Wzrost cen żywności i paliw przyspieszyły inflację

Wzrost cen został zauważony przez posiadaczy samochodów, do których paliwa wzrosły na przestrzeni roku od 4,4%, benzyna do 13,2% w przypadku oleju napędowego.

W marcu 2019 inflacja wyniosła 1,7% r/r oraz  0,3% m/m. Wygląda na to, że po styczniowym minimum (0,7% r/r) inflacja konwerguje do celu inflacyjnego. To pierwszy raz od 5 miesięcy, kiedy mieścimy się w dopuszczalnym paśmie odchyleń.

Innymi słowy, nie ma technicznych podstaw, by w najbliższym czasie oczekiwać zmian stóp procentowych.

W horyzoncie rocznym dynamika cen usług była ponad dwukrotnie wyższa niż dynamika cen towarów (2,7% wobec 1,3%). Przykładowo, usługi związane z prowadzeniem gospodarstwa domowego odnotowały wzrost o 4, 8% w stosunku do marca 2019 r., fryzjerskie i kosmetyczne o 4,6%, lekarskie o 4,3%, związane z rekreacją o 3,2%, transportowe o 2,7%. W perspektywie miesiąca wzrost cen w usługach też jest odczuwalny. Wydaje się więc, że nawet wygasająca dynamika wynagrodzeń zdaje się odciskać piętno na cenach działalności pracochłonnej.

Na tle inflacji rzędu 1,7%, żywność odnotowała ponadprzeciętny wzrost cen (2,6% r/r), za co odpowiada drożejąca mąka i chleb (odpowiednio 9,2% i 9,6% r/r oraz 1% i 0,3% m/m), warzywa (16,6% r/r, 8,6% m/m) i cukier (11,2% r/r, 14,9% m/m). Na tym tle spadki cen mleka czy jaj w horyzoncie rocznym z perspektywy konsumenta mogą nie być odczuwalne, z kolei spadkowi cen owoców w perspektywie roku towarzyszył znaczny wzrost w skali miesiąca (-11,7% r/r, +8,3% m/m).

Użytkowanie mieszkania (domu) i nośniki energii wzrosły nieznacznie w ciągu roku (1%). Wzrosty te były napędzane przez coraz wyższe czynsze (5,1%), ceny wywozu śmieci (10,6%), gazu (5,2%). Natomiast ceny nośników energii elektrycznej spadły o 7% (bez zmian w porównaniu do lutego br.). Wzrost cen został z pewnością zauważony przez posiadaczy samochodów, do których paliwa wzrosły na przestrzeni roku od 4,4% (benzyna) do 13,2% (olej napędowy; tu 1,5% wzrost m/m). Nie zapowiada się, by trend wzrostowy na rynku paliw miał w najbliższym czasie się załamać.

Sonia Buchholtz, Konfederacja Lewiatan

Liczba pasażerów na polskich lotniskach w tym roku może wzrosnąć nawet o 10,5%

Liczba pasażerów na polskich lotniskach w tym roku może wzrosnąć nawet o 10,5%, co oznacza, że porty obsłużą ponad 50 mln osób – wynika z analizy przygotowanej przez ekspertów PwC „Prognozy dla rynku lotniczego 2019”. Polska branża lotnicza nadal wykazuje jeden z najsilniejszych potencjałów wzrostu w całej Europie – podkreślają autorzy raportu.

Z danych zebranych w raporcie PwC wynika, że ruch pasażerski na świecie w perspektywie najbliższych 20 lat będzie rozwijał się szybciej niż gospodarka światowa, osiągając wzrost na poziomie 4,4% średniorocznie. Liderami wzrostu w tym okresie będą rynki rozwijające się, głównie blisko- i dalekowschodnie, gdzie średnioroczny wzrost wyniesie 5,9% dla Bliskiego Wschodu oraz 5,5% dla Azji i Pacyfiku. W tym czasie rynek europejski zanotuje niższe tempo rozwoju niż globalnie, ze względu na mniejszą dynamikę PKB, która wyniesie 1,8% średniorocznie względem światowego wzrostu na poziomie 2,9%.

Eksperci PwC podkreślają, że polski rynek lotniczy ma jeden z największych potencjałów wzrostu w całej Europie.

W poprzednim roku liczba pasażerów w polskich portach lotniczych wzrosła aż o 15% i przekroczyła 45 mln. Ze względu na prognozowane spowolnienie gospodarcze ten rok będzie nieco inny, ale w porównaniu z innymi rynkami Polska nadal będzie mogła pochwalić się dwucyfrowym wzrostem, który wyniesie ok. 10,5%, co oznaczałoby, że pokonamy kolejną granicę, tj. 50 mln osób obsłużonych na polskich lotniskach w ciągu 12 miesięcy. – Michał Mazur, partner PwC, lider zespołu ds. transportu i logistyki

W 2018 roku duże wzrosty zanotowała większość lotnisk regionalnych, z czego największy – port lotniczy Poznań-Ławica, w którym liczba pasażerów wzrosła o 34%. Warszawskie lotnisko Okęcie w minionym roku urosło o 13%, zbliżając się niemal do 18 mln obsłużonych pasażerów lotniczych.

Jak wynika z analizy PwC polski rynek lotniczy wciąż jest mocno skoncentrowany pod względem udziałów poszczególnych przewoźników. Aż 77% zajmują trzy linie lotnicze: Ryanair, LOT i Wizz Air.

Między innymi dzięki ekspansywnej polityce w minionym roku PLL LOT zdobył sporą część rynku, tym samym zbliżając się pod względem liczby pasażerów do dotychczasowego lidera, czyli Ryanair. LOT odważnie wychodzi poza granice Polski, rozbudowując połączenia długo- i krótkodystansowe. – Grzegorz Urban, dyrektor w zespole ds. transportu i logistyki PwC

Centralny Port Komunikacyjny – potencjał i wyzwania

Zdaniem ekspertów PwC budowa dużego hubu pod Warszawą jest uzasadniona m.in. dynamiką wzrostu rynku oraz ograniczonymi możliwościami, jakimi obecnie dysponują lotniska na Okęciu i w Modlinie. Projekt CPK został już uwzględniony w nowej Strategii Rozwoju Transportu i obecnie prowadzone są plany prac w celu realizacji budowy portu.

Na Centralny Port Komunikacyjny musimy patrzeć w znacznie szerszej perspektywie niż tylko ruch lotniczy, i w znacznie dłuższym horyzoncie czasowym. W tym momencie w tej części naszego regionu istnieje pewna nisza. Efektywny operacyjnie i konkurencyjny kosztowo CPK ma szansę uwolnić potencjał ruchu lotniczego, stając się jednym z istotnych międzynarodowych hubów komunikacyjnych. Dla sukcesu tego scenariusza niezwykle ważne będzie właściwe zaprojektowanie pozostałych komponentów, tj. transportu kolejowego i drogowego. – Agnieszka Gajewska, partner w PwC, lider zespołu ds. finansowania projektów inwestycyjnych oraz sektora publicznego w Europie Środkowo-Wschodniej

Jak zauważają autorzy raportu projekty budowy lub rozbudowy infrastruktury lotniskowej o przepustowości powyżej 40 mln pasażerów są już realizowane w innych krajach, m.in. w Turcji czy w Rosji, a także w Niemczech. Zarówno przyszłe lotnisko CPK, jak i nowe lotniska w Stambule oraz rozbudowywane porty w Moskwie i w Monachium mają na celu zaspokojenie w dużej mierze dynamicznie rosnącego ruchu tranzytowego m.in. ze względu na położenie geograficzne.

Rozwój lotnisk w Stambule i w Moskwie idzie w parze ze strategią wzrostu narodowych przewoźników stawiających m.in. na ruch tranzytowy w swoich macierzystych miastach, co będzie też czynnikiem sukcesu w przypadku CPK.

Modele biznesowe linii lotniczych

Dane zebrane w raporcie PwC wskazują, że sytuacja finansowa przewoźników lotniczych w Europie pozostaje stabilna niezależnie od wybranego modelu biznesowego. Zarówno przewoźnicy funkcjonujący w modelu tradycyjnym, jak i niskokosztowym z roku na rok generują coraz wyższe przychody z usług dodatkowych.

W całości przychodów usługi dodatkowe zajmują obecnie niecałe 11%, co oznacza, że od 2010 r. podwoiły swój udział. Najbardziej dochodowe są wszelkie opłaty związane z bagażem, stanowią 27% przychodów z usług dodatkowych. Sporą część generują też opłaty takie jak priorytetowe wejście na pokład, a także usługi pokładowe. – Patryk Bednarz, ekspert w zespole ds. transportu i logistyki PwC

CPK: start konsultacji z partnerami branżowymi

Spółka Centralny Port Komunikacyjny rozpoczęła proces uzgodnień strategicznych z partnerami branżowymi. Podczas inauguracyjnego spotkania, w którym wzięło udział ponad 60 przedstawicieli firm i instytucji zainteresowanych projektem, inwestor CPK przedstawił założenia koncepcji planowanego portu

Wśród uczestników Forum Interesariuszy CPK znalazły się m.in. Polskie Linie Lotnicze LOT, BARIP (Rada Przedstawicieli Linii Lotniczych w Polsce), Polska Agencja Żeglugi Powietrznej, Poczta Polska, Orlen, LOTOS, PERN, Straż Graniczna, LOT AMS, LS Airport Services, LS Technics, Welcome Airport Services, Krajowa Administracja Skarbowa, Polski Holding Hotelowy, Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad, FedEx, DHL, UPS i TNT Express. Wydarzenie rozpoczęło cykl spotkań z partnerami biznesowymi CPK. To pierwsze w Polsce tak szerokie forum uczestników lotniskowego procesu inwestycyjnego.

Spółka zaprezentowała wstępną definicję portu lotniczego Programu CPK (tzw. model systemowy lotniska). W zakresie tzw. infrastruktury airside został w nim uwzględniony m.in. zakładany układ równoległych dróg startowych (dwóch w ramach etapu pierwszego oraz dodawanych etapowo i w zależności od zapotrzebowania kolejnych: z czterema w układzie docelowym) oraz dróg kołowania i płyt postojowych. Wśród elementów infrastruktury landside znalazły się np. terminale: pasażerski, cargo i general aviation, stacja kolejowa zintegrowana z terminalem pasażerskim oraz parkingi i drogi wewnętrzne. Definicja portu lotniczego uwzględnia też m.in. infrastrukturę utrzymania technicznego, paliwową, odladzania samolotów, Lotniskowej Straży Pożarnej, utrzymania pojazdów, a także przyłącza: energetyczne, gazowe i kanalizacyjne.

W trakcie spotkania przedstawiciele Komponentu Lotniskowego CPK zapoznali partnerów branżowych z zakładanymi etapami inwestycji, przedstawili roboczy blokowy schemat realizacji projektu i założenia spółki CPK dotyczące formuły i zakresu współpracy. Do końca kwietnia zaproszone firmy mają czas na zgłoszenie swoich uwag i oczekiwań.

Centralny Port Komunikacyjny (CPK) "Solidarność"Definicja części lotniskowej inwestycji stanowi pierwszy krok w procesie planowania, a później projektowania CPK. Na wstępnym schemacie lotniska uwzględniliśmy dotychczas ponad 60 elementów infrastruktury, które wejdą w jego skład. Następnie model będzie jeszcze modyfikowany w zależności od potrzeb interesariuszy, które chcemy określić i doprecyzować – mówi Dariusz Sawicki, odpowiedzialny w zarządzie CPK za część lotniskową inwestycji.

Lotniska nie da się wybudować bez wsłuchiwania się w głos tych, którzy będą  z niego korzystać i świadczyć dla niego usługi. Właśnie rozpoczęliśmy konsultacje koncepcyjnych założeń CPK z naszymi partnerami branżowymi. Powstanie bezcenna baza wiedzy, która posłuży nam do przygotowania planu generalnego Portu Lotniczego Solidarność z uwzględnieniem ich potrzeb operacyjnych – mówi Mikołaj Wild, pełnomocnik rządu ds. CPK.

To pierwsze z serii spotkań z podmiotami, które będą zaangażowane w proces tworzenia Portu Lotniczego Solidarność, a docelowo będą jego użytkownikami lub dostawcami usług na jego potrzeby. W ciągu najbliższych tygodni spółka planuje kolejne spotkania tego typu. Każdy z podmiotów uczestniczących w Forum Interesariuszy będzie mógł zadeklarować swoje wymagania i potrzeby dotyczące infrastruktury planowanego lotniska.

Za budową tego lotniska przemawiają liczby i potrzeby rynkowe, dlatego cieszy mnie rozpoczęcie kolejnego etapu przygotowań do jego zaprojektowania i realizacji – mówi Rafał Milczarski, prezes LOT-u. – Zakładam, że CPK może stać się dla pasażerów najwygodniejszym lotniskiem w Europie. Przepustowość na poziomie 45 mln pasażerów rocznie z możliwością dalszej modułowej rozbudowy da LOT-owi możliwość stworzenia dla pasażerów optymalnej oferty przesiadkowej, co na dochodzącym do granic przepustowości Lotnisku Chopina staje się dziś coraz trudniejsze.  CPK ma realne szanse zostać głównym hubem dla Europy Środkowo-Wschodniej, obszaru z ogromnym potencjałem pasażerskim. Pod względem lotniczym geograficzne położenie Polski jest po prostu idealne, dlatego już najwyższy czas, żeby z tego w pełni skorzystać – podkreśla.

Prezes LS Airport Services Marcin Opaliński twierdzi: – Ten wyjątkowy projekt to nie tylko szansa na powstanie nowoczesnego lotniska z perspektywy pasażerów, ale również możliwość stworzenia nowej jakości środowiska pracy dla pracowników obsługi naziemnej, bez których trudno wyobrazić sobie funkcjonowanie jakiegokolwiek portu czy linii lotniczej. Dlatego tak bardzo cenne z naszej perspektywy największego pracodawcy w branży lotniczej w Polsce jest to, że możemy uczestniczyć w konsultacjach i pracach nad koncepcją powstania Portu Lotniczego Solidarność –  dodaje.

Jak podkreśla Paweł Przychodzeń, członek zarządu Poczty Polskiej ds. logistyki, rozwój infrastruktury jest niezbędny po to, by Polska zaczęła lepiej zarabiać na swoim położeniu, korzystając z rozwoju handlu transgranicznego. Do tego potrzebne są huby logistyczne, takie jak CPK: dobrze skomunikowane z infrastrukturą transportową: lotniczą, kolejową i drogową.

Poczta Polska obecnie przebudowuje swoją sieć logistyczną w związku z intensywnym rozwojem e-commerce krajowego i międzynarodowego. Chcemy dalej rozwijać się m.in. poprzez zwiększenie potencjału infrastrukturalnego, jaki da nam powstanie CPK. Nie ulega wątpliwości, że centralne lotnisko udrożni kanał dystrybucyjny. Inwestycja ta pozwoli na zwiększenie przepustowości obecnej infrastruktury, poprzez obsługę większej liczby połączeń lotniczych, w tym cargo, co w przypadku Poczty Polskiej wpłynie pozytywnie na rozwój obecnych, jak i nowych usług – mówi Paweł Przychodzeń z Poczty Polskiej.

Prezes DHL Express Poland Tomasz Buraś deklaruje: – DHL Express z chęcią podzieli się wiedzą i doświadczeniem z ekspertami Centralnego Portu Komunikacyjnego. Celem jest stworzenie bardzo istotnej dla polskiej logistyki strategii obsługi transportu ekspresowych przesyłek międzynarodowych typu cargo w planowanym porcie.

CPK to jeden z ważniejszych infrastrukturalnych projektów w Polsce w perspektywie najbliższych lat. Inwestycja przyczyni się do  rozwoju gospodarczego nie tylko z punktu widzenia transportu pasażerskiego, ale również jako hub importowo-eksportowy towarów – mówi Michał Róg, członek zarządu PKN ORLEN ds. handlu hurtowego i międzynarodowego. – Jesteśmy zainteresowani udziałem w tym przedsięwzięciu. Posiadamy doświadczenie w zarządzaniu strategiczną infrastrukturą paliwowo-naftową, wytwarzaniu paliwa lotniczego JET-A1 oraz świadczeniu paliwowych usług logistycznych i handlingowych w portach lotniczych. Ponadto w obrębie nowego portu możemy zagwarantować dostęp do nowoczesnych stacji paliw, punktów obsługi podróżnych czy stacji ładowania pojazdów elektrycznych – podkreśla.

Zebrane w ramach spotkań z partnerami branżowymi informacje posłużą do kolejnych etapów inwestycji, np. planowanej w tym roku weryfikacji założeń projektu CPK przez niezależnych specjalistów z obszarów projektowego i inżynieryjnego (tzw. Quick & Dirty Test). Efekty rozmów będą punktem wyjścia do zaplanowanego na ten rok zlecenia opracowania planu generalnego (masterplanu), który jest najważniejszym dokumentem z punktu widzenia przygotowania koncepcji i projektu portu lotniczego.

Masterplan to jeden z najważniejszych dokumentów przy planowaniu portów lotniczych, jeszcze bardziej rozbudowany i istotny przy planowaniu inwestycji typu „greenfield”. Przedstawia on prognozowany rozwój portu lotniczego, zwykle na przestrzeni ponad 20 lat. Zawiera szereg studiów wykonalności i  strategii, m.in.: prognozy ruchu lotniczego, zwymiarowanie planowanej infrastruktury i wstępny plan jej ulokowania, etapowanie budowy, plan organizacji przestrzeni powietrznej, strategię dojazdu do lotniska, strategię zrównoważonego rozwoju i wpływu na społeczności lokalne oraz szczegółowy model biznesowy planowanego lotniska – wylicza Dariusz Sawicki z zarządu CPK.

W  tym roku powinien zostać wskazany doradca strategiczno–techniczny, czyli międzynarodowy podmiot z doświadczeniem inwestycyjnym w zakresie projektowania, budowy i zarządzania portami przesiadkowymi. Zadaniem doradcy będzie współpraca ze spółką CPK i jej bieżące wsparcie merytoryczne. Tzw. Test Prywatnego Inwestora wykonany w tym roku przez jedną z wiodących firm konsultingowych wykazał, że stopa zwrotu z lotniskowej części tej inwestycji wynosi prawie 10 proc. TPI określa m.in. podstawowe parametry inwestycji i weryfikuje argumenty ekonomiczne przemawiające za jej budową. Wyniki wskazują na opłacalność budowy CPK z perspektywy potencjalnego inwestora prywatnego.

Rynki w zawieszeniu

Miniony tydzień możemy zaliczyć do tych spokojnych. Indeksy akcyjne zamknęły się na zbliżonych poziomach z otwarcia na początku tygodnia. Poza słowami prezydenta Donalda Trumpa o gotowości nałożenia kolejnych ceł, tym razem na Unią Europejską, rynki nie zachowywały się nerwowo. Posiedzenie EBC nie wniosło nic nowego, podkreślając wciąż aktualne ryzyka dla wzrostu. Protokół z marcowego posiedzenia FOMC również nie przedstawił żadnych nowych informacji, uzależniając dalszą politykę pieniężną od sytuacji w gospodarce. Dodatkowo, w poprzednim tygodniu zapadły decyzje w sprawie Brexitu. Termin wyjścia Wielkiej Brytanii z UE został przesunięty o sześć miesięcy do 31 października z opcją wcześniejszego opuszczenia Unii w przypadku zawarcia umowy Brexitowej.

Również na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie rynki nie obrały jednego, konkretnego kierunku. W skali całego tygodnia indeks szerokiego rynku WIG zyskał 0,35%, w tym największe spółki wzrosły o 0,66%, a indeksy mniejszych i średnich spółek sWIG80 i mWIG40 zakończyły tydzień z wynikami, odpowiednio, 0,04% oraz -0,61%. W piątek, tak jak było to oczekiwane, agencja S&P potwierdziła rating Polski na poziomie „A-„ z perspektywą stabilną.

W tym tygodniu czeka nas sporo danych z krajowej gospodarki. We wtorek poznamy finalną wartość inflacji bazowej, w środę opublikowane zostaną dane z rynku pracy, zatrudnienie oraz przeciętne wynagrodzenie, natomiast w czwartek zobaczymy odczyt produkcji przemysłowej, inflacji PPI oraz opublikowany zostanie protokół z ostatniego posiedzenia RPP. Na globalnych rynkach najważniejsze mogą okazać się środowe odczyty z Chin (produkcja przemysłowa, sprzedaż detaliczna oraz PKB), a także czwartkowe PMI z Europy oraz USA.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Polacy mają blisko 12 mld zł długów alimentacyjnych. Każdy z nich ma do spłaty średnio ok. 39 tys. zł

Polacy mają blisko 12 mld zł długów alimentacyjnych. Każdy z nich ma do spłaty średnio ok. 39 tys. zł 1

Alimentów nie płaci około 315 tys. rodziców. Łącznie mają oni do spłaty długi alimentacyjne o wartości ponad 12 mld zł – wynika z danych ERIF Biura Informacji Gospodarczej SA. Średnio każdy z nich zalega ze spłatą alimentów o wartości niemal 39 tys. zł. Zdecydowana większość dłużników alimentacyjnych to mężczyźni. Dzieci, które nie otrzymują alimentów od swoich rodziców, mogą otrzymać pieniądze z Funduszu Alimentacyjnego. Od 2019 roku próg uprawniający do pobierania świadczenia wzrósł do 800 zł. Dzięki temu świadczenie może otrzymać o 60 tys. dzieci więcej.

– Po zakończeniu 2018 roku mieliśmy w bazie informacje o prawie 315 tys. osób, które nie płacą alimentów. To osoby, za które obowiązek płacenia świadczeń przejął Fundusz Alimentacyjny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Aleksandra Wilczak-Grzesik, kierownik Działu Klienta Instytucjonalnego w ERIF Biurze Informacji Gospodarczej SA.

Stowarzyszenie „Alimenty to nie prezenty” wskazuje, że alimentów na dzieci nie płaci 84 proc. zobowiązanych do tego rodziców. Z danych ERIF BIG wynika, że obecnie jest niemal 315 tys. dłużników alimentacyjnych. Chociaż od końca 2017 roku do końca 2018 roku liczba ta nieznacznie się zmieniła, to aż o 1 mld zł wzrosła łączna wartość długów alimentacyjnych. W 2017 roku wynosiła ona prawie 11,4 mld zł. Z kolei na koniec 2018 roku rodzice zalegający ze spłatą alimentów mieli w sumie 420 tys. niespłaconych alimentów, których łączna wartość wyniosła ponad 12,2 mld zł. Na każdego niesolidnego rodzica przypada średnio niemal 39 tys. zł niespłaconych alimentów, czyli aż o 5 tys. więcej niż po zakończeniu 2017 roku. Nie brakuje jednak rekordzistów, którzy winni są swoim dzieciom nawet kilkaset tysięcy złotych. Największy dług alimentacyjny w wysokości niemal 1 mln zł ma 43-letni mężczyzna z województwa pomorskiego.

– Z roku na rok w bazie przybywa ponad 55–60 tys. dłużników rocznie. Nie są to już takie duże wzrosty, jak miały miejsce w roku 2015 i 2016 – ocenia Aleksandra Wilczak-Grzesik.

Na przyrost liczby dłużników w bazach biur informacji gospodarczej częściowo wpływa większa aktywność gmin, które od 2015 roku mają obowiązek przekazywać informacje o niesolidnych rodzicach do wszystkich BIG-ów działających w naszym kraju.

Należnych świadczeń nie otrzymuje nawet milion dzieci. Zdecydowana większość dłużników (95 proc.) to mężczyźni – w bazie ERIF BIG jest ich blisko 300 tys.

– Średnia wartość długu alimentacyjnego mężczyzny to jest prawie 30 tys. zł, a łączna wartość wszystkich długów alimentacyjnych mężczyzn to 11,8 mld zł – wskazuje Aleksandra Wilczak-Grzesik.

Choć statystyki są bezlitosne dla mężczyzn, to wśród dłużników alimentacyjnych nie brakuje też kobiet. Według danych ERIF BIG blisko 17,5 tys. matek nie płaci na swoje dzieci alimentów.

– Średnie saldo kobiety niepłacącej alimentów to 22,5 tys. zł, czyli znacznie mniej niż w przypadku mężczyzn, a łączna wartość długów alimentacyjnych kobiet to 460 mln zł – mówi ekspertka.

Jak wynika ze statystyk, często zaległości z tytułu alimentów to nie są jedyne niespłacane rachunki czy inne zobowiązania finansowe. Co drugi dłużnik alimentacyjny zalega też z opłatami na rzecz innych wierzycieli, jak np. operatorzy telekomunikacyjni i multimedialni, banki, firmy pożyczkowe czy sądy. Aż 16 tys. z nich ma też niezapłacone grzywny.

– Możemy stwierdzić, że jedną z przyczyn niepłacenia alimentów jest niska wypłacalność dłużników alimentacyjnych. Z naszych ostatnich danych po zakończeniu roku 2018 wynika, że dłużnicy alimentacyjni to najczęściej multidłużnicy – ocenia Wilczak-Grzesik.

Od 2019 roku weszły zmiany prawne, które mają ułatwić ściąganie pieniędzy od alimenciarzy. Organizatorzy prac publicznych mają w pierwszej kolejności zatrudniać dłużników alimentacyjnych, a urzędy pracy aktywizować bezrobotnych, zadłużonych rodziców, aby mogli płacić alimenty. Warto dodać, że od egzekucji komorniczej wolna pozostaje tylko połowa pensji. Dodatkowo pracodawca, który nie ujawnia informacji na temat dłużnika i nie przekazuje zajętego wynagrodzenia, może zapłacić 5 tys. zł grzywny.

Niepłacących rodziców z ich obowiązku alimentacyjnego w pewnym sensie wyręcza państwo. Fundusz Alimentacyjny wypłaca alimenty, jeśli uprawniony do ich pobierania nie jest w stanie wyegzekwować ich od drugiego rodzica. Grono osób, które mogą z niego skorzystać, jest bardzo okrojone. Wynika to z bardzo niskich progów dochodowych. Od tego roku limit wzrósł z 725 do 800 zł.

– Jest to bardzo istotne, ponieważ wpłynie w pewnym zakresie na to, że dostęp do tych świadczeń otrzyma większa liczba dzieci. Według rachunków Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej to jest około 60 tys. dzieci, które otrzymają te świadczenia w związku z podniesieniem progu dochodowego. Możemy się też spodziewać, że ta zmiana spowoduje zwiększenie liczby dłużników alimentacyjnych, którzy zostaną dopisani od 1 października 2019 roku do baz biur informacji gospodarczej – analizuje Aleksandra Wilczak-Grzesik.

PKP Cargo skupia się na międzynarodowej ekspansji. Inwestycja w słoweńskiego przewoźnika oraz partnerstwo z kolejami litewskimi i włoskimi umacnia jego pozycję w Europie

PKP Cargo skupia się na międzynarodowej ekspansji. Inwestycja w słoweńskiego przewoźnika oraz partnerstwo z kolejami litewskimi i włoskimi umacnia jego pozycję w Europie 2

Ekspansja międzynarodowa i transport intermodalny – to dwa główne kierunki rozwoju Grupy PKP Cargo na nadchodzące lata, zapisane w strategii do 2023 roku. Grupa będzie się rozwijać przede wszystkim w obszarze Trójmorza oraz w ramach Nowego Jedwabnego Szlaku. Stąd m.in. zwiększone inwestycje, które w ubiegłym roku wzrosły o 60 proc. – Jako grupa chcemy się stać operatorem logistycznym. Odchodzimy od tradycyjnego modelu przewoźnika kolejowego. Rozwój segmentu intermodalnego, akwizycje, rozwój organiczny są podyktowane potrzebami rynku i oczekiwaniami klientów, i my się do tych trendów dostosowujemy – mówi Czesław Warsewicz, prezes zarządu PKP Cargo SA.

– Chcemy, żeby naszą główną specjalizacją w najbliższych latach był transport intermodalny. Dlatego w tym kierunku będą zmierzać nasze akwizycje i inwestycje rozwojowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes  Czesław Warsewicz, prezes zarządu PKP Cargo SA.

Transport intermodalny to przewożenie towarów różnymi środkami transportu – np. drogą morską i koleją – ale w tej samej jednostce ładunkowej, najczęściej w kontenerze. W ramach transportu intermodalnego można przewozić szeroki wachlarz towarów – od tekstyliów, poprzez urządzenia elektroniczne, aż po elementy maszyn. Brak konieczności przeładunku oznacza oszczędność czasu i pieniędzy, a zamknięte w kontenerach towary są mniej narażone na uszkodzenia. To zalety, które przekładają się na rosnące zainteresowanie klientów.

– Przewozy intermodalne są kluczowe dla systemu rozwoju przewozów, bo integrują ze sobą różne środki transportu, pozwalają dostarczać ładunki od drzwi do drzwi. W intermodalu te ładunki trafiają z miejsca na miejsce w odpowiednim czasie, w dobrej cenie i widząc ten trend, potrzeby klientów w tym zakresie, my taką ofertę przygotowujemy. Stajemy się już nie tylko przewoźnikiem kolejowym, lecz także operatorem logistycznym – mówi Czesław Warsewicz – Zarządzamy całym procesem przesyłki towaru, czyli przewozem, przeładunkiem, magazynowaniem i dostarczaniem. To jest potrzeba rynku. Stąd nasze inwestycje, nasz rozwój w kierunku zwiększenia udziału przewozów intermodalnych w naszej strukturze.

W Polsce segment intermodalny szybko rośnie i jest kluczowy dla rozwoju całego rynku. W 2018 roku przewieziono w ten sposób 1259 tys. jednostek ładunkowych, co oznacza ponad 16-procentowy wzrost rok do roku. Natomiast w ostatnim kwartale ubiegłego roku wzrost wyniósł 22,5 proc. w stosunku do analogicznego okresu rok wcześniej.

Liderem segmentu intermodalnego – z 54-procentowym udziałem – jest PKP Cargo. W ubiegłym roku spółka przewiozła blisko 677 tys. jednostek (w porównaniu z 564 tys. w 2017) i liczy na dalszy wzrost. Sprzyja mu cały szereg czynników, m.in.: rosnące przeładunki w portach, wzrost przewozów Nowym Jedwabnym Szlakiem, unifikacja światowej produkcji – która wymusza standaryzację produktów i opakowań, aby można je było łatwo przewieźć w kontenerach – oraz fakt, że polski rynek stopniowo upodabnia się do zachodnich, gdzie intermodal stanowi nawet 70 proc. przewozów, podczas gdy w Polsce ten odsetek nie przekracza jeszcze kilkunastu procent.

– Segment przewozów intermodalnych wykazuje bardzo dużą dynamikę wzrostu. W ostatnich latach ten wzrost był dwucyfrowy. Z kolei na przestrzeni ostatnich pięciu lat wolumen przewozów intermodalnych się podwoił. To pokazuje potencjał tkwiący w tym segmencie przewozów – mówi Czesław Warsewicz, prezes zarządu PKP Cargo – W najbliższych latach ta tendencja rozwoju przewozów intermodalnych będzie utrzymana, bo w tym kierunku zmienia się rynek, takie są oczekiwania klienta. My do tego się dostosowujemy. W strategii przyjętej w ubiegłym roku postawiliśmy na główną specjalizację w przewozach intermodalnych i dzisiaj ten rynek pozytywnie weryfikuje nasze założenia. W pierwszych miesiącach tego roku te przewozy już wykazują dużą dynamikę.

PKP Cargo jest obecnie drugim, największym przewoźnikiem w Europie. Ubiegłoroczna strategia zakłada dalszą ekspansję międzynarodową grupy. Temu celowi służy m.in. niedawna inwestycja w słoweńską spółkę Primol-Rail, która umacnia obecność PKP Cargo w regionie Trójmorza.

– Przewozy międzynarodowe to istotny element rozwoju grupy, bo jesteśmy podmiotem europejskim, globalnym. Bez rozwoju międzynarodowego trudno wyobrazić sobie rozwój PKP Cargo. W naszym przypadku ruch międzynarodowy to przede wszystkim przewozy intermodalne, kontenerowe, ponieważ wymiana handlowa między krajami generalnie jest oparta na wymianie kontenerowej. Na tym polu widzimy dla siebie miejsce, swoją rolę do odegrania – mówi Czesław Warsewicz.

Dla realizacji międzynarodowej ekspansji spółka zawarła też partnerstwa m.in. z Kolejami Litewskimi oraz włoską spółką Mercitalia Rail i ciągle inwestuje – w zeszłym roku nakłady inwestycyjne PKP Cargo sięgnęły 894 mln zł i były o prawie 60 proc. wyższe w ujęciu rocznym. Gros środków (ok. 89 proc. nakładów) został przeznaczony na rozwój taboru – spółka podpisała niedawno z Siemensem umowę na zakup 5 nowoczesnych lokomotyw wielosystemowych, 936 platform intermodalnych (umowa z Tatravagónką) i planuje dokupić jeszcze kolejnych 220 platform.

– Upatrujemy rozwoju w dwóch aspektach: we wzroście organicznym i wykorzystaniu naszego naturalnego potencjału, ale – zwłaszcza jeśli chodzi o rozwój międzynarodowy – chcemy rosnąć też poprzez akwizycje, zwieszające naszą konkurencyjność. Chcemy przejmować, tworzyć dużą i silną grupę, która będzie liderem w obszarze Trójmorza i europejskiej części Nowego Jedwabnego Szlaku – podkreśla Czesław Warsewicz.

Rozwój międzynarodowy w obszarze Trójmorza oraz w ramach Nowego Jedwabnego Szlaku jest jednym z kierunków zapisanych w strategii PKP Cargo na lata 2019–2023. Polska – ze względu na swoje strategiczne położenie – ma się w przyszłości stać regionalnym hubem na trasie NJS, co oznacza ogromną szansę dla rynku przewozów towarowych.

– Polska jest głównym krajem na Nowym Jedwabnym Szlaku. Potwierdzeniem tego jest m.in. podpisany w tym tygodniu list intencyjny z Duisburgiem, największym portem rzecznym, który jest takim hubem końcowym na trasie NJS. W tej relacji Polska i PKP Cargo, jako główny podmiot, stanowią kluczowy element – mówi Czesław Warsewicz.

PKP Cargo jest w trakcie rozbudowy Terminalu Małaszewicze, który ze względu na położenie jest strategiczny dla międzynarodowego rozwoju grupy. Szczególnie w kontekście przewozów na Nowym Jedwabnym Szlaku. Małaszewicze, położone ok. 5 km od przejścia granicznego w Terespolu na granicy z Białorusią, to najważniejszy terminal kolejowy na NJS w Europie. PKP Cargo już w tej chwili odnotowuje wzrost liczby przejeżdżających przez niego pociągów z Chin. W 2018 roku było ich 2,2 tys. – w porównaniu z 17 w 2011 roku.

– Większość ładunków, które płyną z Chin, przepływa przede wszystkim przez Polskę. Stanowimy kluczowy element Nowego Jedwabnego szlaku i chcemy tę pozycję umacniać. Chcemy, żeby uprzywilejowaną pozycję dawało nam nie tylko położenie, lecz także nasza oferta: czas dotarcia, konkurencyjny koszt – mówi Czesław Warsewicz.

Transporty do i z Chin stanowią dziś ok. 18 proc. wszystkich kolejowych przewozów intermodalnych w Polsce. Choć większość ładunków z Chin nadal trafia do Unii Europejskiej drogą morską, proporcje powoli zmieniają się na korzyść kolei. Drogą lądową trafia około 24 proc. wszystkich kontenerów przewożonych do i z Chin (dla porównania w 2016 roku odsetek ten wynosił 16 proc).

Co istotne, przewozy Nowym Jedwabnym Szlakiem ciągle rosną, władze chińskie podają, że w 2017 roku przez szlak przewieziono koleją 350 tys. TEU, a w ubiegłym roku już 450 tys. Natomiast za około 10 lat pociągi mają przewieźć 1 mln TEU. Dobrą informacją jest też ekspansja gospodarcza Chin, które według WTO umacniają się na pozycji globalnego lidera pod względem wartości eksportu.

Dla PKP Cargo drugim, ważnym kierunkiem ekspansji zagranicznej jest też transport Północ–Południe, w regionie Trójmorza. Do 2023 roku spółka chce awansować na pozycję lidera na tym rynku. Co istotne, przewozy kolejowe w regionie Trójmorza będą również wpisywały się w koncepcję NJS – większość transportu na tym szlaku wciąż będzie odbywać się drogą morską, a z portów towary będą trafiać na platformy. Stąd istotny jest również rozwój transportu intermodalnego, w który inwestuje grupa.

– Mówiąc o planach na ten rok i na najbliższy czas, zwracamy uwagę na te segmenty, które rosną najbardziej dynamicznie. Ale poza tym oczywiście skupiamy się też na naszych tradycyjnych produktach, czyli przewozy towarów masowych. W tej chwili pik przewozowy kruszyw i materiałów budowlanych jest spowodowany realizacją inwestycji drogowych i kolejowych. To stwarza ogromny potencjał, w najbliższych 3–4 latach ten boom będzie ogromny i musimy mu sprostać – mówi Czesław Warsewicz, prezes zarządu PKP Cargo.

Jak podkreśla, wzrost gospodarczy i inwestycje infrastrukturalne sprzyjają rynkowi przewozów. W 2018 roku koleją przewieziono ok. 250 mln ton towarów – w porównaniu z niecałymi 240 mln ton rok wcześniej. W ciągu kilku nadchodzących lat PKP Cargo spodziewa się wzrostu masy przewożonych towarów, zwłaszcza w segmencie kruszyw i materiałów budowlanych, ale prognozuje też nieznaczny wzrost w segmencie węgla (m.in. ze względu na inwestycje w moce wytwórcze w elektrowniach Ostrołęce i w Opolu). Na polskim rynku PKP Cargo jest niekwestionowanym liderem kolejowych przewozów towarowych, z 43,5-procentowym udziałem w rynku (dla porównania udział drugiej największej w Polsce firmy DB Cargo Polska wynosi 16,41 proc.). Strategia grupy zakłada, że do 2023 roku ten udział wzrośnie już do 65 proc.

– Jako grupa chcemy się stać operatorem logistycznym. Odchodzimy od tradycyjnego modelu przewoźnika kolejowego. Ten rozwój segmentu intermodalnego, akwizycje, rozwój organiczny są podyktowane potrzebami rynku i oczekiwaniami klientów i my się do tych trendów dostosowujemy – podsumowuje Czesław Warsewicz, prezes zarządu PKP Cargo.

Zgubny wpływ małej wódki. Połowa pijących sięga po „małpkę” przed południem

„Małpki”, czyli wódki w butelkach o małych pojemnościach – 100 i 200 ml – są na rynku alkoholi oddzielną kategorią, mającą własne miejsce na półce, odrębną estetykę oraz ofertę smaków. Jak wynika z raportu pracowni badawczej Synergion, mała wódka to produkt bardzo atrakcyjny dla pijących – umożliwia picie w poczuciu bezpieczeństwa, w sytuacjach, w których wcześniej było to niemożliwe lub zbyt krepujące.

Dla konsumentów mogą się wydawać pozornie nieatrakcyjną propozycją: są droższe w przeliczeniu na litr, zazwyczaj zawierają mniej alkoholu i starczają na 2–3 łyki. Mimo to ich sprzedaż szybko rośnie, a „małpki” tworzą osobny, silny segment alkoholowego rynku. W 65 proc. małych sklepów zajmują więcej niż jedną półkę, a często trafiają nawet do specjalnych lodówek czy na dodatkowe stojaczki – wynika z najnowszego raportu pracowni badawczej Synergion, „Dokąd płynie mała wódka?”.

– „Małpki” bardzo dobrze pasują do tego, w jaki sposób Polacy chcą pić alkohol: bezpiecznie dla siebie, nie za dużo na raz, w chwilach krótkiego relaksu. Sytuacje takie często nadarzają się poza domem, w drodze do lub z pracy, w trakcie przerwy, na spacerze z psem. Dodatkowo to alkohol smaczny, w niewielkiej porcji, przez co wypicie jednej czy dwóch butelek nie powoduje upojenia, nie zakłóca funkcjonowania, może być wplecione pomiędzy różne zajęcia i zadania – mówi Michał Kociankowski, dyrektor generalny Synergion, autor raportu.

– „Małpki” pojawiły się jako coś nowego, kolorowego, wygodnego i taniego. Małe opakowania stwarzają złudzenie, że po ich spożyciu nic złego się nie stanie – nikt nie zauważy, nikt nie poczuje zapachu wódki. To jest pokusa dla osób, które w małej porcji alkoholu znajdują coś wartościowego dla siebie. Po wypiciu czują się spokojniej i pewniej. To jest chyba główny motyw sięgania po „małpki” – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Adam Kłodecki, psycholog kliniczny i psychoterapeuta uzależnień, superwizor psychoterapii.

Ponad 90 proc. sprzedawców zauważa, że klienci, którzy kupują „małpki”, w większości dobrze wiedzą, po jaki produkt przyszli. W 3/4 przypadków odbywa się to na zasadzie: „Poproszę to, co zwykle”. W większości przypadków zakupom małej wódki nie towarzyszą inne zakupy, a zatem jest ona jedynym powodem odwiedzenia sklepu.

– Wśród kupujących jest więcej mężczyzn, choć coraz częściej to produkt nabywany przez kobiety w różnym wieku. Po „małpki” sięgają zarówno ludzie młodzi, jak i emeryci. To świadczy o sukcesie tego produktu i o tym, że jest on dobrze dopasowany do potrzeb konsumentów. Można powiedzieć, że dokładnie trafił w potrzeby różnych grup – mówi Michał Kociankowski.

Wypicie małej ilości alkoholu, z dyskretnej butelki, niemal wszędzie pozostaje niezauważone. Dlatego dla wielu konsumentów małych wódek sama już możliwość używania ich w nowych sytuacjach jest atrakcyjna. Łatwo wnoszą małe butelki do kina, na stadiony, niektórzy nawet do teatru, a wielu również do pracy.

– Głównym motywem sięgania po „małpki” jest możliwość konsumowania alkoholu w wielu sytuacjach, gdzie jest to zabronione i możliwość ukrycia tej konsumpcji. Można je wnieść do klubu, do kina, na stadion, na koncert. Taka możliwość działania wbrew zasadom, bez konsekwencji, to jest coś, co przyciąga konsumentów do tego produktu – mówi, szef pracowni badawczej Synergion.

Jak podkreśla dr Adam Kłodecki, alkohol w małych butelkach jest złudnie postrzegany jako bezpieczny ze względu na jego niewielką ilość.

– Tymczasem wypijanie łatwo dostępnych, tanich „małpek” może prowadzić do trwałego uzależnienia. Niektórzy moi pacjenci sięgali po „małpki” jako wygodne lekarstwo na kaca i przez to utrwalali w sobie mechanizm uzależnienia. „Małpki” ze względu na niewielką porcję alkoholu stwarzały iluzję bezpieczeństwa i kontroli nad piciem – mówi dr Adam Kłodecki.

Volvo stawia na hybrydy i najwyższe technologie. Nowy model S60 wyposażono w system umożliwiający komunikację między samochodami

Volvo stawia na hybrydy i najwyższe technologie. Nowy model S60 wyposażono w system umożliwiający komunikację między samochodami 3

Na polski rynek wchodzi właśnie nowe Volvo S60 – średniej wielkości sedan i najbardziej sportowy model w ofercie tej marki. To pierwszy samochód produkowany w nowej fabryce Volvo w Południowej Karolinie – i jednocześnie pierwszy, który będzie oferowany bez wersji z dieslem. Tym samym marka potwierdza swoją wcześniejszą strategię przechodzenia na napędy hybrydowe, a w dalszej perspektywie – na samochody elektryczne. Nowe Volvo jest też naszpikowane nowymi technologiami – nowością jest system Car2Car Communication, który umożliwia komunikację pomiędzy samochodami i w przyszłym roku zostanie rozszerzony na wszystkie pozostałe modele Volvo.

– Volvo S60 to najbardziej sportowy model w ofercie marki i jednocześnie ostatni, który całkowicie odświeża gamę modelową, która od 2015 roku została całkowicie wymieniona. To także pierwsze Volvo, które będzie miało naklejkę „made in USA” i pochodzi z nowej fabryki zlokalizowanej w Karolinie Południowej. Jednocześnie jest to pierwszy model od kilkudziesięciu lat, który absolutnie celowo nie będzie miał silnika diesla. Będzie za to wyposażony w mocne silniki czterocylindrowe, silniki benzynowe, które będą także wspomagane silnikiem elektrycznym w topowej wersji hybrydowej – wylicza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Stanisław Dojs, PR manager Volvo Car Poland.

Nowe Volvo S60 to sportowy sedan, którego premiera miała miejsce równolegle z otwarciem nowej fabryki koncernu w Ridgeville w Południowej Karolinie. Jest pierwszym samochodem produkowanym w USA, który ma też umocnić pozycję marki na rynku chińskim i amerykańskim. Na tym ostatnim Volvo S60 pojawiło się już w ubiegłym roku. Natomiast w marcu br. marka rozpoczęła eksport nowego modelu na rynki Europy.

– Volvo S60 jest naszym najmniejszym sedanem o najbardziej sportowym charakterze. Jest to ważny dla nas segment w Ameryce Północnej, w Azji, ale także w Europie i w Polsce, szczególnie wśród klientów biznesowych, dużych flot, więc tutaj liczymy na pokaźną sprzedaż. Zresztą historycznie pierwsza i druga edycja tego samochodu sprzedawała się bardzo dobrze. Konkurujemy z takimi samochodami niemieckich marek jak Audi A4, BMW serii 3, czy Mercedes C klasy – mówi Mariusz Nycz, dyrektor ds. marketingu Volvo Car Poland.

– Pierwsze egzemplarze S60 docierają właśnie do salonów w Polsce, zaczynamy realną sprzedaż tego samochodu. On trafia do bardzo wymagającego segmentu, jakim jest segment sedanów premium. Dlatego przygotowaliśmy ofertę, dzięki której ten samochód ma wejść na rynek z przytupem. W ramach początkowej serii, tzw. First Edition – której sprzedaż jest ograniczona tylko do tego roku – nowe Volvo S60 dostanie bardzo bogate wyposażenie dodatkowe, warte około 40–50 tys. zł. W cenie bazowej 165 tys. oferujemy silnik 190-konny, a także całą serię dodatków, jak skórzana tapicerka, automatyczna skrzynia biegów, czujniki cofania, nawigacja, elektryka lusterek i siedzeń i jeszcze mnóstwo, mnóstwo innych systemów – mówi Stanisław Dojs.

Pod koniec marca, podczas salonu samochodowego Geneva International Motor Show, model Volvo S60 został już zakwalifikowany do nagrody głównej World Car of the Year 2019. Poprzednio Samochodem Roku 2018 został luksusowy SUV XC60.

Volvo S60 został zaprojektowany tak, aby zapewnić kierowcy maksymalną wygodę, komfort jazdy i intuicyjne prowadzenie. Wygodnie pomieści pięciu pasażerów, oferuje też bagażnik o objętości 442 litrów, wygodne i luksusowe wnętrze oraz zaawansowane opcje connectivity i systemy zapewniające wsparcie i ochronę kierowcy.

– Pierwszą, która trafi na polski rynek, będzie seria R Design, która ma większe koła i mnóstwo stylistycznych smaczków, które wyraźnie pokazują, że jest to samochód usportowiony. W środku wszystkie przyciski zostały zastąpione centralnym ekranem dotykowym. Dostęp do setek funkcji zapewnia więc czytelny i estetyczny ekran, a nowe Volvo S60 to taka skandynawska wersja luksusu – „ładnie, ale nie za dużo” – mówi Stanisław Dojs, PR manager Volvo Car Poland.

Jak podkreśla, nowe Volvo jest naszpikowane najnowszymi technologiami. Sterowanie funkcjami pojazdu odbywa się za pomocą ekranu dotykowego i systemu Sensus, który jest kompatybilny z Apple CarPlay, Android Auto i 4G. Aplikacje można wgrywać bezpośrednio do pokładowego systemu pojazdu. Do modelu S60 zostały też przeniesione zaawansowane rozwiązania technologiczne z większego modelu S90.

– Volvo S60 odziedziczy wraz z platformą podłogową SPA wszystkie najnowocześniejsze technologie bezpieczeństwa, które znamy z większych i droższych modeli. Będzie to m.in. system City Safety, który reaguje na rozmaite scenariusze drogowe i wykrywa inne pojazdy, rowerzystów, pieszych, nawet duże zwierzęta. Dołączamy też system zapobiegający temu, żeby samochód zjechał na przeciwny pas i minimalizujący do zera zderzenia czołowe. Dodatkowo w Volvo S60 pojawi się Car2Car Communication, czyli system umożliwiający komunikację pomiędzy samochodami. On zostanie rozszerzony również na pozostałe modele tak, żeby samochody bez naszej ingerencji ostrzegały się np. o śliskiej nawierzchni – mówi Stanisław Dojs.

– Car2Car Communication w przyszłym roku wdrożymy w standardzie zarówno w tym samochodzie, jak i we wszystkich nowych samochodach Volvo – dodaje Mariusz Nycz, dyrektor ds. marketingu Volvo Car Poland.

Nowe S60 będzie pierwszym modelem Volvo, które od samego początku będzie oferowane bez wersji z dieslem. Tym samym marka potwierdza swoją wcześniejszą strategię przechodzenia na napędy hybrydowe, a w dalszej przyszłości – na pojazdy elektryczne. Od przyszłego roku wszystkie modele Volvo będą wyposażone jakiś element napędu hybrydowego.

– Volvo kilka lat temu ogłosiło światu, że rezygnuje z silników 6- i 8-cylindrowych. To było szokujące, bo w segmencie premium takie silniki mają bardzo mocną pozycję. Wtedy uważano, że jest to szaleństwo i Volvo może na tym stracić. Teraz, kiedy okazuje się, że w 2021 roku będziemy mieli ostre normy dotyczące emisji dwutlenku węgla, nasi konkurenci nerwowo starają się zmodyfikować całą swoją gamę modelową w taki sposób, jak Volvo zrobiło to już kilka lat temu. Zatem czekają nas na pewno trochę mniejsze silniki, 1,5 czy 2-litrowe czy 1,5-litrowe. Volvo konsekwentnie uzupełnia też swoją gamę modelami hybrydowymi. Mamy hybrydy typu plug-in, ładowane z gniazdka, ale od tego roku mamy również delikatne hybrydy z silnikiem elektrycznym, delikatnie wspomaganym przez silnik spalinowy – mówi Stanisław Dojs.

Jak podkreśla, kierunek zmian w motoryzacji wyznaczają oczekiwania klientów, a na rynku wyraźnie widać spadek zainteresowania silnikami diesla.

– One nadal trzymają się mocno, nadal są ważną częścią naszej oferty, ale klienci coraz chętniej wybierają silniki benzynowe. To jest trend numer jeden. Drugim trendem jest to, że klienci oczekują, aby w samochodzie było coraz więcej elektroniki, np. takiej, która pozwala bezproblemowo zintegrować system pokładowy z systemem operacyjnym naszego smartfona. Zatem zarówno systemy apple’owskie czy androidowe są tym, na co samochody muszą być przygotowane – mówi Stanisław Dojs.

Z bankowych korytarzy do muzealnych sal. Kolekcja sztuki współczesnej PKO Banku Polskiego trafiła na wystawę w Muzeum Narodowym

Z bankowych korytarzy do muzealnych sal. Kolekcja sztuki współczesnej PKO Banku Polskiego trafiła na wystawę w Muzeum Narodowym 4

Ponad 30 prac ze zbioru dzieł polskiej sztuki współczesnej zgromadzonych przez PKO Bank Polski trafiło na wystawę w Muzeum Narodowym w Warszawie. Wśród nich znajdują się obrazy i rzeźby artystów takich jak Stefan Gierowski, Krzysztof Bednarski, Tomasz Ciecierski, Edward Dwurnik, Marek Chlanda, Zofia Kulik czy Zbigniew Makowski. Wystawa jest elementem wieloletniej współpracy Muzeum Narodowego z PKO Bankiem Polskim, który jest jednym z największych w Polsce mecenasów kultury i sztuki.

PKO Bank Polski kojarzony jest głównie z nowoczesną instytucją finansową i największym bankiem w kraju. Słusznie, ale jesteśmy również zaangażowanym mecenasem sztuki. Wspieramy młodych artystów oraz wiele instytucji i wydarzeń kulturalnych w całej Polsce. W tym roku, z okazji obchodów 100-lecia PKO Banku Polskiego, postanowiliśmy – po raz pierwszy – zaprezentować szerokiej publiczności naszą kolekcję sztuki – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Rafał Antczak, wiceprezes zarządu PKO Banku Polskiego. – Wystawa odbywa się w Muzeum Narodowym, z którym od lat współpracujemy, m.in. uczestniczyliśmy w rekonstrukcji obrazu „Bitwa pod Grunwaldem” Jana Matejki, jesteśmy mecenasem Galerii Sztuki Średniowiecznej i wspieramy wiele odbywających się tu wystaw.

Kolekcja sztuki PKO Banku Polskiego powstała w 1998 roku. Jej tworzeniem zajęła się Anda Rottenberg. Zbiór tworzą obrazy, fotografie, rysunki, grafiki i rzeźby ponad 30 polskich twórców.

Bankowa kolekcja liczy ponad 70 prac autorstwa ponad 30 artystów, którzy reprezentują trzy pokolenia polskiej sztuki powojennej. Począwszy od nestorów, takich jak Jan Tarasin i Jacek Sempoliński, poprzez Tomasza Ciecierskiego, Tomka Tatarczyka, aż po artystów tzw. Gruppy i skończywszy na Robercie Maciejuku, przedstawicielu najmłodszego pokolenia. Mamy rysunki, obrazy i rzeźby. Wśród nich jest „Drzewo wiadomości dobrego i złego” Magdaleny Abakanowicz wykonane na specjalne zamówienie – mówi Lidia Stefanowska, dyrektor zbiorów PKO Banku Polskiego.

Wystawa „Sztuka to wartość. Z kolekcji PKO Banku Polskiego” w warszawskim Muzeum Narodowym została zorganizowana z okazji 100-lecia powstania PKO Banku Polskiego. To idealna okazja, by pokazać i opowiedzieć o powstaniu jednej z pierwszych w Polsce komercyjnych kolekcji sztuki. Opracowanie jej koncepcji powierzono Andzie Rottenberg, krytykowi i historykowi sztuki.

– Kiedy dostałam tę propozycję, byłam zbudowana inicjatywą. Komercyjne kolekcje powstawały za granicą, ale w Polsce takich nie było. Uznałam więc, że powinna podkreślać polską tradycję malarstwa powojennego, która będzie widoczna w pracach artystów kolejnych pokoleń – opowiadała Anda Rottenberg.

Anda Rottenberg zwróciła się do przedstawicieli trzech pokoleń polskich artystów, najpierw do nestorów – Jana Tarasina, Stefana Gierowskiego i Zbigniewa Makowskiego, a także rzeźbiarki Magdaleny Abakanowicz. Kolejne pokolenie reprezentowali m.in. Tomasz Ciecierski i Łukasz Korolkiewicz. Wśród przedstawicieli wówczas młodego pokolenia byli Ryszard Grzyb i Jarosław Modzelewski. W efekcie udało się uchwycić osiągnięcia polskiej sztuki z końca XX wieku i pokazać je przekrojowo. W zbiorach znajdują się nie tylko obrazy, lecz także rysunki czy rzeźby.

Stałą kolekcję banku sztuki współczesnej wzbogacają także prace młodych twórców. Bank współpracuje z uczelniami artystycznymi w kraju i organizuje dla nich plenery oraz wystawy prac studentów.

Wystawę w Muzeum Narodowym w Warszawie można będzie oglądać do 30 czerwca br. Pierwszy raz można zobaczyć ten ciekawy zbiór prac wybitnych polskich artystów współczesnych. Na co dzień dzieła znajdują się w banku. Jest to więc jedyna taka okazja – mówi kurator wystawy Katarzyna Szydłowska-Schiller.

Wystawa „Sztuka to wartość” została podzielona na trzy odrębne części, według chronologii wyznaczanej przez daty uzyskania dyplomów przez prezentowanych na niej artystów. Ekspozycji będą towarzyszyć oprowadzania kuratorskie, warsztaty, pokazy filmowe. Muzeum zaplanowało również spotkania z artystami, których prace można oglądać na wystawie.

Pierwszy komercyjny lot rakiety SpaceX z sukcesem. Polacy także pracują nad rakietami kosmicznymi wielokrotnego użytku

Pierwszy komercyjny lot rakiety SpaceX z sukcesem. Polacy także pracują nad rakietami kosmicznymi wielokrotnego użytku 5

Rakieta Falcon Heavy firmy SpaceX Elona Muska wyniosła na orbitę satelitę Arabsat-6A, a następnie wszystkie trzy jej główne moduły po raz pierwszy w historii bezpiecznie wróciły na Ziemię. Tym samym rakieta, przy stosunkowo niewielkim koszcie renowacji, będzie mogła przetransportować na orbitę kolejny ładunek. Nad rakietami wielokrotnego użytku pracują także Polacy.

SpaceX wystrzelił 12 kwietnia swoją największą rakietę Falcon Heavy w celu wyniesienia na orbitę arabskiego satelity Arabsat-6A. Pierwsze wystrzelenie tej rakiety odbyło się w lutym 2018 roku i służyło wyniesieniu w kosmos samochodu Tesla Roadster. Kwietniowa misja to pierwsze komercyjne użycie tej rakiety, a zarazem pierwsza udana próba potrójnego lądowania, dzięki któremu na Ziemię bezpiecznie wróciły wszystkie trzy moduły maszyny. W zeszłorocznym starcie udało się sprowadzić tylko dwa elementy.

Choć w opracowywaniu technologii kosmicznej przodują zagraniczne przedsiębiorstwa z dużym kapitałem, to ambicje naszych naukowców również wiążą się z rozwijaniem rakiet wielokrotnego użytku.

– Projekt „Turbulencja” jest projektem pierwszej w Polsce rakiety zasilanej paliwem ciekłym. Aktualnie jesteśmy na etapie wytwarzania komponentów gotowej rakiety oraz przeprowadzania testów statycznych naszego silnika, które polegają na przeprowadzaniu próbnych odpaleń naszego silnika w symulowanych warunkach – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Przemysław Drożdż z AGH Space Systems.

Dotychczas wyniesienie jakiegoś ładunku na orbitę, takiego jak satelita, wiązało się ze zbudowaniem rakiety wartej kilkadziesiąt milionów dolarów, która po wykonaniu zadania ulegała destrukcji w atmosferze. Takie organizowanie transportu orbitalnego Jeff Bezos porównał do niszczenia samolotu klasy Boeinga 747 po zaledwie jednym locie.

– Nasza rakieta pracuje na takiej samej zasadzie, jak te większe rakiety. Jest wyrzutnia, jest launchpad i nasza rakieta startuje na odpowiedni, zadany przez nas pułap, następnie spada na spadochronie, dzięki czemu jest wielokrotnego użytku – tłumaczy Przemysław Drożdż.

Obecnie najbardziej zaawansowane rakiety wielokrotnego użytku posiadają Elon Musk i Jeff Bezos. Zarówno SpaceX Elona Muska, jak i Blue Origin Bezosa pracują więc nad rakietami, które po wyniesieniu ładunku na orbitę wracałyby na Ziemię w stanie pozwalającym na remont i ponowne użycie. Ograniczyłoby to koszty kolejnego transportu do zaledwie kilkuset tysięcy dolarów, z czego najwięcej kosztowałoby paliwo.

Tymczasem polscy naukowcy z AGH szykują się do testów swojej rakiety.

– Rakieta „Turbulencja” jest swoistego rodzaju demonstratorem technologii rakiet zasilanych na paliwo ciekłe. Wpisuje się bardzo dobrze w trend New Space, czyli sposób na wynoszenie niedużych ładunków tanim kosztem. Przyszłość zapowiada się ciekawie, w maju tego roku planujemy przeprowadzić testy lotne naszej rakiety – zapowiada Przemysław Drożdż.

Opracowywany przez polskich naukowców algorytm pozwoli przewidzieć wstrząsy sejsmiczne w kopalniach. Na podstawie zachowania skał oceni ryzyko i zagrożenia

Opracowywany przez polskich naukowców algorytm pozwoli przewidzieć wstrząsy sejsmiczne w kopalniach. Na podstawie zachowania skał oceni ryzyko i zagrożenia 6

Roboty wodne, ultraprecyzyjne sygnały sonarowe i systemy GPS pozwalają naukowcom lepiej przewidywać wstrząsy sejsmiczne. Znacznie trudniej jednak przewidzieć wstrząsy w kopalniach. Te zaś mogą prowadzić do poważnych uszkodzeń podziemnych instalacji oraz stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa i życia ludzi. Tylko w 2018 roku w kopalniach w Polsce zginęło ponad 20 górników. Dzięki algorytmowi, który opracowują polscy naukowcy, będzie można prognozować wystąpienia zjawisk sejsmicznych o określonej energii i kontrolować czas trzęsień ziemi, których uniknąć się nie da.

– Wstrząsy się zdarzają, nie zawsze daje się im zapobiec, pytanie, czy można je przewidzieć. Bo gdyby je można było przewidzieć, to z zagrożonego obszaru można by było usunąć ludzi, sprzęt i co najmniej istotnie ograniczyć straty. Jesteśmy w stanie mierzyć wstrząsy poprzedzające i to, co się próbuje robić, to szukać wzorców – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr Kamil Kulesza z Instytutu Matematycznego Polskiej Akademii Nauk.

W marcu w Warszawie wystartował hackathon ESGI144, którego celem jest rozwiązanie problemów przedsiębiorstw. Jednym z nich jest ten zgłoszony przez KGHM, czyli możliwość prognozowania wstrząsów sejsmicznych w oparciu o dane na temat zachowania mas skalnych.

Zagrożenie tąpnięciami w kopalniach rud miedzi systematycznie rośnie. Coraz większa eksploatacja, głębsze wybieranie złoża czy powiększanie się powierzchni zrobów powodują, że wstrząsów jest coraz więcej. Aktywność sejsmiczna i tąpnięcia są powszechne wszędzie tam, gdzie wysokie naprężenia w skorupie ziemskiej i znaczna wytrzymałość skał prowadzą do ich dynamicznego niszczenia. Niesie to ze sobą katastrofalne skutki, może prowadzić do zniszczeń otoczenia, wpływa na bezpieczeństwo i życie ludzi.

– Sprawa jest dość ważna, bo ma znaczenie ekonomiczne, w sensie zniszczenie w kopalni, zniszczenie sprzętu. Chodzi o ludzkie życie, bo jesteśmy w stanie usunąć ludzi z zagrożonego obszaru, natomiast mimo kilkudziesięciu lat prac nikt tego problemu nie rozwiązał, i to nie jest kwestia nieudolności tych, którzy się tymi problemami zajmowali, ale dlatego, że to jest bardzo trudne. Tak więc to, co się może wydarzyć, to może powstanie lepszy model, który pozwoli lepiej prognozować wystąpienie tych wstrząsów – ocenia dr Kamil Kulesza.

Ludzie próbowali od wieków przewidywać trzęsienia ziemi. Starożytni Grecy sądzili, że węże i szczury uciekały ze swoich nor, gdy zbliżał się kataklizm. Inni szukali niezwykłych formacji chmur lub próbowali obliczyć, kiedy inne planety mogą się zrównać z ziemskimi płytami tektonicznymi. Obecnie metody są znacznie dokładniejsze.

Grupa badawcza ds. geofizyki stosowanej i środowiskowej na Uniwersytecie Keele zastosowała np. monitorowanie mikrosejsmiczne do prognoz wybuchów w kopalniach węgla w Wielkiej Brytanii i Australii. Dzięki temu można rejestrować, analizować i interpretować mniejsze wstrząsy w przypadku pękania i awarii materiałów geologicznych. Może to mieć miejsce w podziemnych wyrobiskach, np. kopalniach węgla kamiennego. Analiza trzech składowych danych mikrosejsmicznych może zapewnić lokalizację awarii.

Przydatna jest też sztuczna inteligencja – w Indiach naukowcy z Instytutu Technologii i Nauki Sinhgad w Pune badają, w jaki sposób uczenie maszynowe może pomóc pracownikom przewidzieć i przygotować się na trzęsienia ziemi w otoczeniu kopalni węgla.

– Matematycy czasami patrząc z zewnątrz, nie będąc specjalistami w dziedzinie, to znaczy nie badając np. przez 30 lat tego, jak zachowuje się górotwór i skąd wstrząsy się biorą, są w stanie spojrzeć na sprawy bardziej oryginalnie w stosunku do tego, co wiemy dzisiaj i znaleźć rozwiązania, o których inni wcześniej nie pomyśleli – ocenia ekspert Instytutu Matematycznego PAN.

Polscy naukowcy pracują nad algorytmem, który pozwoli prognozować dokładny czas wystąpienia wstrząsów, a także sprowokować w określonym czasie nieuniknione zjawiska sejsmiczne. Może to pozwolić uniknąć ogromnych kosztów, jakie niosą ze sobą wysokoenergetyczne wstrząsy sejsmiczne. Tylko w 2017 roku do kopalń Polskiej Grupy Górniczej wpłynęło prawie 5 tys. wniosków o naprawę szkód. W 2019 roku na naprawianie szkód firma przeznaczyła blisko 155 mln zł.

Wstrząsy stanowią też zagrożenia dla bezpieczeństwa i życia ludzi, także dla obiektów znajdujących się na powierzchni ziemi. Łącznie w ciągu 45 lat w polskim górnictwie węgla kamiennego doszło do ponad 20 poważnych katastrof i wypadków, w każdym z nich zginęło od kilku do ok. 30 osób, a w sumie życie straciło ponad 200 górników. Do największej katastrofy doszło w 1954 roku w kopalni Barbara-Wyzwolenie w Chorzowie, kiedy zginęło ponad 100 osób. Części ofiar można byłoby uniknąć, gdyby wcześniej udałoby się przewidzieć wstrząsy i przeprowadzić je w kontrolowany sposób.

– Świat coraz bardziej polega na matematyce. Można zaryzykować twierdzenie, że tak jak ostatnie 30 lat świat zmieniała rewolucja informatyczna, to powoli informatyka staje się standardem. Zaczynamy te wszystkie techniki cyfrowe i urządzenia traktować tak jak prąd elektryczny, który 100 lat temu też był przełomem. I coraz częściej trzeba zacząć myśleć nie tylko o tym, jakie urządzenia to zmierzą, jakie to policzą, lecz także o tym, w jaki sposób to policzymy, za pomocą jakiego modelu – przekonuje dr Kamil Kulesza.

30% transakcji na rynku nieruchomości odbywa przez agencje

Co roku w Polsce sprzedaje się i kupuje kilkaset tysięcy nieruchomości. Blisko jedna trzecia transakcji kupna-sprzedaży odbywa się za pośrednictwem agentów nieruchomości. Liczba aktywnych pośredników w Polsce wynosi blisko 10 tysięcy. Jak wybrać tego właściwego i na co zwrócić uwagę przy wyborze?

W Polsce jest ponad 14,5 miliona mieszkań o łącznej powierzchni przekraczającej 1,1 miliona m2, których szacowana wartość przekracza 3,2 biliona złotych, wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego. Popyt na zakup mieszkań stanowi blisko 4/5 całego popytu na rynku nieruchomości i rozkłada się on na mieszkania: 2-pokojowe 42,44%,  3-pokojowe 33,59%,  1-pokojowe 16,15%,  4-pokojowe 7,61%,  5-pokojowe 0,2%, według Morizon. Na rynku nieruchomości mieszkaniowych, odsetek transakcji gotówkowych wynosi ponad 60%, a kredytów poniżej 40% – wynika z danych przedstawionych przez Emmerson Evaluation.

30% transakcji na rynku nieruchomości odbywa się przy pomocy pośredników – wynika z badań Polskiej Federacji Rynku Nieruchomości (PFRN). Aktualnie ich liczba w Polsce, zarejestrowanych w PFRN, wynosi 4879. Jednak z analiz platformy Rentier.io wynika, że aktywnych agentów nieruchomości jest dwa razy więcej, tzn. około 10 000. Jak zatem, z tak dużej grupy, wybrać tego właściwego i na co zwrócić uwagę przy wyborze? Eksperci Rentier.io podpowiadają.

Dlaczego warto?

Dobry pośrednik to taki, który swojego klienta obsłuży nie tylko skutecznie, ale też sprawnie, tzn. szybko. Na pytanie „Dlaczego korzystał(a) Pan(i) z usług pośrednika” respondenci w najnowszych badaniach PFRN odpowiadali: oszczędność czasu, szybkość (35%), wygoda (20%), bezpieczeństwo i pewność (19%), trudność w znalezieniu odpowiedniej oferty (11%), szeroka oferta (10%), kompetentna i fachowa pomoc ze strony pośrednika (9%).

Kompleksowa obsługa, wielozadaniowość, praca pod presją zarówno czasu, jak i rosnących wymagań klientów czy konieczność permanentnego rozwoju – to charakterystyka pracy pośredników. Nie jest łatwo być agentem nieruchomości i ci najlepsi doskonale zdają sobie z tego sprawę. Korzystanie z aplikacji pomagających w organizacji czasu czy agregujących wszystkie nieruchomości, za które odpowiadają, to chleb powszedni dla profesjonalistów. Jeśli zatem pośrednik chce sprawnie i skutecznie działać , musi być dobrze zorganizowany i mieć kompleksową wiedzę na temat rynku, jak i poszczególnych nieruchomości.

Nowy typ klienta wspierany danymi rynkowymi

Coraz popularniejsze staje się inwestowanie w nieruchomości wśród Polaków. I mimo potrzeby większego nakładu czasowego oraz finansowego, w porównaniu do tradycyjnych narzędzi inwestycyjnych, np. lokaty bankowej czy bonów skarbowych, wiele osób decyduje się na zakup nieruchomości z przeznaczeniem na wynajem. Co więcej, taki sposób inwestowania swojego kapitału wybierają coraz częściej osoby nie związane wcześniej z rynkiem nieruchomości. Mimo, że wiele z nich próbuje swoich sił w samodzielnym działaniu, znacząca część osób zwraca się o pomoc do profesjonalistów, w tym do pośredników nieruchomości.

Co więcej, także dane rynkowe zachęcają w dalszym ciągu do zainteresowania się tym rodzajem inwestycji. Analitycy rynku mieszkaniowego spodziewający się końca boomu na rynku nieruchomości wraz z przełomem roku zostali zaskoczeni dobrymi wynikami pierwszego kwartału 2019 r. Pod koniec ubiegłego roku dane wskazywały, że mamy do czynienia z ochłodzeniem koniunktury. Biuro Informacji Kredytowej (BIK) opublikowało informacje, że kredytodawcy przesłali zapytania opiewające na kwotę o niemal jedną czwartą niższą w ostatnim miesiącu 2018 r., w porównaniu z analogicznym okresem 2017 r.

Dane napływające z rynku w pierwszym kwartale obecnego roku, okazały się  bardzo dobre. W marcu 2019 roku o kredyt hipoteczny aplikowało aż 45 tys. osób, wynika z najnowszych danych opublikowanych przez BIK. To o blisko 9,0 proc. więcej niż 12 miesięcy wcześniej. Średnia kwota wnioskowanego kredytu wzrosła o 11,1 proc., w stosunku do marca 2018 r., do poziomu 271 tys. zł. – mówi Anton Bubiel, prezes zarządu Rentier.io. – Indykatorem utrzymującej się dobrej koniunktury na rynku mieszkaniowym jest też wynik BIK Indeks – Popytu na Kredyty Mieszkaniowe. W ostatnim miesiącu pierwszego kwartału 2019 r. banki i SKOK-i, w przeliczeniu na dzień roboczy, przesłały do BIK-u zapytania o kredyty hipoteczne na kwotę wyższą o 26,7 proc., niż rok wcześniej. Zatem, nie tylko nie mamy do czynienia z początkiem bessy mieszkaniowej, ale możemy uznać, że hossa na rynku nieruchomości trwa  – podsumowuje Bubiel z Rentier.io.

Oczywiście, inwestor jest zdecydowanie innym rodzajem klienta niż osoba szukająca wymarzonych czterech kątów dla siebie. Kieruje się innymi kryteriami wyboru nieruchomości. Nie przekona go wizualizacja mieszkania jako idealnego ogniska domowego czy dobra lokalizacja skomunikowana ze szkołą czy przedszkolem. W jego wypadku zdecydowanie chodzi o liczby i wskaźniki. Czy nieruchomość będzie rentowna? Jaki będzie zwrot z inwestycji? Na te pytania pośrednik musi być w stanie odpowiedzieć i to szczegółowo, ponieważ co najważniejsze w tym przypadku – klient inwestycyjny to klient powracający. Warto zatem zadbać o niego jak najlepiej.

Więcej, szybciej, skuteczniej

Jeżeli przy sprawach tak prostych jak organizacja dnia korzystamy z dodatkowych narzędzi, dlaczego pośrednik nie powinien zrobić tego samego przy procesach o wiele bardziej skomplikowanych? Z pewnością, każdy doświadczony agent nieruchomości jest w stanie ocenić swoim fachowym okiem czy dana nieruchomość jest atrakcyjna czy też nie. Jednak co w przypadku, gdy klient zada bardziej szczegółowe pytania? Porównanie stopy zwrotu z wynajmu nieruchomości z lokatą w określonym czasie? Jaki będzie miesięczny przychód, po uwzględnianiu podatków i opłat oraz okresu pustostanów? Ciężko będzie odpowiedzieć pośrednikowi na takie pytania nie będąc przygotowanym. Dzięki zautomatyzowanym, internetowym narzędziom jest to jednak możliwe. Wyszukują one najciekawsze oferty mieszkaniowe, a jednocześnie obliczają ponad 40 wskaźników dla nieruchomości i porównują je dla kilku mieszkań. Wspomagają pośredników przy tak ważnych klientach jak inwestorzy, oszczędzając czas, czyniąc pośrednika efektywniejszym, a tym samym pozwalają na budowanie dobrej, długofalowej relacji z klientem.

Takie aplikacje internetowe współdziałają z większością popularnych portali ogłoszeniowych oraz sprawnie generują raporty na temat wybranego mieszkania, który w sposób wygodny i przejrzysty pośrednik może zaprezentować klientowi. Od informacji o przychodach, po obliczenie ROI – wszystkie te dane i wskaźniki zostaną zaprezentowane w zgrabnej formie opatrzonej logo biura nieruchomości oraz danymi kontaktowymi pośrednika. W takiej postaci będą gotowe do zaprezentowania nawet najbardziej wymagającemu inwestorowi.

Coś, co agentom nieruchomości mogłoby niepotrzebnie zająć dużo czasu, przy pomocy narzędzia zajmuje chwilę, a równocześnie robi to precyzyjniej i automatycznie. Funkcjonalność aplikacji to nie tylko analiza inwestycyjna. Pozwala ona pośrednikom także na orientacyjną wycenę nieruchomości na podstawie obszernych baz danych podobnych ofert w okolicy. Oczywiście, każdy pośrednik mógłby starać się pozyskać dane we własnym zakresie, sprawdzać oferty konkurencji na portalach lub nawet zakupić całe bazy. Jednak jak wiadomo czas to pieniądz. Po co więc przedzierać się przez gąszcze rekordów, kiedy aplikacja może to zrobić za pośrednika?

Warto także podkreślić, że klient indywidualny na potrzeby jednej transakcji raczej nie będzie kupował dostępu do zaawansowanych narzędzi, a dobry pośrednik je ma i będzie korzystał z nich dla dobra klienta. To w połączeniu z wiedzą ekspercką agenta, uzasadnia płacenie pośrednikowi prowizji – podsumowuje Anton Bubiel z Rentier.io.

Oczywistym jest jednak, że praca agenta nieruchomości to coś więcej niż wyszukiwanie ofert i przenoszenie własności od jednej osoby do drugiej. Osoby, które zwracają się o pomoc do pośredników, oczekują kompleksowej, sprawnej obsługi, ale także pomocy i profesjonalnej porady od osoby, której będą w stanie zaufać. Zakup nieruchomości to nie decyzja, którą podejmuje się pochopnie, a znalezienie odpowiedniego mieszkania to nie lada wyzwanie. Poświęcenie i obowiązkowość to bardzo ważne cechy pośrednika. Automatyzacja procesów ma na celu wspomóc pośrednika, ale go nie zastąpi.

Federacja Przedsiębiorców Polskich proponuje nowy program gospodarczy

Federacja Przedsiębiorców Polskich przedstawiła nowy program gospodarczy. FPP proponuje w swoim programie rozwiązania systemowe – skupia się na gospodarczej stronie funkcjonowania państwa, mając na uwadze zarówno dobro przedsiębiorców, jak i ich znaczenie dla krajowego budżetu. W tegorocznych programach Federacji Przedsiębiorców Polskich znajdziemy sposoby i pomysły na to, jak zwiększyć wpływy do budżetu państwa – nie obciążając dodatkowo przedsiębiorców kosztami podatkowymi. Propozycje FPP skupiają się także na rozwiązywaniu kwestii fiskalnych, udogodnieniach dla przedsiębiorców czy problemach związanych z ubezpieczeniami społecznymi, które dotykają przedsiębiorców.

– Szacujemy, że wpływ z realizacji proponowanego programu gospodarczego na saldo sektora finansów publicznych wyniesie +4,6 mld zł rocznie. Program zakłada wpływy z wzrostów dochodów i ograniczenia wydatków na poziomie 13,7 mld zł – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Kowalski, przewodniczący FPP. – Przygotowany przez nas program gospodarczy jest efektywnym narzędziem służącym poprawie warunków działalności przedsiębiorców oraz chroniącym dobro obywateli, także w przypadku pogorszenia koniunktury. Proponujemy wprowadzenie zmian, które nie tylko uporządkują otoczenie prawne działalności gospodarczej na przyszłość, ale również naprawią błędy przeszłości i spowodowane przez nie szkody – wyjaśnia Kowalski.

Upadłość konsumencka już nie tylko dla zamożnych

dług karta kredytowa windykacjaOgłoszenie upadłości konsumenckiej przez niewypłacalnego dłużnika wiąże się ze spełnieniem określonych warunków. Konsument ten powinien być osobą niewypłacalną, która nie przyczyniła się do powstania owego stanu na skutek rażącego niedbalstwa, czy umyślnego działania. Istotne jest też, aby nie dopuściła się pogłębiania tegoż stanu niewypłacalności w taki sam sposób. Wraz z ostatnią nowelizacją przepisów został zniesiony warunek, który zamykał drogę do oddłużenia – od początku 2015 roku brak majątku w upadłości konsumenckiej nie jest żadną przeszkodą.

Konieczność posiadania majątku występuje jedynie w kontekście przedsiębiorców, których aktywa winny pokryć koszty postępowania upadłościowego i częściowo spłacić wierzycieli. W postępowaniu upadłościowym osoby fizycznej, która nie jest przedsiębiorcą tzw. ubóstwo masy upadłościowej może nieść ze sobą pewne korzyści. Brak trudnych do zbycia składników majątkowych po stronie upadłego przekłada się krótszy czas postępowania. Do umorzenia zobowiązań rzetelnego dłużnika dochodzi zatem szybciej.

W myśl zasady: „nic nie ma za darmo”, powstaje pytanie kto pokrywa koszty postępowania upadłościowego? Regułą jest, że są one tymczasowo pokrywane ze środków Skarbu Państwa. Finalnie są one jednak regulowane przez samego upadłego, który na etapie planu spłaty wierzycieli zostaje obciążony okresowymi płatnościami, aby „oddać dług” Skarbowi Państwa. Dłużnik, który ma zamiar złożenia stosownego wniosku o upadłość powinien uregulować 30 zł tytułem opłaty sądowej. Jest to niewątpliwy ukłon w stron mniej zamożnych konsumentów, względem przedsiębiorców, którzy winni uiścić opłatę w kwocie 1 000 zł.

Jak działa upadłość konsumencka po uwzględnieniu wniosku przez sąd? Postępowanie przebiega według trzech etapów. W pierwszej kolejności dochodzi do wydania stosownego postanowienia przez sąd. Następnym etapie jest likwidacja majątku upadłego, pod warunkiem że on występuje. Trzeci w kolejności jest wcześniej wspomniany plan spłaty wierzycieli, by ostatecznie pozostałe zobowiązania zostały umorzone. Niewątpliwie najkorzystniejszym rozwiązaniem dla upadłego jest brak jakiegokolwiek majątku, a także możliwości podjęcia zatrudnienia (np. z powodu choroby). Wtedy w stosunkowo krótkim czasie dochodzi do umorzenia zobowiązań. Czym się kieruje sąd ustanawiając ewentualny plan spłat? W ogromnej mierze dochodami upadłego, a także kosztami życia jego i osób będących na jego utrzymaniu. W sporadycznych przypadkach dochodzi też do tego, że sąd decyduje się na ustalenie planu, gdy upadły nie ma pracy, lecz posiada możliwości jej podjęcia. Plan ten jest jednak formą „pokuty” i nie powinien być ustanowiony na poziomie niemożliwym do zrealizowania dla upadłego.

Recepta w genach

BadamyGeny.pl to nowatorski program, który został opracowany przez zespół Warsaw Genomics działający przy Uniwersytecie Warszawskim. Zespół kierowany jest przez prof. Krystiana Jażdżewskiego, Laureata nagrody Polskiej Rady Biznesu im. Jana Wejcherta, oraz dr hab. med. Annę Wójcicką, prezes Warsaw Genomics. Program „BadamyGeny.pl” jako pierwszy na świecie opracował metodę tanich testów genetycznych opartych na sekwencjonowaniu genomowym i pozwala szybko i wiarygodnie ocenić ryzyko zachorowania m.in. na raka piersi, prostaty i wielu innych nowotworów dziedzicznych.

Badanie obejmuje 14 genów, które odpowiadają za powstawanie raka piersi i prostaty, oraz 56 genów, odpowiedzialnych za pozostałe nowotwory dziedziczne. Każdy z badanych genów może być uszkodzony w kilku tysiącach miejsc. Dzięki metodzie opracowanej przez zespół Warsaw Genomics, można ocenić, czy w którymkolwiek z nich istnieje wada, która zwiększa ryzyko zachorowania na raka. W sumie badanych jest ponad 100 tys. potencjalnych uszkodzeń. Dodatkowo, każda wykryta zmiana chorobotwórcza jest potwierdzana inną metodą badania. Daje to niemal całkowitą pewność, że znaleziony u pacjenta wariant genetyczny jest prawdziwy. Koszt badania jest 20-krotnie niższy niż analogicznych badań przeprowadzanych za granicą.

Według danych Krajowego Rejestru Nowotworów co trzeci Polak zachoruje na raka. Zapadalność na nowotwory rośnie na całym świecie. Według szacunków Światowej Organizacji Zdrowia, liczba nowych zachorowań w ciągu najbliższych dwóch dekad wzrośnie o około 70 proc. Najnowsze dane wskazują, że rak jest jedną z dwóch głównych – obok chorób układu krążenia – przyczyn śmierci w naszym kraju. Umiera na niego już co czwarty Polak. Lekarze są zgodni – nowotwór można wyleczyć, jeżeli dowiemy się o nim odpowiednio wcześnie. Program „BadamyGeny.pl” pozwala wykryć podwyższone ryzyko zachorowania na raka. W efekcie, dzięki odpowiednio wczesnej profilaktyce można zapobiec rozwojowi choroby lub rozpocząć jej leczenie w początkowym, często uleczalnym stadium.

Deloitte, wspólnie z Warsaw Genomics, przygotował raport „Recepta w genach. Korzyści gospodarcze z przesiewowych badań genetycznych”. – Staraliśmy się przygotować analizę ekonomiczną, która pokaże, jak przesiewowe badanie genetyczne może wpłynąć na gospodarkę – mówi w rozmowie z MarketNews24 Julia Patorska, lider zespołu ds. analiz ekonomicznych w Deloitte.

Przeprowadzono badanie ekonomiczne kosztów i korzyści wprowadzenia powszechnego badania genetycznego dla populacji osób w wieku 25-34 lata, w ciągu najbliższych 20 lat. Koszty, które bezpośrednio z budżetu państwa trzeba będzie ponieść związane są z samym przeprowadzeniem badania, którego cena dziś wynosi 599 zł, ale także z prewencyjnym leczeniem tych osób, u których zdiagnozuje się mutację genową, wynoszą 36,7 mld zł.

– Myśląc o wydatkach, musimy też spojrzeć na sferę całej gospodarki. Choroba, to że człowiek nie jest w stanie pracować, przebywa na zwolnieniu, a także czasem kończy się to zgonem, powoduje realną stratę dla gospodarki, dla PKB – wyjaśnia J.Patorska. – Wyliczyliśmy, że uniknięcie chorób związanych z nowotworami, których ryzyko można wcześniej zdiagnozować, poprzez badanie genetyczne, umożliwi ograniczenie straty dla gospodarki w wysokości ponad 90 mld zł.

Jak wynika z raportu, korzyść dla gospodarki jest trzykrotnie większa od kosztów obciążających budżet państwa.

Specjaliści z Deloitte i działającego przy Uniwersytecie Warszawskim zespołu Warsaw Genomics przekonują, że badania genetyczne mogą przynieść znaczne korzyści nie tylko całemu społeczeństwu, ale także gospodarce.

Badanie genetyczne metodą opracowaną przez zespół Warsaw Genomics obejmuje w całości 70 genów, podczas gdy w standardowych badaniach wykonywanych w Polsce w celu określenia genetycznego ryzyka zachorowania na raka piersi lub jajnika, analizuje się jedynie kilka punktów w kilku genach. Jeżeli analizujemy wszystkie geny odpowiedzialne za zwiększone ryzyko zachorowania na raka, to potrafimy znaleźć każdą jedną mutację, która zagraża pacjentom. W 2020 r. Warsaw Genomics planuje zbadać 1 mln osób, co oznacza prawdopodobieństwo znalezienia ponad 50 tys. osób wymagających szczególnej opieki prewencyjnej i zabezpieczenia przed nowotworem.

Bliźniaczy deficyt zgubi Polskę

W ostatnich latach Polska zrobiła ogromny postęp zarówno w kontekście salda obrotów bieżących, jak i sektora finansów publicznych. Teraz jednak, z powodu zbyt szybkiego  przejadania owoców wzrostu, możemy popaść w poważne tarapaty — pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.  

Opublikowany pod koniec ubiegłego tygodnia przegląd polskiej wiarygodności kredytowej przygotowany przez S&P Global Ratings tylko pozornie jest optymistyczny. Wg prognoz agencji na kolejne lata na Polskę czyhają dwa poważne zagrożenia.

Jedno z nich to szybko pogarszający się bilans rachunku bieżącego (C/A) związany ze zbyt gwałtownym wzrostem importu w relacji do eksportu. Jeszcze w 2017 r. C/A był minimalnie dodatni (0,1 proc. PKB). Za trzy lata natomiast C/A będzie w poważnym deficycie wynoszącym 2,9 proc. PKB (ok. 75 mld złotych).

Równie szybko, jak nierównowaga zewnętrzna będzie rosnąć dziura w polskich finansach publicznych. Już w 2020 r. osiągnie poziom 2,6 proc. przyszłorocznego PKB (ponad 60 mld zł) i to bez uwzględnienia programu Emerytura plus, gdyż agencja w swoich szacunkach nie zakłada, by to świadczenie miało charakter stały. Gdyby uznać jednak, że świadczeniobiorcy otrzymają 13 emeryturę również w 2020 r., to deficyt można szacować na ok. 70 mld zł, czyli mniej więcej 3 proc. PKB. Dlaczego dla gospodarki, szczególnie takiej jak Polska, bliźniaczy deficyt (twin-deficit) jest takim zagrożeniem?

Sukces mimo trudnych początków

30 lat temu Polska nie miała kapitału (po PRL byliśmy bankrutami). Ponieważ bez kapitału nie ma wzrostu gospodarczego, kraj musiał go pozyskiwać za granicą. Udział zagranicznego kapitału na naszym rynku w przedsiębiorstwach produkcyjnych czy konsumpcyjnych oraz w obligacjach skarbowych powodują, że mamy ujemną pozycję inwestycyjną netto (różnica pomiędzy aktywami zagranicznego kapitału w Polsce i polskiego za granicą).

Od 2014 r. ujemna pozycja inwestycyjna wyraźnie się zmniejsza. Jest to efekt spektakularnego poprawienia się salda obrotów towarowych w latach 2012-2016 oraz wzrostu dodatniego salda usług (transport, podróże, usługi biznesowe). Spowodowało to, że Polska osiągnęła w 2017 r. nadwyżkę na rachunku obrotów bieżących. To dzięki odwadze krajowych przedsiębiorców szukających okazji biznesowych za granicą i względnie niskim wynagrodzeniom pracowników zaczęliśmy spłacać zobowiązania wobec świata.

Kolejnym sukcesem minionych lat (2016-2018) była znaczna redukcja luki VAT, co pomogło finansom publicznym ograniczyć deficyt praktycznie do zera. Skuteczne działanie administracji skarbowej pozwoliło na osiągnięcie skumulowanego jednorocznego efektu uszczelnienia VAT na poziomie 21,7 mld zł (ok. 1,0 proc. PKB) w 2018 r. wg szacunków Polskiego Instytut Ekonomicznego (Policy Paper 3/2019).

Oba wydarzenia, czyli zbilansowanie rachunku bieżącego i sektora finansów publicznych mogą jednak szybko obrócić się wniwecz. Wynika to ze zbyt szybkiej konsumpcji owoców wzrostu. Przede wszystkim jest to związane z nienaturalnie hojnym systemem świadczeń społecznych, które w nowym kształcie utrudniają lub nawet mogą uniemożliwiać przyszły rozwój Polski.

Z dobrej sytuacji w bliźniaczy deficyt

W porównaniu do sytuacji z 2015 r. wydatki sektora finansów publicznych związane z programami społecznymi wzrosną o ponad 60 mld zł rocznie. Składają się na to świadczenia Rodzina 500 plus na każde dziecko i Wyprawka plus (ponad 40 mld zł), obniżenie wieku emerytalnego oraz trzynasta emerytura (ok. 20 mld zł).

Rozwój Polski i bogacenie się społeczeństwa uzasadniało pewną pomoc rodzinom, które tego potrzebowały. Ta pomoc w uproszczeniu powinna jednak być przede wszystkim skierowana do osób z dochodami poniżej mediany. To tam jest największe zagrożenie ubóstwem, zbyt małymi wydatkami na edukację czy zdrowie lub zbyt nisko wartościowym odżywianiem się. To kosztowałoby ok. 15-20 mld rocznie. Kilka miliardów wystarczyłoby także, by zaoferować adekwatną pomoc rodzinom emerytów czy rencistów.

Dodatkowo wydawanie ok. 40 mld każdego roku nie ma już większego przełożenia na budowanie przyszłego kapitału społecznego w kraju. Pieniądze przeznaczane są raczej na konsumpcję bardziej luksusowych dóbr i usług, a nie na poprawę edukacji czy zdrowia. Jeżeli rodzina uzyskująca dochody na poziomie 100 tys. rocznie nie zapewnia odpowiedniego rozwoju potomstwu to przy dochodach 106 tys. czy 112 tys. też prawdopodobnie tego nie zrobi.

Te dodatkowe 40 mld zł sprzyja więc wyższemu importowi. To z kolei pogarsza saldo handlowe (wg danych NBP za luty saldo obrotów towarowych miało wartość minus 25 mld zł za ostatnie 12 miesięcy, czyli najwięcej od 6 lat). Jak wynika z prognoz S&P, to saldo będzie się dalej wyraźnie pogarszać (do minus 3,7 proc. PKB w 2022 r. – czyli prawie 100 mld zł) zwiększając tym samym deficyt C/A.

Wydatki państwa znacznie przekraczające przychody (nawet uwzględniając uszczelnienie systemu podatkowego) będą oznaczać rosnący deficyt sektora finansów publicznych. Według Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) dziura w polskich finansach osiągnie w przyszłym roku 3,1 proc., PKB, czyli ponad 70 mld zł.

Szczególne zagrożenie dla Polski

Jeżeli trzyprocentowy deficyt sektora finansów publicznych i rachunku bieżącego w sytuacji relatywnie dobrej koniunktury się zrealizuje, to będzie oznaczać poważne problemy dla Polski.

Znowu dojdzie do zwiększenia ujemnej międzynarodowej pozycji inwestycyjnej, gdyż ponownie zaczniemy importować kapitał, chociaż do rozwoju powinniśmy już posługiwać w znacznym stopniu swoim (tak jak to robią np. Czechy, które od 5 lat mają dodatnie saldo C/A).

Podwójny deficyt byłby także szczególnie groźny, gdyby doszło do niespodziewanego spowolnienia koniunktury globalnej czy recesji. W takiej sytuacji dziura budżetowa dramatycznie wzrośnie poprzez mniejsze przychody do budżetu i wyższe koszty finansowania długu. Z kraju dodatkowo uciekłby kapitał, co oznacza, że byłoby go jeszcze mniej na inwestycje. Konieczne wtedy byłoby drastyczne zaciskanie pasa, które obniża potencjalny wzrost gospodarczy. Tego wszystkiego doświadczyły Węgry w poprzedniej dekadzie. Spowodowało to opóźnienie rozwoju kraju o co najmniej 10 lat w porównaniu do wcześniejszej ścieżki czy wyników Polski oraz Czech (przypadek Węgier jest szeroko opisywany w opracowaniu Komisji Europejskiej „Macroeconomic imbalances — Hungary” z 2012 r.).

Silnie negatywny bilans strat do korzyści

Zbyt hojna polityka transferów socjalnych dla osób uzyskujących dochody powyżej mediany (idealnie to pokazuje np. Raport Przedwyborczy Cen EA 12/04/2019) będzie generować poważne wyzwania zarówno budżetowe, jak i w przypadku salda rachunku bieżącego, który jest miernikiem konkurencyjności kraju.

Przy mniejszych transferach unijnych, gorszych perspektywach globalnego wzrostu gospodarczego, niskich inwestycjach przedsiębiorstw prywatnych, negatywnych trendach demograficznych, rosnących obciążeniach w służbie zdrowia te dodatkowe 30-40 mld zł rocznie powinny służyć jako bufor rozwojowy w przypadku spowolnienia koniunktury. Obecnie natomiast te środki będą głównie spożytkowane na zbyt wysoką bieżącą konsumpcję importowanych dóbr i usług, co finalnie pogorszy długoterminowe perspektywy rozwoju kraju. W przypadku splotu negatywnych wydarzeń może to opóźnić nasz proces doganiania zamożnych gospodarek nawet o 10 lat, jak to miało miejsce w przypadku Węgier.

Dlaczego bez rządowego programu PPK nasze życie byłoby lepsze

Świat bez Pracowniczych Planów Kapitałowych byłby lepszy. Pomimo dobrowolnego uczestnictwa w PPK, 74 proc. obecnie żyjących ludzi traci na jego wprowadzeniu. Traci na wprowadzeniu rządowego programu aż 96 proc. emerytów.

Projekt PPK zakłada dodatkową i w praktyce obowiązkową składkę emerytalną. Dodatkową, bo składka do PPK nie zastępuje składek już istniejących. Obowiązkową, bo choć teoretycznie można dołożyć starań i zrezygnować z PPK, procedura ta jest złożona i trzeba ją cyklicznie powtarzać.

PPK nie rozwiązuje najważniejszego problemu przyszłych emerytów, bo nie pomaga odpowiedzieć na pytanie, jak rozłożyć oszczędności, aby na pewno starczyło nam na życie do ostatnich dni – oceniają naukowcy z GRAPE, który jest niezależnym, pozarządowym ośrodkiem badawczym, który został założony w 2011 r. PPK oferuje wypłatę rozłożoną na 10 lat. Zgodnie z projektem można co prawda wypłacić środki jednorazowo lub w transzach, ale obciążone jest to 30% uszczerbkiem wartości zgromadzonego majątku.

Dlaczego na wprowadzeniu PPK straci 74 proc. obywateli? Bo ulgi podatkowe (zwolnienie z podatku od dochodów kapitałowych) i dopłaty (powitalna i roczne) generują wystarczającą zachętę aby przekonać wszystkich do uczestniczenia w PPK. Jednak ulgi i dopłaty jednocześnie generują koszty fiskalne, które muszą zostać sfinansowane poprzez podniesienie podatków. Dodatkowe obciążenia fiskalne wymagać będą podniesienia VAT o 0.7 punkta procentowego wobec scenariusza status quo.

– Wprowadzane ulgi są wystarczającą zachętą, ale trzeba je jakoś sfinansować, a potencjalnym rozwiązaniem jest podniesienie opodatkowania konsumpcji – mówi w rozmowie z MarketNews 24 Oliwia Komada, główna ekonomistka GRAPE.

Wzrost oszczędności w gospodarce będzie jednocześnie znacznie niższy niż prognozowany w uzasadnieniu do projektu ustawy. Każda złotówka odprowadzona do PPK zostanie skompensowana zmniejszeniem dobrowolnych oszczędności własnych o 73 grosze.

Gdyby PPK zapewniały równe raty podczas życia na emeryturze (a nie 10-letnie raty), na wprowadzeniu rządowego programu wspierającego system emerytalny traciłoby znacznie mniej osób (ok 53%). Większa byłaby także skala redukcji ubóstwa.

– Dzisiaj przeciętny 65.-latek ma przed sobą 15 lat życia, a w przypadku kobiet przechodzących na emeryturę jest to okres dłuższy, to dlatego PPK w praktyce w niewielkim stopniu zmienią ubóstwo w starszym wieku – wyjaśnia Oliwia Komada.

Brexit opóźniony. Co dalej z kursem funta?

Kurs funta jest niski, co uderzyło w dochody tych Polaków, którzy pracują w Wielkiej Brytanii, a zarobki wysyłają do kraju. Jednak chaotyczny brexit staje się mniej prawdopodobny i kurs funta wobec złotego powinien rosnąć.

W ostatnich tygodniach kurs brytyjskiego funta ustabilizował się w okolicach 5 zł za funta. Kurs funta w niewielkim stopniu reagował na medialny chaos wokół brexitu.

– Jeśli prawdopodobieństwo chaotycznego brexitu zostanie wyeliminowane, to kurs funta wobec złotego powinien się wzmocnić do 5,15-5,20 zł – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Eksperci: Widać pierwsze oznaki spowolnienia na rynku nieruchomości

Firmy deweloperskie notują spadki sprzedaży mieszkań. Wynika to m.in. z coraz to bardziej zaostrzających się warunków dostania kredytów i podwyżek cen mieszkań. Czy rok 2019 będzie ciężki dla deweloperów?

– Zostały opublikowane dane z lutego dot. kredytów i one były dość zaskakujące dlatego, że wstępnie BIK podawał, że liczba złożonych wniosków bardzo mocno wzrosła, ale pokazał nam również dane ukazujące fatyczną wartość i liczbę udzielonych kredytów no i się okazały niespodzianką tzn. aż o 18% spadła liczba wypłaconych kredytów rok do roku, wartość spadła o 5% więc pojawiają się symptomy spowolnienia gospodarczego – mówi Jarosław Sadowski, Expander.

Mieszkania są kupowane nie tylko przez osoby chcące w nich zamieszkać, ale także przez inwestorów, którzy chcą je wynajmować. Jak wygląda ich sytuacja na rynku?

– Ten trend spadkowy sprzedaży mieszkań zaczął się w zeszłym roku. Na razie jeszcze nie wiemy czy inwestorzy ogłosili odwrót, ale coraz więcej się mówi i pisze, że mieszkania na tyle podrożały, że rentowność wynajmu spada – mówi Jarosław Jędrzyński, Rynek Pierwotny.

– Firmy deweloperskie ogłosiły swoje plany sprzedażowe na 2019 rok prognozując, że będą mieli jeszcze zwyżki w stosunku do 2018 roku. Uważam, że będzie to trudne do zrealizowania – mówi Jarosław Mikołaj Skoczeń, Zastępca Redaktora Naczelnego Agencji Informacyjnej MarketNews24.

W debacie wzięli udział: Jarosław Sadowski, Expander; Jarosław Jędrzyński, Rynek Pierwotny i prowadzący Jarosław Mikołaj Skoczeń, Zastępca Redaktora Naczelnego Agencji Informacyjnej MarketNews24.

W sklepach nie widać większego ruchu przed świętami

Ponad połowa kasjerów zauważa mniejszy ruch przed tymi świętami niż rok temu. Tylko 13% badanych zdecydowanie twierdzi, że obecnie przychodzi więcej klientów. Zaledwie 7% nie potrafi tego ocenić. Najwięcej wątpliwości pod tym względem mają pracownicy dyskontów. W tych sklepach nie dostrzeżono większego oblężenia – 55%. Z kolei w hipermarketach najwięcej sprzedawców uważa, że ruch raczej nie powiększył się w porównaniu do zeszłorocznego okresu – 36%. W supermarketach łącznie aż 57% badanych stwierdza, że nie obsługuje więcej osób niż w ubiegłym roku. W sieciach convenience również nie zaobserwowano wzrostu liczby konsumentów – 59%. Tak wykazało badanie przeprowadzone przez międzynarodowy zespół Hiper-Com Poland i Grupę AdRetail.

Dr Andrzej Maria Faliński
Dr Andrzej Maria Faliński

Na początku kwietnia br. aż 54% wszystkich ankietowanych kasjerów zaobserwowało mniejszy ruch w sklepach w porównaniu do ubiegłorocznego okresu przedświątecznego. Jak twierdzi dr Maria Andrzej Faliński, prezes Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego, to jest skutek polityki promocyjno-informacyjnej sieci. Produkty są na bieżąco mocno promowane, by zniwelować efekt zakazu handlu w niedziele. Luksusowy towar jest dostępny na co dzień w niskich cenach. A to zdecydowanie zmniejsza wrażliwość konsumentów na ofertę świąteczną. Ekspert podkreśla również, że widać to najwyraźniej w sklepach zakupów masowych, czyli w supermarketach, hipermarketach i dyskontach.

– Fakt, że większość kasjerów nie obserwuje wzmożonego ruchu, może raczej wynikać z dynamicznego rozwoju sieci, w szczególności dyskontów i sklepów convenience. Konsumenci mają do wyboru coraz więcej nowych placówek, przez co są bardziej rozproszeni. Ponadto wielu z nich zaczyna zamawiać zakupy do domu. Natomiast spadek liczby klientów w sklepach sam w sobie jest pozytywnym zjawiskiem. Nikt przecież nie lubi długich kolejek, zwłaszcza przed świętami, gdy każdy jeszcze bardziej niż zwykle się spieszy. Handel zyskuje, gdy kupujący są zadowoleni – mówi Karol Kamiński, Dyrektor Zarządzający w Grupie AdRetail.

Wśród tych osób, które zauważyły zwiększony ruch, więcej kasjerów mówiło, że raczej tak jest – 26%. Mocne zdecydowanie wyraziło 13%. Dr Faliński zwraca uwagę na to, że pracownik sieci handlowej nie ma możliwości dokładnego śledzenia ilości klientów i uogólnienia struktury zakupu. Pracuje szybko i wedle pewnej rutyny, nakierowanej na uniknięcie pomyłki i utrzymanie tempa sprzedaży. I dlatego więcej badanych wykazuje lekką niepewność.

– Łącznie tylko 7% ankietowanych zupełnie nie potrafiło ocenić natężenia ruchu w sklepach w porównaniu z zeszłym rokiem. Najwięcej niezdecydowanych osób było w dyskontach – 10%, a potem – w hipermarketach – 8%. W obu tych formatach kasjerzy często mają wśród swoich obowiązków takie, które nie dotyczą bezpośredniego obsługiwania kas. I przez to mogą mieć większy problem z oceną sytuacji. Poza tym hipermarkety mają największą powierzchnię, przez co najtrudniej tam zauważyć wszystkich klientów – wyjaśnia Karina Gręda, Country Manager z międzynarodowej firmy Hiper-Com Poland.

W hipermarketach w sumie 47% pracowników dostrzegło więcej klientów w swoich sklepach. Tych, którzy tego nie zaobserwowali, było 45%. Dr Faliński uważa, że to jest związane z możliwością zakupu najszerszej gamy towarów spośród wszystkich formatów. Ma to szczególne znaczenie przed świętami. Zwłaszcza w dyskontach trudno osiągnąć ten efekt. Zdaniem byłego dyrektora generalnego POHiD-u, tam chodzi głównie o kontakt z towarem dobranym w optymalny sposób.

– W dyskontach kasjerzy nie zauważyli większego ruchu. W sumie 55% tak zadeklarowało. Trzeba zaznaczyć, że w tego typu sklepach zakupy częściej są robione w ostatniej chwili. I bardziej można spodziewać się wzrostu liczby klientów na 2-3 dni przed świętami. Dlatego ponad połowa pracowników kas nie odczuła jeszcze większego oblężenia. Ale ich wrażenia mogą zdecydowanie się zmienić np. w piątek przed samą Wielkanocą – dodaje Karina Gręda.

Natomiast w supermarketach 57% respondentów nie zauważyło, żeby ruch był większy niż rok temu. Zwiększenie liczby klientów zaobserwowało 40% badanych. A tylko 3% nie miało na ten temat żadnego zdania. W ocenie Karola Kamińskiego, specyfika formatu daje nieco więcej czasu na obserwację, co się dzieje. Różnica w odczuciach pracowników może wynikać z tego, że pracują oni o innych porach. Zwiększenie ruchu w sklepie może następować tylko w pewnych godzinach.

– Dużą różnicę w odczuciach kasjerów odnotowano też w sieciach convenience. 59% badanych nie zauważyło większego ruchu. Natomiast 34% dostrzegło wzrost liczby klientów. Trzeba jednak zauważyć, że w tego typu placówkach jest najmniejsze tempo pracy. Zatem pracownicy mają więcej czasu na refleksje. Wrażenia są uwarunkowane porą dnia, czyli zależą od zmiany – porannej vs wieczornej. Poza tym ten format w najmniejszym stopniu dotknęło niedzielne ograniczenie handlu, co dało m.in. efekt faktycznego wzrostu sprzedaży – tłumaczy dr Maria Andrzej Faliński.

Z kolei ekspert z Hiper-Com Poland przypomina, że w sklepach typu convenience konsumenci raczej nie robią dużych przedświątecznych zakupów. Mogą tam wstępować w ostatniej chwili po pojedyncze składniki, których akurat im zabraknie, np. do pieczenia babki wielkanocnej czy też do ugotowania żurku. W opinii Kariny Grędy, pracownicy tego formatu mogą mieć jeszcze większe trudności z oceną ruchu klientów niż kasjerzy zatrudnieni w supermarketach.

– Moim zdaniem, handel nie musi martwić się odczuciami kasjerów, które są mocno związane z trybem pracy i rodzajem obsługiwanego sklepu. Sprzedaż rynku detalicznego wzrosła przecież w ostatnim roku o ok. 6%. Niemniej warto trzymać rękę na pulsie. Jeśli poza sezonem świątecznym występuje zbyt wiele promocji, to za rok czy za dwa lata oferty wielkanocne niemal przestaną się różnić od tych cotygodniowych – ostrzega dr Faliński.

Badanie zostało zrealizowane na terenie 10 dużych miast, tj. Gdańska, Szczecina, Bydgoszczy, Białegostoku, Poznania, Warszawy, Łodzi, Wrocławia, Katowic i Krakowa, a także ich najbliższych okolic, czyli 11 średnich i mniejszych ośrodków. Ankieta została przeprowadzona wśród kasjerów pomiędzy 1 a 8 kwietnia br. w sieciach handlowych, tj. w 83 dyskontach, 79 hipermarketach, 74 supermarketach i 72 sieciach convenience. Łącznie zbadano 308 placówek. W każdym sklepie zapytano o zdanie 2 pracowników (którzy wg deklaracji pracowali w zeszłym roku w sezonie przedświątecznym). W sumie w badaniu uczestniczyło 616 osób. Wśród nich było 58% kobiet i 42% mężczyzn.

Słabość dolara = mocniejsze waluty emerging markets

Rynki powoli budzą się do życia w przedświątecznym tygodniu. Niemniej jednak widoczny jest większy apetyt inwestorów na aktywa ryzykowne, w tym złotego. Z pewnością krajowej walucie pomogła decyzja S&P, która podtrzymała rating na wysokim poziomie A-.

S&P pozytywnie o Polsce

W piątek jedna z czołowych agencji ratingowych nie widziała potrzeby zmiany wiarygodności kredytowej dla Polski. S&P prognozuje stabilny wzrost polskiej gospodarki na poziomie 4%. Jeśli chodzi o pakiet fiskalny to agencja stwierdziła, że owszem przyniesie on wzrost deficytu ale zostanie utrzymany w ryzach, czyli na poziomie 3% PKB. W efekcie w relacji do głównych walut złoty zyskuje EUR/PLN spadł poniżej 4,28, a CHF/PLN poniżej 3,78. Kilka groszy tańszy jest też USD/PLN, który przebił wsparcie na 3,80 i oscyluje w okolicach 3,78.

Safe haven w odwrocie

Trzeba jednak zauważyć, że złotówce bardziej jednak sprzyjają wydarzenia na szerokim rynku, niż te bezpośrednio związane z krajowym rynkiem. Widoczny jest mocny spadek awersji do ryzyka obserwowany przez zainteresowanie inwestorów walutami uznawanymi za bezpieczne. EUR/CHF jest na miesięcznych minimach i notuje poziomy powyżej 1,13. Również w odwrocie jest jen japoński, który jest najtańszy w tym roku.

Słabość dolara = mocniejsze waluty emerging markets

Bez wątpienia walutom rynków wschodzących sprzyja sytuacja na EUR/USD gdzie kurs powrócił do znanej konsolidacji z dolnym ograniczeniem w okolicach 1,13. W piątek główna para walutowa notowana była nawet po 1,1325. Ruch w górę na tej parze pozwolił odetchnąć nieco złotemu w relacji do zielonego gdzie zeszliśmy poniżej 3,78.

Będzie się działo w Polsce

Tydzień nie powinien być nudny na rynkach. Poznamy cały szereg danych makro. Jeśli chodzi o krajowy rynek będą to dane o inflacji konsumenckiej w marcu, poznamy je we wtorek. W środę dane o zatrudnieniu a w czwartek produkcja przemysłowa. W WIelki Piątek ostatnia topowa agencja czyli Moody’s zaplanowała przegląd ratingu. Lepsze dane plus brak zmiany ratingu pozwolą utrzymać niskie poziomy na zestawieniach złotego z głównymi walutami.

Jak również za granicą na szerokim rynku

Wiele będzie się działo też na szerokim rynku. Jutro odczyt indeksu ZEW z Niemiec. W środę w nocy kluczowe dane z Chin a mianowicie PKB, produkcja przemysłowa i sprzedaż detaliczna. Rynki od dawna przyglądają się sygnałom spowolnienia szczególnie z Państwa Środka mogą one więc zmienić pozytywny sentyment na rynkach jeśli okażą się gorsze. W czwartek z kolei porcja PMI z krajów strefy euro.

Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Dolar słabnie

Ubiegły tydzień przyniósł umocnienie polskiej waluty, co związane było z kwestiami zewnętrznymi. W tym tygodniu warto zwrócić uwagę na odczyty makroekonomiczne z Polski, które istotnością ustąpią jednak danym PMI dla strefy euro.

Kluczowym wydarzeniem zeszłego tygodnia wydaje się być porozumienie w kwestii przedłużenia okresu poprzedzającego Brexit do 31 października bieżącego roku. Jakkolwiek istotną była ta decyzja, nie przyczyniła się ona jednak do istotnej aprecjacji szterlinga. Konsensus rynku spodziewał się takiego obrotu spraw, stąd prawdopodobieństwo kolejnego przedłużenia było już uwzględnione w wycenie funta brytyjskiego. Ani kwietniowe spotkanie decyzyjne Europejskiego Banku Centralnego, ani publikacja „minutek” z marcowego spotkania Rezerwy Federalnej nie rzuciły również więcej światła na opinie któregoś ze wspomnianych banków centralnych odnośnie dalszych kroków w zakresie polityki monetarnej. Z kolei umiarkowana poprawa danych makroekonomicznych w strefie euro pozwoliła na umocnienie większości europejskich walut. A perspektywa zawarcia przez USA oraz Chiny umowy handlowej wspierała większość walut gospodarek wschodzących.

W kalendarzu ekonomicznym na następny tydzień warto wyróżnić odczyty kluczowych wskaźników aktywności biznesowej PMI, które poznamy już w czwartek. Spodziewamy się, że kursy większości z walut G10 będą zależały w pierwszej kolejności właśnie od tych danych. Publikacje makroekonomiczne w Stanach Zjednoczonych będą dotyczyć głównie mniej istotnych wskaźników, a Brexit na pewien czas został odsunięty na dalszy plan.

PLN

W parze z euro polski złoty w ubiegłym tygodniu umocnił się do najwyższego poziomu od przełomu stycznia i lutego. We wzroście złotemu pomogła wspomniana poprawa nastrojów na rynkach oraz wzrost głównej pary. W kontekście informacji z Polski, w ubiegłym tygodniu uwaga inwestorów skupiała się na kwestii rewizji oceny wiarygodności kredytowej kraju ze strony agencji S&P. Zgodnie z oczekiwaniami agencja potwierdziła ocenę wiarygodności kredytowej na poziomie A- z perspektywą stabilną. Agencja dość pozytywnie odnosiła się do sytuacji fiskalnej Polski i oczekuje jedynie bardzo niewielkiego wzrostu długu w relacji do PKB w kolejnych latach, pomimo ostatniego ogłoszenia nowej ekspansji fiskalnej w postaci tzw. piątki PiS.

Bieżący tydzień przyniesie serię odczytów makroekonomicznych z Polski. Szczególną uwagę warto zwrócić na wtorkowe wyliczenia dotyczące inflacji bazowej w marcu oraz czwartkowe dane o produkcji przemysłowej w tym samym miesiącu. Na koniec tygodnia przypadnie rewizja ratingu Polski ze strony agencji Moody’s. Podobnie jak w przypadku ostatniej rewizji ze strony agencji S&P i Fitch Ratings, ani my ani rynek nie oczekujemy zmian oceny wiarygodności kredytowej i perspektywy ratingu.

GBP

Theresa May wyraziła zgodę na przesunięcie terminu Brexitu na 31 października, co oznacza, że w maju Wielka Brytania weźmie udział w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Z uwagi na to, że perspektywa Brexitu na pewien czas straciła na znaczeniu, oczekujemy, że tym razem uwagę w Zjednoczonym Królestwie nareszcie zwrócą na siebie dane makroekonomiczne.  We wtorek światło dzienne ujrzy raport o rynku pracy, a w środę poznamy nowy odczyt o dynamice cen, które razem pozwolą nam (niestety z pewnym opóźnieniem) określić, jak brytyjska gospodarka radzi sobie w obliczu niepewności spowodowanej przez Brexit.

EUR

Brak jakichkolwiek istotnych ogłoszeń dotyczących polityki monetarnej podczas kwietniowego spotkania Europejskiego Banku Centralnego stanowił bardzo pożądane źródło wsparcia dla wspólnej europejskiej waluty. Retoryka EBC co prawda nadal była dość „gołębia”, niemniej, póki co wygląda na to, że brak nowych wieści dla euro oznacza dobre wieści. Europejską walutę wspierał też lepszy od oczekiwanego odczyt dynamiki produkcji przemysłowej we wspólnym bloku.

W naszym odczuciu kluczową publikacją makroekonomiczną następnego tygodnia w strefie euro będzie wstępny odczyt wskaźników aktywności biznesowej PMI w kwietniu. Spodziewamy się, że dane okażą się lepsze od oczekiwań konsensusu, a tym samym potwierdzą, że spowolnienie produkcji przemysłowej w pierwszym kwartale było tymczasowe.

USD

„Minutki” z marcowego spotkania Rezerwy Federalnej nie zdołały uzasadnić gwałtownej zmiany retoryki Fed na bardziej „gołębią”. Decydenci banku centralnego nadal są zdumieni niską dynamiką cen, a z zakłopotania tym bardziej nie wyciągnęło ich negatywne zaskoczenie publikacją danych o inflacji w marcu. Rezerwa Federalna, w dającej się do przewidzenia przyszłości, tym samym będzie wstrzymywać się od dalszych decyzji. Co w połączeniu ze stabilnym wzrostem gospodarki światowej, jak i niskimi stopami zwrotu w krajach rozwiniętych, powinno sprzyjać aprecjacji walut gospodarek wschodzących.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Mintos ogłasza utworzenie funduszu Mintos Impact Fund i akcję crowdfundingową

Mintos, globalna platforma do inwestowania w pożyczki, osiągnęła kwotę 2 mld EUR środków zainwestowanych za jej pośrednictwem. Spółka planuje, że do września 2019 r. kwota zainwestowanych poprzez platformę środków przekroczy 3 mld EUR. Mintos jest obecnie największą platformą do inwestycji w pożyczki w Europie. Każdego miesiąca rejestruje się na platformie ponad 8 000 nowych inwestorów z całego świata, a kwota miesięcznych inwestycji wynosi blisko 200 mln EUR.

Sukces ten zainspirował firmę Mintos do uruchomienia funduszu Mintos Impact Fund. Celem funduszu będzie wspieranie inicjatyw dotyczących oczyszczania Morza Bałtyckiego, które będą prowadzone wspólnie z Pasaules Dabas Fonds – łotewskim partnerem stowarzyszonym z organizacją World Wildlife Fund (WWF) oraz WWF Deutschland. W ramach pierwszej wspólnej inicjatywy, dzięki akcji crowdfundingowej, którą Spółka planuje przeprowadzić wśród 128 tys. inwestorów na Mintos, pozyskane zostanie 100 000 EUR. Planowane zakończenie akcji crowdfundingowej to wrzesień 2019 roku, czyli moment przekroczenia 3 mld EUR w inwestycjach na Mintos.

Polska jest jednym z wciąż rosnących krajów na platformie. Obecnie inwestuje na Mintos ponad 8000 polskich inwestorów. Inwestorzy polscy mają zapewnionych szereg udogodnień, m.in. polską wersję platformy, infolinię w języku polskim.

Martins Sulte współzałożyciel i Dyrektor Zarządzający Mintos
Martins Sulte współzałożyciel i Dyrektor Zarządzający Mintos

Tak szybkie osiągnięcie progu 2 mld EUR świadczy o tym, że dzięki wykorzystywaniu nowoczesnej technologii jesteśmy na właściwej drodze do ciągłego ulepszania usług finansowych. Nasze innowacyjne fintechowe środowisko umożliwia międzynarodowym inwestorom i firmom pożyczkowym wspólne realizowanie swoich wizji, bez względu na kraj z którego pochodzą. Osiągnięta dotychczas przez inwestorów średnia stopa zwrotu netto z inwestycji przed opodatkowaniem wynosząca 12% oraz łatwa w użyciu i przejrzysta platforma, sprawiły, że Mintos stał się preferowanym rynkiem dla dokonywania inwestycji w pożyczki w Europie oraz zdobywa kolejne rynki na świecie” – powiedział Martins Sulte współzałożyciel i Dyrektor Zarządzający Mintos.

Mintos to wiarygodny partner zarówno dla firm pożyczkowych, jak i inwestorów. Naszym celem jest i zawsze będzie bezpieczeństwo inwestowanych środków. Polscy inwestorzy są bardzo wymagający, dlatego cieszy nas, że ich liczba na Mintos wciąż rośnie, a tym samym mają oni swój udział w 2 miliardach EUR zainwestowanych poprzez platformę. Mam nadzieję, że już niedługo będę mógł poinformować o dalszym rozwoju naszej platformy w Polsce, czyli kolejnych firmach pożyczkowych, które dołączą do naszego rynku” – powiedział Maciej Hełmecki, Dyrektor Sprzedaży Mintos w Polsce.

Utworzenie funduszu Mintos Impact Fund – 100 000 EUR dla Morza Bałtyckiego

Osiągnięcie 2 mld EUR w środkach zainwestowanych na Mintos zainspirowało Spółkę do przeznaczenia środków na cel społeczny poprzez utworzenie funduszu Mintos Impact Fund i ustanowienie pierwszej inicjatywy na rzecz zrównoważonego rozwoju środowiska. Będzie to projekt realizowany wraz z Pasaules Dabas Fonds, łotewskim partnerem stowarzyszonym z organizacją World Wildlife Fund (WWF) oraz WWF Deutschland pod nazwą „TheFuture%”. Jego celem jest zapewnienie wsparcia dla ochrony i zachowania zagrożonego ekosystemu Morza Bałtyckiego i jego wybrzeży rozciągających się od Niemiec, przez Polskę, Danię, Estonię, Łotwę i Litwę, aż po Rosję, Finlandię i Szwecję.

Jesteśmy przekonani, że nadszedł czas, aby również firmy startupowe przystąpiły do intensywnych działań i zrobiły coś dobrego dla środowiska naturalnego. Mintos ma bardzo dużą bazę świadomych i krytycznie myślących inwestorów, którzy dostrzegają potrzebę działania na rzecz ochrony naszego świata – to właśnie pozwala nam połączyć się w tej inicjatywie na rzecz zrównoważonego rozwoju środowiska i uczynienia czegoś dobrego razem. Dlatego zdecydowaliśmy się na utworzenie Mintos Impact Fund i będziemy angażować się w ochronę Morza Bałtyckiego, nad którego wybrzeżem leży Ryga, stolica Łotwy i siedziba główna naszej Firmy. Środki na ten cel zostaną zebrane w ramach akcji crowdfundingowej prowadzonej pośród 128 tys. inwestorów na platformie, w której również my jako Mintos weźmiemy udział” – powiedział Martins Sulte.

Mintos spodziewa się, że akcja crowdfundingowa na platformie oraz zebranie 100 000 EUR zakończą się w momencie osiągnięcia przez platformę kolejnego miliarda euro inwestycji dokonanych w pożyczki. Dzięki temu, że inwestorzy w każdym miesiącu inwestują w pożyczki blisko 200 mln EUR, Mintos oczekuje, że kolejny miliard euro w środkach zainwestowanych na platformie, zostanie osiągnięty już we wrześniu 2019 roku.

Frank Bekkers, Mobile Vikings Polska: Chill ON, czyli oferta szyta na miarę

Wprowadzenie oferty Chill ON opartej na subskrypcji to kolejny krok w ewolucji wirtualnego operatora komórkowego Mobile Vikings Polska. „Wierzymy, że stworzyliśmy ofertę, którą polubią obecni Vikingowie i którą będą chcieli polecić swoim znajomym” – mówi Frank Bekkers, CEO Mobile Vikings Polska.

Oferta „Chill ON” jest dostępna w formie miesięcznej subskrypcji za 25 zł. W jej ramach klienci mają do dyspozycji nielimitowane rozmowy, SMS-y i MMS-y oraz pakiet 20 GB danych. Użytkownicy otrzymują również na start bonus w wysokości 10 zł do wykorzystania na dodatkowe usługi takie jak: roaming, połączenia międzynarodowe czy SMSy premium. Korzystanie z nich ułatwi inteligentny portfel – pierwsze tego typu rozwiązanie na rynku wyposażone w opcję automatycznego uzupełnienia środków.

Frank Bekkers, Mobile Vikings Polska
Frank Bekkers, CEO Mobile Vikings Polska

Nowa wersja aplikacji mobilnej Viking App

Pierwszym krokiem, jaki podjęliśmy, było gruntowne przebudowanie aplikacji mobilnej Viking App. W efekcie klienci otrzymali do dyspozycji wygodne narzędzie do kontroli stanu rachunku i zarządzania kontem

Inteligentny portfel

Już trzy lata temu jako pierwszy gracz na rynku udostępniliśmy klientom rozwiązanie nazwane przez nas „autodoładowaniem”, które do realizacji comiesięcznych   doładowań bez wysiłku użytkownika   wykorzystuje jego kartę płatniczą. Dziś korzysta z niego aktywnie blisko 50 proc. Vikingów. Inteligenty portfel jest kolejnym krokiem ułatwiającym doładowanie konta i stanowi integralny element oferty Chill ON. Jest to ważny wyróżnik naszej oferty, który będziemy sukcesywnie rozbudowywać, dodając do niego nowe usługi

Chill ON, czyli oferta szyta na miarę

Pracując nad parametrami Chill ON kierowaliśmy się faktycznym użyciem usług przez naszych klientów. 97 proc. Vikingów zużywa mniej niż 20 GB miesięcznie. Wierzymy, że stworzyliśmy ofertę, którą polubią obecni Vikingowie i którą będą chcieli polecić swoim znajomym, korzystając przy tym z benefitów naszego programu member get member

Frank Bekkers, CEO Mobile Vikings Polska

Znaczący odpływ inwestorów zagranicznych z rynku polskich obligacji

W ostatnich tygodniach inwestorów zaskoczyło parę dosyć przykrych informacji. Po pierwsze, motywem przewodnim rozpoczynającej się kampanii wyborczej w Polsce stały się nieoczekiwanie hojne obietnice zwiększenia świadczeń socjalnych oraz obniżenia podatków. Po drugie, opublikowano dane wskazujące na znaczący odpływ inwestorów zagranicznych z krajowego rynku obligacji. Czy należy się martwić?

Michał Oleszkiewicz, CFA, Zarządzający portfelem Franklin Local Asset Management, Templeton Asset Management (Poland) TFI S.A.
Michał Oleszkiewicz, CFA, Zarządzający portfelem Franklin Local Asset Management, Templeton Asset Management (Poland) TFI S.A.

Jeszcze w połowie listopada wydawało się, że rok 2018 okaże się dla rynku polskich obligacji wyraźnie gorszy od poprzedniego. W kolejnych tygodniach na rynku nieoczekiwanie zagościła hossa. Za główną przyczynę wzrostu cen należy uznać wydarzenia na rynku amerykańskim, gdzie w obliczu niepewności dotyczącej perspektyw globalnej koniunktury praktycznie wygasły oczekiwania na podwyżki stóp procentowych po 2018 roku. Rentowność spadała również na rynkach długu strefy euro, gdzie zauważalne było spowolnienie wzrostu. W Polsce z kolei, mimo wysokiej dynamiki PKB, pogorszeniu uległy odczyty wskaźników koniunktury, a inflacja nieoczekiwanie ukształtowała się głęboko poniżej celu NBP. Wydarzeniom tym początkowo towarzyszył głęboki spadek notowań ropy naftowej.

W styczniu i lutym na polskim rynku obligacji przeważała już opinia, że w obliczu oczekiwanego spowolnienia gospodarczego i niskiej inflacji nie jest oczywiste, że kolejną decyzją władz monetarnych odnośnie stóp procentowych będzie ich podwyżka. Dodatkowych argumentów dostarczył rząd, zamrażając ceny energii elektrycznej i unieważniając tym samym projekcję inflacyjną NBP z listopada, zgodnie z którą ceny towarów i usług konsumpcyjnych miały wzrosnąć w 2019 o 3,2%. W tę prognozę nie wierzył zresztą chyba nawet sam bank centralny, ostatecznie w marcu obniżając ją do 1,7% w kolejnym wydaniu projekcji.

Jednym z większych zaskoczeń w roku 2018 była bardzo dobra sytuacja budżetu państwa. Deficyt, planowany początkowo w kwocie 41,5 mld zł, według wstępnych szacunków wyniósł zaledwie 10,4 mld zł, do czego przyczyniły się przede wszystkim wyższe niż planowano wpływy z podatków oraz niższy deficyt w sektorze ubezpieczeń społecznych, skutkujący obniżoną dotacją na rzecz Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Nie ma wątpliwości, że do tak dobrej kondycji finansów publicznych przyczynił się nieoczekiwanie wysoki wzrost gospodarczy w 2018 roku. Trudno jednak nie dostrzec wysiłków rządu na rzecz poprawy ściągalności podatków. Reasumując, obraz polskiej gospodarki w tym czasie można było podsumować następującymi hasłami: niska inflacja, spadająca, choć wciąż wysoka dynamika PKB, deficyt budżetowy pod kontrolą, niskie stopy procentowe przez kolejne kilka lat. Krótko mówiąc, dosyć zachęcające środowisko do inwestowania w obligacje skarbowe.

Ogłoszenie obietnic wyborczych rządzącej partii pod koniec lutego okazało się przykrą niespodzianką dla inwestorów. O ile rynek był przygotowany na pewne poluzowanie polityki budżetowej, o tyle propozycje zwiększenia świadczeń socjalnych, wypłaty dodatkowych emerytur, zmian w podatkach oraz dodatkowych wydatków na transport publiczny, skutkujące kosztami rzędu 20 mld zł w tym roku i 40 mld zł w latach kolejnych, przekraczały oczekiwania inwestorów. Trzeba tutaj wspomnieć, iż po roku 2013 rynki przyzwyczaiły się, iż polityka fiskalna stanowiła źródło raczej pozytywnych zaskoczeń. Tymczasem po lutowych zapowiedziach rządu wydaje się, że o ile w 2019 roku deficyt budżetowy nie powinien znacząco wzrosnąć, o tyle w kolejnych latach, kiedy skutki finansowe wprowadzenia pakietu fiskalnego będę już w pełni odczuwalne, ujemne saldo sektora finansów publicznych może niebezpiecznie zbliżyć się do 3% PKB.

Kolejna niekorzystna informacja, jaką opublikowano w ostatnich tygodniach, dotyczyła zaangażowania inwestorów zagranicznych na krajowym rynku skarbowych papierów wartościowych. Spadło ono w styczniu i lutym aż o 19,1 mld zł, do kwoty 172,3 mld zł, stanowiącej 26,0% zadłużenia w tego rodzaju papierach. Czy spadek tego rzędu należy uznać za duży? Raczej tak, ponieważ przez cały 2018 rok zagranica pozbyła się obligacji wartości 11,3 mld zł. Warto również spojrzeć na historię tego rodzaju inwestycji z nieco dłuższej perspektywy. Jeszcze w 2008 roku, w apogeum światowego kryzysu finansowego, w portfelach zagranicznych utrzymywane były skarbowe papiery wartościowe o wartości 55,9 mld zł, co stanowiło 13,3% całości emisji skarbowego długu emitowanego w kraju. W kolejnych latach zaangażowanie inwestorów zagranicznych rosło, sięgając 211,8 mld zł w czerwcu 2017 roku, co stanowiło 33,8% emisji. W ujęciu procentowym najwyższe zaangażowanie nierezydentów, 41,9%, zanotowano już w czerwcu 2014 roku, było ono jednak wyjątkowo wysokie w wyniku przeprowadzonego w lutym przejęcia i umorzenia większości obligacji skarbowych z portfeli otwartych funduszy emerytalnych. Ogólnie rzecz biorąc, po roku 2012 zaangażowanie inwestorów zagranicznych w polskie obligacje, zarówno w ujęciu kwotowym, jak i procentowym, wyraźnie się zmniejszyło. Rolę głównych kupujących przejęły krajowe banki, w jakiejś mierze przymuszone do tego fiskalnym bodźcem w postaci podatku od aktywów, nieobejmującego akurat inwestycji w dług skarbowy. Tej zmiany w strukturze inwestorów nie trzeba oceniać jednoznacznie źle – niższy udział zagranicznych wierzycieli oznacza również mniejszą zależność od zawirowań rynkowych poza granicami kraju. Z drugiej strony, akurat w styczniu i lutym polskie obligacje wyprzedawane były przede wszystkim przez azjatyckie banki centralne, czyli stabilnych, długoterminowych inwestorów, na których powinno emitentowi zależeć.

Co zatem dalej z obligacjami? Celowo pominę tutaj kwestię wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Niepewność z związana tym procesem jest bardzo duża, a ostateczne decyzje mogą wpłynąć na rynki obligacji zarówno pozytywnie, jak i negatywnie. Niezależnie od powyższego, wydaje się, że po ogłoszeniu planów wydatkowych polskiego rządu trudno liczyć na kontynuację hossy w skali porównywalnej z wydarzeniami z ostatnich tygodni minionego roku. Można oczekiwać, że czas pozytywnych zaskoczeń w odniesieniu do kondycji finansów publicznych mamy już za sobą. W odniesieniu do cen energii elektrycznej, realistyczny wydaje się scenariusz, w którym rząd ograniczy interwencję na tym rynku w kolejnych latach, co z kolei powinno przyczynić się do wzrostu inflacji. Za dodatkowy argument można przyjąć fakt, iż obecnie dynamika cen towarów i usług konsumpcyjnych kształtuje się powyżej celu prawie we wszystkich krajach bezpośrednio sąsiadujących z Polską, co kontrastuje nieco z pesymistycznym przekazem z konferencji prasowych Europejskiego Banku Centralnego. Najprawdopodobniej stopy procentowe w Polsce pozostaną jednak niezmienione nie tylko w tym, ale również w następnym roku, co stanowić będzie pewne ograniczenie dla ewentualnych wzrostów rentowności. Niskie stopy i rosnąca inflacja mogą z kolei uzasadniać utrzymywanie w portfelu obligacji indeksowanych inflacją. Ostatnie miesiące okazały się niezwykle trudnym czasem dla inwestujących w długoterminowe papiery o zmiennym oprocentowaniu, co w dużej mierze wynikało z sytuacji płynnościowej kilku dużych inwestorów, zmuszonych do wyprzedaży swych portfeli. O ile w obliczu rosnącego deficytu budżetowego instrumenty te mają zapewne swój najlepszy czas już za sobą, wydaje się, po wielu miesiącach spadku notowań, że ich wycena może być uznana za zachęcającą. Ogólnie rzecz biorąc, bieżący rok zapowiada się bardzo ciekawie. Zdywersyfikowany i aktywnie zarządzany portfel obligacji skarbowych, uzupełniony o interesujące okazje spośród obligacji korporacyjnych i zagranicznych, może w dłuższym okresie stanowić atrakcyjną alternatywę dla utrzymywania środków na nisko oprocentowanych lokatach bankowych.

Ile kosztuje wynajęcie biura w Warszawie?

Stawki czynszowe za wynajem powierzchni w warszawskich budynkach biurowych klasy A są średnio ponad 30 proc. wyższe niż w biurowcach klasy B, wynika z raportu Walter Herz, w którym przeanalizowanych zostało 500 obiektów biurowych w Warszawie  

Bartłomiej Zagrodnik - Walter Herz.
Bartłomiej Zagrodnik – Walter Herz

Opracowanie zawiera szczegółowy opis zasobów, jakimi aktualnie dysponuje warszawski rynek biurowy, obrazując jego potencjał. – W raporcie zawarte zostały gruntowne dane dotyczące wysokości wywoławczych stawek czynszowych i kosztów eksploatacyjnych, obowiązujących w poszczególnych budynkach biurowych w Warszawie, jak również opisane czynniki, które mają wpływ na ich wysokość w korelacji z lokalizacją, powierzchnią, datą ukończenia i klasą budynków, czy posiadanymi certyfikatami. Poza dogłębną analizą oferty obiektów zlokalizowanych na rynku warszawskim, atutem publikacji są mapy przedstawiające zagęszczenie powierzchni, dostępnych w poszczególnych dzielnicach – informuje Bartłomiej Zagrodnik, Partner Zarządzający w Walter Herz.

Studium dostarcza szczegółowej wiedzy na temat oferty biurowej w aglomeracji warszawskiej, która oferuje dziś 5,65 mln mkw. powierzchni. Według szacunków analityków Walter Herz, w ciągu najbliższych 2-3 lat w Warszawie oddane zostanie około 850 tys. mkw. biur. Większość dużych inwestycji, pozostających w trakcie realizacji skupiona jest w centralnej części miasta, a najwięcej z nich powstaje u zbiegu ulicy Prostej z Towarową, w okolicy ronda Daszyńskiego. Jednocześnie, deficyt atrakcyjnych gruntów w centralnej części Warszawy stymuluje proces zastępowania starszych budynków nowoczesnymi obiektami biurowymi.

Warszawski rynek nigdy dotąd nie cieszył się większym zainteresowaniem. Popyt na stołeczne biura jest dwukrotnie większy niż nowa oferta deweloperów. Chłonność rynku jest tak duża, że współczynnik pustostanów spadł w Warszawie do poziomu 8,6 proc., osiągając najniższą wartość od 7 lat i nadal się obniża, ponieważ budowa większości realizowanych teraz projektów potrwa jeszcze przeszło rok.

Niedobór nowej podaży powoduje, że średnie stawki czynszowe idą powoli w górę. Na podwyżki wpływ ma także niespotykane dotąd w historii warszawskiego rynku zapotrzebowanie na biura. Na przeciętną wysokość stawek czynszowych rzutuje również jakość oddawanych powierzchni. Jak wskazują dane zebrane w raporcie Walter Herz, w warszawskich biurowcach klasy A i A+, które przede wszystkim wchodzą teraz na rynek, ceny za wynajem powierzchni są o 30,7 proc. wyższe niż w obiektach klasy B i B+.

Ponadto, większość z oddawanych w ostatnich latach biurowców to budynki certyfikowane. W takich projektach, jak wynika z opracowania, opłaty eksploatacyjne są wprawdzie o około 5 proc. niższe, ale stawki czynszowe o 13 proc. wyższe niż w biurowcach nie posiadających certyfikatu. Starsze budynki, które zwykle oferują niższy standard niż nowe, charakteryzują się natomiast niższym poziomem czynszów, ale znacznie wyższymi kosztami eksploatacyjnymi.

Analitycy Walter Herz prognozują, że ceny za wynajem powierzchni biurowych w Warszawie w najbliższym czasie będą utrzymywały się nadal w trendzie wzrostowym. Dobra koniunktura gospodarcza w naszym kraju, czy zaklasyfikowanie Polski do krajów rozwiniętych według FTSE Russell podbija zainteresowanie zachodnich oraz globalnych firm naszym rynkiem. To z kolei przekłada się na wzrost zainteresowania wynajmem powierzchni biurowych w największych ośrodkach biurowych w kraju i w konsekwencji wzrostem stawek czynszowych, co szczególnie dotyczy najatrakcyjniej zlokalizowanych, wyjątkowych pod względem architektonicznym obiektów.

Fiskus nie może odbierać spadkobiercom praw, które przysługiwały spadkodawcy

„(…) z art. 97 § 1 O.p. wynika, iż „spadkobiercy podatnika z zastrzeżeniem § 2, przejmują przewidziane w przepisach prawa podatkowego majątkowe prawa i obowiązki spadkodawcy”. Prawem podatnika (tu: spadkodawcy) przejmowanym przez spadkobierców było prawo do wyłączenia przychodu uzyskanego z odpłatnego zbycia nieruchomości (z opodatkowania – przyp. autora). (…) Nie mogą więc oni znaleźć się w sytuacji prawnej gorszej, niż ich poprzednik prawny” – orzekł 28 lutego 2019 r. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Łodzi, uchylając interpretację organu podatkowego odmawiającą małżonce prawa do skorzystania przy sprzedaży nieruchomości z przysługującego jej zmarłemu mężowi zwolnienia podatkowego (sygn. akt I SA/Łd 790/18).

Zgodnie z art. 10 ust. 1 pkt 8 lit. a) ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych (Dz.U. 1991 nr 80, poz. 350, ze zm.) podlegającego opodatkowaniu PIT źródła przychodu nie stanowi odpłatne zbycie nieruchomości, jeśli zostało dokonane po upływie 5 lat liczonych od końca roku kalendarzowego, w którym nastąpiło nabycie. Natomiast jak stanowi treść art. 97 § 1 Ordynacji podatkowej: „Spadkobiercy podatnika (…) przejmują przewidziane w przepisach prawa podatkowego majątkowe prawa i obowiązki spadkodawcy” (Dz.U. 1997 nr 137, poz. 926, ze zm.).

Śmierć sprzedającego po zawarciu przedwstępnej umowy sprzedaży nieruchomości

Właściciel nabytej w 1995 r. nieruchomości w styczniu 2017 r. zawarł z jedną ze spółek z o.o. przedwstępną umowę sprzedaży tej nieruchomości. Strony ustaliły, że zawarcie przyrzeczonej umowy przenoszącej własność nastąpi najpóźniej do dnia 30 czerwca 2018 r. Z uwagi na upływ 5-letniego terminu pomiędzy nabyciem a sprzedażą nieruchomości właścicielowi przysługiwało zwolnienie z obowiązku zapłaty podatku dochodowego w zakresie tej transakcji.

W miesiąc po zawarciu przedwstępnej umowy sprzedaży, w lutym 2017 r. właściciel zmarł. Jego małżonka nabyła po nim na mocy testamentu spadek w całości z dobrodziejstwem inwentarza. 27 czerwca 2018 r. w wykonaniu umowy przedwstępnej, jako następca prawny zmarłego, małżonka przeniosła własność nieruchomości na spółkę.

Wykonanie umowy przez następcę prawnego

Małżonka wystąpiła do Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej z wnioskiem o wydanie interpretacji indywidualnej w zakresie zobowiązania w podatku dochodowym od osób fizycznych z tytułu sprzedaży przedmiotowej nieruchomości. Zdaniem małżonki po śmierci męża – właściciela nieruchomości, który nie podlegał w związku z jej sprzedażą obowiązkowi podatkowemu w PIT, jako spadkobierczyni wstąpiła w jego prawa i obowiązki. Biorąc więc za podstawę przepisy art. 10 ust. 1 pkt 8 lit. a) ustawy o PIT oraz art. 97 § 1 Ordynacji podatkowej, stała na stanowisku, że nie jest zobowiązana do zapłaty tego podatku. O sprzedaży nabytej w drodze spadku nieruchomości nie zadecydowała sama, a była do tego zobligowana na podstawie zobowiązania wynikającego z umowy przedwstępnej, zawartej przez spadkodawcę, który gdyby dożył terminu realizacji umowy przyrzeczonej, nie byłby tym podatkiem obciążony.

Naczelną zasadą jest opodatkowywanie wszystkich dochodów

Dyrektor KIS uznał stanowisko wnioskodawczyni za nieprawidłowe. Wskazał na art. 9 ust. 1 ustawy o PIT, zgodnie z którym poza kilkoma określonymi w ustawie wyjątkami opodatkowaniu podatkiem dochodowym podlegają wszelkiego rodzaju dochody. Aby móc uwolnić się spod tego zobowiązania na podstawie art. 10 ust. 1 pkt 8 ustawy o PIT, należy spełnić wskazane w nim przesłanki. Takiego spełnienia Dyrektor KIS nie dostrzegł w przestawionym przez wnioskodawczynię stanie faktycznym. Stwierdził, że ustawodawca posłużył się w konstrukcji tego przepisu terminem „zbycie”. Z kolei jak stanowi Kodeks cywilny, przychód z odpłatnego zbycia nieruchomości powstaje dopiero z chwilą zawarcia umowy przenoszącej jej własność, a nie z chwilą zawarcia umowy przedwstępnej.

„(…) zbywcą przedmiotowych nieruchomości (…) po śmierci spadkodawcy była wnioskodawczyni i to ona jest podatnikiem podatku dochodowego od osób fizycznych (…) W świetle powołanych przepisów bez znaczenia jest przy tym to, że zawarcie umów przenoszących własność ww. nieruchomości przez spadkobiercę, jest skutkiem wykonania zobowiązań umownych, których stroną był spadkodawca, gdyż jak wyżej wskazano, zbywcą jest wnioskodawczyni” (sygn. akt I SA/Łd 790/18).

Tym samym organ poinformował, że wskutek braku upływu 5-letniego terminu pomiędzy nabyciem przez spadkobierczynię nieruchomości a jej sprzedażą, uzyskany z tego tytułu dochód będzie podlegał opodatkowaniu 19% podatkiem dochodowym.

Interpretacja organu narusza zasady prowadzenia postępowania podatkowego i Konstytucję

Spadkobierczyni wniosła skargę do sądu, wskutek czego Wojewódzki Sąd Administracyjny w Łodzi uznał ją za zasadną. Powołując się na uchwałę składu siedmiu sędziów Naczelnego Sądu Administracyjnego z 17 listopada 2014 r. (sygn. akt II FPS 3/14) i wskazane tam regulacje Kodeksu cywilnego, podkreślił, że z chwilą otwarcia spadku co do zasady spadkobiercy wstępują we wszelkie prawa majątkowe przysługujące w chwili śmierci spadkodawcy. Z uwagi na treść art. 97 § 1 Ordynacji podatkowej, by spadkobierca mógł przejąć przysługujące podatnikowi prawa majątkowe, muszą być to prawa „przewidziane w przepisach prawa podatkowego”. Za takie można więc uznać prawa, które za życia spadkodawcy kształtowały jego sytuację majątkową. Nie ma wątpliwości, że wpływ na tę sytuację ma uprawnienie do zmniejszenia, a tym bardziej do całkowitego wyeliminowania ciężaru podatkowego.

Sąd odniósł się także do samej deklaracji organu, który poinformował podatniczkę, że gdyby umowę przedwstępną wykonał spadkodawca, to podatku by nie żądał. Uchylając wydaną przez organ interpretację, orzekł, że odmienne traktowanie spadkobierczyni narusza nie tylko zasady postępowania podatkowego, ale i zasady gwarantowane Konstytucją RP.

„(…) w omawianej sprawie prawem podatnika (spadkodawcy) przejmowanym przez spadkobiercę (skarżącą) było prawo do wyłączenia przychodu uzyskanego z odpłatnego zbycia nieruchomości (…) nie powodującym powstania obowiązku podatkowego z tytułu odpłatnego zbycia. Nie może więc ona znaleźć się w sytuacji prawnej gorszej niż jej poprzednik prawny. Odmienna interpretacja art. 389, art. 390 K.c. w związku z art. 97 § 1 O.p. i art. 10 ust. 1 pkt 8 lit. a) u.p.d.o.f. prowadziło do naruszenia art. 121 § 1 O.p. Tym samym wykładnia pojęcia „odpłatne zbycie” jaką przedstawił organ oznacza również naruszenie zasady równości i niedyskryminacji. Z art. 32 ust. 1 Konstytucji RP wynika bowiem nakaz jednakowego traktowania podmiotów znajdujących się w zbliżonej sytuacji oraz zakaz różnicowania w tym traktowaniu bez przyczyny znajdującej należyte uzasadnienie w przepisie rangi co najmniej ustawowej” (sygn. akt I SA/Łd 790/18).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Przypadek Pracowni Nowych Technologii, czyli dlaczego należy zachować ostrożność podczas inwestowania w moc obliczeniową

Pracownia Nowych Technologii to działająca globalnie polska marka zajmująca się poszukiwaniem i rozwijaniem innowacyjnych rozwiązań dla energetyki w oparciu o blockchain – technologię przyszłości. Niestety, niedawny krach na rynku mocy obliczeniowej oraz miningu cyfrowego sprawił, że firma musi mierzyć się z wyzwaniami rynkowymi jak i nieprawdziwymi zarzutami inwestorów.

Fałszywe informacje na temat aktywności spółki oraz insynuacje działań na szkodę inwestorów pojawiły się na przestrzeni ostatnich miesięcy w różnych mediach branżowych. PNT wielokrotnie występowało o sprostowania apelując o rzetelność publikowanych materiałów. Jak twierdzi zarząd spółki, warto ją podkreślać, aby mogła być cenną wiedzą dla osób pragnących działać na rynku miningu cyfrowego i zostać inwestorami. Wszystko wskazuje na to, że zbliża się wzrost wartości najpopularniejszych walut cyfrowych, dlatego mimo iż jest to inwestycja obarczona sporym ryzykiem, warto poznać casus Pracowni Nowych Technologii, aby uniknąć w przyszłości niejasności wynikających z nieostrożnego inwestowania.

Bitcoin w dół, a prąd w górę

Na bieżące problemy Pracowni Nowych Technologii złożył się krach w branży miningu cyfrowego skutkujący m. in. spadkiem cen mocy obliczeniowej i w konsekwencji wartości urządzeń. Dodatkowo na pogorszenie warunków prowadzenia tego typu działalności wpłynęły drastyczne podwyżki cen energii elektrycznej w Polsce. Sytuacja ta odbiła się na całej branży w naszym kraju. Wiele podobnych firm musiało ogłosić upadłość, a te, które jeszcze działają musiały poszukiwać błyskawicznych rozwiązań przywracających rentowność serwerowni. Z powodu tych wydarzeń, zarząd PNT zaproponował w styczniu 2019 roku przekształcenie spółki, aby stworzyć najkorzystniejszą z perspektywy podatkowej formę inwestycji dla wspólników. Przeprowadzenie procesu restrukturyzacji ma chronić spółkę przed upadłością, która może być wynikiem działań podjętych przez niektórych komandytariuszy – obecnie jedynymi wierzycielami spółki mogącymi doprowadzić do jej upadku są jej właściciele czyli inwestorzy.

Głównym założeniem modelu biznesowego PNT było zbudowanie, rozwój i eksploatacja wyspecjalizowanej serwerowni, a wspólnicy biorący udział w inwestycji wynagradzani mieli być proporcjonalnie do wypracowanego zysku. Wszystkie opłaty, które jak podkreślają media, były w tym wypadku wygórowane, zostały uwzględnione w umowie i nie odbiegały od stawek rynkowych. PNT nigdy nie ukrywało ryzyka płynącego z inwestowania na tak młodym i niestabilnym rynku przed inwestorami, którzy wpłacili pieniądze do spółki – Pracownia Nowych Technologii uczulała ich w temacie dotyczącym wysokości ryzyka i możliwości zmiany koniunktury na rynku kryptowalut.

Przed wystąpieniem problemów finansowych związanych z wcześniej wspomnianymi zmianami na rynku miningu i rynku energii elektrycznej, PNT wypłacała zobowiązania i zyski przez cały 2017 i 2018 rok zgodnie z wymagalnością pożyczek, nadpłacając raty w styczniu 2018 roku, aż do czasu drastycznych zmian w branży i spadków cen mocy obliczeniowej. Na pogłębienie problemów finansowych spółki wpłynął fakt, że – jak pokazał czas – Blckchain Data Center było budowane w okresie, w którym sytuacja na rynku miningu cyfrowego powodowała, iż ceny sprzętu były najwyższe z możliwych, podczas gdy teraz jest on wart co najmniej dziesięciokrotnie mniej. Spowodowane jest to wycenianiem sprzętu metodą dochodową – jest on wart tyle, ile jest w stanie zarobić. Właśnie dlatego w konsekwencji spadku cen walut cyfrowych, diametralnie spadła także wartość serwerowni.

Spółka notuje zyski

Wszystko to sprawiło, że wysokie ryzyko inwestycyjne stało się realne i nikogo nie powinna dziwić sytuacja spółki. Większość firm z branży ogłosiła upadłość, natomiast Pracownia Nowych Technologii zorganizowała relokację sprzętu do zagranicznych lokalizacji. W styczniu, pomimo nadal utrzymującej się sytuacji niskich cen mocy obliczeniowej, spółka zanotowała zysk z działalności operacyjnej, właśnie za sprawą przeniesienia Blockchain Data Center do lokalizacji zagranicznej.

Pracowni Nowych Technologii zależy na tym, aby nie poddawać się spekulacjom, dlatego reaguje na wszystkie fałszywe informacje i nieprawdziwe treści pojawiające się na temat działań spółki w doniesieniach medialnych. Przez cały proces współpracy z PNT, inwestorzy byli informowani o wysokim ryzyku, a zapisy dotyczące ryzyka zostały uwzględnione w umowach. Na żadnym etapie kryzysu spółka nie odmawiała wspólnikom wglądu do dokumentów, wielu inwestorów korzystało i korzysta z tego prawa regularnie. W samym 2018 roku spółka zorganizowała sześć zgromadzeń wspólników,
publikowała cykliczne raporty oraz organizowała wideokonferencje, na których odpowiadała na pytania wspólników.

Priorytetem Pracowni Nowych Technologii jest obecnie ścisła współpraca z inwestorami nad poprawą bieżącej sytuacji, tak, aby wspólnie podjąć decyzje najlepsze dla przyszłości spółki. Wszystko wskazuje na to, że w najbliższym czasie sytuacja na rynku mocy obliczeniowej ulegnie zmianie, a kryptowaluty zyskają na wartości, co w połączeniu z przeniesieniem serwerowni PNT za granicę, w miejsca z korzystnymi cenami energii elektrycznej pomoże odzyskać wiatr w żagle i ostatecznie zażegnać kryzys, z którym zmaga się firma.

VoD przyszłością cyfrowej reklamy

Mariusz Maksymiuk
Mariusz Maksymiuk, CEO Adexon

Obecnie 70% osób w wieku od 18 do 34 lat ogląda telewizję w Internecie. Tylko 33% z nich przyznaje, że zdarza im się oglądać program w telewizji na żywo. Dotyczy to głównie ważnych wydarzeń, np. sportowych. To wyraźny znak, że tradycyjna telewizja za kilka lat przeniesie się do cyfrowego świata na dobre.

Transformacja telewizji

Od początku późnych lat 20. telewizja przeszła wiele transformacji: nadejście koloru, dźwięku i tę największą – Internetu. To właśnie Internet całkowicie zmienił jej format. Dziś nikt z nas nie musi siadać na kanapie o określonej porze, aby obejrzeć ulubiony serial. Teraz to my, odbiorcy decydujemy o tym co i kiedy oglądamy, wybierając  platformy takie jak Netflix, YouTube, Player, Ipla, HBO GO i wiele innych. Z tych największych serwisów w Polsce korzysta już kilka milionów użytkowników miesięcznie. Dotyczy to szczególnie osób w wieku 18-34. To właśnie im nieobce są nowości technologiczne oraz najlepsze zagraniczne produkcje.

Na żądanie odbiorców

Internet nieodwracalnie zmienił otaczającą nas rzeczywistość. Łatwy i szybki dostęp do informacji oraz ich różnorodność stała się standardem dla użytkowników. Tak właśnie powstały usługi umożliwiające odbiorcom dostęp do przekazu w wybranym przez nich czasie. Jedną z nich jest tzw. wideo na żądanie. Cenią to przede wszystkim ci, którzy mogą oglądać ulubiony serial czy dokument na urządzeniu mobilnym w komunikacji miejskiej, czy czekając w kolejce. 24- godzinny dostęp z możliwością zatrzymywania i przewijania w dowolnym momencie stał się niezwykle cennym ułatwieniem.

Rozwiązanie to jest także wygodne dla rodzin, które cenią sobie możliwość obejrzenia nowego filmu czy wydarzenia sportowego w domowym zaciszu. Okazuje się też, że dzięki VOD jesteśmy w stanie dużo zaoszczędzić. Bilety do kina dla kilkuosobowej rodziny mogą kosztować nawet dziesięć razy więcej niż kilkumiesięczny dostęp do danej platformy.

VOD dla reklamodawców

Dziś VOD, za sprawą preferencji Internautów, którzy najczęściej sięgają po content video jest jednym z najszybciej rosnących trendów. Do wzrostu popularności tych serwisów przyczynia się także technologia, która daje nam coraz to nowsze możliwości. To właśnie dzięki niej mamy dostęp do niezliczonej liczby materiałów na dowolnym urządzeniu.

Oglądając telewizję w Internecie nie omija nas oglądanie reklam. Coraz więcej marek przenosi się z tradycyjnej telewizji do tej cyfrowej. To naturalne – reklamodawcy podążają za swoją grupą docelową.

Według najnowszych badań, w 2018 roku przed oraz w trakcie programów dostępnych w serwisach VOD średnio w ciągu jednej godziny reklamy były wyświetlane przez około 9,5 minuty. To o 2,5 miliona więcej niż w roku 2017. Te dane mówią, że liczba reklam wyświetlanych w serwisach cyfrowych coraz bardziej zbliża się do telewizji tradycyjnej. Badania Zeniht pokazują, że w 2020 roku, w Polsce, średni czas oglądania wideo online wzrośnie do godziny dziennie.

Wideo na żądanie jest odpowiedzią na potrzeby współczesnych odbiorców, którzy najbardziej cenią sobie możliwość wyboru tego co oglądają, kiedy oraz na jakim nośniku. Natomiast stale rosnący wskaźnik konsumpcji treści wideo oraz liczby użytkowników platform VOD sprawia, że reklamodawcy coraz częściej i chętniej wykorzystują online video do budowania zasięgów kampanii, chcąc dotrzeć do tych użytkowników, którzy oglądają telewizję sporadycznie lub nie robią tego wcale.

Czy benzyna podrożeje? Kurs ropy najwyższy od 5 miesięcy

Bartosz Sawicki, Dyrektor Departamentu Analiz w Domu Maklerskim TMS Brokers
Bartosz Sawicki, Dyrektor Departamentu Analiz w Domu Maklerskim TMS Brokers

Kurs ropy jest najwyżej od około pięciu miesięcy, w przypadku brent oznacza to ceny baryłki powyżej 71 USD, w przypadku WTI bliskie 65 USD. Po stronie podażowej układ sił się nie zmienia.

Wykres dzienny ropy WTI i BRENT.

Kurs ropy najwyższy od 5 miesięcyŹródło: Bloomberg

Arabia Saudyjska wydobywa mniej ropy niż planowała. Zapaść gospodarcza i przerwy w dostawach prądu w Wenezueli również ograniczają produkcję pogłębiając jednocześnie kryzys w tym państwie. Jednocześnie rynek nie wierzy, że trwale zostało przywrócone wydobycie na największym libijskim polu naftowym El Sharara.

Wydobycie ropy w Arabii Saudyjskiej.

Kurs ropy najwyższy od 5 miesięcy 2Źródło: Bloomberg

Utrzymanie dziennej produkcji na poziomie 1,1 mln baryłek jest poddawane pod wątpliwość ze względu na ofensywę sił partyzanckich w kierunku Trypolisu. Potencjalne przerwanie dostaw z tego kraju skutkowałoby zwiększeniem groźby deficytu surowca. Ważną kwestią jest także przedłużenie wyjątków od sankcji na Iran – wygasną one na początku maja. Z jednej strony USA chciałyby dalej ograniczać eksport z tego kraju. Z drugiej strony Donald Trump chciałby niższych cen paliw i w powietrzu wiszą kolejne próby wywierania nacisków na OPEC.

Wydobycie ropy w Libii.

Kurs ropy najwyższy od 5 miesięcy 3Źródło: Bloomberg

To wszystko są jednak dobrze znane elementy układanki. W ostatnich dniach do wykrzesania nowego impulsu wzrostowego (w kwietniu WTI podrożała o ponad 5 proc. a od początku roku o 40 proc.) przyczyniły się lepsze dane makroekonomiczne (zwłaszcza z Chin), które oddalają perspektywę obniżenia prognoz ogólnoświatowego zapotrzebowania na surowce energetyczne. Globalna gospodarka nadal pozostaje chimeryczna i nawet zakładając pozytywny scenariusz jej przyśpieszenia, należy zakładać, że będzie to wyboista droga – sygnały ze sfery realnej powinny pozostawać jeszcze przez jakiś czas niejednoznaczne. Dlatego też rajd cen jest zagrożony: w obecnej sytuacji pozytywne informacje są zdyskontowane.

Sezonowość zapasów ropy w USA.

Kurs ropy najwyższy od 5 miesięcy 4Źródło: Bloomberg

Obok pogorszenia danych z gospodarek, impuls do korekty powinien przychodzić pod postacią przyrostów zapasów surowca – ostatnie tendencje w tym zakresie są sprzeczne z obserwowanymi szablonami sezonowymi. Dodatkowo nie można bagatelizować aktywności Trumpa na Twitterze: każdy silny wzrost, każdy nowy wielomiesięczny szczyt podnosi ryzyko reakcji.

Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz w TMS Brokers

5G to nie tylko kolejne „G”, czyli co nowa generacja sieci oznacza dla biznesu

Internet działający jak nigdy wcześniej, leczenie na odległość, szeroka adaptacja Internetu Rzeczy i oczywiście SI – to wszystko wydarzy się już niebawem. Zawsze jednak, gdzieś w tle, majaczy technologia 5G. Przyszłość trudno wyobrazić sobie bez nadchodzącej sieciowej rewolucji, a rok 2019 z pewnością jest momentem przełomowym dla technologii 5G.

Dla firm z branży telekomunikacyjnej czy dostawców usług komunikacyjnych nadszedł idealny moment, by rozwinąć zdolność dostarczania nowych usług od ręki, w sposób niemożliwy jeszcze jakiś czas temu. Wykorzystanie technologii 5G to okazja, by w walce o serca i zadowolenie klientów wykorzystać Internet Rzeczy, chmury obliczeniowe i edge computinig. Choć o 5G na razie więcej się mówi niż realnie wykorzystuje, biznes musi zacząć planować działania już teraz.

Jean Pierre Brulard, wiceprezes i dyrektor generalny VMware w regionie EMEA
Jean Pierre Brulard, wiceprezes i dyrektor generalny VMware w regionie EMEA

Wpływ tych zawczasu podjętych decyzji na finansowe i operacyjne ramy działania firm z branży telco będzie ogromny. Firmy muszą być gotowe do walki z konkurencją. Bronią jest swoboda tworzenia nowych usług oraz stopniowo zwiększana wydajność i przepustowość sieci operatorskich – komentuje Jean Pierre Brulard, wiceprezes i dyrektor generalny VMware w regionie EMEA. Ograniczanie 5G jednak do rozwoju branży telco to jednak poważny błąd. Każda organizacja, która w swojej działalności wykorzystuje sieć, powinna poważnie pomyśleć, jak technologia 5G może pomóc jej w osiągnięciu celów biznesowych. Nie ma znaczenia czy dana organizacja działa w sektorze handlowym, logistycznym, publicznym czy prywatnym. 5G to okazja, by całkowicie przemodelować biznes i sposób komunikacji z konsumentami – dodaje.

Zdaniem Åsy Tamsons, szefowej działu rozwoju biznesu w Ericssonie, wiele firm oraz instytucji na całym świecie uważa nadal, że technologia 5G to tylko kolejna „sieć. Takie podejście jest poważnym hamulcem inwestycyjnym. Osoby odpowiedzialne za rozwój biznesu muszą więc wiele sie natrudzić, by przekonać zarządy firm oraz akcjonariuszy, że wydatki na wdrożenia 5G są jak najbardziej potrzebne w czasach, które nadchodzą.

Jedna sieć, bogactwo możliwości

Jeśli biznes pyta – po co nam kolejna sieć, o co chodzi z tym cały oznakowaniem „coś tam G” należy odpowiedzieć wprost – 5G to większa szybkość, niższe opóźnienia i znacznie wyższa gęstość sieci niż w przypadku technologii 4G, inaczej LTE. Jeśli organizacja chce choćby marzyć o usługach opartych na potencjale IoT, o sprzedaży autonomicznych pojazdów, o telemedycynie czy o stworzeniu smart city, każdy z tych elementów musi być w grze.

Szybkość to sprawa nader oczywista. 5G umożliwi konsumentowi ściągnięcie całego filmu w wysokiej jakości w ciągu nawet 10 sekund. Dzisiaj trwać to może nawet godzinę. Przepustowość determinuje z kolei w jakim czasie dane pokonują odległość miedzy dwoma punktami. Obecne sieci sprawiają, że transfer danych zawsze jest obarczony opóźnieniem, choćby liczonym w milisekundach. W przypadku operacji chirurgicznej to czas mający nie lada znaczenie – wyjaśnia Jean Pierre Brulard z VMware. Gęstość sieci decyduje z kolei o jej wydajności pod kątem ilości urządzeń zalogowanych do niej w tym samym czasie. Już teraz na świecie działa ponad 23 mld urządzeń sieciowych. A liczba ta będzie rosnąć. Każdy z nas doświadczył sytuacji, że szybkość połączenia drastycznie spadała, wraz z kolejnymi logowaniami nowych urządzeń. To wyraźnie pokazuje, że potrzebujemy technologii, która obsłuży znacznie więcej narzędzi na raz – dodaje.

W każdym tym aspekcie technologia 5G może spisać się lepiej i efektywniej niż obecne sieci 4G, umożliwiając organizacjom podjęcie działań, która definiują nowy, cyfrowy świat. Dzięki niezawodnej i szybkiej sieci 5G chirurg będzie np. w stanie przeprowadzić operacje na odległość, dzięki podłączonemu do sieci robotowi. Jak to jest możliwe, co czyni 5G lepszym od 4G?

Obecna sieć składa się z różnorodnych urządzeń, która działając w ramach jednej sieci to łączą się z nią w jeden sposób. W przypadku 5G sieć podzielona będzie na swego rodzaju plastry. Każdy z nich będzie odpowiadał za inne funkcje sieci. Przy tym podejściu, jeden taki plaster będz ie np. odpowiedzialny za komunikację bez opóźnień, inny za przesyłanie obrazu i dźwięku wysokiej jakości, a jeszcze inny za dostępność usługi na czas wykorzystania danego rozwiązania. Dzięki temu chirurg będzie mógł przeprowadzić operację, bez ryzyka, że inni użytkownicy sieci wpłyną na jego działania – tłumaczy Jean Pierre Brulard z VMware.

Handel na miarę cyfrowych czasów

Według Gartnera do 2020 r. 100 mln konsumentów będzie robiło zakupy z wykorzystanie rozszerzonej rzeczywistości lub wirtualnej rzeczywistości. Zastosowanie tych, niszowych do tej pory, technologii stanie się możliwe na szerszą skalę właśnie dzięki technologii 5G. Branża detaliczna do sieci nowej generacji coraz bardziej przekonuje się nie tylko jednak ze względu na możliwości rozwiązań VR/AR.

Wielokrotnie już słyszeliśmy, że wielkie firmy detaliczne planują dostarczać paczki z pomocą dronów. Jak na razie nie widać na niebie rojów maszyn z pakunkami w mechanicznych łapkach. Ale ta wizja dzięki 5G może stać się czymś więcej niż tylko projekcją biznesowych marzeń – przekonuje Jean Pierre Brulard z VMware.

Dzięki znacznie większej gęstości sieci przyszłości będą w stanie „obsłużyć” ogromną ilość latających urządzeń, umożliwiając ich operatorom koordynować ich trasy, tak by nie doszło do żadnych kolizji. Taka technologia umożliwi dostawy do obszarów, do tej pory niedostępnych ze względu na brak odpowiedniej infrastruktury drogowej.

Bez inwestycji nie ma zysku

Osiągniecie efektów jakie daje technologia 5G wymagać będzie oczywiście od firm dużych nakładów finansowych w rozwój infrastruktury sieciowej. Dla dostawców usług komunikacyjnych inwestycja taka to swoiste rynkowe być albo nie być. Najprawdopodobniej w najbliższych latach firmy te nie wdrożą jednak czystej oferty opartej tylko na 5G. Konsumenci raczej otrzymają mieszane podejście. Sieci LTE dla podstawowych usług i 5G dla tych dodatkowych, bardziej innowacyjnych.

W najbliższym czasie więc popularnością będą się cieszyć chmury telekomunikacyjne. Bazująca na oprogramowaniu infrastruktura pozwala łatwo łączyć rozwiązania 4G z fundamentem pod przyszłe wdrożenia sieci 5G. Takie podejście testuje obecnie m.in. firma Vodafone. Jej dyrektor generalny ds. technologii, Johan Wibergh tłumaczy, że w procesie automatyzacji operacji sieciowych i zarządzania nimi wymagana jest znaczna elastyczność działania, która umożliwia jedynie infrastruktura programowa. Dzięki inwestycjom w chmurą telekomunikacyjna i technologię NFV osiągnęliśmy znacznie korzyści finansowe i jednocześnie przyspieszyliśmy nasze działania rynkowe.

Bez wątpienia dzięki technologii 5G wdrażanie najnowszych osiągnieć technologicznych np. Internetu Rzeczy, sztucznej inteligencji, edge computing stanie się szybsze i sprawniejsze. W oparciu o programowo-definiowaną infrastrukturę sieć nowej generacji będzie miała potencjał całkowicie przeobrazić krajobraz biznesowy.

Dzisiaj trudno sobie wyobrazić nawet skalę tych przeobrażeń. Jeszcze wiele musi się wydarzyć zanim 5G całkowicie wyprze poprzednie sieci. O zmianach musimy jednak myśleć tu i teraz. Przedsiębiorstwa muszą opracować plan działania, jak mogą wykorzystać moc tej nowej sieci dla własnych potrzeb biznesowych. Myśląc że 5G to tylko kolejne „jakieś tam G”, firma ryzykuje, że prześpi okazję do wyprzedzenia konkurencji.  Każda organizacja, która nie wykorzysta tej możliwości, już wkrótce będzie walczyć o przetrwanie w cyfrowym świecie – puentuje Pierre Brulard z VMware.

Inflacja rośnie zgodnie z planem – ceny żywności oraz paliw w górę

Potwierdziły się wstępne szacunki GUS, zakładające wzrost inflacji w marcu do 1,7 proc. Mocniej w górę poszły ceny żywności oraz paliw.

W marcu wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych był wyższy niż przed rokiem o 1,7 proc. Oznacza to przyspieszenie inflacji w skali zgodnej zarówno z wcześniejszymi szacunkami, jak i z oczekiwaniami ekonomistów. Jest ona najwyższa od października ubiegłego roku. Jednocześnie w marcu ubiegłego roku ceny wzrosły jedynie o 1,3 proc. W minionym miesiącu mocniej w górę poszły ceny żywności i były wyższe niż przed rokiem o 2,6 proc. (w lutym wzrost wyniósł 2,1 proc.). Ceny związane z transportem przyspieszyły zwyżkę z 2,5 proc. w lutym do 3,5 proc. Złożył się na to sięgający 7,3 proc. wzrost cen paliw, w tym olej napędowy zdrożał aż o 13,2 proc. a benzyna o 4,4 proc. W lutym wzrost był wyraźnie niższy i wynosił odpowiednio 10,8 i 3,1 proc.

Spośród pozostałych głównych kategorii wydatków nadal silniej zwyżkowały koszty związane ze zdrowiem, które poszły w górę o 2,9 proc. (w lutym wzrosły o 2,6 proc.). Koszty dotyczące edukacji zwiększyły się o 3,1 proc. w porównaniu do marca 2018 r., a wysokie tempo wzrostu w tym przypadku utrzymuje się już od kilku miesięcy. O 3,6 proc. więcej trzeba było płacić w hotelach i restauracjach. Tradycyjnie już taniała odzież i obuwie, tym razem o 2,4 proc. oraz wydatki związane z łącznością, których ceny spadły o 2,5 proc. (ceny sprzętu telekomunikacyjnego obniżyły się aż o 11 proc.). Z 2,3 proc. w lutym do 2,7 proc. w marcu przyspieszył wzrost cen usług, co ma związek z rosnącymi płacami i dużym udziałem kosztów wynagrodzeń w tym sektorze. Ponownie nieco zwiększyły się koszty związane z użytkowaniem mieszkania, z 0,6 proc. w lutym do 1 proc. w marcu. Najmocniej, bo aż o 10,6 proc. zwiększyły się koszty wywozu śmieci. Ceny energii elektrycznej były niższe niż przed rokiem aż o 7 proc., ale o 5,2 proc. zdrożał gaz.

Wśród najbardziej popularnych artykułów żywnościowych nadal silnie drożeje pieczywo, za które w marcu trzeba było płacić o 9,6 proc. więcej niż przed rokiem (w lutym zwyżka sięgała 9,3 proc.). O 2,4 proc. w górę poszły ceny mięsa drobiowego, ale za to o 2,7 proc. mniej trzeba było płacić za wieprzowinę. Niewiele, bo o 0,7 proc. staniały mleko, sery i jaja, w tym mleko o 2,5 proc., a jaj aż o 10,6 proc. Producenci sygnalizują dużą nadpodaż jaj i zbliżające się święta niewiele im pomogą, zaś konsumenci za ten składnik tradycyjnego koszyczka będą płacić mniej. Z kolei o 1,3 proc. zdrożały wędliny. Nadal silnie rosną ceny warzyw, przyspieszając z 15,8 proc. w lutym do 16,6 proc. w marcu. Dość niespodziewanie, aż o 11,2 proc. podrożał cukier. Z 1,8 do 2,1 proc. wzrosła dynamika cen napojów alkoholowych.

Dość powszechne, zarówno ze strony ekonomistów, jak i konsumentów, jest oczekiwanie umiarkowanego wzrostu inflacji w kolejnych miesiącach. Proinflacyjnie powinien oddziaływać utrzymujący się dynamiczny wzrost średnich płac i zapowiadane transfery socjalne oraz wciąż bardzo dobra z punktu widzenia pracowników sytuacja na rynku pracy. Z kolei na inflację hamująco może działać perspektywa spowolnienia tempa wzrostu gospodarczego. Zagadką pozostają natomiast notowania ropy naftowej oraz sytuacja na rynku produktów rolno-spożywczych. Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem wydaje się wzrost wskaźnika cen o około 2 proc. na koniec roku, jednak możliwe są odchylenia zarówno w jedną, jak i w drugą stronę. Warto zwrócić uwagę, że najnowsza prognoza Banku Światowego zakłada na ten rok inflację w wysokości aż 3 proc., Międzynarodowy Fundusz Walutowy spodziewa się wzrostu o 2 proc. Z kolei agencja ratingowa Fitch obniżyła niedawno swoją prognozę inflacji na ten rok z 2,7 do 1,7 proc.

Roman Przasnyski
Główny Analityk GERDA BROKER

MFW zwiększył swój szacunek dla wzrostu polskiego PKB w tym roku

W minionym tygodniu nie poznaliśmy zbyt wielu nowych danych dla polskiej gospodarki. Warta uwagi jest jednak nowa prognoza Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW), wg której w tym roku polska gospodarka wzrośnie o 3,8%, a więc o 0,3 p.p. więcej w porównaniu z poprzednią prognozą. Polska jest jednym z nielicznych krajów, dla których MFW podniósł szacunki wzrostu PKB w tym roku. Dla porównania dla największych gospodarek światowych, jak USA, Niemcy czy Japonia, MFW znacznie je obniżył. Przyczyną podwyższenia prognoz dla rozwoju PKB w Polsce jest głównie ekspansywna polityka fiskalna polskiego rządu. Jednakże, podczas gdy ekspansja fiskalna wspiera szybszy wzrost PKB, to negatywnie odbija się na polskich finansach publicznych. Wg MFW deficyt budżetu państwa wzrośnie w tym roku do 2,2%, z szacowanych wcześniej 0,5%.

W bieżącym tygodniu zostaną opublikowane interesujące

statystyki z polskiego rynku pracy oraz wyniki marcowej produkcji przemysłowej. Dane te nie powinny zmienić fundamentów złotego. Rynki zdążyły się już przyzwyczaić do dobrej sytuacji i wyników polskiej gospodarki. Paradoksalnie, większy potencjał wpływu na złotego ma rozwój w strefie euro. Tutaj nie oczekuje się jednak znaczących zmian. Po odroczeniu Brexitu sytuacja na pewien czas się uspokoi, a na zasadnicze zmiany rozwoju gospodarczego w Niemczech jest jeszcze wcześnie.

Złoty w ubiegłym tygodniu umocnił się i tydzień zakończył na poziomie 4,28 EUR/PLN. Kurs eurodolara w piątek wynosił 0,03 EUR/USD.

AKCENTA CZ a.s.

Bezpieczeństwo firmowej chmury

Rozwiązania chmurowe stale zyskują na popularności. Według firmy badawczej Forrester całkowity rynek chmury publicznej osiągnął w 2018 roku wartość 178 miliardów dolarów – to ponad o 32 miliardy więcej niż rok wcześniej. Z kolei analitycy IDC przewidują, że 90% przedsiębiorstw będzie korzystać z co najmniej kilku usług i platform w chmurze do 2020 roku.

Zalety przetwarzania danych w chmurze są widoczne dla wielu firm i organizacji. Równocześnie wyraźne stają się zagrożenia i poważne wyzwania związane z chmurą publiczną, prywatną i hybrydową.  Monitorowanie tych wszystkich środowisk jest coraz trudniejsze, dlatego warto przyjrzeć się trzem aspektom zapewnienia bezpieczeństwa chmury opracowanym przez ekspertów Fortinet.

1) Środowisko wielochmurowe pojawia się spontanicznie

Jolanta Malak, regionalna dyrektor Fortinet w Polsce
Jolanta Malak, regionalna dyrektor Fortinet w Polsce

Zazwyczaj systemy wielochmurowe powstają w firmach spontanicznie, korzystanie z nich nie jest dokładnie zaplanowane, a ich jakiekolwiek zabezpieczenia są wdrażane po fakcie. – Wystarczy, że pracownicy zaczną korzystać z Dropboxa, Google Drive czy Office 365 i nagle firma staje się użytkownikiem wielu różnych dostawców usług w chmurze – zauważa Jolanta Malak, dyrektor Fortinet w Polsce. – Takie sytuacje ograniczają kontrolę nad danymi, które wpływają do firmy i ją opuszczają. Każda z wykorzystywanych usług ma odrębną, często niezbyt jasną politykę zabezpieczeń, co w efekcie zwiększa ryzyko naruszenia poufności danych.

Należy pamiętać, że zabezpieczenia są tak silne, jak ich najsłabsze ogniwa. Wystarczy, że pracownicy zaczną korzystać z tych samych haseł do różnych aplikacji w chmurze, a ryzyko automatycznie rozszerzy się o obszary niekontrolowane przez zespół IT firmy. Brak informacji o tym, jakie dane są przechowywane oraz gdzie i komu są udostępniane sprawi, że poziom zagrożeń będzie trudny do określenia, ale niemal na pewno się zwiększy. Nie pomaga też fakt, że każda platforma jest podatna na inne rodzaje ataków.

2) Praktyczne rozwiązania lepsze niż ograniczenia

Zatrudnieni w firmie specjaliści od bezpieczeństwa powinni skupić się na promowaniu wśród pracowników dobrych praktyk, zaczynając np. od założenia przeznaczonych do użytku służbowego kont Dropbox i aplikacji Google. Nie rozwiąże to wszystkich problemów, ale w dalszej perspektywie ułatwi centralne zarządzanie tymi usługami i zmniejszy ryzyko.

Robert Dąbrowski, szef zespołu inżynierów Fortinet
Robert Dąbrowski, szef zespołu inżynierów Fortinet

Odpowiedzialność za bezpieczeństwo danych w chmurze ostatecznie leży po stronie użytkownika. Dostawcy usług wielochmurowych zazwyczaj zapewniają szczegółową dokumentację informującą o warunkach i zagrożeniach związanych z ich wykorzystywaniem – mówi Robert Dąbrowski, szef zespołu inżynierów Fortinet w Polsce. – Specjaliści ds. cyberbezpieczeństwa muszą więc ustalić granicę, gdzie zaczyna się ich odpowiedzialność, a kończą obowiązki dostawcy. Dopiero wtedy można zacząć opracowywać strategię zabezpieczeń, włączając w to szyfrowanie danych i ustalanie odpowiednich wymagań poufności.

3) Bezpieczeństwo w chmurze

Przedsiębiorstwa oraz ich zespoły IT muszą przygotować się na to, że pracownicy będą korzystać z wielu środowisk w chmurze. Aby zapewnić odpowiednią ochronę i widoczność, konieczna będzie integracja zabezpieczeń i stworzenie odpowiedniej polityki reagowania na zagrożenia. Takie podejście pozwoli na bezpieczną komunikację w chmurze pomiędzy aplikacjami a urządzeniami końcowymi (komputerami, smartfonami), zaś firma będzie mogła czerpać korzyści z zalet przetwarzania danych w chmurze, jednocześnie unikając potencjalnych niebezpieczeństw.

Trójmiasto z najniższym od dekady poziomem pustostanów

W 2018 r. łączne zasoby biurowe Gdańska, Gdyni i Sopotu sięgnęły 775 tys. mkw., co plasuje je na trzecim miejscu wśród rynków regionalnych. Na koniec 2018 roku w Trójmieście było w sumie 145 tys. mkw. biur w budowie. Jednocześnie odnotowano najniższy od blisko dekady poziom pustostanów na poziomie 6,1%.

W minionym roku w trójmiejskiej aglomeracji oddano do użytku 77 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej w ramach trzech projektów: Olivia Star (43,7 tys. mkw.) i Olivia Prime A (29,4 tys. mkw.) w Gdańsku oraz Centrum Sportowa C w Gdyni (3,8 tys. mkw.).

Wśród największych budynków w fazie realizacji są m.in. IV etap kompleksu biurowego Alchemia – Neon (niemal 34 tys. mkw.), kolejny budynek w kompleksie Olivia Business Centre (26 tys. mkw.), budynek A w kompleksie biurowym WAVE (22,6 tys. mkw.), Heweliusza 18 (10 tys. mkw.) czy biurowiec GATO – w ramach projektu Garnizon (10 tys. mkw.).

2018 rok pod znakiem nowych umów i relokacji

Popyt brutto na powierzchnię biurową w Trójmieście zmniejszył się w 2018 roku o 25% w porównaniu do 2017 roku i wyniósł 84 tys. mkw. Dominującą częścią wszystkich transakcji były nowe umowy i relokacje, których udział wyniósł 60%, co świadczy o nieustającej, wysokiej dynamice lokalnego rynku. Ekspansje dotychczasowych najemców stanowiły 20%, a renegocjacje i przedłużenia 19% całkowitego wolumenu. Poziom transakcji pre-let odnotowany w 2018 roku stanowił 28% łącznego popytu.

Sektor IT i telekomunikacji z przewagą na rynku

Ze względu na wysoką jakość życia, wyjątkowe położenie, jak również dostępność wykwalifikowanej kadry ze szczególnymi umiejętnościami, jak np. znajomość języków skandynawskich, Trójmiasto niezmiennie pozostaje atrakcyjną lokalizacją zarówno dla nowych firm, jak również dotychczasowych najemców, którzy z sukcesem rozwijają tu swoją działalność.

Błażej Kucharski, dyrektor regionalny Colliers International w Gdańsku
Błażej Kucharski, dyrektor regionalny Colliers International w Gdańsku

— Pod względem aktywności najemców z poszczególnych branż w 2018 r. dominowały firmy z sektora IT i Telekomunikacji (39%), w tym największy na rynku trójmiejskim – bank Nordea, należący do grona naszych klientów. W ostatnim czasie doradzaliśmy spółce przy umowach najmu blisko 25 tys. mkw. w Gdańsku i Gdyni. Wśród firm, z którymi mieliśmy okazję w ubiegłym roku współpracować znalazły się też polskie i międzynarodowe korporacje reprezentujące branżę usług profesjonalnych, medyczną, jak również startupy — mówi Błażej Kucharski, dyrektor regionalny Colliers International w Gdańsku.

Na drugim miejscu, tuż za sektorem IT i telekomunikacji, znalazł się sektor handlowy, a na trzecim branża finansowa (odpowiednio 14% i 12%). Wśród największych transakcji na rynku należy wymienić m.in. nową umowę Sii w Olivia Prime A w kompleksie Olivia Business Centre (10,1 tys. mkw.), renegocjację i ekspansję firmy Bayer w budynkach Olivia Point i Olivia Tower w tym samym kompleksie (niecałe 6 tys. mkw.) oraz renegocjację i ekspansję LPP w Waterside (5,2 tys. mkw.).

Popyt i czynsze

Zdaniem ekspertów Colliers International w Trójmieście mamy aktualnie do czynienia z rynkiem neutralnym. Popyt oraz aktywność deweloperów znajdują się na wysokim poziomie, jednak utrzymujący się niski wskaźnik pustostanów może odmienić tę sytuację na korzyść właścicieli – w 2018 roku utrzymywał się on na poziomie 6,1%. W najbliższych kwartałach wskaźnik może stopniowo wzrastać, w miarę oddawania do użytku kolejnych projektów.

W najlepszych budynkach klasy A czynsze za powierzchnię biurową wynoszą od 12 do 15,5 euro za mkw. miesięcznie. W starszych budynkach klasy B/B+ stawki miesięczne są niższe i wynoszą 10-12 euro za mkw.

Dominujący Gdańsk

Najwięcej istniejącej powierzchni biurowej w Trójmieście jest w Gdańsku – 75%, pozostałe 21% w Gdyni i 4% w Sopocie. Ich koncentracja występuje wzdłuż trasy Szybkiej Kolei Miejskiej, Drogi Gdyńskiej oraz alei Grunwaldzkiej. Projekty biurowe występują też w okolicach gdańskiego lotniska oraz w centrum Gdańska.

— Według naszych szacunków aktywność deweloperów i popyt na nowe biura będą się utrzymywały w kolejnych latach na wysokim poziomie. W budowie znajduje się rekordowa ilość powierzchni biurowej, a oprócz lokalnych deweloperów, niezmiennie stanowiących największy udział w trójmiejskim rynku biurowym (Allcon, Olivia Business Centre, Torus), realizację inwestycji w najbliższym czasie deklarują również międzynarodowi gracze jak Skanska, Vastinst czy Cavatina — podsumowuje Błażej Kucharski

Tomasz Owczarek nowym dyrektorem sprzedaży w Mastercard

15 kwietnia 2019 r. rolę dyrektora sprzedaży w polskim oddziale Mastercard Europe obejmuje Tomasz Owczarek. W swojej nowej roli będzie odpowiadał za współpracę z bankami w Polsce oraz strategię i koordynację projektów.

Tomasz Owczarek - nowy dyrektor sprzedaży w Mastercard
Tomasz Owczarek – nowy dyrektor sprzedaży w Mastercard

Tomasz Owczarek dotychczas w polskim oddziale Mastercard Europe odpowiadał za rozwój strategii i koordynację projektów kluczowych, prowadząc m.in. inicjatywy związane z open banking.

Wcześniej Tomasz pracował w banku Citi Handlowy i firmie konsultingowej McKinsey. Posiada 15-letnie doświadczenie w bankowości detalicznej i branży płatniczej. Obejmuje ono bezpośrednie doświadczenie operacyjne w zakresie zarządzania produktami płatniczymi oraz zarządzania sprzedażą w bankowości detalicznej. Ponadto był konsultantem strategicznym zaangażowanym w rozwój strategii oraz przy okazji przekształceń dla kluczowych graczy branży finansowej. Jest absolwentem wydziału międzynarodowych stosunków gospodarczych Akademii Ekonomicznej w Katowicach.

Tomasz Owczarek objął stanowisko po Piotrze Domaszewskim, który awansował w międzynarodowych strukturach Mastercard i od kwietnia tego roku jest odpowiedzialny za strategię firmy w zakresie kart kredytowych dla klientów indywidualnych na rynku amerykańskim.

System kaucyjny jedynym rozwiązaniem dla rynku butelek plastikowych

Już wkrótce Rada Unii Europejskiej zatwierdzi dyrektywę w sprawie ograniczenia wpływu niektórych produktów z tworzyw sztucznych na środowisko. Zdaniem ekspertów Deloitte zawarte w tym dokumencie ambitne cele ograniczające stosowanie plastiku nie będą możliwe bez wprowadzenia systemu kaucyjnego. Z 5 mln 565 tys. ton opakowań wprowadzonych na rynek w Polsce w 2017 roku, około 2,5 mln ton (45 proc.) trafiło do gospodarstw domowych. System depozytowy dotyczyłby jedynie około jednej trzeciej tych opakowań, a więc około 740 tys. ton rocznie. Kraje, w których został on wdrożony, odnotowują korzyści w postaci wzrostu poziomu recyklingu odpadów opakowaniowych, poprawy jakości surowca czy większej świadomości środowiskowej społeczeństwa. Z drugiej strony, wprowadzenie dobrze funkcjonującego systemu wymaga odpowiedzi na wiele pytań, by jego finalny kształt uwzględniał aspekty funkcjonowania wszystkich podmiotów.

Dyrektywa „Single-Use Plastics” od 2021 roku przewiduje różne rodzaje działań mających na celu ograniczenie negatywnego wpływu odpadów z tworzyw sztucznych na środowisko. Zakaz wprowadzenia do obrotu części produktów jednorazowego użytku będzie dotyczył patyczków higienicznych, sztućców, talerzy, słomek, mieszadeł do napojów oraz patyczków do balonów. Produkty te będą musiały zostać zastąpione przez biodegradowalne alternatywy. Inne artykuły, takie jak opakowania na żywność, paczki i owijki na butelki, pojemniki na napoje, kubki na napoje, wyroby tytoniowe z filtrami, chusteczki nawilżane, balony i lekkie torby plastikowe nadal będą mogły być wprowadzane do obrotu, ale w stosunku do nich zostaną wzmocnione mechanizmy rozszerzonej odpowiedzialności producenta (ROP). Poza tym od 2025 roku nakrętki i wieczka plastikowe będzie można wprowadzić do obrotu tylko pod warunkiem, że będą one przymocowane na stałe do butelek i pojemników. Od tego samego roku wszystkie butelki PET muszą być wykonane co najmniej w 25 proc. z surowca wtórnego, a od 2030 wszystkie butelki plastikowe (niezależnie od rodzaju tworzywa) – w 30 proc. Co więcej, do końca 2025 roku poziom zbiórki i recyklingu opakowań plastikowych po napojach ma wynieść 77 proc., a do 2029 r. – 90 proc. – Osiągnięcie tych celów nie będzie możliwe bez efektywnego systemu rozszerzonej odpowiedzialności producenta, którego uzupełnieniem może być system kaucyjny. Pewne jest, że depozytu nie należy traktować jako rozwiązania problemu zbiórki i zagospodarowania wszystkich odpadów komunalnych, ale jako sposób na wzrost poziomu recyklingu wybranych frakcji – mówi Julia Patorska, Lider zespołu ds. analiz ekonomicznych w Deloitte.

System kaucyjny w Europie

Obecnie z depozytu korzysta 133,1 mln ludzi w Europie, czyli nieco ponad jedna czwarta populacji. System funkcjonuje w dziesięciu europejskich krajach: Chorwacji, Danii, Estonii, Finlandii, Niemczech, Holandii, Norwegii, Szwecji, Islandii i na Litwie. Z uwagi na restrykcyjne wymogi prawne w zakresie odpadów opakowaniowych jego wprowadzenie rozważa coraz więcej państw, m.in. Austria, Belgia, Francja, Łotwa czy Wielka Brytania.

Efektywność systemów działających w poszczególnych państwach jest zbliżona, a średni poziom zbiórki odpadów włączonych w system kształtuje się na poziomie 91 proc. – Co do zasady system kaucyjny przyczynia się do podniesienia ogólnych poziomów recyklingu odpadów opakowaniowych. Trend ten zaobserwować można na przykładzie Danii, Holandii i Niemiec.  Trzeba jednak zwrócić uwagę na fakt, że Belgia, Czechy czy Hiszpania osiągają zbliżone wyniki w zakresie poziomów recyklingu, choć nie wprowadziły systemu depozytowego. Bardzo efektywnie natomiast działa w tych krajach zasada rozszerzonej odpowiedzialności producenta, za pośrednictwem której producenci wprowadzający opakowania na rynek w całości lub części pokrywają koszty gospodarki odpadami opakowaniowymi– mówi Julia Patorska.

To nie jest kwestia „czy” ale „jak” wprowadzić system kaucyjny

Do gospodarstw domowych trafia 45 proc. wszystkich opakowań – w przybliżeniu 2,5 mln ton rocznie.  Butelki PET i szklane, puszki aluminiowe oraz opakowania wielomateriałowe do płynnej żywności to około 30 proc. wszystkich opakowań wprowadzonych do gospodarstw domowych.  Przy założeniu zbiórki na poziomie 91 proc. odpady te stanowiłyby zaledwie ok. 6 proc. wszystkich zebranych odpadów komunalnych. To pokazuje, że system kaucyjny jest rozwiązaniem fragmentarycznym i nie rozwiązuje całościowo problemu zagospodarowania odpadów, w szczególności tych problematycznych, takich jak opakowania wielomateriałowe, tacki, owijki na butelki, kubeczki na jogurty czy folie.

Jak wskazują eksperci Deloitte, system ROP jest rozwiązaniem, które może przynieść korzyści w odniesieniu do poziomów zbierania i recyklingu wszystkich typów odpadów opakowaniowych i powinien stanowić podstawę działań w tym zakresie. Tym bardziej, że system kaucyjny może stanowić jego skuteczne uzupełnienie, jak dzieje się to m.in. w Holandii i Niemczech, które są wśród pięciu krajów z najwyższymi poziomami recyklingu.

Wdrożenie sprawnie funkcjonującego systemu kaucyjnego jest zawiłym i skomplikowanym procesem. Na drodze do jego wprowadzenia pojawia się szereg pytań odnośnie kształtu, kosztów, zasad funkcjonowania i wpływu na obecnie istniejące zależności. Pytania te odnoszą się do niemal każdego z potencjalnych interesariuszy systemu – od wprowadzających produkty w opakowaniach na rynek, poprzez handel, konsumentów, aż po firmy zaangażowane w transport i recykling opakowań, a także pośrednich uczestników systemu – gminy i organizacje odzysku.

Julia Patorska
Julia Patorska, Lider zespołu analiz ekonomicznych Deloitte

Jednym z najistotniejszych czynników do rozważenia, decydującym o kosztach systemu kaucyjnego i jego funkcjonalności, jest to, czy będzie on automatyczny czy manualny. Różnica dotyczy przede wszystkim liczby czynności związanych z odbiorem i segregacją opakowań, które musi wykonać pracownik sklepu lub automat, a tym samym czasu jaki cały proces zajmuje. Gdy małe sklepy, nie chcąc angażować dodatkowego pracownika, zdecydują się na zbiórkę automatyczną, podniesie to koszty inwestycyjne całego systemu. – Jego automatyzacja i objęcie nim wszystkich sklepów jest wariantem bardzo kosztownym. Jak wynika z naszych obliczeń, nawet przy założeniu, że automaty trafią tylko do dużych sklepów, kwota potrzeba na sfinansowanie przedsięwzięcia to ponad miliard zł. Koszty inwestycyjne związane z wprowadzeniem systemu kaucyjnego będą w znaczny sposób wpływać na jego funkcjonalność i wygodę dla poszczególnych uczestników. To z kolei będzie decydującym czynnikiem kształtującym jego efektywność – mówi Julia Patorska.

Choć dyskusja na temat słuszności wprowadzania systemu kaucyjnego trwa od lat, żaden kraj dotąd nie opracował rozwiązania idealnego, na którym inne państwa mogłyby się wzorować. Przed ewentualnym przystąpieniem do systemu depozytowego warto przeprowadzić szeroką akcję informacyjno-edukacyjną w zakresie selektywnego zbierania odpadów, w szczególności tych, których właściwe posortowanie stanowi problem dla gospodarstw domowych.

Ile uda się wykrzesać przed Świętami Wielkanocnymi?

Na mierniku rynkowego sentymentu wskaźnik wychylił się w piątek w stronę risk-on, przez co bezpieczne USD, CHF i JPY traciły, a siła była po stronie walut surowcowych i rynków wschodzących. Trudno wskazać jednoznaczny powód i nawet ja osobiście spodziewałem się kontynuacji marazmu z czwartku. Jednak niezdecydowanie inwestorów ma to do siebie, że czasami potrzeba niewiele, by skierować wszystkich w jednym kierunku.

Jako jeden z powodów optymizmu wskazywano lepsze dane z Chin, ale tutaj każdy może zobaczyć to, co chce. Bez wątpienia przyspieszenie dynamiki nowych kredytów do wieloletniego szczytu (1,3,7 proc. r/r) jest pozytywną informacją wskazującą, że ekspansja monetarna przynosi rezultaty, ale już dane z handlu nie są już tak proste w interpretacji. W marcu eksport wyraźnie przyspieszył (14,2 proc. r/r, prog. 6,5 proc.) i odwrócił spadek o 20,8 proc. z lutego, ale już import silnie się obniżył o 7,6 proc. (prog. 0,2 proc.). Słaby popyt wewnętrzny może być oznaką słabości gospodarki i jeszcze nie daje pewności, że dołek został minięty. Z drugiej strony ożywienie eksportu pomaga ukoić obawy o globalna wymianę handlową – coś, co jest kluczowym czynnikiem ryzyka do miesięcy. Zatem pesymiści i optymiści mogą czytać dane na swój sposób, ale zachowanie rynków w piątek wskazuje, że więcej jest tych, którzy chcą widzieć szklankę do połowy pełną. Na papierze mamy osłabioną (ale nierecesyjną) globalną gospodarkę przy bankach centralnych skręcających w gołębią stronę. Z tego można rozbudzić rajd ryzyka, potrzebne jest tylko lekkie pchnięcie. Być może z takim mieliśmy do czynienia w piątek.

Ile z tego uda się wykrzesać w tygodniu przed Świętami Wielkanocnymi? Kalendarz publikacji jest w zasadzie spakowany do czterech dni, ale też i dziś nie ma zbyt wiele do obserwowania (CPI z Polski, NY Empire State). W kolejnych dniach obniżoną zmienność mogą przebudzić PKB z Chin (środa) i indeksy PMI z Eurolandu (czwartek) – będą najistotniejsze pod kątem oceny siły globalnej gospodarki. Poza tym z czołowych gospodarek nie będzie brakować standardowych odczytów produkcji, sprzedaży detalicznej i danych z rynku pracy.

W piątek Polska otrzymała laurkę od agencji S&P. Rating i perspektywa zostały bez zmian (A-, stabilna), ale ocena sytuacji gospodarczej była pozytywna. Agencja przewiduje, że w długim terminie wzrost PKB będzie zmierzał do 2,8 proc., ale obecnie przejściowo pozostaje wyższy, w czym pomaga zdywersyfikowana gospodarka, wykształcona siła robocza, członkostwo w UE, możliwe do obsłużenia poziomy długu publicznego i prywatnego, solidne wskaźniki dotyczące pozycji zewnętrznej gospodarki oraz relatywnie głęboki krajowy rynek kapitałowy. Co istotne, impuls fiskalny (szacowany na 1,6 pkt proc. w 2019 i 2020 r.) nie doprowadzi do przekroczenia 3 proc. deficytu/PKB. To ważna wskazówka dla inwestorów zagranicznych, którzy analizują politykę fiskalną. Jednocześnie jest mało prawdopodobne, aby opinia S&P (czy każdej innej agencji) miała teraz dużą siłę oddziaływania – wysokie zadłużenie i ryzyko bankructwa nie są już głównymi czynnikami ryzyka. EUR/PLN zaczyna tydzień pod 4,28, ale więcej tutaj wpływu generalnej poprawy sentymentu na rynkach.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Programy lojalnościowe w erze cyfrowej

Według badania przeprowadzonego przez Comarch i Kantar TNS ponad 70% polskich konsumentów należy przynajmniej do jednego programu lojalnościowego. Coraz częściej klienci oczekują jednak natychmiastowej gratyfikacji i jeszcze więcej cyfrowych rozwiązań. W jaki sposób zwiększyć ich entuzjazm, który przełoży się na realizację celów sprzedażowych?

Coraz więcej osób korzysta z programów lojalnościowych dostępnych z poziomu aplikacji mobilnych. Dlaczego? – Zapewniają one łatwą i szybką rejestrację, często nawet w czasie zakupów. Ich główną zaletą jest brak konieczności posiadania przy sobie plastikowej karty – stwierdza Izabela Kaczmarska, Strategic Planner w agencji reklamowej PA. – Kolejnym atutem takiego rozwiązania jest także to, że telefon komórkowy praktycznie zawsze mamy przy sobie, a co za tym idzie, możemy na bieżąco sprawdzać stan transakcji. Wirtualne karty lojalnościowe to także podstawowe źródło wiedzy o zachowaniach konsumentów. Na podstawie takich danych marketerzy mogą z łatwością wysyłać do zarejestrowanych użytkowników spersonalizowane treści, które są obecnie integralną częścią strategii oferty i produktu – dodaje Kaczmarska.

Karty lojalnościowe, ale w aplikacji mobilnej

Standardowe funkcjonalności programów lojalnościowych zmieniają swoją funkcję i rolę. Plastikowa karta powoli ustępuje miejsca aplikacjom mobilnym, które dzięki ogólnej  dostępności Internetu, pozwalają szybciej nawiązać interakcję z klientem. Za pomocą powiadomień push można na bieżąco informować o promocjach i dodatkowych rabatach, tworząc do tego jednocześnie spersonalizowany przekaz reklamowy. Z kolei aktywność użytkowników w aplikacji stanowi niezwykle przydatne narzędzie dla marketerów. Zbierają oni w ten sposób bazę kontaktów, pozwalającą na późniejszą automatyzację i optymalizację działań marketingowych. Stale aktualizowany i wygodny dostęp do konta to tylko jeden z czynników, który wpływa na budowanie zaufania wśród konsumentów.

Klasyczne mechanizmy programów lojalnościowych ewoluują i nie ograniczają się już jedynie do zbierania punktów i ich wymiany na nagrody. Klienci poszukują bodźca, który dodatkowo pobudzi ich do działania, dlatego coraz częściej w nowoczesnych strategiach partnerskich programów, stosowana jest grywalizacja i storytelling. Zastosowanie tych działań okazuje się znacznie skuteczniejszym sposobem na zaangażowanie użytkowników – dodaje Kaczmarska z PA.

Stworzenie aplikacji mobilnej ma także pewne ograniczenia. Najczęściej związane są one z kosztami, przekraczającymi często budżety marketingowe małych firm, które nie mają wystarczającego zaplecza finansowego, aby stworzyć dwie platformy opierające się na systemach operacyjnych iOS i Android. Istnieją jednak alternatywne sposoby, np. Progressive Web Application (PWA), czyli strony internetowe dające wrażenie działania jak aplikacje natywne. Czas potrzebny do ich realizacji i wdrożenia jest zdecydowanie krótszy i znacznie tańszy w produkcji.

Influencer marketing w programach lojalnościowych

Pozytywna rekomendacja w mediach społecznościowych jest w dzisiejszych czasach bardziej wartościowa od wysokobudżetowych kampanii reklamowych. Zaangażowanie influencerów staje się więc nieocenione w procesie tworzenia i promocji programów lojalnościowych. Marka Diesel stworzyła program i zachęca wszystkich swoich followersów do założenia cyfrowego sklepu. W ramach platformy SIDE: BIZ, każdy może zostać ambasadorem i zdobywać nagrody. Za utworzenie konta na stronie tego producenta można otrzymać rabat na pierwsze zakupy, jak również dostać personalizowany kod. Im więcej osób skorzysta z unikalnego linku, tym jego właściciel będzie mógł skorzystać z większej zniżki.

Programy lojalnościowe są inwestycją, która z pewnością zaprocentuje w przyszłości. Odpowiednio dopasowane narzędzia i niestandardowe funkcjonalności wpłyną na odmienne doświadczenia konsumenckie i przewagę konkurencyjną. Świadomość społeczeństwa i ich oczekiwania wychodzą poza ofertę produktową, oczekują oni nie tylko rzetelności i wiarygodności marki, ale także natychmiastowej gratyfikacji, która wywoła w nich pozytywne uczucia.

Ayming Polska: Firmy tracą na zawyżonej składce wypadkowej

Z analiz Ayming wynika, że jedynie 2 proc. przedsiębiorstw ma ustaloną stopę procentową składki wypadkowej na minimalnym poziomie dopuszczonym przez ustawodawcę. Choć składka wypadkowa jest w stu procentach finansowana przez pracodawcę, temat kosztów z nią związanych nie jest tak ściśle monitorowany przez działy finansowe jak inne koszty operacyjne. Tymczasem weryfikacja składki może przynieść znaczące oszczędności. Za 65 proc. z nich odpowiada prawidłowe zidentyfikowanie czynników zagrożenia i ograniczenie ryzyk z nimi związanych – czytamy w raporcie Ayming „Składka wypadkowa. Nieoczywisty koszt, ukryte oszczędności”.

Pod koniec marca pracodawcy otrzymali od ZUS-u zawiadomienie o wysokości stopy procentowej składki wypadkowej w 2019 r. Nowe stawki obowiązują od kwietnia. To dobry moment, aby przyjrzeć się wysokości swoich zobowiązań oraz zweryfikować poprawność naliczenia stopy procentowej. Z analiz Ayming wynika, że 75 proc. przedsiębiorstw płaci składkę wyliczoną w oparciu o wyższą stopę procentową niż to wynika z ich kodu PKD.

Składka wypadkowa to jedyna składka w polskim systemie ubezpieczeń społecznych, która jest zależna od wielu czynników i ruchoma. Oznacza to, że ustawodawca nie narzuca z góry jednakowej stawki dla wszystkich płatników, jak ma to miejsce w przypadku składki emerytalnej czy rentowej. Składka wypadkowa jest ustalana indywidualnie z uwzględnieniem ryzyk występujących u danego pracodawcy. Jeśli dochodzi do wielu wypadków i zidentyfikowano liczne warunki zagrożenia, jej wysokość automatycznie rośnie. Ale jeśli pracodawca dba o bezpieczeństwo pracowników, płaci mniejszą składkę wypadkową.

Składka poza kontrolą

Wielu przedsiębiorców nie ma świadomości, że wysokością składki wypadkowej można zarządzać w takim samym stopniu, jak innymi kosztami operacyjnymi i zgodnie z prawem obniżać jej wysokość. Tymczasem firmy mogą zweryfikować obciążenia z tytułu składki wypadkowej i odzyskać nadpłacone środki nawet za 5 lat wstecz. Uzyskana kwota może być na tyle znacząca, że wpłynie na poprawę wyniku finansowego firmy. Należy podkreślić, że nie wystarczy raz ustalić wysokość składki – trzeba ją weryfikować co roku.

Zazwyczaj składka wypadkowa znajduje się w obszarze kompetencji wielu działów, począwszy od działu BHP i HR, poprzez finanse i księgowość, a na dziale prawnym kończąc. Każdy z tych działów ma inne podejście do kwestii ubezpieczenia wypadkowego. Dla przykładu, działy kadr patrzą na składkę wypadkową zazwyczaj pod kątem liczby ubezpieczonych, zaś inspektorzy BHP mają na względzie przede wszystkim bezpieczeństwo pracowników. Do ustalenia prawidłowej wysokości składki wypadkowej niezbędne jest uwzględnienie wszystkich perspektyw i ścisła współpraca wymienionych działów.

Ukryte oszczędności

Na dużą rozpiętość stopy procentowej składki wypadkowej (od 0,67 do 5,00 proc.) mają wpływ m.in. liczba zatrudnionych w warunkach zagrożenia i poszkodowanych w wypadkach przy pracy oraz charakter działalności przedsiębiorstwa i związana z nią kategoria ryzyka. Weryfikacja wszystkich czynników, które wpływają na części zmienne w wyliczaniu indywidualnej dla każdego płatnika wysokości składki, może wskazać zawyżanie opłat z tego tytułu. Przyczyny nadpłat zależą od specyfiki danej branży, a ich zniwelowanie wymaga indywidualnego podejścia. Uzyskane środki mogą stanowić nawet 3 proc. rocznej masy wynagrodzeń.

Obecnie przedsiębiorcy zmagają się z wyższymi kosztami zatrudnienia i muszą stawić czoło rosnącym kosztom operacyjnym. Nowe obciążenia finansowe mogą zostać częściowo zrekompensowane poprzez weryfikację wysokości składki na ubezpieczenie wypadkowe. Przykładowo, sprawdzenie poprawności rozliczenia składki w przedsiębiorstwie budowlanym zatrudniającym 1500 osób może przynieść oszczędności w wysokości ponad 2 mln zł. Odzyskane nadpłaty mogą więc realnie wpłynąć na wynik finansowy przedsiębiorstwa – tłumaczy Magdalena Burzyńska, Dyrektor Zarządzająca Ayming Polska.

Bezpieczeństwo się opłaca

Wnioski płynące z systematycznych kontroli składki wypadkowej mogą przyczynić się do poprawy bezpieczeństwa pracowników, a w konsekwencji do obniżenia jej wysokości. Z analiz Ayming wynika, że działania podejmowane w kierunku identyfikacji i ograniczania czynników zagrożenia oraz liczby wypadków odpowiadają za 91 proc. oszczędności uzyskiwanych przez firmy w ramach składki wypadkowej. Przy czym szczególnie należy zwrócić uwagę na kategorię „warunki zagrożenia”, która średnio odpowiada za 65 proc. nadpłat. W przypadku branży górniczej jest to aż 72 proc., metalurgicznej – 70 proc., a przetwórstwa przemysłowego – 68 proc.

Z kolei 26 proc. oszczędności z tytułu weryfikacji składki wypadkowej wynika z wypadkowości. Według danych GUS w pierwszych trzech kwartałach 2018 r. główną przyczyną wypadków w Polsce było nieprawidłowe zachowanie się pracownika. Inwestując w poprawę bezpieczeństwa pracowników, przedsiębiorcy
w długofalowej perspektywie mogą uzyskać oszczędności z tytułu zmniejszonej wysokości składki wypadkowej.

Działania w kierunku zmniejszenia liczby wypadków i minimalizacji czynników zagrożenia nie muszą wymagać ogromnych nakładów finansowych. Czasem wystarczą proste akcje informacyjne czy cykliczne szkolenia BHP, aby wykluczyć najczęściej występujące ryzyka. Gdy konieczne jest poniesienie większych nakładów, np. związanych z przeprowadzeniem specjalistycznych pomiarów lub zakupem dodatkowego sprzętu, koszt ten prędzej czy później zwróci się w postaci obniżonej stopy procentowej składki wypadkowej – wyjaśnia Piotr Radko, Dyrektor Obszaru Kosztów Pracy w Ayming Polska.

Udział poszczególnych obszarów w oszczędnościach

Udział poszczególnych obszarów w oszczędnościachŹródło: raport Ayming „Składka wypadkowa. Nieoczywisty koszt, ukryte oszczędności”