanie warto mieć na uwadze wskazany powyżej długi czas rozpoznawania spraw o błędy medyczne, który niesie ze sobą kolejne ryzyko finansowe – czyli wysokie odsetki naliczane od momentu wystąpienia przez pacjenta z roszczeniem. Nie należą do rzadkości sytuacje w których odsetki te zbliżają się do kwoty zasądzonych na rzecz pacjenta należności głównych (odszkodowania czy zadośćuczynienia), a bywa również, że należności te przewyższają. Minimalna suma gwarancyjna w takim przypadku może okazać się niewystarczająca.

  1. Rosnące koszty opieki i leków zwiększają sumy odszkodowań pomniejszając sumy gwarancyjne

Jednym z najistotniejszych składników odszkodowania należnego pacjentowi poszkodowanemu w następstwie interwencji medycznych jest koszt leczenia, na który składają się m.in. wydatki na leki, sprzęt medyczny, opłaty za rehabilitację, etc. Systematycznie rosnące ceny produktów leczniczych, wyrobów medycznych i usług rehabilitacyjnych, są przekładane na wypłacane pacjentom odszkodowania, a to z kolei wpływa na pomniejszenie sum gwarancyjnych. Co istotne, orzecznictwo sądów w ostatnich latach dopuszcza też doliczanie do żądań sum odszkodowań także koszty komercyjnej opieki medycznej, jeżeli tylko zostanie wykazane, że celowe jest stosowanie takich metod, zabiegów lub środków, które nie wchodzą w zakres leczenia  w systemie refundacji lub dostęp do nich jest znacząco utrudniony. Jeszcze kilka lat temu tak nie było, ponieważ pacjenci poszkodowani błędami medycznymi ich skutki starali się usuwać w publicznym systemie opieki zdrowotnej. Ubiegając się o odszkodowanie nie mogli doliczać kosztów leczenia w publicznych placówkach do żądanych sum odszkodowań, ponieważ wydatków w tym zakresie faktycznie nie ponosili.

Jakie OC zatem kupić?

W świetle powyższych argumentów warto mieć na uwadze fakt, że podstawowa, wymagana przepisami prawa, suma gwarancyjna w ubezpieczeniu OC działalności leczniczej może zostać przez nas podwyższona. Możemy poprosić o polisę OC z wyższą sumą gwarancyjną. Towarzystwa ubezpieczeniowe oferują różne warianty zawodowego ubezpieczenia OC, które można w znacznym stopniu dostosować do potrzeb ubezpieczonego. Przykładem może być tu chociażby pakiet INTER Lekarz, który w zależności od wariantu oferuje sumy gwarancyjne nawet blisko 5-krotnie wyższe niż wymagana, tj. 350.000 euro na jedno i wszystkie zdarzenia. Ubezpieczyciel rozszerza ochronę także o inne ryzyka częste w zawodzie lekarza. Są to zarówno zakłucia i zakażenia, problemy prawne, niezdolność do pracy w przypadku osób zatrudnionych na kontrakcie i wiele innych. Warto, rozważając najlepsze dla nas opcje ubezpieczeniowe, wykazać się przezornością i wziąć pod uwagę przytoczone wyżej argumenty. Skutki dzisiejszego braku przezorności mogą być dotkliwie odczuwalne po latach.

Autor: mec. Paweł Strzelec – radca prawny, wieloletni wykładowca akademicki. Specjalizuje się w obszarze prawa medycznego, szczególnie w problematyce ochrony prawnej podmiotów leczniczych oraz osób wykonujących zawody medyczne. Od 2000 r. regularnie prowadzi autorskie szkolenia z prawa medycznego dla przedstawicieli zawodów medycznych oraz kadry zarządzającej podmiotów leczniczych.  Współpracuje z samorządami zawodowymi środowisk medycznych. Autor wielu publikacji z zakresu prawa medycznego, prawa ubezpieczeń, postępowania karnego. W Medical Tribune Stomatologia  prowadzi stałą rubrykę Poznaj paragrafy. Sędzia Sądu Dyscyplinarnego Okręgowej Izby Radców Prawnych w Lublinie.

Zielone regulacje i inwestycje receptą na odbudowę odpornej gospodarki

W związku z działaniami podejmowanymi w celu ożywienia gospodarek dotkniętych epidemią COVID-19 coraz częściej postuluje się, że najskuteczniejszą odpowiedzią na kryzys będzie zielona gospodarka odporna na potencjalne przyszłe zawirowania. Międzynarodowy Fundusz Walutowy, sieć Network for Greening the Financial System zrzeszająca banki centralne i nadzorców, przedstawiciele państw oraz stowarzyszenia przedsiębiorców apelują, by wprowadzając pakiety stymulacyjne nie zaprzepaścić dotychczasowych starań o przeciwdziałanie zmianom klimatu i zrównoważoną gospodarkę.

Analitycy alarmują, że zmiany klimatu są, obok pandemii, największym zagrożeniem dla światowej gospodarki. Na początku 2020 r. podczas Światowego Forum Ekonomicznego ogłoszono, że zmiany klimatu stanowią jedno z najpoważniejszych zagrożeń dla ludzkości, a ich konsekwencje mogą spowodować trwały spadek globalnego PKB.

Organizacje międzynarodowe apelują o uwzględnienie kwestii środowiskowych w pakietach stymulacyjnych. Dyrektor Międzynarodowego Funduszu Walutowego podkreśla, że wyzwania związane ze zwalczeniem skutków pandemii nie oznaczają, że możemy zaprzestać walki ze zmianami klimatu. Podobnie przedstawiciele Unii Europejskiej wskazują, że u podstaw planu odbudowy gospodarki powinien leżeć Europejski Zielony Ład, zgodnie, z którym do 2050 roku Europa ma stać się pierwszym neutralnym dla klimatu kontynentem, przy jednoczesnym zachowaniu przyrody, utrzymaniu zrównoważonego rozwoju gospodarki, poprawie stanu zdrowia i jakości życia obywateli.

Tematyka zrównoważonego finansowania coraz częściej wdrażana jest do porządku unijnego w formie aktów prawnych nakładających konkretne obowiązki na sektor finansowy. Takim przykładem jest np. opublikowane pod koniec ubiegłego roku rozporządzenie SFDR, zobowiązujące uczestników rynku finansowego i doradców finansowych do analizowania ryzyk dla zrównoważonego rozwoju, które występują w ramach prowadzonej przez nich działalności oraz ujawnienia informacji w tym zakresie. Rozporządzenie wejdzie w życie w marcu 2021 roku – mówi Tomasz Kołodziejczyk, starszy menedżer w dziale doradztwa dla instytucji finansowych w zespole zarządzania ryzykiem finansowym w KPMG w Polsce.

W marcu 2020 roku Grupa Ekspertów Technicznych, organ doradczy Komisji Europejskiej, opublikowała raport dotyczący projektu taksonomii zrównoważonego finansowania oraz przewodnik na temat Standardu Zielonych Obligacji UE.

Zielone obligacje są coraz częściej wykorzystywanym narzędziem pozyskiwania finansowania prywatnego dla proekologicznych inwestycji.

Na początku roku przewidywaliśmy dalszy wzrost zainteresowania zielonymi obligacjami. Niemniej jednak, w okresie pandemii wielkość emisji zarówno tradycyjnych, jak i zielonych obligacji zmalała, co było spowodowane głównie niechęcią do pozyskiwania finansowania w obliczu wysokiej zmienności na rynkach. Obserwując sytuację na rynkach światowych spodziewany się, że w najbliższym czasie zielone obligacje będą zyskiwały na popularności. Działania podejmowane w ramach stymulowania światowej gospodarki wskazują także, na rosnące zainteresowanie obligacjami społecznymi – mówi Andrzej Gałkowski, partner, szef sektora bankowego w dziale doradztwa dla instytucji finansowych w KPMG w Polsce.

Według dostępnych danych w pierwszym kwartale 2020 roku emisje obligacji społecznych na świecie wyniosły 25 mld dolarów, podczas gdy w całym 2019 roku wyemitowano obligacje społeczne o wartości 16 mld dolarów. W Polsce emisję obligacji społecznych na rzecz Funduszu Przeciwdziałania COVID-19 przeprowadził Bank Gospodarstwa Krajowego, który w kwietniu br. wyemitował obligacje o wartości nominalnej 13 mld zł. W ostatnim miesiącu także minister finansów oświadczył, że pomimo pandemii Polska nie rezygnuje z emisji zielonych obligacji zaplanowanych na 2020 rok.

Zrównoważone finansowanie, a w szczególności emisja zielonych i społecznych obligacji może być szansą dla polskich samorządów na pozyskanie finansowania dla planowanych inwestycji o charakterze proekologicznym lub społecznym.

Obecnie w związku ze spowolnieniem gospodarczym prognozuje się, że przychody samorządów m.in. z podatków lokalnych, najmu lokali czy działalności prowadzonych przez obiekty sportowe, rekreacyjne i kulturowe, mogą się znacząco obniżyć. Jednocześnie zwalczanie skutków pandemii COVID-19 wiąże się ze zwiększonymi wydatkami, które nie zostały uwzględnione w planach budżetowych jednostek samorządu terytorialnego. Wobec trudnej sytuacji finansowej, gdy samorządy skłaniają się raczej ku oszczędnościom niż inwestycjom, zrównoważone finansowanie może ułatwić budowę zielonej, odpornej gospodarki.

Rola orzecznictwa Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej przy wykładni i stosowaniu przepisów polskiego prawa podatkowego

Polska, funkcjonując w ramach Unii Europejskiej, zobowiązała się respektować prawo unijne oraz jego wykładnię wynikającą z orzecznictwa Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE). Celem jest ujednolicenie przepisów w ramach różnych krajów UE. W szczególności ma to zapewnić przestrzeganie zasad prawa europejskiego takich jak: autonomia prawa UE, pierwszeństwo prawa UE nad krajowym porządkiem czy zasada bezpośredniego skutku prawa UE. Orzeczenia TSUE mogą mieć skutek bezpośredni (odnoszący się do krajowego porządku prawnego) albo pośredni (wywodzenie skutków interpretacyjnych/prawnych na podstawie podobnych spraw z innych jurysdykcji). Podatnicy powinni znać rolę orzeczeń Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, ponieważ w niektórych przypadkach rozstrzygnięcie pytania prejudycjalnego potrafi całkowicie zmienić przebieg dotychczasowego postępowania przed organami podatkowymi i sądami administracyjnymi.

Kiedy sąd krajowy występuje do TSUE

Jednym z zadań TSUE jest weryfikacja, czy norma prawa krajowego jest zgodna z prawem UE. W sytuacji powzięcia wątpliwości w zakresie zgodności, sąd krajowy powinien wystąpić z zapytaniem wstępnym do TSUE, stosownie do art. 267 Traktatu o Funkcjonowaniu UE (pytanie prejudycjalne). Zgodnie z utrwaloną już linią orzeczniczą to do sądu krajowego należy ocena, czy w danej sprawie niezbędne jest wystąpienie do TSUE celem rozstrzygnięcia wątpliwości w zakresie zgodności z prawem UE. W toku postępowania strona może w sposób pośredni sugerować, że dane regulacje są sprzeczne z prawem UE oraz wskazać podstawy dla sądu administracyjnego, tak aby był on zainteresowany wszczęciem procedury związanej z pytaniem prejudycjalnym.

Na marginesie warto wskazać, że zgodnie z art. 258 TFUE wniosek do TSUE może wnieść Komisja Europejska w sytuacji, gdy uzna, że dane państwo członkowskie uchybiło postanowieniom TFUE. Przykładowo w sytuacji wprowadzenia przez kraj przepisów podatkowych stanowiących pomoc de minimis, na którą Komisja nie wyraziła zgody, Komisja może wszcząć postępowania wobec tego kraju przed TSUE.

Moc obowiązująca

Orzeczenia TSUE nie mają w Polsce mocy powszechnie obowiązującej normy prawnej. Innymi słowy, orzeczenia TSUE stanowią wytyczne dla krajowego sądu w zakresie traktowania określonych transakcji. TSUE może wywierać wpływ na poszczególne jurysdykcje podatkowe w obszarze stosowania prawa, co nie jest i nie było kwestionowane przez sądy czy organy administracji skarbowej. Zasadniczo więc organy podatkowe i sądy administracyjne powinny dążyć do uwzględnienia tez wynikających z wyroków TSUE, tak aby osiągnąć rezultaty zgodne z unijnym porządkiem prawnym.

Podstawa do tworzenia prawa

Pomimo tego, iż orzeczenia TSUE nie mają mocy powszechnie obowiązującego prawa, sądy administracyjne i organy podatkowe często się do nich odnoszą. W niektórych przypadkach orzeczenia TSUE stanowią podstawę do wprowadzenia przepisów podatkowych. Przykładem może być polska sprawa Oil Trading Poland (wyrok TSUE z 12 lutego 2015 r., sygn. C-49/13), który był podstawą do objęcia akcyzą olejów smarowych. Następnie zostały wprowadzone stosowne przepisy do krajowego porządku prawnego. Zatem orzeczenia TSUE nie stwierdzają w tym zakresie niezgodności prawa z prawem UE, lecz wskazują, jak należy interpretować prawo UE, co jest podstawą dla krajowej administracji do wprowadzenia odpowiednich zmian w przepisach.

Kreacja kierunku orzeczniczego

TSUE może także podejmować regulacje niemające wpływu na system podatkowy w sposób bezpośredni, ale stanowiące o podejmowaniu nowego kierunku orzeczniczego.

W innym wyroku TSUE określił moment powstania obowiązku podatkowego w przypadku usług budowlanych (wyrok TSUE z 2 maja 2019 r., sygn. C-224/18 Budimex SA), a konkretniej sprecyzował datę wykonania usługi. Przed pojawieniem się tego wyroku praktyka biznesowa określała datę wykonania usługi jako datę podpisania protokołu odbioru. Jednak wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego z 18 kwietnia 2013 r., sygn. I FSK 1984/15, zmienił tę praktykę i jako datę wykonania robót wskazywano datę ich faktycznego zakończenia. TSUE w sprawie Budimex SA orzekł, że nie można uznać usługi za wykonaną w sytuacji, gdy ostatnim jej etapem jest odbiór prac, w czasie którego można zgłaszać uwagi. Zatem TSUE skorygował wypracowany już przez NSA i Ministerstwo Finansów (interpretacja ogólna z 1 kwietnia 2016 r.) kierunek orzeczniczy.

Niezgodność prawa krajowego z prawem UE

Dobrym przykładem niezgodności prawa krajowego z prawem UE jest sprawa przed TSUE C-319/12 (MDDP), gdzie TSUE w wyroku z 28 listopada 2013 r. wskazał, że zakres zwolnienia z podatku VAT usług szkoleniowych przewidziany w ustawie o VAT nie jest zgodny z przepisami Dyrektywy 2006/112/WE z dnia 28 listopada 2006 r. w sprawie wspólnego systemu podatku od wartości dodanej. Jednak mimo iż TSUE stwierdził niezgodność przepisów z prawem TSUE, to nie odniósł się do kwestii naprawy tego błędu, pozostawiając tę kompetencję w rękach krajowych. W konsekwencji niezgodne z prawem przepisy krajowe wiążą podatnika przy ocenie prawa do odliczenia VAT, niemniej taki wyrok może być podstawą do wznowienia zakończonego już postępowania.

Podsumowanie

TSUE, orzekając o zgodności przepisów prawa krajowego z prawem unijnym, podejmuje bardzo istotną decyzję będącą później podstawą do kreowania prawa podatkowego w danym państwie. Pomimo tego, iż orzeczenia wydawane są w określonym stanie faktycznym, to są one respektowane przez krajowe jurysdykcje. W uproszczeniu można zatem stwierdzić, że stanowisko TSUE niejako tylnymi drzwiami oddziałuje na porządek prawny w państwie. Na marginesie warto zaznaczyć, że orzeczenia TSUE wpływające na treść decyzji podatkowych mogą stanowić podstawę do wznowienia postępowania zgodnie z art. 240 § 1 pkt 11 Ordynacji Podatkowej. Zatem mogą one istotnie wpływać na prawa podatników nie tylko w sprawie, której dotyczą.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

PIE: Ekonomiczne przyczyny zamieszek w USA

Trwające od ponad tygodnia zamieszki w Stanach Zjednoczonych wybuchły po zabójstwie przez policjanta czarnoskórego George’a Floyda, oskarżonego o posłużenie się w sklepie fałszywym czekiem. Do incydentu doszło w warunkach recesji o niespotykanej dotąd skali, która dotknęła USA w wyniku rozprzestrzeniania się epidemii koronawirusa SARS-CoV-2. Choć pierwsze przypadki zakażeń pojawiły się w końcu stycznia, to dopiero w połowie marca epidemia objęła cały kraj. Od 23 marca wszystkie władze stanowe wprowadziły różne formy utrzymywania dystansu społecznego, a w ślad za nimi poszły decyzje o ograniczeniu lub zaniechaniu działalności w wielu sektorach gospodarki. Na wyjątkowo elastycznym amerykańskim rynku pracy stopa bezrobocia zareagowała natychmiast, zwiększając się, wg danych Bureau of Labor Statistics (BLS) [1], z 3,5 proc. w lutym i 4,4 proc. w marcu do 14,7 proc. w kwietniu. W podziale rasowym między lutym a kwietniem stopa bezrobocia wzrosła wśród białych – z 3,1 proc. do 14,2 proc., wśród Afroamerykanów – z 5,8 proc. do 16,1 proc., wśród Latynosów

– z 4,4 proc. do 18,9 proc. oraz wśród osób pochodzenia azjatyckiego – z 2,5 proc. do 14,5 proc. (wykres 1). Te poziomy dla wszystkich grup etnicznych, oprócz Afroamerykanów, były najwyższe w całej historii oczyszczonych z efektów sezonowych wyników badań rynku pracy, prowadzonych w USA od stycznia 1948 r.

Wykres 1. Stopa bezrobocia wg grup etnicznych w okresie styczeń – kwiecień 2020 r. (w proc.)

Stopa bezrobocia wg grup etnicznych w okresie styczeń – kwiecień 2020
Źródło: opracowanie własne PIE na podstawie: Bureau of Labor Statistics, The Employment Situation – April 2020.

Na kanwie tych danych Fairlie, Couch i Xu [2], w opublikowanym ostatnio artykule pt. The Impacts of COVID-19 on Minority Unemployment: First Evidence from April 2020 CPS Microdata, postawili dwa pytania. Po pierwsze, czy epidemia dysproporcjonalnie silniej uderzyła na rynku pracy w Afroamerykanów i Latynosów w porównaniu z osobami białymi oraz po drugie, jaki wpływ na zróżnicowanie sytuacji na rynku pracy poszczególnych grup etnicznych miały, w warunkach epidemii, takie czynniki, jak lokalizacja branżowa miejsca pracy, wykonywany zawód czy poziom wykształcenia – czy je chroniły przed bezrobociem, czy raczej mu sprzyjały?

W pierwszej kwestii stwierdzili, że w odniesieniu do Afroamerykanów, utrzymująca się w normalnych czasach relacja dwukrotności stopy bezrobocia w porównaniu z białymi, w okresie pandemii nawet się zmniejszyła. Natomiast w wypadku Latynosów relacja stopy bezrobocia względem stopy bezrobocia wśród białych wyraźnie wzrosła.

Wynik ten potwierdził się zarówno przy zastosowaniu oficjalnej miary stopy bezrobocia stosowanej przez BLS, jak i tzw. górnej granicy tej stopy, ustalonej przy definicji bezrobocia poszerzonej o osoby zatrudnione, ale faktycznie w danym okresie nie pracujące oraz o osoby nieaktywne zawodowo w danym okresie, ale zainteresowane podjęciem pracy (wykres 2). Jednak kwietniowe poziomy górnej granicy stopy bezrobocia wśród Afroamerykanów i Latynosów okazały się alarmująco wysokie.

Wykres 2. Stopa bezrobocia wg grup etnicznych w kwietniu 2020 r. oraz jej górna granica (w proc.)

Stopa bezrobocia wg grup etnicznych w kwietniu 2020
Źródło: opracownaie własne PIE na podstawie: Fairlie R.W., Couch K., Xu H. (2020), The Impact of Covid-19 on Minority Unemployment: First Evidence from April 2020 CPS Microdata, “NBER Working Paper”, No. 27246, tables 1-2.

Natomiast w drugiej kwestii stwierdzili, że Afroamerykanie, w porównaniu z białymi, relatywnie zyskiwali na korzystnej, z punktu widzenia pandemii, lokalizacji branżowej ich miejsc pracy, które częściej zaliczały się do tzw. działalności niezbędnych. Dotyczyło to też Azjatów, zaś Latynosi relatywnie tracili w tym aspekcie w porównaniu z białymi. Z kolei patrząc z punktu widzenia poziomu wykształcenia i wykonywanego zawodu, zarówno Afroamerykanie, jak i Latynosi tracili w stosunku do białych. Natomiast Azjaci relatywnie zyskiwali w stosunku do białych w obu tych wymiarach.

Zatem choć sytuacja mniejszości etnicznych na amerykańskim rynku pracy uległa w okresie pandemii wyraźnemu pogorszeniu, to jednak nie było to na ogół pogorszenie dysproporcjonalnie duże w porównaniu z osobami białymi, a wśród czynników różnicujących nie dominował czynnik rasowy, lecz raczej lokalizacja branżowa zajmowanych miejsc pracy, wykonywany zawód i poziom wykształcenia. Można jednak też argumentować, że te inne czynniki nie są całkowicie niezależne od czynnika rasowego.

Wprowadzona w 2010 r. ustawa ACA (ang. The Affordable Care Act) objęła ubezpieczeniem ponad 20 mln obywateli dotychczas nieubezpieczonych, z czego 2,8 mln to ludność afroamerykańska. Wciąż jednak wśród Afroamerykanów odsetek nieubezpieczonych jest wyższy (9,7 proc.) niż wśród ludności białej (5,4 proc.), częściej też Afroamerykanie korzystają z prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych (55 proc.), finansowanych przez pracodawcę niż np. z Medicaid lub innych publicznych ubezpieczeń (41,2 proc.). Średnie wydatki związane z ubezpieczeniem zdrowotnym stanowią ok. 11 proc. rocznych dochodów przeciętnego gospodarstwa domowego, ale dla ludności afroamerykańskiej wydatki te sięgają ok. 20 proc. – oprócz składek, obejmują dodatkowe koszty wizyt lekarskich, leków oraz nagłych i nieplanowanych wydatków związanych z usługami medycznymi. Biorąc pod uwagę niższy poziom dochodów tej grupy etnicznej wydatki związane z opieką medyczną mogą szczególnie obciążać budżet rodzinny. Wprowadzenie ACA poprawiło dostęp do opieki zdrowotnej i wcześniejszą diagnostykę wielu chorób wśród ludności afroamerykańskiej niemniej nadal występują, w przekroju stanowym, duże rozbieżności pomiędzy ludnością białą i Afroamerykanami w zakresie wskaźnika umieralności matek (3 razy częściej umierają kobiety czarnoskóre), niemowląt (dwukrotnie wyższa umieralność), ze względu na choroby serca, cukrzycę, raka i inne problemy zdrowotne. Rozszerzenie Medicaid było pierwotnie zapisane w ACA jako wymóg dla wszystkich stanów, jednak z powodu orzeczenia Sądu Najwyższego z 2012 r. obecnie jest to jedna z opcji dla stanów. Do tej pory 37 stanów rozszerzyło zasięg Medicaid. Stany, które tego nie uczyniły w dużej mierze skoncentrowane są w południowej części Stanów Zjednoczonych, w której ludności afroamerykańskiej jest najwięcej. Również segregacja mieszkaniowa utrudnia dostęp do wysoko kwalifikowanej służby zdrowia. W większości rejonów zasiedlonych przez Afroamerykanów i Latynosów częściej brakuje szpitali i podmiotów świadczących opiekę zdrowotną, częściej też świadczą one opiekę o niższej jakości [3].

[1] Bureau of Labor Statistics (2020), The Employment Situation – April 2020, Department of Labor, United States of America, USDL-20-0815, May.
[2] Fairlie, R.W., Couch, K., Xu, H. (2020), The Impact of Covid-19 on Minority Unemployment: First Evidence from April 2020 CPS Microdata, “NBER Working Paper Series”,
No. 27246, http://www.nber.org/papers/w27246.pdf [dostęp: 03.06.2020].
[3] Taylor, J. (2019), Racism, Inequality, and Health Care for African Americans, December 19, The Century Foundation, https://tcf.org/content/report/racism-inequality -health-care-african-americans/?agreed=1&agreed=1 [dostęp: 03.06.2020].

Autor/Źródło: Tygodnik PIE / Polski Instytut Ekonomiczny

Finansowe startupy budują ekonomiczną infrastrukturę internetu

O tym, dlaczego startupy z sektora fintech mają coraz większe powodzenie u inwestorów pisze Bartosz Tomczyk – przewodniczący rady nadzorczej w Provema sp. z o.o.

Jeszcze całkiem niedawno główną działalnością sektora bankowego było przyjmowanie depozytów i udzielanie kredytów. Obsługa klientów odbywała się w oddziale a dochody banków pochodziły z wysokich prowizji oraz marży doliczanej do oprocentowania. Jednak w ciągu ostatnich kilku lat sektor finansowy zmienił się nie do poznania. Klienci już bardzo niechętnie odwiedzają banki, robią to średnio zaledwie kilka razy w roku. Mimo tego kontaktują się ze swoim bankiem znacznie częściej niż kiedyś. Przy pomocy aplikacji mobilnych sprawdzają stan swojego konta nawet kilkadziesiąt razy w miesiącu. Takie rozwiązanie jest korzystne dla wszystkich, klienci oszczędzają czas a instytucje finansowe redukują koszty.

Jednak technologiczna rewolucja w branży finansowej nie dokonuje się dzięki bankom. Wręcz przeciwnie, wiele banków niezbyt dobrze odnajduje się w świecie intensywnej konkurencji i zerowych stóp procentowych. Zamiast nich, za finanse na poważnie zabrały się internetowe startupy. Zajmują się dziś pożyczkami, kryptowalutami i technologią blockchain, ubezpieczeniami, inwestycjami, rynkami walutowymi, technologią płatności, finansami osobistymi i rodzinnymi a także rynkiem nieruchomości. Technologiczne przedsiębiorstwa finansowe, zwane potocznie „fintechami” współpracują z sektorem bankowym tworząc systemy bankowości internetowej ale też coraz częściej z nim konkurują tworząc produkty finansowe, jakie nie mogłyby powstać w tradycyjnych bankach.

Startupy z sektora fintech mają coraz większe powodzenie u inwestorów. Najlepsze z nich mogą liczyć na miliardowe kwoty od inwestorów. Na przykład amerykański serwis Opendoor specjalizujący się w finansowej obsłudze rynku nieruchomości zebrał w sumie ponad 1,3 miliarda dolarów. Okrągły miliard inwestorzy przeznaczyli na rozwój serwisu Stripe, zajmującego się technologią płatności internetowych. Aż 689 milionów dolarów zebrał TransferWise – oferujący innowacyjne technologie przelewów online.

Obecnie najważniejszym zadaniem dla firm z sektora technologii finansowych jest budowa efektywnej i bezpiecznej ekonomicznej infrastruktury internetu. W jej ramach przede wszystkim potrzebne są rozwiązania obsługujące płatności dla sklepów internetowych. Chodzi nie tylko o sprawne i bezpieczne przyjęcie płatności od klienta. Systemy muszą być zbudowane tak aby wspomagać konwersję, czyli zapobiegać ucieczce klienta ze sklepu przed dokonaniem płatności. Sprzężone z systemami płatności, nowoczesne narzędzia do fakturowania mają za zadanie wspomagać lojalność klientów. Rozbudowane narzędzia analityczne pomagają w czasie rzeczywistym dostosowywać ofertę sklepu internetowego do preferencji klientów.

Szczególnie ciekawe są finansowe zastosowania sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego. Często pomagają one wykrywać oszustwa finansowe jeszcze przed ich popełnieniem. Technologia jest bardzo przydatna przy wykrywaniu zagrożeń terrorystycznych i zwalczaniu prania brudnych pieniędzy, ale nie tylko. Polski fintech – Provema jest liderem w zastosowaniu sztucznej inteligencji w procesie oceniania ryzyka kredytowego. Dzięki oprogramowaniu firmy, proces podejmowania decyzji kredytowej może ulec skróceniu ze zwyczajowych kilku dni do ułamków sekund, ilość niespłacanych przez klientów kredytów również maleje.

Innowacyjne technologie finansowe w coraz większym stopniu przyczyniają się do rozwoju całej światowej gospodarki dzięki wspomaganiu efektywności i sprawności procesów biznesowych.

Bain: Gwałtowny spadek liczby transakcji na rynku private equity z powodu koronawirusa

  • Liczba nowych inwestycji dokonanych przez fundusze PE spadła o 60 proc. w okresie styczeń-kwiecień
  • Liczba transakcji, w których sprzedającym były fundusze PE, spadła o 72 proc. w okresie styczeń-kwiecień
  • Wartość środków na nowe inwestycje wzrosła do najwyższego w historii poziomu $2.6 bln na koniec kwietnia

Liczba transakcji z udziałem funduszy private equity gwałtownie spadła w pierwszych czterech miesiącach tego roku z powodu zawirowań związanych z rozprzestrzenieniem się koronawirusa. Tylko w kwietniu liczba nowych przejęć dokonanych przez fundusze była o 60 proc. niższa niż w styczniu i stanowiła zaledwie jedną trzecią średniej miesięcznej z ostatnich pięciu lat, wynika z analiz Bain & Company. Fundusze mocno ograniczyły również sprzedaż swoich aktywów i skupiły się na stabilizowaniu sytuacji finansowej w spółkach portfelowych.

Jednak zdaniem ekspertów Bain & Company, gdy sytuacja nieco się uspokoi, fundusze powrócą na rynek zarówno po stronie kupujących, jak i sprzedających. Już przed wybuchem epidemii zgromadziły znaczne środki na inwestycje. Ich całkowita wartość sięgała na koniec kwietnia 2,6 biliona dolarów – czyli była na najwyższym poziomie w historii. Ponadto, jak pokazuje doświadczenie poprzednich kryzysów, środki zainwestowane w stosunkowo wczesnej fazie dekoniunktury przynoszą wyższe stopy zwrotów niż inwestycje dokonywane w czasach ożywienia gospodarczego.

Większość funduszy private equity skoncentrowała swoją uwagę na ratowaniu spółek portfelowych lub wykorzystaniu kryzysu do umocnienia ich pozycji rynkowej – powiedział Jacek Poświata, partner zarządzający Bain & Company Poland/CEE. – Podobnie jest w Polsce, gdzie również spadła liczba transakcji, choć jednocześnie widzimy, że apetyt na nowe przejęcia nie maleje. Obecna sytuacja jest absolutnie bez precedensu, więc nikogo nie dziwi, że inwestorzy wolą chwilę zaczekać, by zobaczyć, jak kryzys wpłynie na poszczególne branże i wyceny spółek.

Jeżeli fundusze decydują się zaangażowanie nowych środków, to obecnie są to głównie inwestycje w spółki już znajdujące się w ich portfelach. Nowe środki kierowane są do firm portfelowych, które z powodu zamrożenia gospodarek znalazły się w trudnej sytuacji płynnościowej, albo do tych, które mogą wykorzystać obecną sytuację do zdobycia nowych segmentów rynku.

W nowych warunkach fundusze private equity chętniej zwracają się też ku spółkom giełdowym i emitowanym przez nie instrumentom takim, jak akcje uprzywilejowane, czy warranty. Od początku roku w samych tylko Stanach Zjednoczonych fundusze zainwestowały 8,6 miliarda dolarów w papiery wartościowe spółek publicznych, które mają trudności z szybkim pozyskaniem finansowania od banków.

Jak wynika z wyliczeń Bain & Company, fundusze private equity mniej chętnie w tym roku angażowały się w transakcje sprzedaży spółek portfelowych. W okresie od stycznia do kwietnia liczba transakcji, w których sprzedającym były fundusze spadła o ponad 70 proc. Co więcej, ponad 80 proc. ankietowanych przedstawicieli funduszy deklaruje obecnie, że w ciągu najbliższych 12 miesięcy nie zamierza sprzedawać firm znajdujących się w ich portfelach.

– Gdy sytuacja na rynkach nieco się unormuje, ta niechęć do sprzedaży może się szybko zmienić, ponieważ wiele funduszy ma w portfelach spółki, które są gotowe do zmiany właściciela i w normalnych warunkach zostałyby upłynnione – powiedział Paweł Szreder, dyrektor w Bain & Company.

Eksperci Bain & Company wskazują, że z powodu niepewności związanej z rozwojem sytuacji gospodarczej na świecie napływ nowych środków do funduszy zostanie ograniczony w ciągu najbliższych miesięcy. Podkreślają, że odnotowany wzrost środków na inwestycje w pierwszych czterech miesiącach tego roku był głównie efektem działań funduszy sprzed pandemii.

Apollo Rida przejmuje Equal Business Park w Krakowie

Fundusze zarządzane przez Apollo-Rida Poland sfinalizowały zakup budynków A, B i C w ramach kompleksu Equal Business Park zrealizowanego przez Cavatina Holding. Stronie kupującej doradzał zespół rynków kapitałowych firmy JLL. Transakcja ta odzwierciedla dobre nastroje inwestorów – wartość umów kupna/sprzedaży obiektów biurowych przekracza już miliard euro.

Jak wynika z danych JLL, transakcja ta znajduje się w historycznym gronie dziesięciu największych umów kupna/sprzedaży obiektów biurowych zawartych na głównych rynkach biurowych poza Warszawą. Co więcej, inwestorzy pozostają bardzo aktywni w sektorze biurowym – łączna wartość transakcji zawartych w okresie styczeń-maj jest trzecim najlepszym wynikiem w historii inwestycyjnego rynku biurowego w Polsce i drugim najlepszym na rynkach regionalnych za ten okres. Biorąc dodatkowo pod uwagę transakcje zawarte w pierwszych dniach czerwca całkowity wolumen inwestycyjny w tym sektorze przekroczył już miliard euro.

Bardzo się cieszymy, że Equal Business Park uzupełnia nasz portfel inwestycyjny. To jeden z najbardziej atrakcyjnych obiektów biurowych w Krakowie, doskonale położony i charakteryzujący się najwyższą jakością powierzchni, terenów wspólnych i kompleksową ofertą udogodnień dla użytkowników. Możliwość zrealizowania tej transakcji, pomimo obecnych wyzwań, potwierdza mocne zaangażowanie naszej grupy na polskim rynku oraz pokazuje, jak doskonałą szansę inwestycyjną stanowi Equal Business Park. – Rafał Nowicki, Prezes Zarządu, Apollo-Rida Poland

Equal Business Park to cztery budynki biurowe klasy A (budynek D znajduje się obecnie w budowie i w 2021, po zakończeniu prac, zostanie przekazany Apollo-Rida) zlokalizowane na krakowskim Podgórzu przy ulicy Wielickiej, co zapewnia doskonały dostęp do środków komunikacji miejskiej. Ten nowoczesny kompleks biurowy jest wyposażony w szereg zaawansowanych rozwiązań technologicznych i spełnia wymogi certyfikacji środowiskowej BREEAM. Inwestycja oferuje ponadto najemcom wiele udogodnień, takich jak kantyna, księgarnia, przedszkole, salon kosmetyczny, kawiarnia, sklep spożywczy oraz strefy zieleni wzbogacone małą architekturą i sztuką. Equal Business Park zaoferuje łącznie ponad 60 000 mkw. powierzchni biurowej i usługowej. Obecne portfolio najemców kompleksu tworzy, m.in. Integer (InPost), QVC, Kimberly Clark, Aptiv, Equiniti, Kingfisher, Delphi Technologies, Regus oraz Krakowskie Zakłady Automatyki.

Proces realizacji założeń inwestycyjnych spółki przebiega w sposób niezwykle dynamiczny. Ogromne zainteresowanie kompleksem Equal Business Park, jak i powierzchniami będącego w budowie budynku D to dla nas powód do dumy. Equal Business Park to nasz flagowy projekt w Krakowie, który spotkał się z doskonałym przyjęciem lokalnej społeczności, najemców i inwestorów. – Daniel Draga, Członek Zarządu Cavatina Holding

W transakcji sprzedającemu doradzał zespół CBRE i Dentons, natomiast kupującemu – JLL, Penteris i Deloitte.

Ta spektakularna transakcja, sfinalizowana w tak szczególnych czasach, potwierdza, że Apollo-Rida to doświadczony inwestor, który doskonale zna i rozumie polski rynek nieruchomości. Apollo-Rida ma tę przewagę, że może korzystać z ogromnego doświadczenia właścicielskiego oraz rozwijania i zarządzania nieruchomościami biurowymi, handlowymi i magazynowymi. Dzięki łączeniu ról inwestora i zarządcy firma może sprawnie odpowiadać na wszystkie ewentualne wyzwania, co z kolei przełoży się na utrzymanie i zwiększenie przyszłej wartości Equal Business Park. – Piotr Piasecki, Dyrektor Działu Doradztwa Finansowego, JLL

Przejęcie Equal Business Park dowodzi niesłabnącego zainteresowania inwestorów polskim rynkiem nieruchomości biurowych. Silne fundamenty sektora oraz fakt, że nadal oferuje on atrakcyjne i stabilne zwroty zaowocowały do tej pory 19 transakcjami, z czego 12 z nich zostało sfinalizowanych w Warszawie.

Firmy boją się ryzykować, ale wierzą, że nadchodzą lepsze czasy

Epidemia COVID-19 uderzyła nie tylko w nasze zdrowie, ale równie mocno zaatakowała biznes. Firmy, którym udało się przetrwać te ciężkie czasy, nie będą ryzykować. Według raportu opublikowanego przez Sisense blisko połowa organizacji zapowiada, że będzie o wiele mocniej polegać na analityce i danych. Co jednak ważne, ale i zaskakujące, przedsiębiorcy z optymizmem patrzą w przyszłość, 79% respondentów twierdzi, że przetrwa kryzys, a nawet wzmocni swoją pozycję.

Badanie „State of BI & Analytics Report 2020: Special COVID-19 Edition”, zostało przeprowadzone przez firmę Meidata na zlecenie Sisense. W ankiecie wzięło udział 500 specjalistów ds. danych i dyrektorów biznesowych, zatrudnionych w różnych branżach. Celem badania było, aby dowiedzieć się, w jaki sposób COVID-19 zmienił ich poglądy i codzienną pracę, związaną z dziedziną analityki i business intelligence.

Małe jest… innowacyjne

Wyniki ankiety wykazały, że aż 49% firm korzysta z analizy danych „więcej lub znacznie więcej” niż przed kryzysem COVID-19. Zwłaszcza średniej wielkości firmy, zatrudniające od 51 do 200 pracowników, znajdują nowe sposoby wykorzystania danych w odpowiedzi na kryzys. Jak donoszą twórcy raportu, pod każdym względem wyprzedzają i zawstydzają nawet wielkie korporacje.

Wielkie zbiory danych i analityka, przestały być ekskluzywną wiedzą, która zarezerwowana jest wyłącznie dla największych korporacji z listy WIG20 czy S&P500. Rozwój i popularyzacja tych rozwiązań sprawiły, że ta technologia znalazła się w zasięgu firm z sektora MŚP. – zauważa Piotr Prajsnar, CEO  Cloud Technologies, firmy specjalizującej się w analityce wielkich zbiorów danych. Ekspert warszawskiej spółki twierdzi, że za taki stan rzeczy odpowiada w dużej mierze branża marketingu cyfrowego, która – Przez lata była poligonem dla nowoczesnych technologii, które miały pomóc w optymalizacji kosztów reklamy i precyzyjnym targetowaniu odbiorcy. Big Data i SI to gorące terminy, które są doskonale znane i z powodzeniem wykorzystywane w naszej branży od lat.

Małe firmy, wielkie ambicje – tak można podsumować wyniki badań Sisense. A do czego dokładnie wykorzystują analitykę danych małe przedsiębiorstwa? 68% z nich, korzysta z analityki w działalności operacyjnej, 56% w finansach, 50% w sprzedaży i 45% w produktach.

Małe firmy koncentrują się na wydajności i obsłudze klienta. Większe firmy zatrudniające 5000 lub więcej pracowników korzystają z analiz w celu poprawy wydajności biznesowej i zmniejszenia wydatków. Niezależnie jednak od wielkości firmy, poprawa wydajności, wspieranie klientów oraz przewidywanie zmian i rezultatów to trzy najszybciej rozwijające się sposoby wykorzystania danych i analityki.

Biorąc pod uwagę całościowe wyniki badania, bez względu na rozmiar przedsiębiorstwa, 55% respondentów deklaruje, że w ich firmach korzysta się z danych w celu poprawy wydajności i polega na nich w kontekście przewidywania zmian i wyników. 47% korzysta z danych w celu poprawy interakcji z klientami. Podczas gdy 45% twierdzi, że używa tych rozwiązań do przewidywania wyników biznesowych. Z powodu wystąpienia pandemii COVID-19 około jedna trzecia firm wykorzystujących analitykę, rozważa przeniesienie swoich działań analitycznych do chmury.

Ponad połowa respondentów stwierdziła, że ​​ich firmy dysponują niezbędnymi zasobami do realizacji analityki danych. Tylko 14% ogranicza swoje wydatki na analitykę, natomiast aż 65% zwiększa budżet lub przynajmniej utrzymuje go na podobnym poziomie.

Według prognoz IDC, obecny rok zakończy się 2% wzrostem wydatków na IT i technologie w porównaniu z 2019. To bardzo dobry wynik, biorąc pod uwagę spadki i obniżenie dynamiki globalnej gospodarki. W nowej normalności post pandemia, przedsiębiorstwa muszą wykazać się szybkim czasem reakcji na zachodzące zmiany, dlatego w opinii ekspertów IDC, technologia stanie się integralną częścią bieżących operacji biznesowych i firmową tarczą antykryzysową.  – tłumaczy Piotr Prajsnar z Cloud Technologies.

Firmy będą poszukiwać bezpiecznych, mierzalnych i sprawdzonych rozwiązań, gdyż nic tak nie zmusza do kreatywności, jak konieczność realizacji polityki oszczędności. Dlatego biznes będzie inwestować w instrumenty, które zapewniają łatwo mierzalny ROI – takie jak np. reklama online w modelu programmatic, bądź inne narzędzia w modelu BI (business intelligence), służące przykładowo do zarządzania danymi, jak platformy DMP.

Różowe okulary biznesu

Być może najbardziej zaskakującym odkryciem, wynikającym z przeprowadzonego badania  jest to, że większość respondentów optymistycznie patrzy w przyszłość. 79% zapytanych specjalistów wierzy, że ich firmy przetrwają lub nawet rozwiną się po tym, jak COVID-19 przestanie straszyć w mediach i w codziennych rozmowach.

Prawie połowa (46%) respondentów stwierdziła, że dostrzega pewne możliwości biznesowe, związane z COVID-19. Firmy z branży opieki zdrowotnej, turystyki, administracji i przemysłu / produkcji oświadczyły, że używają COVID-19 jako okazji do zmiany orientacji swoich modeli biznesowych lub zmian związanych z planowaniem zasobów.

Nagły i nieoczekiwany charakter pandemii pokazał kierownictwu przedsiębiorstw, że zaawansowane IT jest naprawdę pomocne, a budowanie zwinności i odporności dzięki technologii to coś więcej niż slogany. – wyjaśnia Rafał Orawski Prezes BPSC i dodaje – Nasze doświadczenia, jak również naszych klientów pokazują, że automatyzacja bardzo szybko przynosi mierzalne efekty. Pomaga oszczędzić czas, zasoby i poprawia produktywność. – kończy Prezes BPSC, producenta systemów ERP.

Mimo że pewne branże na pandemii straciły i zanim wrócą do obrotów sprzed COVID-19, minie trochę czasu, niektóre segmenty są w lepszej sytuacji. Sektor IT, np. dostarczający rozwiązania umożliwiające pracę zdalną, może mieć nadzieje na wzrost zainteresowania swoją ofertą. Dla wielu firm pandemia była surowym sprawdzianem i zdecydowanie najlepiej zdały go te organizacje, które zawczasu zainwestowały w IT. Praca większości pracowników biurowych z domu oraz realizacja programów nauczania przez szkoły i uczelnie wyższe jeszcze dekadę temu nie byłyby możliwe.

– To, że w momencie lockdownu w połowie marca przedsiębiorstwa mogły kontynuować wszystkie lub większość dotychczasowych procesów, zawdzięczają w dużej mierze wcześniejszym inwestycjom w rozwiązania cloudowe – mówi Andrzej Stella-Sawicki, Wiceprezes i Dyrektor Operacyjny w CloudFerro, polskiej firmie specjalizującej się w świadczeniu usług chmurowych. – Jeszcze kilka lat temu firmom brakowało narzędzi, aby umożliwić pracownikom natychmiastowe przejście na pracę zdalną. Dziś firmy mają właściwie wszystko, czego potrzebują, aby pracownicy mogli wykonywać swoje zadania z domu – szybki internet, przystępne cenowo komputery osobiste, systemy zabezpieczeń w formie zaawansowanych sposobów rejestracji i uwierzytelniania oraz dostępność większości systemów biznesowych w chmurze. Na przykład w naszej organizacji od momentu ogłoszenia pandemii dostosowaliśmy model działania, przechodząc na pracę zdalną, a dzięki rozwiązaniom chmurowym nasi klienci nie odczuli żadnej zmiany w jakości świadczonych przez nas usług – podkreśla Andrzej Stella-Sawicki.

Analizując wyniki raportu, łatwo dojść do wniosku, że podczas kryzysu najwięcej straciły te organizacje, które przez dłuższy czas stroniły od zmian. Równocześnie, można dostrzec, że firmy, które przetrwały czasy pandemicznej zawieruchy, wyszły z niej wzmocnione i gotowe na kolejne wyzwania. Biznes, podobnie jak ludzki organizm, narażony na działanie wirusa, wzmocnił swój układ odpornościowy, wykorzystując nie białe krwinki, lecz analitykę danych i nowoczesne systemy, które w przyszłości, będą ostrzegać przed zbliżającym się zagrożeniem. – Powtórki nie będzie, biznes, uzbrojony w wiedzę i doświadczenia z lockdownu, będzie gotowy do kontrataku.

Czas na przerwę? Pierwsze próby spieniężania zysków

Czwartek przynosi przerwę w dotychczas trwającym rajdzie ryzykownych aktywów, co wygląda na pierwsze próby spieniężania zysków i przeznaczenie chwili na ocenienie szans dalszej kontynuacji wzrostów. Ostatnie 24 godziny nie przyniosły nic dla zachwiania równowagi czynników ryzyka i otwartym pytaniem pozostaje, czy zatrzymanie przerodzi się w techniczną korektę? W międzyczasie uwaga przeniesie się na Europejski Bank Centralny, który dziś może zadecydować o rozszerzeniu funduszu ratunkowego.

Jeśli wierzyć sugestiom z protokołu z kwietniowego posiedzenia EBC, a także komentarzom chociażby prezes banku Christine Lagarde, portfel pandemicznego ratunkowego programu skupu aktywów (PEPP) zostanie powiększony z obecnych 750 mld EUR prawdopodobnie o 500 mld EUR. Powód przede wszystkim jest natury technicznej – przy obecnie realizowanym tempie zakupów 30 mld EUR/tydzień fundusz wyczerpie się z końcem września. Tymczasem EBC zapewniał, że PEPP ma być utrzymany co najmniej do końca 2020 r. Dodatkowe 500 mld EUR zapewnia wystarczające środki, jak również zwiększa elastyczność reakcji EBC, by móc skupować więcej w przypadku pojawienia się napięć na europejskim rynku długu.

Inne zmiany w polityce raczej nie wchodzą w grę. W kwietniu bank nie skorzystał z okazji obniżenia stóp procentowych i zdecydował się tylko na obcięcie o 25 pb oprocentowania na udzielanych bankom komercyjnym pożyczkach płynnościowych TLTRO. Efekt dla kosztu pożyczek jest tożsamy z tradycyjną obniżką, ale ograniczenie dostosowania do TLTRO chroni zyskowność banków, gdyż obniżka nie dotyka rezerw banków.

Jeśli wszystko jest takie oczywiste, gdzie tkwi ryzyko dzisiejszej decyzji? Jak zwykle problemem jest sama Rada Zarządzająca EBC składająca się 25 członków, którzy często prezentują skrajnie odmienne zdanie, szczególnie gdy chodzi o wspieranie najbardziej zadłużonych państw. Prezes Lagarde natomiast zależy na budowaniu szerokiego konsensusu dla decyzji i może potrzebować dodatkowego czasu na przekonanie wszystkich do swojego planu. Ostatnia poprawa nastrojów na rynkach finansowych może być uznana przez jastrzębi za argument, by nie spieszyć się z deklarowaniem szerszej ekspansji monetarnej i zostawić sobie opcje na ewentualne wygaszenie PEPP wcześniej. Do września pozostały jeszcze dwa posiedzenia, na których można decydować o zmianach w PEPP. Jednak taka logika może być zgubna, gdyż w ocenie inwestorów może zostać odebrana jako źródło niepewności w odniesieniu do inwestowania w obligacje skarbowe m.in. Włoch czy Hiszpanii. Stąd ociąganiem w podejmowaniu decyzji EBC może wprowadzić niepotrzebną nerwowość. Miałoby to negatywne konsekwencje dla obligacji, ale też zaszkodziłoby aprecjacji EUR. Rynek dyskontuje odbicie ożywienia gospodarczego w strefie euro, ale odbudowa będzie się opierać na aktywnej polityce fiskalnej (unijnej, ale też krajowej), dla której konieczny jest stabilny rynek długu. Mam nadzieję, że w obecnych, kryzysowych warunkach EBC widzi zalety w obiecaniu więcej teraz zamiast czekać na ostatnią chwilę. Byłoby to miłą odmianą w historii decyzji banku.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Północna Izba Gospodarcza ponawia apel: przywróćmy handel w niedzielę!

Stan zagrożenia epidemicznego przed którym stanęło polskie społeczeństwo w marcu tego roku to stan niespodziewany i taki, z którym gospodarka nigdy wcześniej się nie mierzyła. Powrót do normalności i standardowego funkcjonowania wielu firmom zajmie długie miesiące. Koronawirus mocno uderzył w handel detaliczny i hurtowy. Sieci handlowe, które dotychczas świetnie sobie radziły w wielkich galeriach handlowych obecnie przenoszą swoją działalność do Internetu. Przedsiębiorcy zwracają uwagę, że przywrócenie handlu w niedzielę mogłoby doprowadzić do poprawienia kondycji sklepów, które przez niemal kwartał pozbawione były dochodów.

Koronawirus zmienił gospodarkę. „Rząd ma doskonałą okazję by wycofać się z tej nierozsądnej ustawy”

Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie kolejny raz apeluje o ponowną dyskusję na temat przywrócenia handlu w niedzielę. W opinii naszych przedsiębiorców już przed pandemią koronawirusa istniały podstawy do dyskusji na ten temat i gospodarczo powrót handlowych niedziel był uzasadniony. Teraz uważamy przywrócenie handlu za konieczność: – Zupełnie niezrozumiały jest dla nas upór rządzących by niedziele pozostały niehandlowe. Wszelkie sondaże i statystyki oraz wszelkie badania pokazują, że ludzie chcą w niedzielę robić zakupy. Rząd ma doskonałą okazję by zrobić krok w tył i zmienić aktualna ustawę. Pandemia koronawirusa doprowadziła do tego, że handel znalazł się w głębokim kryzysie. To byłby dla sklepów głębszy oddech, okazja do odrobienia choć części strat. To nie jest tylko działanie na rzecz galerii handlowych, ale i targowisk oraz sklepów zlokalizowanych na ulicach miast – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Jarosław Tarczyński.

– Uważamy, że dyskusja o powrocie do handlu w niedzielę powinna rozpocząć się natychmiast – dodaje Prezes Tarczyński.

Coraz więcej ogłoszeń „do wynajęcia” – musimy ratować handel

– Ograniczenie funkcjonuje już od kilku lat, a jego efekty nie są zadowalające dla tych, którzy mieli być największym beneficjentem zmian – mowa o kupcach i małych przedsiębiorcach. Ponadto w obecnej sytuacji gospodarczej regulowanie jej poprzez tego typu zakazy i ograniczenia nie jest działaniem racjonalnym, ani także propracowniczym. Nie chroni również małych przedsiębiorców, lokalnych sklepikarzy, kupców, punktów gastronomicznych i restauratorów – mówi dr Piotr Wolny, dyrektor biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

– Kiedy idziemy ulicami Szczecina widzimy mnóstwo ogłoszeń „do wynajęcia” w miejscach, które jeszcze niedawno funkcjonowały. Uważamy, że zawieszenie zakazu handlu w niedzielę jest teraz koniecznością – dodaje dyrektor Piotr Wolny.

„Ideologiczne przesłanki wprowadzenia modelu zamkniętych w niedzielę sklepów nie mają teraz nic do rzeczy”

Specjaliści współpracujący z Północną Izbą Gospodarczą w Szczecinie zwracają uwagę, że w obecnej sytuacji gospodarczej przywrócenie handlu w niedzielę wydaje się być krokiem racjonalnym. To wyjście na przeciw oczekiwaniom branży: –  handel nie tylko tworzy blisko 20% polskiego PKB, ale także jest „pasem transmisji” produkcji od producenta do konsumenta. Niestety to branża, która w okresie zamrożenia gospodarki została poważnie dotknięta. Z danych sygnalnych wynika, że tylko w marcu handel zanotował od 20-30% spadku obrotów, w kwietniu prawdopodobnie kolejne 25%. O ile handel artykułami żywnościowymi odczuł spadek obrotów najmniej dotkliwie, o tyle np. sprzedaż odzieży spadła o 85%, motoryzacja o 75%, a elektronika o 60%.  Na tym tle, wraca dyskusja na temat powrotu do handlu w niedzielę. Trzeba to powiedzieć stanowczo i odważnie. W warunkach tak silnego kryzysu należy przywrócić handel w niedziele. Ideologiczne przesłanki wprowadzenia modelu zamkniętych w niedzielę sklepów nie mają teraz nic do rzeczy – mówi prof. Aneta Zelek, Rektor Zachodniopomorskiej Szkoły Biznesu oraz ekspert Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Marta Florczak nową dyrektor zasobów ludzkich w Auchan Retail Polska

Marta Florczak objęła z dniem 1 czerwca br. stanowisko dyrektora zasobów ludzkich w Auchan Retail Polska. Będzie odpowiedzialna za zarządzanie zasobami ludzkimi firmy w Polsce, wdrażanie strategii transformacji sieci, komunikację oraz działania z obszaru społecznej odpowiedzialności biznesu. Marta Florczak zastąpiła na tym stanowisku Laurent Rossignol, który będzie kontynuował swoją karierę w Auchan we Francji.

Nominacja na stanowisko dyrektora zasobów ludzkich jest dla mnie bardzo ciekawym wyzwaniem. W tym trudnym kontekście zewnętrznym rozpoczynam swoją pracę mimo wszystko z entuzjazmem, gotowa na nowe zadania. Realizując je będę umacniać pozycję i reputację Auchan na polskim rynku jako zaufanego pracodawcy – powiedziała Marta Florczak.

Jako dyrektor zasobów ludzkich Auchan Retail Polska Marta Florczak będzie odpowiedzialna za rozwój zasobów i kompetencji pracowniczych niezbędnych do realizacji strategii firmy, realizację polityki CSR w ramach strategii Auchan 2022, a także realizację projektów optymalizujących organizację przedsiębiorstwa.

Nowa Dyrektor ma za sobą wieloletnie doświadczenie pracy w Grupie Lafarge, na kierowniczych stanowiskach związanych ze sprzedażą i HR, w oddziałach firmy w Polsce, we Francji i w Austrii.

Marta Florczak jest absolwentką Open University Business School w Londynie, gdzie kształciła się na kierunku Strategicznego zarządzania zasobami ludzkimi. Posiada  dyplom MBA Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie i Uniwersytetu w Sztokholmie, oraz dyplom z Zarządzania organizacjami zdobyty na Said Business School Oxford University. Ponadto jest absolwentką Advanced Management Program na IESE Business School.

Posługuje się językiem angielskim, niemieckim, francuskim i rosyjskim.

Eksperci prognozują mocny, ale krótkotrwały spadek w branży PR

Badani eksperci zajmujący się public relations prognozują, iż do końca bieżącego roku rynek PR może się skurczyć nawet o 17% jeśli chodzi o liczbę firm świadczących usługi doradcze z zakresu komunikacji. Poza tym na znaczeniu zyska digital PR oraz łączenie pracy zdalnej z biurową. Będą to kluczowe zmiany w sposobie funkcjonowania branży. Badania przeprowadził zespół analityków Exacto w miesiącach: kwiecień i maj 2020 roku na próbie 242 ekspertów PR.EXACTO_BADANIA_03062020_3 EXACTO_BADANIA_03062020_4

Branża public relations zmieni się trwale

Większość badanych specjalistów PR (51%) jest zdania, że sytuacja związana z pandemią koronawirusa trwale zmieni funkcjonowanie branży PR. Relatywnie najczęściej takie stanowisko zajmowali pracownicy agencji (59%) oraz osoby z dużym stażem pracy (61% wśród osób związanych z branżą 16 lat i dłużej). Podobnie rzecz się ma w innych branżach, na przykład eventowej, konferencyjnej i szkoleniowej. Badane osoby, posiadające większe doświadczenie zawodowe, są zdecydowanie bardziej przekonane, że takie trwałe zmiany na rynku PR na pewno zajdą. Patrząc z perspektywy tego co się zmieni, badani wskazują, iż wzrośnie rola digital PR, pracy zdalnej i hybrydowego łączenia pracy zdalnej z biurową. Tym samym część firm zrezygnuje z dużych, wysokokosztowych, ekskluzywnych siedzib, na rzecz mniejszych biur, łącząc jednocześnie pracę w biurze z pracą w domu. Część badanych wskazuje, iż może dojść do spadku popytu na usługi PR. Na taki stan rzeczy wskazywała ponad ¼ respondentów, którzy jednocześnie zgadzają się z tezą, że pandemia doprowadzi do reorganizacji pracy w branży public relations, a sam powrót do stanu sprzed koronawirusa będzie niemożliwy.EXACTO_BADANIA_03062020_2 EXACTO_BADANIA_03062020_1

Eksperci: Może upaść nawet 17% firm

Pod koniec grudnia 2019 roku w rejestrze REGON funkcjonowało w Polsce 4470 firm, które do głównej działalności zaliczyły stosunki międzyludzkie, public relations i komunikację (PKD 70.21). W oparciu o powyższą wartość (stan wyjściowy), badani PR-owcy mieli za zadanie oszacować jak zmieni się ta liczba w czasie i po pandemii koronawirusa. Prognozy wskazują, że liczba firm będzie dynamicznie spadać. Na koniec 2020 roku specjaliści przewidują, że firm z głównym PKD 70.21 będzie o 17% mniej względem stanu sprzed kryzysu wywołanego koronawirusem (średnia wyliczona dla całej próby wynosi 3703).

Rok po wykryciu pierwszego przypadku COVID-19 w Polsce, sytuacja na rynku public relations powinna zacząć się poprawiać, aczkolwiek powrót do stanu sprzed pandemii nawet na koniec 2022 roku jest zdaniem badanych mało prawdopodobny (aż 64% badanych przewiduje mniejszą liczbę firm niż początkowe 4470). Generalnie dane wskazują na znaczne skurczenie się rynku PR, a największe spadki w całym analizowanym okresie prognozują specjaliści reprezentujący organizacje pozarządowe oraz firmy z sektora publicznego. Przeważały opinie, że liczba firm zacznie wzrastać od początku 2021 roku – 40% ogółu odpowiedzi.

Wyniki naszych badań pokazały, że branża jest świadoma negatywnych skutków pandemii. Potwierdzają to między innymi prognozy PR-owców w zakresie zmian w wielkości rynku PR w Polsce. Na uwagę zasługuje fakt, że rynek powinien zacząć się odbudowywać po roku od wykrycia pierwszego przypadku COVID-19 w Polsce, aczkolwiek nadal trzeba będzie się mierzyć z wieloma wyzwaniami. Jednym z nich będzie spadek popytu na usługi PR wynikający z ograniczonych budżetów zarówno obecnych, jak i potencjalnych klientów. Negatywne trendy w tym aspekcie można zaobserwować już dziś. Działania rządu w zakresie tarczy antykryzysowej, świadomość menedżerów w zakresie zagrożeń i optymalizacja kosztów to jedne z tych działań, które wspomogły szereg podmiotów. Aczkolwiek teraz przed częścią zarządów stoi zadanie odbudowy utraconej pozycji sprzed lockdownu – podsumowuje dr hab. prof. UW Dariusz Tworzydło, współautor badań.

Wyniki powyższych analiz pochodzą z projektu badawczego, który przeprowadził zespół analityków Exacto. Celem badań było poznanie wpływu pandemii koronawirusa na branżę PR oraz zebranie opinii w zakresie przyszłości branży po opanowaniu sytuacji związanej z COVID-19. Dane były zbierane na przełomie kwietnia i maja 2020 roku. Ostatecznie w badaniu udział wzięło 242 specjalistów branży PR.

Informacje uzupełniające:

Exacto sp. z o.o. to zespół ekspertów, którzy łączą wiedzę praktyczną w zakresie public relations z bardzo dużym doświadczeniem w zakresie projektowania i realizacji badań marketingowych, naukowych oraz analiz strategicznych. Zrealizowali szereg projektów eksperckich, badawczych i strategicznych dla wielu firm w Polsce i za granicą.

Koronawirus w Polsce – Mariusz Gromada analizuje najnowsze dane

2 i 3 czerwca 2020 r. zanotowano w Polsce mniej infekcji niż w kilku poprzednich dniach – liczba nowych potwierdzonych zakażeń nie przekroczyła 300. Na tle Europy, w przeliczeniu na milion mieszkańców, Polska nie wypada ani dobrze ani źle, znajdując się w środku rankingu.covid-19-cykl-mariusz-gromada-14-ranking-eu

Obserwując zestawienie widać, że w kraju mamy obecnie nieco mniej nowych infekcji niż w Hiszpanii (8,6 vs 11,1 na milion mieszkańców) oraz nieco więcej niż we Włoszech (8,6 vs 7,0 na milion mieszkańców). Porównanie do Niemiec wskazuje, że nowych zakażeń jest w Polsce dwukrotnie więcej (8,6 vs 4,6 na milion mieszkańców). Przygotowany ranking pomija liczbę wykonywanych testów.

Na większości terytorium Polski epidemia została stłumiona, jednak w kilku regionach pojawiły się nowe ogniska COVID-19, w szczególności w województwach łódzkim i świętokrzyskim. Na Śląsku liczba nowych zakażeń spada. W województwie mazowieckiem liczba nowych infekcji – od dłuższego czasu – utrzymuje się na stabilnym poziomie.covid-19-cykl-mariusz-gromada-14-mapa

Autor: Mariusz Gromada, matematyk, statystyk, dyrektor Departamentu Customer Intelligence w Banku Millennium, opracowanie własne z dnia 3.06.2020 na podstawie danych udostępnianych przez The Johns Hopkins University https://github.com/CSSEGISandData/COVID-19

Liczba mandatów z fotoradarów wzrosła o 66%

W 2019 r. wystawiono 717 tys. mandatów w wyniku zarejestrowania przez fotoradary naruszeń przepisów ruchu drogowego, To o 285 000 więcej niż w 2018 r. W ubiegłym roku rekordzista przekroczył dopuszczalną prędkość o 149 km/h.

2019 r. był rekordowy zarówno pod względem wzrostu wykrywalności przez fotoradary liczby naruszeń przepisów ruchu drogowego, jak i wystawionych mandatów. Najczęściej dopuszczalną prędkość kierowcy przekraczali w województwie śląskim. Z kolei na czerwonym świetle nie zatrzymywali się w mazowieckim. Tak wynika z danych Centrum Automatycznego Nadzoru nad Ruchem Drogowym, którym przyjrzeli się eksperci rankomat.pl.

Liczba mandatów wzrosła o 66%

W 2019 r. w wyniku działania fotoradarów nałożono 717 000 mandatów. To aż o 66% więcej niż w 2018 r. Liczba ukaranych kierowców wzrosła również w porównaniu do lat 2016-2017.Mandaty z fotoradarów_v3

Naruszenia przepisów przez kierowców wzrosły o 27%

W 2019 r. fotoradary zarejestrowały 1 606 000 naruszeń przepisów drogowych. To o 341 000 więcej niż w 2018 r. (+27%). Z kolei w ciągu ostatnich czterech lat najmniej kierowców przyłapano na nieprzepisowej jeździe w 2017 r. (973 000).Ile naruszeń przepisów rejestrują fotoradary_v2

W ubiegłym roku zarejestrowano więcej naruszeń przepisów drogowych niż wystawiono mandatów. Jednak nie zawsze można ukarać nieprzepisowo jeżdżących kierowców. Najczęstszymi powodami są nieczytelne zdjęcia wykonane przez fotoradar, a także brak pełnych danych na temat właściciela auta w Centralnej Ewidencji Pojazdów i Kierowców (CEPiK). Ponadto niekiedy urządzenia rejestrują również nieprzepisową jazdę pojazdów uprzywilejowanych.

Najwięcej piratów drogowych na Śląsku

W 2019 r. stacjonarne fotoradary największą liczbę kierowców przekraczających dopuszczalną prędkość zarejestrowały w trzech miejscowościach województwa śląskiego. W Koziegłowach (24 700 przypadków), a także w Siewierzu (22 200) oraz Gliwicach (21 300). Natomiast mobilne urządzenia do odcinkowego pomiaru prędkości, najczęściej na zbyt szybkiej jeździe przyłapały kierujących w Lublinie (24 100).Gdzie kierowcy najczęściej przekraczają prędkość_v3

Na czerwonym świetle nie zatrzymujemy się na Mazowszu

W Polsce dla poprawy bezpieczeństwa na drogach używa się nie tylko fotoradarów, lecz także rejestratorów przejazdu na czerwonym świetle. W 2019 r. pomimo sygnalizacji braku prawa przejazdu, kierowcy najczęściej nie zatrzymywali się w Jabłonnej (5700 zarejestrowanych przypadków), a także w Mrokowie (5100). Obie miejscowości są zlokalizowane w województwie mazowieckim.Gdzie kierowcy najczęściej nie zatrzymują się na czerwonym świetle_v3

Ile jest fotoradarów w Polsce?

W 2019 r. w całej Polsce było zlokalizowanych 435 stacjonarnych fotoradarów. Tak wynika z danych Centrum Automatycznego Nadzoru nad Ruchem Drogowym (CANARD). Jest to komórka organizacyjna Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego (GITD).

W ubiegłym roku fotoradar zarejestrował największe przekroczenie prędkości w miejscowości Kleczanów w województwie świętokrzyskim. Pirat drogowy pędził tam samochodem 209 km/h. Przekroczył dopuszczalną prędkość o 149 km/h w miejscu, w którym obowiązywało ograniczenie do 60 km/h.

Oprócz stacjonarnych fotoradarów, CANARD do automatycznej rejestracji wykroczeń drogowych wykorzystuje również 29 mobilnych urządzeń rejestrujących zainstalowanych w pojazdach, a także 30 do odcinkowego pomiaru średniej prędkości. Ponadto Centrum dysponuje też 20 rejestratorami przejazdu na czerwonym świetle.

EBC podnosi giełdy. Adobe z maksymalnym poziomem docelowym na Wall Street

Nie od dziś wiemy, że działania banków centralnych mają wpływ na zachowanie się indeksów giełdowych. Zazwyczaj to jednak amerykański Fed dawał impuls dla inwestorów do kupna akcji. Dziś jednak zrobił to Europejski Bank Centralny. To po decyzji, która została opublikowana o godzinie 13:45, indeksy ruszyły do góry.

Wcześniej po kilku dniach zysków, kontrakty na Wall Street zmierzały na południe prawdopodobnie ze względu na realizację zysków. Kontrakty futures na S&P 500 spadały o 0,3 proc., ale to się zmieniło po dobrych informacjach z Europy. Europejski Bank Centralny ogłosił, że postanowił wzmocnić swój program QE podjęty ze względu na pandemię koronawirusa o kolejne 600 mld euro. Rynek spodziewał się wzrostu programu PEPP o 500 mld euro. Dodatkowo EBC poinformował, że horyzont dla zakupów netto w ramach PEPP zostanie przedłużony co najmniej do końca czerwca 2021 r. W każdym przypadku Rada Prezesów będzie dokonywać zakupów aktywów netto w ramach PEPP do momentu, gdy uzna, że faza kryzysu związanego z koronawirusem zakończyła się.

Kolejne dobre wieści nadeszły ze Stanów Zjednoczonych. Liczba Amerykanów ubiegających się o zasiłek dla bezrobotnych spadła w ubiegłym tygodniu po raz pierwszy od połowy marca poniżej 2 milionów, ponieważ firmy dostosowują się do środowiska, które zostało znacznie zmienione przez COVID-19. Nowe wnioski o państwowe zasiłki dla bezrobotnych wyniosły 1,877 mln za tydzień kończący się 30 maja, co oznacza spadek z 2,126 mln w poprzednim tygodniu, podał w czwartek Departament Pracy. Liczba nowych bezrobotnych spadła od czasu, gdy pod koniec marca osiągnęła rekordowy poziom 6,867 mln. Pomimo wciąż wysokiego poziomu odczytów, ostatnie dane sugerują, że najgorsze dla rynku pracy jest już za nami, w połączeniu z danymi ze środy, które pokazały mniejszy niż oczekiwano spadek miejsc pracy w sektorze prywatnym w maju.

Z punktu widzenia ciekawych informacji dla spółek, rynek przygląda się firmie Adobe. Jej cena akcji znajduje się przy historycznym szczycie i zbliża się do 400 USD za akcję. Analitycy Jefferies podnieśli poziom ceny docelowej dla spółki do najwyższego na Wall Street z 270 USD do 450 USD. Daje to spółce możliwość wzrostu o 15 proc. od ostatniej ceny zamknięcia. Adobe ma na Wall Street 19 rekomendacji kupna, 9 trzymaj i 1 sprzedaj.

Oprócz środowych danych odnośnie zmian zatrudnienia w sektorze prywatnym, dzisiejszej decyzji EBC w sprawie stóp procentowych, kluczowe dla Wall Street mogą być również piątkowe dane NFP. Publikacja ta pokaże zmianę zatrudnienia w sektorze pozarolniczym w USA wraz ze stopą bezrobocia.

Departament Zarządzania Aktywami
Copernicus Capital TFI S.A.

Sposób postrzegania problemu zmian klimatu i zaangażowanie w działania ekologiczne Polaków

W obliczu koronawirusa problemy ekologiczne zeszły na dalszy plan, ale chwilę przed obchodzonym 5 czerwca Światowym Dniem Ochrony Środowiska warto przyjrzeć się bliżej naszemu podejściu do tego zagadnienia. Choć w związku z lockdownem i ograniczeniami w poruszaniu dało się zauważyć gwałtowny spadek zanieczyszczenia spalinami, to jednak masowe wykorzystanie jednorazowych środków ochrony osobistej przyczynia się do zwiększonej produkcji odpadów. Z badania przeprowadzonego przed wybuchem pandemii dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor wynika, że problem zmian klimatycznych jest Polakom znany, ale częściej zauważalny wśród osób powyżej 35. roku życia. Co więcej, 44 proc. badanych deklaruje realizację działań proekologicznych bez względu na koszty, które się z tym wiążą. Ale wymuszone przez kryzysową sytuację gospodarczą oszczędności, w wielu gospodarstwach domowych też mogą stać się dodatkowym impulsem do bardziej przyjaznego zachowania wobec planety.

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Quality Watch na potrzeby Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor, znakomita większość pytanych (82 proc.) ma świadomość ekologicznych problemów, z którymi boryka się nasza planeta. Częściej tematyka kryzysu klimatycznego jest rozpoznawana przez osoby w wieku 35 lat lub więcej (86 proc.), podczas gdy dla młodszych odsetek ten wynosi 75 proc.

– Patrząc na wyniki naszego badania należy poddać w wątpliwość powszechne przekonanie o wysokiej świadomości młodych ludzi na temat problemów klimatycznych. Wygląda na to, że osoby młodsze najpierw koncentrują się na „korzystaniu z życia”, a ich świadomość ekologiczna wzrasta wraz z wiekiem i doświadczeniem. To starsi wykazują się mniejszą ignorancją i w codziennym życiu bardziej troszczą się o los planety – mówi Halina Kochalska, ekspert BIG InfoMonitor. – Może się tak dziać dlatego, że wielu widzi w tym sposób na oszczędności, a skala problemów finansowych z wiekiem też niestety rośnie, osiągając najwyższy wymiar wśród pokoleń 35-44 oraz 45-54 latków. Jak wynika z danych w bazach Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK nieopłacone na czas kredyty i bieżące rachunki ma tu niemal co ósmy, a średnia zaległość w przypadku 45-54 latków przekracza 38 tys. zł – dodaje Kochalska.

Postrzeganie ekoproblemów w różnych pokoleniach

zaangażowanie w działania ekologiczne rośnie z wiekiem
Źródło: Badanie Quality Watch dla BIG InfoMonitor

Na przestrzeni ostatnich lat nastawienie do kwestii ekologii uległo zmianie. Na szczęście, jak pokazują badania Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor – na lepsze. Zdecydowanie ponad połowa respondentów (65 proc.) uważa, że ochrona środowiska to konieczność. Co piąty uznaje ten problem za ważny, choć jednocześnie przyznaje, że ma inne priorytety. Jedynie 16 proc. osób nie przykłada wagi do problemów środowiska. Częściej na konieczność ochrony środowiska z najwyższym priorytetem wskazują kobiety – 71 proc., względem 59 proc. mężczyzn. Co ciekawe, analizując wyniki przez pryzmat wieku badanych, największą wagę do ochrony środowiska przykładają osoby powyżej 45 lat (74 proc.).

Na pierwszym miejscu segregacja śmieci, ale niektórzy ograniczyli też zakup odzieży czy sprzętu RTV

Jednym z najważniejszych obszarów ochrony środowiska jest dziś gospodarka odpadami, a nie da się ukryć, że pandemia spotęgowała ten problem. – Konieczność zachowania reżimu sanitarnego gwałtownie zwiększyła wykorzystanie jednorazowych środków ochrony osobistej, które po zużyciu nadają się już tylko do mało ekologicznej utylizacji. Jest to dziś dodatkowy koszt dla konsumentów i firm, ale też dodatkowy problem dla środowiska, który powinien zwrócić uwagę na poziom recyklingu tworzyw sztucznych w Polsce. Mimo nowych wymogów chwili, nie powinniśmy zatracać pojawiających się coraz częściej dobrych dla planety nawyków. Warto wręcz zwiększyć starania tam gdzie jest to możliwe – podkreśla Halina Kochalska.

Najczęściej wskazywanym w badaniu działaniem na rzecz dbania o środowisko jest segregacja śmieci (73 proc.), co i tak wydaje się niewygórowanym wyzwaniem, biorąc pod uwagę ustawowy obowiązek w tym zakresie i wynikające z tego niższe opłaty. 58 proc. pytanych deklaruje korzystanie z toreb wielokrotnego użytku, prawie połowa stara się nie marnować żywności (44 proc.), a co trzeci ogranicza zużycie wody. To tym bardziej budujące, że jesteśmy w gronie państw, którym grozi deficyt wody. W Polsce na jednego mieszkańca przypada bowiem ok. 1800 m sześc. wody na rok – jest to ilość wody odpływającej z obszaru całego kraju do morza na jednego mieszkańca. Dla porównania średnia europejska wynosi ok. 4500 m sześc. na rok. Dążenie do zmniejszenia jej zużycia jest więc wysoce wskazane dla środowiska, ale także dla portfela.

zaangażowanie w działania ekologiczne rośnie z wiekiem 2
Źródło: Badanie Quality Watch dla BIG InfoMonitor

Zaangażowanie w działania proekologiczne wzrasta wraz z wiekiem, np. śmieci segreguje jedynie 60 proc. osób w wieku do 24 lat, podczas gdy wśród osób powyżej 45 lat jest to już 78 proc. Toreb wielorazowych używa połowa pytanych do 24 lat i 61 proc. powyżej 45. roku życia. Jedynie 36 proc. osób młodych deklaruje, że nie wyrzuca zakupionej żywności, podczas gdy wagę do tego przykłada 48 proc. osób powyżej 45 lat.

Jedna trzecia Polaków chce na ekologii oszczędzać, ale więcej z myślą o ochronie środowiska jest gotowa sięgnąć głębiej do portfela

Patrząc na ochronę środowiska przez pryzmat własnego portfela, realizację działań proekologicznych bez względu na koszty, które osobiście poniosą deklaruje 44 proc. badanych, czyli całkiem spora część społeczeństwa. Na drugim biegunie są respondenci, którzy będą w stanie zaangażować się jedynie wtedy, kiedy działania takie pozwolą im dodatkowo zaoszczędzić pieniądze, jest ich 38 proc. Widać jednak, że Polacy zdają sobie sprawę, że ekologia wymaga pewnych wydatków i poświęceń, bo ponad połowa (52 proc.) jest zdania, że nie można rozważać korzystnych działań dla planety tylko w kontekście korzyści dla portfela.

Biorąc pod uwagę finanse publiczne, badani są bardziej skłonni do decydowania o ich przeznaczeniu na działania na rzecz ochrony środowiska. Ponad połowa (56 proc.) zgadza się z koniecznością angażowania takich środków bez względu na wysokość kwot, które trzeba na to przeznaczyć. Tym razem osób o przeciwnym zdaniu jest o wiele mniej – 26 proc. Ale 38 proc. uważa, że angażowanie publicznych pieniędzy w ochronę środowiska powinno się wiązać z perspektywą oszczędności dla budżetu państwa.

zaangażowanie w działania ekologiczne rośnie z wiekiem 3
Źródło: Badanie Quality Watch dla BIG InfoMonitor

– Analizując wyniki odpowiedzi na pytanie o wpływ podejmowanych działań proekologicznych na domowy budżet oraz poświęcany temu czas widać, że preferujemy jednak łączenie dbałości o środowisko z oszczędnościami. Ponad jedna trzecia badanych deklaruje, że bycie ekologicznym pozwala im wydawać mniej, z kolei 30 proc. uważa, że to nic ich dodatkowo nie kosztuje, jedynie w przypadku 17 proc. respondentów wydatki wzrosły. Wymuszone przez kryzysową sytuację gospodarczą oszczędności w wielu gospodarstwach domowych mogą stać się dodatkowym impulsem do bardziej przyjaznego zachowania wobec planety. Próba połączenia podejścia proekologicznego z ograniczeniem kosztów życia i konsumpcjonizmu to idealne rozwiązanie, tym bardziej, że w obu obszarach Polacy mają wiele do zrobienia. Na koniec marca przeterminowane płatności kredytowe i pozakredytowe konsumentów wynosiły 79,8 mld zł. W Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor oraz w BIK było wówczas ponad 2,83 mln niesolidnych dłużników– mówi Halina Kochalska.

Epidemia COVID-17 spowodowała, że w wielu aglomeracjach dało się zauważyć wyraźny spadek poziomu zanieczyszczeń. I choć wszystko wskazuje na to, że efekt ten był chwilowy, jasno pokazuje, w którą stronę powinny iść zmiany naszych codziennych przyzwyczajeń, jeśli naprawdę chcemy ograniczyć zły wpływ naszych działań na dobrostan planety. Z drugiej strony jednak, konieczność zachowania zwiększonych standardów higienicznych spowodowała nadprodukcję odpadków przeznaczonych do utylizacji, a wiele placówek handlowych i usługowych zostało też zmuszonych ograniczyć wykorzystanie opakowań wielorazowych czy też należących do klientów.

W porównaniu z krajami Europy wcale nie produkujemy tak dużo śmieci komunalnych – 315 kg, podczas gdy średnia europejska wynosi 487 kg. Z drugiej strony jednak, w niektórych państwach poziom recyklingu odpadów zbliża się do 100 proc. – u nas zaledwie do 30 proc. Te dane z pewnością zostaną zweryfikowane w sytuacji mocno zmienionej przez pandemię.

Pozostaje mieć nadzieję, że znoszenie ograniczeń nie spowoduje powrotu na nasze ulice korków, bo wiele firm i osób zdecyduje się na dłużej pozostać w trybie pracy zdalnej. Z drugiej strony bardzo prawdopodobne, że mimo obaw związanych z niebezpieczeństwem zarażenia wrócimy do innych dobrych ekologicznych nawyków i zamiast masowo stosować jednorazowe maseczki, plastikowe torby i opakowania na wynos, nauczymy się w tych wszystkich sytuacjach używać sprzętów wielorazowych, które można umyć, uprać, zdezynfekować i w ten sposób ograniczyć nasz ekologiczny ślad.

Badanie zrealizowane przez Quality Watch techniką komputerowo wspomaganych wywiadów internetowych (CAWI) na reprezentatywnej próbie 1017 dorosłych mieszkańców Polski, grudzień 2019 r.

Zakup mieszkania z najemcą oznacza kłopoty? Czy opłaca się je kupić?

W ogłoszeniach dotyczących lokali z rynku wtórnego, czasem może pojawić się mieszkanie z najemcą. Taka oferta zwykle wzbudza pewną nieufność i zniechęca osoby szukające lokum na własne potrzeby. Potencjalni nabywcy obawiają się bowiem, że zmuszenie lokatora do wyprowadzki nie będzie łatwe. Samo wystawienie na sprzedaż mieszkania z najemcą wzbudza również podejrzenia, że osoba zajmująca lokum jest problemowa – na przykład ze względu na swoje zachowanie lub skłonność do nieterminowej zapłaty czynszu. Nie warto jednak kierować się takimi uprzedzeniami i od razu dyskwalifikować każde mieszkanie z najemcą w kontekście potencjalnej transakcji. Jeżeli będziemy znali przepisy dotyczące zakupu „M” z najemcą, to świadoma decyzja będzie łatwiejsza. Ten temat jest dla mnie znajomy, ponieważ spotykam się z nim podczas pracy w ramach projektu Mzuri CFI Łódź. Opiera się on na zakupie wynajętych kamienic z myślą o wzroście ich wartości.

Nowy właściciel mieszkania jest stroną umowy najmu

Informacji o ewentualnych problemach prawnych, jakie może sprawić zakupione mieszkanie z najemcą, powinniśmy najpierw poszukać w kodeksie cywilnym. To właśnie ten akt prawny określa podstawowe relacje między lokatorem i nowym właścicielem mieszkania. Najważniejsza zasada z kodeksu cywilnego mówi, że nowy właściciel lokalu wstępuje w stosunek prawny z najemcą (na miejsce zbywcy). Takie rozwiązanie, które jest typowe nie tylko dla polskich przepisów ma zagwarantować lokatorowi bezpieczeństwo i stabilność wynajmu. Nowy właściciel nieruchomości mieszkaniowej musi bowiem respektować postanowienia umowy najmu zawartej przez poprzednika. Dlatego przed podjęciem ostatecznej decyzji o zakupie mieszkania, warto poprosić sprzedawcę o wgląd do umowy wynajmu. „Problem może pojawić się jeśli taka umowa ma charakter jedynie ustny. Na całe szczęście, obecnie są to coraz rzadsze sytuacje” – mówi Magdalena Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Wejście w stosunek najmu na miejsce poprzedniego właściciela „M” nie oznacza jednak, że osoba kupująca mieszkanie z najemcą będzie miała prawo do egzekwowania czynszu dotyczącego okresu przed datą transakcji. Takie uprawienie przysługuje poprzedniemu właścicielowi nieruchomości. Z drugiej strony, nowy właściciel „M” nie musi się rozliczać z lokatorem za naprawy, które taka osoba zajmująca lokal wykonała na koszt poprzedniego właściciela. Trzeba jednak przygotować się na to, że najemca może wysuwać roszczenia związane z ewentualnymi ulepszeniami w lokalu, a także zgłaszać wady, których nie usunął poprzedni właściciel mieszkania. „W związku z powyższym, osoba kupująca mieszkanie z najemcą powinna dowiedzieć się, czy istnieją poważne wady lokalu, a także czy miały miejsce ulepszenia dokonane przez najemcę” – radzi Magdalena Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Rzetelnemu najemcy niełatwo wypowiedzieć umowę …

Kodeks cywilny wyjaśnia, jakie są zasady wstępowania w umowę najmu przez osobę, która kupiła mieszkanie z najemcą. Jeżeli natomiast chodzi o zasady wypowiadania wspomnianej umowy, to trzeba odwołać się do ustawy o ochronie praw lokatorów. Wyjątek stanowi sytuacja, w której najemca jeszcze nie zajął mieszkania. W zdecydowanej większości przypadków, zastosowanie będą więc miały terminy i zasady wypowiedzenia z ustawy o ochronie praw lokatorów. Są one korzystne dla najemcy. Osoba kupująca wynajęte mieszkanie musi liczyć się z tym, że szybkie wypowiedzenie umowy rzetelnemu lokatorowi jest niemożliwe. „Jeżeli taki najemca płaci czynsz bez większych opóźnień, nie prowadzi nieuzgodnionego podnajmu i zachowuje się w sposób prawidłowy, a mieszkanie nie wymaga opróżnienia z uwagi na remont budynku, to w grę będą wchodziły długie terminy wypowiedzenia umowy” – komentuje Magdalena Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Ustawa o ochronie praw lokatorów wskazuje, że prawidłowy termin wypowiedzenia będzie co najmniej trzyletni jeśli właściciel lokum zamierza je wykorzystać na własne potrzeby i nie zapewnia lokalu zamiennego, a najemca nie dysponuje takim „M”. „Analogiczny termin wypowiedzenia można skrócić do pół roku jeśli nowy właściciel mieszkania zapewni zamienny lokal albo najemca dysponuje takim lokum” – informuje Magdalena Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Podwyższenie czynszu może być innym rozwiązaniem

Osoba, która kupiła mieszkanie z najemcą, może spróbować również podwyższenia niskiego czynszu, ponieważ istnieje szansa, że taka zmiana skłoni lokatora do wyprowadzki. Warto jednak pamiętać, że w praktyce opisywane rozwiązanie wcale nie jest proste. Trzeba bowiem przestrzegać zasad wyznaczonych przez ustawę o ochronie praw lokatorów. „Mówi ona, że termin wypowiedzenia wysokości czynszu wynosi 3 miesiące, o ile umowa najmu nie przewiduje dłuższego okresu” – wyjaśnia Magdalena Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Co ważne, podwyżka czynszu skutkująca przekroczeniem przez niego ustawowego limitu (3% wartości odtworzeniowej lokalu rocznie) albo następująca z wyższego poziomu niż wspomniane 3%, powinna być odpowiednio uzasadniona. Może się jednak okazać, że zamiast wyprowadzki w terminie wynoszącym co najmniej 3 miesiące, lokator zakwestionuje podwyżkę czynszu i wybierze spór sądowy. „Taka sytuacja będzie oznaczała konieczność pobierania dotychczasowego czynszu do momentu zakończenia postępowania sądowego” – podsumowuje Magdalena Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Źródło: Magdalena Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

HackYeah Online Letnia Edycja: społeczność IT opracowuje rozwiązania dla biznesu!

Lada moment rusza druga edycja HackYeah Online 2020 – tym razem uczestnicy spotkają się w sieci w dniach 5-7 czerwca. Letnia edycja będzie w całości poświęcona problemom biznesowym. Po raz kolejny hackathon wspiera GovTech Polska. Pula nagród to ponad 180 000 PLN!

HackYeah Online 2020 to wirtualna edycja największego, stacjonarnego hackhathonu w Europie. Celem organizatorów jest zrzeszenie kreatywnych uczestników, gotowych rozwiązać globalne problemy biznesowe przy użyciu swoich nieocenionych umiejętności i błyskotliwych pomysłów.  Pula nagród podczas tej edycji to ponad 180 000 PLN!

Uczestnicy będą pracować nad rozwiązaniami zadań partnerskich:

  • Wsparcie dla biznesu – Główny Partner BGK – pula 50 000 PLN
  • Zaangażowanie podczas eventów online – GovTech Polska – pula 20 000 PLN
  • Gaming – GovTech Polska – pula 20 000 PLN
  • SupervisionHack: #ScamTrapper – UKNF – pula 30 000 PLN
  • Bezpieczeństwo podczas podróży – Asseco – pula 10 000 EURO
  • Ścieżka pacjenta onkologicznego – DCO – pula 20 000 PLN

Jak zawsze podczas HackYeah, udział w wydarzeniu jest otwarty dla wszystkich chętnych: studentów, programistów, UXowców, project managerów, inżynierów, ekspertów baz danych, analityków czy gamerów. Uczestnicy w ciągu łącznie 40 godzin będą intensywnie pracować nad rozwiązaniami z zakresu szeroko pojętego biznesu, gamingu, opieki zdrowotnej oraz zaangażowania podczas spotkań online.

Projekty biorące udział w konkursie mogą być zgłaszane indywidualnie, lub w zespołach złożonych z maksymalnie 6 osób. Komunikacja pomiędzy uczestnikami, organizatorami, mentorami i jurorami odbywać się będzie na kanale Discord, na który zapraszamy już

https://discord.gg/6bs6cHk

Organizowany przez nas HackYeah już kilkukrotnie udowodnił, że w uczestnikach drzemie ogromny potencjał innowacyjnych pomysłów. Organizując HackYeah chcemy umożliwić włączenie się w wypracowanie rozwiązań dla szeroko pojętego biznesu wszystkim tym, którzy mają pomysły oraz chęć, by stworzyć wartościowe narzędzia. – Jakub Kozioł, prezes PROIDEA Sp. z o.o.

Problemy z którymi spotykamy się w obecnym czasie, nie mogą być rozwiązane bez udziału nowych technologii. Cieszymy się, że możemy uczestniczyć w kolejnym wydarzeniu, które angażuje nowatorskie pomysły i przenosi nasze państwo w sferę cyfrową. – Justyna Orłowska Pełnomocnik Prezesa Rady Ministrów ds. GovTech

Webinaria i festiwalowa atmosfera

Niepodważalną zachętą dla uczestników jest szansa dalszego rozwoju swojego pomysłu i wdrożenia go w życie. HackYeah Online to również okazja do wzięcia udziału w licznych webinariach tematycznych, które będą streamowane na żywo na Facebookowym profilu HackYeah od 1 do 5 czerwca. Spodziewajcie się także licznych wirtualnych rozmów z setkami mentorów i uczestników. Organizatorzy HackYeah zadbają o utrzymanie festiwalowej atmosfery znanej z czterech poprzednich edycji hackathonu, tym razem przeniesionego do świata wirtualnego. Możecie spodziewać się rozgrywek online i wielu innych atrakcji, dzięki którym miło spędzicie czas podczas tego produktywnego weekendu.

Statystyki ostatniej edycji

W ostatniej edycji HackYeah Online powered by GovTech wzięło udział niemal 2000 uczestników z przeróżnych dziedzin i o różnorodnych specjalizacjach. Wspólnie wypracowali 100 rozwiązań w ramach 5 kategorii, skupionych wokół problemów wynikających z pandemii COVID-19. Podczas wydarzenia ponad 150 mentorów służyło swoją wiedzą i doświadczeniem, 27 firm partnerskich wsparło ideę swoim zaangażowaniem i technologią, a 49 Community i Media Partnerów pomogło w promocji inicjatywy. Zasięg w social mediach podczas ostatniej stacjonarnej edycji HackYeah osiągnął wynik 3 000 000.

Kto stoi za kulisami?

Organizatorem wydarzenia jest PROIDEA – firma od lat organizująca wydarzenia kierowane do branży IT, pomysłodawca i producent HackYeah. Wydarzenie wspiera GovTech Polska – program funkcjonujący w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów mający na celu angażowanie społeczności we wprowadzanie innowacji do sektora publicznego. Współpracuje z firmami technologicznymi, oraz obywatelami, aby wspólnie unowocześnić administrację publiczną oraz znaleźć sposoby na użycie technologii w realizacji zadań podejmowanych przez Państwo.

Do inicjatywy dołączyło już wielu publicznych i prywatnych instytucji, zarówno polskich jak i międzynarodowych, które dostarczają wiedzę i mentorów dla pomocy uczestnikom. Zapraszamy do współpracy media, firmy i organizacje, które mają pomysły na to, jak technologia może usprawnić szeroko pojęty biznes.

Strona internetowa: https://hackyeah.pl/
Główny kanał komunikacji: https://discord.gg/6bs6cHk
Social Media: https://www.facebook.com/HackYeahPL/

Zanieczyszczenie powietrza wraca do poziomów sprzed pandemii. Producenci aut wprowadzają filtry chroniące przed smogiem

Wraz ze stopniowym odmrażaniem gospodarki rośnie liczba aut na ulicach i chociaż transport nie jest jedynym winnym smogu, to zanieczyszczenie powietrza w największych miastach wraca do stanu sprzed pandemii. Producenci aut wprowadzają więc nowe filtry kabinowe, które zatrzymają nawet najmniejsze, a zarazem najbardziej szkodliwe cząsteczki. To o tyle istotne, że stężenie zanieczyszczeń w kabinach, choć mniejsze niż na zewnątrz, nadal jest zbyt duże. W powietrzu zasysanym do wnętrza auta znajdują się między innymi cząstki PM2,5 – tak małe, że mogą przenikać z płuc do krwi. 

Pandemia koronawirusa spowodowała, że zanieczyszczenie powietrza malało wraz ze spadkami liczby samochodów na ulicach. Gospodarka powoli jest jednak odmrażana, a w większych miastach znów robią się korki. Według Centrum Badań nad Energią i Czystym Powietrzem (CREA) stan zanieczyszczeń w chińskich miastach już wrócił do poziomu sprzed pandemii, choć na przełomie marca i kwietnia spadki dochodziły do nawet 40 proc. w porównaniu z tym samym okresem w 2019 roku. Problem, z którym ludzkość boryka się od dawna, wraca, a w walkę z nim włączyli się także producenci samochodów.

 W takim mieście jak Pekin dosłownie nie ma czym oddychać. Smog tworzą drobiny pyłu zawieszonego PM2,5 i PM10. Te pierwsze są za małe, by skutecznie wyłapać je zwykłymi filtrami kabinowymi. Ponieważ są niezwykle szkodliwe, nasi inżynierowie wzięli je na swój celownik – podkreśla Stanisław Dojs, PR manager Volvo Car Poland.

Smog obecny jest powszechnie nie tylko w Chinach. Z danych NIK wynika, że w największych miastach Polski zanieczyszczenie powietrza przez transport samochodowy stanowi większe zagrożenie niż emisja pyłów z domowych pieców i kotłowni. Najbardziej narażeni są kierowcy, tym bardziej że w kabinie samochodu poziom pyłów może być większy niż na ulicy. Filtry kabinowe zatrzymują tylko część zanieczyszczeń. W przypadku pyłów PM2,5 jest to jednak niemożliwe, bo cząstki te są zbyt małe – mają średnicę prawie 40 razy mniejszą niż ziarno piasku. W efekcie łatwo dostają się do płuc i krwiobiegu.

W związku z tym producenci samochodów pracują nad nowoczesnymi filtrami do samochodów. Volvo już wprowadza na rynek rozwiązanie, które wyłapuje cząsteczki PM2,5 i skutecznie je neutralizuje.

– Powietrze trafiające do kabiny przechodzi przez element, który zawieszonym w nim drobinom nadaje ujemny ładunek elektrostatyczny. Filtr kabinowy ma ładunek dodatni, by przyciągał naelektryzowane cząstki. Jest to prosty sposób, by wyłapać pył zawieszony PM2,5, który dotąd przenikał przez tradycyjne filtry. Ten proces nazywamy jonizacją. W zwykłych samochodach bez tego rozwiązania filtry zatrzymują część pyłów, ale te najdrobniejsze przenikają do kabiny. Rozwiązanie Volvo jest dużo skuteczniejsze od dotychczasowych – przekonuje Stanisław Dojs.

Pomiary wykonane za pomocą specjalistycznej aparatury potwierdzają skuteczność tego rozwiązania. Stężenie pyłu PM2,5 w kabinie z innowacyjnym filtrem jest wielokrotnie niższe niż na zewnątrz.

Jak przypomina ekspert, źródłem zanieczyszczeń są nie tylko spaliny. Według raportu „Ochrona Środowiska 2017” pojazdy były odpowiedzialne za emisję 14,38 tys. ton pyłu, z czego 6,76 tys. ton powstało przez hamowanie i ścieranie opon. Rodzaj emitowanych zanieczyszczeń zależy od użytych materiałów i substancji, np. miedzi, żelaza czy ołowiu. Receptą mogą być pojazdy o napędzie hybrydowym czy elektryczne.

– Miejskie powietrze zostaje także zanieczyszczone przez drobiny klocków i tarcz hamulcowych. Te ostatnie zanieczyszczenia zostają drastycznie zredukowane, gdy mamy do czynienia z hybrydami, zwłaszcza typu plug-in. Takie samochody odzyskują energię hamowania, która zamiast zamieniać się w ciepło i pył, trafia do akumulatora auta. Przy ruszaniu ze świateł powstaje mniej spalin, bo odzyskana energia wprawia pojazd w ruch – podkreśla Stanisław Dojs.

Volvo Cars zapowiada, że w kolejnych latach chce stać się liderem w dziedzinie elektryfikacji. Za pięć lat jedną połowę jego sprzedaży mają stanowić auta elektryczne, a drugą – hybrydowe.

Roboty walczą z rozprzestrzenianiem się koronawirusa. Dezynfekują pomieszczenia i ułatwiają zachowanie dystansu społecznego

W obliczu pandemii koronawirusa na popularności zyskują zautomatyzowane systemy do zwalczania wirusów. Inżynierowie eksperymentują z robotami wyposażonymi w systemy sztucznej inteligencji, które zadbają o zdezynfekowanie obiektów użyteczności publicznej m.in. za pomocą środków chemicznych oraz światła ultrafioletowego. Inteligentne maszyny wykorzystywane są również do zarządzania przepływem ludzi w taki sposób, aby zminimalizować ryzyko rozprzestrzenienia się wirusów.

Placówki służby zdrowia jako pierwsze sięgnęły po inteligentne rozwiązania z zakresu robotyki, które ograniczają ryzyko rozprzestrzeniania się wirusów. Dzięki nim personel szpitalny może przeprowadzić całkowicie zautomatyzowany i precyzyjny proces dezynfekcji, nie wystawiając się w jej trakcie na działanie patogenów. Roboty od Blue Ocean Robotics pozwalają zarządzać tym procesem w pełni zdalnie. Wyposażono je w zdalnie sterowany układ napędowy oraz system dezynfekcji pomieszczeń bazujący na emiterze wiązki światła UV-C, który usunie większość patogenów z pokoju pacjenta w ciągu zaledwie 10 do 15 minut.

– To pierwszy i jedyny taki autonomiczny robot samojezdny, który dezynfekuje różnego rodzaju powierzchnie z użyciem światła UV-C, co daje mu przewagę nad rozwiązaniami konkurencyjnymi. Robot UVD jest wyjątkowy również dlatego, że można nim z łatwością sterować za pomocą tabletu – podkreśla Rohit Karthikeyan z firmy doradczej Frost & Sullivan.

– Nasze roboty nie tylko pomagają w rozwiązywaniu problemów na świecie, ale również stanowią pewną i opłacalną inwestycję dla właścicieli – dodaje Claus Risager, dyrektor generalny Blue Ocean Robotics.

Na rynku pojawiają się także wszechstronne roboty, takie jak ARIS-K2. Maszyna działa dwutorowo – dzięki zintegrowanej kamerze termowizyjnej w czasie rzeczywistym śledzi temperaturę pacjentów, co pozwala wykryć wczesne objawy zakażenia koronawirusem, a w razie konieczności może sprawdzić się w roli mobilnej stacji dezynfekującej. Do oczyszczenia pomieszczeń z patogenów wykorzysta zaś promienie UV.

W czasie pandemii roboty mogą być także wykorzystywane w rolach pomocniczych. Korporacja CloudMinds zaprojektowała humanoidalnego robota Ginger wyspecjalizowanego w opiece nad pacjentami, którego przystosowano do pracy w inteligentnych klinikach. Maszyny sprawdzą się w doraźnej opiece nad pacjentami: dostarczą leki i sprawdzą podstawowe parametry życiowe.

Po technologie autonomiczne sięgnęli również inżynierowie z firmy BoKa Automatisierung, którzy zaprojektowali CoDaBot, mobilne laboratorium do przeprowadzania testów na koronawirusa. System przystosowano do bezkontaktowego i zautomatyzowanego sortowania próbek do testów. Proces przebiega bez udziału laborantów, dzięki czemu nie tylko pozwala ograniczyć ryzyko zarażenia się, lecz także przyspiesza cały proces – robot może w ciągu godziny przetworzyć do 500 próbek.

 Takie roboty w szczególny sposób umożliwiają szpitalom ograniczenie przenoszenia się chorób, zabijając 99,99 proc. bakterii i drobnoustrojów  przekonuje Rohit Karthikeyan.

Według firmy badawczej Data Bridge Market Research wartość globalnego rynku robotów autonomicznych do 2026 roku wzrośnie do blisko 17,8 mld dol. W najbliższych latach ma on się rozwijać w tempie ponad 14 proc. w skali roku.

W sprawie kolejnej podwyżki płacy minimalnej rząd musi zachować realizm i twardo stąpać po ziemi

Zdaniem Konfederacji Lewiatan w 2021 roku musimy w sprawie wysokości płacy minimalnej zachować realizm i twardo stąpać po ziemi. Jeśli chcemy uniknąć kłopotów na rynku pracy w kolejnym roku, w ryzach trzymać musimy wszelkie inicjatywy związane ze wzrostem kosztów pracy. Priorytetem będzie bowiem ratowanie miejsc pracy i firm, mocno dotkniętych skutkami pandemii i coraz bardziej realistycznej wizji dużego spowolnienia gospodarczego – podkreśla prof. Jacek Męcina, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan, przewodniczący Zespołu ds. budżetu, wynagrodzeń i świadczeń socjalnych RDS, w którym prowadzone są negocjacje.

Przypomnijmy, że płaca minimalna wynosi w 2020 – 2 600 zł, a stawka godzinowa 17 zł brutto. Oznacza to, że płaca minimalna w relacji do przeciętnej zbliża się do poziomu 50%, ale go jeszcze nie osiąga.

– Myślę, że ta referencyjna relacja 50% przeciętnego wynagrodzenia powinna być ściśle przestrzegana i choć perspektywa roku 2021 jest wyjątkowa, ważne jest potwierdzenie znaczenia tej relacji przed rozpoczęciem rozmów pomiędzy związkami zawodowymi i pracodawcami – mówi prof. Jacek Męcina.

Warto przypomnieć, że wysokość minimalnego wynagrodzenia za pracę, jest corocznie przedmiotem negocjacji w ramach Rady Dialogu Społecznego, a rząd , w terminie do 15 czerwca każdego roku, przedstawia RDS proponowaną wysokość płacy minimalnej oraz wskaźniki makroekonomiczne. W tym roku zgodnie z ustawą COVID 19 nastąpiła zmiana ustawowych terminów i propozycje rządu partnerzy otrzymają do 31 lipca br. mając tylko 10 dni na ustalenie 3 podstawowych wskaźników tj. płacy minimalnej, wskaźnika wzrostu wynagrodzeń dla sfery budżetowej i wskaźnika waloryzacji.

-Te rozmowy, nie tylko ze względu na krótsze terminy, będą trudne, bo przecież mamy świadomość trudności gospodarczych, nasilenia się negatywnych zjawisk społecznych i bardzo złej kondycji budżetu, a to wszystko w warunkach wciąż nieznanego zagrożenia pandemią, jej perspektywy czasowej i skutków – dodaje prof. Jacek Męcina, apelując o rozwagę i odpowiedzialność partnerów społecznych i przywrócenie rangi negocjacjom. Nikt lepiej niż pracodawcy i reprezentanci pracowników nie jest w stanie ocenić sytuacji, dlatego politycy tym razem powinni wsłuchać się w głosy płynące z Rady Dialogu Społecznego i cofnąć do drugiego rzędu.

Ustawa gwarantuje weryfikację wysokości płacy minimalnej o inflację, a dodatkowo, jeżeli inflacja w roku poprzednim była wyższa od zakładanej o wskaźnik weryfikujący. Dodatkowo, jeżeli w roku, w którym odbywają się negocjacje, wysokość minimalnego wynagrodzenia będzie niższa od połowy wysokości przeciętnego wynagrodzenia, stopień wzrostu minimalnego wynagrodzenia, zwiększa się dodatkowo o 2/3 wskaźnika prognozowanego realnego przyrostu produktu krajowego brutto.

Natomiast wysokość minimalnej stawki godzinowej jest corocznie waloryzowana o wskaźnik wynikający z podzielenia wysokości minimalnego wynagrodzenia ustalonej na rok następny przez wysokość minimalnego wynagrodzenia obowiązującą w roku, w którym odbywają się negocjacje.

– Choć nieznane są jeszcze wskaźniki, które rząd przedstawi zapewne na koniec lipca br. wiemy, że w opinii przedsiębiorców trudno będzie zaakceptować jakikolwiek wzrost płacy minimalnej, mimo, że inflacja na pewno, mimo prognozowanego spadku w II połowie roku, będzie wysoka. W perspektywie 2021 roku kluczowa będzie ochrona miejsc pracy i ograniczanie redukcji zatrudnienia, które niestety w opinii pracodawców będzie nie do uniknięcia. Stąd powszechna zgoda na podniesienie zasiłku dla bezrobotnych do 1200 zł i postulat utrzymania instrumentów ochrony miejsc pracy z Funduszu Pracy i Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych – podkreśla prof. Męcina.

Konfederacja Lewiatan postuluje utrzymanie wysokości płacy minimalnej w 2021 roku na poziomie roku 2020 tj. kwoty 2 600 zł, a zatem także utrzymanie stawki godzinowej na niezmienionym poziomie 17 zł brutto. Aby zrealizować ten cel, zdaniem prof. Jacka Męciny, konieczna będzie ustawowa interwencja, zgodnie bowiem z art. Art. 5 ust. 1 i 2 ustawy z 2002 roku o minimalnym wynagrodzeniu za pracę, ustawa gwarantuje wzrost płacy minimalnej na kolejny rok w stopniu nie niższym niż prognozowany na dany rok wskaźnik cen. Uzasadnieniem dla zawarcia porozumienia partnerów społecznych w tej sprawie jest zagrożenie kryzysem na rynku pracy i przeciwdziałanie negatywnym skutkom pandemii. Apelując o takie porozumienie do strony związkowej, zdaniem eksperta, konieczne będzie zagwarantowanie w przyszłym roku, przy założeniu poprawy sytuacji gospodarczej i na rynku pracy, rozpoczęcia negocjacji od poziomu płacy minimalnej odpowiadającej relacji 50% przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce.

Zdaniem prof. Jacka Męciny taka propozycja jest uczciwym postawieniem sprawy – dziś musimy myśleć o ochronie miejsc pracy i rynku pracy – dlatego decydujemy się na utrzymanie w kolejnym roku wysokości minimalnego wynagrodzenia i stawki godzinnej, ale jutro, gdy zagrożenie kryzysem zostanie zażegnane, związkowcy i pracodawcy, przystępując do rozmów o płacy minimalnej na kolejne lata – poziom minimalnego wynagrodzenia powinni ustalać wychodząc od zagwarantowania 50% relacji do przeciętnego wynagrodzenia. A następnie utrzymania automatycznej waloryzacji o wskaźnik inflacji i negocjacji docelowej wysokości płacy minimalnej w oparciu o 2/3 prognozowanego wskaźnika wzrostu PKB. Ta wyjściowa ekspercka propozycja powinna zostać poddana konsultacjom partnerów społecznych, do których teraz i w przyszłości muszą zostać przypisane wyłączne kompetencje w zakresie negocjacji wzrostu płacy minimalnej i minimalnej stawki godzinowej.

Pośrednicy kredytu hipotecznego chcą obniżenia opłaty za nadzór nad rynkiem

Rząd chce, w związku z pandemią koronawirusa, ulżyć pośrednikom kredytowym m.in. przesuwając termin płatności zaliczki na poczet opłaty za nadzór nad pośrednikami kredytu hipotecznego.

Wysokość wpłat na pokrycie kosztów nadzoru nad pośrednikami kredytu hipotecznego reguluje rozporządzenie, które właśnie rząd konsultuje z branżą.

– Przychody pośredników kredytu hipotecznego drastycznie spadły, a stawka za nadzór za rok 2020 została podwyższona o 100% i dodatkowo bazą naliczenia opłaty są przychody z tytułu sprzedaży kredytów hipotecznych uzyskanych w roku 2019, który był rekordowym. Obecny poziom stawki jest niedostosowany do negatywnych zmian na rynku, jakie nastąpiły w ostatnim czasie w związku z pandemią COVID-19. Apelujemy więc o jej obniżenie – mówi mec. Adrian Zwoliński, ekspert Konfederacji Lewiatan.

Na skutek pandemii COVID-19 sytuacja branży pośrednictwa kredytowego jest najtrudniejsza od października 2008 roku. Klienci rezygnują z kredytów hipotecznych, bo boją się zarażenia wirusem podczas spotkań z ekspertami czy też pracownikami banków. Obawiają się też utraty dochodów (zarówno w przypadku osób pracujących na umowach o pracę, jak i prowadzących działalność gospodarczą). Obserwowany jest znaczny spadek liczby klientów interesujących się kredytami hipotecznymi.

Według danych opublikowanych przez BIK wartość sprzedaży kredytów mieszkaniowych w kwietniu spadła o 23% rok do roku. Jeszcze mocniej obniżyły się przychody pośredników ze sprzedaży produktów gotówkowych, które są uzupełniającymi w dużych sieciach hipotecznych. Według danych BIK sprzedaż kredytów w kwietniu 2020 r. w stosunku do marca spadła o 40%.

Zapotrzebowanie na pracowników z zagranicy będzie rosło mimo kryzysu

Odmrażanie gospodarki, sezon prac w rolnictwie, sprzyjają przyjazdom cudzoziemców do pracy. Dobrym rozwiązaniem było przedłużenie ważności pozwoleń na prace oraz oświadczeń o powierzeniu wykonywania pracy cudzoziemcowi na okres ogłoszonego stanu zagrożenia epidemiologicznego.

Trzykrotny wzrost liczby obywateli Ukrainy, którzy przyjechali do pracy do Polski pomiędzy kwietniem i majem tego roku, o czym poinformowała „Rzeczpospolita” nie powinien dziwić. Od dawna rolnicy narzekali na brak wystarczającej liczby pracowników sezonowych do prac m.in. przy zbiorach truskawek. Mimo kryzysu, który dotknął wiele branż zmniejszając zapotrzebowanie na pracowników cudzoziemskich (np. szeroko rozumiana branża hotelowa i gastronomiczna), są również takie przedsiębiorstwa, które zwiększają zatrudnienie.

Przykładem mogą być firmy kurierskie, które cały czas zatrudniają nowych pracowników w związku ze zmianą zwyczajów zakupowych Polaków i przeniesieniem części obrotów do internetu. Ograniczenie ze względów bezpieczeństwa zdrowotnego ruchu na granicach spowodowało, że nawet te osoby, które miały już obietnice zatrudnienia, nie mogły wjechać na teren naszego kraju. Obecny, zwiększony ruch wjazdowy do Polski może być również efektem odłożonych w czasie decyzji o emigracji zarobkowej (często krótkoterminowej).

Dobrym rozwiązaniem wprowadzonym w ramach tarcz antykryzysowych, było przedłużenie ważności pozwoleń na prace oraz oświadczeń o powierzeniu wykonywania pracy cudzoziemcowi na okres ogłoszonego stanu zagrożenia epidemiologicznego. Pozwoliło to na zabezpieczenie ciągłości wykonywania zadań szczególnie w tych firmach, w których znaczną część załogi stanowili pracownicy z państw nienależących do UE.

Rosnące bezrobocie niekoniecznie musi zmniejszyć zapotrzebowanie na pracowników cudzoziemskich. Osoby zwalniane z zakładów pracy nie zawsze są gotowe do zmiany miejsca zamieszkania, aby znaleźć zatrudnienie, również oferowane stawki za pracę nie są wystarczającym motywatorem do przeprowadzki. Pracownicy cudzoziemscy, szczególnie przyjeżdzający na krótkie okresy, są bardziej mobilni, zarówno jeśli chodzi o miejsce pracy, jak i zakres wykonywanych zadań. Bywa, że ich przewagą są umiejętności, których aktualnie poszukują polscy pracodawcy.

Monika Fedorczuk, ekspertka Konfederacja Lewiatan

Akcje Zoom Video Communications wciąż drożeją

Kontrakty terminowe na indeksy w USA wciąż rosną, starając się zwiększyć zyski z poprzedniej sesji. Inwestorzy pozostają optymistycznie nastawieni do globalnej gospodarki i ponownego otwarcia gospodarki USA. W środę miasto Chicago wejdzie w kolejną fazę swojego planu ponownego otwarcia. We wtorek Dow Jones dodał 268 punktów, czyli 1,1 proc. i wzrósł do 25.743 pkt. S&P 500 wzrósł o 25 punktów, czyli 0,8 proc. do 3081 pkt, co jest najwyższym poziomem od 4 marca. Nasdaq z kolei zyskał 56 punktów, czyli 0,6 proc. i wzrósł do 9608 pkt.

Dziś po południu kontrakt terminowy na Dow Jones rośnie o 0,75 proc. Futures na S&P 500 zyskuje 0,5 proc., a z kolei Nasdaq 100 pnie się w górę o 0,39 proc. Ostatni z tych indeksów ma szanse w tym tygodniu osiągnąć szczyt wszechczasów. Z punktu widzenia konkretnych spółek ponownie pojawiły się optymistyczne prognozy dla Zoom Video Communications Inc. Cena akcji ZM wzrosła z 67 USD na początku roku do 208 USD wczoraj na zamknięciu. W handlu przed sesją akcje drożeją o ponad 2 proc. do 213 USD.

Analitycy firmy Cantor Fitzgerald podnieśli poziom ceny docelowej dla akcji Zoom Video Communications do 261 USD ze 150 USD wcześniej. Firma wyznaczyła swój cel jako maksymalny na Wall Street, co implikuje możliwość wzrostu o 25 proc. w relacji do ceny ostatniego zamknięcia. ZM ma 11 rekomendacji kupna, 14 trzymaj i 5 sprzedaj – wynika z danych zebranych przez Bloomberga.

Z kolei RBC Capital Markets podniósł swoją rekomendację do lepszej od wyników całego sektora. Poziom ceny docelowej został podniesiony do 250 USD, czyli 20 proc. powyżej ostatniego zamknięcia. To jeszcze nie koniec pozytywnych informacji dla ZM. Firma D.A. Davidson & Co również podniosła swoją rekomendację, do kupuj z neutralnie. Poziom ceny docelowej został ustalony na 240 USD.

Spółka Zoom Video Communications podała wyniki za pierwszy kwartał 2 czerwca. Przychody w pierwszych trzech miesiącach tego roku wyniosły ogółem 328,2 mln USD, co oznacza wzrost o 169 proc.w stosunku do roku poprzedniego. Liczba klientów generujących ponad 100 000 USD przychodów wzrosła o 90 proc. w ciągu roku. Spółka podała także, że liczba klientów zatrudniający ponad 10 pracowników, wzrosła o 354 proc. w stosunku do roku poprzedniego do poziomu 265 400 klientów.

Departament Zarządzania Aktywami
Copernicus Capital TFI S.A.

Nadszedł czas, żeby EBC zrobił więcej

Już w czwartek EBC ogłosi swoje najnowsze decyzje z zakresu polityki pieniężnej. Inwestorzy czekają na informacje o zwiększeniu zakresu stymulacji monetarnej. Oczekujemy, że w tym tygodniu bank zwiększy skalę programu PEPP o 500 mld euro.

Pod koniec kwietnia, w raporcie poprzedzającym ostatnią decyzję EBC, podkreślaliśmy, że w naszej ocenie Europejski Bank Centralny prawdopodobnie już po spotkaniu w tamtym miesiącu ogłosi rozszerzenie skupu aktywów. Wtedy decydenci wstrzymali się z podjęciem takich działań, jednak w oświadczeniu towarzyszącym decyzji wspomniano, że „Rada Prezesów jest w pełni przygotowana na zwiększenie skali i dostosowanie struktury programu PEPP, w takim stopniu i na tak długo, jak będzie to konieczne”. W związku z tym sądzimy, że istnieje spore prawdopodobieństwo, że zwiększenie rozmiarów nadzwyczajnego programu zakupów w czasie pandemii (Pandemic Emergency Purchase Programme – PEPP) zostanie ogłoszone w tym tygodniu.

Od ostatniego posiedzenia decyzyjnego komunikacja ze strony Rady Prezesów sugerowała jeszcze większą otwartość do dalszych działań. W opublikowanym 22 maja opisie dyskusji z kwietniowego posiedzenia decyzyjnego EBC czytamy, że podczas spotkania „podkreślono, że doświadczenia z przeszłości wskazują, że należy unikać utraty zaufania do rynków finansowych, stąd preferowane są działania wyprzedzające”. Na możliwość zwiększenia zakresu stymulacji wskazywali niedawno Isabel Schnabel z EBC oraz główny ekonomista banku centralnego, Philip Lane. Widać wyraźnie, że bank chce złagodzić ryzyka, jakie generuje pandemia COVID-19.

Między innymi w związku z tym, że EBC wyraźnie sugerował możliwość zwiększenia programu PEPP, taki scenariusz jest też w znacznej mierze oczekiwany przez rynki. Stąd głównym pytaniem w kontekście nadchodzącej decyzji pozostaje to, o ile decydenci postanowią zwiększyć skalę zakupów. Obecny pułap na poziomie 750 mld euro bez wątpienia jest wysoki, niemniej stanowi zaledwie 6% łącznego PKB strefy euro, co sugeruje, że Europejski Bank Centralny może zrobić więcej. Przy zachowaniu obecnego tempa skupu aktywów (Wykres 1), program PEPP wyczerpałby się do października – co naszym zdaniem jest niewystarczającym okresem na to, aby światowa gospodarka ponownie osiągnęła „normalne” poziomy wydajności.

Wykres 1: Bilans EBC (2015 – 2020)

Wykres 1 Bilans EBC
Źródło: Refinitiv Datastream Data: 01/06/2020

Oczekujemy, że Europejski Bank Centralny w tym tygodniu ogłosi rozszerzenie programu PEPP o 500 mld euro. Sądzimy, że będzie to skala wystarczająca do zaabsorbowania przez bank centralny całości oczekiwanych emisji długu przez kraje peryferyjne strefy euro co najmniej do końca 2020 roku. Spodziewamy się również, że bank centralny przesunie datę zakończenia programu PEPP z końca 2020 roku o kilka miesięcy – być może do połowy 2021 roku.

Oprócz samej decyzji dotyczącej programu PEPP, uwagę rynków skupi również publikacja projekcji ekonomicznych banku centralnego. Do tej pory opublikowanych zostało stosunkowo niewiele twardych danych ekonomicznych opisujących sytuację gospodarczą w drugim kwartale. „Miękkie” indeksy aktywności w kwietniu i maju, szczególnie odczyty indeksów PMI opisujących aktywność biznesową, rysują ponury obraz sytuacji (Wykres 2). W trakcie przemówienia w ubiegłym tygodniu prezes EBC, Christine Lagarde, zasugerowała, że łagodny scenariusz dla gospodarki strefy euro zarysowany przez bank w kwietniu na tym etapie nie jest już realistyczny, a spadek PKB w tym roku powinien być bliższy średniemu lub najgorszemu scenariuszowi – recesji rzędu 8-12%. W naszej ocenie w tym kontekście prawdopodobna jest obniżka bazowej projekcji PKB w 2020 r. do poziomów zbliżonych do tych wspomnianych powyżej.

Wykres 2: Indeksy PMI w strefie euro (2017 – 2020)

Indeksy PMI w strefie euro
Źródło: Refinitiv Datastream Data: 03/06/2020

W kontekście reakcji euro w parze z dolarem amerykańskim sądzimy, że kluczowe będą dwie kwestie: skala rozszerzenia programu PEPP i skala rewizji projekcji PKB. W kontekście spotkania pozostajemy dość optymistyczni względem perspektyw wspólnej europejskiej waluty. Co prawda istnieje ryzyko głębszej rewizji prognoz niż oczekiwana, niemniej sądzimy, że znaczące rozszerzenie programu skupu aktywów będzie wystarczające, żeby zrównoważyć pesymistyczne oczekiwania banku względem sytuacji w gospodarce. Rynek walutowy w trakcie pandemii chce widzieć zdecydowane działania wspierające ożywienie gospodarki, stąd też spodziewamy się, że ogłoszenia ze strony EBC będą miały pozytywny wpływ na wspólną europejską walutę. Z drugiej strony – jeśli EBC nie podejmie oczekiwanych działań, para EUR/USD w naszej ocenie powinna doświadczyć gwałtownego spadku.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Czy są chętni na mieszkania? Deweloperzy odpowiadają

Jakie jest zainteresowanie zakupem mieszkań po okresie lockdown-u? Czy klienci wrócili do stacjonarnych biur sprzedaży? Czy nabywcy z gotówką, chcący zainwestować w nieruchomości mogą liczyć na rabat od dewelopera? Sondę przeprowadził serwis nieruchomości Dompress.pl.

Mirosław Kujawski, członek zarządu Develia S.A.

Obserwujemy obecnie wyraźny wzrost zainteresowania klientów, porównywalny do analogicznego okresu ubiegłego roku. W ślady za tym, odnotowujemy coraz więcej spotkań i umów. Oczywiście daleko jeszcze do wyników sprzedaży sprzed lockdown-u, jednak sytuacja poprawia się z dnia na dzień wraz z odmrożeniem gospodarki.

Powodem ograniczonej sprzedaży nie są ceny, ale właśnie obawy klientów odnośnie zaistniałej sytuacji na rynku. Dlatego wprowadziliśmy promocję 3×0, polegającą na możliwości rezerwacji mieszkania za 0 zł i braku konsekwencji po odstąpieniu od umowy. W ten sposób klienci chcący wycofać się z podpisania umowy nie ponoszą żadnego ryzyka. Dodatkowo dla części projektów wprowadziliśmy korzystny harmonogram 20/80.

Joanna Chojecka, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Robyg SA.

Pierwszy szok dość szybko minął, po majówce wznowiliśmy pracę wszystkich biur sprzedaży w standardowych godzinach, przy zachowaniu rygoru sanitarnego i zauważamy powrót klientów. To samo słyszymy od innych dużych spółek w ramach Polskiego Związku Firm Deweloperskich.

W Polsce mamy deficyt mieszkań rzędu 2,5 mln, ale jak ten naturalny popyt będzie się realizował w czasie, nie wiemy. Wszyscy jeszcze czekają, co będzie z rynkiem pracy, efektami rządowej tarczy, z kredytami hipotecznymi. Wiemy, że na razie banki zaostrzyły politykę, wymagają m.in. wyższego wkładu własnego. Zobaczymy, jak rozwinie się sytuacja.

Mamy też jeszcze niższe stopy procentowe, co oznacza, że osoby posiadające wolną gotówkę mogą być bardziej niż wcześniej zainteresowanie inwestowaniem w nieruchomości.

Reasumując, jesteśmy ostrożnymi optymistami jeśli chodzi o przyszłość, dlatego dalej inwestujemy w bank ziemi posiadając wsparcie silnego właściciela z grupy Goldman Sachs. Wierzymy, że w dłuższym okresie polska gospodarka i polski potencjał się obronią. Po oczekiwanym, słabszym drugim kwartale br. liczymy na stabilizację na rynku mieszkaniowym w kolejnych okresach.

Zbigniew Juroszek, prezes Atal

Nieruchomości są postrzegane jako jedna z najbardziej bezpiecznych form lokowania kapitału. Nie tylko generują stałe przypływy w postaci dochodów z najmu, ale w długoterminowej perspektywie mogą przynieść zysk ze sprzedaży. Ponadto niezmiennie niskie stopy procentowe zachęcają do lokowania kapitału w nieruchomości. Szczególnie w pierwszych tygodniach pandemii obserwowaliśmy wzrost zainteresowania lokalami kupowanymi z myślą o inwestycji.

Powrót konsumentów do korzystania ze stacjonarnych punktów sprzedaży i galerii handlowych po przerwie miał swoje przełożenie także na większe zainteresowanie ofertą deweloperów i większą liczbę klientów decydujących się na wizytę w biurach sprzedaży. W maju odnotowaliśmy zauważalnie więcej zapytań dotyczących oferty, co odzwierciedlają wyniki sprzedaży. Po nieco słabszej, choć nadal satysfakcjonującej sprzedaży w kwietniu, w maju obserwujemy odbicie. Spodziewamy się powrotu do poziomów sprzedaży zbliżonych do notowanych na początku roku.

Eryk Nalberczyński, dyrektor ds. sprzedaży w Lokum Deweloper

Po okresie chwilowego osłabienia stabilnego trendu popytowego, spowodowanym epidemią koronawirusa, zauważamy widoczny wzrost aktywności i stopniowy powrót do poziomu sprzed lockdownu. Zgłasza się do nas wielu klientów, którzy są zainteresowani ulokowaniem kapitału w nieruchomościach. Nasze osiedla, ze względu na doskonałą lokalizację, cieszą się dużą popularnością w tej grupie odbiorców. Regularnie proponujemy oferty specjalne na mieszkania w wybranych inwestycjach. Na rabaty mogą liczyć nabywcy, którzy skorzystają z aktualnych promocji. Jedną z nich objęte są mieszkania w osiedlu Lokum Porto, które wprowadziliśmy do sprzedaży w maju tego roku. Ceny miejsc w garażach podziemnych obniżyliśmy w tej inwestycji z 39 tys. zł do 10 tys. zł.

Monika Perekitko, członek zarządu Matexi Polska

Zdecydowanie możemy potwierdzić, że po otwarciu biur widoczne jest duże ożywienie sprzedaży i wzrost zainteresowania zakupem mieszkań. Klienci inwestycyjni są wciąż bardzo aktywni, a sytuacja związana z COVID 19 sprzyja bezpiecznemu inwestowaniu w nieruchomości. W dłuższej perspektywie może to przełożyć się na znaczny wzrost udziału w rynku długoterminowego najmu, a więc rynku PRS (Private Rental Sector), na którym nasza firma jest jednym z głównych graczy w Polsce.

Edyta Kołodziej, dyrektor sprzedaży i marketingu w Nickel Development

Jeszcze przed epidemią dało się zauważyć bardzo dużą liczbę zapytań ze strony klientów inwestujących w mieszkania na wyjem. Trudno powiedzieć, czy w tej chwili jest ich więcej. Raczej jest to porównywalne zainteresowanie. Inwestorzy w dalszym ciągu nie mają czego szukać na rynku finansowych produktów inwestycyjnych, o depozytach nie wspominając. Ciekawostką jest, że zauważyliśmy wzrost zainteresowania nieruchomościami na przedmieściach jako bezpieczną lokatą kapitału.

Obsługujemy bardzo wielu klientów kupujących mieszkania za gotówkę, którzy zwykle korzystają z dostępnych u nas ofert specjalnych. W przypadku nabywców zdecydowanych na zakup kilku mieszkań przechodzimy do ustaleń indywidualnych.

Początkowo w lockdownie było lekkie wyhamowanie ruchu, ale wyrównaliśmy już liczbę zapytań z ostatnich tygodni przed ogłoszeniem społecznej kwarantanny. Klienci do nas wracają, a umowy rezerwacyjne zamieniają się powoli w umowy deweloperskie i umowy sprzedaży. Kupujący chętnie spotykają się znów z nami w biurze, obserwujemy znaczące ożywienie popytu.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Przez cały okres lockdown-u, przy zachowaniu wszelkich środków ostrożności i bezpieczeństwa, mieliśmy otwarte jedno z naszych biur sprzedaży. Tuż po świętach wielkanocnych odnotowaliśmy większą ilość zapytań mailowych ze strony klientów. Natomiast po zniesieniu przez rząd części restrykcji, otworzyliśmy pozostałe biura i rozpoczęły się regularne spotkania. Ilość kontaktów z klientami jest już zbliżona do tej sprzed lockdown-u. Widać coraz większe zainteresowanie zakupem mieszkań, gdyż ogólnie przyjęło się, że inwestowanie w nieruchomości jest jedną z najbezpieczniejszych form lokowania kapitału. Realizujemy teraz kilka inwestycji mieszkaniowych, które są zlokalizowane w bardzo atrakcyjnych miejscach Warszawy. Klienci doceniają szczególnie to, że w większości przypadków mogą kupić u nas mieszkania w pobliżu stacji metra. W przypadku wybranych ofert przygotowaliśmy specjalne promocje. Niedawno rozpoczęliśmy przedsprzedaż mieszkań w drugim etapie inwestycji Warszawski Świt na Targówku, gdzie można kupić mieszkania z rabatem sięgającym nawet 10 proc.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Decyzja o zakupie mieszkania na cele inwestycyjne czy własne potrzeby to poważna decyzja. W sytuacji, kiedy nie ma pewności co do konkretnego terminu odmrożenia całej gospodarki obserwujemy „zamrożenie” decyzji klientów. Od początku maja br., kiedy nastąpiło częściowe otwieranie niektórych branż, obserwujemy wzmożone zainteresowanie, ale nie przeradza się to jeszcze w decyzje zakupowe. Klienci wyraźnie wstrzymują ostateczne decyzje.

Agata Zambrzycka, dyrektor Sprzedaży i Marketingu Aria Development

Nasi konsultanci pracują w biurach sprzedaży przez cały okres pandemii przy zachowaniu wszelkich środków ostrożności, zgodnie z zaleceniami GIS. Była to przemyślana i dobra decyzja, ponieważ część klientów, która poszukiwała mieszkań w okolicy naszych inwestycji, zdecydowała się na zakup właśnie u nas w tym trudnym okresie. Wprowadziliśmy również możliwość spotkań online, jednak bezpośrednie spotkania w biurze cieszą się zdecydowanie większym powodzeniem.

Klientów gotówkowych, których w ostatnim czasie pojawia się coraz więcej, i kredytowych traktujemy jednakowo. Wszyscy wpłacają środki na rachunki powiernicze, które ustawowo objęte są ochroną. W związku z wydłużeniem procesu kredytowego w bankach, dajemy nieco więcej czasu na wymagane płatności.

W kwietniu zaobserwowaliśmy spadek popytu i mniejszy ruch w biurach sprzedaży, bo wiele osób wstrzymało się z się podjęciem decyzji o zakupie mieszkania. Obecnie widzimy wyraźne odbicie i spodziewamy się powrotu do poziomu sprzedaży sprzed epidemii.

Sebastian Barandziak, prezes zarządu Dekpol Deweloper

Prowadzimy sprzedaż mieszkań przez cały okres trwania epidemii. Na początku kontakt z klientami odbywał się głównie zdalnie, a spotkania były przeprowadzane na terenie realizowanych inwestycji. Wizyty w biurze sprzedaży wznowiliśmy w maju. Liczba spotkań od połowy maja systematycznie rośnie. Liczba otrzymywanych zapytań o dostępne lokale w sprzedaży jest na wysokim poziomie, porównywalnym do okresu sprzed lockdown-u. Widoczne jest jednak wydłużenie okresu potrzebnego do podjęcia finalnych decyzji o zakupie. Klienci cały czas są zainteresowani mieszkaniami, zarówno pod wynajem, jak również na własne potrzeby. Proporcja w tym zakresie nie uległa znaczącej zmianie w porównaniu do okresu przed epidemią. Dla wszystkich klientów, nie tylko gotówkowych, przygotowaliśmy ciekawe propozycje i promocje. Kupujący zawsze mogą liczyć na indywidualne podejście z naszej strony.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu i dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Nasze biura sprzedaży, po wprowadzeniu nadzwyczajnych środków ostrożności, były otwarte przez cały okres lockdown-u. Jedynie biuro obsługujące Hanza Tower w Szczecinie pracowało zdalnie. Mniejsze zainteresowanie zakupem mieszkań, odnotowane w marcu i kwietniu, nie było zatem związane z utrudnionym dostępem do biur, a raczej z restrykcjami, jakie wprowadził rząd oraz obawami przed wyjściem z domu. W ostatnich tygodniach sytuacja zaczęła wracać do normy i popyt powoli wzrasta.

Obniżenie stóp procentowych sprawiło, że lokaty bankowe nie będą przynosiły oczekiwanych zysków, mniejsze będą również przychody z depozytów i obligacji. Klienci przekonali się, że teraz jest dobry moment na zakup mieszkania. Aktualnie kupujący mogą liczyć na indywidualny harmonogram płatności, pozwalający na uruchomienie kredytu dopiero na zakończeniu budowy. Ta limitowana oferta dotyczy warszawskich inwestycji: Osiedla Bliska Wola Tower i Willa Wiślana, a także Hanza Tower w Szczecinie. W Osiedlu Tysiąclecie w Katowicach wybrane mieszkania również można nabyć z miejscem parkingowym gratis. Za ostatnie gotowe do odbioru apartamenty inwestycyjne w inwestycji Bliska Wola na warszawskiej Woli klienci zapłacą nawet do 60 tys. zł mniej. Dużo większym zainteresowaniem niż przed pandemią cieszą się też domy w naszym, luksusowym podmiejskim osiedlu Villa Campina w Ożarowie Mazowieckim.

Aleksandra Goller, dyrektor sprzedaży i marketingu w spółce mieszkaniowej Skanska

Nie zauważyliśmy, aby zamknięcie biur sprzedaży znacząco wpłynęło na zainteresowanie naszą ofertą mieszkaniową. Cały czas utrzymuje się ono na równie wysokim poziomie. Myślę, że to przede wszystkim zasługa dostosowania sposobu naszej pracy do potrzeb klientów. Osoby zainteresowane kupnem mieszkania mogły wybrać się na wirtualny spacer po inwestycjach, umożliwiliśmy też podpisywanie umów rezerwacyjnych online oraz zdalny odbiór mieszkań. Nasi handlowcy cały czas byli do dyspozycji klientów.

Należy też pamiętać, że zakupu mieszkania dokonuje się w kancelariach notarialnych. Kancelarie, z którymi współpracujemy, zostały w pełni przygotowane na tę sytuację, przez co spotkania mogły się regularnie odbywać przy zachowaniu najwyższych środków ostrożności. Obecnie wróciliśmy już do normalnego trybu obsługi klienta we wszystkich funkcjonujących wcześniej biurach sprzedaży. Handlowcy czekają na klientów przy osiedlach Jaśminowy Mokotów, Park Skandynawia i w Home Center.

Autor: Dompress

5 powodów, dla których cięcie budżetu wsparcia sprzedaży może być „strzałem w kolano”

Szukanie oszczędności jest naturalnym krokiem podejmowanym przez firmy w czasie spowolnienia gospodarczego i gorszych wyników finansowych. Podczas gdy rozsądne jest ograniczenie działań i budżetów niezwiązanych z główną działalnością firmy to rezygnacja ze wsparcia sprzedaży może być potocznym strzałem w kolano – dla spółki, jak i polskiej gospodarki. Dlaczego?

1. Sprzedaż to swoiste paliwo dla gospodarki

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) oraz Konfederacja Lewiatan szacują, że z powodu zahamowania aktywności gospodarczej i społecznej tylko od 16 marca do 20 kwietnia br. polska gospodarka straciła już 76,4 mld zł. W rankingu strat na pierwszym miejscu uplasował się przemysł (22,8 mld zł), dalej handel (19,6 mld zł), a podium zamyka budownictwo (5,4 mld zł). Powyższe dane wyraźnie wskazują, że jedną z turbin napędzających polską gospodarkę jest handel. Jak wynika z analiz Euler Hermes, realny PKB Polski wzrósł o 4.0% w 2019 roku, natomiast głównym motorem napędowym w minionym roku był popyt krajowy (+3.6 p.p.). Choć pandemia odcisnęła piętno na poszczególnych branżach, a także znacząco wpłynęła na zachowania konsumentów, to wyraźnie widać, że bez handlu pozycja polskiej gospodarki będzie trudna do odbudowania. Tym samym firmy bez sprzedaży, niezależnie od tego, jakie ogniwo zajmują w łańcuchu potrzeb konsumenckich, mogą odnotować znaczące straty, a nawet zniknąć z rynku.

2. Rezygnacja z działań marketingowych oddaniem pola konkurencji

Z badań Harvard Business Review wynika, że 9% firm wychodzi z recesji w kondycji lepszej niż kiedykolwiek wcześniej. Dobre wyniki po kryzysie osiągają te spółki, które zachowują równowagę pomiędzy wybiórczą redukcją kosztów, której celem jest utrzymanie firmy na rynku, a inwestycjami wspierającymi przyszły wzrost. Z analiz HBR wynika, że najlepszym antidotum na recesję jest wieloczłonowa strategia, czyli skupienie się na podniesieniu wydajności operacyjnej przy jednoczesnym inwestowaniu w prace badawczo-rozwojowe i nowe aktywa, zachowując działania marketingowe. W wybranych obszarach, które wykraczają poza główną działalność firmy, rekomendowana jest postawa defensywna, ale w działaniach wpierających sprzedaż – ofensywna. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że jeśli marka przestaje istnieć w świadomości odbiorcy, to traci udział w rynku, bo ustępuje miejsca konkurencji, prowadzącej aktywne działania marketingowe i sprzedażowe, korzystając z super okazji oraz atrakcyjnych stawek w mediach.

3. Inwestycje w marketing w czasach kryzysu zwracały się firmom z nawiązką

Dowodem na to, że marketing w czasach recesji odgrywa ważną rolę i wygrywają te spółki, które docenią jego potencjał widać po analizie danych z 2008 roku. Zyskały firmy, które mając na uwadze zmiany zachodzące na rynku, kształtowały swoją ofertę, poddały analizie proponowane usługi, spojrzały na kategorię produktową z perspektywy nowych wartości, poszerzyły portfel klientów i wzmocniły pozycję rynkową, wychodząc poza swoją kategorię produktową. Dziś inwestycje w marketing w dużej mierze zależą od tego, jak zdefiniowana jest rola marketingu w firmie. Niemniej w wielu przypadkach to właśnie ten zespół odpowiada za przygotowanie i komunikowanie propozycji wartości, które bez wątpienia w wyniku pandemii – podobnie jak po recesji z 2008 roku – uległy transformacji. A jakie działania pomogą osiągnąć zakładany cel i będą trafioną strategią komunikacji? Jak wynika z badania Lumen Research przeprowadzonego w Wielkiej Brytanii, w tym szczególnym czasie w działaniach marketingowych warto postawić na komunikację kontekstową. Badacze ustalili, że reklamy dostosowane do kryzysu spowodowanego przez Covid-19 zyskują ponad 9% więcej uwagi niż norma sprzed kryzysu. To dowód na to, że zamiast ciąć budżet, warto przyjąć postawę ofensywną. Przyglądanie się każdej wydawanej złotówce to także doskonała okazja, aby dostosować treści, zweryfikować słowa kluczowe, czy też określić korzyści wynikające z outsourcingu w zakresie logistyki nagród, organizacji konkursów czy akcji marketingowych itd.

4. Bez marketingu nie widać cyfryzacji

Transformacja cyfrowa, by została zauważona przez klientów czy kontrahentów, wymaga komunikacji marketingowej. Bez widoczności, pozycjonowania w Internecie, reklamy, przemyślanych działań wpierających sprzedaż i zachęcających do sięgnięcia po konkretny produkt czy usługę trudno jest budować rozpoznawalność i pozycję marki. Oczywiste jest, że tradycyjne działania, które zostały wypracowane w ostatnich latach, czyli przed pojawieniem się COVID-19, mogą już nie być efektywne. Niewątpliwie w zaistniałej sytuacji konieczne jest przejście od tradycyjnego marketingu do e-marketingu. Rozbudowa cyfrowych kanałów sprzedaży to kolejny ważny kierunek w myśleniu o zarządzaniu strukturą sprzedaży w tzw. nowej normalności.

Sklepy internetowe i platformy obsługi zamówień online będące już normą w biznesie B2C, wciąż nie są standardem w biznesie B2B. I choć wyraźnie widzimy, że dziś wygrywają spółki, które w całym łańcuchu wartości postawiły na cyfryzację, tym samym nie tylko przeniosły swoje działania reklamowe i sprzedażowe do Internetu, to kolejnym krokiem jest zdigitalizowanie produktów. Widać to na przykładzie naszej branży, gdzie prym wiodą wirtualne nagrody stosowane w konkursach, akcjach sprzedażowych oraz programach lojalnościowych. Marketerzy zauważają, że nie wystarczy już wirtualny katalog nagród, ważne są e-nagrody, m.in. e-vouchery czy karty premiowe, którymi można dokonywać transakcji off, jak i online. To dowód na to, że transformacja cyfrowa pomaga budować nową wartość dodaną produktów, co budzi pozytywne emocje wśród klientów, ale także kontrahentów i partnerów biznesowych. Bez e-marketingu oraz e-rozwiązań o uwagę odbiorców i dostrzeżenie rozwiązań cyfrowych będzie trudno – powiedział Wojciech Gołębiewski, Sales Manager Incentive&Recognition Category z Sodexo Benefits and Rewards Services Polska.

5. W kryzysie zyskuje lojalność i partnerstwo

Na lojalność warto patrzeć wielowymiarowo, pamiętając o tym, że im więcej okazji do interakcji oraz prezentacji wartości dodanej dla klienta, tym większe szanse na zbudowanie rozpoznawalności, bądź przywiązanie do marki. Szczególnie że dziś lojalność budowana jest przez rozwiązywanie problemów klienta, wsparcie w trudnych okolicznościach, zachowanie elastyczności i zrozumienia, otwartość na rozmowy, wspólne szukanie nisz czy też eliminowanie wąskich gardeł. Ma to doprowadzić do wzrostu wydajności procesów i skutkować zwiększeniem efektywności działania. Nie zapominajmy o tym, że lojalność buduje także bycie blisko, pokazanie ludzkiej twarzy. Mowa o tym, że marki nie pozostają obojętne na problemy społeczeństwa i wspólnie działają na rzecz wparcia tych grup społecznych, które bez ich zaangażowania i pomocy same zostałyby zepchnięte na margines – powiedział Wojciech Gołębiewski z Sodexo Benefits and Rewards Services Polska.

Faktem jest, że w czasach kryzysu lojalność biznesowa odnosząca się zarówno do B2C, jak i B2B jest wystawiana na próbę. Niemniej jednak bez intensyfikacji działań lojalnościowych i motywacyjnych będzie bardzo trudno przetrwać trudne czasy. W przypadku segmentu B2B współzależność jest tak daleko idąca, że relacje lepiej definiuje partnerstwo, które rozumiane jest jako stabilność modelu współpracy oraz przywiązanie w czasach inflacji, ale też deflacji. Tym samym klient traktuje partnera jako tego, bez którego nie jest w stanie realizować zakładanych celów biznesowych, w tym rozwoju i ekspansji, a także wypracować zakładanych wyników finansowych czy utrzymać się na rynku.

Powyższe punkty wyraźnie wskazują, że rezygnacja z działań wpierających sprzedaż to nie tylko straty dla firmy, ale także dla całej gospodarki. Czym innym jest przenoszenie budżetu z jednego kanału do drugiego, a czym innym rezygnacja i oddawanie pola konkurencji, która nigdy nie śpi i czeka na okazję, jaką bez wątpienia jest zaniechanie działań przez innych graczy rynkowych. Wsparcie marketingowe jest niezbędne, gdy zaistniała konieczność zaktywizowania w Internecie tych klientów, którzy wcześniej korzystali z oferty dostępnej w klasycznym modelu sprzedaży, czyli sklepach stacjonarnych czy za pośrednictwem przedstawicieli handlowych. Równie istotnym wyzwaniem jest zachęcenie konsumentów do skorzystania z oferty offline, czyli odwiedzania galerii handlowych, by przywrócić wcześniejszy ruch i obroty zarówno butików, jak i punktów usługowych. W obu przypadkach panaceum na bolączki marketingu oraz zespołu sprzedaży są działania motywujące i lojalizujące konsumentów i sprzedawców, tj. konkursy, akcje specjalne, ale także programy lojalnościowe oparte o cyfrowe rozwiązania i e-nagrody.

Euro jeszcze tańsze

Złoty kontynuuje bardzo dobrą passę i nie wygląda, by miał się zatrzymać. Polską walutę wspiera generalny wzrost optymizmu w Europie.

Euro poniżej 4,40 zł

Wczorajszy dzień był kolejnym dobrym dniem dla polskiej waluty. Granica 4,40 zł na euro pękła bardzo sprawnie, a dzisiaj znalazł się na poziomie 4,38 zł. Frank szwajcarski dotarł do 4,06 zł. Funt kosztuje obecnie 4,92 zł. A dolar przez moment wyceniany był już po 3,90 zł. Powodem zyskiwania złotego na wartości jest poprawa nastrojów na rynkach finansowych. Widać to wyraźnie na giełdach, które szybują w górę ignorując problemy realnej gospodarki. Drugim elementem mówiącym o rosnącym optymizmie jest reakcja pary euro do franka. To taki swoisty barometr nastrojów, jeżeli frank traci, oznacza to, że inwestorzy są skorzy do bardziej ryzykownych inwestycji.

Dolar wciąż pod presją

Amerykańska waluta wciąż pod presją. Na niekorzyść amerykańskiego dolara wpływa głównie napięcie z Chinami. Biorąc pod uwagę kalendarz wyborczy i nadchodzące wybory w USA prezydent będzie chciał się dalej przedstawiać jako twardy negocjator i mąż stanu, stąd dyplomatyczne rozwiązywanie jest trochę dalej niż być powinno w standardowych warunkach. Nie pomaga również zdecydowanie gorszy PR na świecie spowodowany eskalacją napięć pomiędzy protestującymi obywatelami a policją.

Zadziwiające dane z Włoch

Na świecie analizując dane makroekonomiczne widać pewną tendencję. Rośnie bezrobocie a spada PKB, produkcja przemysłowa i sprzedaż detaliczna. Jest to w miarę reguła. Znalazł się jednak wyjątek. Dzisiaj Włosi poinformowali o spadku bezrobocia do poziomu 6,3%. Najdziwniejsze w tych danych jest to, że jest ono znacznie niższe niż przed epidemią.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:15 – USA – raport ADP z rynku pracy,
16:00 – USA – zamówienia na dobra,

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Jak nieograniczony dodruk pieniędzy i wielki skup wszelkich możliwych aktywów wpłynie na gospodarkę i giełdy

W USA program wsparcia dla gospodarki to aż 3 biliony dolarów czyli 14% PKB! Tak monstrualny program wydatkowy to jednak zbyt mało – taki przekaz konsekwentnie płynie z ust szefa Fed, który namawia polityków do dalszego zwiększania wydatków i obiecuje odpowiednie wsparcie ze strony polityki pieniężnej.

– Szef Fed wprowadził wielu obserwatorów rynków w konsternację odpowiadając na pytanie dziennikarza: tak drukujemy pieniądz, ale w formie elektronicznej – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – W momencie, gdy szef największego banku centralnego używa takiego określenia, to wzmacnia krytykę banków centralnych, że posuwają się za daleko chcąc ratować gospodarkę.

Izba Reprezentantów faktycznie przyjęła kolejny program, znów o wartości 3 bilionów dolarów! Jednak ma on nikłe szanse na realizację. Trzeba pamiętać, że mają tam większość Demokraci, którzy skroili program pasujący do ich kampanii wyborczej (w listopadzie wybory, w tym prezydenckie), a zatem jest jasne, że Republikanie nie mogą go poprzeć, co zresztą już zapowiedział prezydent Trump. Wydaje się jednak, że ekspansja jest tylko kwestią czasu – czeka na okres partyjnych targów i pytanie brzmi bardziej „kiedy” i „w jakiej skali”.

Fed jak dotąd skupował takie ilości, że gigantyczne emisje Departamentu Skarbu przechodziły niezauważone i nie powodowały wzrostu rentowności długu. Jeśli Kongres wprowadziłby kolejny duży program wydatkowy skala QE jeszcze musiałaby się zwiększyć. Rynek to oczywiście widzi i stąd rosnący popyt na metale szlachetne. Trzeba przy tym pamiętać, że przy bardzo drogim dolarze cena złota w naszej walucie jest już teraz bardzo wysoka.

Obietnice Fed sprawiły, że rynek szybko zapomniał o napięciach USA-Chiny choć wątek ten nadal warto obserwować, ponieważ stanowi on jeden z głównych w kampanii prezydenckiej. Jak dotychczas mamy głównie słowa, dla rynków kluczowym pytaniem jest, czy dojdzie do wdrożenia działań, które zaszkodziłyby gospodarce.

– Dla rynków finansowych bardzo mocnym przekazem jest to, że Fed zrobi wszystko, aby pozytywnie wpływać na rynki aktywów, a w związku z tym inwestorzy mogą brać na siebie większe ryzyko – wyjaśnia ekspert XTB. – Fed wprawdzie nie mówi wprost: kupujcie akcje i bardziej ryzykowne obligacje przedsiębiorstw, ale swymi działaniami wywiera presję na rynek.

Skutki widać zwłaszcza w wycenie aktywów spółek gamingowych. Dotyczy to także warszawskiej giełdy.

Jak zachowają się inne banki centralne? EBC też będzie luzować politykę pieniężną, choć możliwości oddziaływania ma ograniczone, przy już ujemnych stopach procentowych.

– Obecny kryzys może się różnić tym od poprzednich, że mniej będzie wielkich bankructw. Jednak jeżeli taka polityka banków centralnych zostanie utrzymana na dłużej, to zablokowana zostanie efektywna realokacja aktywów – dodaje dr P.Kwiecień.

Cały kompleks biurowy Silesia Business Park w rękach filipińskiego inwestora

Widząc pozytywne perspektywy dla Polski pomimo pandemii koronawirusa, filipińska grupa ISOC kupiła dwa budynki (A i B) wchodzące w skład Silesia Business Park w Katowicach. Sprzedający to funduszu zarządzany przez NIAM, jeden z największych skandynawskich prywatnych właścicieli nieruchomości. Tym samym azjatycki inwestor stał się jedynym właścicielem największego istniejącego parku biurowego w regionie Górnego Śląska.

Silesia Business Park to kompleks czterech biurowców klasy A, zlokalizowanych przy ulicy Chorzowskiej w Katowicach. Pierwsze dwa budynki (C i D) o łącznej powierzchni najmu 24 600 mkw. grupa ISOC zakupiła w grudniu 2018 r. od firmy Skanska, dewelopera projektu. Powierzchnia najmu nowo zakupionych obiektów wynosi łącznie 24 700 mkw.

Zdaniem inwestora scalenie własności w jednym ręku przyczyni się do uwolnienia potencjału całego parku (prawie 50 000 mkw.) i pozwoli zintegrować  wysokiej jakości obsługę najemców.  Jak przyznają Erik Rydstrom z firmy NIAM oraz Piotr Zamkotowicz, reprezentujący fundusz ISOC, realizacja tak ważnej transakcji w okresie pandemii była wyzwaniem, jednak zgrana współpraca wszystkich stron umożliwiła jej sprawne zamknięcie.

W transakcji kupującemu doradzały firmy: Colliers International, Hogan Lovells, Baker McKenzie, CSWP, Arcadis i Infinity Partners, natomiast sprzedającego reprezentowały firmy CBRE, Linklaters oraz EY.

Zakup Silesia Business Park przez grupę ISOC, reprezentowaną w Polsce przez firmę Augusta Cracovia, to już kolejna inwestycja filipińskiego gracza na naszym rynku od jego debiutu w grudniu 2018 roku.  W 2019 roku Grupa ISOC została nominowana do tytułu Inwestor Roku w konkursie Eurobuild. W ciągu kilkunastu miesięcy polskie portfolio funduszu, wliczając ostatni zakup, wypełniło się nieruchomościami o łącznej powierzchni 130 000 mkw. zlokalizowanych w trzech miastach regionalnych: Katowicach, Gdańsku i Wrocławiu.

Grupa INC wspólnie z Movie Games założyła spółkę gamingową na rynek rumuński

Grupa INC i Movie Games postawiły kolejny krok na drodze do ekspansji na rumuńskim rynku gamingu. Głównym zadaniem nowo utworzonej spółki będzie stworzenie platformy do wsparcia i konsolidacji rumuńskiego rynku gamingu. INC i Movie Games objęli po 50 proc. akcji w nowej firmie.  

Nowo utworzona spółka jest efektem podpisanego pod koniec marca listu intencyjnego pomiędzy Grupą INC a Movie Games. Spółki postawiły sobie za cel ekspansję na rynek rumuński. Nowy podmiot będzie wspierał finansowo i merytorycznie lokalne i niezależne studia gier, w celu promocji lokalnego rynku i zidentyfikowaniu jego liderów, których produkcje mają potencjał osiągnąć międzynarodowy sukces komercyjny.

– Cieszę się ze wspólnego projektu, który realizujemy wspólnie z Movie Games. Mogę śmiało powiedzieć, że rumuński rynek znamy dość dobrze, gdyż jesteśmy obecni na nim już od dłuższego czasu. Na lokalnej giełdzie przeprowadziliśmy z sukcesem dwa debiuty spółek. Dodatkowo fundusz z naszej Grupy – Carpathia Capital zainwestował dotychczas w trzy podmioty w Rumunii. Inwestycja w Bittnet dała najbardziej spektakularne wyniki. Spółka od momentu debiutu na rynku AeRO w 2015 r. 20-krotnie zwiększyła kapitalizację i znacznie poprawiła wyniki finansowe. Dzięki temu zyskaliśmy również rozpoznawalność i bardzo dobrą reputację na rynku rumuńskim. – komentuje Paweł Śliwiński, prezes INC.

Studia, które będą współpracować z nowo powstałą spółką będą mogły liczyć na wsparcie merytoryczne Movie Games przy budżetowaniu i realizacji projektów, a także wsparcie wydawnicze i marketingowe. Z kolei Grupa INC zapewni profesjonalną obsługę procesu pozyskania finansowania i debiutu na rumuńskiej giełdzie.

– Dziś postawiliśmy kolejny krok na drodze do ekspansji na rumuńskim rynku gamingu, który w naszej ocenie ma znaczący potencjał. Chcielibyśmy, na wzór polskiego rynku, wypromować rumuński gaming i wywołać zainteresowanie lokalnych inwestorów. Wierzę, że dzięki współpracy z Grupą INC, która zna lokalny rynek kapitałowy i naszemu know-how, jesteśmy w stanie podjąć się takiego wyzwania. – komentuje Mateusz Wcześniak, prezes Movie Games.

Dodatkowo w dniu dzisiejszym akcje Bittnet (spółka portfelowa Grupy INC) udanie zadebiutowały na głównym rynku giełdy w Bukareszcie BVB. W pierwszych minutach handlu walory spółki rosły o ponad 5 proc. Dodatkowa spółka zapisała się w historii rumuńskiego rynku kapitałowego, gdyż jako pierwsza przeszła z alternatywnego rynku AeRO na rynek główny.