Jak będzie działać fundacja rodzinna?

Zakończyły się pierwsze konsultacje społeczne dotyczące tzw. zielonej księgi poświęconej fundacji rodzinnej. Taka fundacja ma zostać wprowadzona do polskiego systemu prawnego, aby ułatwić dziedziczenie firm.

– Większość przedsiębiorców opowiedziała się za utworzeniem odrębnej ustawy, żeby nie wywoływać kontrowersji poprzez nowelizację obowiązującej ustawy o fundacjach, w oparciu o którą działają głównie fundacje dobroczynne – mówi w rozmowie z MarketNews24 Katarzyna Karpiuk, radca prawny, ekspertka ds. sukcesji w Kancelarii Ożóg Tomczykowski. – Tutaj właśnie pojawił się sprzeciw ze strony organizacji dobroczynnych, które obawiają się, że doszłoby do pomieszania pewnych pojęć ze stratą dla organizacji charytatywnych.

Przedsiębiorcy zgadzają się, aby w organach fundacji rodzinnej zasiadały także osoby prawne, co w naszym systemie byłoby czymś nowym. Takie rozwiązanie jest stosowane w jurysdykcjach zagranicznych. Pozwala uniknąć sytuacji, gdy powstaje wakat w organach zarządzających.

Kwestią, która podzieliła biorących udział w konsultacjach była możliwość prowadzenia działalności gospodarczej przez fundację rodzinną. Większość uważa, że w celu ochrony majątku należałoby to ryzyko prowadzenia działalności gospodarczej odciąć i ograniczyć na poziomie fundacji i przenosząc ją o poziom niżej, czyli na spółkę operacyjną.

Pojawiło się też wiele postulatów dotyczących prawa spadkowego.

– Największe kontrowersji wzbudziła kwestia zachowkowa. Większość ocenia, że beneficjent fundacji nie powinien otrzymywać dodatkowych benefitów z tytułu zachowku, który istnieje w polskim systemie spadkowym – wyjaśnia ekspertka, której kancelaria brała bezpośredni udział w pracach nad projektem dotyczącym fundacji rodzinnych.

Podczas konsultacji rozbieżne były oceny takiego rozwiązania prawnego, jak możliwość rozwiązania fundacji rodzinnej przez sąd. Uznano, że powinno to być narzędzie ostateczne, stosowane tylko w wyjątkowych sytuacjach.

Prace nad fundacją rodzinną będą kontynuowane już z nowym rządem premiera M.Morawieckiego.

10 zagadnień poruszonych przez Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii w Zielonej Księdze:

  1. Czy zachodzi potrzeba, aby wprowadzać do polskiego prawa instytucję fundacji rodzinnej?
  2. Czy fundacja rodzinna powinna być uregulowana w odrębnej ustawie, w ustawie o fundacjach, czy też w Kodeksie spółek handlowych?
  3. Czy prawo powinno przewidywać zamknięty katalog dopuszczalnych celów fundacji rodzinnej?
  4. Czy fundacja rodzinna powinna mieć możliwość prowadzenia działalności gospodarczej?
  5. Czy przepisy prawa powinny przewidywać jakiś minimalny, wymagany poziom funduszu założycielskiego?
  6. Czy osoba prawna powinna mieć możliwość zasiadania w organach fundacji rodzinnej?
  7. Czy beneficjent fundacji rodzinnej powinien mieć możliwość zasiadania w organie zarządzającym tej fundacji?
  8. Jak prawo powinno uregulować kwestię uprawnienia beneficjenta fundacji rodzinnej do zachowku?
  9. Jak fundacja rodzinna powinna być opodatkowana?
  10. Czy sąd powinien mieć prawo rozwiązać fundację, w sytuacji gdy jest ona zarządzana w sposób sprzeczny z prawem, w sposób oczywiście sprzeczny z jej celem lub z interesami jej beneficjentów?

Dlaczego zniesienie limitu 30-krotności składek ZUS to nie najlepszy pomysł

Proponowane zmiany ustawowe dotyczące likwidacji zasady ograniczenia składek na ZUS przy zarobkach przekraczających 30-krotność średniego wynagrodzenia w gospodarce przepadły w Sejmie. Istnieje pięć powodów, aby rząd nie wracał do tego pomysłu.

– Na początek trzeba wyprostować pewien mit, że zniesienie limitu doprowadzi do wyższego obciążenia najlepiej zarabiających, bo podatek mylony jest ze składką – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Zniesienie limitu dla osób pracujących na umowę o pracę implikuje wyższe świadczenia emerytalne w przyszłości.

Zgodnie z obowiązującym prawem tutaj ma zastosowanie zasada przyczynowości, wyższa składka teraz, to wyższe świadczenie w przyszłości. To także podwyższenie kosztów systemu emerytalnego w przyszłości. A przecież już obecnie system emerytalny dotowany jest z budżetu.

Ze względów demograficznych emerytów będzie coraz więcej, czyli zwiększy się „dziura” w budżecie. Zniesienie limitu poprawi sytuację w najbliższym czasie, ale w przyszłości koszty dla systemu będą pęcznieć, stąd pytanie znaleźć brakujące pieniądze. I to jest drugi powód, aby nie wprowadzać zmian zaproponowanych w ustawie przygotowanej przez posłów PiS.

– Trzecią kwestią jest to, że lepiej byłoby nie zmuszać osób, które dziś płacą dość wysokie składki, a w przyszłości otrzymają wysokie świadczenia, do dodatkowego oszczędzania, lepiej byłoby, gdyby te pieniądze wydały w gospodarce – wylicza kolejny powód dr P.Kwiecień.

Kwestia czwarta – to konkurencyjność polskiej gospodarki. Likwidacja 30-krotności spowodowałaby wzrost kosztów dla pracodawców, zwłaszcza tych innowacyjnych, zatrudniających wysoko wyspecjalizowanych pracowników.

Piąta kwestia dotyczy wiarygodności ZUS, systemu emerytalnego i polskiego państwa. Zbyt powszechne staje się wyobrażenie, że nie warto płacić składek na emerytury, bo nie wiadomo co w przyszłości stanie się z systemem emerytalnym.

Sektor energetyczny na celowniku hakerów

Raport firmy Symantec wskazuje, że aż 16 proc. wszystkich ataków hakerskich nakierowanych jest na sektor energetyczny, czyniąc go jednym z najbardziej zagrożonych segmentów gospodarki zaraz po administracji publicznej.[1] Cyberatak na obiekty infrastruktury energetycznej może mieć katastrofalne skutki nie tylko dla mienia, zdrowia i życia pracowników, ale także dla środowiska, całej gospodarki, czy nawet funkcjonowania państwa i bezpieczeństwa narodowego. Dlatego niezbędne jest stworzenie unijnej strategii cyberbezpieczeństwa dla sektora energetycznego, standaryzacja procesów, a także wprowadzenie mechanizmu ułatwiającego wymianę informacji o zagrożeniach i dobrych praktykach. Stolicą rozmów o cyberbezpieczeństwie sektora energetycznego stały się Katowice.

Komisja Europejska już w 2017 roku rozpoczęła konsultacje dot. polityk i procedur związanych z cyberbezpieczeństwem w sektorze energetycznym, a w kwietniu br. opublikowane zostały zalecenia, które powinny zostać wdrożone do narodowych strategii cyberbezpieczeństwa do kwietnia 2020 r. Stephan Lechner, dyrektor DG ENER w Komisji Europejskiej podczas tegorocznej edycji Europejskiego Forum Cyberbezpieczeństwa – CYBERSEC 2019 przedstawił zarówno rekomendacje KE, jak i perspektywę kolejnych kroków, które planuje w tym zakresie podjąć Komisja w nadchodzącej nowej kadencji. Wspomniany dokument wymienia rekomendacje dot. wdrożenia przez operatorów sieci energetycznych i dostawców technologii odpowiednich środków w zakresie gotowości w stosunku do wymogów czasu rzeczywistego, efektów kaskadowych oraz integracji starszej technologii z najnowocześniejszymi urządzeniami inteligentnymi. Podkreślił on, że sektor energetyczny czeka w tym zakresie prawdziwa rewolucja.

Filip Grzegorczyk, prezes zarządu TAURON Polska Energia
23.01.2017 Warszawa,
n/z Filip Grzegorczyk prezes Tauron SA
fot. Piotr Waniorek

„Wciąż nie istnieje wspólny katalog wymagań dla dostawców na poziomie krajowym lub unijnym. Zalecenia stanowią punkt odniesienia, do którego można odwołać się przede wszystkim w zakresie usług kluczowych, podczas zarządzania ryzykami i niektórymi wymaganiami dla dostawców. Są one kolejnym dokumentem, w którym podkreślono wagę współpracy i wymiany informacji na wypadek sytuacji kryzysowych” – komentuje Filip Grzegorczyk, Prezes Zarządu TAURON Polska Energia S.A.

Także eksperci niezależnych think-tanków podkreślają konieczność budowania kultury cyberbezpieczeństwa w sektorze energetycznym, w oparciu o holistyczne podejście, uwzględniające zarówno aspekty techniczne, operacyjne, jaki i strategiczne. W raporcie Instytutu Kościuszki pt. „Cyberbezpieczeństwo polskiego przemysłu. Sektor energetyczny” autorzy podkreślają szczególną rolę budowania kompetencji i wyspecjalizowanych Zespołów Reagowania na Incydenty Bezpieczeństwa Komputerowego (CERT/CSIRT), w skład których wchodzić powinni eksperci z  dziedziny bezpieczeństwa z uwzględnieniem wielu obszarów specjalizacji np. informatyki śledczej, inżynierii wstecznej oraz bezpieczeństwa automatyki przemysłowej. Według autorów niezbędne jest umiejętne zarządzanie ryzykiem w cyberprzestrzeni, a także regularne audyty oraz systematyczne szkolenia dla kadry zarządzającej i pracowniczej wszystkich szczebli, które przyczynią się do podniesienia ogólnego poziomu świadomości cyberzagrożeń.

Huby i centra operacji bezpieczeństwa

W  celu efektywnego przeciwdziałania cyberatakom, autorzy raportu zalecają również budowę centrów operacji bezpieczeństwa (SOC, Security Operations Center), wykorzystujących innowacyjne technologie, m.in. sztuczną inteligencję umożliwiającą „wirtualną analizę” incydentów. Centra operacji bezpieczeństwa nowej generacji zakładają odejście od modelu bazującego na alertach bezpieczeństwa (alert-driven approach) na rzecz modelu opartego na analizie predyktywnej zagrożeń (predictive intelligence-driven approach to cybersecurity). Jednocześnie ze względu na fakt, że ekosystem cyberbezpieczeństwa jest rozdrobniony i zdominowany przez małe i średnie przedsiębiorstwa oraz startupy, zalecane jest tworzenie hubów cyberbezpieczeństwa angażujących wszystkie te podmioty. Takie działanie mogłoby wymusić konsolidację rynku produktów i usług sektora cyberbezpieczeństwa, szczególnie w kontekście szans, jakie zamówienia publiczne i prywatne w Unii Europejskiej przynoszą europejskim dostawcom.

„Obecnie na rynku funkcjonuje wielu dostawców rozwiązań cyberbezpieczeństwa, o czym świadczy ogromne powodzenie targów CYBERSEC EXPO, podczas których swoje produkty i usługi zaprezentowało ponad 50 wystawców, wśród których znaleźli się zarówno liderzy rynku IT, w tym Microsoft, Cisco, Samsung, BAE Systems, Asseco, Exatel, jak i startupy i scaleupy, m.in. Nethone. Warto jednak zwrócić uwagę, że w biznesie zauważalny jest trend polegający na odchodzeniu od rozwiązań punktowych na rzecz ich konsolidacji. Według badania Cisco „2019 CISO Benchmark Study”, 63 proc. organizacji korzysta z usług 10 lub mniej dostawców, co oznacza wzrost o 9 p.p. względem roku 2017. Dlatego tak ważne jest, aby mniejsi gracze łączyli siły, co pozwoli im m.in. tworzyć lepsze oferty na potrzeby zamówień publicznych” – podkreśla Robert Siudak, Dyrektor ds. współpracy i realizacji projektów w Instytucie Kościuszki.

Współpraca polskiego sektora energetycznego

Współpraca CERTów polskich podmiotów energetycznych, w tym PSE i Grupy ENERGA, podjęta została w 2017 r. Trwają dalsze próby konsolidacji oraz działania mające na celu zwiększenie liczby zespołów funkcjonujących w ramach takiej wspólnej platformy wymiany informacji jak i działania na rzecz współpracy w sektorze energetycznym w wymiarze międzynarodowym. Współpraca sektorowa może pomóc w realizacji zadań określonych ustawą o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa przez tzw. operatorów usług kluczowych, wśród których wymienia się m.in. podmioty z branży energetycznej, ale także transportowej, telekomunikacyjnej, bankowej oraz medycznej.

„Wartym podkreślenia są także nowe wyzwania z obszaru cyberbezpieczeństwa związane z wykorzystaniem Internetu rzeczy (IoT) przy budowie nowych usług, m.in. inteligentnej energetyki domowej, Smart City czy Smart Grid. Istotność nowych wyzwań podkreślał również Raport grupy roboczej do spraw Internetu Rzeczy przy ministrze. W dokumencie podkreślono, że IoT bez cyberbezpieczeństwa stanowi większe zagrożenie dla państwa niż rezygnacja z użycia IoT. W Grupie TAURON przykładem takiego odpowiedzialnego wdrożenia nowoczesnych technologii jest implementacja inteligentnej infrastruktury pomiarowej z Projektem AMIplus Smart City Wrocław na czele, gdzie skorzystaliśmy najlepszych praktyk. Szczegóły zostały przedstawione w publikacji Cyberbezpieczeństwo polskiego przemysłu” – podsumował Filip Grzegorczyk.

[1] Symantec: Targeted Attacks Against the Energy Sector, http://www.symantec.com/content/en/us/enterprise/media/security_response/whitepapers/targeted_attacks_against_the_energy_sector.pdf

Więcej PropTechu w magazynach

Blisko trzy czwarte ankietowanych przedsiębiorców korzysta w Polsce z rozwiązań PropTech na terenie powierzchni magazynowych – wynika z raportu „PropTech na rynku magazynowym”, opracowanego przez SEGRO we współpracy z miesięcznikiem Eurobuild CEE. Te, jak i inne kluczowe wnioski, przedstawiono 21 listopada w Warszawie podczas oficjalnej premiery raportu.

W ostatnich latach PropTech szturmem wdarł się na rynek nieruchomości magazynowych, wyznaczając kierunek rozwoju dla całej branży. Firma SEGRO, deweloper, właściciel i zarządca powierzchni magazynowych, będąca liderem na rynku w obszarze innowacji oferowanych klientom, postanowiła bliżej przyjrzeć się temu, ile firm zna i korzysta z rozwiązań PropTech oraz jaki jest ich poziom wiedzy na temat korzyści płynących z zastosowania tych technologii.

Nowoczesne technologie kreatorem przyszłości

Jak pokazują wyniki badania zrealizowanego na potrzeby raportu, dla 58% respondentów termin PropTech oznacza innowacyjne technologie w pojęciu ogólnym, a 38% ankietowanych utożsamia go z tego typu technologiami stosowanymi w branży nieruchomości. Choć przedsiębiorstwa nie zawsze od początku wiedzą, czym dokładnie jest PropTech, to praktycznie trzy na cztery badane firmy stosują takie rozwiązania. To pokazuje, że częściej niska świadomość, bardziej niż obszaru korzystania z innowacji, dotyczy samego nazewnictwa.

– Gdy pytamy ekspertów rynkowych, co ukształtuje rynek nieruchomości w najbliższej przyszłości, w pierwszej trójce odpowiedzi zawsze pojawiają się nowoczesne technologiepodkreśla Ewa Andrzejewska, redaktor naczelna Eurobuild CEE. – Jednak sztuką jest nie tylko zauważyć trendy rynkowe, ale również być ich kreatorem – dodaje.

Firmy stawiają na innowacje

Rozwiązaniami PropTech, które cieszą się największą popularnością wśród badanych przedsiębiorców są: oświetlenie LED (66%), czujniki światła w alejkach magazynowych (44%) oraz system zdalnego odczytu i kontroli mediów (22%). Mniej powszechne wśród ankietowanych są systemy automatycznie rozpoznające tablice rejestracyjne, z których korzysta na razie 18% respondentów oraz monitorowanie dachów obiektu z wykorzystaniem czujników, sensorów lub dronów, a także system BAS/BMS – stosowane przez co dziesiątego badanego przedsiębiorcę. Jednocześnie, nieco ponad 1/5 badanych zapowiada, że w niedalekiej przyszłości planuje korzystać z wyżej wymienionych systemów automatycznego rozpoznawania tablic oraz czujników światła w alejkach magazynowych.

– Nowe technologie wykorzystywane są nie tylko podczas eksploatacji obiektów, ale również na etapie ich projektowania. W parkach logistycznych SEGRO już od dłuższego czasu standardem są takie rozwiązania, jak oświetlenie LED, kompleksowy system monitoringu mediów czy system automatycznego odczytywania tablic rejestracyjnych. Widać wyraźnie, że zdecydowana większość przedsiębiorców zauważa zalety innowacyjnych technologii – mówi Waldemar Witczak, Dyrektor Regionalny SEGRO.

Przede wszystkim ekonomia

Bezpośrednie korzyści wynikające z zastosowania rozwiązań PropTech na terenie powierzchni magazynowych dostrzega aż 89% przedsiębiorców. Do najważniejszych zaliczają oni korzyści ekonomiczne, związane z optymalizacją kosztów (60%) oraz ekologiczne (46%). Oznacza to, że polscy przedsiębiorcy coraz częściej zwracają uwagę nie tylko na kwestie finansowe, ale również na tematy związane z ochroną środowiska naturalnego. Ponadto, według blisko 90% przedsiębiorców takie innowacje wpisują się w strategię zrównoważonego rozwoju ich firmy.

– Inteligentne magazyny to przyszłość rynku logistycznego – pozwalają na usprawnienie łańcucha dostaw, uzyskanie oszczędności i ograniczenie wpływu na środowisko. Mając na uwadze zaufanie, którym od wielu lat obdarzają nas klienci, chcemy wychodzić naprzeciw ich oczekiwaniom i być pionierem w branży w zakresie innowacyjnych rozwiązań optymalizujących procesy w parkach SEGRO – podkreśla Joanna Janiszewska, Dyrektor Regionalny SEGRO.PropTech_wykres_2 PropTech_wykres_1 PropTech_wykres_3

Badanie na potrzeby raportu „PropTech na rynku magazynowym” zostało przeprowadzone metodą ankiet elektronicznych i telefonicznych na reprezentatywnej grupie polskich przedsiębiorców przez wydawcę miesięczników „Logistyka a Jakość” oraz „Nowoczesny Magazyn”.

Rusza 15. edycja Konkursu Mikroprzedsiębiorca Roku

Rozpoczyna się jubileuszowa edycja Konkursu Mikroprzedsiębiorca Roku. Mikrofirmy z całego kraju znów zmagać się będą o tytuł „Mikroprzedsiębiorcy Roku” oraz 40 tys. złotych. Udział w konkursie jest bezpłatny, warunkiem kwalifikacji jest spełnienie przez firmę 2 podstawowych kryteriów – mniej niż 10 zatrudnionych pracowników oraz obrót roczny nieprzekraczający 2 mln euro. Przedsiębiorco – wypełnij formularz zgłoszeniowy i zdobądź szansę na zwycięstwo!

To jeden z tych projektów społecznych, który niezwykle inspiruje i pokazuje jaką siłą polskiej gospodarki pozostają mikro przedsiębiorcy oraz jak kreatywne pomysły na biznes powstają w Polsce. Często mówię, że nie sztuką jest mieć pomysł, a sztuką pozostaje go zrealizować oraz sprzedać. W naszym Konkursie Mikroprzedsiębiorca Roku nagradzamy właśnie takich właścicieli biznesów, którzy skutecznie wdrażają swoje pomysły i odnoszą na tym polu sukcesy. W tym roku Citi Foundation przeznaczyło na wsparcie przedsiębiorczości w Polsce ponad 1 mln dolarów. Jestem dumny, że wśród tych projektów pozostaje także Mikroprzedsiębiorca Roku. Wierzę, że tym samym wspieramy przyszłe lokomotywy polskiej gospodarki – marki, które staną się rozpoznawane na świecie, mówi Sławomir S. Sikora, prezes Citi Handlowy, CCO Citi w Polsce.

Poza nagrodą główną „Mikroprzedsiębiorcy Roku” organizatorzy wręczają także wyróżnienia i nagrody pieniężne w czterech kategoriach: Start (dla najmłodszych mikroprzedsiębiorstw), Progres (dla firm w „średnim wieku”), Senior (dla firm działających na rynku najdłużej) oraz Młody Biznes (dla mikroprzedsiębiorstw prowadzonych przez osoby poniżej 30. roku życia). Aby docenić najlepsze pomysły na biznes z różnych części Polski oraz promować rozwój przedsiębiorczości, Kapituła Konkursu przyzna 8 specjalnych wyróżnień dla dynamicznie rozwijających się regionalnych mikrofirm. Gala Finałowa Konkursu podczas której zostaną ogłoszone wyniki odbędzie się w marcu 2020 roku w Sali Notowań warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych.

Od trzech lat mamy zaszczyt współorganizować tak wspaniałą inicjatywę wspierającą mikrofirmy działające w różnych dziedzinach jak i regionach kraju. Niezmiernie cieszymy się, że Konkurs cieszy się zainteresowaniem przedsiębiorców oraz organizacji i instytucji działających na rzecz polskiego biznesu. Wierzymy, że wyróżnienie najlepszych i najciekawszych przedsięwzięć sprzyja budowaniu podstaw przedsiębiorczych u młodego pokolenia oraz inspiruje innych do rozpoczęcia własnego dzieła – podkreśla Ewa Sobkiewicz, Prezes Zarządu IFR.

Historia Konkursu liczy już 14 lat. W tym czasie do konkursu zgłosiło się blisko 3300 przedsiębiorców, z których ponad 150 zostało nagrodzonych i wyróżnionych.

Konkurs Mikroprzedsiębiorca Roku jest organizowany cyklicznie od 2005 roku, a trzeci rok z rzędu jego operatorem jest Stowarzyszenie Inicjatywa Firm Rodzinnych. Konkurs finansowany jest ze środków Citi Foundation i realizowany w partnerstwie z Fundacją Citi Handlowy im. L. Kronenberga (partner merytoryczny). Konkurs wspiera także Koalicja na rzecz Mikroprzedsiębiorczości w skład której wchodzą renomowane instytucje i organizacje biznesowe. W celu wyłonienia zwycięzców powołano Kapitułę Konkursu, członkami której są znani polscy eksperci i przedsiębiorcy.

Mikroprzedsi─Öbiorca_Roku_2019-Ulotka-AT-02Zgłoszenia do Konkursu przyjmowane są poprzez formularz na stronie internetowej Konkursu [www.mikroprzedsiebiorcaroku.com] od 1 października do 1 grudnia 2019 r.

Trudne czasy przed bitcoinem

Cena bitcoina w czwartkowe popołudnie spadła do ok. 7,8 tys. dolarów. To najniższy poziom od blisko miesiąca, a jednocześnie spadek o ok. 100 dol. poniżej 200-dniowej średniej ruchomej cen, jednego z istotniejszych technicznych poziomów wsparcia, któremu z uwagą przyglądają się uczestnicy rynku – pisze Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl.

Bartosz Grejner, analityk finansowy Cinkciarz.pl
Bartosz Grejner, analityk finansowy Cinkciarz.pl

Właśnie miesiąc temu, cena bitcoina także spadła w okolice tej średniej wynoszącej nieco powyżej 7,4 tys. dol. W tamtym czasie udało jej się w szybkim tempie wzrosnąć do ok. 9,9 tys. dol. Istnieją argumenty przemawiające za tym, że tym razem ten scenariusz może się już nie powtórzyć.

Siedem w miarę tłustych miesięcy i…

Wartość bitcoina wyrażona w dolarach notowana była poniżej 200-dniowej średniej ruchomej od końcówki maja 2018 r. do początku kwietnia br. Przez siedem minionych miesięcy jednak cena najpopularniejszej z kryptowalut notowana była powyżej tego ruchomego wskaźnika, zaliczając niejako przy okazji ponad trzykrotny wzrost w niecałe trzy miesiące do ok. 13,8 tys. dol., czyli najwyższego poziomu od połowy stycznia br. Te pozytywne nastroje związane były m.in. z dużym medialnym zainteresowaniem kryptowalutą libry, którą Facebook zamierza wprowadzić.

Przez kilka miesięcy napływały same pozytywne informacje z tego frontu, w tym o partnerstwach z takimi potentatami, jak: Visa, Mastercard czy PayPal. Wzmożona ekspozycja medialna zwiększyła także ogólną ekspozycję kryptowalut, a większa liczba ich wyszukiwań w wyszukiwarce Google zwykle pozytywnie wpływa na ceny. I nie zmienia tego fakt, że kryptowaluta Facebooka w dłuższej perspektywie mogłaby osłabić szerszy rynek kryptowalut.

…strach o system finansowy

W drugiej części roku obserwowaliśmy jednak stopniowe wygaszanie pozytywnych nastrojów. To pokłosie przesłuchań szefa Facebooka w Kongresie USA i silnych obaw polityków o potencjalny wpływ libry na system finansowym. Obawy i wątpliwości wystarczyły, by wspomniani wcześniej partnerzy (oraz inni) wycofali się z projektu, rzucając dosyć spory cień na całe kryptowalutowe przedsięwzięcia Facebooka. Choć gigant społecznościowy nie wycofał się z wprowadzenia libry, to termin jej debiutu się opóźnił. Możliwe nawet, że nie uda się tego zrobić (o ile w ogóle) przed końcem 2020 r., a wybory prezydenckie w USA w listopadzie przyszłego roku mogą być jednym z czynników wstrzymujących debiut.

Libra jest tzw. stablecoinem i jej wartość miała być uzależniona od dolara, co odróżnia ją od większości „tradycyjnych” kryptowalut, w tym bitcoina. Jej zarządzanie przez jeden podmiot (Facebook) także stoi w przeciwieństwie do zdecentralizowanego charakteru bitcoina i jemu podobnych. Ten zdecentralizowany charakter może w nieco bardziej odległej już perspektywie (np. kilku lat) okazać się przysłowiowym gwoździem do trumny tradycyjnych kryptowalut, jeżeli największe banki centralne na świecie przyswoiłyby tę technologię. Ten moment nie nadejdzie jednak zbyt szybko, a tymczasem Chiny planują wprowadzić własną wirtualną walutę banku centralnego (CBDC – central bank digital currency) już w 2020 r. Rezerwa Federalna w USA takich planów nie ma, a jej szef Jerome Powell w listownej odpowiedzi do dwóch członków amerykańskiej Izby Reprezentantów stwierdził m.in., że „cechy, które sprawiają, że rozwój cyfrowej waluty banku centralnego jest bardziej przekonujący dla niektórych krajów, różnią się od tych [jakie są – tred.] istotnych dla USA”.

Zły omen dla bitcoina i innych

W nieco bliższej perspektywie nad cenami „standardowych” kryptowalut może wisieć presja podażowa. Spadek ceny bitcoina z blisko 14 tys. do ok. 7,8 tys. dolarów oznacza również spadek opłacalności kopania kryptowalut dla podmiotów działających na mniejszą skalę. Dodatkowa podaż sprzedawanych przez nich bitcoinów może w efekcie w krótkim terminie jeszcze bardziej zdusić cenę i sprowadzić notowania na wiele miesięcy z powrotem poniżej 200-dniowej średniej ruchomej. W takim przypadku moglibyśmy obserwować powrót wartości jednego bitcoina do przedziału ok. 4-6 tys. dol.

IT Works zmienia nazwę na Euvic IT

IT Works, spółka specjalizująca się w outsourcingu IT, zmieniła nazwę na Euvic IT. Rebranding ma podkreślić coraz większą synergię IT Works z Grupą Euvic, do której spółka należy od grudnia 2016 roku, kiedy to Euvic przejął ją od Enterprise Investors. Euvic IT to w sumie już ponad 700 specjalistów IT, a licząc całą Grupę Euvic – ponad 2000 osób.

IT Works w ciągu ostatnich 3 lat intensywnie rozwijał współpracę z Euvic Sp. z o.o., zoptymalizował swoje procesy, a także znacząco zwiększył liczbę projektów realizowanych wspólnie z innymi spółkami z Grupy Euvic i z udziałem zatrudnionych tam specjalistów z kompetencjami z różnych obszarów IT.

„Zacieśniająca się współpraca oraz coraz większa liczba projektów sprawiła, że IT Works stał się jedną z kluczowych spółek w ramach Grupy Euvic. Przyszedł więc moment, aby również przez zmianę nazwy podkreślić synergię IT Works z Grupą Euvic oraz nowe możliwości, jakie ta współpraca niesie dla naszych klientów” – mówi Wojciech Wolny, Prezes Zarządu Euvic IT, który jednocześnie kieruje firmą Euvic.

Euvic IT czerpie z ponad 20-letniego doświadczenia IT Works w świadczeniu usług outsourcingu IT, co obejmuje: helpdesk i ogólnopolski serwis dojazdowy, administrację i monitoring IT, zarządzanie sprzętem i licencjami, outsourcing druku. Częścią oferty spółki są także konsultacje w zakresie dobrych praktyk ITIL i dostosowanie do potrzeb klientów autorskiego narzędzia klasy ITSM – ATMOSFERA®.

Portfolio usług firmy obejmuje też audyty IT, które dostarczają zarządom informacje oraz rekomendacje zmian dot. budowy strategii IT, zapewnienia ciągłości działania czy modernizacji wykorzystywanych rozwiązań. Dodatkowo Euvic IT realizuje projekty wdrożeniowe i migracyjne, w tym rozwiązań chmurowych Microsoft Azure, AWS czy Google Cloud. Firma oferuje również kompleksowe usługi w obszarze bezpieczeństwa IT.

“Posiadamy zaplecze technologiczne niezbędne do świadczenia usług outsourcingu IT w trybie 24×7 – zarówno w Polsce, jak i na świecie. Aktualnie mamy ponad 60 stałych umów gwarantujących stabilność biznesową i wspieramy dziesiątki tysięcy użytkowników każdego dnia” – mówi Wojciech Wolny.

Jak podkreśla prezes Euvic IT, oferta spółki doskonale wkomponowała się w portfolio usług całej Grupy Euvic. Dzięki ścisłej współpracy tworzących ją firm, Grupa Euvic stała się obecnie nowoczesnym Integratorem 2.0, który potrafi realizować skomplikowane projekty informatyczne w różnych technologiach, umiejętnie łącząc zwinne podejście ze standardami realizacji wymaganymi w najbardziej sformalizowanych przedsięwzięciach.

“Oprócz outsourcingu IT, zapewnianego przez Euvic IT, Grupa Euvic może też pomóc klientom zaprojektować, zbudować oraz zintegrować rozwiązania e-commerce, klasy ERP, CRM, BI, workflow, systemy billingowe, portale internetowe, aplikacje mobilne i wiele innych. Wspieramy też firmy w cyfrowej transformacji z wykorzystaniem takich technologii, jak chmura obliczeniowa, sztuczna inteligencja, wirtualna rzeczywistość, blockchain, digital twin czy IoT. Świadczymy także usługi wynajmu programistów” – wylicza Wojciech Wolny.

Zmiana nazwy z IT Works na Euvic IT została zarejestrowana w sądzie 18 listopada br. Dane rejestrowe spółki – w tym również NIP, KRS, REGON, numery telefonów i adres siedziby – pozostały bez zmian.

Nabycie przedsiębiorstwa w spadku (dziedziczenie jednoosobowej działalności) na nowych zasadach

Na mocy obowiązujących obecnie przepisów możliwe jest kontynuowanie działalności gospodarczej osoby fizycznej przez inną osobę fizyczną będącą jej następcą prawnym. Dzięki regulacjom obecnym w polskim systemie prawnym od końca 2018 r. możliwe jest też bezpieczne i płynne przeprowadzenie sukcesji podatkowej.

Jak było dotychczas?

Niemal do końca 2018 r. śmierć przedsiębiorcy skutkowała tym, iż jego przedsiębiorstwo po prostu przestawało istnieć. Następcy prawni mieli zatem nie lada problem z bieżącym zarządzaniem firmą, w tym jej finansami. Zresztą nawet załatwienie wszelkich spraw spadkowych nie umożliwiało przejęcia nazwy przedsiębiorstwa, jego NIP-u, a także uzyskanych wcześniej koncesji i zezwoleń. Na rzecz spadkobierców przechodził wyłącznie majątek zmarłego. Dodatkowo zakończenie bytu prawnego przedsiębiorstwa wiązało się z automatycznym zwolnieniem pracowników i wygaśnięciem wszelkich zawartych wcześniej kontraktów handlowych. Reaktywacja firmy we wcześniejszej formie i kształcie była zatem praktycznie niemożliwa.

Nowa regulacja szansą na płynną sukcesję

25 listopada 2018 r. weszła w życie regulacja, która miała rozwiązać problemy następców prawnych przedsiębiorcy. Ustawa z 5 lipca 2018 r. o zarządzie sukcesyjnym przedsiębiorstwem osoby fizycznej reguluje zasady tymczasowego zarządzania przedsiębiorstwem po śmierci przedsiębiorcy, który we własnym imieniu wykonywał działalność gospodarczą na podstawie wpisu do Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej (CEIDG). Nowa regulacja porusza także zagadnienie kontynuowania działalności gospodarczej wykonywanej z wykorzystaniem tego przedsiębiorstwa. No i oczywiście reguluje kwestie związane z opodatkowaniem prowadzonej działalności.

Czym jest zarząd sukcesyjny?

W przypadku śmierci przedsiębiorcy istnieje możliwość ustanowienia zarządu sukcesyjnego. Jeżeli przedsiębiorca jeszcze za życia nie powołał lub nie zgłosił do CEIDG zarządcy sukcesyjnego, mogą to zrobić jego następcy prawni. Takie uprawnienie przysługuje małżonkowi przedsiębiorcy, jeżeli ma udział w przedsiębiorstwie w spadku, spadkobiercy przedsiębiorcy, który przyjął spadek oraz zapisobiercy windykacyjnemu, który przyjął zapis, o ile oczywiście przedsiębiorstwo jest objęte tym zapisem w testamencie. Czynność powołania zarządcy powinna przybrać formę aktu notarialnego. Należy jej dokonać w terminie dwóch miesięcy od dnia śmierci przedsiębiorcy. Co również istotne, oprócz zgody zarządcy potrzebna jest zgoda ponad 85% uprawnionych do przedsiębiorstwa (według wielkości przysługujących im udziałów w przedsiębiorstwie).

Przedsiębiorstwo w spadku jako podatnik

W okresie zarządu sukcesyjnego przedsiębiorstwo w spadku jest jednostką organizacyjną niemającą osobowości prawnej. Jako odrębny podmiot podlega wówczas daninom publicznym wyszczególnionym w ustawie o podatku dochodowym od osób fizycznych, ustawie o zryczałtowanym podatku dochodowym od niektórych przychodów osiąganych przez osoby fizyczne, ustawie o podatku od towarów i usług, ustawie o podatku tonażowym, ustawie o grach hazardowych oraz ustawie o aktywizacji przemysłu okrętowego i przemysłów komplementarnych.

Zasady opodatkowania przedsiębiorstwa w spadku

Przedsiębiorstwo w spadku obowiązują dokładnie te same zasady, które odnoszą się do osób fizycznych prowadzących działalność. W zakresie podatku dochodowego od osób fizycznych podatnikiem jest przedsiębiorstwo w spadku. Jego zobowiązanie podatkowe dotyczy okresu od otwarcia spadku do dnia wygaśnięcia zarządu sukcesyjnego albo uprawnienia do powołania zarządcy sukcesyjnego. Działalność prowadzona przez przedsiębiorstwo w spadku uznawana jest natomiast za pozarolniczą działalność gospodarczą, która stanowi jednocześnie odrębne źródło przychodu. Warta podkreślenia jest przy tym kwestia ciągłości. Obowiązek podatkowy przedsiębiorstwa w spadku jest taki jak w odniesieniu do pierwotnego przedsiębiorstwa. Oznacza to, że jeżeli na przykład przedsiębiorca podlegał w dniu otwarcia spadku nieograniczonemu obowiązkowi podatkowemu, to podlega mu również przedsiębiorstwo w spadku. Niezależnie zatem od miejsca położenia źródeł przychodów, przedsiębiorstwo w spadku odprowadza podatek liczony od całości jego dochodów. Z korzyści przedsiębiorstwa w spadku należy natomiast wskazać to, iż jest ono uprawnione do kontynuowania amortyzacji środków trwałych, których dokonywał zmarły właściciel. Z kolei przychód przedsiębiorstwa w spadku może zostać pomniejszony na zasadach ogólnych o stratę, którą przedsiębiorstwo poniosło za życia jej pierwotnego właściciela.

Inne regulacje

Ustawy szczegółowe precyzują możliwości, jakie posiada przedsiębiorstwo w spadku w zakresie opodatkowania. Przykładowo ustawa o zryczałtowanym podatku dochodowym od niektórych przychodów osiąganych przez osoby fizyczne wskazuje, że przedsiębiorstwo w spadku, które osiąga przychody z działalności gospodarczej pozarolniczej, może opłacać zryczałtowany podatek dochodowy w dwóch formach – ryczałtu od przychodów ewidencjonowanych oraz karty podatkowej. Z kolei w przypadku przychodów z tytułu zawartych umów najmu, podnajmu, dzierżawy, poddzierżawy lub innych podobnych przedsiębiorstwo może opłacać ryczałt od przychodów ewidencjonowanych.

Zwolnienie od podatku od spadków i darowizn

Warto również podkreślić, że ustawa o zarządzie sukcesyjnym wprowadziła do ustawy o podatku od spadków i darowizn zwolnienie dla nabywców przedsiębiorstwa. W przypadku jego dziedziczenia albo uzyskania w drodze zapisu windykacyjnego następcy prawni nie muszą płacić podatku. Należy jednak zgłosić do właściwego urzędu skarbowego fakt objęcia przedsiębiorstwa. Dodatkowo istnieje wymóg, aby przedsiębiorstwo było dalej prowadzone przez następców przez co najmniej pięć lat. Ta sama zasada dotyczy sytuacji, w której dziedziczenie następuje na rzecz większej liczby osób.

Skutki wprowadzenia zarządu sukcesyjnego

Przyznanie przedsiębiorstwu w spadku podmiotowości prawnopodatkowej spowodowało, że mimo śmierci przedsiębiorcy istnieje możliwość zachowania pewnej ciągłości przedsiębiorstwa. Ta ciągłość dotyczy nie tylko kwestii majątkowych, ale również zakresu regulowania podatku dochodowego, związanego z działalnością określonego przedsiębiorstwa w momencie, gdy podlega zarządowi sukcesyjnemu. Nowa regulacja spowodowała, że zarówno pracownicy, jak i kontrahenci dotychczas istniejącego podmiotu zyskali swoistą przejrzystość i pewność w funkcjonowaniu firmy. Ten pozytywny wpływ na sytuację prawną zarówno pracowników, jak i kontrahentów umożliwia natomiast utrzymanie sprawnego, niezakłóconego obrotu gospodarczego. Niewątpliwie zatem taka regulacja była bardzo potrzebna w polskim systemie prawnym.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Polska w ogonie Europy w zakresie ochrony własności intelektualnej

Niemal 3 tys. wynalazków, 10 tys. znaków towarowych oraz ponad 600 wzorów użytkowych to liczba zgłoszeń dokonanych w Urzędzie Patentowym RP. Dane z trzech kwartałów br. dotyczą aktywności podmiotów krajowych. Za prawie połową zgłoszonych wynalazków i wzorów użytkowych stoją przedstawiciele sektora gospodarki. Wśród nich najczęściej na ten ruch decydowały się firmy mające mniej niż 9 pracowników. Analizując statystyki za okres od 2015 roku, nie widać radykalnych zmian. Według znawców tematu, reprezentanci sektora MŚP postrzegają ochronę własności intelektualnej jako szansę na rozwój. Problemem bywają koszty, ale coraz więcej środków jest przeznaczanych na prace B+R. A to powinno zaowocować większą liczbą zgłoszeń w przyszłości.

Czas na ochronę

2772 zgłoszeń wynalazków dokonały w UPRP podmioty krajowe w trzech pierwszych kwartałach br. Natomiast w całym ubiegłym roku było ich 4207. Wtedy odnotowano wzrost w porównaniu z 2017 rokiem, kiedy doliczono się ich 3924. Jednak 2018 rok był gorszy pod tym względem niż lata 2015-2016. Wówczas w statystykach pojawiło się odpowiednio 4679 oraz 4261 takich wniosków.

– Chiński Urząd Patentowy odnotował 1,38 mln zgłoszeń w roku 2017, zaś jego amerykański odpowiednik ponad 600 tysięcy w ub.r. Z kolei w Niemczech zostało złożonych niemal 68 tysięcy wniosków. Nie wydaje się, aby liczba otrzymywanych przez UPRP podań była wprost proporcjonalna do poziomu innowacyjności naszego społeczeństwa. To raczej wynika m.in. z nadal niezadowalającego poziomu świadomości dotyczącej ochrony wytworów działalności intelektualnej – komentuje Ewa Niesiobędzka-Krause, ekspertka BCC ds. patentów i innowacji.

Z kolei dr Magdalena Tagowska, kierownik działu patentów w Patpol, zwraca uwagę na raport Europejskiego Urzędu Patentowego (EPO). Wynika z niego, że w 2018 roku podmioty z naszego kraju dokonały 534 zgłoszenia europejskie, co daje 13,9 wniosku na milion mieszkańców. Polska znalazła się na 31. miejscu, m.in. za Portugalią (21,2), Hiszpanią (36), czy Słowenią (47,1). Bardzo nam też daleko do liderów rankingu, czyli Szwajcarii (955,9), Holandii (416,3) i Danii (411,4).

– W trzech pierwszych kwartałach br. podmioty krajowe dokonały 9912 zgłoszeń znaków towarowych do UPRP w trybie krajowym. Na koniec ubiegłego roku liczba ta wyniosła 12 811 i była mniejsza niż w dwóch wcześniejszych latach. W 2017 roku dokonano 13 737 takich zgłoszeń, a w 2016 roku – 13 860. Z kolei w statystykach za 2015 rok mamy wynik 12 613 – informuje Adam Taukert, rzecznik prasowy UPRP.

Spadek liczby zgłoszeń krajowych może wynikać z różnych powodów, co podkreśla Magdalena Maksimowska, szefowa zespołu znaków towarowych i wzorów przemysłowych w Kancelarii JWP. Po pierwsze, żeby uzyskać formalną rejestrację, trzeba dysponować odpowiednim budżetem. To może być szczególnie obciążające dla małych działalności gospodarczych. Z drugiej strony, niewiele droższe od zgłoszenia znaku w kraju jest uzyskanie prawa wyłącznego na terytorium 28 państw UE. System unijnej ochrony znaków wybierany jest często jako znacznie bardziej efektywny i prorozwojowy.

– Jeśli przyjrzymy się zgłoszeniom np. od 2000 roku, to ich liczba praktycznie cały czas oscyluje pomiędzy 12 tys. a 15 tys. rocznie. Dla porównania, w Niemczech w 2018 roku było ich 65 669, w Wielkiej Brytanii – 66 875, Hiszpanii – 50 831, a na Ukrainie 27 329. Patrząc na te dane, wyniki w Polsce powinny być lepsze. Najprawdopodobniej przedsiębiorcy zbyt małą wagę przywiązują do własności intelektualnej jako elementu zapewniającego przewagę konkurencyjną, a także wnoszącego znaczącą wartość do majątku firmy – mówi Joanna Piłka, kierownik działu znaków towarowych i wzorów przemysłowych w Kancelarii Patpol.

Podmioty krajowe dokonały 624 zgłoszenia wzorów użytkowych w UPRP w trybie krajowym i międzynarodowym. Dotyczy to sytuacji w okresie od stycznia do września br. Natomiast w całym 2018 roku były 943 takie przypadki, czyli mniej niż w latach wcześniejszych. Dane za 2017 rok obejmują 953 zgłoszenia, za 2016 rok – 1084, a za 2015 rok – 994.

– Statystyki w zakresie wzorów użytkowych oceniłabym raczej jako dość stałe. Wynika to z samej specyfiki instrumentu ochrony, jakim jest wzór użytkowy. Rozwiązanie zgłoszone w tym charakterze nie musi być bowiem wynalazcze czy rewolucyjne. Ma spełniać jedynie wymogi nowości i technicznego charakteru. W konsekwencji prawa te udzielane są w procedurze nieco prostszej, aniżeli ta, której podlegają zgłoszenia patentowe – analizuje ekspert z BCC.

Siła (małych) przedsiębiorstw

Dane UPRP wskazują rodzaje podmiotów, które dokonały zgłoszeń wynalazków i wzorów użytkowych w trzech pierwszych kwartałach br. Listę otwierają podmioty sektora gospodarki – 48,2%. Dalej są szkoły wyższe – 30,3%, osoby indywidualne – 14,1%, instytuty badawcze – 5,5% oraz jednostki naukowe PAN – 1,8%. Patrząc na starsze dane, to udział podmiotów sektora gospodarki kształtował się następująco – 50,3% (2015 rok) 52,7% (2016 rok), 50,6% (2017 rok) oraz 47,6% (2018 rok). Dla uczelni było to odpowiednio – 26,3%, 24,8%, 26,8% oraz 30,4%.

– W Europejskim Urzędzie Patentowym te proporcje wyglądają odwrotnie, 71% zgłoszeń pochodzi od dużych korporacji, 20% od sektora MŚP i indywidualnych twórców, a tylko 9% od szkół wyższych i instytutów badawczych. W krajach z wieloletnią tradycją gospodarki rynkowej środki przeznaczane na badania i rozwój w sektorze prywatnym są wciąż o wiele wyższe niż w Polsce – zaznacza Piotr Godlewski, krajowy i europejski rzecznik patentowy, wspólnik w Kancelarii JWP Rzecznicy Patentowi.

Jak podkreśla Ewa Niesiobędzka-Krause, liczba zgłoszeń patentowych pochodzących z sektora gospodarki od około 3 lat istotnie wzrasta i stanowi pozytywny sygnał dla rynku. Coraz więcej przedsiębiorstw wdraża strategię patentową i dąży do ochrony swoich rozwiązań przed kopiowaniem. Świadomi i konsekwentni użytkownicy systemu patentowego wskazują, że obejmowanie rozwiązań ochroną prawną przyczynia się do wzrostu konkurencyjności przedsiębiorstwa i jego pozytywnego postrzegania przez konsumentów. Do niedawna jeszcze przeważająca część zgłoszeń patentowych pochodziła z uczelni, co świadczyło o niskim poziomie innowacji w gospodarce.

– Rosnąca aktywność uczelni w tym zakresie wynika w dużej mierze ze zmieniającej się rzeczywistości i naturalnej wymiany kadr. W zespołach badawczych pracuje młodsze pokolenie, bardziej świadome korzyści płynących z ochrony praw własności przemysłowej. Dzięki temu, kiedy dochodzi do współpracy prywatnego przedsiębiorstwa z uczelnią, to w wielu przypadkach ustala się w umowach, że właśnie ona będzie pierwszym zgłaszającym – dodaje Piotr Godlewski.

Spośród zgłoszeń wynalazków i wzorów użytkowych dokonanych w 2019 roku przez krajowe podmioty sektora gospodarki, 59% przypadło tym mającym mniej niż 9 pracowników (według deklaracji w REGON). Statystyki na poziomie 16% osiągnęły przedsiębiorstwa z 10-49 pracownikami oraz 50-249. 6% to wynik firm, w których pracuje od 250 do 999 osób. Natomiast 3% dołożyły podmioty mające więcej niż 999 pracowników. Podobne wskazania odnotowano w latach 2015-2018.

– Powyższe dane nie powinny nikogo zaskakiwać. Przede wszystkim podmioty z sektora MŚP mają duży wkład w polską gospodarkę i jest ich więcej niż dużych przedsiębiorstw. Po drugie, to właśnie małe firmy upatrują w ochronie własności intelektualnej szansę na rozwój. Zgłoszenia patentowe i same patenty dostarczają narzędzi do ochrony przed konkurencją. Poza tym portfolio patentowe wyróżni firmę wśród innych przedsiębiorstw na rynku i ułatwi pozyskiwanie inwestorów – zauważa dr Tagowska.

Natomiast Piotr Godlewski zaznacza, że dane te pokazują jak duża jest kreatywność zespołów w małych przedsiębiorstwach, start-upach czy podmiotach przedsiębiorczości akademickiej. To w tych mikroprzedsiębiorstwach powstaje najwięcej rozwiązań technicznych trafiających potem do UPRP w postaci zgłoszeń patentowych i wzorów użytkowych. Duży wpływ na aktywność mają też środki z funduszy unijnych przeznaczone na ochronę własności przemysłowej. Przyznawane są one w ramach projektów i programów, organizowanych np. przez NCBiR czy PARP.

– Ogólna liczba zgłoszeń i udzielanych praw jest w dużym stopniu pochodną rozwoju gospodarczego. W Polsce nie osiągnął on jeszcze poziomu charakterystycznego dla rozwiniętych gospodarek, choć wykazuje duży potencjał wzrostowy. Liczba dokonywanych zgłoszeń i udzielanych patentów jest także efektem poziomu środków przeznaczanych na badania i rozwój. Postępujący wzrost finansowania prac powinien jednak w najbliższych latach przełożyć się na zwiększenie liczby nowatorskich rozwiązań zgłaszanych do ochrony patentowej w naszym kraju – podsumowuje rzecznik Urzędu Patentowego Rzeczypospolitej Polskiej.

Mija hossa mieszkaniowa. Do polskich okien i drzwi puka spowolnienie

Polska jest liderem eksportu stolarki otworowej w UE. W pierwszych 8. miesiącach 2019 r. branża sprzedała za granicę okna i drzwi o łącznej wartości blisko 1,5 mld EUR. To o 6,2% więcej w porównaniu z poprzednim rokiem, ale znacznie mniej niż w latach poprzednich, gdy średnioroczny wzrost oscylował w przedziale 9-13%. Analitycy sektorowi Santander Bank Polska wskazują, że w 2020 r. dynamika wzrostu przychodów oraz eksportu branży może spaść jeszcze mocniej. Polskie okna i drzwi nie będą mogły zamknąć się na gorszą koniunkturę, związaną m.in. ze spowolnieniem gospodarczym w UE, Brexitem, a także widmem wyhamowania krajowego rynku mieszkaniowego.

Po 8. miesiącach 2019 r. motorami wzrostu polskiego eksportu branży pozostają stolarka okienna z tworzyw sztucznych (+5,5% r/r) oraz stolarka z aluminium (+18,2% r/r). Szczególnie ten drugi wynik zasługuje na wyróżnienie, gdyż aluminium jest stosowane w oknach o wyjątkowo niskiej przenikalności cieplnej oraz w modnych modelach okien i drzwi z dużymi przeszkleniami. W obu wypadkach mowa więc o produktach o wysokiej jakości i cenie, co świadczy o tym, że stolarka z Polski to coraz częściej produkt z „wyższej półki”.

Drewno zostaje w tyle

Nie wszyscy producenci radzą sobie jednak równie dobrze. Od końca 2017 na polskim rynku widoczny jest stopniowy spadek wolumenu produkcji stolarki drewnianej. – Konkurencja w kraju i poza nim jest coraz ostrzejsza. Ponadto, Polska jest największym rynkiem w regionie CEE, prężnie działają tu więc również importerzy. O ile jest to korzystne dla konsumentów, to w przypadku firm oznacza, że coraz większe znaczenie ma m.in. marka, rozpoznawalność, dopasowanie oferty do potrzeb klientów i przede wszystkim dbałość o poprawny montaż. Konsumenci rzadko oddzielają problemy z montażem od problemów z samą stolarką, jeżeli takie się pojawiają – zauważa Maciej Nałęcz, analityk sektorowy w Santander Bank Polska i dodaje także, że kolejnym czynnikiem stanowiącym wyzwanie dla producentów stolarki drewnianej są ceny drewna. Od końca 2018 r. cena surowca z Lasów Państwowych wykazuje tendencję wzrostową, co ma związek ze stopniowym spadkiem podaży (wyczerpanie dodatkowej podaży z wiatrołomów w 2017 r.), co powoduje większą konkurencję przy zakupie drewna.

Nowe ramy dla eksportu

Bez względu na segment branża stolarki otworowej musi stawić czoło zmianom na rynkach. Jednym z wyzwań będzie dla niej w najbliższym czasie pogorszenie się koniunktury na europejskim rynku. Spadek tempa wzrostu gospodarczego w UE, a przede wszystkim w Niemczech, przełoży się na niższą dynamikę wzrostu polskiej stolarki otworowej, wskazują analitycy Santander Bank Polska.

Maksymilian Miros, ekspert Centrum Analiz Branżowych wskazuje, że polscy producenci okien i drzwi przed piętnastoma laty postawili na eksport i świetnie na tym wyszli. Od 2004 roku eksport polskiej stolarki zwiększył się blisko 7-krotnie przekraczając w 2018 roku 2,1 mld EUR. W samym 2018 roku sprzedaż zagraniczna zwiększyła się o 12% r/r. Aktualnie polska branża jest największym eksporterem okien i drzwi w Europie oraz drugim co do wielkości na świecie.

Wiele wskazuje na to, że wzrost eksportu w tempie kilkunastu procent rocznie mamy już niestety za sobą. Potwierdzają to tegoroczne wyniki. Po ośmiu miesiącach 2019 roku sprzedaż eksportowa rosła ponad 2-krotnie wolniej niż w roku ubiegłym. Co więcej, w 2018 roku z dwudziestu wiodących rynków eksportowych spadek eksportu odnotowaliśmy tylko do Norwegii. W bieżącym roku sprzedaż zmalała aż w ośmiu na dwadzieścia największych krajów – zauważa ekspert Centrum Analiz Branżowych.

Krajowych producentów okien i drzwi dodatkowo martwi także widmo Brexitu. Model w jakim Wielka Brytania zdecyduje się wyjść z Unii Europejskiej będzie miał duże znaczenie dla polskich eksporterów, w tym dla branży stolarki otworowej, zaznacza Maciej Nałęcz i ocenia, że w scenariuszu Brexitu bez umowy, dynamika eksportu stolarki okiennej i drzwiowej z Polski mogłaby spaść nawet do ok. 3% r/r.

Do niedawna managerowie zastanawiali się w jakim tempie będzie rósł eksport. W obecnej chwili coraz więcej osób z branży zadaje sobie pytanie czy ich eksport w ogóle wzrośnie. A przecież cały rozwój branży oparty jest właśnie o działania na rynkach zagranicznych – dodaje Maksymiliana Mirosa Centrum Analiz Branżowych.

Mija hossa mieszkaniowa

Eksperci Santander Bank Polska wskazują także, że trwający od kilku lat boom na rynku mieszkaniowym prawdopodobnie zbliża się do swojego szczytu, co również stanowi złe wieści dla krajowych producentów okien i drzwi. Określenie kiedy nastąpi koniec hossy jest jednak ciężkie do przewidzenia. Dane GUS z początku roku wskazywały na wyhamowanie zarówno wydanych pozwoleń na budowę mieszkań, jak i rozpoczętych budów. W efekcie pod koniec pierwszego półrocza br. w Polsce zanotowano największy od lat spadek liczby mieszkań, których budowę rozpoczęto. Obecnie spadek ten wydaje się przejściowy, szczególnie że w II kwartale 2019 r. zaobserwowano dynamiczny wzrost liczby wydanych pozwoleń na budowę. Trudno będzie mówić o dynamicznych wzrostach w przyszłym roku biorąc pod uwagę, że w pierwszej części br. dynamika liczby mieszkań, których budowę rozpoczęto, była przeważnie ujemna. Analitycy banku szacują, że krajowe zapotrzebowanie na stolarkę otworową może w przyszłym roku wzrosnąć jeszcze o ok. 2-3% r/r. W przyszłości branża będzie musiała jednak polegać w większym stopniu na eksporcie jeżeli chce utrzymać wzrosty przychodów obserwowane w poprzednich latach.

Szacujemy, że rynek deweloperski, czyli budowy nowych budynków, może odpowiadać za ok. 40-60% krajowej sprzedaży. Pozostała część to rynek remontowy, zależny od koniunktury konsumenckiej, a pośrednio od poziomu bezrobocia i dynamiki wynagrodzeń. W obu przypadkach montowana stolarka musi wpisywać się w wymogi polityki Unii Europejskiej w zakresie efektywności energetycznej, które są systematycznie zaostrzane. Nowe budownictwo musi charakteryzować się bardzo niskim zapotrzebowaniem na energię, co może zostać  osiągnięte  wyłącznie  przy  zastosowaniu  wysokiej  jakości stolarki otworowej. Przekłada się to wprost na sprzedaż droższych, bardziej zaawansowanych technicznie rozwiązań i powinno sprzyjać budowaniu wyższej rentowności – wskazuje analityk Santander Bank Polska.

Wolniej, ale dalej na plusie

Czynniki utrudniające rozwój polskiej branży okien i drzwi przełożą się na jej wyniki. Jednak ich wpływ będzie różny dla różnych typów materiałów używanych do produkcji. Przy gorszej koniunkturze rośnie bowiem wrażliwość konsumentów na cenę, natomiast producenci stolarki z PCV dysponują szeroką ofertą produktów, od okien tanich (białe, spełniające tylko minimalne wymogi energetyczne, bez dodatkowych funkcji), po ekologiczne i atrakcyjnie oklejone, droższe modele. Przewagę na rynku zyskają firmy, które będą dysponować nowoczesnym parkiem maszynowym i będą w stanie konkurować terminami realizacji zindywidualizowanych zamówień, podsumowują analitycy Santander Bank Polska. Wg ich prognoz całościowa dynamika wzrostu przychodów branży stolarki otworowej w 2019 r. może jeszcze utrzymać się powyżej poziomu 5% r/r. Natomiast w 2020 r. prawdopodobne jest, że spadnie ona do poziomu ok. 3,5-5% r/r. W przypadku eksportu wiele będzie zależeć od kondycji rynku niemieckiego oraz scenariusza, wg którego potoczy się Brexit. Dynamika sprzedaży zagranicznej branży powinna jednak oscylować wokół ok. 3-6% r/r.

Programiści nie chcą pracować w biurach. Rośnie zainteresowanie pracą zdalną

Praca poza biurem staje się coraz bardziej pożądaną formą zatrudnienia w Polsce. Specjaliści z branży informatycznej od kilku lat wyznaczają nowe kierunki w rekrutacji i formach zatrudnienia, które wpływają na cały rynek pracy. Programiści trzykrotnie częściej aplikują na oferty z opcją „remote” niż na stanowiska związane z konkretną lokalizacją. No Fluff Jobs, najpopularniejszy w Polsce portal z ofertami pracy dla programistów, przygotował szczegółowy raport na ten temat.

Jednym z trendów na rynku pracy w Polsce zyskującym coraz bardziej na popularności jest właśnie praca zdalna – wielu programistów w Polsce pracuje dla firm międzynarodowych, często poza krajem macierzystym ich siedziby i obszarem działalności. Nic dziwnego, że praca w trybie niestacjonarnym staje się coraz częściej wybieraną i poszukiwaną przez nich opcją, także w ojczyźnie.

No Fluff Jobs na podstawie ogłoszeń zbadał profil kandydatów aplikujących na pracę zdalną oraz ile jest takich ogłoszeń ze strony pracodawców, jakich technologii dotyczą, w jakim wieku i z jakim doświadczeniem specjalistów szukają firmy, oferując tę opcję zatrudnienia.

Praca zdalna szansą dla kandydatów z mniejszych miast

W porównaniu do 2018 roku  aż 40 proc. więcej osób aplikowało na stanowiska z opcją „remote” (ang. praca zdalna). Wzrost popularności nie dziwi, skoro otwiera ona drzwi do pracy w zawodzie, za dobre pieniądze, zwłaszcza osobom z mniejszych miejscowości. 47 proc. poszukujących pracy zdalnej w 2019 roku to osoby spoza największych polskich miast – wynika z raportu No Fluff Jobs.

To też opcja dla kandydatów, którzy mieszkają w miastach uniwersyteckich takich jak Toruń czy Lublin oraz takich, w których brak dużych koncernów informatycznych i firm z branży nowych technologii. Często rekrutacja pracownika w dużym mieście trwa zbyt długo i publikacja oferty na pracę niestacjonarną staje się szansą na pozyskanie do zespołu kompetentnego pracownika spoza regionu, w którym ma siedzibę.

Junior chce zdalnie, pracodawca niekoniecznie

Jeśli chodzi o wiek specjalistów, to pod tym względem inaczej rozkłada się popyt i podaż. O ile 70 proc. poszukujących pracy zdalnej to osoby z mniejszym doświadczeniem w wieku 25-34 lata, o tyle prawie 94 proc. ogłoszeń pracodawców dotyczy specjalistów IT na poziomie mid i senior.  Z czego to wynika?

– Firmy stosunkowo rzadko decydują się na taką współpracę w przypadku mniej doświadczonych programistów. Wolą ich najpierw sprawdzić “na żywo”, w warunkach biurowych. Przypisują im często mentora, kolegę po fachu, który dba o ich rozwój i szybko postawi na nogi i zadba o jego kompetencje. Z kolei odnotowany przez nas wzrost zainteresowania ofertami pracy zdalnej wśród  juniorów wynika stąd, że cenią sobie elastyczność, nie tylko w zakresie miejsca wykonywanej pracy, ale również czasu jej wykonywania i używanych narzędzi. Niestety współpraca „zdalna” pomiędzy mentorem a juniorem często jest nieefektywna i utrudniona – komentuje Magda Gawłowska-Bujok, COO No Fluff Jobs

Z badań wynika jednak, że młodzi nie poddają się – na jedno ogłoszenie pracy w trybie niestacjonarnym przypada aż 31,9 proc. aplikacji od początkujących programistów, co stanowi dwukrotność aplikacji od midów i seniorów.

Czy praca zdalna to mniejsze wynagrodzenie?

Z raportu No Fluff Jobs wynika, że niekoniecznie. Większe zróżnicowanie dotyczy stopnia doświadczenia pracowników branży IT. I tak junior pracujący poza biurem zarobi od 4000 do 8000 zł brutto, podczas gdy najniższa płaca oferowana seniorowi wynosi 14 000 zł. Górne widełki wynoszą średnio 19 000 zł, ale są też oferty przekraczające tę kwotę. Pomiędzy 8 800 a 14 000 zł zarobić mogą pracujący w opcji „remote” średnniozaawansowani programiści.

Nie widać więc specjalnej różnicy w porównaniu z ofertami pracy stacjonarnej, gdzie dolna granica widełek dla pracowników zdalnych jest identyczna i wynosi 4000 zł brutto, ale górna nieco wyższa – 20 000 zł brutto.

Jednak jest pewna różnica – pracownikom zdalnym częściej oferowane są umowy B2B, zresztą podobnie jak na całym rynku pracy. W branży IT dotyczy to już prawie 70 proc. juniorów i blisko 95 proc. mid i senior specjalistów IT.

– Pracujący zdalnie to najczęściej tzw. freelancerzy, którzy cenią sobie wygodę i wolność wyboru, z kim i kiedy pracują. Często osoby prowadzące własną działalność gospodarczą współpracują z kilkoma firmami/klientami, dzięki czemu mogą zarobić więcej. Dodatkowym aspektem mody na pracę zdalną jest tzw. work-life balance, czyli świadome pogodzenie obowiązków zawodowych z prywatnymi  – dodaje Tomasz Bujok, CEO No Fluff Jobs

Technologie i specjalizacje, w których rządzi „remote jobs”

Najwięcej ofert pracy zdalnej w branży IT skierowanych jest do specjalistów JavaScript – 34 proc. i Java – 16 proc. Kolejne pozycje w badaniu No Fluff Jobs zajmują programiści Angular (15 proc.) i React (14 proc.).

Jeśli chodzi o kategorie to najwięcej ogłoszeń dla chętnych do pracy poza biurem skierowanych jest do pracy w tzw. Backendzie (38 proc.). Mniej ofert pracy w tym trybie oferują pracodawcy poszukujący specjalistów programujących w technologiach Frontend i Fullstack – stanowią one odpowiednio 19 proc. i 16 proc. ofert. Zdaniem ekspertów No Fluff Jobs nie różni się to od poziomu ofert w przypadku pracy stacjonarnej.

Warto na koniec dodać ciekawostkę – w 2019 roku znacznie wzrosło zapotrzebowanie na specjalistów od analizy danych prowadzonej na szeroką skalę. Najwyższe wynagrodzenie w ramach oferty pracy dla eksperta w dziedzinie Big Data / Business Intelligence sięgało 64 000 – 80 000 zł. Była to propozycja pracy na umowę B2B oferowana w tym roku przez szwedzką firmę, poszukującą doświadczonego pracownika na stanowisko Senior Data Analyst.

– Zauważyliśmy, że górne widełki wynagrodzeń na stanowiska związane z Business Intelligence były jednymi z najwyższych wśród wszystkich kategorii i technologii i sięgały 17 500 zł – konkluduje Tomasz Bujok, CEO No Fluff Jobs

Raport No Fluff Jobs pokazuje, że różnice w formach pracy powoli się zacierają, wszystko zależy od wymagań, elastyczności obu stron i umiejętności współpracy firmy z pracownikiem, nawet zdalnym.

Dyrektywa PSD2 – jak to jest z tym bezpieczeństwem i ciągłością usług?

Unijna dyrektywa PSD2 wprowadziła wiele zmian na rynku usług finansowych, które stały się nie tylko wyzwaniem dotyczącym zgodności z przepisami i technologiami, ale także wymusiła nowe spojrzenie na strategię rozwoju biznesu. W obliczu nowych wytycznych najwięcej mówiono o tym, co zmieniło się z punktu widzenia konsumentów jak np. podwójne uwierzytelnienie czy konieczność podawania kodu PIN przy większej liczbie transakcji kartowych. Znacznie mniejszą uwagę zwrócono na to, jakie rozwiązania muszą wewnętrznie wprowadzić banki i instytucje finansowe. To nie tylko open API, które nierozerwalnie wiąże się z otwartą bankowością, ale także konieczność wdrożenia i utrzymania odpowiednich mechanizmów awaryjnych czy choćby odgórnie narzucony obowiązek udostępniania środowiska testowego.

Będzie więcej ataków

Z badań przeprowadzonych przez Związek Banków Polskich oraz KPMG[1] wynika, że aż 76 proc. przedstawicieli sektora bankowego spodziewa się wzrostu liczby cyberataków po wdrożeniu dyrektywy Payment Services Directive 2. Cyberprzestępcy poczynają sobie coraz śmielej, a przypadków naruszeń bezpieczeństwa przybywa z roku na rok. Raport CERT za 2018 r[2]. pokazał, że liczba incydentów w sieci wzrosła o 17,5 proc. w stosunku do roku poprzedniego. Banki i instytucje współpracujące z nimi w ramach otwartego API muszą się spodziewać, że hakerzy będą próbować pokonać zabezpieczenia i zdobyć dostęp do wrażliwych danych.

– Instytucje finansowe posiadają skuteczne zabezpieczenia i dobrze opracowane procedury chroniące ich systemy przed dostępem osób nieuprawnionych. Jednak próby złamania zabezpieczeń mogą doprowadzić do utraty ciągłości usług i utracenia danych. Niezbędnym jest zatem zadbanie o odpowiednie kopie bezpieczeństwa, a firma Veeam zaleca regułę 3-2-1, w której tworzone są trzy kopie najważniejszych plików, zapisywane są one na co  najmniej dwóch różnych nośnikach, a jedna kopia jest zawsze przechowywana poza lokalem przedsiębiorstwa. Kopie najlepiej wykonywać w rozproszony sposób – z wykorzystaniem chmury lub środowiska wielochmurowego wspomaganego lokalną kopią. Przy wyborze dedykowanego rozwiązania jednym z kluczowych parametrów, które należy wziąć pod uwagę, jest czas, w jakim oprogramowanie jest w stanie przywrócić ciągłość świadczenia usług. Najlepsze z nich potrafią przywrócić funkcjonowanie systemów po ataku w zaledwie kilka minut – komentuje Andrzej Niziołek, Dyrektor Regionalny w Veeam, firmie zajmującej się zawansowanymi rozwiązaniami z zakresu bezpieczeństwa i backupu.

Wymagane zabezpieczenia

Unijne rozporządzenie 2018/389 nakłada obowiązek posiadania odpowiednich mechanizmów awaryjnych w ramach specjalnego interfejsu dostępowego. Zamiarem ustawodawcy jest zapewnienie w ten sposób ciągłości usług świadczonych za pośrednictwem open API podmiotom trzecim. Co prawda rozporządzenie zakłada możliwość zwolnienia z obowiązku stosowania mechanizmów awaryjnych, jednak uzyskanie na to zgody KNF oraz Europejskiego Urzędu Nadzoru Bankowego będzie wyjątkowo trudne. Po pierwsze, kryteria które musi wypełnić podmiot są dość niejasne, po drugie – trudne do spełnienia. Należy sobie także odpowiedzieć na pytanie, czy jest sens rezygnowania z nich w obliczu ciągle rosnącej liczby ataków na infrastrukturę IT. Historia pokazuje, że utrata danych czy choćby brak możliwości ich przywrócenia, może mieć bardzo dotkliwe skutki finansowe, nie wspominając już o kwestiach wizerunkowych. W przypadku firm działających na masową skalę jak banki, ale też współpracujących z nimi podmiotami straty mogą być naprawdę potężne i to nie tylko te finansowe. W tym przypadku rozczarowani klienci i utrata dobrego wizerunku są nie do przecenienia.

Kopie bezpieczeństwa ważnym elementem

Odpowiedzią na zagadnienia bezpieczeństwa i zapewnienia ciągłości usług w dużej mierze jest chmura. Jej szybkość, skalowalność, możliwość dopasowania pod konkretne wymagania i zabezpieczenia sprawiają, że staje się ona naturalnym wyborem dla coraz większej liczby firm. Niepotrzebnie niektórzy martwią się właśnie o jej bezpieczeństwo, które obecnie stoi na najwyższym poziomie.

Rozwiązania pozwalające na wykonywanie kopii bezpieczeństwa i ich przywracania z chmury cechują się wyjątkowo wysokim poziomem bezpieczeństwa. O tym, że środowisko chmurowe jest dobrze zabezpieczone, świadczą choćby ruchy amerykańskich instytucji rządowych. Departament Obrony USA planuje przenieść swoją infrastrukturę IT właśnie do chmury, na co przeznaczy 10 mld USD[3]. Warto jednak pamiętać, że najczęściej dostawcy rozwiązań chmury publicznej stosują tzw. „shared responsibility model” – odpowiadają za tzw. uptime, czyli dostępność do działającej usługi, przerzucając odpowiedzialność za backup i zabezpieczenie danych na użytkownika. Warto na to zwrócić uwagę decydując się na migrację do chmury.

Dyrektywa PSD2 wniosła na rynek wiele szans i możliwości rozwoju zarówno dla banków, jak i podmiotów z nimi współpracujących. Niesie też pewne zagrożenia związane choćby z prognozowanym zwiększeniem liczby cyberzagrożeń. Warto, aby wszyscy użytkownicy open API pamiętali o odpowiednich mechanizmach zabezpieczeń i odzyskiwania danych. Dzięki temu zapewnią sobie bezpieczeństwo i spokój, a jednocześnie będą przygotowani na szybkie przywrócenie danych, a co za tym idzie usług w przypadku np. ataku hakerskiego.

[1] https://assets.kpmg/content/dam/kpmg/pl/pdf/2019/03/pl-raport-kpmg0-zbp-psd2-i-open-banking-rewolucja-czy-ewolucja.pdf

[2] https://www.cert.pl/wp-content/uploads/2019/05/Raport_CP_2018.pdf

[3] https://www.nytimes.com/2019/10/25/technology/dod-jedi-contract.html

Pracownicy fizyczni o rekrutacji. Czego cenią i czego oczekują w rekrutacji?

Ponad 7 na 10 pracowników fizycznych nie zaaplikuje więcej do firmy, z której wynieśli negatywne doświadczenia rekrutacyjne – wynika z raportu eRecruiter „Candidate Experience w Polsce 2019”. Co wyróżnia tę grupę na tle innych kandydatów? Rozpatrując oferty, pracownicy fizyczni zwracają szczególną uwagę na lokalizację firmy, wygląd miejsca pracy oraz zakres obowiązków. Co ciekawe, w kierowanych do nich ogłoszeniach częściej, niż w wypadku specjalistów, można znaleźć widełki wynagrodzeń.

Pracownik fizyczny w poszukiwaniu informacji

Według raportu eRecruiter najwięcej, bo 8 na 10 pracowników fizycznych, podczas rekrutacji przygląda się oferowanej pensji (82%). Istotną rolę odgrywają także bliskość miejsca pracy od domu (67%), podany zakres obowiązków (63%), informacje o wyglądzie miejsca pracy, a także podejście rekrutera do rekrutowanego (po 56%).

Z badań otrzymujemy ciekawy obraz oczekiwań tej grupy kandydatów wobec ogłoszeń i prowadzenia rekrutacji. Co powinien z niego wyciągnąć pracodawca? Pierwszy wniosek to konieczność jasnego informowania o szczegółach. Pracownik fizyczny chce wiedzieć, ile będzie zarabiał, jak daleko będzie miał do firmy i czego będziemy od niego oczekiwać. Drugą kwestią jest dokładne pokazanie miejsca pracy i panujących w nim warunków. Istotne jest także dobre wyszkolenie rekruterów, tak by kandydaci czuli się zaopiekowani – mówi Julia Urbańska, Marketing & Customer Experience Senior Manager w eRecruiter.

Priorytet: sprawna i uczciwa rekrutacja

A jakich konkretnych zachowań oczekują pracownicy fizyczni od pracodawców? Na czele znajduje się szczere i rzetelne przedstawienie warunków pracy (81% badanych). Dla pracowników fizycznych ważną rolę odgrywają także kwestie związane z organizacją procesu rekrutacyjnego. Połowa badanych oczekuje od firm jasnego określenia kroków wymaganych do zatrudnienia, a 4 na 10 – szybko przeprowadzonej rekrutacji – zamkniętej w ciągu tygodnia.

Rekruterzy wciąż nie zawsze spełniają oczekiwania kandydatów. Według pracowników fizycznych tylko 4 na 10 pracodawców szczerze i rzetelnie przedstawia warunki pracy. Uwagę zwracają kwestie związane ze sprawnymi relacjami z kandydatami. Z informacjami o krokach wymaganych do zatrudnienia spotkało się tylko 38% badanych, a 30% – z szybką rekrutacją.

Co ciekawe, mimo zachowań rekruterów nie zawsze zgodnych z oczekiwaniami, badani dobrze odbierają swoje doświadczenia związane ze staraniami o pracę. Aż 75% pracowników fizycznych pozytywnie ocenia ostatni proces rekrutacyjny, w którym brali udział. Jak zauważają eksperci, w Polsce zaobserwować można profesjonalizację praktyk candidate experience w firmach zatrudniających tzw. blue colllars.

Pracodawcy odpowiadają na oczekiwania kandydatów, zapraszając ich do obejrzenia zakładu pracy w ramach dni otwartych czy dni próbnych. W trakcie rekrutacji z kolei kładą nacisk na dokładne omówienie specyfiki stanowiska. To sprawia, że obie strony mogą świadomie podjąć decyzję o współpracy. Pojawia się też coraz więcej ciekawych działań zachęcających do aplikowania. Kandydaci mogą np. zgłaszać się do pracy razem ze znajomymi. Firmy oferują też dużą elastyczność w ustalaniu grafiku czy możliwość wyboru dowolnego wymiaru etatu. Coraz rzadziej wymagają też przekazywania tradycyjnych CV – czasem wystarczy samo wysłanie sms o treści „praca”, by otrzymać telefon od rekrutera. Warto zauważyć także tendencję do skracania procesu rekrutacji, który często trwa nawet tylko jeden dzień – komentuje Marta Pawlak-Dobrzańska, CEO w Great Digital.

Zostać w (realnym) kontakcie

Jak wynika z raportu eRecruiter, pracownicy fizyczni chcą być na bieżąco z przebiegiem rekrutacji – nawet jeśli nie jest on zgodny z ich oczekiwaniami. Aż 86% badanych z tej grupy chciałoby otrzymywać od pracodawcy informację o powodach odrzucenia z procesu, w którym brali udział. Ponadto 62% z nich liczy, że dostanie ją, nawet jeśli odpadli już na etapie selekcji CV.

Pracownicy fizyczni chcą mieć także możliwość bezpośredniego kontaktu z pracodawcą. Zdecydowanie największa grupa preferuje komunikację poprzez telefon (74%). Ponad połowa chciałaby dysponować także bezpośrednim e-mailem do rekrutera (56%). Coraz ciekawsze możliwości stwarzają wiadomości SMS, wskazane przez co piątego pracownika fizycznego (19%).

W rozmowach z pracodawcami podkreślamy, że utrzymanie stałego kontaktu z kandydatami nie musi być trudne. Na różnych etapach rekrutacji warto korzystać z różnych kanałów komunikacji. Dostępne na rynku systemy rekrutacyjne pozwalają kontaktować się z kandydatami na wiele sposobów. Mogą wysłać informację e-mail o statusie aplikacji do wielu kandydatów. Po zakończeniu rekrutacji przypomną z kolei rekruterowi o wysłaniu wiadomości do osób, które nie dostały jeszcze żadnej informacji zwrotnej. Coraz lepiej w relacjach z kandydatami sprawdzają się także SMS, np. przypominające o zbliżającej się rozmowie kwalifikacyjnej
-– komentuje Julia Urbańska.

Pracownik fizyczny i specjalista: różnice

Jak pokazuje raport eRecruiter, między pracownikami fizycznymi a innymi kandydatami można zaobserwować znaczące różnice. Wyraźnie częściej od specjalistów zwracają oni podczas rekrutacji na wygląd i warunki miejsca pracy. W większej liczbie wypadków chcą także mieć możliwość zobaczyć firmę na żywo i poznać zespół – oczekuje tego 41% z nich. Dla porównania, takiej praktyki od pracodawców oczekuje tylko 15% specjalistów.

Różnice można zauważyć także w przypadku spełnienia przez pracodawców oczekiwanych zachowań. Pracownicy fizyczni częściej znajdują w ofertach pracy informacje o oferowanym wynagrodzeniu. Spotyka się z nimi aż 53% z nich – podobnie deklaruje tylko 27% specjalistów. Z drugiej strony, pracownicy fizyczni rzadziej otrzymują wiadomość o zakończeniu procesu rekrutacyjnego (17% wobec 26%) czy o powodach odrzucenia aplikacji (15% wobec 17%).

Rekrutacja wpływa na całą markę

Firmy muszą przykładać coraz większą wagę do relacji z kandydatami, bo mają one realny wpływ na wizerunek całej organizacji – zarówno pod kątem marki pracodawcy, jak też oceny produktów oraz usług. Według badań eRecruiter aż 73% pracowników fizycznych nie zaaplikuje ponownie do firmy, z którą ma negatywne doświadczenia rekrutacyjne. Ponadto 59% kandydatów zmieni nastawienie do dostarczanych przez nią produktów i usług. To istotny dowód na fakt, że marka pracodawcy oraz marka handlowa są dziś ze sobą ściśle powiązane.

Warto zauważyć, że dobrze poprowadzony proces rekrutacyjny jest doceniany także przez niezatrudnionych kandydatów. Według raportu aż 57% pracowników fizycznych, którzy nie otrzymali pracy, mimo wszystko pozytywnie ocenia sposób prowadzenia rekrutacji przez pracodawcę. Według ekspertów eRecruiter takie osoby stanowią świetny dowód na to, że dana firma traktuje wszystkich aplikujących z odpowiednią uwagą, wspierając ich w staraniach o pracę.

O badaniu „Candidate Experience 2019”

5. edycja badania „Candidate Experience” została przeprowadzona z inicjatywy eRecruiter oraz Koalicji na rzecz Przyjaznej Rekrutacji. Partnerem badania jest Great Digital.

Badanie składa się z dwóch części. Opinie kandydatów na temat rekrutacji zostały zebrane na zlecenie eRecruiter i przeprowadzone na użytkownikach portalu Pracuj.pl zajmujących stanowiska specjalistyczne menedżerskie i wyższe, z co najmniej 2-letnim doświadczeniem zawodowym, a także wśród niewykwalifikowanych i wykwalifikowanych pracowników fizycznych. Badanie zostało zrealizowane metodą ankiety online w dniach 22.01-08.02.2019 r. Ankietę wypełniło łącznie 1898 osób, które w ciągu ostatnich 12 miesięcy brały udział w procesach rekrutacyjnych. Opinie pracodawców zostały zebrane wśród osób zajmujących się procesami rekrutacyjnymi w firmach. Badanie zostało zrealizowane metodą ankiety online w dniach 22.01-22.02.2019. Ankietę wypełniły łącznie 504 osoby.

Sieci handlowe muszą poprawić efektywność by przetrwać

Sieci detaliczne muszą inwestować coraz większe środki w poprawę efektywności, aby sprostać narastającej konkurencji ze strony gigantów e-commerce. Z najnowszej analizy Bain & Company wynika, że największy potencjał do poprawy wydajności leży w obszarze zakupów, logistyce i zatrudnieniu.

Wiele stacjonarnych sieci detalicznych nie wytrzymuje konkurencji ze strony e-commerce. W tym roku amerykańska sieć odzieżowa Forever 21 ogłosiła upadłość, do której przyczyniły się zbyt duże inwestycje w rozwój placówek stacjonarnych i niedoszacowanie potencjału sprzedaży internetowej. W Polsce handel detaliczny jest sektorem dotkniętym największą liczbą postępowań restrukturyzacyjnych i upadłościowych.

– Dodatkowym wyzwaniem dla polskiej branży są zmiany regulacyjne. Ograniczenie handlu w niedziele przyczyniło się do rozwoju sklepów internetowych, które notują wzrost ruchu i obrotów. Sieci muszą też przygotować się na dalszy wzrost płacy minimalnej – powiedział Patryk Rudnicki, menedżer w Bain & Company Poland/CEE. – Wyraźnie widać, że poprawa efektywności staje się kluczem do przetrwania na rynku – dodał.

Do tej pory sieci handlowe radziły sobie z trudnościami redukując koszty. Cięć dokonywały zwykle tam, gdzie było to najłatwiejsze i najszybsze. W praktyce często oznaczało to, że w momencie pogorszenia wyników decydowały się na zwolnienia pracowników. Jednak w obecnych warunkach rynkowych takie podejście nie sprawdzi się. Fragmentaryczna redukcja kosztów przynosi zwykle tylko krótkotrwałe efekty, a dodatkowo może ograniczyć potencjał wzrostu w przyszłości.

Z raportu Bain & Company „Funding the Future of Retail Through Cost Transformation” wynika, że kluczem do przetrwania w nowych warunkach rynkowych jest strategiczne podejście do poprawy efektywności. Sieciom pomóc może wykorzystanie nowoczesnych technologii takich jak automatyzacja pracochłonnych, rutynowych zadań czy zastosowanie zaawansowanej analityki danych. Oszczędności, jakie uda się dzięki temu zrealizować powinny zostać przeznaczone na poprawę pozycji konkurencyjnej.

Eksperci Bain & Company zwracają jednak uwagę, że wdrożenie rozwiązań technologicznych zwykle zajmuje kilka lat i wiąże się dużymi nakładami finansowymi. Dlatego retailerzy powinni odpowiednio wcześniej szukać sposobów na poprawę efektywności, a nie czekać do momentu pogorszenia koniunktury czy wyraźnego spadku marży.

Eksperci wskazali trzy obszary, gdzie poprawa efektywności przełoży się na największe oszczędności:

Zakupy – Zastosowanie zaawansowanej analityki danych pozwala sieciom określić, które z oferowanych produktów są dla klientów najistotniejsze. Z tą wiedzą retailerzy mogą prowadzić skuteczniejszą politykę negocjacyjną z dostawcami. Mogą zrezygnować ze współpracy z dostawcami mało popularnych produktów i zaoferować lepsze warunki, tym którzy oferują cenione przez konsumentów towary. Takie podejście pozwala dokonać znacznych oszczędności kosztowych.

Logistyka – Uproszczenie procesów, optymalizacja lokalizacji centrów dystrybucyjnych i magazynów, wdrożenie oprogramowania, które zarządza ruchem dostawców to tylko niektóre z wielu działań pozwalających obniżyć koszty transportu, magazynowania i pracy. Dynamiczne zmiany jakie zachodzą w logistyce za sprawą nowopowstających rozwiązań IT, stwarzają sieciom handlu detalicznego duże pole do poprawy efektywności.

Zatrudnienie w punktach sprzedaży – Sieci handlowe, które z sukcesem konkurują z branżą e-commerce, nie redukują zatrudnienia, ale starają się lepiej wykorzystać czas personelu sklepowego. Aby dopasować liczbę pracowników do natężenia ruchu w placówce, wdrażają oprogramowanie, często oparte o AI, które między innymi wspomaga układanie grafików. Znaczne oszczędności przynosi też sieciom zautomatyzowanie procesu składania zamówień, odbioru dostaw i obsługi zwrotów.

– Z naszych analiz wynika, że zastosowanie nowoczesnych technologii, takich jak analityka danych, czy AI pomogło wielu stacjonarnym sieciom handlowym poprawić efektywność i przetrwać na coraz bardziej wymagającym rynku. Pamiętajmy jednak o tym, że działania zmierzające do poprawy efektywności powinny zwiększać zaufanie i satysfakcję klientów. Tylko w ten sposób retailerzy będą mogli osiągnąć pozycję umożliwiającą im konkurowanie o coraz bardziej wymagającego klienta – dodał Rudnicki.

Pełny raport:

https://www.bain.com/insights/Funding-the-future-of-retail-through-cost-transformation/

Niesamowity wzrost BLIKA po trzech kwartałach 2019 r.

W trzecim kwartale 2019 roku użytkownicy wykonali 56,6 mln transakcji BLIKIEM. Od początku roku było ich razem 146 mln. BLIK jest najpopularniejszy w ecommerce, jednak bardzo istotnie rośnie transakcyjność w tradycyjnych terminalach płatniczych.  

BLIK_Q3_2019BLIK stał się powszechnym systemem płatności w Polsce, coraz aktywniej myśli także o wyjściu za granicę. Rozwiązanie dostępne jest już w całym polskim ecommerce. W tym roku BLIK osiągnął 35 proc. udziału w płatnościach w internecie. Dostępny jest już także w 2/3 terminali płatniczych oraz w 95 proc. bankomatów. Banki udostępniające BLIKA mają blisko 13 mln. użytkowników aplikacji mobilnych, którzy przynajmniej raz w miesiącu się do nich logują.

BLIK zamyka trzeci kwartał 2019 roku ze wzrostami we wszystkich kanałach. Blisko 40 mln. transakcji odnotowano w ecommerce – rok to roku to wzrost o 126 proc. Płatności za zakupy w internecie stanowiły w tym okresie 70 proc. wszystkich transakcji BLIKIEM.

– BLIK jest najchętniej wybieraną metodą płatności w sieci. Zgodnie z danymi NBP, jest wykorzystywany częściej niż karty płatnicze. Badania Mobile Institute pokazują także, że jest dla Polaków preferowaną i najwygodniejszą metodą płatności w ecommerce  – mówi Dariusz Mazurkiewicz, prezes Polskiego Standardu Płatności, operatora BLIKA. – Ta popularność przekłada się także na zainteresowanie udostępnianiem BLIKA przez zagranicznych operatorów płatności. W tym kwartale pozyskaliśmy pierwszego globalnego partnera w ecommerce – brytyjską firmę PPRO. Dzięki tej współpracy użytkownicy BLIKA będą mogli płacić nim w wielu globalnych platformach ecommerce – dodaje.

W trzecim kwartale o 212 proc. rok do roku wzrosła liczba przelewów na numer telefonu BLIK. Było ich 4,3 mln. Łącznie w tym roku użytkownicy zrealizowali już 10,5 mln. natychmiastowych przelewów, przy których nie trzeba znać numeru rachunku bankowego odbiorcy. Rozwiązanie udostępnia już 8 banków, a jeszcze w tym roku dołączy kolejny. Obecnie są to Alior Bank, Bank Millennium, Credit Agricole, ING Bank Śląski, mBank, PKO Bank Polski, Santander Bank Polska, a także Getin Bank, który udostępnił rozwiązanie w połowie listopada. Przelew na numer telefonu BLIK to najszybszy i najbezpieczniejszy sposób na rozliczenia między użytkownikami.

– W najbliższym czasie przekazywanie pieniędzy BLIKIEM stanie się jeszcze bardziej funkcjonalne i użyteczne. Pracujemy nad rozwiązaniami, które zmienią sposób, w jaki ludzie będą natychmiastowo oddawać sobie pieniądze – zaznacza Dariusz Mazurkiewicz.

Ponad 6 milionów razy klienci zapłacili BLIKIEM w terminalach, w sklepach stacjonarnych – to wzrost o 338 proc. w stosunku do trzeciego kwartału 2019 roku. BLIK dostępny jest już w ponad 500 tys. terminali płatniczych. Już niedługo użyteczność płacenia BLIKIEM w tradycyjnych sklepach będzie jeszcze większa. W  2020 roku BLIKIEM można będzie płacić zbliżeniowo i to nie tylko w Polsce, ale na całym świecie.

Ponad 6,8 miliona razy w trzecim kwartale użytkownicy wypłacali BLIKIEM pieniądze z bankomatów. Rok do roku to wzrost o 66 proc. Klienci mogą obecnie skorzystać z BLIKA już w ponad 20 tys. bankomatów w całej Polsce – to 95 proc. wszystkich bankomatów w Polsce.

W trzecim kwartale tego roku klienci korzystali z BLIKA średnio 615 tys. razy dziennie, a w rekordowym dniu aż 841 tys. razy. Średnia kwota transakcji BLIKIEM w trzecim kwartale to 136 zł.

Od początku 2019 roku użytkownicy zrealizowali 146 mln. transakcji BLIKIEM. To o 11 milionów więcej niż łącznie w pierwszych 4 latach funkcjonowania systemu.

Polski Standard Płatności, operator BLIKA znalazł się w tym roku w rankingu Deloitte Technology Fast 50, jako firma, która odnotowała największy wzrost przychodów w ciągu ostatnich 4 lat funkcjonowania. Polski system płatności mobilnych prezentowany był także na Singapore Fintech Festival. BLIK zwyciężył również w konkursie Izby Gospodarki Elektronicznej – e-COMMERCE POLSKA AWARDS 2019 w kategorii Innovative e-payment solution. BLIKA docenia także branża marketingowa – otrzymał srebrną statuetkę Effie Awards w kat. Marketing & business solutions za efektywność działań marketingowych.

Jest źle, będzie gorzej. Łatwo o kredyt na firmę już było

  • Mniejsza dynamika wzrostu gospodarczego i pogarszające się dane ekonomiczne powodują, że o kredyt na firmę będzie wkrótce znacznie trudniej.
  • To kolejne zaostrzenie warunków, wcześniej banki informowały o tym w II kwartale (w ankiecie NBP).
  • Ograniczenie akcji kredytowej utrudni funkcjonowanie przedsiębiorcom, spowoduje, że finansowania będą szukać gdzie indziej np. w leasingu i u faktorów.

Przedsiębiorcy od lat narzekają, że kredyt na rozwój firmy jest bardzo trudno uzyskać, szczególnie kiedy przedsiębiorca krótko działa na rynku. Jednak wg prezesa jednego z największych banków w Polsce w najbliższym czasie dostępność kredytów będzie jeszcze mniejsza. Wynika to z pogarszającej się sytuacji gospodarczej i niższych prognoz wzrostu PKB. Trudności z uzyskaniem kredytu będą powodowały, że coraz więcej przedsiębiorców będzie zwracało się po faktoring.

– Kredyt udzielany jest „do przodu”, a przyszłe jego spłaty są uzależnione od sytuacji gospodarczej. Z faktoringiem jest inaczej – finansowanie opiera się na przeszłych działaniach firm i pieniądzach już przez nich zarobionych. Zresztą ta usługa dynamicznie rośnie od kilku lat. Poziomów finansowania za pomocą faktoringu takich jak w niektórych krajach europejskich u nas jeszcze nie osiągnęliśmy, więc na pewno ciągle jest miejsce do dalszego rozwoju faktoringu. Niepewna sytuacja gospodarcza i pogorszenie koniunktury może to przyspieszyć – mówi Anna Konecka – Pająk – Dyrektor Makroregionu Mazowieckiego w eFaktor.

Jest źle, będzie gorzej

To nie pierwszy sygnał wskazujący na pogorszenie możliwości zaciągania kredytów firmowych. Wg danych publikowanych przez Polską Agencję Prasową w pierwszej połowie 2019 roku banki odmówiły kredytu co piątej firmie. To więcej niż rok, czy dwa lata temu. Jak wynika z kwartalnej informacji Narodowego Banku Polskiego wcześniej banki zaostrzyły kryteria udzielania kredytów już w II kwartale 2019 r.

Niepewność to poważny problem w planowaniu biznesu – 71 proc. firm boi się nieoczekiwanych zmian w prawie (Lewiatan). Także niepewność co do możliwości pozyskania bankowego finansowania inwestycji to bardzo niepokojąca okoliczność dla przedsiębiorców i stawia to wiele firm w trudnej sytuacji, w której trudno planować biznes. To równocześnie woda na młyn faktoringu.

– Spodziewamy się szybko rosnącego zapotrzebowania na nasze usługi, dlatego zwiększamy „moce produkcyjne”. Stale inwestujemy w precyzyjniejsze i szybsze systemy oceny scoringowej, rozwijamy też naziemną sieć sprzedaży i obsługi. Podpisujemy też nowe umowy z instytucjami finansowymi, które mogą zapewnić nam odpowiednio dużo kapitału po kosztach akceptowalnych i korzystnych dla wszystkich uczestników procesu faktoringowego – mówi Anna Konecka-Pająk – z eFaktor.

Od lat przyjmuje się, że faktoring to narzędzie na tzw. gorsze czasy, a te, jak wskazuje wiele danych właśnie nadchodzą. Do tej pory z faktoringu korzystał co 7-10 przedsiębiorca, teraz może ich być znacznie więcej.

Dodatkowym czynnikiem, który może wpłynąć na powściągliwość banków w akcji kredytowej jest niepewna ciągle sytuacja z hipotecznymi kredytami frankowymi. Jeśli sądy będą wydawać korzystne dla klientów decyzje będzie to oznaczało dla banków wydatki, na poczet których będą chciały zabezpieczyć fundusze.

Firmy technologiczne w centrum zainteresowania na rynku fuzji i przejęć

Zwiększa się liczba międzynarodowych firm tworzących fundusze corporate venture capital (CVC). Obecnie na świecie działa ponad 770 takich podmiotów. Dzięki temu młode przedsiębiorstwa, rozwijające przełomowe technologie, mogą budować innowacyjne kompetencje i otwierać się na nowe ścieżki rozwoju. W globalnym raporcie „Small Gains, Big Wins – Disruptive M&A: Creating value through innovation-led growth acquisition” eksperci firmy doradczej Deloitte zauważają, że w ubiegłym roku ponad połowa wszystkich transakcji M&A dotyczyła przejęcia aktywów technologicznych przez firmy spoza branży.

Specjaliści Deloitte szacują, że między 2015 a 2018 r. na fuzje i przejęcia firm rozwijających rewolucyjne technologie przeznaczono około 880 miliardów dolarów. Inwestycje CVC stanowiły aż jedną czwartą tej kwoty, a w latach 2017-2018 na 7377 transakcji M&A, związanych z przełomowymi technologiami, było to aż 45 proc. o łącznej wartości 122 miliardów dolarów. Eksperci Deloitte wyróżniają 3 etapy każdej tego typu transakcji: identyfikacja nowego źródła wzrostu, znalezienie odpowiedniego podmiotu do przejęcia oraz kreowanie wartości i zapewnianie oczekiwanych zwrotów.

Technologia napędza rynek M&A

W dobie dynamicznego rozwoju technologicznego i zmian zachowań konsumentów wiele przedsiębiorstw jest zmuszonych dostosować swój model biznesowy do nowych warunków rynkowych. Także podmioty z branż uchodzących za tradycyjne, posiadające znaczne budżety na rozwój, próbują wejść na drogę postępu technologicznego. W tym celu przejmują młode przedsiębiorstwa technologiczne, które spółka może zaimplementować w swoje struktury.

– Chcąc być konkurencyjnym i zdobywać rynek, duże firmy muszą nadążać za oczekiwaniami klientów, które nieustannie rosną. Nie dziwi więc, że w kontekście transakcji M&A zauważamy szczególnie intensywny ruch wśród firm technologicznych. Międzynarodowe podmioty czerpią większą korzyść z przejęcia firmy z gotowym modelem biznesowym i produktem niż z samodzielnego rozwoju odrębnej komórki. Istotne jest znajdywanie nowych kierunków ekspansji i przewidywanie, gdzie za kilka lat będzie nasza konkurencja oraz cała branża. Już w ostatnim roku niemal 55 proc. transakcji M&A na świecie było związanych z nabyciem aktywów technologicznych. Naszym zdaniem tendencja wzrostowa zostanie utrzymana – mówi Agnieszka Zielińska, Partner w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.

Eksperci wskazują na rosnącą liczbę aktywnych funduszy CVC. Na około 773 obecnie działających na świecie 250 powstało tylko w ciągu 2018 r. Odpowiadały one za 23 proc. wszystkich inwestycji venture capital. Rośnie także średnia wartość pojedynczej inwestycji. Na 1711 transakcji zawartych w ubiegłym roku, CVC przeznaczyły średnio o 56 milionów dolarów więcej na jedną transakcję niż w 2017 r.

Coraz więcej firm z tradycyjnych branż, takich jak rolnictwo, ochrona zdrowia, przemysł czy usługi finansowe chce przejmować firmy technologiczne. Według danych za 2018 r., największe obroty na rynku M&A są notowane obecnie w Stanach Zjednoczonych (174 miliardów dolarów), Azji i regionie Pacyfiku (78 miliardów dolarów) oraz w Europie (40 miliardów dolarów). W 2014 r. nieco ponad 40 proc. transakcji M&A zostało przeprowadzonych przez firmy spoza branży nowych technologii, podczas gdy w 2018 r. było to już 55 proc. W latach 2017-2018 największy udział w fuzjach i przejęciach miały firmy technologiczne z obszarów digital&social (166 miliardów dolarów), biotech (76 miliardów dolarów) oraz data&analitics (41 miliardów dolarów).

Poszukiwanie nowych źródeł wzrostu

Według ekspertów Deloitte, poza zyskami finansowymi z takich transakcji, spółki dostrzegają także korzyści operacyjne, jakie dają im technologie i nowy model biznesowy. Pozwalają bowiem na łączenie strategicznych celów krótkoterminowych z długoterminowym wzrostem. Z raportu wynika, że każdy inwestor powinien zidentyfikować kierunek rozwoju branży w perspektywie najbliższych kilku lat, próbując przewidzieć, co może ją zrewolucjonizować i uczynić swoją organizację elastyczną.

Liderzy wielu firm staną przed ważnymi decyzjami dotyczącymi ścieżek rozwoju. Poza rozwojem podstawowego biznesu, w celu osiągnięciu wzrostu konieczne staje się rozwijanie działalności w zupełnie nowych obszarach lub kanałach poprzez przejęcia lub partnerstwo z innowacyjnymi podmiotami, które mogą wzmocnić pozycję firmy i przygotować ją na zmiany zachodzące na rynku lub je wyprzedzić. Dodatkowo, firmy z udziałem startupów, funduszy VC, uczelni i specjalistów, powinny tworzyć ekosystemy, w których będą miały możliwość uczestniczyć w rozwijaniu przełomowych rozwiązań technologicznych – mówi Anita Bielańska, Dyrektor w Dziale Consultingu Deloitte.

Due diligence kluczem do trafnej inwestycji

Autorzy raportu wskazują, że zanim dojdzie do transakcji przejęcia lub inwestycji venture, należy określić ścieżkę rozwoju i ukazać wartość, jaką chcemy nadać inwestycji. Rynek venture capital cechuje się wysokimi stopami zwrotu, ale przy zaakceptowaniu ponadprzeciętnego ryzyka. Inwestor musi być gotowy na odmienne scenariusze i przyjąć różne modele wyceny, w zależności od dynamiki rozwoju firmy. Z tego powodu bardzo ważne jest przeprowadzenie due diligence, czyli poddanie dokładnej analizie kondycji technologicznej, komercyjnej, prawnej i podatkowej firmy.

W przypadku młodych spółkek technologicznych jednym z kluczowych aspektów jest odpowiednie due diligence prawne, które pozwoli nam zweryfikować sposób zabezpieczenia własności intelektualnej oraz innych ryzyk prawnych, w tym takich związanych z własnością udziałów. Posiadanie praw autorskich oraz patentów jest bardzo ważne. W wielu młodych spółkach technologicznych na początku ich działalności kładziony jest większy nacisk na stworzenie oraz sprzedaż produktu a nie na odpowiednie zabezpieczenie prawne, co może okazać się problematyczne na etapie pozyskiwania inwestora, który będzie bardzo dokładnie sprawdzał posiadanie praw własności intelektualnej przez spółkę. Istotna jest także sprawiedliwa umowa inwestycyjna oraz umowa wspólników, które jasno wskażą prawa i obowiązki obu stron, zarówno związane z wejściem inwestora do spółki, jak i w trakcie trwania inwestycji oraz w ramach potencjalnego wyjścia z niej – podsumowuje Karol Kicun, Partner w Kancelarii Deloitte Legal.

Wynalazek polskiego startupu SensoriumLab pomoże pacjentom z chorobami płuc

Startup SensoriumLab, twórca Plefind – mobilnego urządzenia służącego do nieinwazyjnej diagnostyki chorób płuc, został uznany jednym z dwóch najlepszych twórców innowacji medycznych w europejskim konkursie EIT Health Headstart 2019. Startup otrzymał łączne dofinansowanie w wysokości 50 tys. euro oraz wsparcie mentoringowe. Finał odbył się w listopadzie w Lizbonie.

Plefind jest nowatorskim rozwiązaniem medycznym, które pozwala na zastosowanie nieinwazyjnej terapii lekowej u pacjentów m.in. z chorobami pulmunologicznymi i onkologicznymi. To niewielkie, przenośne urządzenie od SensoriumLab umożliwia monitorowanie występowania wysięku w klatce piersiowej bez konieczności wizyty u lekarza czy hospitalizacji. Wysięki w klatce piersiowej mogą być objawem wielu chorób i zaburzeń takich jak niewydolność serca, zapalenie płuc, a także nowotwory m.in. piersi, płuc czy jajników. Urządzenie pozwala też uniknąć bardziej złożonych i inwazyjnych metod badania. Pomiar trwa do kilkunastu sekund i umożliwia szybki odczyt wyniku. Plefind jest dodatkowo wspierane przez aplikację mobilną, która przesyła informacje do lekarza opiekującego się pacjentem.

Dzięki EIT Health Headstart mogliśmy znacząco rozwinąć nasz projekt i uzupełnić go m.in. o wstępne badania kliniczne. Zdobyte kontakty pozwolą poszerzyć potencjał dalszych badań nad optymalizacją rozwiązania – mówi Norbert Żołek, Research&Development Director w SensoriumLab.

SensoriumLab w ramach programu Headstart otrzymał łącznie dofinansowanie w wysokości 50 tys. euro oraz doradztwo mentoringowe. Dodatkowo, firma będzie mogła zaprezentować swoje urządzenie podczas jednego z najważniejszych wydarzeń branży healthcare w Europie – EIT Health Summit 2019. Tegoroczna edycja odbędzie się w Paryżu, w dniach 2-3 grudnia.

Wśród dziesięciu największych firm z sektora healthcare w Europie aż osiem znajduje się w sieci EIT Health. Wiedza i doświadczenie osób, które w niej pracują z pewnością stanowią konkretną wartość. To między innymi od takich mentorów mogą uczyć się startupy, biorące udział w naszych programach akceleracyjnych. W programie Headstart, oprócz znaczącego zastrzyku gotówki na dalsze badania i rozwój produktu, SensoriumLab – dzięki pracy z ekspertami m.in. z dużym doświadczeniem rynkowym – otrzymał bezcenne biznesowe know-how. Polski zespół ma realną szansę zrewolucjonizować diagnostykę m.in. chorób pulmunologicznych – mówi Mikołaj Gurdała, manager ds. innowacji EIT Health InnoStars.

­

Zwycięzcą EIT Health Headstart w tym roku został Restorative Neurotechnologist – włoski startup oferujący cyfrowe rozwiązania w rehabilitacji poznawczej. Na trzecim miejscu znalazł się natomiast Delox – proponujący nowoczesne rozwiązanie odkażania biologicznego, pozwalające zwalczać różnego rodzaju mikroorganizmy. Więcej informacji o przyszłorocznych edycjach konkursów dla startupów z obszaru healthcare można znaleźć na stronie www.eithealth.eu

Karuzela nagłówków, huśtawka nastrojów

Wstępna umowa handlowa w świetle pierwszych planów miała zostać podpisana w ubiegły weekend. Terminu nadal nie ma. Strona chińska pozostaje ostrożnie optymistyczna, ale Reuters donosi, że dokument w tym roku może nie zostać sygnowany. Relacjom USA- Chiny z pewnością nie pomaga też reakcja Kongresu na sytuację w Hong Kongu a uwagę Donalda Trumpa odciąga zapewne też impeachment.

Reakcja na rynku akcji jest dużo silniejsza niż w przypadku FX. Procykliczne sektory (w Europie branża motoryzacyjna, banki, spółki wydobywcze) przyciągały kapitał i odbijały z niskich pułapów na nadziejach, ale nie dzięki poprawie otoczenia makro, które pozostaje niesprzyjające. Nadzieje ulatują, pozostaje słaba koniunktura, co zagraża mocniejszą korektą na rynkach akcji i podtrzymaniem dominującej w ostatnich kilkunastu godzinach awersji do ryzyka. Nie jest ona jednak głęboko zakorzeniona. Wszak jeszcze w poniedziałek dominował optymizm a we wtorek na otwarciu Wall Street ustanawiało maksima wszechczasów. Wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie pod wpływem nagłówków agencji informacyjnych.

Procykliczne waluty silnie zależne od kondycji globalnej gospodarki (takie jak AUD i NZD, czy przedstawiciele świata emerging markets) nie uczestniczyły w ostatniej fazie rajdu indeksów giełdowych, więc na pierwszą fazę odreagowania pozostają odporne. Dalsze słabnięcie sentymentu nie pozostałoby już zapewne bez wpływu. Pomimo odrobienia przez ceny ropy załamania z wtorku negatywnie nastawieni pozostajemy do dolara kanadyjskiego. Spodziewamy się testu letnich maksimów przez USD/CAD. Dziś kanadyjska waluta może znaleźć się pod presją za sprawą wystąpienia publicznego gubernatora Poloza. Spodziewamy się bowiem, że Bank Kanady będzie dryfować w kierunku łagodzenia.

EUR/USD pozostaje w wąskim przedziale poniżej 1,11. Atmosfera wyczekiwania powinna przełożyć się na utrzymanie zakresu 1,1050 -1,11. Euro do silniejszej aprecjacji potrzebuje pozytywnych sygnałów z gospodarki. W tym kontekście kluczowe będą jutrzejsze, wstępne odczyty PMI. GBP/USD odnalazł z kolei równowagę w środku przedziału wahań 1,28 – 1,30. Nadal obowiązuje zasada: co dobre dla Johnsona, dobrym jest dla funta, ale wszystko wskazuje, że pierwszy potencjał wzrostowy został wyczerpany. W obecnym, nerwowym otoczeniu USD/JPY zagrożony jest silniejszym zejściem niżej, a drogę do niego zamykają na razie 108,25 oraz 107,90. EUR/PLN pozostaje blisko 4,30 i są to pułapy korespondujące z naszym postrzeganiem wartości godziwej. Nie uważamy, by w tym roku złoty mógł powrócić do silniejszego umocnienia a kurs zagrozić minimom 4,25. W naszym scenariuszu bazowym EUR/PLN nie wyjdzie też jednak ponad 4,32.

Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Listopadowe szaleństwo rabatowe, czyli co i jak kupujemy online?

Listopadowe wyprzedaże pod hasłem Black Friday i Cyber Monday tuż tuż! Mimo, że akcje te organizowane są nad Wisłą zaledwie od kilku lat, to zapisały się na stałe w świadomości Polaków. Równocześnie postępująca cyfryzacja nawyków zakupowych sprawiła, że coraz częściej kupujemy przez internet. Raport SAP podpowiada właścicielom sklepów internetowych, kto, co i jak kupuje w sieci oraz jak rozwijać swój biznes e-commerce.

Popularność masowych wyprzedaży w ostatni piątek listopada w sklepach stacjonarnych oraz sklepach internetowych trzy dni później rośnie w Polsce systematycznie od około 4-5 lat, kiedy to obie inicjatywy zagościły w naszym kraju. Część sprzedawców idzie nawet o krok dalej i wydłuża okres trwania promocji. Rozciągnięcie jej na cały weekend jest bardzo często spotykane, ale są i tacy, którzy organizują akcje rabatowe utrzymujące się przez prawie cały listopad. Zaciera się też powoli podział na promocje organizowane w salonach i te w sieci. Większość akcji rabatowych odbywa się równolegle – stacjonarnie i w internecie.

Niezależnie, czy wchodzimy do sklepu stacjonarnego czy odwiedzamy jego stronę internetową, mamy do czynienia z tą samą marką. Dlatego dziś celem jest budowanie bliskiej i długofalowej więzi z konsumentem, która rozwija się harmonijnie niezależnie od formy kontaktu, na każdym etapie relacji klient- marka. To właśnie takie podejście kryje się za popularnym pojęciem customer journey. -Joanna Kosiorek, SAP Customer Experience Marketing Manager, CEE MU

Prawie 18 mln Polaków kupuje online

Według „Ecommerce Report: Poland 2019” przygotowanego przy współudziale SAP, 77% Polaków aktywnie korzysta z internetu. 61% z nich robi zakupy w sklepach internetowych. W zeszłym roku najaktywniejszą grupą klientów były osoby pomiędzy 25. a 34. rokiem życia (33%), choć młodszych konsumentów nie było wcale dużo mniej – 31% ogółu. Osoby w wieku 35-49 stanowiły z kolei 25% kupujących. Najmniejszy odsetek nabywców online to osoby powyżej pięćdziesiątki – 12%.

Polscy konsumenci dokonują zakupów za pośrednictwem różnych urządzeń. W zeszłym roku niezmiennie najczęściej korzystali z laptopa (82%) lub PC (62%). Sprzedawcy powinni jednak pamiętać, że z roku na rok rośnie odsetek kupujących za pomocą smartfona. Pomiędzy 2017 a 2018 r. wzrósł on o 10 pp. – do 58%.

Odzież i akcesoria na szczycie zakupów internetowych

Od dawna wiadomo, że zdjęcia odzieży prezentowane w materiałach reklamowych wielu marek są odpowiednio retuszowane i modyfikowane za pomocą programów graficznych. Nie zawsze też będą leżeć na nas w ten sam sposób jak na modelkach i modelach. Nie powstrzymuje to nas jednak od kupowania ubrań w sieci, bez wcześniejszego ich przymierzenia. Zapewne wpływ ma na to też przyjazna polityka zwrotów wielu sklepów. W efekcie odzież i akcesoria są najchętniej kupowaną w e-sklepach grupą produktów. Tego typu transakcji dokonuje 64% e-konsumentów. Na drugim miejscu wśród najczęściej kupowanych zdalnie towarów są książki, filmy i muzyka (54%), a na trzecim i czwartym odpowiednio bilety do kin i teatrów (51%) oraz obuwie (44%).

Na artykuły i usługi kupowane przez internet przeznaczamy coraz więcej pieniędzy. W 2019 r. według prognoz będzie to ok. 20% więcej niż rok wcześniej. Przeciętny e-nabywca wyda na zakupy internetowe ok. 2 800 zł w tym roku. Oznacza to, że łączna wartość zakupów polskich internautów wyniesie ok. 50 mld zł.

Media społecznościowe kopalnią inspiracji zakupowych

Współczesny konsument jest obecny w wielu miejscach w sieci codziennie, często – równocześnie. Za pośrednictwem jakich kanałów zatem najlepiej do niego dotrzeć? Skąd czerpie inspiracje zakupowe? Okazuje się, że tak jak w wielu innych dziedzinach, najważniejsza jest obecność w mediach społecznościowych. Ponad połowa internautów (58%) właśnie tu daje się zainspirować (i skusić). Wiele osób korzysta również z porównywarek cenowych (43%), ale niewiele mniej skuteczne w kreowaniu podpowiedzi zakupowych są same witryny sklepów internetowych. Wyświetlanymi na nich informacjami sugeruje się 40% kupujących.

O czym pamiętać, żeby osiągnąć sukces w e-commerce?

Choć drzemiący w e-commerce potencjał jest ogromny, to nie każdy odnosi na tym polu sukces, nawet w okresie boomu sprzedażowego, jak Black Friday i Cyber Monday. Eksperci SAP, którzy na co dzień wspierają rozwój przedsiębiorców internetowych, radzą pamiętać o następujących rzeczach:

61% Polaków oczekuje, że firma będzie umiała ich zaskoczyć ofertą,
89% konsumentów oczekuje odpowiedzi na swoje zapytanie w ciągu max. 24 godzin,
45% konsumentów w Polsce zwraca uwagę na spójność promocji w sklepach online i stacjonarnych.

Wizerunek masz jeden!

Zarówno sklepy stacjonarne, jak i witryna internetowa powinny jasno uświadamiać klientom, że mają do czynienia z tą samą marką, oferującą te same standardy. Spójne i harmonijne rozwijanie więzi z klientem, także w sferze promocji i akcji rabatowych, niezależnie od formy kontaktu, jest podstawą jego lojalności wobec marki. Dla stałych klientów warto też zorganizować dodatkowe akcje.

Produkty i usługi są ważne, ale dzisiaj coraz częściej sprzedajemy doświadczenia z nimi związane. Klient pragnie być zauważony, zrozumiany i doceniony, nie chce być tylko anonimowym wpisem w bazie danych. Jeśli będziemy o nim pamiętali i utrzymywali z nim kontakt, trafiając w jego potrzeby i oczekiwania, sprawimy, że będzie miał dobre skojarzenia z naszą marką. A do lubianej marki ludzie zawsze będą chętnie wracać.
-Joanna Kosiorek, SAP Customer Experience Marketing Manager, CEE MU

Więcej na temat nowoczesnego handlu można dowiedzieć się z opracowania Casebook Trans/4macje, który jest zbiorem przykładów polskich i firm, które z sukcesem dokonują transformacji cyfrowej.

Justyna Kędzierska

Rynek powierzchni handlowych osiągnął fazę dojrzałości

Krajowy rynek nowoczesnych powierzchni handlowych mocno zwalnia. W III kwartale 2019 roku sektor ten powiększył się o ok. 51 000 m kw., osiągając na koniec września 14,85 miliona m kw. – wynika z raportu przygotowanego przez BNP Paribas Real Estate Poland. Eksperci zwracają uwagę na ograniczoną wielkość nowej podaży, a co za tym idzie konieczność rozbudowy i remodelingu istniejących już obiektów. Pogłębiają się również różnice w wysokościach czynszów, w zależności od wielkości i jakości aktywów.

Blisko całą nową podaż powierzchni najmu w III kwartale 2019 roku wygenerowały dwa projekty. Pod koniec wakacji zakończono budowę i oddano do użytku zlokalizowane w południowo-zachodniej części kraju, w samym centrum Jarosławia (zaledwie 300 metrów od rynku), wielofunkcyjne centrum handlowe Stara Ujeżdżalnia, o powierzchni najmu 25 500 m kw., mieszczącej ok. 80 lokali handlowych. To drugi największy obiekt handlowy otwarty w tym roku w Polsce. W tym samym czasie zakończyła się rozbudowa podwarszawskiego kompleksu handlowego Centrum Janki, które zyskało 21 000 m kw. nowej powierzchni najmu. Centrum powiększyło się o nowe skrzydło, które powstało w miejscu dawnego parkingu naziemnego. Łącznie, w okresie pierwszych dziewięciu miesięcy tego roku, rynek nowoczesnej powierzchni handlowej urósł o 281 500 m kw, w czym duża zasługa otwartego w maju br. centrum handlowo – rozrywkowego Galeria Młociny w Warszawie (76 000 m kw.). Jak wynika z prognoz ekspertów z BNP Paribas Real Estate Poland, do końca bieżącego roku rynek może przekroczyć poziom 15 milionów m kw. powierzchni, jeśli tylko wszystkie planowane projekty zostaną otwarte w terminie.

Ograniczona, nowa podaż

Na koniec trzeciego kwartału br. w budowie było ok. 310 000 m kw. powierzchni najmu, z czego ok. 30% zostanie oddanych do użytku jeszcze w tym roku. Według ekspertów BNP Paribas Real Estate Poland, powierzchnia dostarczona w całym 2019 r. może osiągnąć pułap ok. 400 000 m kw.

Patrycja Dzikowska, Dyrektor Działu Analiz Rynkowych i Doradztwa, z BNP Paribas Real Estate Poland
Patrycja Dzikowska, Dyrektor Działu Analiz Rynkowych i Doradztwa, z BNP Paribas Real Estate Poland

Wielkość ta będzie wynikiem najniższym od 20 lat i potwierdzi utrzymujący się od dłuższego czasu trend spadkowy. Co istotne, wolumen nowej podaży spodziewany w przyszłym roku może być jeszcze niższy, co jest efektem braku dużych projektów znajdujących w budowie. Nie spodziewamy się, aby w perspektywie najbliższych dwóch-trzech lat w kraju pojawiło się duże centrum handlowo-rozrywkowe pokroju Galerii Młociny. Ograniczony wolumen nowej podaży, podobnie jak i format oraz wielkość realizowanych projektów dobitnie przekonują o fazie dojrzałości rynku – Patrycja Dzikowska, Dyrektor Działu Analiz i Badań Rynkowych, BNP Paribas Real Estate Poland.

Jeśli chodzi o centra i parki handlowe, to zdecydowana większość nowej powierzchni (ponad 70%) będzie dostarczona w obiektach o wielkości powierzchni najmu nieprzekraczającej 20 000 m kw. Tylko dwa z obecnie budowanych projektów przekroczą ten pułap.

Wzrost znaczenia mniejszych rynków

Od dłuższego czasu wzrasta znaczenie małych miast o liczbie mieszkańców poniżej 100 tys., gdzie skupione jest ok. 60% powierzchni znajdującej się obecnie w budowie. Do największych projektów zaliczają się Color Park w Nowym Targu, będący największym centrum handlowym na Podhalu, usytuowanym bezpośrednio przy nowym rondzie na „Zakopiance” oraz pierwsza w Chełmie galeria handlowa o nazwie Galeria Chełm. Oba obiekty zostaną oddane do użytku już w przyszłym roku. Podobnie jak Multibox w Płońsku i Głogowie czy StopShop w Siedlcach. Trend lokowania obiektów handlowych (głównie małych parków i centrów handlowych) w mniejszych aglomeracjach będzie utrzymywał się co najmniej przez kilka kolejnych lat.

Popyt najemców na stałym poziomie. Warszawa dominuje

W ostatnich latach średni wskaźnik powierzchni niewynajętej w centrach handlowych, działających na głównych rynkach, oscylował pomiędzy 3% a 4%. Na koniec I połowy br. ukształtował się on nieznacznie poniżej 4%. Duże centra handlowe nie narzekają na brak zainteresowania ze strony najemców, będąc niemal w całości wynajęte. W gorszej sytuacji są obiekty o niższej jakości, gdzie poziom pustostanów stale rośnie.

Wśród głównych aglomeracji najbardziej stabilnym poziomem popytu najemców tradycyjnie cieszy się Warszawa. Na przeciwległym biegunie znajdują się rynki o najsilniejszej konkurencji, takie jak Wrocław czy Poznań, które notują najwyższe wskaźniki powierzchni niewynajętej.

Dobra kondycja oraz ciekawe perspektywy rozwoju krajowego rynku nowoczesnego handlu przyciągają zagraniczne marki do Polski. W najbliższym czasie będziemy świadkami debiutów rynkowych takich sieci handlowych, jak: Urban Outfitters, Monki, WeekDay, Corneliani czy Primark.

Presja cenowa na mniejsze obiekty

Stawki czynszu typu “prime” w wiodących centrach handlowych są stabilne i utrzymują się na stałym poziomie 110-130 € / m kw. / m-c w Warszawie oraz pomiędzy 45€ a 60€ m kw. / m-c w pozostałych głównych aglomeracjach. Większe różnice cenowe obserwuje się w obiektach niższej klasy, których właściciele borykają się ze spadkiem odświeżalności i obrotów. Ich pozycja rynkowa ulega znacznemu osłabieniu, co wykorzystują najemcy, wywierając silną presję na obniżenie obciążeń czynszowych.

Jedną z metod na poprawę pozycji rynkowej jest rozbudowa lub remodeling obiektów. To zjawisko obserwowane na rynku od kilku lat. Odświeżenie oferty czy poszerzenie zestawu najemców o nowe marki handlowe, operatorów usług czy element rozrywkowy pozwala zwiększyć prestiż danego obiektu, a tym samym wzmocnić siłę argumentów w negocjacjach z najemcami. Wprowadzenie nowych funkcji ma także wydłużyć czas wizyty w obiekcie handlowym oraz przyciągnąć większą liczbę odwiedzających – Fabrice Paumelle, Dyrektor Działu Powierzchni Handlowych, BNP Paribas Real Estate Poland

Inteligentne liczniki wymagają odpowiednich zabezpieczeń

Według przyjętego 5 października 2018 r. projektu ustawy zmieniającej Prawo energetyczne, do 2026 r. polscy operatorzy powinni wymienić 80% liczników energii elektrycznej na tzw. smart metres wykorzystujące technologię Internetu rzeczy. Eksperci Instytutu Kościuszki zwracają uwagę, że wdrożenie tej technologii powinno odbyć się z zastosowaniem odpowiednich zabezpieczeń, gdyż czarną stroną technologii jest możliwość inwigilacji użytkowników.

Cyberprzestępcy coraz częściej obierają za cel urządzenia Internetu rzeczy (IoT). Komponenty infrastruktury IoT, jeżeli nie będą odpowiednio zabezpieczone, mogą stanowić furtkę dla cyberprzestępców do inwigilacji całego ekosystemu inteligentnych urządzeń. W 2018 r. Nokia poinformowała, że w ciągu dwóch lat odnotowała w swoich sieciach wzrost aktywności botnetów złożonych z urządzeń Internetu Rzeczy o 45 proc. Coraz częściej zwraca się uwagę na zabezpieczenie infrastruktury IoT wykorzystywanej w przemyśle czy biznesie. Jednak w dyskusjach o cyberbezpieczeństwie nie można zapominać o urządzeniach wykorzystywanych w gospodarstwach domowych, takich jak inteligentne liczniki pomiaru energii. Wskazywali na to eksperci podczas V Europejskiego Forum Cyberbezpieczeństwa – CYBERSEC 2019, które odbyło się w październiku w Katowicach.

Inteligentne liczniki w Polsce

Jedną z pierwszych firm, które zainstalowały inteligentne liczniki w polskich gospodarstwach domowych jest Tauron, który od 2015 r. na terenie Aglomeracji Wrocławskiej realizuje projekt AMIplus Smart City Wrocław. W 2017 r. firma udostępniła klientom usługę umożliwiającą zdalny dostęp do danych pomiarowych w czasie rzeczywistym. Rozwiązanie opiera się na sieci domowej HAN (ang. Home Area Network), która jest typem lokalnej, domowej sieci informatycznej łączącej różne urządzenia znajdujące się w domu lub w biurze. Dzięki temu mieszkańcy stolicy województwa dolnośląskiego mają stały dostęp do danych z liczników, nawet gdy nie ma ich w domu. Jest to szczególne przydatne narzędzie, gdyż umożliwia jego użytkownikom stałą kontrolę nad poborem energii. Tauron stosuje liczniki od trzech producentów w standardzie OSGP (Otwarty Protokół Smart Grid), zachowując przy tym najwyższe standardy bezpieczeństwa komunikacji PLC, co jest pierwszym tego typu rozwiązaniem w Europie.

Furtka dla cyberprzestępców

Standardowe liczniki stanowią jedynie źródło informacji o comiesięcznym zużyciu energii w danym gospodarstwie domowym. Natomiast te inteligentne pozwalają określić, jak wygląda dzień konkretnego użytkownika, ile czasu spędza w domu oglądając telewizję lub wyszukując informacje w Internecie. Grupa niemieckich naukowców przeprowadziła badanie, w którym sprawdzili, czy na podstawie danych z liczników można uzyskać informację, o tym jakie programy telewizyjne oglądają domownicy. Jak się okazało, dzięki porównaniu danych z liczników z danymi dotyczącymi odbiorników telewizyjnych, w łatwy sposób można taką wiedzę uzyskać.

Co więcej, badanie przeprowadzone przez specjalistów firmy HP wykazało, że wiele urządzeń IoT stosowanych w gospodarstwach domowych jest podatnych na ataki hakerskie. Wynika to z niedostatecznych zabezpieczeń dotyczących haseł, kryptografii czy braku odpowiedniego zarządzania kontrolą dostępu, które zwiększają możliwości nadużyć przez cyberprzestępców.

„Cyberprzestępca włamujący się np. do sieci domowej, uzyskuje dostęp do danych dotyczących zużycia energii, które są pobierane nawet co 15 min. Posiadając takie informacje, nietrudno jest wywnioskować, w jakich godzinach domownicy są poza domem i np. zaplanować włamanie. Dostawcy technologii powinni zatem zadbać o odpowiednie zabezpieczenie inteligentnych urządzeń wykorzystywanych w domu zgodnie z zasadą security and privacy by design” – powiedział Robert Siudak, Dyrektor ds. współpracy i realizacji projektów z Instytutu Kościuszki.

Bezpieczeństwo inteligentnego domu

Biorąc pod uwagę plany dotyczące sposobu pomiaru zużycia energii w polskich gospodarstwach domowych, a także potencjalne zagrożenia wynikające z niezabezpieczonych w odpowiedni sposób systemów Internetu rzeczy, niezbędne wydaje się podjęcie dyskusji na temat cyberbezpieczeństwa tzw. rozwiązań smart home. Eksperci Instytutu Kościuszki wskazują, że kolejnym krokiem powinno być przyjęcie jednolitych standardów bezpieczeństwa dla dostawców technologii Internetu rzeczy, aby zapewnić jak najwyższy poziom zabezpieczeń stosowanych zarówno w biznesie i przemyśle, jak i w gospodarstwach domowych.

Patronami medialnymi V Europejskiego Forum Cyberbezpieczeństwa – CYBERSEC 2019 byli: BiznesAlert.pl, Computerworld, CyberDefence24.pl, Defence24.pl, DLP Expert, Do Rzeczy, EURACTIV, Forsal.pl, GazetaPrawna.pl, ISBnews, IT Reseller, ITwiz, Manager Magazine, PAP, Polska Zbrojna, Polskie Radio Katowice, Radio Silesia, Sieci, Sztucznainteligencja.org.pl, TVP3 Katowice, TVS, wGospodarce.pl, Wirtualna Polska, wPolsce.pl, Wprost.

Mocna konkurencja na rynku centrów handlowych. Chcą przyciągać klientów nowymi technologiami i ofertą rozrywkową

0

W Polsce zasoby powierzchni handlowej przekraczają już 15 mln mkw. W całym kraju jest ok. 450 centrów i galerii, a nasycenie powierzchnią handlową przekracza europejską średnią. Konkurencja na rynku jest duża, a centra handlowe mierzą się z wyzwaniami takimi jak rosnąca pozycja e-commerce, rozszerzenie zakazu handlu w niedziele w 2020 roku czy coraz większe oczekiwania klientów. Szansą na sprostanie tym wyzwaniom są nowe technologie, np. aplikacje, które zapewniają klientom szereg benefitów, np. zniżki, porady stylisty czy nawigację po galeriach.

– Rynek centrów handlowych w Polsce jest dojrzały. Średnie nasycenie powierzchnią handlową przekracza 300 mkw. na mieszkańca, co oznacza, że jesteśmy odrobinę powyżej średniej europejskiej. W dużych ośrodkach miejskich, jak Warszawa, Poznań, Wrocław czy Trójmiasto, poziom nasycenia powierzchnią handlową jest nawet 2–3-krotnie wyższy. Tylko w ciągu ostatniego 1,5 roku w tych miastach otworzyły się trzy bardzo duże centra handlowe, co oznacza jeszcze większy podział tego tortu zakupowego pomiędzy dużych graczy – mówi agencji Newseria Biznes Sylwia Wiszowata-Łazarz, associate director, head of marketing w Cushman & Wakefield.

Na koniec trzeciego kwartału tego roku całkowite zasoby powierzchni handlowej w Polsce przekroczyły 15 mln mkw. – pokazują dane Cushman & Wakefield (raport „Marketbeat – polski rynek handlowy – III kw. 2019 r.”). Planowana wielkość nowej podaży na koniec roku, przy uwzględnieniu obiektów będących jeszcze w budowie, to ponad 400 000 mkw., z czego blisko 1/4 zasiliła najmniej nasycone rynki miast o populacji poniżej 100 tys. mieszkańców. To głównie efekt wysokiego nasycenia rynku centrów handlowych w dużych miastach.

– Konkurencyjność na tym rynku jest niezwykle duża. Mamy w kraju ok. 450 centrów handlowych, co oznacza, że inwestorzy muszą stale podążać za zmieniającymi się trendami, spełniać oczekiwania klientów, którzy są w różnych grupach wiekowych i wybierają różne platformy zakupowe. Dlatego stale potrzebne są inwestycje w sam produkt, jego wygląd i unowocześnianie oraz dostarczanie miejsc, w których klienci – oprócz typowych zakupów – mogą też spędzać czas ze znajomymi lub korzystać z szeroko pojętej rozrywki – mówi Sylwia Wiszowata-Łazarz.

Wyzwaniem dla rynku centrów handlowych jest w tej chwili szybki rozwój e-commerce – zamiast sklepu stacjonarnego klienci coraz częściej decydują się na zakup internetowy z opcją dostawy. Kolejne to zakaz handlu w niedziele, który w 2020 roku zostanie rozszerzony i obejmie już prawie wszystkie niedziele w roku (z siedmioma wskazanymi wyjątkami), oraz stale rosnące oczekiwania klientów.

– Sama funkcja handlowa to już przeżytek. Teraz klienci oczekują doświadczania. Sprzedawcy muszą ich zaskoczyć wysoką jakością obsługi, prezentując świetnie towar i znając się na produkcie, który chcą klientowi zaproponować. Te doświadczenia kreujemy też poprzez akcje promocyjne i marketingowe, które angażują klientów nie tyle w działalność centrum handlowego, co lokalnej społeczności czy organizacji non-profit. To jest też zwiększanie atrakcyjności galerii poprzez tworzenie multifunkcjonalnych stref rozrywki i stref coworkingowych, działania edukacyjne czy informacyjne – wylicza Sylwia Wiszowata-Łazarz. – Niezmiennie klienci centrów handlowych oczekują też wygodnych i komfortowych zakupów w miejscach, które znają, w galeriach, w których się nie gubią.

Sprostanie coraz bardziej wyśrubowanym wymogom rynku i konsumentów umożliwiają nowe technologie. Klienci nie rozstają się w tej chwili ze smartfonami i w każdej chwili mają możliwość sprawdzenia, porównania, znalezienia informacji o danym produkcie, marce czy sklepie w centrum handlowym. Z kolei dane i analiza big data dają zarządcom obiektów możliwość lepszego dostosowania się do potrzeb klienta.

– Big data daje możliwość gromadzenia i analizowania danych dotyczących zachowania klienta w centrum handlowym. Możemy np. dowiedzieć się, czy dana przestrzeń sklepowa jest dla niego odpowiednia, na co w niej zwraca uwagę, czy witryna sklepowa go przyciąga. W świecie digitalowym jesteśmy w stanie dowiedzieć się jakich produktów klient szukał albo jaki post o danym produkcie zamieścił w mediach społecznościowych. Dzięki temu możemy dostarczyć klientowi ofertę spersonalizowaną, szytą na miarę, z której będzie mógł skorzystać tu i teraz – mówi Sylwia Wiszowata-Łazarz.

Jak podkreśla, technologia jest dla inwestorów, właścicieli i zarządców centrów handlowych potężnym źródłem informacji o klientach pochodzących zarówno z online’u, jak i offline’u. Pozwala precyzyjnie dostosować ofertę do potrzeb konkretnej grupy wiekowej, do konkretnych preferencji zakupowych.

– Aplikacja centrum handlowego, która w jasny i klarowny sposób informuje o ofertach, zniżkach, rabatach i innych wartościach dodanych ze sklepów, łatwo nawiguje po centrum i kieruje do miejsca, w którym zostawiliśmy auto, to przykład technologii, która klientom zdecydowanie pomaga – mówi Sylwia Wiszowata-Łazarz.

Na wdrożenie takiego rozwiązania zdecydowały się zarządzane przez Cushman & Wakefield Złote Tarasy, jedna z najczęściej odwiedzanych galerii handlowych w Warszawie. Aplikacja centrum zapewnia cały szereg benefitów, m.in. nieograniczony dostęp do zniżek, rabatów i ofert specjalnych przygotowanych tylko i wyłącznie dla jej posiadaczy. Użytkownicy aplikacji będą mogli wcześniej korzystać z sezonowych przecen, a w gorącym okresie przedświątecznym będzie przysługiwać im też np. darmowe pakowanie prezentów.

– Na wszystkie oczekiwania klientów dotyczące wygody zakupów odpowiedzieliśmy jedną wielomodułową aplikacją – mówi Sylwia Wiszowata-Łazarz. – Dużym benefitem, który oferuje aplikacja, jest możliwość zapisania się na konsultację z naszymi stylistkami bądź wizażystą. Wszystkich, którzy chcą skorzystać z takiej szybkiej porady, zachęcamy do ściągnięcia aplikacji i zarezerwowania sobie wizyty w najbliższym możliwym terminie. Istotne jest również ułatwienie szybkiego i sprawnego poruszania się po centrum handlowym i parkingu. Nawigacja w aplikacji pozwala klientowi szybko znaleźć drogę do ulubionego sklepu lub restauracji, lecz również precyzyjnie namierzyć swoje miejsce na parkingu.

Najważniejszym elementem aplikacji jest prosty i przejrzysty program lojalnościowy, który premiuje zakupy nagrodami w postaci m.in. biżuterii, zegarków oraz sprzętu AGD. Punkty w programie można zbierać dzięki technologii skanowania paragonów, a system ułatwia przy okazji proces reklamacji i zwrotów.

– Już po kilku dniach od premiery aplikacji widzimy, że cieszy się ona dużym zainteresowaniem wśród młodszej grupy klientów. Ale nie spoczniemy na laurach. Właśnie dla tej grupy klientów mamy w planach moduł grywalizacji, który planujemy wprowadzić w przyszłym roku. Natomiast z myślą o starszych klientach planujemy wprowadzić inne opcje, które będą budowały w nich pozytywne doświadczenia zachęcające do odwiedzenia Złotych Tarasów w przyszłości – mówi associate director, head of marketingw Cushman & Wakefield.

Pozostało tylko 10 lat na powstrzymanie negatywnych zmian klimatu. Dotychczasowymi sposobami nie da się tego zrobić

Jeśli nie podejmiemy natychmiastowych działań na rzecz ochrony klimatu, temperatura na świecie przekroczy bezpieczny poziom 1,5° Celsjusza w 2040 roku – wskazują eksperci Międzyrządowego Panelu ds. Badań Zmian Klimatu. Te natychmiastowe działania muszą w ciągu kolejnej dekady doprowadzić do ograniczenia emisji dwutlenku węgla o 45 proc. Nie mogą się jednak opierać na dotychczasowych metodach i systemie energetycznym z XIX wieku – podkreśla prof. Zbigniew Karaczun z SGGW. Innowacyjne rozwiązania, np. elektromobilność czy niskoemisyjne systemy grzewcze,  są już dostępne, tylko trzeba je wdrożyć na szeroką skalę.

– Innowacje mają kluczowe znaczenie dla ochrony klimatu i środowiska. Jak wynika z ostatniego raportu specjalnego Międzyrządowego Panelu ds. Badań Zmian Klimatu, mamy 10–12 lat, żeby powstrzymać zmiany klimatu i odwrócić negatywny trend. Nie będziemy w stanie tego zrobić tradycyjnymi metodami, które stosujemy obecnie, a które pochodzą czasem nawet z XIX wieku. Potrzebujemy innowacyjnych rozwiązań i musimy głęboko zmienić myślenie o rozwoju i sposobie zarządzania społeczeństwem i gospodarką – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. Zbigniew Karaczun z Katedry Ochrony Środowiska i Dendrologii w SGGW w Warszawie.

Główny ciężar zmian spoczywa na energetyce. Poza koniecznością przestawienia się na OZE energetyka musi też wdrażać innowacje, które pozwolą sprostać wyzwaniom związanym z ochroną klimatu czy poprawą jakości powietrza i smogiem. Zgodnie z szacunkami Komisji Europejskiej ten już w tej chwili kosztuje unijną gospodarkę nawet 475 mld euro rocznie.

Z raportu „Clean Air Challenge”, opracowanego przez InnoEnergy we współpracy z Deloitte, wynika, że elektromobilność, wytwarzanie energii elektrycznej i ciepła w rozproszonych źródłach blisko odbiorców końcowych, wykorzystanie odpadów jako surowca do produkcji energii czy systemy zarządzania energią w budynkach to technologie, których wykorzystanie mogłoby przynieść Europie nawet 183 mld euro oszczędności w ciągu nadchodzących 7 lat.

Innowacyjne metody są dostępne, już je mamy, ale brakuje nam tego kroku w przód, czyli wdrożenia ich w praktyce. Jeżeli je wdrożymy, będziemy bezpieczni, ochronimy klimat i środowisko przyrodnicze przed degradacją – podkreśla prof. Zbigniew Karaczun.

Zmiany wymaga przede wszystkim tradycyjne podejście do produkcji energii – od spalania paliw kopalnych do energetyki opartej na zasobach naturalnych i źródłach takich jak woda, wiatr i słońce.

Należy zmienić system – nie budować wielkich, centralnych zakładów produkujących energię, które będą długimi sieciami rozprowadzały ją po całym kraju, ale zamiast tego budować sieci lokalne. Powinniśmy wykorzystywać technologie IT, żeby łączyć ze sobą producentów lokalnych z użytkownikami i aby użytkownicy stawali się również prosumentami, którzy nie tylko konsumują energię, lecz także ją produkują, oddają do sieci, wspomagają swoich sąsiadów czy ratują sieć przed blackoutem – mówi prof. Zbigniew Karaczun.

W Polsce energetyka prosumencka, która zakłada udział obywateli w produkcji i dystrybucji energii, jest wciąż w powijakach. Problemem są m.in. bariery administracyjne i finansowe, ale zmienić mają to rządowe programy Energia Plus i uruchomiony w sierpniu Mój Prąd, w ramach którego gospodarstwa domowe mogą uzyskać dotacje do 50 proc. wartości instalacji fotowoltaicznej.

Koncerny energetyczne – często we współpracy ze start-upami – opracowują innowacje, które pomagają odpowiadać na wyzwania związane z ochroną środowiska i produkcją energii. Przykładem jest m.in. prowadzony przez InnoEnergy projekt Polygen, w ramach którego opracowywana jest technologia wytwarzania syntetycznego gazu ziemnego, energii elektrycznej i ogrzewania z miejskich odpadów i biomasy. Energia powstająca w ten sposób może być dostarczana do domów czy przedsiębiorstw i wykorzystywana np. w transporcie.

– Kolejny obszar dotyczy adaptacji, czyli dostosowywania się do zmian klimatu, np. w zarządzaniu wodą. Musimy wiedzieć, kiedy grozi nam powódź, ile wody spadnie na metr kwadratowy i przygotowywać się na to. Jeżeli wdrożymy na to sposoby i nauczymy mieszkańców, jak zachowywać się w takich sytuacjach i korzystać z systemów zarządzania sytuacjami awaryjnymi, wtedy będziemy bezpieczniejsi jako społeczeństwo – mówi prof. Zbigniew Karaczun.

Ostatni raport IPCC (Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu) potwierdził, że obecnie średnia globalna temperatura jest o 1°C wyższa od poziomu przedindustrialnego. Prognozy naukowców zakładają, że jeżeli emisja gazów cieplarnianych nie zostanie gwałtownie zredukowana, to dynamika wzrostu globalnej temperatury przekroczy 1,5°C w 2040 roku, 2°C w 2065 roku i 4°C na koniec obecnego stulecia. Spowoduje to katastrofę ekologiczną na globalną skalę. Wśród efektów będzie m.in. podniesienie poziomu mórz nawet o 90 cm, co grozi zalaniem terenów zamieszkałych przez połowę̨ populacji świata. IPCC wskazuje, że uniknięcie czarnego scenariusza jest jeszcze możliwe, ale do 2030 roku globalna emisja dwutlenku węgla musi spaść o 45 proc. w porównaniu do poziomu z 2010 roku, natomiast do 2050 roku ludzkość musi całkowicie zrezygnować z paliw kopalnych.

W kolejnych tygodniach możliwe cząstkowe porozumienie między USA a Chinami. Konflikt handlowy potrwa jednak jeszcze kilka lat

Ostatnie dane z Chin pokazują znaczący wpływ wzajemnej wojny celnej na chińską gospodarkę, ale cierpi na niej także amerykański rynek, bo firmy wstrzymują inwestycje. Stąd prezydent Donald Trump i chińskie władze będą dążyć do wycofania się z części obciążeń importowych, zwłaszcza że za rok kolejne wybory prezydenckie za oceanem. Zdaniem Rafała Beneckiego, głównego ekonomisty ING Banku Śląskiego, porozumienie dotyczące części produktów może nastąpić jeszcze nawet przed końcem roku, ale realne zakończenie konfliktu zajmie wiele lat.

Do niedawna na wojnach handlowych najwięcej traciła Azja i Chiny. Wynika to z faktu, że Chiny eksportują do Stanów parokrotnie więcej niż Amerykanie do Azji i Chin, dlatego równomierne podnoszenie ceł bardziej uderzało w gospodarkę chińską niż w amerykańską – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Śląskiego. – Jednak gospodarka USA wykazuje sygnały spowolnienia, taka protekcjonistyczna polityka handlowa zaczyna negatywnie wpływać na inwestycje, sentyment konsumentów i zachowania przedsiębiorstw w Ameryce, dlatego prezydent Trump trochę zmienił front. Zakładam, że całkiem realne jest podpisanie porozumienia chińsko-amerykańskiego przed końcem roku.

Z wyliczeń banku inwestycyjnego Goldman Sachs wynika, że wojna handlowa kosztuje oba kraje po ok. 0,5 pkt proc. PKB. Chińskie PKB spadło w III kwartale do 6 proc. i jest to najwolniejsze tempo od początku lat 90. Produkcja przemysłowa w październiku wzrosła tylko o 4,7 proc. wobec oczekiwanych 5,4 proc. Niższa od prognoz i wyniku z poprzednich miesięcy była także sprzedaż detaliczna oraz inwestycje w miastach. Nie najlepsze dane nadeszły także ze Stanów Zjednoczonych, gdzie zarówno sprzedaż detaliczna bez samochodów, jak i produkcja przemysłowa okazały się rozwijać wolniej, niż sądzili ekonomiści.

To porozumienie jest potrzebne prezydentowi Trumpowi w kampanii wyborczej po to, żeby pokazać jego skuteczną walkę o interesy amerykańskie oraz elastyczność w momencie, kiedy gospodarka amerykańska zaczyna na tym tracić – wyjaśnia Rafał Benecki. – Porozumienie dotyczące produktów żywnościowych, może innej wąskiej grupy, jest możliwe, niemniej jednak konflikt chińsko-amerykański będzie trwał jeszcze wiele lat. Dużo kwestii wymaga wyjaśnienia i wynegocjowania, jak np. obrona praw autorskich, transfer technologii. Amerykanie nie czują się dobrze z rosnącą potęgą Chin. Dlatego niezależnie od tego, czy nowym prezydentem będzie demokrata, czy republikanin, kurs amerykański wobec Chin będzie wymagający i trudny.

Dodaje, że dla relacji amerykańsko-chińskich bardzo ważną kwestią będzie osoba kandydata Partii Demokratycznej w wyborach. Zostanie on wyłoniony w prawyborach dopiero w lutym 2020 roku. Zdaniem ekonomisty wybór Elizabeth Warren może oznaczać, że relacje między obu mocarstwami będą równie trudne jak obecnie. To z kolei przełoży się na nieufność inwestorów i ich obawy dotyczące globalnego spowolnienia.

Osiągnięcie porozumienia mogłoby skutkować odbiciem na rynkach. Skorzystają na tym przede wszystkim Chiny borykające się z inflacją cen żywności, głównie z powodu niedoboru wieprzowiny, ale też Stany Zjednoczone, bo poprawiłyby się nastroje i prognozy globalnej gospodarki.

Natomiast Polska odczuła wojnę gigantów mniej, niż się tego obawiano na jej początku. Niepokój budziła głównie kondycja niemieckiego przemysłu motoryzacyjnego, którego dużym dostawcą jest polska branża.

 To wpłynęło na pewne spowolnienie produkcji w Polsce, ale o wiele mniejsze niż to bywało w przeszłości – podsumowuje Rafał Benecki. – Polskie przedsiębiorstwa eksportują głównie na wewnętrzny rynek europejski, a bardzo mało jest reeksportowane poza strefę euro, czyli tam, gdzie nastąpiło największe spowolnienie. W gospodarce niemieckiej popyt wewnętrzny ma się dobrze, rynek pracy i płace rosną całkiem nieźle. Rynki azjatyckie straciły o wiele więcej, ale trafia tam o wiele mniejsza część polskiego eksportu. Dlatego nasza wrażliwość na spowolnienie handlu międzynarodowego i recesję w niemieckim przemyśle okazała się stosunkowo ograniczona.

Trudna sytuacja na rynku kolejowych przewozów towarowych. Spowolnienie gospodarcze będzie oznaczać dalsze spadki

Rynek towarowych przewozów kolejowych notuje spowolnienie. Łącznie w trzech kwartałach 2019 roku przewieziono nieco ponad 177 mln ton, czyli o ponad 9 mln mniej niż w tym samym okresie 2018 roku. W dużej mierze to efekt zmniejszenia przewozów kruszyw, węgla kamiennego, rud i wyrobów metalowych. W 2020 roku sytuacja raczej się nie poprawi. – Spowolnienie gospodarcze, które obserwujemy w całej Europie, z pewnością przełoży się na rynek przewozów w Polsce – ocenia Andrzej Pawłowski z CTL Logistics.

 Sytuacja w polskich przewozach towarowych w tym roku jest trudna, bo przewozy spadły o około 2 mln ton miesięcznie. To jest bardzo duży spadek, zanotowany przede wszystkim przez zmniejszenie wolumenu węgla i materiałów budowlanych – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Pawłowski, członek zarządu CTL Logistics ds. Operacji i Eksploatacji.

Z danych Urzędu Transportu Kolejowego wynika, że od stycznia do września 2019 roku przewieziono 117,57 mln ton towarów. To o blisko 5 proc. mniej niż w analogicznym okresie 2018 roku. Jak pokazują dane po I półroczu, na spadek wyników wpływ ma głównie zmniejszenie przewozów węgla kamiennego (o 4 mln ton według masy i blisko 0,6 mld tonokilometrów mniej niż w I połowie 2018) oraz rud i wyrobów metalowych (o 1,95 mln ton oraz 0,6 mld tonokilometrów mniej).

 Bardzo dużo węgla zostało sprowadzone w 2018 roku i jeszcze zalega na hałdach, nieoficjalnie się mówi o 5 mln ton. Tańsza energia, która jest importowana z Niemiec, powoduje, że zapotrzebowanie na tego typu towary jest bardzo małe – wskazuje Andrzej Pawłowski.

Jak podkreśla, mniejsze są również przewozy kamienia na inwestycje infrastrukturalne.

– Jesteśmy u szczytu perspektywy unijnej pod względem przewozów materiałów budowlanych, więc te przeroby powinny być jak największe – przekonuje ekspert. – Trudno się spodziewać większego przewozu kamienia na inwestycje, skoro jesteśmy praktycznie w ostatnim roku perspektywy unijnej. W następnych latach raczej będziemy mieć do czynienia z kolejnymi spadkami niż wzrostami, choć te wolumeny, które są w 2019 roku, powinny się utrzymać w 2020 roku.

Taka tendencja obserwowana jest nie tylko w Polsce. Sytuacja na rynku przewozowym jest trudna także u najbliższych sąsiadów – na Słowacji, w Czechach, Niemczech czy Austrii. Podobnie może być w przyszłym roku.

– Raczej w 2020 roku nie spodziewam się, że rynek się odbije na tyle, żeby sytuacja się poprawiła. Raczej dalej będziemy się zmagać z mniejszym wolumenem węgla – analizuje Pawłowski. – To spowolnienie gospodarcze, które obserwujemy w całej Europie, z pewnością przełoży się na rynek przewozów w Polsce.

Zdaniem eksperta, aby kolejowe przewozy towarowe mogły skutecznie konkurować z drogowymi, konieczne są inwestycje w infrastrukturę oraz tabor.

– To pozwoli realizować przewozy na dosyć dobrych prędkościach. Chodzi o infrastrukturę, która pozwala prowadzić coraz dłuższe pociągi, czyli 740 metrów i 22,5 tony nacisku na oś, a także sprawniejszy dostęp do portów i granicy wschodniej – wymienia Andrzej Pawłowski.

W expose premiera zabrakło odpowiedzi na najważniejsze problemy przedsiębiorców

Premier Mateusz Morawiecki wygłosił expose, w którym nakreślił kierunki działania nowego rządu. Expose zostało przyjęte przez parlament, który niewielką większością głosów udzielił rządowi votum zaufania. Ekonomiści i przedsiębiorcy nie doczekali się jednak w wystąpieniu premiera zapowiedzi, na które liczyli. Nie było w nim konkretów dotyczących zmian w  podatkach, które mogłyby dać nadzieję na uporządkowanie tego systemu. To główna potrzeba przedsiębiorców, którzy dzisiaj zmuszeni są funkcjonować w skomplikowanym i niestabilnym systemie podatkowym. Optymistycznych obietnic w tym zakresie zdecydowanie zabrakło w expose premiera. Ekonomiści wskazują również na to, że wiele przytoczonych przykładów usprawnień gospodarczych można uważać za już istniejące.

– Zabrakło jasnego pokazania, w którą stronę polska gospodarka ma iść i na co rząd chce najbardziej postawić. Wszystkie akcenty, które były wskazane jako wspierające przedsiębiorców, już istnieją w Polskim porządku prawnym. Między innymi kwestia CITu na wzór estoński, który w polskim porządku prawnym już jest – wymaga tylko wprowadzenia do praktyki urzędów skarbowych. Dziwię się, że takie elementy pojawiły się w expose, które ma zapowiadać przyszłe działania rządu – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. – Nie otrzymaliśmy również zapewnienia, że przepisy dotyczące prowadzenia firm będą łagodzone. Liczyliśmy na zmniejszenie nadmiernej regulacji i stabilizację prawa, która pozwoli na wprowadzanie w przyszłości dobrze skonsultowanych i przemyślanych zmian. Nie tak, jak było to w poprzedniej kadencji – na szybko i w dużej ilości. To bardzo przeszkadzało przedsiębiorcom, przez co warunki gospodarowania określamy teraz w Polsce jako bardzo ryzykowne. Niestety nie dostaliśmy od premiera zapewnienia, że to się zmieni – ocenia Soroczyński.

Brak czasu dużym obciążeniem dla mikroprzedsiębiorców. Mobilne narzędzia pomagają im sobie z tym radzić

Sektor MŚP stanowi o sile krajowej gospodarki, generując znaczny procent PKB i zatrudniając ponad 4 mln pracowników. Obok barier administracyjnych czy finansowych, dużym utrudnieniem dla właścicieli mikro, małych i średnich firm jest brak czasu, dlatego coraz częściej szukają oni narzędzi do optymalizacji swojej pracy. Chętnie wykorzystują social media czy nowoczesne aplikacje w prowadzeniu biznesu.

Według GUS w ubiegłym roku działało w Polsce 2,1 mln przedsiębiorstw zatrudniających do 9 osób. Łącznie w mikro-, małych i średnich firmach pracuje 4,1 mln pracowników.

 Małe biznesy stają się świadome tego, że rynek jest coraz bardziej konkurencyjny. Przechodzimy od rynku, na którym wystarczyło być dobrym wykonawcą usług czy dobrym producentem, do modelu, w którym trzeba dodatkowo umieć swój produkt sprzedać i promować – mówi agencji Newseria Biznes Sebastian Maśka, współzałożyciel i prezes Versum.

Jak ocenia, jedną z głównych bolączek dla właścicieli mikro-, małych i średnich firm jest obecnie brak czasu. Potwierdza to tegoroczne „Badanie Polskiej Mikroprzedsiębiorczości”, przeprowadzone przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie inFakt, z którego wynika, że 26 proc. przedsiębiorców uznaje brak wolnego czasu za jedno z głównych obciążeń w swojej działalności. Dlatego właśnie firmy z sektora MŚP poszukują narzędzi do automatyzacji i optymalizacji swojej pracy.

Nowe technologie i narzędzia, takie jak modele software as a service czy wynajem długo- i krótkoterminowy, wcześniej zarezerwowane dla dużych firm, teraz są już także powszechnie dostępne dla tych małych i średnich, co ułatwia im funkcjonowanie na rynku i podnosi konkurencyjność. MŚP wciąż jednak ma problem z wykorzystaniem ich na szeroką skalę. Przykładowo, z danych GUS wynika, że w Polsce tylko 11,5 proc. przedsiębiorstw wykorzystuje rozwiązania chmurowe, z czego jedną trzecią (ok. 37 proc.) stanowią duże firmy zatrudniające powyżej 250 pracowników. Z kolei raport GUS „Społeczeństwo informacyjne w Polsce w 2018 roku” pokazuje, że choć dostęp do internetu szerokopasmowego ma już 95 proc. polskich firm, to tylko 2/3 ma internet mobilny.

 Na pewno rynek przechodzi w kierunku mobilności. Mały biznes będzie chciał zarządzać swoją działalnością przez telefon komórkowy i to już się dzieje. Wykorzystywanych jest coraz więcej aplikacji. Dzięki internetowi i social mediom mały biznes jest w stanie rozpropagować swoje usługi czy produkty bardzo szeroko, i to bez dodatkowego wsparcia marketingowego i PR-owego. Sektor MŚP w Polsce w coraz większym stopniu rozumie, że nie trzeba wszystkiego posiadać, można share’ować. Ekonomia współdzielenia to jest trend, który będzie zyskiwał na popularności – mówi Sebastian Maśka.

Stworzone przez Versum oprogramowanie jest przykładem technologii skierowanej do MŚP, która ma optymalizować czas i pracę przedsiębiorstwa. Narzędzie jest skierowane do firm z branży hair & beauty, salonów fryzjerskich, gabinetów SPA itp. Pozwala kompleksowo zarządzać salonem, wizytami, rezerwacjami czy magazynem. W aplikacji można notować terminy wizyt wraz z rodzajem usługi i wszystkimi szczegółami, włącznie z informacjami o kliencie, jego upodobaniach, uczuleniach, dacie urodzin. Wszystkie wpisy synchronizują się z wirtualnym terminarzem. Aplikacja ma też powiadomienia SMS, umożliwia przygotowywanie raportów i statystyk dotyczących działalności firmy i efektywności pracowników. W tej chwili z oprogramowania w 6 wersjach językowych korzysta już ponad 37 tys. specjalistów z branży hair & beauty w blisko 100 krajach na świecie.

Opracowane przez Polaków modyfikację mRNA zmieniają medycynę. Pomagają w leczeniu chorób wirusowych i mogą stanowić przełom przy rdzeniowym zaniku mięśni

Chociaż większość osób słyszała już o terapii genowej, to terapia RNA znana wciąż jest niewielu. W przeciwieństwie do terapii genowej, która zapewnia nowe DNA komórkom, terapia RNA modyfikuje lub dostarcza kwas rybonukleinowy do komórek. Terapia może leczyć wiele różnych chorób, w tym te sercowo-naczyniowe czy raka. Modyfikacje mRNA, które opracowali polscy naukowcy, mogą znaleźć zastosowanie m.in. w opracowaniu leku na rdzeniowy zanik mięśni czy choroby o podłożu genetycznym.

– DNA to olbrzymie cząsteczki, w których zapisana jest informacja o całych naszych organizmach. Natomiast RNA jest to znacznie mniejszy fragment, który jest kopiowany z tej informacji genetycznej zapisanej w DNA. RNA koduje tylko jedno białko, ale ciągle jest to informacja genetyczna, którą my staramy się wykorzystać do celów terapeutycznych – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Jacek Jemielity, profesor w Centrum Nowych Technologii Uniwersytetu Warszawskiego, współtwórca spółki ExploRNA.

Terapia RNA jest bardziej ukierunkowana i bardziej wszechstronna niż konwencjonalne metody leczenia. W jej trakcie dostarczana jest specjalnie skonstruowana nić RNA, która oddziałuje na określone funkcje w komórce. Terapia antysensowna niszczy dysfunkcyjne lub szkodliwe białka w komórce. Istnieje już kilka antysensownych terapii RNA, które poprawiają wyniki przeszczepu nerki, leczą hemofilię i obniżają poziom cholesterolu LDL.

Drugim rodzajem terapii RNA, którym zajmują się Polacy, koncentruje się z kolei na zastąpieniu mRNA poprzez wytwarzanie funkcjonalnych, terapeutycznych białek. Przykładem mogą być pacjenci z mukowiscydozą, którzy nie wytwarzają funkcjonalnego białka CFTR w błonach komórkowych. Kilka firm już opracowało terapie, w tym np. polegającą na wdychaniu cząsteczek ze zdrowym mRNA.

– RNA jest bardzo nietrwałe. Komórka potrzebuje tej informacji przez krótki czas, żeby wytworzyć odpowiednie białko. Natomiast, jeśli chcemy RNA zastosować do celów terapeutycznych, to czas życia takiego RNA jest zbyt krótki, więc musimy utrwalić to RNA i sprawić, aby ono było bardziej konkurencyjne niż RNA, które mamy w komórkach – tłumaczy Jacek Jemielity.

Zainteresowania terapią RNA wynika z możliwości stworzenia lepszych szczepionek. Polscy naukowcy opracowali np. modyfikacje struktury końca 5’ cząsteczki mRNA, tzw. kapu. Jedna z nich pozwala szybko syntetyzować dowolne mRNA, konieczne do zaprojektowania innowacyjnych terapii, w tym przeciwnowotworowych. Druga modyfikacja pozwala uzyskać cząsteczkę, która hamuje enzym degradujący kap. Jest przy tym znacznie aktywniejsza niż dotychczas opracowane rozwiązania, może być stosowana w walce np. z rdzeniowym zanikiem mięśni.

– Najintensywniej badane są tzw. szczepionki przeciwnowotworowe, czyli szczepionki, które pozwalają na wyleczenie chorób nowotworowych. Dla komórek układu immunologicznego podajemy informację genetyczną o antygenie, który jest charakterystyczny dla nowotworów i tam odbywa się szkolenie elementów układu immunologicznego, aby te komórki rozpoznawały komórki nowotworowe i je niszczyły. Staramy się wykorzystać mRNA do szkolenia układu immunologicznego, aby niszczyć specyficznie nowotwory – wskazuje ekspert.

Naukowcy pracują też nad zastosowaniem białek kodujących RNA z patogenów, takich jak grypa, wścieklizna lub Zika. Po otrzymaniu nowego mRNA komórki przekształcają nici w białko i w ten sposób stymulują układ odpornościowy do wytworzenia odpowiedzi specyficznej dla konkretnego szczepu patogenu.

Istotne są  jednak szczepionki przeciwnowotworowe, bo to właśnie rak – oprócz chorób serca – jest najczęstszą przyczyną zgonów na świecie.

– Niestety, nie uzyskamy szybko nowej terapii. Pierwsza odpowiedź, czy warto badania kontynuować, otrzymamy w roku 2023, potem przez 3–4 lata będziemy tę technologię testować – ocenia Jacek Jemielity.

Polacy na podstawie aktywności mózgu badają automatyczne reakcje i naukę nowych słów. W przyszłości mogą opracować skuteczną metodę nauki języków obcych

Naukowcy od lat próbują określić, co dzieje się w mózgu kiedy mówimy, czytamy czy uczymy się nowych słów. Dzięki nowoczesnym urządzeniom można już badać aktywność mózgu. Pomagają one ustalić źródło chorób czy aktywność neuronów np. podczas depresji czy u pacjentów w śpiączce. Elektroencefalograf bada nasze reakcje w codziennej komunikacji. Polacy chcą zbadać, w jaki sposób uczymy się nowych słów, jak funkcjonuje mózg osób dwujęzycznych. W przyszłości badania mogą pomóc w opracowaniu nowych, skutecznych metod nauki języków obcych. Lepsza znajomość mózgu pozwoli też przywrócić mowę osobom cierpiącym na afazję.

– Elektroencefalografia jest metodą, którą wykorzystujemy po to, żeby zarejestrować bioelektryczną aktywność, która generowana jest w mózgu, ale dociera do czaszki i za pomocą elektrod może być rejestrowana. Badania te pozwalają zajrzeć wewnątrz mózgu i sprawdzić, w jaki sposób nasze automatyczne reakcje w komunikacji codziennej odzwierciedlają się w tej aktywności – mówi agencji Newseria Innowacje dr Karolina Rataj, adiunkt na Wydziale Anglistyki UAM, kierownik Laboratorium Neuronauki Języka.

Mózg zawiera ok. 100 miliardów neuronów i 100 tys. miliardów połączeń. Coraz więcej wiemy, który obszar mózgu odpowiada za emocje, który za naukę, jednak wciąż mózg kryje przed nami wiele tajemnic. Dzięki nowoczesnym urządzeniom i zaawansowanym badaniom wiemy o nim coraz więcej.

Badacze University of Southern California opublikowali raport, w którym wyjaśniają, dlaczego niektórzy ludzie doświadczają bardziej intensywnych emocji podczas słuchania muzyki – odpowiada za to większa objętość włókien łącznych między korą słuchową a obszarami związanymi z przetwarzaniem emocjonalnym. Inni poprzez stymulację nerwu błędnego przywrócili przytomność osobie od 15 lat w stanie wegetatywnym – dotychczas uważało się, że zaburzenia świadomości trwające dłużej niż 12 miesięcy są nieodwracalne. Badacze z University of Manchester zidentyfikowali z kolei główną przyczynę demencji, a naukowcy ze Szpitala Dziecięcego w Filadelfii – że masowa reorganizacja korowa, która następuje w wyniku amputacji, jest odwracalna.

Niemal co roku pojawiają się zupełnie nowe wyniki badań. O samej nauce języka wiemy jednak wciąż stosunkowo niewiele. Badania poznańskiego Laboratorium Neuronauki Języka mają pomóc to zmienić.

– Realizujemy projekty badawcze, które skupiają się na takich zagadnieniach, jak kreatywność werbalna, przetwarzanie emocji w języku rodzimym oraz w języku obcym czy przetwarzanie mowy. To są na razie badania podstawowe, natomiast w przyszłości chcielibyśmy skupić się również na badaniach, które sprawdzą zastosowanie wyników badań podstawowych w życiu codziennym – tłumaczy dr Karolina Rataj.

W Laboratorium Neuronauki Języka naukowcy przy użyciu elektroencefalografów badają, co dzieje się w mózgu, kiedy mówimy, czytamy czy uczymy się nowych słów. Prowadzone są m.in. projekty badawcze dotyczące funkcji wykonawczych mózgu, czyli tych odpowiedzialnych za tworzenie i nadzorowanie planu działania oraz przetwarzania znaczeń słów w języku ojczystym i obcym.

– Jednym z zagadnień, które obecnie badamy w laboratorium jest przetwarzanie kreatywnych treści, np. takich jak poezja. Prezentujemy badanym nowatorskie wykorzystanie przedmiotów codziennego użytku i pytamy ich np., czy wyobrażają sobie, że można wykorzystać skrzynkę po piwie lub cegły jako krzesło. Przyglądamy się, jak mózg reaguje na tego rodzaju treści. Okazuje się, że mózg reaguje zwiększoną aktywnością już około 400 milisekund po prezentacji danej pary wyrazów czy danego bodźca – mówi ekspertka.

Niedawno naukowcy z University of California (UC) w Berkeley stworzyli interaktywne mapy semantyczne 3D, które mogą dokładnie przewidzieć, które części mózgu zareagują na określone kategorie słów. W przyszłości ich odkrycie może pozwolić na poznanie przyczyn i skutecznych metod leczenia dysleksji. Polacy badają mowę i aktywację różnych obszarów mózgu. Ich badania mogą się przyczynić do opracowania zupełnie nowej i szybkiej metody nauki języków obcych. Pomogą też pacjentom cierpiącym na afazję, czyli zanik mowy.

– Badania w laboratorium prowadzone są zarówno na języku rodzimym, jak i języku obcym osób dwujęzycznych. Studenci Wydziału Anglistyki reprezentują również różne poziomy języka angielskiego, dzięki temu możemy badać w laboratorium rozwój języka obcego na poziomie od pierwszego roku do drugiego roku studiów magisterskich, co daje nam ogromny wgląd w to, jak ten język drugi się rozwija – przekonuje dr Karolina Rataj.

Laboratorium Neuronauki Języka na Wydziale Anglistyki UAM zostało otwarte w maju 2019 roku. Znajduje się w budynku Wielkopolskiego Centrum Zaawansowanych Technologii.

Smart biurowce w budowie

Polska stała się jednym z najbardziej rozwojowych rynków nieruchomości komercyjnych w Europie Środkowo-Wschodniej. Wartość transakcji w sektorze sięgnęła kwoty 7,2 miliarda Euro, a podaż powierzchni biurowych w 7 największych aglomeracjach wyniosła 10,4 mln m2[i]. Nowoczesne powierzchnie biurowe wyposażone w inteligentne rozwiązania są odpowiedzią na oczekiwania kolejnych coraz młodszych pokoleń pracowników, którzy oczekują dużej interakcji z miejscem, w którym pracują.

Mimo iż Warszawa przoduje w zestawieniach nowych inwestycji to w miastach regionalnych takich jak, Wrocław czy Trójmiasto rynek także rośnie. Podstawą popytu nowych centrów biurowych są firmy z sektora nowoczesnych usług biznesowych czy konsolidującego się rynku IT. Jak podają raporty branżowe na terenie naszego kraju funkcjonuje 1,230 centrów usług, zatrudniających ponad 280,000 pracowników[ii]. Jednym z szybciej rozwijających się rynków nieruchomości komercyjnych poza Warszawą jest Wrocław. Aktualnie budowanych jest tam ponad 200,000. Mkw. powierzchni biurowych, które zostaną oddane do użytku na przełomie 2019 i 2020 roku[iii]. Co ważne oddawane biurowce posiadają szereg inteligentnych rozwiązań wychodzących naprzeciw oczekiwaniom najemców.

Integracja z biurowcem

Szybki rozwój rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce dyktowany jest wieloma względami takimi jak stopa zwrotu dla inwestorów czy popyt na nowoczesne biura. Słowo nowoczesne staje się tutaj kluczem, ponieważ pokolenie milenialsów oraz ich następcy nie wyobrażają sobie miejsca pracy, które nie wspiera ich naturalnego środowiska funkcjonowania – smartfonu. Jednym z przykładów integracji budynku z użytkownikiem jest wdrożenie zrealizowane przez Cavatina Holding oraz start-up Zonifero wywodzący się z technologicznej grupy TenderHut. Eksperci z polskiego Prop-Techu wyposażą topowe inwestycje dewelopera w rozwiązanie Integral by Cavatina, aplikację pozwalającą nie tylko zarządzać budynkiem, ale także wspierać w codziennej pracy przebywające w nim osoby. Aplikacja docelowo ma obsługiwać 150 tys. m2 powierzchni biurowych, a korzystać z niej ma 20 tys. użytkowników w 5 największych miastach polski. Jednym z flagowych wdrożeń jest wrocławski budynek Carbon Tower, do którego także wprowadzili się programiści z Grupy Kapitałowej TenderHut.

Carbon Tower z najemcą IT

W Carbon Tower swoje miejsce znajdzie kilkudziesięciu programistów z Grupy Kapitałowej TenderHut, tej samej, z której pochodzi startup Zonifero. Eksperci z SoftwareHut oraz ExtraHut będą mieli okazję sami korzystać z rozwiązania zrodzonego w ich firmie. Kilkadziesiąt miejsc pracy w komfortowych warunkach to element umacniania pozycji spółki na terenie Dolnego Śląska. Mimo dużej konkurencji zachodnich koncernów polska spółka inwestuje w rozwój i rozbudowuje swoje wrocławskie struktury. – Wrocławski oddział firmy to kluczowa inwestycja całej grupy, dlatego zadbaliśmy o to, aby powiększający się zespół ekspertów miał do dyspozycji najnowocześniejsze biuro. Carbon Tower jest też świetnie zlokalizowane, znajduje się w ścisłym biznesowym centrum Wrocławia. Przyznam szczerze, że nie mogliśmy doczekać się przenosin – tłumaczy Robert Strzelecki, prezes zarządu Grupy Kapitałowej TenderHut. Nowe powierzchnie biurowe zostały przekazane firmie z początkiem listopada i już dziś programiści mogą korzystać z najnowocześniejszych biur w tej części Europy.

Wrocławski czarny diament

Carbon Tower to nowoczesny budynek biurowy, który dostarczy ponad 19 000 m2 powierzchni biurowej klasy A. Szklana wieża charakteryzuje się innowacyjnymi rozwiązaniami architektonicznymi i jest naszpikowana zaawansowaną technologią. W budynku poprzez aplikację Integral możliwe jest centralne sterowanie z poziomu telefonu komórkowego umożliwiające kontrolę temperatury, oświetlenia, włączanie i wyłączanie urządzeń. W tym budynku światło wyłączy się samo, temperatura powróci do standardowej, a urządzenia się wyłączą, kiedy przestrzeń przestanie być używana. Z tego względu Carbon Tower był nominowany do Najlepszego Ekologicznego Projektu 2018 w konkursie PLGBC Green Building Awards 2018 oraz do Best National Office Development w CIJ Awards Poland 2019. Przeszklona fasada zapewni pracownikom maksymalny dostęp do światła dziennego oraz niezwykły, panoramiczny widok na miasto. Do innych udogodnień należy zaliczyć m.in. szafki i prysznice dla osób dojeżdżających do pracy na rowerach oraz 376 miejsc parkingowych zlokalizowanych na czterokondygnacyjnym parkingu.

[i] https://www.ey.com/pl/pl/industries/real-estate/przewodnik-po-polskim-rynku-nieruchomosci-2019

[ii] Idem

[iii]http://www.qbusiness.pl/index.php?mact=News,cntnt01,detail,0&cntnt01articleid=43129&cntnt01returnid=112

 

W sprawie 30-krotności ZUS doszliśmy do najgorszego rozwiązania

Niepewność dotycząca przyszłych składek na ZUS pozostanie elementem podwyższonego ryzyka dla pracodawców oraz pracowników. Może to ograniczać inwestycje w Polsce czy skłaniać do innych niż etat form zatrudnienia, co w rezultacie spowoduje spadek dochodów sektora finansów publicznych – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Już od dwóch lat toczy się dyskusja dotycząca zniesienia limitu 30-krotności składek na ZUS. Przyjęta przez parlament w grudniu 2017 r. nowelizacja ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych została skierowana do Trybunału Konstytucyjnego przez prezydenta na początku 2018 r. Po 11 miesiącach TK uznał, że ustawa jest niekonstytucyjna.

Teraz z kolei spory wewnątrz rządzącej koalicji doprowadziły do tego, że projekt zmian dotyczący limitu składek został wycofany przez jego autorów. Jednak przedstawiciele władz wcale nie rezygnują z dalszej pracy nad tą kwestią i dodatkowo zapowiadają inne zmiany systemu emerytalnego. Sekwencja ostatnich wydarzeń prowadzi więc do utrzymania niepewności w gospodarce oraz zwiększa ryzyko utraty przychodów państwa. Dlaczego?

Gra niewarta świeczki

Przede wszystkim wpływy netto dla sektora finansów publicznych (dodatkowe przychody dla Funduszu Ubezpieczeń Społecznych minus wyższe wydatki dla zatrudnionych przez państwo oraz mniejsze wpływy z innych podatków) związane ze zniesieniem 30-krotności wynoszą ok. 5 mld zł. To niewielka kwota stanowiąca niespełna 0,25 proc. PKB. To również bardzo mało, biorąc pod uwagę fakt, że wprowadzone przez ostatnie lata programy „z plusem” kosztowały ponad 10-krotnie więcej, a i wpływy wzrosły o wielokrotność tych 5 mld zł dzięki uszczelnieniu podatków i lepszej koniunkturze.

Warto też pamiętać, że zmiany dla najlepiej zarabiających wcale nie stanowią dodatkowych wpływów do FUS w długim terminie, gdyż one zwiększają przyszłe zobowiązania emerytalne oraz rentowe Funduszu. Realizacja tych wypłat nastąpi w momencie, gdy sytuacja demograficzna będzie znacznie gorsza niż obecnie, co stanie się kolejnym obciążeniem całego sektora finansów publicznych.

Płacimy prawie najwięcej za coraz mniej

Manipulowanie poziomem składek płaconych na ZUS przez pracownika ma także inny wymiar. Już teraz, według danych Komisji Europejskiej zamieszczonych w tegorocznym raporcie „Taxation Trends in the European Union”, polskie gospodarstwa domowe płacą na obowiązkowe ubezpieczenie emerytalne, rentowe oraz zdrowotne ponad 36,5 mld euro (2017 r). Stanowi to 22,9 proc. wszystkich krajowych wpływów sektora finansów publicznych (pomijając akcyzę na paliwa i podatki od nieruchomości), co daje drugi procentowo najwyższy wynik w Unii Europejskiej. W relacji do PKB jest to 7,8 proc., czwarty z najwyższych wyników w UE.

Społeczeństwo, mimo tych olbrzymich składek, ma świadomość, że emerytury relatywnie do wynagrodzeń będą znacznie niższe niż obecnie. Dlatego w kontekście niezadowalającego standardu usług medycznych oraz mglistej przyszłości świadczeń podczas jesieni życia istnieje pokusa, by szukać innych, konkurencyjnych do umowy o pracę form zatrudnienia.

Najsprawiedliwiej zwiększyć Polakom podatki. Serio

Szukając na gwałt przychodów, można się zawsze zastanowić, czy zwiększyć obciążenia przedsiębiorcom, ale nie tylko tym którzy wypłacają najwyższe wynagrodzenia (niekoniecznie to musi być tożsame z wysokimi zyskami tych firm), lecz wszystkim? Dane Komisji Europejskiej pokazują, że w przypadku składek na zabezpieczenie społeczne polscy pracodawcy płacą 5,1 proc. PKB, co przekłada się na 19. miejsce w UE.

Klasyfikacja ta nie uwzględnia jednak wpłat pracodawców na Pracownicze Plany Kapitałowe. Poza tym wprowadzenie takich obciążeń przy oczekiwanym spowolnieniu gospodarczym także nie wydaje się sensowne.

Najłatwiej, a jednocześnie najbardziej fair w stosunku do społeczeństwa, jest po prostu podnieść bezpośrednie podatki (PIT), zwiększając przynajmniej lekko ich progresywność. Programy socjalne są bardzo kosztowne (500 plus, 13. i 14. emerytura), a obciążanie PIT w Polsce jest stosunkowo niskie – według KE 21. miejsce w UE w relacji do PKB.

Bezsensowna niepewność

Na razie jednak nie ma planów, by stawki PIT zostały podniesione. Do zamrażarki poszedł pomysł likwidacji limitu 30-krotności ZUS, ale nie zrezygnowano z niego. W rezultacie zostało ryzyko nagłego zwiększenia kosztów, które np. będzie towarzyszyć przedsiębiorstwom zatrudniającym pracowników sektorów związanych z nowymi technologiami i usługami biznesowymi.

Z kolei ci zarabiający powyżej 2,5-krotności średniej krajowej prawdopodobnie będą się zastanawiać, jak uniknąć dodatkowych obciążeń fiskalnych, gdy obecny projekt zostanie wyjęty z zamrażarki lub pojawi się analogiczny pomysł.

Zarówno pracodawcy, jak i pracownicy mogą więc już szukać sposobów, by ograniczyć przyszłe obciążenia. W porównaniu do scenariusza zakładającego gwarancję niezmienności  bieżących warunków prawdopodobnie mniej firm zainwestuje, natomiast większa liczba pracowników poszuka innych, podatkowo mniej ryzykownych, form zatrudnienia. Finalnie zatem ta podwyższona niepewność może spowodować zarówno ubytek tak potrzebnych obecnie inwestycji, jak i wpływów do sektora finansów publicznych.

Przed nami „minutki” z ostatniego spotkania FOMC

Wczoraj polski złoty nieco umocnił się w relacji do głównych walut, jednak dziś ponownie traci. Nasza waluta pozostaje stosunkowo słaba, w parze z euro utrzymując się nieznacznie poniżej psychologicznej granicy 4,30. Jej przekroczenie ostatnim razem notowaliśmy w połowie października.

Pierwsza połowa tygodnia nie obfitowała w zbyt wiele informacji zarówno z Polski, jak i świata. Druga połowa powinna być jednak dużo ciekawsza: odpowiednio dziś i jutro poznamy “minutki” z ostatnich spotkań decyzyjnych FOMC i EBC, a w kolejnych dwóch dniach poznamy również najnowsze dane o płacach i zatrudnieniu w przedsiębiorstwach w Polsce oraz dane o krajowej produkcji przemysłowej. Największą uwagą powinny jednak cieszyć się nowe dane PMI opisujące aktywność gospodarczą w strefie euro, które poznamy w piątek. W ich kontekście jesteśmy optymistyczni: czekamy na kolejny sygnał, że aktywność gospodarcza w strefie euro odbija się od dna.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN we wtorek spadł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,28-4,30. Kurs EUR/USD z kolei nieco wzrósł. Początek tygodnia nie przyniósł zbyt wielu istotnych informacji ze strefy euro. W kontekście wczorajszego dnia można wspomnieć o przemówieniu głównego ekonomisty EBC, Philipa Lane’a. Jego retoryka w kontekście perspektyw gospodarek strefy euro jest uspokajająca. Stwierdził on, że [EBC] nie dostrzega recesji we wspólnym bloku i oczekuje ożywienia w ciągu roku czy dwóch.

GBP

Kurs GBP/PLN we wtorek spadł o 0,5%, wahając się w widełkach 4,99-5,03. Uwaga inwestorów obserwujących sytuację w Wielkiej Brytanii skupia się przede wszystkim na nadchodzących wyborach parlamentarnych, które odbędą się 12 grudnia. Wczorajsza debata liderów dwóch najbardziej liczących się ugrupowań politycznych w Wielkiej Brytanii – Partii Konserwatywnej i Partii Pracy koncentrowała się na Brexicie. Stanowisko lidera torysów, Borisa Johnsona w tej kwestii jest dość proste: chce on doprowadzić do Brexitu 31 stycznia, po akceptacji przez brytyjski parlament wynegocjowanej przez niego wersji porozumienia o wyjściu z Unii Europejskiej. Jeremy Corbyn, lider laburzystów zamiast tego chce wynegocjować swoją wersję porozumienia zakładającą bliższe stosunki z UE i przeprowadzić referendum ws. jego akceptacji, z możliwością zagłosowania za pozostaniem w UE. Zgodnie z sondażem YouGov debatę wygrał Johnson, uzyskując minimalną przewagę – 51% do 49%. Jego partia ma też największe szanse na zwycięstwo w wyborach – zgodnie z ostatnim sondażem Kantar, torysi mają 18-procentowe przewodzenie nad laburzystami.

USD

Kurs USD/PLN we wtorek spadł o 0,2%, wahając się w widełkach 3,87-3,88. Wczorajsze dane z amerykańskiego rynku nieruchomości w październiku w ujęciu ogólnym okazały się nieco lepsze od oczekiwań, rynek jednak nie przywiązał do nich zbyt dużej uwagi.

Kluczową kwestią cały czas pozostaje wojna handlowa USA i Chin, brak jednak pozytywnych wieści w tym kontekście. Wygląda na to, że nastroje między państwami w ostatnim czasie uległy pewnemu schłodzeniu: amerykański Senat uchwalił wczoraj ustawę, która ma na celu wspieranie praw człowieka protestujących w Hongkongu. Zostało to uznane przez Pekin za wtrącanie się przez USA w sprawy wewnętrzne kraju. Po tym, jak obie izby Kongresu wypracują finalną wersję ustawy Donald Trump musi zdecydować o jej podpisaniu. W kontekście samej wojny handlowej prezydent Trump wczoraj po raz kolejny groził Chinom, stwierdzając, że brak porozumienia ws. handlu oznaczać będzie wyższe cła.

Dziś wieczorem warto będzie zwrócić uwagę na „minutki”, które rzucą nieco więcej światła na to, jak wyglądała dyskusja decydentów Rezerwy Federalnej podczas ostatniego spotkania zakończonego obniżką stóp procentowych. Retoryka prezesa Powella po spotkaniu i jego ostatnie komentarze sugerują, że czeka nas okres stabilizacji stóp procentowych. Nie należy jednak pomijać dzisiejszych “minutek” – każdy istotny sygnał dotyczący perspektyw kształtowania się stóp procentowych w USA jest zawsze warty uwagi.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

20:00 – „minutki” z ostatniego spotkania FOMC

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Dlaczego polskie banki nie chcą finansować farm fotowoltaicznych?

  • Kredyt na budowę większej farmy PV jest bardzo trudny do uzyskania w Polsce.
  • Rosnąca popularność OZE powinna skłonić polskie instytucje finansowe do przygotowania oferty wsparcia finansowego.
  • System aukcyjny gwarantujący stały zysk oraz powtarzalność inwestycji sprawiają, że ryzyko niespłacenia zobowiązań jest znikome.

Jedną z głównych bolączek polskiego rynku PV jest brak szerokiej oferty finansowania budowy instalacji, zwłaszcza farm fotowoltaicznych. Owszem, niektóre banki posiadają ofertę kredytową dla instalacji OZE, ale w znacznej większości jest to wsparcie dla klientów indywidualnych lub małych firm zainteresowanych postawieniem mikroinstalacji. Podmioty, które startują w aukcjach URE, mają ograniczone możliwości pozyskania finansowania na realizacji zwycięskich projektów.

Choć w ostatnich miesiącach zauważamy pewną zmianę w podejściu polskich instytucji finansowych do kredytowania dużych instalacji PV, to nie jest to działanie masowe. Jedynie kilka banków otworzyło się na możliwość współpracy w ich realizacji. Nawet projekty, które uzyskały wsparcie rządowe w ramach systemu aukcyjnego w poprzednich latach, nie zawsze mogą liczyć na zewnętrzne finansowanie. Z tego powodu wiele z tych farm nie powstanie, co negatywnie wpływa na dywersyfikację rynku energetycznego w Polsce – zauważa Małgorzata Gil, Dyrektor Działu Projektów w PCWO Energy S.A.

Zupełnie inaczej wygląda sytuacja za granicą. W innych państwach spółki energetyczne nie tylko mogą wybierać z szerokiej oferty bankowej, ale istnieją wręcz instytucje specjalizujące się w finansowaniu OZE i fotowoltaiki. Przykładami instytucji chętnie finansujących inwestycje PV są hiszpański CaixaBank lub francuski La Banque Postale. Oba te podmioty współpracują też z Europejskim Bankiem Inwestycyjnym w tym obszarze. Hiszpański podmiot na początku roku uruchomił z EBI linię kredytową dla działań przyczyniających się do ochrony klimatu o wartości 30 mln EUR, a francuska instytucja podpisała wiosną umowę z EBI na start programu wsparcia dla instalacji wiatrowych i fotowoltaicznych. Dlaczego zatem polskie instytucje nadal są niechętne finansowaniu PV?

Oto pięć argumentów świadczących o tym, że kredytowanie farm fotowoltaicznych jest korzystne dla polskich instytucji finansowych:

  1. Popularność OZE, a w szczególności PV, będzie systematycznie rosnąć

Zarówno trendy panujące na świecie, jak i kierunek, w którym zmierza energetyka w Polsce, potwierdzają, że odnawialne źródła energii będą regularnie zyskiwać na znaczeniu. Szczególnie dynamicznie rośnie udział fotowoltaiki w koszyku energetycznym. Dlatego polskie instytucje powinny rozważyć pójście w ślady swoich zagranicznych odpowiedników. Zwłaszcza że jak pokazują przykłady z Hiszpanii i Francji, one same mogą liczyć na wsparcie w tworzeniu programów kredytowych dla farm PV, np. EBI.

  1. Fotowoltaiki nie można porównywać do wiatraków

Wiele polskich instytucji finansowych patrzy na fotowoltaikę przez pryzmat energetyki wiatrowej i przeciwności, z jakimi musiała się mierzyć, zarówno w postaci niekorzystnego systemu pomocy publicznej, jak i ograniczeń legislacyjnych. Nie można jednak porównywać farm PV do wiatraków. To dwie zupełnie różne technologie o drastycznie odmiennych wymaganiach inwestycyjnych, infrastrukturalnych i eksploatacyjnych. – Uruchomienie farmy PV o mocy do 1 MW wymaga zdecydowanie mniejszych nakładów finansowych niż farmy wiatrowej o podobnej mocy. Warto też zauważyć, że fotowoltaika przeżywa w ostatnich latach boom. Łączna moc instalacji uruchomionych do października tego roku wyniosła ok. 500 MW, czyli tyle ile osiągnięto w sumie w ciągu poprzednich 8 lat! – dodaje Małgorzata Gil z PCWO Energy.

  1. Łatwo ocenić ryzyko inwestycji w farmę PV

Większość farm fotowoltaicznych budowanych jest według określonego schematu. Oznacza to, że są to projekty powtarzalne. W związku z tym łatwo zmierzyć i policzyć zarówno nakłady potrzebne na realizację, jak i wszelkie ryzyka oraz zagrożenia związane z inwestycją. Newralgicznym momentem jest w zasadzie tylko etap budowy. Trzeba jedna pamiętać, że gotowy projekt, zwłaszcza jeżeli wygrał on aukcję URE, można sprzedać inwestorowi, który ją ukończy. Wystawianie zwycięskich projektów farm PV na sprzedaż jest rynkową praktyką, zatem instytucje finansowe nie powinny się obawiać braku spłaty zobowiązań, jeżeli pierwotny właściciel nie podoła wykonaniu instalacji.

  1. Zagraniczni inwestorzy zarabiają na polskiej fotowoltaice

W związku ze znikomymi możliwościami pozyskania finansowania u polskich instytucji finansowych większość projektów, które uzyskały wsparcie publiczne, jest realizowana z pomocą pieniędzy zagranicznych. Po pierwsze, można zauważyć duże zainteresowanie zakupem tych projektów przez fundusze inwestycyjne z innych państw. Biorąc pod uwagę skalę polskiego rynku, mogą one go zdominować całkowicie. Same też często uczestniczą w aukcjach. Po drugie, część polskich podmiotów w momencie braku oferty ze strony polskich banków, zaciąga kredyty w zagranicznych instytucjach.

  1. Aukcje URE gwarantują spłatę kredytu

Zastąpienie zielonych certyfikatów systemem aukcyjnym znacząco ożywiło polski sektor OZE. Przede wszystkim ustabilizował on zysk, na jaki mogą liczyć właściciele instalacji, co jest niezwykle istotne dla kredytodawcy. Stały, określony z góry w perspektywie 15-letniej przychód,  sprawia, że można mieć praktycznie pewność, że wszelkie zobowiązania zostaną spłacone. Nie ma bowiem lepszej gwarancji regularnych wpływów niż pomoc publiczna.

Źródło: PCWO Energy S.A.

OLX: W 2020 r. już nie rynek pracownika, a rynek równowagi

Według najnowszych badań przeprowadzonych przez OLX Praca nie mamy dziś do czynienia z rynkiem pracownika, lecz z rynkiem przywróconego balansu. Zarówno pracownicy, jak i pracodawcy mierzą się z dynamicznie zmieniającym się otoczeniem. Jedna i druga grupa chce realizować swoje cele i potrzeby. To, co je różni, to problemy i wyzwania, którym muszą sprostać.

Zgodnie z badaniami opublikowanymi przez Główny Urząd Statystyczny w drugim kwartale 2019 r. liczba ludności aktywnej zawodowo w wieku 15 lat i więcej wyniosła ponad 17 mln osób, z tego ok. 16,5 mln to pracujący, a 548 tys. – bezrobotni. Najniższa w historii stopa bezrobocia sprawia, że niedobór pracowników staje się wyjątkowo istotną kwestią, a to przecież nie jedyne wyzwania, przed jakimi stoi rynek pracy w 2020 r. 

Specjaliści z branży HR nieustannie monitorują sytuację na rynku pracy i dostosowują rozwiązania do zmieniających się warunków. W ostatnich latach największymi problemami okazały się niedobór wykwalifikowanych pracowników oraz rotacja. Starzejące się społeczeństwo, automatyzacja i robotyzacja, nowe potrzeby i oczekiwania pracowników – te kwestie również zasługują na szczególną uwagę.

Wymiana doświadczeń HR

Doskonałą okazją, by rozmawiać o bieżącej sytuacji na rynku pracy było wydarzenie OLX Praca. Know How 2020, które odbyło 19 listopada w Centrum Praskim Koneser w Warszawie. Podczas spotkania w gronie specjalistów z działu HR uczestnicy mogli wymienić się wiedzą i doświadczeniem, porozmawiać o bieżącej sytuacji na rynku i wyzwaniach oraz poznać nowe metody i techniki pracy. To właśnie wymiana doświadczeń stała się motywem przewodnim, który przyświecał całemu spotkaniu.

Nasze najnowsze badania wskazują na dwa największe wyzwania na współczesnym rynku pracy. Są to efektywna rekrutacja i rotacja pracowników. W kontekście niskiego bezrobocia, zmian społecznych, gospodarczych i technologicznych te wyzwania są bardzo trudne dla pracodawców. A mając na uwadze nasze ubiegłoroczne badania, gdzie poznaliśmy perspektywę pracowników, wiemy, że pracownicy tak naprawdę nie mają wygórowanych potrzeb. Chodzi im o normalność w pracy, czyli jasno określone warunki współpracy, dostęp do podstawowych narzędzi. Liczą się dla nich symetria, czyli równe relacje z pracodawcą, oraz prawda, już na etapie ogłoszenia, żeby w ofertach pracy nie zamieszczać pustych frazesów, które nie mają pokrycia w docelowej współpracy – wyjaśnia Anna Janowczyk, Senior Communications Specialist w OLX Group.

Nowy serwis contentowy

W trakcie wydarzenia OLX Praca. Know How 2020 inaugurację miał projekt, który został opracowany w interdyscyplinarnym zespole ekspertów w odpowiedzi na potrzeby i wyzwania branży. Przygotowano nową platformę wymiany wiedzy i doświadczeń – praca.olx.pl, która tematyką obejmuje wiele różnych zagadnień ważnych dla pracodawców i przedstawicieli działów HR.

Przygotowaliśmy serwis praca.olx.pl i podzieliliśmy go na dwie części. Pierwsza część jest dedykowana rekruterom, osobom poszukującym pracowników. Znajdują się tam artykuły branżowe, sondy uliczne, kalkulatory obliczające średnią zarobków na poszczególnych stanowiskach, wywiady w formie video, nasz najnowszy raport i wiele innych materiałów. W pierwszym kwartale 2020 r. uruchomimy część dla pracowników. Jest to dla nas bardzo ważne, ponieważ cały czas jednym z naszych głównych celów jest angażowanie potencjalnych pracowników do tego, żeby aplikowali na oferty pracy umieszczane na OLX. Chcemy ich edukować, dostarczać jak najwięcej informacji, żeby mogli znaleźć dla siebie jak najlepszą pracę – mówi Anna Janowczyk, Senior Communications Specialist w OLX Group.

Prognozy na nadchodzący rok

Zmiany na rynku pracy determinują wyzwania w obszarze HR. Znalezienie pracownika, który zostanie w firmie na dłużej, jest wyzwaniem. A przełom roku to moment, kiedy jeszcze więcej osób szuka pracy i rekruterzy powinni się do tego przygotować.

Styczeń każdego roku jest najmocniejszym miesiącem w kategorii Praca. W każdym miesiącu przychodzi do nas średnio ok. 3 000 000 użytkowników. W styczniu tego roku przekroczyliśmy magiczną barierę 4 000 000 milionów. A zgodnie z naszymi prognozami aplikantów w styczniu 2020 będzie jeszcze więcej – zapowiada Artur Kołpowski, Head of Jobs w OLX Group.

Kurs euro atakuje 4,30 zł. Rynki sceptyczne po expose premiera

Expose premiera wcale nie spowodowało, że złoty jakoś wyraźnie zyskiwał. Rynki widzą, że realizacja tych obietnic w kontekście pogarszającej się koniunktury może się skończyć nagłym wzrostem deficytu.

Euro zbliża się do 4,30 zł

Wczorajsza wizja dobrobytu i wszelkiej pomyślności przedstawiona przez premiera nie podziałała zbyt mocno na wyobraźnię inwestorów. W ciągu dnia złoty, co prawda, zyskiwał względem euro, ale dzisiaj w nocy natychmiast oddał całe umocnienie. Złoty w dalszym ciągu jest relatywnie mocny, patrząc na perspektywę ostatniego kwartału, kiedy to dwukrotnie euro docierało do okolic poziomu 4,40 zł. Z drugiej strony jeszcze na początku listopada było 5 groszy tańsze. Efektem tej podwyżki było również przekroczenie przez funta granicy 5 zł. Funt był w miarę stabilny względem głównych walut, ale skoro złoty stracił na wartości, to osłabł również względem brytyjskiej waluty.

Zmiany w podatku CIT

Na lata 2020-2021 zapowiadana jest ważna zmiana w systemie podatkowym – premier chce wprowadzić tzw. estoński CIT dla mikro- i małych firm. Będzie on pobierany dopiero w momencie wypłaty zysków z firmy. Problem w tym, że to kolejna zmiana, która nie wpłynie korzystnie na budżet. Firmy, chcąc nie płacić podatku CIT, będą mogły reinwestować swoje zyski w kolejne przedsięwzięcia. W rezultacie dochody budżetowe otrzymają kolejne uderzenie. Patrząc na łatwość pojawiania się kolejnych ulg i wydatków socjalnych można mieć podejrzenia, jakim deficytem będą zamykać się kolejne budżety. W krótkim horyzoncie pobudzi to koniunkturę, w długim może nam grozić scenariusz krajów południa Europy.

Węgrzy pozostawili stopy procentowe bez zmian

Wczoraj wbrew oczekiwaniom części inwestorów stopy procentowe na Węgrzech nie uległy obniżce. Narodowy Bank Węgier (MNB) pozostawił na poziomie: 0,9% referencyjną, 3-miesięczną depozytową stopę procentową. Warto pamiętać, że Węgrzy wbrew popularnej praktyce zmieniają stopy procentowe o 0,15%, a nie jak to często ma miejsce o 0,25%, stąd taka wartość. Inwestorzy spodziewali się, że stopy mogą spaść pierwszy raz po serii obniżek z pierwszej połowy 2016 roku. Dowodem na to był wzrost ceny forinta. Inwestorzy, którzy sprzedali walutę, licząc na jej tańsze odkupienie, po decyzji MNB odwracali swoją pozycję inwestycyjną.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

20:00 – USA – protokół z posiedzenia FOMC.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Prawa człowieka vs prawa rynku

Doniesienia o przegłosowaniu przez Senat USA ustawy popierającej protestujących w Hong Kongu podniosła nerwowość na rynkach finansowych, gdyż bynajmniej nie pomaga w toczących się negocjacjach handlowych. Awersja do ryzyka jest zauważalna, ale tak samo, jak ostatnie wzrosty indeksów odbywały się w żółwim tempie, tak i teraz korekta przebiega w umiarkowanym tempie.

Przegłosowana w Senacie ustawa jeszcze musi ponownie przejść przez Izbę Reprezentantów i być podpisana przez prezydenta Trumpa, który ma prawo weta. Zatem za chwile równie dobrze może jej nie być, a i jej zapisy mają większe znaczenie wizerunkowe niż sankcyjne. Departament Stanu USA będzie zobowiązany do corocznej rewizji, czy Hong Kong pozostaje „w wystarczającym stopniu autonomiczny od Pekinu, by zachować przywileje handlowe”.

Jakkolwiek decyzja Kongresu może się nie spodobać władzom w Pekinie i zapewne sprowokuje krytykę w chińskiej prasie, tak jest mało realne, aby kwestia Hong Kongu miała istotnie zaważyć na prospektach umowy handlowej. Po pierwsze Chinom za bardzo zależy na cofnięciu ceł na towary eksportowane do USA, by dać pretekst do eskalacji spory handlowego. Jednocześnie stanowisko Kongresu jest odrębną decyzją od polityki prowadzonej przez Trumpa, więc jest mało prawdopodobne, aby Biały Dom nagle miał zmienić swoją strategię w negocjacjach handlowych. Mimo to dalszy przebieg działań wokół ustawy może być źródłem negatywnych informacji prasowych, plotek i przecieków, które będą odbijać się w sentymencie rynkowym.

Szczególnie jeśli inwestorzy zostaną na jakiś czas pozbawieni powodów, by podtrzymywać wątły optymizm. W ostatnich godzinach rynek dość szybko zbagatelizował doniesienia Bloomberga, że USA i Chiny rozmawiają o ewentualnym wycofaniu ceł do stanu sprzed eskalacji sporu w maju. Jeden powód, dla którego nie należy się aż nadto ekscytować, to żądania Chin, aby USA cofnęły wszystkie cła nałożone w ostatnich sześciu miesiącach, na co Waszyngton prędko się nie zgodzi, chyba że Pekin pójdzie na większe ustępstwa. Twarde warunki, o których spełnienie będzie trudno i jeśli nie usłyszmy oficjalnych deklaracji, wszystko może pozostać w formie pobożnych życzeń.

Rynki wzmacniają dziś awersję do ryzyka, choć biorąc pod uwagę żółwie tempo ostatnich zmian, także i korekta nie powinna przybierać dynamizmu, o ile nie pojawią się szokujące doniesienia. W kalendarzu mamy dziś przede wszystkim minutki z październikowego posiedzenia FOMC, choć są małe szanse, aby wiele one zmieniły. Na konferencji po posiedzeniu FOMC prezes Powell stwierdził, że będzie potrzeba istotnej zmiany perspektyw gospodarczych, aby bank powrócił do luzowania monetarnego. W protokole poszukiwane będą informacje, co członkowie Komitetu traktują jako te istotne zmiany. Interesującym może też być, jak członkowie FOMC zapatrują się na kwestię przestrzelenia celu inflacyjnego 2 proc., o czym prezes Powell wspominał na konferencji. Większe przyzwolenie na wzrost inflacji będzie implikować brak perspektywy podwyżek stóp procentowych na dłużej.

Poza tym CAD będzie wrażliwy na odczyt inflacji z Kanady. Inflacja pozostaje blisko celu (2 proc. r/r +/-1 proc.), ustawiając BoC w komfortowej sytuacji i pomaga oddalić apele za luzowaniem polityki. Jednak biorąc pod uwagę wrażliwość uczestników rynku na sygnały sugerujące zmiany nastawienia Banku w gołębią stronę, większa reakcja powinna wystąpić w przypadku, gdyby dane zaskoczyły negatywnie.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

O 5 proc. mniej wniosków uchodźczych po III kwartale 2019 r.

Nieco ponad 2,9 tys. cudzoziemców złożyło w Polsce wnioski o udzielenie ochrony międzynarodowej w pierwszych III kwartałach tego roku. Oznacza to spadek o ok. 5 proc. w porównaniu do analogicznego okresu 2018 r. Decyzje pozytywne przyznające status uchodźcy lub ochronę uzupełniającą otrzymało w sumie 217 osób. Decyzje negatywne wydano wobec prawie 1,3 tys. obcokrajowców, a 1,5 tys. postępowań umorzono.

Pierwszą piątkę najliczniej reprezentowanych krajów pochodzenia cudzoziemców ubiegających się o ochronę międzynarodową stanowiły:

  • Rosja – 1860 osób
  • Ukraina – 345 os.
  • Tadżykistan – 77 os.
  • Turcja – 75 os.
  • Afganistan – 52 os.

Prawie 65 proc. z 2,9 tys. wniosków zostało złożonych po raz pierwszy.

W trzech kwartałach tego roku warunki przyznania ochrony międzynarodowej (statusu uchodźcy lub ochrony uzupełniającej) spełniało 217 cudzoziemców. Byli to głównie obywatele Rosji – 67 osób, Turcji – 37 os., Ukrainy – 18 os. i Tadżykistanu – 18 os.

W analizowanym okresie decyzje negatywne otrzymało natomiast prawie 1,3 osób. Byli to głównie obywatele Rosji – 718 osób, Ukrainy – 257 os. i Tadżykistanu – 54 os. Najwięcej postępowań zakończyło się umorzeniem – 1,5 tys. spraw. Dotyczyło to w zdecydowanej większości obywateli Rosji – 1,1 tys. osób. Sprawy są umarzane w sytuacji gdy cudzoziemiec opuścił Polskę nie czekając na wydanie decyzji, najczęściej udając się do państw Europy Zachodniej.

Prowadzenie postępowań i wydawanie decyzji administracyjnych w zakresie ochrony międzynarodowej jest jednym z głównych zadań Urzędu do Spraw Cudzoziemców. Cudzoziemcowi nadaje się status uchodźcy jeżeli na skutek uzasadnionej obawy przed prześladowaniem w kraju pochodzenia z powodu rasy, religii, narodowości, przekonań politycznych lub przynależności do określonej grupy społecznej nie może lub nie chce korzystać z ochrony tego kraju. Ochronę uzupełniającą przyznaje się gdy powrót do kraju pochodzenia może narazić cudzoziemca na rzeczywiste ryzyko utraty życia czy zdrowia.

Podczas trwania procedury uchodźczej cudzoziemcy mogą korzystać z pomocy socjalnej (m.in. zakwaterowanie, wyżywienie, opieka zdrowotna) zapewnianej przez Urząd do Spraw Cudzoziemców oraz zajęć edukacyjnych (m.in. nauka języka polskiego, kursy informacyjne). Mają oni do wyboru pobyt w ośrodku lub samodzielne utrzymanie się poza ośrodkami przy pomocy finansowej otrzymywanej od UdSC.

Ponadto, Urząd do Spraw Cudzoziemców realizuje projekt dodatkowego wsparcia materialnego i edukacyjnego dla obcokrajowców ubiegających się o udzielenie ochrony międzynarodowej. Celem inicjatywy jest m.in. dalsza poprawa warunków pobytowych ze szczególnym uwzględnieniem potrzeb dzieci i osób niepełnosprawnych oraz poszerzenie programu pedagogicznego i nauki języka polskiego.

W ramach projektu prowadzone są zajęcia edukacyjno-adaptacyjne dla najmłodszych dzieci mieszkających w ośrodkach dla cudzoziemców prowadzonych przez urząd. Kursy języka polskiego zostały wzbogacone o zajęcia przygotowawczo-wyrównawcze dla dzieci mających rozpocząć naukę w szkołach. Sfinansowane zostały także bony towarowe na zakup wyprawek szkolnych.

Wsparcie materialne objęło zakup m.in. wózków dziecięcych, bonów na artykuły niemowlęce (m.in. pieluchy, ubranka, kosmetyki, artykuły higieniczne), bonów na artykuły szkolne (m.in. przybory piśmiennicze, plecaki, stroje sportowe), artykułów medyczno-higienicznych oraz sprzętu dla osób niepełnosprawnych (kule i wózki inwalidzkie).

Chmura publiczna na fali wznoszącej. Przychody w 2020 r. osiągną wartość ponad 266 mld dolarów

Wartość usług chmurowych cały czas rośnie, stanowiąc jeden z najszybciej rozwijających się dziś obszarów gospodarki. Światowy rynek usług chmurowych wzrośnie o 17 proc. w 2020 r. do 266,4 mld dolarów, w porównaniu z 227,8 mld dol. w 2019 r., prognozują analitycy Gartnera. To wyraźny sygnał, że cloud computing przestał być jedynie ciekawostką technologiczną, a stał się biznesową codziennością.

Cały świat biznesu czujnie śledzi coraz bardziej przebojowe nowinki technologiczne. Niektóre branże odważnie wchodzą na drogę digitalizacji, inne są ostrożnie. Zawsze jednak wdrażanie rozwiązań bazujących na sztucznej inteligencji, Internecie rzeczy czy nowoczesnych aplikacjach biznesowych ma fundament w postaci platform chmurowych. Obecny wzrost wartości rynku chmury publicznej to zatem dopiero początek. Zdaniem analityków w 2022 r. wielkość rynku i wzrost segmentu usług chmurowych będzie niemal trzykrotnie większy niż wzrost ogólnych usług informatycznych.

Cloud we wszystkich swoich odmianach – chmura publiczna, prywatna, hybrydowa – demokratyzuje innowacje. Wielkie firmy mogą pozwolić sobie na drogi sprzęt komputerowy, małe i średnie nie za bardzo. Chmura daje im dostęp do rozwiązań zarezerwowanych niegdyś tylko dla dużych graczy. Jeśli firma decyduje się zbudować nową aplikację czy platformę, powinna pamiętać, że w cyfrowym świecie wszystko może być usługą i najprawdopodobniej projektowany wewnętrznie software już gdzieś istnieje. Pewnie można go dostać jako usługę w chmurze. Dzięki temu, cyfrowe przedsiębiorstwa mogą czerpać korzyści z tego faktu znacznie szybciej i jednocześnie mniej ryzykują, ponieważ kupują sprawdzone już rozwiązania – mówi Arkadiusz Sikora, Dyrektor Generalny w VMware Polska

Chmura, czyli informatyczny top of the top

Najbardziej wartościowym segmentem rynku chmury publicznej będą usługi udostępniane w modelu oprogramowanie jako usługa (SaaS – software as a service), którego wartość, według prognoz, wzrośnie w 2020 r. do 116 mld dolarów. Do 2022 r. rynek ten ma być wart nawet 150 mld dolarów. Drugi najwyższy wynik (50 mld dolarów) przypadnie na chmurowe usługi udostępnianie w modelu IaaS (infrastructure as a service). Ten segment będzie jednocześnie najszybciej rozwijającym się segmentem rynku. Według Gartnera wzrośnie o 24 proc. Wzrost ten będzie napędzać popyt firm na nowoczesne aplikacje, których wdrożeń nie potrafią udźwignąć tradycyjne centra danych.

Większość ankietowanych przez nas dyrektorów ds. informatyki wymienia inwestycje w rożne usługi chmurowe wśród trzech najważniejszych priorytetów inwestycyjnych. Wraz z rosnącym uzależnieniem działań biznesowych od technologii chmurowych, działy IT będą coraz częściej migrować firmowe dane i rozwijać aplikacje natywnie chmurowe – komentuje Sid Nag, wiceprezes ds. badawczych w Gartner.

Według analityków Gartnera jednym z najbardziej konkurencyjnych segmentów będzie rynek usług zarządzanych w chmurze (manager services). Do 2020 r. nawet 60 proc. globalnych firm będzie wdrażać tego typu rozwiązania od zewnętrznych usługodawców. To dwa razy więcej niż w 2018 r. Jak przekonuje Sid Nag, dodatkowe funkcje chmurowe, usługi aplikacyjne czy wsparcie we wdrożeniach środowisk hybrydowych i multicloud będą istotnym wyróżnikiem dla firm oferujących chmury.

Czy nad Wisłą zawisła chmura?

W Polsce wdrażanie chmury rozpoczęło się zdecydowanie później niż w krajach będących pionierami technologicznymi. I przebiega zdecydowanie wolniej. Z danych Eurostatu wynika, że obecnie tylko 11 proc. polskich firm wykorzystuje chmurę, przy unijnej średniej na poziomie 26 proc. Chmurowy krajobraz w Polsce jednak powoli się zmienia, a najlepszym przykładem jest rozwój rodzimych dostawców. W ostatnim czasie polska firma CloudFerro, podpisała kontrakt dla niemieckiej agencji kosmicznej DLR.

Wybór CloudFerro w przetargu dotyczącym niemieckiej platformy udostępniającej dane satelitarne jest kolejnym potwierdzeniem naszej rosnącej pozycji w Europie. Nasza chmura jest elastyczna, niezawodna i gotowa na wszelkie wyzwania związane z przetwarzaniem dużych ilości danych. Z przyjemnością realizujemy założenia Komisji Europejskiej dotyczące programu Copernicus i projektów DIAS. W CODE-DE mamy zamiar osiągnąć efekt synergii i wykorzystać wiedzę, doświadczenie i metody przetwarzania danych wypracowane podczas zarządzania innymi platformami  – mówi Maciej Krzyżanowski, prezes zarządu CloudFerro.

Firma posiada kilkuletnie doświadczenie w dostarczaniu chmury dla europejskich projektów związanych z udostępnianiem ogromnych zbiorów danych pochodzących z obserwacji Ziemi. Realizuje jedne z największych kontraktów, jakie udało się pozyskać polskim firmom IT dla sektora kosmicznego. Współpracuje z prawdziwymi gigantami, zajmującymi się danymi z satelitów – Europejską Agencją Kosmiczną, EUMETSAT czy ECMWF.

Wzrost zainteresowania chmurą na świecie przekłada się na rozwiązania, które pojawiają się na naszym krajowym podwórku. Ruszyła Chmura Krajowa, a wkrótce Ministerstwo Cyfryzacji ma ogłosić przetargi na budowę systemu gromadzenia danych opartego na chmurze obliczeniowej, z którego mogłyby korzystać instytucje państwowe i samorządy. Oprócz potrzeb biznesowych, również tego typu odgórne inicjatywy będą dawały wiatr w żagle naszym rodzimym dostawcom rozwiązań IT, w tym usług opartych na cloud computingu.

Rosnącą popularność cloud computingu w Polsce potwierdzają również wyniki badania “Chmura publiczna w Polsce 2019 – wykorzystanie, bezpieczeństwo, plany rozwoju”, zrealizowanego przez IDG we współpracy z Oktawave wśród firm, które korzystają lub planują skorzystać z rozwiązań chmurowych. Niemal jedna trzecia (30 proc.) z przedsiębiorstw, które planują wzrost wydatków na usługi IaaS, widzi go na poziomie ok. 11-29 proc., podczas gdy 23 proc. szacuje, że nakłady te będą większe o ok. 30-49 procent. Firmy, które planują zmniejszać stopień wydatków na chmurę, stanowią jednoprocentowy margines.

Propozycja podatku od majątku dzieli Amerykanów. Populizm czy sposób na plutokrację?

Senator z Massachusetts Elizabeth Warren, która staje się poważną kandydatką do wyścigu prezydenckiego z ramienia Partii Demokratycznej, w styczniu 2019 r. wywołała ogólnokrajową debatę, proponując wprowadzenie podatku od majątku najbogatszych Amerykanów.

Pomysł z pewnością nie jest nowy, ale propozycji Warren nie sposób zbyć argumentem o lewicowych fanaberiach, ponieważ według ostatniego sondażu Real Clear Politics z 22 października 2019 r. zajmuje ona drugie miejsce w wyścigu kandydatów demokratycznych do nominacji z 21,8% poparciem. Wyprzedza ją jedynie były wiceprezydent Joe Biden z 27,2% poparciem. Natomiast senator Bernie Sanders zajmuje trzecie miejsce z wynikiem 17,3%. Ten ostatni, jakkolwiek popularny w Ameryce, urząd prezydenta obejmowałby w wieku 80 lat, co nieco uszczupla jego szanse. Zresztą wszyscy liczący się kandydaci do urzędu to osoby, które mają ponad 70 lat i reprezentują pokolenie powojennego wyżu demograficznego tzw. baby boomers.

Na czym polega propozycja Warren?

Należałoby najpierw wskazać jej motywy. Otóż B. Obama w 2013 r. wyraził opinię, iż najbardziej palącym problemem amerykańskiej rzeczywistości jest rosnąca nierówność społeczna. Ameryka powoli dryfuje w kierunku plutokracji, a więc systemu rządów, u podstaw którego leży bogactwo, a władza zdominowana jest przez ludzi zamożnych. Na konferencji w Brookings, na początku września 2019 r., dwaj ekonomiści z Berkley Emmanuel Saez i Gabriel Zucman, którzy doradzali Warren w jej koncepcji podatkowej, przedstawili wyliczenia, według których 0,1% amerykańskich gospodarstw domowych, ale tych najbogatszych (blisko 175 tys.), koncentruje około 20% całego majątku. Dla porównania 40 lat temu, w 1980 r., ten sam odsetek gospodarstw skupiał mniej niż 10% ogólnego bogactwa kraju. Natomiast, jak wyliczył Zucman w badaniu opartym na bieżącej i późniejszych wersjach listy Forbes 400, w tym samym okresie majątek najzamożniejszych 400 gospodarstw domowych wzrósł prawie czterokrotnie z 1% do 3,5%. To tylko jeden z motywów propozycji Warren, bowiem Ameryka boryka się z wieloma poważnymi kwestiami strukturalnymi. Ma problem z ubezpieczeniami społecznymi, z długiem narodowym, z tzw. odroczoną modernizacją w infrastrukturze i oczywiście z klimatem. Żeby te problemy chociaż w części rozładować, potrzebne są ogromne pieniądze. Tymczasem D. Trump w 2017 r. „lekką ręką” podpisał wartą dwa biliony dolarów obniżkę podatków dla korporacji i najbogatszych obywateli (ang. Tax Cuts and Jobs Act), sprawiając, że roczny deficyt wzrósł do blisko biliona dolarów.

Nie sposób tych wszystkich problemów dłużej ignorować. E. Warren podjęła więc wyzwanie, a jej propozycja wprowadzenia podatku od majątku byłaby historycznym krokiem na miarę wdrożonego w 1913 r. podatku dochodowego od osób fizycznych. E. Warren początkowo zaproponowała, aby obłożyć 2% podatkiem w skali roku majątki Amerykanów, których wartość netto przekracza 50 mln USD i 3% podatkiem majątki przekraczające wartość 1 mld USD netto. Jednak kilka dni temu jeszcze bardziej rozwścieczyła najbogatszych Amerykanów, proponując podwojenie podatku od majątku miliarderów z 3 do 6%, co jej zdaniem pozwoliłoby sfinansować program „Opieka medyczna dla wszystkich”. Jednocześnie zapowiedziała, iż nie będzie obciążania dodatkowymi podatkami klasy średniej.

Teoretycznie Stany Zjednoczone już opodatkowują bogactwo na wielu płaszczyznach. Przede wszystkim poprzez podatek od nieruchomości, na który należy patrzeć szerzej, a więc Amerykanie płacą za zapasy gotówki, instrumenty finansowe, nieruchomości, kapitał własny w prywatnych przedsiębiorstwach i dobra trwałego użytku. Jednak propozycja Warren dotyczyłaby majątku zgromadzonego przez całe życie. Nie chodzi tu o wyeliminowanie luk w opodatkowaniu nieruchomości, co proponowała administracja B. Obamy, ale o całkowicie nowy podatek. Obecnie amerykański fiskus, czyli IRS (ang. Internal Revenue Service), ściąga podatki od dochodów i te przede wszystkim stara się prześwietlić.

Nowy podatek wymagałby zupełnie innej analizy i oszacowania. Politycznie propozycja brzmi niezwykle atrakcyjnie: danina wygląda na skromną (2 i 3% lub 6%), ale w ciągu dziesięciu lat miałaby przynieść wpływy do budżetu o wartości 2,75 bln USD (lub odpowiednio więcej, jeśli wdroży się 6% podatek dla miliarderów). Wydaje się, iż przeciętny Amerykanin nie będzie się rozckliwiał nad bogatymi, ponieważ jest to nader wąska grupa. Miliarderów w USA jest nieco mniej niż 1000, natomiast jeśli liczyć majątek od 50 mln USD wzwyż, to nowy podatek dotknąłby „tylko” około 80 000 rodzin.

Milionerzy protestują i argumentują

Krytycy programu podatkowego E. Warren podnoszą wiele argumentów wskazujących na jego nieskuteczność, ale najpoważniejsze są dwa: podatek od majątku dla najbogatszych najdotkliwiej ugodzi w najbiedniejszych Amerykanów, a ponadto zwiększy obecność państwa w życiu codziennym obywateli, czego w USA się po prostu nie cierpi.

Dlaczego podatek miałby uderzyć w amerykańską klasę robotniczą? Oponenci utrzymują, iż podatki od majątku to źle zaprojektowane podatki od inwestycji. Inwestycje są tymczasem siłą napędową amerykańskiej gospodarki. Generują nowe miejsca pracy, modernizują starzejące się fabryki i rozwijają nowe technologie. To przeciętny obywatel najwięcej czerpie z nowych technologii, procesów i modeli biznesowych. Jest to ten rodzaj innowacji i inwestycji, który pozwala mu kupować tańsze ubrania, lepsze komputery po niższych cenach i lepszą jakościowo żywność w sklepach spożywczych. Innymi słowy, podniesienie standardu życia zależy od sukcesów Billa Gatesa w ulepszaniu komputerów, od Jeffa Bezosa, który obniży (lub nie) ceny produktów codziennego użytku, a które docierają do drzwi wszystkich amerykańskich domostw, od Henry’ego Forda, który doskonali linie montażowe, aby ostatecznie samochody były coraz tańsze.

Tymczasem za sprawą podatku do majątku najbogatsi inwestorzy przeniosą swoje firmy w inne miejsca, zatrudnią obywateli innych krajów, zaś płace w Stanach Zjednoczonych będą wolniej rosły z krzywdą dla najbiedniejszych. Podatek zmniejszy atrakcyjność nowych przełomowych technologii i położy tamę inwestycjom peryferyjnym. Jak utrzymują krytycy, podatek od majątku to jasny przekaz dla najbogatszych: „nie osiągaj zbyt dużego sukcesu w USA, bo dosięgnie cię kara, tutaj wspiera się tylko średnie pomysły!”.

Z drugiej strony podatek niekoniecznie zuboży najbogatszych, natomiast zmieni ich obszary aktywności. Adam Michel z Grover M. Hermann Center uważa, iż milionerzy i miliarderzy, zamiast inwestować w następny Amazon lub dokonywać kolejnych przełomów farmaceutycznych, poświęcą swój czas i energię na unikanie podatków, zaś pieniądze popłyną do prawników i sprytnych księgowych. Twierdzi, iż w krajach skandynawskich, w których obowiązuje wysoki podatek, superbogaci unikają około 25% swoich podatków. To jeden z powodów, dla którego wysokie podatki niekoniecznie przynoszą większe przychody i nie zmniejszają nierówności. Co więcej, N. Gregory Mankiw z Uniwersytetu Harvard, który był przewodniczącym Rady Doradców Gospodarczych w Białym Domu pod przewodnictwem George’a W. Busha, zwraca uwagę, że bardzo zamożne pary będą miały motywację do rozwodu i przekazania dorobku swoim dorosłym dzieciom tak, aby każdy członek rodziny mógł płacić podatek z bazy majątkowej pomiędzy 50 mln a 1 mld USD. „Małżeństwo z trojgiem dorosłych dzieci, rozwodząc się i obdarowując dzieci, mogłoby zwolnić 250 milionów dolarów z podatku Warren” – zauważył Mankiw.

Wiele krajów europejskich raczej odchodzi od tego rodzaju podatków, zaś badania prowadzone przez OECD wykazują, że podejmowane w przeszłości próby opodatkowania bogactwa często nie osiągały celów redystrybucyjnych i napotykały znaczące trudności administracyjne. Żeby oszacować majątki zgromadzone przez całe życie, należałoby uruchomić ogromną machinę biurokratyczną, wypracować wskaźniki i instrumenty, które nie pasowałyby do wszystkich, a więc ostatecznie trzeba byłoby uciec się do arbitralności. Nie wiadomo tylko z jakim skutkiem.

Proponowane podatki są wprawdzie niewielkie, ale jak utrzymują krytycy, długo takimi nie pozostaną. Historia pokazuje, iż tego rodzaju podatki mają tendencję wzrostową. Wprowadzony w 1913 r. podatek dochodowy dotyczył zaledwie kilku najbogatszych Amerykanów, aby dzisiaj obowiązywać niemal wszystkich.

Rozwarstwienie i nierówności wprawdzie istnieją, ale należy wziąć pod uwagę, iż od czasów drugiej wojny światowej średnie dochody amerykańskie stale rosły, a wraz z nimi poprawiał się poziom życia. Oczywiście, były wzloty i upadki, ale Amerykanie, w tym większość pracowników o niskich dochodach i niskich kwalifikacjach, radzą sobie dziś lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Podatek od bogactwa mógłby zakłócić ten postęp.

Krytycy wreszcie uważają, iż istnieją dwie niezłomne zasady polityki podatkowej:

  • nie zniechęcaj do nowych inwestycji
  • i nie zniechęcaj do przedsiębiorczości.

Podatki od majątku łamią obie te zasady. Mniej inwestycji zuboży kraj i oznacza niższe zarobki dla przeciętnych Amerykanów.

Zwolennicy podatku: to obiektywna konieczność

Argumenty zwolenników w zasadzie już przedstawiliśmy – potrzeba głębokich reform strukturalnych i zasypywanie przepaści w dochodach obywateli. Nie budzi wątpliwości przełomowa natura propozycji E. Warren, na którą zwracają uwagę nie tylko zwolennicy. Oczywista jest tu propagandowa nośność, którą Pani Senator umiejętnie podsyca. Niedawno na spotkaniu w New Hampshire powiedziała, że za dwa centy podatku na każdym dolarze można zapewnić wszechstronną opiekę nad dzieckiem do 5 lat, przedszkole dla każdego 3 i 4-latka, podnieść płace wychowawcom i nauczycielom w przedszkolach, zapewnić bezpłatną czteroletnią szkołę dla wszystkich, którzy chcą edukacji. Brzmi to zachęcająco.

Podatek Warren, o ile by się zmaterializował, oprócz zgromadzenia dużej ilości pieniędzy, miałby ten walor, iż przywróciłby pewną progresywność systemowi podatkowemu. Obecnie ludzie tacy jak Warren Buffett czy Mark Zuckerberg płacą niższą efektywną stawkę podatkową niż wiele zwykłych rodzin. Jak argumentują przywoływani tu Saez i Zucman, obowiązujący federalny system podatkowy jest progresywny dla 99,9% gospodarstw domowych, które płacą efektywną stawkę w wysokości 33%. Ale najbogatszych gospodarstw domowych – owych 0,1% – to już nie dotyczy. Saez i Zucman szacują, że osoby znajdujące się na liście Forbes 400 płacą efektywną stawkę podatkową w wysokości zaledwie 23%. Podatek Warren zmieniłby ten stan rzeczy – najbogatsze 400 gospodarstw domowych zapłaciłoby stawkę podatkową wynoszącą ponad 45%.

Kolejny argument przemawiający za podatkiem to postawienie tamy rozbuchanemu bogactwu, a w konsekwencji przynajmniej relatywne złagodzenie nierówności. Według niektórych wyliczeń, gdyby podatek Warren obowiązywał od 1982 r., majątek Jeffa Bezosa byłby wart 86,8 mld USD, a nie jak dzisiaj 160 mld, Billa Gatesa byłby wart 36,4 mld USD zamiast 97 mld, a Warrena Buffetta byłby wart 29,6 mld USD, a nie 88,3 mld.

Zwolennicy podatku oczywiście dostrzegają problemy, bowiem jak pokazuje historia, podatki majątkowe są kruche. Niebezpieczeństwa dla takiego podatku czyhają zarówno ze strony lewicy, jak i prawicy. Lewica mogłaby zaszkodzić politycznemu wsparciu dla takiego podatku poprzez dalsze obniżanie jego progu, zaś prawica mogłaby osłabić jego skuteczność, tworząc luki prawne lub ograniczając egzekwowanie prawa, co miało miejsce np. w przypadku podatku od nieruchomości. Innymi słowy, aby podatek majątkowy Warren był skuteczny, musiałby być energicznie egzekwowany, ograniczony do bardzo bogatych i zabezpieczony przed prawnymi manipulacjami ze strony Kongresu.

  1. Warren wydaje się być mocno zdeterminowana i raczej nie wycofa się z tej drogi. Gorącym orędownikiem podobnego rozwiązania jest inny kandydat na prezydenta Bernie Sanders. We wrześniu 2019 r. na łamach „The New York Times” wyraził opinię dość kontrowersyjną jak na amerykańskie warunki, stwierdzając: „Nie sądzę, że powinni istnieć miliarderzy”, ale następnie w kontekście nowego podatku złagodził ją, mówiąc: „Ta propozycja nie eliminuje miliarderów, ale eliminuje wiele bogactwa, które mają miliarderzy. Myślę, że właśnie to powinniśmy robić”.

Tymczasem podatek od majątku E. Warren może napotkać na przeszkody natury prawnej, konstytucyjnej, czego obawiają się nawet jego zwolennicy. Dużym problemem jest art. 1 ust. 9 Konstytucji, który zabrania „bezpośrednich podatków” od osób lub mienia. Ustanowienie podatku dochodowego wymagało zmiany konstytucji, zaś podatek Warren mógłby wymagać kolejnej takiej zmiany. Jednak zarówno E. Warren, jak i B. Sanders w odpowiedzi na ten zarzut cytują wielu ekspertów prawnych, którzy twierdzą, że nie istnieje niebezpieczeństwo niekonstytucyjności podatku majątkowego.

Należy jednak pamiętać, iż w USA ostatecznie to Sąd Najwyższy rozstrzygałby te kwestie, a zważywszy na jego obecny konserwatywny skład, pytanie o konstytucyjność tego podatku jest pytaniem wciąż otwartym.

Autorzy: radca prawny Robert Nogacki, dr Marek Ciecierski, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.