Resort finansów chce certyfikować zawód księgowego. Efektem będzie wzrost jakości usług, ale i cen

Resort finansów chce certyfikować zawód księgowego. Efektem będzie wzrost jakości usług, ale i cen 1

Ponad połowa osób świadczących usługi księgowe i 43 proc. spośród korzystających z nich ocenia, że efektem wprowadzonej pięć lat temu deregulacji był spadek jakości usług – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Ministerstwa Finansów. W oparciu o jego wyniki resort pracuje nad cofnięciem deregulacji. Zamierza wprowadzić nowy system certyfikacji zawodu księgowego i obowiązek dokształcania. Jak ocenia wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Chorzowie i Katowicach Mariusz Rutke, efektem tych zmian będzie wzrost profesjonalizmu księgowych, z drugiej zaś strony spadek liczby podmiotów, które świadczą takie usługi, a w konsekwencji wzrost cen.

 Ministerstwo Finansów zapowiedziało powrót do certyfikacji zawodu księgowego, a ściślej rzecz biorąc, usługowego prowadzenia ksiąg rachunkowych. Resort planuje również okresowe szkolenia dla tych osób. Trzeba podkreślić, że te wszystkie zmiany mają dotyczyć usługowego prowadzenia ksiąg rachunkowych w formie działalności gospodarczej, natomiast nie obejmą osób pracujących na podstawie umowy o pracę w działach księgowości – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Rutke, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Chorzowie i Katowicach.

Deregulacja usługowego prowadzenia ksiąg rachunkowych miała miejsce pięć lat temu. Jej autorem był ówczesny minister sprawiedliwości Jarosław Gowin. W jej efekcie dziś, żeby świadczyć usługi związane z prowadzeniem ksiąg rachunkowych, nie są wymagane żadne uprawnienia. Przed wejściem w życie ustawy deregulacyjnej w tym celu wymagany był certyfikat księgowego, tytuł biegłego rewidenta albo tytuł doradcy podatkowego.

– Deregulacja, która weszła w życie w sierpniu 2014 roku, spowodowała, że w celu prowadzenia ksiąg rachunkowych, czyli pełnej księgowości, taki podmiot musi dzisiaj mieć ubezpieczenie odpowiedzialności cywilnej, pełną zdolność do czynności prawnych i nie być karanym za pewne rodzaje przestępstw, np. przestępstwa skarbowe. Z kolei w przypadku uproszczonej księgowości, przykładowo w formie podatkowej księgi przychodów i rozchodów, nie jest wymagane nawet ubezpieczenie OC – mówi Mariusz Rutke.

Ministerstwo Finansów pracuje teraz nad odwróceniem deregulacji. Zamierza wprowadzić nowy system certyfikacji zawodu księgowego i obowiązek dokształcania. Projekt odpowiednich rozwiązań legislacyjnych ma powstać w porozumieniu z MEN, ale terminy ani szczegóły propozycji nie są jeszcze znane.

– Niestety, nie podano szczegółów dotyczących tego, jak miałaby wyglądać certyfikacja usług księgowych. Natomiast na podstawie reguł, które przestały obowiązywać w 2014 roku, możemy wnioskować, że certyfikacja objęłaby zarówno prowadzenie ksiąg rachunkowych, czyli tzw. pełną księgowość, jak i uproszczoną księgowość, przykładowo w postaci podatkowej księgi przychodów i rozchodów – mówi Mariusz Rutke.

Do zmiany przepisów skłoniły Ministerstwo Finansów wyniki ankiety przeprowadzonej na przełomie ubiegłego roku. Jej celem była ocena skutków wprowadzonej pięć lat temu deregulacji usługowego prowadzenia ksiąg rachunkowych. Jak wynika z badania, efektem tej zmiany był spadek cen usług księgowych, ale z drugiej strony jakości świadczonych usług. Taka opinia dominowała wśród badanych – zarówno tych, którzy wykonują usługi księgowe (52 proc.), jak i tych, którzy z nich korzystają (43 proc.).

W ocenie eksperta efektem planowanych zmian będzie przede wszystkim wzrost jakości usług i profesjonalizmu księgowych, którzy będą zobligowani do podnoszenia i aktualizowania swojej wiedzy.

 Kolejną zaletą będzie możliwość zdobycia certyfikatu księgowego przez osoby, które nie zrobiły tego wcześniej. Po 2014 roku ta możliwość była stopniowo wygaszana i nowe osoby napływające do zawodu nie mogły tego certyfikatu uzyskać. Jeżeli ministerstwo wprowadzi zapowiadane zmiany, oni również będą mogli taki certyfikat księgowy uzyskać – mówi Mariusz Rutke.

Z drugiej strony powrót do certyfikacji w zawodzie księgowego będzie prawdopodobnie wiązać się ze spadkiem liczby podmiotów, które świadczą takie usługi, a w konsekwencji – wzrostem cen i zmniejszeniem konkurencji na rynku.

– Do innych wad należy również zaliczyć kwestię rozpoczynania biznesu w postaci biura rachunkowego przez młode i nowe w zawodzie osoby. Niestety, nie będą one mogły rozpocząć takiej działalności na próbę, bez większego zaangażowania, ale będą musiały najpierw zdobyć certyfikat księgowy – mówi wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Chorzowie i Katowicach.

Pacjenci onkologiczni mogą być leczeni szybciej i skuteczniej. Walka z nowotworami wymaga jednak zmiany podejścia

Pacjenci onkologiczni mogą być leczeni szybciej i skuteczniej. Walka z nowotworami wymaga jednak zmiany podejścia 2

Medycyna potrzebuje przejścia z systemu opartego na płatności za usługę na system płatności za wartość tej usługi dla pacjenta – podkreślają eksperci. Wdrożenie modelu value based healthcare umożliwi m.in. dalszy postęp w walce z nowotworami. Pacjenci nie będą musieli stać w długich kolejkach, tylko będą leczeni szybciej i skuteczniej, również dzięki terapiom personalizowanym. W tym zakresie dużą rolę do odegrania mają nowe technologie oraz współpraca szpitali, lekarzy i firm technologicznych. Przykładem takiej współpracy może być podpisanie listu intencyjnego między firmą Philips a warszawskim Centrum Onkologii Instytutem im. Marii Skłodowskiej-Curie.

Jesteśmy w trakcie ustanawiania Narodowej Sieci Onkologicznej, Narodowego Programu Zwalczania Chorób Nowotworowych i te nowe zadania, chociaż opierające się na dotychczas realizowanych, wymagają nowych możliwości działania i analizy danych. Wierzymy, że firma Philips, zaangażowana m.in. w zaawansowane technologie, także analizy danych, nam w tym pomoże – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Jan Walewski, dyrektor Centrum Onkologii Instytutu im. Marii Skłodowskiej-Curie.

– List intencyjny, który podpisaliśmy z warszawskim Centrum Onkologii, pozwoli na rozwój projektów w obszarach: Data Warehouse, stosowania sztucznej inteligencji w onkologii, a także wykorzystania najnowszych technologii – podkreśla Reinier Schlatmann, prezes Philips w krajach Europy Środkowej i Wschodniej.

Przyszłe projekty w ramach współpracy mają obejmować między innymi inwestycje i badania w obszarze monitorowania i analizowania parametrów życiowych oraz wspieranie rozwoju cyfrowej patomorfologii. Zaawansowane technologie w tym zakresie są kluczem do wdrożenia nowego modelu value based healthcare, skoncentrowanego przede wszystkim na wartości leczenia, jaką ono stanowi dla pacjenta, a nie jego kosztach.

– Wartości, które value based healthcare wnosi do systemu, to podniesienie jakości i efektywności działania systemu tak, żeby pacjent był leczony lepiej, szybciej, skuteczniej, żeby nie czekał w kolejkach, a zastosowane terapie były w jego przypadku skuteczne, bo spersonalizowane – wskazuje dr Agnieszka Sznyk, prezes Instytutu Innowacji i Odpowiedzialnego Rozwoju INNOWO.

Korzyści dla pacjentów z zastosowania tej idei to przede wszystkim wysoka jakość udzielanych świadczeń. Nie dotyczy to tylko leczenia, lecz także diagnostyki. Jakikolwiek błąd na etapie diagnostyki, niestety, przekłada się na bardzo złe wyniki leczenia. Pacjent źle zdiagnozowany jest przede wszystkim źle leczony – przekonuje dr n. med. Beata Jagielska, zastępca dyrektora ds. lecznictwa otwartego i rozliczeń świadczeń zdrowotnych Centrum Onkologii Instytutu w Warszawie.

Do tego właśnie są potrzebne rzetelne dane na temat choroby i pacjenta.

Aby móc prawidłowo zakwalifikować pacjenta do nowoczesnego leczenia, musimy mieć miarodajne, dobre wyniki. To nie są zwykłe badania, sięgamy po najnowsze technologie i zdobycze badań genomicznych. Musimy mieć prawidłowe narzędzia, musimy wiedzieć, jak się nimi posługiwać, a to wymaga zewnętrznej certyfikacji, żeby ktoś sprawdził, czy rzeczywiście wykonujemy wszystko poprawnie. Nieprawidłowy wynik to właściwie wyrok dla pacjenta: brak możliwości skorzystania z leczenia albo nieprawidłowe zakwalifikowanie go do terapii – mówi dr Beata Jagielska.

Z kolei dla szpitali value based healthcare oznacza konkretne oszczędności. To szczególnie istotne w obliczu prognoz, które mówią o dynamicznym wzroście wydatków na opiekę zdrowotną. Raport Deloitte „2019 Global health care outlook” wskazuje, że w latach 2017–2022 tempo wzrostu na świecie wyniesie 5,4 proc. rocznie, dzięki czemu nakłady na ten sektor sięgną globalnie 10 bln dol.

 Likwidujemy koszty, których można uniknąć. Premiowanie świadczeniodawców ośrodków onkologicznych za usługę powoduje eskalację kosztów, niekoniecznie uzasadnionych. To nie sprzyja oszczędnościom, nie sprzyja koncentracji na trafnych rozwiązaniach, tylko są premiowane jakiekolwiek rozwiązania, które są dostępne – mówi prof. Jan Walewski.

Raport „Value based healthcare – nowa definicja ochrony zdrowia i jej wpływ na poprawę jakości leczenia”, opracowany przez Polską Koalicję Medycyny Personalizowanej, Instytut Innowacji Odpowiedzialnego Rozwoju INNOWO i Centrum Onkologii Instytut im. Marii Skłodowskiej-Curie, wskazuje, że w krajach, które wdrożyły taką koncepcję w życie, system opieki zdrowotnej znacznie się poprawił – zarówno jakość leczenia, jego dostępność, łańcuch dostaw opieki zdrowotnej, koordynacja i integracja procesów terapeutycznych. Przykładem mogą być m.in. Holandia i Stany Zjednoczone. Co istotne, polscy pacjenci i lekarze są już gotowi na nowoczesne rozwiązania w opiece zdrowotnej.

– Patrząc na wyniki Future Health Index, widać, że ponad 80 proc. pacjentów, którzy nie mają dostępu do elektronicznych danych medycznych, chce go mieć, zaś 69 proc. osób, które korzystają z tego dostępu, chciałoby, aby miał go także personel medyczny. Co więcej, także lekarze widzą korzyści z posiadania dostępu do danych medycznych pacjentów i historii ich choroby. Ponad połowa z nich wskazuje na poprawę wyników leczenia jako rezultat. Inne wskazywane przez nich korzyści to podniesienie satysfakcji z pracy i jakości oferowanej opieki – podkreśla Reinier Schlatmann.

Polacy stawiają na gotowe dania. Sięga po nie 85 proc. konsumentów, a rynek jest wart ponad 1 mld zł

Polacy stawiają na gotowe dania. Sięga po nie 85 proc. konsumentów, a rynek jest wart ponad 1 mld zł 3

Coraz szybsze tempo życia przekłada się na szybki rozwój rynku dań gotowych. Według Kantar Millward Brown po dania instant w kubeczkach sięga niemal 85 proc. Polaków, a cały rynek jest wart ponad 1 mld zł i rośnie w tempie blisko 7-proc. rocznie. Polacy coraz chętniej włączają do menu także te smaki, które poznają w trakcie podróży, stąd rosnący udział dań orientalnych, np. kuchni azjatyckiej. Producenci dostosowują swoją ofertę także do potrzeb wegan i wegetarian.

– W Polsce wartość rynku dań gotowych wynosi ponad 1 mld zł rocznie. W ostatnim czasie notujemy około 5-proc. wzrost w skali roku. Jest to więc dla nas atrakcyjny rynek, nie tylko jeśli chodzi o zupy błyskawiczne i dania z makaronem, lecz także wyroby wegetariańskie i wegańskie czy makaron ryżowy. Dostrzegamy w Polsce duże możliwości rozwoju – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Toshiro Tsuboi, prezes zarządu Ajinomoto Poland.

Zwyczaje żywieniowe Polaków zmieniają się na przestrzeni ostatnich lat. Tempo życia jest coraz szybsze, a co za tym idzie – nie każdy jest w stanie wygospodarować codziennie czas na przygotowanie domowego posiłku. Stąd coraz większa popularność gotowych posiłków. Jeszcze w 2012 roku wartość kategorii dań instant wynosiła ok. 924 mln zł. Natomiast według Economist Intelligence Unit w 2018 roku sięgnęła już 1,53 mld zł, a prognozy zakładają, że w kolejnych latach będzie rosnąć z 7–8-proc. dynamiką. Według badań Kantar Millward Brown po dania instant w kubeczkach sięga niemal 85 proc. Polaków.

– Rynek produktów gotowych rośnie. Nasza kategoria produktów – makaronów i dań smażonych – jest warta ponad 400 mln zł i rośnie o kilka procent rok do roku. Wśród trendów zauważamy wzrost sprzedaży produktów orientalnych. Tradycyjne polskie smaki, typu kurczak czy zupa pomidorowa, są dalej ważne i stanowią zdecydowaną większość sprzedawanych produktów, ale tempo wzrostu marek orientalnych jest znacznie większe, na poziomie ok. 20 proc. w ciągu ostatnich trzech lat versus kilka procent w markach tradycyjnych – mówi Sergiusz Matusiak, wiceprezes zarządu Ajinomoto Poland.

Badania konsumenckie potwierdzają zmieniające się preferencje smakowe Polaków. Coraz większą popularnością cieszą się smaki orientalne. Według badań Nielsena z września 2018 roku ich udział w rynku rośnie, zarówno wartościowo, jak i ilościowo. Udział ilościowy produktów orientalnych wzrósł do 42 proc., a udział wartościowy – do 37 proc.

– Polacy znają kuchnię azjatycką od wielu lat, natomiast ostatnio ich świadomość zdecydowanie rośnie. Na początku naszej działalności 20 lat temu produkty azjatyckie sprzedawały się na poziomie kilkuset milionów złotych, w tej chwili rynek jest wart 1,5 mld zł. Ludzie coraz więcej podróżują po Azji, lubią i cenią kuchnię azjatycką – najbardziej japońską, która jest synonimem jakości i zdrowia. My z kolei staramy się w Polsce poprzez nasze produkty promować kuchnię azjatycką i japońską, a jednocześnie oferować produkty wygodne i łatwe w przygotowaniu – mówi Sergiusz Matusiak.

W 2017 roku 43 proc. ankietowanych Polaków odwiedzało restauracje oferujące kuchnię chińską bądź wietnamską (wobec 15 proc. w 2015 roku), a 25 proc. – restaurację japońską (wobec 9 proc. jeszcze dwa lata wcześniej). W Warszawie liczba restauracji oferujących sushi i dania kuchni japońskiej rośnie w tempie ok. 5 proc. rok do roku. Wiceprezes Ajinomoto Poland podkreśla, że ten trend przekłada się również na rynek dań gotowych.

– Perspektywy rozwoju rynku są dobre, widzimy rosnącą popularność kuchni orientalnej, a jednocześnie produktów wygodnych i łatwych w przygotowaniu. Ważne, żeby oferta była coraz szersza, żeby to nie były ciągle te same smaki, tylko wybór był coraz bogatszy – mówi Sergiusz Matusiak.

Jak podkreśla, na przestrzeni ostatnich 20 lat na rynku dań gotowych udział marek własnych spadł o kilkanaście procent. Z drugiej strony rośnie udział marek producenckich.

– Jest to istotne o tyle, że przestajemy się powoli koncentrować na cenie. W walce na ceny często zapominamy o jakości i odbija się to niekorzystnie na konsumentach. Firmy inwestują w R&D, działy badawcze, skupiają się na jakości, bo jeżeli jest to produkt markowy, to jego jakość wpływa na reputację firmy. Dlatego cieszy nas to, że Polacy zwracają coraz większą uwagę na jakość produktów, a nie tylko na cenę – mówi Sergiusz Matusiak.

Ajinomoto – z ofertą japońskich zup i dań z makaronem pod marką OYAKATA – zamierza wprowadzić na polski rynek kolejne produkty gotowe inspirowane kuchnią japońską. W tym roku planuje import oryginalnych tajskich zup pod marką YumYum w trzech najbardziej popularnych smakach.

 Chcielibyśmy wypuścić na rynek wyroby odżywcze typu instant, zarówno wyroby z makaronem, jak i produkty dla wegetarian i wegan. Planujemy też inwestycje w działania marketingowe. Nie chcemy się ograniczać wyłącznie do działalności w mediach społecznościowych, takich jak Instagram czy Facebook, ale także wdrożyć kampanię telewizyjną w innych środkach masowego przekazu – mówi Toshiro Tsuboi.

Firma jest obecna na polskim rynku od 20 lat. Należący do niej zakład produkcyjny w Małkini w tym czasie dwukrotnie zwiększył zatrudnienie i wydajność produkcji, a obecnie pracuje w nim ponad 300 osób. W 2016 roku firma uruchomiła w nim nowoczesną, zaprojektowaną w Japonii linię do produkcji zup instant z makaronem w kubkach.

– Dwadzieścia lat temu podjęliśmy decyzję o wkroczeniu na polski rynek, ponieważ jest to drugi pod względem wielkości w Unii Europejskiej rynek dań błyskawicznych z makaronem. Pierwszym powodem były więc duże możliwości rynkowe, jakie dostrzegliśmy w Polsce. Drugim powodem były głębokie, bardzo bliskie i ugruntowane relacje pomiędzy Polską a Japonią – mówi prezes zarządu Ajinomoto Poland.

W tym roku planowane są inwestycje związane z rozbudową powierzchni magazynowej o dodatkowe 33 miejsca paletowe oraz zaplecza socjalnego dla pracowników.

– Kolejnym kierunkiem działań jest uruchomienie wewnętrznej produkcji przypraw płynnych. Obecnie przyprawy wykorzystywane w naszych produktach pochodzą od dostawców zewnętrznych. W niedalekiej przyszłości planujemy uruchomienie własnej produkcji – mówi Toshiro Tsuboi.

Czerwcowe upały były odczuwalne także w mediach społecznościowych. Internauci dyskutują o zmianach klimatu i betonozie

Czerwcowe upały były odczuwalne także w mediach społecznościowych. Internauci dyskutują o zmianach klimatu i betonozie 4

Tylko w czerwcu w internecie pojawiło się 4,6 tys. publikacji o zmianach klimatycznych, które mogły dotrzeć do 38 mln osób – wynika z badań Instytutu Monitorowania Mediów. Zainteresowanie tym tematem wzrosło przez falę blisko 40-stopniowych upałów. Coraz częściej w tym kontekście w dyskusjach internautów zaczęło się pojawiać słowo „betonoza”, oznaczające wycinanie drzew z przestrzeni miejskiej i zastępowanie ich betonem. W efekcie miasta w upalne dni przypominają patelnię, a temperatura w centrum jest nawet o kilkanaście stopni wyższa niż w parkach.

Nasze badania pokazały przede wszystkim, że czerwcowe upały bardzo doskwierały Polakom. Rozprawiali w internecie na temat kryzysu klimatycznego. W sieci pojawiło się ponad 4,6 tys. publikacji. To pokazuje wagę tego zjawiska i tego, jak ważny temat jest to dla Polaków – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Joanna Górska z Instytutu Monitorowania Mediów.

Najczęściej w mediach można było przeczytać o usychającej palmie na warszawskim rondzie de Gaulle’a czy klimatycznym strajku wakacyjnym 13-letniej Igi, wzorowanym na akcji podjętej przez nominowaną do pokojowej nagrody Nobla Gretę Thunberg, 16-latkę ze Szwecji. Dyskusje dotyczyły też słów papieża Franciszka o konieczności działań w kontekście kryzysu klimatycznego.

Z kryzysem klimatycznym ściśle wiąże się pojęcie tzw. betonozy. Po raz pierwszy odnotowaliśmy to słowo w naszym monitoringu w połowie czerwca, a już na koniec miesiąca pojawiło się ponad 1,1 tys. publikacji na ten temat – wskazuje ekspertka IMM. – Szacunkowo z pojęciem kryzysu klimatycznego mogliśmy się spotkać prawie 38 mln razy. W przypadku betonozy dotarcie odnotowane tylko w przypadku social mediów wynosiło ponad 3 mln, co może pokazywać, że co dziesiąty Polak mógł się spotkać z tym pojęciem.

O betonozie, czyli wycinaniu drzew z przestrzeni miejskiej i powstawaniu betonowych pustyń, zrobiło się głośno, gdy na Twitterze pojawiło się zdjęcie Starego Miasta we Włocławku – niegdyś zielonego, z trawnikami i drzewami, teraz z wszechobecnym betonem, bez skrawka cienia. Internet zalały zdjęcia kolejnych miast przed i po rewitalizacji.

W sąsiedztwie drzew temperatura może się obniżyć o kilkanaście stopni. Tymczasem polskie miasta do upałów są zupełnie nieprzystosowane. Udowodniły to czerwcowe upały, a internauci dzielili się w sieci swoimi spostrzeżeniami. Kurtyny wodne nie są ratunkiem, pomóc mogłaby zieleń, tej jednak w centrum miast po prostu brakuje.

W czasie upałów sprawdzaliśmy, jak wygląda temperatura w mieście. Robiliśmy to na warszawskim Placu Bankowy, w pobliżu ratusza. Sprawdziliśmy temperaturę w miejscu, gdzie nie ma żadnych drzew, przy wejściu do metra, a potem przenieśliśmy się 200 metrów dalej, gdzie jest piękna aleja starych drzew. Okazało się, że między tymi miejscami jest ponad 20 stopni różnicy – wylicza Jan Mencwel, prezes Stowarzyszenia Miasto Jest Nasze.

Fundacja EkoRozwoju podaje, że właściwości chłodzące jednego drzewa można porównać do pięciu klimatyzatorów włączonych przez cały dzień. W ciągu doby może się uwolnić z drzewa nawet 400 litrów wody, a do tego zieleń skutecznie chroni przed nagrzewaniem się otoczenia. Tymczasem asfalt i beton nagrzewają się w ciągu chwili, dlatego centra miast w upalne dni przypominają patelnię.

Wszystkie badane miejsca, które były odsłonięte i nasłonecznione, miały temperaturę powyżej 40 stopni, nawet 45. Z kolei w tym miejscu, gdzie rosną drzewa, to w taki upalny dzień mamy 25 stopni – wskazuje Jan Mencwel.

Na Zachodzie coraz bardziej widoczny jest trend proekologiczny. Przykładem może być Plac Republiki w Paryżu, gdzie posadzono aleję wysokich drzew. W Mediolanie do 2030 roku zasadzonych ma być 3 mln drzew. W efekcie 30 proc. powierzchni miasta ma być pokryte drzewami. W Polsce drzewa raczej się wycina. Przykładem może być Warszawa, gdzie w latach 2007–2016 wycięto nieco ponad 230 tys. drzew.

To nie chodzi o to, żeby było jedno drzewo raz na jakiś czas posadzone, tylko żeby tworzyć takie zielone korytarze, gdzie można jeździć na rowerze czy przyjemnie się przejść. W takich miastach da się po prostu żyć. Chętniej turyści przyjadą do miasta, w którym są drzewa niż do takiego, w którym latem w sezonie turystycznym nie da się wytrzymać – przekonuje prezes Stowarzyszenia MJN.

Tylko presja społeczeństwa może powstrzymać dalsze betonowanie polskich miast. Im więcej wpisów dotyczących kryzysu klimatycznego w internecie, tym większa szansa, że centra miast znów się zazielenią.

– Chcielibyśmy stworzyć modę na drzewa w mieście i antymodę na betonozę. Żeby burmistrzowie, którzy decydują w zaciszu swoich gabinetów o wycięciu drzew i zrobieniu fajnego, w ich mniemaniu, betonowego placu, wiedzieli, że może ich za to spotkać krytyka i nie będą mieli najlepszego PR-u w internecie – tłumaczy Jan Mencwel.

Systemy bezzałogowych pojazdów latających rewolucjonizują rolnictwo. Pozwolą precyzyjne planować zasiewy oraz dozować nawozy

Systemy bezzałogowych pojazdów latających rewolucjonizują rolnictwo. Pozwolą precyzyjne planować zasiewy oraz dozować nawozy 5

W rolnictwie coraz częściej wykorzystuje się bezzałogowe pojazdy latające do monitoringu upraw. Zaawansowane systemy pozwalają wzbogacić zdjęcia satelitarne o szczegółowe dane ułatwiające analizę stanu upraw oraz planowanie prac związanych z zasiewami oraz zbiorami. Powstają systemy dronów wyspecjalizowane w przeprowadzaniu misji realizowanych na potrzeby konkretnych upraw oraz kompleksowe platformy monitoringu wykorzystujące sztuczną inteligencję oraz technologię blockchain.

– Wspólnie z kilkoma firmami realizujemy projekt, który pozwala na kalibrację zdjęć satelitarnych, aby w odpowiedni sposób planować uprawy. Wykrywamy, analizujemy zawartość pierwiastków stałych w glebie oraz dostarczamy informacje w taki sposób, aby rolnik lub inwestor, był w stanie w sposób zrównoważony prowadzić politykę nawozową na danym terenie. To rozwiązanie pozwala na ograniczenie zawartości azotu w glebach oraz prowadzenie w sposób zrównoważony i precyzyjny polityki nawożenia – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Krzysztof Śmierciak, prezes zarządu spółki UAVS Poland.

Prace nad bezzałogowymi pojazdami obserwacyjnymi, które umożliwiłby prowadzenie monitoringu hiperspektralnego na potrzeby odbiorców indywidualnych, trwają od wielu lat. W tej chwili wykorzystanie bezzałogowych technologii rozpoznawczych jest już prowadzone na szeroką skalę. Zespół UAVS Poland opracował m.in. samostabilizacyjną głowicę obserwacyjną na potrzeby obserwacji obszarów leśnych czy jednostkę inercyjnej nawigacji umożliwiającą badanie orientacji obiektów pozbawionych stałego punktu odniesienia. Firma podjęła także współpracę ze specjalistami z Aero Login, którzy specjalizują się w opracowywaniu szczegółowych map pól i upraw za pośrednictwem narzędzi hiperspektralnych.

– W przypadku wykorzystania nalotów spektralnych i hiperspektralnych to jest cały projekt, który jest ułożony na najbliższych parę lat. Same naloty są stosunkowo drogie ze względu na koszt sprzętu, który jest wykorzystany. Ale to są naloty, które są oferowane spółdzielniom rolniczym, które w ten sposób są w stanie prowadzić dla swoich członków odpowiednią politykę zakupu nawozów. Czyli obniżenie kosztów zakupów nawozów liczone w sposób globalny dla danego regionu – tłumaczy ekspert.

W Polsce nad rozwiązaniami tego typu pracują także inżynierowie z FlyTech UAV, konstruktorzy specjalistycznych dronów geodezyjnych, energetycznych czy właśnie rolniczych. Firma opracowała kompleksowy system kontroli i planowania lotów, którego kluczowym elementem są bezzałogowe drony Birdie wyposażone w moduły łączności bezprzewodowej 4G LTE. Dzięki nim zasięg działania systemu jest znacznie szerszy niż w przypadku wielu konkurencyjnych rozwiązań.

Podobne rozwiązanie opracował Parrot we współpracy z francuską firmą Airinov. Drony Parrot Airinov wykonują analizę stanu upraw w czterech różnych spektrach, nie bazując jedynie na analizie w spektrum światła widzialnego. Dzięki temu mogą dostrzec niepokojące zmiany na polach uprawnych, które są niewidoczne na zdjęciach satelitarnych.

Potencjał automatycznych systemów kontroli upraw dostrzegli także pracownicy Microsoftu, którzy postulują wdrożenie do branży rolniczej rozwiązań z zakresu sztucznej inteligencji. Pierwsze eksperymenty z takim kompleksowym systemem monitoringu przeprowadzono w ramach brazylijskiego projektu FarmBeats. Firma zbudowała zautomatyzowane narzędzie zarządzania uprawami wykorzystujące drony, technologię blockchain, sztuczną inteligencję czy urządzenia z internetu rzeczy. Wdrożenie tego systemu nie tylko ułatwiło zarządzanie uprawami, lecz także pozwoliło zredukować zużycie wody aż o 30 proc.

Monitoring teledetekcyjny roślinności na potrzeby rynku rolniczego z wykorzystaniem systemów satelitarnych również prowadzony jest od wielu lat. Metodyka badań została opracowana z myślą o analizie obszarów w całym kraju. W dobie dynamicznego rozwoju systemów inteligentnych takie metody analizy stanu upraw okazują się niewystarczające.

– Możemy kalibrować i doszczegóławiać mapy satelitarne, dzięki czemu rolnicy uzyskują bardzo szczegółową analizę w czasie rzeczywistym. Bo proszę pamiętać, że mapy satelitarne są dostępne w określonych algorytmach czasu, nie na bieżąco. Poza tym są ograniczone ze względu na wykorzystanie satelit. Tutaj możemy w czasie rzeczywistym podawać aktualne stany i w odpowiedni sposób prowadzić politykę nawozową. Ograniczamy ilość nawozu, ograniczamy koszty nawożenia, więc to się bezpośrednio przekłada na koszty prowadzenia przez rolnika swojego gospodarstwa – przekonuje Krzysztof Śmierciak.

Według analityków z firmy Market Watch wartość globalnego rynku dronów rolniczych w 2018 roku wyniosła 990 mln dol. Przewiduje się, że do 2025 roku wzrośnie ona do 6,73 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 27 proc.

Nanomateriały mogą rozwiązać problem antybiotykooporności. Nawet ich niewielka ilość na szpitalnym prześcieradle czy opatrunku może zastąpić antybiotyk

Nanomateriały mogą rozwiązać problem antybiotykooporności. Nawet ich niewielka ilość na szpitalnym prześcieradle czy opatrunku może zastąpić antybiotyk 6

Potrzebne są nowe sposoby ochrony przed bakteriami. Inaczej grozi nam powrót do ery sprzed wynalezienia penicyliny. Dzięki nanomateriałom będzie można ochronić organizm przed bakteriami bez stosowania antybiotyków. Niewłaściwe i nadmierne stosowanie leków z tej grupy powoduje, że bakterie uodparniają się na nie. W rezultacie nawet niewielka infekcja może być trudna do leczenia, a nawet niebezpieczna dla życia. Polska jest jednym z krajów, w których zażywa się najwięcej antybiotyków.

– Szpitale są jednym z głównych ognisk bakterii. Rozwijają się one tam niesamowicie szybko, więc stosowanie nowych materiałów jest bardzo potrzebne. Z rozwiązaniem przychodzi nanotechnologia, czyli bardzo małe obiekty, które wykazują niesamowite właściwości. Takimi związkami są m.in. tlenek cynku, srebro lub miedź lub nawet ich mieszaniny, które mają bardzo dobre właściwości antybakteryjne lub antygrzybiczne – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Bartosz Woźniak z Laboratorium Nanostruktur Instytutu Wysokich Ciśnień w Warszawie.

Zjawisko antybiotykooporności jest jednym z najpoważniejszych problemów współczesnej medycyny. Z uwagi na upowszechnienie stosowania antybiotyków bakterie stały się oporne na leki z tej grupy. Jeśli nie zostanie ograniczone ich stosowanie, może nam grozić sytuacja, z jaką cywilizacja miała do czynienia przed wynalezieniem penicyliny. Rozwiązaniem problemu antybiotykooporności może się okazać nanotechnologia. Obiecujące wyniki wykazały np. nanocząstki tlenku cynku, złota i srebra oraz tlenek grafenu.

– Produkty na bazie nanotechnologii, czyli nanocząstki można stosować w maściach lub jako warstwy na tkaninach, m.in. w szpitalach jako prześcieradła, odzież szpitalna oraz na opatrunkach. Dzięki zastosowaniu nanotechnologii liczba stosowanych materiałów jest bardzo mała. Może to być nawet 100 ppm, czyli 100 cząstek na milion. Już tak mała ilość powoduje bardzo dobre działania antybakteryjne – przekonuje ekspert.

Tańszą i bardziej przyjazną dla środowiska alternatywą mogą być także antybakteryjne nanomateriały polimerowe. Naukowcy z College of Textiles and Modern Textile Institute na Uniwersytecie Donghua opracowali serię nanożeli opartych na guanidynie. Nanożele mają dużą powierzchnię właściwą, dzięki czemu są skutecznymi materiałami antybakteryjnymi. Mogą być stosowane jako samodzielne materiały lub sczepione na innych powierzchniach, takich jak tkanina bawełniana. Działanie antybakteryjne pochodzi ze zdolności nanożeli do rozrywania błony komórkowej.

Według danych Światowej Organizacji Zdrowia, aż 33 proc. pacjentów chirurgicznych zmaga się z zakażeniami pooperacyjnymi. Ponad połowa zakażeń może dotyczyć antybiotykoopornych szczepów. U 43 proc. pacjentów dochodzi do niepotrzebnej kontynuacji antybiotykoterapii w okresie pooperacyjnym. W rezultacie antybiotyk stosowany jest niepotrzebnie, a właśnie takie praktyki w dużej mierze prowadzą do powstania zjawiska oporności bakterii.

– Obecnie w przypadku poważniejszego zadrapania możemy w bardzo łatwy sposób sięgnąć po antybiotyki i wyleczyć daną ranę, co oczywiście nie jest do końca dobre. Niestety, poprzez takie działania powodujemy, że bakterie nabierają nowych mechanizmów obrony przed nimi i uodporniają się na nie. Dlatego też trzeba szukać nowych materiałów, które będą innowacyjne i będą tak samo dobrze lub nawet lepiej działały niż antybiotyki – mówi Bartosz Woźniak.

Tymczasem Polska znajduje się na piątym miejscu w europejskiej czołówce krajów, w których WHO zanotowała największe przyjmowanie antybiotyków. Pomimo prowadzonej od kilku lat kampanii mającej ograniczyć stosowanie antybiotyków w naszym kraju współczynnik ten stale rośnie. Wykorzystanie antybiotyków w leczeniu szpitalnym notowane w Polsce jest znacznie niższe niż średnia europejska. Oznacza to, że największy odsetek wykorzystania leków z tej grupy odbywa się w warunkach domowych, co jeszcze bardziej stymuluje rozwój problemu antybiotykooporności.

System CRM a ERP, czym się różnią?

Współcześni przedsiębiorcy coraz chętniej stosują zintegrowane rozwiązania informatyczne usprawniające zarządzanie firmą. Do najpopularniejszych z nich należą systemy ERP oraz CRM. Oba są w stanie ułatwić prowadzenie działalności i przełożyć się na maksymalizację efektywności. Nie należy ich jednak ze sobą mylić, ponieważ pomimo tego, że ich głównym zadaniem jest usprawnienie zarządzania firmą, różnią się przede wszystkim pod względem zakresu działania.

Cyfryzacja w biznesie

Modele zarządzania w nowoczesnych przedsiębiorstwach znacząco odbiegają od tych, które jeszcze do niedawna wydawały się świetnie funkcjonować. Trudne uwarunkowania rynkowe i duża konkurencja sprawiają, że na rynku są w stanie utrzymać się tylko podmioty właściwie wykorzystujące zasoby i przewidujące potencjalne zagrożenia. Wbrew pozorom systemy informatyczne wspierające te segmenty działalności nie są adresowane wyłącznie do dużych firm i zakładów produkcyjnych. Z ich potencjału mogą skorzystać także osoby zarządzające małymi i średnimi przedsiębiorstwami. Odpowiedni dobór oprogramowania pozwoli zminimalizować koszty i znacznie zwiększyć efektywność, a łatwe w konfiguracji moduły ułatwiają dostosowanie się do zmieniających się uwarunkowań.

System ERP – czym jest?

System ERP (ang. Enterprise Resource Planning – planowanie zasobów przedsiębiorstwa) stanowi najbardziej kompleksowe podejście do zarządzania zasobami przedsiębiorstwa. W zależności od przyjętej koncepcji i wybranych modułów może obejmować część lub wszystkie działy firmy – rozpoczynając na produkcji, poprzez kontrolę jakości, magazynowanie, dystrybucję, serwis i marketing, na finansach i kadrach kończąc. Jak podkreślają specjaliści z firmy Kotrak S.A., ERP usprawnia obieg informacji, a także wykorzystuje zintegrowaną bazę danych, która pozwala na efektywną pracę w czasie rzeczywistym i skuteczne zarządzanie poszczególnymi działami. Dzięki jego możliwościom możliwe staje się także sporządzanie zaawansowanych analiz i długofalowe planowanie rozwoju firmy. Jego architektura pozwala z kolei na odpowiednie zabezpieczenie informacji, będących jednym z najcenniejszych zasobów współczesnych przedsiębiorstw.

CRM, czyli zarządzanie relacjami z klientami

W przeciwieństwie do rozbudowanego i wielozadaniowego ERP rola systemu CRM (ang. customer relationship management – zarządzanie relacjami z klientami) sprowadza się do formowania strategii komunikacji z klientami i koordynowania oraz kontroli procesu sprzedaży, pośrednio pomaga także w kształtowaniu odpowiedniej strategii marketingowej. CRM umożliwia stworzenie bazy, w której obok standardowych danych konsumentów pojawią się informacje pozwalające stworzyć szczegółową charakterystyką konkretnego kupującego i na tej podstawie odpowiednio formułować strategię sprzedażową. Systemy CRM coraz częściej są także wzbogacane o funkcje ułatwiające zarządzanie kampaniami marketingowymi w internecie, w tym działaniami w zróżnicowanych kanałach social media.

ERP czy CRM – co wybrać?

Systemy ERP i CRM nie konkurują ze sobą – właściwie rzecz biorąc, wzajemnie się uzupełniają. ERP, jako rozbudowane oprogramowanie ułatwiające zarządzaniem wszystkimi procesami w przedsiębiorstwie, umożliwia redukowanie kosztów i zwiększanie efektywności firmy. CRM jest z kolei skupiony na aspekcie sprzedażowym i wsparciu promocji produktu, dzięki czemu staje się skutecznym narzędziem służącym do maksymalizacji zysków, utrzymywania relacji z dotychczasowymi klientami i poszukiwania nowych odbiorców.

Jerzy Hołub nowym dyrektorem marketingu w polskim oddziale Mastercard

Od 1 lipca stanowisko dyrektora marketingu w polskim oddziale Mastercard Europe objął Jerzy Hołub.

Jerzy Hołub, Mastercard
Jerzy Hołub, Mastercard

Jerzy Hołub będzie odpowiedzialny za strategię i realizację działań promujących markę, rozwiązania i produkty Mastercard oraz za projekty sponsoringowe firmy w Polsce, takie jak m.in. Mastercard OFF CAMERA, Orange Warsaw Festiwal, Open’er Festival i Kraków Live Festival, a także za współpracę marketingową z partnerami biznesowymi firmy.

Jerzy ma 17-letnie doświadczenie marketingowe, które zdobył pracując dla wiodących marek, takich jak Orange, T-Mobile, LUXMED i PZU. Do zespołu Mastercard dołączył bezpośrednio z Orange, gdzie odpowiadał za marketing komercyjny B2B oraz  współpracę marketingową z Google, Samsung, i Cisco.

Kładąc duży nacisk na analityczne rozumowanie, Jerzy koncentruje się na holistycznym podejściu do marketingu, począwszy od strategii cyfrowej i nowych technologii, poprzez wiedzę o zachowaniach konsumenckich, a skończywszy na rozwijaniu najlepszych w swojej klasie narzędzi wsparcia sprzedaży.

Jerzy Hołub jest doktorem socjologii Polskiej Akademii Nauk oraz Czeskiej Akademii Nauk oraz absolwentem Uniwersytetu Warszawskiego. Pasją Jerzego jest klasyczna literatura rosyjska oraz boks.

Wizytówkowe savoir viviré

Wizytówka jest niezwykle ważnym elementem komunikacji biznesowej. Wymiana tych niepozornych kartoników to nieodzowna część rytuału obowiązującego podczas wszelkich spotkań, które odbywają się „w interesach”. Ale uwaga! Aby wizytówka spełniła swoje zadanie, musisz wiedzieć, jak i komu ją wręczyć. Oto najważniejsze zasady, które trzeba znać.

Brak wizytówki to poważne faux pas!

Warto zacząć od oczywistego: wizytówka to obowiązkowy element wyposażenia każdego biznesmena. Jeśli prowadzisz działalność gospodarczą, bez względu na branżę, upewnij się, że masz pod ręką choć kilka kartoników. Nigdy nie wiesz, kiedy Ci się przydadzą.

Wizytówkę wręcza się na początku spotkania

Najlepiej, jeśli zrobisz to tuż po uściśnięciu dłoni swojego partnera, przedstawiając mu się. Wizytówkę warto wręczyć każdej osobie, która uczestniczy w spotkaniu – zwłaszcza, jeśli mowa o gronie kilku – kilkunastu rozmówców. Jeśli kogoś pominiesz, może to zostać źle odebrane.

Opcjonalnie możesz ją wręczyć na zakończenie rozmowy – np. sytuacji, gdy znałeś rozmówcę wcześniej. Jak więc widać, do tematu momentu wręczania wizytówek warto podejść z wyczuciem. Ale uwaga! Przenigdy nie przekazuj ich w trakcie jedzenia. Jeśli z partnerem umówiłeś się na kolację, wymiany wizytówek dokonaj przed lub po posiłku.

Pamiętaj, że nie bez znaczenia jest także technika wykonania wizytówki.

kontaktRys.1. Typy lakieru na wizytówce; źródło: https://www.openprint.pl/wizytowki

Jak wręcza się wizytówkę?

Wizytówkę wręczaj, odwracając ją tak, aby były widoczne Twoje dane. Możesz to zrobić jedną ręką lub trzymając ją w obu dłoniach. Uwaga! Wizytówka powinna ZAWSZE trafić bezpośrednio do ręki rozmówcy, a nie na stół!

Komu wręczać wizytówkę?

Zgodnie z zasadami biznesowego savoir vivre’u, wizytówkę powinna jako pierwsza wręczyć osoba o wyższym statusie – to istotne zwłaszcza podczas wewnętrznych spotkań firmowych. W przypadku spotkań między biznesowymi partnerami ma to mniejsze znaczenie. Jeżeli jednak czujesz, że jesteś na nieco „gorszej” pozycji – poczekaj na ruch ze strony rozmówcy.

Pamiętaj też, że jeżeli Tobie została wręczona wizytówka, nieuprzejmym byłoby nie odwzajemnić tego gestu. Co jednak, kiedy nie bardzo chcesz przekazywać rozmówcy swojego numeru telefonu czy adresu e-mail? Rozwiązanie jest bardzo proste: przygotuj część wizytówek bez tych danych. Sprawdzą się w takich sytuacjach idealnie.

Nie chowaj wizytówki od razu do kieszeni

Co zrobić z wizytówką tuż po jej otrzymaniu? Nie do przyjęcia jest włożenie jej do kieszeni (tym bardziej, o zgrozo, do tylnej kieszeni spodni!). Schemat zachowania zależy od sytuacji. I tak:

  • jeśli wymiana następuje podczas przypadkowego spotkania „na ulicy” lub na spotkaniu networkigowym, podczas którego rozmawiacie na stojąco, dobrym pomysłem jest dokładne przyjrzenie się wizytówce i przeczytanie zawartych na niej informacji. Następnie możesz ją trzymać w dłoni aż do zakończenia spotkania, a na jego koniec – schować do portfela lub (lepiej) wizytownika,
  • gdy wizytówka została Ci wręczona na standardowym spotkaniu „zasiadanym”, powinna do końca spotkania pozostać na stole, gdzieś w zasięgu Twojego wzroku. Na koniec możesz również umieścić ją w wizytowniku.

Design wizytówki ma znaczenie

Aby dobrze wypaść w oczach partnera biznesowego, warto również zadbać o jakość wizytówek. Zwróć uwagę na:

  • format – najlepiej wybrać ten standardowy, a więc 90 x 50 mm (taką wizytówkę łatwo umieścić w portfelu czy wizytowniku),
  • jakość papieru – warto wybrać ten wyższej klasy, aby podnieść prestiż tego druku,
  • zastosowany font – przyjęło się, że w wizytówkach firmowych nie stosuje się kursywy. Warto też pozostać przy bardziej „profesjonalnych” krojach czcionki.

Przy projektowaniu wizytówki warto więc zasięgnąć rady ekspertów, a jej projekt wykonać u grafika. Takie rozwiązanie oferują dobre drukarnie, np. OpenPrint.pl. Specjaliści przygotują layout wizytówki zgodny z systemem identyfikacji Twojej marki i podpowiedzą, jakie parametry sprawdzą się najlepiej – tak, abyś wywarł pozytywne wrażenie i na pewno nie popełnił faux pas.

Śródmieście, Wola i Mokotów biurowymi gwiazdami Warszawy

Warszawa, która dysponuje przeszło połową krajowych zasobów biurowych, przyciąga biznes jak żadne inne miasto w Polsce. Inwestorów zachęca m.in. rekordowy popyt na biura i wysoka stopa zwrotu, sięgająca na warszawskim rynku nawet 9 proc., czytamy w najnowszym raporcie Walter Herz.

Warszawa; Plac Europejski fot. Walter Herz
Warszawa; Plac Europejski fot. Walter Herz

Od 2012 roku, jak obliczają analitycy Walter Herz, zasoby biurowe Warszawy rosły średnio 6,5 proc. rocznie. Siedem lat temu miasto oferowało zaledwie 3,69 mln mkw. nowoczesnych powierzchni biurowych, a dziś dysponuje 5,65 mln mkw. biur. Posiada pięć razy większe zasoby niż Kraków, czy Wrocław. Co roku na warszawski rynek wchodzi kilkanaście nowych biurowców. Ogromny potencjał inwestycyjny Warszawy potwierdza choćby ilość projektów, które aktualnie realizowane są w mieście. W aglomeracji powstaje prawie 800 tys. mkw. powierzchni biurowych, podczas gdy w Krakowie 250 tys. mkw., a we Wrocławiu około 200 tys. mkw.

Trzy czwarte biur w trzech dzielnicach

Centra biznesowe rozwijają się przede wszystkim w trzech warszawskich dzielnicach, w Śródmieściu, na Woli i Mokotowie. W tych trzech dystryktach skupione jest łącznie aż trzy czwarte warszawskich biur (73 proc.). Jak podaje raport Walter Herz, w warszawskim Śródmieściu znajduje się 26 proc. spośród wszystkich stołecznych biurowców, na Mokotowie – 23  proc., a na Woli, która najszybciej się rozwija – 17 proc. budynków biurowych.

W rejonie ronda Daszyńskiego trwa budowa największych inwestycji w mieście, jak Warsaw Unit, Warsaw Hub, Skyliner, Generation Park, czy Mennica Legacy Tower. Po zakończeniu ich realizacji, w tym kilku drapaczy chmur, obszar ten stanie  się jednym z największych centrów biznesowych w kraju. Jego ozdobą będzie, położony w południowo-zachodniej części dzielnicy Varso, kompleks w którym powstanie najwyższy budynek w Unii Europejskiej.

Po ukończeniu aktualnych budów Wola osiągnie podaż 1,4 mln mkw. powierzchni, większą od dzisiejszych zasobów biurowych Krakowa, czy Wrocławia. Dzielnica będzie oferowała podobną ilość powierzchni, jaką dysponuje dziś Służewiec Przemysły, gdzie mieści się największe zagłębie biurowe w Polsce, które teraz zachęca najemców głównie niższymi stawkami czynszowymi niż w Śródmieściu i na Woli.

Dominują obiekty o powierzchni 5-20 tys. mkw.

Z analizy Walter Herz wynika, że średnia powierzchnia budynku biurowego w Warszawie wynosi 11,4 tys. mkw. Przeszło połowa warszawskich biur mieści się w obiektach o powierzchni od 5 tys. mkw. do 20 tys. mkw. Biurowce o powierzchni od 20 tys. mkw. do 30 tys. mkw. odpowiadają tylko za 15 proc. podaży. Ale już ponad jedną czwartą powierzchni skupiają obiekty o powierzchni przekraczającej 30 tys. mkw., których wśród stołecznych biurowców jest tylko 7 proc. Jedna trzecia budynków biurowych w mieście ma powierzchnię mniejszą niż 5 tys. mkw. i jest w nich zaledwie 8 proc. stołecznych biur.

Bartłomiej Zagrodnik, Partner Zarządzający w Walter Herz
Bartłomiej Zagrodnik, Partner Zarządzający w Walter Herz

Zróżnicowanie  jakości oferowanej w Warszawie powierzchni biurowej przekłada się na dużą rozpiętość stawek czynszowych. – Najdroższe powierzchnie na warszawskim rynku są blisko czterokrotnie droższe od najtańszych oferowanych biur. Podobnie jest z kosztami eksploatacyjnymi, najwyższe stawki są ponad trzykrotnie większe w porównaniu z najniższymi – informuje Bartłomiej Zagrodnik, Partner Zarządzający w Walter Herz.

Ekspert zauważa, że w ostatnich latach widoczne są zmiany wysokości czynszów w mieście. – Po spadku stawek w latach 2012-2015, możemy obserwować wzrost cen w dzielnicach centralnych. Powodem podwyżek jest utrzymujący się na rekordowo wysokim poziomie popyt na powierzchnie i niewspółmiernie wolno do zapotrzebowania rosnąca podaż. Sytuacja może ulec zmianie w przyszłym roku, w którym planowane jest oddanie 400 tys. mkw. powierzchni biurowych, połowy z budowanych teraz w Warszawie. Boom inwestycyjny, którego jesteśmy świadkami napędzają m.in. atrakcyjne na tle rynków europejskich stopy zwrotu notowane w Warszawie. W przypadku projektów zlokalizowanych w centrum miasta utrzymują się one w okolicy 5 proc., a w strefach poza nim osiągają poziom nawet 9 proc. – przyznaje Bartłomiej Zagrodnik.

Średnio ponad 15 euro/mkw./mies.

Według danych zawartych w raporcie Walter Herz, średnia wysokość czynszu w warszawskich biurowcach wynosi 15,41 EUR/mkw./mies. Najtańsze powierzchnie biurowe oferowane w mieście można wynająć od 7 EUR/mkw./mies., ale obiekty ze stawkami poniżej 10 EUR/mkw./mies. stanowią zaledwie 2 proc. W jednej czwartej budynków biurowych w Warszawie czynsz nie przekracza 12,5 EUR/mkw./mies. Za powierzchnie w najdroższych biurowcach trzeba zapłacić blisko 27 EUR/mkw./mies.

Wysokość kosztów eksploatacyjnych również jest bardzo zróżnicowana, stawki mieszczą się w przedziale od 11 PLN/mkw./mies. do 29,5 PLN/mkw./mies. W co czwartej nieruchomości koszty eksploatacyjne nie przekraczają 17 PLN/mkw./mies., a w blisko 25 proc. budynków wynoszą ponad 21 PLN/m kw./mies. Średni koszt w Warszawie to około 19 PLN/mkw./mies.

Realny wpływ na koszty związane z funkcjonowaniem obiektu ma coraz powszechniejsze stosowanie technologii oraz rozwiązań pro-ekologicznych. Budynki posiadające certyfikat charakteryzują się kosztami eksploatacyjnymi niższymi od obiektów, które ich nie posiadają o blisko 4,5 proc. w przypadku BREEAM oraz blisko 9 proc. w przypadku certyfikacji LEED.

Najwięcej pustych biur na Mokotowie

W Warszawie certyfikaty BREEAM posiada 27 proc. biurowców, a LEED około 10 proc. Zwykle mogą się nimi pochwalić największe obiekty, co sprawia że ponad połowa powierzchni biurowej na warszawskim rynku jest certyfikowana.

Chłonność stołecznego rynku osiągnęła poziom, który nie był dotąd notowany. W ubiegłym roku w Warszawie wynajęte zostało ponad 850 tys. mkw. powierzchni biurowych, podczas gdy w Krakowie ponad 200 tys. mkw., a we Wrocławiu 150 tys. mkw. Zainteresowanie warszawskimi biurami przekłada się na spadek poziomu pustostanów. Wskaźnik powierzchni niewynajętych obniżył się już do średniego poziomu 8,7 proc. Najmniej wolnych biur jest w centrum – 5,2 proc. i w pobliżu Alei Jerozolimskich – 6,7 proc. Na Mokotowie, w rejonie Służewca do wzięcia jest natomiast 18,2 proc. powierzchni, a w okolicy ulicy Żwirki i Wigury – blisko 17 proc.

Michał Krupiński: Jak brexit wpłynie na Polskę

Prędzej czy później Wielka Brytania zapewne opuści szeregi Unii Europejskiej. Z powodu brexitu mocno ucierpi unijna gospodarka. Spadnie PKB, a Unia stanie się mniej atrakcyjnym miejscem dla inwestorów. Negatywnych konsekwencji – również dla Polski – będzie jednak więcej.

„Oceniam […], że bez Wielkiej Brytanii trudniejsze będzie przeprowadzanie liberalnych, wolnorynkowych reform gospodarczych w Unii Europejskiej, które są w interesie Polski. Polska ma wydajną gospodarkę. Polska chce konkurować, i to już nie tylko ceną, ale także jakością, zwłaszcza jeśli chodzi o usługi. Chciałbym, abyśmy mieli do czynienia z sytuacją, w której te reformy będą dalej pogłębiane, a nie z sytuacją, w której prezydent Macron ściga polskich kierowców ciężarówek” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Michał Krupiński, prezes Banku Pekao.

Na brexicie może też stracić branża bankowa. Należy zauważyć, że w Wielkiej Brytanii sektor bankowy jest zaawansowany. Jest tam dużo neobanków, od których tradycyjne banki mogą się różnych rzeczy uczyć. Dotyczy to np. podejścia do otwartej bankowości czy API (interfejs programistyczny aplikacji). Pojawia się jednak obawa, czy po wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii wiedza ta w dalszym ciągu będzie tak samo dostępna.

Co powie Powell, a co usłyszy rynek?

Środa może przynieść sporo odpowiedzi na pytania związane z przyszłością amerykańskiej polityki monetarnej. Przeciwnicy w wojnie handlowej wrócili do rozmów, ale nie do negocjacji. ASF podkręca inflację w Chinach.

Dzień z Powellem

Dzisiejszy handel może się okazać przełomowy przede wszystkim dla dolara, choć siła rażenia sięgnie pewnie też wielu innych walut. Uwaga inwestorów jest w tym momencie skupiona na Waszyngtonie, gdzie o 14:30 swoje przemówienie rozpoczął szef FED Jerome Powell. Co prawda jego słowa będą skierowane do Komisji ds. Usług Finansowych Izby Reprezentantów, ale będzie ich bacznie nasłuchiwać praktycznie cały rynek. Półtorej godziny później powinno zrobić się jeszcze ciekawiej, ponieważ Powell zacznie odpowiadać na pytania senatorów. A tych nie brakuje. Oczywiście najważniejsze będą dotyczyć stóp procentowych. Rynek jeszcze do niedawna oczekiwał podwójnego cięcia na koniec lipca, ale już teraz oczekiwania udało się zbić do zwykłej obniżki. W przeszłości takie przesłuchania dawały znacznie lepszy obraz sposobu prowadzenia polityki monetarnej niż standardowe konferencje prasowe po posiedzeniach FOMC. Ostatnie ruchy na dolarze pokazują, że przynajmniej na razie udało się utemperować gołębie zapędy rynku. Od początku miesiąca USD wyraźnie zyskuje na wartości, chociażby względem złotego, wobec którego podrożał o przeszło 7 groszy. Jeśli komuś będzie mało samego przesłuchania, to o 20:00 poznamy minutki z ostatniego posiedzenia FOMC.

Daleko do przełomu

Do opinii publicznej trafiła informacja o rozmowie telefonicznej przeprowadzonej przez przedstawicieli dwóch stron wojny handlowej. Powinniśmy się cieszyć, że rozmawiali ze sobą tak wysocy przedstawiciele obu administracji, czyli wicepremier Chin Liu He oraz sekretarz skarbu USA Steven Mnuchin. Jednak rynek dość szybko zrozumiał, że ta konwersacja nie przyniosła żadnego skutku. Co istotne nie były to wcale negocjacje mające zakończyć konflikt handlowy, a raczej próba ustalenia, kiedy takie pertraktacje mogłyby się zacząć. Coraz mniej pozostaje z optymizmu po ostatnim szczycie G-20. Strona amerykańska zarzuca Pekinowi, że ten wbrew zapowiedziom wcale nie zwiększył skali importu ze Stanów. Patrząc na drugą stronę frontu, wszystko wskazuje, że nie zostanie również dotrzymana obietnica prezydenta Trumpa o zaniechaniu nowych ceł. Kolejne opłaty mają zostać nałożone na stal budowlaną. Relacje między stronami konfliktu pozostają raczej chłodne i trudno dostrzec jakiekolwiek szanse ich poprawy.

Żywność wciąż drożeje

Nie brakuje dziś ciekawych odczytów makroekonomicznych. Najszerzej komentowanym jest poziom inflacji w Chinach. Wynosi ona 2,7% i jest mocno podbijana w górę przez ceny żywności. Przede wszystkim przez koszty wieprzowiny oraz owoców. Pierwszy problem wynika wprost z epidemii ASF (afrykańskiego pomoru świń). Szacuje się, że wymusi ona wybicie nawet 130 mln zwierząt, choć niektóre źródła wskazują, że jest to wciąż mocno zaniżona liczba. Ceny wieprzowiny w ostatnim roku wzrosły o ponad 20%. Jeszcze bardziej drożeją owoce, za które Chińczycy płacą o ponad 40% więcej niż przed rokiem. Co ważne inflacja żywności jest niejako eksportowana za granicę, w tym także do Polski. Również dzisiaj poznaliśmy dynamikę PKB w Wielkiej Brytanii, która pozytywnie zaskoczyła analityków. Nie dość, że aktualny odczyt był wyższy od oczekiwań, to poprzedni także został zrewidowany w górę. Brytyjska gospodarka rośnie w tempie 1,5% w skali roku.

Złoty dziś wyraźnie traci. Euro dość gładko poradziło sobie z oporem przy 4,27 zł. Dolar testuje ważny poziom 3,81 zł. Frank szwajcarski jest znów blisko rocznych maksimów i kosztuje 3,84 zł. Dobry odczyt PKB wspiera funta, który drożeje do 4,75 zł.

Krzysztof Adamczak — dealer walutowy Internetowykantor.pl

HackYeah! Trzecia edycja hackathonu już 14-15 września w Warszawie

Trzecia edycja największego hackathonu w Europie odbędzie się już 14-15 września w Warszawie. Chodzi o HackYeah! Interdyscyplinarne wydarzenie, podczas którego uczestnicy muszą znaleźć rozwiązania zadań postawionych im przez organizatorów.

Mamy dla was 30 bezpłatnych wejściówek na to wydarzenie!

Czy warto brać udział?

Zdecydowanie! W zeszłym roku wydarzenie odbywało się w Październiku i zebrało ponad 2500 uczestników, na których czekało kilkadziesiąt zadań z łączną pulą nagród wynoszącą ponad pół miliona złotych!

Na ten moment pula nagród wynosi 140 000 PLN, ale organizatorzy zapewniają, że to jeszcze nie koniec. Najbliższa publikacja zadań zaplanowana jest na 5 sierpnia.

Jeżeli jesteście zainteresowani udziałem, ale nie macie zespołu nic straconego! Organizatorzy przygotowali serwer na Discordzie, gdzie możecie znaleźć zespół, skonsultować się z mentorami lub porozmawiać z zespołem realizującym HackYeah! Do discorda możecie dołączyć klikając w ten link: https://discord.gg/fa83ryF.

Z jakimi zadaniami możecie się zmierzyć na HackYeah?

W tym roku uczestnicy będą stawiać czoła wyzwaniom z zakresu Bezpieczeństwa, Środowiska i Komunikacji — to trzy główne kategorie tegorocznej edycji hackathonu. Zadaniem uczestników będzie stworzenie aplikacji, programów lub urządzeń, które wspierają poprawę warunków życia właśnie w ramach tych trzech tematów. W każdej z tych kategorii na uczestników czekają nagrody o wysokości 10 000 PLN.

Oprócz tego uczestnicy mogą wziąć udział w zadaniach przygotowanych przez partnerów HackYeah. 5 lipca organizatorzy opublikowali pierwszą pulę zadań z tej kategorii. Są wśród nich:

  • CTF (czyli drużynowy turniej, podczas którego drużyny starają się rozwiązać jak najwięcej zadań z kategorii powiązanych z cyberbezpieczeństwem) przygotowany przez Wojsko Polskie z pulą nagród wynoszącą 30 000 PLN oraz wyjątkowymi nagrodami rzeczowymi;
  • ORLEN Mobile – First Aid module zadanie polegające na stworzeniu aplikacji, która ułatwia użytkownikom znalezienie stacji, zbieranie punktów lojalnościowych oraz płatności mobilne gdzie uczestnicy mogą wygrać nagrody o łącznej wartości 20 000 PLN;

●     PKN Orlen — Internal employee communication chatbot — nazwa mówi sama za siebie, Orlen poszukuje narzędzia, które ułatwi pracownikom pozyskiwanie informacji z zakresu HR, opartego na rozbudowanych bazach danych i pozwalającego dodatkowo na interakcję pracowników z działem HR — do wygrania 20 000 PLN.

  • PKN Orlen — IT Security — w tym przypadku uczestnicy mają do wyboru dwa zadania: 1) narzędzie zbierające i ewaluujące informacje o konfiguracji serwera automatyzacji i stacji roboczej z perspektywy security lub 2) oprogramowanie oceniające poziom zabezpieczeń serwerów, stacji kontrolnych itd. i generujące szczegółowy raport na ten temat. W ramach tych zadań do wygrania jest 20 000 PLN.
  • Bosch — Optical Feedback Task — celem zadania jest wykorzystanie dostępnych narzędzi i bibliotek do przetwarzania obrazu i sterowania napędem Bosch Rexroth w celu precyzyjnego pozycjonowania wału przy użyciu obrazu z kamery w czasie rzeczywistym. Zwycięzcy w tej kategorii mogą liczyć na nagrody o łącznej sumie 20 000 PLN.

Szczegóły dotyczące tych zadań możecie znaleźć na stronie https://hackyeah.pl/tasks-prizes/.

Wejściówki i lokalizacja

hackyeahcolorWydarzenie odbędzie się w Ptak Expo w Nadarzynie pod Warszawą. Organizatorzy zapewniają bezpłatny dojazd autobusami na miejsce wydarzenia.

Udział w wydarzeniu jest płatny i wynosi 49,00 PLN, jednak cała pula z biletów jest przeznaczana na rzecz fundacji edukujących dzieci w tematyce programowania — Szkoły 3.0 i Hearty Foundation!

A teraz do wracamy do kwestii baitu z początku artykułu 😉 – Pierwsze 30 osób, które zarejestruje się na stronie www.hackyeah2019.evenea.pl z kodem: MP_CEO wchodzi za darmo!

Więcej szczegółów możecie znaleźć na stronie www.hackyeah.pl.

Ponad 30 mln złotych w 3 miesiące. Poczta Polska uderza w zalegających z abonamentem

W pierwszym kwartale br. Poczta Polska wysłała ponad 64 tysiące wezwań do zapłaty i wystawiła ok. 14 tysięcy tytułów wykonawczych. Tego typu działań wobec zalegających z abonamentem podjęto znacznie mniej niż na początku ubiegłego roku. Wówczas wysłano 126 tysięcy upomnień i wystawiono 33 tysiące tytułów wykonawczych. Podjęte kroki sprawiły, że ostatnio na rachunek KRRiT wpłynęło przeszło 31 mln zł, czyli o ponad 4 mln zł mniej niż w analogicznym okresie 2018 roku. Niedawno przedawnieniu uległy zaległości za 2013 rok w kwocie 245,1 mln zł. Ponadto Rada umorzyła w pierwszym kwartale br. długi wynoszące blisko 4 mln zł.

Poczta Polska, na podstawie ustawy z 21 kwietnia 2005 roku o opłatach abonamentowych oraz zgodnie z umową zawartą z Krajową Radą Radiofonii i Telewizji, jest operatorem, który realizuje ściągalność opłaty abonamentowej. Od stycznia do marca br. Centrum Obsługi Finansowej Poczty Polskiej wysłało 64 166 upomnień do abonentów zalegających z płatnościami. Zadłużenie w całości lub w części uregulowało 18 383 abonentów, wpłacając kwotę 9,363 mln zł brutto. Po potrąceniu prowizji za obsługę, operator przekazał na rachunek KRRiT 8,801 mln zł.

– W analogicznym okresie roku poprzedniego wysłano 126 837 upomnień. Zadłużenie w całości lub w części uregulowało 14 737 abonentów, wpłacając kwotę 14,272 mln zł brutto. Na rachunek KRRiT operator przekazał 13,415 mln zł – informuje Teresa Brykczyńska, rzecznik prasowy KRRiT.

W stosunku do pozostałych abonentów zalegających z opłatami Poczta Polska wszczynała postępowania administracyjne. W I kwartale br. wystawiła 13 701 tytułów wykonawczych, a zrealizowano 23 798 tytułów na kwotę 24,006 mln zł, natomiast na rachunek Rady przekazano 22,565 mln zł. Statystyki te za okres od stycznia do marca ubiegłego roku osiągnęły wartości 33 422 oraz 24 249, z kolei kwoty wyniosły 23,604 mln zł oraz 22,188 mln zł.

– W całym ubiegłym roku Poczta Polska wysłała 503 796 upomnień, a ponadto wystawiła 149 511 tytułów wykonawczych. Z kolei w zestawieniach za 2017 rok mamy ich analogicznie 557 453 i 108 079 – mówi rzecznik prasowy KRRiT.

W poprzednim roku na rachunek Rady została przekazana kwota 188,342 mln zł, w tym 77,850 mln zł z tytułu wyegzekwowanych upomnień, a 110,492 mln zł z realizacji tytułów wykonawczych. 2 lata temu wpłynęły 142,894 mln zł, a poszczególne składowe wyniosły 76,790 mln zł oraz 66,104 mln zł.

– W przypadku opóźnienia w uiszczaniu opłaty abonamentowej naliczane są odsetki w wysokości jak dla zaległości podatkowych w rozumieniu ustawy z 29 sierpnia 1997 r. – Ordynacja podatkowa. W związku z tym, zgodnie z art. 70 § 1, zaległości z tego tytułu przedawniają się z upływem pięciu lat, licząc od końca roku kalendarzowego, w którym upłynął termin płatności – zaznacza Justyna Siwek, rzecznik Poczty Polskiej.

Bieg terminu przedawnienia ulega zawieszeniu w przypadku skutecznego wszczęcia postępowania administracyjnego przez organ egzekucyjny. W związku z tym, zadłużenie w opłatach abonamentowych może być wymagane za różne okresy zadłużenia. To zależy od sytuacji, czy dłużnik otrzymał tytuł wykonawczy i na jakim etapie postępowania jest jego sprawa.

– Z danych przekazanych przez Pocztę Polską wynika, iż przedawnieniu uległy zaległości za okres od 1 stycznia do 31 grudnia 2013 r. w kwocie 245,1 mln zł. Przy założeniu, że wszystkie gospodarstwa domowe mają zarejestrowane odbiorniki radiowo-telewizyjne oraz wnoszą terminowo opłaty, potencjalne wpływy abonamentowe, bez uwzględnienia tych od klientów instytucjonalnych, w 2018 r. powinny wynieść 3,2 mld zł netto – dodaje Teresa Brykczyńska.

Na wniosek Poczty Polskiej, KRRiT ma prawo umorzyć zaległości. Dzieje się tak, gdy nie jest możliwe ustalenie podmiotu zobowiązanego do wnoszenia opłat, bądź nie posiada on majątku, z którego można zaspokoić należności. W 2018 r. Spółka wnioskowała o umorzenie zaległości 6 788 zadłużonym w kwocie 9,7 mln zł. W pierwszym kwartale br. Rada umorzyła 3,7 mln zł, natomiast rozłożyła na raty – 0,2 mln zł.

– W przypadku abonamentu, pomijając propagandowy charakter TVP, razi jego niska ściągalność. Obstawiam, że koszty ściągania są relatywnie wysokie w stosunku do przychodów, a jednocześnie mało osób uiszcza należności. Teoria ekonomii mówi o tym, że dedykowane podatki powinny płacić osoby bezpośrednio korzystające z finansowanych przez nie usług. Tu nie ma tego związku, więc pewnie taniej i efektywniej byłoby wprowadzić podatek ogólny – komentuje dr Aleksander Łaszek, główny ekonomista i wiceprezes zarządu Forum Obywatelskiego Rozwoju.

Jak stwierdza ekonomista Marek Zuber, abonament jest martwym podatkiem. Sposoby jego poboru i kontroli pozostają wadliwe, a także nieskuteczne. Listonosze nigdy nie będą poborcami podatkowymi, a nadaniu im dodatkowych obowiązków towarzyszyłby opór społeczeństwa. W przeszłości egzekucją zajmowała się skarbówka, co podkreśla prof. UW dr hab. Tadeusz Kowalski. Ekspert z Wydziału Dziennikarstwa Informacji i Bibliologii zaznacza, że wówczas ludzie zazwyczaj płacili należności, bo nikt nie chciał mieć do czynienia z fiskusem. To przynosiło efekty, a obecne wyniki zależą w dużej mierze od aktywności oddziałów terenowych Poczty Polskiej.

Jadą na podbój Bostonu. Poznajcie finalistów 1. edycji programu akceleracyjnego MIT Enterprise Forum CEE

MIT Enterprise Forum CEE, jeden z największych akceleratorów dla startupów, ogłosił finalistów 1. edycji programu. Co ich wyróżnia? Innowacyjne pomysły, niekonwencjonalne rozwiązania oraz nowoczesne technologie. Zwycięskie startupy wezmą udział w tygodniowym Bootcampie w Bostonie, gdzie zaprezentują swoje rozwiązania w ekosystemie zbudowanym wokół najlepszego na świecie uniwersytetu technologicznego – Massachusetts Institute of Technology.DemoDay

Program MIT Enterprise Forum CEE jest częścią globalnej sieci MIT Enterprise Forum, która posiada swoje oddziały w kilkunastu stanach USA, a także m.in. w Grecji, Hiszpanii, Izraelu, Turcji i Pakistanie. Do tej pory Polska była jedynym krajem w Europie Środkowo-Wschodniej, w którym realizowano akcelerację startupów pod marką MIT Enterprise Forum.
Od 15 stycznia do tego grona dołączy kolejnych czternaście państw: Czechy, Słowacja, Węgry, Austria, Rumunia, Słowenia, Chorwacja, Serbia, Bułgaria, Ukraina, Białoruś, Litwa, Łotwa oraz Estonia.

Celem akceleracji MIT Enterprise Forum CEE jest wsparcie najbardziej innowacyjnych startupów naukowo-technologicznych z Polski i Europy Środkowo-Wschodniej poprzez połączenie ich potencjału z wiedzą i zasobami dużych przedsiębiorstw z branży finansowej, ubezpieczeniowej, energetycznej oraz life science, a także doświadczeniem mentorów, którzy osiągnęli spektakularne sukcesy w biznesie międzynarodowym.

MARZENIE O PODBICIU AMERYKAŃSKIEGO RYNKU NA WYCIĄGNIĘCIE RĘKI

Akcelerację w 1. edycji programu przeszło łącznie 15 młodych firm technologicznych. W trakcie DemoDay, które odbyło się 9 lipca w Warszawie, wyłoniono pięciu finalistów, którzy w nagrodę otrzymali bilety na tygodniowy Bootcamp w Bostonie:

  • AISens: Zapewnia precyzyjne pomiary ruchomości stawów w czasie rzeczywistym. Dzięki Sensorom Orthyo terapia jest bardziej bezpieczna i efektywna, co znacząco ułatwia proces fizjoterapii.
  • ChallengeRocket: Platforma wykorzystująca sztuczną inteligencję do pozyskiwania i rekrutacji talentów z branży IT.
  • Intelliseq: Automatyczny system do szybkiej i precyzyjnej analizy informacji genetycznej z możliwością generowania raportów klinicznych dla wielu wątków diagnostycznych.
  • Phage Armour: Technologia zwalczania bakterii patogennych, w tym szczepów opornych na antybiotyki, za pomocą bakteriofagów, dedykowana m.in. branży weterynaryjnej i firmom zajmującym się produkcją zwierzęcą.
  • Symmetrical Al.: Oferuje usługi kredytowe API Credit Cloud dla klientów w dowolnym kontekście zakupowym poprzez zwiększenie ich poziomu dostępności.

– Tegoroczny wyjazd na Bootcamp to nagroda dla 10 najlepszych startupów z dwóch ostatnich edycji naszego programu. Podczas pobytu w USA młodzi przedsiębiorcy będą mieli okazję zdobyć wiedzę na temat tego, w jaki sposób rozwijać biznes na rynku amerykańskim oraz poznają jeden z największych na świecie ekosystemów innowacji skupiony wokół Massachusetts Institute of Technology – mówi Łukasz Owczarek, Head of Acceleration w Fundacji Przedsiębiorczości Technologicznej, która jest organizatorem programu MIT Enterprise Forum CEE. – Dla młodych, innowacyjnych firm to także ogromna szansa na zaprezentowanie swoich technologii przed inwestorami czy potencjalnymi partnerami z USA oraz okazja na komercjalizację swoich produktów i usług na rynkach zagranicznych – dodaje.

Podczas DemoDay przyznano także nagrodę publiczności dla zespołu ChallengeRocket, którego prezentacja otrzymała najwięcej głosów od uczestników wydarzenia.

Od stycznia 2020 r. kolejne zmiany w prawie podatkowym i VAT

24 czerwca 2019 r. Ministerstwo Finansów przedstawiło kolejny projekt zmian w prawie podatkowym. Zmiany dotyczą struktury magazynu konsygnacyjnego, wewnątrzwspólnotowej dostawy towarów oraz regulacji w zakresie transakcji łańcuchowych.

Pakiet Quick Fixes

Projekt ustawy o zmianie ustawy o podatku od towarów i usług oraz ustawy – Kodeks karny skarbowy (nr z wykazu UC158) ma na celu implementację Dyrektywy Rady (UE) 2018/1910 z dnia 4 grudnia 2018 r. zmieniającej dyrektywę 2006/112/WE w odniesieniu do harmonizacji i uproszczenia niektórych przepisów w systemie podatku od wartości dodanej dotyczących opodatkowania handlu między państwami członkowskimi (Dz.Urz. L nr 311 z 07.12.2018 r., s. 3) oraz Rozporządzenia wykonawczego Rady (UE) 2018/1912 z dnia 4 grudnia 2018 r. zmieniającego rozporządzenie wykonawcze (UE) nr 282/2011 w odniesieniu do niektórych zwolnień związanych z transakcjami wewnątrzwspólnotowymi (Dz.Urz. L nr 311 z 07.12.2018 r., s. 10).

Oba unijne akty wchodzą w skład tzw. pakietu Quick Fixes czy pakietu zmian naprawczych we wspólnotowym systemie podatku od wartości dodanej. Ma on na celu możliwie jak najszybsze wdrożenie rozwiązań ułatwiających prowadzenie działalności gospodarczej w transgranicznym handlu w Unii Europejskiej poprzez wyeliminowanie szkodliwych w tym zakresie przepisów dyrektywy VAT z 28 listopada 2006 r. (nr 2006/112/WE, Dz.Urz. L nr 347 z 11.12.2006 r., s. 1, ze zm.), jak i sporządzonego do niej 15 marca 2011 r. rozporządzenia wykonawczego (nr 282/2011, Dz.Urz. L nr 77 z 23.03.2011 r., s. 1).

Przemieszczenie towaru własnego do magazynu w innym państwie

Przemieszczenie własnych towarów przez dostawcę z jednego państwa członkowskiego UE do magazynu położonego na terenie innego państwa członkowskiego UE traktowane jest przez poszczególne kraje Unii w różnoraki sposób. Jedne uznają taką czynność za wewnątrzwspólnotowe nabycie towarów własnych, do którego stosują mechanizm odwrotnego obciążenia VAT, przy następującej po tym nabyciu dostawie krajowej. Inne natomiast jako wewnątrzwspólnotowe nabycie towarów przez ich nabywcę, w którym obowiązek podatkowy powstaje z chwilą dostarczenia towaru do magazynu. Jeszcze inne, jak Polska, w chwili ich pobrania z magazynu.

Przepisy unijnej dyrektywy VAT zawierają regulacje rozpoznające wewnątrzwspólnotowe przemieszczenie i nabycie towarów własnych podatnika a posiadających cechę beztransakcyjności, jako dostawę zwolnioną z prawem do odliczenia po stronie dostawcy i wewnątrzwspólnotowe nabycie towaru przez niego samego. Choć obie transakcje co do zasady wyzerują się, jednak problemów może nastręczać wieloetapowe ewidencjonowanie podatkowe takich transakcji w postaci: wewnątrzwspólnotowego przemieszczenia towaru, wewnątrzwspólnotowego nabycia i dostawy krajowej. Problemy rozwiązać ma wprowadzona do systemów prawnych państw członkowskich instytucja magazynu call-off stock (z ang. magazyn do odwołania). Łudząco podobna w swej konstrukcji instytucja znana jest już w polskiej ustawie o VAT pod nazwą magazynu konsygnacyjnego.

Magazyn call-off stock

Celem nowelizacji jest wprowadzenie do ustawy o VAT odrębnych, dedykowanych procedurze magazynu call-off stock, regulacji. Zgodnie z projektem zostaną one dodane w dziale II po rozdziale 3, w rozdziałach 3a i 3b. W uzasadnieniu powołania tych przepisów projektodawcy wskazują, że ustawie znana jest taka instytucja, ujawniona w art. 2 pkt 27c. pod nazwą magazynu konsygnacyjnego: „rozumie się przez to wyodrębnione u podatnika zarejestrowanego jako podatnik VAT UE, o którym mowa w art. 97 ust. 4, miejsce przechowywania na terytorium kraju towarów należących do podatnika podatku od wartości dodanej przemieszczonych przez niego lub na jego rzecz z terytorium państwa członkowskiego innego niż terytorium kraju do tego miejsca, z którego podatnik zarejestrowany jako podatnik VAT UE, przechowujący towary, pobiera je, a przeniesienie prawa do rozporządzania tymi towarami jak właściciel następuje w momencie ich pobrania” (Dz.U. 2004 nr 54 poz. 535, ze zm.).

Od początku 2020 r. procedura magazynu call-off stock zastąpić ma „polską” procedurę magazynu konsygnacyjnego. Ujednolici regulacje w tym zakresie i wyeliminuje nieporozumienia, które powstawały i mogłyby nadal powstawać w związku z różnicami, jakie istnieją między obiema instytucjami, a w różny sposób rozumiane przez przedsiębiorców z innych państw. Sama, obowiązująca aktualnie w ustawie o VAT, konstrukcja magazynu, mimo iż nosi nazwę „konsygnacyjnego”, bardziej przypomina konstrukcję magazynu call-off stock. Polega bowiem na tym, że towar zostaje dostarczany na terytorium innego państwa do znanego już przed dostawą odbiorcy, który następnie może używać tego towaru do prowadzenia własnej działalności. Z kolei cechą magazynów konsygnacyjnych (z ang. consigment stock) jest to, że w momencie dokonywania dostawy towaru na teren innego państwa nabywca nie jest jeszcze znany.

„Polska ustawa o VAT przyjęła model magazynu call-off stock, z tym że do końca 2019 r. funkcjonował on pod nazwą magazynu konsygnacyjnego. Procedowana zmiana ustawy ma na celu wprowadzenie porządku terminologicznego w tym obszarze” (Uzasadnienie projektu ustawy o zmianie ustawy o podatku od towarów i usług oraz ustawy – Kodeks karny skarbowy, nr z wykazu UC158).

Brak informacji o prowadzeniu magazynu call-off karane jak wykroczenie

Wraz z powołaniem do życia regulacji dotyczących magazynów typu call-off skorelowano sankcje za ich nieprzestrzeganie. Do ustawy – Kodeks karny skarbowy zostanie dodany art. 80g § 1 w brzmieniu:

„Podatnik, który wbrew obowiązkowi, nie składa zawiadomienia o prowadzeniu magazynu wykorzystywanego w procedurze magazynu typu call-off stock, znajdującego się na terytorium kraju, albo składa je po terminie lub podaje w nim dane niezgodne ze stanem rzeczywistym, podlega karze grzywny za wykroczenie skarbowe” (nr z wykazu UC158).

Tą samą karą objęte będzie niepowiadomienie organu lub powiadomienie go po terminie, lub podanie nierzetelnych informacji o zmianie danych zawartych w zawiadomieniu o prowadzeniu magazynu typu call-off.

Transakcje łańcuchowe

Unia zaleciła państwom członkowskim ujednolicenie regulacji w zakresie dostawy towarów w transakcjach łańcuchowych, czyli transakcjach, w których biorą udział co najmniej trzy podmioty. Według projektodawców nowelizacji obowiązujące w ustawie o VAT regulacje dotyczące ustalania miejsca dostawy w transakcjach łańcuchowych obejmujących import i eksport są zgodne z prawem unijnym, zatem pozostaną bez zmian. Nowelizacja doprecyzowuje jedynie, dodając do art. 22 ust. 2, sformułowanie: „z terytorium kraju na terytorium państwa trzeciego”, że regulacje określające miejsce świadczenia dotyczą dostawy łańcuchowej o charakterze transgranicznym.

Zmiany mają jednak na celu przede wszystkim uściślenie tego, kto w transakcji łańcuchowej będzie uznawany za podmiot, któremu przyporządkowane zostanie miano odbiorcy dostawy wysyłki lub transportu towaru. Zgodnie z projektowanym art. 22 ust. 2a:

„W przypadku gdy kilka podmiotów dokonuje dostawy tego samego towaru w ten sposób, że pierwszy z nich wydaje ten towar bezpośrednio ostatniemu w kolejności nabywcy, przy czym towar ten jest wysyłany lub transportowany z terytorium jednego państwa członkowskiego na terytorium innego państwa członkowskiego, to wysyłka lub transport tego towaru są przyporządkowane wyłącznie do dostawy dokonanej do podmiotu pośredniczącego” (nr z wykazu UC158).

W ust. 2b przewidziany został wyjątek od powyższej zasady, natomiast w ust. 2c wyjaśniono pojęcie podmiotu pośredniczącego. To inny niż pierwszy w kolejności dostawca towarów, który wysyła lub transportuje towar samodzielnie albo za pośrednictwem osoby trzeciej działającej na jego rzecz.

Nowe obowiązki dla objęcia 0% stawką wewnątrzwspólnotowej dostawy towarów

Projekt przewiduje zmiany w katalogu przesłanek koniecznych do spełnienia w celu objęcia wewnątrzwspólnotowej dostawy towarów 0% stawką VAT. Oprócz dokonania dostawy na rzecz nabywcy posiadającego wymagany numer identyfikacyjny dla wewnątrzwspólnotowych transakcji, nabywca będzie też musiał podać ten numer dostawcy. Kolejnym novum warunkującym zastosowanie stawki 0% jest obowiązek złożenia przez dostawcę prawidłowej informacji podsumowującej VAT-UE.

Co prawda w ustawie o VAT istnieją już zapisy wskazujące na powyższe obowiązki, jednak stanowią one obecnie przesłanki formalne, czyli takie, których niespełnienie nie podważa słuszności zastosowania 0% stawki. Po wejściu w życie zmian nowe wymogi stanowić będą przesłanki materialne, bez których spełnienia o zastosowaniu stawki 0% nie będzie mogło być mowy.

Rozporządzenie wykonawcze 2018/1912 wprowadza w zakresie wewnątrzwspólnotowej dostawy instytucję domniemania, że towary zostały wywiezione z jednego państwa do drugiego państwa członkowskiego Unii Europejskiej. Organy podatkowe będą mogły zakwestionować powyższe domniemanie, dostarczając dowody na to, że towary nie zostały przetransportowane. To z kolei spowoduje niemożność zastosowania stawki 0%. Regulacje unijnych rozporządzeń są wiążące w państwach UE bez potrzeby ich implementacji do krajowego prawa, stąd staną się obowiązujące bez konieczności ich ujmowania w ustawie o VAT.

Wyrok TSUE w sprawie zwrotu VAT podróżnym

28 lutego 2018 r. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej orzekł o sprzeczności z unijną dyrektywą VAT uregulowań polskiej ustawy o podatku od towarów i usług, które uzależniały możliwość uzyskania zwrotu VAT w eksporcie od osiągnięcia limitu obrotowego przez sprzedawcę dokonującego dostawy towaru na eksport a przewożonego w bagażu osobistym przez podróżnego lub też w braku osiągnięcia limitu – wymagających legitymowania się przez tego sprzedawcę umową zawartą z podmiotem uprawnionym do zwrotu VAT podróżnym (sprawa C-307/16 Stanisław Pieńkowski, Dz.Urz. C nr 61 z 23.04.2018 r., s. 5).

Jak stanowi aktualnie obowiązujący art. 127 ust. 6 ustawy o podatku od towarów i usług, sprzedawcy ci mogą dokonywać zwrotu VAT podróżnym, za których uważa się osoby fizyczne niemające stałego miejsca zamieszkania na terytorium Unii Europejskiej, wywożącym nabyte w Polsce towary poza terytorium UE w bagażu osobistym „pod warunkiem że ich obroty (obroty tych przedsiębiorców – przyp. autora) za poprzedni rok podatkowy wyniosły powyżej 400 000 zł oraz że dokonują zwrotu podatku wyłącznie w odniesieniu do towarów nabytych przez podróżnego u tego sprzedawcy” (Dz.U. 2004 nr 54 poz. 535, ze zm.). Zgodnie z projektem nowelizacji z treści art. 127 ust. 6 zostanie usunięte sformułowanie o konieczności osiągnięcia przez sprzedawcę wskazanego limitu.

Nowe przepisy, nowe obowiązki dla przedsiębiorców

Nowe przepisy mają wejść w życie z dniem 1 stycznia 2020 r. Wymuszają one przejrzenie posiadanych struktur organizacyjnych w przedsiębiorstwie i funkcjonujących w firmie procesów, tak aby już teraz można było przygotować się na nadchodzące zmiany w zasadach wewnątrzwspólnotowej, jak i pozawspólnotowej dostawy towarów. Prowadzący transgraniczną działalność gospodarczą, dokonując jej prawno-podatkowego audytu, powinni mieć na uwadze zarówno obowiązujące, jak i zmieniające się przepisy prawa krajowego, ale i wspólnotowego.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Jakie są dolne i górne kwoty finansowania na jakie może liczyć mikrofirma?

  • Polska jest w czołówce w Europie pod względem samozatrudnienia – w ten sposób pracuje aż 18% wszystkich zatrudnionych*
  • Polska na czele rankingu jest też w innej niechlubnej dziedzinie – czasu, jaki najmniejsze firmy muszą czekać na przelew.
  • Narzędzi finansowania dla small biznesu jest niewiele, dlatego coraz popularniejszy w tej grupie przedsiębiorstw jest faktoring.

Według danych Eurostatu Polacy się na trzecim miejscu w Europie pod względem samozatrudnienia – nad Wisłą ich odsetek wśród wszystkich zatrudnionych wyniósł 18 proc. To znacznie więcej niż średnia unijna wynosząca 14%. W Polsce takich firm jest bardzo dużo i mają ogromny wpływ na PKB. Mają też ogromny problem z pozyskiwaniem finansowania swojej działalności.

Czekając na przelew

W mediach społecznościowych jest wiele profili (niektóre obserwowane przez tysiące osób) typu „czekam na przelew”. Zakładają je i śledzą zazwyczaj pracujący jako jednoosobowe firmy, czyli samozatrudnieni. W cyberprzestrzeni krąży też niezliczona ilość memów na temat tego, dlaczego i jak długo faktura i przelew są opóźnione. To jednak śmiech przez łzy, bo właściciele takich mikrofirm z powodu zaległych płatności na co dzień stają nad krawędzią. Krawędzią, za którą jest niewypłacalność i likwidacja biznesu. Potwierdzają to twarde dane: w II kwartale 52 proc. małych i średnich przedsiębiorstw miało w ostatnich sześciu miesiącach opóźnione płatności przekraczające dwa miesiące (wg. BIG InfoMonitor). Rząd zapowiada walkę z zatorami finansowymi, jednak sito ustawy jest zbyt grube – nie dotyczy najmniejszych firm z niewielkimi obrotami.

Do niedawna sytuacja takich firm rzeczywiście była nie do pozazdroszczenia, nie mieli praktycznie żadnych dostępnych dla nich narzędzi finansowych na wypadek ryzyka utraty płynności. Banki nie chciały z nimi rozmawiać, a firmy pożyczkowe odstraszały kosztami kapitału, który ewentualnie (choć nie tak łatwo) mogłyby pożyczyć. To się jednak zmienia – sektorowi finansowemu trudno udawać, że te firmy nie istnieją, lub że nie potrzebują wsparcia. W rzeczywistości finansowania potrzebują nawet bardziej niż większe podmioty. Dzięki nowym technologiom i zautomatyzowaniu wielu procesów teraz jesteśmy im w stanie świadczyć usługi faktoringowe nie tylko na wysokim poziomie, ale też szybko i w rozsądnych kosztach mówi Tomasz Domagalski Dyrektor Zarządzający Finea S.A.

Gotówka na godziny

Różne w przypadku takich firm i szybkiego procesu weryfikacji są kwoty jakie mogą być finansowane. Często jest to nie więcej niż 30 tys. zł, a czasem nawet maksymalnie 10 tys. zł. Być może ważniejsza jednak jest dolna granica. Tutaj finansowanie możliwe jest nawet od niewielkich kwot na fakturze.

– Finansujemy faktury praktycznie nawet od 100 zł. W skrajnych przypadkach nawet tak niewielkie kwoty mogą mieć znaczenie w przypadku jednoosobowej działalności. Tutaj nie ma co filozofować – widocznie ma taką potrzebę. Jeśli przedsiębiorca przychodzi do nas z wnioskiem o usługę faktoringową nawet niewielkiej kwoty, jeśli tylko spełnia warunki, my takiego finansowania udzielamy. Górnej granicy nie mamy – jeśli we wniosku są o duże kwoty takiego przedsiębiorcę kierujemy do naszej drugiej marki, eFaktor – mówi Tomasz Domagalski Dyrektor Zarządzający Finea S.A.

Coraz więcej usług finansowych dla small biznesu uelastycznia się i staje się dostępna nawet dla mikrofirm i jednoosobowych firm. W Fineo weryfikacja wniosku o finansowanie nie wymaga czasochłonnego procesu obsługi, jest realizowana automatycznie i on-line, w praktyce umożliwia otrzymanie finansowania w 24h, ale bywa, że to kwestia godzin.

Pozwala to na zachowanie płynności finansowej i umożliwia przeznaczenie gotówki na dowolny cel – płatności dla podwykonawców, zakup towarów czy regulowanie zobowiązań wobec fiskusa i ZUS. Małe firmy, rzadko mogą sobie pozwolić na to, żeby na ich już zarobione pieniądze czekać np. 90 dni. Środki są zazwyczaj potrzebne natychmiast, na uregulowanie najpilniejszych potrzeb.

*Dane Eurostat za 2018 rok.

Zrzeszenie uczelni chce szybciej wprowadzać na rynek leki

Od odkrycia w laboratorium do momentu, w którym skuteczny i bezpieczny lek trafia na rynek, upływa zwykle od dziesięciu do nawet kilkunastu lat. Przy tym dotyczy to ledwie promila testowanych w laboratoriach badawczych substancji medycznych. Ogromną rolę dla ostatecznego sukcesu całego procesu odgrywają wczesne etapy: badania przedkliniczne i pierwsza faza badań klinicznych. Dlatego Porozumienie Akademickich Centrów Transferu Technologii (PACTT) we współpracy z firmą Pfizer, uruchomiło Akademię Efektywnych Badań Przedklinicznych.

Celem wspólnego projektu jest podniesienie świadomości polskich naukowców i pracowników ośrodków naukowo-badawczych, a także centrów transferu technologii w polskich ośrodkach akademickich w zakresie najnowszych europejskich procedur i wymogów formalnych prowadzenia badań przedklinicznych.

Akademia Efektywnych Badań Przedklinicznych PACTT – Pfizer ma zapewnić, że prowadzone badania będą odpowiadały na rzeczywiste zapotrzebowanie firm farmaceutycznych, co przyspieszy i poszerzy współpracę na polu naukowo-biznesowym, transferu technologii oraz komercjalizacji wynalazków.

„Chcemy zwiększyć zarówno zakres, jak i efektywność prowadzonych badań oraz podnieść poziom komercjalizacji wyników pracy polskich ośrodków naukowo-badawczych, co w konsekwencji przyczyni się do wzrostu konkurencyjności polskich wynalazków na arenie międzynarodowej, a w dalszej perspektywie do przyspieszenia rozwoju gospodarczo-społecznego kraju” – mówi Robert Dwiliński, Prezes Fundacji PACTT i Członek Rady PACTT oraz dyrektor Uniwersyteckiego Ośrodka Transferu Technologii Uniwersytetu Warszawskiego.

Akademia Efektywnych Badań Przedklinicznych PACTT – Pfizer to zaplanowany na 12 miesięcy cykl szkoleń dla naukowców prowadzących lub zamierzających prowadzić badania przedkliniczne oraz pracowników Centrów Transferu Technologii. Wkrótce rozpocznie się nabór do projektu, który nadzorować będzie pięcioosobowa Rada Naukowa. W jej skład wejdą przedstawiciele Narodowego Instytutu Leków, Centrum Badań Przedklinicznych i Technologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, Małopolskiego Centrum Biotechnologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, PACTT oraz Pfizer. Rada będzie odpowiedzialna za nadzór merytoryczny nad programem szkoleń oraz przeprowadzenie dwustopniowej rekrutacji: oceny formalnej i merytorycznej, podczas której zostanie wybranych 20 uczestników.

Program szkoleniowy będzie koncentrował się m.in. na zasadach i etapach odkrywania oraz rozwoju leków, obowiązujących normach i wytycznych, określaniu celów terapeutycznych a także i ochronie patentowej. Na początek uczestnicy wypełnią jednak Ankietę Potrzeb, w której przedstawią najważniejsze i najbardziej aktualne problemy związane z prowadzeniem przez nich badań przedklinicznych. Wyniki ankiety posłużą do dopasowania programu szkoleń do realnych potrzeb. To zapewni uczestnikom maksymalizację korzyści płynących z udziału w projekcie.

Szybsza i bardziej efektywna komercjalizacja

Dzięki nowym odkryciom naukowym i rozwojowi metod badawczych przemysł farmaceutyczny bardzo szybko się rozwija. Z punktu widzenia pacjentów oznacza to jednocześnie, że rosną możliwości medycyny. Znacząco zmniejsza się śmiertelność, a także poprawia się jakość życia wielu pacjentów cierpiących na do niedawna nieuleczalne choroby.

Jednak na wiele chorób nadal nie ma satysfakcjonujących terapii, a pojawiają się wciąż nowe schorzenia i wyzwania, jak choćby rosnąca lekooporność. Jak najszybsze zastosowanie odkrywanych nowych substancji w medycynie ma więc duże znaczenie nie tylko dla biznesu czy naukowców, ale przede wszystkim dla społeczeństwa.

Według najnowszego raportu EFPIA (European Federation of Pharmaceutical Industries and Associations) „The Pharmaceutical Industry in Figures 2019”, średnio tylko jedna na 10 tys. testowanych w laboratoriach substancji przechodzi wszystkie fazy badań i trafia na rynek. Rocznie na badania i rozwój przeznacza się w Europie 36,5 mld euro. Przeciętne koszty opracowania nowego leku szacowane są na poziomie blisko 2 mld euro. Dla porównania, w latach 70-tych koszty te były 10-krotnie niższe.

Według EFPIA wprowadzenie nowej substancji na rynek zajmuje ok. 12 lat. Tyle czasu potrzeba, by zapewnić, że potencjalny lek będzie efektywny a zarazem bezpieczny dla ludzi. Badania muszą spełniać standardy naukowe a zarazem etyczne, z zachowaniem wyśrubowanych norm bezpieczeństwa. Nowe substancje medyczne testowane są początkowo w laboratoriach na próbkach ludzkich komórek (in vitro) oraz w badaniach z udziałem zwierząt (in vivo). Szczegółowe wyniki testów są później integralnym elementem wniosków autoryzacyjnych składanych do odpowiednich instytucji.

„Testy przedkliniczne to wstęp do pierwszej fazy badan klinicznych, którym poddawane są wszystkie leki trafiające na rynek. Jeśli badania przedkliniczne potwierdzają wartość i bezpieczeństwo potencjalnego leku, rozpoczynają się badania kliniczne z udziałem pacjentów. Jednym z głównych celów badań przedklinicznych jest określenie bezpiecznych dawek, które będzie można zastosować podczas badań z udziałem ludzi” – dodaje Robert Dwiliński.

Te początkowe etapy wieloletnich wysiłków mają kluczowe znaczenie dla końcowego sukcesu, tym bardziej, że błędów popełnionych na tych etapach nie można w prosty sposób naprawić – zwykle wymaga to znacznych nakładów czasu i środków finansowych.

Nauka współpracuje z biznesem

Uruchomione w 2015 r. PACTT jest dobrowolnym zrzeszeniem przedstawicieli uczelnianych jednostek odpowiedzialnych za zarządzanie i komercjalizację własności intelektualnej. Porozumienie ma charakter ogólnopolski, a jego szeregi sukcesywnie zasilają nowi członkowie. Lista członków PACTT liczy obecnie ponad 60 jednostek naukowych – głównie uczelni.

PACTT wspiera dialog biznesu ze światem nauki za pośrednictwem brokerów, którzy jako dedykowani opiekunowie firm zbierają dane o dostępnych patentach i dokonanych odkryciach. Na podstawie preferencji i oczekiwań przedsiębiorstw brokerzy przygotowują zbiorcze prezentacje, w których uczestniczą zespoły naukowe i komitety inwestycyjne z przedsiębiorstw. Jednym z elementów tego procesu jest wspieranie przez PACTT naukowców – w przygotowaniu prezentacji, jak i firm – w budowaniu relacji z interesującymi je zespołami naukowymi.

Pfizer to jedna z największych na świecie firm farmaceutycznych. Jej celem jest nie tylko tworzenie nowych leków – wyzwania medycyny rozpatruje ona w szerszym kontekście, wykracza poza sferę medyczną, zapewnia informację, edukację i wsparcie, które pomagają pacjentom uzyskać dostęp do potrzebnych terapii oraz stosować je w sposób zapewniający najlepsze rezultaty, wierząc, że współpraca w obrębie ochrony zdrowia jest kluczowa dla przyspieszenia tempa innowacji. W związku z tym PACTT i Pfizer nawiązały strategiczną współpracę, która ma przyspieszyć komercjalizację wyników badań prowadzonych na polskich uczelniach.

ZPP: Czas na uproszczenie podatku ryczałtowego dla firm

Polacy korzystający z dziećmi z wakacyjnych atrakcji jak np. wesołe miasteczko, nie są świadomi, że niemal każdy z przedsiębiorców prowadzących tam usługi rozrywkowe jest opodatkowany inną stawką podatkową. Z bliżej nieznanych we współczesnej gospodarce przyczyn, osoba prowadząca karuzelę, płaci inną stawkę podatkową, niż posiadacz zjeżdżalni typu Gigant. Inny podatek zapłacimy jednak od zjeżdżalni przewoźnej. Pałac strachów i labirynt są opodatkowane inną stawką niż np. ściana emocji. Należałoby także zapytać, dlaczego stawka opodatkowania pałacu strachu jest o 27 razy wyższa, niż w przypadku gabinetu luster. Lista absurdów podatkowych na tym się nie kończy. – zauważa w nowym raporcie Związek Przedsiębiorców i Pracodawców.

Polski system podatkowy uchodzi za skomplikowany, a przepisy bardzo często, bez uzasadnienia, zagmatwane i obszerne. Prawo jest także niestabilne. Raporty wskazują, że w ostatnich latach powstała także rekordowa liczba stron nowych przepisów prawnych.

Niska pozycja Polski w rankingach swobody prowadzenia firm

Od lat, Polska notuje niskie pozycje w rankingach prostoty prowadzenia działalności gospodarczej, m.in. Doing Business czy Paying Taxes. Czas potrzebny na opłacenie podatków w naszym kraju nie ulega skróceniu.

– Związek Przedsiębiorców i Pracodawców (ZPP) konsekwentnie zwraca uwagę na powyższe kwestie w tym na nieefektywne opodatkowanie przedsiębiorców w Polsce. Rozwiązania fiskalne przewidziane dla działalności gospodarczej są mnogie, niespójne, nieefektywne i blokują rozwój przedsiębiorczości – mówi Cezary Kaźmierczak, Prezes ZPP. – Problem jest coraz bardziej dotkliwy. Nie tylko dlatego, że pozycja Polski w międzynarodowych rankingach swobody prowadzenia działalności gospodarczej spada, ale dlatego, że prowadzenie firmy staje się coraz bardziej popularną formą aktywności gospodarczej w naszym Kraju. – dodaje szef ZPP.

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców zaznacza, że konsekwentnie postuluje o zmiany w prawie określającym zasady prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce w tym prawie opodatkowania przedsiębiorców.

– Pomimo, że ZPP od lat wnioskuje o gruntowną rewolucję podatkową, widzimy, że brakuje woli politycznej do odważnych zmian. W związku z tym chcemy zaproponować zmianę, która nie jest rewolucyjna. Jest natomiast prosta i szybka do wdrożenia. Niewielkim nakładem ustawodawczym, uprościmy zasady prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce, a w konsekwencji, pozycję Kraju w rankingach swobody prowadzenia firm. – mówi Piotr Palutkiewicz, Ekspert Związku.

Ryczałt od przychodów ewidencjonowanych do uproszczenia

ZPP proponuje zmiany w Ustawie z dnia 20 listopada 1998 r. o zryczałtowanym podatku dochodowym od niektórych przychodów osiąganych przez osoby fizyczne.

ZPP w opublikowanym raporcie pt. „Uproszczenie systemu podatkowego dla osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą” wskazuje, że „istnieją liczne zawiłości w przepisach dotyczących ryczałtu. Trudno mianowicie wykazać racjonalne powody wyłączenia niektórych rodzajów działalności z możliwości rozliczania się za pomocą wyżej wymienionej formy opodatkowania . Wyłączenia obejmują podmioty osiągające przychody wyższe niż 250 tysięcy euro czy też prowadzące działalność w jednej z określonych ustawą branż . Ponadto, stawka ryczałtu wynosząca np. 20 proc. jest nieracjonalna do wyboru przez przedsiębiorców w momencie, gdy mają możliwość skorzystania z liniowego podatku w wysokości 19 proc. lub rozliczenia według skali 18 proc.”.

– Wykazywany przychód podmiotów rozliczających się według najwyższej możliwej stawki ryczałtowej stale spada, podczas gdy w stawkach niższych obserwuje się stale rosnące przychody. Tym samym popularność ryczałtu od przychodów ewidencjonowanych, jako wybieranej formy podatkowej wśród przedsiębiorców, maleje. – zauważa Piotr Palutkiewicz, autor raportu i dodaje, że – możliwość generowania kosztów uzyskania przychodów w podatku liniowym, stwarza duży potencjał optymalizacyjny, podczas gdy małe podmioty rozliczające się za pomocą tzw. ryczałtu ewidencjonowanego, oddają do budżetu relatywnie większą część generowanych przychodów niż „podatnik liniowy”. Ryczałt ma więc charakter degresywny.

ZPP w swoim raporcie, postuluje rozszerzenie grupy podatników uprawnionych do rozliczania z wykorzystaniem ryczałtu od przychodów ewidencjonowanych, co wg analizy Związku, skutkowałoby wzrostem wpływów do budżetu. ZPP dodaje, że duża część przedsiębiorców zdecydowałaby się na skorzystanie z tej możliwości, z uwagi na prostotę rozliczania ryczałtu.

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców przedstawia w raporcie dwa warianty, które uproszczą przepisy dot. ryczałtu. Jest to „wprowadzenie ujednoliconej stawki ryczałtu ewidencjonowanego dla wszystkich osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą w wysokości zbliżonej do stawki efektywnej tego podatku, tj. 3,9 proc. oraz zniesienie limitu dopuszczalnych przychodów oraz wyłączeń uniemożliwiających wybór ryczałtu” lub w alternatywnej opcji, „zniesienie limitu przychodów dla tej formy opodatkowania oraz wprowadzenie nowej matrycy stawek ryczałtu od przychodów ewidencjonowanych, tj.:
• 14 proc. przychodów osiąganych z wykonywania wolnych zawodów i wykonywania działalności artystycznej,
• 8 proc. przychodów ze świadczenia usług,
• 3 proc. przychodów z wykonywania działalności handlowej lub działalności gastronomicznej,
• 2,5 proc. przychodów z wykonywania działalności produkcyjnej lub wytwórczej,
• 2 proc. przychodów, o których mowa w art. 6 ust. 1d Ustawy.”

Absurdy Karty Podatkowej

Drugim obszarem Ustawy, w którym ZPP postuluje zmiany są zapisy dotyczące Karty Podatkowej.

Popularność Karty Podatkowej spada. Jest to konsekwencja, zmieniającego się charakteru współczesnej gospodarki, spadającej popularności zawodów rzemieślniczych, jak i skomplikowania przepisów dot. Karty. Dodatkowo ta forma podatkowa przynosi znikome wpływy budżetowe, w 2017 roku było to niespełna 69 mln zł. – zauważa Piotr Palutkiewicz.

ZPP wskazuje na absurdalne i mnogie stawki podatkowe ujęte w Karcie Podatkowej.

– Tabela ze stawkami podatkowymi dla przedsiębiorców rozliczających się wg zapisów Karty Podatkowej jest absurdalna. To 35 stron! Stawki w obrębie jednego zawodu często różni kilkanaście złotych. – mówi Palutkiewicz. – Dla trzech pierwszych zawodów w Tabeli (usługi ślusarskie, usługi w zakresie wyrobu i naprawy naczyń blaszanych i usługi rusznikarskie) znajdziemy 26 różnych stawek podatkowych. Same tylko usługi ślusarskie mogą być opodatkowane 12 różnymi stawkami ryczałtu od przychodów ewidencjowanych! – dodaje Palutkiewicz.

– Weźmy na przykład usługi rozrywkowe. Polacy korzystający z dziećmi z wakacyjnych atrakcji jak np. wesołe miasteczko, nie są świadomi, że niemal każdy z przedsiębiorców prowadzących tam usługi, jest opodatkowany inną stawką podatkową. Z bliżej nieznanych we współczesnej gospodarce przyczyn osoba prowadząca karuzelę, płaci inną stawkę podatkową, niż posiadacz zjeżdżalni typu Gigant. Inny podatek zapłacimy jednak od zjeżdżalni przewoźnej. Pałac strachów i labirynt są opodatkowane inną stawką niż np. ściana emocji. Należałoby także zapytać, dlaczego stawka opodatkowania pałacu strachu jest o 27 razy wyższa, niż w przypadku gabinetu luster. Lista absurdów podatkowych na tym się nie kończy! – wskazuje Ekspert ZPP.

Określenie właściwej stawki podatkowej wymaga decyzji Urzędu Skarbowego. To pochłania z kolei czas nie tylko przedsiębiorców, ale i administracji podatkowej. – dodaje Cezary Kaźmierczak.

ZPP rekomenduje znaczące uproszczenie matrycy stawek karty podatkowej poprzez:
• Likwidację zróżnicowania stawek w zależności od liczby zatrudnionych.
• Likwidację zróżnicowania stawek w zależności od wielkości miejscowości prowadzenia działalności.
• Uspójnienie stawek w zależności od rodzaju prowadzonej działalności.
i przyjęcie uproszczonej matrycy stawek miesięcznych m.in.:
• Dla działalności usługowej oraz wytwórczo-usługowej – 190 zł
• Usługi w zakresie handlu detalicznego żywnością, napojami, wyrobami tytoniowymi oraz kwiatami -390 zł
• Usługi w zakresie handlu detalicznego artykułami nieżywnościowymi – 390 zł
• Gastronomia – 390 zł
• Usługi transportowe — 190 zł
• Automaty zręcznościowe, na których nie są prowadzone gry o wygrane pieniężne lub rzeczowe – 45 zł od każdego urządzenia
• Karuzele – 9 zł od każdego miejsca
• Imprezy samochodowe – 90 zł od każdego samochodu
• Strzelnice – 190 zł
• Imprezy zręcznościowe inne – 90 zł od każdego urządzenia
• Huśtawki, kolejki torowe, zjeżdżalnie, imprezy pozostałe – 90 zł
• Sprzedaż posiłków domowych w mieszkaniach – 190 zł

Jak zauważa Związek, „z uwagi na niskie przychody budżetowe z tytułu karty podatkowej oraz jej spadającą popularność, rekomendowane rozwiązanie nie przyczyni się do zauważalnego spadku dochodów publicznych. Jednocześnie uproszczenie przepisów podatkowych zmniejszy koszty działania administracji podatkowej oraz zmniejszy szarą strefę.”

– Możemy nic nie zmieniać w zakresie powyższych przepisów, ale nie dziwmy się później, że Polska spada w rankingach swobody prowadzenia działalności gospodarczej i skomplikowania przepisów prawnych i podatkowych – podsumowuje Palutkiewicz.

Korzyści biznesowe i technologiczne z Chmury Publicznej

Oszczędności oraz płatność tylko za wykorzystane zasoby to najważniejsze korzyści biznesowe z migracji do chmury, zdaniem niemal co drugiej firmy w Polsce (42 proc.). Największe korzyści technologiczne to możliwość szybszego udostępniania nowych zasobów (54 proc.), skalowalność (50 proc.), wysoka dostępność oraz większe bezpieczeństwo systemów i danych (47 proc.).

Do końca tego roku wartość polskiego rynku usług związanych z cloud computingiem ma wynieść 800,45 mln USD[1]. W porównaniu do 689,32 mln USD w 2017 roku[2], jest to wzrost aż o 16 procent. Skąd taki skok popularności chmury obliczeniowej?

Zdaniem firm będących w procesie transformacji cyfrowej, z wdrożenia infrastruktury chmurowej płyną trzy istotne kategorie korzyści: biznesowe, technologiczne oraz związane z bezpieczeństwem. Tak wynika z drugiej części badania IDG i Oktawave „Chmura Publiczna w Polsce 2019 – wykorzystanie, bezpieczeństwo, plany rozwoju”, przeprowadzonego wśród małych, średnich i dużych przedsiębiorstw, które już korzystają z rozwiązań chmurowych lub mają to w planach.

Zwinność biznesowa

Jeśli chodzi o największą korzyść biznesową z migracji do chmury, to zdania firm są podzielone. Aż 42 proc. z nich uważa, że jest nią obniżenie całkowitego kosztu posiadania infrastruktury IT (TCO). Tyle samo wskazuje na możliwość alokowania i rozliczania zasobów zgodnie z rzeczywistym zużyciem. Nieco mniej firm (41 proc.) docenia możliwość większej elastyczności w reagowaniu na zmiany w środowisku biznesowym, a 33 proc. zauważa zalety szybszego „time to market”, związanego
z dostarczaniem produktów lub usług.

Badanie pokazuje, że dojrzałe technologicznie biznesy, których zapotrzebowanie na moc obliczeniową, przepustowość czy magazynowanie stale rośnie, nie chcą ponosić kosztów związanych z rozbudową własnych centrów danych. Nasze dotychczasowe realizacje wskazują, że przejście do chmury w dłuższej perspektywie oznacza redukcję TCO o ok. 20-30 procent. Dzieje się tak dzięki eliminacji wydatków inwestycyjnych i operacyjnychkomentuje Maciej Kuźniar, COO Oktawave.

Dla 23 proc. biznesów chmura jest kluczowym elementem transformacji cyfrowej, czyli zmiany sposobu pracy, procesów i wykorzystania danych, w celu budowania przewagi konkurencyjnej. Zdaniem co piątej firmy, migracja do chmury pomaga w redukcji długu technologicznego, rozumianego na wielu płaszczyznach, np. jako pozbycie się przestarzałych systemów, możliwość korzystania z najnowszych zdobyczy technologii, po optymalizację kosztów utrzymania infrastruktury IT w organizacji.

Rozwijające się technologicznie firmy odchodzą od budowania własnej infrastruktury, aby uniknąć kosztów. Wolą korzystać z chmury publicznej i płacić za realne zużycie, a także upraszczać i przyspieszać swoje procesy biznesowe dzięki tej technologii. To z kolei w długoterminowej perspektywie wpływa na znaczące obniżenie TCO i redukcję długu technologicznego. Na dodatek czas oraz koszt wejścia i ewentualnego wyjścia z inwestycji jest znacznie mniejszy, a to z kolei zwiększa zwinność biznesowązauważa Piotr Skórzyński, Head of Cloud Solutions w ABC Data S.A.

Przewagi technologiczne

Firmy w Polsce zwracają też uwagę na korzyści technologiczne płynące z wykorzystywania chmury obliczeniowej. Ponad połowa (54 proc.) twierdzi, że dzięki niej może szybciej udostępniać nowe zasoby i rozwiązania, podczas gdy równo połowa docenia nieograniczoną elastyczność i skalowalność zasobów. Z kolei 43 proc. biznesów docenia możliwość przeniesienia na dostawcę zadań związanych z wdrożeniem i utrzymaniem infrastruktury IT w chmurze.

Elastyczność i skalowalność chmury można porównać do lotu w klasie ekonomicznej, podczas którego podróżny mógłby przesiąść się do biznesowej na czas posiłku, dopłacając do biletu kwotę proporcjonalną do tego, ile minut w niej spędził. Oczywiście, na pokładzie samolotu linii lotniczych jest to niemożliwe, tak samo jak w tradycyjnej infrastrukturze informatycznej. Tymczasem chmura umożliwia dostosowanie ilości wykorzystywanych zasobów do aktualnych potrzeb biznesowychpodsumowuje Michał Paschalis-Jakubowicz, CEO Oktawave.

Zdaniem co piątej firmy, migracja do chmury pozwala zmodernizować posiadaną architekturę IT i uzyskać dostępu do najnowszych technologii. Ważna jest także lokalizacja i dostępność infrastruktury na terenie Polski (18 proc.), co ułatwia  kontrolę nad danymi i minimalizuje ryzyko biznesowe. Z kolei 13 proc. biznesów docenia łatwość wdrażania mechanizmów geolokalizacyjnych dzięki chmurze.

Bezpieczeństwo systemów i zatrudnienia

Niemal co druga firma (47 proc.) docenia chmurę publiczną za wysoką dostępność oraz większe bezpieczeństwo systemów i danych. Z kolei 22 proc. firm nie dostrzega istotnych różnic ani problemów związanych z przenoszeniem swoich aplikacji i danych na zewnątrz.

Co ciekawe, prawie co drugie badane przedsiębiorstwo uznało za bezpieczne powierzanie danych tym dostawcom usług chmurowych, którzy legitymują się odpowiednimi certyfikatamidodaje Paweł Gruszecki, Radca Prawny, Partner, Szef Praktyki: TMT i Ochrona Własności Intelektualnej, Ochrona Danych Osobowych i Bezpieczeństwo, Kancelaria Zięba & Partners.

Jeśli chodzi o stabilność zatrudnienia, to przeniesienie systemów IT do chmury nie jest postrzegane jako powód do zmniejszenia liczby etatów. Zaledwie jedna dziesiąta dużych firm lub korporacji postrzega redukcję zatrudnienia w działach IT, jako wynik realizacji strategii przejścia do chmury. Aż 58 proc. dużych i 52 proc. średnich firm wdrażając rozwiązania chmurowe, przekierowuje pracowników działów IT do innych zadań.

***

O raporcie:

Badanie „Chmura publiczna w Polsce 2019. Wykorzystanie, bezpieczeństwo, plany rozwoju”, przeprowadzone przez IDG Poland w marcu i kwietniu 2019 r. w partnerstwie z firmą Oktawave, miało na celu określenie poziomu wykorzystania publicznej chmury obliczeniowej w Polsce. Do wypełnienia ankiety zaproszono 676 przedstawicieli różnej wielkości przedsiębiorstw, z których: 324 podmiotów (48 proc.) nie korzysta, ani nie planuje wdrożenia publicznej chmury obliczeniowej. Firmy te zostały wyłączone z dalszej części badania. W grupie docelowej znalazły się 352 firmy działające na polskim rynku, które korzystają lub planują skorzystać z rozwiązań chmurowych. Zostały one podzielone na trzy kategorie ze względu na wielkość: małe firmy (10-50 zatrudnionych), średnie firmy (50-250) oraz największe przedsiębiorstwa i korporacje (powyżej 250 pracowników).

[1] Statista

[2] Statista

Niuanse w prawie autorskim – kiedy twój dorobek wcale nie należy do Ciebie

Prawo autorskie ma dualistyczny charakter – wyróżniamy autorskie prawa osobiste i autorskie prawa majątkowe. Każde z nich jest samodzielne, różni się charakterem, a także sposobem wykonywania. Często jednak pojęcia te – błędnie – interpretowane są w jednakowy sposób. Jak prawidłowo sklasyfikować prawa autorskie? Czym różnią się w praktyce i komu przysługują? Wyjaśnia ekspert z Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy.

dr hab. Bogdan Fischer, Partner, Radca Prawny w Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy
dr hab. Bogdan Fischer, Partner, Radca Prawny w Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy

Prawa osobiste a majątkowe

Prawa osobiste wynikające z kreacji utworu chronią więź twórcy z jego dziełem i są z nim ściśle związane, natomiast majątkowe to prawa do utworu dającego się eksploatować w różnych formach materialnych i niematerialnych przynoszących korzyści finansowe. Prawa osobiste zawsze pozostają przy twórcy, w odróżnieniu od praw majątkowych, których nabycie może następować w sposób pierwotny lub wtórny na rzecz innego podmiotu aniżeli twórca – wskazuje dr hab. Bogdan Fischer, Partner w Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy.

Tylko w wyjątkowych przypadkach pierwotnym właścicielem praw autorskich majątkowych może być inny podmiot niż twórca. Taka sytuacja ma miejsce m.in. gdy program komputerowy zostanie stworzony przez pracownika w ramach umowy o pracę (prawa autorskie przysługują pracodawcy) oraz utworów zbiorowych, takich jak np. encyklopedia, słownik czy publikacja periodyczna (należą do wydawcy lub producenta).

Czego może się spodziewać twórca – pracownik

Jeżeli osoba zatrudniona na podstawie umowy o pracę stworzy utwór w wyniku wykonywania swoich obowiązków to  jej pracodawca nabywa autorskie prawa majątkowe. Warto podkreślić, że ta zasada nie dotyczy osób traktowanych „jak pracownicy”, ale wykonujących zadania w firmie na podstawie umów cywilnoprawnych, w tym o dzieło czy zlecenia. Podobnie wygląda sytuacja osób odbywających staże i praktyki oraz wolontariuszy – podkreśla dr hab. Bogdan Fischer, Partner w Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy.

Zawarta umowa o pracę nie zawsze przenosi automatycznie prawa autorskie na pracodawcę. Dla przykładu – jeśli goniec, zatrudniony na podstawie umowy o pracę w redakcji, pisze artykuły do gazety, prawa autorskie do publikowanych testów pozostają przy nim i konieczne jest zawarcie dodatkowej umowy (licencyjnej, przenoszącej prawa) związanej z drugim obszarem działalności tej osoby.

Można się spotkać z szerszym uznaniem praw firmy do dzieła osoby w niej zatrudnionej na podstawie umowy o pracę. Należy jednak wyraźnie podkreślić, że to na pracodawcy – w przypadku zakwestionowania przez pracownika sposobu korzystania z utworu – spoczywać będzie obowiązek udowodnienia, że zakres nabytych praw wynikał z celu umowy i zgodnego zamiaru stron – podsumowuje dr hab. Bogdan Fischer, Partner w Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy.

Jakie wnioski inwestycyjne należy wyciągnąć z ostatnich wyborów parlamentarnych w Europie?

Jakie wnioski inwestycyjne należy wyciągnąć z ostatnich wyborów parlamentarnych w Europie? Zdaniem Dr Sonal Desai z Franklin Templeton Fixed Income, ważną sprawą jest zróżnicowanie.

Ostatnie wybory do Parlamentu Europejskiego można najlepiej opisać jako niejednoznaczne – jak to często ma miejsce w przypadku spraw Unii Europejskiej. Jest coś dla każdego. Populistyczne partie spisały się dużo lepiej niż w poprzednich rundach, ale nie tak dobrze, jak jedni oczekiwali, a inni się obawiali.

W Wielkiej Brytanii partia Brexit Nigela Farage’a zdobyła 31,6% głosów i 29 miejsc (co stanowi poprawę w stosunku do wyniku UKIP w 2014 roku, wynoszącego 27,5% głosów i 24 miejsca), ale niektórzy komentatorzy twierdzą, że głosowanie okazało się zwycięstwem obozu zwolenników pozostania w UE 1 (gdyby obóz ten wygrał, podejrzewam, że powiedzenie „lepiej późno niż wcale” nie miałoby zastosowania w tym przypadku). We Włoszech prawicowa populistyczna Liga zwiększyła swoje poparcie do około jednej trzeciej głosów, ale jej populistyczny partner koalicyjny, Ruch Pięciu Gwiazd straciła grunt pod nogami. We Francji, skrajnie prawicowa partia Marine Le Pen wypadła bardzo dobrze, podobnie jak ruch centrystyczny Macrona. Najważniejsze jest to, że wyniki wyborów pozostawiają Parlament Europejski bardziej rozdrobnionym i potwierdzają, że trwający od dziesięcioleci proces integracji europejskiej utknął w martwym punkcie.

Determinacja utrzymania suwerenności politycznej na poziomie krajowym uległa wzmocnieniu; przyjęcie euro nie przyczyniło się do wzmocnienia przewidywanej gospodarczej konwergencji między państwami członkowskimi. W związku z tym strefa euro jest bardziej narażona na ryzyko wstrząsów finansowych. Ograniczając możliwości działania Europejskiego Banku Centralnego (EBC), którego polityka pieniężna pozostaje zakładnikiem dominacji fiskalnej.

Poszerzenie luk w poziomach zadłużenia

Stwierdzenie, że konwergencja gospodarcza nie powiodła się to eufemizm. W niektórych ważnych wymiarach kraje strefy euro jeszcze bardziej się od siebie oddaliły. Wskaźniki zadłużenia sektora instytucji rządowych i samorządowych rozeszły się dalej, w miarę wzrostu poziomu zadłużenia na wszystkich szczeblach: w 2000 r. tylko pięć państw członkowskich przekraczało pułap 60% produktu krajowego brutto wyznaczony traktatem z Maastricht 2; obecnie jest ich 11. Włochy, Belgia i Grecja weszły do strefy euro ze wskaźnikami zadłużenia tuż powyżej 100% PKB. Obecnie dołączyły do nich Portugalia i Cypr. Wskaźnik zadłużenia Belgii zmniejszył się nieznacznie, natomiast wskaźnik zadłużenia Włoch wzrósł do ponad 130%.

Tendencje w zakresie produktywności również uległy zmianie. W latach 2000-2017 wydajność produkcji wieloczynnikowej wzrosła o 5 % we Francji i 12 % w Niemczech, ale spadła o 6 % we Włoszech (i pozostała w zastoju w Hiszpanii).Poszerzenie luk w poziomach zadłużenia

Ta rozbieżność we wzroście produktywności jeszcze bardziej zróżnicowała standardy życia. Niemiecki PKB na mieszkańca wyprzedził Francję. PKB na mieszkańca Włoch był tylko 5% poniżej PKB Niemiec w 2000 r.; obecnie jest on o 26% niższy.Poszerzenie luk w poziomach zadłużenia 2

Włoski wzrost utknął w martwym punkcie.

Jak do tego doszło? Formalne mechanizmy konwergencji w strefie euro zawiodły, a raczej okazały się niewystarczające. Kryteria z Maastricht narzuciły ograniczenie deficytu budżetowego o 3% PKB w celu wyegzekwowania ograniczeń budżetowych w całym obszarze. Jednak to, co zagroziło zdolności obsługi zadłużenia Włoch w ciągu ostatnich 10 lat, to nie brak odpowiedzialności fiskalnej lecz brak wzrostu gospodarczego.

W ciągu ostatniej dekady Włochy prowadziły dość ostrożną politykę fiskalną – nieintuicyjną, jak mogłoby się wydawać. Po recesji w 2009 r. nadwyżka pierwotna wyniosła średnio 1 % PKB, czyli znacznie więcej niż w przypadku innych głównych członków strefy euro. Ogólnie rzecz biorąc, deficyt budżetowy kraju wynosił przeciętnie nieco poniżej 3% PKB. A jeśli chodzi o uchylanie się od płacenia podatków, Włochy mają jeden z najwyższych wskaźników dochodów podatkowych w Europie:Włoski wzrost utknął w martwym punkcie Włoski wzrost utknął w martwym punkcie 2

Niemniej brakowało wzrostu. Wzrost PKB w ciągu ostatnich 20 lat (2000-19) wyniósł średnio zaledwie 0,4%, a rzeczywisty PKB na mieszkańca Włoch jest nadal poniżej poziomu z 2000 r. – standardy życia nie są obecnie wyższe niż prawie 20 lat temu. W środowisku niskiej inflacji, w którym polityka pieniężna jest powierzana EBC i w którym nie ma politycznej przestrzeni dla jeszcze ostrzejszej polityki fiskalnej, jedynym sposobem wyjścia z pułapki zadłużenia Włoch byłby silniejszy wzrost gospodarczy.Włoski wzrost utknął w martwym punkcie 3

Ponieważ stwierdziłam, że przez ostatnie 10 lat Włochy prowadziły rozważną politykę fiskalną, pozwolę sobie jasno powiedzieć: nie twierdzę, że słabe wyniki Włoch w zakresie wzrostu gospodarczego były spowodowane dyktowanymi przez Niemcy oszczędnościami.

Wielu ekonomistów i dziennikarzy lubi twierdzić, że naciski Niemiec na dyscyplinę fiskalną skazują Europę Południową na stagnację. Zupełnie się z tym nie zgadzam. Jak Włochy doszły do wskaźnika zadłużenia w wysokości 130% PKB? Prowadząc luźną politykę fiskalną przez dziesiątki lat przed przystąpieniem do strefy euro; luźną politykę fiskalną, która pozostawiła kraj z dużym zadłużeniem i niemal zerowym potencjałem wzrostu.

Luźniejsza polityka fiskalna nie jest oczywiście odpowiedzią. Poza tym Hiszpania, która przestrzegała tych samych zasad fiskalnych, odnotowywała w latach 2015-2018 średni wzrost o ponad 3 % rocznie (około trzykrotnie szybszy niż Włochy) dzięki ambitnym reformom wprowadzonym po kryzysie zadłużenia
w strefie euro w latach 2012-2013.

Nic nie zastąpi reform strukturalnych

Pobudzenie wzrostu wymaga reform strukturalnych: poprawy otoczenia biznesowego, uelastycznienia rynku pracy, usprawnienia sektora publicznego. Niestety, Włochy zdają się cierpieć z powodu zmęczenia reformami bez podejmowania prób przeprowadzenia poważnych reform gospodarczych, których potrzebują.

Niezdolność Włoch do rozwiązania głęboko zakorzenionych kwestii strukturalnych stwarza największe ryzyko finansowe w strefie euro, ponieważ tylko bardzo niskie stopy procentowe mogą utrzymać dług Włoch na zrównoważonym poziomie. Ale w żadnym wypadku nie jest to odosobniony przypadek: wysiłki Francji na rzecz reform wywołały również powszechny opór, który z kolei wywołał wątpliwości dotyczące możliwości wdrożenia.

Wobec różnic w wynikach gospodarczych i poziomie życia, kryzys imigracyjny w sposób nieunikniony pogłębił podziały i nasilił napięcia polityczne. Kiedy niemiecka kanclerz Angela Merkel ogłosiła, że w 2015 r. Niemcy przyjmą milion uchodźców, co spowoduje nagły wzrost imigracji do Europy, wielu twierdziło, że napływ młodych imigrantów może pomóc zrekompensować wyzwania związane ze starzeniem się społeczeństwa europejskiego. Jednak napływ ten uderzył w wybrzeża krajów Europy Południowej, gdzie stopa bezrobocia wśród młodzieży przekroczyła 30%. Negatywna reakcja społeczna była nieunikniona. Ostatnia runda wyborów do Parlamentu Europejskiego potwierdza, że reorganizacja procesu integracji będzie niemożliwa w ciągu najbliższych kilku lat.

Nie oznacza to, że dezintegracja staje się nieunikniona. Powszechne poparcie dla członkostwa w UE pozostaje silne w większości krajów; w tych wyborach większość partii eurosceptycznych prowadziła kampanię na rzecz zobowiązania do zmiany Europy od wewnątrz, a nie porzucenia jej. Rządy europejskie dobrze wiedzą, że rozpad strefy wspólnej waluty pociągnąłby za sobą ogromne koszty gospodarcze
i wierzę, że zrobią wszystko, co w ich mocy, aby uniknąć tej sytuacji, gdyby Włochy znalazły się pod presją rynkową.

EBC więźniem dominacji podatkowej

Wiele osób zastanawiało się, czy i w jaki sposób te wybory wpłyną na wybór osoby, która zastąpi Mario Draghiego za sterami EBC jeszcze w tym roku. Moim zdaniem ważniejsze jest to, że EBC wydaje się być skazany na pole manewru ograniczone dominacją podatkową. Wobec pięciu krajów o wskaźnikach zadłużenia przekraczających 100 % PKB, oraz 11 krajach powyżej 60% (i łącznym zadłużeniu w strefie euro na poziomie 85% PKB) wyższe stopy procentowe w dużym stopniu obciążyłyby budżety państw członkowskich i doprowadziłyby Włochy do jeszcze trudniejszej sytuacji.

Niska inflacja i niskie oczekiwania inflacyjne sprawiają, że problem ten jest na razie mniej palący. Nie bez znaczenia jest jednak fakt, że przy pierwszych oznakach spowolnienia wzrostu z tempa znacznie przewyższającego potencjał, EBC szybko przyjął bardziej akomodacyjną postawę, rozszerzając wsparcie płynnościowe na sektor bankowy.

EBC zawsze był bardziej jastrzębi, (a może raczej mniej gołębi) niż Rezerwa Federalna USA. Podczas, gdy Fed bacznie przyglądał się zatrudnieniu i (choć bez wyraźnego potwierdzenia) kursom akcji, EBC skupił się na jednym zadaniu, czyli celu inflacyjnym bliskim, ale niższym niż 2 %, który realizował z zapasem aż do czasu kryzysu finansowego sprzed dziesięciu lat.

Teraz sytuacja się zmieniła. Wiem, że rynki wyceniają każdą podwyżkę stawek Fed na ten rok. Nadal się nie zgadzam. Ale nawet jeśli przyjmie się konsensus, faktem jest, że Fed podniósł stopy procentowe dziewięć razy – z zera do 2,5% – i zaczął zmniejszać swój bilans, podczas gdy teraz wygląda na to, że EBC może dotrwa do końca tego cyklu ekspansji gospodarczej z ujemnymi stopami procentowymi. Nie widzę, żeby to się miało zmienić. Wygląda na to, że Fed i EBC zamieniły się miejscami w sposób, który świadczy
o niedźwiedzim nastawieniu wobec euro – co jest ważne z punktu widzenia inwestorów.

Inna lekcja związana z inwestycjami to coś, na co kładę nacisk od jakiegoś czasu: kluczowe jest zróżnicowanie. Wyniki gospodarcze Hiszpanii wyprzedziły Włochy; powinno to nadal znajdować odzwierciedlenie we względnych cenach aktywów.

Uważam, że Europa pozostanie podzielona przynajmniej przez najbliższe kilka lat; większe zróżnicowanie między krajami i słabsze nastawienie do euro to, moim zdaniem, dwie kluczowe implikacje.

Flairs.ai – nowy startup w portfelu Dawida Urbana

Owocowe piątki, Xbox, kolejna sportowa karta, wyjścia integracyjne – to jedne z najczęściej wybieranych przez pracodawców rozwiązań PR-u wewnętrznego. Czy jednak rzeczywiście działają motywująco na zespół? W jaki sposób skutecznie zadbać o poziom zadowolenia pracowników? I wreszcie – czy jest to możliwe poprzez wykorzystanie sztucznej inteligencji?

Wyniki tegorocznego raportu[1] Deloitte  o trendach w HR nie pozostawiają złudzeń – rynek pracownika to nie tylko zgrabne hasło. Pracodawcy, którzy chcą mieć zmotywowany, zgrany i zadowolony zespół, muszą na niego zapracować. Oczywiście nie sposób ocenić efektywności działań bez feedbacku, który będzie odzwierciedlał rzeczywiste (a nie deklarowane) nastroje pracowników.

Ankiety czy rozmowy nie są idealnymi rozwiązaniami. Do pierwszej pracownicy podchodzą niechętnie, w drugiej nie mogą sobie pozwolić na szczerość. W konsekwencji informacje zwrotne nie przynoszą oczekiwanych efektów. Zrodziła się więc potrzeba narzędzia, które dostarczy obiektywny feedback, w momencie kiedy pracownik wykaże się ponadprzeciętnym zaangażowaniem i pozytywnym nastawieniem – a takim właśnie narzędziem jest Flairs.ai – mówi o swoim projekcie Zbigniew Czarnecki, CEO Apptension, kreatywnego software house’u, który stworzył Flairs.ai.

Poprzez połączenie z systemami typu Slack czy Jira, Flairs.ai analizuje częstotliwość oraz ton wypowiedzi na dany temat oraz wskazuje najbardziej zaangażowanych i pozytywnych pracowników. „Nagradza” ich specjalnie przygotowanymi graficznymi wyróżnieniami, równocześnie generuje raporty i dostarcza je kierownictwu oraz działowi HR. Dzięki temu najlepsi pracownicy zostają szybciej zauważeni i wynagrodzeni za ponadprzeciętną pracę. W efekcie poziom satysfakcji w zespole rośnie, co przekłada się na lojalizację. – Nasz projekt oparliśmy na pozytywnych emocjach, ponieważ to właśnie one sprzyjają poprawie jakości pracy i motywacji pracowników – dodaje Czarnecki.

Rozwiązanie to dedykowane jest dużym firmom, ze szczególnym naciskiem na te, które obecnie usprawniają lub informatyzują zarządzanie wiedzą i procesami HR. To właśnie w przedsiębiorstwach liczących ponad 100 osób trudno jest rozpoznać kompetencje pracowników w trakcie codziennej współpracy. Według badań[2], w ciągu kolejnych kilku lat, ograniczona zostanie tradycyjna komunikacja wewnątrz firm, jak np. bezpośrednie spotkania, czy rozmowy telefoniczne. Wzrośnie natomiast znaczenie platform do współpracy on-line, np. Slack oraz mediów społecznościowych. Wraz z nimi niezbędne będzie uzupełnienie ich podstawowych funkcjonalności o aplikacje i narzędzia wykorzystujące sztuczną inteligencję. Takim właśnie narzędziem jest Flairs.ai.

Technologia Flairs.ai to nowa marka w portfelu anioła biznesu, Dawida Ubrana. Przedsiębiorca dał się już poznać nie tylko jako inwestor, ale również doradca w kwestiach biznesowych. Do Flairs.ai dołożył wiedzę wyniesioną z handlu na temat tworzenia sieci sprzedaży. Na jej bazie twórca narzędzia, Apptension, buduje dla swojego produktu Sieć Partnerską HR, w którą zaangażowani są najlepsi specjaliści na rynku.

Dawid Urban dał nam spory kredyt zaufania i jednocześnie szybki feedback w sprawie inwestycji w projekt. Na pewno pomogło w tym wypracowane zaufanie z dwóch poprzednich inwestycji Dawida, które realizowaliśmy jako partner technologiczny: Adquesto i LESS_. W Apptension od razu powołaliśmy zespół, który pracuje nad strategią produktu i zakresem tzw. MDP (Minimum Delightful Product). Mamy za sobą pierwsze testy prototypów, a pełna gotowość wdrożeniowa jest planowana na 3 kwartał 2019. Już teraz jesteśmy otwarci na rozmowy i współpracę z przedsiębiorstwami – dodaje Zbigniew Czarnecki.

Za Flairs.ai stoi Apptension – kreatywny software house, współpracujący z inwestorami, startupami i agencjami przy tworzeniu innowacji cyfrowych. Na swoim koncie ma kooperację z takimi markami jak Netflix, Bloomberg, Universal, Uber, UNICEF, Google i takie nagrody jak Cannes Lions, Awwwards, FWA. Filarem Apptension jest kompetentny zespół, który opiera swoje działania na transparentności, dobrych relacjach między współpracownikami oraz częstym feedbacku, co zrodziło ideę powstania Flairs.ai

[1] Raport „Trendy HR 2019. Zmiana w zarządzaniu – człowiek w centrum uwagi. Analiza polskich wyników badania Global Human Capital Trends 2019”, Deloitte Development LLC, 2019

[2] Tamże

Powell odkrywa karty

Nie może być inaczej. W środę wszystkie oczy skupione są na politykę monetarną USA. O 14:30 poznamy treść wystąpienia Powella przed Kongresem USA, o 16:00 rozpocznie się jego przesłuchanie a o 20:00 zostanie opublikowany zapis dyskusji na ostatnim posiedzeniu FOMC. Do lipcowej decyzji nie będzie dnia, który dostarczy rynkowi tylu informacji co dzisiejsza sesja. Co więcej, to ostatni dzwonek dla szefa Fed by pokierować rynkowymi oczekiwaniami.

Po piątkowym raporcie z rynku pracy, który wskazał na świetne tempo kreacji nowych miejsc pracy w gospodarce, inwestorzy stracili pewność, że Fed zdecyduje się na śmiałe cięcie stóp lub też rozpocznie cykl wyraźnego obniżenia kosztu pieniądza. Jeszcze kilka dni temu zdyskontowane było cięcie o 35 pb, dziś wycena spadła do niecałych 25 pb. W parze ze zmianą percepcji zamierzeń Fed idzie siłą dolara. EUR/USD wczoraj naruszał 1,12, USD/JPY zbliżył się do 109,00. GBP/USD jest na ponad dwuletnich minimach, na które ciągną go słabe dane dobitnie pokazujące, ze przedłużająca się brexitowa niepewność nie może nie odbić się w dłuższym terminie na koniunkturze. AUD/USD również wykonał zwrot, nie utrzymał się powyżej 0,70 i schodzi w kierunku 0,69. W przypadku eurodolara nie widzimy dużego potencjału do przedłużenia spadków. Nadal negatywnie patrzymy na perspektywy AUD i nie widzimy wartości w skrajnie przecenionym GBP. Przed dzisiejszym wystąpieniem Powella widzimy bilans ryzyk przeważający na korzyść gołębiego zaskoczenia, które równoznaczne jest z osłabieniem dolara.Pozostajemy za to pozytywnie nastawieni do dolara kanadyjskiego, także w kontekście dzisiejszego posiedzenia Banku Kanady. Władze monetarne utrzymają stopy na 1,75 proc. i nie dadzą sygnału, że są bliższe redukcji kosztu pieniądza.

Przy globalnej tendencji by łagodzić stanowisko i zmierzać do luzowania, brak zmian w strategii BOC jawi się już jako czynnik dający pozytywny impuls na poziomie wyceny zamierzeń władz monetarnych i zmian atrakcyjności odsetkowej poszczególnych walut. Uważamy, że przy inflacji na poziomie zgodnym z celem lub nawet lekko powyżej, poprawiających się perspektywach wzrostu gospodarczego i silnym rynku pracy nie ma argumentów za łagodzeniem stanowiska. Dodatkowo za dolarem kanadyjskim przemawia wyraźne odbicie cen ropy naftowej, nie tylko na rynkach globalnych, ale również gatunków krajowych, które w 2018 roku były wyceniane z gigantycznym dyskontem do najważniejszych londyńskich i nowojorskich benchmarków. Siłę dolara kanadyjskiego powinniśmy obserwować względem innych walut surowcowych, zwłaszcza dolara australijskiego. Kurs AUD/CAD już teraz znajduje się w silnym trendzie spadkowym, przebijał strefę wieloletnich minimów, ale nadal ma przestrzeń do zniżki popartą relatywną zmianą fundamentów.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers S.A.

Indeks WIG20 rośnie dzięki telekomom

  • Inflacja w Polsce bliska celu inflacyjnego
  • Rekordowe wzrosty na akcjach Play, Orange i Cyfrowego Polsatu
  • Realna stopa procentowa w Polsce ujemna
Ryszard Rusak, Dyrektor inwestycyjny ds. akcji w Union Investment TFI
Ryszard Rusak, Dyrektor inwestycyjny ds. akcji w Union Investment TFI

Silne wzrosty w sektorze WIG – telekomunikacja

Czerwiec był bardzo dobrym miesiącem dla rynku akcji po słabym maju. Korektę obserwowaliśmy na wielu rynkach. Giełdy odreagowały po reklasyfikacji i zmianach w strukturze uczestników MSCI Emerging Markets.

Widzimy w Polsce silny ruch spółek telekomunikacyjnych. Liderzy: Orange Polska, Play Communications i Cyfrowy Polsat – trzy główne spółki telekomunikacyjne rosły w czerwcu po 20 – 30 proc. Tym samym spółki telekomunikacyjne okazały się najlepszymi inwestycjami w tym roku. W pierwszych dwóch kwartałach br. zyskały ponad 40 proc.

Za główny czynnik sprawczy silnego odbicia spółek telekomunikacyjnych odpowiedzialne są planowane podwyżki cen usług sieci komórkowych. Dodatkowo wpływ na wzrost kursów akcji może mieć komunikat Cyfrowego Polsatu, który zapowiedział podniesienie stawek za udostępnianie swoich pakietów telekomunikacyjnych sieciom kablowym już od jesieni. Podwyżka ma być bardzo wysoka i wynieść ponad 100 proc. – od ok. 2,00 zł do 4,60 zł na użytkownika za pakiet. Wprowadzona zostanie też indeksacja cen w przyszłości.

Wzrosty WIG20 to także zasługa sektora bankowego. Znaczące wzrosty zanotowały akcje Pekao SA i PKO BP oraz PZU S.A., który zyskuje na hossie na obligacjach.

Paradoksalnie po wcześniejszych wzrostach najsłabszym ogniwem w czerwcu okazały się małe spółki wchodzące w skład indeksu sWIG80.

Inflacja w Polsce blisko celu inflacyjnego

Inflacja w Polsce rośnie szybciej od oczekiwań. Dziś wynosi już 2,6 proc. r/r i zapowiada to wejście w okres szerszego wzrostu cen. Już nie tylko surowców, ale np. paliwa czy żywności. Nakłada się na to wiele czynników, m.in.: zamrożenie  cen energii (czyli wzrost w przyszłości), rosnące koszty pracy. Zaowocuje to kolejnymi podwyżkami cen. Za parę miesięcy możemy osiągnąć szacowaną inflację na poziomie ok. 3 proc. w warunkach braku zmian lub obniżki stóp procentowych przez RPP – może to oznaczać ujemną czyli realną stopę procentową.

Pomimo rosnącej inflacji Rada Polityki Pieniężnej w Polsce nie zapowiada podwyżek stóp procentowych. Zdaniem prezesa NBP prof. Adama Glapińskiego nie ma obecnie podstaw zarówno do podwyższania jak i obniżania stóp procentowych.

Za oceanem FED, który jeszcze pół roku temu zapowiedział podnoszenie stóp procentowych, teraz zmienił retorykę i zapowiada ich obniżenie. Rynek spodziewa się takiej decyzji już podczas lipcowego posiedzenia Komitetu FED i obniżenia stóp o 25 czy 50 punktów bazowych. Prawdopodobieństwo takiej obniżki szacowane jest na 100 proc.

Hossa na rynku obligacji trwa

To najmocniejsza od dłuższego czasu hossa na rynku obligacji, z jaką mamy do czynienia, zarówno na rynkach bazowych jak i w krajach emerging markets. Dochodowość niemieckich obligacji spadła w okolice poziomu -0,4 proc. na obligacjach 10-letnich, a w Stanach Zjednoczonych do 2,00%. Oznacza to spadek o 90bp w Europie i 125bp w USA od najwyższych poziomów osiągniętych w IV kwartale.

Andrzej Czarnecki, Dyrektor Inwestycyjny ds. papierów dłużnych w Union Investment TFI
Andrzej Czarnecki, Dyrektor Inwestycyjny ds. papierów dłużnych w Union Investment TFI
photo: Dariusz Iwanski

Główną przyczyną tej bardzo mocnej hossy jest zmiana oczekiwań dotyczących polityki monetarnej głównych banków centralnych świata.

19 czerwca br. amerykański bank centralny przedstawił nowe projekcje. FED pozostawił stopy procentowe bez zmian, ale zasygnalizował możliwość ich obniżek do końca roku. W swoich projekcjach FED obniżył oczekiwaną ścieżkę stóp procentowych, a w komunikacie wskazał na słabsze otoczenie makroekonomiczne w kolejnych latach, zapowiadając, że Rezerwa Federalna, będzie na nie reagowała. Rynek zaczął wyceniać trzy obniżki po 25 punktów bazowych jeszcze w 2019 roku, czyli inwestorzy spodziewają się ścięcia stóp nawet o 75 punktów bazowych. Pierwszych obniżek należy spodziewać się jeszcze w lipcu.

Zmiana oczekiwań co do przyszłej polityki pieniężnej nastąpiła również w strefie euro. Po pierwsze oczekiwania dotyczące zacieśnienia polityki monetarnej , zarówno poprzez zmniejszanie bilansu EBC, jak poprzez podnoszenie stóp procentowych odeszły w zapomnienie. Zamiast tego EBC ponownie dostarczy dodatkowej płynności przez kolejną, trzecią rundę bardzo nisko oprocentowanych operacji TLTRO. Po drugie zaczynają się pojawiać spekulacje dotyczące możliwych obniżek ujemnej już stopy depozytowej EBC. Rynek wycenia obniżkę tej stopy z obecnego poziomu -0,4% do -0,6%. Te wszystkie działania wpływają na to, że coraz większa część rynku długu w strefie euro notowana jest już z rentownościami ujemnymi. Do „tradycyjnych” rynków z ujemną krzywą rentowności takich jak rynek niemiecki i francuski dołączają do tego kolejne kraje. Najbardziej zaskakują dwuletnie obligacje bardzo mocno zadłużonych Włoch, których rentowność również spadła poniżej zera.

Wraz z obniżaniem się rentowności na rynkach bazowych drożeją również obligacje z krajów emerging markets. Jest to typowe poszukiwanie dających jakiś dodatni zwrot aktywów ze względu na zawężające się spektrum instrumentów przynoszących dodatnią rentowność. Bardzo mocno zyskały najbardziej ryzykowne obligacje krajów emerging markets takich jak Turcja, Argentyna czy Brazylia.

Rynki Europy środkowej i wschodniej nie były wyjątkiem. Rentowność polskich obligacji spadły do historycznie niskich poziomów. Obecnie dochodowość obligacji dziesięcioletniej to 2,23%. Bardzo podobnie zachowały się rynki obligacji na Węgrzech i w Czechach.

Programiści awansują 2x szybciej niż kilka lat temu

Programista, który zaczynał karierę w latach ’90, potrzebował aż 11 lat na zdobycie tytułu seniora. Dziś ten czas skrócił się dwukrotnie. Rekordzistom awans zajmuje nawet kilkanaście miesięcy.

To wnioski z obserwacji przeprowadzonych przez szkołę programowania online Kodilla.com, która zbadała przebieg kariery blisko 2 tys. polskich programistów (dokładnie 1919 osób). Eksperci pod lupę wzięli profile specjalistów od Java, JavaScript i PHP w zawodowym serwisie społecznościowym LinkedIn. Wynik? Biorąc pod uwagę ostatnie dwie dekady, im później ktoś rozpoczął karierę w IT, tym mniej czasu potrzebował, aby awansować na stanowisko senior developera.

A to gra warta świeczki, bo zgodnie z raportem No Fluff Jobs na temat rynku pracy IT, w 2018 roku junior, czyli początkujący programista, mógł liczyć na pensję w wysokości 6 tys. zł brutto, mid – średniozaawansowany – na 10,5 tys. zł brutto, natomiast senior już na 16 tys. zł brutto.

Dlaczego programiści awansują szybciej niż kiedyś?

Zdaniem Marcina Kosedowskiego, eksperta rynku szkoleniowego z Kodilla.com, o szybszych niż kiedyś awansach w branży IT zadecydowało kilka czynników. Najważniejszy z nich wiąże się z ewolucją sposobu kształcenia i dokształcania programistów. Obecnie kodowania można się nauczyć dużo szybciej i łatwiej niż kiedyś, bo już nie tylko na wieloletnich studiach. Zwiększyła się też dostępność materiałów szkoleniowych, których w internecie jest mnóstwo, podczas gdy w latach 90. barierą był nie tylko dostęp do takiej bazy wiedzy, ale i samej sieci. W efekcie skrócił się czas potrzebny na naukę zawodu, jak i osiągnięcia awansu w branży IT.

Drugi powód związany jest z coraz większą aktywnością tzw. software house’ów na polskim rynku. To firmy, w których powstaje oprogramowanie dla klientów zewnętrznych, często wielkich, zachodnich korporacji. Klientom software house’ów zależy, żeby pracowali dla nich specjaliści z dużym doświadczeniem oraz prestiżowymi tytułami. Seniorów jednak na rynku brakuje, stąd presja, aby dokształcać własnych pracowników i móc im przyznawać awanse szybciej niż kiedyś.

Trzeci czynnik jest dość trywialny i wiąże się z nazewnictwem stanowisk, które wprowadzono na polski rynek dopiero w latach 2010-2013.

Wcześniej praktycznie nie było podziału na juniorów (czyli osoby początkujące), midów (programistów średniozaawansowanych) i seniorów. Osoby rozpoczynające swoją karierę były po prostu “programistami”. Dookreślany stopień zaawansowania pojawiał stopniowo, najpierw na stanowiskach związanych z językiem PHP, a następnie dla JavaScript i Javy. Gdy nazewnictwo stało się bardziej powszechne, podział zaczął funkcjonować jako norma – wyjaśnia Marcin Kosedowski.

Podobne obserwacje ma Andrzej Telicki, service line manager w firmie intive, jednak dodaje, że:

Software house’y są potencjalnie dobrym miejscem do tego, by „liznąć” więcej technologii, nauczyć się pracy z klientem i jednocześnie nie utknąć przy jednym projekcie na kilka lat. Niemniej pamiętajmy, że poza osobami z wielkim zapałem i odpornością, które poświęcają na samorozwój po 16 godzin dziennie, obecnie mamy zupełnie inną specyfikę projektów niż kiedyś. Firmy stały się znacznie bardziej dynamiczne, a i człowiek dużo szybciej uczy się i zdobywa doświadczenie. Nie zmienia to faktu, że specjalistów na rynku pracy brakuje, co powoduje, że firmy przyciągają kandydatów atrakcyjnymi stanowiskami i tytułem seniora na papierku. Pytanie czy taki senior będzie z tego dumny i czy podpisze się własnym nazwiskiem pod projektem, czy weźmie za niego odpowiedzialność?

Ile czasu faktycznie potrzeba na zostanie seniorem?

Przyjrzyjmy się dokładniej danym zebranym przez Kodilla.com. Obserwując losy programistów, którzy rozpoczynali swoje kariery w latach 90., widzimy, że średnio potrzebowali 11,3 roku, by zostać senior developerami. Tym, którzy startowali w latach 2000-2009, zajęło to średnio już tylko 5,94 roku. Obecnie średni czas, po jakim programista zyskuje tytuł seniorski spadł do 3,79 roku. Jako ciekawostkę podajmy, że rekordziście awans na stanowisko seniora zajął 15 miesięcy (rozpoczęcie kariery w IT – 01.12.2017, awans na seniora – 01.03.2019).wykres

– Zgodnie z oczekiwaniami, najszybciej tytuł seniorski zyskują programiści JavaScript (3,57 roku), następnie PHP (3,98 roku), a najdłużej zajmuje to programistom Javy (4,04 roku) – wylicza Marcin Kosedowski i podkreśla, że seniorami jest 70,5% aktywnych zawodowo programistów, którzy zaczęli pracę przed 2010 rokiem. Ten procent już raczej nie wzrośnie – jeśli ktoś nie został seniorem przez kilkanaście lat, to prawdopodobnie już nim nie zostanie. Natomiast wśród programistów, którzy zaczynali kariery po 2010, 75% jeszcze nie zostało seniorami, więc średnia będzie rosła. Według prognozy ostatecznie wyniesie ok. 4-4,5 roku.

Andrzej Telicki z intive dodaje, że staż pracy to jeszcze nie wszystko:

Jeśli mówimy wyłącznie o kompetencjach technicznych, to 3-4 lata w danej technologii i kilka lat projektów wystarczą, by awansować. Choć z reguły zajmuje to nieco więcej, jakieś 5-6 lat pod warunkiem, że ktoś uczciwie pracuje. Pamiętajmy jednak, że ważniejszy od stażu pracy jest stopień umiejętności i zaangażowania, a nie tylko w procesy techniczne dotyczące konkretnej technologii. Na rolę seniora składają się wystąpienia, szkolenia, udział w rekrutacjach, spotkania z klientami, wyceny projektów. To bogaty know how i duża odpowiedzialność, ogłada biznesowa, umiejętność odpuszczenia technicznego ideału na korzyść relacji z biznesem. To także kompetencje do dzielenia się wiedzą i pokora, którą taka osoba musi w sobie mieć, mimo dużej pewności siebie.

Czy można przyspieszyć swój awans w IT?

– Poziomu seniorskiego nie da się nauczyć, bo za takim tytułem zawodowym stoi przede wszystkim doświadczenie. Nie ma też sztywnych reguł, które określają, że na zdobycie potrzebnych kwalifikacji trzeba poświęcić 8 zamiast 3 lat. Wszystko zależy od indywidualnych predyspozycji i własnej pracy. Na pewno to, co można zrobić, to przyspieszyć rozwój na początku kariery w IT, korzystając z usystematyzowanych metod nauczania, wypracowanych przez instytucje szkoleniowe i społeczności programistów – przyznaje Marcin Kosedowski.

W efekcie można skrócić czas liczony od rozpoczęcia nauki programowania do znalezienia pierwszej pracy jako junior do ok. 1-1,5 roku (np. 6 miesięcy intensywnej nauki teorii na bootcampie programistycznym, 3 miesiące na staż lub realizację własnych projektów, 3 miesiące na poszukiwanie pracy). Jednocześnie nie wolno zapominać o rosnących wymaganiach pracodawców. – Jeszcze 3 lata temu absolwenci 3-miesięcznych szkoleń z HTML, CSS i wprowadzeniu do języka JavaScript pracę znajdowali bez problemu. Obecnie na analogiczne stanowisko front-end developera standardowym wymaganiem jest praktyczna znajomość podstaw back-endu i testów, korzystanie z narzędzi takich, jak: Git, SCSS/Sass, jak i dodatkowych technologii, w szczególności Reacta lub Angulara – tłumaczy Marcin Kosedowski.

Jak dodaje, obecny junior zaczyna ze znacznie większą i bardziej usystematyzowaną wiedzą niż jeszcze kilka lat temu. Mimo to, w wielu firmach wpada w wewnętrzny program mentoringu, gdzie przez pierwsze miesiące zdobywa olbrzymią ilość wiedzy praktycznej od bardziej doświadczonych koleżanek i kolegów. W efekcie z poziomu juniorskiego do regulara przechodzi obecnie w średnio 14 miesięcy, podczas gdy jeszcze 5 lat temu były na to potrzebne 22 miesiące (analiza Kodilla.com). Rzadkością nie są osoby, które zostają regularami po pół roku pracy, szczególnie w PHP.

Awans jest możliwy w te 4-5-6 lat, ale trzeba na niego uczciwie zasłużyć. Rozpieszczony junior z półrocznym doświadczeniem będzie musiał trochę poczekać. Popracować nad swoimi umiejętnościami, kwalifikacjami technicznymi, no i nad samym sobą, bo bycie seniorem to także wysoki poziom umiejętności miękkich – dodaje Andrzej Telicki.

Ale jeśli już ktoś rozpocznie pracę w IT, to możliwości rozwoju są ogromne. Badanie przeprowadzone na początku 2019 roku przez Kodilla.com wykazało, że im młodszy stażem programista, tym pracodawca zapewnia mu większe wsparcie szkoleniowe. – Aż 54% przebadanych programistów potwierdziło otrzymanie od pracodawcy budżetu szkoleniowego – podsumowuje Marcin Kosedowski.

Źródło: Kodilla.com

Odejście od paliw kopalnych albo groźna zmiana klimatu – ONZ ostrzega

Od 24 lat podczas corocznych szczytów klimatycznych ONZ komunikuje opinii publicznej, jak i decydentom, postępujące załamywanie się modeli klimatycznych i kurczący się czas, aby tę sytuację naprawić. Naukowcy nie wiedzą, jak zatrzymać zdarzenia, które już dziś mają miejsce. Negatywny wpływ człowieka na klimat teoretycznie jest możliwy do powstrzymania za pomocą odpowiednich narzędzi, środków i technologii. Nie wiadomo jednak, ile lat zajmie odwracanie tej tendencji. Przykładem skutecznych działań jest Protokół Montrealski. Na jego podstawie zaprzestano stosowania freonu w lodówkach, klimatyzatorach i innych podobnych urządzeniach. Dzięki temu w zeszłym roku zamknęła się dziura ozonowa – udało się ją odtworzyć naturalnie. Podobnie należy postąpić teraz w przypadku gazów cieplarnianych. Ludzkość oparta jest jednak na energii pozyskiwanej z paliw kopalnych, czyli wysokoemisyjnych. Konieczne jest inwestowanie i przechodzenie na nieemisyjne rozwiązania – energię słoneczną, wodną, wiatrową czy jądrową. Obecnie technologie te stają się coraz bardziej efektywne. Można więc wyobrazić sobie zaprzestanie masowej eksploatacji węgla czy ropy naftowej.

– Konieczne jest zaprzestanie ich produkowania przez ludzi i powrót do tzw. bilansu klimatycznego. Ile czasu potrzebuje na to przyroda pozostaje niewiadomą – powiedział serwisowi eNewsroom Kamil Wyszkowski, reprezentant i prezes rady Global Compact Network Poland. –  Działania należy podjąć jak najszybciej. Według ONZ natychmiast, a nie w perspektywie lat. Modele źródeł energetycznych pokazują jednak, że do 2060 roku niewiele się zmieni. Ludzkość wciąż się rozwija, co oznacza, że zwiększają się jej potrzeby energetyczne. Coraz większa liczba ludzi na świecie potrzebuje większej ilości energii. Jednocześnie według pozytywnego scenariusza udział OZE będzie się zwiększał – co nie oznacza, że uda się powstrzymać zmiany klimatyczne. Można skupić się na zaadaptowaniu się do nich. Model temperaturowy NASA – zgodny ze stanowiskiem agencji japońskiej, europejskiej, czy panelu klimatycznego ONZ – przewiduje, że w 2100 roku temperatury okresowo będą sięgały 45-47 °C na bardzo dużej powierzchni Ziemi. Oprócz Australii, północnej części Ameryki, Afryki, Bliskiego Wschodu warunki te obejmą też Europę Centralną i Polskę. Spodziewane są też bardzo duże skoki temperaturowe na obu biegunach – co spowoduje gwałtowne topnienie lodowców, czyli podniesienie się muszli oceanów o 1 metr. Będzie to duże zagrożenie na ośrodków miejskich położonych na wybrzeżach. Polskim przykładem jest Trójmiasto. Według modelu NASA za niecałe sto lat, jedna trzecia Gdańska będzie pod wodą. Jest czas, aby takie zmiany powstrzymać – ale wymaga to kosztów. Mniejszym wydatkiem będzie jednak powstrzymanie konsumpcji paliw kopalnych niż późniejsze adaptowanie się do zmian klimatycznych – zaznaczył Wyszkowski.

Jesienią BGK rozda kolejne premie technologiczne dla mikro-, małych i średnich firm. Do podziału będzie 350 mln zł

Jesienią BGK rozda kolejne premie technologiczne dla mikro-, małych i średnich firm. Do podziału będzie 350 mln zł 7

W ostatnim kwartale tego roku przedsiębiorcy z sektora MŚP po raz kolejny będą mogli się ubiegać o dofinansowania na innowacje. BGK uruchamia szóstą edycję konkursu Kredyt na innowacje technologiczne z kwotą alokacji 350 mln zł. O wsparcie mogą wnioskować firmy, które zatrudniają nie więcej niż 250 pracowników, mają dobry pomysł i zdolność kredytową. Kwota dotacji może sięgnąć 6 mln zł.

We wrześniu ukaże się dokumentacja konkursowa, a w październiku ruszy nabór wniosków o dofinansowanie. Potrwa do lutego 2020 roku. Wzorem poprzednich edycji – konkurs będzie podzielony na rundy, a zatem będzie bardzo dużo czasu, aby przedsiębiorca mógł skompletować wszystkie dokumenty. Alokacja w tym konkursie wynosi 350 mln zł, ale zapewniam, że nie zabraknie pieniędzy na wszystkie dobre projekty – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Burczyński, dyrektor Biura Kredytu Technologicznego w Banku Gospodarstwa Krajowego.

Premia technologiczna – inaczej kredyt na innowacje technologiczne – jest skierowana do firm z sektora mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw, zatrudniających nie więcej niż 250 osób. Przedsiębiorstwo, które chce się o nią ubiegać, musi mieć przede wszystkim pomysł na innowacyjny biznes, gdzie – w wyniku wdrożenia nowej technologii – powstanie całkiem nowy bądź znacząco ulepszony produkt czy usługa.

Skorzystanie z premii technologicznej przede wszystkim zwiększa rentowność inwestycji technologicznej realizowanej przez firmę, jak również samego przedsiębiorstwa. Zwiększa innowacyjność firmy i regionu, konkurencyjność tej firmy na rynku krajowym i europejskim. Premia, jaką może uzyskać przedsiębiorca, sięga aż 6 mln zł, a więc warto się o nią starać – podkreśla Tomasz Burczyński.

Firmy, które chcą ubiegać się o premię technologiczną w BGK, muszą przede wszystkim mieć zdolność kredytową, czyli najpierw uzyskać promesę udzielenia kredytu technologicznego w jednym z 20 banków komercyjnych współpracujących z BGK. Dopiero wtedy mogą złożyć wniosek o dofinansowanie, który podlega ocenie przez zewnętrznych ekspertów branżowych.

My takim wnioskiem zajmujemy się najpierw od strony formalnej, a następnie – od merytorycznej. Jest on poddawany ocenie przez zewnętrznych ekspertów z danej branży, którzy kładą nacisk na aspekt innowacyjności oraz możliwości uplasowania nowego produktu na rynku – wyjaśnia Tomasz Burczyński.

Od 2015 roku Bank Gospodarstwa Krajowego przeprowadził pięć naborów wniosków w kredycie na innowacje technologiczne dla mikro-, małych i średnich przedsiębiorców. Wnioski o dofinansowanie złożyło blisko 1,9 tys. przedsiębiorców na kwotę prawie 6 mld zł premii technologicznej. Dzięki tym środkom możliwe było zrealizowanie projektów o wartości ponad 13 mld zł.

Wspieranie polskich firm z sektora mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw to jedno z głównych zadań Banku Gospodarstwa Krajowego – mówi dyrektor Biura Kredytu Technologicznego w BGK. – Z kredytu na innowacje technologiczne korzystają firmy ze wszystkich branż. Najczęściej wnioski o dofinansowanie składają przedsiębiorcy z przemysłu spożywczego, meblarskiego, poligraficznego, motoryzacyjnego czy budowlanego, ale reprezentowany jest również przemysł lotniczy, a nawet kosmiczny.

Jak informuje, aktualnie trwa weryfikacja i ocena wniosków z ostatniej, szóstej rundy w piątym naborze konkursu.

Piąty nabór trwał od października 2018 roku, a zakończył się w kwietniu br. Był podzielony na rundy – rozstrzygnęliśmy już pięć rund, w tej chwili oceniamy wnioski z ostatniej, szóstej rundy. Mogę powiedzieć, że na ten moment dofinansowanie z piątego naboru otrzymało 95 firm na kwotę dotacji ponad 370 mln zł – mówi Tomasz Burczyński.

Łącznie w piątej edycji konkursu Kredyt na innowacje technologiczne firmy złożyły do BGK 262 wnioski na łączną kwotę dofinansowania ponad 900 mln zł.

Statystyki pokazują, że jak dotąd najwięcej wniosków o dofinansowania złożyli przedsiębiorcy z województwa podkarpackiego (265 wniosków, wartość dofinansowania 1,1 mld zł), małopolskiego (216 wniosków i 790 mln zł dofinansowania) i mazowieckiego (169 wniosków i 501 mln zł dofinansowania). Z kolei czołówkę miast otwiera Mielec (36 wniosków), za którym uplasowały się Kraków (30) i Gdańsk (28).

W rekrutacjach widać obawy pracodawców o spowolnienie gospodarcze. Zapotrzebowanie na specjalistów jednak nadal jest wysokie

W rekrutacjach widać obawy pracodawców o spowolnienie gospodarcze. Zapotrzebowanie na specjalistów jednak nadal jest wysokie 8

W I kwartale polska gospodarka wciąż rozwijała się szybko na tle innych krajów, a prognozy na obecny i kolejny rok również przewidują wysokie, choć nie aż tak jak w 2018 roku, tempo wzrostu. Spowolnienie widać zarówno w pogorszeniu sytuacji przemysłu, jak i większej wstrzemięźliwości pracodawców w zatrudnianiu pracowników i przyznawaniu podwyżek. W wielu branżach pracownicy ze Wschodu wciąż będą jednak potrzebni. To także wyzwanie dla agencji zatrudnienia.

– Patrząc przez pryzmat współpracy z naszymi klientami, widzimy, że idzie spowolnienie gospodarcze, choć to nie będzie tąpnięcie tak duże jak w 2012–2013 roku. Widzimy, że w dalszym ciągu jest wyczekiwanie, obserwacja tego, co się dzieje na rynku, w poszczególnych gospodarkach europejskich i światowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Cezary Maciołek, wiceprezes zarządu świadczącej firmom usługi z zakresu HR Grupy Progres. – Nie ma tak dużego hurraoptymizmu, jeśli chodzi o składanie zamówień na procesy rekrutacyjne, jak to miało miejsce w 2017 i 2018 roku.

Jak podkreśla, wpływ na to ma kilka czynników, w tym słabe prognozy dla Niemiec – według majowych projekcji Komisji Europejskiej gospodarka największego polskiego partnera handlowego urosnąć ma w tym roku tylko o 0,5 proc., a w przyszłym – o 1,5 proc. Tymczasem kraj ten odpowiada za 27,1 proc. polskiego eksportu i 22,4 proc. importu (dane GUS za styczeń–kwiecień 2019 roku). Spowolnienie w Niemczech to mniej zamówień dla polskiego przemysłu, co widać po wskaźniku wyprzedzającym PMI, który od siedmiu miesięcy wskazuje na pogarszanie się warunków w polskim sektorze produkcyjnym. Według IHS Markit w maju warunki gospodarcze w polskim sektorze przemysłowym wciąż się pogarszały. To najdłuższy taki okres od sześciu lat. Produkcja, nowe zamówienia oraz eksport ponownie spadły, choć w słabszym tempie niż na początku tego roku.

Do tego dochodzi niepewność związana z brexitem, a Wielka Brytania to drugi partner handlowy dla Polski pod względem eksportu. Jeśli dojdzie do wyjścia Brytyjczyków z UE bez umowy, wprowadzone zostaną cła, co ograniczy wymianę handlową.

Spowolnienie gospodarcze zawsze ma wpływ na rynek pracy, jak duży, to będzie zależało od tego, czy faktycznie zamówienia w kolejnych kwartałach ruszą z impetem. Jeśli tak, to prawdopodobnie jesteśmy w stanie osiągnąć dynamikę na poziomie około 4 proc. w tym roku, jeśli nie, będzie to na pewno bardzo trudne. Osiągnięcie wzrostu gospodarczego z zeszłego roku w zasadzie jest niemożliwe – ocenia Cezary Maciołek.

W ubiegłym roku polska gospodarka rozwijała się w tempie 5,1 proc., a wartość PKB przekroczyła nominalnie 2 bln zł. Prognozy Komisji Europejskiej na ten rok zakładają 4,2 proc. Szybciej rosnąć będzie tylko niewielka Malta.

Pomimo pewnego wyhamowania chęci przedsiębiorców do zatrudniania – zdaniem wiceprezesa Grupy Progres – zapotrzebowanie na pracowników z zagranicy będzie się utrzymywać, nawet jeśli liczba pracodawców deklarujących zamiar ich zatrudnienia się lekko zmniejszy.

– Przedsiębiorcy będą podchodzić bardziej selektywnie do wyboru poszczególnych kandydatów i to już dzisiaj widzimy. Część branż w Polsce jest tak mocno wydrylowana i tak niechętnie stanowiska pracy są przez Polaków obsadzane, że nie jesteśmy w stanie funkcjonować bez obcokrajowców – mówi Cezary Maciołek. – Dzisiaj nie mówimy o tym, czy będziemy ściągać pracowników z zagranicy, tylko jakich pracowników, ponieważ demografia w Polsce jest nieubłagana, mamy jedne z najgorszych statystyk w Europie. Nawet jeśli gospodarka będzie się rozwijać w tempie mniejszym niż 4 proc., w dalszym ciągu będzie potrzebować specjalistów i osób wykwalifikowanych.

Na razie wciąż najwięcej pracowników pochodzi z Ukrainy: w 2018 roku złożono ponad 1,58 mln oświadczeń o powierzeniu pracy cudzoziemcowi, w tym niemal 1,45 mln dotyczyło obywateli tego kraju. Zezwoleń na pracę wydano natomiast prawie 329 tys., z czego ponad 238 tys. Ukraińcom. Na drugim miejscu znaleźli się Nepalczycy z niemal 20 tys. wydanych zezwoleń, a dopiero za nimi uplasowali się Białorusini (19,2 tys.). W pierwszej piątce starczyło jeszcze miejsca dla Banglijczyków i Hindusów, którzy dostali po 8,3 tys. zezwoleń.

 Dzisiaj przedsiębiorcy i agencje rekrutacyjne analizują, w których krajach znaleźć specjalistów dla poszczególnych branż. Dla przykładu, Filipiny są świetnym miejscem na ściąganie pracowników z zakresu HoReCa, więc hotelarstwo, restauracje, branża gastronomiczna. Z kolei Wietnam ma bardzo dobrze rozwiniętą sieć stoczniową, więc szukamy tam spawaczy, monterów. Z kolei Bangladesz to jest obszar tekstylny, a więc szwacze, szwaczki – wyjaśnia Cezary Maciołek.

Będzie to wymagało od agencji zatrudnienia zapewnienia klientom kompleksowej usługi, dostosowanej do charakteru ich biznesu, wraz z dostarczeniem wiedzy i pomocą w załatwieniu formalności czy zakwaterowaniu. Zmian wymagać będzie również struktura samych firm rekrutacyjnych, bo koszty zatrudnienia rosną, co obciąża rentowność biznesu.

W Polsce sprzedaje się około 500 samochodów pożarniczych rocznie. Wozy polskiej produkcji trafiają też do Europy, Azji i Afryki

W Polsce sprzedaje się około 500 samochodów pożarniczych rocznie. Wozy polskiej produkcji trafiają też do Europy, Azji i Afryki 9

Według danych PZPM w Polsce jest zarejestrowanych około 85 tys. pojazdów specjalnych, do których zaliczają się np. samochody wykorzystywane do prac wiertniczych, górnicze, żurawie samochodowe, pojazdy zimowego utrzymania dróg czy pogotowia technicznego, wozy sanitarne czy samochody pożarnicze. Sprzedaż tych ostatnich na polskim rynku oscyluje wokół 400–500 sztuk rocznie i nieznacznie wzrasta. Polską straż pożarną – zarówno zawodową, jak i ochotniczą – w większości obsługują polscy producenci, którzy dobrze radzą sobie także w eksporcie. Tego segmentu – podobnie jak i całej branży motoryzacyjnej – nie omija także dyskusja dotycząca samochodów hybrydowych i autonomicznych.

Pojazdy o specjalnym przeznaczeniu spełniają wyśrubowane kryteria techniczne, są przeznaczone do wykonywania specjalnych funkcji i często produkowane według indywidualnych potrzeb zamawiającego. Ich udział w rynku jest niewielki – dane z raportu PZPM „Branża Motoryzacyjna 2018/2019” pokazują, że w 2017 roku udział samochodów ciężarowych, specjalnych, ciągników samochodowych i lekkich dostawczych w całości parku pojazdów silnikowych utrzymał się na poziomie 12,8 proc., czyli 716,6 tys. sztuk. W tej liczbie zawierało się 85,4 tys. samochodów specjalnych.

Samochody specjalnego przeznaczenia to pojazdy od pożarniczych, poprzez ambulanse, do samochodów przeznaczonych dla wojska czy policji. Samochody dla straży pożarnej możemy podzielić na kilka kategorii – lekkie, średnie i ciężkie. Ten rynek utrzymuje się na poziomie 400–500 samochodów rocznie – mówi agencji Newseria Biznes Michał Romaniszyn, odpowiedzialny za eksport w firmie Wawrzaszek Inżynieria Samochodów Specjalnych.

Jak podkreśla, sprzedaż z roku na rok rośnie, ale dynamika tego wzrostu nie jest duża. W dużej mierze zależy od środków przeznaczanych na modernizację i zakupy sprzętowe dla straży z budżetu państwa, UE i samorządów, bo kupno takiego pojazdu to wydatek rzędu od kilkuset tysięcy do nawet miliona złotych. Co istotne, polską straż pożarną – zarówno zawodową, jak i ochotniczą – niemal w 100 proc. obsługują polscy producenci.

Jest niewielki procent zachodnich firm, które próbują w Polsce sprzedawać, ale około 95–98 proc. stanowią polskie produkty, natomiast reszta to są niszowe wyroby sprowadzane z innych krajów, np. z Niemiec czy Austrii – mówi Michał Romaniszyn.

Pojazdy ratowniczo-gaśnicze trafiają nie tylko do jednostek terytorialnych straży pożarnej. W maju br. 3. Regionalna Baza Logistyczna z Krakowa podpisała z firmą Szczęśniak Pojazdy Specjalne – jednym z największych polskich producentów – wart 14,1 mln zł kontrakt na dostawę takich pojazdów do jednostek Wojska Polskiego (pododdziałów Wojskowej Straży Pożarnej). W tym i nadchodzącym roku dostarczy w sumie sześć średnich samochodów ratowniczo-gaśniczych (z opcją na kolejnych sześć w 2020 roku), jeden ciężki samochód ratowniczo-gaśniczy ze zbiornikiem o pojemności 5 m³ (z opcją na cztery kolejne w 2020 roku), trzy ciężkie samochody ratowniczo-gaśnicze ze zbiornikami o pojemności 10 m³ oraz jeden ciężki lotniskowy samochód ratowniczo-gaśniczy z opcją na pozyskanie drugiego takiego pojazdu w przyszłym roku.

– Jeżeli chodzi o branżę straży pożarnej, kupującym jest zwykle państwo, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Generalnie samochody pożarnicze kupują  przede wszystkim agendy państwowe. Od czasu do czasu zdarza się klient prywatny, m.in. lotniska czy rafinerie. W tej chwili produkujemy od 400 do tysiąca samochodów rocznie i jakoś musimy znajdować klientów na taką liczbę pojazdów – mówi Michał Romaniszyn.

Środki na zakup samochodów dla straży pochodzą miedzy innymi z uchwalonego w 2017 roku programu modernizacyjnego służb mundurowych podległych MSWiA z budżetem opiewającym na 1,7 mld zł do 2020 roku, z czego ponad 500 mln ma trafić do OSP. To niewielkie jednostki, które na terenach oddalonych od dużych aglomeracji często pierwsze reagują na zagrożenia. Jak podaje Volvo Trucks, to właśnie jednostki ochotniczej straży pożarnej w 2018 roku kupiły najwięcej pojazdów pożarniczych na podwoziach Volvo, bo aż 103 (na wszystkie 133 sprzedane w ubiegłym roku na polskim rynku). Ubiegły rok był dla producenta rekordowo udany, bo jeszcze w 2017 roku Volvo dostarczyło do segmentu straży pożarnej na terenie całego kraju 76 podwozi, co przekłada się na 75-proc. wzrost rdr.

My jesteśmy liderem wśród polskich firm, które produkują na eksport. Ten nie jest prosty, bo w tym celu trzeba mieć odpowiednie zaplecze, np. serwisowe – mówi Michał Romaniszyn. – Niemcy, Szwecja, Skandynawia czy Czechy to rynki, na których jesteśmy mocno aktywni. Ale mamy również rynki azjatyckie, Bliskiego Wschodu, Afryki czy Ameryki Południowej. One są już bardzo wymagające, czasami wymagają lat pracy, żeby uzyskać z nich jakieś efekty.

Jak podkreśla, w produkcji pojazdów specjalnego przeznaczenia wykorzystywane są innowacyjne rozwiązania techniczne i nowe materiały.

Kompozyt to cały czas jeden z najświeższych trendów i on jest naprawdę wartościowym materiałem. Pozwala nam wyprodukować samochód, który cechuje się bardzo dużą odpornością korozyjną, i kształtować go tak, żeby był w jak największym stopniu dostosowany do celu, w jakim został zaprojektowany. Przykładowo, zbiornik wodny w pojeździe pożarniczym można ukształtować tak, żeby wypełniał maksymalną dostępną objętość. Ten samochód jest przez to bardziej kompaktowy i bardziej zwrotny na ulicach – mówi Michał Romaniszyn. – Są też w branży dyskusje na temat światowych trendów: hybrydowych samochodów, samochodów bez operatorów, działających w sposób autonomiczny, ale to wciąż jeszcze bardzo daleka przyszłość.

Kleszcze zagrażają nie tylko ludziom. Choroby przez nie przenoszone mogą się okazać śmiertelne także dla psów

Kleszcze zagrażają nie tylko ludziom. Choroby przez nie przenoszone mogą się okazać śmiertelne także dla psów 10

Kleszcze i choroby przez nie przenoszone są niebezpieczne nie tylko dla ludzi. Dla psów groźna jest m.in. babeszjoza, która może doprowadzić nawet do śmierci zwierzęcia. Statystyki dotyczące chorób przenoszonych przez kleszcze są zatrważające – do gabinetów weterynaryjnych codziennie trafia po kilka psów z kleszczami. Eksperci podkreślają, że aby zabezpieczyć pupila przed chorobami, konieczna jest odpowiednia profilaktyka przez cały rok.

– Sam kleszcz jako taki nie jest zagrożeniem. Natomiast to, co przenosi, stanowi zagrożenie dla naszego czworonoga – bakterie, pasożyty, wirusy powodują choroby, które mogą być nawet śmiertelne – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Małgorzata Głowacka, lekarka weterynarii, ekspertka naukowa Mars Polska.

Jeszcze pod koniec XX wieku w Polsce na boreliozę chorowało ok. tysiąca osób. W 2010 roku Państwowy Zakład Higieny odnotował już 9 tys. przypadków boreliozy. Obecnie co roku na tę chorobę zapada ponad 20 tys. osób. Kleszcze to jednak zagrożenie nie tylko dla ludzi. Dla czworonogów również niebezpieczne są przenoszone przez pajęczaki choroby, przede wszystkim babeszjoza, która nieleczona może doprowadzić do śmierci.

– Jeżeli widzimy u psa takie objawy, jak osłabienie, mocz w kolorze herbaty, wyższa temperatura, brak apetytu, a wcześniej wystąpił u niego kleszcz, powinniśmy się jak najszybciej skonsultować z lekarzem weterynarii. Im szybsza reakcja, im szybsze wprowadzenie leczenia, tym większa szansa zwierzęcia na przeżycie – podkreśla Małgorzata Głowacka.

Trudno jednoznacznie określić, jaka jest skala zachorowań na choroby odkleszczowe u psów. Jednak codziennie do każdego gabinetu weterynaryjnego trafia po kilka psów z kleszczami lub nieumiejętnie usuniętymi kleszczami przez opiekunów.

Przez wiele lat przypadki babeszjozy pojawiały się głównie na wschodzie i północy kraju, co wiązało się z występowaniem kleszcza łąkowego. Obecnie psy chorują już w całej Polsce.

– Ze względu na to, że coraz więcej podróżujemy z naszymi zwierzętami, kleszcze stają się dużym zagrożeniem również dla zwierząt w Polsce Zachodniej. Kiedyś tam w ogóle nie było takiego problemu – zaznacza ekspertka.

Częstszym zachorowaniom na choroby odkleszczowe sprzyja zmieniający się klimat.

Kleszcze są najbardziej aktywne wczesną wiosną i jesienią, dlatego powinniśmy pamiętać o profilaktyce przeciwko pasożytom zewnętrznym przez cały rok, zwłaszcza że temperatury zimą w tej chwili często są powyżej zera i kleszcze mogą przeżywać cały rok – zaznacza Małgorzata Głowacka.

Przy wyborze preparatu zabezpieczającego dobrze jest kierować się upodobaniami naszego pupila, np. u psów, które lubią się kąpać, preparat podawany bezpośrednio na skórę raczej się nie sprawdzi, lepsze będą raczej tabletki.

– Poradźmy się lekarza, jaki preparat zastosować, i stosujmy go regularnie przez cały rok zgodnie z wytycznymi producenta. Czyli jeżeli obrożę zmienia się co pół roku, to co pół roku rzeczywiście ją zmieniajmy, jeżeli co 4 tygodnie trzeba podać krople na skórę, to tak je podawajmy. Niezależnie od tego, jaką sierść ma nasz pies, ważne jest, żebyśmy każdego dnia obejrzeli jego skórę pod kątem pasożytów zewnętrznych – radzi lekarka weterynarii.

Szybkie – w ciągu 24 godzin – usunięcie pajęczaka minimalizuje szanse na przekazanie pierwotniaków czy bakterii. Dlatego jeśli znajdziemy na skórze psa kleszcza, najlepiej udać się jak najszybciej do lekarza weterynarii albo spróbować samemu go usunąć.

– Chwytamy pęsetą ciało kleszcza jak najbliżej skóry i kręcimy delikatnie, nieważne, w którą stronę, aż do całkowitego wykręcenia. Nie wyrywamy go, ponieważ wtedy najprawdopodobniej główka kleszcza zostanie w skórze. Jeśli tak by się zdarzyło, poprośmy lekarza o pomoc – zaleca Małgorzata Głowacka.

Na depresję cierpi aż 15–30 proc. osób w wieku powyżej 65 roku życia. Główną przyczyną jest osamotnienie, poczucie nieprzydatności w rodzinie i bierność

Na depresję cierpi aż 15–30 proc. osób w wieku powyżej 65 roku życia. Główną przyczyną jest osamotnienie, poczucie nieprzydatności w rodzinie i bierność 11

Trzech na dziesięciu Polaków w wieku powyżej 80 lat mówi o odczuwanej samotności, co dziesiąty stwierdza, że zawsze lub bardzo często czuje się samotnie, a na depresję cierpi aż 15–30 proc. osób w wieku powyżej 65 roku życia – wskazuje badanie „Sytuacja społeczna osób w wieku 65+” zrealizowane dla Stowarzyszenia mali bracia Ubogich przez ARC Rynek i Opinia. I choć dzięki nowoczesnej medycynie wzrasta długość życia i poprawia się jego jakość, to seniorzy borykają się z poważnym problemem, który nie pozwala im w pełni się tym cieszyć.

Psychologowie tłumaczą, że w tej chwili coraz rzadziej można spotkać domy wielopokoleniowe. Młode małżeństwa często mieszkają daleko od swoich rodziców i teściów, co znacznie utrudnia utrzymywanie bliskich relacji ze starszymi. Seniorzy często więc zmagają się z poczuciem bezczynności, nieprzydatności, a to bywa początkiem stanów zniechęcenia, apatii czy depresji. By do tego nie dopuścić, potrzebne jest solidarne działanie całej rodziny.

– W dzisiejszych czasach seniorzy mają dużą trudność w odnalezieniu się w strukturze w rodzinie, ponieważ nie jest obecny tradycyjny model rodziny, gdzie dziadkowie żyją razem ze swoimi dziećmi i wnukami. To oznacza destabilizację rodzin. Dziadkowie często mieszkają sami, bo ich dzieci i wnukowie mieszkają w innych miastach bądź krajach. W całej tej sytuacji seniorzy są zagubieni, samotni i potrzebują pomocy, o którą nie potrafią prosić, nawet swoich dzieci – mówi agencji Newseria Paulina Polek, psycholog.

Źródeł poczucia wykluczenia jest bardzo dużo. Większość związana jest ze zmianami, jakie zachodzą w życiu – przejście na emeryturę czy utrata bliskich to często rewolucja i powód, by czuć się odizolowanym. Do odczucia samotności w dużym stopniu przyczyniają się również choroby. Im bardziej wpływają one na samodzielność, tym większe jest zagrożenie samotnością. Ból, ograniczenia ruchowe, problemy z pamięcią i słuchem mogą zniechęć do spotkań z innymi lub wręcz pozbawiają takiej możliwości.

– Seniorzy często chorują na depresję, co powoduje, że ich stan zdrowia pogarsza się i w późniejszym czasie będą oni wymagać już stałej opieki przede wszystkim swoich dzieci, podczas gdy ich relacje przez ten czas, kiedy seniorzy byli samodzielni, zdążyły się już poluzować – mówi Paulina Polek.

Człowiek jest istotą społeczną, dlatego bliskość z innymi ludźmi jest niezbędna, a osoby w podeszłym wieku szczególnie potrzebują tego kontaktu. Główną przyczyną poczucia ich samotności jest bowiem przekonanie, że są już nikomu niepotrzebni.

– Pielęgnacja więzi rodzinnych polega głównie na tym, aby seniorzy przekazywali swoją mądrość życiową wnukom. To może zaprocentować tym, że one w przyszłości będą przekazywać tę wiedzę swoim dzieciom. Dzięki temu te relacje, mimo że rozjeżdżamy się po świecie, będą nadal podtrzymywane i kontakt nie będzie ograniczał się tylko do telefonu bądź wiadomości, tylko częstsze będą spotkania. Ten czas nie będzie marnowany na jakieś puste spotkania, tylko na takie intensywne przeżywanie wspólnego czasu razem – mówi Paulina Polek.

Dobrym rozwiązaniem jest to, by starsze osoby zajęły w rodzinie miejsce opiekunów najmłodszego pokolenia. Jest to niezwykle ważne, zarówno dla dziecka, jak i dla osoby starszej.

– Chodzi o to, aby wykonywać pewne rzeczy razem, nie tylko spożywać razem posiłek, lecz także go przygotowywać. Wtedy cały proces tworzenia więzi można zaobserwować od początku, kiedy babcia, rodzic uczy dziecko po kolei pewnych czynności, wtedy nawiązuje się rozmowa i jest czas na wyrażenie swoich opinii, emocji i wymienienie się poglądami – mówi Paulina Polek.

Relacje w rodzinie powinny być odpowiednio zrównoważone tak, by każdy miał swoją przestrzeń życiową, ale by jednocześnie nikt nie czuł się samotny, opuszczony czy porzucony. Osiągnięcie takiego złotego środka jest możliwe przede wszystkim dzięki rozmowie. Każda strona powinna jasno określić, czego oczekuje, a jeśli oczekiwania nie są do końca zbieżne, warto popracować nad satysfakcjonującym kompromisem.

– Ważne jest to, aby dzieci częściej podkreślały rolę seniora w życiu całej rodziny, prosiły o radę, jeżeli jest taka możliwość, chciały, aby senior brał udział w podejmowaniu ważnych dla rodziny decyzji, żeby nie był odsunięty na dalszy plan. Sam fakt poproszenia o opinię dla seniora jest bardzo ważny, bo seniorzy czują wtedy, że ich doświadczenie życiowe komuś może się przydać i jest to dla nich cenne – mówi Paulina Polek.

Psychologowie tłumaczą, że często wydaje nam się, że wiemy, co jest dobre dla naszych babć i dziadków, dlatego też nie pytamy ich o zdanie. To duży błąd, bo zanim z góry o czymś za nich zdecydujemy, powinniśmy zawsze dać im wybór.

– Dziś należy cierpliwie prowadzić dialog, dać czas na odpowiedź, zastanowienie i nie wymuszać odpowiedzi. Może się zdarzyć odpowiedź negatywna i też należy ją zaakceptować, nie brać jej personalnie do siebie. Każdy z nas ma prawo wyrazić swoją opinię i to jest najważniejsze, niezależnie od tego, czy się ma 5, 25, 50 czy 95 lat – mówi Paulina Polek.

Opieka nad seniorem to trudny temat dla całej rodziny, niemniej jednak można w tej sprawie współpracować z grupą wsparcia. W takich miejscach różni ludzie wymieniają się własnymi przeżyciami i rozterkami, na przykład związanymi z tym, że często z przyczyn niezależnych od siebie muszą oddać bliską im starszą osobą do domu opieki.

– Często rodziny borykają się z tym, że nie są w stanie zaspokoić potrzeb seniora, np. lokalowych czy medycznych, i to jest główny powód, dla którego są zmuszeni do takiego działania. Seniorzy decydują się na taki krok, ponieważ rozumieją to, że rodzina nie jest w stanie zaspokoić ich podstawowych potrzeb. Jednak jest to bardzo trudne zarówno dla jednej, jak i drugiej strony. Relacje między seniorem a rodziną w tym czasie w ośrodku przebiegają różnie. Często rodziny patrzą na to, jak czas zabiera im najbliższą osobę i ilość negatywnych emocji, bezradność powodują, że nie radzą sobie ze swoimi emocjami i mają trudność z odnalezieniem się w nowej sytuacji – mówi Paulina Polek.

O ile starsza osoba ma taką możliwość, warto zaproponować jej uczestnictwo w różnego rodzaju aktywnościach poza domem. Uniwersytety Trzeciego Wieku oraz inne organizacje pozarządowe oferują pełen wachlarz zajęć edukacyjnych i ruchowych, podczas których seniorzy mogą nawiązać liczne kontakty z osobami w podobnej sytuacji. Wzajemnie wspieranie się i wspólne spędzanie czasu wpływa pozytywnie na ich nastrój i samopoczucie.

Technologie biometryczne i RFID rewolucjonizują handel i obsługę na lotniskach. W ich wdrażaniu przodują Chiny, ale świetnie rozwijają się też w Polsce

Technologie biometryczne i RFID rewolucjonizują handel i obsługę na lotniskach. W ich wdrażaniu przodują Chiny, ale świetnie rozwijają się też w Polsce 12

Chiny wyrastają na globalnego lidera technologii mobilnych. Azjatyckie firmy prowadzą zakrojone na szeroką skalę testy rozwiązań z branży internetu rzeczy, które napędzą rozwój rynku mobilnego i usprawnią działanie przedsiębiorstw. Wdrażane są technologie z zakresu łączności 5G, nowatorskich systemów płatności, systemów biometrycznych czy platform zautomatyzowanej obsługi klientów. Innowacyjne rozwiązania mobilne wykorzystywane są na lotniskach, w systemach monitoringu, sklepach, a nawet w kasynach.

– Nowe technologie najbardziej dynamicznie wdrażane są i rozwijane w Chinach. Wynika to z ich dostępności i kosztów wdrożenia, które są tam niższe niż w Europie czy w Stanach Zjednoczonych. Azja kocha smartfony, w związku z tym wszelkiego rodzaju rozwiązania, które oparte są czy realizowane przy ich wykorzystaniu, znajdują tam natychmiastowe zastosowanie. Z rzeczy unikatowych, które dzisiaj nie znajdują jeszcze takiego szerokiego zastosowania np. w Europie czy w Stanach, warto wspomnieć o identyfikacji biometrycznej – mówi agencji Newseria Innowacje Marek Kwiatkowski, dyrektor działu digital w Sescom.

Chiny są jednym z liderów w rozwoju technologii rozpoznawania twarzy. Rozwiązania, które do niedawna funkcjonowały wyłącznie w ograniczonym zakresie, teraz zaczynają się upowszechniać na masową skalę. Najlepiej widać to na przykładzie inteligentnego systemu monitoringu, który wykorzystywany jest przez policjantów do zautomatyzowanego wykrywania przestępców. Państwowy system kamer CCTV podpięty został do sieci komputerowej napędzanej sztuczną inteligencją, która jest w stanie w ułamku sekundy rozpoznać twarze osób uchwyconych przez obiektyw, porównać je z policyjną bazą danych i wyłowić poszukiwane osoby.

Potencjał technologii biometrycznych dostrzegł także chiński holding Alibaba Group oraz firma Tencent. Zaprojektowały platformy płatności mobilnych Alipay oraz WeChat Pay, które umożliwiają autoryzowanie transakcji za pośrednictwem algorytmów rozpoznawania twarzy. Zakres wykorzystania tych aplikacji jest jednak znacznie szerszy – oprócz realizacji płatności w sklepach internetowych mogą być wykorzystane także do rezerwowania biletów na wydarzenia kulturalne czy opłacania rachunków.

Po systemy rozpoznawania twarzy sięgnie również zarząd lotniska Beijing Daxing International Airport. Na tamtejszym terminalu uruchomiony zostanie system zautomatyzowanych odpraw biometrycznych wchodzący w skład zintegrowanej platformy obsługi podróżnych. Oprócz inteligentnych kamer składa się on także z systemu identyfikacji bagaży za pośrednictwem tagów RFID. Dzięki nim podróżni będą mogli śledzić położenie walizek w aplikacji mobilnej.

– W Chinach dzisiaj istnieje możliwość dokonywania zakupu i zapłaty za produkt przy wykorzystaniu własnego wizerunku. Tam też bardzo dynamicznie rozwija się technologia RFID wspierająca procesy operacyjne w sieciach sklepów. Pozwala na natychmiastową inwentaryzację produktów wewnątrz sklepu, ich geolokalizację czy optymalizuje podstawowe procesy typu przyjęcie dostaw towarów – wylicza ekspert

Chińczycy rozwijają również projekty inteligentnych kasyn, które są realizowane przez czołowych operatorów w regionie Makau. Kasyna inwestują w systemy rozpoznawania twarzy klientów i instalują w stołach oraz żetonach czujniki RFID, dzięki którym mogą precyzyjnie śledzić przepływ pieniędzy. Wdrożenie takiego systemu umożliwi np. blokowanie funduszy osobom, które zostaną przyłapane na oszukiwaniu w trakcie gry.

Systemy monitoringu oparte o RFID to dziś domena Chin i USA, w których stopnień wdrożenia tej technologii wynosi odpowiednio 70 i 90 proc. Na terenie Europy wskaźnik ten jest znacznie niższy i oscyluje wokół 30 proc., choć sytuacja na rynku zmienia się dynamicznie. Swój udział w tej innowacyjnej branży ma także polska firma Sescom. Firma zaprojektowała narzędzie do agregowania danych na temat przepływu towarów w sieciach handlowych wykorzystujące znaczniki RFID. Dzięki otagowaniu nimi całego asortymentu można prowadzić inwentaryzację w czasie rzeczywistym i na bieżąco monitorować zatowarowanie poszczególnych placówek.

– Stopień wdrażania tych technologii w Polsce jest oczywiście niższy niż za granicą. Jednym z kluczowych powodów jest bariera wejścia. Często wdrażanie nowych technologii wiąże się z dużymi kosztami i ryzykiem. Łatwiej jest podjąć to ryzyko przedsiębiorcom czy np. markom odzieżowym w Europie mającym większe budżety. Z drugiej strony nie powinniśmy w żaden sposób czuć się gorsi. Mamy własne rozwiązania, które są unikatowe i które w przyszłości mogą znajdować naśladownictwo w Europie, chociażby przykład konceptu sklepu Eobuwie – twierdzi Marek Kwiatkowski.

Według analityków z firmy Persistence Market Research wartość globalnego rynku tagów RFID do 2025 roku wzrośnie do 8,35 mln dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie niemal 10 proc.

Polscy naukowcy stworzyli ekologiczny zamiennik plastiku. Rozkłada się po trzech miesiącach, a produkcja z jego użyciem jednorazowych sztućców jest o kilkanaście procent tańsza niż tradycyjnych

Polscy naukowcy stworzyli ekologiczny zamiennik plastiku. Rozkłada się po trzech miesiącach, a produkcja z jego użyciem jednorazowych sztućców jest o kilkanaście procent tańsza niż tradycyjnych 13

Polscy naukowcy opracowali rewolucyjne ekosztućce jednorazowego użytku. W dużym uproszczeniu do ich produkcji wystarczy kukurydza i mąka ziemniaczana. Są o 15 proc. tańsze niż sztućce plastikowe i w pełni biodegradowalne. Można je wyrzucić razem z resztkami jedzenia, a po 3 miesiącach nie będzie po nich śladu. Do tego są znacznie bardziej wytrzymałe na wysokie temperatury niż zwykły plastik. Opatentowane rozwiązanie ma szanse wkrótce trafić na rynek.

– Stworzyliśmy skrobię termoplastyczną ziemniaczaną przetwarzaną fizycznie. Można ją wykorzystać np. do produkcji kapsułek z kontrolowanym uwalnianiem leków. Ale w połączeniu z obecnym już na rynku polilaktydem (PLA) można wykonywać różne biodegradowalne i kompostowalne wyroby. Opatentowaliśmy już szereg kompozycji, zaczęliśmy od sztućców – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje prof. dr hab. inż. Helena Janik z Katedry Technologii Polimerów Wydziału Chemicznego Politechniki Gdańskiej.

Polscy naukowcy na bazie opracowanego przez siebie surowca stworzyli w pełni biodegradowalne, ekologiczne sztućce. Wszystko przy wykorzystaniu łatwo dostępnych surowców, w pełni pochodzenia naturalnego, lub surowców pozyskiwanych z odnawialnych źródeł. Dotychczas podstawą były powszechnie stosowane materiały ropopochodne. Polscy naukowcy sięgają wyłącznie po te naturalne. W ten sposób powstają materiały biopolimerowe, a z nich mogą powstać np. biodegradowalne sztućce.

 – To wszystko jest polimerem, tylko są polimery ropopochodne tak jak polistyren, z czego obecnie są produkowane sztućce polistyrenowe białe. Natomiast nowa era polimerów jest z surowców odnawialnych. To też jest polimer i właściwie według definicji obecnej dyrektywy unijnej to również są tworzywa sztuczne. Trzeba jednak odróżnić tworzywa sztuczne ropopochodne, niebiodegradowalne od tworzyw nowej generacji – biodegradowalnych, kompostowalnych, pochodzenia roślinnego – przekonuje ekspertka.

Choć wiadomo, że ekologiczna kompozycja nie wyeliminuje polimerów ropopochodnych, znacznie je ograniczy. Wesprze też wycofywanie ze sklepów od 2021 roku jednorazowych sztućców, kubeczków czy słomek.

To jednak tylko początek, bo na bazie termoplastycznej skrobi ziemniaczanej stworzyć można znacznie więcej przedmiotów, także codziennego użytku. W połączeniu z biopolimerem polilaktydu tworzą wytrzymały komponent, przy okazji znacznie bardziej odporny na działanie wysokiej temperatury niż zwykły plastik.

– Termoplastyczność polega na tym, że pod wpływem temperatury mięknie i można przetwarzać w wysokiej temperaturze. To prośrodowiskowe przetwórstwo tworzyw sztucznych, gdzie temperatura wynosi ok. 200 stopni. Oszczędności energetyczne rzucają się już na pierwszy rzut oka. Po wytworzeniu i przetworzeniu w temperaturze wyższej, produkt stygnie i z powrotem wraca do pierwotnej postaci, czyli ciała stałego – tłumaczy prof. Helena Janik.

Kompozycja opracowana przez polskich naukowców, zawierająca m.in. skrobię termoplastyczną uzyskaną z mąki ziemniaczanej i dodatki pochodzenia naturalnego oraz biopolimer polilaktyd (PLA), może mieć rewolucyjne znaczenie. Otrzymywane z takiej mieszanki produkty jednorazowe są trwałe, a przy okazji są przyjazne dla środowiska naturalnego. Jednocześnie, ze względu na zastąpienie części PLA znacznie tańszą skrobią termoplastyczną, cena za kilogram kompozycji jest niższa od czystego PLA o ok. 15 proc.

Według danych Komisji Europejskiej co roku Europejczycy wytwarzają 25 mln ton odpadów z tworzyw sztucznych. Ogółem na przestrzeni ostatnich 60 lat produkcja plastiku zwiększyła się ponaddwustukrotnie, a każdego roku do mórz i oceanów trafia ok. 8 mln ton plastiku. Ten zaś, w zależności od rodzaju rozkłada się od stu do nawet tysiąca lat. Dla porównania kompozycja opracowana przez Polaków znika zaledwie w trzy miesiące.

– Rezultaty przeszły nasze najśmielsze oczekiwania, jest bardzo wielu chętnych z różnych dziedzin, nawet z kapitałem zagranicznym. Właścicielem patentu jest Politechnika Gdańska, aktualnie trwają rozmowy – mówi prof. Helena Janik.

Kompozycja przeszła wszystkie testy, znalazła się już firma zainteresowana produkcją ekologicznych sztućców. W przyszłości mogą też powstać jednorazowe talerze, kubeczki czy słomki.

Konferencja Kadry dla Biznesu 18.10.2019 r., Warszawa

Nowa rola i kluczowe kompetencje współczesnych działów kadrowo-płacowych w obliczu wyzwań dla biznesu.

Jest to jedyne wydarzenie skrojone na miarę rzeczywistych wyzwań specjalistów działów kadr i płac. Podczas konferencji zostaną zaprezentowane najlepsze rozwiązania problemów z jakimi spotykają się na co dzień osoby związane zawodowo z kadrami.

Wydarzenie jest skierowane do Specjalistów z zakresu kadr i płac oraz HR, HR Managerów, a także przedsiębiorców prowadzących biura rachunkowe. Dzięki temu konferencja jest nie tylko świetną okazją do poszerzania zakresu posiadanej wiedzy, ale również doskonałym polem do wymiany spostrzeżeń, doświadczeń oraz praktyk z prelegentami oraz innymi uczestnikami funkcjonującymi na co dzień w branży.Konferencja Kadry dla Biznesu 18.10.2019 r., Warszawa

Program konferencji obejmuje najważniejsze z perspektywy uczestnika zagadnienia:

KADRY JAKO STRATEGICZNY PARTNER DLA BIZNESU

Efektywna współpraca działu kadr i biznesu

  • Skuteczna komunikacja z biznesem
  • Pozycja działu kadr wewnątrz organizacji
  • Rola działu kadr w budowaniu trwałej przewagi konkurencyjnej organizacji

Probiznesowe rozwiązania w kontekście zatrudniania pracowników

  • Kiedy pracodawca może zdecydować o zatrudnieniu terminowym nie bacząc na ograniczenia czasu trwania i liczby zawieranych umów
  • Obowiązek informacyjny do PIP o zawarciu pozalimitowej umowy na czas określony
  • Przejście z umów o pracę na B2B

NOWE PODEJŚCIE DO KLUCZOWYCH WYZWAŃ POLITYKI PERSONALNEJ

Elastyczny czas pracy jako benefit pracowniczy

  • Telepraca jako rozwiązanie, którego oczekują pracownicy
  • System zadaniowy czasu pracy
  • Sytuacje problematyczne związane z wprowadzeniem równoważnego systemu pracy

Kadry w obliczu wyzwań związanych z zatrudnianiem cudzoziemców

  • Nowe zasady zatrudniania cudzoziemców
  • Zatrudnianie cudzoziemców krok po kroku
  • Trudne przypadki w rozliczaniu składek

EMPLOYEE OFFBOARDING ZGODNIE Z PRAWEM I ETYKĄ

Jak rozstać się z pracownikiem i zabezpieczyć interes pracodawcy

  • Przygotowanie wypowiedzenia umowy o pracę
  • Nietypowe przypadki w procedurze wypowiedzenia umowy o pracę
  • Kiedy sąd pracy może stwierdzić niecelowość przywrócenia pracownika do pracy

Wsparcie kadr podczas rozstania z pracownikiem – projektowanie rozwiązań offboardingowych

  • Przygotowanie do zwolnienia
  • Jak przekazać pracownikowi informację o rozwiązaniu umowy o pracę
  • Procedura rozstania z pracownikiem: dobre praktyki chroniące interes i wizerunek pracodawcy

KADRY W OBLICZU NAJWAŻNIEJSZYCH ZMIAN W PRZEPISACH

PPK  w praktyce – jak wybrać najkorzystniejsze rozwiązania z punktu widzenia pracodawcy

  • 3 miesięczny okres zatrudnienia jako kryterium zapisania pracownika do PPK
  • Prawidłowe obliczenia składek i realizacje wpłat w praktyce
  • Deklaracja rezygnacji

Najnowsze zmiany prawne i problematyczne przepisy

  • Monitoring pracowników w rzeczywistości RODO
  • Informacja o wysokości wynagrodzenia w ofercie pracy
  • Zmiany w urlopach rodzicielskich, wychowawczych i opiece

Prelekcje poprowadzą autorytety w dziedzinie prawa pracy, ale przede wszystkim praktycy, którzy na co dzień rozwiązują problemy działów kadr i płac:

  • dr Michał Szypniewski
    Doktor nauk prawnych w Kancelarii Rycak Kancelaria Prawa Pracy i HR
  • Anna Kamińska
    Radca prawny, wspólnik Kancelarii Szuszczyński Kamińska Kancelaria Prawa Pracy
  • Michał Szuszczyński
    Radca prawny oraz ekspert w dziedzinie prawa pracy, wspólnik Kancelarii Szuszczyński Kamińska Kancelaria Prawa Pracy
  • Karolina Turostowska
    HR Manager, Trener, właściciel firmy HR Mania

Konferencja Kadry dla Biznesu odbędzie się 18 października 2019 r.
we warszawskim hotelu: Novotel Warszawa Airport.

Każdy uczestnik wydarzenia otrzyma:

  • Prestiżowy certyfikat
  • Prezentacje prelegentów
  • Materiały konferencyjne
  • Możliwość konsultacji z ekspertami

Aby poznać szczegóły wydarzenia zapraszamy na stronę konferencji: www.konferencjakadrydlabiznesu.pl

Dom Mediowy pozywa STS. Co na to bukmacher?

Firma STS otrzymała pozew skierowany przeciwko niej przez BPN, czyli dom mediowy Brand Connection. Chodzi o brak uiszczenia należnych płatności i nagłe zerwanie umowy. BPN obsługiwał bukmachera przez kilka miesięcy w 2018 roku. STS twierdzi, że owszem, ale robił to całkowicie nieprofesjonalnie.

 

Niecałe cztery miesiące – tyle trwała współpraca między oboma podmiotami. BPN zostało wybrane przez bukmachera STS (firma STS to największy legalny bukmacher w Polsce) w konkursie ofert. Dom mediowy był odpowiedzialny za obsługę części budżetu mediowego bukmachera. Jednak przedstawiciele bukmachera już od samego początku mieli spore zastrzeżenia dotyczące tej współpracy. Paweł Rabantek, dyrektor ds. komunikacji marketingowej STS wskazywał przede wszystkim na brak regularności odpowiedzi, fatalną obsługę klienta oraz brak wysyłki raportów. Według bukmachera BPN nie wywiązywał się z wielu swoich obowiązków. Zaniedbania dotyczyły m.in. braku kontaktu z wydawcami przed rozpoczęciem jednej z kampanii.

 

W związku z coraz większymi i częstszymi błędami ze strony BPN bukmacher STS zdecydował się przeprowadzić poważne rozmowy mające przywrócić porządek we współpracy. Pomimo zapewnień o poprawie, dalej nic się nie zmieniło. Wówczas STS zdecydował się wypowiedzieć umowę z partnerem i powrócić do poprzedniej firmy obsługującej ją w tym zakresie, czyli Blueway. Według przedstawicieli firmy, wszystko odbyło się zgodnie z przepisami kodeksu cywilnego.

 

Odmienne zdanie na temat współpracy ma BPN. Według Joanny Dziwisińskiej-Grzelak, która odpowiada za komunikację holdingu IPG Mediabrands, właściciela domu mediowego, zarzuty STS są bezpodstawne. Krytykę tę traktujemy tę jako element strategii procesowej STS w myśl zasady, iż najlepszą formą obrony jest atak. Uważamy, że zarzuty STS są nieprawdziwe, a o szczegółach współpracy – respektując zasadę poufności – będziemy opowiadać przed sądem – stwierdziła.

 

Według niej, ze strony BPN wszystko realizowane było sprawnie i zgodnie z warunkami umowy. Uważa, że klient miał niską świadomość specyfiki zakupu mediów, co uniemożliwiało sprawne działanie i dostarczanie wszelkich usług w odpowiednim czasie. Początkowo BPN chciał zawrzeć ugodę, w której domagał się m.in. zapłaty w wysokości 10% kwoty, którą wydał u nich bukmacher. STS nie przystał na tę propozycję, uznając takie żądania za absurdalne.

 

STS skierował się także do Stowarzyszenia Komunikacji Marketingowej SAR w związku z podejrzeniem nieuczciwych praktyk handlowych stosowanych przez BPN. Chodzi o sprzedawanie klientowi przez dom mediowy czasu reklamowego po cenach wyższych, niż te, które obowiązują w cenniku nadawcy. Dodatkowo bukmacher czuł się oszukany, ponieważ dowiadywał się o wszystkim już po przeprowadzeniu niekorzystnej transakcji. Odpowiedź SAR nic nie dała, zarząd stwierdził jedynie, że praktyka na rynku nie jest jednoznacznie określona, a obowiązują po prostu zapisy w umowie między podmiotami.

Wobec tych wydarzeń Dom Mediowy BPN zdecydował się na złożenie pozwu przeciwko STS do Sądu Okręgowego w Katowicach w marcu 2019 roku. Domaga się w nim uregulowania kwoty wymienionej w treści przedstawionej wcześniej ugody oraz odsetek za wystawione w czasie wspólnych działań faktury. Finansowego odszkodowania BPN domaga się również za rzekome ujawnienie tajemnicy handlowej SAR-owi. Paweł Rabantek wyraża głębokie zdziwienie i zażenowanie takim ruchem ze strony firmy. Twierdzi, że w trakcie wcześniejszych spotkań przedstawiciele BPN przyznawali się do popełnionych błędów, wyrażali skruchę i zobowiązywali się do poprawienia usług.

Tak nie powinna wyglądać współpraca dwóch profesjonalnych firm – podsumowuje szef marketingu STS.

Sprawę pomiędzy podmiotami będzie prowadzić Sąd Okręgowy w Katowicach.

Więcej na temat sporu BPN z STS można przeczytać na WirtualneMedia.pl.

Relacja z II edycji konferencji dydaktycznej „Innowacyjność gospodarki w badaniach słuchaczy studiów podyplomowych”

Innowacyjność gospodarki w badaniach słuchaczy studiów podyplomowych
Wystąpienie pana Krzysztofa Guldy

W dniach 21-22 czerwca br. na Wydziale Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego odbyła się II edycja konferencji dydaktycznej podsumowująca studia podyplomowe „Innowacyjna gospodarka. Rola polityki ekonomicznej”. Ten wyjątkowy program studiów był owocem współpracy WNE UW z Narodowym Bankiem Polskim w ramach programu edukacji ekonomicznej.

Słuchacze przez cały rok kształcili się w dziedzinie innowacji i poznawali narzędzia polityki gospodarczej, stanowiącej wsparcie dla rozwoju innowacyjności. Jako zwieńczenie studiów przygotowali prace dyplomowe. Konferencja naukowa „Innowacyjność gospodarki w badaniach słuchaczy studiów podyplomowych”, organizowana przy współpracy z Kołem Naukowym Negocjacji UW, pozwoliła uczestnikom studiów na zaprezentowanie swoich prac. Mogli oni podzielić się swoją wiedzą, a także poprowadzić dyskusje dotyczące obszaru ich badań. Ponadto, wszyscy uczestnicy konferencji mieli okazję do posłuchania specjalistów z dziedziny wsparcia innowacji.

W piątek 21 czerwca konferencję urozmaicił wykład członka zarządu UWRC Sp. z o.o., pana Krzysztofa Guldy. Jego wystąpienie pozwoliło nam zastanowić się nad tym jak kraje Kaukazu i Mołdawii zrewolucjonizowały swoje gospodarki po rozpadzie Związku Radzieckiego

Elżbieta Mączyńska-Ziemacka
Elżbieta Mączyńska-Ziemacka

W sobotę 22 czerwca spotkanie rozpoczęła prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, prof. dr hab. Elżbieta Mączyńska-Ziemacka, która opowiedziała nam o trendach w gospodarce globalnej. Zwróciła nam uwagę na sprawy, które są elementem życia każdego z nas, nie zauważając jakie nastąpiły przełomy w gospodarce na przestrzeni ostatnich lat.

Konferencja dydaktyczna była okazją do spotkania się entuzjastów innowacyjnej gospodarki. Na audytorium zasiedli ludzie z wielu branż i pokoleń. Gośćmi konferencji byli nie tylko słuchacze studiów podyplomowych, którzy na co dzień nierzadko podejmują pracę na wysokich stanowiskach w polskiej administracji, ale także studenci innych kierunków Wydziału Nauk Ekonomicznych UW oraz osoby spoza społeczności akademickiej, zainteresowane tematyką konferencji.

Oprócz nich mieliśmy okazję gościć ludzi nauki – m.in. dr hab. Cecylię Leszczyńską, dra hab. Marcina Gruszczyńskiego, dr Katarzynę Dąbrowską-Gruszczyńską, dr Annę Białek-Jaworską, dra Piotra Modzelewskiego, dra Krzysztofa Szczygielskiego oraz dra Jarosława Górskiego (kierownika studiów).

Koszty podatkowe dla gwarancji i poręczeń

Rok 2018 był rokiem dużych zmian w podatkach dochodowych. Zmiany dotknęły m.in. tzw. cienkiej kapitalizacji, czyli możliwości zaliczenia kosztów finansowania dłużnego do kosztów podatkowych. Wprowadzony został także przepis określający limit kosztów podatkowych dla niektórych usług niematerialnych, wszelkiego rodzaju opłat i należności za korzystanie lub prawo do korzystania z praw lub wartości oraz przeniesienia ryzyka niewypłacalności dłużnika z tytułu pożyczek. Jak wynika z liczby złożonych wniosków o wydanie indywidualnych interpretacji podatkowych (ponad 1000) oraz pojawiających się już wyroków sądów administracyjnych, powyższe zmiany nie są dla podatników oczywiste i proste do zrozumienia oraz wdrożenia. Jednym z problemów jest rozliczenie gwarancji i poręczeń udzielanych pomiędzy podmiotami powiązanymi. Do tej tematyki nawiązał Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej w interpretacji z dnia 19 kwietnia 2019 r., nr 0111-KDIB1-1.4010.77.2019.1.ŚS (dalej: Interpretacja).

Nowa „Cienka kapitalizacja”

W myśl art. 15c ust. 1 ustawy o CIT podatnicy są obowiązani wyłączyć z kosztów uzyskania przychodów koszty finansowania dłużnego w części, w jakiej nadwyżka kosztów finansowania dłużnego przewyższa 30% kwoty odpowiadającej nadwyżce sumy przychodów ze wszystkich źródeł przychodów pomniejszonej o przychody o charakterze odsetkowym nad sumą kosztów uzyskania przychodów pomniejszonych o wartość zaliczonych w roku podatkowym do kosztów uzyskania przychodów odpisów amortyzacyjnych oraz kosztów finansowania dłużnego nieuwzględnionych w wartości początkowej środka trwałego lub wartości niematerialnej i prawnej.

Warto zwrócić uwagę, że nowe przepisy rozciągają stosowanie ograniczenia zaliczania odsetek do kosztów uzyskania przychodów na wszystkich podatników, a nie tylko podatników otrzymujących pożyczkę od podmiotu powiązanego. Zatem do kalkulacji limitu brane będą pod uwagę wszystkie pożyczki i kredyty.

W sytuacji, gdy u danego podatnika nadwyżka kosztów finansowania dłużnego przekracza 3 mln zł, wskaźnik obliczony na podstawie EBITDA należy stosować dopiero do nadwyżki ponad wspomnianą kwotę 3 mln zł, zgodnie z art. 15c ust. 14 ustawy o CIT (wyrok z dnia 3 kwietnia 2019 r., sygn. I SA/Wr 7/19).

Pomimo że w art. 15c ust. 12 ustawy o CIT nie wskazano bezpośrednio kosztów poręczenia i gwarancji, to zgodnie z wykładnią celowościową tego przepisu należy uznać, że ta kategoria zawiera się w szerokim stwierdzeniu wymienionym w tym przepisie „wszelkiego rodzaju koszty związane z uzyskaniem od innych podmiotów, w tym od podmiotów niepowiązanych, środków finansowych i z korzystaniem z tych środków”. Zatem ograniczenie w kosztach uzyskania przychodów będzie miało zastosowanie do otrzymywanych gwarancji i poręczeń. Do takich samych wniosków doszedł Dyrektor KIS w Interpretacji.

Limitowanie kosztów usług niematerialnych

Koszty gwarancji i poręczeń związanych z zabezpieczeniem spłaty zaciągniętych kredytów/pożyczek poniesione na rzecz podmiotów powiązanych stanowiące koszty finansowania dłużnego, o których mowa w art. 15c ustawy o CIT, zostały literalnie wymienione w treści art. 15e tej ustawy.

Limit z art. 15e ustawy o CIT dotyczy usług niematerialnych nabywanych tylko od podmiotów powiązanych. Ograniczenie stosuje się do kosztów przekraczających w skali roku 5% kwoty podatkowego EBITDA powiększonego o 3 mln zł. Podsumowując, koszty gwarancji i poręczeń zaliczają się do usług niematerialnych podlegających limitacji, co stwierdził także Dyrektor KIS w wydanej Interpretacji.

Podsumowanie

Dyrektor KIS w omawianej interpretacji stwierdził, że koszty gwarancji i poręczeń związanych z zabezpieczeniem spłaty kredytów/pożyczek zaciągniętych przez spółkę stanowią koszty finansowania dłużnego, o których mowa w art. 15c ustawy o CIT oraz koszty usług lub wartości niematerialnych określone w art. 15e ustawy o CIT. Mamy więc do czynienia z podwójnym ograniczeniem w sytuacji, gdy nabywane są gwarancje lub poręczenia spłaty kredytów/pożyczek od podmiotów powiązanych. Tym samym przy ocenie możliwości zaliczenia do kosztów uzyskania przychodów gwarancji i poręczeń związanych z zabezpieczeniem spłaty kredytów/pożyczek zaciągniętych przez podatnika powinien on uwzględnić oba ograniczenia. Pozytywnym znakiem wynikającym z interpretacji jest brak nakładania się ograniczeń. Innymi słowy, w takim przypadku koszt gwarancji/poręczeń, który został już w jakiejś wysokości wyłączony z kosztów uzyskania przychodów na podstawie limitu wynikającego z art. 15c ustawy o CIT jako koszt finansowania dłużnego, w takiej wartości nie będzie już brany pod uwagę przy kalkulacji ograniczenia w zaliczeniu do kosztów uzyskania przychodów na podstawie art. 15e ustawy o CIT.

Skutki

Tematyka kalkulacji limitów wynikających z art. 15c oraz 15e ustawy o CIT jest bardzo skomplikowana. W szczególności z uwagi na liczne wątpliwości podatników wynikające z różnych interpretacji przepisów. Omówiona powyżej Interpretacja dodatkowo pogłębia problem, gdyż wskazuje, że są koszty, które mogą być kwalifikowane do obu kategorii i należy to ująć przy kalkulacji limitów. W związku z tym, przy rozliczeniu podatku, zwłaszcza w przypadku dużej współpracy z podmiotami finansowymi albo korzystania z finansowania dłużnego, warto skorzystać z pomocy doświadczonych doradców podatkowych.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Jakiej pracy szukają programiści?

Ponad 80% programistów uważa, że w pracy najważniejsza jest dla nich możliwość rozwoju – wynika z raportu No Fluff Jobs. Co ciekawe, według badanych najmniejsze znaczenie ma renoma firmy, która bardzo ważna okazała się jedynie dla 5% ankietowanych.

Branża IT nie zwalnia tempa. To jeden z lepiej wynagradzanych i najbardziej dynamicznie rozwijających się segmentów rynku, w którym popyt na pracowników ciągle rośnie. Programiści są dziś na wagę złota i nic nie wskazuje na to, aby ta sytuacja miała się zmienić. Znalezienie dobrego informatyka nie jest prostym zadaniem, o czym najlepiej wiedzą pracownicy HR. Jak do nich dotrzeć i co zaoferować, by aplikowali do naszej firmy?Jakiej pracy szukają programiściRaport No Fluff Jobs pokazuje, że specjaliści IT cały czas chcą poszerzać swoje kompetencje oraz realizować się w ciekawych i rozwojowych projektach. Potwierdziło to aż 80,1% respondentów, którzy przyznali że to właśnie możliwość rozwoju jest dla nich w wymarzonej pracy numerem jeden. Aż 68% za najważniejsze uznało atmosferę w miejscu zatrudnienia, a 65,1% jako bardzo ważne wymieniło zarobki. Dodatkowe benefity pozapłacowe są ważne dla 50% badanych. Pracy bez nich nie wyobraża sobie 5%, a 45% określa je jako nieistotne. Co ciekawe okazuje się też programiści lubią wyzwania i często rozwiązują niesztampowe problemy – aż 55% z nich jest zdania, że ciekawy i rozwojowy projekt jest w pracy najważniejszy. Pożądana jest także możliwość pracy zdalnej, którą chce mieć 45% ankietowanych.