Energia z odpadów. NCBR chce w ciągu trzech lat zrewolucjonizować polski sektor biogazowy

Jednym ze źródeł odnawialnej energii jest biomasa. Pozwala ona wytwarzać z substratów organicznych biogaz (po procesie uzdatniania także paliwo gazowe – biometan, który jest odpowiednikiem gazu zimnego), oraz  w konsekwencji nawozy organiczne. Zamyka to cykl obiegu biogenów zgodnie z zasadami gospodarki cyrkularnej. Wytworzony biogaz przetwarzany jest najczęściej w procesie wysokosprawnej kogeneracji (CHP) na energię elektryczną i ciepło. Niestety, proces ten nie jest przeprowadzany optymalnie, co skutkuje jego niską efektywnością. Narodowe Centrum Badań i Rozwoju (NCBR) chce to zmienić i w ciągu trzech lat zrewolucjonizować polski sektor biogazowy.

Jakich biogazowni potrzebujemy w Polsce?

Ministerstwo Aktywów Państwowych oszacowało, iż nominalna moc większości biogazowni w Polsce wykorzystywana jest tylko w 60%. Zdaniem ekspertów rozwój tej gałęzi gospodarki jest bardzo trudny, a nawet niemożliwy. Wynika to z kilku powodów. Jednym z nich jest niska odporność instalacji na zmiany parametrów fizykochemicznych wprowadzanych substratów. Problemy generuje również wymagający proces obsługi wielu instalacji NCBR chce opracować uniwersalną, zautomatyzowaną i prostą w obsłudze technologię, która będzie również samowystarczalna energetycznie Ma ona wykorzystywać ogólnodostępne substraty, w tym także odpady kat. 2 i 3. Jej działanie nie będzie wymagać ciągłego, specjalistycznego nadzoru operatorskiego nad przebiegiem procesu, cechować się zaś będzie niskimi kosztami inwestycyjnymi i eksploatacyjnymi. Przewidywana cyfryzacja i automatyzacja użytkowania wpisuje się w trend promowany przez Ministerstwo Rozwoju, jakim jest Czwarta Rewolucja Przemysłowa – Przemysł 4.0.  Opracowany projekt ma rozwiązać również problem emisji uciążliwych dla człowieka odorów. Wywołują one często intensywne protesty społeczne i uniemożliwiają zlokalizowanie instalacji w korzystnym dla niej miejscu. Uciążliwość zapachów jest często dużą barierą rozwojową tego sektora.

Nowe miejsca pracy

Rozwój produkcji biometanu przyczyni się do pobudzenia sektorów gospodarki z nim związanych. Dzięki intensyfikacji działań w tym obszarze, powstaną nowe, liczne lokalne miejsca pracy w regionach wiejskich. Rozkwit branży poprawi kondycję firm produkujących innowacyjne biogazownie oraz sytuację ich kontrahentów. To z kolei może dać impuls do polepszenia się rynku krajowego i umożliwienia eksportu polskich technologii.

Produkcja energii zamiast importu

Szacuje się, że w Polsce wykorzystanie odpadów z przemysłu rolno-spożywczego oraz komunalnego wynosi 8,5 mld m3 metanu, co można przeliczyć na moc o wartości od 3,6 GW do 5,5 GW. Dla porównania, w 2017 r. w kraju zużyto około 17 mld m3 gazu ziemnego, z czego 13,5 mld m3 pochodziło z zagranicy. Jak widać, 60% importowanego surowca można zastąpić produkcją biometanu z polskich odpadów. Należy podkreślić, że pozwoli to na uniezależnienie się energetyczne dla wielu gmin. Kolejną korzyścią płynącą z rozwoju tego sektora w naszym kraju, jest lepsze zagospodarowanie biomasy pochodzenia rolno-spożywczego. Pozwoli to na wprowadzenie obiegu zamkniętego biogenów i eliminację sztucznego nawożenia pól. To szczególnie ważny element projektu.

 Projekt zgodny ze strategią „Europejskiego Zielonego Ładu”

Opracowana technologia usprawni dekarbonizację polskiego systemu energetycznego, a tym samym skrócenie łańcucha dostaw paliw kopalnych. Obydwa te działania są wymagane przez Wspólnotę w strategii „Europejskiego Zielonego Ładu”. Jest to plan mający na celu przekształcenie Unii w nowoczesną i konkurencyjną gospodarkę, która w 2050 r. ma osiągnąć zerowy poziom emisji gazów cieplarnianych. Planowane efektywne i zrównoważone wykorzystywanie biomasy doskonale wpisuje się w te założenia.

NCBR spogląda w przyszłość

W ciągu trzech lat NCBR, dzięki przedsięwzięciu „Innowacyjna biogazownia”, chce odmienić sektor biogazowni w Polsce. Na ten cel przygotowano budżet w wysokości 29,5 mln zł. Jest to tylko jedno z kilku przedsięwzięć prowadzonych przez NCBR, które mają na celu zmianę reguł gry polskiej gospodarki. W ramach tej transformacji, opracowane mają być również m.in.: nowoczesne oczyszczalnie ścieków czy budynki efektywnie energetyczne. Wszystkie te przedsięwzięcia zostały wybrane pod kątem ich potencjału masowego wdrożenia i możliwości stania się polską specjalnością.

Projekt realizowany jest w ramach projektu pozakonkursowego pn. Podniesienie poziomu innowacyjności gospodarki poprzez realizację przedsięwzięć badawczych w trybie innowacyjnych zamówień publicznych w celu wsparcia realizacji strategii Europejskiego Zielonego Ładu (w ramach poddziałania 4.1.3 Innowacyjne metody zarządzania badaniami Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój).

Od 1 stycznia 2021 czeka nas podwyżka cen prądu

Rachunki za energię wzrosną dla gospodarstw domowych o ponad 10 proc. Dla małych firm aż o 30 proc. Jednak to dopiero początek podwyżek. Ich tempo nie jest jeszcze przesądzone.

Ceny wzrastają przede wszystkim ze względu na wprowadzenie tzw. ustawy mocowej, Także ze względu na wzrost taryf sprzedażowych o ok. 3,5 proc. Dojdzie do tego taryfa dystrybucyjna, której prezes URE jeszcze nie zatwierdził.

Ustawa mocowa powstała po to, aby zebrać kwotę pieniędzy na modernizację polskiej energetyki, opóźnionej w procesie europejskiej transformacji, ze względu na polski miks energetyczny, w którym zdecydowanie przeważa węgiel kamienny. Dla gospodarstw domowych rachunki rocznie wzrosną ok. 100 zł.

– Opłata mocowa wspierająca przede wszystkim nowe i istniejące elektrownie konwencjonalne oznacza dla małego biznesu wzrost cen energii o ok. 70 zł za megawatogodzinę, przy obecnych cenach hurtowych na poziomie 250 zł – mówi w rozmowie z MarketNews24 Bartłomiej Derski, ekspert WysokieNapiecie.pl. – Podwyżka sięgać będzie nawet 30 proc.

Dla dużego biznesu te podwyżki wyniosą 10-20 proc. Energochłonne branże przemysłu, aby zrekompensować sobie skutki podwyżek powinny podnieść ceny swoich wyrobów o kilka procent, to obniży ich konkurencyjność na światowych rynkach.

Jednak nie jesteśmy jeszcze na etapie pełnego uwalniania cen energii. Wdrożenie dyrektywy UE dopiero przed nami. Natomiast koszty energii mamy już bardzo wysokie, ze względu na dominację węgla kamiennego w energetyce.

– Wzrost cen energii to jednak także skutek wysokiej dynamiki wynagrodzeń w spółkach Skarbu Państwa. Koszty płac tylko w spółkach dystrybucyjnych w ciągu roku wzrosły o 16 proc., gdy zatrudnienie w nich o 7 proc. – wyjaśnia B.Derski.

W drugiej połowie 2022 r. FCA Poland w Tychach zamierza rozpocząć seryjną produkcję samochodów hybrydowych i elektrycznych

W drugiej połowie 2022 r. FCA Poland w Tychach zamierza rozpocząć seryjną produkcję pierwszego z trzech nowych modeli samochodów osobowych dla marek należących do grupy. Związane jest to z nową inwestycją, która ma być realizowana w najbliższych latach w tyskiej fabryce. Katowicka Specjalna Strefa Ekonomiczna (KSSE) zgodziła się udzielić wsparcia temu przedsięwzięciu.

Inwestycja będzie dotyczyć rozbudowy i modernizacji zakładu FCA Poland w Tychach, która potrwa kilka lat. Celem jest uruchomienie produkcji zaawansowanych technologicznie modeli Jeep, Fiat i Alfa Romeo opartych na nowej koncepcji mobilności.

„Ta decyzja inwestycyjna, to będzie wielkie wyzwanie dla pracowników oraz managementu. Musimy przyzwyczaić się do myśli, że w tyskiej fabryce FCA będą produkowane nie tylko Fiaty, ale także samochody marki Jeep i Alfa Romeo – marki, które wiele znaczą dla przyjaciół motoryzacji” – powiedziała dr Henryka Bochniarz, członek Rady Nadzorczej FCA Poland podczas prezentacji nowego projektu.

„Jest to ważne wyróżnienie związane z reputacją, jaką ten team budował przez lata. Ta reputacja pozwoliła ułatwić decyzję związaną z inwestycją. Jest to team, w który warto inwestować, jest to team, który może wziąć odpowiedzialność za strategiczne projekty firmy” – powiedział Tomasz Gębka, dyrektor Zakładu Tychy, członek zarządu FCA Poland.

„W Grupie FCA jest wiele fabryk w Europie, obu Amerykach i Azji, z którymi współpracowałem w przeszłości i w których wdrożyliśmy system World Class Manufacturing. Podobnie jak zakład w Tychach gwarantują one najwyższą jakość i wydajność, koncentrując się jednocześnie na ekologii. Tym bardziej dziękuję za to zaufanie dane właśnie nam” – dodał Gębka.

KSSE przekazała decyzję o przyznaniu wsparcia dla Grupy FCA. Dotyczy ono stworzenia korzystnych warunków realizacji planowanej inwestycji poprzez zapewnienie FCA możliwości skorzystania z ulg podatkowych w zakresie podatku dochodowego od osób prawnych. Dokument z decyzją przyjął Sławomir Bekier, dyrektor finansowy i członek zarządu FCA Poland, a symbolicznego przekazania decyzji dokonał dr Janusz Michałek, prezes KSSE podczas ogłoszenia inwestycji FCA w tyskiej fabryce.

„Dzięki realizacji inwestycji Grupy FCA, zaplanowanej na kilka lat, w KSSE na Śląsku będą powstawały nowoczesne samochody marek FCA z napędem elektrycznym oraz hybrydowym. W ramach samej decyzji o wsparciu KSSE nasz inwestor zadeklarował ponad 755 mln zł nakładów w fabrykę w Tychach” – zaznaczył dr Janusz Michałek.

Ogłoszenie decyzji w tym roku ma także wymiar symboliczny, ponieważ na 2020 przypada 100-lecie marki Fiat i obecności Grupy FCA w Polsce. W 1920 r. w Warszawie powstała spółka akcyjna Polski Fiat, a 11 lat później w warszawskich Państwowych Zakładach Inżynierii rozpoczęła się produkcja pierwszych Fiatów na włoskiej licencji. Powojenna historia marki odrodziła się w 1965 roku w warszawskiej FSO wraz z produkcją nowego samochodu na licencji i osiem lat później w FSM w Bielsku-Białej, gdzie z linii montażowej zjechały pierwsze egzemplarze Fiata 126p. W 1975 r. ruszyła produkcja w zakładzie w Tychach. W 1992 roku Fiat Auto nabył FSM, powołując do życia spółkę Fiat Auto Poland, obecnie Fiat Chrysler Automobiles – Poland.

W skład Grupy wchodzi 13 polskich spółek, które zatrudniają 6,4 tys. osób. W ubiegłym roku aż 74 proc. produkcji polskich spółek FCA, o wartości ponad 12,4 mld zł, znalazło swoich odbiorców poza granicami kraju.

„FCA to nie tylko sprawne i nowoczesne przedsiębiorstwa, ale również wiarygodna organizacja, dla której czynnik ludzki jest kluczowym elementem sukcesu. Dzięki profesjonalizmowi tyskiej załogi możemy dziś świętować jedną z większych inwestycji motoryzacyjnych w Polsce i tym niezwykle mocnym akcentem przypieczętować setny jubileusz obecności Grupy FIAT na ziemiach polskich” – zaznaczyła dr Henryka Bochniarz.

Giełdy znów na maksimach. Kolejna bańka?

Ostatnie wzrosty na giełdach zaczynają niepokoić inwestorów. Powodem jest znaczny wzrost wartości akcji, niepoparty wzrostem wyników notowanych spółek. W czarnym scenariuszu możemy być świadkami spiętrzania się poważnych problemów.

Giełdy znów na maksimach

Wczorajsze zamknięcie głównego niemieckiego indeksu DAX okazało się najwyższe w całej historii. Giełdy w USA od dawna osiągają kolejne historyczne rekordy. Dlaczego rynki akcyjne mają się tak dobrze, pomimo tego, że gospodarka ma się tak źle? Banki centralne w ramach programu skupu aktywów i zapewniania płynności zalewają rynek tanim pieniądzem. Inwestorzy, mając środki, starają się na nich zarobić, a w epoce rekordowo niskich stóp procentowych mało jest takich miejsc. W rezultacie, nie może dziwić, że giełdy idą w górę, skoro trafia tam coraz więcej pieniędzy. Pytanie, jak długo spółki mogą drożeć.

Słabsze dane z USA

Opublikowany wczoraj indeks Dallas FED dla przemysłu wpisał się w serię słabszych ostatnio danych zza oceanu. Jest to kolejny problem dla dolara, który znów znalazł się pod silną presją i zbliża w stronę najsłabszych odczytów względem euro od początku 2018 roku.

Słabsze dane z Japonii

Wczorajsze dane na temat sprzedaży detalicznej z Japonii znowu okazały się nie tak optymistyczne, jak oczekiwali analitycy. Spodziewali się oni w listopadzie wzrostu o 1,1% w ujęciu miesięcznym. Wynik był dokładnie zerowy. Nie może zatem dziwić, że po opublikowaniu tych danych inwestorzy znacznie chętniej patrzyli na dolara niż na japońskiego jena, co skutkowało osłabieniem się jena do najniższego poziomu od połowy grudnia.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Bezpieczne zakupy w sieci, czyli jak kupować z głową i od sprawdzonych dostawców

Bezpieczny e-sklep to taki, który jest już sprawdzony. To tak, jakby sąsiad powiedział nam, że za rogiem jest nowa piekarnia i kupił tam właśnie pyszne bułki. Opinia sąsiada spowoduje, że chętniej wstąpimy do piekarni i kupimy pieczywo. Podobnie jest z zakupami w sieci – jeśli sąsiad nam nie podpowie, to dobrze jest wyszukać opinii na temat sklepu.

Według danych Ceneo.pl zainteresowanie opiniami o produktach i sklepach w ostatnich latach znacznie wzrosło – każdego dnia użytkownicy serwisu publikują średnio 10 tysięcy opinii o sklepach. Warto więc je czytać oraz sprawdzić ich jakość. Najbardziej wartościowe są oceny potwierdzone zakupem. Mamy wtedy pewność, że wystawiła je osoba, która rzeczywiście kupiła produkt i dzieli się swoją opinią na jego temat. Co jeśli sklep ma negatywne opinie?  Jeśli jest ich dużo powinniśmy być bardziej czujni. Natomiast przy niewielkiej liczbie negatywnych opinii możemy zwrócić na ich podstawie uwagę, na jakie trudności możemy się natknąć, jeśli zdecydujemy się na zakup u danego sprzedawcy. Negatywne oceny pomagają nam zatem wyrobić sobie zdanie. Ważne, aby sklep uczestniczył w dyskusji z niezadowolonym klientem, komentował jego wypowiedź. Jeśli sklep odpowiada na negatywne opinie, wiemy, że interesuje go poprawa jakości obsługi i dba o klienta, dlatego możemy liczyć, że zadba również o naszą transakcję.

Obecnie na rynku pojawia się wiele nowych sklepów, na temat których nie odnajdziemy opinii w sieci lub jest ich niewiele, ponieważ biznes dopiero startuje. Pierwszą rzeczą, jaką należy zrobić w takiej sytuacji, to spróbować skontaktować się telefonicznie ze sklepem oraz zamówić towar z opcją płatności przy odbiorze. Nowy sklep, który nie podaje na swojej stronie telefonu kontaktowego lub nie odbiera telefonu oraz nie daje możliwości płatności przy odbiorze, nie może budzić zaufania.

Przed zakupem towaru warto przeczytać zasady zwrotu towarów, a w szczególności sprawdzić adres, na który możemy zwrócić produkty. Zgodnie z polskim prawem możemy bez podania przyczyny odstąpić od umowy i zwrócić towar. Jednak jeśli mamy wysłać kupiony produkt za granicę, to koszt przesyłki może być większy od wartości zamawianego towaru, czyli nie będzie nam się opłacać.

Zawsze też należy uważać na sklep, który oferuje duże przeceny na całym asortymencie. Mechanizm oszustw jest zazwyczaj podobny. Oszuści kuszą obniżkami i oferują potencjalnie drogi asortyment w przystępnej cenie. Nie dajmy się zwieść ofertą, która jest niższa o 30% od cen dostępnych w innych sklepach. Oszuści często oferują darmową dostawę oraz krótki okres na obniżenie ceny: tylko w weekend, tylko dzisiaj obniżka o 50%!

Autor: Anna Raby – Security Department Lead w Ceneo.pl

GPW i BondSpot upraszczają rynek Catalyst

  • Zmiany w regulaminach rynków regulowanych oraz ASO GPW i BondSpot są pierwszym krokiem w kierunku uproszczenia rynku Catalyst
  • Polegają one m.in. na tym, że nowe emisje obligacji korporacyjnych, komunalnych i spółdzielczych będą notowane wyłącznie na rynkach prowadzonych przez GPW
  • Przedmiotowe zmiany regulaminów wchodzą w życie 1 lipca 2021 roku
  • Docelowym efektem rozpoczętej reorganizacji rynku długu ma być uzyskanie struktury rynku, w której BondSpot będzie centrum kompetencyjnym obligacji skarbowych w zakresie obrotu detalicznego i hurtowego

Zarządy Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie S.A. (GPW) oraz BondSpot S.A. (BondSpot) podjęły działania regulacyjne w celu rozpoczęcia przekształcenia obecnie rozproszonego rynku Catalyst i uproszczenia jego struktury. Inicjatywa ma spełnić potrzeby i oczekiwania uczestników rynku oraz uwzględnia wytyczne zawarte w Strategii Rozwoju Rynku Kapitałowego. Zmiany regulaminów zakładają ograniczenie katalogu instrumentów dłużnych, które są przedmiotem dopuszczania i wprowadzania na rynku regulowanym oraz w alternatywnym systemie obrotu (ASO) prowadzonym przez BondSpot, wyłącznie do obligacji skarbowych. Działanie to pozwoli na przyszłe scentralizowanie obrotu obligacjami skarbowymi na rynkach prowadzonych przez BondSpot.

W celu zapewnienia ochrony interesów uczestników rynku, wprowadzone zostało tzw. vacatio legis. W przypadku rynku regulowanego oraz ASO określono termin wejścia w życie zmian regulaminowych na pierwszy dzień miesiąca kalendarzowego następującego bezpośrednio po upływie 6 miesięcy od dnia podania tych zmian do wiadomości uczestników obrotu. Oznacza to, że nowe warunki regulaminów GPW i regulaminów BondSpot (zarówno ASO, jak i rynku regulowanego) będą obowiązywały od początku lipca 2021 r. Tak ustalony termin wejścia w życie zmian regulacji rynkowych pozwoli uczestnikom odpowiednio do nich się przygotować.

Potrzeba uproszczenia rynku Catalyst sygnalizowana była niejednokrotnie przez jego uczestników. Stanowi także jeden z postulatów Strategii Rozwoju Rynku Kapitałowego. Wprowadzenie zmian do regulaminów rynków obligacji jest pierwszym krokiem do reorganizacji Catalyst. Chcemy, aby docelowa struktura Catalyst jak najlepiej odpowiadała potrzebom uczestników rynku – mówi Izabela Olszewska, Członek Zarządu GPW.

Planowane zmiany zakładają, że finalnie GPW będzie prowadziła rynek Catalyst, na którym notowane będą obligacje korporacyjne, spółdzielcze oraz komunalne. Tak jak obecnie, instrumenty dłużne będzie można notować w ramach rynku regulowanego oraz w ASO. Z kolei na rynku Catalyst, prowadzonym przez BondSpot, będą dopuszczane do obrotu wyłącznie skarbowe papiery wartościowe (SPW).

Chcemy, aby dzięki planowanym zmianom BondSpot został centrum kompetencyjnym obligacji skarbowych. Pozwoli to nam wypracować odpowiednią infrastrukturę i funkcjonalności, które docelowo zwiększą atrakcyjność rynku i spełnią postulaty Strategii Rozwoju Rynku Kapitałowego – zaznacza Mariusz Bieńkowski, Prezes Zarządu BondSpot S.A.

Atende Software zmienia właściciela

Zmiana struktury właścicielskiej Atende Software, największego w kraju dostawcy technologii dla telewizji internetowej.

W dniu 29 grudnia 2020 r. zawarta została umowa sprzedaży 100% udziałów w Atende Software, spółki należącej do grupy kapitałowej Atende S.A. Nabywcą jest spółka powiązana z Custodia Capital, firmą inwestycyjną wspierającą małe i średnie podmioty w Europie Środkowo-Wschodniej.  Wartość transakcji wyniosła 52,5 mln zł.

Spółka Atende Software powstała w 2007 r. i od początku swojej działalności operacyjnej koncentrowała się na rozwoju i komercjalizacji autorskiej platformy technologicznej redGalaxy, stanowiącej podstawę do budowy serwisów telewizji internetowej. Począwszy od 2015 r., spółka rozwija również platformę redGuardian, pierwszy w kraju system klasy operatorskiej, służący do ochrony przed atakami DDoS.

Od 2011 r. Atende Software zajmowała się także rozwojem systemów dla energetyki w zakresie sieci inteligentnych (ang. Smart Grid). 30 listopada 2020 r. działalność ta została wydzielona w postaci zorganizowanej części przedsiębiorstwa i powstała z niej spółka Atende Industries, której właścicielem 100% udziałów jest Atende S.A.

– Spółka Atende Software była i jest w części multimedialnej największym dostawcą usług w zakresie telewizji internetowej w kraju, z ambicjami dalszej ekspansji, także międzynarodowej. Dalszy rozwój wymaga pełnej koncentracji na tym celu. Mam nadzieję, że nowi właściciele Atende Software wśród których znajduje się Przemysław Frasunek, członek zarządu, innowator i jeden z głównych twórców fundamentów technologicznych spółki, zrealizują ten cel. Natomiast celem Atende będzie koncentracja na rozwoju spółki Atende Industries głównie w obszarze energetyki. Proces zmian w energetyce w zakresie odtwarzalnych źródeł energii i inteligentnych sieci jest największym wyzwaniem w naszym kraju na najbliższe dziesięciolecia, także dla przemysłu informatycznego. Poprzez pełną koncentrację na zagadnieniach energetyki nowej generacji będziemy mogli w pełni włączyć się w ten proces. Wierzę, że tym samym każdy z segmentów działalności dawnego Atende Software znalazł się na adekwatnej drodze do sukcesu.   – komentuje dr hab. Roman Szwed, prezes zarządu Atende S.A.

– Jestem dumny, że będąc częścią grupy Atende, stworzyliśmy spółkę, która w ciągu dziesięciu lat stała się liderem technologii OTT i streamingowej w Polsce. Przed nami kilka lat intensywnej pracy – tak, aby produkty były rozpoznawalne nie tylko na naszym rynku, ale również globalnie. – komentuje Przemysław Frasunek, inwestor i członek zarządu Atende Software.

– Prowadzony przez dotychczasowy zarząd światowej klasy zespół inżynierów stworzył niekwestionowanego lidera technologii telewizji internetowej w Polsce. Będziemy wspierać Atende Software w dalszym rozwoju innowacyjnych rozwiązań multimedialnych dla obecnych klientów spółki, a także w ekspansji – tak produktowej, jak i geograficznej. Dziękujemy za zaufanie zarządowi spółki i sprzedającemu – Atende. Chcę również wspomnieć, iż cała transakcja została przeprowadzona w czasach pandemii, a zatem w większości zdalnie, co trafnie pokazuje nieuniknioną i postępującą migrację komunikacji i multimediów do Internetu. – komentuje Tomasz Potapczuk, dyrektor Custodia Capital i wiceprzewodniczący rady nadzorczej Atende Software po zmianie właścicielskiej.

Strategia spółki Atende Software na najbliższe lata obejmuje szybką ekspansję zagraniczną, w oparciu o produkt OTT dedykowany dla mniejszych klientów z sektora B2B oraz opracowywanie kolejnych produktów oferowanych w modelu PaaS na rzecz klientów korporacyjnych.

Największe zmiany i inwestycje w polskiej energetyce w 2020 roku

Mijający rok zapisze się pod hasłem nowej polityki energetycznej do 2040 roku. Wyznaczenia kierunku, w którym będzie zmierzała Polska – zeroemisyjnego systemu elektroenergetycznego opartego przede wszystkim na odnawialnych źródłach energii oraz energetyce jądrowej. Na naszym rodzimym rynku już zachodzą znaczące modyfikacje związane m.in. z odchodzeniem od bloków węglowych na rzecz instalacji gazowych. W 2020 roku rozpoczęły się także kolejne prace związane z budową kilku farm wiatrowych na Bałtyku realizowanych przez takich inwestorów jak PGE, PKN Orlen, Polenergię czy RWE. Kluczowe dla energetyki projekty komentuje Andrzej Dercz, Prezes ILF Consulting Engineers Polska.

Sprzyjające otoczenie dla offshoru

Energetyka wiatrowa w Polsce ma szansę rozwinąć się jak nigdy dotąd. Przede wszystkim dzięki wykorzystaniu potencjału Bałtyku, którym są korzystne warunki fundamentowania i prędkość wiatru w okolicach 9,5m/s na wysokości 100 m, bliska wynikom osiąganym na Morzu Północnym. Ponadto, polski ustawodawca wprowadza obecnie korzystne dla inwestorów zmiany związane z realizacją projektów z zakresu energetyki wiatrowej. Wielu krajowych potentatów, a także koncerny zagraniczne są zainteresowane obecnością na polskim morzu. Zgodnie z założeniami polityki energetycznej Polski, do 2030 roku powstać mają farmy o mocy ok 6 GW a do 2040 8–11 GW. Co ciekawe, moc z turbin wiatrowych na morzu można wykorzystać w około 50%, to zdecydowanie więcej niż w przypadku instalacji zlokalizowanych na lądzie – w przybliżeniu 25%.

W październiku 2020 roku PGE Baltica powierzyła ILF Consulting Engineers Polska wykonanie dokumentacji projektowej wraz z uzyskaniem pozwolenia na budowę przyłącza morskiej farmy wiatrowej Baltica-3, a także przygotowanie studium wykonalności przyłącza dla morskiej farmy wiatrowej Baltica-2. Rozpoczęły się już pierwsze prace koncepcyjne dla studium wykonalności.

ILF Polska jest zaangażowany w rozwój energetyki wiatrowej na Bałtyku od 2018 roku, kiedy to zaczęliśmy prace nad rozbudowaną koncepcją techniczną morskiej farmy. Otworzyło to nam drogę do udziału w inwestycjach o charakterze strategicznym dla kraju. W tej chwili mamy w swoim portfolio około 20, większych bądź mniejszych, projektów w tym obszarze. Wskazuje się, że energia z wiatru może w przyszłości odpowiadać nawet za jedną piątą produkcji energii elektrycznej w Polsce – komentuje Andrzej Dercz, Prezes ILF Consulting Engineers Polska. W 2020 roku w naszej firmie został wyodrębniony specjalny zespół, którzy tworzą doświadczeni eksperci z zakresu offshore – dodaje.

Energetyka cieplna – Polska stawia na bloki gazowe i spalarnie odpadów

W 2020 roku nastąpiło odejście od planów rozbudowy elektrowni w Ostrołęce o nowy blok węglowy. Ponadto, spółka GE, która miała odpowiadać za realizację projektu ogłosiła, że wycofuje się z tego rodzaju inwestycji. Obecnie inwestorzy rozliczają dotychczasowe prace.

W Ostrołęce miała powstać ostatnia elektrownia węglowa w Unii Europejskiej. Mimo poniesionych już nakładów, podjęto decyzję o zmianie źródła energii z węgla na gaz. Ten przykład wpisuje się w nabierający dynamiki na rynkach światowych trend pozyskiwania energii – mówi Andrzej Dercz, Prezes ILF Consulting Engineers Polska.

Warto dodać, że gaz ma odegrać bardzo ważną rolę w procesie transformacji energetycznej Polski. Ma stanowić surowiec przejściowy, a następnie zabezpieczać system oparty na OZE. W polskich elektrowniach zużyte bloki węglowe mają być zastępowane gazowymi.

W mijającym roku rozstrzygnięto także przetarg na rozbudowę i modernizację Zakładu Unieszkodliwiania Stałych Odpadów Komunalnych (ZUSOK) na stołecznym Targówku – flagową inwestycję Miejskiego Przedsiębiorstwa Oczyszczania w m.st. Warszawie. ILF Consulting Engineers Polska będzie pełnił funkcję inżyniera kontraktu przy tej inwestycji. Dzięki niej obiekt będzie w stanie przetwarzać rocznie ponad 300 tys. ton odpadów, których nie można poddać recyklingowi, w ciepło i energię elektryczną. Podobny – jednak na mniejszą skalę – projekt jest realizowany także w Gdańsku.

Co przyniesie przyszłość?

W Polsce widoczne jest ożywienie w obszarze energetyki jądrowej, o czym świadczy np. aktywność spółki PGE EJ 1, która odpowiada za powstanie pierwszej elektrowni jądrowej w Polsce. W przyszłym roku powinny być kontynuowane prace w zakresie raportu odziaływania inwestycji na środowisko i decyzji lokalizacyjnej.

W niedalekiej przyszłości możemy spodziewać się dynamicznych zmian w obszarze energetyki. Na znaczeniu zyskiwać będzie produkcja i wykorzystanie wodoru, do łask powraca też technologia CCSU pozwalająca na usuwanie, a w dalszej perspektywie również utylizację, dwutlenku węgla ze spalin.  Ponadto, warto będzie przyglądać się rozwojowi sektora fotowoltaicznego. Nasza firma w tym roku zaczęła już realizować pierwsze projekty studyjne dotyczące lokalizacji farm fotowoltaicznych w Polsce. Inwestorzy zaczynają dostrzegać potencjał w tego typu innowacyjnych projektach – wskazuje Andrzej Dercz, Prezes ILF Consulting Engineers Polska.

W nowym roku będą kontynuowane prace związane z rozbudową sieci przesyłowych. Oprócz wyprowadzenia mocy z farm wiatrowych Baltica-2 i Baltica-3, na uwagę zasługuje inwestycja pod nazwą Harmony Link realizowana wspólnie przez PSE i Litgrid. Jest to projekt strategiczny dla całej Europy obejmujący podmorskie połączenie Polski i Litwy, który ma wspierać synchronizację krajów Bałtyckich z Europą kontynentalną. Dzięki instalacji obejmującej podmorskie kable oraz dwa konwertery możliwy będzie przesył energii elektrycznej między sąsiadującymi krajami w technologii HVDC.

6 lat temu PKP Cargo zakupiło czeskiego przewoźnika kolejowego AWT

W ciągu miesiąca po przejęciu AWT – w styczniu 2015 roku – cena akcji PKP Cargo wzrosła o około 8%. Wartość rynkowa PKP Cargo wynosiła wówczas około 3.7 mld. PLN. Dziś wartość spółki to ok. 600 mln PLN! 6 lutego 2019 roku prokurator Bartosz Wójcik z Prokuratury Regionalnej w Lublinie postawił zarzuty 5 byłym członkom zarządu oraz 8 byłym członkom rady nadzorczej PKP Cargo w związku z tą transakcją.

Profesjonalna transakcja

Zakupu czeskiego przewoźnika kolejowego AWT dokonał zarząd PKP Cargo 30 grudnia 2014 r. Zarząd podjął decyzję jednomyślnie. Rada nadzorcza kolegialnie wyraziła zgodę na transakcję na podstawie materiałów przedłożonych przez zarząd oraz przygotowanych przez wynajęte w tym celu profesjonalne konsorcjum doradcze. Głosowali za nią wszyscy, nie reprezentujący związków zawodowych, członkowie rady nadzorczej, także członkowie niezależni, powołani m.in. na wniosek EBOiR.

Zarząd PKP Cargo do przeprowadzenia procesu zakupu AWT wynajął profesjonalne konsorcjum doradcze składające się z zespołów Domu Maklerskiego PKO Banku Polskiego, firmy doradczej Ernst &Young (obecnie EY), firmy prawniczej Weil, Gotshal & Manges oraz doradców technicznych. W procesie – który praktycznie bez przerwy trwał około roku – uczestniczyły łącznie 154 osoby.

Po zakończonej transakcji niezależny zewnętrzny audytor, firma PWC przygotowała na zlecenie zarządu PKP Cargo opublikowany w dniu 2 lipca 2015 r. roku szczegółowy 180-stronicowy raport pt. „Przegląd procesu nabycia przez PKP Cargo S.A. udziałów w Advanced World Transport B.V.”. PWC potwierdziło, że proces realizacji transakcji prze PKP Cargo był zgodny z praktyką rynkową, zwracając w swoim raporcie szczególną uwagę na szeroki zakres wsparcia eksperckiego oraz kompleksowość badania spółek z Grupy AWT (tzw. due diligence).

Cena zapłacona przez PKP Cargo za 80% udziałów w AWT B.V. to 103,2 mln EUR (445 mln. PLN), była ona blisko 40% niższa niż uzgodniona we wstępnym porozumieniu ze sprzedającym 1 września 2014 roku. Rekomendowana w 2014 roku przez Dom Maklerski PKO Banku Polskiego – profesjonalnego doradcę transakcyjnego odpowiedzialnego za wycenę AWT  –  cena za zakup 80% akcji AWT to 111 mln. EUR.

Skumulowany wynik EBITDA AWT w latach 2014-18 wyniósł 81,4 mln. EUR. Cena za 80% akcji AWT B.V. wyniosła 103,2 mln. EUR. Oznacza to, że po 4 latach od przeprowadzenia transakcji „spłaciło się” około 80% wartości transakcji.

Menedżerowie kontra prokuratorzy

W okresie od kwietnia 2012 r. do listopada 2015 r. Grupą PKP zarządzał zespół profesjonalnych managerów spoza kolei pod kierownictwem Jakuba Karnowskiego. W tym okresie udało się utworzyć w spółkach Grupy PKP kilkusetosobowy zespół profesjonalnych, całkowicie apolitycznych menadżerów o specjalizacjach kolejowych i nie-kolejowych, którzy byli autorami bezprecedensowych, potrzebnych reform. Reformy w PKP dokonane przez Karnowskiego i jego współpracowników zostały uznane przez Bank Światowy i Międzynarodowy Fundusz Walutowy jako wzorzec („best practice”).

W dniu 6 lutego 2019 roku prokurator Bartosz Wójcik z Prokuratury Regionalnej w Lublinie postawił zarzuty 5 byłym członkom zarządu oraz 8 byłym członkom rady nadzorczej PKP Cargo w związku z transakcją. Zarzuty dotyczą art. 296 par. 1 i 3 – „nadużycie zaufania” i nie mają charakteru korupcyjnego. Faktem bez precedensu jest postawienie zarzutów karnych członkom rady nadzorczej, którzy podejmowali decyzję o zgodzie na transakcję na podstawie dokumentów w tym wycen przygotowanych przez renomowanych doradców zewnętrznych (PKO Bank Polski I EY) na zlecenie zarządu PKP Cargo.

Byli członkowie zarządu PKP Cargo zostali zatrzymani na wiosek prokuratury w dniu 19 lutego 2019 roku i po przedstawieniu im zarzutów osadzeni w areszcie. Sąd po 2 dniach uznał tą decyzję prokuratury za „oczywiście niezasadną”.

W tej sprawie przez 2 lata praktycznie nic się nie wydarzyło, a podstawą zarzutów pozostaje amatorska ekspertyza przygotowana przez „doradców do zadań specjalnych”  – jak sami się reklamują – ze Szczecina.

Jakub Karnowski pracuje jako niezależny członek rady nadzorczej Ukrposhta (poczta ukraińska) w Kijowie. Stanowisko to uzyskał w wyniku międzynarodowego konkursu organizowanego przez firmę headhunterską Amrop i instytucje międzynarodowe. Ponadto Karnowski jest ekspertem Banku Światowego w projektach restrukturyzacji kolei w Chorwacji, Tanzanii i Kazachstanie. W przypadku tych dwóch ostatnich krajów wykorzystywane są polskie doświadczenia reform z lat 2012-15.

Globalni inwestorzy na rynku nieruchomości idą w kierunku mieszkaniówki

Na całym świecie w ostatnim roku widocznie wzrosło zainteresowanie inwestorów aktywami z kategorii „living”.

W obliczu utrzymującej się niepewności gospodarczej spowodowanej trwającą od niemal roku pandemią coraz liczniejsza grupa inwestorów działających na rynku nieruchomości przyjmuje strategie defensywne, których wyrazem jest zwrot w kierunku aktywów związanych z zamieszkaniem.

Zgodnie z danymi JLL trzeci kwartał 2020 r. przyniósł 44% spadek poziomu inwestycji liczony dla wszystkich sektorów nieruchomości w porównaniu do tego samego okresu 2019 roku. Tymczasem w samym segmencie mieszkań na wynajem poziom ten był zaledwie o 27% niższy niż przed rokiem. W pierwszych dziewięciu miesiącach tego roku inwestorzy wyłożyli na aktywa z tego sektora 116 miliardów USD. Zdaniem Gemmy Kendall, szefowej Działu Inwestycji Mieszkaniowych JLL w regionie EMEA to dlatego, że living oferuje inwestorom perspektywę wykraczająca poza COVID-19.

Popyt na mieszkania utrzymuje się na wysokim poziomie w wielu miastach na całym świecie, a podaż ma trudności z dotrzymaniem mu kroku. W tej sytuacji inwestorzy postrzegają aktywa związane z zamieszkaniem jako bardziej odporne na wahania koniunktury niż w przypadku innych typów nieruchomości, tłumaczy Gemma Kendall.

Nawet w szczytowym okresie pandemii i wobec wprowadzeniem kontroli czynszów w wielu dużych miastach, nie odnotowano wyraźnej zmiany w kierunku zaległości w regulowaniu opłat z tytułu najmu. Niedawne badanie JLL przeprowadzone wśród instytucjonalnych właścicieli nieruchomości mieszkaniowych wykazało, że ściągalność czynszu wynosiła 95% w Wielkiej Brytanii i 94% w Stanach Zjednoczonych.

Rekordowe transakcje na dojrzałych rynkach

Podczas gdy COVID-19 tylko przyspieszył inwestycje, sektor mieszkaniowy już wcześniej przyciągał uwagę globalnych funduszy private equity, menedżerów inwestycyjnych, ubezpieczycieli i państwowych funduszy majątkowych. W ostatnim dziesięcioleciu transakcje w mieszkaniach na wynajem jako odsetek globalnych inwestycji w nieruchomości podwoiły się a ich udział wyniósł 25%. Im bardziej popularne stawały się inwestycje w aktywa z kategorii living, tym szersze grono inwestorów zaczęły przyciągać.

W Europie inwestycje w aktywa mieszkaniowe na wynajem wzrosły o 5% od początku roku. W regionie Azji i Pacyfiku inwestycje w mieszkania na wynajem, w tym w inwestycje typu build-to-rent, przekroczyły 7,4 miliardów USD w pierwszych dziewięciu miesiącach tego roku, co oznacza wzrost o 83 % rok do roku.

Japoński rynek aktywów mieszkaniowych należących do instytucjonalnych graczy, po Stanach Zjednoczonych, drugi co do wielkości na świecie, przyciąga coraz większą uwagę, a inwestycje niemal potroiły się w pierwszej połowie tego roku. W sierpniu niemiecki Allianz Real Estate zainwestował 160 milionów USD w portfel 18 japońskich aktywów mieszkaniowych dla swojego głównego funduszu w regionie Azji i Pacyfiku, podczas gdy Blackstone zapłacił w lutym 3 miliardy USD, aby odkupić, od chińskiego ubezpieczyciela Anbang, portfel 200 mieszkań w Osace i Tokio.

Partnerstwa i przejęcia sposobem wejścia na rynki wschodzące

Kluczowym czynnikiem, który pozwoli na efektywny rozwój rynku i zaspokojenie rosnącego popytu jest nieustanny wzrost dużych i doświadczonych graczy, a partnerstwa typu joint venture stają się popularną formą ekspansji geograficznej. Dzięki nim inwestorzy mogą zdobyć specjalistyczną wiedzę, której potrzebują w nowych lokalizacjach. Jest to też przyjęta przez wiele podmiotów strategia agregacji portfeli na tym wciąż stosunkowo rozdrobnionym rynku. Wzrost organiczny wymaga jednak czasu, mówi Gemma Kendall, ekspertka JLL zajmująca się doradztwem inwestycyjnym w sektorze mieszkaniowym w regionie EMEA.

W przypadku kilku grup instytucjonalnych najlepszym sposobem wejścia na rynek okazała się współpraca z lokalnymi graczami, którzy mieli potencjał by się dalej rozwijać i współpraca z nimi po stronie operacyjnej.

Przykładem takiego działania może być np. połączenie sił działającego globalnie Nuveen Real Estate z Kronos, iberyjskim menadżerem inwestycyjnym, aby zbudować w Hiszpanii portfel 5 000 mieszkań do wynajęcia o wartości 1 miliarda EUR. Na początku tego roku QuadReal Property Group, podmiot należący do kanadyjskiej British Columbia Investment Management Corporation, zawarł z Hines spółkę joint venture o wartości 1,25 miliarda EUR, koncentrując się na rynkach Europy kontynentalnej i regionalnych rynkach Wielkiej Brytanii. Zaledwie w listopadzie Invesco Real Estate poinformował o uruchomieniu wspieranego przez trzech niemieckich inwestorów instytucjonalnych funduszu, który przeznaczy swój kapitał na nowe i istniejące budynki w europejskich miastach o korzystnych trendach demograficznych. Będą to inwestycje mieszkaniowe na wynajem, mikroapartamenty, akademiki i domy jednorodzinne.

W Polsce przykładem takich partnerstw może być połączenie globalnego gracza PIMCO z lokalną firmą deweloperską Echo Investment wspólnie budujących mieszkania na wynajem w ich platformie Resi-4-Rent. Obecnie platforma ma już 1240 działających jednostek w czterech projektach, ponad 1200 w realizacji oraz szykuje kolejne projekty.
Spektakularne było również przejęcie w I kwartale 2020 r. przez TAG Immobilien wrocławskiego dewelopera Vantage. Inwestor zapowiedział realizację w ciągu najbliższych 5 lat 24 projektów mieszkaniowych, w wyniku których zbuduje portfel ponad 8 600 mieszkań na wynajem zlokalizowanych we Wrocławiu, Poznaniu i innych miastach. Obiekty powstaną nie tylko na terenach należących wcześniej do Vantage. Inwestor zamierza także aktywnie rozbudowywać portfel w ramach transakcji build-to-rent z innymi podmiotami.

Kolejne inwestycje w „living” to tylko kwestia czasu

Eksperci JLL twierdzą, że ponieważ coraz liczniejsza grupa inwestorów koncentruje się na przedsięwzięciach z tzw. sektora living, czy to poprzez zwiększanie skali, czy konsolidację, czy joint venture, ich apetyt na ryzyko może się zmienić.

Coraz szersze spektrum typów kapitału napływa do sektora, od Core do Value Add. Z czasem z pewnością dostrzeżemy także bardziej oportunistyczne podejście inwestorów. Dla sektora, który jeszcze nie tak dawno nazywany był ‘rodzącym się’, ta rozmaitość strategii inwestycyjnych jest zarówno swego rodzaju odpowiedzią na panujące warunki rynkowe jak i równolegle oznaką dojrzewania. Biorąc pod uwagę fakt, że większość czynników wzrostu tego sektora ma charakter strukturalny, a nie cykliczny, a poziom zaangażowania inwestorów znajduje się wciąż sporo poniżej oczekiwanego poziomu, kolejne inwestycje w aktywa związane z zamieszkaniem wydają się niemal nieuniknione, komentuje Maximilian Mendel, kierujący Zespołem Inwestycji Mieszkaniowych JLL.

Duzi gracze inwestujący w Polsce widzą ogromny potencjał we wzroście czynszów oraz wartości nieruchomości w czasie oprócz tego, że już dziś rentowność aktywów mieszkaniowych jest dużo wyższa niż w Europie Zachodniej, Południowej lub Skandynawii. Polska jako piąty największy członek Unii Europejskiej i zdecydowanie największy kraj w rejonie CEE pod względem populacji i ze swoim policentrycznym systemem sporych miast stanowi dla inwestorów instytucjonalnych perspektywiczny rynek, dodaje Maximilian Mendel.

Czas wyzwań i sukcesów. Ghelamco podsumowuje 2020 rok

Choć pandemia Covid-19 wywarła niewątpliwy wpływ na rynek biurowy, Ghelamco ten rok kończy z wieloma sukcesami. Deweloper oddał do użytku kompleks wieżowców The Warsaw HUB, luksusowe apartamenty Foksal 13/15, opracował własny system operacyjny dla budynków, wyposażył je
w przeciwepidemiczne rozwiązania, a także rozpoczął budowę nowego biurowca w Katowicach i osiedla domów w Konstancinie.

To był rok pełen wyzwań, ale i sukcesów. Wyzwań, ponieważ pandemia Covid-19 postawiła wiele firm w Polsce i na świecie w sytuacji, z której wyjść obronną ręką było dużym osiągnięciem. W tym trudnym czasie udało nam się z sukcesem zakończyć nasze sztandarowe inwestycje: na rynku komercyjnym The Warsaw HUB wraz z hotelami, a na rynku mieszkaniowym Foksal 13/15. 2020 kończymy z nowym projektem biurowym w Katowicach (Craft) i osiedlem domów w Konstancinie (Groen). W przyszły rok wchodzimy w dojrzałym wieku 30 lat na polskim rynku i wciąż z młodzieńczym zapałem do realizacji kolejnych, ambitnych projektów – mówi Jeroen van der Toolen, dyrektor zarządzający Ghelamco na Europę Środkowo-Wschodnią.

Cztery wieże

W tym roku zakończyła się budowa jednej z największych inwestycji komercyjnych
w Polsce i zarazem największego projektu w historii Ghelamco – The Warsaw HUB. W ramach kompleksu powstały trzy budynki wysokościowe: dwa 130-metrowe biurowce i 86-metrowy obiekt hotelowy, połączone ze sobą wspólnym podium oraz podziemnym pasażem handlowo-usługowym. Inwestycja została zrealizowana w najdynamiczniej rozwijającej się części Warszawy – przy rondzie Daszyńskiego na Woli, u zbiegu ulic Towarowej i Prostej. To kolejny projekt Ghelamco, obok Warsaw Spire, który kreuje nowe centrum stolicy.

Do biurowca już wprowadzają się najemcy, a od sierpnia w jego podziemiach funkcjonuje pasaż handlowo-usługowy. W grudniu w wieży hotelowej swoje podwoje otworzyły pierwszy w Polsce Crowne Plaza i Holiday Inn Express. Oprócz ponad 400 komfortowych pokoi i apartamentów oferują one nowoczesne przestrzenie konferencyjne i wyjątkowe koncepty gastronomiczne, takie jak Nova Wola czy skybar The Roof.

Kolejnym flagowym projektem Ghelamco, już na ukończeniu, jest Warsaw UNIT przy rondzie Daszyńskiego. Budowa przebiega zgodnie z harmonogramem: w połowie roku wieżowiec osiągnął swoją docelową wysokość 202 m, a fasadę w części podium pokryła tzw. smocza skóra – rodzaj kinetycznej elewacji, która reaguje na każdy podmuch wiatru. Oddanie budynku planowane jest na pierwszy kwartał 2021 roku.

Ekspansja w regionach

W listopadzie Ghelamco rozpoczęło budowę biurowca Craft w Katowicach. Budynek powstaje w dynamicznie rozwijającym się obszarze Katowic, u zbiegu ulic Chorzowskiej i Ściegiennego, tuż obok centrum handlowego Silesia City Center.

Craft zaoferuje 26 700 mkw. wysokiej klasy powierzchni biurowej. Budynek będzie liczył 13 pięter i 55 metrów wysokości, a dwukondygnacyjny parking podziemny pomieści 218 pojazdów. Dodatkowe 28 miejsc przewidziano w części naziemnej  budynku, gdzie znajdą się stacje do ładowania samochodów elektrycznych, a także 60 miejsc dla rowerów wraz zapleczem dla rowerzystów – szatniami i prysznicami.

Obiekt będzie się składać z trzech spiętrzonych prostopadłościanów – dzięki takiemu zabiegowi powstanie miejsce na sześć tarasów, z których jeden znajdzie się na dachu. Elewację budynku ozdobią elementy w odcieniu miedzi, które nadadzą mu industrialny charakter, będący nawiązaniem do przemysłowego dziedzictwa Katowic.

Biurowiec ma być gotowy pod koniec 2022 r.

Najbardziej luksusowy projekt w Polsce

Po ponad 4 latach intensywnych prac dobiegła w tym roku końca prowadzona przez Ghelamco rewitalizacja dwóch zabytkowych kamienic przy ulicy Foksal 13 i 15
w Warszawie. Wzniesione w ostatnich latach XIX wieku w historycznym sercu Warszawy były dekoratorskim majstersztykiem, a przy tym wystawnymi rezydencjami zamożnego mieszczaństwa. W podwórzu jednej z nich Jan Wedel wybudował pierwszą w mieście zewnętrzną, panoramiczną windę.

Budynki zostały przywrócone do dawnej świetności przez zespół najlepszych specjalistów w Polsce. Przeprowadzono wiele skomplikowanych prac przy wykorzystaniu innowacyjnych, specjalistycznych technik. Wybudowanie podziemnego garażu dzięki oparciu fundamentów zabytku na słupach z mikropali, przenoszenie całych fragmentów tynku pokrytych barwnymi polichromiami czy odtworzenie bogatych dekoracji na fasadzie Foksal 13 na podstawie jedynego zachowanego zdjęcia – to tylko niektóre przykłady z długiej listy działań, które udało się zrealizować. W obu kamienicach znajduje się tylko 55 apartamentów o powierzchni od 47 do 260 mkw.

Innowacyjny system budynkowy

Flagowe inwestycje Ghelamco wyróżniają najnowocześniejsze rozwiązania technologiczne. Wśród nich jest nowoczesny system operacyjny dla budynków, w który jako pierwszy został wyposażony The Warsaw HUB. Opracowane przez wewnętrzny dział innowacji Ghelamco rozwiązanie pozwala na integrację na niespotykaną dotychczas skalę wszystkich systemów budynkowych. Wszelkie dane, jakie dostarcza biurowiec, są zbierane i przetwarzane w chmurze. Rozwiązanie to daje nieograniczone wręcz możliwości kontrolowania, analizowania i zarządzania budynkiem. Z narzędzia będą mogli korzystać zarządcy obiektu i jego najemcy. Dzięki specjalnej aplikacji użytkownicy mają możliwość wezwania windy, przejścia przez bramki bez karty, rezerwowania pomieszczeń w biurze, zaproszenia gości z wykorzystaniem cyfrowego biletu dostępu oraz skorzystania z wielu innych funkcjonalności.

Technologie w służbie zdrowia

Pandemia koronawirusa pokazała, jak ważne jest zapewnienie bezpieczeństwa w miejscu pracy. Nowe projekty Ghelamco wyposażane są w najnowocześniejsze rozwiązania na rynku, które mają za zadanie dbać o najwyższy komfort i zdrowie najemców. Oprócz standardowych procedur i środków bezpieczeństwa deweloper wdrożył szereg rozwiązań technologicznych, które pozwolą chronić najemców i ich pracowników przed rozprzestrzenianiem się wirusów. W sytuacji zagrożenia epidemicznego budynki The Warsaw HUB i Warsaw UNIT będą przechodzić w tzw. tryb pandemii.

W tym trybie system klimatyzacji pracuje wyłącznie z wykorzystaniem powietrza świeżego, aby zapobiegać mieszaniu się powietrza wyciąganego z nawiewanym do powierzchni biurowych, a w windach aktywowane są wirusobójcze lampy UV, które skutecznie dezynfekują przestrzeń w czasie, kiedy w kabinie nie przebywają ludzie. Technologia UV została także wykorzystana w systemach klimatyzacji.

W utrzymaniu reżimu sanitarnego na terenie budynku pozwoli też specjalna aplikacja na smartfony, dzięki której wejście do biurowców jest bezkontaktowe. Ghelamco, jako pierwszy deweloper w Polsce, zgłosił swoje inwestycje do programu WELL Health-Safety Rating, który został opracowany w odpowiedzi na pandemię COVID-19.

Firma została wyróżniona przez jednostkę certyfikująca IWBI (International WELL Building Institute) jako „early adopter” w WELL Health-Safety Rating. Tym samym Ghelamco i jego flagowe inwestycje – The Warsaw HUB i Warsaw UNIT – znalazły się w gronie ikon architektury z całego świata, takich jak nowojorski Empire State Building czy londyński Royal Albert Hall, które również dołączyły do programu.

Nowe najmy i nagrody

Okazuje się, że mimo pandemii rok 2020 przyciągnął do biurowców Ghelamco kolejnych najemców. W The Warsaw HUB wynajęta jest już prawie cała powierzchnia biurowa, a do grona najemców dołączyły m.in. OmniOffice, operator biur serwisowanych (firma wynajęła 1550 mkw.) oraz firma GrECo Polska, jeden z wiodących brokerów ubezpieczeniowych. Co więcej – projekty Ghelamco zostały docenione przez wiodące międzynarodowe firmy doradcze z rynku nieruchomości: CBRE będzie miało siedzibę w Warsaw UNIT, a Cushman & Wakefield wprowadziło się do The Warsaw HUB.

– Pandemia wydłużyła część procesów, ale nie zastopowała rynku biurowego. Wciąż obserwujemy, że projekty w dobrych lokalizacjach cieszą się zainteresowaniem najemców. Dlatego szykujemy kolejne biurowce w miastach regionalnych i duże projekty w Warszawie – mówi Jarosław Zagórski, dyrektor handlowy i rozwoju Ghelamco Poland.

Dla Ghelamco był to również rok obfitujący w nagrody i wyróżnienia w branżowych konkursach. Szczególnym uznaniem polskich i zagranicznych jurorów cieszyły się projekty The Warsaw HUB i Foksal 13/15, które otrzymały nagrody m.in. w European Property Awards 2020/2021, Prime Property Prize 2020, Design dla Konesera 2020, HOF Awards 2020 czy EuropaProperty CEE Investment Awards 2020.

WSA w Warszawie uchylił niekorzystne dla przedsiębiorcy decyzje organów podatkowych w których przyjęto, że czynności wykonywane przez uczestnika konsorcjum nie podlegają opodatkowaniu VAT

Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców na wniosek przedsiębiorcy wstąpił do postępowania przed Wojewódzkim Sądem Administracyjnym w Warszawie w sprawie ze skargi na decyzję określającą wysokość podatku od towarów i usług za 2012 r.

Kwestią sporną w tej sprawie było rozliczanie w ramach zawartych umów konsorcjum czynności wykonywanych pomiędzy partnerami. Organy podatkowe przyjęły, że czynności  wykonywane przez uczestnika konsorcjum nie podlegają opodatkowaniu VAT.

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie uchylił decyzje obu instancji i umorzył postępowanie w sprawie. W ustnym uzasadnieniu wyroku Sąd nie podzielił niekorzystnego dla przedsiębiorcy poglądu organów podatkowych. Według stanowiska Sądu przedsiębiorca w ramach umowy konsorcjum dokonywał czynności podlegających opodatkowaniu podatkiem VAT, które prawidłowo zostały udokumentowane fakturami VAT. Podatek od tych czynności został zapłacony, a zatem nie doszło do uszczuplenia w zakresie podatku VAT.

Wyrok WSA w Warszawie z dnia 16 grudnia 2020 r. sygn. akt III SA/Wa 266/20.

Jak Europejski Zielony Ład wpłynie na rozwój Europy?

Michał Perzyński/Instytut Jagielloński: Jak Europejski Zielony Ład wpłynie na rozwój Europy?

Sławomir Mazurek: Poszukiwanie modelu gospodarczego, tak aby był zgodny z celami zrównoważonego rozwoju, trwa już od wielu lat. Między innymi pamiętam, że podczas szczytu klimatycznego ONZ w Poznaniu Ban Ki-moon rozmawiał ze śp. prezydentem Lechem Kaczyńskim, o tym jak zrównoważony i zielony rozwój jest istotny dla wzrostu gospodarczego w Europie. W Polsce zasada zrównoważonego rozwoju zyskała rangę konstytucyjną – została zapisana w art. 5 Konstytucji RP. Celem Zielonego Ładu jest transformacja gospodarcza krajów członkowskich UE. Jej istotnym elementem jest polityka klimatyczno-energetyczna, której celem jest osiągnięcie neutralności klimatycznej do 2050 roku. Jednocześnie rozważa się zwiększenie, już i tak ambitnych celów, redukcji emisji do powietrza do 60% do 2030 r. Poza zagadnieniami stricte klimatycznymi, Europejski Zielony Ład obejmuje także plany działań w obszarach takich jak rolnictwo, gospodarka w obiegu zamkniętym, bioróżnorodność i zwalczanie zanieczyszczeń. Dla wielu branż oznacza to szereg działań związanych nie tylko z Zielonym Ładem, ale także idącymi za nim zmianami społecznymi. W pierwszej kolejności dotyczą one oczywiście regulacji na szczeblach rządowych.

Strategia Zielonego Ładu nakreśla cele, na których UE będzie skupiała się przez nadchodzące lata, dlatego przedsiębiorstwa będą musiały wziąć pod uwagę takie aspekty jak m. in. wytwarzanie produktów przyjaznych środowisku, co oznacza często zmiany już na poziomie planowania produkcji. W związku z wytycznymi będziemy musieli „przestawić” się na bardziej ekologiczne myślenie o biznesie. Ponadto wzrasta świadomość ekologiczna konsumentów, którzy coraz częściej żyją wg koncepcji „zero waste” lub „less waste”. Dlatego uważam, że Europejski Zielony Ład jest szansą dla zrównoważonego rozwoju Europy.

M.P.: Czy Zielony Ład jest projektem wyłącznie środowiskowym, czy to jakiś szerszy plan rozwojowo-ideowy?

S.M.: Europejski Zielony Ład nawiązuje do amerykańskiego „New Deal”, który ma przekształcić Unię w nowoczesną, zasobooszczędną i konkurencyjną gospodarkę. Głównym celem Ładu, obok neutralności klimatycznej, jest zmiana modelu gospodarki z linearnego na obieg zamknięty, przy jednoczesnym dążeniu do neutralności klimatycznej do 2050 r. poprzez wsparcie transformacji energetycznej na rzecz nisko i zero emisyjnych technologii. Europejski Zielony Ład obejmuje wiele obszarów polityki unijnej, w tym ochronę różnorodności biologicznej, ale też tak ważny obszar, jakim jest rolnictwo. Zakłada ścisłą współpracę pomiędzy państwami członkowskimi, np. w obszarze bezpieczeństwa, integracji rynku energetycznego, badań naukowych i innowacji. Oznacza to nową wizję rozwoju, nowe wartości i polityki sektorowe. System finansowy zostanie dostosowany do finansowania celów zielonej transformacji i zostaną w coraz większym stopniu wprowadzone zasady zrównoważonego finansowania projektów. Zazielenią się budżet Unii i kierunki finansowania z funduszy strukturalnych, zmieniają się też budżety krajów członkowskich. Nie tylko pokazuje, jak zmieni się nasz styl życia, ale również sposób produkcji, konsumpcji i daje konkretne plany działań umożliwiających bardziej efektywne wykorzystanie zasobów dzięki przejściu na czystą produkcję i gospodarkę o obiegu zamkniętym. Zielony Ład i cyfryzacja mają być kluczową szczepionką dla odbudowy gospodarczej po pandemii.

M.P: Jak Polska może skorzystać na dołączeniu do celu neutralności klimatycznej? Czy dołączenie do tego projektu jest dla nas ważne?

S.M.: Polska w porozumieniu paryskim potwierdziła swoją gotowość do dążenia ku neutralności klimatycznej poprzez redukcję, ale także pochłanianie, aby doprowadzić do zmniejszenia koncentracji dwutlenku węgla. Nie wystarczy sama redukcja, należy także myśleć o technologiach CCSU, pochłaniania i utylizacji dwutlenku węgla. Kluczowa jest budowa niskoemisyjnych źródeł energii, efektywność energetyczna w tym obszarze i wykorzystanie zmodernizowanych źródeł na czas transformacji. Polska, która konsekwentnie transformuje gospodarkę, będzie podążać ścieżką zrównoważonego i inkluzyjnego rozwoju. Mamy szansę na skorzystanie ze środków, które dofinansują nowe technologie i zbudują nasze bezpieczeństwo energetyczne. Będzie to proces i nie zrobimy tego od razu. Pamiętajmy, że jest on niezwykle kosztowny i złożony. Dziś za sprawą między innymi programu „Mój Prąd” obserwujemy bum w energetyce prosumenckiej. Odnawialne źródła energii, poza geotermią i biogazowniami, są zależne od pogody i potrzebują stabilizacji w systemie. Dlatego przed nami rozwój niskoemisyjnych, dużych źródeł energii i magazynów energii, nie tylko tych litowo-jonowych ale i tych opartych na wodorze. Zmiany w systemie wytwarzania energii elektrycznej, ciepła i w transporcie będą miały znaczący wpływ nie tylko na efektywne wykorzystanie zasobów, ale też na jakość powietrza. Przed nami sporo wyzwań, szczególnie tych związanych z adaptacją do ekstremalnych zjawisk pogodowych spowodowanych zmianami klimatycznymi.

Istotną korzyścią jest rozwój innowacji, dzięki synergii Sieci Badawczej Łukasiewicz i uczelni technicznych stworzymy nowe technologie, tak aby zwiększać udział rodzimych rozwiązań. W ten proces angażuje się też Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, abyśmy nie tylko kupowali zagraniczne rozwiązania, ale także byśmy je współtworzyli, również w ramach różnych konsorcjów międzynarodowych. Korzyści wynikających z połączenia sił w osiągnięciu neutralności klimatycznej jest wiele, należy postępować zgodnie z wytyczonym planem, a także zgodnie z możliwościami, które Polska jako kraj posiada. Dokonaliśmy dużego postępu, wprowadzono wiele pozytywnych zmian, ale potrzebujemy na to trochę więcej czasu. Już dziś widać, że polskie duże przedsiębiorstwa takie jak PGE, czy PKN Orlen zmieniają się w kierunku zielonym, zrównoważonym.

M.P.: Jak realizować cel neutralności klimatycznej, skoro np. Chiny, Indie i USA nie respektują żadnych zasad związanych z emisją? 

S.M.: Jeśli patrzymy na dane dotyczące emisji dwutlenku węgla, to faktem jest, że sama Unia Europejska nie jest odpowiedzialna za całość emisji. Unia chce być liderem w zielonym wzroście gospodarczymi, zachęca do tego inne kraje, także te rozwijające się. Chiny, w ostatnim czasie także deklarują osiągnięcie neutralności klimatycznej i nawet wskazują na konkretny rok – 2060, co nie przeszkadza im budować źródeł energii w oparciu o paliwa kopalne. Gdy mówimy o neutralności klimatycznej, istotne jest to, żeby odnosić się do dokumentów, które zostały już przyjęte, czyli do porozumienia paryskiego, a także sposobu jego realizacji, czyli pakietu katowickiego. Unia Europejska mówi o szybszej ścieżce. Czy to się uda i czy jest to w ogóle możliwe, biorąc pod uwagę zmienność gospodarczą, którą obserwujemy, a wraz z nią kolejne fazy recesji? Obecny kryzys przynosi spowolnienie gospodarcze, ale to nie zmienia ambitnych zapowiedzi Komisji. Efektywne wykorzystanie środków z europejskiego planu odbudowy i sprawiedliwej transformacji może znacząco wesprzeć nasze starania w dążeniu do neutralności klimatycznej i odbicia po kryzysie. Realizując cel neutralności klimatycznej musimy pamiętać, aby na każdym etapie transformacji zapewnić w sposób trwały bezpieczeństwo energetyczne Polski.

M.P.: Czy Polska jest w stanie zrobić coś, by wzmocnić swój głos w sprawie neutralności?

S.M.: Jeśli chodzi o dążenie do neutralności klimatycznej, to decyzję podjęto już dawno. Ważne, aby właściwie wycenić koszty transformacji gospodarki. Takie ćwiczenie polski rząd, a także ministerstwo klimatu i środowiska, zrobił pokazując dokładnie, jakie to będą koszty i aktywnie negocjując warunki wsparcia. Cieszy też sukces polskiego rządu na szczycie europejskim, który stworzył warunki dla sprawiedliwej transformacji. Mówi się wyraźnie, że transformacja energetyczna, która nas czeka musi być zrównoważona i solidarna. Dlatego został stworzony specjalny fundusz solidarnościowy poświęcony regionom węglowym. Przed Polską duże inwestycje, które także będą pobudzać rynek, nie tylko odnawialnych źródeł energii. W ostatnim czasie nastąpił niesamowity rozwój energetyki prosumenckiej (rozproszonej), w tym szczególnie fotowoltaiki. Na poziomie międzynarodowym trzeba wykorzystywać szanse, szukać właściwych kompromisów, które będą w wystarczający sposób zabezpieczać polskie interesy gospodarcze. Jeśli Unia Europejska chce przetrwać obecny kryzys, a także kolejne, które w przyszłości mogą nadejść, musi wrócić do swoich korzeni solidarności i wzajemnego zrozumienia uwarunkowań poszczególnych państw członkowskich.

M.P: Co rozumiemy przez zrównoważony rozwój na przykładzie naszego kraju?

S.M.: Zrównoważony rozwój to dynamiczny rozwój gospodarczy, który charakteryzuje się oszczędzaniem zasobów, i takim ich użytkowaniem, aby skorzystały z nich także kolejne pokolenia. Taki model zakłada ochronę różnorodności biologicznej i praw człowieka. Żeby dokonywać postępu na tej drodze, konieczne jest monitorowanie wskaźników zrównoważonego rozwoju. Należą do nich wskaźniki makroekonomiczne i przyrodnicze, m.in. produkt krajowy brutto, wskaźniki demograficzne, jakość powietrza i wody. Ciekawym narzędziem może być także system monitoringu w ramach Natury 2000, dzięki któremu chronimy gatunki i siedliska, aby je zachować lub odbudować. Co ciekawe, szereg tych obszarów jest w Polskich Lasach Państwowych, które są przykładem wskazującym, jak z jednej strony prowadzić aktywną gospodarkę leśną, a z drugiej chronić siedliska i gatunki. Lasy posiadają także potencjał w zakresie pochłaniania dwutlenku węgla. Jednoczenie zapewniają miejsca pracy na terenach niezurbanizowanych. Rolę lasów podkreślono w trakcie COP 24 w Katowicach, gdzie deklarację „Lasy dla klimatu” podpisały osiemdziesiąt dwa państwa. Sygnatariusze zobowiązują się w niej do przyspieszenia działań w celu zagwarantowania, że do 2050 r. utrzymany zostanie globalny wkład lasów i produktów leśnych oraz, że będzie on nadal wspierany i wzmacniany, tak aby wesprzeć osiągnięcie długoterminowego celu porozumienia paryskiego. Wielofunkcyjna i zrównoważona gospodarka leśna ma swoją rolę dla osiągnięcia neutralności klimatycznej. Nie ma przyszłości bez przeciwdziałania zmianom klimatycznym, ale nie ma też przyszłości bez lasów.

M.P.: Czy Stany Zjednoczone pod wodzą Bidena zmienią nastawienie do walki z ociepleniem klimatu? Czy to realne zapowiedzi, czy tylko deklaracje? Wszak USA stały się największym producentem ropy naftowej i kluczowym eksporterem LNG.

S.M.: Gdy dyskutowaliśmy na różnych forach związanych z ochroną klimatu, to administracja amerykańska wcale nie zmniejszyła liczby osób, które uczestniczyły w szczytach. Być może nie była tak aktywna i ambitna jak w poprzednich latach, ale pamiętajmy, że USA zawsze dużo robiły w poszczególnych stanach, jeśli chodzi o efektywne wykorzystanie energii czy odnawialne źródła. Dla nas istotne jest to, że dzięki kontraktom ze Stanami Zjednoczonymi zapewnione zostaną dostawy gazu, który będzie paliwem transformacji energetycznej w Polsce. Pamiętajmy o tym, że LNG w znaczący sposób zmieniło i wzmocniło polskie bezpieczeństwo oraz naszą pozycję w regionie. Jeśli chodzi o proces klimatyczny, to toczy się on swoim torem i ma swoją inercję. Jeśli chodzi o procesy związane z efektywnym wykorzystaniem energii, to one zachodzą nie tylko w Europie, ale także w USA. Myślę, że to, co prezydent Donald Trump zostawił, to na pewno zmianę, jeśli chodzi o bezpieczeństwo w naszym regionie, i jego wzmocnienie. W samych Stanach Zjednoczonych jest wiele do zrobienia. Ten kraj ma też swoje wewnętrzne wyzwania, które Joe Biden wraz ze swoją administracją będzie próbował rozwiązać. Warto podkreślić, że Biden patrzy na klimat nie tylko z perspektywy wyzwania środowiskowego, ale także z punktu widzenia globalnego bezpieczeństwa, dlatego nie dziwi nominacja do rady bezpieczeństwa narodowego Johna Kerry’ego, który będzie także specjalnym wysłannikiem ds. klimatu. Nowa administracja będzie efektywnie angażować się w proces klimatyczny. Bo pamiętajmy, że polityka klimatyczna to również potężne interesy gospodarcze, a USA w wyścigu z Chinami z pewnością będą chciały być tutaj aktywne.

Sławomir Mazurek

W latach 2006-2007 pełnił funkcję rzecznika prasowego Ministra Środowiska, był członkiem polskiej delegacji na szczyt klimatyczny w Nairobi oraz Sesję Zgromadzenia Ogólnego Organizacji Narodów Zjednoczonych w Nowym Yorku w 2007 roku. Następnie w Krajowym Zarządzie Gospodarki Wodnej odpowiedzialny był za promocję funduszy europejskich. Pełnił funkcję przewodniczącego Rady Nadzorczej Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska w Olsztynie. Od 2015 roku pełnił funkcję podsekretarza stanu w Ministerstwie Środowiska, odpowiadał za departamenty zrównoważonego rozwoju i współpracy zagranicznej, zarządzania środowiskiem, edukacji i komunikacji, gospodarki odpadami, spraw obronnych i zarządzania kryzysowego. Nadzorował Głównego Inspektora Ochrony Środowiska oraz Instytut Ochrony Środowiska, a także Instytut Ekologii Terenów Uprzemysłowionych. Pełnomocnik rządu do spraw rozwoju wydobywania węglowodorów. Był członkiem Komitetu do Spraw Europejskich, Komitetu Cyfryzacji RM oraz Komitetu ds. Europejskich RM. Reprezentował Ministra Środowiska w Polskim Komitecie UNESCO, Radzie Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, Radzie Infrastruktury Informacji Przestrzennej oraz Zespole Trójstronnym ds. Branży Energetycznej. Przewodniczył Polskiej Delegacji podczas COP 24 w Katowicach, UNEA-4 w Nairobi oraz COP UNCCD w New Delhi. Przewodniczący kapituły Ruch Czystej Produkcji.

Obecnie dyrektor zarządzający Pionem Ekologii i Klimatu, główny ekolog Banku Ochrony Środowiska oraz przewodniczący Rady Fundacji BOŚ. Jest członkiem Rady Programowej Forum Innowacyjności „Klimat wobec wyzwań XXI wieku” przy Ministerstwie Klimatu i Środowiska.

Mariusz Marszałkowski: wpływ trzydziestu lat prosperity gospodarczej na polską pozycję w Europie Środkowej

Ocena trzydziestu lat po transformacji ustrojowej to jeden z tych tematów, który zawsze w dyskusjach budzi liczne kontrowersje. Przestrzeni do oceny jest sporo, począwszy od kwestii prawnych czy społecznych, na aspektach gospodarczych kończąc. Jako państwo nigdy nie mieliśmy aspiracji mocarstwowości globalnej, bo nie pozwalała na nie panująca wokół nas sytuacja geopolityczna. Jednak praktycznie zawsze w historii byliśmy ważnym ogniwem w Europie Środkowej i Wschodniej, wpływając na bieg historii w otaczającym nas sąsiedztwie.

Ponad trzydzieści lat po ustrojowej transformacji wydaje się być najlepszym momentem do podsumowania dotychczasowej polityki oraz podjęcia próby oceny pozycji Polski na świecie, zwłaszcza w kontekście relacji w Europie Środkowej.

Podmiotowość Polski na arenie międzynarodowej przed 1989 rokiem była jedynie symboliczna ze względu na zależność polityczną, ustrojową i gospodarczą od Związku Sowieckiego. Czy trzydzieści lat po upadku komunizmu możemy jako Polacy powiedzieć, że w sferze międzynarodowej odnieśliśmy sukces? Aby odpowiedzieć na tak postawione pytanie należy rozważyć kilka kwestii.

Strategiczne decyzje związane z integracją z Zachodem

Pierwszą z nich jest zastanowienie się jakie cele przyświecały nam po 1989 roku. Wydaje się, że strategicznym dążeniem Polski było jak najszybsze zerwanie wszelkich zależności łączących nas z byłym blokiem wschodnim, tak politycznych, jak i gospodarczych. Wyjście z Układu Warszawskiego oraz Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej stało się tego symbolem. Równocześnie realizowane były plany integracji ze strukturami zachodnimi, bowiem już w 1990 roku złożono oficjalny wniosek o rozpoczęcie rozmów stowarzyszeniowych ze Wspólnotą Europejską. Po roku negocjacji podpisano tak zwaną Umowę Europejską, czyli umowę stowarzyszeniową, której istotnym zapisem było dążenie do pełnoprawnego członkostwa Polski w Unii Europejskiej (jeszcze w tamtym czasie znanej jako Europejska Wspólnota Gospodarcza). Cel ten po latach przygotowań i reform został w pełni osiągnięty 1 maja 2004 roku, kiedy Polska stała się pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej.

Mniej oczywiste na samym początku lat 90. XX wieku było polskie członkostwo w strukturze obronnej Zachodu – Północnoatlantyckim Pakcie NATO. Instytucja ta przez cały okres istnienia była obozem wrogim PRL, wobec czego u wielu ówczesnych decydentów przynależność do Paktu rodziła wiele negatywnych skojarzeń. Pojawiły się również głosy o konieczności wyboru „trzeciej drogi”, czyli „neutralności”. Pomimo wątpliwości niektórych, już w 1992 roku Polska oficjalnie rozpoczęła dążenia do stania się częścią Sojuszu. Po kilku latach negocjacji, w 1997 roku, Polska w towarzystwie krajów sąsiednich tj. Czech i Węgier została zaproszona do oficjalnych rozmów o członkostwie w NATO. Następstwem tych wydarzeń, 12 marca 1999 roku, Polska wraz z Czechami i Węgrami stała się pełnoprawnym członkiem Paktu.

Członkostwo w tych dwóch zachodnich organizacjach było głównym celem przechodzącej transformację Polski. Przynależność do UE stanowiła zabezpieczenie rozwoju gospodarczego, a przynależność do NATO wpłynęła na bezpieczeństwo, niezależność i suwerenność Rzeczypospolitej. Warto tutaj zaznaczyć, że Polska od samego początku aktywnie zaangażowała się także w działania na rzecz akcesji do obu organizacji wszystkich kolejnych państw należących w przeszłości do bloku wschodniego. Dla wielu zachodnich graczy nie było wówczas oczywiste, że takie państwa jak Litwa, Łotwa, Estonia czy nawet Słowacja i Rumunia powinny być częścią demokratycznych struktur. Dzięki polskiej pozycji w NATO, wypracowanej poprzez aktywne zaangażowanie w misje pokojowe w Bośni i Kosowie, a później w Afganistanie i Iraku, możliwe było lobbowanie u pozostałych sojuszników (głównie w Stanach Zjednoczonych) celem otwarcia drzwi do członkostwa w Sojuszu dla państw bałtyckich, Słowacji, Rumunii czy Bułgarii. Polskie wsparcie i zaangażowanie do dziś jest jednym z najbardziej trwałych owoców współczesnego ładu w Europie Środkowej. Tym samym, zdecydowana większość „demoludów” dziś jest państwami, które przekroczyły próg dawnej „żelaznej kurtyny”. Warto podkreślić, że polityka ta była wspólnym elementem praktycznie dla każdej władzy po 89. roku. Dziś jesteśmy głównym adwokatem państw Europy Wschodniej w kwestii ich akcesji do zachodnich struktur. Niepowodzenie tego działania nie wynika jednak z polskiej słabości, a ze zmian, które zaszły w sytuacji politycznej w ostatnich 10-15 latach, tj. wzrostu znaczenia oraz asertywności polityki zagranicznej Federacji Rosyjskiej, która wyciągnęła wnioski z dołączania do NATO kolejnych państw z dawnego bloku sowieckiego.

Dyplomacja regionalna kluczem do polskiego rozwoju

Kolejnym istotnym elementem podkreślającym sukces Polski na arenie międzynarodowej po 89. roku jest umiejętność budowy regionalnych sojuszy oraz centrów powielania interesów Europy Środkowej na Zachodzie. Doskonałym przykładem tej polityki było zawiązanie kilku grup, to jest między innymi Trójkąta Weimarskiego z Niemcami i Francją, czy Grupy Wyszehradzkiej z Czechami i Węgrami (później dołączyła Słowacja). Obie te formacje zostały zawiązane przy dużym zaangażowaniu Polski. Celem ich powstania było oczywiście realizowanie nadmienianych już interesów strategicznych. Po przystąpieniu do UE i NATO, czyli zrealizowaniu podstawowych celów wspomnianych organizacji, Grupa Wyszehradzka nadal pozostaje ważnym elementem regionalnego oddziaływania na wspólne stanowiska na forach, w głównej mierze Unii Europejskiej.

Państwa V4 niejednokrotnie konsultują swoje stanowiska zanim udadzą się na szczyty państw unijnych celem przedstawienia jednolitego (o ile to możliwe) stanowiska względem państw z innych regionów wspólnoty. Dzięki współpracy międzynarodowej w ramach różnych formatów, Polska była w stanie wypracować wiele ważnych i konstruktywnych propozycji dla funkcjonowania nie tylko samej UE, ale także państw funkcjonujących na jej obrzeżach. Najważniejszym oraz jednym z największych sukcesów, było powołanie Partnerstwa Wschodniego w 2009 roku. Inicjatywa, chociaż nie zapewniała perspektywy pełnoprawnego członkostwa, jest pewną namiastką standardów unijnych dla państw Europy Wschodniej, które po 89. roku albo jeszcze nie istniały albo znajdowały się przez ostatnie 30 lat w całkiem innym położeniu strategicznym niż Polska.

Podobnym sukcesem Polski było przygotowanie (po doświadczeniach wykorzystywania przez Rosję surowców energetycznych do realizowania swojej polityki wobec m.in. Ukrainy i Białorusi) planów związanych z regulacjami i zasadami unijnej pomocy na wypadek zagrożenia braku dostaw surowców energetycznych. Tak zwana unia energetyczna stworzyła nowe mechanizmy pomocowe dla poszczególnych członków wspólnoty, między innymi poprzez przyjęcie regulacji dotyczącej wzmocnienia bezpieczeństwa dostaw gazu, która obligatoryjnie nakazuje członkom UE pomóc państwu, które doświadczyło kryzysu dostaw błękitnego paliwa. Aktualnym, najbardziej spektakularnym efektem polskiej polityki zagranicznej ostatnich lat w wymiarze regionalnym jest Inicjatywa Trójmorza. To najbardziej istotny projekt, nie tylko ze względów gospodarczych i ekonomicznych, ale także geopolitycznych. Po pięciu latach funkcjonowania powołanej, między innymi z polskiej inicjatywy, grupy 12 państw Europy Środkowej i Wschodniej, można z powodzeniem uznać, że jest to projekt udany oraz perspektywiczny. Państwom-członkom przyświecają cele związane z budową i synchronizacją infrastruktury transportowej, cyfrowej oraz energetycznej. Dzięki powołaniu Funduszu Trójmorza ważne projekty wewnątrz inicjatywy mogą liczyć na wsparcie finansowe m.in. poprzez preferencyjne kredyty. Na obszar Trójmorza uwagę zwróciły również Stany Zjednoczone czy Chiny, które uważają tę inicjatywę za newralgiczną w kontekście światowej rywalizacji. Stany Zjednoczone zadeklarowały nawet wsparcie finansowe. Można domniemywać, że trwała obecność wojskowa tego państwa może mieć związek właśnie z funkcjonowaniem tej Inicjatywy.

Infrastruktura i energetyka wzmacniają polską pozycję

Ostatnim elementem polskiego sukcesu na arenie międzynarodowej w ostatnich latach jest gigantyczny wzrost znaczenia gospodarczego naszego państwa. Polska jest jednym z największych partnerów gospodarczych nie tylko dla Czech, Ukrainy, Litwy czy Niemiec, ale także dla Holandii, Włoch czy Wielkiej Brytanii. Znaczenie to przekłada się nie tylko na zainteresowanie inwestorów w lokowaniu kapitału nad Wisłą, ale także w wielu inwestycjach infrastrukturalnych, znacznie poprawiających atrakcyjność Polski i podnoszących jej znaczenie w relacjach z jej sąsiadami. Jako najważniejsze elementy jawią się tutaj dwa – transport oraz energetyka. W obu tych obszarach w ostatnich kilkunastu latach nastąpiła ogromna, wręcz rewolucyjna zmiana. Poprawę stanu infrastruktury drogowej dostrzega każdy z nas podróżując przez Polskę, zwłaszcza porównując stan obecny do tego, który pamiętamy sprzed piętnastu lat. Potwierdzają to statystyki. Na koniec 2004 roku mieliśmy łącznie 781 km dróg ekspresowych i autostrad, a z końcem 2020 roku Polska będzie posiadała łącznie 4500 km takich dróg. To gigantyczny sukces, który przekłada się nie tylko na komfort i bezpieczeństwo podróży, ale także na atrakcyjność Polski jako państwa tranzytowego dla towarów zarówno w kierunku wschodnim, jak i zachodnim. Ten element jawi się jako szczególnie istotny w kontekście polskiej pozycji w Europie Środkowej. Wielu wciąż stawia pytanie czy Polska może być liderem Europy Środkowej. Odpowiedź wydaje się być oczywista (i nie chodzi tutaj tylko o bycie liderem politycznym mającym wpływ na podejmowane decyzje). Dzięki rozwojowi infrastrukturalnemu, Polska stanowi naturalny pomost pomiędzy Wschodem i Zachodem.

Nie jest to pomost w rozumieniu metaforycznym, ale rzeczywistym, wpływającym na nasze znaczenie w tej części Europy.

Projekty takie jak Via Carpatia łącząca państwa bałtyckie z Bałkanami południowymi, czy projekt Rail Baltica, który połączy kolejowo państwa nadbałtyckie z zachodnią Europą, to elementy, które po ukończeniu będą stanowiły istotny element oddziaływania naszego państwa na to, co dzieje się wokół nas.

Podobny wpływ na polską pozycję w regionie Europy Środkowej ma proces dywersyfikacji dostaw źródeł energii pochodzących z kierunku wschodniego. Proces ten, choć długotrwały i kosztowny, może w najbliższej przyszłości stać się kolejnym elementem polskiego pozytywnego oddziaływania na państwa ościenne. Aspekt ten jest istotny, gdy zaobserwujemy, że większość naszych wschodnich sąsiadów jest głęboko uzależniona od Rosji, zarówno od dostaw ropy, gazu czy też energii elektrycznej. Polskie wysiłki dyplomatyczne w relacjach z takimi państwami jak Białoruś czy Ukraina w niedalekiej przyszłości będą oparte na solidnych argumentach. Wpływ energetyczny ma również oddziaływanie na podtrzymanie dobrosąsiedzkich relacji z partnerami z UE i NATO, między innymi z Litwą, co widoczne jest dzięki zaangażowaniu Orlenu w zakup i modernizację litewskiej rafinerii w Możejkach, a także pomoc w desynchronizacji tego państwa z postsowieckim systemem elektroenergetycznym BRELL, który nadal łączy Litwę z Rosją.

Wyjątkowy czas prosperity

Konkludując, mimo, że istnieją elementy transformacji ustrojowej, które nie zostały zrealizowane na satysfakcjonującym poziomie, w przypadku znaczenia Polski w przestrzeni międzynarodowej nastąpił znaczny progres.

Na tę pozycję wpływ ma nie tylko potencjał ludnościowy i powierzchniowy, ale przede wszystkim, słuszne decyzje na poziomie strategicznym podjęte na początku drogi transformacji oraz upór i determinacja samych Polaków do zmian. Ukraina, państwo większe, bardziej zaludnione z silniejszą gospodarką i możliwościami na początku lat 90. przez złe polityczne i gospodarcze decyzje, znacznie odbiega dziś od Polski w wielu aspektach życia gospodarczego, społecznego czy związanego z bezpieczeństwem. W konsekwencji tysiące Ukraińców, Białorusinów, Rosjan czy obywateli państw centralnej Azji widzi w Polsce miejsce do bezpiecznego i stabilnego rozwoju, obierając nasz kraj jako cel emigracji. Jeszcze 15 lat temu, kiedy zaczął się masowy exodusu Polaków za pracą do państw zachodniej Europy, mało kto pomyślał, że wkrótce to my staniemy się bezpieczną przystanią dla wielu przybyszy ze Wschodu. Dziś jesteśmy przykładem sukcesu gospodarczego ostatnich trzydziestu lat, co przekłada się na wizerunek Polski wśród obcokrajowców.

Odpowiadając zatem na postawione na samym początku pytanie czy odnieśliśmy sukces na arenie międzynarodowej, biorąc pod uwagę jedynie wycinek trzydziestu lat historii, można powiedzieć, że tak. Chociaż nie jesteśmy na końcu tej drogi, a raczej na jej wczesnym etapie. Warto, abyśmy korzystali z tego rzadko spotykanego w naszej części świata rekordowo długiego okresu spokoju, który daje nam niepowtarzalną szansę na rozwój. Nie wiadomo bowiem jak długo będzie on trwał.

Mariusz Marszałkowski

Absolwent Bezpieczeństwa wewnętrznego na Wydziale Dowodzenia i Operacji Morskich Akademii Marynarki Wojennej. Od 2016 do końca 2019 roku pracownik Kolegium Europejskiego w Natolinie. Realizował projekt związany z badaniem transformacji politycznej na Ukrainie „3R – Three Revolutions”. Od 2018 roku korespondent, a od stycznia 2020 roku dziennikarz i analityk portalu BieznesAlert.pl. Współpracownik Instytutu Jagiellońskiego. Wykładowca na Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni W przeszłości współpracował z Centrum Europejskim Natolin oraz Fundacją Energia dla Europy. W 2016 roku uczestnik projektu nt. konfliktu na wschodzie Ukrainy organizowanego przez Akademie Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych Ameryki w Annapolis.

Piotr Rudyszyn: polskie zacofanie może być atutem w transformacji energetycznej

Mariusz Marszałkowski/Instytut Jagielloński: Jak transformacja energetyczna wpłynie na rozwój nowoczesnych technologii w energetyce?

Piotr Rudyszyn: Transformacja energetyczna związana jest z rozwojem technologii. Nie chodzi tylko o odnawialne źródła energii, które są ważnym elementem w trendzie technologicznym, ale głównie o technologie magazynowania energii oraz inteligentnego zarządzania sieciami. To będzie wymagało ogromnego rozwoju, przede wszystkim kierunków technicznych. Rozwój ten będzie stanowił szansę dla uczelni wyższych, dla firm z branży nowoczesnych technologii, dla wszystkich parków naukowo- technologicznych, które licznie wyrastały w Polsce po wstąpieniu do UE. Te parki, które wydawały się takimi nieco pomnikami pychy administracyjnej, dzisiaj stanowią najlepsze miejsce do rozwoju tych nowoczesnych technologii. Transformacja energetyczna jest katalizatorem rozwoju dla całych gałęzi przemysłu związanego z energetyką. Elektrownie wiatrowe i fotowoltaiczne to technologie, które przechodzą rewolucyjny wręcz rozwój. Dla laika elektrownia wiatrowa to kręcąca się turbina z trzema śmigłami. W rzeczywistości jest to skomplikowany mechanizm, który składa się z wielu elementów, m.in. sterowania, aerodynamiką, z wydajnością generatorów, z różnymi materiałami. Tak samo jest z fotowoltaiką, w której rozwoju nie chodzi już o zwiększanie wydajności i żywotności paneli, ale o cały system zarządzania produkcją energii z tego źródła. Nie możemy stać z boku i czekać na obniżenie cen.

M.M.: Które technologie mają największą szansę rozwoju w obliczu tej transformacji energetycznej?

P.R.: W najbliższych latach najszybszy wzrost bez wątpienia będzie dotyczył fotowoltaiki. To związane jest z regulacjami prawnymi, ale powodem tego jest także charakter zapotrzebowania i dostępności dla przeciętnego Kowalskiego. Kolejnym elementem będzie offshore, czyli morskie farmy wiatrowe, w których rozwój zaangażowane będą największe firmy energetyczne. Nie widzę za bardzo dużych perspektyw przed instalacjami wiatrowymi na lądzie. To wynika z bardzo rygorystycznych warunków prawnych stawianych przed tymi inwestycjami oraz, nie ma co ukrywać, dużym sprzeciwem społecznym. W późniejszym czasie, w perspektywie kilkunastu lat coraz powszechniejsze będą technologie magazynowania energii. I nie chodzi mi tu o akumulatory, ale o wytwarzanie wodoru z energii elektrycznej poprzez elektrolizę, jego transport i magazynowanie. To będzie wyzwanie technologiczne na najbliższe kilkanaście lat, ale też perspektywa ogromnego zysku dla tych, którzy będą pionierami.

M.M.: Jakie państwa są liderami w technologiach potrzebnych do transformacji?

P.R.: Liderami bez wątpienia są państwa takie jak Niemcy czy Dania. Tam od lat wykształcił się głęboki know-how związany z OZE. Kolejnym, coraz bardziej liczącym się graczem na tym rynku są Chiny. Państwo to przeszło gigantyczną metamorfozę. Nie jest to już kraj znany z końcówki lat 90. XX wieku, który był tylko montownią i kopiował rozwiązania innych. Dzięki rozwojowi własnej myśli technicznej, stworzeniu know-how, Chiny są dziś pionierem różnych nowinek technologicznych związanych z rozwojem nowych systemów OZE, technologii magazynowania czy transportu energii. Osiągnęły ten postęp w ciągu ostatnich 10-15 lat i wcale nie wynika to z niskich kosztów pracy, czy dostępu do surowców. I to jest sygnał dla nas, że też możemy tego dokonać.

M.M.: Skoro już jesteśmy przy Polsce, czy jako państwo mamy szansę być liderem w technologiach związanych z transformacją energetyczną, czy zostaniemy jedynie biorcą technologii od innych?

P.R.: Polska nie tylko ma potencjał do bycia liderem w tych przemianach, ale w niektórych aspektach już nim jest. Ze względu na duży udział węgla w miksie, stoi przed nami wiele zadań, które będziemy musieli wykonać w najbliższych latach. I to już się dzieje. Jesteśmy w światowym topie jeżeli chodzi o przyrost nowych mocy generowanych m.in. w fotowoltaice. Trudno jednak na razie powiedzieć w czym będziemy mogli odnaleźć swoją niszę. Ten rynek jest bardzo dynamiczny. Jednak mało kto wie, że jedną z najlepszych firm na świecie pod względem opracowywania i wytwarzania ładowarek do samochodów i autobusów elektrycznych jest polska firma, która istnieje od 6 lat. Firma ta może się pochwalić wygranym przetargiem na dostawy ładowarek elektrycznych do samochodów i komunikacji miejskiej w Berlinie, pokonując przy tym takie potęgi elektroenergetyczne jak Siemens czy ABB. Polska ma duży rynek, więc takich firm jak ta może pojawić się w perspektywie następnych lat znacznie więcej. Polski rynek jest przy tym większy niż niemiecki. Niemcy do 2035 roku mają osiągnąć 35 procent generacji energii elektrycznej z OZE. Dziś mają jej na poziomie 30 procent. My mamy 10 procent i też do tego samego roku mamy mieć 35 procent. To oznacza, że polski rynek jest pięciokrotne większy. Paradoksalnie, nasze zacofanie w tym aspekcie jest naszą przewagą, bo będzie generowało znacznie większe zapotrzebowanie wewnętrzne na produkty czy usługi związane z transformacją. Dla nas wielką szansą jest kwestia magazynowania i rozdzielania energii. Aby tego dokonać nie musimy mieć kosmicznych technologii, ani pokładów kosmicznych surowców. Do rozwoju tych technologii potrzeba zdolnych informatyków, chemików, programistów. Tych specjalistów, których w Polsce mamy na naprawdę najwyższym, światowym poziomie. I to będzie nasze know-how.

M.M.: Jak zatem wspierać te branże, które mogą stanowić o naszym sukcesie związanym z transformacją?

P.R.: Wsparcie powinno być dwutorowe. Pierwszy tor wspierający to ogólnie pojęta edukacja społeczeństwa. Od poziomu dzieci, po masowe uświadamianie ludzi i kształtowanie świadomości na tematy związane z energetyką, ochroną klimatu i środowiska, czy oszczędnością nie tylko pieniędzy, ale też energii elektrycznej. Powinno tez kreować się nowe kierunki na studiach, ale nie w taki sposób, że zmieniamy tylko tabliczki na salach i nazwy przedmiotów, ale w rzeczywistych działaniach, które sygnalizowane są przez przedsiębiorców. Zwłaszcza kierunków kreatywnych. To jest pierwsza, miękka część wsparcia. Drugim torem jest wsparcie w likwidowaniu barier administracyjnych poprzez, przede wszystkim, dostosowanie prawa budowlanego i energetycznego do nowych wyzwań. Obecnie łatwiej jest zbudować nowe składowisko odpadów niż farmę fotowoltaiczną, nie mówiąc już o wiatrakach. Również wsparcie powinno dotyczyć ośrodków naukowych i badawczych. Tak jak wspominałem wcześniej, mamy kompetencje w tej materii.

M.M.: Czy jednak nie ma ryzyka, że firmy z Europy Zachodniej, które już okrzepły na rynku OZE, mając kapitał, będą stanowić zagrożenie dla rozwoju tych branż technologicznych w naszym kraju?

P.R.: Kapitał w kwestii transformacji energetycznej nie gra najważniejszej roli, czego dowodem jest choćby przykład polskiej firmy, która wygrała przetarg na budowę punktów ładowania samochodów elektrycznych w Berlinie. Może być tak, że duża niemiecka firma wygra ogromny przetarg na budowę polskiego offshoru, ale z drugiej strony może być tak, że polskie firmy będą masowo instalować panele fotowoltaiczne na dachach niemieckich domów. To samo może tyczyć się polskich firm instalujących ładowarki, magazyny energii itp. Koniec końców może okazać się, że przez te mniej medialne projekty i działania, nasze firmy bardziej skorzystają na tym, niż ta jedna niemiecka firma stawiająca wiatraki na polskiej części Bałtyku. Wykształcając rynek u siebie zbudujemy popyt na produkty i usługi, a przez to ceny znacznie spadną, przez co będziemy konkurencyjni w podobnych projektach w innych państwach. Powtarzam, transformacja energetyczna nie jest zagrożeniem, a szansą, a nasza zależność od węgla w dłuższej perspektywie może być naszym atutem i stymulować rozwój technologiczny całej polskiej branży energetycznej.

Piotr Rudyszyn

Studiował architekturę na Technicznym Uniwersytecie w Wiedniu oraz odnawialne źródła energii na kursie podyplomowym Wind Studium na Uniwersytecie w Oldenburgu. Uczestnik wielu zagranicznych szkoleń i kursów specjalistycznych z dziedziny energetyki i ciepłownictwa, negocjacji społecznych. Założyciel organizacji branżowej PV Polska. Uczestnik projektów badawczo-naukowych. Od 1996 r. projektuje elektrownie wiatrowe, słoneczne i ciepłownie. Uczestniczył jako projektant i prowadził nadzór w ponad stu projektach. Posiada uprawnienia branżowe. Jest autorem prognoz i analiz dla projektów OZE i ciepłowniczych. Jest audytorem bankowym, wykonywał wiele ocen due diligence projektów energetycznych w Polsce i za granicą dla inwestorów i funduszy inwestycyjnych. Doradca kilku samorządów terytorialnych. Autor wielu publikacji i artykułów z dziedziny energetyki odnawialnej i ciepłownictwa, hydrolizy oraz magazynowania energii.

W listopadzie 2020 r. banki udzieliły mikroprzedsiębiorcom dużo mniej kredytów

W listopadzie 2020 r., w porównaniu do listopada 2019 r., banki udzieliły mikroprzedsiębiorcom dużo mniej kredytów zarówno w ujęciu liczbowym (-33,3%), jak i wartościowym (-20,8%). W ujęciu liczbowym banki przyznały o (-29,5%) mniej kredytów obrotowych o (-27,7%) mniej kredytów w rachunku bieżącym, oraz o (-24,4%) inwestycyjnych. Spadła także wartość udzielonych w listopadzie 2020 r. kredytów w rachunku bieżącym o (-28,2%), obrotowych o (-18,5%) oraz kredytów inwestycyjnych o (-14,6%).

Sprzedaż kredytów dla mikroprzedsiębiorców według produktów kredytowych

W jedenastu miesiącach 2020 r. banki udzieliły łącznie 119,5 tys. kredytów mikroprzedsiębiorcom (-32,2%) na łączną kwotę 15,759 mld zł (-27,0%), w tym: 8,5 tys. kredytów inwestycyjnych (-26,3%) na kwotę 2,628 mld zł (-34,8%), 41,8 tys. kredytów obrotowych (-29,9%) na kwotę 6,725 mld zł (-22,6%) oraz 32,5 tys. (-29,9%) kredytów w rachunku bieżącym na kwotę 4,135 mld zł (-24,7%).

Jakość portfeli kredytów dla mikroprzedsiębiorców według produktów kredytowych

Listopadowy odczyt Indeksu jakości kredytów mikroprzedsiębiorców wyniósł 3,68% w ujęciu wartościowym. Produktowe Indeksy jakości w listopadzie kształtowały się w ujęciu wartościowym – kredyty inwestycyjne 1,63%, kredyty obrotowe 7,38% oraz kredyty w rachunku bieżącym 2,89%. W listopadzie 2020 r. w porównaniu do października 2020 r. poprawił się (spadł) ogólny indeks jakości (-0,15). Również indeks polepszył się (spadł) w porównaniu do listopada 2019 o (-1,64). Obecnie pozytywnym zjawiskiem jest jego polepszenie pomimo niekorzystnego stałego trendu pogarszania się od czterech lat. Ponownie osiągnął on w listopadzie najniższą (najlepszą) wartość od 2016 r. Źródłem poprawy są dwa czynniki: tarcze finansowe pozwalające zachować płynność finansową w obliczu spadku sprzedaży oraz korzystanie z wakacji kredytowych. Należy pamiętać, że indeksy oparte są na opóźnieniach 90+. Czyli problemy ze spłatą kredytów mogą wystąpić dopiero po 3 miesiącach. Zmiana wartości Indeksu w okresie 12 miesięcy jest jednak zróżnicowana co do wartości. Najwyższe polepszenie o (-2,42) wystąpiło w przypadku kredytów obrotowych oraz inwestycyjnych (-1,97). Najniższe w przypadku kredytów w rachunku bieżącym (-0,59).

Sprzedaż kredytów dla mikroprzedsiębiorców według sektorów

Na 9,9 tys. kredytów udzielonych mikroprzedsiębiorcom w listopadzie br., 4,7 tys. zaciągnęły firmy usługowe (47,5%) i 2,6 tys. handlowe (26,3%). Łącznie więc 73,8% udzielonych w listopadzie kredytów przypada na te dwa sektory. Z łącznej kwoty 1,343 mld zł, banki udzieliły 506 mln zł (37,7%) kredytów firmom z sektora usług oraz 404 mln zł (30,1%) mikroprzedsiębiorcom prowadzącym działalność handlową. Finansowanie tych dwóch sektorów to 67,8% łącznej wartości udzielonych kredytów w listopadzie 2020 r.
W okresie styczeń – listopad 2020 r. najwyższe spadki liczby udzielonych kredytów dotyczyły finansowania usług (-34,1%). W przypadku produkcji spadek wyniósł (-33,4%), a handlu (-31,9%). W ujęciu wartościowym w okresie pierwszych jedenastu miesięcy 2020 r. w porównaniu do analogicznego okresu 2019 r. najwyższa ujemna dynamika dotyczyła kredytów mikroprzedsiębiorców z sektora produkcyjnego (-30,5%) oraz usług (-30,0%). W ujęciu wartościowym dodatnią dynamikę (+19,4%) w porównaniu do października odnotowały kredyty, udzielone firmom budowlanym.

Jakość portfeli kredytów dla mikroprzedsiębiorców według branż

Według odczytów Indeksu Jakości najgorzej (najwyższy poziom wskaźnika) w listopadzie 2020 r. spłacane były kredyty przez firmy handlowe – wartość indeksu wyniosła 4,02%. Wartość Indeksu dla wszystkich branż jest najniższa w okresie ostatnich pięciu lat (od 2016 r.). W porównaniu do listopada 2019 r. Indeks polepszył się (spadł) dla wszystkich czterech branż. Najwięcej w usługach o (-1,99). Najlepszy (najniższy) odczyt w listopadzie odnotował Indeks Jakości firm z sektora budowlanego i wynosił on tylko 2,87%.

BioMaxima zrealizuje w grudniu na rynku indonezyjskim zamówienia na ponad milion dolarów, rozpoczyna też sprzedaż nowego testu genetycznego

BioMaxima SA otrzymała od dystrybutora zaopatrującego rynek w Indonezji kolejne zamówienie na testy genetyczne PCR do oznaczania SARS-CoV-2 o wartości 395 128 USD. Jest to już kolejne zamówienie na takie testy od tego dystrybutora, dzięki czemu wartość zrealizowanych zamówień na rynek indonezyjski w grudniu br. przekroczy milion dolarów. Oprócz tego spółka w poniedziałek wprowadziła do sprzedaży na terenie Polski i krajów UE najnowszy własny test genetyczny SARS/Flu/RSV Real Time PCR LAB-KIT, uzyskując już pierwsze sukcesy w publicznych przetargach.

Najnowsze zamówienie od dystrybutora zaopatrującego rynek indonez­­­yjski zostanie zrealizowane do końca grudnia br. Począwszy od sierpnia br. jest to już kolejne zamówienie na test PCR od tego dystrybutora w ramach stałej współpracy, a poprzednie opiewające na kwotę 628 909 USD zostało zrealizowane również w grudniu.

Jesteśmy zadowoleni z rozwijającej się sprzedaży na konkurencyjnym rynku indonezyjskim. Kolejne zamówienie w tym roku jest potwierdzeniem jakości oraz przewagi jakościowej testu genetycznego BioMaxima, który jest przystosowany do transportu i przechowywania w temperaturze pokojowej. Zresztą testy genetyczne PCR to nie jedyne dostawy do Indonezji zrealizowane w grudniu br., ponieważ wysłaliśmy do Indonezji również kolejną w tym roku partię odczynników do chemii klinicznej.  Potwierdza to popyt na zdywersyfikowany portfel naszych produktów na wysoce konkurencyjnych rynkach zagranicznych, co jest doskonałym prognostykiem na 2021 r.” – powiedział Łukasz Urban, prezes zarządu BioMaxima SA.

Spółka zapowiedziała realizację w niedługim czasie kolejnych znaczących zamówień do Indonezji.

Nowy test w sprzedaży w Unii Europejskiej i pierwsze zamówienie

Wprowadzany właśnie do obrotu w Polsce i w innych krajach Unii Europejskiej najnowszy test SARS/Flu/RSV Real Time PCR LAB-KIT jest nowoczesnym narzędziem umożliwiającym szybką diagnostykę infekcji górnych dróg oddechowych, charakteryzując się bardzo wysoką czułością i specyficznością. Zaletą testu jest możliwość identyfikacji kilku patogenów w jednej probówce PCR. Jednoczesne badanie próbki pacjenta w kierunku kilku chorób zakaźnych, znacząco ogranicza zasoby konieczne do wykonania badania i pozwala szybciej uzyskać informacje niezbędne w przypadku pacjentów cierpiących na nieokreśloną infekcję dróg oddechowych. Nowy test umożliwia wykrycie patogenów SARS-CoV-2 (Wuhan), wirusów grypy (wirus grypy A – H1N1, H3N2, H5N1 i wirus grypy B), a także wirusa RSV A i B (syncytialny wirus oddechowy typu A lub B ).

Nowy test genetyczny jest częścią tworzonej przez BioMaxima SA palety nowoczesnych testów do diagnostyki molekularnej. Test umożliwia przeprowadzenie kontroli izolacji i amplifikacji kwasów nukleinowych i może być używany na praktycznie wszystkich aparatach PCR pracujących w systemie otwartym. Spółka przewiduje, że zastosowanie testu nie ograniczy się do etapu pandemii, bowiem szczególne wskazane jest wykonywanie testów łączonych u osób, u których niezbędne jest szybkie rozpoznanie i włączenie odpowiedniego leczenia z uwagi na ich ciężki stan i/lub hospitalizację, podwyższone ryzyko powikłań, jednoczesną obecność kilku infekcji, obniżoną odporność lub występowanie innych chorób przewlekłych.

Spółka wzięła już udział w pierwszym postępowaniu o udzielenie zamówienia publicznego na dostawę takich testów różnicujących kilka patogenów w Ginekologiczno–Położniczym Szpitalu Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu gdzie, złożyła najkorzystniejszą ofertę o wartości brutto 199.200 zł.

Rekordowe wyniki finansowe w 2021 r.

Zarząd BioMaxima SA 21 grudnia 2020 r., podał wstępną informację o rekordowych w wynikach finansowych. Spółka za miesiąc listopad osiągnęła zysk netto na poziomie 1.802 tys. zł., a zysk EBITDA wyniósł 2.415 tys. zł. Rentowność netto ukształtowała się na poziomie 22,35%. Po 11 miesiącach 2020 r. zysk netto BioMaxima SA wynosi już 7.645 tys. zł, natomiast EBITDA 11.004 tys. zł.

JPMorgan Chase kupuje cxLoyalty

JPMorgan Chase & Co. (NYSE: JPM) oraz cxLoyalty Group Holdings ogłosiły dziś podpisanie umowy na nabycie globalnych usług lojalnościowych przez JPMorgan Chase opracowanej przez cxLoyalty Group Holdings. Transakcja przewiduje nabycie wiodących platform technologii opracowanych przez cxLoyalty, funkcjonalności biura podróży oferującego pełen zakres usług, kart podarunkowych, towarów firmowych i usług bankowych.

„Inwestycja ta odzwierciedla nasze zaangażowanie w chęć zaoferowania szerokiej i szybko rozszerzającej się grupie naszych klientów wyjątkowych benefitów podróżnych. Obywatele całego świata chcą znów jeździć na wakacje i podróżować i mamy nadzieję, że wielu z nich będzie mogło spełnić to pragnienie już w niedalekiej przyszłości. Dzięki nabyciu przez nas funkcjonalności podróżnych i benefitowych opracowanych przez cxLoyalty zapewnimy milionom klientów Chase dodatkowe, niezapomniane wrażenia, z których będą mogli skorzystać kiedy tylko poczują, że są gotowi wznowić podróżowanie”, powiedziała Marianne Lake, dyrektor ds. obsługi klienta w JPMorgan Chase.

cxLoyalty to spółka o ponad 40-letnim doświadczeniu będąca liderem w zakresie funkcjonalności lojalnościowych i technologicznych. Jej doświadczenie w projektowaniu, zarządzaniu i wdrażaniu programów lojalnościowych przyczyni się do poprawy reputacji JPMorgan Chase już dziś znanej z oferowania klientom wartości dodanej. Przewiduje się, że transakcja ta dodatkowo wzmocni więzi z klientami oparte na lojalności, między innymi dzięki platformie Chase Ultimate Rewards oraz pozwoli na pozyskanie grupy klientów cxLoyalty, dzięki czemu wszyscy klienci będą mogli skorzystać z bardziej holistycznych, kompleksowych usług podróżnych. Obsługą marki cxLoyalty i relacjami z aktualną grupą klientów zajmie się dyrektor generalny Grupy Todd Siegel.

„JPMorgan Chase to właściwy partner do dalszego inwestowania w nasz wiodący biznes lojalnościowy”, powiedział Todd Siegel, dyrektor generalny cxLoyalty. „To partnerstwo pozwoli nam wzmocnić i rozszerzyć gamę oferowanych przez nas rozwiązań technologicznych, programów bonusowych i spersonalizowanych, światowej klasy usług świadczonych naszym klientom, należącym do programu Fortune 500, a także milionom ich klientów z całego świata”.

Pani Lake dodaje: „Witamy Todda i firmę i cxLoyalty w szeregach JPMorgan Chase i z niecierpliwością oczekujemy na stworzenie wartości dodanej, z której skorzystać będą mogli klienci obu firm”.

Klienci JPMorgan Chase posługujący się kartami kredytowymi nadal będą mogli korzystać z programu Ultimate Rewards, z czasem uzyskają również dostęp do rozszerzonej, bonusowej oferty podróżnej.

Stawki podatku od nieruchomości w 2021 r.

Jaki podatek od nieruchomości zapłacą w 2021 r. mieszkańcy największych miast?

W 2020 r. koszty utrzymania mieszkania rosły w tempie przeszło dwukrotnie szybszym od inflacji. Wiele wskazuje na to, że także w 2021 r. wydatki związane z utrzymaniem mieszkania będą najszybciej rosnącą pozycją w budżetach domowych wielu polskich rodzin. Już wkrótce przeszło 9 mln z nich dostanie decyzję o podwyżce podatku od nieruchomości.

Podatek od nieruchomości jest jednym ze składników kosztów utrzymania mieszkania lub domu. Według GUS, po 11 miesiącach były one o 7,4% wyższe niż w analogicznym okresie przed rokiem. Jest to jednak głównie efekt podwyżek opłaty za śmieci, która przez rok wzrosła średnio aż o 53,5%!oplaty-za-mieszkanie-a-inflacja

Co gorsza, włodarze wielu miast nie powiedzieli w tej sprawie ostatniego słowa. Ponadto w ogromnej większości z nich nie mieli skrupułów, aby podnieść stawki podatku od nieruchomości do maksymalnego poziomu, który na 2021 r. wyznaczył minister finansów. W praktyce to oznacza, że ok. 9 mln właścicieli mieszkań i domów musi się liczyć z ok. 4% podwyżką.podatek-od-nieruchomosci-max-stawka

Budynki mieszkalne będą mogły być opodatkowane stawką 0,85 zł za m kw., zaś grunty pod takimi budynkami – 0,52 zł za m kw. Dla właściciela 200-metrowego domu położonego na działce o powierzchni tysiąca metrów kwadratowych oznacza to konieczność zapłacenia gminie podatku od nieruchomości w wysokości 690 zł. Będzie on wyższy od tegorocznego o 28 zł.

Ponieważ podatek od nieruchomości jest dochodem gmin, te nie muszą podwyższać dotychczasowych stawek, ani stosować maksymalnych. Sprawdziliśmy więc, jaką politykę w tym zakresie prowadzą władze największych miast. Okazuje się, że tylko radni Lublina zdecydowali się na „zamrożenie” tegorocznych stawek, które w dodatku są niższe od maksymalnych. Władze tego miasta zdają sobie bowiem sprawę, że z powodu pandemii koronawirusa wielu mieszkańców wpadło w tarapaty finansowe. W Lublinie liczą, że wpływy z tytułu podatku od nieruchomości uda się utrzymać m.in. dzięki nowym płatnikom, którzy zasiedlą wybudowane w tym roku mieszkania i domy.

Problem w tym, że skutki gospodarcze Covid-19 dają się też mocno we znaki samorządom. Żeby zbilansować zmniejszone dochody z wydatkami przede wszystkim szukają oszczędności. Poza tym stosunkowo prostym sposobem na łatanie finansów jest podniesienie podatków. Nie dziwi wiec, że w większości miast podjęto uchwały o zastosowaniu maksymalnych stawek. Są też jednak i takie miasta, w których właściciele domów i mieszkań dostaną podwyżkę, ale stawki podatku będą wciąż niższe od wskazanych przez ministra finansów. Co ciekawe, w Zielonej Górze niemal o połowę!podatek-od-nieruchomosci-2021

Autor: Marek Wielgo, ekspert portalu GetHome.pl

Sklepy odpuszczają promocje tzw. energetyków. Eksperci mówią, że to przez pandemię

W ciągu 11 miesięcy br. było tylko o 1,7% więcej promocji napojów energetycznych w sieciach handlowych niż w analogicznym okresie ub.r. Natomiast analiza wyników z I kwartału 2018 i 2019 roku wykazała wzrost aż o 40,3%, w niektórych formatach – nawet o 80%. Ostatnio największy przyrost odnotowano w dyskontach – o 36%. Dla porównania, w sieciach typu convenience wyniósł on 11,5%. Z kolei najbardziej widoczny spadek zaliczyły hipermarkety, tj. o 28,2%.

Porównując dane agencji badawczo-analitycznej Hiper-Com Poland, zebrane od stycznia do listopada tego i ubiegłego roku, widać, że liczba promocji tzw. energetyków w gazetkach wzrosła tylko o 1,7%. Natomiast wyniki z I kwartału 2018 i 2019 roku pokazują przyrost aż o 40,3%. W niektórych formatach wynosił on nawet 80%. Jak komentuje Karol Kamiński z Centrum Analiz Grupy AdRetail, sieci handlowe reagują na malejące zainteresowanie klientów tego typu używkami. Polacy chcą zdrowo żywić siebie i swoje rodziny. Wiedzą, że takie produkty mogą im szkodzić w długofalowej perspektywie.

– Nieznaczny wzrost promocji tzw. energetyków w 2020 roku może wynikać z tego, że sieci handlowe bacznie obserwują zmiany zachowań konsumentów spowodowane pandemią. Przeniesienie wielu aktywności do domów przełożyło się na mniejszą ilość impulsywnych zakupów, a napoje energetyczne zazwyczaj do takich się zaliczają. Wolniejsze życie prawdopodobnie zmniejszyło też zapotrzebowanie na kofeinę – mówi Julita Pryzmont z Hiper-Com Poland.

Analiza wykazała również, że w tym roku liczba promocji najbardziej wzrosła w dyskontach, tj. o 36%. Na drugim miejscu uplasowały się sieci typu convenience z wynikiem 11,5%. Z kolei największy spadek zaliczyły hipermarkety – o 28,2%.

– Ten rok był bardzo trudny dla hipermarketów, ponieważ w dużej części znajdują się one w centrach handlowych, które w związku z pandemią były zamknięte. Tego typu sieci najprawdopodobniej wolały uwzględnić w swojej strategii więcej towarów generujących ruch, jak np. produkty świeże. Jednocześnie nie podnosiły ilości akcji rabatowych obejmujących napoje energetyczne – dodaje Julita Pryzmont.

Dane pochodzą z zasobów agencji badawczo-analitycznej Hiper-Com Poland. Finalnie sprawdzono blisko 14 tys. promocji opublikowanych w gazetkach wydanych od 1 stycznia do 30 listopada 2020 roku. Wyniki porównano z wartościami z analogicznego okresu ub.r. Pod uwagę wzięto dyskonty, hipermarkety, supermarkety, sieci convenience, cash & carry i hurtownie.

Ukraińcy pracują tymczasowo prawie dwa razy więcej niż Polacy

Obywatele z Ukrainy nie tracą zapału do pracy tymczasowej w Polsce. Na wypełnianie powierzonych im zadań poświęcają więcej czasu niż Polacy. Średnio 577 RBH przepracował tymczasowo statystyczny Ukrainiec zatrudniony w Polsce w 2020 r. Jak wynika z danych Grupy Progres to o 277 RBH więcej niż w przypadku zatrudnionego tymczasowo Polaka, który na tę formę zatrudnienia przeznaczył 300 RBH. Mimo, że w tym roku Polacy stanowią większość na rynku pracy tymczasowej (53 proc.), a Ukraińców jest o 13 proc. mniej to i tak nasi wschodni sąsiedzi przepracowali w sumie więcej roboczogodzin niż Polacy.

Pobyt Ukraińców w naszym kraju jest dla nich bardzo intensywnym okresem – tylko w ubiegłym roku 11 191 zatrudnionych Ukraińców przepracowało w sumie 6 867 780 RBH. W analogicznym okresie 8 878 Polaków w pracy tymczasowej spędziło 2 686 856 RBH. W przeliczeniu na jedną osobę – statystyczny Ukrainiec przepracował średnio 614 RBH, a Polak – 303 RBH. Ubiegły rok został zdominowany przez Ukraińców, zarówno pod kątem liczby przepracowanych godzin, jak i liczby pracowników, którzy stanowili 52 proc. wszystkich zatrudnionych i było ich o 11 proc. więcej niż Polaków (41 proc.).

W tym roku sytuacja uległa zmianie i to Polaków jest więcej – stanowią niemal 53 proc. wszystkich zatrudnionych pracowników tymczasowych, Ukraińcy – 40 proc., pozostałe narodowości – 7 proc. Jednak – mimo przewagi liczebnej – Polacy nadal na pracę tymczasową poświęcają mniej czasu niż Ukraińcy. Nasi rodacy w tym roku przepracowali 2 553 547 RBH, każdy z nich średnio 300 RBH. W tym samym czasie Ukraińcy swoje obowiązki wykonywali przez 3 830 818 RBH, a w przeliczeniu na osobę – 577 RBH.

Cel jest jeden – zarobki

Obserwowane od kilku lat zaangażowanie Ukraińców w pracę, wynikało i nadal wynika przede wszystkim z celu, który sobie postawili. Przyjazd do Polski to dla nich przede wszystkim szansa na zarobek, dlatego swój czas poświęcają na intensywną pracę. Jest ona dla nich szczególnie ważna w dobie pandemii, gdy wiele stanowisk jest zagrożonych likwidacją.

– Duża liczba covidowych restrykcji i niewiadomych, dotyczących pracowników tymczasowych, zmieniła optykę Ukraińców przyjeżdżających do Polski w celach zarobkowych. Wcześniej, mimo że bardzo angażowali się w pracę, byli skłonni do jej zmiany w momencie, gdy obecna przestała im odpowiadać. Byli także otwarci na zmianę miejsca zamieszkania w Polsce, jeśli wraz z przeprowadzką pojawiła się szansa na lepszą pracę. Obecnie, skłonność Ukraińców do relokacji zmalała – mówi Cezary Maciołek, Wiceprezes Grupy Progres. – Obcokrajowcy ostrożniej podchodzą do ofert nowego zatrudnienia. Jeśli, ich przełożony gwarantuje im atrakcyjne wynagrodzenie i dobre warunki pracy to nie chcą szukać innych możliwości. Chcą stabilizacji, która w tych trudnych czasach jest dla nich najważniejsza – zaznacza Cezary Maciołek.

W maju nie było za różowo

Zarówno Polacy, jak i obcokrajowcy najmniej pracowali w maju. W piątym miesiącu tego roku nasi rodacy w pracy tymczasowej spędzili 106 RBH, a Ukraińcy – 162 RBH. W sumie przepracowali wtedy 518 013 RBH o 316 512 RBH mniej niż w analogicznym miesiącu 2019 r. Ten znaczący spadek wynikał z faktu, że rynek pracy zwolnił przez koronawirusa, a przedsiębiorcy z niepokojem czekali na pocovidowe powikłania dla ich biznesu. W kwietniu i maju było też wiele innych niewiadomych – pracodawcy nie wiedzieli, jak od strony praktycznej będzie wyglądało rządowe wsparcie oraz czy dostaną jakiekolwiek dofinansowanie i co w konsekwencji stanie się z ich biznesem.

Wraz z upływem czasu sytuacja powoli zaczęła się poprawiać – pracy było więcej, rosło również zapotrzebowanie na pracowników. Do października pracę tymczasową w Polsce częściej niż Ukraińcy podejmowali Polacy, jednak to nasi wschodni sąsiedzi pracowali na najwyższych obrotach. We wrześniu statystyczny Polak przepracował 113 RBH, a Ukrainiec 160 RBH. Miesiąc później liczba godzin przepracowanych tymczasowo przez naszego rodaka spadła do 101 RBH, a w przypadku statystycznego Ukraińca wzrosła do 163 RBH. Co więcej, jak wynika z danych Grupy Progres, od lipca do końca listopada br. w grupie pracowników tymczasowych ubywało Polaków, a przybywało Ukraińców. Listopad był pierwszym – od lutego 2020 r. – miesiącem roku, w którym Ukraińców było więcej niż Polaków – stanowili oni 50 proc. a nasi rodacy 39 proc. Na pracę poświęcali średnio 105 RBH (statystyczny Polak) i 156 RBH (statystyczny Ukrainiec).

– Koniec roku na ogół jest czasem, w którym zapotrzebowanie na pracowników tymczasowych rośnie. Podobnie jest w 2020 r. – część firm, po wprowadzeniu nowych reguł wrzuca kolejny bieg, chce odrobić straty i zamknąć rok budżetowy na plusie. Pełną parą pracują producenci AGD i RTV oraz sektory – budowlany, meblarski, spożywczy, handlowy, odzieżowy, logistyczny, IT, e-commerce czy OZE – podkreśla Cezary Maciołek. – Nasza rodzima branża – HR, jest uzależniona od sytuacji na rynku. Obecnie mamy o wiele więcej pracy niż jeszcze kilka miesięcy temu i bardzo dużo zapytań o wsparcie przy rekrutacji pracowników tymczasowych. Dla firm HR-owych – beneficjentów działań przedsiębiorstw z innych gałęzi gospodarki – koniec roku jest również bardzo pracowity – podsumowuje ekspert.

W 2020 r. SVOD detronizuje tradycyjną telewizję już w 30 krajach. Co będzie dalej?

Wśród dostawców szeroko pojętych usług telewizyjnych, serwisy subskrypcji wideo na żądanie (SVOD) zajmują pierwsze miejsce i jak wskazuje najnowszy raport Capgemini, do końca roku prześcigną płatną telewizję w ponad 30 krajach. W Stanach Zjednoczonych i niektórych częściach Europy usługi przesyłania strumieniowego Over-the-Top (OTT) mają największy udział w użyciu wideo dla wszystkich grup wiekowych do 50 lat, a wybuch pandemii tylko pogłębił ten trend. Dane firmy Comapritech wskazują, że w Polsce pod koniec marca z usług Netflixa korzystało 880 tys. osób, a obserwując zmiany zachowań konsumentów wywołane przez pandemię, prawdopodobnie jesteśmy już na granicy miliona.

Od dekady telewizja na żądanie (SVOD) czy też usługi Over-the-Top (OTT), czego najlepszymi reprezentantami są m.in. Netflix, HBO Go czy Amazon Prime, zrewolucjonizowały konsumpcję treści wideo. Badania Capgemini wskazują, że dotychczas wiodąca prym telewizja tradycyjna (publiczna, płatna, kablowa), zostanie zdetronizowana do końca 2020 r. w aż 30 krajach. Wydawać by się mogło, że głównym odbiorcą tego rodzaju platform są w zdecydowanej większości ludzie młodzi, poniżej 35 roku życia. Jednak już teraz wśród amerykańskich i europejskich użytkowników platformy OTT są głównym źródłem konsumpcji mediów w przedziałach wiekowych 26-35 oraz 36-49. W Stanach Zjednoczonych dodatkowo popularność telewizji tradycyjnej i serwisów SVOD wśród osób powyżej 50 roku życia już dziś jest niemal na równym poziomie.

Jaką przewagę ma OTT?

Z pewnością ogromną zaletą serwisów SVOD i OTT jest dostępność szerokiego przekroju i formatów treści, transmisje na żywo i na żądanie wydarzeń sportowych czy ważnych wydarzeń kulturalnych – w tym spektakli teatralnych, duża dostępność filmów i seriali (w tym także produkcji własnej i bez konieczności czekania na kolejny odcinek), czy też podcastów lub gier. Ogólnoświatowe trendy mają także swoje odzwierciedlenie na polskim rynku medialnym, gdzie odbiorcy coraz chętniej sięgają po subskrypcję dostępnych platform OTT, kosztem płatnej telewizji lub kablówki.

  • Nie bez znaczenia pozostaje także kwestia reklam – platformy OTT oferują reklamodawcom możliwość lepiej dostosowanych treści reklamowych z jeszcze lepszymi atrybucjami pomiarowymi. W tym kontekście obserwujemy wzrost liczby usług agregujących, które próbują zmniejszyć złożoność dla konsumenta przez łączenie treści od różnych posiadaczy praw lub różnych usługi przesyłania strumieniowego za pośrednictwem jednego interfejsu – komentuje Dominika Nawrocka, Brand Communication Manager w Capgemini.

Walka o subskrybentów, a także reklamodawców kwitnie, gdy lokalni gracze, których widownia w tradycyjnej telewizji spada, uruchamiają własne modele OTT. Trwająca fragmentacja usług i treści sprawia, że przekształcenie branży jest już nieuchronnym zjawiskiem. Przykładem może być brytyjska telewizja Sky, której oglądalność już w 2018 roku została przewyższona przez Netflix, co zmusiło Sky do stworzenia własnego serwisu OTT. Dziś serwis ten (a nie telewizja) jest głównym czynnikiem wpływającym na wzrost wyników Sky.

Rewolucja napędzana danymi

Najnowsze badanie firmy Capgemini ma na celu m.in. lepsze zrozumienie, w jaki sposób dane umożliwiają zróżnicowanie i przewagę konkurencyjną w strategicznych wymiarach dla firm mediowych, takich jak pozyskiwanie treści, pozyskiwanie klientów czy walka o ich lojalność. W przypadku OTT najważniejsza jest treść, a dopiero za nią idą doświadczenie użytkownika i marka. Prawie 70 proc. z ponad 40 dyrektorów mediów, z którymi przeprowadzono wywiady w ramach badania „OTT Streaming Wars: Raise or Fold”, zadeklarowało, że dane mają kluczowe znaczenie dla przetrwania. Jeśli treść jest królem, dane są teraz asem.

Treści w serwisach nie brakuje, ale problemem do rozwiązania staje się dystrybucja, polegająca na zapewnienie użytkownikom dostępu do takiego contentu, który jest dla nich interesujący, bez konieczności zarządzania zbyt dużą liczbą subskrypcji po zbyt wysokiej cenie łącznej. Z tego względu znaczący gracze na rynku SVOD i OTT inteligentnie wykorzystują dane, by wzbogacać i personalizować doświadczenia klientów. Indywidualne rekomendacje czy dostosowywanie tego, co jest wyświetlane na ekranie startowym do preferencji użytkowników, jest oparte na danych i sterowane przez algorytmy. Kluczem jest wiedza, jak je zaprogramować.

Jedno z kluczowych wyzwań, jakie pojawia się na tym etapie to: personalizacja a identyfikacja użytkownika. Aby dopasować preferencje i dostosować treści do konkretnego widza, wymagane jest posiadanie konta – indywidualnego loginu i hasła, pozwalających na identyfikację użytkownika. Tu dostawcy usług telewizji na żądanie stają przed wyborem: łatwość użytkowania i niski próg wejścia dla odbiorcy lub możliwość łączenia danych z określonym profilem odbiorcy i dostosowanie oferty do indywidualnych preferencji.

Wgląd w segmenty użytkowników umożliwia firmom wybieranie i oferowanie treści odbiorcy w znacznie bardziej ukierunkowany sposób. Dla przykładu – Netflix wykorzystuje w tym celu aż 2000 segmentów opartych o gusta użytkowników, które wspierają wybór rekomendacji i kombinacji treści pod kątem właściwego celu. Serwisy w tym celu często prowadzą testy A/B na dużą skalę – spersonalizowane usługi i pakiety są dobierane na bazie takich testów. Pozwala to na bardzo dokładne określenie preferencji użytkownika i uniknięcie oferowania takich samych treści widzom, którzy mogli polubić ten sam program, ale włączyć go przez dwie zupełnie odmienne ścieżki dotarcia. Tylko w ten sposób platformy są w stanie zaoferować bogaty i spersonalizowany UX.

Pandemia – szansa czy zagrożenie?

Podczas pierwszej fali kryzysu wywołanego pandemią i początkowego lockdownu, zdarzało się, że odbiorcy telewizji tradycyjnej decydowali się na przejście na wyższe pakiety u dostawców, z których usług korzystali.

W większej mierze zyskali na tym jednak dostawcy usług SVOD i OTT – tylko w pierwszym kwartale 2020 roku Netflix dwukrotnie zwiększył swoją globalną bazę abonentów. Comcast poinformował, że liczba godzin transmisji wzrosła o 40 proc. podczas lockdownu, w porównaniu do zaledwie 8% w przypadku linearnej telewizji.

  • Wśród czynników wspierających rozwój platform OTT lub SVOD możemy wyszczególnić m.in. zwiększającą się świadomość konsumencką w zakresie wartości treści i preferencji, wygodę, elastyczność, wykorzystanie wysoko zaawansowanej technologii (m.in. sztucznej inteligencji w zakresie proponowanych treści), czy też wybuch pandemii. O ile kryzys głęboko dotknął branżę filmową i sparaliżował pracę nad kolejnymi produkcjami, tak platformy OTT w pierwszych kwartałach 2020 notowały rekordy subskrypcji. W pierwszym kwartale tylko Netflix zyskał ponad 15,7 mln nowych subskrybentów – dodaje Dominika Nawrocka.

Niewątpliwie popularność platform OTT będzie rosła. Konieczne jest wykorzystywanie zintegrowanych usług i nowych technologii, które zapewnią dostawcom jeszcze lepszą przepustowość, większy komfort użytkowania, czy też możliwości przyswajania treści lub ich selekcji. Wraz ze wzrostem wykorzystywania takich usług rośnie także potrzeba agregacji, co stanowi nowe wyzwanie dla dostawców OTT.

Tylko niewielki odsetek alergików poddaje się odczulaniu. Może to zmienić refundacja doustnej immunoterapii, możliwej do samodzielnego stosowania w domu

Na alergie i choroby o podłożu alergicznym cierpi około 12 mln Polaków. Tylko niewielki odsetek poddaje się jednak odczulaniu, czyli swoistej immunoterapii alergenowej, która jest tu jedyną przyczynową metodą leczenia. Lekarze podkreślają, że im wcześniej zostanie rozpoczęte leczenie, tym większa szansa na zapobieżenie rozwojowi cięższych chorób o podłożu alergicznym, jak np. astma. Najwygodniejsze dla pacjentów jest odczulanie doustne w formie kropli lub tabletek podawanych pod język, które można stosować samodzielnie w domu, jednak ta metoda leczenia nie jest objęta w Polsce refundacją. Alergolodzy wskazują, że sfinansowanie jej przez NFZ skłoniłoby do odczulania większą liczbę alergików.

 Alergiczny nieżyt nosa jest najczęstszą alergiczną chorobą w naszej populacji i cierpi na niego około 1/3 społeczeństwa. Jest to głównie choroba ludzi młodych i dzieci w wieku szkolnym – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Marek Kulus, prezydent Polskiego Towarzystwa Alergologicznego, kierownik Kliniki Pneumonologii i Alergologii Wieku Dziecięcego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. – Osoby chore na alergiczny nieżyt nosa, jeżeli nie jest on właściwie leczony, mają skłonność do rozwijania astmy.

Choroby alergiczne są określane mianem epidemii XXI wieku. Według WHO zajmują już trzecią pozycję na liście najczęstszych chorób przewlekłych. Skłonność do nich jest dziedziczna, ale do lawinowego wzrostu zachorowań przyczyniają się też czynniki środowiskowe i cywilizacyjne, takie jak dym papierosowy, środki chemiczne czy smog. Jednak do rozwoju alergii  doprowadza najczęściej długotrwała ekspozycja na duże stężenia silnych alergenów, jakimi są np. roztocza kurzu domowego czy sierść zwierząt domowych (pies, kot). Według danych NFZ w Polsce na alergie cierpi w sumie około 12 mln osób, z których 8 mln dotkniętych jest alergicznym nieżytem nosa, a ponad 4 mln walczy z astmą o podłożu alergicznym.

Objawami alergii są przede wszystkim uporczywy katar i niedrożność nosa, świąd, łzawienie i pieczenie oczu, zaczerwienienie spojówek, kichanie, świszczący oddech, duszności i kaszel.

– Alergiczny nieżyt nosa wiąże się przede wszystkim z objawami obejmującymi wyciek z nosa. To jest wodnisty, cieknący katar, który czasami jest trudny do zatrzymania. Dochodzi też do obrzęku błony śluzowej, więc nos staje się niedrożny i stąd często bierze się oddychanie przez usta. Pojawia się też świąd oczu, ponieważ z nosem powiązane są spojówki. W nocy, kiedy ta wydzielina spływa, często dołącza kaszel – wyjaśnia prof. Marek Kulus.

Niektóre  z objawów mogą mylnie  przypominać symptomy towarzyszące COVID-19.

 Alergia pyłkowa manifestuje się przede wszystkim napadowym kichaniem, wodnistą wydzieliną z nosa, objawami spojówkowymi. Niekiedy może towarzyszyć jej kaszel, ale przebiega bezgorączkowo. W przypadku COVID-19, przynajmniej u dzieci, dominują objawy w postaci gorączki. Pozostałe symptomy mogą być różne, bo tak naprawdę my dopiero uczymy się tej choroby – mówi dr hab. n. med. Ewa Cichocka-Jarosz, alergolog z Kliniki Chorób Dzieci Katedry Pediatrii Uniwersytetu Jagiellońskiego, Collegium Medicum w Krakowie.

Co istotne, nierozpoznana albo niewłaściwie leczona alergia nie tylko przeszkadza i utrudnia życie chorym, ale może też prowadzić do rozwoju ciężkich schorzeń – takich jak astma oskrzelowa czy POChP (przewlekła obturacyjna choroba płuc), które mogą skończyć się nawet śmiercią.

Alergię zwykle leczy się farmakologicznie, a alergolodzy mają do wyboru szeroki wachlarz farmaceutyków. Jednak te łagodzą tylko objawy alergii i nie zwalczają jej przyczyny.

– Zaczynamy od leczenia farmakologicznego, ale to jest leczenie objawowe, które tylko łagodzi objawy choroby. Stosujemy leki przeciwhistaminowe, donosowe glikokortykosteroidy. To leczenie jest dość efektywne, ale nie sięga podłoża problemu, dlatego że alergiczny nieżyt nosa to jest zapalenie alergiczne. Jedyną metodą przyczynową, która może przestroić nasz układ odpornościowy i zapobiec występowaniu objawów alergicznego nieżytu nosa, jest immunoterapia – mówi prezydent Polskiego Towarzystwa Alergologicznego.

Immunoterapia alergenowa, popularnie nazywana odczulaniem, jest w tej chwili jedyną metodą leczenia alergii, która zwalcza jej przyczynę. Polega na podawaniu pacjentowi niewielkich dawek alergenów, na które z czasem organizm uzyskuje tolerancję. To metoda stosowana od lat i bezpieczna, można ją stosować nawet u dzieci po ukończeniu piątego roku życia.

– Im wcześniej podana, tym lepiej, dlatego że jest to jedna z metod przerwania marszu alergicznego, dzięki czemu choroby alergiczne nie będą po sobie następować – mówi prof. Marek Kulus.

– Odpowiedź na pytanie, kiedy rozpoczynać immunoterapię, jest uzależniona od tego, o jakim alergenie mówimy. W przypadku alergenów sezonowych, czyli pyłku traw czy pyłku brzozy, najlepiej rozpoczynać nawet cztery miesiące przed pyleniem lub bezpośrednio po okresie zakończenia pylenia. Natomiast w przypadku alergenów roztoczy, które są całoroczne, możemy w zasadzie rozpoczynać immunoterapię w dowolnym okresie roku, aczkolwiek staramy się, żeby to nie było np. w sezonie grzewczym, kiedy ekspozycja na roztocze może być większa – dodaje dr Ewa Cichocka-Jarosz.

Immunoterapia zwykle trwa od trzech do pięciu lat. Jednak lekarze podkreślają, że w porównaniu z leczeniem farmakologicznym – które tylko łagodzi objawy i trzeba je stosować przez całe życie – jest to czas relatywnie krótki.

– Bardzo istotne jest kontynuowanie terapii. To nie jest takie leczenie, które można sobie samemu odstawić i później ponownie rozpocząć. To  pewna umowa pomiędzy pacjentem a lekarzem, że rozpoczynamy poważne działania, które są długofalowe i które powinniśmy kontynuować odpowiednio długo. Pacjenci powinni być odpowiednio zmotywowani do takiej decyzji. Jeżeli widzimy, że nie są jeszcze zdecydowani, wtedy nasze działania powinny być ukierunkowane na to, aby udowodnić im, że jest to najlepsza metoda – mówi prof. Marek Kulus.

Immunoterapia może być podawana pacjentowi w dwóch formach: zastrzyków albo doustnie, jako tabletki lub krople stosowane podjęzykowo. Ta druga forma jest najwygodniejsza dla pacjentów, ponieważ można ją stosować samodzielnie w domu, dzięki czemu oszczędza się czas i eliminuje konieczność częstych wizyt w gabinecie alergologa. W Polsce immunoterapia w kroplach lub tabletkach pod język nie jest jednak refundowana przez NFZ i wiąże się z większymi kosztami dla pacjentów. Według alergologów objęcie refundacją tej metody może skłonić większą liczbę pacjentów do jej wdrożenia, bo w tej chwili odczulaniu poddaje się niewielki odsetek alergików.

– Nie ma refundacji żadnej szczepionki podjęzykowej do immunoterapii alergenowej. W momencie, kiedy odczulanie jest przewidziane na co najmniej trzy lata, zwłaszcza w przypadku, kiedy musimy odczulać przez cały rok, ich koszt dla pacjenta jest bardzo wysoki. Niewątpliwie odsetek pacjentów leczonych tą metodą wzrósłby w momencie, kiedy ta odpłatność byłaby korzystniejsza, bo po prostu wielu pacjentów na tę formę leczenia nie stać – mówi alergolog z Kliniki Chorób Dzieci Katedry Pediatrii Uniwersytetu Jagiellońskiego, Collegium Medicum w Krakowie.

 


Materiał powstał w ramach kampanii edukacyjnej. Więcej informacji na stronie Facebooka: Zerwij z alergią wybierz zdrowie.

Zerwij z alergią, wybierz zdrowie.

Od 2021 roku nowe, bardziej rygorystyczne wymogi energooszczędności w budynkach. Rząd wprowadza przejściowe ułatwienia dla inwestorów i deweloperów

Z początkiem 2021 roku wchodzą w życie nowe wymogi energooszczędności dla budynków. Zaostrzone zostaną m.in. wymogi izolacyjności cieplnej materiałów budowlanych. Do tej pory przepisy zakładały, że nie będą musiały ich spełniać budynki, na których budowę wydano pozwolenie przed końcem 2020 roku. Według nowego rozporządzenia ze względu na pandemię i związane z nią opóźnienia w działalności urzędów decydujący będzie nie moment wydania pozwolenia, ale termin złożenia wniosku o takie pozwolenie. Dzięki temu inwestorzy i deweloperzy, którzy wciąż czekają na decyzję urzędów, nie będą musieli zmieniać projektów domu. 

– Możliwość budowania w standardzie odpowiadającym starym przepisom została uelastyczniona rozporządzeniem ministra rozwoju, pracy i technologii. Zgodnie z nim osoby, które jeszcze w tym roku złożą wniosek o pozwolenia na budowę, będą mogły skorzystać zarówno z materiałów o lepszych, jak i słabszych parametrach. Natomiast ci, którzy będą się ubiegać o pozwolenie na budowę w przyszłym roku, będą musieli zastosować wyłącznie materiały o lepszych parametrach – mówi agencji Newseria Biznes Jacek Siwiński, prezes VELUX Polska.

Dotychczasowym kryterium tego, jakie warunki techniczne obowiązują inwestora, był termin uzyskania decyzji o pozwoleniu na budowę albo uprawomocnienie wniosku prowadzenia robót na zgłoszenie. Tylko zgoda wydana w tym roku powodowała, że budynek mógł być budowany lub modernizowany wedle starych przepisów. Zgodnie z rozporządzeniem przyjętym przez Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii decydujący będzie nie termin otrzymania pozwolenia, ale termin złożenia wniosku.

 Możliwość budowania w standardzie odpowiadającym starym przepisom pewnie spowoduje, że do urzędów wpłynie trochę więcej wniosków o pozwolenie na budowę, bo część inwestorów będzie chciała zachować taką możliwość. Natomiast nie powinno to spowodować dużych kolejek – ocenia Jacek Siwiński.

Przepisy przejściowe mają przede wszystkim uchronić przed koniecznością przeprojektowywania budynków deweloperów oraz inwestorów indywidualnych, którzy już złożyli wnioski, ale wciąż czekają na decyzję administracyjną. Ministerstwo wyjaśnia, że zmiana ta jest podyktowana sytuacją epidemiologiczną w kraju, która może przekładać się na wydłużone działanie organów państwowych. W ten sposób chce niwelować możliwe problemy z terminowym rozpatrywaniem wniosków o pozwolenie na budowę czy wniosków o zatwierdzenie projektu budowlanego i innych tego typu dokumentów potrzebnych do rozpoczęcia inwestycji.

– Wchodzące w życie od 2021 roku nowe warunki techniczne mają na celu zmniejszenie zużycia energii w budynkach. Przepisy zakładają m.in. wyższe wymagania dla ścian, dachów, okien czy drzwi – wyjaśnia prezes VELUX Polska.

Zgodnie z nowymi przepisami od przyszłego roku dachy i ściany będą wymagały grubszej warstwy termoizolacyjnej, a drzwi i okna będą musiały spełnić bardziej restrykcyjne parametry energooszczędności. W przypadku tych ostatnich obecnie współczynnik przenikania ciepła (Uw) wynosi 1,1 W/m2K dla okien pionowych i 1,3 W/m2K dla dachowych. Z kolei od stycznia ten współczynnik zostanie obniżony do 0,9 W/m2K dla okien pionowych oraz 1,1 W/m2K dla okien połaciowych.

– Wymogi dotyczące współczynników przenikalności cieplnej okien zostaną obniżone o około 15 proc., przy czym im niższy współczynnik przenikalności, tym okno jest bardziej energooszczędne – mówi Jacek Siwiński. – W przypadku VELUX już teraz 7 na 10 sprzedawanych okien spełnia warunki, które zaczną obowiązywać w przyszłym roku. Dla wielu inwestorów nie będzie to więc duża zmiana.

Wejście w życie od stycznia nowych warunków technicznych (WT2021) dotyczących zaostrzonych wymagań względem materiałów budowlanych to wynik ogólnoeuropejskiej strategii poprawy efektywności energetycznej budynków. Zmiany wymogów były wprowadzane etapami, na przestrzeni ostatnich kilku lat (w 2014 i 2017 roku), dzięki czemu branża zyskała czas na przygotowanie.

Już w 2017 roku wprowadziliśmy do podstawowej oferty okna spełniające nowe warunki. Dlatego dziś jesteśmy w pełni przygotowani. Nie znaczy to jednak, że nasza oferta się nie zmienia. Widzimy, że świadomość i oczekiwania klientów w zakresie energooszczędności idą do przodu dużo szybciej niż przepisy – mówi prezes VELUX Polska.

Jak podkreśla, na nowe przepisy powinny zwrócić uwagę osoby, które projektują i planują budowę domu bądź jego gruntowny remont. Wymogi WT 2021 będą musieli spełnić również ci, którzy np. chcą skorzystać z dotacji w ramach programu Czyste Powietrze na modernizację już istniejącego budynku.

Poza dobrym ociepleniem wszystkie remontowane i nowo budowane domy będą musiały też charakteryzować się niższym o 1/4 zapotrzebowaniem na energię pierwotną, zużywaną na potrzeby wentylacji, klimatyzacji, ogrzewania czy przygotowywania ciepłej wody. W ten sposób UE dąży do redukcji zużycia energii i emisji CO2 w budownictwie.

 Na budynki nie można tylko patrzeć przez pryzmat samych zużytych materiałów. Praktyka pokazuje wiele przykładów, w których nawet przy użyciu dobrych materiałów budynek niestety jest mało wydajny energetycznie. Dlatego przepisy zakładają również spadek zużycia tzw. energii pierwotnej, a więc energii ze źródeł nieodnawialnych, która musi być zużyta na potrzeby wentylacji, klimatyzacji, ogrzewania oraz przygotowywania ciepłej wody. Jest to bardzo ważny aspekt, dlatego że budynki odpowiadają za 40 proc. zużycia energii w całej gospodarce – podkreśla Jacek Siwiński.

Sprzedaż certyfikowanych maseczek nie spadnie nawet po ustaniu pandemii. Grupa Ciech uruchamia ich produkcję w Bydgoszczy

0

Około 10 mln certyfikowanych masek filtrujących klasy FFP2 będzie rocznie produkować Grupa Ciech w swoim bydgoskim zakładzie, gdzie na co dzień powstają pianki poliuretanowe do przemysłu meblarskiego. Maseczki „made in Poland” znajdą swoje miejsce na rynku nawet po ustaniu pandemii koronawirusa, m.in. jako ochrona przed smogiem i zanieczyszczeniami powietrza oraz środki ochrony osobistej na budowach, w szpitalach czy laboratoriach. Grupa zamierza w przyszłym roku wprowadzić do sprzedaży maski z najwyższą klasą filtracji FFP3.

– Zdecydowaliśmy się rozpocząć produkcję maseczek, ponieważ już wiosną, kiedy wybuchła pandemia i wprowadzono pierwszy lockdown, zorientowaliśmy się, że pozyskanie wysokiej jakości, certyfikowanych środków ochrony osobistej jest bardzo trudne. Stąd decyzja, że rozpoczynamy produkcję maseczek, które będą miały certyfikaty, odpowiednio wysoką jakość oraz będą produkowane w krajowych zakładach – mówi agencji Newseria Biznes Dawid Jakubowicz, prezes zarządu Ciech SA.

Grupa wystartowała właśnie z produkcją profesjonalnych maseczek filtrujących klasy FFP2, których skuteczność filtracyjna sięga 94 proc. Sprzęt ochronny spełnia unijną normę EN 149:2001, ma atest Państwowego Zakładu Higieny, a proces certyfikacji maseczek został przeprowadzony przez uprawniony do tego celu Centralny Instytut Ochrony Pracy.

– Bardzo ważnym procesem była certyfikacja maseczek, którą poprzedziliśmy setkami, jeśli nie tysiącami testów – podkreśla Michał Budzyński, prezes spółki Ciech Pianki.

Maski filtrujące będą powstawać na uruchomionej w ciągu pół roku linii produkcyjnej w zakładzie w Bydgoszczy. Na co dzień spółka Ciech Pianki wytwarza tam pianki poliuretanowe do przemysłu meblarskiego, które pozostaną podstawowym obszarem jej działalności. Nowa instalacja pozwoli wyprodukować ok. 50 tys. maseczek dziennie, w różnych konfiguracjach i o różnym stopniu filtracji.

– Nowa maszyna pozwala na produkcję ok. 10 mln maseczek rocznie – zapowiada Michał Budzyński. – W pierwszej fazie skupimy się na działaniach związanych ze społeczną odpowiedzialnością biznesu. Z początkiem przyszłego roku chcemy rozpocząć również działania komercyjne skierowane przede wszystkim na polski rynek.

– Produkcja maseczek wpisuje się w naszą strategię społecznej odpowiedzialności biznesu. Naszym celem od samego początku była nie tylko ich sprzedaż, ale też przekazywanie ich pracownikom, lokalnym społecznościom i organizacjom pożytku publicznego. Dlatego podjęliśmy decyzję, aby przekazać ćwierć miliona maseczek w standardzie FFP2 na akcję Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy – mówi Dawid Jakubowicz.

Maski wytwarzane przez Ciech są wykonane z kilku warstw materiału, pakowane w opakowania zbiorcze po 25–50 sztuk i niedługo trafią do sprzedaży, głównie na rodzimy rynek. Na nowy produkt Grupa Ciech patrzy jednak perspektywicznie. Prezes spółki zapowiada, że produkcja będzie kontynuowana również po ustaniu pandemii. Tym bardziej że zapotrzebowanie na maseczki będzie się utrzymywać. Jak wynika z nowego raportu Koalicji Bezpieczni w Pracy, 55 proc. pracowników uważa, że jednym z długofalowych skutków pandemii w firmach będzie zwiększenie dostępności środków dezynfekujących i ochronnych, takich jak maseczki.

– Maseczki stanowią bardzo dobrą ochronę przed zanieczyszczonym powietrzem i skutecznie chronią drogi oddechowe np. podczas pracy w warunkach dużego zapylenia. Dlatego wszystko wskazuje na to, że zostaną z nami na dłużej – mówi Dawid Jakubowicz.

Maski mogą być też wykorzystywane np. jako zabezpieczenie przeciwpyłowe na budowach czy w kopalniach, jako środki ochrony indywidualnej w fabrykach i szpitalach, podczas prac laboratoryjnych czy w farmaceutyce. Sprawdzą się też jako ochrona przed smogiem i zanieczyszczeniami powietrza, dlatego producent liczy, że znajdą swoje miejsce na rynku nawet po ustaniu pandemii koronawirusa.

Jak dotąd Grupa Ciech już kilkukrotnie modyfikowała swoją produkcję, dostosowując ją do nowych realiów. Wiosną, zaraz po wybuchu pandemii, Ciech Sarzyna, czyli największy polski producent środków ochrony roślin, produkował płyn dezynfekujący na potrzeby pracowników firmy, ich rodzin i całej lokalnej społeczności. Z kolei Ciech Vitrosilicon, czyli największy dostawca krzemianów sodu w Europie, drukował na swoich drukarkach 3D przyłbice ochronne dla pracowników służby zdrowia.

– Po wybuchu pandemii celem była głównie ochrona naszych pracowników i lokalnych społeczności, ale też zapewnienie wysokiej jakości produktów naszym klientom, ponieważ Ciech jest ważnym graczem w łańcuchu dostaw. Działamy w sektorze spożywczym, farmaceutycznym i chemicznym, dlatego utrzymanie łańcuchów dostaw dla naszych klientów było priorytetem – mówi  prezes zarządu Ciech SA.

Co istotne, spółka zamierza rozwijać nową gałąź działalności. W tej chwili prowadzi testy związane z uzyskaniem najwyższej klasy filtracji FFP3, które mają zakończyć się wprowadzeniem na rynek nowego produktu.

– Produkowane przez nas maseczki FFP2 nie są naszym ostatnim słowem – mówi prezes spółki Ciech Pianki. – Jesteśmy na etapie testów produkcyjnych maseczek w standardzie FFP3. W przyszłym roku zamierzamy przeprowadzić proces certyfikacji i liczymy, że dość szybko uda nam się wprowadzić na rynek maseczki FFP3, które znajdą zastosowanie m.in. w laboratoriach i w szpitalach.

Zaawansowane algorytmy stosowane przez zespoły naukowców mogą niebawem trafić do smartfonów. Będą pomagać w walce z pandemią

Pandemia koronawirusa przyczyniła się do rozwoju technologii z zakresu robotyki zautomatyzowanej oraz uczenia maszynowego. Inteligentne technologie wspomagają medyków i naukowców w walce z COVID-19 na każdym polu, począwszy od procesów matematycznego modelowania rozprzestrzeniania się choroby, poprzez analizę pacjentów, na dezynfekcji przestrzeni publicznych i opracowywaniu leków skończywszy. – Duża część algorytmów, które dzisiaj są stosowane wyłącznie w celach naukowych, przejdzie do urządzeń, z których korzystamy na co dzień, takich jak smartfony – przewiduje dr hab. inż. Tomasz Trzciński z Politechniki Warszawskiej.

– Naukowcy badają możliwości wykorzystania sztucznej inteligencji i robotyki w wielu różnych dziedzinach, począwszy od modelowania przebiegu samej pandemii, metody modelowania różnego rodzaju leków czy sposobów na walkę z koronawirusem. W tym m.in. modelowania procesu drug discovery, czyli odkrywania nowych połączeń między różnymi substancjami w celu zwalczania wirusa – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr hab. inż. Tomasz Trzciński, adiunkt z Instytutu Informatyki Politechniki Warszawskiej.

Dobrym przykładem zrobotyzowanego systemu oceny ryzyka zakażenia koronawirusem jest maszyna ARIS-K2. Ten robot medyczny na bieżąco monitoruje temperaturę pacjentów przemieszczających się po korytarzach placówek służby zdrowia, oczyszcza pomieszczenia z patogenów za pośrednictwem emitera promieni UV i pełni rolę podręcznej stacji dezynfekującej. Dzięki tak szeroko zakrojonemu arsenałowi środków zapobiegawczych jest w stanie zminimalizować ryzyko transmisji wirusa i błyskawicznie zidentyfikować potencjalnych nosicieli.

– Klasycznym sposobem na zapobieganie rozprzestrzeniania się wirusa jest pomiar temperatury, ale są też sposoby oparte na analizie obrazu i sztucznych sieciach neuronowych, które analizują termowizyjnie. Z perspektywy tego, czym zajmujemy się w Instytucie Informatyki, metody głębokiego uczenia są również stosowane np. do analizy oddechów czy dźwięków – wskazuje ekspert.

Równie przydatny w dobie pandemii okazał się robot CoDaBot autorstwa inżynierów z BoKa Automatisierung. To mobilne laboratorium wyposażono w algorytmy wyspecjalizowane w sortowaniu próbek do testów na koronawirusa. Maszyna swoją wydajnością przewyższa ludzkich laborantów, gdyż w ciągu godziny jest w stanie przeanalizować ok. 500 próbek materiału badawczego. Nie naraża przy tym personelu na bezpośredni kontakt z próbkami, ograniczając tym samym ryzyko transmisji koronawirusa na zespół medyczny.

– Pandemia przyspieszyła rozwój algorytmów i badań związanych z wykorzystaniem uczenia maszynowego w tym trudnym dla nas okresie. Ale tak jak wcześniej te algorytmy zostały w naturalny sposób zaaplikowane do działań militarnych czy do normalnego funkcjonowania szpitali, tak teraz dodatkowe finansowanie, które zostało przekierowane w stronę rozwoju badań i nauki do celów zwalczania wirusa, znacząco ułatwiło rozwój tych algorytmów, dostęp do danych czy też unaoczniło wagę tego problemu, w związku z czym tempo rozwoju znacząco wzrosło – przekonuje dr hab. inż. Tomasz Trzciński.

O ogromnym potencjale sztucznej inteligencji w procesie opracowywania nowych leków najlepiej świadczy ostatni sukces zespołu DeepMind – opracowanie algorytmu AlphaFold, wyspecjalizowanego w przewidywaniu przestrzennej struktury białek na podstawie ich sekwencji aminokwasowej. Zrewidowana odsłona oprogramowania zaprezentowana podczas tegorocznego konkursu Critical Assessment of Structure Prediction może pochwalić się dokładnością procesów predykcyjnych na poziomie 90 proc., a wdrożenie jej do powszechnego użytku pozwoli przyspieszyć prace nad opracowywaniem nowych, innowacyjnych leków.

W walce z COVID-19 przydatne okazały się z kolei algorytmy predykcyjne, które pozwalają przewidywać rozwój pandemii zarówno w skali lokalnej, jak i globalnej.

– Grupa MOCOS [MOdelling COronavirus Spread – przyp. red.] wraz z grupą badawczą prof. Przemysława Biecka z Wydziału MiNI Politechniki Warszawskiej przygotowują aktualizowane praktycznie w trybie codziennym prognozy, w jaki sposób pandemia się rozwija. Wykorzystują w tym celu właśnie modelowanie oparte na danych oraz metodę uczenia maszynowego, czyli szeroko pojmowanej sztucznej inteligencji – wskazuje adiunkt na Politechnice Warszawskiej.

O tym, jak skuteczne są rozwiązania tego typu, najlepiej świadczy przypadek firmy technologicznej BlueDot. To jej algorytm jako pierwszy zaalarmował naukowców o ryzyku wybuchu pandemii, jeszcze zanim WHO ostrzegła przed COVID-19 cały świat. Sztuczna inteligencja wychwyciła z zasobów Big Data, zawierających wpisy z serwisów społecznościowych, dane o rezerwacjach lotniczych czy raporty z lokalnych ośrodków pomocy medycznej o mikrotrendach. Na ich podstawie rozpoznała ognisko zachorowań jako ostrą chorobę płuc, która finalnie przerodziła się w pandemię COVID-19.

Zaawansowane inteligentne algorytmy predykcyjne ma na swoim koncie także wrocławska firma DataWalk. Jej algorytm przystosowano do analizy zasobów Big Data w poszukiwaniu zależności zachodzących pomiędzy pozornie nieskorelowanymi informacjami. Analiza ta wykorzystywana jest do symulowania powiązań pomiędzy badaną grupą, aby ustalić, kto mógł mieć kontakt z zarażoną osobą.

– Duża część algorytmów, które dzisiaj są stosowane wyłącznie w celach naukowych, przejdzie do urządzeń, z których korzystamy na co dzień. Telefony komórkowe nosimy ze sobą praktycznie cały czas, rozszerzenie ich funkcjonalności o dodatkowe sensory, które badają tempo oddechu czy temperaturę ciała, jeszcze bardziej się spopularyzuje. Nie będą to tylko gadżety sportowców, będą to po prostu narzędzia w walce z codziennymi zarazkami czy wirusami – przewiduje dr hab. inż. Tomasz Trzciński.

Mateusz M. Piotrowski: Chiny pod wieloma względami nie są w stanie dogonić USA

Mariusz Marszałkowski/Instytut Jagielloński: Jaka będzie nowa administracja USA?

Mateusz Piotrowski: Slogan kampanijny Bidena to „administracja, która odzwierciedla Amerykę”. Na razie znamy niewiele nominacji, a jest ponad tysiąc stanowisk do obsadzenia, szczególnie tych w departamentach, które wymagają zgody Senatu. Inaczej jest z doradcami w Białym Domu, gdyż jest to prywatna decyzja prezydenta, tutaj Kongres nie musi się na nic zgadzać. W przypadku reszty kandydatów taka zgoda musi być wyrażona, szczególnie dotyczy to stanowisk wyższego szczebla: kierowników departamentów czy agencji. Znamy nominacje najważniejsze dla polityki zagranicznej. Doradcą prezydenta do spraw bezpieczeństwa będzie Jake Sullivan. Sekretarzem Stanu ma być Antony J. Blinken.

Prezydent-elekt Joe Biden mianował emerytowanego generała Lloyda Austina, który nadzorował siły amerykańskie na Bliskim Wschodzie w administracji prezydenta Baracka Obamy, na swojego Sekretarza Obrony. Ta nominacja jest dość kontrowersyjna. Będzie to pierwszy czarnoskóry Amerykanin stojący na czele departamentu obrony, więc pod tym względem jest to historyczna postać, ale sam fakt, że jest to były wojskowy dostarcza wielu kontrowersji. W Stanach Zjednoczonych przepisy są skonstruowane tak, że po odejściu z sił zbrojnych na emeryturę musi upłynąć siedem lat, by taka osoba mogła objąć kierownicze stanowisko w departamencie obrony. Lloyd Austin na emeryturze wojskowej jest od 2016 roku. To nie wygląda jak spełnianie obietnic wyborczych Joe Bidena o odbudowie zasad funkcjonowania administracji i nienaruszaniu ustalonych reguł, i to będzie dla przyszłego prezydenta problem. O Austinie najbardziej ostrożnie bym się wyrażał jako o przyszłym sekretarzu obrony, niewątpliwie czekają go trudne przesłuchania.

M.M.: Czy można powiedzieć, że nowy prezydent, nowa polityka administracji zmienią polsko-amerykańskie relacje?

M.P.: Polityka Joe Bidena będzie różniła się od polityki prezydenta Donalda Trumpa przede wszystkim tym, że zostanie ona ponownie przeniesiona na tor dyplomacji. Biden obiecał odnowienie roli aparatu dyplomatycznego i powołanie Antony’ego Blinkena na stanowisko sekretarza stanu, to duży krok w tym kierunku. Zaufany doradca prezydenta będzie miał siłę przebicia w formowaniu całej polityki, a następnie jej realizacji. Zmieni się zatem podejście i forma polityki. Natomiast same relacje polsko-amerykańskie, filary, jakimi są przede wszystkim kwestie bezpieczeństwa, a także od paru lat energetyka, to kierunki rozwijane jeszcze przed prezydenturą Donalda Trumpa. W trakcie prezydentury Donalda Trumpa większość spraw, jak np. kwestie wojskowości, rozwijane były w formacie dwustronnych relacji i rozmów. Temat zakupu sprzętu zbrojeniowego jest oczywiście kwestią bilateralną. Natomiast temat obecności wojskowej, zwiększenie liczebności wojsk amerykańskich w Polsce, był omawiany przede wszystkim w relacjach dwustronnych, a nie na forum NATO. Tutaj widziałbym potencjał do zmiany podejścia w administracji Joe Bidena raczej na mechanizm wielostronny. To również udowodniłoby, że Ameryka wraca na swoje wcześniejsze tory funkcjonowania w organizacjach zrzeszających wiele państw, w których USA zajmują dość ważne, a często wiodące pozycje. Podobnie wydaje mi się, że nie powinno dojść do większych zmian w kwestii współpracy energetycznej. Na pewno dla Joe Bidena większe znaczenie będzie odgrywała ochrona klimatu. Doradcy, którzy będą się tymi tematami zajmować i reprezentować administrację w relacjach zewnętrznych, będą zwracać większą uwagę na ochronę klimatu, bo to jest jeden z podstawowych celów polityki zagranicznej przyszłego prezydenta. Joe Biden obiecał zwiększenie działania Stanów Zjednoczonych na rzecz klimatu, ma to mieć globalny zasięg, a nie charakter wyłącznie wewnętrzny. Zmiany klimatu, tak jak mówiło się też przy prezydenturze Baracka Obamy, stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa USA. W rozmowach o energii z pewnością będzie uczestniczył John Kerry, który zostanie specjalnym wysłannikiem do spraw klimatu i będzie tzw. „carem klimatycznym”. To może być nowy szczegół w relacjach polsko-amerykańskich. Natomiast ogólne relacje między Polską, a USA nie powinny się bardzo zmienić. Widzę duży potencjał do dalszej współpracy i jej rozwijania, m.in. w kwestiach wojskowości, wzmacniania wschodniej flanki czy to obecnością w Polsce, czy też w innych państwach. Ogromne znaczenie będzie miało to, jaką decyzję Joe Biden podejmie odnośnie wycofania bądź pozostawienia wojsk w Niemczech. Być może uda się jakoś tę decyzję powstrzymać. Podobny potencjał widzę w energetyce. Myślę, że podstawowe założenia zostaną utrzymane, z tym, że mogą pojawić się nowe elementy, takie jak kwestie promocji technologii zielonej energii firm z USA czy podejmowanie realnych działań na rzecz ochrony klimatu. Doświadczenia Polski z organizacji szczytu COP24 na pewno będą miały duże znaczenie.

M.M.: Czy obecność wojskowa w Polsce będzie nadal wzrastać? 

M.P.: W kongresie USA jest zgoda co do tego, że wschodnia flanka powinna być wzmacniana wojskowo. Podobne opinie w publicznych wypowiedziach, a także w esejach artykułował sam Biden w trakcie swojej kampanii. Trudno jest jednak odpowiedzieć na pytanie, czy wzmacnianie wschodniej flanki wiąże się konkretnie ze zwiększeniem liczby wojsk w Polsce. Dużo zależy od tego, jak będzie przebiegać ewentualna relokacja wojsk z Niemiec. Nie wiadomo, czy administracja Bidena zdecyduje się na uszczuplenie tego ogromnego kontyngentu (w Niemczech stacjonuje ponad 30 tysięcy żołnierzy) i rozdzielenie ich między inne państwa Sojuszu, w tym wschodniej i południowej flanki, zamiast odsyłania ich do Stanów Zjednoczonych. Może zapaść decyzja o pozostawieniu obecnej liczebności kontyngentu w Niemczech lub relokowaniu części wojsk do innych państw. Demokraci będą mieli także inne priorytety budżetowe niż mieli republikanie i administracja Donalda Trumpa. Mogą pojawić się naciski, by ten budżet zmniejszać, chociaż Joe Biden nie skłania się ku temu. Raczej po cichu może chcieć, by te kwoty stale wzrastały. Zasadnicze pytanie jednak brzmi, jak ta sytuacja ułoży się po pandemii, ponieważ od marca nikt tak naprawdę na ten temat nie rozmawia, bo deficyt budżetowy USA i tak się zwiększa. Jest potencjał, by ta liczebność wojsk amerykańskich w Polsce wzrosła. Natomiast dużo w tej kwestii zależy od oceny Departamentu Obrony, który podejmie decyzję o tym, jakie są w tej sprawie możliwości. Departament Obrony jest dość krytyczny w swoich ocenach. Jest przyzwyczajony do rozległej infrastruktury, w tym przede wszystkim szkoleniowej, która pozwala na regularne prowadzenie ćwiczeń. Podobne oceny były prowadzone w 2017 i 2018 roku przy okazji dyskusji na temat stałej obecności wojsk USA w Polsce. Amerykanie wówczas stwierdzili, że nie ma ku temu odpowiednich warunków. Być może w kolejnych latach mogłoby dojść do kolejnego zwiększenia obecności rotacyjnej o jakieś wyspecjalizowane jednostki. Tak, jak zostało to doprecyzowane w ramach dodatkowego tysiąca, który ma zostać do Polski wysłany. Objęło to m.in. grupę rozpoznania z dronami czy jednostki logistyczne wojsk lądowych i powietrznych. Wiele zależy od tego, kto ostatecznie znajdzie się w Pentagonie i od tego, kto będzie decydował o tym, co można jeszcze zrobić dla bezpieczeństwa wschodniej flanki NATO. Istotne będzie także to, jak uwiarygodnić amerykańskie zobowiązania w ramach sojuszu, bo to jest cel, który Joe Biden i jego administracja już sobie stawia. Trzeba trochę pozycję amerykańską w sojuszu od wewnątrz odbudować, a także upewnić sojuszników, że Stany Zjednoczone są tam, gdzie powinny być.

M.M.: Co Amerykanom dało wycofanie ponad 12 tysięcy żołnierzy z Niemiec i czy Joe Biden cofnie tę decyzję?

M.P.: Plan jeszcze nie został zrealizowany. Dopiero toczą się dyskusje na ten temat. Sam Pentagon chciał opóźnić podjęcie ostatecznej decyzji. Plan reorganizacji był przygotowywany przez dowódców wojskowych, ale decyzja Donalda Trumpa przyspieszyła prace nad nim, wprowadzając chaos. Przypuszczam, że w ramach cięć budżetowych, a także relokacji wojsk do Azji pojawił się pomysł wycofania żołnierzy z Niemiec. Były Sekretarz Obrony Stanów Zjednoczonych Mark Esper wskazywał, że w ramach reorganizacji wojska mogą zostać skierowane do innych państw NATO, w których są warunki do stacjonowania, a państwa wyrażają na to zgodę. Prawdopodobnie chodziłoby też o zrównoważenie liczebności amerykańskich wojsk w poszczególnych państwach wschodniej flanki. Wydaje mi się, że po stronie Joe Bidena oraz jego doradców jest potencjał oraz chęć, by powstrzymać tę decyzję. Przez doradców może być to widziane jako osłabienie polityki bezpieczeństwa USA wobec Europy, w tym odstraszania Rosji. To może być odbierane także jako naruszenie relacji amerykańsko-niemieckich. Od strony bezpieczeństwa nie ma większego uzasadnienia ani powodu, dlaczego te wojska miałyby być wycofywane. Coraz silniej zaczyna przemawiać obraz, że wycofanie tych wojsk miało być wyrazem niepowodzeń w dwustronnych relacjach USA i Niemiec. Zatem wycofanie się Bidena z tych planów stanowiłoby argument łagodzący konflikt amerykańsko-niemiecki, który w ostatnim czasie widocznie się zarysował. Co ważne, to w budżecie obronnym na rok fiskalny 2021 , który oczekuje na podpis prezydenta, jest zawarta poprawka, wymagająca przedstawienia Kongresowi raportu na temat skutków takiego wycofania i oszacowania kosztów operacji. Takie zobowiązanie zawsze skłania administrację do refleksji, a znajdujemy się w sytuacji, w której administracja znacząco się zmieni. Nie wydaje mi się, by Joe Biden dostrzegał jakikolwiek plus z wycofywania tych wojsk z Niemiec, raczej więcej minusów. Prawdopodobnie nie przyniosłoby to nawet oszczędności, bo przeprowadzenie tej operacji byłoby bardziej kosztowne niż utrzymywanie stałej obecności. W Polsce niekiedy pojawiały się głosy, że im mniej wojsk w Niemczech, tym lepiej, bo to oznacza, że nie są one tak silne w stosunkach międzynarodowych. Wojska amerykańskie są tam po to tak licznie, by w razie konfliktu, na przykład na wschodniej flance, móc bardzo szybko reagować. Wojska stacjonujące w Niemczech są w stanie reagować także na konflikty na Bliskim Wschodzie. Z perspektywy bezpieczeństwa Polski i NATO tak liczne wycofanie wojsk z Niemiec byłoby szkodliwe.

M.M.: Czy patrząc na rywalizację amerykańsko-chińską możemy mówić, że mamy do czynienia z jednym hegemonem? Czy raczej jest więcej mocarstw, które w dzisiejszym świecie odgrywają znaczącą rolę?

M.P.: Patrząc na rosnącą rolę Chin, trudno stwierdzić, że jest tylko jeden hegemon. Stany Zjednoczone wciąż są na czele wielkiego, światowego przywództwa. Chiny pod wieloma względami nie są w stanie dogonić USA. Oczywiście możemy mierzyć potencjał gospodarczy, ale jeżeli dodamy do tego takie wartości, które często są pomijane w analizach, jak chociażby przestrzeganie praw człowieka, a także wolności obywatelskie czy swoboda społeczna to trudno uznać Chiny za wzór. Stany Zjednoczone operują zbiorem wartości, które stawiają je na czele. Są to wartości, z którymi Polska również się utożsamia i jest nam bliżej do USA niż do Chin, myślę, że większości sojuszników NATO także. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie należy pomijać Chin, ale wciąż wskazywałbym na Stany Zjednoczone jako główne mocarstwo. Czasem warto spojrzeć szerzej niż tylko na rywalizację wojskową – choć tutaj Chiny także nie mają takiego potencjału, by mieć przewagę nad USA. Wolałbym jednak przez najbliższe dekady patrzeć na Stany Zjednoczone jako na globalnego przywódcę. Myślę, że za prezydentury Joe Bidena powrót do tego przywództwa będzie bardzo znaczący, także w organizacjach międzynarodowych i dialogu z sojusznikami.

M.M.: Czy można stwierdzić, że Polska będzie „cichym wygranym” w wojnie handlowej między USA a Chinami?

M.P.: Spór, którego byliśmy świadkami w 2018 roku, kiedy to Chiny i Stany Zjednoczone przerzucały się cłami, nie był dla nikogo korzystny. Rozumiem argumenty przemawiające przeciwko polityce całkowicie wolnego handlu, to był być może błąd, by przez lata tak funkcjonować, bo między innymi to doprowadziło do gospodarczej dominacji Chin przy jednoczesnym naruszaniu zasad i wykradaniu własności intelektualnej. Nie wypada porównywać bezpośrednio potencjału gospodarczego USA, Chin i Polski. Oczywiście relacje handlowe mamy z oboma krajami, jednak aby umiejscowić Polskę w tej rywalizacji, wpisałbym ją jako element większego podmiotu, czyli Unii Europejskiej. Wówczas w nadchodzących latach widzę pewną szansę związania się jakimś porozumieniem w zakresie handlu. Przede wszystkim chodzi tu o ustabilizowanie relacji amerykańsko-unijnych. Istotne w ramach tej stabilizacji jest to, że na pewno USA wymagałyby od Unii uregulowania kwestii współpracy technologicznej z Chinami. Polska na pewno skorzystałaby na tym, że Unia Europejska porozumie się ze Stanami Zjednoczonymi, a wraz z tym przestaną obowiązywać różne bariery celne. Nie wszystko da się rozwiązać, ale zawsze lepiej jest i po prostu warto rozmawiać. Polska pozostaje pod większym wpływem Stanów Zjednoczonych, w związku z tym będzie ona zawsze zachęcana do tego, by te ewentualne kwestie zaangażowania Chin, czy chińskie inwestycje nie pojawiały się w naszym kraju. Do tego właśnie administracja Joe Bidena może wykorzystywać inicjatywę Trójmorza.

M.M.: Czy Trójmorze to ważna inicjatywa dla USA i czy nadal będą ja wspierać? W jakich segmentach najbardziej będzie rozwijać się współpraca Polska-USA?

M.P.: Samą inicjatywę Trójmorza administracja Joe Bidena z pewnością będzie wspierać. Nie wiemy, czy Joe Biden weźmie udział w jakimś szczycie Trójmorza, tak jak Donald Trump pojawił się na szczycie w Warszawie. Wiele zależy od tego, w którym państwie będą się odbywały szczyty. Chodzi tu dokładnie o zgranie miejsca i czasu. Nawet jeżeli Joe Biden, jako prezydent Stanów Zjednoczonych nie pojawi się na żadnym szczycie Trójmorza, to nie oznacza, że administracja amerykańska nie będzie zainteresowana tą inicjatywą. To jest tylko symbolika, która moim zdaniem ma dużo mniejsze znaczenie niż np. to, co obiecał Mike Pompeo. Wierzę jednak, że to zobowiązanie zostanie utrzymane przez kolejną administrację. A mianowicie dołożenie miliarda dolarów do funduszu Trójmorza przez Stany Zjednoczone na różne kwestie, a przede wszystkim na projekty infrastrukturalne łączące państwa Trójmorza. To jest oczywiście pomoc w realizacji amerykańskich celów energetycznych, by pozyskiwać nowe rynki zbytu dla swojego gazu skroplonego. To jest także argument przemawiający za tym, że administracja Joe Bidena raczej utrzyma to zaangażowanie. Chodzi tu o zysk polityczny, jakim jest niwelowanie znaczenia i wpływów Rosji. Poza tym gra toczy się też o zwyczajny zysk finansowy, bo amerykańskie spółki na sprzedaży gazu zarabiają spore pieniądze, a to jest gospodarce USA nadal potrzebne. Liczą się także wpływy chińskie, a konkretnie ich niwelowanie w Europie Środkowo-Wschodniej, które też mogą się pojawiać w kwestiach infrastruktury. Na przykładzie portów morskich w obszarze Morza Śródziemnego jest bardzo widoczne, jak Chiny lubią ingerować w infrastrukturę, a następnie kontrolowanie łańcuchów dostaw. Wydaje mi się, że przyszła administracja Bidena może dostrzec to zagrożenie poprzez wchodzenie w różnego rodzaju projekty infrastrukturalne, czyli rozwój infrastruktury lotniczej, kolejowej, drogowej, a być może także i wodnej – trzeba pamiętać, że ta infrastruktura obejmuje też żeglugę śródlądową, o czym się czasem wspomina w ramach Trójmorza. Chińczycy mogliby chcieć kontrolować i dyskutować na temat wsparcia projektów infrastrukturalnych w regionie w ramach inicjatywy 16+1, a Stany Zjednoczone mogłyby użyć Trójmorza, by te ewentualnie chińskie wpływy trochę niwelować, związując się współpracą z częścią bądź wszystkimi państwami Trójmorza.

M.M.: Jakie są pana zdaniem stosunki polsko-amerykańskie? I czy polityka nowego prezydenta Joe Bidena będzie wzmacniać wzajemne relacje?

M.P.: Moim zdaniem możemy powiedzieć, że relacje polsko-amerykańskie są dobre. Pewnym problemem jest to, że nasze relacje w ostatnich latach, w pewnym stopniu, zostały oparte na kontaktach osobistych, na pewnej polityce gestów. To było zrozumiałe działanie, bo prezydent Trump życzył sobie takiego podejścia, honorował tego typu zachowania. Chodziło o dotarcie do niego samego i do jego najbliższych doradców, a nie jak zazwyczaj to bywa poprzez wypracowywanie dobrych kontaktów oddolnie z pracownikami ambasady, czy współpracę na poziomie roboczym. To miało dużo mniejsze znaczenie. Ponownie pojawia się pewien problem w relacjach dwustronnych, który może odbić się w kolejnych latach. Podobna sytuacja miała miejsce przy zmianie administracji George Busha na rządy Baracka Obamy. Polska w Stanach Zjednoczonych jest widziana z łatką kraju sympatyzującego z Partią Republikańską. Coś w tym jest i z naszej wewnętrznej perspektywy również jest to dostrzegalne, dlatego nic dziwnego, że w Waszyngtonie też wiele osób podobnie to postrzega. Nie chcę jednak stawiać tezy, że z tego względu te relacje mogą ulec ochłodzeniu. Myślę, że współpraca wojskowa i energetyczna będzie dalej rozwijana, jeżeli nie na najwyższym poziomie przywódców obu państw, to na szczeblu ministerialnym. Należy podkreślić, że przez pryzmat całej Europy, Polska nie jest w opinii Joe Bidena palącym problemem. Współpraca między oboma krajami będzie kontynuowana i wielkie strategiczne zmiany nie są spodziewane. Polska z pewnością znajdzie swój czas i swoje miejsce w relacjach z USA za prezydentury Bidena, by w odpowiedni sposób dla obydwu stron kontynuować współpracę w strategicznych kwestiach i by dalej tę współpracę rozwijać.

Mateusz Piotrowski – Analityk Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. Specjalizuje się w amerykańskiej polityce wewnętrznej i zagranicznej oraz kwestiach bezpieczeństwa międzynarodowego i militarnej współpracy państw NATO. Słuchacz studiów doktoranckich z dziedziny nauk o polityce w Instytucie Politologii Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Były współpracownik Instytutu Sobieskiego. Stażysta Ambasady RP w Waszyngtonie, Biura Bezpieczeństwa Narodowego i Parlamentu Europejskiego.

E-Urząd Skarbowy coraz bliżej. Jest projekt ustawy

  • Ministerstwo Finansów i Krajowa Administracja Skarbowa przygotowały projekt ustawy o zmianie ustaw w celu automatyzacji załatwiania niektórych spraw obsługiwanych przez Krajową Administrację Skarbową.
  • Projektowane regulacje wprowadzają do systemu prawnego e-Urząd Skarbowy, czyli system teleinformatyczny dla klientów KAS.
  • E-Urząd Skarbowy zapewni pakiet spójnych i komplementarnych usług online umożliwiających załatwianie spraw podatkowych bez konieczności wizyty w urzędzie skarbowym.

E-Urząd Skarbowy będzie dedykowany 5 grupom klientów: podatnikom, płatnikom, pełnomocnikom, komornikom sądowym i notariuszom. Zapewni im pakiet usług online umożliwiających załatwianie spraw podatkowych, głównie z zakresu VAT, PIT i CIT oraz wygodne komunikowanie się z organami KAS. Będzie również gwarantował pełną transakcyjność, ponieważ za pomocą udostępnionych narzędzi i usług będzie można zrealizować obowiązki podatkowe, w tym zapłatę podatku.

Serwis e-Urząd Skarbowy jest realizowany w ramach projektu e-Urząd Skarbowy, którego założeniem jest rozwój katalogu e-usług KAS z wykorzystaniem zasobów informacyjnych i kanałów komunikacji resortu finansów. Jednym z celów e-US jest podniesienie poziomu wsparcia informatycznego dla obsługi klientów KAS, w tym automatyzacja załatwiania spraw. Projekt został uruchomiony w połowie 2019 r. i będzie realizowany etapami, do września 2022 r. W tym czasie użytkownikom serwisu będą udostępniane kolejne usługi.

Osoba uwierzytelniona (zalogowana) w e-Urzędzie Skarbowym będzie miała dostęp do informacji podatkowych, które jej dotyczą oraz spraw innych podatników, do których uzyskała upoważnienie. Wdrożenie e-Urzędu Skarbowego umożliwi automatyzację realizacji zadań przez organy KAS, co przyśpieszy załatwienie spraw podatkowych przez podatników, płatników, pełnomocników, komorników sądowych i notariuszy. System będzie służył do dwustronnej komunikacji: klientów z organami KAS oraz organów KAS z klientami.

Projekt ustawy

Dla automatyzacji załatwiania spraw i wdrożenia e-Urzędu Skarbowego niezbędne jest wprowadzenie zmian w ustawach, które regulują załatwianie spraw przez organy KAS. Dlatego przygotowany projekt zmienia:

  • Kodeks postępowania cywilnego, ustawę o postępowaniu egzekucyjnym w administracji,
  • ustawę o notariacie,
  • ustawę o podatku dochodowym od osób fizycznych,
  • ustawę o zasadach ewidencji i identyfikacji podatników i płatników,
  • Ordynację podatkową,
  • ustawę o zryczałtowanym podatku dochodowym od niektórych przychodów osiąganych przez osoby fizyczne,
  • Kodeks karny skarbowy,
  • ustawę o Krajowej Administracji Skarbowej,
  • ustawę o komornikach sądowych,
  • ustawę o doręczeniach elektronicznych.

Wprowadzenie w ustawie o KAS definicji e-Urzędu Skarbowego daje możliwość rozszerzania katalogu usług i narzędzi online w odniesieniu do nowych grup klientów. Regulacja stwarzająca możliwość załatwiania spraw pozostających we właściwości organów KAS przy pomocy e-Urzędu Skarbowego pozwala na automatyzację kolejnych procesów bez konieczności wprowadzania zmian ustawowych.

Przykładowo dodanie art. 306ka w Ordynacji podatkowej umożliwi wydawanie zaświadczeń w sposób zautomatyzowany przy pomocy e-Urzędu Skarbowego, po wdrożeniu w systemie modułu zaświadczeń. Katalog czynności, które będą mogły być wykonywane w e-Urzędzie Skarbowym określi minister właściwy do spraw finansów publicznych w drodze rozporządzenia.

Ze względu duży potencjał tworzonego systemu informatycznego i wysoką dynamikę rozwoju usług, które będą mogą być świadczone online przez KAS, zaproponowane rozwiązanie legislacyjne pozwoli na wykorzystywanie w pełni potencjału tego systemu w celu ułatwienia klientom dostępu do organów KAS i natychmiastowego załatwiania spraw niewymagających bezpośredniego kontaktu z tymi organami.

Projekt ustawy o zmianie ustaw w celu automatyzacji załatwiania niektórych spraw obsługiwanych przez Krajową Administrację Skarbową zostanie skierowany do dalszych prac.

Pierwszy wirtualny zjazd polskich firm rodzinnych | U-RODZINY 2020

Po raz 13. przedsiębiorcy rodzinni spotkali się podczas Ogólnopolskiego Zjazdu Firm Rodzinnych U-RODZINY, tym razem z uwagi na okoliczności w formule online. Tegoroczne obrady odbyły się pod hasłem przewodnim „CZAS PRZEMIAN”, a tematy debat były podyktowane sytuacją, w której znajdujemy się od marca 2020 roku. Wydarzenie organizowane przez stowarzyszenie Inicjatywa Firm Rodzinnych, jak co roku, stało się platformą do wymiany wiedzy, inspiracji i pomysłów pomiędzy przedsiębiorcami, ekspertami i samorządowcami z całego kraju. Główne dyskusje 13. U-RODZIN były poświęcone prowadzeniu biznesu w czasach pandemii i kryzysowi gospodarczemu, transformacji cyfrowej, kondycji firm w obecnych trudnych warunkach oraz planowaniu działalności w nadchodzącej „nowej rzeczywistości”. Nagrania z całego wydarzenia dostępne są do obejrzenia na platformie www.u-rodziny.online

Tegoroczna edycja największej konferencji biznesowej firm rodzinnych w Polsce zgromadziła wirtualnie ponad 500 uczestników i blisko 70 prelegentów. W organizację 13. U-RODZIN zaangażowało się ponad 50 partnerów i patronów, a program merytoryczny zawierał 12 debat i paneli dyskusyjnych, 9 warsztatów i networking. Współgospodarzami wydarzenia były samorządy województw Mazowieckiego i Małopolskiego, a patronami honorowymi – Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii, Przedstawicielstwo Komisji Europejskiej w Polsce oraz Polska Agencja Inwestycji i Handlu. Podczas debaty podsumowującej wydarzenie pt. „Co po kryzysie? Jak uleczyć gospodarkę, biznes, miasta i rodziny?” wystąpił Adam Abramowicz – Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców. W trakcie 13. U-RODZIN odbyła się również premiera raportu Open Eyes Economy Summit pt. „Co dalej w biznesie? Jak pandemia zmieniła zarządzanie firmami i ludźmi”, opracowanego przez grupę ekspertów na czele z prof. Jerzym Hausnerem.

Konkluzje obrad U-RODZIN 2020 zawarto w 10 głównych tezach: firmy rodzinne są mniej podatne na skutki recesji; ekspansja zagraniczna determinuje rozwój i sukces gospodarczy; nawet najbardziej zaawansowane badania i analizy rynkowe nie są w stanie przewidzieć wszystkich możliwych kryzysów; niematerialne wartości mają coraz większe znaczenie przy wybieraniu źródła pozyskania kapitału; strategia, bezpieczeństwo i kadry są podstawą skutecznej transformacji cyfrowej; kryzys to czas na redefinicję modelu biznesowego i stylu zarządzania; trwałość i rozwój rodzimych firm warunkuje sukces gospodarczy kraju; prosty i przejrzysty system prawno-podatkowy jest kluczem do rozwoju przedsiębiorczości; niezbędna jest synergia działań samorządów i firm rodzinnych; to od nas zależy, czy pandemię zapamiętamy jako kryzys, czy jako szansę na zmianę i dalszy rozwój.

Wśród prelegentów 13. U-RODZIN znaleźli się m.in.: prof. Andrzej Blikle, prof. Jerzy Hausner, dr Henryka Bochniarz (Konfederacja Lewiatan), Krzysztof Domarecki (Selena FM), Grzegorz Putka (Piekarnie Cukiernie Putka), Piotr Voelkel (Grupa Kapitałowa VOX), Przemysław Mitraszewski (LPP), Adam Rozwadowski (Enel-Med), Jerzy Pietrucha (Grupa Pietrucha) oraz Jacek Ptaszek (JMP Flowers).

Na zakończenie konferencji, zachowując tradycje IFR, zapowiedziano następną – już 14. edycję U-RODZIN, która odbędzie się w Toruniu na jesieni 2021 roku, tym razem w formule hybrydowej umożliwiającej udział zarówno na żywo, jak i zdalnie poprzez platformę internetową. Więcej szczegółów nt. przyszłorocznej konferencji już niebawem na stronie www.u-rodziny.pl

Łączymy, by budować! Łączymy, by przetrwać!

Sztuczna Inteligencja naszym obrońcą – czyli za co będzie odpowiadał automatyczny asystent przyszłości?

Jak będzie wyglądał świat w roku 2030 w erze robotyzacji i łączności 5G opowiedziało blisko 8000 konsumentów w najnowszym raporcie firmy Ericsson „Hot Consumer Trends”. Futurystycznej wizji przyszłości i technologiom poświęcono już wiele książek i filmów. Naukowcy i artyści od lat prześcigają się w prognozach kolejnych dekad ludzkości, ale każdy z nas ma własne nadzieje
i obawy na temat nowych technologii.

Wyobraź swoją pracę w przyszłości. Automatyczny asystent układa zadania na nadchodzący tydzień, a fotel dostosowuje swoją pozycję, aby ból kręgosłupa nie powrócił. W międzyczasie twój automatyczny doradca finansowy pomaga Ci w planach urlopowych i sugeruje rezerwacje, które przypadną do gustu całej twojej rodzinie i nie przekroczą domowego budżetu, a treści umów uzgadniasz ze sztuczną inteligencją, która sprawnie porusza się w labiryncie zmian prawnych.

– „Stwierdzenie, że maszyny staną się inteligentne nie musi oznaczać, że będą wyglądać tak jak ludzie. Równie dobrze mogą być bezimiennymi abstrakcjami, które robią rzeczy szybciej, logiczniej i skuteczniej od człowieka. Tak czy owak, raczej nie będą zwykłymi automatami, czy też uległymi sługami, bezmyślnie podążającymi za naszymi zachciankami. Będą nas motywowały, dbały o nas i nasze otoczenie, ale również będą wykorzystywane przez świat przestępczy, z czym będą musiały zmierzyć się służby ds. cyberbezpieczeństwa” – mówi Marcin Sugak, ekspert firmy Ericsson.

Sztuczna inteligencja dla klimatu

Jednym z ważniejszych tematów w najnowszym badaniu „Hot Consumer Trends” jest wpływ technologii na zmiany środowiska naturalnego. W społeczeństwie, które nadal głównie korzysta z paliw kopalnych, zbawienne dla klimatu będzie znalezienie sposobów na ograniczenie zużycia energii. Aż 84% respondentów przewiduje, że do 2030 r. smartfony, urządzenia domowe i tzw. wearables będą oszczędzały energię elektryczną, dzieląc się nią ze wszystkimi innymi urządzeniami oraz ładując się tylko w godzinach o niższym zapotrzebowaniu gospodarstw domowych na energię. Innym sposobem może być zrównoważone wytwarzanie energii elektrycznej w domu. 83% badanych uważa, że do 2030 r. dostępne będą samoładujące się akumulatory, które wytwarzać będą energię z wielu źródeł, takich jak słońce, ruch, deszcz czy odpady. Zapotrzebowanie na samowystarczalne źródła energii będzie prawdopodobnie duże, ponieważ już 6 na 10 osób twierdzi, że chciałoby korzystać z tego typu urządzeń.

Smartfon prawdę Ci powie

Zrozumienie, jak „myśli” maszyna jest praktycznie niemożliwe. Dlatego istnieje zapotrzebowanie na technologię, która zacznie się tłumaczyć. 86% badanych oczekuje, że do 2030 roku aplikacje na smartfony będą nam szczegółowo wyjaśniały, jakie dane gromadzą i jak będą je wykorzystywały. – „Istnieje duża szansa, że gdy użytkownik dowiedziałby się więcej o tym, jak aplikacje wykorzystują jego prywatne dane, chciałby ograniczyć korzystanie z tych aplikacji, co w rezultacie odbiłoby się na przychodach developerów. Jednak 46% respondentów aktywnie korzystających z technologii uważa, że kwestie tłumaczących się aplikacji do roku 2030 będą regulowane i wymagane przez prawo” – tłumaczy Marcin Sugak.

Większość tendencji przedstawionych w raporcie Hot Consumer Trends wskazuje, że konsumenci pozytywnie podchodzą do wykorzystania nowych technologii w przyszłości. Istnieją jednak pewne wyjątki. Analogicznie do tłumaczących swoje działania aplikacji, powstaną również takie, których głównym celem będzie wyrządzenie szkody. 77% konsumentów obawia się, że cyfrowe włamania i kradzieże w 2030 r. będą dokonywane przez inteligentne boty, które ucząc się „zachowań” różnych urządzeń  będą stopniowo przejmowały nam nimi kontrolę i np. wykradały dane logowania do różnych systemów nie zostawiając po sobie śladu. – „To ma jeden pozytywny aspekt – widzimy, że cyberbezpieczeństwo wyszło już poza krąg specjalistów od IT i jest tematem ważnym i znanym w szerokim społeczeństwie. Konsumenci są coraz bardziej świadomie podchodzą do swoich działań w sieci” – mówi Marcin Sugak.

Polska u progu 5G

Już obecnie widzimy jak wiele startupów oraz wielkich korporacji tworzy pierwsze rozwiązania, które są zalążkiem tych futurystycznych oczekiwanych przez konsumentów technologii. Krokiem milowym na tej drodze będzie upowszechnienie komunikacji 5G, która dzięki swojej dużej przepustowości łącza i praktycznie zerowym opóźnieniom otwiera świat na nowe możliwości. Warto zauważyć, że sprzęt firmy Ericsson jest gotowy do pracy w sieci 5G już od 2015 roku. Jest to możliwe dzięki aktualizacji do 5G za pomocą zdalnej instalacji oprogramowania. Do tej pory do operatorów na całym świecie wysłanych zostało ponad 5 milionów anten 5G. Komisja Europejska oczekuje, że do 2025 r. kraje członkowskie będą posiadać szerokie pokrycie siecią 5G.

**Badanie Ericsson Hot Consumer Trends dostępne jest pod adresem:

https://www.ericsson.com/en/reports-and-papers/consumerlab/reports/10-hot-consumer-trends-2030-connected-intelligent-machines

Niefortunne tłumaczenie z języka angielskiego spowoduje upadek nawet kilku tysięcy firm „okołotargowych”?

Większość firm pracujących dla targów branżowych pozbawiona jest pomocy kierowanej przez rząd w ramach tzw. „wsparcia sektorowego”, co skazuje je de facto na nieuchronny upadek. Dzieje się tak za sprawą numeru 73.11.Z PKD, któremu podlegają. Do kategorii tej należą także firmy  reklamowe, a je rząd wykluczył akurat z przewidzianego w tzw. „Tarczach” programu wsparcia sektorowego. Wszystko wskazuje na to, że kilkanaście lat temu, jeszcze na etapie prac nad rozporządzeniem o klasyfikacji PKD poszczególnych branż, firmy targowe znalazły się w tej kategorii na skutek błędu w tłumaczeniu. Zdaniem przedstawicieli branży targowej powinny one podlegać pod PKD 82.30.Z, w którym są m.in. organizatorzy targów. Kategoria ta znalazła się zaś na przygotowanej przez rząd liście firm, które otrzymają wsparcie sektorowe. Inaczej kilka tysięcy funkcjonujących w Polsce przedsiębiorstw „około targowych” czeka likwidacja.

  • Niefortunne tłumaczenie z języka angielskiego spowodowało, że firmy zajmujące się m.in. zabudową stoisk na targi nie są uznawane za firmy z branży targowej.
  • Konsekwencje: nie zostaną one objęte rządową pomocą dla branży targowej – mimo iż praca przy targach jest najczęściej jedynym źródłem ich dochodu. W efekcie – wiele z nich wkrótce upadnie.
  • Zdaniem branży targowej, należy zakwalifikować je do tej samej kategorii, co organizatorów targów czyli 82.30.Z albo jak najszybciej włączyć firmy mające PKD 73.11.Z, które pracują dla targów, do rządowego programu wsparcia sektorowego, co uchroni je przed rychłą likwidacją.

Przedsiębiorstwa projektujące i budujące powierzchnie wystawiennicze na targach, a także spedycyjne, są na skraju upadku. Przede wszystkim – przez pominięcie ich przez rząd na liście branż ze wsparciem sektorowym. Wszystko za sprawą ich PKD 73.11.Z, któremu podlegają, odkąd obowiązuje on w Polsce. – Dopiero spowodowany pandemią kryzys nakazał zweryfikowanie kwestii związanej z kwalifikacją firm w oparciu o klasyfikację PKD. Wcześniej bowiem, nikt nie zaprzątał sobie tym głowy. Branża świetnie funkcjonowała i była m.in. powodem do chwalenia się władz sukcesami polskiej gospodarki – mówi Krzysztof Szofer z firmy Abyss, zasiadający w Radzie Polskiej Izby Przemysłu Targowego. Jak wskazuje, dziś okazuje się, że główna przyczyna pozbawienia większości firm około targowych wsparcia to błędne przetłumaczenie jednego z kluczowych słów dla całej branży.

– Zacznijmy od kwestii leksykalnych: stoisko targowe to po angielsku „booth”, ewentualnie „fair stand”. W żadnym wypadku nie samo „stand”, ponieważ to słowo oznacza stanowisko, stojak lub ladę promocyjną (np. w sklepie). Stoisko targowe to coś więcej niż proste stanowisko – jest znacznie większe i bardziej spektakularne. Jest też niepowtarzalne – powstaje tylko na jedno wydarzenie – tłumaczy Krzysztof Szofer.

14 lat temu na zlecenie Głównego Urzędu Statystycznego przetłumaczono dokument NACE Rev. 2, (przyjęty w 2006 r. przez Parlament Europejski), będący częścią składową europejskich wytycznych statystycznych w ramach Eurostat. Dokument ten jest zaleceniem dla organizacji statystycznych państw-członków UE i stał się u nas podstawą zmian w Polskiej Klasyfikacji Usług. – W polskim tłumaczeniu słowo „stand” zostało wówczas przełożone jako „stoisko”, wrzucając tym samym firmy budujące stoiska do jednego statystycznego worka z agencjami reklamowymi i marketingowymi, które np. stawiają stanowiska reklamowe w hipermarketach – wyjaśnia Krzysztof Szofer.

Co to oznacza?

Działalność firm branży targowej jest aktualnie określana różnymi kodami PKD. Na skutek ich błędnej kwalifikacji firmy świadczące usługi targowe zostały przypisane do dwu różnych klasyfikacji: branży targowej i branży reklamowej. Do tej pierwszej grupy (PKD 82.30.Z) nie kwalifikują się obecnie firmy projektujące i budujące stoiska targowe. Ich miejsce bowiem sklasyfikowano kodem 73.11.Z, czyli działalnością agencji reklamowych.

Jakie to ma konsekwencje?

Bardzo poważne. Przypisanie firm budujących stoiska targowe do agencji reklamowych sprawia, że nie mogą one zostać objęte tarczą dla branży targowej – tu decyduje bowiem PKD danego przedsiębiorstwa.

Na problem zwróciła uwagę Polska Izba Przemysłu Targowego, która przy okazji postanowiła sprawdzić, w jaki sposób kwalifikowane są przedsiębiorstwa z branży targowej w Europie. – Okazuje się, że nie ma jednego uniwersalnego standardu. Światowe Stowarzyszenie Przemysłu Targowego UFI wskazuje jednak, że działalność prowadzona przez dostawców usług na rzecz branży targowej najczęściej kwalifikowana jest pod europejskim odpowiednikiem polskiego PKD nr 82.30.Z. Tak jest np. w Niemczech czy innych krajach europejskich. Firmy działające bezpośrednio na rzecz targów i bez których targi praktycznie nie mogą się odbyć powinny zatem znajdować się w tej samej klasie PKD co organizatorzy targów. Takie rozwiązanie, jak najbardziej poprawne, pozwoliłoby firmom projektującym i budującym stoiska targowe skorzystać ze wsparcia sektorowego w Tarczy 6.0. oraz z Tarczy PFR 2.0 – opisuje Beata Kozyra – prezes zarządu Polskiej Izby Przemysłu Targowego. – W chwili obecnej, z pomocy skierowanej dla branży targowej może skorzystać jedynie ok 10% firm, bowiem tyle jest firm działających pod numerem PKD 82.30.Z. Oznacza to, że nawet 90% firm branży targowej, które mają przychody głównie z działań na rzecz targów, nie otrzyma żadnej pomocy – dodaje.

Przedsiębiorcy zajmujący się zabudową stoisk zwrócili się do GUS z prośbą o korektę klasyfikacji PKD. Postulują zmianę w ramach wpisu 82.30.Z, która uściśli organizację targów jako czynność techniczną, czemu służy projektowanie i budowa stoisk targowych. Proponują albo poszerzyć opis, albo dopisać numer uzupełniający (np. 82.31.Z) do numeru głównego. Zmiana ma dotyczyć wyłącznie  przedsiębiorstw usług targowych, a nie agencji reklamowych.

Liczą w tej sprawie na większe wsparcie rządu, ponieważ objęcie firm zajmujących się zabudową „targowym” PKD umożliwi im skorzystanie z pomocy branżowej i ocali miejsca pracy.

Przedsiębiorcy walczą

Pod hasłem „PKD = Polska Klasyfikacja Dyskryminacji!” kilkuset przedsiębiorców polskiej branży targowej  protestowało 22 grudnia na podpoznańskim odcinku autostrady A2. – Walczymy o to, żeby faktyczne spadki obrotów decydowały o pomocy publicznej dla firm – informowali organizatorzy pikiety. Domagają się, aby PKD w obecnym kształcie – czyli jeśli jest to np. numer 73.11.Z –  przestał być czynnikiem decydującym, komu należy się wsparcie, bo – jak podkreślają – dziś posiadanie tego numeru pozbawia tysiące polskich firm około targowych wsparcia sektorowego, skazując je na rychły upadek. Proponują, aby pomoc skierować do przedsiębiorstw, które w sposób rzeczywisty świadczą w co najmniej 70% usługi na rzecz targów. Kryterium to rozwiać ma wszelkie wątpliwości, bo – jak wiadomo – podmioty pracujące dla targów od marca pozbawione są możliwości zarabiania i powinny otrzymać takie same wsparcie jak inne, ujęte przez rząd, firmy.

Główny Urząd Statystyczny wyjaśnia

W dniu 31.12.2020 r. na adres redakcji wpłynęło oficjalne wyjaśnienie z Głównego Urzędu Statystycznego. Treść zamieszczamy poniżej.

Polska Klasyfikacja Działalności (PKD), wprowadzona rozporządzeniem Rady Ministrów z dnia 24 grudnia 2007 r. (Dz. U. Nr 251, poz. 1885, z późn. zm.), stanowi odpowiednik europejskiej klasyfikacji działalności NACE Rev.2 (Statistical Classification of Economic Activities in the European Community), wprowadzonej rozporządzeniem Komisji Europejskiej, które jest aktem wiążącym dla wszystkich krajów Unii Europejskiej. Klasyfikacja PKD 2007 weszła w życie z dniem 1 stycznia 2008 r. (analogicznie jak klasyfikacja NACE Rev.2) i do czwartego poziomu tj. poziomu klasy (czterech cyfr) jest zgodna z klasyfikacją NACE Rev. 2. Tym samym,   zachowuje  pełną spójność i porównywalność metodologiczną, pojęciową, zakresową i kodową do poziomu czterech cyfr z klasyfikacją NACE Rev. 2. Na podstawie tej klasyfikacji między innymi, przekazywane są dane dot. statystyki rodzajów działalności do  europejskiego urzędu statystycznego EUROSTAT.

Niektóre kraje UE stosują klasyfikację NACE wprost inne, w tym Polska, tworzą na jej podstawie wersje krajowe, uwzględniające potrzeby użytkowników krajowych.  Jednak podziały wprowadzane na poziomie krajowym, tj. na poziomie podklas (5 znaków)  nie mogą wykraczać poza zakresy 4 znakowych klas NACE
(w tym przypadku zakres klasy PKD=NACE 82.30).

W przypadku opracowywania krajowej wersji standardu europejskiego, uszczegółowionego na najniższym poziomie klasyfikacji, w oparciu o potrzeby użytkowników krajowych,  przedkładana jest ona do akceptacji Eurostatu.

PKD 2007 jest klasyfikacją grupującą rodzaje prowadzonej działalności, zgodnie z jej charakterem. Nie wprowadza ona odrębnych grupowań, ze względu na formę własności jednostki, rodzaj organizacji prawnej czy sposób działania, ponieważ te kryteria nie są związane z charakterystyką samej działalności.

Zgodnie z zasadą jednoznaczności grupowań – identyczna działalność nie może być klasyfikowana w różnych grupowaniach PKD a jednostki prowadzące ten sam rodzaj działalności  są sklasyfikowane w  tym samym grupowaniu PKD.   Przykładowo – podmiot wynajmujący powierzchnię (rodzaj działalności objęty podklasą PKD 86.20.Z)  nie może być klasyfikowany w kilku grupowaniach,  zależnie od podmiotu,
z którym podpisuje umowę na wynajem.

Podklasa PKD 73.11.Z  Działalność agencji reklamowych  obejmuje:

  • kompleksowe projektowanie i realizowanie kampanii reklamowych poprzez między innymi:
  • tworzenie stoisk oraz innych konstrukcji i miejsc wystawowych.

Zapis ten jest odzwierciedleniem angielskojęzycznej wersji NACE Rev. 2, zgodnie z którą klasa NACE 73.11 obejmuje:

  • creation and realisation of advertising campaigns:
  • creation of stands and other display structures and sites.

W ww. grupowaniach chodzi o “creation” tworzenie w sensie niematerialnym, działalność twórczą tj. wymyślanie, jak coś ma wyglądać, na zasadzie koncepcji, a nie o wznoszenie w sensie budowania/montażu stoiska wystawienniczego.  Podobnie jak drukowanie nośników reklamowych (plakatów itp.) jest klasyfikowane w innych grupowaniach, czyli jako działalność produkcyjna.

W NACE/PKD 73.11 klasyfikowana jest tylko działalność projektowa/wymyślanie koncepcji. Ponadto w klasie NACE 73.11 i odpowiednio podklasie  PKD 73.11.Z   jest  mowa o „tworzeniu stoisk” a nie „tworzeniu stoisk targowych”. Jednak  generalnie, użycie słowa „tworzenie”,  nie odnosi się do budowania/stawiania stoiska czy wystawy w sensie fizycznym.

Z kolei, podklasa PKD 82.30.Z Działalność związana z organizacją targów, wystaw i kongresów obejmuje organizację, promocję i/lub zarządzanie imprezami takimi jak targi, wystawy, kongresy, konferencje, spotkania, zjazdy, włączając zarządzanie i dostarczenie pracowników do obsługi obiektów, w których te imprezy mają miejsce.

Podmioty współpracujące, działające na rzecz targów, klasyfikują wykonywaną przez siebie działalność, w odpowiednich podklasach PKD, zgodnie z jej charakterem. Przykładowo:

  • podmioty produkujące elementy stoisk targowych z drewna – PKD 16.23 Produkcja wyrobów stolarskich i ciesielskich dla budownictwa,
  • podmioty montujące  i instalujące ww. elementy – PKD 43.32 Zakładanie stolarki budowlanej.

W związku z powyższym, nie jest możliwe utworzenia w PKD 2007 – klasy 82.31, podklasy 82.31.Z,  dotyczącej „obsługi technicznej targów, wystaw i kongresów”, która  skupiałaby działalności takie jak np:

  • produkcję elementów stoisk;
  • montaż/budowanie stoisk targowych;
  • wynajem i zarządzanie nieruchomościami;
  • transport i spedycję,

świadczone na rzecz branży targowej.

Propozycja taka nie jest zgodna z zasadami budowy i  logiki klasyfikacji PKD a przede wszystkim dotyczy  poziomu międzynarodowego tej klasyfikacji. Dlatego takie zmiany musiałyby zostać wprowadzone na poziomie klasyfikacji NACE.

Obecnie w Biurze Statystycznym UE Eurostat  toczą się prace mające na celu zmianę klasyfikacji NACE Rev. 2. Na forum Grupy Roboczej ds. rewizji NACE, skupiającej przedstawicieli większości krajów UE (w tym Polski i Niemiec) omawiane są propozycje zmian do  tej klasyfikacji. Dyskutowana tam była między innymi propozycja, analogiczna do zgłoszonej przez  Polską Izbę Przemysłu Targowego,  która została odrzucona przez Eurostat   jako niezgodna z zasadami budowy i metodologią tej klasyfikacji.

8 zmian w podatkach dla przedsiębiorców w 2021 r.

  • Pandemia Covid-19 zatrzymała znaczną część gospodarki, ale nie spowodowała ograniczenia zmian w prawie podatkowym.
  • W 2021 r. przedsiębiorcy będą musieli płacić nowe podatki oraz ponieść koszty dostosowania się do wielu, często bardzo problematycznych obowiązków.

– Jest to kolejny rok, w którym istotne zasoby firm zostaną skierowane na wdrażanie zmian, a nie na prowadzenie podstawowej działalności, albo na walkę z kryzysem. Dodatkowo nadchodzące zmiany zostały uchwalone i ogłoszone dopiero w końcówce roku, a proces legislacyjny przeprowadzony w pośpiechu bez właściwych konsultacji społecznych. Powoduje to wiele wątpliwości jak stosować nowe przepisy, aby nie narazić się na sankcje i spory z fiskusem, który prawidłowość rozliczeń może weryfikować nawet po pięciu latach – będzie mieć dużo więcej czasu od przedsiębiorców na zapoznanie się i wyjaśnienie nowych regulacji – mówi Przemysław Pruszyński, doradca podatkowy, sekretarz Rady Podatkowej Konfederacji Lewiatan.

Trudno zrozumieć i w jakikolwiek racjonalny sposób wytłumaczyć sytuację, w której ustawa zmieniająca niektóre procedury związane z rozliczeniem podatku VAT, co oczywiście wymaga dostosowania systemów i narzędzi używanych w przedsiębiorstwach, została podpisana przez prezydenta tuż przed świętami. Tak samo jak niewystarczające było co do zasady miesięczne vacatio legis na właściwe przygotowanie się przez spółki komandytowe do wejścia w reżim opodatkowania CIT-em. Podobnie, niewiele czasu miały firmy zainteresowane skorzystaniem od 2021 r. z nowej preferencji podatkowej, tzw. estońskich zasad opodatkowania. W szczególności biorąc pod uwagę, że warunki wejścia i korzystanie z tych zasad są obarczone wieloma kryteriami, których niespełnienie oznaczać będzie utratę prawa ich stosowania i związane z tym ewentualne konsekwencje finansowe. Nie bez trudności, zarówno organizacyjnych jak i finansowych przedsiębiorcy z branży gastronomicznej i hotelarskiej, pomimo praktycznie całkowitego zamknięcia działalności, kupują i instalują nowe kasy fiskalne, tzw. kasy online, które staną się dla nich obowiązkowe od 1 stycznia 2021 r. i zapewnią nieprzerwane połączenie oraz raportowanie sprzedaży do administracji skarbowej.

Co czeka przedsiębiorców w 2021 roku:

  1. opodatkowanie CIT-em spółek komandytowych
  2. ograniczenie dotyczące ustalania indywidualnych stawek amortyzacyjnych
  3. konieczność publikowania i przekazywania do naczelnika urzędu skarbowego informacji o strategii podatkowej firmy
  4. podatek cukrowy
  5. podatek od sprzedaży detalicznej
  6. estoński CIT
  7. objęcie większej grupy mikro spółek 9% stawką CIT
  8. zwiększenie limitu uprawniającego do stosowania ryczałtu od przychodów ewidencjonowanych

Istotne i niestety niekorzystne dla przedsiębiorców zmiany, które zaczną obowiązywać w 2021 r. to poza opodatkowaniem CIT-em spółek komandytowych także ograniczenia w zakresie ustalania indywidualnych stawek amortyzacyjnych, rozszerzenie zakresu transakcji objętych obowiązkiem sporządzania dokumentacji cen transferowych, konieczność publikowania oraz przekazywania do naczelnika urzędu skarbowego informacji na temat strategii podatkowej przedsiębiorstwa (obowiązek obejmie duże firmy i podatkowe grupy kapitałowe) i przede wszystkim wprowadzenie podatku cukrowego dla firm zajmujących się produkcją, importem i sprzedażą napojów słodzonych oraz podatku od sprzedaży detalicznej, który obejmie wszystkie firmy handlowe, których sprzedaż przekracza 17 mln zł miesięcznie – wylicza Przemysław Pruszyński.

Zmiany, które są pożądane przez przedsiębiorców i mogą być dla nich ciekawą propozycją w 2021 r., to poza tzw. estońskimi zasadami opodatkowania spółek kapitałowych, objęcie większej grupy mikro spółek 9% stawką podatku CIT (podniesienie limitu z 1,2 mln euro do 2 mln euro) oraz zwiększenie limitu uprawniającego do stosowania ryczałtu od przychodów ewidencjonowanych z 250 tys. euro do 2 mln euro. Nie są to jednak rozwiązania dostępne i atrakcyjne dla wielu przedsiębiorców ze względu na przyjęte dodatkowe warunki i ograniczenia dla stosowania estońskich zasad opodatkowania CIT-em, czy ze względu na fakt, że ryczałt od przychodów ewidencjonowanych jest atrakcyjny jedynie dla przedsiębiorców, którzy nie ponoszą wysokich kosztów prowadzenia działalności gospodarczej.

– Regulacje, które pogorszą sytuację przedsiębiorstw dotyczą większości firm i obywateli. Podatek cukrowy może doprowadzić do likwidacji firm produkujących napoje słodzone, w szczególności kiedy te przegrają walkę o klienta z firmami o silniejszej pozycji rynkowej. W niektórych przypadkach nawet dwa razy wyższą cenę zapłacą klienci za napój z dużą zawartością cukru. Podatek handlowy spowoduje podniesienie cen i uderzy przede wszystkim w konsumentów, niemniej wzrost cen może także przełożyć się na spadki przychodów i konieczność szukania oszczędności wśród pracowników albo kontrahentów. Pozostałe zmiany mają na celu maksymalizację wpływów budżetowych, a tym samym uderzają w konkurencyjność polskich firm na rynku międzynarodowym, ograniczają ich potencjał do rozwoju, inwestycji oraz odporność na kryzysy – dodaje Przemysław Pruszyński.

Adam Reichardt: Joe Biden to nie Obama-bis. Nie będzie powtarzał jego błędów

Mariusz Marszałkowski/Instytut Jagielloński: Jakie będą główne priorytety polityki nowej administracji prezydenta Bidena?

A.R.: Po pierwsze, i przede wszystkim, obecnym priorytetem jest przygotowanie i realizowanie narodowej odpowiedzi na pandemię. Liczba zgonów w USA przekracza 3 tys. dziennie – to przekracza liczbę zgonów z ataków z 11 września 2001 roku – i to codziennie! Liczba nowych zakażeń przekracza 200 tys. dziennie. W niektórych stanach sytuacja wygląda dramatycznie.

Na razie polityka i wprowadzane restrykcje nie należą do rządu federalnego, a do każdego stanu osobno. Nie ma więc jednej, spójnej polityki zachowania wobec rozrastającej się pandemii.

Nowa administracja już ogłosiła, że od razu będzie współpracować ze wszystkimi gubernatorami, aby np. noszenie maseczek było wspólnym nakazem we wszystkich stanach. To oczywiście rodzi opór, zwłaszcza w stanach, które są z natury republikańskie i bardzo konserwatywne. Planem nowej administracji jest też podwojenie liczby punktów wykonywania testów. Na razie ich rozmieszczenie jest bardzo nierównomierne, w niektórych miejscach jest ich dostateczna liczba, a w innych cały czas ich brakuje. Chodzi o jak najszybszą pomoc dla osób, które już się zaraziły.

Trwa też dyskusja o wprowadzeniu narodowego programu szczepień. Rozmowy zaczęły się jeszcze w czasie urzędowania ustępującej administracji Trumpa. Biden będzie musiał to kontynuować, tak aby proces ten był realizowany bez zbędnej zwłoki.

Drugim priorytetem, który też jest związany z pandemią jest naprawa gospodarcza.

Plan Bidena polega na ogromnych inwestycjach w gospodarkę. Jest to plan podobny, który miał Obama po kryzysie z 2008 roku. Głównym celem jest rozwój infrastruktury, co doprowadzi do pobudzenia rynku pracy. Już teraz w USA 7 procent populacji znajduję się bez pracy. To jest bardzo wysoki i niebezpieczny wynik. Biden chce też inwestować w sektor produkcyjny, tak aby jak najwięcej towarów było produkowanych w Stanach Zjednoczonych. To duże wyzwanie dla administracji, bo będzie wiązało się ze wzrostem długu i prawdopodobnym wzrostem inflacji. Jednak nie ma lepszego rozwiązania, niż stymulacja gospodarki w czasie, kiedy nie ma podstawowego popytu ze strony konsumentów i przedsiębiorców.

Trzecim priorytetem będzie polityka społeczna, a w szczególności problem związany z nierównością rasową – co miało swój wyraz w protestach Black Lives Matter. To będzie zadanie nie tylko dla Bidena, ale szczególnie na tym polu aktywna może być jego wiceprezydent Kamala Harris.

Czwartym priorytetem będzie tym razem kwestia współpracy międzynarodowej, a mianowicie sprawy klimatyczne. Agenda ta silnie wybrzmiewała podczas kampanii wyborczej i zapewne jednym z pierwszych jej efektów będzie powrót USA do porozumień paryskich, co zresztą Biden już zapowiedział. Były sekretarz stanu za czasów prezydentury Obamy, John Kerry ma być odpowiedzialny za politykę klimatyczną. Można to rozumieć w ten sposób, że kwestie klimatyczne będą istotnym komponentem polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych pod wodzą Joe Bidena. Poza klimatem, ważnym elementem będzie również współpraca międzynarodowa USA z partnerami, która mocno kulała pod rządami Trumpa. Hasłem Bidena było „Restore America’s Leadership” co oznacza przywrócenie amerykańskiego przywództwa na świecie. Pod tym pojęciem kryje się wiele elementów w tym, współpraca z NATO, powrót do dobrych relacji transatlantyckich, czy powrót do kwestii kontroli zbrojeń, co szczególnie tyczy się relacji z Rosją.

M.M.: Jak może zmienić się polityka USA wobec państw Europy Środkowej i Wschodniej?

A.R.: Zapewne będzie to wiązać się z większym zaangażowaniem w tym rejonie. Na pewno więcej uwagi poświęcone zostanie Ukrainie toczącej wojnę z Rosją. Biden jako wiceprezydent bardzo mocno zaangażował się w sprawy konfliktu ukraińsko-rosyjskiego po nielegalnej aneksji Krymu i rozpoczęciu działań zbrojnych w Donbasie. Był znany ze swojej sympatii i życzliwości wobec Ukrainy. Biden zna to środowisko, zna problemy Ukrainy. Ma też dostęp do wielu ludzi znających Ukrainę i to jest pozytywny aspekt. Otwartym pozostaje pytanie jak dużo tej uwagi starczy dla Ukrainy. Myślę, że Ukraina będzie stanowić ważny element w polityce odstraszania wobec Rosji, poprzez wspieranie euroatlantyckich aspiracji Kijowa. To też z drugiej strony będzie oznaczać większe przywiązanie do kwestii praworządności i walki z korupcją. Może to nawet oznaczać prowadzenie cichych walk z niektórymi oligarchami. Ważnym elementem będzie również Białoruś. Swietłana Cichanouska otrzymała oficjalne zaproszenie na inaugurację Bidena w styczniu. To jasny sygnał, że nowa administracja otwarcie wspiera opozycyjne ruchy na Białorusi. Może pojawić się większy nacisk na reżim Łukaszenki poprzez sankcje. To również jest powiązane z dążeniem Bidena do przywrócenia i pielęgnowania tradycyjnych, demokratycznych wartości na świecie. Ten element jest bez wątpienia związany od lat z demokratami, i na pewno będzie odgrywał ważną rolę w kontaktach międzynarodowych z innymi państwami.

M.M.: Czy USA nadal będą realizować polityki odstraszania wobec Rosji, jak robiły to w ostatnich latach?

A.R.: Jeżeli chodzi o relacje z Rosją, to uważam, że te relacje nie były jasne pod wodzą Trumpa. Trump personalnie szanował Putina, wielokrotnie wypowiadał się o nim w pozytywnych słowach. Putinowi zapewne też odpowiadał człowiek o tak chaotycznym charakterze, rządzący jego największym zagranicznym rywalem. Jednak mimo wszystko nie było żadnego resetu w relacjach z Rosją. Polityka odstraszania i wspierania wschodniej flanki NATO pozostała niezmieniona, a nawet w niektórych obszarach wzmocniona. Jednak niekonsekwencja USA spowodowała, że Rosja mogła działać jak chciała w innych regionach świata, w Afryce czy na Bliskim Wschodzie. Przykładem tego jest oficjalne rosyjskie zaangażowanie militarne w Syrii czy nieoficjalne w Libii.

Trump był nastawiony krytycznie do NATO i sojuszu transatlantyckiego jako takiego. Z drugiej strony, niektórzy w jego administracji byli zdecydowanymi zwolennikami kursu proatlantyckiego. To się wiązało z dużym chaosem i dezorganizacją polityki zagranicznej USA. Wyrazem tego jest m.in. częsta rotacja sekretarzy oraz doradców, którzy często po kilku miesiącach współpracy z Trumpem zostawali przez niego w bardzo niewysublimowany sposób zwalniani. Trump był też przeciwnikiem budowy Nord Stream 2 i często chwalił takie kraje jak Polska za wydawanie odpowiednich pieniędzy na zbrojenia. Te słowa i krytyka wobec Niemiec były przyjmowane z reguły dość entuzjastycznie. Jak będzie z Bidenem?

Na pewno polityka zagraniczna będzie ujednolicona i nie będzie takich rozdźwięków jak w przypadku Trumpa i jego otoczenia. Biden będzie stawiał na współpracę, raczej nie będzie wyznawał zasady „dziel i rządź”. Ameryka potrzebuje sojuszników w rywalizacji z Chinami, i Biden to doskonale rozumie. Klimat też jest świetnym polem do współpracy. Nie wydaje mi się jednak, aby Biden wrócił do polityki znanej z czasów Obamy. Świat zmienił się zbyt mocno. Na pewno będzie więcej relacji bilateralnych, co jest przeciwieństwem do multilateralnego podejścia USA z czasów Obamy. Biden powinien utrzymać twarde stanowisko wobec Nord Stream 2 oraz kwestii wzrostu pozycji Chin. Współpraca z Europą Środkową zostanie zachowana, a może nawet ulegnie wzmocnieniu, tak w ramach układów bilateralnych jak i w ramach NATO. Sekretarzem Stanu w administracji Bidena zostanie prawdopodobnie Anthony Blinken. To bardzo zaufany człowiek Bidena, z którym pracował w Senacie, potem był jego osobistym doradcą ds. bezpieczeństwa, kiedy Biden był wiceprezydentem. Jest profesjonalnym dyplomatą, który zna problemy międzynarodowe. Prezentuje bardzo ostre stanowisko wobec Rosji, podkreślając, że prezydent Biden będzie konsekwentny w byciu oponentem Putina. Na pewno będzie wzmacniał działania odstraszające NATO. Polityka USA może więc ulec zaostrzeniu, nie wiemy jak na to zareaguje Putin.

M.M.: Czy zatem USA nadal będą popierać inicjatywę Trójmorza?

A.R.: Poparcie dla Trójmorza zostanie zapewne utrzymane, ale nie jako wsparcie konkretnie dla projektu, a dla zintegrowanej polityki wobec całego regionu. Jak będzie to wyglądało w detalach, tego jeszcze nie wiemy. Nie padło wiele słów ze strony Bidena czy ludzi z nim związanych na ten temat. Projekt Trójmorza jest oczywiście szansą dla USA zarówno z perspektywy gospodarczej, jak i wizerunkowej. Tu nie będzie specjalnie dużych kontrowersji.

M.M.: A jak będzie wyglądać polityka wobec Chin? Czy nie przejmą całej uwagi nowej administracji jak w czasie Obamy?

A.R.: Myślę, że nie przejmą całej uwagi. Ale bez wątpienia wzrost znaczenia Chin jest ogromnym wyzwaniem dla USA i będzie stanowił ważny element polityki zagranicznej. Tu nie chodzi tylko o sprawy gospodarcze, ale o prymat w „rządzeniu” na świecie. Nie powinniśmy traktować kadencji Bidena jako „trzecią kadencję” Obamy. W samych Stanach trwa debata o tym, i wielu ekspertów twierdzi, że takie myślenie jest błędne. Po wstępnych nominacjach na ważne stanowiska państwowe możemy już dziś powiedzieć, że Biden to nie Obama bis. Nie będzie resetu z Rosją, nie będzie też przesadnego zwrotu ku Azji. Obama popełnił błędy, a Biden i jego administracja na pewno nie będą ich powtarzać. Tym błędem był m.in. reset z Rosją, jednak trzeba pamiętać, że lata 2009-2011 to były inne czasy i na świecie panowała inna sytuacja . Nie można tego przekładać na czasy dzisiejsze.

Jeżeli chodzi o same Chiny, myślę, że będzie wobec nich prowadzona ostra polityka, znacznie inna niż z czasów Obamy. Wydaje mi się, że twardy kurs Trumpa może tutaj zostać utrzymany. USA chodzi głównie o sprawiedliwe relacje w handlu, i to będzie w tych relacjach jednym z ważniejszych elementów.

Adam Reichardt
Adam Reichardt, amerykański politolog i specjalista ds. międzynarodowych. Redaktor naczelny „New Eastern Europe”

Adam Reichardt, amerykański politolog i specjalista ds. międzynarodowych. Redaktor naczelny „New Eastern Europe”, współprowadzący podcast „Talk Eastern Europe”, członek rady redakcyjnej pisma „Central European Journal of International and Security Studies. Jako dziennikarz, pisał m.in. dla Dziennika Gazeta Prawna, Index on Censorship, The Atlantic Council oraz Politico.

Dobre święta dla kryptowalut. Porozumienie ws. brexitu

Wydawało się, że spokojne święta na rynku to coś, na co się nie zanosiło, ale patrząc na wykresy, jednak je mieliśmy. Tuż przed świętami nawet umowę brexitową udało się wstępnie ustalić.

Porozumienie brexitowe

Coś, co jeszcze nie tak dawno wydawało się niemożliwe, jednak zostało zawarte. Pozostał jeszcze jeden krok. Do końca roku trzeba przyjąć liczący 1200 stron dokument. Można zatem śmiało założyć, że osoby głosujące nad nim nie będą zapoznane z całą treścią i przyjmą go trochę w ciemno. Kluczowym elementem porozumienia są kolejne okresy przejściowe. Pozwolą one uniknąć chaosu i rozłożą pewne bolesne elementy w czasie. Rynki nie są pewne, czy to dobra wiadomość dla funta, czy nie i zmienność na parach z brytyjską walutą jest na razie niewielka.

Turcja podnosi stopy procentowe

W Wigilię Bożego Narodzenia zgodnie z oczekiwaniami Turcy podnosili stopy procentowe. Główna stopa wzrosła z 15% na 17%, to o pół punktu procentowego więcej niż oczekiwania analityków. W rezultacie, lira turecka zyskuje na wartości względem głównych walut. Nie jest to jednak już tak istotny wzrost, jeżeli weźmiemy pod uwagę, że straciła ona na wartości w ciągu roku ponad 20% względem dolara i przeszło 27% względem euro.

Dobre święta dla kryptowalut

Dni świąteczne to moment, kiedy na giełdach akcji i walutach przeważnie mamy moment odpoczynku. Nie znaczy to oczywiście, że jest tak na wszystkich rynkach. Dobrym przykładem są kryptowaluty, które notowane są bez przerw. W czasie świąt najwyraźniej wiele osób postanowiło zostać inwestorami, gdyż byliśmy świadkami wyraźnego ruchu w górę. Przez moment cena dolarowa bitcoina wynosiła ponad 28 tysięcy dolarów, przekraczając tym samym o 40% szczyty sprzed 3 lat. Co ciekawe, reszta rynku kryptowalut nie rośnie już tak szybko, a bitcoin ciągle zwiększa swój udział procentowy w całym rynku, przekraczając już wyraźnie ⅔ jego kapitalizacji.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak istotnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Anwim S.A. pozyskał 50 mln zł z emisji obligacji

Spółka Anwim S.A., właściciel sieci stacji paliw MOYA pozyskała fundusze na rozwój Grupy Kapitałowej Anwim w ramach emisji obligacji korporacyjnych  o wartości nominalnej 50 mln zł. Rozliczenie emisji miało miejsce 17 grudnia br. Emisję trzyletnich  obligacji z marżą 4 pkt. proc. ponad WIBOR 3M przeprowadzono w ramach pięcioletniego programu emisji do 150 mln zł.

MOYAMOYA jest dziś najszybciej rozwijającą się siecią stacji paliw w Polsce. Obecnie liczy już 300 stacji, które rozlokowane są przy drogach krajowych i lokalnych, w dużych miastach i mniejszych miejscowościach. MOYA, jako jedyna sieć ma tak szerokie portfolio stacji paliw – tradycyjne, obsługowe – z przystacyjnym sklepem i konceptem gastronomicznym Caffe MOYA, automatyczne – wyłącznie dla flot oraz samoobsługowe – dla klientów indywidualnych oraz biznesowych. W 2020 roku Anwim pozyskał także sieć bezobsługowych stacji eMILA od BM Reflex.

Zmianie ulega również akcjonariat spółki – po akceptacji UOKiK większościowym udziałowcem Anwim S.A. zostanie fundusz kapitałowy Enterprise Investors. Spółka zapowiada dalszy intensywny rozwój. Do 2024 r. zakłada otwieranie minimum 50 nowych stacji rocznie. Między innymi na ten cel zostaną przeznaczone fundusze pozyskane w wyniku emisji obligacji. Organizatorem emisji był Bank Polska Kasa Opieki S.A., a funkcję doradcy prawnego emitenta pełniła kancelaria Baker McKenzie Krzyżowski i Wspólnicy sp.k. Obligacje Anwim S.A. będą notowane na rynku Catalyst.

– Emisja obligacji jest kolejnym krokiem w naszym rozwoju. Do tej pory byliśmy największym niezależnym podmiotem oraz najszybciej rozwijającą się spółką paliwową w Polsce. Tempo, które dziś osiągnęliśmy, już wkrótce pozwoli nam zbliżyć się do największych graczy naszego sektora – mówi Rafał Pietrasina, prezes zarządu Anwim S.A. – Co nas bardzo cieszy, spotkaliśmy się z niezwykle pozytywnym odbiorem naszych obligacji wśród instytucji finansowych. Pomimo intensywnej końcówki roku na rynku obligacji oraz trudnej sytuacji spowodowanej epidemią COVID-19, nasz debiut jako emitenta obligacji okazał się bardzo udany – wyemitowaliśmy tyle obligacji, ile planowaliśmy. Jest to dowód zaufania do naszej firmy i wiary w potencjał jej rozwoju. Z pewnością nadziei tych nie zawiedziemy – dodaje Rafał Pietrasina.

Bieżący rok na rynku transakcji inwestycyjnych należał do nieruchomości magazynowych i biurowych

Polska mimo spadków najbardziej aktywnym rynkiem nieruchomości komercyjnych w Europie Środkowej w 2020 r.

Według przewidywań ekspertów międzynarodowej firmy doradczej Cushman & Wakefield bieżący rok na rynku nieruchomości komercyjnych w regionie Europy Środkowej zamknie się wynikiem 9,4 mld euro, co jest wynikiem o jedną trzecią niższym niż w ubiegłym roku. Udział Polski w całkowitym wolumenie transakcji inwestycyjnych, mimo spadku wartości transakcji o jedną czwartą w porównaniu z ubiegłym rokiem, wyniesie ok. 60%.

Pomimo przywrócenia narodowej kwarantanny, rok 2020 kończy się optymistycznie, ponieważ rozpoczęcie szczepień daje nadzieję na normalizację sytuacji na rynku w roku 2021 – mówi Soren Rodian Olsen, Partner, dyrektor działu rynków kapitałowych Markets, Cushman & Wakefield.

Rok 2020 zaczął się dla polskiego rynku nieruchomości komercyjnych drugim najlepszym wynikiem za pierwszy kwartał roku w historii. Wartość inwestycji wyniosła wówczas aż 1,72 mld euro. Potem aktywność inwestorów spowolniła w wyniku niepewności spowodowanej przez pandemię, ale dostosowanie przez kupujących strategii do nowej sytuacji spowodowało jednak, że aktywność inwestycyjna w skali roku nie uległa drastycznym spadkom. Warto zauważyć, że rok 2019 był jednym z trzech najlepszych w ostatniej dekadzie, co może nieco uwydatniać skalę tegorocznego spadku aktywności inwestycyjnej, który w przypadku Polski był i tak najmniejszy w regionie.

Na polskim rynku dominowały transakcje sprzedaży nieruchomości magazynowych, które stanowiły blisko połowę całkowitego wolumenu. Ponad 39% wszystkich transakcji zawarto w sektorze nieruchomości biurowych.

Wolumen transakcji inwestycyjnych w Polsce wyniósł 5,6 mld euro i był niższy o 25% od rekordu odnotowanego w roku 2019. Wartość transakcji w sektorze handlowym spadła do najniższego poziomu od 10 lat, natomiast aktywność inwestycyjna w sektorze nieruchomości biurowych spowolniła z powodu ostrożniejszego podejścia inwestorów do zawierania dużych transakcji. Sektor logistyczny zakończył jednak rok 2020 z rekordowym prawie 50-procentowym udziałem w wolumenie transakcji – komentuje Jeff Alson, Partner na Europę Środkową, Grupa Rynków Kapitałowych, Cushman & Wakefield.

Pozostałe rynki

CZECHY
W tym roku całkowity wolumen transakcji inwestycyjnych w Czechach wyniesie ok. 1,2 mld euro, co oznacza spadek o 63% w porównaniu z bardzo udanym i ponadprzeciętnym rokiem 2019.

SŁOWACJA
W 2020 roku pandemia COVID-19 spowodowała wstrzymanie transakcji będących w toku oraz tymczasowe osłabienie popytu inwestycyjnego, co w połączeniu z rosnącym nasyceniem powierzchnią handlową i biurową doprowadziło do spadku wolumenu transakcji o 37% w ujęciu rocznym do 429 mln euro.

WĘGRY
Po czterech z pięciu najlepszych lat w historii wartość transakcji inwestycyjnych na Węgrzech spadła o 25% rok do roku, ale i tak jest wyższa o 40% w porównaniu z najwyższym wolumenem odnotowanym w najlepszym roku na przestrzeni lat 2008-2015.

RUMUNIA
Pandemia wpłynęła na rumuński rynek inwestycyjny w niewielkim stopniu, o czym świadczy całkowity wolumen transakcji wynoszący prawie 1 mld euro, w którym największy udział miał sektor nieruchomości biurowych. Jest to wielkość zbliżona do średnich wolumenów rocznych odnotowywanych w minionych trzech latach i wskazuje, że rynek ten osiągnął fazę dojrzałą w ostatnich latach. Przewidujemy, że wysoka aktywność inwestycyjna utrzyma się również w roku 2021, a największym zainteresowaniem będą cieszyły się nieruchomości z sektora magazynowego.

Prognozy

Eksperci firmy Cushman & Wakefield przewidują, że wpływ pandemii na gospodarkę będzie się utrzymywał przez okres od jednego do dwóch lat, ale odbicie na rynku nieruchomości może nastąpić szybciej – w drugim i trzecim kwartale 2021 roku. W przyszłym roku inwestorzy w sektorze biurowym będą koncentrowali się na najlepszych aktywach oraz obiektach z segmentu value-add, natomiast głównym celem większości graczy nadal będą nieruchomości logistyczne i alternatywne (mieszkania na wynajem instytucjonalny i centra danych).

Niektórzy inwestorzy nie będą wykraczać poza główne lokalizacje pomimo wyższych cen, ale jednocześnie rośnie liczba funduszy poszukujących okazji inwestycyjnych na innych rynkach, w tym w Europie Środkowo-Wschodniej. Stopy kapitalizacji dla najlepszych aktywów mogą ulec kompresji w roku 2021, ale tylko na największych rynkach i w przypadku najbardziej atrakcyjnych produktów inwestycyjnych – komentuje Soren Rodian Olsen, Partner, dyrektor działu rynków kapitałowych, Cushman & Wakefield.

Przekonanie o tym, że biura mają przed sobą przyszłość, jest obecnie silniejsze niż w drugim czy trzecim kwartale 2020 roku, co napawa optymizmem, ale obszarem niepewności pozostają trendy na rynkach najmu w roku 2021.

7 trendów w IT, które przyniesie 2021 rok

Rok 2020 zapisze się w historii jako czas wielkiej transformacji cyfrowej. Pandemia COVID-19 zmieniła ład w gospodarce, a świat musiał się szybko przyzwyczaić do nowej rzeczywistości. Wykorzystanie technologii cyfrowych umożliwiło firmom szybką zmianę modeli biznesowych, a także odegrało ważną rolę w dostosowaniu się do nowego sposobu pracy i komunikacji. Warto więc pamiętać o trendach technologicznych, które zyskają na znaczeniu w nowym 2021 roku.

Trend 1: Wielkie przyspieszenie cloud computingu

Cloud computing odegrał dużą rolę w działaniu firm w okresie wzmożonej pracy zdalnej. Coraz więcej biznesów wdraża się w ten model. Pandemia przekonała o tym, jak ważne jest zapewnienie szybkiego dostępu do danych, niezależnie od tego, gdzie się znajdujemy. Wyraźnie zmalało sceptyczne nastawienie do chmury, które wynikało z obawy o bezpieczeństwo danych i ponoszenia dodatkowych opłat. Do końca 2021 r. 80% przedsiębiorstw, bogatszych o doświadczenia z 2020 roku, wprowadzi narzędzia i procesy, które umożliwią przejście na infrastrukturę i aplikacje oparte na chmurze dwukrotnie szybciej niż przed pandemią. Przyspieszając przejście do chmury, zarządzający IT w spółkach zachowają konkurencyjność oraz zwiększą cyfrową odporność organizacji. W efekcie tej zmiany, według szacunków firmy analitycznej Forrester, globalne przychody z chmury wzrosną o 35% do 120 miliardów w 2021 roku.

Trend 2: Jeszcze szybsza implementacja platform nowej generacji

W wyniku pandemii 70% dyrektorów IT będzie starało się walczyć z zadłużeniem wywołanym wydatkami na nowe technologie podczas pandemii. Oprócz finansowej niepewności, wymusi to migracje do chmury. Odpowiedzialni za IT w spółkach będą poszukiwali platform cyfrowych nowej generacji, które unowocześnią infrastrukturę i aplikacje. W ten sposób będą mogli zapewnić elastyczne możliwości tworzenia i dostarczania nowych produktów, usług oraz doświadczeń klientom i pracownikom.

Trend 3: Wzrost wydatków na Edge

Pandemia zmieniła sposób pracy, a to wpłynęło na 80% inwestycji w rozwiązania przetwarzania na krawędzi. Przez to znacznie wzrosły wydatki na ten cel.

Wymóg dostarczania infrastruktury, aplikacji i zasobów danych do lokalizacji brzegowych jeszcze bardziej spopularyzuje zorientowane na chmurę rozwiązania brzegowe i sieciowe. Ułatwią one szybsze reagowanie na bieżące potrzeby biznesowe, a także posłużą jako baza do budowy długoterminowej odporności cyfrowej.

Trend 4: Inteligentna cyfrowa przestrzeń robocza i zróżnicowanie modeli zatrudnienia pracowników

75% spośród 2000 największych firm na świecie zobowiązało się do zapewnienia „parytetu technicznego” dla wszystkich pracowników do 2023 roku. W efekcie wszyscy zatrudnieni, niezależnie od lokalizacji, będą mieli dostęp do tych samych aplikacji i narzędzi, zapewniających bezpieczeństwo oraz identyczne doświadczenia w pracy. Powstaną bardziej produktywne, dobrze poinformowane i współpracujące ze sobą zespoły.

Również do 2023 r. część projektów z zakresu automatyzacji biznesu będzie opóźniona lub zakończy się niepomyślnie. Wszystko w konsekwencji zbyt małych inwestycji w narzędzia i umiejętności podczas budowania DevOps oraz zespołów IT i bezpieczeństwa. Aby rozwiązać problem niedoboru programistów i analityków danych oraz przyspieszyć rozwój i innowacje, przedsiębiorstwa zdecydują się na elastyczne źródła talentów, crowdsourcing, a także zasoby wewnętrzne.

Trend 5: Operacje IT staną się coraz bardziej niezależne.

Przewiduje się, że do 2023 r. ekosystem chmurowy, który zwiększa kontrolę zasobów i analizy w czasie rzeczywistym, stanie się podstawą większości projektów informatycznych i automatyzacji biznesu. Spełnienie tych celów wymusi głęboką integrację systemów oraz proaktywną analizę ekosystemu korzystającego ze Sztucznej Inteligencji.

Trend 6: Jeszcze większy rozwój Sztucznej Inteligencji (AI)

W świetle pandemii COVID-19 stało się jasne, że samouczące się algorytmy i inteligentne maszyny odegrają istotną rolę w ciągłej walce z epidemią, a także innymi wyzwaniami przyszłości. Już teraz obserwujemy szerokie zastosowanie rozpoznawania mowy, czy wzorców, a także prognozowania i diagnostyki. W kolejnym roku AI zyska szczególnie na znaczeniu, pomagając interpretować i rozumieć otaczający nas świat.

Nieprzypadkowo do 2023 r. aż 25% firm spośród 2000 największych firm na świecie kupi co najmniej jeden start-up zajmujący się AI, aby dywersyfikować umiejętności i własność intelektualną.

Trend 7: Cyberbezpieczeństwo

Choć w związku z pandemią COVID-19 firmy dotknęły trudności i cięcia budżetowe, to wiele organizacji zwiększyło w tym roku wydatki na cyberbezpieczeństwo. Stało się tak dlatego, że wraz z popularyzacją pracy zdalnej pojawiło się więcej zagrożeń cybernetycznych. Biznes został zmuszony do zaktualizowania strategii cyberbezpieczeństwa, a w efekcie wzmocnienia sieci. Przedsiębiorstwa skoncentrowane na odporności cyfrowej będą dostosowywać się do zakłóceń i rozszerzać zakres swoich usług, tak aby reagować na zmiany o 50% szybciej od firm, które koncentrują się wyłącznie na przetrwaniu. Dowodem na duże zapotrzebowanie na cyberbezpieczeństwo jest stale rosnąca liczba miejsc pracy dla specjalistów w tej dziedzinie.

Autorem komentarza jest Dmitriy Akulov, założyciel start-upów i firm informatycznych appfleet, Prospect One, jsDelivr

Ministerstwo Sprawiedliwości wydało zgodę na utworzenie specjalnego wydziału dla frankowiczów

Jest decyzja Ministerstwa. Warszawski sąd będzie miał specjalny wydział dla frankowiczów. Ma być nowocześnie i szybko.

Jest zgoda na utworzenie w Sądzie Okręgowym w Warszawie wydziału do tzw. spraw frankowych. Ma to umożliwić lepszą kontrolę przebiegu postępowań, a także usprawnić prowadzenie pozostałych procesów. Plan zakłada również informatyzację i digitalizację akt. Jednak prawnicy podchodzą do tego pomysłu z ostrożnością. Komentując, podkreślają, że organizacja wydziału przyniesie zamierzony cel, jeśli znajdą się w nim sędziowie faktycznie mający doświadczenie w tego typu sprawach. I dodają, że dobrym pomysłem byłoby od razu wprowadzenie dla nich szkoleń z problematyki umów kredytowych, m.in. z praw konsumentów i orzecznictwa TSUE.

W związku z dużą liczbą tzw. spraw frankowych, Sąd Okręgowy w Warszawie otrzymał od Ministerstwa Sprawiedliwości zgodę na utworzenie odrębnego wydziału. Jak informuje sędzia Sylwia Urbańska, rzecznik prasowy ds. cywilnych, ma on powstać w celu poprawy organizacji pracy i usprawnienia postępowań. Jednak nie zapadły jeszcze decyzje dotyczące liczby sędziów, zasad kierowania ich czy też funkcji przewodniczącego.

– Organizacja wydziału stricte dla frankowiczów przyniesie zamierzony cel, jeśli trafią do niego sędziowie, którzy mają doświadczenie w tego typu procesach. To pozwoli sprawniej zarządzać postępowaniami i szybciej rozpoznawać sprawy. Potrzebne jest też odpowiednie wsparcie administracyjne. Jeżeli np. w sekretariacie będą wakaty albo niedoświadczeni pracownicy, to nie pomoże nawet najlepszy sędzia – komentuje adwokat Jakub Bartosiak z warszawskiej Kancelarii MBM Legal.

Należy podkreślić, że przez 11 miesięcy br. do ww. sądu wpłynęło blisko 14 tys. spraw frankowych. 30 listopada br. w całym Repertorium C było ich łącznie niecałe 30 tysięcy, co stanowiło 56% wszystkich tam prowadzonych postępowań. Dla porównania, w 2017 roku wpływ wyniósł prawie tysiąc, rok później – przeszło 2,6 tysięcy, a w 2019 roku – ponad 4,6 tys. Według aktualnych szacunków, obecnie średnia liczba spraw rozstrzyganych przez jednego sędziego w wydziale cywilnym pierwszoinstancyjnym Sądu Okręgowego w Warszawie wynosi już 590. Na koniec grudnia może to być 750.

– Z tych danych wynika, że w br. sędzia mógł mieć do przeczytania średnio nawet 1,3 tys. tomów, czyli 390 tys. stron. Do tego musiał wydać odpowiednie zarządzenia bądź postanowienia, wyznaczyć terminy rozpraw i przeprowadzić je, a następnie zakończyć wyrokami i napisać uzasadnienia. Zaznaczam, że były to jedynie sprawy cywilne, bez rozwodowych, które akurat w tym sądzie są rozpoznawane przez dwa odrębne wydziały rodzinne – mówi sędzia Urbańska.

Szacuje się, że około 70% spraw, które wpływają do Sądu Okręgowego w Warszawie, jest spoza jego właściwości. Tutaj też rozpatruje się 70% wszystkich spraw frankowych z całego kraju. Konsument ma bowiem prawo wyboru sądu według swojego miejsca zamieszkania bądź siedziby pozwanego, a ta w przypadku banków zazwyczaj mieści się w stolicy. Referaty 51 sędziów w wydziałach pierwszoinstancyjnych mogą być więc obecnie najbardziej obciążone w skali kraju.

– Dalszy tak dynamiczny wzrost wpływu spraw frankowych mógłby skutkować brakiem możliwości przechowywania dokumentów, bo budynek sądu nie jest do tego przystosowany. Ponadto sędziowie faktycznie nie mogliby podejmować swoich czynności. Sprawy w innych kategoriach nie byłyby rozpoznawane w rozsądnych terminach dla stron postepowań – zaznacza Sylwia Urbańska.

Plan utworzenia wydziału do spraw frankowych, zakłada również informatyzację i digitalizację akt. To umożliwi kontrolę przebiegu postępowań. Jednocześnie pozwoli sędziom na podejmowanie czynności usprawniających zakończenie innych spraw.

– Na pewno będzie to korzystnym rozwiązaniem dla pozostałych postępowań. Inni sędziowie nie będą otrzymywać spraw frankowych, które stanowią obecnie ok. połowę wszystkich wpływających do sądu. Dobrym pomysłem byłoby też przeprowadzenie dla sędziów szkoleń z problematyki umów kredytowych, m.in. praw konsumentów i orzecznictwa TSUE. Część tego typu spraw wymaga tylko jednej rozprawy, nie jest w nich konieczne długotrwałe postępowanie dowodowe – dodaje prawnik z MBM Legal.

Warto też podkreślić, że według aktualnych szacunków, dopiero 5% kredytobiorców złożyło pozwy. Można więc przewidywać, że liczba spraw będzie rosła, a tendencja do kierowania ich w zdecydowanej większości do Sądu Okręgowego w Warszawie utrzyma się. Dlatego, jak stwierdza sędzia Urbańska, konieczne są rozwiązania systemowe. Inaczej sprawne orzekanie byłoby niemożliwe, pomimo ogromnego wysiłku sędziów, którzy i tak już pracują po godzinach oraz w dni wolne.

– Trzeba pamiętać o tym, że nie zmieni się sposób pisania pozwów czy obszerność dokumentacji, jaką składają banki w celu wydłużania procesów. Można mieć jednak nadzieję, że utworzenie specjalnego wydziału będzie skutkowało poprawą efektywności, ujednoliceniem orzecznictwa sędziów i przyjęciem jednolitych praktyk – podsumowuje mec. Jakub Bartosiak.

Boom na e-commerce w pandemii? Tak, ale nie wszędzie. W tych krajach rynek się kurczy

Choć trudno w to uwierzyć, są kraje, w których pandemia nie przyczyniła się do wzrostu przychodów z e-commerce. Wręcz przeciwnie, w niektórych zanotowano w tym sektorze spadki – wynika z badania przeprowadzone przez Konferencję Narodów Zjednoczonych ds. Handlu i Rozwoju. Jakie są przyczyny tej odwrotnej tendencji i jak w tym kontekście plasuje się Polska?

Raz po raz największe serwisy informacyjne rozpisują się na temat nowych badań, które potwierdzają to, o czym wiedzą już wszyscy: rynek e-commerce rośnie w niezwykłym tempie. Pierwszy z brzegu raport CBRE donosi na przykład, że prawie jedna trzecia Polaków kupuje przez Internet 2-3 razy w miesiącu, a jedynie 4% stroni od takiej formy robienia zakupów. Z kolei autorzy raportu „E-commerce i fintechy. System naczyń połączonych”, przygotowanego przez 300RESEARCH, prognozują, że udział e-commerce w światowej sprzedaży detalicznej może przekroczyć w tym roku 16,5 proc., osiągając wartość 4,2 bln USD. To wzrost o 700 mld USD w stosunku do poprzedniego roku. Powszechnie ten sukces przypisywany jest pandemii, która zniechęca do opuszczania domów lub wręcz to uniemożliwia, co zmusza konsumentów do robienia zakupów w sieci.

W tym kontekście interesujące są najnowsze wyniki badań, przedstawione przez Konferencję Narodów Zjednoczonych ds. Handlu i Rozwoju (United Nations Conference on Trade and Development – UNCTD). UNCTD to organ pomocniczy ONZ, którego zadaniem jest wspieranie rozwoju gospodarczego na świecie, handlu międzynarodowego i światowych inwestycji. Badanie, które przeprowadzono, miało ustalić wpływ COVID-19 na sytuację firm z branży e-commerce w 23 biedniejszych krajach świata – głównie w Azji i Afryce.

Globalnie rośnie, lokalnie spada

Funkcjonując w rzeczywistości krajów rozwiniętych, w których internetowy handel rozrasta się z miesiąca na miesiąc, trudno uwierzyć, że są miejsca na świecie, w których tkwi on w stagnacji lub wręcz maleje. Raport UNCTD nie pozostawia jednak co do tego wątpliwości. Wynika z niego, że 58 proc. firm w krajach objętych badaniem, które sprzedają swoje produkty lub usługi online, odnotowało spadek przychodów. Mimo rosnącego zainteresowania zakupami w sieci, większość firm zgłosiła problem z dostosowaniem się do bieżących realiów i skalowaniem swojej działalności online. Trzy na cztery firmy zauważyły także, że od momentu wybuchu pandemii wzrosły ich koszty operacyjne, a 44 proc. planuje redukcję zatrudnienia.

Dla każdej firmy równie niebezpieczny, jak brak popytu na dostarczane produkty czy usługi, może być nagły wzrost zainteresowania ofertą – komentuje Bartosz Ferenc, założyciel CENTEO, narzędzia do automatyzacji zarządzania ofertą w porównywarce Ceneo.pl i jednocześnie agencji optymalizacji sprzedaży na tej platformie. – Gdy firmy nie są w stanie podołać rosnącej liczbie zamówień, realizacja zleceń ulega opóźnieniu, a to powoduje niezadowolenie klientów. Ci odwołują swoje zamówienia, rozpowszechniając niepochlebne opinie o firmie, która w efekcie traci klientów. Negatywne efekty widać od razu – spadają dochody i utrzymanie się na rynku z dnia na dzień staje się trudniejsze. Przypomina to nieco zapałkę, która szybko zapala się pod wpływem iskry, dając duży płomień, jednak po chwili ledwo się tli, by ostatecznie, gdy skończy się paliwo, zgasnąć bezpowrotnie – tłumaczy wiceprezes Centeo.pl i dodaje: – Inną przyczyną takiego stanu rzeczy może być fakt, że w związku z rosnącymi problemami logistycznymi, sklepy wygaszają popyt przez podnoszenie cen. Monitoring pokazuje wzrosty cen produktów w okresie świątecznym z jednej strony może to być chęć większego zarobku w czasie wzmożonego popytu, ale co nie jest już takie oczywiste znacznie częściej jest to maksymalizacja zysku z ograniczonej możliwości realizacji zamówień, który często byłby niższy niż przy zachowaniu starych cen i większym wolumenie transakcji.

Według Bartosza Ferenca możliwy jest również trzeci scenariusz, w którym sklepy internetowe – chcąc podołać rosnącemu popytowi i lepiej odpowiedzieć na potrzeby rynku – zaczynają inwestować, lecz nie są to inwestycje wynikające z przemyślanej strategii opartej o doświadczenie. Podejmowane są one raczej pod wpływem komunikacji marketingowej dostawców szeregu usług, którzy obiecują nowe kanały dotarcia, analizę profilu klientów czy optymalizację procesów. Wdrażanie takich rozwiązań zazwyczaj prowadzi do wzrostu przychodów, lecz niekoniecznie wiąże się to ze wzrostem zysków. Wielu przedsiębiorców uważa jednak, że samo zwiększenie przychodów – nawet kiedy dochód nie wzrasta – jest lepsze, niż brak ekspansji. Niestety, takie myślenie często okazuje się brzemienne w skutkach. Kiedy krzywa wzrostu popytu zaczyna się spłaszczać lub pojawiają się na niej inne zakłócenia, firma, która w nieodpowiedzialny sposób lokowała kapitał w rozwiązania mające zwiększyć jej przepustowość, wpada w kłopoty związane z finansowaniem podjętych inwestycji i zaciska pasa, co może prowadzić do utraty pozycji rynkowej.

– Z takimi przypadkami mamy najczęściej do czynienia właśnie na rynkach słabo rozwiniętych, czyli takich, gdzie adaptacja nowoczesnych rozwiązań cyfrowych np. do automatyzacji zadań, jest na bardzo wczesnym poziomie, gdzie organizacje branżowe, oferujące know-how i wsparcie w prowadzeniu biznesu działają słabo, gdzie wreszcie brakuje także wyspecjalizowanych agencji marketingowych, które mogą pomóc w optymalizacji działań sprzedażowych w sieci. Instrumenty te, działające na rynkach bardziej zaawansowanych, pozwalają bowiem ominąć mielizny – dodaje założyciel CENTEO, który ma bogate doświadczenie w międzynarodowym handlu online, wynikające z prowadzenia sklepów internetowych w Polsce i Hiszpanii oraz rozwoju Sembot.com, autorskiej aplikacji do zarządzania kampaniami reklamowymi Google Ads.

Bartosz Ferenc zauważa także, że na tym tle Polska jest dość specyficznym przypadkiem: Nie brakuje tu świetnych specjalistów, jednocześnie nasz rynek e-commerce jest bardzo słaby w porównaniu z innymi rozwiniętymi rynkami. Większość firm handlujących w Internecie nie jest gotowa na duże wydatki, co prowadzi do polaryzacji na dwie grupy. Z jednej strony mamy małe e-commerce, z drugiej takie, które rozwiązały większość problemów logistycznych, sprzedażowych i skalują się w oparciu o teoretycznie nieograniczony budżet marketingowy, o ile zachowany jest stosunek kosztu reklamy do generowanego przychodu (ROAS, COS).

W grupie siła

Wymienione przez Ferenca czynniki, jak np. brak wdrożenia rozwiązań cyfrowych i automatyzacji zadań, mają istotny wpływ na sprawne funkcjonowanie biznesu. Z raportu UNCTD jasno wynika, że firmy w pełni cyfrowe, w tym platformy handlowe, są bardziej odporne na obecny kryzys. Tymczasem wszystko wskazuje na to, że wiele podmiotów, których działaniu przyjrzał się UNCTD, mimo że prowadzi działalność w sieci, to jednak w swym funkcjonowaniu wciąż bazuje na tradycyjnych metodach. To zaś powoduje ich niską rentowność i słabą elastyczność w dostosowywaniu się do zmieniających się warunków.

Rodzi się także pytanie o dostęp do światowych rynków, np. właśnie poprzez globalne platformy typu marketplace. Jak zauważono w raporcie UNCTD, 64 proc. z nich odnotowało wzrost sprzedaży. To zresztą globalny trend. Z danych 300RESEARCH wynika, że coraz większa część światowej sprzedaży w sieci (50-85 proc. – w zależności od rynku) odbywa się poprzez platformy cyfrowe, należące do cyfrowych gigantów takich jak Aliexpress, JD.com, Amazon, Rakuten, Mercado Libre. Tymczasem w wielu spośród badanych krajów ciężko o cieszący się popularnością lokalny marketplace, a tym bardziej o obecność globalnej platformy.

Taka cyfrowa platforma, zbierająca w jednym miejscu oferty wielu e-sprzedawców, to dla nich ogromna szansa na rozwój biznesu. Wynika to z faktu, że człowiek jest istotą z natury leniwą. Dlatego, zamiast odwiedzać dziesiątki pojedynczych witryn e-sklepów, woli skorzystać z rozwiązania, które zna je wszystkie i zbiera oferty w jednym miejscu. Stąd np. Ceneo.pl odwiedza 23 mln unikalnych użytkowników miesięcznie, a porównywarka odpowiada za 12,5 proc. całej sprzedaży online w Polsce – komentuje Bartosz Ferenc.

Otwarte drzwi do sklepu

Nie mniej istotną sprawą jest też kwestia dostępu do Internetu oraz stopień jego wykorzystania przez społeczeństwo. W krajach badanych przez UNCTD średnio tylko 40 proc. mieszkańców ma dostęp do szerokopasmowego Internetu, a zaledwie 19 proc. w ogóle korzysta z sieci. Dla porównania, w Polsce – jak donosi GUS – w 2019 r. dostęp do Internetu posiadało 86,7% gospodarstw domowych i było to o 2,5 p. proc. więcej niż w roku poprzednim. Różnica jest więc kolosalna i nie pozostaje ona bez wpływu na kondycję krajowych rynków e-commerce.

Według Bartosza Ferenca, efekt niemal 100 proc. wzrostu w handlu detalicznym online, zazwyczaj przypisywany wyłącznie pandemii, w rzeczywistości spowodowany jest wpływem szeregu – często ignorowanych – impulsów. – Wszystkie czynniki są istotne i na wszystkie kłaść trzeba jednakowy nacisk. Nie możemy lekceważyć np. wysypu paczkomatów, wdrożenia sieci 5G, czy innych nowoczesnych rozwiązań technologicznych, bo one wszystkie tworzą spójny ekosystem, sprzyjający rozwojowi e-handlu w Polsce. W krajach rozwijających się brak dostępu do internetu, cyfrowych metod płatności czy słabo rozwinięta infrastruktura utrudniająca sprawne doręczanie przesyłek, stanowią sporą barierę dla rozwoju rynku – konkluduje twórca systemu wsparcia sprzedaży na Ceneo.

Marek Zuber: Nic nie wskazuje, aby firmy miały masowo wycofywać produkcję z Azji do Europy

Mariusz Marszałkowski/Instytut Jagielloński: Czy obecny kryzys gospodarczy jest podobny do tego, z którym świat miał do czynienia w latach 2008-2010?

Marek Zuber: Jeżeli chodzi o obecny kryzys, to najpierw trzeba powiedzieć o różnicy. A różnicą są czynniki, które go wywołały. Recesja z 2008 roku to kryzys wynikający z czynników ekonomicznych, wpisujący się w cykl koniunkturalny. Jego siła wynikała z potężnego rozwoju instrumentów pochodnych. Ich rynek rozrósł się w sposób niespotykany i był poza kontrolą. Przede wszystkim mam tu na myśli instrumenty oparte na hipotekach. Popełniono też szereg błędów związanych z wyceną ryzyka tych instrumentów. Po części wynikało to z braku wystarczających informacji o strukturze poszczególnych produktów inwestycyjnych. Te instrumenty stały się dość popularne i zaczęły odgrywać coraz większą rolę jako składnik aktywów tych instytucji, które powinny inwestować bezpiecznie.

Obecne spowolnienie gospodarcze zaczęło się w 2019 roku, można to było zaobserwować zwłaszcza obserwując gospodarkę niemiecką. I to był proces normalny. Ale na przełomie 2019 i 2020 roku pojawiło się coś nowego. Kryzys wywołany pandemią to kryzys bez związku z cyklem ekonomicznym. To zerwanie łańcuchów dostaw, można powiedzieć techniczne zarwanie, a nie na przykład efekt braku opłacalności dostaw. To zamknięcie aktywności gospodarczej. Ale zamknięcie odgórne. Jak po naciśnięciu guzika.

Jeżeli chodzi o podobieństwa tego kryzysu do poprzedniego, przynajmniej w Europie, to wskazałbym na kwestie zadłużania się państw. Pandemia zaatakowała w czasie, kiedy części gospodarek nie udało się opanować długów w sposób wystarczający. W 2008 roku było podobnie. W efekcie kryzysu państwa zaciągały kolejne długi na walkę z jego skutkami. W przypadku zadłużonych państw europejskich było to przyczyną kolejnego kryzysu, czyli kryzysu strefy euro. Gdyby nie potężne długi Grecji, Portugalii, Hiszpanii, czy w końcu Włoch wygenerowane przed 2008 rokiem, kryzys finansowy 2008-2009 nie doprowadziłby do takich problemów. Obecnie niektóre kraje znacznie ograniczyły swój dług, np. Niemcy czy Czechy, jednak inne państwa, jak Włochy czy Francja nie doprowadziły do zmniejszenia zadłużenia. Czyli w tym sensie sytuacja jest podobna do tej, która miała miejsce jedenaście lat temu.

Kolejnym podobieństwem jest pomysł na ratowanie gospodarek. Wtedy również wydawano olbrzymie pieniądze, choć na początku głównie na ratowanie sytemu bankowego, pieniądze oczywiście pożyczane. Dzisiaj jest tak samo. Problem jest jednak taki, że ten kryzys jest znacznie gwałtowniejszy. Procesy są szybsze i głębsze, wygenerowane środki też są zatem znacznie większe. W skali świata mówimy już o poziomie 15-16 bln dolarów. To jest znacznie więcej niż wtedy. Także pomysł zwiększania podaży pieniądza, który określamy kolokwialnie drukowaniem pieniędzy, nie jest nowy, także stosowano go po 2008 roku, choć na początku robił to w zasadzie tylko FED, czyli Amerykański Bank Centralny. Zaczął skupować obligacje skarbowe. Europejski Bank Centralny rozpoczął te operacje dopiero w 2015 roku. Teraz te działania zaczęły się natychmiast i są znacznie szersze. Realizujemy je także w Polsce. W USA zaczęło się nawet skupowanie obligacji korporacyjnych, co wcześniej nie miało miejsca.

M.M.: Jak długo ten kryzys może trwać i od czego jest to uzależnione?

M.Z.: To jak długo będzie trwać zależy od wielu przesłanek. Jednak najważniejsza nie wynika z kwestii ekonomicznej a tego, czy szczepionka będzie skuteczna. Jeżeli tak, to druga połowa przyszłego roku może być już na plusie. Ale trzeba pamiętać, że ten kryzys nie jest wszędzie taki sam. Na przykład w Azji już dzisiaj widać go znacznie mniej. Tam wybicie mamy już teraz. Europa i USA będą odczuwać poprawę prawdopodobnie dopiero w drugiej połowie przyszłego roku, jak będziemy mieli szczęście to może w drugim kwartale. Szczęście, czyli kolejnych fali nie będzie. Ale pamiętajmy, że stanie się to dzięki gigantycznym środkom, które zostały wpompowane w gospodarki. Konsekwencją będzie, już jest, wzrost długu. No i mamy wygenerowane masy pustego pieniądza. To może być impulsem wzrostu inflacji. Na razie nikt o tym nie myśli, wiadomo, teraz trzeba ratować świat. Konsekwencje kryzysu zostaną z nami znacznie dłużej, będzie trzeba pomyśleć nad mechanizmami spłaty zadłużenia i ograniczenia podaży pieniądza. Raczej nie będzie to polegać na ścinaniu wydatków, bo to może zlikwidować ten ewentualny wzrost. Raczej będzie to się odbywać poprzez wzrost podatków, nakładanie parapodatków itd., itp., choć to też wzrostowi PKB nie pomaga. I tak się stanie moim zdaniem również w Polsce. Dla mnie jednym z kluczowych pytań jest to, czy załamanie gospodarek na początku roku, także tąpnięcia na giełdach oznaczają koniec okresu hossy, który zaczął się w 2009 roku? W takich krajach jak USA trwał nieprzerwanie przez ponad 10 lat. Czy kryzys 2020 roku możemy traktować jako koniec tej hossy w sensie ekonomicznym? Wybicie na giełdach, które obserwowaliśmy po kwietniu było prawie tak gwałtowne, jak wcześniejszy spadek. Dzisiaj wiele indeksów, choćby w USA, odnotowuje kolejne historyczne rekordy. Czy to trochę nie za szybko? Czy rzeczywiście od połowy roku budujemy nową hossę? Jeśli tak, to będziemy teraz mieli kilka lat spokoju. Ale jeśli była to tylko korekta, taka korono-wirusowa korekta techniczna, to znaczy, że trzeba uważać. Może być tak, że teraz na skutek procesów typowo ekonomicznych za dwa, trzy lata znowu dojdzie do hamowania gospodarek. Tym razem jeszcze bardziej zadłużonych. To trzeba mieć z tyłu głowy. Nie twierdzę, że czeka nas katastrofa. Moim zdaniem nie należy się obawiać aż tak bardzo narastania długów i wieszczyć załamania światowego systemu. Ale czy można zakładać kolejny wieloletni okres wzrostu?

Oczywiście jest kilka warunków, które muszą zaistnieć, żeby najbliższe lata były w miarę spokojne i nie doprowadziły do bardzo poważnych turbulencji. Moim zdaniem na przykład państwa będą musiały pokazać jak będą chciały opanować swoje długi. Niektóre już dają jasne sygnały. W przypadku Niemiec, kiedy pojawiały się projekty stymulacyjne na początku marca, minister finansów jasno wskazał, że proces powrotu do polityki zrównoważonych budżetów nastąpi do 2022 roku. Inwestorzy wiedzą, że bez wzrostu długów moglibyśmy mieć powtórkę kryzysu z lat 30. XX wieku. I także dlatego popyt na instrumenty finansujące ten rosnący dług jest. Jasno pokazała to emisja 17 mld euro euroobligacji na wsparcie rynku pracy, na które popyt przekroczył 230 mld euro. To rekordowy poziom popytu w stosunku do wartości emisji. Przy odpowiedniej polityce jesteśmy w stanie uspokoić inwestorów.

M.M.: Jak w kontekście tego kryzysu wygląda sytuacja Polski? Niektórzy wspominają, że może być nawet dla nas pewną szansą. 

M.Z.: Na pewno nie wyjdzie wzmocniona z tego kryzysu. Każdy rząd ma PR, także obecny, ale wiele stwierdzeń padających z ust jego przedstawicieli jest, że tak powiem, na wyrost. I to delikatne określenie. Kilka branż będzie odbudowywało się latami. Konsekwencją ratowania gospodarki jest wzrost długu. A będzie to wzrost nienotowany w naszej historii. Może to być nawet 400 mld złotych w okresie 2021-2023. Nawet jeżeli dzisiaj relatywnie tanio pożyczamy pieniądze, np. na projekty Polskiego Funduszu Rozwoju (PFR), to nie zmienia to faktu, że koszty obsługi są i że te środki trzeba będzie oddać. A propos kosztów obsługi. Weźmy wspomniany PFR. Większość środków z tarcz finansowych nie wróci do PFRu. One mają w zamyśle być w znacznej części bezzwrotne. Program jest finansowany np. obligacjami czteroletnimi. Za cztery lata będzie trzeba je wykupić. PFR swoich środków nie będzie miał, bo skąd ma je wygenerować. Trzeba będzie te obligacje np. zrolować. A nie wiemy po jakim koszcie się to odbędzie. Może być on znacznie wyższy. Nie jesteśmy Niemcami czy USA, w których nikt nie przejmuje się długiem na poziomie 90 czy 100 procent do PKB. Będzie trzeba pokazać sposób na zejście z tego długu, a w polskich warunkach to oznaczać będzie podwyżkę podatków i parapodatków i nie mam co do tego wątpliwości. Już dziś to widzimy, np. tworzymy podatek cukrowy, ale nazywamy go opłatą. Oczywiście akurat podatek cukrowy planowany był wcześniej. Ale to z kolei efekt programów socjalnych i obniżenia wieku emerytalnego, których koszt w tym roku to około 65 mld złotych. Wzrost obciążenia w Polsce na pewno nastąpi. To, co może nam ewentualnie pomóc, to np. New Generation EU. Tak na marginesie: mówienie o tym, że moglibyśmy sami pożyczyć takie środki na takich samych warunkach jest nieporozumieniem. Te prawie 300 mld złotych grantów i pożyczek to pieniądze, które będą wpompowane w gospodarkę, a których w innych okolicznościach albo w ogóle by nie było, albo byłoby wyraźnie mniej, albo byłyby znacznie droższe. I najważniejsze, to pieniądze dedykowane. Czyli przeznaczone na konkretne obszary, czyli nowe technologie i ekologię. Może to nam pomóc w zmianach systemowych polskiej gospodarki i to jest niezwykle pozytywne. Ten kryzys nikomu nie pomoże, może w jakimś stopniu wpłynie na propagandowy wyścig pomiędzy USA a Chinami, gdyż Chiny urosną pod względem wartości gospodarki w tym roku, a USA będą miały recesję. Czyli się zmniejszą. Niektórzy szacują, że Chiny prześcigną USA pod względem PKB do 2030 roku, ten kryzys może im to ułatwić. Nikt inny nie zyska. Oczywiście poza paroma branżami.

M.M.: Pojawiły się też pewne nadzieje na przeniesienie produkcji firm z Azji do Europy, w tym do Polski. Czy wydaje się to Panu realne?

M.Z.: Wycofanie niektórych firm z Chin, głównie amerykańskich było widać już przed kryzysem pandemicznym. Było to związane na przykład z obawami przed szpiegostwem technologicznym. Wzrastają również koszty pracy w Chinach, które nie są tak atrakcyjne jak kiedyś. Ale konkurencją dla Chin są tu raczej inne kraje z Azji. Co do masowego przenoszenia w związku z pandemią, to nie wierzę, aby do tego doszło. Za chwilę, znów kluczową kwestią będzie cena produkcji, a nie bezpieczeństwo pandemiczne. Raczej będziemy obserwować działania na rzecz opracowania sposobów na niedopuszczenie do zerwania łańcuchów dostaw w przyszłości. Czyli zostawiamy produkcję, np. w Chinach, ale mamy plany na ewentualność zamknięcia dostaw. Może na przykład większe magazyny. Od tego przecież w ostatnich dziesięcioleciach odchodzono. Nie wierzę, że w Polsce pojawią się miliardy dolarów biznesu przenoszonego z Azji. Zresztą, warto spojrzeć na to z perspektywy czasu. Te dyskusje o przenosinach z Azji miały miejsce w styczniu i lutym, czyli wtedy kiedy zamknięta była część Chin, kiedy pandemia dotyczyła prowincji Wuhan, rejonu bardzo mocnego, np. jeśli chodzi o sektor automoto. Ale kiedy pandemia rozlała się na świat, to zamrożenie stało się powszechne. Stanęli wszyscy. Więc, ten czynnik, pandemia, nie powinien mieć wpływu na przenoszenie biznesów z Chin do Polski.

Marek Zuber: ekonomista i analityk rynków finansowych. Prowadzi działalność w obszarze doradztwa finansowo-kapitałowego. Był szefem doradców ekonomicznych premiera Kazimierza Marcinkiewicza, nagrodzonym nagrodą „Polityczny doradca roku”. Był głównym ekonomistą w firmie TMS i TMS Brokers, a później w Internetowym Domu Maklerskim oraz analitykiem i ekonomistą banku BPH. Jego komentarze dotyczące kwestii gospodarczych regularnie ukazują się w mediach