Instytut Staszica: Elektroniczny system poboru opłat mógłby przynosić rocznie ponad 1 mld zł więcej. Powinien zostać znacznie rozszerzony

Instytut Staszica: Elektroniczny system poboru opłat mógłby przynosić rocznie ponad 1 mld zł więcej. Powinien zostać znacznie rozszerzony 1

System viaTOLL przy średnim tempie rozwoju ok. 600 km rocznie mógłby być większy o ponad 2 tys. km niż obecnie i przynosić do budżetu nawet 1 mld zł rocznie więcej z poboru opłat od przejazdów pojazdów ciężkich. Każdy nowy 1 km drogi płatnej to średnio dodatkowe 0,5 mln zł rocznie – wskazuje w najnowszym raporcie Instytut Staszica. Eksperci podkreślają, że powolne tempo rozszerzania viaTOLL, do którego nie zostały włączone nowo powstałe drogi ani odcinki leżące we wschodniej części kraju, pozbawia Krajowy Fundusz Drogowy środków na nowe inwestycje i pośrednio obniża konkurencyjność polskich firm transportowych.

– W tej chwili system viaTOLL liczy 3,6 tys. kilometrów płatnych dróg, zgodnie z planem w tym roku powinno to już być 8 tys. km. Już w tej chwili – bez specjalnych inwestycji, tylko poprzez fizyczną rozbudowę systemu – można by zwiększyć liczbę dróg płatnych w Polsce o tysiąc kilometrów. Niewykorzystany obecnie potencjał systemu to jest miliard złotych, który de facto leży na ulicy i z jakiegoś powodu państwo nie chce go z tej ulicy podnieść. Pamiętajmy, że w tej chwili system generuje średnio 2 mld zł rocznie – w przypadku, gdyby został rozszerzony zgodnie z planem, te przychody wzrosłyby o 50 proc., czyli o kolejny miliard. To jest miliard złotych, po który można sięgnąć zupełnie bezinwestycyjnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Dawid Piekarz, wiceprezes zarządu Instytut Staszica.

Elektroniczny system poboru opłat drogowych viaTOLL działa w Polsce od 2011 roku, kiedy zastąpił nieefektywne winiety. Do listopada ubiegłego roku zarządzała nim austriacka firma Kapsch Telematic Services, która wdrożyła system i od początku odpowiadała za jego poprawne funkcjonowanie. W tym czasie odnotowano ponad 10 mld zł przychodu, które zasiliły Krajowy Fundusz Drogowy. Po wygaśnięciu jej kontraktu, rząd miał ogłosić przetarg na nowego zarządcę e-myta, jednak opóźnienia spowodowały, że tę kompetencję powierzono GITD. W raporcie „Krajowy System Poboru Opłat (KSPO): czy nastąpiła dobra zmiana?” eksperci Instytutu Staszica oceniają, że ten proces przebiegał chaotycznie i nie przyniósł korzyści, którymi rząd uzasadniał swoją decyzję. Zwracają uwagę m.in. na fakt, że system viaTOLL, przy średnim tempie rozwoju ok. 600 km rocznie, powinien być większy o ponad 2 tys. km niż jest obecnie i mógłby przynosić z tego tytułu nawet ponad 1 mld zł rocznie więcej z poboru opłat od przejazdów pojazdów ciężkich.

– Należy rozciągnąć obowiązywanie płatnego systemu dróg na kolejne odcinki, tak jak było to planowane. Tak naprawdę już w tej chwili można rozszerzyć go o tysiąc kilometrów, a – biorąc pod uwagę, że mamy 3,6 tys. kilometrów dróg płatnych, byłby to skok o 1/3. To byłoby możliwe do zrobienia właściwie na przestrzeni kilku tygodni – podkreśla dr Dawid Piekarz.

Zgodnie z założeniami, do 2018 roku systemem viaTOLL miało zostać objętych 7 tys. km dróg. W tej chwili jest to prawie dwukrotnie mniej (3 660 km, czyli 18 proc. sieci dróg krajowych), a ostatnie rozszerzenie systemu miało miejsce w 2017 roku. Instytut Staszica ocenia, że wolne tempo obejmowania opłatami kolejnych dróg w poprzednich latach zostało całkowicie wyhamowane po przejęciu e-myta przez państwowe GITD, mimo rozpisania i rozstrzygnięcia przetargu na podmiot odpowiedzialny za rozbudowę. Wynika to m.in. z braku kompetencji, doświadczenia i zasobów inspektoratu drogowego.

Powolne rozszerzanie systemu pozbawia państwo źródła finansowania nowych inwestycji, bo – jak podaje Instytut Staszica – każdy dodatkowy kilometr płatnych dróg w Polsce oznacza 0,5 mln zł rocznie więcej w budżecie Krajowego Funduszu Drogowego. Tymczasem do systemu nie zostały włączone nowo powstałe drogi ani odcinki leżące we wschodniej części kraju. Instytut zwraca uwagę na to, że blisko 40 proc. zarejestrowanych w systemie viaTOLL użytkowników pojazdów ciężarowych to kierowcy zagraniczni, który korzystają na braku rozbudowy systemu, bezpłatnie użytkując nowo wybudowane odcinki dróg. Nie decydując się na przyłączenie nowych dróg – rząd pozbawia się więc możliwości czerpania korzyści z tranzytu ze Wschodu. Tymczasem kwota zostawiana przez Polaków w niemieckim systemie poboru opłat jest większa od całych przychodów polskiego systemu.

– Około 40 proc. pojazdów zarejestrowanych w polskim systemie viaTOLL to pojazdy zagraniczne, jednak one generują tylko 15 proc. przychodów. To oznacza, że duża cześć pojazdów ciężkich, zwłaszcza zza wschodniej granicy, tak naprawdę jeździ po Polsce za darmo – czyli polscy kierowcy w dużej mierze sponsorują swoją własną konkurencję, firmy transportowe spoza Polski. Dla przykładu w Niemczech polscy przewoźnicy zostawiają w systemie prawie 3,5 mld zł, a system niemiecki liczy 30 tys. km dróg płatnych. Pojazdy przewoźników zza wschodniej granicy, które w Niemczech muszą płacić, w Polsce unikają opłat, jeżdżąc w dużej mierze drogami bezpłatnymi, unikając systemu poboru opłat, de facto na koszt polskich przewoźników – mówi dr Dawid Piekarz.

Wiceprezes Instytutu Staszica podkreśla, że rozbudowa systemu viaTOLL przyniosłaby również inne korzyści, obok fiskalnych. Rozszerzenie systemu, zwłaszcza przy wschodniej granicy, pozwoliłoby kontrolować tamtejszy ruch pojazdów i pozwoleń na przewóz, walczyć z wyłudzeniami VAT-u, z przemytem paliw czy innych towarów wrażliwych.

– Każda droga, która nie jest objęta systemem poboru opłat, a po której może się odbywać ciężki transport towarowy, jest de facto konkurencją dla polskiej kolei. Aby przewieźć cokolwiek po torach, trzeba zapłacić właścicielowi sieci. Natomiast żeby przewieźć cokolwiek po drodze, opłat w dużym stopniu można uniknąć, bo system jest dziurawy i nie został rozszerzony na wszystkie te odcinki, na które zgodnie z planem powinien. Na nic zdają się apele czy akcje pt. „tiry na tory”, skoro drogą ten tir może jechać przez dłuższą część swojej trasy za darmo, podczas gdy za każdy kilometr przejechany po torach musi po prostu zapłacić – mówi dr Dawid Piekarz.

Polski rynek pracy boryka się z niestabilnością zatrudnienia i niskimi płacami. Jako pracownicy jesteśmy też najbardziej zestresowanym narodem w Europie

Polski rynek pracy boryka się z niestabilnością zatrudnienia i niskimi płacami. Jako pracownicy jesteśmy też najbardziej ze<a title=stresowanym narodem w Europie" title="Polski rynek pracy boryka się z niestabilnością zatrudnienia i niskimi płacami. Jako pracownicy jesteśmy też najbardziej zestresowanym narodem w Europie" />

Polski rynek pracy boryka się z niestabilnością zatrudnienia i niskimi płacami. Jako pracownicy jesteśmy też najbardziej ze<a title="leczenie stresu" href="https://3xz.pl/stres/" data-schema-attribute="">stres</a>owanym narodem w Europie 2

Mimo jednego z najniższych wskaźników bezrobocia w Unii Europejskiej, co czwarty Polak pracuje na niestabilnych umowach i nawet połowa nie ma zagwarantowanego urlopu ani płatnych nadgodzin. Średnia siła nabywcza na mieszkańca w Polsce jest dwukrotnie niższa niż średnia w UE. Obok niestabilnych form zatrudnienia – głównym problemem są też niskie płace, przepracowanie i stres, bo Polacy są najbardziej zestresowanym zawodowo narodem w Europie. Do tych problemów polskiego rynku pracy niedługo dołączy 4 rewolucja przemysłowa, która jest nie tylko szansą, lecz także wyzwaniem. To najważniejsze wnioski debaty „Polska w pracy. O kondycji pracowników w III RP” zorganizowanej przez Komitet Dialogu Społecznego KIG w oparciu o specjalne wydanie magazynu „Nowy Obywatel” poświęcone polskiemu rynkowi pracy.

– Jednym z największych problemów rynku pracy w Polsce jest w tej chwili bezrobocie. Ono jest obecnie niższe niż w tym najgorszym okresie, powiedzmy, że na takim akceptowalnym poziomie. Natomiast to bezrobocie ciągle jest niskie i zróżnicowane regionalnie. Są miejsca, gdzie pozostaje nadal stosunkowo wysokie, podkopując możliwości zarobkowania i godnego życia pojedynczych osób i całych  rodzin – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Remigiusz Okraska, redaktor naczelny magazynu „Nowy Obywatel”.

Według szacunków Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej stopa bezrobocia w maju wyniosła 5,4 proc. wobec 5,6 proc. miesiąc wcześniej, a w ujęciu rocznym była niższa o 0,7 proc. Na koniec maja w urzędach pracy wciąż pozostawało 907 100 zarejestrowanych bezrobotnych. To najniższy wskaźnik od 1990 roku, a resort spodziewa się, że jesienią stopa bezrobocia może już zejść nawet poniżej 5 proc.

Według metodologii Eurostatu Polska z wynikiem 3,7 proc. plasuje się w pierwszej piątce państw z najniższym bezrobociem w całej UE.

Jednocześnie w Polsce jest bardzo duża grupa osób biernych zawodowo – dotyczy to ponad 40 proc. osób powyżej 15. roku życia. Pomimo rekordowo niskiego bezrobocia co czwarty Polak pracuje na niestabilnych umowach i nawet połowa pracowników w Polsce nie ma zagwarantowanego urlopu lub płatnych nadgodzin.

– Druga sprawa to ciągle bardzo niskie płace, bardzo niskie dochody pracownicze w Polsce – przede wszystkim poza tymi regionami najbardziej rozwiniętymi, poza wybranymi wielkimi miastami, gdzie płace są stosunkowo dobre. Natomiast cała reszta Polski jest obszarem niskich płac. O tym już od kilku lat mówią ekonomiści, zwracając uwagę na to, że skończył się ten czas, kiedy mogliśmy konkurować niskimi płacami i wystarczyło to do rozwoju. W tym momencie te niskie płace są już po prostu blokadą rozwojową i sprawiają, że mnóstwo ludzi żyje na poziomie przetrwania, a nie jakiegokolwiek rozwoju – mówi Remigiusz Okraska.

Z badania GfK Purchasing Power Europe 2018 wynika, że średnia siła nabywcza na mieszkańca w Polsce wynosi 7 228 euro i jest znacznie niższa niż europejska średnia. Przeciętny Europejczyk dysponuje średnio kwotą 14 292 euro na wydatki i oszczędności, a liderem jest Lichtenstein z siłą nabywczą na mieszkańca w wysokości 65 438 euro. To ponad dziewięciokrotnie więcej niż w Polsce. Z badania wynika też, że najwyższą siłą nabywczą dysponują mieszkańcy Warszawy (87 proc. średniej krajowej), podczas gdy w najbiedniejszym powiecie siła nabywcza wynosi raptem 60 proc. średniej krajowej. To potwierdza duże rozbieżności pomiędzy poszczególnymi regionami Polski.

Eksperci podkreślają, że niskie płace to nie jest jedyny problem rodzimego rynku pracy. Polska jest w pierwszej dziesiątce krajów pod względem liczby przepracowanych godzin (1 895 godzin w 2017 roku). Dane GUS i Eurostatu pokazują, że Polacy pracują w tygodniu średnio o 36 minut dłużej niż średnia dla krajów UE – a to i tak lepiej niż dekadę temu, kiedy pracowaliśmy jeszcze więcej. Z badań „The Workforce View in Europe 2017” wynika również, że Polacy są najbardziej zestresowanym zawodowo krajem w Europie. Według danych OECD pod tym względem wyprzedza nas jedynie Turcja i Grecja. Ponad połowa pracowników w Polsce stresuje się, wykonując obowiązki służbowe. Dla porównania u Czechów wskaźnik ten wynosi ok. 43 proc., u Niemców – 42,4 proc., Szwedów – 14,7 proc., a wśród Norwegów – 18,2 proc.

Z drugiej strony Polska staje się krajem o jednym z najniższych wskaźników uzwiązkowienia w Europie (12–17 proc.). Wskaźnik przynależności przedsiębiorców do organizacji pracodawców również należy do najniższych w Europie, a układy zbiorowe obejmują jedynie 15–25 proc. zatrudnionych.

– W wielu zakładach pracy, w szpitalach już na pewno, sytuacja pracowników byłaby dużo gorsza niż obecnie, gdyby nie było związków zawodowych. My, jako organizacje związkowe, pilnujemy, żeby było zatrudnienie, żeby była jakość wykonywanych usług medycznych – mówi Małgorzata Aulejtner, pielęgniarka i działaczka Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych – Związki zawodowe muszą istnieć z prostych przyczyn. Przez wiele lat mówiło się, że są niepotrzebne, że to już inne czasy, że to już nie socjalizm i teraz trzeba pracować dla dobra przedsiębiorcy. Właściwie skupiano się na tym, żeby pracownik był takim wyrobnikiem folwarcznym. Jeśli chodzi o stosunki w miejscu pracy, wróciliśmy właściwie do czasów z XIX wieku – ocenia.

Warunki zatrudnienia są kolejnym problemem polskiego rynku pracy. Podczas gdy w krajach zachodnich standardem są umowy na czas nieokreślony (na stałe), charakterystyka polskiego rynku pod tym względem przypomina raczej państwa Ameryki Południowej. Według danych GUS na koniec 2017 roku w Polsce jest ok. 1,2 mln osób zatrudnionych na umowie-zlecenie lub dzieło i prawie tyle samo samozatrudnionych. Według OECD Polska jest w pierwszej czwórce państw, gdzie zatrudnienie na czas określony jest najwyższe i wynosi 26 proc., prze średniej 11 proc. i 14 proc. dla państw UE.

– Rozwiązaniem problemów rynku pracy w Polsce, poprawy sytuacji pracowników jest przede wszystkim wzrost płac. Nie ma czynnika, który by lepiej motywował ludzi do pracy niż godna, porządna praca umożliwiająca rozwój. Jednym z czynników jest ustawowe podnoszenie płacy minimalnej, jak robi to obecnie rząd. Moim zdaniem robi to za wolno – uważam, że jesteśmy już na takim poziomie rozwoju kraju, kiedy te minimalne płace powinny być ustawowo podnoszone dużo wyżej, możemy już sobie na to pozwolić. Pracodawcy w większości branż uniosą ten ciężar, a jednocześnie sytuacja pracowników ulegnie znaczącej poprawie – uważa Remigiusz Okraska, redaktor naczelny magazynu „Nowy Obywatel”.

Jak ocenia, obecne niskie płace to paradoksalnie także problem pracodawców. Powodują, że w wielu branżach po prostu nie opłaca się pracować, co – w połączeniu z rekordowo niskim bezrobociem – przekłada się na brak rąk do pracy w wielu sektorach gospodarki. Tak jest obecnie m.in. z zawodem pielęgniarki, gdzie sytuację dodatkowo pogarsza luka pokoleniowa.

– W wielu sektorach gospodarki zaczyna brakować rąk do pracy. To z jednej strony efekt naturalnego zjawiska starzenia się społeczeństwa, ale z drugiej kwestia tego, że przez lata część branż była po prostu zbyt nisko opłacana, nieatrakcyjna i w efekcie powstała w nich luka pokoleniowa. Odejścia części osób na emerytury nie zrekompensował napływ nowych pracowników, dlatego że po prostu w pewnych zawodach nie opłacało się pracować, bo były słabo płatne, mało prestiżowe – mówi Remigiusz Okraska.

Do starych problemów polskiego rynku pracy niedługo mogą dołączyć nowe – wynikające z czwartej rewolucji przemysłowej. Ta w znacznym stopniu przeobrazi rynek pracy. Dla przykładu, World Economic Forum szacuje, że do 2022 roku robotyzacja zlikwiduje już 75 mln miejsc pracy, ale w zamian powstanie 133 mln stanowisk związanych z nowymi technologiami. Z kolei resort cyfryzacji, opierając się na danych Gartnera, szacuje, że na każde sto miejsc pracy, które zostaną wyparte przez sztuczną inteligencję, pojawi się blisko 140 nowych, a do roku 2025 roku w Polsce będzie potrzebnych około 200 tys. specjalistów aktywnie pracujących przy budowie i wdrożeniach sztucznej inteligencji. To wyzwanie, któremu polski rynek będzie musiał sprostać w nadchodzących latach.

– Jesteśmy u progu rewolucji cyfrowej, opartej na sztucznej inteligencji, potencjale technologicznym. Ta czwarta rewolucja przemysłowa powoduje ogromne zmiany na rynku pracy. My jesteśmy przyzwyczajeni do starego modelu industrialnego, gdzie istnieje etat. Natomiast etatowe prace będą się kurczyć, ponieważ rozwija się już gig economy – pracownik będzie kimś do wynajęcia, każda branża będzie miała swojego Ubera. To jest wielki problem dla rynku pracy i dla tych, którzy sobie z tym nie poradzą i nie są należycie przygotowani. Tutaj potrzebne są odpowiednie regulacje, edukacja i wsparcie – podkreśla prof. Elżbieta Mączyńska, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego.

Ponad 20 mln Polaków zamierza wyjechać w tym roku na wakacje. Połowa spędzi letni urlop za granicą

Ponad 20 mln Polaków zamierza wyjechać w tym roku na wakacje. Połowa spędzi letni urlop za granicą 3

W tym roku na letni urlop wybiera się 65 proc. Polaków. Połowa z nich zostanie w kraju, a druga połowa wyjedzie za granicę. W czołówce najpopularniejszych kierunków są Chorwacja, Grecja, Hiszpania i należące do niej Wyspy Kanaryjskie. Na zagraniczny wypoczynek zamierzamy przeznaczyć średnio 3,2 tys. zł na osobę, a 70 proc. urlopowiczów planuje wykupić ubezpieczenie turystyczne – wynika z najnowszego badania zrealizowanego na zlecenie Mondial Assistance.

– W tym roku ok. 20,5 mln Polaków zadeklarowało, że wyjedzie na wakacje, przy czym połowa zostanie w kraju, a druga połowa wybierze się na wakacje zagraniczne. W porównaniu z ubiegłym rokiem w tym na wakacje wyjedzie o 2 mln Polaków więcej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Frączek, prezes zarządu Mondial Assistance.

Jak wynika z badania dotyczącego wakacyjnych planów Polaków, które zostało przeprowadzone na zlecenie firmy, w tym roku na wakacje wybiera się ok. 65 proc. Polaków, o 2 mln więcej niż w ubiegłym. Na letni urlop wyjedzie w sumie ok. 20,5 mln osób, z których ponad 9 mln (48 proc.) wybiera się za granicę, a ponad 10 mln (52 proc.) zamierza zorganizować swój wypoczynek w kraju. Wakacyjnych planów w ogóle nie ma jeszcze 28 proc. Polaków. W co trzecim takim przypadku (35 proc.) powodem są inne obowiązki lub brak wystarczających środków finansowych (29 proc.), natomiast w co czwartym (24 proc.) – zły stan zdrowia.

Według badania największą popularnością w tym roku będzie cieszyć się Chorwacja, którą wybierze 16 proc. ankietowanych. Na drugim miejscu plasuje się Grecja  (16 proc.) oraz Hiszpania i należące do niej Wyspy Kanaryjskie (14 proc.). W pierwszej dziesiątce najpopularniejszych krajów znalazła się coraz popularniejsza wśród Polaków Albania (3 proc.).

– Polacy deklarują, że w tym roku tłumnie ruszą na południe Europy. Ponad 20 mln osób wyjedzie na wakacje, przy czym prawie połowa wybierze wyjazdy zagraniczne – w stosunku do roku ubiegłego stanowi to aż 10-procentowy wzrost. Dotychczasowe statystyki sprzedaży na początku czerwca potwierdzają ten trend. W biurach podróży mamy w tym roku dużo więcej klientów i dużo chętniej kupują oni wakacje zagraniczne – mówi Maciej Nykiel, prezes Neckermann Polska.

Raport Mondial Assistance pokazuje, że nieco ponad połowa Polaków (51 proc., wzrost o 2 p.p., czyli o 1,4 mln) zamierza zaplanować wyjazd i zorganizować tegoroczne wakacje samodzielnie. Z usług biur podróży skorzysta natomiast 49 proc., motywując to głównie brakiem zmartwień o formalności, organizację i wygodę w trakcie urlopu. Co trzeci Polak, który zamierza skorzystać z usług biura podróży, deklaruje, że istotne są też dodatkowe świadczenia w pakiecie wakacyjnym.

– Przede wszystkim na wakacjach chcemy się dobrze bawić i mieć święty spokój, dlatego większość klientów biur podróży, bo aż 85 proc., wybiera wypoczynek all inclusive. Na miejscu nie chcemy się zajmować organizacją posiłku na własną rękę, ale zostawić to specjalistom w hotelu. Większość klientów podróżuje samolotami i to jest trend rosnący od lat, spada liczba wyjazdów autokarowych. Natomiast w tym roku ponownie wiele osób wybierze się na wakacje własnym samochodem – jest to ciągle bardzo popularny sposób, szczególnie dla mieszkańców południa Polski, gdzie większość krajów Basenu Morza Śródziemnego, tych północnych, jest osiągalnych w ciągu jednego dnia przejazdu – mówi Maciej Nykiel.

Na tegoroczne wakacje za granicą Polacy planują wydać w sumie około 10 proc. więcej niż jeszcze w ubiegłym roku. Na urlop w kraju przeznaczają średnio 3,2 tys. zł na osobę, natomiast wypoczynek w kraju ma kosztować ok. 1,8 tys. zł.

– Profil turysty w tym roku w zasadzie się nie zmienił w stosunku do lat poprzednich. To 30–49-latek, typowy jest wyjazd rodzinny, dwu- lub trzyosobowy. Wzrosła jednak liczba osób, które zamierzają wyjechać w większych grupach, czyli 5 plus. Są to albo duże rodziny, albo przyjaciele, którzy jadą razem – mówi Tomasz Frączek, prezes zarządu Mondial Assistance.

Z badania wynika również, że zdecydowana większość, bo 70 proc., Polaków planujących tegoroczne wakacje zamierza wykupić ubezpieczenie turystyczne w związku z wyjazdem zagranicznym. Ta liczba rośnie z roku na rok – w porównaniu z ubiegłym zwiększyła się o ponad 1,3 mln.

– Mówimy tu o 10 mln osób, z których 70 proc. – czyli blisko 7 mln –  ma zamiar wykupić ubezpieczenie, czyli bezpiecznie spędzić wakacje. To bardzo solidna, stabilna liczba, bo jeszcze w 2013 roku – kiedy rozpoczynaliśmy nasze badanie – ten odsetek wynosił 59 proc., a obecnie ustabilizował się na poziomie 70–73 proc. – mówi Tomasz Frączek.

Materiał imitujący ludzką kość będzie ratunkiem dla osób zagrożonych amputacją. Uzupełni nawet 12-centymetrowy ubytek i zapewni szybkie zrastanie kości

Materiał imitujący ludzką kość będzie ratunkiem dla osób zagrożonych amputacją. Uzupełni nawet 12-centymetrowy ubytek i zapewni szybkie zrastanie kości 4

Wkrótce pęknięcia kości i wszelkie ubytki w tkance kostnej będzie można naprawiać bez specjalnych trudności. Apatyty, które są nieorganicznym budulcem tkanki kostnej i zębów, a stanowią nawet ok. 70 proc. masy kości, zapewniają odpowiednie właściwości mechaniczne. Możliwe jest otrzymywanie syntetycznego hydroksyapatytu. Odpowiednio wytwarzany imituje ludzką kość, uratuje przed amputacją, a ze względu na biozgodność wiąże się z tkanką i stymuluje wzrost kości. Prace nad materiałem prowadzone są także w Polsce.

– W Laboratorium Nanostruktur wytwarzamy hydroksyapatyt. Jest to mineralny składnik kości, a potrafimy go w taki sposób wytwarzać, że bardzo dobrze imituje naturalną kość. Materiały w skali nano są często niespodziewanie lepsze niż ich mikrometryczne odpowiedniki, dlatego pracujemy nad ich praktyczną aplikacją, głównie w medycynie – mówi agencji Newseria Innowacje Bartosz Woźniak, naukowiec z Laboratorium Nanostruktur Instytutu Wysokich Ciśnień w Warszawie.

Hydroksyapatyt jest stosowany klinicznie od wielu lat. W naturze odpowiada za wytrzymałość kości. Sztucznie wytwarzany ma dobrą biokompatybilność w kontakcie z kością, ponieważ ma podobny skład chemiczny. Porowate ceramiki HA znalazły ogromne zastosowanie w biomedycynie, w tym w regeneracji tkanki kostnej czy dostarczaniu leków. W inżynierii tkankowej kości zastosowano je jako materiał wypełniający ubytki kości, sztuczny materiał do przeszczepu kostnego. Jednocześnie zapewniają szybkie zrastanie kości.

Polscy naukowcy, w oparciu o ceramikę hydroksyapatytową i polimer organiczny, opracowują biomateriał, który do złudzenia przypomina tkankę kostną. To ratunek dla osób, którym grozi amputacja, bo materiał może zastąpić nawet kilkunastocentymetrowy ubytek w kości, a po kilku miesiącach łączy się z nią.

– Proszek hydroksyapatytowy o nazwie handlowej GoHAp powstaje poprzez syntezę mikrofalową w reaktorze ciśnieniowym, gdzie w bardzo szybki sposób podgrzewamy i chłodzimy płyn reakcyjny związków chemicznych, otrzymując tym samym zawiesinę nanohydroksyapatytu w wodzie. Po wysuszeniu tego produktu otrzymujemy proszek, który może być dalej przetwarzany do naszych zastosowań – tłumaczy Bartosz Woźniak.

Proszek hydroksyapatytu może być wykorzystany jako składnik mas stomatologicznych, cementów kostnych lub posłużyć do wytworzenia specjalnych powłok na implantach za pomocą rozprysku termicznego czy chemicznego osadzania z fazy gazowej.

– Technologia ultradźwiękowego pokrywania implantów umożliwia nam pokrycie implantów bardzo cienką warstwą hydroksyapatytu lub innych związków. Taka warstwa jest 10 tys. razy mniejsza niż średnica włosa ludzkiego. Organizm ludzki ma niezwykłe zdolności regeneracyjne, jednak w przypadku, gdy jest zbyt duży ubytek kostny po ciężkim urazie lub nowotworze, trzeba stosować rusztowania kostne, które wspomagają regenerację takich dużych ubytków – przekonuje Bartosz Woźniak.

Duża porowatość hydroksyapatytu sprawia, że może być stosowany jako rusztowanie dla komórek macierzystych pochodzących ze ścian ubytku kostnego. Jednocześnie biomateriał regeneruje też kości. Jego zastosowanie w różnego rodzaju operacjach jest niemal nieograniczone. Po namoczeniu, np. w soli fizjologicznej, materiał staje się giętki, można go dowolnie kształtować, a po umieszczeniu w danym miejscu materiał się nie przesuwa.

W badaniu opublikowanym w „Artificial Cells, Nanomedicine and Biotechnology Journal” wskazano kliniczną skuteczność sztucznej kości nanohydroksyapatytu, a uszkodzona kość pacjentów wykazywała dobrą biokompatybilność ze sztuczną kością Nano-HA, bez skutków ubocznych i powikłań.

– Nasze materiały na bazie nanotechnologii stosujemy już w weterynarii przy współpracy z klinikami weterynaryjnymi, a w przeciągu kilku lat jesteśmy pewni, że zagoszczą na dobre na rynku medycyny ludzkiej – zapowiada Bartosz Woźniak.

Analitycy MarketsandMarkets szacują, że rynek hydroksyapatytu HAp będzie wart blisko 3 mld dol. do 2023 roku.

Polskie miasta stają się coraz bardziej smart. Inteligentne skrzyżowania pomogą rozładować korki, a sieci ciepłownicze dostosują się do potrzeb mieszkańców

Polskie miasta stają się coraz bardziej smart. Inteligentne skrzyżowania pomogą rozładować korki, a sieci ciepłownicze dostosują się do potrzeb mieszkańców 5

Władze polskich miast coraz częściej mówią o konieczności rozwijania technologii smart city, która pomoże poradzić sobie z wyzwaniami XXI wieku, z jakimi wkrótce będą się zmagać największe aglomeracje. Wykorzystanie internetu rzeczy umożliwi zautomatyzowanie procesu obsługi miasta. Powstaną inteligentne skrzyżowania, systemy komunikacji miejskiej przystosowujące się w czasie rzeczywistym do sytuacji na drogach czy sieci ciepłownicze automatycznie reagujące na potrzeby mieszkańców.

– Podstawą do jakichkolwiek działań mających na celu wprowadzenie smart city są dane referencyjne pochodzące ze zbiorów danych geodezyjnych. Takich, które będą służyły do świadomego podejmowania decyzji dotyczącej obszaru, którego dotyczą. Uporządkowanie tych danych, dbałość o jakość, o aktualizację, jest podstawą do prowadzenia jakichkolwiek procesów decyzyjnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Wojciech Jeszka, prezes zarządu Akceleratora Inteligentnych Miast.

Największe polskie aglomeracje, jak Gdynia, Kielce, Poznań, Warszawa czy Wrocław, zaczynają wdrażać rozwiązania z zakresu smart city. Akcelerator Inteligentnych Miast powstał po to, aby ułatwić im tę pracę. Projekt działa w ramach grantu e-Pionier przyznawanego przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, a jego nadrzędnym celem jest sfinansowanie narzędzi do rozwiązywania problemów społeczno-gospodarczych przy wykorzystaniu technologii smart city.

Ze wsparcia akceleratora skorzystały m.in. władze Katowic, które rozpisały konkurs na stworzenie narzędzi ułatwiających komunikację urzędników miejskich z mieszkańcami. Efektem współpracy ma być powstanie systemu, który w prosty i czytelny sposób przekaże bieżące informacje o zanieczyszczeniu powietrza, utrudnieniach na drodze, konkursach rozpisywanych przez miasto czy najróżniejszych szkoleniach.

W ramach akceleratora powstała także baza, w której wyszczególniono największe wyzwania, z jakimi w przyszłości będą się zmagali włodarze inteligentnych miast. Obecnie analitycy przyglądają się takim problemom, jak technologia wykrywania i zautomatyzowanego tworzenia map źródeł niskiej emisji czy narzędzia do komunikacji z urzędnikami za pośrednictwem aplikacji mobilnej.

– W Polsce powinno się położyć większy nacisk na internet rzeczy. W tej chwili jest mnóstwo nowych urządzeń, które wysyłają sygnały, podstawą jest umiejętność przetwarzania tych sygnałów, które są odbierane. Są to inteligentne czujniki, inteligentne oświetlenia, monitoring wizyjny. Nie mamy jeszcze umiejętności wykorzystania danych pochodzących z tych czujników – twierdzi Wojciech Jeszka.

Już teraz na terenie polskich miast realizuje się przedsięwzięcia prywatne, które w pełni wykorzystują potencjał internetu rzeczy. Dobrym przykładem jest tu np. Inteligentna Sieć Ciepłownicza wdrożona przez firmę Veolia Energia Warszawa. Dzięki niej możliwe stało się unowocześnienie i zautomatyzowanie procesu obsługi warszawskiej sieci ciepłowniczej. Wdrożenie ICS umożliwiło zdalne monitorowanie i sterowanie pracą przepompowni, komór ciepłowniczych oraz węzłów cieplnych. Przed wprowadzeniem tego systemu zmianę konfiguracji poszczególnych urządzeń można było przeprowadzić wyłącznie w miejscu ich ulokowania.

Władze Kielc postawiły z kolei na wykorzystanie technologii smart city do usprawnienia funkcjonowania miejskiego systemu transportowego. Miejski Zarząd Dróg chce wybudować nowoczesne centrum zarządzania ruchem, które będzie sterować 61 skrzyżowaniami i przejściami dla pieszych. W ramach projektu powstaną m.in. sygnalizacje z przyciskami dla pieszych i pętle indukcyjne wykrywające rowerzystów; autobusy zostaną zaś wyposażone w urządzenia żądania priorytetu, które przyspieszą zmianę światła na zielone na inteligentnych skrzyżowaniach.

Nad własnym systemem ITS pracują także władze Tych. We współpracy z firmą Orange Polska opracowują pilotażowy model inteligentnego miasta, który w przyszłości mógłby się rozrosnąć i wchłonąć kolejne miasta w ramach Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii. Według ekspertów inteligentne systemy to jednak nie wszystko, by pozbyć się korków w miastach.

– Inteligentne systemy transportowe, które są tworzone obecnie w Polsce, dorównują tym, które są w Europie. Ale z tego, co wiem, to żadnemu z miast europejskich nie udało się pozbyć całkowicie korków. Trzeba włączać do ruchu takie środki, jak hulajnogi, rowery miejskie,czy metra tam, gdzie to jest możliwe. Inaczej żaden inteligentny system transportowy nam nie pomoże – przewiduje prezes zarządu Akceleratora Inteligentnych Miast.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku smart city w 2018 roku wyniosła 308 mld dol. Przewiduje się, że do 2023 roku wzrośnie ona do 717 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 18,4 proc.

Jesienna odsłona National Sales Congress ponownie w Mistrzowskim Stylu

National Sales Congress – Mistrzowskie Strategie Sprzedaży
National Sales Congress – Mistrzowskie Strategie Sprzedaży

Trzecia odsłona National Sales Congress – Mistrzowskie Strategie Sprzedaży, wydarzenia dedykowanego specjalistom i managerom sprzedaży odbędzie się 26 września na PGE Narodowym. NSC to przede wszystkim wysoce merytoryczne wystąpienia uznanych praktyków oraz duży zastrzyk motywacji od wybitnych mówców i mistrzów sportu. Całości wydarzenia przyświeca idea dążenia do mistrzostwa, które w każdej dziedzinie wymaga wypracowania zestawu podobnych cech i zachowań.

W bloku motywacji wystąpią Jacek Walkiewicz – psycholog i jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich mówców, oraz Karol Bielecki – legenda polskiej piłki ręcznej, uczestnik Igrzysk Olimpijskich, wicemistrz świata.

Motywacja to tylko jeden z wielu aspektów National Sales Congress, na który składa się łącznie pięć bloków wydarzeń.

Kongres sprzedażowy tworzy 8 tematów z zakresu social sellingu, skalowania sprzedaży B2B, cold callingu, sposobów komunikacji z klientem. Wśród prelegentów między innymi: Nikolay Kirov – wykładowca na studiach MBA, doradca w zakresie negocjacji, budowania relacji w biznesie i rozwoju,  Marek Skała – trener warsztatowy, który od 25 lat prowadzi projekty szkoleniowe i rozwojowe dla największych polskich i światowych koncernów, Olga Kozierowska – bizneswoman, dziennikarka, działaczka społeczna, trenerka i mentorka. Założycielka pierwszej w Polsce organizacji działającej na rzecz przedsiębiorczości kobiet.

Drugą ścieżkę National Sales Congress stanowi Kongres Managerów – program poświęcony zarządzaniu sprzedażą i zespołami handlowymi. W gronie prelegentów doświadczeni praktycy: Bogdan Sosnowski, który 11 lat zarządzał kanałem zewnętrznych doradców biznesowych firmy PLAY (P4 Spóka z o.o.), Radosław Żemło – Dyrektor Sprzedaży w Grupie Pracuj, Natalia Bogdan – założycielka międzynarodowej firmy rekrutacyjnej Jobhouse, Zbigniew Wierzchołowski – Dyrektor Departamentu Sprzedaży Regionalnej i SME W Ringier Axel Springer Polska i Barbara Piasek – seryjny przedsiębiorca z wcześniejszym 10-letnim doświadczeniem korporacyjnym.

Nowością podczas jesiennej edycji Kongresu będzie debata NSC Best Practices, wieńcząca program „The Best Sales Director”, który jest przeznaczony dla charyzmatycznych managerów i dyrektorów sprzedaży oraz właścicieli firm, którzy pełnią swoje funkcje z wyjątkowym zaangażowaniem tworząc strukturę opartą na efektywności. Debata poruszy m.in. kwestie takie jak trendy i innowacje w sprzedaży – jak sprawdzają się w praktyce, relacji marketing – sprzedaż, rozwiązywaniu spornych kwestii na linii handlowiec – manager/ dyrektor.

Podczas wydarzenia nie zabraknie treningu umiejętności praktycznych. Warsztaty networkingowe z budowania efektywnej sieci kontaktów poprowadzi Artur Sójka – praktyk i trener z zakresu sprzedaży, ze szczególnym uwzględnieniem sprzedaży relacyjnej i rekomendacji.

Uczestnicy National Sales Congress będą mieli również okazję przetestować w praktyce zasadę “6 stopni oddalenia”. Nad tym, aby nawiązywanie nowych, cennych relacji biznesowych przebiegało efektywnie, będzie czuwał moderator – Grzegorz Turniak wraz z Akademii Rekomendacji.

Udział w Kongresie potwierdzony jest certyfikatem sygnowanym przez Partnerów Merytorycznych wydarzenia: Koźmiński Executive Business School – lidera programów MBA w Polsce oraz Kirov Strategic Negotiators – wiodącą w Polsce firmę szkoleniowo-konsultingowa specjalizującą się w programach rozwoju umiejętności miękkich i strategicznych,.

Pełna agenda dostępna na: www.nationalsales.pl/kongres-nsc-program

Sygnaliści pod ochroną w Unii Europejskiej – nowa dyrektywa, nowe obowiązki

Coraz więcej europejskich ustawodawstw zawiera przepisy chroniące sygnalistów zgłaszających nieprawidłowości w działalności przedsiębiorców. W najbliższych latach wymóg posiadania przepisów ochronnych dla sygnalistów będzie powszechny we wszystkich krajach członkowskich Unii Europejskiej. Parlament Europejski 16 kwietnia 2019 roku przyjął bowiem Dyrektywę o ochronie osób zgłaszających przypadki naruszenia prawa Unii (zwanej dalej: „Dyrektywą”). Dyrektywa, która ulegnie transpozycji do polskiego systemu prawnego nie tylko nadaje szczególne uprawnienia osobom zgłaszającym nieprawidłowości, ale także nakłada na przedsiębiorców  obowiązki w zakresie organizacji systemu zgłoszeń. Choć proces wdrażania Dyrektywy w życie jest w dalszym ciągu w toku, zainteresowani już teraz powinni zapoznać się z jej treścią (która na ten moment jest już ostateczna). Wyznacza ona minimalne wytyczne dla krajów członkowskich, pozostawiając im jednak swobodę w kształtowaniu szczegółowych kwestii. Polski ustawodawca będzie musiał zaimplementować jej treść do swojego porządku prawnego w ciągu dwóch lat od jej zatwierdzenia.

Obowiązki podmiotów obowiązanych do wprowadzenia procedur

Dla przedsiębiorcy wejście postanowień Dyrektywy w życie oznacza przede wszystkim szereg powinności związanych ze stworzeniem skutecznie działającego systemu informowania o nieprawidłowościach, który gwarantować będzie bezpieczeństwo osoby zgłaszającej.

Obowiązek taki nałożony będzie co do zasady na podmiot zatrudniający co najmniej 50 pracowników. Przepisy prawa krajowego jednak, po odpowiedniej ocenie ryzyka występowania nieprawidłowości, mogą nakładać go także na podmioty mniejsze (szczególnie dotyczy to dziedziny środowiska i zdrowia publicznego). Obowiązek dotyczyć będzie także podmiotów publicznych. Tutaj z kolei przepisy krajowe mogą wyłączyć obowiązek w stosunku do gmin liczących mniej niż 10 000 mieszkańców lub zatrudniających 50 pracowników, a także innych podmiotów zatrudniających mniej niż 50 pracowników. Podmioty zobowiązane do wprowadzenia procedur i kanałów będą musiały wyznaczyć odpowiedzialne osoby bądź też utworzyć specjalny dział poświęcony tej problematyce.

Swoistym novum jest fakt, iż w przypadku podmiotów zatrudniających powyżej 50 osób, jednak mniej niż 250 istnieje możliwość dzielenia swoich zasobów. Oznacza to, że kilku przedsiębiorców będzie mogło  rozpatrywać swoje zgłoszenia za pomocą jednej wspólnej komórki/jednostki organizacyjnej. Podmioty obowiązane do prowadzenia systemu mają też możliwość powierzenia jego organizacji i obsługi specjalistycznemu podmiotowi zewnętrznemu. Z tego wynika, że prawodawca unijny dopuszcza by na przykład spółki działające w ramach grupy kapitałowej posiadały jedną wspólną komórkę do rozpatrywania zgłoszeń (oczywiście dotyczyć to będzie spółek kwalifikowanych jako średni przedsiębiorca). Rozwiązanie to ocenić należy jako rozsądne i realizujące oczekiwania rynku.

Dyrektywa precyzuje także z czego miałyby się składać procedury zgłoszeniowe. Przede wszystkim musi być to system zapewniający bezpieczeństwo informacji uzyskanych na jego podstawie, także poprzez ochronę danych dotyczących osób zgłaszających i osób trzecich wymienionych w zgłoszeniu. System oczywiście powinien uniemożliwiać dostęp do informacji osobom nieuprawnionym do jego obsługi.

Pozycja sygnalisty w tym systemie jest dosyć silna. Jego rola nie kończy się jedynie na zgłoszeniu nieprawidłowości. Po samym zgłoszeniu zostanie on poinformowany o przyjęciu sprawy do rozpoznania (w terminie 7 dniu), a kiedy zostanie ona już załatwiona- o sposobie jej rozwiązania (przedsiębiorca ma na to 3 miesiące).

Sygnalista

Pojęcie sygnalisty jest zakreślone stosunkowo szeroko w przepisach dyrektywy. Z jednej strony dyrektywa na samym początku wskazuje dziedziny, w których znajdzie zastosowanie, z drugiej jednak wskazuje, iż sygnalistą jest osoba dokonująca zgłoszenia, będąca pracownikiem, osobą samozatrudnioną, akcjonariuszem, wspólnikiem lub członkiem innego organu przedsiębiorstwa, wolontariuszem, stażystą bądź jakąkolwiek osobą działającą pod nadzorem wykonawców, podwykonawców oraz dostawców. Pod pojęciem sygnalisty rozumieć będziemy też osobę, której stosunek pracy z danym pracodawcą już ustał, albo dopiero ma zostać nawiązany (w takiej sytuacji ochrona sygnalisty dotyczyć będzie informacji pozyskanych w toku rekrutacji lub negocjacji związanych z przyjęciem na dane stanowisko).

Podstawową przesłanką ochrony jest posiadanie przez zgłaszającego uzasadnionej podstawy, by myśleć że przekazywane informacje są prawdziwe.  Każdy kto spełnia ten warunek ma trzy drogi do skutecznego zgłoszenia zdarzenia. Pierwszą z nich jest skorzystanie z wewnętrznej procedury przedsiębiorcy. Dyrektywa daje jednak możliwość pominięcia etapu wewnętrznego, obejmując ochroną także osoby dokonujące zgłoszenia jedynie organom publicznym, w ramach zgłoszenia zewnętrznego. Sygnalista może także dokonać ujawnienia publicznego. Ten mechanizm polega na podaniu naruszeń do informacji publicznej. By jednak dokonać takiego ujawnienia, sygnalista musi wcześniej dokonać zgłoszenie zewnętrznego (może być to połączone ze zgłoszeniem wewnętrznym), które nie zostało rozpatrzone w terminie. Taką ścieżką może pójść także sygnalista, który jest przekonany, iż zgłaszane naruszenie stanowi oczywiste lub bezpośrednie zagrożenie dla interesu publicznego. Ujawnienie publiczne jest możliwe także, jeżeli sygnalista uzna, że w razie zgłoszenia mogą zostać zastosowane w stosunku do niego negatywne konsekwencje a także, jeżeli istnieje nikłe prawdopodobieństwo, że sprawa zostanie załatwiona pomyślnie.

Pomimo takiej ochrony sygnalistów, Dyrektywa pozostawia państwom członkowskim wolną rękę w kwestii przyjmowania zgłoszeń anonimowych. Jeżeli jednak państwo uznaje zgłoszenia anonimowe, anonimowy sygnalista, którego tożsamość zostaje ujawniona będzie zawsze podlegał ochronie, o ile dokonano na nim odwetu oraz dokonał prawidłowego zgłoszenia.

Sygnalista może liczyć na szereg działań ochronnych, które mają służyć jego interesom. Przede wszystkim należy wyróżnić tutaj ochronę tożsamości zgłaszającego. Bez jego wyraźnej zgody organ przyjmujący nie może wyjawić jego tożsamości. Jest ona chroniona od samego zgłoszenia, przez cały okres rozpatrywania sprawy. Jedynym odstępstwem od tej zasady jest konieczność ujawnienia takich danych wynikająca z przepisów prawa celem prowadzenia postępowań prowadzonych przez organy państwowe. Nawet jednak w tym przypadku należy poinformować wcześniej o zamiarze ujawnienia osobę zgłaszającą.

Same dane, które pozyskało się w postępowaniu dotyczącym zgłoszenia przechowywane są przez przedsiębiorcę nie dłużej, niż jest to wymagane dla skutecznego rozwiązania sprawy.

Osoba zgłaszająca powinna mieć zapewniony dostęp do informacji dotyczącej procedur i sposobu działania w przypadku zgłoszenia.

Najistotniejszym środkiem ochrony sygnalisty jest jednak zapewnienie mu ochrony przed odwetem ze strony przedsiębiorcy. Należy bowiem zagwarantować, by zgłaszającego nie mogły dotknąć żadne negatywne konsekwencja (a te mogą być bardzo różne- od zwolnienia, przez zablokowania możliwości awansu, nieprzekształcanie umowy o pracę po karę dyscyplinarną). Ustawodawca unijny zdecydował się w przypadku wytoczenia powództwa przez dotkniętego odwetem pracownika przeciwko przedsiębiorcy przerzucić na przedsiębiorcę ciężar udowodnienia, że podjęte przez niego działanie względem pracownika nie wynika ze zgłoszenia przez niego nieprawidłowości.

Za zachowanie sprzeczne z przepisami o ochronie sygnalistów, na przedsiębiorcę może zostać nałożona sankcja. Ustawodawca unijny daje tutaj państwu możliwość samodzielnego określenia kar (które jednak mają być odstraszające, dotkliwe i skuteczne), jakie będą zastosowane w stosunku do przedsiębiorcy naruszającego przepisy o ochronie sygnalistów.

Odpowiedzialność za fałszywe zgłoszenie

By system ochrony sygnalistów działał prawidłowo, musi być on wykorzystywany zgodnie z jego założeniami. Dlatego też, Dyrektywa nakazuje Państwom Członkowskim ustanowienie w swoich prawodawstwach kar dla osób świadomie składających fałszywe zawiadomienie.  Wysokość oraz rodzaj kar zależeć będzie od przepisów krajowych, jednak mają być one skuteczne, proporcjonalne oraz odstraszające. Oprócz tego fałszywe zgłoszenie skutkować będzie mogło odpowiedzialnością odszkodowawczą.

Aspekt penalizacji umyślnego składania fałszywego zawiadomienia o nieprawidłowościach jest bardzo istotny w kontekście limitowania zjawiska nadużywania prawa przez sygnalistów. Aby system informowania o nieprawidłowościach w przedsiębiorstwie działał zgodnie z jego przeznaczeniem i stanowił wartość dodaną dla firmy istotnym jest, aby wszyscy pracownicy mieli dokładną wiedze o zasadach działania systemu oraz świadomość konsekwencji zgłoszeń nieprawdziwych. Nieocenioną rolę w krzewieniu właściwej świadomości wśród kadry pracowniczej mają szkolenia, które powinny być przeprowadzane cyklicznie i posiadać walor praktyczny (case study). Jednoznaczne wytyczenie granic legalności zgłaszania nieprawidłowości, pozwoli znacznie ograniczyć występowanie negatywnych zachowań w postaci złośliwych, odwetowych lub oczywiście fałszywych zgłoszeń. Każdy z potencjalnych sygnalistów powinien mieć świadomość faktu, że jego zgłoszenie będzie za każdym razem poddawane wnikliwej analizie przez powołany do tego zespół, nie tylko pod kątem okoliczności fatycznych związanych ze zgłoszeniem, ale także pobudek i stanu wiedzy zgłaszającego.

Dostosowanie działalności przedsiębiorstwa do nowych przepisów

Chociaż dla podmiotów prowadzących działalność gospodarczą kluczową rolę odgrywa ich wewnętrzny kanał zgłoszeniowy, muszą one mieć świadomość, że zostaną wdrożone także kanały organizowane przez organy publiczne. I choć oczywiście, także w myśl samej Dyrektywy, sygnalista powinien zgłaszać nieprawidłowości w pierwszej kolejności poprzez kanały wewnętrzne, jeżeli ominie on ten etap także pozostawał będzie pod ochroną.

Rolą przedsiębiorcy jest więc stworzenie realnie działającego systemu, który faktycznie będzie miał zaufanie potencjalnych sygnalistów. Zwłaszcza trzeba brać pod uwagę fakt, iż Dyrektywa zapewnia powszechny, łatwy i zrozumiały dostęp do informacji o kanałach zewnętrznych. Dobrze poinformowany sygnalista będzie zdawał sobie sprawę z tego co jest dla niego korzystniejsze, dlatego tym większą staranność należy dołożyć przy budowaniu systemu.

Chociaż Dyrektywa dopiero ma wejść w życie, a ostateczny kształt obowiązków wywodzonych na jej podstawie poznamy dopiero w momencie wejścia w życie ustawy przenoszącej jej postanowienia na grunt prawa polskiego, już teraz należy przyjrzeć się jej dokładnie by zaplanować swoje działania, które przecież wymagają czasu. W momencie wejścia postanowień w życie każdy powinien być na to przygotowany.

Przedsiębiorcy, zatrudniający powyżej 250 pracowników, powinni dostosować się do nowych regulacji w terminie dwóch lat od momentu przyjęcia i opublikowania dyrektywy. Z kolei termin dostosowania dla średnich przedsiębiorców (50-250 pracowników) został wydłużony o dwa lata od momentu transponowania Dyrektywy do polskiego porządku prawnego.

Autorzy:

– adw. Dawid Rasiński, Dział Praw Karnego & Dział Compliance;

– Krzysztof Sobieraj

Kancelaria Sadkowski i Wspólnicy

PKN ORLEN: Dostawy ropy wznowione

Do Zakładu Produkcyjnego PKN ORLEN w Płocku zostały wznowione dostawy ropy naftowej zgodnej z jakością kontraktową. Zatrzymanie dostaw surowca rurociągiem „Przyjaźń” nie wpłynęło na poziom przerobu ropy naftowej w płockiej rafinerii.

Daniel Obajtek
Daniel Obajtek

Wznowienie dostaw to efekt rozmów, które prowadziliśmy w ostatnich tygodniach ze stroną rosyjską przy wsparciu naszego rządu. Twarde stanowisko negocjacyjne strony polskiej było możliwe dzięki realizowanej przez nas konsekwentnie polityce dywersyfikacji kierunków dostaw. Obecnie ok. 50 proc. ropy naftowej sprowadzanej do Polski przez PKN ORLEN pochodzi już spoza kierunku wschodniego – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

W ciągu najbliższych kilku dni ropa naftowa przyjmowana z kierunku wschodniego do Bazy Adamowo dotrze do Bazy Miszewko Strzałkowskie, niedaleko Płocka.

Na początku czerwca br., podczas spotkania w Moskwie, stronie polskiej zaprezentowano mechanizm rekompensat jakie Transnieft przekaże rosyjskim producentom ropy naftowej na pokrycie roszczeń kierowanych do nich przez odbiorców ropy, w tym PKN ORLEN.

Dywersyfikacja sektora nieruchomości handlowych w Polsce to szansa na przyciągnięcie nowych graczy

Postępujące zróżnicowanie i polaryzacja rynku handlowego tworzy atrakcyjne warunki dla ekspansji światowych marek, czego przykładem jest decyzja Urban Outfitters o wejściu do Polski.

W miarę jak rynek dużych centrów handlowych nasyca się, deweloperzy i najemcy weryfikują swoje strategie rozwoju. W największych polskich aglomeracjach atrakcyjną alternatywą biznesową są projekty wielofunkcyjne, na znaczeniu zyskują również parki handlowe. Dywersyfikacja sektora nieruchomości handlowych w Polsce to dobra wiadomość dla zagranicznych i polskich marek, które planują u nas dalszą ekspansję, a także nowych graczy, którzy rozważają debiut na polskim rynku.

Już w wkrótce swój pierwszy sklep w Polsce otworzy Urban Outfitters, kultowy amerykański multibrand, reprezentujący topowe marki z kategorii odzież, dodatki, kosmetyki czy gadżety do domu. Jeszcze do niedawna tak duży, zagraniczny gracz zdecydowałby się na debiut w wiodącym centrum handlowym, jednak aktualnie na ich celowniku coraz częściej znajdują się obiekty wielofunkcyjne. Urban Outfitters na swoją pierwszą lokalizację wybrał Elektrownię Powiśle. Do debiutu w Polsce popularną sieć niewątpliwie skłoniły takie czynniki jak dojrzałość rynku handlowego, rosnąca siła nabywcza, nasza otwartość w stosunku do oryginalnych konceptów modowych, jak również dostępność nietuzinkowych powierzchni do wynajmu, odpowiadających charakterowi marki.

Anna Wysocka JLL
Anna Wysocka, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL

Projekty mixed-use to zdecydowanie jeden z najważniejszych kierunków rozwoju sektora nieruchomości komercyjnych w Polsce. To naturalny etap związany z dojrzewaniem polskiego rynku i rosnącymi apetytami polskich konsumentów, którzy poszukują wygody i pozytywnych doświadczeń. Te dwa aspekty to przewagi konkurencyjne takich projektów, jak Elektrownia Powiśle, które oferują wiele funkcji w jednym miejscu, a oprócz tego kuszą ciekawą i ponadczasową architekturą. Ich wciąż rosnącą popularność potwierdza też fakt, że oprócz Urban Outfitters swój polski debiut będzie miała tu również marka Weekday. – Anna Wysocka, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL

I kwartał 2019 tradycyjnie już nie obfitował w nowe otwarcia – na rynek trafiło wtedy 38 000 mkw. powierzchni handlowej. Dużo bardziej aktywny jest II kwartał, w którym już do tej pory dostarczono 110 000 mkw. nowej powierzchni. Największym otwarciem zarówno II kwartału jak i całego 2019 roku jest Galeria Młociny (78 500 mkw. GLA). Choć pozostałe zaplanowane na ten rok otwarcia będą dotyczyły projektów poniżej 30 000 mkw., to w całym 2019 roku rynek handlowy może wzrosnąć o ok. 430 000 mkw. nowej powierzchni w ramach wszystkich formatów.

Hubert Oleksiak, Starszy Konsultant w Dziale Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL
Hubert Oleksiak, Starszy Konsultant w Dziale Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL

Deweloperzy coraz częściej analizują potencjał biznesowy mniejszych miast, a także dzielnic dużych aglomeracji, które znajdują się na ich obrzeżach. Nasycenie powierzchnią handlową w takich lokalizacjach jest jeszcze stosunkowo niskie, a potrzeby zakupowe ich mieszkańców coraz większe. Stąd rośnie zapotrzebowanie na parki handlowe oraz centra „convenience”, które służą zrobieniu szybkich, codziennych zakupów bez konieczności odbywania czasochłonnych podróży. Mniejsze formaty handlowe są niezmiennie kierunkiem ekspansji również dużych sieci, jak CCC. Powodem jest chęć bycia jak najbliżej swojego klienta. – Hubert Oleksiak, Starszy Konsultant w Dziale Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL

Jednocześnie, już od dłuższego czasu właściciele dużych centrów handlowych, częściowo zmieniają ich funkcję, dostosowując tym samym ofertę do zmieniających się oczekiwań konsumentów poprzez zwiększenie oferty rozrywkowej, usługowej i gastronomicznej. Dzięki temu centra stają się miejscem nie tylko robienia zakupów, ale także spędzania wolnego czasu, również w niehandlowe niedziele miesiąca.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia

Na rynkach coraz mocniej analizowane są implikacje płynące z wojen handlowych dla polityki monetarnej głównych banków centralnych. W tym otoczeniu rośnie wrażliwość na publikowane dane i w jakim stopniu wspierają lub nie decyzje o luzowaniu polityki pieniężnej. W przyszłym tygodniu główna uwaga będzie na raportach z USA i Chin.

Przyszły tydzień: CPI/sprzedaż/produkcja z USA, PKB/produkcja/rynek pracy z Wlk. Bryt., SNB, handel/CPI/sprzedaż/produkcja z Chin, rynek pracy z Australii

USA

Nadchodzące odczyty danych z USA prawdopodobnie nie dadzą jednoznacznej odpowiedzi o stanie gospodarki USA, a zatem nie uciszą spekulacji o przyszłych działaniach Fed. W danych o sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej (pt) powinniśmy zobaczyć odreagowanie słabych dynamiki z poprzedniego miesiąca, ale presja inflacyjna (śr) pozostanie stłumiona z CPI obniżającym się pod cel inflacyjny 2 proc. W połączeniu z poznanym dziś rozczarowującym NFP dane będą utrzymywać wysoko szanse, że Fed jeszcze w czerwcu pokusi się o obniżkę, choć osobiście mocno w to wątpimy. Z samego Fed nie usłyszmy świeżych komentarzy do danych, gdyż we wtorek rozpocznie się okres zamknięty przez posiedzeniem FOMC 18-19 czerwca.

Strefa euro

W strefie euro produkcja przemysłowa (czw) i lokalne szacunki inflacji (pt) prawdopodobnie przejdą bez echa i EUR przede wszystkim będzie barometrem sentymentu i lepiej reagować na zmiany apetytu na ryzyko po tym, jak zniknęło ryzyko gołębiej niespodzianki od EBC. W ostatnich miesiącach unijna waluta miała wiele negatywnych powodów, by być wyprzedawana, a jednak opór materii był zdumiewająco silny. Co nie chce spadać, musi rosnąć, choć przekonanie inwestorów do tego pozostaje słabe.

Wielka Brytania

Z Wielkiej Brytanii otrzymamy dane o PKB, produkcji przemysłowej (pon) i z rynku pracy (wt). Gospodarka ponosi koszty silnego startu w 2019 r. i przygotowywania się na wypadek brexitu, którego termin został odroczony. Skutki tego powinni mieć odbicie w ujemnych dynamikach PKB i produkcji. Rynek pracy przyhamowuje wzrost, co może znaleźć odbicie w ujemnej dynamice zatrudnienia, choć dynamika płac trochę powyżej 3 proc. dalej jest dobrym wynikiem. Na scenie politycznej startuje wyścig o przywództwo w Partii Konserwatywnej i stanowisko premiera Wielkiej Brytanii. Na ten moment jest zgłoszonych 11 kandydatów, a pierwsze głosowanie (z wielu) zaplanowano na czwartek. Ostatni dryf funta jest przejawem zmęczenia inwestorów szumem wokół brexitu i wydarzenia wokół innych walut będą miały większe przełożenie na crossy z GBP.

Szwajcaria

Z dużym prawdopodobieństwem Szwajcarski Bank Narodowy utrzyma politykę pieniężną bez zmian (czw). Jakkolwiek przyspieszenie ożywienia w Szwajcarii i wyższa inflacja są pozytywnymi zdarzeniami, tak powrót aprecjacji franka neutralizuje optymizm. Stąd w komunikacie SNB powinien zostać podtrzymany komentarz, że frank pozostaje „wysoko wyceniany”, a bank jest gotowy interweniować, jeśli będzie to konieczne. Wątpliwe jednak, aby to miało odstraszyć inwestorów z długich pozycji w CHF.

Polska

Kalendarz z Polski jest ubogi i mało wnoszący dla złotego. Ani saldo bieżące (czw), ani rewizja CPI (pt) nie powinny mieć przełożenia na notowania waluty. Ustabilizowanie nastrojów zewnętrznych i odbicie EUR/USD to warunki sprzyjające powolnej aprecjacji złotego, ale zdajemy sobie sprawę, że jedno i drugie może być ulotne, więc pozostajemy ostrożni w swoim entuzjazmie wobec złotego. Z obecnych poziomów złoty ma teraz większe pole do stracenia niż zyskania.

Japonia

Przyszłotygodniowe dane z Japonii to przede wszystkim PKB (pon) i produkcja przemysłowa (pt), jednak oba odczyty są rewizjami, więc reakcja na nie będzie ograniczona. JPY prędzej niż dane będzie śledził sentyment rynkowy a USD/JPY będzie głównym wehikułem reakcji dolara na zmiany rentowności obligacji skarbowych USA i dyskontowanie oczekiwań odnośnie polityki Fed. Przy rozgrzebanym temacie wojen handlowych i gorącej dyskusji o obniżkach stóp procentowych w USA, nie sądzimy, aby zelżał apetyt inwestorów na realokację środków w stronę jena.

Chiny

Sentyment rynkowy może w dużym stopniu zależeć od wydźwięku danych z Chin i skali wpływu zaostrzenia polityki celnej przez USA. Dynamika eksportu w maju (pon) może przyspieszyć w związku z przesunięciami wysyłki towaru do USA, zanim zaczną obowiązywać wyższe cła. Kondycje gospodarki ocenić się poprzez jakość importu, gdzie oczekiwania wskazują na pogłębienie spadku r/r. Produkcja przemysłowa (pt) może być podbita przez kwestie handlowe, za to CPI (śr) i sprzedaż detaliczna (pt) pozwolą powiedzieć więcej o sile konsumpcji wewnętrznej. Słabsze dane będą miały silniejsze konsekwencje dla globalnego sentymentu.

Australia

W Australii na pierwszym planie będzie raport z rynku pracy (czw) szczególnie po tym, jak RBA zaczął przywiązywać dużą istotność do sytuacji na rynku pracy w przełożeniu na inflację. Majowe dane mogą być jednak trudne do zinterpretowania, gdyż wybory parlamentarne podbiły tymczasowe zatrudnienie. Jeśli nawet ot nie powstrzyma stopy bezrobocia przed wzrostem, możemy widzieć więcej głosów za kolejną obniżką stóp procentowych. Niemoc AUD w podtrzymaniu ostatnich wzrostów jest dla nas alarmującym sygnałem dla powrotu przeceny.

Kanada

W Kanadzie przyszły tydzień przynosi dane z rynku budownictwa mieszkaniowego (pon) i to ważny raport, gdyż problemy rynku nieruchomości są jedną z kwestii istotnych dla banku centralnego. Marzec i kwiecień przyniosły wyraźne odreagowanie zimowej słabości, więc ewentualne schłodzenie w maju nie powinno być zaskoczeniem. Poza tym mix słabszego USD i odbicia cen ropy naftowej może stanowić dobre zaplecze dla odbudowy siły CAD, który w naszej ocenie jest niedowartościowany, w szczególności pod kątem zbyt pesymistycznej oceny perspektyw polityki BoC.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

InnoEnergy partnerem strategicznym CEE Scaleup Challenge

InnoEnergy, największy w Europie fundusz inwestujący w rozwiązania z obszaru energii, cleantech, mobilności oraz szeroko pojętych technologii smart, został partnerem strategicznym CEE Scaleup Challenge – największego konkursu online dla innowacyjnych, szybko rozwijających się firm z Europy Środkowej i Wschodniej. CEE Scaleup Challenge jest organizowany przez Vestbee, wiodącą platformę łączącą globalne fundusze VC, korporacje, akceleratory i anioły biznesu ze startupami i scaleupami.

Firmy, które wezmą udział w konkursie, mają szansę wygrać inwestycję w wysokości 4 milionów złotych od funduszu Next Road Ventures oraz globalny pakiet medialny oferowany przez CISION. Jedną z nagród specjalnych jest udział w Boostway od InnoEnergy – indywidualnie dostosowywanym programie dedykowanym małym i średnim przedsiębiorstwom z obszaru energii, cleantech, mobilności oraz szeroko pojętych technologii smart, które potrzebują pomocy w fazie wzrostu. Wybrany scaleup otrzyma dostęp do szerokiej sieci ekspertów i wsparcie m.in. w obszarze rozwoju technologii, komercjalizacji, globalnej ekspansji, rozwoju biznesu oraz pozyskaniu finansowania.

CEE Scaleup Challenge stanowi kontynuację serii konkursów online organizowanych przez platformę Vestbee. Poprzednia edycja, CEE Startup Challenge dedykowana firmom na wczesnych etapach rozwoju okazała się dużym sukcesem gromadząc 700 startupów z regionu.

W konkursie mogą wziąć udział wszystkie innowacyjne, dynamicznie rozwijające się firmy z Europy Środkowo-Wschodniej z branży Business&ICT, AI&Big Data&Analytics, Fintech&Insurtech, Smart Cities&Home, Industry4.0&Proptech, Transport&Logistics, Planet&Sustainability, Healthcare&Wellbeing.

Proces aplikacyjny trwa do 9 czerwca na www.ceescaleupchallenge.com.

SatRevolution wyrusza na podbój kosmosu i inwestorów

Detekcja klęsk żywiołowych, telekomunikacja, sektor militarny i Smart City – to kilka z zastosowań technologii kosmicznej, jaką rozwija wrocławski startup, SatRevolution. Po komercjalizacji platformy NanoBus, teraz pracuje nad konstelacją ponad 1000 nanosatelitów: REC. Do projektu zaprosił crowdinwestorów. Na Crowdway.pl uruchomił zbiórkę do 4,1 mln zł. Potencjał REC dostrzegła spółka Richarda Bransona, Virgin Orbit.

Kosmiczna technologia, rzeczywiste oszczędności

REC, czyli Real-time Earth observation Constellation, to stworzony przez SatRevolution projekt konstelacji nanosatelitów obserwacyjnych opartych na autorskiej platformie NanoBus. – Segment obserwacji Ziemi jest zdominowany przez kosztowne, duże i bardzo duże satelity. My chcemy stworzyć unikalną konstelację tańszych w eksploatacji, mniejszych urządzeń. Szacujemy, że jej wykorzystanie przyniesie ponad 100-krotną redukcję kosztów względem dużych satelitów mówi Grzegorz Zwoliński, prezes i jeden z twórców SatRevolution SA.

Spółka planuje wyniesienie na orbitę prototypowego nanosatelity obserwacyjnyego ScopeSat, bazowego elementu konstelacji REC w 2021 roku. W kolejnym powstanie pierwsza wersja konstelacji złożona z 16 satelitów. W 2023 r. w orbitę wystrzelonych będzie już 66 satelitów ScopeSat, wyposażonych w rozkładany moduł optyczny DeploScope.

Docelowo SatRevolution zamierza umieścić w orbicie nawet do 1024 nanosatelitów i uzyskać jakość obrazowania odpowiadającą dużym obiektom. – Chcemy osiągnąć częstotliwość odświeżania obrazu nawet do 30 minut i rozdzielczość aż 50 cm – zapowiada Grzegorz Zwoliński. Zwraca też uwagę na ekologiczny materiał, z którego SatRevolution wytwarza satelity. – Nasze nanosatelity po 3 latach deorbitują się, czyli wyparowują. Jako jedni z nielicznych nie zaśmiecamy kosmosu – podkreśla prezes.

List intencyjny od Virgin Orbit

Informacje o konstelacji REC dotarły do władz Virgin Orbit, spółki z grupy Virgin Group stworzonej przez Richarda Bransona i Nika Powella. – Virgin Orbit dostrzega wyjątkową wartość REC SatRevolution i jest zainteresowana nawiązaniem współpracy w zakresie uruchomienia konstelacji (…) z wykorzystaniem systemu rakiet Virgin Orbit LauncherOne – stwierdził Stephen Eisele, wiceprezes ds. rozwoju biznesu Virgin Orbit LLC. – Virgin Orbit uważa, że proponowana konstelacja REC będzie wyjątkową ofertą w branży i wzbudzi duże zainteresowanie klientów. Dostrzegamy duży wpływ konstelacji REC na rynek obserwacji Ziemi – napisał dalej w liście.

Pamiątka z kosmosu

Szacujemy, że inwestycje w rozwój konstelacji REC będą kosztować łącznie do 70 mln zł. Z tej sumy 4 mln zł chcemy pozyskać do końca 2019 roku. Zebrane środki zostaną przeznaczone na rozwój satelity ScopeSat i instrumentu optycznego DeploScope mówi Grzegorz Zwoliński.

Do zaangażowania w projekt REC spółka zaprosiła inwestorów. Na platformie Crowdway.pl uruchomiła właśnie zbiórkę do 4,1 mln zł, w ramach której oferuje pakiety inwestycyjne od 400 zł do 50 tys. zł. Oprócz akcji spółki, przygotowała benefity – od pamiątek i zdjęć z nanosatelity, przez nazwanie jednego z nanosatelitów imieniem inwestora, po zaproszenie na wystrzelenie obiektu w kosmos.

Kolejne, większe rundy finansowania przewidujemy w latach 2020-2021. W planach mamy pozyskiwanie dotacji, inwestora strategicznego, a w perspektywie kilku lat debiut na warszawskiej giełdzie. Będzie to też efektywna możliwość wyjścia z inwestycji dla crowdinwestorów – wyjaśnia Damian Fijałkowski, CFO SatRevolution SA i trzeci z jej współzałożycieli.

Podróż do przyszłości

W najbliższym czasie głównym źródłem przychodów SatRevolution będzie sprzedaż konstrukcji i podzespołów do nanosatelitów. – Planujemy zwiększenie sprzedaży NanoBusów z dwóch sztuk w 2018 roku do jedenastu w 2022 – zapowiedział Damian Fijałkowski. – Docelowo, w miarę rozwoju inwestycji w konstelację REC i wynoszenia kolejnych satelitów na orbitę, zamierzamy osiągnąć 2-procentowy udział w globalnym rynku, z przychodami 660 mln zł w 2025 roku i 870 mln zł w 2026 – dodał CFO spółki.SatRevolution

NanoBus już w fazie komercjalizacji

SatRevolution SA to pierwsza polska spółka o globalnym zasięgu, która projektuje i dostarcza małe satelity obserwacyjne dla sektorów komercyjnego i publicznego. Jest autorem i dostawcą platformy NanoBus – konstrukcji nośnej z zestawem podsystemów niezbędnych do funkcjonowania nanosatelity w kosmosie. Rozwiązanie stanowi podstawę konstrukcji satelitów w standardzie CubeSat, czyli miniaturowego satelity, stosowanego w edukacji czy badaniach kosmosu.

W kwietniu br. w kosmos wystrzelone zostały satelity: Światowid – pierwszy, polski satelita obserwacyjny Ziemi, który ma stanowić podwaliny pod REC oraz KRAKsat – nowatorski eksperyment ferrofluidowego koła zamachowego na niskiej orbicie okołoziemskiej (projekt realizowany z AGH w Krakowie). Obecnie w międzynarodowej stacji są przygotowywane do wprowadzenia w przestrzeń kosmiczną. Trzeci satelita został sprzedany francusko-rosyjskiemu konsorcjum Roskomos i będzie wykorzystywany do badań zorzy polarnej w warunkach słabego oświetlenia (misja AMICal Sat realizowana we współpracy z Centrum Kosmicznym Uniwersytetu w Grenoble).

Obserwacja rynku

Jeszcze kilka lat temu sektor kosmiczny był zmonopolizowany przez krajowe agencje kosmiczne, które cieszyły się poparciem rządowym. Sytuacja zmieniła się wraz z wejściem do branży prywatnych firm kosmicznych. Obecnie rynek technologii satelitarnych i kosmicznych rozwija się bardzo dynamicznie. W latach 2000-2005 średnia liczba inwestorów nie przekraczała dziesięciu, zaś w 2018 wzrosła do 137. Globalne przychody z tego sektora szacuje się na poziomie 277 mld dolarów, a rynek nanosatelitów, na którym działa SatRevolution wzrośnie w ciągu najbliższych 3 lat, z ok. 1,5 do prawie 3,5 mld dolarów. Dynamicznie wzrasta także liczba nanosatelitów na orbicie. W 2012 było ich 25, a obecnie liczba sięga ponad 400. Z informacji przesyłanych za ich pomocą korzystają sektor komercyjny (71%), naukowy (21%) i rządowy (8%).

Słabnąca koniunktura w Europie

Niestety nie możemy powiedzieć, żeby ostatnie gospodarcze dane naszego zachodniego sąsiada wyglądały zachwycająco. Z tego powodu wczorajsze posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego odsunęło w czasie termin, do którego nie podejmie decyzji o podniesieniu stóp procentowych. W tym samym czasie polski rynek pracy nadal potwierdza kierunek, w którym podąża, czyli ciągły spadek bezrobocia.

Słabe odczyty zza Odry

Gospodarka Niemiec w ostatnim czasie nie ma najlepszej passy. Dzisiejsze dane tylko to potwierdzają. Produkcja przemysłowa spadła w skali roku o 1,9%, eksport o 3,7%, a import o 1,3%. Za to polskie wskaźniki wciąż wyglądają bardzo dobrze. Taki stan może jednak nie utrzymać się zbyt długo, gdyż Niemcy są najważniejszym odbiorcą produktów z Polski, dlatego też problemy tego kraju mogą stać się naszymi problemami. Rynki walutowe przyjmują ostatnie dane z Unii dosyć dobrze, chociaż euro lekko traci. Jednak realna wycena europejskiej waluty jest trudna, ponieważ główny punkt odniesienia, jakim pozostaje dolar amerykański, jest obecnie silnie przeceniany w związku z nadchodzącymi obniżkami stóp procentowych.

Posiedzenie EBC

Wczorajsze posiedzenie europejskiego regulatora nie obfitowało w ważne deklaracje. Padło stwierdzenie o niepodnoszeniu stóp procentowych do połowy 2020 roku. Powodem jest zagrożenie koniunktury. Biorąc pod uwagę recesywne wyniki gospodarki niemieckiej, niestabilność budżetową Włoch oraz przeciętne wyniki zarówno Francji, jak i Hiszpanii, pogląd ten jest dość ostrożny. Dodatkowo warto zwrócić uwagę na spadające stopy procentowe w USA, a przynajmniej na zapowiedź ich spadku. Jeżeli faktycznie zostaną obniżone, to różnica między Europą a USA spadnie i kolejny bodziec do podwyżek zniknie.

Polskie bezrobocie w dół

Według Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej stopa bezrobocia spadła w odniesieniu miesięcznym (kwiecień-maj) z 5,6% do 5,4%. Tempo zmian pokrywa się z oczekiwaniami analityków, dlatego rynki nie były zaskoczone i nie zareagowały na te dane. Dlaczego bezrobocie spada? Prawdopodobne powody to rozpoczęcie prac sezonowych w rolnictwie oraz zwiększona ilość prac w branży budowlanej.

Dzisiaj w Chinach dzień wolny z powodu Święta Smoczych Łodzi, a w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – sytuacja na rynku pracy.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Kinga Hanna Stachowiak wspólnikiem w Kancelarii Prawnej Skarbiec

Kinga Hanna Stachowiak została wspólnikiem w Kancelarii Prawnej Skarbiec, specjalizującej się w tworzeniu kompleksowych strategii ochrony majątku prywatnego i firmowego oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi. Wcześniej, od początku istnienia Kancelarii, jako dyrektor zarządzający sprawowała nadzór nad działalnością administracyjną, kadrową, marketingową i księgową.

Jest odpowiedzialna za budowę marki Kancelarii Prawnej Skarbiec, wyznaczanie strategii
i kierunków jej rozwoju, zarządzanie kapitałem ludzkim oraz wynik finansowy.

Kinga Hanna Stachowiak – wspólnik w Kancelarii Prawnej Skarbiec
Kinga Hanna Stachowiak – wspólnik w Kancelarii Prawnej Skarbiec

Główną specjalizacją Kancelarii jest doradztwo prawne i podatkowe, ochrona przed bezprawiem urzędniczym oraz reprezentacja przedsiębiorców w sporach z aparatem państwowym. Wsparcie dedykowanych prawników Kancelarii pozwala przedsiębiorcom minimalizować ryzyka podatkowe oraz zapewnia bezpieczeństwo i stabilność prawną, a także ochronę poufności co do stanu majątku i tożsamości, optymalizację zysków kapitałowych i operacyjnych.

Od 12 lat Kancelaria Prawna Skarbiec tworzy osoby prawne pod rządami innych systemów prawnych oraz reprezentuje przedsiębiorców w postępowaniach przed organami podatkowymi oraz Sądami Administracyjnymi we wszystkich instancjach.

Kancelaria Prawna Skarbiec stała laureatem wielu prestiżowych nagród i wyróżnień, m.in. Diamentu do Złotej Statuetki Lidera Polskiego Biznesu oraz Medalu Europejskiego – przyznawanych przez Business Centre Club – czy nagrody International Tax Planning Law Firm of the Year in Poland – jako firma roku w obszarze międzynarodowego doradztwa podatkowego w Polsce. Od lat znajduje się również w znaczących rankingach i zestawieniach firm prawniczych, takich jak World Tax, Legal 500 czy Book of Lists.

Kinga Hanna Stachowiak jest menadżerem o wysokich zdolnościach organizacyjnych. Poza obowiązkami w Kancelarii Prawnej Skarbiec, od ponad 11 lat zajmuje kierownicze stanowiska zarówno w polskich jak i międzynarodowych spółkach z branży nieruchomości.

Jest Prezesem Zarządu Taurus Development Holding Sp. z o.o., Taurus Development Holding 2 Sp. z o.o., Beauchamp Properties Sp. z o.o., Fleming Financial Sp. z o.o.

Kieruje projektami inwestycyjnymi deweloperów: Taurus Development Limited oraz Oppenheimer & Rochefoucauld Real Estate LLP.

Założycielka portalu Skarbiec.biz S.A., serwisu informacyjnego poruszającego tematykę prawa, finansów i inwestycji. Właścicielka spółki 4Business Services, specjalizującej się
w zarządzaniu przedsiębiorstwem oraz projektami z rynku nieruchomości.

W 2012 r. dołączyła do prestiżowego klubu przedsiębiorców, największej w kraju organizacji pracodawców indywidualnych, Business Centre Club. Laureatka licznych nagród dla najbardziej przedsiębiorczych i wpływowych kobiet w Polsce.

Usługa e-Pit przekonała Polaków

Ponad 40 proc. z nas skorzystało z niej podczas rozliczania podatku za zeszły rok, a ponad jedna czwarta nie wprowadziła żadnych zmian w zaproponowanym rozliczeniu. Z usługi skorzystali przede wszystkim lepiej wykształceni i zamożniejsi Polacy.

Ten rok był pierwszym, w którym to Krajowa Administracja Skarbowa przygotowała dla podatników nową usługę. Podatnicy korzystający z formularzy PIT-37 i PIT-38 dostali w sieci sporządzone zeznanie podatkowe, w którym mogli wprowadzić zmiany lub zaakceptować je bez poprawiania.

Z badań CBOS „PIT-y 2018″ wynika, że 44 proc. podatników zalogowało się do nowej platformy i przesłało w ten sposób swoje zeznanie podatkowe. 26 proc. nie wprowadziło żadnych zmian w zaproponowanym przez KAS wyliczeniu, a 18 proc. zdecydowało się na wprowadzenie jakichś modyfikacji. Niemal dwie piąte podatników, mimo że mogło skorzystać z tej usługi, zdecydowało się na przygotowanie własnego zeznania podatkowego. W raporcie czytamy, że „najczęstszą przyczyną niekorzystania z usługi Twój e-PIT było preferowanie innych sposobów rozliczeń (48 proc.). Inne powody to problemy z logowaniem oraz trudności z wprowadzaniem zmian i  modyfikacji. Co jedenasty ankietowany, który mógł skorzystać z tej usługi, ale nie zrobił tego, jako przyczynę wskazał brak dostępu do sieci.” Zdaniem Bartosza Gadzimskiego z firmy hostingowej Zenbox Polacy coraz chętniej będą przekonywać się do udogodnień e-Administracji. Do ideału jeszcze daleko, ale tzw. papierologia powoli odchodzi do lamusa. Rozwój e-Administracji dzieje się na naszych oczach, ale potrzeba czasu żeby wahadło zdecydowanie przesunęło się w stronę tych mówiących „tak” internetowym technologiom w załatwianiu spraw urzędowych. Przełomem w Polsce była platforma ePUAP i możliwość założenia Profilu Zaufanego. Czynności, które kilka lat temu zajmowały nam niezliczone godziny teraz możemy wykonać w kilka minut. Mam tu na myśli np. złożenie wniosku o nowy dowód osobisty, zawiadomienie o sprzedaży samochodu, dopisanie się do rejestru wyborców czy właśnie złożenie deklaracji podatkowej. Trzymam kciuki za powodzenie administracji w formie internetowej.

Według CBOS 22 proc. podatników korzystało z innych programów komputerowych dostępnych w sieci lub na płytach. Czterech na dziesięciu podatników korzystało z pomocy kogoś z rodziny lub znajomych (41 proc.), a trzech na dziesięciu zasięgało porad u fachowych doradców (29 proc.). Zgodnie z oczekiwaniami e-Pit skusił przede wszystkim młodych podatników, lepiej wykształconych, o wyższych dochodach.

Wysoka dynamika przewozów towarowych

Liczba towarów przewożonych przez polskie firmy transportowe wzrosła o około 18%. Wiąże się to głównie z eksportem na Zachód. W porównaniu do wyników innych państw Unii Europejskiej jest to znacząca zmiana.

Na obecną sytuację złożyło się wiele elementów. Między innymi rozwój transportu w całej Unii, związany z korzystnymi warunkami gospodarczymi. Dodatkowo, polskie firmy po 15 latach od wejścia do UE, czują się już pewnie na rynku europejskim.

– Istnieją jednak czynniki stanowiące zagrożenie dla dalszego dynamicznego rozwoju polskich podmiotów transportowych. To na przykład Brexit, czy niestabilna sytuacja cen paliw w ostatnich miesiącach na rynkach światowych – mówi dr inż. Andrzej Michalak, Prezes Zarządu Fundacji Wizja Rozwoju.

Branża transportowa pokłada duże nadzieje w inwestycji Via Carpatia. Dzięki niej możliwy będzie szybszy i tańszy transport na południe Europy. Cały czas należy mieć jednak na uwadze ryzyko związane z inwestycją.

Intensywnie rozwija się również transport morski i lotniczy. Z tym ostatnim związany jest Centralny Port Komunikacyjny, który pomoże zwiększyć liczbę przewożonych towarów w transporcie intermodalnym. Planowane jest również zwiększenie przeładowności w polskich portach.

Biorąc pod uwagę wszystkie zmiany i prognozy, polskie podmioty gospodarcze pozytywnie patrzą w przyszłość. Dotychczasowe obawy związane z przewożeniem towarów ustępują realnym inwestycjom i większym możliwościom.

Zagadnienia dotyczące transportu będą jednym z tematów rozmów podczas II Forum Wizja Rozwoju. Jest to największe wydarzenie gospodarcze w północnej Polsce. Odbędzie się w gdyńskiej Akademii Marynarki Wojennej w dniach 24-25 czerwca 2019 r. W harmonogramie znalazło się sto debat upamiętniających stulecie odzyskania niepodległości.

Patronat honorowy nad II Forum Wizja Rozwoju objął Premier Mateusz Morawiecki.

Mecenasem wydarzenia został PKN Orlen. Partnerzy strategiczni to Bank Gospodarstwa Krajowego, KGHM Polska Miedź S.A. oraz LOTOS S.A. Partnerami głównymi Forum są ENERGA S.A, Fundacja KGHM Polska Miedź i Totalizator Sportowy Sp. z o.o., a Partnerem+ Bank PKO BP. Pozostali partnerzy to: Agencja Rozwoju Przemysłu S.A., DGT Sp. z o.o., Gas Storage Poland Sp. z o.o., Jastrzębska Spółka Węglowa S.A., Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości, Polski Fundusz Rozwoju, Pomorska Specjalna Strefa Ekonomiczna Sp. z o.o., Zarząd Morskiego Portu Gdańsk S.A. i Zarząd Morskiego Portu Gdynia S.A. Partnerami kolejowymi są PKP S.A. oraz POLREGIO Sp. z o.o.

Wypadki w zakładzie pracy – jak się przygotować?

karetkaCzy można przygotować się na wypadki? Chociaż nikt tego nie planuje i są one zaskoczeniem, wiedza na temat pierwszej pomocy potrafi zminimalizować szkody, niebezpieczeństwo lub uratować życie osób poszkodowanych. Kurs dla pracowników jest niezbędnym elementem, o którym powinien pamiętać pracodawca. Interesanci dowiedzą się jak reagować w określonych przypadkach, jak wykorzystywać dostępne narzędzia i rozmawiać z pokrzywdzonymi, nim zjawią się służby ratownicze.

Postępowanie pracodawcy w związku z wypadkiem przy pracy określa Rozporządzenie Rady Ministrów z dnia 1 lipca 2009 r. w sprawie ustalania okoliczności i przyczyn wypadków w przy pracy. (Dz.U. z 2009 r. Nr 105, poz. 870).

Urazy, czyli jak przygotować się na złamania, stłuczenia i skręcenia

O ile stłuczenia i skręcenia nie są inwazyjne i świadkowie bez specjalnego przygotowania potrafią pomóc, o tyle złamania często bywają problematyczne i mogą wywołać szok. Najważniejszym aspektem jest usztywnienie kończyny do przyjazdu zespołu ratunkowego. Warto do tego celu wykorzystać regułę Potta. Mówi ona o tym, aby unieruchamiać uszkodzoną kość oraz przyległe stawy.

Zawał serca, zatrucie, atak padaczki, napad duszności, hipoglikemia i omdlenia – jak się zachować?

Gdy dochodzi do zatrzymania pracy serca, reakcja musi być błyskawiczna. Natychmiastowa resuscytacja podnosi szanse na przeżycie 3-krotnie, dlatego każdy pracownik (niezależnie od stanowiska) powinien znać dokładną instrukcję masażu serca w teorii i praktyce. Bardzo ważne w tym wypadku jest ułożenie rąk, użycie odpowiedniej siły i wezwanie pomocy.

Atak padaczki lub duszności również są zaskoczeniem dla świadków, którzy często nie wiedzą, co się dzieje. W przypadku drgawek wywołanych epilepsją należy:

  • ułożyć chorego na epilepsję w pozycji bocznej bezpiecznej, która minimalizuje ryzyko zakrztuszenia się,
  • ułatwić mu oddychanie oraz zapobiegać samookaleczeniu,
  • nie podejmować sztucznego oddychania,
  • nie wkładać niczego pod głowę i do ust,
  • nie powstrzymywać drgawek na siłę,
  • podawać niczego do picia,
  • nie przenosić lub szarpać.

Informacje na temat zachowania w każdej podobnej sytuacji można poznać na profesjonalnych szkoleniach, np. w czasie kursu pierwszej pomocy dla firm, który organizowany jest przez Centrumratownictwa.com (sprawdź). Regularne odświeżanie wiedzy powinno być standardem w każdym przedsiębiorstwie – niezależnie od stanowiska, stażu i obowiązków pracowniczych.

Co to jest BLS, łańcuch przeżycia, resuscytacja i AED?

BLS, czyli Basic Life Support. Są to podstawowe zabiegi resuscytacyjne polegające na utrzymaniu drożności dróg oddechowych oraz wsparciu oddychania i krążenia bez użycia sprzętu elektronicznego, np. defibrylatora.

Resuscytacja to bezsprzętowy masaż serca z próbą przywrócenia pracy układu oddechowego. Polega ona na 30 uciskach klatki piersiowej w tempie 100/120 na minutę i dwóch oddechach. Resuscytacja u dorosłych osób wykonywana jest przy pomocy obydwu rąk, u dzieci jedną i u niemowląt dwoma palcami. W przypadku ostatniej grupy poszkodowanych oddechy należy przeprowadzić w formule usta – usta-nos.

Kurs pierwszej pomocy dla firm oferuje także zakres AED. Co to oznacza? Zewnętrzny defibrylator automatyczny, który coraz częściej można spotkać w miejscach publicznych lub średnich i dużych działalnościach, np. na open space, magazyn oraz w hali produkcyjnej. Chociaż prawo nie reguluje kwestii, kto może wykorzystywać takie urządzenia (teoretycznie każdy może podjąć się akcji ratowniczej) zalecamy, by robiły to jedynie osoby po zakończeniu szkolenia.

Kursy menedżerskie – szkolenia dla menedżerów z kontroli i oceny, wyznaczania celów, delegowania zadań i inne

Kurs menedżerskiStanowisko menedżerskie jest jednym z najbardziej odpowiedzialnych w całej firmie. Menedżer zarządza ludźmi i projektami, organizuje pracę działu, pilnuje wyników i terminów, komunikuje się z klientami i odpowiada w dużej mierze za sukces przedsiębiorstwa. . Nic dziwnego, że kursy menedżerskie przyciągają wiele osób, które pracują już na tym stresującym stanowisku i chcą zdobyć nowe umiejętności – po to, by efektywniej wykonywać swoją pracę. Kurs menedżerski to także szansa dla osób, które dopiero marzą o karierze zawodowej na tej pozycji.

Kurs menedżerski: czego można się na nim spodziewać?

Osoby, które zdecydują się na kurs menedżerski, mogą spodziewać się kilku podstawowych elementów szkolenia. Pierwszym z nich jest komunikacja – skuteczny menedżer musi umieć się komunikować z dowolną grupą ludzi i to niezależnie od tego, czy są to jego podwładni, czy np. klienci. Skuteczna komunikacja pozwala osiągać wyznaczone cele, może także poprawić efektywność pracy zespołu. Kolejnym elementem jest przywództwo – menedżer musi umieć nie tylko zarządzać ludźmi, ale także wyznaczać im cele i nie dać się zmanipulować grupie. Trzecim ważnym elementem każdego kursu menedżerskiego są metody pracy z pracownikami, ze szczególnym naciskiem na ich motywowanie. Skuteczny menedżer doskonale wie, że tylko zmotywowany pracownik, który wierzy w siebie i swoje umiejętności, a dodatkowo jest przekonany, że jego praca ma sens i przyniesie wymierne efekty, będzie osiągał dobre wyniki.

Kontrola, ocena i delegowanie zadań

Na kursach menedżerskich trenowane są także takie umiejętności jak kontrola, ocena i delegowanie zadań. Dzięki temu menedżer jest w stanie uniknąć zbyt subiektywnego podejścia do efektów pracy danego pracownika. Delegowanie zadań pozwoli mu natomiast na zachowanie trzeźwego i jasnego umysłu oraz sprawi, że efektywność wykonywanych samodzielnie zadań wzrośnie – zbyt duży natłok obowiązków potrafi skutecznie wyprowadzić z równowagi i sprawić, że cały zespół nie osiągnie wyznaczonych mu wcześniej celów.

Szkolenia i kursy menedżerskie organizuje m.in. Wyższa Szkoła Bankowa, która jest znana z profesjonalnej kadry składającej się z osób pracujących w szeroko pojętym biznesie. Z ofertą uczelni można zapoznać się na stronie https://www.wsb.pl/studia-i-szkolenia/szkolenia-i-kursy.

EBC rozważa złagodzenie polityki pieniężnej. Czy euro będzie się osłabiać?

W tym tygodniu odbyły się ważne posiedzenia banków centralnych. Polscy analitycy przyglądali się przede wszystkim konferencjom NBP oraz EBC. Posiedzenie polskiego banku centralnego nie przyniosło zmian. Co więcej, oczekuje się, że nie nastąpią one co najmniej do połowy przyszłego roku. Za to ciekawe informacje dostarczyło posiedzenie EBC. Na koniec ubiegłego roku wydawało się, że europejski bank centralny będzie chciał zaostrzyć politykę pieniężną. Obecnie sytuacja wygląda całkowicie odwrotnie. EBC nie zadowala się wynikami inflacji ani wzrostem PKB w I kwartale br. Członkowie banku centralnego cały czas są świadomi ryzyk, które mają wpływ na strefę euro.

Oprócz Brexitu i spowolnienia wzrostu gospodarczego w Niemczech, w tym tygodniu wzrosło także napięcie na rynkach finansowych z powodu możliwości wprowadzenia kolejnych środków protekcjonistycznych w handlu ze strony USA. W tym przypadku sytuacja nie dotyczy Chin, ale Meksyku, a Donald Trump pokazuje, że naprawdę poważnie myśli o wojnach handlowych. Jeżeli inflacja w strefie euro będzie w dalszym ciągu niska i EBC odnotuje wzrost ryzyka w strefie euro lub gospodarce światowej, jest realna szansa, że złagodzi swoją politykę pieniężną. To może jednak nie pomóc euro na światowych rynkach walutowych, fundament wspólnej waluty europejskiej może się więc pogorszyć.

Złoty w tym tygodniu się umocnił i jego kurs w piątek rano był na poziomie 4,27 EUR/PLN. Eurodolar w tym czasie wynosił 1,13 EUR/USD.

AKCENTA CZ a.s.

Test przedsiębiorcy. Ministerstwo Finansów sprawdzi, czy jesteś „prawdziwym” przedsiębiorcą

W marcu 2019 r., Ministerstwo Finansów zapowiedziało wprowadzenie do obiegu prawnego testów mających na celu sprawdzenie, kto z prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą jest „prawdziwym” przedsiębiorcą, a kto nie. Fiskus zapowiedział, że nie prześliźnie się nawet mysz. Burza medialna i oburzenie opinii publicznej spowodowały, że miesiąc później resort finansów odżegnywał się od tego pomysłu, tyle że na zasadzie: jestem za, a nawet przeciw.

Kto płaci mniejsze podatki, ten oszust

Szukający wciąż nowych źródeł finansowania Skarbu Państwa fiskus, zauważył, iż przedsiębiorcy prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą często korzystają z 19% liniowej stawki podatku od dochodów osobistych, podczas gdy mogliby płacić 32%. W trakcie zorganizowanych przez Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych warsztatów podatkowych w marcu 2019 r., Wiceminister Finansów Filip Świtała stwierdził, że opodatkowanie osób prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą to problem polskiego systemu fiskalnego. Solą w oku fiskusa są ci samozatrudnieni, którzy wystawiają jedną fakturę w miesiącu jednej firmie, jednemu zleceniodawcy. Zdaniem Wiceministra jest to pozorowanie prowadzenia działalności, mające na celu jedynie płacenie mniejszych podatków i niższych składek ZUS. Zamiast 32%, taki „oszukańczy” przedsiębiorca płaci jedynie 19% podatku.

Test przedsiębiorcy

Remedium na tak nieuczciwie, zdaniem Wiceministra, zarabiających samozatrudnionych mogłoby być podzielenie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych na dwie oddzielne ustawy. Pierwsza regulowałaby opodatkowanie pracowników, czy też emerytów i rencistów, druga – prowadzących działalność gospodarczą, ale jedynie tych „prawdziwych” w oczach fiskusa.

„Pracujemy nad „testem przedsiębiorcy”, który miałby określić, kto jest prawdziwym przedsiębiorcą, a kto nim nie jest. Chcemy to skonstruować tak, żeby nawet mysz się nie prześliznęła” – powiedział cytowany przez Rzeczpospolitą Maciej Żukowski, dyrektor Departamentu Podatków Dochodowych w Ministerstwie Finansów.

Ideą podatku liniowego było utrzymanie wysokiego tempa wzrostu gospodarczego

Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych, organizator warsztatów, było jednym z pierwszych orędowników wprowadzenia jednolitej stawki podatku w Polsce. W 2003 r. zaproponowało zrównanie stawek PIT, CIT i VAT na poziomie 15,5%. Teraz, po 16 latach demokracji i gospodarki wolnorynkowej przyszło mu gościć przedstawicieli teorii odwrotnej.

R.E. Hall i A. Rabushka w 1981 r. po raz pierwszy zaproponowali koncepcję opodatkowania wszystkich dochodów według jednolitej stawki 19%. Ideą takiego rozwiązania był sprawiedliwy rozkład ciężarów podatkowych, poprzez proporcjonalne obciążenie dochodów. Zdaniem jej twórców, wprowadzenie podatku liniowego miało wpłynąć na zmniejszenie szarej strefy oraz kosztów poboru podatku, ale przede wszystkim na zwiększenie dynamiki wzrostu gospodarczego. „Reforma opodatkowania dochodów osobistych w Polsce powinna uwzględniać łączne obciążenia podatkami. Wysoki klin podatkowy, szczególnie w odniesieniu do niskich dochodów, jest czynnikiem obniżającym aktywizację zawodową społeczeństwa oraz powiększającym rozmiary szarej strefy. (…) Utrzymaniu wysokiego tempa wzrostu gospodarczego sprzyjałoby zmniejszenie ogólnego poziomu fiskalizmu w połączeniu z redukcją wydatków budżetowych o charakterze socjalnym” – napisał w podsumowaniu Piotr Russel, autor opracowania, pt. „Podatek liniowy” (INFOS nr 16 (40), z 19.09.2008 r.) sporządzonego na potrzeby Biura Analiz Sejmowych.

Przetestują pod inną nazwą

Zapowiedź o testowaniu przedsiębiorców wywołała taką falę oburzenia, że bardzo szybko od tego pomysłu odcięły się: resorty finansów i przedsiębiorczości. Tylko czy odżegnywanie się jest dosłowne, czy raczej stanowi wyraz ucieczki od kontrowersyjnej nazwy pomysłu?

29 kwietnia 2019 r. w wypowiedzi dla Rzeczpospolitej Minister Przedsiębiorczości i Technologii Jadwiga Emilewicz zadeklarowała, że żadne takie narzędzia, czyli test przedsiębiorcy, nie będą tworzone. Jednak, jak przyznała: „Oczywiście dostrzegamy potrzebę weryfikacji osób samozatrudnionych, które nie spełniają kryteriów bycia przedsiębiorcą. Jednak stosowne działania będą podejmowane z użyciem istniejących dziś narzędzi prawnych” (www.rp.pl).

Również Minister Finansów Teresa Czerwińska stanowczo zaprzeczyła, jakoby wspomniany test miał rzucać kłody pod nogi przedsiębiorców. Ministerstwo chce jedynie bronić praw pracowników zmuszonych do wykonywania pracy w warunkach samozatrudnienia. W wywiadzie udzielonym dla tego samego dziennika, 6 maja 2019 r., ówczesna Minister (od 4 czerwca 2019 r. na fotelu Ministra Finansów zasiada już nowy szef resortu) poinformowała: „Przyjrzymy się zarówno przepisom, jak i dotychczasowym praktykom administracyjnym, by sprawdzić, czy wobec dzisiejszego nadużywania samozatrudnienia są podejmowane wystarczająco skuteczne kroki. Rozważamy też działania legislacyjne”.

Zatem jak bardzo stanowcze odcinanie się fiskusa od „testu przedsiębiorcy” by nie było, nie oznacza to, że nie będzie ono miało miejsca. Tak bardzo na celownik prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą jeszcze żaden rząd nie brał.

Polacy to naprawdę przedsiębiorczy naród, tylko nie wolno im w tym przeszkadzać

Polacy to przedsiębiorczy naród – potwierdzały to nieraz badania Komisji Europejskiej, jak choćby te z 2014 r., które w zestawieniu liczby funkcjonujących firm uplasowały Polskę na piątym miejscu w Europie. Według informacji portalu crowdmedia.pl z 16 lutego 2019 r. wprowadzony w ubiegłym roku w życie tzw. zakaz handlu w niedziele, który miał pomóc właścicielom małych sklepów, okazał się dla nich zabójstwem. „Małe sklepy stały się bowiem największą ofiarą nowego prawa. Ich obroty paradoksalnie, zamiast w wyniku zamknięcia konkurencji rosnąć, zaczęły spadać. Polacy przyzwyczaili się do zakazu handlu, przez co klienci zniknęli w niedzielę nawet z otwartych małych sklepów. Zmniejszenie obrotów potrafi sięgać w tym dniu 70-80%”.

Uznanie samozatrudnionych, wystawiających jedną fakturę sprzedażową w miesiącu za oszustów sprawi, że ogrodnik szczęśliwy z zawarcia długoletniego kontraktu na pielęgnację wielu terenów zielonych należących do jednej dużej firmy, jako zdaniem fiskusa nie-przedsiębiorca kontrakt ten straci. Firma podpisze umowę z inną dużą firmą, która deleguje do wykonywanych dotąd przez jednoosobowego przedsiębiorcę prac jednego ze swoich pracowników, chociażby zatrudnionych na umowie śmieciowej. No, ale taka inna duża firma wystawia w miesiącu zapewne więcej niż jedną fakturę.

(Nie)Konstytucja Biznesu

Najważniejszy akt prawny w Polsce stanowi: „Społeczna gospodarka rynkowa oparta na wolności działalności gospodarczej (…) stanowi podstawę ustroju gospodarczego Rzeczypospolitej Polskiej” (Konstytucja RP art. 20, Dz.U. 1997 nr 78, poz. 483). Z kolei powołana do życia w kwietniu 2018 r. Konstytucja Biznesu, na którą składał się pakiet pięciu ustaw, reklamowana była przez Ministerstwo Finansów i Premiera jako utworzona dla przedsiębiorców, mająca im służyć i ułatwić prowadzenie działalności. Wśród fundamentalnych zasad, które miały obowiązywać od czasu jej wejścia w życie w stosunkach na linii przedsiębiorca-państwo, znalazły się takie jak: domniemanie uczciwości przedsiębiorcy, przyjazna interpretacja przepisów, a także co nie jest prawem zabronione, jest dozwolone.

Proponowane zmiany, których celem jest „testowanie” przedsiębiorców, podają w wątpliwość przestrzeganie reguły domniemania ich uczciwości. Przyjaznej interpretacji przepisów również nie stanowią, przynajmniej nie dla przedsiębiorców. Za to zachowana zostaje trzecia ze wskazanych, gwarantowanych przez Konstytucję Biznesu zasad – przedsiębiorcy mogą robić wszystko to, czego nie zabroni im fiskus.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Rosną oczekiwania na obniżki stóp procentowych

Euro ma problemy z wypracowaniem pędu wzrostowego, mimo że decyzja Europejskiego Banku Centralnego nie spełniła gołębich oczekiwań rynku. Niewykluczone, że jest to powiązane z nerwowym wyczekiwaniem na kluczowe dane z USA – raport NFP. Jakikolwiek sygnał, że rynek pracy ma się gorzej, będzie podsycał oczekiwania na obniżkę stóp procentowych Fed.

Euro krótko błyszczało na tle innych walut G10 w reakcji na przekaz EBC, który nie spełnił gołębich oczekiwań rynku. Jedyna istotną zmianą w stanowisku banku było przedłużenie deklaracji o niezmienieniu poziomu stóp procentowych z końca 2019 r. do połowy 2020 r. Ale poza tym prezes Draghi i spółka nie udzielili żadnych wskazówek, że bank szykuje się do pogłębienia ekspansji monetarnej, czy to o cięcia stóp procentowych, czy reaktywację programu skupu aktywów. Wprawdzie EBC jest gotowy do działania i niektórzy członkowie rozpoczęli dyskusję o potrzebie dalszego luzowania, to sama Rada Prezesów nie podjęła tematu warunków, jakie muszą zostać spełnione, by EBC podjął działanie. W tym kontekście Draghi jasno stwierdził, że obecne warunki nie są nawet porównywane do tych, które wymusiły start QE. Jakkolwiek warunki mogą ulec pogorszeniu w przyszłości (i w obliczu eskalacji wojen handlowych niektórzy uczestnicy rynku tak to będą widzieć), tak na ten moment EBC nie dostarczył łatwych argumentów, by sprzedawać EUR. To daje unijnej walucie pole do oddechu i mocniejszego skorzystania na generalnej antypatii do dolara przy kipiących spekulacjach o cięcia stóp procentowych Fed.

Jednak przynajmniej na kilka godzin te spekulacje zostały zamrożone, gdyż inwestorzy czekają na bardzo ważny element układanki: raport NFP. Z uwagi na to, że rynki dyskontują ponad dwie obniżki po 25 pb do końca roku, każdy element raportu (zatrudnienie, płace, stopa bezrobocia) będzie miął znaczenie. Jak zawsze pierwsza reakcja będzie związana z liczba nowych miejsc pracy (prog. 175 tys., poprz. 263 tys.), gdzie jednak oczekiwania są zachwiane po słabym ADP w środę (wzrost zatrudnienia tylko o 27 tys.). Na plus jednak przemawia wyższy subindeks zatrudnienia w ISM dla usług, który jest mocniej skorelowany z NFP. Słaby wynik wzbudzi wątpliwości, że aktywność gospodarcza słabnie, a niższa dynamika płac (prog. 3,2 proc. r/r) wzmocni przekonanie, że inflacja pozostanie słaba; wreszcie wzrost stopy bezrobocia (prog. 3,6 proc.) ukaże wciąż napływającą nową siłę roboczą, która będzie trudno zaspokoić, kiedy gospodarka zacznie zwalniać. Fed ma wysoką wrażliwość na sytuację na rynku pracy i może bardzo szybko reagować na sygnały pogorszenia. Szybciej nawet niż w przypadku innych danych. Trudno sobie wyobrazić, aby jeden zły raport od razu przemawiał za „asekuracyjną” obniżką w czerwcu, ale lipiec stanie się poważnie rozważanym terminem. Przy wrześniu i grudniu traktowanym przez rynki jako możliwe terminy dwóch obniżek, przesunięcie uwagi na lipiec będzie ciosem w dolara.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

EBOiR zainwestował 70 mln zł w obligacje Banku Pekao

Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju (EBOiR) zainwestował 70 mln zł w obligacje Banku Pekao S.A. w ramach przeprowadzonej przez Pekao emisji obligacji podporządkowanych o łącznej wartości 350 mln zł. Bank Pekao zobowiązał się przeznaczyć równowartość 150 proc. wartości inwestycji EBOiR na finansowanie projektów poprawiających efektywność energetyczną.

To druga w ostatnim czasie tego rodzaju inwestycja EBOiR w papiery Tier II Pekao, oparta o umowę ramową pomiędzy obydwiema instytucjami. W październiku 2018 r. EBOiR wyłożył na obligacje Pekao 138,5 mln zł.

– Inwestycję EBOiR odbieramy jako wyraz zaufania dla naszego banku jako stabilnej instytucji, której zależy na finansowaniu przedsięwzięć wdrażających najnowsze rozwiązania technologiczne, w tym służące poprawie efektywności energetycznej. Liczymy na współpracę z EBOiR przy kolejnych projektach w przyszłości – powiedział Wiceprezes Banku Pekao Tomasz Styczyński.

Równowartość 150 proc. inwestycji EBOiR ma trafić na projekty skutkujące znaczną oszczędnością energii oraz na certyfikowane projekty komercyjne i mieszkaniowe zgodne z polityką Green Economy Transition tej międzynarodowej instytucji.

– Z przyjemnością wzięliśmy udział w tej emisji obligacji podporządkowanych, które wiążą się ze zobowiązaniem do finansowania projektów wspierających efektywność energetyczną. Idealnie łączy to dwa priorytetowe obszary działalności EBOiR: wparcie dla rozwoju rynku kapitałowego oraz zielonej gospodarki. Nasza współpraca z silnymi partnerami, takimi jak Bank Pekao, stanowi znaczący krok w kierunku realizacji tych celów – powiedział Grzegorz Zieliński, Dyrektor Regionalny EBOiR na Europę Centralną.

W maju Bank Pekao zdecydował o emisji obligacji podporządkowanych o łącznej wartości nominalnej 350 mln zł. Oprocentowanie obligacji jest zmienne, oparte o wskaźnik referencyjny WIBOR6M, powiększony o marżę w wysokości 1,70 punktu proc. Są to obligacje z 12-letnim terminem zapadalności, z zastrzeżoną opcją dającą Bankowi Pekao prawo do wcześniejszego wykupu w ciągu 7 lat od emisji.

BIK Indeks – Kredyty Mieszkaniowe w maju 2019 r.

Wartość BIK Indeksu – Popytu na Kredyty Mieszkaniowe (BIK Indeks – PKM), informuje o rocznej dynamice wartości wnioskowanych kredytów mieszkaniowych. Najnowszy majowy odczyt wyniósł (- 9,0%), co oznacza, że w maju 2019 r., w przeliczeniu na dzień roboczy, banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę niższą o 9,0% w porównaniu z majem 2018 r. Majowy odczyt jest niższy od kwietniowego o 25,2 p.p.

W maju 2019 r. wartość popytu na kredyty mieszkaniowe była niższa od kwietniowego aż o 25,2 p.p., co wynika z ujemnej wartości Indeksu w tym miesiącu. Choć poprzednie cztery tegoroczne Indeksy były dodatnie, to już w odczycie kwietniowym, w porównaniu do marcowego, odnotowaliśmy spadek jego wartości.

Łącznie w maju 2019 r. o kredyt mieszkaniowy zawnioskowało 30,76 tys. osób w porównaniu do 37,18 tys. rok wcześniej – jest to spadek o 17,3%. Natomiast średnia kwota wnioskowanego kredytu mieszkaniowego w maju 2019 r. wyniosła 273,36 tys. zł, tj. o 10,0% więcej niż rok wcześniej.

prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej
prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej

– Majowa ujemna wartość indeksu wynika jedynie z dużego spadku liczby osób wnioskujących o kredyt. Średnia wartości wnioskowanego kredytu w okresie roku wzrosła o 10% – mówi prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej.

– Po pięciu miesiącach widać już, co przewidywaliśmy pod koniec zeszłego roku, że rok 2019 na rynku kredytów mieszkaniowych będzie bardzo interesujący. Utrzymuje się zainteresowanie finansowaniem nabycia nieruchomości kredytem bankowym, ale tylko wysokokwotowym. Może niepokoić spadek liczby wnioskujących o kredyty mieszkaniowe, w maju było ich najmniej w całym 2019 r. W porównaniu do kwietnia liczba wnioskodawców spadła o prawie 1/3 (28%) – puentuje prof. Rogowski.

– Niski majowy odczyt Indeksu za maj br. znajdzie odzwierciedlenie w wartości sprzedaży kredytów w czerwcu i lipcu 2019 r., bowiem kredyt mieszkaniowy uruchamiany jest ok. 1 do 2 msc. od złożenia wniosku kredytowego, zapytania do BIK – dodaje Główny Analityk BIK.

Inflacja w Polsce dobije do 2%. To wynik boomu konsumpcyjnego

Inflacja, czyli spadek siły nabywczej waluty, w 2019 roku nie przekroczy założeń Banku Centralnego – który liczy na jej utrzymanie w okolicy 2%. To wyższy wynik niż w zeszłym roku, kiedy to inflacja wynosiła 1,7%. Według badań ekspertów zmieniają się jednak dominujące przyczyny, których wynikiem jest wzrost inflacji. W poprzednich latach były to w większości czynniki przejściowe – takie jak koszt paliw lub energii oraz wahania cen. Na poziom inflacji w 2019 roku największy wpływ będzie miał wzrost tak zwanej inflacji bazowej, która określa wahania w wartości waluty – w wyniku długoterminowych, stałych czynników gospodarczych.

– Inflacja bazowa, która odzwierciedla proces boomu konsumpcyjnego, będzie dużo wyższa. Może dojść nawet do 2,5% przed końcem tego roku. Przypomnę, że na początku tego roku utrzymywała się na poziomie dużo niższym niż 1% – powiedział serwisowi eNewsroom Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Polskiego. – W efekcie spodziewamy się około 2% średniej inflacji w tym roku. Będą momenty, w których indeks CPI zbliży się lub przekroczy poziom 2,5%. Ale wciąż jest to inflacja zbliżona do celu banku centralnego – co oznacza, że trudno mówić o wielkiej drożyźnie lub czymś, co prasa lubi nazywać hiperinflacją – uspokaja Benecki.

Małopolskie drugim województwem pod względem liczby cudzoziemców

Liczba cudzoziemców posiadających ważne zezwolenia na pobyt (m.in. czasowy lub stały) wydane w województwie małopolskim osiągnęła 40 tys. osób. Zdecydowanie najliczniejszą grupę stanowią obywatele Ukrainy. Dominują migracje czasowe związane z chęcią podjęcia pracy.

Do głównych grup cudzoziemców posiadających ważne zezwolenia na pobyt zarejestrowane w województwie małopolskim należą obywatele:

  • Ukrainy: 20,8 tys. osób,
  • Rosji: 1,5 tys. os.,
  • Włoch: 1,4 tys. os.,
  • Białorusi: 1,3 tys. os.,
  • Indii: 0,9 tys. os.

Największy wzrost w ostatnich latach dotyczy obywateli Ukrainy.

Prawie 64 proc. cudzoziemców w województwie małopolskim posiadających zezwolenia na pobyt to osoby w przedziale wiekowym 20 – 39 lat, a ok. 20 proc. w przedziale 40 – 59 lat. Przeważają mężczyźni – 24 tys. osób (60 proc.), w porównaniu do 16 tys. kobiet. Wśród najpopularniejszych typów dokumentów posiadanych przez obcokrajowców dominują zezwolenia na pobyt czasowy (maksymalnie do 3 lat) – 58 proc., zarejestrowany pobyt obywatela UE – 23 proc. oraz zezwolenia na pobyt stały – 15 proc.

Cudzoziemcy chcący osiedlić się i zalegalizować swój pobyt w Polsce składają w urzędach wojewódzkich wnioski o zezwolenia na pobyt. Osoby spełniające warunki wydania zezwolenia otrzymują dokumenty potwierdzające ich prawo pobytu w kraju. Najczęściej jest to karta pobytu lub dokumenty wydawane obywatelom państw Unii Europejskiej.

W całej Polsce ważne zezwolenia na pobyt posiada obecnie ok. 396 tys. cudzoziemców. Najwięcej z nich przebywa w województwie mazowieckim, gdzie swój pobyt zarejestrowało ok. 116 tys. osób. Kolejnymi najpopularniejszymi regionami wśród obcokrajowców są województwa: małopolskie (40 tys. osób), dolnośląskie (32 tys.) oraz wielkopolskie (31 tys.).

Powyższe dane nie uwzględniają osób przebywających w Polsce tymczasowo np. na podstawie wiz.

Postanowienia umów franczyzy a ogólne przepisy dotyczące zobowiązań umownych

Do bardzo interesującego wyroku doszło w Szczecinie, gdzie sąd rozstrzygał spór w sprawie zawartej pomiędzy stronami umowy franczyzowej.  Wyrok zwraca uwagę jak bardzo istotne jest prawidłowe kształtowanie umów i negocjacji jeszcze przed jej finalnym podpisaniem.

Krzysztof Borżoł, adwokat, Senior Associate w Kancelarii Taylor Wessing w Warszawie
Krzysztof Borżoł, adwokat, Senior Associate w Kancelarii Taylor Wessing w Warszawie

Spółka prowadząca znaną sieć kawiarni o międzynarodowym zasięgu zawarła z lokalnym przedsiębiorcą umowę franczyzy dotyczącą otwarcia i prowadzenia kawiarni z wykorzystaniem przygotowanego przez sieć systemu operacyjnego. Pozwem z dnia 25 września 2017 r. franczyzobiorca (powód) wniósł o zasądzenie od franczyzodawcy (właściciela sieci) 76 494,63 zł, tytułem zwrotu zaliczki zapłaconej za wykonanie umowy franczyzy.

W uzasadnieniu powód wskazał, powołując się na umowę franczyzy, że kawiarnia nie została otwarta w terminie 6 miesięcy od podpisania umowy, wobec czego uległa automatycznemu rozwiązaniu, i tym samym żąda zwrotu zaliczki wpłaconej na rzecz franczyzodawcy.

Powód wskazał też, że w jego ocenie, oprócz umowy franczyzy, strony zawarły również umowę o dzieło w zakresie aranżacji lokalu, której przedmiotem było wykonanie oraz dostawa mebli do kawiarni, na poczet której tytułem zaliczki powód wpłacił kwotę 76 494,63 zł.

W konsekwencji, pomimo wygaśnięcia umowy franczyzy, powód dążył do jak najszybszego zrealizowania umowy o dzieło, ponieważ meble były niezbędne do otwarcia kawiarni.

Sąd Rejonowy w Szczecinie w wyroku z dnia 19 lutego 2019 r., sygn. akt VIII GC 352/18 wskazał w uzasadnieniu, że w postanowieniach umowy franczyzy faktycznie stwierdza się, że w związku z brakiem zawarcia pisemnego aneksu dotyczącego przedłużenia umowy, skutkiem jest rygor nieważności czynności dokonanej w innej formie.

W dalszej części wyroku wskazano jednak, że nawet gdyby umowa uległa rozwiązaniu, to zachowanie stron po tym terminie należałoby ocenić jako wolę zawarcia nowej umowy – o treści odpowiadającej wcześniejszej umowie franczyzy. Sąd miał przy tym na uwadze, że zawarcie umowy franczyzy nie wymaga zachowania formy pisemnej, a zatem mogła być ona zawarta w dowolny sposób, w tym także w sposób dorozumiany, zgodnie z art. 60 polskiego Kodeksu Cywilnego.

W rezultacie wszystkie spotkania stron, jakie miały miejsce po upływie 6-miesięcznego terminu umowy, tj. rozmowy, wymiana korespondencji, szkolenia pracowników, zamawianie mebli czy innego wyposażenia, należy uznać za czynności, które niewątpliwie zmierzały do osiągnięcia celu zakładanego w pierwotnej umowie.

Dodatkowo sąd uznał za sztuczne wyodrębnienie w ramach umowy franczyzy umowy o dzieło i uznał kwestie dotyczące rozliczeń wyposażenia kawiarni za objęte umową franczyzy. W konsekwencji powództwo zostało oddalone.

Powyższa sprawa obrazuje szerszy problem dotyczący umów franczyzy zawieranych w Polsce. Z uwagi na brak przepisów regulujących tę umowę, w przypadku sporu sąd zastosuje ogólne zasady dotyczące umów zawarte w Kodeksie cywilnym – dotyczące wszystkich umów. W omawianym przypadku są to przepisy dotyczące dorozumianego zawarcia umowy przez strony.

Przytoczony wyrok nie jest prawomocny, jednakże strony umowy franczyzy – przy jej zawieraniu i wykonywaniu – powinny każdorazowo uwzględniać ogólne przepisy prawa zobowiązań, w tym w szczególności dotyczące umów wzajemnych. Ma to istotne znaczenie również w momencie zawierania umów dystrybucyjnych, gdzie finalne ustalenia negocjacyjne zawsze powinny być szczegółowo spisane, tak aby w przypadku sporu, żadna ze stron nie miała wątpliwości, do czego się zobowiązała. Dlatego istotne jest aby korzystać z profesjonalnych pełnomocników nie tylko w momencie powstania sporu, ale już na etapie negocjacji zasad współpracy.

Coraz więcej wypadków drogowych polskich kierowców za granicą

Znamy już ubiegłoroczne informacje dotyczące liczby wypadków drogowych i stłuczek spowodowanych przez Polaków za granicą. Te dane PBUK nie są optymistyczne.

„Wypadkowe” wyniki z 2018 r. wydają się niepokojące

Polskie Biuro Ubezpieczycieli Komunikacyjnych (PBUK) ze względu na specyfikę swojej działalności posiada najpełniejsze dane na temat szkód komunikacyjnych spowodowanych za granicą przez naszych rodaków. W swoim najnowszym komunikacie o zagranicznych szkodach polskich kierowców, eksperci PBUK zwracają uwagę na niekorzystne trendy. Stanowią one spore rozczarowanie, gdyż po szybkim wzroście liczby szkód spowodowanych przez Polaków na zagranicznych drogach w 2016 r. (wzrost z ok. 51 900 do ok. 62 300), kolejny rok przyniósł mniejszą zmianę tego niechlubnego wyniku (do ok. 65 200). „Niestety po podsumowaniu danych z 2018 roku okazało się, że polscy kierowcy spowodowali aż o 10 000 więcej zagranicznych wypadków i stłuczek niż rok wcześniej” – informuje Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Mało optymistycznym akcentem wydaje się również szybki wzrost liczby szkód spowodowanych za granicą przez polskich kierowców nie posiadających aktywnej polisy OC. Liczba takich wypadków oraz stłuczek przez ostatnie lata przedstawiała się następująco:

  • 2014 r. – 365 szkód
  • 2015 r. – 285 szkód
  • 2016 r. – 369 szkód
  • 2017 r. – 415 szkód
  • 2018 r. – 493 szkody

Ubiegłoroczne dane niestety sygnalizują kontynuację wzrostowego trendu, który jest widoczny od 2016 roku. „W tym kontekście warto przypomnieć, że szkody spowodowane przez nieubezpieczonych Polaków za granicą, w pierwszej kolejności pokrywa PBUK. Następnie Polskie Biuro Ubezpieczycieli Komunikacyjnych domaga się od lekkomyślnych kierowców zwrotu poniesionych kosztów” – podkreśla Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Wzrost liczby wypadków i stłuczek spowodowanych przez polskich kierowców za granicą (2011 r. – 2018 r.)

Rok

Liczba zdarzeń drogowych spowodowanych przez polskich kierowców na zagranicznych drogach
2011 r. ok. 40 800
2012 r. ok. 41 400
2013 r. ok. 44 100
2014 r. ok. 46 700
2015 r. ok. 51 900
2016 r. ok. 62 300
2017 r. ok. 65 200
2018 r. ok. 75 200

Źródło: opracowanie Ubea.pl na podstawie danych PBUK

Problemy z polskimi kierowcami mają głównie Niemcy

Polskie Biuro Ubezpieczycieli Komunikacyjnych co roku podaje również informacje o tym, w których krajach rodzimi kierowcy spowodowali najwięcej szkód drogowych (wynikających z wypadków lub stłuczek). Dane na ten temat dotyczące 2018 roku, raczej nie stanowią zaskoczenia. Podobnie jak w poprzednich latach, najwięcej wypadków i stłuczek spowodowanych przez polskich kierowców miało miejsce na terenie Niemiec (51,7%). Na dalszych miejscach uplasowały się trzy inne kraje: Francja (6,9%), Włochy (6,8%) oraz Wielka Brytania (6,3%). W nawiązaniu do tematu Wielkiej Brytanii warto pamiętać, że wielu pracujących tam Polaków posiada auta zarejestrowane „na miejscu” i wraca do kraju drogą lotniczą. „Sytuacja dotycząca Niemiec wygląda nieco inaczej. Wielu naszych rodaków pracujących w tym kraju, często wraca do ojczyzny samochodem (zarejestrowanym w Polsce), co ma negatywny wpływ na statystyki wypadkowości” – mówi Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Rekordowa liczba płatności bezgotówkowych w Polsce. W obrocie jest 41 mln kart, ponad 9 mln należy do PKO Banku Polskiego

Rekordowa liczba płatności bezgotówkowych w Polsce. W obrocie jest 41 mln kart, ponad 9 mln należy do PKO Banku Polskiego 6

Płatności bezgotówkowe cieszą się na polskim rynku coraz większą popularnością. W obrocie jest już ponad 41 mln kart, akceptowalnych niemal 800 tysiącach terminali, a za pomocą BLIK tylko w I kwartale tego roku dokonano blisko 40 mln transakcji – z czego 75 proc. w internecie. Jak ocenia Edyta Tararuj z PKO Banku Polskiego – rosnąca popularność to zasługa większej wygody płatności bezgotówkowych i realnych oszczędności, np. na prowizjach od transakcji zagranicznych. PKO Bank Polski – który wydał ponad 9 mln będących aktualnie w obrocie kart płatniczych – wprowadził do oferty rozszerzony, wakacyjny pakiet walutowy, który umożliwi klientom tanie i wygodne bankowanie również za granicą.

– Płatności bezgotówkowe są już integralną częścią naszego codziennego funkcjonowania. Złożyło się na to kilka elementów. Po pierwsze, płatności bezgotówkowe są proste i wygodne, drugi element to szeroka sieć akceptacji oraz powszechność narzędzi płatniczych. Dzisiaj w portfelach Polaków mamy ponad 41 mln kart – są to w większości karty płatnicze (debetowe, czyli te wydawane do konta), jak i kredytowe oraz przedpłacone. Co ważne, ponad 9 mln to karty z logo PKO Banku Polskiego – w tym blisko 950 tys. to karty kredytowe. Poza popularnymi kartami plastikowymi, klienci mają do wyboru również inne narzędzia płatnicze takie jak telefon, zegarek czy system płatniczy Blik – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Edyta Tararuj z Biura Rozwoju Produktów w Departamencie Produktów Klienta Indywidualnego PKO Banku Polskiego.

Jak podkreśla, płatności bezgotówkowe w Polsce zyskują coraz większą popularność, do czego przyczynia się powszechność kart płatniczych i punktów, w których można nimi płacić. . Z 41 mln znajdujących się aktualnie w obrocie kart zdecydowana większość – blisko 80 proc. – to właśnie karty płatnicze, z kolei karty kredytowe stanowią ok. 14 proc. Według danych Narodowego Banku Polskiego na koniec 2018 roku w Polsce było już około 800 tys. terminali płatniczych – i tylko 84 z nich nie akceptowały płatności zbliżeniowych.

Kolejnym powodem, który przyczynia się do popularności obrotu bezgotówkowego, jest również to, że Polacy coraz chętniej płacą m.in. telefonem, zegarkiem czy Blikiem – tym ostatnim przede wszystkim w e-commerce i przy wypłacaniu pieniędzy z bankomatu. Tylko w pierwszym kwartale tego roku użytkownicy Blika wykonali blisko 40 mln transakcji – niemal trzy razy tyle, ile w analogicznym okresie rok wcześniej, a 3 na 4 transakcje Blikiem zostały zrealizowane w internecie. Popularność Blika nie dziwi, bo wynika ona z popularyzacji aplikacji mobilnych banków. Sama aplikacja IKO PKO Banku Polskiego to dziś 3,5 miliona aktywnych aplikacji i dziesiątki funkcji dostępnych z poziomu smartfona. Wykonanie pierwszych 100 mln transakcji w IKO zajęło klientom PKO Banku polskiego ponad 5 lat, kolejne 100 mln  zrobili w niespełna rok.

– To pokazuje jak szybko wzrastają transakcje bezgotówkowe i jak duże jest zainteresowanie klientów – podkreśla Edyta Tararuj z PKO Banku Polskiego – Popyt stale rośnie, co potwierdzają również  statystyki Narodowego Banku Polskiego. Tylko w IV kw. 2018 roku Polacy dokonali blisko 1,5 mld transakcji kartami w sklepach i różnych punktach usługowo-handlowych. Te liczby stale rosną.

Na 41 mln kart płatniczych znajdujących się obecnie w krajowym obrocie – ponad 9 mln to karty wydane przez PKO Bank Polski, z czego blisko 950 tys. z nich to karty kredytowe. Klienci banku wykonują średnio 49 płatności kartą na sekundę, a w ciągu ostatniego roku liczba transakcji bezgotówkowych wykonanych kartami z logo PKO wzrosła aż o 27 proc. (dane z kwietnia br.).

– Transakcje bezgotówkowe to oszczędność czasu, ale również realna oszczędność pieniędzy – szczególnie przy wyjazdach zagranicznych. Dzisiaj wyjeżdżając za granicę klient może skorzystać z karty wielowalutowej, gdzie w PKO Banku Polskim ma do wyboru 10 walut – od najbardziej popularnego euro po kunę chorwacką.  Prze wyjazdem może zakupić dodatkowe środki i wiedzieć, że w trakcie urlopu ma nad nimi pełną kontrolę – mówi Edyta Tararuj.

Jak podkreśla, klienci banku podróżują coraz więcej i chcą korzystać z nowoczesnych, tanich narzędzi bankowania nie tylko w kraju, ale i za granicą. Dlatego PKO Bank Polski – dostosowując się do tych oczekiwań – wprowadził do oferty wakacyjny pakiet walutowy, na który składają się konta walutowe z kartą wielowalutową i kantor online, jak również karta kredytowa PKO Mastercard Platinum.

Karta wielowalutowa wydawana do konta w PKO Banku Polskim daje klientowi możliwość realizacji transakcji bez kosztów przewalutowania, bezpośrednio w 10 walutach – w tym trzech nowych: czeskiej koronie, chorwackiej kunie i węgierskim forincie (obok dotychczas obsługiwanych: EUR, GBP, USD, CHF, DKK, NOK i SEK). Z kolei od 15 czerwca wprowadzone zostaną zmiany w karcie kredytowej PKO Mastercard Platinum – walutą rozliczeniową będą polskie złote i klienci nie będą ponosić kosztów związanych z przewalutowaniem transakcji w walutach obcych. Bank zlikwidował również prowizje za wypłaty gotówki za granicą.

– Uzupełnieniem karty wielowalutowej jest karta kredytowa MasterCard Platinium, która od 15 czerwca nie będzie posiadała opłaty za przewalutowanie. Tak więc nasi klienci będą mogli w pełni korzystać z wakacji, zamiast martwić się o swoje koszty i wydatki – mówi Edyta Tararuj z Biura Rozwoju Produktów w Departamencie Produktów Klienta Indywidualnego PKO Banku Polskiego.

Polacy wolą leki produkowane w kraju. Prawie 50 proc. jest skłonnych zapłacić za nie więcej niż za odpowiedniki z Azji

Polacy wolą leki produkowane w kraju. Prawie 50 proc. jest skłonnych zapłacić za nie więcej niż za odpowiedniki z Azji 7

Blisko połowa Polaków woli zapłacić więcej za lek krajowej produkcji, niż wybrać tańszy odpowiednik zagranicznego producenta. 2/3 obawia się, że marginalizacja krajowego przemysłu farmaceutycznego może doprowadzić do wzrostu cen leków. Coraz więcej pacjentów obawia się też braku leków w aptekach, a 74 proc. doświadczyło już takiej sytuacji – wynika z badania przeprowadzonego przez Polski Związek Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego. 

– Bezpieczeństwo lekowe może być zagwarantowane wyłącznie poprzez produkcję leków w naszym kraju. Dla krajowych firm polski rynek zawsze będzie priorytetowy i właśnie tutaj będą dostarczać leki w pierwszej kolejności. 80 proc. Polaków uważa, że rozwój krajowych firm farmaceutycznych jest w stanie zwiększyć bezpieczeństwo lekowe oraz wpłynąć na rozwój polskiej gospodarki. Od dłuższego czasu prosimy o instrumenty i system wsparcia krajowych producentów leków. Mamy nadzieję, że wkrótce się ich doczekamy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Dubno, wiceprezes zarządu Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego.

Z badań przeprowadzonych przez PZPPF wynika, że bezpieczeństwo lekowe jest dla Polaków istotną kwestią. Coraz więcej pacjentów obawia się braku leków w aptekach, a 74 proc. doświadczyło już takiej sytuacji.

– Mamy nadzieję, że środki przeznaczone na refundację będą wydawane w taki sposób, żeby wracały w postaci podatków, miejsc pracy, różnego rodzaju opłat, a tym samym wpływały na rozwój gospodarki i zapewnienie nam bezpieczeństwa lekowego – zaznacza Katarzyna Dubno.

Jak podkreśla, krajowy przemysł farmaceutyczny nie domaga się ani likwidacji obowiązującego w Polsce systemu refundacyjnego, ani dodatkowych funduszy z budżetu państwa. Głównym postulatem jest to, aby środki już obecne w systemie refundacyjnym były wydawane bardziej efektywnie.

– Polacy dobrze sobie zdają sprawę z tego, że produkcja leków w kraju to wzrost gospodarczy, nowe miejsca pracy, rozwój farmacji i medycyny oraz postęp nauki. Dlatego rząd nie może sobie pozwolić na to, żeby nie wdrożyć narzędzi, które wspierałyby krajową produkcję i stymulowały do inwestycji Polsce – mówi Krzysztof Kopeć, prezes zarządu Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego.

Przemysł farmaceutyczny ma strategiczne znaczenie dla polskiej gospodarki. Według danych PZPPF zapewnia on (bezpośrednio i pośrednio) ponad 100 tys. miejsc pracy i przyczynia się do wytworzenia PKB o wartości ponad 15 mld zł (ok. 1,3 proc.). Branża farmaceutyczna generuje też 2,4 mld zł bezpośrednich wpływów do budżetu państwa i ma istotny, sięgający blisko 2 proc., udział w polskim eksporcie. Sektor – jak wynika z badania PZPPF – cieszy się dużym zaufaniem Polaków.

– Według naszego badania ankietowego Polacy uważają leki produkowane w kraju za wysokiej jakości i przedkładają je nad produkty zagraniczne. Co więcej, prawie połowa, jeśli ma do wyboru tani lek z Azji, woli zamiast niego lek droższy, ale wyprodukowany w Polsce. To pokazuje zaufanie Polaków i ekonomiczno-gospodarczy patriotyzm – mówi Krzysztof Kopeć.

– Pacjenci kierują się w wyborze przede wszystkim poczuciem bezpieczeństwa, lek ma być skuteczny i bezpieczny, to jest baza – dodaje Barbara Misiewicz-Jagielak, wiceprezes PZPPF – Polskie społeczeństwo bardzo się zmienia, już nie oglądamy się na zagranicę, że tam jest wszystko lepsze, a trawa bardziej zielona. Jako konsumenci stajemy się coraz mądrzejsi, bardziej odpowiedzialni. Podobnie jak Niemcy czy Francuzi, którzy kochają rodzime towary, Polacy też zauważyli, że im częściej będą wybierać polskie produkty, tym bardziej nasza gospodarka będzie kwitła. Ten patriotyzm gospodarczy się wzmacnia.

Produkcja leków w Polsce wzmacnia krajową gospodarkę i pozwala uniezależniać się od dostaw z zagranicy. Stąd marginalizacja tego sektora oznaczałaby coraz silniejszą pozycję zagranicznych producentów i w efekcie wzrost cen leków. Tego zdania są również sami pacjenci (2/3 ankietowanych przez PZPPF). Dlatego – zdaniem prezesa Związku – rząd powinien inwestować i wspierać polski przemysł farmaceutyczny, który należy do najbardziej innowacyjnych sektorów gospodarki. 7 proc. krajowych wydatków na badania i rozwój generuje właśnie krajowy sektor farmaceutyczny.

– Polacy uważają, że gdyby nasz rynek był zdominowany przez produkcję z Azji albo zagranicznych dostawców, nie byłoby to dla nich bezpieczne. Dodatkowo kupowanie tylko produktów z Azji spowodowałoby, że rozwijamy przemysł Azji zamiast krajowego. Polacy to zauważają – mówi Krzysztof Kopeć, prezes Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego.

Sportowe programy dla dzieci i młodzieży wyłaniają prawdziwe talenty. Najlepsi zyskują szansę na karierę

Sportowe programy dla dzieci i młodzieży wyłaniają prawdziwe talenty. Najlepsi zyskują szansę na karierę 8

Programy sportowe takie jak Drużyna Energii wyłaniają prawdziwe talenty wśród dzieci i młodzieży. W drugiej edycji tego programu szkoły nadesłały już ponad 20 tys. filmików z ćwiczeniami. Akcja ma nie tylko zachęcić do aktywności fizycznej, ale także znaleźć prawdziwe sportowe talenty i skontaktować je z lokalnymi klubami. – Poziom ruchowy, jaki reprezentowała część uczniów, pozwala domniemywać, że są to naprawdę perełki pod względem zdolności sportowych – ocenia Robert Leszczyński, dyrektor ds. marketingu New Balance. 

– W drugiej edycji projektu Drużyna Energii nadesłanych zostało już ponad 20 tys. filmików z ćwiczeniami, a w sumie w trakcie całego projektu już ponad 40 tys. filmów. Jest to coś, co nas jako organizatorów bardzo pozytywnie zaskoczyło  – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Robert Leszczyński, dyrektor ds. marketingu sportowego New Balance.

Program Drużyna Energii jako główny cel stawiał przekonanie młodzieży do większej aktywności fizycznej i zmiany nawyków żywieniowych. Jedynie 20 proc. dzieci w naszym kraju spełnia kryteria WHO dotyczące przynajmniej godzinnej aktywności fizycznej w ciągu dnia. Z kolei badanie Global Matrix 3.0, prowadzone w ramach organizacji Active Healthy Kids Global Alliance, pokazało że w pięciostopniowej skali (od A do F) sprawność fizyczna dzieci w Polsce została oceniona na D-. Tym samym plasujemy się pod koniec rankingu. Ale program nie tylko pomaga walczyć z nadwagą i wspiera aktywny tryb życia, ale pozwala też znaleźć przyszłych sportowców.

– Z tych wszystkich filmów, które oglądamy, wyłapujemy perełki. Najlepszych staramy się połączyć z klubami w regionie i z trenerami, którzy mogą do nich dotrzeć, bo poziom ich ruchowy pozwala domniemać, że są to naprawdę perełki, jeśli chodzi o zdolności sportowe – przekonuje Robert Leszczyński.

U części dzieci ich naturalne predyspozycje do uprawiania sportu mogłyby nigdy nie zostać odkryte, gdyby nie takie programy jak Drużyna Energii i ambasadorzy programu, czyli znani sportowcy.

– Ambasadorzy sportu mieli ogromny wpływ na postawy naszych uczniów. Uczniowie oczekiwali ich przyjazdu, wcześniej się bardzo przygotowywali, chcieli uczestniczyć w różnych konkurencjach. Myślę, że są to wzorce do naśladowania i pewnie w przyszłości wielu z naszych uczniów pójdzie w ślady gwiazd sportowych – ocenia Zofia Bartkowiak, zastępca dyrektora w Szkole Podstawowej w Żelkowie.

Uczniowie ze szkoły z Żelkowa zdobyli tytuł drużyny miesiąca. O wygraną i wizytę ambasadorów nie było łatwo, bo tym razem maksymalną liczbę filmów z ćwiczeniami przesłały aż cztery szkoły.

– Sportowym zaskoczeniem okazała się konkurencji Marka Citki, gdzie ta drużyna uzyskała najwyższą punktację ze wszystkich drużyn, które brały udział w programie. Jest to bardzo techniczna dyscyplina, bo trzeba trafić albo w słupek, albo w poprzeczkę. I zarówno chłopcy, jak i dziewczęta wykazali się tutaj znakomitym snajperskim instynktem – wskazuje Krzysztof Ignaczak, siatkarz i Ambasador Drużyny Energii.

Uczniowie znakomicie poradzili sobie z koszykówką, piłką nożną i siatkówką, w rywalizacji sportowej zdobyli łącznie 215 punktów. Indywidualnie najlepszy z uczniów uzyskał we wszystkich konkurencjach aż 27 punktów.

– Konkurencje są wspaniałe, uczniowie są bardzo zadowoleni. Niektóre z konkurencji są dla nich pewną nowością, ale jednocześnie wcześniej troszeczkę trenowali, przygotowywani przez naszych nauczycieli – tłumaczy Zofia Bartkowiak, zastępca dyrektora w Szkole Podstawowej w Żelkowie.

– Żelkowo awansowało do finału, widzimy się wkrótce na stadionie w Gdańsku. Fajnie, że dzieci dały z siebie maksimum możliwości. Uzyskały bardzo dobry wynik, z tego tytułu też awansowały i mam nadzieję, że równie dobrze pójdzie im na wielkim finale – dodaje Krzysztof Ignaczak.

Dzięki wygranej szkoła z Żelkowa dołączyła do „podstawówek”, które spotkają się 12 czerwca na Stadionie Energa w Gdańsku podczas Wielkiego Finału II edycji Drużyny Energii. Grono finalistów uzupełniają Szkoła Podstawowa im. Marii Zientary-Malewskiej z Oddziałami Dwujęzycznymi w Dywitach, Szkoła Podstawowa nr 23 im. gen. Józefa Bema w Poznaniu, Szkoła Podstawowa w Mrocznie oraz Szkoła Podstawowa nr 1 im. Bohaterów Warszawy w Kamienicy.

– Na zwycięzców czekają nagrody od sponsorów, Grupy Energa i New Balance. Są to vouchery do wykorzystania na zakup sprzętu sportowego. Nagroda główna to 10 tys. zł – przypomina Robert Leszczyński.

Przyszłość przyniesie samochody sterowane za pomocą myśli. Wcześniej jednak autonomiczne pojazdy muszą potrafić analizować otoczenie w sposób podobny do ludzkiego

Przyszłość przyniesie samochody sterowane za pomocą myśli. Wcześniej jednak autonomiczne pojazdy muszą potrafić analizować otoczenie w sposób podobny do ludzkiego 9

Aby wypracować bezpiecznie działające algorytmy sterujące autonomicznymi pojazdami trzeba  nauczyć maszyny analizowania danych o otoczeniu w sposób przypominający ludzki. Systemy muszą być wyposażone w narzędzia markujące działanie kory wzrokowej, odsiewającej z odbieranych przez człowieka bodźców wzrokowych 70 proc. danych nieistotnych w procesie prowadzenia pojazdu. Inżynier firmy NVIDIA przekonuje, że autonomiczne pojazdy odgadujące myśli pasażera to tylko kwestia czasu.

– Na autonomię pojazdów składa się bardzo wiele czynników i bardzo wiele jest tutaj etapów. Musimy zorganizować takiemu pojazdowi percepcję, żeby mógł postrzegać przestrzeń, następnie lokalizację, żeby mógł się zlokalizować,, zaplanować swoją ścieżkę, no i ostatecznie zaaplikować kontrolę tak, żeby tę ścieżkę faktycznie wykonać. I każdy z tych etapów to są oddzielne algorytmy z różnych dziedzin. Obecnie najwięcej jest w tym sztucznej inteligencji – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Krzysztof Kudryński z NVIDIA.

Rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji są wykorzystywane przede wszystkim na etapie percepcji, czyli rozpoznawania przestrzeni, w jakiej porusza się samochód autonomiczny. Na graficznych procesorach implementowane są konwolucyjne sieci neuronowe. To takie sieci splotowe, w których układ połączeń pomiędzy neuronami odzwierciedla budowę ludzkiego narządu wzroku. Dzięki temu możliwa jest filtracja obrazów, czyli takie ich przekształcenie, które pozwala m.in. na wydobycie z nich użytecznych informacji. Może to być np. wzmocnienie krawędzi.

– Sztuczna inteligencja w autonomicznych pojazdach najczęściej pojawia się na etapie percepcji dlatego, że mamy aktualnie wielką dominację sieci konwolucyjnych, które wspaniale się implementuje na procesorach graficznych i działa to wtedy bardzo szybko. Można to zoptymalizować, można zmniejszyć precyzję tych obliczeń tak, żeby mogły się wykonywać na robotach, w samochodach, bardzo małych urządzeniach – mówi Krzysztof Kudryński.

Prace związane z dopracowywaniem technologii autonomicznych pojazdów w dużej mierze skupiają się na nauczaniu ich postrzegania przestrzeni na wzór ludzki. Start-up AEye opracowuje inteligentny system wykrywania i zmiany odległości (iDAR), który ma za zadanie zastąpić czujniki LiDAR. Jest to system percepcji, który naśladuje ludzki mózg i jego zdolność do inteligentnego postrzegania otoczenia. Firma wykorzystuje sztuczną inteligencję (SI), aby pomóc samochodom autonomicznym myśleć jak robot, ale rozumieć jak człowiek.

Ludzie przetwarzają w korze wzrokowej około 70 proc. danych przestrzennych i środowiskowych, zanim prześlą dane do mózgu. Ludzka kora wzrokowa filtruje w czasie rzeczywistym informacje, których mózg nie potrzebuje, aby człowiek mógł podejmować skutecznie i szybko decyzje w oparciu o tylko niezbędne dane. Funkcję kory w systemie iDAR pełni technologia Agile LiDAR, pozwalająca na przechwytywanie dużych ilości danych graficznych i przestrzennych oraz ich selekcję w czasie rzeczywistym.

– Chcemy, żeby autonomiczny samochód jeździł sam. Musimy go jednak wytrenować, żeby wiedział np. jadąc po drodze i widząc autobus, że zza niego może wyskoczyć dziecko. Dla nas jest to oczywiste, ale samochód musi dostać zbiór treningowy, w którym pojawi się ten autobus i wychodzące z niego dziecko. Nie możemy wszystkich takich przypadków zaplanować, dlatego lepiej jest najpierw nauczyć go zdrowego rozsądku na jakichś innych etapach i to wszystko połączyć w jedną całość – wyjaśnia ekspert.

Przyszłość motoryzacji należeć może jednak nie tylko do zupełnie autonomicznych pojazdów, lecz takich, którymi będzie można sterować za pomocą fal mózgowych. O tym, że taki kierunek rozwoju procesu sterowania jest możliwy świadczyć może chociażby wdrożenie analizy fal mózgowych w metodach terapeutycznych biofeedback EEG. Jest to metoda terapeutyczna, w której podłącza się elektrody w różnych miejscach na skórze czaszki i uszach. Mają one za zadanie rejestrować poszczególne pasma fal mózgowych. Te z kolei informacje zamieniane są na obraz zrozumiały dla pacjenta.

W ramach biofeedback EEG pacjent ma za zadanie sterowanie aktywnością mózgu tak, by osiągnąć efekt np. wywołania przyspieszenia samochodu widzianego na ekranie.

– Jesteśmy coraz bliżej tego, żeby komputer na podstawie naszych fal mózgowych wiedział o naszej intencji. Jest taka szansa, że jeżeli mocno się skoncentrujemy na jakiejś konkretnej myśli, np. wyobrazimy sobie bardzo mocno mapę i miejsce, w które chcemy jechać, to w przyszłości samochód autonomiczny podchwyci to i będzie mógł nas tam zawieźć. Brzmi jak science fiction, ale jest to naprawdę w zasięgu możliwości – przekonuje Krzysztof Kudryński.

Według Allied Market Research, światowy rynek samochodów autonomicznych osiągnie w 2019 r. wartość ponad 54 mld dol. Do 2026 roku zwiększy jednak swoją wartość ponad dziesięciokrotnie – do poziomu ponad 556 mld dol.

Błękitny węgiel może rozwiązać problem złej jakości powietrza w Polsce. Pomaga chronić środowisko, a można nim palić w każdym piecu

Błękitny węgiel może rozwiązać problem złej jakości powietrza w Polsce. Pomaga chronić środowisko, a można nim palić w każdym piecu 10

Błękitny węgiel to dziesięciokrotna redukcja emisji pyłów do powietrza i dwudziestokrotna rakotwórczych węglowodorów. Ponadto dostarcza około 10 proc. energii więcej niż inne gatunki węgla, więc zużycie do ogrzewania domu jest proporcjonalnie niższe. Obecnie nawet 3,5 mln kotłów w domach jednorodzinnych nie spełnia żadnych norm emisji. Gdyby jednak palić w nich błękitnym węglem, udałoby się uniknąć szkodliwej emisji. Są pewne enklawy, gdzie błękitny węgiel byłby koniecznością. gdzie trzeba coś zrobić natychmiast, a nie wdrażać 10-letni program wymiany kotłów – podkreśla Aleksander Sobolewski, dyrektor Instytutu Chemicznej Przeróbki Węgla w Zabrzu.

– Błękitny węgiel to nowy produkt, produkowany z naszego zwykłego polskiego węgla, który jest paliwem bezdymnym. Podczas spalania wydziela około 10 razy mniej zanieczyszczeń, spalając się w układzie bezdymnym. Jeżeli ktoś pali nawet w starym tzw. „kopciuchu” zwykłym węglem, to dym z komina leci jak z lokomotywy, a jeżeli do tego samego pieca bez żadnych przeróbek wprowadziłby błękitny węgiel, to nie zobaczy ani odrobiny dymu – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Aleksander Sobolewski, dyrektor Instytutu Chemicznej Przeróbki Węgla w Zabrzu.

Błękitny węgiel w dużej mierze bazuje na zwykłym węglu kamiennym, a jego produkcja jest zbliżona do technologii wytwarzania koksu. Ogrzewa się go w temperaturze ok. 450 st. C. W ten sposób uwalnia się większość trujących substancji, a to, co zostanie, czyli zdrowsza i bardziej efektywna energetycznie część, trafia do końcowego odbiorcy.

Dlatego błękitny węgiel ma szansę rozwiązać problem zanieczyszczenia powietrza w Polsce, zwłaszcza że to kominy „kopciuchów” są największym źródłem zanieczyszczeń nad Polską. Z raportu Instytutu Ekonomii Środowiska wynika, że odpowiadają one za emisję ponad połowy pyłów i 85 proc. rakotwórczego benzo(a)pirenu. Pierwsze testy błękitnego węgla na Śląsku wykazały kilkukrotny spadek poziomu pyłów PM10. W Małopolsce pomiary pokazały, że do atmosfery trafia kilkadziesiąt razy mniej benzo(a)pirenów.

– Błękitny węgiel jest dużo czystszy, 7 do 10 razy czystszy od zwykłego węgla, ale jest po prostu droższy. Polacy palą węglem nie dlatego, że węgiel kochają, tylko dlatego, że węgiel jest najtańszym źródłem opału – wskazuje Aleksander Sobolewski.

W ramach raportu na zlecenie Izby Gospodarczej Sprzedawców Polskiego Węgla powstało opracowanie „Ubóstwo energetyczne – śmiertelność i jej koszt”. Wynika z niego, że tylko w 2017 roku w Polsce na skutek zimna i ubóstwa energetycznego umarło ponad 35 tys. ludzi. Łącznie ubóstwem energetycznym dotkniętych jest około 4,6 mln Polaków, w tym ponad 2 mln gospodarstw domowych.

Błękitny węgiel może pomóc poprawić sytuację, jednak ze względu na koszty, raczej jej nie rozwiąże. Ekologiczne paliwo jest o 30-40 proc. droższe od zwykłego węgla. Tym samym większość osób mając do wyboru ekologiczny, ale i droższy węgiel, sięgnie po ten zdecydowanie tańszy. Ważniejsze od ekologii będą koszty.

– Błękitny węgiel to bardzo dobre rozwiązanie, oryginalne. Z jednej strony trzeba albo wprowadzić system zachęt, promocji dla jego zakupu, albo niestety być może w niektórych miejscach system po prostu zakazów. Wydajemy proste prawo, które mówi, że w części uzdrowisk nie wolno palić nieuszlachetnionym węglem i kropka – mówi ekspert.

Wprowadzenie błękitnego węgla nie wyeliminuje potrzeby likwidacji „kopciuchów”. Oparte na przestarzałej technologii piece, przyjmą każde paliwo, a do atmosfery potrafią emitować nawet 400- 600 mg pyłu na metr sześcienny. Polska Izba Ekologii ocenia, że aby Polska była w stanie dotrzymać standardów zanieczyszczeń, które przyjęła wstępując do UE, z rynku muszą zniknąć paliwa węglowe. Błękitny węgiel spełnia nawet najbardziej restrykcyjne przepisy, a jego wpływ na środowisko jest praktycznie minimalny.

– Są pewne enklawy, gdzie błękitny węgiel moim zdaniem byłby koniecznością. To albo miejsca wyjątkowo zanieczyszczone, gdzie jest potężna kumulacja, szczególnie zanieczyszczeń z ogrzewnictwa indywidualnego, np. Kotlina Nowosądecka czy strefy uzdrowisk – przekonuje Aleksander Sobolewski.

W Nowym Sączu korzystanie z błękitnego węgla oznacza bezpłatną kartę abonamentową na parkowanie w strefie „A” lub „B” na terenie miasta. W Świeradowie w strefie A można stosować wyłącznie ogrzewanie gazowe bądź elektryczne, tymczasem na tym terenie przeważają piece węglowe. Błękitne paliwo sprawdzi się tam, gdzie trudno będzie wyeliminować piece węglowe.

Wyzwaniem jest jednak uruchomienie pierwszej linii produkcyjnej, bo tylko ta pociągnie za sobą szerszą produkcję czystego węgla. Takiej jednak wciąż brakuje.

– Tak jak każde paliwo, to nie jest biznes na tysiąc czy dwa tysiące ton. Instalacja, która by się opłacała, to jest instalacja 30-40 tys. ton, a taka docelowa jedna instalacja powinna produkować 150-200 tys. ton paliwa. W mniejszej skali to się po prostu nie opłaca, bo ktoś musi zainwestować miliony złotych, ale musi mieć pewność, że przez kilka lat będzie mógł sprzedawać ten towar – podkreśla Aleksander Sobolewski.

ORLEN Serwis sfinalizował transakcję zakupu akcji litewskiej spółki UAB EMAS

ORLEN Serwis sfinalizował transakcję zakupu akcji litewskiej spółki UAB EMAS, stając się jej jedynym właścicielem. Konsolidacja firm umożliwi optymalizację kosztów i nakładów ponoszonych na działalność serwisową w całej Grupie Kapitałowej ORLEN. Proces połączenia aktywów serwisowych oznacza także korzyści dla pracowników obu spółek oraz ich klientów.

Przejęcie UAB Emas ma na celu utworzenie scentralizowanego ośrodka w ramach Grupy ORLEN o wysokich, specjalistycznych kompetencjach technicznych. Jego funkcjonowanie przyczyni się do usprawnienia procesu zarządzania obszarem remontów w ramach Grupy. Będzie też okazją do transferu specjalistycznej wiedzy i doświadczeń. Jednocześnie większa skala działalności ORLEN Serwis ułatwi wdrażanie nowych rozwiązań technicznych i innowacji. Umożliwi też lepsze dopasowanie usług do potrzeb klientów z Grupy ORLEN – powiedział Albert Kołodziejski, Prezes Zarządu ORLEN Serwis.

ORLEN Serwis będzie kontynuować dotychczasową działalność serwisową w zakresie branży automatycznej, elektrycznej oraz utrzymania powierzchni i obiektów na terenie rafinerii w Możejkach. Działalność Spółki zostanie dodatkowo rozszerzona o serwis w zakresie mechaniki statycznej i mechaniki maszyn wirujących.

Od lipca tego roku planowane są pierwsze przyjęcia pracowników litewskich, którzy rozpoczną świadczenie usług serwisowych w branżach mechanicznych. O realizowanym procesie zostali oni poinformowani podczas spotkania z Zarządem ORLEN Serwis.

Microsoft i Oracle łączą Microsoft Azure i Oracle Cloud

Microsoft Corp. i Oracle Corp. ogłosiły dzisiaj partnerstwo w zakresie współpracy usług chmurowych, umożliwiające klientom migrację i uruchamianie obciążeń korporacyjnych o znaczeniu newralgicznym na platformie Microsoft Azure i Oracle Cloud. Przedsiębiorstwa mogą teraz łączyć usługi Azure, takie jak Analytics i AI, z usługami Oracle Cloud, takimi jak Autonomous Database. Umożliwiając klientom uruchamianie jednej części obciążenia w ramach platformy Azure i innej części tego samego obciążenia w ramach chmury Oracle, partnerstwo zapewnia im wysoce zoptymalizowaną, najlepszą w obu chmurach obsługę. Działając razem, Azure i Oracle Cloud oferują klientom kompleksową obsługę wszystkich usług i aplikacji w chmurze, których potrzebują do prowadzenia całej swojej działalności.

Łączenie Azure i Oracle Cloud za pomocą współdziałania usług sieci i zarządzania tożsamością znacznie ułatwia migrację systemów do chmury. Partnerstwo to zapewnia bezpośrednią, szybką i niezawodną łączność sieciową między dwoma chmurami, a jednocześnie zapewnia najwyższej klasy obsługę klienta i wsparcie, jakiego użytkownicy oczekują od obu dostawców. Klientom korzystającym z oprogramowania Oracle na platformie Oracle Cloud i oprogramowaniu Microsoft na platformie Azure, współpraca umożliwia tworzenie nowych i innowacyjnych scenariuszy biznesowych, takich jak uruchamianie pakietu Oracle E-Business Suite lub Oracle JD Edwards na platformie Azure przy użyciu Oracle Autonomous Database działającej na platformie Exadata w Chmurze Oracle.

„Mając w portfolio chmurę najczęściej wybieraną przez przedsiębiorstwa (95% firm z listy Fortune 500 korzysta z platformy Azure), zawsze koncentrowaliśmy się przede wszystkim na pomaganiu naszym klientom w cyfrowej transformacji” – powiedział Scott Guthrie, wiceprezes Microsoft, szef Działu chmury i sztucznej inteligencji. „Dzięki doświadczeniu Oracle w obsłudze klientów enterprise, sojusz z tą firmą jest dla nas naturalnym wyborem, ponieważ pomagamy naszym wspólnym klientom przyspieszyć migrację firmowych aplikacji i baz danych do chmury publicznej”.

„Oracle Cloud oferuje kompletny pakiet zintegrowanych aplikacji do obsługi sprzedaży, usług, marketingu, zasobów ludzkich, finansów, łańcucha dostaw i produkcji, a także wysoce zautomatyzowaną i bezpieczną infrastrukturę drugiej generacji opartą na Oracle Autonomous Database” – powiedział Don Johnson, wiceprezes Oracle, szef Działu Cloud Infrastructure. „Oracle i Microsoft od dziesięcioleci obsługują klientów korporacyjnych. Dzięki tej współpracy nasi wspólni klienci mogą migrować cały zestaw istniejących aplikacji do chmury bez konieczności ich zmieniania, zachowując już poczynione inwestycje”.

W wyniku rozszerzonego partnerstwa obie firmy udostępniają użytkownikom nowy zestaw możliwości:

  • Bezproblemowe połączenie Azure i Oracle Cloud, co umożliwia klientom rozszerzenie lokalnych centrów danych na obie chmury. To bezpośrednie połączenie jest dostępne od dziś w Ashburn (USA) i Azure US East, z planami rozszerzenia na kolejne regiony w przyszłości.
  • Ujednolicone zarządzanie tożsamością i dostępem, dzięki ujednoliconej obsłudze pojedynczego logowania i automatycznej identyfikacji użytkowników do zarządzania zasobami w Azure i Oracle Cloud. Aplikacje Oracle będą mogły korzystać z usługi Azure Active Directory jako platformy zarządzania tożsamością i dostępem.
  • Wdrażanie aplikacji Oracle (JD Edwards EnterpriseOne, E-Business Suite, PeopleSoft, Oracle Retail, Hyperion) na platformie Azure z bazami danych Oracle (RAC, Exadata, Autonomous Database) wdrożonymi w Oracle Cloud. Te same aplikacje Oracle będą również certyfikowane do uruchamiania na platformie Azure z bazami danych Oracle w Oracle Cloud.
  • Model wsparcia dla firm IT we wdrażaniu nowych funkcji, który umożliwi im wykorzystanie istniejących procesów obsługi klienta.
  • Oracle Database będzie nadal certyfikowany do uruchamiania w Azure w różnych systemach operacyjnych, w tym Windows Server i Oracle Linux.

„Sojusz między Microsoftem a Oracle jest mile widzianą nowością, ponieważ będziemy mogli przyspieszyć cyfrową transformację w Albertsons i wykorzystać pełną wartość chmury publicznej”, powiedział Anuj Dhanda, wiceprezes i dyrektor IT w Albertsons Companies. „Pozwoli nam to tworzyć rozwiązania cross-cloud, które optymalizują wiele naszych obecnych inwestycji, wykorzystując maksymalnie elastyczność, skalowalność i wydajność chmury publicznej”.

„Ponieważ staramy się rozwijać działalność w wielu kanałach i ciągle przekształcać platformę technologiczną, która napędza marki Gap Inc., współpraca między Oracle i Microsoft ułatwi nam skalowanie usług”, powiedział Sally Gilligan, dyrektor IT w firmie Gap. „Współpraca Azure i Oracle Cloud pozwoli nam wdrażać aplikacje Oracle w bazach danych Azure i bazy Oracle na Oracle Cloud”.

„W Halliburton mamy długą historię korzystania zarówno z technologii Oracle, jak i Microsoft dla naszych najważniejszych aplikacji. Nasze głębokie doświadczenie z tymi dwoma strategicznymi dostawcami zapewniło stabilne i wydajne wdrożenia aplikacji” – powiedział Ken Braud, wiceprezes i CIO w Halliburton. „Ten sojusz daje nam elastyczność i ciągłe wsparcie dla naszych standardowych architektur, jednocześnie pozwalając skupić się na generowaniu wyników biznesowych, które maksymalizują zwrot dla akcjonariuszy”.

Więcej informacji o współpracy Microsoft i Oracle na stronach https://aka.ms/OracleOnAzure oraz https://www.oracle.com/cloud/oci-azure.html

Polacy pozytywnie o płatnościach bezgotówkowych

Ponad 80% Polaków uważa karty płatnicze za wygodne i szybkie, jednak „przy kasie” nadal często spotykamy  gotówkę – czy winny jest brak swobody wyboru?

Płatności bezgotówkowe mocno zakorzeniły się w świadomości konsumentów jako bezpieczne i praktyczne, cieszą się również coraz większym zaufaniem wśród Polaków. Potwierdzają to wyniki badania zrealizowanego na zlecenie Fundacji Polska Bezgotówkowa przez POLASIK Research – ponad 80% Polaków uważa, że karty płatnicze są wygodne i szybkie. Pozytywnie oceniają je w szczególności osoby z wyższym wykształceniem, mieszkańcy miast oraz osoby młode. Spośród badanych metod płatności gotówka została oceniona jako niewystarczająco szybka przez największą grupę konsumentów. Takie opinie nie dziwią, gdyż w przypadku gotówki sprzedający zwykle przeliczają kwotę, wydają resztę czy rozmieniają pieniądze, a to zdecydowanie opóźnia sprzedaż i obsługę.

Panel konsumencki realizowany na zlecenie Fundacji Polska Bezgotówkowa to badanie wyjątkowe, ponieważ respondenci pozostaną z nami przez 4 lata, czyli aż do 2021 roku. Pozwoli to nam na cykliczne pomiary dokonywanych przez Polaków transakcji i analizę zmian jakie będą zachodziły w preferencjach respondentów. Po raz pierwszy w Polsce zastosujemy tak kompleksowe podejście, dzięki czemu sprawdzimy wpływ Programu Polska Bezgotówkowa na zwyczaje płatnicze Polaków, a w szczególności przyjrzymy się zjawisku „pewności akceptacji bezgotówki”– powiedział prof. Michał Polasik, założyciel i prezes firmy POLASIK Research.

Obecnie aż 57% wszystkich transakcji detalicznych w punktach handlowo-usługowych jest realizowanych za pomocą gotówki, podczas gdy kartami dokonano 38% płatności tego typu. Z czego wynika to, że gotówka pozostaje najczęściej wykorzystywanym środkiem płatniczym? – Po pierwsze – z kart płatniczych korzysta w Polsce 63% osób w wieku 18-75, a więc spora grupa konsumentów nie ma możliwości wyboru innej, niż gotówka metody płatniczej. Po drugie, nawet osoby korzystające z kart 37% wszystkich swoich transakcji realizują za pomocą gotówki.

Sugeruje to negatywny wpływ ograniczeń w dostępie do sieci terminali płatniczych na możliwość swobodnego wyboru metody przez konsumenta. Rzeczywiście, w przypadku aż ośmiu (na 19 badanych) branż większość respondentów skarżyła się na niewielką dostępność sieci akceptacji płatności bezgotówkowych. Problem ten dotyczy w szczególności sektora usług oraz transportu – komentuje prof. Michał Polasik.

Polacy zaczynają również doceniać usługi dodatkowe, które można wykonywać na terminalu – jest nimi zainteresowana ponad połowa respondentów. Badani z dużych miast chętnie w ten sposób płaciliby rachunki, dawali napiwki oraz wypłacali gotówkę. Mieszkańcy mniejszych miejscowości – ponieważ zwykle mieszkają w dużych odległościach od punktów odbioru i biur obsługi – najchętniej skorzystaliby natomiast z możliwości odbioru i opłacania paczek oraz doładowywania telefonów komórkowych.

dr Mieczysław Groszek, prezes Fundacji Polska Bezgotówkowa
dr Mieczysław Groszek, prezes Fundacji Polska Bezgotówkowa

Dla konsumentów liczy się przede wszystkim wygoda i szybkość transakcji, dlatego chętnie korzystają z usług tych punktów, które oferują płatność kartą. Zainteresowaniem wśród klientów cieszą się również dodatkowe usługi, które można wykonać za pomocą terminala. Dla przedsiębiorców posiadanie terminala do obsługi płatności bezgotówkowych to zatem szansa na zwiększenie liczby klientów, ich satysfakcji z zakupów i lojalności – powiedział dr Mieczysław Groszek, prezes zarządu Fundacji Polska Bezgotówkowa.

Badanie ankietowe zostało zrealizowane na reprezentatywnej ogólnopolskiej próbie kwotowo-losowej 1500 respondentów. Zastosowane ważenie próby do struktury populacji generalnej pozwala na wnioskowanie odnoszące się do całej populacji w Polsce. Powyższe wyniki są tzw. badaniem założycielskim, czyli pierwszą fazą 4-letniego panelu badawczego. Następne badania, na tej samej próbie badawczej, zostaną podjęte w kolejnych latach.

BIK sprzedaje „Galerię nad Potokiem” w Radomiu za 24,6 mln zł

Spółka zależna Biura Inwestycji Kapitałowych S.A. podpisała z Europrojekt Delta Saller Polbau umowę sprzedaży „Galerii nad Potokiem” w Radomiu. Wartość transakcji wyniosła ponad 24,6 mln zł netto.

Galeria nad Potokiem w RadomiuFot.: Galeria nad Potokiem w Radomiu

Biuro Inwestycji Kapitałowych, działając przez podmiot zależny, zawarło umowę ze spółką Europrojekt Delta Saller Polbau, dotyczącą sprzedaży parku handlowego w Radomiu. Wartość transakcji została ustalona na poziomie ponad 24,6 mln zł netto.

„Sprzedaż parku handlowego jest kolejną w tym roku transakcją realizowaną w ramach naszej długoterminowej strategii. Zgodnie z nią obiekty dobrze skomercjalizowane i o ugruntowanej pozycji na swoich rynkach, będą sprzedawane po wartościach gwarantujących ponadprzeciętną stopę zwrotu. Jednocześnie na bieżąco analizujemy zakup nowych gruntów, na których będziemy realizować kolejne projekty handlowe zwiększając portfolio posiadanych inwestycji” – podkreślił Mirosław Koszany, Prezes Zarządu Biura Inwestycji Kapitałowych S.A.

Galeria nad Potokiem została oddana do użytkowania wiosną minionego roku. Obiekt oferuje  łącznie 5,180 m2 powierzchni handlowej i obecnie jest niemal w całości skomercjalizowany. Wśród najemców są: Drogeria Hebe, KIK Textil, Media Expert, Pepco, sieć TEDi oraz Just Gym. Galeria nad Potokiem działa w formie tzw. retail parku, w którym brak jest części wspólnych, a do każdego sklepu prowadzi osobne wejście prosto z parkingu. Łatwość dostępu dla klientów oraz niezależność w działaniu poszczególnych powierzchni sprawia że jest to coraz powszechniejsza forma prowadzenia handlu, usług, czy też działalności rekreacyjnej np. klubów fitness. Galeria Nad Potokiem zlokalizowana jest we wschodniej części Radomia przy ulicy Andrzej Struga. Do ścisłego centrum miasta jest zaledwie około 2 km.

Galeria Nad Potokiem została zbudowana przez Biuro Inwestycji Kapitałowych wspólnie z Quantum Developments poprzez spółkę celową Biuro Inwestycji Kapitałowych Quantum Radom Sp. z o.o.

Wzrosty cen czynszów

Pierwsze miesiące 2019 roku przyniosły odczuwalne wzrosty czynszów w nieruchomościach na wynajem. Jak wynika z indeksu cen konsumpcyjnych GUS – w kwietniu ceny zanotowały niemały, bo prawie 5 proc. skok.

W pierwszych czterech miesiącach roku dynamika wzrostu wyniosła średnio 4,8 proc. W analogicznym okresie zeszłego roku było to 3,1 proc, zatem  różnica jest znacząca. Jak podaje NBP, przez ostatnie cztery lata cena najmu w dużych polskich aglomeracjach wzrosła o niemal 30 proc. Zatem z analiz wynika, że od kilku lat średnia stopa wzrostu oscyluje wokół 6-7 proc.

Obecny wzrost cen jest odczuwalny, ale też nie może dziwić. Mamy świetną sytuację na rynku pracy, która napędza nieustający popyt na mieszkania. Potwierdza to stopa bezrobocia rejestrowanego w Polsce. W kwietniu wyniosła ona jedynie 5,6 proc. Mobilność zawodowa Polaków i masowe przyjazdy obcokrajowców, szczególnie zza wschodniej granicy, znacząco wpływają na rynek nieruchomości, ponieważ pracownicy ściągają tłumnie do większych miast, co w rezultacie napędza zapotrzebowanie na lokale do wynajęcia. Duże zainteresowanie mieszkaniami na wynajem sprawia, że inwestorzy mają przewagę nad wynajmującymi i mogą decydować o wysokości czynszu – zauważa Rafał Malik z Funduszu Mieszkań na Wynajem.

Jak podaje Bankier.pl, w kwietniu wzrosty cen najmu odnotowano w Warszawie, Gdańsku, Lublinie i Szczecinie. Spadki natomiast utrzymały się w Krakowie, Wrocławiu, Łodzi i Katowicach. W perspektywie rocznej najbardziej zdrożały mieszkania w Bydgoszczy (6,6 proc.), Lublinie (4 proc.), Łodzi (3,5 proc.) i Szczecinie (2,4 proc.).

Stabilnie tylko w najmie instytucjonalnym

Aktualnie zdecydowana większość mieszkań na wynajem skupiona jest w rękach prywatnych, co nie zawsze zabezpiecza interesy wynajmujących. W związku ze zmianami cen najmu warto mieć na uwadze, że właściciel nieruchomości ma prawo do podwyższenia czynszu lub innych opłat za używanie lokalu w trakcie trwania umowy. Na zgoła innych zasadach realizowany jest wynajem lokali w Funduszu Mieszkań na Wynajem.

Rafał Malik, Fundusz Mieszkań na Wynajem
Rafał Malik, Fundusz Mieszkań na Wynajem

– Nasi klienci doceniają korzyści wynikające z najmu instytucjonalnego. W Funduszu Mieszkań na Wynajem proces weryfikacji jest odmienny niż w najmie okazjonalnym. Dla nas ważny jest nie tylko dochód, ale przede wszystkim bezpieczeństwo naszego najemcy i jego interesów. Weryfikujemy zdolność czynszową, mając świadomość, że klienta musi być stać na mieszkanie, a z drugiej strony czuje on się bezpiecznie, bo wchodząc do naszego mieszkania, nie będzie zaskoczony rachunkami za opłaty, które otrzyma. Po drugie, klient, który u nas zamieszkuje, podpisuje umowę na konkretny okres (od 6 miesięcy wzwyż), i ma tę stuprocentową pewność, że nagle nie pojawi się ktoś, kto powie, że niestety musi to mieszkanie zwolnić lub nie podniesie mu w trakcie umowy stawki czynszu. Fundusz zapewnia elastyczne i stabilne warunki najmu w całym okresie trwania umowy, co jest korzystne dla obu stron – wyjaśnia Rafał Malik.

Faktury korygujące a podział przez wydzielenie zorganizowanej części przedsiębiorstwa

Zgodnie z przepisami Ordynacji podatkowej w przypadku podziału przez wydzielenie na spółkę przejmującą przechodzą wszelkie prawa i obowiązki związane z zorganizowaną częścią przedsiębiorstwa. W przypadku takich transakcji niezbędne jest wcześniejsze rozważenie wielu obszarów podatkowych, celem zabezpieczenia obu zaangażowanych w nie spółek. Jednym z problemów, z jakimi muszą zmierzyć się przedsiębiorcy, są konsekwencje otrzymywania i wystawiania faktur korygujących na gruncie podatku dochodowego.

Pojęcie praw i obowiązków na gruncie Ordynacji podatkowej

Przepisy Ordynacji podatkowej nie definiują pojęcia „praw i obowiązków podatkowych związanych ze składnikami majątku”. Niemniej, mając na uwadze, że w przepisie art. 93c Ordynacji podatkowej został użyty czas teraźniejszy, transferowi powinny podlegać co do zasady wyłącznie prawa i obowiązki, które, choć wynikają ze zdarzeń mających miejsce przed wydzieleniem, to nie uległy konkretyzacji do tej daty na gruncie rozliczeń podatkowych (podobne stanowisko prezentuje fiskus np. w interpretacji indywidualnej z dnia 19 października 2018 r. nr. 0111-KDIB1-2.4010.428.2018.1.ANK). W konsekwencji skutki podziału przez wydzielenie na gruncie konkretnego podatku powinny być oceniane z uwzględnieniem zasad konstrukcyjnych tego podatku.

Innymi słowy, jeden dokument rozliczeniowy (faktura lub faktura korygująca) może być rozpoznany przez inne podmioty na gruncie podatku dochodowego oraz VAT. Prowadzi to do trudności w ewidencjonowaniu i rozliczeniu podatków faktur pomiędzy spółkami. Jednak podejście fiskusa w tym zakresie jest stosunkowo jednolite.

Klasyfikacja na potrzeby podatku dochodowego

Polskie przepisy dotyczące podatku dochodowego nie mówią, w jaki sposób ujmować korekty faktur wystawionych / otrzymanych w okresie przejściowym po wydzieleniu (w szczególności, które podmioty powinny wykazywać je do celów podatkowych). Praktyka polskich organów podatkowych w zakresie faktur korygujących wystawianych lub otrzymywanych po dacie wydzielenia jest co do zasady spójna na gruncie podatków dochodowych.

Moment ujęcia faktury korygującej, a w konsekwencji również wskazanie podmiotu zobligowanego do rozliczenia korekty związanej z zorganizowaną częścią przedsiębiorstwa (ZCP) będą uzależnione od okoliczności, jakich faktura korygująca dotyczy. Faktury korygujące dotyczące działalności ZCP przed Wydzieleniem, wystawione / otrzymane w dniu lub po dniu wydzielenia, które nie wynikają z błędów rachunkowych czy innej oczywistej omyłki. Powinny być zatem ujęte po dniu wydzielenia, tj. na bieżąco. W konsekwencji w świetle przytoczonych zasad sukcesji generalnej wynikających z art. 93c Ordynacji podatkowej do ich rozliczenia w podatku dochodowym od osób prawnych zobowiązana będzie spółka nabywająca.

Błąd rachunkowy lub oczywista omyłka

Natomiast faktury korygujące dotyczące działalności ZCP przed Wydzieleniem, wystawione / otrzymane w dniu lub po dniu wydzielenia, spowodowane błędem rachunkowym lub inną oczywistą omyłką, powinny zostać ujęte dla celów podatku dochodowego w okresie, kiedy pierwotnie rozpoznano przychód / koszt uzyskania przychodów, do których odnoszą się korekty. Tym samym, w tym przypadku to podmiot dzielony będzie zobowiązany do wykazania (wstecznie) skutków korekty (por. interpretacja indywidualna z dnia 18 października 2018 r., sygn. 0111-KDIB2-1.4010.354.2018.1.BKD lub interpretacja indywidualna z dnia 19 października 2018 r., sygn. 0111-KDIB1-2.4010.428.2018.1.ANK).

Faktury korygujące skutki w VAT

Co do zasady wszystkie faktury wystawione lub otrzymane, dotyczące działalności ZCP, powinny zostać zaraportowane tam, gdzie jest ZCP. Jeżeli więc faktury korygujące zostaną wystawione lub otrzymane w dniu lub po dniu wydzielenia, powinny zostać zaraportowane przez spółkę przejmującą (wydzieloną).

Z kolei faktury korygujące otrzymane przed datą podziału powinny zostać wykazane przez podmiot dzielony. Wątpliwości mogą pojawić się w przypadku faktur korygujących sprzedaż, zmniejszających podstawę opodatkowania, które co do zasady powinny zostać zaraportowane w zależności od tego, kiedy zostaną otrzymane przez kontrahenta.

Konsekwencje

Powyższa analiza wskazuje, że tematyka rozpoznania faktur korygujących na potrzeby podatku dochodowego oraz VAT jest wielowątkowa. Dekretacja podatkowa zależeć będzie w szczególności od określenia przyczyny wystawienia faktury korygującej, od tego, czy jest to korekta sprzedaży, czy zakupu, a nawet od dat otrzymania korekt przez kontrahenta. W związku z powyższym problematyka ta powinna być analizowana dokładnie, najlepiej z pomocą doświadczonego doradcy podatkowego.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Imponujące rozmiary eksportu polskich okien i drzwi

W ciągu ostatnich 10 lat udział sprzedaży zagranicznej w całkowitych przychodach krajowych producentów stolarki otworowej niemal się podwoił i obecnie sięga już ok. 50-55%. W tym czasie Polska stała się największym eksporterem okien i drzwi w Europie. Eksperci sektorowi Santander Bank Polska szacują, że rok 2018 zamknął się wzrostem eksportu rzędu 11,1% r/r. Widoki na 2019 r. także są dobre: wzrost eksportu stolarki otworowej z Polski powinien sięgnąć 5-8% r/r.

Firmy z branży okien i drzwi nie raz pokazały, że potrafią świetnie prosperować nawet w okresie gorszej koniunktury w gospodarce. Teraz również są prymusami. W czasach gdy hamowanie eksportu staje się faktem, stolarka otworowa wypracowała solidne wzrosty sprzedaży zagranicznej. Pierwsze dane za 2019 r. pokazują, że motorem wzrostu na początku roku jest… Wielka Brytania, gdzie wzrost sprzedaży wyprzedza w styczniu nawet wzrost do naszego największego partnera handlowego, Niemiec.

– W ubiegłym roku sprzedaż do Wielkiej Brytanii rosła zdecydowanie wolniej niż w poprzednich latach ze względu na obawy przedsiębiorców związane z nieuporządkowanym Brexitem. Przełożenie daty wyjścia Zjednoczonego Królestwa z UE do 31. października daje więcej czasu na współpracę z brytyjskimi partnerami biznesowymi na obecnych zasadach, dzięki czemu wyniki branży mogą w tym roku zbliżyć się górnej granicy naszych prognoz na 2019 r. – mówi Maciej Nałęcz, analityk ds. sektora produkcji przemysłowej w Santander Bank Polska.

Dobre czasy w złych czasach?

Eksperci sektorowi Santander Bank Polska zwracają uwagę, że największe przyrosty sprzedaży zagranicznej stolarka otworowa notowała właśnie w czasie kryzysu finansowego. Jak to możliwe? Za sukces odpowiada wysoka jakość przy jednocześnie stosunkowo niskich cenach polskiej produkcji. Dzięki asortymentowi o tych parametrach zagraniczni dystrybutorzy okien i drzwi poprawiali konkurencyjność swojej oferty i mogli uzyskiwać wyższe marże. Wzrosty w latach 2009-2014 spowodowały, że polski eksport stolarki otworowej praktycznie zrównał się, jeśli chodzi o wartość, z niemieckim. W kolejnych latach Polska wyszła na prowadzenie i utrzymuje je do dziś.

Powyższe zjawisko jest ważne w kontekście ostatnich rewizji w dół prognoz dla państw strefy euro. Można spodziewać się, że dzięki efektowi substytucji droższego asortymentu tańszym i nadal istotnej dla dystrybutorów za granicą jakości, hamowanie rozwoju poszczególnych branż w Polsce będzie wolniejsze niż w Europie. – Stolarka otworowa jest w grupie sektorów, które powinny najmniej ucierpieć z racji spowolnienia w gospodarkach zachodnich – zaznacza Maciej Nałęcz.

Według predykcji Santander Bank Polska, w 2018 r. dynamika wzrostu wartości eksportu sektora stolarki otworowej powinna wynieść blisko 11% r/r. Rok 2019 ma szanse przynieść kontynuację tego trendu, dzięki czemu sprzedaż na zagraniczne rynki wzrośnie o kolejne 5-8%. Santander Bank Polska spodziewa się, że w 2019 r. zaobserwujemy również dalszy wzrost udziału eksportu w strukturze sprzedaży branży.

Okno na Europę…

Ponad 90% zagranicznej sprzedaży polskich producentów trafia na rynek Unii Europejskiej. Najwięcej, bo aż 1/3 produkcji, kupują Niemcy (33%). Ważnymi odbiorcami są też Francja (11%) i Wielka Brytania (10%). Rynki z mniejszym udziałem, ale z wysoką dynamiką wzrostu sprzedaży to m.in. Włochy, Holandia i Irlandia.

Eksperci sektorowi Santander Bank Polska wskazują, że sukces na rynkach unijnych polska stolarka okienna i drzwiowa zawdzięcza także m.in. wcześniejszym inwestycjom w zakłady produkcyjne. – Polskie fabryki wykorzystują bardzo zaawansowane rozwiązania i mają nowoczesne parki maszynowe. Dzięki temu mogą oferować dystrybutorom rozsądne, atrakcyjne ceny. Polskiemu eksportowi sprzyja także kurs euro. Jego wartość już od kilku lat utrzymuje się powyżej poziomu 4,2 zł i pozytywnie wpływa na marże w branży – mówi Kamil Mikołajczyk, dyrektor ds. sektora produkcji przemysłowej w Santander Bank Polska.

…czy okno na świat?

Polskie drzwi i okna wędrują także na rynki poza Starym Kontynentem. Do najważniejszych odbiorców należą m.in.: Szwajcaria, Norwegia, Stany Zjednoczone i Rosja. Jak zaznacza Maciej Nałęcz, część polskiej produkcji stolarki otworowej trafia także na pozaeuropejskie rynki pośrednio, czyli poprzez dystrybutorów z Europy Zachodniej. – Na rynkach pozaunijnych drzemie jeszcze duży potencjał do rozwoju dla polskiego eksportu okien i drzwi. Obecny udział sprzedaży poza UE sięga ok. 7-8%. Średnia dla branży w całej Unii jest niemal 3-krotnie wyższa i wynosi ok. 21-24% – zaznacza Maciej Nałęcz z Santander Bank Polska. Ekspert wskazuje, że oprócz rozwijania sprzedaży na rynkach unijnych eksporterzy okien i drzwi mogą zainteresować się w przyszłości także bardziej egzotycznymi rynkami. – Obserwujemy rosnącą rolę polskich eksporterów na takich rynkach jak np. Azerbejdżan, gdzie polskie wyroby kojarzą się z wysoką jakością Made in EU. Atrakcyjne są również rynki Bliskiego Wschodu gdzie planowane są inwestycje warte miliardy dolarów, z czego polskie przedsiębiorstwa także mają szansę skorzystać – wskazuje analityk Santander Bank Polska

Przymiarki do ekspansji

Eksperci Santander Bank Polska wskazują także, że w przypadku producentów okien i drzwi bezpośrednie wejście na rynki pozaunijne musi być dobrze przemyślane i zaplanowane. Nie wystarczy sam produkt. Potrzebne jest porządne rozpoznanie rynku, zdobycie biznesowych kontaktów i nawiązanie współpracy z rzetelnymi partnerami w kraju docelowym. Do tego dochodzą formalności i specyfika danego rynku. – W wielu przypadkach eksporterzy niepotrzebnie „wyważają otwarte drzwi”. Ekspansja na rynki pozaunijne to spore wyzwanie, ale właśnie dlatego warto rozglądać się za ułatwieniami. Przykładowo, w Santander Bank Polska oferujemy firmom o międzynarodowych ambicjach dostęp do bazy wiedzy o rynkach, kontakty do rzetelnych i zweryfikowanych przez nas partnerów na zagranicznych rynkach, jak i to, co najważniejsze: kontakty z potencjalnymi odbiorcami, które polskie firmy uzyskują podczas naszych misji zagranicznych czy innych spotkań. Program Rozwoju Eksportu, który prowadzimy, daje wiele takich możliwości – dodaje Kamil Mikołajczyk z Santander Bank Polska.

Strategia zarządzania kapitałem ludzkim jako podstawa rozwoju organizacji

Zmiany technologiczne, gospodarcze i społeczne odciskają swoje piętno na biznesie. Nowoczesna firma, by nie wypaść z obiegu, musi wyjść poza swoje pierwotne cele, skoncentrowane na wyniku finansowym, tak, by w centrum jej strategii znalazł się człowiek. Dla przedsiębiorstwa 4.0 jest on równie ważny co zysk. Jak wynika z raportu firmy doradczej Deloitte „Global Human Capital Trends 2019” choć 82 proc. respondentów w Polsce uznało potrzebę poprawy „doświadczenia pracownika” za ważną, to jedynie połowa deklaruje, że skutecznie lub bardzo skutecznie tworzy miejsca pracy, które mają znaczenie i sens dla pracowników. Natomiast ci, którzy zdecydowali się na nowy model zarządzania, a więc na prowadzenie odpowiedzialnego biznesu 4.0, zauważyli, że pozytywnie wpłynęło to na wyniki finansowe firmy.

W ramach dziewiątej edycji raportu ankietę wypełniło niemal 10 tys. respondentów z 119 krajów, w tym także z Polski. Eksperci wyodrębnili 10 trendów w trzech kategoriach: przyszłości firmy, pracownika i obszaru HR, które będą kształtowały biznes w najbliższych latach.

Do roku 2020 liczba osób, prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą w USA wzrośnie trzykrotnie i wyniesie 42 mln. Zgodnie z szacunkami Indeksu Przedsiębiorczości 2019, w Polsce przybywa średnio 916 jednoosobowych firm dziennie. Elastyczne formy zatrudnienia jako ważną lub bardzo ważną kwestię uznała ponad jedna czwarta badanych w Polsce (28 proc.) Co ciekawe, w skali globalnej wynik ten był wyższy i wyniósł aż 41 proc. Ze wszystkich wskazanych przez Deloitte trendów, w obszarze właśnie alternatywnych form zatrudnienia rysuje się największa różnica w odpowiedziach, co oznacza, że rynek, ale też prawo pracy w Polsce nie nadążają za szybko zmieniającymi się warunkami ekosystemu pracy. Podobny odsetek deklaracji (7 proc. w Polsce, 8 proc. na świecie) dotyczy opracowania procesów umożliwiających zarządzanie i rozwijanie alternatywnych form zatrudnienia.

Menedżerowie zarządzający pionami HR powinni mieć na uwadze fakt, że to na alternatywnych formach zatrudnienia w przyszłości będzie opierał się biznes. Pracownik w jednej firmie może być zatrudniony na etacie, a z drugą w tym samym czasie może być związany projektowo. Pracodawca 4.0 powinien dostrzec te zależności, inaczej trudno mu będzie w relacji z pracownikami uwzględnić przeciwdziałanie wykluczeniu, różnorodność, sprawiedliwe traktowanie i zaufanie – mówi Irena Pichola, Partner, Lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej w Deloitte. – Pracownik 4.0 musi czuć, że jest doceniany, mieć poczucie, że jest częścią kultury i systemu organizacyjnego, pełnoprawnym członkiem zespołu – dodaje. 83 proc. (88 proc. globalnie) firm w Polsce uznało za istotną lub wysoce istotną zależność między poziomem zaangażowania a efektywnością swoich pracowników.

Zamiast zwolnień nowe stanowiska

Do lamusa odchodzi przekonanie, że roboty i automatyzacja wyprą z rynku pracy człowieka. Zamiast tego firmy zmieniają swój sposób działania, a stanowiska przekształcają się w superstanowiska, na których zatrudnieni pracownicy współpracują z botami, dzięki czemu wzrasta wydajność i korzyści społeczne. Niemal trzy czwarte (80 proc. globalnie) pracowników zapytanych przez Deloitte deklaruje, że oczekuje zwiększenia nawet w stopniu znacznym zastosowania sztucznej inteligencji oraz technologii kognitywnych w ciągu najbliższych trzech lat. Co ciekawe, połowa pracowników w Polsce nadal uważa, że automatyzacja spowoduje likwidację znacznej liczby stanowisk pracy. To dużo, jeśli wziąć pod uwagę, że podobnie uważa jedynie 13 proc. badanych na świecie. – Polska wciąż uczy się technologii. Jedynie 21 proc. naszych respondentów deklaruje, że jest choćby częściowo gotowych do wykorzystania technologii w miejscu pracy. Globalnie ten wynik nie jest dużo lepszy i wynosi 26 proc. Współczesne stanowiska pracy są w pełni zautomatyzowane, ale do rozwiązywania problemów czy interpretowania informacji potrzebne są umiejętności typowo ludzkie – mówi Tomasz Konik, Wiceprezes zarządu Deloitte, Partner.  – Można powiedzieć, że maszyny przejmują czynności powtarzalne, a zajęcia ludzi stracą rutynowy charakter. Najbliższym współpracownikiem człowieka stanie się robot, a stanowisko przekształci się w „superstanowisko” łączące zadania i kwalifikacje z różnych dziedzin, ale też umożliwiające mobilność, awans i szybkie przyswajanie nowych umiejętności – mówi.

Pieniądze ważne, ale nie najważniejsze

Na pytanie o to co cenią, pracownicy najczęściej odpowiadają: wartość, jaką stanowi dla nich praca. Tylko 4 proc. (11 proc. globalnie) respondentów uważa, że systemy wynagradzania są dobrze dopasowane do celów strategicznych firmy. Taka opinia wynika zapewne z tego, że pieniądze nie są już wystarczającą i jedyną zachętą oraz mobilizacją.. Współczesny pracownik jest zainteresowany takim systemem nagród, który spełnia jego indywidualne potrzeby. Dlatego też strategia wynagradzania powinna wyrastać z kultury organizacyjnej i celów prowadzonej działalności. – W tegorocznej edycji naszego badania ankietowani wskazali wynagrodzenie, które oczywiście nadal jest ważnym elementem, ale obok niego także elastyczność, możliwość kształcenia i rozwoju oraz opiekę zdrowotną i well-being jako najistotniejsze świadczenia, decydujące o sukcesie rekrutacyjnym. Dla pracodawców oznacza to odejście od znanych dotąd systemów wynagradzania do budowania relacji, co ma kluczowe znaczenie w tworzeniu i umacnianiu nowej formy interakcji z pracownikiem – mówi Irena Pichola. Najlepsi powinni mieć dostęp do systemu nagród, dostosowanego do elastycznych metod oceny wyników i modeli zarządzania, zaspokajającego jednocześnie potrzeby i oczekiwania pracowników oraz zabezpieczającego przyszłość firmy. Tymczasem prawie połowa zatrudnionych z Polski (48 proc.; 55 proc. globalnie) twierdzi, że system motywacyjny w ich firmach nie jest w żaden sposób powiązany ze zdobywaniem nowych umiejętności.

Prawidłowo dobrane szkolenia jeszcze nigdy nie były tak ważne

Tymczasem kwestia kształcenia okazuje się być trendem numer jeden w tegorocznej edycji badania. Aż 82 proc. respondentów w Polsce (86 proc. globalnie) uznało zmianę sposobu szkolenia za ważną lub bardzo ważną. Pracownicy chcą szkoleń i możliwości kształcenia lepiej dopasowanych do ich stanowisk i zadań. Rozwój nie polega już na kumulowaniu wiedzy, lecz na zdobywaniu umiejętności, które pracownik rzeczywiście będzie mógł wykorzystać w praktyce. Z badania wynika, że liderzy rynkowi starają się zaspokoić tę potrzebę, inwestując w nowe narzędzia, które umożliwiają pracownikom kształcenie się nie tylko w pracy, ale i w życiu prywatnym.  Jednak tylko zaledwie 5 proc. pracowników (10 proc. globalnie) uważa, że firmy w których pracują są gotowe do podjęcia tego tematu. – Od lat obserwujemy, że rośnie długość życia, a wraz z nią wydłuża się kariera zawodowa do nawet 60 lat i więcej. Ciągły rozwój, poszerzanie wachlarza kompetencji nie jest już jedynie warunkiem awansu. Kto się nie rozwija, po prostu nie przetrwa na rynku. Proces ustawicznego kształcenia powinien być wbudowany w DNA organizacji – mówi Sylwia Dębińska, Senior Manager, Talent Leader, Deloitte.

Mobilność talentów

Jedynie 8 proc. polskich firm (o 2 pp. więcej niż globalnie) uważa, że dysponuje najlepszymi w swojej klasie procesami i technologiami, umożliwiającymi przyciągnięcie cenionych specjalistów. W opinii aż 92 proc. pytanych (81 proc. na świecie) sposoby i procesy pozyskiwania talentów, stosowane w ich firmie, są standardowe lub nawet poniżej standardu. Taki wynik zastanawia, zwłaszcza, że 72 proc. respondentów (70 proc. globalnie) uznało rekrutację za istotną kwestię. Według raportu Deloitte warto zmienić perspektywę rekrutacyjną i odejść od tradycyjnego poszukiwania pracowników, ponieważ eksperci mogą być pod ręką. Wiele firm jednak nie radzi sobie z wewnętrzną mobilnością talentów i często jest to kwestia omawiana na poziomie zarządów. Dla 77 proc. (76 proc. globalnie) to temat ważny lub bardzo ważny. – Ponad dwie trzecie pracowników w Polsce jest zdania, że łatwiej znaleźć nowe stanowisko u innego pracodawcy niż w ich obecnej firmie. To sporo więcej niż pokazują globalne wyniki. Wśród barier, które ograniczają mobilność wewnętrzną trzeba wymienić brak narzędzi, które pomagają rozpoznać właściwych kandydatów i przesunąć ich na inne stanowiska. Część badanych uważa też, że pracownicy nie mają możliwości zapoznania się z ofertą rekrutacji wewnętrznej – mówi Sylwia Dębińska.

HR w chmurze

W przedsiębiorstwach rośnie świadomość, że znaczenie ma również zmiana podejścia do technologii w chmurze, która ma stać się punktem wyjścia, a nie celem. 76 proc. (74 proc. globalnie) respondentów Deloitte uznało technologie HR za ważne lub bardzo ważne, ale tylko jedna czwarta w Polsce i na świecie deklaruje, że efektywnie wykorzystuje technologie HR działające w chmurze z aplikacjami lub w pełni zintegrowanymi platformami HR. – Na pewno daje się tu zauważyć znaczący postęp, jednak wiele firm wciąż nie integruje systemów, choć to umożliwiłoby pełne wykorzystanie ich potencjału. Systemy HR otwierają możliwości do innowacji z wykorzystaniem narzędzi opartych o rozwiązania z dziedziny robotyki, technologii kognitywnych czy sztucznej inteligencji. Jednocześnie ich stosowanie umożliwi poprawę wydajności przy jednoczesnej redukcji kosztów – dodaje Sylwia Dębińska.

Tylko 14 proc. (19 proc. na świecie) szefów firm deklaruje gotowość do prowadzenia odpowiedzialnego biznesu 4.0, ale aż 83 proc. (globalnie 88 proc.) firm, które badają zależność między poziomem zaangażowania pracowników a efektywnością ich pracy, uznało ją za istotną. – To oznacza, że odpowiedzialny biznes 4.0 przestaje być jedną z możliwych form zarządzania, a staje się naturalną drogą każdej organizacji. Na przestrzeni dziewięciu lat badania Deloitte pokazują, jak w zarządzaniu przenosił się środek ciężkości z działów HR, przez samą organizację do odpowiedzialnego biznesu 4.0. Dla firm, które zdecydowały się iść tą drogą równie ważny jak zysk jest człowiek, który na ten zysk pracuje – mówi Tomasz Konik.