Perspektywy dla rynku deweloperskiego są bardzo dobre na trzy następne lata. Tani pieniądz, dostępność kredytu oraz ucieczka od lokat bankowych powoduje, że młodzi ludzie, których jest bardzo dużo, chcą kupować mieszkania – ocenia Dariusz Blocher, dyrektor generalny Budimex.
Pokazują to też wyniki sprzedaży. Blisko o 100 proc., w pierwszych miesiącach roku, wzrosło zainteresowanie mieszkaniami – wynika z danych Budimex. Zmieniają się też oczekiwania klientów, których stać na coraz więcej. Obecnie najczęściej poszukiwane są mieszkania z trzema pokojami o powierzchni ok. 50 – 55 metrów kwadratowych.
W 2014 roku w Polsce zarejestrowano ponad 2 razy więcej samochodów używanych sprowadzonych z zagranicy niż nowych aut zakupionych w kraju – podają rządowe statystyki Ministerstwa Finansów. Pojazdy przywożono najczęściej z Niemiec, Wielkiej Brytanii i Francji – pokazuje analiza ponad 1400 zapytań ofertowych dotyczących transportu pojazdów do Polski złożonych w Oferteo.pl, serwisie łączącym osoby poszukujące produktów i usług wraz z ich dostawcami.
Jeśli chodzi o rodzaj importowanych pojazdów, Polacy zlecają najczęściej przywiezienie do Polski samochodów, w tym osobówek (84,81% zapytań), motocykli (5,27% osób) oraz ciągników rolniczych (3,18%).
Według danych Ministerstwa Finansów, w roku 2014 sprowadzono do Polski 748 963 używane samochody osobowe. Ponad połowa z nich miała co najmniej 10 lat (56,9%), nieco rzadziej spotykano 4-10 – letnie pojazdy (37,6%). Szacuje się, że średnia wartość importowanego pojazdu wynosiła w 2014 roku 15 tys. zł. Polacy preferują niemieckie marki, wśród najpopularniejszych wymieniane są takie jak Volkswagen, Opel, Audi, a także Ford i Renault.
Jak pokazuje analiza, pojazdy przywożone są przede wszystkim z krajów zachodniej Europy: Niemiec (37,15%), Wielkiej Brytanii (16,99%), Francji (11,6%), Włoch (9,98%) czy Belgii (5,73%). „Zdarza się również, że w serwisie poszukiwane są firmy transportowe gotowe do przywiezienia pojazdu z Norwegii czy Szwecji” – dodaje Karol Grygiel, członek Zarządu Oferteo.pl.
Ponad połowa przewożonych samochodów waży od 2 do 7,5 tony (53,94%), zaś ponad jedna trzecia ma ciężar do 2 ton (38,17%).
Jacek Janiuk, wcześniej Dyrektor Biura Doradztwa Inwestycyjnego, od kwietnia 2015 roku pełni rolę Dyrektora Departamentu Bankowości Prywatnej. Bankowość prywatna to w Citi Handlowy jeden ze strategicznych obszarów bankowości detalicznej.
„Wyrosłem z obszarów inwestycyjnych, a ten w ofercie bankowości prywatnej Citi Handlowy jest kluczowy. Po I kwartale 2015 r. odnotowaliśmy 32% wzrost sprzedaży inwestycji r./r. Moim planem jest rozwój tego obszaru i pozyskanie nowych klientów private banking”, mówi, Jacek Janiuk, Dyrektor Departamentu Bankowości Prywatnej.
Jacek Janiuk jest absolwentem Politechniki Śląskiej w Gliwicach na kierunku matematyka oraz Akademii Ekonomicznej w Katowicach na kierunku finanse. Z Citi Handlowy oraz Domem Maklerskim Banku Handlowego związany jest od 2011 roku.
Posiada ponad 15-letnie doświadczenie zdobyte w Polsce oraz za granicą w firmach zarządzających aktywami (AIG, Invesco, KBL European Private Bankers). W Citi Handlowy oraz DM Citi Handlowy, jako licencjonowany doradca inwestycyjny z tytułem Certified International Investment Analyst, odpowiadał za stworzenie koncepcji oraz wdrożenie modelu doradztwa inwestycyjnego, z którego korzysta obecnie kilka tysięcy kluczowych klientów Citigold. Przez ostatnie 4 lata pełnił obowiązki Dyrektora Biura Doradztwa Inwestycyjnego. W trakcie ostatnich 18 miesięcy zbudował silny zespół Menedżerów Inwestycyjnych, wspierających decyzje inwestycyjne zamożnych klientów Banku. W mediach znany jako komentator inwestycyjny i jeden z ekspertów prezentujących video flesze na kanale You Tube Citi Handlowy.
Od kwietnia 2015 zajął stanowisko Dyrektora Departamentu Bankowości Prywatnej w Citi Handlowy.
W 1998 roku Citi Handlowy jako jeden z pierwszych banków w Polsce wprowadził ofertę dla klienta zamożnego. Stworzył nowy segment – Citigold z aktywami aktualnie wynoszącymi minimum 300 tys. zł. W 2005 roku Bank otworzył w Warszawie pierwsze ekskluzywne Centrum Inwestycyjne, w którym najbardziej doświadczeni Senior Citigold Wealth Managerowie obsługują klientów Private Banking z aktywami minimum 1,5 mln zł. Jakość obsługi i oferta Banku została doceniona przez brytyjski magazyn „The Banker”, który przyznał Citi Handlowy nagrodę w kategorii najlepszy Private Bank w Polsce.
Niemal dwie trzecie Polaków oczekuje od banków pomocy w rozsądnym pożyczaniu pieniędzy – pokazują wyniki badania „Barometr ING: Jak pożyczają Polacy”.
Zapytani o kwestię rozsądnego podejścia do pożyczania pieniędzy, Polacy główną rolę przypisują bankom – 59% jest zdania, że to one powinny wspierać takie podejście; dopiero 39% wskazuje Rzecznika Praw Konsumenta, a 12% organizacje pozarządowe. Na tym tle źle oceniane są dotychczasowe działania instytucji finansowych w kwestii pożyczania pieniędzy – 64% jest zdania, że reklamy pożyczek i kredytów zachęcają do bezmyślnego wydawania pieniędzy.
Polacy wolą unikać pożyczek. Nawet, jeśli posiadają zdolność kredytową – co deklaruje ponad połowa respondentów – to ostrożnie podchodzą do pożyczania pieniędzy. 48% woli unikać zadłużania się za wszelką cenę, a aż 64% Polaków boi się wpaść w spiralę zadłużenia. Jednocześnie 30% uważa, że pożyczki są dla osób z problemami finansowymi. Połowa respondentów deklaruje, że lepiej oszczędzać i zrealizować swoje plany, gdy już uzbiera się potrzebna kwota. Jednocześnie 54% twierdzi, że trudno jest coś odłożyć, jeśli niewiele zostaje w ciągu miesiąca.
Ostrożne podejście Polaków do zadłużania się trzeba oceniać przez pryzmat ich doświadczeń z ostatnich lat: boomu kredytowego prowadzącego często do „życia ponad stan” (2006-2008), globalnego kryzysu finansowego (2009) oraz przewlekłego spowolnienia gospodarczego (2012-2013). Mieszanka tych doświadczeń nauczyła Polaków powściągliwości w sięganiu po dług. Część odczuła na własnej skórze, inni zobaczyli na przykładzie znajomych, że nierozsądne pożyczanie pieniędzy może doprowadzić do kłopotów finansowych –powiedział Grzegorz Ogonek, ekonomista ING Banku Śląskiego.
Mimo ogólnej niechęci do pożyczania pieniędzy, Polacy są w stanie wskazać takie obszary swojego życia osobistego i zawodowego, na które uważają że warto pożyczyć pieniądze. Z badania wynika, że osoby które wcześniej korzystały z pożyczek, częściej podzielają taką opinię. Blisko jedna trzecia osób korzystających z pożyczek w ciągu ostatnich 3 lat uważa, że warto pożyczyć na coś ważnego i wartościowego (32% w porównaniu do 19%). Podobną przewagę osób mających doświadczenie z pożyczaniem widać w przypadku kredytowania innych celów – inwestycji w siebie lub rodzinę (23% w porównaniu do 13%) czy rozwoju firmy (22% w porównaniu do 16%).
Zmianę swojego podejścia do pożyczek rozważyłaby również niemal jedna czwarta tych, którzy nie zadłużali się w ciągu ostatnich trzech lat. Jej warunkiem są wiarygodne i jasne informacje jak rozsądnie pożyczać pieniądze z instytucji finansowych.
Pomimo oczywistych kosztów pożyczka może być inwestycją, swego rodzaju „dobrym długiem”, jeśli zostanie odpowiednio wykorzystana – przykładem może być rozwinięcie swoich kompetencji i zainteresowań lub realizacja planów wpływających na poprawę jakości i satysfakcji z życia.
Jak wiadomo wszystko jest dla ludzi. Pożyczki także. Wszystko zależy tak naprawdę od tego, kto w nas pożycza te pieniądze. Jeśli idziemy za głosem, który namawia nas do spełniania na kredyt konsumpcyjnych zachcianek, albo do przysłowiowego „zastaw się, a postaw się”, to oczywiście może to się skończyć finansowymi kłopotami. Jeśli jednak decyzja o zaciągnięciu długu ma wymiar inwestycji w siebie, na przykład w postaci kursu językowego, czy szkolenia, to kredyt może być finansowym narzędziem, które wspiera nasz rozwój – powiedział Mateusz Ostrowski, psychoterapeuta prowadzący warsztaty z psychologii pieniądza i publicysta ekonomiczny.
***
Dane na podstawie raportu „Barometr ING: Jak pożyczają Polacy”, przygotowanego dla ING Banku Śląskiego przez TNS Polska. Badanie przeprowadzono w ramach badania Omnibus, realizowanego metodą CAPI, na reprezentatywnej, ogólnopolskiej próbie 1000 osób w wieku 15+, w terminie 13-19 marca 2015 roku. Celem badania było poznanie postaw Polaków wobec pożyczania pieniędzy z banku.
Upowszechnienie wykorzystywania mediacji i arbitrażu w sprawach cywilnych, zwłaszcza pomiędzy przedsiębiorcami to główny cel przygotowanego przez Ministerstwo Gospodarki we współpracy z Ministerstwem Sprawiedliwości projektu ustawy o wspieraniu polubownych metod rozwiązywania sporów. Dokument 12 maja 2015 r. przyjęła Rada Ministrów
Nowe przepisy mają przede wszystkim podnieść świadomości przedsiębiorców, że mediacja może być alternatywą wobec procesu sądowego. Takie rozwiązanie umożliwia też zakończenie konfliktu w tańszy, szybszy i mniej sformalizowany sposób.
Projekt wprowadza m.in system uprawnień proceduralnych i organizacyjnych oraz bodźców ekonomicznych. Wprowadzone zostaną również regulacje dotyczące kwalifikacji mediatorów stałych. Wśród proponowanych rozwiązań są również zachęty podatkowe. Projekt ustawy wprowadza możliwość rozliczania faktury korygującej i innych dokumentów korygujących w zakresie korekty przychodu oraz kosztów uzyskania przychodów (korekta podstawy opodatkowania w PIT i CIT) w bieżącym okresie rozliczeniowym, co zmniejszy uciążliwości w stosunku do dzisiejszego obowiązku dokonywania korekty wstecz.
Ustawa pozwoli ponadto na zaliczenie kosztów mediacji prowadzonej na skutek skierowania przez sąd do wydatków sądowych. Zmianie ulegną także niektóre opłaty sądowe związane z prowadzeniem postępowania mediacyjnego. Rozwiązania zaproponowane w projekcie mają skłaniać strony do podejmowania prób polubownego rozwiązywania sporu zamiast kierowania sprawy do sądu.
Do najistotniejszych propozycji w zakresie mediacji należą m.in. wprowadzenie obowiązku poinformowania w pozwie, czy strony podjęły próbę mediacji lub innej alternatywnej metody rozwiązania sporu,
dokonywanie na każdym etapie procesu przez sędziego oceny czy sprawa może zostać zakończona
polubownie i nakłanianie stron do mediacji,
zwolnienie od opłaty sądowej wniosku o zatwierdzenie ugody pozasądowej zawartej przed
mediatorem,
możliwość zwolnienia od kosztów mediacji sądowej osób ubogich,
ułatwienie wyboru mediatora z publicznie dostępnej listy stałych mediatorów,
jak najszybsze przekazywanie danych kontaktowych stron mediatorowi.
W zakresie arbitrażu proponowane rozwiązania dotyczą m.in..
wprowadzenia jednoinstancyjności prowadzonych w sądach powszechnych spraw o uznanie lub stwierdzenie wykonalności wyroków krajowych sądów polubownych oraz postępowań ze skarg o uchylenie wyroku sądu polubownego (tzw. postępowania postarbitrażowe),
skrócenia terminu na wniesienie skargi o uchylenie wyroku sądu polubownego z trzech do
dwóch miesięcy,
wprowadzenia równego standardu dla postępowań sądowych i arbitrażowych w przypadku upadłości przedsiębiorcy. Pomimo ogłoszenia upadłości zapis na sąd polubowny nie będzie tracił mocy, a toczące się przed sądem polubownym postępowania będą kontynuowane.
Rozwiązanie sporu w drodze polubownej ułatwi przedsiębiorcom prowadzenie działalności i pozwoli kontynuować współpracę pomiędzy firmami, co z reguły nie jest możliwe po długotrwałym i kosztownym procesie sądowym.
Specjalne rabaty i eksperckie porady kredytowe – to tylko niektóre z atrakcji dla zwiedzających podczas 110. Krakowskiej Giełdy Domów i Mieszkań, która odbędzie się w dniach 16-17 maja w hali wystawowej Chemobudowa przy ul. Klimeckiego 14 w Krakowie. To także wyjątkowa okazja dla deweloperów na zaprezentowanie swoich inwestycji.
–Targi mieszkaniowe to doskonały sposób, aby poznać lokalny rynek– mówi Marek Szmolke, prezes firmy deweloperskiej PB Start. – To także niezwykła okazja dla zwiedzających, którzy mogą dowiedzieć się o inwestycjach o wiele więcej niż z folderów i stron internetowych – wyjaśnia przedstawiciel PB Start.
Podczas Krakowskiej Giełdy Domów i Mieszkań wystawcy będą prezentować swoje oferty, jednocześnie zdobywając wiedzę o potrzebach klientów zainteresowanych rynkiem mieszkaniowym. Targi to również sposób na uzyskanie wsparcia marketingowego i reklamowego dla inwestycji.
Bogatej ofercie wystawców będzie towarzyszył szereg wydarzeń pomagających zwiedzającym w podjęciu właściwej decyzji o zakupie nowego lokum. Giełda to czas wyjątkowych rabatów oraz eksperckich porad z zakresu kredytów mieszkaniowych. Dodatkowo, zwiedzający otrzymają mapę inwestycji mieszkaniowych z zaznaczonymi wszystkimi aktualnie realizowanymi inwestycjami deweloperskimi.
Po trudach poszukiwań będzie można odpocząć w jednej z giełdowych kawiarenek. Nie zabraknie także atrakcji dla najmłodszych, dzięki którym rodzice będą mogli zostawić dzieci pod opieką na czas zapoznawania się z ofertą wystawców.
Odbywająca się od 16 lat Krakowska Giełda Domów i Mieszkań to jedno z najbardziej popularnych i rozpoznawalnych wydarzeń związanych z rynkiem mieszkaniowym w Małopolsce. Majowe targi będą ostatnią edycją przed wakacjami. Na kolejne prezentacje wystawców trzeba będzie zaczekać do września.
W sytuacji rekordowo niskiego oprocentowania lokat bankowych Polacy poszukują innych sposobów lokowania swoich oszczędności. Zyskują na tym m. in. fundusze inwestycyjne. Z danych IZFA wynika, że pod koniec marca już ponad 2 mln osób posiadało ich jednostki i certyfikaty. Co więcej, ten miesiąc był już 30 z rzędu, w którym wpłaty do funduszy przewyższały wypłaty. Cieszą się one coraz większym zainteresowaniem, gdyż przynoszą znacznie wyższe zyski niż lokaty i to nie tylko w przypadku inwestycji w najbardziej ryzykowne grupy funduszy.
Zakładając przeciętną lokatę roczną w maju 2014 r. mogliśmy liczyć na odsetki wynoszące 2,74%. Na najlepszej oprocentowanie wynosiło 3,65%. Tymczasem średnia stopa zwrotu liczona dla wszystkich funduszy otwartych (notowanych w PLN) wyniosła 6,71%. W skład portfela inwestycyjnego, który przyniósł taki zyski wchodziły inwestycje wysokiego, średniego i małego ryzyka. Jednak nawet ograniczając się tylko do dość bezpiecznych grup takich jak fundusze obligacji czy stabilnego wzrostu uzyskalibyśmy dochód wynoszący przeciętnie ok. 5%.
Najgorsze fundusze kwietnia
Korzystne wyniki historyczne nie gwarantują jednak, że fundusze dalej będą zarabiały w takim tempie. Inwestując w tego typu produkty, szczególnie te mogące lokować znaczną część aktywów w akcjach, nie można zapominać o ryzyku. W ciągu zaledwie miesiąca można bowiem ponieść dotkliwą stratę. Dla przykładu w kwietniu aż 6,29% straciły osoby, które posiadały jednostki funduszu Skarbiec Market Neutral. Patrząc na najgorsze wyniki z kwietnia można też zauważyć, że w ostatniej dziesiątce znalazły się aż cztery podmioty inwestujące w amerykańskie akcje i obligacje. Przyczyną tego jest w dużej mierze spadek kursu dolara. Dywersyfikacja poprzez lokowanie części pieniędzy na granicą ma więc tą wadę, że naraża nas na dodatkowe ryzyko – walutowe. Sposobem na to może być wybieranie produktów inwestycyjnych zabezpieczonych przed wahaniami kursów. Osoby obawiające się strat mogą skorzystać z produktów strukturyzowanych, których olbrzymią zaletą jest specjalny mechanizm bezpieczeństwa. Inwestor zwykle otrzymuje gwarancję, że w najgorszym wypadku otrzyma nie mniej niż kwota, jaką wpłacił.
Najlepsze fundusze kwietnia
Tymczasem wśród dziesięciu najlepszych funduszy minionego miesiąca znalazły się dwa inwestujące w akcje rosyjskie. QUERCUS Rosja zarobił w kwietniu aż 12,11%, a Investor Rosja 7,72%. Dla wielu osób może to być zaskakujące, gdyż w ostatnim czasie o sytuacji gospodarczej w tym kraju przeważnie słyszymy złe informacje. Przyczyna tak dobrych wyników jest tu podobna jak w przypadku słabych wyników funduszów inwestujących Stanów Zjednoczonych – zmiany kursów walutowych. Dzięki wzrostom cen ropy naftowej umocnił się rubel i wzrosły ceny rosyjskich akcji.
Kolejnym regionem, który pomagał polskim funduszom inwestującym za granicą są Chiny, w których akcje zdrożały w minionym miesiącu o ponad 15%. To w połączeniu z opisaną sytuacją w Rosji najprawdopodobniej przyczyniło się do wyniku najlepszego funduszu kwietnia. Pioneer Akcji Rynków Wschodzących zarobił aż 12,85%. Trzeba jednak dodać, że jeśli przeanalizujemy jego wyniki w dłuższym terminie, to nie wyglądają one już tak rewelacyjnie. W ciągu minionych trzech lat przyniósł on stratę wynoszącą -2,15%. To jednak mimo wszystko niewiele w porównaniu do tego ile w tym czasie straciły fundusze inwestujące tylko w Rosji. Trzyletnia stopa zwrotu funduszu QUERCUS Rosja wynosi bowiem aż -30,98%.
Specjaliści z Centrum Finansów Aviva postanowili oszacować koszty, jakie rodzice ponoszą w związku z pierwszą komunią dziecka. Z wyliczeń wynika, że 1000 zł to absolutne minimum. Pierwsza komunia w wersji premium może kosztować 5 tys. zł i więcej.
Najważniejsze wydatki związane z komunią to zakup ubioru i akcesoriów oraz organizacja uroczystego obiadu. Poza tym rodzice ponoszą też koszty udekorowania kościoła oraz koszty utrwalenie uroczystości na filmie lub zdjęciach.
Koszt ubioru dziecka wynosi od 350 do 1500 zł. Składa się na to koszt alby, którą jest obecnie najpopularniejszym ubiorem komunijnym (90-150 zł), albo garnituru lub sukni. Warto dodać, że wielu rodziców kupuje dziecku zarówno albę do kościoła, jak i dodatkowy strój, w jaki dziecko przebiera się po tej uroczystości. Koszt butów to od 60 do 150 zł. Dziecko musi tez posiadać książeczkę, różaniec, medalik oraz świecę. Rodzice mogą zaoszczędzić nawet 200 zł, jeśli dziecko wykorzysta akcesoria, które zwykle zostały od chrztu.
Uroczystość komunijna dziewczynki jest o około 250 zł droższa niż w wypadku chłopca. Rodzice muszą dodatkowo kupić wianek za 25-60 zł oraz torebkę i rękawiczki za 50-200 zł. Dziewczynki też częściej niż chłopacy chodzą przed uroczystością do fryzjera, co może kosztować nawet 200 zł.
Rodzice płacą też parafii za udekorowanie kościoła, oprawę muzyczną i inne elementy związane z uroczystością. To przeciętnie koszt około 100 zł. Filmowanie lub zdjęcia zamawiane dla większej liczby dzieci to około 75 zł. W przypadku indywidualnego fotografa koszty mogą być kilkukrotnie wyższe.
Co ciekawe, koszty pierwszej komunii w miastach i na wsi są podobne. Z tym, że na wsiach więcej kosztuje ubiór, a mniej wydaje się na obiad, który zwykle odbywa się w domu. Koszt takiego obiadu to około 500 zł na 12 osób. W miastach silniejszy jest trend ku bardziej oszczędnej organizacji komunii w kościele, dzieci zwykle występują w albach co bardzo obniża koszty. Jednak to, co rodzice zaoszczędzą w ten sposób, zwykle wydają na bardziej wystawne, zwykle organizowane w restauracjach obiady lub przyjęcia komunijne. Organizacja komunii na 12 osób w restauracji waha się od 900 zł do nawet prawie 3000 zł.
Oddzielną pozycję stanowią prezenty. Największa popularnością cieszą się obecnie rowery, smartfony, tablety, zegarki, konsole do gier oraz quady. Taki prezent może kosztować od kilkuset do kilku tysięcy złotych. Warto wspomnieć, że zamiast bardzo popularnej gotówki, prezentem mogą stać się różnego rodzaju produkty finansowe, np. wpłata do oszczędnościowej polisy na życie albo do funduszu inwestycyjnego. Popularne są także wyroby ze złota, np. okolicznościowe sztabki.
Na zorganizowanie uroczystości pierwszej komunii dziecka trzeba dysponować co najmniej tysiącem złotych. A wielu rodziców wydaje na ten cel znacznie więcej. Komunia dziewczynki kosztuje 250 zł więcej niż chłopca.
Nad Wisłą początek tygodnia upłynął pod znakiem osłabienia krajowej waluty – kurs EUR/PLN wzrósł podczas poniedziałkowej sesji do poziomu 4.0846, natomiast USD/PLN sięgnął 3.6606.
Wiele wskazuje na to, że czynnikiem sprzyjającym deprecjacji polskiego złotego pozostają przeciągające się negocjacje Grecji z unijnymi kredytodawcami. Podczas wczorajszego spotkania ministrów finansów państw Unii Europejskiej po raz kolejny nie udało się osiągnąć kompromisu w sprawie warunków przedłużenia programu pomocy finansowej dla Aten. Zdaniem unijnego komisarza ds. gospodarczych i monetarnych, Pierre’a Moscovici, w ciągu ostatnich dwóch tygodni negocjacje stały się bardziej konstruktywne. W dalszym ciągu „potrzeba jednak więcej czasu i wysiłków, aby pokonać różnice co do pozostałych otwartych spraw” – czytamy w opublikowanym wczoraj oświadczeniu.
Rano uwagę inwestorów przyciągnęły informacje na temat dynamik produkcji przemysłowej w Wielkiej Brytanii. Popołudniu zza Oceanu napłyną natomiast wiadomości na temat zmiany stanu rezerw ropy naftowej w Stanach Zjednoczonych.
dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska
Kredyt Inkaso kupiło w Bułgarii duży portfel wierzytelności o wartości blisko 200 mln złotych. Spółka nie zwalnia tempa i planuje dalszą ekspansję na południe Europy.
Dzięki transakcji Kredyt Inkaso zyskało portfel 44 tys. nowych spraw. To przeterminowane długi detaliczne. Ich łączna, nominalna wartość sięga blisko 200 mln złotych. Dla bułgarskiego rynku wierzytelności to jedna z bardziej znaczących inwestycji w ostatnim czasie. – Ta transakcja wywołała spore poruszenie w Sofii z czego bardzo się cieszymy – mówi Kamil Karpicki menedżer ds. relacji inwestorskich w Kredyt Inkaso – kupno portfela o tak dużej wartości to w tamtych stronach nowość i daje duże szanse na ożywienie bułgarskiego rynku długów – dodaje Karpicki.
Bułgaria z dużym potencjałem
Kredyt Inkaso już od dłuższego czasu jest obecna u naszego południowego sąsiada. Spółka obsługiwała do tej pory długi o znacznie mniejszej wartości, badając potencjał i rentowność tamtejszych portfeli. Te ostatnie pozwalają z optymizmem patrzeć na przyszłe zyski. Choć spółka nie ujawnia za jaką cenę nabyła portfel, to jej przedstawiciele zapewniają, że była to bardzo korzystna transakcja.
Wraz z ostatnimi zakupami firma deklaruje, że pozostanie w Bułgarii na dłużej. Dodatkowe 44 tys. spraw oznacza zwiększenie zatrudnienia w sofijskim oddziale. – To może być przełomowy rok dla naszej spółki w Bułgarii. Zwłaszcza, że poziom NPL kształtuje się na zadowalającym poziomie 17 proc., a to jasno pokazuje potencjał tamtejszego rynku – tłumaczy Karpicki.
Nowe inwestycje na Bałkanach
Obok Bułgarii Kredyt Inkaso posiada także znaczące portfele w Rumunii, i chyba jako jedyny polski windykator, w Rosji. Na początku roku spółka zapowiedziała zwiększenie łącznej, nominalnej wartości portfeli o 1 mld złotych. Stąd jej przedstawiciele coraz więcej mówią o otwarciu działalności na kolejnym rynku zagranicznym. Na razie wiadomo, że będzie to któryś z krajów bałkańskich. Informacja o dokładnej lokalizacji ma zostać oficjalnie podana za kilka tygodni. Ekspansja na południe Europy, to świadomy krok spółki i szukanie nowych zysków poza coraz mocniej skonsolidowanym rynkiem wierzytelności nad Wisłą.
Polska z potencjałem sprzedażowym nowych portfeli na poziomie 15 mld złotych coraz częściej znajduje się w polu zainteresowania największych graczy międzynarodowych. To z pewnością wzmoże konkurencję i presję na podwyżkę cen portfeli, a tym samym obniży ich rentowność. Dlatego mniejsze podmioty w starciu z gigantami, muszą szukać dostępu do wierzytelności o konkurencyjnej cenie i rentowności. Receptą Kredyt Inkaso są działania na rynkach, które dają dobre zyski, ale póki co są omijane przez międzynarodowe podmioty. – Z naszych analiz wynika, że bałkański kraj do którego chcemy wejść jest bardzo atrakcyjnym rynkiem, ale zbyt wąskim dla największych graczy – tłumaczy Karpicki.
USD zdołał utrzymać kurs, a nawet chwilami podejmował rajd pomimo opublikowanego w piątek stosunkowo słabego raportu w sprawie zatrudnienia (mimo iż miały miejsce protesty dotyczące tajemniczych korekt statystycznych bazowego zatrudnienia w sektorze pozarolniczym w kwietniu…).
Spekulowano również na temat zarobków, podkreślając, że dane dotyczące dochodu skutecznie powiązanego z prowadzeniem działalności w Stanach Zjednoczonych sugerują, że od kilku miesięcy mamy do czynienia z największym wzrostem płac od czasu kryzysu. Z drugiej strony, bardziej popularny odczyt średniej płacy godzinowej okazał się nieco gorszy, niż oczekiwano, co wskazuje na mniejszy wzrost zarobków.
W nocy NZD stracił na wartości po tym, jak dane dotyczące płatności z użyciem kart kredytowych w kwietniu okazały się zaskakująco słabe, a stopy nowozelandzkie odnotowały kolejne minimum cyklu.
Chiński bank centralny obniżył stopę oprocentowania kredytów o 25 punktów bazowych, co wskazuje na utrzymujące się obawy o spowolnienie gospodarcze, mimo iż bank wyraźnie wykluczył możliwość luzowania ilościowego w najbliższym czasie.
Dziś uwaga wszystkich skupia się na Grecji w oczekiwaniu na informacje po spotkaniu Eurogrupy. Zdecydowanie zbliżamy się do przełomu i decyzji w sprawie przyszłości Grecji – Europejski Bank Centralny już niedługo zaostrzy warunki wsparcia w zakresie płynności (ELA), a Grecji kończą się pieniądze – dlatego najbliższe tygodnie przesądzą o jej „być albo nie być”, a raczej o „bankrutować albo nie bankrutować”.
Dla funta szterlinga ten tydzień będzie bardzo intensywny po ubiegłotygodniowym zaskakującym zwycięstwie Partii Konserwatywnej. Spready stóp procentowych sugerują, że kurs pary GBP/USD jest obecnie zbyt wysoki, jednak odpowiednie sygnały ze strony Bank of England przy okazji publikacji raportu w sprawie inflacji w najbliższą środę lub innych publikacji przewidzianych na ten tydzień (jutro – wyniki sektora wytwórczego, w środę – płace i zatrudnienie) mogą nadać akcji dowolny kierunek (konieczne byłoby jednak zdecydowane pozytywne zaskoczenie, jeżeli mamy uwierzyć, że para GBP/USD umocni się zamiast zejść w dolne rejony bieżącego przedziału).
Natomiast w parze EUR/GBP, poza ewentualnymi negatywnymi doniesieniami z Wielkiej Brytanii lub szczególnie dużych zastrzeżeń BoE wobec umocnienia funta, wyprzedaż może w dalszym ciągu wywierać presję na kurs i kierować akcję w rejony minimów cyklu aż do poziomu 0,7000.
Wykres: GBP/USD
Ten tydzień może być burzliwy dla pary GBP/USD, ponieważ nadal odczuwamy skutki wygranej konserwatystów w wyborach parlamentarnych, a w kalendarzu przewidziano wiele zdarzeń potencjalnie wiążących się z ryzykiem dla Wielkiej Brytanii – w szczególności zaplanowany na środę raport BoE w sprawie inflacji.
Kurs pary GBP/USD wydaje się zawyżony w stosunku do ostatnich zmian spreadów stóp procentowych, jednak pod względem technicznym na zakończenie rajdu wskazywać będzie dopiero spadek poniżej poziomu 1,5250.
Podsumowanie w koszyku G-10:
USD: waluta odnotowuje dobre wyniki pomimo zasadniczo słabego raportu w sprawie zatrudnienia opublikowanego w ubiegły piątek. Ewentualne ambicje amerykańskiej waluty wykraczające poza granice przedziału potwierdzi jednak dopiero kontynuacja akcji w tym tygodniu.
EUR: czekamy na informacje po dzisiejszym spotkaniu Eurogrupy. Para EUR/USD pokonała jeden z poziomów kluczowego wsparcia, co sugeruje, że mogliśmy już osiągnąć maksima cyklu, jednak powrót do strukturalnie słabego kursu euro potwierdzi dopiero powrót pary EUR/USD w okolice poziomu 1,1000.
JPY: panuje spokój, jednak kursy wymiany nie znalazły się jeszcze w przedziale „na stałe” – w parze USD/JPY uwaga na obszar 120,50-121,50 pod kątem możliwego przełamania w górę.
GBP: ubiegły tydzień był przełomowy, a w tym tygodniu czeka nas wiele wydarzeń związanych z ryzykiem – w szczególności w środę, kiedy poznamy dane na temat płac/zatrudnienia oraz raport Bank of England na temat inflacji. Para EUR/GBP po ubiegłotygodniowym odwróceniu wydaje się w dalszym ciągu tracić na wartości, natomiast rajd w parze GBP/USD może być zanadto ambitny.
CHF: w piątek miało miejsce wystąpienie prezesa Szwajcarskiego Banku Narodowego, Jordana, który poruszył kwestię możliwych interwencji. Gwałtowne reakcje rynku sugerują spadek zaufania do statusu CHF jako waluty bezpiecznej przystani (mimo iż do osłabienia szwajcarskiej waluty z pewnością również przyczyniły się piątkowe wzrosty na rynkach akcji).
AUD: para AUD/USD pozostaje w granicach przedziału. Niedźwiedzie zyskają nowe argumenty po spadku poniżej poziomu 0,7800, natomiast byki – po wzroście powyżej poziomu 0,8000. W perspektywie długoterminowej ryzyko spadku jest większe, jednak pod względem taktycznym sytuacja pozostaje niejasna: mamy czynniki wspierające AUD (ceny rudy żelaza, i miedzi oraz ocena wytycznych RBA przez rynek), ale najbliższe prognozy dla USD są stosunkowo negatywne.
CAD: waluta pozostaje w rejonach pomiędzy poziomem 1,20 a 1,22; czekamy na przełom. Preferowałbym przełamanie w górę, jednak pozostaje pytanie o termin.
NZD: w nocy miała miejsce brutalna wyprzedaż waluty w efekcie słabego odczytu sprzedaży z użyciem kart kredytowych oraz kolejnego mocnego rajdu pary AUD/NZD; nowozelandzkie stopy spadły w związku z oczekiwanymi cięciami stóp procentowych na nadchodzących posiedzeniach. Zobaczymy, czy para NZD/USD pozostanie poniżej poziomu 0,7400/50 aż do pełnego testu minimów poniżej poziomu 0,7200. W parze AUD/NZD możliwa jest aprecjacja, biorąc pod uwagę spready stóp procentowych.
SEK: zobaczymy, czy nastąpi kontynuacja po próbie pokonania wsparcia w okolicy poziomu 9,22, która otworzyłaby drogę w kierunku poziomu 9,00 i rozszerzenia luzowania ilościowego przez Riksbank, który z pewnością nie byłby zadowolony z takiego obrotu spraw.
NOK: jeżeli ceny ropy pozostaną w defensywie, poziom stóp na początku norweskiej krzywej dochodowości będzie zbyt wysoki. Uwaga na dzisiejszy odczyt CPI i na reakcję rynku, która będzie stanowić test nastrojów wobec waluty. Ryzyko dotyczące NOK jest obecnie zasadniczo spadkowe.
Najważniejsze dane ekonomiczne
Chiny: bank centralny obniżył roczną stopę oprocentowania kredytów o 25 punktów bazowych do poziomu 5,1%
Nowa Zelandia: wskaźnik wydatków z użyciem kart kredytowych w kwietniu wykazał -0,7% m/m w porównaniu z przewidywanym +0,5%
Australia: wskaźnik sytuacji/zaufania przedsiębiorstw NAB w kwietniu wykazał 4/3 w porównaniu z odnotowanymi w marcu odpowiednio 6/3
Główne nadchodzące wydarzenia ekonomiczne (wszystkie godziny według czasu Greenwich)
Norwegia: CPI w kwietniu (08:00)
Wielka Brytania: decyzja Bank of England w sprawie stóp (11:00)
Wielka Brytania: wskaźnik sprzedaży detalicznej w ujęciu porównywalnym (Like-for-Like) BRC w kwietniu (23:01)
Podczas szkockiego referendum powszechna była obawa, że odłączenie się Szkocji oznaczałoby utratę wszelkich szans na dojście do władzy przez laburzystów. Jednak po wczorajszych wyborach widać, że Partia Pracy straciła Szkocję (i część Anglii) niejako na własne życzenie.
Potwierdza to teorię, zgodnie z którą partie centrolewicowe na całym świecie nie są w stanie wiarygodnie zaprezentować się jako odpowiedź na nowy paradygmat ekonomiczny, który nazwałem „Nową Nicością”: zerowy wzrost, zerowa inflacja i zerowe nadzieje.
Teoretycznie to właśnie te ugrupowania powinny najwięcej skorzystać z obecnej sytuacji, ponieważ ich podstawowy elektorat – bezrobotni, przedstawiciele niższej klasy średniej i studenci – to główne ofiary kryzysu gospodarczego. Tymczasem Wielka Brytania podąża w ślad za Szwecją, Hiszpanią, Grecją, Nową Zelandią i Australią w kierunku systemu politycznego, w ramach którego centrolewicy wyjątkowo trudno będzie odzyskać władzę.
Demograficzne przeznaczenie
Analiza sytuacji po wyborach w Wielkiej Brytanii wskazuje, że Partia Pracy okazała się nie dość lewicowa dla Szkocji i zbyt lewicowa dla Anglii. Doświadczeni politycy i stratedzy dostrzegają również potrzebę ponownego zdefiniowania Partii Pracy w kontekście współczesnego społeczeństwa, w którym wszelkie modele biznesowe podważane są przez czynniki technologiczne i demograficzne.
Demograficzne – ponieważ społeczeństwo się starzeje, przez co rośnie obciążenie systemu opieki zdrowotnej, a wraz z nim podatki pozwalające na jego sfinansowanie; technologiczne – ponieważ ciągle powstają nowe, innowacyjne metody wpływania na status quo, a w efekcie stabilizacja wypierana jest przez niepewność.
Liberalni demokraci ponoszą konsekwencje
Najwyraźniej osoby głosujące zwykle na laburzystów musiały czuć się znacznie bezpieczniej przy Cameronie i torysach, niż zakładały to sondaże i stratedzy. Wynik wyborów nie jest jednak potwierdzeniem polityki koalicji. Liberalni demokraci są obecnie znacznie słabsi, niż byli przed wejściem na arenę polityczną w 1992 r.: uzyskali zaledwie siedem – SIEDEM! – mandatów.
Partia Liberalno-Demokratyczna zapłaciła wysoką cenę za brak reform i doprowadzenie gospodarki do katastrofalnego stanu; wydaje się, że na torysów głosowano również ze względu na współczucie. Elektorat głosował na partię Camerona, aby powstrzymać przerażający marsz Szkockiej Partii Narodowej, która według sondaży byłaby koalicjantem laburzystów.
Nie uważam, byśmy byli świadkami końca centrolewicy, jednak z pewnością jest to koniec pokolenia, które usiłowało udawać, że rozumie nowe warunki gospodarcze. Głównym wyzwaniem na najbliższe dwadzieścia lat będzie wypracowanie opartego na najlepszych brytyjskich wartościach modelu, który odchodziłby od nadmiernego uzależnienia od nieruchomości i finansów na rzecz gospodarki, w której szerszy przekrój lepiej wykształconego i bardziej sprawiedliwego społeczeństwa budowałby kapitał na bazie spółdzielczości, innowacyjności i inwestowania w technologie, które mogłyby zastąpić przestarzałe sposoby myślenia i metody działania.
Już za dziesięć lat zabraknie nam rąk do pracy; mniej ludzi będzie płacić za pracę rosnącej liczby ludzi, a równocześnie wzrośnie ciężar integracji i zachowania odpowiedniej równowagi pomiędzy poszanowaniem praw człowieka a kwestią zapewnienia bezpieczeństwa z wykorzystaniem nowych technologii. Przede wszystkim jednak brakuje nam młodych ludzi, kobiet i racjonalizatorów, którzy postrzegaliby ten nowy etap jako szansę na poprawę warunków, a nie jako możliwość zaniechania reform.
Wielka Brytania i Europa
Jak na ironię, wybory w Wielkiej Brytanii stanowiły równocześnie apel o zredefiniowanie roli polityków i o przeprowadzenie pewnej liczby mało odczuwalnych reform, jednak dla centrolewicy lekkie wstrząsy tektoniczne przerodziły się w istne trzęsienie ziemi. Uważam, że jest to zjawisko pozytywne, ponieważ potrzeba nam szerokiego i przejrzystego spektrum politycznego.
Abstrahując od analiz politycznych, zarówno liderzy UE, jak i rynki finansowe powinny uważnie śledzić rozwój sytuacji.
Wydaje się, że premier Cameron dotrzyma obietnicy i najpóźniej w 2017 r. ogłosi referendum w sprawie UE. Niechęć Brytyjczyków do UE jest nadal silna, jednak Cameron może obecnie oczekiwać wyrozumiałości ze strony kolegów z partii, biorąc pod uwagę tak nieoczekiwane zwycięstwo.
Jestem przekonany, że Cameron uważa za swój obowiązek zabezpieczenie roli Wielkiej Brytanii w Europie, jednak każdy, kto mieszkał w Zjednoczonym Królestwie wie, że wystarczy jeden gorszy dzień (na przykład taki jak w ubiegły weekend, kiedy to Manchester United przegrał mecz), aby niezależnie myślący Brytyjczyk znienacka powiedział Unii „nie, dziękuję” – a kochać Unię jest coraz trudniej.
Co z funtem?
Kiedy tylko torysi odzyskają poczucie rzeczywistości po zwycięstwie, przewiduję, że odbije się to negatywnie na rentowności brytyjskich obligacji rządowych i na kursie GBP. Wielka Brytania pozostaje zasadniczo niezreformowana, a Cameron złożył już wiele kosztownych obietnic, aby pokonać Partię Pracy – jeżeli ich dotrzyma, oznaczać to będzie większy deficyt budżetowy i deficyt na rachunku bieżącym, przy czym otoczenie makroekonomiczne moim zdaniem będzie szczególnie niekorzystne dla zadłużonych krajów.
Wielka Brytania i Cameron korzystali z coraz niższych stóp procentowych i inflacji (ponieważ niska inflacja powoduje wzrost realnego PKB za pośrednictwem deflatora). W drugiej połowie 2015 r. rentowności obligacji wzrosną jednak o co najmniej 100 punktów bazowych.
W poniedziałek sprzedaję brytyjskie obligacje rządowe i do końca roku otwieram długoterminowe krótkie pozycje w GBP i długie w AUD. Cameron wygrał bitwę, ale przegra wojnę z recesją, ponieważ jego rząd już wkrótce zda sobie sprawę z tego, jak kosztowne będzie opodatkowanie brytyjskiego sektora bankowego.
Kiedy rozmawiam z inwestorami na całym świecie, coraz częściej dawny obraz Wielkiej Brytanii jako „bezpiecznej przystani” i „państwa prawa”, niezależności i korzyści podatkowych wypierany jest przez pytanie, w jaki sposób Zjednoczone Królestwo może sobie pozwolić na odwlekanie reform. Na razie wydaje się, że dano sygnał do zwiększenia opodatkowania i liczby obietnic – czyli dokładnie do tego, co spowodowało klęskę laburzystów.
Grupa Wind Mobile z sukcesem wdrożyła i uruchomiła platformę, która końcem kwietnia przyjęła pierwszych abonentów znanego, globalnego operatora komórkowego.
Spółka Wind Mobile znana jest z wielu wdrożeń realizowanych dla wszystkich polskich operatorów komórkowych, dzięki którym każdy posiadacz telefonu komórkowego ma możliwość korzystania z takich usług operatorskich jak: halodzwonki – muzyka zamiast sygnału oczekiwania, poczta głosowa, powiadomienia o dostępności rozmówcy i przekroczeniu granicy oraz wielu innych.
Realizacja projektu na rynku Arabii Saudyjskiej jest potwierdzaniem realizacji przyjętej przez Grupę strategii ekspansji zagranicznej. Implementacja kompleksowej platformy w architekturze operatora umożliwia oferowanie abonentom różnorodnych usług informacyjnych zarówno w formie wiadomości tekstowych i treści multimedialnych, jak i w formie „SMS to TV” umożliwiającej m.in. głosowanie podczas programów telewizyjnych.
Do chwili obecnej nasza platforma przyjęła już szerokie grono zainteresowanych usługą. Jej start komercyjny celowo zaplanowano przed muzułmańskim świętem Ramadan, podczas którego szacowany jest duży wzrost popularności tej usługi. W dalszej kolejności będziemy uruchamiać szeroką gamę dodatkowych usług, generujących przychody zarówno dla nas, jak i dla operatora. Dzięki podobnym wdrożeniom budujemy naszą coraz silniejszą pozycję na rynku telekomunikacyjnym i mam nadzieję, że już wkrótce będę mógł przekazać Państwu kolejne informacje o nowych kontraktach, nad którymi obecnie intensywnie pracujemy.– informuje Tomasz Kiser, Wiceprezes Zarządu Grupy Wind Mobile.
Matura nazywana „egzaminem dojrzałości” jest dopiero początkiem poważnych decyzji. Jak wynika z danych Ministerstwa Edukacji Narodowej, w tym roku przed ponad 310 tys. maturzystów stanie przed wyborem kierunku studiów i specjalizacji zawodowej. Decyzje te może ułatwić najnowsza analiza Work Service podsumowująca branże o największym zapotrzebowaniu na pracowników. Wiele z wymienionych sektorów gwarantuje nie tylko zatrudnienie, ale także atrakcyjne wynagrodzenie już na starcie.
Najnowsze statystyki GUS pokazują, że wyższe wykształcenie przestało być gwarantem zatrudnienia. W styczniu tego roku liczba bezrobotnych absolwentów wyniosła 90,8 tys., co stanowiło ponad 4% ogółu bezrobotnych. Natomiast w I kwartale 2014 r. liczba osób bezrobotnych z wykształceniem wyższym wyniosła 254 tys., a w przypadku osób z ukończoną edukacją w szkole średniej ogólnokształcącej, odnotowano 230,2 tys. osób bez zatrudnienia. To pokazuje, że bezrobocie wśród absolwentów wyższych uczelni występuje na zbliżonym poziomie do osób ze średnim wykształceniem ogólnym.
Od lat obserwujemy zjawisko masowego kształcenia na uczelniach wyższych i niewłaściwie zaplanowanych karier. Abiturienci najczęściej nie są pewni jak ma wyglądać ich przyszłe zawodowe życie. Idą na studia po dyplom, zamiast po konkretną wiedzę czy zawód – mówi Tomasz Hanczarek, Prezes Zarządu Work Service S.A. i dodaje – W efekcie zdobyta wykształcenie często nie znajdują zastosowania w planach pracodawców. Skutek jest oczywisty – utrzymujące się bezrobocie wśród młodych, brak perspektyw na solidną i satysfakcjonującą pracę. Dlatego ważne jest, by przy planowaniu zawodowej ścieżki uwzględniać aktualne trendy i prognozy dotyczące rynku pracy.
Według danych Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego najczęściej wybierane kierunki studiów w roku akademickim 2014/2015 to kolejno informatyka, prawo, zarządzanie, ekonomia,budownictwo, mechanika i budowa maszyn, finanse i rachunkowość, automatyka i robotyka, psychologia, czy pedagogika. Podobnie 10 najpopularniejszych kierunków wyglądało w poprzednim roku i można się spodziewać, że ten trend utrzyma się w nadchodzącym roku.
Informatyka jest nie tylko najczęściej wybieranym kierunkiem studiów w ostatnich latach, ale jednocześnie branżą o największym popycie na pracowników. Jak pokazują dane Work Service SA deficyt na pracowników tej branży wzrasta. – Dynamiczny postęp technologiczny znajduje swoje odzwierciedlenie na rynku pracy. Średni deficyt informatyków i programistów sięga w tym roku 34%, a zarobki oferowane na start kariery nawet dwukrotnie przekraczają te, na które można liczyć w pozostałych branżach. Duże zapotrzebowanie dotyczy też fachowców z sektora motoryzacyjnego i nowych technologii – komentuje Krzysztof Inglot, Pełnomocnik Zarządu Work Service S.A.
Jednak większość wyborów młodych ludzi rozmija się z potrzebami rynku. Według danych Work Service duże zapotrzebowanie na specjalistów można zaobserwować w logistyce, a także w energetyce i technologiach odnawialnych. Niedoceniane przez młodych są także zawody związane z opieką czy medycyną, które również mogą zapewnić atrakcyjne wynagrodzenie. – Społeczeństwo polskie coraz bardziej potrzebuje wykwalifikowanego i wykształconego personelu medycznego. Na fachowców z tej branży otwarty jest również europejski rynek, np. niemiecki, gdzie demografia w widoczny sposób zmienia rynek pracy – podsumowuje Krzysztof Inglot.
Deficyt pracowników w Polsce w latach 2014/2015 w rozróżnieniu na specjalizacje
Windeln.de, niemiecki sklep internetowy w kategorii produktów dla niemowląt i dzieci ogłosił kupno spółki Feedo, czeskiego i słowackiego internetowego lidera tego samego segmentu e-commerce, który ostatnio wszedł również do Polski. Spółka Feedo była w portfelu funduszu Internet Ventures FIZ zarządzanego przez Grupę Private Equity Managers (Grupa PEManagers). Wartość transakcji to prawie 15 milionów EUR.
– Transakcję oceniam jako ogromny sukces. Dzięki wsparciu funduszu spółka Feedo zrealizowała kilka projektów kluczowych dla jego wzrostu. Nie tylko umocniła się na rynkach czeskim i słowackim, ale też z powodzeniem weszła z ofertą do Polski. Partnerstwo z windeln.de pozwoli na dalszy dynamiczny wzrost w Europie – powiedział Tomasz Danis, zarządzający funduszem Internet Ventures FIZ. – Sprzedając Feedo zaledwie rok po inwestycji wypracowaliśmy na tym projekcie ponad 500-procentową stopę zwrotu IRR. Dalsze plany funduszy zarządzanych przez Grupę PEManagers zakładają nie tylko wyjścia z inwestycji. Zamierzamy realizować nowe wzrostowe projekty, a płynność funduszy z Grupy PEManagers pozwala przeznaczyć na ten cel ponad. 260 mln zł – dodał.
Fundusz Internet Ventures FIZ to fundusz MCI Management SA oraz KFK zarządzany przez Tomasza Danisa. Fundusz zainwestował w Feedo Sp. z o.o. w lutym 2014, a celem inwestycji było wsparcie spółki w rozszerzeniu działalności na rynek polski, profesjonalizacja działania w obszarach marketingu, sprzedaży, operacji oraz IT a jednocześnie poszerzenie formuły funkcjonowania na marketplace. Partnerstwo z liderem segmentu „babycare“ w Europie Zachodniej to naturalna droga rozwoju dla firmy, która chce umacniać swoją pozycję w Europie Środkowo-Wschodniej.
– Jesteśmy bardzo szczęśliwi witając Feedo w rodzinie windeln.de. Ceniona marka Feedo stała się godnym zaufania partnerem dla klientów w Europie Wschodniej. Spółka wyróżnia się cechami, które uważamy za kluczowe w naszej działalności: wysokim stopniem wygody, konkurencyjnymi cenami oraz kompleksową obsługą klienta. Dzięki silnej pozycji Feedo w Europie Wschodniej w połączeniu z naszą wiodącą pozycją i doskonałą znajomością Europy niemieckojęzycznej ta transakcja ma znaczny potencjał wzrostu i synergii dla obu spółek. – powiedział Aleksander Brand, dyrektor zarządzający i współzałożyciel windeln.de.
Na swoich rynkach zarówno windeln.de, jak i Feedo zajmują czołowe miejsca w internetowym segmencie produktów dla niemowląt i dzieci. Dzięki efektom synergii, które będzie można osiągnąć po dokonanej transakcji, możliwości obu spółek zwiększą się diametralnie. Windeln.de skorzysta z dogłębnej znajomości rynku wschodnioeuropejskiego, jaką ma Feedo oraz ze spodziewanego wzmocnienia rynkowej pozycji Feedo w związku ze wzmożonymi działaniami marketingowymi i dalszą ekspansją produktową, zwłaszcza w Polsce, która jest jednym z kluczowych rynków dla windeln.de. Feedo natomiast wzmocniony zostanie pod względem zarządzania i logistyki. Należy również podkreślić, że mimo, że Feedo zostanie w całości nabyty przez windeln.de, jego działalność operacyjna będzie nadal prowadzona odrębnie w ramach wszystkich trzech platform: www.feedo.cz, www.feedo.sk i www.feedo.pl. Co więcej, Feedo utrzyma nazwę marki i nadal będzie prowadzić strony internetowe swoich sklepów. Założyciele Matúš Karaffa i Martin Molčan będą nadal zarządzać działalnością Feedo razem z aktualnym zespołem.
Długoterminowy efekt synergii jest oczekiwany głównie w związku z większą siłą nabywczą, współdzieleniem infrastruktury oraz scentralizowaniem procesów w siedzibie windeln.de w Monachium. Windeln.de od początku swojej działalności rozwinął profesjonalne i wydajne struktury, co będzie miało korzystny wpływ na organizację i działalność Feedo.
– Inwestycja w Feedo oraz wyjście z tej inwestycji doskonale wpisuje się w charakter działania Internet Ventures. Feedo to spółka, która znakomicie potrafiła wykorzystać atuty funduszu: relatywnie dużą rundę inwestycyjną oraz gotowość do dalszego finansowania przedsięwzięcia, bieżącą pomoc strategiczną i operacyjną dla zespołu zarządzającego i wreszcie skuteczne doprowadzenie do sprzedaży na warunkach, które są bardzo korzystne zarówno dla funduszu jak i założycieli. Dokładnie taki model inwestycji i współpracy życzylibyśmy sobie powielać z naszymi pozostałymi spółkami w portfelu oraz tymi, w które dopiero zainwestujemy – konkluduje Tomasz Danis.
– Ten zakup idealnie wpisuje się w naszą długoterminową strategię objęcia pozycji europejskiego lidera w obsługiwaniu młodych rodzin. Założyciele Feedo wykonali świetną robotę, dzięki której Feedo stało się liderem czeskiego rynku sprzedaży detalicznej przez Internet, a następnie podbiło rynek słowacki i polski. Te kraje są dla nas szczególnie atrakcyjne, bo widzimy tam potencjał wzrostu w najbliższych latach: lokalny rynek e-handlu już teraz osiągnął poziom pozwalający na dalszy dynamiczny rozwój, natomiast rynek produktów dla niemowląt i małych dzieci wciąż pozostaje słabo rozwinięty. Razem z Feedo chcemy wykorzystać tę okazję do rozwoju. – powiedział Konstantin Urban, dyrektor zarządzający i współzałożyciel windeln.de.
– Jesteśmy bardzo zadowoleni, że windeln.de, mający silną pozycję finansową, jest naszym nowym partnerem. Ta transakcja to duża szansa dla Feedo, żeby przyspieszyć wzrost i skorzystać z rozwiniętej struktury operacyjnej windeln.de. Jednocześnie doceniamy wkład Internet Ventures – funduszu, który nas odkrył, zaufał, pomógł się rozwinąć i na koniec zapewnił silnego partnera do dalszego wzrostu, a to wszystko w rok od inwestycji – powiedział Matúš Karaffa, założyciel i dyrektor zarządzający Feedo.
O Feedo:
Spółka Feedo, której siedziba mieści się w Pradze, została założona w 2010 roku przez kuzynów Matúša Karaffa i Martina Molčana. Podobnie jak windeln.de, Feedo zaczęło działalność od sprzedaży produktów dla niemowląt i małych dzieci, po czym rozwinęło działalność oferując klientom powiązane produkty o wyższej marży. Po otwarciu sklepu internetowego w Czechach i na Słowacji, Feedo niedawno rozszerzyło swoją działalność na Polskę. Spółka odnotowała silny wzrost na wszystkich kluczowych rynkach i stała się liderem internetowej sprzedaży produktów dla niemowląt i małych dzieci w Czechach. Skonsolidowany dochód Feedo w 2014 roku wyniósł około 6 milionów euro. Spółka zatrudnia około 80 pracowników.
O Windeln.de:
Windeln.de jest jednym z czołowych przedsiębiorstw detalicznych specjalizujących się w handlu artykułami dla niemowląt i małych dzieci i prowadzących działalność wyłącznie w Internecie (tzw. pure players) w Niemczech, Austrii i Szwajcarii. Ponadto Spółka z powodzeniem sprzedaje produkty dla niemowląt i małych dzieci klientom z Chin. windeln.de oferuje około 100 tys. artykułów ponad tysiąca marek, które świeżo upieczeni rodzice mogą w wygodny sposób zamawiać przez Internet. Asortyment firmy sięga od pieluszek i żywności dla niemowląt, poprzez zabawki, odzież, aż po wózki i foteliki samochodowe, zapewniając rodzicom możliwość zaopatrzenia się we wszelkie potrzebne artykuły w jednym miejscu. windeln.de została założona przez Konstantina Urbana i Alexandra Branda w 2010 roku, a obecnie zatrudnia ponad 300 pracowników.
28 czerwca br. wejdzie w życie zmiana przepisów Ustawy – Prawo budowlane, która może wpłynąć na wysokość opodatkowania obiektów budowalnych podatkiem od nieruchomości.
Obecnie obowiązujące przepisy dotyczące podatku od nieruchomości stanowią, iż opodatkowaniu podlegają m.in. obiekty budowlane takie jak budynki oraz budowle związane z prowadzeniem działalności gospodarczej. Jednakże, zarówno definicje budynków jak i budowli należy interpretować zgodnie z przepisami prawa budowlanego.
W dniu 28 czerwca br. wejdzie w życie zmiana przepisów budowlanych, zgodnie z którą przez obiekt budowlany rozumieć należy budynek, budowlę bądź obiekt małej architektury, wraz z instalacjami zapewniającymi możliwość użytkowania obiektu zgodnie z jego przeznaczeniem, wzniesiony z użyciem wyrobów budowlanych. Nowa definicja nie będzie więc już zawierać w swojej treści pojęcia urządzenia technicznego. Jest to o tyle ważne, iż opodatkowaniu podatkiem od nieruchomości podlegają również urządzenia budowlane w rozumieniu przepisów prawa budowlanego, czyli urządzenia techniczne związane z obiektem budowlanym, jak przyłącza i urządzenia instalacyjne, w tym służące oczyszczaniu lub gromadzeniu ścieków, a także przejazdy, ogrodzenia, place postojowe i place pod śmietniki.
Do tej pory wszelkiego rodzaju instalacje znajdujące się wewnątrz budynku nie podlegały odrębnemu opodatkowaniu jako budowle, ponieważ stanowiły element budynków. Nowe przepisy wprowadzają zawężenie pojęcia obiektu budowlanego jedynie do takich instalacji, które dają możliwość użytkowania obiektu zgodnie z jego przeznaczeniem. Może to oznaczać, iż organy podatkowe będą się starały wyłączyć spod ww. definicji:
wszystkie urządzenia znajdujące się w budynkach;
takie instalacje znajdujące się wewnątrz budynków, które nie dają możliwości użytkowania obiektu budowlanego zgodnie z jego przeznaczeniem (np. transformatory, zbiorniki piwniczne, kotły i piece przemysłowe).
Czy nowelizacja przepisów budowalnych będzie miała negatywne konsekwencje dla podatników? Przekonamy się o tym, kiedy organy podatkowe dokonają interpretacji nowych regulacji.
Głowa polskiego państwa otrzymuje co miesiąc całkiem pokaźną sumę – 20 tys. zł brutto, czyli rocznie 240 tys. zł. To więcej niż premier czy ministrowie. Więcej nawet, niż przywódca jednego z największych mocarstw, czyli Chin. Choć jednocześnie tylko 5 procent tego, co zarabia najlepiej opłacany przywódca świata – pisze portal Money.pl. Zobacz, jak pensja polskiego prezydenta wypada na tle zarobków głów innych krajów.
O wysokości pensji polskiego prezydenta decyduje ustawa z dnia 31 lipca 1981 roku o wynagrodzeniu osób zajmujących kierownicze stanowiska państwowe. Trzeba też dodać, że głowa naszego państwa nie musi się martwić o tak przyziemne sprawy jak czynsz, rachunki za media czy choćby… abonament RTV. Kancelaria zapewnia mu także garnitury, a Pierwszej Damie kreacje. Para prezydencka ma do swojej dyspozycji samolot, helikopter i limuzyny. Prezydencka rodzina może też bezpłatnie korzystać z rezydencji na Helu czy w Wiśle. Roczny budżet Kancelarii Prezydenta to 168 mln złotych.
Prezydent Polski kilkukrotnie – jeżeli chodzi o pensję – dystansuje przywódcę jednego ze światowych mocarstw, przewodniczącego Chińskiej Republiki Ludowej – Xi Jinpinga. Wprawdzie, jak przypomina Money.pl, głowa Państwa Środka otrzymał ostatnio podwyżkę i to 60 proc. pensji, to oficjalnie zarabia miesięcznie równowartość niespełna 7 tys. zł. Rocznie Jinping dostaje więc niespełna 79 tys. zł.
Nasz prezydent bije też na głowę prezydenta – drugiego pod względem wielkości populacji kraju na świecie – Indii. Narendra Modi zarabia rocznie równowartość 108 tys. zł. Na drugiej półkuli, prezydent Boliwii Evo Morales sam obciął swoje pobory. Jego zarobki sięgają rocznie w przeliczeniu 122 tys. zł. Prezydent dorabia sobie kopiąc piłkę nożną. W 2014 roku podpisał zawodowy kontrakt piłkarski z klubem Sport Boys Warnes Santa Cruz. Gra na pozycji pomocnika. 54-letni Morales zgodził się na zarobki w wysokości 213 dolarów miesięcznie czyli około 760 zł.
Pod względem poborów, prezydent RP nie mieści się jednak w pierwszej dziesiątce, a najprawdopodobniej w pięćdziesiątce przywódców państw na świecie.Ciekawe, że do tej dziesiątki nie załapał się Władimir Putin. Oficjalnie zarabia rocznie równowartość 540 tys. zł, jednak według doniesień Billa Browdera, jednego z największych zagranicznych inwestorów w Rosji, szefa Hermitage Capital Management, Putin może pochwalić się majątkiem sięgającym 200 mld dolarów. Nikt na Kremlu jednak tego oficjalnie nie potwierdził.
Oto najlepiej zarabiające głowy państw:
Tony Tan Keng Yam, prezydent Singapuru – 4 mln 153 tys. zł rocznie Przed trzema laty parlament obciął mu pensję o połowę, ale i tak kwota robi zawrotne wrażenie. Ten matematyk i bankier z zawodu zarabia ponad dwukrotnie więcej niż prezydent USA Barack Obama, a realnej władzy nie ma praktycznie żadnej, głównie reprezentuje kraj na zewnątrz.Jeżeli chodzi o pensję to znacznie wyprzedza go premier Singapuru – Lee Hsien Loong, który dostaje (też po redukcji) rocznie ponad 6 mln zł.
Simonetta Sommaruga, prezydent Konfederacji Szwajcarskiej – 1 mln 664 tys. zł. rocznie Choć urząd może sprawować tylko przez rok, to jednak wynagrodzenia można jej pozazdrościć. Prezydent Szwajcarii to w zasadzie przewodniczący 7-osobowej Rady Związkowej tak naprawdę będącej kolegialną głową państwa. Prezydent Sommaruga ma jednak sporo czasu na pielęgnowanie swojego ogrodu, pełni funkcje reprezentacyjne, kieruje pracami Rady Federalnej, i rozpatruje wstępnie sprawy napływające do poszczególnych departamentów. Po za tym przemawia do narodu w dniu Nowego Roku oraz 1 sierpnia, w dniu święta narodowego Szwajcarii.
Barack Obama, prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki – 1 mln 423 tys. zł rocznie Prezydentowi Obamie daleko też do płacowych rekordzistów amerykańskiego biznesu, jakim jest Charif Souki prezes koncernu Cheniere Energy, który w 2013 r. zainkasował prawie 142 mln dolarów, czyli równowartość ponad 508 mln zł. Najlepiej opłacani aktorzy, koszykarze czy piłkarze zarabiają rocznie wielokrotnie więcej niż prezydent USA.
Heinz Fischer, prezydent Austrii – 1 mln 339 tys. zł rocznie
Tony Abbot, premier Australii – 1 mln 432 tys. zł. rocznie
Sergio Mattarella, prezydent Włoch – 970 tys. zł. rocznie
Stephen Harper, premier Kanady – 930 tys. zł. rocznie
Joachim Gauck, prezydent Niemiec –880 tys. zł. rocznie
Jacob Zuma, prezydent Republiki Południowej Afryki – 800 tys. zł rocznie
David Cameron, premier Wielkiej Brytanii – 770 tys. zł rocznie
Innowacyjne technologie komunikacyjne stanowią jeden z istotniejszych czynników budowania przewagi konkurencyjnej firm w szybko zmieniającym się świecie. Dzieje się tak dzięki nowoczesnym rozwiązaniom dostosowanym do modelu biznesowego, skierowanym na ułatwienie dostępu do świadczonych usług i oferowanych produktów.Stają się one częścią naszej rzeczywistości.
Obok dynamicznie rozwijających się społeczności świata wirtualnego, które uaktywniają się w naszym życiu, również zastosowania innowacyjnych technologii w sferze biznesowej stanowią jeden z ważniejszych czynników budowania przewagi konkurencyjnej przedsiębiorstw. Głównym wyzwaniem w szybko zmieniającym się świecie technologii jest nowatorski pomysł i jego realizacja w dostosowanym do rynku modelu biznesowym.
Rozwój branży informatycznej i technologii związanych z komunikacją przyniósł ważne zmiany. Firmy specjalizujące się w organizacji targów, szkoleń konferencji i innych usług zdają sobie sprawę, że muszą iść z duchem czasu i tworzyć nowe możliwości dla swoich klientów.
Jedną z koncepcji rozwoju są systemy wizualizacji i komunikacji online, których celem jest zwiększenie informatyzacji struktur operacyjnych klientów i wydajności pracy w działaniach biznesowych, w celu poszerzenia dostępu do oferowanych usług i produktów, obniżenia kosztów i wzrostu atrakcyjności podmiotu na rynku. Inicjowanie kontaktów na odległość, w czasie rzeczywistym, przyciąga więcej potencjalnych klientów do korzystania z usług, a transmisje wydarzeń przez Internet nadają im zasięg globalny.
Targi
Idea interaktywnej, polskiej platformy Web City narodziła się z potrzeby jednego z organizatorów tradycyjnych targów. Każdy właściciel infrastruktury, obiektów i przestrzeni targowej, zainteresowany jest uczestnictwem jak największej liczby zwiedzających i wykorzystaniem powierzchni przez wystawców. W celu pozyskania wystawców organizatorzy, przy pomocy platformy, mogą zaproponować poszerzenie zasięgu funkcjonowania poza fizyczne obiekty terenów targowych. Poprzez animowany interfejs odwzorowujący realne obiekty i pomieszczenia, system umożliwia poszerzenie wydarzeń o przestrzeń internetową, w czasie rzeczywistym.
Platforma buduje wartość dodaną w postaci zwiększenia zakresu oddziaływania wydarzenia. Stanowi przez to uniwersalne narzędzie do poszerzania zasięgu dowolnych działań oraz udostępniania różnym podmiotom (firmom lub instytucjom) atrakcyjnego w formie, bezpośredniego kontaktu zewnętrznego oraz usprawnienia wewnętrznych kontaktów bezpośrednich, poprzez nowatorski system wideo-konferencyjny.
Struktura platformy Web City podzielona jest na klika podstawowych, umownych przestrzeni, takich jak np.: „Recepcja”, „Kawiarenka internetowa”, „Sale konferencyjne”, „Plan obiektu” lub „Hala wystawiennicza” (w przypadku organizatora targów). Animowane przejścia z jednych przestrzeni do innych oraz odwzorowanie graficzne, uatrakcyjniają i ułatwiają poruszanie się po przedstawionej w ten sposób strukturze organizacji, sprawiając wrażenie faktycznej obecności w obiekcie.
Przykładowo – w ramach „Recepcji” mamy do dyspozycji zestaw funkcjonalności zawierających m.in.: ekrany TV, na których możemy prezentować materiały filmowe oraz banery informacyjne lub reklamowe, z odnośnikami. Można także udostępnić materiały w postaci plików. Każda przestrzeń platformy, pokój, gabinet, czy stoisko odwzorowane z rzeczywistości, posiada własny system informacji oraz komunikacji (czat, wideo-czat, wideo-konferencje i transmisje).
Szkolenia
Platforma nie ogranicza się jedynie do zastosowań targowych. Wykorzystana może zostać również do prowadzenia szkoleń, konferencji, wykładów, czy konsultacji – zarówno jako poszerzenie rzeczywistych działań, jak i w pełni wirtualna inicjatywa. Uczestniczyć w nich może od kilku do kilkuset osób. W tym zakresie istotną przestrzeń stanowią sale konferencyjne (aula oraz 4 pozostałe sale), w których upoważnieni użytkownicy, tzw. moderatorzy, mogą uruchamiać i przeprowadzać wideo-transmisje internetowe lub wideo-konferencje. Wszystkie wyposażone są w białą tablicę odczytującą prezentacje multimedialne, pliki excel, word, pdf i inne. Dostępna jest również opcja nagrania prowadzonego szkolenia. To, co wyróżnia zastosowany system wideo-transmisyjny, to możliwość przyporządkowania i prowadzenia transmisji z kamer IP umieszczonych na salach konferencyjnych lub kamer podłączonych do komputera moderatora. System wideo-konferencyjny umożliwia także, w czasie rzeczywistym, dołączenie w roli prezentującego innego użytkownika lub użytkowników i prowadzenie debat wielostronnych. Moderator i osoby dołączone są widoczne dla pozostałych internautów oglądających transmisję. Natomiast niezależny system wyboru źródła wideo i dźwięku umożliwia prowadzenie transmisji np. z rzeczywistej sali konferencyjnej, korzystającej z systemu nagłośnieniowego, a także zapewnienie tłumaczenia symultanicznego. Organizator wydarzenia lub firma może również (w ramach promocji) w przestrzeni „Recepcji” udostępnić odwiedzającym podgląd z kamer IP.
W PolsceWeb Cityjest pierwszym tak zaawansowanym systemem wizualizacyjno-komunikacyjnym. Można go jedynie porównać do podobnych w zamyśle systemów zagranicznych.
Ponad 90 proc. podstawowych i najczęstszych wydatków Polacy pokrywają z comiesięcznych dochodów. Tylko co piąty Polak finansuje wakacje, remont, zakup sprzętu domowego, naprawę samochodu czy organizację ślubu z oszczędności lub pieniędzy otrzymanych w prezencie. Najchętniej kupujemy odzież, buty, prezenty dla najbliższych i kosmetyki. Najmniej przyjemności sprawiają nam natomiast zakupy, na które zaciągamy kredyty.
Jak pokazało badanie przeprowadzone przez Instytut Millward Brown na zlecenie Grupy KRUK, lidera na rynku zarządzania wierzytelnościami w Europie Środkowej, aż dwie trzecie Polaków ocenia swoją sytuację finansową jako przeciętną. Ich miesięczne dochody pokrywają się z wydatkami, co oznacza, że ta grupa nie gromadzi oszczędności. Zaledwie 13 proc. ankietowanych zadeklarowało, że ich wydatki przewyższają zarobki. Natomiast 17 proc. badanych ocenia swoją sytuację finansową jako pozytywną ̶ nie mają zaległości z płatnościami i udaje im się na bieżąco odkładać pieniądze na przyszłość.
Wydatki Polaków
Najczęstsze koszty ponoszone przez Polaków to wydatki na podstawowe potrzeby, takie jak jedzenie czy ubrania. Na drugim miejscu znalazły się podstawowe wydatki związane z domem, czyli czynsz, opłaty za ogrzewanie, prąd, wodę oraz gaz, a na trzecim comiesięczne rachunki za telefon, telewizję czy internet. Polacy pokrywają je w ponad 90 proc. z comiesięcznych dochodów takich jak pensja, emerytura lub wynajem mieszkania. Jak deklarują respondenci, wydatki nieplanowane czy okazyjne, takie jak wakacje, remont, zakup sprzętu domowego, naprawa samochodu czy organizacja ślubu, pokrywamy, posiłkując się oszczędnościami i pieniędzmi otrzymanymi w prezencie. Osoby zamożne korzystają ze swoich oszczędności nieco częściej, co może być podyktowane większą stabilizacją finansową, a pożytkują je na okazjonalne wydatki oraz wyjazdy. Osoby niezamożne również korzystają ze swoich oszczędności, jednak częściej przeznaczają je na cele związane z dziećmi.
– Patrząc na wyniki badania, można postawić tezę, że skoro zdecydowana większość podstawowych kosztów takich jak m.in. jedzenie, ubrania lub czynsz pokrywane są z regularnych dochodów, to każdy wydatek, który nas zaskoczy lub nie wpisuje się w comiesięczny, rutynowy plan, mocno odbija się na naszym domowym budżecie. Taka sytuacja jest niebezpieczna, ponieważ może prowadzić do zaległości w terminowej spłacie zobowiązań, a w dłuższej perspektywie do wpadnięcia w poważne długi – komentuje Karolina Barańska z Grupy KRUK.
Na co lubimy wydawać pieniądze?
Instytut Millward Brown sprawdził również, na co najchętniej wydajemy pieniądze. Najbardziej lubimy wydawać pieniądze na stosunkowo małe, przynoszące bezpośrednią przyjemność wydatki, takie jak odzież, buty, prezenty dla najbliższych, hobby czy jedzenie. Dla kobiet najatrakcyjniejsze są zakupy odzieży, butów, biżuterii oraz związane z dbaniem o urodę. Mężczyźni natomiast najchętniej wydają pieniądze na elektronikę, a także zakupy związane z motoryzacją, sportem oraz używkami. Po przeciwnej stronie znalazły się wydatki, które traktujemy jako obowiązek, np. opłaty za czynsz i media, kredyty czy leki.
– Co interesujące, wydatki, na które bierzemy kredyty, nie sprawiają nam aż takiej przyjemności, podobnie jak spłacanie rat zaciągniętych kredytów i pożyczek, które są najmniej lubianą grupą kosztów. Warto jednak zaznaczyć, że spłata kredytów jest bardziej atrakcyjna dla osób mniej zamożnych. Dzieje się tak prawdopodobnie dlatego, że spłata każdej z rat przybliża nas do momentu, kiedy to zobowiązanie przestanie być dużym obciążeniem dla domowego budżetu – zauważa Karolina Barańska.
Opóźnienia w spłacie zobowiązań
Badani odpowiedzieli również na pytania związane z opóźnieniami w spłacie zobowiązań. Co szósty-siódmy Polak potwierdził, że zdarzyło mu się mieć opóźnienie w spłacie należności. Ta odpowiedź była jednak zdecydowanie częściej wskazywana – aż w jednej trzeciej przypadków – przez osoby negatywnie oceniające swoją sytuację, pracujące dorywczo oraz bezrobotne.
– Prawie 40 proc. z tych, którym zdarzyło się mieć opóźnienia w spłacie, wskazało, że ta sytuacja dotyczyła spłaty rat kredytów lub pożyczek. Jeszcze więcej osób nie zapłaciło w terminie za czynsz czy media oraz wydatki okazyjne – mówi Karolina Barańska.
W najbliższych latach produkty wytwarzane w wyniku rafinacji ropy naftowej będą powoli zastępowane produktami powstającymi dzięki rafinacji produktów biomasy roślinnej – ocenia spółka chemiczna Boruta Zachem. Firma dotąd specjalizująca się w produkcji barwników inwestuje w badania oraz ich przemysłowe wdrożenia, które pozwolą jej zdobyć dobrą pozycję na tym rynku.
Od 14 maja trwają zapisy na akcje spółki nowej emisji. Dzięki niej firma chce pozyskać 9 mln zł, z których sfinansuje część z szacowanej na 23 mln inwestycji związanej z produkcją biosurfaktantów .
– Nasza inwestycja jest finansowana z kilku źródeł– mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marcin Pawlikowski, wiceprezes zarządu Boruty Zachem. – 19 mln zł to dotacja z Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości. Część tych pieniędzy już pozyskaliśmy od naszych akcjonariuszy w formie pożyczki i teraz chcemy pozyskać brakującą kwotę właśnie w kwocie około 9 mln zł.
Zgodnie z harmonogramem i umową podpisaną z PARP-em spółka ma czas do końca roku, by zakończyć inwestycje. Ten termin stara się jednak przyspieszyć i zrobić rozruch jeszcze w sierpniu bądź może nawet w lipcu. Ma bowiem podpisany kontrakt ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi i powinna już w sierpniu dostarczać gotowy produkt.
– Fundamentem i podstawą do stworzenia systemowego rozwiązania w postaci biorafinerii jest dla nas linia do produkcji biosurfaktantów– deklaruje Marcin Pawlikowski. – Mamy podejście kaskadowe do produkcji różnych produktów z biomasy rolniczej. Uważamy, że w najbliższych latach produkty wytwarzane w rafinerii ropy naftowej będą powoli zastępowane produktami, które będą powstawały właśnie w rafineriach w wyniku rafinacji produktów biomasy roślinnej i takie podejście nasza firma prezentuje.
Boruta Zachem chce osiągnąć taki poziom technologiczny, by tę biomasę rozkładać na czynniki pierwsze i frakcjonować, izolować związki o dużej wartości dodanej. Pod koniec marca spółka założyła konsorcjum międzynarodowe z takimi firmami, jak Evonik, EmulTech, UCB Pharma, a także kilkoma europejskimi instytutami z Belgii, Holandii, Wielkiej Brytanii i Włoch. W ramach unijnego programu wspierania nauki Horyzont 2020 chcą one pracować nad nowymi technologiami
– Chcemy wspólnie opracować technologię przemysłową do produkcji prebiotyków, którą będziemy również mogli stosować na naszej linii technologicznej, oczywiście w odpowiedni sposób ją dostosowując i rozwijając– informuje wiceprezes zarządu Boruty Zachem. – Idziemy w stronę produkcji biotechnologicznej, wykorzystując właśnie biomasę rolniczą.
Specjalnością Boruty Zachem była produkcja barwników i pigmentów. Dziś jest to rynek stabilny i niedający szans na dynamiczny rozwój, dlatego firma stawia na rozwój produktów, które będą oparte właśnie na biosyntezie, na fermentacji, idziemy w stronę biotechnologiczną.
– Chcemy iść w kierunku biotechnologii, wykorzystując nasze zasoby ludzkie, gdyż zatrudniamy wielu bardzo zdolnych chemików, biotechnologów – podkreśla Marcin Pawlikowski z Boruty Zachem. –Uważam, że radziliśmy sobie do tej pory bardzo dobrze, udało nam się pozyskać jeszcze w starej perspektywie dość spore dofinansowanie i mamy gotowe projekty, które będziemy wspólnie, czy z Uniwersytetem Wrocławskim, czy sami, czy z naszymi międzynarodowymi, zagranicznymi partnerami składać w najbliższej perspektywie.
Mechanizm rozstrzygania sporów na linii inwestor-państwo (ISDS) w ramach negocjowanego porozumienia TTIP to jeden z najważniejszych tematów Formalnej Rady UE ds. Zagranicznych z udziałem ministrów właściwych ds. handlu. W spotkaniu w Brukseli 7 maja 2015 r. wziął udział podsekretarz stanu w MG Andrzej Dycha.
Podczas spotkania ministrowie ocenili, że zaproponowana przez KE reforma mechanizmu rozstrzygania sporów między państwem a inwestorem, która ma się znaleźć w umowie o wolnym handlu między UE a USA, idzie we właściwym kierunku. Ma ona m.in. na celu zwiększenie przejrzystości postępowania, jeszcze większe zabezpieczenie prawa do wprowadzania regulacji, poprawę funkcjonowania trybunałów oraz unikanie konfliktu interesów. Planowane jest, że do rozmów w tej sprawie strony mają powrócić jesienią 2015 r.
Jak wyjaśnia wiceminister Dycha, Polska w 1990 r. zawarła ze Stanami Zjednoczonymi umowę, na podstawie której inwestycje amerykańskie w Polsce są szczególnie chronione, na podstawie klauzuli ISDS dotyczącej sporów pomiędzy państwem i inwestorem znajdującej się w tej umowie. – Podobnego typu umowy z USA mają inne państwa naszego regionu – kraje bałtyckie, Czechy, Słowacja, Rumunia czy Chorwacja – przypomina. – Z naszego punktu widzenia rozwiązania polegające na tym, że klauzule dotyczące ochrony inwestycji amerykańskich w Europie i europejskich w Stanach Zjednoczonych byłyby rozstrzygane na poziomie europejskim może okazać się
korzystne, tworząc lepszą ochronę dla interesów finansowych państwa – ocenia wiceminister.
Mimo spowolnienia gospodarczego przychody ze sprzedaży 250 największych spółek z branży dóbr konsumpcyjnych osiągnęły w minionym roku finansowym (zakończonym najpóźniej w czerwcu 2014 roku) prawie 3,1 bln dolarów, o 5,6 proc. więcej niż rok wcześniej. Jak wynika z ósmej edycji cyklicznego raportu „Global Powers of Consumer Products 2015. Connecting with the connected consumer”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, szacunkowa wartość transakcji M&A w tym sektorze sięgnęła w 2014 roku 296 mld dolarów. Z kolei największym wyzwaniem, które stoi przed producentami dóbr konsumpcyjnych jest zdobycie zaufania coraz bardziej wyedukowanych i świadomych klientów.
W minionym roku finansowym firmy z sektora dóbr konsumpcyjnych zmagały się jeszcze ze skutkami globalnego spowolnienia gospodarczego. Jednocześnie jednak, spadek cen ropy naftowej oraz zwiększona presja deflacyjna na rozwiniętych rynkach, takich jak USA, Europa czy Japoniaspowodowały, że w krajach o wysokim zużyciu ropy naftowej (Japonia, Indie, USA i większość krajów europejskich)wzrosła siła nabywcza. To z kolei wpłynęło na poprawę kondycji branży dóbr konsumpcyjnych.
Średni wzrost przychodów w ostatnim zamkniętym roku podatkowym wyniósł 5,6 proc., podczas gdy rok wcześniej było to 5,1 proc. „Połowa firm, które znalazły się w zestawieniu, odnotowała szybsze tempo wzrostu przychodów niż rok wcześniej. Marża zysku netto wzrosła średnio o 9,6 proc. Jest to najlepszy wynik od 2010 roku, kiedy branża zaczęła poprawiać swoje wyniki po globalnym kryzysie gospodarczym” – wyjaśnia Magdalena Jończak, Dyrektor w Dziale Konsultingu Deloitte.
Na tle poprawiających się wyników nadal nie najlepiej wypada Europa, gdzie wzrost przychodów ze sprzedaży wyniósł jedynie 1,2 proc. W przypadku Europy już trzeci rok z rzędu jest to wynik poniżej średniej całego zestawienia. W Ameryce Północnej było to z kolei 3,6 proc. Nadzieję na rozwój i wzrost przychodów dają producentom niektóre rynki wschodzące: Ameryka Łacińska (7,3 proc.) oraz region Azji i Pacyfiku (10,9 proc.). W Afryce i na Bliskim Wschodzie było to 4,1 proc.
Więcej fuzji i przejęć w branży dóbr konsumpcyjnych
Od czasu stagnacji w 2009 roku aktywność w zakresie M&A na rynku dóbr konsumpcyjnych stale rosła do 1421 transakcji w roku 2013 w skali światowej. W przeciwieństwie do rosnącej liczby transakcji fuzji i przejęć, ich wartość spadała od 2009 roku aż do roku 2013 (223 mld dolarów). Przykładowo spadek wartości transakcji odnotowany w 2012 wynikał w dużym stopniu z okazyjnych sprzedaży związanych ze spowolnieniem gospodarczym, dzięki którym spółki przejmujące kupowały aktywa po atrakcyjnych cenach.
Na podstawie wstępnych danych za rok 2014 można spodziewać się, że liczba transakcji M&A sięgnie 1295. To co prawda mniej niż rok wcześniej, ale ich wartość była wyższa niż w 2013 roku i sięgnęła 296 mld dolarów.
W omawianym okresie ostatniego zamkniętego roku finansowego największą transakcją był zakup firmy Beam przez japoński koncern Suntory Holdings za 15,4 mld dolarów. „Wzrost organiczny pozostaje wyzwaniem dla wielu firm w branży dóbr konsumpcyjnych. W związku z tym nadal wybierają one przejęcia strategiczne jako metodę szybszego zwiększania udziału w rynku. W nadchodzących latach nadal należy spodziewać się rosnącej liczby przejęć i fuzji, co pozytywnie wpłynie na kształt portfela produktów i pozwoli zwiększyć elastyczność firm, które muszą szybko dostosowywać się do zmieniających się preferencji konsumentów” – wyjaśnia mówi Katarzyna Sermanowicz-Giza,Dyrektor w dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.
Jak dotrzeć do konsumenta w sieci?
Badania Deloitte wykazały, że pomimo dostępu do ogromnej liczby informacji i fachowych opinii na temat produktów w Internecie, konsumenci znacznie częściej konsultują swoje wybory z najbliższymi (przyjaciele, rodzina) niż z ekspertami. Aż 60 proc. ankietowanych twierdzi, że największe zaufanie budzą w nich opinie na temat produktów i usług wyrażone przez rodzinę, przyjaciół lub innych konsumentów. Nieco mniej badanych (43 proc.) opiera się na opiniach niezależnych ekspertów oraz pracowników sklepu stacjonarnego lub internetowego (16 proc.). Tylko 12 proc. respondentów ufa informacjom producenta. Eksperci Deloitte mówią nawet o „luce zaufania”, która wytworzyła się między klientami, a sprzedawcami. „Okazuje się, że z zaufaniem ściśle wiąże się poczucie bezpieczeństwa, które także wpływa na decyzje zakupowe konsumentów. Aż 80 proc. osób jest bardziej skłonnych do zakupów, jeśli wierzą, że ich dane powierzone producentom i sprzedawcom są należycie chronione. To jedno z największych wyzwań, jakiemu muszą stawić czoła firmy z branży dóbr konsumpcyjnych” –wyjaśnia Magdalena Jończak.
Ostatni zamknięty rok podatkowy ponownie należał do producentów sprzętu elektronicznego. Przychody w tym sektorze wzrosły o niemal 11,2 proc., czyli dwa razy więcej niż wynosi średnia dla całego zestawienia. Jednak „zadyszkę” złapali dwaj liderzy w tym sektorze i w całym TOP 250. Przychody zwycięzcy rankingu, koreańskiego giganta Samsung wzrosły o 13,7 proc., podczas gdy rok wcześniej było to 21,9 proc. Z kolei Apple nie był w stanie utrzymać tempa wzrostu z ostatnich pięciu lat, które sięgało średnio ponad 40 proc. rocznie. W omawianym roku finansowym przychody ze sprzedaży amerykańskiej firmy wzrosły o 9,2 proc., podczas gdy rok wcześniej było to 44,6 proc.
Kolejny nie najlepszy rok zanotowała branża modowa, w której wzrost przychodów wyniósł 6,8 proc. Rok wcześniej sektor osiągnął tempo wzrostu na poziomie 7,3 proc.
Łączne przychody ze sprzedaży dziesięciu największych producentów dóbr konsumpcyjnych na świecie wyniosły ponad 906 mld dolarów,a to oznacza, że ich udział w przychodach TOP 250 wyniósł prawie 30 proc.Ich średnie dochody wzrosły o 7,7 proc., a marża zysku netto o 12 proc.
Z pierwszej dziesiątki i z całego zestawienia wycofano firmę Panasonic, której większość przychodów nie pochodzi już ze sprzedaży dóbr konsumpcyjnych. Podobna sytuacja zaistniała z Nokią i Blackberry. Dzięki usunięciu z zestawienia Panasonica na 10. miejscu zadebiutował największy na świecie przetwórca mięsa – brazylijska firma JBS.
W pierwszej dziesiątce największych producentów dóbr konsumpcyjnych 4. miejsce, które rok temu należało do Panasonica, zajął koncern Procter & Gamble, który awansował z 5. pozycji. Z kolei z 6. na 5. miejsce przesunęło się Sony, a z 8. na 6. PepsiCo. LG Electronics awansował z 10. na 8. pozycję.
Firmy, które znalazły się w zestawieniu musiały osiągać roczne przychody na poziomie co najmniej trzech miliardów dolarów. Średnia wartość przedsiębiorstwa wyniosła w omawianym roku 12,3 mld dolarów.
Informacje o raporcie:
Raport „Global Powers of Consumer Products 2015. Connecting with the connected consumer” przedstawia ranking 250. największych światowych producentów dóbr konsumpcyjnych w oparciu o powszechnie dostępne dane finansowe firm za ostatni zamknięty rok finansowy (obejmujący rok podatkowy firm kończący się najpóźniej w czerwcu 2014 roku). Raport prezentuje również prognozę dla gospodarki światowej, analizę kapitalizacji rynkowej w branży oraz omówienie podstawowych trendów oddziałujących na firmy w sektorze.
W sumie w całym regionie Europy Środkowej i Południowo-Wschodniej w minionym roku dokonano 1304 transakcji to o 16,9% mniej niż w 2013 roku. Najwięcej fuzji i przejęć miało miejsce w Turcji. Polska i Czechy także znalazły się na kolejnych miejscach podium. Pod względem wartości transakcji, 2014 rok był także nieco słabszy od poprzedniego. Łączna wartość przejętych aktywów wyniosła 38,5 mld USD. To o 2,4% mniej niż w 2013 roku.
Jak wynika z badania Barometr transakcji fuzji i przejęć EY o niższych wpływach z transakcji zdecydował spadek średniej wartości największych umów tych powyżej 100 mln USD. W Turcji łączna wartość transakcji wyniosła 12,3 mld USD i była wyższa o ponad 1/3 w porównaniu z 2013 rokiem. Na drugim miejscu znalazły się Czechy, gdzie sprzedano aktywa za 7,9 mld USD. Polska z transakcjami na łączną kwotę 6,4 mld USD zajęła trzecią pozycję. Natomiast za największy, bo ponad 170% wzrost, odpowiada Rumunia.
Turcja została liderem także pod względem liczby zawartych transakcji zawarto tam 305, czyli blisko umów wszystkich fuzji i przejęć w regionie. Na drugim miejscu znalazła się Polska z 245 transakcjami, a na trzecim Czechy z 221. Największy spadek fuzji i przejęć w ujęciu rocznym miał miejsce w Bułgarii, gdzie w ciągu roku ich liczba zmniejszyła się o 79,3%.
Inwestorzy strategiczni odpowiadali za ponad 2/3 transakcji w regionie. W Polsce ten odsetek był nieco niższy i wyniósł 64%. Ciekawym przykładem była Grecja, gdzie stosunek inwestorów strategicznych do finansowych wyniósł 9:1. Z kolei w Bułgarii i Rumunii instytucje finansowe były odpowiedzialne za ponad połowę zakupów.
Wewnętrzne fuzje i przejęcia stanowiły ponad połowę (53%) zawartych umów. Są to transakcje, w których kupujący i sprzedający pochodzą z tego samego kraju. W Polsce stanowiły one 56% wszystkich umów. Z kolei inwestorzy zagraniczni średnio w regionie stanowili średnio 36%, a 12% były to fuzje i przejęcia dokonane przez polskie spółki zagranicą mówi Bartłomiej Smolarek, Partner w Dziale Doradztwa Transakcyjnego EY. W największą liczbę transakcji zarówno w całym regionie jak i w Europie byli zaangażowani inwestorzy pochodzący ze Stanów Zjednoczonych, Niemiec i Wielkiej Brytanii.
Najbardziej aktywnym sektorem w Europie Środkowej i Południowo-Wschodniej była branża IT. Odpowiadała on za 16% wszystkich transakcji zawartych w 2014 roku. Największym zakupem w tym obszarze było przejęcie rumuńskiego start-upa LiveRail przez spółkę Facebook za 500 mln USD. Także w Polsce sektor IT należał do najbardziej aktywnych i choć w 2014 roku nie było w naszym kraju transakcji w sektorze IT porównywalnych wartościowo do LiveRail to mieliśmy do czynienia z wieloma przejęciami małych i średnich przedsiębiorstw. Świadczy to o tym, że inwestorzy zauważają potencjał rynku e-commerce, a z drugiej strony istnieje w tym segmencie w Polsce bardzo wiele młodych, dynamicznych przedsiębiorstw– tłumaczy Bartłomiej Smolarek. Drugim najbardziej dynamicznym sektorem w regionie pod względem liczby transakcji był przemysł z 155 zawartymi umowami. Na kolejnych miejscach znalazły się usługi (120 transakcji), nieruchomości (112) i handel (98).
Wśród 10 największych transakcji w Europie Środkowej i Południowo-Wschodniej znalazły się dwa przejęcia, które miały miejsce w Polsce. Zakup budynku Rondo 1 przez Deutsche Asset & Wealth Management za 411 mln USD zajął 7. miejsce w zestawieniu, a nabycie centrum handlowego Poznań City Center przez Ece Projekt management i Resolution Property za 326 mln USD znalazło się na 8. pozycji.
Lista największych 10 transakcji w 2014 roku zarówno w regionie jak i w Polsce została zdominowana przez transakcje nieruchomościowe. Spośród dużych transakcji spoza tego segmentu, warto zwrócić uwagę na aktywność polskich podmiotów zagranicą. Zarówno ubezpieczyciel PZU, jak i PKN ORLEN sfinalizowały bowiem w 2014 roku zagraniczne przejęcia o wartości ponad 200 mln USD. W dalszym ciągu dużą aktywność obserwowaliśmy na rynku opieki medycznej, gdzie do konsolidujących ten rynek Lux Medu i PZU dołączyła również notowana na giełdzie firma Neuca. Duże pod względem wartości transakcje miały również miejsce w portfelu Abris Capital Partners, który sprzedał z sukcesem swoje akcje w firmie kurierskiej Siódemka SA, zaś zainwestował w niedoceniany do tej pory rynek dealerów używanych samochodów kupując czeski podmiot AAA Auto z zamiarem jego rozwoju również w Polsce podsumowuje Brendan OMahony, Partner Zarządzający Działem Doradztwa Transakcyjnego EY.
Barometr transakcji fuzji i przejęć EY jest analizą i podsumowaniem dostępnych publicznie informacji znajdujących się m.in. w: DealWatch, MergerMarket, Capital IQ, Zephyr, a także w zasobach własnych EY.
Wynik wyborów w Wielkiej Brytanii pod wieloma względami jest zdumiewający. Partia Pracy dostała odpowiednią nauczkę, a wręcz została ukarana za brak spójnej polityki gospodarczej, przy czym wynik odnotowany w Szkocji jest po prostu zawstydzający. Wynik SNP to jednak sygnał, którego premier David Cameron nie może zignorować.
Reakcja na rynkach finansowych była, co zrozumiałe, pozytywna: GBP znacznie się umocnił, ponieważ wydaje się, że Wielka Brytania wkracza w okres stabilnej i odpowiedzialnej polityki gospodarczej.
Bardzo cieszy mnie fakt, iż przynajmniej niektórzy wyborcy europejscy wybierają przywódców będących zwolennikami ostrożności ekonomicznej i uważam, że zwycięstwo Camerona jest w pełni zasłużone. Strategia umiarkowania względem UKIP okazała się sukcesem, jednak obecnie Cameron musi wypełnić obietnicę przeprowadzenia referendum w sprawie członkostwa w UE, którego spodziewa się tak wielu Brytyjczyków.
Jeżeli tak jak ja jest się przyzwyczajonym do wyborów proporcjonalnych, wydaje się dziwne, że trzecie co do wielkości ugrupowanie uzyskało zaledwie kilka mandatów. Mimo to, Nigel Farage miał pozytywny wpływ na politykę Wielkiej Brytanii wobec UE.
Miejmy nadzieję, że Bruksela właściwie to odczyta, aczkolwiek osobiście w to wątpię. UE nigdy niczego nie odwzajemnia. Raczej sięga po coraz więcej kontroli na każdym polu.
Unijnej biurokracji brakuje samokrytycyzmu. Niczego się nie żałuje, bez względu na to, jak bardzo i jak często się zawodzi. Unia po prostu kontynuuje rozszerzanie swojej władzy i proces ten się nie zakończy, o ile ktoś nie postawi twardego ultimatum i nie powie „stop”.
Wynik wyborów w Wielkiej Brytanii to nasza jedyna szansa na powiedzenie „stop”!
W ubiegłym roku obchodziliśmy 25. rocznicę obalenia Muru Berlińskiego. Kto w 1989 r. mógłby przypuszczać, że już po 25 latach zapomnimy o zwycięstwie kapitalizmu, o niebezpieczeństwach i porażkach ponadnarodowych rządów i kontroli, zapomnimy o kompletnym bankructwie socjalizmu i o znaczeniu konkurencyjności, efektywnej alokacji kapitału i specjalizacji? I oto osiągnęliśmy ten punkt, a UE powtarza nieudane eksperymenty z przeszłości.
Już dość!
Mam nadzieję, że Cameron, dzięki temu zaskakującemu zwycięstwu, dotrzyma obietnicy złożonej w inspirującej wypowiedzi udzielonej agencji Bloomberg w styczniu 2013 r., w której wzywał do głębokich reform instytucji unijnych.
Słusznie podkreślił, że publiczne rozczarowanie UE osiągnęło krytyczny poziom, ponieważ ludzie uważają, że UE zmierza w kierunku, na jaki nigdy się nie pisali. Wyraził obawy większości Europejczyków, a przynajmniej Brytyjczyków i Duńczyków, że, najprościej rzecz ujmując, wiele osób zadaje sobie pytanie: „Dlaczego nie możemy otrzymać po prostu tego, na co głosowaliśmy – wspólnego rynku?”.
Wiemy, że wielu mieszkańców Wielkiej Brytanii zgadza się ze swoim ponownie wybranym premierem na temat tego, że każda ideologia, która rzekomo przekracza granice państw, jest sprzeczna z ludzką naturą. Miejmy nadzieję, że Cameron podtrzyma to stanowisko.
Referendum na temat członkostwa Wielkiej Brytanii w UE to największa nadzieja na realną Europę. Dołożę wszelkich starań, aby zapewnić, że Dania pójdzie w ślady Wielkiej Brytanii i podejmie wszelkie możliwe środki, by powrócić do Europy słynącej z historii, zróżnicowania kultur, umiejętności, ducha konkurencyjności i wolności.
Na przestrzeni ostatniego roku rubel przeszedł długą drogę od statusu jednej z najsłabszych walut w 2014 roku, do wejścia do czołówki najsilniejszych walut w pierwszych miesiącach 2015 roku.
Od początku bieżącego roku rubel umocnił się względem dolara o około 17 proc., a w stosunku do euro prawie o 23 proc. Z czego wynika obserwowana siła rubla na szerokim rynku? Czy inwestycja w tę walutę jest cały czas opłacalna?
Zeszłoroczne osłabienie rosyjskiej waluty było spowodowane przez dwa istotne czynniki. Po pierwsze byliśmy świadkami rekordowych spadków notowań ropy naftowej na światowych rynkach, od których w znaczniej mierze zależy poziom rozwoju gospodarczego Rosji. Inwestorzy wyprzedawali rubla w obawie, że tamtejsza gospodarka może stanąć w obliczu kryzysu spowodowanego intensywnym spadkiem cen ropy. Drugim z czynników stojących za zeszłoroczną przeceną rubla był konflikt militarny na wschodzie Ukrainy i wcześniejsza aneksja Krymu. W związku z tymi wydarzeniami Unia Europejska wraz ze Stanami Zjednoczonymi zdecydowały się na nałożenie sankcji gospodarczych na Rosję, tym samym znacznie osłabiając sytuację gospodarczą w tym kraju.
Jednak problemy wpływające na przecenę rubla zostały w pewnej mierze zażegnane. Notowania ropy naftowej odbiły się od dna i obecnie wartość baryłki typu Brent wycenia się na 66 dolarów. Sytuacja na Ukrainie uspokoiła się i bardzo prawdopodobne, że w niedługim czasie uda się wypracować porozumienie pomiędzy walczącymi stronami. Gdyby do tego doszło, zachodnie państwa prawdopodobnie zdecydowałyby się na zniesienie sankcji gospodarczych, a to znacznie przyspieszyłoby poziom wzrostu gospodarczego w Rosji.
Istnieją jednak czynniki, które mogą stanąć na przeszkodzie dalszej aprecjacji rubla. Przewodnicząca banku centralnego Rosji Elvira Nabiullina stwierdziła podczas konferencji w Moskwie, że oczekuje szybkiego powrotu inflacji do poziomów z zeszłego roku i w związku z tym bank centralny będzie kontynuował obniżanie stóp procentowych, które w chwili obecnej wynoszą 12,5 proc. To powinno wpłynąć na deprecjację rubla na szerokim rynku. Poza tym mocna waluta jest negatywnie postrzegana przez przedstawicieli rosyjskiego rządu jako czynnik silnie ograniczający konkurencyjność eksportu, a zwłaszcza wpływów ze sprzedawanej ropy naftowej.
Zatem wygląda na to, że w najbliższej perspektywie rubel może się jeszcze umocnić na fali rosnących notowań ropy naftowej. Mimo to należy pamiętać, że inwestycja jest obarczona sporym ryzykiem. Nie wiemy, na jak dynamiczną ścieżkę obniżek stóp procentowych zdecyduje się bank centralny Rosji. Dodatkowo trzeba pamiętać, że niewykluczony jest także powrót cen ropy naftowej do trendu spadkowego, co mogłoby spowodować kolejną falę deprecjacji rosyjskiej waluty. Ponadto należy mieć na uwadze, że konflikt na Ukrainie nie został jeszcze oficjalnie zakończony, więc cały czas obowiązują sankcje gospodarcze nałożone na Rosję.
Podsumowując, w średniej perspektywie rubel może jeszcze się umacniać, ale w dłuższym terminie jego notowania powinny powrócić do trendu spadkowego.
Rośnie liczba transakcji, jakie polskie firmy przeprowadzają między sobą w internecie. Marketplanet, który oferuje przedsiębiorstwom platformę do przeprowadzania transakcji B2B, ocenia, że w ciągu 4-5 lat wart obecnie 215 mld złotych rynek wzrośnie o 40-60 proc.
– Rynek transakcji B2B wygląda coraz lepiej– mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Matysik, prezes zarządu Marketplanet. – Obserwujemy przenoszenie trendów z zakupów czysto masowych do sektora handlu pomiędzy przedsiębiorstwami i to daje nadzieje na to, że już wkrótce bardzo wiele firm będzie prowadzić handel, wyłącznie korzystając z elektronicznych mediów.
Marketplanet szacuje, że wartość handlu elektronicznego pomiędzy firmami jest obecnie na poziomie około 215 mld zł, z czego handel z wykorzystaniem narzędzi tej firmy to ok. 24-25 mld zł.
– Zakładamy, że w ciągu najbliższych 4-5 lat parametry te znakomicie wzrosną i że około 40 do 60 proc. tej wartości pierwotnej, czyli 215 mld, zostanie przeniesione do handlu internetowego pomiędzy firmami– ocenia Piotr Matysik. – Jest to trend, który – tak jak wspominałem – jest trendem dominującym również na rynku masowym. Ma to także związek z tym, że pracownicy korporacji coraz częściej zachowują się w życiu zawodowym bardzo podobnie i stosują bardzo podobne metody, jak w życiu prywatnym.
Oszczędności wynikające z wykorzystania tego typu narzędzi są spore i jak podkreśla prezes Marketplanet, dwojakiego rodzaju.
– Za każdym razem, kiedy reorganizujemy i optymalizujemy procesy zakupowe w dużej strukturze, w dużej firmie, to wiąże się z tym, że pewne działania upraszczamy, a pewne eliminujemy. W związku z tym w tych procesowych wątkach zakładamy i na bazie też naszych przeprowadzonych projektów te oszczędności dochodzą do 15-20 proc. Druga grupa oszczędności to te wynikające z kumulacji wolumenów i negocjacji przeprowadzonych również dla struktur centralnych, gdzie tak naprawdę kumulujemy pewne wolumeny zakupowe. Tam te oszczędności w zależności od kategorii są od poziomu 10 proc. nawet do 50-60, więc tak naprawdę jest o co walczyć.
Marketplanet ma w planach ekspansję w Europie. Już teraz wraz z klientami firma dokonuje wdrożeń poza granicami Polski. Plany na kolejne lata zakładają wchodzenie nie tylko na rynki Europy Wschodniej, lecz także – mimo działającej już silnej konkurencji – na rynki w państwach zachodnich.
– Każda z tych grup ma olbrzymi potencjał– zwraca uwagę prezes Piotr Matysik z Marketplanet. – Kraje, które znajdują się na zachód od Polski, przede wszystkim są bardzo obeznane z tego typu narzędziami, w związku z tym poziom konkurencyjności jest duży. Natomiast mamy pełną świadomość, że nasze narzędzie jest w tej chwili bardzo rozwiniętym funkcjonalnie, dlatego zamierzamy tam konkurować zarówno cenowo, jak i funkcjonalnie. Natomiast w Europie Wschodniej liczymy przede wszystkim w pierwszym kroku na edukację tego rynku, w drugiej fazie na nasycanie naszym produktem. I pewnie jest to trudne zadanie na kolejne 4-5 lat.
Zaciągający kredyty gotówkowe zdążyli już przekonać się, że oprocentowanie pożyczonych środków często nie jest najważniejszym elementem kosztu. Banki coraz częściej sięgają jednak po kolejne triki, które utrudniają samodzielne oszacowanie ceny kredytu.
W idealnym świecie udając się do banku po kredyt gotówkowy naszą uwagę zaprzątałby tylko jeden parametr – wysokość oprocentowania. Wybór najlepszej oferty byłby wtedy prosty. Należałoby porównać naliczane przez kredytodawcę odsetki, a jeśli zestawilibyśmy ze sobą oferty kredytów na ten sam okres do podjęcia decyzji wystarczyłoby nawet tylko spojrzenie na wysokość raty.
– Niestety opłaty i prowizje pobierane przez banki komplikują proces wyboru. Prowizja może zostać doliczona do kwoty kredytu i dopiero od tej sumy naliczane są odsetki. Okazuje się jednak, że sytuację można zaciemnić jeszcze bardziej – mówi Michał Kisiel, analityk Bankier.pl.
W niektórych bankach oprócz wysokości opłat szczególnej wagi nabiera kolejność ich naliczania. Moglibyśmy spodziewać się, że do kwoty zaciąganego przez nas kredytu dodane zostaną kolejno prowizja, opłata i składka. Sięgamy jednak do przypisu w taryfie i dowiadujemy się, że „podstawą naliczania prowizji jest kwota kredytu przeznaczona do wypłaty na rachunki wskazane przez kredytobiorcę powiększona o opłatę przygotowawczą i kwotę kosztu przystąpienia do ubezpieczenia”. Czyli bank najpierw dodaje do kwoty opłatę i ubezpieczenie, a dopiero potem nalicza prowizję.
Wbrew pozorom to dość istotna różnica, podnosząca pierwotną wysokość długu, a w konsekwencji łączny koszt kredytu – wskazuje Michał Kisiel. W ten sposób rośnie „kwota na start”, a więc dług, od którego bank dopiero będzie naliczał odsetki.
– Triki stosowane przy naliczaniu opłat i prowizji to w pewnej mierze wynik obecnego poziomu maksymalnego oprocentowania narzucanego przez ustawę antylichwiarską. Banki w poszukiwaniu sposobów ominięcia 10-procentowego limitu decydują się na przerzucenie kosztów kredytu w większej części do dodatkowych pozycji z cennika – dodaje Kisiel.
„Mieszkanie dla Młodych” (MdM) – jak się okazuje – nie tylko pomaga w zakupie wymarzonego „M”, lecz także w znaczący sposób wpływa na polską gospodarkę. Według ekspertów w 2015 i 2016 r. wpływ ten wzrośnie jeszcze bardziej, ponieważ zainteresowanie programem ma być większe.
Polska od wielu lat boryka się z deficytem mieszkaniowym – brakuje nawet 2 mln lokali. Sytuację najpierw miał ratować program „Rodzina na Swoim”, a później – MdM. Niestety w pierwszym roku funkcjonowania tego drugiego programu przepadła połowa środków przeznaczonych na dopłaty. Powód? „Zbyt nisko ustawione limity dotyczące cen za metr kwadratowy mieszkania, które odbiegały od tych oferowanych na rynku” – wyjaśnia w wywiadzie dla serwisu infoWire.pl dyrektor generalny Polskiego Związku Firm Deweloperskich Konrad Płochocki. Deweloperzy powoli dostosowują jednak ofertę do wymogów programu i wprowadzają na rynek coraz więcej tańszych produktów.
MdM pozwala na wymianę starego zasobu mieszkaniowego na nowy – bardziej energooszczędny i ekologiczny, szczególnie gdy mowa o ograniczeniu emisji CO2. Jak zaznacza ekspert, program przyczynia się też do poprawy sytuacji na rynku pracy: „Według analiz naukowych zatrudnienie bezpośrednio w budownictwie ok. 100 osób przyczynia się do powstania od 200 do 300 miejsc pracy w branżach pokrewnych”.
W II kwartale 2015 r. Bank Gospodarstwa Krajowego ogłosił nowe limity cen za metr kwadratowy lokalu, który może być zakupiony w ramach MdM. W większości miast limity te zostały zwiększone, choć nieznacznie – średnio o 300 zł. „To dobry znak. Limity powinny wzrastać, tak aby młodzi Polacy mogli sami decydować, czy wolą kupić mniejsze mieszkanie w centrum miasta czy większe na obrzeżach, ale z wyższą dopłatą (przy czym nie postulujemy zwiększenia samych dopłat)” – zaznacza rozmówca. Korzystnym posunięciem byłoby również zniesienie wymogu nieposiadania pierwszego mieszkania przez rodziny wielodzietne (a nawet te z dwójką dzieci): powinny mieć one możliwość skorzystania z programu, gdy chcą powiększyć metraż lokalu.
Najnowszy ranking krajów, w których żyje się najlepiej, nie jest zaskoczeniem. W pierwsza trójka to: Australia, Norwegia i Szwecja. Polska znalazła się dopiero na 27 miejscu. Money.pl sprawdził, jak nasz kraj wypada w poszczególnych 11 kategoriach. I tutaj w kilku miejscach można mówić o nieoczekiwanych wnioskach.
Raport Better Life Index, opublikowany przez OECD rozkłada na czynniki pierwsze elementy życia społeczno-gospodarczego w 36 krajach. Wśród nich są 34 państwa członkowskie oraz dwa aspirujące do dołączenia – Rosja i Brazylia.
Better Life Index. W tych krajach OECD żyje się najlepiej
źródło: OECD
1.
Australia
13.
Belgia
25.
Korea
2.
Norwegia
14.
Niemcy
26.
Słowacja
3.
Szwecja
15.
Austria
27.
Polska
4.
Dania
16.
Irlandia
28.
Estonia
5.
Kanada
17.
Luksemburg
29.
Portugalia
6.
Szwajcaria
18.
Francja
30.
Węgry
7.
USA
19.
Słowenia
31.
Chile
8.
Finlandia
20.
Japonia
32.
Brazylia
9.
Holandia
21.
Hiszpania
33.
Rosja
10.
Nowa Zelandia
22.
Włochy
34.
Grecja
11.
Islandia
23.
Czechy
35.
Meksyk
12.
Wielka Brytania
24.
Izrael
36.
Turcja
akość mieszkalnictwa – 34. miejsc
Jakość mieszkalnictwa – 34. miejsce
Jeden pokój na domownika. Taką przestrzeń do życia ma do dyspozycji statystyczne polskie gospodarstwo domowe. Do tego dodajmy nadal spotykaną toaletę na korytarzu albo podwórku (w co dwudziestym domu) i duże koszty utrzymania domu. Warunki mieszkaniowe w Polsce są na tle innych krajów OECD fatalne. Pod tym względem zajmujemy trzecie miejsce od końca. Jak podaje Money.pl, za nami są już tylko Rosja i Turcja.
Jakość środowiska – 31. miejsce
Pod względem ilości znajdującego się w powietrzu pyłu zawieszonego (tak zwany PM10) jesteśmy w OECD na szarym końcu. Gorzej jest już tylko w Turcji i Chile. W występującym u nas stężeniu pył ten może być szkodliwy dla zdrowia, zwłaszcza dzieci i osób starszych. Na jeden metr sześcienny powietrza przypadają prawie 33 mikrogramy tej substancji, zaś bezpieczny, dopuszczalny limit ustanowiony przez Światową Organizację Zdrowia wynosi 20 mikrogramów na metr sześcienny. Do tego dochodzi niska ocena jakości wody, jakiej dokonali Polacy. Jak informuje Money.pl, tylko 77 proc. z nas uważa, że pije wodę satysfakcjonującej jakości, podczas gdy średnia w krajach OECD wynosi 84 proc.
Praca – 30. miejsce
Warunki pracy to kolejny element codziennego życia, w którym na tle innych krajów OECD wypadamy blado. Aż 40 proc. zdolnych do pracy Polaków w wieku 15-64 lata nie ma żadnego płatnego zajęcia (średnia OECD wynosi 35 proc.). 3,5 proc. zdolnych do pracy jest bezrobotnych przez ponad rok – to też dużo w porównaniu z innymi rozwiniętymi krajami. Mało zarabiamy – średnia roczna pensja to u nas 21 tysięcy dolarów, podczas gdy w najlepszych pod tym względem USA ponad dwa razy tyle. Do tego ryzyko utraty pracy w Polsce jest olbrzymie – jesteśmy na piątym miejscu od końca. Bardziej bać się zwolnienia mogą już tylko Turcy, Portugalczycy, Grecy i Hiszpanie.
Zadowolenie z życia – 30. miejsce
Ten wskaźnik pokazuje, że Polacy dostrzegają rzeczywistość taką, jaka jest i nie żyją w wymyślonym świecie. Pod kątem dochodów, dostępu do mieszkań czy rynku pracy OECD wystawiło nam niskie noty i my sami również słabo oceniamy nasze subiektywne zadowolenie z życia – zaledwie na 5,7 w 10-punkotwej skali (podczas gdy średnia w krajach OECD to 6,6 punktu). Nieco bardziej zadowolone z życia są kobiety i ludzie lepiej wykształceni. Mimo wszystko, w sumie 76 proc. Polaków (tyle samo, co średnia OECD) deklaruje, że w ciągu dnia spotyka ich więcej przyjemnych niż nieprzyjemnych doświadczeń.
Dochód – 29. miejsce
Pod względem zarobków i majątkowego dobrobytu gorsze od nas pod tym względem są Węgry, Rosja, Chile, Estonia, Meksyk, Turcja i Brazylia. Statystyczne polskie gospodarstwo domowe zarabia znacznie poniżej średniej OECD, która wynosi prawie 24 tysiące dolarów rocznie na osobę. U nas jest to zaś jedynie nieco ponad 16 tysięcy dolarów. W dodatku mamy niezwykle skromne oszczędności i majątek.
Zdrowie – 29. miejsce
Jeśli poziom zanieczyszczenia środowiska w Polsce nadal będzie wysoki, z naszym zdrowiem będzie coraz gorzej. Już dziś nie jest zresztą najlepiej. Średnia długość życia mieszkańca naszego kraju to niecałe 77 lat (81 lat dla kobiet i 73 lata dla mężczyzn), o ponad pięć lat mniej niż w najlepszych pod tym względem Szwajcarii, Włoszech i Japonii.
Równowaga między pracą a życiem prywatnym – 28. miejsce
Statystyczny Polak przepracowuje w ciągu roku 1929 godzin – znacznie więcej niż średnia OECD na poziomie 1765 godzin. Na gotowanie i dbanie o dom mężczyźni poświęcają statystycznie 157 minut dziennie, podczas gdy kobiety aż dwa razy więcej. Pracujący na pełny etat Polacy w pracy spędzają nieco mniej niż jedną trzecią doby, pozostałe 60 (14,2 godziny) procent czasu poświęcają na dbanie o siebie – spanie, jedzenie i przyjemności. To mniej niż średnia OECD, która wynosi 15 godzin.
Społeczność – 23. miejsce
89 proc. Polaków wierzy, że zna kogoś, na kogo może liczyć w razie gdyby świat zaczął im się walić na głowę – pisze Money.pl. Co ciekawe, takie przekonanie nieco częściej mają kobiety niż mężczyźni. Więcej myślących w ten sposób osób jest wśród tych lepiej wykształconych. Na tym polu dorównujemy średniej w krajach OECD, gorzej zaś wypadamy w statystykach mówiących o realnym niesieniu pomocy. Tylko jedną minutę dziennie przeznacza statystyczny Polak na działania wolontaryjne, podczas gdy mieszkańcy innych rozwiniętych krajów – cztery razy więcej. Rzadziej też pomagamy nieznajomym. W ciągu jednego miesiąca robi to jedynie co trzeci z nas, a średnia w krajach OECD wskazuje, że pomaga co drugi obywatel.
Zaangażowanie obywatelskie – 17. miejsce
Nie najgorzej wypada Polska pod względem obywatelskiej postawy. Miejsce w połowie stawki wśród krajów rozwiniętych zapewniła nam przede wszystkim bardzo wysoka ocena przejrzystości przy tworzeniu prawa, która – według OECD – lepsza jest jedynie w Wielkiej Brytanii i Szwecji. Za to znacznie gorzej idzie nam z zaufaniem do polityków. Na taki gest zdobyło się jedynie 16 proc. Polaków, przy średniej w OECD na poziomie 39 proc.
Poziom edukacji – 2. miejsce
W końcu coś, w czym jesteśmy naprawdę dobrzy i co doceniła OECD. Jeśli chodzi o poziom edukacji i umiejętności naszych uczniów, wśród krajów rozwiniętych lepsza od nas jest tylko Finlandia. Co zdecydowało o tak wysokiej pozycji Polski w tym zestawieniu? Pierwszy czynnik to poziom wykształcenia naszych rodaków. 89 proc. spośród ludzi w wieku 24-64 lata skończyło przynajmniej szkołę średnią. Druga kwestia to świetne wyniki, jakie uzyskali polscy uczniowie w uniwersalnych testach PISA, sprawdzających umiejętności językowe, matematyczne i rozumienie przedmiotów przyrodniczych. Jak się okazuje, nasza młodzież jest jedną z najzdolniejszych ze wszystkich rozwiniętych krajów. Lepiej od niej testy PISA rozwiązali tylko Koreańczycy, Japończycy, Finowie, Estończycy i Kanadyjczycy.
Bezpieczeństwo – 2. miejsce
To kolejny po edukacji obszar, na którym jesteśmy mistrzami. Polska to bardzo bezpieczny kraj – wynika z cytowanych przez Money.pl statystyk OECD. Okazuje się bowiem, że – za wyjątkiem Japonii – wszędzie w krajach rozwiniętych jest gorzej. W Polsce na sto tysięcy mieszkańców na skutek zabójstwa ginie tylko jedna osoba, podczas gdy średnia unijna to ponad cztery osoby. Pozytywnie – jakkolwiek dziwnie to nie brzmi – rysują się też statystyki napadów w naszym kraju. Tylko 1,4 proc. Polaków zgłosiło, że w ostatnim roku było ofiarą bandyty.
Łomżyński PEPEES po tym jak zwielokrotnił zyski w 2014 roku, liczy na dalszą poprawę wyników finansowych. Spółka inwestuje w nowe przetwórnie ziemniaków i biogazownię, zwiększa też zatrudnienie. Niemal zamknęła już kontraktację na br., co powinno oznaczać wzrost sprzedaży i wyniku.
Kierownictwo spółki założyło wzrost kontraktacji ziemniaków, a plany są już niemal wykonane. Większe zakupy związane są ze wzrostem produkcji, a co za tym idzie – poprawę wysokości sprzedaży i wyniku finansowego.
– Nasze plany oparte są o bieżącą działalność, która wynika ze strategii przyjętej w końcówce 2013 roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Krzysztof Homenda, członek zarządu, dyrektor finansowy PEPEES. – Przekłada się to na działania inwestycyjne, które prowadzimy również w tym roku, jak chociażby inwestycja w nową suszarnię skrobi w PEPEES-ie w Łomży czy inwestycja w linię do produkcji płatków ziemniaczanych w spółce zależnej w Lublinie. To w ewidentny sposób uzasadnia nasze optymistyczne podejście do tego roku.
Obok tych dwóch najważniejszych inwestycji PEPEES ma też w planach inne wydatki na rozwój. Grupa miała dobry 2014 rok i mimo że jej skonsolidowane przychody ze sprzedaży spadły o ponad 3 mln zł, do poziomu przeszło 116 mln,to zyski wzrosły znacząco. Wobec ponad 650 tys zysku netto w 2013 roku, rok później grupa zarobiła na czysto ponad 3,3 mln zł, czyli pięciokrotnie więcej. Zarząd nie chce jednak wypłacać dywidendy i zarekomendował przeznaczenie całości zysku na kapitał zapasowy, by mieć z czego finansować inwestycje. Ostateczną decyzję ws. podziału zysku podejmie WZA 26 maja.
– Tych działań i projektów inwestycyjnych różnego rodzaju mamy więcej – podkreśla Krzysztof Homenda. – Są to inwestycje towarzyszące tej głównej suszarni skrobi oraz inwestycje modernizacyjne. Przygotowujemy się do dodatkowych inwestycji, które założyliśmy w naszej strategii. Mam na myśli chociażby bazę magazynową, przygotowania do modernizacji zakładu w spółce zależnej w Bronisławiu czy inwestycje w skrobię ziemniaczaną modyfikowaną i w skrobię pszenną, który to projekt w tej chwili analizujemy.
Każda nowa inwestycja firmy oznacza wzrost zatrudnienia. Obecnie firma zatrudnia ok. 1 tys. osób i jest odbiorcą ziemniaków od – jak informuje – tysięcy plantatorów.
– Wszystkie działania, które podejmujemy, wiążą się ze zwiększeniem liczby miejsc pracy – zwraca uwagę dyrektor finansowy spółki. – Przykładowo nasze zaangażowanie w nową działalność w CHP Energia, czyli w budowę biogazowni. To jest projekt, który został zupełnie od zera uruchomiony. W tej chwili już działa, a kilkanaście osób, które zostaną tam zatrudnione, to nowe miejsca pracy.
Strategia na lata 2013-2018 zakłada, że na koniec tego okresu przychody grupy wzrosną do 220 mln zł. Celem strategicznym spółki jest stworzenie silnego kapitałowo holdingu Polska Skrobia, który byłby konkurencją dla europejskich potentatów z Niemiec, Holandii czy Francji.
– Inwestycje, które realizujemy obecnie, są finansowane po części ze środków własnych, a po części z kredytu – mówi Krzysztof Homenda. – Kilka tygodni temu informowaliśmy rynek o zaciągnięciu kredytu inwestycyjnego w kwocie niecałych 10 mln zł i jest to kredyt, który w siedemdziesięciu kilku procentach będzie pokrywał inwestycję w suszarnię skrobi. Pozostałe inwestycje zamierzamy finansować w podobny sposób, a więc po części ze środków własnych, a po części będziemy również posiłkować się kredytem.
Mające działać na korzyść konsumentów zapisy nowej ustawy o działalności ubezpieczeniowej i reasekuracyjnej mogą się okazać dla nich niekorzystne – przestrzega Polska Izba Ubezpieczeń. Przepisy, nad którymi obecnie trwają prace, traktowane zbyt restrykcyjnie mogą bowiem ograniczyć wybór produktów.
Nowe prawo ma w pierwszej kolejności dostosować polskie przepisy do zmieniających się uregulowań europejskich. Unijna dyrektywa Solvency II ma wejść w życie z początkiem przyszłego roku i zaostrzyć wymogi wypłacalności dla ubezpieczycieli. Określa ona m.in. kwoty kapitału, jakie posiadać muszą firmy ubezpieczeniowe w Unii Europejskiej, by zagwarantować wypłatę należnych ubezpieczeń.
Część nowych przepisów dotyczy klienta. Nakłada na ubezpieczycieli szereg nowych obowiązków.
– Nowe regulacje bardzo mocno wpływają na zakłady ubezpieczeń – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jan Grzegorz Prądzyński, prezes zarządu Polskiej Izby Ubezpieczeń. – Trzeba pamiętać o tym, że jesteśmy z jednej strony branżą regulowaną przez państwo, nadzorowaną przez Komisję Nadzoru Finansowego, a jednocześnie bardzo mocno kontrolowaną przez takie instytucje, jak UOKiK czy Rzecznik Ubezpieczonych, które koncentrują się głównie na ochronie konsumenta.
W przepisach, które chce wprowadzić polski rząd, mają się znaleźć również takie, których celem jest zwiększenie bezpieczeństwa klientów firm ubezpieczeniowych. Zakłady będą miały więcej obowiązków informacyjnych zarówno przy przygotowywaniu oferty produktowej, jak i przy sprzedaży.
Zakłady będą musiały m.in. przeprowadzić analizę potrzeb klienta przed podpisaniem umowy i ocenić, czy produkt oferowany danemu klientowi jest odpowiedni do jego potrzeb, wiedzy, doświadczenia w dziedzinie ubezpieczeń na życie i jego sytuacji finansowej. Ma to ograniczyć ryzyko nietrafionego zakupu. Jeśli analiza wykaże, że produkt nie jest odpowiedni dla danego klienta, to firma nie będzie go rekomendować, a zakup będzie możliwy pod warunkiem, że klient zaświadczy o tym, że wie o negatywnej rekomendacji.
– Nowe regulacje niekoniecznie muszą być dobre dla konsumenta – przestrzega jednak Jan Grzegorz Prądzyński. – Mogą one doprowadzić do tego, że wyeliminowane z rynku zostaną pewne produkty, które mogą być potrzebne konsumentom. Przykładem może być osoba po 70. roku życia, która chce kupić określony produkt ubezpieczeniowy. Oczywiście, jeżeli to jest produkt inwestycyjny z perspektywą kilkunastu lat, to będzie misselling i nie powinien on być sprzedany takiej osobie. Natomiast nie powinniśmy tej osobie zabronić zakupu produktu ze składką jednorazową, którą on traktuje jako np. aktywo, które odziedziczą jego spadkobiercy.
Polska Izba Ubezpieczeń zwraca uwagę na to, że branża sama stara się ograniczyć ewidentnie niekorzystne dla konsumentów oferty. W tym celu wprowadziła np. Kartę Produktu, dzięki której klient może zapoznać się ze wszystkimi uwarunkowaniami kupowanej polisy, porównać je z podobnymi polisami konkurencji i świadomie podjąć decyzję.
– Oba sposoby regulacji, czyli twarda regulacja ustawowa oraz samoregulacja branży, są komplementarne – podkreśla Jan Grzegorz Prądzyński. – Myślę, że w dzisiejszych czasach potrzebne są ramy tworzone poprzez regulacje ustawowe i wypełnienie tych ram poprzez samoregulację branży.
Mimo ciepłej zimy i rosnącej konkurencji na rynku gazu PGNiG zwiększyło zysk w I kwartale roku. Skutki trudnego otoczenia rynkowego udało się zmniejszyć przez program zwiększania efektywności i cięcie kosztów, m.in. związanych z zakupem gazu. Te mają szanse być jeszcze niższe dzięki renegocjacji kontraktu z Gazpromem.
– Spółka prowadzi dość aktywny program ograniczania kosztów i lepszego zarządzania kosztami, a przez to zwiększania swojej efektywności – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Robert Zajdler, ekspert ds. energetyki z Instytutu Sobieskiego. – Ten program już zaczyna przynosić pewne efekty. Powinien być kontynuowany, bo zarówno sytuacja krajowa, czyli rosnąca konkurencja, jak i coraz większe otwarcie rynku na możliwości dostawy gazu z innych kierunków wpływają na to, że ta rentowność będzie potrzebna.
Pierwszy kwartał br. PGNiG zakończył z 1,2 mld zł zysku, czyli o 5 proc. więcej niż przed rokiem. Przychody ze sprzedaży sięgnęły 12,5 mld zł i były o niemal 3 mld zł wyższe niż w pierwszy trzech miesiącach 2014 roku. Spółka podkreśla, że wyniki udało się poprawić mimo drugiej z kolei ciepłej zimy.
Obniżenie jednostkowego kosztu pozyskania gazu spowodowało 4-proc. wzrost marży na sprzedaży gazu wysokometanowego, a przychody całego segmentu Obrót i Magazynowanie wzrosły o 41 proc.
– Wyniki PGNiG oceniam generalnie jako dobre, dlatego że rynek w tym okresie był dość trudny – zaznacza Robert Zajdler. – Ze 100 zł przychodu w I kwartale zeszłego roku spółka zyskiwała 12 zł, natomiast w tym kwartale z tych 100 zł zyskiwała 10 zł, czyli faktyczna zyskowność była mniejsza. To wynika z tych trudności na rynku i rosnącej konkurencji.
Lepsze wyniki pokazują, że prowadzony przez spółkę program zwiększania efektywności działania i ograniczania kosztów przynosi efekty.
– PGNiG udało się w zeszłym roku złagodzić zasady kupna gazu w ramach kontraktu katarskiego, w tej chwili mamy negocjacje związane z kontraktem z Gazpromem – podkreśla ekspert IS. – PGNiG wykorzystał możliwości arbitrażu cenowego między gazem rosyjskim a gazem z kierunku zachodniego i przez to udało mu się ten gaz taniej pozyskać. To główne czynniki, które zdecydowały o tym, jak I kwartał zamknął się dla spółki.
Na sytuację spółki ma też wpływ światowy rynek surowców. Dzięki zwiększeniu wydobycia PGNiG sprzedał o jedną piątą więcej ropy naftowej, jednak blisko 40-proc. spadek cen surowca (wyrażony w złotych) spowodował, że zysk całego segmentu Poszukiwanie i Wydobycie był o 22 proc. niższy niż przed rokiem.
– Segment Wytwarzania energii elektrycznej i ciepła stanowił ok. 13 proc. całości zysku. Tutaj też spółka pochwaliła się dodatnim wynikiem, co po części wynika z tego, że zostało przywrócone wsparcie dla kogeneracji, co zwiększyło atrakcyjność inwestowania m.in. w kogenerację gazową – mówi Zajdler.
Na obecny rok Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo ma ambitne plany. Spółka zakłada w strategii m.in. wzrost przychodów do niemal 41 mld zł. To o 6,5 mld więcej niż w roku 2014. W ocenie Roberta Zajdlera jest to możliwe, o ile spółce uda się ograniczyć koszty, zarówno wewnętrzne, jak i związane z zakupem gazu od Rosjan.
– Zobaczymy jeszcze, jak będzie się kształtował kurs dolara, bo on też będzie miał znaczenie. Pozostaje też kwestia kolejnej zimy – czy w okresie od października do grudnia będzie zwiększone zapotrzebowanie na gaz ziemny, czy nie, bo to też będzie miało znaczenie dla finalnego wyniku w 2015 roku – dodaje ekspert.
Pobudzanie wzrostu gospodarczego na siłę może bardziej zaszkodzić niż pomóc europejskiej gospodarce – ocenia Tomáš Sedláček, czeski ekonomista i pisarz. Kraje UE powinny teraz przede wszystkim zmniejszyć zadłużenie, bo w innym przypadku nie poradzą sobie z kolejnym spowolnieniem.
– Z ekonomicznego punktu widzenia największym zagrożeniem dla Zachodu jesteśmy my sami. Kiedy zaczął się kryzys, nie było żadnego zagrożenia zewnętrznego. Obawiam się, że problemem jest to, co zrobiliśmy z naszą cywilizacją w ostatnich dwóch pokoleniach: sprzedawaliśmy stabilność, by kupić wzrost. I udało się nam. Stworzyliśmy szybko rozwijające się, ale bardzo niestabilne społeczeństwo – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Tomáš Sedláček, ekonomista i pisarz z Uniwersytetu Karola w Pradze.
Sedláček zwraca uwagę na to, że stymulowanie przez państwo gospodarki związane z rosnącym zadłużeniem powinno być narzędziem do walki z kryzysem. W okresie dekoniunktury państwo może w ten sposób pobudzić gospodarkę. Jest to jednak możliwe jedynie wtedy, gdy wciąż możliwe jest zwiększenie zadłużenia.
Teraz państwa w Europie są jednak tak zadłużone, że dalsze zwiększanie deficytu nie jest możliwe. Dług publiczny całej UE w 2013 r. wyniósł 87,4 proc. PKB – o 25 pkt proc. więcej niż w 2008 r. Wśród najbardziej zadłużonych państw są nie tylko wciąż borykające się z problemami Grecja (175,1 proc. PKB) czy Włochy (132,6 proc.), lecz także najważniejsze kraje wspólnoty: Francja (93,5 proc.), Wielka Brytania (90,6 proc.) czy Niemcy (78,4 proc.).
– Jako Zachód jesteśmy w sytuacji, w której wykorzystaliśmy już do końca politykę fiskalną i nie możemy bardziej pogrążać się w długach. Wykorzystaliśmy już do końca politykę monetarną, a gospodarka wciąż nie rośnie, więc może powinniśmy na chwilę odpuścić. Nie da się wyprodukować cudu, nie da się wyprodukować wzrostu, więc powinniśmy po prostu się zrelaksować – apeluje Sedláček.
Czeski ekonomista przypomina, że właśnie takie usilne stymulowanie wzrostu finansowane z długu doprowadziło do kryzysu w latach 2008-2009. Wtedy w Stanach Zjednoczonych bezrobocie było niskie, a wszystkie wskaźniki makroekonomiczne bardzo pozytywne. W wyniku załamania systemu finansowego i niestabilności gospodarki kryzys rozpoczął się jednak bardzo szybko i był bardzo głęboki.
Jak podkreśla, kryzys nie zaczął się na południu Europy, lecz uderzył przede wszystkim w kraje bogate, nie będące w strefie euro: poza Stanami była to Islandia i Wielka Brytania. Dopiero potem skutki zapaści odczuły inne kraje – podkreśla Sedláček.
Według niego wzrostu opartego na zadłużaniu w ogóle nie powinno się liczyć, bo nie wpływa on na stabilny przyrost dobrobytu.
– Jeśli wezmę kredyt w wysokości 10 tysięcy euro, to tylko głupiec powie, że jestem o 10 tysięcy euro bogatszy. Jednakże kiedy rząd zrobi dokładnie to samo, kosztuje to 3 proc. PKB zainwestowanego jako kredyt, zainwestowanego w gospodarkę. Powiedzmy, że w kolejnym roku gospodarka rośnie o 3 proc. i wszyscy bijemy brawo, że jesteśmy o 3 proc. bogatsi. Sztucznie przyspieszyliśmy gospodarkę, ale skończyliśmy z większym długiem – mówi Sedláček.
Podkreśla, że takie stymulowanie gospodarki powinno być działaniem zarezerwowanym na wyjątkowy czas. Cykliczność gospodarki każe spodziewać się kryzysu nawet wtedy, gdy koniunktura jest bardzo dobra. Dlatego odczuwana teraz poprawa sytuacji powinna być dla rządów motywacją do szybkiego zmniejszenia zadłużenia.
Sedláček przekonuje, że nawet jeśli mniejsze wydatki publiczne i spłata zadłużenia spowolnią wzrost gospodarczy, to pozwoli to zwiększyć stabilność gospodarek UE. W ten sposób będą lepiej przygotowane do kolejnego kryzysu.
PESA dzięki eksportowi chce zniwelować skutki braku planowanych zamówień w Polsce. Bydgoski producent pomimo opóźnienia w uzyskaniu homologacji spalinowych Linków nadal będzie stawiał na rynek niemiecki. Nie zaniedbuje też Wschodu mimo obecnych problemów politycznych. Docelowo PESA chce, by tramwaje i pociągi miały równy udział w eksporcie.
– Dzięki eksportowi suchą nogą chcemy przejść przyszły rok, który będzie kryzysowy, ponieważ nie są planowane żadne zakupy w Polsce – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Robert Świechowicz, wiceprezes i dyrektor ds. finansowych Pesy. – Poza tym trzeba szukać przede wszystkim fundamentów pod kryzys, który nastąpi w 2023 roku, kiedy skończy się unijna perspektywa i nastąpi załamanie na rynku długofalowych zamówień publicznych.
PESA rozpoczęła eksport do krajów UE w 2006 r., zawierając pierwszy kontrakt we Włoszech. Ten kraj cały czas jest bardzo atrakcyjnym rynkiem, bo dzięki liberalizacji rynku kolejowego rośnie tam zapotrzebowanie na nowy tabor. Po dostawach m.in. dla kolei regionalnych w regionach Apulii, Emilia-Romagna i Mediolanu do jesieni PESA dostarczy 40 pociągów ATR220 Atribo dla narodowego przewoźnika Trenitalia.
Ważnym rynkiem dla spółki są też Niemcy. Na początku tego roku PESA straciła wart 140 mln zł kontrakt z Netinerą na 12 spalinowych zespołów trakcyjnych link. Przewoźnik rozwiązał umowę z uwagi na przeciągającą się homologację tych pociągów w Niemczech. Świechowicz zapewnia jednak, że to tylko przejściowe problemy.
– Uzyskanie homologacji się przesunęło. Okazało się, że wszyscy mieli opóźnienie od półtora roku do dwóch, więc jesteśmy w tej samej lidze, co najwięksi tego świata – tłumaczy Świechowicz. – Zakładamy, że dopuszczenie do ruchu będziemy mieli już w tym roku, co jest związane z realizacją innych kontraktów, nie tylko dla Deutsche Bahn. Realizujemy kontrakty dla innych przewoźników i pojazdy w ruchu pasażerskim pojadą w Niemczech już pod koniec roku.
Największym kontraktem w historii Pesy jest ramowe zamówienie od Deutsche Bahn warte ponad miliard euro. Na razie niemiecki przewoźnik potwierdził zamówienie ponad 70 pojazdów, z których pierwsze mają trafić do ruchu w 2017 r. Cały kontrakt ramowy obejmuje nawet 470 linków. Poza tym pociągi te zamówiła także spółka Niederbarnimer Eisenbahn, obsługująca połączenia w rejonie Berlina. Linki jeżdżą już także w Czechach.
Świechowicz dodaje, że wyprodukowane już dla Netinery Linki bez trudu znajdą innych nabywców. Cztery pierwsze pociągi z tej puli trafiły już do Kolei Wielkopolskich, kolejne mogą trafić albo do polskich przewoźników, albo na rynek czeski. Przewoźnicy korzystający ze środków UE jeszcze tylko do końca tego roku mogą wydawać fundusze z perspektywy 2007-2013, więc jest wiele przetargów o bardzo krótkim czasie dostawy.
– Perspektywa środków unijnych powoduje w branży publicznej taką rzeczywistość, jakby świat miał się skończyć w grudniu tego roku. Mamy bardzo dużo zapytań o dostawę tych pojazdów spalinowych w kraju, ale również za granicą – mówi Świechowicz.
Dodaje, że PESA pomimo obecnej trudnej sytuacji politycznej nie zaniedbuje rynku wschodniego. Największym kontraktem w tym kierunku jest dostawa 120 tramwajów Twist Fokstrot dla Moskwy. Do tej pory spółka dostarczyła połowę z nich, a reszta jest gotowa do transportu. PESA czeka jednak na zapowiedziane gwarancje rządowe z Kremla, bo z powodu spadku wartości rubla zapłata za tramwaje przekroczyła możliwości finansowe budżetu Moskwy.
Tramwaje mają mieć docelowo równy udział w eksporcie jak pociągi. Jak podkreśla Świechowicz, w fabryce Pesy powstanie w tym roku 220 tramwajów, co daje bydgoskiej spółce pozycję jednego z liderów tego segmentu. Duża część z nich może trafiać na rynki zagraniczne.
– Uważam, że jest ogromny potencjał, jeżeli chodzi o te rozwiązania, bo mamy bardzo szeroki zakres wielu rozwiązań funkcjonalnych, wielu typów tramwajów, które są porównywalne, a nawet lepsze od konkurencyjnych rozwiązań, czy to oferowanych przez wielkie zachodnie koncerny, czy też środkowoeuropejskie – tłumaczy Świechowicz w rozmowie przeprowadzonej podczas EKG w Katowicach. – Jesteśmy firmą kolejowo-tramwajową, będziemy rozwijać tramwaje w Polsce i będziemy je eksportować w jeszcze większym zakresie.
Mniej niż 600 mln dolarów wynosi wymiana handlowa Polski z Arabią Saudyjską. Wprawdzie w ubiegłym roku eksport na ten rynek wzrósł o ponad jedną trzecią, ale i tak nie wykorzystujemy w pełni potencjału, jaki on posiada. Arabia Saudyjska przeżywa teraz boom inwestycyjny, a ze względu na silną pozycję w regionie otwiera dostęp nawet do 300 mln konsumentów. Dlatego tym rynkiem szczególnie powinny zainteresować się branże spożywcza oraz budowlana i meblarska.
– Jesteśmy marginalnym partnerem, bo roczne obroty między Polską i Arabią Saudyjską zamykają się śmieszną kwotą 600 mln dolarów – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Antoni Mielniczuk, prezes Polsko-Saudyjskiej Izby Gospodarczej. – Natomiast od kilku lat robimy bardzo dużo, żeby spopularyzować ten rynek wśród polskich firm.
W ubiegłym roku w obrotach z Arabią Saudyjską Polska odnotowała ponad 36-proc. wzrost sprzedaży, do ok. 520 mln euro. Wysoka dynamika cieszy, ale i tak nie wyczerpuje to potencjału tego rynku. Jak przekonuje Mielniczuk, możliwości są ogromne. Arabia Saudyjska to liczący prawie 30 mln konsumentów rynek, jednak ze względu na silną pozycję wśród krajów arabskich otwiera dostęp do 300 mln osób.
– Kraj ten importuje 98 proc. żywności – informuje Mielniczuk. – Dlaczego nie kupuje jej w Polsce? Na pewno szansę na tym rynku mają firmy żywnościowe, pod warunkiem że się tym zainteresują i będą potrafiły skonstruować organizm, który wypromuje polskie specjały.
Arabia Saudyjska jest najbardziej rozwiniętym gospodarczo krajem arabskim, który odpowiada za blisko jedną czwartą PKB całego świata arabskiego, i przeżywa gigantyczny boom inwestycyjny. PKB Arabii Saudyjskiej wynosi ok. 750 mld dol.
– Budowane są miasta, centra finansowe, handlowe, fabryki, dlaczego nas w tym wszystkim nie ma? – pyta Mielniczuk. – Ze względu na inwestycje na pewno mile widziane będą firmy dostarczające materiały budowlane i wykończeniowe.
Obecnie w Rijadzie, stolicy Arabii Saudyjskiej, budowane jest metro. Według saudyjskich władz będzie to największe przedsięwzięcie tego rodzaju na świecie. Jednocześnie powstaje sześć linii i około setki stacji. Koszt inwestycji został oszacowany na 22,5 mld dol. Podziemna kolejka ma być gotowa pod koniec 2019 roku.
– Na pewno więc potrzeba wiertnic, a także glazury, terakoty, rurek takich, rurek innych, schodów – wymienia Mielniczuk. – Jeżeli buduje się setki tysięcy mieszkań, to znaczy, że będzie popyt na meble. Tymczasem w Arabii Saudyjskiej nie ma żadnej firmy meblarskiej z Polski, która jest ponoć potęgą w tej branży na świecie.
Realizacją projektu metra w Rijadzie zajmują się trzy grupy przedsiębiorstw, na których czele staną potentaci ze Stanów Zjednoczonych, Hiszpanii oraz Włoch. Największe zlecenie, wartości 9,45 mld dol., otrzymało amerykańskie konsorcjum wokół Bechtel Corp. Partnerami są w nim też amerykański AECOM i niemiecki Siemens. Jak podkreśla Mielniczuk, firmy z takich krajów, jak USA, Niemcy, Francja czy Chiny już dawno dostrzegły potencjał tego rynku i systematycznie zwiększają zaangażowanie w działalność na nim.
– Wszystkie miejsca są zajęte, Amerykanie czy Niemcy już je zajęli – zauważa Mielniczuk. – Polska jest krajem, który w tej chwili przeżywa boom eksportowy i potrafimy zmusić Amerykanów, Francuzów czy Niemców żeby się trochę przesunęli. To da się zrobić.
Jak podkreśla, zainteresowanie tym kierunkiem rośnie – podobnie jak innymi krajami czy to w Azji, czy w Afryce. Wpłynęły na to problemy gospodarcze, z jakimi Unia Europejska – nasz główny partner handlowy – w ostatnich latach się zmagała.
Pewną przeszkodą w rozwoju wzajemnych relacji może być obawa o różnice kulturowe. Jak podkreśla prezes PSIG, są to obawy niesłuszne, choć rzeczywiście sposób robienia interesów jest nieco inny. Na pewno trzeba uzbroić się w cierpliwość.
– Jest to rynek niesłychanie konkurencyjny, gdzie potencjalnego partnera musimy do siebie przekonać – zauważa Mielniczuk. – Tamtejsza kultura wymaga, żeby człowiek przyjechał raz, potem drugi, trzeci, żeby saudyjski partner zaprosił do domu, poznał z rodziną. Wtedy dopiero można usiąść w wygodnych kanapach i zacząć rozmawiać o pieniądzach, wymianie i robieniu wspólnych biznesów.