Brexit oznacza same czarne scenariusze. Bez względu na zasady wyjścia ucierpi gospodarka i pozycja polityczna Wielkiej Brytanii

Brexit oznacza same czarne scenariusze. Bez względu na zasady wyjścia ucierpi gospodarka i pozycja polityczna Wielkiej Brytanii 1

Brexit to klasyczny przypadek gry, w rezultacie której stratne są obie strony: zarówno Wielka Brytania, jak i Unia Europejska – przekonują autorzy raportu „Brexit. Gdy wszyscy przegrywają”. Według szacunków unijne PKB może się zmniejszyć od 0,4 do 1,5 proc. w skali roku, a brytyjskie już do tej pory straciło nawet 2,5 proc. i może stracić znacznie więcej. Brexit nie pozostanie też bez wpływu na sytuację wewnętrzną Zjednoczonego Królestwa. Coraz silniejsze mogą się stać tendencje separatystyczne Szkocji.

– W zasadzie konsekwencje wychodzenia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej są wyłącznie negatywne, i to dla obu stron. To jest wybór między złym a bardzo złym rozwiązaniem, bo oznacza wychodzenie z UE po ponad 40 latach europeizacji i dotyka wszystkich dziedzin polityki publicznej – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Bartłomiej Nowak, współautor raportu Fundacji im. Roberta Schumana i Fundacji Konrada Adenauera „Brexit. Gdy wszyscy przegrywają”.

Autorzy raportu, powołując się na Global Innovation Index, wskazują, że obecnie gospodarka Wielkiej Brytanii jest piątą największą na świecie pod względem PKB, a czwartą pod względem poziomu innowacji. Na wyjściu z UE może jednak wiele stracić. W 80 proc. gospodarka opiera się na sektorze usług, który odpowiada za 45 proc. brytyjskiego eksportu. W blisko 40 proc. popyt na nie generowany jest przez państwa członkowskie UE. Co więcej, niemal 2/3 brytyjskiego handlu dotyczy UE lub krajów, z którymi ma ona podpisane porozumienia handlowe.

– Szacunki są bardzo różne – mówią, że Wielka Brytania będzie stratna od 6 do 16 proc. PKB, aczkolwiek trudno szacować, ponieważ nie znamy przyszłego modelu relacji Wielkiej Brytanii z Unią Europejską, który jest absolutnie kluczowy. Pytanie, czy będzie obejmował tylko strefę wolnego handlu, czy usługi i jakie to będą porozumienia – zaznacza dr Bartłomiej Nowak.

Już od momentu referendum ws. wyjścia z UE Wielka Brytania straciła 2–2,5 proc. PKB. W wypadku braku porozumienia jej PKB per capita może być mniejsze o 3,5–8,7 proc. w porównaniu z opcją pozostania w UE. Jeśli zostałoby przyjęte porozumienie wynegocjowane przez Theresę May, Wielka Brytania długoterminowo utraci 4 proc., a gdyby pozostała w unii celnej – 2 proc. PKB. W najgorszym scenariuszu, czyli braku porozumienia z UE i braku napływu siły roboczej z krajów EOG, PKB może spaść o 9,3 proc.

– Dotychczasowe porozumienie nie dotyczy sektora usług, a one stanowią 80 proc. brytyjskiego PKB, czyli są absolutnie kluczowe. Dla londyńskiego City to też oznacza bardzo dużo, dlatego że sektor usług finansowych jest zdecydowanie najprężniejszy w Wielkiej Brytanii. W jakimkolwiek modelu nie będzie można dokonywać tzw. paszportowania, czyli uznania usług finansowych na rynku Unii Europejskiej – przypomina współautor raportu.

Brytyjskie usługi finansowe (bez ubezpieczeń i funduszy emerytalnych) ucierpią najbardziej. Według raportu długoterminowo będą około 60 proc. niższe. Spośród wszystkich usług finansowych tylko 28 proc. jest eksportowanych poza Europę, a 67 proc. trafia do UE.

Brexit to nie tylko straty gospodarcze, lecz także polityczne, społeczne i prawne. Szacuje się, że od 15 do 50 proc. prawa wewnętrznego Zjednoczonego Królestwa w sposób bezpośredni lub pośredni było wynikiem regulacji UE.

– Społeczeństwo brytyjskie i partie polityczne są bardzo podzielone i to będzie wpływało na tworzenie prawa w Wielkiej Brytanii, bo przecież to prawo unijne, które do tej pory obowiązywało, trzeba będzie zastąpić prawem krajowym. Do tego trzeba będzie wypracować pewien konsensus, a w obecnym stanie systemu politycznego i podzielonego społeczeństwa to będzie bardzo trudne – przekonuje dr Bartłomiej Nowak.

Jeżeli brexit odbędzie się w sposób chaotyczny i bez porozumienia, to może wywołać poważne reperkusje przede wszystkim w przypadku Szkocji i Irlandii Północnej. Ponadto Szkocja i Walia uznały, że dostęp do jednolitego rynku UE jest dla nich priorytetem. Wspólnie z Irlandią Północną sprzeciwiały się ograniczeniom w wolnym przepływie osób. Dla nich brexit oznacza utratę finansowania z funduszy europejskich.

– Pytanie o ponowne referendum szkockie prawdopodobnie kiedyś stanie na agendzie, bo Szkocja będzie chciała być częścią Unii Europejskiej. Wydaje mi się, że mówienie Wielkiej Brytanii o tym, że będzie globalną Brytanią, to jest pieśń przeszłości, która miała miejsce jeszcze w XX wieku, ale już nie w XXI – ocenia dr Bartłomiej Nowak.

Decyzja o zakupie mieszkania coraz częściej zapada w internecie. Wirtualna rzeczywistość będzie ułatwiać ten proces

Decyzja o zakupie mieszkania coraz częściej zapada w internecie. Wirtualna rzeczywistość będzie ułatwiać ten proces 2

Bez względu na branżę klienci podejmują większość decyzji zakupowych w internecie. Nieruchomości nie są pod tym względem wyjątkiem. W sieci nie da się jednak wszystkiego dokładnie obejrzeć, czego oczekują potencjalni nabywcy. Dodatkowo Polacy, w przeciwieństwie do innych nacji europejskich, znacznie częściej podejmują decyzję o zakupie mieszkania jeszcze na etapie budowy lub nawet dziury w ziemi. Na Zachodzie jest to nie do pomyślenia. W obu tych przypadkach duże możliwości dają nowe technologie. – Wirtualne spacery, technologia 3D, VR będą przybliżać klienta do produktu, który ma kupić – podkreślają eksperci Obido.pl.

– Cały proces zakupu nieruchomości nigdy nie przeniesie się w 100 proc. do internetu, chociażby dlatego, że jest to jedna z najważniejszych inwestycji w życiu pod względem wartości. Wymaga dużo więcej zastanowienia, poznania lokalizacji przed podjęciem decyzji o kupnie nieruchomości. Myślę jednak, że coraz większa cześć procesu decyzyjnego będzie się przenosiła do internetu. Zresztą wystarczy obserwować to, co już się dzieje – to rzeczywiście bardzo silny trend, który na pewno będzie postępował – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marian Bruliński, dyrektor marketingu Obido.pl.

Jak podkreśla, w internecie nie da się jednak wszystkiego dokładnie obejrzeć, a tego oczekują potencjalni nabywcy. Tu duże pole do rozwoju stwarzają nowe technologie – przede wszystkim wirtualna rzeczywistość. Takie narzędzia sprawdzają się również w przypadku zakupu na etapie budowy lub dziury w ziemi.

– Są pewne różnice pomiędzy tym, jak wygląda proces decyzyjny w Polsce i na rynkach bardziej rozwiniętych. W wielu krajach klientom nie przyszłoby do głowy, żeby kupić nieruchomość, której najpierw nie zobaczą. W Polsce – z uwagi na to, że rynek jest bardzo dynamiczny i większość mieszkań sprzedaje się już na etapie budowy – fizycznie jest to niemożliwe – podkreśla Marian Bruliński.

Jak podkreśla, zmienia się również technologia mieszkalnictwa. Domy i mieszkania są wyposażane w coraz to nowsze systemy i rozwiązania technologiczne. Do spopularyzowania systemów inteligentnego domu przyczyni się jeszcze wdrożenie w Polsce sieci 5G, które zbliża się dużymi krokami (zgodnie z wymogami UE do 2020 roku ma być dostępna w co najmniej jednym dużym mieście, a powszechnie – do 2025 roku). Rosnąca popularność smart home to trend zauważalny nie tylko na polskim, lecz także na globalnym rynku – według raportu opracowanego przez agencję Lucintel rynek inteligentnych rozwiązań dla domu osiągnie wartość 107,4 mld dol. do 2023 roku, rozwijając się w tempie 9,5 proc. rocznie.

– Coraz więcej rozwiązań rzeczywiście jest już planowanych na etapie inwestycji przez samych deweloperów, natomiast bardzo duże pole manewru będzie miał sam użytkownik, właściciel mieszkania, który może decydować, w co chce to mieszkanie wyposażyć – mówi Marian Bruliński.

Cyfryzacja to jeden z trendów, który stopniowo zmienia rynek nieruchomości. Kolejnym jest prefabrykacja, która w coraz większym stopniu interesują się deweloperzy. W tej technologii prefabrykowany moduł powstaje najpierw w zakładzie produkcyjnym, a dopiero później jest dostarczany na plac budowy i przyłączany do infrastruktury podziemnej. Ten model budownictwa mieszkaniowego jest bardzo popularny w krajach skandynawskich. Jego zaletą jest skrócenie czasu inwestycji i obniżenie jej kosztów.

– Sam proces budowy wiąże się z dość dużymi różnicami w kontekście przygotowania inwestycji. Trzeba bardzo dokładnie wszystko wcześniej zaplanować, w zasadzie co do dnia, bo elementy powstają wcześniej w fabryce, a później są tylko montowane. Czas budowy jest krótszy. Czy będziemy zmierzali w tym kierunku? Patrząc na koszty pracy, dojdziemy do momentu, kiedy technologia prefabrykowana będzie bardziej ekonomiczna i część deweloperów naturalnie się na nią przestawi – mówi Marian Bruliński.

Według danych GUS w ostatnim kwartale 2018 roku ceny mieszkań wzrosły o 7,7 proc. w stosunku do analogicznego okresu rok wcześniej (o 6,3 proc. na rynku pierwotnym i o 8,7 proc. na rynku wtórnym). W ujęciu kwartalnym wzrost wyniósł natomiast 2,4 proc. Ceny mieszkań rosną obecnie najszybciej od 2007 roku i jest tego kilka powodów: dobra sytuacja gospodarcza i wzrost wynagrodzeń Polaków, hossa na rynku mieszkaniowym, niskie stopy procentowe, rosnące koszty pracy i materiałów budowlanych.

– Obserwując powody wzrostu cen, raczej trudno się spodziewać, żeby którykolwiek z tych czynników ustąpił. Koszty pracy raczej nadal będą rosły, bo zarabiamy coraz więcej, do tego się przyzwyczajamy i bez drastycznych sytuacji na rynkach światowych ten trend w Polsce nie powinien się odwrócić. Kolejny powód to wzrosty cen materiałów budowlanych. Poza tym kończą się grunty w miastach, przez co ich ceny także będą rosły – mówi Marian Bruliński.

Zbudowanie gospodarki opartej na wiedzy jest możliwe dzięki matematyce. Polacy są uzdolnieni matematycznie, źle działa jednak system nauczania

0

Zbudowanie gospodarki opartej na wiedzy jest możliwe dzięki matematyce. Polacy są uzdolnieni matematycznie, źle działa jednak system nauczania 3

Matematyka ma rosnące znaczenie dla innowacji i rozwoju gospodarki. – Czasy uruchamiania prostych rezerw się skończyły, teraz trzeba trochę pokombinować i od tego jest matematyka – przekonuje dr Kamil Kulesza z Instytutu Matematycznego PAN. Jak podkreśla, trudno wskazać dziedzinę, w której rozwiązania problemów nie mogliby dostarczyć matematycy. Choć w Polsce nie brakuje zdolnych naukowców, brakuje im warunków do rozwoju.

– Rośnie rola matematyki w cywilizacji, a my sobie z nią nie najgorzej radzimy, więc być może powinniśmy iść właśnie w tym kierunku. Ale to się samo nie zadzieje. Musimy stworzyć odpowiednie warunki, a ośmielę się powiedzieć, że wszystkie rządy od kilkudziesięciu lat bardzo się starają, żeby nasi najzdolniejsi ludzie nie realizowali się w tym kraju – mówi agencji Newseria Biznes dr Kamil Kulesza z Instytutu Matematycznego PAN.

Jak podkreśla ekspert, trudno już znaleźć dziedzinę, w której nie byłyby wykorzystywane osiągnięcia matematyki. Wykorzystują ją nauki biologiczne, fizyczne, nawet społeczne. Niedawno zakończony matematyczny hackathon ESGI zorganizowany w Warszawie przez Instytut Matematyczna PAN pokazał, że dzięki matematyce można rozwiązać problemy biznesu, m.in. w sektorze energetycznym, hotelowym czy górniczym. Dzięki takim wydarzeniom jak ESGI biznes może współpracować z matematykami akademickimi nad istotnymi dla branży kwestiami.

– Jeżeli chodzi o problemy, w których rozwiązaniu matematycy mogliby pomóc, to chyba prościej wymienić te, w których nie byliby w stanie nic zdziałać – podkreśla dr Kamil Kulesza. – Nawet najbardziej dziwne rzeczy można obsłużyć za pomocą matematyki. A dlaczego tak jest? Dlatego że matematyka to tak naprawdę jest inny język, system opisu świata i jeżeli ją dobrze rozumiemy, to jesteśmy w stanie opisać prawie wszystko.

Matematyka jest jedną z największych technologii. To właśnie dzięki niej można zbudować gospodarkę opartą na wiedzy. Państwa i firmy, które tego nie dostrzegają, mogą się przestać liczyć w coraz bardziej cyfrowym świecie. Podniesienie wskaźnika wyników z testów PISA w obszarze matematyki i nauk ścisłych o 100 pkt przekłada się na roczny wzrost PKB ok. 1,7 proc.

– Przykładem może być Singapur – państwo, które w ogóle nie ma żadnych zasobów naturalnych, tylko położenie strategiczne. Ludzie, którzy rządzili i rządzą tym państwem, zrozumieli, że z samego przeładunku kontenerów nie będzie się dostatecznie długo i dobrze żyło. Postawiono na gospodarkę opartą na wiedzy – przekonuje dr Kamil Kulesza.

Także Polska ma szanse stworzyć gospodarkę opartą na wiedzy, zwłaszcza że jak pokazują badania, polscy uczniowie mają do matematyki talent. Raport NIK wskazuje, że więcej niż połowa dzieci polskich przed rozpoczęciem szkolnej edukacji wykazuje się uzdolnieniami do nauki matematyki, a co czwarte wysokim stopniem takich uzdolnień. Wiele do życzenia pozostawia jednak system nauczania. W Singapurze władze zdecydowały, że szkoła będzie kłaść większy nacisk na rozwój umiejętności pracy zespołowej i analitycznego myślenia, zamiast uczyć encyklopedycznej wiedzy.

Sztuczna inteligencja rozładuje kolejki w przychodniach. Pomoże w zdiagnozowaniu dziecka i podpowie, czy wizyta u lekarza jest konieczna

Sztuczna inteligencja rozładuje kolejki w przychodniach. Pomoże w zdiagnozowaniu dziecka i podpowie, czy wizyta u lekarza jest konieczna 4

W szybkim tempie rośnie liczba aplikacji pomagających rodzicom w opiece nad dziećmi. Na rynku są dostępne czujniki, które pozwalają na bieżąco monitorować stan zdrowia, pilnują ilości przyjmowanego pokarmu czy pomagają w wychowaniu. Wspierana przez sztuczną inteligencję aplikacja Babydoc24 pozwala rodzicom uzyskać wstępną diagnozę na podstawie objawów chorobowych dziecka. Podpowie, czy wizyta u lekarza jest konieczna, a tym samym pomoże rozładować kolejki w przychodniach, do których część małych pacjentów trafia ze zwykłym przeziębieniem.

– Załóżmy, że jest sobota wieczór, dziecko zaczyna płakać, zaczyna kaszleć, ma gorączkę. Zaczynamy googlować objawy i zamiast rozwiązania zwiększa nam się stres. Część z nas po prostu trafi na izbę przyjęć tylko dlatego, że ich dziecko ma zwykłe przeziębienie, które może być z powodzeniem leczone w domu. Chcemy dać rodzicom wstępną diagnozę, zastąpić „doktora Google”, dać im rzetelną wiedzę medyczną, do której mogą zawsze i wszędzie mieć dostęp – tłumaczy agencji Newseria Innowacje Wojciech Jańczak, lekarz rodzinny i współzałożyciel start-upu Babydoc24.

Na rynku nie brakuje urządzeń, które mają na celu ułatwianie życia rodzicom. To m.in. pieluszki, które sprawdzają poziom nawodnienia i same informują, kiedy należy je zmienić. Specjalne smoczki mierzą temperaturę, butelki kontrolują, czy rodzice prawidłowo karmią dzieci, a słuchawki założone podczas karmienia piersią ułatwiają sprawdzenie, czy dziecko zjadło wystarczająco dużo pokarmu. Rodzice mogą też skorzystać z małych czujników, które monitorują stan zdrowia dziecka i jakość snu, zapobiegając nagłej śmierci łóżeczkowej.

Choć nie brakuje gadżetów, które przekazują na bieżąco najważniejsze informacje o zdrowiu, to w sytuacji choroby czy temperatury większość rodziców jest bezradna. Objawy sprawdza w internetowej wyszukiwarce, przy zwykłym przeziębieniu często doszukuje się poważnych schorzeń i na wszelki wypadek jedzie z dzieckiem do szpitala.

Przewagą aplikacji jest zastosowanie sztucznej inteligencji. Dzięki temu objawy można dopasować do określonej choroby, ale przetwarzane są przy tym dodatkowe informacje o dziecku, czyli np. wiek, waga czy płeć. Objawy, które mogą się okazać potencjalnie niebezpieczne u kilkumiesięcznego dziecka, u przedszkolaka nie muszą świadczyć o niczym poważnym.

– Rodzic po prostu dostaje od nas rzetelną wiedzę medyczną dostępną 24/h. Nie mówimy, że zastępujemy lekarza, bo to niemożliwe, my po prostu zastępujemy wyszukiwanie internetowe, czytanie przeróżnych forów. U dziecka wszystko ma znaczenie: wysokość gorączki, wiek czy płeć. U nas możemy znaleźć rzetelną wiedzę w jednym miejscu, dostosowaną do konkretnych objawów dziecka – przekonuje Wojciech Jańczak.

Obecnie aplikacja pozwala sprawdzić kilka podstawowych objawów, ale z biegiem czasu ich lista będzie rozszerzana, a cały system ma działać, jak czat z wirtualnym asystentem, który po kilku informacjach podpowie, co dolega dziecku, pomoże też uniknąć wizyt u pediatry z lekko przeziębionym dzieckiem.

– Wiadomo, że średni czas oczekiwania na wizytę lekarską wynosi kilka dni, w USA to 2 tygodnie, a średni czas oczekiwania w poczekalni to 30–40 minut. Ludzie są przyzwyczajeni do wiedzy, do dostania po prostu odpowiedzi tu i teraz, nie chcą czekać, a my im to dajemy – podkreśla współzałożyciel Babydoc24.

Zgodnie z założeniami Babydoc24 ma być nie tylko aplikacją do oceniania stanu zdrowia dziecka, lecz także pełnym przewodnikiem dla świeżo upieczonych rodziców.

– Matka nie wie na początku, jak np. nakarmić dziecko piersią, pojawia się masa różnych problemów. Chcemy te wszystkie problemy zaadresować. Wychodzimy ze szpitala z narodzonym dzieckiem, ale nie dostajemy podręcznika obsługi. Chcemy stworzyć takie miejsce, gdzie rodzic, który ma wątpliwość, może zawsze otworzyć aplikację czy stronę i znaleźć odpowiedź. Oczywiście, jeżeli to będzie problem złożony, pokierujemy go do lekarza, natomiast te podstawowe chcemy rozwiązywać – mówi Wojciech Jańczak.

Aplikacja ma być już wkrótce dostępna. Już teraz, jak wynika z danych OSOZ Polska, tylko w 2017 roku w Google Play i App Store było dostępnych ok. 325 tys. aplikacji zdrowotnych. BIS Research podaje zaś, że wartość światowego rynku medycznych aplikacji mobilnych do 2025 roku ma przekroczyć 11 mld dolarów.

Coraz bardziej zaawansowane systemy pozycjonowania rewolucjonizują rynek autonomicznych, latających pojazdów. Ulepszony GPS pozwoli nawigować także w powietrzu

Coraz bardziej zaawansowane systemy pozycjonowania rewolucjonizują rynek autonomicznych, latających pojazdów. Ulepszony GPS pozwoli nawigować także w powietrzu 5

Dynamiczny rozwój technologii kosmicznych wpływa na nasze codzienne życie. Dzięki nim powstają narzędzia, które poprawią nasze bezpieczeństwo podczas lotów i pozwolą lepiej zrozumieć otaczający nas świat. Zaawansowane systemy obrazowania satelitarnego wykorzystuje się do monitorowania jakości upraw czy zanieczyszczenia powietrza. Ewoluują także nawigacje satelitarne, dzięki czemu w przyszłości będą mogły powstać wysoce zaawansowane pojazdy autonomiczne do transportowania ludzi oraz ultradokładne systemy lokalizacyjne. 

– W lotnictwie cywilnym i wojskowym wykorzystywany jest przede wszystkim sygnał satelitarny z satelitów, które umożliwiają pozycjonowanie. Oczywiście, GPS nie jest systemem w pełni certyfikowanym dla potrzeb lotniczych, natomiast ułatwia orientowanie się w przestrzeni – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Mariusz Kacprzak z Instytutu Lotnictwa w Centrum Technologii Kosmicznych.

Coraz większa liczba latających pojazdów, nie tylko samolotów, lecz także samochodów czy taksówek, wymaga zwiększenia precyzji usług lokalizacyjnych. Tymczasem GPS jest już dość starym systemem, którego początki sięgają lat 70. ubiegłego wieku. Dlatego powstają nowsze, bardziej zaawansowane systemy nawigacji, wzbogacane m.in. technologiami kosmicznymi.

– W lotnictwie bezzałogowym technologie satelitarne są podstawowym narzędziem do wyznaczania pozycji. W oparciu o sygnał GPS i sygnał z jednostek z tzw. IMU (jednostek nawigacji inercyjnej – przyp.red.), pozwalają pozycjonować statki powietrzne, a także wyznaczać trasę lotu. Zdjęcia satelitarne stanowią zaś podstawę do tworzenia map, a na podstawie tych map wyznaczane są trasy przelotu – mówi Mariusz Kacprzak.

Jednostki nawigacji inercyjnej IMU, wyposażone w żyroskop i przyspieszeniomierz, umożliwiają dokładne śledzenie orientacji i położenia obiektu w dwóch osiach. Są szeroko używane np. do stabilizacji dronów czy pojazdów samobalansujących się typu segway. Wykorzystywane są także w statkach powietrznych i kosmicznych. Mogą być także podstawą do budowy floty latających samochodów, choć do tego niezbędne będzie stworzenie hybrydowego, zaawansowanego systemu nawigacji satelitarnej.

Nad projektem elektrycznego pojazdu, który będzie pionowo startował i lądował, pracują m.in. firmy Honeywell i Volocopter. Ich inżynierowie opracowują hybrydowy system kontroli lotu, bazujący na klasycznym sygnale GPS, mikroelektromechanicznym systemie kontroli kursu i wysokości oraz czujnikach obrazowania, co pozwoli precyzyjnie rozpoznać przeszkody na drodze pojazdu oraz ułatwi przeprowadzenie procesu podchodzenia do lądowania.

Firma Aireon z kolei chce zmodernizować system GPS, wzbogacając go o technologie kosmiczne. Planuje przenieść odbiorniki ADS-B, radary lotnicze, które w ramach starego systemu rozmieszczono na Ziemi, na pokład satelitów. To umożliwi pokrycie całej powierzchni globu sygnałem GPS i precyzyjne namierzanie śledzonych obiektów bez potrzeby budowania całego systemu od zera. Największą zaletą rozwiązania ma być pełna kompatybilność z dotychczasowymi nawigacjami satelitarnymi, wykorzystującymi klasyczne stacje ADS-B.

Systemy nawigacji satelitarnej coraz częściej wykorzystywane są także w procesie szczegółowego obrazowania powierzchni Ziemi. Centrum Technologii Kosmicznych Instytutu Lotnictwa prowadzi m.in. badania nad metodami wykorzystania narzędzi teledetekcyjnych do zwiększenia konkurencyjności polskich produktów roślinnych na globalnym rynku zbytu. Zdjęcia satelitarne zrobione przez satelity, posłużą do oceny wpływu warunków pogodowych na uprawy czy wykrywania ośrodków chorób przechowalniczych na wczesnym etapie rozwoju.

Nad efektywniejszymi metodami przetwarzania danych satelitarnych pracują także inżynierowie Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej, którzy we współpracy z Akademią Górniczo-Hutniczą, Akademickim Centrum Komputerowym Cyfronet, Centrum Badań Kosmicznych Polskiej Akademii Nauk oraz Polską Agencją Kosmiczną powołali do życia konsorcjum Sat2Envi.

– Projekt Sat4Envi jest bardzo ważny i przełomowy. W jego ramach przygotowano serię szkoleń i spotkań z pracownikami administracji publicznej po to, żeby pokazać potencjał danych. I dzięki temu programowi cała branża teledetekcyjna w Polsce ma szansę skorzystać i dostarczać innowacyjne produkty – zauważa Mariusz Kacprzak.

W ramach tego projektu powstanie cyfrowa baza informacji satelitarnej. Zgromadzone w niej dane posłużą przede wszystkim administracji publicznej do realizacji zadań związanych z ochroną środowiska, planowaniem przestrzennym czy projektowaniem sieci transportowych. Wgląd do bazy danych będą mieli także prywatni przedsiębiorcy, którzy wykorzystają zdjęcia satelitarne do rozwoju najróżniejszych usług o charakterze komercyjnym.

Według firmy badawczej Allied Market Research wartość globalnego rynku komercyjnych satelitów obrazujących do 2022 roku wzrośnie do 5,3 mld dol. W najbliższych latach ma się rozwijać w tempie blisko 11,5 proc. w skali roku. Analitycy Morgan Stanley prognozują z kolei, że rynek latających samochodów do 2040 r. może być wart nawet 3 bln dol.

Prefixbox uznany jako reprezentacyjny dostawca wyszukiwarek internetowych uzywajacych technologii NLP

Zdolności przetwarzania języka naturalnego (ang. Natural Language Processing – NLP) firmy Prefixbox nadają dystrybutorom przewagę nad konkurencją.

Przetwarzanie języka naturalnego (ang. Natural Language Processing) jest kluczowe w optymalizacji wyszukiwarek, ponieważ sklep internetowy należy do wysoce konkurencyjnej branży, w której dystrybutorzy muszą dotrzymywać kroku trendom, aby przekonać klientów do własnej oferty. NLP jest używane przede wszystkim w polach wyszukiwania i funkcjach czatu, gdyż ta technologia umożliwia komputerom przetwarzanie języka mówionego. Coraz częściej klienci wyszukują produkty w sposób podobny do rozmowy z kolegami.

Aby zapewnić przyjemne zakupy, sklepy internetowe potrzebują technologii, która obsługuje formaty wielozadaniowe, aby ich potencjalni klienci nie wylądowali na stronach bez rezultatów – najgorsze co może przytrafić się kupującemu (to się zdarza średnio w 20% przypadków).

Istvan Simon, założyciel i prezes Prefixbox’u.
Istvan Simon, założyciel i prezes Prefixbox’u.

W tym badaniu Gartner stwierdza, że „aby zrozumieć intencję (NLP), dana wyszukiwana domena/produkt muszą także być zrozumiane. To pomaga generować właściwe odpowiedzi lub kolejne pytania, które pomogą klientowi znaleźć poszukiwany produkt”[1]. Według dowodów zewnętrznych jest to bezpośrednio powiązane ze zwiększaniem dochodów online i wskaźnika konwersji.

Funkcja wyszukiwania to kluczowy przyrząd zwiększający dochody online, ponieważ prowadzi on kupujących do produktów, których poszukują.

„W firmie Prefixbox staramy się zapewnić zaawansowaną, ale także łatwą do wprowadzenia technologię wyszukiwania handlowego. Jesteśmy zaszczyceni, że Gartner uznał naszą pracę w coraz ważniejszej przestrzeni wyszukiwania handlowego z użyciem NLP” powiedział Istvan Simon, założyciel i prezes Prefixbox’u.

[1] To understand intent [of NLP], the specific domain/product set to be searched must also be understood. This helps generate appropriate answers or next questions for the customer as the conversation leads to a product selection

Dzień Kierowcy Zawodowego. Dokąd podróżują, ile zarabiają?

Z okazji Międzynarodowego Dnia Kierowcy Zawodowego Ogólnopolskie Centrum Rozliczania Kierowców odkrywa karty branży transportowej. Sprawdzamy, kto prowadzi polskie ciężarówki, jakie napotyka trudności i jakie nastroje panują w tej grupie zawodowej.

Kim jest?

Raport przygotowany przez Ogólnopolskie Centrum Rozliczania Kierowców (OCRK) „Kim jest polski kierowca ciężarówki?” wskazał, że 86% zatrudnionych w naszym kraju na stanowisku kierującego pojazdem ciężarowym stanowią Polacy. Jednak z danych Głównego Inspektora Transportu Drogowego (GITD) wynika, że z roku na rok wydawanych jest coraz więcej świadectw kierowców dla pracowników głównie zza wschodniej granicy. Zgodnie z zestawieniem w 2018 roku wydano 72 390 takich dokumentów[1], rok wcześniej było to nieco ponad 46 tys.[2], a trzy lata temu wygenerowano 26 624 świadectwa[3]. Wśród zagranicznych pracowników, jeżdżących dla polskich przewoźników, dominują Ukraińcy, Białorusini i Mołdawianie.

Zawód profesjonalnego kierowcy jest wciąż domeną mężczyzn – stanowią oni 98% zatrudnionych w tym sektorze. Mimo to panie coraz częściej prowadzą ciężarówki, co jest doskonałą odpowiedzią na nieustannie zwiększający się deficyt osób wykwalifikowanych w tym zawodzie.

Kto może jeździć?

Obecnie szacuje się, że na rynku brakuje około 100 tys. zawodowych kierowców. Z roku na rok liczba wolnych wakatów zwiększa się drastycznie – jest to jeden z najpoważniejszych problemów, z którymi mierzy się branża transportowa. Wszystko wskazuje na to, że deficyt może sięgnąć poziomu nawet 40%. Rocznie z zawodu odchodzi 25 tys. pracowników.

W ostatnim czasie wprowadzane są przepisy rozszerzające zakres osób, które mogą ubiegać się o podjęcie pracy na stanowisku kierowcy o m.in. osoby niesłyszące i niedosłyszące. Także zmiana programu nauczania w szkołach zawodowych, ułatwiająca młodym kandydatom zdobycie kwalifikacji do prowadzenia ciężarówek, jest receptą na braki kadrowe w branży.

Z czym mierzy się transport?

Kierowcy to starzejąca się grupa zawodowa. W Europie średni wiek pracującego za kółkiem wynosi 44 lata, o czym informuje najnowszy raport Międzynarodowej Unii Transportu Drogowego (IRU)[4]. Z badań OCRK wynika, że zatrudnieni w polskich firmach transportowych mają średnio 42 lata. Natomiast niemieccy kierowcy są starsi średnio o 5 lat.[5]

Według tego zestawienia w Europie aż 20% stanowisk jest nieobsadzonych. Powodów, dla których brakuje chętnych do pracy za kierownicą, jest wiele. Badania wskazują, że dużym problemem jest niekorzystny wizerunek profesji (60% ankietowanych), stereotypowe postrzeganie zawodu (zaledwie 2% zawodowych kierowców stanowią kobiety), czy też długie przebywanie poza miejscem zamieszkania, z daleka od bliskich (twierdzi tak 77% osób biorących udział w badaniu).[6]

Wśród problemów, z którymi mierzą się transportowcy można wyróżnić także złożone przepisy transportu drogowego, liczne zmiany legislacyjne, presję czasu, stres i olbrzymią odpowiedzialność. 

Co myślą truckerzy?

Kierowcy zdecydowanie lubią swoją pracę – tak twierdzi blisko 79% osób aktywnych zawodowo. Podkreślają, że ich profesja pozwala na poznawanie nowych miejsc i ludzi, a także, że nie muszą się obawiać o brak miejsca pracy. Raport zawiera także czynniki, których kierowcy nie lubią w swoim zawodzie – wymieniają tutaj m.in. długie rozłąki z rodziną i przyjaciółmi (56,9%), niebezpieczeństwa na drodze (56,9%), stres (49,2%) czy też długi czas spędzony za kierownicą (20,4%).[7]

Dokąd podróżują?

Jak wynika z raportu OCRK ponad 50% polskich kierowców w tzw. międzynarodówce wykonuje przejazdy do Niemiec, dla 14% celem podróży jest Francja, zaś Belgia i Holandia uplasowały się na 3 miejscu zestawienia – tam wykonuje się po 5% polskich przejazdów międzynarodowych.

Czy dużo jeżdżą?

87 tys. kilometrów – tyle średnio w ciągu roku pokonuje polski kierowca, co pokazują badania OCRK.[8] Ponad 34% truckerów przemierza rocznie od 100 tys. do 200 tys. km. Polska jest liderem transportu drogowego w Europie – wykonuje 17,5% całkowitej wartości tonokilometrów w UE[9] i aż 40% kabotażu.[10] Średnia długość delegacji kierowców z Polski wynosi siedem dni, a rekordziści w pracy spędzają nawet 260 dni w ciągu roku. 30% truckerów wykorzystuje zaledwie od 1-10 dni wolnych,
a 14% specjalistów na urlopie przebywa ponad 20 dni. Być może właśnie dlatego rodzimi kierowcy doceniani są przez zagranicznych kontrahentów za solidność, terminowość i pracowitość.

Ile zarabiają?

Jak wynika z raportu „Zarobki zawodowych kierowców w Polsce”, 95% osób w zawodzie zatrudnionych jest w oparciu o umowę o pracę, a średnia wysokość pensji wynosi nieco ponad 5 tys. PLN. Warto zwrócić uwagę, że na wynagrodzenie kierowcy składa się podstawa, która jest często stawką minimalną oraz ekwiwalent wypłacany z tytułu podróży służbowej. Badania pokazują, że ponad 1/3 prowadzących ciężarówki zarabia powyżej 6000 PLN netto. Zazwyczaj są to osoby wykonujące transport międzynarodowy. 82,4% ankietowanych kierowców zadeklarowało, że w ciągu ostatnich trzech lat ich wynagrodzenie wzrosło. [11]

Czy to bezpieczne?

Stowarzyszenie Transported Asset Protection Association (TAPA) prognozuje, że 2019 będzie rekordowym rokiem pod względem ilości napadów na przewoźników na terenie Europy, Afryki
i Bliskiego Wschodu, co budzi ogromne obawy. Jednak praca truckera nadal daje wielu osobom dużą satysfakcję, a kierowcy stanowią zorganizowaną społeczność, która wspiera się w trudnych sytuacjach.

[1] https://www.gitd.gov.pl/fileadmin/updated/Dane-statystyczne-dotyczace-transportu-miedzynarodowego-w-roku-2018.pdf

[2] https://www.gitd.gov.pl/fileadmin/imported/24081/Dane-statystyczne-2017.pdf

[3] https://www.gitd.gov.pl/fileadmin/imported/24081/Dane-statystyczne-2016.pdf

[4] https://www.iru.org/resources/newsroom/fifth-driver-positions-unfilled-european-road-transport-sector

[5] https://www.iru.org/resources/newsroom/fifth-driver-positions-unfilled-european-road-transport-sector

[6] Raport „Zarobki kierowców zawodowych w Polsce” autorstwa trans.info z 2018r.

[7] Raport „Zarobki kierowców zawodowych w Polsce” autorstwa trans.info z 2018r.

[8] Raport OCRK „Kim jest polski kierowca” z 2018r. sporządzony na podstawie danych za 2017r. zebranych przez Dział Analiz i Rozliczeń OCRK od 1239 kierowców.

[9] https://ec.europa.eu/eurostat/statistics-explained/index.php?title=Road_freight_transport_statistics

[10] https://ec.europa.eu/eurostat/statistics-explained/index.php?title=Road_freight_transport_statistics_-_cabotage

[11] Raport „Zarobki kierowców zawodowych w Polsce” autorstwa trans.info z 2018r.

Emotis wprowadza wynajem samochodu razem z hulajnogą elektryczną

Ogólnopolska wypożyczalnia samochodów Emotis jako pierwsza w Polsce wprowadza do oferty opcję wynajęcia auta z hulajnogą elektryczną. Taki dodatek pozwoli klientom na jeszcze większą mobilność w każdej sytuacji.

Małe, jednoosobowe pojazdy elektryczne zyskują na popularności. W centrach dużych miast pojawiły się niedawno hulajnogi wynajmowane na minuty, rośnie także sprzedaż tego typu dwukołowców. Wynika to z prostego faktu – hulajnogi pozwalają przemieszczać się sprawnie i szybko wszędzie tam, gdzie nie wjedziemy samochodem. A przy tym nie zanieczyszczają środowiska!

hulajnoga-emotis2Hulajnoga sprawdzi się w tych zakamarkach miasta, do których trudno dostać się innym pojazdem. Zamiast stać w korkach, możemy zaparkować auto nieco dalej, wyjąć hulajnogę z bagażnika i ostatnią część trasy przemierzyć na dwukołowcu. Ale samochód i hulajnoga w jednym zestawie to doskonałe połączenie także poza miastem, np. w czasie wakacji. Nowoczesne ośrodki wypoczynkowe czy campingi często przypominają małe miasteczka – dzięki hulajnodze, poruszanie się po nich okazuje się dużo wygodniejsze i szybsze.

W maju wypożyczalnia samochodów Emotis zaproponowała swoim klientom hulajnogi elektryczne jako dodatkowy element wyposażenia wynajmowanego pojazdu. Cena dopłaty za hulajnogę wynosi 38 zł brutto za dobę. Do jednego auta można wynająć maksymalnie tyle hulajnóg, ile przewidziano miejsc w samochodzie (tj. do 9 dla minibusa), bez dodatkowych formalności.

Na start Emotis przygotował promocję. Klienci, którzy dokonają rezerwacji do 30.06 (niezależnie od terminu, którego dotyczy wynajem), otrzymają 50-procentowy rabat na pierwsze wypożyczenie hulajnogi. Rabat dotyczy wynajmu razem z autem na okres od 1 do 30 dni. Oznacza to, że klient zapłaci za hulajnogę jedynie 19 zł brutto za dobę.

Hulajnogi są dostępne także podczas wynajmu samochodu na średni termin (na min. 1 miesiąc), w cenie 225 zł miesięcznie za sztukę. W tym przypadku również można skorzystać z promocji na start i w pierwszym miesiącu zapłacić za hulajnogę jedynie 112,50 zł brutto za pierwszą sztukę.

W ofercie wypożyczalni dostępne są nowoczesne modele Mi Electric Scooter. Pozwalają one przejechać na jednym ładowaniu nawet 30 km. Na takiej hulajnodze można przemieszczać się 5-krotniej szybciej niż pieszo. Pojazdy te wyposażono w podwójny system hamulcowy, który maksymalnie zwiększa bezpieczeństwo, a także w pneumatyczne opony i wysokiej jakości oświetlenie. Hulajnogę można złożyć i rozłożyć w 3 sekundy, co ułatwia codzienne korzystanie z niej oraz przewożenie jej w samochodzie.

– Hulajnogi w samochodach na wynajem wprowadzamy jako pierwsi w Polsce, ponieważ bardzo bliska jest nam idea nowoczesnej mobilności dla firm i osób prywatnych. Nie tylko obserwujemy światowe trendy, ale też sami je współtworzymy. Uważamy, że hulajnogi elektryczne mogą ułatwić życie naszym klientom w wielu sytuacjach i co nie mniej ważne, zapewniają wygodę w zgodzie z ekologią – mówi Ireneusz Tymiński, prezes Emotis.

Emotis to wypożyczalnia samochodów z oddziałami w 14 polskich miastach. Opcja wypożyczenia auta z hulajnogą od maja dostępna jest w każdym z oddziałów.

PKN ORLEN przekazał Krajowej Administracji Skarbowej 15 nowych samochodów

Koncern przekazał Krajowej Administracji Skarbowej 15 nowoczesnych samochodów, które pozwolą na dalsze skuteczne przeciwdziałanie oszustwom podatkowym na rynku paliw. To kolejny krok wspierający działania administracji państwowej na rzecz walki z szarą strefą, dzięki którym w ostatnich latach legalna konsumpcja oleju napędowego w Polsce wzrosła o ok. 30%. Wcześniej PKN ORLEN przekazał organom skarbowym 7 mobilnych laboratoriów, pozwalających na szybkie badanie transportowanych w Polsce paliw, pod kątem zgodności ich składu z obowiązującymi przepisami.

Wdrożony przez premiera Mateusza Morawieckiego pakiet paliwowy i podjęte przez rząd działania na rzecz walki z szarą strefą, pokazały z jak olbrzymią skalą problemu mieliśmy wcześniej do czynienia. Wzrost legalnej konsumpcji oznacza nie tylko większe przychody Koncernu i lepszą jakość paliw dla klientów, ale także większe wpływy do budżetu państwa. W ubiegłym roku odprowadziliśmy do budżetu 36 mld zł, to o 11 mld zł więcej niż w roku 2015. W tym kontekście szczególnie ważne jest kontynuowanie działań na rzecz legalnego rynku paliw, w które jako największa polska firma paliwowa aktywnie się włączamy – powiedział Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.  

Walkę z szarą strefą w obrocie paliwami jest dla nas kluczową kwestią przy uszczelnianiu systemu podatkowego. Dzięki realizacji przez KAS działań kontrolnych w obszarze towarów akcyzowych i podatku VAT skutecznie redukujemy szarą strefę i wspieramy uczciwe firmy. Przekłada się to na realny wzrost wpływów do budżetu państwa – powiedział wiceminister finansów, Szef Krajowej Administracji Skarbowej Marian Banaś.

PKN ORLEN przekazał Krajowej Administracji Państwowej łącznie 15 nowoczesnych pojazdów. Samochody zostały wyposażone w specjalny cyfrowy system łączności ADAM, kompatybilny z obecnie używanym przez służby skarbowe. Darowizna wzmocni flotę samochodów KAS w 9 województwach: dolnośląskim, lubuskim, małopolskim, mazowieckim, opolskim, wielkopolskim, podlaskim, śląskim i zachodniopomorskim. Samochody będą wykorzystywane przede wszystkim do kontroli realizowanych w ramach systemu monitorowania drogowego przewozu towarów oraz do działań kontrolnych na lotniskach w Warszawie, Krakowie i Katowicach.

Nowa miejska mobilność. Co oznacza dla ubezpieczeń?

4,3 bln dolarów będzie wart globalny rynek nowej mobilności w 2030 r.[1] – wynika z analiz McKinsey & Company. Nowa mobilność, czyli alternatywa dla tradycyjnego transportu samochodowego (pojazdy autonomiczne i elektryczne, urządzenia transportu osobistego, zamawianie transportu przez aplikacje), zdobywa popularność dzięki rozwojowi technologii, urbanizacji i postawom proekologicznym. Polska Izba Ubezpieczeń (PIU) opracowała raport o urządzeniach transportu osobistego (UTO), opisując ich charakterystykę, status prawny oraz wpływ na ubezpieczenia. Najważniejsze wnioski z raportu zostały omówione podczas panelu „Nowa miejska mobilność. Co oznacza dla ubezpieczeń?” na VII Kongresie PIU.

Według danych ONZ liczba ludności w miastach zwiększy się do 2025 r. prawie o 10%[2]. Coraz więcej osób będzie szukało sposobów sprawnego poruszania się po mieście. – Dodatkowo, rosnąca świadomość ekologiczna skłania nas do rezygnacji z samochodu, przynajmniej od czasu do czasu. Taką deklarację złożyło aż 79% Polaków w badaniu Eurobarometru, przeprowadzonym w 2017 r. – mówi Łukasz Kulisiewicz, ekspert PIU.

Nowe oblicze miejskiej mobilności

Międzynarodowa Organizacja Lekkich Pojazdów Elektrycznych (LEVA) definiuje UTO jako dwu/trzykołowe pojazdy z napędem elektrycznym, ogniwo-paliwowym lub hybrydowym, ważące do 100 kg. Zaliczamy do nich m.in. elektryczne rowery i hulajnogi, a także segway’e czy hoverboardy. Na popularyzację UTO duży wpływ miał rozwój technologii akumulatorów litowo-jonowych oraz ekonomii współdzielenia.

Około 10 lat temu pojawiły się pierwsze programy rowerów miejskich. UTO to najnowsza fala miejskiej mobilności. Ich ogromną zaletą jest możliwość pozostawienia pojazdu w dowolnym punkcie, w którym kończymy podróż oraz efektywność na krótkich dystansach. Dzięki temu jesteśmy w stanie szybko pokonać tzw. „ostatni kilometr”, czyli odcinek łączący miejsce docelowe np. z przystankiem komunikacji miejskiej – mówi Michael Wodzicki, Associate Partner w warszawskim biurze McKinsey & Company.

Potrzebna ochrona ubezpieczeniowa…

Według dyrektywy UE 168/2013, UTO to pojazdy z silnikami o mocy do 250 W, osiągające prędkość do 25 km/h. Nie podlegają homologacji. Nie dotyczy ich więc obowiązek posiadania numerów rejestracyjnych, a ich użytkownicy nie muszą mieć prawa jazdy czy ubezpieczenia OC. Ponadto brakuje jednolitych regulacji, które określałyby, jakie przepisy ruchu drogowego powinny być stosowane do UTO. Przekłada się to na brak odpowiedniej ochrony ubezpieczeniowej. Regulaminy wypożyczalni z  reguły przerzucają na użytkowników odpowiedzialność wynikającą z wypadków.

… i regulacje

UTO stają się częścią krajobrazu miejskiego. Dla ich dalszego rozwoju ważne jest uregulowanie ich roli w ruchu ulicznym, a przede wszystkim zapewnienie bezpieczeństwa wszystkim jego uczestnikom.

Wyzwaniem jest nowelizacja Prawa o ruchu drogowym. Trzeba zdefiniować obszar, po którym takie pojazdy mogą się poruszać oraz limit prędkości. W Barcelonie podzielono UTO na trzy klasy i określono ich wymiary, wymogi dotyczące bezpieczeństwa, ubezpieczenia i minimalnego wieku użytkownika. Z  kolei w Holandii żadna z wypożyczalni hulajnóg elektrycznych nie dostała jak dotąd zgody na funkcjonowanie. W Wielkiej Brytanii UTO można poruszać się wyłącznie na terenie prywatnym – mówi Łukasz Kulisiewicz, ekspert PIU.

Warto zaznaczyć, że użytkownicy UTO, którzy są narażeni na wypadki, mogą być zainteresowani nowymi produktami ubezpieczeniowymi.

[1] McKinsey Quarterly: Mobility’s second great inflection point, luty 2019 r.

[2] Population Division of the UN Department of Economic and Social Affairs, 2018 Revision of World Urbanization Prospects

Podaż biur rośnie, spada poziom pustostanów

Podaż biur rośnie, spada poziom pustostanów w porównaniu do zeszłego roku, a popyt napędzają firmy z sektorów IT, usług oraz produkcji – tak przedstawia się sytuacja na polskim rynku biurowym na koniec I kwartału 2019 r.

Firma doradcza JLL podsumowała sytuację na polskim rynku biurowym w I kwartale 2019 r.

Popyt

Całkowity wolumen transakcji najmu w pierwszym kwartale tego roku wyniósł ponad 270 000 mkw., z czego 130 500 mkw. przypadło na główne rynki poza Warszawą, gdzie za 67% popytu odpowiadały Kraków (43%) i Wrocław (24%). Do największych transakcji zawartych w Polsce w tym czasie należało odnowienie umowy na 11 200 mkw. przez Akamai w Vinci Office w Krakowie, nowa umowa firmy Wirtualna Polska na 7 000 mkw. w Business Garden w Warszawie, nowa umowa firmy z sektora publicznego na 7 000 mkw. w budynku Vector+ w Warszawie, nowa umowa Perform Group (Perform Content i Perform Media) na 6 400 mkw. w Face2Face Campus w Katowicach oraz odnowienie umowy i ekspansja GlobalLogic na 6 300 mkw. w Bonarka for Business w Krakowie.

Karol Patynowski, Dyrektor ds. Rynków Regionalnych, JLL
Karol Patynowski, Dyrektor ds. Rynków Regionalnych, JLL

Niezmiennie głównym motorem napędowym największych regionalnych rynków biurowych w Polsce jest sektor nowoczesnych usług biznesowych. Firmy z tej branży w pierwszym kwartale tego roku wygenerowały blisko 40% zapotrzebowania na biura poza Warszawą. Najwyższy udział branży BPO/SSC w popycie został odnotowany w Katowicach – blisko 74%, i Trójmieście – ponad 45%. – Karol Patynowski, Dyrektor ds. Rynków Regionalnych, JLL

Ponadto, coraz istotniejszą rolę na rynkach biurowych – nie tylko w Warszawie – odgrywają operatorzy elastycznych przestrzeni do pracy. Ponad 60 000 mkw. nowej powierzchni elastycznej jest już potwierdzone do otwarcia w 2019 r., a wolumen ten może być jeszcze większy.

Podaż

Łukasz Dziedzic, Starszy Konsultant w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL
Łukasz Dziedzic, Starszy Konsultant w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL

Silną pozycję rynku biurowego w Polsce potwierdza wciąż rosnąca podaż. W Krakowie i Wrocławiu zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej wynoszą ponad milion mkw., w Trójmieście blisko 800 000 mkw., w Katowicach i Poznaniu przekroczyły 500 000 mkw., a Łódź osiągnie ten wynik już w tym roku. Natomiast łączne zasoby biurowe w Polsce, z uwzględnieniem Warszawy, to już prawie 10,7 mln mkw. – Łukasz Dziedzic, Starszy Konsultant, Dział Badań Rynku i Doradztwa, JLL

W I kwartale na polski rynek dostarczono łącznie ponad 142 000 mkw., w tym ponad 120 000 mkw. na największych rynkach regionalnych.

W budowie pozostaje blisko 1,6 mln mkw., z czego 800 000 mkw. na głównych rynkach regionalnych. Spośród nich najbardziej aktywny jest Kraków, Trójmiasto i Wrocław, gdzie powstaje Business Garden II, największy realizowany obecnie kompleks biurowy poza Warszawą, który już teraz cieszy się dużym zainteresowaniem najemców.
Łukasz Dziedzic, Starszy Konsultant, Dział Badań Rynku i Doradztwa, JLL

Do największych ukończonych w I kwartale projektów biurowych w Polsce należy m.in: pięć budynków drugiej fazy kompleksu Business Garden w Poznaniu (46 100 mkw., Vastint), V.Offices w Krakowie (21 700 mkw., AFI Europe) oraz Spark B w Warszawie (15 700 mkw., Skanska Property Poland).

Powierzchnie niewynajęte i czynsze

Średni poziom pustostanów w Polsce to 9,3%. W Warszawie 9,1% istniejących zasobów biurowych pozostaje do wynajęcia. Poza nią, najniższy (5,4%) współczynnik powierzchni niewynajętej charakteryzuje Trójmiasto, a najwyższy (15,8%) przypada na Poznań. Łącznie na rynkach regionalnych niewynajęte jest 9,4% zasobów.

Dodatkowo, po raz pierwszy współczynnik pustostanów został przeanalizowany w Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii i wyniósł 9,8% na koniec pierwszego kwartału 2019.

Obecnie na rynkach regionalnych najwyższe czynsze transakcyjne charakteryzują Kraków (13,5 – 15 euro za mkw. miesięcznie), a najniższe Lublin (10,5 – 11,5 euro za mkw. miesięcznie). Z kolei w szerokim centrum Warszawy czynsze dla najlepszych nieruchomości wynoszą od 17 do 24 euro za mkw. miesięcznie, a poza nim od 11 do 15 euro za mkw. miesięcznie.

Zwiększa się rynkowy udział luksusowych mieszkań

Kwartalne analizy portalu RynekPierwotny.pl dotyczące sytuacji na największych rynkach deweloperskich już od dłuższego czasu informowały o wzroście znaczenia droższych mieszkań. Rozbudowa oferty bardziej ekskluzywnych „M”, przyspieszała wzrosty średniej ofertowej ceny 1 mkw. między innymi na terenie Warszawy oraz Gdańska. Zwiększanie się rynkowego udziału luksusowych lokali to z pewnością bardzo ciekawe zjawisko. Właśnie dlatego eksperci RynekPierwotny.pl postanowili bliżej mu się przyjrzeć.Drogie lokale RP wyk.1

Definicja drogiego mieszkania będzie zmieniać się razem z cenami

Przed analizą rynku ekskluzywnych mieszkań, najpierw trzeba dobrze zdefiniować takie lokale. Zastosowanie sztywnego progu cenowego dla wszystkich badanych rynków wydaje się niezbyt dobrym rozwiązaniem. W tym kontekście, duże znaczenie mają dwie kwestie. Po pierwsze, krajowe metropolie cechują się sporym zróżnicowaniem cenowym. Dlatego nowe mieszkania o cenie 8500 zł/mkw. w Łodzi mogą uchodzić za oferty „premium”. Lokale kosztujące tyle samo, na warszawskim rynku będą wciąż mieścić się w tzw. segmencie popularnym. Wynika to z faktu, że przeciętna ofertowa cena 1 mkw. nowego lokalu z Warszawy znacząco przekroczyła już 9000 zł/mkw. (według danych RynekPierwotny.pl). Szybkie wzrosty cen nowych mieszkań z największych rynków sprawiają, że swoista granica lokalowego luksusu przesuwa się w górę. To kolejny powód sugerujący, że lepiej nie klasyfikować bardziej ekskluzywnych „M” na podstawie jednego i stałego limitu cenowego.

W ramach swojej najnowszej analizy, eksperci portalu RynekPierwotny.pl postanowili zakwalifikować mieszkania z segmentu „premium” do dwóch grup. Pierwsza kategoria skupia lokale o ofertowej cenie za 1 mkw. wynoszącej 150% – 200% średniej rynkowej stawki z danego kwartału. W drugiej kategorii znalazły się nowe „M”, które są co najmniej dwa razy droższe od średniej. Takie rozwiązanie sprawia, że progi kwalifikujące mieszkania do grupy „premium” zmieniają się wraz z cenami na rynku.

Nie we wszystkich metropoliach droższe lokale nabierają znaczenia

W pierwszej kolejności warto sprawdzić, jak przez ostatnie kwartały zmieniał się rynkowy udział wszystkich nowych mieszkań z ofertową ceną 1 mkw. wynoszącą ponad 150% lokalnej średniej. Poniższy wykres prezentuje dane na ten temat, które dotyczą sześciu krajowych metropolii i okresu pomiędzy II kw. 2016 r. oraz I kw. 2019 r. Informacje prezentowane na wykresie wskazują, że nie we wszystkich metropoliach był widoczny wzrost rynkowego udziału „drogich” ofert. Szybko wzrosła natomiast średnia wartość dla sześciu analizowanych miast. W II kw. 2016 r. mieszkania przynajmniej o 50% droższe od rynkowej średniej stanowiły 1,5% oferty deweloperów z sześciu metropolii. Analogiczny wynik obliczony dla I kw. 2019 r. to 3,4%.

Gdańscy deweloperzy liczą na zainteresowanie zamożnych klientów

Poniższa tabela prezentuje natomiast zmiany udziału nowych lokali należących do dwóch wcześniej wyodrębnionych grup (tzn. mieszkań z ofertową ceną 1 mkw. na poziomie 150% – 200% średniej oraz min. 200% rynkowej średniej). Informacje z tego zestawienia wskazują, że przez trzy lata średni odsetek mieszkań z obydwu analizowanych kategorii wzrósł około dwukrotnie. Najbardziej widoczne zmiany miały miejsce na terenie Warszawy i Gdańska. Z wyraźnym spadkiem znaczenia bardziej ekskluzywnych mieszkań (cena: 150% – 200% średniej), mieliśmy natomiast do czynienia w Poznaniu. Tamtejsi deweloperzy mają trudne zadanie w kontekście sprzedaży drogich lokali, ponieważ wielu zamożnych klientów woli się przeprowadzić do powiatu poznańskiego.

Szczególnie ciekawa wydaje się też sytuacja Gdańska, czyli tego miasta, które pod względem udziału mieszkań kosztujących 150% – 200% średniej niedawno wyprzedziło Warszawę. Wszystko wskazuje, że deweloperzy działający na terenie Gdańska chcą pozyskać bardziej zamożnych klientów (w tym również inwestorów). Prawdopodobnie wynika to z faktu, że sopocki rynek mieszkań stał się zbyt mały w stosunku do potrzeb nabywców.Drogie lokale RP tab.1

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Twisto pozyskało 60 mln zł na rozwój w Europie Środkowej i Wschodniej

0,5 mln użytkowników w Polsce i pozycja wiodącej aplikacji do codziennych płatności w Europie Środkowej i Wschodniej. Takie cele na najbliższe 5 lat postawiło przed sobą Twisto. Plan rozwoju technologicznej spółki, która w tym roku zadebiutuje na polskim rynku z  aplikacją do codziennych płatności i kartą wielowalutową, wsparli inwestorzy, którzy w drugiej rundzie zainwestowali w fintech 60 mln zł. 

W drugiej rundzie inwestycyjnej, w której Twisto pozyskało 60 mln zł (14 mln EUR), dominująca rolę odegrały międzynarodowe fundusze Finch Capital i Velocity Capital. Nowe akcje objęli również dotychczasowi inwestorzy fintechu – ING Ventures, UNIQA Ventures i ING Bank Śląski, którzy do tej pory zainwestowali w Twisto ok. 21 mln zł (5 mln EUR). Jednym z kluczowych inwestorów w spółce pozostał ENERN, fundusz venture i private equity, w Polsce znany z inwestycji w Booksy i Finiata.

– Runda inwestycyjna z 2017 r., w której wzięły udział ING Ventures, UNIQA Ventures i ING Bank Śląski, pozwoliła Twisto rozpocząć działalność w Polsce, gdzie zaoferowaliśmy najwygodniejsze na rynku płatności w formule „kup teraz, zapłać później” w sklepach internetowych. W tym roku uruchomimy na polskim rynku sztandarowe rozwiązanie Twisto – aplikację do codziennych płatności, powiązaną z kartą wielowalutową MasterCard i Apple Pay. Dzięki nowym funduszom umocnimy naszą wiodącą pozycję w Europie Środkowej i Wschodniej i  wprowadzimy kilka unikalnych innowacji produktowych –  ujawnia Michał Smida, założyciel i CEO Twisto.

Twisto działa w Polsce od lipca 2018 r., w strategicznym partnerstwie z ING Bankiem Śląskim.

– Formuła zakupowa Twisto – „kup teraz, zapłać później” jest już dostępna w ponad 150 sklepach internetowych. E-sklepy mogą wdrożyć Twisto samodzielnie lub jako element bramki do płatności online banku ING, imoje  – dodaje Krzysztof Blinowski, country manager w Twisto Polska.

Ekspansja na polski rynek to pierwszy kamień milowy w planie rozwoju Twisto.  W ciągu 5 lat fintech chce pozyskać  w Polsce 0,5 miliona użytkowników oraz zdobyć pozycję wiodącej aplikacji do codziennych płatności w Europie Środkowej i Wschodniej.

– Region Europy Środkowej i Wschodniej nie ma jeszcze swojego czempiona w dziedzinie consumer finance. Od pewnego czasu rozważaliśmy inwestowanie w firmę, która dostarcza unikalną wartość dla klienta i ma potencjał, by nim zostać. Poza niezwykle szybkim rozwojem, ogromną wartością Twisto jest Nikita – unikalny, autorski mechanizm internetowego scoringu klientów – wyjaśnia Aman Ghei, dyrektor w Finch Capital.

Nikita wykorzystuje big data i machine learning do wykrywania oszustw i sprawdzania wiarygodności kredytowej klienta w ułamku sekundy. Dzięki Nikicie użytkownicy Twisto mogą korzystać z oferowanych rozwiązań bez zbędnych formalności i podawania wrażliwych danych.

– W Europie Zachodniej nie spotkaliśmy firmy z tak postępowym podejściem do płatności i kredytów, choć to właśnie ten region bywa uważany za lidera innowacji finansowych. Wierzymy, że dzięki naszemu doświadczeniu i kompetencji zespołu Twisto, będziemy mogli szybko skalować biznes i pomóc Twisto umocnić pozycję wiodącego fintechu w regionie CEE – dodaje Allard Luchsinger, dyrektor Private Equity w Velocity Capital.

Po drugiej rundzie finansowania Twisto ma zabezpieczone ponad 21 mln EUR kapitału własnego i 15 mln EUR finansowania dłużnego. Do końca roku firma planuje pozyskać na rozwój dodatkowe 30-40 mln EUR finansowania dłużnego.

Aplikacja Twisto w tym roku w Polsce

W tym roku fintech zaplanował launch pełnej usługi Twisto na polskim rynku. Użytkownicy uzyskają dostęp do bezpłatnej aplikacji mobilnej z najwygodniejszymi rozwiązaniami do realizowania codziennych płatności, takimi jak opłacanie rachunków i faktur za pomocą zdjęcia telefonem i podział płatności za rachunek w restauracji na kilka osób jednym kliknięciem. Aplikacja jest powiązana z wielowalutową kartą MasterCard, która oferuje najlepszy kurs wymiany walut. Umożliwia również dostęp do indywidualnej linii z kredytem odnawialnym i realizację płatności zbliżeniowych przy pomocy Apple Pay.

Filipińczycy i Wietnamczycy przyjadą pracować w Polskich fabrykach

Polskie agencje pracy sięgają coraz dalej w poszukiwaniu chętnych do pracy w naszych zakładach. W azjatyckich konsulatach trwa wizowy zator, jednak nadzieję budzą Filipiny i Wietnam. Agencje pracy chcą też lobbować za zmianą prawa migracyjnego. – Stawka jest dużo wyższa niż tylko nasze interesy. Chodzi o kondycję polskiej gospodarki – mówi Michał Podulski, wiceprezes Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia (SAZ).

Mateusz_Matysiak_Wietnam_rekrutacja_small– Bez wsparcia pracowników zza granicy polska gospodarka może wkrótce dostać zadyszki – mówi Michał Podulski, wiceprezes Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia (SAZ). – Wiele firm, które są naszymi klientami już mówi nam, że ogranicza ilość zleceń, które mogłyby realizować, bo brakuje im rąk do ich wykonania. To nie służy ani rozwojowi biznesu, ani wpływom do budżetu z tytułu podatków – dodaje.

Agencja chce lobbować za zwiększeniem listy państw objętych tzw. uproszczoną procedurą zatrudniania oraz wydłużeniem tej procedury z sześciu do dwunastu miesięcy, dla krajów, które już są nią objęte.

W New Delhi bez zmian

Tymczasem nie dość, że coraz trudniej jest zrekrutować pracowników z Ukrainy (o których w dodatku konkurować będziemy wkrótce z Niemcami), to jeszcze rozczarowaniem roku okazały się kierunki azjatyckie: Indie, Nepal i Bangladesz, z którymi w 2018 agencje wiązały duże nadzieje.

– O pracowników stamtąd zaczęliśmy zabiegać od września 2017. Przez ostatni rok z 700 osób, które zrekrutowaliśmy wizę dostało 50. Musieliśmy przeorientować ten kierunek biznesowy, bo mocno się rozczarowaliśmy – mówi Rafał Dryla, prezes agencji GP People z siedzibą w Toruniu.

– Procedura wizowa w New Delhi to loteria. Wizy otrzymuje około 10 procent chętnych, a my nawet nie wiemy, jaki jest klucz do tych decyzji. To dla nas bardzo frustrująca sytuacja mówi Magdalena Wójtowicz, wiceprezes lubelskiej spółki InTemporis.

– Mamy dużo propozycji współpracy od rekruterów, którzy ściągają ludzi z tych krajów, ale co z tego, kiedy wiemy, że temat i tak utknie w konsulacie. Żaden pracodawca nie będzie czekał pół roku w niepewności na pracownika – mówi Aneta Janik-Barciś, prezes częstochowskiej spółki Macro-Work. Dodaje, że firma nie sprowadziła dotąd ani jednej osoby z tych krajów, za to pod koniec 2018 roku proponowała wsparcie ambasadzie. – Chcieliśmy wspomóc organizacyjnie i finansowo zatrudnienie personelu do polskiej placówki dyplomatycznej. Okazało się jednak, że ambasada nie może przyjąć takiego wsparcia bez podejrzenia o lobbing z naszej strony – mówi Janik-Barciś.

Rafał Dryla dodaje, że przez 1,5 roku korespondował z polskim MSZ, chcąc wyjaśnić skąd się biorą i jak wyeliminować zatory. Skończyło się na obietnicach. – Ministerstwo odpisało mi, że mają w planie wprowadzenie outsourcingu do obsługi ruchu wizowego. Ale do dziś go nie ma – mówi prezes GP People.

Nowa nadzieja w Wietnamie i Filipinach

Zdaniem Mateusza Matysiaka, managera Emat HRC (Wolsztyńska firma od 9 lat rekrutuje ludzi zza granicy, głównie z Ukrainy), problem niewydolności wizowej konsulatów nie ogranicza się jedynie do New Delhi, ale dotyczy całej Azji.

– Taka sama sytuacja jest Manili, Dżakarcie, czy w Hanoi. Zainteresowanie ludzi pracą w Polsce jest ogromne, ale służby konsularne są na to kompletnie nieprzygotowane. Brakuje też umów międzynarodowych. Pierwsze trzy, z Filipinami, Wietnamem i Bangladeszem niby już są, ale zanim wejdą w życie trochę czasu upłynie – mówi Mateusz Matysiak.

Mimo to firma, za rekomendacją doświadczonego na rynkach azjatyckich pośrednika, zdecydowała się rozpocząć poszukiwania pracowników w Wietnamie. Argumenty: Wietnamczycy są pracowitymi ludźmi i lojalnymi pracownikami znają już i pozytywnie kojarzą Polskę, bo żyje tu duża mniejszość wietnamska. Jednak największym zdaniem Matysiaka plusem jest to, że emigracja zarobkowa jest w Wietnamie mocno wspierana instytucjonalnie.

– Nasze oferty trafiają bezpośrednio do tamtejszych urzędów pracy, które działają bardzo profesjonalnie i dają dużą pomoc. Na bardzo wysokim poziomie jest też przygotowanie w ośrodkach kształcenia zawodowego. Uczą one nie tylko języka angielskiego, ale też różnic kulturowych. O ile kwalifikacje pracowników z Ukrainy jest zazwyczaj loterią, o tyle z Wietnamu zazwyczaj przyjeżdżają kandydaci o takich kwalifikacjach, o jakie prosi pracodawca – mówi Matysiak. – Spotkałem się z tym, że w okresie oczekiwania na wizę Wietnamczycy dostają pracę w zakładzie o podobnym profilu, żeby już wdrażać się na stanowisku – dodaje.

Pierwszą grupa, która ma przyjechać do Polski do pracy w fabryce kanapek, jest w trakcie procesu wizowego. Część już go zakończyła.

– Niestety polska strona ma bardzo ograniczone zasoby administracyjnie. Konsulat w Hanoi zatrudnia dwie osoby, które przecież nie zajmują się wyłącznie wizami pracowniczymi, ale te tysiącami studentów i ludzi odwiedzających rodziny w naszym kraju. Z tego, co wiemy przyjmują tygodniowo kilka osób, jeśli chodzi o wizy pracownicze – mówi manager Emat HRC. – Ale jesteśmy dobrej myśli. Liczymy, że pierwsza grupa przyleci do Polski w maju.

Zdaniem szefów agencji pracy już dawno powinna powstać prywatna służba konsularna.
– Wiadomo, jak działa administracja, biznes zawsze będzie działał szybciej – mówią. Ich zdaniem znacznie poprawiło by to sytuację na polskim rynku pracy.

Z kolei GP People zdobywa pierwsze doświadczenia w rekrutacji Filipińczyków. Firma liczy, że podpisana niedawno umowa międzynarodowa i otwarcie ambasady w Manili (dotychczas działała tylko jedna – w Kuala Lumpur), sprawią, że barier w nawiązywaniu współpracy będzie mniej.

– Z tego co wiem Filipińczycy są zainteresowani pracą w Polsce i przyzwyczajeni do migracji. Dlatego testuję ten kierunek z moimi handlowcami. Kiedy sprawdzimy, jak to działa w praktyce zdecydujemy, czy działamy na większą skalę – zapowiada Dryla.

500+ pracowników dla firm

Szefowie agencji pracy podkreślają, że polskie firmy potrzebują nowego otwarcia, jeśli chodzi o możliwości zatrudniania obcokrajowców. Rynki sześciu krajów (Armenii, Białorusi, Gruzji, Mołdawii, Rosji i Ukrainy), w których rekrutacja do Polski odbywa się na uproszczonych zasadach są już praktycznie wyeksploatowane.

Michał Podulski, który z ramienia SAZ zasiada w Radzie Dialogu Społecznego, a niedawno odebrał także nominację do Rady Rynku Pracy, chce skoncentrować się właśnie na problemach związanych ze sprowadzaniem cudzoziemców do Polski i przygotować we współpracy z zainteresowanymi stronami pakiet rozwiązań, które pomogły by w tym przedsiębiorcom.

– Chciałbym bardzo, żeby udało się wydłużyć okres objęty uproszczoną procedurą zatrudniania cudzoziemców z sześciu do dwunastu miesięcy, żeby zmniejszyć rotację pracowników. Będę też lobbował za zwiększeniem listy państw objętych tą procedurą albo przynajmniej grup zawodów, czy o specjalnych kwalifikacjach – mówi Podulski. – Na tej rozszerzonej liście widziałbym właśnie takie kraje, jak Indie, Wietnam czy Bangladesz. Jestem po obiecującym spotkaniu w biurze Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorstw, na którym przekazaliśmy pracownikom Rzecznika, że jest to temat, nad którym warto się pochylić, bo jeśli nie będziemy mieli ludzi do pracy to polska gospodarka nie będzie szła do przodu, tylko będzie się kurczyć.

Wiceprezes SAZ chce też, by włączyć się jako strona opiniująca w ramach Stowarzyszenia lub Rady Dialogu Społecznego, kwestie związane z uporządkowaniem polityki migracyjnej Rzeczpospolitej Polskiej. Półtora miesiąca temu wystosował pismo w tej sprawie do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

– Wiem, że Pani wiceminister Renata Szczęch pracuje obecnie nad ponad 200-stronicowym już dokumentem o polityce migracyjnej. Z przyjemnością zajmiemy się zaopiniowaniem tego dokumentu. Na razie czekam na odpowiedź – mówi Podulski.

POZWOLENIA NA PRACĘ W POLSCE

Z danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wynika, że w 2018 r. wydano najwięcej, bo 238.334 pozwoleń na pracę w Polsce Ukraińcom, 19.912 zezwoleń otrzymali Nepalczycy, 19.233 Białorusini, 8.341 obywatele Bangladeszu, 8.362 Hindusie, 6.035 obywatele Mołdawii. Liczbę wakatów na polskim rynku pracy ocenia się obecnie na poziomie 150 tys.

Zakupy ze smartfonem w ręku

Coraz częściej mówi się o wpływie technologii cyfrowych na preferencje zakupowe Polaków, zarówno w trakcie zakupów w sklepach stacjonarnych, jak i tych internetowych. Obecnie trudno postawić wyraźną granicę oddzielającą te dwa światy. Raport firmy doradczej Deloitte „Koniec ery dwóch światów. Wpływ narzędzi cyfrowych na zakupy Polaków 2019” udowadnia, że podczas blisko dwóch na trzy wizyty w sklepie klienci wykorzystują urządzenia elektroniczne. Jest to tzw. Wskaźnik Wpływu Cyfrowego, który w Polsce kształtuje się na poziomie 60 proc. Dla przedstawicieli pokolenia Z i milenialsów jest on średnio 1,8 razy wyższy niż dla osób starszych. Najczęściej po smartfon czy laptopa sięgamy, kupując elektronikę, najrzadziej wybierając się po zakupy spożywcze.

Technologie cyfrowe wywierają silny wpływ na preferencje zakupowe Polaków, w tym także na obecność klientów w sklepach stacjonarnych. Eksperci Deloitte zdefiniowali go jako Wskaźnik Wpływu Cyfrowego (ang. Digital Influence Factor). Pokazuje on nie tylko, w jaki sposób klienci kupują i podejmują decyzje będąc na zakupach, ale pozwala także na poznanie ich preferencji w zakresie poszukiwania informacji na temat produktów, źródeł inspiracji czy też oczekiwanego wsparcia ze strony sprzedawców. Sieciom detalicznym informacje te mogą pomóc w zdefiniowaniu odpowiedniego podejścia i podjęciu niezbędnych działań w celu zaspokojenia potrzeb klientów na wszystkich etapach ścieżki zakupowej.

– Wykorzystywanie urządzeń elektronicznych służy klientom do znajdowania inspiracji, a w trakcie zakupów przekłada się na liczbę osób, które dokonują zakupu. Jest ona wyższa o 7 proc. w przypadku osób korzystających z technologii w porównaniu do osób niekorzystających z narzędzi cyfrowych ani przed, ani w trakcie zakupów – mówi Michał Pieprzny, Lider zespołu ds. sektora dóbr konsumenckich, Partner w dziale konsultingu Deloitte.

Wskaźnik Wpływu Cyfrowego pozwala określić odsetek wizyt klientów w sklepach stacjonarnych, pod wpływem użycia jakiegokolwiek urządzenia elektronicznego, tj. komputera stacjonarnego, laptopa, tabletu, smartfonu, wearables (tzw. urządzenia ubieralne), urządzenia do płatności elektronicznych w sklepie oraz sklepowego interaktywnego systemu informacji (np. tablice czy kioski informacyjne). Według analizy Deloitte wynosi on w Polsce 60 proc. Najwięcej klientów korzysta z technologii cyfrowych przed zakupami – prawie 3 na 4 klientów (74 proc.), blisko połowa (42 proc.) w trakcie, a po zaledwie co piąty klient (18 proc.). Co trzeci klient korzysta z urządzeń zarówno przed, jak i po zakupach (33 proc.).

Kobiety i mężczyźni na zakupach

Co ważne pomiędzy kobietami i mężczyznami nie ma znaczących różnic w tym zakresie. Poziom „zdigitalizowania” zakupów dla obydwu grup jest prawie równy i wynosi około 60 proc., przy czym jednak to mężczyźni nieznacznie częściej sięgają po urządzenia elektroniczne. – Nie jest zaskoczeniem, że Wskaźnik Wpływu Cyfrowego maleje wraz z wiekiem klientów, przy czym najwyższy wynik odnotowaliśmy w grupie wiekowej 18-24 lata. Jest to aż 71 proc. Dla wszystkich badanych osób do 44 roku życia wynosi on 60 proc. lub więcej – mówi Radosław Pidzik, Starszy menedżer w dziale konsultingu Deloitte. Dla porównania w grupie osób w wieku 45-54 lata spada on do 53 proc., a wśród 65-70-latków jest to już jedynie 38 proc.

Wraz z wielkością miejscowości rośnie odsetek wizyt klientów, na które wpłynęły technologie cyfrowe; wyjątek stanowią tu obszary wiejskie, gdzie wskaźnik ten jest nieznacznie wyższy niż dla mieszkańców miast poniżej 20 tys. mieszkańców. Co ciekawe klienci o najniższych dochodach osiągają wyższe wartości cyfryzacji zakupów niż osoby z dochodem od 2000 do 4000 zł.

W sieci szukamy informacji i porównujemy ceny

Odwiedzając jakie rodzaje sklepów, najczęściej sięgamy po urządzenia cyfrowe? Pod tym względem zdecydowanie wyróżnia się elektronika ze Wskaźnikiem Wpływu Cyfrowego na poziomie 68 proc. Tuż za nią plasują się zdrowie, meble, rozrywka i motoryzacja z wynikami około 62 proc. Na drugim biegunie znajdują się odzież i żywność (tu wskaźnik wyniósł zaledwie 50 proc.).

Na początku ścieżki zakupowej, czyli na etapie poszukiwania informacji i inspiracji, klienci, niezależnie od kategorii produktowej, cenią w urządzeniach elektronicznych możliwość szybkiego wyszukania informacji o produktach oraz porównanie ich cen (odpowiednio 25 i 26 proc. odpowiedzi). Źródłem informacji są dla nich najczęściej strony internetowe (48 proc. klientów). Jedna piąta badanych korzysta z wyszukiwarek internetowych. Poszukiwanie inspiracji odbywa się także za pośrednictwem mediów społecznościowych (8 proc. proc. klientów), z czego największą popularnością cieszą się Facebook i YouTube. W tym obszarze największą aktywność wykazują osoby młode (18-25 lat), wśród których przynajmniej jeden na czterech klientów skorzystał z mediów społecznościowych jeszcze przed zakupami.

Ze smartfonem w ręku wydajemy więcej

Co się dzieje w ich trakcie? Zdecydowana większość klientów (61 proc.) przyznaje, że wydaje więcej niż planowała, co – w zależności od kategorii zakupowej – wynika z zakupu dodatkowych produktów i akcesoriów (elektronika), skorzystania z promocji i rabatów, a tym samym włożenia dodatkowych produktów do koszyka (żywność) czy też z dbałości o jakość produktów (zdrowie oraz artykuły dla dzieci i niemowląt). Klienci korzystający z mediów społecznościowych wydają się bardziej świadomie podejmować decyzje oraz skuteczniej porównywać produkty i ceny, dzięki czemu w zdecydowanej większości kategorii produktów wydają mniej lub tyle samo, ile planowali. – Zdecydowana większość ankietowanych twierdzi, że dokonała zakupu świadomie, tj. wiedziała o produkcie, chciała go kupić i wiedziała, gdzie ma to zrobić. Mniej jest respondentów, którzy o produkcie usłyszeli pierwszy raz i skusili się na jego kupno dzięki reklamie. Co naturalne w szczególności bardzo mało podatni na impulsowe zakupy pod wpływem reklamy są klienci kupujący produkty z kategorii elektronika i motoryzacja – mówi Anna Bystrek, Menedżer w dziale konsultingu Deloitte.

Co ważne widoczne są tu dość wyraźne różnice w podejmowaniu decyzji przez kobiety i mężczyzn. Kobiety bardziej impulsywnie dokonują zakupów w kategorii odzież i meble, natomiast mężczyźni dokonują nieplanowanych zakupów kupując żywność czy produkty lub usługi związane z rozrywką.

Internet zastępuje sprzedawcę

Większość klientów (51 proc.) twierdzi, że w trakcie zakupów nie potrzebowała pomocy asystenta lub sprzedawcy. Jeśli pojawiało się takie zapotrzebowanie to głównie w trakcie zakupów z kategorii elektronika, meble czy motoryzacja, gdzie sprzedawcy są często traktowani jako eksperci w danej dziedzinie.

Na zakończenie ścieżki zakupowej warto przyjrzeć się temu jak klienci oceniają wsparcie urządzeń cyfrowych w całym procesie zakupowym. Blisko połowa respondentów (49 proc.) odpowiedziała, że dzięki użyciu urządzenia elektronicznego podczas zakupów łatwiej było im go dokonać, niewiele mniej osób odpowiedziało, że nie zauważyło różnicy, a prawie nikt nie odpowiedział, że było mu trudniej dokonać zakupu. – Nasze badanie ma unikalny charakter, ponieważ pokazuje, że dziś już nie mamy dwóch światów: zakupów cyfrowych i tradycyjnych. W mniejszym lub w większym stopniu się one przenikają, co jest niezwykle ważną informacją dla sprzedawców, którzy konkurują o konsumentów, dla których wykorzystywanie urządzeń cyfrowych na co dzień stało się chlebem powszednim. Jesteśmy również przekonani, że Wskaźnik Wpływu Cyfrowego w kolejnych latach będzie wzrastał – mówi Radosław Pidzik.

Raport „Koniec ery dwóch światów. Wpływ narzędzi cyfrowych na zakupy Polaków 2019” będzie jedną z inspiracji dyskusji panelowej nt. Handlu 4.0 w dniu 14 maja o godz. 15.30 podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach.
Moderator: Michał Pieprzny, partner, Deloitte

Spółdzielnie i wspólnoty mieszkaniowe: Dochody opodatkowane i zwolnione

Spółdzielnie i wspólnoty mieszkaniowe stanowią bardzo specyficzną konstrukcję prawną. Ze względu na swoją złożoną i szczególną strukturę posiadają one odrębny sposób opodatkowania. Na pierwszy rzut oka chciałoby się stosować do nich zasady właściwe dla spółek kapitałowych. Spółdzielnie i wspólnoty mieszkaniowe różnią się jednak tym, że nie są osobami prawnymi, a nadto stanowią zrzeszenie osób, a nie kapitałów. Jak zatem wygląda opodatkowanie spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych? Ze względu na specyficzny charakter tych podmiotów nie będą one podlegały opodatkowaniu CIT, o ile podejmowane przez spółdzielnię lub wspólnotę mieszkaniową czynności będą mieściły się w ramach „gospodarki zasobami mieszkaniowymi”. W pozostałych przypadkach spółdzielnia lub wspólnota mieszkaniowa zapłaci 19% podatek.

Czy dochody spółdzielni i wspólnot są opodatkowane?

Co do zasady spółdzielnie, jako osoby prawne, powinny podlegać opodatkowaniu podatkiem dochodowym od osób prawnych, zgodnie z przepisami ustawy o CIT. Niewątpliwie jednak akt ten wskazuje na pewne wyłączenia. Zostały one zawarte między innymi w art. 17 ust. 1 pkt 44 ustawy. Zgodnie z tymi regulacjami wyłączeniu spod opodatkowania podlegają dochody spółdzielni mieszkaniowych, wspólnot mieszkaniowych, towarzystw budownictwa społecznego oraz samorządowych jednostek organizacyjnych prowadzących działalność w zakresie gospodarki mieszkaniowej, uzyskane z gospodarki zasobami mieszkaniowymi części przeznaczonej na cele związane z utrzymaniem tych zasobów, z wyłączeniem dochodów uzyskiwanych z innej działalności gospodarczej niż gospodarka zasobami mieszkaniowymi.

Wszystko zależy od charakteru działalności

Precyzyjne określenie zasadności opodatkowania wymaga zatem odniesienia się do charakteru działalności spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych. Osiągnięty przez te podmioty zysk, pomniejszony o podatek dochodowy oraz dodatkowe obciążenia, nazywany jest nadwyżką bilansową. W oparciu o uchwałę walnego zgromadzenia podlega ona podziałowi proporcjonalnie do posiadanych przez członków spółdzielni udziałów. To, co spółdzielnia lub wspólnota mieszkaniowa posiada, zawiera się w trzech zasadniczych filarach. Po pierwsze w funduszu udziałowym. Powstaje on z wpłat udziałów poszczególnych członków, a także z odpisów na udziały członkowskie, jeżeli doszło do podziału nadwyżki bilansowej i innych źródeł określonych w odrębnych przepisach. Po drugie w funduszu zasobowym, który opiera się na wpisowym części nadwyżki bilansowej. Po trzecie natomiast w funduszu wkładów istniejącego tylko w niektórych spółdzielniach, wymagających wniesienia wkładu, który podlega zwrotowi i nie uczestniczy w pokryciu straty. Przekładając to na stronę praktyczną, utrzymanie wszelkich przestrzeni służących prawidłowemu korzystaniu z lokali mieszkalnych nie podlega opodatkowaniu. Jeżeli jednak spółdzielnia osiąga dochód z wynajmu lokali użytkowych osobom fizycznym lub prawnym, to taki dochód nie podlega zwolnieniu, ponieważ nie mieści się w „gospodarce zasobami mieszkaniowymi”.

Gospodarka zasobami mieszkaniowymi

Dochodem spółdzielni lub wspólnoty mieszkaniowej będzie zatem po pierwsze dochód faktycznie uzyskany z danego udziału, w tym również dochód przeznaczony na podwyższenie funduszu udziałowego oraz dochód, który stanowi równowartość kwot przekazanych na ten fundusz z innych funduszy. Po drugie dochód obejmujący wartość majątku otrzymanego w związku z likwidacją spółdzielni lub wspólnoty mieszkaniowej. Dochód osiągnięty dzięki zyskom spółdzielni lub wspólnoty opodatkowany jest na zasadach ryczałtu, w oparciu o stawkę 19%. Należy jednak pamiętać, że w tej sytuacji możemy mieć do czynienia ze zwolnieniem. Skorzystanie z niego będzie wymagało jednak łącznego spełnienia kilku przesłanek. Wypłacającym dywidendę oraz inne przychody z tytułu udziału w zyskach osób prawnych musi być bowiem spółka, będąca podatnikiem podatku dochodowego i mająca siedzibę w Polsce. Po drugie tym, który uzyskuje dochód – i jednocześnie jest jego odbiorcą – musi być spółdzielnia. W praktyce zatem omawiane zwolnienie skupia się na dywidendach z tytułu udziału w zyskach osób prawnych. Zwolnienie to znajdzie jednak zastosowanie tylko wtedy, gdy spółdzielnia uzyskująca dochód posiada udziały (akcje) w spółce wypłacającej te należności nieprzerwanie przez okres dwóch lat, a nadto, gdy ten okres upływa po dniu uzyskania tych dochodów. W przypadku niedotrzymania tych terminów po stronie spółdzielni pojawi się obowiązek podatkowy w wysokości 19% dochodów wraz z odsetkami. Oczywiście, przepisów dotyczących zwolnienia nie stosuje się wówczas, gdy byłoby to sprzeczne w danych okolicznościach z przedmiotem lub celem tych przepisów albo cel transakcji lub sposób działania był sztuczny.

Co stanowi dochód wspólnoty?

Innym aspektem opodatkowania spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych jest zagadnienie gospodarki zasobami mieszkaniowymi. Na podstawie art. 17 ust. 1 pkt 44 ustawy o CIT zwolnienie od opodatkowania oparte jest w dużej mierze właśnie na pojęciu „gospodarki zasobami mieszkaniowymi”. Tylko takie dochody będą bowiem podlegały zwolnieniu. Czym jest ta tajemnicza gospodarka zasobami mieszkaniowymi? Opierając się dodatkowo na ustawie o spółdzielniach mieszkaniowych, trzeba wskazać, że pod pojęciem zasobów mieszkaniowych należy rozumieć lokale mieszkalne, pozostałe pomieszczenia i urządzenia, które wchodzą w skład budynku mieszkalnego, lub które znajdują się poza nim, których to istnienie jest niezbędne dla prawidłowego korzystania z mieszkań. Z powyższego wynika, że w ramach zasobu mieszkaniowego będziemy mieli nie tylko same mieszkania, ale również takie przestrzenie jak piwnice, strychy, garaże i pomieszczenia administracyjne budynku. Naczelny Sąd Administracyjny w jednym z wydanych wyroków stwierdził, że „pod pojęciem gospodarki zasobami mieszkaniowymi należy rozumieć działania, mające na celu utrzymanie substancji pomieszczeń mieszkalnych w należytym stanie”. Tym, co wyróżnia elementy wchodzące w skład gospodarki zasobami mieszkaniowymi, jest niewątpliwie ich mieszkalna funkcja. Opodatkowane nie będą zatem m.in. wszelkiego rodzaju opłaty związane z użytkowaniem lokali mieszkalnych, czynsze, odsetki za zwłokę od nieterminowych wpłat tych opłat lub czynszów itd. Takie stanowisko potwierdził również Minister Finansów w wydanej interpretacji ogólnej z 5 marca 2008 r. Odniósł się wtedy dość szczegółowo do postanowień art. 17 ust. 1 pkt 44 ustawy o CIT, regulujących zwolnienia podatkowe.

Jakie dochody zostaną opodatkowane?

Skoro zatem wiadomo, co podlega wyłączeniu, należałoby również wskazać, jakie dochody zostaną opodatkowane. Ustawa wskazuje, że będą to wszystkie dochody osiągnięte z innej działalności gospodarczej niż gospodarka zasobami mieszkaniowymi, niezależnie od celu, na jaki zostanie przekazany. Mówimy zatem o działalności, która nie stanowi podstawy działania spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych. W ramach tego należałoby wymienić m.in. wynajmowanie lokali użytkowych, wynajmowanie powierzchni budynków mieszkalnych (dachów, elewacji itd.) pod reklamy, ustawienie anten satelitarnych itp.

Opodatkowanie spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych

Bez względu na to, czy spółdzielnia lub wspólnota mieszkaniowa osiąga dochody z działalności zwolnionej od opodatkowania, czy też mu podlegającej, podmiot ten zobowiązany jest do złożenia zeznania CIT-8. Obowiązek ten istnieje nawet w sytuacji, gdy spółdzielnia lub wspólnota mieszkaniowa poniesie stratę lub wykaże dochód zerowy. Ze względu na swoją wielowątkowość opodatkowanie spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych może okazać się problematyczne. Jak bowiem wynika z powyższych rozważań, możliwe jest zminimalizowanie obciążeń podatkowych spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych. Konieczne jest jednak opracowanie odpowiedniej strategii, która jednocześnie nie będzie wzbudzała podejrzeń ze strony fiskusa, a zatem wszelkie przepływy finansowe będą dobrze widoczne i w pełni uzasadnione.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Cyfryzacja miejsc pracy: jak uniknąć porażki? O sukcesie decydują 3 zasady

Trójka to dla naszej kultury cyfra szczególna. Zasada trójki działa wszędzie – w kinie, literaturze, w codziennym życiu. Wystarczy spojrzeć na słynne cytaty czy hasła reklamowe, które wykorzystują moc cyfry trzy – Veni, vidi, vici, Wolność, równość, braterstwo czy Just Do It. A co jeśli ten sam koncept zaadaptować do cyfrowej transformacji. IDC wspólnie z VMware przekonują, że jest to jak najbardziej możliwe. I pożądane. Szczególnie, że wiele firm nadal ma problem z digitalizacją miejsc pracy.

Analitycy Gartnera podają, że obecnie większość inicjatyw digitalizacji miejsca pracy kończy się niepowodzeniem. Tylko jedna czwarta średnich i dużych globalnych organizacji z powodzeniem dokona przekształceń w 80 proc. projektów. Za porażkami stoją jednak nie tyle kwestie technologiczne, ale przede wszystkim brak ogólnej strategii zmian.

Działania w cyfrowym miejscu pracy nie mogą być traktowane wyłącznie jako inicjatywa IT. Oprócz zmian w zakresie technologii konieczne jest zaangażowanie pracowników i zmiany kulturowe – wyjaśnia Carol Roswell, wiceprezes ds. badań w Gartnerze. Jej zdaniem bez tego sukces cyfryzacji miejsca pracy nie jest możliwy. W dzisiejszych czasach jest jednak pożądany i wart włożonego wysiłku. Według badań Forbes’a 78 proc. firm dostrzega wzrost sprzedaży i przychodów jako rezultat wdrożenia cyfrowego miejsca pracy.

Trzy filary innowacyjnego pracodawcy

Jak można stworzyć nowoczesne miejsce pracy, które przyniesie zyski firmie, a pracownikowi satysfakcję? Wystarczy pamiętać o trzech głównych filarach. IDC w swoim najnowszym raporcie Becoming „Future of Work” Ready: Follow the Leaders przekonuje, że firmy cyfrowy sukces trzeba oprzeć na kulturze organizacji, przestrzeni pracy i zasobach.

IDC wyraźnie podkreśla, że obecnie tylko 30 proc. europejskich organizacji opracowało i zaczęło wdrażać kompleksową strategię innowacyjnego środowiska pracy. Trzeba podkreślić, że tylko te organizacje, które będą w stanie zbudować swoją pozycję wokół wszystkich tych trzech filarów i nie będą bały się innowacji przetrwają każdą rynkową zawieruchę. Cała reszta, która nie będzie w stanie złapać wiatru zmian w swoje żagle, zostanie w ten czy inny sposób zmieciona z rynku – komentuje Charles Barratt, główny inżynier rozwiązań EUC dla biznesu w VMware EMEA.

Filar pierwszy: kultura

Kultura organizacyjna może być niekiedy największy firmowym atutem albo jego zgubą. Netflix przykładowo osiągnął swój status cyfrowego prymusa m.in. ze względu na kulturę szczerości w szeregach swoich pracowników. Odpowiedzialność za czyny i słowa jest jednak kluczowa bez względu na stanowisko. Z drugiej strony kultury oparte na zaufaniu i swobodzie czasem mogą wyrwać się spod kontroli. Jak przekonują eksperci, tzw. patologiczne kultury organizacyjne w konsekwencji demoralizują pracowników; zrażają klientów do produktów, niszczą reputację firmy i wartość całego biznesu.

Zła kultura organizacyjna to miejsce pracy, gdzie dominuje podejście „rządź i kontroluj”. A tutaj potrzeba otwartości i współpracy, jeśli biznes chce wdrażać nowe pomysły. Badania VMware wykazały, że zaszczepiając kulturę opartą na swobodzie wyboru narzędzi pracu, zaufaniu i szczerości, począwszy od zarządu aż po szeregowych pracowników, każda firma może być gotowa na wzrost obrotów, wydajności i ogólnego zadowolenia pracowników – przekonuje Charles Barratt z VMware EMEA. Ekspert przekonuje, że firmy, które postawiły np. na swobodę wyboru narzędzi pracy i aplikacji stosowanych w środowisku pracowniczym odnotowały nawet pięciokrotny wzrost produktywności swojego personelu.

Filar drugi: przestrzeń

Eksperci IDC podkreślają, że biznes by czerpać korzyści z cyfryzacji musi zmienić podejść do samej natury pracy. Nie jest to już tylko miejsce, a przede wszystkim czynność, która musi nieść konkretną korzyść. Dzisiejsze pokolenia pracowników nie chcą już pracować przy przysłowiowym biurku od 9:00 do 17:00. Nie liczy się bowiem to jak pracują, tylko jakie efekty przynoszą.

Analitycy IDC przekonują, że do 2021 r. 60 proc. firm z globalnej listy Forbes G2000 oficjalne wdrożą politykę zdalnego miejsca pracy, by podnieść zaangażowanie i produktywność swoich pracowników. By takie mobilne środowisko pracy mogło jednak zaistnieć firmy muszą lepiej zrozumieć jaki potencjał drzemie w dzisiejszych technologiach. To właśnie dzięki innowacjom mamy dostępne dla wszystkich biura coworkingowe, korporacje wdrażają polityki elastycznego czasu pracy, a pracowników wspierać będą niebawem aplikacje sterowane głosem i wirtualni asystenci – tłumaczy Charles Barratt z VMware EMEA.

Trzeci filar: zasoby

Trzecim kluczowym składnikiem udanej cyfryzacji miejsc pracy, według IDC, są zasoby organizacyjne. Ich charakter nieustannie ewoluuje i zmienia się na naszych oczach. Z jednej strony dynamika demograficzna przeobraża skład personalny firm pod kątem wielkości zespołów, wieku czy różnorodności. Z drugiej strony nowoczesne, inteligentne technologie cały czas automatyzują proces pracy, stwarzając dla biznesu coraz to ciekawsze perspektywy, ale i stawiając nowe wyzwania – jak pogodzić pracownika z automatem?

Automatyzacja, sztuczna inteligencja czy uczenie maszynowe wynoszą firmę na zupełnie nowy poziom produktywności i dokładności operacyjnej. Umożliwiają jednocześnie pracownikom uczenie się na błędach. Cyfrowe środowisko pracy daje bowiem w łatwy sposób testować nowe rozwiązania, a jeśli coś pójdzie nie tak, potrafi się naprawić i dać pracownikowi szansę na kolejny eksperyment – podsumowuje Barratt.

W tym roku rolnictwo może mieć problem z Ukraińcami do pracy

Ogrodnictwo i sadownictwo w sezonie zbiorów nie może się obejść bez siły roboczej. Mechanizacja jest niemal niemożliwa. Tylko zbiór ręczny gwarantuje wysoką jakość owoców i warzyw. Ale Polacy już od dawna nie chcą tego robić. Dotąd zastępowali ich Ukraińcy. I jeśli ich zabraknie, to branżę czekają poważne problemy. Jej przedstawiciele podkreślają, że sąsiedzi zza wschodniej granicy wciąż będą podejmować okresowe prace rolne. Jednak wraz ze wzrostem płac w innych sektorach w Polsce rosną także oczekiwania pracowników sezonowych. Są one trudne do spełnienia, ponieważ na rynku koszty produkcji nie mają znaczenia. Liczy się wyłącznie podaż i popyt. Może się też okazać, że jedyną szansą na przetrwanie producentów będą przybysze z takich krajów jak Wietnam, Nepal czy Bangladesz.

Ukraińcy niezbędni

Uprawy sadownicze, borówki, truskawki, maliny, a także pieczarki, pomidory czy ogórki ciągle wymagają dużej liczby pracowników do pielęgnacji, a głównie do zbiorów. Producenci owoców i warzyw od lat korzystają z pracy pomocników, tj. pracowników sezonowych oraz osób zatrudnianych na dłuższe okresy. Witold Boguta, prezes Krajowego Związku Grup Producentów Owoców i Warzyw (KZGPOiW), podkreśla, że najczęściej są to Ukraińcy, a ręczny zbiór jest niezbędny, by zapewnić wysoką jakość produktów.

– Polacy nie są taką pracą zainteresowani ze względu na jej specyfikę, głównie sezonowość. Ale z tego samego powodu odpowiada ona właśnie wschodnim sąsiadom, co oznacza, że trend na pewno się utrzyma. Ci pracownicy są bezwzględnie potrzebni – komentuje Mirosław Maliszewski, prezes Związku Sadowników RP i poseł na Sejm z PSL.

Natomiast Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych (KRIR), podkreśla, że w okresie prac sezonowych powszechne jest zjawisko zwiększonego zapotrzebowania na siłę roboczą. Dodaje, że brakuje wówczas rąk do pracy i polscy producenci muszą wspierać się pomocą obcokrajowców, przede wszystkim tych zza wschodniej granicy. Są oni niezbędni, ponieważ polskich robotników jest zbyt mało, a do tego wolą podejmować pracę w dużych miastach.

Jednak rosnące płace w wielu innych branżach w Polsce, także dla obcokrajowców, mogą utrudnić zatrudnianie pracowników sezonowych ze względu na wciąż niskie stawki w tym sektorze. Mirosław Maliszewski uważa, że w branży wszystko zależy od cen uzyskiwanych za owoce. Jeśli pozostaną na obecnym poziomie, części sadowników nie będzie stać na zewnętrzną siłę roboczą. Jego zdaniem, wszystko zależy od sytuacji dochodowej plantatorów, którzy konkurują z innymi dziedzinami gospodarki, na przykład z budownictwem, które może płacić więcej.

– Wzrost płac będzie powodował napływ obcokrajowców chętnych do podjęcia pracy przy zbiorach sezonowych. Zmiana ustawy o ubezpieczeniu społecznym rolników wprowadziła dla pracowników sezonowych stawkę w wysokości 184 zł miesięcznie, tj. składka zdrowotna 142 zł i wypadkowa 42 zł. Maksymalne płace za pracę określi natomiast sam rynek. O opłacalności produkcji nie decydują jedynie koszty pracy. Główną rolę odgrywa prawo popytu i podaży. Jeśli będzie możliwość sprzedaży produktów i w Polsce i za granicą, to produkcja będzie opłacalna – uważa Wiktor Szmulewicz.

Z kolei Witold Boguta podkreśla, że płace są jednym z najważniejszych składników kosztów produkcji i przygotowania do sprzedaży. Ich wzrost przyczynia się do niwelowania ważnej dotychczas przewagi konkurencyjnej. Większości prac wykonywanych przez pracowników nie da się zmechanizować, produkcja będzie się zmagać z coraz wyższymi kosztami i poszukiwaniem oszczędności w innych obszarach.

Niedobór rąk do pracy

– Mamy rynek pracownika i jeśli potrzeba rąk do pracy, to trzeba zapłacić takie stawki, aby praca została wykonana. Polscy producenci nie będą w stanie sami poradzić sobie z pracami sezonowymi. Brakuje ludzi. Ostatnie lata pokazały, że wciąż są obcokrajowcy chętni do podjęcia tego typu pracy. I raczej nic nie wskazuje na to, aby ten rok miał być inny – przekonuje prezes KRIR.

Mirosław Maliszewski twierdzi, że już widać odpływ pracowników z Ukrainy do innych sektorów gospodarki czy do sąsiednich krajów. Metodą na poradzenie sobie z brakami siły roboczej zza wschodniej granicy jest zatrudnianie osób z innych krajów, np. azjatyckich, jak m.in. Indie, Wietnam, Nepal czy Bangladesz. Do tego Witold Boguta dodaje, że polityka polskiego rządu, podobnie zresztą jak innych państw, jest tutaj kluczowa. Ważne będzie stworzenie odpowiednich warunków do przyjazdu i zatrudniania w Polsce pracowników z bardziej odległych krajów.

– Działania mające na celu zapobieżenie niedoborowi rąk do pracy już zostały podjęte. Dzięki nowelizacji ustawy o ubezpieczeniu społecznym rolników w zeszłym roku, wprowadzona została kategoria pomocnika. I dlatego możemy dziś tym pracownikom zaproponować lepsze warunki. Poza stawkami za pracę, zachętę stanowią ubezpieczenia zdrowotne, wypadkowe i macierzyńskie, a to jest bardzo ważne. Dzięki temu mamy szansę przekonać takich pracowników do przyjazdu do Polski i ich skutecznie zatrzymać – twierdzi Wiktor Szmulewicz.

Szef Związku Sadowników RP dodaje, że rolnikom i plantatorom pomogłoby rozszerzenie listy krajów z uproszczonymi procedurami i wprowadzeniem ułatwień formalnych w porównaniu do obecnego systemu pozyskiwania i przyjmowania do pracy cudzoziemców. Sądzi on, że biurokracja jest dzisiaj zbyt uciążliwa i przeszkadza wielu sadownikom w racjonalnym zatrudnianiu jednocześnie podnosząc jego koszty.

– Na razie widać zainteresowanie Ukraińców pracą w ogrodnictwie. By ten stan utrzymać konieczne jest gwarantowanie odpowiedniego poziomu płac i innych świadczeń. Producent nie ma wiele do powiedzenia, jeśli chodzi o uzyskiwane ceny za wytwarzane przez siebie produkty rolne. O tym decydują odbiorcy, jeśli więc ceny na produkty będą utrzymywane przez nich na niskim poziomie, część ogrodników będzie musiała zaprzestać produkcji – dodaje Witold Boguta.

Prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych konstatuje, że praca w Polsce staje się konkurencyjna wobec pracy na zachodzie Europy, a nasz kraj stał się atrakcyjny dla obcokrajowców. Jednak już nie wystarczy im zapewnić wyżywienia i zakwaterowania. Dlatego np. wprowadzenie ubezpieczenia przy tego rodzaju pracach jest bardzo istotne. Mirosław Maliszewski podsumowując przypomina, że ceny produktów nie są kształtowane jedynie przez koszty wytwarzania i np. zbioru. A nadmierne dodatkowe koszty, generowane przez skup, przetwórstwo i dystrybutorów, mogą spowodować bankructwa wielu gospodarstw, mniejszą podaż krajowych owoców i wzrost importu, co będzie niekorzystne dla konsumentów i całej gospodarki.

Vivid Games zwiększa przychody

O ponad 95% wzrosły przychody Vivid Games w pierwszym kwartale 2019 r. w porównaniu z analogicznym okresem roku ubiegłego.  Bydgoska spółka kontynuuje prace nad tytułami z segmentu mid-core, w tym Zombie Blast Crew, który zadebiutuje już w III kw. 2019 r.

W pierwszym kwartale 2019 r. Vivid Games wypracował ponad 2,67 mln przychodów ze sprzedaży, co stanowi niemal dwukrotność przychodów za analogiczny okres roku poprzedniego. Przychody generują nie tylko wydane w ostatnich miesiącach 2018 r.  Space Pioneer czy Gravity Rider, ale także lubiana przez użytkowników seria Real Boxing, która w ciągu ponad 6 lat zbudowała społeczność ponad 66 mln graczy z całego świata. Koszty operacyjne utrzymano na podobnym do zeszłorocznego poziomie, jednak zmieniła się ich struktura. Optymalizacja struktury organizacyjnej, o której zarząd wspominał już w raporcie rocznym pozwoliła na zmniejszenie udziału kosztów pracowniczych w całości wydatków. .Na koniec marca na rachunkach spółki znajdowało się ponad 2,7 mln zł. Zarząd zapewnia, że na bieżąco zarządza ryzykiem związanym ze spłatą zobowiązań finansowych.

Pierwszy kwartał 2019 r. to okres intensywnych prac nad wdrożeniem nowej strategii. W marcu do globalnej dystrybucji trafiły dwa pierwsze tytuły z nowego segmentu hyper-casual – Pocket Mini Golf i Endless Lake. Rozpoczęto też prace nad grą z segmentu mid core– Zombie Blast Crew, która zadebiutuje już w III kwartale br

Remigiusz Kościelny, prezes Vivid Games
Remigiusz Kościelny, prezes Vivid Games

– W I kwartale prowadziliśmy prace związane z produkcją gry Zombie Blast Crew, jak również innymi niezapowiedzianymi jeszcze tytułami wewnętrznymi segmentu mid-core. Rozpoczęliśmy również publikację gier typu hyper-casual. Za pomocą programu wydawniczego poszukujemy i testujemy nowe gry, a naszym celem pozostaje dynamiczna rozbudowa portfolio gier, a zarazem jego dywersyfikacja w zakresie segmentów, tematyki, sieci dystrybucji oraz przychodów z reklam i mikropłatności.  Dokonujemy również licznych aktualizacji dostępnych gier, które wpływają pozytywnie na ich metryki. Pracujemy również nad realizacją projektów B+R.- komentuje Remigiusz Kościelny, prezes Vivid Games.

Kredyty Mieszkaniowe w kwietniu 2019 r.

Wartość BIK Indeksu – Popytu na Kredyty Mieszkaniowe (BIK Indeks – PKM) informuje o rocznej dynamice wartości wnioskowanych kredytów mieszkaniowych. Najnowszy kwietniowy odczyt wyniósł + 16,2%, co oznacza że w kwietniu 2019 r., w przeliczeniu na dzień roboczy, banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę wyższą o 16,2% w porównaniu z kwietniem 2018 r. Kwietniowy odczyt jest niższy od marcowego o 10,4 p.p.

Chociaż w kwietniu 2019 r., wartość indeksu była niższa o 10,4 p.p., w relacji do odczytu marcowego, to wszystkie cztery tegoroczne odczyty zanegowały negatywną obserwację z grudnia 2018 r., kiedy to wartość Indeksu była najniższym odczytem od września 2012 r.

Łącznie w kwietniu 2019 r. o kredyt mieszkaniowy zawnioskowało 42,52 tys. osób w porównaniu do 38,26 tys. rok wcześniej – wzrost o 11,1%. Natomiast średnia kwota wnioskowanego kredytu mieszkaniowego w kwietniu 2019 r. wyniosła 273,16 tys. zł, tj. o 9,8% więcej niż rok wcześniej.

prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej
prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej

– Kwietniowa wartość indeksu wynika zarówno ze wzrostu średniej wartości wnioskowanego kredytu, jak i wzrostu liczby wnioskodawców. 16,2% wartość indeksu jest więc efektem połączenia obu tych pozytywnych czynników. Podobne zjawisko mieliśmy już zarówno w marcu, jak i w lutym b.r. – mówi prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej.

– Po czterech miesiącach widać już, co przewidywaliśmy pod koniec zeszłego roku, że rok 2019 na rynku kredytów mieszkaniowych będzie bardzo interesujący. Utrzymuje się zainteresowanie finasowaniem nabycia nieruchomości kredytem bankowym o coraz wyższej wartości – puentuje prof. Rogowski.

– Wysokie odczyty Indeksu za kwiecień br. znajdą odzwierciedlenie w wartości sprzedaży kredytów w maju i czerwcu, bowiem kredyt mieszkaniowy uruchamiany jest ok. 1 do 2 msc. od złożenia wniosku kredytowego (zapytania do BIK) – dodaje Główny Analityk BIK.

Przygotowania do wojen handlowych

Rynki finansowe w dalszym ciągu pozostają pod wpływem doniesień skupionych na rozmowach handlowych USA i Chin, które przynoszą mieszankę gróźb i optymizmu. Presja udziela się rynkowi akcji, ale na rynku walutowym przeważa cierpliwe wyczekiwanie na konkrety. Większość obawia się restartu wojen handlowych, ale jeszcze nikt na to nie stawia pieniędzy.

Dlaczego? Trudniej o to, gdy informacje z tych samych źródeł potrafią być sprzeczne. Od wczoraj prezydent Trump zdołał dwukrotnie zagrozić, że zmusi Chiny do zapłaty na nieuczciwe praktyki, które odbierają prace amerykańskim robotnikom. W tym samym czasie rzecznik Białego Domu przekazała, że USA otrzymała sygnały z Chin, że te chcą porozumienia. Chińska delegacja na czele z wicepremierem Liu jest już w Waszyngtonie, aby formalnie przystąpić do kolejnej rundy rozmów, która potrwa do jutra. Jednocześnie USA przygotowało wszystkie formalności, by jutro o 4:01 czasu Greenwich podnieść cła na chińskie towary z 10 proc. do 25 proc. Rynki tymczasem debatują, na ile jest to praktyka negocjacyjna Trumpa, której ostatecznie USA nie chcą wprowadzać. Pozostajemy w domysłach, gdzie każdy scenariusz jest prawdopodobny. I dlatego inwestorzy preferują czekać do samego końca, kiedy łatwo o nagły zwrot sentymentu. Nerwowość jednak powoli przenika do świadomości, co premiuje pozycje zgodne kierunkiem z awersją do ryzyka. Rynek akcji świeci się na czerwono, a na FX (nieznacznie) wygrywa JPY.

Kiedy większość czołowych banków centralnych decyduje się na łagodzenie nastawienia, Norges Bank wysuwa się na osamotnionego jastrzębia. Norweski bank centralny powinien utrzymać stopę procentową na 1 proc., ale komunikat może być istotnym katalizatorem zmienności. Chociaż majowe posiedzenie jest pośrednim bez nowych prognoz i konferencji prasowej, komunikat może dać finalne wskazówki, że podwyżka w czerwcu jest bardzo prawdopodobna. Ostatnim razem w marcu Norges Bank dokonał podwyżki stopy procentowej o 25 pb, a w komentarzu do decyzji zaznaczył, że kolejna podwyżka będzie mieć miejsce „w ciągu najbliższych sześciu miesięcy”. Projekcja ścieżki stopy procentowej przyznawała 50 proc. szans na następny ruch w czerwcu. Za podtrzymaniem jastrzębiego nastawienia przemawia silniejsza od prognoz inflacja bazowa (w kwietniu: 2,7 proc. r/r, prog. 2,5 proc.) oraz wyższe ceny ropy naftowej. W tym samym czasie korona norweska od ostatniego posiedzenia osłabiła się o ok. 3 proc. Kombinacja tych czynników rodzi ryzyko wyższej inflacji w przyszłości i wspiera dalsze podwyżki stopy procentowej. Jeśli w dzisiejszym komunikacie znajdzie się fragment: „nowe informacje wskazują, że prognozy dotyczące stopy procentowej w nadchodzącym okresie nie uległy większym zmianom”, można zakładać następny ruch w czerwcu. Rynek nie jest pozycjonowany na jastrzębi wydźwięk. Ostatnia przecena NOK pod presją taniejącej ropy naftowej oraz wzrostu awersji do ryzyka w reakcji na zaostrzenie sporu handlowego USA-Chiny wygoniła inwestorów z długich pozycji w koronie. To czyni NOK bardziej wrażliwy na pozytywne doniesienia. Jastrzębi wydźwięk komunikatu Norges Banku może przynieść wstępny skok NOK o 0,5-1,0 proc., choć pod znakiem zapytania pozostaje, czy przy nerwowej sytuacji na rynkach uda się utrzymać siłę na dłużej.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Jantoń podpisuje kolejną umowę na wyłączność z polską winnicą

8 maja br. w Dobroniu firma Jantoń podpisała z Winnicą Bagieniec umowę na wyłączność dystrybucji polskich win. Dzięki tej współpracy spółka rozbuduje portfolio polskich win i zapewni ich całoroczną dostępność na rynku HoReCa w kraju.

Uroczystego podpisania umowy dokonali: Jakub Nowak, Prezes Zarządu Jantoń S.A. Sp.K. oraz Jarosław Mazurek – właściciel Winnicy Bagieniec.

Jakub Nowak i Jarosław Mazurek
Jakub Nowak i Jarosław Mazurek
A. Brzozowska, T. Sobczak, S. Mazurek, J. Nowak, J. Mazurek, V. Mazurek, M. Malewicz, E. Madsen
A. Brzozowska, T. Sobczak, S. Mazurek, J. Nowak, J. Mazurek, V. Mazurek, M. Malewicz, E. Madsen
Jakub Nowak, Jarosław Mazurek
Jakub Nowak, Jarosław Mazurek

Jestem przekonany, że nasza współpraca z Winnicą Bagieniec przyczyni się do rozpropagowania rodzimych win w restauracjach w całym kraju – podkreśla Jakub Nowak, Prezes Zarządu firmy Jantoń. –Wśród trunków z polskich winnic znaleźć można zarówno te, które są w stanie konkurować z dobrej klasy winami europejskimi, jak i te, które wciąż wymagają dopracowania. My szukaliśmy partnera, dzięki któremu będziemy mogli dostarczać na rynek polskie wina wysokiej jakości. Winnica Bagieniec doskonale odpowiada na nasze potrzeby. Wina tworzą tu bowiem enolodzy, którzy dodatkowo korzystają ze wsparcia i doświadczeń zagranicznych ekspertów, dzięki czemu śmiało mogą one konkurować z winami europejskimi. Jeden z największych w Polsce wolumenów produkcji oferowany przez Winnicę pozwoli nam z kolei zapewnić całoroczną dostępność polskich win na rynku HoReCa. Spółka Jantoń we wrześniu ubiegłego roku rozpoczęła proces konsolidacji rynku, który pozwoli jej objąć pozycję lidera w kategorii win gronowych w Polsce. We wrześniu firma przejęła działalność operacyjną spółki Wino Makłowicz, a w marcu – w ramach projektu prowadzonego z Robertem i Mikołajem Makłowiczami – podpisała umowę na wyłączność dystrybucji win dla HoReCa z Winnicą Miłosz. Firma przejęła także na początku roku 2019 spółkę Platinum Wines, jednego z kluczowych polskich importerów i dystrybutorów win gronowych. Umowa z Winnicą Bagieniec jest kolejnym krokiem w ramach konsolidacji rynku, której podjęła się firma.

Rynek HoReCa, obejmujący również ofertę win, skokowo rośnie, co wynika ze wzrostu dochodów Polaków – podkreśla Jakub Nowak, Prezes Zarządu firmy Jantoń. – My ten rozwój przewidzieliśmy dużo wcześniej i starannie się do niego przygotowaliśmy. W naszej strategii założyliśmy akwizycję najbardziej obiecujących na rynku podmiotów. Równolegle znacząco rozbudowaliśmy struktury wewnątrz firmy do obsługi rynku HoReCa. Jesteśmy przygotowani, aby zapewnić ogólnopolską i kompleksową obsługę tego kanału poprzez oferowanie produktów takich jak: wina grzane, cydry czy wina gronowe z całego świata oraz całoroczną dostępność polskich win w restauracjach na terenie całego kraju.

Widoczny wzrost ryzyka biznesowego na Dolnym Śląsku

Jednoczesny: wzrost zatorów płatniczych – wydłużenie obiegu należności oraz ponad 40% wzrost liczby niewypłacalności w regionie.

Usługi i handel – to właśnie w tych sektorach notowana jest największa liczba i skala wzrostu zatorów płatniczych oraz niewypłacalności w woj. dolnośląskim

  • Wydłużenie średniego okresu obiegu należności (DSO) na Dolnym Śląsku (o tydzień w skali roku – ze średnio 82 dni przed rokiem do 89 dni w I kwartale br.), podczas gdy w sąsiednich województwach pozostawał on stabilny
  • Najkrótsze DSO jest w woj. lubuskim, ale… najkrótszy jest tam także średni kredyt udzielany odbiorcom (ok. 50 dni wobec 60-65 w innych województwach regionu)
  • Poziom trudnych długów (wartość należności przeterminowanych 120 dni po terminie płatności w odniesieniu do ogółu należności) jest potwierdzeniem realnej skali ryzyka w woj. dolnośląskim

przeciętny na tle kraju (potrafi on bowiem dochodzić do poziomu 8-9% wartości ogółu należności, a w najbardziej dotkniętych zatorami płatniczymi województwach to nawet 10-12% wartości należności od tamtejszych odbiorców)

wyraźnie wyższy niż w Wielkopolsce czy w Lubuskiem

  • Po stabilizacji liczby niewypłacalności w 2018r., w bieżącym roku ich liczba na Dolnym Śląsku dynamicznie rosła – aż o 43% r/r w I kwartale, co potwierdza wzrost ryzyka sygnalizowany przez wydłużenie obiegu należności
  • Pomimo przemysłowego charakteru regionu (m.in. motoryzacja, AGD/RTV, br. spożywcza) zestawienia niewypłacalności nie zdominowały firmy produkcyjne

Z Programu Analiz Należności Euler Hermes, będącego największym tego typu projektem w kraju (narzędzie dla firm do szybkiej analizy online bieżącego tempa regulowania należności przez kilkaset tysięcy najbardziej aktywnych przedsiębiorstw, na kwotę blisko 40 mld złotych w skali miesiąca – więcej*) wynika, iż firmy z województwa dolnośląskiego regulują swoje zobowiązania gorzej, zarówno w porównaniu do danych sprzed roku, jak i do moralności płatniczej w województwach sąsiednich. Aktualnie dostawcy dolnośląskich firm czekają na swoje należności średnio 89 dni, co nie jest może wynikiem wyróżniającym region in minus na tle średniej krajowej, ale jednak dłużej w porównaniu do sąsiednich województw czy np. mających podobny potencjał gospodarczy województw śląskiego i małopolskiego. Co ciekawe – w obydwu wspomnianych województwach aktualne ryzyko biznesowe wiążące się z niewypłacalnościami, koncentruje się głównie w sektorach handlu i usług, podobnie jak na Dolnym Śląsku… z tym że w tym regionie nie jest to novum – sektorowy rozkład lokalnych problemów gospodarczych wyglądał podobnie także w 2018 roku.

– Proeksportowy, i generalnie przemysłowy charakter gospodarki Dolnego Śląska jak na razie nie generuje większej skali problemów sektora wytwórczego (co mogłyby sygnalizować jego rosnące: opóźnienia płatnicze i liczba niewypłacalności) – zapewne dlatego, iż lokalny przemysł m.in. motoryzacyjny czy AGD jest mocno skoncentrowany, jego sprzedaż dokonuje się w ramach / do dużych grup przemysłowych – ocenia Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka. Także silna pozycja tutejszych firm transportowych i logistycznych, wynikająca z położenia województwa, jego dobrego skomunikowania poprzez sieć dróg i torów kolejowych, a także dużego zapotrzebowania logistycznego ze strony dobrze rozwiniętego przemysłu, wydaje się obecnie niezagrożona.

Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes
Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes

– To, z czym należy się natomiast liczyć to spora skala problemów firm usługowych: obok firm turystyczno-gastronomicznych także tych związanych z obsługą IT, usługami bazodanowymi, call center, programistycznymi, marketingowymi itp. – kontynuuje Tomasz Starus. – Nie koniecznie świadczyć to musi o aktualnym kryzysie czy porażce tego typu przedsięwzięć, a raczej potwierdza dynamiczny rozwój i rosnącą skalę działalności firm o takim profilu, skupionych w centrum usług jakie udało się zbudować lokalnie w oparciu głównie o potencjał aglomeracyjny i akademicki Wrocławia. Siłą rzeczy przy większej skali działalności (i krótkim jej stażu) odsetek firm z problemami jest bardziej ewidentny, zwłaszcza w obecnym czasie, gdy po inwestycjach to usługi są zazwyczaj pierwszą ofiarą oszczędności firm z nich korzystających.problemy firm na dolnym śląsku

Liczba niewypłacalności firm zarejestrowanych na Dolnym Śląsku pozostała niemal bez zmian w 2018 r. (95 niewypłacalności wobec 97 ich przypadków w 2017 roku), by znacznie przyspieszyć w I kwartale 2019 roku – do 33 takich przypadków (o 43% więcej w porównaniu do 22 niewypłacalności w analogicznym okresie ub. roku). Warto zauważyć, iż tutejsze niewypłacalne hurtownie rzadziej niż w innych regionach kraju związane były z obsługą rynku budowlanego, ich profil był zdecydowanie bardziej skupiony na towarach i rynku konsumenckim, a nie inwestycyjnym.niewypłacalności firm na dolnym śląsku

Pomimo wiodącej w regionie gospodarczej roli aglomeracji wrocławskiej, mapa problemów firm (wyrażonych niewypłacalnościami) w województwie dolnośląskim była na tle innych województw zdecentralizowana. W stolicy regionu działało jedynie ok. 40% niewypłacalnych firm (zarówno w 2018r. jak i w I kw. 2019r.) – zdecydowanie mniej, niż w wielu innych województwach. Otwarte pozostaje pytanie, czy liczne przypadki niewypłacalności firm z tak wielu miejscowości regionu, takich jak Świdnica, Legnica, Lubań, Oleśnica, Jelenia Góra czy Świebodzice świadczą w większym stopniu o równomiernym rozwoju gospodarczym województwa (przypominając także o jego przemysłowej historii), czy raczej o słabnącej kondycji firm operujących poza główną aglomeracją (nie korzystających m.in. z jej dużego i wykształconego rynku pracy, jak i bogatego lokalnego rynku zbytu)…niewypłacalności firm na dolnym śląsku sektory

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Niewypłacalności obejmują niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkującą upadłością bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego.

Banki w Polsce wciąż zarabiają, ale ich sytuacja się pogarsza. Sektor czekają kolejne regulacje

Banki w Polsce wciąż zarabiają, ale ich sytuacja się pogarsza. Sektor czekają kolejne regulacje 6

W ostatnich latach banki w Polsce łącznie zarabiają 12–15 mld zł. Najlepiej radzą sobie największe grupy, natomiast średnie instytucje borykają się z problemami. Na ich niekorzyść działają niskie stopy procentowe, a także regulacyjne obciążenia, takie jak choćby składki na Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Zdaniem Krzysztofa Kalickiego, byłego prezesa Deutsche Banku, sytuacja finansowa branży się pogarsza.

Generalnie mógłbym powiedzieć, że sektor bankowy jest w niezłej kondycji, ale ona raczej się pogarsza. Te wszystkie obciążenia, które spadły na sektor bankowy – regulacyjne zewnętrzne i wewnętrzne, podatek od składki na Bankowy Fundusz Gwarancyjny – to wszystko powoduje, że sektor bankowy, jego sytuacja finansowa z punktu widzenia takich parametrów jak stopa zwrotu, się pogarsza – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Kalicki, były prezes Deutsche Bank Polska. – W tej chwili stopa zwrotu z kapitału jest lekko ponad 7 proc., a to jest niewystarczające dla długoterminowego rozwoju.

Według Głównego Urzędu Statystycznego wynik finansowy netto sektora bankowego w 2018 r. wyniósł 14,7 mld zł, czyli o 7,6 proc. więcej niż w 2017 roku. Suma bilansowa banków wzrosła o 6,6 proc. i wyniosła 1,89 bln zł. Wartość kredytów udzielonych sektorowi niefinansowemu zwiększyła się o 5,6 proc. do kwoty 1,1 bln zł, a depozytów – o 7,5 proc. do 1,15 bln zł. Mimo tych pozornie pozytywnych danych Związek Banków Polskich podaje, że o ile zysk netto sektora w styczniu 2013 roku wynosił niemal 1,75 mld zł, to w styczniu br. spadł do 255,04 mln zł. Z kolei zwrot z kapitałów sektora zmniejszył się do poniżej 7 proc. w 2018 roku wobec 13 proc. w 2011 roku.

Jak komentuje prezes ZBP Krzysztof Pietraszkiewicz, od wielu lat branża obserwuje niepokojący i utrzymujący się spadek wyniku sektora bankowego. Pomimo że sektor uzyskuje wynik netto co roku na poziomie 12–15 mld zł, to cały czas w niekorzystny sposób zmienia się zwrot z kapitałów, przez co sektor staje się coraz mniej atrakcyjny dla inwestorów zagranicznych i krajowych.

– Sektor bankowy jest pod presją polityczną z bardzo wielu stron, a do tego dojdą kolejne wymagania regulacyjne i kapitałowe. Wydaje się, że to będzie dosyć dużym wyzwaniem dla sektora. Już w tej chwili pewna grupa banków ponosi straty. Duże instytucje lepiej sobie radzą, ale banki średnie mają niski zwrot na kapitale – mówi Krzysztof Kalicki. – Na pewno koszty, które obciążają banki, w ostatnich latach bardzo wzrosły. Zresztą widać ze wszystkich analiz statystycznych, że koszty ogólne przekroczyły koszty działania banku. Do tego jeszcze tempo wzrostu finansowania przez sektor bankowy jest wolniejsze, kredyty rosną wolniej niż nominalne PKB. To wszystko powoduje, że jesteśmy w momencie lekkiego zawahania, co będzie dalej.

Z danych KNF wynika, że na koniec lutego 2019 roku działalność prowadziły 32 banki komercyjne, 547 banków spółdzielczych oraz 31 oddziałów instytucji kredytowych. Wynik finansowy netto sektora bankowego na koniec lutego osiągnął 1,1 mld zł i był niższy o 0,5 mld zł (o 30,6 proc.) od osiągniętego na koniec lutego 2018 roku. Koszty odsetek na koniec 2018 roku wyniosły 15,7 mld zł, koszty z tytułu opłat i prowizji – 4,7 mld zł, a koszty działania banków – 33,6 mld zł.

Z analiz ZBP wynika, że maksymalne efektywne opodatkowanie największych polskich banków sięga 44 proc., a nominalne to ok. 33 proc. W efekcie stopa podatkowa jest o połowę wyższa niż w innych krajach regionu Europy Środkowo-Wschodniej.

Sytuacji nie poprawiają też niskie stopy procentowe.

– Stopy procentowe w dużej mierze są skorelowane z tym, co się dzieje makroekonomicznie. Jeżeli inflacja utrzymuje się na relatywnie niskim poziomie, to stopy procentowe nie rosną. Z punktu widzenia sektora bankowego byłoby lepiej, gdyby były one nieco wyższe – mówi Krzysztof Kalicki. – Pytanie jest takie, jak się rozwinie inflacja w Polsce, bo widać, że w wielu krajach ona pomału rośnie. To będzie problemem polityki pieniężnej. Na pewno sektor bankowy znajdzie się w korzystniejszej sytuacji, ale oczywiście nikt nie chciałby, żeby w kraju inflacja szczególnie poważnie wzrosła, bo to nie jest ani w interesie klientów banków, ani w interesie sektora.

W. Warski: Obecnie państwo nadmiernie ingeruje w gospodarkę. Jego rolą powinno być przygotowanie się na koniec dobrej koniunktury

W. Warski: Obecnie państwo nadmiernie ingeruje w gospodarkę. Jego rolą powinno być przygotowanie się na koniec dobrej koniunktury 7

Państwo musi w taki sposób kroić swoje prawa wewnętrzne rządzące społeczeństwem i gospodarką, by przejść przez kryzys suchą nogą – mówi Wojciech Warski, wiceprezes Business Centre Club. Jak podkreśla, to jest kluczowa rola regulatora, który w swoich działaniach wybiega w przyszłość. Jego zdaniem dziś mamy do czynienia z nadmierną ingerencją państwa w gospodarkę.

– To jest rola ingerenta, który usiłuje ręcznie sterować gospodarczymi, politycznymi i społecznymi procesami życia w kraju, nie tędy droga – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Warski, przedsiębiorca, wiceprezes Business Centre Club. – Prawdziwa rola państwa w przedsiębiorstwie to organizacja życia społeczno-gospodarczego kraju, rola regulatora, ale tylko tam, gdzie rzeczywiście dysponuje zasobami ogólnonarodowymi, np. w komunikacji, energetyce i dobrach publicznych, takich jak policja, armia, usługi zdrowotne czy usługi oświatowe. Nie oznacza to, że wszystkie usługi publiczne muszą być wykonywane przez państwo. Państwo jest ich organizatorem.

W 2018 roku polska gospodarka urosła o 5,1 proc., najmocniej od 2007 roku. To trzecie najszybsze tempo wzrostu w XXI wieku po latach 2007, 2006 i 2004. Wpływ na dobrą koniunkturę miały wyższe wydatki Polaków, dobre nastroje gospodarcze u największych partnerów handlowych Polski oraz rozkręcające się inwestycje.

Widać już jednak pierwsze zwiastuny spowolnienia: wskaźnik koniunktury gospodarczej ESI dla wszystkich 28 krajów Wspólnoty spadł w marcu do poziomu 5,0 i obniża się z miesiąca na miesiąc od czerwca ubiegłego roku, gdy wynosił 11,8. W Polsce na najniższym poziomie był w styczniu br., gdy spadł do 3,0. W kolejnych dwóch miesiącach lekko wzrósł (4,4 w lutym i 4,8 w marcu), ale i tak daleko mu do poziomu z lipca ubiegłego roku, gdy przekraczał 9. Wyraźne spadki widać także w Niemczech, które są największym partnerem handlowym Polski.

– Państwo musi się przygotowywać na spadek i na koniec prosperity dlatego, że taka jest właśnie rola państwa, regulatora, tego, który przewiduje przyszłość, może nie na kolejne 20 lat, ale jednak patrzy do przodu. W związku z tym państwo musi w taki sposób kroić swoje prawa wewnętrzne rządzące społeczeństwem i gospodarką, by przejść przez kryzys suchą nogą – zaznacza Wojciech Warski.

Jak podkreśla, na wzrost lub spadek PKB wpływ ma nie tylko otoczenie makroekonomiczne, lecz także decyzje polityków. Z wydatkami, do których zobowiązał się obecny rząd, będą musiały się uporać także kolejne władze, nawet jeśli dojdzie do zmiany na szczycie. Ponad 20 mld zł na już obowiązujący program Rodzina 500 plus i kolejne przeszło 40 mld  zł na tzw. piątkę Kaczyńskiego zwiększają deficyt budżetowy o niemal 70 mld zł. O ile w czasach korzystnej koniunktury i częściowo dzięki uszczelnieniu systemu podatkowego dotychczasowe finansowanie było możliwe, o tyle w gorszych warunkach makroekonomicznych deficyt będzie się pogłębiał. Tymczasem już po dwóch pierwszych miesiącach roku deficyt wynosi 800 mln zł. Przed rokiem było to 4,5 mld zł nadwyżki.

– Na wzrost PKB mają bardzo istotny wpływ czynniki niemierzalne, coś, co się nazywa klimatem politycznym. Kiedy „wieje optymizmem”, zachęca to do inwestycji i rozwoju PKB, kiedy natomiast jest przeciwnie, to wszyscy raczej zwijają żagle, szczególnie ci, którzy są bardzo podatni na działanie państwa w gospodarce – wyjaśnia wiceprezes BCC. – Wzrost PKB w dużej mierze zależy również od regulacji, jakie narzuci się na rynek pracy, rynek finansów i klimat społeczny. Bez spokoju społecznego nie może być znaczącego wzrostu PKB.

Ręczne sterowanie budżetem państwa, czyli zwiększanie wydatków sztywnych, takich jak stałe świadczenia społeczne, zwiększa dochody obywateli, ale jednocześnie może prowadzić do niepokojów społecznych ze strony pominiętych w redystrybucji dóbr grup.

Podczas kryzysu z końca ubiegłej dekady Polska była jedynym krajem Europy, który nie odnotował spadku PKB, z kolei obecnie tempo rozwoju polskiej gospodarki należy do najszybszych na kontynencie. W IV kwartale 2018 roku szybciej od naszego kraju rozwijały się tylko Łotwa i Węgry. Polska może się też pochwalić jednym z najniższych poziomów bezrobocia. Jednak dane o PKB wyglądają tak dobrze tylko w ujęciu rocznym. Natomiast jeśli przyjrzeć się danym kwartał do kwartału, to widać, że Polska znalazła się za połową stawki – dopiero na 15. miejscu. Natomiast pod względem tempa zmian zatrudnienia zajęliśmy ostatnie miejsce ze spadkiem o 1,2 proc.

– Nie uważam, że Polska jest jakimś ewenementem w Europie. Jest raczej beneficjentem tego, co się dzieje za naszymi granicami, światowej koniunktury, która była przede wszystkim pewnym odreagowaniem i odbiciem po kryzysie – przypomina Wojciech Warski. – Startując z dosyć niskiej bazy, odbiliśmy bardziej niż inni, m.in. również dlatego, że Polska przez ostatni kryzys finansowy i gospodarczy została przeprowadzona praktycznie suchą nogą. Z tego powodu to odbicie było możliwe i było ono znaczące.

Krajowy eksport drobiu będzie wyhamowywał. Silna światowa konkurencja cenowa blokuje dalszy wzrost

Krajowy eksport drobiu będzie wyhamowywał. Silna światowa konkurencja cenowa blokuje dalszy wzrost 8

Polska to największy europejski producent drobiu, który połowę swojej produkcji przeznacza na eksport. Cztery na pięć kilogramów mięsa drobiowego, głównie filetów, trafia do krajów Unii Europejskiej. Rynek ten zdaniem ekspertów wydaje się jednak nasycony, natomiast w innych częściach świata bariery celne i konkurencja cenowa utrudniają eksport. Według dyrektora Krajowej Izby Producentów Drobiu i Pasz dalszy wzrost produkcji i eksportu mocno wyhamuje.

– Polski eksport drobiu – zdaniem Krajowej Izby Producentów Drobiu i Pasz – osiągnął już wyżyny i będzie bardzo trudno wejść na wyższe poziomy. Dzieje się tak z tego powodu, że większość naszego eksportu jest przeznaczona do krajów Europy Zachodniej, a trudno znaleźć inne kraje, które chciałyby odbierać tak duże ilości drobiu w takiej cenie, w jakiej jest oferowany nasz drób – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Szymyślik, dyrektor Krajowej Izby Producentów Drobiu i Pasz. – Na rynkach takich jak Chiny czy Republika Południowej Afryki musimy się mierzyć z bardzo dużą konkurencją światową. Tam są wielcy gracze jak Brazylia czy Stany Zjednoczone, którzy często oferują zdecydowanie korzystniejsze ceny niż nasze drobiarstwo.

Produkcja mięsa drobiowego w 2018 roku wyniosła globalnie blisko 123 mln ton. Trzech największych producentów to Stany Zjednoczone, Chiny oraz Brazylia. Roczny wzrost produkcji mięsa drobiowego na świecie wyniósł tylko około 1,6 proc. Największymi światowymi eksporterami mięsa kurcząt  rzeźnych w 2018 roku były Brazylia (3,7 mln ton), Stany Zjednoczone (3,16 mln ton), Unia Europejska (1,43 mln ton), Tajlandia (850 tys. ton), Chiny  (460 tys. ton), Turcja (380 tys. ton), Ukraina (300 tys. ton), Białoruś (175 tys. ton), Rosja (150 tys. ton), Argentyna i Kanada (po 125 tys. ton). Według prognoz amerykańskich analityków w 2019 roku Ukraina odnotuje wzrost eksportu mięsa drobiowego o prawie 17 proc. do 350 tys. ton.

– Polski drób będzie się sprzedawał na innych rynkach coraz gorzej, nie dlatego że jest złej jakości, tylko dlatego że konkurencja jest bardzo silna. Wydaje się, że rozwój, który w ostatnich latach był bardzo dynamiczny, będzie teraz mozolny i będzie wymagał zdecydowanie większej pracy, a wyniki będą bardziej stonowane – przewiduje dyrektor KIPDiP.

Według szacunków Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej produkcja mięsa drobiowego w 2018 roku wzrosła o 5–6 proc., a eksport o 12 proc. Oznacza to wielkość produkcji na poziomie ok. 2 950 tys. ton i sprzedaż w wysokości 1 295 tys. ton.

Sytuacja na europejskim rynku drobiu uważnie jest śledzona przez konkurentów. Według prognoz Amerykańskiego Departamentu Rolnictwa (USDA) produkcja mięsa drobiowego w Unii Europejskiej w 2019 roku wzrośnie o około 2 proc. w stosunku do 2018 roku, kiedy to wzrost wyniósł 2,5 proc., głównie dzięki zwiększeniu produkcji w Polsce.

Według tych samych prognoz import mięsa do UE pozostanie stabilny, a ok. 15 proc. dostaw będzie pochodziło z Ukrainy. Silny pozostanie także przywóz z Tajlandii czy Chin, przy równolegle słabszym imporcie z Brazylii. Z kolei unijny eksport w 2019 roku powinien być napędzany zwiększoną sprzedażą do Ghany, na Filipiny i Ukrainę, do Wietnamu i Demokratycznej Republiki Konga.

– Trudno jednoznacznie przewidzieć, co może się zdarzyć w przyszłości, ponieważ drobiarstwo jest branżą opartą bardzo mocno na czynniku naturalnym. Poza tym na rynku w ostatnich latach dzieją się rzeczy, które trudno było wcześniej przewidzieć i które mają duży wpływ na rynek. Przykładem jest to, co ostatnio zdarzyło się Brazylii, czyli największemu światowemu eksporterowi drobiu. Tam był problem z czystością mikrobiologiczną mięsa. Okazało się, że problem brazylijski przełożył się bardzo pozytywnie na polską sprzedaż zagraniczną – tłumaczy Mariusz Szymyślik.

Prognozy USDA zakładają również, że konsumpcja mięsa drobiowego w UE ma lekko wzrosnąć, a to dzięki zmianom preferencji dietetycznych konsumentów i gorszej sytuacji ekonomicznej w niektórych państwach unijnych.

– Drób dzięki współczesnym trendom konsumenckim jest dość dobrze postrzegany, ponieważ jest to mięso zalecane rekonwalescentom, sportowcom i ludziom, którzy wyznają zasady zdrowego trybu życia – wyjaśnia Mariusz Szymyślik. – Co więcej, nie niesie ze sobą żadnych ograniczeń religijnych. W wielu krajach wieprzowiny nie można sprzedać właśnie ze względów religijnych, a nie ma na świecie takiej religii, która zakazywała konsumpcji drobiu.

Zdaniem analityków Rabobanku w drugiej połowie 2018 roku globalna nadpodaż mięsa drobiowego, m.in. w Europie, doprowadziła do spadku marż. Miniony rok był jednym z najtrudniejszych dla branży z powodu amerykańsko-chińskiej wojny handlowej, nowych standardów Halal wprowadzonych przez Arabię Saudyjską, restrykcji handlowych związanych z grypą ptaków oraz wspomnianego skandalu z jakością mięsa drobiowego z Brazylii. Sytuacja ma się poprawić w drugiej połowie 2019 roku, głównie dzięki wzrostowi globalnego popytu na drób wywołanego przede wszystkim przez spodziewane braki mięsa w Chinach. Sytuacji światowego drobiarstwa w najbliższych miesiącach ma sprzyjać także ASF w Państwie Środka. Choroba ta ograniczy podaż mięsa wieprzowego, które powinno zostać zastąpione drobiem. Jednak chęć na wypełnienie tej luki ma wielu globalnych wytwórców.

Geolokalizacja pomaga firmom w rozwoju. Dane geograficzne pokazują w co i gdzie inwestować

Geolokalizacja pomaga firmom w rozwoju. Dane geograficzne pokazują w co i gdzie inwestować 9

Dane geograficzne mogą dostarczyć informacji na temat tego, w co – i przede wszystkim gdzie – inwestować, żeby biznes okazał się sukcesem. Szczególnie sprawdza się to w handlu i usługach, gdzie lokalizacja ma kluczowe znaczenie. Geolokalizacja w smartfonach klientów i dane z kart SIM mogą też dostarczyć sprzedawcom wielu cennych informacji: pokazać, skąd napływają klienci albo porównać odwiedzalność pomiędzy sklepami i umożliwić tworzenie dopasowanych kampanii marketingowych.

– Geolokalizacja wiąże się z przestrzenią, a przestrzeń zawsze jest dla firm jest kosztem: trzeba coś zawieźć do klienta, przywieźć, poświęcić czas, zużyć benzynę. Jest to obszar, który firmy bardzo aktywnie starają się optymalizować – szybciej dostarczać przesyłki, taniej wozić pasażerów czy sprawiać, że samochody oferowane do wynajmu będą używane w większym stopniu. Geolokalizacja jest obszarem, dzięki któremu firmy próbują oszczędzać. Za tym stoją dane i algorytmy, które starają się to przewidywać i optymalizować – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Turlejski, współzałożyciel DataWise.

Jak podaje IBM, każdego dnia użytkownicy na całym świecie generują 2,5 miliarda gigabajtów nowych danych. Ich wykorzystanie to dla biznesu ogromna szansa na optymalizację i rozwój. Brytyjski „The Economist” określił dane mianem najważniejszego surowca XXI wieku, który generuje już więcej pieniędzy niż ropa. W realiach cyfrowej transformacji dane mają dla firm kluczowe znaczenie, stając się filarem ich działalności. Są wykorzystywane do poprawy procesów biznesowych, w celach reklamowych i marketingowych, do zarządzania wydajnością produkcji czy monitorowania lokalizacji w czasie rzeczywistym.

– Dane pomagają wybrać miejsce pod biznes, ocenić, czy nasze plany biznesowe są realne. Wiedząc, ilu konsumentów mieszka w danej lokalizacji, wiemy też, jaki jest potencjał i jakich zysków można oczekiwać – mówi Marek Turlejski. – Każdy, kto coś buduje, inwestuje w to duże pieniądze. Nawet założenie małego sklepu to dziesiątki tysięcy złotych poświęcone na znalezienie odpowiedniego miejsca, wynajem, zatowarowanie czy remont. To są często oszczędności życia, które mali przedsiębiorcy kładą na szali, ryzykując, że nie trafią, jeżeli w sąsiedztwie otworzy się np. duża sieć handlowa. Dane są narzędziem do uniknięcia ryzyka złej decyzji.

Lokalizacja to główny czynnik sukcesu zwłaszcza w usługach i handlu, dlatego m.in. sieci handlowe bardzo ostrożnie wybierają miejsca, w których otworzą nowe placówki. Analiza danych geograficznych może wskazać punkt, w którym – np. ze względu na zbyt dużą koncentrację konkurencyjnych placówek czy zbyt małą liczbę potencjalnych klientów – nie opłaca się otwierać kolejnego dyskontu, restauracji czy kiosku, za to wypalić może kwiaciarnia.

Z kolei geolokalizacja w smartfonach klientów i dane z kart SIM mogą dostarczyć retailerom mnóstwo informacji do optymalizacji ich biznesu: pokazać, jaką penetrację w danym zasięgu ma centrum handlowe, skąd napływają klienci albo porównać odwiedzalność pomiędzy sklepami. Mając takie informacje, punkty handlowe i usługowe mogą stworzyć precyzyjnie dopasowaną kampanię SMS skierowaną np. do osób, które nigdy ich nie odwiedziły, chociaż mieszkają w pobliżu i codziennie mijają je w drodze do domu.

– Przy poszukiwaniach lokalizacji trzeba brać pod uwagę aktualne informacje np. o tym, gdzie są konkurenci, a gdzie ich nie ma, i jest jeszcze potencjał biznesowy. Sieci handlowe szukają miejsc, w których jest dużo ludzi. Ci ludzie mogą tam spać i mieszkać albo pracować i tylko przejeżdżać. Te dwie grupy będą powodować to, że sprzedaje się np. więcej produktów dla dzieci albo kawy na wynos. To wszystko są informacje, które można skumulować z otwartych źródeł, np. udostępnianych przez różne państwowe agendy. Dane statystyczne o liczbie mieszkańców czy odsetku młodych ludzi pomagają podejmować decyzje biznesowe, bez potrzeby podróżowania na drugi koniec Polski czy liczenia wchodzących do sklepu klientów – mówi współzałożyciel DataWise.

Rower wciąż popularnym prezentem komunijnym. Aż 2/3 rocznych obrotów w sklepach rowerowych przypada na maj

Rower wciąż popularnym prezentem komunijnym. Aż 2/3 rocznych obrotów w sklepach rowerowych przypada na maj 10

Coraz lepsza dostępność ścieżek rowerowych oraz rosnący nacisk na ekologiczny transport i zdrowszy styl życia przyczyniają się do niesłabnącej popularności rowerów, której nie zagroziła nawet ostatnia moda na hulajnogi i deskorolki. Jazda na rowerze to wciąż najchętniej wybierana przez Polaków forma aktywności fizycznej, ale jednoślady królują też w zestawieniach najpopularniejszych prezentów komunijnych. Nawet 70 proc. rocznego obrotu w sklepach rowerowych generuje właśnie sezon wiosenny.

 Sytuacja polskiej branży rowerowej jest bardzo dobra. Rokrocznie obserwujemy wzrost sprzedaży rowerów. Nie jest to wzrost skokowy, ale stabilny. Na ten sezon patrzymy z dużym optymizmem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tadeusz Skwarczyński, product manager w Merida Polska.

Z badań przeprowadzonych na zlecenie Ministerstwa Sportu i Turystyki wynika, że jazda na rowerze to najpopularniejsza forma aktywności, którą wybiera 36 proc. Polaków. Zbliżone wnioski pokazuje też ubiegłoroczny Kantar TNS MultiSport Index 2018, według którego na rowerze jeździ 29 proc. Polaków, a pod względem popularności ta forma ruchu ustępuje miejsca tylko bieganiu, wyprzedzając m.in. siłownię, pływanie i piłkę nożną. Popularności rowerów nie zagroziła nawet ostatnia moda na hulajnogi i deskorolki.

Hulajnogi i deskorolki są ciekawą alternatywą, ale sprawdzają się dobrze tylko na krótkich dystansach. Na dystansach średnich i dłuższych rower jest bardziej efektywny – mówi Tadeusz Skwarczyński.

Jak wynika z badań Instytutu Badawczego IPC na zlecenie Polskiego Związku Rowerowego, każdego roku w Polsce sprzedaje się ponad milion rowerów, a krajowy rynek jest wart ok. 1 mld zł. Około 60–70 proc. rocznego obrotu w sklepach rowerowych generuje sezon wiosenny, który przypada na maj. Wynika to również z faktu, że rowery już od wielu lat utrzymują się w czołówce najpopularniejszych prezentów na komunię, wyprzedając nawet elektroniczne gadżety. Potwierdza to także ubiegłoroczne badanie serwisu Ceneo.pl, w którym zakup takiego prezentu zadeklarowało 38 proc. ankietowanych.

W przypadku rowerów komunijnych i dziecięcych sprawa wyboru jest dosyć prosta, ponieważ jest to tradycyjny segment rynku. Nie ma tu takiego pędu technologicznego, jak w przypadku rowerów dla dorosłych, ale także następują pewne zmiany. Tym, na co należy zwrócić uwagę przy zakupie, jest przede wszystkim materiał, z którego została wykonana rama roweru. Ze względu na wagę odchodzi się od ram stalowych na rzecz aluminiowych, z których zbudowana jest większość markowych rowerów. Taki rower można spokojnie znaleźć w wyspecjalizowanych sklepach. Unikałbym za to rowerów marketowych, gdzie jeszcze można spotkać ramy stalowe bardzo niskiej jakości – mówi Tadeusz Skwarczyński.

Jak podkreśla, marketowe jednoślady są zazwyczaj ciężkie, toporne i słabo wykonane, co później skutecznie zniechęca dziecko do jazdy na takim rowerze.

Zdaję sobie sprawę z tego, że różnica w cenie jest znaczna, ale – biorąc pod uwagę późniejszą radość z jazdy takim rowerem – lepiej od razu zainwestować w markowy rower, który będzie służył dużo dłużej i dostarczał dziecku przyjemności – mówi Tadeusz Skwarczyński.

Decydując się na zakup roweru dla dziecka, warto zwrócić także uwagę na to, czy jednoślad ma hamulce tarczowe, które zapewnią lepszą skuteczność hamowania i odporność na warunki atmosferyczne. Coraz popularniejsze na rynku są również tzw. rowery size+, które różnią się od tradycyjnych szerokością opony.

– Wielu producentów zaczęło wprowadzać w segmencie dziecięcym rowery bez amortyzatorów, ale za to z szerszymi oponami, żeby podnieść komfort jazdy i przyczepność. Poza tym już w rowerach 20- i 24-calowych pojawiają się hamulce tarczowe, szczególnie hydrauliczne. To nowość. Z pewnością rynek będzie zmierzał do tego, żeby rowery dla dzieci były lżejsze i wygodniejsze – mówi product manager w Merida Polska.

Na depresję cierpi prawie milion Polaków. Pomóc mogą nie tylko innowacyjne leki i terapie, lecz także roboty-psychiatrzy i aplikacje mobilne

Na depresję cierpi prawie milion Polaków. Pomóc mogą nie tylko innowacyjne leki i terapie, lecz także roboty-psychiatrzy i aplikacje mobilne 11

Z powodu zaburzeń nastroju cierpi milion Polaków. depresja dotyka nawet 900 tys. osób, tym samym jest jedną z najczęstszych chorób w naszym kraju. Problem jest jednak ze skutecznym leczeniem – w UE plasujemy się w ogonie pod względem liczby psychiatrów. Aplikacja MindMe polskiego start-upu pomaga w kontakcie z profesjonalnym terapeutą bez konieczności umawiania się na wizytę. To pierwsza w Polsce aplikacja do terapii online. Terapeuci są dostępni 24/h, a rozmowy mogą zatrzymać cykl pogłębiającej się depresji.

– Projekt MindMe jest skierowany do każdego, kto mierzy się z chorobami psychicznymi, z zaburzeniami, także z depresją, lękiem czy problemami z wychowaniem dzieci. Jest to aplikacja mobilna, można z niej skorzystać w każdym momencie, skontaktować się z psychoterapeutą i uzyskać poradę, najczęściej bez wychodzenia z domu – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Tomasz Młoduchowski, dyrektor zarządzający MindMe.

Na rynku pojawia się coraz więcej farmaceutyków, które mają stresu-nerwicy/”>pomóc walczyć z depresją. Większość nie działa od razu, dopiero po dłuższym okresie stosowania nastrój istotnie się poprawia. Niedawno wprowadzono do obrotu nowy lek, który działa w ramach aerozolu i może przynieść ulgę znacznie szybciej. Problem jednak w tym, że u części chorych lekarstwa zupełnie nie działają, pełnią funkcję przede wszystkim znieczulającą.

W Szwecji lekarze opracowali zabieg składający się z dwóch komponentów: zestawu słuchawkowego i aplikacji. Zestaw słuchawkowy dostarcza delikatne impulsy elektryczne do mózgu, a aplikacja pełni funkcję wirtualnego doradcy. Testowane są również roboty, których zadaniem ma być rozmowa z chorym. Taką funkcję mogliby pełnić psycholodzy i psychoterapeuci. Problem jednak w tym, że tych w Polsce brakuje, za to depresja dotyka coraz więcej osób.

depresja dotyka 1/4 społeczeństwa, tzn. co czwarty z nas będzie znał kogoś, kto ma z nią do czynienia. Zawsze trudno jest się zgłosić, oprócz tego dalej pokutuje stygma pójścia do psychologa, szczególnie w małych miastach, na wsiach ten dostęp jest jednak utrudniony. Za to mamy najlepszą w Europie penetrację telefonii komórkowej, ludzie nie boją się korzystać z tej aplikacji. Jeżeli skorzysta się z niej wcześniej, to choroba będzie mniej zaawansowana, nie będzie potrzebne leczenie farmakologiczne, a może się okazać, że wystarczy prosta porada, która zatrzyma ten cykl pogłębiającej się depresji – przekonuje Tomasz Młoduchowski.

Samo skorzystanie z porad terapeutów online jest bardzo proste – wystarczy pobrać aplikację, podać kilka podstawowych informacji, terapeuta nie jest przypisywany losowo, pacjent sam może wybrać z kim chce rozmawiać, a w każdym momencie na czacie czeka kilku lekarzy.

– To nasz autorski komunikator, ponieważ wszystkie komunikatory na rynku korzystają z tych informacji w celach marketingowych, w związku z tym nie nadają się one do stosowania w teleterapii czy w ogólnych zagadnieniach bezpieczeństwa informacji. Opracowaliśmy nasz komunikator w oparciu o standardy bankowe, w oparciu o standardy szyfrowanych informacji, szyfrowanego przekazu informacji i ochrony danych osobowych – podkreśla dyrektor MindMe.

Z raportu „Epidemiologia zaburzeń psychiatrycznych i dostępność psychiatrycznej opieki zdrowotnej. EZOP – Polska” wynika, że depresja jest jedną z najczęstszych chorób w Polsce. Łącznie na zaburzenia nastroju cierpi ok. miliona Polaków, z czego na depresję nawet 900 tys. Według WHO liczba chorych sięga 1,5 mln, a do 2030 roku depresja stanie się najczęstszą powszechną chorobą.

Jednocześnie pogłębia się problem z dostępem do specjalistów. Według Naczelnej Izby Lekarskiej aktywnych zawodowo psychiatrów jest w Polsce około 3,5 tys., nieco tylko większą liczbę podaje NFZ. Wyliczenia wskazują, że na milion osób przypada 90 psychiatrów. Gorzej w UE jest tylko w Bułgarii.

– W tym momencie mamy ponad 4 tys. osób, które zarejestrowały się na tej platformie. W każdej chwili ponad 50 z nich podlega terapii, obecnie to ponad setka – wylicza Tomasz Młoduchowski.

Grand View Research szacuje, że wartość globalnego rynku mHealth sięgnie 151,5 mld dol. do 2025 roku, a roczne tempo wzrostu przekroczy 25 proc.

Naukowcy wykorzystują sztuczną inteligencję do usprawnienia misji kosmicznych. W Polsce powstają innowacyjne satelity oraz centra badawcze

Naukowcy wykorzystują sztuczną inteligencję do usprawnienia misji kosmicznych. W Polsce powstają innowacyjne satelity oraz centra badawcze 12

Dzięki upowszechnieniu się miniaturowych satelitów wystrzelenie instrumentów badawczych na orbitę okołoziemską stało się relatywnie tanie. Konstruują je niewielkie ośrodki naukowe oraz start-upy wykorzystujące satelity m.in. do prowadzenia obserwacji ziemskiej atmosfery. Wraz z zagęszczaniem sieci satelitów przesyłanie obrazów do stacji badawczych staje się coraz bardziej uciążliwe, gdyż zawęża się zakres dostępnych częstotliwości nadawczych. Rozwiązaniem tego problemu mogą się okazać  systemy sztucznej inteligencji, które dokonają wstępnej obróbki zdjęć satelitarnych już na orbicie.

– Do tej pory takie obrazy są w całości wysyłane na Ziemię. Problem polega na tym, że tego typu dane są bardzo duże. Dane hiperspektralne składają się z wielu obrazów, w przypadku naszego satelity byłoby to 150 obrazów, więc to jest parę gigabajtów danych. Aby ściągnąć takie dane, potrzeba dużo czasu, nie zawsze satelita znajduje się nad stacją naziemną, do której może nadawać te dane. Takie rozwiązanie, kiedy przetwarzamy dane na orbicie i wysyłamy na Ziemię tylko wyniki, jest bardzo optymalne – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr Marek Krawczyk, manager ds. rozwoju biznesu.

Na konieczność usprawnienia systemu przetwarzania danych hiperspektralnych zwrócił uwagę m.in. polski fundusz KVARKO, którzy zainwestował 1 mln zł w firmę Hyperlab Solution specjalizującą się w algorytmach przetwarzania danych teledetekcyjnych. Jej zadaniem będzie wypracowanie rozwiązań umożliwiających błyskawiczną analizę danych pozyskanych przez satelity, do takich celów jak np. identyfikacja zanieczyszczeń gleb, wód i powietrza, ocena stanu drzewostanu czy lokalizacja nielegalnych wysypisk śmieci. Wykorzystanie sztucznej inteligencji od Hyperlab Solution w misjach kosmicznych może umożliwić analizowanie szerokiego zakresu danych hiperspektralnych już na orbicie okołoziemskiej.

Rozwiązanie tego typu zastosowano m.in. w Intuition-1, satelicie klasy CubeSat, który zaprojektowano w ramach konsorcjum FP Space. Pojazd wyposażono w kamerę hiperspektralną oraz komputer pokładowy wspomagany systemem sztucznej inteligencji. Dzięki wykorzystaniu technologii głębokich sieci neuronowych dane pozyskane przez system optyczny mogą być analizowane, katalogowane i przetwarzane w czasie rzeczywistym, jeszcze na pokładzie satelity. Zastosowanie systemów inteligentnych pozwoli drastycznie zredukować liczbę danych przesyłanych do stacji badawczej przez Intuition-1.

Na obrazach hiperspektralnych jesteśmy w stanie znaleźć różnego rodzaju obiekty albo substancje, które nas interesują. Aktualnie wiele prywatnych firm i agencji kosmicznych bardzo mocno włącza się w eksplorację kosmosu, coraz więcej jest więc satelitów na orbicie. Zakres częstotliwości dostępnych dla tych satelitów, żeby nadawać dane, jest coraz mniejszy. Ściąganie danych na Ziemię będzie coraz trudniejsze. W związku z tym istnieje potrzeba obróbki tych danych już na orbicie i wysyłania gotowych danych na Ziemię – tłumaczy ekspert.

Potencjał sztucznej inteligencji dostrzegli także studenci z Politechniki Warszawskiej, którzy zaprojektowali edukacyjnego satelitę PW-Sat2. Zamontowano w nim jednostkę centralną kontrolującą i automatyzującą pracę wielu podzespołów. Satelita sam planuje przebieg poszczególnych zadań, monitoruje stan podzespołów oraz automatycznie zbiera dane z czujników oraz systemów optycznych, a wszystkie systemy autonomiczne zostały zaprojektowane od zera przez zespół uniwersytecki.

W rozwój autonomicznych satelitów włączyła się także wrocławska firma SatRevolution, która do usprawnienia systemów pozyskiwania i analizy danych wykorzystała oprogramowanie Smart Spectroscopy działające w oparciu o chmurę Microsoft Azure. Dotychczas narzędzie to stosowano w projektach z kategorii Factory of the Future w celu zautomatyzowania procesów zarządzania produkcją. W branży kosmicznej przysłuży się m.in. do wdrożenia idei inteligentnych upraw. Połączenie technologii obrazowania satelitarnego oraz chmury obliczeniowej Microsoft Azure umożliwi przeprowadzenie błyskawicznej analizy jakości upraw w oparciu o zdjęcia hiperspektralne.

– W przypadku rolnictwa precyzyjnego mówimy tutaj np. o stanie upraw, czy dana uprawa została zarażona jakimś patogenem, pasożytem czy grzybem. Tego typu dane można osiągnąć również w przypadku leśnictwa. Możemy też myśleć o zastosowaniach takich jak monitoring infrastruktury, np. możemy zbadać, czy wały przeciwpowodziowe, które zostały zbudowane, nasiąkają wodą, czy nie. Można to zrobić już z orbity – przekonuje dr Marek Krawczyk.

Według analityków z firmy Research and Markets wartość globalnego rynku technologii obrazowania satelitarnego w 2018 roku wyniosła 4 mld dol. Przewiduje się, że do 2024 roku wzrośnie do 7,5 mld dol.

Urlop przez internet, czyli wygodna rezerwacja

Planując urlop, pierwszą czynnością, której musimy dokonać jest rezerwacja noclegu. Jest to już dla nas rzeczą naturalną, że czynność tą robimy szybko, przez internet. Dzięki dzisiejszej nowoczesnej technologii rezerwacja online stała się prosta, a co najważniejsze, bezpieczna.

Jeszcze całkiem niedawno planowanie wakacji było wiele trudniejsze, dłuższe i nieco skomplikowane.  Wybierając się do biura podróży musieliśmy być przygotowani na wszystkie możliwe pytania. Jaki budżet? Jaki cel podróży? Jakie wymagania? Jakie wyżywienie? I wiele, wiele innych pytań, którym musieliśmy stawić czoła. Potem następowało długie czekanie, podczas którego nasza pani konsultantka wybierała się na mozolne poszukiwania odpowiedniego dla naszych wymagań urlopu.  W dzisiejszych czasach wystarczy parę klików myszką i bramy do urlopowego szczęścia zaczynają się otwierać, włączając countdown do dnia wyjazdu.

We need the speed, czyli rezerwacja w trybie turbo

Pierwszy krok to sama rezerwacja online. To, co ją wyróżnia, to przede wszystkim szybkość. Wystarczy, że włączymy stronę, na której chcemy dokonać rezerwacji hotelu, domku letniskowego, apartamentu lub choćby schroniska. Następnym krokiem jest wypełnienie paru okienek na portalu, zaznaczenie istotnych dla nas opcji, takich jak ilość noclegów lub tryb wyżywienia, po czym możemy już tylko nacisnąć „Ok” i już pokazują nam się wszystkie miejsca, które idealnie spełniają nasze wymagania. Wybieramy najlepsze dla nas rozwiązanie, wpisujemy nasze dane osobowe i, w tym momencie, dzieli nas jeszcze tylko jeden klik od zakończenia procesu rezerwacji. Po zatwierdzeniu rezerwacji powinniśmy dostać mailowe potwierdzenie zabukowanego wypoczynku. I to jest właśnie pierwszy moment, kiedy możemy zacząć się cieszyć i odliczać dni do nadchodzących wakacji!

Filtry, czyli precyzja doskonałości

Większość z nas zna je bardzo dobrze. Niekoniecznie w postaci oczyszczaczy wody, choć ich zadanie na portalach internetowych jest podobne do tych nam powszechnie znanych. Odseparowują one niepożądane informacje, wyłaniając tylko te dla nas znaczące. Dokładnie tak samo dzieje się przy dokonywaniu rezerwacji urlopowej. Z pomocą pierwszego filtra wybieramy tylko te miejsca podróży, które nas interesują. Mamy zamiar wybrać się do Hiszpanii, nie interesuje nas Turcja. Dalej filtrujemy przybliżone miejsce naszego celu, według miasta ewentualnie odległości. Jeśli jest nam obojętne, gdzie dokładnie chcemy się wybrać, zostawiamy niewypełnione pole. Następnym krokiem jest ograniczenie się do daty lub okresu, w których mamy zamiar wybrać się na wycieczkę, ilość podróżujących z nami oraz rodzaj wyżywienia. Dla wymagających istnieje również możliwość jeszcze dokładnieszego, bardziej szczegółowego filtrowania w wyszukiwanych wynikach np. hotel na plaży, typ pokoju, posiadanie Wi-Fi i wiele innych mniej lub bardziej istotnych detali. Bardzo praktyczną opcją jest również sortowanie. Docenią ją szczególnie osoby kładące dużą wagę na cenę. Jednym z takich portali turystycznych jest Neckermann.pl. Znajdziesz tam dokładnie to, czego szukasz. Dla pewności masz szansę również na przeczytanie opinii poprzednich klientów. Dzięki temu, jesteś w stanie uniknąć niemiłych niespodzianek.

Luksusowe wakacje za grosze

Wiele portali urlopowych oferuje swoim uzytkownikom niesamowite, luksusowe opcje, w mega konkurencyjnych cenach. Oprócz słynnego już Last Minute, coraz modniejsza staje się zakładka First Minute. Znajdziesz w niej luksusowe kurorty, które możesz zarezerwować nawet o 50% taniej, na kilka miesięcy przed rozpoczęciem sezonu wakacyjnego. Dla osób, które swój urlop planują z dużym wyprzedzeniem, taka opcja na pewno będzie kusząca. Dodatkowo, coraz częściej mamy możliwość wykupienia wersji All-Inclusive. Oznacza to, że w cenie wycieczki, oprócz nocelgu, wliczone są także posiłki oraz wszystkie atrakcje, które hotel/pensjonat posiada tj. baseny, SPA, a nawet dyskoteki czy imprezy tematyczne.

Wycieczka wybrana? Świetnie! W takim razie pozostało tylko pakowanie walizek i w drogę. Jeżeli szukasz więcej inspiracji wystarczy, że klikniesz tutaj.

Życzymy udanego urlopu!

Facebook, Instagram i Linkedin na celowniku cyberprzestępców

W 2019 roku cyberprzestępcy ukradną 2 bln dolarów, czyli kwotę, na którą 38 mln Polaków musiałoby pracować przez 4 lata (!) Przestępczy proceder kwitnie, a jedną z najpowszechniejszych form kradzieży danych pozostaje phishing. W świetle najnowszych badań oszustwa tego typu najszybciej rozwijają się w…serwisach społecznościowych. W pierwszym kwartale 2019 r. przybyło ich aż o 75%. Firma Xopero, producent rozwiązań do backupu i ochrony przed utratą danych, radzi, jak nie dać się „złowić”.

Kosmiczne zarobki cyberprzestępców

Eksperci z Cisco Systems szacują, że w 2019 roku hakerzy zarobią 2 bln dolarów. Dla porównania, Polska wypracuje w tym samym okresie PKB w wysokości ok. 0,5 bln dolarów – czterokrotnie mniej. To, jak ogromną sumę ukradną cyberprzestępcy zobrazować może Wam widok 5 stosów studolarówek sięgających Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, która orbituje 400 km nad Ziemią.

Jak “łowi” się w sieci

W kontekście kosmicznych zysków generowanych przez przestępców, rozwój ich działalności nie powinien nikogo dziwić. Jedną z chętniej wykorzystywanych przez nich metod pozostaje phishing. Jest to rodzaj oszustwa internetowego polegającego na wyłudzaniu poufnych danych, zazwyczaj za pomocą wiadomości zawierających złośliwe załączniki lub linki kierujące użytkowników na pozornie autentyczne strony logowania znanych i wiarygodnych instytucji lub firm. Często wystarczy samo kliknięcie, aby jednocześnie zainicjować proces ściągania na komputer złośliwego oprogramowania. Skradzione dane uwierzytelniające wykorzystywane są przez oszustów jako punkt wyjścia do dalszych ataków lub sprzedawane na DarkWebie.

Ulubione marki oszustów

Obie te metody wymagają od przestępców umiejętności podszycia się pod znane firmy i instytucje. Wizerunków których najchętniej używają? Według raportu „Phishers Favorites” na liście 10 ulubionych marek znalazły się m.in. Microsoft, PayPal, Netflix, Facebook czy DHL oraz banki, z których w Polsce najbardziej znany jest Credit Agricole. W tym zestawieniu rośnie jednak znaczenie mediów społecznościowych.

Wzrost ataków phishingowych w social mediach

W pierwszym kwartale 2019 r. na terenie Ameryki Północnej oraz Europy ilość oszustw w social mediach wzrosła o 74,5%. Na liście ulubionych portali, poza wspomnianym Facebookiem, znalazły się Linkedin oraz Instagram. Ilość oszustw na Facebooku wzrosła o 155,5%, podczas gdy na Instagramie aż o…1868,8% (!).

Skąd taki wzrost zainteresowania mediami społecznościowymi? Przede wszystkim z powodu ich powszechności. Z danych raportu “Digital 2019” wynika, że konta w social mediach posiada blisko 45% całej populacji.

Z Facebooka korzysta na co dzień 2,23 mld, z Instagrama 1 mld, a z Linkedina 303 mln ludzi. Spędzają w nich średnio 2 godziny i 16 minut dziennie, czyli ⅓ całkowitego czasu, jaki przebywają w sieci. Z cytowanego raportu wynika również, że średnio co czwarty użytkownik wykorzystuje social media w swojej pracy. Zważywszy na ilość powstających profili firmowych, jak również rosnącą rolę social mediów w komunikacji, również biznesowej, możemy być pewni, że ilość zagrożeń w mediach społecznościowych będzie w dalszym ciągu wzrastać.

Jak nie dać się “złowić”?

Bartosz Jurga – head of presales, Xopero Software S.A.
Bartosz Jurga, Head of Sales w Xopero Software

Wzrost wykorzystania social mediów w celach służbowych to wbrew pozorom ogromny problem dla firm – zauważa Bartosz Jurga, Head of Sales w Xopero Software – z badań wynika, że to pracownicy odpowiadają za 48% naruszeń bezpieczeństwa w firmach i stanowią najsłabsze ogniwo całego systemu ochrony danych biznesowych. Na szczęście, problem został zauważony przez pracodawców, którzy zaczynają edukować swoje zespoły. Tylko w tym roku działania edukacyjne zamierza prowadzić aż 80,6% firm, a blisko połowa zwiększy swoje inwestycje w tym zakresie.

Polacy głosują nogami za wolnością gospodarczą

Polacy od XVIII wieku emigrują na Zachód w poszukiwaniu pełniejszych możliwości samorealizacji, które stwarza nie tylko dobrobyt tamtejszych społeczeństw, ale i zwykle większy zakres wolności. Również po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej ci, którzy wyjechali, wybierali jedne z najbardziej wolnych gospodarczo krajów Europy i świata – Wielką Brytanię, Niemcy, Irlandię czy Holandię.

Migracja w kierunku krajów o większym zakresie wolności gospodarczej występuje na całym świecie. W latach 2010-2015 aż 4-krotnie więcej imigrantów osiadło w krajach o większym zakresie wolności gospodarczej od kraju pochodzenia niż odwrotnie. W poprzednich 20 latach ta zależność była jeszcze silniejsza.

Imigranci osiedlają się w krajach o większym zakresie wolności gospodarczej z dwóch powodów. Po pierwsze, zwykle kraje o większym zakresie wolności gospodarczej są bogatsze, umożliwiając imigrantom bardziej dostatnie życie.

Wyższa wolność gospodarcza przekłada się na szybszy wzrost gospodarczy i dobrobyt.Po drugie, imigrantom łatwiej znaleźć pracę w mniej regulowanych gospodarkach. Restrykcyjne regulacje pracy utrudniające znalezienie pracę młodym, utrudniają je tak samo imigrantom, którzy często gorzej znają język i mają trudności z udowodnieniem wartości swoich kwalifikacji zdobytych w kraju pochodzenia.

Naturalnie wolność gospodarcza nie wyczerpuje listy determinantów migracji, do których należy PKB per capita, odległość geograficzna i językowo-kulturowa, czy istniejące sieci migracyjne.

Dzisiaj Polska sama stała się krajem stwarzającym warunki rozwoju imigrantom z Ukrainy i Białorusi. Polacy w dalszym ciągu będą jednak emigrować aż nie zamkniemy luki rozwojowej w stosunku do bogatszych sąsiadów na Zachodzie. Pomoże w tym większy zakres wolności gospodarczej.

Fundacja Forum Obywatelskiego Rozwoju – FOR

Upadłości i zatory płatnicze. Poważne zagrożenie czy naturalny proces?

Wysoki procent upadających firm nie jest charakterystyczny tylko dla rynku polskiego. Wzrost ich odsetka dotyczy także wielu innych krajów. W 2018 roku liczba upadających firm wzrosła o 10%, a ekonomiści nie przewidują w tym roku poprawy. To jednak nie jedyny problem, dotykający gospodarki wielu krajów. W wielu branżach, przede wszystkim na rynku budowlanym, firmy zmagają się z brakiem płynności finansowej – spowodowanej przez duże zatory płatnicze. Analitycy wskazują, że doświadcza ich 9 na 10 firm, a część opóźnień wynosi aż 180 dni. To niebezpieczna sytuacja zważywszy, że większość opóźnień sięgających 180 dni nie jest finalnie wypłacana wykonawcom. Analitycy uspokajają jednak, że to dosyć naturalne zjawisko.

– Upadłości i zatory płatnicze są częścią dynamiki rynkowej, która zawsze występuje w gospodarce – powiedział serwisowi eNewsroom Declan Daly, dyrektor Coface w Centralnej i Środkowej Europie – Doświadczają ich nawet rynki cechujące się dużą dynamiką wzrostu. Rosnąca liczba upadających firm wynika także z rozwoju nowych technologii. Starsze firmy, nie nadążające za rozwojem technologicznym, są wypychane z rynku przez nowych graczy. To naturalny proces, który staje się niebezpieczny dopiero po przekroczeniu pewnych granic. Permanentnie opóźnione płatności w zagrożonych obszarach rynku mogą wzbudzać niepokój – jednak warto pamiętać, że gospodarka rządzi się swoimi naturalnymi prawami. To nie jest zaskakujące, że w gospodarce zawsze jest pewien odsetek firm, które upadają – zaznaczył Daly.

TIM S.A. – po kilku latach chudych pora na lata tłuste?

Dom Analiz SII opublikował rekomendację inwestycyjną dla akcji TIM S.A. Cena docelowa w perspektywie 12-miesięcznej dla tych walorów ustalona została na poziomie 11,50 zł, co przy cenie zamknięcia notowań z 2 maja 2019 roku oznacza potencjał wzrostu na poziomie 35,3%.

Spółka TIM S.A. to największy hurtowy dystrybutor artykułów elektrotechnicznych w Polsce. Jej historia działalności liczy już ponad 30 lat, a od lutego 1998 roku akcje TIM są notowane na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie. W skład Grupy Kapitałowej wchodzą także Rotopino.pl S.A. – wiodący gracz na polskim rynku internetowej sprzedaży narzędzi i elektronarzędzi dla profesjonalistów oraz majsterkowiczów, a także autoryzowany dystrybutor wielu najlepszych światowych marek narzędziowych, oraz 3LP S.A. – spółka zarządzająca Centrum Logistycznym w Siechnicach koło Wrocławia, które jest jednym z najnowocześniejszych tego typu obiektów w Europie ŚrodkowoWschodniej.

Grupa Kapitałowa TIM ma za sobą rekordowy 2018 rok zarówno pod względem osiągniętych przychodów (830,3 mln zł, +15,4% rdr), jak i wypracowanych zysków. Zwracamy uwagę, że w 2018 roku wszystkie spółki z Grupy Kapitałowej osiągnęły dodatnie wyniki finansowe. Jednocześnie pierwszy raz od momentu zmiany modelu biznesowego przez TIM S.A. (postawienie na e-commerce i rozwój handlu online), czyli od 2013 roku, Grupa osiągnęła dodatni wynik na sprzedaży, który wyniósł 17,7 mln zł – podsumowano w raporcie.

Analitycy Domu Analiz SII optymistycznie patrzą na przyszłość Grupy Kapitałowej TIM. Do oczekiwanej przez nich poprawy wyników mają się przyczynić czynniki takie jak m.in.: zwiększenie obecności podmiotu dominującego TIM S.A. w regionach Polski, gdzie jego udział rynkowy jest relatywnie niski, wprowadzenie nowych modeli sprzedaży, dalsza poprawa marży brutto na sprzedaży, czy wzrost skali działalności i efekt dźwigni operacyjnej w spółkach zależnych.

Uważamy, że 2018 rok był tylko preludium do tego, co Grupa jest w stanie pokazać w kolejnych latach. W naszych prognozach (bez uwzględnienia wpływu nowego standardu MSSF 16) zakładamy, że przychody Grupy w 2019 roku wyniosą 910,6 mln zł (+9,7% rdr), a zysk na sprzedaży wyniesie 23,7 mln zł (+34,3% rdr). Przekłada się to na poprawę marży na sprzedaży o 0,5 p.p. rdr, do 2,6%. Natomiast wynik EBITDA prognozujemy na poziomie 36,4 mln zł (+17,3% rdr). W kolejnych latach prognozy oczekujemy utrzymania wysokiego tempa wzrostu wyników. Zgodnie z naszymi założeniami w latach 2020 i 2021 przychody będą rosły w tempie odpowiednio 9,7% i 9,6% rdr, a wynik EBITDA poprawi się o 12,1% i 11,1% rdr – napisano w raporcie.

Zgodnie z prognozami Domu Analiz SII Emitent może w kolejnych latach wypłacać dywidendę, a w 2019 roku dywidenda może sięgnąć około 0,42 zł na akcję, co przełoży się na stopę dywidendy w okolicach 4,9%.

Rekomendacja dla akcji TIM S.A. została wydana 6 maja o godz. 7:50. Moment pierwszego rozpowszechnienia rekomendacji to 6 maja, godz. 8:00. Autorami raportu są Adrian Mackiewicz i Paweł Juszczak. Dom Analiz SII zawarł ze Spółką TIM umowę o przygotowanie niezależnej rekomendacji inwestycyjnej.

Rozpoczynamy wydawanie rekomendacji dla akcji TIM S.A., w przypadku których 12-miesięczną cenę docelową ustaliliśmy na poziomie 11,50 zł. Przy bieżącym kursie giełdowym oznacza to potencjał wzrostu równy 35,3%.

Grupa Kapitałowa TIM ma za sobą rekordowy 2018 rok zarówno pod względem osiągniętych przychodów (830,3 mln zł, +15,4% rdr), jak i wypracowanych zysków. Zwracamy uwagę, że w 2018 roku wszystkie spółki z Grupy Kapitałowej osiągnęły dodatnie wyniki finansowe. Jednocześnie pierwszy raz od momentu zmiany modelu biznesowego przez TIM S.A. (postawienie na e-commerce i rozwój handlu online), czyli od 2013 roku, Grupa osiągnęła dodatni wynik na sprzedaży, który wyniósł 17,7 mln zł. Zysk netto sięgnął natomiast 15,1 mln zł, choć był on podwyższony o zdarzenia jednorazowe (per saldo ponad 2 mln zł na pozostałej działalności operacyjnej).

Zakładamy, że 2018 rok był tylko preludium do tego, co Grupa jest w stanie pokazać w kolejnych latach. W naszych prognozach oczekujemy dalszej poprawy zarówno przychodów, jak i realizowanych marż. Przyczynić ma się do tego wiele czynników, w tym m.in. zwiększenie obecności podmiotu dominującego TIM S.A. w regionach Polski, gdzie jego udział rynkowy jest relatywnie niski, wprowadzenie nowych modeli sprzedaży, dalsza poprawa marży brutto na sprzedaży (ta systematycznie rośnie od 2015 roku) czy wzrost skali działalności i efekt dźwigni operacyjnej w spółkach zależnych.

W naszych prognozach (bez uwzględnienia wpływu nowego standardu MSSF 16) zakładamy, że przychody Grupy w 2019 roku wyniosą 910,6 mln zł (+9,7% rdr), a zysk na sprzedaży wyniesie 23,7 mln zł (+34,3% rdr). Przekłada się to na poprawę marży na sprzedaży o 0,5 p.p. rdr, do 2,6%. Natomiast wynik EBITDA prognozujemy na poziomie 36,4 mln zł (+17,3% rdr). W kolejnych latach prognozy oczekujemy utrzymania wysokiego tempa wzrostu wyników. Zgodnie z naszymi założeniami w latach 2020 i 2021 przychody będą rosły w tempie odpowiednio 9,7% i 9,6% rdr, a wynik EBITDA poprawi się o 12,1% i 11,1% rdr.

Ze względu na odzyskanie rentowności biznesu w 2018 roku i naszym prognozom jej dalszej poprawy zakładamy, że Emitent będzie wypłacał dywidendę w kolejnych latach. W 2018 roku TIM wypłacił zaliczkę na poczet dywidendy w wysokości 1 zł na akcję, przy czym zdecydowana większość tej kwoty pochodziła z funduszu dywidendowego. Naszym zdaniem tak wysoka dywidenda będzie trudna do powtórzenia w kolejnych latach. W naszym modelu zakładamy, że w 2019 roku dywidenda może wynieść około 0,42 zł na akcję, co przełoży się na stopę dywidendy w okolicach 4,9%.

Dezinformacja i manipulacja w Internecie – wyniki badań NASK

Ponad połowa polskich internautów w ostatnich miesiącach zetknęła się w Internecie z manipulacją lub dezinformacją – tak wynika z opublikowanego dzisiaj badania Pracowni Badań Społecznych NASK.

„Dezinformacja i manipulacja opinią publiczną to jedne z poważniejszych wyzwań współczesnego Internetu” – powiedział minister cyfryzacji Marek Zagórski w trakcie prezentacji wyników badania. „Większość z nas nie potrafi odróżnić opinii od faktów. 70 proc. sporadycznie weryfikuje informacje znalezione w sieci. Nasz cel – budowanie świadomości” – dodał szef Ministerstwa Cyfryzacji.

Codziennie i powszechnie

Badacze NASK zapytali Polaków o ich opinie i obserwacje, dotyczące działań dezinformacyjnych w sieci. Oto podstawowe wyniki:

  • zdaniem respondentów – nieprawdziwe lub zmanipulowane informacje występują w sieci powszechnie,
  • codziennie styka się z nimi 8,3 proc. ankietowanych, kilka razy w tygodniu – 15,6 proc., raz w tygodniu – 11,1 proc., tylko 2,3 proc. respondentów wybrało odpowiedź „nigdy”,
  • fake news – to najczęstszy rodzaj dezinformacji, z jakim spotykają się Polacy (29,9 proc.),
  • respondenci wymieniają też trolling (15,6 proc.), działania przez fałszywe konta, np. na portalach społecznościowych (14,9 proc.) i zmanipulowane zdjęcia (8,3 proc.),
  • portale informacyjne – to je 46,1 proc. badanych wskazało jako miejsce, w których manipulacja i dezinformacja występują najczęściej,
  • 19 proc. badanych wprost twierdzi, że nie sprawdza wiarygodności internetowych informacji, ani ich źródeł,
  • na pytanie o to, czy w ostatnich miesiącach spotkali się z fałszywymi lub zmanipulowanymi informacjami – 32,8 proc. badanych odpowiedziało „trudno powiedzieć”.

„Te wyniki mogą niepokoić, szczególnie w zestawieniu z inną częścią badania, dotyczącą kompetencji medialnych. Z uzyskanych w niej odpowiedzi respondentów wynika, że duża część polskich internautów ma poważne problemy z odróżnianiem opinii od faktu” – mówi Kierownik Pracowni Badań Społecznych NASK dr Rafał Lange.

Badanie zostało przeprowadzone na reprezentatywnej próbie 1000 dorosłych użytkowników Internetu w Polsce.

Załącznik: Ponad połowa Polaków styka się z manipulacją i dezinformacją w Internecie – raport z badania NASK.

W trakcie czwartkowego spotkania zaprezentowano także nowe funkcjonalności portalu www.bezpiecznewybory.pl

Na portalu można dowiedzieć się, jak weryfikować autentyczność profili społecznościach oraz wiarygodność informacji, oraz jak zgłaszać przypadki nadużyć w Internecie. „Portal powstał po to, by pomóc wyborcom. To nie jest tylko kwestia bezpieczeństwa przy okazji wyborów, ale i bezpieczeństwa w życiu. Nasze życie nie funkcjonuje przecież bez Internetu” – powiedział minister cyfryzacji Marek Zagórski.

Pracownicy z Mołdawii, Indii i Bangladeszu wypełnią luki na rynku pracy

Rynek pracy zasilany przez pracowników z Ukrainy jest już na wyczerpaniu. Poszukiwania w Indiach i Bangladeszu dają niewystarczające efekty.

– W sektorze produkcyjnym brakuje około 50 tys. pracowników – mówi w rozmowie z MarketNews24 Joanna Kłopotowska, Division Manager Technical & Engineering w Wyser. – W kwietniu polskie firmy zaczęły szukać pracowników w Mołdawii.

Z raportu Manufacturing 2019 Sales & Market Trends Report wynika, że kłopoty na rynku pracy będą się pogłębiać, zwłaszcza, że nie możemy już bardziej zasypywać “dziury” demograficznej, ściągając pracowników z Ukrainy, ten rynek już się dla nas kończy.

Przed działami HR coraz większe trudności, bo model organizacyjny pracy trzeba dostosować do oczekiwań cudzoziemców.

– Cudzoziemcy chcą pracować 10-12 godzin dziennie, czyli powstaje problem równego traktowania wszystkich pracowników firmy – komentuje J.Kłopotowska.

Paczkomaty czy mlekomaty nie będą wymagały pozwolenia na budowę

Obiekty małej architektury, bez względu na lokalizację, nie będą wymagały ani pozwolenia na budowę, ani zgłoszenia. Do tej pory, obiekty małej architektury w miejscach publicznych wymagały przynajmniej zgłoszenia.

Dominik Gajewski, radca prawny, ekspert Konfederacji Lewiatan
Dominik Gajewski, radca prawny, ekspert Konfederacji Lewiatan

– Szczególnie pozytywnie oceniamy wyłączenie paczkomatów spod obowiązku uzyskiwania pozwolenia na budowę, czy też dokonywania zgłoszenia. Ale regulacją powinny być objęte urządzenia nie tylko do przechowywania, ale także do wysyłania lub odbierania przesyłek. Proponujemy, aby do tej listy dodać jeszcze urządzenia do selektywnej zbiórki odpadów opakowaniowych – mówi Dominik Gajewski, radca prawny, ekspert Konfederacji Lewiatan.

Pracodawcy postulują również, aby do listy robót nie wymagających decyzji o pozwoleniu na budowę, ale wymagających zgłoszenia wykonywania robót budowlanych dodać prace polegające na przebudowie małych elektrowni wodnych (MEW) o mocy do 1 MW. Prace te często będą wiązały się ze zmianą parametrów użytkowych i technicznych istniejącego obiektu budowlanego, ale niekoniecznie ze zmianą kubatury, powierzchni zabudowy, wysokości, długości i szerokości obiektu. Będą więc odpowiadały definicji przebudowy w rozumieniu prawa budowlanego.

– Chcemy, aby w odniesieniu do instalacji małej hydroenergetyki, prace budowlane związane z repoweringiem i modernizacją, które spełniają zakres pojęcia przebudowy, były zwolnione z potrzeby uzyskiwania pozwolenia na budowę i wymagały jedynie zgłoszenia – dodaje Dominik Gajewski.

Eksperci: Pomoc frankowiczom może nas drogo kosztować

Według części ekspertów, prezydencki projekt ustawy dla tzw. frankowiczów zawiera regulacje, które ewidentnie wiążą się z pomocą publiczną. Dlatego właśnie prawnicy Konfederacji Lewiatan chcą, aby rząd pilnie notyfikował projekt ustawy frankowej do KE. Ich zdaniem, działanie z wyprzedzeniem pozwoli uniknąć kłopotów. Bez tego powstanie ryzyko obowiązku zwrotu otrzymanej pomocy wraz z odsetkami przez kredytodawców. To z kolei mogłoby prowadzić do ewentualnej odpowiedzialności odszkodowawczej Skarbu Państwa oraz podważałoby wizerunek Polski wśród zagranicznych inwestorów. Tymczasem niektórzy specjaliści oceniają, że projektowana ustawa nie przyczyni się do rozwiązania problemu. Wskazują, że 14 maja br. Rzecznik Generalny TSUE ma wyrazić opinię. W oparciu o nią zostanie wydany wyrok, który może przyspieszyć procesy dotyczące wyeliminowania z umów o kredyt denominowany i indeksowany nieuczciwych postanowień, a także wzmocnić pozycję kredytobiorców w procesach sądowych.

Niejasna sytuacja

Konfederacja Lewiatan zajęła się analizą projektu ustawy, zwanej potocznie frankową, o wsparciu kredytobiorców znajdujących się w trudnej sytuacji finansowej, którzy zaciągnęli kredyt mieszkaniowy. I doszła do wniosku, że przepisy dotyczące zarówno podziału niewykorzystanych środków wpłaconych przez banki do Funduszu Konwersji, rozłożenia należności na raty na wniosek banku, jak i zawieszania wpłat do ww. budżetu przez kredytodawców realizujących plany naprawy oznaczają nic innego, jak pomoc publiczną. W takiej sytuacji rząd powinien złożyć notyfikację do Komisji Europejskiej.

– Wystąpimy w tej sprawie z informacją do KE i organów państwa. Wspomniane regulacje wpisują się w artykuły 107 i 108 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej. Przykładem pomocy publicznej jest podział niewykorzystanych środków obowiązkowo wpłacanych przez banki do Funduszu Konwersji. Pieniądze wpłacone przez jedne banki, ale niewykorzystane w pewnym czasie, będą przyznawane innym, zgodnie z projektowanym prawem. Organ Funduszu ma być powoływany przez Ministra właściwego do spraw instytucji finansowych, który będzie mógł ingerować w jego działanie, np. zawieszając wpłaty ze względu na stabilizację sektora bankowego. Mowa o zasobach państwowych i pomocy publicznej – wyjaśnia Adrian Zwoliński, ekspert Konfederacji Lewiatan ds. rynku finansowego.

Ponadto rada Funduszu Konwersji będzie mogła danemu bankowi rozłożyć wpłaty na raty. Taka decyzja może przynieść mu korzyści ekonomiczne. Jednak tzw. szczególnie uzasadnione przypadki, w których może to nastąpić, nie zostały zdefiniowane. Dodatkowo banki w naprawie (restrukturyzowane) mogą zostać zwolnione z opłat na rzecz tego funduszu. W efekcie zwolnienie takie z ustawowego obowiązku będzie ich korzyścią.

– Ten mechanizm dotyczy kilku instytucji, m.in. Getin Banku czy Dom Banku. Jeśli zostaną one wyjęte spod regulacji ustawowych z powodu restrukturyzacji, to ich kredytobiorcy będą wyłączeni z ustawowej pomocy dla zadłużonych. To oznacza nierówne traktowanie obywateli. Można hipotetycznie założyć, że zwolnienie z wpłat zostanie rozszerzone, np. na banki kontrolowane przez państwo. A PKO BP ma największą bazę kredytów hipotecznych. W jakiej sytuacji wówczas znajdą się wtedy kredytobiorcy, tego teraz jeszcze nie wiadomo – analizuje Jakub Bartosiak, adwokat z Kancelarii Michrowski Bartosiak Family Office.

Poważne zagrożenia

Z kolei Adrian Zwoliński wskazuje na konsekwencje ewentualnej niedozwolonej pomocy publicznej. Jeśli wejdzie ona w życie bez takiego powiadomienia może powstać ryzyko konieczności zwrotu przez banki otrzymanych środków wraz z odsetkami. Taki proces byłby skomplikowany, ponieważ mógłby rodzić też ryzyko problemu odpowiedzialności odszkodowawczej państwa. Ze względu na niepewność prawną mógłby też ucierpieć wizerunek Polski jako atrakcyjnego miejsca dla inwestorów zagranicznych.

– Gdyby doszło do takiej sytuacji, pojawiłby się kolejny problem. Banki, które będą musiały zwrócić środki pochodzące z pomocy publicznej, prawdopodobnie przerzucą koszty na klientów. Nie wiadomo, czy na wszystkich, czy tylko na osoby z kredytami frankowymi. Niewykluczone jest, że po kilku latach, wynikających z ustawy, ulg dla zadłużonych, podniosą im raty, by zniwelować straty związane ze zwrotem pieniędzy – uważa mecenas Bartosiak.

Zdaniem eksperta Konfederacji Lewiatan, notyfikacja powinna zostać zgłoszona na etapie projektu. Zgodnie z rozporządzeniem do Traktatu państwo członkowskie zgłasza Komisji w odpowiednim czasie wszelkie plany przyznania nowej pomocy. Poza tym chodzi nie tylko o względy prawne, ale także o ekonomiczne. Odpowiednio wczesne działanie pozwoli uniknąć spowodowanego legislacyjnym bałaganem chaosu uderzającego zarówno w banki i gospodarkę, jak i w kredytobiorców. Adrian Zwoliński dodaje, że cała konstrukcja Funduszu Konwersji zawiera elementy pomocy publicznej.

– Nie jestem przekonany, że proponowana ustawa wejdzie w życie. Krytykują ją zarówno banki, jak i kredytobiorcy. Rząd miał przecież cztery lata na rozwiązanie problemu, a dopiero przed wyborami deklaruje pomoc frankowiczom. Zamiast rozważać wsparcie finansowe dla wybranych, powinno się przyjąć rozwiązanie systemowe. Obciążenia wynikające z nieuczciwej działalności banków w zakresie walutowych kredytów hipotecznych należy rozłożyć w czasie, aby nie zachwiać systemem bankowym – twierdzi Jakub Bartosiak.

Natomiast Adrian Zwoliński podkreśla, że celem działania Funduszu Konwersji jest realizacja zamierzeń państwa. Konfederacja Lewiatan przedstawiła argumenty dowodzące, że planowane przepisy wyczerpują traktatowe znamiona pomocy publicznej. Dalsze działania zatem należą do rządu. To ważne nie tylko dla sektora bankowego i gospodarki, ale także dla beneficjentów prezydenckiego projektu.

Co postanowi KE?

– Prezydencki projekt ustawy o zmianie ustawy o wsparciu kredytobiorców przewiduje m.in. mechanizm wsparcia dobrowolnej konwersji kredytów indeksowanych lub denominowanych na kredyty w walucie, w której kredytobiorca uzyskuje dochód. W odniesieniu do zasad funkcjonowania tzw. Funduszu Konwersji, a przede wszystkim podziału niewykorzystanych środków miedzy pozostałe banki, stwierdzić należy, że istnieje realne ryzyko uznania ich za niedozwoloną pomoc publiczną w rozumieniu art. 107 ust. 1 TFUE – ocenia Anna Maria Porębska, adwokat z międzynarodowej Kancelarii RGW Rocławski Graczyk i Wspólnicy.

Adwokat Tomasz Majkowycz z Kancelarii MKP Legal również ostrzega, że prezydencki projekt ustawy zawiera mechanizmy, które jak najbardziej mogą zostać uznane za niedozwoloną pomoc publiczną, w rozumieniu prawa unijnego. Chodzi w szczególności o to, że jest on skierowany jedynie do pewnej kategorii osób. Ponadto może zaburzać konkurencję między bankami, bo nie wszystkie z nich będą zobowiązane do płacenia składek na Fundusz Konwersji. Negatywna ocena Komisji Europejskiej w tym przypadku niosłaby ze sobą konieczność zwrotu otrzymanych przez kredytobiorców kwot. Ekspert zastrzega, że to ryzyko można jednak wyeliminować, dokonując notyfikacji projektu przed KE.

– Nie obawiam się negatywnej oceny KE tylko tego, że sam prezydencki projekt ustawy w znikomym stopniu przyczynia się do rozwiązania problemu frankowiczów. Wielu z nich nie potrzebuje i nie chce pomocy finansowej, tylko sprawiedliwości, tj. eliminacji z ich umów nieuczciwych zapisów dot. przeliczeń walutowych. Ponad 90% tzw. kredytów frankowych jest obciążonych abuzywnymi postanowieniami. Gdyby one zostały usunięte, jak nakazuje kodeks cywilny, wówczas dramat dotykający obecnie prawie 900 tys. Polaków niemal natychmiast by się skończył. I tak też może się stać po wyroku TSUE – zapowiada adwokat Marcin Szymański, partner w Kancelarii Drzewiecki, Tomaszek i Wspólnicy.

Tymczasem prezydencki projekt ustawy zakłada, że środki wpłacane przez banki i przeznaczone na dobrowolną konwersję mają być zarządzane przez Fundusz Konwersji, wyodrębniony w ramach Funduszu Wsparcia Kredytobiorców. A samo wsparcie dobrowolnej konwersji ma być realizowane za pośrednictwem Banku Gospodarstwa Krajowego, czyli instytucji Skarbu Państwa. W opinii mec. Porębskiej, właśnie tego typu konstrukcja, polegająca na utworzeniu instytucji odpowiedzialnej za rozdzielanie środków, pozwala obejść zasady dotyczące pomocy publicznej, na co prawo unijne nie zezwala. Dlatego KE może to uznać za niedozwolone.

– W moim przekonaniu, Fundusz Konwersji pomoże nielicznym. Jest to działanie pozorne. Nawet banki go nie oczekują. Wolą, aby kredytobiorcy pozostawali całkowicie bierni. Wtedy ich roszczenia mogą się przedawniać. Niestety, praktyka pokazuje, że na razie tylko 10% poszkodowanych nieuczciwymi umowami kredytowymi walczy o swoje prawa w sądach. Znakomita większość jest zniechęcona przewlekłością tych postepowań lub czeka na rozwój wydarzeń. Korzystny dla frankowiczów wyrok TSUE może zmobilizować ludzi do działania – zaznacza mec. Szymański.

Jak podsumowuje Anna Maria Porębska, w razie uznania, że planowana pomoc frankowiczom ma jednak charakter niedozwolony, Komisja Europejska może nakazać Polsce zniesienie jej poprzez przywrócenie stanu sprzed momentu przyznania. Odbywa się to co do zasady poprzez zwrot całości uzyskanych przez przedsiębiorców środków. Z oczywistych względów może zatem dojść do sytuacji, że banki w przyszłości w inny sposób przerzucą na kredytobiorców koszty konwersji. I trzeba mieć to na uwadze.

Jak Brexit wpłynie na eksport miedzynarodowy?

brexitRynek wymiany towarów zarówno wewnątrz Unii Europejskiej jak i poza nią może zostać w najbliższym czasie mocno zaburzony z uwagi na Brexit, czyli opuszczenie wspólnoty przez jednego z największych importerów towarów – Wielką Brytanię. Choć do rozdzielenia się UK od Unii Europejskiej miało dojść już 29 marca 2019 roku, termin Brexitu został przesunięty a głowy państw europejskich w dalszym ciągu nie potrafią dojść do porozumienia w sprawie dalszych stosunków handlowych z Wielką Brytanią. Jak Brexit może wpłynąć na eksport międzynarodowy i jak na nieuchronne odejście UK z Unii Europejskiej mogą przygotować się polscy przedsiębiorcy?

Import i eksport towarów z Wielkiej Brytanii po Brexicie

Wszystkie obowiązujące przez ostatnie lata umowy handlowe, ułatwienia celne i wolny rynek Unii Europejskiej przejdą po Brexicie niemałą zmianę, która znacząco wpłynie na strategię działania wielu polskich i europejskich przedsiębiorców. Od momentu Brexitu przywozy towarów z UK do któregokolwiek z krajów Unii staną się importem, a wywóz – eksportem w rozumieniu przepisów celnych. Trudno ustalić jeszcze na tym etapie jak finalnie będą wyglądały relacje handlowe firm unijnych z brytyjskimi, jednak nie sposób nie zauważyć że nawet przy najbardziej łagodnym wyjściu Anglii z Unii Europejskiej (na które szanse są już bardzo niskie), handel UE zmieni się całkowicie.

Przygotowując się do opuszczenia wspólnoty, Wielka Brytania opublikowała w marcu własną taryfę celną, która częściowo rozjaśniła sposób, w jaki można analizować handlowe konsekwencje wyjścia Anglii z Unii Europejskiej. Jak wskazuje Polski Instytut Ekonomiczny, cłem zostałby objęty m.in. przywóz autobusów, samochodów osobowych, dostawczych i ciężarowych oraz motocykli, a nawet odzieży, mięsa, nawozów, ceramicznych naczyń kuchennych, bioetanolu, ryżu czy masła. Wyższe koszty przywozu towarów z i do Wielkiej Brytanii wraz z innymi ograniczeniami związanymi z ponownym postawieniem granic pomiędzy Anglią a Unią Europejską mogą oznaczać mocny spadek eksportu i spore utrudnienia w handlu międzynarodowym obejmujące nie tylko bezpośredni handel z firmami brytyjskimi.

Eksport międzynarodowy po Brexicie – zmiany nie tylko w Anglii

Pozornie wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej uderzy najmocniej w eksporterów i importerów współpracujących bezpośrednio z firmami brytyjskimi. W rzeczywistości jednak wprowadzenie dodatkowych barier celnych w postaci kontroli celnych, sanitarnych i fitosanitarnych sprawią problemy także tym, którzy dostarczają swoje towary na rynek europejski, np. niemiecki, francuski czy hiszpański. Polska produkcja, nie tylko w obrębie branży motoryzacyjnej, dociera do Wielkiej Brytanii zarówno bezpośrednio, jak i pośrednio, jako element towarów produkowanych i eksportowanych przez inne kraje Unii Europejskiej. Ograniczenie ich eksportu oznaczało by mniejsze zapotrzebowanie na polskie produkty i komponenty, a co za tym idzie spadek obrotu towarów na rynku międzynarodowym. Firmy uczestniczące często w globalnych łańcuchach dostaw będą musiały na nowo dostosować się do obecnego rynku eksportowego i stworzyć dla siebie zupełnie nowe okazje na sprzedaż i pozyskiwanie klientów.

Międzynarodowa wymiana handlowa dzięki ExportPages

ExportPages to jedna z największych platform B2B ułatwiających działania na rynku międzynarodowym przedsiębiorcom z różnych gałęzi przemysłu. W przypadku Brexitu, który znacząco ograniczy eksport w obrębie Unii Europejskiej i zmieni oblicze handlu na znacznie większą skalę, wszelkie platformy B2B dające nowe kanały komunikacji zarówno ze stałymi, jak i nowymi klientami, partnerami i kontrahentami mogą okazać się kluczem do odbudowania wysokiego poziomu sprzedaży międzynarodowej. Docierając do rynków na całym świecie i zawiązując nowe umowy handlowe przedsiębiorstwa będą mogły częściowo zrekompensować sobie spadek eksportu do Wielkiej Brytanii poprzez otworzenie się na zupełnie nowe rynki, nowe produkty i nowe możliwości rozwoju.

Planowany Brexit, co do którego zarówno państwa Unii Europejskiej jak i sami Brytyjczycy nie mogą dojść do porozumienia już w znaczącym stopniu zaburzył działalność wielu przedsiębiorstw eksportujących towary na rynki międzynarodowe. Poszukiwanie nowych sposobów na zdobywanie klientów spoza Wielkiej Brytanii może okazać się dla wielu z nich jedynym sposobem na utrzymanie dotychczasowego poziomu zysków, a jednocześnie szansą na poznanie i wykorzystanie zupełnie nowych rynków w krajach całego świata. Skoro Wielka Brytania chce działać na własną rękę, przedsiębiorcy będą musieli opanować sztukę działania w zupełnie nowych warunkach rynkowych.