Strajk nauczycieli – porozumienia branżowe ważne dla gospodarki

Federacja Przedsiębiorców Polskich wskazuje, że układy zbiorowe i porozumienia branżowe – także w sektorze publicznym, np. dla nauczycieli – są niezbędnym elementem rozwoju gospodarki i podstawą zdrowych relacji na linii pracownik-pracodawca. W wielu krajach UE związki zawodowe i pracodawcy wspólnie regulują warunki zatrudnienia. Układy zbiorowe kształtują relacje między pracodawcą, a pracownikiem, w tym kwestie związane z wynagrodzeniem – bez konieczności wprowadzania legislacyjnych rozwiązań w zakresie ustalania stawek minimalnych.

W Polsce odsetek pracowników podlegających układowi zbiorowemu kształtuje się na poziomie 25%. Dla porównania we Francji wynosi on aż 98%, w Belgii 96%, w Słowenii 90%, we Włoszech 80%, w Chorwacji 61%, a w Grecji 65%. Co więcej, układy zbiorowe obejmują wszystkich pracowników w ramach ustalonych branż – bez konieczności przynależenia do związków zawodowych. Dla przykładu we Francji tylko 8% pracowników jest zrzeszona w związkach, w Słowenii 27%, Austrii 28%, a we Włoszech czy Chorwacji 35%.

dr hab. Grażyna Spytek-Bandurska, Wydział Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego
dr hab. Grażyna Spytek-Bandurska, Wydział Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego

”Przez ostatnie lata kolejne Rządy próbowały rozgrywać między sobą organizacje pracodawców i związki zawodowe. FPP od kilku lat stara się przekonać, że tylko współpraca pomiędzy związkami pracodawców i związkami zawodowymi, wzajemne wspieranie się w słusznych postulatach przedstawionych przez obie strony może zmusić rządzących do refleksji. Dla dobra państwa i jego obywateli powinniśmy mówić jednym głosem we wszystkich sprawach gospodarczych. Cieszę się, że Konfederacja Lewiatan i BCC wspierają słuszny strajk nauczycieli zmierzający do poprawy sytuacji materialnej tej grupy zawodowej. Świadczy to o dojrzałości i wrażliwości społecznej tych organizacji. Uważamy, że kolejnym krokiem powinno być szersze otwarcie przedsiębiorców na dialog ze związkami zawodowymi w ramach porozumień branżowych, których celem będzie zarówno poprawa warunków pracy zatrudnionych w naszych firmach pracowników, jak i większe związanie pracownika z sukcesem firmy. Przy takim rozwiązaniu obie strony wykazując wzajemny szacunek będą mogły skutecznie działać dla dobra i rozwoju branży – formułując wspólne postulaty wobec swoich kontrahentów, w tym również administracji państwowej i samorządowej. Rozwiązanie to pozwoli też ograniczyć liczbę, często niepotrzebnych, aktów prawnych. Strony będą mogły autonomicznie regulować takie kwestie, jak: minimalne wynagrodzenie w danej branży czy minimalne stawki za pracę w godzinach nadliczbowych oraz nocnych. Będzie ono korzystne zarówno dla pracowników (wyższe świadczenia pieniężne), jak i dla pracodawców – da choćby możliwość uzyskania wyższych cen w przetargach publicznych, jak i na rynku otwartym, a zarazem wpłynie na atrakcyjność zatrudnienia” – mówi Grażyna Spytek-Bandurska, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich i Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Jak wynika z raportu B2G Relations przygotowanego na zlecenie Federacji Przedsiębiorców Polskich[i], niektóre państwa członkowskie UE świadomie nie wprowadzają rozwiązań prawnych w zakresie warunków zatrudnienia. Przykładowo w Danii nie istnieje Kodeks Pracy, a większość aspektów związanych ze stosunkiem pracy jest unormowane w ramach układów zbiorowych. Decyduje o tym przede wszystkim dojrzałość sytemu regulacyjnego, a także stopień skuteczności porozumień między pracodawcami i związkami zawodowymi, którzy są w stanie wypracować nie tylko standardy pracy, ale również regulować kwestie związane z wynagrodzeniem. Takim przykładem jest także Finlandia, Austria czy Szwecja, gdzie pracodawcy mają dużą elastyczność w zakresie ustalania warunków zatrudnienia, a płace są jednymi z najwyższych w Europie.

Kluczowe wnioski wynikające z raportu B2G Relations przygotowanego na zlecenie Federacji Przedsiębiorców Polskich1:

  • Upowszechnienie układów zbiorowych i porozumień branżowych ma bezpośredni wpływ na kształt rynku pracy i może skutkować zmniejszeniem liczby pracowników zatrudnionych na umowach czasowych.
  • W takich krajach, jak m.in. Włochy, Dania, Francja czy Austria odsetek pracowników podlegających układowi zbiorowemu przewyższa poziom 80%, a liczba zatrudnionych w oparciu o umowy na czas określony nie przekracza 16%.
  •  W Polsce liczba osób podlegających układowi zbiorowemu jest najniższa w porównaniu z pozostałymi krajami członkowskimi UE, a liczba osób zatrudnionych w oparciu o umowy czasowe jest najwyższa w Unii Europejskiej.
  • Zawieranie układów zbiorowych nie jest zależne od liczby pracowników przynależących do związków zawodowych i obejmuje wszystkich pracowników w danej branży – co wyraźnie widać we Francji, Niemczech, Słowenii czy Chorwacji.
  • Brak płacy minimalnej – w takich krajach, jak m.in. Dania, Austria, Szwecja oraz Finlandia – nie prowadzi do nadużywania przez pracodawców umów czasowych ani zaniżania wynagrodzenia pracowników. Kluczowy wpływ na warunki pracy mają ustalenia między związkami zawodowymi, a organizacjami pracodawców w ramach układów zbiorowych.

Tylko 17 proc. polskich firm korzysta z ubezpieczeń i gwarancji eksportowych. Brakuje świadomości, że mogą to być dobre narzędzia do zwiększenia sprzedaży i płynności

Tylko 17 proc. polskich firm korzysta z ubezpieczeń i gwarancji eksportowych. Brakuje świadomości, że mogą to być dobre narzędzia do zwiększenia sprzedaży i płynności 1

W ubiegłym roku polskie firmy po raz pierwszy ubezpieczyły obroty warte blisko pół biliona złotych. Łączna kwota ubezpieczonych należności wyniosła blisko 157 mld zł, czyli o 9 proc. więcej niż w 2017 roku. Mimo tych wzrostów sytuacja w tym segmencie rynku jest daleka od oczekiwań ubezpieczycieli. Kluczowe jest pozyskanie nowych klientów – przekonuje Marcin Olczak z firmy Marsh. Obecnie co piąta firma w ogóle nie ubezpiecza transakcji sprzedaży swoich wyrobów, a tylko 17 proc. korzysta z ubezpieczeń i gwarancji eksportowych. Firmy nie są świadome, że te narzędzia mogą być wykorzystywane do zwiększania sprzedaży i wsparcia płynności finansowej.

– Pomimo dobrych wskaźników makroekonomicznych sytuacja na rynku ubezpieczeń należności handlowych nie jest najlepsza. W 2017 roku uśredniona szkodowość wynosiła 75 proc., w roku 2018 obniżyła się do 61 proc. z uwagi na wzrost składek ubezpieczeniowych o około 10 proc. i spadek wypłaconych odszkodowań o 8 proc. Natomiast jest to dość dalekie od oczekiwanych wyników przez ubezpieczycieli i zakładamy, że 2019 rok przyniesie dalsze działania mające na celu podwyższenie stawek ubezpieczeń, choć może nie tak drastyczne jak w 2018 roku – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Olczak, dyrektor Departamentu Ryzyk Kredytowych i Politycznych w firmie Marsh.

Z danych Polskiej Izby Ubezpieczeń wynika, że kwota ubezpieczonych obrotów polskich firm wzrosła w 2018 roku o 10 proc., do poziomu 505 mld zł. Po raz pierwszy w historii przekroczyła ona granicę pół biliona złotych. Wzrosło zaangażowanie polskich ubezpieczycieli we wsparcie eksportu – dynamika w przypadku ochrony kredytów eksportowych sięgnęła 112 proc. Nieznacznie spadła wartość ubezpieczanych należności krajowych, ze 105 mld zł do 101,7 mld zł.

– Popyt na ubezpieczenia należności handlowych w Polsce jest umiarkowany. Owszem, pojawiają się zainteresowane tym produktem firmy, ale one są równoważone poprzez odejścia firm, które z niego rezygnują z uwagi na podwyższenie składki czy słabsze limity kredytowe. Rynek rośnie bardziej dzięki wzrostowi stawek ubezpieczeniowych – ocenia Marcin Olczak.

W 2018 roku składka przypisana brutto z tytułu ubezpieczeń krótkoterminowych należności eksportowych i krajowych wzrosła o ok. 11 proc.

– Zdarzały się polisy – w zależności od szkodowości – nawet ze wzrostem o ponad 100 proc. Zakładamy, że także w 2019 roku utrzyma się trend wzrostowy, natomiast prawdopodobnie już nie będzie on tak znaczący, z uwagi na to, że większość polis odszkodowych się odnowiła w ubiegłym roku i raczej takiej szkodowości nie będziemy osiągać – analizuje dyrektor Departamentu Ryzyk Kredytowych i Politycznych w firmie Marsh.

PIU podaje, że choć w 2018 roku spadła wartość wypłacanych odszkodowań (o 8 proc.), to część zakładów ubezpieczeń zawiązało wyższe rezerwy na przyszłe wypłaty. Pogorszenie kondycji finansowej przedsiębiorstw może skutkować wyższymi kwotami wypłacanych odszkodowań w 2019 roku.

Z danych pochodzących z Monitora Sądowego i Gospodarczego, zebranych przez KUKE, wynika, że w marcu 2019 roku sądy ogłosiły upadłość 53 przedsiębiorstw, czyli o 13 proc. więcej niż przed miesiącem. Od kwietnia 2018 do marca 2019 roku na skutek niewypłacalności działalność gospodarczą zakończyły 623 przedsiębiorstwa. Bolączką polskich firm są niesolidni kontrahenci – za upadłości w dużej mierze odpowiadają zatory płatnicze.

– Ubezpieczenie należności handlowych jest najlepszym sposobem zabezpieczenia ryzyka kredytowego. Zmienione w 2016 roku prawo restrukturyzacyjne sprzyja bardzo dłużnikom, a wierzyciele często pozostają bez wsparcia. Stąd też ubezpieczenie, które nie jest związane z majątkiem dłużnika, pozwala na lepsze zabezpieczenie ryzyka kredytowego – przekonuje Marcin Olczak.

Z badania Polskiego Instytutu Ekonomicznego wynika, że mniej niż połowa polskich firm korzysta z ubezpieczeń majątkowych, finansowych, inwestycyjnych czy oszczędnościowych. Najpopularniejsza jest ochrona przed kradzieżami, ryzykiem awarii czy następstw nieszczęśliwych wypadków. Ubezpieczenia finansowe są znacznie mniej popularne.

Co piąte przedsiębiorstwo w ogóle nie ubezpiecza transakcji sprzedaży swoich produktów. Połowa ubezpiecza je podczas sprzedaży krajowej, a 28 proc. zarówno w kraju, jak i za granicą, a zaledwie 4 proc. tylko podczas kontraktów eksportowych. Jedynie 17 proc. firm korzysta z ubezpieczeń i gwarancji eksportowych. Zdaniem eksperta firmy Marsh to właśnie pozyskanie nowych klientów jest dla branży największym wyzwaniem.

– Przypływ nowych firm jest niewielki. Poza obszarem ubezpieczeń pozostaje wiele firm, które mają na tyle bezpieczny portfel, że nie widzą większego sensu w ubezpieczaniu się. Natomiast jest to podyktowane faktem, że ubezpieczenie należności handlowych jest traktowane jako jedno z narzędzi zabezpieczenia samego ryzyka. Może ono być również narzędziem zwiększania sprzedaży, a także wsparcia płynności firmy jako zabezpieczenie dla udzielonego finansowania, np. przy faktoringu – podkreśla ekspert.

Jak przypomina Marcin Olczak, branża ubezpieczeń należności handlowych jest mocno związana z sytuacją geopolityczną. W przypadku twardego brexitu obrót towarowy pomiędzy Polską a Wielką Brytanią nie będzie już mieć swobodnego charakteru, lecz będzie podlegać nadzorowi celnemu. Obecnie Wielka Brytania jest trzecim największym partnerem handlowym Polski, zaraz po Niemczech i Republice Czeskiej.

– Firmy w Polsce stają się niewypłacalne, nie płacą swoim dostawcom nie tylko dlatego, że mają problemy lokalne. Ich problemy często wynikają z problemów firm zagranicznych, zarówno tych nierzetelnych, jak i działających na rynkach o podwyższonym ryzyku (m.in. Turcja, Włochy, Wielka Brytania). Problemy globalne przekładają się na lokalne problemy firm polskich – mówi Marcin Olczak.

Przybywa zastosowań sztucznej inteligencji w medycynie. Jest ona szczególnie wykorzystywana w diagnostyce i radiologii

Przybywa zastosowań sztucznej inteligencji w medycynie. Jest ona szczególnie wykorzystywana w diagnostyce i radiologii 2

Możliwości zastosowania sztucznej inteligencji w medycynie – zwłaszcza w diagnostyce i radiologii – gwałtownie rosną. Raport PwC wskazuje, że narzędzia z tą technologią mogą w dużym stopniu wesprzeć procesy diagnostyczne i terapeutyczne, przy okazji obniżając ich koszty. Dzięki analizie danych z różnych źródeł AI może również wspierać pracę lekarzy, ułatwiając postawienie właściwej diagnozy czy wybór optymalnej ścieżki leczenia danego pacjenta. Coraz powszechniej trafia ona już do nowoczesnych urządzeń medycznych wykorzystywanych przez szpitale. 

– Sztuczna inteligencja to temat bardzo ważny. Skupiamy się na ścisłym połączeniu naszego pakietu usług diagnostyki obrazowej, czyli tomografii komputerowej (TK), rezonansu magnetycznego (MRI) i aparatu rentgenowskiego (RTG), ze sztuczną inteligencją. To jest technologia przyszłości. Nigdy nie zastąpi radiologów, ale radiolodzy wykorzystujący tę technologię z pewnością wyprą tych, którzy nie będą jej używać – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Eberhard ten Weges, dyrektor marketingu tomografii komputerowej w Siemens Healthineers.

Nad wykorzystaniem sztucznej inteligencji pracują już zarówno największe koncerny, jak i ośrodki naukowe. Bazujący na AI i uczeniu maszynowym program Google DeepMind partneruje lekarzom z kliniki radioterapii University College London Hospital w doborze optymalnego leczenia pacjentów z ciężką postacią raka szyi. W ubiegłym roku sztuczna inteligencja o nazwie BioMind podczas specjalnych zawodów zorganizowanych w Pekinie pokonała lekarzy w diagnozowaniu chorób neurologicznych, wykazując się o 20 proc. większą skutecznością. Rok temu głośno było również o naukowcach ze Stanford University, których algorytm oparty na AI w ciągu 2 miesięcy nauczył się rozpoznawać 14 chorób na podstawie zdjęć RTG, wykazując się większą skutecznością niż radiolodzy.

Ze start-upów i uniwersytetów sztuczna inteligencja coraz powszechniej trafia do nowoczesnych urządzeń medycznych wykorzystywanych już przez szpitale.

– Sztuczna inteligencja to bardzo ważny komponent w naszej pracy. Z powodzeniem wprowadziliśmy na rynek produkt, który jest wyposażony w system zintegrowanego przepływu oraz AI-Rad Companion Chest CT [asystenta do interpretacji badań TK klatki piersiowej opartego na sztucznej inteligencji – red.]. Takie rozwiązania mają na celu ułatwienie życia pacjentów oraz redukcję kosztów opieki medycznej – mówi Eberhard ten Weges.

System oceny badań radiologicznych AI-Rad Companion to jedno z rozwiązań Siemensa, które wspiera lekarzy w wyborze optymalnego leczenia na podstawie m.in. wyników badań diagnostycznych i laboratoryjnych. Dane z różnych źródeł są następne analizowane przez narzędzie bazujące na AI.

– AI-Rad Companion Chest CT posiada wcześniej zdefiniowane i wstępnie skonfigurowane opisy badania, co pozwala zaoszczędzić sporo czasu. Podczas badań w Wielkiej Brytanii zaobserwowaliśmy, że liczba badań MRI i TK zwiększyła się o 40 proc., ale liczba radiologów pozostaje taka sama – mówi Eberhard ten Weges. – Jeśli zmniejszymy o połowę czas, którym radiolog dysponuje przy diagnostyce na podstawie wykonanych obrazów, wyraźnie wzrośnie odsetek błędów, które wymagają ponownego wykonywania skanów. Mielibyśmy wówczas także do czynienia z dużą liczbą fałszywie dodatnich lub ujemnych wyników. Dlatego za pomocą naszej technologii chcemy wspierać, pomagać zaoszczędzić czas oraz stawiać jeszcze bardziej precyzyjne rozpoznania.

Kolejną innowacją koncernu jest SOMATOM Force. Maszyna wyposażona jest w podwójny system zasilania z dwiema lampami rentgenowskimi i dwoma matrycami detektorów, co daje możliwość wykonywania obrazów o najwyższej rozdzielczości przy szybkim obrocie oraz najniższej możliwej dawce promieniowania. Aparat diagnostyczny ma w środku kamerę 3D, która umieszczona jest nad pacjentem.

– Pozwala to na precyzyjne ułożenie pacjenta. Kamera rozpoznaje jego wymiary i wzrost, możemy więc z dużą dokładnością określić jego izocentrum –podkreśla Eberhard ten Weges. – Opracowaliśmy system szybkiego, zintegrowanego przepływu zawierający algorytmy sztucznej inteligencji, dzięki którym uczy się on ustawień. Dzięki tej wyuczonej wiedzy automatycznie pokazuje ustawienia, które wykorzystywaliśmy przy ostatnim skanowaniu pacjenta o podobnych parametrach, przez co badanie jest bardziej precyzyjne.

Korzyścią dla lekarza jest dużo lepsza jakość wyników badania, z kolei dla pacjenta zmniejszona do minimum dawka promieniowania i większy komfort podczas badania RTG.

– System korzysta z własnego przepływu danych, oszczędzając w ten sposób czas i pieniądze, a wiemy, jak duża wśród świadczeniodawców jest presja w tym zakresie. Zwiększamy jakość obrazu, poprawiamy komfort pacjenta, a jednocześnie zmniejszamy koszty. Wpływamy tym samym na poprawę kondycji całego sektora opieki medycznej – dodaje dyrektor marketingu tomografii komputerowej w Siemens Healthineers.

Z badań przeprowadzonych przez PwC wynika, że pacjenci są już gotowi na bardzo szerokie zastosowania sztucznej inteligencji w leczeniu i diagnostyce. 55 proc. pacjentów chce korzystać z robotów wyposażonych w AI, które mogłyby np. wykonywać badania, odpowiadać na pytania dotyczące zdrowia, stawiać diagnozę i zalecać leczenie. Z kolei 73 proc. preferowałaby wykonywanie drobnych zabiegów chirurgicznych przez roboty, a nie przez lekarzy.

Mentoring najważniejszym źródłem wiedzy dla ponad połowy start-upów. Sieć kontaktów i specjalistyczna wiedza równie istotne jak finansowanie

Mentoring najważniejszym źródłem wiedzy dla ponad połowy start-upów. Sieć kontaktów i specjalistyczna wiedza równie istotne jak finansowanie 3

Pozyskanie finansowania nie stanowi dla start-upów gwarancji sukcesu. Oprócz pieniędzy niezbędne są także sieć kontaktów oraz specjalistyczna wiedza pozyskiwana od ekspertów i mentorów. Właśnie dlatego tak korzystna jest współpraca między start-upami a dużymi koncernami, na której zyskują obie strony. Dzięki uczestnictwu w konkursie PowerUp! start-upy otrzymują szansę na edukację biznesową i rozwój. – Oferujemy rozwiązanie od A do Z. To ścieżka dojścia do pierwszej realnej rundy finansowania z inwestorami – podkreśla Jakub Miler, CEO InnoEnergy Central Europe.

– Trudno zdecydować jednoznacznie, co jest istotniejsze dla start-upów, szczególnie w tej części Europy, mentoring czy finansowanie. Start-upy często zapominają, że najprostszą drogą do finansowania jest znajdywanie klienta. A z drugiej strony trzeba być też uczciwym i fair wobec sytuacji, którą mamy u nas. Wolny rynek funkcjonuje tak naprawdę dopiero od 30 lat. – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jakub Miler, CEO InnoEnergy Central Europe.

Raport „Polskie startupy” wylicza, że w Polsce rząd wydał do tej pory na start-upy ponad 1,5 mld zł – 890 milionów z PARP, 440 mln z KFK i 250 mln z NCBiR. Problemem jest niski poziom finansowania inwestorów prywatnych i brak wykwalifikowanych kadr. Aż 70 proc. start-upów mimo chęci nie współpracuje z żadną korporacją. Tymczasem to w małych firmach powstają rozwiązania, które odpowiadają na najpilniejsze potrzeby dużych koncernów czy całych sektorów gospodarki. Dwustronna współpraca jest korzystna dla obu stron. Start-upy zyskują odbiorcę swoich rozwiązań, wsparcie w rozwoju i fundusze, a korporacje w zamian otrzymują często rozwiązania innowacyjne na skalę światową. Takim programem jest PowerUp!

– W naszej sytuacji zarówno mentoring, jak i wsparcie finansowe wydają się kluczowe do tego, żeby pomagać start-upom rozwijać się w odpowiedni sposób. To, co warte jest podkreślenia, że PowerUp! tak de facto jest tylko bardzo wąski element naszej oferty dotyczący start-upów na bardzo wczesnej fazie rozwoju – ocenia Jakub Miler.

Celem konkursu jest wyłonienie najlepszych start-upów i umożliwienie im współpracy z największymi graczami na rynku. W tegorocznej, piątej już edycji PowerUp!, do wygrania jest 50 tys. euro i  kompleksowe wsparcie w globalnym rozwoju biznesu. Konkurs organizowany przez InnoEnergy to największe tego typu wydarzenie dla start-upów z 24 krajów Europy Środkowo-Wschodniej, pracujących nad rozwiązaniami dla przemysłu z takich obszarów, jak m.in. energia, mobilność czy technologie smart.

– To, co wyróżnia PowerUp! spośród innych konkursów, to że to jest rozwiązanie od A do Z. Z jednej strony znajdujemy takich młodych utalentowanych ludzi, którzy mają swój pomysł na siebie, pomagamy im kompletować odpowiedni zespół, a także finansujemy pierwszy rozwój produktu – przekonuje Jakub Miler.

Po raz pierwszy w historii PowerUp! przyznana zostanie nagroda specjalna Clean Air Challenge Award. Swoją kandydaturę do niej mogły zgłosić wszystkie start-upy, których technologie przyczyniają się do ograniczenie zanieczyszczenia powietrza. Wyróżnienie zostanie wręczone podczas Wielkiego Finału, który odbędzie się 21 maja w Krakowie na konferencji Impact’19.

– Warte podkreślenia jest to, że PowerUp! to nie jest tylko konkurs dla firm energetycznych. Staramy się wynajdywać również rozwiązania, które można zastosować przemysłowo w sektorach takich jak cleantech, mobility czy cleanair – zaznacza prezes InnoEnergy Central Europe.

Zwycięstwo w konkursie otwiera start-upom drzwi do zaistnienia na rynku i rozpoczęcia lub rozwoju sprzedaży swoich rozwiązań. Uczestnicy mogą liczyć nie tylko na pomoc finansową, lecz przede wszystkim na wsparcie ekspertów. Każdy finał poprzedzają dwudniowe bootcampy – seria szkoleń i warsztatów prowadzonych przez uznanych europejskich mentorów biznesowych.

– Każdy uczestnik tych finałów krajowych ma dostęp do dobrze zorganizowanego, przygotowanego programu coachingu i mentoringu biznesowego. Wszyscy uczestnicy finałów krajowych otrzymują w ten sposób dostęp do wysokiej jakości wiedzy, dostają mnóstwo wskazówek dotyczących tego, jak zbudować biznes, jak ustrukturyzować rozmowy z inwestorami, z klientami. I najważniejsze, kierujemy ich w stronę koncepcji budowania sprzedaży, natomiast nie zachęcamy do rozbudowywania technologii, ponieważ to jest ślepa uliczka – mówi Sebastian Siuchta, Business Creation Officer InnoEnergy Central Europe.

Najbardziej obiecujące przedsiębiorstwa mogą liczyć na zaproszenie do programu akceleracyjnego Highway by InnoEnergy. Pomaga on start-upom odnaleźć się na rynku, dostosować produkt lub usługę do jego realiów, a nawet dotrzeć do pierwszych klientów.

– Highway uzupełniony jest programem Boostway. Skierowany jest do skylabów, czyli tych start-upów, które potrafiły zacząć sprzedawać, osiągnęły regularne przychody, potrafią udowodnić swoją wartość opiniami od klientów. W przeciwieństwie do Highwaya, w którym finansowanie zapewniamy firmom w zamian za equity, Boostway jest takim equity free programem. Koncepcja Boostwaya polega na modelu success fee, pomagamy firmom w ekspansji na terenie Europy, Stanów Zjednoczonych czy innych kluczowych rynków w zamian za część przychodów – tłumaczy Sebastian Siuchta.

Jak podkreślają eksperci, w programach wsparcie finansowe – choć istotne – nie jest jedynym, potrzebnym do osiągnięcia sukcesu. To, co równie istotne dla start-upów, to dostęp do wiedzy i pomoc ekspertów np. w wypromowaniu produktu. Z tym zaś bardzo często jest problem.

– Start-upy, aby osiągnąć sukces, przede wszystkim potrzebują zrozumienia tego, co chcą osiągnąć, w jakim kierunku płyną, ale też determinacji do tego, żeby to osiągnąć i przede wszystkim konsekwencji w działaniu, żeby starczyło im zapału do tego, żeby realizować i rozwiązywać problemy swoich klientów –wymienia Greg Albrecht, doradca i inwestor.

Z raportu „Polskie startupy 2018” wynika, że liczba start-upów systematycznie rośnie. O ile w latach 2016–2017 szczególnie niepokoił niski odsetek start-upów debiutujących na rynku ze swoimi pomysłami, to w 2018 roku start-upów formułujących założenia i budujących zespół od podstaw jest już 18 proc. Młodsi i mniej zarabiający chcą uczyć się marketingu i zarządzania, ci dojrzalsi wolą angażować czas w mentoring i spotkania branżowe. Dla 58 proc. badanych indywidualny mentoring to najważniejsze źródło wiedzy.

– Najczęstsze przyczyny niepowodzeń start-upów to po pierwsze, pomysł i produkt, który nie rozwiązuje żadnego rzeczywistego problemu, w związku z tym nikt nie chce go kupować. Po drugie, brak determinacji i konsekwencji w realizowaniu swojego projektu, start-upowcy nie uczą się na bieżąco i nie wyciągają wniosków. Kolejnym powodem niepowodzenia start-upów jest timing. Być może w danym miejscu i w czasie już kto inny rozwiązuje dany problem albo odwrotnie, jeszcze nie nastała chwila, aby właśnie taki produkt wprowadzić na rynek – wskazuje Greg Albrecht.

Osoby niewidome i słabowidzące nie muszą być wykluczone z życia kulturalnego. Dzięki technologii audiodeskrypcji mogą „oglądać” filmy

Osoby niewidome i słabowidzące nie muszą być wykluczone z życia kulturalnego. Dzięki technologii audiodeskrypcji mogą „oglądać” filmy 4

W Polsce żyje ponad 1,8 mln osób z dysfunkcją wzroku oraz 800 tys. osób z niepełnosprawnością słuchu. Ich udział w życiu kulturalnym do tej pory był ograniczony, ale dzięki technologii audiodeskrypcji mogą one w pełni uczestniczyć w różnego rodzaju wydarzeniach i pokazach. Przekazywanie przez słuchawki werbalnego opisu treści wizualnych jest metodą, dzięki której osoby słabowidzące czy seniorzy z zaburzeniami widzenia mogą zrozumieć film. W ramach tegorocznej 16. edycji Millennium Docs Against Gravity, którego partnerem jest Bank Millennium, cztery filmy będą wyemitowane z funkcją audiodeskrypcji i napisami dla osób niesłyszących.

Od 30 lat Bank Millennium jest mecenasem kultury, więc mieliśmy szansę obserwować różne wydarzenia kulturalne. Wiemy, że nie wszystkie społeczności mają równy dostęp do kultury, zwłaszcza osoby z niepełnosprawnościami, a jest to całkiem spora część naszego społeczeństwa, te osoby nie zawsze mogą uczestniczyć w wydarzeniach tego typu – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Iwona Jarzębska, dyrektor Departamentu Public Relations Banku Millennium.

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w Polsce żyje ponad 1,8 mln osób z dysfunkcją wzroku. Problemy z prawidłowym widzeniem mają też osoby starsze – obecnie już co piąty Polak ma co najmniej 60 lat, w 2050 roku ich odsetek sięgnie 40 proc. Osoby z niepełnosprawnościami, dysleksjami, niedowidzące często są wykluczane z życia kulturalnego. Przeciwdziałać temu może audiodeskrypcja, czyli przekazywanie przez słuchawki opisu treści wizualnych. Dzięki temu osoby z niepełnosprawnością wzroku czy słuchu, seniorzy, osoby z dysleksją i niepełnosprawnością intelektualną mogą zrozumieć film.

Audiodeskrypcja jest wykorzystywana coraz częściej. Tylko w 2018 roku Fundacja Audiodeskrypcja udostępniła i opisała blisko 250 dzieł sztuki, m.in. dzieła Edwarda Muncha, Claude Moneta, Gustawa Klimta, Vincenta van Gogha czy Edgara Degasa. Zostały też opisane obiekty architektoniczne, m.in. Wieża Eiffla w Paryżu, Casa Mila w Barcelonie i Budynek Secesji w Wiedniu.

Podczas zbliżającej się 16. edycji Festiwalu Filmów Dokumentalnych Millennium Docs Against Gravity chcielibyśmy cztery filmy w Warszawie i we Wrocławiu wyemitować w technologii audiodeskrypcji – zapowiada Iwona Jarzębska. – Każda z osób, która będzie chciała skorzystać z takiego rozwiązania, może ściągnąć aplikację AudioMovie, zeskanować QR kod z biletu, włączyć słuchawki i słuchać lektora, który opisuje słowami to, co dzieje się na ekranie. Wszystkie osoby z niepełnosprawnością wzroku będą mogły razem ze swoimi przyjaciółmi i rodziną cieszyć się filmem dokumentalnym i będą mogły w pełni uczestniczyć w tym święcie kina.

W rozpoczynającym się w maju festiwalu audiodeskrypcja obejmie filmy „Hi, AI” („Mój przyjaciel, robot”), „Piano to Zanskar” („Stroiciel Himalajów”) oraz sudański „Talking about trees” („Pogawędki o drzewach to zbrodnia”) .

– Kolejnym z filmów, moim faworytem, jest film „My generation”. Jest to historia tworzącej się popkultury w latach 60. w Londynie opowiadana przez Michaela Caine’a. Mamy nadzieję, że to będzie hit festiwalu i on będzie również mógł być obejrzany przez osoby z niepełnosprawnościami – wskazuje Iwona Jarzębska.

Jak podkreśla ekspertka, audiodeskrypcja doskonale wpisuje się w działania Banku Millennium, który na bieżąco niweluje bariery dla osób z niepełnosprawnościami. Obecnie już wszystkie bankomaty i 90 proc. oddziałów jest dostosowana do wymagań niepełnosprawnych klientów.

– Dbamy o to, żeby strona internetowa banku była z łatwością czytana i treści były dostępne dla osób z niepełnosprawnością wzroku. W 2018 roku bank otrzymał nagrodę od organizacji pozarządowej Widzialni za najlepszą stronę internetową przystosowaną właśnie do potrzeb ludzi z niepełnosprawnością –mówi Iwona Jarzębska.

Strona banku jest już dostosowana do czytania przez czytniki ekranu, dostępna z poziomu klawiatury (do nawigacji nie trzeba używać myszki) i zawiera funkcję powiększania tekstu. Klienci korzystający z infolinii banku mogą skorzystać z funkcji komend głosowych zamiast z klawiszy numerycznych telefonu. Osoby z problemami ze wzrokiem mogą też samodzielnie podpisać umowę z bankiem w obecności dwóch pracowników placówki lub świadka, osoby zaufanej klientowi.

– Usługi bankowe przenoszą się ze świata realnego do cyfrowego. Widzimy coraz większe zainteresowanie klientów naszą bankowością internetową, a w szczególności mobilną. Dlatego chcemy, żeby nikt z tych usług nie był wyłączony. Projektując nasze rozwiązania w świecie cyfrowym, dbamy również o specjalne potrzeby ludzi z niepełnosprawnością – podkreśla Iwona Jarzębska.

Zmiany klimatu z dużym wpływem na zdrowie i życie. Do Polski docierają nieznane dotąd w naszym regionie choroby

Zmiany klimatu z dużym wpływem na zdrowie i życie. Do Polski docierają nieznane dotąd w naszym regionie choroby 5

Nasilające się na skutek zmian klimatycznych ekstremalne zjawiska pogodowe, jak wichury, trąby powietrzne, fale upałów czy pożary, zwiększają zagrożenia dla zdrowia i życia ludzi. Wzrost globalnej temperatury przynosi także ryzyko zachorowania na choroby, które dotąd spotykane były w cieplejszych regionach świata. Światowa Organizacja Zdrowia szacuje, że już teraz zmiany klimatu odpowiadają bezpośrednio za ponad 140 tys. zgonów rocznie, a do 2030 roku liczba ta ma wzrosnąć do 250 tys. Dlatego klimatolodzy przestrzegają przed zaniechaniem działań na rzecz ochrony klimatu.

– Jeżeli nie zmienimy drastycznie naszych przyzwyczajeń, np. do ogrzewania węglem, jeżeli nie uświadomimy sobie dziś pewnych problemów i nie zaczniemy ich zmieniać, to za 20–30 lat obudzimy się w zupełnie innym świecie, nieprzyjaznym dla pokolenia naszych dzieci, wnuków i prawnuków – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Krzysztof Błażejczyk, klimatolog z Instytutu Geografii i Przestrzennego Zagospodarowania Polskiej Akademii Nauk.

Z raportu Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC) wynika, że obecnie średnia globalna temperatura jest o 1°C wyższa od poziomu przedindustrialnego. Jeżeli emisja gazów cieplarnianych nie zostanie gwałtownie zredukowana, to dynamika wzrostu globalnej temperatury przekroczy 1,5°C w 2040 roku. To grozi nieodwracalnymi zmianami. IPCC oblicza, że globalna emisja dwutlenku węgla do 2030 roku musi spaść o 45 proc. w porównaniu do poziomu z 2010 roku, aby nie przekroczyć progu bezpieczeństwa. Do 2050 roku powinniśmy całkowicie zrezygnować ze spalania węgla. W przeciwnym wypadku skutki mogą być trudne do wyobrażenia, również dla zdrowia ludzi.

– Mamy grupę chorób klimatozależnych. To są zarówno przeziębienia, udary cieplne, słoneczne, jak i choroby odkleszczowe czy przenoszone przez inne owady – wymienia prof. Krzysztof Błażejczyk.

Jak wskazuje raport Koalicji Klimatycznej i HEAL „Wpływ zmian klimatu na zdrowie”, zmieniające się warunki klimatyczne przyczyniają się do wzrostu populacji much, komarów, kleszczy, wszy i gryzoni, a także do poszerzenia terytorium ich występowania. Choroby wektorowe (wywoływane przez patogeny przenoszone np. przez owady) dziś stanowią ponad 17 proc. wszystkich schorzeń zakaźnych, przyczyniając się do ponad 700 tys. zgonów rocznie. W Polsce jednym z największych zagrożeń jest kleszcz pospolity, który wywołuje m.in. boreliozę. Od 2005 do 2014 roku liczba zachorowań wzrosła ponad trzykrotnie, do blisko 14 tys. rocznie.

– To także choroby kardiologiczne – zwiększająca się liczba dni gorących, a także wilgotnych, powoduje zaburzenia, zwłaszcza u osób z problemami kardiologicznymi – podkreśla prof. Krzysztof Błażejczyk.

Częstsze i większe upały znacznie zwiększają liczbę zgonów. Pokazują to dane przytaczane przez Koalicję Klimatyczną i HEAL. Przykładowo w ciągu 4 miesięcy 2003 roku w 12 krajach w Europie Środkowej i Zachodniej fale upałów przyczyniły się do śmierci około 70 tys. osób. W samej tylko Francji latem 2015 roku zmarło z tego powodu ponad 3 tys. osób.

Coraz wyższa temperatura przyczynia się także do częstszego występowania chorób alergicznych. W ostatnim dziesięcioleciu podwoiła się liczba chorych na alergiczny nieżyt nosa i astmę oskrzelową.

– Negatywnych oddziaływań na nasze zdrowie jest więcej niż tych pozytywnych. Wprawdzie jak jest cieplej, to mniej chorujemy, rzadziej się przeziębiamy, jednak ten bilans w dalszym ciągu jest niekorzystny. Zagrożenia związane z ciepłą częścią roku i wysokimi temperaturami obejmuje coraz większą grupę ludzi, w dodatku takich, którzy są najbardziej wrażliwi, czyli ludzi starszych, ale także małe dzieci – mówi klimatolog z PAN.

Raport „Wpływ zmian klimatu na zdrowie” podkreśla, że według Światowej Organizacji Zdrowia dziś zmiana klimatu bezpośrednio powoduje ponad 140 tys. zgonów rocznie, przede wszystkim w Afryce i Południowo-Wschodniej Azji. Do 2030 roku może być 250 tys. zgonów powodowanych malarią, stresem cieplnym, biegunką i niedożywieniem

– Musimy się nad tymi konsekwencjami zastanowić, żeby wcześniej się nimi zająć. W atmosferze nie da się postawić płotów, murów, ścian, które zatrzymają powietrze z południa czy gorących fragmentów części naszego globu. To jest wielki kocioł, gdzie masy powietrza się mieszają, a to mieszanie jest coraz bardziej intensywne. Możemy się jedynie do tego odpowiednio przygotować i w miarę wcześnie wziąć za rzeczy, dołożyć swoją cegiełkę do tego, żeby ten klimat chronić – ocenia prof. Krzysztof Błażejczyk.

Ekspert rynku pojazdów elektrycznych: Polskie auto będzie bardzo trudno zbudować. Kiedy się pojawi w sprzedaży, będzie już bardzo dużo zachodnich samochodów

Ekspert rynku pojazdów elektrycznych: Polskie auto będzie bardzo trudno zbudować. Kiedy się pojawi w sprzedaży, będzie już bardzo dużo zachodnich samochodów 6

Na przełomie 2022 i 2023 roku ma ruszyć produkcja polskich samochodów elektrycznych – zapowiada spółka ElectroMobility Poland odpowiedzialna za realizację tego projektu. Zdaniem ekspertów w dziedzinie elektromobilności będzie to bardzo ambitny, a zarazem trudny do zrealizowania plan. Jedynymi szansami na sukces takiego auta mogą się okazać względy związane z patriotyzmem ekonomicznym, niska cena i zamówienia rządowe oraz płynące z samorządów.

– Na tę chwilę wiemy, że istnieje spółka powołana do tego, żeby taki samochód zbudować. Jej prezes ogłosił ostatnio, że wybrał integratora projektu, czyli firmę, która doprowadzi do tego, że ten samochód będzie mógł powstać. Powiedział też, że będzie to kilka modeli oraz że wydajność i produkcja z tej fabryki w Polsce to będzie około 100 tys. egzemplarzy rocznie. Prototyp ma powstać za 2 lata, a chwilę później już ma być masowa produkcja. To niesamowicie ambitny plan – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Krzysztof Bolesta, wiceprezes Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych.

Powstanie całkowicie polskiego samochodu elektrycznego postrzegane jest jako jedna z głównych szans na realizację rządowego Planu Rozwoju Elektromobilności. Zakłada on, że do 2025 roku po polskich drogach ma jeździć milion aut elektrycznych. Żeby jednak to się udało, auta elektryczne muszą stać się przystępne cenowo, a polski model musi się wstrzelić w najpopularniejsze gusta konsumenckie w kraju.

– Uważam, że to auto będzie bardzo trudno zbudować, dlatego że harmonogram ElectroMobility Poland jest tak skonstruowany, że ten polski samochód pojawi się, kiedy na rynku będzie już bardzo dużo zachodnich samochodów elektrycznych, które już cieszą się uznaniem i będzie bardzo trudno przebić się z czymś zupełnie nowym, nieznanym i bez zbudowanej sieci serwisowej – mówi Krzysztof Bolesta.

Projekt polskiego samochodu elektrycznego jeszcze nie doczekał się jednak nawet prototypu, a w tym samym czasie coraz więcej producentów wypuszcza lub zapowiada premiery swoich modeli elektrycznych. Są to zarówno auta klasy premium, takie jak SUV-y Audi E-Tron czy Jaguar I-Pace, jak i bardziej przystępne cenowo. W marcu Tesla zaprezentowała swój model Y, będący kompaktowym SUV-em łączącym w sobie wysoką jakość i rozsądną cenę. Koszt najtańszej wersji to w przeliczeniu około 146 tys. zł. To wciąż sporo, jak na możliwości finansowe przeciętnej polskiej rodziny, ale za około dwa lata ma się pojawić jeszcze tańsza wersja tego modelu.

Tymczasem z badań Kantar TNS wynika, że statystyczny Polak za miejskie auto elektryczne gotów jest zapłacić około 60 tys. zł i zadowoli go zasięg na poziomie co najmniej 150 km. Ważnym aspektem jest to, by było ono produkowane w Polsce i mogło pomieścić 4 osoby. Jak na razie w polskiej sieci dealerskiej nie ma auta cechującego się takimi parametrami. Renault Twizy kosztuje od 33,9 tys. zł, ale to model dwuosobowy. Technicznie założenia te spełniałby dopiero model ZOE, ale jego koszt to minimum 133,9 tys. zł.

– Jedynym elementem konkurencji, który działa na korzyść ElectroMobility Poland jest to, że ten samochód będzie polski. Jeżeli do tego będzie dostępny po przystępnej cenie, to można zakładać, że te cele, które mają do wypełnienia samorządy czy administracja centralna odnośnie do zakupu aut elektrycznych, będą wypełniać właśnie poprzez zakup tego polskiego auta – mówi wiceprezes Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych.

Najpóźniej do 2020 roku co dziesiąty samochód użytkowany przez polskie gminy i powiaty z ludnością powyżej 50 tys. ma być pojazdem elektrycznym. Projekt budowy fabryki aut elektrycznych w Polsce, przy założeniu produkcji na poziomie 100 tys. sztuk rocznie, to koszt 2 mld zł.

Nowoczesne systemy pomogą w zarządzaniu siecią ciepłowniczą i obniżą rachunki za ogrzewanie. Pomogą w tym m.in. modele matematyczne opracowane przez naukowców

Nowoczesne systemy pomogą w zarządzaniu siecią ciepłowniczą i obniżą rachunki za ogrzewanie. Pomogą w tym m.in. modele matematyczne opracowane przez naukowców 7

Branża energetyczna sięga po inteligentne technologie, aby usprawnić przestarzałe systemy ciepłownicze i precyzyjniej rozliczać klientów ze zużytej energii. Powstają matematyczne modele termiczne, które pozwolą zautomatyzować proces zarządzania podstacją cieplną oraz systemy gamifikacyjne, które nauczą klientów, jak prawidłowo ogrzewać mieszkania. Do walki włączają się także lokalne samorządy, które przeprowadzają audyt cieplny budynków oraz architekci, którzy projektują budynki spełniające wyśrubowane standardy cieplne.

– Jako ciepłownictwo mamy problem z tym, żeby dobrze rozliczać mieszkańców, szczególnie mieszkańców bloków. W Polsce przyjęło się rozliczanie za metr kwadratowy powierzchni mieszkania. A to nie do końca się sprawdza, szczególnie dla mieszkań umieszczonych na brzegach budynków, w wielkiej płycie, gdzie trzeba dostarczyć dużo energii cieplnej. Prowadzi się dużo dyskusji na temat tego, w jaki sposób to ciepło jest przekazywane między ścianami, jakie parametry trzeba brać pod uwagę, a co wystarczy pominąć albo zaznaczyć – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Adrian Bukowski z firmy Fortum.

Obecne systemy pomiarowe pozostawiają wiele do życzenia w kwestii dokładności pomiarów. Te prowadzone są w oparciu o informację na temat temperatury zewnętrznej, nie monitorując takich parametrów jak siła wiatru, opady czy poziom nasłonecznienia. Równie nieprecyzyjne są systemy pomiaru zużycia energii cieplnej w poszczególnych lokalach, gdyż nie uwzględniają np. ciepła wytwarzanego przez urządzenia elektryczne obecne w ogrzewanym lokalu.

Firma Fortum, chcąc rozwiązać ten problem, wdraża w życie matematyczny model termiczny budynku. Rozwiązanie zaprezentowane podczas konferencji European Study Group with Industry (ESGI) zakłada wykorzystanie inteligentnego systemu kontroli podstacji cieplnej, który w czasie rzeczywistym analizowałby komfort termiczny właścicieli mieszkań i uwzględniał ich indywidualne potrzeby. Najistotniejszym elementem systemu byłoby narzędzie do inteligentnego rozdzielania kosztów ogrzewania w oparciu o realną dystrybucję ciepła w danym budynku.

W trakcie ESGI przedstawiciele Fortum zaproponowali także wdrożenie modelu grywalizacyjnego rozliczania energii, zachęcającego użytkowników do zoptymalizowania procesu zarządzania zużyciem energii cieplnej w ramach indywidualnego gospodarstwa domowego.

– Rozmawiamy o projekcie gamifikacji, czyli takiego zaangażowania użytkowników mieszkań w zrozumieniu, kto im dostarcza ciepło, jak mogą optymalnie używać tego ciepła, co mogą zrobić, żeby zaoszczędzić. Mamy już przygotowaną infrastrukturę i aplikację mobilną, w której możemy zaimplementować gamifikację, czyli system zachęt, pewnego rodzaju rywalizacji, ale też współpracy w ramach różnych grup, w ramach budynku, w ramach wspólnoty mieszkaniowej. Zostanie to zaimplementowane w tym roku, natomiast projekt dystrybucji ciepła to zadanie na 2–3 lata – przewiduje ekspert.

Wysokie koszty ogrzewania wynikają nie tylko z niewłaściwego korzystania z systemów grzewczych, lecz także z niskiej efektywności cieplnej wielu starszych budynków. Pracownicy Wydziału ds. Jakości Powietrza Urzędu Miasta Krakowa walczą z tym problemem za pośrednictwem cyklicznego programu bezpłatnych badań kamerą termowizyjną. Mieszkańcy domów jednorodzinnych mogą przeprowadzić audyt, który wskaże miejsca największych strat cieplnych budynku. Badania pozwolą uszczelnić instalację termiczną i pośrednio zapobiec zużyciu zbyt dużej ilości energii.

W międzyczasie inwestorzy przygotowują się do wdrożenia nowych norm energooszczędności budynków, które wejdą w życie w 2021 roku. Firma Saint-Gobain wypracowała wytyczne technologiczne Multi Comfort, które mają pomóc architektom w projektowaniu budynków zbilansowanych energetycznie, zapewniające zarówno prawidłowe wygłuszenie akustyczne, jak i termiczne mieszkań, domów jednorodzinnych oraz obiektów użyteczności publicznej. Wdrożenie rygorystycznych norm energetycznych ma się przekładać na znaczącą redukcję kosztów utrzymania budynków.

Wykorzystanie systemów inteligentnych pozwoli zoptymalizować proces zarządzania energią cieplną. W pilotażowym projekcie TOGETHER, finansowanym z programu Interreg CENTRAL EUROPE i zrealizowanym w gminach Besko, Raciechowice oraz Żyraków, 9 budynków użyteczności publicznej wyposażono w systemy pomiaru i rejestracji zużycia energii elektrycznej oraz cieplnej. W kolejnej fazie projektu w budynkach zainstalowane zostaną systemy automatycznego zarządzania zużyciem energii. Pozwolą one na bieżąco aktualizować m.in. plany cieplne i wypracowywać takie rozwiązania, które zapewnią największy komfort termiczny mieszkańcom przy zachowaniu jak najniższego wskaźnika zużycia energii cieplnej.

Nad modernizacją sieci ciepłowniczej przy wykorzystaniu technologii inteligentnych pracuje także warszawska firma Veolia. W ramach Inteligentnej Sieci Ciepłowniczej do 79 kluczowych obiektów wprowadzono systemy monitorujące m.in. ciśnienie i temperaturę instalacji grzewczych. Informacje pomiarowe zebrane w Centralnym Repozytorium Danych pomagają w automatycznym prognozowaniu funkcjonowania sieci. System w czasie rzeczywistym analizuje zapotrzebowanie mieszkańców i tak programuje działanie sieci, aby zagwarantować jak najwyższy komfort termiczny przy jak najmniejszych stratach energetycznych.

– Walczymy o lepsze wykorzystanie energii, w tym przypadku energii cieplnej przy ogrzewaniu mieszkań. Wiąże to się z tym, że oczywiście jak dostarczamy energię do mieszkań, to nie odbywa się to bez strat, więc rozumienie, gdzie te straty następują oraz jak energia rozchodzi się po budynku, jest dosyć istotne. Osobnym zagadnieniem z tym związanym jest kwestia, jak ludzie z tego ogrzewania korzystają, czyli jak bardzo np. rozkręcają kaloryfery, jak bardzo przegrzewają swoje mieszkania. Na tego typu projekty, gdzie matematyka jest wykorzystywana do rozwiązywania tego typu zagadnień, zapotrzebowanie jest duże i stale rośnie – zauważa dr Kamil Kulesza z Instytutu Matematycznego PAN.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku sieci ciepłowniczych w 2018 roku przekroczyła 170 mld dol. Do 2023 roku wzrośnie do 203 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 3,5 proc.

Poznaj kompleksowe narzędzie SEO i samodzielnie optymalizuj swoją stronę

Jeżeli właśnie zaczynasz swoją przygodę z pozycjonowaniem i optymalizacją, warto byś na początek poznał kilka cennych wskazówek, które pomogą Ci wdrożyć się w ten świat. Choć na początku może się to wydawać skomplikowane, w rzeczywistości wcale takie nie jest. A przecież praktyka czyni mistrza, zatem zapraszamy do lektury!

pozycjonuszSEO, czyli optymalizacja stron internetowych pod wyszukiwarkę, obejmuje całą gamę systematycznych i długofalowych działań, mających na celu osiąganie przez witrynę najwyższych pozycji  w wynikach wyszukiwania. Są to ściśle określone wytyczne, które możesz wykonać z pomocą odpowiednich narzędzi SEO, takich jak chociażby https://sitemeans.com/.

Wskazówki dotyczące optymalizacji

  1. Zadbaj o słowa kluczowe – dobór odpowiednich fraz jest bardzo ważny w pozycjonowaniu witryny. Jeśli już wiesz, jakie słowa sprawdzają się najlepiej w Twojej branży, przeplataj je w tekstach na stronie internetowej. Pamiętaj jednak, że piszesz dla użytkowników, nie dla botów, dlatego nie przesadzaj z ich nasyceniem, by nie wyglądało to nienaturalnie.
  2. Stosuj nagłówki – zarówno w artykułach na blogu, jak również w tekstach na stronie internetowej warto oddzielać treść nagłówkami. To, co jest tytułem oznaczaj jako H1, podtytuły – H2 itd.
  3. Unikalne treści – musisz wiedzieć, że Google bardzo sprawnie odczytuje, czy treści są skopiowane z innych źródeł i jeśli na takie napotyka, automatycznie obniża pozycję strony, ponieważ teksty nie są oryginalne. Jeśli prowadzisz sklep internetowy, staraj się nie kopiować opisów produktów ze stron producentów, lecz zainwestuj w unikalne teksty. To znacząco podniesie pozycję Twojej strony.
  4. Pisz dużo i szczegółowo – wyszukiwarka bardzo lubi strony bogate w treści, dlatego staraj się unikać krótkich tekstów, które w rzeczywistości nie podniosą Twojej pozycji. Obszerne teksty zostaną docenione zarówno przez użytkowników, jak również roboty Google.
  5. Unikaj ścian tekstu – jeśli piszesz długie treści, przeplataj je różnorodnymi grafikami, które również mają znaczenie w kontekście optymalizacji strony. Dodawaj do nich opisy alternatywne (atrybuty ALT), które są odczytywane przez wyszukiwarkę.

Zostań mistrzem SEO

Kompleksowe narzędzie SEO może uczynić Twoje pierwsze kroki w optymalizacji stron dużo prostszymi. Zrobi za Ciebie dużą część pracy i pomoże zrozumieć zasady, jakimi rządzi się pozycjonowanie. Dzięki takiej aplikacji będziesz w stanie monitorować pozycję swojej strony w Google, poznać konkurencję, wykonać audyt witryny i wiele więcej.

Monitoring pozycji na urządzeniach stacjonarnych i mobilnych

Narzędzia, takie jak Sitemeans bez przerwy monitorują pozycję strony w wyszukiwarce i każdego dnia zdają raporty z tego, jak przedstawiają się na różne frazy kluczowe. A ponieważ Google rozróżnia inne algorytmy dla urządzeń stacjonarnych i mobilnych, aplikacja pokazuje wyniki dla tych dwóch kategorii.

Widoczność strony w Google na różne słowa kluczowe

Chcesz wiedzieć na jakie słowa kluczowe Twoja strona wyświetla się w wynikach wyszukiwania? Dodaj je do Sitemeans. Dzięki połączeniu narzędzia z Google Search Console zyskasz codzienną dawkę informacji na temat nawet 25 000 fraz kluczowych!

Szczegółowy audyt SEO

Dzięki tej funkcjonalności uzyskasz informacje na temat wszystkich adresów URL Twojej strony. Zostaną one sprawdzone pod kątem 40 różnych wskaźników. Dowiesz się również, czy strony mają prawidłowe meta tagi, które z nich przekierowują na inne podstrony, poznasz szybkość ładowania poszczególnych stron, dowiesz się, które nie posiadają odpowiednich nagłówków i wiele więcej.

Poznaj swoją konkurencję

Sprawdzaj, na jakich pozycjach plasuje się Twoja konkurencja w wynikach wyszukiwania na monitorowane frazy. Otrzymasz nie tylko informacje o pozycjach, ale również liczbie fraz w TOP 1, TOP 3 oraz TOP 10. Dowiesz się również, czy w konkurencyjnych domenach występują reklamy AdWords.

Prywatne akademiki inwestycyjnym hitem w Europie Środkowej i Wschodniej?

Wspólny raport firmy doradczej Colliers International i międzynarodowej firmy prawniczej CMS pokazuje, że Europa Środkowa i Wschodnia może stanąć w obliczu znacznego niedoboru mieszkań studenckich w ciągu najbliższych 10 lat. Raport zatytułowany „Student housing in CEE – the next big thing” analizuje rozwój sektora prywatnych akademików w głównych krajach regionu (CEE-6)[1] i prezentuje opinie inwestorów[2] oraz możliwości rozwoju dotyczące tego segmentu rynku.

Małe budżety studenckie, niska jakość przestrzeni oferowanych na wynajem oraz państwowych akademików, a także ograniczone budżety uczelni zahamowały rozwój tego segmentu nieruchomości w Europie Środkowej i Wschodniej. Jednak zmiana demograficzna oraz napływ studentów zagranicznych, powoduje zmianę oczekiwań w zakresie dostępności akademików i cen ich najmu w kierunku standardów międzynarodowych. Czy jednak region jest przygotowany, by sprostać potencjalnemu popytowi na akademiki prywatne?

Apetyt inwestorów na prywatne akademiki rośnie

Ponad 32% ankietowanych inwestorów już jest aktywnych w sektorze prywatnych akademików w Europie Środkowej i Wschodniej lub zamierza w nim działać. Polska została uznana za najbardziej popularny rynek zarówno pod względem dotychczasowej, jak i dopiero rozważanej działalności inwestycyjnej (50% respondentów), a za Polską znalazły się Czechy (28%) i Węgry (14%). Jak wynika z raportu, podaż miejsc w domach studenckich w wielu regionach jest znacznie niższa od prognozowanego popytu.

Zgodnie z raportem większość miast Europy Środkowej i Wschodniej do 2028 roku będzie odczuwać znaczny niedobór zakwaterowania dla studentów. Wykorzystując model popyt-podaż[3], odzwierciedlający wyliczone założenie dotyczące liczby studentów zagranicznych w danym mieście[4]  w stosunku do podaży łóżek, ujawniono, że Warszawa będzie mieć największe braki w zakresie zakwaterowania w 2028 r. (niedobór 8399 łóżek), następnie Budapeszt (3679), Kraków (1227), Praga (1795) i Bratysława (298). Bukareszt był jedynym miastem z nadwyżką miejsc dla studentów. W tym scenariuszu, przy założeniu, że na lokal z sypialnią przypada jedno łóżko, zakładana wartość zasobów mieszkaniowych wynosi 1,22 mld euro.

Mark Robinson, specjalista ds. badań w regionie CEE
Mark Robinson, specjalista ds. badań w regionie CEE

—  Aktywność i wydatki studentów nieszczególnie idą w parze z cyklem koniunkturalnym. W związku z tym popyt ze strony użytkownika końcowego nie jest skorelowany z popytem w sektorach silniej związanych ze wzrostem PKB, np. biurowym lub magazynowym. Tę właściwość powinni rozważyć inwestorzy już teraz, ponieważ szacunki dotyczące wzrostu PKB w strefie euro (i innych krajach na świecie) są korygowane w dół — komentuje Mark Robinson, ekspert Colliers International ds. badań rynku w regionie CEE.

Możliwości dla deweloperów w krótkiej i średniej perspektywie czasowej

Ponad 87% ankietowanych inwestorów uważa, że istnieje znaczny niedobór prywatnych akademików („PBSA” – Purpose Built Student Accommodation) w Europie Środkowej i Wschodniej. Zdecydowana większość inwestorów (74%) pytana o to, czy wolą budować, czy kupować produkty PBSA w naszym regionie, uznała, że jest gotowa budować samodzielnie, a nie polegać na kupnie gotowego produktu.

Trend ten jest już widoczny w regionie, gdzie powstaje 8 prywatnych akademików, w tym: projekt LivinnX firmy Golub GetHouse – nowoczesny akademik z 290 lokalami w Krakowie; Student Depot firmy Griffin Real Estate – sieć prywatnych akademików w Poznaniu, Łodzi, Lublinie i Wrocławiu. Ten ostatni inwestor zasygnalizował również zamiar inwestowania w kolejne projekty w Krakowie i Wrocławiu do 2021 roku, co zwiększy liczbę miejsc noclegowych do 2700.

— Sektor prywatnych akademików otwiera ogromne możliwości zarówno dla graczy, którzy zdecydowali się na budowę własnych projektów, jak i dla inwestorów, którzy są gotowi wspierać finansowo deweloperów. Dla kapitału instytucjonalnego oznacza to nieco większe ryzyko, ponieważ projekty tego typu dopiero wchodzą w fazę rozwoju, ale korzyści znacznie je przewyższają. Chodzi nie tylko o bezpośrednie zyski z inwestycji, ale także możliwość budowania portfela w całym kraju. Kluczowe jest, jak zwykle w takich projektach, znalezienie właściwych partnerów, choć na stosunkowo dojrzałych rynkach inwestorzy są gotowi na przedsięwzięcia tupu joint venture. Dla wielu graczy inwestycja w PBSA jest również naturalnym zabezpieczeniem dla inwestycji w pozostałe klasy aktywów, które są bardziej podatne na cykle rynkowe — mówi Dorota Wysokińska-Kuzdra, partner, dyrektor działu Corporate Finance CEE w Colliers International.

Potencjał dla sektora

Studenci ankietowani w 2017 roku[5] wyrażali potrzebę rozwoju zasobów mieszkaniowych w całym regionie, przy czym największe niezadowolenie z obecnej sytuacji dotyczyło Rumunii, w tym m.in.  kosztów, lokalizacji, standardu domów studenckich i konieczności dojazdów. Opinie studentów na temat polskiego rynku również wskazują na konieczność rozwoju tego segmentu rynku. Ze względu na rosnący odsetek studentów zagranicznych w całym regionie o średnio 3,6% rocznie, należy skupić się na odnawianiu zasobów mieszkaniowych dla tej grupy najemców, aby przyciągać zarówno studentów zagranicznych, jak i krajowych. Ma to szczególne znaczenie wobec  malejącej w ostatnich latach liczby studentów w Polsce oraz ich mniejszej siły nabywczej. Ponad 20% studentów ankietowanych[6] w 2017 roku w krajach CEE-6, z wyjątkiem Czech, doświadczało problemów finansowych.

— W segmencie prywatnych akademików mamy jedynie 20 takich obiektów na sześciu rynkach Europy Środkowo-Wschodniej. Kolejne osiem jest obecnie w realizacji, w tym m.in. Warszawie, Krakowie oraz Bukareszcie, co wskazuje na rosnącą popularność tego typu przedsięwzięć inwestycyjnych. I choć obecnie tempo powstawania nowych akademików prywatnych jest niższe niż potrzeby, należy spodziewać się rosnącego zainteresowania inwestorów tym segmentem rynku nieruchomości — podkreśla Wojciech Koczara, partner zarządzający zespołem nieruchomościowym kancelarii CMS w Polsce oraz w Europie Środkowo – Wschodniej.

— Jak pokazują wyniki naszego raportu, rynek akademików prywatnych nie podlega cyklom koniunkturalnym, co jest istotnym czynnikiem dla inwestorów podejmujących decyzje inwestycje.  Z zyskami (investment yields) na poziomie 6% w głównych ośrodkach akademickich w Europie oraz 7% w regionalnych ośrodkach, niską podażą przy wysokim popycie na pokoje w nowoczesnych akademikach, potencjał wzrostu w tym segmencie rynku nieruchomościowego jest ogromny. Oczywiście pozostaje pytanie o możliwości finansowe potencjalnych najemców — dodaje Lidia Dziurzyńska-Leipert, partner w kancelarii CMS w zespole nieruchomości i budownictwa, z ramienia CMS kierująca zespołem doradzającym przy realizacji projektów domów studenckich.

[1] Europa Środkowa i Wschodnia – w tym raporcie koncentrujemy się na krajach CEE-6: Bułgarii, Czechach, Węgrzech, Polsce, Rumunii i Słowacji.

2 Na początku marca 2019 roku przeprowadziliśmy internetowe badanie ankietowe wśród 68 klientów-respondentów. Dwie trzecie respondentów znajdowało się w samym regionie Europy Środkowej i Wschodniej, a większość pozostałych w Europie Zachodniej.

[3] Na podstawie aktualnych danych o liczbie studentów i projekcji dotyczących studentów zagranicznych przy stopie wzrostu bazującej na danych Eurostatu z lat 2013–2016.

[4] Przy popycie ze strony studentów międzynarodowych na poziomie 20%.

[5] Badanie EuroStudent VI (2017).

[6] Badanie EuroStudent VI (2017).

Trendy migracyjne w I kwartale 2019 r.

W I kwartale 2019 r. liczba cudzoziemców posiadających ważne zezwolenia na pobyt w Polsce wzrosła o 11 tys. osób. Najliczniej zwiększyła się grupa obywateli Ukrainy – o prawie 7,6 tys. osób. Zdecydowana większość obcokrajowców posiada zezwolenia na pobyt czasowy związany z pracą. W dalszym ciągu notowany jest natomiast spadek liczby wniosków o udzielenie ochrony międzynarodowej.

Legalizacja pobytu

Cudzoziemcy chcący osiedlić się i zalegalizować swój pobyt w Polsce składają w urzędach wojewódzkich wnioski o zezwolenia na pobyt. Osoby spełniające warunki wydania zezwolenia otrzymują dokumenty potwierdzające ich prawo pobytu w kraju. Na początku kwietnia tego roku ważne zezwolenia na pobyt posiadało 383 tys. cudzoziemców. Według stanu na 1 stycznia 2019 r. i 2018 r. było to odpowiednio 372 tys. i 325 tys. osób.

W I kwartale tego roku największy wzrost liczby zezwoleń na pobyt dotyczył przede wszystkim obywateli: Ukrainy – o 7,6 tys. do 186,5 tys. osób, Białorusi – o 1,3 tys. do 21,5 tys. os., Gruzji – o 0,5 tys. do 3,4 tys. os., Indii – o 0,3 tys. do 9,1 tys. os. oraz Nepalu – o 0,2 tys. do 1,8 tys. os. Najwięcej przybyło zezwoleń na pobyt czasowy (maksymalnie do 3 lat) – o 7,8 tys. oraz stały – o 2,3 tys.

Zdecydowanie najczęstszym celem pobytu cudzoziemców w Polsce jest chęć podjęcia pracy – w tym roku dotyczyło to prawie 72 proc. spraw. Ponadto, 10 proc. wnioskodawców chciało pozostać w Polsce z powodów rodzinnych, a 7 proc. w związku z podjęciem lub kontynuacją studiów.Najbardziej popularnymi regionami wśród cudzoziemców posiadających ważne zezwolenia na pobyt są województwa: mazowieckie – 114 tys. osób, małopolskie – 38 tys. os., dolnośląskie – 31 tys. os. oraz wielkopolskie – 30 tys. os.

Powyższe dane nie uwzględniają osób przebywających w Polsce tymczasowo np. na podstawie wiz.

Ochrona międzynarodowa

W I kwartale br. wnioski o udzielenie ochrony międzynarodowej złożyło 960 cudzoziemców, w tym 580 po raz pierwszy. Oznacza to spadek o ok. 8 proc. w porównaniu do analogicznego okresu 2018 r. Najczęściej o ochronę w Polsce ubiegali się obywatele Rosji – 570 osób, Ukrainy – 130 os. i Tadżykistanu – 36 os.

Cudzoziemcowi udziela się ochrony międzynarodowej jeśli w jego kraju pochodzenia grozi mu prześladowanie lub rzeczywiste ryzyko utraty życia czy zdrowia. Każdy wniosek jest rozpatrywany indywidualnie przez Urząd do Spraw Cudzoziemców, który szczegółowo analizuje poszczególne sprawy w celu sprawdzenia czy danej osobie należy udzielić ochrony.

W tym roku decyzje o przyznaniu ochrony międzynarodowej otrzymało 96 cudzoziemców. Byli to głównie obywatele Rosji (39 os.), Ukrainy (9 os.) i Tadżykistanu (9 os.). Decyzje negatywne otrzymało 515 osób, a 355 postępowań umorzono. Sprawy są umarzane w sytuacji gdy cudzoziemiec opuścił Polskę, nie czekając na wydanie decyzji (najczęściej udając się do państw Europy Zachodniej).

Jak polskie miasta wspierają elektromobilność?

Cisza i dobra jakość powietrza – tego brakuje mieszkańcom wielu polskich miast. W odpowiedzi na ten problem coraz więcej samorządów promuje elektromobilność, ponieważ pojazdy elektryczne zapewniają transport bez emisji spalin i hałasu silnika. Udostępnienie mieszkańcom systemu rowerów wspomaganych elektrycznie czy elektrycznego carsharingu albo tworzenie punktów ładowania samochodów elektrycznych to działania już teraz prowadzone przez miasta. Przykładami dobrych praktyk mogą pochwalić się Wrocław, Trójmiasto, Łódź czy Warszawa.

Mobilność zrównoważona jest jedną z kategorii konkursu ECO-MIASTO, w ramach którego nagradzane są samorządy najlepiej realizujące ideę zrównoważonego rozwoju miast. Organizatorami projektu są Ambasada Francji w Polsce oraz Centrum UNEP/GRID-Warszawa. ECO-MIASTO jest realizowane we współpracy z Renault Polska, Ceetrus Polska, Dalkią i Dalkią Wastenergy.

Od niedawna elektromobilność wspierana jest na poziomie krajowym – w ustawie o elektromobilności i paliwach alternatywnych zapisano m.in. zniesienie akcyzy na samochody elektryczne i hybrydy plug-in (PHEV), zwolnienie ich z opłat za parkowanie czy możliwość poruszania się po buspasach. Prawo określa również konieczny do osiągnięcia w najbliższych latach udział pojazdów elektrycznych we flocie jednostek samorządowych czy minimalną liczbę ogólnodostępnych punktów ładowania, które mają zostać zainstalowane w danej gminie.

Niezależnie od centralnych regulacji niektóre miasta już teraz promują elektromobilność. Dzięki przemyślanym działaniom samorządów mieszkańcy mają okazję korzystać z nowych sposobów przemieszczania się po mieście i poznać zalety elektrycznego transportu.

Elektryczny carsharing we Wrocławiu

Carsharing sprzyja ograniczeniu liczby samochodów w miastach, dzięki niemu może zmniejszyć się również liczba potrzebnych miejsc parkingowych. Jeszcze więcej zalet mają systemy carsharingu wykorzystujące auta elektryczne, które nie emitują spalin oraz hałasu silnika. Takie usługi pozwalają mieszkańcom samodzielnie przekonać się o tym, jak samochody elektryczne sprawdzają się w miejskim transporcie.

We Wrocławiu od 2017 r. działa Miejska Wypożyczalnia Samochodów Elektrycznych Vozilla. Mieszkańcy za pomocą aplikacji mogą wypożyczać auta na minuty. W kwietniu br. częścią floty Vozilli stało się 40 w pełni elektrycznych Renault ZOE.

Rowery wspomagane elektrycznie na Pomorzu

Również elektryczne rowery mogą być dobrą alternatywą dla prywatnych samochodów, zwłaszcza podczas podróży na krótszych dystansach. W Obszarze Metropolitalnym Gdańsk Gdynia Sopot obejmującym 14 gmin od marca można wypożyczyć 4080 rowerów wspomaganych elektrycznie w ramach systemu MEVO. Te rowery w dalszym ciągu wymagają od użytkownika napędzania kół siłą własnych mięśni, ale elektryczny napęd sprawia, że jazda na takim pojeździe wymaga mniej wysiłku niż na tradycyjnym rowerze. Jest to ważne zwłaszcza w przypadku bardziej wymagających podjazdów pod górę.

Punkty ładowania elektryków w Łodzi

Niezwykle ważna dla rozwoju elektrycznego transportu jest dostępność punktów ładowania. Do końca 2020 r. aż 210 takich punktów ma powstać w Łodzi. W marcu mieszkańcy za pośrednictwem internetowej platformy mogli zgłaszać proponowane lokalizacje takich stacji. Dzięki temu miasto będzie mogło zapewnić infrastrukturę do ładowania w miejscach, gdzie jest na nią największe zapotrzebowanie.

130 autobusów elektrycznych dla Warszawy

Warszawa już wkrótce ma być drugim miastem w Europie, które posiada w swojej flocie ponad 100 autobusów elektrycznych. Pierwsze z zamówionych 130 pojazdów miałyby wyjechać na ulice już na początku 2020 r. Łącznie elektrycznych autobusów w stolicy będzie 160. W ten sposób miasto chce walczyć m.in. z zanieczyszczeniem powietrza i hałasem w mieście.

Chińscy hakerzy celują w Polskę

Każdego dnia dochodzi do 40 mln ataków hakerskich na całym świecie. I choć Polska znajduje się wśród 30 najbezpieczniejszych krajów na świecie (15 miejsce w Europie), nasz kraj znalazł się na celowniku chińskich cyberprzestępców – takie wnioski płyną z comiesięcznego raportu bezpieczeństwa sieciowego firmy Check Point.

Wydatki na systemy zapewniające cyberbezpieczeństwo systematycznie rosną. Liderami w tym zakresie są cyberprzestępcy, którzy wydają na nie 10-krotnie więcej niż przeciętne firmy. Ryzyko ataku na nasze telefony, komputery rośnie do tego stopnia, że dziś w przypadku jednego użytkownika cyberochroną trzeba objąć średnio pięć urządzeń. Niebawem liczba to wzrośnie od 50, co będzie efektem popularyzacji takich rozwiązań, jak smart cities czy IoT – to najważniejsze wnioski płynące ze spotkania, konferencji ds. cyberbezpieczeństwa CPX 2019, które odbywa się w Łodzi.

W opinii ekspertów Check Point Research, Polska odnotowała w marcu 2019 umiarkowany wzrost zagrożeń sieciowych, nadal pozostaje w tyle za ‘’prawdziwie bezpiecznymi’’ krajami: Bośnią i Hercegowiną (23,2), Słowenią (25,2) oraz Irlandią oraz Danią (31,3 pkt). Pocieszający może być fakt, iż Szwajcaria, Austria i Francja znalazły się niżej niż Polska. Najbardziej niebezpiecznym krajem w Europie była Macedonia, której sieci znalazły się wśród 10 najniebezpieczniejszych na świecie!

Zmiany w krajobrazie zagrożeń, jednak cryptominery wciąż dominują

Z danych Check Pointa wynika, że cryptominer Coinhive, wydobywający kryptowalutę Monero, spadł z czołowej pozycji globalnego indeksu zagrożeń po raz pierwszy od grudnia 2017 r. Pomimo zamknięcia swoich usług już 8 marca, Coinhive nadal zajmuje 6. miejsce w zestawieniu. Cryptoloot natomiast po raz pierwszy otwiera listę szkodliwego oprogramowania, a cryptominery nadal dominują wśród najbardziej rozpowszechnionych szkodliwych programów atakujących organizacje na całym świecie.

Pomimo wygaszenia, kod Coinhive JavaScript jest nadal dostępny na wielu stronach internetowych. Jak na razie żadne wydobycie nie ma miejsca jednak, jeśli wartość kryptowaluty Monero znacznie wzrośnie, niewykluczonym jest, że Coinhive wróci do życia. Niewykluczone, że niedługo zauważymy wzrost aktywności innych cryptominerów. Jednak zamiast obierać na cel strony internetowe, które przynoszą ograniczone zyski (co wiąże się z ostatnimi spadkami indeksów kryptowalut, po szczytach z 2018 r.), Mogą one w coraz większym stopniu skupiać się na środowiskach chmurowych przedsiębiorstw.

Wbudowana skalowalność środowisk w chmurze pozwala na wydobycie w znacznie większych ilościach. Zespół badawczy Check Point zaczął dostrzegać, że organizacje ponoszą opłaty sięgające setek tysięcy dolarów swoim dostawcom chmury za zasoby obliczeniowe wykorzystywane przez hakerów wykorzystujących cryptominery. Jest to poważne ostrzeżenie dla organizacji wykorzystujących chmury obliczeniowe.

Top 3 malware:

  1. ↑ Cryptoloot – Cryptominer wykorzystujący moc procesora lub procesora graficznego ofiary oraz istniejące zasoby do wytworzenia nowej waluty. Dodaje transakcje do tzw. Blockchainu, wprowadzając nową walutę.
  2.           ↑ Emotet – bankowy trojan, okradający konta bankowe ofiar, jednocześnie wykorzystując komputer ofiary do rozprzestrzeniania się.
  3.            ↑ XMRig–  cryptominer, który dzięki pracy bezpośrednio na urządzeniu końcowym, a nie na samej przeglądarce internetowej jest w stanie wykopywać kryptowalutę Monero bez potrzeby sesji aktywnej przeglądarki internetowej na komputerze ofiary.

W tym miesiącu najbardziej rozpowszechnionym złośliwym oprogramowaniem mobilnym jest Hiddad, zastępując na pierwszej pozycji Lotoor. Triada pozostaje na trzecim miejscu zestawienia.

Top 3 mobilnego malware:

  1. Hiddad – malware na Androida, którego główną funkcją jest wyświetlanie złośliwych reklam, jednak jest on również w stanie uzyskać dostęp do poufnych danych użytkownika.
  2. Lotoor– Narzędzie hakerskie, które wykorzystuje luki w systemie operacyjnym Android w celu uzyskania uprawnień administratora na zainfekowanych urządzeniach mobilnych.
  3. Triada – modułowy backdoor dla systemu Android, który nadaje super uprawnienia użytkownika w celu pobierania złośliwego oprogramowania. Triada jest również zdolna podszywania się pod URL-e w przeglądarce.

Badacze Check Pointa przeanalizowali również najczęściej wykorzystywane cyberpodatności. CVE-2017-7269 nadal jest liderem najczęściej wykorzystywanych słabych punktów, o globalnym zasięgu wynoszącym 44%. Web Server Exposed Git Repository Information Disclosure ulokował się na drugim miejscu, a OpenSSL TLS TLS DTLS Heartbeat Information Disclosure na trzecim miejscu; oba mają wpływ na około 40% organizacji na całym świecie.

Najczęściej wykorzystywane podatności w marcu:

  1. ↔ Microsoft IIS WebDAV ScStoragePathFromUrl Buffer Overflow (CVE-2017-7269)
  2. ↑ Web Server Exposed Git Repository Information Disclosure
  3. ↑ OpenSSL TLS DTLS Heartbeat Information Disclosure (CVE-2014-0160; CVE-2014-0346)

Zmiana proporcji udziału w zysku a rozliczenie roczne

Zgodnie z art. 8 ust. 1 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych przychody z udziału w spółce niebędącej osobą prawną u każdego podatnika określa się proporcjonalnie do jego prawa do udziału w zysku. Zasadę tę stosuje się również do rozliczania kosztów uzyskania przychodów, wydatków niestanowiących kosztów uzyskania przychodów oraz strat (art. 8 ust. 2 pkt 1 ustawy).

Powyższy przepis wyraża zasadę transparentności spółek osobowych, która oznacza, że spółki te nie są podatnikiem podatku dochodowego. W skutek tego dochód osiągany przez spółkę osobową podlega opodatkowaniu na poziomie każdego wspólnika tej spółki. Z powyższego wynika zatem, że podział przychodów i kosztów między wspólnikami spółki osobowej będącymi osobami fizycznymi powinien być dokonany jednolicie, w takiej proporcji, w jakiej poszczególni wspólnicy partycypują w zyskach tej spółki. Zatem proporcję, o której mowa w art. 8 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, ustala się w stosunku do przysługującego wspólnikowi udziału w przychodach i kosztach spółki osobowej, przy czym pod pojęciem udziału należy rozumieć udział w zyskach tej spółki.

Dodać należy, że zgodnie z konstrukcją przyjętą przez ustawodawcę, wspólnicy spółki są zobowiązani w trakcie roku do obliczania zaliczek na podatek dochodowy od osób fizycznych, proporcjonalnie do posiadanego przez nich wskazanego wcześniej udziału w zyskach spółki na moment uzyskania przychodów i poniesienia kosztów. Uwzględnić należy również zmiany w prawie do udziału w zysku w trakcie roku obrotowego.

Zmiana proporcji udziału w zysku

W praktyce gospodarczej dochodzi często do sytuacji, w której po zakończeniu danego roku obrotowego wspólnicy dokonują zatwierdzenia sprawozdania finansowego spółki za ubiegły rok obrotowy oraz podejmują uchwały o podziale zysku lub pokryciu straty. Dodatkowo wspólnicy mogą postanowić o zmianie wysokości udziału w zysku odnoszącego się już do zakończonego roku obrotowego.

W tym miejscu podkreślenia wymaga treść art. 52 § 1 Kodeksu spółek handlowych, zgodnie z którym wspólnik może żądać podziału i wypłaty całości zysku z końcem każdego roku obrotowego. Zatem z uwagi na fakt, że zysk jest kategorią roczną, na dzień 31 grudnia danego roku zysk za ten rok ulega podziałowi zgodnie z postanowieniem zawartym w umowie spółki, obowiązującym na dzień 31 grudnia.

Mając to na względzie, należy wyróżnić scenariusze:

  • udział w zysku przypisany wspólnikowi na podstawie proporcji obowiązującej w ciągu roku może być niższy niż udział w zysku na podstawie ostatecznej proporcji;
  • udział w zysku przypisany wspólnikowi na podstawie proporcji obowiązującej w ciągu roku może być wyższy niż udział w zysku przysługujący na podstawie ostatecznej proporcji.

W świetle powyższego może się okazać, że przez część roku podatkowego wspólnik odprowadzał zaliczki na podatek dochodowy według proporcji pierwotnej, zaś po zakończeniu roku jego udział w zysku wzrośnie i będzie odnoszony do zakończonego już roku obrotowego. Powstaje więc pytanie, czy taki wspólnik powinien zwiększyć podatek do zapłaty w zeznaniu rocznym.

Odpowiadając na nie, warto posłużyć się orzecznictwem organów podatkowych, które stanowią, że podatek dochodowy od osób fizycznych jest podatkiem rocznym, a uiszczane miesięcznie zaliczki stanowią jedynie wpłaty na poczet nie ostatecznego jeszcze zobowiązania podatkowego. Finalne ustalenie podstawy obliczenia podatku i tym samym zobowiązania rocznego następuje dopiero po roku kalendarzowym. Jest zatem częstą praktyką, że uiszczone zaliczki nie będą współmierne do wysokości należnego podatku za cały rok.

Ostatni wniosek dotyczy zatem rozpatrywanych powyżej scenariuszy. Jeśli bowiem wspólnik w trakcie roku rozliczał się, stosując proporcję udziału w zysku, która po zakończeniu roku wzrosła, to w takim przypadku wspólnik będzie niejako uprawniony do zysku, od którego „nie uiścił” podatku w odpowiedniej wysokości.

W świetle poczynionych rozważań można wnioskować, że w przypadku wspólników spółki osobowej podatek ten powinien zostać obliczony w oparciu o udział w zysku na koniec roku.

W konsekwencji w przypadku powstania różnicy pomiędzy sumą wpłaconych zaliczek a podatkiem należnym wspólnik powinien uiścić różnicę w rocznym zeznaniu podatkowym.

Podsumowanie

W przypadku spółek osobowych niezmiernie ważna jest każdorazowa weryfikacja skutków podatkowych związanych z modyfikacją prawa do udziału w zysku. Dzieje się tak w przypadku, kiedy zmiana ta następuje w trakcie roku, jak również po jego zakończeniu. Uwypuklić należy, że o wiele większą ostrożność powinni zachować wspólnicy, których udział po zakończeniu roku wzrasta, bowiem w ich przypadku może dojść do powstania zaległości podatkowej. Z drugiej zaś strony w sytuacji zmniejszenia udziału wspólnik będzie uprawniony do złożenia wniosku o stwierdzenie nadpłaty.

Należy również zwrócić uwagę na zagadnienie odsetek od zaliczek na podatek, które – z uwagi na wzrost prawa do udziału w zysku – zostały zapłacone w niższej wysokości. Z pomocą przychodzą tutaj sądy administracyjne, które racjonalnie wyjaśniają, że wpłacając zaliczki za okresy sprzed zmiany umowy spółki, wspólnik nie określa ich w niższej wysokości, niż to wynikało z ostatecznego uprawnienia do zysku. Orzecznictwo stanowi zatem, że zmiana umowy spółki powodująca dodatkowe roszczenie z mocą od początku roku nie może generować wniosku, iż wspólnik pozostaje w zwłoce we wpłacaniu zaliczek na podatek dochodowy. Tym samym brak jest obowiązku zapłaty odsetek od zaległości podatkowych.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Niewypłacalność i upadłość firmy transportowej

transport samochodObecna tendencja w branży transportowej nie wróży nic dobrego dla wielu drobnych przedsiębiorstw. Duża podatność na wzrost cen paliwa, nieterminowe regulowanie płatności, braki kadrowe, wysokie koszty leasingu pojazdów, czy nowe regulacje prawne mogą prowadzić do problemów ekonomicznych przedsiębiorstwa trudniącego się przewozem towarów. Dodatkowo za opóźnienie w doręczeniu konkretnych dóbr niejednokrotnie naliczane są wysokie kary. Zdają się to potwierdzać dane statystyczne, które wskazują na wzrost upadłości firm w sektorze transportowym.

Tam gdzie występuje duże ryzyko jest też szansa na wysokie dochody. Jednak co należy robić w sytuacji, gdy przedsiębiorca traci płynność finansową i staje się osobą niewypłacalną? Upadłość firmy transportowej uzależniona jest przede wszystkim od tego, czy:

  • podmiot jest niewypłacalny;
  • posiada co najmniej dwóch wierzycieli;
  • majątek wystarczy na koszty postępowania upadłościowego i częściową spłatę wierzycieli.

Niewypłacalność można definiować dwojako. Po pierwsze, jest to stan utraty zdolności do regulowania wymagalnych zobowiązań pieniężnych przez dłużnika. W kontekście niewypłacalności na skutek utraty płynności finansowej można skorzystać z domniemania. Zakłada ono, że podstawa do złożenia wniosku o upadłość (niewypłacalność) występuje wtedy, gdy zaległości przekraczają co najmniej 3 miesiące. Po drugie, w kontekście osób prawnych i jednostek organizacyjnych nieposiadających osobowości prawnej, którym ustawa przyznaje zdolność prawną, niewypłacalność może wystąpić też na skutek tzw. nadmiernego zadłużenia. W celu oszacowania czy tego typu niewypłacalność występuje wobec danej firmy należy się odwołać do bilansu. Jeśli wartość zobowiązań przekracza wartość posiadanego majątku, a stan ten trwa co najmniej 24 miesiące, to także uznaje się, że zarząd firmy winien złożyć wniosek o upadłość. Stosowny dokument powinien trafić do sądu w terminie 30 kolejnych dni.

W przypadku przedsiębiorców przewidujących potencjalne problemy finansowe odpowiednio wcześnie, i wobec których występuje zagrożenie niewypłacalnością można skorzystać z dobrodziejstw prawa restrukturyzacyjnego. Restrukturyzacja firmy transportowej ma na celu zapobieżenie ogłoszeniu upadłości na skutek zawarcia układu z wierzycielami.

Kolejną z przesłanek ogłoszenia upadłości, obok niewypłacalności, jest wielość wierzycieli. Postępowanie upadłościowe wiąże się ze wspólnym dochodzeniem należności przez wierzycieli od niewypłacalnego dłużnika. Należy zatem pamiętać, że przedsiębiorca z jednym wierzycielem nie może ogłosić upadłości.

Ostatnim warunkiem niezbędnym do ogłoszenia upadłości firmy transportowej jest odpowiedni majątek. Musi on pokryć koszty postępowania sądowego, a także wystarczyć na częściową spłatę wierzytelności. Nieogłoszenie upadłości firmy, gdy brakuje majątku, jest niemalże regułą w stosunku do przedsiębiorców w skali mikro. Niemniej złożenie wniosku we właściwym terminie wpływa wielce korzystnie na możliwość ogłoszenia późniejszej upadłości konsumenckiej, gdy ta jest potrzebna do finalnego oddłużenia.

Co z licencją transportową, gdy sąd jednak ogłosi upadłość? Syndyk może prowadzić dalej przedsiębiorstwo korzystając z jej licencji.

Wrogiem nowego biznesu jest aktualny biznes

Irek Piętowski, trener i konsultant innowacji w firmie DT makers, specjalizującej się w design thinking
Irek Piętowski, trener i konsultant innowacji w firmie DT makers, specjalizującej się w design thinking

Sony, Kodak, Xerox te marki jako pierwsze dysponowały przełomowymi innowacjami, jednak przegapiły moment na ich wdrożenie. Jak to możliwe, że firmy o potężnym zapleczu intelektualnym poniosły tak srogą porażkę? — Wrogiem nowego biznesu jest aktualny biznes — tłumaczy Irek Piętowski z DT Makers.

Jedna z najbarwniejszych i jednocześnie niezwykle tragicznych historii z ignorancją i genialną innowacją w tle sięga czasów pierwszej wojny światowej, kiedy to brytyjski dowódca wojskowy John Frederick Charles Fuller opracował genialny plan wykorzystania nowej klasy czołgów, które osiągnęły jak na tamte czasy zawrotną prędkość 20 mil na godzinę, do błyskawicznego ataku na niemieckie centrum dowodzenia. Tim Harford, kolumnista Financial Times i autor książki “Fifty Things that Made the Modern Economy” w artykule “Why big companies squander good ideas” pochyla się nad losami tej genialnej taktyki. — Mózg niemieckiej armii oddalony był od linii frontu o wiele kilometrów. Nie było to jednak problemem, ponieważ pojazdy gąsienicowe Medium D mogły pokonać dystans 200 mil, a przedarcie się przez okopy i dotarcie do celu zajęłoby im około godzinę. W międzyczasie siły powietrzne miały zablokować niemieckie drogi i linie kolejowe, odcinając bazę od ewentualnego wsparcia — pisze dziennikarz.

Złe wieści wywołują dezorientację, a ta – panikę — twierdził Fuller. Jego plan, mający zapewnić “wygranie wojny jedną bitwą”, stał się najbardziej znanym niezrealizowanym planem bitewnym w historii. Tak przynajmniej uważał jego biograf, Brian Holden Reid. Nie jest to jednak prawdą, gdyż gros pomysłów Fullera w 1940 roku wykorzystali niemieccy naziści. To śmiech historii, że podwaliny pod Blitzkrieg położył brytyjczyk, konsekwentnie ignorowany przez krótkowzroczne dowództwo królewskiej armii.

Podobnych przypadków, w których władze dużych organizacji lekkomyślnie podchodzą do przełomowych idei, jest zaskakująco dużo. Jak to możliwe, że firmy i instytucje dysponujące potężnym zapleczem intelektualnym raz za razem popełniają podobne błędy? Według Tima Harforda, najprostsza odpowiedź, która nasuwa sięe na to pytanie, brzmi: “ludzie to idioci”. — Idiotyzm jest kuszącym wyjaśnieniem i nie bezpodstawnym. Najwyższy człowiek w armii brytyjskiej, feldmarszałek Sir Archibald Montgomery-Massingberd, zareagował na groźbę nazistowskiej militaryzacji, dziesięciokrotnie zwiększając wydatki na paszę dla koni. Oficerowie kawalerii zostali wyposażeni w dodatkowe konie. Otrzymali je również czołgiści. Jak mówię: ludzie są idiotami — wytyka dziennikarz, by kilka linijek dalej stwierdzić, że to niemożliwe, aby organizacje, którym udało się osiągnąć tak wiele, były zarządzane przez niekompetentnych i bezmyślnych ludzi.

Wspomnienie dawnej chwały

Jeszcze w 1975 roku 24-letni inżynier, Steven Sasson, stworzył pierwszą na świecie cyfrową kamerę. Wyczyn ten Sasson powtórzył w 1989, kiedy jako pracownik firmy Eastman Kodak wspólnie z kolegami opracował pierwszą współczesną lustrzankę cyfrową. Kodakowi udało się zarobić sporo na fotografii cyfrowej i na samym udostępnianiu związanych z nią patentów. Na krótką metę takie podejście mogłoby wydawać się słuszne, lecz hegemonowi amatorskiej fotografii zabrakło długofalowej strategii biorącej pod uwagę cyfrową rewolucję. Kodak nie potrafił wyobrazić sobie świata, w którym za pomocą każdego telefonu komórkowego można będzie zrobić zdjęcie. Nie zmienił więc modelu biznesowego, którego fundamentem była sprzedaż filmów do aparatów fotograficznych, co w konsekwencji doprowadziło do całkowitego upadku firmy.

Według Irka Piętowskiego, konsultanta innowacji w DT Makers, nie ma niczego dziwnego w tym, że firmy chętnie monetyzują produkty i usługi, które dobrze się sprzedają, i lokują większość zasobów w obsługę tego, co sprawdziło się na rynku. — Ogromne niebezpieczeństwo pojawia się wtedy, gdy bieżący sukces wywołuje arogancję i usypia czujność na to, co przyniesie jutro. Wystarczy przytoczyć pychę szefów Blackberry, którzy na początku wieku szczycili się tym, że jest to najpopularniejszy telefon wśród kadry menadżerskiej. Ba, nawet prezydent USA korzystał z Blackberry. Akcje firmy kosztowały 236 dolarów w sierpniu 2007 roku. Wtedy pojawił się iPhone. Sześć lat później akcje Blackberry można było kupić za 10 dolarów. Trudno o większą klęskę — uważa Piętowski.

Mniej tragiczna w konsekwencjach okazała się ignorancja zespołu zarządzającego firmą Xerox. W 1970 amerykański gigant z branży fotokopiarek powołał do życia Palo Alto Research Center. To właśnie tam opracowano pierwszy komputer osobisty z interfejsem graficznym, oknami, ikonami i myszką. Jak pisze Tim Harford, ich pracy z uwagą przyglądali się Steve Jobs i Bill Gates. Prowadzone przez nich firmy, Apple i Microsoft, zarobiły na innowacjach opracowanych w centrum badawczym PARC miliardy dolarów, podczas gdy Xerox wciąż czerpie większość swoich zysków ze sprzedaży fotokopiarek i drukarek.

Joshua Gans, ekonomista z Rotman School of Management w Toronto, przyczyny lekceważenia innowacji widzi w samym procesie decyzyjnym. Podejmowanie decyzji w oparciu o to, co kiedyś przyniosło firmie sukces, ma ją zamykać na nowe sposoby generowania przychodów. Czasem taka postawa może być gwoździem do trumny. Niewielkie podmioty, które nie odniosły jeszcze sukcesu i wciąż szukają sposobu na zawojowanie rynku, rzadziej kierują się utartymi schematami i częściej eksperymentują. Dlatego łatwiej im rozwijać nowe technologie, ponieważ budują na nich swoje modele biznesowe. — Dylemat innowatora polega na tym, że wrogiem nowego potencjalnego biznesu jest aktualny działający biznes — twierdzi Irek Piętowski. Podobnie jak Joshua Gans, uważa on, że największą przeszkodą we wdrażaniu innowacyjnych technologii nie jest brak dostępu do zasobów, a przywiązanie do aktualnych źródeł dochodu. — Większość użytkowników końcowych nie chce lub wręcz nie może być tzw. early adopterami, nie tylko z powodu wysokiej ceny najnowszych technologii, lecz również ze względu na to, że sami nie wiedzą, czy potrzebują danego rozwiązania. Obawiają się również ukrytego ryzyka, związanego z adaptacją innowacyjnych technologii. Większość z nich kupuje więc to, co zostało przez innych dokładnie sprawdzone i dobrze się przyjęło — zwraca uwagę ekspert z DT Makers.

Strukturalne hamulce

Studiując przypadki braku adaptacji zasłużonych firm do zmieniającej się koniunktury, Rebecca Henderson, profesor Harvard Business School, doszła do wniosku, że główną przyczyną niemocy jest ich architektura – szkielet, dzięki któremu do pewnego momentu udało im się funkcjonować i odnosić sukcesy.

W swoim centrum badawczym Xerox opracował większość elementów potrzebnych do stworzenia przyjaznego użytkownikowi komputera osobistego, brakowało mu jednak organizacyjnej architektury, która umożliwiłaby wytwarzanie i sprzedaż tego rodzaju sprzętu. Inny los spotkał wynalezioną w PARC drukarkę laserową. Xerox z łatwością wprowadził ją na rynek, ponieważ nie wymagało to znaczących zmian strukturalnych.

Brak odpowiedniej architektury organizacyjnej przyczynił się również do wielkiej porażki poniesionej przez Sony. Japoński gigant w 1999 roku wypuścił na rynek urządzenie o nazwie Memory Stick Walkman, jeden z pierwszych muzycznych odtwarzaczy cyfrowych. Pomimo tak silnej marki, jaką w tamtych czasach był Walkman, i zaplecza najlepszych na świecie inżynierów elektroniki przemysłowej, produkt nie odniósł sukcesu. Kilka lat później rynek odtwarzaczy multimedialnych zawojował Apple z działającymi na podobnej zasadzie iPodami. Managerowie Sony doskonale zdawali sobie sprawę z kierunku, w jakim zmierza rynek odtwarzaczy multimedialnych, jednak nie przeorganizowali szyków, traktując nową technologię po macoszemu. Tymczasem źródła, z których czerpała stara architektura organizacji, przenośne odtwarzacze płyt CD i MiniDisców, w ciągu kilku lat doszczętnie wyschły.

Profesor Clayton Christensen, światowej sławy guru w dziedzinie zarządzania, właściciel firmy konsultingowej Innosight i autor pojęcia disruptive innovation, który zasłynął książką “Innovator’s Dilemma”, uważa, że istnieje jeden sposób na to, aby nie wypaść z gry z powodu technologicznej ignorancji. Firma musi dokonywać przełomowych zmian sama, zaburzając istniejący porządek, zanim zmuszą ją do tego czynniki zewnętrzne. Zazwyczaj zalicza się do nich konkurencja, która zbudowała kapitał na modelu biznesowym opartym o nową technologię.

Gdy w grę wchodzą innowacje, potrzebna jest odrobina realizmu i świadomość, że część z nich na bank się nie przyjmie. — Zanim Apple wprowadziło iPada, próbowało pod koniec lat ‘90 z urządzeniem Newton. Był to rodzaj palmtopa, który biznesowo okazał się kompletnym niewypałem. Chodzi o to, aby umieć w możliwie najtańszy i najszybszy sposób testować nowe produkty i usługi. W każdej dużej firmie innowacja powinna być rutynowym działaniem, a nie serią nerwowych ruchów, wywołanych jakimś nowym trendem. Na tym właśnie polega moc metody design thinking, po którą sięga coraz więcej firm w Polsce i za granicą — kwituje Piętowski.

Marta Busłajew szefową marketingu i komunikacji w Globalworth Poland

Marta Busłajew dołączyła do Globalworth jako szefowa marketingu i komunikacji. Jej głównym celem w nowej roli jest stworzenie praktyki marketingowej dla największego instytucjonalnego inwestora i właściciela nieruchomości biurowych w kraju.

Marta Busłajew – dyrektor marketingu i komunikacji w Globalworth Poland
Marta Busłajew – dyrektor marketingu i komunikacji w Globalworth Poland

W portfelu Globalworth znajdują się obiekty o różnych cechach, osadzone w zdywersyfikowanych lokalizacjach i społecznościach. Moim celem jest zintegrowanie tych nieruchomości w ramach jednej marki, z jednoczesnym poszanowaniem ich odrębności oraz z uwzględnieniem potrzeb najemców. Tempo wzrostu i oddziaływanie Globalworth na tak dużą skalę to ogromna odpowiedzialność. Będziemy aktywnie komunikować nasze wartości oraz konsekwentnie budować pozycję partnera pierwszego wyboru dla wszystkich firm, które rozwijają się, planują ekspansję i poszukują najlepszych rozwiązań biurowych. Podejmuję się tego zadania wiedząc, że mam wsparcie jednego z najmocniejszych i najbardziej utalentowanych zespołów na rynku, który tworzy firmę o jasnej wizji, stawiającej sobie ambitne cele.

Marta Busłajew, dyrektor marketingu i komunikacji w Globalworth Poland

Marta Busłajew ma dwudziestoletnie doświadczenie zawodowe. Od 12 lat związana jest z  rynkiem nieruchomości komercyjnych. Wcześniej pracowała jako dyrektor ds. marketingu i obsługi klienta w Colliers International oraz senior marketing manager w międzynarodowej firmie doradczej CBRE. Przed dołączeniem do Globalworth przez trzy lata była szefową marketingu i komunikacji w HB Reavis. Odpowiadała m.in. za strategię marketingową i komunikacyjną takich projektów jak Varso Place i Forest.

Dimitris Raptis, Zastępca Dyrektora Generalnego oraz Dyrektor ds. Inwestycji w Globalworth
Dimitris Raptis, Zastępca Dyrektora Generalnego oraz Dyrektor ds. Inwestycji w Globalworth

Wierzę, że bogate doświadczenie Marty zdobyte na rynku nieruchomości oraz dogłębna wiedza z zakresu marketingu i PR będą miały wielką wartość dla naszej firmy. W rok Globalworth stał się silnym graczem i nadal rośnie. Mamy aspiracje i potencjał, by przez wiele lat przewodzić polskiemu rynkowi oraz stać się ważnym partnerem dla całej krajowej gospodarki. Chcemy jasno określić nasze wartości i zaoferować korzyści najemcom, a Marta jest właściwą osobą, która pomoże nam w realizacji tych założeń. Cieszę się, że mogę powitać ją w naszym zespole. – Dimitris Raptis, dyrektor generalny Globalworth Poland

RODO a prawo bankowe

Adw. Rafał Wojciechowski
Adw. Rafał Wojciechowski

Ustawa z dnia 21 lutego 2019 r. o zmianie niektórych ustaw w związku z zapewnieniem stosowania rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE  (ogólne rozporządzenie o ochronie danych, dalej zwana „Ustawą”) została podpisana przez Prezydenta w dniu 3 kwietnia 2019 roku.

Z nowych przepisów wynika, że bank powinien najpierw zidentyfikować kluczowe funkcje (w rozumieniu art. 22aa ust. 10 Prawa Bankowego) w banku wymagające spełniania warunków wskazanych w Ustawie. Identyfikacja ta powinna być uzasadniona i jest przeprowadzana w celu zapewnienia ostrożnego i stabilnego zarządzania bankiem.

Zgodnie ze znowelizowanym przepisem Kodeksu Pracy pracodawca może żądać innych danych osobowych niż te określone w Kodeksie Pracy w formie oświadczeń i ich udokumentowania, gdy jest to niezbędne do zrealizowania uprawnienia lub spełnienia obowiązku (art. 22(1) par. 4 Kodeksu Pracy). Taki obowiązek nakłada art. 22aa ust. 10 Prawa Bankowego w brzmieniu: „Bank zapewnia, że osoby pełniące te funkcje spełniają odpowiednio wymagania określone w ust. 1.” Zatem bank może żądać od pracownika odpowiednich oświadczeń dotyczących kwestii określonych w ust. 11 ww. przepisu Prawa Bankowego i ich udokumentowania.

Z nowego ust. 11 wynika, że bank będzie mógł żądać od kandydata na członka organów oraz od osoby ubiegającej się o pełnienie innej kluczowej funkcji w banku dokumentów i oświadczeń z zakresu wskazanego w nowym ust. 11 pkt. 1), natomiast w zakresie wskazanym w ust. 11 pkt. 2) wyłącznie informacji, bez dokumentów źródłowych, bowiem przepis Prawa Bankowego należy traktować jako lex specialis w stosunku do Kodeksu Pracy.

Należy pamiętać, że bank będzie mógł przy tym żądać wyłącznie informacji niezbędnych do oceny odpowiedniej wiedzy, umiejętności i doświadczenia oraz rękojmi pracowników oraz osób ubiegających się o pełnienie kluczowych funkcji. Z przepisów tych wynika, że bank powinien na podstawie otrzymanych informacji przeprowadzić ocenę spełniania powyższych wymagań. W celu przeprowadzenia tej oceny bank może także pozyskać informacje z publicznie dostępnych źródeł. Ocena powinna być rzetelna, udokumentowana i uzasadniona.

Wyniki oceny mogą mieć wpływ na zatrudnienie kandydata, albo odmowę zatrudnienia, jeśli osoba nie spełnia wymagań, gdyż w takim przypadku należy stwierdzić, że bank nie może zapewnić ostrożnego i stabilnego zarządzania bankiem.

W przypadku pracowników, którzy nie spełniają wymagań lub przestali je spełniać, również można wyciągnąć konsekwencje, tj. w zależności od okoliczności konkretnego przypadku zaproponować im stanowisko, na którym spełniają warunki, albo na którym spełnienie tych warunków nie jest wymagane, albo rozwiązać z takim pracownikiem umowę o pracę. Przy tym należy mieć na uwadze, że w przypadku usuwalnych braków wiedzy i umiejętności należy rozważyć skierowanie pracownika na odpowiednie szkolenie wewnętrzne lub zewnętrzne.

Decyzja rządu ws. OFE nie zaszkodziła polskim aktywom

Roman Ziruk, analityk Ebury
Roman Ziruk, analityk Ebury

Wczorajsza informacja o planowanym demontażu OFE wywołała poruszenie. Reakcja samych rynków finansowych była jednak dużo mniejsza. Rentowności polskich obligacji 10-letnich nieznacznie spadły, krajowe indeksy giełdowe pozostają względnie stabilne, z kolei polski złoty w parze z euro jest najsilniejszy od dwóch i pół miesiąca, notując jednocześnie bardzo niską zmienność.

Wygląda na to, że rynek niespecjalnie obawia się skutków wspomnianej decyzji, co można odczytać jako pozytywny sygnał. Z punktu widzenia rządu i finansów publicznych decyzja jest dobra: uwalnia dodatkowe środki w kwocie łącznej min. 24 mld zł w latach 2020-2021. Z punktu widzenia rynku kapitałowego skutki decyzji są mniej jednoznaczne i w głównej mierze zależą od tego, jak wielu przyszłych emerytów zdecyduje się nie przenosić środków na IKE, tylko do ZUS-u. Im więcej, tym lepiej dla rządu i jednocześnie tym gorzej dla rynku kapitałowego.

Obecnie jednak raczej nie zanosi się na szok. Mechanizmy związane z procesem likwidacji OFE (ustawienie IKE jako domyślnej opcji, likwidacja „suwaka”, rozłożenie opłaty przekształceniowej na dwa lata, bardzo stopniowo obniżany limit inwestycji w akcje przenoszonych środków oraz niemożność wypłacenia z IKE konwertowanych z OFE środków przed osiągnięciem wieku emerytalnego) powinny sprawić, że ewentualny niekorzystny efekt dla giełdy będzie dość niewielki. Co istotne, docelowo powinien być wyparty przez pozytywny efekt związany z wprowadzeniem Pracowniczych Planów Kapitałowych, które mają zasilać GPW nowymi środkami.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w poniedziałek spadł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,27-4,28. Wczorajszy dzień nie przyniósł żadnych istotnych informacji ze strefy euro, co sprzyjało stabilizacji głównej pary. Dziś opublikowane, kwietniowe dane o nastrojach ekonomicznych w większości zaskoczyły na plus. Krótko po publikacji doszło jednak do wyprzedaży euro w relacji do głównych walut. Subindeks dotyczący bieżącej sytuacji w Niemczech wprawdzie spadł, co można powiązać z ostatnimi rozczarowującymi danymi z niemieckiego przemysłu. W ujęciu ogólnym dzisiejsze wskaźniki były jednak względnie dobre: główne indeksy ZEW opisujące nastroje ekonomiczne w Niemczech i strefie euro po raz pierwszy od wielu miesięcy znalazły się powyżej zera, rosnąc nieco powyżej oczekiwań.

GBP

Kurs GBP/PLN w poniedziałek zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 4,94-4,96. Brytyjska waluta zyskiwała jednak w relacji do głównych walut. W związku z czasowym odsunięciem Brexitu dane makroekonomiczne powinny nieco zyskać na znaczeniu i mieć większy wpływ na handel niż w ostatnich tygodniach. Dzisiejsza reakcja na odczyty z brytyjskiego rynku pracy była bardzo ograniczona, jednak było to związane z faktem, iż najważniejsze dane okazały się praktycznie w pełni zgodne z oczekiwaniami konsensusu. Brytyjska dynamika płac z uwzględnieniem premii od grudnia do lutego pozostawała na wysokim jak na gospodarkę rozwiniętą poziomie 3,5% w ujęciu rocznym, stopa bezrobocia z kolei utrzymuje się obecnie na poziomie 3,9%.

Dobra sytuacja na brytyjskim rynku pracy jest jednym z niewielu jednoznacznie pozytywnych punktów na ekonomicznej mapie kraju i powinna wspierać gospodarkę Wielkiej Brytanii w czasach niepewności związanej z Brexitem.

USD

Kurs USD/PLN w poniedziałek spadł o 0,1%, wahając się w widełkach 3,78-3,79. Poniedziałek nie przyniósł istotnych informacji z USA, amerykańska waluta pozostawała względnie stabilna. W kontekście Stanów Zjednoczonych warto jedynie wspomnieć o wypowiedzi Erica Rosengrena z FOMC, który stwierdził, że amerykańska gospodarka radzi sobie „całkiem dobrze”. Takie sygnały ze strony członków banku centralnego są potrzebne – inwestorzy cały czas obawiają się o perspektywy m.in. gospodarki Stanów Zjednoczonych, co widać w ich oczekiwaniach zakładających obniżki stóp procentowych w USA. Dziś, w drugiej części dnia, poznamy dane o produkcji przemysłowej w USA w marcu, wieczorem przemawiać będzie kolejny członek FOMC, Robert Kaplan.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:00 – dane o inflacji bazowej w Polsce w marcu
  • 15:15 – dane o produkcji przemysłowej w USA w marcu
  • 15:50 – przemawia Ewald Nowotny z EBC
  • 20:00 – przemawia Robert Kaplan z FOMC

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Jak doładować Internet na kartę? Najwygodniejsze sposoby

email telefon smsKlienci, którzy korzystają z oferty internetowej na kartę w Orange, mogą doładować konto na wiele sposób – za pomocą przelewu on-line, wydruku z terminala czy tradycyjnej karty-zdrapki. Prezentujemy zestawienie dostępnych możliwości.

Doładowanie on-line

Internet na kartę w Orange możesz doładować za pomocą platformy https://doladowania.orange.pl/. Aby zasilić konto, wystarczy wypełnić krótki formularz. Uzupełniając go, podaj numer, z którego korzystasz oraz adres e-mail. Po wybraniu wysokości doładowania (5 zł, 10 zł, 25 zł, 40 zł, 50 zł, 100 zł lub 200 zł) określ metodę płatności. Możesz wybrać płatność BLIK-iem, kartą lub przelewem. Jeżeli wybierzesz ostatnią metodę, zostaniesz przekierowany do serwisu transakcyjnego Twojego banku. Po uregulowaniu płatności Twoje konto zostanie doładowane określoną przez Ciebie kwotą, a na podany wcześniej adres e-mail wysłane zostanie potwierdzenie dokonania operacji. Otrzymasz również wiadomość SMS z potwierdzeniem doładowania.

Przelew bankowy

Konto w Orange możesz doładować również za pomocą przelewu bankowego. Taką usługę udostępniło swoim klientom kilkanaście banków, m.in. mBank, ING, Bank Pekao, Santander, PKO, Alior Bank, Nest Bank, Millennium Bank, Deutsche Bank, Eurobank, Getin Bank, BOŚ, BGŻ. Po zalogowaniu się do serwisu transakcyjnego wybierz opcję doładowanie telefonu. Uzupełnił numer telefonu i kwotę doładowania oraz wybierz operatora Orange. W ciągu kilku sekund od momentu, w którym zatwierdzisz operację, Twoje konto zostanie doładowane. Wykonanie transakcji zostanie potwierdzone wiadomością SMS.

Bankomat

Internet na kartę w Orange możesz również doładować, korzystając z bankomatu. Aby to zrobić, wybierz opcję „Usługi GSM” lub „Inne usługi”, a następnie postępuj zgodnie z instrukcjami wyświetlanymi na ekranie urządzenia.

Wydruk z terminala lub karta zdrapka

Aby doładować Internet na kartę w Orange, możesz również wykorzystać jednorazowy czternastocyfrowy kod. Znajdziesz go na tradycyjnych kartach zdrapkach. Za jego pomocą możesz doładować konto kwotę 5 zł, 30 zł, 50 zł lub 100 zł. Kod może zostać wygenerowany również za pomocą terminala płatniczego. Taka usługa dostępna jest w hipermarketach, salonikach prasowych i innych punktach handlowo-usługowych. Zapłacisz za nią możesz BLIK-iem, kartą Visa lub MasterCard, a także gotówką.

Aby doładować Internet za pomocą kodu, na klawiaturze swojego telefonu wybierz następujący ciąg cyfr: *125*[kod doładowujący]# i zatwierdź go przyciskiem „zadzwoń”. Aby sprawdzić stan konta, wpisz na klawiaturze swojego telefon kod *124*#, następnie wybierz „zadzwoń’. W odpowiedzi otrzymasz informację o stanie i ważności konta.

Doładowanie z telefonu stacjonarnego

Konto w Orange doładować możesz również za pomocą telefonu stacjonarnego. Zrobisz to, dzwoniąc pod jeden z numerów:

  • 704 407 105 – koszt: 4,99 zł brutto, doładowanie Orange: 5 zł.
  • 703 900 900 lub 704 607 110 – koszt: 9,99 zł brutto, doładowanie Orange 10 zł.
  • 704 807 125 – koszt: 24,61 zł brutto, doładowanie Orange: 25 zł.

Aby doładować konto, postępuj zgodnie z instrukcjami lektora.

Doładowanie z innego telefonu na kartę

Internet na kartę w Orange możesz doładować również za pomocą usługi „Dzięki Tobie”. Pozwala ona doładować konto pomocą SMS-a wysłanego z innego numeru zarejestrowanego w dowolnej sieci.

Jak w ten sposób doładować Internet na kartę? Wyślij SMS-a pod numer 501 700 700, a w jego treści umieść w czternastocyfrowy kod z karty zdrapki lub wydruku z terminala oraz numer, który ma zostać doładowany. Numer należy podać dwukrotnie – np. 12345678901234 500 555 555 500 555 500.

Doładowanie z innego telefonu z rachunkiem w Orange

Z doładowania możesz skorzystać również z telefonu z rachunkiem. Jak to zrobić? Wystarczy, że włączysz taką usługę dla swojego telefonu w Mój Orange i wyślesz bezpłatnego SMS-a z telefonu z rachunkiem na numer 8088. W treści wiadomości powinno znaleźć się słowo „DOLADUJ”, kwota doładowania oraz numer telefonu, który chcesz wesprzeć, np. (DOLADUJ 50 510100100). To samo możesz wykonać dzwoniąc pod numer *500 postępując zgodnie z poleceniami lektora.

Nikt nie rodzi się dobrym menedżerem – kompetentny i skuteczny menedżer

praca pracownik managerBycie dobrym menedżerem nie jest proste – podobnie zresztą jak jednoznaczne określenie, jakie cechy powinna mieć taka osoba. Jedno jest jednak pewne: aby osiągać odpowiednie rezultaty, konieczne są lata nauki i zdobywania doświadczenia. Stwierdzenia typu: „dobrym menedżerem trzeba się urodzić” należy natomiast traktować z przymrużeniem oka.

Dobry menedżer, czyli jaki?

Nie da się jednoznacznie opisać, kim jest dobry menedżer. Wiadomo jednak, że powinien być osobą kompetentną, posiadającą odpowiednią wiedzę z danej branży, a przede wszystkim – potrafiącą zarządzać zarówno zespołem, jak i projektami. Skuteczny menedżer to też osoba, która jest zdyscyplinowana, ambitna, ale i potrafiąca wykazać się empatią i zrozumieniem, kiedy wymaga tego sytuacja. Rozumie, że wszystko zaczyna się i kończy na ludziach, czyli pracownikach, z którymi realizuje konkretne zadania. Umie podjąć szybką decyzję, ale potrafi też zorganizować burzę mózgów, którą będzie moderował. Co ważne – każdą z tych kompetencji da się wypracować. Podstawą jest jednak motywacja i możliwość nauki od osób mających odpowiednie doświadczenie.

Studia MBA to okazja do nauki od najlepszych w danej branży

Uczestnicy studiów MBA mają możliwość zdobycia cennej wiedzy od osób zajmujących stanowiska zarządcze w danej branży, a także od menedżerów i kierowników wyższego szczebla. Równie ważny jest networking –słuchacze mogą wymienić się doświadczeniami, i to nie tylko z innymi uczestnikami programu MBA, ale także z jego wykładowcami. Kontakt z ekspertami może zresztą znacząco wpłynąć na rozwój menedżera, zwłaszcza takiego, który stawia dopiero pierwsze kroki na stanowisku kierowniczym. Słuchacze otrzymują od swoich wykładowców mnóstwo wskazówek i porad, uczą się również, jak różne procesy wyglądają w innych firmach. Możliwość spojrzenia na poszczególne problemy z innej perspektywy również jest niezwykle cenna.

O tym, jak wygląda program MBA, oraz czego konkretnie będą uczyć się jego słuchacze, można dowiedzieć się na stronie  https://www.studiamba.wsb.pl/.

Silver tsunami – pracownicy 55+ poszukiwani

Na polskim rynku pracy aktywnych zawodowo pozostaje 34% osób między 50 a 64 rokiem życia. Pod względem zatrudniania starszych pracowników, Polska plasuje się na jednym z ostatnich miejsc wśród badanych krajów europejskich.* Liczba ta jednak z roku na rok się zwiększa, stawiając przed pracodawcami pytanie – jak w pełni wykorzystać zawodowy potencjał dojrzałych pracowników?

„Na rynku pracy spotykają się obecnie cztery zupełnie różne pokolenia. Z jednej strony Millenialsi i Pokolenie Z, czyli najmłodsi pracownicy. Przebojowi, otwarci na wyzwania i szukający w miejscu pracy przede wszystkim możliwości rozwoju. Z drugiej tzw. Baby Boomersi i Pokolenie X, ceniący sobie stabilizację i pewność zatrudnienia. Przed pracodawcą trudna droga – w jaki sposób pogodzić interesy różnych grup, by potencjał wszystkich pracowników został w pełni wykorzystany.” – mówi Jolanta Samul-Kowalska, Managing Director w Morgan Philips Group Polska.

Na rynku HR coraz częściej mówi się o zjawisku silver tsunami – obecności doświadczonych pracowników, którzy podczas swojej zawodowej ścieżki znaleźli się w różnych sytuacjach, które ukształtowały ich podejście do pracy. W tym dwucyfrowego bezrobocia, kiedy o etat musieli rywalizować z 10 innymi kandydatami, a utrzymanie zatrudnienia było priorytetem. Przełożyło się to na szereg umiejętności – efektywne zarządzanie swoim czasem, odnajdowanie się w stresowych sytuacjach, rozwiązywanie konfliktów. Z tymi kwestiami często radzą sobie lepiej niż młodsze pokolenia. Wykazują się również większą lojalnością wobec pracodawcy, ponieważ w przeciwieństwie do młodszych pracowników nie czują konieczności nieustannego poszukiwania nowych wyzwań.

Niedostosowanie rynku do dużej grupy pracowników 55+ to poważne straty dla polskiej gospodarki. „Według raportu Golden Age Index, zwiększenie poziomu zatrudnienia dojrzałych pracowników do poziomu takich krajów jak Niemczech, Wielkiej Brytanii czy Szwecji (powyżej 40%) przyniosłoby w długoterminowej perspektywie wzrost PKB aż o maksymalnie 66 mld dolarów.** Na razie brak skutecznych programów wieloźródłowej aktywizacji tej grupy zawodowej, jednak pracodawcy powinni uważnie przyjrzeć się korzyściom wynikającym z zatrudniania różnorodnej wiekowo kadry.” – dodaje Samul-Kowalska.

Pracodawcy nie odwracają się od pracowników 55+. Coraz częściej zatrudniają osoby dojrzałe zawodowo, choć nie odnajdą się oni we wszystkich strukturach. „Bardzo popularne SSC to rynek młodego pokolenia, posługującego się biegle językiem angielskim i innym językiem obcym, gotowego na długotrwałe wyjazdy szkoleniowe i projektowe. Starsi pracownicy najczęściej uczyli się rosyjskiego, są też na innym etapie jeśli chodzi o życie rodzinne i niechętnie widzą przeprowadzki.” – dodaje Samul-Kowalska. „Natomiast są wartościowymi pracownikami w stabilnych obszarach produkcji i IT. Są również dobrze postrzegani na stanowiskach związanych z obsługą klienta.”           

Wszystkie pokolenia mogą wzajemnie się czegoś nauczyć. Pracownik 55+ wnosi do zespołu doświadczenie, pomysły i zaangażowanie w powierzone zadania. W odpowiedzi Millenialsi pokazują, jak usprawnić pracę poprzez doskonałą znajomość narzędzi. Dojrzali pracownicy często potrzebują więcej czasu na nauczenie się wykorzystania nowoczesnych narzędzi w pracy, jednak nie są do nich negatywnie nastawieni. Są zaangażowani, chcą się uczyć i rozwijać, najczęściej są już przystosowani do codziennej pracy. Doskonale sprawdzają się jako mentorzy i w dużej mierze mogą być wzorem dla młodszego pokolenia dzięki swojej wiedzy merytorycznej i umiejętności podejmowania odpowiedzialnych decyzji.

*GUS, raport Osoby powyżej 50. roku życia na rynku pracy w latach 2016-2017, 2018

**PwC, ranking Golden Age Index, 2018

Grupa MOL przejmuje Aurora Group*

  • Przejęcie jest zgodne z założeniami strategii MOL 2030, skupiającej się na rozszerzeniu portfolio petrochemicznego o produkty o wyższej wartości dodanej
  • Współpraca z Aurora wzmocni pozycję MOL jako dostawcy komponentów dla branży motoryzacyjnej
  • MOL i Aurora mają ambitne plany rozwoju biznesowego na terenie Niemiec, jednocześnie widzą potencjał w ekspansji na Europę Środkowo-Wschodnią
  • Ten strategiczny krok współgra z dotychczasowymi inicjatywami MOL w sektorze recyklingu

Grupa MOL ogłosiła podpisanie umowy przejęcia firmy Aurora, zajmującej się recyklingiem i produkcją tworzyw sztucznych w zakładach Baden-Württemberg w Niemczech, strategicznie zlokalizowanych w sąsiedztwie kompleksów zakładów obróbki tworzyw sztucznych oraz fabryk samochodów.

Aurora jest średniej wielkości niemiecką firmą, z siedzibą w Neuenstein, działającą w unikalnym modelu obiegu zamkniętego. Zajmuje się odzyskiem plastiku z odpadów przemysłowych oraz obróbką i przerobem tworzyw sztucznych, w które następnie zaopatruje m.in. przemysł motoryzacyjny. Oferta firmy składa się w dużym stopniu z tworzyw konstrukcyjnych oraz mieszanek polipropylenu na bazie surowców z odzysku.

Dzięki tej inwestycji, MOL poszerzy portfolio produktów o szeroką gamę wysokiej jakości poliamidu, polipropylenu oraz innych wyrobów na bazie surowców z odzysku. Firma uzupełni w ten sposób istniejącą ofertę czystego polipropylenu i polietylenu. Dzięki wykorzystaniu know-how Aurory w zakresie gospodarki obiegu zamkniętego, MOL umożliwi również klientom zwiększenie udziału surowców z odzysku w ich produktach końcowych.

Ferenc Horvath, MOL Group Executive Vice President w segmencie Downstream tak skomentował transakcję: „Zgodnie z założeniami strategii MOL 2030, chcemy stać się jednym z wiodących graczy na rynku chemicznym w Europie Środkowo-Wschodniej. Ta umowa stanowi kolejny krok w tym kierunku. Dzięki współpracy z Aurora możemy dalej rozwijać nasz biznes petrochemiczny, wzmacniając jednocześnie naszą pozycję, jako dostawcy surowców dla sektora motoryzacyjnego. Jako silny gracz na rynku polimerów, planujemy wykorzystać nasz zintegrowany model biznesowy, zachowując elastyczność Aurory, jako niezależnego dostawcy. Jednocześnie profil działalności Aurora jest spójny z naszymi działaniami w branży recyklingu i wzmacnia zaangażowanie MOL w ideę zrównoważonego rozwoju i gospodarki obiegu zamkniętego”.

Dr. György Bacsa, MOL Group Senior Vice President of Group Strategic Operations i Corporate Development dodał: „Cieszymy się z kolejnej inwestycji, która wzmocni naszą pozycję w sektorze petrochemicznym, wspierając realizację strategii rozwoju Groupy MOL. Jesteśmy pewni, że współpraca z naszym nowym partnerem będzie owocna oraz wierzymy w dalszy rozwój sukcesów Aurory jako części Grupy MOL”.

Gerhard Schweinle, założyciel i członek zarządu Aurora: „W Grupie MOL dostrzegamy partnera w dążeniu do zrównoważonego rozwoju i innowacji. Jesteśmy przekonani, że partnerstwo z MOL jest dla nas idealną okazją do rozwoju naszych ambicji w zakresie zrównoważonego rozwoju i ochrony środowiska. Jako część grupy MOL, jednego z wiodących europejskich dostawców polimerów, Aurora będzie poszerzać swoje kompetencje w zakresie przetwarzania tworzyw sztucznych. Nasza szeroka gama produktów wytwarzanych zgodnie z zasadami rozwoju zrównoważonego, połączona z wieloletnim doświadczeniem MOL, pozwolą nam działać na rzecz ochrony zasobów surowcowych i zmniejszenia obciążenia dla środowiska. Wspólnie z MOL będziemy kontynuować sukcesy Aurory i przyśpieszymy nasz rozwój”.

Jednym z fundamentów strategii Grupy MOL 2030 jest rozszerzenie petrochemicznego łańcucha wartości. W związku z tym, do końca następnej dekady MOL planuje zainwestować 4,5 mld USD w projekty petrochemiczne i chemiczne. Compounding oraz recykling tworzyw sztucznych należą do kluczowych obszarów określonych w strategii MOL 2030, natomiast branża motoryzacyjna stanowi sektor strategiczny, w którym zarówno MOL jak i Aurora dostrzegają rosnące zapotrzebowanie na wykorzystywanie materiałów z recyklingu.

Obecnie transakcja oczekuje na niezbędne zgody właściwych organów kontrolnych.

* Aurora Group składa się z Aurora Kunststoffe GmbH, Aurora Kunststoffe VS GmbH i Aurora Kunststoffe Walldürn GmbH.

Niewielka poprawa nastrojów w sektorze MŚP

Odczyt Barometru EFL na II kwartał 2019 roku, w odróżnieniu od wyników trzech poprzednich kwartałów, wskazuje na niewielką poprawę nastrojów w sektorze MŚP. Wyniósł on 54,5 pkt., co oznacza wzrost o 4,6 pkt. kw./kw., nieco wyższy od prognozowanego. Eksperci EFL wskazują, że dynamika wskaźnika nie jest zaskoczeniem, ponieważ od początku realizacji pomiarów (od 2015 roku) wyniki II kwartału są zawsze lepsze od pierwszych wyników rocznych. Jednocześnie zwracają uwagę, że pomiar jest mniej optymistyczny niż odczyty II kwartału z poprzednich lat, co może wskazywać, że miko, mali i średni przedsiębiorcy obawiają się wyhamowywania koniunktury.

Trwająca od II kwartału minionego roku tendencja spadkowa, która sprawiła, że w poprzednim pomiarze po raz pierwszy główny odczyt Barometru EFL spadł poniżej granicy OR[2] 50 pkt. (49,9 pkt.), została przerwana. Jednak pomimo wzrostu głównego indeksu Barometru EFL o 4,6 pkt. kw./kw., warto odnotować, że w porównaniu z II kw. 2018 roku, obecny wynik jest niższy o 6,7 pkt.

Radosław Kuczyński Prezes Zarządu EFL
Radosław Kuczyński Prezes Zarządu EFL

Prezes EFL podkreśla, że w porównaniu do analogicznych okresów rok do roku, wciąż utrzymuje się różnica ok. 6,8-6,9 pkt. – W tym roku, podobnie jak w latach poprzednich, obserwujemy wzrost nastrojów pomiędzy I kwartałem, najbardziej pesymistycznym, a kwartałem II, który jest najbardziej optymistyczny w ciągu ostatnich 12 miesięcy. Obecny odczyt głównego indeksu Barometru EFL, który jest wyższy od prognozowanego, to zasługa przede wszystkim dobrych sygnałów płynących z polskiej gospodarki. Spowolnienie, o którym mówili ekonomiści powinno być znacznie łagodniejsze niż się wydawało. Podwyższona została prognoza PKB dla Polski z zapowiadanego poziomu 3,7 do 4,3 proc. Ponadto, już po pierwszym kwartale widzimy, że polski przemysł wykazuje się znaczącą odpornością na spowolnienie za granicą, co ma stabilizować koniunkturę w najbliższych miesiącach. Do tego pozytywnie zaskoczyły dane miesięczne dotyczące produkcji i sprzedaży detalicznej za pierwsze trzy miesiące – powiedział Radosław Kuczyński, prezes EFL.

Jednocześnie dodaje: – Dla nas jednak kluczowe będą wyniki odczytów z nadchodzących kwartałów, aby stwierdzić, czy mamy do czynienia z chwilową poprawą nastrojów wśród przedsiębiorców czy stałym trendem. Tym bardziej, że dane historyczne wskazują na to, że wyniki III i IV kwartału są zazwyczaj niższe od wyników II kwartału – dodał prezes EFL.

Sprzedaż nakręca przedsiębiorców

O wzroście poziomu głównego indeksu Barometru EFL zdecydował wysoki odsetek przedsiębiorców spodziewających się wzrostu sprzedaży – jeden z trzech najwyższych w historii badania. Wynosi on 40 proc. , co oznacza, że jest niemal dwa razy wyższy od tego z I kwartału br. (17 proc.), ale równocześnie jest wciąż o 4,2 pkt. proc. niższy od rekordowego wyniku z początku ubiegłego roku.

Optymizm w kontekście sprzedaży deklarują wszystkie firmy z sektora MŚP. Przy czym należy zwrócić uwagę, że największy wykazują firmy średnie. Blisko 50 proc. (48,3 proc.) przewiduje wzrost sprzedaży. W przypadku małych firm na większe zamówienia liczy prawie 40 proc. (39,3 proc.), a w mikro 36 proc.

Inwestycje jeszcze nie ruszą

W przypadku oceny planowanych inwestycji odsetek optymistów wyniósł 21,2 proc.. Oznacza to blisko 3 pkt. wzrost w stosunku do poprzedniego kwartału i odwrócenie trwającej od II kw. 2018 roku tendencji spadkowej. Jednak nadal jest to jeden z najniższych wskaźników w historii badania. Porównując z najwyższym wskaźnikiem z IV kw. 2017 roku różnica ta wynosi ponad 20 pkt. (41,4 proc.). Największymi optymistami w kontekście inwestycji są firmy średnie (25,8 proc.), następnie firmy mikro (24,2 proc.). Firmy małe charakteryzują się najniższym odsetkiem optymistów (17 proc.).

Warto dodać, że największa część firm nie spodziewa się żadnych zmian w obszarze inwestycji (43,4 proc.), a co czwarta oczekuje ich zmniejszenia (28 proc.). Odsetek pesymistów jest największy wśród małych firm – taką deklarację złożyło blisko 40 proc. respondentów.

Złoty nie traci wigoru, kurs euro testował już 4,27

Początek nowego tygodnia przyniósł dalsze umocnienie złotego. Pozostając pod wpływem pozytywnych doniesień zarówno z kraju jak i globalnych, w poniedziałek kurs EUR/PLN otarł się o poziom 4,27 czemu sprzyjały notowania euro powyżej 1,13 USD.

Inwestorzy pozytywnie odnieśli się do informacji o możliwym zwiększeniu przez Chiny wymiany handlowej z krajami Europy Środkowej oraz komentarzy Sekretarza Skarbu USA, S.Mnuchina, który poinformował, że amerykańsko-chińskie negocjacje handlowe zbliżają się ku końcowi. Do tego chiński bank centralny poinformował, że w pierwszym kwartale pojawiły się sygnały wskazujące na poprawę kondycji gospodarki Państwa Środka i powtórzył zobowiązanie utrzymania ostrożnej polityki monetarnej i zagwarantowania płynności na rynku międzybankowym. Teraz rynki wyczekiwać będą na środową publikację dynamiki PKB Chin za pierwszy kwartał 2019 roku, chcąc przekonać się, czy potwierdzą one, że stymulacja fiskalna i monetarna władz w Pekinie rzeczywiście daje już o sobie znać.

W kraju GUS opublikował wczoraj ostateczne dane inflacyjne za marzec, potwierdzając wstępny odczyt CPI na poziomie 1,7% r/r. W ocenie ekonomistów Banku za wzrost cen odpowiadają komponenty bazowe, ale też ceny żywności i paliw. Dane o inflacji bazowej NBP opublikuje we wtorek. Choć oczekiwany wzrost inflacji bazowej (do 1,3% r/r z 1,0% r/r w lutym) będzie wspierał dalszy wzrost indeksu CPI, dla RPP nie będzie argumentem za zmianą obecnej polityki monetarnej, pomimo, że może ożywić dyskusję o podwyżkach stóp NBP. Czwartkowa publikacja minutes z kwietniowego posiedzenia RPP powinna potwierdzić możliwą stabilizację stóp na niezmanionym poziomie w najbliższych kwartałach (co najmniej do końca 2020 roku).

Na polskim rynku dłużnym obserwowaliśmy w poniedziałek tendencję spadkową rentowności obligacji skarbowych. Spadły również miary ryzyka kredytowego, gdzie ASW w sektorze 10-letnim powróciły poniżej 50 pb, zdecydowanie powyżej szczytów z drugiej połowy marca. Wśród czynników wspierających taki ruch znalazła się piątkowa ocena ze strony agencji S&P, która podobnie jak wcześniej Fitch, nie zdecydowała się na zmianę oceny, a ton komentarza nie wskazywał na rosnące obawy. Na piątek przegląd ratingu zaplanowała agencja Moody’s, gdzie również nie jest oczekiwana zmiana oceny z obecnego poziomu A2.

Negatywnego wpływu na rynek dłużny nie wywierały również informacje na temat założeń wobec wskaźników gospodarczych w 2019 roku. Jak poinformowała minister T.Czerwińska w zaktualizowanym planie konwergencji założono wzrost PKB o 4,0%, a deficyt fiskalny na poziomie 1,7%, podczas gdy w uchwalonej ustawie budżetowej wskaźniki te wynosiły odpowiednio 3,8% oraz 1,7%. Również planowane zmiany w systemie emerytalnym (transfer środków z OFE do IKE lub ZUS) może być postrzegany, jako sprzyjający wycenom obligacji skarbowych, w związku z możliwością alokacji środków również w instrumenty dłużne.

Wykres dnia: Notowania ASW odsunęły się od szczytów z marca.

Notowania ASW odsunęły się od szczytów z marca
Źródło: Thomson Reuters

Autorzy / Źródło: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski

„Dom pod ochroną” – raport o ubezpieczeniach nieruchomości

Polacy dbają o bezpieczeństwo własnych czterech kątów i coraz świadomiej podchodzą do wyboru ochrony ubezpieczeniowej dla domu lub mieszkania. Na zakup polisy wydają najczęściej między 100 a 200 zł rocznie – wynika z raportu „Dom pod ochroną” o ubezpieczeniach nieruchomości, przygotowanego na zlecenie Grupy Europa przez ARC Rynek i Opinia.

Ubezpieczanie własnego domu lub mieszkania jest już w Polsce standardem – taki wniosek płynie z badania „Dom pod ochroną”, które na zalecenie Grupy Ubezpieczeniowej Europa zrealizowała firma ARC Rynek i Opinia. Jego celem było sprawdzenie, jak właściciele nieruchomości podchodzą do ochrony ubezpieczeniowej własnych czterech kątów.

Raport wskazuje, że zdecydowana większość z nich – blisko 80 proc. – kupuje ubezpieczenia nieruchomości. Decyduje się na ten krok, bo ceni spokój i bezpieczeństwo, jaki daje dobra polisa – 81 proc. badanych przyznaje, że własny dom po prostu opłaca się ubezpieczyć. Dla 33 proc. motywacją do zakupu polisy jest obawa przed kosztami potencjalnej szkody, a 13 proc. w przeszłości miało szkodę mieszkaniową i po niej doceniło fakt posiadania zabezpieczenia finansowego w postaci ubezpieczenia. Natomiast 14 proc. właścicieli nieruchomości (ankietowani mogli wskazać więcej niż jedną odpowiedź) kupuje ubezpieczenie, bo potrzebuje go jako zabezpieczenia kredytu mieszkaniowego.

Mimo tych wszystkich zalet nadal co piąty właściciel domu lub mieszkania nie decyduje się na zakup polisy mieszkaniowej.  W tej grupie dominują osoby o najniższych dochodach, mieszkający na wsi i posiadający podstawowe wykształcenie. Jako główne powody braku polisy wskazują jej wysoką cenę oraz brak zaufania do instytucji ubezpieczenia.

Co ubezpieczamy w domu?

Właściciele nieruchomości, którzy decydują się na zakup ubezpieczenia, najczęściej chronią ruchomości domowe (81 proc. wskazań) oraz mury i stałe elementy wyposażenia (73 proc.). Ochronę ruchomości najchętniej wybierają osoby, mieszkające w lokalach spółdzielczych. Natomiast w przypadku właścicieli domów jednorodzinnych i mieszkań własnościowych w budynkach wielorodzinnych częściej wskazywanym elementem ubezpieczenia jest ochrona murów.

Inne, popularne rodzaje ochrony w polisie mieszkaniowej to OC w życiu prywatnym (posiada go 64 proc. badanych), które chroni właścicieli nieruchomości przed skutkami finansowymi szkód wyrządzonych osobom trzecim oraz home assistance (33 proc.), dające dostęp do fachowców w przypadku domowej awarii. Dla 47 proc. istotna jest także ochrona przed skutkami kradzieży z włamaniem. Połowa badanych wskazuje, że ich ubezpieczenie chroni od wszystkich najważniejszych dla nich ryzyk, czyli zalicza się do kategorii ubezpieczeń all-risk.

Z badania wynika, że posiadanie ubezpieczenia stało się już dobrym nawykiem. Ponad połowa badanych przyznaje, że ich cztery kąty są ubezpieczone nieprzerwanie od co najmniej ośmiu lat. 74 proc. właścicieli nieruchomości kupuje polisy mieszkaniowe na okres jednego roku. Pozostali korzystają z możliwości zawarcia ubezpieczenia na dłuższy okres – w tej grupie dominują osoby, zamieszkujące w lokalach spółdzielczych.

Jak kupujemy ubezpieczenie nieruchomości?

Podczas badania zapytaliśmy także właścicieli nieruchomości, gdzie kupują ubezpieczenie. Pod tym względem nie ma zaskoczenia – 69 proc. badanych, którzy posiadają polisę, wskazało agenta ubezpieczeniowego. Pozostali ubezpieczenie kupili: w Internecie (12 proc.), za pośrednictwem banku (7 proc.) lub spółdzielni mieszkaniowej (5 proc.).

Sprawdziliśmy, jakie kanały sprzedaży są najpopularniejsze wśród właścicieli domów, mieszkań w bloku oraz spółdzielców. 80 proc. właścicieli domów kupuje ubezpieczenie u agentów. W przypadku spółdzielców drugim najpopularniejszym – po agencie – kanałem sprzedaży jest spółdzielnia mieszkaniowa. Nabycia polisy za jej pośrednictwem deklaruje prawie 20 proc. ankietowanych spółdzielców. Właściciele mieszkań w domach wielorodzinnych także najchętniej kupują ubezpieczenie u agentów, ale co piąty z nich robi to już samodzielnie w Internecie. Na zakup on-line najczęściej decydują się osoby z dużych miast (25 proc. tej grupy ubezpiecza nieruchomość w sieci) oraz osoby o wyższych niż przeciętne dochodach (30 proc.).

Najczęściej na zakup ubezpieczenia właściciele nieruchomości wydają między 101 a 200 zł rocznie (29 proc. wskazań) oraz między 201 a 300 zł rocznie (27 proc.). Najmniej za ubezpieczenie płacą spółdzielcy, natomiast najwięcej właściciele domów jednorodzinnych – 34 proc. z nich na ubezpieczenie przeznacza 300-500 zł rocznie.

Kiedy korzystamy z polisy

Właściciele nieruchomości doceniają szeroki zakres ochrony, który oferują polisy mieszkaniowe. 60 proc. ankietowanych (i ponad 70 proc. osób mieszkających w budynkach wielorodzinnych) deklaruje, że ich ubezpieczenie najbardziej przyda się w przypadku zalania. Inne wskazywane rodzaje szkód to: pożar – 58 proc., kradzież z włamaniem – 47 proc., szkody spowodowane wichurami – 46 proc., przepięcia – 37 proc., powódź – 37 proc. oraz różnego rodzaju dewastacje – 31 proc. Właściciele domów jednorodzinnych najbardziej obawiają się pożarów oraz szkód spowodowane przez wichury. Natomiast na kradzieże z włamaniem najczęściej wskazują osoby mieszkające w lokalach spółdzielczych (55 proc.).

Z naszych doświadczeń wynika, że najczęściej zgłaszanymi szkodami z ubezpieczeń nieruchomości są zalania – zarówno własnego mieszkania, jak i sąsiadów – oraz szkody spowodowane przez silne, huraganowe wiatry, z którymi coraz częściej borykamy się w Polsce. Przy wyborze ubezpieczenia warto zwrócić uwagę na zakres ochrony i sprawdzić, czy odpowiada naszym potrzebom i chroni przez zdarzeniami, których się obawiamy
-– mówi Monika Ziółkowska, ekspert ds. ubezpieczeń nieruchomości w Grupie Europa.

W sierpniu 2018 roku Grupa Europa wprowadziła do oferty ubezpieczenia nieruchomości, które są dostępne na stronie internetowej: www.tueuropa.pl. Ubezpieczyciel oferuje pięć produktów mieszkaniowych: ubezpieczenie dla właścicieli domów jednorodzinnych MyHouse, ubezpieczenie dla właścicieli mieszkań w domach wielorodzinnych MyFlat i pakiet home assistance Home Experts. Rynkową nowością są produkty stworzone z myślą o osobach, kupujących mieszkania pod najem oraz osobach je najmujących (lokatorach).

Ubezpieczenie MyProperty to produkt stworzone z myślą o ochronie mieszkania przeznaczonego na wynajem. W wersji podstawowej oferuje ochronę wyposażenia nieruchomości oraz ruchomości do kwoty 250 tys. zł przed dewastacją, zdarzeniami losowymi czy pożarem. Klient może także ubezpieczyć całą nieruchomość (np. na potrzeby kredytu bankowego) do wartości 1,5 mln zł. W ramach opcji dodatkowych do wyboru ma m.in. ubezpieczenie OC wynajmującego, ubezpieczenie utraty zysku z najmu czy asystę prawną, która może być przydatna podczas potencjalnego sporu z lokatorami.

Ubezpieczenie MyRent to ochrona dla najmujących mieszkanie. Jej podstawowe elementy to ubezpieczenie wyposażenia nieruchomości i wszystkich ruchomości należących lokatora do kwoty 250 tys. zł. Przydatnym elementem jest także home assistance, dzięki któremu najemca ma dostęp do wsparcia ze strony np. hydraulika czy elektryka i w przypadku awarii nie musi w tym zakresie być uzależniony od dobrej woli i wolnego czasu wynajmującego. Podobnie jak MyProperty, ubezpieczenie MyRent oferuje szereg dodatkowych opcji, pozwalających dopasować poziom ochrony do potrzeb klienta. Najważniejsze z nich to: ubezpieczenie OC najemcy, ochrona szyb i innych szklanych przedmiotów oraz asysta prawna.

Badanie „Dom pod ochroną” zostało przeprowadzone w marcu 2019 roku metodą wywiadów internetowych CAWI na ogólnopolskiej próbie 535 osób. W badaniu uczestniczyły osoby, które ukończyły 25 lat, są właścicielami nieruchomości i podejmują decyzją o jej ubezpieczeniu.

Dassault Systèmes przejmuje elecworks od Trace Software

— Dassault Systèmes (Euronext Paris: #13065, DSY.PA) ogłosił podpisanie umowy, na mocy której nabędzie od firmy Trace Software International, producenta rozwiązań programowych i usług dedykowanych inżynierii przemysłowej, linię oprogramowania elecworks do projektowania elektrycznego i automatyki. Dzięki porozumieniu do Dassault Systèmes dołączy zespół 21 wykwalifikowanych specjalistów. Nabycie aktywów elecworks usprawni i wzmocni rozwój zintegrowanego rozwiązania mechatronicznego Dassault Systèmes na platformie 3DEXPERIENCE oraz pomoże użytkownikom SOLIDWORKS odpowiadać na wyzwania związane z projektem elektrycznym inteligentnych produktów.

Poprzez umowę przeniesienia aktywów Dassault Systèmes przejmie w 100% linię produktów Trace Software elecworks wraz z własnością intelektualną. Do Dassault Systèmes dołączy zespół 21 programistów, inżynierów wsparcia technicznego i inżynierów ds. zapewnienia jakości zajmujących się schematami elektrycznymi. Oprogramowanie elecworks umożliwi projektowanie schematów, elektrycznych paneli sterowania oraz okablowania, co stanowi podstawę aplikacji SOLIDWORKS Electrical od Dassault Systèmes. Umożliwi to mechanicznym i elektrycznym zespołom poprawę współpracy i dostarczanie wyższej jakości projektów. Zakup aktywów obejmuje także bibliotekę ponad pół miliona symboli elektrycznych i danych producentów, powszechnie używanych podczas projektowania komponentów elektrycznych.

Wraz ze wzrostem zapotrzebowania na inteligentne produkty, Dassault Systèmes zaspokaja potrzeby użytkowników SOLIDWORKS, integrując metody, które usprawnią projektowanie mechatroniki i pomogą  wykorzystać zalety platformy 3DEXPERIENCE – powiedział Gian Paolo Bassi, CEO, SOLIDWORKS, Dassault Systèmes. – Zespół programistów elecworks wnosi kompetencje, które już przyczyniły się do sukcesu aplikacji SOLIDWORKS Electrical. Cieszymy się, ponieważ dzięki nim adresujemy potrzeby rynku małych i średnich firm o szacowanej wartości 400 mln dolarów, które wprowadzają innowacje w dzisiejszym Renesansie Przemysłu.

Internet Doświadczeń – inteligentne i autonomiczne doświadczenia, które cyfrowo łączą produkty, naturę i życie w świecie rzeczywistym – zasilany jest przez rozwijający się rynek inteligentnych i połączonych urządzeń, których liczba szacowana jest na 30 mld do 2020 roku. Firmy z branży high-tech, urządzeń przemysłowych, energetyki i innych gałęzi przemysłu muszą zintegrować nowe czujniki, elementy sterujące i możliwości swoich inteligentnych produktów, aby z powodzeniem dostarczać te doświadczenia. Niespójny proces projektowania mechanicznego i elektrycznego może skomplikować rozwój produktu.

Dzięki elecworks, Dassault Systèmes może usprawnić rozwój aplikacji SOLIDWORKS Electrical i projektowanie nowych rozwiązań na platformie 3DEXPERIENCE poprzez łączenie najlepszych praktyk, technologii projektowania elektrycznego oraz aplikacji mechanicznych SOLIDWORKS w ramach spójnego zarządzania badaniami i rozwojem. Tysiące użytkowników SOLIDWORKS, którzy chcą korzystać z atrakcyjnych cenowo aplikacji projektowania elektroniki do cyfrowej transformacji procesu projektowania elektrycznego, skorzystają z rozszerzeń w obszarze schematów elektrycznych i dokumentowania, projektowania opartego na bazach danych, usprawnienia obiegu pracy aplikacji 3D i zarządzania zmiennymi projektów.

Trace Software International jest partnerem aplikacji SOLIDWORKS od 1997 r. oraz dostawcą oprogramowania do projektowania systemów elektrycznych dla klientów SOLIDWORKS. W 2012 r. Dassault Systèmes nawiązał z firmą strategiczne partnerstwo w celu integracji i sprzedaży technologii elecworks pod nazwą aplikacji SOLIDWORKS Electrical.

Transakcja przeniesienia aktywów zakończyła się w marcu  2019 r.

Najtańsze OC, AC, NNW w I kw. 2019 r. – ranking

Marzec 2019 r. to kolejny miesiąc, w którym porównywaliśmy koszt polis komunikacyjnych. Warto dowiedzieć się, czy początek wiosny przyniósł zmiany rankingowe. Dodatkowo prezentujemy wyniki z całego I kw. 2019 r.   Ubea ranking marzec 19 16.04 – infografika

Jak są porównywane zakłady ubezpieczeń?

Zwycięzcy rankingu Ubea.pl z marca 2019 roku, podobnie jak poprzednio musieli uzyskać największą liczbę punktów. Każdy zakład ubezpieczeń oceniono przyznając mu notę wynoszącą od 0,00 punktów do 5,00 punktów. „Najniższy wynik oznacza, że dany ubezpieczyciel we wszystkich pojedynczych porównaniach (uwzględniających tę firmę), ulokował się na ostatniej pozycji. Towarzystwo ubezpieczeń uzyskujące najwyższą liczbę punktów (5,00 pkt.), musiałoby zająć pierwsze miejsce w każdej kalkulacji z jego udziałem. Takie skrajne wyniki są jednak czysto teoretyczne. W rzeczywistości ubezpieczyciele osiągają zwykle wyniki na poziomie 2,00 punktów – 4,00 punktów” – tłumaczy Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl.

Początek wiosny okazał się udany dla Avivy

Dzięki danym Ubea.pl można sprawdzić, którzy ubezpieczyciele na początku wiosny kusili kierowców najtańszymi polisami komunikacyjnymi. Pomiędzy 1 marca i 31 marca 2019 roku, na cenowe wyróżnienie zasłużyły następujące zakłady ubezpieczeń:

  • You Can Drive – 4,13 pkt. w rankingu polis OC
  • Link4 – 3,94 pkt. w rankingu pakietów OC + NNW
  • Aviva – 4,40 pkt. w rankingu pakietów OC + AC
  • Aviva – 4,39 pkt. w rankingu pakietów OC + AC + NNW

Można stwierdzić, że marzec 2019 r. na pewno był miesiącem pomyślnym dla Avivy. Wspomniany ubezpieczyciel zdołał bowiem wyprzedzić Link4 w ważnej kategorii OC + AC. Jeżeli dodamy do tego pierwsze miejsce dotyczące pakietów OC + AC + NNW, to okaże się, że Aviva zdominowała marcowy ranking. „Opisywana sytuacja nie powinna wzbudzać zdziwienia bo ten zakład ubezpieczeń już od dawna utrzymuje się w rankingowej czołówce. Aviva zwykle nie lokuje się poniżej czwartego lub piątego miejsca” – dodaje Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Oprócz awansu Avivy na pierwszą pozycję w rankingu OC + AC i spadku You Can Drive w rankingu OC + NNW na drugie miejsce (wcześniej pierwsza pozycja ex aequo), eksperci porównywarki Ubea.pl nie odnotowali ważnych marcowych zmian. Awanse lub spadki ubezpieczycieli w rankingowej klasyfikacji rzadko przekraczały jedną pozycję. „Taka sytuacja świadczy o rynkowej stabilizacji i pokrywa się z wynikami barometru Ubea.pl. Sugerują one, że marzec 2019 r. pod względem cenowym był na rynku obowiązkowego OC znacznie spokojniejszy od poprzedniego miesiąca” – komentuje Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

You Can Drive przoduje w ujęciu kwartalnym

Koniec kwartału zawsze stanowi dla analityków Ubea.pl dobrą okazję do podsumowania poprzednich trzech miesięcy. Takie podsumowanie polega na zsumowaniu wyników trzech miesięcznych rankingów. Po wykonaniu odpowiednich kalkulacji okazało się, że od stycznia do marca 2019 r. najwięcej punktów w poszczególnych kategoriach zebrały następujące zakłady ubezpieczeń:

  • You Can Drive – 12,46 pkt. na 15,00 pkt. możliwych do zdobycia w rankingu polis OC
  • You Can Drive – 11,94 pkt. na 15,00 pkt. możliwych do zdobycia w rankingu pakietów OC + NNW
  • Link4 – 13,05 pkt. na 15,00 pkt. możliwych do zdobycia w rankingu pakietów OC + AC
  • Aviva – 13,12 pkt. na 15,00 pkt. możliwych do zdobycia w rankingu pakietów OC + AC + NNW

Jeżeli chodzi o porównywalne wyniki dla poprzedniego kwartału (IV kw. 2018 r.), to zostały one zaprezentowane poniżej. Według danych Ubea.pl z października, listopada oraz grudnia 2018 roku, najwięcej punktów uzyskali następujący ubezpieczyciele:

  • You Can Drive – 12,74 pkt. na 15,00 pkt. możliwych do zdobycia w rankingu polis OC
  • Aviva – 11,76 pkt. na 15,00 pkt. możliwych do zdobycia w rankingu pakietów OC + NNW
  • Link4 – 12,86 pkt. na 15,00 pkt. możliwych do zdobycia w rankingu pakietów OC + AC
  • Aviva – 12,87 pkt. na 15,00 pkt. możliwych do zdobycia w rankingu pakietów OC + AC + NNW

Porównanie informacji dotyczących IV kw. 2018 r. oraz I kw. 2019 r. wskazuje, że szczególne powody do zadowolenia ma firma Ergo Hestia będąca właścicielem marki You Can Drive. To właśnie wspomniana marka okazała się nowym liderem w kategorii pakietów OC + NNW. Warto jednak pamiętać, że polisy OC oraz pakiety You Can Drive są dostępne tylko dla młodych kierowców. „Jeśli chodzi o ofertę dla wszystkich właścicieli aut, to warto wyróżnić Link4. Ten ubezpieczyciel po podsumowaniu kwartalnych wyników (I kw. 2019 r.) zajął bowiem drugie miejsce w kategoriach OC i OC + NNW” – podsumowuje Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Lekkie umocnienie dolara, złoty stabilny

Zmierzając ku Wielkanocy rynki finansowe pozostają w wąskich zakresach wahań. Na rynku walutowym widać lekkie umocnienie dolara, a także presję na AUD po gołębich minutkach RBA. Złoty jest stabilny blisko 3-miesięcznych szczytów względem euro. Po ubogim poniedziałku rozkręca się kalendarz publikacji makro.

Po tym, jak unijni liderzy uzgodnili odroczenie brexitu o ponad 6 miesięcy, zmienność na rynku funta wyraźnie się obniżyła. Z horyzontu zniknęło ryzyko natychmiastowego rozwodu z UE bez zatwierdzonych warunków, ale nadal pozostaje wielomiesięczna niepewność czy politycy w Wielkiej Brytanii dojdą do konsensusu. Zapas czasu do końca października podnosi nawet ryzyko, że w przypadku impasu brytyjski parlament zdecyduje się na rozpisanie nowych wyborów. Jest to ostateczne rozwiązanie, ale niepopularne, gdyż zmusza od udziału w wyborach do Europarlamentu. Wciąż wymarzonym rozwiązaniem jest wypracowanie porozumienia i opuszczenie UE przed 22 maja. Brytyjscy posłowie udali się na świąteczną przerwę w obradach, co odsuwa w cień temat brexitu przynajmniej do 23 kwietnia. Nadal jednak trwają międzypartyjne rozmowy premier May z liderem Partii Pracy Corbynem i choć osoby zbliżone do rozmów mówią o progresie, nic nie wiadomo, czy ten postęp to duże skoki czy drobne kroczki.

Ten tydzień pozwala na chwilę zapomnieć o politycznych gierkach i przeanalizować, jak przeciągana niepewność przekłada się na gospodarkę. Dziś otrzymamy raport z brytyjskiego rynku pracy, jutro – dane o CPI, a w czwartek – sprzedaż detaliczną. Rynek pracy prezentował się solidnie już od jakiegoś czasu. Zatrudnienie kwartalnie wzrastało o ok. 200 tys., stopa bezrobocia na 3,9 proc. jest poniżej poziomu równowagi, a liczba wolnych wakatów pozostaje w trendzie wzrostowym. Dynamika wynagrodzeń jest istotnie powyżej inflacji i stwarza ryzyko nasilenia presji na ceny. Ale ostatnio dane były ignorowane w oparciu o założenie, że nic nie będzie się liczyć, jeśli zdarzy się czarny scenariusz brexitu. Dziś może być inaczej i przy dobrych danych rynek znajdzie argumenty, by odłączyć od funta premię za ryzyko polityczne (przynajmniej do krótkoterminowej spekulacji). Albo to, albo pojawi się katalizator dla wycofania czerstwych krótkich pozycji, które zostały na rynku celem korzystania na panice wokół brexitu.

Poza danymi z Wielkiej Brytanii kalendarz we wtorek oferuje dużo więcej. W Niemczech indeks ZEW pokaże, czy inwestorzy widzą już światełko na końcu tunelu dla największej gospodarki Eurolandu. EUR buduje bazę do odbicia i każdy powód będzie skrzętnie wykorzystany. Z Polski inflacja bazowa prawdopodobnie przyspieszy do 1,3 proc. r/r z 1 proc., choć nie wzruszy to stanowiskiem RPP, a zatem i złotym. Z Kanady otrzymamy dane o produkcji sprzedanej przemysłu, a z USA odczyt produkcji przemysłowej. CAD będzie bardziej wrażliwy niż USD. W nocy w centrum uwagi będzie CPI z Nowej Zelandii. Oczekiwania przeważają po stronie gorszego odczytu, na co rynek już się nastawia wyceną 30 proc. szans cięcia stopy OCR na najbliższym posiedzeniu w maju. Zatem większym zaskoczeniem będzie mocny odczyt, który wyzwoliłby kapitulację inwestorów z krótkich pozycji.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Amazon szansą dla polskiej branży kosmetycznej

Potencjał sprzedaży kosmetyków na brytyjskim Amazonie w 2019 r. to 264 mln funtów, tj. około 1,32 mld zł – wynika z raportu firmy EUBRAND, specjalizującej się we współpracy z producentami, którzy chcą rozwijać sprzedaż przez Amazon. Tymczasem polskie marki kosmetyczne nie wykorzystują szansy, jaką jest największy kanał handlu online w Europie i na świecie. Rodzime firmy z branży beauty w większości nie prowadzą samodzielnie sprzedaży na Amazon, nie kontrolują oferty produktowej, ani nie zajmują się prezentacją swoich marek. Obrót kosmetykami z Polski za pośrednictwem Amazon zazwyczaj prowadzą hurtownicy, którzy walczą ceną i nie skupiają się na wizerunku poszczególnych marek czy produktów.

– W Europie największym sprzedawcą online jest Amazon, a jego głównym rynkiem na kontynencie jest Wielka Brytania. Amazon.co.uk odpowiada za 33% brytyjskiej sprzedaży e-commerce, która w 2018 r. sięgnęła łącznie 178 mld euro. Jednocześnie wartość sprzedaży przez tę platformę przyrasta tak szybko, że według prognoz do 2021 r. ma się stać największym sprzedawcą na całym europejskim rynku detalicznym, a nie tylko online. Trudno więc myśleć o eksporcie na Europę nie uwzględniając w tych planach Amazona – mówi Urszula Nowicka, partner w EUBRAND.

Jedną z kluczowych kategorii na Amazon jest beauty, a jej potencjał w 2019 r. jest szacowany przez EUBRAND na blisko 264 mln funtów, w tym 88 mln funtów przypada na produkty do pielęgnacji włosów (hair care), 55 mln funtów to pielęgnacja skóry (skin care) oraz 32 mln funtów – kosmetyki do ciała (bath & body). W sekcji beauty są obecne również polskie marki – te najbardziej rozpoznawalne oraz młode, dopiero walczące o swój udział w rynku i portfelu klientów.

Krajowe marki kosmetyczne coraz lepiej radzą sobie za granicą. W zeszłym roku eksport w tej branży zwiększył się o 9,5%. Rodzimi producenci dbają o jakość, skład, opakowania. W efekcie zagraniczni konsumenci przekonują się do polskich marek, zwłaszcza, że te oferują dobrą relację jakości do ceny. W tym kontekście ogromną szansę stanowi rynek online, zwłaszcza wobec tradycyjnego handlu, w którym karty są rozdane między globalne koncerny kosmetyczne. W przeciwieństwie do niego Amazon jest bowiem kanałem dużo bardziej demokratycznym.

– W kategorii beauty jest duże rozproszenie marek. Poszczególne podkategorie charakteryzują się stosunkowo niską koncentracją i brakiem zdecydowanych liderów. W trakcie analizy top 100 produktów w kluczowych podkategoriach kosmetycznych naliczyliśmy ponad 1600 marek. To oznacza, że na Amazon każda marka ma szansę zaistnieć i dotrzeć do ogromnego rynku zbytu. Trzeba jednak wyróżnić się spośród tysięcy innych produktów. Sam Amazon daje  do tego narzędzia, ale większość polskich producentów  z nich nie korzysta, ponieważ są obecni na tej platformie jedynie poprzez dystrybutorów. Hurtownie zaś wystawiają setki produktów i najczęściej nie mają zasobów, know-how, ani też potrzeby, by dbać o wizerunek poszczególnych ofert. To przekłada się na niższą sprzedaż – stwierdza, Jakub Milewski, partner w EUBRAND.

Tymczasem brytyjski czy niemiecki klient, z portfelem zdecydowanie zasobniejszym od polskiego, kosmetyki kupuje chętnie i impulsowo. Ważna jest więc klarowna prezentacja produktu, ułatwiająca szybkie podjęcie decyzji. Poza tym liczy się miejsce w wynikach wyszukiwania, jako że dziewięć na dziesięć wyświetleń produktów to efekt użycia wyszukiwarki. Niestety przymierzając te kryteria do polskich marek obecnych na Amazon, wychodzi niezbyt optymistyczny obraz, prowadzący do konkluzji, że polskie marki nie wykorzystują potencjału tej platformy. Co mogą zrobić producenci, którzy będą chcieli zmienić ten stan rzeczy?

– Pierwszym krokiem jest zebranie danych, analiza kategorii i konkurencji. Jednocześnie producent powinien poznać sprzedawców swoich wyrobów i ceny. Wreszcie – zadbać o wizerunek swojej marki i produktów na platformie. Warto to uczynić, bo rynek europejski to apetycznie wyglądający tort i właśnie Amazon jest sposobem na jego ugryzienie. Od tego, w jaki sposób firma zabierze się za to zadanie zależy wielkość porcji, jaka przypadnie jej w udziale. Firmy i marki kosmetyczne powinny mieć więc strategię sprzedaży w tym kanale. Amazon wpływa bowiem bardzo mocno także na sprzedaż offline w kanałach tradycyjnych – podsumowuje Urszula Nowicka.

Ww. informacje i dane pochodzą z raportu przygotowanego przez EUBRAND pt. „Kosmetyki na Amazon. Analiza kategorii Beauty w UK”.

Nierzetelni partnerzy nie płacą i popychają do upadłości

W I kwartale tego roku 222 przedsiębiorstwa ogłosiły upadłość lub rozpoczęły restrukturyzację. To o 10 firm więcej niż na początku zeszłego roku. Choć widmo bankructwa to zwykle splot wielu zdarzeń, przedsiębiorcy przyznają, że są wśród nich opóźnienia lub brak płatności od kontrahentów. Co szesnaste przedsiębiorstwo stwierdziło, że w 2018 r. groziła im upadłość właśnie z tego powodu. Wśród firm usługowych na takie ryzyko była narażona  nawet co dziewiąta – wynika z badania wykonanego na zlecenie Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor.

firmy w upadłości i restrukturyzacji
Źródło: Bisnode Polska

W pierwszych trzech miesiącach 2019 r. sądy gospodarcze ogłosiły 222 postępowań upadłościowych i restrukturyzacyjnych przedsiębiorstw, o 10 więcej niż w analogicznym okresie roku ubiegłego – wynika z danych zebranych przez wywiadownię gospodarczą Bisnode Polska. Największa liczba bankructw i restrukturyzacji, przy niemal 50 proc. wzroście, przypadła na handel – 70 firm. Z kolei w największym stopniu, bo z 7 do 12 przybyło firm z problemami w transporcie. W budownictwie odnotowano liczbę upadłości zbliżoną do tej sprzed roku – 36 firm, wobec 35 w pierwszych trzech miesiącach 2018 r. Całkiem nieźle wiedzie się sektorowi produkcyjnemu , gdzie niemal we wszystkich gałęziach produkcji znacząco spadła liczba upadłości i restrukturyzacji firm. Z tego trendu wyłamała się jednak produkcja artykułów spożywczych oraz mebli.

Ilu z tych upadłości udałoby się uniknąć gdyby firmy miały za partnerów solidnych płatników?

Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, ale z badania przeprowadzonego przez Keralla Research na zlecenie BIG InfoMonitor wynika, że opóźnienia i brak płatności za sprzedane towary i usługi mogą mieć dramatyczne konsekwencje. Na pytanie zadane mikro, małym i średnim firmom: Czy zdarzyło się, aby z powodu opóźnień lub braku płatności od kontrahentów w ubiegłym roku Państwa firmie groziła upadłość? twierdząco odpowiedziało niemal 6 na 100 firm. – Choć 6 proc. to z pozoru niewiele, w przypadku być albo nie być firmy jest niepokojącą skalą ryzyka – uważa Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. – Wyniki te nie pozostawiają wątpliwości jak ważna jest ostrożność w zawieraniu kontraktów, sprawdzanie solidności płatniczej kontrahenta, a nawet zachowań i wiarygodności firm, które jemu płacą. Konieczne jest też posiadanie scenariuszy na wypadek, gdy odbiorca nie ureguluje swoich zobowiązań – dodaje.

Najczęściej, z powodu braku płatności i opóźnień widmo upadłości zaglądało w oczy właścicieli firm usługowych. Takie epizody miało niemal 11 proc. przedsiębiorstw z tej branży – wynika z badania. Niewiele lepiej wygląda to w transporcie. Opóźnienia lub brak płatności za wykonane usługi sprawiły, że o bankructwo otarło się co dziesiąte przedsiębiorstwo przewozowe. W handlu tak skrajne sytuacje zdarzyły się co dwudziestej piątej badanej firmie, a w budownictwie żadnej.

firmy w upadłości i restrukturyzacji z powodu zaległości
Źródło: BIG InfoMonitor

Niejednokrotnie zdarza się, że przedsiębiorcy skoncentrowani na wzroście sprzedaży, zdobywaniu kontraktów nie zastanawiają się, że z powodu umów bez pokrycia ich firmom może grozić upadłość – Wartość umowy i wysokość marży to nie wszystko, liczy się także czy kontrahent jest rzetelny w rozliczeniach. Na pewno nie można optymistycznie zakładać, że „mnie taki problem nie spotka”, bo nieterminowe regulowanie należności, to w Polsce powszechne zjawisko. Tylko w ostatnich 6 miesiącach, a nie w całym okresie życia firmy, problem miała połowa firm handlujących z odroczonym terminem płatności – tłumaczy Sławomir Grzelczak.

Przed każdym podpisaniem umowy należy sprawdzić kontrahenta. Warto poczytać o nim w internecie, sprawdzić jego dokumenty w e-KRS, zamówić raport z wywiadowni gospodarczej, zajrzeć do Rejestru Dłużników BIG. W Rejestrze BIG InfoMonitor obecnie jest wpisanych ponad 240 tys. firm, które wcześniej zobowiązały się komuś zapłacić, ale tego jednak nie zrobiły. Jeśli nie płaci, trzeba upominać się o pieniądze i to niezwłocznie. Dobrą praktyką jest jak najszybsze wysłanie wezwania do zapłaty, zapowiadającego wpis do rejestru dłużników BIG. Firma-dłużnik nie będzie chciała trafić na listę rejestru, bo utrudni jej to dostęp do kredytów, leasingu, faktoringu czy ofert telekomów, a gdy kontrahent również sprawdza BIG to dochodzą do tego również kłopoty z kontraktami zapewniającymi zbyt towarów i usług.

*Badanie „Skaner MSP, wśród mikro, małych i średnich firm”. przeprowadzone przez Instytut Badań i Rozwiązań B2B Keralla Research, na próbie 500 firm sprzedających z odroczonym terminem płatności, techniką wywiadów telefonicznych, luty 2019 r.

Wzrost cen żywności i paliw przyspieszyły inflację

Wzrost cen został zauważony przez posiadaczy samochodów, do których paliwa wzrosły na przestrzeni roku od 4,4%, benzyna do 13,2% w przypadku oleju napędowego.

W marcu 2019 inflacja wyniosła 1,7% r/r oraz  0,3% m/m. Wygląda na to, że po styczniowym minimum (0,7% r/r) inflacja konwerguje do celu inflacyjnego. To pierwszy raz od 5 miesięcy, kiedy mieścimy się w dopuszczalnym paśmie odchyleń.

Innymi słowy, nie ma technicznych podstaw, by w najbliższym czasie oczekiwać zmian stóp procentowych.

W horyzoncie rocznym dynamika cen usług była ponad dwukrotnie wyższa niż dynamika cen towarów (2,7% wobec 1,3%). Przykładowo, usługi związane z prowadzeniem gospodarstwa domowego odnotowały wzrost o 4, 8% w stosunku do marca 2019 r., fryzjerskie i kosmetyczne o 4,6%, lekarskie o 4,3%, związane z rekreacją o 3,2%, transportowe o 2,7%. W perspektywie miesiąca wzrost cen w usługach też jest odczuwalny. Wydaje się więc, że nawet wygasająca dynamika wynagrodzeń zdaje się odciskać piętno na cenach działalności pracochłonnej.

Na tle inflacji rzędu 1,7%, żywność odnotowała ponadprzeciętny wzrost cen (2,6% r/r), za co odpowiada drożejąca mąka i chleb (odpowiednio 9,2% i 9,6% r/r oraz 1% i 0,3% m/m), warzywa (16,6% r/r, 8,6% m/m) i cukier (11,2% r/r, 14,9% m/m). Na tym tle spadki cen mleka czy jaj w horyzoncie rocznym z perspektywy konsumenta mogą nie być odczuwalne, z kolei spadkowi cen owoców w perspektywie roku towarzyszył znaczny wzrost w skali miesiąca (-11,7% r/r, +8,3% m/m).

Użytkowanie mieszkania (domu) i nośniki energii wzrosły nieznacznie w ciągu roku (1%). Wzrosty te były napędzane przez coraz wyższe czynsze (5,1%), ceny wywozu śmieci (10,6%), gazu (5,2%). Natomiast ceny nośników energii elektrycznej spadły o 7% (bez zmian w porównaniu do lutego br.). Wzrost cen został z pewnością zauważony przez posiadaczy samochodów, do których paliwa wzrosły na przestrzeni roku od 4,4% (benzyna) do 13,2% (olej napędowy; tu 1,5% wzrost m/m). Nie zapowiada się, by trend wzrostowy na rynku paliw miał w najbliższym czasie się załamać.

Sonia Buchholtz, Konfederacja Lewiatan

Liczba pasażerów na polskich lotniskach w tym roku może wzrosnąć nawet o 10,5%

Liczba pasażerów na polskich lotniskach w tym roku może wzrosnąć nawet o 10,5%, co oznacza, że porty obsłużą ponad 50 mln osób – wynika z analizy przygotowanej przez ekspertów PwC „Prognozy dla rynku lotniczego 2019”. Polska branża lotnicza nadal wykazuje jeden z najsilniejszych potencjałów wzrostu w całej Europie – podkreślają autorzy raportu.

Z danych zebranych w raporcie PwC wynika, że ruch pasażerski na świecie w perspektywie najbliższych 20 lat będzie rozwijał się szybciej niż gospodarka światowa, osiągając wzrost na poziomie 4,4% średniorocznie. Liderami wzrostu w tym okresie będą rynki rozwijające się, głównie blisko- i dalekowschodnie, gdzie średnioroczny wzrost wyniesie 5,9% dla Bliskiego Wschodu oraz 5,5% dla Azji i Pacyfiku. W tym czasie rynek europejski zanotuje niższe tempo rozwoju niż globalnie, ze względu na mniejszą dynamikę PKB, która wyniesie 1,8% średniorocznie względem światowego wzrostu na poziomie 2,9%.

Eksperci PwC podkreślają, że polski rynek lotniczy ma jeden z największych potencjałów wzrostu w całej Europie.

W poprzednim roku liczba pasażerów w polskich portach lotniczych wzrosła aż o 15% i przekroczyła 45 mln. Ze względu na prognozowane spowolnienie gospodarcze ten rok będzie nieco inny, ale w porównaniu z innymi rynkami Polska nadal będzie mogła pochwalić się dwucyfrowym wzrostem, który wyniesie ok. 10,5%, co oznaczałoby, że pokonamy kolejną granicę, tj. 50 mln osób obsłużonych na polskich lotniskach w ciągu 12 miesięcy. – Michał Mazur, partner PwC, lider zespołu ds. transportu i logistyki

W 2018 roku duże wzrosty zanotowała większość lotnisk regionalnych, z czego największy – port lotniczy Poznań-Ławica, w którym liczba pasażerów wzrosła o 34%. Warszawskie lotnisko Okęcie w minionym roku urosło o 13%, zbliżając się niemal do 18 mln obsłużonych pasażerów lotniczych.

Jak wynika z analizy PwC polski rynek lotniczy wciąż jest mocno skoncentrowany pod względem udziałów poszczególnych przewoźników. Aż 77% zajmują trzy linie lotnicze: Ryanair, LOT i Wizz Air.

Między innymi dzięki ekspansywnej polityce w minionym roku PLL LOT zdobył sporą część rynku, tym samym zbliżając się pod względem liczby pasażerów do dotychczasowego lidera, czyli Ryanair. LOT odważnie wychodzi poza granice Polski, rozbudowując połączenia długo- i krótkodystansowe. – Grzegorz Urban, dyrektor w zespole ds. transportu i logistyki PwC

Centralny Port Komunikacyjny – potencjał i wyzwania

Zdaniem ekspertów PwC budowa dużego hubu pod Warszawą jest uzasadniona m.in. dynamiką wzrostu rynku oraz ograniczonymi możliwościami, jakimi obecnie dysponują lotniska na Okęciu i w Modlinie. Projekt CPK został już uwzględniony w nowej Strategii Rozwoju Transportu i obecnie prowadzone są plany prac w celu realizacji budowy portu.

Na Centralny Port Komunikacyjny musimy patrzeć w znacznie szerszej perspektywie niż tylko ruch lotniczy, i w znacznie dłuższym horyzoncie czasowym. W tym momencie w tej części naszego regionu istnieje pewna nisza. Efektywny operacyjnie i konkurencyjny kosztowo CPK ma szansę uwolnić potencjał ruchu lotniczego, stając się jednym z istotnych międzynarodowych hubów komunikacyjnych. Dla sukcesu tego scenariusza niezwykle ważne będzie właściwe zaprojektowanie pozostałych komponentów, tj. transportu kolejowego i drogowego. – Agnieszka Gajewska, partner w PwC, lider zespołu ds. finansowania projektów inwestycyjnych oraz sektora publicznego w Europie Środkowo-Wschodniej

Jak zauważają autorzy raportu projekty budowy lub rozbudowy infrastruktury lotniskowej o przepustowości powyżej 40 mln pasażerów są już realizowane w innych krajach, m.in. w Turcji czy w Rosji, a także w Niemczech. Zarówno przyszłe lotnisko CPK, jak i nowe lotniska w Stambule oraz rozbudowywane porty w Moskwie i w Monachium mają na celu zaspokojenie w dużej mierze dynamicznie rosnącego ruchu tranzytowego m.in. ze względu na położenie geograficzne.

Rozwój lotnisk w Stambule i w Moskwie idzie w parze ze strategią wzrostu narodowych przewoźników stawiających m.in. na ruch tranzytowy w swoich macierzystych miastach, co będzie też czynnikiem sukcesu w przypadku CPK.

Modele biznesowe linii lotniczych

Dane zebrane w raporcie PwC wskazują, że sytuacja finansowa przewoźników lotniczych w Europie pozostaje stabilna niezależnie od wybranego modelu biznesowego. Zarówno przewoźnicy funkcjonujący w modelu tradycyjnym, jak i niskokosztowym z roku na rok generują coraz wyższe przychody z usług dodatkowych.

W całości przychodów usługi dodatkowe zajmują obecnie niecałe 11%, co oznacza, że od 2010 r. podwoiły swój udział. Najbardziej dochodowe są wszelkie opłaty związane z bagażem, stanowią 27% przychodów z usług dodatkowych. Sporą część generują też opłaty takie jak priorytetowe wejście na pokład, a także usługi pokładowe. – Patryk Bednarz, ekspert w zespole ds. transportu i logistyki PwC

CPK: start konsultacji z partnerami branżowymi

Spółka Centralny Port Komunikacyjny rozpoczęła proces uzgodnień strategicznych z partnerami branżowymi. Podczas inauguracyjnego spotkania, w którym wzięło udział ponad 60 przedstawicieli firm i instytucji zainteresowanych projektem, inwestor CPK przedstawił założenia koncepcji planowanego portu

Wśród uczestników Forum Interesariuszy CPK znalazły się m.in. Polskie Linie Lotnicze LOT, BARIP (Rada Przedstawicieli Linii Lotniczych w Polsce), Polska Agencja Żeglugi Powietrznej, Poczta Polska, Orlen, LOTOS, PERN, Straż Graniczna, LOT AMS, LS Airport Services, LS Technics, Welcome Airport Services, Krajowa Administracja Skarbowa, Polski Holding Hotelowy, Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad, FedEx, DHL, UPS i TNT Express. Wydarzenie rozpoczęło cykl spotkań z partnerami biznesowymi CPK. To pierwsze w Polsce tak szerokie forum uczestników lotniskowego procesu inwestycyjnego.

Spółka zaprezentowała wstępną definicję portu lotniczego Programu CPK (tzw. model systemowy lotniska). W zakresie tzw. infrastruktury airside został w nim uwzględniony m.in. zakładany układ równoległych dróg startowych (dwóch w ramach etapu pierwszego oraz dodawanych etapowo i w zależności od zapotrzebowania kolejnych: z czterema w układzie docelowym) oraz dróg kołowania i płyt postojowych. Wśród elementów infrastruktury landside znalazły się np. terminale: pasażerski, cargo i general aviation, stacja kolejowa zintegrowana z terminalem pasażerskim oraz parkingi i drogi wewnętrzne. Definicja portu lotniczego uwzględnia też m.in. infrastrukturę utrzymania technicznego, paliwową, odladzania samolotów, Lotniskowej Straży Pożarnej, utrzymania pojazdów, a także przyłącza: energetyczne, gazowe i kanalizacyjne.

W trakcie spotkania przedstawiciele Komponentu Lotniskowego CPK zapoznali partnerów branżowych z zakładanymi etapami inwestycji, przedstawili roboczy blokowy schemat realizacji projektu i założenia spółki CPK dotyczące formuły i zakresu współpracy. Do końca kwietnia zaproszone firmy mają czas na zgłoszenie swoich uwag i oczekiwań.

Centralny Port Komunikacyjny (CPK) "Solidarność"Definicja części lotniskowej inwestycji stanowi pierwszy krok w procesie planowania, a później projektowania CPK. Na wstępnym schemacie lotniska uwzględniliśmy dotychczas ponad 60 elementów infrastruktury, które wejdą w jego skład. Następnie model będzie jeszcze modyfikowany w zależności od potrzeb interesariuszy, które chcemy określić i doprecyzować – mówi Dariusz Sawicki, odpowiedzialny w zarządzie CPK za część lotniskową inwestycji.

Lotniska nie da się wybudować bez wsłuchiwania się w głos tych, którzy będą  z niego korzystać i świadczyć dla niego usługi. Właśnie rozpoczęliśmy konsultacje koncepcyjnych założeń CPK z naszymi partnerami branżowymi. Powstanie bezcenna baza wiedzy, która posłuży nam do przygotowania planu generalnego Portu Lotniczego Solidarność z uwzględnieniem ich potrzeb operacyjnych – mówi Mikołaj Wild, pełnomocnik rządu ds. CPK.

To pierwsze z serii spotkań z podmiotami, które będą zaangażowane w proces tworzenia Portu Lotniczego Solidarność, a docelowo będą jego użytkownikami lub dostawcami usług na jego potrzeby. W ciągu najbliższych tygodni spółka planuje kolejne spotkania tego typu. Każdy z podmiotów uczestniczących w Forum Interesariuszy będzie mógł zadeklarować swoje wymagania i potrzeby dotyczące infrastruktury planowanego lotniska.

Za budową tego lotniska przemawiają liczby i potrzeby rynkowe, dlatego cieszy mnie rozpoczęcie kolejnego etapu przygotowań do jego zaprojektowania i realizacji – mówi Rafał Milczarski, prezes LOT-u. – Zakładam, że CPK może stać się dla pasażerów najwygodniejszym lotniskiem w Europie. Przepustowość na poziomie 45 mln pasażerów rocznie z możliwością dalszej modułowej rozbudowy da LOT-owi możliwość stworzenia dla pasażerów optymalnej oferty przesiadkowej, co na dochodzącym do granic przepustowości Lotnisku Chopina staje się dziś coraz trudniejsze.  CPK ma realne szanse zostać głównym hubem dla Europy Środkowo-Wschodniej, obszaru z ogromnym potencjałem pasażerskim. Pod względem lotniczym geograficzne położenie Polski jest po prostu idealne, dlatego już najwyższy czas, żeby z tego w pełni skorzystać – podkreśla.

Prezes LS Airport Services Marcin Opaliński twierdzi: – Ten wyjątkowy projekt to nie tylko szansa na powstanie nowoczesnego lotniska z perspektywy pasażerów, ale również możliwość stworzenia nowej jakości środowiska pracy dla pracowników obsługi naziemnej, bez których trudno wyobrazić sobie funkcjonowanie jakiegokolwiek portu czy linii lotniczej. Dlatego tak bardzo cenne z naszej perspektywy największego pracodawcy w branży lotniczej w Polsce jest to, że możemy uczestniczyć w konsultacjach i pracach nad koncepcją powstania Portu Lotniczego Solidarność –  dodaje.

Jak podkreśla Paweł Przychodzeń, członek zarządu Poczty Polskiej ds. logistyki, rozwój infrastruktury jest niezbędny po to, by Polska zaczęła lepiej zarabiać na swoim położeniu, korzystając z rozwoju handlu transgranicznego. Do tego potrzebne są huby logistyczne, takie jak CPK: dobrze skomunikowane z infrastrukturą transportową: lotniczą, kolejową i drogową.

Poczta Polska obecnie przebudowuje swoją sieć logistyczną w związku z intensywnym rozwojem e-commerce krajowego i międzynarodowego. Chcemy dalej rozwijać się m.in. poprzez zwiększenie potencjału infrastrukturalnego, jaki da nam powstanie CPK. Nie ulega wątpliwości, że centralne lotnisko udrożni kanał dystrybucyjny. Inwestycja ta pozwoli na zwiększenie przepustowości obecnej infrastruktury, poprzez obsługę większej liczby połączeń lotniczych, w tym cargo, co w przypadku Poczty Polskiej wpłynie pozytywnie na rozwój obecnych, jak i nowych usług – mówi Paweł Przychodzeń z Poczty Polskiej.

Prezes DHL Express Poland Tomasz Buraś deklaruje: – DHL Express z chęcią podzieli się wiedzą i doświadczeniem z ekspertami Centralnego Portu Komunikacyjnego. Celem jest stworzenie bardzo istotnej dla polskiej logistyki strategii obsługi transportu ekspresowych przesyłek międzynarodowych typu cargo w planowanym porcie.

CPK to jeden z ważniejszych infrastrukturalnych projektów w Polsce w perspektywie najbliższych lat. Inwestycja przyczyni się do  rozwoju gospodarczego nie tylko z punktu widzenia transportu pasażerskiego, ale również jako hub importowo-eksportowy towarów – mówi Michał Róg, członek zarządu PKN ORLEN ds. handlu hurtowego i międzynarodowego. – Jesteśmy zainteresowani udziałem w tym przedsięwzięciu. Posiadamy doświadczenie w zarządzaniu strategiczną infrastrukturą paliwowo-naftową, wytwarzaniu paliwa lotniczego JET-A1 oraz świadczeniu paliwowych usług logistycznych i handlingowych w portach lotniczych. Ponadto w obrębie nowego portu możemy zagwarantować dostęp do nowoczesnych stacji paliw, punktów obsługi podróżnych czy stacji ładowania pojazdów elektrycznych – podkreśla.

Zebrane w ramach spotkań z partnerami branżowymi informacje posłużą do kolejnych etapów inwestycji, np. planowanej w tym roku weryfikacji założeń projektu CPK przez niezależnych specjalistów z obszarów projektowego i inżynieryjnego (tzw. Quick & Dirty Test). Efekty rozmów będą punktem wyjścia do zaplanowanego na ten rok zlecenia opracowania planu generalnego (masterplanu), który jest najważniejszym dokumentem z punktu widzenia przygotowania koncepcji i projektu portu lotniczego.

Masterplan to jeden z najważniejszych dokumentów przy planowaniu portów lotniczych, jeszcze bardziej rozbudowany i istotny przy planowaniu inwestycji typu „greenfield”. Przedstawia on prognozowany rozwój portu lotniczego, zwykle na przestrzeni ponad 20 lat. Zawiera szereg studiów wykonalności i  strategii, m.in.: prognozy ruchu lotniczego, zwymiarowanie planowanej infrastruktury i wstępny plan jej ulokowania, etapowanie budowy, plan organizacji przestrzeni powietrznej, strategię dojazdu do lotniska, strategię zrównoważonego rozwoju i wpływu na społeczności lokalne oraz szczegółowy model biznesowy planowanego lotniska – wylicza Dariusz Sawicki z zarządu CPK.

W  tym roku powinien zostać wskazany doradca strategiczno–techniczny, czyli międzynarodowy podmiot z doświadczeniem inwestycyjnym w zakresie projektowania, budowy i zarządzania portami przesiadkowymi. Zadaniem doradcy będzie współpraca ze spółką CPK i jej bieżące wsparcie merytoryczne. Tzw. Test Prywatnego Inwestora wykonany w tym roku przez jedną z wiodących firm konsultingowych wykazał, że stopa zwrotu z lotniskowej części tej inwestycji wynosi prawie 10 proc. TPI określa m.in. podstawowe parametry inwestycji i weryfikuje argumenty ekonomiczne przemawiające za jej budową. Wyniki wskazują na opłacalność budowy CPK z perspektywy potencjalnego inwestora prywatnego.

Rynki w zawieszeniu

Miniony tydzień możemy zaliczyć do tych spokojnych. Indeksy akcyjne zamknęły się na zbliżonych poziomach z otwarcia na początku tygodnia. Poza słowami prezydenta Donalda Trumpa o gotowości nałożenia kolejnych ceł, tym razem na Unią Europejską, rynki nie zachowywały się nerwowo. Posiedzenie EBC nie wniosło nic nowego, podkreślając wciąż aktualne ryzyka dla wzrostu. Protokół z marcowego posiedzenia FOMC również nie przedstawił żadnych nowych informacji, uzależniając dalszą politykę pieniężną od sytuacji w gospodarce. Dodatkowo, w poprzednim tygodniu zapadły decyzje w sprawie Brexitu. Termin wyjścia Wielkiej Brytanii z UE został przesunięty o sześć miesięcy do 31 października z opcją wcześniejszego opuszczenia Unii w przypadku zawarcia umowy Brexitowej.

Również na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie rynki nie obrały jednego, konkretnego kierunku. W skali całego tygodnia indeks szerokiego rynku WIG zyskał 0,35%, w tym największe spółki wzrosły o 0,66%, a indeksy mniejszych i średnich spółek sWIG80 i mWIG40 zakończyły tydzień z wynikami, odpowiednio, 0,04% oraz -0,61%. W piątek, tak jak było to oczekiwane, agencja S&P potwierdziła rating Polski na poziomie „A-„ z perspektywą stabilną.

W tym tygodniu czeka nas sporo danych z krajowej gospodarki. We wtorek poznamy finalną wartość inflacji bazowej, w środę opublikowane zostaną dane z rynku pracy, zatrudnienie oraz przeciętne wynagrodzenie, natomiast w czwartek zobaczymy odczyt produkcji przemysłowej, inflacji PPI oraz opublikowany zostanie protokół z ostatniego posiedzenia RPP. Na globalnych rynkach najważniejsze mogą okazać się środowe odczyty z Chin (produkcja przemysłowa, sprzedaż detaliczna oraz PKB), a także czwartkowe PMI z Europy oraz USA.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Polacy mają blisko 12 mld zł długów alimentacyjnych. Każdy z nich ma do spłaty średnio ok. 39 tys. zł

Polacy mają blisko 12 mld zł długów alimentacyjnych. Każdy z nich ma do spłaty średnio ok. 39 tys. zł 8

Alimentów nie płaci około 315 tys. rodziców. Łącznie mają oni do spłaty długi alimentacyjne o wartości ponad 12 mld zł – wynika z danych ERIF Biura Informacji Gospodarczej SA. Średnio każdy z nich zalega ze spłatą alimentów o wartości niemal 39 tys. zł. Zdecydowana większość dłużników alimentacyjnych to mężczyźni. Dzieci, które nie otrzymują alimentów od swoich rodziców, mogą otrzymać pieniądze z Funduszu Alimentacyjnego. Od 2019 roku próg uprawniający do pobierania świadczenia wzrósł do 800 zł. Dzięki temu świadczenie może otrzymać o 60 tys. dzieci więcej.

– Po zakończeniu 2018 roku mieliśmy w bazie informacje o prawie 315 tys. osób, które nie płacą alimentów. To osoby, za które obowiązek płacenia świadczeń przejął Fundusz Alimentacyjny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Aleksandra Wilczak-Grzesik, kierownik Działu Klienta Instytucjonalnego w ERIF Biurze Informacji Gospodarczej SA.

Stowarzyszenie „Alimenty to nie prezenty” wskazuje, że alimentów na dzieci nie płaci 84 proc. zobowiązanych do tego rodziców. Z danych ERIF BIG wynika, że obecnie jest niemal 315 tys. dłużników alimentacyjnych. Chociaż od końca 2017 roku do końca 2018 roku liczba ta nieznacznie się zmieniła, to aż o 1 mld zł wzrosła łączna wartość długów alimentacyjnych. W 2017 roku wynosiła ona prawie 11,4 mld zł. Z kolei na koniec 2018 roku rodzice zalegający ze spłatą alimentów mieli w sumie 420 tys. niespłaconych alimentów, których łączna wartość wyniosła ponad 12,2 mld zł. Na każdego niesolidnego rodzica przypada średnio niemal 39 tys. zł niespłaconych alimentów, czyli aż o 5 tys. więcej niż po zakończeniu 2017 roku. Nie brakuje jednak rekordzistów, którzy winni są swoim dzieciom nawet kilkaset tysięcy złotych. Największy dług alimentacyjny w wysokości niemal 1 mln zł ma 43-letni mężczyzna z województwa pomorskiego.

– Z roku na rok w bazie przybywa ponad 55–60 tys. dłużników rocznie. Nie są to już takie duże wzrosty, jak miały miejsce w roku 2015 i 2016 – ocenia Aleksandra Wilczak-Grzesik.

Na przyrost liczby dłużników w bazach biur informacji gospodarczej częściowo wpływa większa aktywność gmin, które od 2015 roku mają obowiązek przekazywać informacje o niesolidnych rodzicach do wszystkich BIG-ów działających w naszym kraju.

Należnych świadczeń nie otrzymuje nawet milion dzieci. Zdecydowana większość dłużników (95 proc.) to mężczyźni – w bazie ERIF BIG jest ich blisko 300 tys.

– Średnia wartość długu alimentacyjnego mężczyzny to jest prawie 30 tys. zł, a łączna wartość wszystkich długów alimentacyjnych mężczyzn to 11,8 mld zł – wskazuje Aleksandra Wilczak-Grzesik.

Choć statystyki są bezlitosne dla mężczyzn, to wśród dłużników alimentacyjnych nie brakuje też kobiet. Według danych ERIF BIG blisko 17,5 tys. matek nie płaci na swoje dzieci alimentów.

– Średnie saldo kobiety niepłacącej alimentów to 22,5 tys. zł, czyli znacznie mniej niż w przypadku mężczyzn, a łączna wartość długów alimentacyjnych kobiet to 460 mln zł – mówi ekspertka.

Jak wynika ze statystyk, często zaległości z tytułu alimentów to nie są jedyne niespłacane rachunki czy inne zobowiązania finansowe. Co drugi dłużnik alimentacyjny zalega też z opłatami na rzecz innych wierzycieli, jak np. operatorzy telekomunikacyjni i multimedialni, banki, firmy pożyczkowe czy sądy. Aż 16 tys. z nich ma też niezapłacone grzywny.

– Możemy stwierdzić, że jedną z przyczyn niepłacenia alimentów jest niska wypłacalność dłużników alimentacyjnych. Z naszych ostatnich danych po zakończeniu roku 2018 wynika, że dłużnicy alimentacyjni to najczęściej multidłużnicy – ocenia Wilczak-Grzesik.

Od 2019 roku weszły zmiany prawne, które mają ułatwić ściąganie pieniędzy od alimenciarzy. Organizatorzy prac publicznych mają w pierwszej kolejności zatrudniać dłużników alimentacyjnych, a urzędy pracy aktywizować bezrobotnych, zadłużonych rodziców, aby mogli płacić alimenty. Warto dodać, że od egzekucji komorniczej wolna pozostaje tylko połowa pensji. Dodatkowo pracodawca, który nie ujawnia informacji na temat dłużnika i nie przekazuje zajętego wynagrodzenia, może zapłacić 5 tys. zł grzywny.

Niepłacących rodziców z ich obowiązku alimentacyjnego w pewnym sensie wyręcza państwo. Fundusz Alimentacyjny wypłaca alimenty, jeśli uprawniony do ich pobierania nie jest w stanie wyegzekwować ich od drugiego rodzica. Grono osób, które mogą z niego skorzystać, jest bardzo okrojone. Wynika to z bardzo niskich progów dochodowych. Od tego roku limit wzrósł z 725 do 800 zł.

– Jest to bardzo istotne, ponieważ wpłynie w pewnym zakresie na to, że dostęp do tych świadczeń otrzyma większa liczba dzieci. Według rachunków Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej to jest około 60 tys. dzieci, które otrzymają te świadczenia w związku z podniesieniem progu dochodowego. Możemy się też spodziewać, że ta zmiana spowoduje zwiększenie liczby dłużników alimentacyjnych, którzy zostaną dopisani od 1 października 2019 roku do baz biur informacji gospodarczej – analizuje Aleksandra Wilczak-Grzesik.

PKP Cargo skupia się na międzynarodowej ekspansji. Inwestycja w słoweńskiego przewoźnika oraz partnerstwo z kolejami litewskimi i włoskimi umacnia jego pozycję w Europie

PKP Cargo skupia się na międzynarodowej ekspansji. Inwestycja w słoweńskiego przewoźnika oraz partnerstwo z kolejami litewskimi i włoskimi umacnia jego pozycję w Europie 9

Ekspansja międzynarodowa i transport intermodalny – to dwa główne kierunki rozwoju Grupy PKP Cargo na nadchodzące lata, zapisane w strategii do 2023 roku. Grupa będzie się rozwijać przede wszystkim w obszarze Trójmorza oraz w ramach Nowego Jedwabnego Szlaku. Stąd m.in. zwiększone inwestycje, które w ubiegłym roku wzrosły o 60 proc. – Jako grupa chcemy się stać operatorem logistycznym. Odchodzimy od tradycyjnego modelu przewoźnika kolejowego. Rozwój segmentu intermodalnego, akwizycje, rozwój organiczny są podyktowane potrzebami rynku i oczekiwaniami klientów, i my się do tych trendów dostosowujemy – mówi Czesław Warsewicz, prezes zarządu PKP Cargo SA.

– Chcemy, żeby naszą główną specjalizacją w najbliższych latach był transport intermodalny. Dlatego w tym kierunku będą zmierzać nasze akwizycje i inwestycje rozwojowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes  Czesław Warsewicz, prezes zarządu PKP Cargo SA.

Transport intermodalny to przewożenie towarów różnymi środkami transportu – np. drogą morską i koleją – ale w tej samej jednostce ładunkowej, najczęściej w kontenerze. W ramach transportu intermodalnego można przewozić szeroki wachlarz towarów – od tekstyliów, poprzez urządzenia elektroniczne, aż po elementy maszyn. Brak konieczności przeładunku oznacza oszczędność czasu i pieniędzy, a zamknięte w kontenerach towary są mniej narażone na uszkodzenia. To zalety, które przekładają się na rosnące zainteresowanie klientów.

– Przewozy intermodalne są kluczowe dla systemu rozwoju przewozów, bo integrują ze sobą różne środki transportu, pozwalają dostarczać ładunki od drzwi do drzwi. W intermodalu te ładunki trafiają z miejsca na miejsce w odpowiednim czasie, w dobrej cenie i widząc ten trend, potrzeby klientów w tym zakresie, my taką ofertę przygotowujemy. Stajemy się już nie tylko przewoźnikiem kolejowym, lecz także operatorem logistycznym – mówi Czesław Warsewicz – Zarządzamy całym procesem przesyłki towaru, czyli przewozem, przeładunkiem, magazynowaniem i dostarczaniem. To jest potrzeba rynku. Stąd nasze inwestycje, nasz rozwój w kierunku zwiększenia udziału przewozów intermodalnych w naszej strukturze.

W Polsce segment intermodalny szybko rośnie i jest kluczowy dla rozwoju całego rynku. W 2018 roku przewieziono w ten sposób 1259 tys. jednostek ładunkowych, co oznacza ponad 16-procentowy wzrost rok do roku. Natomiast w ostatnim kwartale ubiegłego roku wzrost wyniósł 22,5 proc. w stosunku do analogicznego okresu rok wcześniej.

Liderem segmentu intermodalnego – z 54-procentowym udziałem – jest PKP Cargo. W ubiegłym roku spółka przewiozła blisko 677 tys. jednostek (w porównaniu z 564 tys. w 2017) i liczy na dalszy wzrost. Sprzyja mu cały szereg czynników, m.in.: rosnące przeładunki w portach, wzrost przewozów Nowym Jedwabnym Szlakiem, unifikacja światowej produkcji – która wymusza standaryzację produktów i opakowań, aby można je było łatwo przewieźć w kontenerach – oraz fakt, że polski rynek stopniowo upodabnia się do zachodnich, gdzie intermodal stanowi nawet 70 proc. przewozów, podczas gdy w Polsce ten odsetek nie przekracza jeszcze kilkunastu procent.

– Segment przewozów intermodalnych wykazuje bardzo dużą dynamikę wzrostu. W ostatnich latach ten wzrost był dwucyfrowy. Z kolei na przestrzeni ostatnich pięciu lat wolumen przewozów intermodalnych się podwoił. To pokazuje potencjał tkwiący w tym segmencie przewozów – mówi Czesław Warsewicz, prezes zarządu PKP Cargo – W najbliższych latach ta tendencja rozwoju przewozów intermodalnych będzie utrzymana, bo w tym kierunku zmienia się rynek, takie są oczekiwania klienta. My do tego się dostosowujemy. W strategii przyjętej w ubiegłym roku postawiliśmy na główną specjalizację w przewozach intermodalnych i dzisiaj ten rynek pozytywnie weryfikuje nasze założenia. W pierwszych miesiącach tego roku te przewozy już wykazują dużą dynamikę.

PKP Cargo jest obecnie drugim, największym przewoźnikiem w Europie. Ubiegłoroczna strategia zakłada dalszą ekspansję międzynarodową grupy. Temu celowi służy m.in. niedawna inwestycja w słoweńską spółkę Primol-Rail, która umacnia obecność PKP Cargo w regionie Trójmorza.

– Przewozy międzynarodowe to istotny element rozwoju grupy, bo jesteśmy podmiotem europejskim, globalnym. Bez rozwoju międzynarodowego trudno wyobrazić sobie rozwój PKP Cargo. W naszym przypadku ruch międzynarodowy to przede wszystkim przewozy intermodalne, kontenerowe, ponieważ wymiana handlowa między krajami generalnie jest oparta na wymianie kontenerowej. Na tym polu widzimy dla siebie miejsce, swoją rolę do odegrania – mówi Czesław Warsewicz.

Dla realizacji międzynarodowej ekspansji spółka zawarła też partnerstwa m.in. z Kolejami Litewskimi oraz włoską spółką Mercitalia Rail i ciągle inwestuje – w zeszłym roku nakłady inwestycyjne PKP Cargo sięgnęły 894 mln zł i były o prawie 60 proc. wyższe w ujęciu rocznym. Gros środków (ok. 89 proc. nakładów) został przeznaczony na rozwój taboru – spółka podpisała niedawno z Siemensem umowę na zakup 5 nowoczesnych lokomotyw wielosystemowych, 936 platform intermodalnych (umowa z Tatravagónką) i planuje dokupić jeszcze kolejnych 220 platform.

– Upatrujemy rozwoju w dwóch aspektach: we wzroście organicznym i wykorzystaniu naszego naturalnego potencjału, ale – zwłaszcza jeśli chodzi o rozwój międzynarodowy – chcemy rosnąć też poprzez akwizycje, zwieszające naszą konkurencyjność. Chcemy przejmować, tworzyć dużą i silną grupę, która będzie liderem w obszarze Trójmorza i europejskiej części Nowego Jedwabnego Szlaku – podkreśla Czesław Warsewicz.

Rozwój międzynarodowy w obszarze Trójmorza oraz w ramach Nowego Jedwabnego Szlaku jest jednym z kierunków zapisanych w strategii PKP Cargo na lata 2019–2023. Polska – ze względu na swoje strategiczne położenie – ma się w przyszłości stać regionalnym hubem na trasie NJS, co oznacza ogromną szansę dla rynku przewozów towarowych.

– Polska jest głównym krajem na Nowym Jedwabnym Szlaku. Potwierdzeniem tego jest m.in. podpisany w tym tygodniu list intencyjny z Duisburgiem, największym portem rzecznym, który jest takim hubem końcowym na trasie NJS. W tej relacji Polska i PKP Cargo, jako główny podmiot, stanowią kluczowy element – mówi Czesław Warsewicz.

PKP Cargo jest w trakcie rozbudowy Terminalu Małaszewicze, który ze względu na położenie jest strategiczny dla międzynarodowego rozwoju grupy. Szczególnie w kontekście przewozów na Nowym Jedwabnym Szlaku. Małaszewicze, położone ok. 5 km od przejścia granicznego w Terespolu na granicy z Białorusią, to najważniejszy terminal kolejowy na NJS w Europie. PKP Cargo już w tej chwili odnotowuje wzrost liczby przejeżdżających przez niego pociągów z Chin. W 2018 roku było ich 2,2 tys. – w porównaniu z 17 w 2011 roku.

– Większość ładunków, które płyną z Chin, przepływa przede wszystkim przez Polskę. Stanowimy kluczowy element Nowego Jedwabnego szlaku i chcemy tę pozycję umacniać. Chcemy, żeby uprzywilejowaną pozycję dawało nam nie tylko położenie, lecz także nasza oferta: czas dotarcia, konkurencyjny koszt – mówi Czesław Warsewicz.

Transporty do i z Chin stanowią dziś ok. 18 proc. wszystkich kolejowych przewozów intermodalnych w Polsce. Choć większość ładunków z Chin nadal trafia do Unii Europejskiej drogą morską, proporcje powoli zmieniają się na korzyść kolei. Drogą lądową trafia około 24 proc. wszystkich kontenerów przewożonych do i z Chin (dla porównania w 2016 roku odsetek ten wynosił 16 proc).

Co istotne, przewozy Nowym Jedwabnym Szlakiem ciągle rosną, władze chińskie podają, że w 2017 roku przez szlak przewieziono koleją 350 tys. TEU, a w ubiegłym roku już 450 tys. Natomiast za około 10 lat pociągi mają przewieźć 1 mln TEU. Dobrą informacją jest też ekspansja gospodarcza Chin, które według WTO umacniają się na pozycji globalnego lidera pod względem wartości eksportu.

Dla PKP Cargo drugim, ważnym kierunkiem ekspansji zagranicznej jest też transport Północ–Południe, w regionie Trójmorza. Do 2023 roku spółka chce awansować na pozycję lidera na tym rynku. Co istotne, przewozy kolejowe w regionie Trójmorza będą również wpisywały się w koncepcję NJS – większość transportu na tym szlaku wciąż będzie odbywać się drogą morską, a z portów towary będą trafiać na platformy. Stąd istotny jest również rozwój transportu intermodalnego, w który inwestuje grupa.

– Mówiąc o planach na ten rok i na najbliższy czas, zwracamy uwagę na te segmenty, które rosną najbardziej dynamicznie. Ale poza tym oczywiście skupiamy się też na naszych tradycyjnych produktach, czyli przewozy towarów masowych. W tej chwili pik przewozowy kruszyw i materiałów budowlanych jest spowodowany realizacją inwestycji drogowych i kolejowych. To stwarza ogromny potencjał, w najbliższych 3–4 latach ten boom będzie ogromny i musimy mu sprostać – mówi Czesław Warsewicz, prezes zarządu PKP Cargo.

Jak podkreśla, wzrost gospodarczy i inwestycje infrastrukturalne sprzyjają rynkowi przewozów. W 2018 roku koleją przewieziono ok. 250 mln ton towarów – w porównaniu z niecałymi 240 mln ton rok wcześniej. W ciągu kilku nadchodzących lat PKP Cargo spodziewa się wzrostu masy przewożonych towarów, zwłaszcza w segmencie kruszyw i materiałów budowlanych, ale prognozuje też nieznaczny wzrost w segmencie węgla (m.in. ze względu na inwestycje w moce wytwórcze w elektrowniach Ostrołęce i w Opolu). Na polskim rynku PKP Cargo jest niekwestionowanym liderem kolejowych przewozów towarowych, z 43,5-procentowym udziałem w rynku (dla porównania udział drugiej największej w Polsce firmy DB Cargo Polska wynosi 16,41 proc.). Strategia grupy zakłada, że do 2023 roku ten udział wzrośnie już do 65 proc.

– Jako grupa chcemy się stać operatorem logistycznym. Odchodzimy od tradycyjnego modelu przewoźnika kolejowego. Ten rozwój segmentu intermodalnego, akwizycje, rozwój organiczny są podyktowane potrzebami rynku i oczekiwaniami klientów i my się do tych trendów dostosowujemy – podsumowuje Czesław Warsewicz, prezes zarządu PKP Cargo.

Zgubny wpływ małej wódki. Połowa pijących sięga po „małpkę” przed południem

„Małpki”, czyli wódki w butelkach o małych pojemnościach – 100 i 200 ml – są na rynku alkoholi oddzielną kategorią, mającą własne miejsce na półce, odrębną estetykę oraz ofertę smaków. Jak wynika z raportu pracowni badawczej Synergion, mała wódka to produkt bardzo atrakcyjny dla pijących – umożliwia picie w poczuciu bezpieczeństwa, w sytuacjach, w których wcześniej było to niemożliwe lub zbyt krepujące.

Dla konsumentów mogą się wydawać pozornie nieatrakcyjną propozycją: są droższe w przeliczeniu na litr, zazwyczaj zawierają mniej alkoholu i starczają na 2–3 łyki. Mimo to ich sprzedaż szybko rośnie, a „małpki” tworzą osobny, silny segment alkoholowego rynku. W 65 proc. małych sklepów zajmują więcej niż jedną półkę, a często trafiają nawet do specjalnych lodówek czy na dodatkowe stojaczki – wynika z najnowszego raportu pracowni badawczej Synergion, „Dokąd płynie mała wódka?”.

– „Małpki” bardzo dobrze pasują do tego, w jaki sposób Polacy chcą pić alkohol: bezpiecznie dla siebie, nie za dużo na raz, w chwilach krótkiego relaksu. Sytuacje takie często nadarzają się poza domem, w drodze do lub z pracy, w trakcie przerwy, na spacerze z psem. Dodatkowo to alkohol smaczny, w niewielkiej porcji, przez co wypicie jednej czy dwóch butelek nie powoduje upojenia, nie zakłóca funkcjonowania, może być wplecione pomiędzy różne zajęcia i zadania – mówi Michał Kociankowski, dyrektor generalny Synergion, autor raportu.

– „Małpki” pojawiły się jako coś nowego, kolorowego, wygodnego i taniego. Małe opakowania stwarzają złudzenie, że po ich spożyciu nic złego się nie stanie – nikt nie zauważy, nikt nie poczuje zapachu wódki. To jest pokusa dla osób, które w małej porcji alkoholu znajdują coś wartościowego dla siebie. Po wypiciu czują się spokojniej i pewniej. To jest chyba główny motyw sięgania po „małpki” – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Adam Kłodecki, psycholog kliniczny i psychoterapeuta uzależnień, superwizor psychoterapii.

Ponad 90 proc. sprzedawców zauważa, że klienci, którzy kupują „małpki”, w większości dobrze wiedzą, po jaki produkt przyszli. W 3/4 przypadków odbywa się to na zasadzie: „Poproszę to, co zwykle”. W większości przypadków zakupom małej wódki nie towarzyszą inne zakupy, a zatem jest ona jedynym powodem odwiedzenia sklepu.

– Wśród kupujących jest więcej mężczyzn, choć coraz częściej to produkt nabywany przez kobiety w różnym wieku. Po „małpki” sięgają zarówno ludzie młodzi, jak i emeryci. To świadczy o sukcesie tego produktu i o tym, że jest on dobrze dopasowany do potrzeb konsumentów. Można powiedzieć, że dokładnie trafił w potrzeby różnych grup – mówi Michał Kociankowski.

Wypicie małej ilości alkoholu, z dyskretnej butelki, niemal wszędzie pozostaje niezauważone. Dlatego dla wielu konsumentów małych wódek sama już możliwość używania ich w nowych sytuacjach jest atrakcyjna. Łatwo wnoszą małe butelki do kina, na stadiony, niektórzy nawet do teatru, a wielu również do pracy.

– Głównym motywem sięgania po „małpki” jest możliwość konsumowania alkoholu w wielu sytuacjach, gdzie jest to zabronione i możliwość ukrycia tej konsumpcji. Można je wnieść do klubu, do kina, na stadion, na koncert. Taka możliwość działania wbrew zasadom, bez konsekwencji, to jest coś, co przyciąga konsumentów do tego produktu – mówi, szef pracowni badawczej Synergion.

Jak podkreśla dr Adam Kłodecki, alkohol w małych butelkach jest złudnie postrzegany jako bezpieczny ze względu na jego niewielką ilość.

– Tymczasem wypijanie łatwo dostępnych, tanich „małpek” może prowadzić do trwałego uzależnienia. Niektórzy moi pacjenci sięgali po „małpki” jako wygodne lekarstwo na kaca i przez to utrwalali w sobie mechanizm uzależnienia. „Małpki” ze względu na niewielką porcję alkoholu stwarzały iluzję bezpieczeństwa i kontroli nad piciem – mówi dr Adam Kłodecki.

Volvo stawia na hybrydy i najwyższe technologie. Nowy model S60 wyposażono w system umożliwiający komunikację między samochodami

Volvo stawia na hybrydy i najwyższe technologie. Nowy model S60 wyposażono w system umożliwiający komunikację między samochodami 10

Na polski rynek wchodzi właśnie nowe Volvo S60 – średniej wielkości sedan i najbardziej sportowy model w ofercie tej marki. To pierwszy samochód produkowany w nowej fabryce Volvo w Południowej Karolinie – i jednocześnie pierwszy, który będzie oferowany bez wersji z dieslem. Tym samym marka potwierdza swoją wcześniejszą strategię przechodzenia na napędy hybrydowe, a w dalszej perspektywie – na samochody elektryczne. Nowe Volvo jest też naszpikowane nowymi technologiami – nowością jest system Car2Car Communication, który umożliwia komunikację pomiędzy samochodami i w przyszłym roku zostanie rozszerzony na wszystkie pozostałe modele Volvo.

– Volvo S60 to najbardziej sportowy model w ofercie marki i jednocześnie ostatni, który całkowicie odświeża gamę modelową, która od 2015 roku została całkowicie wymieniona. To także pierwsze Volvo, które będzie miało naklejkę „made in USA” i pochodzi z nowej fabryki zlokalizowanej w Karolinie Południowej. Jednocześnie jest to pierwszy model od kilkudziesięciu lat, który absolutnie celowo nie będzie miał silnika diesla. Będzie za to wyposażony w mocne silniki czterocylindrowe, silniki benzynowe, które będą także wspomagane silnikiem elektrycznym w topowej wersji hybrydowej – wylicza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Stanisław Dojs, PR manager Volvo Car Poland.

Nowe Volvo S60 to sportowy sedan, którego premiera miała miejsce równolegle z otwarciem nowej fabryki koncernu w Ridgeville w Południowej Karolinie. Jest pierwszym samochodem produkowanym w USA, który ma też umocnić pozycję marki na rynku chińskim i amerykańskim. Na tym ostatnim Volvo S60 pojawiło się już w ubiegłym roku. Natomiast w marcu br. marka rozpoczęła eksport nowego modelu na rynki Europy.

– Volvo S60 jest naszym najmniejszym sedanem o najbardziej sportowym charakterze. Jest to ważny dla nas segment w Ameryce Północnej, w Azji, ale także w Europie i w Polsce, szczególnie wśród klientów biznesowych, dużych flot, więc tutaj liczymy na pokaźną sprzedaż. Zresztą historycznie pierwsza i druga edycja tego samochodu sprzedawała się bardzo dobrze. Konkurujemy z takimi samochodami niemieckich marek jak Audi A4, BMW serii 3, czy Mercedes C klasy – mówi Mariusz Nycz, dyrektor ds. marketingu Volvo Car Poland.

– Pierwsze egzemplarze S60 docierają właśnie do salonów w Polsce, zaczynamy realną sprzedaż tego samochodu. On trafia do bardzo wymagającego segmentu, jakim jest segment sedanów premium. Dlatego przygotowaliśmy ofertę, dzięki której ten samochód ma wejść na rynek z przytupem. W ramach początkowej serii, tzw. First Edition – której sprzedaż jest ograniczona tylko do tego roku – nowe Volvo S60 dostanie bardzo bogate wyposażenie dodatkowe, warte około 40–50 tys. zł. W cenie bazowej 165 tys. oferujemy silnik 190-konny, a także całą serię dodatków, jak skórzana tapicerka, automatyczna skrzynia biegów, czujniki cofania, nawigacja, elektryka lusterek i siedzeń i jeszcze mnóstwo, mnóstwo innych systemów – mówi Stanisław Dojs.

Pod koniec marca, podczas salonu samochodowego Geneva International Motor Show, model Volvo S60 został już zakwalifikowany do nagrody głównej World Car of the Year 2019. Poprzednio Samochodem Roku 2018 został luksusowy SUV XC60.

Volvo S60 został zaprojektowany tak, aby zapewnić kierowcy maksymalną wygodę, komfort jazdy i intuicyjne prowadzenie. Wygodnie pomieści pięciu pasażerów, oferuje też bagażnik o objętości 442 litrów, wygodne i luksusowe wnętrze oraz zaawansowane opcje connectivity i systemy zapewniające wsparcie i ochronę kierowcy.

– Pierwszą, która trafi na polski rynek, będzie seria R Design, która ma większe koła i mnóstwo stylistycznych smaczków, które wyraźnie pokazują, że jest to samochód usportowiony. W środku wszystkie przyciski zostały zastąpione centralnym ekranem dotykowym. Dostęp do setek funkcji zapewnia więc czytelny i estetyczny ekran, a nowe Volvo S60 to taka skandynawska wersja luksusu – „ładnie, ale nie za dużo” – mówi Stanisław Dojs, PR manager Volvo Car Poland.

Jak podkreśla, nowe Volvo jest naszpikowane najnowszymi technologiami. Sterowanie funkcjami pojazdu odbywa się za pomocą ekranu dotykowego i systemu Sensus, który jest kompatybilny z Apple CarPlay, Android Auto i 4G. Aplikacje można wgrywać bezpośrednio do pokładowego systemu pojazdu. Do modelu S60 zostały też przeniesione zaawansowane rozwiązania technologiczne z większego modelu S90.

– Volvo S60 odziedziczy wraz z platformą podłogową SPA wszystkie najnowocześniejsze technologie bezpieczeństwa, które znamy z większych i droższych modeli. Będzie to m.in. system City Safety, który reaguje na rozmaite scenariusze drogowe i wykrywa inne pojazdy, rowerzystów, pieszych, nawet duże zwierzęta. Dołączamy też system zapobiegający temu, żeby samochód zjechał na przeciwny pas i minimalizujący do zera zderzenia czołowe. Dodatkowo w Volvo S60 pojawi się Car2Car Communication, czyli system umożliwiający komunikację pomiędzy samochodami. On zostanie rozszerzony również na pozostałe modele tak, żeby samochody bez naszej ingerencji ostrzegały się np. o śliskiej nawierzchni – mówi Stanisław Dojs.

– Car2Car Communication w przyszłym roku wdrożymy w standardzie zarówno w tym samochodzie, jak i we wszystkich nowych samochodach Volvo – dodaje Mariusz Nycz, dyrektor ds. marketingu Volvo Car Poland.

Nowe S60 będzie pierwszym modelem Volvo, które od samego początku będzie oferowane bez wersji z dieslem. Tym samym marka potwierdza swoją wcześniejszą strategię przechodzenia na napędy hybrydowe, a w dalszej przyszłości – na pojazdy elektryczne. Od przyszłego roku wszystkie modele Volvo będą wyposażone jakiś element napędu hybrydowego.

– Volvo kilka lat temu ogłosiło światu, że rezygnuje z silników 6- i 8-cylindrowych. To było szokujące, bo w segmencie premium takie silniki mają bardzo mocną pozycję. Wtedy uważano, że jest to szaleństwo i Volvo może na tym stracić. Teraz, kiedy okazuje się, że w 2021 roku będziemy mieli ostre normy dotyczące emisji dwutlenku węgla, nasi konkurenci nerwowo starają się zmodyfikować całą swoją gamę modelową w taki sposób, jak Volvo zrobiło to już kilka lat temu. Zatem czekają nas na pewno trochę mniejsze silniki, 1,5 czy 2-litrowe czy 1,5-litrowe. Volvo konsekwentnie uzupełnia też swoją gamę modelami hybrydowymi. Mamy hybrydy typu plug-in, ładowane z gniazdka, ale od tego roku mamy również delikatne hybrydy z silnikiem elektrycznym, delikatnie wspomaganym przez silnik spalinowy – mówi Stanisław Dojs.

Jak podkreśla, kierunek zmian w motoryzacji wyznaczają oczekiwania klientów, a na rynku wyraźnie widać spadek zainteresowania silnikami diesla.

– One nadal trzymają się mocno, nadal są ważną częścią naszej oferty, ale klienci coraz chętniej wybierają silniki benzynowe. To jest trend numer jeden. Drugim trendem jest to, że klienci oczekują, aby w samochodzie było coraz więcej elektroniki, np. takiej, która pozwala bezproblemowo zintegrować system pokładowy z systemem operacyjnym naszego smartfona. Zatem zarówno systemy apple’owskie czy androidowe są tym, na co samochody muszą być przygotowane – mówi Stanisław Dojs.

Z bankowych korytarzy do muzealnych sal. Kolekcja sztuki współczesnej PKO Banku Polskiego trafiła na wystawę w Muzeum Narodowym

Z bankowych korytarzy do muzealnych sal. Kolekcja sztuki współczesnej PKO Banku Polskiego trafiła na wystawę w Muzeum Narodowym 11

Ponad 30 prac ze zbioru dzieł polskiej sztuki współczesnej zgromadzonych przez PKO Bank Polski trafiło na wystawę w Muzeum Narodowym w Warszawie. Wśród nich znajdują się obrazy i rzeźby artystów takich jak Stefan Gierowski, Krzysztof Bednarski, Tomasz Ciecierski, Edward Dwurnik, Marek Chlanda, Zofia Kulik czy Zbigniew Makowski. Wystawa jest elementem wieloletniej współpracy Muzeum Narodowego z PKO Bankiem Polskim, który jest jednym z największych w Polsce mecenasów kultury i sztuki.

PKO Bank Polski kojarzony jest głównie z nowoczesną instytucją finansową i największym bankiem w kraju. Słusznie, ale jesteśmy również zaangażowanym mecenasem sztuki. Wspieramy młodych artystów oraz wiele instytucji i wydarzeń kulturalnych w całej Polsce. W tym roku, z okazji obchodów 100-lecia PKO Banku Polskiego, postanowiliśmy – po raz pierwszy – zaprezentować szerokiej publiczności naszą kolekcję sztuki – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Rafał Antczak, wiceprezes zarządu PKO Banku Polskiego. – Wystawa odbywa się w Muzeum Narodowym, z którym od lat współpracujemy, m.in. uczestniczyliśmy w rekonstrukcji obrazu „Bitwa pod Grunwaldem” Jana Matejki, jesteśmy mecenasem Galerii Sztuki Średniowiecznej i wspieramy wiele odbywających się tu wystaw.

Kolekcja sztuki PKO Banku Polskiego powstała w 1998 roku. Jej tworzeniem zajęła się Anda Rottenberg. Zbiór tworzą obrazy, fotografie, rysunki, grafiki i rzeźby ponad 30 polskich twórców.

Bankowa kolekcja liczy ponad 70 prac autorstwa ponad 30 artystów, którzy reprezentują trzy pokolenia polskiej sztuki powojennej. Począwszy od nestorów, takich jak Jan Tarasin i Jacek Sempoliński, poprzez Tomasza Ciecierskiego, Tomka Tatarczyka, aż po artystów tzw. Gruppy i skończywszy na Robercie Maciejuku, przedstawicielu najmłodszego pokolenia. Mamy rysunki, obrazy i rzeźby. Wśród nich jest „Drzewo wiadomości dobrego i złego” Magdaleny Abakanowicz wykonane na specjalne zamówienie – mówi Lidia Stefanowska, dyrektor zbiorów PKO Banku Polskiego.

Wystawa „Sztuka to wartość. Z kolekcji PKO Banku Polskiego” w warszawskim Muzeum Narodowym została zorganizowana z okazji 100-lecia powstania PKO Banku Polskiego. To idealna okazja, by pokazać i opowiedzieć o powstaniu jednej z pierwszych w Polsce komercyjnych kolekcji sztuki. Opracowanie jej koncepcji powierzono Andzie Rottenberg, krytykowi i historykowi sztuki.

– Kiedy dostałam tę propozycję, byłam zbudowana inicjatywą. Komercyjne kolekcje powstawały za granicą, ale w Polsce takich nie było. Uznałam więc, że powinna podkreślać polską tradycję malarstwa powojennego, która będzie widoczna w pracach artystów kolejnych pokoleń – opowiadała Anda Rottenberg.

Anda Rottenberg zwróciła się do przedstawicieli trzech pokoleń polskich artystów, najpierw do nestorów – Jana Tarasina, Stefana Gierowskiego i Zbigniewa Makowskiego, a także rzeźbiarki Magdaleny Abakanowicz. Kolejne pokolenie reprezentowali m.in. Tomasz Ciecierski i Łukasz Korolkiewicz. Wśród przedstawicieli wówczas młodego pokolenia byli Ryszard Grzyb i Jarosław Modzelewski. W efekcie udało się uchwycić osiągnięcia polskiej sztuki z końca XX wieku i pokazać je przekrojowo. W zbiorach znajdują się nie tylko obrazy, lecz także rysunki czy rzeźby.

Stałą kolekcję banku sztuki współczesnej wzbogacają także prace młodych twórców. Bank współpracuje z uczelniami artystycznymi w kraju i organizuje dla nich plenery oraz wystawy prac studentów.

Wystawę w Muzeum Narodowym w Warszawie można będzie oglądać do 30 czerwca br. Pierwszy raz można zobaczyć ten ciekawy zbiór prac wybitnych polskich artystów współczesnych. Na co dzień dzieła znajdują się w banku. Jest to więc jedyna taka okazja – mówi kurator wystawy Katarzyna Szydłowska-Schiller.

Wystawa „Sztuka to wartość” została podzielona na trzy odrębne części, według chronologii wyznaczanej przez daty uzyskania dyplomów przez prezentowanych na niej artystów. Ekspozycji będą towarzyszyć oprowadzania kuratorskie, warsztaty, pokazy filmowe. Muzeum zaplanowało również spotkania z artystami, których prace można oglądać na wystawie.