Firmy telekomunikacyjne szukają szans na rozwój w innych segmentach, m.in. na rynku energetycznym

CEO Magazyn Polska

Grupa Tele-Polska Holding (TPH) rozwija swoją ofertę sprzedaży energii elektrycznej i będzie ją wiązać z telefonią stacjonarną. Plany spółki zakładają, że w ciągu kolejnych dwóch lat energia będzie odpowiadać za co najmniej 100 mln zł przychodów spółki. Tym bardziej że dynamika sprzedaży na tym rynku jest znacznie większa niż na rynku telekomunikacyjnym. Spółka rozważa również sprzedaż gazu.

Grupa kapitałowa TPH rozwija swoją ofertę sprzedaży energii elektrycznej docelowo wiązanej z telefonią stacjonarną. To typowy cross-selling skierowany do dotychczasowych klientów Tele-Polski. Grupa poprzez spółkę Polska Energetyka Pro oferuje energię tylko gospodarstwom domowym i nie stara się wchodzić na rynek biznesowy w tym sektorze.

Grupa TPH rozpoczęła sprzedaż energii w ubiegłym roku i pozyskała już ok. 10 tys. klientów. To 10 proc. abonentów telefonii stacjonarnej spółki (ok. 100 tys.), więc możliwości wzrostu są bardzo duże.

Energia będzie stanowiła z naszej perspektywy finansowej ważny składnik naszych przychodów w najbliższych latach. Zakładam, że w ciągu najbliższych dwóch lat powinniśmy mieć z tego tytuły przychody na poziomie 100 mln złotych – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Montoya, wiceprezes zarządu Tele-Polska Holding SA. – W perspektywie roku, dwóch lat bardzo poważnie jesteśmy zainteresowani tematem gazu. Jest to sprawa przyszłości, natomiast warto pokazać, że to jest jeden z kierunków, które telekomy jak nasz mogą obrać.

Montoya dodaje, że rynek energii elektrycznej dopiero się liberalizuje, więc możliwe są bardzo duże wzrosty. Ten sektor ma zapewnić TPH stabilne źródło przychodów, uzupełniające przychody grupy z mocno nasyconego i bardzo konkurencyjnego rynku telekomunikacyjnym.

Sprzedaż w tym segmencie bardzo dynamicznie rośnie, znacznie szybciej niż na rynku telekomunikacyjnym. To daje perspektywę bycia sprzedawcą mediów ogólnie – mówi Marek Montoya.

W czerwcu Tele-Polska Holding przeprowadziła publiczną ofertę akcji, zaś w lipcu powinna już trafić na główny parkiet GPW. Spółka dotychczas była notowana na NewConnect.

Pozyskaliśmy 4,7 mln, jest to mniejsza kwota niż planowaliśmy. Pierwotnie zakładaliśmy pozyskanie około 20 mln złotych, natomiast sytuacja rynkowa była niesprzyjająca, no i nie udało się osiągnąć tego celu. Nie przekreśla to jednak naszych planów inwestycyjnych. Zakładamy, że część środków posłuży do realizacji pierwszego celu emisyjnego, jakim jest powiększanie bazy abonenckiej w segmencie klientów detalicznych – zapowiada wiceprezes zarządu Tele-Polska Holding SA.

Montoya liczy, że dzięki notowaniu na rynku głównym warszawskiej giełdy spółka Tele-Polska Holding będzie mogła łatwiej pozyskiwać kapitał w przyszłości. Pomimo tego, że udało się pozyskać jedynie jedną czwartą planowanych środków, spółka nie zmienia planów inwestycyjnych. Montoya przyznaje jednak, że niezbędne będą inne źródła finansowania. Może to być dług, czyli kredyt albo emisja obligacji lub kolejne emisje akcji. To może opóźnić niektóre projekty.

Zgodnie z założeniami, środki z emisji będą przeznaczone na trzy główne cele. Zwiększenie bazy klientów detalicznych będzie kosztować ok. 4 mln zł.

Kolejnym celem jest rozbudowa infrastruktury telekomunikacyjnej, zwłaszcza sieciowej. Mam na myśli przede wszystkim klientów biznesowych oraz wzmocnienie naszego back office’u związanego z obsługą dynamicznie rozwijającego się segmentu detalicznego, przede wszystkim klientów indywidualnych. Na te cele zamierzamy przeznaczyć około 9 mln złotych – ujawnia Montoya.

Te inwestycje mają poprawić jakość usługi kierowanej do klientów zarówno biznesowych, jak i indywidualnych. Trzeci cel emisyjny to stworzenie własnego, niedużego centrum danych. Na tę inwestycję grupa chce wydać 6 mln zł.

Cele były wyznaczone. Pierwszy cel zostanie zrealizowany, ponieważ pozyskaliśmy środki odpowiadające naszym oczekiwaniom. Drugi cel będziemy realizowali z wykorzystaniem prawdopodobnie finansowania dłużnego. Trzeci cel, czyli data center prawdopodobnie będziemy musieli odłożyć na później – przyznaje Montoya.

Phablety zyskują na znaczeniu, także w Polsce. Ich popularność odbije się na sprzedaży tabletów

W szybkim tempie rośnie na świecie sprzedaż phabletów, czyli urządzeń łączących funkcje telefonu i tabletu. Ich udział w rynku smartfonów oscyluje już w granicach 10 proc. Duży wpływ na ich popularność ma rozmiar urządzeń, funkcjonalność oraz poszerzająca się oferta produktów w niższych cenach. Rosnąca sprzedaż phabletów powoduje, że obniża się przewidywany poziom sprzedaży tabletów.

Mianem phabletów określa się grupę urządzeń mobilnych wyposażonych w ekran dotykowy o przekątnej między 5,5 a 7 cali. Nazwa pochodzi od połączenia dwóch angielskich słów: „phone” oraz „tablet”. Ze względu na rozmiar i oferowane funkcjonalności sprzedaż tego typu urządzeń dynamicznie rośnie.

O ile w I kwartale 2013 r. phablety stanowiły niewiele ponad 4 proc. całkowitej światowej sprzedaży smartfonów, to w I kwartale bieżącego roku było to już 10,5 proc. W ciągu trzech pierwszych miesięcy tego roku sprzedano ponad 30 mln sztuk tego typu urządzeń – informuje Marek Kujda z firmy analitycznej IDC Polska.

W tym samym czasie sprzedano 50,4 mln tabletów.

Phablety są traktowane jako podkategoria segmentu smartfonów. Jednak zdaniem eksperta sprzedaż tych urządzeń „kanibalizuje” rynek tabletów. Ze względu na wielkość ekranu na phabletach można wykonywać takie operacje, które do tej pory były zarezerwowane dla tabletów. Gdyby phablety zaliczyć w statystykach do rynku tabletów, to ich udział wyniósłby ponad 37 proc. To znajduje odbicie w sprzedaży większych urządzeń, a to z kolei wpływa na prognozy dotyczące tego rynku.

Według IDC w 2014 r. sprzedaż tabletów będzie mniejsza o 15 mln sztuk. Wcześniejsze prognozy mówiące o sprzedaży 260 mln sztuk zostały zrewidowane do 245 mln – w głównej mierze właśnie z powodu rosnącej sprzedaży phabletów – precyzuje Marek Kujda.

Ekspert przyznaje, że w naszym kraju sprzedaż phabletów nie wygląda jeszcze tak imponująco.

Polska jest trochę z tyłu, zwłaszcza za Europą Zachodnią czy za Stanami Zjednoczonymi, jeśli chodzi o ten trend. Jednak rosnącą sprzedaż widać również u nas. W I kwartale bieżącego roku phablety stanowiły już ponad 6 proc. całej sprzedaży smartfonów na polskim rynku – precyzuje analityk IDC.

Jego zdaniem duży wpływ na popularność phabletów będą miały spadające ceny nowych urządzeń, szczególnie w Polsce. Do niedawna phablety kosztowały w granicach 2-3 tys. zł, ponieważ w tej kategorii znajdowały się głównie modele z najwyższej półki, m.in. produkty z serii Galaxy Note firmy Samsung. To może się zmienić wraz z wejściem na ten rynek urządzeń innych producentów.

Pojawia się coraz szersza oferta tańszych phabletów, w cenie ok. 1,2 tys. zł. W dłuższej perspektywie średnie ceny będą dalej spadały, dlatego że pojawia się coraz więcej tanich modeli, które mają specyfikację modeli z niższej półki, natomiast charakteryzuje je duży ekran – przekonuje Marek Kujda.

Mariusz Jabłoński dyrektorem rozwoju biznesu platformy RTB Adfocus

Mariusz Jabłoński objął w Netsprint stanowisko dyrektora rozwoju biznesu odpowiedzialnego za rozwój platformy RTB Adfocus. Do jego obowiązków należy m.in. rozwój i koordynacja działań związanych z promowaniem produktów i usług Netsprint dla e-commerce: Adfocus oraz – wprowadzanej wkrótce na rynek – Adkontekst eCommerce.

Zakres obowiązków nowego dyrektora to przede wszystkim rozwój produktu, tworzenie strategii sprzedaży i marketingu usług Adfocus oraz Adkontekst eCommerce, ustalenie i realizacja budżetu, a także zarządzanie zespołem sprzedażowym.

Mariusz Jabłoński od ponad 13 lat jest związany z handlem, organizacją i rozwojem działów sprzedaży w spółkach z branży e-commerce i nowych technologii. Doświadczenie zdobywał m.in. jako dyrektor sprzedaży w Netsprint, gdzie z sukcesem wprowadził i wypromował na rynku polskim i rynkach zagranicznych rozwiązanie do monitoringu mediów internetowych Newspoint, w Alfa Projekt Sp. z o.o., gdzie odpowiadał za sprzedaż rozwiązań bussines inteligence wspierających zarządzanie przedsiębiorstwem oraz jako Sales Director w RTB House SA. Jest absolwentem kierunku Handel Międzynarodowy w Wyższej Szkole Handlu i Prawa im. Ryszarda Łazarskiego.

INTROL S.A. wypłaci ponad 10 mln zł dywidendy

INTROL S.A., podmiot dominujący grupy kapitałowej dostarczającej zaawansowane rozwiązania dla przemysłu, przeznaczy na dywidendę dla akcjonariuszy 10.122.744 zł z zysku netto wypracowanego w 2013 r., czyli 38 groszy na akcję. Pozostała część zysku zasili kapitał rezerwowy z przeznaczeniem na wypłatę dywidend w przyszłych okresach. Odpowiednią uchwałę podjęło Zwyczajne Walne Zgromadzenie Spółki.

Zgodnie z rekomendacją Zarządu INTROL S.A., Walne Zgromadzenie Spółki podjęło uchwałę o podziale jednostkowego zysku netto za 2013 rok w następujący sposób: 10.122.744 zł, czyli 68% zysku zostanie przeznaczone na wypłatę dywidendy, a pozostała część w wysokości 4.782.149,20 zł zasili kapitał rezerwowy z przeznaczeniem na wypłatę dywidendy w przyszłych okresach. Dzień ustalenia prawa do dywidendy to 1 lipca, a dzień wypłaty dywidendy to 16 lipca 2014 r.

– Konsekwentnie realizujemy naszą politykę dywidendy, która zakłada, że akcjonariusze poza korzyściami wynikającymi ze wzrostu wartości giełdowej INTROL S.A. powinni mieć pewność, że niezależnie od giełdowej koniunktury inwestycja w nasze akcje jest korzystna i bezpieczna w porównaniu z innymi metodami inwestycyjnymi. Dlatego Zarząd Spółki rekomenduje Walnemu Zgromadzeniu uchwalanie wypłaty dywidendy po każdym zakończonym roku obrotowym. – mówi Wiesław Kapral, Przewodniczący Rady Nadzorczej.

INTROL S.A. wypłaca dywidendę swoim akcjonariuszom nieprzerwanie od 2009 roku, przeznaczając łącznie w latach 2009-2014 na ten cel 53,8 mln zł, co daje ponad 2 złote na akcję.

Na 2014 r. Grupa INTROL S.A. ma ambitne plany i zamierza dalej zwiększać rentowność. – Nasza prognoza na poziomie skonsolidowanym zakłada przychody ze sprzedaży produktów, towarów i materiałów w wysokości 450 mln zł, zysk brutto ze sprzedaży w wysokości 70 mln zł, a zysk netto 20 mln zł. Oznacza to wzrosty w porównaniu do wyników osiągniętych w 2013 r. o odpowiednio 23%, 13% i 24%. – mówi Wiesław Kapral.Możliwe to będzie do osiągnięcia dzięki konsekwentnie realizowanej strategii rozwoju, która zakłada koncentrację na najbardziej zaawansowanych technologiach i rozwiązaniach w przemyśle, wypracowywanie i utrzymywanie przewagi konkurencyjnej, stawiając na nowe, perspektywiczne branże i sektory. – Oczywiście zgodnie z naszą polityką, z jednostkowego zysku netto za 2014 r. także zamierzamy wypłacić dywidendę naszym akcjonariuszom – dodaje Wiesław Kapral.

Zwyczajne Walne Zgromadzenie, które odbyło się 23 czerwca br., zatwierdziło także sprawozdania Zarządu INTROL S.A. z działalności Grupy Kapitałowej i Spółki za 2013 r., sprawozdanie finansowe Spółki oraz skonsolidowane sprawozdanie finansowe Grupy Kapitałowej INTROL S.A. za 2013 r. Udzielono absolutorium Członkom Rady Nadzorczej oraz Zarządu INTROL S.A. z wykonania ich obowiązków za 2013 r.

Inter Cars SA – „Naszą siłą są warsztaty”

Inter Cars SA w ciągu niespełna ćwierćwiecza swego istnienia osiągnął fenomenalny sukces. Wykorzystując skok cywilizacyjny, wraz ze swymi partnerami biznesowymi zdobył rynek. Ale sukcesu rynkowego nie buduje się w próżni. Dlatego na dorocznej Gali Mistrzów Warsztatów Robert Kierzek, prezes zarządu motoryzacyjnego lidera, podkreślił rolę niezależnych warsztatów w kształtowaniu branży dystrybucji części samochodowych. Bo to one właśnie w 2013 roku wygenerowały 65 proc. Krajowego przychodu Spółki ze sprzedaży części.

Naszą siłą są warsztaty
Warsztaty są naszą siłą – podkreślał podczas otwierającej Galę konferencji Robert Kierzek. – Wraz z nimi i dzięki nim zmieniamy przyszłość motoryzacji. Robimy to wspólnie już od dwudziestu lat, wyrastając z tych samych korzeni i doskonale rozumiejąc realia biznesowe oraz organizacyjne, jakie dotyczą naszych partnerów i kontrahentów – dodaje.

Projektujemy przyszłość
Wydaje się, że nic nie jest w stanie wyhamować spółki na drodze do zdobywania kolejnych rynków zbytu. Powstają nowe filie i punkty sprzedaży. Wyrasta nowoczesne, jedno z dwóch najpotężniejszych na świecie, innowacyjnych centrów logistycznych. Firma inwestuje w edukację, w przyszłe kadry, które zasilą warsztaty samochodowe i pokryją zapotrzebowanie rynkowe. Jak dotąd IC przeznaczył 1,3 mln zł na wyposażanie pracowni i szkolenia dla uczniów szkół mechanicznych. Docelowo będzie to ponad 3 mln zł!

Pomagamy ponad 4 tys. warsztatów
– Szkolimy kadry, jesteśmy gotowi na jakościowe i biznesowe wyzwania. Rozumiemy jednak, że innowacyjność potrzebuje nie tylko wiedzy. Że ukierunkowanie na sukces można łączyć z szacunkiem i sympatią okazywaną naszym współpracownikom. I na tym budujemy dość niespotykaną, efektywną relację z właścicielami warsztatów – mówi prezes Inter Cars. M.in. dlatego z programów wsparcia inwestycyjnego spółki, dedykowanych warsztatom niezależnym, korzysta dziś aż 4,2 tys. z nich. A firma w samym roku 2013 przeszkoliła aż 13 tys. mechaników.

Wspieramy naszych klientów
Szybki i prosty dostęp do kapitału. Korzystne systemy sprzedaży ratalnych. Inwestycje ukierunkowane na nowych klientów, umowy inwestycyjne PRO dla stałych odbiorców. Leasing z przeznaczeniem na zakup samochodów zastępczych. To część działań realizowanych na rzecz warsztatów, będących podstawą rynkowych osiągnięć Inter Cars. – Dzielimy się zyskiem, wiedzą, doświadczeniem. I myślimy dalej o rozbudowaniu oferty wsparcia kapitałowego poprzez przejęcie w przyszłości także części ryzyka rozliczeń warsztatów z ich klientami – zapowiada Robert Kierzek.

Opłaca się działać razem
Spółka stawia na zbudowanie społeczności skupionej wokół marki Inter Cars, korzystającej z pomocy Grupy w wielu obszarach działalności. Odbywa się to na różnych polach i w wielu dziedzinach, jak choćby w ramach projektu Bio Service, w którym Inter Cars pomaga warsztatom w odbiorze odpadów, wypełnia Karty Odbioru Odpadu i sprawozdania, przekazuje pojemniki do ich gromadzenia, a w formie punktów IC Premia Plus zwraca koszty utylizacji. Kolejną aktywnością jest powołanie Organizacji Pracodawców Motoryzacji MOVEO. Ideą tego przedsięwzięcia jest działanie w dwóch aspektach: bezpieczeństwa drogowego oraz bezpieczeństwa ekonomicznego firm działających na rynku usług warsztatowych. Zamiarem jest zebranie jak największej liczby przedstawicieli z branży motoryzacyjnej, w szczególności warsztatów.

30 tys. telefonów dziennie
Nowoczesne technologie Inter Cars wspomagają dziś partnerów firmy w obsłudze warsztatów, dostępie do nieograniczonej bazy towarowej oraz monitorowaniu kosztów eksploatacji i procesów napraw pojazdów. Wspólne narzędzia informatyczne dla warsztatu i kierowcy dodatkowo usprawniają przepływ informacji, budując wiarygodność wykonawcy w oczach klienta. Najwyższa jakość oferty na rynku oraz docieranie wprost do klienta procentują. Sprzedawcy Inter Cars w Polsce odbierają dziennie aż 30 tys. telefonów od klientów!

Silni, bo w jednej drużynie
– Wierzymy, że innowacyjność to jedyna droga do sukcesu – podkreśla prezes Inter Cars. – Budujemy ją poprzez siłę spójnej identyfikacji. Bo razem, w jednej drużynie, jesteśmy naprawdę dostrzegalni! Mamy 154 filie w całym kraju, 2 miliony użytkowników korzysta z naszych 60 serwisów internetowych, organizujemy największe w kraju targi motoryzacyjne. Wszystko po to, by nie tylko zadbać o własną markę, ale przede wszystkim – by realnie wspomagać właścicieli warsztatów.

Co za dziesięć lat?
Inter Cars wierzy, że w ciągu nadchodzącej dekady standard wyposażenia warsztatów niezależnych oraz jakość obsługi będą analogiczne do jakości usług warsztatów autoryzowanych. Zamierza dojść do tego m.in. poprzez standaryzację jakości i jednorodną strategię wizerunkową, korzystając zarówno z rangi niekwestionowanego lidera sprzedaży usług w Internecie, jak i wspólnych projektów rozwojowych.

Internet rozwija rynek
Ogromną rolę w budowaniu przewagi konkurencyjnej warsztatów stanowić będzie sprzedaż internetowa dająca kierowcom poczucie współuczestnictwa w trosce o prawidłowe naprawy ich pojazdów. Już teraz dzięki specjalnym projektom, w tym systemowi Motointegrator, Inter Cars przekierowuje już do warsztatów 15 tys. klientów miesięcznie! A z roku na rok będzie ich wielokrotnie więcej.

Konsolidacja to wielka szansa
– To co wczoraj było nierealnym marzeniem – dziś jest rzeczywistością. Razem z warsztatami osiągnęliśmy sukces. I wierzymy, że skonsolidowani, skupieni wokół marki Inter Cars, osiągniemy znacznie więcej. Naszym atutem jest rzetelność i wiarygodność. Szybkość działania. Otwartość na wyzwania rynkowe. I to, co najważniejsze: zrozumienie naszych klientów, spośród których sami kiedyś wyrośliśmy na dzisiejszego europejskiego lidera motoryzacji – podsumowuje Robert Kierzek, prezes Inter Cars.

37,5 MW czystej energii dla Podlasia

Generalnym Wykonawcą inwestycji jest konsorcjum białostockiej spółki Electrum oraz firmy Unibep z Bielska Podlaskiego. W budowę farmy zainwestowała spółka należąca do Nordex Windpark Beteiligung GmbH, Momentum Infra 1 GmbH, Eurowatt S.C.A. oraz Winergy Orla Wind Limited. Turbiny wiatrowe dostarczy firma Nordex. To pierwszy tego typu projekt w tej części województwa podlaskiego.

W okolicach wsi Spiczki i Topczykały do końca tego roku stanie 9 elektrowni. Kolejne 6 pojawi się tam w 2015 roku. Łącznie, 15 turbin Farmy Wiatrowej Orla będzie generować energię o mocy 37,5 MW (ok. 100GWh/rok)

Prace projektowe oraz przygotowanie dokumentacji technicznej, niezbędnej do rozpoczęcia inwestycji trwały od 6 lat. Koszt realizacji inwestycji szacowany jest na blisko 270 mln zł. Część tej kwoty pochodzić będzie z kredytu inwestycyjnego w wysokości 94 mln zł., którego udzielił Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju.

Po zakończeniu etapu przygotowawczego, na początku czerwca, wykonawca przystąpił do prac inżynieryjnych i budowlanych. Zakończenie pierwszego etapu budowy planowane jest na jesień tego roku. Pierwsze turbiny zaczną produkować energię elektryczną pod koniec 2014 roku.

Nowa inwestycja w gminie Orla to nie tylko źródło czystej energii, lecz również realne dochody dla samorządu i mieszkańców, z tytułu podatku od nieruchomości oraz dzierżawy gruntów pod wybudowane obiekty. Jak informuje Piotr Selwesiuk, wójt gminy Orla, rocznie, do kasy samorządu trafi ok. 1,4 mln złotych. Wytwarzany przez elektrownię prąd zostanie skierowany do sieci PGE, więc najprawdopodobniej również do gniazdek mieszkańców powiatu.

Nordex to globalna spółka, która od 30 lat zajmuje się produkcją montażem i serwisowaniem turbin wiatrowych. Obecnie w 34 krajach świata działa ponad 6000 turbin firmy Nordex, generujących prąd o łącznej mocy 10,1 GW . Spółka zatrudnia w chwili obecnej ponad 2600 pracowników w 22 krajach.

Nordex jest obecny w Polsce od 6 lat. Łączna moc wszystkich działających w kraju turbin to 220 MW. Spółka jest również deweloperem projektów farm wiatrowych, zarówno własnych, jak też realizowanych w kooperacji z lokalnymi partnerami. Obecnie w przygotowaniu są projekty farm o mocy 500 MW.

Kolejna firma – momentum (pisownia oryginalna) – to założony w 1995 roku oddział private equity niemieckiego domu inwestycyjnego typu „family office” . Firma skupia się na inwestycjach w przedsięwzięcia związane z energią odnawialną w Europie, a także uczestniczy w zarządzaniu projektami z branży motoryzacyjnej i przemysłu ciężkiego.

Eurowatt to drugi pod względem wielkości inwestor z siedzibą w Luksemburgu. Spółka jest niezależnym producentem energii. Jest obecna w kilku krajach Europy, a specjalizuje się głównie w energetyce wiatrowej oraz elektrowniach wodnych.

Winergy Sarl jest niezależnym producentem energii. Koncentruje się na infrastrukturze farm wiatrowych na terytorium Polski. Spółka odpowiada za bieżącą obsługę farm. Dzięki swoim kompetencjom, wnosi szereg wartości dodanych do łańcucha wytwarzania energii.

Działająca od 1997 roku spółka Electrum, jest generalnym wykonawcą robót elektroenergetycznych z obszarów energetyki zawodowej i odnawialnych źródeł energii. Realizuje projekty na terenie całego kraju oraz zagranicą. Dotychczas uczestniczyła w budowie farm wiatrowych o łącznej mocy niemal 400 MW.

Electrum to spółka z polskim kapitałem, zatrudniająca inżynierów oraz specjalistów z zakresu energetyki, budownictwa, IT, prawa, zarządzania. Dzięki wieloletniemu doświadczeniu i wszechstronności wiedzy eksperckiej zespołu, firma zajmuje się kompleksową realizacją przedsięwzięć, również tych najbardziej skomplikowanych i wymagających.

UNIBEP Bielsk Podlaski jest czołową polską spółką budowlaną, działającą w segmencie budownictwa mieszkaniowego. Jako generalny wykonawca prowadzi budowę obiektów użyteczności publicznej- m.in. Opera i Filharmonia Podlaska Europejskie Centrum Sztuki w Białymstoku, Galeria Alfa Białystok, Aquapark w Suwałkach. Od 8 kwietnia 2008 roku UNIBEP S.A. jest notowana na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie.

W ostatnich latach spółka rozwija się coraz prężniej w segmencie budownictwa hotelowego wykonując wiele prestiżowych inwestycji w Rosji i na Białorusi. Spółka jest też największym polskim generalnym wykonawcą w Norwegii, gdzie dostarcza wykończone „pod klucz” projekty w technologii modułowej. Od 2013 roku Unibep jest również obecny na rynku niemieckim, gdzie wykonuje domy opieki seniora dla dużej niemieckiej grupy budowlanej Lindhorst.

Nestlé ogłasza „Sojusz dla Młodych”

Dziś w Lizbonie w obecności Przewodniczącego Komisji Europejskiej, José Manuela Barroso, a także Premiera oraz przedstawicieli rządu Portugalii, Wiceprezes i Dyrektor Zarządzający Nestlé S.A. na Europę, Laurent Freixe, podpisał z kluczowymi europejskimi partnerami firmy „Sojusz dla Młodych(ang. „Alliance for YOUth”). To pierwsza w historii, ogólnoeuropejska inicjatywa przedstawicieli świata biznesu na rzecz walki z bezrobociem wśród ludzi młodych.

Do „Sojuszu dla Młodych”, oprócz inicjatora przedsięwzięcia – Nestlé, przystąpili najwięksi partnerzy biznesowi firmy, m.in. Adecco, Axa, Cargill, CHEP, DS Smith, EY, Facebook, Firmenich, Google, Nielsen, Publicis Groupe, Salesforce.com, Twitter oraz White&Case. We wrześniu dołączą do nich kolejni partnerzy Nestlé z pozostałych europejskich krajów, także z Polski.

„Sojusz dla Młodych jest zobowiązaniem firm, które uznają, że bezrobocie wśród młodzieży to poważny problem społeczny i ekonomiczny na kontynencie i chcą współdziałać na rzecz jego rozwiązania. Uczestnicy sojuszu zadeklarowali, że będą czynnymi ambasadorami praktyk zawodowych w całej Europie, promującymi praktyki i szkolenia dla młodzieży. Zapowiedzieli opracowanie wspólnych inicjatyw, umożliwiających młodym ludziom rozwój, a także gotowość do prowadzenia porad, warsztatów i szkoleń przygotowujących młodych ludzi do wejścia z sukcesem na rynek pracy, obejmujących m.in. doradztwo jak pisać CV oraz jak poradzić sobie podczas rozmowy o pracę.

Jose Manuel Barroso
Jose Manuel Barroso

Jestem pełen uznania dla wsparcia, jakie inicjatywa Nestlé niesie dla „Europejskiego Sojuszu na Rzecz Przygotowania Zawodowego” zainicjowanego przez Komisję Europejską, poprzez istotne zwiększenie wysiłków w promowaniu przyuczania do zawodu oraz oferowaniu praktyk i staży w całej Europie” – powiedział w Lizbonie Przewodniczący Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso. W podpisaniu „Sojuszu dla Młodych” z Nestlé udział wzięli także przedstawiciele najwyższych władz Portugalii: premier Pedro Passos Coelho, wicepremier Paulo Portas oraz Minister Solidarności, Zatrudnienia i Polityki Społecznej Pedro Mota Soares. Portugalscy partnerzy biznesowi Nestlé w ciągu najbliższych 3 lat zobowiązali się stworzyć szanse rozwoju zawodowego aż dla 8 tys. młodych ludzi.

– Podpisany dziś w Lizbonie „Sojusz dla Młodych” to porozumienie Nestlé i kluczowych dostawców firmy na rzecz walki z bezrobociem wśród młodzieży oraz deklaracja współpracy w stwarzaniu nowych miejsc pracy, praktyk, staży, a także innych działań podnoszących kwalifikacje młodzieży na rynku pracy. Jesteśmy bardzo szczęśliwi, że do naszej inicjatywy udało nam się przekonać aż tyle firm. Cieszymy się także z faktu, że trwają rozmowy z kolejnymi podmiotami w kilkunastu europejskich krajach. To stwarza ogromną szansę dla młodych ludzi. Jesteśmy dumni z tego wielkiego osiągnięcia i zachęcamy wszystkich naszych partnerów z każdego kraju do przyłączenia się do „Sojuszu dla Młodych” – powiedział Laurent Freixe, Wiceprezes i Dyrektor Zarządzający Nestlé S.A. na Europę.

Podpisany w Lizbonie „Sojusz dla Młodych” to część Nestlé needs YOUth – Europejskiej Inicjatywy na Rzecz Zatrudniania Ludzi Młodych. Jest to autorski pomysł Nestlé na walkę zbezrobociem wśród młodzieży w całej Europie. Inicjatywę ogłoszono w listopadzie 2013 roku, deklarując, że do 2016 roku firma stworzy możliwości zatrudnienia dla 20 tys. Europejczyków do 30. roku życia. Połowie z nich Nestlé zaoferuje zatrudnienie, a pozostałym płatne staże i praktyki.

Do tej pory w ramach Inicjatywy Nestlé na Rzecz Zatrudniania Ludzi Młodych w całej Europie firma pomogła znaleźć zatrudnienie albo staże dla blisko 5 tys. osób. W Polsce 1 lipca 2014 roku rusza „Letnia Praktyka z Nestlé”, podczas której młodzi Polacy będą mogli zdobywać doświadczenie u największego światowego producenta żywności, a tym samym podnosić kwalifikacje zawodowe i zwiększać swoje szanse na rynku pracy. Dla części praktykantów Nestlé przewiduje możliwość stałego zatrudnienia jeszcze tej jesieni.Nestlé ogłasza „Sojusz dla Młodych” 1

Mieszkaj bez kompromisów

ING Bank Śląski przygotował dla klientów indywidualnych specjalną ofertę kredytów hipotecznych „Mieszkaj bez kompromisów”. W ramach oferty, kredyty hipoteczne dostępne są bez prowizji, z marżą na poziomie 1,65%, niezależnie od kwoty kredytu oraz LTV.

Oferta specjalna „Mieszkaj bez kompromisów” skierowana jest do klientów indywidualnych, którzy do końca września 2014 roku, złożą – samodzielnie lub wspólnie – kompletny wniosek o kredyt hipoteczny, w kwocie minimum 100 000 zł i podpiszą umowę kredytową do końca 2014 roku.

Do skorzystania z oferty specjalnej „Mieszkaj bez kompromisów” wymagane jest jednoczesne spełnienie poniższych warunków:

  • przynajmniej jeden z kredytobiorców na dzień złożenia wniosku o kredyt hipoteczny nie może mieć więcej niż 35 lat (rocznikowo) i uzyskuje aktualnie średniomiesięczny dochód netto na poziomie min. 1 000 PLN;
  • kredytobiorcy, przed podpisaniem umowy o kredyt hipoteczny, posiadają lub założą rachunek oszczędnościowo-rozliczeniowy w ING Banku Śląskim (z deklaracją comiesięcznych wpływów w kwocie minimum 2 000 zł);
  • przynajmniej jeden z kredytobiorców, w dniu podpisywania umowy o kredyt hipoteczny, przystąpi do programu ubezpieczeniowego Opcja ŻYCIE lub Bezpieczny Kredyt STANDARD/PREMIUM (programy ubezpieczeniowe oferowane we współpracy z TU EUROPA S.A., TU EUROPA na Życie S.A oraz ING TU na Życie S.A.).

Oferta specjalna „Mieszkaj bez kompromisów”, dotyczy mieszkaniowych kredytów hipotecznych oraz mieszkaniowych kredytów budowlano-hipotecznych.

 

Poszukiwanie sposobu na walkę z przestępczością gospodarczą

0

Szara strefa, słupy, czy wyłudzanie podatku VAT to zjawiska, które działają na niekorzyść polskiego państwa, a dokładnie jego budżetu. Przez to naruszają interesy wszystkich uczestników obrotu gospodarczego, ostatecznie uderzając w portfel każdego z nas.

Przestępczość gospodarcza jest dość powszechnym zjawiskiem. Jak mówi serwisowi infoWire.pl Jarosław Koziński, Partner Zarządzający Działem Doradztwa Podatkowego EY „[…] Wyłudzenia podatkowe są bardzo lukratywnym przedsięwzięciem, ale nie wiążą się z takim potępieniem społecznym jak handel narkotykami czy wymuszenia. To bardzo niebezpieczne, ponieważ za to społeczne przyzwolenie możemy kiedyś bardzo drogo zapłacić”.

Popularnym procederem przy dokonywaniu oszustw gospodarczych jest podstawianie „słupów”, czyli osób, które często za niewielkie pieniądze są w stanie podpisać każdy dokument. Na taką osobę rejestruje się między innymi działalność gospodarczą. „Są to osoby przeważnie z marginesu społecznego, nieszczęśliwi ludzie wykorzystywani do tego, by dzięki ich dokumentom dokonać wyłudzenia. Tego typu działania służą do przeprowadzenia kilku transakcji i wyłudzenia VAT-u. Po czym taka działalność gospodarcza jest zamykana” – wyjaśnia Jarosław Koziński.

Szara strefa, czyli ukrywanie dochodów, to kolejny problem uderzający w gospodarkę państwa, jest szczególnie widoczny w branży budowlanej. Jak uważa Andrzej Torój, Kierownik Zespołu Analiz Ekonomicznych EY „[…] całkowity popyt na materiały budowlane rządzi się normalnymi prawami. Jeżeli mamy większe ożywienie w budownictwie, tak jak podczas Mistrzostw Europy w 2012 roku, zapotrzebowanie rośnie. Natomiast oficjalny popyt był mniejszy, ponieważ większy >>kawałek tortu<< zabrała szara strefa”.

Jak walczyć z oszustami podatkowymi? Zdaniem Jarosława Kozińskiego pozwoliłby na to mechanizm odwrotnego obciążenia. „To rozwiązanie usuwa z obiegu kwotę podatku. Krótko mówiąc, na ostatnim etapie, wpłaca się VAT wprost do urzędu skarbowego, a nie swojemu klientowi. Dzięki temu można uniknąć sytuacji, w której przestępcy go przechwytują. Kwota VAT nie płynie przez obieg, więc nie może zostać wyłudzona”.

Państwo tworzy prawo, a przestępcy szukają możliwości jego obejścia. Ważne, żeby przepisy konstruowano w taki sposób, aby nie było to możliwe.

ZASILACZ dostępny w Banku Pocztowym

W czerwcu br. Bank Pocztowy rozpoczął sprzedaż karty przedpłaconej ZASILACZ. Jest ona dostępna w Placówkach i Mikrooddziałach Banku.

Karta przedpłacona (prepaid) jest bardzo dobrym rozwiązaniem na zbliżający się okres wakacyjny. Dla dzieci – jako forma kieszonkowego na wakacyjne wojaże, dla dorosłych – jako bezpieczna karta zawierająca tylko określoną kwotę do wydania, z możliwością zasilenia w dowolnym momencie przelewem z innego rachunku. Jest to idealne rozwiązanie na podróże zagraniczne.

Karta prepaid  jest często nazywana elektroniczną skarbonką dla najmłodszych. Pozwala bowiem na rozpoczęcie przygody z finansami nawet przez 13-latków. Jest to dobra propozycja  dla młodego człowieka kupującego gry czy aplikacje, ponieważ umożliwia realizację płatności przez Internet.

Zasilacz może zostać zakupiony przez osoby pełnoletnie, ale użytkownikiem karty może być również młodzież od 13 roku życia. Bank Pocztowy oferuje dwa rodzaje zasilenia środkami karty:
•    Gotówkowo poprzez wpłatę na numer rachunku podany na karcie (m.in. w Placówkach Banku oraz Poczty Polskiej).
•    Bezgotówkowo – poprzez przelew z dowolnego rachunku bankowego.

Wpłaty gotówkowe są dostępne już w dniu zakupu ZASILACZA,  co pozwala  na szybkie  przekazanie pieniędzy dziecku, które np. wyjeżdża z kartą przedpłaconą na wakacje.

Karta ZASILACZ daje bardzo wiele możliwości. Pozwala na płacenie za zakupy w sklepie, restauracji czy kinie. Można nią płacić w sklepach stacjonarnych oraz  w Internecie. Dzięki ZASILACZOWI można również wypłacać pieniądze z bankomatów w Polsce i za granicą,.

Karta ZASILACZ pozwala rodzicowi na kontrolę wydatków dziecka i bieżące uzupełnianie kieszonkowego, ponieważ zarówno rodzic kupujący kartę jak i dziecko, które jej używa, posiadają stały dostęp do informacji o transakcjach i dostępnych środkach.ZASILACZ dostępny w Banku Pocztowym 2

ING na podium w konkursie „50 największych banków w Polsce”

ING Bank Śląski zajął drugie miejsce w kategorii „Banki finansujące nieruchomości” w konkursie „50 największych banków w Polsce”. Ranking został przygotowany przez Miesięcznik Finansowy Bank.

ING Bank Śląski zajął drugie miejsce w kategorii „Banki finansujące nieruchomości” w 20-ej edycji rankingu „50 największych banków w Polsce 2014” przygotowanego przez Miesięcznik Finansowy Bank. Nagrody wręczono podczas spotkania Horyzonty Bankowości 2014, zorganizowanego przez Centrum Prawa Bankowego i Informacji oraz Związek Banków Polskich. W kategorii banków finansujących nieruchomości zwyciężył PKO Bank Polski S.A. a na trzecim miejscu znalazł się Deutsche Bank Polska PBC S.A.

„50 największych banków w Polsce” to coroczny konkurs, oceniający pozycję rynkową instytucji finansowych na tle całego sektora bankowego. Na podstawie uzupełnianych przez banki ankiet grono niezależnych ekspertów wybiera zwycięzców w różnych kategoriach, m.in. banki detaliczne, hipoteczne, z największą efektywnością działania, czy skutecznością akcji kredytowej.ING na podium w konkursie „50 największych banków w Polsce” 3

Na przetargu na operatora e-myta dla samochodów osobowych stracą zarówno kierowcy, jak i państwo

CEO Magazyn Polska

Planowany na przyszły rok przez rząd przetarg na operatora systemu elektronicznego poboru opłat na autostradach dla aut osobowych spowolni proces likwidacji bramek. E-myto dla osobówek mogłoby zacząć działać już w 2016 r., gdyby funkcjonowało na bazie istniejącej infrastruktury. Jednak zgodnie z podpisaną umową do listopada 2018 roku jej wyłącznym operatorem jest Kapsch Telematic Services. Przetarg i ewentualne zwycięstwo innej firmy oznaczałyby prawdopodobnie przegraną państwa w sądzie i co najmniej dwuletnie opóźnienie harmonogramu.

Nie rozumiem pomysłu na ten przetarg, bo może to oznaczać albo konieczność zerwania umowy z Kapschem, albo modyfikacji tej umowy poprzez aneks, np. że ona się wcześniej kończy. To oznaczałoby także wypłaty ze strony skarbu państwa. Dociągnięcie umowy z Kapschem do końca 2018 roku, a równocześnie postawienie obok innego operatora systemu tylko dla samochodów osobowych jest dziwne i jest niepotrzebnym mnożeniem bytów – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adrian Furgalski z Zespołu Doradców Gospodarczych TOR.

Kapsch Telematic Services jest obecnie operatorem systemu e-myta dla ciężarówek viaTOLL. Na autostradach zarządzanych przez Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad opłatę elektronicznie mogą wnosić również kierowcy aut osobowych w ramach systemu viaAUTO, jednak jak na razie system jest mało popularny. Ponieważ w punktach poboru opłat często tworzą się duże korki, a rozbudowa manualnego systemu jest kosztowna, Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju chce rozszerzyć system elektroniczny również na samochody osobowe.

Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami punkty manualnego poboru opłat mogłyby zniknąć z autostrad już w 2016 r. Dotyczyłoby to zarówno autostrad GDDKiA, jak i koncesyjnych. Do tej pory jednak eksperci i administracja sugerowali, że nowy system ma wykorzystywać istniejącą infrastrukturę viaTOLL-a zarządzaną przez Kapscha. Ubiegłotygodniowa zapowiedź przetargu zaskoczyła ekspertów i spółkę.

Kierunek wyznaczony przez premier Bieńkowską, że odchodzimy od bramek, jest nadal aktualny. I to jest na pewno dobra informacja. Złą informacją może być to, że skoro prawdopodobnie wchodzimy w spór z Kapschem, który ma w umowie z GDDKiA zapis, że innego operatora systemu elektronicznego nie może być, dopóki nie skończy się umowa, to oznacza i spór sądowy, i pewnie blokowanie wyboru tego operatora. Tym samym  2017 rok, kiedy te udogodnienia dla kierowców miałyby wejść w życie, stoi pod znakiem zapytania – wyjaśnia Furgalski.

Przewiduje, że jeśli powstanie konflikt pomiędzy administracją a Kapschem, prywatni koncesjonariusze mogą wycofać się ze wspólnego systemu i utrzymają własne metody poboru opłat. Obecnie trwają z nimi negocjacje, a najbardziej przychylna nowemu systemowi jest spółka GTC – koncesjonariusz autostrady A1. 

Jeżeli do końca 2018 roku mamy podpisaną umowę z firmą Kapsch, to wydawało się najprostszym rozwiązaniem, żeby to ta firma, wykorzystując już postawioną infrastrukturę, uzupełniła ten system o samochody osobowe – uważa Furgalski.

Umowa państwa z Kapschem kończy się w listopadzie 2018 r. Dopiero wtedy infrastrukturą, taką jak bramownice z czujnikami systemu viaTOLL, która jest własnością Skarbu Państwa, może zarządzać inna firma. Oznacza to, że w przypadku wyboru innego operatora trzeba by stworzyć nową, kosztowną infrastrukturę lub poczekać do końca 2018 r. ze startem systemu e-myta dla aut osobowych. Furgalski podkreśla, że w takiej sytuacji straciliby zarówno kierowcy, jak i państwo. System manualny jest bowiem kosztowny w utrzymaniu i budowie oraz uciążliwy dla podróżnych, więc trzeba go zlikwidować jak najszybciej.

Furgalski dodaje, że w momencie uruchomienia systemu Kapsch miał opracowany biznesplan do końca trwania umowy. Za budowę i zarządzanie systemem viaTOLL do końca kontraktu Kapsch ma otrzymać prawie 5 mld zł, a w przypadku pojawienia się konkurencyjnego operatora spółka na pewno zanotowałaby mniejsze przychody. Furgalski ocenia, że to prowadziłoby do procesów sądowych, w których Polska mogłaby przegrać. Dodaje, że wpływ na decyzję o przetargu może mieć lobbing firm budujących infrastrukturę związaną z bramkami poboru opłat.

Mnie od razu nasunęła się na myśl kwestia ekranów. Przez 6 lat powtarzaliśmy: po co tyle ekranów, budujemy je w miejscach niepotrzebnych na skutek nieżyciowych przepisów, które nie wiadomo dlaczego zaostrzają normy w stosunku do norm unijnych. Po 6 latach rząd stwierdził: „tak, rzeczywiście, te ekrany w takiej ilości są niepotrzebne, zmieniamy przepisy”. Straciliśmy na tych zbędnych ekranach 1,5 mld zł, ale kto miał na tym zarobić, ten zarobił. Może tu jest tak samo – zastanawia się Furgalski.

Eurolot chce wyjść na plus dzięki czarterom. Na razie wynajętymi samolotami wykonuje loty dla innych linii

Rozwój na rynku czarterowym ma pomóc przywrócić rentowność liniom lotniczym Eurolot. Polski przewoźnik od początku czerwca wykonuje loty dla linii 4You Airlines, która z kolei przewozi głównie klientów biura podróży Alfa Star. Ani Eurolot, ani 4You Airlines nie mają własnych samolotów takiego typu, więc wynajmują maszyny wraz załogami od innych linii.

Umowa jest bardziej skomplikowana, ponieważ jest to nowość na polskim rynku. Polega ona na tym, że wynajmujemy przewoźnika do realizacji kontraktu czarterowego, ponieważ nie mamy naszych samolotów i załóg, a umowę czarterową mamy z firmą 4You Airlines, de facto przewożąc pasażerów firmy Alfa Star – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Balcerzak, prezes Eurolotu.

Eurolot rozpoczął loty we współpracy z 4You Airlines na początku czerwca. Na razie wynajmowane są samoloty różnych przewoźników. Na Ukrainie w barwy 4You Airlines zostały już przemalowane Airbusy A320 linii YanAir. W ubiegłym tygodniu przyleciały one do Katowice, gdzie znajdzie się baza linii. Maszyny latają w ramach certyfikatu operatora lotniczego (AOC) Eurolotu.

Balcerzak podkreśla, że pomimo tego skomplikowanego modelu współpracy dla Eurolotu to opłacalne przedsięwzięcie. Marża dla państwowego przewoźnika jest stała, a koszty są przenoszone na 4You Airlines. Dodaje, że Eurolot ma już pewne doświadczenie na rynku czarterów wakacyjnych, bo na pokładach swoich 78-miejscowych bombardierów wozi turystów na wyspę Uznam i do Chorwacji.

Mówiąc o wejściu Eurolotu na rynek czarterowy, miałem na myśli wejście w segment czarterów, gdzie operuje się dużymi samolotami, 180-miejscowymi i większymi. Mamy już określoną współpracę zarówno ze Stowarzyszeniem Hotelarzy, chociażby na trasach z Heringsdorfu, jak i z biurem podróży Rainbow Tours do Chorwacji – wylicza Balcerzak. – Jest to z jednej strony nowe doświadczenie dla firmy, z drugiej strony – normalna działalność lotnicza komercyjna, która ma przynieść dodatkowy efekt w postaci zwiększenia przychodów firmy.

Dodaje, że ten sezon to próba działalności w sektorze czarterowym dla Eurolotu. Jeśli wyniki będą dobre, przewoźnik będzie kontynuował tego typu loty. Balcerzak zapowiada, że Eurolot może pozyskać własne samoloty do lotów czarterowych, by nie korzystać z cudzych maszyn.

Zwiększone dzięki letnim lotom czarterowym przychody mają pomóc Eurolotowi osiągnąć rentowność. Przewoźnik w 2012 r. stracił 57 mln zł, a w ubiegłym, według słów byłego prezesa Mariusza Dąbrowskiego, 20 mln zł.

Balcerzak podkreśla, że w tym roku możemy jeszcze nie osiągnąć zysku. Plan jest bowiem rozpisany na dwa lata.

Z naszych wstępnych analiz wynika, że wychodzenie na prostą nie powinno trwać dłużej niż dwa lata, ale oczywiście jesteśmy realistami i na pewno w ciągu roku tego nie zrobimy. To jest duże wyzwanie, niemniej jednak nasze założenia w dwuletnim planie biznesowym pokazują, że tę rentowność powinniśmy osiągnąć w takim czasie – zapowiada Balcerzak.

Planom tym sprzyjają prognozy wzrostu ruchu lotniczego. Jak podkreśla Balcerzak, statystyki wskazują na zależność liczby pasażerów od wzrostu PKB. Ponieważ gospodarka ma się rozwijać w tempie ponad 3 proc. rocznie, można spodziewać się dwukrotnie szybszego przyrostu liczby pasażerów (4-5 proc. rocznie). W ubiegłym roku, zgodnie z danymi ULC, linie lotnicze przewiozły niemal 3 mln pasażerów czarterowych z i do Polski. Liderem rynku był czeski Travel Service, który przewiózł 29,3 proc. podróżnych. 56 proc. rynku należało do polskich linii (przede wszystkim Enter Air, Small Planet Airlines i Bingo Airways).

PGNiG walczy z nadmiernymi obciążeniami finansowymi. Wszystko przez polityczne decyzje i brak spójnej polityki państwa wobec spółki

CEO Magazyn Polska

Polsce brakuje spójnej polityki wobec PGNiG, przez co spółka zmaga się z nadmiernymi obciążeniami finansowymi. Gazowy koncern z jednej strony musi dbać o bezpieczeństwo energetyczne kraju, a z drugiej stoi przed wymogiem dywersyfikacji źródeł gazu. Politycznie motywowane kosztowne kontrakty mogą zagrozić PGNiG. Problemem jest również obligo gazowe, czyli wymóg sprzedaży określonej ilości gazu przez giełdę, a także planowane podatki od wydobycia węglowodorów.

Elementem obciążającym PGNiG jest podporządkowanie celom politycznym, takim jak na przykład dywersyfikacja źródeł gazu. PGNiG wykonuje dywersyfikację i dosyć mocno za to płaci. To jest cel, który przyświeca państwu, a spółka ponosi tego koszty – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Szczęśniak, ekspert rynku paliw.

Szczęśniak podkreśla, że Polska prowadzi sprzeczną politykę wobec PGNiG. Z jednej strony spółka jako jedyna jest prawnie zobowiązana do dbania o bezpieczeństwo energetyczne dostaw gazu. To szczególnie istotne w kontekście trwającego kryzysu na Ukrainie. Prawo zmusza także spółkę do subsydiowania gazu dla odbiorców indywidualnych, którzy płacą za gaz mniej niż odbiorcy przemysłowi. Na to nakłada się motywowana politycznie dywersyfikacja źródeł gazu.

Ta polityka stawia PGNiG w niekorzystnej sytuacji finansowej. Większość zobowiązań spółki ma podłoże polityczne, a nie ekonomiczne. To właśnie PGNiG ponosi koszty rządowej polityki.

Cele są polityczne, ale wykonawcą jest PGNiG – podkreśla Szczęśniak. – Po pierwsze, kontrakt LNG [skroplony gaz płynny – red.] z Katarem, który jest bardzo drogi, a po drugie na bilansie PGNiG budowany jest gazoport i wszelkie ryzyka z tym związane przechodzą właśnie na spółkę. Mamy cały zestaw obciążeń i obowiązków największej naszej spółki wobec obywateli, wobec państwa i wobec jego polityki.

Szczęśniak podkreśla, że taka sytuacja jest całkowicie sprzeczna z warunkami rynkowymi. PGNiG musi, m.in. poprzez obligo gazowe, otworzyć dostęp do rynku gazu, ale z uwagi na wyjątkowe zobowiązania nie ma możliwości uczciwej konkurencji z innymi podmiotami. Spółka musi subsydiować odbiorców indywidualnych, a jednocześnie rząd planuje wprowadzenie kolejnych obciążeń podatkowych. W Sejmie trwają prace nad podatkiem o wydobycia węglowodorów, w tym gazu z łupków.

– Stąd pojawia się pytanie, jak taką politykę pogodzić. Oczywiste jest, że polityka dość taniego gazu w Polsce się wtedy skończy, ponieważ nikt nie uniesie na raz subsydiowania drogiego, politycznie zepsutego importu gazu, a z drugiej strony kolejnego podatku. To jest nie do pogodzenia w jednej polityce cenowej – mówi Szczęśniak.

Sytuacji nie zmieni także import gazu łupkowego ze Stanów Zjednoczonych. Choć na amerykańskim rynku jest on tańszy, koszty transportu do Europy spowodują, że ta różnica zniknie. Szczęśniak podkreśla, że źródła gazu dla Polski powinny być wybierane przede wszystkim na podstawie kryteriów ekonomicznych, a nie, jak dotychczas, głównie politycznych.

Szczęśniak ocenia, że jeśli polityka państwa wobec PGNiG nie zniesie nadmiernych obciążeń dla tej spółki, straty mogą doprowadzić do problemów narodowego operatora. Liberalizacja rynku i dalszy podział PGNiG na mniejsze spółki może doprowadzić do przejęcia ich przez zagraniczne koncerny. Te będą kierowały się tylko rachunkiem zysków i strat, a nie politycznymi celami związanymi z subsydiowaniem importowanego gazu i dywersyfikacją źródeł.

Sądy arbitrażowe chcą sprawniej rozwiązywać spory między przedsiębiorcami. Skorzystają m.in. z nowych technologii

0

CEO Magazyn Polska

Sąd Arbitrażowy przy Krajowej Izbie Gospodarczej planuje wprowadzić nowy regulamin. Zakłada on zwiększenie wpływu przedsiębiorców na toczące się postępowania. Będą one dzięki temu prowadzone sprawniej i szybciej. Wykorzystane zostaną też nowe technologie, m.in. wideo- i telekonferencje. Nowy regulamin może zacząć obowiązywać od początku przyszłego roku.

Nasz cel był taki, żeby przedsiębiorcy dysponowali lepszymi instrumentami w rozwiązywaniu swoich sporów – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes adwokat Maciej Łaszczuk, członek Rady Arbitrażowej Sądu Arbitrażowego przy KIG, przewodniczący Komisji ds. Nowego Regulaminu. – To z kolei wymaga dostarczenia nowoczesnych instrumentów, aby strony mogły wpływać na to, żeby postępowanie było sprawne i efektywne. Natomiast zapadający wyrok, żeby był stabilny i nie podlegał uchyleniu przed sądem państwowym, a przede wszystkim, aby strony miały poczucie, że ten spór rozstrzygany jest w najlepszej wierze i przy użyciu wszystkich środków, które są istotne z ich punktu widzenia.

Na etapie przygotowawczym możliwe będą wideo- i telekonferencje, w trakcie których strony wraz z arbitrami będą mogły ustalić m.in. terminy rozpraw czy dopuszczenie dowodów. Ma to zwiększyć transparentność całego procesu.

Zgodnie z założeniami projektu nowego regulaminu Sąd Arbitrażowy przy KIG ma lepiej odpowiadać potrzebom przedsiębiorców. W przeciwieństwie do mediacji w trakcie arbitrażu to właśnie strony sporu odgrywają główne role. Nowy regulamin ma im to ułatwić, a tym samym – zwiększyć efektywność arbitrażu.

Według Macieja Łaszczuka strony sporu już na pierwszym posiedzeniu organizacyjnym powinny wiedzieć, kiedy zapadnie wyrok i w jaki sposób będzie przebiegać postępowanie. Na usprawnienie samego postępowania mają wpłynąć inne proponowane zmiany dotyczące m.in. postępowania dowodowego.

Mamy nowe proponowane postanowienia, takie jak możliwość dopuszczenia dowodu z opinii biegłego zamówionej przez stronę, a nie tylko zleconej przez zespół orzekający. Mamy wpisaną do regulaminu możliwość przeprowadzenia dowodu ze świadka poprzez sporządzenie pisemnych oświadczeń świadków i później uzupełnieniu ich przesłuchaniem przed sądem polubownym – wylicza Łaszczuk.

Dodaje, że nowy regulamin umożliwi też wydawanie zarządzeń organizacyjnych w formie postanowień. Łaszczuk przyznaje, że prace trwają dość długo z uwagi na ich szczegółowość, liczy jednak na to, że po przyjęciu nowy regulamin Sądu Arbitrażowego przy KIG stanie się wzorem dla innych sądów tego typu. Ocenia, że być może nawet posłowie zwrócą uwagę na ten regulamin w przypadku zmian przepisów dotyczących postępowania arbitrażowego w Kodeksie Cywilnym.

Ostateczna wersja nowego regulaminu ma powstać do końca sierpnia lub najpóźniej na początku września. Mógłby on wejść w życie od początku przyszłego roku.

Producenci cukru obawiają się chudych lat. Wyzwaniem będzie zniesienie kwot w 2017 r.

CEO Magazyn Polska

Producenci cukru szykują się na chude lata. Nadpodaż cukru na rynku przy stałym popycie i ograniczeniach w eksporcie, a także wahania cen surowca na światowych rynkach powodują, że od kilku miesięcy sytuacja w branży pogarsza się w porównaniu z poprzednimi latami. Największym wyzwaniem dla producentów będzie zniesienie systemu kwotowego po 30 września 2017 roku, kiedy polskie cukrownie będą musiały konkurować z producentami z innych unijnych państw.

Unijny rynek cukru podlega restrykcyjnym regulacjom, między innymi narzucanym odgórnie limitom produkcji. W przypadku Polski kwota wynosi nieco ponad 1,4 mln ton cukru. Instytut Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej szacuje, że produkcja może być o 400 tys. ton wyższa. Mimo to nadwyżek nie można spożytkować na krajową konsumpcję (ponad 1,6 mln ton). Cukier pozakwotowy można zaliczyć na poczet produkcji kwotowej w sezonie 2015/2016 lub wyeksportować do krajów trzecich. Jednak w UE istnieją również ograniczenia w eksporcie wynikające z międzynarodowych umów.

Eksport był dla nas zawsze dużym problemem, szczególnie w momencie, kiedy Unia Europejska podpisała w ramach umów WTO, by ograniczono możliwości eksportu cukru z krajów Unii Europejskiej na rynki światowe. Potencjał przemysłu cukrowniczego, zarówno w Polsce, jak i w Europie, jest zdecydowanie wyższy niż możliwe ilości eksportu cukru. WUE możemy eksportować 1,35 mln ton na rynki światowe, a moglibyśmy równie dobrze 4 czy 5 mln ton – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Janusz Pierun, generalny pełnomocnik na Polskę w firmie Pfeifer & Langen, odpowiadającej za jedną czwartą produkcji cukru w Polsce.

Dzięki międzynarodowym umowom na rynek unijny wpływa też więcej cukru importowanego, również tańszy cukier z trzciny cukrowej (w UE cukier jest produkowany z buraków cukrowych). Nadpodaż surowca – przy stabilnej konsumpcji i ograniczeniach w eksporcie – powoduje problemy polskich i europejskich cukrowni.

Dodatkową trudnością są wahania cen na światowych rynkach. Przez lata regulowany rynek europejski był dość odporny na wahania cen cukru na giełdach cukru trzcinowego w Nowym Jorku czy cukru białego w Londynie.

Mieliśmy nadzieję, że taka sytuacja się utrzyma, jednak dziś zmiany cen giełdowych mają wpływ na rynek europejski, a w tym polski. Lata 2011-2013 przynosiły pozytywne wyniki, zarówno plantatorom, jak i przemysłowi cukrowniczemu, jednak od przełomu roku widzimy, że nadchodzą lata chude – uważa Janusz Pierun.

Największe wyzwanie dopiero przed branżą. 30 września 2017 roku praktycznie znikną dotychczasowe reguły funkcjonowania przemysłu cukrowniczego w Europie, a branża stanie się w pełni wolnorynkowa.

To dla plantatorów i przemysłu cukrowniczego ogromne wyzwanie. Będziemy musieli znacząco zmienić zasady współpracy, a plantatorzy staną przed koniecznością zdecydowanego obniżenia kosztów upraw – mówi Janusz Pierun.

Wysiłek będzie niezbędny, by konkurować z plantatorami francuskimi, holenderskimi czy niemieckimi. W niektórych krajach warunki geograficzne, glebowe i atmosferyczne mają wpływ na niższe koszty uprawy. Przykładem jest Francja, gdzie ziemie w Szampanii pozwalają na nisko kosztową produkcje i uzyskiwanie wysokich plonów.

Nie mamy tak doskonałych ziem. A ten cukier z Francji może się znaleźć na rynkach tak samo polskim, jak i innych krajów Unii Europejskiej. To wyzwanie i zagrożenie – twierdzi Janusz Pierun. – Musimy pogłębić symbiozę między producentami cukru a plantatorami. To będzie naszą siłą, jeśli będziemy umieli zawierać kompromisy. Dzięki temu będziemy mogli przetrwać te trudne lata.

Firma Pfeifer & Langen działa w Polsce od 19 lat. Ma cztery cukrownie w Wielkopolsce – w Środzie Wielkopolskiej, Gostyniu i Miejskiej Górce – oraz jedną w Glinojecku na Mazowszu.

Nasze cukrownie należą do najnowocześniejszych w Europie. Są doinwestowane, mogą rocznie produkować ponad pół miliona ton cukru. Według odbiorców dysponujemy największym portfolio produktów cukrowych – mówi Janusz Pierun.

Jak podkreśla, to właśnie rozbudowane portfolio ma służyć umacnianiu pozycji firmy w Polsce.

W ubiegłym roku konsumpcja cukru w gospodarstwach domowych była nieco niższa niż w 2012 roku i wyniosła 14,04 kg na osobę. Spadek nastąpił mimo obniżenia cen detalicznych cukru o 9 proc. Rośnie za to zużycie cukru w przemyśle spożywczym, głównie za sprawą większego eksportu produktów żywnościowych.

W Polsce działają cztery koncerny cukrownicze: polska Krajowa Spółka Cukrowa z udziałem w produkcji na poziomie 39,1 proc. oraz firmy niemieckie – Pfeifer & Langen (25,8 proc.), Südzucker Polska (24,6 proc.) oraz Nordzucker Polska (10,5 proc.).

Przyszłością walki z rakiem prostaty jest leczenie spersonalizowane

CEO Magazyn Polska

Rocznie na raka prostaty zapada w Polsce około 9 tys. mężczyzn. Choć w ostatniej dekadzie zwiększyła się wykrywalność nowotworu, a na rynek weszły innowacyjne leki, to nowotwór prostaty odpowiada za ponad 7 procent zgonów spowodowanych ogółem przez raka. Zdaniem ekspertów przyszłością leczenia tego nowotworu będą spersonalizowane terapie, dostosowane do każdego przypadku. Ponadto, jak wynika z ostatniego kongresu Amerykańskiego Towarzystwa Onkologii Klinicznej, rokowania chorych z zaawansowanym nowotworem może znacznie poprawić ścisła współpraca między urologiem a onkologiem.

Przyszłość leczenia raka prostaty to spersonalizowane terapie. Kiedy będziemy wiedzieli, jaki nowotwór występuje u danego pacjenta, jakie jest rokowanie w przypadku tego nowotworu, będziemy stosowali terapię najlepszą nie dla nowotworów wysokiego, niskiego, średniego ryzyka, lecz dla nowotworu u pana Kowalskiego i dla nowotworu pana Nowaka – mówi agencji Newseria Biznes profesor Piotr Radziszewski, urolog.

Najczęstszym badaniem, które pozwala wykryć nowotwór, jest mierzenie stężenia białka wytwarzanego przez gruczoł prostaty (PSA), co może pomóc we wcześniejszym wykryciu schorzenia. Tzw. skrining oportunistyczny, czyli badania przesiewowe przeprowadzane na całej populacji, to jednak przypadkowe oznaczenia PSA. Skrining dziki, prowadzony przez organizacje czy samorządy, także pozwala oznaczyć stężenie białka, jednak problemem jest dalsze postępowanie w przypadku pozytywnego wyniku badania.

To powinno wyglądać tak, że zgodnie z wytycznymi dużych organizacji międzynarodowych mężczyzna powinien być poinformowany o tym, jakie są wady i zalety skriningu, jakie jest ryzyko nadmiernego rozpoznania i nadmiernego leczenia. Potem można wykonać oznaczenie PSA i jeżeli mamy to oznaczenie, które sugeruje nam raka prostaty, to następuje ciąg dalszy zdarzeń  biopsja stercza, potwierdzenie histopatologiczne raka gruczołu krokowego i rozpoznanie, czy jest to rak ograniczony do narządu, czy to rak wysokiego lub niskiego ryzyka, czy to jest nowotwór rozsiany i w zależności od tego, jakie mamy rozpoznanie, takie przyjmujemy leczenie – tłumaczy profesor Piotr Radziszewski.

Sposób leczenia chorych zależy od wielu czynników – rodzaju nowotworu, wieku pacjenta czy współistniejących schorzeń. W przypadku nowotworów niskiego ryzyka metodą leczenia może być aktywna obserwacja – wówczas pacjent może uniknąć naświetlania czy operacji. U pacjentów powyżej 70. roku życia najczęściej stosowaną metodą jest baczna obserwacja – leczenie opóźnia się do momentu, w którym staje się ono konieczne. Jeśli jest to nowotwór pośredni, wysokiego ryzyka, pacjenta kieruje się na radioterapię lub na zabieg chirurgiczny. Jak podkreśla Radziszewski, wciąż jednak zasadą jest, że urolog kieruje na chirurgię, natomiast radioterapeuci – na naświetlanie. Jest to jednak wybór pacjenta, który po rozmowie ze specjalistami powinien podjąć decyzję. Przy rozsianym nowotworze w leczeniu korzysta się ze wszystkich możliwych środków – zarówno onkologii klinicznej, radioterapii, jak i urologii.

Zdaniem profesora Piotra Wysockiego, onkologa, w leczeniu powinno się odejść od standardowej metody, w której na początku pacjent kierowany jest do urologa, stosuje się leczenie miejscowe, a następnie hormonoterapię i dopiero kiedy takie leczenie nie przynosi skutków, pacjent kierowany jest do onkologa. 

– To się zmieniło i dramatyczna zmiana spojrzenia na tę współpracę nastąpiła tak naprawdę podczas kongresu Amerykańskiego Towarzystwa Onkologii Klinicznej, który odbył się pod koniec maja. Wtedy pokazano, że u chorych z masowymi przerzutami, którzy byli do tej pory prowadzeni przez urologów i u których pojawia się uogólniony proces nowotworowy, i trzeba włączyć hormonoterapię, należy od razu prowadzić konsultacje uroonkologiczne, a jednocześnie włączać i hormonoterapię, i chemioterapię. Okazało się, że ich równoczesne włączenie znacznie poprawia rokowania chorych – wyjaśnia profesor Wysocki.

Badania wskazują, że u chorych, którzy przechodzili przez tradycyjny, sekwencyjny system leczenia – hormonoterapia i następnie chemioterapia, średni czas życia po wykryciu choroby wynosił 44 miesiące. Osobom, u których w tym samym czasie stosuje się obie terapie, czas życia wydłuża się znacząco, bo o 17 miesięcy. Dlatego też zdaniem prof. Wysockiego współpraca między urologiem a onkologiem musi rozpocząć się już w momencie stwierdzenia nowotworu. Leczenie systemowe rozpoczyna się we wczesnym etapie – to jednoczesne stosowanie hormono- i radioterapii. 

Natomiast generalnie o leczeniu systemowym, takim już klasycznym, stosowanym u chorych na raka gruczołu krokowego mówimy wtedy, gdy dochodzi do zaawansowanego procesu nowotworowego. To proces, którego nie da się już opanować strategiami leczenia miejscowego, to masywna wznowa miejscowa w miednicy lub rozsiew choroby nowotworowej. I to, co się zmieniło w ostatniej dekadzie, to udało nam się zacząć leczyć efektywnie chorych na raka gruczołu krokowego, u których klasyczna hormonoterapia już nie działa – mówi Wysocki.

W ostatnich latach pojawiły się innowacyjne terapie hormonalne, które poprawiły rokowania u osób, u których nowotwór okazał się odporny na wycięcie. Leki cytotoksyczne, które pojawiły się na rynku na początku XXI wieku, działają toksycznie nie tylko na komórki rakowe, lecz także uszkadzają inne, szybko dzielące się, zdrowe komórki. Dlatego też u chorych często obserwuje się działania niepożądane. Jak podkreśla prof. Wysocki, przedłużanie życia i podnoszenie jego jakości są kluczowymi czynnikami u chorych, u których nie można doprowadzić do całkowitego wyleczenia.

– U takich chorych dążymy oczywiście do wydłużenia ich przeżycia, ale nie może się to odbywać kosztem pogorszenia jakości ich życia, bo to leczenie paliatywne, którego założeniem jest wydłużenie przeżycia i utrzymanie lub poprawa jakości życia. Dlatego jakość życia jest absolutnie kluczowym parametrem leczenia paliatywnego, o jakim mówimy w przypadku leczenia odpornego na kastrację raka gruczołu krokowego i we wszystkich badaniach klinicznych jest to jeden z dwóch podstawowych parametrów, które się ocenia. Obok wydłużenia przeżycia jest to podstawowy parametr skuteczności, efektywności i bezpieczeństwa nowych terapii systemowych – mówi profesor Wysocki.

Chory na raka prostaty jest pacjentem szczególnym. Jak podkreśla Piotr Radziszewski, zazwyczaj przychodzi on do lekarza nie z własnej woli, lecz przekonany przez bliską osobę, a rak jest przez niego traktowany jak wyrok. Nawiązanie więzi między lekarzem a pacjentem ma ważny wpływ na przebieg leczenia.

– Musimy stworzyć atmosferę wzajemnego zaufania, żeby jeżeli dojdzie do rozpoznania nowotworu prostaty, ten pacjent był w stanie zaakceptować leczenie. Musi zrozumieć, że rak prostaty to nie wyrok, na chwilę obecną można go leczyć i nawet zaawansowany rak prostaty to już nie choroba ostra, tylko choroba przewlekła – mówi Piotr Radziszewski.

Polityka i niska płynność szkodzi wycenom spółek na GPW

CEO Magazyn Polska

Wycena akcji na giełdzie zawsze jest równa prawdziwej wartość notowanych firm – przekonują zwolennicy teorii efektywnych rynków. Oponenci przywołują z kolei liczne ograniczenia sprawności rynku, takie jak nagłe zmiany nastrojów inwestorów oraz trudne do oszacowania ryzyko. Dużym źródłem niepewności jest także polityka Skarbu Państwa jako dominującego akcjonariusza wielu spółek. To sprawia, że wycena wartości spółek jest zarówno teorią, jak i sztuką.

Wyceniając daną spółkę, analitycy uwzględniają różne rodzaje ryzyka, ale najtrudniejsze jest oszacowanie ryzyka specyficznego, które dotyka określone branże, rynki czy spółki. Dużym utrudnieniem dla wyceny jest m.in. polityka Skarbu Państwa, ponieważ istnieje duże ryzyko dotyczące przyszłych dywidend, polityki inwestycyjnej itp. 

Niestety, na naszym rynku jest zbyt duży wpływ polityki na spółki z udziałem Skarbu Państwa, oczywiście nie na wszystkie, ale masa przedsiębiorstw jest powiązanych z polityką, więc to wpływa na dużą zmienność kursu. Jest kilka spółek surowcowych uzależnionych od cen miedzi, srebra, jak KGHM, od ceny węgla koksującego, jak JSW, od cen węgla energetycznego, jak Bogdanka. Czyli zarządy nie mają wpływu na to, mimo że stosują transakcje zabezpieczające – twierdzi dr Marek Panfil, kierownik podyplomowego studium Metody wyceny spółki kapitałowej w Szkole Głównej Handlowej.

Podwyższone ryzyko – czy to z powodu polityki państwa, czy też zmienności rynków surowcowych – wpływa negatywnie na wycenę giełdową tych spółek. W czasie ostatniego kryzysu finansowego akcje spółek wydobywczych zostały bardzo mocno przecenione, by następnie odrobić część strat. Taka sytuacja może świadczyć o chwilowej nieefektywności rynku, czyli oderwaniu ceny giełdowej od fundamentów ekonomicznych.

Wtedy doszło do pewnego kuriozum, że wiele spółek na giełdzie w czwartym kwartale 2008 roku było wycenianych przez Giełdę Papierów Wartościowych o wiele niżej niż suma wolnych aktywów pieniężnych będących w posiadaniu tych spółek – uważa Panfil.

Przykładem gwałtownej, krótkotrwałej przeceny jest KGHM. W listopadzie 2008 r. cena akcji miedziowej spółki spadła do 21 zł, wskutek czego wycena rynkowa obniżyła się do zaledwie 4,2 mld zł. Pół roku później cena akcji KGHM wyniosła około 60 zł, a więc praktycznie zbliżyła się do lokalnego szczytu z 2007 r.

Panika na rynkach finansowych oraz głęboka recesja w wielu krajach sprawiły, że cena akcji mogła wtedy odchylić się od fundamentalnej wartości. Z drugiej jednak strony w sytuacji wysokiej niepewności trudno jest oszacować fundamentalną wartość, zwłaszcza jeśli kryzys spowoduje zmiany strukturalne w gospodarce – zmienią się np. regulacje, podatki, preferencje odnośnie ryzyka itp.

Małe spółki są bardziej ryzykowne dla inwestorów, m.in. ze względu na niższą płynność ich akcji. W sytuacji kryzysu finansowego mogą one doświadczać z tego tytułu głębszej przeceny, czyli odchylenie od wartości fundamentalnej może być wyższe. Również w spokojnych czasach niższa płynność może zaburzać właściwą wycenę, bo do silnej zmiany kursu akcji wystarczy relatywnie niewielka liczba inwestorów oraz mały kapitał.

Każda wycena ma subiektywny charakter i przyjmując takie założenie, inaczej się podchodzi do interpretacji tego, co się dzieje ze spółką. Patrząc na giełdowe spółki, gdzie ustalana jest cena każdego dnia, wiemy, że masa informacji z zewnątrz na nią wpływa. Chociaż wycena odzwierciedla to, co ma się wydarzyć w przyszłości – mówi agencji informacyjnej kierownik podyplomowego studium Metody wyceny spółki kapitałowej w Szkole Głównej Handlowej.

Wiedza na temat przyszłości jest jednak mocno ograniczona, dlatego „każda działalność przedsiębiorcza – w tym inwestycyjna – jest spekulacją”, jak wskazał niegdyś austriacki ekonomista Ludwig von Mises. Publikowane dane z rynku kapitałowego i realnej gospodarki z natury rzeczy dotyczą przeszłości, a przeszłe trendy i zdarzenia nie muszą determinować przyszłości. Ponadto jest problem z właściwym mierzeniem niektórych zjawisk ekonomicznych oraz ich interpretacją, o czym mówiła w czasie konferencji „Dylematy wyceny spółek na przykładzie WIG30” prof. Elżbieta Mączyńska. Ekonomistka z SGH przytoczyła metaforę, że „nie wszystko co się liczy, jest policzalne, i nie wszystko co jest policzalne, się liczy.” To sprawia, że każdy model wyceny, jaki stosują analitycy i inwestorzy, musi zawierać subiektywne założenia.

Dobra praktyka wyceny to świadomość tego, o czym wspomniał Warren Buffet, zarządzający ogromnym funduszem inwestycyjnym, że wycena jest zarówno sztuką, jak i teorią. My uzupełniliśmy tę tezę – oprócz sztuki i teorii wycena jest oparta na intuicji i doświadczeniu, trzeba znać bardzo dobrze model biznesowy i branżę, w której działa wyceniona spółka – uważa dr Marek Panfil.

Wiedza i doświadczenie pozwalają trafniej dobierać właściwe wartości parametrów, które są subiektywnym elementem wyceny. 

To ułatwia przyjmowanie wielu subiektywnych założeń, czyli znajomość spółki, znajomość planów strategicznych, znajomość otoczenia, nie tylko w skali kraju, lecz także w skali globalnej, znajomość megatrendów, które dzieją się na świecie, np. demografia, zmiana technologii – wymienia ekonomista z SGH.

W połączeniu z bieżącymi danymi oraz prognozami powstaje wycena tzw. wartości wewnętrznej, którą porównuje się z bieżącą wyceną rynkową i księgową. Istnieją dwa podstawowe podejścia do wyceny aktywów: dochodowe i porównawcze. W ramach pierwszego z tych podejść, wyróżnią się metody zdyskontowanych przepływów pieniężnych, dywidend oraz zysków ekonomicznych. Podejścia porównawcze opiera się na stosowaniu mnożników w postaci wskaźników rynkowych (np. cena akcji do zysku na akcję, wartość firmy do zysku EBITDA itp.).

Nowa ustawa o prawach konsumenta wejdzie z półrocznym opóźnieniem. Duże zmiany czekają głównie kupujących w internecie

Z półrocznym opóźnieniem zaczną w Polsce obowiązywać nowe przepisy o prawach konsumenta kupującego m.in. w sieci. Zgodnie z dyrektywą powinny one wejść w życie w połowie czerwca, jednak odpowiednią ustawę dopiero podpisał prezydent. Nowe przepisy w ocenie ekspertów mają przyczynić się do rozwoju handlu w internecie. Zyskają przede wszystkim klienci, którzy będą mieli większą jasność, co i po jakiej cenie zamawiają, będą też mogli łatwiej reklamować towar. Dla przedsiębiorców początkowo będzie to oznaczało konieczność przystosowania się do nowych wymogów, ale w konsekwencji wzajemne relacje sklepów i klientów będą łatwiejsze.

Znowelizowana ustawa o ochronie praw konsumenta daje większą ochronę kupującym, zwłaszcza tym robiącym e-zakupy. Zmiany będą dotyczyły zarówno handlu tradycyjnego, jak i przez internet. Chronieni będą także klienci robiący zakupy poza lokalem – od akwizytora czy na pokazach. To będzie się wiązało z szeregiem dodatkowych obowiązków nakładanych na sprzedawców.

Klienci będą mieli dużo większą jasność, co zamawiają i po jakiej cenie. W momencie, kiedy sprzedawca przy sprzedaży na odległość nie poinformuje klienta o każdym składniku ceny i wszelkich dodatkowych opłatach, konsument nie będzie musiał tych opłat ponosić – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Paczewski, szef departamentu prawa konkurencji i antymonopolowego w Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy.

Ustawa nakłada na sprzedającego obowiązki dokładnego poinformowania o wszelkich płatnościach – mowa tu m.in. o kosztach ubezpieczenia przesyłki. Nie będzie można również pobierać opłat za połączenia telefoniczne wyższych niż standardowych – dotyczy to przede wszystkim składającym zamówienie telefonicznie. E-sklepy będą musiały dostosować do nowych przepisów swoje strony internetowe i regulaminy.

Duża zmiana zostanie uwzględniona w samym wyglądzie strony internetowej. Tradycyjny przycisk „akceptuję/ kupuję”, będzie musiał zostać zastąpiony przyciskiem „zamawiam z obowiązkiem zapłaty” lub równoważnym sformułowaniem. Brak tej zmiany będzie powodował, że umowa nie zostanie ważnie zawarta – tłumaczy Marcin Paczewski.

Według nowej ustawy dłuższe będą terminy na odstąpienie od umowy oraz terminy zwrotu zakupionego towaru. Dotychczas wszystkie kraje unijny miały możliwość samodzielnego ustalania terminu – np. w Polsce kupujący mają dziesięć dni kalendarzowych na decyzję. Od momentu wejścia w życie znowelizowanej ustawy termin ten w całej Unii Europejskiej będzie wynosił czternaście dni kalendarzowych. Co więcej w przypadku odstąpienia od umowy sprzedawca będzie musiał zwrócić całą kwotę – także z kosztami wysyłki.

Niepoinformowanie konsumenta o prawie do odstąpienia od umowy będzie skutkowało wydłużeniem korzystnego dla niego terminu do aż 12 miesięcy – wyjaśnia Paczewski.

Dziś, gdy takiej informacji brakuje, termin zwrotu wydłuża się do trzech miesięcy.

Dzięki ustawie łatwiej ma przebiegać proces reklamacji.

To do konsumenta będzie należeć decyzja, czy chce żądać naprawy towaru, obniżenia jego ceny, wymiany, czy chce odstąpić od umowy. Są jednak wyjątki: odstąpić od umowy można tylko w przypadku istotnej wady, natomiast żądać wymiany czy naprawy towaru można tylko w sytuacji, jeśli przedsiębiorca nie poniesie w związku z tym zbyt dużych kosztów – mówi Paczewski.

Ustawa wejdzie w życie w ciągu sześciu miesięcy od jej ogłoszenia, czyli prawdopodobnie na początku 2015 roku. Jak zaznacza Paczewski, w początkowej fazie przedsiębiorcy będą musieli podjąć duży wysiłek, aby się do niej dostosować. Mimo to zdaniem ekspertów nowa ustawa będzie korzystna również dla e-sklepów.

Docelowo zmiany ułatwią wzajemne relacje konsumentom i przedsiębiorcom, ponieważ z założenia powinno być mniej reklamacji. W momencie, kiedy klient jest zadowolony z towaru, wie dokładnie, za co zapłacił, nie będzie reklamował towaru z tej przyczyny – podsumowuje Marcin Paczewski.

Ujednolicenie przepisów w całej Unii może też pomóc sprzedawcom w pozyskaniu nowych klientów, a co się z tym wiąże – pozwoli na rozwój branży e-commerce w Polsce.

Do 2020 r. internetowy kanał obsługi będzie standardem na polskim rynku ubezpieczeń. Dziś dominują agenci

CEO Magazyn Polska

Polska branża ubezpieczeń pozostaje w tyle w stosunku do rynków zachodnich pod względem internetowej sprzedaży i obsługi ubezpieczeń. Choć coraz więcej firm oferuje polisy komunikacyjne online, to już dalszą obsługę klienta przez internet umożliwia tylko połowa spośród największych towarzystw i ubezpieczycieli direct (oferujących ubezpieczenia przez internet lub telefon) – wynika z badania KPMG. Na polskim rynku wciąż dominującą rolę odgrywa sprzedaż przez agentów. To powinno się zmienić w kolejnych latach. Za sześć lat kanał online stanie się standardem, a agenci będą pełnić raczej funkcję doradców.

Zdaniem ekspertów z KPMG kanał online nie jest jeszcze standardem dla ubezpieczycieli działających na polskim rynku. Dotyczy to obu badanych przez firmę grup: największych dziesięciu towarzystw ubezpieczeniowych i ubezpieczycieli direct, którzy oferują polisy przez internet i telefon.

Co prawda wszyscy ubezpieczyciele direct oferują zakup i obsługę online polisy komunikacyjnej, ale na przykład nie oferują możliwości zgłoszenia szkody przez internet. Spośród 10 największych ubezpieczycieli tylko 40 proc. z nich umożliwia zakup ubezpieczenia online, a zgłoszenie szkody – 90 proc. z nich. Tych funkcji jest dużo więcej i one są umożliwiane fragmentarycznie – nie ma jeszcze wypracowanych standardów obsługi – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Kondratowicz, starszy menadżer w dziale usług doradczych dla branży ubezpieczeń KPMG w Polsce.

Wszystkie duże (Top 10) towarzystwa ubezpieczeniowe oraz ubezpieczyciele direct oferują pewne funkcje online – przede wszystkim są to informacje o samej firmie i jej ofercie produktowej. Ubezpieczyciele direct umożliwiają również kwotowanie i zakup ubezpieczenia komunikacyjnego na portalu online. Wśród wszystkich towarzystw umożliwiających nabycie polisy online jedynie co trzecie umożliwia odnowienie polisy przez internet.

W obu badanych grupach mniej więcej połowa ubezpieczycieli przewidziała możliwość utworzenia konta online dla klienta, przez które możliwa byłaby dalsza obsługa w ramach wykupionej polisy. Na rynkach we Francji czy Niemczech jest to zwykle jedyny sposób obsługi ubezpieczenia i każdy ubezpieczony w największych towarzystwach musi mieć konto.

Na świecie jest to standardem: kupuję ubezpieczenie i mogę wszystkie czynności związane z polisą wykonać online. Myślę, że u nas będzie to standardem za ok. sześć lat – ocenia Piotr Kondratowicz. – W Polsce jeszcze dużo do nadrobienia. Polski rynek jest niestety oparty o agentów, firmy skupiają się na wdrożeniu systemów dla agentów i może jeszcze nie do końca wierzą, że online jest ważny już teraz. Powoli będzie się to zmieniać.

Na rynku brytyjskim dwie trzecie ubezpieczeń wśród klientów prywatnych jest kupowanych online, a reszta zazwyczaj przez telefon. Udział agentów jest tam niewielki. Według eksperta KPMG w Polsce nie grozi im taka marginalizacja. Ich rola będzie się jednak zmieniać – sprzedawcy będą raczej doradcami przy wyborze i obsłudze ubezpieczenia.

Obecnie w segmencie klientów prywatnych najczęściej kupowanym online ubezpieczeniem jest polisa komunikacyjna. Udział kanału direct wynosi tam 10 proc., choć dziś jest to głównie kanał telefoniczny.

Sądzę, że w perspektywie sześciu lat kanał direct wzrośnie do 20 proc. Dodatkowo w przyszłości coraz większy udział w jego ramach będzie miała sprzedaż internetowa. Trudno powiedzieć o ile większy, ale przykłady z innych rynków pokazują, że postępuje to w miarę szybko – twierdzi Kondratowicz.

Przyspieszenie wzrostu sprzedaży internetowej w Polsce może dokonać się także dzięki ubezpieczeniom turystycznym.

– Jedna trzecia polskich turystów kupujących wycieczki zorganizowane kupuje je online i trend ten jest wzrostowy – mówi Kondratowicz. – Z kolei według danych PIU i naszych szacunków prawdopodobny udział ubezpieczeń direct w turystyce to 15-20 proc. Wszystko wskazuje na to, że w przyszłości udział kanału online w jego ramach będzie coraz wyższy – dodaje.

KPMG ocenia, że najszybciej będzie rosła sprzedaż internetowa ubezpieczeń turystycznych. Tym bardziej że coraz więcej klientów również same wycieczki kupuje online.

Według naszych szacunków prawdopodobny udział ubezpieczeń direct w turystyce wynosi 15-20 proc. Prawdopodobnie spora część z tego jest kupowana online. Przewidujemy, że ubezpieczenia turystyczne będą grupą ubezpieczeń, których sprzedaż przez internet będzie się rozwijać najszybciej. Bo skoro klient szuka wycieczek w internecie, to gdzie ma szukać ubezpieczenia – mówi Kondratowicz.

Przeprowadzone przez KPMG badanie „Przegląd portali online majątkowych Towarzystw Ubezpieczeń. Ubezpieczenia w zasięgu ręki” objęło 17 towarzystw ubezpieczeniowych. Podzielono je na 2 kategorie. W pierwszej znalazło się dziesięć największych pod względem składki (Top 10) i siedem towarzystw spoza niej, specjalizujących się w aktywnym oferowaniu ubezpieczeń przez telefon lub internet (direct).

Do wejścia na GPW szykuje się trzecia chińska spółka. Chińczycy postrzegają Polskę jako bazę do nawiązywania kontaktów w regionie

CEO Magazyn Polska

Trwają rozmowy z trzecią spółką z Państwa Środka, która planuje debiut na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych. Chińczycy postrzegają stolicę Polski jako główny rynek Europy Środkowo-Wschodniej, który może stanowić bazę do nawiązywania kontaktów w regionie. W środę na warszawskim parkiecie zadebiutowała chińska firma JJ Auto.

Fakt, że JJ Auto to już druga chińska spółka notowana na giełdzie w Warszawie oznacza, że jest to moment historyczny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Dąbrowski, prezes Domu Maklerskiego DF Capital. – Gdyby była to jedna spółka, to można by mówić o przypadku, jednak jeśli są dwie, to znaczy, że jest to już seria.

JJ Auto to druga chińska i 59. zagraniczna spółka notowana na warszawskim parkiecie. Przedsiębiorstwo jest czołowym producentem i dostawcą części samochodowych w Chinach. Dom Maklerski DF Capital prowadzi już rozmowy z trzecią chińską spółką zainteresowaną notowaniem w Warszawie. 

Wydaje mi się, że mimo różnych turbulencji makroekonomicznych związanych z OFE i konfliktem na Ukrainie Warszawa udowadnia, że jest atrakcyjnym i ciekawym miejscem do notowania kolejnych zagranicznych spółek – zauważa Dąbrowski.

Jego zdaniem GPW jest optymalnym rynkiem dla średniej wielkości spółek zagranicznych. W Nowym Jorku problemem jest wielkość giełdy, a w Londynie, podobnie jak w samych Chinach na giełdzie w Szanghaju – długa kolejka oczekujących. Do tej pory większość zagranicznych spółek notowanych na GPW pochodziła z Europy Centralnej i Wschodniej, a swoje siedziby miały w Luksemburgu czy Holandii

Myślę, że ta perspektywa może się ciekawie rozszerzyć na Chiny, gdyż są one największym eksporterem świata i drugą największa gospodarką – zauważa Jarosław Dąbrowski. – Potencjał wzrostu dla Chin i dla chińskich spółek jest niebywale większy niż dla spółek europejskich.

Z pozytywną oceną warszawskiej giełdy zgadza się Jianhui Ye, prezes JJ Auto.

Warszawa to finansowe centrum Europy Środkowo-Wschodniej – mówi Jianhui Ye. –  Tu będzie nasza baza do nawiązywania lokalnych kontaktów w Europie. Dziś wiele chińskich firm jest obecnych w Warszawie, by inwestować w przemysł motoryzacyjny w Polsce. Wierzymy w potencjał tego rynku i w to, że pojawi się wiele okazji, które będziemy mogli wykorzystać.

16 czerwca firma JJ Auto zadebiutowała także na rynku regulowanym giełdy we Frankfurcie (Deutsche Börse AG). Aktualnie spółka nie ma w planach wchodzenia na kolejne zagraniczne giełdy.

Wierzymy, że Europa jest bardzo perspektywicznym regionem. To miejsce będzie dla nas platformą, dzięki której będziemy mieć okazję poprawić i wzmocnić kondycję finansową naszej firmy – twierdzi prezes JJ Auto.

JJ Auto to producent i dostawca części do ciężarówek, samochodów dostawczych, maszyn ciężkich i pojazdów budowlanych. Zajmuje się głównie produkcją, a ponadto także handlem elementami złącznymi do samochodów ciężarowych, częściami samochodów i maszyn ciężkich. Swoje produkty sprzedaje wyłącznie w Chinach.

Pierwszą chińską spółką, która zadebiutowała na warszawskim GPW, był Peixin, producent maszyn oraz linii produkcyjnych do wytwarzania artykułów higienicznych. Debiut nastąpił 9 października 2013 r.

Od połowy lipca zacznie obowiązywać nowelizacja ustawy o sądach powszechnych. Kilkadziesiąt sądów rejonowych w przyszłym roku wznowi swoją pracę

0

CEO Magazyn Polska

Od stycznia 2015 roku wróci większość spośród zlikwidowanych dwa lata wcześniej 79 sądów rejonowych. 15 lipca tego roku wchodzi w życie nowelizacja ustawy Prawo o ustroju sądów powszechnych, która precyzyjnie określa kryteria umożliwiające tworzenie i likwidację sądów rejonowych. Najważniejszym kryterium będą liczba mieszkańców gminy i liczba wpływających do sądów spraw. Szacunkowo reaktywacja dotknie obligatoryjnie 41 sądów, a fakultatywnie 17.

Najważniejszą zmianą, którą przynosi nowelizacja ustawy, jest wprowadzenie obiektywnych kryteriów, które będą decydowały o możliwości utworzenia sądów rejonowych. 

Dodane zostały nowe paragrafy, które przewidują kryterium liczby mieszkańców danej gminy przesądzające o utworzeniu sądu rejonowego bądź jego likwidacji oraz kryterium liczby spraw wpływających do danego sądu. Zgodnie ze znowelizowanym artykułem 10., takim kryterium jest co najmniej 50 tys. osób zamieszkujących w danej gminie bądź kilku gminach, natomiast łączna liczba spraw cywilnych, karnych oraz rodzinnych i dotyczących nieletnich, wpływających do sądu z obszaru tych gmin, musi wynosić co najmniej 5 tysięcy – mówi w rozmowie z agencją Newseria Biznes Katarzyna Zwolińska-Sosnowska, radca prawny w kancelarii prawnej D. Dobkowski sp.k. stowarzyszonej z KPMG w Polsce.

Ustawa przewiduje, że oba warunki muszą być spełnione łącznie, są jednak możliwe wyjątki. Minister sprawiedliwości będzie mógł podjąć decyzję o utworzeniu sądu, nawet jeśli nie zostanie spełnione kryterium dotyczące liczby mieszkańców, ale liczba spraw przekroczy 5 tysięcy. Jeśli w ciągu trzech kolejnych lat kalendarzowych liczba spraw nie przekroczy limitu (w każdym roku), minister będzie mógł zlikwidować taki sąd rejonowy.

Choć ustawa zacznie obowiązywać 15 lipca, zmiany będą odczuwalne dopiero w styczniu 2015 roku. Minister sprawiedliwości ma sześć miesięcy od daty wejścia w życie znowelizowanej ustawy na wydanie aktów wykonawczych. Do tego czasu musi zbadać sytuację zlikwidowanych w styczniu 2013 roku sądów pod kątem wprowadzonych w ustawie kryteriów.

Przy ich ocenie należy wziąć pod uwagę rok kalendarzowy 2012. Ponadto minister sprawiedliwości ma obowiązek obligatoryjnie przywrócić te sądy, które spełniają ustawowe kryteria. Dodatkowo może przywrócić te sądy rejonowe, które nie mieszczą się w kryterium liczby mieszkańców, ale liczba spraw jest wyższa – tłumaczy Zwolińska-Sosnowska.

Stowarzyszenie Sędziów Polskich Iustitia szacuje, że na mapę Polski wróci obligatoryjnie 41 ze zlikwidowanych 79 roku sądów rejonowych, zaś 17 – fakultatywnie, biorąc pod uwagę liczbę wpływających spraw.

Sprawy, które wcześniej były rozpatrywane przez sądy zamiejscowe, trafią do nowo utworzonych sądów i te, zgodnie z ustawą, będą właściwe do ich rozpoznania. 

Sprawy zostaną przekazane zarządzeniem prezesa sądu. Strony postępowania nie muszą podejmować żadnych konkretnych działań w tym celu. Zgodnie z nowelizacją minister sprawiedliwości ma prawo przenieść sędziów do nowo utworzonych sądów rejonowych i ma prawo zrobić to bez ich zgody. Może to uczynić tylko za pierwszym razem, nowelizując czy zmieniając strukturę sądów rejonowych. Od takiej decyzji ministra sędzia może się odwołać do Sądu Najwyższego – wyjaśnia Katarzyna Zwolińska-Sosnowska.

Jak podkreśla ekspertka, zgodnie z wyrokiem Sądu Najwyższego uprawnienie, które przysługuje ministrowi, musi być przez niego osobiście wykonane i nie może zostać przekazane pełnomocnictwem innym osobom.

Dotychczas obowiązujące przepisy dają uprawnienia ministrowi do tworzenia i likwidowania sądów rejonowych, ale przed podjęciem decyzji powinien kierować się ogólnymi przesłankami.

Mowa tu o ekonomii postępowania, sprawnym funkcjonowaniu sądów czy prawie każdego obywatela do rozpoznania sprawy w rozsądnym czasie. Natomiast nowelizacja ustala nowe kryteria, które będą w sposób dość obiektywny przesądzać o tym, czy minister może podjąć decyzję o utworzeniu sądu, czy też może podjąć decyzję o jego likwidacji – podsumowuje Katarzyna Zwolińska-Sosnowska.

Rośnie popularność finansowania społecznościowego. Miesięczna wartość wpłat przekroczyła 0,5 mln zł

CEO Magazyn Polska

Coraz więcej projektów w Polsce jest finansowanych poprzez crowdfunding. Miesięcznie na portalach internetowych dokonywanych jest ponad 50 tysięcy wpłat na kwotę przekraczającą 0,5 mln zł. Twórcy inicjatyw oferują nie tylko udziały w zyskach, lecz także coraz częściej innego typu zachęty. Może to być pierwsza płyta z autografem lub darmowy dostęp do aplikacji przez określony czas.

Crowdfunding w Polsce na dobrą sprawę rozwija się od kilku lat. W tej chwili miesięcznie udaje się ponad 30 projektów, przynajmniej u nas, ale także na innych platformach. Polacy są zdecydowanie dużo hojniejsi niż kiedyś. W tej chwili na naszej platformie jest to ponad 40 wpłat i są to w sumie kwoty rzędu 300-400 tys. złotych miesięcznie. Biorąc pod uwagę fakt, że mamy 70-75 proc. rynku, to można sobie przeliczyć jak mniej więcej ten crowdfunding w Polsce wygląda – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jakub Sobczak, menedżer projektu PolakPotrafi.pl.

Działający od trzech lat portal PolakPotrafi.pl to lider polskiego rynku crowdfundingu. Na tym portalu odbywa się trzy czwarte całego finansowania społecznościowego w naszym kraju. Inicjatywy są bardzo różne: od dużych konferencji, takich jak łódzkie coroczne spotkanie Cohabitat Gathering, które zebrało niemal 100 tys. zł, poprzez mniejsze wydarzenia, aż po inicjatywy zespołów muzycznych, a nawet sportowców. Z PolakPotrafi.pl korzystał w trakcie przygotowań do igrzysk olimpijskich w Soczi nawet Zbigniew Bródka, mistrz olimpijski w łyżwiarstwie szybkim.

Sobczak dodaje, że nie zawsze osoby wpłacające środki – średnio 70-80 zł – liczą na udziały w zyskach. Często inicjatorzy oferują inne korzyści.

Wpłacamy 40 złotych i możemy otrzymać na przykład pierwszą płytę z podpisem danego autora albo wziąć udział w jakiejś konferencji czy przedsięwzięciu – wyjaśnia Sobczak. – Za każdą wpłatę na taki projekt projektodawca oferuje pewien rodzaj odwdzięczenie się. Kiedy Zbyszek Bródka zbierał u nas pieniądze, w zamian za wsparcie na przykład kwotą 300 zł oferował udział w swoim treningu. To pokazuje, że kreatywność Polaków może być wykorzystywana także do finansowania ich przedsięwzięć.

Sobczak zauważa, że dzięki crowdfundingowi szansę na realizację ma wiele inicjatyw, które inaczej nie otrzymałyby niezbędnych środków. Dotyczy to nie tylko filmu i muzyki, lecz także sportu. Dzięki finansowaniu społecznościowemu mogą rozwijać się mniej popularne dyscypliny, jak właśnie łyżwiarstwo szybkie lub lacrosse.

Crowdfunding to także ważne narzędzie dla programistów i deweloperów IT. Mogą oni nie tylko pozyskać środki na rozwój aplikacji, lecz także wybadać rynek. To cenna wiedza w przypadku kontynuacji projektu.

Jeżeli naszym celem jest stworzenie aplikacji i przez crowdfunding za kilkadziesiąt złotych oferujemy do niej darmowy dostęp przez jakiś czas, to możemy sprawdzić, jakie jest zainteresowanie tym produktem i czy jest na niego zapotrzebowanie – wyjaśnia Sobczak.

Podkreśla, że crowdfunding to całkowicie bezpieczny sposób finansowania. Działa na zasadzie „wszystko albo nic” – jeśli pomysłodawcy nie uda się zebrać wymaganej kwoty, wszyscy dawcy otrzymują swoje wpłaty z powrotem bez żadnych opłat. Również dla osób zbierających fundusze nie ma w takim wypadku żadnych kosztów. Platformy crowdfundingowe pobierają kilkuprocentową prowizję jedynie w przypadku udanego sfinansowania projektu.

Sobczak dodaje, że wśród ok. 30 udanych projektów miesięcznie zdarzają się takie, które wielokrotnie przekraczają wymaganą kwotę. Jednym z nich była inicjatywa wrocławskich studentów – Space is More, którzy zbierali środki na wyjazd do Kalifornii na prezentację swojego projektu statku kosmicznego do wykorzystania w trakcie podróży na Marsa. Choć liczyli oni tylko na 4 tys. zł, na PolakPotrafi.pl zebrali ponad 91 tys. zł.

Operatorzy telekomunikacyjni tną koszty i oferują produkty z innych kategorii

CEO Magazyn Polska

Operatorzy telekomunikacyjni coraz częściej próbują sił w sprzedaży łączonej, czyli oferują usługi telekomunikacyjne w połączeniu z innymi, np. finansowymi. Choć daje im to szansę na poprawę wyników, to nie przyczynia się do rozwoju rynku telekomunikacyjnego. Małe firmy mogą konkurować tańszymi usługami, bo mają niższe koszty. Mają też szansę na zdobycie rynku dzięki innowacyjnym, wyspecjalizowanym usługom.

Rynek telekomunikacyjny jest bardzo konkurencyjny i trudny. Okres „łatwych pieniędzy” ma już za sobą, a postępująca liberalizacja zaostrza konkurencję – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Montoya, wiceprezes zarządu Tele-Polska Holding SA, firmy świadczącej usługi telekomunikacyjne. – Pewną bolączką tego rynku jest brak koncepcji na monetyzację nowych usług telekomunikacyjnych, a zarabianie na minutach odchodzi w przeszłość. Operatorzy coraz częściej sięgają po produkty spoza oferty telekomunikacyjnej. Często mówi się o usługach finansowych czy na przykład sprzedaży energii.

Montoya podkreśla, że usługi spoza oferty telekomunikacyjnej to dla operatorów szansa na poprawienie wyników finansowych. Mogą oni w ten sposób wykorzystać bardzo dobrą znajomość swoich klientów i zaoferować im dobrze dobrane produkty. Ale trend ten nie jest korzystny dla samego rynku telekomunikacyjnego. Montoya zauważa, że brakuje innowacyjnych modeli skuteczniejszego zarabiania na samej telekomunikacji.

Według niego takich pomysłów nie mają ani duzi operatorzy, ani małe firmy. Pomimo zmiany technologii, przejawiającej się m.in. w stopniowym zanikaniu telefonii stacjonarnej, nie ma na rynku pomysłów na zupełnie nowy kierunek rozwoju. Dużo się mówi o przyszłości kontentu, do którego można sięgnąć jedynie poprzez łącza operatorów, ale i tu brak implementacji naprawdę efektywnych modeli biznesowych. Szansa jest jednak w specjalizacji, która postępuje coraz szybciej zarówno wśród operatorów telekomunikacyjnych, jak i dostawców infrastruktury. Ten trend wiąże się także z konsolidacją na rynku, gdzie duzi przejmują ciekawe mniejsze podmioty.

Mniejsi operatorzy pozyskują kapitał, rosną, a potem łączą się z innymi, w związku z czym konsolidacja postępuje. Ostatecznie na tym rynku zostanie niewielu graczy, ale za to wyspecjalizowanych. Podstawowy podział już zresztą nastąpił. Spółki takie jak ATM, Hawe to są ewidentnie operatorzy infrastrukturalni, Netia czy my to detaliści oferujący swoje usługi klientom indywidualnym oraz biznesowi. W sumie naturalny podział na segmenty, a co za tym idzie – na kompetencje, jest wyraźny: infrastruktura, klienci detaliczni, klienci biznesowi – analizuje Montoya.

Dodaje, że proces ten daje szansę na specjalizację, dzięki której swoją pozycję mogą wzmocnić mali operatorzy. Teraz konkurują oni przede wszystkim niskimi cenami, które są możliwe dzięki niższym kosztom operacyjnym. Ale Montoya ocenia, że na rynku jest miejsce dla małych, wysoko wyspecjalizowanych spółek.

Szansa rozwoju na rynku telekomunikacyjnym jest przede wszystkim dla spółek niszowych, które potrafią albo wynaleźć nową usługę, albo ją sprzedać w inny, bardziej atrakcyjny niż dotychczas sposób. Podczas gdy duzi walczą o utrzymanie stanu posiadania, mniejsi mogą dać impuls do zmian – twierdzi Montoya.

Stadionom w Brazylii po mundialu grożą straty. Na rozgrywkach zyska przede wszystkim FIFA

0

Na trwającym piłkarskim mundialu w Brazylii zarobi przede wszystkim FIFA. Światowa organizacja piłkarska w ciągu czterech lat ma przychody przekraczające 5 mld dolarów, natomiast koszty organizacji mundialu przez Brazylię szacuje się nawet na 13 mld dolarów. Brazylijskie mistrzostwa świata są prawdopodobnie najdroższym mundialem w historii.

Na podstawie oficjalnych i nieoficjalnych informacji można oceniać, że koszty organizacji to co najmniej 7-8 mld dolarów, a prawdopodobnie nawet 11-13 mld dolarów. To dwa razy więcej niż kosztowała organizacja rozgrywek w 2010 r. w Republice Południowej Afryki.

To dla Brazylii większe niż oczekiwano obciążenie, bo zmieniła się sytuacja gospodarcza tego kraju. W momencie starań o mistrzostwa gospodarka tego kraju rosła o 6-8 proc. rocznie, ale od tego czasu znacznie spowolniła. Według danych Banku Światowego w 2012 r. wzrost PKB Brazylii wyniósł zaledwie 0,9 proc., a w ubiegłym roku – 2,5 proc.

Koszty mundialu Brazylia odczuje także po imprezie, bo kraj może mieć duże problemy z utrzymaniem niektórych stadionów.

Pytanie o koszt stadionów i ich możliwości utrzymania po mundialu jest bardzo ważne. O ile można się spodziewać, że Maracanã w Rio de Janeiro czy São Paulo, może Porto Alegre czy Belo Horizonte mogą sobie poradzić z utrzymaniem obiektów, ich rentownością, to wydaje się, że obiekty w stolicy, w Natal czy w Cuiabie i Cúritibie mogą być deficytowe – analizuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grzegorz Kita, prezes Sport Management Polska.

Podobny kłopot pojawia się po wszystkich tego typu rozgrywkach, także po poprzednim mundialu w RPA oraz mistrzostwach Europy w Polsce i na Ukrainie.

W roku 2013, pomimo faktu, że Rio de Janeiro to wielka metropolia, że jest tam kilka klubów piłkarskich, Vasco da Gama, Botafogo, Flamengo czy Fluminense, które w różny sposób mogą aktywnie ten stadion użytkować, łączna strata Maracany [główny stadion mundialu mieszczący niemal 80 tys. widzów – red.] jako spółki była na poziomie około 63 mln zł – podkreśla Kita.

Dodaje, że kluby w Rio de Janeiro nie muszą rozgrywać swoich spotkań na Maracanie, ale może być to arena dla części meczów, np. derbów, czy innych większych imprez sportowych. Wiele możliwości daje również strona rozrywkowa, czyli koncerty muzyczne lub konferencje. Stadiony w mniejszych miastach, gdzie nie grają duże kluby (np. w położonym w sercu Amazonii Manaus) i nie odbywają się koncerty oraz inne wydarzenia, mogą mieć jeszcze większe problemy finansowe.

Jednak na mundialu na pewno zarobi FIFA. Kita podkreśla, że światową federację piłkarską można zdecydowanie uznać za finansowego zwycięzcę rozgrywek. FIFA tylko w 2013 r. miała przychody na poziomie 1,4 mld dolarów, a zysk wyniósł 72 mln dolarów.

To właściwie stawia FIFA w gronie największych organizacji światowych i praktycznie nadaje jej status koncernu o charakterze sportowym. A w czteroleciu, które jest zwieńczone mundialem, przychody FIFA już w tej chwili oscylują w okolicach 5 mld dolarów, więc to są wielkie pieniądze. Oczywiście znacząca część jest rozdystrybuowana, ponieważ samym federacjom za uczestnictwo w mundialu FIFA przyznaje kwoty na poziomie od 8 mln dolarów za udział w fazie grupowej do 35 mln dolarów za zwycięstwo w turnieju. Druga drużyna w finale otrzymuje 25 mln dolarów – wyjaśnia Kita.

Polski rynek kawy warty już ponad 5 mld zł. Najszybciej rośnie sprzedaż kawy premium

CEO Magazyn Polska

Rynek kawy w Polsce systematycznie się rozwija. Statystyczny Polak wypija w ciągu roku napar z 3 kg ziaren kawy, jak jednak zaznaczają eksperci, rynek ma duży potencjał rozwojowy. Szybciej niż spożycie rośnie wartość kupowanej kawy, a to oznacza, że konsumenci coraz częściej sięgają po kawę premium. Dynamicznie rośnie też oferta ekspresów ciśnieniowych i kapsułkowych.

Trendy konsumenckie i sprzedażowe pokazują, że rynek będzie rozwijał się w kierunku kawy premium. O ile spożycie kawy ilościowo jest na stabilnym poziomie, o tyle wartość rynku rośnie z roku na rok właśnie ze względu na zwiększanie się segmentu kawy premium i kawy jakościowej – mówi agencji Newseria Joanna Turczyk, marketing manager w Nespresso.

Dane Euromonitoru wskazują, że wartość rynku kawy w Polsce w ubiegłym roku przekroczyła 5 mld zł. Prognozy na najbliższe lata przewidują stały wzrost o ponad 1 proc. rocznie i w 2016 roku wartość ma osiągnąć blisko 5,5 mld zł.

W Polsce 90 proc. dorosłej populacji deklaruje, że pije kawę, więc rynek konsumentów jest bardzo duży. Nie pijemy jeszcze jej dużo w porównaniu z innymi krajami, bo jest to około 3 kg rocznie, ale jeśli patrzymy na kraj jako całość, to pod względem konsumpcji jesteśmy na 11. miejscu na świecie – podkreśla Turczyk.

W przeliczeniu na ilość naparu przeciętny Polak wypija w ciągu roku 95 litrów kawy. W czołówce spożycia od lat utrzymują się Brazylia, Stany Zjednoczone oraz Niemcy, gdzie na mieszkańca przypada około 10 kg ziaren. Wysoko są również kraje skandynawskie, gdzie pity napar jest znacznie mocniejszy niż w pozostałych krajach i choć jego spożycie jest niższe, to w przeliczeniu na ziarna kawy Skandynawowie są liderami (ok. 15 kg na mieszkańca).

Jak podkreśla Turczyk, wyższa sprzedaż kawy premium wynika też z faktu, że Polacy coraz częściej zwracają uwagę na jakość jedzenia, są otwarci na nowe trendy.

Nowe restauracje, nowy sposób jedzenia, slow food, wszelkiego rodzaju trendy kulinarne i w ogóle moda na gotowanie w Polsce jak najbardziej służą temu, żeby zwracać uwagę na jakościowe jedzenie, w tym kawę – podsumowuje Joanna Turczyk. 

Zdaniem Joanny Turczyk rynek w Polsce jest rozwojowy, wchodzą nowi producenci kawy i ekspresów do kawy. Rośnie sprzedaż ekspresów ciśnieniowych, zarówno automatycznych, jak i kapsułkowych.

W tej chwili najszybciej rozwijającym segmentem rynku kawowego jest właśnie segment kawy porcjowanej, w kapsułkach, dlatego że to jest nowy system, wygodny, ułatwiający przygotowanie w domu kawy wysokiej jakości. Urządzenia są też dużo mniejsze niż do tej pory tradycyjne ekspresy do kawy, o różnych wzorach i kolorach – ocenia Joanna Turczyk z Nespresso.

Bardzo istotny dla rynku pozostaje segment business to business, czyli branża hotelarsko-gastronomiczna i biurowa.

Drogerie Polskie chcą stać się wiodącą siecią franczyzową na rynku kosmetycznym w Polsce. Do końca 2015 roku liczba placówek sieci ma wzrosnąć do 500

CEO Magazyn Polska

Rynek kosmetyczny w Polsce rozwija się coraz szybciej. W ubiegłym roku zanotował 2-proc. wzrost i był wart 20 mld zł. Eksperci firmy badawczej PMR Research szacują, że jego wartość do końca 2016 roku wzrośnie do ponad 23 mld zł. Duża część sprzedaży odbywa się poprzez drogerie, rynek konsoliduje się, a sieci franczyzowe rozwijają się w szybkim tempie. Liczba sklepów w ramach systemów franczyzowych i partnerskich rośnie o kilkaset w ciągu roku, obecnie jest ich ponad 1,8 tys. Jednym z liderów tego segmentu rynku jest sieć Drogerie Polskie, która do końca przyszłego roku chce mieć 500 sklepów.

Działamy na rynku od czterech lat i dynamicznie się rozwijamy. W ubiegłym roku mieliśmy ponad 20-proc. wzrost, liczba sklepów zrzeszonych w sieci franczyzowej rośnie z roku na rok. Naszym celem jest zbudowanie do końca 2015 roku sieci liczącej co najmniej 500 sklepów, które będą w jednolitej standaryzacji – mówi agencji Newseria Biznes Teresa Jonas, prezes zarządu Drogerie Polskie i firmy Błysk.

Drogerie Polskie powstały jako sieć, która ma integrować nie tylko rynek drogeryjny w Polsce, lecz także jako zaplecze detaliczne dla centrum dystrybucyjnego Błysk, które na rynku działa od ponad 20 lat. Zdaniem Teresy Jonas rola dystrybutorów chemii gospodarczej, kosmetyków i artykułów higienicznych na rynku maleje, stąd potrzeba utworzenia kanału sprzedaży detalicznej.

Drogerie Polskie chcą być liderem na tradycyjnym rynku drogeryjnym. Wzmacnianiu pozycji ma służyć projekt „Drogeryjne rewolucje”, który dostosowuje sklepy do standardów nowoczesnego rynku.

Dostosowujemy nasze działania poprzez spójny system komputerowy, innowacyjny program lojalnościowy, który mamy jako pierwsi na rynku tradycyjnym, poprzez radio Drogerie Polskie czy cykl szkoleń. Wiele działań w różnych obszarach, które zmierzają do jednego – do zbudowania na rynku tradycyjnym sieci o nowoczesnych standardach. Bo tylko taka jest gwarancją pozostania na rynku i przetrwania przede wszystkim – przekonuje Jonas.

Sieć stawia na różnego rodzaju działania promocyjne – upusty oraz program lojalnościowy oparty na drukowaniu zindywidualizowanych kuponów rabatowych dla klientów. Daje on konsumentom nie tylko zniżki, lecz także możliwość uczestnictwa w różnego rodzaju wydarzeniach. W programie chętnie uczestniczą również producenci, ponieważ zdaniem Jonas program daje kontrolę nad budżetem na wszystkich etapach: od detalu do ostatecznego konsumenta.

Jak podkreśla prezes sieci Drogerie Polskie, firma uważnie obserwuje to, co robią konkurenci.

Nie ukrywam, że naszym celem jest to, żeby nasza sieć franczyzowa była wiodącą siecią na rynku tradycyjnym w Polsce. Jako sieć franczyzowa dajemy małym sklepom gotowy pakiet. Jesteśmy dzisiaj w stanie zbudować sklep od podstaw: od zaprojektowania wnętrza, poprzez odpowiednie meble, zbudowanie asortymentu, aż po zorganizowanie eventu na otwarcie sklepu – mówi Jonas.

Na rynku telewizorów klienci mogą przebierać w ofertach. Niektóre sklepy nie wytrzymują konkurencji

CEO Magazyn Polska

Rynek telewizorów w Polsce jest bardzo konkurencyjny – dla klientów to szeroki wybór i atrakcyjne ceny, ale dla firm to ostra walka o klientów. Te najsłabsze wypadają z rynku. Zmieniają się też zwyczaje zakupowe Polaków. Klienci coraz częściej łączą zakupy tradycyjne z internetowymi, czyli w sieci szukają informacji i wybierają model, a w sklepie tradycyjnym kupują, lub odwrotnie – w sklepie poznają produkty i porównują je, a sprzęt zamawiają przez internet. 

Według danych firmy PMR rocznie kupujemy ok. 2,4 mln telewizorów wartych mniej więcej 23 mld złotych. Już w ubiegłym roku pięciu największych sprzedawców, do których należy RTV Euro AGD, miało ponad 60-procentowy udział w rynku. Z badań TNS Polska wynika, że najczęściej wybieramy modele 40-calowe i odbiorniki w cenach od 1500 do 3000 złotych. W ubiegłym roku rynek przestał rosnąć – po zwiększonych zakupach związanych z cyfryzacją telewizji.

Rynek jest dość stabilny. Mamy duży wybór marek i modeli w szerokim zakresie wielkości ekranów. Ze względu na duże nasycenie rynku obserwujemy firmy, które z niego wypadają, bo nie są w stanie sprostać konkurencji – informuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Siedlecki, dyrektor marketingu w RTV Euro AGD.

Szeroka oferta sklepów to dla konsumentów nie tylko większy wybór, lecz także bardziej atrakcyjne ceny. Część klientów woli szukać okazji w dużych sieciach handlowych, pozostali – kupują lokalnie. Z poszukiwaniem najlepszej ceny wiąże się też nowy trend na rynku, czyli łączenie zakupów tradycyjnych z internetowymi. Jedna grupa klientów poświęca dużo czasu na zbadanie rynku i zasięgnięcie informacji w internecie, by ostatecznie dokonać zakupu w sklepie. Z drugiej strony są konsumenci, którzy w sklepach zapoznają się z produktami, a telewizor zamawiają przez internet.

To zjawisko jest szczególnie widoczne w takiej sieci, jak nasza, z dużym pokryciem sklepów i największym sklepem internetowym w Polsce. Widzimy bardzo duży odsetek klientów, którzy kupują na naszej stronie internetowej, ale odbierają produkty w sklepach – komentuje dyrektor marketingu RTV Euro AGD.

Popularność tego typu zakupów powoduje, że firma cały czas rozwija sieć sprzedaży i otwiera nowe placówki.

W tej chwili szczególnie skupiamy się na mniejszych miastach, około 40 tys. mieszkańców, i mniejszych, w których powstają nowe galerie handlowe – tłumaczy Tomasz Siedlecki.

Strategia spółki zakłada otwieranie sklepów w nowoczesnych galeriach handlowych, więc sieć sprzedaży rośnie wraz z rozwojem powierzchni handlowych.

Powodzenie w inwestycjach nie zawsze idzie w parze z poczuciem szczęścia

CEO Magazyn Polska

Inwestycje na giełdzie mogą przynieść duże zyski, ale niekoniecznie musi iść za tym szczęście inwestora. Poziom szczęścia z powodu zysku z inwestycji rośnie w szybkim tempie tylko na początkowym etapie bogacenia się. Potem napływ gotówki może jednak powodować negatywne skutki, które blokują odczuwanie satysfakcji z pomnażania kapitału.

W maju 2014 r. liczba rachunków maklerskich należących do inwestorów indywidualnych wzrosła w Polsce do ponad 1,51 mln. Do podejmowania ryzyka na rynku akcji zachęcają udane giełdowe debiuty oraz niskie oprocentowanie depozytów w bankach. Inwestorzy szukają na giełdzie możliwości zabezpieczenia swoich oszczędności, a także osiągnięcia ponadprzeciętnych zysków.

– Najbardziej oczywistym powodem jest zarabianie pieniędzy. To jest motyw, który przyciąga na giełdę największą liczbę osób – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Tomasz Zaleśkiewicz, dziekan wrocławskiego wydziału Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. – Psychologia pokazuje jednak, że te motywy są bardziej zróżnicowane. Niektórzy szukają na giełdzie ryzyka, nowych doświadczeń, a niektórzy chcą sprawdzić swoje kompetencje. Krótko mówiąc, w grę wchodzą nie tylko pieniądze, lecz także rozmaite motywy psychologiczne. 

Według ekspertów rosnąca liczba rachunków maklerskich w Polsce w ciągu ostatnich miesięcy to głównie efekt upublicznienia PKP Cargo i przyznania akcji jej pracownikom. To między innymi udane debiuty spółek na GPW, jak grudniowe IPO Energi, są istotnym czynnikiem przyciągającym nowych inwestorów, a także najniższe w historii stopy procentowe w kraju, które nie dają satysfakcjonujących zysków z lokat bankowych. 

Badania psychologów pokazują, że istnieje pozytywny związek między rosnącymi zasobami finansowymi a poczuciem szczęścia ich właściciela, choć nie jest on taki oczywisty, jakby się to wydawało. Według prof. Zaleśkiewicza analizy te wskazują, że początkowo, kiedy inwestor zaczyna zarabiać coraz więcej pieniędzy, poczucie zadowolenia rośnie dość szybko. Prof. Zaleśkiewicz podkreśla, że niektóre wnioski z badań i eksperymentów psychologicznych są dosyć zaskakujące.

 Później jednak, kiedy jesteśmy już dosyć bogaci, poziom szczęścia już tak szybko nie rośnie. To nie jest zależność liniowa – dodaje prof. Tomasz Zaleśkiewicz. – Okazuje się, że pieniądze bardzo nasilają koncentrację ludzi na własnej osobie, zaczynają ludzi izolować od świata społecznego, wzrasta w nas poczucie władzy i siły. Niekoniecznie musi to powodować, że będziemy usatysfakcjonowani z tego, że zarabiamy coraz więcej pieniędzy.

W jego opinii kontakty społeczne są nam również bardzo potrzebne do tego, żeby ludzie czuli się szczęśliwi. Efekty psychologiczne, które wywołują pieniądze, mogą więc w pewien sposób blokować odczuwanie satysfakcji z zarabiania pieniędzy. 

To oznacza, że inwestor powinien traktować zarabiane pieniądze w odpowiedzialny sposób. Nie powinien budować sobie zbyt dużych oczekiwań, powinien starać się unikać takiego myślenia symbolicznego o pieniądzach, o tym, że, jeżeli będziemy mieć więcej pieniędzy, to osiągniemy większą władzę czy większy prestiż społeczny. Ogólnie wnioski z naszych badań pokazują, że takie myślenie o pieniądzach powoduje, że znowu jesteśmy mniej zadowoleni z tego, że te pieniądze na giełdzie zarabiamy – wyjaśnia prof. Tomasz Zaleśkiewicz.

Komentarz Zarządu ATM S.A. do zakończonego wezwania na sprzedaż akcji Spółki

0

W związku z zakończeniem wezwania na sprzedaż akcji ATM S.A. ogłoszonego przez Fisterra sp. z o.o., spółkę zależną od Innova Capital, zarząd ATM S.A. przekazuje następującą informację.

Warszawa, 18 czerwca 2014 r. – Wezwanie nie doszło do skutku w związku z niespełnieniem warunku określonego w wezwaniu, z którego wynikało, że wezwanie zakończy się powodzeniem, gdy zapisy na sprzedaż akcji ATM obejmą nie mniej niż 90% akcji spółki. Niespełnienie tego warunku było wynikiem rozbieżności w ocenie spółki pomiędzy inwestorem ogłaszającym wezwanie a aktualnymi jej akcjonariuszami. Z jednej strony zaproponowana przez inwestora cena w wezwaniu nie spotkała się z pozytywnym odbiorem przez akcjonariuszy jako cena za niska w stosunku do rzeczywistej wartości spółki, perspektyw jej dalszego rozwoju i wzrostu jej wartości, a z drugiej strony inwestor nie był skłonny podwyższyć ceny w ogłoszonym wezwaniu.

Inwestycja Innova Capital w ATM S.A. była bardzo interesującym dla spółki projektem, który miał prowadzić do nabycia przez inwestora z sektora private equity większościowego pakietu akcji, wycofania ATM S.A. z giełdy i konsolidacji firm specjalizujących się w usługach centrów danych w tej części Europy wokół ATM. Tego zamierzenia nie udało się zrealizować w związku ze zdecydowaną postawą obecnych akcjonariuszy, którzy uważają ATM za spółkę perspektywiczną, stanowiącą korzystną i jednocześnie bezpieczną inwestycję.

W związku z powyższym ATM S.A. będzie kontynuowała swoją działalność w dotychczasowej „konfiguracji” akcjonariatu. Przed spółką rysują się doskonałe perspektywy dalszego wzrostu w oparciu o realizowane inwestycje. Perspektywy pozwalające w przyszłości na podwojenie przychodów i zwielokrotnienie zysków. Spółka będzie w najbliższym okresie koncentrowała się na szybkim zakończeniu realizowanych inwestycji i ich szybkiej komercjalizacji, czyli znaczącym zwiększeniu przychodów ze świadczonych usług kolokacyjnych (usług udostępnienia infrastruktury centrów danych). ATM będzie kontynuował działania mające na celu umocnienie pozycji lidera usług centrów danych i wiodącego operatora usług transmisji danych w Polsce oraz zdobycie znaczącej pozycji wśród klientów zagranicznych. Spółka ma ku temu potencjał, który zarząd i cała załoga Spółki ma zamiar z korzyścią dla spółki i jej akcjonariuszy z pełnym sukcesem wykorzystać.Komentarz Zarządu ATM S.A. do zakończonego wezwania na sprzedaż akcji Spółki 4

ING Bank Śląski ułatwia komunikację z osobami niesłyszącymi

0

ING Bank Śląski, jako pierwszy bank na polskim rynku, oferuje możliwość posługiwania się językiem migowym za pośrednictwem tłumaczy on-line. Bank we współpracy z firmą Migam.pl rozpoczął pilotaż obsługi osób niesłyszących.

W Polsce mieszka prawie pół miliona osób, dla których język migowy jest pierwszym językiem komunikacji. To również spora grupa klientów bankowych. Chcemy dostosować się do ich potrzeb i lepiej się zrozumieć. Wykorzystując nowoczesną technologię, wspieramy osoby niesłyszące w komunikacji z bankiem. Jako firma odpowiedzialna społecznie, oferujemy praktyczne rozwiązania tam, gdzie możemy poprawić jakość i komfort obsługi. Mamy nadzieję, że stworzymy nowy standard obsługi klienta niesłyszącego – powiedział Mirosław Forystek, Dyrektor Banku odpowiedzialny za Pion IT, w ING Banku Śląskim.

ING Bank Śląski oferuje klientom niesłyszącym pomoc tłumacza języka migowego on-line. Dzięki połączeniu wideo z tłumaczem, pracownicy banku mogą teraz swobodnie rozmawiać z osobami, które porozumiewają się tylko w języku migowym. W ramach pilotażu pracownicy wybranych oddziałów wzięli również udział w szkoleniach z podstaw języka migowego.

Pilotaż obsługi klientów niesłyszących rozpoczęto w dwóch oddziałach ING Banku Śląskiego: w Katowicach, przy ulicy Sokolskiej 34 oraz w Warszawie, przy ulicy Zamoyskiego 51a.CEO Magazyn Polska

Do końca 2018 roku wszystkie oddziały mBanku – pełniące dzisiaj różne funkcje – zostaną połączone w ramach jednej, spójnej sieci

Do końca 2018 roku wszystkie oddziały banku – pełniące dzisiaj różne funkcje – zostaną połączone w ramach jednej, spójnej sieci. Dotychczasowy podział na placówki detaliczne i oddziały korporacyjne zostanie zmieniony zgodnie z zakresem oferowanych usług. Pierwsza placówka w nowym formacie właśnie została uruchomiona w Szczecinie.

Koncepcja nowej sieci sprzedaży mBanku zakłada specjalizację placówek pod kątem oferowanych usług. Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, zmiany będą realizowane sukcesywnie do końca 2018 roku.

– Podział na placówki detaliczne i korporacyjne zostanie zmieniony. W miejscu dotychczasowych oddziałów pojawią się centra doradcze, mające pełnić funkcję ośrodka kompetencji doradczych, oraz tzw. lekkie oddziały zlokalizowane w galeriach handlowych – wyjaśnia Jarosław Mastalerz, wiceprezes mBanku ds. Operacji i Informatyki.

Centra doradcze dostępne będą we wszystkich miastach, w których bank posiada dziś swój oddział. Klienci będą mogli w nich skorzystać z pełnej oferty usług bankowości detalicznej, bankowości korporacyjnej i prywatnej oraz produktów wybranych spółek mBanku (np. mLeasingu, mFaktoringu, Domu Maklerskiego mBanku – w zależności od tego czy w danym mieście jest oddział danej spółki). Docelowo mBank chce otworzyć 80 takich oddziałów. Pierwsza taka placówka właśnie została uruchomiona w Szczecinie.

Lekkich placówek będzie 45. Mają one zapewniać szybką i sprawną obsługę w podstawowym zakresie (głównie obsługa kasowa i usługi z obszaru produktów podstawowych, tj. konto, karta płatnicza, kredyt gotówkowy). W przypadku gdy klient będzie chciał porozmawiać na temat bardziej skomplikowanych produktów i usług, będzie mógł to zrobić, łącząc się za pośrednictwem videochatu, z pracownikiem centrum doradczego mBanku. Pierwszy lekki oddział mBanku w centrum handlowym powstanie do końca tego roku.

Dodatkowo sieć mBanku niezmiennie wspierana będzie przez około 60 mKiosków, zarządzanych przez firmę Aspiro.

Projekt zmiany sieci sprzedaży mBanku nie ma na celu redukcji liczby zatrudnionych osób. Bank planuje przenoszenie obecnych oddziałów wraz z ich pracownikami do nowych formatów. Docelowo liczba oddziałów mBanku będzie taka sama jak liczba obecnych placówek detalicznych, która dziś wynosi 132.

Dlaczego nie warto iść na wojnę z blogerami

Ikea, która wydawałaby się marką bardzo przyjazną swoim odbiorcom, niedawno popełniła karygodny błąd. Szwedzki gigant pozwał autorkę serwisu IKEAhackers.net, gdzie zamieszczano kreatywne pomysły na przeróbki produktów, które można kupić w każdym salonie Ikei. Czy nie dało się tego rozwiązać w inny sposób?

Możliwości jest naprawdę wiele, zwłaszcza że Ikea konsekwentnie od początku kreuje wizerunek marki przyjaznej indywidualnym rozwiązaniom. Wiele produktów można dostosować do swoich potrzeb, od wymianie gałek w szufladach rozpoczynając, na dekorowaniu mieszkania kończąc.

Mając to na uwadze, tym bardziej dziwi fakt oskarżenia administratorki serwisu o łamanie praw własności intelektualnej, po tym jak strona zaczęła na siebie zarabiać za pośrednictwem reklam. Oczywiście to nie koniec tego fanowskiego serwisu – odrodzi się on bowiem w nowej formie i powróci do formuły non-profit. Czego jednak można się nauczyć obserwując zachowanie Ikei?

Podstawowy błąd jaki popełniła marka, to zupełne zignorowanie potrzeby powstania tego serwisu, która jest ogromnym potencjałem dla rozwoju dialogu z odbiorcami. Tego typu inicjatywy pokazują dobitnie, w jakim stopniu klienci czują się związani z marką i włączają ją do swojego życia codziennego. Firma staje się tematem rozmów między przyjaciółmi, wymieniane są kreatywne pomysły dotyczące jej produktów, słowem – generowany jest szum. – mówi Bartłomiej Pałacki, Social Media Manager GRUPA 365NET – A taki stan rzeczy jest przecież celem każdej strategii marketingowej. – dodaje.

Jeśli jednak w dalszym ciągu Ikea uważała że doszło do rażących naruszeń prawa własności intelektualnej (do czego jak najbardziej ma prawo), mogłaby tę delikatną kwestię rozwiązać w zupełnie inny sposób. Nawiązanie współpracy z blogerką na wypracowanych wspólnie warunkach z pewnością wyszłoby na dobre obu stronom – autorka miałaby dodatkowe środki na prowadzenie działalności internetowej, a Ikea zyskałaby pośrednią kontrolę nad pojawiającymi się treściami w serwisie.

Zamiast tego, Ikea bardzo poważnie nadszarpnęła swój wizerunek. Odbiorcy mają prawo czuć się oszukani, ponieważ jednym ruchem skreślona została cała filozofia marki, polegająca na spełnianiu indywidualnych oczekiwań klientów i dialogu na linii marka-odbiorca.

Zakończenie procesu łączenia Banku BGŻ z Rabobank Polska

Od dziś, tj. 18 czerwca 2014 roku Bank BGŻ S.A. (Bank BGŻ) i Rabobank Polska S.A. (Rabobank Polska) działają pod wspólną nazwą i logo – Bank BGŻ. Połączenie obu instytucji zostało wpisane do Krajowego Rejestru Sądowego.

– Zgodnie ze złożonym przez wspólnego akcjonariusza obu banków zobowiązaniem wobec Komisji Nadzoru Finansowego, wywiązaliśmy się w wyznaczonym terminie z obietnicy i właśnie rozpoczynamy działalność, jako jeden podmiot – powiedział Józef Wancer, prezes Zarządu Banku BGŻ.

Dotychczasowe działania Rabobank Polska będą kontynuowane przez nowo utworzony Pion Globalnych Klientów Korporacyjnych i Produktów w Banku BGŻ.

W wyniku połączenia Banku BGŻ z Rabobank Polska kapitał zakładowy Banku BGŻ zostanie podwyższony z kwoty 51.136.764 zł o kwotę 5.002.000 zł do kwoty 56.138.764 zł poprzez emisję Akcji Połączeniowych, które zostaną przyznane akcjonariuszowi Rabobank Polska.

Serinus: ruszyły wiercenia nowego odwiertu na Ukrainie

0

Serinus Energy rozpoczął prace nad nowym odwiertem na polu Północne Makiejewskoje – NM-4. Jego całkowita głębokość zaplanowana jest na 2000 m, a prace potrwają 41 dni. Spółka podkreśla, że trudna sytuacja polityczna na wschodzie Ukrainy nie ma wpływu na tempo i zakres prac.

Zasoby perspektywiczne odwiertu NM-4, oszacowane przez niezależną agencję RPS z Kanady na 31 grudnia 2013, wynoszą 1 miliard stóp sześciennych (ok. 28,3 mln m sześc.). Powodzenie prac nad odwiertem może zwiększyć szanse na odkrycia w dwóch innych uskokach tej struktury geologicznej i otworzyć nowe potencjalne obszary wydobywcze na polach Olgowskoje, Makiejewskoje i Północne Makiejewskoje.

„Kontynuujemy prace na naszych ukraińskich aktywach i realizujemy zadania zgodnie z planem na ten rok. Obecna trudna sytuacja polityczna na Ukrainie, nie ma wpływu na nasze poszukiwania i wydobycie. Specyfika odwiertu NM-4 oraz jego okazałe zasoby dają nadzieję nie tylko na zwiększenie wydobycia w bliskiej przyszłości, ale również długofalowe korzyści.” – powiedział Jakub Korczak, Wiceprezes ds. Relacji Inwestorskich i Dyrektor Operacji w Europie Środkowo-Wschodniej.

Odwiert NM-4 znajduje się ok 3 km od wykonanego w zeszłym roku NM-3. Analiza próbek pobranych z odwiertu NM-3 w lipcu 2013 r. wskazała na obecność ropy. Licencja poszukiwawcza Północne Makiejewskoje jest największą spośród pięciu znajdujących się w portfolio Serinus Energy. Została przyznana Spółce w styczniu 2011 na okres 5 lat. Przylega ona do północno-wschodnich granic koncesji Makiejewskoje oraz Olgowskoje i znajduje się około 130 km na północny zachód od miasta Ługańsk we wschodniej Ukrainie.

Innowacyjność pomaga firmom osiągać lepsze wyniki finansowe

Aż 96 proc. menedżerów z firm, będących liderami w zarządzaniu łańcuchem dostaw, uważa innowacyjność za kwestię priorytetową dla rozwoju swoich organizacji. Jak wskazuje raport przygotowany przez firmę doradczą Deloitte „Supply chain leadership. Distinctive approaches to innovation, collaboration, and talent alignment” innowacje to nie zawsze wynalazki i nowe produkty. Często są nimi modele biznesowe czy unikalne rozwiązania w zakresie obsługi klienta, mające szczególne znaczenie dla firm, których działalność oparta jest na współpracy z wieloma dostawcami i podwykonawcami. Firmy, które wdrażają innowacyjne rozwiązania w zakresie zarządzania łańcuchem dostaw, zyskują przewagę konkurencyjną i osiągają znacznie lepsze wyniki finansowe.

Firma Deloitte przeprowadziła badanie wśród 421 osób, zajmujących kierownicze stanowiska, w przedsiębiorstwach prowadzących działalność handlową i produkcyjną, w ponad dziesięciu krajach świata. Wszystkie badane firmy cechowała współpraca z siecią dostawców i podwykonawców. Dodatkowo, wśród ankietowanych, 82 proc. firm korzystało z zewnętrznych usług w zakresie dostaw i logistyki, 78 proc. w zakresie produkcji, a 77 proc. outsourcowało usługę magazynowania. Zgodnie z metodologią badania, za liderów w zarządzaniu łańcuchem, autorzy uznali te firmy, które osiągnęły wyniki powyżej średniej pod względem dwóch wskaźników: rotacji zapasów i udziału dostaw, które były dostarczane w całości i na czas. Tylko 12 proc. z badanych firm zakwalifikowało się do grupy liderów.

Czym wyróżniali się liderzy? Przede wszystkim podejściem do innowacyjności. Aż 96 proc. badanych przedstawicieli firm, będących liderami w zarządzaniu łańcuchem dostaw, uznaje, że innowacje mają ogromne znaczenie dla rozwoju ich firmy. Dla porównania w grupie przedsiębiorstw, które gorzej radzą sobie z tym zagadnieniem, jedynie 65 proc. wybrało taką odpowiedź. „Innowacje to nie tylko nowe produkty i wynalazki. To także nowatorskie i kreatywne podejście do prowadzenia biznesu czy obsługi klienta. Innowacją może być również produkt, usługa czy model biznesowy niestosowany wcześniej na danym rynku czy w danej branży. Kwestie te mają niebagatelne znaczenie w przypadku firm współpracujących z wieloma dostawcami, a tym samym ponoszących ogromne ryzyko biznesowe. Innowacje mające na celu doskonalenie procesów, sieci dostawców, usług czy kanałów dystrybucji to istotne źródło przewag konkurencyjnych jak również podstawa lepszych i trwalszych efektów finansowych” – mówi Magdalena Burnat-Mikosz, Partner, Lider działu R&D and Government Incentives w Europie Środkowej, Deloitte.

O tym, że innowacyjność pozytywnie wpływa na wyniki finansowe, świadczy fakt, że aż 79 proc. firm z grupy liderów w zarządzaniu łańcuchem dostaw może pochwalić się wzrostem przychodów zdecydowanie przekraczającym średni poziom w swojej branży. Z kolei jedynie 8 proc. firm, gorzej radzących sobie z tym zagadnieniem, publikuje dane finansowe na podobnie wysokim poziomie. Co więcej, aż 69 proc. liderów w zarządzaniu łańcuchem dostaw, osiąga marże EBIT na poziomie zdecydowanie wyższym od średniej w sektorze, w którym działają.

Liderzy znacznie wcześniej niż ich konkurenci wdrażają najnowocześniejsze technologie, które mogą znacznie skrócić i uprościć łańcuch dostaw. Aż 48 proc. liderów w tym obszarze przyznaje, że w znacznym stopniu korzysta np. z druku 3D (w porównaniu do 13 proc. pozostałych spółek). Ponadto, aż 75 proc. liderów korzysta z programów optymalizujących (w porównaniu z 34 proc. innych spółek). Co więcej, ponad dwukrotnie większe jest prawdopodobieństwo korzystania przez liderów z programów służących do wizualizacji (67 proc.), technologii mobilnych (75 proc.) czy techniki RFID (65 proc.) niż w przypadku pozostałych firm.

„Znamiennym jest, że spośród firm, które w 1999 roku znalazły się w rankingu Fortune 500, dziesięć lat później, niemal 40 proc. z nich straciło szansę na ponowne zakwalifikowanie się to tego prestiżowego zestawienia. To pokazuje, jak duże znaczenie ma innowacyjne i perspektywiczne myślenie. Nie bez znaczenia jest również bezpośrednie zaangażowanie kadry zarządczej w poszukiwanie i tworzenie innowacyjnych rozwiązań w firmie”– mówi Magdalena Burnat-Mikosz.

Badanie Deloitte wykazało, że lepsze wyniki w zarządzaniu łańcuchem dostaw osiągają firmy, w których ten obszar kontrolowany jest bezpośrednio przez osobę ze ścisłego kierownictwa. Tak było w przypadku aż 56 proc. liderów. Najlepsze firmy zdają sobie także sprawę z potrzeby zatrudnienia osób posiadających wyższe kwalifikacje oraz większe doświadczenie niż do tej pory (m.in. w zakresie globalnego zarządzania ryzykiem oraz współpracy z dostawcami). Liderzy w zarządzaniu łańcuchem dostaw częściej podejmują aktywnie inicjatywy związane z zatrudnianiem profesjonalistów posiadających doświadczenie w analizie danych (88 proc.), w pracy w różnych obszarach działalności firmy (88 proc.) czy też globalne doświadczenie (83 proc.).

O badaniu

Firma Deloitte przeprowadziła globalne badanie wśród 421 osób zarządzających firmami z branży produkcyjnej i detalicznej o rocznych przychodach w wysokości co najmniej 100 mln dolarów, aby poznać stosowane przez te organizacje strategie i praktyki z zakresu zarządzania łańcuchem dostaw. Badanie przeprowadzono przez Internet w listopadzie 2013 r. Badane spółki prowadzą działalność w wielu różnych branżach, obejmujących głównie produkcję (19 proc.), produkty konsumenckie (15 proc.), nowe technologie (15 proc.), produkty przemysłowe (14 proc.) oraz branżę detaliczną (13 proc.). 30 proc. ankietowanych spółek ma siedzibę w Stanach Zjednoczonych/Kanadzie, 29 proc. w Europie, 29 proc. w Azji, a 12 proc. w Brazylii/Meksyku.

Zmiany demograficzne, globalizacja, nowe technologie zmuszają pracodawców i pracowników do większej elastyczności

W ciągu najbliższych 10 lat pokolenie Y (osoby urodzone pomiędzy 1983 a 1999 rokiem) będzie stanowiło 75 proc. siły roboczej na świecie. Z kolei wydłużenie wieku emerytalnego oznacza dla firm konieczność zarządzania pracownikami, reprezentującymi różne pokolenia. Dodatkowo, kryzys spowodował, że relacje pomiędzy pracodawcą a podwładnym muszą opierać się na większej elastyczności. Zarówno w Polsce, jak i na świecie najbardziej widocznym trendem w zarządzaniu kapitałem ludzkim staje się budowanie skutecznego przywództwa, które będzie umiało pogodzić wyzwania biznesowe z rosnącymi aspiracjami pracowników. Raport firmy doradczej Deloitte „Trendy HR 2014 – jak przyciągnąć i utrzymać pracowników w XXI wieku ” wskazuje także na trzy inne priorytetowe wyzwania dla dyrektorów HR, tj. utrzymanie pracowników i wzbudzenie ich zaangażowania, rozwój funkcji HR oraz pozyskiwanie nowych talentów.

Badanie Deloitte przeprowadzono wśród ponad 2,5 tys. liderów biznesu z 94 krajów świata, w tym również z Polski. Respondenci wskazali na dwanaście trendów, które wpływają i będą wpływać na podejmowanie decyzji biznesowych oraz inicjatyw związanych z zarządzaniem kapitałem ludzkim w firmach.

„Rynek pracy staje się coraz bardziej globalny, a co za tym idzie również połączony ze sobą wzajemnymi zależnościami. Jest technologicznie rozwinięty i wymagający, a jednocześnie mocno odczuwa skutki niedawnego kryzysu gospodarczego. To, co łączy pracodawców na całym świecie, to konieczność spełnienia oczekiwań młodych, ambitnych przedstawicieli pokolenia Millenials, przy jednoczesnym skupieniu uwagi na starszych pracownikach, których udział w rynku pracy przynosi firmom konkretne korzyści” – mówi Małgorzata Wnęk-Kolaska, Starszy Menedżer, lider zespołu Human Capital, Dział Konsultingu Deloitte.

Jak pokazało badanie, zarówno na świecie, jak i w Polsce można wyróżnić cztery główne obszary i trendy, które zadecydują o tym, jak ułożą się relacje na rynku pracy. Należą do nich:

Przywództwo (numer 1 w Polsce i na świecie) – Firmy dostrzegają potrzebę budowania przywództwa na wszystkich szczeblach hierarchii i we wszystkich obszarach jej funkcjonowania. Ciągła potrzeba rozwoju liderów jest także napędzana przez zmieniające się oczekiwania pracowników i ewoluujące wyzwania, jakim organizacje muszą stawić czoła. Polscy menedżerowie, podobnie jak ich koledzy z innych krajów, mają świadomość jak pilna jest potrzeba sprostania temu problemowi, jednocześnie przyznają, że są do tego słabo przygotowani.

Retencja i zaangażowanie pracowników (numer 2 w Polsce i 3 na świecie) – Organizacje powinny przedefiniować swoje strategie w taki sposób, aby dotychczasowe starania (mające na celu utrzymanie pracowników) przerodziły się w takie działania, które pozwolą nie tylko przyciągać nowych, ale również stworzyć atrakcyjne i przyjazne środowisko pracy dla obecnych pracowników.

Nabywanie przez działy HR nowych umiejętności (numer 3 w Polsce i 2 na świecie) – Badanie wskazuje, że obecnie rola działów HR przechodzi przez proces transformacji. Firmy nie postrzegają ich już jedynie jako jednostek administracyjnych. Obecnie, coraz bardziej doceniają rolę HR i zaczynają rozumieć, że nowy główny cel działu HR to zarządzanie efektywnością kadry.

Pozyskiwanie i dostęp do talentów (numer 4 w Polsce i na świecie) – Zdolność firmy do znajdowania, przyciągania i zapewniania sobie dostępu do pracowników z wysokimi kwalifikacjami jest kluczowa dla osiągnięcia sukcesu.

Przedsiębiorstwa na całym świecie po latach kryzysu zaczynają coraz wyraźniej odczuwać ożywienie. Dotyczy to także rynku pracy. „Lepsza sytuacja gospodarcza nie zmienia jednak faktu, że firmy muszą stawić czoła nowej sytuacji demograficznej, a młodzi pracownicy mają inne niż wcześniej oczekiwania i potrzeby. Jest to tym bardziej ważne, że w ciągu najbliższych 10 lat pokolenie Millennials będzie stanowiło 75 proc. ogółu siły roboczej na świecie” – mówi Natalia Pisarek, Starszy Konsultant w zespole Human Capital, w Dziale Konsultingu Deloitte.

Jednocześnie wydłużenie wieku emerytalnego rodzi wyzwanie związane z zarządzaniem wielopokoleniową kadrą pracowników, ludźmi o różnych potrzebach i oczekiwaniach. Wciąż aktywni zawodowo pozostają przedstawiciele pokolenia powojennego (tzw. baby boomers). Z drugiej strony, w ciągu najbliższych 5 lat, aż 40 proc. z nich przejdzie na emeryturę. Dla pracodawców oznacza to utratę ich kontaktów biznesowych, umiejętności oraz wiedzy. Jak pokazuje badanie Deloitte, nowoczesne technologie w równym stopniu pomagają rynkowi pracy jak i mu szkodzą. Pracownicy przeciążeni informacjami, ogromną ilością wiadomości e-mail, dostępni on-line przez całą dobę (przez siedem dni w tygodniu) nie mają czasu na kreatywne i innowacyjne myślenie. Aż 72 proc. z nich deklaruje, że ma trudności ze znalezieniem w firmowych systemach potrzebnych informacji. Natomiast ponad połowa wskazuje, że ich pracodawcy nie pomagają im w rozwiązaniu problemów związanych z zarządzaniem przepływu ogromnej ilości danych.

Zdaniem ekspertów Deloitte pracodawcy, ale także sami pracownicy, nie mogą być na te zjawiska obojętni. Muszą zrozumieć, że charakter ich relacji i wzajemnych oczekiwań bardzo się zmienił. Można nawet mówić o nowym rodzaju umowy, która będzie pomiędzy nimi obowiązywać. „Firmy nie zapewniają już pracownikom karier na całe życie. Ale w zamian oferują pracę zadaniową o mniej lub bardziej określonym horyzoncie czasowym. Zmienność projektów i brak monotonności powoduje, że pracownicy cały czas zdobywają nową wiedzę i kompetencje, co zwiększa ich atrakcyjność na rynku pracy” – tłumaczy Natalia Pisarek. Kariera zawodowa ulega znacznemu wydłużeniu, a jej przebieg jest coraz bardziej dynamiczny. Na znaczeniu zyskuje ciągłe uczenie się i rozwój. Ścieżki kariery przedstawicieli pokolenia Millennials mogą trwać nawet 50 lat.

Pracodawcy muszą zrozumieć, że nowe pokolenie pracowników ma inne oczekiwania wobec sposobu w jaki rozwijać będą swoje kompetencje. Przedstawiciele generacji X i Y oczekują, że będą mieć nieograniczony dostęp do szkoleń i innych form rozwoju. Dotychczasowe przymusowe wysyłanie pracowników na szkolenia jest obecnie wypierane przez model, w którym pracownicy sami się ich domagają (zwracając przy tym szczególną uwagę na ich dopasowanie do aktualnych potrzeb biznesowych) a tradycyjną salę szkoleniową zastępują komputery oraz urządzenia mobilne.

„Aby osiągać przewagę konkurencyjną, firmy muszą zarządzać kapitałem ludzkim inaczej niż dotychczas. Pracownicy muszą wykazać się wysoką tolerancją wobec zmienności i niepewności. W zamian oczekują możliwości stałego podnoszenia kompetencji, z których będą mogli korzystać przez całe życie. Spełnienie tych oczekiwań zwiększa ich zaangażowanie oraz lojalność. Z kolei pracodawcy muszą sprostać wyzwaniu przygotowania przedstawicieli pokolenia Millennials do objęcia przywództwa. Muszą także zapewnić retencję wiedzy tych pracowników, którzy w ciągu najbliższych lat odejdą na emeryturę” – podsumowuje Małgorzata Wnęk-Kolaska.

Informacje o badaniu:

Raport „Global Human Capital Trends 2014. Engaging the 21st-century workforce” został opublikowany przez Deloitte USA w marcu br.

Banki powinny zróżnicować model obsługi małych i średnich firm

Jedna trzecia małych i średnich firm korzysta wyłącznie z najbardziej podstawowych usług bankowych, a tylko jedna firma na dziesięć korzysta z szerokiego spektrum produktów transakcyjnych, oszczędnościowych, walutowych i kredytowych. Jednocześnie szacuje się, że obecnie segment MŚP generuje przychody dla sektora bankowego sięgające 7,9 mld zł rocznie, co stanowi 14 proc. łącznych przychodów banków. Bank, aby zdobyć jak największą część tego rynku, powinien efektywnie różnicować ofertę produktową oraz model obsługi firm zgodnie z potrzebami klientów oraz ich potencjałem dla banku – wynika z raportu firmy doradczej Deloitte przygotowanego na podstawie badania małych i średnich firm.

Małe i średnie przedsiębiorstwa to obecnie przeszło 70 tys. firm, które są siłą napędową polskiej gospodarki. Generują 35 proc. przychodów sektora przedsiębiorstw oraz są pracodawcą dla około 40 proc. ogółu zatrudnionych. W 2013 roku należności MŚP wobec banków wynosiły 166 mld zł, a w tym roku, w rezultacie wzrostu popytu ze strony firm oraz stopniowego łagodzenia polityki kredytowej banków, można oczekiwać dalszego kilkuprocentowego wzrostu portfela kredytowego.

Segment ten ma więc bardzo duży potencjał, ale jego wykorzystanie stanowi dla banków ogromne wyzwanie. Wynika to z ogromnego zróżnicowania MŚP, którego nie da się wprost uzasadnić różnicami w wielkości firm. W przypadku dwóch skrajnych podsegmentów, wyróżnionych w ramach przeprowadzonej segmentacji rynku, różnica w przychodach generowanych dla banku może być aż 150-krotna. „Obecny poziom przychodów banków generowany przez segment MŚP szacujemy, w oparciu o deklaracje firm odnośnie wykorzystywanych produktów bankowych i przy rynkowym poziomie cen, na 7,9 mld złotych,” – mówi Piotr Sadza, dyrektor w Sektorze Instytucji Finansowych, Deloitte. „Kluczowym źródłem przychodów dla banków są relatywnie wysokie osady, czyli środki leżące na nieoprocentowanym rachunku firmowym oraz wolumen kredytów. Należy również pamiętać o dużo wyższym poziomie marż dla MŚP w porównaniu z dużymi firmami. Przychody z segmentu MŚP stanowią niebagatelne 14 proc. wyników sektora bankowego i to nawet w sytuacji, gdy większość MŚP korzysta wyłącznie z podstawowych produktów bankowych, a do tego w relatywnie niewielkim stopniu.” – dodaje ekspert.

Silnie zróżnicowane są również preferencje odnośnie kanałów dostępu do banku, poziom wrażliwości cenowej czy kluczowe czynniki decydujące o wyborze banku. Eksperci Deloitte zwracają uwagę, że nie da się efektywnie obsłużyć wg. tego samego modelu firmy o stabilnych perspektywach i niewielkich wymaganiach produktowych, finansującej się z własnych środków, jak i firmy z dużym potencjałem rozwojowym, nastawionej na wzrost i prowadzącej aktywną działalność na rynkach zagranicznych, która ma duże potrzeby w zakresie finansowania bieżącego, inwestycyjnego i finansowania handlu. „Dostosowanie modeli jest konieczne, aby zapewnić odpowiedni balans pomiędzy potrzebami klienta a oczekiwaniami banku. Pierwszym krokiem do różnicowania modeli obsługi powinna być kompleksowa segmentacja behawioralna, odzwierciedlająca rzeczywiste zróżnicowanie MŚP” – wskazuje Andrzej Lachowski, Partner, Lider Grupy Doradztwa dla Sektora Instytucji Finansowych Deloitte.

Badanie Deloitte zrealizowane przy wsparciu Millward Brown sprawdzało preferencje i oczekiwania firm w zakresie korzystania z produktów bankowych, preferowanych kanałów dostępu, preferencji cenowych oraz ich relacji z bankami. Na podstawie wyników ankiet eksperci Deloitte dokonali bardzo szczegółowej i złożonej segmentacji klientów.

Spośród 10 zidentyfikowanych podsegmentów MŚP, przeszło dwie trzecie klientów należy do czterech pierwszych podsegmentów korzystających jedynie z podstawowej oferty produktowej. W konsekwencji, podsegmenty te odpowiadają jedynie za około 25 proc. całego potencjału przychodowego MŚP. Dla przykładu, firma z podsegmentu Nieaktywni, która poza rachunkiem bieżącym i podstawowym zestawem transakcji (np. przelewy krajowe, wpłaty gotówki) nie korzysta praktycznie z żadnych produktów złożonych i nie finansuje się kredytem bankowym, generuje przeciętnie niewiele ponad 300 zł miesięcznego przychodu dla banku. Równocześnie klienci ci relatywnie dużą wagę przywiązują do oddziału bankowego, są wrażliwi cenowo oraz oczekują prostych procedur i uproszczonych formalności. Pod wieloma względami jest to grupa klientów o zbliżonej charakterystyce do mikroprzedsiębiorstw i wymaga od banków podobnego, prostego i efektywnego kosztowo modelu obsługi.

Tymczasem na drugim końcu skali znajdują się klienci najbardziej uproduktowieni, realizujący inwestycje finansowane bankowym kredytem. Stanowią oni 3 proc. całego segmentu, jednak każdy z nich generuje średnio prawie 50 tys. złotych przychodu dla banku miesięcznie.

Grupa 30 proc. klientów w najbardziej uproduktowionych podsegmentach, odpowiada za 75 proc. oszacowanego potencjału MŚP. Klienci ci na szeroką skalę wykorzystują szerokie spektrum produktów bankowych, od transakcyjnych przez walutowe po finansowanie obrotowe, inwestycyjne oraz handlu. Zakres i charakter potrzeb tych klientów oraz generowany przez nich potencjał dla banku uzasadnia droższy, bardziej zindywidualizowany model obsługi z dedykowanym doradcą, stanowiącym dla zarządzających firmą partnera do rozmów o ofercie banku.

Kierując się potrzebami przedsiębiorstw oraz patrząc z perspektywy możliwości ich efektywnego zaspokojenia przez banki, eksperci Deloitte wyodrębnili 4 główne modele obsługi:

  • model podstawowy, charakteryzujący się standaryzacją i maksymalnym uproszczeniem oferty oraz obsługą klienta bez pośrednictwa dedykowanego doradcy. Nacisk jest położony na obniżenie kosztów obsługi tak, aby odpowiadał ograniczonym możliwościom generowania przychodów przez klientów.
  • model zdalny, oparty o zdalny kontakt z doradcą, oferuje przeważnie standardowy zestaw produktów. Z uwagi na charakter obsługi, możliwość wykorzystania nowoczesnych technologii (np. wideokonferencje) oraz ograniczone potrzeby produktowe klientów, doradca może zaoferować dobrą jakość obsługi relatywnie dużej liczbie klientów w swoim portfelu.
  • model hybrydowy, przypominający obecnie najczęściej wykorzystywane podejście w obsłudze MŚP. Przy umiarkowanie licznych portfelach klientów, doradca ma możliwość rozpoznania ich potrzeb i utrzymywania kontaktów z nim na umiarkowanie intensywnym poziomie, w szczególności na etapie pozyskania i na początkowym etapie rozwoju relacji z klientem. Oferta produktowa może być w większym stopniu niż w dwóch podstawowych modelach dopasowana do indywidualnych potrzeb, w miarę potrzeby przy wsparciu specjalistów produktowych.
  • model korporacyjny, dzięki dalszemu ograniczeniu wielkości portfela doradcy rośnie jego zdolność do precyzyjnego diagnozowania potrzeb i poświęcenia większej uwagi kluczowym klientom, co pozwala wyjść z ofertą zindywidualizowaną wobec każdego z nich, przy pełnym wsparciu specjalistów produktowych. Wysoki poziom kosztów modelu jest uzasadniony potencjałem grupy najlepszych klientów.

„MŚP to bardzo atrakcyjny, ale silnie zróżnicowany i niełatwy dla banków segment. Podstawą sukcesu jest właściwe uchwycenie i odzwierciedlenie zróżnicowania w postaci segmentacji behawioralnej, która powinna być podstawą dla budowania oferty produktowej i dopasowania modelu obsługi – mówi Piotr Sadza. – Podejście oparte o potrzeby i potencjał klientów jest przy tym dużo bardziej precyzyjne niż podejście skupione na wielkości przedsiębiorstwa. Te banki, które będą najlepsze w identyfikowaniu klientów o największym potencjale, a z drugiej strony będą w stanie obsłużyć teoretycznie mniej atrakcyjne grupy w sposób efektywny kosztowo – osiągną sukces. – podsumowuje.

O badaniu:
Badanie ankietowe zostało przeprowadzone w drugiej połowie 2013 r. metodą CAPI (Computer Aided Personal Interview), czyli metodą wywiadów wspomaganych komputerowo z osobami, które mają decydujący wpływ na podejmowanie decyzji finansowych przez przedsiębiorstwa zaliczane w Polsce do sektora MŚP. Dane ankietowe zostały poddane weryfikacji z informacjami uzyskiwanymi z innych źródeł, jak np. wywiadownie gospodarcze czy organizacje branżowe. W ostatecznej grupie badawczej znalazły się 852 ankiety. Ich dobór jest reprezentatywny dla całej populacji jeśli chodzi o strukturę wielkości, położenie geograficzne na terenie kraju czy dobór branżowy.

Młodzi informatycy cenieni na świecie. Firmy walczą o to, by związali przyszłość z Polską

CEO Magazyn Polska

IT jest jedną z najszybciej rosnących w branż Polsce. Perspektywy na kolejne lata są jeszcze lepsze, głównie dzięki pieniądzom z unijnego budżetu na rozwój innowacji. Już teraz zapotrzebowanie na informatyków rośnie o wiele szybciej niż liczba absolwentów. Specjaliści z Polski są też pozytywnie postrzegani za granicą, a szacuje się, że w Unii Europejskiej w najbliższych latach potrzebnych będzie kilkanaście tysięcy nowych inżynierów informatyki.

Już dziś firmy informatyczne mają w Polsce problem ze znalezieniem odpowiednich pracowników. Dotyczy to również innych rynków europejskich. Komisja Europejska w raporcie „E-skills for job in Europe” wskazała, że popyt na pracowników branży teleinformatycznej rośnie w tempie 4 proc. rocznie, przewyższając podaż.

Dziś na rynku pracy w UE brakuje blisko 275 tys. pracowników z umiejętnościami cyfrowymi. Urzędnicy szacują, że w przyszłym roku wolnych stanowisk będzie ponad 500 tys., a w 2020 roku ta liczba może wzrosnąć do miliona. Rosnące zapotrzebowanie może oznaczać szansę dla specjalistów z Polski, ponieważ są oni wysoko oceniani za granicą.

Branża nowoczesnych technologii oparła się kryzysowi, ciągle się rozwija. Chcemy promować wśród uczniów szkół średnich studiowanie na kierunkach technicznych i rozwijanie się w tej branży – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magdalena Gaj, prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej.

Tej promocji i wsparciu dla młodych zdolnych ludzi służą takie inicjatywy, jak Ogólnopolska Olimpiada Wiedzy o Internecie Net Masters Cup, organizowana wspólnie przez Allegro, Netię i Cisco, którą Urząd Komunikacji Elektronicznej od lat obejmuje patronatem.

W tegorocznych zawodach udział wzięło 2526 drużyn (ponad 10 tys. osób) z ok. 30 proc. szkół ponadgimnazjalnych z całej Polski. Po dwóch etapach testów online do finału dotarło 21 drużyn oraz jedna drużyna z dziką kartą zdobytą w konkursie magazynu Chip. 

Jeżeli tyle tysięcy osób wzięło udział w kolejnych edycjach Olimpiady Wiedzy o Internecie, to świadczy to o tym, jak dużym zainteresowaniem cieszy się ten konkurs. A materialny wymiar tej olimpiady to jest wsparcie, jakie firmy organizatorzy, czyli Netia, Allegro i Cisco, dają później tym uczniom: w trakcie studiów czy w początkach kariery, zatrudniając ich u siebie – przekonuje prezes UKE.

Jako organizatorzy olimpiady Net Masters Cup szukaliśmy projektu, który pokaże rozwój społeczeństwa informacyjnego i kompetencji cyfrowych – mówi Marta Pietranik-Pacuła, koordynator Net Masters Cup. – Ponadto szukamy kontaktów i budujemy relacje z najlepszymi polskimi uczelniami technicznymi. Docieramy także do najlepszych młodych i utalentowanych informatyków, aby przeprowadzić ich przez okres studiów i wykształcić na znakomitych przyszłych pracowników firm z branży IT.

W tym roku I miejsce zajęła drużyna Misiaczki z technikum z Nowej Soli, w składzie: Michał Idzikowski, Maciej Suszko, Igor Koropiecki, pod opieką Moniki Kuś. Zwycięzcy otrzymali pakiet pełnej opieki podczas studiów informatycznych. W jego skład wchodzą stypendium finansowe, staże, praktyki, warsztaty z ekspertami oraz wejściówki na prestiżowe konferencje IT.

To jest bardzo ciekawa nagroda. Opieka bardzo się przyda, bo będziemy mieli osoby, które się znają, które mogą nam zawsze wytłumaczyć to, czego nie będziemy wiedzieć – mówi jeden ze zwycięzców Michał Idzikowski, uczeń technikum w Nowej Soli. – Bardzo nam się podobał konkurs, bo zadania były trudne, ciekawe. Najbardziej podobało nam się to, że była zacięta rywalizacja, że mogliśmy powalczyć z kimś, kto się na tym zna.

Na każdym z trzech etapów konkursu drużyny rozwiązywały problemy z praktycznie wszystkich obszarów wiedzy o internecie i nowych technologiach.

Podczas finału zmagali się z trzema zadaniami z obszaru bezpieczeństwa sieci i aplikacji, teorii informacji, programowania i algorytmiki – mówi Pietranik-Pacuła. – Ta olimpiada jest wyjątkowa pod tym względem, że to nie jest konkurs indywidualny, tylko drużynowy. Ci młodzi ludzie pracujący w drużynach, mierząc się z bardzo skomplikowanymi zadaniami praktycznymi, muszą udowodnić, że potrafią pracować zespołowo, potrafią korzystać ze źródeł i narzędzi i rozwiązać dany problem.

W finale udział wzięły drużyny z Warszawy, Radomia, Bydgoszczy, Słupska, Rzeszowa, Dębicy, Gorzowa Wielkopolskiego, Nowej Soli, Krotoszyna, Bytomia, Łodzi, Częstochowy, Wałbrzycha, Trzebnicy, Wrocławia, Krakowa, Tarnowa i Chrzanowa. Poziom rywalizacji był bardzo wysoki – drużyny awansujące do finału zdobyły średnio 23,60 punktów na 30 możliwych. To o pół punktu więcej niż rok temu.

Instytut Jagielloński: Marynarka Wojenna Polski w kryzysie. Polskie władze nie doceniają znaczenia bezpieczeństwa morskiego

Polskie władze nie doceniają strategicznego znaczenia Bałtyku i Marynarki Wojennej dla polskiej obronności, przez co pogrąża się ona w kryzysie – przekonuje Instytut Jagielloński. Może się to zmienić po zakupie trzech nowych okrętów podwodnych, ale tylko wtedy, gdy będą odpowiednio wyposażone w rakiety manewrujące. Bez takiej broni okręty nie będą spełniały funkcji odstraszającej.

– Polska marynarka wojenna od lat przeżywa potężny kryzys i dziś nie ma żadnych zdolności do realizacji zadań na morzach i oceanach, nie mamy możliwości reakcji nawet na sytuacje nam najbliższe, czyli w rejonie naszej wyłącznej strefy ekonomicznej. Trudno dziś powiedzieć, że polskie bezpieczeństwo morskie ma jakiekolwiek znaczenie dla władz. Należy natychmiast zmienić tę sytuację – apeluje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Kister, ekspert ds. bezpieczeństwa Instytutu Jagiellońskiego.

Polska Marynarka Wojenna od wielu lat nie jest modernizowana, a większość okrętów została zbudowana przed 1989 r. lub na początku lat 90. Spośród pięciu okrętów podwodnych aż cztery zostały zwodowane w latach 60. To właśnie jednostki tego typu są kluczowe dla potencjału bojowego polskiego wojska. Ministerstwo Obrony Narodowej planuje pozyskanie trzech nowych okrętów podwodnych w latach 2021–2030, a kontrakt będzie wart ok. 7,5 mld zł.

Kister podkreśla, że okręty podwodne są potrzebne nie tylko po to, by chronić polskiego wybrzeża. Polska ma wprawdzie 440 km linii brzegowej i ponad 8,5 tys. km kwadratowych wód terytorialnych, jednak trudno sobie wyobrazić, by Bałtyk stał się rejonem działań zbrojnych. Istotnym aspektem nowoczesnej floty okrętów podwodnych jest jednak jej potencjał odstraszający.

Kluczowe jest, by polska marynarka była wyposażona w okręty podwodne uzbrojone w pociski manewrujące. Daje to nam potężną przewagę psychologiczną, mamy wtedy miecz, którym możemy uderzać w najbardziej wrażliwe punkty naszego wroga. Przede wszystkim straszyć go możliwością wykorzystania tej broni. Okręty podwodne są tutaj najlepszymi nośnikami takiej broni. To skryte uderzenie z głębin morskich. Okręty trudne do wykrycia z głębin morskich mogą uderzać i atakować terytorium wroga – tłumaczy Kister.

Pociski manewrujące to broń o dużym zasięgu i bardzo wysokiej precyzji uderzenia. Dzięki lotowi na niskiej wysokości i nie w linii prostej są bardzo trudne do wykrycia i zniszczenia. Posiadanie takiej broni zwiększyłoby siłę odstraszającą polskiej marynarki, bo potencjalni wrogowie obawialiby się precyzyjnego uderzenia w cele na ich terytorium. Takie pociski w polskim wojsku mogłyby być przenoszone jedynie przez nowe okręty podwodne. Na temat konieczności posiadania okrętów podwodnych wyposażonych w pociski manewrujące wypowiadali się także niedawno publicznie Stefan Niesiołowski, przewodniczący Sejmowej Komisji Obrony Narodowej, oraz poseł Michał Jach, przewodniczący Parlamentarnego Zespołu ds. Wojska Polskiego. Podczas debaty zorganizowanej przez Instytut Jagielloński w tej sprawie zabrał także głos gen. dyw. dr Anatol Wojtan, I zastępca szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, który stwierdził, że: „jeśli wszystko dobrze pójdzie, to okręty podwodne dla MW RP mają zostać wyposażone w pociski manewrujące”.

Dodatkowym aspektem modernizacji Marynarki Wojennej jest konieczność ochrony szlaków handlowych na Bałtyku. Transport morski na tym akwenie jest duży, a zaangażowanych w niego jest wiele krajów. Instytut Jagielloński w raporcie zaznacza, że dostęp do Bałtyku ma też Rosja, więc nie można całkowicie wykluczyć ryzyka działań zbrojnych w tym rejonie. Polska ma też zobowiązania sojusznicze wynikające z członkostwa w NATO.

Instytut Jagielloński przekonuje, że te wszystkie czynniki wymuszają zwiększenie nie tylko potencjału obronnego, lecz także siły ofensywnej polskiej marynarki. Tylko wtedy będzie ona skuteczna w odstraszaniu potencjalnych zagrożeń, w tym także asymetrycznych (np. związanych z terroryzmem).

Należy natychmiast przystąpić do zbudowania strategii bezpieczeństwa narodowego, w którym bezpieczeństwo morskie będzie miało swą właściwą pozycję – wzywa Kister. –  Nie wystarczy, że Ministerstwo Obrony Narodowej będzie decydowało o tym, jak będziemy realizowali nasze projekty modernizacyjne, do tego musimy zaprosić Prezydenta RP, Biuro Bezpieczeństwa Narodowego, Ministerstwo Spraw Zagranicznych, think-tanki, czyli instytuty badawcze, które zajmują się problemem bezpieczeństwa, i niezależnych ekspertów.