Szef resortu środowiska: Europa jest w głębokim kryzysie, a Komisja Europejska chce zwiększenia cen energii elektrycznej

Mimo odrzucenia przez europarlamentarzystów propozycji wycofania z rynku 900 mln uprawnień na emisję dwutlenku węgla, Komisja Europejska nie rezygnuje z tego pomysłu. Opublikowała pierwszy raport podsumowujący tzw. trzeci okres rozliczeniowy, który rozpoczął się na początku tego roku. Wynika z niego, że nadwyżka uprawnień wynosi prawie 2 miliardy. To sprawia, że ich ceny są niskie, a przedsiębiorstwom nie opłaca się inwestowanie w ekologiczne technologie. Na początku lipca odbędzie się kolejne głosowanie w tej sprawie.

 – Europa jest w głębokim kryzysie, a Komisja Europejska chce zwiększenia cen energii elektrycznej. Jestem zdziwiony tym, że Komisja forsuje dalej ten nieracjonalny i niepotrzebny projekt – mówi Marcin Korolec, szef resortu środowiska.

Parlament Europejski odrzucił 16 kwietnia br. propozycję Komisji Europejskiej dotyczącą tzw. backloadingu. Zakłada ona zawieszenie 900 milionów pozwoleń na emisję CO2 po 2013 roku. Miałoby to zmniejszyć ich liczbę na rynku i tym samym podbić cenę, by firmy chętniej przestawiały się na niskoemisyjne technologie. A to z kolei miałoby zmniejszyć tempo ocieplania klimatu.

 – Decyzja Parlamentu Europejskiego, która odrzucała propozycje backloadingu jest w pewnym sensie zdarzeniem rewolucyjnym – uważa minister. – Po raz pierwszy PE odrzucił jakąś propozycję Komisji w obszarze klimatu. A stało się tak dlatego, że ta propozycja jest nieracjonalna i narusza interesy i prawa PE.

W ocenie europosła Konrada Szymańskiego, backloading oznaczałby ok. 4 mld złotych kosztów dla polskiego budżetu i miliardowe straty dla przemysłu. Podniesienie cen emisji CO2 miałoby również przyczynić się do utraty ponad 2,5 miliona miejsc pracy w całej UE.

 – Backloading jest niepotrzebny z naszego punktu widzenia, bo jest rozwiązaniem administracyjnym. A nie rozumiem, dlaczego w sposób administracyjny mamy wpływać na podwyższanie cen energii, kiedy mamy kryzys w Europie i powinniśmy walczyć o tanią energię – komentuje Marcin Korolec.

Jednak Connie Hedegaard, komisarz ds. działań w dziedzinie klimatu w Komisji Europejskiej, nie wycofuje się z tego pomysłu. W ubiegły piątek Komisja opublikowała pierwszy raport dotyczący tzw. trzeciego okresu rozliczeniowego EU ETS (europejski system handlu uprawnieniami do emisji). Wynika z niego, że emisja gazów cieplarnianych z instalacji stacjonarnych (czyli np. elektrowni) uczestniczących w systemie zmniejszyła się o 2 proc. w roku ubiegłym.

 – Złą wiadomością jest to, że nierównowaga podaży i popytu pogorszyły się jeszcze bardziej w dużej mierze z powodu rekordowego wykorzystania międzynarodowych jednostek. Na początku trzeciej fazy mamy nadwyżkę prawie dwóch miliardów uprawnień. Te fakty podkreślają potrzebę szybkiej decyzji Parlamentu Europejskiego i Rady Europejskiej w sprawie backloadingu – podkreśla w komunikacie Connie Hedegaard.

Zdaniem ministra środowiska system nie wymaga ingerencji. Nadwyżka powstała w wyniku kryzysu, ograniczenia produkcji i wykorzystania energii. Na skutek działania sił rynkowych po wyjściu z kryzysu cena CO2 wzrośnie.

 – W Brukseli mamy dużo wątków do dyskusji na temat polityki klimatycznej: backloadingu, czyli projekt KE, który mówi o administracyjnym sterowaniu cenami uprawnień. Mamy równolegle do tego propozycje KE, żeby podwyższyć cele do roku 2020. I mamy znowu kolejną inicjatywę KE, żeby dyskutować już teraz o celach na rok 2030. Trzy dyskusje prowadzone są równolegle. Trudno się w tym połapać – uważa Marcin Korolec.

Twoja historia medyczna online? NFZ planuje zmiany na przełomie czerwca i lipca

Zintegrowany Informator Pacjenta (ZIP) to nowy system informatyczny NFZ, który ma wystartować na przełomie czerwca i lipca tego roku. Agnieszka Pachciarz, prezes NFZ, zapewnia, że prace nad jego uruchomieniem idą zgodnie z planem i trwają ostatnie modyfikacje, związane m.in. z ochroną danych pacjentów. Za pośrednictwem systemu każdy ubezpieczony będzie mógł przejrzeć własną historię medyczną online począwszy od 2004 roku.

  Planujemy dać ubezpieczonym możliwość skorzystania z systemu na przełomie czerwca i lipca – mówi Agnieszka Pachciarz, prezes Narodowego Funduszu Zdrowia.

Choć czasu nie zostało wiele, a pierwsze testy Zintegrowany Informator Pacjenta ma już za sobą (w ramach pilotażu próbnego wewnątrz NFZ), nie jest jeszcze gotowy do wdrożenia.

  Prace trwają, modyfikujemy system. W Wielkopolsce nadal trwa pilotaż na podstawie poprzedniej wersji. Teraz modyfikujemy go etapami – wyjaśnia prezes NFZ.

Dzięki nowemu systemowi pacjent będzie mógł sprawdzić przez internet historię przebytych chorób, znaleźć informacje o zrealizowanych receptach, przyjmowanych lekach, odwiedzonych lekarzach, przebytych operacjach czy kosztach leczenia. Każdy ubezpieczony, który będzie chciał z takiej możliwości skorzystać, powinien zgłosić się do oddziału NFZ po indywidualny login i hasło dostępu do swojego konta.

Jak wynika z informacji funduszu – na serwerze mają być przechowywane takie dane pacjenta jak imię, nazwisko, adres i PESEL. Nie będą one jednak wyświetlane po zalogowaniu się do ZIP-a. Początkowo dostępna będzie tylko część z informacji o pacjencie. Przedstawiciele NFZ zapewniają, że wszystkie dane, jakie w systemie się pojawią, będą w pełni bezpieczne.

 – W tej chwili przedstawiamy swoje pomysły Generalnemu Inspektorowi Ochrony Danych Osobowych. Reakcja jest jak najbardziej pozytywna, ale oczywiście na koniec, kiedy już wszystko przedstawimy, zrobimy także studyjne spotkanie na ten temat z urzędnikami tego urzędu – zapewnia Agnieszka Pachciarz.

Wdrożony w styczniu 2013 r. przez NFZ system e-WUŚ (system elektronicznej weryfikacji uprawnień świadczeniobiorców) przeszedł już kontrolę i został bardzo dobrze oceniony przez GIODO. Dzięki niemu pacjenci placówek, które podpisały umowy z NFZ, nie muszą przynosić dokumentów potwierdzających ubezpieczenie. Pracownicy
rejestracji mogą to sprawdzić online na podstawie numeru PESEL.

Zintegrowany Informator Pacjenta to kolejne narzędzie, które  umożliwi zdalny dostęp do danych pacjentów. Korzystania z nowego systemu nie powinny obawiać się również osoby starsze. Jego obsługa ma być prosta, przyjazna i intuicyjna – NFZ uwzględnił to w przeprowadzanych testach.

  Samo wejście do systemu jest banalną sprawą, trzeba usiąść, wpisać swój kod i otworzyć stronę. To tak jak wejście na swoje konto w banku  – tłumaczy prezes NFZ.

ZIP ma służyć również lekarzom. Kompleksowy podgląd historii medycznej pacjenta może znacząco wspomóc dalsze diagnozowanie.

Orange Polska może zaoszczędzić nawet 70 tyś zł rocznie. Wymieniają samochody służbowe na bardziej ekologiczne

0

Orange Polska wymienia flotę samochodów służbowych na bardziej ekologiczne. W pierwszym etapie firma wybrała 30 hybrydowych Toyot Auris, które otrzymają najlepsi sprzedawcy. Szacuje, że miesięcznie na paliwie do każdego z tych aut zaoszczędzi 200 zł, co w skali roku da 72 tys. zł oszczędności. Wkrótce Orange doda do floty także pięć całkowicie elektrycznych samochodów.

 – Według wstępnych badań oraz raportów, jakie otrzymaliśmy, samochody te odznaczają się bardzo niskim zużyciem paliwa, szczególnie w warunkach miejskich, a taka jest specyfika pracy naszych handlowców – podkreśla Marek Januszewski, dyrektor odpowiedzialny za zarządzanie flotą Orange Polska.

Ponieważ ekologiczne hybrydy będą wykorzystywane przez najlepszych, pracujących w dużych miastach sprzedawców, oszczędności dla firmy mogą być bardzo duże. Januszewski szacuje, że na samym paliwie każdy z nowych samochodów pozwoli zaoszczędzić 200 zł miesięcznie. W skali roku daje to kwotę 72 tysięcy złotych.

Januszewski dodaje, że flota Orange Polska jest bardzo duża i zróżnicowana, ale przewiduje, że w przyszłości spółka będzie również wybierać hybrydy. Działania proekologiczne są bardzo ważne dla firmy. Wprowadzenie 30 oszczędnych Toyot Auris to na razie program pilotażowy. Samochody te, posiadające zarówno silnik spalinowy, jak i elektryczny, będą wprowadzone do floty Orange Polska na zasadzie najmu długoterminowego.

 – To oznacza, że to nie my bezpośrednio je kupujemy. Kupuje je leasingodawca, my je tylko leasingujemy na okres czterech lat – wyjaśnia Januszewski.

Jeszcze w tym półroczu spółka chce pozyskać pięć całkowicie elektrycznych pojazdów, które będą stacjonowały w warszawskiej siedzibie. Tam też będzie znajdował się punkt ładowania tych samochodów.

 – Staramy się pozyskiwać takie samochody, które z jednej strony oferują nam najwyższe normy dotyczące czystości spalin, czyli Euro5, już nawet nie Euro4. Dodatkowo  staramy się, żeby producenci w pakiecie dawali nam możliwość tzw. jazd ekologicznych, czyli żeby proponowali nam udział naszych pracowników w szkoleniach, jak jeździć ekologicznie i oszczędnie samochodem – dodaje Januszewski.

Nowe Toyoty Auris będą specjalnie oznakowane, by podkreślić ekologiczny wizerunek spółki.

Orange Polska stosuje również inne rozwiązania proekologiczne, takie jak faktury elektroniczne oraz elektroniczny obieg dokumentów wewnętrznych, w tym deklaracji podatkowych. Spółka prowadzi także akcje zachęcające do utylizacji zużytych telefonów komórkowych oraz sprzedaje profesjonalnie odnowione urządzenia.

Firma szacuje, że dzięki proekologicznym rozwiązaniom w ubiegłym roku spółka zaoszczędziła ponad 450 tys. kWh oraz wyemitowała o 430 ton mniej dwutlenku węgla.

Prezes PKP Cargo: inwestycja w transport intermodalny to szansa dla naszej spółki. Najważnieszy projekt to budowa terminala kontenerowego w Poznaniu -Franowie

PKP Cargo inwestuje w transport intermodalny. Konkurencja z transportem samochodowym to szansa dla tej spółki. Najważniejsza inwestycja to budowa terminala kontenerowego w Poznaniu-Franowie. Trwa także przetarg na 330 platform kontenerowych. PKP Cargo liczy na dofinansowanie inwestycji ze środków unijnych.

PKP Cargo otrzymało już pozytywną decyzję Centrum Unijnych Projektów Transportowych w sprawie budowy terminala kontenerowego. CUPT to instytucja zajmująca się wdrażaniem unijnych dofinansowań w Polsce. Zgodnie z rozstrzygniętym w październiku ubiegłego roku przetargiem terminal wybuduje firma Skanska. Ma on powstać do końca 2013 r.

Łukasz Boroń, prezes zarządu PKP Cargo podkreśla, że spółka zamierza się również ubiegać o wsparcie ze środków europejskich na zakup platform kontenerowych. Zgodnie z przewidywaniami, całe centrum logistyczne PKP Cargo w Poznaniu-Franowie będzie łącznie kosztować ok. 40 mln zł, z czego unijne dofinansowanie w ramach Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko wyniesie niemal 15 mln zł.

Inwestycje w transport intermodalny to szansa dla przewoźnika z Grupy PKP, bo ta gałąź transportu rozwijała się dotychczas, według danych UTK, szybciej niż inne. Ponadto, zamiarem spółki jest dywersyfikacja działalności, a według Boronia inwestycje w transport intermodalny stanowią ku temu okazję. Dzięki budowie terminala kontenerowego w Poznaniu, PKP Cargo przewiduje, że będzie miało szansę skuteczniej konkurować z transportem drogowym.

– Będzie to obiekt dobrze zlokalizowany w pobliżu połączeń oraz w pobliżu górki rozrządowej w Poznaniu – podkreśla Łukasz Boroń. – To m.in. potwierdza jak bardzo zdeterminowani jesteśmy, żeby inwestować w ten segment rynku, gdzie spodziewamy się wzrostów.

PKP Cargo planuje również modernizować swój tabor.

– Planujemy inwestycję w modernizację lokomotyw spalinowych, a kluczem tej modernizacji jest wymiana silnika spalinowego na nowocześniejszy, pozwalający znacznie zmniejszyć zużycie paliwa – wyjaśnia Boroń.

Dodaje, że PKP Cargo planuje nadal wykorzystywać lokomotywy spalinowe, bo są w działalności spółki niezbędne. Są wykorzystywane między innymi do ruchu manewrowego, w tym do rozrządzania wagonów pociągów.

Choć rynek kredytów hipotecznych topnieje, ING Bank Śląski może sie odbić dzięki rządowemu projektowi „Mieszkanie dla młodych”

W marcu udział ING Banku Śląskiego w rynku nowych kredytów hipotecznych przekroczył 10 proc. W całym pierwszym kwartale był na poziomie ponad 7-procentowym, czyli dokładnie takim, jak założony cel. Prezes zarządu banku przyznaje jednak, że ten segment rynku znacznie się skurczył w pierwszych miesiącach 2013 roku.

Rynek kredytów hipotecznych mocno stopniał w tym roku. Jest o 15-20 proc. niższy niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Skłonność konsumentów do podejmowania decyzji długoterminowych w dzisiejszych czasach jest mniejsza, bo wiele osób przekłada taką decyzję na nieco później – podkreśla Małgorzata Kołakowska, prezes zarządu ING Banku Śląskiego.

Przewiduje, że odbicie może nastąpić dzięki programowi „Mieszkanie dla młodych”, który zastępuje zakończony na koniec 2012 r. program „Rodzina na swoim”. Jak pokazały doświadczenia ostatnich lat, rządowe wsparcie ożywia nieco rynek kredytów hipotecznych, choć sam ING Bank Śląski w poprzednim programie nie brał udziału.

Również teraz prezes banku ostrożnie wypowiada się na temat ewentualnego uczestnictwa w projektowanym „Mieszkaniu dla młodych”. Podkreśla, że według niej oferta kredytów hipotecznych banku jest na tyle interesująca, że powinna w dalszym ciągu przyciągać klientów.

Tańsze kredyty konsumpcyjne

Rekordowo niskie stopy procentowe w Polsce przekładają się na niższe koszty kredytów dla klientów. Prezes banku podkreśla jednak, że konsumenci powinni przyjrzeć się ofercie banków, gdyż ich oferty bardzo się różnią.

Trzeba popatrzeć na całość tej ceny kredytu. Ona jest coraz bardziej atrakcyjna dla klientów, natomiast każdy trochę musi porównać tę ofertę dla siebie, bo to zależy od okresu, na jaki bierze kredyt, jak długo współpracuje z bankiem, jaka jest ocena tych relacji. Także wiele czynników tutaj wchodzi w grę – tłumaczy prezes zarządu ING Banku Śląskiego. – Natomiast to, co my proponujemy, to jest naprawdę bardzo szybki proces. Jedna wizyta w oddziale i praktycznie jest decyzja kredytowa, więc mam nadzieję, że to też ułatwia sprawę.

Podkreśla jednocześnie, że rankingi ofert kredytowych banków plasują ING Bank Śląski w czołówce na polskim rynku.

Fuzje i przejęcia na razie bez ING

Bank stawia na organiczny rozwój, choć nie zamyka się ostatecznie na możliwość przejęć i fuzji. Zdaniem prezes ING Małgorzaty Kołakowskiej, proces konsolidacji w sektorze bankowym w Polsce będzie postępował.

 – Na razie postawiliśmy na mocny organiczny wzrost i tutaj patrzymy na dwucyfrowe przyrosty po stronie działalności kredytowej czy wzrost po stronie liczby klientów. Na koniec pierwszego kwartału było to prawie 3,3 mln klientów, którzy wybrali ING Bank Śląski – mówi prezes zarządu banku.

Według Kołakowskiej organiczny rozwój będzie podstawową strategią spółki w nadchodzących latach, bo do tej pory przynosi dobre rezultaty. Dodaje, że na rynku bankowym konsolidacja nadal będzie postępować, choć ING Bank Śląski na razie tylko przygląda się zachodzącym procesom i analizuje ewentualne opcje połączeń.

Organiczny wzrost banku nie wiąże się jednak ze zwiększeniem zatrudnienia. Wynika to ze specyfiki rynku – coraz więcej procesów jest zautomatyzowanych, więc rośnie znaczenie technologii. Podobnie wygląda sytuacja w całym sektorze bankowym

 – Nie rośniemy po stronie zasobów osobowych, mocno rośniemy po stronie zasobów technologicznych, ale to trochę wyznacznik naszych czasów – podkreśla prezes ING Banku Śląskiego.

Komentarz dzienny, 20 maja 2013

Tydzień zaczynamy publikacją danych z polskiego rynku pracy. Spodziewamy się, że powrotowi dynamiki płac do trendu z ostatnich miesięcy (ok. 2-2,5% r/r; korzystny układ dni roboczych trochę podnosi dynamikę r/r plac w przetwórstwie) towarzyszyć będzie nieco mniejszy niż w poprzednim miesiącu spadek zatrudnienia (-0,7% r/r). Kładziemy to na karb przedłużającej się zimy i przesunięcia momentu rozpoczęcia prac sezonowych – prawdopodobnie ze względu na warunki pogodowe część planowanych zmian zatrudnienia zostanie przesunięta na kwiecień (szczególnie w sekcjach, które powinny sezonowo zwiększać zatrudnienie), zatrudnienie w przetwórstwie pozostaje stabilne.

Polish Weekly Review, 17 maja 2013

Q1 GDP growth came out at 0.4% y/y vs 0.7% in the previous quarter. It is a flash estimate, an ”experimental” reading (to quote the Central Statistical Office), so we think there is a scope for revision as soon as detailed data are published (May 29). Regardless of the final figure we think that higher frequency data imply that the trough in activity did not happen in Q4 but in Q1 instead. Moreover, we think it is now safe to say that Poland did not enter technical recession only because of… pure luck. Q1 is the fifth consecutive quarter with q/q growth below 0.5%.

Ruszył proces tzw. uwolnienia domen internetowych najwyższego stopnia

Już niedługo zmienią się zasady funkcjonowania domen internetowych. Będziemy coraz częściej napotykać niestandardowe adresy stron takie jak www.mojeulubione.spaghetti albo www.sklep.motoryzacyjny . Wszystko za sprawą procesu tzw. uwolnienia domen internetowych najwyższego stopnia (TLD – Top Level Domains). Jesteśmy obecnie świadkami kształtowania się nowych zasad i rozszerzania miejsca w Internecie. Teoretycznie w przyszłości może powstać nieskończona liczba nowych domen, a jedyne ograniczenie będzie stanowiła pomysłowość ich właścicieli, a także… zasobność ich portfeli.

Obecnie funkcjonuje 295 „krajowych” domen najwyższego stopnia, np. .pl, .uk, .ru. Niezależnie od nich istnieją także – już mniej liczne (22) – domeny ogólne najwyższego stopnia, takie jak .com, .net czy .org. Nowe podmioty wkraczające na rynek mają niewielkie możliwości zarejestrowania prostej, intuicyjnej domeny. Dlatego organizacja zajmująca się przyznawaniem domen – ICANN (Internet Corporation for Assigned Names and Numbers) – zdecydowała o znacznie swobodniejszym dostępie do tworzenia nowych domen najwyższego stopnia.

„Uwolnienie domen oznacza, że obok obecnie funkcjonujących ponad trzystu domen najwyższego stopnia (TLD) pojawi się wiele nowych. Przedsiębiorcy nie będą skazani na wybór między domeną .pl a .com. Jeśli ktoś będzie chciał zarejestrować domenę .kawiarnia, to jak najbardziej będzie miał taką możliwość” – podkreśla Anna Kobylańska, adwokat kierująca zespołem ochrony własności intelektualnej w kancelarii PwC Legal.

Pierwsza transza składania wniosków o prawo do nowych domen TLD już się zakończyła – wnioski można było składać do 30 maja 2012 roku. W ramach tej tury ICANN przyjęła 1930 wniosków od zainteresowanych podmiotów. Większość (911) pochodzi z Ameryki Północnej, 675 z Europy, 303 z Azji, 24 z Ameryki Łacińskiej i 16 z Afryki. Pierwotnie decyzja o uwolnieniu pierwszych domen miała być upubliczniona 23 kwietnia br, jednak ICANN nie ujawnił jeszcze swojej decyzji.

W 2012 roku próbnie uwolniono nową domenę najwyższego stopnia TLD – .xxx (poświęconą treściom erotycznym). Zainteresowanie tą domeną było bardzo duże – tylko w pierwszych 24 godzinach jej funkcjonowania zarejestrowanych zostało ponad 55.000 domen). Na rok 2o13 ICANN zapowiadała przyznanie praw do być może nawet 500 domen, co już obecnie wydaje się mało realne. Eksperci PwC Legal szacują, że pierwsze domeny TLD zostaną realnie uwolnione (i uruchomione) w 2014 roku.

Ograniczona liczba wniosków o przyznanie nowych TLD („tylko” 1930) wynika m.in. z wysokich kosztów ich uzyskania. Za samo złożenie wniosku należało zapłacić aż 185 tysięcy dolarów. Niebagatelna kwota za zarejestrowanie TLD wynika z chęci odstraszenia cybersqatterów, którzy chcieliby się wzbogacić na późniejszej odsprzedaży popularnych domen. Z drugiej strony warto zauważyć, że wysoka opłata nie stanowi bariery dla niektórych firm, które ubiegają się o kilka czy nawet kilkanaście domen. Jednym z rekordzistów jest Charleston Road Registry Inc. , należący do Google, który chciałby uzyskać prawa do aż 101 domen najwyższego stopnia TLD.

Pierwsze „uwolnione” domeny mają zacząć najprawdopodobniej działać w 2014 roku, a wraz z nimi pojawi się kwestia, komu przyznać domeny niższego stopnia. Aby zapobiec pełnej dowolności, właściciele nowych domen internetowych najwyższego stopnia będą wprowadzać okresy przejściowe. W takich okresach domeny zawierające znaki towarowe będą mogli rejestrować tylko uprawnieni do takich znaków.

Sprawdzenie uprawnienia będzie następowało przez Trademark Clearinghouse – tworzony właśnie rejestr, do którego od 26 marca br. każdy uprawniony może zgłaszać swoje znaki towarowe. Nie za darmo – koszt ochrony jednego znaku towarowego przez 1 rok to 150 $. Uwolnione domeny internetowe będą się wiązać z rosnącymi kosztami „obecności” w sieci oraz zmianą przyzwyczajeń przedsiębiorców w zakresie ochrony ich własności intelektualnej.

Firma Nexa z Zamościa jest zmuszona zakończyć działalność przez Urząd Skarbowy, który wstrzymuje jej zwrot podatku Vat w wysokości 30 mln zł

0

Firma CH Nexa z Zamościa, która od miesięcy czeka na zwrot zapłaconego podatku VAT, zakończyła działalność. Straciła płynność finansową, a kontrahenci i banki zerwały z nią umowy. Pracę straciło ponad 170 osób. Problemy firmy pojawiły się w ubiegłym roku, kiedy zaczęły się w niej kontrole skarbowe, w sumie dziewięć. Jak na razie nie wykazały większych uchybień, ale na czas trwania kontroli urząd skarbowy wstrzymał firmie zwrot należnego VAT-u. W sumie jest to prawie 30 mln zł.

Centrum Handlowe Nexa zajmuje się od 20 lat się sprzedażą detaliczną, hurtową i eksportem sprzętu AGD, RTV i IT. W ciągu ostatniego roku Urząd Skarbowy i Urząd Kontroli Skarbowej w Lublinie rozpoczęły w sumie 9 kontroli i postępowań kontrolnych wobec firmy. Zgodnie z prawem na czas ich trwania fiskus zamroził zwrot zapłaconego podatku VAT, o który zabiegała firma. Jak podkreślają przedstawiciele firmy, kontrole jednak były wielokrotnie przedłużane bez podania przyczyny. W ostatnich dniach zakończyła się jedna z nich, która nie wykazała żadnych nieprawidłowości. Dziś zaległości organów skarbowych wobec spółki Nexa to niemal 30 milionów złotych.

 – Skarga została złożona ponownie do Dyrektora Izby Skarbowej na działania Naczelnika Lubelskiego Urzędu Skarbowego, ponieważ – naszym zdaniem – bezzasadnie i bezprawnie termin zwrotu podatku VAT jest przesuwany w czasie, w zasadzie do nie wiadomo jakiego momentu, bo wyznaczane terminy zakończenia kontroli są notorycznie i bez wyjątku przedłużane bez podania konkretnych powodów – tłumaczy Wojciech Marciniak, doradca podatkowy i pełnomocnik firmy Centrum Handlowe Nexa.

Przedstawiciele spółki mają nadzieję, że skarga zostanie rozpatrzona po myśli przedsiębiorcy, a należny zwrot VAT przekazany na jej konta.

 – W tej chwili chwytamy się każdej możliwości proceduralnej, żeby poruszyć sumienia urzędników. Firma jest w tej chwili w końcowym stadium funkcjonowania – podkreśla Wojciech Marciniak.

Powód to wypowiedzenie wszystkich umów przez dostawców i banki. Właściciel firmy Stanisław Kujawa nie wyklucza, że cała sprawa znajdzie finał przed sądem.

 – Wszelkie pisma jak skarga do dyrektora Izby Skarbowej będą później przedkładane do sądu, jeżeli będziemy domagać się odszkodowania za to, co administracja podatkowa zrobiła z tą firmą – wyjaśnia Wojciech Marciniak.

Jest sceptyczny, co do tego, jak szybko firma uzyska odpowiedź na skierowane do urzędników z Lublina pismo. Przepisy mówią, że powinno to nastąpić bez zbędnej zwłoki.

 – Administracja ma tutaj duże pole do popisu, może ten termin przedłużać, opóźniać, żądać dalszych wyjaśnień. Teoretycznie odpowiedź powinna nastąpić w ciągu 30 dni, ale nie spodziewamy się, że to tak szybko nastąpi – mówi Wojciech Marciniak.

Firma Nexa interweniowała już również w Ministerstwie Finansów. Jak dotąd żadna ze skarg na działania urzędników skarbowych, nic nie zmieniła.

Minister środowiska: na światowej konferencji klimatycznej w Polsce trzeba skupić się przede wszystkim na ograniczeniu emisji dwutleku węgla

Polska jako gospodarz światowej konferencji klimatycznej (tzw. COP19), która odbędzie się w listopadzie tego roku w Warszawie, zamierza skupić się na dyskusjach związanych z ograniczeniem emisję dwutlenku węgla. Chce przede wszystkim wynegocjowania nowego, globalnego porozumienia w sprawie redukcji emisji gazów cieplarnianych i zahamowania wzrostu średniej temperatury na świecie. Minister zapowiada, że to będą bardzo trudne negocjacje. Nowe porozumienie w 2020 roku miałoby zastąpić Protokół z Kioto.

  Polski rząd organizuje światowy szczyt klimatyczny, ponieważ uważamy, że sekwencja w określaniu polityki klimatycznej powinna być następująca: najpierw powinniśmy osiągnąć porozumienie globalne, a dopiero potem w funkcji tego porozumienia powinniśmy określać, w jaki sposób polityka europejska powinna się do niego dopasować, a nie na odwrót – mówi  Marcin Korolec, minister środowiska.

Tłumaczy, że obecnie obserwuje się odwrotną tendencję, bowiem to tylko Europa podejmuje wysiłek zmierzający do redukcji dwutlenku węgla. Natomiast najwięksi emitenci gazów cieplarnianych, jak np. Stany Zjednoczone, Indie czy Chiny nie przyłączają się do tego typu działań na rzecz ochrony klimatu. Zdaniem ekspertów, taka sytuacja może mieć negatywne konsekwencje dla gospodarki UE, szczególnie przemysłu, który może stać się mniej konkurencyjny wobec zakładów spoza rynku unijnego.

Głównym celem Polski i Unii Europejskiej powinno być zatem jak najszybsze rozpoczęcie negocjacji trzeciego, czyli nowego globalnego porozumienia, które miałoby obowiązywać od 2020 roku. Zgodnie z przyjętym harmonogramem negocjacje będą toczyć się w latach 2013 – 2015. Dotychczasowe szczyty klimatyczne (jak np. ten w Kopenhadze czy w Cancun) kończyły się fiaskiem i brakiem konkretnych postanowień.

To świadczy o tym, że szykują się twarde negocjacje. Minister środowiska uważa jednak, że organizacja szczytu w Polsce istotnie wzmocni naszą pozycję negocjacyjną.

  Chcemy być bardzo aktywni w tym procesie. Spróbujemy zawrzeć takie porozumienie, które będzie dotyczyło wszystkich państw, wtedy polityka klimatyczna będzie racjonalna, bo to dzisiaj jest głównym wyzwaniem – podkreśla Marcin Korolec.

I dodaje, że dopiero, gdy wizja polityki klimatycznej będzie wspólna dla całego świata, Polska będzie zgadzać się lub nie na propozycje redukcji CO2 w ramach unijnej polityki.

 – To nie jest jakaś licytacja, to jest polityka międzynarodowa. W związku z tym możemy ją określić w funkcji tego, w jaki sposób wspólnie określimy te cele. To nie są wyścigi, kto da więcej z jakiegoś powodu. To są twarde negocjacje w procesie międzynarodowym i tak do tego trzeba podchodzić – podkreśla minister.

Dla ochrony klimatu Polska zrobiła już bardzo wiele. Na podstawie wykonania zobowiązań protokołu z Kioto zredukowała emisję gazów cieplarnianych o 30 proc. przy wymaganych 6 proc. A to oznacza, że obecnie ma jedną z największych na świecie nadwyżek jednostek przyznanej emisji CO2.

Podczas dorocznych konferencji klimatycznych ONZ (czyli tzw. COP – Conferences of the parties) negocjuje się kluczowe ustalenia w obszarze polityki klimatycznej. Jak dotąd Polska była organizatorem konferencji klimatycznej ONZ (COP 14 w 2008 roku w Poznaniu), która pod względem organizacyjnym została uznana za najlepiej przygotowaną w historii. Poznań gościł wówczas ponad 10 tys. delegatów z całego świata. Szacuje się, że podczas tegorocznego szczytu (COP19) Stadion Narodowy w Warszawie będzie gościł dwa razy więcej uczestników.

Likwidacja NFZ wynikiem nowej reformy ochrony zdrowia?

Reforma ochrony zdrowia będzie się wiązać z wprowadzeniem dodatkowych prywatnych ubezpieczeń za część procedur, które do tej pory zapewnia NFZ. Zwiększyć ma się równouprawnienie między publicznymi a prywatnymi placówkami ochrony zdrowia. Rozważane są też przekształcenia w Narodowym Funduszu Zdrowia, z likwidacją NFZ włącznie. Nie ma jednak mowy o powrocie do systemu kas chorych – zapewnia wiceminister zdrowia Sławomir Neumann.

Reforma jest potrzebna głównie z uwagi na problemy finansowe NFZ. W ubiegłym roku w kasie Funduszu brakowało 1,2 mld złotych, a po I kwartale 2013 r. brakuje już 200 mln zł. Istnieją dwie możliwości rozwiązania tej sytuacji: podniesienie składki zdrowotnej lub zmniejszenie ilości świadczeń dostępnych w ramach podstawowego ubezpieczenia.

Bardziej prawdopodobne jest to drugie rozwiązanie, wiążące się ze zwiększeniem udziału prywatnych firm w ochronie zdrowia. Projekt ustawy dotyczącej dodatkowych rozwiązań ubezpieczeniowych prawdopodobnie będzie gotowy po wakacjach. Zmiany w systemie ochrony zdrowia mają się wiązać z równouprawnieniem prywatnych podmiotów medycznych.

 – Dodatkowe ubezpieczenia to szansa na legalny zarobek zarówno dla podmiotów publicznych, jak i prywatnych – mówi wiceminister zdrowia Sławomir Neumann.

Równouprawnienie placówek prywatnych i zmiany w NFZ

Według Neumanna potrzebne jest także wprowadzenie równości między podmiotami publicznymi i prywatnymi w kwestii podatków i upadłości. Obecnie samodzielne publiczne zakłady opieki zdrowotnej nie mogą upaść, a mają możliwość niepłacenia podatków.

 – Będziemy dążyć do tego, aby niezależnie od formuły, którą dany szpital przyjmie, panowało równouprawnienie: a więc takie same obowiązki i takie same prawa w kwestiach podatkowych czy kontraktowych – mówi Neumann. – Ważne jest promowanie kompleksowej obsługi, niezależnie od tego, czy szpital jest publiczny, czy prywatny. Szpitale nie powinny natomiast nastawiać się tylko na pojedyncze, dobrze płatne procedury, ale na kompleksową opiekę nad pacjentem.

W rozmowach na temat projektu ustawy porusza się także temat gruntownej reformy NFZ, a nawet jego likwidacji. Prawdopodobna jest likwidacja centrali Narodowego Funduszu Zdrowia. Neumann zastrzega, że mimo pewnych podobieństw nie chodzi tu o powrót do systemu kas chorych, który obowiązywał w latach 1997-2003. Pewne rozwiązania w ramach systemu kas zostały zakwestionowane przez Trybunał Konstytucyjny, co uniemożliwia pełen powrót do tego systemu.

 – Zmiany mają być poważne i głębokie – twierdzi Neumann. – Nie chcemy działać zbyt szybko, potrzebna tu jest spokojna dyskusja – dodaje.

Szansa dla małych wsi na rozwój szybkiego internetu, jeśli Orange wygra przeterg na 800 MHz

Urząd Komunikacji Elektronicznej jeszcze w tym roku zamierza sprzedać częstotliwości z pasma 800 i 2600 MHz. Szczególnie po te pierwsze ustawia się kolejka chętnych. Tym bardziej, że to ostatnie tak cenne zasoby, które trafią na sprzedaż. Orange chce dzięki nim dotrzeć z szybkim internetem do najbardziej rozproszonych terenów wiejskich.

Maciej Witucki, prezes Telekomunikacji Polskiej, właściciela marki Orange, zapowiada, że spółka na pewno wystartuje w przetargach na częstotliwości 800 i 2600 MHz, które umożliwiają świadczenie usług dostępu do szybkiego Internetu.

 – Na razie czekamy na informacje z UKE, jak będzie wyglądała ostateczna forma przetargu na częstotliwości 800 i 2600 MHz. Póki co tych informacji nie ma. Ale wiadomo, że będziemy startować, bo zwłaszcza 800 MHz ma dla nas bardzo duże znaczenie. To są częstotliwości, na których można budować substytut internetu stacjonarnego na bardzo rozproszonych terenach wiejskich – podkreśla Witucki.

Urząd Komunikacji Elektronicznej chce jeszcze w tym roku ogłosić i rozstrzygnąć aukcję na pasmo częstotliwości 800 MHz. Pasmo 2600 MHz było pierwsze, które umożliwiło świadczenie usługi mobilnej transmisji danych w transmisji LTE, które zostało udostępnione komercyjne. Do tej pory jest też najczęściej sprzedawanym pasmem, choć w praktyce jest wykorzystywane przede wszystkim w dużych miastach. Pasmo 800 MHz jest uważane za najbardziej atrakcyjne do świadczenia usług LTE.

To właśnie technologia superszybkiego internetu będzie w najbliższym czasie głównym wyznacznikiem pozycji na rynku. A konkurencja jest duża. Jak podkreśla Maciej Witucki, dziś w Unii Europejskiej jest zbyt wielu operatorów telekomunikacyjnych.

 – Tu nawet nie chodzi o za dużą konkurencję, ale o rachunek ekonomiczny. Nie można uzasadniać na rynku, który ma dzisiaj 500 milionów klientów, istnienia ponad 100 operatorów telekomunikacyjnych. W USA na 300 milionów klientów mamy takich operatorów trzech, może czterech – podkreśla Maciej Witucki, prezes TP SA.

Chodzi przede wszystkim o możliwości inwestycyjne firm telekomunikacyjnych.

 – Firmy telekomunikacyjne muszą inwestować  inwestują i będą inwestowały dużo. W związku z tym muszą zarabiać pieniądze. Nie mogą chwalić się wyłącznie przychodami i marżą EBITDA. Jeszcze na końcu muszą generować gotówkę: na dywidendy i na inwestycje. Chodzi o to, żeby na rynku działali operatorzy, którzy będą inwestowali w przyszłość – podkreśla Witucki.

Tym bardziej, że doświadczenia ze Stanów Zjednoczonych pokazują, iż rozdrobnione i podzielone w latach 80-tych firmy po uwolnieniu rynku same dążyły do konsolidacji. W ten sposób były w stanie poprawić swoje wyniki finansowe. Kilku największych operatorów ma dzięki temu szanse gromadzić środki, niezbędne do realizacji inwestycji w technologię i infrastrukturę.

 – Dziś ten skonsolidowany rynek amerykański buduje światłowody bez pomocy publicznej, a my, żeby budować światłowody w Europie, zastanawiamy się, skąd wziąć miliardy euro pomocy publicznej po to, żeby ten rozdrobniony rynek mógł budować światłowody nowej generacji. Chyba wolę podejście amerykańskie – zapewnia prezes TP SA.

Problemem w Europie – jego zdaniem – są nadmierne regulacje unijne, szczególnie w zakresie ochrony konkurencji na rynku. Choć podkreśla, że jest ona błędnie utożsamiana z funkcjonowaniem jak największej liczby operatorów na rynku.

Przy ogólnym spadku udzielania kredytów przez banki, Bank Pocztowy notuje wzrost

0

Spada liczba udzielanych przez banki kredytów  w pierwszym kwartale tego roku o około 10 proc., a ich wartość wzrosła o zaledwie 2 proc. Nie najgorzej na tym tle wygląda sytuacja Banku Pocztowego, który w pierwszych trzech miesiącach tego roku pożyczył prawie 5 mld złotych. Wartość udzielonych przez bank kredytów wzrosła tym samym, w stosunku do ubiegłego roku o około 18 proc. Podobną dynamikę wzrostu bank notuje, jeśli chodzi o wartość zgromadzonych depozytów.

W pierwszym kwartale portfel klientów Banku Pocztowego urósł o 60 tys., do prawie 1,4 mln. Bank prowadzi dziś około 800 tys. rachunków oszczędnościowo-rozliczeniowych.

 – Wiąże się to ze zmianą strategii, którą zrobiliśmy w listopadzie ubiegłego roku – mówi Tomasz Bogus, prezes Banku Pocztowego. – Dostosowaliśmy tempo rozwoju banku do bazy kapitałowej, której wzrost opiera się wyłącznie o zatrzymany zysk, a nie o zewnętrzne dokapitalizowanie.

To, zdaniem Bogusa, okazało się kluczowe, jeśli chodzi o wartość udzielanych kredytów i gromadzonych depozytów.

 – Urośliśmy odpowiednio o 18 proc. w kredytach, przy praktycznie 2 proc. wzroście rynku i o 20 proc. w depozytach – przy 8 proc. wzroście rynku – wyjaśnia szef banku.

Jak podkreśla nie udało się utrzymać tempa sprzed roku (30 proc. wzrostu dla kredytów i  25-27 proc. dla depozytów), ale inne są warunki rynkowe. Władze banku liczą się z dalszym spowolnieniem akcji kredytowej. Szczególnie spadku sprzedaży kredytów konsumpcyjnych.

 – W przypadku kredytów hipotecznych wydaje mi się, że to będzie constans, czyli drugi kwartał powinien być zbliżony do pierwszego kwartału tego roku – uważa Bogus.

Władze Banku Pocztowego, podobnie jak cały sektor, wiążą duże nadzieje z programem „Mieszkanie dla Młodych”, który zastąpić ma zakończony w ubiegłym roku program „Rodzina na swoim”. Rządowe dopłaty powinny ożywić rynek kredytów hipotecznych, ale też powinny znaleźć pozytywne odzwierciedlenie we wskaźnikach makroekonomicznych. Szczególnie jeśli chodzi o budownictwo.

 – Tego typu dodatkowe programy, wspierające rozwój są potrzebne, bo bez tego nasza gospodarka nie ruszy – ocenia prezes Banku Pocztowego, dodając, że liczy też na dalsze ruchy Rady Polityki Pieniężnej. Chodzi konkretnie o kolejną obniżkę stóp procentowych. – Wydaje mi się, że jest jeszcze miejsce na tą obniżkę – mówi.

Opinia Bogusa zbieżna jest z oczekiwaniami wielu ekonomistów, którzy, zważywszy na ostatnie  dane dotyczące inflacji – ta w ujęciu rocznym wzrosła w kwietniu o 0,8 proc, w ujęciu miesięcznym o 0,4 proc.  mówią o potrzebie dalszej interwencji RPP.

 – Jest to tylko jeden z elementów i nie możemy ufać ślepo, że wyłącznie w oparciu o obniżanie ceny pieniądza rozruszamy naszą  gospodarkę – zastrzega Tomasz Bogus. – Pamiętajmy, że istnieje coś takiego jak deflacja.

Może się okazać, że mimo kolejnych interwencji Rady i dalszego obniżania stóp procentowych nasza gospodarka nie ruszy z miejsca.

 – Przykład Japonii z przełomu lat 80. i 90. jest najlepszym, a właściwie najgorszym tego przykładem – mówi Bogus.

Rada Polityki Pieniężnej na majowym posiedzeniu po raz kolejny obniżyła stopy procentowe, tym razem o 25 punktów bazowych. Podstawowa stopa referencyjna jest dzisiaj najniższa w historii i wynosi 3,00 proc.

Jerzy Buzek: jednolity rynek energii dla państw UE znmnieszy dysproporcje cenowe między nimi

Zdaniem Jerzego Buzka, byłego przewodniczącego Parlamentu Europejskiego – nowi członkowie UE w zakresie energii nie mogą być traktowani jak państwa starej Unii. Wymagane przez Brukselę większe wykorzystanie energii odnawialnej jest dla tych państw dużo większym problemem. Aby zwrócić uwagę reszty krajów UE na sytuację sektora energii jedenastu krajów, które weszły do Unii później niż państwa zachodnie, trzy lata temu powstała inicjatywa Central Europe Energy Partners. Organizacja dąży m.in. do stworzenia jednolitego, otwartego rynku energii w UE.

Zdaniem prof. Jerzego Buzka, wspólny rynek doprowadzi do zmniejszenia się dysproporcji cenowych między poszczególnymi krajami UE.

 – Nie znaczy to, że będziemy płacili w 100 proc. tyle samo, ale proszę pamiętać, że dzisiaj te różnice np. pomiędzy ceną gazu w Tallinie i w Londynie są nawet dwukrotne. Istotne jest tu zlikwidowanie zależności cen gazu od cen ropy. Mimo że na świecie ceny gazu idą w dół, to my nadal za niego przepłacamy – właśnie z powodu drogiej ropy – podkreśla prof. Buzek.

Zintensyfikowanie międzynarodowej wymiany handlowej w zakresie energetyki ma – według prof. Buzka – przyczynić się do zwiększenia konkurencyjności polskiej gospodarki, która w znacznym stopniu jest uzależniona właśnie od cen energii.

Do stojących przed Polską zadań należy wdrożenie prawa unijnego, połączenia elektroenergetyczne z krajami sąsiednimi, a także deregulacja rynku – biorącą jednocześnie pod uwagę sytuację najbiedniejszych odbiorców energii. Niezbędne są także umowy dotyczące wspierania przez państwa członkowskie przedsiębiorstw zajmujących się produkcją energii odnawialnej.

 – W tym wszystkim nie możemy zapominać o odbiorcy, który musi mieć łatwy dostęp do informacji na temat cen energii – zauważa były przewodniczący Parlamentu Europejskiego.

Aktualnie do CEEP należy już 19 podmiotów z Czech, Litwy, Polski, Rumunii, Słowacji i Węgier, zatrudniających ponad 300 tys. pracowników i mających roczny obrót na poziomie 34 mld EUR.

 – Gdy trzy lata temu rozmawiałem z prezesem Pawłem Olechnowiczem [prezes Grupy Lotos i przewodniczący Rady Dyrektorów CEEP – red.] na temat możliwości stworzenia takiego porozumienia pomiędzy krajami z naszej części Europy, zależało mi, żeby głos nowych krajów UE był lepiej słyszalny – mówi prof. Jerzy Buzek. – Dzięki Central Europe Energy Partners możemy wspólnie definiować nasze oczekiwania i zwracać uwagę na naszą odmienną od krajów zachodnich sytuację w sektorze energii.

Głównym zadaniem CEEP w 2013 r. będzie dalsze wspieranie i ułatwianie integracji sektora energii w Europie Środkowej w ramach unijnej polityki dot. energii i klimatu. W pełni popierając unijne cele 20-20-20, stowarzyszenie będzie jednocześnie reprezentowało interesy Europy Centralnej dbając o to, by były one przedstawiane w sposób klarowny i spójny, oraz by liczono się z nimi na arenie unijnej. CEEP będzie promować zrównoważone podejście do realizacji unijnych celów w zakresie ochrony klimatu, zrównoważonego rozwoju oraz bezpieczeństwa w sektorze energii. Oznacza to poparcie dla wspólnej, szeroko zakrojonej unijnej polityki z uwzględnieniem interesów Europy Centralnej.

 – Okres przejściowy od obecnych mieszanek energetycznych, które jeszcze w dużym stopniu opierają się na paliwach kopalnych, do mieszanek energetycznych przyszłości, w mniejszym stopniu opartych na węglu i gazie, potrwa parę dziesiątków lat – mówi Buzek. – Te przekształcenia w naszej części Europy są znacznie kosztowniejsze niż np. w Szwecji, Francji, Wielkiej Brytanii czy w Hiszpanii. Zwracanie uwagi na ten fakt jest kluczowym zadaniem CEEP.

Historyczny rekord: 50 miliardów pobrań z serwisu Apple App Store

Firma Apple ogłosiła dziś, że z jej rewolucyjnego serwisu App Store klienci pobrali już ponad 50 miliardów aplikacji*. W każdej sekundzie klienci pobierają z App Store ponad 800 aplikacji, co daje ponad dwa miliardy aplikacji miesięcznie. 50-miliardową aplikacją okazała się Say the Same Thing firmy Space Inch, LLC. Pobrał ją Brandon Ashmore z Mentor w Ohio (USA), który w związku ze swoim udziałem w tym doniosłym wydarzeniu otrzymał kartę upominkową App Store o wartości 10 000 USD.

„Apple pragnie podziękować naszym wspaniałym klientom i twórcom oprogramowania, dzięki którym możliwe było osiągnięcie rekordowej liczby 50 miliardów pobrań” — powiedział Eddy Cue, wiceprezes Apple ds. oprogramowania i usług internetowych. „Serwis App Store całkowicie zmienił sposób korzystania z urządzeń mobilnych i stał się centrum niezwykle aktywnego ekosystemu aplikacji, w którym twórcy oprogramowania sprzedali już aplikacje za ponad dziewięć miliardów dolarów. Czasem nam samym trudno jest uwierzyć, że liczby te osiągnęliśmy w ciągu niecałych pięciu lat”.

App Store został uruchomiony w lipcu 2008 roku i zawierał wówczas 500 aplikacji. Od tamtego czasu niezwykle aktywna społeczność twórców oprogramowania tworzy dla iPhone’a, iPada i iPod touch aplikacje przeznaczone do niemal wszystkich zastosowań, jakie tylko można sobie wyobrazić.

„Olbrzymi sukces, jaki odnieśliśmy w App Store już w 2008 roku, był dla nas wielkim i pozytywnym zaskoczeniem” — powiedział Rich Riley, dyrektor generalny firmy Shazam. „A po prawie pięciu latach nadal jesteśmy pod wrażeniem powodzenia, jakim Shazam cieszy się wśród użytkowników iPhone’ów i iPadów. Dzięki App Store możemy w prosty sposób udostępniać użytkownikom uaktualnienia pełne nowych, wspaniałych funkcji, oraz ułatwić nowym użytkownikom odkrywanie i pobieranie Shazam”.

„Nasza firma powstała w roku 2008 jako przedsięwzięcie trójki przyjaciół zainteresowanych tworzeniem aplikacji edukacyjnych dla własnych dzieci” — powiedziała Caroline Hu Flexer, współzałożycielka Duck Duck Moose. „App Store okazał się dla naszej aplikacji «Wheels on the Bus» przepustką do wielkiego świata. Od tamtego czasu stworzyliśmy szesnaście kolejnych aplikacji i możemy pochwalić się wielomilionową społecznością fanów — rodziców, dzieci i nauczycieli. Stale się rozwijamy i mamy już 20 pełnoetatowych pracowników. Czegóż więcej moglibyśmy sobie życzyć?”

„App Store odegrał kluczową rolę w popularyzacji naszego sklepu wśród użytkowników iOS i trwale zmienił naszą firmę” — powiedziała Elizabeth Francis, dyrektorka ds. marketingu w firmie Gilt.com. „Nasze aplikacje umożliwiają użytkownikom dostęp do ich ulubionych codziennych wyprzedaży w serwisie Gilt. Z naszych doświadczeń wynika, że klienci App Store są lojalnymi klientami i mieli swój udział w budowaniu rozpoznawalności marki Gilt na całym świecie”.

Oferta rewolucyjnego serwisu App Store obejmuje ponad 850 000 aplikacji dla użytkowników iPhone’a, iPada i iPoda touch ze 155 krajów świata. Z tego ponad 350 000 to aplikacje stworzone specjalnie dla iPada. Klienci App Store mogą wybierać spośród niezwykle szerokiej gamy aplikacji należących do 23 kategorii, takich jak gazety i magazyny w Kiosku, gry, aplikacje dla biznesu, aplikacje dostarczające wiadomości, aplikacje sportowe, dla osób prowadzących zdrowy i aktywny tryb życia oraz przydatne w podróży.

*50 miliardów unikalnych pobrań, bez pobrań ponownych i uaktualnień.

Apple tworzy komputery Mac, najlepsze komputery osobiste na świecie, system operacyjny OS X, pakiety iLife, iWork oraz oprogramowanie do zastosowań profesjonalnych. Apple jest pionierem w rewolucji multimediów cyfrowych za sprawą iPodów oraz sklepu internetowego iTunes Store. Firma zrewolucjonizowała rynek telefonów komórkowych, wprowadzając rewolucyjny telefon iPhone oraz uruchamiając App Store. Zaprezentowany przez firmę iPad definiuje przyszłość mediów mobilnych i elektroniki użytkowej.

Komentarz dzienny, 16 maja 2013

W kwietniu roczny wskaźnik inflacji obniżył się z 1,0% do 0,8%. Oczekiwano spadku inflacji do 0,7% r/r. Na spadek wskaźnika inflacji złożyły się niższe ceny paliw (spadek o 1% m/m), umiarkowana dynamika cen żywności (wzrost 0,4% m/m) i stabilizacja cen w znakomitej większości tzw. kategorii bazowych. Zanotowane wzrosty cen w kategorii odzież i obuwie (3,3% m/m) mieszczą się we wzorcu sezonowym dla tej kategorii. Zaskoczeniem był natomiast silny, 2% m/m wzrost cen w kategorii rekreacja i kultura (wzrosły ceny czasopism i wczasów, nie cofnięto zaś wcześniejszych wzrostów w opatach za telewizję cyfrową). Inflacja bazowa wzrosła tym samym z 1,0% do 1,2% r/r.

Grupa Chemiczna Ciech – rosnąca rentowność dzięki restrukturyzacji

15 maja Ciech opublikował sprawozdanie za I kwartał 2013 roku. Wynik EBITDA (zysk operacyjny powiększony o wartość amortyzacji) wyniósł 132 mln złotych, wobec 70 mln w IV kwartale 2012 i 134 mln w analogicznym okresie roku ubiegłego. Przychody wyniosły 993 mln złotych, wobec 1 020 mln w IV kw. 2012 i 1 172 mln w I kwartale 2012. Zysk netto wyniósł 45 mln złotych, wobec 68 mln straty w ubiegłym kwartale i 10 mln w I kwartale ubiegłego roku.

Solidne wyniki I kwartału wynikają z dobrej kondycji segmentu sodowego generującego ok. 75% zysku operacyjnego powiększonego o wartość amortyzacji. Rosnąca rentowność EBITDA to efekt kolejnych działań restrukturyzacyjnych w Grupie.

Za nami kolejny kwartał wytężonej pracy nad poprawą rentowności Grupy, która przynosi wymierne efekty w postaci rosnącej rentowności operacyjnej – mówi Dariusz Krawczyk, prezes zarządu Ciech SA – przed nami dalsza ciężka praca, której efekty będą widoczne w kolejnych kwartałach.

Wyniki operacyjne i zysk netto są powyżej konsensusu rynkowego mimo wyjątkowo długiej zimy, negatywnie wpływającej na sprzedaż środków ochrony roślin, a także wyłączenia części mocy produkcyjnych w segmencie szklarskim w Skandynawii oraz niskich cen sprzedaży w rumuńskich zakładach sodowych US Govora.

Sytuacja naszych rumuńskich zakładów to kolejne wielkie wyzwanie stojące przed Grupą Ciech – mówi Dariusz Krawczyk – konieczna jest dalsza głęboka restrukturyzacja naszych zagranicznych spółek tak w Rumunii jak i w Niemczech. Czeka nas ciężka praca w tym obszarze oraz trudne decyzje – dodaje.

Grupa Ciech kontynuuje program głębokiej restrukturyzacji. Wśród realizowanych inicjatyw są projekty poprawy efektywności i rentowności produkcji, dezinwestycji aktywów nieoperacyjnych i restrukturyzacji zatrudnienia realizowane w polskich i zagranicznych spółkach Grupy Ciech. Jednocześnie Grupa planuje rozwój mocy produkcyjnych w polskich zakładach sodowych. Realizacja tych planów jest uzależniona od możliwości włączenia części zakładów do Pomorskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej.

Konkurs na Lidera Zrównoważonego Rozwoju

Ruszyła trzecia edycja konkursu „Liderzy Zrównoważonego Rozwoju” przeznaczonego dla małych, średnich i dużych firm, które z sukcesem łączą działalność biznesową z zasadami zrównoważonego rozwoju. Organizatorami konkursu są miesięcznik Forbes oraz firma doradcza PwC.

W konkursie oceniane są dobre praktyki rozumiane jako działania, produkty lub usługi, które z jednej strony są zgodne z ideą zrównoważonego rozwoju, a z drugiej – przyczyniają się do sukcesu biznesowego przedsiębiorstwa. Jak pokazuje najnowsze badanie PwC „CEO Survey 2013” – już blisko 50% prezesów firm na świecie deklaruje, że w ciągu najbliższych 12 miesięcy zamierza ograniczyć negatywny wpływ swoich firm na środowisko. 41% prezesów chce jednocześnie rozszerzyć raportowanie pozafinansowe, by przekazywać więcej informacji o swoim wpływie na  społeczeństwo. Ostatnia edycja konkursu LZR udowodniła, że zrównoważony rozwój i odpowiedzialność społeczna to w Polsce już nie tylko domena firm zagranicznych obecnych na naszym rynku – ponad 30% nadesłanych zgłoszeń pochodziło z firm z polskim kapitałem.

„Poprzednie edycje konkursu dowiodły, że polskie przedsiębiorstwa coraz efektywniej wdrażają w życie idee zrównoważonego rozwoju. Rosnąca liczba zgłoszeń w konkursie to przede wszystkim efekt zrozumienia przez firmy, że odpowiedzialność społeczna i zrównoważony rozwój pomagają w długofalowym rozwoju biznesu. Największym wyzwaniem pozostaje jednak dla firm ustalenie i mierzenie efektów działań pozafinansowych” – podkreśla Irena Pichola, lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju i odpowiedzialnego biznesu, PwC. Zmiany klimatu, zużycie surowców, zanieczyszczenie środowiska czy wykluczenie społeczne to kwestie w ramach zrównoważonego rozwoju, które coraz bardziej bezpośrednio lub pośrednio dotykają polskich firm. Zaostrzają się również normy i przepisy wynikające z polityki Unii Europejskiej, ale pojawiają się też nowe możliwości zdobycia dotacji unijnych i dopłat na inwestycje ekologiczne. „Naszym celem jest pokazanie, jak można łączyć zrównoważony rozwój z podstawową działalnością i wykorzystywać istniejący potencjał do zwiększenia efektywności, przychodów czy tworzenia innowacji” – dodaje Jacek Pochłopień, zastępca redaktora naczelnego Forbesa.

Najlepsze z praktyk na polskim rynku wyłoni Kapituła ekspertów do spraw zrównoważonego rozwoju. Praktyki firm będą oceniane w wybranych obszarach (np. sprzedaż, produkcja, logistyka, zakupy) pod względem ich wpływu społecznego lub środowiskowego oraz korzyści biznesowych, które jednocześnie przynoszą dla firmy (np. finansowe, operacyjne, wizerunkowe).

Wyniki konkursu zostaną przedstawione we wrześniowym numerze Forbesa, w raporcie poświęconym nowym wyzwaniom i szansom biznesowym związanym z problematyką zrównoważonego rozwoju w Polsce i na świecie. Udział w konkursie jest bezpłatny. Warunkiem jest zgłoszenie projektu – na formularzu dostępnym na stronie www.forbes.pl/liderzy-zrownowazonego-rozwoju – do 21 czerwca 2013 roku.

Zmiany w ZUS? Likwidacja OFE i KRUS? Wielofunduszowość? Jakiej emerytury mamy się spodziewać?

ZUS jest jedynie mechanizmem przekazywania składek osób pracujących osobom na emeryturze, sam nie generuje żadnych zysków i nie ma kapitału – mówi prof. Dariusz Filar, członek Rady Gospodarczej przy Premierze. Dlatego, jego zdaniem Otwarte Fundusze Emerytalne, choć potrzebują zmian – nie powinny zostać zlikwidowane. Gruntownej reformy potrzebuje za to ZUS i system ubezpieczeń rolniczych.

 – Chodzi przede wszystkim o ujednolicenie całego mechanizmu ZUS-owskiego, czyli likwidację przywilejów emerytalnych, przeniesienie tego, co jest w KRUS do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, zrobienie jednolitego systemu. To jest właściwie klucz do tego, żeby zacząć ZUS zmieniać – podkreśla prof. Dariusz Filar.

Likwidację Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego od dawna blokuje PSL. Minister gospodarki Janusz Piechociński wielokrotnie podkreślał, że jego partia nie zgodzi się na likwidację systemu ubezpieczeń dla rolników.

 – Ja nie mam wątpliwości, że to jest politycznie trudne i równocześnie nie mam wątpliwości, że to jest z punktu widzenia równowagi finansów państwa niezbędne – podkreśla członek Rady Gospodarczej przy Premierze.

W opinii prof. Dariusza Filara obecnie cały system ubezpieczeń społecznych jest niestabilny. Jednak likwidacja otwartych funduszy emerytalnych nie jest rozwiązaniem problemu i mogłaby przynieść więcej szkód niż pożytku.

 – Kapitałowa część systemu emerytalnego, ta część systemu oparta na inwestycjach w instrumenty finansowe, jest bardzo ważna z punktu widzenia zmieniania mentalności społeczeństwa, zmieniania poglądów na to, skąd bierze się emerytura – podkreśla ekonomista.

Minister finansów deklaruje, że jego resort już pracuje nad mechanizmem, który zapobiegłby turbulencjom na rynkach, jeśli rząd zdecyduje się na rozwiązanie zakładające przekazanie składki odkładanej w OFE do ZUS na 10 lat przed emeryturą. Takim rozwiązaniem mogłoby być umarzanie przez państwo obligacji skarbowych, w które zainwestował fundusz emerytalny.

 – Premier Rostowski stoi przed wyzwaniem, jakie rodzi stan finansów publicznych. Nie ukrywajmy tego, że przesunięcie z dziesięcioletnim wyprzedzeniem składek do ZUS oznaczałoby możliwość istotnego zmniejszenia dotacji, jakiej ZUS potrzebuje. Tu znowu dotykamy istotny sprawy. Problemem w gruncie rzeczy nie są OFE, bo tam jest ileś technicznych kwestii do rozwiązania, ale to są kwestie techniczne i można je rozwiązać. Problemem jest to, że polski system świadczeń społecznych jest głęboko zdestabilizowany – tłumaczy członek Rady Gospodarczej przy Premierze.

I dodaje: – Jestem zdecydowanym przeciwnikiem przeniesienia tego wszystko do ZUS-u, bo to by w gruncie rzeczy było sprzeczne z ideą systemu kapitałowego – deklaruje prof. Filar.

Jego zdaniem, rozwiązaniem mogłoby być przesuwanie kapitału w ramach OFE.

– Ja jestem zwolennikiem wielofunduszowości. To znaczy innego inwestowania składki kogoś, kto ma 25 lat i kogoś, kto ma lat 60 i jest krótko przed emeryturą, czyli na pewno przesuwanie środków od funduszy bardziej agresywnych do funduszy bardziej zrównoważonych. To jest rzecz do przemyślenia – mówi ekonomista.

Kolejne platformy wiertnicze na Bałtyku. Lotos i PGNiG poszukują nowych złóż ropy naftowej i gazu

W ciągu następnych 3-5 lat będą trzy albo cztery nowe platformy wiertnicze na Bałtyku i to na naszych koncesjach – zapowiada Paweł Olechnowicz, prezes Grupy LOTOS S.A., przewodniczący Rady Dyrektorów CEEP. Spółka będzie tam wydobywać i ropę naftową, i gaz. Na czterech licencjach LOTOS-u wspólnie z PGNiG prowadzi badania, które mają ocenić atrakcyjność tych złóż. Szacunki mają być znane jeszcze w tym roku. Jeśli złoża okażą się atrakcyjne, w przyszłym roku zapadną decyzje o lokalizacji kolejnych platform.

 – W tym roku oszacujemy, na których licencjach będziemy realizować dalszy program rozeznania geologicznego i atrakcyjności dalszego inwestowania. Wtedy będziemy decydować o dalszych inwestycjach z PGNiG lub jeszcze z kimś, bo to są duże nakłady inwestycyjne. Ale decyzje zapadną nie wcześniej niż w przyszłym roku, po wykonaniu próbnych odwiertów – zapowiada Paweł Olechnowicz.

Jeśli złoża okażą się atrakcyjne, spółki zadecydują o postawieniu tam platform wiertniczych. Wtedy będzie też znana ich dokładna lokalizacja. O szacunkowych zasobach prezes LOTOS-u na razie nie chce mówić. Przypomina sytuację dotyczącą gazu łupkowego – początkowo szacowano, że w Polsce mogą znajdować się złoża o wielkości nawet kilku bilionów metrów sześciennych, a teraz prognozy obniżono do ok. 300-700 miliardów metrów sześciennych. Podkreśla, że wstępne dane, którymi spółka dysponuje, są na tyle atrakcyjne, że partnerzy zadecydowali o kontynuowaniu analiz.

–  To, że pracujemy na tych koncesjach z PGNiG i analizujemy to znaczy, że na tych licencjach wstępne szacunki są. Jeżeli się okażą tak atrakcyjne, a tu trzeba dokonać testowych odwiertów i głębszych analiz geologicznych, do tego myślę, że będzie potrzebny jeszcze rok, to wtedy się okaże, czy jest to atrakcyjne ekonomicznie, czy te zasoby ropy, gazu będą na tyle atrakcyjne, że warto inwestować potem dziesiątki, setki milionów euro – mówi Paweł Olechnowicz, prezes Grupy LOTOS S.A.

Jak podkreśla, spółka jest gotowa podjąć ryzyko związane z wykonywaniem odwiertów. Dla oceny złoża trzeba wykonać co najmniej trzy odwierty, z których każdy kosztuje po ok. 10 mln euro. Jeśli okaże się, że złoża są obiecujące, spółka rozpocznie kosztującą znacznie więcej budowę infrastruktury do produkcji.

LOTOS posiada obecnie siedem koncesji na poszukiwanie i wydobywanie paliw kopalnych w polskiej wyłącznej strefie ekonomicznej na Bałtyku. Znajdują się one na północ od Półwyspu Helskiego i Zatoki Gdańskiej, a ich łączna powierzchnia przekracza 7 tys. kilometrów kwadratowych. Spółka posiada również cztery koncesje eksploatacyjne – ważną do 2016 r. na złożu B3 (obecne centrum produkcji ropy) oraz ważne do 2031-32 roku na złożach B8, B4 i B6.

W 2011 roku LOTOS wydobył 230 tys. ton ropy naftowej. Zgodnie z zapisami strategii na lata 2011-2015 LOTOS planuje wydobywać do 2015 r. 1,2 mln ton ropy naftowej rocznie, a pięć lat później – nawet 5 mln ton rocznie. Poza Polską spółka wydobywa też ropę w Norwegii oraz na Litwie. Zgodnie z prognozą wydobycie ropy naftowej ze złóż krajowych w roku 2013 wyniesie ok. 750 tys. ton.

Kolejene perspektywy współpracy Polski z Afryką, Bronisław Komorowski planuje wizytę w RPA jeszcze w tym roku

Prezydent Bronisław Komorowski planuje wizytę w Republice Południowej Afryki, która prawdopodobnie odbędzie się jeszcze w tym roku. Będzie ona kolejną okazją do zachęcenia polskich przedsiębiorców do inwestowania w Afryce. Odbędzie się ona w ramach rozpoczętego w kwietniu programu Go Africa, służącego zwiększeniu współpracy polsko-afrykańskiej.

RPA to kraj, na który przypada 1/4 obrotu gospodarczego Polski na tym kontynencie. Wizyta ta, według Olgierda Dziekońskiego, ministra w Kancelarii Prezydenta RP, odbędzie się prawdopodobnie w tym roku.

– Potem przyjdzie czas na kolejne wizyty w krajach uznanych za szczególnie istotne z punktu widzenia polskiej polityki rozwojowej – mówi  Olgierd Dziekoński.

Rynek afrykański szansą dla polskich przedsiębiorstw

Na konieczność wchodzenia polskich przedsiębiorstw na nowe, wzrastające rynki zwrócił uwagę prezydent Bronisław Komorowski w liście do uczestników Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach.

 – Jeżeli istotny procent naszego PKB jest generowany przez handel zagraniczny, to można zadać sobie pytanie, dlaczego wielkość całego naszego handlu zagranicznego z Afryką jest poniżej 1 proc. Przecież w krajach afrykańskich mieszka ponad 1 mld mieszkańców – zauważa Dziekoński.

Według Międzynarodowego Funduszu Walutowego, w ciągu najbliższych 5 lat wśród 20 najszybciej rozwijających się gospodarek aż 10 będą stanowić gospodarki afrykańskie. Mówiąc o sytuacji Afryki trzeba pamiętać, że startuje ona ze stosunkowo niskiego pułapu – średni poziom PKB jest tam nadal niższy niż w Europie, Chinach czy Indiach.

 – Możemy zadać sobie pytanie, czy koncentrując się na funkcjonowaniu Polski w Unii Europejskiej i handlu zagranicznym z krajami Wspólnoty nie tracimy z pola widzenia nowych obszarów wzrostu – mówi minister.

Tym bardziej, że według World Economic Outlook już w przyszłym roku kraje Afryki Subsaharyjskiej będą się rozwijać w tempie blisko 6-procentowym, podczas gdy globalna gospodarka będzie rosnąć średnio o 4 procent.

Szansą dla polskich firm jest wykorzystanie afrykańskich możliwości surowcowych oraz możliwość eksportu w sferze produkcji maszynowej i środków transportu.

 – Proszę pamiętać o bardzo charakterystycznej rzeczy, jaką jest nadwyżka w handlu zagranicznym z Afryką. Mimo niskich obrotów jest to rynek, na którym możemy mieć nadwyżkę w handlu zagranicznym. Myślę, że ten charakter nadwyżki mógłby być trwałą wartością rozwojową naszej polityki eksportowej na terytorium afrykańskie – przekonuje Dziekoński.

Unijne przepisy transgraniczne dotyczące opieki medycznej mogą doprowadzić do zakazu finansowania szpitali przez Państwo

26 października wchodzą w życie przepisy dotyczące transgranicznej opieki medycznej. Ma ona na celu umożliwienie leczenia za granicą, za które w części zapłaci państwo, którego obywatelem jest dany pacjent. Otwarcie rynku medycznego oznacza jednak, że placówki, które otrzymały pomoc publiczną będą na uprzywilejowanej pozycji, co może zakwestionować Komisja Europejska. Zdaniem przedstawicieli niepublicznej służby zdrowia – może bowiem się okazać, że dotacje od państwa czy samorządów będą musiały być zwrócone, co doprowadziłoby do upadku części placówek.

W ramach dyrektywy transgranicznej, Polacy będą mogli leczyć się za granicą i uzyskać zwrot równowartości danej procedury w Polsce. Do tej pory musieli w takiej sytuacji pokrywać 100 proc. kosztów leczenia z własnych kieszeni. Dyrektywa umożliwi również dostęp do polskich placówek zagranicznym pacjentom, których leczenie sfinansują ich macierzyste państwa. Jednak konkurencja o pacjentów nie będzie równa, bo – jak twierdzą przedstawiciele prywatnych placówek – finansowanie publicznej służby zdrowia przez państwo stawia je na uprzywilejowanej pozycji.

 – Pomoc publiczna dla publicznych placówek ochrony zdrowia jest realizowana od wielu lat, nie tylko w postaci dotacji unijnych, ale także w postaci dotacji Skarbu Państwa (Ministerstwa Zdrowia, urzędów marszałkowskich, starostów etc.). Pomoc ta powinna być zgłaszana przez UOKiK do Komisji Europejskiej – mówi Adam Rozwadowski, prezes ENEL-MED, wiceprezes OSSP..

Według wiceministra zdrowia Sławomira Neumanna, dotychczasowa pomoc dla szpitali ze środków publicznych nie była niedozwolona, gdyż podmioty te nie brały udziału w rynku europejskim. Taka pomoc może zostać jednak zakazana przy wejściu w życie dyrektywy transgranicznej, gdyż wówczas placówki zdrowotne uzyskałyby dostęp do szerszego niż krajowy rynku. Konkretnej wykładni jednak jeszcze nie ma.

 – Zastanawiamy się na tym, jak będzie traktowana pomoc w postaci środków unijnych, w przypadku, kiedy pacjent z Niemiec, Szwecji czy z innego kraju przyjedzie do naszego szpitala, uzyska pomoc w związku z dyrektywą transgraniczną i zapłaci szpitalowi. Rozmawiamy na ten temat z Urzędem Ochrony Konkurencji i Konsumentów, a UOKiK kontaktuje się z Komisją Europejską – mówi Sławomir Neumann.

 – Jeżeli będą przyjeżdżali pacjenci z zagranicy, to placówki publiczne, które uzyskały taką pomoc, będą zakłócały konkurencję na rynku unijnym, a co za tym idzie, nie będą mogły realizować świadczeń dla tych osób, które będą chciały leczyć się w Polsce – mówi Rozwadowski. – Taka jest nasza wykładnia. Chcemy jako OSSP przedstawić to stanowisko zarówno UOKiK, jak i Komisji Europejskiej. To ta ostatnia rozstrzyga co stanowi dozwoloną, a co niedozwoloną pomoc publiczną.

Pomoc publiczna to według art.107 ust. 1 Traktatu o Funkcjonowaniu Unii Europejskiej wsparcie ze środków publicznych konkretnych przedsiębiorstw, które zaburza konkurencję na rynku. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów ma obowiązek przedstawiania corocznego raportu dotyczącego takiej pomocy z wyłączeniem pomocy de minimis (poniżej 200 tysięcy euro przez 3 lata) i pomocy dla rolnictwa.

Jak mówi prezes ENEL-MED, od przyłączenia Polski do UE 1 maja 2004 r. w raportach dotyczących pomocy publicznej nie wspomniano ani razu o pomocy dla publicznych placówek ochrony zdrowia. Zdaniem Rozwadowskiego, wynika to z obawy o to, że Unia Europejska nakaże jej zaniechania, co doprowadziłoby do upadku systemu ochrony zdrowia w jego obecnym kształcie. Publiczne placówki będą zmuszone do zwrotu kosztów opieki zdrowotnej razem z odsetkami. Może to doprowadzić nawet do upadłości części z nich. Jednak zdaniem Rozwadowskiego, nie powinno to powstrzymywać przed działaniami mającymi na celu wyjaśnienie obecnej sytuacji.

Według prezesa ENEL-MED, pomoc publiczna, nawet przed wejście w życie dyrektywy transgranicznej, jest szkodliwa, gdyż narusza konkurencję na rynku krajowym.

 – Jako właściciele prywatnych szpitali uznajemy tę pomoc jako zakłócenie konkurencji wewnętrznej, gdyż podmioty publiczne są faworyzowane – tłumaczy. – My  dokonujemy zakupów i inwestujemy rozwój z własnych środków czy z kredytów, ponosząc tym samym ryzyko inwestycyjne. Istniejąca aktualnie nierównowaga na rynku zdrowia jest niedopuszczalna.

Komentarz dzienny, 15 maja 2013

Seria negatywnych niespodzianek dla sfery realnej zaczęła się w ubiegłym miesiącu, kiedy GUS niespodziewane zrewidował dane o wzroście PKB za IV kwartał 2012 roku do 0,7% z 1,1% r/r. Dziś okazało się, że to nie koniec. Najnowszy, eksperymentalny odczyt flash wskazuje, że PKB w I kwartale 2013 roku urósł zaledwie o 0,4% (konsensus rynkowy 0,7%, nasza prognoza 0,6%).

Komentarz indeksowy BossaFX 15 maja 2013 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 15 maja 2013 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Dynamiczna iTV chce wejść do pierwszej trójki kanałów muzycznych w Polsce

Telewizja Interaktywna iTV należąca do giełdowej Grupy MNI notuje stały dynamiczny wzrost oglądalności. W kwietniu zwiększył się on o 190%, co pozwoliło iTV na umocnienie się na 5. miejscu wśród wszystkich kanałów muzyczno – rozrywkowych w Polsce. Telestar S.A., właściciel iTV chce, aby stała się ona w ciągu dwóch lat, trzecią największą stacją muzyczną na polskim rynku.

Telewizja Interaktywna iTV, pierwsza interaktywna telewizja w Polsce notuje stały dynamiczmy wzrost oglądalności. W kwietniu br., według danych firmy badawczej Nielsen Audience Measurement, monitorującej rynek telewizyjny w Polsce, iTV mogła pochwalić się największym, bo 190,5-proc. wzrostem oglądalności (licząc rok do roku) spośród wszystkich stacji muzycznych nadających w Polsce. Dzięki temu iTV umocniła się na 5. pozycji z 0,18-proc. udziałem w rynku, dwukrotnie większym niż legendarnej stacji muzycznej MTV. – iTV to stacja o profilu typowo rozrywkowym i muzycznym. Od rozpoczęcia emisji bazujemy na stałym kontakcie z widzami – interaktywność jest wyróżnikiem kanału iTV. Nasze programy adresujemy do ludzi młodych wiekiem lub duchem, wszystkich spragnionych odprężenia, zabawy i dobrej rozrywki – mówi Marta Szymańska, prezes Telestar S.A., nadawcy iTV. – Nadal będziemy intensywnie inwestować w iTV, tak by nasza stacja weszła do pierwszej trójki największych kanałów muzycznych w Polsce, najdalej w ciągu dwóch lat – dodaje prezes Szymańska.

Dobre sprofilowanie iTV widać po jeszcze większym, bo 335-proc wzroście oglądalności w wśród widzów w wieku 13-29 lat, najważniejszej grupie dla stacji o profilu muzycznym i rozrywkowym. Dynamiczny rozwój to głównie efekt rozbudowy własnej oferty programowej. Pod koniec 2012 roku iTV rozpoczęła np. nadawanie nowego formatu pt. „Rap Kanapa”, audycji o muzyce i kulturze rap i hip-hop, stanowiącej kontynuację kultowych programów „Rap Kanciapa” i „Rap Pakamera”. Na początku 2013 r. odbyła się premiera autorskiego programu dla dorosłych „Niegrzeczna Pani Domu”. Kierownictwo stacji planuje uruchomienie kolejnych nowych cykli produkcyjnych, co pozwoli na jeszcze lepsze dostosowanie ramówki do oczekiwań widza i tendencji na rynku. Przebudowa i rozwój oferty programowej polega również na współpracy z popularnymi muzykami i dziennikarzami, reprezentującymi nurty muzyczne: disco polo, dance, hip-hop, czy pop, m.in. Asią Ash i Wujkiem Samo Zło. – Niezmiennie stawiamy na promocję artystów zarówno popularnych, jak i dopiero debiutujących na rynku muzycznym i rozrywkowym. Jak widać po rosnących wynikach oglądalności iTV, ta strategia programowa się sprawdza. Nie tylko utrzymaliśmy dotychczasową widownię, ale udaje się nam pozyskać nową, wierną grupę widzów – mówi Marta Szymańska, prezes Telestar S.A., nadawcy iTV.

iTV konsekwentnie zwiększa poziom oglądalności, uzyskując stałe miejsce w pierwszej 30. stacji ogólnopolskich. Wyjątkowo wyraźne wzrosty odnotowano już w ostatnich miesiącach 2012 r., po odnowieniu ramówki, gdy m.in. zrezygnowano z telesprzedaży i dostosowano nadawaną muzykę do oczekiwań szerszego grona widzów. Wzrost oglądalności stacji w całym 2012 r. wyniósł 65 proc. i był największy wśród wszytkich kanałów o tematyce rozrywkowo – muzycznej Polsce. Obecnie program nadawany jest 24 godziny na dobę, z czego 15 godzin to emisja na żywo. iTV cały czas realizuje unikatowe założenia programowe: dostarczając swoim widzom dużą liczbę programów muzycznych, uzupełnioną o rozrywkę i ezoterykę. Oferta kanału przygotowana jest specjalnie z myślą o osobach, które chcą współuczestniczyć w tworzeniu programu. Nieodłącznym elementem ramówki stacji są też konkursy dla widzów.

Według Marty Szymańskiej, prezes Telestar S.A., wzrost oglądalności iTV nie byłby możliwy bez ciągłych inwestycji w nowoczesny sprzęt. – Cały czas dążymy do poprawy jakości nadawanego programu i inwestujemy w urządzenia emisyjne i nadawcze umożliwiające odbiór programów w najlepszej technologii – mówi prezes Szymańska. W grudniu 2012 r. zmieniony został ostatecznie format nadawania kanału iTV z systemu 4:3 na 16:9, co pozwoliło na wizualną poprawę jakości nadawanych programów oraz zwiększenie zasięgu emisji. Atuty iTV to strona internetowa, odświeżony kanał YouTube oraz duża aktywność na popularnych portalach społecznościowych, jak np. Facebook.

Stacja iTV rozpoczęła nadawanie programu 15 czerwca 2003 r. Jej właścicielem jest spółka Telestar S.A. należąca do firmy Hyperion S.A., z technologicznej grupy MNI, notowanej na warszawskiej giełdzie (indeksy WIG-TELKOM, sWIG80). Telestar S.A. równolegle stworzył unikatową grupę portali internetowych, której celem jest dostarczenie użytkownikom całego wachlarza suplementarnych serwisów i usług, połączonych wspólnym programem lojalnościowym. – Od początku nasza oferta adresowana jest do widzów otwartych na nowe technologie. Obserwując światowe tendencje migracji mediów w stronę internetu, synergię monitorów – telewizyjnego, komputerowego i wyświetlacza telefonu komórkowego, Telestar jako pierwszy na polskim rynku umobilnił serwisy wzbogacając je jednocześnie o najnowsze technologie, takie jak streeming brazu i dźwięku na komórkę, wap czy 3G a także zapewniając pełną interaktywność – mówi Marta Szymańska, prezes Telestar S.A.

World Trends, 14 maja 2013

Zarówno WIG, jak i WIG20 zdołały w dniu wczorajszym wybić piątkowe maksima, zaś na wykresie benchmarku dwudziestu spółek powstało objęcie hossy neutralizujące czwartkowe objęcie hossy. Udany poniedziałek na GPW jest zapowiedzią wzrostowego tygodnia, a skoro benchmark blue chipów wykonał tak optymistyczny ruch jak wczoraj to można postawić tezę, że celem dla byków jest MA200 – pierwszy istotny opór.

16 mln Polaków ma już telewizję cyfrową, do końca maja ta liczba zwiększy się do 28 mln osób

Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji dobrze ocenia proces wyłączania analogowego sygnału telewizji. Zapewnia jednocześnie, że na bieżąco monitoruje, czy kolejne grupy widzów są przygotowane do zmiany sygnału. Kampania informacyjna trwa, choć nie jest łatwo wytłumaczyć wszystkim Polakom, co to jest MPEG-4 i dlaczego teraz nie będą mogli oglądać swoich ulubionych programów jak dotychczas. Jeszcze w maju w zasięgu cyfrowego sygnału znajdzie się kolejne 12 milionów Polaków.

 – Sam proces cyfryzacji przebiega dobrze – zapewnia  Małgorzata Olszewska, wiceminister administracji i cyfryzacji. – Wydaje mi się, że to jest też efekt ciężkiej pracy związanej z tym, abyśmy jak najlepiej przygotowali wszystkich do tego, że taka zmiana następuje.

Zdaniem wiceminister Olszewskiej, resort starał się przygotować kampanię informacyjną, wykorzystując wszystkie dostępne media, by wytłumaczyć zmiany związane z wyłączeniem sygnału analogowego.

 – To było dość trudne, bo mówienie ludziom o MPEG-4 nie jest taką oczywistą sprawą – zaznacza wiceminister. – Staramy się, by ten przekaz maksymalnie uprościć, żeby wszyscy wiedzieli, co należy zrobić, by prawidłowo odbierać telewizję cyfrową. Tym bardziej, że już w tej chwili w ofercie naziemnej jest 15 kanałów telewizyjnych, co może zachęcać do tego, by ten sygnał zacząć odbierać – dodaje.

Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji przygotowuje się do kolejnego, piątego już etapu wyłączeń sygnału analogowego. 20 maja kolejne 12 milionów Polaków znajdzie się w zasięgu wyłącznie telewizji cyfrowej.  Później zostaną jeszcze dwa etapy: 17 czerwca i ostatni 23 lipca.

 – Ten sygnał cyfrowy jest już dostępny na znacznej części obszaru Polski. W tej chwili ponad 16 mln Polaków może odbierać telewizję cyfrową. W najbliższym czasie ta liczba zwiększy się do 28 milionów osób – zapewnia wiceminister.

Podkreśla, że nie do końca wszystko idzie zgodnie z planem, ponieważ zmiana sygnału to dość skomplikowany proces.

 – Na pewno problemem są anteny i konieczność ich przestawienia oraz konieczność przestrojenia kanałów. To wszystko tłumaczymy, praktycznie przy każdym kolejnym etapie wyłączenia. Ludzie nie wiedzą również dokładnie, kiedy na danym terenie następuje wyłączenie – wymienia Małgorzata Olszewska.

Resort cyfryzacji otrzymuje wiele zapytań, jak technicznie się do tego przygotować, jaki telewizor trzeba kupić, żeby telewizor nie zamienił się w stary mebel.

 – Dbamy o to, by samorządy, które bardzo nam pomagają w tym zadaniu, przystosowywały budynki tak, by instalacje antenowe były gotowe na odbiór telewizji cyfrowej. We wszystkich województwach są powołani pełnomocnicy ds. cyfryzacji. U nas też działa „sztab kryzysowy”, by nad wszystkim czuwać i wszystkie problemy na bieżąco rozwiązywać – zapewnia Olszewska.

Wiceminister zaznacza przy tym, że problemy są różne i zależą od tego, na jakim obszarze następują wyłączenie. Inne problemy występują w górach, inna sytuacja jest na Mazowszu.

 – Na bieżąco prowadzimy badania, zarówno jeśli chodzi o ludzi, czyli jak nasze społeczeństwo jest przygotowane do tego, by ten proces przebiegał sprawnie, czego potrzebują – mówi. – Druga sprawa to jest dotacja, którą otrzymuje telewizja publiczna na doświetlenie terenów szczególnie trudnych, np. górskich. I na pewno zostanie przez nas dokładnie sprawdzone, jak te pieniądze zostały zagospodarowane.

W większości koszty związane ze zmianą sygnału ponoszą nadawcy publiczni i komercyjni, którzy znajdują się teraz w okresie simulcastu, czyli równoległego nadawania analogowego i cyfrowego. Jednak – jak podkreśla wiceminister Olszewska – po wyłączeniu sygnału analogowego koszty nadawców spadną.

 – Na jednym multipleksie można nadawać kilka programów. W związku z tym zmienia się relacja opłat za takie częstotliwości. W porównaniu do tego, co płacili za telewizję analogową te opłaty są po prostu niższe – mówi wiceminister. – Drugą kwestią jest to, że dzięki temu możemy pozyskać częstotliwości i przeznaczyć je na internet szerokopasmowy, bezprzewodowy. Miejmy nadzieję, że jeszcze w tym roku występuje przetarg na częstotliwości 800 MHz, czyli na częstotliwości z dywidendy cyfrowej – dodaje.

Według Jana Kluczyka i Horsta Köhlera Afryka będzie nowym biegunem światowego wzrostu gospodarczego

Inwestycje w Afryce to szansa dla krajów Europy Środkowo-Wschodniej. W ciągu najbliższych lat połowa spośród dwudziestu najszybciej rozwijających się gospodarek będzie pochodzić z Afryki Subsaharyjskiej. Inwestycje na tym kontynencie są ryzykowne, ale Europa nie może pozwolić sobie na zmarnowanie tej szansy – podkreśla dr Jan Kulczyk. Założony przez niego CEED Institute zorganizował w czasie Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach pierwszą w naszym regionie debatę poświęconą relacjom UE-Afryka.

 – Trzeba zrozumieć jedno: dzisiaj to Afryka jest dla nas szansą, a nie Europa jest szansą dla Afryki. Dziś Europa jest kontynentem najstarszym na świecie, dzisiaj Europa ma problemy  7 proc. ludności, 19 proc. PKB świata i 60 proc. wydatków socjalnych. Liczby mówią same za siebie – mówi dr Jan Kulczyk, przewodniczący rady nadzorczej Kulczyk Holding, założyciel CEED Institute. – Dzisiaj musimy zrozumieć, że ten miliard ludności, a za chwilę dwa miliardy ludności w Afryce, to jest przyszłość świata.

 – Afryka ma potencjał, aby stać się nowym biegunem światowego wzrostu – dzięki zasobom naturalnym, kapitałowi ludzkiemu czy rosnącemu popytowi. Według World Economic Oultook w 2014 r. kraje Afryki Subsaharyjskiej będą rozwijać się w tempie 5,6-6 proc., podczas gdy światowe PKB ma wzrosnąć o 4 proc. – podkreślał podczas panelu dyskusyjnego Horst Köhler, były prezydent Niemiec.

Rozmówcy zgadzają się, że w Afryce drzemie olbrzymi potencjał. Klasa średnia liczy już tam 350 milionów osób, a wkrótce liczba ta wzrośnie do 650 milionów. Kulczyk podkreśla, że nie chodzi o to, by Europa pouczała inne kraje, jak należy się rozwijać, lecz o wielomiliardowe inwestycje. W tym roku inwestycje w Afryce będą o jedną czwartą wyższe niż w Unii Europejskiej. Na sam rozwój infrastruktury na tym kontynencie potrzeba, według Banku Światowego, ok. 115 mld dolarów.

Jan Kulczyk zaznacza jednak, że by zdobyć pozycję liczącego się gracza w Afryce potrzeba znacznie mniej. Chińczycy, którzy są dominującym inwestorem na tym kontynencie, wydali do tej pory ok. 10 mld dolarów i obiecali kolejne 20 mld. To ponad dziesięciokrotnie mniej niż to, co Unia Europejska wydała na ratowanie greckiej gospodarki.

 – Musimy pamiętać, że myśmy wydali 330 miliardów na Grecję, na 8 milionów ludzi. W samym jednym Lagos żyje 28 milionów – podkreśla Kulczyk. – Grecja jest biednym krajem bogatych ludzi, a Afryka jest bogatym kontynentem biednych ludzi.

Uczestnicy dyskusji podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach podkreślali, że choć inwestycje w Afryce są ryzykowne, nie powinno to odstraszać Europejczyków.

 – Bezpieczeństwa w Afryce nie można już rozpatrywać wyłącznie w kontekście militarnym. Rozwiązaniem jest synergia działań militarnych, gospodarczych i społecznych – mówi James L. Jones, doradca Bezpieczeństwa Narodowego Stanów Zjednoczonych w latach 2009-2010.

Według Andrisa Piebalgsa, komisarza UE ds. rozwoju, zagrożeniem w Afryce jest dziś brak gwarancji państwowych i dostępu do kapitału. Jego zdaniem, są to jednak zagrożenia, które nie powinny być przeszkodą we współpracy, można je bowiem opanować, a rolą Unii Europejskiej jest promowanie potencjału tego kontynentu.

Szczególną rolę mogą w tym procesie odegrać kraje naszego regionu, które w ostatnich 20 latach przechodziły transformację polityczną i gospodarczą

 – Nawet jeżeli mówimy o tym, że w niektórych krajach afrykańskich zarabia się miesięcznie 60 dolarów, to nie zapomnijmy o tym, że w Polsce w 1990 roku zarabialiśmy 20 dolarów miesięcznie i udało się. Chociaż wtedy mało kto wierzył i świat patrzył na nas sceptycznie – przypomina Jan Kulczyk.

Dodaje, że najważniejsze jest nawiązanie partnerskiej współpracy z Afryką. Europa musi pokazać swój potencjał akademicki i intelektualny. Według Kulczyka kluczem do sukcesu na tym kontynencie jest inwestycja w młodzież. Obecnie 70 proc. ludności w Afryce ma poniżej 30 lat. Trzeba więc edukować tę grupę społeczeństwa i przekonywać do gospodarki rynkowej.

W ciągu najbliższych lat dziesięć z dwudziestu najdynamiczniejszych gospodarek będzie pochodzić właśnie z tego kontynentu. Brytyjski „The Economist” szacuje, że w latach 2011-2015 o ponad 8 proc. rocznie będzie rosła gospodarka Etiopii  – szybciej rozwijać się będą tylko Chiny i Indie. O ponad 7 proc. rocznie rozwijać będą się rynki w Mozambiku, Tanzanii, Kongo i Ghanie. Wśród „gepardów” Afryki wymieniane są jeszcze Botswana, Burkina Faso, Gambia, Malawi, Namibia, Rwanda, Sierra Leone i Zambia.

Nowe regulacje prawne Unii Europejskiej. Zmiany będą dotyczyć w takim sanym stopniu małych instytucji bankowych, jak i największych komercyjnych banków

Banki spółdzielcze z niepokojem spoglądają na propozycje nowych uregulowań prawnych, forsowanych przez Unię Europejską.  Chodzi przede wszystkim o nowe wymogi dotyczące posiadanych kapitałów i nadzoru, które w takim samym stopniu będą dotyczyć zarówno mniejszych instytucji, jak i największych europejskich banków. Dlatego spółdzielcy liczą na to, że w przygotowywanej ustawie, która ma wdrożyć unijne przepisy do prawa polskiego, znajdą się środki łagodzące skutki zmian.

 Pewnym mankamentem jest, że nowe rozwiązania prawne dotyczą wszystkich banków tak samo – czyli wszystkie współczynniki wypłacalności, płynności, wymogi kapitałowe, dotyczą wszystkich równo: i kolosów, i banków małych, co jest na pewno minusem – mówi Iwona Mirosz, radca prawny, zajmująca się sektorem banking & finance.

Nowe przepisy (Rozporządzenia CRR i Dyrektywy CRD IV), zdaniem unijnych urzędników, mają uchronić europejski system bankowy przed problemami, gdyby w przyszłości doszło do kolejnego kryzysu. Stąd m.in. postulat zwiększenia kapitału podstawowego instytucji z 2 do 7 proc. Dzisiaj bank, by udzielić 1000 zł kredytu, musi mieć 20 zł kapitału własnego. Po wejściu w życie zmian pułap ten zwiększy się do 70 złotych.

Spółdzielcy podkreślają jednak, że żaden bank spółdzielczy nie miał problemów z płynnością, żaden też nie wyciągnął ręki po pomoc państwa. Szacują, że banki te mają około 20 mld zł nadwyżki zebranych depozytów wobec sumy udzielonych kredytów. Ta nadwyżka mogłaby być spożytkowana na uruchomienie szerokiej akcji kredytowej, ale to mogą uniemożliwić nowe, bardziej restrykcyjne przepisy.

 – Ratunkiem dla mniejszych banków jest artykuł 108 rozporządzenia, który daje możliwość tworzenia pewnego systemu ochrony, w którym małe banki mogą wspólnie spełnić owe wymogi – wyjaśnia Iwona Mirosz. – Systemy te umożliwią bankom grupowanie się i wspólne spełnianie tych wymogów, co jest pewnym atutem.

W wielu krajach Europy funkcjonuje System Ochrony Instytucjonalnej (IPS), będący platformą współpracy finansowo-organizacyjnej banków spółdzielczych w ramach zrzeszeń. I to na ten mechanizm spółdzielcy liczą najbardziej. Chodzi o to, by banki umówiły się, jak będą wzajemnie chronić się przed ewentualną niewypłacalnością.

 – Dużo można osiągnąć przede wszystkim poprzez odpowiednie zapisy w tych umowach dotyczących IPS – zapewnia Iwona Mirosz. – W rozporządzeniu mówi się o pewnym schemacie, czyli mamy umowę i mamy pewien plan wzajemnej ochrony. Główna rola jest i po stronie ustawodawcy, i po stronie banków, i po stronie nadzoru, bo umowa regulująca wspólny system ochrony ma być akceptowana przez nadzór.

W konsultacje dotyczące kształtu ustawy i nowych przepisów zaangażowani są przedstawiciele banków spółdzielczych, Komisji Nadzoru Finansowego i Ministerstwa Finansów.

Przedstawiciele banków do proponowanych rozwiązań podchodzą jednak z rezerwą. Boją się przede wszystkim utraty niezależności. Podkreślają, że wcielenie wszystkich banków zrzeszenia (dziś istnieją dwa: BPS i SGB) w jedną strukturę nie zwiększy integracji w sektorze, ale spowoduje problemy dla banków, m.in. stracą one możliwość uwzględniania warunków lokalnego rynku czy szybkiego reagowania na potrzeby klientów.

 – Banki spółdzielcze stają w obliczu zupełnie nowych zmian, które są dla nich nowe i których być może się obawiają – mówi Mirosz. – Jednak wydaje mi się, że dużo można osiągnąć poprzez odpowiednie zapisy w tych umowach dotyczących ochrony.

Problemem może być jednak stworzenie jednego wspólnego modelu na kilkuset banków, które różnią się m.in. wielkością, liczbą klientów czy strategią rozwoju.

Ceny wycieczek pójdą w górę. Polska Izba Turystyki informuje, że obowiązujące od dziś wymogi dotyczące gwarancji odczują głównie małe biura podróży

Wchodzące dziś w życie przepisy, dotyczące minimalnej wysokości sumy gwarancji bankowej lub ubezpieczeniowej dla biur podroży, dotkną przede wszystkim małe i nowopowstające biura. Eksperci mówią, że wyższe koszty funkcjonowania przerzucą one na klientów i nastąpi to pod koniec tego roku. Innym skutkiem nowych przepisów mogą być upadłości biur podroży, które nie zdołają udźwignąć zwiększonych kosztów działalności.

Dziś wchodzą w życie dwa rozporządzenia ministra finansów. Pierwsze dotyczy obowiązkowego ubezpieczenia na rzecz klientów w związku z działalnością biur podróży. Ubezpieczenie obejmuje pokrycie kosztów przyjazdu turystów, jeżeli biuro nie zapewni ich powrotu z wyjazdu oraz zwrotu wpłat wniesionych przez klientów, gdy impreza turystyczna nie dojdzie do skutku. Drugie rozporządzenie dotyczy minimalnej wysokości sumy gwarancji bankowej lub ubezpieczeniowej wymaganej od biur podróży.

 – Gdyby doszło do upadłości czy niewypłacalności biura podróży, kwota ta w pierwszym rzędzie przeznaczona jest na sprowadzenie turystów do kraju, jeżeli takowi w danym momencie za granicą przebywają. Natomiast pozostała kwota będzie przeznaczana na refundację dla tych, którzy zapłacili za imprezę, która nie doszła do skutku – przypomina  Tomasz Rosset, sekretarz generalny Polskiej Izby Turystyki.

Nowy sposób liczenia

Do tej pory podstawą wyliczenia sumy gwarancyjnej dla biura podróży był obrót z ubiegłego roku. Najwyższa suma gwarancyjna wynosiła 67 tys. euro.

Nowe przepisy zmieniają sposób liczenia minimalnej wysokości sumy gwarancyjnej, rosną też – w stosunku do poprzednich przepisów – kwoty tych sum. Od teraz biuro będzie musiało podać roczny przychód, deklarowany na okres najbliższych 12 miesięcy. Ten deklarowany przychód nie będzie mógł być niższy niż roczny przychód osiągnięty w roku poprzedzającym rok zawarcia umowy gwarancji. Jeżeli zdarzy się, że biuro przekroczy zadeklarowany poziom, będzie zmuszone zaktualizować podaną wcześniej kwotę gwarancji.

 – Jeżeli ten obrót jest odpowiednio wysoki, to rozporządzenie dla największych graczy na rynku nie będzie miało specjalnego znaczenia, ponieważ oni i tak nie płacą kwoty minimalnej, ale płacą kwoty zdecydowanie wyższe. A inni, ci mniejsi, średni, mali, oni jak najbardziej będą musieli mieć większe środki zabezpieczone na potrzeby tych gwarancji. Rozporządzenie, które wchodzi teraz w życie teraz, będzie dotyczyło tych biur, które dopiero powstają, bądź biur, którym kończy się gwarancja, sukcesywnie albo już teraz, niedługo, albo być może później, bo sporo gwarancji kończy się już po sezonie – wyjaśnia Tomasz Rosset.

W celu określenia minimalnej wysokości sumy gwarancji bankowej lub ubezpieczeniowej nowe przepisy dzielą biura podróży na kilka kategorii, dotyczą one np. organizowania imprez turystycznych z wykorzystaniem: transportu lotniczego w ramach przewozu czarterowego do krajów Europy i poza Europą lub też innego środka transportu niż transport lotniczy w ramach przewozu czarterowego. W wypadku biur podroży, które pobierają przedpłaty minimalna wysokość sumy gwarancji bankowej lub ubezpieczeniowej zależy od terminu pobierania tych przedpłat od rodzaju działalności, jakie prowadzi biuro.

Zaostrzono kryteria dla nowych biur podróży. I tak np. jeżeli biuro rozpoczyna działalność i będzie wykorzystywało loty czarterowe do krajów w Europie i poza nią, minimalna wysokość sumy gwarancyjnej wynosi 250 tys. euro, a dla biur, które nie wykorzystują lotów czarterowych 90 tys. euro. Takie minimalne progi będą obowiązywać nowe biura przez dwa lata.

Ceny na pewno wzrosną

– Na pewno nowe przepisy zwiększą koszty działalności biur podroży. Najwyższe zabezpieczenia, i to jest naszym zdaniem słuszna koncepcja, mają te biura, które zajmują się turystyką czarterową. Czartery niosą za sobą potencjalnie największe koszty i co za tym idzie – największe ryzyko. Natomiast podniesienie gwarancji dla innych biur, naszym zdaniem, nie jest zasadne w takich wysokościach, ponieważ ich działalność nie niesie za sobą tego ryzyka, a na dodatek praktyka nawet trudnego poprzedniego sezonu pokazała, że praktycznie w tamtych grupach niewypłacalności, czy upadłości nie było – uważa Tomasz Rosset.

Na razie nie wiadomo, o ile wzrosną koszty usług turystycznych po wejściu w życie omawianych rozporządzeń. Tego, że wzrosną ekspert jest pewien.

 – Biura będą musiały negocjować warunki zabezpieczeń z firmami ubezpieczeniowymi, a też pytanie jak potraktują to firmy ubezpieczeniowe, jakiego rodzaju zabezpieczeń będą wymagać i jakie koszty pojawią się po stronie biur. Na pewno biura będą musiały ponosić koszty wyższe niż obecnie. Trzeba liczyć się z tym, że imprezy mogą nieco zdrożeć – podkreśla Tomasz Rosset.

Zwiększone koszty funkcjonowania biur podróży klienci odczują pod koniec roku.

 – Wtedy dopiero przy tych kalkulacjach, które będą robione, będzie można się przekonać, na ile rozporządzenie zmieniło sytuację na rynku. Trzeba liczyć się z tym, że część biur podroży może uznać, że ich działalność się nie opłaca. Jeżeli biura będą znikać z rynku, to jest kolejny element, który może spowodować jakieś ruchy cenowe w górę, bo przy zmniejszonej konkurencji wiadomo, że taka tendencja może wystąpić – podsumowuje ekspert.

Ubiegły rok był wyjątkowo trudny dla polskich przedsiębiorstw. Biegli rewidenci twierdzą, że obecny może być jeszcze gorszy

0

Największe problemy, z którymi muszą się zmierzyć zarządzający przedsiębiorstwami to okresowa utrata płynności, gdy zobowiązania firm przewyższają wartość ich obrotu. Coraz trudniej jest również utrzymywać płynność dzięki uzyskiwaniu dodatkowych źródeł finansowania, bo kapitał na rynku jest coraz droższy. Podobne problemy w całej Europie to wynik spowolnienia gospodarczego, a nawet recesji w wielu krajach.

Z perspektywy biegłego rewidenta, a więc podmiotu, który bada sprawozdania finansowe, ubiegły rok był wyjątkowo trudnym okresem

 – Bardzo dużo czasu spędziliśmy na kwestiach i zagadnieniach związanych z płynnością, co oznacza, że spółki zaczynają mieć również problemy finansowe – mówi Jacek Hryniuk, członek Krajowej Rady Biegłych Rewidentów.

Jak podkreśla, to w dużej mierze efekt spowolnienie gospodarczego w Europie. Choć spółek z poważnymi problemami finansowymi nie ma jeszcze zbyt wiele, to widać, że ich kondycja w porównaniu z ubiegłymi latami uległa pogorszeniu. Widać to również w statystykach dotyczących upadłości firm.

Z raportu firmy Euler Hermes wynika, że od początku roku upadłość ogłosiło 328 przedsiębiorstw. W analogicznym okresie w 2012 było ich 300. Jak wynika z raportu Korporacji Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych w samym kwietniu opublikowano 83 orzeczenia o upadłości firm, czyli o blisko 30 proc. więcej niż w kwietniu 2012. Dużo bankructw można było obserwować w m.in. branży budowlanej, meblarskiej oraz w kulturze i rozrywce. Zgodnie z prognozami KUKE, w tym roku liczba upadłości przekroczy 1300 i będzie wyższa niż w rekordowym 2012 roku.

Mimo to na tle Europy polskie firmy radzą sobie całkiem dobrze.

 – Nasza gospodarka w dalszym ciągu wskakuje na dodatni wzrost i lepszą sytuację ekonomiczną niż gospodarki innych krajów europejskich, a więc to również przekłada się na pozycję finansową spółek – podkreśla przedstawiciel Krajowej Rady Biegłych Rewidentów.

Większość badanych przez rewidentów firm zamiast inwestycji planuje oszczędności.

 – Spółki również biorą poda uwagę trendy i patrzą w przyszłość. Nie widać pozytywnych sygnałów, więc też bardzo rzadko decydują się teraz na pewne inwestycje. W związku z  tym starają się, z mojej oceny sytuacji, działać w sposób jak najbardziej efektywny, starają się obniżać koszty swojej działalności, szukać nowych rozwiązań na rynku – wyjaśnia Jacek Hryniuk.

Dużo rzadziej szukają dziś kredytów obrotowych czy inwestycyjnych. Powód to przede wszystkim coraz trudniejszy dostęp do kapitału. Wychodzenie po finansowanie jest dosyć utrudnione z jednej strony, a z drugiej strony nie ma tak wielu przedsiębiorców, którzy szukają tego finansowania, ponieważ jest obawa przed tym, czy te inwestycje w przyszłości się zwrócą.

Według Jacka Hryniuka, większość firm już zakończyła proces przystosowania się do działania w warunkach kryzysu i przeprowadziła niezbędne redukcje. Nie planują na ten roku drastycznych zwolnień pracowników.

 – Raczej starają się utrzymywać ten poziom, który mają. Jeżeli mówimy o wzroście to o bardzo delikatnym. Ja raczej widzę działania związane z oszczędzaniem, z redukcją
kosztów
– podkreśla członek Krajowej Rady Biegłych Rewidentów.

Komentarz poranny, 14 maja 2013

Giełda poinformowała w komunikacie prasowym, że po sesji 21 czerwca zostanie przeprowadzone korekta kwartalna list uczestników indeksów WIG 20, w efekcie której WIG 20 opuści Boryszew, do indeksu wejdzie natomiast BZ WBK. Informacja negatywna dla akcji Boryszew, które ze względu na spekulacyjny charakter mogą być pod presją podaży w krótkim okresie.

Komentarz dzienny, 14 maja 2013

Zestawienie najnowszych danych GUS z naszymi prognozami dot. rachunku handlowego nie nastraja nas optymizmem (jak zwykle na wykresach ostatnia obserwacja danych NBP to nasza najnowsza prognoza). Po pierwsze, widzimy potencjał do niewielkiego niedoszacowania eksportu (rzędu 200mln EUR) oraz ogromne niedoszacowanie importu (rzędu 1,5mld EUR). Oznacza to, że rachunek bieżący prawdopodobnie nie zamknie się nadwyżką (szacowaliśmy 792mln EUR), tylko znacznym deficytem w okolicach 500mln EUR. Sam zaś rachunek handlowy wykaże deficyt w okolicach 300mln EUR.

Wyniki finansowe Grupy Asseco za pierwszy kwartał 2013 roku

0

Blisko 1,4 mld zł przychodów ze sprzedaży wypracowała w pierwszym kwartale 2013 roku Grupa Asseco. Zysk operacyjny wyniósł 168 mln zł, a wynik netto przypisany akcjonariuszom jednostki dominującej ponad 92 mln zł. Grupa wygenerowała w analizowanym okresie środki pieniężne z działalności operacyjnej na poziomie 224 mln zł.

Przychody ze sprzedaży wyniosły 1 346 mln zł, co stanowi 6% wzrost w stosunku do analogicznego okresu 2012 roku. Wynik operacyjny w wysokości 168 mln zł był na porównywalnym poziomie jak rok wcześniej (170 mln zł). Grupa wypracowała zysk netto 124 mln zł, natomiast zysk netto przypisany akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł 92 mln zł.

Asseco konsekwentnie realizowało strategię wzrostu wyników dzięki sprzedaży własnych rozwiązań informatycznych. Przychody ze sprzedaży oprogramowania własnego wypracowane w pierwszym kwartale 2013 roku przekroczyły 1,06 mld zł. Sukcesywnie wzrasta także udział własnych rozwiązań w przychodach ogółem, osiągając w pierwszym kwartale 2013 roku 79%. Przychody ze sprzedaży w podziale na sektory świadczą o dobrej dywersyfikacji biznesu (bankowość i finanse 36%, przedsiębiorstwa 38%, instytucje publiczne 26%). Grupa Asseco podpisała w pierwszych trzech miesiącach 2013 roku 1 244 kontrakty zapewniając sobie stabilny portfel zamówień i realizowanych projektów na kolejne kwartały.

Wartość backlogu Grupy na dzień 7 maja wyniosła 4,5 mld zł (7% wzrostu w stosunku do prezentowanego rok wcześniej). Portfel zamówień w kategorii oprogramowanie i usługi własne wzrósł o 8% w stosunku do prezentowanego rok wcześniej (3,5 mld, 3,3 odpowiednio).

World Trends, 13 maja 2013

Podczas ostatniej sesji indeks blue chipów tylko przez chwilę próbował poderwać się na północ, jednakże czwartkowe objęcie bessy nie pozwoliło na wyprowadzenie mocniejszej kontry. Benchmark nie zdołał także powrócić powyżej dwustusesyjną dzienną średnią, co nie jest optymistycznym prognostykiem w średnim terminie i chociaż cały tydzień wypadł na plusie, to jednak ostatnie dwie sesje obnażyły słabość największych byków znad Wisły.

Jak tworzyć odpisy aktualizujące należności?

W spółkach często zauważyć można skłonność do zaniżania odpisów aktualizujących należności lub też próby uniknięcia jego utworzenia. Jednak zgodnie z artykułem 28 ust.1 pkt 2 ustawy o rachunkowości (UoR), istnieje obowiązek wyceny należności w kwocie wymaganej zapłaty – trzeba jej dokonać nie rzadziej niż na dzień bilansowy. Wszystko to przy zachowaniu zasady ostrożności – mówi Michał Szalak, konsultant w Baker Tilly Poland.

Na jednostce spoczywa obowiązek dokonania odpisu aktualizującego wartość należności przynajmniej na dzień bilansowy. Oczywiście podmiot może zdecydować o częstszym dokonywaniu odpisów, choćby z chwilą zaistnienia przesłanek wskazujących na taką konieczność.

W art. 35b ust. 1 ustawa o rachunkowości wskazuje, iż wartość należności podlega aktualizacji przy uwzględnieniu stopnia prawdopodobieństwa ich zapłaty przez dokonanie odpisu aktualizującego, gdy mamy do czynienia z:
• należnościami od dłużników postawionych w stan likwidacji lub w stan upadłości,
• przypadkiem oddalenia wniosku o upadłość, gdy majątek dłużnika nie wystarcza na zaspokojenie kosztów postępowania upadłościowego – w pełnej wysokości należności;
• należnościami kwestionowanymi przez dłużników oraz z których zapłatą dłużnik zalega,
• należnościami stanowiącymi równowartość kwot podwyższających należności, w stosunku do których uprzednio dokonano odpisu aktualizującego
• należnościami przeterminowanymi lub nieprzeterminowanymi o znacznym stopniu prawdopodobieństwa nieściągalności.

Ostatni punkt pozostawia pole do kształtowania wysokości odpisu. W przypadku nieprzeterminowanych należności trudno jednoznacznie oszacować prawdopodobieństwo ich nieściągalności. Dlatego tylko dysponując doświadczeniem w danej branży, wiedzą o dotychczasowym przebiegu współpracy z kontrahentem czy też informacją o jego aktualnej kondycji finansowej, można podjąć racjonalną decyzję dotyczącą konieczności i wysokości utworzenia odpisu.

Polityka rachunkowości pomocna przy tworzeniu odpisu

W tworzeniu odpisu aktualizującego należności pomocna może okazać się polityka rachunkowości stosowana w jednostce. Istnieje możliwość umieszczenia w niej wskazówki co do podstaw tworzenia odpisu, na przykład uznając okres zaległości w płatności za podstawę ustanowienia odpisu. Spółka dysponując danymi historycznymi i bieżącymi informacjami może ustalić przedziały czasowe, według których będzie dokonywała odpisów należności w odpowiedniej proporcji do okresu przeterminowania płatności. Przeprowadzając analizę wiekową należności, nie należy mylić terminu wystawienia faktury i daty płatności. Okres zwłoki w ich uregulowaniu trzeba bowiem liczyć od ustalonego dnia terminu zapłaty. Do należności o istotnym poziomie wartości nie można podchodzić standardowo i taki przypadek traktuje się odrębnie, dochodząc do informacji o przyczynie zwłoki i sytuacji finansowej kontrahenta. Warto też wziąć pod uwagę reakcję dłużnika na prośbę o dokonanie zaległej zapłaty oraz to, czy w umowie zostało zawarte zabezpieczenie transakcji, na przykład w postaci gwarancji lub weksla.

Ponieważ utworzenie odpisu i ujęcie go w księgach ma negatywny wpływ na wynik jednostki, nierzadko można spotkać się z niechęcią do jego tworzenia. Tym bardziej, że nie w każdym przypadku tworzony odpis ma charakter kosztu podatkowego. Zgodnie z art. 16 ust. 2a pkt 1 ustawy o podatku dochodowym (updop), aby potraktować odpis w ten sposób, nieściągalność wierzytelności musi zostać uprawdopodobniona. Przypadki, gdy można ją za taką uznać, określa art. 16 2a ust.1 updop (patrz ramka 1).

Oczywiście nie jest to pełen wachlarz przesłanek do uprawdopodobnienia nieściągalności. Spółka może udokumentować ją też w inny, wiarygodny sposób. Należy jednak pamiętać, że kosztem podatkowym będzie odpis aktualizujący wartość należności wyłącznie w jej kwocie netto.

Komentarz poranny, 13 maja 2013

Dzisiejszy Parkiet doniósł, że Rabobank sonduje rynek odnośnie potencjalnej sprzedaży BGŚ. Rzekomo ma być to element przeglądu sytuacji na rynkach, na których działają Holendrzy. Jesteśmy zaskoczenie taką informacją, szczególnie że rok temu Rabobank przeprowadził wezwanie na akcje BGŚ po relatywnie wysokiej cenie (72,5 PLN względem obecnej wyceny rynkowej na poziomie 49,55 PLN). Obecnie posiada 98% kapitału spółki.

Prezes LOT-u: najpierw większe przychody i cięcia kosztów, potem prywatyzacja

Na początek zwiększenie przychodów, zmniejszenie kosztów, a docelowo prywatyzacja LOT-u – taki plan ma prezes polskiego przewoźnika Sebastian Mikosz. Zwolnienia, choć jest o nich głośno, nie są najważniejszym elementem restrukturyzacji. Droga do rozmów z potencjalnymi inwestorami stoi otworem – Sejm w piątek uchylił ustawę o przekształceniu własnościowym PLL LOT, co oznacza, że państwo nie musi być większościowym udziałowcem w lotniczej spółce. tym samym staje się możliwa jej sprzedaż.

– Od samego początku jestem zwolennikiem tezy, że prywatyzacja jest elementem niezbędnym i koniecznym do tego, żeby LOT trwale zaistniał na rynku – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Sebastian Mikosz, prezes zarządu PLL LOT. – Cała branża przeżywa ogromne trudności, LOT też, więc dla mnie nie jest to w kategoriach tego, czy się da, czy się nie da uratować. Jeśli jest wola w załodze i jest wiara, to to zrobimy.

Mikosz podkreśla, że na całym świecie trwa konsolidacja w branży lotniczej. Niedawno Korean Air kupił duży, choć mniejszościowy pakiet akcji czeskich linii CSA. Łączą się również wielkie amerykańskie linie – US Airways i American Airlines.

Do tego na polskim rynku rośnie konkurencja. Coraz więcej przewoźników oferuje rejsy z polskich miast. W ostatnich miesiącach rejsy do Warszawy uruchomili dwaj potentaci z rejonu Zatoki Perskiej – Emirates i Qatar Airways. Według Mikosza, to wszystko potwierdza, że mamy do czynienia z rynkiem globalnym. Dlatego konsolidacja jest jedynym sposobem na przetrwanie.

Prezes LOT-u podkreśla, że w takich warunkach nie można już mówić o przewoźnikach narodowych, a co najwyżej o europejskich. Dlatego nie należy obawiać się utraty kontroli nad linią przez Skarb Państwa, choć jest to dla wielu osób trudne do zaakceptowania. Mikosz widzi przyszłość linii w jednej z dużych, międzynarodowych grup lotniczych, jednak zakłada, że marka „LOT” zostanie utrzymana.

– Dla mnie jest jednoznaczne, że najlepszym rozwiązaniem dla LOT-u byłoby zostać częścią większej grupy lotniczej, holdingu lotniczego, po to, żeby oferować jak najwięcej przewozów z Warszawy, ale też po to, żeby być wkomponowanym w większą strukturę, która jest w stanie zapewnić LOT-owi trwałą obecność na rynku światowym – zapowiada Sebastian Mikosz. – Najlepszym rozwiązaniem dla nas jako dla firmy jest zostać częścią tego procesu i po prostu istnieć dalej pod własną marką tak jak wszyscy przewoźnicy, którzy się integrują, ale mając silnego partnera.

Do tej pory władze nie prowadziły rozmów z potencjalnymi zainteresowanymi partnerami, ponieważ na drodze stała ustawa o przekształceniach własnościowych, zgodnie z którą Skarb Państwa musi posiadać minimum 51 proc. udziałów w PLL LOT. 10 maja posłowie zadecydowali o jej uchyleniu.

Prywatyzacja może być jednak utrudniona przez poważny kryzys branży lotniczej, zwłaszcza w Europie. A zgodnie z unijnym prawem, spółki spoza Wspólnoty nie mogą być większościowymi udziałowcami linii lotniczych zarejestrowanych na terenie UE.

Mikosz podkreśla, że w celu zainteresowania inwestorów LOT musi przede wszystkim zwiększyć przychody i zmniejszyć koszty. Wiąże się to ze zwolnieniami, ale nie są one najważniejszym elementem planu restrukturyzacji.

– Moją dewizą jest to, żeby LOT więcej zarabiał, czyli więcej latał, miał większe przychody, to matematycznie jest najprostszy sposób na obniżenie kosztów, bo jeśli jesteśmy w stanie tą samą flotą i nawet zmniejszoną trochę załogą wykonać więcej rejsów dziennie i więcej zarobić, automatycznie mamy niższe koszty – mówi prezes LOT-u.

Do ostrzejszych cięć kosztów może jednak zmusić Komisja Europejska, która musi zaakceptować plan restrukturyzacji i pomocy finansowej z budżetu państwa. Mikosz podkreśla jednak, że wykona zalecenia Brukseli, ale będzie starał się maksymalnie ograniczyć cięcia.

Airberlin zwiększa liczbę i częstotliwość połączeń

Airberlin stawia na rozbudowywanie siatki połączeń i zwiększanie ich liczby. W bogatej ofercie firma widzi szanse na rozwój w kryzysie. Rozkład lotów jest oparty na dużych możliwościach lotniska w Berlinie, gdzie pasażerowie, również z Polski, przesiadają się na połączenia do innych części świata.

Airberlin to druga co do wielkości linia lotnicza w Niemczech. Lata w ponad 150 kierunkach, obsługując pasażerów z około 40 państw na całym świecie. Także z Polski.

– Nasza oferta w Polsce to uruchomione od 23 marca loty trzy razy dziennie pomiędzy Warszawą a Berlinem – mówi Otto Gergye, wiceprezes ds. sprzedaży i spraw operacyjnych w airberlin. – Do stolicy Niemiec latamy również trzy razy dziennie z Krakowa i dwa razy dziennie z Gdańska.

Wiceprezes niemieckiego przewoźnika nie ukrywa, że sytuacja na rynku nie jest łatwa. Przez kryzys ludzie rezygnują z podróży albo wybierają inny środek transportu.

– Otoczenie europejskie z powodu kryzysu w strefie euro to dla nas teraz duże wyzwanie. Będziemy koncentrować się na naszych głównym kompetencjach i skupiać się na naszej siatce połączeń tak, by budować huby, pogłębiać naszą współpracę z Etihad czy partnerami z linii oneworld. Dzięki temu powinniśmy poradzić sobie w tym trudnym okresie na rynku europejskim – tłumaczy Gergye.

Zarząd linii strategię rozwoju na najbliższe lata opiera o bogatą, gęstą i różnorodną siatkę połączeń. Przykładem są loty z Warszawy do stolicy Niemiec, które jeszcze nigdy nie były realizowane tak często, a które wśród klientów cieszą się dużym powodzeniem. Podobnie jak połączenia z Krakowa i Gdańska.

– Zwiększamy częstotliwość lotów z Berlina do wielu europejskich miast, takich jak Kopenhaga, Sztokholm i Budapeszt – mówi Otto Gergye. – Niektóre z nich to nowe kierunki, np. Bukareszt, Sofia i Madryt.

Airberlin oferuje swoim klientom bogatą sieć połączeń z innymi niemieckimi miastami, m.in. Norymbergą, Stuttgartem, Monachium czy Kolonią. Uzupełnieniem oferty są długodystansowe loty do Stanów Zjednoczonych, w tym do Nowego Jorku, Chicago, Miami i Los Angeles Przewoźnik oferuje też inne kierunki w ramach tzw. połączeń codeshare ze swoim partnerem z sojuszu oneworld, liniami American Airlines.

– Mamy również znakomitą łączność z Krakowa, Warszawy, Gdańska do Abu Dhabi, to dzięki naszemu partnerowi Etihad. Latamy też do Australii, w rejon Południowego Pacyfiku, Południowo-Wschodniej Azji i oczywiście Bliskiego Wschodu – wymienia wiceprezes airberlin.

Zapewnia, że siatka połączeń z Berlina w kierunkach azjatyckich jest tak skonstruowana, by zapewnić komfortowe warunki przesiadkowe pasażerom przybyłych z innych części Europy. W tym także i z Polski.

– Z Abu Dhabi z kolei nasz partner Etihad Airways oferuje znakomite połączenia na Półwysep Indyjski, do Pakistanu, do Chin, Japonii, Australii, Hong Kongu i oczywiście do Afryki, do Johannesburga czy do Lagos – mówi Gergye.

Wiceprezes firmy, która w 2012 roku przewiozła ponad 33 miliony pasażerów, na razie nie chce zdradzać szczegółowych planów rozwoju, chociaż przyznaje, że airberlin nieustannie przygląda się nowym kierunkom

Komentarz dzienny, 13 maja 2013

Inflacja w Czechach wyniosła 1,7% r/r – tyle samo co w poprzednim miesiącu i zgodnie z konsensusem rynkowym. Ceny żywności spadły o 0,5%, co plasuje kwiecień daleko w lewej części rozkładu zmian cen na przestrzeni ostatnich 14 lat (niższe tempa wzrostu, odpowiednio -1,5% oraz -0,7%, odnotowano tylko dwukrotnie). Zmiany cen żywności w kwietniu w Polsce i w Czechach są silnie skorelowane (wyrwa w tym obrazie nastąpiła tylko w latach 2009-2010). Po wstawieniu zmian cen żywności w Czechach do modelu opartego na danych polskich otrzymujemy istotne ryzyko w dół dla naszej wcześniejszej prognozy cen żywności w okolicach 0,8%. Wynosi ono równo 0,3pp, a więc jest wystarczające do zrewidowania naszej wcześniejszej prognozy inflacji w Polsce z 0,7% do 0,6%.