EBC ogłosił dalsze łagodzenie polityki pieniężnej, czas na decyzję FOMC

W piątek (13.09.2019) Europejski Bank Centralny ogłosił dalsze łagodzenie polityki pieniężnej w strefie euro, obniżając stopę depozytową z -0,4% do -0,5%. Co więcej, EBC ogłosił wznowienie od 1 listopada programu skupu aktywów na rynkach finansowych w skali 20 mld EUR miesięcznie, dla którego nie ustalono daty końcowej. W celu zwiększenia akcji kredytowej w strefie euro, bank centralny złagodził warunki ukierunkowanych długoterminowych operacji refinansujących (TLTRO III). Wspomniane wyżej działania EBC mają za zadanie pobudzić wzrost gospodarczy i wesprzeć inflację w warunkach słabszych perspektyw gospodarczych. Prezes EBC Mario Draghi ocenił przedstawiony pakiet jako adekwatny, jednak zaznaczył, iż w Radzie Prezesów panuje opinia, że to polityka fiskalna powinna zostać głównym narzędziem stymulacji aktywności gospodarczej w Strefie Euro.
Dodatkowo EBC ujawnił szczegóły zapowiedzianego wcześniej systemu oprocentowania rezerw. Rezerwy, utrzymywane przez banki komercyjne w EBC, będą podzielone na dwa poziomy, z których tylko jeden będzie podlegał ujemnemu oprocentowaniu. Program ten ma na celu zmniejszyć wpływ ujemnych stóp depozytowych na wyniki finansowe banków komercyjnych.

Na koniec ubiegłego tygodnia GPW w Warszawie zanotowała wzrost. Indeks szerokiego rynku WIG zyskał na wartości 2,74%. Notowania największych spółek (tworzących index WIG20) zyskały aż 3,69%. Z kolei indeksy małych i średnich spółek zakończyły tydzień z lekkim spadkiem: 0,16% dla sWIG80 oraz 0,15% dla mWIG40.

Nadchodzący tydzień będzie bogaty w dane makroekonomiczne z USA. We wtorek (17.09.2019) poznamy dane o produkcji przemysłowej. W środę (18.09.2019) publikacja decyzji FOMC w sprawie stóp procentowych. Z kolei w czwartek (19.09.2019) poznamy wartość indeksu wskaźników wyprzedzających Conference Board oraz dane o złożonych wnioskach o zasiłek dla bezrobotnych. Interesujące dane będą również napływały z Polski. W środę (18.09.2019) zostaną upublicznione dane o zatrudnieniu oraz wynagrodzeniu. W czwartek (19.09.2019) poznamy dane dotyczące produkcji przemysłowej. Natomiast w piątek (20.09.2019) nadejdzie kolej na dane o sprzedaży detalicznej.

Departament Zarządzania i Analiz SUPERFUND TFI S.A.

Minister cyfryzacji: Cyberbezpieczeństwo fundamentem przy budowie sieci 5G. W 2020 roku będzie działać w co najmniej jednym mieście w Polsce

Minister cyfryzacji: Cyberbezpieczeństwo fundamentem przy budowie sieci 5G. W 2020 roku będzie działać w co najmniej jednym mieście w Polsce 1

Priorytetem we wdrażaniu 5G jest cyberbezpieczeństwo, to jeden z głównych warunków stawianych dostawcom nowej technologii i jej komponentów – podkreśla minister cyfryzacji Marek Zagórski. Zgodnie z wymogami Unii Europejskiej pod koniec 2020 roku nowy standard telekomunikacyjny ma objąć zasięgiem przynajmniej jedno miasto w Polsce. W ubiegłym tygodniu Orange Polska i Ericsson wspólnie uruchomili w Warszawie testową sieć 5G. Podobne próby prowadzi też Huawei.

– Chcemy, żeby dostawcy, którzy będą zapewniali infrastrukturę i komponenty do budowy sieci 5G, gwarantowali odpowiedni poziom technologiczny i bezpieczeństwa. Nie stawiamy im żadnych innych warunków. Jednocześnie z uwagi na charakter sieci 5G i jej potencjalne możliwości zastosowania chcemy, żeby te standardy były bardzo wysokie i obejmowały cały kompleks zagadnień dotyczących cyberbezpieczeństwa – nie tylko kwestie samej technologii, lecz także wiarygodności podmiotów, transparentności ich funkcjonowania, transparentności właścicieli. To wymaga dogłębnej analizy, bardzo uważnego i ostrożnego podejścia, bo chodzi o bardzo istotne kwestie bezpieczeństwa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Zagórski, minister cyfryzacji.

Jak podkreśla, kwestie związane z cyberbezpieczeństwem będą jednym z priorytetów we wdrażaniu nowego standardu. Wynika to m.in. z faktu, że sieć 5G będzie miała kluczowe przełożenie na rozwój polskiej gospodarki.

Na początku września premier Mateusz Morawiecki i wiceprezydent USA Mike Pence podpisali deklarację dotyczącą wzmocnienia współpracy w zakresie bezpieczeństwa przy budowie sieci 5G. Natomiast do 1 października ma się zakończyć ogólnounijna ocena ryzyka związanego z bezpieczeństwem sieci 5G, która jest teraz przygotowywana przez Komisję Europejską i ENISA (Europejska Agencja ds. Bezpieczeństwa Sieci i Informacji). Wcześniej takie oceny przeprowadziły prawie wszystkie z 28 państw członkowskich. Do końca roku grupa współpracy ds. bezpieczeństwa sieci i informacji opracuje zestaw narzędzi, które będą ograniczać czynniki ryzyka. Mają powstać także ogólnounijne ramy certyfikacji.

Komercyjne wdrożenie 5G zbliża się w Polsce wielkimi krokami – w ubiegłym tygodniu prezydent Andrzej Duda podpisał tzw. megaustawę telekomunikacyjną, która wprowadza ułatwienia niezbędne do rozwoju sieci piątej generacji. Zgodnie z wymogami Komisji Europejskiej w przyszłym roku sieć 5G powinna zostać uruchomiona przez państwa członkowskie UE w co najmniej jednym dużym mieście. Do 2025 roku kraje są natomiast zobowiązane zapewnić szerokie pokrycie siecią 5G na głównych szlakach transportowych i obszarach miejskich. Minister Marek Zagórski potwierdził w lipcu, że tzw. pasmo C dla sieci 5G, czyli częstotliwości w zakresie 3,4–3,6 GHz, zostanie rozdysponowane w połowie 2020 roku..

Testy sieci 5G trwają obecnie w różnych miastach Polski, m.in. w Toruniu i w Warszawie. W ubiegłym tygodniu Orange Polska i Ericsson wspólnie uruchomili w Warszawie testową sieć 5G i była to jak dotąd pierwsza tak duża próba sprawdzająca tę technologię w warunkach miejskich.

– To coś więcej niż zwykłe próby. Są to testy sieci 5G w warunkach rzeczywistych. Na podstawie koncesji na częstotliwości testowe wydanej przez UKE, testami objęto dzielnice Powiśle i Ochota. Mamy dziewięć stacji bazowych, obejmujących zasięgiem te części miasta. Wyszliśmy z laboratoriów i przeszliśmy do praktycznych testów w warunkach rzeczywistych – mówi Jean-François Fallacher, prezes Orange Polska.

Do udziału w testach zostali zaproszeni klienci, którym udostępniono smartfony 5G produkowane specjalnie dla Orange. Stacje bazowe zostały rozmieszczone w taki sposób, aby tworzyły spójny zasięg i umożliwiały poruszanie się między nimi bez zrywania połączenia z 5G. W czasie testów na smartfonach Orange Neva Jet dostarczonych przez operatora prędkości w aplikacji Speedtest przekraczały 880 Mb/s.

Urządzenia tworzące testową sieć działały w oparciu o kanał 80 MHz w paśmie 3,4–3,6 GHz, udostępniony przez Urząd Komunikacji Elektronicznej – to pasmo jest docelowo planowane do uruchomienia sieci 5G w Polsce.

– Przeprowadzaliśmy już jakiś czas temu pierwsze testy w Gliwicach, o bardziej ograniczonym zasięgu. Następnie w Zakopanem we współpracy z firmą Ericsson testowaliśmy inne częstotliwości. Testy te miały ograniczony zasięg również z powodu wykorzystania tylko jednej stacji bazowej. W tamtym okresie odpowiednie smartfony nie były jeszcze dostępne na rynku. Dzisiaj mamy dostęp do odpowiednich urządzeń i dlatego testy nabrały całkowicie nowego wymiaru – mówi Jean-François Fallacher.

Według danych przytaczanych przez Polski Instytut Ekonomiczny w raporcie „Model wdrożenia i eksploatacji sieci 5G w Polsce” oferowana przez 5G maksymalna prędkość transmisji poprawi się o 20 razy w porównaniu z obecną LTE. Natomiast koszty wdrożenia nowego standardu telekomunikacyjnego w całym kraju sięgną nawet 20,3 mld zł.

Zagrożenia terrorystyczne napędzają rynek środków ochrony indywidualnej. Wykorzystuje je nie tylko wojsko i służby specjalne, lecz także przemysł

Zagrożenia terrorystyczne napędzają rynek środków ochrony indywidualnej. Wykorzystuje je nie tylko wojsko i służby specjalne, lecz także przemysł 2

Rynek środków ochrony indywidualnej nieustannie rośnie. Wpływają na to m.in. ryzyka związane z atakami terrorystycznymi mogącymi wykorzystywać broń chemiczną i biologiczną czy przenoszenie się wirusów. Powodzenie akcji ratowniczych czy misji wojskowych zależy w dużej mierze od stosowanego sprzętu. Rozwiązania ochrony dróg oddechowych, ale też ochrony słuchu i wzroku są już codziennością w przemyśle.  

 Żyjemy w globalnej wiosce. Każdego dnia miliony ludzi przemieszczają się i mogą przenosić różnego typu wirusy i bakterie. Dodatkowo zagrożenie atakami terrorystycznymi, w których terroryści mogą wykorzystywać broń biologiczną i chemiczną, powoduje, że organizacje w poszczególnych krajach muszą być przygotowane na reagowanie i muszą mieć sprzęt, aby zabezpieczyć własne służby oraz społeczeństwo – podkreśla  w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dariusz Packi, dyrektor ds. rozwoju rynku służb mundurowych na Europę Wschodnią w Dziale Bezpieczeństwa Pracy firmy 3M.

Ze sprzętu ochronnego korzystają przede wszystkim odpowiednie służby, m.in. straż pożarna, policja, a także wojsko. Coraz częściej po zaawansowane środki ochrony indywidualnej sięga także przemysł. Wykonywanie zawodu podwyższonego ryzyka wiąże się z ciągłą ekspozycją na szkodliwe i gwałtownie zmieniające się warunki. Niekorzystne czynniki, takie jak temperatura, hałas czy zanieczyszczone powietrze, mogą być przyczyną wielu chorób i uciążliwych dolegliwości.

 W zależności od potrzeb danego rynku i użytkowników funkcjonują różne rodzaje ochrony dróg oddechowych. To środki izolujące, których użytkownik oddycha powietrzem z jakiegoś zbiornika, np. butli z powietrzem, lub też sprzęt filtrujący, dzięki któremu oddycha się powietrzem atmosferycznym, oczyszczanym poprzez specjalne filtropochłaniacze – tłumaczy Dariusz Packi.

Na rynku dostępny jest sprzęt filtrujący (maski przeciwgazowe i aparaty z wymuszonym przepływem powietrza z filtropochłaniaczami spełniającymi normę CBRN) i sprzęt izolujący (powietrzne aparaty oddechowe i aparaty ucieczkowe). Zapewnienie czystego powietrza jest niezbędne podczas pracy w miejscach, gdzie występują szczególnie niebezpieczne zanieczyszczenia. Systemy z wymuszonym przepływem powietrza oraz sprężonego powietrza zapewniają ochronę nie tylko przed zanieczyszczeniami, lecz także przed zagrożeniami dla głowy i twarzy oraz oczu.

 W naszej ofercie mamy urządzenie unikatowe na skalę światową. To np. zastosowanie kamery termowizyjnej w masce, która jest częścią aparatu powietrznego. Ratownik czy strażak, który idzie na akcję, gdzie widoczność może być bardzo mocno ograniczona albo wręcz zerowa ze względu na bardzo duże zadymienie, może się posiłkować obrazem termowizyjnym wewnątrz maski, dostępnym przez cały czas trwania akcji. Dzięki wbudowanej kamerze ratownik cały czas ma wolne obie ręce – podkreśla Dariusz Packi. – To rozwiązanie jest nowinką na skalę światową. Wprowadzono je już w wielu krajach, staramy się to zrobić również w Polsce. Liczymy na to, że po zakończeniu całego koniecznego procesu certyfikacji w naszym kraju to będzie możliwe.

W przypadku operacji wojskowych dla żołnierzy równie ważna jest ochrona słuchu. Użytkowany sprzęt poza funkcją ochrony musi jednocześnie zapewnić możliwość usłyszenia napływających komunikatów radiowych, zlokalizowania różnych dźwięków lub przekazania szeptem komunikatu, bez konieczności zdejmowania ochronnika. Żołnierz z urazem akustycznym stanowi zagrożenie nie tylko dla siebie i innych, lecz także dla powodzenia całej misji.

 Funkcja regulowanego tłumienia daje możliwość odsłuchu dźwięków otoczenia i doskonałą świadomość sytuacyjną oraz orientację przestrzenną. W momencie pojawienia się krótkotrwałego hałasu impulsowego powyżej 82 dB, aktywny ochronnik automatycznie przechodzi w tryb pasywny, zapewniając nam należną ochronę słuchu – mówi Wojciech Mazij, dyrektor ds. rozwoju rynku służb mundurowych w Polsce w firmie 3M.

Elektroniczne ochronniki słuchu z funkcją regulowanego tłumienia dobierane są w zależności od rodzaju hałasu. Tego typu rozwiązania sprawdzają się najlepiej w hałasie impulsowym. Mikrofony wielokierunkowe umożliwiają z kolei odsłuch dźwięków otoczenia i komunikację w środowisku o niższym poziomie hałasu.

– Nasze najnowsze rozwiązanie to taktyczny ochronnik słuchu o regulowanym tłumieniu VI generacji. Wdrożyliśmy w nim kilka nowych, innowacyjnych technologii, między innymi technologię NIB – Natural Interaction Behaviour, która umożliwia prowadzenie zawężonej komunikacji dwukierunkowej w układzie dupleksowym dla maksymalnie 4 osób w obszarze do 10 metrów – zaznacza ekspert 3M.

Rozwiązania z zakresu ochrony słuchu najnowszej generacji wyposażone zostały w technologię Bluetooth MultiPoint, która umożliwia bezprzewodowe połączenie z kilkoma telefonami.

– Chcemy nadążać za technologią sieci komórkowej. W tej chwili mamy najbardziej zaawansowany ochronnik nie tylko z funkcją regulowanego tłumienia, lecz także z technologią Bluetooth MultiPoint, która pozwala na jednoczesne podłączenie do dwóch telefonów komórkowych. Ochronnik został dodatkowo wyposażony w radiotelefon analogowo-cyfrowy do komunikacji dwukierunkowej na duże odległości – mówi Wojciech Mazij.

Polska firma farmaceutyczna szuka młodych talentów już w liceach. Na najlepszych czekają stypendia naukowe

Polska firma farmaceutyczna szuka młodych talentów już w liceach. Na najlepszych czekają stypendia naukowe 3

Adamed, jedna z największych w Polsce firm farmaceutyczno-biotechnologicznych, poszukuje młodych talentów. 5 lat temu uruchomiła program ADAMED SmartUP, którego celem jest wyszukiwanie i wspieranie utalentowanych młodych ludzi w dziedzinie nauk ścisłych oraz przyrodniczych już na etapie liceum. Najlepsi z nich mają szansę na udział w indywidualnych konsultacjach edukacyjnych oraz zdobycie stypendium finansowego, które mogą przeznaczyć na wymarzone studia i dalszy rozwój, ułatwiający im start kariery naukowej. Kolejna 6. edycja rekrutacji do programu ruszyła z początkiem września.

 Dotychczasowe edycje programu ADAMED SmartUP pokazały, że jest w Polsce bardzo wielu zdolnych, a do tego pracowitych młodych ludzi, którzy chcą się uczyć, zdobywać wiedzę i potem dzielić się nią z innymi. Chcą studiować w Polsce i za granicą, a następnie wracać i budować polską naukę oraz gospodarkę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Dubno, członek zarządu Fundacji Grupy Adamed.

W połowie września na Wydziale Fizyki Politechniki Warszawskiej odbyła się uroczysta gala podsumowująca 5. edycję programu ADAMED SmartUP, podczas której wyłoniono 10 laureatów nagrody głównej. Ci przez najbliższy rok będą rozwijać swoje kariery naukowe pod okiem doświadczonych naukowców. Ogłoszono również nazwiska trzech stypendystów, którzy od zarządu Fundacji Grupy Adamed i Rady Naukowej otrzymali symboliczne czeki.

Głęboko wierzę, że warto w życiu realizować swoje pasje, jednak by było to możliwe, trzeba umieć je odkryć. Program ADAMED SmartUP ma przede wszystkim na celu pomóc młodym, utalentowanym ludziom odnaleźć to, co jest dla nich w życiu najbardziej interesujące, co chcą rozwijać i tworzyć. Bo tylko realizując swoje pasje, można osiągać spektakularne sukcesy – powiedziała podczas gali dr n. med. Małgorzata Adamkiewicz, prezes zarządu Fundacji Grupy Adamed.

Program ADAMED SmartUP ma na celu odkryć i wesprzeć największe młode talenty w dziedzinie nauk ścisłych oraz przyrodniczych. Skierowany jest do uczniów szkół ponadpodstawowych w wieku 15–19 lat. Osoby, które pomyślnie przejdą przez etapy rekrutacji, uczestniczą w obozie naukowym. Spośród 50 uczestników wyłanianych jest 10 laureatów, którzy otrzymują nagrodę główną w postaci 10-miesięcznych indywidualnych konsultacji edukacyjnych. Po roku zmagań najlepsi z nich mają też szansę na zdobycie stypendium, które mogą przeznaczyć na wymarzone studia i rozwój swojej kariery naukowej.

– Po pięciu edycjach programu mamy ponad 30 tys. zarejestrowanych uczestników, 250 uczestników naszych obozów naukowych, 50 laureatów nagrody głównej i 12 stypendystów. W ramach Roadshow odwiedziliśmy też ponad 100 szkół w całej Polsce. To także 30 szkolnych laboratoriów, które wyposażyliśmy w sprzęt zgodnie z oczekiwaniami nauczycieli i uczniów – wymienia Katarzyna Dubno.

Udział w tym programie daje ogromne wsparcie w rozwoju naukowym. Otrzymałem opiekę od mentorów w moich dziedzinach: biologii, chemii, ale również z innych przedmiotów. Przygotowywałem się do aplikacji na studia zagraniczne, więc były to bardzo pomocne konsultacje. Stypendium w ramach programu ADAMED SmartUP będę mógł przeznaczyć na pokrycie kosztów studiów na Uniwersytecie w Edynburgu. Bez tego trudno byłoby mi pogodzić własną pasję z utrzymaniem się w mieście – mówi Marcin Maniak, stypendysta 4. edycji programu ADAMED SmartUP.

Celem programu jest nie tylko wsparcie szczególnie uzdolnionej młodzieży, lecz także popularyzacja nauk ścisłych i przyrodniczych.

 Adamed zdecydował, że chce wspierać działalność związaną z rozwojem nauki, ponieważ bez niej oraz innowacji przemysł farmaceutyczny nie istnieje – mówi Katarzyna Dubno. – Nie spoczywamy na laurach. Uruchomiliśmy już rejestrację do 6. edycji programu i bardzo serdecznie zapraszamy wszystkich do wzięcia w niej udziału. Oczywiście po raz kolejny będzie to gra internetowa, następnie wypełnienie aplikacji, rozmowa rekrutacyjna z Radą Naukową, a potem dla najlepszej pięćdziesiątki udział w obozie naukowym.

Rekrutacja do 6. edycji programu ADAMED SmartUP ruszyła 2 września br. By wziąć w niej udział, należy się zarejestrować na stronie programu i od 1 października spróbować swoich sił w specjalnie zaprojektowanej grze w alternatywnej rzeczywistości.

Od tej pory zarejestrowani użytkownicy wcielą się w role młodych rzeczników Uniwersytetu ADAMED SmartUP, a ich zadaniem będzie rozwiązanie łamigłówek z zakresu: biologii, medycyny, chemii, informatyki i astrofizyki, rozdzielonych pomiędzy 10 teczek tematycznych. Gra ma wyłonić uczestników cechujących się inteligencją, wiedzą, zdolnością niesztampowego myślenia i szybkiego łączenia faktów.

Uczestnicy, którzy najlepiej poradzą sobie w tym etapie, zostaną poproszeni o przesłanie aplikacji ze swoimi osiągnięciami, a następnie wezmą udział w rozmowach rekrutacyjnych. Spośród nich 50 uczestników otrzyma zaproszenie na letni obóz naukowy, w trakcie którego będą mogli rozwijać swoje zainteresowania pod okiem praktyków i naukowców. Dziesiątka najlepszych uczestników obozu ma szansę na tytuł laureata nagrody głównej i 10-miesięczne, indywidualne konsultacje naukowe z profesjonalistami, szyte na miarę każdego z nich. Natomiast po roku trójka najlepszych z nich otrzyma stypendium naukowe, które wynosi 40 tys. zł każde.

Na każdym etapie programu zdobywamy kolejne doświadczenia – najpierw gra w wirtualnej rzeczywistości, potem pisanie pierwszego personala, podobnie jak na studia zagraniczne, następnie jest rozmowa kwalifikacyjna i chociaż to stresujące doświadczenie, to jednak bardzo przydaje się później. Na samym końcu jest obóz, czyli dwa tygodnie niesamowitej naukowej przygody – mówi Julia Kalinowska, laureatka nagrody głównej 5. edycji programu ADAMED SmartUP.

– Pięć dotychczasowych edycji pokazało nam, że zainteresowanie programem nie słabnie. Mamy dużo informacji zwrotnych od naszych uczestników, a z roku na rok staramy się przyciągnąć kolejnych i pokazać, że nauka jest nie tylko fascynująca, lecz także może być zabawą – mówi Martyna Strupczewska, kierownik programu ADAMED SmartUP. – Młode osoby, które zaczynają interesować się nauką, badać swoje możliwości, potrzebują często mądrego wsparcia, pokazania, co może im to dać. Nauka stwarza bardzo wiele możliwości kariery – nie tylko naukowej, lecz także w różnego rodzaju instytucjach, firmach. To jest naprawdę olbrzymia szansa.

Polski rynek kurierski jest jednym z najszybciej rosnących w Europie. To napędza inwestycje branży w innowacje

Polski rynek kurierski jest jednym z najszybciej rosnących w Europie. To napędza inwestycje branży w innowacje 4

Szacuje się, że w 2021 roku wolumen przesyłek może wzrosnąć do 500 mln sztuk z niecałych 392 w roku 2018. Szybki rozwój branży napędza inwestycje firm logistycznych w technologie i innowacje, dyktowane oczekiwaniami klientów, które są związane głównie z jak najszybszym czasem dostawy. Dlatego DHL Parcel uruchomił właśnie pod Warszawą nowy terminal, wyposażony w najnowocześniejsze urządzenie sortujące w Europie. Ten pozwala rozdzielić 7,5 tys. paczek w ciągu godziny i umożliwi dostarczanie klientom przesyłek w czasie, który jest dla nich najbardziej dogodny.

Nowe technologie usprawniają proces logistyczny przede wszystkim pod względem czasu dostawy, jej kosztu oraz jakości. Przy zastosowaniu nowoczesnych technologii sortujących jesteśmy w stanie posortować przesyłki bardziej dokładnie, bezpośrednio na trasy kurierskie i co za tym idzie – znacząco skrócić czas operacji magazynowych oraz dać kurierowi więcej czasu na to, żeby dotarł z przesyłką do klienta bądź ją od niego odebrał – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bartłomiej Wnęk, dyrektor ds. operacyjnych DHL Parcel.

Jak wynika z danych Urzędu Komunikacji Elektronicznej, w Polsce tempo rozwoju branży kurierskiej sięgnęło w ubiegłym roku 16,7 proc. To oznacza, że polski rynek jest jednym z najszybciej rosnących w całej Europie. Od kilku lat segment przesyłek kurierskich sukcesywnie zwiększa swoją wartość – w 2018 roku jego przychody wzrosły o rekordową jak dotąd kwotę 665,5 mln zł. Z kolei liczba dostarczonych przesyłek kurierskich i tradycyjnych paczek pocztowych sięgnęła 391,7 mln sztuk, co oznacza ponad 17-proc. wzrost w stosunku do poprzedniego roku.

Szybki rozwój branży jest niezmiennie napędzany przez rozwój e-commerce. Ten trend w najbliższych latach się utrzyma – według danych Gemiusa liczba Polaków kupujących u e-dostawców rośnie sukcesywnie od kilku lat i w ubiegłym roku już 56 proc. polskich internautów kupowało online. Co istotne, ten wynik wciąż jest sporo niższy od europejskich liderów (dla przykładu w Holandii to 82 proc., w Niemczech – 77 proc.), co oznacza, że potencjał polskiego rynku wciąż jest znacznie większy. Obecnie jego wartość wycenia się na 40–50 mld zł, a prognozy zakładają wzrost do 70 mld zł w 2021 roku. To z kolei oznacza, że wolumen przesyłek kurierskich w ciągu najbliższych kilku lat może wzrosnąć do 500 mln sztuk.

To dla firm logistycznych oznacza konieczność inwestowania w technologie i innowacje. Jest to dyktowane rosnącymi oczekiwaniami klientów, związanymi przede wszystkim z jak najszybszym czasem dostawy.

Inwestycje firm logistycznych zmierzają w stronę pełnej automatyzacji procesów. To pozwala zaoszczędzić czas, pieniądze i jak najbardziej wpisać się w oczekiwania klientów. Jeżeli klienci oczekują od nas konkretnego przedziału czasowego dostaw, to nowoczesne technologie pozwalają te obietnice spełniać – mówi Bartłomiej Wnęk. – Biznes logistyczny za 5 lat to nowoczesne jednostki wykorzystujące technologie, które pozwalają na sort bezpośrednio na trasy, a więc skrócenie czasu operacji magazynowych i maksymalne wydłużenie okien kurierskich.

W Mosznej pod Warszawą logistyczny operator otworzył właśnie nową inwestycję. Obiekt liczy blisko 7,5 tys. mkw. powierzchni hali i jest wyposażony w 18 bram dla transportów liniowych, 50 kurierskich i 10 uniwersalnych. Terminal – dzięki zastosowaniu nowego, innowacyjnego sortera – jest w stanie rozdzielić 7,5 tys. przesyłek w ciągu godziny.

Wcześniej sortowaliśmy przy wykorzystaniu kodu pocztowego czy ulicy. Natomiast teraz jesteśmy w stanie dostarczyć przesyłkę niemalże do ręki kuriera, tak aby on ładował ją bezpośrednio do samochodu. To znacznie skraca czas operacji porannych i pozwala nam mocno zredukować koszt. To najnowocześniejsze urządzenie sortujące w Europie, a być może nawet na świecie – mówi dyrektor ds. operacyjnych DHL Parcel.

Jak podkreśla, ta technologia pozwoli operatorowi na zwiększenie przewagi konkurencyjnej i umożliwi dostarczanie klientom przesyłek w czasie, który jest dla nich najbardziej dogodny.

Zmiany oznaczają przede wszystkim większą dostępność, przejrzystość, jeśli chodzi o statusy, które otrzymują nasi klienci, i oczywiście fakt, że jesteśmy u nich w momencie, w którym tego oczekują – mówi Bartłomiej Wnęk.

Nowe centrum obsługuje obecnie około 100 kurierów, ale ich liczba ma wzrastać w gorącym przedświątecznym okresie. Obiekt obsługuje około 30 proc. terenów dawnego województwa warszawskiego, a przesyłki wyjeżdżają z niego w 14 różnych kierunkach.

Poza nowymi technologiami sortującymi wykorzystujemy samochody o napędzie elektrycznym oraz inne technologie, jak sort by light, czyli wsparcie procesu magazynowego za pomocą systemu projektorów, które za pomocą światła laserowego bezpośrednio wskazuje sortownikowi czy kurierowi, jaka przesyłka powinna trafić na środek transportu – mówi Bartłomiej Wnęk.

Specjalizacja i współpraca ze światowym przemysłem szansą dla polskich stoczni. Konkurencyjność branży obniżają wysokie ceny energii

Specjalizacja i współpraca ze światowym przemysłem szansą dla polskich stoczni. Konkurencyjność branży obniżają wysokie ceny energii 5

– Powinnością rządu jest wspieranie przemysłu stoczniowego, a najlepszym narzędziem służącym realizacji tego celu byłyby niskie ceny energii – ocenia Janusz Steinhoff, były minister gospodarki i wicepremier w rządzie Jerzego Buzka. Sektor stoczniowy – jako jedna z branż energochłonnych – dotkliwie odczuwa w kosztach podwyżki cen energii. Były wicepremier podkreśla też, że szansą dla polskich stoczni jest specjalizacja, np. dalszy rozwój w produkcji jachtów, i kooperacja ze światowym przemysłem na wzór przemysłu motoryzacyjnego.

Musimy tworzyć narzędzia, które wspierają rozwój gospodarki i produkcji przemysłowej. Bardzo istotnym elementem w tej materii są koszty energii elektrycznej. Jeżeli będziemy niszczyć konkurencję na rynku energii elektrycznej i brnąć w produkcję energii z węgla, która jest w tej chwili bardzo droga, to niestety zapłaci za to polski odbiorca komunalny i polski przemysł. Ceny hurtowe energii w Polsce są bardzo wysokie i to w dużej mierze wpłynie na konkurencyjność polskiego przemysłu, szczególnie branż energochłonnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Janusz Steinhoff, były minister gospodarki i były wicepremier w rządzie Jerzego Buzka.

Do branż energochłonnych zalicza się również przemysł stoczniowy, który ma duże znaczenie dla globalnej wymiany handlowej (80 proc. światowego handlu odbywa się drogą morską). Dotkliwie odczuwa on w kosztach podwyżki cen energii, windowane m.in. przez uprawnienia do emisji. Zwłaszcza że zapotrzebowanie na energię rośnie, a jak podaje MPiT, ceny energii na rynku hurtowym w Polsce należą do jednych z wyższych w Europie i najwyższych w porównaniu z uprzemysłowionymi krajami sąsiednimi.

– Najlepszym wsparciem dla przemysłu stoczniowego byłyby niskie ceny energii i tania, dobra jakościowo blacha, którą powinniśmy produkować w Hucie Częstochowa. To są narzędzia, którymi rząd powinien wspierać przemysł. Natomiast brak konkurencji w gospodarce, blokowanie mechanizmów, które wspierają rozwój tej gospodarki, niestety obracają się przeciwko intencjom rządzących – mówi Janusz Steinhoff.

Cały sektor stoczniowy zatrudnia ponad 90 tys. osób i tworzy go ponad 5 tys. podmiotów działających bezpośrednio w przemyśle stoczniowym oraz około 12 tys. firm z nim powiązanych. Na przestrzeni ostatnich dwóch dekad w branży zaszły duże zmiany.

Trzeba mieć świadomość, że ten przemysł bardzo się przebudował. Mechanizmy rynkowe, które zaczęły funkcjonować w Polsce po 1990 roku, stworzyły zupełnie nową rzeczywistość. W przemyśle stoczniowym dalej pracuje 90 tys. osób, rozwinęły się nowe branże i usługi – mówi Janusz Steinhoff.

Jak wynika z ubiegłorocznego raportu „Polski sektor stoczniowy. Stan obecny, perspektywy, zagrożenia”, przygotowanego przez Instytut Wschodni dla Forum Ekonomicznego, w 2017 roku polskie stocznie zbudowały łącznie 11 statków o łącznej pojemności 93,9 tys. CGT (porównaniu z poprzednim rokiem, oznaczało to spadek o 1 jednostkę w porównaniu przy jednoczesnym wzroście o 25,9 tys. CGT).

Portfel kontraktów na budowę nowych jednostek przez polskie stocznie na 2017 roku był natomiast szacowany na 308 tys. CGT, co stanowiło raptem 0,4 proc. światowego portfela. Oznacza to też, że polskie stocznie miały ponad 10-krotnie niższy wolumen zamówień niż te działające we Włoszech i 6-krotnie mniejszy niż w Niemczech, pod tym względem Polska ustępowała też takim krajom, jak Finlandia, Hiszpania czy Rumunia. Wśród producentów statków na świecie Polska zajmuje odległe, 22. miejsce, a polskie stocznie trudno uznać za beneficjenta pozytywnych przemian i trendów, jakich doświadcza obecnie przemysł stoczniowy Europy Zachodniej – podkreślili eksperci.

– Nie chodzi o to, żeby mierzyć potencjał danego przemysłu liczbą wyprodukowanych statków, a liczbą zatrudnionych ludzi w tym segmencie produkcji i wartością tej produkcji. Można doskonale produkować artykuły, które stanowią istotny wkład w budowę statków również w ramach kooperacji, tak jak jest to w przemyśle motoryzacyjnym. My budujemy stosunkowo niewiele samochodów w porównaniu z Czechami, Słowakami czy Węgrami, natomiast jesteśmy potentatem, jeśli chodzi o produkcję kooperacyjną – mówi Janusz Steinhoff.

Około 70 proc. sprzedaży polskiego sektora stoczniowego w 2016 roku (wartej 10,5 mld zł) stanowiło właśnie wyposażenie statków, produkowane na zamówienie stoczni zagranicznych. Pozostałe 30 proc. to budowa nowych statków i działalność remontowa. Remonty są specjalnością polskiego przemysłu stoczniowego – w 2017 roku polskie stocznie przebudowały i wyremontowały ponad 540 jednostek.

Szansą dla polskich stoczni mogłaby być także specjalizacja, np. dalszych rozwój w produkcji jachtów.

Odnieśliśmy sukces w produkcji jachtów, jesteśmy jednym z większych producentów. W tym segmencie pracuje 40 tys. osób, wartość tej produkcji jest zupełnie przyzwoita i trzeba to rozwijać. Tutaj trzeba pozwolić, tworząc mechanizmy wspierające rozwój tej branży – podkreśla Janusz Steinhoff.

Jak wynika z danych związku Polboat, co roku krajowe stocznie wytwarzają około 22 tys. jednostek, z których 95 proc. trafia na eksport. Polska jest drugim na świecie, po Stanach Zjednoczonych, producentem jachtów motorowych o długości do 9 metrów. Głównymi odbiorcami polskich Łodzi i jachtów są Norwegia, Francja, Niemcy i USA.

Raport „Polski sektor stoczniowy. Stan obecny, perspektywy, zagrożenia” wskazuje, że wdrożenie programu odbudowy sektora stoczniowego w Polsce (obejmującego zamówienia o dużej wartości dodanej) mogłoby wygenerować ponad 95 mld zł dodatkowego PKB do 2030 roku, stworzyć 85 tys. nowych miejsc pracy i przynieść dodatkowe 20 mld zł dochodów podatkowych. Z drugiej strony w przypadku zapaści tego sektora i upadku części podmiotów całkowite straty dla gospodarki sięgną średnio 13,7 mld zł rocznie.

Założenia do nowego standardu Wi-Fi 6 zostaną wdrożone do końca roku. Dzięki niemu internet w domach przyspieszy, a jeden router obsłuży nawet 100 urządzeń

Założenia do nowego standardu Wi-Fi 6 zostaną wdrożone do końca roku. Dzięki niemu internet w domach przyspieszy, a jeden router obsłuży nawet 100 urządzeń 6

Wi-Fi Alliance, stowarzyszenie zrzeszające kilkaset firm produkujących urządzenia bezprzewodowe wykorzystujące moduł Wi-Fi, przygotowuje branżę technologiczną oraz konsumentów na nadejście nowego standardu komunikacji bezprzewodowej. Wprowadzenie Wi-Fi 6 zauważalnie poprawi przepustowość domowych łącz internetowych oraz zwiększy liczbę urządzeń, które będą mogły bezproblemowo komunikować się z jednym punktem dostępowym. Na rynku pojawiły się już pierwsze routery oraz urządzenia mobilne kompatybilne z tym standardem.

– Wszyscy oczekujemy na Wi-Fi 6, ponieważ potrzebujemy rozwiązania problemu przepustowości sieci. Wi-Fi 6 jest standardem sieci bezprzewodowej, który umożliwi jednoczesne podłączenie ponad stu urządzeń domowych bez wpływu na przepustowość. Wszystkie te urządzenia będą mogły działać jednocześnie bez zakłóceń – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Lionel Paris, dyrektor marketingu w firmie Netgear.

Przedstawiciele Wi-Fi Alliance postanowili pójść w ślady branży mobilnej i wprowadzić na rynek Wi-Fi szóstej generacji przy dużym wsparciu marketingowym. Stowarzyszenie zmieniło pierwotną nazwę standardu z Wi-Fi 802.11.ax na Wi-Fi 6, aby ułatwić prowadzenie akcji promocyjnych i łatwiej dotrzeć z przekazem marketingowym do końcowego klienta.

Nowy standard ma być m.in. gwarancją stabilnego przesyłu danych, który jest niezbędny np. do płynnego odtwarzania filmów w wysokich rozdzielczościach, które lada moment pojawią się na rynku – Samsung zaprezentował na targach IFA szereg konsumenckich telewizorów 8K, a organizatorzy przyszłorocznych Igrzysk Olimpijskich w Tokio planują prowadzić część relacji z zawodów właśnie w tej rozdzielczości.

– W całej Europie przepustowość łącz rośnie, więc za 3–4 lata ulegnie ona znacznemu zwiększeniu w porównaniu do dzisiejszego poziomu, nawet rzędu jednego gigabita. Wi-Fi 6 jest standardem sieci bezprzewodowej, który zapewni jednakową przepustowość łącza w całym domu, co jest niemożliwe przy bieżącym standardzie ze względu na ograniczoną liczbę urządzeń, a także z uwagi na samą przepustowość – twierdzi Lionel Paris.

Branża technologiczna przygotowuje się na upowszechnienie nowego standardu. Pierwszym telefonem z certyfikatem Wi-Fi 6 jest Samsung Galaxy Note 10, z technologią tą kompatybilne są także najnowsze iPhone&HASH39;y 11 (choć nie przeszły jeszcze przez proces certyfikacji). Mimo iż urządzenia nie zostały wyposażone w wyświetlacze pozwalające odpalać filmy w natywnym 4K bądź 8K, moduł Wi-Fi 6 usprawni w nich m.in. strumieniowanie gier z serwisu Apple Arcade czy Google Stadia, które zadebiutują pod koniec 2019 roku.

Wdrożenie Wi-Fi 6 znacząco usprawni także funkcjonowanie urządzeń wchodzących w skład internetu rzeczy. Nowy standard ma umożliwić podłączenie przeszło 100 sprzętów do jednego punktu dostępowego, dzięki czemu zauważalnie przyczyni się do poprawy funkcjonowania domowych i firmowych sieci urządzeń połączonych.

– Po pierwsze, liczy się przepustowość, a po drugie, oczywiście prędkość. Trzecim czynnikiem jest zasięg, który zamierzamy zwiększyć. Istotne jest także bezpieczeństwo. Domyślnym protokołem bezpieczeństwa w przypadku Wi-Fi 6 jest WPA 3, co stanowi znaczne ulepszenie w stosunku do poprzedniej generacji. Dzięki temu konsumenci będą mogli się cieszyć siecią o najwyższej jakości i bezpieczeństwie w swoich domach – zauważa ekspert.

Proces wdrożeniowy Wi-Fi 6 podzielono na kilka faz. 16 września 2019 roku Wi-Fi Alliance uruchomiło proces certyfikacyjny urządzeń korzystających z modułów Wi-Fi 6. Stosowne certyfikaty przyznano już nowym modułom bezprzewodowym od takich firm, jak Broadcom, Cybress, Intel, Marvell Qualcomm czy Rucus, rozpoczynając tym samym masowe wdrażanie nowej technologii na rynku konsumenckim. Następnie w 2020 roku pierwsze urzędy certyfikujące mają umożliwić urządzeniom pracującym w standardzie Wi-Fi 6 korzystanie z dodatkowego pasma 6 GHz. Dwa lata później zadebiutuje technologia UL MU-MIMO, która znacząco przyspieszy przesył danych, a w 2024 roku pojawi się Wi-Fi 802.11be. To standard, który pozwoli przesyłać dane bezprzewodowo z prędkością do 30 Gb/s.

– Dzięki Wi-Fi 6 zasięg ulegnie poprawie o około 10–15 proc., jednak zakres nie zmieni się istotnie. Wi-Fi 6 działa w tym samym paśmie częstotliwości co Wi-Fi 5, czyli 2,4 i 5 GHz, dlatego potrzebujemy urządzeń takich jak Orbi Wi-Fi 6, żeby móc korzystać z internetu na różnych piętrach domu – tłumaczy Lionel Paris.

Według analityków z firmy 360 Research Reports wartość globalnego rynku domowych routerów Wi-Fi w 2019 roku wyniosła 2,67 mld dol. Przewiduje się, że do 2024 roku wzrośnie ona do 3,57 mld dol.

Brak systemów bezpieczeństwa i nadzoru to największe wady rynku kryptowalutowego. Korporacje technologiczne walczą o uregulowanie branży

Inwestowanie w rynek kryptowalutowy to ryzykowne przedsięwzięcie. Zdarzają się sytuacje, że fundusze przechowywane w portfelach online mogą nieoczekiwanie zniknąć z konta, a utraconych środków nie sposób odzyskać na drodze prawnej. Przedstawiciele branży finansowej przestrzegają przed inwestowaniem w tej branży, ale jednocześnie widzą potencjał technologii blockchain, na podstawie której funkcjonują kryptowaluty.

– Nie powinniśmy wspierać i rozwijać rynku kryptowalut, jest to rynek niebezpieczny i nieuregulowany. Ci, którzy angażują swoje oszczędności, muszą się liczyć z tym, że nie ma tam systemów gwarancji i nadzoru. Może dojść do tego, że pieniądze zostaną utracone. Kilka tygodni temu wyparowało ponad 100 mln zł i osoby, które były z tym rynkiem związane, nagle doświadczyły tego, że nikt nie jest w stanie ich ochronić – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Krzysztof Pietraszkiewicz, prezes Związku Banków Polskich.

W lipcu tego roku BitMarket, najstarsza polska giełda kryptowalutowa, niespodziewanie ogłosiła utratę płynności finansowej, co wiązało się z zamknięciem jej serwisu. Do dziś witryna pozostaje nieaktywna, a użytkownicy inwestując na tej platformie mogli bezpowrotnie utracić nawet 100 mln zł. Nie jest to jednostkowy przypadek w tej branży – w 2016 roku upadła giełda Bitcurex, a wraz z nią przepadło 2300 bitcoinów, które dziś byłyby warte przeszło 91 mln zł.

Nowozelandzka giełda Cryptopia z kolei w wyniku ataku hakerskiego w styczniu tego roku utraciła kryptowaluty o łącznej wartości ok. 18 mln dolarów. Jak dowiedziono w postępowaniu likwidacyjnych przeprowadzonym przez firmę Grant Thornton, tak duże straty były wynikiem nieodpowiedzialnej polityki bezpieczeństwa Cryptopii – giełda przechowywała środki klientów w portfelach zbiorczych przypisanych do konkretnych walut. Takie działanie miało znacząco obniżyć koszty funkcjonowania giełdy poprzez zredukowanie kosztów obsługi serwerów.

– Poprzez rynek kryptowalut finansowane są także wymuszenia czy działania związane z hakerami, którzy żądają opłaty w zamian za odblokowanie systemów informatycznych. Jest to także obszar ogromnej energochłonności. To nie jest tak, że można rozwijać obszar kryptowalut bezkosztowo. Koszty są ponoszone, tylko w inny sposób – przestrzega Krzysztof Pietraszkiewicz.

Mimo wielu zastrzeżeń wysuwanych wobec kryptowalut, branża finansowa nie odcina się od nich całkowicie i docenia potencjał drzemiący w technologii blockchain. Komisja Nadzoru Finansowego we współpracy z Krajową Izbą Rozliczeniową będą wspierać rozwiązania fintechowe bazujące na blockchainie, które mają zwiększyć m.in. przejrzystość danych generowanych na rynkach finansowych.

– Technologia blockchain pozwala w sposób bezpieczny, bardziej trwały zachowywać informacje, mieć pewność, że nie następuje ingerencja w powstałe zapisy. Jest to gwarancja dostępu do bardzo aktualnych informacji i cieszy mnie to, że ten typ technologii będzie rozwijany w niektórych obszarach działalności bankowej oraz w naszej gospodarce. I ważne, że interesują się tym zagadnieniem także regulatorzy i nadzorcy – zauważa ekspert.

Potencjał blockchaina doceniły m.in. firmy z branży smarfonowej, które zaprojektowały urządzenia umożliwiające przeprowadzanie bezpiecznych transakcji kryptowalutowych. Telefony takie jak Samsung Galaxy S10, HTC Exodus czy Finney od Sirin Labs wyposażono w zintegrowane portfele kryptowalutowe zabezpieczone szeregiem systemów weryfikacji tożsamości. Wirtualne środki zgromadzone na tych urządzeniach są chronione m.in. za pośrednictwem systemów biometrycznych.

Kluczowe dla rozwoju całej branży może okazać się wprowadzenie regulacji giełd funkcjonujących w oparciu o rozwiązania blockchainowe. Międzynarodowa Grupa Specjalna ds. Przeciwdziałania Praniu Pieniędzy opublikowała wytyczne, które zobowiązują dostawców wirtualnych aktywów do przekazywania między sobą informacji o klientach transferujących pieniądze. Ruch ten ma utrudnić wykorzystywanie kryptowalut przez środowiska przestępcze, a co za tym idzie – przekonać instytucje finansowe do korzystania z tej innowacyjnej formy płatności.

Z kolei dyrektor zarządzająca Międzynarodowym Funduszem Walutowym, Christine Lagarde, wydała oświadczenie nawołujące banki centralne oraz instytucje nadzorujące do otwarcia się na kryptowaluty i technologię blockchain oraz wprowadzenia międzynarodowych regulacji, które pozwolą unormować sposób funkcjonowania całej branży kryptowalutowej.

– Tworzenie pewnego typu instrumentów i instytucji musi mieć konstruktywny cel. Nie można angażować miliardów czy setkek miliardów dolarów, aby powstawały poważne zaburzenia czy nieciągłości w działalności gospodarczej bądź na rynku finansowym. Przed regulatorami światowej polityki monetarnej i bezpieczeństwa obrotu gospodarczego stoi ogromne wyzwanie, jak zmierzyć się z tym tematem. Być może należy pozwolić na pewien zakres eksperymentów czy pilotażowych rozwiązań, jednak żeby nie odbywało się to kosztem ogromnych strat poniesionych przez obywateli czy przedsiębiorców – mówi Krzysztof Pietraszkiewicz.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość rynku blockchain do 2023 r. wzrośnie do 23,3 mld dol. W najbliższych latach ma rosnąć w tempie ponad 80 proc. średniorocznie.

Henrik Venter objął funkcję Dyrektora Generalnego DHL Supply Chain na Europę kontynentalną, Bliski Wschód i Afrykę

DHL Supply Chain powołuje Hendrika Ventera na nowego Dyrektora Generalnego na Europę kontynentalną, Bliski Wschód i Afrykę (MLEMEA). Innowacje, zrównoważony rozwój, koncentracja na kliencie to główne kierunki strategii nowego CEO.

Z dniem 1 października 2019 r. Henrik Venter (l. 50) obejmie funkcję Dyrektora Generalnego DHL Supply Chain na Europę kontynentalną, Bliski Wschód i Afrykę. Zastąpi na tym stanowisku Oscara de Bok, który w październiku, jako członek Zarządu grupy kapitałowej Deutsche Post DHL, zasiądzie na czele Zarządu DHL Supply Chain.

„Cieszę się nowym wyzwaniem i jestem pewien, że będziemy nadal odnosić sukcesy w regionie. Wraz z wyjątkowym zespołem będziemy wciąż wspierać naszych klientów w dostarczaniu niezrównanych usług logistycznych” – powiedział mianowany na Dyrektora Generalnego DHL Supply Chain na Europę kontynentalną, Bliski Wschód i Afrykę Hendrik Venter.

„Koncentracja na kliencie, pierwszorzędne portfolio usług oraz zadowoleni pracownicy działający w środowisku motywacji i innowacji są kluczem do naszego sukcesu jako światowego lidera usług logistycznych” – podkreślił.

„Będąc odpowiedzialnym za różne obszary w grupie DHL, Hendrik konsekwentnie udowadniał, że potrafi pokierować organizacją w stronę zrównoważonego, przynoszącego korzyści rozwoju. Oddziały w Centralnej i Wschodniej Europie odnotowywały pod jego kierownictwem bardzo dobre wyniki. Dzięki niemu rejon ten zyskał silną pozycję, szczególnie w sektorze motoryzacji oraz e-commerce” – powiedział Oscar de Bok.

Hendrik Venter - dyrektor Generalny DHL Supply Chain na Europę kontynentalną, Bliski Wschód i Afrykę
Hendrik Venter – dyrektor Generalny DHL Supply Chain na Europę kontynentalną, Bliski Wschód i Afrykę

Hendrik Venter może poszczycić się ponad dziesięcioletnim doświadczeniem zdobytym na stanowiskach kierowniczych w DHL Supply Chain, a także wcześniejszym pokaźnym doświadczeniem z zakresu logistyki kontraktowej. Jako Dyrektor Generalny DHL Supply Chain na Europę kontynentalną, Bliski Wschód i Afrykę stanie na czele oddziałów firmy w 25 krajach. W tej funkcji skupi się na wzmacnianiu pozycji regionu i jego przyszłym rozwoju, a także na wprowadzaniu procesu standaryzacji oraz konsekwentnym wdrażaniu planu innowacyjnego w dziale biznesowym.

Równocześnie stanie się on Członkiem Zarządu DHL Supply Chain. Hendrik Venter, który od 2009 roku zajmował różne stanowiska kierownicze w firmie, pracował najpierw w RPA jako Dyrektor ds. sektora Opieki Zdrowotnej, Technologii i Motoryzacji, a od 2013 roku stał na czele pionu logistyki kontraktowej, zajmując w Polsce stanowisko Dyrektora Zarządzającego. W 2015 roku został mianowany na stanowisko Dyrektora Generalnego na Europę Środkową, w 2018 roku jego funkcja została poszerzona o kierownictwo nad oddziałami w Europie Wschodniej. Od tego czasu Hendrik Venter zarządzał działaniami DHL Supply Chain w regionie Europy Środkowej i Wschodniej.

Hendrik Venter obronił pracę licencjacką z zakresu inżynierii, może również poszczycić się posiadaniem dyplomu z wyróżnieniem w dziedzinie zarządzania biznesem.

SSL – co zyskujemy inwestując?

SSL – co zyskujemy inwestując?Poprzez skrót SSL rozumie się protokół sieciowy, który w pełnej anglojęzycznej wersji brzmi Secure Socket Layer i odnosi się do szyfrowania połączeń internetowych. Jest to na dziś dzień swego rodzaju standard w sferze zapewniania maksimum bezpieczeństwa przesyłu danych personalnych.

Intencje autorów

Tworzącym SSL przyświecał jeden konkretny cel, a mianowicie chodziło o to, aby wykreować protokół, który będzie uniwersalny, czyli idealnie nadający się do szerokiego zastosowania – przez szereg rozmaitych protokołów aplikacyjnych, takich jak powiedzmy FTP, telnet, czy http. Wykorzystanie protokołu SSL miało być więc równoznaczne z pełnym kodowaniem połączeń do serwera, określonej witryny www oraz poczty i innych elementów wirtualnego świata, w których występują personalia użytkowników sieci. Certyfikat SSL, od samego początku jego wprowadzenia w internetową rzeczywistość, wyróżniał się prostotą użycia, stając się niesamowicie łatwym w zastosowaniu narzędziem, które nie miało sobie równych w kwestii zapewniania ochrony transmisji danych. Doskonale SSL spisuje się zarówno w nieskomplikowanych stronach www, jak także znakomicie sprawdza się przy osłonie potężnych platform bankowości elektronicznej. Jest wyznacznikiem wiarygodności serwisów aukcyjnych, jak również symbolem profesjonalizmu systemów płatności online.

Tanio a solidnie

Korzystając z certyfikatów SSL, zwłaszcza tych komercyjnych, a więc odpłatnych jakie proponuje między innymi znana marka Linuxpl.com, można mieć pewność, że nasza strona www jest maksymalnie chroniona przed nieuczciwym działaniem hackerów coraz częściej popełniających przestępstwa w stylu phishingu bazujące na wykradaniu personaliów użytkowników sieci. Witryna opatrzona szyfrowaniem danych jest całkowicie bezpieczna i tym samym prestiżowa, patrząc z perspektywy wchodzącego na nią internautę. Widok charakterystycznej zielonej kłódki jednoznacznie przesądza o tym, że marka, z jaką mamy do czynienia jest poważnym podmiotem na rynku, troszczącym się o losy ufających im klientów, czy odbiorców prezentowanej przez nie treści.

Niewiele trzeba

By móc zyskać certyfikat SSL nie trzeba spełniać jakichś szczególnych warunków. Generalnie, wystarczy posiadać gotowy serwis www jaki znajduje się pod określoną domeną. Nazwa adresowa naszej strony www powinna być zarejestrowana na dane firmowe, zaś owe personalia podmiotu łączącego się z domeną witryny muszą widnieć w powszechnie dostępnej bazie WHOIS. Dzięki spełnieniu tych wymogów możliwe okazuje się przeprowadzenie procesu weryfikacji, który jest nieodzowny w przypadku komercyjnych certyfikatów SSL i przesądza o zapewnieniu solidnej jakości ochrony transmisji danych.

Systemy wspierające zarządzanie z dwucyfrowym wzrostem w Polsce

Według danych GUS, rozwój systemów wspierających zarządzanie, takich jak ERP czy CRM, deklaruje w Polsce ponad 53 000 przedsiębiorstw (z ponad 100 000, które wzięły udział w badaniu i zatrudniają co najmniej 10 pracowników). W porównaniu z rokiem 2016 jest to wzrost o ponad 17%. Jak pokazują dane portalu Statista.com, stale rośnie też wartość sprzedanych w Polsce rozwiązań ERP.

Raport GUS „Wykorzystanie technologii informacyjno-komunikacyjnych w przedsiębiorstwach w 2018 roku”[1] wskazuje, że w Polsce 53 431 firm deklaruje rozwój (rozumiany jako pracę nad istniejącymi już aplikacjami) systemów wspierających zarządzanie. Mowa tu o takich rozwiązaniach jak ERP (Enterprise Resource Planning) czy CRM (Customer Relationship Management).

Później, za to lepiej

Jest to o 7 818 przedsiębiorstw więcej niż w 2016 roku, gdzie podobną odpowiedź zaznaczyło 45 613 firm. Co ciekawe, aż 40 017 respondentów stwierdziło, że za rozwój systemów zarządzania biznesowego odpowiadają głównie dostawcy zewnętrzni, w tym ponad 29 355 z małych firm (10-49 pracowników), 8 648 ze średnich (50-249 pracowników) i 2015 z dużych (ponad 250 pracowników).

Z danych GUS płyną dwa wnioski. Po pierwsze, blisko połowa firm w Polsce nie rozwija, a więc najprawdopodobniej w ogóle nie posiada systemów informatycznych wspierających zarządzanie. To znacząco gorszy wynik w porównaniu do rozwiniętych, zachodnich rynków, to opóźnienie ma jednak swoje dobre strony. Pozwala dzisiaj przedsiębiorcom kupować nowocześniejsze, bardziej dojrzałe rozwiązania – także chmurowe – i tym samym znacznie szybciej uzyskać zwrot z inwestycji. Działa tutaj dokładnie ten sam mechanizm jak w przypadku technologii dostępowych do Internetu. W Polsce Internet działa szybciej niż np. w Niemczech, bo o ile tam zainwestowano wcześniej ogromne środki w technologię miedzianą, o tyle u nas inwestuje się dzisiaj środki w znacznie lepsze technologie światłowodowe – mówi Justyna Wronka-Dudzińska, Head of Consulting z firmy Xplus.

Wzrost inwestycji w systemy ERP w Polsce dobrze ilustrują też dane portalu Statista.com[2]. Jak podaje serwis, w 2017 roku rynek ERP w Polsce był warty blisko 207 milionów dolarów. Z kolei w 2019 roku, według prognoz Statista.com, wydatki na ERP w Polsce wyniosą łącznie 224,99 milionów dolarów. Do 2021 roku rynek ten będzie warty już 242,2 milionów dolarów, więc w porównaniu z rokiem 2017 wydatki na systemy ERP w Polsce wzrosną o ponad 17%.

Cyfrowa transformacja, o której mówi się od kilku lat, z pustego hasła staje się realną potrzebą i rzeczywistością. Widać to po randze wdrożeń, w których w zdecydowanej większości uczestniczy zarząd i które jednocześnie są elementem dużych projektów digitalizacyjnych – komentuje Justyna Wronka – Dudzińska.

Handel na prowadzeniu

Wśród najpopularniejszych branż, które w badaniu GUS deklarują rozwój systemów do zarządzania, zdecydowanie królują handel i naprawy, gdzie rozwój tego typu systemów zadeklarowało 15 927 przedsiębiorstw, czyli 56,48% firm z tego sektora oraz przetwórstwo przemysłowe, gdzie podobną odpowiedź zaznaczyło 15 252 przedsiębiorstw (50%). Ostatnie miejsce na podium zajmuje budownictwo z wynikiem wynoszącym 5 211 przedsiębiorstw, czyli 38,07% firm z tego sektora. Na drugim końcu rankingu są takie branże, jak naprawa i konserwacja komputerów i sprzętu komunikacyjnego (53 przedsiębiorstwa), energia elektryczna, gaz, ciepło (461) oraz działalność finansowa i ubezpieczeniowa (883).

– Handel już od kilku lat zdecydowanie wyprzedza inne branże pod względem skali inwestycji w technologie i wprowadzanych innowacji. Wynika to i z dużej konkurencji na tym rynku, i ze zmian w podejściu klientów do zakupu produktów, pod wpływem technologii. Z kolei dobra sytuacja w produkcji czy sektorze budowlanym nie sprzyjała myśleniu o optymalizacji kosztów czy sposobach dotarcia do nowych klientów – zwraca uwagę Justyna Wronka – Dudzińska z Xplus.

Administracja nie ma powodu do wstydu

GUS przyjrzał się także inwestycjom administracji publicznej. Okazuje się, że poziom informatyzacji wcale nie odbiega od tego w przedsiębiorstwach.

W Polsce 51,1% jednostek administracji publicznej wykorzystywało systemy ERP. Najlepiej sytuacja wygląda w województwach: śląskim, mazowieckim oraz świętokrzyskim, gdzie odsetek jednostek administracji publicznej korzystających z ERP wynosił kolejno: 59,9%, 58,4% i 56,9%. Najgorzej pod tym względem wypadają województwa: lubuskie, lubelskie i opolskie z wynikami wynoszącymi odpowiednio: 40,9% oraz 44,4% i znowu 44,4%.

[1] https://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/nauka-i-technika-spoleczenstwo-informacyjne/spoleczenstwo-informacyjne/wykorzystanie-technologii-informacyjno-komunikacyjnych-w-jednostkach-administracji-publicznej-przedsiebiorstwach-i-gospodarstwach-domowych-w-2018-roku,3,17.html

[2] https://www.statista.com/statistics/966868/erp-software-market-revenue-in-poland/

Rosną oczekiwania finansowe obywateli Ukrainy pracujących w Polsce

Obywatele Ukrainy pracują w Polsce coraz dłużej, a ich wymagania zarobkowe rosną. Świadczą o tym wyniki badania socjologicznego „Ukraińcy na polskim rynku pracy: doświadczenia, wyzwania i perspektywy” przeprowadzonego przez EWL S.A. oraz Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego.

Jeżeli w 2018 roku największą grupę ukraińskich pracowników na polskim rynku (ponad 40%) stanowiły osoby ubiegające się o najniższą stawkę godzinową (9-11 złotych), to w 2019 za takie wynagrodzenie zgodziłoby się pracować jedynie 6% obywateli Ukrainy. Podwoiła się dodatkowo grupa pracowników z za wschodniej granicy pragnąca zarabiać od 13 do 15 złotych netto za godzinę (33%), a udział respondentów oczekujących zarobków na poziomie od 15 do 20 złotych netto za godzinę niemal się potroił, wynosząc 19%.

Według zebranych danych, największą grupę (ponad 36%) stanowią pracownicy z Ukrainy, którzy podczas całego pobytu w Polsce planują zarobić od 5 do 10 tys. złotych (po odjęciu kosztów utrzymania i dojazdu). Ukraińskich obywateli, którzy przyjechali, by zarobić w naszym kraju od 3 do 5 tys. złotych, jest z kolei 27%. Co ósmy respondent zaś zadeklarował plany zarobienia od 10 do 30 tys. złotych.

Badanie pokazuje również, że praca w Polsce wśród naszych wschodnich sąsiadów przestała już być traktowana jako nowe zjawisko. Jeżeli w 2018 roku niemal 2/3 badanych pracowników z Ukrainy pracowało w naszym kraju po raz pierwszy, to w 2019 roku odsetek osób bez doświadczenia na polskim rynku pracy zmalał do 49%.

Wydłużeniu uległ okres zatrudnienia pracowników z Ukrainy w Polsce. Jeżeli w ubiegłym roku ponad 54% ankietowanych deklarowało, że w trakcie ostatniego pobytu pracowali w naszym kraju mniej niż 3 miesiące, to w 2019 roku długość okresu zatrudnienia ponad połowy ankietowanych wynosiła już od 3 do 6 miesięcy.

„Wyniki potwierdzają wśród Ukraińców niezmienną chęć powrotu do naszego kraju w celu podjęcia lub kontynuowania zatrudnienia. Polskich pracodawców powinno usatysfakcjonować ponadto rosnące zainteresowanie podejmowaniem długookresowej pracy” – powiedziała podczas prezentacji raportu Renata Ostrowska, wicedyrektor ds. sprzedaży EWL S.A.

„Z wyników niniejszego badania wyłania się obraz pracownika zdecydowanie bardziej doświadczonego zawodowo, wymagającego, świadomego swoich potrzeb oraz roli na polskim rynku pracy, a także rozważającego kontynuowanie swojej kariery zawodowej nad Wisłą w długotrwałej perspektywie” – komentuje wyniki badania Andrzej Korkus, prezes EWL S.A.

Badanie socjologiczne „Ukraińcy na polskim rynku pracy: doświadczenia, wyzwania i perspektywy” zostało przeprowadzone w dniach 17 kwietnia – 31 maja 2019 roku przez EWL S.A. oraz Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego. Metodą bezpośrednich wywiadów indywidualnych przebadanych zostało 855 obywateli Ukrainy, którzy przybyli do Polski w celu podjęcia pracy.

Liczba umów o dożywocie wciąż rośnie

Z danych Ministerstwa Sprawiedliwości wynika, że w samym 2018 roku podpisano ponad 11 tys. nowych umów o dożywocie, w wyniku których doszło do przeniesienia prawa własności nieruchomości w zamian za opiekę lub świadczenia. Mowa o tzw. umowach zawieranych indywidualnie np. pomiędzy członkami rodziny, osobami spokrewnionymi w dalszej linii, znajomymi albo ludźmi zupełnie obcymi np. seniorem i rehabilitantem. W ubiegłym roku w ministerialnych statystykach zarejestrowano ponad 11 tys. takich umów, a w 2017 – około 10 tys. Oznacza przyrost o 8,9 proc. w skali roku.[1] Co ciekawe, większość aktów notarialnych dotyczy nieruchomości nierolniczych.

W ciągu ostatnich 28 lat, bo od tego czasu prowadzone są statystki w resorcie sprawiedliwości, osoby fizyczne podpisały łącznie 143 567 tys. umów o dożywocie. Akty notarialne dotyczą przekazania własności nieruchomości (np. domu lub mieszkania) w zamian za dożywotnią opiekę lub świadczenia pieniężne.

Robert Majkowski, prezes zarządu Funduszu Hipotecznego DOM
Robert Majkowski, prezes zarządu Funduszu Hipotecznego DOM
fot. Adam Cisowski

– Liczba takich umów wciąż rośnie i w ostatnim roku przekroczyła poziom 11 tysięcy nowych aktów notarialnych. Niepokojące są jednak informacje płynące z notariatu, które wskazują, że co piąta tego typu umowa jest unieważniana przez sąd. To potwierdzałoby, że osoby fizyczne nie zawsze mają wiedzę i doświadczenie potrzebne do podpisania tak długofalowego zobowiązania. Niestety seniorzy wciąż dość rzadko decydują się na zawarcie podobnej umowy z profesjonalnym funduszem hipotecznym, a szkoda, bo są to umowy obwarowane przepisami Kodeksu Cywilnego oraz Zasadami Dobrych Praktyk ustanowionymi w ramach Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych, czyli instytucji zrzeszającej największe fundusze hipoteczne w Polsce – mówi Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM. – W ciągu ostatnich 10 lat fundusze hipoteczne zrzeszone w KPF podpisały łącznie mniej niż 1000 umów renty dożywotniej, a to oznacza, że profesjonalne podmioty zawarły mniej niż 1 proc. wszystkich umów zakontraktowanych na tym rynku – podkreśla Robert Majkowski.

Coraz większe przyrosty

Jeszcze w roku 1991 liczba zawieranych rocznie umów o dożywocie, wg. Ministerstwa Sprawiedliwości, wynosiła 1813 kontraktów. W latach 1993-2007 r. liczba tego rodzaju umów rosła, ale w dość wolnym tempie, średnio ok. 5 proc. rok do roku. Gwałtowny skok liczby umów pojawił się wraz z wejściem na rynek profesjonalnych podmiotów oferujących między innymi zawieranie umów o dożywocie. Od 2008 roku liczba umów o dożywocie zaczęła średniorocznie przyrastać o 13,4 proc. W roku 2008 skok wynosił 46 proc., a dla nieruchomości nierolniczych aż 56 proc. – Wraz z wejściem na rynek funduszy hipotecznych mogliśmy zaobserwować pewien paradoks. Seniorzy zaczęli dostrzegać zalety renty dożywotniej i zdawać sobie sprawę, że takie rozwiązanie w ogóle istnieje. Wykreowanie popytu na usługę nie wpłynęło jednak na sukcesywny rozwój profesjonalnego rynku, lecz spowodowało wzrost liczby umów prywatnych i rozwój szarej strefy. Seniorzy, podobnie jak większość Polaków, niestety nie ufają instytucjom i wolą wybrać propozycję osoby prywatnej, która często jest obietnicą bez pokrycia. W roku 2015 Rząd zaniechał prac nad ustawą wprowadzającą nadzór i regulującą rynek renty dożywotniej, a banki ogłosiły, że nie planują w najbliższych latach wprowadzać odwróconego kredytu hipotecznego. Wydaje mi się, że te wydarzenia były ściśle powiązane – mówi Robert Majkowski z Funduszu Hipotecznego DOM. – mówi Robert Majkowski.

Procentowo liczba umów najszybciej zwiększała się w roku 2008, jednak w ujęciu ilościowym największy skok miał miejsce w roku 2015, gdy podpisano łącznie 10 561 umów (o ponad 2,2 tys. umów więcej niż w roku 2014). Skąd wzmożone zainteresowanie instytucją dożywocia? – W mojej opinii emerytury są coraz niższe. Kolejne pokolenia seniorów, którzy w ostatnich latach przechodzą na emeryturę i zaczynają korzystać ze świadczeń państwowych, zdają sobie sprawę – i to po krótkim czasie życia na znacznie niższym poziomie aniżeli w czasie aktywności zawodowej – że to nie jest życie jakiego chcieliby. To nie jest życie na godnym poziomie. Coraz większa liczba seniorów zaczyna również dostrzegać, że jedynym dobrem materialnym, które mogą „spieniężyć” tu i teraz jest nieruchomość – dodaje Majkowski. To właśnie ona może okazać się źródłem finansowania życia na emeryturze.liczba umów o dożywocie

Społeczeństwo posiadaczy nieruchomości

Z danych ZBP wynika, że ok. 80 proc. polskich seniorów posiada na własność nieruchomość np. mieszkanie lub dom. To dużo, zwłaszcza w porównaniu z Europą. W Polsce akt własności mieszkania wciąż stanowi o statusie i bezpieczeństwie materialnym. Z najnowszego raportu „Property Index. Overview of European Residential Markets. Where does residential price growth end” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte wynika, że w 2018 roku trzeba było zapłacić 1370 euro za metr kwadratowy mieszkania w Polsce. To o 3,8 proc. więcej niż rok wcześniej, ale wciąż dość nisko w porównaniu z innymi krajami europejskimi. Z tego samego raportu wynika, że najszybciej na własne mieszkanie mogą pozwolić sobie Portugalczycy i Belgowie, którym wystarczyłyby 3-4 lata odkładania całej pensji brutto, by zakupić mieszkanie o metrażu 70 metrów. Czesi musieliby odkładać ok. 11 lat, a Polacy 7,5 roku. Mimo niesłabnącego popytu na mieszkania w naszym kraju na tysiąc mieszkańców przypada 380 tys. mieszkań. – To, że młodzi ludzie inwestują w nieruchomości, by stanowiły one zabezpieczenie na życie, ale również na emeryturę, to świetny trend. Z kolei osoby starsze, które już te nieruchomości posiadają dysponują łącznym kapitałem przekraczającym 1 bilion złotych. Mowa o pieniądzach zamrożonych w nieruchomościach, które można byłoby odmrozić i przeznaczyć na codzienne potrzeby. W Polsce coraz widoczniejszy jest efekt tzw. „Asset Rich but Cash Poor”, czyli osób majętnych, ale bez gotówki, bez dochodu. Tę zależność widać przede wszystkim u osób w wieku emerytalnym – mówi Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM.

Kto zajmie się ustawą po wyborach?

Branża i seniorzy wciąż czekają na ustawę dotyczącą renty dożywotniej. – Podsumujmy czynniki wpływające na rozwój bezpiecznej instytucji hipoteki odwróconej w Polsce. Po pierwsze mamy seniorów, którzy chcieliby poprawić swoją sytuacją materialną na emeryturze, ponieważ wciąż nie dysponują środkami, które byłyby porównywalne z ich zarobkami przed przejściem na emeryturę. Po drugie seniorzy są właścicielami nieruchomości, które mogliby spieniężyć podpisując umowę renty dożywotniej. Niestety brakuje odpowiedniej ustawy, która zapewniałaby seniorom bezpieczeństwo. To, że my działamy zgodnie z Zasadami Dobrych Praktyk i dbamy o zasady etyczne nie powoduje, że w taki sposób funkcjonuje cały rynek. Nie powoduje to również, że wszystkie umowy zawierane przez osoby fizyczne, a jest ich rocznie już ponad 10 tys. są przygotowane w formie profesjonalnej, a świadczenia są wypłacane do śmierci seniora. Trzeba brać pod uwagę, że zobowiązania z umów o dożywocie to zobowiązanie na kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat. Czy osoba fizyczna jest w stanie zagwarantować ciągłość takiego zobowiązania bez należytego nadzoru? Ustawa o dożywotnim świadczeniu pieniężnym jest konieczna i to jak najszybciej. Skala nadużyć jest coraz większa i rośnie wraz z liczbą podpisywanych umów – mów Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM.

Dwie ostatnie kadencje parlamentarne wskazują, że organy państwa były i są zainteresowane regulacją rynku hipoteki odwróconej, rent dożywotnich i umów o dożywocie, o jej uregulowanie postulował m.in. Rzecznik Praw Obywatelskich i UOKiK. Odbyło się wiele posiedzeń Komisji Polityki Senioralnej, w których brali udział przedstawiciele m.in. UOKiK, Ministerstwa Finansów, Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii, Związku Banków Polskich, Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych, czy Polskiego Związku Emerytów, Rencistów i Inwalidów. Wszyscy byli zgodni, że rynek trzeba jak najszybciej uregulować. Dotychczas prace nie ruszyły do przodu, ale może w końcu po kolejnych wyborach, które są zaplanowane na 13 października nowy rząd sprosta zadaniu. Zobaczymy.

[1] Dokładnie 11 321 w 2018 r. vs. 10 395 umów w 2017 r. Dane Ministerstwa Sprawiedliwości od 1991 r. do 2018 r.

Coraz więcej pracowników z Ukrainy chce zostać w Polsce na stałe

O jedną trzecią wzrosła liczba pracujących w Polsce obywateli Ukrainy, którzy chcieliby przeprowadzić się do naszego kraju na stałe. Świadczą o tym wyniki badania socjologicznego „Ukraińcy na polskim rynku pracy: doświadczenia, wyzwania i perspektywy” przeprowadzonego przez EWL S.A. oraz Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego.

Jeżeli w 2018 roku chęć stałego zamieszkania w Polsce wykazywało 22% pracowników z Ukrainy, to w tym roku – już 33%. Mieszkać w naszym kraju przez kilka lat chciałby z kolej co piąty pracujący w Polsce obywatel Ukrainy (22%).

Badanie pokazuje, że powodem przeprowadzenia się do Polski może być przede wszystkim wyższa jakość życia w naszym kraju – takiego zdania jest 46% respondentów. Wyższe zarobki niż na Ukrainie to argument dla co trzeciego ukraińskiego pracownika, a ponad 36% ankietowanych do długookresowej migracji przekonuje lepsza perspektywa dla dzieci. Większość uczestników badania (52%) potwierdziła wpływ przyspieszenia procedury uzyskania zezwolenia stały pobyt na ich decyzję w sprawie pozostania w Polski.

Zgodnie z raportem, 27% pracujących w Polsce obywateli Ukrainy rozważa otwarcie w naszym kraju własnego biznesu. Przedsiębiorczy Ukraińcy najczęściej wybierają na swój potencjalny biznes branże takie jak usługi oraz handel – po 22% (spośród tych, którzy planują własną działalność). Niemal trzy razy mniej respondentów własną firmę otworzyłoby w kulturze i rozrywce, rolnictwie, logistyce, transporcie i magazynowaniu, budownictwie oraz w hotelarstwie i gastronomii.

Ponad 38% uczestników badania oświadczyło, że liczy na otrzymywanie polskiej emerytury, jednocześnie niemal tyle samo (37%) poinformowało, że nie liczy na tego typu świadczenia. Zamieszkać w Polsce po osiągnięciu wieku emerytalnego planuje z kolei 27% respondentów, zaś 37% wyklucza taką opcję.

Według zebranych danych, prawie  39% pracujących w Polsce obywateli Ukrainy planuje sprowadzenie do Polski swojej rodziny. Ponadto, niemal 2/3 ankietowanych chciałoby, aby nad Wisłą studiowały ich dzieci, zaś blisko 45% badanych chciałoby, aby ich dzieci zamieszkały w naszym kraju na stałe.

Autorzy badania także podkreślają, że Ukraińcy coraz chętniej integrują się z obywatelami Polski, co przekłada się na pozytywny wzrost relacji towarzyskich. Zawarcie znajomości koleżeńskich lub przyjacielskich z Polakami zadeklarowało prawie 50 procent respondentów (wzrost o 1/3 w stosunku do ubiegłego roku).

Badanie socjologiczne „Ukraińcy na polskim rynku pracy: doświadczenia, wyzwania i perspektywy” zostało przeprowadzone w dniach 17 kwietnia – 31 maja 2019 roku przez EWL S.A. oraz Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego. Metodą bezpośrednich wywiadów indywidualnych przebadanych zostało 855 obywateli Ukrainy, którzy przybyli do Polski w celu podjęcia pracy.

Stabilny rozwój GK GPW dzięki dywersyfikacji biznesu w obszarze finansowym i towarowym

  • Grupa Kapitałowa GPW rozpoczyna współpracę z bałtycką–fińską giełdą gazu GET Baltic
  • IRGiT, izba rozliczeniowa  z Grupy Kapitałowej GPW, podpisała 16 września 2019 r. w Wilnie umowę z bałtycko-fińską giełdą gazu GET Baltic na świadczenie usług doradczych
  • Zakres usług IRGiT obejmuje opracowanie systemu zarządzania ryzykiem oraz modelu zabezpieczeń i rozliczeń dla giełdy gazu prowadzonej przez GET Baltic dla Litwy, Łotwy i Estonii, a od 1 stycznia 2020 r. także dla Finlandii
  • Grupa Kapitałowa GPW obecnie koncentruje się na dalszej dywersyfikacji biznesu

Grupa Kapitałowa GPW obejmuje najważniejsze instytucje rynku kapitałowego i towarowego w Polsce. Działalność GK GPW jest zdywersyfikowana i obejmuje rynek finansowy oraz rynek towarowy. GK GPW prowadzi platformy obrotu akcjami, obligacjami skarbowymi i korporacyjnymi, instrumentami pochodnymi, energią elektryczną i gazem ziemnym oraz dostarcza indeksy i wskaźniki referencyjne. W ubiegłym roku agencja indeksowa FTSE Russell zakwalifikowała polski rynek kapitałowy do grona rynków rozwiniętych, a Polska znalazła się w gronie 25 najbardziej rozwiniętych gospodarek na świecie. Strategia Grupy #GPW2022 zakłada rozwój linii biznesowych, w tym rynku energii elektrycznej i gazu, oraz dalszą dywersyfikację działalności poprzez otwieranie nowych segmentów rynku. Umowa pomiędzy izbą rozliczeniową IRGiT oraz litewską giełdą gazu GET Baltic wpisuje się w działania strategiczne GK GPW.

Celem współpracy jest stworzenie optymalnego modelu zabezpieczeń i rozliczeń oraz systemu zarządzania ryzykiem dla prowadzonych przez GET Baltic rynków spotowych i terminowych gazu. GET Baltic prowadzi giełdę gazu ziemnego obsługującą regionalny handel na obszarach rynkowych na Litwie, Łotwie, w Estonii, a od 1 stycznia 2020 r. także Finlandii. We wszystkich czterech krajach obowiązuje jednolity zbiór zasad dotyczących handlu i rozrachunku, toteż nowy model zabezpieczeń i rozliczeń pozwoli wprowadzić europejskie standardy, a także obniżyć wysokość kapitału niezbędnego do zawierania transakcji, zwiększając efektywność i płynność obrotu w całym regionie krajów bałtyckich i Finlandii.

Integracja rynków gazu w regionie bałtyckim jest procesem mającym na celu połączenie rynków gazu w jednolite obszary bilansujące. Przebiega ona na wielu poziomach: infrastrukturalnym, regulacyjnym i handlowym. Polska posiadając centralne położenie w niedalekiej perspektywie zyska fizyczne połącznia przez Baltic Pipe z Danią i Szwecją oraz przez rurociąg GIPL z Litwą, Łotwą, Estonią i Finlandią. Dzięki temu powstaną nowe możliwości dla rozwoju handlu transgranicznego i budowy płynnego regionalnego rynku gazu. Idealnie we wszelkie działania integracyjne wpisuje się projekt „Hubu gazowego“, który w Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju został określony jako „(…) centrum przesyłu i handlu gazem dla państw Europy Środkowej i Wschodniej oraz państw bałtyckich“.

Rynki czekają na spotkanie FOMC

Spotkanie EBC w minionym tygodniu przełożyło się na wyraźne podbicie zmienności na rynku walutowym. W tym tygodniu z podobną uwagą inwestorzy będą przyglądać się decyzjom banku centralnego po drugiej stronie Atlantyku.

W ostatnich tygodniach największą uwagę na rynkach finansowych przykuła wyraźna korekta na rynku długu. Panika związana z perspektywą niekończącej się akomodacji światowych banków centralnych sprawiła, że kilka tygodni temu rentowności amerykańskich „dziesięciolatek” zeszły poniżej poziomu 1,5%. Inwestorzy masowo skupowali wówczas obligacje. Po pewnym czasie rynki zorientowały się jednak, że recesja na skalę światową nie jest tak bliska, jakby to się mogło wydawać, stąd masowe skupowanie obligacji zastąpiła ich masowa wyprzedaż. Od początku września rentowności 10-letnich obligacji skarbu USA wzrosły o ok.  0,5 p.p. W obliczu rosnących rentowności obligacji, jak zazwyczaj w takiej sytuacji, słabo radził sobie się jen japoński. Co istotne, dolar amerykański nie otrzymał znacznego wsparcia ani ze strony rozszerzającej się różnicy między rentownościami w USA i na Starym Kontynencie, ani w związku z ogłoszeniem luzowania polityki pieniężnej ze strony EBC, do czego doszło w zeszłym tygodniu. W minionym tygodniu dobrze radziły sobie natomiast waluty rynków wschodzących.

W tym tygodniu inwestorzy skupią się na spotkaniach banków centralnych. W środę czeka nas decyzja Rezerwy Federalnej o poziomie stóp procentowych. Rynki finansowe z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością oczekują obniżki o 25 punktów bazowych. W czwartek odbędzie się natomiast spotkanie Banku Anglii, które nie powinno jednak przynieść informacji mających istotny wpływ na rynek. W czwartek będzie miało miejsce również spotkanie Banku Japonii. Co tyczy się informacji makroekonomicznych, w tym tygodniu poznamy dane o dynamice cen w Japonii oraz Wielkiej Brytanii.

PLN

Polski złoty zakończył miniony tydzień umocnieniem w relacji do dwóch głównych walut. Umocnienie złotego wpisywało się w zachowanie walut rynków wschodzących.

W kontekście minionego tygodnia warto wspomnieć o spotkaniu Rady Polityki Pieniężnej. Retoryka prezesa Glapińskiego i towarzyszących mu podczas konferencji członków RPP (gołębi) sugerowała, że stopy procentowe – pomimo wyższej inflacji – w najbliższym czasie powinny pozostać niezmienione. Co tyczy się samej inflacji – dane z ubiegłego tygodnia pokazały, że inflacja CPI w sierpniu znalazła się na poziomie 2,9%, nieco wyższym niż wcześniej szacowano.

Najbliższe dni przyniosą masę informacji z Polski za poprzedni miesiąc. Złoty najpewniej cały czas będzie jednak reagował przede wszystkim na zmianę sentymentu do ryzyka.

GBP

Funt brytyjski nie przestaje zyskiwać ze względu na malejące prawdopodobieństwo tzw. Brexitu bez umowy. Brytyjski parlament przyjął akt, w którym Izba Gmin nakazała gabinetowi urzędującego premiera Borisa Johnsona podjęcie działań mających na celu oddalenie możliwość tzw. no dealu, poprzez złożenie wniosku o przedłużenie terminu Brexitu. Obecnie bukmacherzy szacują szanse na wyjście Wielkiej Brytanii z UE bez umowy regulującej stosunki kraju z Unią na ok. 20%, czyli około dwukrotnie mniej niż kiedy ryzyko takiego scenariusza było w szczytowym punkcie. Utrzymywana przez nas od dłuższego czasu opinia zgodnie z którą kwestia Brexitu nie zostanie rozwiązana bez przeprowadzenia wyborów parlamentarnych w Wielkiej Brytanii wydaje się stawać scenariuszem bazowym.

W danych makroekonomicznych z Wielkiej Brytanii nadal nie obserwujemy sygnałów katastrofalnego spadku zaufania biznesu, który byłby spowodowany Brexitem. W związku z rosnącymi szansami na uniknięcie „no dealu” niewykluczone, że szterling jeszcze nieco zyska w kolejnych tygodniach.

Co tyczy się najbliższego spotkania Banku Anglii, uważamy, że decydenci jedynie powtórzą dotychczasowe komunikaty. Dopóki kwestia Brexitu nie zostanie jednoznacznie zamknięta, bank centralny nie powinien dzielić się informacjami dotyczącymi polityki monetarnej.

EUR

Ostatnie spotkanie decyzyjne Europejskiego Banku Centralnego miało mieszane skutki. Z jednej strony, zarówno skala obniżek stóp procentowych, jak i uruchomionego ponownie programu luzowania ilościowego okazała się być mniejsza, niż oczekiwały tego rynki finansowe. Z drugiej strony EBC zdecydowało o tym, że nowy program QE nie będzie miał precyzyjnie określonej daty końcowej – luzowanie ilościowe ma trwać tak długo, dopóki dynamika cen w strefie euro nie zbliży się do celu inflacyjnego EBC. Decyzja Rady Prezesów spotkała się ze sprzeciwem bardziej „jastrzębich” członków organu decyzyjnego EBC i wygląda na to, iż to właśnie na tym aspekcie ostatniego spotkania postanowiły skupić się rynki finansowe – po spotkaniu banku centralnego euro doświadczyło umocnienia w parze z dolarem amerykańskim.

Poprzeczka, której przekroczenie będzie warunkować dalsze luzowanie polityki monetarnej w strefie euro zdaje się znajdować bardzo wysoko. Powinno to być czynnikiem pozytywnym dla euro, zwłaszcza jeśli pogłoski o luzowaniu fiskalnym w „rdzeniu” strefy euro obrócą się w faktyczne działania o mającej znaczenie skali.

USD

Ostatni wzrost rentowności obligacji rządu USA, który znacznie przewyższał tempem ten notowany w pozostałych krajach G10, nie przełożył się na umocnienie dolara amerykańskiego. W kontekście amerykańskiej waluty istotne będzie najbliższe spotkanie Rezerwy Federalnej. Obniżce stóp nie sprzyjają zwłaszcza ostatnie odczyty bazowej dynamiki cen, które wskazują na wyraźny wzrost bazowej dynamiki cen. Inflacja bazowa, przy której wyliczaniu nie bierze się pod uwagę wahań cen żywności i energii, od 18 miesięcy znajduje się powyżej celu inflacyjnego Fed. Obniżka stóp procentowych Fed wydaje się pewna, stąd dla rynków kluczowym będą szczegóły dotyczące spotkania, a zwłaszcza reakcja jastrzębi na wspomniany wzrost inflacji bazowej w USA.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Wzrost płacy minimalnej aż o 15% oraz zapowiadane zniesienie limitu 30-krotności, przełożą się na dalszy wzrost inflacji

W świetle dzisiejszego komunikatu GUS, inflacja w sierpniu 2019 wyniosła 2,9% r/r. Oznacza to rewizję szybkiego wyniku podanego na koniec sierpnia o 0,1 pkt proc. w górę. W horyzoncie miesięcznym poziom cen nie zmienił się. Dynamika cen trzeci miesiąc z rzędu utrzymuje się na poziomach przekraczających cel inflacyjny NBP (2,5%). 2,9% mieści się jednak w graniach odchyleń od celu inflacyjnego (1,5%-3,5%), a ostatnie posiedzenie RPP potwierdza, że nie są to jeszcze poziomy, przy których należałoby oczekiwać zmiany stóp procentowych. Jak jednak pokazujemy zapowiedzi rządu z przełomu sierpnia i września zmieniają warunki funkcjonowania przedsiębiorstw z mocą huraganu Dorian, co nie pozostanie bez znaczenia dla inflacji w kolejnych miesiącach.

Jak podaje GUS, w horyzoncie roku największy wpływ na sierpniową inflację miała silnie drożejąca żywność, a korekta jej cen w ostatnim miesiącu była jedynie symboliczna (-0,3%). W tej kategorii niezmiennie odczuwalny jest wzrost cen produktów zbożowych, w tym pieczywa (9,4% r/r, 0,3% m/m) i mąki (8,0% r/r z korektą miesięczną -0,3%), mięsa (którego wzrosty windowała wieprzowina i wędliny – odpowiednio 12,8% oraz 7,2% r/r), a także warzywa drożejące o 34,8% względem sierpnia 2018 (-3,3% m/m) i owoce (7,3% r/r, 0,4% m/m). W dość oczywisty sposób narzuca się obserwacja, że zdrożały produkty, które dominują w koszykach uboższych gospodarstw. W ich przypadku wzrost cen problematyczny jest w dwójnasób. Po pierwsze, niewiele kategorii odnotowało spadki – stąd trudno o tańsze substytuty zazwyczaj kupowanych dóbr. Po drugie, dla tej grupy możliwość elastycznej zamiany na droższe odpowiedniki, których ceny stały się względnie korzystniejsze, jest ograniczona.

Druga największa kategoria w koszyku, tj. użytkowanie mieszkania i ceny energii, odnotowała wzrost w horyzoncie rocznym rzędu 1,9% (0,2% m/m), na co w ponadprzeciętnym stopniu przełożyły się wywóz śmieci (27,1% r/r, 2,6% m/m), czynsze (4,8% r/r, 0,3% m/m) oraz usługi kanalizacyjne (4,2% r/r, 0,2% m/m). Nośniki energii potaniały w horyzoncie rocznym (-1,4%) – tu natomiast należy jednoznacznie powiedzieć, że zamrożenie cen jest zabiegiem przejściowym i tym bardziej dotkliwy będzie powrót do cen rynkowych w 2020 roku. W przypadku transportu – inaczej niż w ostatnich miesiącach – inflację napędziły usługi transportowe (5,9% r/r, 14,7% m/m), podczas gdy paliwa w ostatnim miesiącu potaniały.

Na uwagę zasługuje fakt, że usługi drożeją dwukrotnie szybciej niż towary (4,3% względem 2,3% r/r). Dotyczy to zarówno usług, na które zapotrzebowanie zgłaszają gospodarstwa niezależnie od majętności, tj. usługi lekarskie (5,7% r/r), fryzjerskie i pielęgnacyjne (5,5%), stomatologiczne (3,5%), jak i te typowe dla koszyków gospodarstw lepiej sytuowanych, np. turystyka zagraniczna (8,4%) czy gastronomia i hotelarstwo (4,7%).

O tym że wzrosty cen usług (a także towarów przetworzonych) utrzymają się na wysokim poziomie w kolejnych miesiącach, przesądziła przedwyborcza rzeczywistość. Ich źródłem będzie w największym stopniu znaczny i niespodziewany w skali wzrost kosztów pracy w 2020 roku. Złoży się nie niego wzrost płacy minimalnej o 15% oraz zapowiadane zniesienie limitu 30-krotności, szczególnie odczuwalne dla pracodawców w branżach o wysokiej wartości dodanej. Z uwagi na sposób komunikacji tych zmian (bagatelizowanie letnich posiedzeń Rady Dialogu Społecznego) oraz przedwyborczą licytację na wysokość wynagrodzenia minimalnego, prawdopodobieństwo, że ceny będą dostosowywane już od jesieni (a nie z początkiem roku) rośnie. Będzie to sposób przeciwdziałania bankructwom w sektorach o niskich marżach.

Komentarz dr Soni Buchholtz, ekspertki ekonomicznej Konfederacji Lewiatan

Wzrost cen w Polsce, inflacja nie zwalnia

Polityka gospodarcza oparta na konsumpcji prowadzi do jednej nieuchronnej sytuacji: wzrostu inflacji. Potwierdzeniem tej tezy może być obecny stan rzeczy w naszym kraju. Pytanie, jak to wpłynie na decyzję RPP w sprawie stóp procentowych w nadchodzących miesiącach. Odczyty inflacyjne w pewnym sensie zawężają możliwość obniżek stóp procentowych. Nie zmienia to faktu, że w dalszym ciągu w samej Radzie znajdziemy zwolennika cięć.

Inflacja nie zwalnia

W piątek poznaliśmy dane na temat wzrostu cen w Polsce. Rosną one w ujęciu rocznym o 2,9%. Analitycy spodziewali się symbolicznie niższego wyniku. Ten poziom inflacji ma jeden podstawowy problem: w przyszłym roku uwolnione zostaną ceny prądu. Może to spowodować skokowy wzrost kosztów energii elektrycznej, a tym samym inflacja może jeszcze bardziej przyspieszyć i przekroczyć cel inflacyjny określony na 2,5% z marginesem +/- 1%. Dlaczego to takie ważne? Kolejne gospodarki wchodzą w fazę obniżek stóp procentowych, a im niższe stopy, tym więcej pieniądza w obiegu. To z kolei powoduje, że przy stałej ilości dóbr na rynku ich ceny wzrastają. Jaki w takim razie ma to wpływ na rynek walut? Jeżeli inne kraje będą obniżać stopy, a Polska się do nich nie przyłączy, to kapitał poszukujący bezpiecznych inwestycji powinien płynąć do naszego kraju szerszym strumieniem. Spowoduje to umacnianie się złotego względem innych walut. Nie możemy oczywiście wykluczyć, że pod naciskiem polityków i tak obniżymy stopy procentowe, nie zważając na ryzyka inflacyjne.

Dane z USA

W piątek zza oceanu napłynęły informacje o najnowszych amerykańskich odczytach:  sprzedaży detalicznej, cen importu i eksportu oraz raport Uniwersytetu Michigan. Sprzedaż detaliczna zwalnia, ale nie w tempie prognozowanym przez analityków. Wynik wynosi 0,4%, a konsensus rynkowy mówił o 0,2%. Natomiast ceny importu i eksportu spadają szybciej od oczekiwań. Lepiej wypadł indeks Uniwersytetu Michigan, który wskazał 92 pkt wobec przewidywanych 90,7 pkt. Dane te spowodowały umocnienie się dolara po tym, jak dotarł do swoich minimów względem euro od końca sierpnia.

Gorąco na Półwyspie Arabskim

Już wielokrotnie doświadczyliśmy, że gwałtowne wzrosty cen surowców są znacznie łatwiejsze do osiągnięcia niż ich spadki. Udowodnił to również weekendowy zamach na rafinerię w Arabii Saudyjskiej. Na razie do zamachu przyznali się wspierani przez Iran jemeńscy Huti, co tylko podnosi niemałe już napięcia w regionie. Planowane spotkanie amerykańskiego przywódcy Donalda Trumpa z prezydentem Iranu Hasanem Rowhanim w kuluarach sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ stanęło pod dużym znakiem zapytania. Spadek światowej produkcji ropy wynosi 5%. Reakcja rynków była bardzo silna. Przez moment ropa drożała około 15%, teraz stabilizuje się ok. 10% wzrost cen.

W Japonii dzień wolny, a w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Hakerzy za linią końcową boiska – komentarz Ireneusza Wiśniewskiego dot. cyberzagrożeń największych widowisk sportowych

We wrześniu w Japonii wystartuje Puchar Świata w Rugby – test dla japońskich służb cyberbezpieczeństwa przed Olimpiadą w Tokio. Będzie to jedno z najbardziej zaawansowanych technologicznie sportowych wydarzeń na świecie angażujących miliony ludzi: kibiców, widzów, administrację wysokiego szczebla, zawodników i organizacje oraz duży biznes – sponsorów. Zagrożenia dla wydarzenia tej rangi są adekwatne do grup uczestników. Obok cyberprzestępczości będziemy mieli do czynienia także z cyberterroryzmem i cyberszpiegowstwem. Podobnie dzieje się na wszystkich międzynarodowych wydarzeniach sportowych.   

Olimpiada w Londynie z 2012 r.[1] przyniosła 55 mln wyszukań w przeglądarkach, ponad 100 mln unikalnych użytkowników oficjalnego portalu oraz dwukrotnie więcej zapytań o wideo z wydarzenia niż dla wcześniejszych widowisk tej rangi. Służby cyberbezpieczeństwa zablokowały wtedy 200 mln złośliwych zapytań. Ostatni Puchar Świata w Rugby to w liczbach 270 mln wyświetleń wideo i 2,8 mln pobrań oficjalnej aplikacji. Tegoroczny ma przynieść kolejne rekordy w wielkości ruchu – w końcu możliwości przesyłowe w sieci ciągle rosną.

Nadchodzący Puchar w Japonii oznacza też 1,8 miliona biletów, które zmieniają swojego właściciela, co wiąże się z przepływem ogromnych ilości danych osobowych i finansowych. W ostatnich Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej w 2018 r. największe zagrożenia stanowił pishing i zabiegi socjotechniczne. Podobnie teraz, kibice rugby są narażeni na scam wykorzystujący m.in. oficjalny branding zawodów. Mamy do czynienia z fałszywymi aplikacjami z oficjalnym logotypem, oszustwami bukmacherskimi, fałszywymi biletami i atakami iniekcyjnymi celującymi w dane kart kredytowych. Z doświadczeń londyńskich wiemy, że hakerzy szukali okazji w operacjach związanych z obrotem biletami, zakwaterowaniem, obsługą i wsparciem imprezy. Tuż za linią głównych zagrożeń plasowały się nielegalne strony streamingowe, które znowu aktywują się w Japonii.

Infrastruktura krytyczna i cyberszpiegostwo

Wydarzenia tej rangi przyciągają uwagę cyberterrorystów, hacktywistów. Możliwe wyłączenia prądu, zakłócenia pracy infrastruktury krytycznej, z komunikacyjną włącznie, w imię protestu lub szantażu mogą stanowić, obok dotkliwych finansowych, najgroźniejsze – fizyczne zagrożenie np. podczas ceremonii otwarcia, zawodów albo oficjalnych imprez towarzyszących.

Do zdobycia wartościowej informacji ruszą cyberszpiedzy, ponieważ digitalizacja znanego nam świata przebiega także na poziomie korporacyjnym i rządowym. Według Verizon Data Breach Investigations Report (VDBIR)[2] niedawno odnotowano gwałtowny wzrost liczby naruszeń przeprowadzanych przez podmioty identyfikowane jako państwowe lub powiązane z państwami. Wskaźnik ten wzrósł do 23% w bieżącym raporcie z 12% wszystkich analizowanych naruszeń w ubiegłym roku. Gdy walutą stają się dane, ich pozyskanie, od tajemnic handlowych i przemysłowych, po dane treningowe zawodników, może zbudować przewagę narodową albo korporacyjną. Cyberszpiegostwo będzie przy okazji Pucharu powodem wzmożonej aktywności hakerów[3].

Pośród chronionych tajemnic znajdują się te dotyczące drużyn sportowych, które coraz częściej wykorzystują IoT czy wearables, do opracowania taktyki gry z dostępnych danych z treningów i zawodów w czasie rzeczywistym. Zidentyfikowane przez Interpol jako największe zagrożenie podczas imprez sportowych urządzenia Internetu Rzeczy, mogą być przejęte przez hakerów (thingboty) i wykorzystane jako sieć (botnet) do ataków np. DDoS.

Próbne rozgrywki w Japonii

Na początku tego roku japoński Krajowy Instytut Technologii Informacyjnych i Komunikacyjnych (NICT) przeprowadził kontrolę ok. 200 milionów połączonych do sieci urządzeń IoT (takich jak routery, kamery internetowe czy sprzęt AGD) w celu sprawdzenia ich podatności na ataki. Jeśli udało im się połączyć z jakimś urządzeniem (np. poprzez popularne lub domyślne dane uwierzytelniania), organizacja kontaktowała się z właścicielami w celu poprawy bezpieczeństwa. To bardzo potrzebna inicjatywa. Urządzenia IoT domyślnie często stawiają na pierwszym miejscu wygodę użytkownika, a nie bezpieczeństwo.

Linia obrony

Mistrzostwa świata są dobrą okazją do nagłośnienia problemu cyberbezpieczeństwa i podjęcia działań prewencyjnych. Pomagają w tym najnowsze technologie, np. rozwiązania wykorzystujące sztuczną inteligencję analizujące ruch w czasie rzeczywistym. Dotąd niezauważalne, nietypowe zachowania i anomalie, dzięki SI są teraz możliwe do wykrycia. Niezbędne jest stosowanie zabezpieczeń na każdym poziomie: w punkcie końcowym, w warstwie aplikacji i infrastrukturze. Aplikacje wymagają spójnych, inteligentnych i elastycznych zasad niezależnie od tego, gdzie się znajdują (lokalnie, w chmurze lub w środowisku multi-cloud). Rekomendacje od naszego F5 Labs dla zagrożenia ze strony thingbotów, to przede wszystkim uwzględnienie najbardziej szkodliwych ataków ofensywnych. Przeciw DDoS najskuteczniejszą ochronę zapewni cloud scrubbing analizujący ruch IP i odsiewający sztucznie wygenerowany ruch, wskazujący na potencjalny atak. Kolejne rozwiązania to firewalle nastawione na wykrywanie botów i kontrolę ruchu.

Ireneusz Wiśniewski, dyrektor zarządzający F5 Poland

[1] https://www.ipa.go.jp/files/000037535.pdf

[2] https://enterprise.verizon.com/resources/reports/dbir/

[3] Dla japońskich Igrzysk Olimpijskich podobne prognozy wskazuje raport RAND: jako jedno z największych zagrożeń cyberbezpieczeństwa definiuje aktywność zagranicznych służb wywiadowczych.

Branża transportowa bez cyfrowych rozwiązań nie da sobie rady

Zgodnie z danymi zawartymi w raporcie OECD, szacuje się, że do 2050 roku,  ilość  ładunków przewiezionych transportem drogowym ma być nawet trzy razy większa niż dotychczas. To właśnie branża transportowa jest jedną z tych, która rozwija się najszybciej w Polsce i Europie.  Przewidywania są takie, że w  najbliższych latach nadal popyt na te usługi będzie rósł średnio o 3,5 proc. rocznie.[1] Jednak, aby przedsiębiorcy mogli w pełni wykorzystywać swój potencjał, potrzebują nowych rozwiązań. Automatyzacja branży, optymalizacja tras, dzielenie się ciężarówkami oraz stały dostęp do magazynów są niezbędne do tego, by mówić   o lepszej wydajności transportu drogowego. Obecnie jednak tylko 29 proc. firm wykorzystuje swoje zasoby na sto procent możliwości. Według PwC procent ten może wzrosnąć nawet do 78 w 2030 roku, jeżeli zostaną wprowadzone autonomiczne ciężarówki, które będą w stanie zredukować dotychczasowe bariery rozwoju. Jednak czy to jedyne rozwiązanie, by usprawnić sektor TSL?

Nowe rozwiązania potrzebne od zaraz

Brak optymalizacji przewozów doprowadza do tego, że 1/3 ciężarówek  jeździ „na pusto”.[2] Integracja narzędzi, służących do zarządzania trasami przejazdów, to gwarancja podnoszenia wydajności w branży transportowej. Dlatego też wprowadzanie coraz to nowszych systemów analitycznych i rozwiązań, bazujących na technologii GPS, okazuje się niezbędne. Aplikacje TMS (Transport Management Services) pomagają m.in. określić, jakie są długości trasy i czas jazdy, szacują godziny spędzone na rozładunkach i załadunkach oraz ilość przystanków rozładunkowych. Uwzględnia tym samym wszelkie ograniczenia związane z czasem pracy kierowcy i obowiązkowymi przerwami od niej. Dodatkowa możliwość konsolidacji i podziału zleceń transportowych umożliwia łączenie dostaw i pobrań z różnych zleceń. Pozwala ograniczyć puste przebiegi – komentuje Łukasz Włoch, ekspert główny Ogólnopolskiego Centrum Zarządzania Kierowców, OCRK.

Dzięki digitalizacji procesów operacyjnych w branży, firmy nie tylko zwiększają swoje przychody, ale także przekształcają usługi i upraszczają procesy i modele biznesowe. Tradycyjny schemat transportu drogowego osiągnął swoje limity w zakresie wydajności i produktywności, dlatego tylko innowacyjne podejście do tych zagadnień pomoże rozwiązać problemy związane z ograniczonymi zasobami przewoźników, wzrostem kosztów i wymaganiami konsumentów. To szczególnie ważne, tym bardziej, że udział polskich transportowców w Unii Europejskiej jest znaczący. Zgodnie z danymi GUS wielkość przewiezionych ładunków przez Polskę stanowiła 17,5 proc. ogólnych przewozów Unii Europejskiej, zajmując dzięki temu pierwsze miejsce wśród krajów członkowskich. Tuż za nami są Niemcy i Hiszpania przekonuje Bartosz Najman, wiceprezes OCRK i Inelo.[3]

Rozwiązania telematyczne są doceniane przez większość przewoźników. Na przykład z badanie przeprowadzone przez Inelo, producenta inteligentnych rozwiązań dla transportu w tym GBOX,  wynika, że dzięki telematyce 53 proc. przedsiębiorców zauważyło znaczącą redukację pustych przebiegów, a połowa respondentów wzrost wykorzystania floty na poziomie 10-30 proc.

Oszczędność i komfort

Istotnym krokiem w stronę pełnej automatyzacji  branży transportowej są platformy cyfrowe, które mają wspierać pracę truckerów. Raport „Bariery w transporcie drogowym 2018”, wskazuje, że powszechniejsze zastosowanie automatyzacji w TSL pozwoli na redukcję kosztów i czasu potrzebnego do realizacji przewozów. Znaczącym krokiem dla Polski w tej sprawie było podpisanie Protokołu dodatkowego do Konwencji o umowie międzynarodowego przewozu drogowego towarów (CMR). W związku z tym, od 11 września Polska będzie stosować elektroniczny list przewozowy tzw. eCMR i dołączy tym samym do licznej grupy członków, którymi są m.in. Czechy, Dania, Turcja, Hiszpania, Bułgaria, Białoruś, Rumunia i Słowacja.

Sygnatariusze umowy mają nie tylko możliwość obniżenia kosztów przewozu towarów i skrócenia czasu wykonywania przesyłek. Elektroniczna forma listu jest też bezpieczniejsza w użyciu i łatwiejsza w przekazywaniu między poszczególnymi stronami zlecenia, niż jego papierowa wersja. Szacuje się, że przygotowanie eCMR zajmuje aż o 70 proc mniej czasu, niż jest to w przypadku wystawienia papierowego dokumentu. Stosowanie elektronicznego listu przewozowego przyczynia się w dużej mierze do zwiększenia potencjału i konkurencyjności polskiej gospodarki na rynku Unii Europejskiej. Pozwala też władzom na większe możliwości kontroli łańcucha dostaw, a to bardzo ważne, w przypadku przesyłek wrażliwych typu SENT, podlegających szczególnemu monitoringowi – wyjaśnia Łukasz Włoch z OCRK.

Ponadto od 2021 roku w Polsce ma obowiązywać nowy Krajowy System Poboru Opłat, który będzie umożliwiał płatności smartfonem. Opłaty pobierane będą za pomocą systemów satelitarnych, które pracują na podstawie nowoczesnych rozwiązań – 5G i Big Data. System ma być zintegrowany z innymi platformami w krajach UE. Ważną funkcją nowego rozwiązania jest możliwość przechowywania wrażliwych danych na terenie Polski, a tańsze opłaty i mniejsze ryzyko zatorów na bramkach mają niwelować dodatkowe problemy. Podobne systemy elektroniczne stosowane są od 2018 w Belgii, a także w Austrii, Hiszpanii, Portugalii, czy na Węgrzech.

Co dalej?

Wprowadzenie systemów elektronicznych w transporcie staje się powoli obowiązkiem. Europejskie Badanie Transportu Drogowego 2018 podaje, że ponad 2/3 przewoźników uważa, że biznes będzie się dalej rozwijał, tylko dzięki użytkowaniu systemów IT.[4] Stają się one jedyną szansą na ograniczanie zbędnych przerw i całkowite wykorzystanie pojazdów, bez pustych przebiegów. Ponadto pomogą w pełni zoptymalizować przestrzeń załadunkową dodaje Bartosz Najman, wiceprezes OCRK, Inelo. Zdecydowanie dużą rolę odegrają tu wydatki B2B na technologię i aplikacje oraz rozwiązania, bazujące na Internecie Rzeczy, które mają sięgać 250 mld euro. Wiodącą rolę w planowanym budżecie ma odgrywać transport i logistyka. Do 2020 roku nakład w tej branży ma stanowić 40 mld euro.[5]

[1] Raport OECD, ITF Transport Outlook 2017: https://read.oecd-ilibrary.org/transport/itf-transport-outlook-2017_9789282108000-en#page9, https://trans.info/pl/jaka-bedzie-struktura-transportu-towarowego-w-2050-roku-przewozy-drogowe-beda-rosly-137440

[2] Logistyka.net: https://www.logistyka.net.pl/aktualnosci/transport-i-spedycja/item/90004-digitalizacja-w-sektorze-transportowym-i-redukcja-emisji-co2

[3] Dane GUS Transport- wyniki działalności 2017: file:///C:/Users/Patrycja%20Jurek/Downloads/transport_wyniki_dzialalnosci_w_2017%20(4).pdf

[4] Europejskie Badanie Transportu Drogowego 2018: https://www.mercareon.com/fileadmin/Structure_images_TYPO3/files/Report/PL/Dostepnosc_Stawki_Technologia_Europejskie_Badanie_Transportu_Drogowego_2018_Raport_Transporeon.PDF

[5] Raport „B2B Global IoT Analysis” – Boston Consulting Group: http://spedycje.pl/logistyka/46426/5_trendow_ktore_zdominuja_transport_w_2019_roku.html

Ataki na rafinerie odbijają się na rynkach. Drożeje złoto, jen oraz waluty naftowe

Prezydent Donald Trump grozi odwetem po ataku na rafinerie w Arabii Saudyjskiej, a jego urzędnicy sugerują, że za sobotni atak odpowiedzialny jest Iran. Wydarzenia te wpłynęły bardzo negatywnie na produkcję, eksport i notowania ropy. Na starcie handlu ropa brent zaliczyła największy skok w historii, a rano notowania są nadal na około 10-procentowym plusie. Inne rynki również pozostają pod wpływem tych wydarzeń, gdyż wyeliminowały one około 5 procent globalnych dostaw ropy. Drożeje złoto, jen oraz waluty naftowe, a zniżkują kontrakty na indeksy giełdowe. Dla notowań kluczowe są  dwa pytania: jak szybko uda się przywrócić wydobycie oraz czy napięcie pomiędzy Iranem a USA zostanie złagodzone?

Sobotni atak spowodował wzrost cen ropy naftowej, a analitycy przewidują, że odczują to niemal wszystkie rynki. Zwłaszcza, że trwa „tymczasowe” wstrzymanie działalności dwóch zniszczonych zakładów. Według saudyjskiego ministerstwa energii wstrzymana produkcja to 5,7 mln baryłek ropy dziennie, co stanowi około 50 procent całkowitej produkcji koncernu Aramco, czyli 5 procent globalnej podaży na ten surowiec. Co prawda Arabia Saudyjska planuje zwiększyć produkcję o 30 procent, ale geopolityczna zawierucha zasiała na rynkach nerwowość.

Atak na Arabię Saudyjską skoncentrował na sobie uwagę inwestorów na początku tygodnia. Na otwarciu kurs ropy brent zanotował największy skok w historii. Obecnie baryłka wyceniana jest na 66,5 USD, co wciąż oznacza wzrost o ponad 10 procent, czyli najwięcej od 2008 r. Skokowy wzrost cen ropy to z jednej strony efekt fizycznego ograniczenia dostępności surowca, ale napędza go też ryzyko związane z konfliktem na Bliskim Wschodzie. Napięcie geopolityczne przekłada się na wzrost cen złota o 1 proc. Kurs ponownie znalazł się nad poziomem 1500 USD za uncję, co m.in. świadczy o tym, że inwestorzy zmierzają do bezpiecznych przystani.

Wpływ na inne rynki

Po ubiegłym, najgorszym tygodniu w tym roku jen zyskuje, o 0,5- 1 proc. spadają kontrakty na DAX i S&P500. EUR/USD tydzień zaczyna od pogłębienia korekty czwartkowych zwyżek i powrotu do 1,1070. USD/JPY cofa się pod 108,00. Dobrze radzą sobie waluty naftowe: NOK i CAD. Futures na DAX w poniedziałek rano jest 0,8 proc. pod kreską, kontrakt na S&P500 obniża się 0,5 proc. i schodzi pod 3000 pkt.

W całym tygodniu rynek najbardziej wyczekuje na środowe posiedzenie Fed. Ponadto rynki nieustannie analizują wszystkie informacje dotyczące wojen handlowych. Skoro przez ostatnie dziesięć dni na rynku panował optymizm, że porozumienie jest nie tylko możliwe, ale też całkiem bliskie, to teraz pora na zaognienie sporu? – Zalecamy sceptyczny osąd zarówno sytuacji wokół wojen handlowych, jak również brexitu. Przekłada się to na ostrożne podejście do możliwości kontynuacji umocnienia przez funta, jak również na wprost negatywne nastawienie do walut Antypodów – mówi kierownik Departamentu TMS Brokers Bartosz Sawicki i dodaje, że gwałtowne zmiany notowań na giełdach naftowych przełożą się na wzrost cen na hurtowym rynku paliw w Polsce.

Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Ocena skutków przetwarzania – komentarz do komunikatu PUODO

W dniu 17 lipca 2019 r. Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych opublikował komunikat zawierający wykaz rodzajów operacji przetwarzania danych osobowych wymagających oceny skutków przetwarzania dla ich ochrony. To bardzo istotny dokument, ponieważ przedsiębiorcy, którzy przetwarzają dane w sposób wskazany w wykazie, będą zobligowani do wykonania oceny skutków przetwarzania danych dla ich ochrony. Jej brak może zostać uznany za naruszenie RODO i obarczony sankcją.

Dlaczego trzeba wykonać ocenę ryzyka?

Właściwa ocena ryzyka jest podstawowym założeniem RODO. Konstrukcja tego aktu jest właściwa dla nowych trendów w zakresie stanowienia prawa w ramach Unii Europejskiej. Zgodnie z tymi trendami nowe akty prawne przede wszystkim przedstawiają skutek, jaki musi zostać osiągnięty przez adresata normy (w tym przypadku – przedsiębiorców) i na niego przerzuca obowiązek zapewnienia zgodności z zasadami wynikającymi z aktu. W przypadku RODO podstawowym obowiązkiem Administratora danych jest zapewnienie zgodności z przepisami Rozporządzenia, tj. przetwarzanie danych w zgodzie z przepisami prawa.

Jedną z norm wynikających z RODO jest konieczność wykonania w pewnych sytuacjach przez Administratorów danych oceny skutków przetwarzania dla ich ochrony. Ocena skutków przetwarzania dla ich ochrony to swoiste podsumowanie (liczbowe, opisowe) danego rodzaju przetwarzania danych przygotowane przez przedsiębiorcę. Taka ocena musi zawierać „systematyczny opis planowanych operacji przetwarzania i celów przetwarzania, w tym, gdy ma to zastosowanie – prawnie uzasadnionych interesów realizowanych przez administratora, ocenę, czy operacje przetwarzania są niezbędne oraz proporcjonalne w stosunku do celów, ocenę ryzyka naruszenia praw lub wolności osób, których dane dotyczą, środki planowane w celu zaradzenia ryzyku, w tym zabezpieczenia oraz środki i mechanizmy bezpieczeństwa mające zapewnić ochronę danych osobowych i wykazać przestrzeganie RODO, z uwzględnieniem praw i prawnie uzasadnionych interesów osób, których dane dotyczą, i innych osób, których sprawa dotyczy”.

Kiedy ocena skutków?

Co do zasady wykonanie takiej oceny jest obowiązkowe, „jeżeli dany rodzaj przetwarzania danych – w szczególności z użyciem nowych technologii – ze względu na swój charakter, zakres, kontekst i cele z dużym prawdopodobieństwem może powodować wysokie ryzyko naruszenia praw lub wolności osób fizycznych”. Oznacza to, że nie każdy rodzaj przetwarzania danych (nie każda operacja przetwarzania) będzie wymagał wykonania oceny skutków przetwarzania dla ochrony danych, a jedynie te, które mogą powodować wysokie ryzyko naruszenia praw lub wolności osób fizycznych. Nasuwa się w tym momencie oczywiste pytanie, skąd przedsiębiorca ma wiedzieć, że dany rodzaj przetwarzania może powodować wysokie ryzyko naruszenia praw lub wolności osób fizycznych, co będzie obligować go do wykonania oceny skutków przetwarzania danych dla ich ochrony?

RODO wskazuje trzy kategorie rodzajów przetwarzania, które obligatoryjnie wymagają wykonania oceny skutków przetwarzania danych dla ich ochrony. Są to przypadki, w których dokonuje się „(a) systematycznej, kompleksowej oceny czynników osobowych odnoszących się do osób fizycznych, która opiera się na zautomatyzowanym przetwarzaniu, w tym profilowaniu, i jest podstawą decyzji wywołujących skutki prawne wobec osoby fizycznej lub w podobny sposób znacząco wpływających na osobę fizyczną, (b) przetwarzania na dużą skalę szczególnych kategorii danych osobowych lub danych osobowych dotyczących wyroków skazujących i naruszeń prawa lub (c) systematycznego monitorowania na dużą skalę miejsc dostępnych publicznie”.

Wpływ komunikatu PUODO na przedsiębiorców

Uzupełnieniem rodzajów operacji przetwarzania danych, które będą wymagały wykonania przez Administratorów oceny skutków przetwarzania danych dla ich ochrony, jest wykaz opublikowany przez Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Wykaz jest dużo bardziej szczegółowy i obszerniejszy niż wskazania zawarte w RODO. Nie stanowi on jednak katalogu zamkniętego sytuacji, w których wykonanie oceny skutków jest obligatoryjne – należy bowiem pamiętać, że Administrator danych ma obowiązek zawsze wykonać ocenę skutków, jeżeli dany rodzaj przetwarzania danych może powodować wysokie ryzyko naruszenia praw lub wolności osób fizycznych. Wykaz przygotowany przez PUODO ma charakter uzupełniający – tj. Administratorzy, którzy przetwarzają dane w sposób, który znajduje się w wykazie, mogą być pewni, że wykonanie oceny skutków przetwarzania danych dla ich ochrony będzie w tym przypadku obowiązkowe.

Szczególnie istotne w wykazie są pozycje, które mogą odnosić się do bardzo wielu podmiotów przetwarzających dane w podobny sposób. Przykładowo przetwarzanie danych w systemach monitorowania czasu pracy pracowników oraz wykorzystanych przez nich narzędzi (poczty elektronicznej, Internetu) zostało objęte obowiązkiem wykonania oceny skutków. Oznacza to, że takiej oceny będzie musiała dokonać większość pracodawców, bowiem systemy monitorowania czasu pracy oraz wykorzystania sprzętu służbowego są dziś powszechne.

Co robić?

Administratorzy powinni zweryfikować, czy sposób, w jaki przetwarzają dane, znajduje się w wykazie. Ci, którzy przetwarzają dane w inny sposób, powinni zweryfikować, czy ich sposób przetwarzania nie powoduje wysokiego ryzyka naruszenia praw lub wolności osób fizycznych. Niewykonanie oceny skutków, w sytuacji, gdy powinna ona być wykonana lub niewłaściwe wykonanie takiej oceny może zostać uznane za naruszenie RODO, a co za tym idzie, być obarczone dotkliwą karą finansową.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Dlaczego jednostki samorządowe są atrakcyjnym celem dla cyberprzestępców?

Skutki współczesnych cyberataków mogą być odczuwane nie tylko w wymiarze finansowym. W przypadku naruszenia bezpieczeństwa IT w samorządach wykradzione mogą zostać wrażliwe dane osobowe obywateli. Jest to poważne wyzwanie dla osób odpowiedzialnych za cyberbezpieczeństwo w samorządach, które nie dość, że muszą sprostać rygorystycznym wymogom w zakresie bezpieczeństwa danych, to jeszcze zazwyczaj funkcjonują w ramach poważnie ograniczonego budżetu.

Samorządy jako źródło danych

Od jednostek samorządu terytorialnego oczekuje się coraz bardziej efektywnego świadczenia usług, w związku z czym rozbudowują one swoją infrastrukturę technologiczną i zakres usług oferowanych online. Powoduje to, że środowiska IT w urzędach rozwijają się, a ich złożoność rośnie. W efekcie urzędy zbierają, przechowują i przetwarzają coraz więcej wrażliwych danych obywateli.

Powiększenie zakresu ataków

Wiele samorządów oferuje obecnie usługi za pośrednictwem aplikacji mobilnych lub internetowych i wykorzystuje środowiska chmurowe. Cyfryzacja niesie ze sobą jednak poważne wyzwania: infrastruktury IT są coraz bardziej rozproszone i niejednorodne, a w konsekwencji zakres możliwego do przeprowadzenia ataku staje się odpowiednio większy. Jednocześnie działy IT mają trudności z utrzymaniem odpowiedniej widoczności i kontroli w tych zróżnicowanych środowiskach. Pod wieloma względami stwarza to idealną sytuację dla cyberprzestępców, a możliwości władz lokalnych w zakresie obrony, reagowania i naprawy nie zawsze są wystarczające.

Największe wyzwania

Eksperci Fortinet wskazują, że pierwsze z nich to przede wszystkim limity budżetowe. Samorządy lokalne często dysponują bardzo ograniczonymi zasobami. Nierzadko posiadają one starszy sprzęt lub oprogramowanie. W dodatku na rynku pracy specjaliści od bezpieczeństwa IT są w ogóle trudno dostępni, a ich wynagrodzenia wysokie. W tej sytuacji urzędy nie mają szans na ściągnięcie do siebie odpowiednio wykwalifikowanego personelu.

W wyniku braku specjalistów oraz zaniedbywania szkoleń dla pracowników w zakresie cyberhigieny, samorządy stają się łatwym celem dla oprogramowania typu ransomware, które najpierw szyfruje dane na zainfekowanym urządzeniu, a następnie żąda wpłacenia okupu w zamian za ich odblokowanie. Istnieje przy tym widoczny trend: hakerzy odchodzą od masowych ataków na wszystkich. W zamian przeprowadzają oportunistyczne, celowane, poprzedzone odpowiednim rozpoznaniem ataki na instytucje, które są postrzegane jako mające zdolność lub motywację do zapłacenia okupu.

Potrzebne są prostsze rozwiązania

Aby samorządy lokalne i gminy mogły dalej rozwijać swoje cyfrowe usługi bez ryzyka dla bezpieczeństwa danych, osoby za nie odpowiedzialne muszą określić potrzeby i wdrożyć rozwiązania, które umożliwią im jak najlepsze wykorzystanie ograniczonych zasobów.

Jolanta Malak, regionalna dyrektor Fortinet w Polsce
Jolanta Malak, regionalna dyrektor Fortinet w Polsce

– Warto w tym celu stosować zintegrowane rozwiązania ochronne, które są bardziej efektywne kosztowo oraz łatwiejsze do wdrażania i administrowania, niż zatrudnienie grona ekspertów odpowiedzialnych za ochronę środowiska IT. Jeśli wszystkimi elementami infrastruktury można zarządzać za pomocą centralnego interfejsu, godziny pracy przeznaczone na zabezpieczanie są znacząco redukowane, a koszty mogą być znacznie niższe – mówi Jolanta Malak, dyrektor Fortinet w Polsce.

Otwarta bankowość stała się faktem, a wraz z nią nowe wyzwania dla rynku

Polacy tęsknią za przejrzystością gotówki w portfelu, ale potrzebują czasu i polityki małych kroków, aby, dla wygody, dać kredyt zaufania stronom trzecim powierzając im swoje dane. Banki poszukują sposobu na zagospodarowanie nowego obszaru działania po wejściu w życie PSD2 czując, że stopniowo konkurencja ze strony podmiotów niebankowych będzie tu rosła. Wygrają ci, którzy zapewnią klientom większe poczucie komfortu i pozytywne doświadczenia.

Od 14. września funkcjonujemy w nowej rzeczywistości otwartej bankowości. Pojawienie się drugiej dyrektywy w sprawie usług płatniczych (PSD2) wspiera jeszcze mocniejszą koncentrację banków w relacji z klientem, co w efekcie będzie korzystne dla obu stron. Jednak wygląda na to, że jedni i drudzy będą potrzebowali trochę czasu i kredytu zaufania, aby nowe przepisy dały spodziewany efekt.

Ewolucja oferty banków

Jak pokazał raport KPMG przygotowany na zlecenie Związku Banków Polskich [1], ponad 1/3 polskich bankowców postrzega PSD2 jako szansę na rozwój oferty bankowej. Nieco mniej, bo 26% widzi zagrożenia dla banków wynikające przede wszystkim z rosnącej konkurencji ze strony firm takich, jak Google, Facebook, Amazon. Bankowcy czują, że muszą szybko wypracować ciekawe z punktu widzenia doświadczeń klientów rozwiązania, żeby w dłuższej perspektywie nie pożegnać się z częścią z nich. W pierwszym kroku przedstawiciele branży widzą konieczność wypracowania standardów API. Nikt nie spodziewa się, że wielka zmiana odbędzie się faktycznie z dnia na dzień.

Kwestia zaufania – podstawowy czynnik rozwoju otwartej bankowości

Tomasz Rokita, odpowiadający w Diebold Nixdorf za sektor bankowy
Tomasz Rokita, odpowiadający w Diebold Nixdorf za sektor bankowy

Największego potencjału rozwoju upatruje się w aplikacjach pozwalających sprawnie zarządzać środkami zlokalizowanymi na wielu kontach. Jedna historia i jeden interfejs dla całego wirtualnego majątku będą wymagały jednej, kluczowej wartości: kredytu zaufania dla stron trzecich. To im bowiem klient ma powierzyć swoje dane. – Tomasz Rokita, odpowiadający w Diebold Nixdorf za sektor bankowy.

I tu dziś banki mają przewagę nad innymi podmiotami ciesząc się większym kredytem zaufania i dając konsumentom poczucie bezpieczeństwa. Mimo wszystko z danych KPMG wynika, że jedynie 25% respondentów byłoby skłonnych przekazać bankowi dane do logowania do innego baku, a 32% – historie transakcji. Mimo wszystko banki są jak na razie mocno przed potencjalną konkurencją jeżeli chodzi o poziom zaufania.

Z czasem sytuacja ta się będzie jednak zmieniać. Jeszcze dwa lata temu klienci niezbyt chętnym okiem patrzyli na dzielenie się swoimi danymi z instytucjami innymi niż banki. W 2017 r. Accenture przebadało 2 000 Brytyjczyków — czyli uczestników rynku, który PSD2 zaabsorbował mimo zbliżającego się Brexitu najszybciej — by stwierdzić, że ponad dwie trzecie z nich nie chce podzielić się swoimi danymi z kimś innymi niż bank. Ponad połowa stwierdziła wprost, że nie zamierza zmienić swoich finansowych zwyczajów i zaakceptować otwartej bankowości.

Dane Accenture pokazują, że czas i korzyści czynią nas bardziej liberalnymi. 81% spośród 47 000 respondentów z 28 przebadanych krajów stwierdziło, że chętnie podzieli się z bankami dodatkowymi danymi, jeśli przyspieszy to formalności kredytowe (które zresztą ma przyspieszyć PSD2).

Cyfrowe ryzyka

Rozwiązanie oparte na połączonym zarządzaniu finansami w połowie ubiegłego roku wprowadził na brytyjskim rynku bank HSBC. Usługa Connected Money zintegrowała na jednej platformie rachunki bieżące, konta oszczędnościowe, kredyty hipoteczne, pożyczki i karty płatnicze 21 banków, włączając w to Santader, Lloyds i Barclays. Aplikacja oferuje również analizę wydatków, pokazuje ile pozostanie środków po opłaceniu rachunków i umożliwia wewnętrzne przesyłanie informacji celem lepszego wglądu w finanse.
Ten sam bank w listopadzie 2018 roku przyznał, że na amerykańskim rynku doświadczył incydentu naruszenia bezpieczeństwa danych. W jego wyniku nieautoryzowany użytkownik mógł uzyskać dostęp m.in. do nazwisk, adresów, telefonów, numerów kont, typów kont i historii transakcji osób, których liczba pozostała nieujawniona.

Jak można zapewnić większe bezpieczeństwo danych? Na rynku pojawiło się na przykład ciekawe rozwiązanie – HAT. Jest to rodzaj mikroserwera, na którym można przetrzymywać swoje dane osobowe i udzielać do nich dostępu stronom trzecim. Można również udostępniać zestawy danych lub wpuścić na serwer samouczącego się bota, który będzie przygotowywał analizy tych danych. Dostarczycielem takiego rozwiązania może być właśnie bank. W ten sposób instytucja nie będzie samodzielnie przetwarzała danych osobowych klientów i pośredniczyła w ich przekazywaniu stronom trzecim. Sami użytkownicy staną się ich administratorami.

Jedno jest pewne: otwarcie bankowości to kolejny impuls dla banków, aby holistycznego podejść do tematu doświadczenia konsumenta, tego, co my nazywamy cyfrową bliskością — bez względu na to, czy chodzi akurat o obsługę on-line czy off-line. Osobną kwestią jest zapewnienie odpowiednich zabezpieczeń i ustanowienie jednolitych standardów dla aplikacji, takich, aby klient mógł być pewny pieniędzy na koncie tak, jak gotówki w portfelu. – Tomasz Rokita, odpowiadający w Diebold Nixdorf za sektor bankowy

[1] PSD2 i Open Banking, Ewolucja czy rewolucja? KPMG, Marzec 2019

Prosta spółka akcyjna – nowa spółka kapitałowa od 2020 r.

Do kodeksu spółek handlowych została wprowadzona nowa spółka. Celem było stworzenie spółki dla start-upów technologicznych i pobudzenie polskiego ekosystemu start-upów. Prosta spółka akcyjna niewiele zmieni, bo potrzebują one ułatwień w dopływie kapitału

Zmiana wejdzie w życie z dniem 1 marca 2020, a pozytywy wprowadzenia prostej spółki to: szybka rejestracja elektroniczna, kapitał podstawowy w wysokości 1 zł, przenoszenie udziałów bez konieczności notaryzowania podpisów (wystarczy zwykła forma dokumentowa), uproszczony elektroniczny rejestr akcjonariuszy, w tym na blockchainie, podejmowanie uchwał w formie elektronicznej.

Są rozwiązania, które tworzą z PSA dobry model prawny pod kątem zakładania start-uów i uzyskiwania zewnętrznego finansowania od aniołów biznesu czy funduszy. To obejmowanie akcji na pracę i usługi, warunkowa emisja akcji, czyli wprowadzenie do polskiego prawa vestingu typowego w rundach finansowania dla star-upów, mechanizm przeciwdziałający osłabieniu prawa głosu akcji założycielskich przy kolejnych emisjach. To także rada dyrektorów składają się z dyrektorów wykonawczych (którymi zazwyczaj są założyciele) oraz nie wykonawczych, sprawujących nadzór nad działalnością spółki, których powołać może chcieć inwestor.

– Rozwiązania, które wprowadza do polskiego prawa prosta spółka akcyjna zmniejszają czas i koszty związane z prawno-korporacyjnymi aspektami prowadzenia działalności gospodarczej i szkoda, że ustawodawca nie poszedł o krok dalej, a raczej krok do tyłu i nie wprowadził ich do polskiego systemu poprzez reformę i uproszenie spółki z ograniczona odpowiedzialnością – mówi w rozmowie z MarketNews24 Aleksandra Polak, adwokat w Zięba&Partners. – Po to, żeby zakładanie i prowadzenie biznesu było proste dla każdego przedsiębiorcy, nie tylko tych planujących przedsięwzięcia technologiczne. Zakładam, że z uwagi na zalety PSA, wiele osób wybierze PSA w celu prowadzenia niekoniecznie strat-upów czy spółek technologicznych, ale bardziej tradycyjnej działalności.

Prosta spółka akcyjnaProsta spółka akcyjna jest bardzo dobrym rozwiązaniem, ale czy sprawi, że przedsiębiorcy z innych krajów będę rejestrować spółki w Polsce i czy pobudzi polski ekosystem start-upów? Niestety, sama zmiana kodeksu spółek handlowych nie wystarczy. Ekosystem to nie tylko uwarunkowania regulacyjne i prawne, ale dostęp do kapitału, innowacyjność gospodarki, poziom nauki, liczba utalentowanych pracowników oraz otwartość na cudzoziemców. Te wszystkie czynniki muszą zaistnieć razem, aby powstał prężny ekosystem, przyciągający innowacyjnych przedsiębiorców z innych krajów, jak ekosystem w Londynie czy Berlinie, czy wschodzące ekosystemy startupów w Amsterdamie czy Sztokholmie.

Niektóre z wymienionych elementów ekosystemu nie da się wprowadzić jedną reformą, wymagają szerokich zmian systemowych i kulturowych, związanych np. z promowanie przedsiębiorczości i innowacyjności a także podejmowania ryzyka. Pod tym kątem należałoby programy w szkołach i na studiach i wspierać tworzenie akceleratorów start-upów na uczelniach.

Odrębnym elementem jest sam poziom i innowacyjność polskich uniwersytetów i atrakcyjność pracy dla nich dla polskich i zagranicznych naukowców. Tutaj ustawodawca też ma możliwości oddziaływania poprzez łączenie systemu punktowy dla naukowych i dotacje powinny bardziej zależeć od komercjalizacji badań.

– Głównym problemem polskich przedsiębiorców nie jest to czy spółkę zakłada się 24 godziny czy dwa tygodnie, ale czy dostaną finansowanie na rozwój prototypu, zbudowanie infrastruktury, algorytmu, zatrudnienie pracowników i marketing – komentuje A.Polak z kancelarii Zięba&Partners.

W Polsce jest niewielu aniołów biznesu i funduszy venture capital. Ustawodawca może pobudzić przypływ finasowania dla start-upów, wspierając inwestowanie funduszy inwestycyjnych w startupy i wprowadzając ulgi podatkowe w podatku dochodowym i podatku od zysków kapitałowych.

W najbardziej rozwiniętym europejskim ekosystemie, czyli w Londynie, działają Enterprise Investment Scheme i Seed Enterprise Investment Scheme, które w znacznym stopniu przyczyniły się do wzrostu finansowania dla brytyjskich start-upów w bardzo wczesnym okresie wzrostu, na poziomie samego pomysłu na biznes. W ramach samego SEIS w latach 2017-2018 w brytyjskie start-upy zainwestowana 189 miliardów funtów.

Takich rozwiązań w Polsce jeszcze nie ma. Polski ustawodawca zauważył potrzebę pobudzenia ekosystemu start-upów, co z kolei przyczyniłoby się i do wzrostu PKB i do wzrostu zatrudnienia. Natomiast sama prosta spółka akcyjna, która wprowadza bardzo dobre i bardzo potrzebne rozwiązania do polskiego prawa, nie przyczyni się do wzrostu atrakcyjności polski na mapie hubów start-upów. Do tego potrzebne jest przede wszystkim zwiększenie dostępnego finansowania od aniołów biznesu i funduszy venture capital, podnoszenie innowacyjności polskiej nauki i większej komercjalizacji badań.

Polacy nie są gotowi udostępniać swoich danych. Ale i tak je udostępniają

Większość Polaków nie zna pojęcia fintech. Nie wie też, że nowe przepisy umożliwiają licencjonowanym podmiotom pobieranie za ich zgodą danych z konta bankowego czy wykonywanie w ich imieniu transakcji. Dynamika zmian wydaje się jednak jednoznaczna. Choć nie jesteśmy entuzjastycznie nastawieni do niebankowych usług finansowych, to coraz rzadziej mówimy im zdecydowane “nie” – wynika z badania Autopay Research “Podejście do fintechu 2019”.

W 2019 r., identycznie jak przed rokiem, zaledwie 7 proc. badanych Polaków jest gotowych skorzystać z usług finansowych od niefinansowych instytucji. Zdecydowanie bardziej otwarci na takie usługi są młodsi respondenci (czyli osoby do 44. roku życia) niż starsi – odpowiednio 11 proc. i 4 proc. wskazań.

Polacy nie są gotowi udostępniać swoich danych. Ale i tak je udostępniają

Polacy nie są gotowi udostępniać swoich danych. Ale i tak je udostępniają 2

Sebastian Ptak, prezes zarządu Blue Media
Sebastian Ptak, prezes zarządu Blue Media

– Usługi fintech w Polsce cieszą się szybko rosnącą popularnością i nieprzerwanie zwiększają swój udział w rynku. Faktyczny odsetek osób korzystających – i gotowych skorzystać z usług fintechów – może być jednak większy niż deklarowany w badaniu, ponieważ spora część klientów nie zdaje sobie sprawy, że już teraz korzysta z usług takich firm. Weźmy choćby pod uwagę płatności elektroniczne, za pomocą których opłacamy zakupy w internecie, a które są obsługiwane przez fintechy, takie jak Blue Media albo kantory online czy karty wielowalutowe, które oferuje choćby Revolut. Klienci, którzy jawnie deklarują przywiązanie do tego typu usług, chwalą je sobie ze względu na szybkość i wygodę. Banki są z kolei obdarzane od lat bardzo wysokim poziomem zaufania. Fintechy i banki ucząc się od siebie – te pierwsze przynosząc ciekawe pomysły, a te drugie pokazując jak skalować biznes – budują w Polsce już całkiem sprawny ekosystem – komentuje Sebastian Ptak, Prezes Zarządu spółki finansowo-technologicznej Blue Media.

Z raportu Autopay Research wynika, że bezpieczeństwo usług jest zdecydowanie najważniejszym czynnikiem branym pod uwagę przy korzystaniu z usług finansowych i płatniczych. Silnie związany z tym jest też kolejny element –  zaufanie do instytucji oferującej takie usługi. Dopiero później analizowane są takie kwestie jak cena i wygoda korzystania.

Wiek – tak. Rodzina – nie. Jakie dane udostępniamy?

W ciągu ostatnich lat Polacy w coraz większym stopniu są skłonni do udostępniania podmiotom finansowym swoich danych osobowych. Jeszcze w 2016 r. ponad połowa respondentów deklarowała, że nie jest gotowa udostępnić żadnych danych osobowych w celu otrzymania korzystniejszej oferty. W 2019 r. już tylko 17 proc. ma jakiekolwiek wątpliwości w kwestii przekazywania swoich danych.
Oprócz tak standardowych informacji jak wiek czy miejsce zamieszkania, respondenci coraz chętniej dzielą się informacjami o swoich zainteresowaniach. Tematem tabu pozostaje nadal rodzina (5 proc.) oraz dane bankowe (1 proc.).

Polacy nie są gotowi udostępniać swoich danych. Ale i tak je udostępniają 3Co mówią o nas wyciągi bankowe?

Warto jednak zauważyć, że na bardziej sprecyzowane pytanie, czy byliby gotowi udostępnić licencjonowanemu podmiotowi, legalnie działającemu w UE, swoje dane logowania do banku w celu uzyskanie korzyści przy dokonywaniu płatności, swoją zgodę wyraziło już 11 proc. badanych. Nowe przepisy unijnej dyrektywy PSD2, które weszły w tym roku w życie, pozwalają bowiem wybranym instytucjom na przetwarzanie informacji zawartych w historii rachunku bankowego.

Polacy nie są gotowi udostępniać swoich danych. Ale i tak je udostępniają 4

 Wyciąg bankowy to bezcenne źródło informacji o nas – mówi nie tylko za co płacimy, ale także gdzie płacimy. Z rachunku bankowego można dowiedzieć się, jaki jest stan naszego zdrowia oraz jakiego rodzaju restauracje preferujemy. Są to informacje bezcenne dla wielu podmiotów na rynku. Dzięki tym informacjom można stworzyć bardzo dokładny profil klienta. Niemniej – aby instytucja finansowa mogła się z tymi informacjami zapoznać – potrzebuje naszej zgody. Zgoda ta musi być świadoma i wyraźna, a także nie można jej wymusić – podkreśla Tomasz Klecor, partner w kancelarii prawnej Legal Geek.

Znacznie chętniej podzielilibyśmy się informacjami o swoim koncie bankowym z operatorem płatności, innym bankiem czy sklepem internetowym niż z globalną spółką technologiczną.

– Tymczasem w praktyce ta globalna spółka technologiczna najczęściej nie potrzebuje od nas dostępu do rachunku bankowego. Swoją prywatność sprzedaliśmy jej już dawno, np. udostępniając informacje o lokalizacji naszego telefonu komórkowego czy korzystając z „darmowej” skrzynki e-mail – zauważa Tomasz Klecor.


Raport “Podejście do fintechu 2019” jest częścią większego badania Autopay Research “Innowacje finansowe 2019”, zrealizowanego metodą CAWI (internetowe wywiady) przez agencją badawczą Satisface na grupie 1109 respondentów. Autopay Research to marka należąca do Blue Media.

Leasing czy wynajem długoterminowy, a może średnioterminowy?

Używać, czy posiadać? Dla młodych ludzi korzystających z hulajnóg elektrycznych lub aut na minuty jest oczywiste, że w dzisiejszych czasach nie muszą mieć, aby używać. Powoli przekonują się do tego także firmy. Gdy potrzeba dodatkowych samochodów, można je po prostu wynająć.

W dużych polskich miastach elastyczna mobilność stała się faktem. Coraz więcej ludzi każdego dnia przekonuje się, że doraźne potrzeby związane z przemieszczaniem się bez obaw można zaspokoić za sprawą wypożyczanych rowerów, hulajnóg lub samochodów. Korzyści z elastycznych form wynajmu dostrzegają także firmy, dla których liczy się przede wszystkim dostęp do środka transportu wtedy, gdy jest potrzebny. Ważna jest możliwość korzystania z samochodu, a nie to, kto formalnie jest jego właścicielem.

Leasing czy wynajem?

Firmy najczęściej decydują się na leasing, w ramach którego koszt zakupu auta rozkładany jest zazwyczaj na okres od 24 do 60 miesięcy. Na koniec pojazd można zwrócić lub wykupić – często za kwotę stanowiącą 1% początkowej ceny pojazdu. Istnieją jednak alternatywy dla takiej formy finansowania.

Dziś najpopularniejszą z nich jest wynajem długoterminowy, który najczęściej trwa od 24 do 48 miesięcy. Miesięczny czynsz może być wtedy niższy niż w leasingu, a opłaty wliczone w cenę mogą obejmować m.in. serwis i ubezpieczenie pojazdu. Gdy okres wynajmu dobiega końca, samochód najczęściej jest zwracany, a firma rozpoczyna wynajem kolejnego, nowego samochodu. Dzięki temu firmowa flota może składać się z aut nie starszych niż 2- lub 3-letnie.

Ale nie każdy ma świadomość istnienia jeszcze jednej opcji – jest nią wynajem średnioterminowy, który może obejmować okresy od 1 do 23 miesięcy. To bardzo dobre rozwiązanie dla firm, które potrzebują auta na dłużej niż na kilka dni (a więc wynajem krótkoterminowy nie jest dla nich), ale nie chcą podejmować się długoterminowych zobowiązań. Najczęstsze okresy takich wynajmów to 3-6 miesięcy.

– Każdy rodzaj wynajmu będzie najkorzystniejszy w innej sytuacji. W ramach naszej oferty klient może wybierać pomiędzy wynajmem krótkoterminowym, średnioterminowym oraz długoterminowym. Dodatkowo, po podpisaniu umowy ramowej, kolejne wynajmy mogą następować szybciej i bez zbędnych formalności – mówi Ireneusz Tymiński, prezes ogólnopolskiej wypożyczalni samochodów Emotis.

Dla kogo wynajem średnioterminowy?

Jeśli porównamy koszty, to zapewne nie będzie zaskoczeniem, że w przeliczeniu na jedną dobę, wynajem krótkoterminowy okaże się najdroższy, a wynajem długoterminowy najtańszy. Koszt wynajmu średnioterminowego plasuje się pomiędzy nimi, co oznacza, że wynajem na miesiące nie jest alternatywą ani dla doraźnego zapotrzebowania  na samochód (np. na dobę lub kilka dni), ani dla długotrwałego wynajmu czy leasingu. Jest to po prostu rozwiązanie, które odpowiada na inne potrzeby i sprawdza się w innych sytuacjach.

Wynajem średnioterminowy to najlepsze rozwiązanie, jeśli firma potrzebuje dodatkowych samochodów na jeden lub kilka miesięcy. A tak właśnie może się zdarzyć, jeśli firma realizuje kilkumiesięczny projekt, który wiąże się z częstymi wyjazdami. Projekt może być realizowany zarówno przez pracowników, którzy na co dzień nie potrzebują aut służbowych (lub korzystają z aut „poolowych” – wspólnych dla wszystkich pracowników), jak i przez osoby zatrudnione na czas określony. Jeśli projekt ma być realizowany np. przez 6 miesięcy, nie ma potrzeby, by podpisywać umowę leasingową na minimum rok. Z kolei wynajem krótkoterminowy mógłby okazać się zbyt kosztowny. Wypożyczenie auta na średni termin, w tym przypadku na pół roku, będzie więc idealnym rozwiązaniem.

Inny przykład. Firma zatrudnia nowego menedżera, a jednym z uzgodnionych warunków umowy jest samochód służbowy. Najpierw jednak podpisywana jest umowa na okres próbny, a dopóki nie ma pewności, że zostanie ona przedłużona, nie ma powodów, aby pracodawca podpisywał nową umowę leasingową. Dla firmy korzystniej będzie wynająć auto np. na okres 3 miesięcy, a dopiero wtedy, gdy menedżer spełni oczekiwania, zdecydować się na leasing.

Wynajem na średni termin sprawdzi się także wtedy, gdy firma oczekuje na już zamówiony nowy samochód z salonu (realizacja zamówienia może trwać nawet kilka miesięcy) oraz wtedy, gdy auto firmowe czeka w serwisie na poważną naprawę (np. po wypadku).

Elastyczna flota

W wielu przedsiębiorstwach zapotrzebowanie na samochody nie jest jednakowe przez cały rok. W średniej lub dużej firmie wskazane jest utrzymywanie pewnej minimalnej floty, która zaspokoi potrzeby transportowe w tych okresach, w których wyjazdów jest najmniej. Utrzymywanie większej liczby samochodów nie będzie jednak miało uzasadnienia, jeśli niektóre pojazdy przez znaczną część roku będą stały nieużywane, generując koszty, ale nie zarabiając. W miesiącach wzmożonego zapotrzebowania na transport, można posiłkować się wynajmem średnioterminowym, dzięki czemu przedsiębiorstwo będzie ponosiło koszty tylko wtedy, gdy faktycznie korzysta z aut.

– W przypadku wynajmu średnioterminowego najczęściej nie jest wymagana opłata wstępna. Obowiązuje jedynie miesięczna kaucja. Limity kilometrów mogą natomiast zostać elastycznie ustalone pomiędzy wypożyczalnią a klientem – mówi Ireneusz Tymiński. – W ramach wynajmu średnioterminowego nasi klienci otrzymują samochody nowe, objęte nie tylko serwisem i ubezpieczeniem, ale także usługą assistance – podkreśla.

Ciekawą opcją jest możliwość podpisania umowy na wynajem elastyczny. Na jej podstawie firma będąca klientem zobowiązuje się do wypożyczenia samochodu na co najmniej 3 miesiące, jednak po tym okresie umowa może być w dowolnym momencie zakończona, bez dodatkowych opłat ani kar umownych. Dzięki temu korzystanie z wynajmu średnioterminowego może być jeszcze wygodniejsze.

Rynek biur elastycznych w Warszawie rośnie w siłę

W ciągu dwóch najbliższych lat w Warszawie powstanie aż 18,6 tys. stanowisk pracy do wynajęcia, a powierzchnia co-workingowa prawie się podwoi – wynika z raportu CBRE „Rynek biur elastycznych w Polsce 2019”. Już teraz, w stolicy udział powierzchni elastycznej w łącznym zasobie biurowym wynosi aż 2,5%. To oznacza, że Warszawa przegoniła m.in. Barcelonę (biura elastyczne to 2% zasobów) czy Berlin (1,8%). Eksperci CBRE wskazują, że znaczenie elastycznych powierzchni biurowych będzie rosnąć, a obecność na polskim rynku dużych marek, jak WeWork, tylko umocni ten trend.

Pierwsze powierzchnie elastyczne zaczęły powstawać w Warszawie już w 2004 roku, jednak na prawdziwy boom musieliśmy poczekać aż dekadę. Dopiero w 2014 roku rynek znacznie urósł. W całej Polsce przybyło wtedy około 16,7 tys. mkw. elastycznej powierzchni biurowej, co było wzrostem o 51% w porównaniu rok do roku. Od tego momentu rynek nie zwalnia. W latach 2017-2018 wynajęto aż 94 tys. mkw. powierzchni biurowej przeznaczonej pod biura elastyczne. Było to oczywiście związane z pojawieniem się na polskim rynku i rozwojem takich marek jak m.in. WeWork, Rise, Regus czy rodzimy Business.Link – mówi Konrad Szaruga, ekspert ds. elastycznych powierzchni biurowych, CBRE.

Ćwierć miliona powierzchni elastycznej w Warszawie

Warszawski rynek elastycznej powierzchni biurowej pozostawia daleko w tyle polskie miasta regionalne. W 2019 roku podaż powierzchni elastycznej przekroczyła 150 tys. mkw. Dla porównania w Krakowie, który jest drugim w tej kategorii rynkiem, ta powierzchnia nie przekroczyła 40 tys. mkw.

Warszawę czeka też w najbliższym czasie co-workingowy boom. W ciągu dwóch lat w stolicy planowane jest dostarczenie aż 18,6 tys. nowych biurek do wynajęcia. W 2020 roku rynek przekroczy poziom 200 tys. mkw. elastycznej powierzchni biurowej, żeby w 2021 roku zbliżyć się do prawie 250 tys. mkw. Największą ekspansję na rynku planuje firma WeWork.

Warszawa co-workingowo wyprzedza Berlin i Barcelonę

W stolicy Polski przestrzeń elastyczna zajmuje aż 2,5% całkowitych zasobów biurowych. Więcej tego typu powierzchni znajduje się w Amsterdamie, bo aż 4,7% oraz w Brukseli – 2,8%. Warszawa przegania natomiast takie europejskie miasta jak Barcelona (2%) czy Berlin (1,8%).

Rynek elastycznej powierzchni biurowej będzie się umacniał zarówno w Warszawie jak i znaczących ośrodkach regionalnych jak Kraków, Trójmiasto, Wrocław czy Aglomeracja Śląska. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby udział biur elastycznych, w stosunku do całego rynku, wzrósł do poziomu 5% w najbliższych latach. Oczywiście ten trend jest mocno związany ze zmianami, jakie dokonują się geopolitycznie, jak i na rynku pracy. Zasoby świetnie wyszkolonych i zdolnych polskich profesjonalistów przyciągają inwestorów, zaś firmy już obecne na rynku zmuszone są walczyć o najlepszych pracowników. W tej sytuacji rozwiązania biur elastycznych, których jakość jest jedną z najwyższych w Europie, są atrakcyjne dla wielu klientów korporacyjnych, przedstawicieli segmentu MŚP oraz scale-up’ów – podsumowuje Konrad Szaruga, CBRE.

Split payment do poprawy. Prof. Witold Modzelewski o plusach i minusach MPP

Prof. Modzelewski
Prof. Witold Modzelewski, były wiceminister finansów

Eksperci twierdzą, że obowiązujący obecnie mechanizm podzielonej płatności (MPP) jest wadliwy. Nie zapewnia dostatecznych gwarancji uczciwym podatnikom, którzy zostali wplątani w oszustwo. To niewątpliwie największa słabość koncepcyjna. Nowe regulacje wejdą w życie już 1 listopada br. i będą krokiem w dobrym kierunku. Wówczas stanie się obowiązkowy dla 150 grup towarowych i usługowych. Według założeń, dochody państwa wzrosną z tego tytułu o ok. 9 mld złotych w skali roku. Jednocześnie znawcy tematu dodają, że obecny system mało daje przedsiębiorcom i ciąży im. A wkrótce zaczną narzekać ci, którzy do tej pory nie płacili VAT-u. O plusach i minusach MPP mówi prof. Witold Modzelewski, były wiceminister finansów i prezes Instytutu Studiów Podatkowych.

Od 1 lipca 2018 roku przy płatności za faktury VAT można stosować split payment. Czy to jest dobre rozwiązanie dla państwa i przedsiębiorców?

Prof. Modzelewski: Są różne warianty mechanizmu podzielonej płatności. I ten, który w Polsce wprowadzono w ubiegłym roku, ma widoczne wady. Przede wszystkim on nie daje podmiotom stosującym split payment, dostatecznych gwarancji bezpieczeństwa, jeśli zostaną nieświadomie wplątane w oszustwo. Może to nie jest błąd, a największa słabość koncepcyjna. Ona powoduje, że podatnicy bronią się przed tym rozwiązaniem. To jest brak wyobraźni twórców tego rozwiązania. A pierwotny projekt MPP, który powstał w 2015 roku, jednak przewidywał dostateczną ochronę podatnika.

W czym zatem tkwi problem?

Prof. Modzelewski: Podatnik, działający w dobrej wierze, może trafić na nieuczciwego sprzedawcę towarów lub dostawcę usług, który nie płaci podatków, nie ewidencjonuje faktur lub jest przysłowiowym „słupem”. Zastosowanie MPP zabezpiecza nabywcę przed tego rodzaju ryzykiem, gdy daje mu prawo do odliczenia, czego jednak nie zapewniają obowiązujące w Polsce przepisy. Miejmy jednak nadzieję, że prędzej czy później, słabość ta zostanie usunięta w dobrowolnej wersji MPP.

Ale przecież zapowiadane są zmiany od 1 listopada br. Czy zatem te regulacje zmierzają w odpowiednim kierunku?

Prof. Modzelewski: Zdecydowanie tak. W tym przypadku możemy stwierdzić, że jest to realizacja postulatu z 2015 roku, żeby mechanizmem objąć tzw. towary wrażliwe. To na pewno jest lepsze rozwiązanie, krok w dobrym kierunku, bo pojawia się obowiązek stosowania MPP. On dotyczy 150 grup towarowych i usługowych, takich jak m.in. wyroby ze stali, metale szlachetne, metale kolorowe, złom, surowce wtórne, elektronika, roboty budowlane czy handel częściami do samochodów i motocykli. Likwiduje się patologię i zbędne przywileje, bo tzw. krajowe odwrotne obciążenie oznaczało zerową stawkę.

Ile na tym może zyskać państwo?

Prof. Modzelewski: Teraz te branże zaczną płacić VAT, co zapewni szybki przyrost dochodów budżetowych. Jednak podzielona płatność, nawet ta dobrowolna, już dała efekty. Ma ona pewne znaczenie, mimo że przedsiębiorcy się przed nią bronią. MPP w wersji obowiązkowej oznaczać będzie jednorazowy przyrost – przeskok na wyższy poziom dochodów o około 9 miliardów złotych w skali roku. Wykonanie dochodów budżetowych na ten rok z VAT-u ma dać ok. 180 miliardów złotych. Na przyszły rok rząd planuje wzrost do 200 miliardów złotych.

Taki skok jest realny?

Prof. Modzelewski: Tak. Oczywiście to nie jest tylko wynik split paymentu, ale przede wszystkim – likwidacji odwrotnego obciążenia. MPP stanowi jedynie ważne, ale jednak uzupełnienie. Każdy, kto będzie rządził w Polsce, musi mieć wyższą efektywność fiskalną systemu podatkowego. Przed wyborami pojawiają się propozycje kolejnych programów, a one wymagają coraz większych pieniędzy publicznych, bo politycy tylko się licytują, kto więcej wyda. W związku z tym musimy zapewnić wzrost dochodów budżetowych. Na pewno MPP wraz z likwidacją odwrotnego obciążenia da taki przyrost, który będzie niezbędny dla rządzenia w naszym kraju.

Jednak mówi się, że przedsiębiorcy na tym stracą. A jaka jest Pana opinia w tej materii?

Prof. Modzelewski: Gdyby był ten element, o którym już wspomniałem, chroniący nabywcę działającego w dobrej wierze, to wtedy mielibyśmy pogodzone interesy państwa z przedsiębiorców. W kształcie, w którym split payment jest obecnie, nie ma tej ochrony dla podatników działających w dobrej wierze. Stąd też rozwiązanie to jest mniej korzystne, niż faktycznie mogłoby być.

Co przez to Pan ma na myśli?

Prof. Modzelewski: Łączy się skutki negatywne niezastosowania MPP z podatkiem dochodowym. Warto też dodać, że nie każdy wydatek, który jest objęty podzieloną płatnością, można zaliczyć do kosztów uzyskania przychodu. Prawo do tego przysługuje, jeżeli na tej fakturze będą podane 3 wyrazy, tj. mechanizm podzielonej płatności. Jest to rozwiązanie, przed którym podatnicy po prostu się bronią.

Czy to jest tylko kwestia wspomnianego braku ochrony?

Prof. Modzelewski: MPP mało im daje, a stwarza dodatkowe uciążliwości, chociażby takie jak gromadzenie środków na osobnym rachunku. Te rozwiązania są pod przemożnym wpływem silnego lobby bankowego. Ministerstwo Finansów w zasadzie pisze przepisy podatkowe na korzyść banków, ale czyni to nie po raz pierwszy w ciągu blisko trzydziestu lat. Rachunki VAT tworzy się przymusowo nawet tym, którzy tego nie potrzebują. To typowy przykład działania wbrew interesowi publicznemu. Ale to choroba nie tylko split paymentu.

Prognozowano, że środki gromadzone na rachunku VAT mogą powodować zatory płatnicze i problemy z przepływami pieniężnymi. To kolejne utrudnienie dla przedsiębiorców?

Prof. Modzelewski: Mówiono, że może tak się dziać, ale nie doszło do tego. Na pewno teraz na rachunkach VAT będzie znacznie więcej pieniędzy tam, gdzie będzie obowiązkowa podzielona płatność. Od 1 listopada br. nastąpi rozszerzenie listy należności publiczno-prawnych, które można uregulować z tego rachunku. To nie będzie miało istotnych skutków dla firm, które zostaną objęte obowiązkowym MPP, czyli dostarczających towary i usługi objęte tym rozwiązaniem. Ale trzeba oczywiście rzecz obserwować.

Jak zatem będzie finalnie wyglądać sytuacja ze split paymentem?

Prof. Modzelewski: Ci, którzy przez lata korzystali z przywileju niepłacenia VAT-u (odwrotne obciążenie), wreszcie zaczną go uiszczać. Oczywiście będą kręcili nosami, bo jeśli nie płacili go i jeszcze dostawali zwroty, to lubili taką sytuację. Teraz nie będzie nieuzasadnionej preferencji. To nam dobrze zrobi. Im mniej pola do wyłudzeń i oszustw, tym lepiej dla uczciwych podatników.

Budżet na 2020 – brak deficytu i duże, jednorazowe wpływy do kasy państwa

Ustawa budżetowa na rok 2020 została przyjęta przez Radę Ministrów. Założenia są dosyć ambitne, gdyż przewidują brak deficytu, mimo zwiększenia wydatków państwa o 14 miliardów złotych w stosunku do poprzedniego roku. Rząd przewiduje, że wpływy państwa zrównoważą jego wydatki i budżet roczny zamknie się “na zero”. Takie założenie jest możliwe do osiągnięcia dzięki jednorazowym wpływom do budżetu, które będą miały miejsce w przyszłym roku. Budżet ma otrzymać zastrzyk pieniędzy z przekształcenia OFE, opłat za prawo do emisji dwutlenku węgla oraz sprzedaży operatorom telekomunikacyjnym licencji na nadawanie na częstotliwości 5G. Te jednorazowe wpływy mają wynieść w sumie około 18 miliardów złotych i pomogą budżetowi państwa zamknąć się bez deficytu. Jednak eksperci nie przewidują, by takie wyniki utrzymały się w przyszłych latach. 

– Widzę pewne ryzyko po stronie większej ściągalności podatkowej, która jest jednym z założeń ustawy budżetowej. Imponujące wyniki wpływu z podatków, jakie miały miejsce w poprzednich latach, będą trudne do powtórzenia. Może się więc okazać, że już w 2020 roku czeka nas deficyt budżetowy. Zaś w dalszych latach, gdy nie będziemy mieć wpływów z tych jednorazowych źródeł, będzie on wyższy – powiedział serwisowi eNewsroom Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface. – Dodatkowo wchodzimy w okres spowolnienia gospodarczego, które powoli, ale coraz bardziej zauważalnie będzie doskwierać naszej gospodarce. Deficyt budżetowy będzie się więc powiększał, chociaż powinien wciąż pozostawać na stosunkowo niskim poziomie. Przewidujemy, że oscylował będzie na poziomie około 3% PKB – zapowiada Sielewicz.

Wyniki rynku pożyczkowego w sierpniu 2019 r.

W sierpniu 2019 r., w porównaniu do sierpnia 2018 r. firmy pożyczkowe udzieliły o (-1,9%) mniej pożyczek oraz na kwotę niższą o (-10,6%). Łączna sprzedaż firm pożyczkowych współpracujących z BIK w sierpniu 2019 r. wyniosła 576 mln zł w ujęciu wartościowym oraz 231,5 tys. w ujęciu liczbowym. Średnia wartość udzielonej w sierpniu 2019 r. pożyczki pozabankowej wyniosła 2 489 zł i była niższa od średniej wartości udzielonej pożyczki w sierpniu 2018 r. o (-8,9%).

W pierwszych ośmiu miesiącach 2019 r. firmy pożyczkowe udzieliły 1 834,5 tys. pożyczek na łączną kwotę 4,685 mld zł. W porównaniu do analogicznego okresu zeszłego roku firmy pożyczkowe udzieliły o (+0,1%) więcej pożyczek, ale w ujęciu wartościowym finansowanie spadło o (-1,7%).

W okresie styczeń – sierpień 2019 r. 40% wartości pożyczek udzielono na kwoty powyżej 5 000 zł i stanowiły one 11% sprzedaży.

W ujęciu liczbowym dominowały pożyczki do kwoty 1 tys. zł, które stanowiły 38% liczby udzielonych w tym okresie pożyczek. W ujęciu wartościowym pożyczki udzielone na kwoty poniżej 1 000 zł miały 9% udział w sprzedaży.

Dodatnia dynamika liczby udzielanych pożyczek w okresie styczeń – sierpień 2019 r. dotyczyła pożyczek niskokwotowych pow. 1 tys. zł i wyniosła (+5,4%) oraz pożyczek z przedziału 2-3 tys. zł, w przypadku których dynamika była osiągnęła (+4,7%). Najwyższą ujemną dynamikę w ujęciu liczbowym w okresie ośmiu pierwszych miesięcy 2019 w porównaniu do analogicznego okresu z poprzedniego roku odnotowały pożyczki z przedziału kwotowego 1,0 do 1,5 tys. zł (-7,4%) oraz 3 do 5 tys. zł (-6,8%). Również pożyczki wysokokwotowe – powyżej 5 tys. zł odnotowały ujemną dynamikę na poziomie (-2,2%).

Bez inwestycji ubezpieczyciele przegrają walkę o klientów. Branża musi radykalnie zmienić kanały kontaktu i dystrybucji polis

Bez inwestycji ubezpieczyciele przegrają walkę o klientów. Branża musi radykalnie zmienić kanały kontaktu i dystrybucji polis 7

Dotychczasowe kanały kontaktu z klientami i dystrybucji polis ubezpieczeniowych są przestarzałe – branża ubezpieczeniowa musi je radykalnie zmienić, żeby utrzymać konkurencyjność. Ubezpieczycielom za wzór może posłużyć bankowość czy branża muzyczna, która przeszła od fizycznej sprzedaży płyt do cyfrowej dystrybucji – wskazują eksperci Sollers Consulting. Przystosowując się do cyfrowych zmian, firmy ubezpieczeniowe muszą też zadecydować, za którymi trendami podążyć. Najbardziej obiecującym jest w tej chwili wielokanałowa, zintegrowana sprzedaż w ramach cyfrowych platform łączących różne produkty i dostawców usług.

– Branża ubezpieczeń musi pokonać jeszcze długą drogę, ale może skorzystać z doświadczeń branży bankowej czy muzycznej. Ta ostatnia jest przykładem pomyślnego przejścia od sprzedaży albumów w formie fizycznej do pełnej cyfryzacji podyktowanej potrzebami klientów. Obie te branże wykorzystują nowe technologie w celu pełnej cyfryzacji i czerpania korzyści ze sprzedaży bezpośredniej. Ubezpieczyciele będą musieli podążyć ich śladem, drastycznie zmieniając swoją strukturę sprzedaży. W przeciwnym razie ich oferta stanie się przestarzała – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Bucoń, chief customer officer w Sollers Consulting.

Jak zauważa, wyniki sprzedaży branży ubezpieczeń różnią się w poszczególnych krajach Europy. Kraje skandynawskie i Wielka Brytania notują dobre wyniki sprzedaży ubezpieczeń przez internet i za pośrednictwem alternatywnych kanałów dystrybucji, jak np. supermarkety. Z kolei w Niemczech rynek ubezpieczeń nie cyfryzuje się tak szybko.

– Chociaż niemieccy klienci są otwarci na kupowanie polis ubezpieczeniowych online, to branża nie spieszy się z wykorzystaniem tych możliwości. W strukturze sprzedaży ten trend nie jest jeszcze widoczny. Warto dodać, że w Niemczech średnia wieku pracowników odpowiedzialnych za sprzedaż ubezpieczeń jest wyższa niż średnia wieku ogółem. Młodsze pokolenie ma w tej branży niewielki udział. Wydaje się, że niemieccy ubezpieczyciele dostosowują się do nowych trendów raczej powoli – mówi Jarosław Bucoń.

Zarówno europejski, jak i polski rynek ubezpieczeń jest w fazie dynamicznych zmian. Wymuszają je rosnące oczekiwania klientów, zwłaszcza młodszych pokoleń, którzy preferują cyfrowe usługi i kanały kontaktu. Kolejny czynnik napędzający zmiany to pojawienie się na rynku konkurencji w postaci insurtechów – młodych firm technologicznych działających w branży ubezpieczeń, które lepiej i szybciej dostosowują się do oczekiwań klientów.

Adaptacja nowych wyzwań i zmieniającego się otoczenia wymusza na ubezpieczycielach przejście procesu cyfryzacji i wdrażanie nowych technologii. Pozwala im to rozwijać ofertę, upraszczać wewnętrzne procesy i przede wszystkim podnosić jakość obsługi klienta.

– Przystosowując się do cyfrowych zmian, ubezpieczyciele muszą podjąć strategiczne decyzje, za którymi trendami podążyć. Rynek ubezpieczeń jest bardzo nasycony, więc obecnie pozyskanie w nim znacznego udziału nie jest możliwe bez naruszenia statusu quo – mówi Marcin Grabowski, head of digital solutions w Sollers Consulting.

Jak ocenia, dla firm ubezpieczeniowych najbardziej obiecującym i kompleksowym kierunkiem jest wejście do ekosystemu cyfrowego i zaoferowanie klientom wielokanałowego, zintegrowanego podejścia. Pozwala to na rozszerzenie możliwości biznesowych poprzez sprzedaż krzyżową (cross-selling), tworzenie pakietów, ofert kontekstowych i szybką cyfryzację nowych kanałów dystrybucji.

– Głównym założeniem koncepcji ekosystemów cyfrowych jest połączenie wielu firm i ich klientów indywidualnych za pośrednictwem jednej platformy cyfrowej. Pozwala to na połączenie różnych usług należących do konkretnego obszaru – od finansów, poprzez usługi zdrowotne, lifestyle’owe i rozrywkę, po projektowanie mody i sprzedaż odzieży – mówi Marcin Grabowski.

Nowe metody interakcji z klientami, chociaż są niezbędne, wprowadzają jednak duże zamieszanie w branży ubezpieczeń. Ubezpieczyciele muszą zarządzać swoimi procesami nie tylko w tradycyjnych i bezpośrednich kanałach sprzedaży, lecz także zarządzać nowymi, odrębnymi produktami oferowanymi przez banki i innych usługodawców zewnętrznych.

– Nie jest to możliwe bez prawdziwie zintegrowanej, wielokanałowej architektury, w ramach której klienci korzystają z usług w sposób płynny – niezależnie od tego, czy kontaktują się z agentem, wykupują polisę, czy kupują inne produkty za pośrednictwem platform e-commerce. Dlatego oferujemy ubezpieczycielom platformę RIFE, która pozwala na połączenie wielu kontrahentów i kanałów sprzedaży z wykorzystaniem spersonalizowanych procesów, ukierunkowanych na klienta. Platforma jest oparta na otwartej architekturze i przygotowana na połączenie ze złożonymi ekosystemami cyfrowymi. Elastyczność konfiguracji umożliwia szybkie wprowadzenie na rynek produktów i usług w ciągu kilku miesięcy, zamiast kilku lat – mówi Marcin Grabowski.

Cyfryzacja rynku ubezpieczeń i wyzwania związane z wdrożeniem nowych technologii będą szeroko omawiane podczas 8. edycji konferencji „Innovation in Insurance”, organizowanej przez Sollers Consulting. Odbędzie się ona 20 stycznia 2020 roku w warszawskim Centrum Nauki Kopernik. Wezmą w niej udział przedstawiciele wiodących firm ubezpieczeniowych z całej Europy. Jest to międzynarodowa konferencja, jedna z największych w Polsce, poświęcona ubezpieczeniom. Poprzednia edycja zgromadziła w Warszawie ponad 300 ekspertów z branży ubezpieczeniowej z Polski, Wielkiej Brytanii, Niemiec, Danii, Szwajcarii, Rosji i wielu innych krajów.

W 2020 roku do recyklingu powinna trafiać połowa odpadów komunalnych. Gminom grożą wysokie kary

W 2020 roku do recyklingu powinna trafiać połowa odpadów komunalnych. Gminom grożą wysokie kary 8

Polacy deklarują, że segregują śmieci. Wiele odpadów trafia jednak do jednego kontenera, a gminy nie radzą sobie z ich przetwarzaniem. Tymczasem za nieosiągnięcie 50 proc. poziomu recyklingu odpadów komunalnych w 2020 roku grożą im wysokie kary. Przy obecnym stopniu przetwarzania odpadów kary wydają się nieuniknione – do recyklingu materiałowego plastiku, szkła, metali i papieru trafia blisko 15 proc. odpadów. Problemem jest niska jakość selektywnej zbiórki.

 W Polsce mamy do czynienia z pewnym paradoksem. Recyklerzy, którzy mają instalacje, przetwarzają odpady, muszą je pozyskiwać za granicą, natomiast polscy producenci, sorterzy nie są w stanie tych odpadów zbyć. Główną przyczyną takiego stanu rzeczy jest jakość tych odpadów. Recykler, żeby poddać recyklingowi określone surowce, musi mieć bardzo wysokiej jakości, czyste odpady. Problemem jest selektywna zbiórka u źródła, surowce są niedostatecznie dobrej jakości – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Magdalena Dziczek, członek zarządu Związku Pracodawców Przemysłu Opakowań i Produktów w Opakowaniach EKO-PAK.

Zgodnie z unijnymi wymogami w 2020 roku połowa odpadów powinna trafić do recyklingu. Obecnie jednak cztery podstawowe surowce: plastik, szkło, metal i papier, trafiają do recyklingu w zaledwie ok. 15 proc. – wynika z wyliczeń Towarzystwa na Rzecz Ziemi. Ponad 60 proc. odpadów wraca do systemu w postaci zmieszanej, odzyskać udaje się blisko 6 proc. z nich. Polacy, choć deklarują, że w zdecydowanej większości segregują śmieci, nie zawsze robią to prawidłowo.

– Do 2020 roku gminy mają obowiązek uzyskać 50 proc. recyklingu odpadów komunalnych, natomiast wprowadzający na rynek opakowania globalnie muszą uzyskać poziom 56 proc. recyklingu. Dodatkowo każdy materiał ma jeszcze odrębny poziom, np. tworzywa sztuczne – 23,5 proc., papier – 61 proc. – przypomina Magdalena Dziczek.

Jak podkreśla, zgodnie z pakietem dyrektyw odpadowych, które w całej UE powinny zostać wdrożone do lipca 2020 roku, do 2035 roku wymagany odsetek recyklingu odpadów komunalnych rośnie do 65 proc.

Dotyczy to całej masy odpadów komunalnych, więc nie tylko tych surowcowych, które wszyscy zbieramy selektywnie w swoich domach, lecz także np. odpadów biodegradowalnych. Bardzo wyśrubowane cele są wyznaczone także dla producentów wprowadzających na rynek swoje produkty w opakowaniach. One dotyczą nie tylko poziomu recyklingu, lecz także sposobu postępowania z nimi – mówi Magdalena Dziczek.

Dyrektywa odpadowa Unii Europejskiej wprowadza też rozszerzoną odpowiedzialność producenta. Producenci będą zobowiązani m.in. do pokrycia kosztu netto selektywnej zbiórki i przygotowania odpadów opakowaniowych do recyklingu.

 Ma to być mechanizm, który będzie wspomagał osiąganie założonych celów z uwzględnieniem poszczególnych elementów, czyli selektywnej zbiórki, transportu, doczyszczenia odpadów, przygotowania ich do recyklingu i przekazania recyklerowi – tłumaczy ekspertka związku EKO-PAK.

Związek Pracodawców Przemysłu Opakowań i Produktów w Opakowaniach EKO-PAK, Polska Federacja Producentów Żywności Związek Pracodawców oraz Związek Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego „Browary Polskie” opracowały koncepcję zmian obecnego systemu gospodarki odpadami komunalnymi. Docelowo koszty selektywnej zbiórki i przygotowania odpadów opakowaniowych do recyklingu mają mniej obciążać mieszkańców, a organizacje odzysku opakowań mają być odpowiedzialne za zagwarantowanie recyklingu. W efekcie system ma działać znacznie sprawniej, większe będą też szanse na osiągnięcie odpowiednich wskaźników wymaganych przez UE.

– Jeżeli nie wywiążemy się ze zobowiązań unijnych, możemy ponieść tego konsekwencje finansowe – przypomina Magdalena Dziczek.

Paweł Głuszyński z Towarzystwa na rzecz Ziemi wylicza, że za nieuzyskanie 50-proc. wskaźnika 16 największych miast może zapłacić ponad 200 mln zł, np. Warszawa – 60 mln, Wrocław – 22 mln, a Poznań – 20 mln zł.

2 mln polskich dzieci cierpi na alergiczny nieżyt nosa. Nieleczony zwiększa o 80 proc. ryzyko rozwoju astmy oskrzelowej

2 mln polskich dzieci cierpi na alergiczny nieżyt nosa. Nieleczony zwiększa o 80 proc. ryzyko rozwoju astmy oskrzelowej 9

Nieleczony alergiczny nieżyt nosa prowadzi do zaburzenia koncentracji i permanentnego zmęczenia, może mieć także bardzo negatywne skutki zdrowotne w przyszłości. Nawet o 80 proc. zwiększa ryzyko rozwoju astmy oskrzelowej, może też być przyczyną nadciśnienia tętniczego i udaru mózgu. Z problemem tym zmaga się ok. 2 mln dzieci. Najskuteczniejszą przyczynową metodą leczenia jest podjęzykowa immunoterapia alergenowa, która zastosowana odpowiednio wcześnie nawet trzykrotnie zmniejsza zagrożenie wystąpieniem astmy. W Polsce wciąż nie podlega jednak refundacji.

Alergiczny nieżyt nosa, czasem nazywany też katarem siennym, to stan zapalny śluzówek nosa i zatok wywołany działaniem alergenów. Coraz częściej dotyka dzieci i młodzież, zapadają i cierpią na nią również osoby starsze. Alergiczny nieżyt nosa może występować sezonowo, w okresie od stycznia do października, na skutek obecności takich alergenów, jak pyłki kwitnących drzew, traw chwastów i zarodników pleśni. Najbardziej uciążliwe są jednak alergeny całoroczne np. roztocza kurzu domowego. Roztocza szczególnie dają się we znaki jesienią i zimą przez zmiany pogody i wilgotność powietrza oraz z powodu rozpoczęcia sezonu grzewczego. Poza tym jest to okres częstszego występowania infekcji układu oddechowego.

– Są to alergeny przede wszystkim kurzu, pleśni, sierści zwierząt, nawet, o czym mało kto wie, w szkołach czy przedszkolach są to alergeny prusaków, różnego rodzaju owadów, które żyją wokół nas – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. Piotr Kuna, kierownik Kliniki Chorób Wewnętrznych, Astmy i Alergii Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.

W Polsce na alergiczny nieżyt nosa cierpi ok. 25 proc. populacji, z czego prawie 2 mln to dzieci i młodzież do 18 roku życia. Objawy choroby to przede wszystkim obrzęk błony śluzowej nosa utrudniający oddychanie, katar, kichanie, ból głowy w okolicy czołowej oraz problemy ze snem. Symptomy te często są lekceważone, w dłuższej perspektywie jednak istotnie obniżają jakość życia chorego. W przypadku dzieci przyczyniają się też do pogorszenia wyników w nauce, zaburzają bowiem zdolność koncentracji i prowadzą do permanentnego zmęczenia. Nieleczony alergiczny nieżyt nosa może mieć też wiele negatywnych konsekwencji zdrowotnych w przyszłości.

– Ten, kto choruje na nieżyt nosa, o 20 lat wcześniej dostanie nadciśnienia tętniczego prowadzącego do udaru mózgu. Ma o 80 proc. skumulowane ryzyko rozwoju astmy oskrzelowej, choroby, która powoduje niedotlenienie organizmu – mówi prof. Piotr Kuna.

W leczeniu alergicznego nieżytu nosa często stosuje się donosowe glikokortykosteroidy oraz leki przeciwhistaminowe. W przypadku stwierdzenia związku między konkretnym alergenem a objawami możliwe jest zastosowanie immunoterapii alergenowej, polegającej na podawaniu choremu małych, lecz stopniowo zwiększanych dawek alergenu. Terapia ta, jako obecnie jedyna, jest w stanie skutecznie wpłynąć na modyfikację przebiegu alergii. Badania pokazują, że zastosowanie immunoterapii zmniejsza również ryzyko progresji rozwoju alergii w kierunku astmy oskrzelowej nawet o 50 proc.

– Ostatnie standardy GINA i standardy terapii chorób alergicznych, które zostały na początku tego roku opublikowane przez Europejską Akademię Alergologii, Immunologii Klinicznej jasno o tym mówią. Leczmy w ten sposób pacjentów z astmą alergiczną, chorych na alergiczny nieżyt błony śluzowej nosa z współistniejącymi chorobami, uczulonych na alergeny roztoczy kurzu domowego, a uzyskamy w ten sposób lepszą kontrolę astmy oskrzelowej – mówi prof. Maciej Kupczyk z Kliniki Chorób Wewnętrznych, Astmy i Alergii Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.

Celem immunoterapii jest wywołanie tolerancji organizmu na konkretny alergen, a więc przywrócenie normalnego funkcjonowanie układu immunologicznego. Najlepsze efekty osiągane są w przypadku uczulenia na pyłki traw, drzew i roztocza kurzu domowego. Na znaczną poprawę samopoczucia mogą jednak liczyć także osoby uczulone na sierść zwierząt i jady owadów. Początkowo immunoterapię aplikowano w formie podskórnej, obecnie istnieją także leki podawane podjęzykowo. Mechanizm działania jest ten sam, terapia podjęzykowa jest jednak wygodniejsza dla pacjentów, może być bowiem aplikowana w warunkach domowych.

– Preparaty są dostępne, ale niestety są pełnopłatne. Cena jest pewnym ograniczeniem, stąd może zbyt małe rozpowszechnienie tej metody terapii w porównaniu do tego, jakie są potrzeby z punktu widzenia zdrowia publicznego. Efekt terapii w naszej codziennej praktyce jest doskonały – mówi prof. Maciej Kupczyk.

Eksperci nie mają wątpliwości, że nowoczesna immunoterapia podjęzykowa powinna podlegać refundacji. Na całym świecie gwałtownie wzrasta zachorowalność na alergie. W Polsce choruje już blisko 15 mln osób, przy czym, jak pokazało badanie Epidemiologia Chorób Alergicznych w Polsce (ECAP), 12 proc. społeczeństwa ma rozpoznaną astmę oskrzelową.

 Szczepienia, czyli immunoterapia alergenowa, jest jedynym działaniem profilaktycznym i dlatego w zasadzie powinniśmy zrobić wszystko, żeby metody profilaktyczne były stosowane na jak najszerszą skalę – mówi prof. Krzysztof Kowal, kierownik Zakładu Alergologii i Immunologii Doświadczalnej na Uniwersytecie Medycznym w Białymstoku.

– Immunoterapia podjęzykowa powinna być refundowana. Jeżeli państwo ponosi odpowiedzialność za dzieci, młodych ludzi, którzy wkraczają w dorosłe życie i chcą pracować, to ten rodzaj leczenia powinien być dla nich dostępny. To jest nieporozumienie, że te leki są nierefundowane i dla wielu naszych pacjentów niedostępne ze względu na zbyt wysoką cenę – mówi prof. Piotr Kuna.


Materiał powstał w ramach kampanii edukacyjnej. Więcej informacji na jej temat na profilu na Facebooku: Zerwij z alergią – wybierz zdrowie.

Kampania edukacyjna

Co roku dochodzi do 27 tys. pożarów budynków mieszkalnych. Dzięki biernej ochronie przeciwpożarowej mogłoby ich być zdecydowanie mniej

Co roku dochodzi do 27 tys. pożarów budynków mieszkalnych. Dzięki biernej ochronie przeciwpożarowej mogłoby ich być zdecydowanie mniej 10

Strażacy w 2018 roku wyjeżdżali do 149 tys. pożarów. Prawie połowa z nich miała miejsce w obiektach handlowo-usługowych, coraz więcej jest też pożarów w budynkach mieszkalnych. Rocznie wybucha ich ok. 27 tysięcy. Przed pożarem można się jednak zabezpieczyć. Wdrożenie biernej ochrony przeciwpożarowej spowalnia rozprzestrzeniania się ognia, zapewnia trwałość konstrukcji i zwiększa bezpieczeństwo ludzi.

– Bierna ochrona przeciwpożarowa polega na zastosowaniu prostych materiałów budowlanych, jak różnego rodzaju płyty, lakiery, farby, ale poprzez umiejętną aplikację i odpowiednią produkcję tych materiałów zapewniamy, że te elementy budowlane, które powinny być zabezpieczane, uzyskują klasę odporności ogniowej – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Mazanek, menadżer ds. sprzedaży w firmie Promat Techniczna Ochrona Przeciwpożarowa.

Komenda Główna Państwowej Straży Pożarnej podaje, że w 2018 roku odnotowano 149 tys. pożarów – blisko połowa miała miejsce w sklepach, hurtowniach czy lokalach gastronomicznych. Coraz częściej do pożarów dochodzi w obiektach mieszkalnych (wzrost o ponad 1,1 tys. rdr.) – średnio co roku pali się ich 27 tys. (dane za raportem Promat „Bierna ochrona przeciwpożarowa”). Części pożarów można byłoby uniknąć dzięki wdrożeniu biernej ochrony przeciwpożarowej, choć – zdaniem eksperta – sytuacja i tak wygląda już coraz lepiej.

– Tak naprawdę trudnością nie jest dobranie odpowiedniego materiału, ale jego aplikacja, montaż, aby w trakcie pożaru ten materiał po prostu nie odpadł, ale spełniał swoją funkcję. Producenci, którzy pojawili się w Polsce, wnosząc nowe technologie, spowodowali, że poziom biernej ochrony przeciwpożarowej bardzo urósł. Mamy najwyższy poziom europejski, znacznie wyższy niż w niektórych krajach np. Europy Południowej – przekonuje Tomasz Mazanek.

Od 1994 roku, kiedy wprowadzono nowe Prawo budowlane, zaostrzono wymogi techniczne, jakie powinny spełniać budynki. W przepisach uwzględniono m.in. zmiany dotyczące biernej ochrony przeciwpożarowej. Obecnie zabezpiecza ona konstrukcje tunelowe i przejścia instalacyjne, przewody wentylacyjne i oddymiające, przede wszystkim zwiększa wytrzymałość konstrukcji. Z raportu Promat wynika, że przeciętna stalowa konstrukcja uzyskuje temperaturę krytyczną po 10 minutach pożaru, ale w obecności gazów palnych nawet w ciągu sekundy. W efekcie konstrukcja może się zawalić, a dzięki biernej ochronie jest zaś znacznie trwalsza.

– Produkty stosowane do biernej ochrony przeciwpożarowej są bardzo bezpieczne. To, co stosowane jest w Polsce, opiera się na najwyższych standardach w zakresie testów ogniowych i badań. Także kontrola jest w Polsce na bardzo wysokim poziomie. Jeśli więc mamy do czynienia z nowymi inwestycjami, nowymi budynkami i one są zabezpieczone atestowanymi, aprobowanymi systemami, możemy się czuć bezpiecznie – mówi przedstawiciel Promat.

Wraz z pojawianiem się nowych materiałów oraz budowaniem wieżowców pojawiają się nowe wyzwania związane z bezpieczeństwem przeciwpożarowym ludzi przebywających w takich budynkach. Promat pracuje np. nad powłoką, która poprawiłaby odporność na ogień dotychczas łatwopalnych elementów konstrukcyjnych.

– Mamy do czynienia z ciągłym postępem, pojawiają się kompozytowe rozwiązania. Mamy do czynienia z konstrukcjami sprężonymi, różnymi rodzajami stali, pojawiają się profile stalowe coraz cieńsze, ekonomiczne, ale niestety bardziej narażone na ogień. To wyzwania, z którymi się mierzymy, ale radzimy sobie z tym naprawdę nieźle – ocenia Tomasz Mazanek.

Reklamy mają być mniej szkodliwe dla dzieci. Nie będą mogły m.in. podważać autorytetu rodziców

Reklamy mają być mniej szkodliwe dla dzieci. Nie będą mogły m.in. podważać autorytetu rodziców 11

– Dzieci oglądają tyle samo, a niekiedy więcej reklam niż dorośli. Są jednak nieodporne na przekazy marketingowe, bo odbierają wszystko bezpośrednio, a to może mieć bardzo groźne skutki – mówi przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Dzięki kolejnej samoregulacji branży reklamowej najmłodsi odbiorcy mają być przed tym lepiej chronieni. Z jednej strony w reklamach mają się nie pojawiać treści o szkodliwym wpływie. Z drugiej strony Karta Ochrony Dzieci w Reklamie obejmuje także dziecięcych aktorów grających w spotach.

– Dzieci są takimi samymi konsumentami reklam jak dorośli, oglądają tyle samo albo i więcej reklam w telewizji, słuchają ich w radiu i odbierają wszystko bezpośrednio. Skutki czasami mogą być opłakane, a czasami bardzo groźne. Nie chodzi o to, żeby dziecko namawiało teraz rodzica do kupienia kolejnej zabawki, tylko może źle odebrać reklamę i potraktować wprost coś, co jest pewną sugestią, metaforą stosowaną w reklamie – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Witold Kołodziejski, przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

Już nawet dwuletnie dziecko śledzi reklamę telewizyjną, często bardziej kolorową niż bajka. Dzieci bardzo wcześnie rozpoznają znaki towarowe i spośród kilku rzeczy mogą wybrać tę, która najbardziej przypadła im do gustu. Sześciolatek jest w stanie zrozumieć cel reklamy, ośmiolatek potrafi zaś podejmować w pełni samodzielne decyzje zakupowe. Im dziecko starsze, tym większy wpływ na niego ma reklama, która wykorzystuje łatwowierność dzieci.

Karta Ochrony Dzieci w Reklamie wprowadzona do Kodeksu Etyki Reklamy przez Związek Stowarzyszeń Rada Reklamy ma wzmocnić polski system samoregulacji w obszarze ochrony interesów dzieci w działaniach reklamowych i marketingowych.

 Chcieliśmy jeszcze bardziej wzmocnić zapisy chroniące najmłodszych. Nie bez znaczenia były statystyki mówiące o tym, że nasz konsument, który może zaskarżyć reklamę do Rady Reklamy, jest coraz bardziej wyedukowany, wrażliwy, zabiera głos, jeżeli przekaz skierowany nawet pośrednio do dzieci jest niewłaściwy. W związku z tym postanowiliśmy się dalej samodoskonalić. Jest to dobrowolne zobowiązanie wszystkich uczestników rynku reklamowego, żeby te zapisy przygotować – mówi Agnieszka Kępińska-Sadowska, prezes zarządu Związku Stowarzyszeń Rada Reklamy.

Prace nad kartą trwały dwa lata. Dzięki nowej samoregulacji w przekazach reklamowych kierowanych do dzieci, ale też niekierowanych do nich bezpośrednio, nie będą pojawiały się treści, które mogą mieć negatywny wpływ na rozwój najmłodszych. To np. reklamy zachęcające dzieci do wywierania presji na rodziców, aby kupili określone produkty. Ponadto reklamy z udziałem dzieci nie będą zawierać m.in. scen przemocy fizycznej i psychicznej. Nie mogą także podważać autorytetu rodziców i opiekunów oraz zawierać treści dyskryminujących ze względu na status materialny ani treści z podtekstem seksualnym. Jak podkreśla Rzecznik Praw Dziecka, reklama nie może naruszać praw dziecka-odbiorcy ani dziecka-aktora.

– Karta obejmuje także aktorów dziecięcych w reklamie. Na poziomie castingu i pracy z dziećmi powinniśmy dopilnować, żeby ten szeroko pojęty interes był przestrzegany w stu procentach zgodnie z najwyższymi standardami etycznymi – mówi Agnieszka Kępińska-Sadowska.

To kolejna – po Standardach Reklamy Piwa oraz Standardach Reklamy Żywności skierowanej do dzieci – dobrowolna regulacja wypracowana przez reklamodawców, media i agencje reklamowe.

 Polska jest przykładem najskuteczniejszej aktualnie samoregulacji w Europie. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji zapewnia nam monitoring reklam emitowanych w telewizji i możemy sami sprawdzić, na ile – stosując się dobrowolnie do samoregulacji reklamy żywności skierowanej do dzieci – jesteśmy w stanie to zobowiązanie wypełnić. Wierzymy, że zalecane przez Unię Europejską systemy samoregulacyjne będą najlepszą drogą do dobrowolnej współpracy wszystkich uczestników rynku reklamowego – podkreśla Agnieszka Kępińska-Sadowska.

 To kodeks dobrych praktyk. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji reguluje rynek radia i telewizji, ale najlepszym, najskuteczniejszym, najnowocześniejszym sposobem regulacji jest akt samoregulacji, to dużo elastyczniejsza forma – tłumaczy Witold Kołodziejski.

Karta jako załącznik do Kodeksu Etyki Reklamy jest zbiorem miękkich zapisów. To na jej podstawie Komisja Etyki Reklamy ma rozpatrywać skargi. Za naruszenie przepisów karty nie są też przewidziane żadne kary.

– Siłą naszego kodeksu jest to, że to nie jest zamknięta księga. Możemy go uzupełniać i to jest też zaleta samoregulacji, która bardzo szybko reaguje na potrzeby rynkowe. To stanowi różnicę w kontekście wszelkich działań regulacyjnych, jakimi są przepisy prawa – zaznacza Agnieszka Kępińska-Sadowska.

Część państw europejskich wprowadziła dodatkowe przepisy, które regulują reklamy dla dzieci oraz z ich udziałem. W Szwecji i Norwegii zabroniona jest reklama kierowana do dzieci poniżej 12 lat. We Francji takie spoty nie mogą być emitowane w godz. 14.00–17.00, kiedy dziecko po powrocie ze szkoły nie jest jeszcze pod opieką rodziców. W Niemczech z kolei reklamy dla dzieci nie mogą sąsiadować z reklamami kontrowersyjnych produktów (np. prezerwatywy). Dania natomiast wprowadziła zapis, że reklamy słodyczy i napojów nie mogą sugerować, że te produkty zastąpią normalne posiłki.

Czas na druk 4D. Pierwsza myszka dla graczy wykonana w tej technologii trafi na rynek jeszcze w tym roku

Czas na druk 4D. Pierwsza myszka dla graczy wykonana w tej technologii trafi na rynek jeszcze w tym roku 12

Inżynierowie coraz śmielej eksperymentują z materiałami programowalnymi wykonanymi za pośrednictwem technologii druku 4D. Na rynku pojawiają się pierwsze powszechnie dostępne produkty, które wykonano przy wykorzystaniu druku 4D, a naukowcy testują potencjał materiałów programowalnych w branży medycznej. W przyszłości technologia ta może posłużyć do masowej produkcji spersonalizowanych przedmiotów, elastycznych robotów czy innowacyjnych przyrządów medycznych. Jeszcze w tym roku na rynek trafi pierwsza myszka dla graczy wykonana w tej technologii.

– XPG Headshot to nasza mysz drukowana w technologii 4D. Chcieliśmy stworzyć ultralekką myszkę dla graczy, nie chcąc przy tym, by wyglądała jak skomplikowana struktura mechaniczna, dlatego zdecydowaliśmy się na wykorzystanie w jej konstrukcji nietypowego materiału – tworzywa termoplastycznego produkowanego na bazie nylonu – mówi w wywiadzie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Luca Di Fiore, dyrektor produktu i R&D w firmie XPG.

Firma zajmująca się produkcją akcesoriów dla graczy komputerowych postanowiła wykorzystać technologię druku 4D przy produkcji swojej najnowszej gamingowej myszki. Producent wykonuje obudowę urządzenia za pośrednictwem druku 3D, dlatego klient może idealnie dopasować ją do fizjonomii własnej dłoni. Do jej stworzenia wykorzystano termoplastyczny materiał zwany Poliamidem PA 12, który ugina się pod naciskiem dłoni. Dzięki temu gracz może w locie zmniejszać czułość myszki poprzez jej ściśnięcie. Drukowanie w 3D przy użyciu materiałów termoplastycznych określa się mianem druku 4D.

Druk 4D wykorzystywany jest już jednak zacznie szerzej. Carbon, firma wyspecjalizowana w dostarczaniu rozwiązań z branży druku przestrzennego, jako jedna z pierwszych wprowadziła do masowej sprzedaży produkty wykonane przy wykorzystaniu materiałów programowalnych. W ramach współpracy z korporacją Adidas inżynierowie Carbon zaprojektowali buty Futurecraft 4D z podeszwą wydrukowaną w technologii CLIP. Buty z tej linii idealnie dopasowują się do stopy użytkownika dzięki temu, że na podeszwę składa się gęsta struktura tysięcy mikrowsporników uginających się pod ciężarem ciała.

– Druk w czterech wymiarach nie jest terminem marketingowym – określenie zaczerpnięto z wykładu wygłoszonego przez profesora Massachusetts Institute of Technology poświęconego sposobom programowania materiałów w taki sposób, by powstał przedmiot, który ma określone właściwości w określonych warunkach. Materiał jest niezwykle wytrzymały w pewnych warunkach, ale może być bardzo miękki w innych warunkach, jeśli wykorzysta się go do pewnych określonych celów, np. do komputerowych gier sportowych – mówi Luca Di Fiore.

Naukowcy z Rutgers University z kolei wykorzystali druk 4D do stworzenia inteligentnego materiału, który umożliwi stworzenie miękkich robotów, wszepialnych urządzeń medycznych czy materiałów absorbujących uderzenia. Inżynierowie opracowali szkieletową strukturę, która zmienia swoje właściwości pod wpływem temperatury. Po podgrzaniu mięknie i skręca się, a kiedy wystygnie – sztywnieje. Ponowne podgrzanie przywraca go do pierwotnej formy.

Wspomniane wyżej metamateriały są dopiero we wczesnej fazie opracowywania, muszą przejść jeszcze szereg eksperymentów, zanim zostaną dopuszczone do użytku. W międzyczasie na popularności będą zyskiwać proste przedmioty wykorzystujące elastyczne właściwości druku 4D, umożliwiające całkowitą personalizację zakupowanego przedmiotu.

– Produkcja myszki odbywa się z wykorzystaniem druku 3D, dzięki czemu mogliśmy pójść o krok dalej i stworzyć algorytm uczenia maszynowego, który analizuje dłoń, skanuje jej wymiary, a następnie pomaga zbudować dokładnie taki rodzaj myszy, który pasuje do rozmiaru dłoni, sposobu trzymania myszy i wszystkich wymiarów dłoni użytkownika – wyjaśnia ekspert.

Myszka wykonana w technologii 4D od XPG trafi na rynek w listopadzie tego roku, a jej cena ma nie przekroczyć 100 euro. Według firmy badawczej Market Research Future wartość globalnego rynku druku 4D do 2022 roku wzrośnie do 162 mln dol. W najbliższych latach ma się on rozwijać w tempie blisko 39 proc. w skali roku.

Dezinformacja wspierana przez sztuczną inteligencję szerzy się w internecie. Powstają narzędzia ułatwiające ocenę wiarygodności treści w sieci

Rozwój sztucznej inteligencji (SI) oraz zintegrowanych systemów marketingowych ułatwiły rozprzestrzenianie nieprawdziwych informacji w internecie. Boty rozprzestrzeniają sfabrykowane informacje, powstają systemy SI do manipulowania obrazami i tekstami, a większość społeczeństwa nie weryfikuje prawdziwości pozyskiwanych informacji. Korporacje technologiczne i przedstawiciele administracji publicznej pracują nad narzędziami, które pozwolą skutecznie zidentyfikować treści o charakterze dezinformacyjnym.

– Europa stara się bronić przed dezinformacją, która stała się bardzo dużym elementem działania w sieci. Kiedyś działanie dezinformacyjne związane było przede wszystkim z polityką, służbami, wojskiem, teraz rozlało się na całą cyberprzestrzeń i bardzo trudno jest walczyć bezpośrednio z tym zjawiskiem. Trudno też wskazać organy odpowiedzialne za taką walkę. Parlament Europejski podejmuje działania, są wskazywane pewne drogi i aspekty walki z dezinformacją – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr Piotr Potejko z Wydziału Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego.

Z danych Komisji Obywatelstwa, Sprawowania Rządów, Spraw Instytucjonalnych i Zewnętrznych wynika, że blisko 80 proc. internautów nie weryfikuje informacji pozyskiwanych z sieci, tym samym działając na korzyść osób rozpowszechniających nieprawdę w internecie. W odpowiedzi na skoordynowaną akcję dezinformacyjną, jaką zaobserwowano przy okazji wyborów do Parlamentu Europejskiego, przedstawiciele Komisji Europejskiej wyszli z inicjatywą stworzenia narzędzi, które ułatwią weryfikację wiarygodności informacji pozyskiwanych z sieci.

Aby zminimalizować skutki działań dezinformacyjnych przeprowadzanych przy okazji wyborów, Unia Europejska powołała grupę zadaniową ds. komunikacji strategicznej i Komórki UE ds. Syntezy Informacji o Zagrożeniach Hybrydowych w ramach Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych. Jej celem było stworzenie systemu wczesnego ostrzegania, który pozwoli identyfikować źródła dezinformacji. Na wniosek unijnych urzędników udało się przekonać takie firmy jak Google, Facebook czy Twitter do wdrożenia rozwiązań ułatwiających zwalczanie botów internetowych, fałszywych kont społecznościowych czy kont rozprzestrzeniających materiały, które miały spolaryzować wyborców.

– Dezinformacja to nie tylko stricte polityczne oddziaływania na ludzi, lecz także cały aspekt socjotechnik, które działają na nas z perspektywy biznesu, pozycjonowania nas w różnych aspektach działań informacyjnych – tłumaczy dr Piotr Potejko.

Z badań przeprowadzonych przez naukowców Uniwersytetu Nowojorskiego wynika, że w przyszłym roku kolejnym narzędziem dezinformacyjnym może stać się Instagram, który może posłużyć do manipulowania opinią publiczną w celu wypaczenia wyniku wyborów prezydenckich w 2020 roku. Wszystko za sprawą upowszechnienia się technologii deepfake wykorzystującej sztuczną inteligencję do podmiany twarzy osoby uwiecznionej na nagraniu. Narzędzia tego typu umożliwią stworzenie sfałszowanych filmów, które mogą skompromitować przeciwników politycznych.

Potężną bronią w wojnie dezinformacyjnej mogą się okazać także systemy automatycznego generowania tekstu. Narzędzie tego typu opracowali m.in. inżynierowie z OpenAI i w wersji okrojonej opublikowali w internecie. Oprogramowanie GPT-2 okazało się tak skuteczne, że Elon Musk, współzałożyciel OpenAI, postanowił opuścić firmę, aby nie sygnować swoim nazwiskiem projektu, który mógłby posłużyć do manipulowania opinią publiczną. Z kolei niedawno Microsoft postanowił zainwestować w firmę miliard dolarów.

– Dezinformacja stosowana jest bardzo powszechnie. To nie zawsze musi być negatywny aspekt tego zjawiska. W każdym państwie są organy, które zajmują się przeciwdziałaniem zjawisku dezinformacji i jego oddziaływaniu na społeczeństwo. Tak naprawdę każdy podmiot, który przetwarza informacje, powinien również mieć na uwadze walkę z dezinformacją. Każdy z elementów państwa powinien wdrażać pewne polityki walki z dezinformacją, bo sam też podlega takiej dezinformacji w sieci czy w polityce – zauważa ekspert.

Na zagrożenia ze strony systemów dezinformacyjnych reagują wielkie korporacje, których oprogramowanie bądź narzędzia wykorzystuje się do szerzenia nieprawdziwych informacji. Facebook, Google oraz BBC zawiązali współpracę przy projekcie, który ma ułatwić rozpoznanie zmanipulowanych materiałów. W ramach nowo zawiązanej organizacji do zwalczania fake newsów wypracują narzędzia do zautomatyzowanego oznaczania treści dezinformacyjnych, przeprowadzania szkoleń ułatwiających ich wykrywanie oraz dzielenie się wiedzą na temat prowadzenia etycznych działań informacyjnych.

Google już wcześniej na własną rękę rozpoczął walkę z dezinformacją. Korporacja postanowiła drastycznie ograniczyć zasięg filmów prezentujących teorie spiskowe w swoim serwisie filmowym. W ramach czystki dezinformacyjnej zdecydowano się ograniczyć zasięg organiczny takich materiałów, usuwając je z list polecanych filmów. Z kolei Facebook już w 2017 roku wprowadził narzędzie ułatwiające zgłaszanie administratorom nieprawdziwych treści, a w 2018 roku wzbogacił swoje narzędzie szybkiego wykrywania fake newsów – pod informacjami o wątpliwej wartości informacyjnej serwis załącza linki do Wikipedii tłumaczące kontrowersyjne kwestie.

Tymczasem powstają już pierwsze edukacyjne narzędzia demonstrujące, w jaki sposób nieprawdziwe informacje rozprzestrzeniają się w sieci. Holenderska organizacja DROG w 2017 roku zaprojektowała minigrę dezinformacyjną Bad News, a następnie poprosiła naukowców z Uniwersytetu w Cambridge o przetłumaczenie jej na dziesięć języków. W tym roku narzędzie zadebiutowało w polskiej wersji językowej, dzięki czemu każdy Polak może się przekonać, czy nie został nigdy zmanipulowany podczas korzystania z internetu.

 Nie możemy już powiedzieć: Nie jestem dezinformowany, do mnie te negatywne informacje nie docierają. Każdy podlega tej dezinformacji w mniejszy lub większy sposób. Widzimy młodzież, która nie odkłada telefonów komórkowych, nie wylogowuje się z sieci. Już od najmłodszych lat powinniśmy w szkołach na każdym szczeblu edukacji wyjaśniać, czym jest dezinformacja i jakie mamy możliwości jej weryfikowania. Najważniejsze jest, żebyśmy wiedzieli, gdzie możemy sprawdzić, czy informacja jest prawdziwa, czy ktoś wprowadza nas w błąd. Bo dezinformacja to tak naprawdę element manipulowania zachowaniami człowieka bądź całych grup społecznych – podsumowuje dr Piotr Potejko.

Według analityków Gemius PBI w sierpniu z internetu korzystało 28 mln Polaków, każdego dnia spędzając w sieci średnio 1 godz. 43 min. Najczęściej korzystano z witryn Google, Facebooka, Grupy WP, Grupy RAS Polska oraz YouTube.

Deweloperzy szukają sposobów na dywersyfikację

Czy deweloperzy mieszkaniowi rozważają dywersyfikację portfela inwestycyjnego i przygotowują projekty z innego segmentu niż dotychczas realizowane? Jakiego rodzaju inwestycje planują wprowadzić na rynek w najbliższym czasie? Sondę opracował serwis nieruchomości Dompress.pl

Mirosław Kujawski, członek zarządu Develia S.A.

Na bieżąco monitorujemy trendy związane z realizacją projektów innych niż mieszkaniowe, tj. biurowe, czy handlowe. Przykładem tego jest aparthotel, który realizujemy w Gdańsku w ramach czwartego etapu Osiedla Bastion Wałowa. Analizujemy również projekty typu akademiki. Tego rodzaju inwestycje traktujemy jednak jako uzupełnienie naszej oferty. Opcje dla efektywnego wykorzystania dostępnego gruntu, ale skupiamy się jednak na inwestycjach, w przypadku których spółka odnosi sukcesy.

Zbigniew Juroszek, prezes Atal

Koncentrujemy się na budowie mieszkań o podwyższonym standardzie, dostępnych dla szerokiego grona odbiorców, co aktualnie jest zdecydowanie najbardziej rentowne. W obecnym otoczeniu rynkowym nie planujemy zaangażowania w inne segmenty. Nie wykluczamy jednak innych form działalności w przyszłości.

Jeśli chodzi o dywersyfikacje geograficzną jesteśmy jedynym deweloperem notowanym na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, który działa we wszystkich największych aglomeracjach w Polsce. Realizujemy inwestycje w Krakowie, Warszawie, Wrocławiu, aglomeracji śląskiej, Łodzi, Poznaniu i Trójmieście. To docelowy model funkcjonowania firmy w kraju. Od wielu lat przyglądaliśmy się możliwościom rozszerzenia działalności poza granice Polski. Po dogłębnych analizach rozpoczynamy realizację projektu w niemieckim Dreźnie, gdzie mamy już gotowy projekt z pozwoleniem na budowę.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu i dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Poza budową mieszkań, zajmujemy się zarządzaniem nieruchomościami, m.in. w ramach 30 wspólnot mieszkaniowych, obejmujących 11 tys. lokali. Firma jest także właścicielem i operatorem 7 swoich hoteli i aparthoteli, które łącznie oferują 1174 pokoi i apartamentów dla ponad 2,6 tys. gości. Obiekty zapewniają również zaplecze konferencyjne z ponad 3 tys. miejsc, a także restauracyjne z 1677 miejsc. Inwestujemy także w segmencie magazynowym. Wkrótce rozpoczniemy budowę Parku Logistycznego w Szczecinie.

Monika Perekitko, członek zarządu Matexi Polska

Oprócz standardowej działalności deweloperskiej, w ramach której niedawno rozpoczęliśmy inwestycje na nowym dla nas rynku krakowskim, jesteśmy także nadal aktywni w segmencie PRS (Private Rental Sector).W tej formule przygotowujemy już drugi projekt zlokalizowany u zbiegu ulicy Puławskiej i alei Niepodległości w Warszawie. Jesteśmy także pierwszym deweloperem, który zrealizował transakcje tego typu, sprzedając cały budynek mieszkalny Apartemty Pereca z gotowymi, wykończonymi mieszkaniami według standardu inwestora zagranicznemu funduszowi inwestycyjnemu, działającemu na rynku najmu długoterminowego.

Andrzej Gutowski, wiceprezes i dyrektor ds. sprzedaży Ronson Development

W ramach „mieszkaniówki” nie zamykamy się na żaden z segmentów. Mamy w ofercie lokale z różnych półek cenowych, od tzw. segmentu budżetowego po mieszkania o wysokim standardzie i apartamenty. Być może jedynie w segmencie popularnym, czyli najtańszych mieszkań nie będziemy obecni, co wynika z naszego modelu biznesowego. Ronson Development nie ma własnego zaplecza wykonawczego. Współpracujemy ze sprawdzonymi firmami w formule generalnego wykonawstwa, a ponieważ ostatecznie każda inwestycja musi się kalkulować, będziemy prowadzić tylko te projekty, które dają możliwość zrealizowania określonej marży.

Pozostaniemy też przy inwestycjach wielorodzinnych. Ich uzupełnieniem może być zabudowa jednorodzinna, ale tylko jako część większej inwestycji, a nie odrębny projekt. Przykładem może być tu nasz, prestiżowy projekt Nova Królikarnia zlokalizowany na warszawskim Mokotowie, w którym poza kameralnymi apartamentowcami, mamy też limitowaną ilość domów.

Nasza strategia nie zakłada natomiast wejścia w inne segmenty rynku nieruchomości. Nie będziemy więc budować biurowców, centrów handlowych, akademików, czy hoteli.

Piotr Tarkowski, dyrektor ds. Sprzedaży Allcon Osiedla

Od kilku lat oferta Allcon Osiedla wypełnia wszystkie segmenty rynku. Na rynku nieruchomości luksusowych mamy w ofercie apartamenty w Vilii Novej, zlokalizowanej w pierwszej linii zabudowy nad morzem w gdyńskim Orłowie. W segmencie premium budujemy obecnie apartamentowiec Tarasy Bałtyku, także położony w pierwszej linii zabudowy w gdańskim Przymorzu. Dla nadmorskich inwestorów, poszukujących second home mamy ciekawą propozycję w Pucku – Nexo Apartamenty na Klifie. W Gdańsku w sąsiedztwie starówki oferujemy Kamienice Malczewskiego, kameralną inwestycję z segmentu o podwyższonym standardzie, która położona jest w pobliżu Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego i największego w północnej Polsce centrum biznesowego. W Gdyni mamy z kolei Osiedle Gdyńskie, inwestycję z rynku popularnego, która ze względu na sąsiedztwo morza, nie jest dedykowana tylko dla rodzin, ale także inwestorów, poszukujących domu na wakacje, a docelowo relokację.

Sebastian Barandziak, prezes zarządu Dekpol Deweloper

Nasza oferta jest bardzo zróżnicowana pod względem rodzaju projektów, ich przeznaczenia oraz lokalizacji. Realizujemy, zarówno inwestycje mieszkaniowe w segmencie popularnym, jak i w standardzie premium, skierowane do najbardziej wymagających klientów. Dużą część stanową również projekty typowo inwestycyjne, przeznaczone w głównej mierze pod najem krótkoterminowy. Najwięcej naszych projektów znajduje się w Trójmieście, ale budujemy także w innych lokalizacjach. Planujemy między innymi wejść na rynek warszawski. Nasz portfel inwestycyjny już teraz jest mocno zdywersyfikowany.

Autor: Dompress.pl

Przegląd wydarzeń przyszłego tygodnia 16.09 – 20.09

Pożegnalne posiedzenie Mario Draghiego już za nami. Euro największe czynniki zagrożenia ma zatem już w tylnym lusterku. Zupełnie odwrotnie wygląda położenie dolara. Naturalnie uwaga rynku przenosi się bowiem z kroków Europejskiego Banku Centralnego na zamierzenia Rezerwy Federalnej.

Jednocześnie rynki nieustannie i czujnie analizują wszystkie informacje dotyczące wojen handlowych. Ta kwestia przypomina trochę wańkę – wstańkę. Skoro przez ostatnie dziesięć dni na rynku panował optymizm, że porozumienie jest nie tylko możliwe, ale też całkiem bliskie, to teraz pora na zaognienie sporu? Zalecamy sceptyczny osąd zarówno sytuacji wokół wojen handlowych, jak również brexitu. Przekłada się to na ostrożne podejście do możliwości kontynuacji umocnienia przez funta, jak również na wprost negatywne nastawienie do walut Antypodów.

Wracając do kluczowego wydarzenia tygodnia: naszym zdaniem Fed zetnie stopy procentowe o 25 pb i do przedziału 1,75-2,00 proc. Komunikacja ze strony władz monetarnych będzie bardzo łagodna. Dlaczego? Po pierwsze: wyprzedzające barometry koniunktury obniżyły się od lipcowego posiedzenia. Po drugie: wojny handlowe uległy zaognieniu i obserwowaliśmy epizod podwyższonej zmienności na rynkach finansowych. Po trzecie część decydentów obawia się odwracania się krzywej rentowności. Proces ten w ostatnich tygodniach tylko uległ pogłębieniu. Można zatem postawić pytanie: dlaczego nie redukcja o 50 pb? Trump na pewno by się ucieszył… Odpowiedź jest prosta: takie ruchy zarezerwowane są na sytuacje kryzysowe a o takiej oczywiście mowy teraz być nie może.

Poza decyzją Fed (w środę) poznamy także szereg innych interesujących danych, które oczywiście pozostaną na dalszym planie. Poniedziałek to odczyt NY Empire State, czyli pierwszego regionalnego wskaźnika koniunktury. Wtorek przyniesie dane z amerykańskiego przemysłu, które będą analizowane pod kątem tego czy potwierdzają słabość sugerowaną przez badania ankietowe i miękkie wskaźniki. W środę i czwartek obok cotygodniowych odczytów zmiany zapasów ropy i liczby nowo zarejestrowanych bezrobotnych światło dzienne ujrzy również paczka odczytów z rynku nieruchomości. Jego kondycja „po cichu” i na dalszym planie ulegała w ostatnich miesiącach pogorszeniu. Pozostajemy negatywnie nastawieni do dolara ze względu na perspektywy polityki monetarnej. Wartość widzimy w euro, walutach skandynawskich a także dolarze kanadyjskim. W przypadku ostatniej z tych walut kluczowe będą środowy odczyt inflacji oraz piątkowe dane o sprzedaży detalicznej.

W strefie euro najważniejsze wydarzenia skumulowane są we wtorek. Będą to indeks ZEW oraz wystąpienie głównego ekonomisty EBC Lane’a oraz Coeure zaplanowane na 17:30. Może ono rzucić nieco więcej światła na ostatnie poluzowanie polityki przez EBC. Rynek funta cały czas zdominowany jest i nadal będzie przez brexit. Warto jednak poznać opinię Banku Anglii na tę kwestię. Okazją ku temu będzie czwartkowe posiedzenie, na którym parametry polityki nie ulegną oczywiście zmianie.

Na Antypodach kilka ważnych publikacji. We wtorek będą to protokół z posiedzenia RBA we wrześniu a w czwartek uwaga skupi się na doniesieniach z australijskiego rynku pracy oraz dynamice PKB gospodarki Nowej Zelandii wypracowanej w drugim kwartale. Dane z Japonii tradycyjnie nie będą przykuwać uwagi a z odczytów warto odnotować piątkowe dane o inflacji.

Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.