Najszybciej rozwijająca się polska firma technologiczna – TenderHut uzyskała 64. miejsce w prestiżowym rankingu Deloitte Fast 500 EMEA. To najwyższa pozycja spośród 17 polskich firm, które zakwalifikowały się do zestawienia. Wynik TenderHut to skok w górę o 336 miejsc w porównaniu z rokiem ubiegłym.
Ranking Deloitte Fast 500 skupia najszybciej rozwijające się spółki technologiczne z 18 krajów w regionie EMEA (Europa, Bliski Wschód i Afryka). Analiza oparta jest o procentowy wzrost przychodów na przełomie ostatnich czterech lat. Firmy, aby znaleźć się w tym prestiżowym rankingu muszą wykazać się średnim wzrostem przynajmniej o 131%. Grupa Kapitałowa TenderHut uzyskała najlepszy wynik z polskich firm osiągając wzrost przychodów na poziomie 1496%.
W tegorocznym rankingu Deloitte Fast 500 EMEA znalazło się 17 spółek znad Wisły – to aż o 8 mniej niż w poprzednim wydaniu. TenderHut został ujęty także we wcześniejszym rankingu Deloitte Technology Fast 50 Central Europe, zajmując najwyższe miejsce wśród wszystkich firm polskich i 7. w generalnym zestawieniu. Ponadto na początku marca tego roku TenderHut został uznany przez brytyjski dziennik Financial Times za jedną z najszybciej rozwijających się firm w Europie (FT1000). Polski lider rozwiązań IT zajął 23. miejsce, notując skok aż o 224. pozycje względem zeszłorocznego zestawienia. Do rankingu Financial Times zakwalifikowały się zaledwie 22 spółki z Polski, spośród których 1. miejsce należy właśnie do TenderHut.
– Wysokie pozycje w rankingach Deloitte Fast 500 EMEA, Fast 50 CE, a także Financial Times 1000, to wynik konsekwentnie realizowanej przez nas strategii rozwoju. Tempo wzrostu przychodów na poziomie niemal 1500 proc. osiągnęliśmy łącząc zaangażowanie, intensywną pracę i odważną wizję konsekwentnego rozwoju wszystkich spółek Grupy TenderHut. W rankingach Deloitte brano pod uwagę jedynie jednostkowe wyniki spółki TenderHut, a nie wyniki całej grupy. Gdyby analizowano skonsolidowane przychody całej grupy kapitałowej, nasza pozycja w rankingu byłaby jeszcze lepsza – komentuje Robert Strzelecki, prezes zarządu Grupy Kapitałowej TenderHut. – Nie boimy się nowych wyzwań i nie zwalniamy tempa działań! Przed nami kolejne rynki, o które zamierzamy powalczyć, w tym niezwykle wymagający rynek chiński, na którym właśnie rozpoczęliśmy ekspansję – dodaje.
W 2018 roku grupa wypracowała skonsolidowane przychody na poziomie 23,7 mln złotych, a wartość miesięcznego skonsolidowanego przychodu grupy przekracza aktualnie 3 mln złotych. Szacowane skonsolidowane przychody grupy kapitałowej po 9 miesiącach 2019 roku mają wynieść 27 mln zł. Firma posiada 7 centrów developerskich w największych polskich miastach, 9 zagranicznych przedstawicielstw w kluczowych światowych centrach technologicznych oraz 3 zagraniczne spółki zależne: w USA, Danii i Chinach.
W Ameryce Łacińskiej od kilku tygodni producenci stosują wzmożone środki ochronne przed skażeniem bananowców. I informują, że już teraz koszty produkcji wzrosły o 0,15 USD na kartonie. Według części ekspertów, w tej sytuacji, a także w dłuższej perspektywie zmniejszenie podaży jest realne i może skutkować podwyżkami. Jednak importerzy uspokajają, że obecnie nie ma zagrożenia dla łańcucha dostaw. Niemniej ceny mogą pójść w górę z uwagi na wysoki sezon. Z kolei zdaniem innych obserwatorów rynku, tuż przed świętami w sklepach będzie drożej z powodu samego ryzyka rozprzestrzeniania się chorób. W zależności od tego, jak poradzą sobie plantatorzy, ten wzrost może wynieść nawet do 50%. I to będzie długofalowy problem dla całej Europy.
Grzyb Fusarium Tropical Race 4 (TR4), wykryty niedawno w Kolumbii, poważnie zagraża stabilności globalnego przemysłu bananowego, który jest silnie uzależniony od dostaw z Ameryki Łacińskiej i Karaibów. Stamtąd pochodzi prawie 92% bananów sprzedawanych na całym świecie w systemie Sprawiedliwego Handlu Fairtrade. Rządzący, plantatorzy, badacze, detaliści i przedstawiciele organizacji międzynarodowych mocno zmobilizowali się do walki o utrzymanie produkcji popularnych owoców.
– Naukowcy jeszcze nie znaleźli skutecznego sposobu na powstrzymanie grzyba, który jest zabójczy dla bananów i doszczętnie niszczy nasze plantacje. Gdy tylko znajdzie się w glebie, nie można go już niczym usunąć. W okolicy występują też inne niebezpieczne choroby dla upraw. Najbardziej rozpowszechniona jest tzw. czarna sigatoka, która nie jest aż tak groźna, jak ww. grzyb. Producenci mogą pozbywać się jej za pomocą agrochemikaliów lub innych praktyk rolniczych – mówi Nicolas Leger z CLAC, sieci producentów dostarczającej na światowy rynek ponad 90% bananów z certyfikatem Fairtrade.
Jak podkreślają plantatorzy, choroba może łatwo się rozprzestrzenić, np. za pomocą cząstek gleby, skażonych narzędzi, butów, odzieży, pojazdów, zwierząt czy wody. Zarodniki grzyba pozostają żywe w ziemi przez dziesięciolecia i nie da się ich zniszczyć. Dlatego władze Kolumbii wdrożyły zaostrzone procedury bezpieczeństwa biologicznego w całym kraju. W regionie La Guajira, gdzie wykryto dwa przypadki, poddano kwarantannie zarażone gospodarstwa i zlikwidowano ponad 150 hektarów upraw. Pod ścisłym nadzorem pozostaje też sąsiednia Magdalena oraz największy obszar produkcji – Urabá.
– W dłuższej perspektywie zmniejszenie podaży bananów na rynku może skutkować podwyżkami, jednak na tym etapie nie sposób oszacować ich skali. Walka z chorobotwórczym grzybem wymaga dodatkowych nakładów finansowych i ciężkiej pracy. Producenci nie powinni być w niej osamotnieni. Nawet bez zagrożenia Fusarium zmagają się z wieloma trudnościami, zwłaszcza z powodującymi lokalne powodzie ulewnymi deszczami – zwraca uwagę Krzysztof Rączkowiak z Fairtrade Polska.
Widmo podwyżek
W Kolumbii, Ekwadorze, Panamie, Peru i Republice Dominikańskiej producenci bardzo poważnie traktują groźbę zarażenia TR4. Wdrożyli środki zapobiegawcze i ochronne, zgodnie z którymi egzekwują systemy dezynfekcji przy wejściach i wyjściach z farm. Plantatorzy wspominają też o każdorazowym odkażaniu pojazdów. Według lokalnych szacunków, koszty zagrożonej produkcji zwiększyły się już o 0,12-0,15 USD na kartonie bananów o wadze 18 kg. A to z pewnością nie koniec.
– Taki koszt za pudełko to już dużo. Oczywiście tej różnicy nie odczujemy z dnia na dzień. To jest ogromny globalny biznes, w którym uczestniczy wielu graczy. Jeżeli łańcuch będzie zagrożony, to dostawcy i odbiorcy zaczną partycypować w rosnących wydatkach. Bez względu na dalszy rozwój sytuacji, banany na pewno zdrożeją w naszych sklepach przed Bożym Narodzeniem. Już samo ryzyko utraty upraw i zamknięcia kolejnych farm mocno oddziałuje na rynek. Podwyżki w Polsce mogą wynieść od kilku do nawet pięćdziesięciu procent, w zależności od tego, jak poradzą sobie plantatorzy – komentuje dr Maria Andrzej Faliński, niezależny ekspert rynku detalicznego.
Zdaniem Andrzeja Hajduka z firmy Artfoods, która importuje owoce z całego świata, obecnie nie ma bezpośredniego zagrożenia dla łańcucha dostaw. Na rynku może być trochę mniej towaru, co podniesie ceny w najbliższych miesiącach, ale nie z powodu choroby panamskiej, tylko z uwagi na zbliżający się wysoki sezon. Tak jest każdej jesieni. Wzrost kosztów produkcji, spowodowany zaostrzeniem środków ochronnych na plantacjach, nie powinien spowodować dodatkowych podwyżek. Mogą je wprowadzić ewentualnie sieci handlowe, np. wykorzystując obecną sytuację i doniesienia medialne.
Tani jak banan
– Producenci znajdują się pod nieustanną presją cenową ze strony kupców. Tanie banany przyciągają do sklepów konsumentów, którzy przy okazji dokonują również innych zakupów. Prowadzi to do tego, że rolnicy ponoszą niewspółmierne środowiskowe, społeczne i finansowe koszty produkcji. Jest to szkodliwe nie tylko dla właścicieli plantacji i pracowników najemnych, ale zagraża również stabilności dostaw. Informacje o fatalnej sytuacji plantatorów docierają do nas bardzo rzadko, bo banany uprawia się w odległych krajach – stwierdza Krzysztof Rączkowiak.
Jak wynika z raportu, opracowanego przez ekspertów z firmy Hiper-Com Poland i aplikacji Zdrowe Zakupy, na polskim rynku od początku 2017 roku do połowy br. średni koszt zakupu bananów w promocji zmniejszył się o nieco ponad 5%. Natomiast minimalne wartości cenowe podniosły się o zaledwie 0,28%. Tylko maksymalne ceny promocyjne bananów znacząco poszły w górę, tj. o blisko 41%.
– Mierzymy się z wieloma wyzwaniami, w tym m.in. ze zmianami klimatycznymi. Susze, powodzie czy huragany wpływają na wydajność i jakość owoców. Dlatego od wielu lat koszty produkcji stale rosną. I to już dawno powinno przełożyć się na ceny bananów w polskich sklepach. Jednak sprzedawcy detaliczni w Europie starają się za wszelką cenę oferować swoim klientom jak najtańsze towary. Dlatego trudno nam przewidywać podwyżki nawet w tak trudnej sytuacji jak obecnie – przyznaje Nicolas Leger.
Jak przewiduje dr Faliński, banany przestaną być tanie, gdy zabójczy dla nich grzyb faktycznie rozprzestrzeni się w Ameryce Łacińskiej. Wówczas być może zaczniemy sprowadzać te owoce na dużą skalę z innych części świata, np. z Azji czy z Maroka, drogą lotniczą. W opinii eksperta, należy brać pod uwagę taki scenariusz. Natomiast nie warto martwić się tym, że banany wyginą. Takie fatalistyczne wizje, które pojawiają się ostatnio w mediach, są mocne przesadzone. Prowokują panikę i bezsensowne podwyżki. Tymczasem plantatorzy szacują, że około 80% bananów uprawianych na całym świecie może być już dotkniętych TR4.
Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych (PUODO) opublikował treść decyzji o nałożeniu kolejnej (najwyższej jak dotąd) kary za naruszenie RODO. Treść decyzji może być szczególnie istotna dla branży e-commerce.
Najwyższa kara
Adresatem decyzji PUODO został właściciel sklepu internetowego Morele.net Sp. z o.o.. Należąca do tego przedsiębiorcy baza danych zawierająca informacje na temat ponad 2 milionów klientów sklepu została wykradziona i opublikowana w Internecie. Ujawnione dane mogą posłużyć do ataków socjotechnicznych na użytkowników (np. phishing) lub innych aktywności bazujących na skradzionej tożsamości. Wykorzystując dane kontaktowe klientów oraz wiedzę o dokonanych transakcjach, przestępcy zwrócili się do osób, których dane znalazły się w wykradzionej bazie o dopłatę 1 zł za pośrednictwem fałszywej bramki dla dokonywania płatności internetowych. Działanie to miało na celu w szczególności wyłudzenie haseł i loginów do kont bankowych. Na skutek tego zdarzenia właściciel sklepu będzie zmuszony zapłacić karę pieniężną w wysokości 2.830.410,00 zł. Dla porównania dotychczasowe kary nałożone przez PUODO wynosiły: 943.470,00 zł za brak wypełnienia obowiązków informacyjnych oraz 55.750,50 zł za wyciek danych będący bezpośrednim skutkiem zachowania administratora.
Czego się dowiedzieliśmy?
W przypadku wcześniejszych kar nałożonych przez PUODO administratorzy zostali ukarani, ponieważ w ocenie organu wprost naruszyli prawa osób, których dane dotyczą (w pierwszym przypadku świadomie nie informując podmiotów danych o przetwarzaniu, w drugim poprzez swoje działanie ujawniając publicznie dane osobowe).
Najnowsza decyzja PUODO wskazuje, że administrator może zostać ukarany także wtedy, gdy naruszenie interesów podmiotów danych wyniknęło bezpośrednio z działań osób zewnętrznych, w tym wypadku hakerów, którzy dokonali ataku. – Monika Skocz, Radca prawny, Senior Managing Associate w Deloitte Legal.
Na czym polegało naruszenie?
Zgodnie z uzasadnieniem decyzji, główną przyczyna nałożenia kary przez PUODO był brak zapewnienia poufności danych wynikający z zastosowania nieodpowiednich środków zabezpieczających przed ich wyciekiem. W ocenie organu przedsiębiorcy przetwarzający dane mają obowiązek regularnego testowania, mierzenia i oceniania skuteczności środków technicznych i organizacyjnych mających zapewnić bezpieczeństwo przetwarzania, tak aby upewnić się, że stosowane przez nich środki odpowiadają rzeczywistemu ryzyku. Zdaniem PUODO w przypadku omawianego wycieku danych, po stronie administratora zabrakło właściwej analizy ryzyka, przez co m.in. stosowane zabezpieczenia nie były adekwatne do zagrożeń.
Wnioski dla e-commerce
Przedsiębiorstwa z branży e-commerce powinny zwrócić szczególną uwagę na omawianą decyzję PUODO. Tego typu podmioty zazwyczaj posiadają szerokie bazy klientów oraz z natury rzeczy funkcjonują w środowisku cyfrowym, co sprawia, że mogą one być szczególnie podatne na cyberataki. – Grzegorz Olszewski, Radca prawny, Senior Associate w Deloitte Legal.
Jak z kolei wynika z uzasadnienia decyzji PUODO, na przedsiębiorcach prowadzących sklepy internetowe ciąży większa odpowiedzialność i większe wymagania niż na administratorach, którzy przetwarzają dane osobowe w ramach działalności ubocznej, incydentalnie lub na niewielką skalę. Zdaniem organu prowadząc działalność komercyjną, a przy tym gromadząc dane za pośrednictwem sieci Internet, administrator danych powinien podjąć wszelkie niezbędne działania i dochować należytej staranności w doborze środków technicznych i organizacyjnych, zapewniających bezpieczeństwo i poufność danych w tym środowisku.
Cyberbezpieczeństwo
Sklepy internetowe, portale aukcyjne i inne firmy z kategorii e-commerce, są szczególnie narażone na cyberataki. Mają dużą ekspozycję w sieci Internet. Cyberprzestępcy mogą atakować nie tylko klientów takich serwisów, ale również ich infrastrukturę sieciową, aplikację web lub podszywać się pod systemy transakcji internetowych.
Dlatego firmy te muszą posiadać zdolności w zakresie prewencji, wykrywania i reagowania na cyberataki adekwatne do ich profilu ryzyka. Brak należytego rozpoznania zagrożeń i wynikających z nich ryzyk powoduje zwykle zły dobór środków bezpieczeństwa, co skutkuje brakiem gotowości na cyberatak. Istotnym elementem w tym przypadku jest również posiadanie zdolności szybkiego wykrycia ataku i posiadanie odpowiednich narzędzi w celu określenia jego skali i skutków. Marcin Ludwiszewski, Dyrektor, Lider ds. Cyberbezpieczeństwa, Deloitte.
Kary administracyjne
Za nieprzestrzeganie przepisów ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych grożą wysokie kary administracyjne. W sytuacji, gdy kontrola wykaże nieprawidłowości w przetwarzaniu danych osobowych, Prezes Urzędu Ochrony Danych może nałożyć karę nawet do 20 000 000 EUR, lub 4% całkowitego rocznego światowego obrotu z poprzedniego roku obrotowego.
Wzrost cen, zwolnienie części pracowników oraz zatrudnianie „na czarno” to trzy najbardziej prawdopodobne skutki skokowego podniesienia pensji minimalnej wskazywane przez Polaków. Z kolei płacone podatki jako główne źródło pieniędzy na wypłaty w ramach programu „500 plus” to coraz częstsza odpowiedź udzielana przez badanych, choć nadal stosunkowo najrzadziej przez sympatyków Prawa i Sprawiedliwości – tak wynika z badania przeprowadzonego dla serwisu ciekaweliczby.pl na panelu Ariadna.
Uczestnicy badania zostali poproszeni o zaznaczenie trzech najbardziej prawdopodobnych – według nich – zachowań przedsiębiorcy, który zatrudnia w swojej firmie znaczną część pracowników za pensję minimalną i zostanie zmuszony przez Państwo do skokowego podniesienia tej pensji. Badani najczęściej wskazywali odpowiedzi, że przedsiębiorca: podniesie ceny produktów i usług (53%), zwolni część pracowników (44%) oraz zacznie zatrudniać i płacić „na czarno” (35%). W dalszej kolejności wymieniali, że przedsiębiorca zamknie działalność, bo przestanie mu się opłacać (16%), zmniejszy się po prostu jego zysk (14%) oraz że będzie musiał zapłacić pracownikom więcej i to jego problem, skąd weźmie na to pieniądze (10%).
Odpowiedzi wyborców trzech głównych ugrupowań politycznych ujawniły różnice między nimi, ale pokazały też podobieństwa.
Podniesienie cen produktów i usług, zwolnienie części pracowników, zatrudnianie i płacenie „na czarno” znalazły się na podium odpowiedzi wyborców zarówno Prawa i Sprawiedliwości, Koalicji Obywatelskiej, jak i Lewicy, ale w odmiennej kolejności i z inną intensywnością wskazań.
Zdecydowana większość wyborców Koalicji Obywatelskiej (73%) jako główne następstwo skokowego podniesienia pensji minimalnej wskazała podniesienie cen produktów i usług. Wśród wyborców PiS ta odpowiedź również znalazła się na pierwszym miejscu, ale z mniejszą liczbą wskazań (49%). Z kolei elektorat Lewicy jako najbardziej prawdopodobny efekt wskazywał na zwolnienie części pracowników (51%).
Wiedza Polaków na temat ekonomicznych skutków skokowego podniesienia pensji minimalnej idzie w parze ze wzrostem świadomości na temat źródeł finansowania programu „500 plus”.
W porównaniu do analogicznego badania sprzed 2 lat, zmniejszył się odsetek dorosłych Polaków deklarujących brak wiedzy na temat głównego źródła finansowania programu „500 plus” – z 21% do 16% badanych. Jednocześnie z 38% do 44% wzrósł odsetek osób mających świadomość, że program ten jest finansowany z ich podatków. 24% Polaków uważa, że głównym źródłem pieniędzy na wypłaty „500 plus” są podatki płacone przez innych ludzi, 7% – że podatki płacone przez firmy oraz 7% –
że z pieniędzy rządowych (spadek o 5 punktów procentowych).
Wyniki badania pokazują, że w elektoracie Prawa i Sprawiedliwości jest najwięcej osób, które deklarują brak wiedzy na temat źródła finansowania „500 plus” (16%). Wśród wyborców Koalicji Obywatelskiej odsetek takich odpowiedzi wynosi 4%, a wśród Lewicy – 1%. Wyborcy partii opozycyjnych mają świadomość, że „500 plus” jest finansowane głównie z ich podatków (KO – 60%, Lewica – 59%), podczas gdy tę wiedzę posiada jedynie 39% wyborców partii rządzącej. W elektoracie PiS jest też stosunkowo najwięcej osób (15%) błędnie przekonanych, że rząd ma własne pieniądze, z których wypłaca „500 plus”.
„Badanie pokazuje, że świadomość ekonomiczna Polaków nieznacznie wzrosła w ciągu ostatnich dwóch lat. Wynika to między innymi z nagłaśniania przez polityków i media tematów gospodarczych w kampanii wyborczej. Może to sprawić, że ludzie nie będą tak łatwo ulegali populistycznym obietnicom wiedząc, że w konsekwencji to oni będą musieli zapłacić za ich realizację z własnych pieniędzy” – mówi Alicja Defratyka, autorka projektu ciekaweliczby.pl.
————————————————————————————
Nota metodologiczna: Badanie przeprowadzone dla serwisu ciekaweliczby.pl na ogólnopolskim panelu badawczym Ariadna. Próba ogólnopolska N=1040 osoby. Kwoty dobrane wg reprezentacji
w populacji Polaków wieku 18 lat i więcej dla płci, wieku i wielkości miejscowości zamieszkania. Termin realizacji: 24 – 27 września 2019 roku. Metoda CAWI.
Jakie zespoły stworzą sukcesorzy, gdy staną się liderami przedsiębiorstw założonych przez rodziców? Instytut Biznesu Rodzinnego opublikował raport „Pracownicy o firmach rodzinnych. Czy „rodzinność” firmy ma znaczenie?”
Sukcesorzy dorastający pod czujnym okiem rodziców wprowadzają do przedsiębiorstw nowatorskie rozwiązania realizując własne pomysły. Dlatego dla firm rodzinnych sukcesja oznacza niemałe zmiany. Co w procesie zmiany pokoleniowej stanie się z kadrami? Z zespołami? Czy nepotyzm i faworyzowanie kandydatów będących członkami rodziny to mit? Czym różni się praca w firmach rodzinnych oraz nierodzinnych i dlaczego warto pracować w rodzinnym biznesie, sprawdził Instytut Biznesu Rodzinnego. Wyniki badania opublikował w raporcie „Pracownicy o firmach rodzinnych. Czy „rodzinność” firmy ma znaczenie?”
55% badanych uważa, iż stabilność zatrudnienia jest w firmach rodzinnych wyższa niż w nierodzinnych. Wynika to z wielu czynników, głównym z nich jest fakt, iż firmy rodzinne podejmują decyzje w dłuższym horyzoncie czasowym, mając na uwadze nie coroczne czy kwartalne wyniki, a utrzymywanie wartości przez lata i pokolenia. Dlatego również zatrudnienie pracownika postrzegają bardziej długoterminowo. Również kandydaci czują się zdecydowanie bardziej związani z firmami rodzinnymi i rzadziej podejmują decyzje o zmianie pracy.
Co robią sukcesorzy, aby walczyć z mitem szklanych sufitów?
– W firmach rodzinnych pracownicy zatrudnieni są nie po kilka, a kilkanaście lat. Oczywiście to bardzo budująca cecha, ale i wielkie wyzwanie dla sukcesora. Przygotowując się do sukcesji musi zbudować autorytet, udowodnić swoją wiedzą i kompetencjami, że jest w stanie zastąpić rodzica na fotelu prezesa. Z małego Jasia staje się Janem… – mówi dr Adrianna Lewandowska, Prezes Instytutu Biznesu Rodzinnego.
Faworyzowanie członków rodziny to w opinii badanych wciąż istniejący problem. Należy pamiętać, że przyznawanie stanowisk tylko z racji przynależności do rodziny zamiast kierowania się kompetencjami, nie tylko zaniża wydajność pracy, może też negatywnie wpływać na morale pracowników spoza rodziny i ograniczyć dostęp do talentów managerskich z zewnątrz. Jak jest naprawdę? Ankietowani (49%) przyznają, że nepotyzm jest problemem w firmach rodzinnych.
Polityka otwartych drzwi – sukcesorzy muszą być szefami blisko pracowników
Aż 83% respondentów docenia płaską strukturę organizacyjną w firmach rodzinnych. Pracownicy mają poczucie dostępności osób decydujących, cenią możliwość rozmowy z właścicielami firmy. Ponadto, 66% uważa, że w firmach rodzinnych procesy decyzyjne są szybsze niż w firmach nierodzinnych, co jest wielkim walorem w zwiększaniu elastyczności działań. Taką strukturę będą musieli zachować w przyszłości sukcesorzy.
Jednocześnie jednak zdaniem 36% badanych firmy rodzinne nie wyróżniają się stymulowaniem pracowników do kreatywnego działania. Jest to prawdopodobnie wynikiem faktu, iż właściciele firm rodzinnych w Polsce są także w większości założycielami, gdyż historia polskiej przedsiębiorczości rodzinnej jest stosunkowo krótka. Właściciele czują się zobowiązani do wyznaczania nowych pomysłów i kreowania wizji rozwoju, nie zawsze mając świadomość, że zaangażowanie pracowników do procesu tworzenia przyszłości może znacząco wspomóc dynamiczny rozwój firmy. Czy sukcesorzy będą chcieli to zmienić?
– Sukcesorzy wychowani w innej rzeczywistości gospodarczej niż pokolenie nestorów bardziej niż rodzice ufają ekspertom w swoich zespołach. Sami wyznaczają kierunek rozwoju, ale nie chcą decydować o każdym szczególe. Choć zmniejsza to nieco zakres ich kontroli, to jednocześnie wyzwala kreatywność i zaangażowanie zespołów – przekonuje Lewandowska.
Zaledwie 15% badanych uważa, iż firmy rodzinne są bardziej innowacyjne niż pozostałe. Sukcesorzy w najbliższych latach będą więc musieli skupić się na poprawie innowacyjności i będą istotnie zainteresowani rekrutacją doświadczonych managerów, którzy z odwagą wprowadzą potrzebne zmiany. W firmach rodzinnych jest więc przestrzeń do kreowania nowej rzeczywistości dzięki płaskiej strukturze organizacyjnej, szybkim procesom decyzyjnym i polityce otwartych drzwi.
Czym przyciągnąć do firmy rodzinnej najlepsze talenty?
W Polsce coraz częściej kandydaci do pracy patrzą na pracodawcę z perspektywy czegoś więcej niż tylko comiesięcznej pensji na koncie. Badanie IBR sprawdzało najważniejsze czynniki, które wpływają na podjęcie przez kandydatów decyzji o zatrudnieniu u danego pracodawcy. Najistotniejszym czynnikiem jest dla kandydatów możliwość rozwoju, zdecydowanie zgadza się z tym aż 71% ankietowanych. Na drugim miejscu jest atmosfera (51%), a dalej elastyczne godziny pracy i work-life balance oraz łatwy dojazd do pracy. Te czynniki mają większy wpływ niż np. dodatkowe benefity. Zgodne jest to z trendem slow-life, w którym pracownicy, zwłaszcza z pokolenia Y oraz Z, coraz większą wagę przykładają do zdrowego balansu w życiu prywatnym, oszczędności czasu i ograniczania stresu. Dbałość o te miękkie aspekty zatrudnienia może stanowić wyróżnik pracodawcy, definiujący jego przewagę konkurencyjną.
– Sukcesorzy, którzy od lat uczestniczą w wydarzeniach organizowanych przez IBR, np. w Kongresie NextG czy w Akademii Sukcesora, udowadniają, że chcą przygotować się do roli, którą będą pełnić w przyszłości. W tym roku podczas NextG uczestnicy przejdą prawdziwą metamorfozę – agenda w dużej mierze opiera się na kreatywnych warsztatach, networkingu, grywalizacji, psychodramie z elementami coachingu… W 24 godziny uczestnicy przejdą przemianę i wyjadą z Poznania bogatsi o wiedzę, inspiracje i nową wizję przyszłości – swojej i rodzinnego biznesu. To właśnie silni zdecydowani sukcesorzy przekonają do siebie rodziców oraz pracowników – mówi Anna Włodarczyk, Event Manager, Instytut Biznesu Rodzinnego.
Moonlit Games, krakowski developer gier na komputery osobiste i urządzenia przenośne zaktualizował plan wydawniczy. Projekty studia zostały rozdzielone na dwie linie: PREMIUM, do której należą produkty strategiczne oraz LABS – pozostałe tytuły studia. W przyszłym roku spółka planuje co najmniej 7 premier.
– Plany wydawnicze podzieliliśmy na dwie serie w celu usprawnienia procesów. Projekty z kategorii PREMIUM będą naszymi największymi produkcjami. Chcemy, aby stały się one wizytówkami firmy oraz należały do topowych symulatorów na rynku. – opowiada Michał Gardeła, prezes Moonlit Games.
Do projektów PREMIUM zarząd spółki zalicza następujące projekty: Deadliest Catch: The Game, Baikonur: World in Ashes oraz niedawno ogłoszony Model Builder, czyli symulator składania modeli.
Pozostałe aktywności spółki zostały przesunięte do linii produkcyjnej LABS. Są to projekty, które stanowią dla twórców okazję do przetestowania oryginalnych pomysłów. Do tej serii należą obecnie następujące tytuły: Thief Simulator Mobile, Playerless: One Button Adventure, Crimson Rain, Ignis: Duels of Wizards, Oil Rush oraz TFF: The Final Frontier.
– Wszystkie projekty z serii LABS są całkowicie wyjątkowe. Produkcje z tej serii pozwalają nam na odkrywanie nowych rozwiązań. Świetny przykład mogą stanowić tu produkcje takie jak Thief Simulator Mobile oraz Ignis: Duels of Wizards, które wyróżniają się spośród naszych projektów – pierwsza platformą wydawniczą, natomiast druga – sposobem rozgrywki. – kończy.
Jedynym tytułem zaplanowanym na bieżący rok jest jedna z trzech gier PREMIUM – Deadliest Catch. Produkcja obecnie znajduje się na platformie Kickstarter, gdzie zbierane są dodatkowe fundusze w ramach inicjatywy crowdfundingowej. Gra w ekspresowym tempie zebrała minimum wydawnicze, osiągając w tydzień wynik ponad 12 tysięcy USD. Premiera tytułu będzie miała miejsce 14 listopada.
Plany wydawnicze krakowskiej spółki skupiają się na nadchodzącym roku, w którym będzie aż 6 premier. Poza grą PREMIUM – Model Simulator zostaną wydane następujące tytuły z serii LABS: Thief Simulator Mobile Playerless: One Button Adventure, Crimson Rain, Ignis: Duels of Wizards oraz Oil Rush.
Premiery ostatniego tytułu PREMIUM – Baikonur oraz LABS – TFF: The Final Frontier, planowane są na 2021 rok.
Załamanie indeksu ISM dla przemysłu USA dowodzi, że największa gospodarka świata nie jest niewrażliwa na globalne spowolnienie. Choć ważniejsza dla oceny kondycji gospodarki jest postawa sektora usługowego, już teraz wygląda na to, że wyrażany przez Fed spokój o sytuację wewnętrzną mógł być nietrafiony. Rosną ryzyka dla USD, którego może nie uratować status bezpiecznej przystani.
Indeks ISM dla przemysłu tąpnął we wrześniu do 47,8 z 49,1 w sierpniu, wypadając nie tyle poniżej konsensusu prognoz (50), co nawet najbardziej pesymistycznych szacunków. Szokujący efekt ma też etykieta najgorszego wyniku do 10 lat. Szczegóły były równie słabe: nowe zamówienia dalej się kurczą, a subindeks zatrudnienia wskazał na najszybsze tempo redukcji miejsc pracy od stycznia 2016 r.
W tym miejscu trzeba jednak zaznaczyć, że pogorszenie sytuacji w przemyśle USA wydaje się bardziej jako coś, co prędzej czy później musiało wystąpić. W obliczu wojny handlowej i zapaści przemysłu w ujęciu globalnym, osłabienie zamówień i popytu inwestycyjnego w końcu musiało dotknąć amerykańskie firmy. Ale przemysł odpowiada za trochę ponad 10 proc. PKB USA, za to motorem gospodarki jest sektor usługowy (ok. 80 proc. PKB). Stąd ważniejsze będzie, czy ISM dla usług (publikowany w czwartek) wskaże, że problemy przemysłu przenikają do innych segmentów gospodarki.
Na razie główny wniosek z wczorajszych danych płynie taki, że spokój decydentów Fed z postawy gospodarki krajowej może szybko wyparować i bilans ryzyk przechyli się ku dalszemu łagodzeniu polityki pieniężnej. Od jakiegoś czasu podkreślaliśmy to jako główny czynnik ryzyka dla USD. Dolar ma najwięcej do stracenia na zwrocie w polityce monetarnej, biorąc pod uwagę jak głęboko w gołębim nastawieniu siedzą inne banki centralne. Do tego dochodzi polityczne zamieszanie wokół prezydenta Trumpa, a także jego ataki werbalne na Fed. Nawet w przypadku narastania obaw o globalną recesję wykorzystywanie USD jako bezpiecznej przystani stało się wyjątkowo niewygodne.
Nikt nie spodziewa się niespodzianki po decyzji Rady Polityki Pieniężnej i stopy procentowe powinny pozostać bez zmian. Dyskusja na posiedzeniu może być żywa, gdyż w ostatnich miesiącach ujawniły się skrajne stanowiska jastrzębi (Gatnar) i gołębi (Łon), co skutkowało też zgłoszeniami wniosków za podwyżką (w lipcu) i obniżką (wrzesień). Jednak większość członków popiera stanowisko prezentowane przez prezesa Glapińskiego, który najlepiej nie zmieniałby kosztu pieniądza do końca kadencji. Zagrożenia globalnym spowolnieniem powinny być łagodzone przez ekspansję fiskalną. Z kolei obawy o akcelerację inflacji nie znalazły potwierdzenia we wczorajszych danych – CPI we wrześniu spowolnił do 2,6 proc. r/r z 2,9 proc. Złoty powinien pozostać obojętny na sygnały z RPP z całą uwagą skupioną na jutrzejszym wyroku TSUE ws. kredytów frankowych.
Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) oraz Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE) opracowały program gospodarczy dla Polski, który zabezpiecza zarówno transfery socjalne, jak i wpływy do budżetu państwa. W ramach rekomendacji upubliczniono także raport 7 rekomendacji na rzecz dobrego prawa. Jednym z jego postulatów jest ograniczenie zmian wprowadzanych w prawie – chociaż ta zasada jest od wielu lat postulowana, to jej przekucie na praktykę nadal stanowi problem. Tymczasem powinna to być naczelna zasada w procesie stanowienia prawa.
System stanowienia prawa w Polsce nie bez powodu od wielu lat jest przedmiotem krytyki. Badania ekonomiczne i gospodarcze pokazują, że jedną z największych barier rozwoju działalności gospodarczej w naszym kraju jest właśnie jego niepewność. Federacja Przedsiębiorców Polskich przygotowała raport, w którym przedstawia siedem rekomendacji, które w jej ocenie znacząco zwiększą szanse na to, że prawo będzie stabilne, a ustanowione już rozsądne regulacje nie będą wymagały kolejnych zmian już po krótkim okresie.
Grzegorz Lang, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP)
– Rekomendacje oparte są o wieloletnie doświadczenie i postulaty środowiska naukowego. Ich wprowadzenie może znacząco poprawić jakość stanowionego w Polsce prawa oraz zapobiegać jego nadprodukcji – powiedział serwisowi eNewsroomGrzegorz Lang, wiceprzewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP) – Warto zwrócić uwagę na dwie kwestie pożądane w systemie prawnym. Wszystkie uchwalane przepisy powinny być co kilka lat poddawane przeglądowi. Należy sprawdzić, czy działają i spełniają zakładane cele. Oprócz tego konieczna jest znacząca poprawa jakości dokumentów, które towarzyszą aktowi prawnemu.Chodzi w szczególności o ocenę skutków regulacji, a także uzasadnienie. Niedopuszczalną, choć bardzo częstą praktyką jest to, że powtarza ono brzmienie przepisu. Tym samym nie sposób się z nich dowiedzieć, jaka intencja przyświecała prawodawcy. FPP zaprasza do lektury raportu – podkreślił Lang.
FPP i CALPE proponują pięć kryteriów, które powinny dyktować decyzję, czy podjąć interwencję legislacyjną:
1. Pilność podjęcia działań przez władze publiczne
2. Niezbędność interwencji legislacyjnej – jest niezbędna, gdy nie może być zastąpiona innymi narzędziami
3. Przyczyna i cel – racjonalna motywacja podjęcia prac normatywnych wynika z dwóch okoliczności: dostrzeżenia wadliwości obowiązujących przepisów regulujących obecne zjawiska i zdefiniowane potrzeby lub powstania nowych zjawisk albo potrzeb, które wymagają interwencji władz publicznych
4. Waga przedmiotu regulacji – sięgnięcie po regulację, w szczególności rygorystyczną, jest celowe i uzasadnione w sprawach najważniejszych i najdonioślejszych
5. Liczebność adresatów – jeżeli projektowana interwencja jest adresowana do znacznej liczby podmiotów, jej skuteczność może wręcz zależeć od przyjęcia jednolitych ram prawnych
Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP)
„Należy odrzucić przyzwyczajenia skutkujące pochopnymi pracami legislacyjnymi, z których bardzo trudno się wycofać. Ustandaryzowanie sposobu oceny potrzeb regulacyjnych ułatwi weryfikację ich trafności – wprowadzi zupełnie nową wartość do procesu legislacyjnego wyraźnie zwiększy szansę na podniesienie jakości stanowionego prawa. W przypadku przepisów pilnych, które ze względu na czas nie mogą być dogłębnie zbadane na etapie przygotowania, należy wprowadzić czasowy charakter ich obowiązywania, nie przekraczający dwóch lat” – mówi Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich, prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).
„Obecne od kilku lat w procesie legislacyjnym tzw. zgłoszenie do wykazu prac Rządu jest daleko niewystarczające i koncentruje się na treści zgłaszanego aktu. Potrzebny jest dokument przekonujący, że decyzja o regulowaniu danego przedmiotu jest faktycznie uzasadniona i konieczna. Należy przyjąć uporządkowany sposób decydowania, który zostanie odzwierciedlony w dokumencie poprzedzającym podjęcie prac legislacyjnych. Taki akt wskaże na potrzebę interwencji legislacyjnej, a w szczególności wyczerpująco i szczegółowo opisze powody odrzucenia działań pozalegislacyjnych” – wskazuje Grzegorz Lang, ekspert Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).
Raport wskazujący na 7 rekomendacji na rzecz dobrego prawa obejmuje postulaty: ograniczenia zmian prawa, podniesienia efektywności nowych regulacji, prowadzenia regularnych przeglądów obowiązującego prawa, zwiększenia znaczenia oceny skutków regulacji (OSR), eksperckiej oceny projektów aktów prawnych, ograniczenia i kumulowania nowelizacji – wreszcie stanowienia prostych i zrozumiałych aktów prawnych oraz stworzenia przyjaznego systemu dostępu i wyszukiwania obowiązujących regulacji.
Wśród głównych wad przyjmowanego prawa, które mają swoje źródło w obecnym procesie i strukturach jego stanowienia, należy wymienić:
nadmierną zmienność przepisów, w tym notorycznie zbyt krótkie okresy na przygotowanie się adresatów do nowych przepisów (vacatio legis)
zbyt pobieżne uzasadnienia (w tym ustosunkowywanie się do uwag partnerów społecznych oceny skutków społeczno-gospodarczych
często trudne do jasnego określenia relacje między regulacjami różnych aktów prawnych
niedostateczną jakość językową i nadmierne skomplikowanie brzmienia nowych przepisów
zastępowanie, bez wyraźnego powodu, dotychczasowych przepisów nowymi, o tej samej wartościnormatywnej
Konflikt handlowy USA z Chinami może realnie wpłynąć na światowy rynek kryptowalut. Według różnych opinii, w Europie wzrośnie zainteresowanie bitcoinami. Do tych przewidywań odnosi się dr Przemysław Kwiecień. Jednak zdaniem głównego ekonomisty Domu Maklerskiego X-Trade Brokers, nie jest to realny scenariusz dla Polski. Czego innego można spodziewać się w Państwie Środka, gdzie juan traci na wartości. Ekspert nie dostrzega też procesu, który wprowadziłby cyfrowaluty do mainstreamu. I zaznacza, że skala regulacji oraz bezpieczeństwa ma znaczenie dla potencjalnych inwestorów. A w najbliższym czasie nie zapowiada się, żeby podmioty oferujące np. BTC były objęte takim samym nadzorem.
Trwa wojna handlowa między Stanami Zjednoczonymi i Chinami. Mówi się, że jednym z jej efektów może być większe zainteresowanie kupnem kryptowalut przez Europejczyków, w tym Polaków. Czy to realny scenariusz?
Dr Kwiecień: Moim zdaniem raczej nie. Większe zainteresowanie może wystąpić w Azji niż w Europie. Kryptowaluty, szczególnie bitcoin, mogą być traktowane przez Chińczyków jako alternatywa dla słabnącego juana. To ma związek z pewnymi ograniczeniami w transferze kapitału i inwestycyjnymi dla ludności w Chinach. Natomiast na naszym kontynencie, nie wydaje mi się, żeby to miało jakieś bezpośrednie konotacje. Oczywiście, ktoś zawsze może powiedzieć, że w Państwie Środka kupowanych jest więcej bitcoinów, więc warto się tym zainteresować.
Jednak pojawiają się głosy, że Prezydent USA myśli o cłach na towary z UE. Do tego dochodzi wizja brexitu. Te czynniki mogą wpłynąć na spadek wartości euro i spowodować problemy z transferami gotówki. To otworzy drogę do wzrostu zainteresowania kryptowalutami?
Dr Kwiecień: Nie sądzę. To trochę naciągana teoria. Oczywiście, jeśli chodzi o politykę handlową, to może być różnie. Wydaje się, że prezydent Trump chciałby wprowadzić te cła. Jednak na razie nie może sobie na to pozwolić, bo byłoby to otwarciem kolejnego konfliktu handlowego. Kluczowe jest jednak to, że w Europie nie ma takich ograniczeń jak w Chinach. Tutejsi inwestorzy mogą swobodnie kupować inne aktywa, np. dolarowe obligacje. Nie muszą uciekać się do kryptowalut. Nie widzę więc specjalnie związku przyczynowo-skutkowego.
Co mogłoby zatem spowodować większą popularność kryptowalut w Europie?
Dr Kwiecień: Największe zainteresowanie miało miejsce wtedy, kiedy następowały mocne wzrosty cen. A one nie dzieją się bez powodu. Muszą być czymś uzasadnione. W okresach zwiększonego popytu na bitcoiny, poza technologią, można było dostrzec działania marketingowe i takie zachłyśnięcie się nowością. Teraz to już jest na innym etapie.
Pojawiają się prognozy dot. wzrostu wartości BTC, który ma kosztować nawet 250 tys. dolarów w najbliższych latach. Czy to zachęci Polaków do inwestowania?
Dr Kwiecień: Na tym rynku, szczególnie w odniesieniu do bitcoina, prognoz jest bez liku – od jednego do drugiego ekstremum i niczego tu nie zmienią. Problemem jest to, że tak naprawdę nie wiadomo do końca, jak spróbować wycenić BTC, stąd też taki rozrzut. W przypadku spółki można próbować określić jej wartość. A jeżeli chodzi o aktywa, które bezpośrednio nie generują przepływów pieniężnych, wycena jest bardzo trudna i subiektywna. Wydaje mi się, że tutaj jeszcze długo nie będziemy mieć dobrego narzędzia do tego.
Czy biorąc pod uwagę obecną sytuację, przewiduje Pan większy ruch na rynku kryptowalut?
Dr Kwiecień: Jak powiedziałem, po części wzrosty w tym roku wynikały trochę z tego, że mieliśmy efekt Chin. Jednak w Europie nie widać na razie procesu, który by wprowadzał te waluty do mainstreamu. Proszę zwrócić uwagę na to, jak w Polsce przyjął się Revolut – bardzo szeroka akceptacja. Gdybyśmy mieli produkt tak zaakceptowany przez konsumentów, a oparty na jakiejś kryptowalucie, to sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej. Generalnie więc nie widać takiego symptomu, który mógłby z tej perspektywy stanowić przełom.
Co jeszcze mogłoby nim być?
Dr Kwiecień: To biznes musi zdecydować, czy kryptowaluty dają mu taką płaszczyznę rozwoju. Potencjalnych zastosowań jest bardzo dużo. Były np. pomysły, żeby zrobić zdecentralizowaną platformę obrotu papierami wartościowymi. Założenia są piękne, ale już wprowadzanie tego w życie, popularyzowanie rozwiązania, sprzedanie go i zarobienie na tym nie jest taką prostą rzeczą. Na razie takich projektów nie widać na dużą skalę.
Jednocześnie sektor bankowy ostrzega przed inwestowaniem na tym rynku. W lipcu upadła najstarsza polska giełda BitMarket, a jeszcze wcześniej – Bitcurex. To ma jakiś realny wpływ na postawę Polaków?
Dr Kwiecień: Skala regulacji i bezpieczeństwa jest tutaj nie bez znaczenia. Takie afery na pewno zniechęcają część klientów. Podmioty nieregulowane albo na granicy regulacji dla jednych klientów są problemem, dla innych nie. Jednak z punktu widzenia systemu finansowego dobrze byłoby, gdyby wszystkie tego typu instytucje operowały na podobnej płaszczyźnie. Ważne, żeby ten nadzór nie był zbyt krępujący, ale jednocześnie, żeby był taki sam dla wszystkich. W Polsce nie zapowiada się to w najbliższym czasie.
Duże zmiany w polskim gazownictwie. Do 2029 roku Gaz-System chce zrealizować ponad 30 kluczowych inwestycji, dzięki którym długość krajowej sieci przesyłowej wzrośnie do ok. 14,8 tys. km. Operator zakończył właśnie budowę gazociągu do EC Żerań. To ważna inwestycja z punktu zapewnienia stabilnego źródła dostaw energii oraz poprawy jakości powietrza w Warszawie. Przestawienie EC Żerań z paliwa węglowego na gaz ziemny to wyjście naprzeciw oczekiwaniom mieszkańców stolicy – podkreśla Piotr Naimski, pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej.
– Nowy blok energetyczny na Żeraniu, który jest w tej chwili w budowie, jest bardzo ważny. Ta nowoczesna instalacja jest olbrzymim krokiem w przyszłość dla bezpieczeństwa dostaw zarówno ciepła, jak i energii elektrycznej dla Warszawy. To także kwestia czystości otoczenia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Naimski, sekretarz stanu w KPRM, pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej.
Zakończyła się właśnie budowa 10-kilometrowego gazociągu, który łączy tłocznię gazu Rembelszczyzna z Elektrociepłownią Żerań. Umożliwi dostawę paliwa do bloku gazowego w EC Żerań. Nowy blok o mocy 500 MW ma spalać rocznie ok. 550 mln m3 gazu. Po oddaniu bloku produkcja energii elektrycznej może się zwiększyć o ok. 55 proc.
– Dzięki temu gazociągowi Elektrociepłownia Żerań ma możliwość wykorzystania gazu ziemnego jako paliwa na swoje instalacje przy produkcji prądu i ciepła oraz zamiany węgla, który zalega na tych hałdach na paliwo, które płynie pod ziemią bezpiecznym gazociągiem – podkreśla Tomasz Stępień, prezes zarządu Gaz-System.
Koszt inwestycji po stronie Gaz-System wyniósł 75 mln zł z pierwotnie planowanych ok. 100 mln zł. Gazociąg został wybudowany na trudnym terenie, w najgłębszym miejscu biegnie 22 metry pod powierzchnią ziemi. Przedstawiciele operatora i rządu podkreślają, że to inwestycja ważna nie tylko z punktu widzenia bezpieczeństwa gazowego, lecz także ekologii.
– Istnieje możliwość zredukowania o 60 proc. węgla jako paliwa wykorzystywanego do produkcji ciepła i prądu dla Warszawy i zamienienia na paliwo, które jest czystsze zarówno w zakresie obsługi, jak i emisji – podkreśla Tomasz Stępień.
Bloki gazowe coraz częściej będą zastępować elektrownie na węgiel. Inwestycja w Warszawie ma zredukować o połowę emisję pyłu, o 60 proc. dwutlenku węgla i o 30 proc. tlenków azotu. Do budowy bloku gazowego o mocy 500 MW w Elektrociepłowni Siekierki przygotowuje się m.in. PGNiG Termika. Zastąpi działające już od kilkudziesięciu lat bloki węglowe, które wymagają wymiany.
Jak podkreśla Piotr Naimski, budowa gazociągu to tylko część wielkich inwestycji. W ciągu kilku lat operatorzy przesyłowi Gaz-System, PSE i PERN wydadzą ok. 23 mld zł na infrastrukturę, z czego zdecydowaną większość Gaz-System.
– Gaz-System prowadzi inwestycje w całej Polsce, to jest olbrzymi plac budowy. W ciągu najbliższych 4 lat wyda 14 mld zł zarówno na nowe inwestycje, jak i modernizujące sieć przesyłową. Gazociąg przyłączeniowy do Żerania jest jednym z elementów – mówi sekretarz stanu w KPRM.
Przygotowany przez Gaz-System Plan Rozwoju na lata 2020–2029 zakłada realizację ponad 30 kluczowych inwestycji. Długość krajowej sieci przesyłowej wzrośnie dzięki temu z obecnych 11 tys. km do ok. 14,8 tys. km. Plan obejmuje programy inwestycyjne związane z dywersyfikacją dostaw gazu ziemnego do Polski (Baltic Pipe, rozbudowa Terminalu LNG w Świnoujściu, połączenie z Litwą, Korytarz Północ-Południe).
– Jeżeli chodzi o inwestycje istotne dla Warszawy, Gaz-System będzie modernizował Pierścień Warszawski, czyli gazociąg, który zaopatruje stolicę w gaz. Ale także strategiczny gazociąg dla całej sieci ogólnopolskiej z Gustorzyna do Wronowa. To magistrala, która domknie od wschodu i południa trasę przesyłową północ-południe związaną z inwestycją Baltic Pipe. Przebudowujemy całą sieć transportową gazu w Polsce z kierunku wschód-zachód na kierunek północ-południe – podkreśla Piotr Naimski.
Współdzielenie samochodów zdobywa na polskim rynku coraz większą popularność. Przybywa zarówno firm wypożyczających auta na minuty, jak i użytkowników takich usług. Współdzielone samochody zaczęli oferować również dostawcy energii elektrycznej, a wypożyczalnie takich aut z dużych aglomeracji zaczynają wkraczać też do mniejszych miast. PGE wspólnie ze spółką 4Mobility rozszerzyła właśnie swoją ofertę takiej usługi w Siedlcach.
– Poprzez budowanie usług carsharingowych widzimy możliwość dotarcia do szerszego spektrum klientów. Carsharing jest perspektywiczny, rozwija się dynamicznie również w krajach Europy Zachodniej i Stanach Zjednoczonych, dlatego widzimy w nim duży potencjał – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Śliwa, wiceprezes zarządu ds. innowacji w PGE Polskiej Grupie Energetycznej. – My rozwijamy usługę e-carsharingu, czyli dostarczamy mieszkańcom samochody zeroemisyjne.
Z prognoz firmy doradczej PwC wynika, że w nadchodzących latach carsharing będzie cieszył się coraz większą popularnością, wzrastając w dwucyfrowym tempie. Do 2030 roku współdzielone auta będą stanowiły co najmniej 30 proc. wszystkich samochodów w Europie. Do tego czasu już co trzeci kilometr przejechany w Europie będzie realizowany w formule carsharingu („The five dimensions of automotive transformation”).
Badania przeprowadzone na zlecenie PwC pokazują też, że 26 proc. Polaków byłoby skłonnych zrezygnować z własnego samochodu na rzecz miejskiego współdzielenia pojazdów. To istotne o tyle, że w miastach głównym źródłem zanieczyszczeń jest komunikacja samochodowa, dlatego zmniejszenie liczby pojazdów może znacznie wpłynąć na poprawę jakości powietrza, a także zmniejszyć zapotrzebowanie na miejsca parkingowe i zagęszczenie ruchu. Eksperci PwC wskazują, że jedno auto współdzielone może zastąpić od 7 do 11 prywatnych samochodów. Taki jest użytkowany średnio przez godzinę dziennie, z kolei pojazd w systemie carsharingu nawet do 10 godzin.
– Cieszę się, że carsharing się rozwija, bo duże i małe miasta go potrzebują. Dużo mówimy o zanieczyszczeniach, mocno skupiamy się na węglu, ale w miastach jeszcze są spaliny niemniej groźne dla zdrowia. Tego typu wypożyczany samochód może uzupełnić system taksówkowy – mówi Krzysztof Tchórzewski, minister energii.
– Ku zaskoczeniu wielu osób usługi carsharingowe zyskały wielu klientów w Polsce. Mówimy dzisiaj o setkach tysięcy Polaków korzystających z tych usług, którzy pokazują, że nie trzeba wjeżdżać do miasta swoim samochodem, nie trzeba z niego na co dzień korzystać, nie trzeba go nawet kupować. Ten rynek w Polsce rośnie bardzo dynamicznie – dodaje Paweł Błaszczak, prezes 4Mobility.
Rynek carsharingu sukcesywnie rośnie, a samochody na minuty zaczęli oferować też dostawcy energii elektrycznej (3 firmy), wśród których jest PGE Polska Grupa Energetyczna. Rynkowy gigant na początku tego roku kupił za 15 mln zł ponad połowę udziałów w spółce 4Mobility.
– Jesteśmy jedną z pierwszych polskich firm carsharingowych. Zaczęliśmy w 2016 roku i od tego czasu rozbudowywaliśmy się głównie w Warszawie i w Poznaniu. Teraz wprowadzamy nasze usługi również w mniejszym mieście, jakim są Siedlce – zapowiada Paweł Błaszczak. – To początek ekspansji, wspólnie z Grupą PGE będziemy realizować strategię rozwoju w kolejnych miastach – mowa zarówno o dużych aglomeracjach, jak i średnich i mniejszych miastach. Kolejne 1,5 roku będzie dla nas bardzo aktywnym okresem rozwoju.
Nowe samochody elektryczne 4Mobility jeżdżą już po ulicach Siedlec – spółka wprowadziła do oferty dla mieszkańców pięć nowych samochodów Nissan Leaf. Wszystkie są w 100 proc. elektryczne, a bateria o pojemności 40 KW pozwala na przejechanie ponad 300 km. Samochody są wyposażone w dodatkowe elementy, m.in. nawigację, czujniki parkowania, zestaw multimedialny z bluetooth, które ułatwiają prowadzenie.
– Każdy klient powinien najpierw ściągnąć aplikację i zarejestrować się. W tym procesie weryfikujemy jego prawo jazdy i kartę płatniczą. Po zarejestrowaniu poprzez aplikację można sprawdzić dostępność samochodów. Jeżeli samochód jest dostępny, za pomocą aplikacji można go otworzyć, odpalić, a potem zamknąć i rozliczyć – mówi Paweł Śliwa.
Jak podkreśla, usługa współdzielenia pojazdów rozwija się bardzo dynamicznie nie tylko w dużych aglomeracjach, jak Warszawa czy Poznań, lecz także w mniejszych miejscowościach.
– Na tym rozwiązaniu mogą korzystać nie tylko duże miasta, lecz także mniejsze, takie jak Siedlce. Od marca prowadziliśmy tutaj pilotaż usługi e-carsharingu i widzimy, że jest to potencjalnie bardzo dobrze rozwijający się rynek. Ta usługa się przyjęła, dlatego 4Mobility wchodzi tu ze swoimi usługami – mówi Paweł Śliwa.
Teraz flota samochodów elektrycznych dostępnych do wypożyczania na ulicach Siedlec wzrośnie dwukrotnie – z pięciu do dziesięciu. Dostępne do tej pory Renault ZOE zmienią oznakowanie i wraz z zamknięciem usługi PGEmobility.pl uzupełnią flotę samochodów elektrycznych 4Mobility.
Użytkownicy aplikacji PGEmobility.pl będą mogli korzystać z usługi wypożyczania samochodów elektrycznych do 15 października. W tym czasie będą mogli się zarejestrować i rozpocząć korzystanie z usług nowego operatora. Spółka 4Mobility zapowiada, że pierwsze 50 osób w Siedlcach, które zdecyduje się zarejestrować w tym systemie carsharingu, otrzyma vouchery na usługę wypożyczania samochodów.
W ciągu ostatnich czterech lat sprzedaż samochodów Mercedes-Benz wzrosła w Polsce trzykrotnie – mówi Wolfgang Bremm von Kleinsorgen, prezes Mercedes-Benz Polska. Dużą popularnością na polskim rynku cieszą się ekskluzywne, sportowe auta spod szyldu Mercedes-AMG. Praktycznie wszystkie modele tej marki stają się cenionymi youngtimerami, a ceny starszych egzemplarzy rosną z roku na rok. Co 10. taki samochód sprzedaje się w Polsce, a nasz rynek jest dla marki 4. pod względem wielkości w Europie. Jej pozycję w Polsce ma umocnić nowy salon Mercedes-AMG w Gdańsku – to jedyny taki obiekt w Europie i jeden z pięciu na całym świecie.
– Globalny popyt na samochody sportowe wciąż rośnie. Europa i Ameryka Północna w dalszym ciągu są dla nas najważniejszymi rynkami, ale ważne są również rynki rozwijające się, takie jak Polska czy Chiny – mówi agencji Newseria Biznes Tobias Moers, CEO Mercedes-AMG.
Mercedes-AMG to firma należąca do rodziny Mercedes-Benz, która zajmuje się produkcją samochodów sportowych. W 2017 roku na całym świecie sprzedała ich ponad 100 tys.
– Mowa nie tylko o samochodach sportowych, jak te z serii GT, w tym modele 4-drzwiowe, lecz także z serii A45, które są bardziej nastawione na osiągi. Są dla nas bardzo ważne, ponieważ przyciągają nowych, młodych klientów do marki Mercedes-AMG oraz Mercedes-Benz – mówi Tobias Moers.
Praktycznie wszystkie modele Mercedes-AMG stają się cenionymi youngtimerami, a ceny starszych egzemplarzy rosną z roku na rok. W tej chwili oferta ponad 50-letniej marki obejmuje modele niemal wszystkich segmentów – od kompaktowej Klasy A, poprzez limuzyny i kombi klasy średniej oraz SUV-y aż po ekskluzywne modele klasy S i G.
– W rodzinie AMG mamy teraz niezwykły samochód o nazwie Project One, wyprodukowany w 275 egzemplarzach, którego cena przekracza 2 mln euro. To nasze szczytowe osiągnięcie technologiczne – mówi Tobias Moers. – Mamy również bardziej tradycyjne samochody sportowe 2-drzwiowe i 4-drzwiowe oraz serie aut kompaktowych, począwszy od A35 po S63 i G63. Łącznie to ponad 70 modeli. Mamy samochód sportowy dla każdego. Konstrukcja każdego auta ma specjalnie zaprojektowaną przednią i tylną oś oraz wszystkie elementy wpływające na komfort i dynamikę jazdy. Wszystkie części są opracowywane od podstaw przez AMG, zatem cykl pracy nad takim autem trwa 3–4 lata.
Modele Mercedes-AMG są cenione także w Polsce. W ubiegłym roku polski rynek był dla marki czwartym pod względem wielkości w Europie. Niemal co dziesiąty samochód AMG Mercedes-Benz sprzedaje się właśnie w Polsce – to bardzo wysoki odsetek, który o 50 proc. przekracza średni udział firmy na rynkach europejskich.
– Popyt na auta sportowe w Polsce jest bardzo duży, co bierze się z nastawienia Polaków do życia. Polacy są nowocześni, myślą perspektywicznie, cenią nowoczesne technologie i sportowe samochody. Zatem firma AMG bardzo dobrze odnajduje się na polskim rynku. Dlatego też bardzo nas cieszy, że pierwsze centrum marki otwieramy w Gdańsku. To będzie pierwsza tego typu placówka w Europie – mówi Wolfgang Bremm von Kleinsorgen, prezes Mercedes-Benz Polska.
Nowy obiekt w sieci sprzedaży – AMG Brand Center Witman Gdańsk – to największy i jedyny tego typu salon Mercedes-AMG w Europie. Na całym świecie marka ma tylko pięć takich obiektów (m.in. w Sydney, Pekinie i Tokio), które działają wspólnie z salonami sprzedaży „cywilnych” Mercedesów, ale zajmują się wyłącznie sprzedażą sportowych maszyn. Salon Mercedes-AMG w Gdańsku ma umocnić i dać impuls do dalszego rozwoju marki na polskim rynku.
– Będziemy dążyć do wzmocnienia marki AMG, a co za tym idzie – do zwiększenia sprzedaży. W ciągu pierwszych 8 miesięcy odnotowaliśmy już 34-proc. wzrost sprzedaży w stosunku do ubiegłego roku. Liczymy na kontynuację tego pasma sukcesów, w czym pomogą nam dwa czynniki. Pierwszym jest sam produkt, który odznacza się doskonałymi parametrami. Poszerzyliśmy naszą ofertę o nowe modele w segmencie kompaktowym i SUV-ów, a także nowy 4-drzwiowy model GT Coupe. Drugim czynnikiem jest z kolei osiągająca znakomite wyniki sieć dealerów Mercedes-Benz na terenie całej Polski – mówi Wolfgang Bremm von Kleinsorgen.
Gdański salon Mercedes-AMG, zlokalizowany przy Alei Grunwaldzkiej 493, nawiązuje do wyścigowej historii marki. Na pierwszej kondygnacji eksponowanych jest kilkanaście aut – od bazowych modeli z serii 35 aż po mocarne SUV-y. Górne piętro zagospodarowano dla najdroższych maszyn, takich jak AMG GT 4-drzwiowe Coupe.
– Na dwóch poziomach pokazujemy klientom 14 różnych modeli. Organizujemy również m.in. eventy związane z motosportem, mamy Driving Academy – świetną szkołę jazdy, w ramach której przeszkoliliśmy już w naszym salonie ok. 200 klientów. Pracują u nas ludzie z pasją do motoryzacji. Salony AMG Brand Center wyróżnia też konstrukcja zewnętrzna i wewnętrzna. Mamy tzw. Eye – oko wystawowe, które jest charakterystyczne dla tego formatu, oraz oddzielne wyznaczone specjalne strefy typu pit-stop, w których możemy zaprezentować klientom szczegóły danych modeli, np. modele silników – mówi Paweł Stefaniak, dyrektor handlowy AMG Brand Center Witman.
Dyrektor handlowy nowego obiektu podkreśla, że Gdańsk ze względu na międzynarodowy charakter miasta i dużą liczbę turystów z zagranicy był dla niego idealną lokalizacją.
– Gdańsk wydaje się naprawdę świetnym miejscem dla tego salonu. Mamy mnóstwo odwiedzających z zagranicy w okresie letnim. Gdańsk sam w sobie ma mocny potencjał wzrostu, co widać po naszej okolicy. Gdańsk Oliwa to chyba najprężniej rozwijająca się dzielnica w Trójmieście, mogę śmiało powiedzieć, że idealnie wpasowaliśmy się w ten nowoczesny klimat – mówi Paweł Stefaniak.
W ramach nowego salonu działa też serwis wyspecjalizowany w obsłudze sportowych maszyn Mercedes-AMG – zarówno nowszych, jak i starszych.
Z uruchomieniem obiektu zbiega się ofensywa nowych modeli Mercedes-AMG. Do sprzedaży trafiają właśnie sportowe kompakty A 45 oraz CLA 45 o mocy nawet 421 KM oraz rodzinny kompaktowy SUV GLB 35. Te trzy modele – wraz z nowym GLE Coupe 53 – zostały premierowo zaprezentowane w Polsce podczas uroczystego otwarcia nowego salonu. CEO Mercedes-AMG Tobias Moers podkreśla, że w nadchodzących latach – podobnie jak i cały rynek motoryzacyjny – marka będzie się rozwijać w kierunku samochodów elektrycznych.
– Naszym pierwszym celem są hybrydy o wysokich osiągach, a więc pracujemy nad nowymi generacjami modeli z serii C63, S63 oraz 4-drzwiowych GT, które będą naszymi pierwszymi autami z rodziny hybryd o wysokich osiągach. Będziemy nad nimi pracować przez następne 2–3 lata. Pracujemy też nad kolejnymi projektami, a dzięki naszej kreatywności z pewnością uda nam się stworzyć auto sportowe o napędzie w pełni elektrycznym – mówi Tobias Moers.
Kosmicznych śmieci jest tak wiele, że szacunkowo każdy satelita może przez nie zostać rozbity. Zdaniem ekspertów skutki tego mogą stanowić zagrożenie dla telekomunikacji, rolnictwa i całej światowej gospodarki. Dlatego największe firmy opracowują rozwiązania do usuwania kosmicznych odpadów. To szansa dla polskiego sektora kosmicznego, który aktywnie uczestniczy w walce ze śmieciami. Opracowany w Polsce żagiel deorbitacyjny zapobiega powstawaniu odpadów, a teleskop optyczny polskiej produkcji pozwala zaobserwować obiekt o wielkości piksela z odległości kilometra.
– Monitorowanie śmieci kosmicznych jest nie tylko pracą naukowo-badawczą, lecz także można na tym budować swój biznes. Jeżeli wszystkie prognozy o rozwoju sektora kosmicznego i infrastruktury satelitarnej się sprawdzą, to usługi monitorowania śmieci, obiektów na orbicie będą coraz bardziej potrzebne – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Wojtkiewicz, prezes Związku Pracodawców Sektora Kosmicznego, dyrektor ds. sektora kosmicznego w firmie GMV.
Europejska Agencja Kosmiczna szacuje, że na orbicie okołoziemskiej krąży ok. 20 tys. śmieci o masie 8 tys. ton. Łącznie z tymi najmniejszymi, o wielkości zaledwie kilku milimetrów, ich liczba może sięgać 750 mln. Wszystkie stanowią ogromne zagrożenie dla obiektów krążących w kosmosie, satelitów, mogą też zagrozić misjom kosmicznym. Kulka o rozmiarze 1 centymetra poruszająca się z prędkością 7 km na sekundę ma taką energię kinetyczną jak samochód jadący z prędkością 50 km na godzinę, więc może spowodować duże szkody.
– Śmieci kosmiczne powodują zagrożenie dla całej infrastruktury umieszczanej przez człowieka na orbicie okołoziemskiej. A ta infrastruktura, czego nie zauważamy na co dzień, jest już dla nas krytyczna. Nie potrafimy nie korzystać z systemu nawigacji satelitarnej, zdjęć satelitarnych, nie potrafimy przewidywać dobrze pogody, jeżeli nie używamy danych z satelitów meteorologicznych – przekonuje Paweł Wojtkiewicz.
Kosmicznych śmieci jest coraz więcej. Chińczycy w 2007 i 2008 roku zestrzelili swoje satelity, których rozbicie doprowadziło do powstania kilku tysięcy kawałków większych niż 10 cm i znacznie więcej tych mniejszych. W 2019 roku głośno było o podobnej akcji przeprowadzonej przez Indie.
– Agencje kosmiczne zastanawiają się, jak walczyć z tym problemem. Jeden sposób jest taki, żeby implementować regulacje na poziomie międzynarodowym, które będą na operatorów satelitów nakładały obowiązek opracowania sposobu zdeorbitowania, czyli tego, jak dany obiekt opuści bezpiecznie orbitę. Drugi front walki ze śmieciami kosmicznymi to ich monitorowanie i przewidywanie ich orbit wokół Ziemi – wymienia ekspert.
Naukowcy pracują nad rozwiązaniem Gateway Earth, stacji recyklingu odpadów, której zadaniem byłoby przetwarzanie śmieci orbitujących wokół Ziemi. NASA zaprojektowała kompaktor do topienia ciepła, który odzyskuje wodę ze śmieci za pomocą wymiany ciepła i zagęszcza śmieci, oraz technologię przekształcania śmieci w gaz metanowy, który można wykorzystać jako paliwo rakietowe. Technologia zagęszczania śmieci mogłaby natomiast pomóc astronautom zmienić śmieci w tarczę promieniowania kosmicznego.
– Niestety nie jesteśmy w stanie wysłać na orbitę wielkiego odkurzacza, który wszystko posprząta. Mówimy raczej o usuwaniu większych obiektów, czyli dużych satelitów z orbity. Wszystkie projekty, które dotyczą takich scenariuszy, są w fazie testowania. Tak naprawdę dziś w prosty sposób nie jesteśmy w stanie usuwać dużych obiektów, które znajdują się już na orbicie, nie mamy nad nimi kontroli – mówi prezes Związku Pracodawców Sektora Kosmicznego.
Walka ze śmieciami krążącymi wokół Ziemi to szansa dla polskiego sektora kosmicznego. Krajowe firmy mają już na tym polu pierwsze sukcesy. Żagiel deorbitacyjny, zaprojektowany przez studentów Politechniki Warszawskiej, pozwoli eksplorować kosmos, ale bez pozostawiania w nim odpadów. Teleskop optyczny polskiej produkcji umożliwia obserwację obiektów o wielkości piksela z odległości kilometra.
– Mamy w Polsce już teraz kilka firm, które biorą udział w projektach Europejskiej Agencji Kosmicznej monitorowania śmieci kosmicznych i rozwoju technologii, która ma posłużyć do usuwania śmieci z orbity. Dodatkowo niedawno przystąpiliśmy do europejskiego SST [Space Surveillance and Tracking – red.], czyli konsorcjum kilku państw, którego zadaniem jest rozwój infrastruktury umożliwiającej gromadzenie danych o obiektach znajdujących się na orbicie i dystrybucję tych danych do wszystkich państw zrzeszonych w ramach konsorcjum – przypomina Paweł Wojtkiewicz.
Hodowcy zwracają uwagę na to, że te pochodzące z Ameryki Południowej zwierzęta znakomicie sprawdzają się w działaniach terapeutycznych, ponieważ są bardzo przyjazne, lubią przebywać z ludźmi i mają wyjątkowo łagodne usposobienie. Alpakoterapia wspomaga edukację i rozwój psychospołeczny dzieci oraz osób niepełnosprawnych intelektualnie. Zajęcia oparte są na bezpośrednim kontakcie z alpakami i najczęściej obejmują ich karmienie lub czynności pielęgnacyjne.
Ośrodek psychoterapeutyczny „Koparka”, założony przez Przemysława Chojnackiego, od kilku lat leczy dzieci, młodzież i dorosłych w sposób holistyczny. Pomagają w tym alpaki. Zajęcia z ich udziałem mogą być pomocne np. w terapii zaburzeń rozwojowych u dzieci.
– Alpakoterapia jest metodą wspierającą, a nie zastępującą inne terapie. Jeśli dziecko np. ma trudności z mówieniem, to podstawową terapią jest terapia logopedyczna. A my, jako alpakoterapeuci, wspieramy u dziecka postępy w mówieniu, czyli przy akceptującym zwierzęciu, w komfortowych warunkach, kiedy alpaka jest ciepła, miła i przyjemna, motywujemy dziecko do otwarcia się i mówienia. W ten sposób możemy pracować z dziećmi, które mają różne zaburzenia: ze spektrum autyzmu, z upośledzeniem umysłowym, z niepełnosprawnością intelektualną, a także z różnymi trudnościami ruchowymi, lękami społecznymi, więc tak naprawdę każdy obszar trudności dzieci może być podjęty przez alpako terapię – mówi agencji Newseria Przemysław Chojnacki, Ośrodek Psychoterapii Dzieci i Młodzieży – Koparka.
W ośrodku „Koparka” w zajęciach z alpakami uczestniczą dzieci w wieku od 2 do 14 lat. Wywodzące się z Ameryki Południowej zwierzęta z rodziny wielbłądowatych przypominają nieco lamy, choć są od nich znacznie mniejsze – przy długości ciała około 1,5 m osiągają wysokość do 1 m, a ważą 55–85 kg. Przeważnie są białe, brązowe lub czarne i mają wyjątkowo sympatyczne pyszczki. Ich sierść jest gęsta, jedwabiście miękka, pachnąca i hipoalergiczna. Przede wszystkim jednak charakteryzują się niezwykłym usposobieniem – są przyjacielskie, ciekawskie, inteligentne i towarzyskie. Lubią być dotykane i szybko się uczą. Dzieci wręcz uwielbiają się z nimi bawić i szybko obdarzają je zaufaniem.
– Dzieci szybciej przekonują się do alpak niż do psów, dlatego że psy są to zwierzęta, które występują na co drugim podwórku. Alpaki natomiast są dużo rzadsze, mają miłe pyszczki, prawie uśmiechające się, miłe w dotyku futerko, są mniejsze od konia, a większe od psa. Można się do nich przytulić, pogłaskać je, dają się szybko oswoić i dzieci mają z tego frajdę. Te, które stale do nas przychodzą, mają swoje ulubione alpaki i nie jest tak, że tylko jakaś taka najśmielsza alpaka jest najbardziej lubiana, różnie dzieci wybierają, czasem również te lękliwe i wycofane – mówi Przemysław Chojnacki.
Alpakoterapia staje się w Polsce coraz bardziej popularna. Stanowi ona uzupełnienie innych metod leczenia, na przykład rehabilitacji ruchowej, psychoterapii, a także formę edukacji. Polega na kontakcie z alpakami pod okiem instruktora. Charakter terapeutycznej aktywności dobiera się indywidualnie, w zależności od potrzeb pacjenta.
– Mamy długoterminowe efekty terapii, takie, gdzie pracowaliśmy rzeczywiście długo i pierwsze rezultaty były powiedzmy po pół roku przy 2–3-letniej współpracy z dzieckiem, ale mamy też takie krótkie, np. wtedy, kiedy dziecko miało zaklejone oko, bo miało jakiś zabieg i lekarze powiedzieli, że ma teraz już po zdjęciu opatrunku otwierać to oko. I ta dziewczynka bardzo nie chciała tego robić, ale kiedy była z alpakami, to to oko po prostu otworzyła. Alpaki są świetną motywacją do robienia rzeczy, których tak po prostu by się nie zrobiło, bo właśnie dominuje strach przed bólem, przed światłem – mówi Przemysław Chojnacki.
Alpakoterapia polecana jest również dorosłym, na przykład osobom z zespołem Downa, sparaliżowanym bądź przechodzącym rehabilitację po wypadkach.
– Z takimi osobami pracujemy podobnymi narzędziami jak z dziećmi, czyli, żeby te osoby głaskały, karmiły i czesały alpaki czy wyskubywały z nich siano, ćwicząc przy tym chwyt pęsetkowy, więc metoda jest podobna. Zdarzyło nam się kilka razy jeździć do seniorów, do osób, które nie mają trudności, i wtedy było widać jak ci ludzie się cieszą, jak odżywają, więc to po prostu poprawia humor i sprawia, że czujemy się lepiej, w naszym mózgu wytwarzają się endorfiny, czyli hormony szczęścia – mówi Przemysław Chojnacki.
Wizualizacja narządów wewnętrznych chorego w czasie rzeczywistym w formie dotykowych hologramów 3D pozwoli na lepszą ocenę możliwości przeprowadzenia operacji. Dzięki temu zabiegi będą bezpieczniejsze. Technologia holograficzna poprawi bezpieczeństwo w motoryzacji, potrafi też wskrzesić zmarłych artystów na scenie. Na rynek trafiła już zminiaturyzowana płyta przeznaczona do projekcji holograficznych.
– Stworzyliśmy technologię dotykowej projekcji holograficznej. Obraz emitowany przez wbudowany monitor LCD powstaje na powierzchni szkła charakteryzującego się refrakcją. Światło na wyświetlaczu ulega rozproszeniu i załamaniu we wnętrzu szkła, a potem ponownie ulega skupieniu. W ten sposób powstaje obraz holograficzny, który możemy dotykać – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Kazuhiro Yamamoto z Aska3D.
Technologię dotykowej holografii 3D będzie można wykorzystać przede wszystkim w medycynie do obrazowania w czasie rzeczywistym. Izraelski start-up RealView Imaging opatentował technologię umożliwiającą lekarzom hiperrealistyczną wizualizację obrazów narządów wewnętrznych w postaci dotykowych hologramów 3D. Po badaniach klinicznych przeprowadzonych w kardiologii interwencyjnej technologia została już wykorzystana w zabiegach. Trójwymiarowymi hologramami zainteresowana jest jednak nie tylko medycyna.
Technologia wykorzystywana jest również w branży rozrywkowej. W przyszłym roku rozpocznie się trasa koncertowa z udziałem hologramu zmarłej w 2012 roku Whitney Houston, co wzbudza duże kontrowersje. Przeciwnicy tego przedsięwzięcia powołują się na wątpliwości natury moralnej, związane z komercyjnym wykorzystaniem pamięci o artystce. Szerzej hologramy będą wykorzystywane m.in. w motoryzacji.
– Chcemy, aby ta technologia była wykorzystywana w medycynie, motoryzacji i narzędziach Digital Signage. Jeżeli chodzi o medycynę, lekarz w rękawiczkach nie musi dotykać wyświetlacza, więc jest to bardziej higieniczne. W przypadku Digital Signage po dotknięciu ekranu kąt projekcji jest nieograniczony, zatem obraz może widzieć wiele osób. W przypadku motoryzacji jest to nadal bardziej futurystyczne rozwiązanie z przeznaczeniem do luksusowych aut z górnej półki – mówi ekspert.
Zainteresowanie technologią holograficzną wykazują już także marki motoryzacyjne nastawione na sprzedaż odbiorcy masowemu. Volkswagen zaprezentował w maju holograficzny moduł przeznaczony do obsługi systemu audio. Został on umieszczony w bagażniku prototypowego Golfa. Docelowo hologramy mają się jednak przyczynić w motoryzacji przede wszystkim do poprawy bezpieczeństwa, stanowiąc następstwo wyświetlaczy przeziernych typu HUD. Trójwymiarowe pola informacyjne mają być dla kierowcy lepiej widoczne, a ich obsługa bardziej intuicyjna.
Rozwiązanie zaprezentowane przez niemiecką markę motoryzacyjną zajmowało jednak znaczną część bagażnika, więc aby mogło trafić na deskę rozdzielczą, musiałoby zostać mocno zminiaturyzowane. Aska 3D opracowała już płyty holograficzne o niewielkich rozmiarach.
– Pomyślnie uruchomiliśmy masową produkcję płyty o wymiarach 20 x 20 cm. Wyceniliśmy ją na 300 dol. Produkt jest już dostępny i jesteśmy w stanie wyprodukować co najmniej 10 tys. sztuk miesięcznie – deklaruje Kazuhiro Yamamoto.
Według analityków z FutureWise światowy rynek obrazowania holograficznego ma do 2029 roku przekroczyć wartość 5 mld dol, a jego średnioroczne tempo wzrostu w dekadzie 2019–2029 osiągnie ponad 32 proc.
Zmiany klimatu to jedne z największych zagrożeń środowiskowych, społecznych, a także ekonomicznych. Europejska Agencja Środowiskowa wskazała, że jedną z przyczyn tego stanu rzeczy mogą być emisje gazów cieplarnianych. Winne są przede wszystkim paliwa spalane w elektrowniach, przemysł, gospodarstwa domowe, a także transport.[1] Całkowity udział w emisji gazów na terenie UE branży transportowej wynosi około 25 proc., z czego ponad 18 proc. generują ciężarówki i autobusy. Dlatego Komisja Europejska postanowiła zaostrzyć przepisy i działać w kierunku zredukowania tego problemu.
Ponad rok temu zakończono prace nad programem „Europa w ruchu”. Jego celem jest między innymi zwiększenie efektywności paliwowej czy ograniczenie emisji spalin pochodzących z pojazdów ciężarowych.[2] W tym samym czasie, ta sama instytucja pracuje nad nowym prawem dla transportu nazywanym pakietem mobilności. Jego zapisy powodują, że przejazdów bez załadunku może być zdecydowanie więcej, liczba przejechanych kilometrów na europejskich drogach bez konkretnego celu wzrośnie, a to nijak się ma z celami środowiskowymi, które Bruksela stawia sobie i Europejczykom.
Dobre chęci nie wystarczą
Trochę ponad rok temu, Komisja Junckera przestawiła trzeci i ostatni pakiet działań służących realizacji założeń w sektorze mobilności w ramach programu Europa w ruchu. Postulaty w ramach tego projektu miały przede wszystkim umożliwić mieszkańcom UE korzystanie z bezpiecznego ruchu drogowego i zagwarantować zmniejszenie zanieczyszczeń generowanych przez pojazdy ciężarowe. Receptą na palący problem było wprowadzenie pierwszej w historii normy emisji CO2 dla ciężarówek o dużej ładowności. Komisarz do spraw polityki klimatycznej i energetycznej, Miguel Arias Cañete podkreślał wówczas, że każdy sektor gospodarki musi przyczyniać się do realizacji zobowiązań w dziedzinie klimatu zgodnie z porozumieniem paryskim. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że w tym czasie trwały prace KE nad pakietem mobilności, który w obecnym kształcie może oznaczać zaprzeczenie walki o lepszy klimat.
Kamil Wolański
Według założeń mobilności ekologicznej do 2025 roku średni poziom emisji CO2 z nowych samochodów ciężarowych ma być o 15 proc. mniejszy niż obecnie, a w 2030 roku ustalono redukcję na poziomie nawet 30 proc. To ambitny plan i nie byłoby nic nadzwyczajnego w pracy nad modernizacją europejskiego systemu transportu drogowego, gdyby nie fakt, że UE równocześnie zajmuje się pakietem mobilności. Ten z kolei, poza tym, że realnie zagraża polskim przedsiębiorcom, ograniczy dostęp do rynku, zwiększy koszty prowadzenia działalności, utrudni funkcjonowanie systemu transportu drogowego głównie w Europie Środkowo-Wschodniej, pośrednio może także wpłynąć niekorzystnie na środowisko choćby w związku z przejazdami kierowców samochodów ciężarowych, którzy będą musieli wrócić do kraju nawet, jeśli nie ma dla nich ładunku. To kuriozum unijnego legislatora. Pod hasłem równych szans i poprawy warunków pracy, podejmowane są próby ograniczenia możliwości wykonywania kabotaży, które to powstały, by niwelować tak zwane przestoje i puste przebiegi a tym samym podnieść efektywność transportu drogowego – mówi Kamil Wolański, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców (OCRK).
Gdzie ta mobilność ekologiczna?
Dla firm, które wyspecjalizowały się w dalekich przewozach transgranicznych, taki kształt pakietu mobilności spowoduje utratę wielu kontraktów i problemy finansowe. Dodatkowo, przymus powrotu do „bazy” w określonym czasie, wynikający z nieprzemyślanego prawa, jest krytykowany przez samych kierowców. Przewozy transgraniczne, realizowane przez wschodnioeuropejskich przewoźników w krajach wysokorozwiniętych jak Francja czy Niemcy, przynoszą największe dochody. Zatem powrót, wynikający z nieprzemyślanego prawa, wymusi na właścicielach firm ściągnięcie samochodu często bez załadunku po trzech lub czterech tygodniach w trasie. Oprócz wzrostu ruchu na drogach, przyczyni się to do spadku rentowności małych i średnich przedsiębiorstw, a także opóźnienia na granicach. Co więcej, to dodatkowe kilometry, które pojazd ciężarowy musi pokonać przez kraje Europy, a każdy kilometr to kolejne szkodliwe substancje emitowane do atmosfery.
To same straty, a jednak nikt w Parlamencie Europejskim nie zadbał o to, by odpowiednio zbadać skutki takich zmian i zapytać, co sądzą o nich osoby przewożące na co dzień towary, dzięki którym gospodarki krajów Starej Unii tak dobrze prosperują – podsumowuje Kamil Wolański, OCRK.
Na przełomie roku czeka nas wzrost cen, choć ceny towarów i usług konsumpcyjnych we wrześniu 2019 r. w stosunku do poprzedniego miesiąca obniżyły się o 0,1%, a w porównaniu z analogicznym miesiącem ub. roku wzrosły o 2,6%.
Według szybkiego szacunku GUS inflacja we wrześnie spadła, ale nadal jest w wysoka w porównaniu do tego, co działo się w ostatnich latach.
– Ten spadek inflacji jest przejściowy. Czeka nas wzrost inflacji na przełomie roku. Wiele będzie zależało od przyszłego Parlamentu i decyzji nowego rządu. Nadal nie wiemy jak bardzo wzrosną ceny energii elektrycznej – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Inflacja może wzrosnąć powyżej 3 proc., ale później będzie osuwała się w granice 2 proc.
W porównaniu z innymi krajami UE inflacja w Polsce jest wysoka. W Hiszpanii czy Włoszech inflacji niemal nie ma. To jednak niekoniecznie jest dobre dla tych państw.
– Nie spodziewamy się, aby RPP tą inflacją jakoś specjalnie się stresowała, a ze względu na spowolnienie gospodarcze w Europie, które będzie zakradać się do naszej gospodarki zakładamy, że Rada zdecyduje się na obniżenie stóp procentowych w przyszłym roku – komentuje ekspert XTB.
Ostatnie wydarzenia w gospodarce i na światowych rynkach finansowych nie napawają optymizmem. Inwestorzy i eksperci coraz częściej mówią o nadciągającym kryzysie ekonomicznym. Pojawiają się doniesienia o zamiarach administracji Donalda Trumpa związanych z możliwą dewaluacją dolara, a znaczące państwa, takie jak Chiny czy Rosja, podejmują działania zmierzające do dedolaryzacji swoich gospodarek. Czy rzeczywiście grozi nam kolejny kryzys ekonomiczny, a jeżeli tak, to kiedy i co może go spowodować? Odpowiedzi na te pytania są niezwykle istotne nie tylko dla ludzi odpowiedzialnych za finanse i gospodarkę państwa, ale także inwestorów giełdowych, przedsiębiorców, a w końcu „zwykłych zjadaczy chleba”, którzy w ostatecznym rozrachunku będą musieli zapłacić za niefrasobliwość decydentów ekonomicznych. Wywiad gospodarczy w swoim strategicznym wymiarze powinien na czas wykrywać symptomy nadchodzących zmian w gospodarce, szczególnie tych o charakterze kryzysowym. Dlatego chcielibyśmy zainteresować Państwa publikacją, która podchodzi do tych zmian w sposób analityczny i kompleksowy, i która pozwala na wyciągnięcie wniosków co do naszej przyszłości gospodarczej.
Ray Dalio, znany finansista, miliarder i założyciel dużego funduszu inwestycyjnego Bridgewater Associates
Ray Dalio, znany finansista, miliarder i założyciel dużego funduszu inwestycyjnego Bridgewater Associates (aktywa pod zarządzaniem funduszu to ponad 124 miliardy dolarów), opublikował programowy artykuł pt. „Paradigm Shifts” („Zmiany Paradygmatu[1]”), w którym przedstawił kilka niepokojących przewidywań dotyczących przyszłości amerykańskiej gospodarki, dolara i sytuacji na światowych rynkach finansowych. Artykuł wywołał bardzo emocjonalną reakcję mediów biznesowych – od amerykańskiej agencji Bloomberg, po australijski Sydney Morning Herald.
Jeśli sprowadzić zawarte w publikacji poglądy miliardera do kilku tez, to prognozy R. Dalio wyglądają następująco: należy oczekiwać poważnej dewaluacji dolara, systemy gwarancji socjalnych (w tym emerytury i opieka medyczna) naszpikowane zostaną zdewaluowanym pieniądzem, nasilą się konflikty społeczne, a na tym tle i na tle innych zjawisk kryzysowych najlepszą inwestycją będzie złoto.
Tezy postawione przez Dalio dotyczą najbliższej sytuacji gospodarczej w Stanach Zjednoczonych i na świecie, ale wynikają z głębokiej analizy procesów ekonomicznych, jakie zachodziły w całej światowej gospodarce w przeciągu ostatnich stu lat.
Działając przez prawie pięćdziesiąt lat w charakterze inwestora giełdowego w skali makro, Dalio zaobserwował okresy około 10-letnie, w których rynki i relacje rynkowe działają w pewien określony sposób, nazywane przez niego „paradygmatami[2]”. W okresach tych większość inwestorów dostosowuje się do danego paradygmatu (obowiązującego standardu ekonomicznego), ale z czasem ich działania stają się przesadnie dogmatyczne, nieuwzględniające realiów rynkowych, co prowadzi do odstawania ich działalności gospodarczej od realiów rynkowych, które kształtują już nowy paradygmat. W ramach tego nowego paradygmatu rynki działają w sposób, który jest bardziej przeciwieństwem (zaprzeczeniem) reguł obowiązujących w poprzednim paradygmacie niż jego kontynuacją. Identyfikacja zmian paradygmatu z odpowiednim wyprzedzeniem czasowym i/lub restrukturyzacja swojego portfela inwestycyjnego ma krytyczne znaczenie dla sukcesu rynkowego inwestorów.
Jak zachodzą zmiany paradygmatu?
Według Dalio zawsze istnieją poważne niezrównoważone siły rynkowe, które stanowią siłę napędową danego paradygmatu. Trwają wystarczająco długo, aby inwestorzy uwierzyli, że okres ich działania nigdy się nie skończy, chociaż oczywiście musi się skończyć. Klasycznym przykładem jest niezrównoważona stopa wzrostu zadłużenia, która stymuluje zakup aktywów inwestycyjnych i podnosi ceny tych aktywów, co prowadzi do przekonania, że pożyczanie i kupowanie aktywów inwestycyjnych jest najlepszym rozwiązaniem. Sytuacja taka nie może jednak trwać wiecznie, ponieważ podmioty pożyczające i kupujące te aktywa wyczerpią w końcu swoją zdolność kredytową, podczas gdy koszty obsługi zadłużenia wzrosną w stosunku do ich dochodów o kwoty, które ograniczają ich przepływy pieniężne. Kiedy dochodzi do takiej sytuacji, następuje zmiana paradygmatu. Dłużnicy zostają „przyciśnięci” spłatami rat, pojawiają się problemy z obsługą kredytów, co powoduje ograniczenie udzielania pożyczek i wydatków na towary i usługi. Aktywa inwestycyjne idą więc w dół z samonapędzającą się dynamiką, przeciwnie niż to miało miejsce w poprzednim paradygmacie. Trwa to do momentu, aż inwestorzy przesadzą z kolei w swoich działaniach ograniczających inwestycje.
Innym klasycznym przykładem jest sytuacja, kiedy na giełdach mają miejsce dłuższe okresy niskiej zmienności kursów papierów wartościowych. Ponieważ inwestorzy dostosowują się do tej sytuacji, niska zmienność kursów prowokuje ich do podejmowania decyzji, które powodują zwiększenie zmienności kursów (np. pożyczanie większej ilości pieniędzy niż pożyczaliby, gdyby zmienność była większa). Takie działania powodują w konsekwencji samowzmacniający się trend wzrostu zmienności kursów. Istnieje wiele powtarzających się w czasie, podobnych do ww. przykładów, które pozwalają pojąć istotę paradygmatów i reguł rządzących ich zmianami. Zrozumienie tych pojęć jest konieczne dla konsekwentnego i pomyślnego inwestowania.
Podczas zmiany paradygmatu większość inwestorów zostaje przyłapana na działaniach typowych dla obowiązującego w danym okresie paradygmatu, nie zauważając zachodzących zmian. Tylko nieliczni są wystarczająco bystrzy, aby zrozumieć te zmiany, wykorzystywać je w swojej działalności giełdowej lub przynajmniej się przed nimi chronić.
Wnioski z analizy procesu zmian paradygmatów
W swojej pracy „Paradigm Shifts” Dalio przeanalizował paradygmaty i ich zmiany, jakie miały miejsce w ciągu ostatnich 100 lat[3], a na podstawie tej analizy wyciągnął wnioski co do reguł rządzących zmianami paradygmatów, ze szczególnym uwzględnieniem nadchodzących zmian w obowiązującym obecnie paradygmacie.
Według autora ostatnią poważną zmianą paradygmatu był kryzys finansowy z lat 2008-2009. Stało się tak, ponieważ stopy wzrostu zadłużenia były niezrównoważone w taki sam sposób, jak wtedy, gdy nastąpiła zmiana paradygmatu w latach 1929-1932. „Ponieważ badaliśmy wcześniej takie okresy, wiedzieliśmy, że zmierzamy do „kolejnego z nich”” – twierdzi Ray Dalio. Dla inwestorów z jego otoczenia było jasne, że sytuacja z lat 2008-2009 wynikała z niezrównoważenia rynków finansowych i musi spowodować zmianę paradygmatu, dlatego grupa ta bardzo dobrze poradziła sobie z kryzysem, podczas gdy większość inwestorów z trudem się z nim zmagała.
Nadchodząca zmiana paradygmatu[4]
Ray Dalio twierdzi, że kolejna zmiana paradygmatu nastąpi w ciągu najbliższych kilku lat. Obecnie około 13 bilionów dolarów środków pieniężnych inwestorów utrzymywanych jest w papierach dłużnych o zerowej lub niższej stopie procentowej. Oznacza to, że inwestycje są bezwartościowe z punktu widzenia przychodu, chyba że są finansowane ze zobowiązań o jeszcze niższych, ujemnych stopach procentowych. Inwestycje te można więc w najlepszym razie uznać za bezpieczne miejsca do przetrzymania kapitału, dopóki nie będzie można go efektywniej wykorzystać. Sytuacja ta może spowodować, że w najbliższym czasie:
bankom centralnym zabraknie środków pobudzających do ożywienia rynków i słabej gospodarki;
narosną ogromne kwoty zobowiązań dłużnych i innych zobowiązań płatniczych (np. emerytury i opieka zdrowotna), które będą coraz bardziej wymagalne, a nie będą mogły być finansowane z aktywów.
Założyciel Bridegewater Associates zwraca uwagę, że wszystkie metody pobudzania amerykańskiej (i ogólnie zachodniej) gospodarki już się wyczerpały lub są bliskie tego wyczerpania, a stan zadłużenia osiągnął taki poziom, że bez dewaluacji niemożliwe jest jego zredukowanie. Dotychczasowe formy luzowania polityki pieniężnej przez niższe stopy procentowe i QE[5] przestają przynosić efekt, a wciąż pozostaje problem zbyt dużych zobowiązań dłużnych i zobowiązań niezwiązanych z zadłużeniem (np. zobowiązań emerytalnych i medycznych). W związku z brakiem innych form łagodzenia wydaje się oczywiste, że deprecjacja waluty i monetyzacja[6] deficytu finansowego (rządów) stają się coraz bardziej prawdopodobne.
Dlatego Dalio twierdzi, że paradygmat, w którym się znajdujemy, najprawdopodobniej skończy się wtedy, kiedy:
realne stopy procentowe zostaną „zepchnięte” do tak niskiego poziomu, że inwestorzy posiadający kredyty nie będą chcieli ich utrzymać i zaczną przechodzić do innych form inwestowania, ich zdaniem lepszych w tej sytuacji;
jednocześnie potrzeba dużej ilości środków pieniężnych na sfinansowanie zobowiązań przyczyni się do poważnych problemów finansowych. Na rynku nie będzie wystarczającej ilości pieniędzy, aby zaspokoić potrzeby. Musi więc zaistnieć kombinacja związana ze zwiększeniem deficytu, która realizowana będzie poprzez przekształcanie aktywów finansowych w walutę, deprecjację waluty i duże podwyżki podatków.
Najprawdopodobniej w tym czasie posiadacze papierów dłużnych otrzymają bardzo niskie lub ujemne nominalne i realne zwroty w słabnących walutach, które de facto będą stanowić „podatek od kapitału”. Jednocześnie ostra dewaluacja waluty, która z punktu widzenia konsumenta wygląda tak, jak gwałtowny wzrost cen w porównaniu z jej przychodami, będzie swego rodzaju „podatkiem dla biednych”. Dotknie ona tych, którzy nie mają prawdziwych aktywów, nie osiągają tzw. dochodu pasywnego[7], nie posiadają akcji, a jedynym źródłem ich dochodu jest wynagrodzenie i nadzieja na emeryturę. Taka sytuacja doprowadzi prawdopodobnie do zaostrzenia konfliktów między posiadaczami kapitału a społeczeństwem.
Prognozy i rady na przyszłość
Przyszłość, w której banki centralne świata zachodniego (a przede wszystkim Stanów Zjednoczonych) przechodzą na radykalne środki wsparcia gospodarki (a właściwie próby powstrzymania kryzysu systemowego), takie jak ujemne stopy procentowe, wygląda zupełnie nieatrakcyjnie. W takiej sytuacji z pewnością ucierpi sfera społeczna, ponieważ emerytury i świadczenia będą wypłacane dewaluowanymi pieniędzmi, a inflacja po prostu „zje” oszczędności tych, którzy je mają.
Innymi słowy, ogromne kwoty wkładane w inwestycje, które nie przynoszą zwrotu, są mało opłacalne, ponieważ nie zapewniają dochodu wystarczającego na sfinansowanie zobowiązań. W rzeczywistości większość z nich nie zapewnia żadnego dochodu, dlatego z inwestycyjnego punktu widzenia są one bezwartościowe. Zapewniają jedynie „bezpieczne” miejsce dla przechowywania kapitału zleceniodawcy. W rezultacie, aby sfinansować swoje wydatki, ich właściciele będą musieli sprzedawać kapitał, co zmniejszy ogólną kwotę posiadanego kapitału. W związku z tym inwestorzy:
będą dążyć do uzyskania stopniowo coraz wyższych zwrotów z malejących kwot kapitałowych (czego nie będą w stanie uzyskać) lub
będą musieli przyspieszyć konsumpcję, dopóki nie skończą się pieniądze (u konsumentów).
Stanie się to w tym samym czasie, kiedy nasilą się konflikty wewnętrzne (głównie między różnymi grupami społecznymi a posiadaczami kapitału) o to, jak podzielić „ciasto” i konflikty zewnętrzne między państwami o to, jak podzielić „globalne ciasto” i globalne wpływy ekonomiczne.
W swoich wypowiedziach jeszcze przed zwycięstwem w wyborach prezydenckich Donald Trump mówił, że „gospodarka USA jest jedną wielką „bańką finansową”, która wymaga osłabienia kursu dolara”. Jeśli dolar zostanie rzeczywiście znacznie zdewaluowany, USA będą mogły bardzo łatwo spłacić długi, co jednak nie uratuje światowego systemu finansowego przed kryzysem, a amerykańskiej gospodarki przed głęboką depresją. Możliwe będzie jednak udawanie, że USA wypełniają swoje zobowiązania społeczne i uczciwie spłacają swoje długi.
W takim świecie przechowywanie pieniędzy w gotówce i obligacjach nie będzie już bezpieczne. Obligacje są roszczeniami pieniężnymi, a rządy prawdopodobnie nadal będą drukowały pieniądze, aby spłacić swoje długi przy użyciu zdewaluowanych pieniędzy. To najłatwiejszy i najmniej kontrowersyjny sposób na zmniejszenie obciążeń związanych z zadłużeniem bez podnoszenia podatków.
Dalio uważa, że obecnie obligacje zapewniają złe realne i nominalne stopy zwrotu[8] dla ich posiadaczy. Jednak sytuacja ta nie doprowadzi do znacznych spadków cen i podwyższenia stóp procentowych, ponieważ większość z tych obligacji kupią najprawdopodobniej banki centralne, aby obniżyć stopy procentowe i utrzymać ceny. Innymi słowy, nowy paradygmat będzie charakteryzował się wysokim poziomem monetyzacjami zadłużenia, podobnym do tego, jaki miał miejsce w latach drugiej wojny światowej.
Ważne pytanie, które warto w tym miejscu postawić, brzmi: jakie inwestycje mogą dobrze funkcjonować w środowisku reflacyjnym[9], któremu towarzyszą duże zobowiązania dłużne i poważny konflikt wewnętrzny między posiadaczami kapitału i innymi grupami społecznymi, a także konflikty zewnętrzne? To także dobry moment, aby zapytać, jaka waluta lub instrument akumulacji kapitału najlepiej sprawdzi się w sytuacji, gdy większość banków centralnych chce dewaluować swoje waluty funkcjonujące w systemie fiat[10]?
I tutaj, jako główny instrument oszczędzania i najlepsze narzędzie do inwestowania w tym czarnym okresie gospodarczym, założyciel Bridgewater Associates sugeruje najstarsze narzędzie używane w akumulacji kapitału, czyli złoto. Korzyści ze złota w takiej sytuacji gospodarczej są oczywiste: nie można go wydrukować, nie można go zdewaluować dekretem rządowym, na kurs złota nie ma wpływu ujemne oprocentowanie depozytów bankowych (które już są w niektórych krajach europejskich, a będą najprawdopodobniej w całym świecie zachodnim w przyszłości). Na tle negatywnych rentowności obligacji rządowych i innych instrumentów dłużnych, o których Dalio pisze w swojej prognozie, złoto wypada nie tylko jako dobre narzędzie oszczędnościowe, ale również jako wysokodochodowy instrument inwestycyjny.
Według ekspertów rady amerykańskiego miliardera mają zastosowanie zarówno w odniesieniu do zwykłych inwestorów, jak i dużych funduszy inwestycyjnych. Co więcej, można je z powodzeniem wykorzystać w odniesieniu do państwowych rezerw walutowych. Sądząc po tym, jak aktywnie Chiny i Rosja, a także znaczący inwestorzy, jak np. George Soros skupują złoto, na świecie pojawili się już gracze chcący zabezpieczyć się przed konsekwencjami, które mogą wyniknąć ze zmiany ciągle jeszcze obowiązującego paradygmatu.
[2] Paradygmat (gr. παράδειγμα parádeigma – przykład, wzór – w rozumieniu wprowadzonym przez filozofa Thomasa Kuhna w książce „Struktura rewolucji naukowych” (The Structure of Scientific Revolutions) z 1962 r. – to zbiór pojęć i teorii tworzących podstawy danej nauki. Teorii i pojęć tworzących paradygmat raczej się nie kwestionuje, przynajmniej do czasu, kiedy paradygmat jest twórczy poznawczo – tzn. za jego pomocą można tworzyć teorie szczegółowe zgodne z danymi doświadczalnymi (historycznymi), którymi zajmuje się dana nauka.
[3] R. Dalio, „Paradigm Shifts”, cz. I, „Paradigms and Paradigm Shifts over the Last 100 Years”.
[4] R. Dalio, „Paradigm Shifts”, cz. II, „The Coming Paradigm Shift”.
[5] QE – poluzowanie polityki pieniężnej, luzowanie ilościowe (ang. quantitative easing, QE) – zwiększenie podaży pieniądza w obiegu. Standardowy instrument służący do regulacji podaży pieniądza to stopa procentowa banków centralnych. Jeśli stopa ta znajduje się już w pobliżu zera, i nie wystarcza to do osiągnięcia pożądanych efektów makroekonomicznych (w szczególności, gdy trwa recesja gospodarcza i występuje pułapka płynności), bank centralny może, według ekonomii głównego nurtu, zwiększyć podaż pieniądza poprzez niekonwencjonalne bodźce podażowe, takie jak zakupy różnego rodzaju obligacji (np. obligacje skarbowe) na rynku.
[6] Monetyzacja (ang. monetization) – oznacza zamianę aktywów rzeczowych lub finansowych na prawny środek płatniczy. Zazwyczaj odnosi się do wybijania monet lub drukowania banknotów przez banki centralne. Potocznie – przekształcanie czegoś w pieniądz.
[7] Dochód pasywny – oznacza dochód bez stałego angażowania własnej pracy. Osoby osiągające dochód pasywny bez wkładu własnej pracy nazywamy rentierami. Dochód pasywny otrzymywany jest wtedy, gdy raz wykonana praca (akcja, działanie) przynosi zyski, przez określony czas.
[8] Realna stopa zwrotu uwzględnia wpływ inflacji (czyli rosnących cen, a tym samym spadającej siły nabywczej pieniądza) na naszą inwestycję. Taka jest zwyczajowa definicja realnej stopy zwrotu: nominalna stopa zwrotu pomniejszona o inflację w okresie trwania inwestycji.
[9] Reflacja – zwiększanie skali inflacji, jako reakcja na okres, w którym ceny kształtowały się poniżej kosztów produkcji. Stosuje się ją po znacznym spadku cen danego składnika aktywów w celu ich podwyższenia do poziomów przed załamaniem koniunktury.
[10] Waluta fiat (inaczej pieniądz fiducjarny) to legalny środek płatniczy, którego wartość ustalana i czerpana jest przez rząd, który go wydaje, a nie z fizycznego dobra lub towaru. Siły rządów, które ustalają wartość danych pieniędzy fiducjarnych, są kluczowe dla tego rodzaju pieniędzy. Większość krajów na świecie korzysta z systemu walutowego w celu kupowania towarów, usług, wykonywania inwestycji i oszczędzania. Waluta fiat zastąpiła złoto i inne niegdyś obowiązujące systemy towarowe na polu ustalania wartości dóbr.
Umacniająca się marka Łodzi pozytywnie przekłada się na lokalny rynek nieruchomości komercyjnych i mieszkaniowych. A będzie jeszcze lepiej – kolejne etapy rewitalizacji obszarowej i dalsze usprawnienia infrastrukturalne wzmacniają potencjał inwestycyjny miasta.
Ambitne plany rewitalizacyjne, silny ośrodek akademicki, blisko 1 mln mieszkańców w aglomeracji, coraz lepszy poziom infrastruktury i bogata siatka połączeń transportowych – to wszystko kształtuje wizerunek Łodzi jako atrakcyjnej lokalizacji dla inwestorów z branży nieruchomości. W mieście dynamicznie rozwija się nie tylko rynek biurowy. Jak wynika z raportu JLL, Urzędu Miasta Łodzi i HAYS Poland „Łódź – Revitalizing a vibrant business and living hub”, coraz lepsze rezultaty notują również segment nieruchomości mieszkaniowych i hotelowych.
Hanna Zdanowska, Prezydent Łodzi
Prawie 4 miliardy złotych – to wartość projektów, które w tej perspektywie realizujemy z unijnym dofinansowaniem. Projekty, które prowadzimy, obejmują nie tylko remonty kamienic i ulic, modernizację instytucji kultury, rozwój transportu czy poprawę stanu miejskiej infrastruktury. Uzupełniają je programy, których celem jest aktywizacja zawodowa mieszkańców, wsparcie edukacyjne czy usługi zdrowotne. Sukces tej największej w Polsce rewitalizacji jest tym bardziej możliwy, że inwestycje realizowane przez miasto idą ramię w ramię z przedsięwzięciami prywatnych inwestorów. – Hanna Zdanowska, Prezydent Łodzi
Na biurowej orbicie
Papierkiem lakmusowym oceniającym starania obu stron jest między innymi sektor nieruchomości biurowych w mieście. A ten, jak pokazuje raport JLL, Urzędu Miasta i HAYS Poland, konsekwentnie rośnie.
Łukasz Dobrzański, Dyrektor Biura JLL w Łodzi
Inwestorzy doceniają unikalny charakter łódzkiego rynku biur. Firmy mogą tutaj wybierać spośród szerokiego portfolio projektów – od ultranowoczesnych biurowców, po ciekawie zaadaptowane budynki postindustrialne, które tworzą niepowtarzalną atmosferę pracy. Podobnie jak w innych polskich aglomeracjach, popyt napędzają głównie najemcy z branży usług dla biznesu. Według naszych danych, mają oni już 53% udziału w zajętej powierzchni biurowej w Łodzi. Ten współczynnik ma szansę jeszcze urosnąć, nie tylko ze względu na nowych inwestorów, ale przede wszystkim jako rezultat dynamicznej ekspansji centrów usług, które już w mieście działają. – Łukasz Dobrzański, Dyrektor Biura JLL w Łodzi
Łódź to aktualnie jedna z kluczowych lokalizacji dla centrów usług w Polsce. Według danych ABSL, w okresie od I kw. 2018 do I kw. tego roku branża stworzyła 2700 nowych miejsc pracy. Sektor zatrudnia w mieście łącznie 23 200 pracowników.
Wiele wskazuje na to, że nadchodzące miesiące będą okresem dalszego intensywnego rozwoju i przekształcania istniejących centrów usług biznesowych w jeszcze bardziej zaawansowane jednostki – centra doskonałości i centra wiedzy. To szczególnie istotne z punktu widzenia jakości miejsc pracy, które oferuje łódzki rynek. Miasto nadal ma ogromny potencjał, jeśli chodzi o możliwą skalę wzrostu, ale równie ważne, jeśli nie ważniejsze, są możliwości rozwoju zawodowego i szansa na udział w ciekawych i ambitnych projektach biznesowych. W tym aspekcie Łódź znajduje się w czołówce polskich aglomeracji. – Łukasz Grzeszczyk, Head of IT, HAYS Poland
Aktywność łódzkich inwestorów ma odzwierciedlenie w zapotrzebowaniu na powierzchnie biurowe. W 2015 roku najemcy podpisali w Łodzi umowy na 70 000 mkw. Kolejne lata również były udane. W 2016 roku popyt zbliżył się do poziomu 67 000 mkw., w 2017 roku – do blisko 60 000 mkw., a w 2018 – do prawie 57 000 mkw. W pierwszym półroczu 2019 podpisano natomiast umowy na ponad 32 000 mkw., co jest dobrą prognozą na kolejnych sześć miesięcy. Największe transakcje, które zamknęły się w tym czasie to przednajem New Work w Hi Piotrkowska 155 na 5000 mkw. oraz dwie umowy Nordea – nowy kontrakt w Red Tower i przednajem w Cross Point C. W obu budynkach firma zajmie po 3 300 mkw.
Aktualnie w budowie znajduje się 100 000 mkw. powierzchni w ramach tak spektakularnych projektów jak Hi Piotrkowska 155, Imagine, Monopolis czy Brama Miasta. Deweloperzy zabezpieczają tez grunty pod kolejne realizacje, co jest najlepszych dowodem na to, że wierzą w potencjał biznesowy Łodzi. Warto również zauważyć, że na łódzkim rynku formują się pierwsze huby biurowe, a to wskazuje na rosnącą dojrzałość sektora. Największym z nich jest tzw. Centralna Oś Łodzi – na linii od Al. Kościuszki do projektów realizowanych przy tzw. Skrzyżowaniu Marszałków. Popularność tej lokalizacji to rezultat znakomitej dostępności komunikacyjnej i centralnego położenia. – Łukasz Dobrzański, Dyrektor Biura JLL w Łodzi
Tomasz Puch, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL
Łódź to ciekawa alternatywa również dla inwestorów nieruchomościowych szukających nowych opcji rozwoju portfela. Miasto cieszy się rosnącym zainteresowaniem międzynarodowych funduszy zajmując już czwarte miejsce w Polsce, poza Warszawą, pod względem wartości umów kupna/sprzedaży obiektów biurowych. W ciągu dwóch ostatnich lat właścicieli zmieniły biurowce za 230 mln euro w ramach siedmiu transakcji. – Tomasz Puch, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych, JLL
Rynek mieszkaniowy przyspieszył
Chociaż Łódź jest trzecim co do wielkości miastem w Polsce pod względem liczby mieszkańców, tutejszy rynek mieszkaniowy jeszcze do niedawna pozostawał w tyle za innymi polskimi aglomeracjami.
Katarzyna Kuniewicz, Dyrektor Działu Badań Rynku Mieszkaniowego JLL
Pod wieloma względami, takimi jak ceny czy sprzedaż na pierwotnym rynku mieszkaniowym, Łódź bardziej przypominała Lublin czy Szczecin niż Warszawę i Wrocław. Jednak w ciągu ostatnich trzech lat sytuacja uległa znacznej zmianie. Zarówno liczba sprzedanych mieszkań, jak i nowa roczna podaż wzrosły ponad dwukrotnie w 2018 w porównaniu do 2015, osiągając najwyższy poziom w historii. Sprzedano wtedy 4 300 lokali, a na rynek trafiło ich 4 600. Wszystko wskazuje też na to, że dobra passa utrzyma się również w 2019. W pierwszym półroczu sprzedano bowiem więcej mieszkań niż w całym 2016, a średnia cena za mkw. na rynku pierwotnym na koniec czerwca kształtowała się na poziomie 5 900 PLN, czyli o 40% mniej niż w przypadku Warszawy. – Katarzyna Kuniewicz, Dyrektor Działu Badań Rynku Mieszkaniowego, JLL
Coraz lepsza sytuacja w sektorze mieszkaniowym to rezultat zarówno konsekwentnej rewitalizacji miasta, co wpływa na wyższą jakość życia mieszkańców, jak i dobrego klimatu inwestycyjnego, który pozytywnie kształtuje nastroje na rynku pracy.
Łódzki rynek ma bardzo duży potencjał do dalszego rozwoju. W ubiegłym roku liczba sprzedanych lokali w przeliczeniu na 1 000 mieszkańców sięgnęła sześciu mieszkań, podczas gdy w innych dużych polskich aglomeracjach wskaźnik ten przekracza dziesięć. Ponadto, korzystny stosunek cen do wynagrodzeń oraz dostępność atrakcyjnych działek również będą zachęcały deweloperów do rozpoczynania kolejnych inwestycji. – Katarzyna Kuniewicz, Dyrektor Działu Badań Rynku Mieszkaniowego, JLL
Szczególnym segmentem w sektorze nieruchomości mieszkaniowych, również w Łodzi, są prywatne akademiki. Jak wskazuje raport, Łódź była jednym z pierwszych miast w Polsce, która przyciągnęła inwestycje w tej klasie aktywów. Nie powinno to dziwić – w mieście działają 22 uczelnie, na których studiuje 72 000 studentów. To zatem atrakcyjna nisza zarówno dla właścicieli mieszkań kupowanych pod wynajem, jak i deweloperów biorących pod uwagę inwestycje w prywatne akademiki, szczególnie że pierwsze projekty w tym segmencie, jak Student Depot czy Basecamp, mają wskaźnik obłożenia na poziomie prawie 100%.
Coraz więcej hoteli
Łódź jest szóstym co do wielkości rynkiem hotelowym w Polsce pod względem liczby pokojów. Obecnie w mieście działa 34 hoteli, które oferują ponad 3 530 miejsc hotelowych.
Operatorzy hotelowi coraz mocniej interesują się Łodzią. Najbardziej atrakcyjną lokalizacją jest oczywiście centrum, choć wraz z rozwojem biznesowym na mapie pojawią się inne interesujące opcje. Oprócz tradycyjnej hotelowo Piotrkowskiej, ekspansji sektora hotelowego spodziewamy się zwłaszcza w okolicach wokół Nowego Centrum Łodzi. W tym roku Łódź powitała długo oczekiwany Hotel Puro, a inwestorzy planują realizację sześciu kolejnych projektów hotelowych w mieście, z łączną liczbą 940 pokoi. Dwa z nich są obecnie w budowie – Hampton by Hilton i Legs Hotel, rozpoczęto też renowację Grand Hotelu. – Agata Janda, Dyrektor ds Doradztwa Hotelowego, JLL
Nastroje na łódzkim rynku, mierzone zarówno w sektorze hotelowym, biurowym oraz mieszkaniowym, poprawiają się. Poziom zaufania inwestorów w stosunku do miasta i jego potencjału rośnie.
Siła Łodzi polega na tym, że nie próbuje upodobnić się do innych miast, a garściami czerpie ze swojego unikalnego potencjału i charakterystycznej zabudowy, jakiej nie mają inne polskie aglomeracje. A przynajmniej na taką skalę. Dlatego szanse Łodzi na przyciągnięcie do siebie nowych mieszkańców mogą, wbrew prognozom demografów, zwiększyć się w kolejnych latach. Ludzie poszukujący alternatywy dla tłocznej Warszawy czy Krakowa, mogą przyjechać właśnie tutaj. Docenia to także biznes – już teraz znajdujemy się już na tzw. short-liście zagranicznych inwestorów, którzy od wielu lat czują się w Łodzi doskonale. – Hanna Zdanowska, Prezydent Łodzi
Polacy coraz chętniej podróżują po kraju własnym samochodem. Ten środek transportu wybiera 70 proc. ankietowanych[1]. W ostatnich latach przybyło nam autostrad i dróg ekspresowych. Możemy już korzystać z 3836,3 km dróg szybkiego ruchu – wynika z danych GDDKiA. Co więcej, jeżeli zaufać składanym deklaracjom ma powstać w niedługim czasie jeszcze więcej tras szybkiego ruchu. Czy to oznacza, że będziemy mieli wreszcie autostrady do granic, od morza do Tatr?
Niewiele osób pamięta, że jeszcze ćwierć wieku temu mieliśmy do dyspozycji zaledwie 100 km drogi o standardzie autostrady. Wszystko jednak się zmieniło w momencie wejścia Polski do Unii Europejskiej. Dzięki nowym środkom budowa dróg w naszym kraju ruszyła z nieznaną do tej pory siłą. Dlaczego jest to takie ważne? Autostrady i drogi ekspresowe są istotne z punktu widzenia rozwoju gospodarczego kraju. Obecnie w Polsce, korzystamy z 1671,5 km autostrad oraz 2164,8 km dróg ekspresowych. Istotną informacją jest to, że dobiega końca budowa kręgosłupa transportu drogowego, najistotniejszego z punktu widzenia społeczno–gospodarczego kraju.
Kluczowe z nich to A1 i A2 oraz A4. Warto tutaj szczególnie zwrócić uwagę na autostradę A2 zwaną autostradą Wolności. Przebiegać ma równoleżnikowo przez centralne obszary kraju. Ma także połączyć nasz kraj od granicy zachodniej do wschodniej. Autostrady A1 oraz A4 spełniają równie ważną rolę. Bursztynowa A1 leży w ciągu międzynarodowej trasy E75, która znajduje się w jednym z transeuropejskich korytarzy transportowych. Jest jedyną polską autostradą o przebiegu południkowym, która ma połączyć morze z górami. Natomiast A4 jest obecnie najdłuższą autostradą w Polsce o długości 672,8 km, prowadzącą z zachodu na wschód przez południową Polskę.
Ukończenie autostrady A1 planowane jest do 2022 roku, mniej optymistycznie jest z A2, chociaż prace wyraźnie przyspieszyły. GDDKiA podjęła skuteczne działania, by w przyszłości możliwy był przejazd autostradą A2 na całej długości. Tym samym GDDKiA zamknie autostradowe połączenie między zachodnią i wschodnią granicą.
Wiele dzieje się również na drogach ekspresowych. Wreszcie, po latach zaniedbań, powstaje droga S19 Via Carpatia, część korytarza europejskiego łączącego w osi północ-południe Morze Bałtyckie z Morzem Czarnym i Egejskim. Warto również zwrócić uwagę, że dzięki intensywnej budowie fragmentu S19 łączącego Rzeszów z Lublinem oraz bardzo dużemu frontowi robót na S17, łączącej Warszawę z Lublinem do 2022 roku możemy spodziewać się przełomowej zmiany dostępności tych terenów – wskazuje Jarosław Wielopolski, Prezes Multiconsult Polska.
Prowadzone działania spowodują, że czas dojazdu ze stolicy Polski do stolicy Podkarpacia skróci się do około 2,5 godziny (aktualnie trasa zajmuje 4,5 godziny). Natomiast do Lublina dojedziemy tylko w 1,5 godziny. Będzie to ogromny impuls dla rozwoju tych miast i całej ściany wschodniej. Podobnie ma się sprawa połączenia Warszawy z dawną stolicą Polski – Krakowem. Droga S7 zmierza do szczęśliwego finału. Na 2022 rok datowane jest ukończenie ostatniego odcinka od Jędrzejowa do Krakowa. Na zachodzie również prowadzone są prace uzupełniające niedokończone odcinki na drogach ekspresowych: S3, S5 i S6. Ważna jest – a trochę niedoceniana – trasa S12 horyzontalnie łącząca Lublin, Radom i zachodnią Polskę. Ostateczny wariant jej przebiegu nie został jeszcze zatwierdzony, natomiast po ukończeniu może w znacznym stopniu odciążyć układ dróg węzła warszawskiego.
Dużo już zrobiono, ale apetyt rośnie i chcielibyśmy, aby jak najszybciej kraj był pokryty siecią dobrych dróg krajowych. W Europie zajmujemy 12. miejsce pod względem długości autostrad. Na podium znalazły się takie kraje jak Hiszpania (ponad 17 tys. km), Niemcy (ponad 15 tys. km) oraz Francja (niecałe 12 tys. km) – wskazuje raport serwisu motoryzacyjnego Oponeo. To właśnie z takich wzorców powinniśmy korzystać i dążyć do podobnych wyników.
W I kwartale 2019 roku sprzedaż tabletów na rynku EMEA (Europy Środkowo-Wschodniej, Bliskiego Wschodu oraz Afryki) była o 10,8% niższa w stosunku do I kwartału 2018 r.
Raporty prognozują wzrost popytu na tablety o min. 10-calowych ekranach oraz urządzenia 2-w-1.
Zaś w okresie 2019-2023 ich sprzedaż w sektorze przedsiębiorstw na rynku EMEA ma rocznie średnio rosnąć o 4,7%.
Przeglądając internet zadowalamy się smartfonem
Rynek tabletów wyraźnie przegrupowuje siły. W pierwszym kwartale 2018 roku na świecie sprzedano ich 33 miliony sztuk. To o 14,9% mniej niż rok wcześniej[1]. Jak przytacza International Data Corporation – międzynarodowa firma doradcza specjalizująca się w nowych technologiach, w pierwszym kwartale tego roku, sprzedaż tych urządzeń w regionie EMEA (Europie, Afryce i na Bliskim Wschodzie) była mniejsza o 10,8% w relacji do odpowiadającego mu kwartałowi 2018 roku[2]. Jednak może się to szybko zmienić.
Wszystko to wiąże się z coraz większymi wyświetlaczami smartfonów. Kiedy miały one wielkość 3.5 czy 4.5 cala, to nie nadawały się do oglądania filmów czy czytania książek. Do tej roli stworzono tablety. Teraz, gdy 6.5-calowe ekrany smartfonów są już normą, to często oglądamy na nich filmy, przeglądamy internet czy nawet gramy w gry video.
Trend spadkowy w użytkowaniu tabletów potwierdza też Główny Urząd Statystyczny[3], według którego Polacy z siecią najczęściej łączą się za pomocą smartfona. W grupie wiekowej 16-24 wynik ten wyniósł ponad 85%. Z kolei w tym celu z tabletu korzysta tylko co 10 ankietowany.
Duży ekran, duża mobilność i duży komfort pracy
Smartfony, wkraczając w niszę tabletów, zmuszają je do ewolucji. Tablety, by przetrwać, muszą przestać być po prostu dużymi smartfonami i zająć niszę pomiędzy smartfonem i laptopem. Analitycy IDC przewidują, że przez najbliższe 4 lata w sektorze będzie panował trend wzrostowy sprzedaży tych urządzeń, co mamy dostrzec już w przyszłym roku[4]. Lepsze wyniki ma napędzać głównie popyt na tablety z dołączaną klawiaturą, które zagrożą pozycji laptopów i ultrabooków. Widać to po optymistycznych prognozach dotyczących tabletów 10-calowych i większych, pośród których liderem pozostać ma Apple[5]. Geniusze z Cupertino przewidują wzrost sprzedaży aż o 20%.
– Ultrabooki pokazują, że wśród użytkowników istnieje silna potrzeba mobilności. Smartfony mogą rosnąć tylko do pewnego momentu, gdyż potem stają się niepraktyczne co zostawia pewną niszę w rynku urządzeń mobilnych. W tę przestrzeń idealnie wpasowują się większe tablety i urządzenia 2-w-1, które zapewniają komfort pracy, jednocześnie dając dużą swobodę – komentuje Alicja Jankowska, Junior Marketing Category Manager w Neonet. – Przyszłość, w której zarządzamy firmą za pomocą tabletu nie większego niż kartka papieru jest już niedaleko. Jeżeli słyszeliście o smart domach to nietrudno jest sobie wyobrazić smart firmy. Nie dziwi mnie, że liderem sprzedaży w tym segmencie pozostaje Apple, które słynie z produktów które są świetnie ze sobą zintegrowane – dodaje Jankowska.
Teraz przyszłość tabletów rysuje się już w znacznie lepszych barwach. Być może już w niedalekiej przyszłości każdy z nas zamiast z laptopa będzie korzystać ze składanego tabletu. Przyszłość w której tablet niczym Nintendo Switch podłącza się do klawiatury by pracować i odłącza gdy się chce obejrzeć w podróży film może nie być tak bardzo odległa.
Z dniem 1 października br. Stacy Ligas obejmuje funkcję Senior Partnera KPMG w Polsce.
Stacy Ligas rozpoczęła swoją karierę zawodową w Stanach Zjednoczonych i dołączyła do zespołu KPMG w Polsce w 2000 roku. Od 2011 roku była Dyrektorem Zarządzającym Departamentem Audytu Instytucji Finansowych, a od 2015 roku kierowała Zespołem Sektora Usług Finansowych w Polsce i w Europie Środkowo-Wschodniej, jednocześnie pełniąc funkcję Członka Zarządu KPMG w Polsce.
Jako osobowość rynku finansowego jest dobrze znana w środowisku finansowym w Polsce, w tym instytucjom nadzorującym ten rynek, wielu globalnym organizacjom i przedsiębiorstwom, oraz największym podmiotom sektora finansowego działającym w Polsce włączając towarzystwa ubezpieczeniowe, banki, firmy leasingowe i firmy faktoringowe, dla których prowadziła między innymi projekty audytowe, regulacyjne i doradcze. Posiada również bogate doświadczenie w zakresie projektów typu due diligence, doradztwa post-transakcyjnego, transakcji podziału banków, zbycia oraz transakcji obniżenia udziałów, jak również transakcji IPO i papierów wartościowych w Polsce i w Stanach Zjednoczonych. Kierowała zespołami przeprowadzającymi transakcje połączenia największych banków i ubezpieczycieli w Polsce. Była odpowiedzialna za liczne przeglądy portfeli kredytowych na rynku lokalnym, jak również wdrożenie Międzynarodowych Standardów Rachunkowości oraz przeprowadzanie badania procesów kontroli wewnętrznej zgodnie ze standardami PCAOB.
Klientom i współpracownikom znana jest jako osoba dynamiczna, innowacyjna w działaniach, z szerokim spektrum zainteresowań, otwarta na świat oraz ludzi. Jej energia, pozytywne myślenie, dbałość o najwyższą jakość usług i etos pracy, skrupulatność oraz wiara w sukces KPMG stanowią trwałe podwaliny do rozwoju firmy.
To dla mnie zaszczyt, że firma postawiła na moje doświadczenie i wizję jej rozwoju. Wierzę, że KPMG jest najlepszym wyborem dla naszych klientów i pracowników. To wielkie wyróżnienie móc kierować jedną z firm stowarzyszonych w globalnej sieci, będącej liderem rynku, która właśnie rozpoczyna 30. rok działalności w Polsce. Dziękuję Andrzejowi Ścisłowskiemu za wiele lat ciężkiej pracy. Pozostaje nadal bardzo ważną osobą dla organizacji i zawsze chętnie skorzystam z jego wiedzy i porad zarządczych – powiedziała Stacy Ligas po objęciu funkcji Senior Partnera KPMG w Polsce.
Andrzej Ścisłowski, ustępujący Senior Partner KPMG w Polsce odnosząc się do nominacji Stacy Ligas powiedział: Gratuluję Stacy! Przed nią wiele wyzwań, bo czasy dla biznesu audytorsko-doradczego stają się coraz trudniejsze, ale Stacy na pewno sobie poradzi. Jej pasja i zaangażowanie są najlepszym gwarantem dobrego kierowania firmą! Ja pozostanę blisko związany z firmą jako emerytowany Senior Partner. Skoncentruję się na rozwoju działalności Fundacji KPMG, której jestem współfundatorem.
Revolut prognozuje dalszy dynamiczny wzrost biznesu w 2019 roku, po tym jak przychody firmy w 2018 roku wzrosły o 350%.
Kluczowe dane na koniec roku 2018:
Wzrost przychodów do 58,2 milionów GBP, o 354% (2017: 12,8 milionów GBP)
Koszt sprzedaży wzrósł o 247%, co wpłynęło na poprawę marży brutto, ponieważ przychody rosły szybciej niż koszt sprzedaży
Strata za rok 2018, po opodatkowaniu, wyniosła 32,8 milionów GBP (2017: strata 14.8 milionów GBP) co wynika z nieprzerwanych inwestycji w rozwój wiodących na rynku produktów i usług
Plan Metal wystartował w sierpniu 2018, liczba użytkowników płacących za plan Premium powiększyła się o 157% w ciągu 2018 roku
Prognozy na rok 2019:
Przychody w roku 2019 trzykrotnie wyższe niż w roku 2018
Dalszy wzrost liczby klientów, która przekroczyła 7 milionów (grudzień 2018: 3,6 miliona, grudzień 2017: 1,1 miliona) i liczby klientów, którzy dołączają co miesiąc do Revolut, która przekroczyła 800 tysięcy zarówno w sierpniu, jak i wrześniu 2019 roku
Skokowy wzrost marży brutto przy obecnej skali biznesu – prognoza na drugą połowę 2019 wynosi 40-50% (druga połowa 2018: poniżej 10%)
Dalszy wzrost aktywności użytkowników, która przekroczyła 3,7 miliona aktywnych użytkowników w miesiącu (MAU) i średnio 1,1 miliona aktywnych użytkowników dziennie (DAU)
Wzrost wartości wolumenu przeprocesowanych transakcji, która od założenia firmy w 2015 roku wynosi już ponad 85 miliardów USD
Przychody wzrosły w roku 2018 do 58,2 miliona GBP (z 12,8 miliona GBP w roku 2017) napędzane stałym rozwojem oferty produktowej, bazy klientów oraz aktywnością użytkowników Revolut.
Podstawowymi bezpośrednimi kosztami biznesu są koszty kartowych systemów płatniczych, koszty akceptacji, rozliczania i procesowania płatności oraz koszty pozyskania nowych użytkowników. Koszt sprzedaży wzrósł o 247%, co wpłynęło na poprawę marży brutto, ponieważ przychody rosły szybciej niż koszt sprzedaży. Strata netto za rok 2018 wyniosła 32,8 miliona GBP, ale efektywność kosztowa poprawiła się, dzięki wzrostowi bazy klientów i wolumenów transakcji.
Spółka przewiduje w 2019 roku trzykrotny wzrost przychodów r/r. Wzrostowi przychodów sprzyja coraz większa baza klientów, premiery kolejnych usług i produktów, optymalizacja dotychczasowej oferty i ekspansja na nowe rynki. Ponad 800 tysięcy użytkowników dołączyło do Revolut, zarówno w sierpniu, jak i we wrześniu 2019 roku, co wskazuje na popularność konsekwentnie uzupełnianej oferty.
Marża brutto1 w drugim półroczu 2019 roku prognozowana jest na poziomie 40-50%, wyżej niż niecałe 10%, w drugiej połowie 2018 roku. Wraz ze wzrostem skali biznesu spółka stale poprawia marżę brutto na sprzedaży, co stanowi bazę do przyszłego dalszego wzrostu rentowności.
“Koniec 2018 roku wydaje się odległy, ale wyniki za ubiegły rok to ważny kamień milowy w systematycznym wzroście naszego biznesu. Skokowy wzrost przychodów oraz liczby użytkowników od początku 2019 roku pokazuje, że powody dla których założyliśmy firmę pozostają aktualne: nie słabnie zapotrzebowanie na narzędzia, które ułatwiają zarządzanie codziennymi finansami. Jesteśmy dumni z kredytu zaufania, którego udzieliły nam dotychczas miliony konsumentów w Europie, wybierając nasze usługi i korzystając z nich na co dzień” – powiedział Nik Storoński, współzałożyciel i CEO w Revolut. “Rok 2019 będzie rekordowy, ale nasze cele nie zostały jeszcze zrealizowane. Jesteśmy zdeterminowani by dotrzeć do wszystkich, którzy poszukują innowacyjnych i tanich usług finansowych. Oznacza to dla nas kontynuację ekspansji geograficznej, którą przyspieszają nominacje na kluczowe stanowiska w firmie oraz stały wzrost przychodów i rentowności” – dodał Storoński.
O krok bliżej do masowej adopcji nowego typu usług finansowych
Całkowita liczba użytkowników Revolut w Europie przekroczyła 7 milionów osób. Zarówno w sierpniu, jak i we wrześniu 2019 roku, do Revolut dołączało miesięcznie ponad 800 tysięcy osób. Spółka notuje obecnie 3,7 miliona aktywnych użytkowników miesięcznie (MAU) i średnio 1,1 miliona aktywnych użytkowników dziennie (DAU). Wartość wolumenu transakcji przeprocesowanych przez Revolut od momentu powstania firmy w 2015 roku to ponad 85 miliardy dolarów (USD).
Na przestrzeni ostatniego roku Revolut skutecznie tworzył i wprowadzał do oferty nowe usługi, wykraczając daleko poza pierwotną koncepcję firmy, portfolio kart podróżnych i produktów wielowalutowych. Ponadto, liczba użytkowników korzystających z płatnych planów (Premium i Metal) i powiązanych z nimi usług dodatkowych wzrosła o 550% od stycznia 2018 roku.
Tegoroczna premiera usługi inwestycyjnej Revolut zmienia zasady gry na rynku brokerskim poprzez wprowadzenie dostępu do bezprowizyjnego handlu akcjami, w tym nielimitowanych transakcji bez prowizji dla klientów planu Metal. Premiera sejfów Vault pozwoliła 1,7 miliona użytkowników odkładać na wspólne lub indywidualne cele oszczędnościowe. Premiera usługi dobroczynnej Donations umożliwiła zebranie w niecały kwartał ponad 440 tysięcy EUR na rzecz WWF, Save The Children, ILGA Europe i Rainforest Alliance. W ramach płatnych planów użytkownicy korzystają z saloników lotniskowych, handlu kryptowalutami, usług concierge, ubezpieczeń telefonów i polis podróżnych.
Rewolucja w usługach finansowych na globalną skalę
Błyskawiczny wzrost bazy klientów Revolut na międzynarodową skalę, to dowód na istnienie niezaspokojonego zapotrzebowania konsumentów na lepsze usługi finansowe. W ślad za udostępnieniem usług Revolut na rynku australijskim w lipcu 2019 roku, fintech przygotowuje stopniowe udostępnienie, w najbliższych miesiącach, po uzyskaniu odpowiednich zgód od regulatorów, swoich usług w Singapurze, USA i Kanadzie. Już 230 tysięcy osób oczekuje na listach kolejkowych na oficjalną premierę Revolut na lokalnych rynkach poza Europą, w tym ponad 120 tysięcy w USA.
Wzrost biznesu kontrolowany przez odpowiedzialne zarządzanie
Od momentu założenia Revolut, istotnym celem było tworzenie odpowiednich struktur i ładu korporacyjnego, który nadąża za wzrostem skali działalności. Całkowita liczba pracowników firmy przekroczyła 1400 osób, czemu towarzyszyły zapowiedzi dalszych znaczących inwestycji w Krakowie (największe na świecie biuro Revolut), Berlinie (hub technologiczny) i Porto (hub compliance i obsługi klienta).
Ostatnie miesiące przyniosły także dużą liczbę nominacji na kluczowe stanowiska, w celu wzmocnienia controllingu i zarządzania w spółce. Wśród nich warto wymienić powołanie Richarda Daviesa, nowego COO, wcześniej w HSBC i OakNorth; Davida MacLeana, nowego CFO, wcześniej w Metro Bank; Philipa Doyle’a, nowego dyrektora pionu ryzyka nadużyć finansowych, wcześniej w ClearBank; Stefana Wille’a, nowego vice-CFO, wcześniej wiceprezesa ds. finansowych w n26 i Wolfganga Bardorfa, nowego szefa skarbu, wcześniej szefa płynności w Deutsche Bank.
Nowe nominacje w 2019 roku obejmują też powołanie do zarządu Bruce Wallace, wcześniej COO Silicon Valley Bank i Caroline Britton, wcześniej partnera w Deloitte. Kolejne planowane nominacje do zarządu nastąpią po uzyskaniu zgody regulatorów.
Poza obsadzeniem kluczowych funkcji i stanowisk, Revolut budował struktury i mechanizmy zarządzania ryzykiem w spółce. Pod koniec roku 2018 utworzone zostały Komitet Compliance, Komitet Audytu i Komitet Ryzyka. Kolejne decyzje i zmiany w obszarze zarządzania, nadzoru i ładu korporacyjnego, wynikające z rosnącej skali działalności, zapadną przed końcem 2019 roku.
“Prócz ekspansji zagranicznej, w nadchodzącym roku kluczowe będzie dalsze umocnienie zespołu i ładu korporacyjnego, niezbędne na kolejnych etapach rozwoju skali biznesu” – powiedział Nik Storoński.
* * *
¹ Marża brutto (gross margin) definiowana jako przychody (revenues) pomniejszone o koszty bezpośrednie (direct costs), z wyłączeniem kosztów pozyskania klientów (np. koszt weryfikacji i rejestracji). Ma na celu pokazanie zyskowności i zrównoważenia biznesu Revolut w dowolnym punkcie na osi czasu. Revolut monitoruje osobno koszty pozyskania klienta, jako kluczowy wskaźnik zyskowności wzrostu bazy klientów, by mieć pewność, że wzrost biznesu przyniesie oczekiwany zwrot w czasie.
Ze statystyk polskiej policji wynika, że w okresie od 18 czerwca do 1 września zginęły 582 osoby, co oznacza, że codziennie na polskich drogach ginęło średnio prawie 8 osób. Jest to nieznaczna poprawa stanu bezpieczeństwa względem roku ubiegłego – w 2018 r. w okresie wakacji miały miejsce 592 wypadki drogowe ze skutkiem śmiertelnym. Firmy szkoląc swoich pracowników użytkujących auta służbowe mogą nie tylko zadbać o życie i zdrowie zatrudnionych, ale i wpłynąć na zmniejszenie wypadków na polskich drogach.
W 2018 r. na polskich drogach prawie 11 tys. osób zostało ciężko rannych w wyniku wypadku drogowego, a ponad 2,8 tys. zginęło – podaje Krajowa Rada Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego. W porównaniu do 2017 r. odnotowano mniej wypadków (-3,3 proc.) i ofiar rannych (-5,3 proc.), ale więcej ofiar śmiertelnych (+1,1 proc.).
Polacy częściej wsiadają za kółko po alkoholu
Bardzo często sprawcami wypadków byli młodzi kierowcy (16,1 proc.), przyczyną było niedostosowaniem prędkości do warunków ruchu (19,8 proc.) oraz miały miejsce z udziałem pieszych (23,8 proc.). 67,5 proc. wypadków z udziałem pieszych było z winy kierującego samochodem. Kierowcy często przekraczali ograniczenie 50 km/h w terenie zabudowanym (85 proc.) oraz 70 km/h poza terenem zabudowanym (90 proc.). Jednocześnie aż 76 proc. kierowców za największy problem na pasach uważa zachowanie pieszych, podczas gdy zaledwie 8 proc. pieszych wchodzi poza zebrami na drogę, a 7 proc. wchodzi na przejście na czerwonym świetle. W porównaniu do zeszłego roku wzrósł również odsetek wypadków drogowych z udziałem nietrzeźwych kierowców do 8,8 proc. Problem wypadków dotyczy nie tylko prywatnych użytkowników, ale również aut służbowych, który na drogach jest coraz więcej.
Zgodnie z raportem Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego i KPMG firmy nabyły w 2018 r. prawie 385 tys. aut, co oznacza wzrost o 13 proc. w porównaniu do 2017 r., podczas gdy nabywcy indywidualni zarejestrowali ponad 147 tys. samochodów, czyli tyle samo, co w ubiegłym roku. – Podejmując temat bezpieczeństwa na polskich drogach, nie sposób pominąć kwestii samochodów służbowych, których kierowcy często pozwalają sobie na więcej, niż jeżdżąc swoim prywatnym autem. Tymczasem zgodnie ze stanowiskiem UODO z 27 czerwca 2019 r. nowelizacja Kodeksu Pracy nie dała pracodawcom prawa do samodzielnego prowadzenia kontroli stanu trzeźwości pracowników, w tym zawodowych kierowców – mówi Jan Obojski, pełnomocnik ds. Zarządzania Logistycznego w ILS Grupa Inter Cars, ekspert Koalicji Bezpieczni w Pracy. Zdaniem organu wiedza o tym, czy ktoś jest nietrzeźwy, jest informacją o stanie zdrowia, która jest jedną z danych szczególnych kategorii, których pracodawca nie może przetwarzać. – Zdaniem UODO pracodawcy działający w branżach, w których trzeźwość pracowników ma szczególne znaczenie ze względu na bezpieczeństwo publiczne, powinni sami postarać się o nowelizację przepisów zezwalającą na takie badania. Dotyczy to chociażby kierowców. Organ obarcza zatem odpowiedzialnością pracodawcę – uważa Paweł Pawlik,Kierownik Działu BHP w DHL Parcel, członek Koalicji Bezpieczni w Pracy. – Stanowisko UODO to zła wiadomość nie tylko dla pracodawców, ale również dla wszystkich uczestników ruchu drogowego. Przez zbyt restrykcyjne przepisy dotyczące ochrony danych osobowych na drogach może się pojawić więcej nietrzeźwych kierowców – dodaje Paweł Pawlik.
Co zrobić, gdy już dojdzie do wypadku?
W ostatnich latach wzrosła liczba dróg ekspresowych i poprawił się stan nawierzchni na wielu odcinkach krajowych. Jednak jak pokazują dane, te inwestycje mają niewystarczający wpływ na bezpieczeństwo na polskich drogach. – Analizując statystyki widzimy ogromną potrzebę zmiany mentalności wśród kierowców, co jest możliwe poprzez edukację w zakresie zasad ruchu drogowego oraz zwiększania świadomości odnośnie konsekwencji ich nieprzestrzegania. Mając świadomość, że organy kontrolne nie zawsze mogą pojawić się w miejscu, w którym nieprzestrzegane jest prawo, to na barkach pracodawców, a przede wszystkim działów bhp w branży transportowo-logistycznej spoczywa ten obowiązek – mówi Jan Obojski. – Krótkie przeszkolenia prowadzone w trakcie kursu na prawo jazdy są zdecydowanie niewystarczające. Myślę, że warto byłoby włączyć na stałe do szkoleń wstępnych i szkoleń bhp w naszej branży temat bezpieczeństwa na drodze, wraz z pokazem i omówieniem nagrań zachowań ryzykownych na drodze, które są dostępne w internecie – dodaje Jan Obojski.
– Równolegle ze szkoleniami bezpiecznej jazdy, powinny być prowadzone kursy pierwszej pomocy. Tak, żeby każdy wiedział nie tylko, co zrobić, żeby uniknąć wypadku, ale także jak się zachować, kiedy do wypadku już dojdzie – mówi Paweł Pawlik. – Idąc za tą myślą, w DHL Parcel prowadzimy kursy pierwszej pomocy wśród naszych kurierów. W ramach projektu „Z kurierem bezpiecznie” nasi pracownicy uczą się między innymi reanimacji i rozpoznawania urazów. To nie tylko dawka solidnej wiedzy, ale również pewność siebie w sytuacjach zagrożenia życia, bo jak pokazują badania wciąż wielu z nas boi się udzielać pierwszej pomocy. A przecież nigdy nie wiadomo, czy ktoś z nas nie będzie jej kiedyś potrzebował – dodaje Paweł Pawlik.
Wrzesień na rynkach był przede wszystkim okresem oczekiwania i wątpliwości odnośnie trwałości dalszych wzrostów. Początek miesiąca zaczął się dla inwestorów dobrze, na GPW indeks dużych spółek odreagowywał po sierpniowej słabości, ponownie wracając w okolice poziomu 2200 punktów. Mniej spektakularnie zachowywały się małe i średnie spółki, które jednak również pierwsze dwa tygodnie września mogły zaliczyć do udanych.
W połowie miesiąca oczy wszystkich skierowane były na banki centralne. Pierwszy krok wykonał EBC, obniżając stopę depozytową o 10 pb. oraz uruchamiając program QE od listopada, z kwotą skupu 20 mld euro miesięcznie. Wrześniowe posiedzenie zakończyło kadencję Mario Draghiego, który zostawia obecnie losy europejskiej polityki monetarnej w rękach Christine Lagarde. Reakcja rynków była początkowo niejednoznaczna, z uwagi na wyższe oczekiwania. Z drugiej strony QE prawdopodobnie ponownie stale wpisze się w europejski krajobraz, co z kolei nie jest dobrą informacją dla europejskich banków. Warto jednak zauważyć, że przestrzeń do zmian w polityce monetarnej jest już mocno ograniczona.
Retoryka Fed
Dużo więcej przestrzeni do działania ma Fed, który w ostatnich latach zaostrzał politykę pieniężną. We wrześniu kolejny raz podniesiono stopy o 25 pb. Kluczowy był jednak komunikat. Obniżka została nazwana ubezpieczeniem na wypadek gorszych czasów w otoczeniu gospodarczym. W tym punkcie jakiekolwiek ruchy zmierzające do eskalacji wojen handlowych zostały z definicji wpisane w obecną wysokość amerykańskich stóp procentowych. Rynkowe apetyty były zdecydowanie większe. Co prawda, jak pokazały pierwsze miesiące tego roku, obecne kierownictwo Fed potrafi dość szybko zanegować swoją poprzednią retorykę, ale w tym wypadku kolejna wolta mogłaby zostać źle odebrana przez uczestników rynku.
Hossa pod znakiem zapytania
Brak czynników wsparcia ze strony władz monetarnych odcięły rynkowym indeksom paliwo, co widać było w zachowaniu giełd amerykańskich i europejskich w drugiej części miesiąca. Z jednej strony jest to zdrowy objaw, gdyż rynki wracają do fundamentów, spośród których kluczowe zostają powiązane ze sobą negocjacje handlowe na linii USA – Chiny oraz obawy o globalny wzrost gospodarczy. Z drugiej jednak słabość indeksów objawiająca się brakiem siły pokonania kluczowych technicznych poziomów stawia scenariusz kontynuacji hossy pod znakiem zapytania.
We wrześniu uwagę inwestorów skupiały również 2 jednorazowe kwestie, jak atak dronów na pola naftowe w Arabii Saudyjskiej oraz groźba impeachmentu prezydenta Trumpa. Pierwsze ze zdarzeń włączyło na rynkach przez kilka dni risk off, co widać było w notowaniach ropy naftowej. Drugie z nich było elementem amerykańskiej kampanii wyborczej i przynajmniej na tym etapie nie powinno mieć fundamentalnego wpływu na rynki, chociaż podwyższona zmienność może się przez jakiś czas utrzymywać.
Na krajowym rynku
Na krajowym rynku w drugiej części miesiąca kluczowym tematem było oczekiwanie na październikowy wyrok TSUE odnośnie kredytów frankowych. Zmiany było widać w notowaniach banków oraz krajowej waluty. W przypadku realizacji mniej negatywnego dla bankowego sektora scenariusza, zadziałać może scenariusz sprzedawania plotek i kupowania faktów, jako parafraza znanego giełdowego powiedzenia. Bardziej prawdopodobny jest jednak umiarkowanie negatywny scenariusz i krajowe spółki bankowe mogą być jeszcze przez jakiś czas pod presją.
Przed nami miesiąc wyborczy
Wierząc sondażom, realizacja scenariusza status quo będzie odebrana przez rynki neutralnie. W połowie miesiąca jednak podwyższona zmienność na walucie i krajowym rynku akcji nie powinna dziwić. Patrząc czysto fundamentalnie, krajowe spółki, w szczególności małe i średnie, mają przed sobą dużą przestrzeń do wzrostów. Trudno jednak obecnie szacować, kiedy ten scenariusz może zacząć się realizować.
Autor: Kamil Hajdamowicz, zarządzający aktywami w Vienna Life TU na Życie S.A. Vienna Insurance Group
Od 1 października br. prezesem Beyond.pl będzie Claes Meyer zu Allendorf, duński manager z ponad 20 letnim, międzynarodowym doświadczeniem w branży IT. Jego zadaniem będzie przygotowanie nowej strategii poznańskiej spółki. – Proces wyboru nowego prezesa Beyond.pl trwał dwa lata. Dużym wyzwaniem było znalezienie menadżera, lidera, którego profil zawodowy tak dobrze wpisuje się w nakreślony przez akcjonariuszy długoterminowy plan rozwoju firmy – podkreśla Michał Grzybkowski, dotychczasowy prezes, który pozostaje w zarządzie i skoncentruje się na rozwoju technologicznym spółki.
– Jestem pod wrażeniem Beyond.pl. To unikatowa spółka z ogromnym potencjałem rozwojowym, atrakcyjną ofertą usług i imponującym zapleczem technologicznym. Przychodzę do firmy w konkretnym celu. Chciałbym, żeby Beyond.pl dołączył do czołówki branży IT w tym segmencie, zarówno krajowej jaki międzynarodowej – przyznaje Claes Meyer zu Allendorf.
W skład obecnego zarządu wchodzą Claes Meyer zu Allendorf, prezes zarządu odpowiedzialny za działania operacyjne i sprzedaż, Michał Grzybkowski, wiceprezes odpowiedzialny za technologię, Piotr Cegieła, członek zarządu ds. finansów i inwestycji oraz Bartłomiej Danek, członek zarządu ds. sprzedaży – do końca stycznia 2020 r.
Założycielami oraz głównymi udziałowcami poznańskiej firmy specjalizującej się w oferowaniu kompleksowych usług data center oraz cloud computing dla biznesu są Sebastian Kulczyk i Michał Grzybkowski.
W Polsce produkuje się ok. 6 mln ton opakowań rocznie. Udział tego sektora w całym przetwórstwie przemysłowym sięga 3,4 proc. i jest niemal 2-krotnie wyższy niż średnia dla UE. Można powiedzieć, że produkcja opakowań stała się jedną z polskich specjalności.Branża daje w Polsce zatrudnienie zbliżone do tego jakie generuje przetwórstwo mięsa, a znacznie większe niż w przypadku np. produkcji samochodów czy AGD. Jak wskazuje raport „Rewolucja opakowań. Polscy producenci wobec zmian regulacji i preferencji konsumentów” autorstwa Santander Bank Polska oraz Spot Data, mimo wielu wyzwań sektor ma pozytywne perspektywy rozwoju i jego przychody powinny w najbliższych latach rosnąć w średnim tempie 6,8 proc. r/r.
Produkcja opakowań to najbardziej dynamiczny element całego łańcucha dostaw pakowanych towarów. Jednym z głównych motorów wzrostu zapotrzebowania na opakowania produkowane w Polsce jest popyt generowany przez zagranicę. Średnioroczny wzrost wagowy eksportu opakowań wynosił w ostatnich ośmiu latach ok. 11 proc. W dużej mierze jest on zasługą obecności zagranicznych inwestorów w Polsce, ale również ze strony polskich producentów widoczna jest szybka ekspansja na rynki zagraniczne. Głównym odbiorcą opakowań w Polsce jest branża produkcji żywności, która dziś odpowiada za ok. 60 proc. zużycia. Kolejne są m.in. branże farmaceutyczna z ok. 7 proc. udziału i kosmetyczna przy udziale ok. 6 proc. Za pozostałą część zapotrzebowania na opakowania odpowiadają producenci chemii gospodarczej i innych towarów przemysłowych (m.in. materiałów budowlanych, sprzętu RTV/AGD, mebli itp.), którzy konsumują 22 proc. opakowań, jak wynika z danych Polskiej Izby Opakowań.
Pod względem struktury materiałowej za ok. 40 proc. zużycia odpowiadają opakowania z tworzyw sztucznych, które składają się po połowie z opakowań elastycznych (torebki, folie itd.) i opakowań sztywnych (butelki, pudełka, itd.). Opakowania z papieru odpowiadają za ok. 37 proc., metale lekkie za ok.12 proc., a szkło za ok. 10 proc.
Dobrze wykorzystany czas
Wysoka konkurencyjność kosztowa oraz niska wrażliwość na wstrząsy w światowym systemie finansowym sprawiły, że firmy produkcyjne z regionu Europy Środkowo-Wschodniej, w tym Polska, mogły w ostatnich latach z sukcesem rozwijać swoją produkcję opakowań, dzięki czemu są teraz regionalnym hubem przemysłowym w branży. Osiągnięcie tej pozycji w Europie było wynikiem m.in. wysokiego odsetka upadłości w krajach dotkniętych ostatnim kryzysem finansowym oraz wzrostu popytu na tańsze towary wśród konsumentów z krajów, gdzie rosło bezrobocie. Duży wpływ na dynamikę wzrostu polskiej branży miał także rozwój niemieckich łańcuchów dostaw w regionie CEE.
– Opisane zjawiska generowały mocny popyt na opakowania produkowane w Polsce. Z jednej strony zagraniczni producenci chętniej przenosili produkcję do Polski lub kupowali towar wytworzony w naszym kraju. Z drugiej strony producenci opakowań korzystali na szybkim wzroście eksportu żywności (7 proc. średniorocznie), lekarstw (13 proc.), kosmetyków (7 proc.), chemii gospodarczej (10 proc.) i innych towarów – wskazuje ekspert Maciej Nałęcz, analityk sektorowy ds. przemysłu w Santander Bank Polska.
Twórcy raportu „Rewolucja opakowań. Polscy producenci wobec zmian regulacji preferencji konsumentów” zaznaczają jednocześnie, że rozwój środkowoeuropejskiego hubu przemysłowego będzie w najbliższych latach zwalniał, przemysł osiągnął bowiem już poziom produkcji, przy którym trudno jest notować tak dynamiczne tempo wzrostu jak w ubiegłych latach. Dodatkowym hamulcem może być spowolnienie gospodarcze w Niemczech, które są najważniejszym partnerem dla branży oraz sektorów, które korzystają z opakowań.
Dokąd zmierza rynek?
Produkcja opakowań w Polsce w kolejnych latach powinna rosnąć dynamicznie, choć nie tak szybko, jak dotychczas, przyznają autorzy raportu. Przychody producentów do roku 2025 mogą się zwiększać średnio o ok. 6,8 proc. rocznie. Najszybciej będzie rosła sprzedaż opakowań papierowych, nieco wolniej innych rodzajów opakowań.
– Sektor przemysłowy w Polsce należy do najbardziej dynamicznych w Unii Europejskiej, a producenci opakowań, dostarczający towary dla wielu innych branż, na tym znakomicie korzystają. Istotne jest, że jest to sektor, który dużo inwestuje – w przeliczeniu na pracownika, jest to jedna z najwięcej inwestujących branż przemysłowych w kraju. W Polsce trwa obecnie intensywna debata o tym, co zrobić, by firmy w kraju więcej pieniędzy przeznaczały na rozbudowę potencjału produkcyjnego. Warto więc przyjrzeć się producentom opakowań, którzy w tej dziedzinie należą do liderów, i czegoś się od nich nauczyć – komentuje Ignacy Morawski, dyrektor centrum analitycznego SpotData.
Wyzwania na horyzoncie
Dużym wyzwaniem dla branży będą także nowe regulacje dotyczące zużycia wyrobów jednorazowych z plastiku oraz coraz surowsze wymogi dotyczące recyklingu. Ograniczenie dotyczące zużycia wyrobów jednorazowych dotknie ok. 10 proc. wolumenu produkcji brutto, głównie małych i średnich firm. Poziom ten nie uwzględnia jednak efektu substytucji jednych opakowań na inne (np. kubki plastikowe mogą zostać zastąpione częściowo papierowymi), dzięki czemu wpływ nowych regulacji na branżę opakowań w Polsce może być mniejszy, przewidują autorzy raportu.
Podwyżki opłat za recykling, w niektórych przypadkach także opłat pokrywających koszty sprzątania przestrzeni publicznej, czyli tzw. rozszerzona odpowiedzialność producenta (ROP) będzie jednym z największych wyzwań dla branży. ROP powinien obniżyć popyt na opakowania, które trudniej poddać recyklingowi. Tu głównymi poszkodowanym mogą zostać producenci opakowań plastikowych.
Dostosowanie do regulacji będzie wymagało zdolności współpracy między podmiotami w całym łańcuchu dostaw. Koszty opłat z tytułu rozszerzonej odpowiedzialności producenta będą niższe, jeżeli opakowania będą łatwiejsze w recyklingu. Branża we współpracy z partnerami biznesowymi powinna wypracowywać dobre praktyki, które pozwolą na minimalizację kosztów regulacyjnych. Dobre praktyki musiałyby zmierzać do pogodzenia wymogów biznesowych z możliwościami recyklingu, np. w kwestiach koloru, zastosowanych materiałów. Co więcej, przed branżą produkcji opakowań staną duże wyzwania edukacyjne, związane np. z informowaniem o konkretnych kosztach środowiskowych produktów w ich cyklu życia.
Portal Praca.pl postanowił to sprawdzić za pomocą badania ankietowego, w którym wzięło udział 1346 osób: mniej więcej po połowie pań i panów, głównie w wieku 25-34 lata, zamieszkujących duże miasta, z wyższym wykształceniem, w znacznej większości pracujących.
Badanie podzielone było na 3 obszary tematyczne:
poszukiwanie pracy i rekrutacje,
pracę,
pożegnanie z firmą.
Wnioski z badania:
Employer branding ma znaczenie. I działa, zarówno ten dobry, jak i ten zły.
Skoro 97% kupujących przed podjęciem decyzji zakupowej sprawdza opinie o produkcie w sieci, to dlaczego kandydaci poszukujący pracy nie mieliby sprawdzać informacji o potencjalnym pracodawcy?
Opinie o pracodawcy w Internecie mają więc duże znaczenie i warto podejść do nich poważnie, bo 16% naszych badanych stwierdziło, że to laurki wystawiane przez HR-owców lub opłacone opinie. Większość (39%) wrzuca takie opinie do worka z nazwą gorzkie żale pracowników.
Jak to zrobić dobrze? Przede wszystkim zacząć budowanie wizerunku dobrego pracodawcy w wewnątrz organizacji – to pracownicy są najlepszymi ambasadorami marki. Dajmy im szansę.
Da się stworzyć ogłoszenie idealne Wystarczy podać wszystkie informacje, których potrzebuje kandydat. Oczywiście głównie te, dotyczące wynagrodzenia. A podając te informacje wystarczy być konkretnym. Proste? Nie do końca.. Są bowiem stanowiska, których finalny kształt będzie zależał między innymi od osoby, która je obejmie. Taka sytuacja nie blokuje jednak bycia konkretnym. Można zaznaczyć w ogłoszeniu jakie czynniki będą miały wpływ na wynagrodzenie lub podać widełki finansowe. Kandydaci powinni to docenić.
W rekrutacji wygrywa transparentna komunikacja Aż dla 77% badanych najważniejszą cechą dobrze przeprowadzonej rekrutacji jest przejrzystość. Transparentność w rozumieniu kandydatów to przede wszystkim szczegółowe omówienie obowiązków na stanowisku, na które aplikują oraz udzielenie informacji zwrotnej na temat wyniku rekrutacji. Co trzeci kandydat doceni profesjonalną, czyli opartą na kompetencjach, ocenę swojej kandydatury, z kolei co czwarty zwraca również uwagę na szacunek podczas całego procesu.
Nie tylko pieniądze się liczą. Pozwólmy pracownikom się zaangażować i budować relacje
Oczywiście, że większość pracuje po to, żeby otrzymać wynagrodzenie. Ale nie tylko to jest ważne. Nasi badani podkreślili, że liczą się też relacje z innymi pracownikami (i z szefem) oraz możliwość rozwoju. Jednocześnie ponad 55% uczestników badania deklaruje, że angażuje się w pracę na 150%. Warto zwrócić uwagę na takich pracowników, to zapewne świetni kandydaci na ambasadorów marki pracodawcy.
Pracodawco, bądź uczciwy Według ankietowanych to najważniejsza cecha określająca dobrego pracodawcę.
Pracownicy docenią również szefa, który o nich dba. W tym aspekcie znaczenie ma także transparentna komunikacja.
W badaniu zapytaliśmy czy pracownicy chętnie zainwestowaliby prywatne pieniądze w nowy pomysł biznesowy szefa. Okazuje się, że wiara w kompetencje do prowadzenia biznesu nie jest zbyt duża. Na zaznaczenie odpowiedzi „tak” zdecydowało się jedynie 15% badanych. 44% nie zaryzykowałoby z całą pewnością. Pozostali nie są pewni..
Jeśli chcesz zatrzymać pracownika – doceń go Oczywiście pierwszym narzędziem, po które można sięgnąć, kiedy pracownik chce odejść jest podwyżka (ewentualnie awans, który z tą podwyżką zapewne będzie nierozerwalnie związany). To skłoniłoby do pozostania w firmie aż 84% naszych ankietowanych. Ważna byłaby też możliwość rozwoju, podnoszenia kompetencji zawodowych.
A co jeśli to nie pieniądze są powodem odejścia?
Pod lupę należy wziąć atmosferę w miejscu pracy. Dla blisko połowy ankietowanych zła atmosfera w firmie może być czynnikiem, który zadecyduje o zmianie pracodawcy.
Kiedy pracownik poda taki powód odejścia, zostawi na biurku pracodawcy orzech trudny do zgryzienia. Atmosfery nie naprawi się z dnia na dzień, z podwyżką może pójść znacznie szybciej. Warto więc zapobiegać, żeby nie trzeba było leczyć.
Relacje mają znaczenie 63% ankietowanych nie utrzymuje relacji z byłym pracodawcą. 27% jest w kontakcie, jednak z głównie z własnej inicjatywy.
Utrzymywanie przez pracodawców relacji z byłymi pracownikami bardzo powoli wchodzi do kanonu dobrych praktyk z obszaru employer brandingu. Budując wizerunek dobrego pracodawcy warto zacząć od zwrócenia uwagi na to w jakiej atmosferze rozstajemy się z pracownikami. To będzie pierwszy krok na drodze do zbudowania profesjonalnego outboardingu.
Badanie Praca.pl pokazuje, że ankietowani użytkownicy chcą pracować i zarabiać, potrafią się zaangażować i doceniają szczerość pracodawcy i dobre relacje w zespole. Warto to wykorzystać.
Październikowe wybory i zmiany w sektorze bankowym wstrzymują decyzje inwestorów
Wciąż warto trzymać polskie obligacje skarbowe
Amerykański bank centralny zgodnie z oczekiwaniami inwestorów zadecydował o obniżeniu stopy referencyjnej o 25 pb. Rynek odebrał to jako jastrzębią obniżkę i rentowności wzrosły o 10 proc. Jednocześnie opublikowano odczyty z niemieckiej gospodarki, gdzie wskaźnik wyprzedzający PMI spadł do rekordowo niskiego poziomu 50 pkt., na co rynki zareagowały z kolei spadkiem rentowności o 10 pkt. Rynek polskich obligacji skarbowych jest mocno skorelowany z odczytami niemieckiej i amerykańskiej gospodarki, dlatego rentowności podążają za danymi ze świata.
Nie widzimy gwałtownych reakcji. Rynki czekają na orzeczenie Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości dotyczące kredytów hipotecznych zawieranych we frankach szwajcarskich. Inwestorzy obawiają się, że niekorzystny wyrok trybunału będzie miał negatywne konsekwencje dla wyników banków. Kwestia kredytów hipotecznych wskazywana jest też jako jeden z czynników, który może mieć istotny wpływ na przyszłoroczny budżet państw i rating Polski. To wieloetapowy proces, dlatego dziś jeszcze trudno ocenić, czy i w jakiej skali będzie mieć wpływ na ocenę naszego kraju.
Niepewność związana z dalszymi krokami sądów i kredytobiorców po decyzji TSUE oraz zbliżającymi się wyborami parlamentarnymi i ich wynik wpływają na rynki. Inwestorzy zagraniczni są ostrożni i czekają na to, co wydarzy się w najbliższych tygodniach. Wstrzymują się tym samym od inwestycji w polskie obligacje.
Zaangażowanie inwestorów zagranicznych w polskie papiery dłużne na przestrzeni ostatnich trzech miesięcy nieznacznie spadło. W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy sprzedano 23 mld obligacji. Zagraniczne podmioty koncentrują się na średnio i długoterminowych obligacjach. To, co zostało odsprzedane przez zagranicę, zostało kupione przez krajowe banki, które inwestują w papiery krótkoterminowe i średnioterminowe oraz w obligacje o zmiennym oprocentowaniu.
Na Ukrainie zmniejsza się liczba osób pozostających bez pracy. Z danych State Statistics Service of Ukraine wynika, że w II kwartale 2019 roku stopa bezrobocia wyniosła 7,8%. Oznacza to spadek w porównaniu do poprzedniego kwartału o 1,4 pp. Eksperci Personnel Service, wskazują, że to najniższa stopa bezrobocia na Ukrainie od pięciu lat, nadal jednak wskaźnik ten jest dwukrotnie wyższy niż w Polsce.
Jeszcze w I kwartale 2019 roku stopa bezrobocia na Ukrainie była na poziomie aż 9,2%. Ukraińscy ekonomiści przewidywali spadki, ale ostateczny wynik zaskoczył, bo był o 0,4 pp. niższy niż oczekiwania. Obecnie bez pracy jest 275 tys. obywateli Ukrainy, podczas gdy w pierwszej połowie roku grupa ta liczyła ok. 281 tys. osób.
– W Polsce stopa bezrobocia mierzona metodologią BAEL wyniosła pod koniec II kwartału tego roku zaledwie 3,2%. Ukrainie do tego poziomu jeszcze daleko. Niemniej widać, że sytuacja tam się poprawia. Nadal jednak pracownik z Ukrainy będzie miał motywację, żeby szukać pracy poza granicami swojego kraju, bo może liczyć na dużo wyższe zarobki. Z zapowiedzi Ministerstwa Finansów Ukrainy wynika, że w 2020 roku pensja minimalna zostanie podniesiona do 4723 hrywien brutto. Dziś to równowartość 672 zł, a zatem trzykrotnie mniej niż pensja minimalna w Polsce– mówi Krzysztof Inglot, Prezes Personnel Service S.A.
Dla polskich pracodawców to nie coraz niższe bezrobocie na Ukrainie lecz zwiększona konkurencja na arenie międzynarodowej jest większym zagrożeniem w walce o kadrę ze Wschodu. Od 2020 roku Niemcy mają wprowadzić ułatwienia dla wykwalifikowanych pracowników spoza Unii Europejskiej, którzy będą zainteresowani podjęciem zatrudnienia w tym kraju. Natomiast serwis emerging-europe.com podaje, że Czesi zwiększą limit wydawanych kart pracy dla Ukraińców, które upoważniają ich do pracy i pobytu w tym kraju przez ponad 2 lata bez zbędnych formalności, do 40 tys.
– Naszą przewagą pozostaje bliskość kulturowa i geograficzna. Potrzebujemy tylko odpowiedniej polityki migracyjnej, która da Ukraińcom wyraźny sygnał, że w Polsce mogą zostawać na dłużej i nie są traktowani wyłącznie jak doraźna pomoc na rynku pracy. Musimy przyciągać zwłaszcza wykwalifikowanych młodych ludzi, którzy powinni mieć zapewniony łatwy dostęp do mieszkań czy edukacji dla ich dzieci – podsumowuje Krzysztof Inglot, Prezes Personnel Service S.A.
Choć na rynku nie brakuje uczestników mających nadzieję, że rozpoczynający się kwartał przyniesie oznaki poprawy sytuacji w globalnej gospodarce, dziś o takie sygnały może być trudno. Bank Rezerwy Australii obciął główną stopę procentową o 25 pb i jest gotowy na więcej, a zaplanowane odczyty indeksów PMI mają wysoko ustawioną poprzeczkę dla pozytywnych niespodzianek.
RBA ściął stopę kasową o 25 pb do 0,75 proc., co było decyzją oczekiwaną przez większość ekonomistów, choć osobiście liczyliśmy, że bank da sobie czas do listopada i zaczeka na więcej danych z gospodarki. Komunikat sugeruje, że taka opcja wchodziła w grę. Bank zaznaczył w komunikacie, że „wydaje się, że osiągnięto punkt zwrotny w postaci wyższego wzrostu gospodarczego w pierwszym półroczu w porównaniu z drugą połową 2018 r.”. Ale nadzieje na koniec cyklu luzowania zostały zgaszone podtrzymaniem stanowiska, że bank jest w gotowości do dalszych obniżek, jeśli będzie to konieczne. To stwierdzenie odwróciło wstępne zwyżki AUD, gdyż nie pozwala pozbyć się pesymistycznego nastawienia wobec waluty w dłuższym terminie. Dodatkowo trzeba pamiętać, że w wartości AUD silnie odbijają się obawy o globalne spowolnienie i strach wokół wciąż nierozwiązanej kwestii relacji handlowych USA-Chiny. Do końca roku rynek wycenia 17 pb obniżki, co oznacza niecałe 70 proc. szans cięcia. Pozostałe 30 proc. nie pozwoli podnieść się AUD.
Obawy o spowolnienie (czy nawet recesję) znajdują też potwierdzenie w indeksach PMI dla przemysłu. Świeże wskazania ze Skandynawii i Polski pokazują, że zapaść nie jest wyłącznie kłopotem strefy euro. Silnie siadły zamówienia, co sugeruje, że firmy mają potężne obawy, aby w kolejnych miesiącach był zbyt na ich towary. Konsumpcja jeszcze nie daje oznak wyhamowania, ale nikt nie chce zamrozić kapitału w zapasach. Tworzy się toksyczna spirala, którą podsycają obawy o brexit, a w szerszym ujęciu – wojny handlowe.
Ostoją spokoju jeszcze pozostaje gospodarka USA, stąd szczególna uwaga we wtorek będzie dotyczyć odczytu ISM dla przemysłu. Kluczowe będzie, czy wskaźnik odbije ponad 50 pkt (a na to mogą wskazywać publikacje regionalnych wskaźników z ostatnich dwóch tygodni). W takim scenariuszu sierpniowy odczyt poniżej 50 pkt byłby pewnie rozpatrywany w kategoriach wypadku przy pracy, a to mogłoby uspokoić część decydentów z Fed. Opinie poszczególnych przedstawicieli banku będą ważnym punktem dnia dziś i w dalszej części tygodnia. Interesujące będzie, jak bardzo cierpliwy będzie Fed w kontekście decyzji o dalszych obniżkach. Dziś usłyszymy zdanie Evansa, Claridy i Bowman.
QubicGames podpisało umowę z KillHouse Games. Na bazie umowy do Nintendo eShop trafi utytułowana gra Door Kickers. Jest to największa produkcja do tej pory, która zostanie wydana przez warszawskiego wydawcę.
Door Kickers to strategia czasu rzeczywistego, w której gracz dowodzi oddziałem SWAT w czasie wykonywania niebezpiecznych zadań, takich jak odbijanie zakładników, rozbrajanie bomb, czy eskortowanie ważnych osób. Gra rumuńskiego studia KillHouse Games została nagrodzona przez renomowaną redakcję Rock, Paper, Shotgun tytułem najlepszej gry taktycznej 2014 roku. Produkcja zdobyła uznanie recenzentów i użytkowników, uzyskując aż 94% pozytywnych z 5364 recenzji w serwisie Steam oraz zdobywając ocenę 83% na Metacritic.
– Pierwszy raz będziemy mogli wydać tak duży i znany tytuł. Podpisanie tej umowy i możliwość pracy nad tak renomowaną grą sprawia, że umacniamy swoją pozycję jako globalny wydawca gier Indie Premium na konsole. Door Kickers posiada oddanych fanów na całym świecie, dzięki czemu nie dość, że powinniśmy odnieść sukces sprzedażowy, to zwiększymy też świadomość klientów o naszej marce. – komentuje prezes QubicGames, Jakub Pieczykolan.
Door Kickers na konsoli Nintendo Switch ukaże się w 2020 roku. Gra do dnia dzisiejszego cieszy się dużym wsparciem użytkowników oraz developerów – w ciągu 5 lat od premiery gry na platformie Steam powstała dodatkowa zawartość, m.in. został dodany tryb gry wieloosobowej. Obecnie produkcja dostępna jest na komputery osobiste (Steam), urządzenia z systemem Android (Google Play) oraz iOS.
– Możliwość wydania tak dużej gry oznacza rozpoczęcie kolejnej fazy konsekwentnie wdrażanego przez nas planu. Zgodnie z nim przygotowujemy do wydania coraz lepsze produkcje, już obecnie trwają prace nad grami DEX i Epistory – Typing Chronicles, tytułami, które zebrały 1000+ recenzji i mają ponad 85% pozytywnych ocen na platformie Steam. Jest to podstawa strategii, która towarzyszy nam od 2018 roku, kiedy skupiliśmy się na działalności wydawniczej. Door Kickers z pewnością zwiększy naszą rozpoznawalność także wśród potencjalnych partnerów biznesowych. – kończy prezes.
Grupa Recykl, lider rynku zagospodarowywania odpadów poużytkowych w postaci zużytych opon, zgodnie z założeniami zakończył montaż linii technologicznej nowego zakładu w Chełmie i dzięki otrzymanej 30 września decyzji na użytkowanie hali produkcyjnej, może prowadzić rozruch technologiczny. Po kilku tygodniach Spółka rozpocznie produkcję testową, a z końcem IV kwartału br. – pełną działalność operacyjną w trybie trzyzmianowym. Według szacunków Zarządu, nowy zakład pozwoli osiągnąć w 2020 roku dodatkowe przychody w wys. 11,5 mln zł, oparte na przerobie wolumenu 35 tys. ton zużytych opon.
30 września Spółka otrzymała ze strony Powiatowego Inspektoratu Nadzoru Budowlanego w Chełmie prawomocną decyzją zezwalającą na użytkowanie hali produkcyjnej z przyległymi drogami wewnętrznymi i placami. Decyzja umożliwia prowadzenie prac rozruchowych, które pozwolą szczegółowo sprawdzić i właściwie skonfigurować wszystkie elementy instalacji technologicznej. W tym okresie będzie już możliwe prowadzenie produkcji testowej.
– Z satysfakcją kończymy blisko dwuletni proces inwestycyjny w zakresie budowy nowego zakładu produkcyjnego. Najbliższe tygodnie upłyną pod znakiem prac rozruchowych. W październiku chcemy rozpocząć produkcję testową, a po zakończeniu II etap prac w zakresie infrastruktury towarzyszącej
i spodziewanej decyzji na użytkowanie całego zakładu, zainaugurujemy produkcję w pełnej skali w trybie trzyzmianowym. Oczekujemy, że w 2020 roku nowy zakład, jeden z najnowocześniejszych w Europie, pozwoli nam na wygenerowanie dodatkowych przychodów stanowiących ponad 20 proc. sprzedaży 2018 roku – mówi Maciej Jasiewicz, Wiceprezes Zarządu Grupy Recykl S.A.
Realizacja II etapu dot. infrastruktury towarzyszącej hali (budowa biura, placów i boksów magazynowych oraz dróg wewnętrznych i uzbrojenia terenu) zakończy się do połowy listopada. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy trwały kluczowe prace związane z instalacją linii technologicznej, dostarczoną przez duński koncern Eldan Recykling. Jej wartości wyniosła 5,482 mln EUR.
– Dzięki inwestycji już dziś widzimy większe zainteresowanie ofertą produktów i usług Grupy Recykl, zwłaszcza wśród partnerów ze Wschodu, przykładających dużą wagę do czynników logistycznych. Projekt w Chełmie poza liniowym wzrostem skali, pozwoli nam podnieść innowacyjność biznesu. To sposób na wdrożenie nowych technologii B+R, nad którymi pracowaliśmy w ostatnich latach – uzupełnia Maciej Jasiewicz.
Łączna wartość inwestycji wynosi ok. 52 mln zł, z czego główne składowe kosztu dotyczą linii produkcyjnej (25 mln zł) oraz prac budowlanych w wys. 23 mln zł (podzielonych na etapy: wartość pierwszego wyniosła 10,5 mln zł; drugiego: 12,5 mln zł). W strukturze finansowania 20 mln zł stanowi dotacja PARP, 21,2 mln zł – kredyt inwestycyjny, pozostała część to środki własne Spółki, w tym 6 mln. zł. pochodzące z emisji akcji przeprowadzonej wiosną br.
– Nowy zakład będzie produkował dwa nowe produkty, charakteryzujące się wyższym poziomem cen i marż. Pierwszym jest tzw. puder gumowy, którego produkcja testowa rozpocznie się w październiku. Drugim, innowacyjne gumowe dodatki stabilizujące na potrzeb drogownictwa, które będą wytwarzane od I kwartału 2020 roku. Dodatki do mieszanek mineralno-asfaltowych SMA mogą cieszyć się dużą popularnością wśród firm budujących infrastrukturę drogową, wyznaczając w kolejnych latach nowe trendy w branży. Dla naszej Spółki ich sprzedaż będzie wiązać się z uzyskiwaniem najwyższego poziomu marzy wśród obecnej gamy produktów. Chcemy być jednymi z pierwszych graczy w Polsce, zdolnych zaoferować duże wolumeny w wysokiej jakości i atrakcyjnej cenie – uzupełnia Maciej Jasiewicz.
Dodatki SMA powodują zwiększoną odporność na koleinowanie, działanie wody czy przemarzanie nawierzchni drogowych, co może rodzić zainteresowanie firm drogowych. Produktami tradycyjnymi z kolei mogą być zainteresowani wytwórcy wyrobów gumowych oraz kompozytów polimerowo-gumowych, głównie dla rynku automotive, wytwórcy nawierzchni sportowych oraz cementownie i odlewnie żeliwa.
– Cieszy nas zrealizowanie projektu zgodnie z pierwotnym harmonogramem. Dzięki temu oczekujemy niewielkiego wpływu pracy obiektu na przychody już IV kwartału 2019 roku, ale pełne efekty jego działalności będą widoczne w pełnym, kolejnym roku obrotowym. Z drugiej strony w II połowie bieżącego roku w naszym bilansie występuje najwyższe zapotrzebowanie kredytowe, które w 2020 roku i kolejnych latach będzie organicznie spadać – dodaje Zbigniew Fleszar, Członek Zarządu i dyrektor finansowy Grupy Recykl S.A.
W skład inwestycji w woj. lubelskim wchodzi nowa linia technologiczna do recyklingu opon i produkcji dodatków SMA z zapleczem laboratoryjnym oraz kontrolą jakości, hala produkcyjna, linia do czyszczenia kordu stalowego, żurawie przeładunkowe oraz pozostała infrastruktura obiektu. Zakład umożliwi skokowy wzrost produkcji dotychczas oferowanych produktów Spółki (czysty granulat gumowy SBR, paliwo alternatywne oraz kord stalowy).
Setanta S.A., Spółka notowana na Głównym Rynku GPW w Warszawie, podpisała plan połączenia z wydawnictwem gier komputerowych ALL IN! GAMES Sp. z o.o. Po połączeniu Emitent zmieni nazwę na ALL IN! GAMES i rozpocznie działalność wydawniczą w branży gier komputerowych.
Setanta S.A. wraz ze spółką ALL IN! GAMES Sp. z o.o. uzgodniła i podpisała Plan Połączenia Spółek. Połączenie nastąpi poprzez przeniesienie całego majątku ALL IN! GAMES Sp. z o.o. jako spółki przejmowanej na Setanta S.A. jako spółki przejmującej w zamian za akcje, które spółka przejmująca wydaje wspólnikom spółki przejmowanej. Wartość obu podmiotów została ustalona przez niezależnego biegłego rewidenta i zgodnie z otrzymanymi wycenami została oszacowana na kwotę 331.527.109,54 zł w przypadku ALL IN! GAMES Sp. z o.o. oraz na kwotę 9.693.450,00 zł w przypadku Setanta S.A. W wyniku połączenia spółek Emitent dokona podwyższenia kapitału zakładowego o kwotę 3.016.000,00 zł w drodze emisji 30.160.000 akcji serii G po cenie emisyjnej wynoszącej 10,00 zł za 1 akcję. Zarząd Setanta S.A. jest przekonany, że połączenie z wydawnictwem ALL IN! GAMES pozwoli osiągnąć wzrost wartości Spółki poprzez prowadzenie działalności w nowym i bardzo perspektywicznym segmencie biznesowym.
„Jestem niezwykle zadowolony, że udało nam się uzgodnić i podpisać plan połączenia z wydawnictwem gier komputerowych ALL IN! GAMES Sp. z o.o. W ten sposób po połączeniu obu podmiotów rozpoczniemy działalność w nowym segmencie biznesowym, jakim jest wydawanie gier komputerowych. Chcemy wykorzystać status spółki publicznej notowanej na rynku głównym GPW w Warszawie oraz doświadczenie i know-how wydawnictwa ALL IN! GAMES do zbudowania rozpoznawalnego podmiotu, który będzie wydawał bardzo dobre gry produkowane przez polskich i międzynarodowych producentów. Obecnie koncentrujemy nasze działania na sfinalizowaniu całego procesu połączenia.” – ocenia January Ciszewski, Prezes Zarządu Spółki Setanta S.A.
ALL IN! GAMES Sp. z o.o. to wydawnictwo różnorodnych gier przeznaczonych na konsole i komputery osobiste, które dotychczas pozyskało 16 tytułów tworzonych przez znanych polskich i zagranicznych developerów. W 2019 r. ALL IN! GAMES planuje wydać co najmniej 6 gier, a w 2020 r. minimum 10 produkcji. Każdy z tytułów wydawnictwa trafił na wszystkie najważniejsze imprezy branżowe, a ze względu na zróżnicowany charakter imprez wydawnictwo przygotowywało dedykowane stoiska w strefach B2B lub B2E. Tytuły ALL IN! GAMES pojawiły się na targach GDC, Nordic Game, Digital Dragons, Gamescom, Tokyo Games Show, PAX Seattle oraz będą zaprezentowane podczas targów Poznań Game Arena.
Najważniejsze studia developerskie, z którymi obecnie współpracuje wydawnictwo ALL IN! GAMES to m.in.: The Knights of Unity, Polyamorous, Destructive Creations, One More Level, Intermarum, Black Sail Games, Dreamplant, Happy Corruption, Ovid Works oraz Fort Triumph Ltd. (studio z Izraela).
„ALL IN! GAMES posiada w swoim portfelu wydawniczym bardzo różnorodne gry typu Indie AAA przeznaczone na konsole oraz komputery osobiste, co stanowi dużą wartość tego wydawnictwa. Dzięki połączeniu z Setanta S.A. wydawnictwo z pewnością zwiększy swoją wiarygodność rynkową oraz rozpoznawalność w branży.” – podsumowuje Prezes Ciszewski.
W pierwszej fazie po dokonaniu połączenia Spółka będzie funkcjonowała w jednym podmiocie o nazwie ALL IN! GAMES S.A., w którym będzie prowadzona działalność zgodnie z przyjętymi założeniami. ALL IN! GAMES S.A. będzie prowadziła działalność w branży gier komputerowych jako wydawnictwo różnorodnych projektów przeznaczonych na konsole oraz komputery osobiste.
Setanta S.A. zadebiutowała na Głównym Rynku GPW w styczniu 2017 r., przechodząc na niego z rynku NewConnect, na którym była notowana od stycznia 2013 r.
Restauracje zarządzane przez Sfinks Polska, w tym Sphinx, Chłopskie Jadło czy Fabryka Pizzy, wypracowały w I półroczu 2019 r. przychody ze sprzedaży gastronomicznej w wysokości 93,69 mln zł, czyli o 5,62 mln zł więcej niż przed rokiem. Jednocześnie przychody samej spółki wyniosły 77,27 mln zł wobec 82,71 mln zł, co jest m.in. efektem przekształcenia części lokali własnych na franczyzowe. Ponadto, po sześciu miesiącach 2019 r. Sfinks zanotował zysk operacyjny w wysokości 0,29 mln zł (wobec -0,61 mln zł rok wcześniej), wynik netto -5,75 mln zł (wobec -2,81 mln zł rok wcześniej) oraz EBITDA w wysokości 17,82 mln zł (wobec 4,53 mln zł przed rokiem). Na poziom wyników miała wpływ m.in. zmiana przepisów rachunkowych, a po oczyszczeniu danych z tego wpływu widać, iż spółka notuje podobną rentowność na sprzedaży brutto jak rok wcześniej (13,1% wobec 13%) mimo większej liczby niehandlowych niedziel.
W I połowie 2019 r. sieć operatora gastronomicznego powiększyła się o 10 nowych lokali, w tym cztery Fabryki Pizzy (w Skierniewicach, Katowicach, Warszawie i Krakowie), dwie Piwiarnie Warki (w Krakowie i Katowicach) i kolejną restaurację Sphinx w stolicy. Sfinks przejął także trzy lokale pod szyldem Meta (dwie Meta Seta Galareta i jedną Meta Disco). Po I półroczu, już we wrześniu br., do sieci dołączyły także Sphinx i Piwiarnia Warki w Siedlcach.
– Całkowita sprzedaż w restauracjach zarządzanych przez grupę kapitałową Sfinks Polska wzrosła w minionym półroczu o 6,4% w porównaniu z I połową 2018 roku. Restauracje naszej największej sieci Sphinx zanotowały 3,5% wzrostu, a lokale Chłopskiego Jadła zwiększyły sprzedaż o 14,3%. Największa dynamika dotyczy jednak restauracji Fabryka Pizzy, które wypracowały 3,1 mln zł obrotów wobec 1,1 mln zł rok wcześniej. Na te wyniki sprzedażowe miały wpływ m.in. nowe otwarcia. Wszystkie nowo otwarte lokale to restauracje franczyzowe, co odzwierciedla atrakcyjność naszych konceptów dla partnerów zainteresowanych długoterminową współpracą w formule franczyzy. Szczególnie ciekawym trendem jest to, że część franczyzobiorców chce w jednej lokalizacji uruchomić od razu co najmniej dwa lokale – Sphinx i Piwiarnię Warki albo Fabrykę Pizzy i Piwiarnię. Świetnym przykładem jest Zgierz, gdzie w jednym budynku działają Sphinx i Fabryka Pizzy, a wkrótce pod tym samym adresem ruszy także Piwiarnia Warki. Kolejne tego typu otwarcia są w przygotowaniu – zapowiada Dariusz Strojewski, wiceprezes Sfinks Polska.
Obecnie trwają prace nad uruchomieniem sześciu nowych restauracji, m.in. w Krośnie, Nowym Sączu, Stargardzie Gdańskim, Łodzi i Poznaniu. Będą to głównie lokale franczyzowe pod szyldami Fabryka Pizzy, Piwiarnia i Sphinx.
Oprócz tego Sfinks pracuje także nad rozwojem sprzedaży w segmencie delivery, wprowadzając usługę dostawy do kolejnych restauracji. W efekcie na koniec I półrocza br. razem było ich już 70. Sprzedaż w tym kanale jest rozwijana m.in. poprzez własny portal Smacznieiszybko.pl, którego nowa wersja została uruchomiona w czerwcu. Aktualnie na potrzeby rozwoju usługi delivery w przygotowaniu jest aplikacja mobilna. Równolegle Sfinks rozszerza współpracę z popularnymi platformami online. Do listy partnerów – po Pyszne.pl i Pizzaportal.pl – w I półroczu dołączył Uber Eats. Z kolei od sierpnia dania lokali zarządzanych przez Sfinks Polska można zamawiać także przez Wolt.
Ważnym czynnikiem wpływającym na sprzedaż i wyniki w I półroczu były niehandlowe niedziele, których w tym roku było w kalendarzu więcej niż w I półroczu 2018. Wpływ ten był niejednorodny i zależny od poszczególnych lokalizacji, ale warto podkreślić, że część restauracji, tzw. miejskich, zanotowała wzrost sprzedaży. Co ciekawe, spółka zaobserwowała także, że w niektórych restauracjach w centrach handlowych nastąpiło przesunięcie sprzedaży na inne dni – sobotę oraz poniedziałek.
– Innym elementem, przez pryzmat którego należy oceniać wyniki, są nowe przepisy rachunkowe, które spółka musi stosować, zwłaszcza MSSF 16. Wdrożenie tego standardu spowodowało m.in. wzrost sumy bilansowej, amortyzacji czy kosztów finansowych. W przypadku wyniku netto za I półrocze oznacza to jego obniżenie per saldo o 1,37 mln zł. Warto więc zwrócić uwagę na raportowane przez nas dane oczyszczone z tego elementu, aby właściwie ocenić nasz biznes i wyniki operacyjne – podsumowuje wiceprezes Sfinksa.
W ujęciu skonsolidowanym w I półroczu 2019 r. grupa Sfinks Polska osiągnęła przychody o wartości 81,65 mln zł (wobec 85,86 mln zł rok wcześniej), zysk operacyjny w wysokości 0,24 mln zł (wobec -0,81 mln zł) oraz wynik netto na poziomie -5,96 mln zł (wobec -3,04 mln zł). EBITDA grupy w I półroczu 2019 r. to 18,12 mln zł (przy 4,57 mln zł w analogicznym okresie roku ubiegłego).
W I półroczu 2019 roku Grupa Kapitałowa RAFAMET uzyskała przychody ze sprzedaży w wysokości 47 mln złotych.
Zarząd Spółki, przekazując raport półroczny wskazuje, że analiza stanu realizacji kontraktowych i przedkontraktowych zadań produkcyjnych po 30 czerwca br. oraz ich wycena budżetowa (w oparciu o najlepszą wiedzę i doświadczenie Zarządu Emitenta) pozwalają przyjąć założenie, iż wyniki finansowe GK RAFAMET za cały rok 2019 będą dodatnie. – Dla naszej Spółki najodpowiedniejsza w ocenie wyników finansowych jest perspektywa roczna. Dla przykładu, jedną obrabiarkę do obróbki kół kolejowych produkujemy 7-8 do12 miesięcy (w zależności od typu maszyny) a nasze największe wielkogabarytowe obrabiarki karuzelowe wymagają 12-14 do 18 miesięcznego cyklu produkcyjnego. Dlatego też tego typu przedsięwzięcia produkcyjno – handlowe bardzo trudno jest równomiernie rozłożyć w czasie w korelacji do kosztów stałych ponoszonych miesięcznie przez firmę, niezależnie od realizowanej w danym okresie sprzedaży. W związku z tym, informacja, którą przekazaliśmy do wiadomości publicznej w formie korekty prognozy wyników finansowych za rok bieżący jest optymistyczna. Drugie półrocze br. a szczególnie czwarty kwartał roku (podobnie jak w latach ubiegłych) będzie dla RAFAMET S.A. oraz całej Grupy kapitałowej lepszy pod względem realizacji wyników finansowych od wykonania za pierwsze półrocze 2019 roku. Wskazuje na to m.in. informacja Spółki o jej wyborze na dostawcę 6 obrabiarek do linii naprawczo – regeneracyjnej kolejowych zestawów kołowych dla Intercity Remtrak Spółka z o.o., o wartości łącznej 18 mln złotych. Takie kontrakty dają podstawy do realizacji zapowiedzianych prognoz sprzedażowo – finansowych na ten rok – dodaje E. Longin Wons, Prezes Zarządu RAFAMET S.A. z Kuźni Raciborskiej. ***
Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej
Budżet skarbu państwa na 2020 rok zakłada duże zmiany, dotyczące wynagrodzeń i składek z umów o pracę. Przewidywane reformy zakładają podniesienie pensji minimalnej do 2600 złotych brutto. Eksperci przewidują, że podwyższenie płacy minimalnej odbije się przede wszystkim na wydolności małych firm – działających w mniejszych ośrodkach i na rynku usługowym. Na przedsiębiorców spadną w przyszłym roku również kolejne koszty. Zatrudnianie pracowników z dużymi wynagrodzeniami wiązać się będzie z większymi składkami ZUS, gdy planowana reforma zniesie ograniczenia wielkości składek. To zmniejszy również zarobki dużej grupy pracowników – a mniej pieniędzy w ich kieszeni oznacza mniejszą siłą nabywczą, szczególnie w drugiej połowie roku. Dodajmy do tego obowiązek płacenia składek na Pracownicze Plany Kapitałowe, a przyszły rok może okazać się dużo cięższy dla małych przedsiębiorców, niż obecny.
– Zmiany mogą spowodować istotne przeobrażenia w strukturze tego, w jaki sposób wygląda u nas przedsiębiorczość. Preferowane będą większe firmy, dyskryminowane z kolei będą firmy małe. Skutkiem tego może być duża zmiana w sytuacji cenowej na polskim rynku – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. – Dodatkowo, jeżeli faktycznie zniesiony zostanie limit trzydziestokrotności składki ZUS, to siła nabywcza dużej grupy konsumentów istotnie się zmniejszy. To będzie dosyć poważnie wpływało na rynek detaliczny. W połączeniu z kosztem składek na PPK, wprowadzone zmiany mogą zaważyć na tym, czy firmy będą mogły osiągnąć odpowiedni poziom rentowności, gwarantujący ich dalszy rozwój – ostrzega Soroczyński.
Od 14 września 2019 roku za sprawą Dyrektywy PSD2 banki udostępniają firmom zewnętrznym posiadającym odpowiednie licencje, tak zwanym TPP, dostęp do rachunków swoich klientów. Nowe usługi świadczone przez TPP miały zrewolucjonizować rynek fintech, niestety – na ten moment jedynie jeden fintech z siedzibą w Polsce może świadczyć usługi płatnicze polegające na dostępie do rachunku. Wszystkiemu winny jest brak przepisów. Tymczasem – na polskim rynku mogą działać konkurencyjne podmioty zarejestrowane np. w Wielkiej Brytanii czy na Litwie.
Dyrektywa PSD2 i przepisy polskiej ustawy o usługach płatniczych wymagają, aby TPP miał albo odpowiednie zezwolenie (status krajowej instytucji płatniczej), albo posiadał wpis do rejestru dostawców świadczących wyłącznie usługę dostępu do informacji o rachunku (tzw. rejestr AISP). Tymczasem w rejestrze dostawców usług płatniczych, prowadzonym przez Komisję Nadzoru Finansowego, figuruje dopiero jeden podmiot – wpisany przed kilkoma dniami. I nie jest to brak zainteresowania ze strony polskich przedsiębiorców – gdyż zainteresowanie nowymi usługami jest spore.
Ministerstwo Finansów wytyczne ma od dwóch lat, rozporządzenia nie ma do dziś
– Według naszej wiedzy tylko do maja do KNF wpłynęły co najmniej cztery wnioski o wpis do rejestru AISP. Klienci bardzo często zwracają się do nas o pomoc w reprezentowaniu ich przed KNF w tego typu postępowaniach. Niestety, na ten moment Komisja nie wydała żadnego zezwolenia, a do rejestru AISP dokonała tylko jeden wpis – nie czekając na rozporządzenie, które w tym przypadku stosuje się pośrednio. Brak podmiotów mogących inicjować płatności wynika z braku odpowiednich przepisów – wyjaśnia Tomasz Klecor, partner w Legal Geek, firmie prawniczej obsługującej spółki FinTech.
Choć formalnie to Komisja Nadzoru Finansowego odpowiada za wydawanie zezwoleń krajowym instytucjom płatniczym oraz dokonywanie wpisów do rejestru AISP, to w praktyce ma związane ręce. Przyczyną jest brak rozporządzenia Ministra Finansów w zakresie dokumentów składanych z takim wnioskiem. Co istotne – przepisy obligujące Ministra do wydania stosownego rozporządzenia funkcjonują od ponad roku, bo od 20 czerwca 2018 roku. Dodatkowo wydaje się, że Ministerstwo Finansów powinno mieć ułatwione zadanie – gdyż od 2017 roku funkcjonują wytyczne Europejskiego Urzędu Nadzoru Bankowego określające… katalog dokumentów składanych przez TPP w celu uzyskania zezwolenia. Wydanie rozporządzenia powinno być więc formalnością, niestety prace nad nim trwają od grudnia zeszłego roku.
– Sytuacja jest trudna, gdyż zgodnie z ustawą o usługach płatniczych to Minister Finansów określa jakie wymogi ma spełniać wniosek o wydanie zezwolenia dla instytucji płatniczej, w tym zamierzającej świadczyć usługi oparte o dostęp do rachunku. Wobec braku stosownych przepisów trudno wymagać od KNF, aby rozpatrywała wnioski, co do których nie wiadomo co mają zawierać – wyjaśnia Tomasz Klecor.
Banki i ubezpieczyciele w Polsce niechętni
Starania o właściwą licencję dodatkowo komplikuje brak podmiotów chętnych do wydania gwarancji bankowej lub polisy ubezpieczeniowej, wymaganej np. od dostawcy świadczącego usługę dostępu do informacji o rachunku. Taka polisa lub gwarancja jest kluczowa, ale dopiero od niedawna funkcjonują przepisy pozwalające na ustalenie jej wysokości, a banki i towarzystwa ubezpieczeniowe są bardzo niechętne w podejmowaniu tematu.
– O ile tzw. „stare instytucje płatnicze”, czyli te które działały przed 2018 rokiem raczej nie mają problemów z gwarancjami bankowymi, o tyle nowym spółkom często trudno uzyskać jakiekolwiek gwarancje bankowe na znaczne kwoty. W przypadku polis ubezpieczeniowych jest jeszcze trudniej, także poza Polską. Dla przykładu znamy dostawców z Litwy, których ubezpiecza towarzystwo z Wielkiej Brytanii – mówi Klecor.
Czy biznes ucieknie za granicę?
O ile polskie spółki na dzień dzisiejszy mają mocno utrudnioną drogę do świadczenia usług opartych o dostęp do rachunku, o tyle problemu tego nie mają spółki zagraniczne.
Instytucje płatnicze z innych państw Unii Europejskiej – ze względu na ogólnoeuropejski charakter PSD2 – nie mają większego problemu, aby świadczyć usługi również w Polsce. Nie powinno więc dziwić, że również rodzime fintechy zaczęły rozważać inne rozwiązania. Szczególnie kusząca jest tzw. „opcja litewska” – czyli ubieganie się o licencje na Litwie. Tę drogę wybrał m.in. Kontomatik, który już jakiś czas temu założył tam spółkę i został instytucją płatniczą. Co ciekawe – kilka dni temu Kontomatik został AISPem w Polsce. Licencje litewskie mają również Revolut czy Google. Kolejne polskie instytucje płatnicze również rozważają takie rozwiązanie.
– Bank Litwy jest bardzo przyjazny dla podmiotów zagranicznych. Widzimy spore zainteresowanie takim rozwiązaniem. W niektórych przypadkach wprost proponujemy klientom zainteresowanym świadczeniem usług opartych o dostęp do rachunku, umiejscowienie siedziby w Wilnie i reprezentowanie ich właśnie przed Bankiem Litwy, jako najszybszą drogę do licencjonowanego fintechu. Tam nie wstrzymuje nas brak przepisów – dodaje Tomasz Klecor, partner w Legal Geek.
Od dłuższego czasu na rynkach finansowych panuje nerwowość. Sprawa wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej od kilku lat generuje nowe wyzwania dla inwestorów. W roku 2019 sprawa relacji handlowych na linii USA – Chiny dodatkowo rozgrzała emocje. Jednak w ubiegłym tygodniu powstał trzeci istotny czynnik niepokoju – została uruchomiona procedura impeachmentu wobec Donalda Trumpa.
Pretekstem dla uruchomienia wspomnianej procedury były doniesienia, że prezydent USA miał wpływać na prezydenta Ukrainy, by ten rozpoczął śledztwo przeciwko politycznemu rywalowi Trumpa – Joe Biden. Z doniesień medialnych wiadomo, że syn obecnie najbardziej prawdopodobnego kandydata Partii Demokratycznej na urząd prezydenta USA angażował się w interesy związane z wydobyciem gazu łupkowego na Ukrainie. Z kolei, ukraińska prasa wielokrotnie pisała o licznych nieprawidłowościach przy prowadzeniu tego biznesu. Jednak w tej chwili nic nie wiadomo czy Joe Biden lub jego syn Hunter byli zaangażowani w podejrzane transakcje. Dodatkowo procedura impeachmentu jest procesem długotrwałym, jednak już sama możliwość odwołania prezydenta USA wzbudza na rynkach niepokój.
Na koniec ubiegłego tygodnia GPW w Warszawie zanotowała lekki wzrost. Indeks szerokiego rynku WIG zyskał na wartości 0,31%. Notowania największych spółek (tworzących index WIG20) zyskały 0,67%. Z kolei indeksy małych i średnich spółek zakończyły tydzień z lekkim spadkiem: 0,77% dla sWIG80 oraz 0,59% dla mWIG40.
W nadchodzącym tygodniu uwaga inwestorów będzie skupiona na danych z USA. We wtorek (01.10.2019) poznamy indeks PMI dla przemysłu. W środę (02.10.2019) będziemy mieli okazje zapoznać się z raportem ADP oraz danymi o zapasach ropy. W czwartek (03.10.2019) poznamy odczyt indeksu ISM dla usług oraz dane dotyczące zamówień na dobra trwałe. Z kolei w piątek (04.10.2019) czeka nas cały wysyp wrażliwych danych z runku pracy USA. W ostatnim dniu roboczym nadchodzącego tygodnia poznamy dane o zatrudnieniu w sektorze pozarolniczym, stopę bezrobocia, długość tygodnia pracy oraz dane o imporcie oraz exporcie towarów i usług. W Polsce nadchodzący tydzień zapowiada się nieco spokojniejszym jednak, we wtorek (01.10.2019) poznamy indeks PMI dla przemysłu oraz wstępne dane o inflacji CPI, a w środę (02.10.2019) z komunikatu po zakończeniu dwudniowego posiedzenia Rady Polityki Pieniężnej dowiemy się czy będą zmienione stopy procentowe.
Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.
Przedsiębiorstwa z sektora gazu, paliw i energii muszą w najbliższym czasie zmierzyć się z niestabilnymi cenami surowców na światowych rynkach i koniecznością ograniczania kosztów wydobycia. To jedne z głównych wyzwań, jakie stoją przed branżą – wynika z raportu PGNiG i PwC „W kierunku energii przyszłości”. Dodatkowe wymagania stawia również unijna polityka klimatyczna, dążąca do intensywnej dekarbonizacji i ograniczenia emisji dwutlenku węgla. Te wyzwania motywują sektor do dużych inwestycji w innowacje. Modeli ich wdrażania jest wiele – od współpracy ze start-upami i jednostkami naukowymi po wykorzystanie własnego potencjału.
– Rola innowacji i ich znaczenie w rozwoju gospodarczym będą zależały od tego, jak bardzo ambitne cele redukcyjne w obszarze polityki klimatycznej czy energetycznej przyjmą politycy. Spodziewamy się wraz z zapowiedziami nowej przewodniczącej-elekt Komisji Europejskiej oraz części krajów UE, że ta polityka będzie bezprecedensowo ambitna, w związku z tym znaczenie innowacji będzie coraz większe – mówi agencji Newseria Biznes Aneta Wilmańska, dyrektor Przedstawicielstwa PGNiG w Brukseli oraz wiceprzewodnicząca EU Committee w ramach IOGP.
Jak ocenia, w związku z toczoną na globalnym poziomie dyskusją o dekarbonizacji i ograniczaniu emisji dwutlenku węgla na energetyce jest w tej chwili skupiona duża uwaga. Innowacje są dla sektora szansą na sprostanie wymogom klimatycznym, a w ich wdrażaniu przodują w tej chwili bardziej zamożne państwa Europy Zachodniej i Północnej.
– Tam już nie mówi się o przejściu z węgla na gaz ziemny, ale o gospodarce wodorowej i o tym, jak zagospodarować dwutlenek węgla – mówi Aneta Wilmańska. – W kolejnych dekadach ogromne ambicje klimatyczne dotyczące redukcji dwutlenku węgla będą mobilizowały wiele sektorów, nie tylko energetyczny, lecz także przemysł energochłonny czy rolnictwo do tego, żeby inwestować w nowe technologie, które będą zmniejszały presję naszej aktywności gospodarczej na środowisko.
– Dużo mówi się o zmianach klimatycznych, transformacji energetycznej, ale chcielibyśmy od dyskusji przejść do konkretów. Przygotowaliśmy raport o roli innowacji w transformacji energetycznej sektora gazu, paliw i energii. Staraliśmy się zawrzeć w tym raporcie możliwie dużo przykładów, inspiracji, pokazać, jak inni radzą sobie z wyzwaniami transformacji energetycznej, jak mądrze używają do tego innowacji, jak wpinają nowe, nowoczesne technologie do swoich biznesów po to, żeby były one bardziej efektywne, żeby były w stanie nadążyć za liderami rynku – mówi Joanna Podgórska, dyrektor Departamentu Innowacji i Rozwoju Biznesu w PGNiG.
Wśród przykładów innowacji, jakie wymienia raport „W kierunku energii przyszłości”, są m.in. inteligentne systemy monitoringu i predykcji awarii, zastosowanie pojazdów bezzałogowych czy technologia wytwarzania wodoru z OZE w oparciu o metodę elektrolizy. Szczególnego znaczenia nabiera kompleksowa digitalizacja obszaru wydobycia i produkcji. W ostatnim czasie pojawiają się specjalne rozwiązania dla sektora typu Digital Oilfield, wykorzystywane przez największe koncerny w procesach produkcji gazu i ropy naftowej. „Cyfrowe złoże” – rozwiązanie wymyślone i stosowane przez PGNiG do zintegrowanego zarządzania złożem w celu optymalizacji działalności wydobywczej – plasuje pod tym względem polską firmę w światowej czołówce.
– Koncepcja ta łączy zarządzanie procesami biznesowymi z technologiami cyfrowymi na rzecz maksymalizacji wydajności, zmniejszenia kosztów i minimalizacji ogólnego ryzyka związanego z obszarem produkcji gazu oraz ropy naftowej. Rozwiązania typu Digital Oilfield to zastosowanie w praktyce koncepcji Przemysł 4.0. Termin ten integruje różnorodne technologie cyfrowe, m.in. AI, IoT czy big data w celu kompleksowej automatyzacji produkcji oraz włączenia sztucznej inteligencji do procesu podejmowania decyzji – podkreślają w raporcie eksperci PwC i PGNiG.
Z raportu „W kierunku energii przyszłości” wynika, że w ciągu 5 lat globalny rynek rozwiązań typu Digital Olifield będzie wart ponad 30 mld dol., czyli o 26 proc. więcej niż obecnie.
– Dla sektora poszukiwawczo-wydobywczego innowacje są stałym elementem aktywności. PGNiG ma największą w historii spółki alokację na innowacje i działalność badawczo-rozwojową. Nie wyobrażamy sobie funkcjonowania w kolejnych dekadach bez innowacji, bez usprawnienia aktywności poszukiwawczo-wydobywczej, które pozwolą m.in. obniżyć koszty dostarczania surowca lub zwiększać bezpieczeństwo naszych pracowników – podkreśla Aneta Wilmańska.
PGNiG zamierza do 2022 roku przeznaczyć na innowacje około 700 mln zł. Od ponad dwóch lat w PGNiG działa InnVento – pierwsze w Polsce centrum inkubacyjne dla start-upów pracujących nad rozwiązaniami dla sektora naftowego i energetycznego. Spółka jest też zaangażowana m.in. w rządowy program Poland Prize prowadzony we współpracy z Fundacją Startup Hub Poland. W ramach akceleracji do końca tego roku prawie 30 zagranicznych start-upów rozpocznie swoją działalność w Polsce, by pracować nad innowacjami w energetyce.
To nie są pierwsze tego typu doświadczenie PGNiG – wcześniej we współpracy z MIT EF Poland prowadziło ścieżkę akceleracyjną w kilku rundach innego rządowego programu pod nazwą Scale UP.
– Większość projektów realizujemy w tej chwili z jednostkami naukowymi, ale także z innymi, dojrzalszymi firmami innowacyjnymi, ponieważ stojące przed nami wyzwania są po prostu bardziej złożone. Mamy również grupę takich przedsięwzięć, które realizujemy ze start-upami. One nas inspirują do zmian, zmieniają nasz sposób myślenia – mówi Joanna Podgórska.
Jak podkreśla dyrektor Departamentu Innowacji i Rozwoju Biznesu w PGNiG, nie ma uniwersalnego przepisu na sukces i przedsiębiorstwa z branży gazu, paliw i energii, które wprowadzają do swojej działalności nowe technologie, każdorazowo muszą analizować swoją sytuację i wyzwania, z jakimi się mierzą, żeby znaleźć adekwatne rozwiązania.
– Jeśli problem jest w miarę łatwy, mamy na niego środki, warto zapytać start-upy, czy mają rozwiązanie. Jest bardzo dużo różnych modeli współpracy z nimi – to mogą być tzw. hackathony, challenge, konkursy, prezentacje typu pitch days. Jeśli mamy problem złożony, bardziej technologiczny, warto poprosić o pomoc w jego rozwiązaniu jednostki naukowe. Tam jest wielu mądrych ludzi, z szeroką wiedzą i oni potrafią pomóc. Dlatego zachęcam do tego, żeby dobierać źródła innowacji do danego problemu i sytuacji, w jakiej się znajdujemy. Najlepiej po prostu to wszystko miksować – mówi Joanna Podgórska.
Pełna treść raportu o innowacjach w sektorze gazu, paliw i energii na stronie: http://pgnig.pl/raport-innowacje-2019