Powstaje największy magazyn do obsługi logistycznej Warszawy

ROHLIG SUUS Logistics rozpoczyna budowę największego na rynku operatorów logistycznych obiektu magazynowo-przeładunkowego do obsługi logistycznej stolicy i regionu Mazowsza. Nowy obiekt stanie w Sokołowie na terenie Panattoni Park Warsaw South Janki i zajmie ponad 48,5 tys. m kw.

Warszawski oddział firmy ROHLIG SUUS Logistics rozpoczął swoją działalność w Sokołowie w 2013 r. Mieścił się on wówczas w Prologis Park Janki i obejmował powierzchnię niemal 26 tys. m kw. W ciągu 5 lat intensywnego rozwoju warszawski oddział spółki powiększył swoją powierzchnie o kolejne 15 tys. m kw., zlokalizowane w pobliskim Panattoni Park Janki I oraz Panattoni Park Janki II. W związku z rozwojem działalności ROHLIG SUUS Logistics w 2019 r. podjął decyzję o rozbudowie dotychczasowej powierzchni oddziału. Po konsolidacji dwóch z trzech budynków do nowoczesnego Centrum Logistycznego, całość powierzchni warszawskiego oddziału Rohlig Suus Logistics będzie wynosiła 58 tys. m kw. i powstanie
w ramach Panattoni Park Warsaw South Janki.

– Popyt na usługi logistyczne w rejonie Warszawy stale rośnie. Dzięki dobrej lokalizacji i połączeniu z Warszawą, Sokołów k. Janek stał się ważnym zapleczem logistycznym stolicy. Stąd nasza decyzja o powiększeniu powierzchni magazynowej i terminalowej w tym miejscu. Nowoczesny terminal przeładunkowy pozwoli dwukrotnie zwiększyć obsługiwany wolumen przesyłek drobnicowych krajowych i międzynarodowych. Nowy multikliencki magazyn logistyczny, tworzony w oparciu o nasze autorskie rozwiązania, będzie służył obecnym i przyszłym klientom, ze szczególnym uwzględnieniem branży AGD, FMCG i elektronicznej – mówi Krzysztof Gąsiewski, Dyrektor Oddziału Warszawa w ROHLIG SUUS Logistics.

Nowy obiekt w ramach Panattoni Park Warsaw South Janki  zastąpi dwa dotychczasowe, w tym główny obiekt zlokalizowany w Prologis Park Janki. Będzie składał się z wydzielonego terminala przeładunkowego typu cross-dock o powierzchni 10 tys. m kw. oraz z 36 tys. m kw. ponadstandardowej wysokości powierzchni magazynowej. Całość biur zostanie rozlokowana na powierzchni 2,5 tys. m kw.

Magazyn logistyczny zostanie wyposażony w system składowania typu VNA (Verry Narrow Aisle) oraz standardowy system składowania z użyciem wózków bocznych. Wszystko to w podwyższonej wysokości, która ma zwiększyć wykorzystanie powierzchni magazynowej. Część magazynu zostanie zagospodarowana również przez układ lokalizacji do składowania blokowego towarów objętościowych (AGD). Pojemność magazynu logistycznego przekroczy liczbę 55 tys. miejsc paletowych EUR oraz 25 tys. m sześc. towarów objętościowych AGD.

Unikalny układ Centrum Logistycznego, obejmującego pod jednym dachem zarówno terminal przeładunkowy, jak i magazyn wysokiego składowania, pozwoli na ograniczenie liczby operacji handlingowych, co przełoży się na efektywność pracy, bezpieczeństwo przesyłek i skrócenie czasu realizacji zleceń. Za realizację projektu odpowiedzialny jest deweloper powierzchni magazynowych PANATTONI EUROPE.

Marek Dobrzycki, Managing Director, Panattoni Europe
Marek Dobrzycki, Managing Director, Panattoni Europe

Historia ROHLIG SUUS Logistics w regionie Warszawy to niezwykle dynamiczny rozwój tego operatora, którego niezmiennie wspieramy od lat, dostarczając możliwie najlepsze rozwiązania, w najciekawszych lokalizacjach – w obiektach Panattoni firma wynajęła łącznie ok. 100 tys. m kw. – komentuje Marek Dobrzycki, Managing Director, Panattoni Europe. – Cieszę się, że naszemu stałemu klientowi mogliśmy zaproponować kolejną, gwarantującą sukces inwestycję Panattoni Park Warsaw South Janki.

Centrum dystrybucyjne o charakterze multi-tenant i planowanej powierzchni ponad 70,5 tys. m kw., zlokalizowane jest tuż przy węźle łączącym S8 z DK7 i nieopodal S2, wchodzącej w skład Południowej Obwodnicy Warszawy. Lokalizacja jest jednym najważniejszych punktów transportowych, a Panattoni Park Warsaw South Janki już w IV kwartale 2019 zostanie w oddane w całości i będzie mogło przyczynić się do kolejnych sukcesów firmy – dodaje.

Co to jest upadłość konsumencka i jak ją ogłosić?

W ubiegłym roku upadłość konsumencką ogłosiło ponad 6,5 tys. osób, czyli o 18,7 proc. więcej niż w 2017 r., a suma ich niespłaconych zobowiązań wyniosła łącznie ponad 732 mln zł[1]. Od początku roku tylko do końca marca br. w Polsce przybyło prawie 2 tys. „bankrutów”[2]. Najczęściej z tego rozwiązania korzystają mieszkańcy Mazowsza, Śląska i Małopolski. Co czwarta osoba ogłaszająca upadłość ma między 36 a 45 lat[3]. Panuje mit, że upadłość konsumencka jest dla tych, którzy lekką ręką wydają pieniądze, żyją ponad stan, popadają w długi, a potem nie radzą sobie z ich spłatą. W rzeczywistości może być to ostatnia deska ratunku dla dłużników, którzy np. z powodu trudnej sytuacji życiowej nie są w stanie spłacać zaciągniętych zobowiązań i wisi nad nimi groźba utraty dorobku życia. Warto zatem wiedzieć, co tak naprawdę oznacza ogłoszenie upadłości konsumenckiej i czy rzeczywiście uwalnia ona od długów. 

Co to jest upadłość konsumencka?

Upadłość konsumencka, czyli ogłoszenie niewypłacalności przez „Kowalskiego” nie jest rozwiązaniem przeznaczonym dla osób, które w beztroski sposób podchodzą do kwestii finansów. Z tej opcji może skorzystać tylko ten dłużnik, który nieświadomie doprowadził do sytuacji, w której się znalazł, czyli jest ona wynikiem zdarzeń losowych, takich, jak np. choroba czy wypadek, które uniemożliwiły pracę przez dłuższy czas pracę, co następnie skutkowało brakiem pieniędzy na spłatę zaciągniętych zobowiązań. – Sąd nie przystanie na upadłość konsumencką, jeżeli dłużnik jest odpowiedzialny za ciężką sytuację finansową, w której się znalazł, np. zaciągnął kredyt czy pożyczkę w sytuacji, gdy miał pewność, że nie będzie mógł ich spłacić. Chodzi tu o wszelkie przypadki, które związane są umyślnym zwiększeniem swojej niewypłacalności lub też tzw. rażące niedbalstwo, czyli niefrasobliwość w podejściu do realizowania spłaty zaciągniętego zobowiązania. Ogłosić upadłość mogą natomiast te osoby, które popadły w spiralę długów nie ze swojej winy. Dla nich często jest to jedyny sposób, by zacząć normalnie funkcjonować bez obciążeń finansowych i ciągłego strachu, że wierzyciele zajmą ich majątek życia – wyjaśnia Dominik Mystkowski, ekspert Intrum.

Jak ogłosić upadłość?

Zgodnie z przepisami, upadłość konsumencką mogą ogłosić osoby, które nie prowadzą działalności gospodarczej. Sam proces ogłoszenia „bankructwa” składa się z kilku etapów. Są to kolejno: przygotowanie wniosku o upadłość, właściwe postępowanie upadłościowe oraz wykonanie planu spłaty wierzycieli. Jednak przebieg tych procesów w rzeczywistości zależy w dużej mierze od indywidualnej sytuacji dłużnika. Warto jednak wiedzieć, jak przebiega każdy z nich:

Etap 1: przygotowanie wniosku

Wniosek o upadłość złożymy w wydziale gospodarczym sądu rejonowego, właściwym dla naszego miejsca zamieszkania. Oczywiście, we wniosku musimy uzasadnić, dlaczego znaleźliśmy się w trudnej sytuacji finansowej, która uniemożliwiła nam spałę zobowiązań. Zadbajmy o to, aby do formularza dołączyć wszelkie zaświadczenia, które potwierdzą to, że nie mogliśmy dokonywać regularnych spłat, np. zaświadczenie o pobycie w szpitalu i przebytej chorobie. W formularzu trzeba także przedstawić spis naszych długów wraz z listą wierzycieli. – Do dokumentów obowiązkowo dołącza się również spis posiadanego majątku. Co ważne, nie zaliczają się do niego wszystkie nasze dobra, a jedynie te, które mają realną wartość rynkową i mogą zostać sprzedane z zyskiem. Nie warto ukrywać przed sądem żadnych oszczędności czy innych składowych majątku, które teoretycznie mogłyby być przeznaczone na spłatę naszego zobowiązania.  Za takie działania mogą dłużnika spotkać konsekwencje– sąd oddali wniosek o ogłoszenie upadłości, sam dłużnik natomiast nie będzie mógł starać się o taką „ulgę” przez kolejne 10 lat – zaznacza Dominik Mystkowski, ekspert Intrum.

Krok 2: przeprowadzenie postępowania upadłościowego, czyli liczenie majątku dłużnika

Jeżeli wniosek zostanie pozytywnie rozpatrzony, sąd wyznaczy syndyka, który będzie nadzorował wykonanie planu podziału masy upadłościowej. Oznacza to, że majątek osoby zadłużonej zostanie spieniężony, a środki
z tego tytułu pokryją roszczenia wierzycieli. Czy to oznacza, że dłużnik zostanie pozbawiony środków do życia?

Przy temacie upadłości konsumenckiej istnieje popularny mit, że dłużnik straci cały majątek i nie będzie miał za co żyć. Mimo, że postępowanie upadłościowe prowadzi do likwidacji całego majątku upadłego, nie oznacza to pozostawienie upadłego bez środków do życia. Warto wiedzieć, że w skład masy upadłościowej – oprócz oszczędności i zgromadzonych dóbr – wchodzi także wynagrodzenie, jednak tylko w części podlegającej zajęciu. W przypadku egzekucji świadczeń alimentacyjnych wynagrodzenie podlega zajęciu do wysokości trzech piątych, a w przypadku pozostałych świadczeń, do wysokości połowy wynagrodzenia. Warto również zaznaczyć, iż do dyspozycji upadłego pozostają środki w wysokości wynagrodzenia minimalnego (obecnie około 1800 zł netto) – środki do tej wysokości nie podlegają zajęciu. Szczegółowe zasady dot. zajęć wynagrodzenia znajdziemy w prawie pracy. Nie mogą być również odebrane przedmioty, które są nam niezbędne w celach zarobkowych, np. samochód czy sprzęt komputerowy. W trakcie postępowania upadłościowego osoba zadłużona nie zostanie również bez dachu nad głową. Mieszkanie czy dom zostanie spieniężony, jeżeli nie ma innego sposobu, by pokryć wszystkie roszczenia wierzycieli, szczególnie, gdy zadłużenie było bardzo duże. Jednak w takich przypadkach sąd przydziela bankrutowi sumę uzyskaną z masy upadłości, która pozwoli na wynajęcie lokum „zastępczego”. Jej wysokość jest ustalana indywidualnie i zależy np. od tego, jak liczną rodzinę na utrzymaniu ma dłużnik – tłumaczy Dominik Mystkowski, ekspert Intrum.

Etap 3 – „awaryjny” – ustalanie planu spłaty wierzycieli

W przypadku, kiedy wysokość całkowitego zadłużenia była wyższa niż majątek dłużnika, który wchodził w masę upadłościową, sąd ustala „dodatkowy” plan spłaty długów, aby zaspokojone zostały wszystkie roszczenia wierzycieli. Nie może on trwać dłużej niż 36 miesięcy. Sałata będzie dokonywana z bieżących dochodów dłużnika. I ponownie – sąd nie pozbawi takiej osoby środków do życia. Chodzi bowiem o to, aby pomóc jej wyjść z kłopotów finansowych, a nie pogłębić zadłużenie. – Dobrą informacją jest to, że jeżeli sytuacja finansowa upadłego będzie naprawdę ciężka, sąd może odstąpić od planu spłaty umorzyć część, a w niektórych przypadkach nawet całość pozostałych zobowiązań – dodaje Dominik Mystkowski.

Z chwilą zakończenia postępowania upadłościowego lub/i zrealizowaniu planu spłaty wyznaczonego przez sąd, kończą się problemy dłużnika – dochodzi do oddłużenia.

Czy planowane zmiany ułatwią nam ogłoszenie upadłości?

W ostatnim czasie bardzo dużo mówi się o planowanej zmianie prawa upadłościowego. Ustawodawca już w zeszłym roku przedstawił projekt zmian, które mają wejść w życie jeszcze w 2019 r. Na czym będą polegać? Najogólniej mówiąc – łatwiej będzie ogłosić upadłość konsumencką. Według pomysłodawców nowelizacji wprowadzenie zmian jest konieczne, bo obecnie połowa wniosków jest odrzucana. Dłużnicy nie spełniają podstawowych kryteriów, by oficjalnie ogłosić bankructwo. Według planowanych, nowych regulacji, sąd nie będzie brał pod uwagę przyczyn niewypłacalności dłużnika,
a do ogłoszenia upadłości wystarczy to, że taka osoba po prostu jest niewypłacalna. Te powody będą mieć znaczenie ewentualnie na późniejszym etapie postepowania, gdy będzie ustalany plan spłaty wierzycieli. Jeżeli wina dłużnika w powstaniu jego problemów finansowych okaże się ewidentna, to plan spłaty może wydłużyć się z 36 miesięcy nawet do
4-7 lat. Dla jednych może być to dodatkowe ułatwienie, a dla innych problem. Stygmat „bankruta” może utrudnić, chociażby kwestie związane ze staraniem się o wizę na wyjazd czy nową pracę. Najważniejszą ze zmian będzie jednak dopuszczalność upadłości nawet w przypadku rażącego niedbalstwa.

– Niewątpliwie pozytywnym skutkiem prac nad nowelizacją prawa upadłościowego jest skierowanie uwagi na problem zadłużenia polskiego społeczeństwa. Ułatwienie ogłoszenia upadłości umożliwi wielu osobom wyjście z kłopotów finansowych. Istnieje jednak wątpliwość, czy nowe prawo zadba we właściwy sposób o interesy wierzycieli oraz jaki wpływ na rynek będzie miała dalsza liberalizacja przepisów w tym zakresie Ogromna liczba przedsiębiorców w naszym kraju boryka się z problemem niewypłacalnych klientów i kontrahentów. Przez zatory płatnicze sami zaczynają mieć problem
z płynnością finansową
– komentuje Dominik Mystkowski, Intrum.

[1] Dane: BIG InfoMonitor oraz BIK. i Centralny Ośrodek Informacji Gospodarczej.

[2] Dane: Centralny Ośrodek Informacji Gospodarczej.

[3] Dane: BiG InfoMonitor oraz BIK.

GUS: Mniej wypadków śmiertelnych na budowach

W roku ubiegłym w polskich firmach miało miejsce 84 tys. wypadków, w tym 209 śmiertelnych – wynika z najnowszych danych opublikowanych przez Główny Urząd Statystyczny. Jak wypada na tym tle branża budowlana?

Dane GUS pokazują niewielką poprawę bezpieczeństwa pracy w polskich firmach. W sumie zgłoszono 4,6 proc. mniej osób poszkodowanych w wypadku przy pracy niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Spadł też wskaźnik wypadkowości, a więc liczba poszkodowanych przypadająca na 1000 osób pracujących – z 6,84 do 6,37. Niemal o jedną czwartą spadła liczba wypadków śmiertelnych (22,3 proc. mniej w stosunku do 2017 r.) i ciężkich (21,8 proc. mniej).

Budowlanka w środku stawki

Podobną tendencję możemy zaobserwować również w branży budowlanej, gdzie w porównaniu do ubiegłego roku liczba poszkodowanych w wypadkach przy pracy spadła o 3 proc. W 2018 r. odnotowano też mniej wypadków ciężkich (84 osoby poszkodowane) i śmiertelnych (48 wypadków). Chociaż na pierwszy rzut oka te informacje napawają optymizmem, to jednak szersze spojrzenie na wyniki GUS dają do myślenia. Analitycy wskazują, że faktyczne zatrudnienie w tej branży uległo zmniejszeniu; na przykład firma badawcza Spectis mówi tutaj o spadku poniżej 1,2 mln osób, czyli o około 1 proc. mniej względem roku ubiegłego.

Warto pamiętać o tym, że mniejsza wypadkowość w budownictwie jest w pewnej mierze powiązana ze spadkiem zatrudnienia w tej branży. Chociaż różne źródła nie są do końca zgodne co do wyników, to obecnie przyjmuje się, że całkowite zatrudnienie w branży budowlanej zmniejszyło się o około 1 proc. w porównaniu do ubiegłego roku. Oczywiście w statystykach tych nie są uwzględniane osoby pracujące bez żadnej umowy, wśród których mogą być również obcokrajowcy. Raport „Bezpieczeństwo pracy w Polsce” pokazał, że w 2018 roku „na czarno” pracowało aż 14 proc. zatrudnionych w tej branży Ukraińców – zauważa Magdalena Grońska, Dyrektor ds. Bezpieczeństwa, Ochrony Zdrowia i Zrównoważonego Rozwoju Lafarge w Polsce, członek Koalicji Bezpieczni w Pracy. W zestawieniu sektorów za rok 2018 przygotowanym przez GUS branża budowlana znalazła się w środku stawki, ze wskaźnikiem wypadkowości 6,02, czyli nieco poniżej średniej.

Więcej obcokrajowców, mniej wypadków?

W ubiegłym roku w usługach budowlano-remontowych w Polsce odsetek pracujących Ukraińców był równy odsetkowi Polaków w tej branży w 2016 roku.  44 proc. z nich deklaruje, że wykonuje cięższe i bardziej niebezpieczne prace niż rodzimi pracownicy. Kolejne dane nie świadczą dobrze o stanie bezpieczeństwa wśród naszych wschodnich sąsiadów pracujących w Polsce – 36 proc. z nich nie wie, jak się zachować w razie wypadku przy pracy i tyle samo nie potrafi udzielić pierwszej pomocy. Wina czasem leży po stronie pracodawcy, który nie zapewnił takiemu pracownikowi odpowiedniego przeszkolenia i środków ochrony indywidualnej, a czasem po stornie pracownika, który przygotowanie bhp traktuje po macoszemu. Zaledwie 44 proc. Ukraińców biorących udział w badaniu zadeklarowało, że odbyło szkolenie bhp w obecnym miejscu pracy. Co więcej, dokładnie taki sam odsetek badanych pracujących w branży usług remontowo-budowlanych musi kupować sprzęt ochronny za własne pieniądze. A tymczasem odpowiedzialność za ŚOI leży po stronie pracodawcy. – Problem wypadków przy pracy w budownictwie dotyka również obywateli Ukrainy, których coraz częściej można spotkać na polskich budowach. Raport „Bezpieczeństwo pracy w Polsce” pokazał, że grupa ta ma ogromne braki szkoleniowe, ale i utrudniony dostęp do odpowiedniej odzieży roboczej czy środków ochrony indywidualnej, które niejednokrotnie mogą uratować życie – przypomina Ewa Gawrysiak, Sales and End User Marketing Manager Eastern Europe & Russia w firmie TenCate Protective Fabrics, członek Koalicji Bezpieczni w Pracy.

Fikcyjne szkolenia

Raport „Bezpieczeństwo pracy w Polsce 2018” pokazał dość istotny problem z odpowiednim przygotowaniem cudzoziemców do podjęcia pracy. Połowa z nich nie przeszła szkolenia, głównie z powodu tego, że nie obyło ono organizowane. – Dane z raportu pokazały, że nadal w Polsce pokutuje mit bhp, jako niepotrzebnej formalności, do której zobowiązana jest firma. Obecne przepisy również nie pomagają instytucjom kontrolnym w rzetelnym sprawdzeniu, na ile pracodawca wywiązał się z ustawowego obowiązku. Lekceważenie szkoleń potrafi się jednak mścić, bowiem aż 18 proc. respondentów badania stwierdziło, że w ciągu ostatnich dwóch lat miało wypadek przy pracy. Nawet biorąc pod uwagę nieścisłości wynikające z metodologii, liczba jest niezwykle wysoka – alarmuje Marek Maszewski, Dyrektor Działu Nadzoru SEKA S.A., członek Koalicji Bezpieczni w Pracy.  – Warto zauważyć, że branża budowlana pod względem dbałości o bezpieczeństwo pracy w ostatnich latach przeszła ogromną rewolucję. Potwierdzają to m. in. dane GUS. Ważne jednak, aby nie spocząć na laurach, tym bardziej że rynek pracy zmienia się dynamicznie – dodaje.

Wyniki chińskiej gospodarki budzą optymizm

Ostatnie informacje płynące z Państwa Środka są pozytywne. Najpierw, dwa tygodnie temu, in plus zaskoczyły marcowe indeksy PMI dla przemysłu i usług Chin, a teraz dane o PKB w pierwszych trzech miesiącach roku i szczegółowe dane z końca I kwartału.

Dynamika wzrostu gospodarczego Chin w I kwartale br., wbrew oczekiwaniom konsensusu, w ujęciu rocznym nie zwolniła, a pozostała na poziomie 6,4%, notowanym na koniec ubiegłego roku. To, że chińska gospodarka radzi sobie całkiem dobrze widać też w szczegółowych odczytach z końcówki kwartału. Dane z dziś pokazały, iż zarówno sprzedaż detaliczna, jak i produkcja przemysłowa w marcu zaskoczyły konsensus na plus, przy czym zaskoczenie w przypadku drugiego z indeksów było ogromne. Dynamika produkcji przemysłowej wyniosła aż 8,5% i była najwyższa od lipca 2014 r. Rozwiało to sporo obaw dotyczących tego, jak chińska gospodarka radzi sobie w kontekście wojny handlowej z USA (mimo, iż aż tak imponujący skok był w części związany z czynnikami sezonowymi).

Dzisiejsze dane z Państwa Środka przekładają się na poprawę sentymentu do ryzyka: zyskują waluty emerging markets, spora część indeksów akcji świeci się na zielono. Gorzej radzą sobie z kolei dolar amerykański i pozostałe waluty safe-haven.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN we wtorek zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 4,27-4,28. Wspólna europejska waluta wczoraj radziła sobie słabo w parze z dolarem amerykańskim, dziś jednak wyraźnie zyskuje. Nie pomogły w tym jednak lepsze dane makroekonomiczne ze strefy euro. Dzisiejsze rewizje szacunków inflacji w marcu nie przyniosły istotnych zmian. Znaczenie dla wspólnej waluty miały informacje z Chin. Spadek ryzyka globalnego spowolnienia i nieco mniejsze ryzyko, że czynniki zewnętrzne będą negatywnie oddziaływać na gospodarki strefy euro wspierają nastroje nie tylko w Azji, ale również na Starym Kontynencie.

GBP

Kurs GBP/PLN we wtorek spadł o 0,3%, wahając się w widełkach 4,93-4,96. Brytyjska waluta wczoraj radziła sobie słabo również w relacji do głównych walut, kontynuując osłabienie również dziś. Wczorajsze dane z brytyjskiego rynku pracy okazały się zgodne z oczekiwaniami i pokazały, że Zjednoczone Królestwo w lutym odnotowało imponujący wzrost płac rzędu 3,5% w ujęciu rocznym, co powinno sprzyjać zarówno gospodarce Wielkiej Brytanii, jak i presji inflacyjnej. Dziś sama inflacja jednak rozczarowuje. Wbrew oczekiwaniom konsensusu, zarówno wskaźnik bazowy jak i inflacja CPI w marcu pozostały na poziomie z lutego, odpowiednio 1,8% i 1,9% w ujęciu rocznym. Jeśli inflacja nie wzrośnie, pomimo ciasnego rynku pracy, Bank Anglii będzie dłużej mógł pozostawić stopy procentowe na niezmienionym poziomie. W najbliższym czasie i tak trudno wyobrazić sobie jakiekolwiek działania banku centralnego. BoE przed zmianami jakichkolwiek parametrów polityki monetarnej powinien zaczekać na rozwiązanie kwestii Brexitu, a to może potrwać.

USD

Kurs USD/PLN we wtorek wzrósł o 0,1%, wahając się w widełkach 3,78-3,79. Wczoraj dolar amerykański radził sobie dobrze, zyskując w relacji do głównych walut. Dziś jednak rozpoczął dzień oddając zyski, zwłaszcza w parze z euro. Ostatnie dni nie przynoszą zbyt wielu istotnych informacji ze Stanów Zjednoczonych. W kontekście wczorajszego dnia można wspomnieć o rozczarowujących danych o produkcji przemysłowej: miesięczna dynamika w marcu spadła o 0,1% wobec oczekiwanego wzrostu rzędu 0,2%. Na wskaźnik w marcu niekorzystnie działała aktywność w sektorze wydobywczym.

Dziś po południu poznamy dane o handlu zagranicznym USA w lutym, wieczorem natomiast opublikowana zostanie „Beżowa Księga” Fed, czyli zbiór anegdotycznych informacji o stanie gospodarki z dwunastu rejonów obserwowanych przez bank centralny.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:30 – dane o handlu zagranicznym USA w lutym
  • 15:00 – przemawia przewodniczący BoE, Mark Carney
  • 16:30 – przemawia Sabine Lautenschlaeger z EBC
  • 20:00 – publikacja “Beżowej Księgi” Fed

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Auta elektryczne coraz częściej biorą udział w kolizjach drogowych

Auta elektryczne zyskują na popularności, ale czy na pewno są bezpieczne? Jak pokazuje przykład Norwegii, gdzie już niemal co trzeci samochód ma napęd elektryczny, odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Z danych DNB wynika, że w ubiegłym roku ich udział w wypadkach i kolizjach drogowych w tym kraju wynosił ponad 34 proc., a razem z hybrydami było to aż 65 proc. wszystkich typów aut. Zdaniem ekspertów DNB Bank Polska taki stan rzeczy może wynikać paradoksalnie ze zbyt dużej liczby udogodnień technologicznych w samochodach elektrycznych, które powodują, że kierowcy oraz inni uczestnicy ruchu tracą czujność.

Statystyki DNB dotyczące norweskich dróg nie napawają optymizmem. W ubiegłym roku udział aut elektrycznych w wypadkach i kolizjach drogowych wynosił 34,15 proc. W przypadku hybryd było to 30,58 proc., samochodów napędzanych benzyną 20,75 proc., a dla porównania aut z silnikiem diesla blisko 28 proc. (procenty te nie sumują się do 100 proc., ze względu na to, że w jednym wypadku lub kolizji mogły brać udział samochody z różnym typem silnika).

Ze względu na to, że Norwegia jest modelowym przykładem rozwoju elektromobilności, warto przeanalizować, gdzie leży przyczyna tych zaskakujących danych. Większość samochodów elektrycznych i hybrydowych ma tak dobre przyspieszenie, że może ono sprawiać kłopot wielu kierowcom. Można powiedzieć, że mają one w warunkach miejskich lepsze osiągi niż większość przeciętnych aut spalinowych. Ponadto samochody elektryczne najczęściej spotyka się w miastach, gdzie naturalnie występuje większe ryzyko kolizji – mówi Olga Plewicka, Ekspert ds. Sektora motoryzacyjnego, DNB Bank Polska S.A. – Inną przyczyną wypadków z udziałem e-pojazdów jest to, że samochody te mają wiele innowacji technicznych, wyświetlaczy oraz systemów wspomagających, które mogą – paradoksalnie – rozpraszać kierowców. Duża część z tych zdarzeń wynika z nieuwagi i braku koncentracji. Jednym słowem auta elektryczne usypiają naszą czujność – dodaje. Inną kwestią jest fakt, że auta te nie emitują dźwięków znanych z klasycznych pojazdów, co stanowi realne zagrożenie dla niezmotoryzowanych uczestników ruchu. Unia Europejska świadoma tego zagrożenia, podjęła postanowienie – od 1 lipca 2019 samochody elektryczne i hybrydowe muszą wydawać dźwięk ostrzegawczy.

W większości modeli aut elektrycznych zastosowano takie rozwiązania, jak adaptacyjny tempomat z automatycznym hamulcem, system ostrzegający o niezamierzonym zjeździe z pasa ruchu, układ monitorujący martwe pole czy asystent jazdy w korku. Najdroższe i najbardziej zaawansowane modele są wyposażone w systemy autonomicznej jazdy. Norweskie statystyki pokazują, że marką samochodów elektrycznych, które najczęściej ulegały wypadkom i kolizjom była w ubiegłym roku Tesla. Być może wynika to faktu, że ta marka jest tam bardzo popularna. Co ciekawe od dwóch tygodni w Warszawie istnieje możliwość testować BMW i3 w carsharingu od firmy innogy. I w tym krótkim czasie doszło już do jednej kolizji.

Norweski ewenement

W ubiegłym roku w Norwegii zarejestrowano blisko 148 tys. nowych samochodów osobowych, w tym ponad 46 tys. samochodów o zerowej emisji. Było to prawie 40 proc. więcej niż w 2017 roku. Ten rok wydaje się być jeszcze bardziej rekordowy. Sprzedaż samochodów elektrycznych w tym kraju po raz pierwszy wyprzedziła tradycyjne pojazdy: 58 proc. wszystkich nowych aut sprzedanych w marcu 2019 r. było zasilanych przez baterie. Poziom około 50 proc. w sprzedaży utrzyma się prawdopodobnie przez cały ten rok. Pod tym względem reszta Europy, w tym także Polska, znajdują się na bardzo początkowym etapie rozwoju elektromobilności.

W Polsce w 2018 r. zarejestrowano 1,6 mln samochodów osobowych i dostawczych. Według Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych udział modeli elektrycznych w sprzedaży nowych samochodów wyniósł zaledwie 0,2 proc. i zamknął się liczbie 1 324 sztuk (1068 w 2017 r.). Na polskich drogach można spotkać w sumie około 3,5 tys. e-pojazdów, podczas gdy całkowita liczba samochodów osobowych i dostawczych wynosi około 20 mln. Najchętniej kupowanym modelem zeroemisyjnym w 2018 r. był w Polsce Nissan LEAF, zaraz po nim uplasowało się BMW i3.

Infrastruktura ładowania rozwijała się znacznie bardziej dynamiczniej niż flota e-pojazdów. Z danych PSPA wynika, że w ubiegłym roku zainstalowano 293 publicznie dostępne punkty ładowania i w konsekwencji ich łączna liczba zwiększyła się z 552 w 2017 r. do 845 w roku 2018, ale mimo tak dużego wzrostu to nadal nie jest wystarczające infrastruktura, aby móc swobodnie poruszać się po całej Polsce.

Polska droga do elektromobilności

W ramach rządowej Strategii na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju planowany jest dynamiczny wzrost liczby samochodów elektrycznych w Polsce, co będzie wymagało zastosowania odpowiednich form wsparcia publicznego. – Zachętą do kupna w Norwegii przyjaznych dla środowiska samochodów z napędem elektrycznym były ulgi podatkowe, a także inne przywileje jak np. bezpłatne parkowanie, bezpłatne ładowanie akumulatorów, możliwość jazdy po buspasach czy bezpłatne korzystanie z promów – mówi Olga Plewicka. Rozwój polskiego modelu elektromobilności do 2020 roku ma pochłonąć około 19 mld złotych, dalszych 40 mld na rozwój sieci przeznaczą spółki energetyczne. W 2017 roku rozpoczęto prace nad wprowadzeniem do systemu prawnego kompleksowego systemu zachęt dla nabywców pojazdów elektrycznych, czego wyrazem jest ustawa o elektromobilności i paliwach alternatywnych. Zgodnie z jej założeniami, do końca 2020 r. w Polsce ma powstać m.in. 6 tys. punktów ładowania samochodów elektrycznych. W 2025 roku ma jeździć 300 tys. aut elektrycznych. Pierwszy e-pojazd polskiej produkcji ma zjechać z linii fabrycznej na przełomie 2022 i 2023 roku. Według zapowiedzi spółki ElectroMobility Polska w 2023 roku nasz kraj ma produkować 100 tys. aut elektrycznych rocznie. – Biorąc pod uwagę że mamy już 2019 rok, to ten plan wydaje się bardzo ambitny, ale trzymam kciuki żeby został zrealizowany w wyznaczonych ramach czasowych – mówi Olga Plewicka.

Dyrektywa o ochronie sygnalistów weszła w życie

16 kwietnia 2019 r. Parlament Europejski przyjął Dyrektywę o ochronie sygnalistów. Państwa członkowskie mają obowiązek implementować jej zapisy do krajowych porządków prawnych.

W powszechnym znaczeniu „sygnalista” to pracownik przedsiębiorstwa, który nagłaśnia i informuje o nielegalnej lub nieuczciwej działalności swojego pracodawcy. Pojęcie „sygnalisty” po raz pierwszy pojawiło się w Stanach Zjednoczonych i jest tam używane zwłaszcza w kontekście zgłaszania nieprawidłowości w instytucjach finansowych lub korporacjach. W krajach anglosaskich (Stany Zjednoczone, Australia, Kanada) wprowadzono ustawy przyznające szeroką ochronę sygnalistom ze względu na spotykające ich działania odwetowe pracodawców. Dyrektywa stanowi więc odpowiedź na palącą potrzebę uregulowania kwestii sygnalizowania nieprawidłowości także na gruncie prawa europejskiego. 

Sygnalistami będą mogli zostać pracownicy, samozatrudnieni, wspólnicy i udziałowcy spółek oraz osoby na stanowiskach zarządczych w przedsiębiorstwach, osoby pracujące pod kierownictwem wykonawców, podwykonawców i dostawców, kandydaci na stanowisko pracy, jeśli dowiedzieli się o nieprawidłowościach w trakcie rekrutacji, a także byli pracownicy. Sygnaliści będą podlegać ochronie, gdy istniały uzasadnione powody, aby uważać, że zgłaszane przez nich informacje są prawdziwe oraz pod warunkiem, że zgłosili informacje zgodnie z procedurami przewidzianymi w dyrektywie. Dyrektywa przewiduje, że w każdej instytucji – publicznej czy prywatnej, zatrudniającej co najmniej 50 osób, będzie musiała powstać procedura zgłaszania nieprawidłowości czy nadużyć w miejscu pracy.

Dyrektywa wprowadza trzy procedury zgłaszania nieprawidłowości:

    • procedurę wewnątrz przedsiębiorstwa;
    • procedurę zewnętrzną polegającą na zgłaszaniu nieprawidłowości bezpośrednio do organów państwa;
    • oraz procedurę publiczną polegającą na ujawnieniu informacji o naruszeniach publicznie, np. w mediach.

Odpowiedzialność podmiotów zbiorowych

Dyrektywa przewiduje również szereg środków prawnych chroniących sygnalistów. Sygnaliści zgłaszający nieprawidłowości do organów państwowych będą m. in. mieli zagwarantowaną anonimowość. Państwa członkowskie będą miały obowiązek zapewnić, aby sygnaliści byli odpowiednio chronieni przed działaniami odwetowymi. – Magdalena Bartosiewicz, Radca Prawny, Managing Associate, Deloitte Legal

W wypadku wytoczenia przez sygnalistę uzasadnionego pozwu o odszkodowanie, sąd będzie domniemywał, że szkoda powstała na skutek działań odwetowych podjętych przez pracodawcę. To pracodawca będzie musiał udowodnić, że nie podejmował nielegalnych działań odwetowych. Karane będą osoby fizyczne lub prawne, które m. in. przeszkodzą w zgłaszaniu nieprawidłowości, podejmą działania odwetowe wobec sygnalistów czy też naruszą obowiązek poufności.

Pochylając się nad tym tematem warto zaznaczyć od razu, iż także na poziomie prawa polskiego projektowane są już przepisy chroniące sygnalistów. Warto wskazać chociażby na projekt Ustawy o odpowiedzialności podmiotów zbiorowych, który 10 stycznia 2019 r. został skierowany do Sejmu.

Zgodnie z projektem sygnalistą będzie mógł zostać pracownik, członek organu lub inna upoważniona osoba. Organy podmiotów zbiorowych, w szczególności organy zarządcze (np. zarząd w spółce) będą miały obowiązek wyjaśniać nieprawidłowości zgłoszone przez sygnalistę. Obowiązek wyjaśnienia będzie dotyczył informacji świadczących o:

  • podejrzeniu przygotowania, usiłowania lub popełnienia czynu zabronionego;
  • niedopełnieniu obowiązków lub nadużyciu uprawnień przez organy podmiotu zbiorowego lub inne – wymienione w ustawie osoby – działające w jego imieniu, na jego rzecz lub zlecenie;
  • niezachowaniu należytej staranności przez powyższe osoby; lub
  • nieprawidłowościach w organizacji działalności podmiotu zbiorowego, które mogłyby prowadzić do popełnienia czynu zabronionego.

W sytuacji, gdy organ podmiotu zbiorowego nie przeprowadzi postępowania wyjaśniającego albo nie usunie występujących nieprawidłowości lub naruszeń, sąd może nałożyć na niego karę pieniężną do wysokości 60 milionów złotych.

Organy podmiotu zbiorowego będą musiały również zapobiegać działaniom odwetowym wobec sygnalistów. Sygnalista, który został zwolniony z pracy, będzie mógł domagać się przywrócenia do pracy lub odszkodowania, jeżeli zgłoszone przez niego informacje były zasadne i mogły doprowadzić do zapobiegnięcia czynowi zabronionemu lub szybszego wykrycia czynu zabronionego. Wysokość odszkodowania wyniesie trzy miesięczne pensje sygnalisty, jednakże w uzasadnionych wypadkach sąd może orzec odszkodowanie za cały okres pozostawania bez pracy przez sygnalistę.  – Wojciech Łyszczarz, Senior Managing Associate, Deloitte Legal

Także obowiązująca od 13 lipca 2018 r. Ustawa o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy oraz finansowaniu terroryzmu przewiduje obowiązek wprowadzenia procedur dla sygnalistów, ich ochronę oraz kary za naruszenie przepisów dotyczących sygnalistów.

Ustawa reguluje zgłaszanie nieprawidłowości tylko w zakresie prania pieniędzy oraz finansowania terroryzmu. Do wprowadzenia procedur zostali zobowiązani przedsiębiorcy prowadzący działalność, przy wykonywaniu której występuje zwiększone ryzyko rozpoznania transakcji prania pieniędzy lub finansowania terroryzmu, np. instytucje finansowe, domy maklerskie, biura rachunkowe, doradcy podatkowi lub prawnicy. Na gruncie ustawy przedsiębiorcy ci są określani jako „instytucje obowiązane”.

Na uwagę zasługuje fakt, że Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów stworzył kanały komunikacji dla osób, które posiadają informacje o praktykach ograniczających konkurencję. UOKiK umożliwia komunikację anonimową, przez pośrednika oraz osobistą.

Podobne rozwiązanie przyjęto na poziomie unijnym, gdzie możliwe jest jawne bądź anonimowe zgłaszanie informacji o kartelach i praktykach ograniczających konkurencję bezpośrednio do Komisji Europejskiej.

Autorzy artykułu:

  • Wojciech Łyszczarz, Senior Managing Associate, Deloitte Legal
  • Magdalena Bartosiewicz, Radca Prawny, Managing Associate, Deloitte Legal
  • Jędrzej Siarkowski, Aplikant radcowski, Deloitte Legal

Zakupy okazją do spotkań. Trendy w branży retail

Detaliści nieustannie mierzą się z wymaganiami, stawianymi przez współczesnych konsumentów – to ich upodobania i preferencje kształtują trendy w branży retail. Właściciele sklepów, chcąc zachować konkurencyjność, muszą w dzisiejszych czasach uwzględniać w planach biznesowych potrzeby swoich odbiorców. Dotyczy to zarówno asortymentu, jak i zagospodarowania powierzchni, odpowiedniego doboru personelu, czy planowanych promocji.

Rynek detaliczny zmienia się pod wpływem postępujących zmian demograficznych i realizowanej polityki społecznej. Właściciele sklepów muszą dostosować obiekty w taki sposób, żeby te wpisywały się w nowoczesny, dynamiczny styl życia konsumentów. By skutecznie tego dokonać warto skorzystać z porad doświadczonych i uznanych ekspertów, takich jak dr Jacek Pogorzelski, specjalista w zakresie strategii marketingowej oraz zarządzania marką i doświadczeniem klienta, który będzie gościem panelu tematycznego Modern Retail Forum organizowanego przez Modern-Expo podczas tegorocznej edycji Kongresu FMCG.

Z jednej strony klienci oczekują większej wygody i szybkości realizacji zakupów. Z drugiej jednak, gdy wybierają się do sklepu, szukają w nich doświadczeń i pozytywnych doznań. Obiekt handlowy, który działa na zmysły i budzi emocje, zyskuje przewagę – zauważa dr Jacek Pogorzelski.

Nowa rola sklepów stacjonarnych

W dobie nowoczesnych technologii i rosnącej popularności rozwiązań e-commerce, sklep nie jest już wyłącznie miejscem prezentacji produktu. Klient będzie w nim szukał tego, czego nie znajdzie, przeglądając dostępne w Internecie oferty. Dlatego pierwszym wyzwaniem, z którym powinni zmierzyć się detaliści, jest odpowiedź na pytanie – czy ich sklep oferuje jakąś wartość dodaną dla konsumenta, która zachęci ich do wylogowania się z sieci i odwiedzenia stacjonarnego punktu sprzedaży?

Odpowiednie zdiagnozowanie potrzeb konsumentów daje szansę na zdystansowanie konkurencji. Dla osób prowadzących jednoosobowe gospodarstwa domowe oraz seniorów, którzy w obliczu starzenia się społeczeństw powoli stają się dominującą grupą pośród konsumentów, placówki handlowe coraz częściej są miejscem nawiązywania kontaktów społecznych. Oni w obrębie sklepów będą rozglądać się za strefą kawiarnianą, dającą możliwość spędzenia czasu z innymi ludźmi.

Bogdan Łukasik, przewodniczący Rady Nadzorczej i Dyrektor Generalny Modern-Eхро
Bogdan Łukasik, przewodniczący Rady Nadzorczej i Dyrektor Generalny Modern-Eхро

Paradoksalnie w dzisiejszych czasach, kiedy stacjonarne i wirtualne kanały sprzedaży wzajemnie się uzupełniają, główną rolą obiektu handlowego wcale nie musi być sprzedaż detaliczna. Oczywiście, w fizycznym sklepie klient ma namacalny kontakt z produktem – może go dotknąć, podnieść i ocenić przed podjęciem decyzji o zakupie. Jednak to nie wszystko. Odpowiednia aranżacja obiektu i dobór pracowników,
z naciskiem na indywidualną obsługę i doświadczanie emocji jest dla sprzedawców skutecznym narzędziem do budowania trwałych relacji z klientem
– opowiada Bogdan Łukasik, szef rady nadzorczej Modern-Expo Group – międzynarodowego producenta kompleksowego wyposażenia dla branży retail.

Zmiany coraz bardziej widoczne

Zacierają się różnice między formatami sklepów. Wcześniej wyróżnialiśmy typowy dyskont i delikatesy. Dziś te dwa formaty łączą się ze sobą. Zarówno pod względem wystroju placówek jak i oferty asortymentowej. Sklepy wielkopowierzchniowe do swojej oferty dołączają usługi. Coraz liczniej pojawiają się stoiska dedykowane, głównie gastronomiczne – miejsca, które przyciągną klienta zarówno w porze lunchu jak i po południu.

 – Zrozumienie preferencji i zachowań konsumenta jest kluczowe już na etapie konstruowania planu przestrzennego sklepu, czego przykładem może być jedna z ostatnich realizacji sieci handlowej REWE. W Monachium i Berlinie uczestniczyliśmy w tworzeniu wielofunkcyjnego sklepu Mój REWE, który łączy przyjazną przestrzeń handlową z miejscem towarzyskich spotkań. Na powierzchni 2 000 m kw. dominują świeże produkty. Wdrożone w REWE kompleksowe rozwiązania, obejmujące systemy regałów i półek Modern Expo, zaprojektowane z myślą o wyraźnym wyodrębnieniu warzyw i owoców, zapewniają przejrzystą prezentację asortymentu. Obiekt Mój REWE oferuje odwiedzającym klientom dobrze zorganizowaną przestrzeń łączącą strefę handlową i wypoczynkową z miejscem na szybki obiad z rodziną w zintegrowanej ze sklepem knajpce – dodaje ekspert.

Zmieniające się oczekiwania konsumentów mają również wpływ na te elementy procesu zakupowego, które są realizowane poza obiektem stacjonarnym, takie jak dostawy do domu, płatności on-line i dostępność zamówień przez Internet. Zakupy, dawniej postrzegane przez klientów jako konieczny obowiązek, dzisiaj stają się platformą do przeżywania doświadczeń, czyniąc z powierzchni sklepu miejsce towarzyskich spotkań.

Czas na rozmowy dla branży

Najbliższą okazją do rozmowy na tematy związane ze zmianami w handlu i sposobami na wykorzystanie szans, jakie ze sobą niosą, będzie tegoroczna edycja Kongresu Rynku FMCG, gdzie pod patronatem Modern-Expo wystąpią wybitni prelegenci z całego świata, związani z branżą retail. Podczas organizowanego przez firmę panelu tematycznego Modern Retail Forum uczestnicy przeanalizują prognozy dla sektora handlowego wraz z ekspertami Modern-Expo oraz ich gośćmi – wybitnymi specjalistami z dziedzin zarządzania marką, neuromarketing, retailu i wielu innych.

Wszystkich zainteresowanych przyszłością branży retail zapraszamy na nasz panel, gdzie polscy i zagraniczni prelegenci, min. z Wielkiej Brytanii i USA, przedstawią najnowsze analizy i wyniki badań. Jednym z nich będzie dr Jacek Pogorzelski, który opowie o nowym podejściu do insightu konsumenckiego: jak go pozyskać, prawidłowo zanalizować i skutecznie wykorzystać – zachęca Bogdan Łukasik z Modern-Expo Group. – Jako współorganizator tegorocznej edycji chcemy wzbogacić merytoryczną część Kongresu o tematy najbardziej interesujące przedstawicieli branży. Jesteśmy przekonani, że nasze doświadczenie na rynku oraz świeże spojrzenie zaproszonych gości pomogą uczestnikom panelu „Droga do sklepu przyszłości” w jeszcze lepszym zarządzaniu swoim biznesem i przygotowaniu się na zmiany, które niesie przyszłość.

Kongres Rynku FMCG 2019 odbędzie się w dniach 28-29 maja, w Warszawie w hotelu Double Tree by Hilton Warsaw, przy ul. Skalnicowej 21. Na Panel Modern-Expo zapraszamy pierwszego dnia Kongresu do sali tematycznej nr 1. Prelekcje potrwają od godziny 14:30.

Najwięcej opóźnionych płatności w handlu i transporcie

35 proc. małych i średnich przedsiębiorstw w Polsce czeka na płatność faktury od dwóch tygodni do miesiąca po terminie, a 17 proc. – ponad miesiąc. Rekordziści przyznają, że zdarzyło im się czekać na opóźnioną płatność dłużej niż 3 miesiące. Tak wynika z przeprowadzonego w marcu 2019 badania Bibby MSP Index.

– Można odnieść wrażenie, że niepłacenie w terminie jest wręcz specyfiką polskiego rynku, i jest w sektorze MŚP traktowane jako alternatywa finansowania zewnętrznego – komentuje dr Anna Czarczyńska z Katedry Ekonomii Akademii Leona Koźmińskiego.

W monitorowanych w ramach Bibby MSP Index branżach widać istotne różnice w częstotliwości występowania problemu faktur nieopłaconych na czas. Kilka razy w miesiącu problem ten dotyka ponad ¾ przedsiębiorstw handlowych i transportowych, a blisko 2/3 firm produkcyjnych. Z kolei w budownictwie zaledwie ¼ ankietowanych przyznała się do relacji z nieterminowymi kontrahentami.

Wydaje się, że polskie małe i średnie przedsiębiorstwa wkalkulowały ryzyko opóźnionych płatności w swoją działalność – mówi Jerzy Dąbrowski, dyrektor generalny Bibby Financial Services. – Obawiam się jednak sytuacji, w której przedsiębiorca czekający na opóźniającą się płatność, sam nie płaci na czas swoim dostawcom i nawarstwiają się zatory płatnicze. To już może mieć wpływ na całą gospodarkę.

Czy sytuacja się pogarsza?

Wprawdzie w poprzedniej fali Bibby MSP Index na opóźnione płatności narzekało więcej przedsiębiorców (we wrześniu 2018 r. o problemie mówiło 71 proc., w marcu 2019 r. – 62 proc.), ale obecnie aż 39 proc. badanych uznało, że ich kontrahenci płacą gorzej niż pół roku temu.

Na pogarszającą się dyscyplinę płatniczą zwracają uwagę szczególnie przedsiębiorcy z branży handlowej (46 proc. uznało, że ich kontrahenci płacą gorzej) i produkcyjnej (37 proc.) Najlepsza sytuacja zdaje się panować w budownictwie: 65 proc. badanych twierdzi, że kontrahenci płacą tak samo jak pół roku temu.

Trudno ocenić, czy są to symptomy pogarszającej się koniunktury, czy zwykła praktyka gospodarcza.

Szybkie przepływy finansowe i dobry stan kondycji gospodarczej pozwalają MŚP na krótkoterminowe radzenie sobie z problemem opóźnionych płatności, co jeszcze w sytuacji prosperity nie powoduje groźnych dla kondycji firmy zatorów płatniczych, ale w momencie spowolnienia szybko może potencjalnie prowadzić do niewypłacalności finansowej – dodaje dr Anna Czarczyńska. – Sygnały rynkowe opóźnień obecnie znowu najszybciej są widoczne w branży handlowej, która będąc na końcu łańcucha tworzenia wartości kumuluje przesunięcia płatności.

Rynek magazynowy we Wrocławiu 10 lat temu i dziś

Sylwia Jagódka z AXI IMMO
Sylwia Jagódka z AXI IMMO

W przeciągu ostatnich dziesięciu lat podaż powierzchni magazynowej w regionie Wrocławia wzrosła o przeszło 240% i na koniec 2018 r. wyniosła 1,85 mln mkw. Z roku na rok dolnośląskie umacnia swoją pozycję w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, a inwestorzy coraz chętniej lokują swoje biznesy w mniejszych ośrodkach regionu takich jak Legnica czy Bolesławiec.  W 2019 r. popyt w sektorze powinien utrzymać się na stabilnym poziomie. Jednak wyzwaniem będzie utrzymanie tempa rozwoju w obliczu spowolnienia w gospodarce niemieckiej, zwłaszcza w przemyśle motoryzacyjnym  – podają eksperci AXI IMMO.

Agencja doradcza AXI IMMO aktywna na rynku nieruchomości komercyjnych przeanalizowała dane dotyczące rozwoju rynku magazynowego we Wrocławiu w ostatniej dekadzie. Analiza swoim horyzontem czasowym nawiązuje do 10. jubileuszu działalności AXI IMMO, który w tym roku świętuje polska firma.

Dobrze rozwinięta sieć drogowa, duży potencjał gospodarczy oraz demograficzny, a także bliskość granicy z Niemcami i Czechami to główne atuty regionu Wrocławia. Zebrane przez nas dane rynkowe pokazują, że Wrocław w ostatniej dekadzie umacniał swoją pozycję wśród głównych lokalizacji magazynowych w kraju oraz najważniejszych centrów dystrybucyjnych w regionie Europy Środkowo-Wschodniej – komentuje Sylwia Jagódka, Konsultant Industrial & Logistic w AXI IMMO.

Spowolnienie na początku i skokowe przyspieszenie w połowie dekady, dzięki kontraktom dla Amazona

Według danych AXI IMMO pierwsze trzy kwartały 2008 r. były dla regionu udane, czego efektem był popyt na poziomie 185 tys. mkw. Podaż przekraczała 540 tys. mkw., co stanowiło wówczas 12% całkowitych zasobów kraju. Deweloperzy byli we Wrocławiu bardzo aktywni i budowali dużo powierzchni spekulacyjnych. Pierwsze efekty kryzysu widoczne były po czwartym kwartale, kiedy wskaźnik pustostanów osiągnął najwyższy w minionej dekadzie poziom 23%.

Szczytowe spowolnienie przypadło na wrocławskim rynku magazynowym na lata 2009-2010. W 2010 r. popyt wśród najemców był na najniższym w dekadzie poziomie 107 tys. mkw. Po dwóch latach, w 2011 r. rynek powrócił na ścieżkę rozwoju, odnotowując najem powyżej 216 tys. mkw., a w 2013 r. osiągnął swój rekord pod względem popytu – 458 tys. mkw., głównie za sprawą dwóch umów podpisanych przez firmę Amazon, których udział w wolumenie transakcji wynosił prawie 50%. – wyjaśnia Sylwia Jagódka, Konsultant Industrial & Logistic w AXI IMMO.

„Efekt Amazon” umocnił region na logistycznej mapie kraju na długie lata.  Ponadto w 2013 roku zauważalne stało się także zainteresowanie regionem jako lokalizacją projektów produkcyjnych nie tylko we Wrocławiu. W 2013 r. w m.in. Legnicy zainwestowały w projekty BTS firmy z sektora motoryzacyjnego Lear Corporation i Faurecia.

Jak wynika z danych zebranych przez analityków AXI IMMO, kolejne lata przenosiły kolejne sukcesy na rynku magazynowo przemysłowym – podaż całkowita w 2014 r. wzrosła rekordowo o prawie 43%, a w kolejnych 4 latach średnio o 12%. Na koniec 2018 r. całkowita podaż osiągnęła poziom 1,85 mln ( 4. rynek magazynowy w Polsce), przy czym jeśli chodzi o wolumen budowanej powierzchni  na koniec IV kw. 2018 r. wyniki rynku wrocławskiego wzrosły w stosunku do analogicznego okresu 2017 r. o ponad 76%, co plasuje Wrocław 3. miejscu wśród najintensywniej rozwijających się rynków magazynowych kraju. Również wolumen popytu był w 2018 r. na bardzo wysokim poziomie 453,3 tys. mkw., niewiele niższym niż w rekordowym 2013 r. Na koniec IV kwartału 2018 r. rynek wrocławski charakteryzował się jedną z najniższych dostępności powierzchni „wolnej od ręki” w kraju. Wskaźnik pustostanów spadł o 3,2 p. proc. w stosunku do roku 2017 i wyniósł 3,3%.

Dziś główną grupę najemców w regionie Wrocławia stanowią operatorzy logistyczni, sieci handlowe, sektor e-commerce, a także podmioty przemysłu motoryzacyjnego oraz elektrotechnicznego, które generują znaczącą część zapotrzebowania na projekty BTS oraz BTO.

Rozwój w oparciu o nowe lokalizacje i formaty projektów czy spowolnienie śladem niemieckich sąsiadów?

Eksperci AXI IMMO podają, że w 2019 r. wrocławski rynek magazynowy mimo silnych powiązań ze słabnącą gospodarką niemiecką utrzyma swoją pozycję wśród najpopularniejszych lokalizacji magazynowych w kraju i regionie dzięki dobrze prosperującym najemcom obecnym w regionie. W całkowitym wolumenie powierzchni wynajętej będzie się zwiększał udział transakcji na mniejszych rynkach jak np.  Legnica czy Bolesławiec, głownie ze względu na coraz większe trudności w rekrutacji pracowników.

Prognozowana jest ekspansja najemców na terenie całego regionu. Tak jak na innych wiodących rynkach spora część projektów poza największą aglomeracją będzie rozwijana w oparciu o formaty BTS i BTO.  Równolegle w odpowiedzi na wzrastające zainteresowanie najemców będą rozwijane lokalizacje miejskie z dostępem do komunikacji publicznej, zapewniające sprawniejszą obsługę lokalnego rynku konsumenckiego – przewiduje Sylwia Jagódka z AXI IMMO.

Sylwia Jagódka dodaje, że kryzys branży motoryzacyjnej w Niemczech, który rozpoczął się w drugiej połowie 2018 r. z pewnością jest wyzwaniem dla regionu. Perspektyw nie poprawia także osłabienie gospodarcze w innych krajach Zachodniej Europy, którego symptomy są widoczne od kilku miesięcy.

Południe Polski wygrywa walkę o najemców z sektora BPO i SSC

Kraków zajmuje drugie po Warszawie miejsce pod względem zasobów powierzchni biurowej. Utrzymuje również pozycję regionalnego lidera sektora BPO/SSC. Rośnie mu jednak poważna konkurencja. Najemcy z sektora usług dla biznesu obok Krakowa, coraz częściej wybierają też Wrocław i Katowice – wynika z raportu CBRE „Poland Office Destinations 2019” poświęconego regionalnym rynkom biurowym. Zaletą Katowic jest bliskość sąsiednich miast tworzących aglomerację śląską. Wrocław natomiast zapewnia dostęp do doświadczonej kadry wyspecjalizowanej w technologiach informatycznych.

Kamil Tyszkiewicz, Dyrektor, Advisory & Transaction Services, Dział Wynajmu Powierzchni Biurowych, CBRE
Kamil Tyszkiewicz, Dyrektor, Advisory & Transaction Services, Dział Wynajmu Powierzchni Biurowych, CBRE

– Z punktu widzenia pracodawców m.in. z sektora BSS Kraków, Katowice i Wrocław to bardzo atrakcyjne rynki pracy. Kraków kusi wielokulturowością i atrakcyjnym poziomem życia europejskiego miasta. Wrocław stawia na technologie informacyjne i tworzy środowisko przyjazne start-upom. Z kolei mała odległość dzieląca te lokalizacje, potencjał aglomeracyjny Śląska oraz świetnie rozwinięta infrastruktura czynią Katowice dynamicznie rozwijającym się i nowoczesnym centrum biznesowym. To co wyróżnia wszystkie trzy miasta to silna kultura akademicka, mocny nacisk na rozwój infrastruktury oraz coraz większa liczba stref zielonych w centralnych punktachkomentuje Kamil Tyszkiewicz, Dyrektor w Dziale Reprezentacji Najemcy CBRE.

Patrząc na liczbę inwestycji realizowanych w regionie widać wyraźnie, że cały czas pozostaje on wyjątkowo interesujący dla deweloperów. Jak wynika z najnowszego raportu CBRE „Poland Office Destinations 2019” Kraków obecnie ma w swojej ofercie 1,26 mln mkw. już istniejącej powierzchni biurowej. W przypadku Wrocławia jest to ponad 1 mln mkw. Natomiast katowicki rynek biurowy dysponuje 519 tys. mkw. Ponadto w samym Krakowie ponad 200 tys. mkw. znajdujących się obecnie w budowie ma być oddanych do użytku jeszcze w 2019 r. – podają eksperci CBRE.

W 2018 r. największy popyt na powierzchnię biurową odnotował Kraków, gdzie wynajętych zostało 211 tys. mkw. (w porównaniu do Wrocławia – 163 tys. mkw. i Katowic – 38 tys. mkw.). Co więcej, na rynkach biurowych w Krakowie, Wrocławiu czy Katowicach poziom pustostanów utrzymuje się na niskim poziomie (pomiędzy 8,5 a 9,7%), zbliżonym do średniej krajowej. Jednak każdy z tych rynków stoi przed wyzwaniem rosnącego popytu na lokalizacje premium. Najemcy szukają biur w centrum miasta z odpowiednią infrastrukturą i ofertą usług, ponieważ w ten sposób mogą przyciągnąć lub zatrzymać największe talenty danej branży.

Kraków bez zdefiniowanego centrum biznesowego

Kraków nie ma jednego określonego ośrodka biznesowego, przez co biura do wynajęcia znajdują się w różnych częściach miasta. Z uwagi na świetne warunki (atrakcyjne czynsze, dostęp do wykwalifikowanej kadry, dobry dojazd) oferowane przez stolicę Małopolski spośród wszystkich polskich miast, to właśnie w Krakowie ulokowało się najwięcej firm z sektora usług BPO i SSC. Co istotne, Kraków w ciągu ostatnich 10 lat zwiększył zatrudnienie w sektorze hi-tech aż o 66%. Zapewne to wpłynęło na zdobycie wysokiej lokaty w rankingu CBRE „EMEA Tech Cities”, który identyfikuje największe klastry technologiczne w Europie, na Bliskim Wschodzie i Afryce oraz te z największymi szansami na dynamiczny rozwój. W zestawieniu miast z największym potencjałem wzrostu w sektorze technologicznym poza Krakowem znalazły się także Katowice i Poznań.

Kraków, jako rynek najbardziej dojrzały, wciąż wiedzie prym pod kątem zainteresowania ze strony najemców szukających atrakcyjnych lokalizacji pod swoje centra usług wspólnych. Kolejne zachodnie firmy rozwijają swój biznes w stolicy Małopolski, przede wszystkim ze względu na wysoką podaż wykwalifikowanej kadry pracowniczej i wszechobecną znajomość realiów panujących w sektorze BPO/SSC – podsumowuje Kamil Tyszkiewicz.

Wrocław zwiększa swoją rolę

Szeroka gama powierzchni biurowych to jedna z wielu zalet Wrocławia. Najbardziej dogodne lokalizacje dla biznesu to granice centrum miasta, gdzie mieszczą się najnowsze budynki, m.in. Sagittarius Business House, Retro Office House. W całym Wrocławiu do dyspozycji najemców jest ponad 1 mln mkw. powierzchni biurowej, a w budowie znajduje się kolejne 150 tys. mkw. Co więcej, Wrocław oferuje dostęp do doskonale wyszkolonych pracowników, absolwentów jak i  specjalistów z doświadczeniem przede wszystkim z zakresu technologii informacyjnych, finansów, a także z sektora usług wspólnych.

Katowice o potencjale BPO i SSC

Katowicki wynajem biur i rynek biurowy cieszy się coraz większym zainteresowaniem ze strony międzynarodowych firm i najemców, w tym sektora usług BPO i SSC. 66 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni jest obecnie w budowie, w tym 30 tys. mkw. ma zostać oddanych do użytku do końca 2020 r. Atrakcyjną zachętę stanowią biura do wynajęcia o relatywnie niskich stawkach czynszu w porównaniu do innych miast w Polsce. Region ten tworzą duże aglomeracje miejskie, w tym katowicka, które poza dogodnymi warunkami najmu, maja do zaoferowania znaczną liczbę studentów, absolwentów jak i pracowników z doświadczeniem.

Wynagrodzenia rosną, ale wolniej. Złoto w dół

Dane GUS na temat wynagrodzeń i zatrudnienia są wciąż dobre, aczkolwiek trochę niepokoi spadek tempa wzrostu płac. Złoto najtańsze od trzech miesięcy, co wskazuje wzrost apetytu na ryzyko. Gospodarka Chin utrzymuje tempo.

Wynagrodzenia rosną wolniej

Poznaliśmy dzisiaj dane GUS na temat rynku pracy w Polsce. Zatrudnienie rośnie w tempie 3% rocznie. To więcej niż oczekiwane 2,9%. Oznacza to, że jak tylko zaczną się prace sezonowe, powinniśmy zobaczyć kolejne historyczne minima bezrobocia, a przynajmniej najniższy wynik od końca fikcji pełnego zatrudnienia (w PRL-u). Gorzej wypadają wynagrodzenia. Wzrost w skali roku o 5,7% nie jest złym wynikiem. Analitycy oczekiwali jednak wyższej dynamiki na poziomie 7,2%. Doszliśmy do momentu, kiedy przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw osiągnęło 5000 złotych brutto.

Spadki cen złota

Rynki finansowe mają swoje barometry. Jednym z nich jest złoto. Teoretycznie niepowiązane z walutami, w praktyce od dawna wygląda to inaczej. Złoto uchodzi za bezpieczną inwestycję na trudne czasy. Im więcej ryzyk, tym chętniej inwestorzy lokują swoje środki w tzw. bezpiecznych inwestycjach. Jedną z nich jest złoto, które często drożeje podczas wzrostu napięć. Z drugiej strony, jeżeli na rynku jest spokojniej, to złoto tanieje. Obecne trzymiesięczne minimum cenowe świadczy o tym, że inwestorzy chętniej podchodzą do ryzykownych aktywów. Potwierdzają to ostatnie umocnienia się PLN względem głównych walut.

Chiny nie zwalniają

Po tym jak dane za luty pokazały (pierwszy raz od dekady) wzrost gospodarczy w ujęciu rocznym poniżej 6,5%, prognozy przewidywały dalsze spadki. Jednak dane za marzec uspokoiły rynki. Wzrost PKB w dalszym ciągu utrzymuje się na poziomie 6,4%. Analitycy wskazują, że jest to zasługa zarówno stonowania nastrojów w tzw. “wojnie handlowej”, jak i końca polityki zmniejszania zadłużenia społeczeństwa. Lepiej od oczekiwań wypadła również sprzedaż detaliczna oraz produkcja przemysłowa. W efekcie tych danych juan wyraźnie zyskał względem pozostałych walut.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

15:30 – USA – bilans handlu zagranicznego.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Poznaj EU(ro)sceptyków. Odliczanie do wyborów w UE

Lekko i wyraźnie EU(ro)sceptyczne i antyestablishmentowe partie mogą uzyskać od jednej czwartej do jednej trzeciej mandatów w nowym Parlamencie Europejskim (PE) według naszych prognoz opartych na aktualnych sondażach. Sondaże wskazują, że eurosceptyczne partie z prawej strony politycznego spektrum mogą zwiększyć swój udział mandatów w PE następnej kadencji do blisko 26% z obecnego poziomu 23%, natomiast partie z lewej strony spektrum prawdopodobnie utrzymają niezmieniony udział na poziomie około 7%.

Gdyby Wielka Brytania uczestniczyła w wyborach do PE, wpływ na rozkład mandatów w następnym PE byłby ograniczony. Obóz eurosceptyczny zyskałby dodatkowy udział mandatów rzędu 2-3 pp w porównaniu z naszymi podstawowymi prognozami. Chociaż nie zmieniłoby to zasadniczo równowagi w PE, mogłoby wpłynąć na tworzenie się eurosceptycznych grup.

Mamy wątpliwości, czy eurosceptyczne i nacjonalistyczne grupy w PE będą potrafiły przełamać to, co je wcześniej różniło i zbudować znacznie bardziej zjednoczony blok. Chociaż ich polityczna i ekonomiczna retoryka może być podobna, konkretne punkty widzenia i żądania często znacząco się różnią. Jednak nawet bez wspólnego planu eurosceptycy mogą sprawić, że budowanie koalicji (na poziomie krajowym) będzie znacznie bardziej złożone.

Gdyby eurosceptyczne grupy osiągnęły wyniki nawet lepsze niż przewidywane, Europarlament mógłby w większym stopniu podzielić się na dwa obozy: jeden „prounijny”, który ogólnie jest zaangażowany na rzecz projektu europejskiego, i jeden „antyunijny”, który (w różnym stopniu) kwestionuje aktualny układ instytucjonalny UE. Wraz z poprzednimi przesunięciami w Radzie, gdzie niektórzy z liderów obecnie otwarcie ścierają się z UE na temat jej zasad i wartości, a także perspektywą nowej Komisji, w skład której prawdopodobnie wejdą (wybrani na poziomie krajowym) Komisarze mniej oddani UE w jej obecnej postaci, może się to przyczynić do coraz większego podziału Unii.

Gospodarcze oddziaływanie zwiększonego wpływu eurosceptyków w Parlamencie Europejskim trudno skwantyfikować, ponieważ grupy te charakteryzują się dość zróżnicowanymi programami ekonomicznymi i fiskalnymi. Ale z pewnością dodatkowo zwiększają niepewność dotyczącą możliwości podejmowania decyzji i spójności polityki w UE, a w ten sposób mogą negatywnie wpłynąć na zaufanie inwestorów oraz postrzeganie ryzyka politycznego przez rynki.

Poznaj EU(ro)sceptyków

Do wyborów do Parlamentu Europejskiego pozostało mniej niż 50 dni i z dnia na dzień atmosfera staje się coraz gorętsza. W tym naszym trzecim opracowaniu dotyczącym wyborów, skupiamy się na jednej z głównych kwestii wokół wyborów – rosnącej sile partii antyeuropejskich. Co to za partie, ile ich jest i jaki będzie ich wpływ w kolejnym PE? Co napędza ich rozwój i co motywuje ich elektorat?

Jak wskazują nasze aktualne prognozy, wokół wyborów panuje duża niepewność. Według prognoz opartych na sondażach, prawicowe antyunijne i eurosceptyczne partie mogą uzyskać ponad jedną czwartą mandatów. Jeśli dodać do tego łagodnie eurosceptyczne i antyestablishmentowe partie ze skrajnej lewicy, ich udział mógłby wzrosnąć do jednej trzeciej. Oznacza to, że szersze porozumienie grup z politycznego centrum byłoby konieczne do konstruktywnego tworzenia polityki w kolejnym Europarlamencie.

Rosnąca pozycja eurosceptyków również pokazuje, że tradycyjne spektrum polityczne od lewicy do prawicy, a także osie geograficzne Północ-Południe i Wschód-Zachód wydają się być w coraz większym stopniu zastępowane podziałem na siły pro- i antyunijne. Wynik majowych wyborów do Europarlamentu może pokazać, jak głęboki stał się ten podział. Jeśli eurosceptyczne grupy osiągną wyniki nawet lepsze niż przewidywane, Europarlament mógłby w większym stopniu podzielić się na dwa obozy: jeden „prounijny”, który ogólnie jest zaangażowany na rzecz projektu europejskiego, i jeden „antyunijny”, który (w różnym stopniu) kwestionuje aktualny układ instytucjonalny UE. Wraz z poprzednimi przesunięciami w Radzie, gdzie niektórzy z liderów teraz otwarcie ścierają się z UE na temat jej zasad i wartości, a także perspektywą nowej Komisji, w skład której prawdopodobnie wejdą (wybrani w na poziomie krajowym) Komisarze mniej oddani UE w jej obecnej postaci, może się to przyczynić do coraz większego podziału Unii .

Aktualizacja prognoz – EFDD prawdopodobnie straci status grupy

Nasze zaktualizowane na podstawie sondaży prognozy wskazują na pewne znaczące zmiany w porównaniu z naszymi szacunkami z początku lutego: Eurosceptyczna EFDD straci status grupy, ponieważ kilku z jej członków, w tym włoski Ruch Pięciu Gwiazd, zapowiedziało, że będzie poszukiwać nowych sojuszników po majowych wyborach.1 Obecnie przewiduje się, że udział EFDD w ogólnej liczbie mandatów spadnie o ponad dwie trzecie (3,9 punktu procentowego), podczas gdy nasza poprzednia prognoza przewidywała lekki wzrost o 0,5 pp (patrz Wykresy 1 i 2). Przewidywana strata mandatów S&D i EPP w porównaniu z obecnym składem Europarlamentu lekko rośnie odpowiednio do -6,5 pp (Δ -0,4 pp) i -3,8 pp (Δ -0,5 pp). Przewidywany przyrost mandatów En Marche, Zielonych i Zjednoczonej Lewicy pozostaje bez zmian, podczas gdy udział ALDE według obecnych prognoz wzrośnie o 2,2 pp (Δ +1,2 pp). ENF zwiększa prowadzenie do 3,7 pp (Δ +0,4 pp). Według aktualnych sondaży nowe partie zyskają 7,2 pp w kolejnym Europarlamencie (obecnie z uwzględnieniem M5S i hiszpańskiego VOX), podczas gdy partie nie należące obecnie do większego bloku mogą lekko zmniejszyć swój udział o 0,4 pp. Tak jak we wcześniejszych prognozach, przewiduje się, że EPP i S&D pozostaną największymi frakcjami w kolejnym Europarlamencie, przed ALDE i ENF. Pozycja ECR rośnie o jeden poziom do #5 kosztem Zjednoczonej Lewicy. EFDD staje się najmniejszą grupą stojącą za partią prezydenta Macrona En Marche.

Dużo się mówi o nasilaniu się antyunijnego populizmu w Europie, ale co to właściwie są za grupy i partie?

Eurosceptyczne i antyunijne partie nie stanowią jednorodnej grupy i nie ma tu wyraźnej klasyfikacji. Znajdują się głównie na skrajnej prawicy i skrajnej lewicy politycznego spektrum, ale można je znaleźć również wśród partii z centrum. Często realizują wyraźnie populistyczny program, tj. oferują uproszczone i emocjonalnie atrakcyjne odpowiedzi na złożoną rzeczywistość polityczną. Ale z pewnością nie są jedynymi używającymi populistycznej retoryki i wytyczenie wyraźnej linii podziału może w związku z tym być trudnym zadaniem.

Tym, co często łączy eurosceptycznych populistów, jest ich twierdzenie, że znają i reprezentują „ludzi”, przy czym to określenie może niekoniecznie odnosić się do całości czy choćby większości elektoratu. Postrzegają siebie jako głos „ludzi” przeciwko zniechęconej i skorumpowanej krajowej i europejskiej „elicie” lub „establishmentowi” partii głównego nurtu (do których, jak twierdzą, nie należą).

Zazwyczaj Eurosceptycy przedstawiają się również jako obrońcy narodowych interesów przed „brukselską bańką” europejskich instytucji i biurokracji. Prawicowi Eurosceptycy i antyunijne partie zwykle koncentrują się na takich tematach jak tradycyjne wartości, tożsamość, narodowa suwerenność, nacjonalizm i imigracja, podczas gdy grupy lewicowe na ogół mocniej skupiają się na takich tematach jak środki oszczędności, nierówność dochodów, globalizacja i handel (chociaż wiele z nich zaczęło w ostatnich latach również przyjmować bardziej antymigracyjną retorykę).

Eurosceptyczne i antyunijne partie można znaleźć w całej UE, chociaż występują istotne różnice we wpływie, jaki wywierają na poziomie kraju, i poparciu głosujących. Generalnie można zaobserwować rosnącą atrakcyjność tych grup dla części europejskiego elektoratu w ostatnich latach, szczególnie od czasu kryzysu finansowego z lat 2009/8 i kryzysu migracyjnego w 2015 r.

W Europarlamencie eurosceptyczne i antyunijne partie są głównie zorganizowane w cztery spośród obecnych ośmiu transnarodowych grup lub partyjnych rodzin:

— Skrajnie prawicowa, nacjonalistyczna, antymigracyjna i często wprost antyeuropejska Europa Narodów i Wolności (ENF). Do ENF należą „Zjednoczenie Narodowe” (wcześniej „Front Narodowy”) Marine Le Pen z Francji, włoska „Lega” Matteo Salviniego, austriacka FPÖ oraz holenderska Partia Wolności.

— Do antyestablishmentowej, częściowo skrajnie prawicowej i twardo eurosceptycznej Europy Wolności i Demokracji Bezpośredniej (EFDD). Do EFDD należy niemiecka „Alternative für Deutschland” (AfD). Obecnie największy członek ugrupowania, brytyjska partia UKIP odpadnie po brexicie, natomiast włoski Ruch Pięciu Gwiazd ogłosił, że znalazł nowy sojusz do następnego PE.

— Eurosceptyczna i antyfederalistyczna grupa Europejskich Konserwatystów i Reformatorów (ECR), która przesunęła się bardziej na prawo przez włączenie nordyckich partii prawicowych. Po brexicie grupa straci brytyjskich torysów, którzy zapewniali pragmatyczne podejście do polityki w ECR. Największym członkiem grupy zostanie polski PiS, który walczy z Brukselą w kontekście naruszenia przez Polskę europejskich zasad praworządności.

— Skrajnie lewicowa Zjednoczona Lewica Europejska – Nordycka Zielona Lewica (GUE/NGL), która skupia partie socjalistyczne, komunistyczne i antyestablishmentowe, ale również eurosceptyczne. Do tej grupy należą: niemiecka partia Linke, hiszpańska partia Podemos, ale też umiarkowanie eurosceptyczna partia „La France Insoumise” i grecka Syriza.

Fidesz węgierskiego premiera Viktora Orbána jest z pewnością najbardziej wyrazistą eurosceptyczną partią w na ogół proeuropejskiej i centrowej EPP, a członkostwo grupy ostatnio zawieszono w związku z ciągłą antyunijną retoryką i naruszeniami unijnego prawa. Niektórzy (radykalnie lub ekstremalnie) antyeuropejscy europarlamentarzyści i niektóre partie krajowe nie należą do żadnej grupy i w związku z tym zasiadają w Europarlamencie jako członkowie niezrzeszeni lub „Non-Inscrits” (na przykład węgierski Jobbik, niemiecka NPD czy grecki Złoty Świt).

W których państwach i regionach UE (i dlaczego) antyunijne grupy są najsilniejsze?

Mimo że eurosceptyczne i antyunijne grupy można znaleźć w całej UE, ich pozycja jest znacznie silniejsza w pewnych państwach niż w innych. Eurosceptycyzm nie ogranicza się do konkretnych regionów geograficznych i występuje zarówno wśród starych jak i nowych członków UE. Można go zaobserwować w państwach UE mających bardzo różne doświadczenia historyczne, warunki społeczno-gospodarcze i strukturę demograficzną. Większość europejskich systemów partyjnych w UE obejmuje co najmniej jedną prawicową lub lewicową populistyczną partię eurosceptyczną. Podczas gdy w większości państw UE partie te na ogół znajdują się wśród politycznej opozycji (tak jak we Francji, Niemczech i Hiszpanii), w ostatnim roku udział państw członkowskich z eurosceptycznym rządem (lub partnerem w koalicji rządowej) istotnie się zwiększył, obejmując Węgry, Polskę, Austrię, Danię, Finlandię i od ubiegłego roku Włochy.

Jeśli chodzi o udział głosujących, węgierski Fidesz (50%) i polski PiS (41%) mają szczególnie dobre wyniki (patrz Wykresy 4-8), a zaraz za nimi jest włoska Lega (33%). Wraz z M5S (22%) włoską koalicję rządową wspiera ponad połowa włoskiego elektoratu. Grecka Syriza, którą kieruje premier Alexis Tsipra, czy „Koalicja Radykalnej Lewicy” mają 26% głosów w ostatnich sondażach. FPÖ, którą kieruje Heinz- Christian Strache w Austrii i która należy do koalicji rządowej z konserwatywną partią ÖVP Sebastiana Kurza, ma poparcie około 23% wyborców. Francuskie Zjednoczenie Narodowe Le Pen (22%) jest w krajowych sondażach na równej pozycji z „En Marche” prezydenta Macrona. „Demokraci Szwecji” mają 19%, a niemiecka „Alternative für Deutschland” (AfD) późno dołączyła do grona eurosceptycznych partii. Liczba jej wyborców skurczyła się w ciągu ostatnich miesięcy ze szczytowego poziomu 15-16% do aktualnego poziomu około 10%-13%.4 Również atrakcyjność PVV Geerta Wildera dla wyborców w Holandii spadła do 8%.

Wzrost siły eurosceptycznego populizmu w ostatnich latach nie jest w pełni zrozumianym zjawiskiem, wydaje się, że występują zarówno wspólne jak i specyficzne dla poszczególnych państw czynniki nasilające ten wzrost, ale również czynniki oporu wobec tego zjawiska. Skrajnie lewicowe partie odgrywają małą rolę w większości państw członkowskich UE, które dawniej należały do Układu Warszawskiego. A jeśli chodzi o prawicowy populizm, Grecja, Portugalia i Hiszpania wykazały się znaczną odpornością, co często wyjaśnia ich doświadczenie prawicowego totalitaryzmu do drugiej połowy XX wieku. Jednak to doświadczenie wydaje się blaknąć w ostatnich latach, czego ilustracją jest powstanie ekstremalnie prawicowego Złotego Świtu w Grecji (obecnie 8% w sondażach) oraz ostatnio prawicowej populistycznej partii VOX (13%) w Hiszpanii.

Za czym (lub przeciwko czemu) opowiadają się EU(ro)sceptycy?

Często wyróżnia się „lekko” i „twardo” eurosceptyczne partie, chociaż są spory co do stopnia tych rozróżnień. W uproszczonej formie za „lekki” eurosceptycyzm można uznać ogólną zgodę na europejskie ramy instytucjonalne i członkostwo w UE przy nawoływaniu do reform pewnych aspektów Unii (np. oddanie większej suwerenności na poziom krajowy). Twardy eurosceptycyzm zwykle kwestionuje integrację europejską i samo członkostwo w UE oraz obejmuje nawoływania do opuszczenia UE w całości. Jednak często partie nie mieszczą się w jednej z tych grup i mogą gładko między nimi przechodzić.

Również w ramach eurosceptycznych grup w Europarlamencie partie różnią się stopniem antyeuropejskiej retoryki i programu politycznego. Gdyby spróbować szerokiej kategoryzacji, to twardy eurosceptycyzm nawołujący do opuszczenia UE można znaleźć głównie w ENF i EFDD, podczas gdy eurosceptycyzm występujący wśród partii w ECR na ogół jest łagodny lub umiarkowany z wyraźnymi wyjątkami takimi jak Demokraci Szwecji w ECR. GUE/NGL nie jest ogólnie eurosceptyczną grupą, ale u niektórych jej członków można znaleźć łagodnie eurosceptyczne stanowiska, np. grecka Syriza.

Istotne jest to, że kilka twardo eurosceptycznych partii ostatnio złagodziło swoją retorykę i skorygowało swoją narrację. Już nie zalecają, aby ich kraj opuścił UE, ale raczej kwestionują porządek instytucjonalny UE. Często nawołują do „odzyskania” kontroli państwa w pewnych obszarach polityki, w szczególności w zakresie migracji i polityki gospodarczej, oraz do obrony tego, co nazywają „prawdziwą Europą”, przed scentralizowaną w Brukseli biurokracją. Zamiast o opuszczaniu UE Zjednoczenie Narodowe Le Pen we Francji teraz mówi o „zreformowanej UE”, a dla niemieckiej AfD „DEXIT” nie jest podstawowym żądaniem, ale możliwością „ostatniej szansy”, jeśli reformy się nie powiodą.5 To może odzwierciedlać brak poparcia dla radykalnych kroków wśród krajowego elektoratu, którego większość w większości państw europejskich popiera członkostwo w UE, a także może być próbą dotarcia do bardziej umiarkowanych wyborców. Z pewnością odzwierciedla to również przestrogi, jakimi są brytyjskie doświadczenia z brexitem. Eurosceptyczne partie, którym udaje się wejść w skład rządu, też wydają się dość szybko łagodzić swoje stanowisko w sprawie wyjścia z UE, jak to miało miejsce w przypadku włoskiej partii Lega i Ruchu Pięciu Gwiazd.6 Jednak z perspektywy prounijnych i centrowych grup, ta zmieniona retoryka „decentralizowania” UE i przekształcania jej „od wewnątrz” w „Europę narodów” może być jeszcze większym wyzwaniem, ponieważ program „reform” eurosceptyków kwestionuje zasadność podstawowych instytucji UE, takich jak Parlament Europejski i Komisja. Gdyby eurosceptykom udało się skanalizować lęki wokół migracji i obawy elektoratu dotyczące tożsamości kulturowej i perspektyw gospodarczych wobec instytucji europejskich, sama akceptacja kształtu UE mogłaby być w coraz większym stopniu kwestionowana.

Kim są osoby popierające Eurosceptyków i ich grupy docelowe?

Odwołując się często do programu opartego na nastrojach niż na faktach, wielu eurosceptycznym i antyeuropejskim partiom udało się przemówić do tych części elektoratu w Europie, które coraz bardziej czuły się opuszczone (i pozostawione samym sobie przez partie centrum) w ogólnie obserwowanym wzroście pomyślności przypisywanej globalizacji, integracji europejskiej i postępowi technologicznemu. Ponieważ ta sytuacja dotyczy części ludności na całym kontynencie, partie z wyraźnym programem antyunijnym, antyglobalizacyjnym i antymigracyjnym zyskały na popularności w całej Europie. Ale to nie oznacza, że mają poparcie tylko części elektoratu w niepewnej i ekonomicznie niekorzystnej sytuacji albo elektoratu w strukturalnie słabych regionach UE.

Niemiecki projekt badawczy dotyczący nasilania się pozycji skrajnie prawicowej AfD stwierdza na przykład, że pomimo wymiernego wpływu czynników socjodemograficznych, takich jak bezrobocie i przeciętny poziom wykształcenia, nie można generalizować, kim jest „typowy wyborca AfD”.7

Jakie czynniki i kwestie powodują nasilanie się ruchów antyunijnych w Europie?

Z pewnością nie jest możliwe wskazanie jednego czynnika wyjaśniającego nasilanie się w ostatnich latach eurosceptycznego czy antyeuropejskiego populizmu. Są pewne trendy strukturalne, które zdecydowanie należy uwzględnić, w tym wpływ globalizacji, cyfryzacji, mniej jednorodnych społeczeństw, zmieniającego się zaangażowania politycznego oraz niższych poziomów zaufania instytucjonalnego – co nie ogranicza się do Europy, ale jest powszechnie obserwowanym zjawiskiem w zachodnich społeczeństwach.

Lewicowy i prawicowy eurosceptycyzm może się różnić pod względem intensywności odwoływania się do czynników ekonomicznych i kulturowych, ale do pewnego stopnia to rozróżnienie stało się zbyt uproszczone i nieaktualne. Lewicowe eurosceptyczne partie z pewnością mocniej koncentrują się na szkodliwym wpływie socjoekonomicznych konsekwencji globalizacji, takich jak rosnąca nierówność, natomiast prawicowi eurosceptycy raczej instrumentalizują sprzeciw wobec zagrożenia wartości kulturowych wśród wyborców. Jednak ostatecznie czynniki te są blisko ze sobą powiązane i często nie daje się ich łatwo rozdzielić. Brak poczucia bezpieczeństwa ekonomicznego może zwiększać indywidualne lęki, a tym samym podatność na myślenie w kategoriach „moja grupa” / „nie moja grupa” oraz postrzeganie zagrożeń gospodarczych ze strony zewnętrznych grup (imigranci, instytucje UE). Z tego powodu skrajnie prawicowe i skrajnie lewicowe partie często trafiają na obrzeża grup społecznych, a ich grupy docelowe wśród elektoratu się nakładają.

Te zjawiska o charakterze globalnym zbiegają się ze zmianami nastrojów w Europie w związku z kryzysem euro w latach 2011/12 i kryzysem uchodźctwa kilka lat później, które postrzega się jako kryzysy źle zarządzone przez rządy państw unijnych i organy UE, niezależnie od tego, czy jest to postrzeganie słuszne (patrz też Focus Europe, październik 2018). Również tarcia w procesie podejmowania decyzji mogą zaostrzyć postrzeganie nieudolności i przyczyniać się do sfrustrowania polityką Unii, która jest często postrzegana jako oderwana od spraw obywateli UE.

Jak silni staną się Eurosceptycy w następnym PE?

W naszym podstawowym scenariuszu (bez udziału Wielkiej Brytanii w majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego) prognozy oparte na sondażach sugerują, że eurosceptyczne partie z prawej strony politycznego spektrum zwiększą udział mandatów w kolejnym PE do prawie 26% z obecnego poziomu 23%. I pomimo tego że po brexicie ECR straci swojego obecnie największego członka, torysów, a EFDD i ENF UKIP, poprzednio jedną z największych (obecnie podzieloną) spośród partii w PE. Partie skrajnej lewicy politycznego spektrum zachowają udział stosunkowo bez zmian na poziomie około 7%. Zatem całkowity udział łagodnych i twardych eurosceptycznych i antyestablishmentowych partii może wynieść od jednej czwartej do jednej trzeciej mandatów w kolejnym PE.

Pozostaną silne w państwach, w których zyskały znaczną pozycję już w poprzednich wyborach do Europarlamentu, takich jak Francja (Front Narodowy/ Zjednoczenie Narodowe), Austria (FPÖ), Węgry (Fidesz) i Polska (PiS), gdzie są nawet w rządzie. Ale jeśli chodzi o największe wygrane populistycznych, nacjonalistycznych antyunijnych partii, znowu wyróżniają się dwa państwa – Włochy i Niemcy. We Włoszech antyunijna rządowa koalicja partii Lega Nord i M5S może zdobyć 46 mandatów, czyli 60% ogólnej liczby mandatów przypadających na Włochy. W Niemczech skrajnie prawicowa antymigracyjna AfD może zdobyć co najmniej 10 mandatów w porównaniu z obecnie posiadanymi 7.

Jak będzie wyglądać układ eurosceptycznych grup i mandatów w kolejnym PE?

Nie jest łatwo odpowiedzieć na to pytanie. Większość prawicowych i skrajnie lewicowych eurosceptycznych i antyestablishmentowych partii należy obecnie do ECR, EFDD i ENF. Ale do stworzenia grupy w PE wymagane jest minimum 25 europosłów z jednej czwartej państw UE (tj. aktualnie 7). Jak pokazano na Wykresie 6, przewiduje się, że EFDD nie spełni żadnego z tych dwóch kryteriów. Poprzednio największy członek grupy, UKIP, jest teraz podzielony i częściowo przeniósł się do ENF. Ale jeśli brexit nie zostanie przesunięty (lub odwołany), parta ta tak czy inaczej wypadnie z PE. Francuska partia „Debout la France”, dotychczas członek EFDD, ogłosiła zamiar przystąpienia do ECR po majowych wyborach.

Włoski Ruch Pięciu Gwiazd już ogłosił, że rozważa utworzenie nowej grupy w PE razem z polską skrajnie prawicową partią Kukiz’15, chorwacką Živi zid i dwiema innymi mniejszymi partiami z Grecji i Finlandii. Ale potrzebowaliby co najmniej jeszcze dwóch członków z innych państw UE, żeby utworzyć własną grupę, a według aktualnych sondaży nie wszystkie z tych partii mogą wejść do PE.8 Okaże się, czy starania M5S o pozyskanie francuskich „żółtych kamizelek” mogą sprawić, że M5S znajdzie potencjalnych sojuszników w kolejnym PE. Kilka grup spod znaku „żółtych kamizelek” planuje start w wyborach z własnych list, które według sondaży mogą uzyskać 13% głosów we Francji.9 ECR, która według przewidywań zyska nowych członków takich jak holenderskie „Forum dla Demokracji” i francuską partię DLF, pozostanie największą grupą pod względem reprezentowanych państw UE, ale nie pod względem europosłów. Tutaj grupa ENF, do której należy francuskie Zjednoczenie Narodowe i włoska Lega, stanie się największym eurosceptycznym blokiem z udziałem 8,7% i czwartą pod względem wielkości grupą w PE. W przypadku rozwiązania EFDD pozostali dwaj członkowie grupy: niemiecka AfD i litewska TT mogą przystąpić do ECR, ENF, działać niezależnie lub dołączyć do nowo zakładanej koalicji np. z Ruchem Pięciu Gwiazd. Również nie jest jeszcze ustalone, do jakiej grupy przystąpi hiszpańska skrajnie prawicowa partia VOX, która według przewidywań wejdzie do kolejnego PE jako nowy gracz, a także niektóre z dotychczas niezrzeszonych partii takie jak węgierski Jobbik.10 Również węgierski Fidesz, który według przewidywań wyśle 12 przedstawicieli do kolejnego PE i którego członkostwo w EPP zostało ostatnio tymczasowo zawieszone, już dał się skusić do wstąpienia w szeregi ECR.11

Gdyby wszystkie prawicowe eurosceptyczne i antyunijne partie utworzyły jedną grupę (wraz z aktualnie niezrzeszonymi oraz nowymi partiami i węgierskim Fideszem), mogłyby nawet zostać największą grupą w PE z blisko 26% mandatów, wyprzedając konserwatywną grupę EPP. Jednak taka grupa wydaje się raczej mało prawdopodobna, ponieważ obejmowałaby szerokie spektrum ideologiczne od łagodnych eurosceptyków i narodowych konserwatystów po wprost antyeuropejskie partie i radykalnie prawicowych ekstremistów. Na skrajnej lewicy antyestablishmentowa i częściowo (łagodnie) eurosceptyczna Zjednoczona Lewica/Nordyccy Zieloni (GUE/NGL) zachowują udział mandatów na względnie stałym poziomie około 7%, podczas gdy udział niezrzeszonych partii antyestablishmentowych i socjalistycznych/komunistycznych jest marginalny na poziomie poniżej 0,5% mandatów.

Co z brexitem?

Już szeroko omawialiśmy wpływ Brexitu na wybory europejskie w informacji nr #1 w ramach odliczania do wyborów do Europarlamentu. Jeśli Wielka Brytania wyjdzie z UE zgodnie z pierwotnym planem przed 22 maja, tj. dzień przed rozpoczęciem wyborów, żaden brytyjski europoseł nie zasiądzie w następnym PE. Jeśli Wielka Brytania poprosi o większe przedłużenie artykułu 50 i tym samym będzie musiała wziąć udział w wyborach, miałoby to wymierny, ale jednak ograniczony wpływ na rozkład mandatów. Nasze aktualne prognozy potwierdzają poprzednio przewidywane wyniki, według których obóz eurosceptyczny zyskałby około 2 do 3 pp w porównaniu z prognozami w scenariuszu podstawowym. UKIP, która przystąpiła do EFDD w 2014 r., jest teraz rozbita pomiędzy ENF, EFDD a niezrzeszonymi, podczas gdy poprzedni lider partii Nigel Farage przystąpił do nowo utworzonej „Brexit Party”. Udział Wielkiej Brytanii w wyborach do PE nie zmieniłby znacząco równowagi w kolejnym PE, mógłby jednak mieć wpływ na tworzenie grup.

Czy eurosceptycy w PE mają wspólny program?

W ubiegłym roku pomysł paneuropejskiego wspólnego ruchu rozproszonego nacjonalistycznego, eurosceptycznego obozu zyskał szeroką uwagę. Przywódcy partii z całego antyunijnego spektrum wyrażali chęć bardziej zjednoczonej frakcji w ramach parlamentu. Wicepremier Włoch Matteo Salvini (Lega) wzywał do utworzenia „Ligi Lig Europy, łączącej wszystkie wolne i suwerenne ruchy, które chcą bronić swoją ludność i granice”.12 Zaprosił również skrajnie prawicowe partie z całej UE na spotkanie 8 kwietnia w Mediolanie w celu utworzenia sojuszu przed majowymi wyborami. Jednak tylko kilka partii faktycznie uczestniczyło w spotkaniu.13 Zjednoczony antyunijny sojusz jest z pewnością tym, co miał na myśli były doradca prezydenta Trumpa, Steve Bannon, kiedy ostatnio dofinansował „Ruch” na rzecz zgromadzenia wszystkich eurosceptycznych i nacjonalistycznych sił pod jednym sztandarem. Ale dotychczas reakcja na starania Bannona wśród eurosceptycznych przewódców partii jest raczej chłodna.14

Mamy wątpliwości, czy antyunijne i nacjonalistyczne grupy w PE będą w stanie przełamać swoje poprzednie rozbieżności i zbudować znacznie bardziej zjednoczony blok. Wynika to częściowo z różnic w politycznej orientacji i ideologii partii, ale też częściowo wynika z osobowości i zabiegania o przywództwo w dużych antyeuropejskich i eurosceptycznych partiach. Włoska koalicja rządowa Lega-M5S jest dobrym przykładem tego, jak trudne może być uzgodnienie i realizowanie wspólnego programu przez prawicowe i lewicowe partie populistyczne. Ale również z powodów strukturalnych silniejsze zjednoczenie eurosceptycznych partii może być wyzwaniem, co sprawia, że utworzenie jednej dużej grupy lub sojuszu w następnym PE jest raczej mało prawdopodobne. Pomimo wspólnych elementów ideologicznych, np. w sprawie migracji i zewnętrznej granicy, istnieją zasadnicze (regionalne) podziały dotyczące preferowanej reakcji politycznej, na przykład w zakresie redystrybucji uchodźców w Unii. Niektóre z tych partii, takie jak francuskie Zjednoczenie Narodowe, włoska Lega, niemiecka AfD i austriacka FPÖ, uznaje się za bliskie Rosji, podczas gdy zwłaszcza polski PiS ma poważne zastrzeżenia wobec wschodniego sąsiada.15

Jednak o ile jedność i konsensus wśród krytyków Unii są niezbędne do konstruktywnego tworzenia polityki, o tyle nie aż tak bardzo są niezbędne do utrudniania życia innym grupom w PE. Nawet bez wspólnego programu te grupy mogą sprawić, że budowanie koalicji (na poziomie krajowym) stanie się o wiele bardziej złożone.16

Jakie są polityczne i gospodarcze konsekwencje antyunijnego populizmu?

Nie przewidujemy w następnym PE zasadniczej zmiany większości prowadzącej do mocno zmienionego programu. Jednak zwiększone rozproszenie sił w kolejnym parlamencie utrudni podejmowanie ważnych decyzji. Może to wpłynąć na szeroki wachlarz tematów instytucjonalnych i ekonomicznych, w tym wybór nowego Przewodniczącego Komisji, następnego wieloletniego budżetu UE, umowy handlowe z państwami trzecimi oraz relacje z wielką Brytanią po brexicie. Również styl dialogu politycznego oraz retoryka mogą stać się bardziej populistyczne. To może utrudnić realizację polityki z długoterminowymi korzyściami (których pozytywny wpływ niekoniecznie będzie od razu widoczny).

Zwiększony wpływ antyeuropejskich populistycznych partii zarówno w następnym PE, jak i w Radzie Europejskiej oraz polityce krajowej, przyczyniają się do podwyższonego poziomu niepewności politycznej, co wpływa zarówno na wewnętrzne sprawy UE, jak i na jej pozycję w zmieniającym się i coraz bardziej konkurencyjnym globalnym porządku. Wysoki poziom niepewności może mieć istotne koszty ekonomiczne. Prawdopodobnie będzie stwarzać przeszkody dla inwestowania, ponieważ przedsiębiorstwa mogą odkładać decyzje lub zmniejszać budżety inwestycyjne. Najlepiej ilustruje to przykład Wielkiej Brytanii przed jej historycznym wystąpieniem z UE.

Poza przedsiębiorstwami niepewność polityczna może również podkreślać bardziej krótkowzroczną orientację rządowej polityki gospodarczej i inwestycji publicznych. Tutaj oczywistym przykładem są Włochy i ich spór z Komisją Europejską w sprawie polityki fiskalnej, polityki zadłużenia i reform. Niepewność może również wpłynąć na konsumentów, którzy są skłonni do powstrzymywania się od konsumpcji.

Warunki gospodarcze w UE są bardzo zróżnicowane i nie wszystkie państwa, gdzie kwitnie antyeuropejski populizm, zmagają się z wysokim bezrobociem i powolnym wzrostem. Jednocześnie antyeuropejskie lub eurosceptyczne rządy niekoniecznie prowadzą szkodliwą politykę gospodarczą, przynajmniej krótkoterminowo, jak pokazuje przykład Polski czy Węgier. Ale w państwach, gdzie populiści zyskują wpływy lub władzę z powodu braku równowagi gospodarczej, ich ambicja, aby zadowolić wyborców krótkowzrocznym luzowaniem fiskalnym, może pogorszyć warunki w perspektywie średnioterminowej. Złe zarządzanie na poziomie krajowym może przyczynić się do powstawania warunków, w których populiści znakomicie się rozwijają, i dodatkowo zwiększyć poczucie słabnięcia Unii Europejskiej, co może dalej napędzać apetyt na rozwiązania krajowe.

Pod względem polityki gospodarczej populiści często nie wpisują się w tradycyjny podział na lewicę/prawicę. Chociaż czasem rozróżnia się lewicowych i prawicowych populistów, polityka gospodarcza nie jest ich cechą definiującą. Populiści podkreślają inny podział („ludzie” i „elity”). Przy tym polityka gospodarcza ma wtórne znaczenie i to raczej jako środek niż cel. Potrzebują być popularni a nie konsekwentni. Pozwala to na znaczny zakres (i zmiany) stanowisk w sprawie typowych tematów w dziedzinie polityki gospodarczej, takich jak redystrybucja i opodatkowanie lub protekcjonizm i handel. Podobnie ogólne podejście do polityki gospodarczej może łączyć interwencjonizm z mieszankami laissez faire. Można argumentować, że populistyczna polityka gospodarcza jest skrzywiona w kierunku rozwiązań krótkookresowych (i z kolei ma tendencje do pomijania lub umniejszania roli ryzyk średnio- i bardziej długookresowych, np. wynikających z rosnącego deficytu, inflacji), z większym naciskiem na tematy makroekonomiczne niż mikroekonomiczne, takie jak reformy strukturalne. Głównymi ryzykami populistycznej polityki gospodarczej są protekcjonizm, zadłużenie i osłabienie instytucji (gospodarczych).

Jaka jest odpowiedź partii proeuropejskich na to wyzwanie?

Odpowiedzią jest często jedna z dwóch możliwości:

— Atakują populistów jako populistycznych demagogów i wrogów europejskich wartości i osiągnięć. Francuski prezydent Macron i jego wezwanie do utworzenia „proeuropejskiego sojuszu” i do „europejskiej odnowy” jest doskonałym tego przykładem.

— Partie centrum mogą też zaadaptować lub naśladować (częściowo) program i retorykę eurosceptyków, mając nadzieję na odebranie im siły oddziaływania. Przykładem (udanego) zastosowania tego podejścia jest centroprawicowa koalicja rządowa austriackiego premiera Kurza, ale też przesunięcie się Niemiec w kierunku bardziej restrykcyjnej polityki migracyjnej.

Oba podejścia można zakwalifikować jako (krótkoterminowe) środki zaradcze, ale mogą one też łatwo obrócić się przeciwko tym, którzy je stosują.

— Dla eurosceptyków prezentowanie się swojemu elektoratowi jako walczących z zewnętrznym przeciwnikiem, w tym przypadku z „uciskającymi” instytucjami/establishmentem UE i ich przedstawicielami, jest podstawową formą działania. Przyjęcie tej udawanej walki poprzez otwarty atak może jeszcze bardziej wzmocnić poparcie dla eurosceptyków na poziomie krajowym.

— Próba odzyskania wyborców poprzez dostosowanie populistycznego programu antymigracyjnego i antyeuropejskiego może również przynieść pożądany skutek, przynajmniej krótkoterminowo. Ale może też pomóc w przeniesieniu poprzednio niechętnie widzianych stanowisk i poglądów z politycznych obrzeży do centrum społeczeństwa i promować debatę polityczną coraz bardziej opartą na emocjach a nie na faktach.

Co mogą zrobić proeuropejskie partie i przywódcy, żeby odzyskać rozczarowanych i niezaangażowanych wyborców?

Nie ma łatwej i uniwersalnej odpowiedzi na to pytanie. Można zakładać, że proeuropejskie partie i przywódcy mają pełną świadomość wyzwań, ale jak wskazano powyżej, znalezienie dobrej odpowiedzi to inna para kaloszy.

— Generalnie zaufanie do unijnego porządku demokratycznego, instytucjonalnego i prawnego wymaga, aby UE zaspokajała potrzeby swoich obywateli w zakresie bezpieczeństwa, dobrobytu i partycypacji. Odzwierciedla to wezwanie Komisji do tworzenia „Europy, która realizuje swoje obietnice”. Jednak jednoczesne spełnienie oczekiwań ponad 500 milionów obywateli UE z różnych obszarów geograficznych, kulturowych i zróżnicowanych gospodarczo jest ogromnym zadaniem. Wymaga też otwartej i ciągłej dyskusji o europejskich dobrach publicznych.

— Wskazanie powodów nasilenia się pozycji eurosceptycznych zarówno w UE, jak i na poziomie krajowym jest również istotne. Emocjonalna i uproszczona retoryka oraz bezpodstawne roszczenia mogą być użyte w celu zmanipulowania wyborców, ale nie trafiałyby do szerszego elektoratu, gdyby nie występowały jakieś zaburzenia równowagi społecznej i słabe punkty. Zwiększony niepokój dotyczący indywidualnej i zbiorowej przyszłości Europejczyków, często związany z szybkimi zmianami gospodarczymi, kulturowymi i technologicznymi w ostatnich latach, wymaga szczerej reakcji. Odpowiednie zakomunikowanie tego powinno być możliwe tam, gdzie obawy są bezpodstawne lub przesadzone. Tam, gdzie są uzasadnione, wyborcy zażądają odpowiedniej polityki.

— (Międzypokoleniowe) nierówności szans i rosnące nierówności w zakresie dochodów i poziomu zamożności mogą być pożywką dla populistów i eurosceptyków, jednak podejście do tych kwestii poprzez zastosowanie krótkowzrocznego i niemożliwego do utrzymania luzowania podatkowego może się w średniookresowej perspektywie obrócić przeciwko stosującym takie rozwiązania. Wreszcie niejednorodność UE może wymagać szytych na miarę, specyficznych dla danego kraju reakcji.

— Krytyka instytucji europejskich i europejskiego przywództwa nie jest automatycznie antyeuropejska. Jednak często uogólnione oskarżenia o gospodarczą i polityczną „elitarność”, korupcję i politykę klienteli nie mają mocnych podstaw w faktach. Aby jednak wykazać fałszywość takich twierdzeń, jeśli są nieuzasadnione, oraz aby zapobiegać przyszłym nadużyciom, jeśli takie mogą wystąpić, najwyższe standardy transparentności i uczciwości wśród europejskich przedstawicieli politycznych nabierają coraz większego znaczenia.

— Nie do końca jasny jeszcze wpływ technologii i mediów społecznościowych na debatę polityczną i ich wpływ na wyborców. Chociaż granica pomiędzy informacją a manipulacją w polityce nigdy nie była wyraźna, celowa dezinformacja i profilowanie psychologiczne stosowane w celu wywierania systematycznego wpływu na zachowanie wyborców to niebezpieczne zjawisko zmieniające reguły gry w demokratycznych społeczeństwach. Zajęcie się tą kwestią, czy to w kontekście Parlamentu Europejskiego, czy w kontekście wyborów krajowych, wymaga wspólnego wysiłku na poziomie europejskim oraz wyraźnej świadomości związanego z tym ryzyka cenzury.

— Instytucje europejskie i ich przedstawiciele są często wykorzystywani jako kozły ofiarne przez krajowych polityków nie tylko z obozu eurosceptycznego, ale też generalnie z obozu proeuropejskiego i z centrum sceny politycznej w celu odwrócenia uwagi od własnych niepowodzeń, wzmocnienia władzy lub forsowania własnego programu na poziomie kraju. Chociaż może być to kuszące, potencjalne koszty polityczne i reakcja na taką taktykę stają się coraz bardziej widoczne.

— UE dołożyła znacznych starań w celu zakomunikowania obywatelom Europy zalet członkostwa w Unii i historycznych osiągnięć integracji europejskiej. Dla porównania, proeuropejska komunikacja ze strony krajowych przywódców i przedstawicieli często pozostaje z tyłu.

— Pogląd, że „więcej Europy” nie jest z definicji najlepszym podejściem do wszystkich spraw europejskich, nie ogranicza się do eurosceptyków. Proeuropejskie partie i rządy z centrum sceny politycznej również z rosnącą ostrożnością podchodzą do dalszej integracji i centralizacji tych obszarów polityki unijnej, w których nie ma wyraźnego poparcia większości wyborców.

W 2019 r. ceny mieszkań będą rosnąć, ale mniej dynamicznie

W najnowszym raporcie dotyczącym rynku mieszkaniowego eksperci Emmerson Evaluation wskazują, że 2018 był rokiem znacznych podwyżek – zarówno cen mieszkań, które w wielu lokalizacjach osiągnęły rekordowe poziomy, jak i kosztów wykonawstwa budowlanego oraz cen gruntów pod nowe inwestycje mieszkaniowe. W 2019 r. tempo podwyżek będzie jednak mniej dynamiczne, prognozują autorzy raportu EVALUER INDEX 2019.

W raporcie EVALUER INDEX 2019 eksperci Emmerson Evaluation, firmy zajmującej się profesjonalną wyceną nieruchomości, przebadali najważniejsze rynki mieszkaniowe w Polsce. – Zgromadzone przez nas dane pokazują, że w 2018 r. ceny mieszkań wzrosły we wszystkich największych miastach w Polsce i to zarówno na rynku pierwotnym, jak i wtórnym. Wzrosty cen nowowybudowanych lokali były większe niż w przypadku tych z drugiej ręki – zaznacza Dariusz Książak, Prezes Emmerson Evaluation.

Na rynku padły kolejne rekordy

W 6 z analizowanych w raporcie EVALUER INDEX 2019 miast mediana cen mkw., po raz pierwszy od 2013 r., przewyższyła 5 tys. zł. Taki rekord autorzy opracowania zanotowali na rynkach Katowic, Szczecina, Bydgoszczy, Olsztyna, Białegostoku i Rzeszowa. W Warszawie po raz pierwszy w 6-letniej historii raportów EVALUER INDEX mediana ceny mkw. na rynku pierwotnym przekroczyła 9 tys. zł, a w Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu i Gdańsku – 7 tys. zł. Bardzo mocno wzrosły też ceny mieszkań w Gdyni, gdzie mediana w 2018 r. uplasowała się na poziomie powyżej 8 tys. zł/mkw. To wzrost o prawie 1,8 tys. zł w stosunku do poziomu z 2017 r. W ujęciu rok do roku, w ponad 3/4 z analizowanych lokalizacji wzrosty przekroczyły poziom 10%. Największe podwyżki Emmerson Evaluation odnotował we wspomnianej już Gdyni, ale także w Sopocie i Szczecinie (wynosiły one odpowiednio 28%, 21% i 19%). Nieco mniej dynamiczny wzrost (poniżej 10%) zanotowały rynki w m.in. Łodzi, Zielonej Górze, Toruniu (odpowiednio 9%, 8% i 7%). Wzrosty do 5% widoczne były jedynie w dwóch miastach – Lublinie i Kielcach. Mediana ceny lokali w stolicy województwa świętokrzyskiego zbliżyła się do poziomu 5 tys. zł/mkw.

Nie tylko kupujący doświadczają podwyżek

W opinii analityków Emmerson Evaluation wzrost cen mieszkań w 2018 r. spowodowany był kilkoma głównymi czynnikami. Po stronie podażowej, czyli deweloperów, największy wpływ miał wzrost kosztów generalnego wykonawstwa, w tym zarówno materiałów budowalnych, jak i robocizny. Wzrost twardych kosztów budowy był szczególnie widoczny w Warszawie, gdzie wg obliczeń ekspertów firmy sięgał średnio 17% względem roku 2017. Podwyżki nie ominęły również mniejszych miast wojewódzkich, gdzie zanotowano średni wzrost na poziomie 9% w porównaniu do 2017 r. W wartościach bezwzględnych we wszystkich analizowanych w raporcie miastach twardy koszt budowy 1 mkw. Powierzchni Użytkowej Mieszkalnej (PUM) przekroczył 4 tys. zł, przy czym w Warszawie wyniósł ok. 4,5 tys. zł/mkw. PUM.

Ceny zakupu terenów pod budowę w 2018 r. również wzrastały. Według szacunków analityków firmy największy, bo aż dwucyfrowy, wzrost ceny gruntu w przeliczeniu na 1 mkw. PUM nastąpił we Wrocławiu i Warszawie (po 11% w każdym z tych miast względem roku poprzedniego) oraz Poznaniu (o 10% w porównaniu do 2017 r.).

Wzrost cen nowych mieszkań był stymulowany także ze strony popytowej. Już kolejny rok z rzędu wyprzedawały się one na etapie „dziury w ziemi”. Deweloperzy zatem nie mieli oporów w oferowaniu coraz wyższych cen za mieszkania. Podnosili ceny ofertowe nawet raz na miesiąc, więc kupujący nie mieli zbyt dużego pola do negocjacji – dodaje Dariusz Książak.

Sytuacja na rynku pierwotnym stymulowała rynek wtórny. Tam również mieszkania wyprzedawały się „na pniu”. Ceny mieszkań z drugiej ręki mocno więc wzrosły. W 2018 r. mediana ceny w Warszawie, po raz pierwszy od 2013 r., przewyższyła 8 tys. zł/mkw., a w Gdańsku 6 tys. zł/mkw. Prawie 1/3 z analizowanych lokalizacji zanotowała wzrosty cen na poziomie co najmniej 10% w porównaniu do 2017 r. Największe podwyżki nastąpiły w Łodzi (18%). Główną motywacją nabywców dokonujących zakupu mieszkań na rynku wtórnym była niższa cena mkw. niż w przypadku lokali z rynku pierwotnego. Dodatkowe czynniki, jak atrakcyjna lokalizacja, w tym dobry dostęp do komunikacji miejskiej czy społecznej (szkoły, przedszkola) także były brane pod uwagę podczas decyzji o zakupie.ceny mieszkań 2019 prognoza

Sprzedaż w 2018 r. nadal na wysokim poziomie

Zaprezentowane w raporcie EVALUER INDEX 2019 dane świadczyły o bardzo dobrej sytuacji sprzedających mieszkania w ubiegłym roku. Mimo, iż w 2018 r. dynamika sprzedaży spadła w kilku lokalizacjach, m.in. w Katowicach, Wrocławiu oraz Poznaniu, to zanotowany poziom i tak należy do jednych z najwyższych w historii. Liczba sprzedanych mieszkań w 7 największych polskich miastach (Warszawa, Kraków, Wrocław, Poznań, Gdańsk, Łódź i Katowice) w 2018 r. była jedynie o 0,3% niższa niż w 2016 r. i o 17% niższa niż w 2017 r. Jest to więc trzeci wynik w historii. – Spadek liczby transakcji odnotowaliśmy głównie w przypadku zakupów gotówkowych, dokonywanych zwykle przez osoby inwestujące w mieszkania na wynajem. Dla części z nich ceny w niektórych lokalizacjach mogły już osiągnąć poziom zagrażający uzyskaniu oczekiwanej rentowności z inwestycji – zauważa Prezes Emmerson Evaluation. Dobrą sytuację dla nabywców dokonujących zakupów na własne cele mieszkaniowe stymulowały preferencyjne warunki kredytowe oferowane przez banki, dodaje ekspert.

W 2019 r. dalszy wzrost cen, ale już mniej dynamiczny

W 2019 r. analitycy Emmerson Evaluation spodziewają się, że dynamika wzrostu cen mieszkań będzie stopniowo zwalniać. Z jednej strony, ceny mieszkań wciąż będą znajdować się pod presją wysokich kosztów budowy. Deweloperzy, w obliczu rosnących kosztów gruntów, materiałów budowlanych oraz siły roboczej będą musieli podnosić ceny w celu utrzymania swoich marż przynajmniej na notowanym dotychczas poziomie. Do tego mogą dojść kolejne czynniki, które mogą kreować wzrost nakładów na produkcję mieszkań, jak chociażby perspektywa zwiększenia kosztów prowadzenia rachunków powierniczych w związku planowaną przez rząd zmianą przepisów dotyczących działalności deweloperskiej. Z drugiej strony, należy zwrócić uwagę, że ceny mieszkań rosną systematycznie od 2014 r. i w tym czasie wzrosły średnio o ok. 30%, a w najlepszych lokalizacjach nawet znacznie więcej. Dalszy wzrost cen może nie być już akceptowany przez potencjalnych nabywców, w szczególności dla kupujących lokale mieszkalne inwestycyjnie – z przeznaczeniem na wynajem.  – Właśnie powszechność zakupów inwestycyjnych, jakie miały miejsce w ostatnich latach, postrzegamy jako główne zagrożenie dla dalszego rozwoju polskiego rynku mieszkaniowego. Nabywcy inwestycyjni w mniejszym stopniu, niż osoby kupujące na własne potrzeby mieszkaniowe, kierują się emocjami czy sentymentem do danej lokalizacji, koncentrując się głównie na ekonomicznych aspektach transakcji, w szczególności potencjalnej rentowności, jaką może dać zakup konkretnego lokalu. W związku z konsekwentnym wzrostem cen mieszkań w ostatnich latach stopa zwrotu z takich inwestycji zaczęła spadać. Dla tej grupy nabywców może być to argumentem przemawiającym za wstrzymaniem się z zakupami do momentu ustabilizowania się sytuacji na rynku. Z kolei osoby, które nabywają mieszkania na własne potrzeby, motywowane głównie obawą przed dalszymi podwyżkami, nie powinny wycofać się z rynku – tłumaczy Dariusz Książak.

Analitycy firmy przewidują, że tegoroczne zakupy mieszkań będą zatem nieco mniejsze niż w roku ubiegłym. W efekcie, w drugiej połowie roku dostępność mieszkań powinna nieco wzrosnąć, bo i wielkość oferty deweloperskiej wciąż znajduje się na poziomie zbliżonym do rekordowego. Taki stan powinien utrzymać się jeszcze przynajmniej przez lata 2019 i 2020 w związku rekordową liczbą mieszkań, na które wydano pozwolenia na budowę w ciągu ostatnich dwóch lat. – Korzystna dla kupujących relacja podaży do popytu nie będzie jednak na tyle znacząca, aby w 2019 r. całkowicie zahamować wzrost cen. Taki scenariusz, jest naszym zdaniem możliwy dopiero w roku 2020 – zaznacza Prezes Emmerson Evaluation. Głównymi czynnikami wspomagającymi dalszy rozwój rynku w najbliższym czasie będzie niski koszt kredytów, rosnące wynagrodzenia oraz niski poziom bezrobocia.

ZPP: Polska pilnie potrzebuje Doktryny Energetycznej

Aktualny stan i perspektywy rozwoju polskiej energetyki to nasz największy problem w kontekście konkurencyjności całej gospodarki. Zaniechania i brak strategicznego myślenia niebezpiecznie zbliżają nas do systemowej recesji i spadku poziomu życia obywateli. Polska pilnie potrzebuje doktryny energetycznej uwzględniającej procesy zachodzące na świecie, a nie tylko życzeniowe myślenie polityków. Tak wynika z najnowszego raportu Związku Przedsiębiorców i Pracodawców pt. „Założenia do strategii rozwoju energetyki w Polsce”.

Warunkiem poprawy otoczenia biznesowego Polski jest zbudowanie konsensusu politycznego wokół długoterminowego programu transformacji energetyki. Bez tego nie może być mowy o długoterminowej transformacji energetycznej Polski. Dla zapewnienia stałych i konkurencyjnych cen energii dla polskiego przemysłu, konieczna jest stopniowa prywatyzacja źródeł wytwarzania i linii przesyłowych, co wymusi rynkowe zachowania państwowych producentów.

Doktryna na czterech filarach

Filar Nr 1; Zmiana struktury własności i dywersyfikacja źródeł wytwarzania. Systematycznie zastępowanie państwowych kombinatów prądotwórczych prywatną energetyką rozproszoną. Stopniowe ograniczenie udziału paliw stałych, tak aby w 2030 roku energetyka węglowa stanowiła 50% polskiego miksu, a drugą połowę powinna stanowić energia uzyskana ze źródeł odnawialnych i paliw gazowych. Jeśli w miksie pojawi się atom, to nastąpi to na pewno dopiero po 2030 roku. Największe i nowo wybudowane bloki węglowe, muszą zostać w rękach państwa, choć zapewniać będą jedynie 30 – 40 % najwyższego zapotrzebowania krajowego. O ile linie przesyłowe 400 kV i 220 kV jeszcze przez wiele lat pozostaną w rękach państwa, to pozostała część źródeł wytwarzania oraz linii przesyłowych, (rewitalizowane bloki 200 MW), energetyka wiatrowa, gazowa, energia z odpadów, fotowoltaika, oraz linie 110 kV, linie średniego i niskiego napięcia, powinny zostać sprywatyzowane i podlegać mechanizmom rynkowym.

Filar Nr 2; Węgiel pozostaje ważnym źródłem energii. Zmienia się jednak strategia wydobycia i myślenie o znaczeniu samego węgla. To oznacza ograniczenie wydobycia do opłacalnych złóż, przy uwzględnieniu niezbędnych inwestycji górniczych. Konwencjonalna energetyka węglowa, docelowo ma jedynie gwarantować dostawy energii elektrycznej na wypadek zapaści systemu, czy zwiększonego zapotrzebowania.

Filar Nr 3; Rozwój odnawialnych źródeł energii, jako części ogólnokrajowej polityki rozwoju źródeł rozproszonych. Potrzeba optymalizacji i zwiększenia efektywności energetycznej, przy jednoczesnym ryzyku dalszego wzrostu cen energii powodują, że inwestycje w OZE stają się coraz bardziej powszechne i pożądane. Należy uruchomić programy regionalne i pozostawić decyzje o rozwoju źródeł rozproszonych lokalnym społecznościom, przy ogólnokrajowym systemie wsparcia dla inicjatyw regionalnych oraz założeniu, że okres wsparcia kończy się po 15 latach. Okres wsparcia można różnicować dla poszczególnych technologii.

Filar Nr 4; Państwo dalej musi ponosić odpowiedzialność za dostawy energii elektrycznej. Nie oznacza to jednak, że musi być właścicielem wszystkich źródeł wytwórczych i całości linii przesyłowych. Strategiczne źródła wytwórcze i strategiczne linie przesyłowe mogą, ale nie muszą, pozostawać w rękach państwa, jako gwarant bezpieczeństwa energetycznego kraju. Docelowo rola państwa musi się sprowadzać jedynie do kreowania i nadzoru nad polityką energetyczną.

Mając na uwadze powyższe założenia, Związek Przedsiębiorców i Pracodawców rekomenduje:

• Szybkie wdrażanie polityki zmiany miksu nośników energii. Stopniowe ograniczenie udziału paliw stałych, zwiększenie udziału OZE i zwiększenie udziału paliwa gazowego, głównie, jako regulatora pracy źródeł odnawialnych. W ciągu 10 lat powinniśmy osiągnąć wielkości 50% w bilansie wytwarzania ze źródeł gazowo-odnawialnych, a 50% ze źródeł węglowych;

• Zdefiniowanie i ujawnienie krajowych zasobów węgla kamiennego w oparciu o dostępność ekonomiczną tych surowców. Porównanie krajowego potencjału wydobywczego z możliwościami importowymi, zarówno w zakresie cen, terminów i gwarancji dostaw;

• Opracowanie planów inwestycyjnych w elektrownie węglowe i górnictwo, w oparciu o gwarancje pokrycia 50% maksymalnego zapotrzebowania systemu;

• Ograniczenie do 2030 roku pracy bloków na węgiel brunatny i zastępowanie ich OZE, blokami gazowymi, a na terenach po górniczych w ramach rekultywacji tych terenów budowanie zespołów szczytowo pompowych;

• Przedstawienie programu doktryny energetycznej Komisji Europejskiej, uzyskanie akceptacji i negocjowanie darmowych emisji CO2, uzasadniając to koniecznością przeprowadzenia kompleksowej transformacji w dłuższym okresie czasu;

• Umożliwienie jak najszybszego rozwoju połączeń transgranicznych zarówno z krajami Unii Europejskiej, jak i najbliższymi sąsiadami;

• Sprywatyzowanie poprzez giełdę, przy zachowaniu nadzoru państwa, spółek dystrybucyjnych tak, żeby zmusić państwowych potentatów do zachowań rynkowych.

• Umożliwienie podmiotom rynkowym swobodny obrót energią, zarówno ze źródeł krajowych jak i z importu z dowolnego kierunku;

• Poprzez ułatwienia legislacyjne, intensywny rozwój partnerstwa publiczno-prywatnego w samorządach w zakresie uruchamiania źródeł wytwórczych energii i ciepła oraz tworzenia lokalnych sieci przesyłowych;

• Prawne uregulowania pozwalające na rozwój klastrów i spółdzielni energetycznych;

• Intensywny rozwój programu małej energetyki indywidualnej poprzez system zachęt dla odbiorców, jak również poprzez preferencje inwestycyjne w tym zakresie;

• Należy rozważyć przeniesienie polskiego programu budowy elektrowni atomowej w obszary stopniowo likwidowanych elektrowni na węgiel brunatny;

• Należy jak najszybciej podjąć decyzję o budowie morskich farm wiatrowych, stworzyć odrębną ścieżkę legislacyjną ułatwiającą prowadzenie tych inwestycji;

• Natychmiastowy powrót do wspierania rozwoju lądowych farm wiatrowych, najtańszego źródła wytwarzania energii elektrycznej;

• W możliwie najkrótszym terminie należy wdrożyć skuteczny i racjonalny system wsparcia dla źródeł fotowoltaicznych.

Sprzedaż samochodów osobowych w I kw. 2019 r. ze spadkiem

Europejskie Stowarzyszenie Producentów Pojazdów ACEA podało, że z polskich salonów w marcu br. wyjechało ponad 50 tys. nowych samochodów osobowych, o 3% mniej niż rok temu, a jednocześnie 14,5% więcej niż w lutym br. Od początku roku zarejestrowano prawie 140 tys. osobówek, czyli zaledwie o 76 sztuk mniej (-0,1% r/r) niż w I kwartale ubiegłego roku. Mniej optymistyczne wieści płyną z Unii Europejskiej, gdzie wszystkie największe rynki zanotowały spadki. Eksperci Exact Systems, zwracają uwagę na stabilność naszego rynku względem UE i prognozują, że sprzedaż aut na koniec roku przekroczy 540 tys. Podkreślają także wagę rekordu rejestracji pojazdów elektrycznych ustanowionego w Norwegii.

Paweł Gos, prezes Exact Systems
Paweł Gos, prezes Exact Systems

– W porównaniu do państw Europy Zachodniej sytuacja na rynku motoryzacyjnym w Polsce jest stabilna. Potwierdzają to wyniki z kolejnych miesięcy 2019 r. Mimo że nasz rynek szczyt koniunktury ma już raczej za sobą i w tej chwili notuje minimalnie ujemną dynamikę w stosunku do zeszłego roku, to pod względem wolumenu sprzedaży jest to drugi najlepszy wynik w XXI wieku. To cieszy i wiele wskazuje na to, że w dalszej części roku również będziemy mieć do czynienia z wysokim popytem na nowe samochody osobowe. Oprócz sytuacji w największych państwach UE, warto także obserwować rynek norweski, który w marcu pobił kolejny rekord. Właśnie tam, po raz pierwszy w historii motoryzacji, sprzedano więcej aut elektrycznych niż tych z napędem tradycyjnym.[1] Ten wynik wytrąca elektrosceptykom kolejny argument z ręki i urzeczywistnia wizję elektromobilności jako dominującego trendu w branży automotive w niezbyt odległej przyszłości – mówi Paweł Gos, prezes zarządu Exact Systems.

Marki premium z 10% wzrostem

W marcu br. w Centralnej Ewidencji Pojazdów pojawiło się 50 118 sztuk nowych samochodów osobowych, czyli o 3% mniej niż w tym samym miesiącu 2018 roku.[2] Jest to drugi najwyższy wynik w XXI wieku. Kołem zamachowym rynku wciąż pozostają firmy, które stanowią aż 69,1% kupujących. Tylko 30,9% nabywców to klienci indywidualni. TOP3 marek nie zmieniło się w porównaniu do sytuacji sprzed miesiąca: najchętniej kupowane są modele Skody, druga na liście uplasowała się Toyota, a trzeci był Volkswagen. Rekordowy skok o +33% r/r zanotowała Dacia, co dało jej 5 miejsce w marcowym rankingu sprzedaży. Warto także zwrócić uwagę na ponadrynkową dynamikę rejestracji aut klasy premium +10,2% r/r.

W całym I kwartale 2019 roku zarejestrowano w Polsce 139 809 nowych samochodów osobowych, czyli o 76 sztuk mniej (-0,1%) rok do roku.

Auta elektryczne ze znacznym wzrostem, hybrydy i diesle ze spadkiem

Z danych PZPM wynika, że w marcu z salonów w Polsce wyjechało niemal 1 500 hybryd (-21,4% r/r) oraz 387 aut z napędem elektrycznym (+186,7% r/r). W porównaniu z ubiegłym rokiem zmniejszył się udział diesli (z 24,1% do 22,5%), a zwiększył silników benzynowych (z 70,6% do 72%).

Od początku roku, w Polsce zostało zarejestrowanych 4 900 hybryd (-10,1% r/r) oraz 615 samochodów z napędem elektrycznym lub hybrydowym plug-in (+78,3% r/r). Samochody z silnikami benzynowymi mają 72,9% udziału w rynku, a diesle 21,6% (I-III 2018: odpowiednio 71,1% i 23,2%).

W 2019 roku 500+

Z szacunków Exact Systems wynika, że roczna sprzedaż nowych samochodów osobowych w 2019 r. ponowie przekroczy 500 tys. sztuk. Jednakże wyniki za I kwartał skłaniają ekspertów do bardziej zachowawczych prognoz niż na początku roku.

– W styczniu przewidywaliśmy, że dynamika sprzedaży w 2019 r. wyniesie 5-9%. Niestety będzie ona prawdopodobnie niższa. Liczba rejestracji powinna utrzymywać się na poziomie podobnym do ubiegłorocznego, ale obecnie liczymy na jednocyfrowy wzrost dynamiki w granicach 3-5%, co powinno dać wynik na poziomie 540-560 tys. sprzedanych aut – podsumowuje Paweł Gos.

W UE kwartał na minusie

Kiepska passa nadal trwa w Europie. Z danych ACEA[3] wynika, że w marcu br. Europejczycy kupili ponad 1,72 mln nowych osobówek (-3,9% r/r). W trzecim miesiącu 2019 r. spadki odnotowały wszystkie największe rynki: Włochy (‐9.6%), Hiszpania (‐4.3% r/r), Wielka Brytania (‐3.4% r/r), Francja (‐2.3% r/r) i Niemcy (‐0.5% r/r). Pozycją numer 1 w całej Unii Europejskiej ze wzrostem na poziomie 2,2% r/r może pochwalić się marka Volkswagen.

W I kwartale popyt na nowe samochody spadł w Unii o 3,3% r/r, do nieco ponad 4 mln sztuk. W Niemczech rejestracje pozostały na prawie niezmiennym poziomie (+0.2% r/r), ale inne kluczowe rynki pogorszyły swoje wyniki, zwłaszcza Hiszpania (‐6.9% r/r) i Włochy (‐6.5% r/r).

[1] https://www.reuters.com/article/us-norway-autos-idUSKCN1RD2BB?fbclid=IwAR3ylhxS3eJD-KEJm44dH9njtm936hGWOAzfUEr7Rz-aiOEeKdUPnaSoDFA

[2] http://www.pzpm.org.pl/pl/Rynek-motoryzacyjny/Rejestracje-samochody-osobowe-i-dostawcze/Marzec-2019r

[3] https://www.acea.be/uploads/press_releases_files/20190417_PRPC_1903_FINAL.pdf

Kiedy decyzja administracyjna podlega wykonaniu?

Wykonanie decyzji administracyjnej należy rozumieć szeroko – nie tylko jako czynności podejmowane w celu uzyskania stanu o charakterze przymusowym, określonego w orzeczeniu, ale również o charakterze dobrowolnym. To rezultat wydanego przez organ administracji rozstrzygnięcia. Podatnikowi może przynieść korzyść lub wyegzekwować od niego określony obowiązek.

Decyzja nieostateczna

Z art. 239a Ordynacji podatkowej wynika, że wykonaniu podlega wyłącznie decyzja ostateczna. Mianem ostatecznych należy natomiast określić te decyzje, które nie mogą zostać zaskarżone odwołaniem, nie zostały zaskarżone, mimo że odwołanie przysługiwało oraz te, w stosunku do których upłynął 14-dniowy termin do wniesienia odwołania. Przy czym zasada ta odnosi się nie tylko do decyzji stricte podatkowych, ale również nakładających na stronę obowiązek podlegający wykonaniu w trybie przepisów o postępowaniu egzekucyjnym. W odniesieniu do wykonalności wyłącznie decyzji ostatecznych ustawodawca przewidział tylko jeden wyjątek. Dotyczy on sytuacji wyjątkowej, w której możliwe jest nadanie orzeczeniu rygoru natychmiastowej wykonalności decyzji nieostatecznej.

Rygor natychmiastowej wykonalności

Rygor natychmiastowej wykonalności daje organom uprawnienie do przymusowej realizacji wydanego orzeczenia. Należy podkreślić, że stanowi on wyjątek i dotyczy tylko szczególnych, uzasadnionych sytuacji. Z tego względu organy podatkowe, nadając danej decyzji rygor, powinny zachować swoistą wstrzemięźliwość. Przesłanki do wydania takiego rozstrzygnięcia należałoby natomiast interpretować ściśle, bez marginesu swobody. Nadanie decyzji rygoru natychmiastowej wykonalności możliwe jest po spełnieniu dwóch kumulatywnych przesłanek. Oznacza to, że obie muszą wystąpić jednocześnie. Przepisy art. 239b Ordynacji podatkowej wskazują, że rygor jest możliwy w sytuacji, gdy organ podatkowy posiada informacje, z których wynika, że wobec strony toczy się postępowanie egzekucyjne w zakresie innych należności pieniężnych, wtedy, gdy strona nie posiada majątku o wartości odpowiadającej wysokości zaległości podatkowej wraz z odsetkami za zwłokę, na którym można ustanowić hipotekę przymusową lub zastaw skarbowy, w sytuacji, gdy strona dokonuje czynności polegających na zbyciu majątku znacznej wartości, a także wtedy, gdy okres do upływu terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego jest krótszy niż trzy miesiące. Dodatkowo rygor nadawany jest wtedy, gdy organ podatkowy uprawdopodobni, że zobowiązanie wynikające z decyzji nie zostanie wykonane.

Rygor natychmiastowej wykonalności – kwestie techniczne

Rygor natychmiastowej wykonalności nadaje danemu orzeczeniu organ podatkowy pierwszej instancji w drodze postanowienia. Rozstrzygnięcie to podlega zaskarżeniu w drodze zażalenia. Wniesienie tego środka nie powoduje jednak wstrzymania wykonania decyzji. Co również istotne, nadanie rygoru nie powoduje skrócenia terminu płatności, który został wskazany w decyzji podatkowej lub który wynika z odpowiednich przepisów prawa. W ramach kwestii technicznych związanych z rygorem natychmiastowej wykonalności należy też wskazać, że określone typy orzeczeń są wyłączone od nadania rygoru. Ustawowy katalog obejmuje w tym zakresie: decyzję ustalającą lub określającą wysokość zobowiązania podatkowego, wysokość zwrotu podatku lub wysokość odsetek za zwłokę albo orzekającą o odpowiedzialności podatkowej płatnika lub inkasenta, osoby trzeciej albo spadkobiercy.

Decyzja ostateczna

Z kolei decyzja ostateczna, w oparciu o przepis art. 239e Ordynacji podatkowej, podlega wykonaniu, chyba że wstrzymano jej wykonanie. Do takiego wstrzymania wykonalności może dojść wówczas, gdy strona wniesie skargę do sądu administracyjnego. Decyzja podatkowa w takiej sytuacji pozostanie w swoistym zawieszeniu do momentu uprawomocnienia się orzeczenia sądu administracyjnego. Wstrzymanie wykonalności zostaje stwierdzone na wniosek podatnika, po przyjęciu zabezpieczenia wykonania zobowiązania wynikającego z decyzji wraz z odsetkami za zwłokę do wysokości zabezpieczenia i na czas jego trwania. Może też dojść do wstrzymania wykonalności z urzędu – po prawomocnym wpisie hipoteki przymusowej lub wpisie zastawu skarbowego, korzystających z pierwszeństwa zaspokojenia, które zabezpieczają wykonanie zobowiązania wynikającego z decyzji wraz z odsetkami za zwłokę – do wysokości odpowiadającej wartości przedmiotu hipoteki przymusowej lub zastawu skarbowego. Wniosek o wstrzymanie wykonania decyzji możliwy jest także w związku ze skargą do sądu administracyjnego, ale na wniosek podatnika skierowany bezpośrednio do sądu.

Dobrowolne wykonanie decyzji

W kontekście wykonania decyzji należy również zauważyć, że ewentualne wstrzymanie wykonalności nie pozbawia strony możliwości dobrowolnego wykonania orzeczenia. Wstrzymanie wykonalności dokonywane jest w interesie strony. Jeżeli dojdzie ona jednak do wniosku, że takiej formy „ochrony” nie potrzebuje, ma swobodę aby z niej zrezygnować. Wstrzymanie wykonalności ma charakter jednostronny, ponieważ stanowi swoiste ograniczenie dla organu, ale nie dla podatnika.

Naliczanie odsetek za zwłokę

Istotnym aspektem wykonania decyzji jest również przesądzenie o tym, czy wstrzymanie jej wykonalności ma wpływ na naliczanie odsetek za zwłokę. Zapis art. 239h Ordynacji podatkowej raczej nie budzi wątpliwości. Wstrzymanie wykonalności decyzji nie wpływa w żaden sposób na naliczanie odsetek za zwłokę. Ich wysokość określa się natomiast wciąż na zasadach ogólnych.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Nagroda Green Frog Deloitte dla Orange Polska

– Aż 112 raportów zostało zgłoszonych w tym roku do prestiżowego konkursu organizowanego przez firmę doradczą Deloitte – Central European Sustainability Report Award, znanego również pod nazwą Green Frog Award. W tym roku do inicjatywy dołączyła Rosja i pozostałe kraje Wspólnoty Niepodległych Państw, co pokazuje, że coraz więcej krajów i firm w regionie dostrzega wartość danych niefinansowych i zintegrowanej sprawozdawczości. Nagrodę w kategorii raport zintegrowany zdobył Orange Polska, a w kategorii raport zrównoważonego rozwoju nagrodzone zostały ex aequo firmy Nornickel i Plzensky Prazdroj. Uroczysta gala wręczenia nagród odbyła się w Zagrzebiu, podczas zorganizowanej przez Deloitte konferencji „Inwestowanie w zrównoważony rozwój”.

Konkurs organizowany przez Deloitte jest dwuetapowy. W Polsce etap lokalny realizowany jest przez Deloitte i Forum Odpowiedzialnego Biznesu w ramach Konkursu Raporty Społeczne. Zwycięzcy pierwszego krajowego etapu, których sprawozdania są najlepiej oceniane, automatycznie awansują do poziomu regionalnego obejmującego wszystkie inne kraje Europy Środkowej, Rosję i pozostałe kraje WNP. W tym roku do tego etapu przeszło 10 raportów. Konkurowały one w kategoriach: Najlepszy Raport Zrównoważonego Rozwoju Europy Środkowej, Rosji i Wspólnoty Niepodległych Państw oraz Najlepszy Raport Zintegrowany Europy Środkowej, Rosji i Wspólnoty Niepodległych Państw.

Polska w czołówce

– Nagradzając najlepsze raporty niefinansowe, Deloitte przyczynia się do podniesienia świadomości dotyczącej korzyści i wartości biznesowej zrównoważonego rozwoju. W ubiegłym roku o nagrodę konkurowało 69 raportów. 112 raportów zgłoszonych do konkursu w tym roku to rekord, z którego bardzo się cieszymy, tym bardziej, że aż 44 proc. zgłoszeń było z Polski – mówi Irena Pichola, Partner, Lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i w Europie Środkowej, Deloitte.

Po CEMEX Polska i Bogdance, Orange Polska to kolejna spółka znad Wisły, która zdobyła nagrodę. Aż 90 proc. raportów z Polski zostało przygotowanych zgodnie z międzynarodowym standardem Global Reporting Initiative (GRI). – Każdego roku raporty zgłaszane do udziału w konkursie mają coraz lepszą jakość. Wzrasta także liczba zgłoszeń raportów zintegrowanych. W tegorocznej edycji było ich 15 proc., z czego 60 proc. poddano niezależnej weryfikacji przez zewnętrznego audytora. Pokazuje to, że liderzy w naszym regionie zaczęli stosować najlepsze światowe praktyki. W sumie w tym roku 81 proc. raportów sporządzono zgodnie z międzynarodowym standardem GRI – mówi Maria Ibisz, Menedżer w zespole ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i w Europie Środkowej, Deloitte.

Wszystkie przedłożone w tym roku sprawozdania zostały przygotowane zgodnie z wytycznymi Międzynarodowej Rady ds. Sprawozdawczości Zintegrowanej (IIRC). Polska jest wiodącym rynkiem w dziedzinie zintegrowanej sprawozdawczości (24 proc.), w dalszej kolejności znalazła się Chorwacja (20 proc.).

Wymagające jury

Kompleksowy obraz firmy, jej aktualnej sytuacji i możliwości dalszego rozwoju pokazują zarówno czynniki finansowe, takie jak wzrost przychodów i czynniki niefinansowe, tj. wartość marki czy zarządzanie ryzykiem oraz kwestie dotyczące ochrony środowiska czy odpowiedzialności społecznej. Laureaci nagrody Green Frog Award muszą sprostać wymagającym kryteriom, jednak największą wagę jury przykłada do jakości raportowania w zakresie: integracji danych finansowych i niefinansowych, zobowiązań o charakterze strategicznym i wyników w obszarze zrównoważonego rozwoju, istotności i treści przekazywanych informacji oraz struktury oraz kreatywności w obszarze komunikacji, a także oceny wpływu na otoczenie.

– Raportowanie wpływu działalności firmy jest oznaką dojrzałości i gotowości do przedstawienia jej profilu w sposób, który wykracza poza informacje dotyczące oferowanych produktów i usług. Coraz więcej organizacji decyduje się na zaprezentowanie swojego wkładu we wzrost gospodarczy, rozwój społeczności lokalnych i zarządzanie wpływem na środowisko naturalne. Opis oddziaływania firmy powinien obejmować zarówno czynniki pozytywne, jak i negatywne, przy czym najlepiej, aby raport oprócz opisu jakościowego uwzględniał również dane ilościowe. Obecnie, wśród wiodących firm w naszym regionie, obserwujemy nowy rosnący trend rozszerzania publikowanych informacji o konkretne fakty, takie jak wkład firmy we wzrost PKB, poziom zatrudnienia wygenerowany w całym łańcuchu wartości lub dochody gospodarstw domowych. Co istotne, informacje te pozyskuje się na podstawie rzetelnych analiz i kalkulacji – mówi Rafał Rudzki, Starszy Menedżer w zespole ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i w Europie Środkowej, Deloitte.

Green Frog Award przyznane po raz 20.

Po raz pierwszy Deloitte przyznał nagrody w 2000 roku. Konkurs powstał w oddziale firmy doradczej na Węgrzech z czasem obejmując kolejne kraje Europy Środkowej i – w tym roku – Rosję i inne państwa członkowskie Wspólnoty Niepodległych Państw. Celem konkursu jest promowanie najlepszych praktyk, dostrzeżenie i nagrodzenie wysokiej jakości transparentności w zakresie zrównoważonego rozwoju.

Zwycięzcy Green Frog Award:

Orange Polska

– najlepszy raport zintegrowany w regionie Europy Środkowej, Rosji i innych państw Wspólnoty Niepodległych Państw za 2018 r.

Raport ten jest przejawem dojrzałego podejścia do zarządzania, które integruje w swoim modelu biznesowym czynniki finansowe i pozafinansowe, w tym aspekty ochrony środowiska, wpływu społecznego i ładu organizacyjnego (tzw. ESG). Wyróżnia się zastosowaniem zasad GRI dot. wyważenia, wiarygodności i dokładności– raport w sposób przejrzysty przedstawia nie tylko mocne strony organizacji, ale także obszary wymagające poprawy. Dodatkowo został poddany audytowi zewnętrznemu zgodnie z normą ISAE 3000.

Nornickel z Rosji

– najlepszy raport zrównoważonego rozwoju w regionie Europy Środkowej, Rosji i innych państw Wspólnoty Niepodległych Państw za 2018 r. (ex aequo)

Raport ten przedstawia szeroki kontekst danych umożliwiających zrozumienie roli i podejścia firmy Nornickel do zrównoważonego rozwoju, postępów Grupy w tym obszarze oraz mocnych i słabych stron przedsiębiorstwa. Raport odnosi się do globalnych wytycznych i standardów, m.in. Globalnych Celów Zrównoważonego Rozwoju (SDG), inicjatywy ONZ Global Compact, a także wskazuje najważniejsze trendy sektorowe mające wpływ na Grupę i interesariuszy. Jury doceniło również wysiłek włożony przez tę lokalną grupę kapitałową w rozwój sprawozdawczości niefinansowej na rynku Rosji i WNP.

Plzensky Prazdroj z Czech

– najlepszy raport zrównoważonego rozwoju w regionie Europy Środkowej, Rosji i innych państw Wspólnoty Niepodległych Państw za 2018 r.

Przykład konsekwentnego utrzymywania wysokiego standardu sprawozdawczości w zgodzie z międzynarodowymi standardami, jednocześnie, w sposób kreatywny, atrakcyjny i angażujący interesariuszy, z wykorzystaniem nowych technologii w komunikacji. Raport został przygotowany w sposób czytelny i zrozumiały, przedstawiając model biznesowy, wpływ na łańcuch wartości oraz realizowaną przez spółkę strategię zrównoważonego rozwoju i odpowiedzialnego biznesu. Raport wyróżnia się wizualnie oraz dostępnością dla szerszego grona odbiorców, został dostosowany do potrzeb osób niedowidzących.

Zdjęcia satelitarne w misji zrównoważonego rozwoju Ziemi

Według raportu Banku Światowego, co dziesiąty człowiek na Ziemi żyje w skrajnym ubóstwie. To właśnie najbiedniejsi mieszkańcy naszej planety są najbardziej narażeni na zagrożenia związane ze zjawiskami pogodowymi typu susze, wichury i ulewy. Naukowcy przewidują, że wkrótce gwałtowne i niebezpieczne zdarzenia pogodowe staną się naszym chlebem powszednim. Te alarmujące dane motywują do poszukiwania sposobów na zaradzenie tym problemom. Czy pomocą mogą okazać się dane z satelitów?

Według prezesa Banku Światowego, Jima Yong Kima, aktualny wskaźnik ubóstwa, mimo że  jest na najniższym poziomie w historii, powinien aktywizować wszystkie możliwe wysiłki „bogatego świata”, aby problem ubóstwa minimalizować. Trudno się nie zgodzić, jednak nie jest to proste zadanie. Wśród „celów zrównoważonego rozwoju” zdefiniowanych przez Organizację Narodów Zjednoczonych, znajdują się m.in.: walka z ubóstwem i głodem, dostęp do czystej wody, rozwój miast i społeczności w sposób zrównoważony a także działania na rzecz klimatu. Zadania te, jako ustalone i spisane, są motywacją do gromadzenia danych społeczno-ekonomicznych i środowiskowych w celu monitorowania zmian w poszczególnych krajach oraz oceny postępów ich działań. Okazuje się, że sporą rolę mogą tutaj odegrać informacje z kosmosu.

Wyzwanie to zbadanie

Dane, które dziś otrzymujemy dzięki satelitom umieszczonym na orbicie ziemskiej są tak precyzyjne, że możliwe jest obserwowanie wykorzystania terenu i upraw na poziomie poszczególnych gospodarstw. Grupa naukowców z Uniwersytetu w Edynburgu postanowiła zbadać korelację między sposobem eksploatacji gruntów rolnych a statusem społeczno-ekonomicznym gospodarstw w Azji Południowej i Afryce, za źródło informacji przyjmując zdjęcia satelitarne. Jako wskaźniki dostatku, ocenie poddano wielkość budynków w gospodarstwie, udział nieużytków, pól do wypasania zwierząt oraz pól uprawnych w całym gospodarstwie, a także oddalenie gospodarstwa od drogi.

Najważniejsze zalety zdjęć satelitarnych to ich wysoka jakość, świetna rozdzielczość, stosunkowo niski koszt pozyskania oraz duża częstotliwość, z jaką są wykonywane – mówi dr Gary Watmough z Uniwersytetu w Edynburgu, specjalizujący się w teledetekcji i analizie przestrzennej. Zdjęcia satelitarne przedstawiające wykorzystanie gruntów umożliwiają nowe sposoby zbadania zależności społeczno-ekonomicznych oraz ich zmian w czasie, bez konieczności odbycia rekonesansu na miejscu – dodaje.

Analiza gospodarstw

W badaniu poddano obserwacji tysiące gospodarstw na terenie Azji Południowej i Afryki. Zdjęcia satelitarne pozwoliły wyodrębnić obszary używane wyłącznie przez jedno gospodarstwo domowe, grunty rolne dzielone miedzy sąsiadujące gospodarstwa, zbiorniki wodne w okolicy oraz infrastrukturę społecznościową w terenie. Dodatkowymi informacjami były wielkość zabudowań w gospodarstwie oraz odległość do dróg. Na podstawie tych danych opracowano mapowanie badanego terenu pod kątem zagrożenia ubóstwem.

Rządy wielu państw tradycyjnie monitorują poziom dobrobytu krajowego poprzez przeprowadzanie badań statystycznych z wykorzystaniem ankieterów. W Polsce jest to spis powszechny, realizowany co około 10 lat. Przynajmniej część materiału badawczego, dotyczącą wykorzystania gruntów uprawnych, powierzchni lasów, zbiorników wodnych i procesów urbanizacyjnych, można dość łatwo uzyskać dzięki analizie zdjęć satelitarnych – przekonuje Stanisław Dałek z firmy CloudFerro, która jest operatorem platformy CREODIAS, udostępniającej zdjęcia satelitarne w ramach europejskiego programu obserwacji Ziemi Copernicus. Ten sposób badań, jako precyzyjny, tani i szybki, z pewnością będzie wykorzystywany coraz częściej i szerzej. Na przykład w rolnictwie precyzyjnym i monitorowaniu zmian klimatycznych – dodaje. Dane z satelitów Sentinel i Landsat wykorzystywane są już w meteorologii, rolnictwie, ubezpieczeniach, urbanizacji oraz bezpieczeństwie, a Komisja Europejska wraz z Europejską Agencją Kosmiczną kładą duży nacisk na rozwój komercyjnego rynku wykorzystania technologii obrazowania satelitarnego.

Rolnictwo precyzyjne i kataklizmy

Jednym z największych wyzwań, jakie stoją przed sektorem rolniczym, jest zwiększenie produkcji żywności. Rolnicy już dziś z powodzeniem wykorzystują aplikacje oparte na informacjach z satelitów, dzięki którym mogą optymalizować nawadnianie, stosowanie pestycydów, wykrywać choroby roślin czy monitorować uprawy. Mogą również skutecznie podwyższać plony z każdego hektara, czyli zwiększać produkcję żywności, która w niektórych biednych zakątkach świata ciągle bywa luksusem. Mniejsze wykorzystanie nawozów sztucznych oraz optymalizacja produkcji rolnej to kolejne korzyści związane z wykorzystaniem obrazowania satelitarnego w kontekście zrównoważonego rozwoju i globalnego problemu głodu.

Bank Światowy szacuje, że zmiany klimatyczne w ciągu najbliższych 10 lat doprowadzą do ubóstwa ponad 100 mln ludzi. Takie zjawiska pogodowe jak susza, powodzie i silne burze mają potencjalnie największy wpływ na społeczności żyjące w ubóstwie, które opierają swoje funkcjonowanie na rolnictwie czy łowiectwie. Dlatego kolejnym po walce z ubóstwem z wyzwań, przed którym stoi ludzkość, jest rozwijanie technologii wspomagających prognozowanie zmian pogodowych, mogących zagrażać ludności w wielu rejonach świata. Zdjęcia z satelitów mogą być wykorzystywane nie tylko w przewidywaniu, a także naprawianiu skutków klęsk żywiołowych. Dokładne obrazy satelitarne w połączeniu z analizą pomiarów dotyczących np. mechaniki gruntu, pozwalają na wykrycie potencjalnie niebezpiecznych przesunięć terenu i w porę podjąć odpowiednie działania związane z zabezpieczeniem zagrożonych miejsc lub przesiedleniem ludności.

Obrazowanie Made in Poland

Analiza informacji z kosmosu pomaga w prognozowaniu susz i spustoszeń, jakie mogą przynieść dłuższe okresy suszy, huraganowe wiatry czy powodzie. Dzięki analizie zdjęć satelitarnych będzie można przygotować dokładną mapę emisji zanieczyszczeń, nie tylko powietrza, lecz także wód i gleby – mówi Katarzyna Lipka z firmy KP Labs z Gliwic, która opracowała narzędzie służące do automatyzacji procesu zbierania i przetwarzania zdjęć satelitarnych. Satelity działające w ramach programu Copernicus dostarczają nawet 10 petabajtów danych rocznie. Narzędzie Deep Flow ułatwia zbieranie i interpretację danych, których przetworzenie, przy ciągle rosnącej ilości, staje się coraz trudniejsze – dodaje.

Procesy urbanizacyjne, masowe wycinki drzew, zanieczyszczenie atmosfery gazami cieplarnianymi, globalne ocieplenie – wszystko to przyczynia się do coraz częściej występujących anomalii pogodowych, szczególnie niebezpiecznych huraganów, ulew i przesunięć terenu. Jednocześnie wszystkie te zjawiska mogą być monitorowane za pomocą zdjęć satelitarnych. Coraz częściej dostrzegają to również władze administracyjne, również w Polsce, wiążąc swoją politykę zrównoważonego rozwoju z analizą danych satelitarnych. Przykładem jest miasto Wrocław, które podjęło współpracę z polską firmą, która jeszcze w 2019 planuje wysłanie własnego satelity na orbitę okołoziemską. Władze Wrocławia w ten sposób wspierają badania nad możliwością stworzenia oprogramowania wykorzystującego dane satelitarne, które mogłoby być stosowane w urzędach. Chodzi m.in. o pomiary zanieczyszczenia powietrza, stanu przyrody czy wilgotności. Zdjęcia i pomiary dla wrocławskich urzędników ma wykonywać skonstruowany w Polsce satelita o wdzięcznej nazwie Światowid.

Trend „korzystania bez nabywania” widać również na rynku nieruchomości

W ostatnich latach zauważalna jest zmiana w sposobie myślenia o własności jako wartości. Potwierdzają to badania przeprowadzone przez firmę PwC Polska, z których wynika, że aż 81 proc. respondentów zgadza się ze stwierdzeniem, że bardziej opłacalne jest korzystanie z cudzych dóbr niż posiadanie ich na własność. Trend „korzystania bez nabywania” widać również na rynku nieruchomości – z roku na rok rośnie liczba wynajętych mieszkań.

Czasy, kiedy można było wypożyczyć jedynie kasety VHS i książki, bezpowrotnie minęły. Dziś wypożyczać można niemal wszystko: mieszkania, domy, samochody, rowery, sprzęty i akcesoria znanych marek. Trend pozwala konsumować określone dobra oraz korzystać z towarów i usług bez konieczności ich zakupu na własność, co doskonale sprawdza się np. podczas dłuższych wyjazdów. Doskonale zdają sobie z tego sprawę osoby urodzone na przełomie lat 80 i 90 ubiegłego wieku, które w ogóle nie są przywiązane do myśli o własności, co potwierdzają badania (Goldman Sachs Global Investment Research i Goldman Sachs Fortnightly Thoughts Intern Survey), z których wynika, że tylko 15 proc. millenialsów postrzega zakup samochodu jako normę.

Nie musisz kupować, aby mieszkać

Rynek najmu doskonale odzwierciedla trend korzystania bez kupowania. Coraz częściej Polacy doceniają zalety mieszkania w wynajętym lokum. Zgodnie z danymi Stowarzyszenia Mieszkanicznik liczba umów najmu od kilku lat stale rośnie. W 2017 roku łącznie 715 tys. podatników wykazało przychody z najmu mieszkań, w tym 54 tys. nowych. To imponujący, bo ponad dwukrotny wzrost w stosunku do roku 2011.

Rafał Malik, Fundusz Mieszkań na Wynajem
Rafał Malik, Fundusz Mieszkań na Wynajem

– Najem staje się dziś synonimem mobilności. W dowolnym momencie można dostosować miejsce pracy do miejsca zamieszkania. Najem daje także wybór i nie ogranicza do jednego miejsca, miasta, a nawet kraju. Polacy są coraz bardziej świadomi korzyści płynących z takiego rozwiązania, stają się praktyczni, przełamują stagnację starszych pokoleń. Cenią sobie przede wszystkim przejrzystość transakcji, przystępność cenową i wygodę. Z tego powodu oferta Funduszu Mieszkań na Wynajem cieszy się niesłabnącą popularnością. Istotną kwestią w oferowanym przez nas najmie instytucjonalnym jest komfort, bezpieczeństwo i minimalizacja kosztów. Fundusz Mieszkań na Wynajem oferuje mieszkania do wynajęcia wykończone pod klucz. Dodatkowo kuchnie i łazienki są w pełni wyposażone i nie wymagają znaczącego wkładu własnego. Ponadto w każdej z inwestycji zapewniamy 24 godzinny serwis w razie wszelkiego rodzaju awarii i usterek. Poprzez tak praktyczne rozwiązania chcemy sprostać oczekiwaniom współczesnego klienta – wyjaśnia Rafał Malik z Funduszu Mieszkań na Wynajem.

Świetne prognozy na przyszłość

Polacy z roku na rok coraz chętniej wynajmują różne dobra i usługi, ponieważ wygodniej jest wypożyczyć niż kupić. Cały proces musi być na tyle prosty, żeby oszczędzić trudy i zrekompensować wydatki, bo koszt posiadania jest wyższy niż koszt korzystania.

– Wynajem krótko jak i długoterminowy niesie ze sobą wiele plusów. Pozwala skorzystać z bogatej oferty bez konieczności ponoszenia kosztów ich zakupu i ryzyka związanego z finansowaniem czy spłacaniem rat. Najem uczy przede wszystkim myślenia ekonomicznego. Wszystkie powyższe przykłady potwierdzają, że najem mieszkań staje się czymś pożądanym. To szerokie zjawisko zauważalne niemal na każdym kroku. Na naszych oczach globalna gospodarka przechodzi swoistą transformację – podkreśla Rafał Malik.

Zwolennicy tego podejścia uważani są za pokolenie świadomych konsumentów. Dostrzegalna zmiana w sposobie myślenia o własności, przyczynia się do przeobrażeń modeli biznesowych oraz funkcjonowania rynku, do którego jesteśmy od lat przyzwyczajeni.

Jak RODO zmieniło monitoring?

Według prognoz do 2023 roku na globalny rynek trafi 98 mln kamer sieciowych i 29 mln systemów telewizji przemysłowej CCTV[1]. Rośnie popyt na rozwiązania z zakresu monitoringu, a ich funkcje rozwijają się wraz z potrzebą zapewniania bezpieczeństwa osób i mienia. Od momentu wprowadzenia przepisów RODO również same urządzenia oraz gromadzone przez nie dane muszą być jednak właściwie chronione.

Po wejściu w życie rozporządzenia o ochronie danych osobowych szkoły wyłączały kamery[2] w obawie, że monitoring stał się nielegalny. Według zapewnień Ministerstwa Cyfryzacji[3] nie było to konieczne. Jednak w erze RODO nie wystarczy też już kartka z informacją, że miejsce jest monitorowane.

(Nie)zachowany wizerunek

Piotr Bettin, menedżer ds. rozwoju biznesu inteligentnych systemów wideo w firmie Konica Minolta
Piotr Bettin, menedżer ds. rozwoju biznesu inteligentnych systemów wideo w firmie Konica Minolta

Twarz jest niewątpliwie daną wrażliwą i nie powinniśmy jej rejestrować. Przesunięcie obiektywu kamery czy zasłanianie części ekranu sprawia jednak, że monitoring nie spełnia swojej prewencyjnej roli – wskazuje Piotr Bettin, menedżer ds. rozwoju biznesu inteligentnych systemów wideo w firmie Konica Minolta.

W odpowiedzi na ten problem niektóre systemy wideo wyposażane są w technologię anonimizacji danych. Ruch jest pikselizowany tak, aby nadal widoczny był sam upadek czy napaść, jednak bez możliwości rozpoznania twarzy. Gdy dochodzi do niebezpiecznego zdarzenia, autoryzowany użytkownik może odszyfrować nagranie w celu rozpoznania sprawcy wykroczenia.

Ucierpi nie tylko reputacja

Systemy nadzoru wideo coraz częściej stają się celem ukierunkowanych cyberataków. Do momentu wejścia w życie RODO wycieki danych powodowały głównie utratę wiarygodności organizacji. Teraz za wszelkie tego typu incydenty firma odpowiada również finansowo. Brak odpowiedniej konfiguracji urządzeń, kontroli przepływu informacji czy kontroli uprawnień dostępu grozi już nie tylko atakiem, ale i wielomilionowymi karami za niewywiązywanie się z obowiązków ochrony danych.

Nieznajomość procesów szkodzi

Zgodność monitoringu z RODO zależy w dużej mierze od oferowanych przez usługodawców rozwiązań takich jak wspomniana anonimizacja, indywidualna konfiguracja systemu czy regularne aktualizacje oprogramowania. Nie mniejsze znaczenie ma jednak znajomość procesu zarządzania danymi w samej firmie – tego, co nadzorują i rejestrują kamery oraz jak informacje są przechowywane i wykorzystywane. Ważne jest także szkolenie kadry w zakresie potencjalnych zagrożeń oraz środków ostrożności.

Obok nowych obowiązków i konieczności ponoszenia przez firmy pewnych nakładów finansowych RODO przyniosło także nieoczywistą korzyść. Zwróciło uwagę organizacji na kwestie cyberbezpieczeństwa i poprawnego przechowywania rejestrowanych informacji, dotąd traktowane raczej jak ubezpieczenia: według zasady „nie potrzebuję, bo na pewno nic się nie stanie”. Długoterminowo takie podejście to dla firm duża wartość dodana – podsumowuje Piotr Bettin.

[1] Źródło: https://www.mordorintelligence.com/industry-reports/global-video-surveillance-market-industry

[2] http://sp373.srv.pl/rodo/

[3] https://www.gov.pl/web/cyfryzacja/rodo-a-monitoring

Jaka przyszłość czeka branżę motoryzacyjną? Podsumowanie III edycji konferencji „IT in Automotive”

16 kwietnia br. Szczecin był gospodarzem jednego z najważniejszych wydarzeń branży motoryzacyjnej. Trzecia edycja konferencji „IT in Automotive” przyciągnęła ponad 200 uczestników, wybitnych prelegentów oraz przedstawicieli branży. Tematem przewodnim tegorocznego spotkania była „The Future of Mobility”, czyli przyszłość mobilności.


tłumaczenia angielski


Konferencja „IT in Automotive” była okazją do porozmawiania o przyszłości motoryzacji i dyskusji nad kierunkiem rozwoju branży w kontekście najnowszych rozwiązań technologicznych, w szczególności tych, które dotyczą rozwoju oprogramowania. Wydarzenie to także sposób na wypromowanie Szczecina jako centrum kompetencyjnego odpowiadającego za tworzenie oprogramowania dla przemysłu samochodowego (ang. Automotive Competence Center).

IT in Automotive_01 IT in Automotive_02 IT in Automotive_03 IT in Automotive_04

„Cyfryzacja branży motoryzacyjnej postępuje bardzo szybko. To rewolucja, która zmienia oblicze pojazdów i transportu na całym świecie. IT in Automotive jest wyjątkowym wydarzeniem, platformą do dzielenia się wiedzą z zakresu rozwoju tego obszaru motoryzacji. Naszym celem jest to, aby w ciągu najbliższych lat konferencja na stałe wpisała się w kalendarz jako ważny punkt dla branży motoryzacyjnej i potwierdziła ogólnopolską, a nawet międzynarodową renomę” – powiedział Piotr Krzysztofik, prezes GlobalLogic Polska i Chorwacja.

Podczas konferencji swoje wystąpienia wygłosili uznani eksperci z dziedziny motoryzacji:

  • Ivan Kondratenko, Doradca analityk, Mobility Practice, Frost & Sullivan, „Kluczowe megatrendy w branży motoryzacyjnej i transportowej (Key Mega Trends in the Automotive & Transportation Industry)”;
  • Joerg Tischler, Wiceprezes ds. mobilności połączonej w firmie T-Systems, „Od samochodów podłączonych do sieci do jazdy autonomicznej (From Connected Cars to Autonomous Driving)”;
  • Michael Niklas, Kierownik ds. standardów oprogramowania, Continental, „Jak ważne są standardy i współpraca w przemyśle motoryzacyjnym (How Important Standards and Collaboration are in Automotive)”;
  • Aleksander Rzepecki, Kierownik ds. wdrażania pojazdów, Mercedes-Benz Electric, „Strategia Daimlera dotycząca przyszłości transportu: pojazdy podłączone do sieci / autonomiczne / współużytkowane / elektryczne (Daimler’s Strategy for Future of Mobility: Connected / Autonomous / Shared / Electric)”;
  • Mariusz Kulczyk, Kierownik projektu, GlobalLogic, „Jak zwinny jest model ASPICE? (How Agile is ASPICE?)”;
  • Piotr R. Frankowski, Dziennikarz motoryzacyjny, „Fałszywe wiadomości i ich wpływ na przemysł samochodowy (Fake News and How It Can Influence the Car Industry)”;
  • Tomasz Klekowski, Ekspert w dziedzinie transformacji cyfrowej i ewangelista technologiczny, członek zarządu Polskiej Konfederacji Lewiatan i Związku Pracodawców Technologii Cyfrowych Lewiatan, „Obalanie silosów – Zaawansowane kompetencje informatyczne w transformacji przemysłu motoryzacyjnego (Crashing Silo Walls – Advanced Digital Competencies for Automotive Transformation)”.

Spotkanie poprowadził Rafał Motriuk, korespondent naukowy Polskiego Radia.

Od samochodów podłączonych do sieci do jazdy autonomicznej

Jednym z prelegentów tegorocznej konferencji był Ivan Kondratenko, z firmy Frost & Sullivan, który poruszył zagadnienia przyszłości transportu, jak również opisał kluczowe megatrendy w branży motoryzacyjnej i transportowej. Przełomowe technologie, takie jak łączność i automatyzacja samochodowa, silniki elektryczne czy sztuczna inteligencja, diametralnie zmieniają sposób postrzegania pojazdów i koegzystowania z nimi. Nowe modele biznesowe, takie jak samochody współużytkowane, w istotnym stopniu przekształcają sposób poruszania się w wielu regionach. Ważne jest to, by producenci, dostawcy i inni gracze w ekosystemie motoryzacyjnym reagowali na zmieniającą się rzeczywistość i w celu utrzymania konkurencyjności zdefiniowali siebie na nowo.

Wśród prelegentów znalazł się również Joerg Tischler, reprezentujący firmę T-Systems, który wygłosił prelekcję na temat samochodów podłączonych do sieci oraz jazdy autonomicznej. Według eksperta jazda autonomiczna jest dziś kluczowym tematem w branży i porusza aspekty, takie jak projektowanie, produkcja, czy sposób funkcjonowania przyszłych samochodów – w połączeniu z przełomowymi zmianami w działalności biznesowej przedstawicieli sektora.

Zdaniem Tischlera technologia 5G pozwoli na wdrożenie standardu komunikacji Cellular V2x oferującego wyższą jakość usług i Precyzyjne Pozycjonowanie (Precise Positioning). Wraz z rozwiązaniami Mobile Edge Computing, technologie te tworzą solidną podstawę, lecz muszą zostać zintegrowane z szerszym ekosystemem. Kluczowa jest konieczność transferu wiedzy specjalistycznej wykorzystywanej w istniejących systemach integracji i zastosowaniach Big Data do wykorzystania w dziedzinie platform operacyjnych jazdy autonomicznej (Autonomous Driving Operation Platforms). Do najważniejszych zagadnień należą aktualizacje w systemie Over-The-Air, rozwiązania bezpieczeństwa dla motoryzacji oraz technologie monitoringu dostosowane do poszczególnych komponentów ekosystemu jazdy autonomicznej.

Konferencję zakończył Tomasz Klekowski, Ekspert w dziedzinie transformacji cyfrowej, który przedstawił tematykę dotyczącą kompetencji informatycznych w transformacji przemysłu motoryzacyjnego. Jego zdaniem transformacja cyfrowa ukazuje pełnię swojego potencjału w punktach styku różnych branż. Innowacje, jakie przynosi, stwarzają nowe możliwości i wyzwania. Przedsiębiorstwa mogą przyśpieszyć swoją podróż ku transformacji i zmniejszyć związane z nią trudności, jeśli wypracują zestaw kompetencji, które pozwolą im wspólnie zbudować fundamenty technologiczne.

Na konferencji przedstawiono również trwające i zakończone projekty komercyjne oraz badawczo-rozwojowe GlobalLogic, między innymi GLJARVIS, zabezpieczający system uwierzytelniający wykorzystujący Bluetooth Low Energy. Autodock, czyli ciężarówkę wykonującą autonomiczne dokowanie do naczepy. ARIS, Informacyjny System Rzeczywistości Rozszerzonej, którego jednym z celów jest wyświetlanie kierowcy informacji na przedniej szybie pojazdu w oparciu o rozszerzoną rzeczywistość. Firma wystawiła również swoje stanowisko demonstracyjne „GlobalLogic Automotive Lab” stworzone na potrzeby edukacyjne Zachodniopomorskiego Uniwersytetu Technologicznego.

„Przyszłość motoryzacji jest nierozerwalnie związana z rozwojem nowych technologii. Dzięki takim rozwiązaniom jak m.in. ADAS (Advanced Driver Assistance Systems), Internet Rzeczy (IoT) czy aplikacje mobilne możemy przypuszczać, że już wkrótce będzie możliwa całkowicie autonomiczna jazda samochodem, rozumianym jako platforma do komunikacji i interakcji ze światem i to nie w prototypach, a na szeroką skalę. To wielkie wyzwanie oraz odpowiedzialność dla zespołów informatycznych, które są zaangażowane w tworzenie systemów samochodowych czy platform do komunikacji pomiędzy pojazdami. Cieszymy się, że możemy być częścią tego procesu” – podsumowuje Piotr Krzysztofik, prezes GlobalLogic Polska i Chorwacja.

Patronat Honorowy nad wydarzeniem objęli Urząd Miasta Szczecin oraz Urząd Marszałkowski Województwa Zachodniopomorskiego. Patronem medialnym konferencji jest portal wSzczecinie.pl. Sponsorami wydarzenia są GlobalLogic S.A. oraz Mercedes-Benz Grupa Mojsiuk.

Polski pakt na rzecz zrównoważonego wykorzystywania tworzyw sztucznych

Właśnie powstał Polski Pakt na rzecz zrównoważonego wykorzystywania tworzyw sztucznych. Zawiązała go grupa firm wprowadzających na rynek produkty w opakowaniach z tworzyw sztucznych i firmy związane z łańcuchem wartości opakowań – liderzy swoich branż, a także organizacje branżowe i pozarządowe. Celem Paktu jest wypracowanie sposobów na bardziej zrównoważone wykorzystywanie tworzyw sztucznych w polskiej gospodarce.

Deklaracja powołania Paktu została podpisana 16 kwietnia 2019 roku przez firmy i organizacje: ALPLA Poland, Carrefour Polska, Coca-Cola HBC Polska, Coca-Cola Poland Services, CSR Consulting, Global Compact Network Poland, Grupa Spółek Danone w Polsce, Nestlé Polska, PepsiCo Poland, Rekopol Organizacja Odzysku Opakowań, Santander Bank Polska, Unilever Polska i WWF Polska.

Do Rady Konsultacyjnej Paktu należą: Krajowa Izba Gospodarcza Przemysł Rozlewniczy, Polska Federacja Producentów Żywności Związek Pracodawców, Polska Organizacja Handlu i Dystrybucji i Polski Związek Przetwórców Tworzyw Sztucznych.

Sygnatariusze Paktu zobowiązali się do końca 2019 roku stworzyć Mapę Drogową przejścia na bardziej zrównoważone wykorzystywanie tworzyw sztucznych w Polsce. Do pracy nad dokumentem zaproszą szerokie grono podmiotów, aby dokument traktował temat kompleksowo i w sposób pogłębiony.

W kolejnych latach sygnatariusze Paktu będą promować rozwiązania zapisane w Mapie Drogowej i zachęcać firmy do podjęcia dobrowolnych zobowiązań w tym zakresie. Będą również upowszechniać przykłady dobrych praktyk firm, tak aby stały się one częścią codziennej praktyki biznesowej jak największej liczby przedsiębiorstw w Polsce.

Inicjatywa prowadzona jest w ramach Kampanii 17 Celów, mobilizującej biznes w Polsce do podjęcia działań na rzecz realizacji Agendy 2030.

W ostatnich miesiącach znacznie wzrosło zainteresowanie tematem bardziej zrównoważonego wykorzystywania tworzyw sztucznych – zarówno wśród biznesu, jak i konsumentów. Widać wyraźne przyspieszenie prac legislacyjnych Unii Europejskiej w tej kwestii. Niedawno przegłosowana przez europarlamentarzystów dyrektywa w sprawie ograniczenia wpływu niektórych produktów z tworzyw sztucznych na środowisko, pakiet zmian dyrektyw odpadowych i działania na rzecz gospodarki obiegu zamkniętego oznaczają dla biznesu konieczność dużych zmian i znalezienia nowych, innowacyjnych rozwiązań.

Małgorzata Greszta, Partner Zarządzająca CSR Consulting – inicjatorka powstania Paktu oraz Kampanii 17 Celów, powiedziała:

Bardzo mnie cieszy powstanie kolejnej międzysektorowej inicjatywy w ramach Kampanii 17 Celów, która mobilizuje polski biznes do podjęcia działań na rzecz Agendy 2030. Osiągnięcie Celów zawartych w Agendzie nie jest bowiem możliwe bez aktywnego zaangażowania przedsiębiorstw i międzysektorowej współpracy.

Przed sygnatariuszami Paktu stoi trudne, ambitne zadanie stworzenia strategicznego planu bardziej zrównoważonego wykorzystywania tworzyw sztucznych w polskiej gospodarce. W Mapie Drogowej opiszemy kierunki działania i przykłady dobrych praktyk i rozwiązań. Chcemy, aby stała się ona przewodnikiem i inspiracją do działania dla jak największej liczby podmiotów na polskim rynku. Dziś, w obliczu wyzwań środowiskowych przed jakimi stoimy, czas już na konkretne działania.

Polski Pakt na rzecz zrównoważonego wykorzystywania tworzyw sztucznych przyczynia się do realizacji 12. Celu Zrównoważonego Rozwoju, który wyznacza ramy odpowiedzialnej konsumpcji i produkcji, a także Celu 9. dotyczącego innowacji w przemyśle i Celu 14. dotyczącego ochrony życia pod wodą. Jego podstawą jest Cel 17.: Partnerstwo na rzecz Celów, bez którego nie byłoby tej inicjatywy.

Jak wielu obcokrajowców kupuje mieszkania w Polsce

Jak dużo cudzoziemców jest wśród klientów deweloperów? Z których krajów pochodzą? Jakie mieszkania kupują? Sondę prezentuje serwis nieruchomości dompress.pl

Mirosław Kujawski, członek zarządu LC Corp S.A.

Wśród naszych klientów są osoby pochodzące z blisko 30 państw, które stanowią około 3-4 proc. nabywców mieszkań. Ich udział w zakupie lokali stopniowo rośnie. Najwięcej, około 35-40 proc. stanowią osoby pochodzące z Ukrainy, ale sporo klientów, szczególnie inwestycyjnych to Białorusini, czy Chińczycy. W przypadku naszych projektów dominuje zakup mieszkań w celu zaspokojenia własnych potrzeb, choć zdarzają się również transakcje inwestycyjne, ale jest ich zdecydowanie mniej.

Monika Perekitko, członek zarządu Matexi Polska

Naszymi klientami są również obcokrajowcy. Warszawa staje się miastem coraz bardziej wielokulturowym. Wszystko zależy w znacznym stopniu od lokalizacji inwestycji i grupy docelowej, do której jest skierowana. Coraz częściej klientami są Ukraińcy, ale spore zainteresowanie mieszkaniami, także tymi z wyższej półki cenowej, wykazują również mieszkający w Warszawie obywatele Chin i Izraelczycy.

Tomasz Sujak, członek zarządu Archicom S.A.

Udział obcokrajowców w sprzedaży wynosi około 5 proc. Do najczęściej wybieranych przez cudzoziemców typów mieszkań należą lokale trzypokojowe z osobną kuchnią lub aneksem. Często są to też zakupy typowo inwestycyjne.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu i dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Wśród naszych klientów są obcokrajowcy, choć najczęściej są to osoby związane z Polską poprzez więzi rodzinne, jak współmałżonek albo polskie korzenie, albo przez interesy, które prowadzą w naszym kraju. Część z nich to inwestorzy, kupujący lokale pod wynajem. Cudzoziemcy nabywają podobne mieszkania, jak Polacy. W Warszawie największą grupą obcokrajowców spośród klientów są Ukraińcy, ale przykładowo w Szczecinie są to Niemcy, Duńczycy i Szwedzi.

Andrzej Gutowski, wiceprezes Ronson Development, odpowiedzialny za sprzedaż i marketing

Rośnie zainteresowanie naszymi inwestycjami wśród klientów z Ukrainy i Białorusi, którzy postanawiają osiedlić się w Polsce na stałe i kupują mieszkania na własne potrzeby. Inną grupę kupujących stanowią inwestorzy, którzy poszukują atrakcyjnych mieszkań do zakupu w pakiecie. W tym przypadku główną grupę stanowią klienci z Izraela.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Wśród cudzoziemców, którzy zdecydowali się na zakup lokalu w naszych inwestycjach w Warszawie przeważali Azjaci – Chińczycy i Koreańczycy. Kolejną grupą są nabywcy z Ukrainy, Rosji i Białorusi. Cudzoziemcy decydują się na zakup mieszkań na własne potrzeby. Wybierają z reguły większe lokale, trzy i czteropokojowe.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Najwięcej klientów mamy z Polski, jednak zdarzają się klienci, którzy są obcokrajowcami.

Agnieszka Jaworska-Goździewska, specjalista ds. komunikacji wewnętrznej i PR w Nickel Development

Mieszkania w naszych inwestycjach kupowane są przez cudzoziemców raczej sporadycznie. Transakcje zawierane są zwykle z klientami z Unii Europejskiej. Naszych sąsiadów interesują głównie mieszkania o większych powierzchniach, w dobrych lokalizacjach, najczęściej z opcją wykończenia pod klucz.

Adrian Potoczek, dyrektor ds. sprzedaży w Wawel Service

Około 20 proc. naszych klientów to obcokrajowcy, wśród których największą grupę stanowią Ukraińcy. Aby ułatwić im proces zakupu, nasze biuro sprzedaży obsługuje klientów również w języku rosyjskim. Największym zainteresowaniem wśród cudzoziemców cieszą się dwu i trzypokojowe mieszkania nabywane na potrzeby własne. Zdarzają się także klienci z Ukrainy, którzy zaczynają inwestować na rynku nieruchomości w Krakowie.

Marta Drozd-Piekarska, pełnomocnik zarządu Allcon Osiedla

Wśród naszych klientów zdarzają się cudzoziemcy, którzy poszukują wygodnych inwestycji w dobrej lokalizacji i nietuzinkowej architekturze. Pochodzą głównie z Niemiec, Wielkiej Brytanii, czy Skandynawii. Często łączą sprawy zawodowe w Trójmieście z wakacjami. Połączenie tych dwóch celów zakupowych najczęściej skłania ich do zakupu lokali w dwóch naszych projektach – Kamienice Malczewskiego 2 i Tarasy Bałtyku w Gdańsku. Coraz większe zainteresowanie naszymi inwestycjami widzimy również wśród Polaków mieszkających na stałe za granicą, którzy inwestują w apartamenty w Polsce na przyszłość.

Weronika Chylarecka, specjalista ds. marketingu w Blockpol Developer

Wśród naszych klientów zdarzają się cudzoziemcy. Stanowią około 5 proc. wszystkich nabywców. Pochodzą z Belgii, Ukrainy, Białorusi, Wenezueli i Rosji. Najczęściej wybierają duże mieszkania, trzy i czteropokojowe.

Sebastian Barandziak, prezes zarządu Dekpol Deweloper

Naszymi klientami są również cudzoziemcy, ale nie mają dużego udziału w całkowitej sprzedaży. W większości przypadków są to małżeństwa mieszane lub Polacy, którzy w latach 70-tych i 80-tych wyemigrowali z naszego kraju. Teraz wracają do Polski albo wysyłają dzieci na studia do Gdańska. To również grupa osób inwestujących w nieruchomości na naszym rynku, planujących wynajmować mieszkania. Zagraniczni klienci pochodzą głównie z Norwegii, USA, Niemiec oraz Wielkiej Brytanii. Mieszkańcy poszczególnych krajów mają różne preferencje inwestycyjne. Amerykanie z reguły wybierają duże mieszkania, bo przyzwyczajeni są do dużych powierzchni. Klienci z Europy decydują się raczej na lokale dwupokojowe o metrażu około 40-45 mkw. Wśród nabywców w osiedlu Nowe Rokitki, które realizujemy w okolicy Tczewa zdarzają się także klienci z Ukrainy oraz ze Słowacji.

Autor: Dompress.pl

Słaba sprzedaż deweloperów w I kw. potwierdzeniem spowolnienia na rynku nieruchomości

W pierwszym kwartale br. statystyki sprzedażowe deweloperów notowanych na GPW (rynek podstawowy i Catalyst) uległy kolejnej fazie regresu. Tym samym teoria o wejściu pierwotnego segmentu krajowej mieszkaniówki w fazę cyklicznego spowolnienia koniunktury zyskała kolejny wiarygodny argument. Niestety prawdopodobnie ostatecznie potwierdzający początek dłuższego okresu dekoniunktury.    

Sprzedaż mieszkań spada i spadać będzie

Już od blisko sześciu lat, a więc od początku ostatniej prosperity na pierwotnym rynku mieszkaniowym,  wyniki sprzedaży giełdowej deweloperki mieszkaniowej z trzech pierwszych miesięcy roku okazywały się niezawodnym czynnikiem prognostycznym na kolejne kwartały, ustawiającym niejako koniunkturę na pozostałą część roku. Absolutnie nic nie wskazuje na to, aby tym razem miało być inaczej.

Niestety, jak zauważają eksperci portalu RynekPierwotny.pl, zaprezentowane właśnie raporty deweloperów mieszkaniowych notowanych na GPW za pierwszy kwartał br., jednoznacznie sugerują, że ubiegłoroczne przesilenie koniunktury sprzedażowej nie było wypadkiem przy pracy, a początkiem dłuższego cyklicznego spowolnienia.

Tym razem kwartalny regres sprzedaży nowych mieszkań wyniósł 15,1 proc. licząc rok do roku. Należy jednak w tym miejscu zwrócić uwagę na stosunkowo wysoką bazę. Pierwszy kwartał ubiegłego roku był bowiem ostatnim, w przypadku którego deweloperom giełdowym udało się zaprezentować dodatnią dynamikę sprzedaży licząc rok do roku, chociaż już w przypadku zestawienia kwartał do kwartału nastąpiło rok temu ostre kilkunastoprocentowe tąpnięcie, zwiastujące epilog sprzedażowego eldorado nowych mieszkań.

Tym razem w każdej opcji mamy regres, choć jednak w odniesieniu do kwartału poprzedniego zaledwie w symbolicznym wymiarze 0,5 procent. Ta krótkoterminowa stabilizacja jest optymistycznym akcentem, dającym nadzieję na statystyczną łagodność wchodzenia rynku w okres dekoniunktury. Niestety jak widać w załączonej tabeli sprzedaż nowych mieszkań spada i nic nie wskazuje by w przewidywanej przyszłości miało się to zmienić.

Duży może więcej

Na razie wybrane największe i średnie firmy deweloperskie trzymają się nadspodziewanie mocno, co jest kolejnym optymistycznym sygnałem branżowych kwartalnych raportów sprzedaży. Jak zauważają eksperci portalu RynekPierwotny.pl wciąż bardzo wysoką, wręcz imponującą sprzedażą przy lekko dodatniej dynamice pochwalili się „trzej tenorzy” krajowej deweloperki mieszkaniowej: Dom Development, Atal i Murapol, przy czym ten ostatni łącznie z płatnymi rezerwacjami. Niestety sztuka ta nie udała się czwartemu tuzowi Robygowi, w przypadku którego sprzedaż w I kwartale tąpnęła aż o połowę w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku, głównie za sprawą dużej ilości rezygnacji. Na szczególne wyróżnienie zasługują też Archicom, Marvipol Development i Victoria Dom, w przypadku których progres rok do roku wyniósł grubo ponad połowę.Tab.1 – Wyniki sprzedaży deweloperów

Z kolei Polnord, branżowy weteran notowań giełdowych, przeżywa ciąg dalszy swej fatalnej passy. Po bardzo słabym ostatnim kwartale ub. roku w pierwszym tegorocznym zanotował ujemną sprzedaż netto mieszkań.

Sytuacja praktycznie niespotykana. Wzięła się jednak stąd, że spółka po publikacji wyniku za I kwartał 2019 roku na poziomie 95 lokali brutto, poinformowała następnie o 104 anulowanych w tym samym okresie umowach zawartych w roku 2018. W sumie prezentowana stawka notowanych na GPW spółek deweloperskich znalazła w pierwszym kwartale tego roku amatorów na 6096 wybudowanych przez siebie lokali mieszkalnych, wobec 7181 zakontraktowanych w analogicznym okresie ub. roku i 6129 w poprzednim, czyli ostatnim kwartale 2018 roku.

Spowolnienie w pełnej krasie

Tym samym pomimo bardzo dobrych wyników kilku wyróżniających się spółek, spadek sprzedaży mieszkań w relacji rok do roku jest wyraźny i niepodlegający dyskusji. Co więcej, jest absolutnie pewne, że na szerokim rynku regres jest jeszcze większy i przekracza zapewne 20 proc. Widać bowiem wyraźnie, że na wynik prezentowanej grupy spółek decydujący wpływ miał wyczyn trójki absolutnych branżowych tuzów, których raczej próżno szukać poza stawką giełdową.

Sygnałem ostrzegawczym przed dalszym pogorszeniem koniunktury jest także komunikowane przez kolejnych deweloperów postępujące pogorszenie ich środowiska gospodarczego, trudności z pozyskiwaniem gruntów inwestycyjnych, a w konsekwencji przewidywane problemy z zadowalającym uzupełnianiem oferty już w najbliższej przyszłości. Wygląda więc na to, że słynna specustawa mieszkaniowa jak na razie nie stanowi cudownego panaceum na kłopoty deweloperów, którzy będą musieli zmierzyć się z cyklicznym spowolnieniem, póki co nabierającym wiatru w żagle.

Chiny dają kolejny dowód, że gospodarka wychodzi z kłopotów

Chiny dają kolejny dowód, że gospodarka wychodzi z kłopotów z początku roku, a działania pomocowe władz w Pekinie zdają egzamin. Lepszy do prognoz odczyt PKB za I kw. pomaga w podtrzymaniu pozytywnych nastrojów na rynkach, choć obecny tydzień charakteryzuje się obniżoną zmiennością, więc rajd ryzyka jest w wersji mini.

W pierwszym kwartale wzrost gospodarczy Chin wyniósł 6,4 proc. r/r, co wprawdzie było przyhamowaniem wobec 6,6 proc. na koniec 2018 r., ale dane wypadły lepiej od prognozowanych 6,3 proc. Wiedzieliśmy, że na początku roku było ciężko, ale ostatecznie wyższe figury przede wszystkim świadczą o tym, że odbicie zaczęło się jeszcze w marcu. Potwierdzają to odczyty produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej za zeszły miesiąc. Produkcja urosła o 8,5 proc. r/r i dużo mocniej od oczekiwanych 5,9 proc., a sprzedaż wzrosła o 8,7 proc. (prog. 8,4 proc.). Dzisiejsze raporty dołączają do solidnych danych o dynamice kredytów i (w połowie) pozytywnych danych z handlu zagranicznego z ubiegłego tygodnia. Razem otrzymujemy obraz sugerujący przyspieszanie tempa ożywienia, a działania wspierające polityki fiskalnej i monetarnej przynoszą rezultaty. W szerszym ujęciu poprawa w Chinach jest warunkiem koniecznym dla spojrzenia przyjaźniejszym okiem na perspektywy globalnego wzrostu, ale bez wątpienia pierwszy krok został wykonany.

Choć reakcja rynków finansowych nie jest euforyczna (coraz bliżej święta), to jednak odbywa się w słusznym kierunku. Rynek akcji w Azji świeci się na zielono, a kontrakt futures na S&P500 sugeruje, że pozytywny klimat utrzyma się do końca dnia. Na rynku walutowym AUD tradycyjnie najlepiej odzwierciedla ocenę sytuacji w Chinach i AUD/USD jest najwyżej od dwóch miesięcy. EUR/USD także ruszył wyżej, gdyż po lepszych danych z Chin rosną oczekiwania, że jakiś przełom pokażą też odczyty PMI z Eurolandu, które dostaniemy jutro. Dla inwestorów wydaje się to ważniejsze niż ostatnie przecieki z EBC. We wtorek EUR osłabiło się przejściowo po doniesieniach sugerujących, że członkowie Rady Zarządzającej EBC wątpią w odbicie ożywienia wskazywane przez prognozy wewnętrzne banku. Później inna plotka wskazała, że bank nie wykazuje entuzjazmu dla segmentacji ujemnych stóp procentowych. Razem informacje sugerują, że EBC nie jest do końca zdecydowany na nadwyrężanie ograniczonego arsenału, a przy poprawie danych wykorzystywanie nowych narzędzi luzowania polityki jest mniej prawdopodobne. Rynek nie zamierza karać EUR w oparciu o perspektywy polityki EBC, a w relacji do USD istotniejsza jest ogólna poprawa sentymentu i odchodzenie od bezpiecznego dolara.

Środowy kalendarz jest obfity, ale wyłuskując najważniejsze pozycje zaczynamy od odczytów inflacji z Wielkiej Brytanii i Eurolandu, przy czym ten drugi jest rewizją. Wczoraj GBP zignorował solidny raport z brytyjskiego rynku pracy, co stawia w wątpliwość, czy dziś CPI będzie mógł wpłynąć na rynek. Po południu otrzymamy CPI z Kanady z większym ryzykiem, że słaby odczyt zahamuje aprecjację CAD wypracowaną na poprawie nastrojów i wyższych cenach ropy. Z Kanady i USA dostaniemy też dane o bilansie handlowym. Środa to też dzień z raportem Departamentu Energii o zapasach ropy w USA. W ciągu dnia nie zabraknie wypowiedzi przedstawicieli EBC, Fed i BoE.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Union Investment za 21 mln euro przejął budynek Cinema City w łódzkiej Manufakturze

Union Investment przejął budynek kina Cinema City o łącznej powierzchni ok. 7 400 m2 w łódzkiej Manufakturze. Samo centrum handlowe znajduje się
w portfelu funduszu już od 2012 roku. Przejęty obiekt powiększy powierzchnię najmu całego obiektu do ponad 100 000 m2. Wartość transakcji wyniosła ok. 21 milionów euro.

Cinema City Lodz_Union Investment

Dzięki zakupowi budynku, w którym znajduje się multipleks Cinema City wartość całej łódzkiej inwestycji Union Investment wzrośnie do ok. 470 milionów euro. W przyszłości kino i centrum handlowe Manufaktura zostaną połączone w jedno aktywo, który wejdzie na stałe do portfolio jednego z funduszy otwartych Union Investment. . Sprzedający, należący do grupy Global City Holdings, jest jednocześnie długoterminowym najemcą obiektu.

Centrum handlowe Manufaktura to jedna z naszych najbardziej udanych inwestycji handlowych. Powiększenie naszego obiektu pozwoli nam jeszcze bardziej skorzystać z możliwości jakie daje Manufaktura i jej atrakcyjna lokalizacja – mówi Henrike Waldburg, dyrektor zarządzania inwestycjami w handlu detalicznym w Union Investment Real Estate GmbH.

Manufaktura składa się z kompleksu 11 zabytkowych budynków z cegły. Poza szeroką ofertą handlową – w obiekcie znajduje się ok. 300 sklepów – w obiekcie regularnie odbywają się różnego rodzaju wydarzenia kulturalne takie jak koncerty czy spektakle plenerowe.

Cinema City zapewnia przestrzeń dla łącznie ok. 3 100 widzów. Kino otwarte zostało w 2006 r. i od tego czasu było regularnie modernizowane. Dzisiaj obiekt może pochwalić się jedną z najnowocześniejszych technologii, w tym ekran IMAX 3D.

Centrum handlowe i kino zapewnia dostęp do usług ok. 2,5 mln mieszkańców aglomeracji łódzkiej i sąsiadujących z nią obszarów.

Adam J. Kępa: Cyfrowy bat na oszustów

Digitalizacja procesów nawiązywania relacji z klientem, automatyczna ocena ryzyka współpracy z kontrahentem, inteligentne algorytmy analizujące transakcje. Te i wiele innych rozwiązań technologicznych mają szansę wyeliminować największe dla banków zagrożenie, w zakresie zarządzania compliance i AML, to jest czynnik ludzki. „Oczka cyfrowej sieci”, mającej za zadanie wyłowienie oszustów w morzu klientów banku, będą coraz węższe. ITMAGINATION przewiduje, że w erze cyfrowej bankowości będzie coraz mniej miejsca na nielegalne operacje związane z praniem pieniędzy, czy łamaniem prawa międzynarodowego. Czy to koniec afer na skalę, jaką w ostatnich miesiącach ujawniono w całej grupie banków skandynawskich?

Adam J. Kępa, VP i Head of Growth w ITMAGINATION
Adam J. Kępa, VP i Head of Growth w ITMAGINATION

Banki mają obowiązek dokonywać oceny ryzyka współpracy z klientem i kontrahentem (na starcie współpracy i cyklicznie) oraz monitorować wszystkie operacje przez niego prowadzone pod kątem ewentualnych transakcji nielegalnych, finansowania przestępczości, czy terroryzmu, prania brudnych pieniędzy czy np. omijania sankcji gospodarczych. W żargonie branżowym ten obszar zarzadzania ryzykiem banku nazywa się AML (ang. anti money laundering). Jeśli dana instytucja finansowa nie wywiązuje się z nich, może ją to słono kosztować.

W ciągu 10 lat od kryzysu gospodarczego 2008 roku nieskuteczne przeciwdziałanie praniu brudnych pieniędzy, omijanie sankcji gospodarczych i uchybienia w obszarze KYC (Know Your Customer – Poznaj Swojego Klienta) kosztowało instytucje finansowe łącznie około 26 mld dolarów. Tyle według szacunków Fenergo wynosi suma kar nałożonych, z tego tytułu, na banki na całym świecie. Pod koniec 2018 roku w związku z prawdopodobnie największą w Europe aferą – wyprania ponad 230 mld dolarów – Estońscy prokuratorzy zatrzymali 10 pracowników lokalnego oddziału Danske Banku. Śledztwo w tej sprawie wciąż trwa. W tym samym roku amerykańscy regulatorzy nałożyli karę w wysokości 1,3 mld dolarów na jeden z największych francuskich banków, Societe Generale, za „wypranie” niemal 13 mld dolarów. Z kolei 900 mln dolarów z tytułu uchybień wobec zakazu prania pieniędzy w ubiegłym roku zapłacił holenderski ING.

Znaj klienta swego jak siebie samego

Prawo wymaga od banków, aby identyfikowały każdego klienta z wykorzystaniem określonych danych (m.in.: imię, nazwisko, numer PESEL, obywatelstwo, seria i numer dokumentu tożsamości, adres zamieszkania). W przypadku firm oznacza to obowiązek potwierdzenia nazwy, formy organizacyjnej, adresu siedziby lub prowadzenia działalności oraz numeru NIP, ale też m.in. ustalenie struktury własności i kontroli w firmie oraz celu i charakteru jej działalności. Bank ma ponadto obowiązek gromadzić i przekazywać informacje o każdej transakcji o wartości powyżej 15 tys. euro oraz alarmować odpowiednie służby o okolicznościach, które mogą wskazywać na podejrzenie popełnienia przestępstwa prania pieniędzy i finansowania terroryzmu.

W tradycyjnych procesach rejestracji klientów wszystkie identyfikujące ich dane wprowadzane były do systemów bankowych ręcznie – np. przez pracowników oddziałów, na bazie papierowych formularzy czy kopii dokumentów. Dziś, te operacje mogą być w 100 proc. realizowane cyfrowo i online, bez ingerencji człowieka. Jest to możliwe dzięki wykorzystaniu takich rozwiazań, jak skanowanie kodów kreskowych i QR kodów czy automatyzacja pozyskiwania danych identyfikujących klienta.

– Cyfryzacja procesu otwierania rachunku w banku to nie tylko wygoda czy oszczędność. Z perspektywy zarządzania ryzykiem pozwala ona znacząco poprawić efektywność i skuteczność oceny wiarygodności już na starcie relacji z klientem banku. Dobrze zaprogramowany system onboardingu umożliwia ocenę klienta w sposób w pełni zautomatyzowany i praktycznie niezauważalny dla samego zainteresowanego, już przy pierwszym kontakcie. Dla banku to wyjątkowo skuteczne zabezpieczenie – mówi Adam J. Kępa, VP i Head of Growth w ITMAGINATION, firmie która stworzyła i wdraża w instytucjach finansowych system klasy Digital Onboarding & KYC Compliance.

Jak to działa? System ITMAGINATION pozwala bankowi zautomatyzować możliwie jak najwięcej elementów procesu onboardingu klienta. Dokumenty przetwarzane są w formie cyfrowej dzięki wykorzystaniu technologii OCR (Optical Character Recognition) i skanerów QR kodów oraz kodów paskowych. Ocena AML poziomu ryzyka klienta dokonywana jest na podstawie danych z tych dokumentów, informacji pozyskiwanych automatycznie z rejestrów publicznych, CEIDG i KRS, wywiadowni gospodarczych, biur informacji gospodarczej, list sankcyjnych, list osób zajmujących eksponowane stanowiska (tzw. PEP) i bazy dokumentów zastrzeżonych. Dodatkowo wykorzystywane są też źródła wewnętrzne banku: własne bazy preferowanych albo zakazanych kontrahentów, dane z systemów transakcyjnych, CRM czy hurtowni danych.

Prewencja zamiast sankcji

Automatyzacja procesów pozyskania danych od klienta to dopiero początek. Obowiązki z obszaru AML, jak i ochrony klientów banku przed wyłudzeniami i kradzieżą, np. z wykorzystaniem danych kart kredytowych, wymuszają na bankach również stałe monitorowanie prowadzonych w ich systemach transakcji. Dziś „czerwone lampki” zapalają się, kiedy aktywność klienta wykracza poza normę (np. nagła próba zlecenia płatności do kraju objętego sankcjami OFAC) albo można zaobserwować serię zachowań wskazujących na potencjalne naruszenie. Tu wkraczają do akcji nowoczesne rozwiązania z obszaru data science i AI.

– Analityka danych w czasie rzeczywistym, bazująca na sztucznej inteligencji i uczeniu maszynowym sprawia, że miliony aktywności klientów są analizowane jednocześnie, na żywo. System bankowy jest w stanie nie tylko odnotować, że miał miejsce incydent AML, ale może takie sytuacje także przewidywać – bazując na zgromadzonych informacjach o okolicznościach, które mogą wskazywać na podejrzenie popełnienia przestępstwa prania pieniędzy, czy finansowania terroryzmu. Wystarczą do tego mądrze zastosowane, relatywnie proste algorytmy – przekonuje Adam J. Kępa. Jak podkreśla, z perspektywy banku niezwykle ważne jest, że proces ten wykonuje się w sposób automatyczny. Technologia pozwala szczegółowo analizować miliony operacji jednocześnie i umożliwia wyeliminowanie prawie do zera manualnych ingerencji w analizę takich wyszukań. Człowiek wkracza tylko tam, gdzie sytuacja jest niestandardowa. Co więcej, system „uczy się” i optymalizuje, dzięki czemu trafność jego prognoz stale rośnie.

Jak podkreśla Adam J. Kępa  rozwój rozwiązań IT wspomagających obszar AML i Compliance w bankach będzie szedł w kierunku dalszej digitalizacji procesów obsługi, coraz bardziej powszechnego wykorzystania analityki danych z różnorodnych źródeł i zautomatyzowanej predykcji zdarzeń. Na poziomie onboardingu mowa tu o wdrażaniu rozwiązań takich, jak rozpoznawanie twarzy i emocji z zastosowaniem AI czy przeszukiwanie sieci WWW pod kątem negatywnej prasy (tzw. Adverse News i UBO).

Polaryzacja na europejskim rynku centrów handlowych

  • Powierzchnia handlowa w istniejących obiektach drugorzędnych będzie coraz częściej przeznaczana na funkcje biurowe, mieszkaniowe i inne
  • W 2018 roku deweloperzy dostarczyli na rynek łącznie 2,6 mln m kw. nowej powierzchni w centrach handlowych – o 28% mniej niż w 2017 roku
  • Nowa podaż w 2018 roku zmniejszyła się w Europie Zachodniej o 23% r/r, a w Europie Środkowej o 31%
  • W 2018 roku najwięcej nowej powierzchni w centrach handlowych powstało w Turcji, Rosji, Polsce i Francji

Z najnowszego raportu międzynarodowej firmy doradczej Cushman & Wakefield „European Shopping Centre: The Development Story” wynika, że wraz z wkraczaniem rynków centrów handlowych w fazę dojrzałą w większości krajów europejskich wzrośnie polaryzacja pomiędzy najlepszymi i najbardziej popularnymi obiektami handlowymi a drugorzędnymi centrami handlowymi, które ze względu na słabsze wyniki będą musiały dywersyfikować swoją ofertę, aby przetrwać.

Według danych zaprezentowanych w corocznym raporcie, w 2018 roku wybudowano ok. 2,6 mln m kw. nowej powierzchni w centrach handlowych w Europie, czyli o 28% mniej niż rok wcześniej. To najniższa podaż od 24 lat i porównywalna do wolumenów dostarczanych na rynek na początku lat 90., gdy w Europie Środkowo-Wschodniej powstawały pierwsze tradycyjne centra handlowe.

Jednak pomimo spowolnienia tempa przyrostu nowej podaży w ostatnich pięciu latach, łączne zasoby powierzchni handlowej w Europie cały czas się powiększają i wynoszą obecnie 168,1 mln m kw., co przekłada się na rosnącą rywalizację na rynku centrów handlowych. Dążąc do utrzymania pozycji rynkowej, deweloperzy stawiają przede wszystkim na przebudowę i modernizację istniejących obiektów, aby stworzyć nowoczesne centra handlowo-rozrywkowe, które będą kusiły rozbudowaną ofertą i atrakcyjną estetyką.

Podaż nowej powierzchni w centrach handlowych w 2018 r.

Podaż nowej powierzchni w centrach handlowych w 2018
(Źródło: dział badań Cushman & Wakefield)

Silvia Jodlowski, starszy analityk w firmie Cushman & Wakefield, autorka raportu, powiedziała: „Największe możliwości realizacji nowych inwestycji na rynku centrów handlowych dotyczą dwóch rodzajów obiektów. Z jednej strony w miejsce starzejących się i nieatrakcyjnych centrów handlowych będą powstawały innowacyjne obiekty o dominującej pozycji i bogatej ofercie rozrywkowej, a z drugiej strony szanse na rozwój mają mniejsze, lokalne centra handlowe typu convenience, w przypadku których kluczem do sukcesu jest odległość do sklepu, obecność operatora spożywczego i odpowiedni dobór najemców”.

Europa Zachodnia

Rozwój rynku centrów handlowych w Europie Zachodniej spowolnił wskutek rosnących obaw związanych z ekspansją sektora e-commerce oraz coraz większej aktywności w segmencie głównych ulic handlowych. Najwięcej nowej powierzchni handlowej czwarty rok z rzędu oddano do użytku we Francji – 237 tys. m kw.

W Wielkiej Brytanii rynek centrów handlowych nadal się rozwija pomimo nadpodaży i zamykania sklepów z powodu rosnącej popularności sprzedaży internetowej. Deweloperzy koncentrują się na zwiększaniu odwiedzalności stwarzając wyjątkowe i interaktywne doznania zakupowe poprzez poszerzanie oferty rozrywkowej i budowę obiektów wielofunkcyjnych. W 2018 roku Wielka Brytania zajęła trzecie miejsce pod względem wolumenu nowej podaży w Europie Zachodniej dzięki oddaniu do użytku 147 tys. m kw. nowej powierzchni, z czego 74% w ramach dwóch inwestycji. Stanowi to 8-procentowy wzrost w porównaniu z rokiem 2017.

W Finlandii migracja ludności do miast sprzyja rozwojowi rynku centrów handlowych – 80% całkowitego wolumenu wybudowanej powierzchni znajduje się w trzech największych regionach kraju: w Helsinkach, Tampere i Turku. Z kolei w Europie Południowej liderem pod względem podaży nowej powierzchni w centrach handlowych była ponownie Hiszpania.

W latach 2019-2020 rynek centrów handlowych w Europie Zachodniej może się powiększyć o 2,1 mln m kw.

Podaż powierzchni handlowej planowana w Europie Zachodniej na lata 2019-2020

Podaż powierzchni handlowej planowana w Europie Zachodniej na lata 2019-2020
(Źródło: dział badań Cushman & Wakefield)

Europa Środkowo-Wschodnia

Spośród krajów Europy Środkowo-Wschodniej najwięcej nowej powierzchni handlowej powstało w Turcji – 525 tys. m kw. To o prawie 50% mniej niż w 2017 roku, ponieważ deweloperzy zaczynają koncentrować się na mniejszych obiektach oraz modernizacji i optymalizacji istniejących centrów handlowych. W Rosji, która zajęła drugie miejsce w Europie pod względem aktywności deweloperskiej w 2018 roku, powstało 436 tys. m kw., czyli najmniej od 15 lat. Obecnie w budowie znajduje się 1,8 mln m kw. nowej powierzchni handlowej, co przełoży się na wzrost podaży w latach 2019-20.

Dobra koniunktura gospodarcza Polski stwarza doskonałe warunki do rozwoju rynku centrów handlowych. W 2018 roku polski rynek powiększył się o ok. 300 tys. m kw., co było trzecim najlepszymi wynikiem w Europie. Tak jak w Europie Zachodniej, rozwój sektora e-commerce oznacza wzrost konkurencji, zmuszając właścicieli do wprowadzania rozwiązań, które wpłyną na zwiększenie atrakcyjności posiadanych obiektów w oczach odwiedzających.

Małgorzata Dziubińska
Małgorzata Dziubińska, Associate Director w dziale Doradztwa i Badań Rynkowych, Cushman & Wakefield

Małgorzata Dziubińska, Associate Director w dziale Doradztwa i Badań Rynkowych, Cushman & Wakefield, powiedziała: „Polska nadal pozostaje zieloną wyspą w Europie będąc na trzecim miejscu pod względem powierzchni handlowej w centrach handlowych i obiektach wielofunkcyjnych oddanych w 2018 r. Jednak dojrzałość polskiego rynku handlowego, rosnąca konkurencja, a także zmieniające się wymagania klientów wymuszają zmiany, za którymi muszą podążać właściciele i zarządcy. Stąd tak duża liczba obiektów jest obecnie w trakcie przebudowy lub modernizacji. Obserwujemy również zwiększony popyt najemców na obiekty wielofunkcyjne. W związku z dość dużym nasyceniem powierzchnią handlową w większych miastach, naturalnym procesem będzie zwiększony udział w podaży obiektów o mniejszej powierzchni handlowej, odpowiednich dla mniejszych rynków, które wciąż nie są jeszcze nasycone. W efekcie roczna podaż nowej powierzchni handlowej w najbliższych latach nie będzie już tak wysoka, jak w ostatnim czasie”.

W innych krajach Europy Środkowej rynki centrów handlowych rozwijają się w stabilnym tempie – w Bułgarii i Czechach oraz na Słowacji i Węgrzech wkraczają w fazę dojrzałą. Nowe inwestycje mogą zacząć powstawać w ramach obiektów wielofunkcyjnych oraz w lokalizacjach śródmiejskich i w pobliżu węzłów komunikacji publicznej. W latach 2019-2020 całkowita podaż nowej powierzchni handlowej w Europie Środkowo-Wschodniej może wynieść 4,4 mln m kw.

Podaż powierzchni handlowej planowana w Europie Środkowo-Wschodniej na lata 2019-2020

Podaż powierzchni handlowej planowana w Europie Środkowo-Wschodniej na lata 2019-2020
Źródło: dział badań Cushman & Wakefield

Silvia Jodlowski dodaje: „Właściciele obiektów i inwestorzy będą musieli dostosować się do polaryzacji na rynku centrów handlowych. Przewidujemy, że tradycyjnych centrów handlowych będzie powstawało niewiele. Wzrośnie natomiast liczba inwestycji w przebudowę i zmianę funkcji istniejących obiektów w odpowiedzi na rosnące zapotrzebowanie na powierzchnię elastyczną.

Obiekty wielofunkcyjne cieszą się coraz większym zainteresowaniem inwestorów, którzy dostrzegają ich prawdziwy potencjał. W niektórych krajach europejskich – a dobrym przykładem jest tu Francja – deweloperzy centrów handlowych podejmują starania w celu dywersyfikacji, wprowadzając nowe formaty takie jak parki handlowe i formaty hybrydowe obejmujące funkcje biurowe, hotelowe i mieszkaniowe”.

PZU chce wypłacić wysoką dywidendę

Rekordowe wyniki Grupy PZU wypracowane w 2018 roku, w tym 3,213 mld zł zysku netto, skłoniły zarząd do rekomendacji wypłaty dywidendy w kwocie 2,80 zł na akcję, tj. więcej o 0,30 zł niż w ubiegłym roku. Jest to ekwiwalent 2,4 mld zł wypłaconych do akcjonariuszyJeśli walne zgromadzenie zatwierdzi propozycję zarządu PZU, to stopa dywidendy może sięgnąć ponad 6,5%. Propozycję zarządu zatwierdziła dzisiaj rada nadzorcza.

W 2017 roku akcjonariusze spółki otrzymali wypłatę w kwocie 1,40 zł na akcję (czyli 1,2 mld zł), zaś rok później dywidenda została zwiększona do 2,50 zł na akcję (czyli 2,2 mld zł).

W 2018 roku skonsolidowany zysk netto przypisany jednostce dominującej wzrósł o 11%. Dlatego zarząd PZU zarekomendował wypłatę dywidendy w wysokości 2,4 mld zł. Oznaczać to będzie – w przypadku zatwierdzenia rekomendacji przez walne zgromadzenie akcjonariuszy – stopę dywidendy w wysokości przekraczającej 6,5%.

Paweł Surówka, prezes Grupy PZU, podkreśla, że rekomendacja wypłaty dywidendy w wysokości podanej w komunikacie giełdowym oznacza konsekwentną realizację zobowiązania zarządu wobec akcjonariuszy, iż dywidenda na akcję rok do roku będzie rosła.

Paweł Surówka
Paweł Surówka

– Realizacja strategii #nowePZU przyniosła nam w 2018 roku rekordowe wyniki. Chciałbym w imieniu całego zarządu podziękować naszym akcjonariuszom za zaufanie i potwierdzić, że równolegle do kontynuacji naszych inwestycji w dalszy rozwój i strategię do 2020 roku, postanowiliśmy przekazać im większość wypracowanego zysku na akcję na poziomie znacznie wyższym niż w ubiegłym roku. To bardzo dobra wiadomość i dowód na to, że realizujemy założenia strategii i obietnice złożone akcjonariuszom – powiedział Paweł Surówka.

Z kolei Tomasz Kulik, CFO Grupy, dodał, że jego zdaniem coraz ważniejszą rolę odgrywa także wykorzystanie nowych technologii cyfrowych, które wraz z postępującymi procesami rozwoju, skalowania i wdrożeń w kolejnych obszarach biznesowych pozwalają na dalszą redukcję kosztów.

– Możliwość zaproponowania tak wysokiego poziomu wypłaty dywidendy znajduje odzwierciedlenie w bardzo dobrych wskaźnikach kapitałowych Grupy PZU, zapewniających bezpieczny bufor kapitałowy, zarówno w przypadku zdarzeń na rynku ubezpieczeniowym jak i finansowym – powiedział Tomasz Kulik.

Regulowanie własności działek samorządowych i Skarbu Państwa spóźnione o kilka lat

Starostwa i gminy są nieskuteczne w ujawnianiu prawa własności nieruchomości w księgach wieczystych. Mimo iż, zgodnie z prawem własność wszystkich nieruchomości samorządowych i Skarbu Państwa powinna zostać uregulowana najpóźniej do listopada 2013 r., to – w przypadku skontrolowanych przez NIK jednostek – nadal nie zrobiono tego w stosunku do 23 proc. działek. Izba zauważa, że opieszałość bądź wręcz bierność urzędów, nie wynika z braku odpowiednich kadr czy finansów. Uwzględniając dotychczasową dynamikę regulowania stanu prawnego nieruchomości proces ten będzie jeszcze trwał wiele lat.

Po utworzeniu samorządu gminnego w 1990 r. i samorządu powiatowego w 1999 r., jednostki samorządu terytorialnego nabyły z mocy prawa własność nieruchomości. Dla potwierdzenia tego prawa niezbędna jest ostateczna decyzja właściwego wojewody. Stanowi ona podstawę do wpisania prawa własności nieruchomości w księdze wieczystej. Dlatego organy samorządów gminnych i powiatowych, powinny podjąć działanie, aby uzyskać taką decyzję. Powiaty oprócz ujawnienia własnych nieruchomości powinny uruchomić ten proces także wobec tych należących do Skarbu Państwa, którymi zarządzają.

Jednak proces regulowania stanu prawnego nieruchomości przejętych przez samorządy i ujawniania ich własności w księgach wieczystych od początku przebiegał opieszale. Próby jego przyspieszenia podejmowane w latach 2005 – 2013 nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. W 2007 r. uchwalono ustawę „ujawniającą” , która miała zdyscyplinować organy administracji, gospodarujące nieruchomościami do działania na rzecz usunięcia zaległości zarówno w regulowaniu stanu prawnego nieruchomości, jak również w porządkowaniu ewidencji gruntów i budynków. W ustawie ostateczny termin na ujawnienie w księdze wieczystej prawa własności nieruchomości określono na listopad 2013 r. Jak wykazała kontrola NIK terminu jednak nie dotrzymano.

Izba zauważa, że w żadnej ze skontrolowanych jednostek nie zrealizowano w pełni celu ustawy, czyli do listopada 2013 r. nie ujawniono w księgach wieczystych prawa własności nieruchomości. Co prawda liczba działek o nieuregulowanym stanie uległa zmniejszeniu, lecz nadal mimo upływu pięciu lat od terminu wskazanego w przepisach, prawie 23 proc. działek posiadanych przez skontrolowane jednostki oczekiwało na uregulowanie bądź ujawnienie ich prawa własności w księgach wieczystych. Skontrolowane jednostki od początku 2015 r. do połowy 2018 r. uregulowały stan prawny niewiele ponad 24 proc. działek, które na początku 2015 r. tego wymagały. Najsłabsze efekty osiągnięto w powiatowym zasobie nieruchomości – uregulowano stan prawny zaledwie 15,5 proc. działek. W gminnym zasobie nieruchomości było to blisko 21 proc. działek, a w zasobie nieruchomości Skarbu Państwa – ponad 26 proc. działek.

nik-ksiegi-wieczyste-1-stan-uregulowanych-dzialekGeneralnie kontrolowane starostwa i gminy albo nie prowadziły żadnych działań w celu ujawnienia własności nieruchomości bądź robiły to niezwykle opieszale. Dokumentacja niezbędna do złożenia w sądzie wniosku często gromadzona była latami. W latach 2015 – 2018 tylko dwie z 20 skontrolowanych jednostek realizowały te działania bezzwłocznie i skutecznie. Co więcej jednostki objęte kontrolą pomimo skompletowania niezbędnej dokumentacji, nie składały od razu wniosków do sądów. Zwłoka sięgała nawet kilkunastu lat. W ten sposób nie przestrzegano, wynikającej z ustawy o księgach wieczystych i hipotece, zasady niezwłoczności. Przestrzegały ją tylko trzy jednostki z 20 skontrolowanych.

nik-ksiegi-wieczyste-2-wnioski-do-sadow

Zdaniem NIK jednym z powodów opieszałości był fakt, że w przepisach nie przewidziano instrumentów dyscyplinujących organy samorządu terytorialnego do składania wniosków do sądów o ujawnienie w księgach wieczystych prawa własności nieruchomości.

NIK zwraca uwagę, że uwzględniając dotychczasową dynamikę ujawniania prawa własności nieruchomości w księgach wieczystych, proces ten będzie trwał jeszcze wiele lat. Według szacunków Izby biorących pod uwagę średnią miesięczną liczbę dotychczas załatwionych spraw w poszczególnych jednostkach, ujawnianie własności nieruchomości może potrwać średnio od ośmiu (zasób Skarbu Państwa) do prawie dziesięciu lat (zasób gminny). W niektórych jednostkach, tam gdzie liczba spraw do załatwienia była największa, a opieszałość i zaniechania przybrały największą skalę, proces przy dotychczasowym tempie mógłby potrwać jeszcze kilka pokoleń urzędników, od kilkudziesięciu do nawet ponad stu lat.

Niską skuteczność w tym zakresie tylko w niewielkim stopniu można wytłumaczyć warunkami organizacyjnymi i niewystarczającym finansowaniem zadań. We wszystkich skontrolowanych jednostkach wydzielono komórki organizacyjne i kompetentnych pracowników odpowiedzialnych za realizację zadań związanych z regulowaniem stanu prawnego własności nieruchomości i ujawnieniem tego w księgach wieczystych. Kierownicy 13 z 20 jednostek ocenili, że liczba pracowników do realizacji tych zadań jest wystarczająca. W zdecydowanej większości zbadanych przypadków przeznaczone na to środki nie były w pełni wykorzystywane. Z zaplanowanych na zadania związane z gospodarowaniem gruntami i nieruchomościami 59 mln zł wydano tylko 75 proc. tej kwoty. Ponadto starostowie gospodarujący nieruchomościami Skarbu Państwa nie zwracali się do właściwych terytorialnie wojewodów o dodatkowe dotacje na ten cel.

W kontrolowanych starostwach i gminach stwierdzono – oprócz opieszałości i zaniechań działań – szereg innych nieprawidłowości – w szczególności przypadki nierzetelnego ewidencjonowania zasobów nieruchomości, sporządzania nierzetelnych informacji o stanie mienia oraz nieprowadzenia na bieżąco ewidencji gruntów i budynków. Na przykład w ośmiu jednostkach w rocznych informacjach o stanie mienia nie wykazano zmian w zasobie nieruchomości w ciągu roku bądź podano zaniżone lub zawyżone dane o posiadanych gruntach.

Według sporządzonej w połowie 2015 r. przez Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji informacji o efektach realizacji ustawy „ujawniającej” odsetek działek wchodzących w skład nieujawnionych nieruchomości w zasobach samorządowych i Skarbu Państwa wynosił prawie 16 proc. Jednak wyniki kontroli NIK podważają wiarygodność tej informacji, bowiem Izba wykazała, że m.in. dane z dwóch skontrolowanych starostw (jedna piąta), które uwzględniono w tej informacji, są nierzetelne.

Pracownicze Plany Kapitałowe (PPK) oczami Polaków

1 lipca w firmach zatrudniających powyżej 250 osób zaczną obowiązywać Pracownicze Plany Kapitałowe. Już 42 proc. pracowników tych organizacji deklaruje, że słyszało o nowym systemie długoterminowego oszczędzania. Jednak poziom ich wiedzy o PPK wciąż pozostawia wiele do życzenia. Jak wynika z raportu Nationale-Nederlanden „PPK oczami Polaków” aż 86 proc. ankietowanych przyznaje, że wie na ten temat niewiele. Obawy pracowników, którzy wkrótce zostaną objęci programem, związane są z ich doświadczeniem z Otwartymi Funduszami Emerytalnymi. Tymczasem rząd zapowiedział właśnie transfer pieniędzy z OFE na prywatne indywidualne konta emerytalne (IKE) Polaków.

Wśród osób, które deklarują, że słyszały o Pracowniczych Planach Kapitałowych 14 proc. ocenia, że ma dużą wiedzę na ich temat. Czterech na dziesięciu badanych uważa, że zdobyło w tym zakresie trochę informacji. Jednak niemal połowa (45 proc.) przyznaje się do niewiedzy. Dotyczy ona nie tylko podstawowych zasad programu, ale także tego, na jakim etapie wdrożenia znajduje się firma, w której pracują. Brak informacji o postępie prac wskazuje połowa pracowników organizacji zatrudniających powyżej 250 osób.

Polacy kojarzą PPK z długoterminowym oszczędzaniem. Zdaniem 43 proc. badanych, Pracownicze Plany Kapitałowe to środki, które mają być gromadzone na emeryturę. Na program, który zaangażuje trzy podmioty – pracownika, pracodawcę i państwo wskazuje 13 proc. uczestników badania. Co dziesiąty respondent uważa, że PPK to po prostu nowy sposób oszczędzania.

– Powodzenie Pracowniczych Planów Kapitałowych zależeć będzie od poziomu partycypacji. Zrozumienie najważniejszych założeń i zasad działania programu będzie miało kluczowy wpływ na chęć uczestniczenia w nim. Rolą pracodawców, państwa oraz instytucji finansowych, jest edukowanie społeczeństwa w tym zakresie – mówi Grzegorz Chłopek, prezes Nationale-Nederlanden PTE.

Dobrowolność i prywatność środków zachęca

Ankietowani doceniają przede wszystkim elastyczność programu. Dla 46 proc. najważniejsze jest, że udział w PPK jest dobrowolny, a uczestnik może decydować o wpłatach do programu. Równie ważną cechą planów kapitałowych (50 proc. wskazań) jest fakt, że zgromadzone na indywidualnym koncie pieniądze będzie można wycofać w dowolnym momencie. Do uczestnictwa w systemie zachęca również prywatność gromadzonych środków. Taką odpowiedź zadeklarowało niemal 40 proc. pracowników dużych firm.

Respondentom towarzyszą również niepokoje związane z wdrożeniem PPK. Raport „PPK oczami Polaków” pokazuje, że wcześniejsze zmiany w systemie emerytalnym mocno ostudziły entuzjazm społeczeństwa względem programów zbiorowego oszczędzania. Jest to najczęstszy czynnik zniechęcający do udziału w PPK (56 proc. deklaracji). Nieco ponad jedna trzecia badanych obawia się ryzyka związanego z inwestycją kapitału. Podobną grupę respondentów zniechęca automatyczny zapis do programu (29 proc.).

– Mając na uwadze dotychczasowe doświadczenia, bardzo ważne jest wytłumaczenie Polakom, że PPK nie mają nic wspólnego z OFE. Jest to najczęściej przywoływana obawa. Aby Polacy podchodzili do tego projektu z mniejszą rezerwą, należy rzetelnie wyjaśnić im różnice między tymi rozwiązaniami. Pokazać, że chociaż PPK mają charakter długoterminowego oszczędzania, to dają możliwość wypłaty środków w dowolnym momencie. Nie bez znaczenia jest również to co obecnie rząd proponuje w sprawie sprywatyzowania środków w OFE – mówi Grzegorz Chłopek.

Według najnowszych zapowiedzi rządu Otwarte Fundusze Emerytalne zostaną przekształcone. Z początkiem 2020 roku środki z programu mają zostać przekazane na prywatne Indywidualne Konta Emerytalne Polaków, z których będą mogli skorzystać po ukończeniu wieku emerytalnego. Plan reformy zakłada, że przyszli emeryci będą mogli decydować, czy chcą pomnażać swoje oszczędności na IKE, czy też przelać je na swoje konto w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych.

Przede wszystkim bezpieczeństwo

Grzegorz Chłopek, Prezes Zarządu Nationale-Nederlanden PTE
Grzegorz Chłopek, Prezes Zarządu Nationale-Nederlanden PTE

Najważniejsze przy wyborze konkretnej instytucji finansowej ma znaczenie bezpieczeństwo inwestycji gromadzonych środków (54 proc.). Jest to kryterium szczególnie ważne dla osób w wieku 50-59 lat. – To naturalne, że osobom, które niebawem zakończą swoją aktywność zawodową zależy na bezpieczeństwie pomnażanego kapitału. Fundusze Zdefiniowanej Daty zostały przemyślane jednak w taki sposób, aby dostosować ryzyko inwestycyjne do wieku uczestnika programu  – podsumowuje Grzegorz Chłopek, prezes Nationale-Nederlanden PTE.

Wśród decydujących kryteriów Polacy wskazują również na długoletnie doświadczenie firmy, która będzie zarządzała środkami (42 proc.) oraz jej wizerunek i stabilność na rynku (33 proc.).

Badanie zrealizowane zostało na zlecenie Nationale-Nederlanden przez Kantar Polska w dniach 27.03. do 03.04.2019 r. W ramach badania ilościowego przeprowadzono wywiady przy użyciu techniki CATI, na reprezentatywnej grupie dorosłych Polaków (n=500).

Trendy technologiczne w administracji, które zmieniają relacje z fiskusem

Marcin Zmaczyński – dyrektor regionalny Aruba Cloud w Europie Środkowo-Wschodniej
Marcin Zmaczyński, Head of Marketing CEE w Aruba Cloud

Kwiecień to ostatni miesiąc, w którym Polacy mogą składać zeznania podatkowe za 2018 rok. Wypełnienie formularza PIT zajmuje przeciętnemu obywatelowi ok. 48 minut, jednak przedsiębiorcom rozliczanie podatków zabiera znacznie więcej czasu, bo aż 336 godzin rocznie. Na szczęście nowe technologie szybko zmieniają naszą rzeczywistość także w obszarze kontaktów z fiskusem.

Coraz rzadziej chodzimy do urzędu

Od kiedy Ministerstwo Finansów umożliwiło składanie deklaracji online, popularność tej usługi nieprzerwanie rośnie. W ubiegłym roku ten sposób rozliczenia wybrało 11,3 mln podatników, co stanowiło 2/3 wszystkich zobowiązanych. W tym roku prawdopodobnie padnie kolejny rekord, dzięki usłudze „Twój e-PIT”, dzięki której za wypełnienie formularza odpowiada resort finansów, a my jedynie musimy potwierdzić prawidłowość danych. Także przedsiębiorcy większość ze swoich obowiązków mogą załatwić online, jak na przykład składanie deklaracje VAT w ramach Jednolitego Pliku Kontrolnego.

Chmura upraszcza księgowość

Polskie firmy wystawiają rocznie blisko 1,5 mld faktur. Od kiedy przepisy zezwoliły na wystawianie i przekazywanie tych dokumentów drogą elektroniczną z tego sposobu chętnie zaczęli korzystać polscy przedsiębiorcy. Obecnie blisko 30% z nich funkcjonuje w formie elektronicznej. Kolejnym krokiem w cyfryzacji księgowości  jest przetwarzanie faktur w chmurze. Jakie są zalety korzystania z tego rozwiązania? Po pierwsze, chmura pozwala nam na dostęp do wszystkich koniecznych dokumentów z dowolnego urządzenia, niezależnie gdzie jesteśmy. W czasach, kiedy ceni się mobilność stanowi to dużą zaletę. Po drugie programy księgowe oferowane w formule SaaS (Software as a Service) nie tylko przechowują dane, ale także przetwarzają je. Dzięki temu aplikacja jest w stanie powiedzieć nam jaki podatek musimy odprowadzić, przypomnieć o przeterminowanych fakturach, a także analizować trendy w przychodach i rozchodach. Po trzecie programy do faktoringu w chmurze pozwalają być na bieżąco z obowiązującymi przepisami. Aplikacja sama jest w stanie pobrać z odpowiednich rejestrów dane konieczne do wyliczenia np. akcyzy lub wygenerować jednolity plik kontrolny.

Sztuczna inteligencja pomaga księgowym

Sztuczna inteligencja staje się narzędziem stosowanym przez coraz więcej branż. Zgodnie z szacunkami firmy doradczej Accenture, 80 proc. księgowych i finansowych zadań będzie zautomatyzowane do 2020 roku. Z kolei według badania EY 2/3 menedżerów jest przekonanych, że nowe technologie zmienią sposób, w jaki pracują biura rachunkowe. 73 proc. z nich twierdzi, że dzięki sztucznej inteligencji procesy księgowe będą przebiegały sprawniej. Dostępne już dziś technologie potrafią znacznie usprawnić pracę. Dla przykładu – człowiek sprawdza jeden numer NIP przez ok. 1 minutę, robotowi czynność ta zajmuje 20 sekund. System automatycznie księguje też transakcje i wyciągi bankowe, co sprawia, że na bieżąco firma kontroluje przepływ pieniędzy. Sztuczna inteligencja nie myli się także w rachunkach i daje gwarancję, że w gorącym okresie rozliczeniowym poradzi sobie z obowiązkami. Nie oznacza to, że zawód księgowego przestanie istnieć. Dzięki przejęciu wszystkich żmudnych zadań księgowi mają więcej czasu by zająć się bardziej ambitnymi wyzwaniami.

Autor: Marcin Zmaczyński, Head of Marketing CEE w Aruba Cloud

FIBARO otwiera nową fabrykę w podpoznańskim Wysogotowie

W Polsce, w podpoznańskim Wysogotowie, została właśnie otwarta nowa fabryka FIBARO. Zdolność produkcyjna nowej fabryki to około 4 milionów urządzeń smart home rocznie.

Z Polski na cały świat

To właśnie z fabryki w Polsce urządzenia FIBARO trafiają na ponad sto rynków – do mieszkań i domów od Alaski po Ziemię Ognistą, od Azorów po Kamczatkę, Seul, Tokio, Singapur, Mumbaj czy Johannesburg. Dla FIBARO nowa fabryka zlokalizowana obok siedziby to ogromna wartość. Pozwala szybko testować nowe pomysły, a także mieć pełną kontrolę nad procesem produkcyjnym. W przeciwieństwie do większości producentów elektroniki konsumenckiej FIBARO nie zamierza produkować w Azji. Jest to ogromna przewaga FIBARO w stosunku do konkurencji.

Nowy zakład to także większy komfort dla pracowników i zastosowanie najnowocześniejszych standardów. W nowej lokalizacji FIBARO niezmiennie działa zgodnie z normami ISO 9001:2015 oraz ISO 14001:2015, a każde powstające tu urządzenie przechodzi wieloetapowy proces kontroli jakości. Do produkcji urządzeń smart home FIBARO używane są najnowocześniejsze profesjonalne maszyny takich marek jak Yamaha, Ersa czy Nordson Asymtek.

Fabryka FIBARO w podpoznańskim Wysogotowie (2) Fabryka FIBARO w podpoznańskim Wysogotowie (3) Fabryka FIBARO w podpoznańskim Wysogotowie (1)– Dynamiczny rozwój firmy wymusza na nas kolejne, potrzebne zmiany. Niedawno przeprowadziliśmy się do nowej siedziby, w miejsce, w którym możemy znacznie lepiej i wydajniej pracować. Dziś do naszego centrum dowodzenia dołącza również fabryka. Ta nowa przestrzeń powstała po to, by produkować więcej i szybciej – czego wymagają od nas klienci, ale także po to, by zapewnić pracownikom znacznie lepsze i bardziej komfortowe warunki pracy – mówi Bartłomiej Arcichowski, CTO FIBARO.

Od garażowego startupu do światowego gracza

Marka FIBARO szczyci się faktem, że dzieli los wielkich – jak Apple, Amazon – którzy swoje kariery rozpoczynali w garażu, a po latach ciężkiej pracy odnieśli światowy sukces.

– Kiedy uświadomimy sobie, że niecałą dekadę temu, w partyzanckich warunkach – w regularnie zalewanym garażu – tworzyliśmy pierwsze prototypy urządzeń FIBARO, tym bardziej sukces, jaki świętujemy dziś w postaci nowej fabryki, jest jeszcze bardziej spektakularny. Cieszę się, że w przeciągu ostatnich lat wykonaliśmy tak duży skok. Sukces, który wspólnie odnieśliśmy, jest potwierdzeniem, że nie ma rzeczy niemożliwych. To fantastyczne uczucie zbudować coś od zera i widzieć, że giganci jak Google czy Apple, a co najważniejsze użytkownicy FIBARO na całym świecie tak bardzo to doceniają – komentuje Maciej Fiedler, CEO FIBARO.

Dotychczasowa fabryka, w której odbywała się produkcja FIBARO, była ponad dwukrotnie mniejsza, a rosnące zapotrzebowanie sprawiło, że firma musiała poszukać nowych rozwiązań, które pozwoliłyby na zwiększenie mocy produkcyjnych. Przeniesienie do nowego zakładu daje więc dużo większe możliwości zaspokojenia potrzeb rynku smart home, który jak wynika z przeprowadzonych analiz, będzie w najbliższych latach odnotowywał znaczący wzrost. Nowa fabryka to ponad 1200 m2 powierzchni produkcyjnej, 1250 m2 przestrzeni magazynowej oraz 1700 m2 biurowej i socjalnej.

Strajk nauczycieli – porozumienia branżowe ważne dla gospodarki

Federacja Przedsiębiorców Polskich wskazuje, że układy zbiorowe i porozumienia branżowe – także w sektorze publicznym, np. dla nauczycieli – są niezbędnym elementem rozwoju gospodarki i podstawą zdrowych relacji na linii pracownik-pracodawca. W wielu krajach UE związki zawodowe i pracodawcy wspólnie regulują warunki zatrudnienia. Układy zbiorowe kształtują relacje między pracodawcą, a pracownikiem, w tym kwestie związane z wynagrodzeniem – bez konieczności wprowadzania legislacyjnych rozwiązań w zakresie ustalania stawek minimalnych.

W Polsce odsetek pracowników podlegających układowi zbiorowemu kształtuje się na poziomie 25%. Dla porównania we Francji wynosi on aż 98%, w Belgii 96%, w Słowenii 90%, we Włoszech 80%, w Chorwacji 61%, a w Grecji 65%. Co więcej, układy zbiorowe obejmują wszystkich pracowników w ramach ustalonych branż – bez konieczności przynależenia do związków zawodowych. Dla przykładu we Francji tylko 8% pracowników jest zrzeszona w związkach, w Słowenii 27%, Austrii 28%, a we Włoszech czy Chorwacji 35%.

dr hab. Grażyna Spytek-Bandurska, Wydział Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego
dr hab. Grażyna Spytek-Bandurska, Wydział Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego

”Przez ostatnie lata kolejne Rządy próbowały rozgrywać między sobą organizacje pracodawców i związki zawodowe. FPP od kilku lat stara się przekonać, że tylko współpraca pomiędzy związkami pracodawców i związkami zawodowymi, wzajemne wspieranie się w słusznych postulatach przedstawionych przez obie strony może zmusić rządzących do refleksji. Dla dobra państwa i jego obywateli powinniśmy mówić jednym głosem we wszystkich sprawach gospodarczych. Cieszę się, że Konfederacja Lewiatan i BCC wspierają słuszny strajk nauczycieli zmierzający do poprawy sytuacji materialnej tej grupy zawodowej. Świadczy to o dojrzałości i wrażliwości społecznej tych organizacji. Uważamy, że kolejnym krokiem powinno być szersze otwarcie przedsiębiorców na dialog ze związkami zawodowymi w ramach porozumień branżowych, których celem będzie zarówno poprawa warunków pracy zatrudnionych w naszych firmach pracowników, jak i większe związanie pracownika z sukcesem firmy. Przy takim rozwiązaniu obie strony wykazując wzajemny szacunek będą mogły skutecznie działać dla dobra i rozwoju branży – formułując wspólne postulaty wobec swoich kontrahentów, w tym również administracji państwowej i samorządowej. Rozwiązanie to pozwoli też ograniczyć liczbę, często niepotrzebnych, aktów prawnych. Strony będą mogły autonomicznie regulować takie kwestie, jak: minimalne wynagrodzenie w danej branży czy minimalne stawki za pracę w godzinach nadliczbowych oraz nocnych. Będzie ono korzystne zarówno dla pracowników (wyższe świadczenia pieniężne), jak i dla pracodawców – da choćby możliwość uzyskania wyższych cen w przetargach publicznych, jak i na rynku otwartym, a zarazem wpłynie na atrakcyjność zatrudnienia” – mówi Grażyna Spytek-Bandurska, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich i Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Jak wynika z raportu B2G Relations przygotowanego na zlecenie Federacji Przedsiębiorców Polskich[i], niektóre państwa członkowskie UE świadomie nie wprowadzają rozwiązań prawnych w zakresie warunków zatrudnienia. Przykładowo w Danii nie istnieje Kodeks Pracy, a większość aspektów związanych ze stosunkiem pracy jest unormowane w ramach układów zbiorowych. Decyduje o tym przede wszystkim dojrzałość sytemu regulacyjnego, a także stopień skuteczności porozumień między pracodawcami i związkami zawodowymi, którzy są w stanie wypracować nie tylko standardy pracy, ale również regulować kwestie związane z wynagrodzeniem. Takim przykładem jest także Finlandia, Austria czy Szwecja, gdzie pracodawcy mają dużą elastyczność w zakresie ustalania warunków zatrudnienia, a płace są jednymi z najwyższych w Europie.

Kluczowe wnioski wynikające z raportu B2G Relations przygotowanego na zlecenie Federacji Przedsiębiorców Polskich1:

  • Upowszechnienie układów zbiorowych i porozumień branżowych ma bezpośredni wpływ na kształt rynku pracy i może skutkować zmniejszeniem liczby pracowników zatrudnionych na umowach czasowych.
  • W takich krajach, jak m.in. Włochy, Dania, Francja czy Austria odsetek pracowników podlegających układowi zbiorowemu przewyższa poziom 80%, a liczba zatrudnionych w oparciu o umowy na czas określony nie przekracza 16%.
  •  W Polsce liczba osób podlegających układowi zbiorowemu jest najniższa w porównaniu z pozostałymi krajami członkowskimi UE, a liczba osób zatrudnionych w oparciu o umowy czasowe jest najwyższa w Unii Europejskiej.
  • Zawieranie układów zbiorowych nie jest zależne od liczby pracowników przynależących do związków zawodowych i obejmuje wszystkich pracowników w danej branży – co wyraźnie widać we Francji, Niemczech, Słowenii czy Chorwacji.
  • Brak płacy minimalnej – w takich krajach, jak m.in. Dania, Austria, Szwecja oraz Finlandia – nie prowadzi do nadużywania przez pracodawców umów czasowych ani zaniżania wynagrodzenia pracowników. Kluczowy wpływ na warunki pracy mają ustalenia między związkami zawodowymi, a organizacjami pracodawców w ramach układów zbiorowych.

Tylko 17 proc. polskich firm korzysta z ubezpieczeń i gwarancji eksportowych. Brakuje świadomości, że mogą to być dobre narzędzia do zwiększenia sprzedaży i płynności

Tylko 17 proc. polskich firm korzysta z ubezpieczeń i gwarancji eksportowych. Brakuje świadomości, że mogą to być dobre narzędzia do zwiększenia sprzedaży i płynności 1

W ubiegłym roku polskie firmy po raz pierwszy ubezpieczyły obroty warte blisko pół biliona złotych. Łączna kwota ubezpieczonych należności wyniosła blisko 157 mld zł, czyli o 9 proc. więcej niż w 2017 roku. Mimo tych wzrostów sytuacja w tym segmencie rynku jest daleka od oczekiwań ubezpieczycieli. Kluczowe jest pozyskanie nowych klientów – przekonuje Marcin Olczak z firmy Marsh. Obecnie co piąta firma w ogóle nie ubezpiecza transakcji sprzedaży swoich wyrobów, a tylko 17 proc. korzysta z ubezpieczeń i gwarancji eksportowych. Firmy nie są świadome, że te narzędzia mogą być wykorzystywane do zwiększania sprzedaży i wsparcia płynności finansowej.

– Pomimo dobrych wskaźników makroekonomicznych sytuacja na rynku ubezpieczeń należności handlowych nie jest najlepsza. W 2017 roku uśredniona szkodowość wynosiła 75 proc., w roku 2018 obniżyła się do 61 proc. z uwagi na wzrost składek ubezpieczeniowych o około 10 proc. i spadek wypłaconych odszkodowań o 8 proc. Natomiast jest to dość dalekie od oczekiwanych wyników przez ubezpieczycieli i zakładamy, że 2019 rok przyniesie dalsze działania mające na celu podwyższenie stawek ubezpieczeń, choć może nie tak drastyczne jak w 2018 roku – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Olczak, dyrektor Departamentu Ryzyk Kredytowych i Politycznych w firmie Marsh.

Z danych Polskiej Izby Ubezpieczeń wynika, że kwota ubezpieczonych obrotów polskich firm wzrosła w 2018 roku o 10 proc., do poziomu 505 mld zł. Po raz pierwszy w historii przekroczyła ona granicę pół biliona złotych. Wzrosło zaangażowanie polskich ubezpieczycieli we wsparcie eksportu – dynamika w przypadku ochrony kredytów eksportowych sięgnęła 112 proc. Nieznacznie spadła wartość ubezpieczanych należności krajowych, ze 105 mld zł do 101,7 mld zł.

– Popyt na ubezpieczenia należności handlowych w Polsce jest umiarkowany. Owszem, pojawiają się zainteresowane tym produktem firmy, ale one są równoważone poprzez odejścia firm, które z niego rezygnują z uwagi na podwyższenie składki czy słabsze limity kredytowe. Rynek rośnie bardziej dzięki wzrostowi stawek ubezpieczeniowych – ocenia Marcin Olczak.

W 2018 roku składka przypisana brutto z tytułu ubezpieczeń krótkoterminowych należności eksportowych i krajowych wzrosła o ok. 11 proc.

– Zdarzały się polisy – w zależności od szkodowości – nawet ze wzrostem o ponad 100 proc. Zakładamy, że także w 2019 roku utrzyma się trend wzrostowy, natomiast prawdopodobnie już nie będzie on tak znaczący, z uwagi na to, że większość polis odszkodowych się odnowiła w ubiegłym roku i raczej takiej szkodowości nie będziemy osiągać – analizuje dyrektor Departamentu Ryzyk Kredytowych i Politycznych w firmie Marsh.

PIU podaje, że choć w 2018 roku spadła wartość wypłacanych odszkodowań (o 8 proc.), to część zakładów ubezpieczeń zawiązało wyższe rezerwy na przyszłe wypłaty. Pogorszenie kondycji finansowej przedsiębiorstw może skutkować wyższymi kwotami wypłacanych odszkodowań w 2019 roku.

Z danych pochodzących z Monitora Sądowego i Gospodarczego, zebranych przez KUKE, wynika, że w marcu 2019 roku sądy ogłosiły upadłość 53 przedsiębiorstw, czyli o 13 proc. więcej niż przed miesiącem. Od kwietnia 2018 do marca 2019 roku na skutek niewypłacalności działalność gospodarczą zakończyły 623 przedsiębiorstwa. Bolączką polskich firm są niesolidni kontrahenci – za upadłości w dużej mierze odpowiadają zatory płatnicze.

– Ubezpieczenie należności handlowych jest najlepszym sposobem zabezpieczenia ryzyka kredytowego. Zmienione w 2016 roku prawo restrukturyzacyjne sprzyja bardzo dłużnikom, a wierzyciele często pozostają bez wsparcia. Stąd też ubezpieczenie, które nie jest związane z majątkiem dłużnika, pozwala na lepsze zabezpieczenie ryzyka kredytowego – przekonuje Marcin Olczak.

Z badania Polskiego Instytutu Ekonomicznego wynika, że mniej niż połowa polskich firm korzysta z ubezpieczeń majątkowych, finansowych, inwestycyjnych czy oszczędnościowych. Najpopularniejsza jest ochrona przed kradzieżami, ryzykiem awarii czy następstw nieszczęśliwych wypadków. Ubezpieczenia finansowe są znacznie mniej popularne.

Co piąte przedsiębiorstwo w ogóle nie ubezpiecza transakcji sprzedaży swoich produktów. Połowa ubezpiecza je podczas sprzedaży krajowej, a 28 proc. zarówno w kraju, jak i za granicą, a zaledwie 4 proc. tylko podczas kontraktów eksportowych. Jedynie 17 proc. firm korzysta z ubezpieczeń i gwarancji eksportowych. Zdaniem eksperta firmy Marsh to właśnie pozyskanie nowych klientów jest dla branży największym wyzwaniem.

– Przypływ nowych firm jest niewielki. Poza obszarem ubezpieczeń pozostaje wiele firm, które mają na tyle bezpieczny portfel, że nie widzą większego sensu w ubezpieczaniu się. Natomiast jest to podyktowane faktem, że ubezpieczenie należności handlowych jest traktowane jako jedno z narzędzi zabezpieczenia samego ryzyka. Może ono być również narzędziem zwiększania sprzedaży, a także wsparcia płynności firmy jako zabezpieczenie dla udzielonego finansowania, np. przy faktoringu – podkreśla ekspert.

Jak przypomina Marcin Olczak, branża ubezpieczeń należności handlowych jest mocno związana z sytuacją geopolityczną. W przypadku twardego brexitu obrót towarowy pomiędzy Polską a Wielką Brytanią nie będzie już mieć swobodnego charakteru, lecz będzie podlegać nadzorowi celnemu. Obecnie Wielka Brytania jest trzecim największym partnerem handlowym Polski, zaraz po Niemczech i Republice Czeskiej.

– Firmy w Polsce stają się niewypłacalne, nie płacą swoim dostawcom nie tylko dlatego, że mają problemy lokalne. Ich problemy często wynikają z problemów firm zagranicznych, zarówno tych nierzetelnych, jak i działających na rynkach o podwyższonym ryzyku (m.in. Turcja, Włochy, Wielka Brytania). Problemy globalne przekładają się na lokalne problemy firm polskich – mówi Marcin Olczak.

Przybywa zastosowań sztucznej inteligencji w medycynie. Jest ona szczególnie wykorzystywana w diagnostyce i radiologii

Przybywa zastosowań sztucznej inteligencji w medycynie. Jest ona szczególnie wykorzystywana w diagnostyce i radiologii 2

Możliwości zastosowania sztucznej inteligencji w medycynie – zwłaszcza w diagnostyce i radiologii – gwałtownie rosną. Raport PwC wskazuje, że narzędzia z tą technologią mogą w dużym stopniu wesprzeć procesy diagnostyczne i terapeutyczne, przy okazji obniżając ich koszty. Dzięki analizie danych z różnych źródeł AI może również wspierać pracę lekarzy, ułatwiając postawienie właściwej diagnozy czy wybór optymalnej ścieżki leczenia danego pacjenta. Coraz powszechniej trafia ona już do nowoczesnych urządzeń medycznych wykorzystywanych przez szpitale. 

– Sztuczna inteligencja to temat bardzo ważny. Skupiamy się na ścisłym połączeniu naszego pakietu usług diagnostyki obrazowej, czyli tomografii komputerowej (TK), rezonansu magnetycznego (MRI) i aparatu rentgenowskiego (RTG), ze sztuczną inteligencją. To jest technologia przyszłości. Nigdy nie zastąpi radiologów, ale radiolodzy wykorzystujący tę technologię z pewnością wyprą tych, którzy nie będą jej używać – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Eberhard ten Weges, dyrektor marketingu tomografii komputerowej w Siemens Healthineers.

Nad wykorzystaniem sztucznej inteligencji pracują już zarówno największe koncerny, jak i ośrodki naukowe. Bazujący na AI i uczeniu maszynowym program Google DeepMind partneruje lekarzom z kliniki radioterapii University College London Hospital w doborze optymalnego leczenia pacjentów z ciężką postacią raka szyi. W ubiegłym roku sztuczna inteligencja o nazwie BioMind podczas specjalnych zawodów zorganizowanych w Pekinie pokonała lekarzy w diagnozowaniu chorób neurologicznych, wykazując się o 20 proc. większą skutecznością. Rok temu głośno było również o naukowcach ze Stanford University, których algorytm oparty na AI w ciągu 2 miesięcy nauczył się rozpoznawać 14 chorób na podstawie zdjęć RTG, wykazując się większą skutecznością niż radiolodzy.

Ze start-upów i uniwersytetów sztuczna inteligencja coraz powszechniej trafia do nowoczesnych urządzeń medycznych wykorzystywanych już przez szpitale.

– Sztuczna inteligencja to bardzo ważny komponent w naszej pracy. Z powodzeniem wprowadziliśmy na rynek produkt, który jest wyposażony w system zintegrowanego przepływu oraz AI-Rad Companion Chest CT [asystenta do interpretacji badań TK klatki piersiowej opartego na sztucznej inteligencji – red.]. Takie rozwiązania mają na celu ułatwienie życia pacjentów oraz redukcję kosztów opieki medycznej – mówi Eberhard ten Weges.

System oceny badań radiologicznych AI-Rad Companion to jedno z rozwiązań Siemensa, które wspiera lekarzy w wyborze optymalnego leczenia na podstawie m.in. wyników badań diagnostycznych i laboratoryjnych. Dane z różnych źródeł są następne analizowane przez narzędzie bazujące na AI.

– AI-Rad Companion Chest CT posiada wcześniej zdefiniowane i wstępnie skonfigurowane opisy badania, co pozwala zaoszczędzić sporo czasu. Podczas badań w Wielkiej Brytanii zaobserwowaliśmy, że liczba badań MRI i TK zwiększyła się o 40 proc., ale liczba radiologów pozostaje taka sama – mówi Eberhard ten Weges. – Jeśli zmniejszymy o połowę czas, którym radiolog dysponuje przy diagnostyce na podstawie wykonanych obrazów, wyraźnie wzrośnie odsetek błędów, które wymagają ponownego wykonywania skanów. Mielibyśmy wówczas także do czynienia z dużą liczbą fałszywie dodatnich lub ujemnych wyników. Dlatego za pomocą naszej technologii chcemy wspierać, pomagać zaoszczędzić czas oraz stawiać jeszcze bardziej precyzyjne rozpoznania.

Kolejną innowacją koncernu jest SOMATOM Force. Maszyna wyposażona jest w podwójny system zasilania z dwiema lampami rentgenowskimi i dwoma matrycami detektorów, co daje możliwość wykonywania obrazów o najwyższej rozdzielczości przy szybkim obrocie oraz najniższej możliwej dawce promieniowania. Aparat diagnostyczny ma w środku kamerę 3D, która umieszczona jest nad pacjentem.

– Pozwala to na precyzyjne ułożenie pacjenta. Kamera rozpoznaje jego wymiary i wzrost, możemy więc z dużą dokładnością określić jego izocentrum –podkreśla Eberhard ten Weges. – Opracowaliśmy system szybkiego, zintegrowanego przepływu zawierający algorytmy sztucznej inteligencji, dzięki którym uczy się on ustawień. Dzięki tej wyuczonej wiedzy automatycznie pokazuje ustawienia, które wykorzystywaliśmy przy ostatnim skanowaniu pacjenta o podobnych parametrach, przez co badanie jest bardziej precyzyjne.

Korzyścią dla lekarza jest dużo lepsza jakość wyników badania, z kolei dla pacjenta zmniejszona do minimum dawka promieniowania i większy komfort podczas badania RTG.

– System korzysta z własnego przepływu danych, oszczędzając w ten sposób czas i pieniądze, a wiemy, jak duża wśród świadczeniodawców jest presja w tym zakresie. Zwiększamy jakość obrazu, poprawiamy komfort pacjenta, a jednocześnie zmniejszamy koszty. Wpływamy tym samym na poprawę kondycji całego sektora opieki medycznej – dodaje dyrektor marketingu tomografii komputerowej w Siemens Healthineers.

Z badań przeprowadzonych przez PwC wynika, że pacjenci są już gotowi na bardzo szerokie zastosowania sztucznej inteligencji w leczeniu i diagnostyce. 55 proc. pacjentów chce korzystać z robotów wyposażonych w AI, które mogłyby np. wykonywać badania, odpowiadać na pytania dotyczące zdrowia, stawiać diagnozę i zalecać leczenie. Z kolei 73 proc. preferowałaby wykonywanie drobnych zabiegów chirurgicznych przez roboty, a nie przez lekarzy.

Mentoring najważniejszym źródłem wiedzy dla ponad połowy start-upów. Sieć kontaktów i specjalistyczna wiedza równie istotne jak finansowanie

Mentoring najważniejszym źródłem wiedzy dla ponad połowy start-upów. Sieć kontaktów i specjalistyczna wiedza równie istotne jak finansowanie 3

Pozyskanie finansowania nie stanowi dla start-upów gwarancji sukcesu. Oprócz pieniędzy niezbędne są także sieć kontaktów oraz specjalistyczna wiedza pozyskiwana od ekspertów i mentorów. Właśnie dlatego tak korzystna jest współpraca między start-upami a dużymi koncernami, na której zyskują obie strony. Dzięki uczestnictwu w konkursie PowerUp! start-upy otrzymują szansę na edukację biznesową i rozwój. – Oferujemy rozwiązanie od A do Z. To ścieżka dojścia do pierwszej realnej rundy finansowania z inwestorami – podkreśla Jakub Miler, CEO InnoEnergy Central Europe.

– Trudno zdecydować jednoznacznie, co jest istotniejsze dla start-upów, szczególnie w tej części Europy, mentoring czy finansowanie. Start-upy często zapominają, że najprostszą drogą do finansowania jest znajdywanie klienta. A z drugiej strony trzeba być też uczciwym i fair wobec sytuacji, którą mamy u nas. Wolny rynek funkcjonuje tak naprawdę dopiero od 30 lat. – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jakub Miler, CEO InnoEnergy Central Europe.

Raport „Polskie startupy” wylicza, że w Polsce rząd wydał do tej pory na start-upy ponad 1,5 mld zł – 890 milionów z PARP, 440 mln z KFK i 250 mln z NCBiR. Problemem jest niski poziom finansowania inwestorów prywatnych i brak wykwalifikowanych kadr. Aż 70 proc. start-upów mimo chęci nie współpracuje z żadną korporacją. Tymczasem to w małych firmach powstają rozwiązania, które odpowiadają na najpilniejsze potrzeby dużych koncernów czy całych sektorów gospodarki. Dwustronna współpraca jest korzystna dla obu stron. Start-upy zyskują odbiorcę swoich rozwiązań, wsparcie w rozwoju i fundusze, a korporacje w zamian otrzymują często rozwiązania innowacyjne na skalę światową. Takim programem jest PowerUp!

– W naszej sytuacji zarówno mentoring, jak i wsparcie finansowe wydają się kluczowe do tego, żeby pomagać start-upom rozwijać się w odpowiedni sposób. To, co warte jest podkreślenia, że PowerUp! tak de facto jest tylko bardzo wąski element naszej oferty dotyczący start-upów na bardzo wczesnej fazie rozwoju – ocenia Jakub Miler.

Celem konkursu jest wyłonienie najlepszych start-upów i umożliwienie im współpracy z największymi graczami na rynku. W tegorocznej, piątej już edycji PowerUp!, do wygrania jest 50 tys. euro i  kompleksowe wsparcie w globalnym rozwoju biznesu. Konkurs organizowany przez InnoEnergy to największe tego typu wydarzenie dla start-upów z 24 krajów Europy Środkowo-Wschodniej, pracujących nad rozwiązaniami dla przemysłu z takich obszarów, jak m.in. energia, mobilność czy technologie smart.

– To, co wyróżnia PowerUp! spośród innych konkursów, to że to jest rozwiązanie od A do Z. Z jednej strony znajdujemy takich młodych utalentowanych ludzi, którzy mają swój pomysł na siebie, pomagamy im kompletować odpowiedni zespół, a także finansujemy pierwszy rozwój produktu – przekonuje Jakub Miler.

Po raz pierwszy w historii PowerUp! przyznana zostanie nagroda specjalna Clean Air Challenge Award. Swoją kandydaturę do niej mogły zgłosić wszystkie start-upy, których technologie przyczyniają się do ograniczenie zanieczyszczenia powietrza. Wyróżnienie zostanie wręczone podczas Wielkiego Finału, który odbędzie się 21 maja w Krakowie na konferencji Impact’19.

– Warte podkreślenia jest to, że PowerUp! to nie jest tylko konkurs dla firm energetycznych. Staramy się wynajdywać również rozwiązania, które można zastosować przemysłowo w sektorach takich jak cleantech, mobility czy cleanair – zaznacza prezes InnoEnergy Central Europe.

Zwycięstwo w konkursie otwiera start-upom drzwi do zaistnienia na rynku i rozpoczęcia lub rozwoju sprzedaży swoich rozwiązań. Uczestnicy mogą liczyć nie tylko na pomoc finansową, lecz przede wszystkim na wsparcie ekspertów. Każdy finał poprzedzają dwudniowe bootcampy – seria szkoleń i warsztatów prowadzonych przez uznanych europejskich mentorów biznesowych.

– Każdy uczestnik tych finałów krajowych ma dostęp do dobrze zorganizowanego, przygotowanego programu coachingu i mentoringu biznesowego. Wszyscy uczestnicy finałów krajowych otrzymują w ten sposób dostęp do wysokiej jakości wiedzy, dostają mnóstwo wskazówek dotyczących tego, jak zbudować biznes, jak ustrukturyzować rozmowy z inwestorami, z klientami. I najważniejsze, kierujemy ich w stronę koncepcji budowania sprzedaży, natomiast nie zachęcamy do rozbudowywania technologii, ponieważ to jest ślepa uliczka – mówi Sebastian Siuchta, Business Creation Officer InnoEnergy Central Europe.

Najbardziej obiecujące przedsiębiorstwa mogą liczyć na zaproszenie do programu akceleracyjnego Highway by InnoEnergy. Pomaga on start-upom odnaleźć się na rynku, dostosować produkt lub usługę do jego realiów, a nawet dotrzeć do pierwszych klientów.

– Highway uzupełniony jest programem Boostway. Skierowany jest do skylabów, czyli tych start-upów, które potrafiły zacząć sprzedawać, osiągnęły regularne przychody, potrafią udowodnić swoją wartość opiniami od klientów. W przeciwieństwie do Highwaya, w którym finansowanie zapewniamy firmom w zamian za equity, Boostway jest takim equity free programem. Koncepcja Boostwaya polega na modelu success fee, pomagamy firmom w ekspansji na terenie Europy, Stanów Zjednoczonych czy innych kluczowych rynków w zamian za część przychodów – tłumaczy Sebastian Siuchta.

Jak podkreślają eksperci, w programach wsparcie finansowe – choć istotne – nie jest jedynym, potrzebnym do osiągnięcia sukcesu. To, co równie istotne dla start-upów, to dostęp do wiedzy i pomoc ekspertów np. w wypromowaniu produktu. Z tym zaś bardzo często jest problem.

– Start-upy, aby osiągnąć sukces, przede wszystkim potrzebują zrozumienia tego, co chcą osiągnąć, w jakim kierunku płyną, ale też determinacji do tego, żeby to osiągnąć i przede wszystkim konsekwencji w działaniu, żeby starczyło im zapału do tego, żeby realizować i rozwiązywać problemy swoich klientów –wymienia Greg Albrecht, doradca i inwestor.

Z raportu „Polskie startupy 2018” wynika, że liczba start-upów systematycznie rośnie. O ile w latach 2016–2017 szczególnie niepokoił niski odsetek start-upów debiutujących na rynku ze swoimi pomysłami, to w 2018 roku start-upów formułujących założenia i budujących zespół od podstaw jest już 18 proc. Młodsi i mniej zarabiający chcą uczyć się marketingu i zarządzania, ci dojrzalsi wolą angażować czas w mentoring i spotkania branżowe. Dla 58 proc. badanych indywidualny mentoring to najważniejsze źródło wiedzy.

– Najczęstsze przyczyny niepowodzeń start-upów to po pierwsze, pomysł i produkt, który nie rozwiązuje żadnego rzeczywistego problemu, w związku z tym nikt nie chce go kupować. Po drugie, brak determinacji i konsekwencji w realizowaniu swojego projektu, start-upowcy nie uczą się na bieżąco i nie wyciągają wniosków. Kolejnym powodem niepowodzenia start-upów jest timing. Być może w danym miejscu i w czasie już kto inny rozwiązuje dany problem albo odwrotnie, jeszcze nie nastała chwila, aby właśnie taki produkt wprowadzić na rynek – wskazuje Greg Albrecht.

Osoby niewidome i słabowidzące nie muszą być wykluczone z życia kulturalnego. Dzięki technologii audiodeskrypcji mogą „oglądać” filmy

Osoby niewidome i słabowidzące nie muszą być wykluczone z życia kulturalnego. Dzięki technologii audiodeskrypcji mogą „oglądać” filmy 4

W Polsce żyje ponad 1,8 mln osób z dysfunkcją wzroku oraz 800 tys. osób z niepełnosprawnością słuchu. Ich udział w życiu kulturalnym do tej pory był ograniczony, ale dzięki technologii audiodeskrypcji mogą one w pełni uczestniczyć w różnego rodzaju wydarzeniach i pokazach. Przekazywanie przez słuchawki werbalnego opisu treści wizualnych jest metodą, dzięki której osoby słabowidzące czy seniorzy z zaburzeniami widzenia mogą zrozumieć film. W ramach tegorocznej 16. edycji Millennium Docs Against Gravity, którego partnerem jest Bank Millennium, cztery filmy będą wyemitowane z funkcją audiodeskrypcji i napisami dla osób niesłyszących.

Od 30 lat Bank Millennium jest mecenasem kultury, więc mieliśmy szansę obserwować różne wydarzenia kulturalne. Wiemy, że nie wszystkie społeczności mają równy dostęp do kultury, zwłaszcza osoby z niepełnosprawnościami, a jest to całkiem spora część naszego społeczeństwa, te osoby nie zawsze mogą uczestniczyć w wydarzeniach tego typu – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Iwona Jarzębska, dyrektor Departamentu Public Relations Banku Millennium.

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w Polsce żyje ponad 1,8 mln osób z dysfunkcją wzroku. Problemy z prawidłowym widzeniem mają też osoby starsze – obecnie już co piąty Polak ma co najmniej 60 lat, w 2050 roku ich odsetek sięgnie 40 proc. Osoby z niepełnosprawnościami, dysleksjami, niedowidzące często są wykluczane z życia kulturalnego. Przeciwdziałać temu może audiodeskrypcja, czyli przekazywanie przez słuchawki opisu treści wizualnych. Dzięki temu osoby z niepełnosprawnością wzroku czy słuchu, seniorzy, osoby z dysleksją i niepełnosprawnością intelektualną mogą zrozumieć film.

Audiodeskrypcja jest wykorzystywana coraz częściej. Tylko w 2018 roku Fundacja Audiodeskrypcja udostępniła i opisała blisko 250 dzieł sztuki, m.in. dzieła Edwarda Muncha, Claude Moneta, Gustawa Klimta, Vincenta van Gogha czy Edgara Degasa. Zostały też opisane obiekty architektoniczne, m.in. Wieża Eiffla w Paryżu, Casa Mila w Barcelonie i Budynek Secesji w Wiedniu.

Podczas zbliżającej się 16. edycji Festiwalu Filmów Dokumentalnych Millennium Docs Against Gravity chcielibyśmy cztery filmy w Warszawie i we Wrocławiu wyemitować w technologii audiodeskrypcji – zapowiada Iwona Jarzębska. – Każda z osób, która będzie chciała skorzystać z takiego rozwiązania, może ściągnąć aplikację AudioMovie, zeskanować QR kod z biletu, włączyć słuchawki i słuchać lektora, który opisuje słowami to, co dzieje się na ekranie. Wszystkie osoby z niepełnosprawnością wzroku będą mogły razem ze swoimi przyjaciółmi i rodziną cieszyć się filmem dokumentalnym i będą mogły w pełni uczestniczyć w tym święcie kina.

W rozpoczynającym się w maju festiwalu audiodeskrypcja obejmie filmy „Hi, AI” („Mój przyjaciel, robot”), „Piano to Zanskar” („Stroiciel Himalajów”) oraz sudański „Talking about trees” („Pogawędki o drzewach to zbrodnia”) .

– Kolejnym z filmów, moim faworytem, jest film „My generation”. Jest to historia tworzącej się popkultury w latach 60. w Londynie opowiadana przez Michaela Caine’a. Mamy nadzieję, że to będzie hit festiwalu i on będzie również mógł być obejrzany przez osoby z niepełnosprawnościami – wskazuje Iwona Jarzębska.

Jak podkreśla ekspertka, audiodeskrypcja doskonale wpisuje się w działania Banku Millennium, który na bieżąco niweluje bariery dla osób z niepełnosprawnościami. Obecnie już wszystkie bankomaty i 90 proc. oddziałów jest dostosowana do wymagań niepełnosprawnych klientów.

– Dbamy o to, żeby strona internetowa banku była z łatwością czytana i treści były dostępne dla osób z niepełnosprawnością wzroku. W 2018 roku bank otrzymał nagrodę od organizacji pozarządowej Widzialni za najlepszą stronę internetową przystosowaną właśnie do potrzeb ludzi z niepełnosprawnością –mówi Iwona Jarzębska.

Strona banku jest już dostosowana do czytania przez czytniki ekranu, dostępna z poziomu klawiatury (do nawigacji nie trzeba używać myszki) i zawiera funkcję powiększania tekstu. Klienci korzystający z infolinii banku mogą skorzystać z funkcji komend głosowych zamiast z klawiszy numerycznych telefonu. Osoby z problemami ze wzrokiem mogą też samodzielnie podpisać umowę z bankiem w obecności dwóch pracowników placówki lub świadka, osoby zaufanej klientowi.

– Usługi bankowe przenoszą się ze świata realnego do cyfrowego. Widzimy coraz większe zainteresowanie klientów naszą bankowością internetową, a w szczególności mobilną. Dlatego chcemy, żeby nikt z tych usług nie był wyłączony. Projektując nasze rozwiązania w świecie cyfrowym, dbamy również o specjalne potrzeby ludzi z niepełnosprawnością – podkreśla Iwona Jarzębska.

Zmiany klimatu z dużym wpływem na zdrowie i życie. Do Polski docierają nieznane dotąd w naszym regionie choroby

Zmiany klimatu z dużym wpływem na zdrowie i życie. Do Polski docierają nieznane dotąd w naszym regionie choroby 5

Nasilające się na skutek zmian klimatycznych ekstremalne zjawiska pogodowe, jak wichury, trąby powietrzne, fale upałów czy pożary, zwiększają zagrożenia dla zdrowia i życia ludzi. Wzrost globalnej temperatury przynosi także ryzyko zachorowania na choroby, które dotąd spotykane były w cieplejszych regionach świata. Światowa Organizacja Zdrowia szacuje, że już teraz zmiany klimatu odpowiadają bezpośrednio za ponad 140 tys. zgonów rocznie, a do 2030 roku liczba ta ma wzrosnąć do 250 tys. Dlatego klimatolodzy przestrzegają przed zaniechaniem działań na rzecz ochrony klimatu.

– Jeżeli nie zmienimy drastycznie naszych przyzwyczajeń, np. do ogrzewania węglem, jeżeli nie uświadomimy sobie dziś pewnych problemów i nie zaczniemy ich zmieniać, to za 20–30 lat obudzimy się w zupełnie innym świecie, nieprzyjaznym dla pokolenia naszych dzieci, wnuków i prawnuków – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Krzysztof Błażejczyk, klimatolog z Instytutu Geografii i Przestrzennego Zagospodarowania Polskiej Akademii Nauk.

Z raportu Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC) wynika, że obecnie średnia globalna temperatura jest o 1°C wyższa od poziomu przedindustrialnego. Jeżeli emisja gazów cieplarnianych nie zostanie gwałtownie zredukowana, to dynamika wzrostu globalnej temperatury przekroczy 1,5°C w 2040 roku. To grozi nieodwracalnymi zmianami. IPCC oblicza, że globalna emisja dwutlenku węgla do 2030 roku musi spaść o 45 proc. w porównaniu do poziomu z 2010 roku, aby nie przekroczyć progu bezpieczeństwa. Do 2050 roku powinniśmy całkowicie zrezygnować ze spalania węgla. W przeciwnym wypadku skutki mogą być trudne do wyobrażenia, również dla zdrowia ludzi.

– Mamy grupę chorób klimatozależnych. To są zarówno przeziębienia, udary cieplne, słoneczne, jak i choroby odkleszczowe czy przenoszone przez inne owady – wymienia prof. Krzysztof Błażejczyk.

Jak wskazuje raport Koalicji Klimatycznej i HEAL „Wpływ zmian klimatu na zdrowie”, zmieniające się warunki klimatyczne przyczyniają się do wzrostu populacji much, komarów, kleszczy, wszy i gryzoni, a także do poszerzenia terytorium ich występowania. Choroby wektorowe (wywoływane przez patogeny przenoszone np. przez owady) dziś stanowią ponad 17 proc. wszystkich schorzeń zakaźnych, przyczyniając się do ponad 700 tys. zgonów rocznie. W Polsce jednym z największych zagrożeń jest kleszcz pospolity, który wywołuje m.in. boreliozę. Od 2005 do 2014 roku liczba zachorowań wzrosła ponad trzykrotnie, do blisko 14 tys. rocznie.

– To także choroby kardiologiczne – zwiększająca się liczba dni gorących, a także wilgotnych, powoduje zaburzenia, zwłaszcza u osób z problemami kardiologicznymi – podkreśla prof. Krzysztof Błażejczyk.

Częstsze i większe upały znacznie zwiększają liczbę zgonów. Pokazują to dane przytaczane przez Koalicję Klimatyczną i HEAL. Przykładowo w ciągu 4 miesięcy 2003 roku w 12 krajach w Europie Środkowej i Zachodniej fale upałów przyczyniły się do śmierci około 70 tys. osób. W samej tylko Francji latem 2015 roku zmarło z tego powodu ponad 3 tys. osób.

Coraz wyższa temperatura przyczynia się także do częstszego występowania chorób alergicznych. W ostatnim dziesięcioleciu podwoiła się liczba chorych na alergiczny nieżyt nosa i astmę oskrzelową.

– Negatywnych oddziaływań na nasze zdrowie jest więcej niż tych pozytywnych. Wprawdzie jak jest cieplej, to mniej chorujemy, rzadziej się przeziębiamy, jednak ten bilans w dalszym ciągu jest niekorzystny. Zagrożenia związane z ciepłą częścią roku i wysokimi temperaturami obejmuje coraz większą grupę ludzi, w dodatku takich, którzy są najbardziej wrażliwi, czyli ludzi starszych, ale także małe dzieci – mówi klimatolog z PAN.

Raport „Wpływ zmian klimatu na zdrowie” podkreśla, że według Światowej Organizacji Zdrowia dziś zmiana klimatu bezpośrednio powoduje ponad 140 tys. zgonów rocznie, przede wszystkim w Afryce i Południowo-Wschodniej Azji. Do 2030 roku może być 250 tys. zgonów powodowanych malarią, stresem cieplnym, biegunką i niedożywieniem

– Musimy się nad tymi konsekwencjami zastanowić, żeby wcześniej się nimi zająć. W atmosferze nie da się postawić płotów, murów, ścian, które zatrzymają powietrze z południa czy gorących fragmentów części naszego globu. To jest wielki kocioł, gdzie masy powietrza się mieszają, a to mieszanie jest coraz bardziej intensywne. Możemy się jedynie do tego odpowiednio przygotować i w miarę wcześnie wziąć za rzeczy, dołożyć swoją cegiełkę do tego, żeby ten klimat chronić – ocenia prof. Krzysztof Błażejczyk.

Ekspert rynku pojazdów elektrycznych: Polskie auto będzie bardzo trudno zbudować. Kiedy się pojawi w sprzedaży, będzie już bardzo dużo zachodnich samochodów

Ekspert rynku pojazdów elektrycznych: Polskie auto będzie bardzo trudno zbudować. Kiedy się pojawi w sprzedaży, będzie już bardzo dużo zachodnich samochodów 6

Na przełomie 2022 i 2023 roku ma ruszyć produkcja polskich samochodów elektrycznych – zapowiada spółka ElectroMobility Poland odpowiedzialna za realizację tego projektu. Zdaniem ekspertów w dziedzinie elektromobilności będzie to bardzo ambitny, a zarazem trudny do zrealizowania plan. Jedynymi szansami na sukces takiego auta mogą się okazać względy związane z patriotyzmem ekonomicznym, niska cena i zamówienia rządowe oraz płynące z samorządów.

– Na tę chwilę wiemy, że istnieje spółka powołana do tego, żeby taki samochód zbudować. Jej prezes ogłosił ostatnio, że wybrał integratora projektu, czyli firmę, która doprowadzi do tego, że ten samochód będzie mógł powstać. Powiedział też, że będzie to kilka modeli oraz że wydajność i produkcja z tej fabryki w Polsce to będzie około 100 tys. egzemplarzy rocznie. Prototyp ma powstać za 2 lata, a chwilę później już ma być masowa produkcja. To niesamowicie ambitny plan – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Krzysztof Bolesta, wiceprezes Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych.

Powstanie całkowicie polskiego samochodu elektrycznego postrzegane jest jako jedna z głównych szans na realizację rządowego Planu Rozwoju Elektromobilności. Zakłada on, że do 2025 roku po polskich drogach ma jeździć milion aut elektrycznych. Żeby jednak to się udało, auta elektryczne muszą stać się przystępne cenowo, a polski model musi się wstrzelić w najpopularniejsze gusta konsumenckie w kraju.

– Uważam, że to auto będzie bardzo trudno zbudować, dlatego że harmonogram ElectroMobility Poland jest tak skonstruowany, że ten polski samochód pojawi się, kiedy na rynku będzie już bardzo dużo zachodnich samochodów elektrycznych, które już cieszą się uznaniem i będzie bardzo trudno przebić się z czymś zupełnie nowym, nieznanym i bez zbudowanej sieci serwisowej – mówi Krzysztof Bolesta.

Projekt polskiego samochodu elektrycznego jeszcze nie doczekał się jednak nawet prototypu, a w tym samym czasie coraz więcej producentów wypuszcza lub zapowiada premiery swoich modeli elektrycznych. Są to zarówno auta klasy premium, takie jak SUV-y Audi E-Tron czy Jaguar I-Pace, jak i bardziej przystępne cenowo. W marcu Tesla zaprezentowała swój model Y, będący kompaktowym SUV-em łączącym w sobie wysoką jakość i rozsądną cenę. Koszt najtańszej wersji to w przeliczeniu około 146 tys. zł. To wciąż sporo, jak na możliwości finansowe przeciętnej polskiej rodziny, ale za około dwa lata ma się pojawić jeszcze tańsza wersja tego modelu.

Tymczasem z badań Kantar TNS wynika, że statystyczny Polak za miejskie auto elektryczne gotów jest zapłacić około 60 tys. zł i zadowoli go zasięg na poziomie co najmniej 150 km. Ważnym aspektem jest to, by było ono produkowane w Polsce i mogło pomieścić 4 osoby. Jak na razie w polskiej sieci dealerskiej nie ma auta cechującego się takimi parametrami. Renault Twizy kosztuje od 33,9 tys. zł, ale to model dwuosobowy. Technicznie założenia te spełniałby dopiero model ZOE, ale jego koszt to minimum 133,9 tys. zł.

– Jedynym elementem konkurencji, który działa na korzyść ElectroMobility Poland jest to, że ten samochód będzie polski. Jeżeli do tego będzie dostępny po przystępnej cenie, to można zakładać, że te cele, które mają do wypełnienia samorządy czy administracja centralna odnośnie do zakupu aut elektrycznych, będą wypełniać właśnie poprzez zakup tego polskiego auta – mówi wiceprezes Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych.

Najpóźniej do 2020 roku co dziesiąty samochód użytkowany przez polskie gminy i powiaty z ludnością powyżej 50 tys. ma być pojazdem elektrycznym. Projekt budowy fabryki aut elektrycznych w Polsce, przy założeniu produkcji na poziomie 100 tys. sztuk rocznie, to koszt 2 mld zł.