Stokrotka na przełomie roku planuje rozpocząć testowo sprzedaż internetową

0

CEO Magazyn Polska

Stokrotka myśli o sprzedaży przez internet. Planuje pod koniec roku lub na początku przyszłego ruszyć z pilotażem, ale na razie tylko w jednym regionie – w Lublinie. Teraz chce się rozwijać przez franczyzę. Sieć stawia na projekt franczyzowy dla supermarketów. Z kolei nieco mniejsze od nich markety, czyli sklepy o powierzchni 200-400 mkw. będą mogły stać się franczyzobiorcami Stokrotki w czwartym kwartale br.  

Mamy plany uruchomienia sprzedaży internetowej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Kalinowski, prezes Stokrotki. – Zrobimy to pod koniec tego roku albo na początku przyszłego. Na razie będzie to rozwiązanie pilotażowe, realizowane w jednym z regionów Polski – dodaje.

Spółka Emperia, właściciel sieci Stokrotka, rusza z projektem franczyzowym dla supermarketów. Poszukuje właścicieli lokali o powierzchni powyżej 400 mkw. Z kolei pierwsze franczyzy dla marketów (200-400 mkw.) pojawią się w czwartym kwartale. Do końca 2016 r. Emperia planuje mieć 627 sklepów marki Stokrotka, w tym ponad 80 marketów i supermarketów franczyzowych. Na razie we franczyzie działa 1 supermarket.

Dzięki franczyzie Stokrotka zwiększyć skalę działalności, a tym samym zyska kolejne elementy przewagi konkurencyjnej w stosunku do pozostałych detalistów – mówi Dariusz Kalinowski. – Franczyzobiorcy pozwoli zaś na efektywną konkurencję na coraz bardziej wymagającym rynku. Pozwoli mu działać pod mocno rozpoznawalnym i wspieranym marketingowo brandem Stokrotki.

Obecnie w Polsce rynek obejmuje kilkaset franczyz w segmencie detalicznym. Niekiedy jednak współpraca ta jest mało rozwinięta, np. dotyczy tylko marketingu, albo opiera się na współpracy z firmą zajmującą się sprzedażą hurtową. Przedstawiciele Stokrotki zapewniają, że oferta sieci będzie pierwszą tak kompleksową. Stokrotka oferuje franczyzobiorcom pomoc dotyczącą oferty asortymentowej, kształtowania cen i efektywnej polityki promocyjnej. 

Prowadzenie sklepu detalicznego we franczyzie ma sens tylko wtedy, gdy współpracuje się z firmą detaliczną, która wie, jak  ten rynek działa. I takiej oferty detaliści dzisiaj potrzebują – mówi Krzysztof Książek, członek zarządu i dyrektor ds. franczyzy w sieci Stokrotka. – Udostępnimy franczyzobiorcom nasze standardy operacyjne, rozwiązania i procesy, które pomagają prowadzić sklep bardziej efektywnie. Skupiamy się na tym, żeby pomóc naszym partnerom zwiększać sprzedaż, poprawiać marżę i optymalizować koszty, a co za tym idzie więcej zarabiać.

Branża spożywcza jest najliczniejsza pod względem liczby franczyzobiorców. Jednak według raportu firmy doradczej PROFIT system w ubiegłym roku najwięcej wzrosła liczba franczyzobiorców w branży doradztwa prawnego i biznesowego. Polskie systemy franczyzowe stanowią 85,5 proc. rynku. W 2013 r. średnia wartość inwestycji we franczyzę wyniosła 211,05 tysięcy zł w sektorze handlowym i 105,73 tysięcy zł w usługach.

Polacy piją coraz więcej wody kosztem soków

CEO Magazyn Polska

Silna konkurencja producentów, nasycony rynek i coraz większa popularność picia wody doprowadziły w ostatnich latach do spadków na rynku soków i napojów owocowych ocenia Marek Sypek, prezes spółki Agros-Nova. Co ciekawe, w ubiegłym roku największe problemy miały marki najtańsze. Rynek zaczyna się już jednak stabilizować i w tym roku powinno być podobnie jak w ubiegłym. Gwałtownych wahań nie oczekuje się również na rynku przetworów.

Według danych firmy Nielsen, w 2013 r. kategoria soków, nektarów i napojów owocowych ilościowo spadła o 3 proc., a wartościowo o 2 proc. Spożycie wyniosło 1 mld litrów. Prezes firmy Agros-Nova przypomina, że fatalne dla rynku były lata 2011 i 2012, kiedy konsumpcja spadła odpowiednio o 12 proc. i ponad 10 proc.

W ubiegłym roku rynek się ustabilizował i sądzę, że ten rok będzie podobny pod względem wolumenów i wartości sprzedaży. Trudno mówić o wielkich wzrostach czy spadkach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Sypek, prezes firmy Agros-Nova, która w swoim portfolio ma takie marki, jak: Fortuna, Garden, Dr Witt, Łowicz i Włocławek.

Trudno jednoznacznie ocenić, jaki był ubiegły rok dla branży, ponieważ sytuacja wyglądała różnie w różnych kategoriach produktów. Stabilnie sprzedawały się Fortuna i Tarczyn, jedne z najpopularniejszych produktów firmy. Marka Dr Witt wzrastała szybciej, z kolei tracił segment ekonomiczny, czyli np. napoje Garden czy Costa. Zdaniem Sypka, uzasadnienia nie można szukać w spowolnieniu gospodarczym, a co za tym idzie w ograniczaniu wydatków konsumentów – w trudnych czasach klienci powinni raczej zwracać się ku produktom z niższej półki cenowej.

Część ekonomiczna generowała największe spadki. W całości tej kategorii dochodziły one do 20 proc. Odczuli to wszyscy gracze. Zadecydowało o tym przede wszystkim przesunięcie konsumpcji z soków i napojów na wodę – komentuje Marek Sypek.

Z drugiej strony przesunięcie to spowodowało wzrost konsumpcji syropów mieszanych z wodą, na czym skorzystała Agros-Nova – marka Łowicz notowała dwucyfrowe wzrosty. 

Mimo takiej sytuacji urośliśmy w tej kategorii o 40 proc. Bardzo mocno przejmowaliśmy udziały rynkowe od Herbapolu, który ciągle jest liderem rynku, i zepchnęliśmy z drugiego miejsca Paolę – przypomina prezes.

Niestabilna sytuacja na rynku soków w ostatnich latach powoduje, że – jak podkreśla prezes firmy – trudno prognozować, jak będzie wyglądał w tym roku i które segmenty będą rosnąć najszybciej. Możliwe jednak, że wraz z rozwojem polskiego rynku na wzór rynków Europy Zachodniej zacznie rosnąć sprzedaż soków świeżo wyciskanych.

– Na naszym rynku prawie w ogóle nie ma soków świeżych, sprzedaż jest bardzo niszowa. Natomiast na niektórych rynkach europejskich i amerykańskim stanowią one bardzo dużą część sprzedaży. Te soki wciąż są droższe, więc ciągle nasza siła zakupowa jest dużo mniejsza niż na tamtych rynkach. To pewnie będzie jeden kierunek – uważa Marek Sypek.

Jego zdaniem drugim kierunkiem może być silnie wspierana przez media sprzedaż wody, mimo że coraz lepszą jakościowo wodę Polacy mogą pić z kranu.

Stabilny rynek przetworów

Gwałtownych wahań rynku firma Agros-Nova nie spodziewa się również na rynku przetworów. Marek Sypek podkreśla, że w zależności od kategorii dziś konsumpcja rośnie w tempie od 1 do 4 proc.

Gdybym miał wskazać część rynku, która rosła mocniej, to np. przetworzone pomidory: czy to pulpy pomidorowe czy pomidory krojone. Tego typu produkty coraz częściej są przez Polaków kupowane. Natomiast globalnie rynki dżemów czy różnych sałatek są stabilne – zapewnia prezes Agros-Nova.

Internet przez gniazdka elektryczne i routery ładujące telefon. TP-Link zapowiada nadejście ery urządzeń nowej generacji

CEO Magazyn Polska

Wkrótce TP-Link wprowadzi na rynek nowe urządzenia do bezprzewodowej transmisji danych wykorzystujące sieć elektryczną. Spółka planuje też sprzedaż routerów, które równocześnie będą akumulatorami do urządzeń przenośnych. Wyzwaniem dla dostawcy jest zapewnienie bezpieczeństwa transmisji danych, najczęściej narażanego na szwank przez samych użytkowników.

Będziemy wciąż poszerzać naszą ofertę, która umożliwia transmisję danych zarówno w naszych domach, jak i poza nimi, czyli pozwala na zabieranie internetu ze sobą z wykorzystaniem usług dostawców mobilnych i operatorów komórkowych. I to jest jedna część naszej oferty, w drugiej część będziemy starali się pomagać ludziom wykorzystywać już istniejącą infrastrukturę, na przykład energetyczną – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mariusz Piaseczny, dyrektor marketingu TP-Link Polska.

Za pomocą urządzenia podpiętego do sieci przez normalne gniazdko będziemy mogli transmitować dane np. do telewizorów.

Już niedługo wprowadzamy do oferty ciekawe urządzenie, które jest połączeniem routera z akumulatorem, którym będziemy mogli również kilkakrotnie naładować nasz telefon. To są rozwiązania dwa w jednym, które mając przy sobie, wykorzystujemy na dwa zupełnie różne sposoby, wydawałoby się abstrakcyjne, ale jednak niezwykle potrzebne na przykład w podróży – podkreśla Piaseczny.

Przy bezprzewodowej transmisji danych najważniejsze jest przestrzeganie zasad bezpieczeństwa. Piaseczny podkreśla, że największym wyzwaniem nie jest wcale zapewnienie bezpieczeństwa urządzeń do transmisji danych, lecz edukacja użytkowników, którzy często nie radzą sobie z zabezpieczeniem sieci, np. w miejscach publicznych.

Od tego, gdzie jesteśmy, w jaki sposób się zachowujemy, uzależnione jest nasze bezpieczeństwo. To nie urządzenia są najsłabszym elementem bezpieczeństwa w internecie, tylko my sami i nasza naiwność, a czasami wręcz głupota, które prowadzą do tego, że stajemy się ofiarami ataków. Według wszelkich badań nawet najlepiej zabezpieczona sieć korporacyjna, niestety nie jest odporna na ataki z wewnątrz, czyli na ataki za pośrednictwem pracowników, którzy np. przynoszą złośliwe oprogramowanie na nośnikach USB – przestrzega Piaseczny.

TP-Link jest największym dostawcą urządzeń do bezprzewodowej transmisji danych, takich jak routery, anteny czy wzmacniacze sygnału. Produkty spółki są szeroko dostępne w polskich sklepach komputerowych oraz w ofercie operatorów telekomunikacyjnych. Zwiększa się liczba operatorów, z którymi współpracuje TP-Link.

Nie zamierza jednak zatrzymywać się w rozwoju. Spółka, której główna siedziba znajduje się w chińskim Shenzhen, ma oddziały w ponad 20 krajach, a produkty sprzedaje w ponad 120. W polskim oddziale, który działa od trzech lat, pracuje obecnie niemal 50 osób. Piaseczny podkreśla, że TP-Link współpracuje z organizacjami studenckimi, szczególnie na uczelniach technicznych, licząc na nowych, utalentowanych pracowników. Szczególnie cenne są osoby z umiejętnościami w zakresie wsparcia użytkowników, np. w obszarze konfiguracji urządzeń bezprzewodowych.

Polskie piwa wchodzą na rynki azjatyckie – do Chin i Indii

Eksport polskiego piwa rośnie. W 2013 roku wzrósł o 16,7 proc. w ujęciu rocznym i wyniósł 2,5 mln hektolitrów. To zasługa większej sprzedaży zarówno do krajów, w których mieszka i pracuje wielu Polaków, np. USA, Kanady, Wielkiej Brytanii i Irlandii, jak i ekspansji w Azji. Przedstawiciele branży uważają, że dla polskich produktów piwowarskich są to bardzo perspektywiczne rynki.

Można mówić o dwóch rodzajach eksportu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Danuta Gut ze Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie. – Jednym z nich jest eksport na rynki, na których od dawna przebywają polscy emigranci, takie jak Australia, Kanada czy Stany Zjednoczone. Jednak obserwujemy również w Europie, zwłaszcza w Irlandii czy Wielkiej Brytanii, że polskie piwo poszło za naszą emigracją. Eksport na te rynki rośnie również dlatego, że polskie piwo jest cenione przez konsumentów.

Polskie piwowarstwo coraz odważniej wchodzi też na rynek azjatycki, głównie do Chin i Indii.

Jeśli chodzi o cały rynek, to wciąż nie jest to może znaczący procent eksportu. Jednak sam fakt, że wchodzimy na nowe rynki, jest bardzo pozytywnym sygnałem – zauważa Gut.

Obecnie Azjaci kupują od polskich firm głównie tradycyjne rodzaje piw, takie jak pilsner czy lager.

Jednak azjatycki konsument też się domaga nowości i myślę, że to tylko kwestia czasu, gdy zaczniemy tam eksportować także inne gatunki piw – twierdzi Danuta Gut.

Jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego, w 2013 r. eksport piwa wzrósł o 360 tysięcy hektolitrów w porównaniu do 2012 r., a więc o 16,7 proc. Jego łączna wartość to 2,5 mln hl. O 0,7 proc. zwiększyła się też całkowita produkcja piwa w Polsce, która wyniosła w ubiegłym roku 39,6 mln hektolitrów.

Zgoda warunkowa UOKiK Neuca może przejąć ACP Pharma

0

Prezes UOKiK wydał warunkową zgodę na transakcję na rynku farmaceutycznym. Spółka Neuca może przejąć ACP Pharma, musi jednak sprzedać jedną z hurtowni, znajdującą się w Bydgoszczy

Zgodnie z przepisami transakcja podlega zgłoszeniu do urzędu antymonopolowego, jeżeli biorą w niej udział przedsiębiorcy, których łączny obrót w roku poprzedzającym przekroczył 1 mld euro na świecie lub 50 mln euro w Polsce. Jeżeli koncentracja nie doprowadzi do ograniczenia konkurencji na określonym rynku Prezes UOKiK zgadza się na jej dokonanie. W przeciwnym wypadku wydawany jest zakaz.

Możliwe jest również uzależnienie zgody od spełnienia przez przedsiębiorcę określonych warunków. Tak jest w przypadku przejęcia kontroli przez spółkę Neuca nad ACP Pharma. Przedsiębiorcy zajmują się przedhurtową i hurtową sprzedażą wyrobów farmaceutycznych. Ponadto ACP Pharma prowadzi  detaliczną sprzedaż w aptekach, jednak ta część jej działalności nie wchodzi w zakres zgłoszonej transakcji. Koncentracja ma polegać na nabyciu przez Neuca 100 proc. akcji ACP Pharma. Tym samym przejmie również kontrole nad spółkami zależnymi: Cefarm Rzeszów, HealthMore i Lago.

W trakcie postępowania UOKiK przeprowadził badanie rynku, którym objął 30 podmiotów hurtowo sprzedających leki do aptek i szpitali. Analiza zebranego materiału wykazała, że w wyniku  transakcji dojdzie do ograniczenia konkurencji na lokalnym rynku sprzedaży hurtowej wyrobów farmaceutycznych do aptek, obejmującym obszar w promieniu ok. 100 km od hurtowni ACP Pharma w Bydgoszczy. Prowadzi na nim działalność także hurtownia należąca do Neuca w Toruniu. Łączny udział obu spółek na tym rynku jest znacznie większy, niż ich konkurentów.

Prezes Urzędu wydał decyzję warunkową, zgodnie z którą Neuca ma wyzbyć się wszelkich praw do hurtowni ACP Pharma w Bydgoszczy. Kupujący nie może należeć do tej samej grupy kapitałowej co Neuca i musi zostać zaakceptowany przez Prezesa UOKiK. Jeżeli nabywca przedstawiony przez spółkę Neuca nie będzie dawał gwarancji utrzymania dotychczasowej działalności hurtowni – Urząd może go nie zaakceptować.

20 milionów kart zbliżeniowych w portfelach Polaków

Na koniec 2013 roku do bankowości internetowej dostęp miało ponad 21,8 miliona klientów indywidualnych, a aktywnie korzystało z niej ponad 12 milionów osób. Obie grupy w ciągu minionych 12 miesięcy powiększyły się o odpowiednio o 5,12% i 9,19%. Najdynamiczniej rozwijają się jednak technologie zbliżeniowe. Liczba kart z funkcją płatności tego typu w ciągu ostatniego roku wzrosła o 32% i osiągnęła poziom 20 milionów sztuk. – wynika z 13. edycji raport NetB@nk przygotowanego przez Związek Banków Polskich i zaprezentowanego na wtorkowej konferencji prasowej.

Bankowość internetowa i płatności bezgotówkowe niezmiennie od kilku lat należą do najdynamiczniej rozwijających się obszarów systemu bankowego. Pomimo trudnych dla gospodarki miesięcy, miniony rok również stał pod znakiem znaczących wzrostów i to zarówno jeśli chodzi o klientów indywidualnych jak i sektora małych i średnich przedsiębiorstw (MSP).

„Rozwój płatności bezgotówkowych i ich coraz większa powszechność to jeden z istotniejszych elementów rozwoju ekonomicznego. Polski system bankowości elektronicznej na tle innych krajów europejskich jest jednym z najnowocześniejszych i najbezpieczniejszych. Cały czas rozwijamy nowe usługi. Dwa lata temu nowością były karty zbliżeniowe, dzisiaj mamy ich 20 milionów, w 2013 roku banki uruchomiły pierwsze, prawdziwe wirtualne oddziały – skala i tempo rozwoju jest imponujące.”– mówi Krzysztof Pietraszkiewicz, Prezes Związku Banków Polskich

Na koniec 2013 roku do bankowości internetowej dostęp miało ponad 21,8 miliona klientów indywidualnych, a aktywnie korzystało z niej ponad 12 milionów osób. Obie grupy w ciągu minionych 12 miesięcy powiększyły się o odpowiednio o 5,12% i 9,19%. W sektorze małych i średnich przedsiębiorstw, grupa klientów mających dostęp do bankowości internetowej w 2013 roku wzrosła 1,64%, a liczba aktywnych klientów MSP spadła o 2,53%.

W ujęciu rocznym o 6,35% wzrosła liczba kart debetowych, na koniec 2013 roku było ich ponad 28,2 miliona sztuk. Nadal spada za to liczba kart kredytowych, na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy o 4,88% do poziomu 6,13 miliona sztuk.

„Sektor bankowy pracuje nad stałym rozwojem i popularyzacją systemów płatności bezgotówkowych. Wyraźnie widzimy, że klienci doceniają te działania i coraz częściej z nich korzystają. Przykładem mogą być statystyki systemu Elixir i Express Elixir, w obu przypadkach wzrosły zarówno wartości, jak i liczba transakcji. Nie zapominamy również o bezpieczeństwie, bo bankowość internetowa i płatności bezgotówkowe opierają się na zaufaniu klientów. Między innymi dlatego na początku tego roku uruchomiliśmy telefoniczny system zastrzegania karta pod numerem 828 828 828.”– podkreśla Mieczysław Groszek, Wiceprezes ZBP.

Na koniec pierwszego kw. br. Pengab zgodnie z oczekiwaniami umocnił swoją wartość na poziomie 27,8 pkt. (+0,2 m/m). W środowisku bankowym dominuje przekonanie o utrzymaniu obecnego wzrostu aktywności klientów banków na rynku finansowym. Z zachowaniem dotychczasowej dynamiki umacnia się wzrostowy trend na rynku kredytów osób indywidualnych, jak również przedsiębiorstw. Systematycznie poprawia się struktura depozytów oraz maleje problem kredytów zagrożonych. W kontekście nadchodzącego półrocza przewiduje się dalszą poprawę sytuacji na wszystkich monitorowanych rynkach, w tym poprawę sytuacji makroekonomicznej kraju. W najbliższym miesiącu oczekiwana jest jednak sezonowa korekta.

„Wzrost wskaźnika ocen i korekta wskaźnika prognoz zadecydowały o wartości głównego indeksu Pengab w marcowym pomiarze koniunktury bankowej, która utrzymała się na poziomie bardzo zbliżonym do poprzedniego miesiąca. Mimo niewielkiego osłabienia dynamiki prognoz, obserwowanego we wszystkich segmentach, co było widoczne również w lutym, oczekiwania bankowców w zakresie wzrostów, szczególnie w w obszarze kredytów mieszkaniowych i konsumenckich w dalszym ciągu pozostają na stosunkowo wysokim poziomie. Warta odnotowania jest natomiast poprawa ocen w zakresie kredytów dla przedsiębiorstw oraz dalszy wzrost jakości portfela należności. Ankietowani bankowcy drugi miesiąc z rzędu sygnalizują poprawę w tego wskaźnika”. – podsumowuje Krzysztof Pietraszkiewicz, Prezes Związku Banków Polskich.

NIK o działaniach Policji na rzecz bezpieczeństwa w ruchu drogowym

W Polsce na 100 wypadków drogowych ginie średnio dwa razy więcej osób niż w innych krajach UE. Poprawy wymaga poziom wyszkolenia policjantów drogówki, wśród których ponad 40 proc. nie ukończyło specjalistycznego szkolenia w zakresie ruchu drogowego. Policyjna baza danych nt. wypadków drogowych (SEWiK) zawiera dużo błędów. Dlatego tworzone na jej podstawie analizy nie odzwierciedlają w pełni zagrożeń występujących w ruchu drogowym. Większa liczba policjantów na drogach i liczne akcje prewencyjne przynoszą jednak pozytywne efekty. W 2013 roku nastąpił wyraźny spadek liczby wypadków oraz ofiar śmiertelnych.

Najwyższa Izba Kontroli stwierdziła, że działania podjęte przez Policję przyczyniły się do poprawy bezpieczeństwa na drogach. W 2013 roku doszło do 35 385 wypadków – o 1681 mniej niż w roku poprzednim (rok 2012 – 37 046). W 2013 roku zginęło na drogach 3 291 osób – o 280 mniej niż rok wcześniej (rok 2012 – 3 571). Izba szczególnie dobrze ocenia organizację i realizację ogólnokrajowych i regionalnych działań prewencyjnych, zwłaszcza wymierzonych przeciwko kierowcom nietrzeźwym i przekraczającym dozwoloną prędkość. Cieszy też zwiększenie liczby etatów policyjnych w komórkach ruchu drogowego, dzięki czemu codziennie o 6 proc. więcej funkcjonariuszy pełniło służbę na drogach. Policja w najbliższym czasie może poprawić efektywność swych działań, konieczne będzie jednak wyeliminowanie błędów i nieprawidłowości, na które zwraca uwagę m.in. raport NIK.

Najważniejsze stwierdzone nieprawidłowości:

Aż 43 proc. policjantów drogówki nie ukończyło wymaganego przeszkolenia specjalistycznego w zakresie ruchu drogowego. Taki stan rzeczy może mieć wpływ na rzetelność dokonywanych przez policjantów ustaleń dotyczących zdarzeń na drodze, oceny uczestników ruchu, decyzji o nałożeniu mandatu, zwłaszcza w skomplikowanych sytuacjach, a także na zdolność do pomagania kierowcom np. za pomocą ręcznego kierowania ruchem na dużych skrzyżowaniach.
Jedynie niewielki odsetek funkcjonariuszy drogówki ukończył nieobowiązkowe szkolenia dotyczące wybranych istotnych zagadnień w zakresie bezpieczeństwa ruchu drogowego. Kurs dotyczący czynności na miejscu zdarzenia drogowego (wypadku, kolizji) ukończyło – niecałe 7 proc. policjantów, obsługi wideorejestratorów – 8,5 proc., kontroli tachografów cyfrowych – niecałe 15 proc., kierowania motocyklem – 7 proc. (choć drogówka posiada na wyposażeniu 706 motocykli, to przeszkolonych zostało tylko 530 policjantów), kurs doskonalenia techniki jazdy samochodem ukończyło – ponad 15 proc. policjantów drogówki.

Zdecydowana większość skontrolowanych jednostek Policji (26 spośród 33) nie miała wystarczającej liczby pojazdów, sprzętu technicznego oraz umundurowania w stosunku do obowiązujących norm wyposażenia. W połowie 2013 r. skontrolowane jednostki miały na stanie 1.719 samochodów osobowych. Brakowało 90 radiowozów, 78 ambulansów pogotowia ruchu drogowego (tylko 6 z 17 garnizonów w kraju miało je na wyposażeniu) oraz 14 ambulansów do diagnostyki stanu technicznego pojazdów (miały je 4 garnizony). Paradoksalnie choć we wszystkich garnizonach Policji i typach jednostek brakuje w sumie ponad 3 tys. pojazdów, to jednak występowały przypadki „nadwyżek sprzętu” – w sumie 529 aut i motocykli. Nie zmienia to jednak faktu, że ponad 1/3 policyjnych pojazdów jest zużyta i kwalifikuje się do wymiany. A to oznacza, że Policja w niedługim czasie będzie miała do dyspozycji nieco ponad połowę potrzebnych do służby pojazdów, gdyż nie ma środków na nowe zakupy. Dotyczy to również drogówki.

Policjanci błędnie rejestrowali dane na temat wypadków i kolizji w kartach zdarzenia drogowego i w Systemie Ewidencji Wypadków i Kolizji (SEWiK). Kontrolerzy NIK przeanalizowali dane dotyczące ponad 380 tys. zdarzeń drogowych (w tym ponad 3 tys. z ofiarami śmiertelnymi) zarejestrowanych w SEWiK (w II półroczu 2012 i w I półroczu 2013 r.). Stwierdzone błędy dotyczyły: w ponad 45 tys. przypadków – opisów miejsca zdarzenia (wpływa na identyfikację miejsc niebezpiecznych), w prawie 10 tys. zdarzeń – opisu uczestników zdarzenia (wpływa na prawidłowe identyfikowanie sprawców wypadków – np. młodocianych), a w ok. 7 tys. danych specyficznych dla zdarzeń z ofiarami śmiertelnymi (chodzi m.in. o współrzędne GPS, czas reakcji policji na zdarzenie itp.).

Mimo obowiązku, policjanci w zdecydowanej większości przypadków nie rejestrowali współrzędnych geolokalizacyjnych (GPS) miejsca kolizji lub wypadku. Dotyczy to 96 proc. przebadanych przez NIK danych z SEWIK czyli 366 tys. spraw. W konsekwencji utrudnia to identyfikowanie miejsc, w których często dochodzi do wypadków i kolizji, a co za tym idzie skuteczne przeciwdziałanie takim zdarzeniom. Dodatkowo wprowadzane dane GPS obarczone były istotnymi błędami. W SEWiK zarejestrowano, jako lokalizacje zdarzeń drogowych, współrzędne miejsc leżących w znacznym oddaleniu od dróg: na terenie pól uprawnych lub rzek. Współrzędne ok. 1600 miejsc wypadków i kolizji zlokalizowano poza granicami kraju, m.in. na Półwyspie Arabskim.

W policyjnym systemie nt. zdarzeń drogowych brak jest skutecznych mechanizmów weryfikujących rejestrowane dane. Przykładowo SEWiK pozwalał na rejestrowanie nieprawidłowych numerów PESEL albo nieprawidłowych wartości poziomu alkoholu u kierowców.

Publikowane przez Policję dane statystyczne, na temat liczby zdarzeń drogowych i ich przyczyn, były nierzetelne. Dotyczy to zwłaszcza liczby kolizji. W Polsce nie ma obowiązku wzywania Policji na miejsce wszystkich kolizji. W 2012 r. Policja odnotowała prawie 340 tys. kolizji na drogach publicznych, podczas gdy firmom ubezpieczeniowym w tym samym czasie zgłoszono prawie 400 tys. kolizji. W ocenie NIK brak informacji o ograniczeniach i błędach w systemie SEWiK może wpływać na rzetelność analiz dotyczących bezpieczeństwa na drogach, które opracowują podmioty inne niż Policja, na podstawie jej danych.

Policja w działaniach na rzecz bezpieczeństwa w ruchu drogowym w niewielkim stopniu korzysta z opracowań naukowo-badawczych, choć ma do dyspozycji ma Wyższą Szkołę Policji w Szczytnie, trzy szkoły Policji i Centrum Szkolenia Policji w Legionowie. Zdaniem NIK Policja nie wie dokładnie jaki wpływ na bezpieczeństwo w ruchu drogowym mają podejmowane przez nią działania. Według Policji najczęstszą przyczyną wypadków (dane zaczerpnięte z SEWiK) jest „niedostosowanie prędkości do warunków jazdy”. Z kolei funkcjonariusze ankietowani przez Izbę wskazują najczęściej na: „nieuwagę, zmęczenie, zaśnięcie kierowcy” oraz „stan jezdni”. Rozbieżność ta wynika, z faktu że w Karcie zdarzenia drogowego pierwszą w katalogu przyczyn wypadków jest właśnie „niedostosowanie prędkości do warunków jazdy” (do SEWiK można wpisać tylko jedną przyczynę).

Policja z opóźnieniem otrzymuje od Inspekcji Transportu Drogowego oraz straży miejskiej informacje o ukaraniu kierowcy mandatem karnym i nałożonych na nich punktach karnych. Z danych Policji wynika, że w okresie objętym kontrola ITD przekazała z ponad rocznym opóźnieniem ponad 3 tys. kart, a straż miejska ponad 6 tys. kart. Stwarzało to problemy z ich terminową rejestracją. W takiej sytuacji, policjanci w trakcie kontroli zatrzymanego za wykrocznie kierowcy, mogli nie mieć aktualnych informacji o liczbie punktów karnych na jego koncie. To z kolei wpływało na decyzje dotyczące odebrania uprawnień kierującym, którzy przekroczyli limity punktów karnych.

5 rodzajów wpisów, których nie powinieneś zamieścić na swoim fanpage’u

Pogoń za zaangażowaniem fanów na Facebooku często powoduje, że początkujący administratorzy często zamieszczają na swoich fanpage’ach treści, których doświadczony Social Media Manager się wystrzega. O jakie konkretnie treści chodzi i dlaczego nie warto ich udostępniać?

1. Like&comment, czyli zmuszanie do interakcji.

Zadawanie pytań na rozmaite tematy dot. świata marki jest bardzo dobrym sposobem na zbliżenie odbiorców do nas. Należy jednak pamiętać, aby nie robić tego na siłę. Wśród amatorskich stron częstą praktyką jest nakłanianie użytkowników do głosowania na podstawie polubienia lub skomentowania postu. Należy pamiętać, że decyzja o tym powinna zawsze należeć do naszych fanów. To atrakcyjna treść zachęca do interakcji, a wywieranie tego rodzaju wpływu może świadczyć o naszej bezsilności do angażowania odbiorców tradycyjnymi metodami.

2. Kontrowersyjne wpisy.

Wszelkie wpisy nawołujące do łamania prawa, takie jak przemoc, dyskryminacja, itp. są zdecydowanie zabronione. Mimo że ciężko w to uwierzyć, często zdarza się jednak, że administratorzy zamieszczają tego typu treści, aby wzburzyć użytkowników i tym samym zdobyć większy ruch na swojej stronie. Jest to działanie skuteczne, jednak bardzo krótkotrwałe. Co prawda pod wpisem rozlegnie się lawina komentarzy i niekończących się kłótni (tzw. flame wars), ale w wyniku tego utracimy część widowni, do której planowaliśmy dotrzeć z pozostałymi komunikatami. Cel nie zawsze uświęca środki.

3. Nielegalnie przeprowadzane konkursy.

Mimo, że powstało już wiele artykułów na ten temat, można spotkać bardzo często konkursy, które nie są przeprowadzane zgodnie z regulaminem Facebooka. Czego na pewno nie wolno robić przy organizowaniu tego typu przedsięwzięć? Przede wszystkim, użytkownik nie ma obowiązku udostępniać naszego postu. Po drugie, nie należy też wymagać oznaczenia siebie lub znajomego na zdjęciu. Po trzecie – nie można zmuszać nikogo do polubienia naszej stroni – chyba że konkurs przeprowadzany jest w specjalnej aplikacji. Jeśli będziemy o tym pamiętać, nie narazimy się na ryzyko zgłoszenia konkursu do administracji Facebooka. – radzi Bartłomiej Pałacki, Social Media Manager GRUPA 365NET.

4. LOL-content

Treści, które nie są w najmniejszym stopniu związane z marką, a zwiększają zaangażowanie to miecz obosieczny. Owszem, zdobędziemy przyrost interakcji, jednak jeśli konsekwentnie będziemy odchodzić od głównej idei fanpage’a, narazimy się na to że użytkownicy zwyczajnie zapomną o tym co oferowaliśmy na początku i zaczniemy prowadzić jedną z wielu stron o niczym.

5. Nagminne reklamowanie innych stron

Owszem, okazjonalne polecenie pewnej strony, która jest związana z nami nie jest niczym złym i jest pewną formą wzajemnej pomocy i promocji – przynajmniej na początku. Jeśli jednak nie zachowamy umiaru i w co drugim wpisie będziemy zachęcać użytkowników do odwiedzania innych fanpage’y, pojawia się pytanie – w jakim celu mają oni pozostać u nas, skoro ciągle ich od siebie odpychamy?

Mimo, że wszystkie z tych rad skutecznie obniżają nasze szanse na zdobycie początkowego zaangażowania fanów, to pamiętajmy jednak o tym, że interakcję wytwarza się stopniowo. Nad prawidłowymi relacjami z odbiorcami pracuje się długo i sumiennie. W tworzeniu skutecznej strategii promocyjnej nie ma niestety drogi na skróty.

Marcowy wzrost nastrojów konsumenckich Polaków

W marcu wartość Barometru Nastrojów Konsumenckich GfK wzrosła w stosunku do poprzedniego miesiąca o 2,5 punktu. Obecnie wynosi ona minus 18,3 punktu i jest najwyższą wartością, jaką wskaźnik ten osiągnął na przestrzeni prawie 3,5 roku.

Na przestrzeni ostatniego miesiąca polepszyły się wszystkie wskaźniki wchodzące w skład barometru, czyli: oczekiwania co do pozytywnych zmian w sytuacji ekonomicznej kraju, oceny możliwości oszczędzania, przyszłej sytuacji ekonomicznej gospodarstw domowych oraz zmian na rynku pracy.

Przyszła sytuacja gospodarcza kraju
Wartość składowej barometru GfK dotyczącej ocen przyszłej sytuacji gospodarczej kraju wzrosła w marcu o 1 punkt i wynosi obecnie minus 14 punktów.

Możliwości oszczędzania
W marcowym pomiarze wskaźnik przedstawiający skłonność gospodarstw domowych do oszczędzania wzrósł o 2 punkty i wynosi obecnie minus 31 punktów, co oznacza powrót do sytuacji z września ubiegłego roku.

Przyszła sytuacja ekonomiczna gospodarstw domowych
W marcu oceny przyszłej sytuacji ekonomicznej gospodarstw domowych wzrosły o 2 punkty i wynoszą obecnie minus 5 punktów. Jest to najlepszy wynik, jaki składowa ta osiągnęła na przestrzeni ostatnich 3,5 lat.

Przyszła sytuacja na rynku pracy
Wskaźnik ilustrujący składową barometru GfK mówiący o prognozach rozwoju sytuacji na rynku pracy wzrósł w marcu o 5 punktów i wynosi obecnie minus 23 punkty. Jest to najwyższa wartość dla tej składowej od 2,5 roku.

Informacje o badaniu
Barometr Nastrojów Konsumenckich GfK jest zagregowanym wskaźnikiem sporządzanym na zlecenie Komisji Europejskiej, wyliczanym według niezmienionej formuły od roku 1985. Obecnie indeks obejmuje 27 krajów. Dane dla Polski pochodzą z badania GfK współfinansowanego przez Komisję Europejską.

Banki i ich klienci numerem jeden na liście ataków cyberprzestępców

Amerykańskie instytucje finansowe na skutek cyberprzestępczości straciły w ubiegłym roku średnio 23,6 mln dolarów. W porównaniu do 2012 roku był to wzrost o prawie 44 proc. Sektor finansowy jest obecnie numerem jeden na liście celów ataków hakerów. Dodatkowo klienci banków padają ofiarą phishingu 7 razy częściej niż klienci firm z innych branż. Dlatego zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte sektor finansowy musi zmienić swoje podejście do zagadnienia bezpieczeństwa w sieci na aktywną i dynamiczną walkę z zagrożeniami w cyberprzestrzeni. Globalny raport Deloitte „Transforming cybersecurity. New approaches for an evolving threat landscape” przekonuje, że kluczem do sukcesu jest bezpieczeństwo, czujność oraz odporność.

Jeszcze dwa lata temu sektor usług finansowych znajdował się na trzecim miejscu na liście branż zagrożonych cyberprzestępczością, przegrywając z branżą obronną i energetyczną. „Instytucje finansowe nie ryzykują jedynie utratą pieniędzy, choć tego obawia się 36 proc. firm. Dużo groźniejsza z punktów widzenia akcjonariuszy oraz niemal 40 proc. samych firm jest utrata reputacji i zaufania klientów. Jednocześnie nasze doświadczenia pokazują, że instytucje bankowe często bywają biernymi ofiarami takich przestępstw” – mówi Jakub Bojanowski, Partner w Dziale Zarządzania Ryzykiem Deloitte. „Mimo, że w skali globalnej aż 75 proc. przedstawicieli tego sektora deklaruje, że ich firmy mogą poszczycić się wysokim stopniem bezpieczeństwa w sieci, to tylko 40 proc. z nich było pewnych, że są chronieni przed atakami z zewnątrz” – dodaje.

Jak zauważają autorzy raportu Deloitte, sektor usług finansowych jest narażony na ataki cyberprzestępców także przez nowoczesne technologie, bez których nie byłby w stanie obecnie funkcjonować. Najłatwiejszym kanałem dotarcia hakerów są klienci banków, którzy padają ofiarą fałszywego mailingu z marką swojego banku, siedem razy częściej niż w przypadku innych branż.

Tymczasem przestępcy są coraz bardziej profesjonalni i skuteczni. Aż 88 proc. przeprowadzanych ataków osiąga zamierzony cel w czasie krótszym niż jeden dzień. W tym samym czasie tylko jedna piąta firm jest w stanie odkryć taki atak, a zaledwie 40 proc. zniwelować jego szkody. Takiej możliwości nie dają m.in. używane obecnie technologie, mające służyć utrzymaniu bezpieczeństwa w sieci. „Gdyby chcieć osiągnąć niemal idealny stan ochrony, w każdej firmie trzeba byłoby zwiększyć środki wydawane na ten cel średnio 13 razy do sumy 292,4 mln dolarów. Niestety w dzisiejszym świecie nie należy oczekiwać, że obrona może zapobiec wszystkim incydentom cybernetycznym. Nie zmienia to jednak faktu, że sektor finansowy powinien nadal rozwijać możliwości wykrywania zdarzeń w momencie ich wystąpienia, minimalizując ich wpływ na działalność biznesową i infrastrukturę krytyczną” – mówi Cezary Piekarski, Starszy Menedżer w Dziale Zarządzania Ryzykiem w Deloitte.

Eksperci Deloitte przekonują, że skoro inwestycje w samą infrastrukturę prewencyjną nie wystarczą, trzeba zbudować bardziej kompleksowy system walki z cyberprzestępczością. Firmy świadczące usługi finansowe powinny rozważyć budowę cybernetycznych programów zarządzania ryzykiem w celu osiągnięcia:

bezpieczeństwa – wzmocnienie kontroli ryzyka do ochrony przed zagrożeniami, zgodne z normami i przepisami oraz najlepszymi praktykami,
czujności – szybsze wykrywanie naruszeń oraz nieprawidłowości,
odporności – zdolność do szybkiego powrotu prowadzenia normalnych czynności biznesowych/ (działania firmy/ systemu) i szybkie naprawienie szkód.

Wczesne wykrycie ataków może ograniczyć lub istotnie zmniejszyć straty. Dlatego systemy monitorowania powinny działać przez 24 h/7. Natomiast procesy dotyczące zarządzania kryzysowego powinny być budowane przy zaangażowaniu wielu działów danej organizacji, w tym biznesowych, IT, komunikacji czy public affairs.

Dostępność informacji o zagrożeniach w czasie rzeczywistym pozwala na ograniczenie występowania naruszeń. Jak wskazują badania Instytutu Ponemon, ankietowani menedżerowie uważają, że 10-minutowe wcześniejsze powiadomienie o zagrożeniu wystarczyłoby, aby mu zapobiec, a jedna minuta wcześniej pozwoliłaby obniżyć koszty naruszenia bezpieczeństwa o 40 proc. Tymczasem aż 60 proc. ankietowanych przyznało, że nie było w stanie zapobiec cyberzagrożeniu z powodu niewystarczającej wiedzy. „Firmy świadczące usługi finansowe powinny uczyć się i wyciągać wnioski z poprzednich naruszeń ich systemów bezpieczeństwa, a także czerpać przykłady z innych branż jak chociażby lotnictwo czy przemysł obronny, które zrobiły ogromny postęp w tym zakresie. Lekcje te pozwalają zrozumieć charakter ataku, przyjętą taktykę przestępców oraz przygotować strategię na wystąpienie kolejnych potencjalnych niebezpieczeństw” – mówi Jakub Bojanowski.

Eksperci Deloitte zaproponowali pięć kroków w obszarze cyberbezpieczeństwa, które powinny być wdrożone w każdej instytucji finansowej.

Działania dot. cyberbezpieczeństwa powinny stać się integralną częścią strategii każdej firmy i być wprowadzane na poziomie wykonawczym.

W każdej firmie powinien powstać specjalny zespół, który będzie dynamicznie zarządzał obszarem cyberbezpieczeństwa.

Wysiłki w obszarze cyberbezpieczeństwa powinny koncentrować się na automatyzacji procesów i analizie, aby móc dobrze zdefiniować ryzyko zewnętrzne i wewnętrzne.

Świadomość zagrożeń w sieci może być wzmacniana poprzez odpowiednią edukację wszystkich pracowników.
Współpraca w obszarze cyberbezpieczeństwa powinna być budowana także poza firmą (np. z innymi firmami, ośrodkami etc), co pomoże zidentyfikować wspólnych „wrogów”.

„Obecny klimat gospodarczy stale napędza firmy świadczące usługi finansowe do tworzenia przewagi konkurencyjnej i zwiększenia rentowności. Dzieje się to także poprzez szybkie wykorzystanie nowych technologii i metod biznesowych. To z kolei może powodować powstawanie luk w zabezpieczeniach, które bezlitośnie wykorzystują hakerzy. Naszym zdaniem podczas nasilenia ataków bardziej elastyczny model cyberbezpieczeństwa może zaowocować znacznym zniwelowaniem ryzyka cybernetycznego. To podejście na nowo pozwoli obrócić cyfrową rewolucję na korzyść instytucji finansowych” – podsumowuje Cezary Piekarski z Deloitte.

Polska motobranża, czyli na barkach producentów części

W całym ubiegłym roku produkcja sprzedana polskiego sektora motoryzacyjnego wyniosła w sumie blisko 110 mld zł, co oznacza kilkuprocentowy wzrost względem 2012 r. Dane Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego (PZPM) pokazują, że taki wynik nie byłby możliwy do osiągnięcia bez producentów części i akcesoriów samochodowych. Gdyby nie rozwinięta produkcja podzespołów, Polska już dawno spadłaby do motoryzacyjnej trzeciej ligi.

Jak wynika z raportu kwartalnego „Branża motoryzacyjna”, przygotowanego wspólnie przez PZPM i firmę doradczą KPMG, w ubiegłym roku całościowa produkcja sprzedana polskiego sektora motoryzacyjnego wyniosła dokładnie 109,2 mld zł. W wartościach nominalnych oznacza to wzrost o 6,3 proc. rok do roku.

Tradycyjnie już, kolejny rok z rzędu, zanotowano spadek produkcji samochodów osobowych. W 2012 r. w Polsce wyprodukowano ich łącznie tylko 475,1 tys., czyli aż o 12 proc. mniej niż rok wcześniej. O 6,9 proc. wzrosła z kolei produkcja samochodów dostawczych i ciężarowych (do 111,1 tys.). Pozytywny trend widoczny jest też w segmencie autobusów, których wyprodukowano 4,2 tys. (wzrost o 4,8 proc.).

Eksport fundamentem

Wyprodukowane w Polsce samochody, części i akcesoria w większości trafiają na eksport, głównie do państw zachodniej Europy. Sytuacja w polskiej motobranży w dużym stopniu zależna jest właśnie od koniunktury na zagranicznych rynkach.

„Unijny rynek samochodów osobowych skurczył się w 2013 roku o 1,6 proc. (do 11,86 mln sztuk), zaś samochodów dostawczych o 0,4 proc. (do 1,37 mln sztuk). Pozytywnym zjawiskiem jest wzrost popytu na części i akcesoria na kilku istotnych z punktu widzeniach Polski rynkach docelowych: w Niemczech, w Hiszpanii i we Włoszech” – tłumaczy Jakub Faryś, prezes PZPM.

Ogólny wynik produkcji sprzedanej przemysłu motoryzacyjnego to w głównej mierze zasługa firm zagranicznych, które składają na terenie Polski samochody, oraz – zyskujących coraz większe znaczenie – producentów i eksporterów części i akcesoriów. Ta druga grupa to w sporej części firmy polskie.

Szczególnie dobra dla producentów okazała się druga połowa ubiegłego roku. Eksport szeroko pojętych części i akcesoriów motoryzacyjnych (np. szyby, akumulatory i tłumiki samochodowe) wzrósł w sumie – wg danych z trzech pierwszych kwartałów 2013 r. – o 6,7 proc. rok do roku. Równie korzystne wyniki (wzrost o 6,4 proc.) osiągnęli producenci opon.

„W 2013 r. zanotowaliśmy kilkuprocentowy wzrost eksportu w poszczególnych kategoriach elementów układów wydechowych. Wpływ na poprawę, podobnie jak i u wielu innych producentów oraz eksporterów, miała sytuacja na rynkach zachodnioeuropejskich. Co oczywiste, polski rynek nie jest na tyle chłonny, by móc się na nim w większym stopniu oprzeć. Dlatego kluczowe pozostają rynki położone na zachód od Odry” – mówi Aleksander Szczyrba, CEO polskiej firmy Ferroz Export, zajmującej się eksportem układów wydechowych.

Jaka przyszłość?

Nastroje menedżerów firm z sektora motoryzacyjnego są aktualnie stosunkowo dobre.

Z badania pn. „Automotive Capital Confidence Barometer”, przeprowadzonego przez firmę doradczą EY, wynika, że przedsiębiorstwa oczekują wzrostu zamówień. Ponad połowa respondentów (59 proc. z 1600 badanych menedżerów z 72 państw świata) zapowiada ponadto wzrost zatrudnienia w ciągu następnych 12 miesięcy. Redukcję ilości etatów przewiduje zaledwie 6 proc. ankietowanych. Tak dobrych wyników nie notowano od dwóch lat.

„Perspektywy rozwoju można oceniać jako umiarkowanie optymistyczne. Wiele zależy oczywiście od rozwoju wydarzeń w eurostrefie, ale przynajmniej na razie nic nie wskazuje na to, że mogłoby dojść tutaj do jakiegoś dramatycznego załamania. Pewne jest natomiast to, iż branża moto pozostanie jedną z ważniejszych gałęzi polskiej gospodarki. Rola producentów części samochodowych powinna wciąż rosnąć” – komentuje Aleksander Szczyrba.

Negatywny wpływ na branżę może mieć rozchwiana sytuacja geopolityczna. Według co trzeciego ankietowanego menedżera, to właśnie turbulencje politycznej natury, skutkując brakiem stabilności w regionie, mogą uderzyć mimochodem w motobranżę. W tej perspektywie Polska – jako sąsiad skonfliktowanych ze sobą Rosji i Ukrainy – może więc pod względem gospodarczym wiele stracić.

MobiParking nagrodzony Lokalizatorem Roku 2014

MobiParking nagrodzono Lokalizatorem Roku 2014, który przyznały redakcje tygodnika „Auto Świat” i portalu Lokalizacja.info. Doceniono łatwość obsługi i fakt, że aplikacja ułatwia proces parkowania kierowcom indywidualnym, jak i klientom flotowym, a funkcja START-STOP pozwala wnosić opłatę za realny czas postoju.

Lokalizator Roku wręczono podczas drugiej edycji konferencji Navigation Trends for Drivers, wydarzenia dedykowanego kierowcom oraz usługom, które ułatwiają im funkcjonowanie za kierownicą. Lokalizatory Roku otrzymują rozwiązania, które znacząco wpłynęły na polski rynek w minionym roku. W kategorii aplikacji dla kierowców zwyciężył mobiParking, oferowany przez SkyCash – system płatności przez komórkę. Jury doceniło łatwość obsługi aplikacji oraz fakt, że ułatwia ona proces parkowania samochodu zarówno kierowcom indywidualnym, jak i klientom flotowym, a funkcja START-STOP pozwala wnosić opłatę za realny czas postoju.

– Lokalizator Roku 2014 to dla nas ogromne wyróżnienie. Nagrodę dedykujemy wszystkim użytkownikom mobiParking, bo bez nich nasze działania i innowacyjne rozwiązania nie miałyby sensu. Aplikacja została dostrzeżona wspólnie przez ekspertów z redakcji „Auto Świat” i „Lokalizacja.info”, co przekonuje nas, że mobiParking jest rozwiązaniem dopasowanym do potrzeb polskich kierowców – powiedział Dariusz Mazurkiewicz, prezes zarządu SkyCash Poland SA.

NIK o zarządzaniu rezerwami dewizowymi przez NBP

Najwyższa Izba Kontroli pozytywnie ocenia zarządzanie przez Narodowy Bank Polski rezerwami dewizowymi w latach 2009-2013. W badanym okresie poziom rezerw był adekwatny do sytuacji gospodarczej kraju. NBP zapewnił ich bezpieczeństwo, płynność odpowiednią do potrzeb oraz osiągnął dodatnią stopę zwrotu z ich inwestowania.

W okresie objętym kontrolą nastąpił prawie dwukrotny wzrost poziomu rezerw (z 44,1 mld EUR do 81,9 mld EUR), czego wynikiem był wzrost wiarygodności Polski na arenie międzynarodowej. Większość mierników adekwatności poziomu rezerw określonych przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy wskazywała, iż zapewniają one bezpieczeństwo ekonomiczne kraju.

Inspektorzy NIK ustalili, że NBP zarządzał rezerwami w oparciu o długoterminową, corocznie aktualizowaną Długoterminową strategię zarządzania rezerwami dewizowymi NBP. W celu osiągnięcia przyjętych w niej celów bank centralny skutecznie realizował działania, które przyczyniły się do podwyższenia stopy zwrotu, przy zachowaniu odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa rezerw. Działania te obejmowały m.in. rozszerzenie koszyka walut, zakup nowych, bardziej dochodowych papierów wartościowych czy poprawę zarządzania ryzykiem inwestycyjnym.

Efektywność zarządzania rezerwami była regularnie monitorowana poprzez odniesienie stóp zwrotu rezerw do stopy zwrotu portfela porównawczego. W większości okresów rocznych NBP odnotowywał dodatnie wskaźniki efektywności (wyjątkiem był rok 2011). W całym okresie zysk z tytułu zarządzania rezerwami wyniósł 24,8 mld zł.

W okresie niestabilności na światowych rynkach finansowych NBP minimalizował ryzyko inwestycyjne poprzez ograniczenie kręgu kontrahentów do najbardziej wiarygodnych instytucji oraz skrócenie terminów inwestowania. Np. inwestycje w papiery rządowe Irlandii i Hiszpanii zakończono odpowiednio w sierpniu 2010 i marcu 2011 r., czyli przed zaostrzeniem kryzysu finansowego w tych krajach w drugiej połowie 2011 r.

Wzrost poziomu rezerw wynikał przede wszystkim z napływu walut z funduszy unijnych. Spowodował on ponad siedmiokrotny wzrost nadpłynności sektora bankowego w latach 2009-2013 (z 18 mld zł do 126,5 mld zł) i prawie czterokrotne zwiększenie kosztów jej ograniczenia przez NBP (z 1,2 mld zł do 3,8 mld zł). Od 2012 r. koszty te przewyższały wynik osiągnięty poprzez zarządzanie rezerwami dewizowymi. Aby zminimalizować niekorzystny wpływ nadpłynności na politykę pieniężną, zdaniem NIK zasadne jest stabilizowanie poziomu rezerw dewizowych. Jednocześnie NIK zaznacza, iż powyższe skutki wzrostu rezerw mają drugorzędne znaczenie wobec podstawowych ustaleń kontroli potwierdzających bezpieczeństwo i stabilność rezerw oraz ich adekwatność do sytuacji gospodarczej Polski.

Od 2010 r. NBP nie lokował złota dewizowego, rezygnując z możliwych do uzyskania przychodów szacowanych na ok. 4,1 mln EUR. NIK skierowała do Prezesa NBP wniosek pokontrolny o rozważenie uelastycznienia polityki lokowania złota dewizowego w instytucjach finansowych o najwyższym poziomie wiarygodności. Prezes NBP przyjął wniosek do realizacji. Kontrola NIK wykazała, że przez cały okres trwania kontroli aż 95 procent złota dewizowego (98 ton) przechowywano w Banku Anglii, co pozwalało na lokowanie kruszcu i generowanie przychodów z tego tytułu (pozostałe 5 proc. złota przechowywane jest w skarbcach NBP).

NIK o biopaliwach i biokomponentach – ulgi podatkowe kosztowały podatników ponad 4 mld zł

Mimo zobowiązań Polski wynikających z prawa unijnego i pomocy finansowej państwa nie udało się upowszechnić w Polsce wykorzystywania biopaliw ciekłych i biokomponentów w transporcie. Zainteresowanie jest znikome, o czym świadczy m.in. zaledwie 4,6% samochodów przystosowanych do spalania biopaliw ciekłych kupionych przez administrację publiczną w latach 2009–2012. Ministerstwo Gospodarki nie ma żadnego takiego samochodu. Od 2011 roku zaledwie czterech rolników zadeklarowało produkcję biopaliw ciekłych na własne potrzeby.

W Polsce biopaliwa ciekłe[1] wykorzystywane są na niewielką skalę. Powszechnie wykorzystuje się paliwa ciekłe z domieszką biokomponentów[2] do 5%. Do benzyn od 2004 roku dodaje się 5% bioetanolu, którą to ilość akceptują typowe silniki. Stosowanie większej ilości biokomponentu wymaga przystosowania silnika pojazdu – obecnie na rynku samochody takie oferują tylko dwie firmy. Do oleju napędowego dodaje się estry metylowe kwasów tłuszczowych w różnych proporcjach (biodiesel). W Europie tylko nieliczne firmy samochodowe, głównie szwedzkie, oferują modele samochodów przystosowane do zasilania tym paliwem.

Ulgi podatkowe i zwolnienia z opłaty paliwowej w latach 2008-2012 kosztowały polskiego podatnika ponad 4 mld zł. Te preferencje podatkowe nie przyniosły jednak oczekiwanych rezultatów w postaci zwiększenia popytu na biopaliwa ciekłe i biokomponenty polskiego pochodzenia – z importu pochodzi ponad połowa biokomponentów obecnych na naszym rynku. Polskie firmy nie są konkurencyjne na rynku – koszty wytworzenia biokomponentów w naszym kraju są wyższe niż ceny, które można za nie uzyskać. Wytwórcy nie wykorzystują w pełni swoich mocy przerobowych i nie tworzą nowych miejsc pracy na terenach wiejskich.

Utrudnione może być osiągnięcie poziomu 10% udziału energii odnawialnej w transporcie w roku 2020, do czego zobowiązuje nas unijna dyrektywa 2009/28/WE w sprawie promowania stosowania energii ze źródeł odnawialnych.

Wieloletni Program promocji biopaliw lub innych paliw odnawialnych na lata 2008-2014, koordynowany przez Ministra Gospodarki[3], ma za zadanie wspierać rozwój i wykorzystanie biopaliw ciekłych oraz biokomponentów w transporcie. Kontrola NIK pokazała, że cele Programu nie zostały jednak osiągnięte, mimo dużego nakładu środków finansowych i wysiłku instytucji państwowych zaangażowanych w realizację programu.

Z pięciu zadań, które miały zwiększyć popyt na biopaliwa ciekłe, w niewielkim stopniu zostały zrealizowane dwa. Wprowadzono obowiązek wykorzystywania biopaliw ciekłych w administracji rządowej oraz niższe stawki opłat za korzystanie ze środowiska. Natomiast przez pięć lat obowiązywania Programu Wieloletniego nie powstała żadna strefa dla transportu ekologicznego, nie wprowadzono zwolnień z opłat za parkowanie, ani preferencji w ramach zamówień publicznych dla zakupu pojazdów i maszyn z silnikami przystosowanymi do spalania biopaliw ciekłych. W samochodach zakupionych w latach 2009-2012 przez administrację publiczną tylko 4,6% samochodów miało takie silniki. Ministerstwo Gospodarki, które jest koordynatorem Programu nie ma żadnego takiego samochodu.

W latach 2008-2012 tylko z tytułu ulg podatkowych i zwolnień z opłaty paliwowej do budżetu państwa nie wpłynęło 4 102 404,82 tys. Wbrew oczekiwaniom jednak polskie firmy nie stały się konkurencyjne na rynku. W latach 2010-2011 średnie ceny biokomponentów na polskim rynku były niższe niż średnie koszty ich wytworzenia. Wpływ na to miały głównie koszty surowca, dodatkowo także nośników energii, transportu, obciążenia podatkowe i koszty zatrudnienia pracowników.

Firmy polskie nie wykorzystywały w pełni swoich mocy wytwórczych. Według danych z kontroli w latach 2008-2012 wytwórcy estrów metylowych kwasów tłuszczowych wykorzystywali moce produkcyjne w niecałych 60 procentach, natomiast wytwórcy bioetanolu – w niecałych 30 procentach.

Na terenach wiejskich jest coraz mniej miejsc pracy, związanych z produkcją biokomponentów i biopaliw ciekłych (przyrost miejsc pracy był jednym z celów Programu Wieloletniego). W latach 2008-2012 spadła liczba gorzelni wytwarzających alkohol etylowy, będący półproduktem do wytwarzania biokomponentów (z 223 do 137). Spadło też zatrudnienie przy produkcji oleju (z 3200 do 3000 etatów). Nie zmieniła się liczba osób pracujących w otoczeniu przemysłu olejarskiego (1200 – 1500 etatów).

Rolnicy nie są zainteresowani produkcją biopaliw ciekłych na potrzeby własne. Od roku 2010 taką produkcję zadeklarowało zaledwie trzech, a od 2011 – czterech. Powodem była konieczność pokonania trudności administracyjnych oraz obciążenia podatkowe.

Prace naukowo-badawcze oraz informacyjno-edukacyjne miały niewielkie znaczenie dla produkcji, stosowania czy rozwoju nowych technologii. W latach 2008-2013 na 39 projektów badawczych wydano prawie 19 mln zł (18 946,4 tys. zł) na 39 projektów badawczych, a ich efektem jak dotąd są tylko dwa zgłoszenia patentowe.

Inspekcja Handlowa w latach 2011-2012 kontrolowała stacje paliwowe i zakładowe, hurtownie, przedsiębiorców wytwarzających paliwa i biopaliwa ciekłe oraz biokomponenty pod względem ich jakości. W dwóch przypadkach (na 18 przeprowadzonych kontroli) nie spełniały one wymagań jakościowych. Inspekcja nie nałożyła kary, gdyż ustawa o biopaliwach nie przewiduje jej w przypadku gdy biokomponent nie jest przeznaczony do obrotu. NIK widzi potrzebę zmiany prawa, gdyż nie ma gwarancji, że w przyszłości te złej jakości biokomponenty nie zostaną wprowadzone do obrotu.

W roku 2012 Polska nie osiągnęła wymaganego przepisami rozporządzenia Rady Ministrów wskaźnika NCW (Narodowych Celów Wskaźnikowych), określającego minimalny udział biokomponentów i innych paliw odnawialnych w ogólnej ilości paliw w ciągu roku[4]. Zamiast zapisanych w rozporządzeniu 6,65 proc. wyniósł on 5,79 proc. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest wprowadzenie w roku 2011[5]współczynnika redukcyjnego, który pozwala na zgodne z prawem obniżenie NCW przez producentów paliw. NIK zwraca uwagę, że w efekcie utrudnione może być osiągniecie przez Polskę poziomu 10%. udziału energii odnawialnej w transporcie w roku 2020, do czego zobowiązuje nas unijna dyrektywa 2009/28/WE. Rozporządzenie RM bowiem określa poszczególne etapy dojścia do poziomu 10%.

Polska do tej pory nie wprowadziła przepisów ustawowych, wykonawczych i administracyjnych, które są niezbędne do wykonania unijnej dyrektywy 2009/28/WE w sprawie promowania stosowania energii ze źródeł odnawialnych. Ostateczny termin wprowadzenia dyrektywy w życie minął 5 grudnia 2010 roku. Dyrektywa ta określa m. in. kryteria, które muszą być spełnione, aby biopaliwa były kwalifikowane do kategorii odnawialnych źródeł energii i otrzymywały wsparcie ze środków publicznych. Komisja Europejska po bezskutecznych monitach (opinia z 22 marca 2012 r.) wniosła przeciwko Polsce skargę do Trybunału Sprawiedliwości w czerwcu 2013 roku. Domaga się nałożenia na Polskę kary pieniężnej w wysokości 133,23 tys. euro dziennie, która będzie naliczana jeśli Trybunał ogłosi wyrok w tej sprawie. Projekt stosownej ustawy wpłynął do Sejmu dopiero 9 stycznia 2014 roku.

Bezrobocie młodych nadal na wysokim poziomie. UE stawia na poprawę jakości staży i praktyk

Sytuacja młodego pokolenia na rynku pracy powoli się poprawia. Zgodnie z danymi Eurostatu bezrobocie młodych w lutym wyniosło w Polsce 26,9 proc. Przyczyn tak wysokiego poziomu bezrobocia eksperci upatrują m.in. w niskiej jakości stażach i praktykach, niedopasowaniu kompetencyjnym oraz braku rozbudowanej współpracy na linii biznes-edukacja.

Bezrobocie wśród młodych (<25 r.ż.) w Polsce w lutym wyniosło 26,9 proc., co oznacza spadek o 0,1 proc. w stosunku do stycznia. W Unii Europejskiej bezrobocie w tej grupie wiekowej sięgnęło 22,9 proc., co oznacza spadek o 0,1 proc. w porównaniu z poprzednim miesiącem. Unia Europejska upatruje rozwiązania problemu wysokiego bezrobocia młodych w ujednoliceniu i podniesieniu jakości staży i praktyk w państwach członkowskich. Będzie to możliwe dzięki wdrożeniu Europejskich Ram Jakości Staży i Praktyk, które zakładają m.in. zawieranie pisemnej umowy o staż; regulują cele dydaktyczne i szkoleniowe; warunki pracy mające zastosowanie dla stażystów; rozsądny okres trwania stażu, czy odpowiednie uznawanie stażu. Rada UE uznaje za konieczne wdrożenie założeń Ram w państwach członkowskich, Komisja Europejska zapowiedziała monitorowanie tego procesu.

Polscy pracodawcy również podejmują kroki w celu poprawy jakości programów staży i praktyk. Polskie Stowarzyszenie Zarządzania Kadrami uruchomiło Program Polskich Ram Jakości Staży i Praktyk, który ma na celu zbliżenie środowisk biznesu i edukacji oraz skuteczną edukacją praktyczną młodego pokolenia. – Program Polskich Ram Jakości Staży i Praktyk to odpowiedź na apel UE nawołującej do ograniczania wysokiego poziomu bezrobocia młodych. W celu upowszechnienia idei Programu realizujemy obecnie kampanię społeczną „Staż. Sprawdź, zanim pójdziesz!”. Ma ona na celu zachęcanie pracodawców do realizacji rzetelnych programów staży i praktyk w oparciu o Polskie Ramy Jakości Staży i Praktyk, a młodych ludzi do świadomego kierowania swoją karierą zawodową – komentuje Piotr Palikowski, prezes Polskiego Stowarzyszenia Zarządzania Kadrami.

Więcej informacji na temat Programu Polskich Ram Jakości Staży i Praktyk oraz kampanii można znaleźć na stronie www.stazeipraktyki.pl, na profilu Programu na portalu Facebook, oraz na kanale You Tube.

Większa kontrola uprawnionych do rent. Ma to pomóc osobom naprawdę potrzebującym pomocy i zwiększyć wpływy do budżetu

Uszczelnienie systemu przyznawania rent z tytułu niezdolności do pracy i dokładna weryfikacja osób ubiegających się o te świadczenia zmniejszyły liczbę rencistów do nieco ponad miliona. Eksperci podkreślają, że dzięki temu teraz pomoc trafia do osób rzeczywiście wymagających wsparcia, a pozostali będą mogli skorzystać z programów rehabilitacji i aktywizacji zawodowej, które umożliwią im powrót na rynek pracy, a co za tym idzie również podniesienie ich poziomu życia. Budżet państwa oszczędza na tym miliardy złotych.

Według danych ZUS w 2004 roku było ponad 2,1 mln rencistów, w 2010 roku – 1,2 mln, dzisiaj – niewiele ponad milion. Tylko w ostatnim roku liczba uprawnionych do pobierania świadczeń spadła o 100 tys. Najwięcej rent z tytułu niezdolności do pracy przyznawano w pierwszej połowie lat 90. W drugiej zaczęto reformować system, wprowadzając ostrzejsze kryteria przyznawania świadczeń. Takie działania trwają do dziś. Stałe renty należą już do rzadkości, częściej przyznaje się czasowe.

Zaostrzenie systemu polegało na powiedzeniu: bądźmy serio w ocenach, kto rzeczywiście nie może pracować i kto jako ubezpieczony ma prawo do zasiłku. To było nadużywane w przeszłości, a w tej chwili mówi się: sprawdźmy starannie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC. – Renty są po to, by osoby rzeczywiście niezdolne do pracy nie musiały pracować.

Profesor wylicza zalety uszczelnienia systemu rent: więcej ludzi jest chętnych do pracy, na dłuższą metę mniej jest bezrobotnych. Uszczelnienie ogranicza konieczność zwiększania składek ubezpieczeniowych, a jeśli nie trzeba utrzymywać ze składek znacznej części ludzi zdolnych do pracy, to długookresowo powinno to zwiększyć dochody budżetu i PKB oraz zmniejszyć bezrobocie.

To oczywiście pośrednio wpływa na budżet, bo budżet jest gwarantem systemu zusowskiego. Jeśli składek nie wystarcza na wszystkie świadczenia, to koszty ponoszą podatnicy, ponieważ trzeba dokładać z budżetu – wyjaśnia Witold Orłowski.

To są miliardy oszczędności dzięki ograniczeniu kosztów funkcjonowania systemu. Już dotychczasowe działania, jak zreformowanie systemu przyznawania rent kilka lat temu, przyniosły dobre rezultaty – mówi Marek Zuber, ekonomista.

Zdaniem prof. Orłowskiego, nadużywanie systemu rentowego skutkuje tym, że mniej ludzi pracuje, koszty pracy są wyższe, a co za tym idzie – również stopa bezrobocia rośnie. To z kolei w ogólnym rozrachunku powoduje, że kraj jest biedniejszy, a poziom życia – niższy.

Główny problem z systemem rentowym polega na tym, że to jest bardzo kosztowne, jeśli wielu ludziom, którzy wiemy, że mogliby pracować, może w zmniejszonym wymiarze, w innych warunkach, ale mogliby, mówimy: reszta pracujących będzie cię utrzymywać – podkreśla ekonomista.

Z tym związany jest również problem społeczny, czyli zdecydowane obniżenie poziomu życia osób, które pozostają na rencie, a mogłyby podjąć pracę.

Renty są dość niskie. Komuś, kto mógłby pracować, mówi się: wypisz się z życia, kupuj najtańsze produkty, siedź w domu, bo i tak cię nie będzie stać na żaden wyjazd, ale za to nie musisz pracować – to jest szalenie degradujące. Ci ludzie mogliby żyć na zupełnie innym poziomie – podkreśla Orłowski.

Według ekonomistów, w miarę dalszego uszczelniania systemu rentowego, efekty dla rynku pracy, gospodarki i samych zainteresowanych będą coraz bardziej widoczne. Marek Zuber podkreśla jednak, że powinny temu towarzyszyć również działania na rzecz tworzenia nowych miejsc pracy oraz aktywizacji bezrobotnych.

Najważniejsze jest nieprzeszkadzanie gospodarce, by mogła tworzyć miejsca pracy. Wybór między 4 tys. zł wynagrodzenia a tysiącem złotych renty każdego skłoni do zastanowienia się. Najlepsze rozwiązanie to zachęcanie do tego, żeby nie przechodzić na rentę, bo to się nie opłaca – uważa Marek Zuber. – Państwo powinno pomagać w dostosowaniu oferty tych osób, które chciałyby znaleźć pracę, do tego, co jest na rynku, czyli organizować różnego rodzaju szkolenia, doskonalenia zawodowe.

Za dwa tygodnie wejdą w życie nowe przepisy o zamówieniach publicznych. Ułatwią życie m.in. naukowcom

0

CEO Magazyn Polska

Zmiany w Prawie zamówień publicznych zakładają zwiększenie progu zobowiązującego do ogłoszenia przetargu z 14 do 30 tys. euro., rozszerzenie tzw. zamówień z wolnej ręki i wyłączenie dostaw towarów oraz usług do celów badawczych spod reżimu zamówień publicznych. Nowe przepisy wejdą w życie w ciągu dwóch tygodni. Mają one ułatwić działalność naukowcom i pobudzić do intensyfikacji badań naukowych.

Nowelizacja ustawy o zamówieniach publicznych jest bardzo ważna dla świata nauki. Dotychczas naukowcy narzekali, że kupując jeden komputer, muszą uruchamiać całą procedurę przetargową. Teraz minimalny próg zamówień podnosimy nawet do 200 tys. zł w stosunku do niektórych projektów i uczelni – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Lena KolarskaBobińska, minister nauki i szkolnictwa wyższego.

Wyjaśnia, że poważnym utrudnieniem dla naukowców jest konieczność zamawiania sprzętu laboratoryjnego czy niezbędnego wyposażenia w trybie ustawy o zamówieniach publicznych. W efekcie problemem stawał się zakup nawet jednego komputera czy urządzenia pomiarowego. Nawet jeśli na rynku działał tylko jeden producent, naukowcy byli zobowiązani do składania zapytań ofertowych kilku przedsiębiorcom. Co więcej, ustawa była jedną z przyczyn, dla których czas poświęcany pracom administracyjnym często był dłuższy niż czas prac naukowych.

Jak przekonuje minister, dzięki nowelizacji PZP będzie można w sposób dużo prostszy i szybszy kupić aparaturę potrzebną do pracy naukowej. Prezydent ustawę podpisał pod koniec marca, we wtorek została opublikowana w Dzienniku Ustaw, więc przepisy wejdą w życie w połowie miesiąca.

Wtedy będzie można przystąpić do potrzebnych zakupów i realizacji projektów badawczych, z których część była wstrzymana w oczekiwaniu na te uregulowania – komentuje profesor.

Nowe regulacje powinny ułatwić działania naukowców i zwiększyć czas przeznaczony przez nich na badania. Specjalnie dla nich dostawy i usługi służące wyłącznie do celów prac badawczych, eksperymentalnych, naukowych lub rozwojowych (czyli takie, które nie służą prowadzeniu produkcji seryjnej, mającej na celu osiągnięcie rentowności rynkowej) będą wyłączone spod reżimu ustawy. Dla instytutów PAN będzie to wyłączenie do kwoty nie większej niż 134 tys. euro, a dla instytutów badawczych i uczelni wyższych – 207 tys. euro.

Ożywienie dotarło na południe Europy

Po kilku latach głębokiego kryzysu gospodarki Grecji, Hiszpanii, Portugalii oraz Włoch podnoszą się z zapaści. Wszystkie mają odnotować w tym roku wzrost gospodarczy. Jedynymi państwami, w których w 2014 roku spadnie PKB, będą zmagające się z kryzysem bankowym Cypr oraz Słowenia. Ożywienie na południu Europy będzie wciąż zbyt słabe, by znacząco obniżyć rekordowe bezrobocie. Firmy i konsumenci z tamtego regionu wierzą jednak, że najgorsze już minęło.

W 2014 roku gospodarki Grecji i Włoch urosną o 0,6 proc., Portugalii – o 0,8 proc., a Hiszpanii – o 1 proc. – wynika z prognoz Komisji Europejskiej. Poprawę nastrojów widać wyraźnie na giełdach w regionie, a także na rynku obligacji. Rok temu rentowności obligacji sprzedawanych przez rząd w Lizbonie zbliżały się do 7 proc., obecnie są już niżej niż polskie, co oznacza, że portugalski rząd pożycza pieniądze na rynku taniej niż polski.

Pozytywne oznaki widać też w realnej gospodarce – poprawia się zaufanie wśród przedsiębiorców i konsumentów. W 2014 roku z recesją będą się jeszcze zmagać tylko Słowenia (przewiduje się spadek PKB o 0,1 proc.) oraz Cypr, gdzie gospodarka wytworzy mniej dóbr i usług o 4,6 proc. niż w ubiegłym roku. Cała strefa euro zwiększy swój PKB o 1,2 proc.

 – Publikowane przez Komisję Europejską wskaźniki nastrojów gospodarczych dla krajów z peryferii strefy euro zanotowały w marcu bardzo silny wzrost. Przykładowo dla Grecji wskaźnik nastrojów gospodarczych osiągnął najwyższy poziom od ponad 5 lat. I to pozwala wierzyć, że te kraje najgorsze mają już za sobą i definitywne przezwyciężenie problemów zadłużeniowych w peryferyjnych krajach strefy euro jest jak najbardziej możliwe – uważa Piotr Bujak, główny ekonomista Nordea Bank Polska.

Według prognoz KE, w 2015 roku średnia relacja długu publicznego do PKB w strefie euro obniży się z 95,9 proc. do 95,4 proc. To przede wszystkim zasługa spadających deficytów budżetowych, w tym strukturalnych, a więc uwzględniających efekty cyklu koniunkturalnego. Rządy podnosiły podatki i hamowały wzrost wydatków publicznych, z kolei Europejski Bank Centralny starał się ulżyć budżetom państw i bankom, obniżając stopy procentowe i ryzyko – zwłaszcza na rynku obligacji.

Obserwujemy od końca 2011 roku znacznie bardziej pragmatyczną niż w przeszłości politykę EBC  obniżenie stóp procentowych do rekordowo niskiego poziomu i działania wspierające płynność banków. To mocno przyczyniło się do zakończenia kryzysu zadłużeniowego w strefie euro, a wraz z poprawą warunków między innymi w amerykańskiej gospodarce pobudziło eksport w wielu europejskich gospodarkach. I to pozwoli na znacznie lepszą koniunkturę w Europie w ciągu najbliższych kilku lat – przewiduje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Bujak.

Teraz najbardziej palącym problemem jest bardzo wysokie bezrobocie, zwłaszcza w krajach śródziemnomorskich. W tym roku stopa bezrobocia w Grecji obniży się z 27,3 do 26 proc., a w Hiszpanii spadnie z 26,4 do 25,7 proc. To jednak wciąż daleko od poziomów, które byłyby akceptowalne społecznie. Niestety, w sąsiednich państwach, takich jak Francja, Portugalia i Włochy w 2014 r., bezrobocie ma dalej rosnąć – wynika z analiz KE.

Słaby rynek pracy oraz wciąż trudno dostępny kredyt dla firm z krajów peryferyjnych sprawia, że część z nich ociera się o deflację, czyli spadek cen. Dlatego, zdaniem Piotra Bujaka, ewentualny skokowy wzrost inflacji z powodu drożejącej ropy naftowej nie będzie dużym problemem dla gospodarki UE.

W tej sytuacji ewentualne ryzyko wiązałoby się z pogłębieniem różnic w poziomie inflacji między poszczególnymi krajami strefy euro. W 2014 roku spadek cen prognozowany jest tylko w Grecji, ale np. w Niemczech inflacja ma wynieść 1,4 proc., a w Austrii – 1,8 proc. Wzrost tych różnic oznaczałby kłopot dla EBC, który musi prowadzić jedną politykę pieniężną (przede wszystkim dbać o stabilność cen) w gronie 18 państw. Większym wstrząsem dla europejskiej gospodarki niż wzrost cen ropy byłoby ewentualne wstrzymanie przez Rosję dostaw gazu ziemnego.

Taki scenariusz wydaje się mało prawdopodobny, bo mógłby mieć miejsce jedynie w przypadku ostrej eskalacji, nasilenia konfliktu na Ukrainie, a na to na szczęście się nie zanosi.– zauważa Piotr Bujak. – Konflikt na linii Kijów Moskwa, także na linii Rosja Zachód w dotychczasowym kształcie nie stanowi istotnego zagrożenia dla perspektyw europejskiej, w tym polskiej gospodarki. Nie należy się też obawiać pogorszenia perspektyw dla europejskich i polskich eksporterów nawet przy dość głębokiej recesji w Rosji i na Ukrainie.

O prawie połowę wzrosła sprzedaż aut Opla. Koncern stawia na auta z napędem gazowym

CEO Magazyn Polska

W pierwszym kwartale tego roku Opel odnotował ponad 40-proc. wzrost sprzedaży. W samym marcu sprzedaż była o 57 proc. wyższa niż przed rokiem. Koncern chce utrzymać tę dynamikę, oferując gamę modeli wyposażonych fabrycznie w instalację gazową LPG.

W Polsce rynek aut z napędem gazowym ma ogromny potencjał, jesteśmy jednym z zaledwie kilku krajów w Europie, w których ten segment pojazdów jest tak mocno rozwinięty. Dla Opla naturalnym krokiem było dostosowanie oferty do oczekiwań klientów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Mieczkowski, dyrektor generalny General Motors Poland.

Większość modeli koncernu można dziś kupić w wersji z napędem LPG. Instalacja gazowa jest w nich montowana fabrycznie, obowiązuje na nią dwuletnia gwarancja, a całość jest zaprojektowana w ten sposób, by auta te nie odróżniały się kształtem od swoich konwencjonalnych odpowiedników. Koloidalny zbiornik na gaz umieszczany jest w bagażniku w miejscu koła zapasowego, zastąpionego tzw. systemem naprawczym.

Nasza oferta skierowana jest przede wszystkim do klienta indywidualnego, oczekującego ekonomicznego samochodu i wysokiej jakości rozwiązań – twierdzi dyrektor General Motors Poland. – Sporym zainteresowaniem cieszy się między innymi Corsa, która w wersji LPG kosztuje obecnie niewiele ponad 40 tys. zł. To jedna z lepszych tego typu ofert na rynku.

Klientów do zakupów ma zachęcić również oferta wydłużonej gwarancji producenta Opel FlexCare.

Sprzedaż Opla w pierwszym kwartale roku zaskoczyła nawet samych handlowców (wzrost o prawie 44 proc. rok do roku). Od początku roku wyniki systematycznie się poprawiały, co świadczy o zdecydowanym umocnieniu pozycji marki na rynku.

Wysoka sprzedaż jest częściowo napędzana zmianą przepisów dotyczących możliwości pełnego odliczania VAT-u. Dla nas bardzo ważne jest jednak to, że świetne wyniki mamy także w segmencie aut, na które zmiany przepisów nie miały wpływu – mówi Wojciech Mieczkowski.

W samym marcu sprzedaż wzrosła o 57 proc. w porównaniu do marca 2013 r. i wyniosła 2,5 tys. aut. W ciągu trzech miesięcy Opel sprzedał blisko 7 tys. samochodów (w I kwartale 2013 r. sprzedaż wyniosła ponad 4,8 tys. aut). Liderem sprzedaży był Opel Corsa. Na kolejnych miejscach znalazły się Astra i Insignia. Sprzedaż samochodów dostawczych była o 50 proc. większa niż przed rokiem.

Tak duża dynamika sprzedaży może nie utrzymać się w kolejnych miesiącach, Opel prognozuje jednak roczną sprzedaż na poziomie 26-27 tys. egzemplarzy. W osiągnięciu tych wyników pomóc ma szeroka gama modeli, również w wersji LPG.

Sporą popularnością cieszy się między innymi model Mokka, będący miejskim SUV-em, a także Meriva, która znalazła sześciokrotnie więcej nabywców w tym roku niż w analogicznym okresie w ubiegłym roku. Rozbudowywana jest także oferta Opel Leasing Mobilny, bazująca na wynajmie i obsłudze samochodów dla dużych firm. Niebawem promowana będzie także usługa dla drobnych przedsiębiorców.

MCI Management zapowiada dalsze inwestowanie w rynek internetowy, także poza Polską

0

CEO Magazyn Polska

MCI Management po inwestycji w Grupę o2 liczy na rozwój tej platformy. Spółka wiąże przyszłość z mediami cyfrowymi, choć nie będzie inwestować w projekty konkurencyjne. Jest też zainteresowana innymi obszarami rynku internetowego, m.in. projektami inteligentnych domów i komunikatorów, a także inwestycjami w Turcji i Rosji. Dobre wyniki notują projekty spółki w Niemczech.

Chcielibyśmy się koncentrować na projektach, które miałyby charakter bardziej rozproszenia dla sektora mediów, czyli bardziej niszowych, na wczesnym etapie. Jesteśmy otwarci na media społecznościowe, media mobilne, wąskie formaty czy połączenie telewizji z internetem – te obszary wchodziłyby w grę, jeżeli chodzi o rynek polski. Media są tylko wycinkiem całego rynku internetowego i to nie największym – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Czechowicz, partner zarządzający i chief investment officer w MCI Management.

Spółka MCI Management objęła niedawno 20 proc. udziałów w Grupie o2. To część dużych zmian własnościowych w portalu. W październiku ubiegłego roku Orange Polska zdecydował się sprzedać 100 proc. udziałów Wirtualnej Polski portalowi o2. Po połączeniu serwisy będą funkcjonować w ramach Grupy o2. MCI Management poprzez zależny fundusz venture odkupił 20 proc. udziałów od właściciela o2, European Media Holding, który z kolei należy do funduszu private equity Innova Capital.

Czechowicz zapowiada, że MCI nie zamierza kończyć inwestycji.

 – Obszary, na które musimy przede wszystkim zwracać uwagę to komunikatory, internet rzeczy, inteligentny dom, cała branża finansowa przechodząca powoli z bankowości klasycznej do internetu  wylicza Czechowicz.

MCI Management nie ogranicza się też do inwestycji w Polsce. Już teraz spółka prowadzi projekty w Niemczech, Polsce, Czechach, Turcji i Rosji. Czechowicz dodaje, że obserwując zmiany na rynkach, można dostrzec dużo obiecujących sygnałów. Po okresie przewartościowania rynku do normalnych cen powróciła na przykład Turcja, co zachęca do lokowania tam środków.

Ciekawa dla spółki jest też Rosja, choć jest to kraj niepewny politycznie z uwagi na kryzys na Krymie i sankcje, które uderzają w rosyjską gospodarkę. Stara Europa staje się za to przewartościowana, więc na tym kontynencie należy raczej spodziewać się spowolnienia inwestycji. Na razie jednak inwestycje w Niemczech i Europie Wschodniej spisują się bardzo dobrze, choć dalsza przyszłość stoi pod znakiem zapytania.

W Niemczech mamy dwie inwestycje. Jedną z nich jest Windeln.de, czyli sprzedawca produktów dziecięcych w internecie. To jest już duża spółka, ponad 100 mln euro sprzedaży rocznej. Jesteśmy bardzo z niej zadowoleni. Druga inwestycja to jest 21 Diamonds, sprzedawca biżuterii przez internet – wylicza Czechowicz. – Rynek niemiecki sam w sobie jest wielki, bo to jest ponad 80 milionów bogatych konsumentów plus to, że z reguły stwarza opcje skonwertowania narodowych graczy na europejskich graczy.

Dodaje, że przez długi czas niemiecki rynek był niedowartościowany. Pojawiało się dużo ciekawych inicjatyw, ale brakowało inwestorów, więc wejście na ten rynek było stosunkowo tanie. Teraz nasycenie jest już większe, bo inwestorzy dostrzegli już tę lukę. To prowadzi do wzrostu cen i odpływu inwestorów. W falę największego napływu inwestorów, zwłaszcza do obszaru e-commerce, wchodzą natomiast Polska i Czechy.

Spożycie ekologicznej żywności w Polsce jest 15 razy mniejsze niż na Zachodzie. Rynek będzie jednak rósł

CEO Magazyn Polska

Statystyczny Polak wydaje tylko cztery euro rocznie na żywność ekologiczną. Niemiec przeznacza na ten cel 86 euro, a Duńczyk – prawie dwa razy więcej. Spożycie ekologicznej żywności jest w Polsce ok. 15 razy mniejsze niż w krajach Europy Zachodniej i pięć razy mniejsze niż np. w Czechach. Zdaniem dystrybutorów ekoproduktów wynika to głównie z niskiej świadomości społecznej. Jednak według nich branża zdrowego żywienia ma duży potencjał wzrostu.

Na tle krajów Europy Zachodniej wypadamy, niestety, bardzo słabo – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sławomir Chłoń, prezes spółki Organic Farma Zdrowia. – Spożycie produktów ekologicznych w tej chwili w Europie Zachodniej wynosi 3-4 proc. ogółu żywności, a w Polsce 0,2 proc., czyli 15 razy mniej. To jest przepaść, którą musimy w najbliższych latach nadrobić – dodaje.

Dysproporcje widać przede wszystkim w wydatkach na zdrową żywność. Chłoń podaje, że statystyczny Polak wydaje na żywność ekologiczną 4 euro. To 21 razy mniej niż Niemiec i 40 razy mniej niż Duńczyk. Zdaniem prezesa spółki Organic Farma Zdrowia sytuacja ta wynika z wciąż niskiej świadomości Polaków.

Polacy nie uświadamiają sobie jeszcze, że zdrowe odżywianie jest absolutną podstawą – mówi Chłoń. – Coraz chętniej chodzą do fitness klubów, jeżdżą na rowerach, na nartach, biegają i uprawiają innego rodzaju sporty. To fantastyczna sprawa, jednak trzeba mieć świadomość, że sport, nawet uprawiany pięć razy w tygodniu, nie pomoże nam, jeśli będziemy się źle odżywiać. Dopiero połączenie ruchu i dobrego odżywiania sprawi, że będziemy mogli mówić o zdrowym stylu życia – dodaje prezes.

Jednak sytuacja w ostatnich latach znacznie się poprawiła. Co ważniejsze, perspektywy dla rynku są bardzo optymistyczne.

Różnice między Polską a Zachodem pokazują nam, jak daleko w tyle się znajdujemy, ale z drugiej strony dowodzą też, że jesteśmy w branży, która będzie musiała rosnąć – twierdzi Chłoń. – Przykładem mogą być Czesi, u których spożycie żywności ekologicznej wzrosło już do 1 proc. ogółu żywności.

Organic Farma Zdrowia to pierwsza i największa w Polsce sieć samoobsługowych delikatesów, w których można nabyć produkty ekologiczne. Firma oprócz ekożywności, wytworzonej bez użycia środków chemicznych, oferuje także kosmetyki i środki czystości. Notowana jest na rynku NewConnect.

Mamy w tej chwili 27 jednostek handlowych i firmy dystrybucyjne. Na razie nie widzimy na terenie Polski konkurenta, który mógłby nam zagrozić – mówi Sławomir Chłoń. – Zdrowe produkty zaczynają być szerzej dostępne, więc klienci mogą się z nimi zapoznać i zaczynają się nimi coraz bardziej interesować. Jesteśmy więc przekonani, że przez następne trzy, cztery dekady czeka nas w Polsce wyłącznie wzrost rynku ekologicznej żywności – przekonuje.

Odbicie na rynku szkoleń dla firm. Bardziej popularne od kilkudniowych warsztatów są indywidualne szkolenia w miejscu pracy

CEO Magazyn PolskaPo kilku słabszych latach branża szkoleniowa znów notuje wzrosty. Firmy chętnie wysyłają swoich pracowników na szkolenia, szczególnie w obszarze umiejętności menedżerskich i relacji z klientami. Coraz ważniejsze jest jednak dopasowanie programu do potrzeb konkretnych firm, a także szkolenia w miejscu pracy. Firmy szkoleniowe liczą na większą liczbę klientów z mniejszych przedsiębiorstw, które mogą wykorzystać na szkolenia środki unijne.

Wracamy do dobrze znanej mantry, że ludzie są kapitałem firmy, jednym z najważniejszych zasobów w przedsiębiorstwie, jak nie najważniejszym. I w związku z tym zaczynają one coraz bardziej inwestować w szkolenia, chociaż są to nieco inne inwestycje niż były jeszcze kilka lat temu – w inny sposób podchodzą do rozwoju ludzi – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Aleksander Drzewiecki, prezes House of Skills.

Od końca 2008 r. w branży szkoleniowej nastąpiło duże spowolnienie. Inwestycje w szkolenia ograniczyły szczególnie te firmy, które zostały najmocniej dotknięte kryzysem. To przedsiębiorstwa m.in.: z branż farmaceutycznej, budowlanej, finansowej i telekomunikacyjnej, które wcześniej najchętniej wysyłały pracowników na szkolenia. Choć koniunktura była gorsza, spadek łagodziły środki unijne dostępne na szkolenie pracowników. Wieloletnie projekty współfinansowane przez UE gwarantowały ich kontynuację.

Drzewiecki dodaje, że do tej pory środki unijne trafiały przede wszystkim do dużych firm, które dobrze je wydawały. Mniejsze przedsiębiorstwa różnie sobie z tym radziły. W nowej unijnej perspektywie to właśnie małe i średnie firmy otrzymają całość środków. Drzewiecki podkreśla, że szczególnie w przypadku średnich przedsiębiorstw jest to szansa na rozwój i wyszkolenie pracowników. Małe firmy mogą nie poradzić sobie z inwestycjami, choć z pewnością dostępność publicznych środków będzie dla nich dodatkową motywacją.

Przeniesienie środków z dużych na mniejsze firmy to jednak niejedyna zmiana.

Zmienia się także nieco sposób realizacji tych usług. Są one dużo bardziej zindywidualizowane, dużo bardziej procesowe, bardziej wielowymiarowe. Odchodzi się od takich masowych, typowych, dwu-, trzydniowych szkoleń realizowanych dla pracowników na rzecz procesów, które obejmują dogłębną analizę indywidualną i szkolenie e-learningowe przygotowawcze, działania wdrożeniowe z zaangażowaniem menadżerów wyższego szczebla i działania mentoringowe i coachingowe. I później znowu szkolenia i projekty w miejscu pracy – tłumaczy Drzewiecki.

Podkreśla, że szkolenia zintegrowane z normalnym trybem pracy firmy są znacznie bardziej skuteczne niż kilkudniowe warsztaty, które były popularne dawniej.

Drzewiecki dodaje, że choć zmienia się sposób szkolenia, bez zmian pozostają najważniejsze umiejętności. Firmy przede wszystkim szkolą menedżerów oraz osoby zajmujące się obsługą klientów.

Myślę, że to jest dobra tendencja, bo ona pokazuje, że jeżeli nasi menadżerowie są przygotowani do tego, żeby pracować w odpowiedni sposób ze swoimi ludźmi, to jest to dobrze wydany pieniądz i dobra inwestycja. Natomiast jeśli się inwestuje w pracownika, a menedżer, który na co dzień z nim pracuje, działa w odmienny sposób niż ten pracownik się nauczył, to nie wykorzystuje on nabytych umiejętności, dlatego w zasadzie jest to pieniądz stracony – podkreśla prezes House of Skills.

Konsumenci coraz częściej zmieniają dostawców usług

0

CEO Magazyn Polska

W Polsce dwie trzecie konsumentów w ciągu roku zmienia dostawcę w przynajmniej jednej branży. To trend, który widoczny jest również w innych krajach europejskich i Ameryce. Wpływ na ich decyzje mają złe doświadczenia z dotychczasowej współpracy i zachęty konkurencji. 80 proc. konsumentów uważa, że poprzedni dostawca nie zrobił nic, by ich zatrzymać, choć byłaby to próba skuteczna – wynika z ankiety firmy Accenture.

66 proc. Polaków w ciągu ostatniego roku zmieniło dostawcę usług lub miejsce, w którym dokonuje zakupów. Podobne dane dotyczą całego świata. To nowy rodzaj gospodarki, tzw. switching economy. Do zmian zachęcają sami dostawcy poprzez kampanie reklamowe. W Polsce działają tak na przykład banki, które ułatwiają przenoszenie się klientów – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Karol Mazurek, członek zarządu Accenture Polska.

Jego zdaniem na decyzje konsumentów wpływa fakt, że rynki we wszystkich wymiarach stają się nasycone – klienci mają już produkty i korzystają z usług, których potrzebują, a to powoduje, że dostawcy muszą często walczyć o klienta, który jest już u konkurencji, i próbować przyciągać go do siebie.

Szacujemy, że potencjał rynku klientów zmieniających dostawców jest ogromny i korporacje powinny nastawić się na walkę o nowych klientów, a nie tylko o utrzymanie istniejących – mówi Karol Mazurek.

Branża najbardziej podatna na zmiany to bankowość. Jako sektory, w których przede wszystkim takie zmiany następowały, Mazurek wskazuje handel detaliczny, obok właśnie bankowość i telekomunikację.

Zmiany dostawców nie wynikają z kaprysów konsumentów. Według badań Accenture podstawowym powodem jest niedotrzymywanie obietnic przez dostawców. Wskazuje go 80 proc. badanych.

Czyli najgorszą rzeczą, która może spotkać klienta jest to, że z reklam i informacji przed sprzedażą dowiedział się czegoś, co później okazało się nieprawdą. I po kupieniu produktu lub usługi poczuł się rozczarowany – uważa Karol Mazurek.

Przedstawiciel Accenture wskazuje kolejny powód do zmian, czyli jakość obsługi – kontakt z niekompetentnymi pracownikami, skomplikowane procesy obsługi, wielokrotne podawanie tych samych informacji w celu załatwienia jednej sprawy. W efekcie konsumenci coraz częściej sprawdzają warunki usług u alternatywnych dostawców.

W poprzednich badaniach konsumenci deklarowali, że warunki swoich kontraktów na usługi czy wybór miejsca zakupów sprawdzają raz na dwa lata lub rzadziej. W tej chwili ponad 60 proc. dokonuje takiej oceny częściej. 25 proc. deklaruje, że nawet częściej niż raz do roku – informuje członek zarządu Accenture Polska.

Dzięki dostępowi do internetu i mediom społecznościowym klienci chętniej dzielą się informacjami na temat jakości produktów i usług. Już 25 proc. ankietowanych przyznaje, że wystawiło negatywny komentarz dostawcy gdzieś w internecie.

Kilka lat temu apelowaliśmy o badanie przyczyn odchodzenia klientów, którzy sami nie ujawniali swoich motywów. Teraz coraz więcej klientów dzieli się powodami rezygnacji z danego dostawcy. Przede wszystkim z bliskimi, ale także chętnie z użytkownikami internetu – wyjaśnia Karol Mazurek.

Podkreśla, że firmy przede wszystkim powinny dbać o swojego klienta i lepiej rozpoznawać jego potrzeby.

Tym bardziej, że 80 proc. badanych twierdzi, że dostawca mógł coś zrobić, żeby ich zatrzymać. Zaproponować szybsze rozwiązanie problemu, lepiej dostosowany produkt, promocje, preferencyjne warunki – tłumaczy przedstawiciel Accenture.

Dodaje też, że ci sami badani deklarowali chęć pozostania przy wybranym dostawcy, jednak brak lepszej, przeznaczonej dla nich oferty powodował, że odchodzili.

O rosnącym trendzie do zmiany dostawców informują wyniki badania Global Consumer Pulse Survey przeprowadzonego przez spółkę Accenture. Wnioski powinny skłonić przedsiębiorców nie tylko do podjęcia starań o pozyskiwanie nowych klientów, lecz także do podjęcia działań na rzecz utrzymania dotychczasowych.

Sklepy internetowe zachęcają do zakupów niskimi cenami, ale w marketach jest więcej promocji

CEO Magazyn Polska

Zakupy w sieci są coraz mniej atrakcyjne cenowo. Analitycy sprzedaży radzą, by przed podjęciem decyzji o zakupie konkretnego towaru w internecie najpierw sprawdzić jego ceny w tradycyjnych, stacjonarnych marketach.  Często bowiem okazuje się, że po doliczeniu kosztów transportu czy innych opłat, zakup w sklepie online wcale nie jest cenowo najkorzystniejszy. Co więcej, w marketach z elektroniką, które zmniejszają swoje marże i dają klientom duże rabaty, towary mogą być nawet o kilkanaście procent tańsze.

Z raportu opublikowanego przez Ceneo wynika, że 1/4 kupujących przez internet co najmniej raz została oszukana. Kupując w internecie, oczywiście musimy doliczyć koszty przesyłki, koszt ryzyka związanego z zakupem, to, że musimy poczekać na dany produkt, nie możemy go dotknąć i być pewni, że to jest ten, a nie przyszło coś innego, gorszej jakości, używane czy chociażby kilka cegieł – mówi agencji informacyjnej Newseria Dawid Piskowski, założyciel Okazjum.pl.

Zabiegani i zapracowani klienci mają jednak coraz mniej czasu na wizyty w tradycyjnych sklepach. Dlatego decydują się na zakupy w sieci. Sklepy internetowe kuszą niższymi cenami, szerokim asortymentem oraz możliwością porównywania ofert różnych handlowców.

Sklepy internetowe mają stosunkowo niskie ceny, ale to w zwykłych sklepach możemy znaleźć dużo lepsze okazje, np. za zakup telewizora dostajemy jeszcze dodatkowo bon na dalsze zakupy. Telewizor może być 50 zł droższy, a bon możemy dostać w postaci 300-400 zł, co koniec końców wychodzi dużo taniej. Rozwiązaniem jest robienie mądrych i świadomych zakupów. Oczywiście warto spojrzeć w internecie, porównać ceny, ale też trzeba zobaczyć, czy przypadkiem w markecie nie ma właśnie jakiejś promocji – tłumaczy Dawid Piskowski.

Klienci są przekonani, że dzięki weryfikacji ofert w porównywarkach cenowych z różnych sklepów online, mogą wybrać odpowiedni dla siebie towar, a przy tym oszczędzają swój czas.

To jest właśnie mit, że w porównywarkach cen jest po prostu taniej. Sam robię zakupy w internecie, ale też przeglądam promocje w gazetkach. Na Okazjum.pl monitorujemy promocje z ponad 300 marketów, w ponad 50 tys. placówkach, więc mamy dokładny obraz tego, gdzie i co jest każdego dnia w promocji – wyjaśnia Dawid Piskowski.

Z badań wynika, że największym zainteresowaniem klientów w sklepach internetowych cieszą się ubrania, kosmetyki, a także książki, płyty i nowinki technologiczne.

Bogdanka wydobyła 2,24 mln ton węgla w 1Q 2014

Spółka Lubelski Węgiel BOGDANKA S.A. zanotowała w I kwartale 2014 roku produkcję węgla handlowego na poziomie 2,24 mln ton, czyli o 10,2% wyższym niż w tym samym okresie rok wcześniej i o 6,2% wyższym niż w IV kwartale 2013 roku. 

Sukces oferty pre-IPO Private Equity Managers S.A.

Private Equity Managers S.A. (PEM), spółka portfelowa Grupy MCI wyspecjalizowana w zarządzaniu aktywami private equity, zgodnie z zapowiedzią zamknęła w I kwartale br. sprzedaż pierwszej części akcji w ramach pre-IPO. W pierwszej transzy do inwestorów, wśród których znaleźli się menedżerowie i partnerzy spółki, trafiło ponad 30 proc. akcji PEM. MCI podtrzymuje zamiar wprowadzenia PEM na GPW w II połowie 2014 r.

Ta transakcja to nasz duży sukces, gdyż jest potwierdzeniem wcześniejszych zapowiedzi o przeprowadzeniu IPO PEM w II połowie roku. Realizacja sprzedaży pierwszej części akcji w czasie pierwszego kwartału 2014 r. sprawia, że upublicznienie PEM do końca roku jest realne. Co ważne osoby, które wzięły udział w tej fazie pre-IPO to ludzie związani od lat z PEM, a więc znający najlepiej jej możliwości i potencjał wzrostu. Ich zaangażowanie w projekt jest zatem potwierdzeniem wiary w dalszy rozwój spółki – skomentował Cezary Smorszczewski, Prezes Zarządu MCI Management S.A. odpowiedzialny za projekt IPO PEM. – Reasumując, sukces tej części pre-IPO daje wyobrażenie, jak może potoczyć się IPO w II połowie roku – dodaje.

MCI poinformowało o zbyciu w dniach 31 marca – 1 kwietnia 2014 r. pierwszej części akcji PEM w ramach transakcji pre-IPO PEM, które jest częścią operacji wydzielenia tej spółki z Grupy MCI i upublicznienia jej na rynku głównym GPW. W transakcji wzięli udział inwestorzy w postaci menedżerów i partnerów MCI, którzy w sumie objęli akcje stanowiące ponad 30% kapitału spółki zarządzającej aktywami. Popyt na akcje PEM w tej części transakcji był istotnie wyższy od podaży. Po rozliczeniu sprzedaży pierwszej części akcji w posiadaniu MCI bezpośrednio i pośrednio pozostało poniżej 20% akcji PEM. Ok. 49% akcji spółki trafiło pod zarządzanie subfunduszu MCI.EuroVentures 1.0 wydzielonego w funduszu inwestycyjnym MCI.Private Ventures Funduszu Inwestycyjnym Zamkniętym, w którym MCI pośrednio poprzez swoje spółki zależne, posiada 100 % certyfikatów inwestycyjnych.

Zgodnie z treścią raportu bieżącego MCI akcje PEM zostały nabyte przez inwestorów w ofercie prywatnej po wycenie 100% wartość spółki (Enterprise Value) na poziomie ponad 270 mln zł.

– Środki ze sprzedaży akcji PEM w ramach pre-IPO zgodnie z naszą strategią zostaną przeznaczone na realizację akcji inwestycyjnej, która tylko w tym roku zakłada inwestycje na poziomie co najmniej 305 mln zł – powiedział Cezary Smorszczewski. – Warto również zaznaczyć, że przed tą transakcją PEM wypłacił już na rzecz MCI dywidendę w łącznej wartości ponad 70 mln zł – dodaje.

Zgodnie z uchwałą Zwyczajnego Walnego Zgromadzenia PEM o podziale i przeznaczeniu zysku, przed zamknięciem pierwszej transzy pre-IPO spółka dokonała wypłaty dywidendy w wysokości 72,5 mln zł na rzecz swoich akcjonariuszy. Intencją Zarządu PEM jest regularne dzielenie się zyskami ze swoimi akcjonariuszami. Spółka zamierza wypłacać przynajmniej 50% zysku netto w formie dywidendy.

 

KNF popiera plany GPW dotyczące poprawy jakości informacji publikowanych przez spółki. Ma to zwiększyć zaufanie na rynku

CEO Magazyn Polska

Giełda Papierów Wartościowych chce przekonać firmy notowane na warszawskim parkiecie do wdrożenia tzw. systemów compliance, czyli wewnętrznego systemu w spółce, który ma zapewniać zgodność działania spółki z jej prawem wewnętrznym, regulacjami rynkowymi i dobrymi praktykami.  KNF popiera plany giełdy i zapowiada, że wykorzysta wszystkie swoje instrumenty, które mogą pomóc w zwiększaniu zaufania na rynku. Nadzór wraz z GPW liczą, że wzrost jakości publikowanych informacji przyciągnie więcej kapitału na warszawski parkiet, ponieważ zmniejszy się ryzyko dla inwestorów.

Według Andrzeja Jakubiaka, przewodniczącego Komisji Nadzoru Finansowego, dotychczasowe działania GPW i plany dotyczące compliance świadczą o coraz większej dojrzałości polskiego rynku kapitałowego.

 – Chodzi nam już nie tylko o to, żebyśmy byli postrzegani jako rynek dynamicznie rozwijający się pod względem liczby debiutów. Coraz ważniejsza jest jakość przekazywanej informacji przez spółki na rynek kapitałowy. Bez tego nie da się zbudować efektywnego rynku kapitałowego, jeżeli nie będzie na tym rynku zaufania. Przypadki,z którymi mieliśmy do czynienia zarówno na NewConnect, jak i na rynku podstawowym, wskazują na to, że kwestie jakościowe mają coraz większe znaczenie, w tym również kwestia zgodności, transparentności. Rynek kapitałowy na tym właśnie się opiera – przekonuje przewodniczący KNF.

GPW chce, by kodeks dobrych praktyk określał funkcjonowanie niezależnej jednostki w firmie odpowiedzialnej za compliance. Przede wszystkim taka jednostka powinna mieć możliwość bezpośredniego raportowania do rady nadzorczej.

Wdrożenie systemów compliance w spółkach notowanych na GPW jest dopiero przedmiotem dyskusji, jednak giełda podjęła już inne działania, które mają zwiększyć zaufanie do rynku. Przeprowadzono reformę NewConnect – rynku małych innowacyjnych przedsiębiorstw – na rzecz zwiększenia wiarygodności tego parkietu, oraz reformę tzw. spółek groszowych o bardzo niskiej wycenie jednostkowej akcji.

Jako Komisja Nadzoru Finansowego oczywiście wszystkie te działania wspieramy i im patronujemy. Nie ukrywam, że od samego początku podnosimy kwestie związane z rzetelnością przedstawianych informacji. Inwestorzy mają prawo wiedzieć, jaka jest rzeczywista sytuacja finansowa i w tym kierunku będziemy również wykorzystywali wszystkie posiadane przez Komisję instrumenty, jeśli chodzi o transparentność spółek działających na giełdzie – zapowiada Andrzej Jakubiak.

Według przewodniczącego KNF, rozwiązania w zakresie compliance w Polsce są już na satysfakcjonującym poziomie. Podkreśla, że dobrym przykładem są nadzorowane instytucje finansowe. Ich działalność wymaga spełnienia wielu wymogów regulacyjnych, dzięki czemu cieszą się dużym zaufaniem wśród inwestorów.

 Instytucje finansowe, które są notowane na Giełdzie Papierów Wartościowych, cieszą się dużym uznaniem inwestorów, mają ratingi wyższe niż ich podmioty dominujące. Trzeba również zwrócić uwagę na to, że ich wycena rynkowa jest wyższa niż wycena księgowa oraz niejednokrotnie wyższa jest ich kapitalizacja niż podmiotów dominujących – podkreśla Andrzej Jakubiak. 

Według najnowszej strategii GPW zwiększenie zaufania do rynku kapitałowego to jeden ze sposobów na poprawę jego efektywności.  To z kolei oznacza łatwiejszy dostęp do kapitału, który jest potrzebny szczególnie tym przedsiębiorstwom, które ze względu na wyższe ryzyko mają problem z uzyskaniem kredytów bankowych. W rezultacie sprawniejszy rynek kapitałowy poprzez wzrost inwestycji i innowacyjności ma być sposobem na przyspieszenie rozwoju polskiej gospodarki.

J. Piechociński: społeczna odpowiedzialność biznesu pomaga budować przewagę konkurencyjną polskich firm

CEO Magazyn Polska

Społeczna odpowiedzialność biznesu staje się istotna dla coraz większej liczby polskich firm. I coraz częściej jest przez nie wykorzystywana jako narzędzie do budowania przewag konkurencyjnych. Według wicepremiera Janusza Piechocińskiego, kluczowe dla sukcesu polskich firm jest inwestowanie w kapitał społeczny i budowanie relacji.

 Pochwalenie się osiągnięciami, dynamiką działań we wdrażaniu innowacyjnych rozwiązań w zakresie społecznej odpowiedzialności biznesu, zaczyna tworzyć trwałe przewagi konkurencyjne. Jest kapitalnym mechanizmem marketingu i upowszechniania. Bo jeśli wokół firmy tworzy się pozytywny klimat, to produkt przez nią wytwarzany smakuje lepiej w każdym wymiarze jego użytkowania  mówi Janusz Piechociński, wicepremier i minister gospodarki.

Jak dodaje, polskie firmy mają już czym się pochwalić na polu społecznej odpowiedzialności biznesu. Podczas piątych targów CSR, zorganizowanych w Warszawie, zaprezentowało się ponad 50 firm, mających spore dokonania w tej dziedzinie (np. w obszarze ekologii, edukacji i zaangażowania społecznego). Wicepremier podkreśla, że zaangażowanie w CSR powinno towarzyszyć rozwijaniu przedsiębiorczości i inwestowaniu w kapitał ludzki.

 Słynna polska przedsiębiorczość wyrastała w trudnych warunków i w światowej skali przedsiębiorczości jesteśmy notowani na drugim miejscu, zaraz po Korei Południowej  mówi Piechociński.  Ale jednocześnie mając tak wysoki indywidualny kapitał ludzki, co potwierdzają inwestorzy i pracodawcy, musimy budować sumaryczny kapitał społeczny. To jest dużo trudniejsza sztuka, bo trzeba umieć działać nie tylko ze sobą i dla siebie, lecz także z innymi, poprzez innych i dla innych.

Dzięki przestrzeganiu CSR w relacjach z klientami, kontrahentami, lokalnymi władzami i społeczeństwem, firmy mogą wpływać na otoczenie rynkowe.

Stąd na przykład moja wielka determinacja, żeby przejąć rozwiązania austriackie i niemieckie – uwaga, odpowiednio 4 i 5 proc. bezrobocia, czyli szkolenia dualnego, żeby staże, praktyki i szkolenia odbywały się w zakładach pracy. To wymaga zupełnie nowej otwartości, tego, aby wytworzyć przewagi konkurencyjne i mieć najlepsze otoczenie dla polskiej przedsiębiorczości, dla polskiej gospodarki – mówi Janusz Piechociński.

Dodaje, że kluczową rolę we wdrażaniu społecznej odpowiedzialności biznesu w Polsce mają też samorządy.

Stanowią one bardzo ważną część naszego życia publicznego. Oddziałują nie tylko planami zagospodarowania przestrzennego, nie tylko tworząc infrastrukturę, lecz także – co szczególnie dzisiaj ważne – uczestnicząc w odbudowie szkolnictwa zawodowego, bo przez lata o nim zapomnieliśmy – wyjaśnia wicepremier i minister gospodarki.

To szczególnie istotne w sytuacji, kiedy polska gospodarka staje się coraz bardziej umiędzynarodowiona – CSR jest standardem na Zachodzie, a więc również w koncernach, które wchodzą na polski rynek. Piechociński podkreśla, że budowanie zaufania i odpowiednich relacji często stanowi o sukcesie niektórych przedsięwzięć. Przytacza przykłady takich firm, jak Procter&Gamble czy Volkswagen.

– Co zdecydowało, że Września wygrała z innymi, również pozaeuropejskimi lokalizacjami? Właśnie świetne doświadczenia fabryki w Poznaniu, bardzo pozytywny mit, kontynuowany i pielęgnowany w Wielkopolsce o solidności, aktywności, rzetelności pracy, dużej kulturze, obowiązkowości, a także świetne kadry i coraz lepsza infrastruktura, ta techniczna i ta związana z transportem czy komunikacją  przekonuje szef resortu gospodarki.

Wzajemne sankcje UE-Rosja mogą przekreślić ożywienie gospodarcze w Unii

Europejskiej gospodarce grozi w tym roku stagnacja, jeśli UE i Rosja poważnie ograniczą wzajemne relacje. Wzrost PKB w Europie jest wciąż niewielki – według Komisji Europejskiej gospodarki 28 państw urosną w tym roku o 1,5 procent. Niska pozostanie także inflacja, co jednak pozwala EBC wspierać koniunkturę, np. utrzymując niskie stopy procentowe.

Wśród 28 gospodarek UE negatywnie wyróżniają się państwa strefy euro. Według Komisji Europejskiej gospodarka obszaru wspólnej waluty urośnie w tym roku o 1,2 proc., a ceny wzrosną o 1 proc. Dlatego eksperci studzą optymizm i wskazują na ryzyko, jakie wynika z kryzysu w stosunkach UERosja.

Trudno jeszcze mówić o zdecydowanym ożywieniu. To jest pierwszy symptom tego, że Unia wychodzi na plus, wychodzi powoli z kryzysu. Ale to, jak się rozwinie sytuacja dalej, w ogromnej mierze będzie zależało od relacji z Rosją. Jeżeli będą nałożone sankcje ekonomiczne na Rosję, to niewątpliwie odbije się to także na gospodarce europejskiej – uważa dr Piotr Wawrzyk z Katedry Europeistyki UW.

Zaznacza, że trudno oszacować wpływ potencjalnych sankcji na koniunkturę w Rosji i w Europie, jeśli nie ma zgody – zwłaszcza w gronie 28 państw – co do szczegółowych rozwiązań. W przypadku niektórych państw UE brakuje woli politycznej do wprowadzenia jakichkolwiek głębszych sankcji, gdyby doszło do wzrostu napięcia w Europie Wschodniej. Z drugiej strony, niepewność dotyczy także ewentualnej odpowiedzi ze strony Rosji. Według dra Wawrzyka, w czarnym scenariuszu państwa UE muszą się liczyć nawet z całkowitym wyhamowaniem wzrostu PKB w pierwszym półroczu.

Obok polityki międzynarodowej na koniunkturę w państwach strefy euro będzie oddziaływała także polityka Europejskiego Banku Centralnego. Wtedy wzrost gospodarczy w Eurolandzie może przekroczyć 0,3-0,5 proc., licząc kwartał do kwartału.

Jeżeli EBC poluzuje politykę kredytową, a właściwie zachęci banki do jeszcze większej aktywności kredytowej, to wtedy możemy mieć jeszcze wyższy wzrost gospodarczy. To, jak będzie się rozwijała polityka kredytowa Europejskiego Banku Centralnego, jest uwarunkowane poziomem inflacji, czy w strefie euro, czy w Unii Europejskiej  wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria dr Wawrzyk.

Według prognoz KE, inflacja w strefie euro w najbliższych dwóch latach pozostanie poniżej 2 proc., czyli optymalnego poziomu przyjętego przez EBC. To oznacza, że bank centralny z siedzibą we Frankfurcie nie musi jeszcze zaostrzać polityki pieniężnej. Według części ekonomistów ma on możliwość dalszego stymulowania gospodarek wzorem amerykańskiej Rezerwy Federalnej.

Instytut Sobieskiego: całkowity elektroniczny system poboru opłat na autostradach to 1 mld zł oszczędności dla budżetu

CEO Magazyn PolskaPonad miliard złotych mógłby zaoszczędzić budżet państwa, gdyby wprowadzono całkowicie elektroniczny pobór opłat na autostradach. Umożliwiłoby to też szybsze wprowadzenie opłat na nowo oddawanych odcinkach, a tym samym zmniejszyłoby wynoszące 40 mld zł zadłużenie Krajowego Funduszu Drogowego. Jeśli GDDKiA pozostanie przy manualnym systemie, same punkty poboru opłat będą kosztować od 800 mln do 1,05 mld zł – wynika z raportu Instytutu Sobieskiego.

Wyliczyliśmy, że korzyści dla systemów finansów publicznych z wdrożenia nowego systemu mogły wynosić od kilkuset milionów złotych do nawet ponad miliarda złotych, gdyby zdecydowano się w całości na system elektroniczny – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Rapkiewicz, członek zarządu Instytutu Sobieskiego.

Rapkiewicz podkreśla, że obecnie stosowany system manualny jest droższy w uruchomieniu i obsłudze. Wymaga budowy punktów i stacji poboru opłat. To zajmuje dużo czasu, przez co, jak podkreślono w raporcie Instytut Sobieskiego, wprowadzanie opłat na autostradach potrwa aż do 2018 r.

Gdyby jednak Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad zdecydowała się na system elektroniczny, mógłby on być wdrożony szybciej i taniej. Mniej kosztowałaby także obsługa systemu, a kierowcy odczuliby poprawę bezpieczeństwa i płynności ruchu.

Obecnie elektroniczny pobór opłat poprzez system viaTOLL obowiązuje w przypadku pojazdów ciężarowych. Auta osobowe mogą z niego korzystać na odcinkach autostrad zarządzanych przez GDDKiA, ale niewielu kierowców to robi. Autostrady koncesyjne, czyli A1 od Gdańska do Torunia, A2 od Świecka do Konina i A4 od Katowic do Krakowa, nie są objęte elektronicznym system poboru opłat dla żadnych pojazdów.

– Musimy pamiętać, że przejazd autostradą na pewno będzie przejazdem płatnym. Na określonych odcinkach kierowcy jeszcze jeżdżą bez opłat, jak na przykład między Strykowem a Konotopą, czyli na trasie Łódź-Warszawa, ale tak nie będzie w nieskończoność. I jeśli ten system elektroniczny miałby zostać wdrożony również na odcinkach już istniejących, może zacząć obowiązywać znacznie wcześniej – podkreśla Rapkiewicz.

Wdrożenie systemu elektronicznego spowodowałoby zniknięcie potrzeby budowy punktów i stacji poboru opłat. Zgodnie z planem budowy autostrad do 2018 r. trzeba będzie wybudować dziewięć punktów poboru opłat (w ciągu autostrady) i aż 41 stacji poboru opłat (na zjazdach). Sama ich budowa bez wykupu gruntów i budowy dróg dojazdowych może pochłonąć od 800 mln zł do nawet ponad miliarda.

Dzięki elektronicznemu systemowi (tzw. otwartemu) opłaty na autostradach mogłyby się pojawić nawet o rok wcześniej. To ważne z punktu widzenia finansów publicznych, bo Krajowy Fundusz Drogowy, do którego GDDKiA przekazuje środki uzyskane z opłat za przejazd, jest mocno zadłużony.

– Pieniądze wpływają szybciej do Krajowego Funduszu Drogowego, który może je dalej wykorzystywać na kolejną rozbudowę naszych dróg w Polsce – przekonuje Rapkiewicz. – Tak naprawdę z Krajowego Funduszu Drogowego odbywa się w znakomitej większości finansowanie ze strony publicznej tego bardzo dużego rozwoju, jaki miał miejsce w ostatnich latach. Tym niemniej wiąże się to z poważnymi implikacjami finansowymi. Na chwilę obecną zadłużenie Krajowego Funduszu Drogowego przekracza już ponad 40 mld zł.

Rapkiewicz dodaje, że tego zadłużenia nie uwzględniają krajowe statystyki, ale robi to Unia Europejska. Wysokość długu KFD to nawet 2,5 proc. polskiego PKB. Im szybciej uda się zwiększyć wpływy do Funduszu, tym lepiej. Dodatkowe, szybsze przychody do KFD mogłyby wynieść nawet 500 mln zł.

Zmianę systemu manualnego na elektroniczny odczuliby także kierowcy. Nie musieliby już zatrzymywać się przy wjeździe na płatny odcinek drogi. Dzięki temu zużyją mniej paliwa; wzrośnie także poziom bezpieczeństwa. Ponadto system elektroniczny może łatwiej zostać zintegrowany z podobnymi w innych krajach UE. W ten sposób powstałby europejski system, a kierowcy nie musieliby martwić się o winiety lub odmienne urządzenia w różnych krajach.

Elektroniczny pobór opłat na niektórych drogach stosuje już m.in.: Portugalia, Irlandia, a także kraje spoza Europy – Chile, RPA, Australia.

Wielkopolska nadrabia dwuletnie zaległości w budowie sieci szerokopasmowej. Inwestycja ma być gotowa do końca roku

CEO Magazyn Polska

W ciągu dziewięciu kolejnych miesięcy w Wielkopolsce musi powstać 4,5 tys. km sieci szerokopasmowej. Prace przyspieszono, by budowę zakończyć na czas, ale długo były one hamowane przez unijną biurokrację. W realizacji strategicznej dla regionu inwestycji nie pomagały także lokalne problemy polityczne, wątpliwości dotyczące przetargów publicznych i zawiły system rozliczeń.

Zostało dziewięć miesięcy na zbudowanie łącznie 4,5 tys. km sieci. Dlatego zdecydowaliśmy, że znaczną część sieci kupujemy od innych przedsiębiorców, którzy w ostatnich latach wybudowali pełnowartościową, spełniającą określone przez nas wymagania infrastrukturę pasywną – tłumaczy Anna Streżyńska, prezes spółki Wielkopolska Sieć Szerokopasmowa (WSS).

Firma samodzielnie zbuduje część sieci: podzielono ją na sześć obszarów inwestycyjnych, w których zadania rozdysponowano między sześć różnych zespołów.

Dzięki temu mam nadzieję, że zdążymy – przekonuje Streżyńska w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes. – Inwestycja odbywa się w pędzie ze względu na wcześniejsze opóźnienia. Na samym początku Komisja Europejska (KE) zafundowała nam rok oczekiwania na decyzję notyfikacyjną. Większość tego czasu to pusty przebieg – decyzja była wcześniej ustalona, ale przeleżała się w kolejnych gabinetach.

Zdaniem prezes WSS, kolejne opóźnienia spowodowało zawarte w wydanej decyzji określenie „public tender”, czyli przetarg publiczny, które wzbudziło wątpliwości władz lokalnych. Skierowane w tej sprawie pytanie do KE czekało na odpowiedź dziewięć miesięcy.

Dodatkowo nie obeszło się bez poszukiwań, gdzie zaginęło nasze pismo. Straciliśmy dwa lata tylko z powodu dwóch dokumentów, którymi się zajęła Komisja Europejska – mówi Anna Streżyńska.

Budowa Wielkopolskiej Sieci Szerokopasmowej rozpoczęła się we wrześniu 2011 roku. Infrastruktura wykonana w technologii NGA (sieci nowej generacji) ma objąć większość regionu. Formalnie projekt powinien zostać zamknięty pod koniec marca przyszłego roku, jednak Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji oczekuje oddania sieci do użytku jeszcze w tym roku. Ale prace wciąż napotykały na nowe problemy.

Choć, zdaniem Streżyńskiej, unijne władze przejawiają chęć wsparcia, to ich działania blokuje często – jak w tym przypadku – biurokracja. W efekcie do zakończenia projektu zostało niewiele czasu – wiąże on się z okresem finansowania unijnego.

Przeszkód utrudniających płynne działania jest więcej. Anna Streżyńska wskazuje na działania niektórych lokalnych, regionalnych i krajowych polityków, którzy bardzo ostrożnie podchodzą do tej inwestycji. Podkreśla, że wciąż brakuje powszechnego przekonania, że budowa sieci szerokopasmowej to strategiczna inwestycja dla całego regionu.

Z ich podejścia wynika wiele działań kontrolnych, racjonalnych z punktu widzenia polityków i gospodarzy terenu, co rozumiemy, ale takie posunięcia powodują kolejne opóźnienia – informuje szefowa WSS.

Obawy polityków wiążą się też ze wzmożoną ostrożnością przy płatnościach, niezwykle rozbudowanych. Liczba dokumentów, które trzeba złożyć plus termin 40 dni roboczych na rozliczenie każdej płatności oznacza realnie dwa miesiące na każdą płatność. W efekcie brakuje płynności finansowej, co oznacza konieczność zadłużania się.

A przecież spółka, która realizuje cel publiczny, mając 400 mln dofinansowania prywatno-publicznego, nie powinna się rozglądać, skąd wziąć jeszcze inne dodatkowe pieniądze – zauważa Anna Streżyńska.

Citroen tworzy niezależną ekskluzywną markę DS. Auta będą dostępne w osobnej sieci sprzedaży

CEO Magazyn Polska

Marka DS, wydzielona z Citroena i zarządzana przez koncern PSA, znana jest już klientom w Chinach. W najbliższym czasie pojawi się także w Europie. Nowa marka, podobnie jak dotychczasowa linia DS, będzie obejmowała modele klasy premium.

Te zmiany wynikają z oczekiwań rynku mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marta Turska z działu PR Citroen Polska. –  Dwie trzecie sprzedaży linii DS przypadało na klientów niemających do tej pory kontaktu z marką Citroen. Stworzenie z myślą o nich osobnego brandu i dostosowanej do ich przyzwyczajeń i oczekiwań sieci sprzedaży oraz odpowiedniego sposobu komunikacji było naturalnym krokiem.

Oprócz rynku chińskiego, gdzie funkcjonuje już kilkadziesiąt niezależnych salonów marki DS, osobną przestrzeń wystawienniczą dla aut tej linii miał już salon Citroena w Niemczech. Modele tej linii cieszą się dużym uznaniem klientów, a producent nie narzeka na ich sprzedaż. Stworzenie marki DS ma dodatkowo umocnić pozycję koncernu PSA, do którego należy Citroen. Modele mają zainteresować między innymi młodych, ale zamożniejszych kierowców, lubiących dynamiczną jazdę i chcących się wyróżnić z tłumu.

Nasze auta zawsze słynęły z bardzo dopracowanych projektów – tłumaczy Turska. – Dotyczy to zarówno dotychczasowej linii, a niebawem marki, DS, jak i pozostałych modeli Citroena. To między innymi w designie upatrujemy przywiązania klientów do naszej marki.

W historii francuskiego producenta zapisały się między innymi modele 2CV oraz ADS, które wyznaczyły trendy w świecie motoryzacji. Dziś podstawowa gama Citroena – modele linii C – ma wyrazisty design wyróżniający się użyteczną prostotą.

Dla przykładu, Citroen C4 Picasso jest pozbawiony wszelkich zbędnych elementów – mówi Marta Turska. – Deska rozdzielcza jest maksymalnie zminimalizowana, a większość dostępnych funkcji sterowana jest poprzez 7-calowy dotykowy tablet.

Auta dotychczasowej linii DS mają wyróżniać się wyrafinowaniem, dbałością o szczegóły, nieszablonowymi dodatkami i dużymi możliwościami personalizacji samochodu. PSA zakłada w najbliższym czasie intensywną rozbudowę palety modeli DS.

Polscy producenci urządzeń mobilnych szykują się do podbicia rynków afrykańskich i południowoamerykańskich

Rynki afrykańskie i Ameryki Południowej mogą być bardziej atrakcyjne dla polskich producentów tanich urządzeń mobilnych niż np. rynek niemiecki. W krajach rozwiniętych zwykle większość procentowego tortu na rynku dzielą między sobą 2-3 duzi producenci, a dla pozostałych zostaje tylko kilka, maksymalnie kilkanaście procent. Firma Lechpol, właściciel Krüger & Matz, zamierza zdobywać bardziej egzotyczne rynki, zaczyna od Egiptu. W Polsce producent urządzeń mobilnych chce zadebiutować z telewizorami.

Pierwsza umowa, którą podpiszemy, to będzie Egipt, ale mamy kontakty również z innych krajów Afryki i z Ameryki Południowej. Każdy się bije o rynek niemiecki, bo jest duży i bogaty, natomiast okazuje się, że Egipt ma tyle samo ludzi, którzy niekoniecznie mają środki na to, by kupić sobie najnowszego Apple’a. Natomiast na Krügera na pewno będzie ich stać, a posiada bardzo zbliżone bądź te same funkcje podstawowe – twierdzi Michał Leszek, dyrektor marketingu w firmie Lechpol w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Jak wynika z raportu IAB Polska Mobile, 57 proc. internautów ma smartfony, ale z tego tylko 36 proc. wie, że używa smartfona i świadomie korzysta z jego funkcji. To oznacza, że większość użytkowników kupuje urządzenie niekoniecznie ze względu na jego zaawansowane funkcje, a kierując się jego wyglądem, marką czy ceną.

Jeżeli mamy 1,6 tys. zł wydać na drogi telefon znanej marki z segmentu A, a możemy kupić telefon o tych samych funkcjach, i nawet czasami wyglądający lepiej, z segmentu B za 600 zł, to może warto zdecydować się na telefon za 600 zł, a za ten 1 tys. zrobić coś, co w życiu naprawdę ma wartość – namawia Michał Leszek.

Właśnie podejściem, w którym to nie gadżet stawiany jest na pierwszym miejscu, ale inne aspekty i wartości, Lechpol spróbuje podbić polski rynek.

W tej chwili przygotowujemy się do rozpoczęcia dużej kampanii w Polsce. Zaczynamy 23 kwietnia i będziemy promowali taki styl życia i takie wybory konsumenckie, żebyśmy nie byli niewolnikami produktów, lecz żeby były one tylko ładnym, funkcjonalnym dodatkiem do naszego życia  – zapowiada przedstawiciel marki Krüger & Matz.

Taka strategia ma mocne podparcie biznesowe, zwłaszcza w przypadku telefonów. Analitycy uważają, że rynek ten powoli zaczyna się zapełniać, a nowym rozdaniem mogą być właśnie niedrogie smartfony, które otworzą ten segment dla osób uboższych, dotychczas niezainteresowanych tego typu urządzeniami.

Niewysoka cena nie musi też oznaczać gorszych parametrów technicznych czy gorszej jakości wykonania.

Będziemy wprowadzali modele z nowymi procesorami firmy Qualcomm. Będziemy wprowadzali modele, które będą w stanie obsługiwać technologię LTE – zapowiada Michał Leszek.

Szybki mobilny internet w smartfonach to nie jedyna nowość, jaką szykuje Lechpol. Firma chce wejść na rynek telewizorów.

Telewizory będą spójne z całą koncepcją marki Krüger&Matz, czyli tak samo jak tablety i smartfony, będą bardzo dobre jakościowo, ale cena będzie możliwie najniższa bez straty na jakości, żeby móc zaoszczędzić kilka złotych i przeznaczyć je na życiową pasję – tłumaczy Leszek.

Piotr i Paweł otworzy w tym roku co najmniej kilkanaście sklepów. Stawia na rosnącą popularność marek własnych

0

CEO Magazyn Polska

Rozwój sieci sklepów w tempie dwucyfrowym, nowe placówki własne i franczyzowe, rozwój logistyki i własnych marek – to plany rozwojowe marki Piotr i Paweł. Firma planuje rozbudowę m.in. w Małopolsce oraz na Górnym i Dolnym Śląsku. Zamierza też pokazywać, że Piotr i Paweł to supermarkety na codzienne zakupy, a nie delikatesy tylko dla zamożnych.

Według danych PMR rynek produktów spożywczych w Polsce jest wart niemal 55 mld euro. Ubiegły rok nie był dla sprzedawców łaskawy, spadła liczba placówek, ale część branży radzi sobie dobrze. To przede wszystkim dyskonty, ale i niektóre supermarkety. Sieć Piotr i Paweł zakończyła ubiegły rok zgodnie z planem – sprzedażą na poziomie 2 mld złotych, a w działalności supermarketowej – według danych Nielsena – rośnie szybciej niż rynek. Pod koniec ubiegłego roku sieć miała 100 supermarketów.

Pod względem przyrostu liczby sklepów oczekujemy wzrostu dwucyfrowego w tym roku. Za sklepami będzie podążał rozwój logistyki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Robert Krzak, od grudnia ubiegłego roku wiceprezes i członek zarządu w firmie Piotr i Paweł.

Dodaje, że pojawia się dużo zapytań z zagranicy, szczególnie ze Wschodu, o franczyzę, ale firma na razie wstrzymuje się od ekspansji zagranicznej i koncentruje na kraju. Bardzo mocną pozycję rynkową ma w Poznaniu i Wielkopolsce, czyli w miejscu narodzin marki.

Ponieważ jesteśmy supermarketem do codziennych zakupów, będziemy się rozwijać nie tylko w dużych miastach, lecz także w średnich i małych miejscowościach. Nasz koncept będzie atrakcyjny nie tylko dla klientów o wysokich dochodach – uważa wiceprezes firmy.

Firma szybko rozwija się w Trójmieście, gdzie przejęła część sklepów po sieci Bomi. Rośnie też w aglomeracji warszawskiej i planuje dalszy rozwój w regionach gęsto zaludnionych: w Małopolsce oraz na Dolnym i Górnym Śląsku. Na ścianie wschodniej sieć ma sklep w Lublinie i sklepy w Białymstoku. Ale na razie na dalsze inwestycje w tym regionie jest za wcześnie.

Chcemy przyzwyczaić ludzi do naszego brandu, a na wschodzie kraju jego znajomość jest znacznie słabsza niż na zachodzie. Ten rok i kolejne to na pewno będzie czas intensywnego otwierania nowych sklepów – komentuje Robert Krzak.

Wiceprezes podkreśla, że sklepy będą powstawać dwutorowo: będą otwierane wewnętrznie, przez organizację oraz na zasadzie franczyzy. Obok tworzenia kolejnych punktów sprzedaży spółka nastawia się też na rozwój marek własnych.

Jedna  „Piotr i Paweł Zawsze Jakość” oferuje produkty bardzo dobrej jakości. Wprowadzamy też produkty pod marką „Lubię”. To jest marka ekonomiczna, na niższym poziomie cen, ale też z dobrą jakością – wyjaśnia wiceprezes. – Z roku na rok udział marki własnej rośnie szybko, zwłaszcza „Piotr i Paweł Zawsze Jakość”. Dlatego rozwijamy ją także w segmencie artykułów świeżych.

Duże zmiany w ulgach podatkowych w rozliczeniu za 2013 rok

CEO Magazyn Polska

Cztery tygodnie pozostały do rozliczenia się z fiskusem. W tym roku obowiązują nowe zasady naliczania ulgi prorodzinnej. Zyskali na tym rodzice, którzy mają troje i więcej dzieci, ale straciły osoby wychowujące jedno dziecko i mające wysokie zarobki. Zmieniły się również zasady korzystania z ulgi na internet. Podatnicy, którzy w poprzednich latach z niej korzystali, w tym roku stracili do tego prawo.

Jeśli chodzi o ulgi podatkowe, to z roku na rok są one coraz bardziej okrojone. Pamiętamy jeszcze ulgi remontowe czy odsetkowe z tytułu kredytu zaciągniętego na własne cele mieszkaniowe. Z tych ulg można co prawda cały czas korzystać, jednak jedynie na zasadzie praw nabytych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Baraniak, doradca podatkowy z Kancelarii Ożóg i Wspólnicy.

Od tego roku na nowych zasadach będzie obliczana ulga prorodzinna. Prawo do odliczenia będzie zależało od pozostawania w związku małżeńskim, wysokości dochodów oraz liczby wychowywanych dzieci.

– Ulgą o największym znaczeniu jest właśnie ulga z tytułu wychowania dzieci. Została ona zmieniona od 2013 roku, na skutek czego osoby, które wychowują tylko jedno dziecko i mają wysokie dochody, niestety, nie będą mogły już z tej ulgi skorzystać – mówi Piotr Baraniak.

Dotyczy to osób, które w stosunku rocznym uzyskują dochody powyżej 112 tys. zł (w przypadku małżonków) oraz 56 tys. w przypadku jednej osoby.

– Jeśli natomiast chodzi o osoby, które mają dwójkę dzieci lub więcej, kryterium dochodowe nie ma żadnego znaczenia. Jeśli ktoś wychowuje trójkę dzieci lub więcej, to będzie mógł nawet skorzystać z podwyższonej ulgi z tytułu sprawowania opieki nad dzieckiem – wyjaśnia ekspert.

Ulga pozwala obniżyć podatek o ponad 1,1 tys. zł na jedno dziecko. Zgodnie z nowymi zasadami rodzice, którzy mają co najmniej troje dzieci, zwiększą kwotę odliczaną na trzecie dziecko o połowę (ponad 1,6 tys. zł), a na czwarte i każde kolejne – o 100 proc. (2,2 tys. zł).

W tym roku zmianie uległy również zasady odliczania wydatków na internet. Odczują je przede wszystkim ci, którzy do tej pory już z ulgi korzystali. Od 2013 roku z tej ulgi można korzystać wyłącznie przez dwa następujące bezpośrednio po sobie lata podatkowe. 

– Jeśli ktoś już skorzystał wcześniej z tej ulgi, to niestety teraz go ona nie obowiązuje. Jeśli ktoś zaczął korzystać z ulgi w 2012 roku, to może z niej jeszcze skorzystać za rok 2013 – mówi Baraniak.

Bez zmian pozostaje wysokość odliczenia – 760 zł, a podstawą jest dokument potwierdzający poniesiony koszt (z danymi kupującego i sprzedawcy, kwotą zakupu i określeniem usługi).

Tak jak w poprzednim roku podatnicy będą mogli skorzystać z ulgi rehabilitacyjnej i ulgi na krew. Ulgi rozliczane są w załączniku PIT-0, który dołączany jest do zeznania rocznego. Termin złożenia PIT upływa 30 kwietnia. 

Wciąż najbardziej popularny jest PIT-37. Dotyczy on przede wszystkim osób, które pozostają w stosunku pracy, są zatrudnione na umowę o dzieło, zlecenie czy korzystają z praw autorskich. Co więcej, zeznanie to można złożyć z małżonkiem i skorzystać z preferencyjnego opodatkowania – wyjaśnia Piotr Baraniak.

Dużym ułatwieniem jest fakt, że na formularzu PIT-37 może podpisać się tylko jeden z małżonków. Wspólnie z małżonkiem można także złożyć zeznanie podatkowe PIT-36, czyli dla osób prowadzących działalność gospodarczą. Inaczej wygląda sytuacja u osób, które prowadzą działalność gospodarczą i są opodatkowane w sposób liniowy (podatek 19-proc.). Formularz PIT-36L należy złożyć samodzielnie. 

Zeznanie PIT-38 składają osoby, które dochody uzyskują przede wszystkim z giełdy lub też sprzedają papiery wartościowe, udziały w spółkach poza giełdą. Jeżeli chodzi o osoby, które grają na giełdzie, to otrzymają one z biura maklerskiego PIT-8C i na tej podstawie mogą ustalić kwoty przychodów i kosztów uzyskania przychodów. Osoby, które sprzedały nieruchomość, powinny natomiast zeznanie złożyć na formularzu PIT-39 – wymienia Piotr Baraniak. 

iPad Air i iPad mini gotowe na szybkie sieci LTE są już dostępne w Chinach

Firma Apple ogłosiła, że od dziś dla klientów w Chinach dostępne są wersje iPada Air i iPada mini z wyświetlaczem Retina obsługujące szybką technologię sieciową TD-LTE*. Nowe wersje iPadów mogą łączyć się z najbardziej zaawansowanymi z istniejących obecnie sieci komórkowych i przesyłać w nich dane z fantastyczną szybkością, co dla użytkowników oznacza jeszcze większy komfort przeglądania stron WWW i pobierania poczty lub aplikacji.

iPad Air i iPad mini z wyświetlaczem Retina w wersjach obsługujących TD-LTE są także zgodne ze standardem sieci komórkowych TD-SCDMA i podobnie jak dotychczas oferowane wersje WLAN + Cellular iPada Air i iPada mini z wyświetlaczem Retina mogą działać jako Hotspot osobisty oraz obsługują inne zaawansowane technologie komórkowe (GSM/EDGE, DC-HSDPA, HSPA+). W rezultacie klienci w Chinach mogą na iPadzie korzystać z szybkich sieci komórkowych, niezależnie od tego, na którą wersję urządzenia się zdecydują.
Smukły i lekki iPad Air ma przepiękny wyświetlacz Retina o przekątnej 9,7 cala. Zachwyca precyzją wykonania, waży niecałe pół kilograma, a ponieważ ramka jego ekranu jest bardzo wąska, nic nie odwraca uwagi użytkownika od wyświetlanych na nim treści. iPad mini z wyświetlaczem Retina przy przekątnej 7,9 cala mieści tyle samo pikseli, co iPad z ekranem o rozmiarze 9,7 cala. Na powierzchni o 35 procent większej niż oferowana przez tablety 7-calowe tekst osiąga idealną ostrość, a obrazy — niezwykły poziom szczegółowości. iPad Air i iPad mini z wyświetlaczem Retina mają wydajny i energooszczędny procesor Apple A7 o 64-bitowej architekturze klasy komputerowej, ultraszybki interfejs bezprzewodowy obsługujący sieci WLAN i szybkie sieci komórkowe na całym świecie, baterię wystarczającą aż na 10 godzin pracy bez ładowania** oraz system iOS 7 z setkami wspaniałych funkcji i dostępem do ponad 500 000 aplikacji zaprojektowanych specjalnie dla iPada.
iPad Air z WLAN dostępny jest w kolorze srebrnym lub gwiezdnej szarości za sugerowaną cenę detaliczną 3588 RMB w przypadku wersji 16 GB, 4288 RMB w przypadku wersji 32 GB, 4988 RMB w przypadku wersji 64 GB oraz 5688 RMB w przypadku wersji 128 GB. iPad Air z WLAN + Cellular obsługujący TD-LTE oferowany jest teraz w Chinach równolegle z dotychczasowymi wersjami iPada Air WLAN + Cellular za sugerowaną cenę detaliczną 4488 RMB w przypadku wersji 16 GB, 5188 RMB w przypadku wersji 32 GB, 5888 RMB w przypadku wersji 64 GB i 6588 RMB w przypadku wersji 128 GB. iPad mini z wyświetlaczem Retina i interfejsem WLAN dostępny jest w kolorze srebrnym lub gwiezdnej szarości za sugerowaną cenę detaliczną 2888 RMB w przypadku wersji 16 GB, 3588 RMB w przypadku wersji 32 GB, 4288 RMB w przypadku wersji 64 GB oraz 4988 RMB w przypadku wersji 128 GB. iPad mini z wyświetlaczem Retina i interfejsem WLAN + Cellular obsługujący TD-LTE oferowany jest teraz w Chinach równolegle z dotychczasowymi wersjami iPada mini z wyświetlaczem Retina i interfejsem WLAN + Cellular za sugerowaną cenę detaliczną 3788 RMB w przypadku wersji 16 GB, 4488 RMB w przypadku wersji 32 GB, 5188 RMB w przypadku wersji 64 GB i 5888 RMB w przypadku wersji 128 GB. Ponadto w ofercie dostępny jest iPad z wyświetlaczem Retina — najbardziej przystępny cenowo iPad z ekranem o przekątnej 9,7 cala. Oferowany jest w kolorze czarnym lub białym za sugerowaną cenę detaliczną 2888 RMB w przypadku wersji 16 GB WLAN i 3788 RMB w przypadku wersji 16 GB WLAN + Cellular. Natomiast oryginalny iPad mini w kolorze srebrnym lub gwiezdnej szarości oferowany jest za 2098 RMB w przypadku wersji 16 GB WLAN i 2988 RMB w przypadku wersji 16 GB WLAN + Cellular. W Chinach wszystkie modele iPada można kupować w sklepach detalicznych Apple, internetowym sklepie Apple Store i u wybranych autoryzowanych sprzedawców Apple.
*Szybkość komunikacji sieciowej zależy od sieci operatora. Szczegółowe informacje można uzyskać od operatora.
**Wydajność baterii zależy od ustawień urządzenia, intensywności wykorzystania i innych czynników. Rzeczywiste wyniki mogą odbiegać od podanych.

GPW pracuje nad zwiększeniem zaufania do rynku kapitałowego

CEO Magazyn Polska

Giełda Papierów Wartościowych pracuje nad zwiększaniem zaufania do polskiego rynku kapitałowego. Chce zachęcać spółki do wdrażania tzw. systemów compliance, które zapewnią inwestorów o tym, że działają one zgodnie z prawem spółki, regulacjami rynkowymi i kodeksem dobrych praktyk. Rekomendacje w tym zakresie ma pomóc wypracować cykl debat organizowanych przez GPW.

Uruchomiliśmy cykl poważnych dyskusji, poświęconych podnoszeniu zaufania, który ma zaowocować konkretnymi działaniami. Chciałbym, żeby to był stały wątek w dyskusji na temat rynku kapitałowego i zaufania na rynku kapitałowym, ponieważ i zaufanie, i funkcja compliance to są integralne części zarządzania każdym ważnym przedsiębiorstwem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Maciejewski, prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

Prezes zapewnia, że już dziś zakres funkcjonowania compliance, czyli systemów, które mają zapewniać zgodność działania spółek z ich prawem wewnętrznym, regulacjami rynkowymi i dobrymi praktykami, jest na satysfakcjonującym poziomie.

To nie oznacza, że nie powinniśmy podejmować dodatkowych działań podnoszących jakość funkcji compliance – mówi Adam Maciejewski. – Chcielibyśmy, żeby efekty dyskusji przekształciły się w zestaw rekomendacji, które będzie można wprowadzić do kanonu dobrych praktyk spółek notowanych na giełdzie.

Zainicjowanie cyklu konferencji to nie pierwsze działania podejmowane przez GPW na rzeczy budowania zaufania i wiarygodności rynku kapitałowego. Wcześniej przeprowadzono reformę New Connect – rynku małych innowacyjnych przedsiębiorstw – na rzecz zwiększenia wiarygodności tego parkietu, oraz reformę tzw. spółek groszowych o bardzo niskiej wycenie jednostkowej akcji.

Natomiast jeżeli chodzi o działania planowane, to przede wszystkim powołanie agencji ratingowej i instytutu analiz, który zapewniałby mechanizmy oceny ryzyka związanego z emitentami czy z poszczególnymi emisjami papierów wartościowych – zapowiada Adam Maciejewski.

Zwiększone zaufanie do rynku ułatwi giełdzie wypełniać jej podstawowe zadanie, jakim jest zasilanie gospodarki w kapitał, a szczególną rolę ma zasilanie przedsiębiorstw małych i średnich o wysokim poziomie innowacyjności. To często firmy, które zatrudniają najwięcej pracowników, podejmują nowe wyzwania, nowe ryzyka, mają największą dynamikę wzrostu. Jak podkreśla prezes GPW, rynek godny zaufania jest bardziej efektywny, ma większą zdolność mobilizowania kapitału, a to z kolei przekłada się na ekonomię, stymulując wzrost gospodarczy.

W poniedziałek 31 marca na GPW odbyła się pierwsza konferencja, inaugurująca większy cykl dyskusji, w której udział wzięło ok. 200 przedstawicieli uczestników rynku, m.in. Komisji Nadzoru Finansowego, domów maklerskich i przedstawicieli rad nadzorczych.

KGHM: Popyt na miedź do końca dekady wzrośnie o ponad jedną trzecią. Ceny też będą wyższe

Wystarczy zmiana ceny miedzi o 100 dolarów, by wynik koncernu KGHM Polska Miedź zmienił się o 50 mln zł. 5-groszowa zmiana kursu złotego do dolara to wpływ na poziomie 80 mln zł. W krótkim terminie przy obecnych spadkach na rynku miedzi może to zaburzać wyniki, ale perspektywy długoterminowe są dobre: aby zaspokoić popyt, branża musi do 2020 roku wyprodukować dodatkowe osiem milionów ton miedzi.

W piątek za tonę miedzi na światowym rynku płacono blisko 660 dolarów i jest to poziom najniższa kwota od połowy 2010 roku. Uncja srebra kosztuje niecałe 20 dolarów, i choć jest ona minimalnie droższe niż na przełomie roku, to w skali czteroletniej cena ta jest blisko dolnej granicy.

Zwykle planujemy kształtowanie się cen miedzi, srebra i kursu walutowego zgodne z konsensusem rynkowym. Tak też było w tym roku – przyjęliśmy prognozy cen miedzi na poziomie 7100 dolarów za tonę, za uncję srebra – 22 dolary, i 3,05 zł jako kurs wymiany złoty – dolar – informuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jarosław Romanowski, wiceprezes KGHM Polska Miedź.

Wyjaśnia też, jak na wynik firmy wpływają zmiany cen surowca i kursy walutowe. Podaje, że wzrost lub spadek ceny miedzi o 100 dolarów za tonę oznacza zmianę wyniku o 50 mln zł, natomiast zmiana kursu dolara do złotego o jedynie pięć groszy zmienia wynik o 80 mln zł.

Te zmienności podajemy już po uwzględnieniu naszych transakcji zabezpieczających, które prowadzimy na rynku. Gdyby nie one, zmienność byłaby większa – twierdzi wiceprezes KGHM.

Jak tłumaczy, w krótkim terminie decydujący wpływ na rynek miedzi ma zachowanie inwestorów finansowych oraz kształtowanie się sytuacji na chińskim rynku katod. W średnim i długim okresie, zdaniem menedżera, fundamenty rynku miedzi są bardzo zdrowe.

Aby zaspokoić popyt w ciągu najbliższych lat, do roku 2020, musimy wyprodukować jako branża więcej o 8 mln ton miedzi. Dzisiaj produkcja górnicza wynosi około 20 mln ton – dodaje wiceprezes.

Zwiększenie produkcji o jedną trzecią będzie wymagać od spółek potężnych inwestycji na kapitałochłonnym rynku miedzi.

Mówimy o wydatkach w branży rzędu 60 mld dolarów. Tych pieniędzy dziś nie ma w budżetach spółek górniczych i w ich planach inwestycyjnych. Spodziewam się, że ewentualny deficyt na rynku miedzi za kilka lat będzie większy niż dziś przewidują analitycy. A to oznacza wzrost cen miedzi w przyszłości – prognozuje Romanowski.

Jego zdaniem, mogą one przekroczyć rekordowe do tej pory poziomy z 2011 roku – na giełdzie w Londynie tona surowca kosztowała blisko 10 tysięcy dolarów.

W tym roku KGHM planuje produkcję miedzi ze wsadów własnych na poziomie 420 tys. ton, czyli nieco niższym niż w ubiegłym roku. Produkcja srebra również będzie mniejsza – o 7 proc. w porównaniu do 2013 roku (1112 ton). Wiceprezes podkreśla, że wydobycie odbywa się w coraz cięższych warunkach, a dodatkową trudnością jest inflacja geologiczna, czyli spadek zawartości miedzi w złożu. Jednak produkcja miedzi elektrolitycznej, uwzględniająca również wsady obce, będzie nieco wyższa niż przed rokiem i wyniesie 568 tys. ton, produkcja srebra metalicznego 1 140 ton, 2 procent mniej niż w roku 2013.

KGHM planuje w tym roku zwiększenie nakładów rzeczowych do poziomu około 2,5 mld zł. Przede wszystkim wiążą się to z programem pirometalurgii, czyli kontynuacją modernizacji huty i rozbudowy infrastruktury górniczej Głogów Głęboki-Przemysłowy.

Te lokalne inwestycje pozwolą zarówno na utrzymanie wielkości produkcji w kolejnych latach, jak i poprawę jakości tej produkcji – mówi Romanowski. – Poza Polską najważniejsze inwestycje to rozbudowa projektu Sierra Gorda, projekt Victoria w Ontario, z którym wiążemy duże nadzieje, oraz projekt KGHM Ajax w Kolumbii Brytyjskiej. Nie przewidujemy nowych transakcji przejęć bądź połączeń, skupiamy się na inwestycjach i projektach, które już są w naszym portfelu – podsumowuje.

MNiSW: W tym roku Polska otrzyma na program Erasmus+ 102 mln euro

CEO Magazyn Polska

Blisko 15 mld euro zostanie przeznaczonych na program Erasmus+ do 2020 roku. Do Polski trafi ok. 1 mld euro, z czego jedna trzecia na szkolnictwo wyższe. W nowej formule unijny program stypendiów i wymiany studenckiej ułatwi międzynarodową współpracę uczelni i biznesu, z korzyścią dla studentów i nauczycieli akademickich. Pozwoli im m.in. na włączanie się w międzynarodowe platformy cyfrowe i uczestnictwo w innowacyjnych programach naukowych.

Erasmus+ łączy dotychczasowe programy dla studentów, jak Comenius, Erasmus, Erasmus Mundus, Leonardo da Vinci. Jego budżet to 14,7 mld euro do 2020 r., z czego Polska ma otrzymać ok. 1 mld euro. Z programu skorzysta ponad 4 mln młodych ludzi w Unii Europejskiej. Z dotychczas prowadzonego programu Erasmus skorzystało ponad 3 miliony studentów, w tym 130 tys. z Polski. Teraz możliwości i środki będą dużo większe (o ok. 40 proc.).

Erasmus+, oprócz samej mobilności studentów czy nauczycieli, włącza też programy międzyuczelniane oraz programy współpracy uczelni z biznesem. Zwiększa też możliwości na przykład praktyk zagranicznych dla polskich studentów – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Lena Kolarska-Bobińska, minister nauki i szkolnictwa wyższego.

Jedna trzecia z budżetu programu dla Polski zostanie przeznaczona na szkolnictwo wyższe, głównie na międzynarodową wymianę studencką. 22 proc. trafi na kształcenie i szkolenia zawodowe, a ok. 11 proc. kwoty na edukację szkolną.

Minister podkreśla, że program pozwala także na pełną współpracę polskich i zagranicznych studentów w kraju i za granicą w ramach innowacyjnych programów uczenia i nauczania. Umożliwia też włączanie się Polski w międzynarodowe platformy cyfrowe.

Umożliwia działania stanowiące odpowiedź na wyzwania, przed którymi stoi Polska i Europa. A więc tworzenia innowacyjnej gospodarki, dużo większej elastyczności w uczeniu i w myśleniu, skupieniu się na kwalifikacjach, umiejętnościach, a nie tylko na kolejnych konkretnych programach – wylicza minister.

Podkreśla, że Erasmus +, podobnie jak wszystkie inne programy europejskie, obliczony jest na wzmocnienie współpracy między nauką a biznesem.

Na to są obliczone fundusze europejskie do 2020 roku, w tym fundusze na naukę. Chodzi o to, by nauka współpracowała z biznesem, przekazując swoje wnioski i pracując częściowo także na użytek przemysłu, a przemysł korzystał z owoców pracy naukowców – komentuje prof. Lena Kolarska-Bobińska.

Profesor dodaje, że Polska wykorzysta nowe możliwości do maksimum, jak pokazały doświadczenia z poprzedniego programu Erasmus.