InFakt z nowym inwestorem – norweską grupą Visma

Norweska grupa Visma została nowym większościowym udziałowcem inFaktu. Dzięki tej transakcji polska spółka dołączy do międzynarodowej grupy, na którą składa się kilkadziesiąt podmiotów dostarczających rozwiązania dla księgowych i przedsiębiorstw.

Grupa Visma działa na rynku usług chmurowych dla księgowych oraz firm z sektora MŚP przede wszystkim w Europie Północnej oraz kilku innych krajach europejskich. Jest obecna także w Polsce. W skład jej portfolio w naszym kraju wchodzą SaldeoSmart, a od grudnia bieżącego roku także inFakt. Wartość grupy wynosi około 10 miliardów euro.

Zakup udziałów w firmie inFakt jest zgodny ze strategią grupy Visma, która polega na tworzeniu i dostarczaniu najlepszych rozwiązań chmurowych do zarządzania małymi i średnimi przedsiębiorstwami. InFakt oferuje rozwiązania jakościowe, niezawodne i łatwe w obsłudze, dokładnie takie, jakich szukaliśmy na polskim rynku – powiedział Jostein Håvaldsrud, dyrektor ds. produktów w grupie Visma.

InFakt jest czołowym dostawcą narzędzi i usług do prowadzenia księgowości online na polskim rynku. Oferuje rozwiązania nie tylko dla przedsiębiorców prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą, ale też dla spółek. Założyciel i prezes inFaktu, Wiktor Sarota, zwraca uwagę na nowe możliwości, jakie otwierają się przed firmą w związku z jej nowym udziałowcem w postaci Vismy. – Zyskujemy dostęp do kompetencji, technologii i doświadczeń firm, które działają w tej samej branży na innych rynkach – mówi. – Nie zmieniają się natomiast nasze cele i priorytety. Jednocześnie sami jesteśmy w stanie wnieść wartość dodaną do grupy – inwestora bardzo zainteresowały nasze rozwiązania dotyczące usług prowadzenia pełnej księgowości dla firm.

InFakt zapowiada, że warunki współpracy z klientami nie zmienią się. Nie zmieni się także zarząd firmy, w którym nadal zasiadać będą jej założyciele – Wiktor Sarota oraz Sebastian Bobrowski. Szczegółowe warunki transakcji nie zostały ujawnione.

Zarządzanie finansami firmy w kryzysie

Prowadzenie własnej firmy wiąże się z koniecznością dopasowania się do sytuacji panującej na rynku. Po okresach prosperity przychodzą również sytuacje kryzysowe. Jak sobie z nimi radzić i utrzymać płynność finansową?

Zarządzanie firmą w kryzysie nie jest łatwym zadaniem. Wynagrodzenia dla pracowników i terminowe regulowanie zobowiązań to podstawowe potrzeby, które należy zaspokajać. Jednak nawet w sytuacji kryzysu na rynku nie można zapominać o inwestycjach, bo tylko dzięki nim łatwiej jest utrzymać tempo rozwoju.

Finansowanie biznesu w kryzysie

Wielu przedsiębiorców w sytuacji spowolnienia na rynku reaguje ograniczeniem wydatków. Zwolnienia pracowników czy wstrzymanie inwestycji to często pierwszy krok do upadłości. W kryzysie twój biznes nie musi zwalniać czy wręcz się cofać. Jeśli kryzys dotyczy całej branży, nie możesz pozwolić, aby po ustabilizowaniu sytuacji na rynku twoja firma straciła na znaczeniu. Przemyślane decyzje finansowe to jedyny sposób na przetrwanie gorszej koniunktury.

Najważniejszym zadaniem przedsiębiorcy w kryzysie jest utrzymanie płynności finansowej. Można to osiągnąć, korzystając z nowoczesnych form finansowania. Zanim sięgniesz po kredyt, warto, abyś sprawdził również inne rozwiązania, np. faktoring.

Czym jest faktoring i kto może z niego skorzystać?

Faktoring polega na przekazaniu faktur z odroczonym terminem płatności instytucji finansowej (faktorowi), która wypłaca należność z faktury od razu po jej przekazaniu na konto przedsiębiorcy. Co więcej, twój kontrahent nie musi wiedzieć, że przekazałeś faktury do instytucji finansowej – to wyróżnik tzw. faktoringu cichego.

Wbrew pozorom faktoring nie jest usługą przeznaczoną wyłącznie dla dużych firm. To właśnie małe i średnie przedsiębiorstwa najczęściej potrzebują wsparcia finansowego. Szczególnie w opłacaniu bieżących zobowiązań.

Ciekawą ofertą dla mikroprzedsiębiorców jest faktoring od NFG. Częstym problemem dla osób prowadzących małą działalność są odroczone terminy płatności. Z jednej strony współpraca z klientem korporacyjnym jest lukratywna i gwarantuje terminowe opłacanie faktur. Z drugiej jednak tacy klienci nigdy nie płacą gotówką, a w umowach zastrzegają sobie nawet 30-dniowe terminy płatności. W takich sytuacjach faktoring może zapewnić płynność finansową i uchronić przed koniecznością zadłużania się na podstawowe opłaty czy w celu regulowania bieżących zobowiązań (ZUS, US, podatki, pensje, paliwo).

Potraktuj kryzys jako okazję do zmian

Czasem nie da się uniknąć kryzysu, szczególnie gdy jest on spowodowany ogólną sytuacją w kraju lub na świecie. Dzięki takim rozwiązaniom jak faktoring nie musisz martwić się o płynność finansową. Szybkie rozszerzenie oferty o nowe produkty czy usługi jest możliwe tylko w momencie, gdy masz odpowiednie zasoby finansowe lub zaufanego faktora, który na jasnych zasadach pozwoli ci je uwolnić z twoich faktur.

Opakowania kartonowe dla sklepów internetowych – największy wybór w ATK Opakowania

Coraz więcej transakcji jest zawieranych przez Internet. Rynek e-commerce, czyli handlu elektronicznego, ciągle rośnie w siłę. Pojawiają się coraz nowsze marki, rozszerza się katalog dostępnych w Internecie firm. Jeśli poszukujesz opakowań do swojego sklepu Internetowego, sprawdź, co polecamy.

Handel elektroniczny

E-commerce, czyli ogólnie mówiąc handel elektroniczny jest w ostatnich latach kanałem dystrybucji, który dość prężnie i szybko się rozwija. Dynamika zmian jest tak duża, że dla wielu marek stał się z dodatkowego sposobu zbyt usług i produktów głównym sposobem pozyskania klientów. Główne źródła handlu elektronicznego i sprzedaży elektronicznej to szeroko rozumiane sklepy internetowe, aukcje internetowe, platformy promujące zakupy grupowe i oferujące atrakcyjne zniżki, reklamy kontekstowe, programy partnerskie, a także coraz częściej telefoniczne aplikacje oraz social media.

Sprzedaż przy pomocy Internetu rozwija się dzięki dynamicznemu postępowi technologicznemu, a także dzięki dostosowującym się do rzeczywistości internetowej przepisom prawnym. To właśnie wszelkiego rodzaju regulacje pozwalają na obopólne zaufanie na linii sprzedawca-kupujący. Jeśli zauważyłeś rosnący popyt internetowy na własne usługi lub produkty, warto rozwinąć swój e-biznes. E-commerce z pewnością wiąże się z koniecznością nadawania licznych przesyłek – taki sposób odbioru zakupów jest najpopularniejszy oraz pozwala na dotarcie do klientów nie tylko z najbliższych okolic. Chcąc w bezpieczny sposób wysyłać swoje towary, warto wybrać solidne opakowania. Prócz ich jakości warto postawić na to, by były one spersonalizowane, dostosowane do Twojej marki, by były jej znakiem rozpoznawczym. Jak to zrobić?

Opakowania fasonowe i z nadrukiem

Kartony fasonowe charakteryzują się specjalnym wykrojem, który uzyskuje się przy pomocy wykrojnika tnącego. Technologia taka pozwala na otrzymanie gotowego opakowania, bez szycia lub klejenia. Pudełka tego typu są wyposażone w zamknięcia, dlatego niekonieczne jest ich zaklejanie. Kartony fasonowe sprawdzą się doskonale w branży gastronomicznej – znamy je doskonale w postaci pudełek do pizzy! Ale także w branży kosmetycznej czy biżuteryjnej – możliwość wykonania kartonu, który ma niestandardowy rozmiar i np. wiele przegródek pomoże w bezpiecznym transporcie biżuterii, rękodzieła, kosmetyków czy innych drobnych elementów. Kartony fasonowe często bywają wykorzystywane także w przypadku wysyłki odzieży lub obuwia – brak klejenia i wbudowane zamykanie pozwala na eleganckie spakowanie sukienek, koszul, bluzek, butów, a nawet książek!

Detale mają znaczenie! To jakiego dokonasz wyboru w zakresie opakowań swoich towarów, może determinować kolejne zamówienia stałych klientów lub pozyskanie nowych! Dbałość o szczegóły, o właściwe zabezpieczenie produktu przed wysyłką ma ogromne znaczenie. Opakowania kartonowe nie muszą być nudne! Spersonalizuj je, wybierz taką markę, która zaoferuje Ci wykonanie nadruku na opakowaniach, co sprawi, że Twój internetowy biznes będzie prezentował się jeszcze bardziej profesjonalnie. Własny nadruk na opakowaniu jest także wyrazem dbałości o zadowolenie klienta – każdy chce poczuć się bardziej luksusowo i otrzymać zamówienie nie w przypadkowym kartonie, ale takim, który jest swoistą wizytówką firmy, jej nieodłącznym elementem. Pudełko powinno być rozpoznawalne i budować świadomość marki – każdy biznes dąży do tego, by kontrahenci widząc opakowanie, rozpoznawali całą markę.Opakowania kartonowe (2)

Opakowanie potrafi także wiele powiedzieć o polityce marki, jej podejściu na przykład do ekologii. Wybierając opakowania, które można poddać recyklingowi lub zachęcając klientów do ponownego wykorzystania opakowania, można wyrazić swój światopogląd. Dobierając wielofunkcyjną taśmę klejącą z logo lub wizerunkiem marki, na przykład papierową, która również nadaje się do recyklingu, możemy sprawić, że ograniczymy do absolutnego minimum pakowanie przesyłek w zalegający później na wysypiskach plastik. Jednym z wiodących producentów opakowań kartonowych jest https://atk-opakowania.pl/.

W Warszawie powstał pierwszy poza Chinami specjalny salon Xiaomi. Producent rozważa otwarcie kolejnych

Nowy Mi Store w warszawskim centrum handlowym Westfield Arkadia to jedyny taki koncept poza Chinami. To nie tylko sklep, lecz także serwis i miejsce do testowania urządzeń Xiaomi. Klienci mogą skorzystać ze strefy odzwierciedlającej warunki domowe i sprawdzić, jak inteligentne urządzenia do domu funkcjonują jako cały ekosystem. Marka w przyszłym roku zamierza otwierać kolejne sklepy, a także skupić się na rozwoju swoich produktów. – Planujemy dalszy rozwój naszego biznesu dotyczący smartfonów i telewizorów, będziemy także mocno koncentrować się na urządzeniach 5G – zapowiada Marcin Szczepankowski z Xiaomi Polska.

– Mi Store w Arkadii to pierwszy taki concept store w Europie Środkowo-Wschodniej. Powstał on w Warszawie, bo tu jest nasza centrala i biuro, z którego obsługujemy całą Europę Środkowo-Wschodnią – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Szczepankowski, szef działu GTM w Xiaomi Polska.

W centrum handlowym Westfield Arkadia otwarto właśnie nowy salon Xiaomi. Jest to jedyny tego typu koncept stworzony poza Chinami. Wyróżnikiem sklepu jest nie tylko jego powierzchnia (ponad 300 mkw.), ale też duża strefa do testowania rozwiązań ekosystemu marki.

– Pierwsza część salonu jest ułożona dość klasycznie, bo znajdują się w niej smartfony i produkty ekosystemowe na sprzedaż. W drugiej części przygotowaliśmy strefę Mi Smart, w której klienci mają okazję skorzystać z naszych produktów, zobaczyć, jak na co dzień mogą one funkcjonować jako cały ekosystem – wyjaśnia szef działu GTM w Xiaomi Polska.

Strefa ta została zaprojektowana na kształt mieszkania. Można w niej zobaczyć i sprawdzić działanie inteligentnych rozwiązań w ramach ekosystemu łączącego produkty lifestyle oraz codziennego użytku. Wszystkimi urządzeniami można sterować za pomocą jednej aplikacji lub asystenta głosowego w ramach platformy Mi Home. W ekosystemie Xiaomi w Polsce dostępnych jest ok. 200 urządzeń internetu rzeczy, podczas gdy w Chinach jest ich ok. 2 tys.

– Wyjątkowe jest również to, że otworzyliśmy w sklepie dedykowaną strefę dla serwisu. Wszyscy klienci będą mogli dokonać naprawy bądź jakiejkolwiek konsultacji serwisowej na miejscu – zaznacza ekspert.

Nowy Mi Store zastąpi ten już istniejący w Westfield Arkadia. Jak podkreśla Marcin Szczepankowski, decyzja o uruchomieniu konceptu w Polsce została podjęta mimo trudnej sytuacji w handlu detalicznym, która jest efektem pandemii i kolejnych lockdownów. 17 grudnia rząd poinformował o wprowadzeniu kwarantanny narodowej, co wiąże się m.in. z zamknięciem galerii handlowych (poza sklepami zapewniającymi podstawowe potrzeby). Okres lockdownu potrwa od 28 grudnia do 17 stycznia.

– Okres pandemii jest wyzwaniem dla sprzedaży detalicznej. Podjęliśmy jednak decyzję, żeby kontynuować naszą strategię i pomimo uwarunkowań zewnętrznych w tym czasie otworzyliśmy sześć kolejnych salonów. To 20. salon, który otwieramy w Polsce – mówi szef działu GTM w Xiaomi Polska.

Jak podaje GUS, sprzedaż detaliczna w cenach stałych w październiku 2020 roku była niższa niż przed rokiem o 2,3 proc. (wobec wzrostu o 4,6 proc. w październiku 2019 roku). Ogółem w okresie styczeń–październik 2020 roku sprzedaż spadła o 3 proc. r/r, przy wzroście o 5,6 proc. w 2019 roku. Spowolnienie widać też w wynikach odwiedzalności galerii handlowych. Z danych Polskiej Rady Centrów Handlowych wynika, że wprawdzie klienci chętnie wrócili do otwartych od 28 listopada obiektów, wciąż jednak jest ich o ok. 30 proc. mniej niż przed rokiem.

– Będziemy otwierali kolejne salony sieci własnej, będziemy także kontynuować nasz biznes z partnerami w kanale otwartym i w kanale operatorskim – wymienia Marcin Szczepankowski. – Na przyszły rok mamy zaplanowane otwarcie kolejnych sklepów. Decyzję o tym, czy będą to takie punkty jak nowy Mi Store w Arkadii, podejmiemy już niedługo.

Xiaomi zadebiutowało w Europie nieco ponad trzy lata temu. Obecnie jest trzecią największą marką smartfonów – nie tylko w Europie, ale i na całym świecie. W Polsce jest numerem jeden pod względem dostaw. Z tym rynkiem Xiaomi wiąże szczególne nadzieje, zwłaszcza w kontekście planowanego rozwoju sieci 5G.

– Nasze plany na przyszły rok można scharakteryzować na trzy sposoby. Planujemy dalszy rozwój biznesu smartfonowego, a także naszego ekosystemu urządzeń. Będziemy wprowadzali nowe produkty, w tym telewizory, a także będziemy się mocno koncentrować na urządzeniach 5G – zapowiada szef działu GTM w Xiaomi Polska.

UKE w ekspresowym tempie rozstrzygnął przetarg na obsługę prawną aukcji 5G. Wynik budzi wątpliwości

Wielkimi krokami zbliża się komercyjne wdrożenie sieci 5G. Dotąd operatorzy wprowadzali tę technologię w ramach częstotliwości wykorzystywanych już wcześniej, na potrzeby sieci LTE. Jednak cały rynek telekomunikacyjny czeka na ogłoszenie przez Urząd Komunikacji Elektronicznej aukcji na częstotliwości z zakresu 3400–3800 MHz dedykowane dla sieci nowej generacji. Ma to nastąpić w przyszłym roku, ale wcześniej – na początku grudnia – UKE rozpisał przetarg na obsługę prawną w związku z planowaną aukcją. Wątpliwości ekspertów i prawników wzbudziły jednak wyśrubowane kryteria, które mocno zawężyły krąg potencjalnych oferentów, jak i ekspresowe tempo postępowania. Ostatecznie do przetargu przystąpiły tylko dwa podmioty, a urząd wybrał ofertę, która przekroczyła planowany budżet.

Do przetargu na obsługę prawną UKE przy rozpisywaniu aukcji na nowe częstotliwości 5G przystąpiły tylko dwa podmioty: Kancelaria Radcowska Chmaj i Wspólnicy oraz konsorcjum CWW S.Cetera, M.Węgrzyn-Wysocka i Wspólnicy (jako lider) oraz Kancelarii Radcy Prawnego Gaweł Jarosiński. Regulator wybrał tę drugą ofertę. Przy otwarciu kopert została też ujawniona informacja, że na realizację usługi UKE przeznaczył kwotę 422,8 tys. zł brutto. Oferta Kancelarii Radcowskiej Chmaj i Wspólnicy opiewała na kwotę 305 tys. zł brutto, natomiast oferta konsorcjum – na 479,7 tys. zł brutto, przekraczając budżet planowany na realizację zamówienia o blisko 60 tys. zł.

– Do tej pory nie uzyskaliśmy dostępu do pełnej dokumentacji z tego postępowania. Po próbach telefonicznych, e-mailowych i wielu żądaniach udostępnienia informacji otrzymaliśmy odpowiedź, że oferta jest objęta tajemnicą. Ostatecznie, 17 grudnia odmówiono dostępu z uwagi na to, że nie stosuje się przepisów PZP, więc jako strona postępowania nie mamy rzekomo wglądu w dokumentację. A więc de facto ten wybór pozostaje całkowicie niejasny i tajny – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr hab. Mariusz Bidziński, profesor Uniwersytetu SWPS, radca prawny i wspólnik w Kancelarii Radcowskiej Chmaj i Wspólnicy.

W odwołaniu, które Kancelaria Radcowska Chmaj i Wspólnicy wystosowała do UKE, zwraca uwagę na szereg niezgodności postępowania z przepisami ustawy Prawo zamówień publicznych. Mowa m.in. o błędnym wyborze najkorzystniejszej oferty polegającym na wyborze oferty, która nie mieściła się w kwocie, jaką urząd zamierzał przeznaczyć na sfinansowanie zamówienia, odmowie opublikowania informacji z otwarcia ofert czy odmowie udostępnienia informacji dotyczących czynności wyboru ofert i wyniku postępowania.

– Samo postępowanie od początku budzi istotne wątpliwości z uwagi na bardzo krótki termin jego przeprowadzenia i zgłoszenia ofert czy wyjątkowo wysokie i nieadekwatne wymogi dotyczące ekspertów, wykonawców oraz prawników. Takie wymogi – delikatnie mówiąc – budzą wątpliwości co do adekwatności, celowości i związku wymogów z przedmiotem postępowania – twierdzi dr hab. Mariusz Bidziński. – Wątpliwości budzą także wymogi doświadczenia, w tym np. wykazanie obsługi na kwotę ponad 1 mld zł z jakiegokolwiek obszaru doradztwa. Równie dobrze może to więc dotyczyć telekomunikacji, jak i dróg, farmacji, trawników czy produkcji długopisów.

Wśród wymogów postawionych przez UKE znalazł się m.in. ten, aby w składzie zespołu, który będzie doradzał regulatorowi, znalazł się co najmniej jeden prawnik z doświadczeniem w obsłudze projektów związanych z 5G. Był on niemal niemożliwy do spełnienia o tyle, że w Polsce wdrażanie tej technologii trwa dopiero od kilku miesięcy i jest na bardzo wczesnym etapie. W skład zespołu ma wchodzić także trzech specjalistów posiadających minimum pięcioletnie doświadczenie w zakresie cyberbezpieczeństwa. Tymczasem ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa – pierwszy w Polsce akt regulujący tę kwestię – obowiązuje dopiero od sierpnia 2018 roku, czyli zdecydowanie krócej niż określony wymóg pięciu lat.

Jak podkreśla radca prawny, ogłoszone przez UKE postępowanie nie spełniało też wymogów transparentności i rzetelności.

– Ogłoszenie tak ważnego postępowania w trybie zamówień społecznych wskazuje na pewien brak spójności. Skoro to postępowanie miałoby wyłonić wyjątkowego eksperta, to czemu w tak prostej i niezaskarżalnej – niepodlegającej praktycznie żadnej weryfikacji – procedurze? W tym trybie, zachowując pozory przejrzystości, można w każdej chwili postępowanie unieważnić, nie wybrawszy żadnego oferenta, albo zmodyfikować wymogi co do środków na realizację usługi – tłumaczy.

Jak podkreśla dr hab. Mariusz Bidziński, szczegółowa ocena przetargu przeprowadzonego przez UKE byłaby możliwa dopiero po uzyskaniu dostępu do całej dokumentacji związanej z przebiegiem tego postępowania. Urząd konsekwentnie jednak jej odmawia stronie, która uczestniczyła w przetargu.

– Do dziś – mimo kilkunastu czy kilkudziesięciu prób – nie mamy jakiegokolwiek dostępu do ofert, protokołu z otwarcia oraz oceny ofert. Jesteśmy de facto pozbawieni możliwości weryfikacji wyniku postępowania, jego postępowania czy poprawności oferty konkurencji – wskazuje radca prawny.

UKE zamówił w przetargu 1 tys. godzin konsultacji prawnych, które mają zostać wykorzystane do końca przyszłego roku w związku z planowaną aukcją 5G, jak również zagadnieniami dotyczącymi krajowego cyberbezpieczeństwa.

W odpowiedzi na zapytanie Newserii, Witold Tomaszewski, p.o. rzecznika prasowego UKE, wyjaśnia, że: protokoły postępowania nie zostały utajnione, postępowanie było przeprowadzone na podstawie art. 138o ustawy z dnia 29 stycznia 2019 roku PZP i obowiązuje procedura związana ze stosowaniem tego artykułu, zaś umowa ze zwycięskim konsorcjum została już podpisana 17 grudnia.

Kancelaria Radcowska Chmaj i Wspólnicy twierdzi, że do tej pory nie otrzymała protokołów z postępowania.

W okresie pandemii gwałtownie spadło zainteresowanie pożyczkami. W przyszłym roku rynek ten nadal będzie tracił

Rok 2020 dla branży firm pożyczkowych oznacza gwałtowną zapaść. W okresie od stycznia do listopada udzieliły one o 26,8 proc. mniej pożyczek o wartości niższej o 34,4 proc. – wynika z danych BIK. Przyszły rok może nie przynieść odbicia w sektorze. Trudną sytuację pogłębia nie tylko mniejsze zainteresowanie klientów, lecz także zmiany legislacyjne. Do Sejmu trafił projekt ustawy, który do końca 2021 roku wydłuża okres obowiązywania obniżonego limitu pozaodsetkowych kosztów kredytu konsumenckiego.

– Rok 2020 nie tylko na rynku kredytów bankowych, lecz także na rynku pożyczek pozabankowych jest bardzo trudnym rokiem. Widzimy bardzo wysokie spadki zarówno liczby, jak i wartości udzielanych przez firmy pożyczek – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr hab. Waldemar Rogowski, profesor SGH, główny analityk Biura Informacji Kredytowej.

Z danych BIK wynika, że w listopadzie 2020 roku firmy pożyczkowe współpracujące z nim udzieliły 187,3 tys. pożyczek na łączną kwotę 420 mln zł. Choć w porównaniu z październikiem oznacza to niewielki wzrost (o 0,8 proc.), to w porównaniu z listopadem 2019 roku liczba kredytów spadła o 15,2 proc., a wartościowo spadek przekroczył 25 proc.

– W okresie od stycznia do listopada tego roku łączna liczba udzielonych pożyczek przez firmy pożyczkowe współpracujące z BIK to 1,872 mln sztuk na kwotę 4,3 mld zł. Jeżeli te wartości porównamy z analogicznym okresem sprzed roku, to jest to 25,1 proc. mniej udzielonych pożyczek i na kwotę niższą o 34,4 proc. – mówi dr hab. Waldemar Rogowski.

W 2020 roku dominowały pożyczki do kwoty 1 tys. zł, które stanowiły 40,9 proc. liczby udzielonego finansowania (wartościowo 10,7 proc. udziału w sprzedaży). Pożyczki powyżej 5 tys. zł były znacznie mniej popularne (9 proc. ogółu sprzedaży), za to ich wartość odpowiadała za 34 proc. wszystkich udzielonych pożyczek. Niezależnie od przedziałów kwotowych wszystkie pożyczki zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym odnotowały ujemne dynamiki.

– Najwyższe spadki dotyczą pożyczek wysokokwotowych, czyli powyżej 5 tys. zł. Tu ujemna dynamika wynosi 42,2 proc. liczbowo oraz 43,7 proc. wartościowo. Natomiast najniższe spadki zanotowały pożyczki z najniższego przedziału kwotowego, czyli do 1 tys. zł – w tym przypadku jest to liczbowo 18,9 proc., a wartościowo 15,4 proc. – wylicza główny analityk BIK.

Sprzedaż pożyczek pozabankowych gwałtownie spadła wraz z pierwszą falą pandemii i lockdownem.  O ile na początku tego roku i na przestrzeni 2019 roku średnia wartość udzielanych pożyczek sięgała 600 mln zł miesięcznie, o tyle w kwietniu 2020 roku spadła do poziomu ok. 200 mln zł. Kolejne miesiące przyniosły lekką poprawę, choć do wyników z 2019 roku było jednak wciąż daleko.

– Podstawową przyczyną tak dużych spadków na rynku pożyczkowym jest przede wszystkim sytuacja pandemiczna. Wiąże się ona ze zmniejszeniem popytu ze strony klientów i większą ostrożnością firm pożyczkowych. Wpływ mają także działania regulacyjne związane z ograniczeniem poprzez ustawy covidowe maksymalnej ceny pożyczki, jaką firma pożyczkowa może uzyskać – tłumaczy dr hab. Waldemar Rogowski.

Zgodnie z obowiązującymi od 1 kwietnia br. przepisami obniżono roczny limit kosztów pozaodsetkowych (czyli wszystkich opłat, które nie wynikają bezpośrednio z oprocentowania usługi, np. marża czy obowiązkowe ubezpieczenie). Dla kredytów o okresie spłaty 30 dni i dłużej maksymalna wysokość kosztów to 15 proc. całkowitej kwoty pożyczki plus 6 proc. za każdy rok jej trwania, a dla kredytów o okresie spłaty poniżej 30 dni limit kosztów pozaodsetkowych wynosi 5 proc. Niezależnie od długości trwania pożyczki poziom kosztów nie może przekroczyć 45 proc.

Nowe przepisy miały obowiązywać do 8 marca 2021 roku, do Sejmu trafiła już jednak ustawa, która ma ten czas wydłużyć do końca przyszłego roku. Branża firm pożyczkowych apeluje do rządu o powrót do rozmów na temat tej zmiany.

– Ewentualne uchwalenie tych przepisów jeszcze pogłębi tak trudną sytuację rynku pożyczkowego – prognozuje główny analityk BIK.

Do dentysty w I półroczu wybrało się zaledwie 31 proc. Polaków. Teraz gabinety stomatologiczne notują duży napływ pacjentów

Wybuch pandemii spowodował, że wielu stomatologów zdecydowało się zamknąć gabinety w obawie przed zakażeniem. Przyjmowane były tylko naglące przypadki. W efekcie Polacy dużo rzadziej leczyli zęby. Z najnowszego badania CBOS wynika, że do dentysty w I półroczu wybrało się zaledwie 31 proc. ankietowanych. Sytuacja powoli wraca do normy. – Po początkowym spowolnieniu od lipca obserwujemy bardzo duży napływ pacjentów, bo leczenia stomatologicznego często nie można odkładać – mówi Wioletta Januszczyk z Medicover Stomatologia. Mimo pandemii Medicover Stomatologia nie rezygnuje z planu konsolidacji polskiego rynku dentystycznego. Tylko w tym roku sieć otworzyła pięć nowych centrów stomatologicznych, w tym nowoczesną, połączoną z kawiarnią placówkę w Warszawie.

– Na początku marca, kiedy pandemia dała się nam we znaki, większość gabinetów stomatologicznych zamknęła się z obawy przed zakażeniem. My pozostaliśmy otwarci. Mimo spowolnienia w okresie marzec–kwiecień obserwujemy bardzo duży napływ pacjentów od lipca aż do teraz. Jest on spowodowany tym, że wizyty stomatologicznej często po prostu nie można przełożyć. To jest coś, co musi być zrobione bez względu na to, czy na świecie panuje pandemia, czy też nie – mówi agencji Newseria Biznes Wioletta Januszczyk, dyrektor zarządzająca Medicover Stomatologia.

Jak wynika z badania przeprowadzonego w kwietniu przez naukowców ze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego przy współpracy z Polskim Towarzystwem Stomatologicznym, 71 proc. lekarzy dentystów zdecydowało się na zawieszenie praktyki klinicznej w kulminacyjnej fazie COVID-19 i rządowego lockdownu. Resort zdrowia zalecał początkowo wstrzymanie się z wizytami poza pilnymi przypadkami. W tej chwili gabinety pozostają otwarte w pełnym reżimie sanitarnym, a planowe wizyty poprzedza wywiad epidemiologiczny.

– Stomatologia jest tą dziedziną, która ma bezpośredni kontakt z wirusem, ale bez względu na to, co dzieje się teraz czy w normalnym sezonie grypowym, jest dobrze przygotowana do bezpiecznej opieki nad pacjentem. Dodatkowe obostrzenia, które zostały wprowadzone, de facto były stosowane w stomatologii już od dawna. Oczywiście zmieniły one pewne zachowania nie tylko naszych lekarzy, ale też części administracyjnej czy samych pacjentów – mówi dyrektor zarządzająca Medicover Stomatologia.

Według czerwcowych danych GUS-u w 2019 roku w ramach NFZ-u udzielono łącznie ponad 34 mln porad stomatologicznych. Mimo tego aż kilka milionów Polaków ani razu w ciągu roku nie było u dentysty, choć 98 proc. z nich ma problemy z zębami. Statystykę pogorszyła jeszcze pandemia koronawirusa. Z sierpniowego badania CBOS wynika bowiem, że w pierwszym półroczu 2020 roku rzadziej niż w roku 2018 badani korzystali z leczenia stomatologicznego (spadek z 53 proc. do 31 proc.).

Polacy, jeśli już chodzą do dentysty, wybierają placówki prywatne, płacąc za usługi stomatologiczne we własnym zakresie lub w ramach dodatkowego ubezpieczenia zdrowotnego. Według badań CBOS poza systemem NFZ z usług dentysty lub protetyka skorzystało 78 proc. osób, którzy w ostatnim półroczu potrzebowali porady stomatologicznej.

– Pacjenci w Polsce nadal czują niepokój przed wizytą u stomatologa, traktują ją jako coś koniecznego i kosztownego. Naszym celem jest stawianie pacjenta w centrum uwagi. Otwierane placówki mają odpowiadać na jego potrzeby – mówi Wioletta Januszczyk.

Dla Medicover Stomatologia nie był to rok spowolnienia w procesie konsolidacji rynku stomatologicznego. Obecnie pod jedną marką skupia 44 kliniki stomatologiczne i 200 gabinetów dentystycznych w całym kraju. W tym roku powiększyła się o pięć nowych centrów stomatologicznych i 35 gabinetów dentystycznych. Najnowsza placówka, czyli nowo otwarte Centrum Stomatologii przy placu Konstytucji, to 13. klinika Medicover Stomatologia w Warszawie.

– W nowym centrum przy placu Konstytucji chcemy złamać stereotypowe myślenie o stomatologu. Zapraszamy pacjentów do pięknych wnętrz, zaaranżowanych wspólnie z projektantami, którzy otwierają kawiarnię Green Caffè Nero. To koncept kawiarniany, gdzie pacjent ma się poczuć komfortowo, może usiąść, napić się kawy, a nawet popracować i nie myśleć o tym, co się za chwilę wydarzy u stomatologa. Dodatkowo wprowadziliśmy tu autorski program diagnostyczny Complete Smile Check – wskazuje dyrektor zarządzająca Medicover Stomatologia.

– Pacjent podczas pierwszej wizyty ma wykonywaną kompleksową diagnostykę radiologiczną, dokumentację fotograficzną w postaci zdjęć zewnątrz- i wewnątrzustnych oraz skan zębów i badanie stomatologa, który będzie jego lekarzem prowadzącym. Co ważne, pacjent ma też przydzielonego opiekuna, który będzie koordynować jego plan leczenia, pomagać umawiać wizyty do poszczególnych specjalistów, opiekować się sprawami finansowymi czy wspierać go mentalnie – tłumaczy Marta Siewert-Gutowska, stomatolog i chirurg szczękowo-twarzowy z placówki Medicover Stomatologia przy placu Konstytucji.

Po pełnej diagnostyce stomatolog przygotowuje indywidualny plan leczenia, w którym jest jasno określone, ile będzie ono trwało, jakie procedury będą wykonane i jaka inwestycja jest konieczna. Co więcej, na tej podstawie można też cyfrowo „zaprojektować uśmiech”, dzięki czemu pacjent będzie mógł zobaczyć końcowy efekt leczenia. W ofercie centrum pacjenci znajdą także m.in. usługi z zakresu implantologii i protetyki, ortodoncji, stomatologii dziecięcej, periodontologii, czyli chorób dziąseł, oraz stomatologii zachowawczej.

– Przy każdym nowym otwarciu zastanawiamy się, czego oczekuje nasz pacjent. Chcemy wychodzić ponad te oczekiwania. Wizyta u stomatologa nie powinna być tylko czymś kosztownym i nieprzyjemnym. Takie było nasze założenie, gdy otwieraliśmy naszą klinikę przy placu Konstytucji, zaprojektowaną w koncepcie kawiarnianym, z recepcją i schowaną częścią administracyjną, gdzie pacjenta w drzwiach wita jego dedykowany opiekun – mówi Wioletta Januszczyk.

Połączenie OZE i energii atomowej może być przyszłością polskiej energetyki. Konieczny jest jednak szybki rozwój technologii magazynowania zielonej energii

Odnawialne źródła energii, w tym zwłaszcza fotowoltaika, przeżywają w Polsce boom. To efekt m.in. różnego rodzaju państwowych dotacji, lecz także ogólnoświatowego trendu zapotrzebowania na zieloną energię. Technologie stojące za OZE nie są jednak w pełni rozwinięte, przez co na chwilę obecną nie można całego systemu energetycznego oprzeć na tych innowacyjnych rozwiązaniach. Potrzebne są nakłady inwestycyjne nie tylko w fotowoltaikę czy turbiny wiatrowe, lecz także w magazyny energii. Równocześnie, choć odbiegając od polityki energetycznej UE, która promuje OZE jako główne źródło, Polska rozwija plany energetyki jądrowej. To właśnie synergia źródeł odnawialnych i atomu może być przyszłością polskiej energetyki.

– Potencjalnie jest możliwość, aby całą polską energetykę oprzeć na odnawialnych źródłach energii, natomiast to obecnie stanowi dość duże ryzyko, dlatego że OZE są niestabilne w czasie – funkcjonują wtedy, gdy mamy wiatr czy słońce, a natężenie tych czynników środowiskowych wpływa, jak dużo energii jest produkowanej – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje dr hab. Robert Zajdler, ekspert ds. energetycznych w Instytucie Sobieskiego. – Często to nie jest powiązane z momentem, gdy tę energię faktycznie chcemy skonsumować, czyli w godzinach szczytu porannego czy popołudniowego. Dlatego też potrzebne jest zapewnienie pewnej stabilizacji systemu. Obecnie istniejące technologie na to nie pozwalają.

Według analityków Ember, którzy przyjrzeli się krajowym planom dla energii i klimatu, w 2030 roku Polska będzie odpowiadać za emisję 22 proc. gazów cieplarnianych w Unii, co będzie stanowiło drugi najgorszy wynik, zaraz za Niemcami. Na razie oparcie krajowego systemu energetycznego wyłącznie na OZE jest w Polsce niemożliwe, ponieważ nie pozwala na to dostępna technologia. Potrzebne są inwestycje nie tylko w źródła energii odnawialnej, lecz także w magazyny energii.

– Technologie odnawialne są na dość wczesnym etapie rozwoju. Samo wytwarzanie prądu z paneli czy wiatraków jest już dość mocno zaawansowane i w dużej mierze jest rentowne bez żadnych mechanizmów wsparcia. Natomiast to nie wystarcza, dlatego że ten prąd jest produkowany w źródłach nie do końca stabilnych, więc jest potrzeba właściwych magazynów, żeby tę stabilność zapewnić – zwraca uwagę dr hab. Robert Zajdler.

Pierwsze magazyny energii o mocy około 60 MW, zlokalizowane przy elektrowniach fotowoltaicznych, pracują już m.in. w USA, Wielkiej Brytanii czy Australii. Z raportu National Renewable Energy Laboratory wynika, że w przypadku systemu składającego się z farmy fotowoltaicznej i magazynu energii koszt tego drugiego stanowić może nawet 68 proc. całej inwestycji.

– Patrząc na strategie Unii Europejskiej, jak założenia Zielonego Ładu, strategia offshore czy wodorowa, wyraźnie widać, że UE dość mocno postawiła na energetykę odnawialną jako ten model, który zasili Europę prądem. Natomiast jasne jest z tych strategii, że jak na razie nie ma tam miejsca na energetykę atomową – zaznacza ekspert. – Różne strony wskazują na to, że to jest nie do końca właściwe podejście, natomiast pokazuje pewien kierunek rozwoju.

Według ekspertów, aby zapewnić stabilność systemu nawet opartego na OZE, potrzebne jest wsparcie ze strony energetyki opartej na tradycyjnych źródłach, takich jak węgiel kamienny, brunatny czy gaz. Ich spalanie jest jednak niekorzystne dla środowiska. Rozwiązaniem pozwalającym zapewnić stabilność i minimalizację oddziaływania na środowisko mogłoby być wsparcie ze strony energetyki jądrowej.

– To, czy docelowo wystarczy nam energetyka odnawialna, zależy od tego, jak rozwiną się te technologie. Jak na razie wszelkie badania mówią, że jest to możliwe, ale potrzebny jest dość znaczący postęp technologiczny i duże nakłady finansowe. Czy jesteśmy w stanie osiągnąć taką ilość produkcji z tych źródeł i taką ich stabilizację, jaka będzie potrzebna w okresie najbliższych 20, 30, 40 lat, tego nikt nie wie. Dlatego też szuka się pewnej alternatywy – mówi dr hab. Robert Zajdler.

Z „Raportu o stanie światowego przemysłu jądrowego 2019”, opublikowanego przez Instytut na rzecz Ekorozwoju i Heinrich Böll Stiftung, wynika, że w 31 krajach na świecie działa 417 reaktorów jądrowych. Ich łączna nominalna moc netto wynosi 370 GW. Tymczasem w Polsce energetyka jądrowa wciąż nie funkcjonuje. Rządowe plany z 2009 roku zakładały, że w 2020 roku zostanie uruchomiony pierwszy reaktor. Obecna polityka energetyczna Polski do 2040 roku zakłada uruchomienie pierwszego bloku jądrowego w 2033 roku, a kolejnych pięciu do 2043 roku.

– Energetyki jądrowej nie powinno się traktować jako paliwa przejściowego, dlatego że te technologie też się rozwijają. W tej chwili mamy do czynienia przede wszystkim z dużymi elektrowniami, natomiast na etapie badawczym są małe reaktory, które mogą równie dobrze stabilizować sieć w różnych obszarach, funkcjonować w mniejszej skali i być przez to tańsze, łatwiejsze do zastosowania. Być może docelowo, jeżeli kwestie związane z odpadami, zarządzaniem nimi zostaną rozwiązane, to będzie to też istotna technologia. Jak na razie, patrząc z punktu widzenia Unii Europejskiej, stawiamy na odnawialne źródła energii – wskazuje ekspert ds. energetycznych w Instytucie Sobieskiego.

Policyjne organy ścigania z rewolucyjnym systemem identyfikacji odcisków palców. Pozwoli na 100-proc. identyfikację przestępców czy osób poszukiwanych

Zautomatyzowane systemy identyfikacji daktyloskopijnej wykorzystywane do identyfikacji kryminalnej stały się głównym narzędziem pracy policji i innych organów ścigania na całym świecie. Zwiększają potencjał identyfikacji i dają niemal 100 proc. pewności. – Przyszłością biometrii w daktyloskopii będzie łączenie różnych systemów unijnych, tzw. systemów wielkoskalowych,  i stworzenie jednego multisystemu, który pozwoli na podstawie jednego zapytania przeszukać wszystkie bazy – ocenia mł. insp. Edyta Kot, kierująca Zakładem Daktyloskopii w Centralnym Laboratorium Kryminalistycznym Policji.

– Biometria wykorzystywana jest praktycznie w każdych badaniach daktyloskopijnych. Dotyczy to głównie badań w ramach ekspertyz, które między innymi kategorycznie wskazują na sprawcę danego czynu przestępczego. Dodatkowo w daktyloskopii biometria jest szeroko wykorzystywana w systemach przetwarzających dane daktyloskopijne, głównie odciski palców. Policja dysponuje automatycznym systemem identyfikacji daktyloskopijnej, w którym gromadzone są zarówno niezidentyfikowane ślady zabezpieczane na miejscu zdarzenia, jak odbitki linii papilarnych osób, które podlegają rejestracji – tłumaczy agencji Newseria Innowacje mł. insp. Edyta Kot, biegły badań daktyloskopijnych z zakresu identyfikacji daktyloskopijnej, wizualizacji śladów i badania śladów małżowiny usznej, kierownik Zakładu Daktyloskopii, Centralne Laboratorium Kryminalistyczne Policji.

Zautomatyzowane systemy identyfikacji daktyloskopijnej (AFIS) wykorzystywane do identyfikacji kryminalnej stały się centralnym narzędziem pracy policji i innych organów ścigania na całym świecie. To narzędzie służy do analizowania ogromnych ilości danych zgromadzonych w bazach i zapewnia potencjalne dopasowania odcisków linii papilarnych w ciągu kilku minut.

Dzięki nowej generacji oprogramowania można przetwarzać wiele skomplikowanych danych biometrycznych z dużą dokładnością. Identyfikacja biometryczna opiera się na zasadzie, że każda osoba posiada unikatowe, specyficzne, rozpoznawalne i weryfikowalne dane biometryczne. W przypadku odcisków palców, według sir Francisa Galtona (kuzyna Karola Darwina), prawdopodobieństwo znalezienia dwóch identycznych wynosi jeden na 64 mld, nawet u bliźniaków.

– Biometrię w daktyloskopii można stosować praktycznie do każdego rodzaju przestępstwa i wykorzystywać ją w celach zarówno wykrywczych, jak i identyfikacyjnych. Cele wykrywcze dają możliwość wskazania sprawcy popełnienia przestępstwa na podstawie śladu ujawnionego na miejscu zdarzenia, natomiast cele identyfikacyjne pozwalają ustalić tożsamości osoby bądź zwłok – wskazuje kierownik Zakładu Daktyloskopii, Centralne Laboratorium Kryminalistyczne Policji.

System AFIS wykorzystuje algorytmy wyodrębniania cech przeznaczonych do identyfikacji, tzw. minucji (dla systemu są to złączenia i rozwidlenia linii papilarnych), które odróżniają jeden obraz od drugiego. Istnieją również algorytmy, które potrafią lokalizować punkty inne niż minucje, takie jak np. pory, tatuaże. Połączenie wszystkich algorytmów może okazać się jeszcze skuteczniejsze w wyszukiwaniu dopasowania. 

– Biegły wprowadza obraz linii papilarnych do systemu, następnie system przeszukuje ten obraz z obrazami, które są już w nim zgromadzone. W kolejnym etapie rolą biegłego jest weryfikacja wyniku przeszukań, czyli porównanie na ekranie obrazów śladu oraz odbitki porównawczej wytypowanej przez system i na końcu podjęcie decyzji, czy przeszukiwany ślad jest zgodny z odbitką, która już wcześniej była zarejestrowana w systemie AFIS – tłumaczy ekspertka. – Skuteczność tych badań jest praktycznie stuprocentowa.

System identyfikacji daktyloskopijnej jest wykorzystywany zarówno w przeszukaniach krajowych, jak i międzynarodowych. Polska Policja od 2015 roku prowadzi międzynarodową wymianę danych z państwami członkowskimi Unii Europejskiej w ramach decyzji Prum. W innych krajach oprócz odcisków palców gromadzone są też inne dane biometryczne. Obecnie problemem jest mnożenie systemów, które funkcjonują oddzielnie. Tylko ich scentralizowanie może pozwolić na szybką identyfikację osób czy zwłok lub wykrycie sprawcy przestępstwa.

– Przyszłość biometrii w daktyloskopii może wiązać się z łączeniem systemów i stworzeniem takiego multisystemu, który pozwoli na wysłanie jednego zapytania, przeszukanie wielu baz i w odpowiedzi zwrócenie jednego wyniku zapytania. Obecnie każdy system funkcjonuje odrębnie i aby uzyskać odpowiedź z poszczególnych systemów, trzeba wysłać tyle zapytań, ile ich jest, i oczekiwać na odpowiedzi. W przyszłości wszystkie systemy będą działały w ramach interoperacyjności – prognozuje mł. insp. Edyta Kot.

Zwolnienie pracownika za odmowę zakrywania ust i nosa w firmie

Pracodawco, zwalniasz pracowników z obowiązku zakrywania ust i nosa w firmie? Trzeba liczyć się z odpowiedzialnością!

W ostatnim czasie obowiązek zakrywania ust i nosa w zakładach pracy przeszedł szybką transformację. Aktualnie obowiązujące rozporządzenie w tej sprawie utrzymuje nakaz, ale pozwala pracodawcy zwolnić pracowników z zasłaniania ust i nosa nawet, jeśli w pomieszczeniu przebywa więcej niż 1 osoba. Powstaje jednak pytanie, czy taka decyzja nie wpłynie na ewentualną odpowiedzialność pracodawcy, jeżeli dojdzie do zakażenia pracownika w zakładzie pracy.

Na początku grudnia ustawodawca zmienił zasady zakrywania ust i nosa w zakładach pracy. Początkowo, zgodnie z § 25 ust. 1 pkt 2 lit. c) rozporządzenia z dnia 26 listopada 2020 r. nakaz zakrywania ust i nosa w zakładach pracy, jeżeli w pomieszczeniu przebywała więcej niż 1 osoba, miał niemal bezwzględny charakter. Zmieniło to rozporządzenie z 1 grudnia 2020 r. , które nadal utrzymuje ten nakaz, ale pozwala pracodawcy postanowić inaczej, to znaczy zwolnić pracowników z tego obowiązku, nawet jeśli w pomieszczeniu przebywa więcej niż 1 osoba.

O ile w pewnych wypadkach pozostawienie swobody decyzyjnej pracodawcy w tej sprawie zasługuje na aprobatę, o tyle wydaje się, że w aktualnym brzmieniu § 25 ust. 1 pkt 2 lit. c) rozporządzenia ta swoboda jest zbyt szeroka. Pamiętać trzeba, że w zasadzie od początku wprowadzenia nakazu zakrywania ust i nosa w zakładach pracy, dotyczył on osób wykonujących bezpośrednią obsługę interesantów lub klientów w czasie jej wykonywania. Ostatnie takie rozwiązanie przewidywało rozporządzenie z 9 października 2020 r. .
W aktualnym stanie prawnym kwestię wprowadzenia nakazu zakrywania ust i nosa w przypadku pracowników prowadzących bezpośrednią obsługę interesantów lub klientów pozostawiono pracodawcy. Pozornie, wydawać by się mogło, że to rozwiązanie dobre. Z drugiej jednak strony, stwarza ono sposobność do rozluźnienia reguł bezpieczeństwa w zakładzie pracy, a za to bezpieczeństwo odpowiada pracodawca.

Odpowiedzialność pracodawcy za bezpieczeństwo w miejscu pracy

Zgodnie z art. 207 Kodeksu pracy pracodawca ponosi odpowiedzialność za stan bezpieczeństwa i higieny pracy w zakładzie pracy. W praktyce oznacza to, że pracodawca ma stworzyć w zakładzie pracy takie warunki pracy, które są wolne od zagrożeń dla życia i zdrowia pracowników. W wielu wypadkach przepisy precyzują, w jaki sposób pracodawca ma zapewnić bezpieczne warunki pracy. W przypadku epidemii koronawirusa nie ma wielu takich norm. Jedną z nich była ta, która nakazywała zakrywać usta i nos w bezpośrednim kontakcie z osobami spoza zakładu pracy. W wyniku jednak zmiany przepisów doszło do sytuacji, w której takiej normy nie ma. Pracodawca może teraz zwolnić pracowników z tego obowiązku. Powstaje jednak pytanie, czy taka decyzja nie wpłynie na ewentualną odpowiedzialność pracodawcy, jeżeli dojdzie do zakażenia pracownika w zakładzie pracy.

Ktoś może powiedzieć, że udowodnienie, iż do zakażenia doszło w pracy może być niemożliwe. To prawda. Jeśli jednak pracownik pracuje w warunkach wymagających bezpośredniego kontaktu z wieloma osobami, ryzyko zakażenia rośnie i pracownik może uprawdopodobnić, że do zakażenia doszło w skutek niezachowania przez pracodawcę bezpiecznych warunków.

W tej sytuacji, pracodawcy powinni być zainteresowani utrzymaniem nakazu zakrywania ust i nosa w przypadku tych pracowników, którzy prowadzą bezpośrednią obsługę interesantów. Taka decyzja będzie zgoda z obowiązującym aktualnie § 25 ust. 1 pkt 2 lit. c) rozporządzenia, gdyż w takim wypadku w pomieszczeniu będzie więcej niż 1 osoba.

Karolina Kołakowska, adwokat w Kancelarii Brzezińska Narolski Adwokaci, ekspert z zakresu indywidualnego i zbiorowego prawa pracy oraz ochrony danych osobowych, trener i szkoleniowiec.

Interwencja NBP i obawy dotyczące pandemii osłabiły złotego

Spokojny handel na polskim złotym obserwowany przez większą część ubiegłego tygodnia zburzył w piątek Narodowy Bank Polski. Dziś złoty doświadcza podwyższonej zmienności, która może zostać z nami również w kolejnych dniach.

Obecnie wkraczamy w tradycyjnie spokojny dla uczestników rynku okres świąteczny. W tym roku w jego trakcie może nam jednak towarzyszyć niezwykła zmienność. Pandemiczne restrykcje po obu stronach Atlantyku stają się coraz ostrzejsze. Negocjacje brexitowe są kontynuowane po tym, jak minął kolejny deadline na osiągnięcie porozumienia. Coraz krótszy czas na zawarcie umowy wywołuje pewną nerwowość na początku tygodnia, podobnie jak informacje dotyczące nowego, bardziej zaraźliwego szczepu koronawirusa, wykrytego m.in. w Anglii.

Z drugiej strony, w ostatnim czasie pojawiły się też pozytywne informacje z punktu widzenia rynkowego ryzyka. W weekend osiągnięto porozumienie ws. pakietu fiskalnego w USA. Z kolei dziś po południu pojawiła się informacja o tym, że Europejska Agencja Leków pozytywnie zaopiniowała nową szczepionkę na koronawirusa opracowaną przez Pfizer/BioNTech. Jej wprowadzenie na europejski rynek ostatecznie potwierdzić ma decyzja Komisji Europejskiej, która ma nadejść jeszcze dziś.

PLN

Polski złoty zakończył ubiegły tydzień osłabieniem, do którego doszło pod sam jego koniec. Miało ono bezpośredni związek z działaniami Narodowego Banku Polskiego, który po raz pierwszy od wielu lat zdecydował się na interwencję na rynku walutowym. W ostatnich miesiącach decydenci banku centralnego wielokrotnie odnosili się do kursu walutowego, którego „brak wyraźnego i trwalszego dostosowania” uznawali za czynnik mogący ograniczać tempo ożywienia gospodarki.

W kontekście tej interwencji obecnie mamy więcej pytań niż odpowiedzi. Jest to nietypowy krok, zwłaszcza biorąc pod uwagę dobrą sytuację krajowego eksportu. W kontekście działań NBP kluczowe będą kolejne dni i tygodnie – z uwagą będziemy obserwować, czy piątkowy ruch był jednorazowy, czy pójdą za nim podobne kroki w przyszłości. Na początku obecnego tygodnia nadal obserwujemy słabość złotego, kurs EUR/PLN przed południem osiągnął najniższy poziom od ok. półtora miesiąca. Nie wiążemy tego jednak z działaniami NBP, osłabienia na podobną skalę doświadczają bowiem pozostałe kluczowe waluty regionu. Znaleźliśmy się w ciekawym punkcie, sądzimy jednak, że dla oczekiwanego przez nas umocnienia złotego większe ryzyko niż działania banku centralnego stanowi pandemia.

EUR

Euro wspierały lepsze grudniowe odczyty PMI dla strefy euro. Wygląda na to, że firmy lepiej dostosowują się do kolejnej rundy lockdownów i restrykcji, niż miało to miejsce za pierwszym razem. Indeks zbiorczy znalazł się w okolicy poziomu 50, sugerując względną stabilizację sytuacji gospodarczej w grudniu. Dane o inflacji w listopadzie nie przyniosły zaskoczenia, pokazując tę samą dynamikę, co wstępne odczyty. Inflacja bazowa pozostała na rekordowo niskim poziomie, nie osiągnęła jednak nowych minimów.

Pozostajemy optymistycznie nastawieni do perspektyw euro w relacji do głównych walut w dłuższym horyzoncie czasowym, jednak sądzimy, że waluta stała się podatna na częściowe osłabienie w perspektywie najbliższych tygodni.

USD

Komunikat prezesa Powella dotyczący postawy Rezerwy Federalnej i jej oceny różnorakich ryzyk dla perspektyw gospodarczych został odczytany przez rynki jako bardzo gołębi. Inwestorzy w znacznej mierze zignorowali bardziej jastrzębie sygnały zawarte w słynnym „dot plocie” który dotyczy faktycznych przewidywań stóp procentowych. Pakiet fiskalny o wartości ok. 900 miliardów dolarów, w kontekście którego po miesiącach negocjacji osiągnięto w weekend porozumienie, był w znacznej mierze zbieżny z oczekiwaniami rynku.

Tymczasem odczyty gospodarcze o wysokiej częstotliwości, takie jak cotygodniowe dane o liczbie nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych w USA, nadal wskazują, że poprawa sytuacji gospodarczej straciła impet. Jednocześnie pandemiczne statystyki opisujące trzecią falę w USA nie pokazują znaczącej poprawy. O ile skala ostatniego osłabienia dolara mogła być zbyt duża i gwałtowna jak na taki horyzont czasowy, pozostajemy jednak negatywnie nastawieni do perspektyw amerykańskiej waluty w średnim okresie.

 

GBP

Umiarkowana tygodniowa zmiana kursu funta w relacji do głównych walut przykrywa poważną zmienność widoczną w ciągu tygodnia. Wywołały ją zmieniające się nagłówki i oczekiwania dotyczące porozumienia w sprawie Brexitu. Nowy, bardziej zaraźliwy szczep COVID-19, niedawno wykryty w Wielkiej Brytanii i brak porozumienia z UE doprowadziły do wyprzedaży brytyjskiej waluty z lokalnych maksimów, na jakich znalazła się w połowie tygodnia. O ile nadal większość obserwatorów oczekuje zawarcia skromnego porozumienia, o tyle nowe restrykcje, w tym te dotyczące podróżowania między Wielką Brytanią a innymi europejskimi krajami, bezpośrednio uderzają w funta.

Spodziewamy się, że w tym tygodniu uda się zawrzeć skromne porozumienie między Unią Europejską a Wielką Brytanią. Uważamy jednak, że jest to w znacznej mierze zawarte w cenach. W związku z tym sądzimy, że większy wpływ na funta pod koniec roku będą miały medialne nagłówki dotyczące pandemii.

CHF

Frank szwajcarski w ubiegłym tygodniu osłabił się w relacji do euro i większości walut G10. Liczba nowych przypadków zakażeń i zgonów z tytułu COVID-19 pozostaje wysoka. Aby ograniczyć rozprzestrzenianie się wirusa, Szwajcaria ogłosiła zamknięcie restauracji, barów, obiektów sportowych i innych obiektów. Obowiązywać będzie ono od najbliższego wtorku.

W ubiegłym tygodniu uwaga rynku skupiła się przede wszystkim na posiedzeniu Narodowego Banku Szwajcarii (SNB), który zgodnie z oczekiwaniami utrzymał stopy procentowe na niezmienionym poziomie. Tak jak we wrześniu, SNB w komunikacie po posiedzeniu po raz kolejny nazwał franka „wysoko wycenianym”. Mimo, że Departament Skarbu USA niedawno określił Szwajcarię mianem manipulatora walutowego, szwajcarski bank centralny potwierdził, że „pozostaje skłonny do silniejszej interwencji na rynku walutowym”.

Warunkowa prognoza inflacji na lata 2020 i 2021 została zrewidowana nieznacznie w dół. SNB wspomniał też, że spodziewa się spadku PKB o zaledwie ok. 3% w 2020 roku wobec oczekiwanego we wrześniu spadku rzędu ok. 5%. W roku 2021 wzrost ma powrócić i wynieść 2,5–3%. Uważamy, że SNB nie będzie dokonywać znaczących modyfikacji polityki pieniężnej w najbliższej przyszłości. Jesteśmy przekonani, że podwyżki stóp procentowych są bardzo, bardzo odległe.

Kalendarz ekonomiczny dla Szwajcarii w tym tygodniu jest praktycznie pusty. W środę opublikowany zostanie kwartalny biuletyn SNB, który dopełni ostatnie posiedzenie decyzyjne. Niemniej jego publikacja nie powinna mieć wpływu na kurs. Dla franka w tym tygodniu kluczowe znaczenie będą miały prawdopodobnie wydarzenia zewnętrzne i związane z nimi ewentualne zmiany sentymentu do ryzyka.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Sprzedaż detaliczna spadła o 5,3% r/r i m/m. Nadchodzący lockdown pogłębi spadki w styczniu 2021

Sprzedaż detaliczna w listopadzie br. spadła o 5,3% r/r i m/m – podał GUS. Jest to drugi miesiąc spadków z rzędu – jednoznaczny sygnał skutków pogarszającej się sytuacji epidemicznej oraz nałożonych obostrzeń.

Wszystkie analizowane kategorie odnotowały spadki roczne i miesięczne. Największymi przegranymi w listopadzie są produkty, które nie zaspokajają podstawowych potrzeb, lub w przypadku których model biznesowy silnie promuje zakupy fizyczne. Złożenie tych czynników uzasadnia niebagatelne spadki sprzedaży odzieży i obuwia (-21,9% r/r, -13,1% m/m). W tym kontekście warto przypomnieć, że nowa tarcza branżowa w pierwszej odsłonie wspierała wyłącznie sprzedawców tych pierwszych. Niezależnie od tego, nadchodzący lockdown z pewnością dobije tę branżę: nie poprzedzone ogłoszeniem zamknięcie sklepów w okresie poświątecznym właściwie przekreśla szansę na sprzedaż kolekcji zimowej, co może być szczególnie problematyczne, jeśli firmy zaopatrzyły się w towar.

W praktyce spadki dotknęły również żywność (-2,9% r/r, -5,8% m/m). Tu już wkrótce powinniśmy spodziewać się rozjazdu między opisem sprzedaży w cenach stałych i bieżących – przede wszystkim za sprawą opłaty cukrowej, obejmującej produkty słodzone i energetyzowane. Spadki w kategorii kosmetyki i farmaceutyki (-4,8% r/r, -5,5% m/m) to najpewniej skutek zjawisk: trwalszych zmian w preferencjach (popyt na kosmetyki kolorowe pozostaje bliski zeru), zapasów dóbr pierwszej potrzeby oraz bardzo ograniczonej możliwości dokonywania zakupów impulsowych (reżim sanitarny).

Po wakacyjnym odbiciu i nie najgorszym październiku wygasa potrzeba mobilności, odzwierciedlona w zakupach pojazdów i części (-9,6% r/r, -0,7% m/m) oraz paliw (-14,7% r/r, -10% m/m w cenach stałych). Prawdopodobnie powoli wygasa również efekt dostosowywania związany z adaptacją przestrzeni do pełnienia nowych funkcji – chociaż tu niespodziewany dla sklepów meblarskich lockdown z pewnością zrobił swoje.

dr Sonia Buchholtz, Konfederacja Lewiatan

W 2020 r. rynek powierzchni biurowych pomyślnie przeszedł test na zaufanie

Wprowadzenie hybrydowego modelu pracy, upowszechnienie nowoczesnych rozwiązań technologicznych w zakresie cyfryzacji i digitalizacji procesów biznesowych, a także wzrost świadomości w zakresie idei well-being to główne trendy, które kształtowały rynek powierzchni biurowych w Polsce w 2020 roku. Pośrednim skutkiem pandemii Covid-19 okazały się wzrost w całkowitym popycie renegocjacji umów najmu, a także rosnący współczynnik powierzchni dostępnej w ramach podnajmu. Firma AXI IMMO przedstawia wstępną analizę najpopularniejszych trendów na polskim rynku biurowym w ostatnich 12 miesiącach.

Począwszy od kwietnia br. wszystkie firmy musiały niemal równocześnie wziąć udział w globalnym teście pracy zdalnej. I choć na zachodzie model ten jest już dobrze znany i wprowadzany od kilku lat to dla wielu polskich przedsiębiorstw oznaczał wejście w nową erę. Działy kadr na nowo musiały przeanalizować strategię rozwoju firm, w której pierwszy raz w historii stosunek pracy polegał głównie na zaufaniu, a weryfikacja zadań przez menedżerów wyższego szczebla odbywała się wyłącznie podczas spotkań on-line. Nowy model był ważnym testem, który część organizacji zdała, dla części okazało się, że bez biura motywacja i jakość pracy spada.

W kontekście rozwoju rynku powierzchni biurowych dopiero kolejne lata zweryfikują czy wspominając o pandemii Covid-19 będziemy mogli mówić o niej jako o pewnego rodzaju kamieniu milowym, który na trwale zmienił sposób postrzegania biura jako miejsca do pracy. Na dziś wyciąganie daleko idących wniosków wydaje się złudne, ponieważ liczba/fala zmian następuje w bardzo krótkim interwale czasowym. To co dziś określamy jako trend może okazać próbą dostosowania się do ewoluującego rynku, który za 6 miesięcy zostanie zweryfikowany i zapomniany. Niemniej pamiętajmy, że do czasu pandemii, polski rynek powierzchni biurowych w ostatnich 5 latach rozwijał się bardzo dynamicznie, dlatego potraktujmy obecną sytuację jako kolejny etap dojrzałości – mówi Martin Lipiński, Dyrektor Działu Powierzchni Biurowych i Reprezentacji Najemcy, AXI IMMO.

Nowa sytuacja rynkowa spowodowała, że część najemców rozpoczęła wstępne analizy dotyczące wielkości dotychczas zajmowanej powierzchni biurowej. Efekt ten bardzo dobrze odzwierciedlają wyniki popytu w 2020 r. W świetle danych na koniec III kw. br. zarówno w Warszawie (47,6%), jak i głównych rynkach regionalnych (52%) to renegocjacje były jedną z najczęściej wybieranych opcji wśród najemców. Firmy zazwyczaj przyjmowały dwie strategie, pierwszą, w której zachowywały obecny metraż negocjując z wynajmującymi dodatkowe zwolnienia z płatności czynszu i drugą, w której wystawiały część posiadanej powierzchni w ramach podnajmu. Według szacunków AXI IMMO zarówno w stolicy, jak i na rynkach regionalnych podnajem stanowi ok. 2% całkowitych zasobów danego rynku.

Pomimo zawirowań na rynku powierzchni biurowych obecna sytuacja predysponuje zwłaszcza mniejsze firmy, które dotychczas wynajmowały porównywalnej wielkości biura w prywatnych lokalach lub domach do skorzystania z opcji podnajmu. To bezpieczne rozwiązanie, które pozwoli przetestować jak nasze przedsiębiorstwo mogłaby funkcjonować w towarzystwie innych prestiżowych najemców i czy ten model odpowiada pracownikom – dodaje Martin Lipiński.

Z kolei w przypadku ewentualnej relokacji, najemcy bardziej przychylnie rozważali skorzystanie na czas pandemii z elastycznych ofert najmu na powierzchniach coworkingowych lub biurach serwisowanych mając na uwadze łatwiejsze opcje wyjścia. Niemniej czas pandemii nie wykluczył możliwości podpisywania dużych umów najmu, rekordową transakcją 2020 r. jest przednajem 46 600 mkw. przez PZU w budynku Generation Park Y, z kolei na rynkach regionalnych firma Nokia Siemens Network renegocjowała blisko 30 000 mkw. w ramach dwóch biurowców West Gate i West Link we Wrocławiu.

Trendem, o którym na razie wyłącznie się wspomina w kontekście większych najemców są tzw. biura satelickie. Koncepcja ta pozwala na pracę różnych zespołu czy departamentów w różnych częściach miasta w oparciu o wynajęcie mniejszych powierzchni biurowych na elastycznych zasadach w lokalizacjach z lepszym dojazdem. Spodziewamy się, że pierwsze rozwiązania i case studies w tym modelu przyjdą z jeszcze bardziej dojrzałych rynków jak Londyn czy Paryż – dodaje Martin Lipiński.

Sytuacja wywołana przez pandemię Covid-19 wpłynęła nie tylko na sposób myślenia o biurze, ale także wywołała dyskusję na temat bezpieczeństwa i higieny pracy. Wynajmujący chcąc zapewnić najwyższe standardy sanitarne wprowadzali najnowsze rozwiązania technologiczne w tym bezdotykowych wind, automatycznych systemów parkingowych, skanerów temperatury czy automatycznie otwieranych drzwi. Niemal standardem w wielu organizacjach stały się aplikacje umożliwiające zarezerwowanie biurka w systemie hot-desk czy sali konferencyjnej, a także zamówienie posiłku z kantyny.

Podczas pandemii postanowiono także odejść od popularnej w ostatnich latach koncepcji optymalizacji powierzchni, na rzecz zwiększania liczby mkw. na jednego pracownika. Sytuację tę widzimy już dziś przy próbach aranżacji czy przeprojektowania pięter. Obecnie biuro oprócz ładnego wystroju i wygodnego wyposażenia ma również dbać o nasze zdrowie. Rosnąca świadomość w zakresie well-beingu i dbanie o komfort pracowników wpisuje się w nową kategorię certyfikacji „WELL Building Standard” uzyskiwanej przez deweloperów dla powstających projektów biurowych.

W kontekście podaży w ostatnich 12 miesiącach mogliśmy obserwować rywalizację pomiędzy stolicą, a głównymi rynkami regionalnymi w zakresie całkowitych zasobów powierzchni biurowych. Z dużą dozą prawdopodobieństwa należy przypuszczać, że na koniec 2020 roku zasoby te osiągną wielkość blisko 12 mln mkw., a po oddaniu kluczowych inwestycji w 2021 roku przekroczą tę barierę. Najbardziej dominującym rynkiem i liderem pozostanie Warszawa, która przekroczy barierę 6 mln, natomiast wśród rynków regionalnych to Kraków (ok. 1,5 mln mkw.) z Wrocławiem (ok. 1,3 mln mkw.) będą wieźć prym. Nowa podaż znacząco wpłynie na wzrost powierzchni dostępnej od ręki, która na zakończenie III kw. zbliżała się do graniczy 11% całkowitych zasobów, a po Nowym Roku może jeszcze wzrosnąć. Sytuacja wymusi na właścicielach nieruchomości presję na obniżenie stawek czynszowych.

Kurs euro powyżej 4,50 zł

Gwałtowny spadek wartości złotego łączony jest obecnie z interwencją NBP. Niezależnie od przyczyny jesteśmy świadkami już niemal 10 groszowej przeceny w ciągu zaledwie doby notowań.

NBP interweniowało na rynku?

W piątek byliśmy świadkami gwałtownego osłabienia się złotego. Do dzisiejszego poranka złotówka straciła około 8 groszy względem euro. W tym samym czasie nie mieliśmy żadnych istotnych danych makroekonomicznych, które mogłyby uzasadniać ten ruch. Zgodnie z komunikatem PAP doszło do interwencji Narodowego Banku Polskiego na rynku. Bank sprzedawał złotówki, kupując waluty obce. Teoretycznie słabszy złoty sprzyja polskiemu eksportowi, ale z drugiej stronie słabsza waluta to wyższy koszt obsługi zadłużenia w walutach obcych. Na moment pisania tego artykułu euro kosztuje już 4,52 zł.

Porozumienie w USA

Doszło do porozumienia pomiędzy dwoma głównymi partiami w sprawie pakietu pomocowego. Warta 900 mld USD pomoc ma zagwarantować m.in. wypłaty dla obywateli, dopłaty do małych przedsiębiorstw oraz zwiększenie zasiłków dla bezrobotnych. Porozumienie uchodzi za znacznie większy sukces Republikanów niż Demokratów, aczkolwiek sam fakt porozumienia został bardzo dobrze przyjęty na rynku. W rezultacie dolar zaczął wyraźnie odrabiać ostatnie straty. Amerykańska waluta kosztuje dzisiaj 3,73 zł, to 11 groszy powyżej tego gdzie była w piątkowy poranek.

Sprzedaż detaliczna mniej zła

Po listopadowym zamknięciu galerii handlowych analitycy spodziewali się znacznego spadku sprzedaży detalicznej. Opublikowane dane wcale nie były aż takie słabe, aczkolwiek w ciągu roku widać i tak przeszło 5% spadek. Złoty pomimo lepszego odczytu nie szedł w górę po tych danych, gdyż od piątku jest pod bardzo istotną presją.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Jak start-upy mogą zmienić świąteczne zakupy?

Kolejki, wydatki, ciągły maraton — tak w skrócie można streścić atmosferę przedświątecznych przygotowań. Grudniowy harmonogram komplikuje także nadal szalejący COVID. Zasady gry mogą jednak zmienić uważne start-upy.

Inne Święta? Konsumenci liczą straty

Analitycy z Federacji Konsumentów oraz stołecznej Szkoły Głównej Handlowej są zgodni — tegoroczne Boże Narodzenie będzie nieco inne niż Święta rok temu. Po pierwsze, uszczuplił się budżet na same przygotowania (z 610 zł w roku 2019 do 522 zł w roku 2020). Raport “Nastroje i plany polskich konsumentów w dobie koronawirusa” obejmuje również kwestię środków na prezenty — w tym roku Polacy wydadzą średnio 507 zł. Dla porównania ubiegłoroczne Święta minęły pod znakiem 583 zł przeznaczonych wyłącznie na upominki.

Powyższe deklaracje mają najpewniej związek z kryzysem wywołanym przez pandemię, począwszy od marcowego lockdownu, a skończywszy na zimowych obostrzeniach. Aż 52% Polaków deklaruje pogorszenie sytuacji finansowej w roku 2020. Kto według statystyk najbardziej ucierpiał przed Świętami? Według analityków z SGH i Federacji Konsumentów, najwięcej straciły osoby na niepełnych etatach, rodziny z dziećmi oraz kobiety. Czy w takiej sytuacji start-upy są w stanie zawalczyć o potencjalnych inwestorów, a docelowo — klienta?

Po prezenty do internetu. Wygrają uważni obserwatorzy

Według zespołu Gemius i Izby Gospodarki Elektronicznej, lockdown znacznie przyspieszył zmianę preferencji zakupowych. Jak wynika z raportu “E-commerce w Polsce 2020”, aż 73% użytkowników korzysta z możliwości zakupów w sieci (jest to skok o 11 pkt proc. względem roku 2019). Jeśli startupowcy chcą nieco śmielej wkroczyć na rynek w obliczu COVID-u i Świąt, powinni zwrócić uwagę na 3 szczególne grupy: kobiety, osoby w średnim wieku oraz mieszkańców wsi.

Statystyki mówią same za siebie — panie stanowią 51%  klientów e-commerce i co ważne — zaczynają przygotowania do Bożego Narodzenia o wiele wcześniej niż mężczyźni. Te czynniki są znaczące przede wszystkim dla start-upów zajmujących się dystrybucją bonów podarunkowych, planowaniem zniżek lojalnościowych oraz konkretnymi segmentami produktów. Przykładowo, najwięcej kobiet życzy sobie na Święta perfumy i kosmetyki. Ta kategoria według specjalistów z Deloitte cieszy się największym zaufaniem klientów w sklepach stacjonarnych, a nie w wirtualnych marketplace’ach. Jak połączyć sprzedaż online z fizycznym doświadczeniem zakupów? Może młodzi przedsiębiorcy powinni pomyśleć o perfumeryjnych showroomach?

Małomiasteczkowi szansą start-upów. Dobra luksusowe wciąż poza siecią

Grupą, która ma spory potencjał w kontekście korzystania z nowoczesnych rozwiązań młodych biznesów, są osoby mieszkające w najmniejszych ośrodkach. Statystycznie, 25% konsumentów ze wsi i niewielkich miasteczek deklaruje regularne zakupy online. Często problemem jest jednak dostawa, a konkretnie długi czas oczekiwania. I ten problem mogą rozwiązać krajowe start-upy, które zwrócą uwagę na klientów spoza dużych aglomeracji.

Ciekawą grupą docelową wydają się także osoby w wieku od 35. do 49. roku życia. To oni stanowią 32% klientów e-commerce w roku 2020. Często tacy konsumenci stawiają na dobra luksusowe oraz produkty do domu. W tym wariancie również prym wiodą sklepy stacjonarne, aniżeli e-commerce, jednak liczby mówią same za siebie — ta grupa regularnie kupuje inne produkty online. Jak ich przekonać do transakcji internetowych również w przypadku droższych towarów? Rozwiązaniem mogłyby być specjalistyczne platformy z opiniami ekspertów, a także system rekomendacyjny.

Potencjał e-commerce, a także uważne obserwowanie przyzwyczajeń grup docelowych, mogą być wdzięcznym zastrzykiem energii dla młodych startupowców. Klienci zwłaszcza w okresie przedświątecznym mają sporo dylematów, na które rozwiązania mogą zaserwować innowacyjni przedsiębiorcy. Czy szanse debiutantów ukróci COVID? Niekoniecznie. Właśnie na kryzysie mogą “wypłynąć” pomysłowi nowicjusze.

Autor: Łukasz Blichewicz — współzałożyciel i prezes zarządu Grupy Assay, ekspert w zakresie rozwoju i finansowania spółek technologicznych.

Bank Pekao zorganizował emisję obligacji dla Warszawy na kwotę 400 mln zł

Bank Pekao S.A. był organizatorem, koordynatorem oraz prowadzącym księgę popytu  przy emisji 8- i 10-letnich obligacji na łączną kwotę 400 mln zł dla miasta stołecznego Warszawa.

Miasto wyemituje obligacje z 8-letnim okresem zapadalności z marżą na poziomie 70 punktów bazowych ponad 6-miesięczny WIBOR (200 mln zł) oraz obligacje 10-letnie z marżą 90 punktów bazowych ponad 6-miesięczny WIBOR (200 mln zł).

Jest mi bardzo miło, że wzięliśmy udział w kolejnej, dużej emisji obligacji, tym razem samorządowych i byliśmy jej jedynym organizatorem, wybranym w konkurencyjnym procesie. Warto zaznaczyć, że emisja spotkała się z dużym odzewem ze strony inwestorów i uzyskaliśmy dla miasta atrakcyjne warunki finansowania – mówi  Tomasz Styczyński, wiceprezes zarządu Banku Pekao S.A., nadzorujący Pion Bankowości Korporacyjnej, Rynków i Bankowości Inwestycyjnej.

Emisja obligacji Warszawy cieszyła się dużym zainteresowaniem. Książka popytu została pokryta pięciokrotnie dla obydwu serii obligacji. Łączny popyt przekroczył 2 mld zł, a zapisy złożyło ponad 70 podmiotów: TFI, banki, OFE oraz ubezpieczyciele, a także inwestorzy zagraniczni.

Warszawa za pośrednictwem i we współpracy z Biurem Maklerskim Pekao i bankiem wykupiła przedterminowo obligacje miejskie o wartości 147,8 mln zł.

Restrukturyzacja podatkowej grupy kapitałowej a CIT

Na gruncie ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych z dnia 15 lutego 1992 r. (ustawa o CIT) powołano instytucję podatkowej grupy kapitałowej (PGK). Jej istota z założenia sprowadza się do polepszenia efektywności rozliczeń podatkowych dzięki uwzględnieniu zróżnicowania poszczególnych spółek wchodzących w skład PGK. Definicja ustawowa wskazuje, że na podatkową grupę kapitałową muszą składać się co najmniej dwie spółki kapitałowe z siedzibą na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej. Co jednak w przypadku, gdy dojdzie do zmian w strukturze grupy? Gdy jeden z jej uczestników przejmie inną spółkę? Czy ma to wpływ na funkcjonowanie PGK? Jakie skutki w kontekście CIT może generować?

Wątpliwości w tym zakresie rozwiał w ostatnim czasie Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej, który w interpretacji indywidualnej z dnia 13 października 2020 r. odniósł się do szeregu pytań wnioskodawcy, poruszających tę problematykę.

Stan faktyczny

Stronami postępowania, które złożyły wniosek o interpretację zdarzenia przyszłego, była spółka dominująca oraz spółki zależne składające się na podatkową grupę kapitałową. Wskazana grupa, wypełniwszy przesłanki przewidziane przez art. 1a ust. 2 ustawy o CIT, utworzona została w wyniku zawarcia przez zainteresowane spółki umowy przewidującej istnienie PGK przez pięć lat podatkowych. Ostatni rok podatkowy funkcjonowania grupy upływa z końcem 2020 r. Co istotne dla sprawy, uczestnicy PGK rozważają obecnie restrukturyzację grupy. W wyniku powyższego elementem omawianego zdarzenia przyszłego jest planowana inkorporacja przez spółkę dominującą jednej ze spółek zależnych, a także określonej spółki spoza przedmiotowej PGK, z intencją kontynuacji funkcjonowania dotychczasowej podatkowej grupy kapitałowej.

Zważywszy na niejasności powstałe na gruncie zaistniałego stanu faktycznego, przywołane spółki skierowały do organu pytania dotyczące m.in. kwestii:

  • wpływu przejęcia przez należącą do PGK spółkę dominującą spółki zależnej na status podatkowej grupy kapitałowej jako podatnika CIT oraz możliwości wydłużenia okresu istnienia grupy;
  • wpływu przejęcia przez spółkę dominującą spółki niebędącej uczestnikiem podatkowej grupy kapitałowej na status PGK jako podatnika CIT oraz możliwości wydłużenia czasu funkcjonowania grupy.

Pełna akceptacja stanowiska

Przechodząc do głębszej analizy poszczególnych zagadnień, podkreślić należy, że Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej przychylił się do zaprezentowanego przez wnioskodawcę stanowiska, uznając je za w pełni prawidłowe. Na marginesie warto też nadmienić, że poza przytoczonymi punktami, w treści omawianej interpretacji stwierdzono, że umowa, na gruncie której dochodzi do utworzenia PGK, może być swobodnie przedłużona o kolejne lata podatkowe bez jednoczesnej utraty ciągłości istnienia podatkowej grupy kapitałowej, jak również jej statusu jako podatnika CIT, co z kolei wiąże się także z zachowaniem dotychczasowego NIP PGK.

Wpływ stanu epidemicznego na PGK

Kolejnym obszarem, który okazał się newralgiczny z punktu widzenia funkcjonowania PGK, jest problem uprawnienia grupy do zmniejszenia w następnych latach jej dochodu, z uwzględnieniem straty, która została poniesiona w roku minionym. Zasygnalizowania w tym miejscu wymaga niedawna zmiana przepisów ustawy o CIT, wymuszona negatywnym wpływem pandemii Covid-19 na gospodarkę, któremu uległ także podmiot zainteresowany w niniejszej sprawie. W świetle bowiem nowego art. 38n wymienionego aktu (powołanego tzw. tarczą antykryzysową) jedna z przesłanek zaklasyfikowania PGK za podatnika CIT, wskazująca wymóg osiągnięcia dochodów w wysokości minimum 2% w stosunku do przychodów za każdy rok podatkowy, zostaje uznana za spełnioną także, o ile podatkowa grupa kapitałowa w 2020 r. odczuła ujemne skutki gospodarcze, będące rezultatem panującej epidemii koronawirusa. Pozostając na płaszczyźnie zmian legislacyjnych wywołanych epidemią, nie sposób pominąć art. 38f ustawy o CIT, stosownie do którego podmioty, których sytuacja ucierpiała z powodu zaistniałych warunków, po spełnieniu określonych warunków, mają uprawnienie do obniżenia o wysokość straty dochodu uzyskanego za rok bezpośrednio poprzedzający jej poniesienie (limit takiego jednorazowego obniżenia wynosi 5 mln zł). W wyniku powyższych zmian, zgodnie ze stanowiskiem wyrażonym w poddanej niniejszej analizie interpretacji, podatkowej grupie kapitałowej co do zasady przyznaje się uprawnienie do odliczenia straty poniesionej w 2020 r. na opisanych zasadach również w okresie po przedłużeniu okresu istnienia PGK.

Restrukturyzacja wewnątrz PGK a CIT

Art. 1a ust. 6 ustawy CIT statuuje generalny zakaz pomniejszania czy rozszerzania podatkowej grupy kapitałowej o inne spółki. Wyjątek od tej zasady stanowi możliwość fuzji podmiotów w ramach tej samej PGK, pod warunkiem – rzecz jasna – że nie doprowadzi to do pozostawienia wyłącznie jednej funkcjonującej spółki. Mając na uwadze powyższą regułę, podkreślić należy, że przypadki reorganizacji grupy z udziałem podmiotów spoza jej dotychczasowej struktury wiążą się z utratą statusu podatnika CIT przez tę PGK. Niezależnie jednak od powyższego nie ma wpływu na zachowanie ciągłości istnienia grupy okoliczność, że do połączenia spółek wewnątrz PGK dojdzie wraz z początkiem roku podatkowego, rozpoczynającego okres następujący po przedłużeniu umowy, stanowiącej podstawę funkcjonowania danej podatkowej grupy kapitałowej. Irrelewantne dla statusu grupy pozostaje zatem, gdy jedna ze spółek zawierających umowę dotyczącą przedłużenia PGK przejęta zostaje przez inną spółkę z grupy, tracąc tym samym byt prawny.

Skutki przejęcia spółki spoza PGK… albo ich brak

W opozycji do reorganizacji podatkowej grupy kapitałowej dokonywanej z udziałem podmiotów dotychczas do niej należących stoi przejęcie przez spółkę z grupy podmiotu trzeciego. Należy bowiem zwrócić uwagę, że jakkolwiek przytoczony wyżej art. 1a ust. 6 ustawy o CIT determinuje niedopuszczalność rozszerzania PGK o nowe spółki, to nie odnosi się on do połączenia uczestnika grupy z inną spółką poprzez przejęcie jej majątku. Zważywszy bowiem nie tylko na art. 93 § 2 Ordynacji podatkowej, ale również na ogólne zasady prawa cywilnego i handlowego, spółka przejmująca zasadniczo staje się sukcesorem praw i obowiązków podmiotu przejmowanego, w skład których wchodzą także zobowiązania i uprawnienia powstałe na gruncie prawa podatkowego. W konsekwencji powyższego spółka przejmująca kontynuować będzie działalność podmiotu przejmowanego, który z kolei utraci byt prawny, podlegając wykreśleniu z odpowiedniego rejestru. Zważywszy na tak zarysowany stan faktyczny i prawny, po połączeniu spółek przez przejęcie de facto nie będziemy mieli do czynienia z dołączeniem do PGK nowego podmiotu, a co za tym idzie – nie wpłynie to w jakimkolwiek stopniu na status takiej grupy podatkowej jako podatnika CIT ani na inne, wypływające z tego statusu korzyści podatkowe.

Wiele hałasu o nic?

Podejmując lekturę omawianej indywidualnej interpretacji podatkowej, ciężko oprzeć się wrażeniu, że instytucja podatkowej grupy kapitałowej jest formą dość elastyczną i sprzyjającą zmianom, którym poddawana bywa PGK przez uczestniczące w niej spółki. Jakie są jednak granice prawnych i faktycznych manewrów dokonywanych przy tej konstrukcji, pokażą zapewne kolejne, traktujące o tej materii stanowiska organów podatkowych.

Autor: radca prawny Robert Nogacki

Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Największe kryzysy wizerunkowe 2020 roku: Kościół Katolicki – w sferze publicznej, Wirtualna Polska – w biznesie

Największy kryzys wizerunkowy 2020 roku w Polsce to postawa hierarchów Kościoła Katolickiego. Instytucja ta już drugi rok z rzędu znalazła się na pierwszym miejscu rankingu Kryzysometr tworzonego przez specjalistów od komunikacji. W osobnym rankingu kryzysów świata biznesu pierwsze miejsce zajęła Wirtualna Polska w związku ze sprawą tekstów fikcyjnych dziennikarzy i niejasnych powiązań z Ministerstwem Sprawiedliwości. Takie są główne wyniki badania „Kryzysometr 2020/2021” przeprowadzonego przez Alert Media Communications wśród ponad stu dyrektorów komunikacji, menadżerów PR i rzeczników prasowych kluczowych firm rynkowych, instytucji państwowych i samorządowych oraz organizacji pozarządowych.

W badaniu przeprowadzonym w ostatnich dniach listopada wzięło udział 113 respondentów szczebla co najmniej menedżerskiego, dyrektorskiego lub rzeczników prasowych, a więc PR-owcy „pierwszego frontu” w przypadku kryzysów[1].  Agencja Alert Media Communications specjalizująca się w komunikacji antykryzysowej i strategicznym PR zapytała ich o wskazanie największych kryzysów roku z podziałem na sferę publiczną i biznesową.

„Komunikacyjnie największe emocje budzi w nas świat polityczno-społeczny i to tam pojawiają się kryzysy wizerunkowe budzące największe zainteresowanie. Po doświadczeniach z ubiegłego roku – kiedy wydarzenia ze sfery publicznej zupełnie zdominowały ranking, zajmując siedem pierwszych pozycji –  podjęliśmy decyzję o jego przeformułowaniu i stworzeniu dwóch oddzielnych zestawień: polityczno-społecznego i biznesowego. Dzięki temu możemy obserwatorom obu scen, publicznej i rynkowej, zapewnić lepsze rozeznanie w charakterze prawidłowości rządzących aktualnymi kryzysami” – powiedział Adam Łaszyn, Prezes Alert Media Communications.

W sferze publicznej kolejny rok z rzędu respondenci kryzysową palmę pierwszeństwa przyznali Kościołowi Katolickiemu,  w związku z zarzutami wobec hierarchów kościelnych dotyczącymi przede wszystkim tuszowania afer pedofilskich. Znamienne jest to, że odsetek głosów na kryzys tej instytucji wzrósł z 45% w 2019 roku, do aż 64% w 2020, zdecydowanie wyprzedzając inne kryzysy. „Jeśli w roku COVID-u i gigantycznych afer politycznych aż tak rosną i tak wysokie wskazania na Kościół, to oznacza, że kryzys wizerunkowy tej instytucji jest nie tylko trwały, ale i przyspiesza oraz pogłębia się. Wyraźnie brakuje tam wyciągania wniosków” – ocenił Adam Łaszyn.

Na drugim miejscu w rankingu kryzysów publicznych – z 42% wskazań[2] – znalazł się Trybunał Konstytucyjny Julii Przyłębskiej i skutki wyroku likwidującego konsensus społeczny w sprawie przepisów dotyczących aborcji. Na podium trafił jeszcze wicepremier Jacek Sasin w związku z wydaniem 70 milionów złotych na wybory korespondencyjne, które się nie odbyły (37% głosów).

Na czwartym miejscu zestawienia znalazła się radiowa Trójka i katastrofalne zarządzanie konfliktem wokół odejścia czołowych dziennikarzy tej jeszcze niedawno kultowej stacji (29% wskazań). Kolejne miejsca w kategorii „kryzys sfery publicznej” zajęli zaś politycy: Łukasz Szumowski (zarzuty korupcyjne oraz kontrowersje wokół zakupu respiratorów i maseczek – 28 % głosów) oraz Jarosław Kaczyński – i to dwukrotnie: oświadczenie video dotyczące wyroku Trybunału Konstytucyjnego i strajku kobiet (18% wskazań) i wizyta Prezesa PiS na Powązkach w czasie, gdy cmentarze były zamknięte dla wszystkich obywateli (17%).

W rankingu kryzysów świata biznesu, niechlubne pierwsze miejsce zajęła Wirtualna Polska w związku z tekstami fikcyjnych dziennikarzy i zarzutami dotyczącymi powiązań z Ministerstwem Sprawiedliwości (43% głosów). Dwie kolejne pozycje to kryzysy „celebryckie”: Veclaim i  tzw. „afera metkowa” dotycząca fałszowania miejsca produkcji ubrań marki Jessiki Mercedes (38%) oraz Anna Lewandowska – filmik, na którym gwiazda przebrała się w strój imitujący otyłość, a następnie groziła pozwem aktywistce, która zamieściła negatywny komentarz w tej sprawie (31% głosów).

W czołówce rankingu rynkowego znalazł się jeszcze luksusowy sklep Moliera 2 i kontrowersje wokół akcji #DzieńSzpilek (30% wskazań) oraz mBank – wyciek danych klientów i omyłkowa masowa wysyłka testowych powiadomień „push” (26%). Inne wydarzenia notowały poniżej 13% wskazań.

„Tegoroczny ranking kryzysów biznesowych potwierdza, że życie firm nie jest tak medialnym tematem, jak sfera publiczna. W czołówce zestawienia znalazły się albo takie wydarzenia, które w jakiś sposób dotykają polityki, jak np. relacje wp.pl z Ministerstwem Sprawiedliwości, albo „kryzysy celebryckie”, o których jest głośno bardziej ze względu na rozpoznawalność głównych aktorów, niż naturę samego wydarzenia. A przecież ranking przygotowany był przez specjalistów ds. komunikacji – czyli osoby, które kryzysami interesują się w szczególny, bo profesjonalny sposób. To pokazuje, że odbiór przez konsumentów kryzysów wizerunkowych firm, a co za tym idzie, ich przełożenie na biznes nie jest obecnie znaczące wobec przyćmiewających je wizerunkowych katastrof świata społeczno-politycznego” – podsumował Krzysztof Tomczyński, Partner i Account Director w Alert Media Communications.

[1] W badaniu nie brali udziału usługodawcy PR, czyli pracownicy agencji PR. Respondentami byli wyłącznie specjaliści PR tzw. in house, czyli zatrudnieni w korporacjach lub instytucjach.

[2] W odpowiedzi na pytanie można było wskazać do trzech wydarzeń, dlatego wyniki nie sumują się do 100%.

Budownictwo mieszkaniowe odporne na COVID-19. Jak długo?

Ostatnia w 2020 roku informacja GUS, prezentująca dane budownictwa mieszkaniowego w okresie od stycznia do listopada, wciąż nie komunikuje jakichkolwiek niepokojących sygnałów, które mogłyby zapowiadać osłabienie aktywności budowlanej inwestorów i schyłek inwestycyjnej prosperity rynku pierwotnego. Pytanie, czy tak dobra koniunktura może się utrzymać bez ograniczeń w dobie COVID-19.

Sezonowość rynku budowlanego w odniesieniu do deweloperskiego segmentu mieszkaniowego coraz częściej nie znajduje potwierdzenia w praktyce. Po części to efekt sprzyjających warunków atmosferycznych, czyli ciepłych okresów jesienno-zimowych, po części zaś determinacji deweloperów w dążeniu do utrzymywania produkcji mieszkań na rekordowych poziomach.

W tegorocznym listopadzie deweloperzy rozpoczęli budowę kolejnych nieco ponad 13 tys. lokali. To minimalnie więcej rok do roku, a jednocześnie o 14 proc. więcej niż w poprzednim miesiącu. Natomiast od początku roku ruszyła budowa 118 tys. mieszkań deweloperskich, a więc blisko 10 proc. mniej rdr, co pozwala już dziś oszacować całoroczny wynik przedsiębiorców na ponad 130 tys. Nie trzeba dodawać, że jak na bezprecedensowe warunki globalnej zarazy COVID-19, to rezultat w pełni godny uznania.

W sumie w ramach wszystkich form budownictwa mieszkaniowego od stycznia do listopada br. rozpoczęto budowę blisko 207 tys. lokali mieszkalnych, co oznacza regres rok do roku rzędu zaledwie 6 proc., będący i tak potwierdzeniem bardzo dobrej koniunktury inwestycyjnej krajowej mieszkaniówki.

Na wysokim, stabilnym poziomie utrzymują się wolumeny mieszkań oddanych do użytkowania, które w przypadku deweloperów są naturalnym następstwem najnowszej historii statystyk mieszkań rozpoczętych. W efekcie miesięczny wynik listopadowy na poziomie 12,8 tys. oddanych lokali deweloperskich dobrze wpisuje się w scenariusz wysokiej stabilizacji.  Z kolei od początku roku wolumen takich mieszkań wyniósł już ponad 127 tys., co oznacza wzrost w stosunku do analogicznego okresu ub. roku o prawie 9 proc.

W ramach wszystkich form budownictwa od początku roku oddano już z górą 196 tys. lokali, czyli o dokładnie 6 proc. więcej rok do roku.

Już od kilku miesięcy elementem comiesięcznych raportów GUS z rynku mieszkaniowego, który budzi największe emocje, są statystyki dotyczące ilości mieszkań, na realizację których wydano pozwolenia lub dokonano zgłoszenia z projektem budowlanym. Liczba pozwoleń w deweloperskich portfelach rośnie jak na drożdżach od początku roku, a średnia miesięczna ich wolumenu utrzymuje się na historycznie rekordowym poziomie.

Tradycyjnie po październikowych „fajerwerkach”, jakie odnotowano w wynikach nowych pozwoleń, listopad przyniósł korektę i wyciszenie nastrojów. Tym samym wolumeny tych decyzji administracyjnych zniżkowały mdm o blisko jedną piątą, wciąż jednak osiągając wyniki na poziomach uznawanych za wysokie. Prawdopodobnie więc śrubowanie tej kategorii danych nie będzie trwało do końca roku, jak się powszechnie uważa za sprawą zmiany przyszłorocznych warunków technicznych.

W sumie listopadowe dane GUS budownictwa mieszkaniowego niczym nie zaskoczyły. W dalszym ciągu sygnalizują utrzymywanie się bardzo dobrej koniunktury inwestycyjnej na pierwotnym rynku mieszkaniowym. Można odnieść wrażenie, jakby nic szczególnego się nie działo w otoczeniu mieszkaniówki, a ona sama miała przed sobą świetlaną przyszłość w każdej możliwej perspektywie.

Tymczasem sytuacja nie wygląda jak wiadomo aż tak optymistycznie. Wręcz przeciwnie, docierające na rynek informacje o wciąż bardzo wysokim, jeśli nie wciąż rosnącym zagrożeniu pandemicznym i wynikających stąd kolejnych restrykcjach rządowych, pogłębiających negatywne skutki dla gospodarki, stanowią bardzo poważne zagrożenie dla koniunktury sprzedażowej pierwotnego rynku mieszkaniowego. Mocno utrwalone przekonanie, że będzie on nieprzerwanie „zieloną wyspą” na oceanie gospodarczej destrukcji kraju, może w każdej dosłownie chwili ulec załamaniu, a w ślad za tym także deweloperska kontraktacja.

W dalszym ciągu jednak poważne kapitały w kraju poszukują bezpiecznej przystani, a wciąż „nieskończenie” długa perspektywa minimalnych stóp procentowych może ten stan utrwalać. Co więcej, doniesienia o możliwości wprowadzania ujemnych stóp procentowych w bankach mogą wywołać u posiadaczy większych zasobów finansowych poczucie trudnego do akceptacji zagrożenia, będącego kolejną odmianą wody na młyn branży deweloperskiej.

Jednak jakikolwiek scenariusz rozwoju koniunktury by nie zaistniał, deweloperzy mieszkaniowi będą do niego zapewne bardzo dobrze przygotowani. Po latach boomu sytuacja ekonomiczna branży jest najlepsza w historii, w związku z czym jakiekolwiek obawy o jej perspektywy do czasu przezwyciężenie kryzysu wywołanego zarazą COVID-19 nie mają wiarygodnego uzasadnienia.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

W najbliższych miesiącach sytuacja na rynku pracy będzie się pogarszać

Liczba zatrudnionych w sektorze przedsiębiorstw w listopadzie br. wynosiła 6318,9 tys. pracowników. W stosunku do analogicznego miesiąca ubiegłego roku oznacza to spadek o 1,2%. Wynagrodzenia wzrosły zaś o 4,9% w ujęciu rocznym – podał GUS.

Mimo iż dane dotyczą wyłączenie firm zatrudniających powyżej 9 osób, widać, że rynek pracy zaczyna odczuwać w sposób istotny konsekwencje wprowadzanych ograniczeń i skutki pandemii Covid-19. Urzędy pracy sygnalizują więcej niż w roku ubiegłym zgłoszeń zwolnień grupowych.

Tarcze rządowe i te, przygotowywane przez PFR, były nakierowane przede wszystkim na utrzymanie zatrudnienia, stąd też obecne przy wielu instrumentach wymaganie dotyczące braku zwolnień pracowników. Wydaje się, że o ile w perspektywie kilkumiesięcznej zastosowane instrumenty okazały się skuteczne dla utrzymania niskiego poziomu bezrobocia, o tyle długoterminowo firmy mogą nie podołać kosztom związanym z utrzymaniem dotychczasowej liczby zatrudnionych.

Zwolnień można spodziewać się w branżach gastronomicznej, hotelarskiej, turystycznej i targowo – evenetowej, gdyż zarządzane ze względów epidemicznych ograniczenia w istotny sposób zmniejszają lub nawet uniemożliwiają prowadzenie działalności. Przy tego typu biznesach trudno jest mówić o przekwalifikowaniu lub szukaniu alternatywnych sposobów zarobkowania, szczególnie w momencie, kiedy zwyczaje zakupowe konsumentów podlegają silnym zmianom. Obecnie wdrażana tarcza branżowa oferuje instrumenty, które mogą co najwyższej pomóc przetrwać przedsiębiorcom przez kilka miesięcy. Jednak bez powrotu do choćby „nowej normalności” z lata tego roku, musimy się liczyć z upadłościami, a tym samym ze zmniejszeniem liczby pracujących. Ogłoszone dzisiaj decyzje rządu dotyczące kwarantanny narodowej, w tym ograniczenie ruchu m.in. w Sylwestra, oznaczają, że część branż straci możliwość zarobienia minimalnych choćby środków w okresie, który w poprzednich latach generował dla nich wyższe niż w innych miesiącach dochody.

Na tym tle może dziwić wzrost przeciętnego wynagrodzenia. W listopadzie wynosiło ono 5484,07 zł i było wyższe od tego wypłaconego w październiku o 25,19 zł. Wzrost rok do roku (wynoszący 4,9%) można częściowo tłumaczyć podwyżką minimalnego wynagrodzenia, która spowodowała nie tylko wzrost najniższych płac, ale również zwiększyła oczekiwania płacowe pracowników zarabiających nieco poniżej tej kwoty. Jednym z wytłumaczeń tego wzrostu może być zmniejszenie zatrudnienia wśród pracowników najniżej zarabiających lub zwiększenie dodatków do wynagrodzeń w tych firmach, dla których obecna sytuacja stwarza możliwości rozwoju lub pozyskania nowych rynków (e-commerce, transport i logistyka). Porównując jednak opublikowane dane z tymi sprzed pandemii (marzec br.) obserwujemy spadek wysokości wynagrodzenia o 5,14 zł. Oznacza to, że obecne wzrosty wynagrodzenia są raczej odrabianiem redukcji będących efektem wiosennego lockdownu.

Dane listopadowe nie odzwierciedlają w pełni ani skutków ograniczenia działalności wybranych branż na początku tego miesiąca, ani – co oczywiste – efektów narodowej kwarantanny ogłoszonej 17 grudnia. Środki kierowane na wsparcie przedsiębiorstw są coraz bardziej ograniczone. Na pewno nie jest możliwe pokrycie nimi wszystkich strat, jakie ponoszą obecnie przedsiębiorcy, którzy mają coraz mniejsze zasoby własne umożliwiające przetrwanie okresu pandemii.

Według Eurostatu Polska ma jeden z niższych w UE wskaźników nieobsadzonych miejsc pracy (0,5%), co oznacza, że szanse osób tracących zatrudnienie na nowy etat będą relatywnie niewielkie. Musimy się liczyć z tym, że sytuacja na rynku pracy będzie podlegała w najbliższych miesiącach zmianom – spadnie liczba pracujących i wzrośnie bezrobocie, a co za tym idzie zahamowany zostanie wzrost płac.

Monika Fedorczuk, Konfederacja Lewiatan

Dlaczego NBP kładzie kres sile złotego?

Narodowy Bank Polski interweniował w piątek w celu osłabienia złotego. Kurs EUR/PLN wystrzelił po tym ponad poziom 4,50, a USD/PLN w kierunku 3,70. Dlaczego doszło do interwencji? Oto opinie analityków Cinkciarz.pl.

Kurs euro jest obecnie o ok. 7 groszy wyżej niż w dołku z pierwszej połowy miesiąca. Kurs dolara w ubiegłym tygodniu zbliżał się do 3,60, a obecnie jest tuż poniżej 3,70. Polskie władze monetarne potwierdziły swoją renomę najłagodniej nastawionych w całym regionie.

Przypomnijmy, że wiosną w komunikacji Rady Polityki Pieniężnej pojawiło się zaakcentowanie zaniepokojenia siłą polskiej waluty – chciano bowiem, by słabszy złoty wspomógł wyjście gospodarki z pandemicznego załamania.

Od tego czasu koniunktura w Polsce potwierdziła jednak swoją względną odporność, a prognozy dynamiki PKB na 2021 r. są optymistyczne. Pojawiło się również światełko w tunelu pod postacią szczepionek. Mimo to władze zdecydowały się na interwencję. Dlaczego? Motywy interwencji nie są oficjalnie znane.

– Jednym z powodów, o których się spekuluje, jest chęć podwyższenia wartości rezerw walutowych, przeszacowanie ich wartości i wykreowanie w ten sposób wyższego zysku, by móc hojniej podzielić się z budżetem – tłumaczą analitycy Cinkciarz.pl.

– Biorąc pod uwagę agresywny skup obligacji rządowych, taki krok, mocno podkopujący wiarygodność w oczach międzynarodowych inwestorów, byłby mało racjonalny. Szokujące kroki NBP kładą kres silnemu złotemu, ale nie wykluczamy, że polska waluta wróci do umacniania się w przyszłym roku. Nastawienie władz NBP będzie jednak mocno tłamsić impet tej tendencji, działając jak hamulec ręczny. Nie zmieniamy jednak oficjalnych prognoz walutowych Cinkciarz.pl, które zakładają, że na koniec marca euro kosztować będzie ok. 4,50 zł, a za rok za wspólną walutę płacić będziemy ok. 4,35 zł – wskazują eksperci Cinkciarz.pl.

Biurowe podsumowanie 2020. Rekordowy koniec roku. Historyczne wyniki

Analitycy REDD, niezależnej platformy dostarczającej dane o rynku biurowym w Polsce, informują, że czwarty kwartał 2020 roku będzie rekordowy na rynku biurowym. Do poniedziałku 21 grudnia zanotowaliśmy już 1580 nowych umów najmu, co stanowi 42% wszystkich umów zarejestrowanych w 2020 roku.

– Koniec roku jest niezwykle dynamiczny i ostatnie dwa tygodni mogą przynieść jeszcze umowy, które w części zasilą statystyki grudniowe. Do czasu zamknięcia zbierania danych, liderem rankingu jest jednak październik, w którym zarejestrowaliśmy 663 transakcje biurowe. Jest to najwyższy wynik zanotowany w 2020, prawie dwukrotnie wyższy, niż w poprzednim miesiącu – mówi Piotr Smagała, dyrektor zarządzający REDD.REDD1

Czwarty kwartał będzie również rekordowy pod względem wolumenu wynajętej powierzchni. Do dzisiejszego dnia, w ostatnim okresie roku zarejestrowaliśmy transakcje dotyczące ponad 420,000 m2.REDD2

– Przed nami ostatnie dwa tygodnie roku. Na podstawie napływających danych od właścicieli obiektów biurowych możemy jednak już stwierdzić, że czwarty kwartał 2020 będzie rekordowy pod względem zawartych transakcji – mówi Judyta Bartnicka, analityczka REDD.

Inteligentny wózek inwalidzki wygrał w konkursie Toyoty i trafi do produkcji

Inteligentny, superlekki wózek inwalidzki „Phoenix i” z kompozytu włókna węglowego to innowacyjny projekt brytyjskiej firmy Phoenix Instinct. Projekt zdobył finansowanie jako zwycięzca konkursu Mobility Unlimited Challenge zorganizowanego przez Toyota Mobility Foundation i Nesta Challenges.

Phoenix i zdobył główną nagrodę w wysokości 1 miliona dolarów w trwającym trzy lata konkursie Mobility Unlimited Challenge, którego celem było wprowadzenie nowych rozwiązań do świata urządzeń wspomagających osoby niepełnosprawne. Jest to jedna z wielu form realizacji przez Toyotę jej misji Mobility for All.

Wózek Phoenix i wykorzystuje inteligentne systemy, które automatycznie utrzymują jego środek ciężkości we właściwej pozycji. Dzięki temu pojazd, choć bardzo lekki, jest wyjątkowo stabilny i łatwy w manewrowaniu. Jego ramę wykonano z lekkiego i wytrzymałego kompozytu z włóknem węglowym. Wspomaganie przednich kół redukuje nieprzyjemne wibracje i minimalizuje obciążenia użytkownika. Inteligentnie sterowany system hamowania automatycznie wykrywa zjazd ze wzniesienia i adekwatnie redukuje prędkość pojazdu. Projekt wniesie do życia osób z niepełnosprawnościami nowy poziom wolności i swobody poruszania się. Otrzymaną nagrodę firma Phoenix Instinct przeznaczy na uruchomienie produkcji wózka i wprowadzenie go na rynek.

Konkurs istnieje od 2014 roku i jest skierowany do inżynierów, innowatorów i projektantów na całym świecie. Zgłaszane są do niego projekty na nowatorskie urządzenia wykorzystujące najnowsze technologie do zwiększenia mobilności i niezależności osób niepełnosprawnych. W najnowszej edycji konkursu ogłoszonej w 2017 roku pula wszystkich nagród wynosiła 4 miliony dolarów. Swoje projekty zgłosiło 80 zespołów z 28 krajów. Uczestnicy otrzymali opiekę mentorską inżynierów Toyoty oraz naukowców z Human Engineering Research Laboratories Uniwersytetu w Pittsburghu.

Andrew Slorance, CEO firmy Phoenix Instinct
Andrew Slorance, CEO firmy Phoenix Instinct

„Zwycięstwo w konkursie Toyota Mobility Unlimited Challenge to dla naszego zespołu w Phoenix Instinct ogromne wyróżnienie. To także dobra wiadomość dla użytkowników wózków inwalidzkich. Wózek inwalidzki, jaki znamy, nie zmienił się technologicznie od dziesięcioleci. Fundusze, które otrzymaliśmy w ramach konkursu, pozwoliły nam udowodnić, że sztuczna inteligencja ma potencjał także w tej branży. Dzięki nagrodzie możemy teraz przyspieszyć prace i wprowadzić nasz nowy produkt na rynek. To dla nas bardzo ekscytująca wiadomość, że Toyota otwiera się w swojej działalności na szeroko rozumianą mobilność. Myślę, że dzięki Toyocie niedługo zobaczymy wiele ważnych nowości na tym rynku. W Phoenix Instinct cieszymy się, że możemy przewodzić rewolucji w dziedzinie inteligentnych wózków inwalidzkich” – powiedział Andrew Slorance, CEO firmy Phoenix Instinct.

Nethansa pozyskała 8 mln zł w rundzie finansowania late seed

Nethansa to sopocka firma działająca na polskim i niemieckim rynku, która specjalizuje się w kompleksowym prowadzeniu kont na Amazon oraz wsparciu i automatyzacji sprzedaży na tej platformie. Spółka podczas rundy finansowania late seed pozyskała od inwestorów 8 mln zł. Środki te zostaną przeznaczone na dalszą ekspansję zagraniczną oraz rozwój systemu Clipperon w modelu SaaS.

Nethansa jest jedyną firmą na świecie, która wspiera sprzedaż na Amazonie przy wykorzystaniu zaawansowanego systemu do automatyzacji sprzedaży i logistyki, kompleksowo prowadzi konta swoich kontrahentów i obsługuje klienta końcowego aż w sześciu językach. Jej autorski system Clipperon wykorzystuje sztuczną inteligencję do analizy ofert konkurencji i optymalizacji cen wystawionych na sprzedaż produktów, dzięki czemu skokowo zwiększa marżę swoich klientów.

Nethansa oferuje swoim klientom możliwość sprzedaży we wszystkich państwach, w których prowadzi działalność Amazon. Największy marketplace świata pozwala dziś na dotarcie do ponad 310 mln potencjalnych klientów, a z usługi Amazon Prime korzysta ponad 100 milionów osób. To dzięki nim tylko w 2018 roku obroty sprzedawców na platformie handlowej Amazon wyniosły 160 miliardów dolarów, co odpowiada 58% jej łącznych obrotów. Dla porównania wartość całego polskiego rynku e-commerce w 2019 r. to 12 miliardów dolarów. Liczby te tłumaczą, dlaczego coraz więcej producentów i dystrybutorów znad Wisły, szukając prostego i bezpiecznego sposobu na zagraniczną ekspansję, rozpoczyna sprzedaż na platformie Amazon.

Rosnące znaczenie Amazona doskonale rozumieją inwestorzy. W zakończonej właśnie rundzie finansowania dla startupów late seed, Nethansie udało się uzyskać niemal 8 mln zł. Łącznie z poprzednimi rundami finansowania spółka pozyskała już 15 mln zł kapitału.

Zainteresowanie inwestorów naszą firmą i decyzja o inwestycji w jej dalszy rozwój to dla nas sygnał, że nasz biznesplan jest słuszny. Dowodzą tego również wyniki firmy. Jako cel wyznaczyliśmy sobie zbudowanie pozycji paneuropejskiego lidera w zakresie wsparcia sprzedaży na Amazon. Stworzony przez nas system jest innowacyjnym rozwiązaniem w skali globalnej. Niebawem będzie on dostępny również w modelu SaaS, stając się drugim, łatwo skalowalnym filarem naszej działalności. Za jego sprawą otworzy się przed nami wiele nowych rynków. Pozyskane środki chcemy wykorzystać również do rozbudowania możliwości sztucznej inteligencji w zakresie zarządzania polityką cenową na Amazon – mówi Sascha Stockem, CEO Nethansy.

Spółka na razie nie zdradza, na jakich zagranicznych rynkach pragnie rozpocząć swoją działalność, jednak fakt, że z systemu Clipperon korzystają już firmy nie tylko z Polski, lecz również z innych państw położonych w Europie, wskazuje wyraźnie, że posiada ona potencjał do ekspansji zagranicznej.

Nethansa ma świetny, bardzo kompletny zespół z klarowną wizją rozwoju – tłumaczy powody inwestycji Artur Banach, Partner w Movens VC. – Spółka osiąga rzadko spotykaną, przekraczającą 250% rocznie dynamikę wzrostu przychodów, działa na olbrzymim rynku, ma produkt, który w kompleksowy sposób rozwiązuje problemy potencjalnych i obecnych sprzedawców na Amazonie, przewagę konkurencyjną wynikającą z wykorzystania algorytmów AI oraz potencjał przyśpieszenia wzrostu wynikający z wprowadzenia łatwo skalowalnej wersji aplikacji Clipperon. W takiej sytuacji z optymizmem patrzymy na tą inwestycje.

Kapitał, wiedza i doświadczenie

Movens VC jest jednym z trzech funduszy, które w rundzie finansowania late seed zainwestowały w Nethansę. Koncentruje się on na młodych, polskich firmach technologicznych – szczególnie na tych, które dzięki SI mogą zaburzyć dotychczasowy sposób funkcjonowania całych sektorów gospodarki.

W sopocką spółkę zainwestował również CofounderZone, który współpracując ze stworzoną przez siebie siecią Aniołów Biznesu, dostarcza startupom wartości dodane w postaci indywidualnego podejścia do strukturyzacji i finansowania transakcji na rynku prywatnym.  Do sieci należą właściciele przedsiębiorstw oraz menedżerowie korporacji, którzy chcą inwestować swój czas i kapitał w dobrze rokujące, innowacyjne spółki. Chętnie dzielą się z nimi praktyczną wiedzą ekspercką, kontaktami i doświadczeniem.

Trzecim podmiotem, który przeznaczył środki na rozwój Nethansy, jest LT Capital – fundusz wspierający polskie startupy technologiczne, z szansami na międzynarodowy sukces. Ponadto w sopocką firmę zainwestowało ośmiu prywatnych inwestorów – tzw. Business Angels – z czterech europejskich krajów: Polski, Niemiec, Szwajcarii i Wielkiej Brytanii.

Rynek pocztowy: wystrzeliły przesyłki kurierskie, nie poddają się listy. Czego spodziewać się w 2021 roku?

Zbliżający się okres świąteczny i koniec roku będą doskonałym ukoronowaniem wzrostów, jakie od miesięcy przeżywa branża kurierska. Kolejki ustawiające się przed automatami i punktami do odbioru paczek już teraz pokazują jak dużą popularnością cieszy się zarówno taka forma przesyłki, jak i sposób doręczania. Rynek usług kurierskich od początku pandemii nakręcają związane z lockdownem ograniczenia w tradycyjnym handlu oraz dynamiczny rozwój sektora e-commerce. Trendy dotyczące tradycyjnych przesyłek listowych od lat są spadkowe. Segment korespondencji masowej delikatnie się kurczy, ale przesyłki reklamowe przed świętami cieszą się ciągle popularnością wśród nadawców biznesowych.

O tym, jak w czasach pandemii wyglądał polski rynek pocztowy oraz o dotyczących go prognozach na rok 2021 opowiada Janusz Konopka, prezes zarządu spółki Speedmail, największego w Polsce niezależnego operatora pocztowego.

Badania dotyczące rynku pocztowego, zarówno w Polsce, jak i na świecie, pokazują wyraźnie dwie tendencje. Z jednej strony mamy kurczący się segment listów, z drugiej – gwałtowny rozwój usług kurierskich. Opublikowany przez UKE „Raport o stanie rynku pocztowego” mówi, że już w ubiegłym roku ilość wysyłanych przesyłek kurierskich wzrosła o ponad 19 proc., a przychody branży zwiększyły się o ponad 11 proc. W tym samym czasie wolumen tradycyjnych przesyłek listowych spadł o ponad 9 proc., choć jego wartość wzrosła o blisko 5 proc[1]. Oba zjawiska mają charakter globalny, co potwierdzają opracowania Światowego Związku Pocztowego[2].

Rynek listów się kurczy, ale nadal jest w nim potencjał

Raport UKE podaje, że choć rozpowszechnienie się elektronicznych kanałów komunikacji w znacznym stopniu ograniczyło korespondencję papierową, to niektóre segmenty rynku przesyłek listowych odnotowują regularne wzrosty. Chodzi przede wszystkim o przesyłki reklamowe, których wolumen w 2019 roku zwiększył się o prawie 12 proc., a wysokość przychodów uzyskanych z realizacji tej usługi o ponad 22 proc. Pokazuje to wyraźnie, że taka forma promocji jest wciąż bardzo istotna dla wielu firm i branż. Widać to szczególnie w okresie wychodzenia z lockdownu i zwiększonej aktywności reklamowej nadawców takich jak sieci handlowe, które poprzez direct mailing zachęcają do odwiedzin w sklepach stacjonarnych. Tradycyjna forma papierowego listu wciąż pozostaje podstawową formą przesyłek dla wielu firm, instytucji czy urzędów wysyłających faktury, umowy lub rozliczenia.

Rynek, choć uwolniony, wymaga wyrównania szans

Mimo uwolnienia rynku usług pocztowych, dominującym podmiotem w naszym kraju wciąż pozostaje Poczta Polska. Jej niemal monopolistyczna pozycja najmniej odczuwana jest w segmencie przesyłek kurierskich, gdzie panuje największa konkurencja. Gorzej jest w przypadku listów. Odzwierciedla to trendy na świecie. Jak podaje Światowy Związek Pocztowy, operatorzy wyznaczeni obsługują prawie 80 proc. segmentu listów, lecz tylko 35 proc. paczek. Jeśli chodzi o przesyłki listowe to od 2013 roku nadawcy masowi mogą w Polsce korzystać z oferty alternatywnych operatorów pocztowych. Ich pozycja w publicznych przetargach jest jednak gorsza niż operatora wyznaczonego, którego faworyzuje przywilej pieczęci urzędowej. Mimo że jest konkurencja, szanse na wygranie przetargu nie zawsze są równe.

Presja na obniżenie kosztów

Dominująca pozycja operatora wyznaczonego sprawia, że koszt usług pocztowych jest w naszym kraju relatywnie wysoki, zarówno dla nadawcy masowego, jak i indywidualnego. Tegoroczny raport Deutsche Post porównujący sytuację w 31 europejskich krajach mówi, że jesteśmy na szóstym miejscu pod względem wysokości cen usług pocztowych (uwzględniając koszty pracy i siłę nabywczą pieniądza). Na ich rosnące koszty narzekają również jednostki samorządowe oraz spółki komunalne. Mimo zasad przetargowych, faworyzujących operatora wyznaczonego, coraz częściej wybierają one alternatywne rozwiązania. W przypadku dużych nadawców masowych, takich jak banki, czasem bardziej opłaca się zainwestować w rozwój sieci dystrybucyjnej mniejszego operatora niż korzystać z oferty dotychczasowego.

Potrzeba niezawodności

Jak podaje raport UKE, w roku 2019 odsetek uwzględnionych przez operatora wyznaczonego reklamacji wyniósł 31 proc. Ich najczęstszym powodem była utrata przesyłki. Pokazuje to jak wiele jest jeszcze do zrobienia w kwestii niezawodności doręczeń. Ze względu na bezpieczeństwo danych oraz ryzyko zagubienia listu lub jego trafienia w niepowołane ręce, jest to sprawa niezwykle istotna m.in. dla banków. Wpływ na niezawodność mają wprowadzane coraz częściej przez operatorów technologie takie jak GPS online, który umożliwia śledzenie przesyłek w czasie rzeczywistym i dokładne raporty doręczeń. Rozwiązania tego typu przyczyniają się do mniejszej ilości reklamacji i z pewnością będą rozwijane.

Nowe formaty przesyłek

Dobra passa e-commerce wymusza na rynku pocztowym ciągły rozwój jeśli chodzi formę doręczenia oraz format przesyłki. W ostatnim czasie bardzo pozytywny wpływ na terminowość i jakość doręczeń mają automaty do odbioru przesyłek i sieci punktów odbiorczych. Rozwijane są także nowe formaty, takie jak listopaczka, stworzona pod kątem produktów niskowartościowych. Dzięki temu tam, gdzie to możliwe, udaje się znacząco obniżyć koszty dostawy z e-sklepu. Niższa cena wysyłki to z kolei jeden z najważniejszych czynników, który może skłonić do zakupów on-line osoby, które nie były do nich przekonane[3].

Przyszły rok to niewątpliwie kontynuacja reżimu sanitarnego związanego z trwającą wciąż pandemią. Dla branży pocztowej będzie to oznaczało konieczność dalszego stosowania zaostrzonych procedur bezpieczeństwa, stosowania maseczek, rękawiczek i płynów dezynfekujących. Być może na trwałe zagości wprowadzona w czasie pandemii procedura odbioru przesyłek, zgodnie z którą odstąpiono od potwierdzania odbioru w tradycyjnej formie podpisu na liście doręczeń lub tablecie.

[1] Urząd Komunikacji Elektronicznej, „Raport o stanie rynku pocztowego w 2019 roku”, 29.05.2020 https://www.uke.gov.pl/akt/raport-o-stanie-rynku-pocztowego-w-2019-roku,322.html
[2] Universal Postal Union (UPU), „Postal economic outlook 2020”, 24.11.2020 https://www.upu.int/en/Universal-Postal-Union/Activities/Research-Publications/All-publications
[3] „E-commerce w Polsce 2020” Gemius dla e-Commerce Polska, 2020-06-30 https://www.gemius.pl/e-commerce-aktualnosci/e-commerce-w-polsce-2020.html

Płatności Cyfrowe 2020 – raport

Informacja o nowoczesnych rozwiązaniach płatniczych na podstawie raportu Izby Gospodarki Elektronicznej „Płatności cyfrowe 2020” opracowanego przez serwis GoMobi.pl, na podstawie wyników badania zrealizowanego przez Mobile Institute. Partnerami merytorycznymi raportu są Przelewy24 i Visa.

Gotówka jest passe, nie to co smart watch

Rok 2020 jest zdecydowanie rokiem płatności elektronicznych. Niewątpliwy wpływ na tendencję do ograniczania transakcji gotówkowych miała (i nadal ma) pandemia COVID-19. Drugim czynnikiem, choć już nie będącym wyłącznie efektem pandemii jest zainteresowanie zakupami online, które sukcesywnie wzrasta z każdym rokiem ze względu na wygodę zakupów, oszczędność czasu i bezpieczeństwo, a także szeroki asortyment produktów, dostępnych już często tylko online. W tym kontekście – podczas e-zakupów – konsumenci wykorzystują już z powodzeniem od kilku lat, takie metody płatności jak szybkie przelewy, płatności kartowe i mobilne. Coraz śmielej wkraczają już jednak i zastępują polskie portfele – zupełnie nowe i coraz to ciekawsze metody płatności – do wykorzystania zarówno online, jak i offline, czyli w sklepach stacjonarnych. Polacy uzbrajają się chociażby w urządzenia tzw. ubieralne z możliwością dokonywania płatności. O kolejne 2 p.p. – tj. z 12% w 2019 roku do 14% w roku 2020 – wzrósł odsetek internautów dokonujących transakcji za pomocą smart zegarków, np. Apple Pay, Google Pay, Garmin Pay czy Fitbit Pay.

W przypadku młodych osób, w wieku 25-34 lat ten odsetek wynosi już 24%.

– Wygoda i bezpieczeństwo to czynniki, które mają niewątpliwy wpływ na popularność nowych metod płatności oraz urządzeń za pomocą których są one dokonywane. Wearables to coraz częściej nie tylko modny gadżet, ale solidna alternatywa dla portfela, zwłaszcza w segmencie młodszych konsumentów. Nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że ewolucja preferencji w obrębie płatności, to nie tylko chwilowa zmiana, związana z ograniczeniami wynikającymi z pandemii, ale zapowiedź trendu, który na stałe wpisze się w zakupową codzienność. – mówi Jacek Kinecki CCO serwisu Przelewy24  

– Podniesienie, wysiłkiem całego ekosystemu płatniczego, limitów transakcji, które nie wymagają podawania kodu PIN, ułatwiło płatność, także przy pomocy smartfonów i smartwatchy. W Polsce, gdzie wszystkie terminale obsługują transakcje zbliżeniowe zmiana ta padła na podatny grunt. Nasze społeczeństwo w ciągu ostatnich kilku lat przeszło znaczące zmiany, jeśli chodzi o udział transakcji zbliżeniowych, a średnią europejską znacznie przekroczyliśmy jeszcze przed pandemią. To istotne, ponieważ transakcje zbliżeniowe wspierają zachowanie dystansu społecznego, tak obecnie istotnego. Dlatego Visa cały czas pracuje, wraz z partnerami z całego ekosystemu płatniczego, by wspierać zarówno konsumentów jak i sprzedawców, tak by mogli oni płacić i przyjmować opłaty w najbardziej wygodny i dogodny dla siebie sposób. Mam na myśli zarówno wykorzystanie płatności mobilnych, przy wykorzystaniu smartfonów i smartwatchy, jak i takie rozwiązania jak Tap to Phone, czy nawet wykorzystanie portfeli walut cyfrowych – mówi Katarzyna Zubrzycka, dyrektor ds. relacji z detalistami i agentami rozliczeniowymi w Europie Środkowo-Wschodniej w Visa.

Płatności na stacjach, w sklepach i na drogach

Coraz więcej polskich internautów deklaruje także, że korzystają z płatności Orlen Pay, czyli płacą telefonem na stacjach benzynowych tej sieci. Ponownie, jest to raczej domeną młodszych osób – ponad jedna czwarta wskazań w przypadku Polaków w wieku 25-34 lata. Podobne udogodnienie oferowane jest także na stacjach Carrefour za pośrednictwem płatności Tank&Go. Korzysta z niego 19% przebadanych konsumentów.16% deklaruje wykorzystanie płatności Żappka Pay, czyli dokonuje ich za pośrednictwem aplikacji mobilnej sklepu, a już niemal jedna piąta wykorzystuje do transakcji płatniczych aplikację mobilną Lidl Pay. Widać wyraźnie, że coraz więcej sklepów oferuje swoim klientom to wygodne i szybkie rozwiązanie i jest to ruch w dobrym kierunku. Jak pokazują wyniki badania, korzystanie z aplikacji mobilnych dotyczy także polskich kierowców – już 21% internautów użytkuje płatności AutoPay, czyli płaci za przejazdy autostradami z poziomu aplikacji.

Datkomaty i ofiaromaty

Nowością w tegorocznej edycji raportu „Płatności Cyfrowe” były pytania dotyczące korzystania z datkomatów oraz ofiaromatów. Są to urządzenia, które są instalowane np. w kościele, a za których pośrednictwem można złożyć datek na działalność Caritas bądź złożyć ofiarę na Kościół. Płatności dokonuje się elektronicznie i bezdotykowo. Z takiego rozwiązania korzystało już 12% polskich internautów. Zapytaliśmy badanych także o ich stosunek do takich urządzeń. Dane pokazują, że niemal połowa, bo 48% z nich, jest jednak przeciwnych funkcjonowaniu takich rozwiązań w miejscach kultu religijnego. Dokładnie jedna trzecia internautów nie potrafi określić swojego stanowiska wobec takich nowości, a, prawie jedna piąta (19%) je popiera. W szczególności istnienie datkomatów i ofiaromatów popierają osoby 25-44 lata.

Jaki będzie 2021 rok w zarządzaniu nieruchomościami

Dla zarządców nieruchomościami kończący się rok okazał się przełomowy. Dostrzegamy kilka wyraźnych trendów, które pojawiły się w ciągu ostatnich miesięcy i z nami pozostaną. Jednym z nich, silnie związanym z aktualną sytuacją pandemiczną jest modyfikacja funkcjonowania wspólnot mieszkaniowych. Zdalne zebrania mieszkańców i głosowanie będą najsilniejszym trendem nadchodzących miesięcy. Wspólnoty, które nie przeszły cyfrowej modernizacji mają wiele do nadrobienia.

Komentarz przygotował Mariusz Łubiński, prezes firmy Admus, zajmującej się zarządzaniem nieruchomościami

Istotną modyfikacją w pracy i funkcjonowaniu wspólnot mieszkaniowych w Polsce będzie element spotkań, głosowań i zebrań. Wszystkie te powyższe czynności już od jakiegoś czasu powinny odbywać się zdalnie. Mimo luzowania obostrzeń i powrotu do możliwości przeprowadzenia pewnych czynności osobiście, prawdziwie profesjonalni zarządcy uruchomili narzędzia online, które pomagają załatwić wszystkie wspólnotowe sprawy w 100% bez kontaktu osobistego. Co więcej, profesjonaliści czynią starania, aby Rząd wpisał na stałe stosowne regulacje w ustawę o własności lokali związane z procedowaniem spraw administracyjnych w sposób zdalny – z wykorzystaniem odpowiednich narzędzi informatycznych. Na dzień dzisiejszy, każda ze wspólnot która chce w taki sposób procedować musi najpierw podjąć stosowną uchwałę i ją przegłosować w tradycyjny sposób – np. zbierając podpisy od drzwi do drzwi poprzez pracownika firmy zarządzającej daną nieruchomością lub reprezentanta Zarządu. Wspólnoty, które liczą na zmianę obostrzeń i rychły powrót do normalności mogą się zwyczajnie bardzo zdziwić. Przed nami kolejna fala pandemii i nie ma co się oszukiwać – mimo bardziej zrównoważonego podejścia Rządu do lockdownu, obostrzenia w sektorze administracji budynkami są bezinwazyjne i konieczne. Te firmy, które zwlekają z wdrożeniem rozwiązań informatycznych do bardziej sprawnego i efektywnego funkcjonowania będą musiały to zrobić tak czy inaczej i przegrają walkę z konkurencją, która będzie już w tej materii bardzo sprawna. Na rynku jest obecnie dostępnych kilka bądź kilkanaście narzędzi, które można kupić i wdrożyć praktycznie od ręki. Są to rozwiązania dedykowane dla branży zarządzania nieruchomościami bądź wymagające niewielkich modyfikacji i dostosowania do naszej pracy. My z tego typu rozwiązań autorskich korzystamy od lat i zapewniam, nie taki wilk straszny jak go malują.

Wyścig po najemcę powierzchni biurowej – marketingowa Formuła 1 w dobie Covid-19

Na podstawie powierzchni biurowej w budowie do 2022 roku w Polsce zostanie oddanych 1,7 mln m kw. Ta informacja w połączeniu ze spowolnieniem w sektorze zmusza właścicieli biurowców i deweloperów do głębokiej refleksji, a w niektórych przypadkach nawet do modyfikacji dotychczasowej strategii działań. Czy odpowiednie rozwiązania marketingowe pomogą wygrać wyścig po najemcę?

„W licznych rozmowach z właścicielami budynków biurowych pojawia się wątek zaniepokojenia obecną sytuacją na rynku. Szczególnie wśród tych, którzy mają pustostany w swoich obiektach. Obawy są poniekąd uzasadnione, bo z danych za III kw. 2020 roku wynika, że w Warszawie najemcy wynajęli najmniej powierzchni od dekady. Jeżeli natomiast przyjrzymy się miastom regionalnym to okaże się, że wynajęto o 40% mniej powierzchni niż w analogicznym okresie przed rokiem. Oznacza to, że właściciele biurowców mający problem z wynajęciem powierzchni powinni wyjść poza utarte schematy i z pomocą agenta wyłącznego poszukać rozwiązań, które mogą pozytywnie wpłynąć na znalezienie najemcy. Trzeba uzbroić się jednak w cierpliwość, bo wdrożone działania marketingowe mogą nie przynieść efektu od razu. Mogą być widoczne dopiero w długofalowej perspektywie” – komentuje Monika Sułdecka-Karaś, Partner, Dyrektor Regionalna w Knight Frank.

Znalezienie nowych najemców w dobie Covid-19 jest możliwe

Marketing oferuje szerokie spektrum narzędzi, które można wykorzystać przy poszukiwaniu nowych najemców. Są to m.in. mające obecnie olbrzymi potencjał media społecznościowe, wideo marketing, landing page (strony docelowe), Google Ads (system reklamowy Googla), newslettery czy bardziej tradycyjne metody – broszury.

„Niestety nie ma uniwersalnego rozwiązania marketingowego, które za każdym razem będzie w takim samym stopniu efektywne przy poszukiwaniu najemcy. Wynika to z kilku czynników – budżetu jakim dysponujemy, wielkości projektu, grupy docelowej oraz kompetencji zespołu. Niemniej jednak rozwój technologii oraz idąca za tym zmiana zachowań konsumenckich wymusza pewne konkretne działania. Planując strategię marketingową warto rozważyć włączenie w nią mediów społecznościowych, które są najszybciej rozwijającym się narzędziem – według badań w 2024 roku będzie z nich korzystało prawie 4,5 miliarda ludzi. Kolejny trend to wideo marketing – przewiduje się, że w 2022 roku aż 82% treści w Internecie będzie przekazywana za pomocą obrazu. Jest to związane ściśle z dużą ilością informacji, jaka do nas codziennie dociera i brak czasu, żeby to wszystko przeczytać. Dlatego też, istotne jest personalizowanie przekazu i segmentacja odbiorcy, tak żeby precyzyjnie trafić w oczekiwania odbiorcy. Należy o tym pamiętać prowadząc blogi i przygotowując kampanię mailingową, które też mają nam pomóc wygenerować kolejne leady (kontakty do osób zainteresowanych usługą/produktem) oraz przy wsparciu content marketingu, wypozycjonują nas na ekspertów. Przygotowując taką strategię warto również zwrócić uwagę na treść naszych materiałów marketingowych – czy broszura nie jest przeładowana tekstem i czy mówimy w niej językiem korzyści podkreślając, co możemy zrobić dla najemcy” – mówi Magdalena Michalak, Dyrektor Marketingu i PR w Knight Frank.

Ze względu na różnorodność narzędzi marketingowych z jakich możemy korzystać przy szukaniu nowych najemców do biurowców, warto przeprowadzić rzetelną i szczegółową analizę w celu znalezienia tego najbardziej optymalnego dla naszego budynku i firmy. Jednym z pierwszych kroków powinno być zastanowienie się nad wysokością budżetu i dokładnego określenia naszego odbiorcy, czyli tego, do kogo kierujemy informację o wolnej powierzchni.

„Rekomenduję odpowiedzialnie podejść do wyboru grupy docelowej. To ona w dużym stopniu zdefiniuje kierunek w jakim pójdziemy. Jeżeli wolna powierzchnia, którą dysponujemy zawiera specjalistyczne zabezpieczenia, które zostaną docenione przez firmy z branży finansowej, to do nich powinniśmy skierować nasz przekaz. W celu dotarcia do tak konkretnej grupy odbiorców możemy na przykład skorzystać z płatnych kampanii LinkedIn. Na pewno sprawdzi się to dużo lepiej niż reklama w lokalnej prasie, której adresatem będzie zbyt szeroka grupa odbiorców. Dodatkowo warto zwrócić uwagę na samą treść przekazu. Bardziej formalna reklama będzie odpowiednia do kancelarii prawnych, a luźniejsza do start up’ów” – dodaje Magdalena Michalak.

Zatrzymanie najemców w biurowcu

W III kw. 2020 roku prawie połowa wynajętej powierzchni biurowej była renegocjacjami wcześniejszych umów najmu.

„Tak znaczący udział odnowień i przedłużeń umów najmu w całym wolumenie transakcji może być analizowany dwutorowo – może być zarówno ściśle związany z trwającą pandemią, w konsekwencji czego pojawiła się obawa po stronie najemców przed relokacją biura, jak również pewnym pozytywnym symptomem, tzn. wskaźnikiem zadowolenia dużej części firm z ich dotychczasowej lokalizacji biurowej i poziomu współpracy z wynajmującym. Myślę, że w ten drugi z wniosków szczególnie mocno mogą i powinni wierzyć wszyscy właściciele nieruchomości, którzy porządnie odrobili swoją „pracę domową” i nie zapomnieli o tym, by zadbać o swoich klientów w biurowcach. Począwszy od szybkiego czasu reakcji na nową rzeczywistość biurową, niosącą za sobą różnego rodzaju obostrzenia i dostosowanie do niej, przez wszelkiego rodzaju modernizacje w nieruchomości i wdrożenie niezbędnych rozwiązań, zapewniających odpowiednie środowisko pracy i poczucie bezpieczeństwa u najemców, aż po działania prospołeczne. Te wszystkie kwestie mogły być   kluczowe przy podejmowaniu decyzji o pozostaniu w biurowcu i mieć bezpośrednie przełożenie na tak wysoką liczbę renegocjowanych umów najmu” – wyjaśnia Aneta Danielska-Rodak, Specjalista ds. marketingu budynkowego w Knight Frank.

„Niewątpliwie, wszelkie działania właścicieli nieruchomości podejmowane na rzecz pracowników najemców, prowadzące do poprawy jakości ich życia – zarówno zawodowego, jak i prywatnego, wpływające na ich dobre samopoczucie i pozwalające na zachowanie zdrowej równowagi między tymi dwoma płaszczyznami, działają na korzyść przy późniejszych renegocjacjach umów. Jak wszyscy doskonale wiemy, zadowolony pracownik to zadowolony najemca, a zadowolony najemca dużo chętniej przedłuży umowę w dotychczasowej lokalizacji. Warto więc zainwestować w zadowolenie po drugiej stronie, warto pokusić się o akcje niesztampowe, dedykowane i angażujące pracowników najemców, a na koniec dnia warto też zadać pytania najemcom w tzw. ankiecie satysfakcji. Spektrum podejmowanych działań może być naprawdę bardzo szerokie – ogranicza nas jedynie wyobraźnia i budżet, jaki chcemy oraz jaki możemy na nie przeznaczyć. Takie inicjatywy procentują zawsze w krótszej lub w dłuższej perspektywie oraz przekładają się finalnie na korzyść wynajmującego” – dodaje Aneta Danielska-Rodak.
Jeżeli dysponujemy wolnymi powierzchniami w biurowcu, to w trakcie pandemii do potencjalnych najemców możemy skutecznie dotrzeć wykorzystując internetowe narzędzia marketingowe. Nie powinniśmy jednak zapominać o najemcach, którzy są już w budynku. Warto postarać się, żeby chcieli w nim zostać jak najdłużej.

2021 rok w gospodarce będzie nieregularny. Silne odbicie w drugim półroczu

2020 rok zakończy się spadkiem PKB Polski w wysokości 3,1 proc. – będzie to jeden z najlepszych wyników w UE. W kolejnych dwóch latach polska  gospodarka będzie nadrabiała straty spowodowane pandemią, rosnąc w latach 2021-2022 o odpowiednio 4,2 proc. i 4 proc. – wynika z  premierowego wydania „Przeglądu Gospodarczego PIE”. Nowa cykliczna publikacja Polskiego Instytutu Ekonomicznego będzie co pół roku przedstawiać prognozę makroekonomiczną dla Polski na dwa kolejne lata.

Polska gospodarka przeszła pierwszą falę kryzysu w stosunkowo dobrej kondycji. Biorąc pod uwagę skalę kryzysu, wzrost bezrobocia jest umiarkowany, a liczba zamykanych przedsiębiorstw niewielka. Kosztem jest jednak znaczący wzrost długu publicznego. Według naszej prognozy 2021 rok w gospodarce będzie nieregularny.

Przewidujemy kontynuację zjawisk kryzysowych przez większą część pierwszego półrocza, z jednoczesnym silnym odbiciem gospodarki w drugim półroczu. Prognoza ta opiera się na założeniu, że do końca I kwartału 2021 r. chorobę przejdzie istotna część populacji (nawet 20 proc.), a w pierwszych tygodniach roku rozpocznie się ogólnokrajowy program szczepień. Kluczowym motorem odbicia gospodarczego w drugiej połowie roku będzie odłożony popyt konsumentów, który będzie stymulował konsumpcję prywatną po zniesieniu restrykcji gospodarczych – uważa Jakub Sawulski, kierownik zespołu makroekonomii PIE.

Pandemia nie zatrzyma konwergencji Polski do Europy Zachodniej

Według PIE pandemia nie zmienia znacząco długookresowych perspektyw wzrostu polskiej gospodarki i w 2022 r. wróci ona do stanu „normalności”. Warunkiem jest powodzenie programu szczepień. Pandemia nie zatrzyma także procesu konwergencji Polski do państw szeroko rozumianej Europy Zachodniej. W 2022 r. PKB Polski będzie o około 5 proc. wyższy niż w 2019 roku. Dla porównania, PKB strefy euro będzie o około 1 proc. niższy.

Wykres 1. Prognoza PIE na tle innych ośrodków

prognoza PIE
Źródło: PIE, Komisja Europejska, NBP.

Jednocześnie rynek pracy będzie odbudowywał się po kryzysie dłużej niż PKB. Zgodnie z przewidywaniem PIE, stopa bezrobocia rejestrowanego znajdzie się na poziomie obserwowanym przed pandemią (5,3 proc.) dopiero na końcu 2022 roku, natomiast zatrudnienie nie wróci do wielkości obserwowanych przed kryzysem w całym horyzoncie prognozy. Inflacja będzie się natomiast kształtowała powyżej celu inflacyjnego NBP (2,5 proc.) do końca 2022 roku, lecz jednocześnie nie przekroczy górnej granicy dopuszczalnych odchyleń (3,5 proc.).

Handel motorem napędowym

Jedną z ważnych przyczyn stosunkowo dobrej kondycji polskiej gospodarki w trakcie pierwszej fali kryzysu były dobre wyniki eksportu towarów. Przyczynił się do tego wysoki udział Niemiec, słabiej dotkniętych kryzysem niż inne państwa Zachodu, a także mniejsze niż w sąsiednich państwach uzależnienie od eksportu samochodów i maszyn. Pozytywny wpływ miały też zmiany kursu walutowego.

Wyniki corocznego badania PIE wśród eksporterów wskazują, że także inne czynniki miały znaczenie na te relatywnie dobre wyniki. Wśród nich istotna była aktywna postawa samych eksporterów na rynkach międzynarodowych, wyrażająca się poszukiwaniem nowych odbiorców i rynków zbytu oraz wychodzeniem z nową ofertą towarową. Elastyczne reagowanie na zmiany popytu i potrzeby nabywców jest od lat jednym z podstawowych źródeł międzynarodowej przewagi konkurencyjnej dla polskich przedsiębiorstw eksportujących. Trwały, strukturalny charakter większości z tych czynników sprawia, że powinny one amortyzować również efekty ewentualnych przyszłych załamań w handlu światowym.

Im większy spadek PKB wywołany pandemią tym większą dotkliwość pogorszenia koniunktury w państwach UE wskazali eksporterzy w ankiecie PIE. Jako stosunkowo najmniej dotkliwe oceniono pogorszenie koniunktury na najważniejszym dla Polski rynku – w Niemczech (bardzo dotkliwe tylko dla 11,7 proc. respondentów). Z kolei najdotkliwsze okazało się ono we Włoszech oraz w Hiszpanii, których gospodarki zostały silnie dotknięte przez pierwszą falę pandemii. Jako bardzo dotkliwe wskazało pogorszenie koniunktury w tych krajach wskazało odpowiednio 35 i 24 proc. badanych firm, tj. trzykrotnie i dwukrotnie więcej niż w Niemczech (wykres 31).

Wykres 2. Dotkliwość wywołanego pandemią pogorszenia koniunktury na głównych rynkach zagranicznych dla eksportu badanych firm (w proc.) na tle spadku PKB w II kwartale 2020 roku (proc., r/r)

Dotkliwość wywołanego pandemią pogorszenia koniunktury na głównych rynkach zagranicznych dla eksportu badanych firm
Źródło: Ankieta eksportowa PIE oraz dane Eurostatu

Najwięcej eksporterów biorących udział w ankiecie PIE, ponad 40 proc., wskazywało na redukcję kosztów jako działania podejmowane na rzecz podtrzymania kondycji ekonomiczno-finansowej przedsiębiorstwa. W znacznie mniejszym stopniu decydowano się na zwolnienia pracowników (12 proc. ankietowanych przedsiębiorców). Eksporterzy upatrują też swoich szans w obliczu zmian w globalnych łańcuchach wartości. Co dziesiąty wskazał, że już bierze udział w przenoszeniu produkcji z Chin, a kolejne 13 proc. bierze pod uwagę taki scenariusz – zauważa Marek Wąsiński, kierownik zespołu handlu zagranicznego PIE.

„Przegląd Gospodarczy PIE” będzie cykliczną, wydawaną dwa razy w roku (w czerwcu i grudniu) publikacją Polskiego Instytutu Ekonomicznego. Raporty będą zawierały prognozę kształtowania się zmiennych makroekonomicznych w Polsce w perspektywie najbliższych 2 lat – będą ukazywały się dwa razy w roku (w grudniu i czerwcu). Ich celem jest dostarczenie uczestnikom życia gospodarczego – instytucjom publicznym, organizacjom międzynarodowym, firmom, pracownikom i konsumentom – analizy perspektyw rozwoju sytuacji gospodarczej w Polsce.

Pożegnaj się z połową firm, które znasz – możesz już ich nie zobaczyć

Odliczanie już się zaczęło. Co drugi właściciel biznesu, który wziął udział w badaniu McKinsey, nie jest pewny czy przetrwa najbliższe 12 miesięcy. Nic w tym dziwnego skoro aż 7 na 10 firm odnotowało spadek obrotów. Ta ponura prognoza nie dotyczy wszystkich. Branży IT ma się świetnie!

Przypomnij sobie cztery ulubione marki obuwia. Być może, za 12 miesięcy, o dwóch z nich będziesz musiał zapomnieć. Tak przynajmniej uważa McKinsey. Firma doradcza zrealizowała badania, które miały pokazać, jak europejskie małe i średnie przedsiębiorstwa radzą sobie podczas sztormu wywołanego przez pandemię COVID-19. Jak będzie wyglądał europejski krajobraz biznesowy po burzy?

Europejscy pesymiści

Ponad 2200 przedstawicieli sektor MŚP z Francji, Niemiec, Włoch i Hiszpanii oraz Wielkiej Brytanii uważa, że po pandemicznej burzy nie dla każdego europejskiego przedsiębiorcy zaświeci słońce. Warto dodać, że ankietowani pochodzą z krajów, które łącznie odpowiadają za prawie ¾ populacji Unii Europejskiej. A w pierwszych czterech żyje, pracuje i wydaje niemal 80% mieszkańców strefy euro.

Raport przedstawia nam ponury obraz europejskiego sektora MŚP. Okazuje się, że mimo iż co piąta firma, biorąca udział w ankiecie, otrzymała pewnego rodzaju rządowe wsparcie, wynikające ze specjalnych tarcz antykryzysowych, to blisko połowa ankietowanych uważa, że ich biznesy mogą nie przetrwać kolejnych 12 miesięcy.

Jak wynika z ostatnich badań Instytutu Gartnera, tym co przeważy o sukcesie przedsiębiorstw w czasie kryzysu, będzie otwartość na cyfrowe innowacje. Być może dlatego, tak dobrze w tym ciężkim czasie radzą sobie firmy z sektora IT, które w swoim DNA, mają wpisany głód zmian – uważa Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies, który 9 lat temu założył spółkę Big Data, do której dziś należy jedna z największych na świecie hurtowni anonimowych danych o Internautach.

Kryzys zaufania

Prawda jest jednak taka, że obawy, jakie przejawiają europejscy biznesmeni, nie biorą się znikąd. Około 70% respondentów badania McKinsey odnotowało spadek dochodów w czasie trwania pandemii. A to z kolei wpływa na ich ocenę sytuacji i plany na przyszłość. Jeden na pięciu przedsiębiorców obawia się, że nie będzie w stanie spłacić posiadanych zobowiązań i będzie zmuszony do redukcji zatrudnienia, natomiast co trzeci bierze pod uwagę, że jego projekty rozwojowe mogą zostać anulowane.

Te obawy widać na każdym kroku, niewielu przedstawicieli MŚP wydaje się optymistycznie nastawionych do obecnej sytuacji ekonomicznej. 4 na 5 respondentów z obawą patrzy na obecną kondycję gospodarki swojego regionu. – Nie oznacza to, że fala kryzysu zniszczy lub zakłóci działalność wszystkich firm. Wykorzystując covidowy sztorm, możemy osiągać sukcesy, co doskonale widać na przykładzie branży handlowej. – odnotowuje Prajsnar z Cloud Technologies, a następnie dodaje: – Według danych Digital Commerce 360, pandemia COVID-19 przeniosła nas w czasie o 4 lata do przodu. Eksperci szacują, że w listopadzie i grudniu br. świąteczne zakupy online przyczynią się do wygenerowania dodatkowych przychodów w ecommerce w wysokości 40 mld USD. W porównaniu z ubiegłym rokiem oznacza to wzrost o ponad 40%.

Nadzieja w technologii

Słowa prezesa warszawskiej spółki mają silne poparcie w ostatnich badaniach firmy konsultingowej Dealroom, która obliczyła, że wartość europejskich firm technologicznych jest obecnie czterokrotnie większa niż zaledwie 5 lat temu. Szacuje się, że w 2020 wzrośnie ona o 46% i wyniesie 618 mld Euro.

Od października 2020 r. jedna trzecia łącznej wartości firm technologicznych w Europie, opiera się na 10 przodujących przedsiębiorstwach: Adyen, BioNtech, Delivery Hero, Klarna, Spotify, Ocado, HelloFresh, Takeaway.com, UiPath i Zalando.

Nasz sektor MŚP wygląda inaczej niż w badanych krajach zachodu. Nie jest tak uzależniony od turystyki i gastronomii. Małe rodzinne manufaktury też nie mają takich tradycji, jak ma to miejsce na zachód od Odry – zauważa Piotr Prajsnar i tłumaczy – Polskie MŚP jest znacznie młodsze. Dlatego małe i średnie firmy to w dużej mierze przedsiębiorstwa z sektora ICT. W tym kontekście nasza pierwotna słabość może okazać się siłą, która ochroni nadwyrężoną gospodarkę. Mimo że wciąż nad Wisłą nie doczekaliśmy się jednorożca, to mamy szereg prężnie działających organizacji – podkreśla Prajsnar. Kierowana przez niego spółka Cloud Technologies w ciągu niespełna jednej dekady z małej rodzinnej firmy urosła do jednej z największych spółek w sektorze Big Data Analytics i notowana jest na warszawskim parkiecie NewConnect.

Nadwiślańskie samorodki

Tym samym szlakiem podążają również nadwiślańskie firmy z sektora IT, które wydają się nie przejmować pandemicznymi zawirowaniami i równie sprawnie radzą sobie w czasie zwiększonego rygoru, co ich zagraniczni konkurenci. Na przykład polska spółka technologiczna, Cloud Technologies, która jest jednym z największych na świecie dostawców anonimowych profili internautów, wykorzystywanych do targetowania kampanii reklamowych w sieci. Warszawska firma odnotowała w III kwartale 2020 r. 12,4 mln zł przychodów i 1,6 mln zł EBITDA. Co stoi za jej sukcesem?

Z perspektywy czasu oceniam, że czas lockdownu stał się pomostem pomiędzy starą rzeczywistośćią, do której już nie ma powrotu, a nową codziennością, w której pierwsze skrzypce gra technologia. Staliśmy się beneficjentami transformacji społecznej, behawioralnej i gospodarczej. W tym momencie wypracowana przez lata pozycja rynkowa zaprocentowała. A co najważniejsze, okazało się, że wybijamy się ponad branżową średnią, ponieważ osiągnięta dynamika przychodów była istotnie wyższa, niż samo tempo rozwoju rynku – mówi Piotr Prajsnar, prezes zarządu Cloud Technologies.

Pomimo zakłóceń spowodowanych koronawirusem, który bezlitośnie potraktował przedstawicieli takich sektorów, jak gastronomia czy turystyka, europejska branża technologiczna ma się nadspodziewanie dobrze. To drogowskaz dla innych gałęzi, które wciąż muszą uporać się z covidowymi powikłaniami. Każdy biznes, powinien dziś traktować rozwiązania IT jako narzędzia autoasekuracji. Ten mariaż pozwoli im nie tylko odzyskać utracony impet, ale również wkroczyć na zupełnie nowe obszary.

Instytut Zamenhofa rozpoczyna monitoring naruszeń wobec dziennikarzy

Do zespołu ekspertów Instytutu Zamenhofa dołączył Piotr Drabik, dziennikarz portalu RadioZET.pl.  Będzie koordynował Monitor Zamenhofa, czyli repozytorium naruszeń wobec dziennikarzy i pracowników mediów.

Używanie gazu łzawiącego wobec reporterów, oskarżenia o zniesławienie z art. 212 Kodeksu karnego czy próby nacisku a nawet szantaż – to tylko niektóre przykłady coraz bardziej powszechnych naruszeń praw i wolności, przysługujących dziennikarzom, operatorom kamer, fotografom i innym pracownikom redakcji oraz freelancerom.

– W trosce o ich bezpieczeństwo Instytut Zamenhofa rozpoczął program zbierania i opisywania wszystkich sygnałów o utrudnianiu pracy lub nękaniu przedstawicieli mediów. W ostatnim czasie byliśmy świadkami takich naruszeń przez policję, zwłaszcza podczas protestów, zgromadzeń publicznych i manifestacji. Ale gdy mówimy o naruszeniach wobec przedstawicieli mediów nie mamy na myśli wyłącznie zagrożeń o charakterze fizycznym. Chcemy jasno również wskazać, które instytucje utrudniają lub uniemożliwiają dostęp do informacji publicznej oraz udokumentować i upublicznić przypadki nacisków czy szantażu wobec dziennikarzy – mówi Grzegorz Kwolek, członek zarządu Instytutu Zamenhofa.

Do tej pory w Polsce nie było jednego zbioru wszystkich tego typu naruszeń wobec dziennikarzy. Dlatego powstał Monitor Zamenhofa, który będzie publikowany w formie kwartalnych i rocznych raportów. – Bardzo nam zależy nie tylko na odnotowaniu nagłośnionych już przypadków naruszeń praw i wolności pracowników mediów, ale i zbieraniu sygnałów bezpośrednio od dziennikarzy czy fotografów, także z mediów lokalnych. Zachęcamy przedstawicieli mediów do zgłaszania nam wszystkich takich przypadków – mówi Grzegorz Kwolek.

W tym celu Instytut Zamenhofa uruchomił specjalną skrzynkę mailową, gdzie można wysyłać wszelkie przypadki politycznych i prawnych nacisków oraz innych przypadków utrudniania pracy dziennikarzy. Jej adres to: [email protected].

Monitor Zamenhofa będzie koordynował dziennikarz Piotr Drabik, który właśnie dołączył do zespołu ekspertów Instytutu Zamenhofa. Obecnie pracuje w redakcji portalu RadioZET.pl, wcześniej związany z TVN24 i „Dziennikiem Polskim”. Drabik jest absolwentem Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz uczestnikiem międzynarodowych projektów dziennikarskich.

Dynamika sprzedaży detalicznej w listopadzie 2020 roku

GUS opublikował dane dotyczące dynamiki sprzedaży detalicznej w listopadzie 2020 roku. Poniżej zamieszczamy komentarz Magdaleny Szlezyngier, Menedżer ds. Klientów Strategicznych z DNB Bank Polska.

Wprowadzone przez rząd obostrzenia oraz rekordowe wzrosty zachorowań na koronowirusa znalazły swoje odzwierciedlenie w najnowszych danych dotyczących sprzedaży detalicznej. Opublikowany w dniu dzisiejszym przez GUS odczyt sprzedaży za miesiąc listopad wskazuje na jej spadek o 5,3 proc. zarówno w ujęciu rocznym, jak i miesięcznym. Po okresie pierwszej fali pandemii, kiedy to w miesiącach marcu, kwietniu i maju odnotowaliśmy spadki sprzedaży na poziomach odpowiednio: 9 proc., 22 proc. oraz 7 proc., listopad okazał się kolejnym trudnym miesiącem dla handlu.

Czynnikiem decydującym o tak gwałtownym osłabieniu wyników sprzedaży były obowiązujące przez zdecydowanie większą część miesiąca obostrzenia dotyczące zamkniętych galerii handlowych, dużych sklepów meblowych oraz ograniczenia co do liczby osób w sklepach. Nie bez znaczenia na najnowszy odczyt sprzedaży miało istotne nasilenie pandemii koronowirusa w listopadzie oraz wywołane tym samoograniczanie się konsumentów.

Podobnie jak w pierwszej fali pandemii najsilniejsze spadki sprzedaży dotyczyły kategorii odzież i obuwie. Ujemna dynamika w ujęciu rocznym w tej kategorii wyniosła aż 21,9 proc. Jednocześnie ze względu na ograniczenie mobilności konsumentów pogłębił się spadek sprzedaży paliw do poziomu 14,7 proc. Dane opublikowane przez GUS wskazują też, że konsumenci wyciągnęli wnioski z pierwszej fali pandemii i szybciej przestawiają się na sprzedaż on-line. Udziału e-handlu w sprzedaży detalicznej wyniósł 11,4 proc. w listopadzie, co stanowi istotny wzrost w stosunku do 7,3-proc. odczytu za październik.

Mimo drugiej fali pandemii oraz ujemnej dynamiki sprzedaży detalicznej zanotowanej w październiku i listopadzie prognozujemy, iż spadki rocznej dynamiki sprzedaży w IV kwartale będą płytsze, niż na wiosnę w momencie wybuchu COVID-19. Miejmy nadzieje, że świąteczny nastrój pozwoli podtrzymać optymizm oraz skłonność konsumentów do zwiększonych wydatków świątecznych.

Mieszkania droższe niż przed pandemią, a Polacy pożyczają z banków jeszcze większe kwoty

Po niemal roku pandemii mieszkania nie potaniały, nieznacznie wyhamował tylko wzrost cen na rynku nieruchomości. Z raportu Oferteo.pl wynika, że w 2020 roku Polacy zaciągali jeszcze wyższe kredyty hipoteczne niż w roku ubiegłym.

Ceny mieszkań rosną mimo pandemii

W ostatnich latach obserwowaliśmy w Polsce dynamiczny wzrost cen nieruchomości. Od 2017 roku koszt mieszkania w dużym mieście wzrósł o ponad jedną czwartą! Wielu ekspertów zastanawiało się, jak na rynek wpłynie pandemia koronawirusa. Wedle niektórych prognoz na koniec tego roku ceny nieruchomości miały być niższe nawet o 20–30%!

Dziś, po 9 miesiącach od początku pandemii, okazuje się, że mieszkania wcale nie potaniały. Co więcej, ich ceny nie stanęły nawet w miejscu. Jedyne, co można było zaobserwować, to nieco spowolniony ich wzrost.

Poniższa tabela[1] przedstawia, jak zmieniły się ceny mieszkań na rynkach pierwotnym oraz wtórnym w stosunku do roku 2019, w największych miastach w Polsce. Największy wzrost cen można było zaobserwować dla rynku pierwotnego w Warszawie i Krakowie, a dla rynku wtórnego – w Krakowie i Katowicach.

Miasto Zmiana ceny w stosunku do roku 2019 [%]
Rynek pierwotny Rynek wtórny
Gdańsk +3,3 +2,2
Katowice -0,3 +9,2
Kraków +11,8 +8,0
Warszawa +12,1 +5,7
Wrocław +6,7 +5,1

Pożyczamy więcej niż rok temuJaka jest kwota poszukiwanego kredytu

Zmieniające się ceny mieszkań to jeden z czynników wpływających bezpośrednio na kwoty kredytów hipotecznych. Dane zgromadzone przez Oferteo.pl, największy polski serwis łączący poszukujących usług z ich dostawcami, wskazują, że w 2020 Polacy zadłużali się na wyższe kwoty niż przed rokiem. W 2019 aż 65% kredytów mieściło się w przedziale między 101 a 300 tys. zł. W tym roku takich kredytów było 47%. O 16% wzrósł natomiast odsetek osób pożyczających sumy od 301 do 500 tys. zł. W tegorocznym badaniu wyniósł on aż 37%.

Kwota kredytu na zakup gotowego mieszkania lub domu najczęściej wynosiła w tym roku między 101 a 300 tys. zł. Na budowę nieruchomości pożyczano zwykle od 301 do 500 tys. zł.

Kredyt na 30 latJaki ma być okres kredytowania

Spłata kredytu hipotecznego zajmuje Polakom zwykle 30 lat. Taki okres kredytowania wybrało w tym roku 54% badanych. Rok temu odsetek ten był identyczny. Co trzeci kupujący nieruchomość rozłożył spłatę rat na 20 lat, a pozostałym 13% ankietowanym wystarczyło 10 lat.

Wyniki badania Oferteo.pl pokazują, że kredytobiorcy dysponowali zwykle wkładem własnym nieprzekraczającym 10% inwestycji. Między 10 a 20% kosztów było w stanie pokryć 35% badanych, a od 21 do 35% – 14%. Co dziesiąty inwestor deklarował możliwość wpłacenia powyżej 35% ceny nieruchomości.Jakim wkładem własnym Państwo dysponują

– Skoro na spłacenie kredytu hipotecznego statystyczny Polak poświęca 30 lat, to wydaje się, że jest to przedsięwzięcie, które powinno zostać uprzednio bardzo dogłębnie przemyślane. Decyzję o finalizacji zaciągnięcia kredytu powinno poprzedzić bardzo dokładne zapoznanie się z rynkiem i ofertami różnych banków. Im więcej możliwości rozpoznamy, tym łatwiej będzie wybrać najkorzystniejszą radzi Karol Grygiel z zarządu serwisu Oferteo.pl.

Na swoim po trzydziestceW jakim wieku są kredytobiorcy

Na zakup nieruchomości i zaciągnięcie kredytu Polacy decydują się najczęściej tuż po przekroczeniu 30 roku życia. 33% badanych ten krok poczyniło jeszcze przed trzydziestką. 24% zainteresowanych kredytem przekroczyło już 40 lat.

Metodologia badania

Przedstawione dane pochodzą z analizy prawie 2 900 zapytań ofertowych zamieszczonych w serwisie Oferteo.pl w 2020 roku przez podmioty poszukujące kredytu hipotecznego.

[1] „Raport serwisu Bankier.pl” https://www.bankier.pl/wiadomosc/Ceny-ofertowe-mieszkan-listopad-2020-Raport-Bankier-pl-8007506.html

Co piąty Polak zrezygnuje z kredytu lub pożyczki ze względu na pandemię

Ponad połowa (55%) Polaków przyznaje, że ma obecnie do spłacenia kredyty gotówkowe lub ratalne, bądź pożyczki. Od marca na pożyczenie pieniędzy zdecydowało się 47% konsumentów. Co czwarty wskazuje, że do tej decyzji przyczyniła się pandemia. Jednocześnie 35% ocenia, że otrzymanie dodatkowych środków jest obecnie trudniejsze niż przed pojawieniem się COVID-19. Co piąty zainteresowany musiał zrezygnować ze starania się o kredyt lub pożyczkę, najczęściej z obawy przed utratą możliwości ich spłaty, wykazało badanie Krajowego Rejestru Długów.

Polacy, zapytani o to, jak określiliby swoją sytuację finansową, najczęściej (48%) wskazują, że nie jest ona ani dobra, ani zła. Stan swojego portfela dobrze lub bardzo dobrze ocenia łącznie 36%. Natomiast 16% boryka się z problemami w tej sferze i wskazuje na złą lub bardzo złą sytuację finansową – wynika z badania „Jak pożyczają Polacy”, przeprowadzonego przez IMAS International na zlecenie Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej SA.

Jak pożyczamy?

Pożyczamy lub kupujemy na raty najczęściej gdy nie jesteśmy w stanie kupić czegoś za gotówkę (48%), bo zakup przekracza nasze możliwości. Co piąta osoba (21%) pokrywa w ten sposób nieprzewidziane wydatki. Nieco ponad co dziesiąty badany (11,5%) przyznaje, że pożycza, bo brakuje mu pieniędzy na podstawowe potrzeby z powodu niskich zarobków, trudności w planowaniu swojego budżetu czy w związku ze stratą źródła dochodów. Natomiast co dwudziesty konsument (5%) nie ukrywa, że wydaje więcej niż zarabia, więc musi ratować się pożyczkami.

W 2020 r. do powodów zaciągnięcia pożyczki lub kredytu dołączyła także pandemia. Jej wpływ na decyzję o zaciągnięciu zobowiązania wskazał już co czwarty pożyczający. Potrzeba dodatkowego wsparcia finansowego pojawia się najczęściej w związku z utratą pracy (16%), wydatkami na leczenie (14%) czy obniżką wynagrodzenia (11%). Natomiast najczęściej wybieranym w czasie pandemii sposobem dodatkowego dofinansowania są zakupy na raty (18%) i kredyty gotówkowe (16%).

W obliczu obostrzeń i utrudnień w handlu sklepy starają się przyciągnąć klientów, zachęcając ich do skorzystania z możliwości rozłożenia spłaty lub przesunięcia jej nawet o kilka miesięcy. Jak widać to działa, konsumenci chętnie z tej możliwości korzystają, mając poczucie, że dzięki temu mogą podzielić duży wydatek w czasie i udźwignąć jego koszt nawet w przypadku pogorszenia się ich sytuacji finansowej – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej SA.

Epidemia utrudnia dostęp do finansowania

Zdecydowaną większość kredytów i pożyczek (83%) mamy zaciągniętą w bankach. 12% pożycza od osób prywatnych – rodziny, znajomych, sąsiadów. Co dziesiąta osoba zwróciła się o środki do firmy pożyczkowej niebędącej bankiem. Natomiast 7% udało się po tzw. chwilówkę, czyli do firmy pożyczającej bez sprawdzenia w KRD i BIK.

Sytuacja epidemiologiczna wpłynęła na decyzje o sięganiu po finansowanie na rynku kredytów i pożyczek. Już 35% ankietowanych w badaniu KRD wskazuje, że w pandemii trudniej jest pożyczyć pieniądze. Co piąta z tych osób jako powód najczęściej wskazuje niepewność zatrudnienia lub fakt jego utraty, 14% stwierdza, że miałoby problem ze zdolnością kredytową. Blisko co dziesiąty badany mówi o pogorszeniu sytuacji finansowej lub niższych dochodach.

Co więcej, z powodu COVID-19 blisko co piąta osoba (19%) w ogóle zrezygnowała ze starania się o kredyt lub pożyczkę. Najczęściej wymienianą tu obawą jest niepewność dotycząca możliwości spłacenia zobowiązania (40,5%). Część (35%) woli za to poczekać na lepsze czasy lub nie ma w obecnej sytuacji wystarczającej zdolności kredytowej (30,3%).

– Zdecydowanie lepszym rozwiązaniem jest przeczekanie gorszego momentu i rezygnacja z zaciągania dodatkowych zobowiązań, gdy nie ma się odpowiednich możliwości finansowych, niż brnięcie w kolejne pożyczki. To prosta droga do pętli zadłużenia. Trzeźwa ocena własnych możliwości finansowych jest kluczem do bezpiecznego pożyczania, ale i oddawania. Trzeba zawsze pamiętać, że wierzyciel nie zrezygnuje z odzyskania pożyczonych pieniędzy i bez wątpienia wdroży procedury windykacyjne, gdy upłynie termin płatności – mówi Jakub Kostecki, prezes Zarządu firmy windykacyjnej Kaczmarski Inkasso.

Banki miejscem pierwszego wyboru

Większość, bo 81% Polaków w ciągu najbliższych 12 miesięcy nie planuje zaciągnięcia kredytu lub pożyczki. Pozostałe 19% przewiduje, że może potrzebować dodatkowego finansowania. Odsetek ten realnie może okazać się jednak większy, biorąc pod uwagę, że co piąta pożyczająca osoba pokrywa tymi środkami swoje nieprzewidziane wydatki.

Respondenci zapytani o to, gdzie zwróciliby się o finansowanie, gdyby mieli teraz zaciągnąć zobowiązanie, w 60% wskazywali na banki. 19% z taką prośbą udałoby się do bliskich czy znajomych. Tylko około 3% rozważyłoby w takiej sytuacji ofertę firmy pożyczkowej niebędącej bankiem, a kolejne 3% wzięłoby chwilówkę bez weryfikacji w KRD i BIK.

Badanie „Jak pożyczają Polacy” zostało przeprowadzone przez IMAS International na zlecenie Krajowego Rejestru Długów w dniach od 12 listopada 2020 r. do 20 listopada 2020 r. na reprezentatywnej grupie 1007 osób.

Przed świętami prawie połowa Polaków szuka promocji i wyprzedaży

Zbliżające się święta Bożego Narodzenia i Sylwester mają duży wpływ na zawartość zakupowego koszyka Polaków. Najbliższe dni to większe wydatki na jedzenie i alkohol, ale także na kategorie, z których najczęściej wybieramy prezenty dla bliskich. Według autorów badania firmy doradczej Deloitte Global State of the Consumer Tracker o 3 p.p. przybyło konsumentów, którzy więcej wydadzą na odzież i aż o 5 p.p. tych, którzy zwiększą wydatki na elektronikę. Na lepsze nastroje wskazuje też spadek opracowanego przez Deloitte indeksu niepokoju. W najnowszej fali badania wyniósł on zaledwie 7 proc. To duża poprawa w porównaniu do 34 proc. na początku listopada.

Najnowsza edycja badania Deloitte przyniosła wyraźną odwilż w poziomie obaw Polaków wywołanych pandemią, a opracowany przez firmę doradczą indeks niepokoju spadł w ciągu miesiąca z rekordowych 34 proc. aż o 27 p.p. Na początku grudnia różnica netto między osobami, które zgodziły się ze zdaniem „Jestem bardziej zaniepokojony niż tydzień temu” oraz tymi, które zaprzeczyły, wyniosła zaledwie 7 proc. Nadal jednak jesteśmy na wysokim, bo drugim miejscu z najwyższym poziomem niepokoju wśród osiemnastu badanych krajów, choć dużo nas dzieli od Indii, które w bieżącym zestawieniu są na pierwszym miejscu (29 proc.).

Zawsze pytamy naszych respondentów o powód wzrostu niepokoju. W najnowszej fali badania znacząco przybyło konsumentów, którzy wymieniają stan finansów. W listopadzie te obawy wyraźnie przykrył niepokój o zdrowie i bezpieczeństwo. W tym miesiącu jako powód wzrostu obaw kwestie finansowe wskazuje prawie połowa ankietowanych, czyli więcej aż o 9 p.p. Nadal jednak tym, co najbardziej wpływa na poziom naszych obaw jest COVID-19, choć, by oddać sprawiedliwość, trzeba odnotować, że o ile na początku listopada wskazało tę przyczynę 85 proc. ankietowanych, teraz zrobiło to 77 proc. z nich – mówi Michał Tokarski, Partner, lider sektora dóbr konsumenckich w Polsce, Deloitte.

Więcej na żywność i alkohol

Najnowsze badanie pokazuje spore zmiany w koszyku zakupowym polskiego konsumenta, na który bez wątpienia wpływ mają zbliżające się święta i Sylwester. Aż o 8 p.p. przybyło Polaków, którzy planują w ciągu najbliższego miesiąca zwiększyć wydatki na żywność (38 proc.). Nieznacznie, bo o 2 p.p. przybyło też kupujących, którzy spodziewają się więcej pieniędzy zostawić w restauracjach, zamawiając jedzenie na wynos.

Myślę, że i w tym przypadku wpływ na to ma zbliżająca się Wigilia. Wielu z nas zamawia w restauracjach gotowe świąteczne potrawy czy ciasta. Świąteczny catering oferują także restauracje, które wcześniej tego nie robiły, bo dla wielu z nich to okazja do poprawienia swojej sytuacji i zarobku w czasie gdy, przez wywołane pandemią ograniczenia, nie mogą pracować jak zawsze

– mówi Kamil Kucharczyk, Wicedyrektor w dziale Doradztwa Finansowego, Deloitte. Zauważalnie, bo aż o 9 p.p. wzrosła także liczba ankietowanych, którzy spodziewają się w najbliższych tygodniach zwiększyć wydatki na alkohol. Aż 18 proc. konsumentów spodziewa się wydać na ten cel więcej niż w ciągu ostatnich czerech tygodni.

Dziewięciu na dziesięciu Polaków wybierze się po zakupy spożywcze do sklepów stacjonarnych. To też kategoria, którą najchętniej kupujemy w tradycyjny sposób, ponieważ wciąż ostrożnie podchodzimy do zakupów żywności w Internecie. Decyduje się na to tylko 6 proc. z nas. Globalnie z większą rezerwą do kupowania produktów spożywczych online podchodzą tylko mieszkańcy Kanady i Niemcy (po 5 proc.). Na podobnym poziomie ten trend utrzymuje się również we Francji i Włoszech (po 7 proc.). W Europie najchętniej żywność w sieci kupują Brytyjczycy (18 proc.), na świecie natomiast ponad jedna czwarta Chińczyków.

Globalnie częściej od nas po żywność wybierają się do fizycznych sklepów tylko Niemcy (91 proc.). Na trzecim miejscu są Włosi (89 proc.).

Prezentowa gorączka

Zmiany w koszyku widać także w kategoriach, które można uznać za prezentowe. Po spadku na początku listopada, o 3 p.p. przybyło zapytanych, którzy więcej wydadzą na odzież (19 proc.) i aż o 5 p.p. tych, którzy z pewnością zwiększą wydatki na elektronikę (16 proc.). Nieznaczny wzrost widać także w przypadku mebli (3 p.p.) oraz rzeczy do domu (2 p.p.). Większe wydatki na te cele deklaruje odpowiednio 13 proc. i 28 proc. zapytanych przez Deloitte.

Kupując rzeczy do domu, prawie trzy czwarte polskich konsumentów zdecyduje się na wybór produktów znanych marek. Ponad połowa z nas wybiera je, sięgając w sklepie po napoje. Private labels, czyli marki własne sieci handlowych i pozostałe marki wybieramy najczęściej, kupując jedzenie (35 proc.), środki higieny i napoje (po 28 proc.).

Dokonując wyboru pomiędzy markami, najczęściej kierujemy się jakością produktów. Prawie 40 proc. konsumentów, którzy wybierają na zakupach duże marki, uważa, że mają one wyższą jakość. 35 proc. Polaków, którzy sięgają w sklepach po private labels, mówi, że ich jakość jest taka sama lub podobna do droższych produktów znanych producentów – mówi Natalia Załęcka, CMO Advisory Leader, Deloitte.

O 3 p.p. przybyło od ostatniego badania ankietowanych, którzy ufają dużym markom (36 proc.). Kolejne 11 proc. uważa, że są one łatwiej dostępne.

Jedna piąta naszych badanych wybiera też marki sklepowe, bo zwyczajnie nie może sobie pozwolić na droższy wybór – dodaje Natalia Załęcka.

Online trzyma się mocno

Po znacznym zwrocie w kierunku zakupów online na początku listopada, ich popularność utrzymała się na zbliżonym poziomie. Kategorią, którą najchętniej Polacy kupują w Internecie pozostaje elektronika (42 proc.). Tylko nieco mniej z nas (39 proc.) zamawia online jedzenie w restauracjach. O 2 p.p. przybyło od ostatniego badania ankietowanych, którzy w sklepach internetowych kupują ubrania (37 proc.). Niemal jedna trzecia konsumentów decyduje się na tę formę zakupów, wybierając meble. Oprócz żywności w sklepach fizycznych zdecydowanie wolimy kupować rzeczy do domu (81 proc.) oraz leki (80 proc.).

Powoli Polacy przekonują się do tzw. trendu BOPIS, czyli buy online, pick up in store. Najczęściej wybieramy go w przypadku elektroniki. 13 proc. z nas telewizory czy sprzęt kuchenny woli kupić online i odebrać w tradycyjnym sklepie. Niemało, bo 12 proc. konsumentów woli też zamówić w sieci jedzenie i osobiście wybrać się do restauracji po jego odbiór. Te wskaźniki są bardzo podobne w przypadku Francji czy Niemiec

– mówi Wiesław Kotecki, Partner, lider zespołu Customer Strategy & Applied Design w Deloitte Digital. Ekspert dodaje, że w najnowszej edycji badania największą popularność na świecie trend BOPIS zyskał w Stanach Zjednoczonych. Jedna piąta konsumentów za oceanem najchętniej kupuje online i odbiera osobiście jedzenie w restauracjach.

Przedświąteczne polowanie na okazje

Zbliżające się święta i związane z nimi większe wydatki sprawiły, że Polacy w zauważalny sposób zaczęli polować na okazje. Prawie połowa rodzimych konsumentów przyznaje, że gdyby trafiła na atrakcyjną cenę rzeczy, która nie jest im niezbędna, kupiłaby ją. To więcej miesiąc do miesiąca o 4 p.p. W Europie najczęściej okazji wypatrują Irlandczycy (51 proc.) i Brytyjczycy (50 proc.), na świecie natomiast Chińczycy (61 proc.).

Najnowsza fala badania jest kolejną, która pokazuje spadek liczby konsumentów (-1 p.p.), którzy chętniej kupują od lokalnych sprzedawców i producentów, nawet jeśli muszą zapłacić za ich produkty więcej (47 proc.). Po sporym wzroście w ubiegłym miesiącu nieznacznie (-2 p.p.) zmniejszyło się też zainteresowanie markami odpowiedzialnymi społecznie. 37 proc. zapytanych Polaków przyznaje, że kupuje więcej od takich właśnie producentów.

Polacy nadal są grupą konsumentów, którzy najchętniej w Europie kupują na zapas (41 proc.), choć ogólne uspokojenie nastrojów sprawiło, że zmniejszyła się ona o 4 p.p.

Warto bliżej przyjrzeć się tzw. trendowi convenience. Od października przybywa konsumentów gotowych wydać więcej za wygodę, czyli na przykład dostarczenie zakupów do domu. W najnowszej edycji badania odpowiedziała tak jedna trzecia naszych ankietowanych. Zapytani o powód, prawie dwie trzecie z nich wskazuje ochronę zdrowia, połowa oszczędność czasu, a 41 proc. mniejszy stres – podsumowuje Michał Tokarski.

O badaniu

Omawiana edycja badania „Global State of the Consumer Tracker”, czyli badanie reakcji i obaw konsumentów związanych z pandemią koronawirusa, została przeprowadzona przez Deloitte na przełomie listopada i grudnia. To trzynasta ankieta na świecie i dziesiąta, w której udział bierze Polska. Na pytania Deloitte odpowiadało po tysiąc osób z każdego spośród 18 badanych krajów. Oprócz Polski były to: Australia, Kanada, Chiny, Francja, Niemcy, Indie, Irlandia, Włochy, Japonia, Meksyk, Holandia, Korea Południowa, Hiszpania, Wielka Brytania, Stany Zjednoczone, Chile oraz RPA.

Wszystkie główne waluty tracą do dolara. Nowy szczep COVID-19 osłabia też złotego

W ponurych nastrojach startuje przedświąteczny tydzień. Nowy szczep COVID-19 wykryty w Wielkiej Brytanii podnosi obawy o ryzyko wybuchu nowej fali zachorowań i wprowadzeniem surowszych lockdownów. Awersje do ryzyka podsycana też brak postępów w negocjacjach brexitu. Porozumieniem nad pakietem fiskalnym w USA nie może się przebić ponad negatywne informacje. Uwaga skupia się na złotym po piątkowej interwencji NBP. To może nie być koniec sprzedaży.

Awersja do ryzyka uderza mocno w rynek walutowy, szczególnie biorąc pod uwagę, jak silny był zryw optymizmu przed weekendem. Wszystkie główne waluty tracą do dolara i to nie przez uzgodnienie warunków fiskalnego pakietu na rzecz walki z COVID-19. Wypracowane między partiami 900 mld USD powinno być ulga dla gospodarki, a zatem wspiera apetyt na ryzyko na Wall Street, ale też globalnie. Jeśli dookoła nie byłoby innych informacji, powinniśmy z tego tytułu widzieć zieleń na indeksach, ale słabość USD, który w najbliższych miesiącach powinien być źródłem finansowania rajdu ryzykownych aktywów.

Jednak dziś główna uwaga jest na nowej odmianie wirusa COVID-19, którą wykryto w Wielkiej Brytanii. Z dostępnych informacji wynika, że jest to już ósma mutacja koronawirusa, bardziej zakaźna od poprzednich, choć w badaniach nie stwierdzono cięższego przebieg choroby. Mimo to w południowej Anglii wprowadzono nowy, czwarty poziom alarmowy, a kilka krajów z Europy wstrzymała loty z Wielkiej Brytanii. GBP mocno traci pod naporem negatywnych informacji, a do tego dochodzi kolejny zmarnowany weekend negocjacji brexitu. Kwestia łowisk pozostaje głównym źródłem sporu, a czas ucieka. Ale im dłużej trwają negocjacje, tym mniejsza szansa, że jakiekolwiek nowe warunki wejdą w życie od 1 stycznia, w efekcie czego przynajmniej na kila miesięcy Wielka Brytania nie zostanie całkowicie odcięta od jednolitego rynku. Rajd ulgi funta wciąż jest możliwy, tylko kto cierpliwie wyczeka do tego czasu z otwartą pozycją?

Dla reszty rynku na kalkulację wpływu nowego szczepu COVID-19 będą wpływać, jak zaburzony będzie handel w ostatnich dniach grudnia przeplatanych świętami. Niska płynność i dni wolne nie są dobrymi warunkami do obrony pozycji. Redukcja ryzyka i ochrona zysków mogą ściągać aktywa ryzykowne w dół. Widać ot już na rynku ropy naftowej i wycenach spółek z sektorów bankowego, energii i turystyki. Na FX waluty surowcowe są najbardziej narażone na osłabienie względem USD.

Złotego dotyka pogorszenie nastrojów na rynkach zewnętrznych, ale lokalnie spotyka się z nieoczekiwanym przeciwnikiem w postaci Narodowego Banku Polskiego. W piątek pierwszy raz od 2013 r. NBP interweniował na rynku walutowym. Zaskakujący był też kierunek interwencji, gdyż bank centralny sprzedawał polską walutę, co nie zdarzyło się do 2010 r. W odróżnieniu od poprzednich interwencji, nie otrzymaliśmy wyjaśnienia z NBP. W ostatnich sześciu miesiącach Rada Polityki Pieniężnej w protokole po posiedzeniu zwracała uwagę na „brak wyraźnego i trwalszego dostosowania kursu złotego do globalnego wstrząsu wywołanego pandemią oraz poluzowania polityki pieniężnej NBP.” Jednak ponad to nie otrzymaliśmy żadnych sygnałów, że skala umocnienia jest na tyle niepokojąca dla banku centralnego, aby wymagać interwencji. Pod tym kątem działania na rzecz osłabienia złotego wydają się niepotrzebne: EUR/PLN jest relatywnie wysoko, eksport jest silny, a silny popyt zewnętrzny już wspiera sektor przemysłowy. Niski USD/PLN także nie powinien być powodem do niepokoju, gdyż neutralizuje wzrost cen surowców, a także obniża ceny dóbr importowych, kiedy krajowa konsumpcja kuleje przez covidowe restrykcje.

Jedyny powód, jaki pozostaje, to chęć podwyższenia wartości rezerw walutowych dla zwiększenia zysku NBP, którego prawie całość (95 proc.) będzie mogła zostać zasilić budżet państwa. Jeśli to jest faktyczny cel działań NBP, w najbliższych dniach możemy być świadkami kolejnych interwencji, biorąc pod uwagę, że istotny jest tutaj kurs na koniec roku. Jednak taka strategia tylko skutkuje niepotrzebnymi fluktuacjami kursu. Jeśli w 2021 r. na rynkach zewnętrznych będzie rządzić apetyt na ryzyko wywołany oczekiwaniami szybszego ożywienia gospodarczego, osłabiony złoty jest tak naprawdę zaproszeniem inwestorów do wejścia na polski rynek po niższej, bardziej atrakcyjnej cenie. Długofalowo jedyną rzeczą, którą takimi działaniami można trwale osłabić, to wiarygodność NBP.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Sprzedaż pożyczek lekko w górę. Niska szansa na wykorzystanie efektu świąt

Firmy pożyczkowe odnotowały w listopadzie delikatny wzrost sprzedaży pożyczek w porównaniu z październikiem. Wciąż jednak aktywność na rynku jest zdecydowanie mniejsza niż rok temu. Wartość udzielonego finansowania przez branżę w listopadzie 2020 r. była niższa o 27 proc. w stosunku do listopada 2019 roku. W ujęciu liczbowym spadek wyniósł 18 proc. – wynika z analizy Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego.

We wrześniu i październiku tempo odbudowy sprzedaży pożyczek pozabankowych wyraźnie wyhamowało, co było związane z gwałtownym wzrostem zachorowań na COVID-19, wprowadzonymi obostrzeniami w życiu społecznym i gospodarczym oraz obniżonymi nastrojami konsumenckimi. Nie można jednak mówić o załamaniu na rynku, z jakim mieliśmy do czynienia wiosną, podczas pierwszej fali pandemii. W listopadzie liczba i wartość udzielonego finansowania przez firmy pożyczkowe były nieco wyższe niż w poprzednich dwóch miesiącach. Przed branżą okres świąteczny, który zwykle charakteryzuje się wysoką sprzedażą, jednak pierwsze dane za grudzień nie są optymistyczne. Odnotowywane wzrosty są niższe od oczekiwanych.

Rośnie liczba zapytań

Dane Biura Informacji Kredytowej wskazują na wzrost liczby zapytań o raport BIK w listopadzie. Podobnie jak w przypadku wolumenu sprzedaży pożyczek, liczba zapytań kierowanych przez firmy pożyczkowe do BIK mocno spadła w okresie marzec-maj, następnie zaczęła stopniowo rosnąć w kolejnych miesiącach, jednak wciąż jest niższa niż przed rokiem. W listopadzie liczby zapytań zaczęły przekraczać 60 tysięcy tygodniowo. Należy jednak mieć na uwadze, że dane dotyczące liczby zapytań o raport nie odzwierciedlają rzeczywistego popytu na pożyczki. Instytucje kredytowe kierują zapytania do zewnętrznych baz tylko w przypadku tych klientów, którzy wcześniej zostali pozytywnie zweryfikowani w wewnętrznych systemach danej spółki. Strumień wniosków kierowanych do bazy BIK jest zatem zawsze znacznie mniejszy niż faktyczna liczba wniosków o finansowanie, jakie napływają do instytucji pożyczkowych.

Według bazy CRIF liczba odpytań ws. klientów aplikujących o pożyczkę spadła w pierwszej połowie listopada w porównaniu do października, lecz wynika to w większym stopniu z wysokiej bazy porównawczej w poszczególnych tygodniach niż z pogarszania się danych w ujęciu bezwzględnym. Różnice w danych mogą również wynikać z zastosowanej metodologii, która w przypadku danych CRIF uwzględnia dokładnie tę samą bazę porównywanych firm w całym analizowanym okresie.

Wykres – Liczba odpytań ws. klientów aplikujących o pożyczkę w okresie marzec – listopad w stosunku do analogicznego okresu roku ubiegłego

Wykres Liczba odpytań ws. klientów aplikujących o pożyczkę
Źródło: CRIF

Druga fala bez większego wpływu na sprzedaż, lecz przyszłość branży niepewna

Z danych Biura Informacji Kredytowej wynika, że najlepszym tygodniem pod kątem sprzedaży był 9-15 listopada, mimo że był to okres, w którym notowano rekordowe liczby zachorowań na COVID-19. We wspomnianym okresie wartość udzielonych pożyczek pierwszy raz od marca przekroczyła poziom 100 mln zł. W kolejnych tygodniach lekko osłabła, lecz utrzymywała się na poziomie powyżej 80 mln zł tygodniowo. Odnotowane wolumeny są jednak wciąż znacznie niższe od zeszłorocznych. Według danych BIK spadek wartości udzielonego finansowania wahał się na poziomie 25-37 proc. r/r w zależności od tygodnia.

Według danych CRIF w skali miesiąca liczba udzielonych pożyczek w listopadzie spadła o 17,7 proc. r/r, z kolei wartość udzielonego finansowania była niższa o 27,2 proc. rok do roku. Dane wskazują na słabnięcie kondycji rynku w pierwszym i ostatnim tygodniu listopada. W  wartościach bezwzględnych, przeciwnie do bazy BIK, dane sprzedażowe poprawiały się do końca miesiąca. Pogłębienie spadków rok do roku, widoczne szczególnie w ostatnim tygodniu listopada, które równocześnie jest istotnie silniejsze niż sugeruje baza BIK, wynika z wysokiej bazy porównawczej, co prawdopodobnie oznacza, że druga fala epidemii nie spowodowała załamania rynku w porównaniu z październikiem.

Nadchodzące święta nie powinny znacząco poprawić wyników sprzedaży – w ostatnim tygodniu listopada, w którym zwyczajowo sprzedaż jest już wyższa, wartość udzielonych pożyczek była o 43 proc. mniejsza niż w analogicznym okresie ubiegłego roku.

Sytuacja na rynku pożyczek pozabankowych w kolejnych miesiącach w dużej mierze zależy także od decyzji ustawodawcy w zakresie ewentualnego wydłużenia terminu obowiązywania obniżonego limitu kosztów pozaodsetkowych z 8 marca 2021 r. do końca grudnia 2021 roku. Przedłużenie restrykcji z pewnością pogłębi zapaść na rynku – wiele podmiotów, które po marcowej regulacji zdecydowały się na kontynuowanie działalności, prowadzą ją wyłącznie przy założeniu, że przepisy wygasną zgodnie
z pierwotnie zapowiedzianą datą.

Wykres nr 2
Liczba i wartość przyznanych pożyczek w okresie marzec – listopad w stosunku do analogicznego okresu roku ubiegłego

Wykres Liczba i wartość przyznanych pożyczek w okresie marzec-listopad
Źródło: CRIF

Wykres nr 3
Liczba i wartość przyznanych pożyczek w listopadzie w stosunku do średniego tygodnia październikaWykres Sprzedaż w listopadzie w porównaniu z październikiem

Porównując dane listopadowe z danymi za październik, widoczny jest słaby pierwszy tydzień miesiąca oraz systematyczna poprawa w kolejnych tygodniach. W ostatnim tygodniu miesiąca wartość pożyczek udzielonych przez podmioty raportujące do CRIF była o blisko 15 proc. wyższa niż wartość ze średniego tygodnia października.

Nominalnie wartość udzielonych pożyczek w listopadzie wzrosła o 1,4 proc. m/m, co wynika z 5,1 proc. wzrostu w tym okresie średniej wartości pożyczki oraz 3,6 proc. spadku liczby udzielonych pożyczek. Warto zauważyć, że listopad miał 20 dni roboczych, podczas gdy październik 22.

Wykres nr 4
Średnia wartość pożyczki w okresie marzec – listopad w stosunku do analogicznego okresu w 2019 r.

Średnia wartość pożyczki w okresie marzec – listopad
Źródło: CRIF

Średnia wartość pojedynczej pożyczki wyniosła w listopadzie 3086 zł, co oznacza wzrost o 5,1 proc. w porównaniu do października 2020 r. i spadek o 11,5 proc. w ujęciu rok do roku. W ostatnim tygodniu listopada średnia wartość pożyczki wyniosła 81,4 proc. wartości ubiegłorocznej, co jest odczytem zauważalnie niższym od wartości notowanych od września. Spadek jest efektem wysokiej bazy porównawczej, który spowodowany jest wejściem w okres świąteczny.

Wykres nr 5
Odsetek klientów odrzuconych w okresie marzec – listopad 2020 r.[1]

Odsetek klientów odrzuconych w okresie marzec – listopad
Źródło: CRIF

Z uwagi na model raportowania przez firmy pożyczkowe danych nt. liczby odrzucanych aplikacji o pożyczki, należy mieć na uwadze, że dane z ostatnich czterech tygodni zapewne ulegną korekcie. Z tego względu jako ostatni miarodajny odczyt należy potraktować tydzień rozpoczynający się 26 października, który pokazuje delikatne pogorszenie się wskaźnika do poziomu 39,5 proc. wobec minimalnie niższych odczytów w poprzednich tygodniach. W dalszym ciągu poziom odrzucanych wniosków jest jednak mniejszy niż miało to miejsce w kwietniu.

O ponad 20 proc. zmniejszyła się liczba aktywnych podmiotów

Według danych CRIF liczba aktywnych firm pożyczkowych, tj. takich, które w analizowanym okresie udzieliły choć jednej pożyczki, pozostaje od trzech miesięcy na stabilnym poziomie i wynosi 38, co oznacza spadek o ponad 20 proc. w porównaniu z zeszłym rokiem.

Wykres nr 6
Liczba aktywnych firm pożyczkowych[1]

Liczba aktywnych firm pożyczkowych
Źródło: CRIF

Podsumowanie

Analizowane dane z BIK i CRIF za listopad 2020 r. wskazują na wzrost sprzedaży pożyczek pozabankowych w ujęciu nominalnym w porównaniu do października br. Wspomniane dane należy uznać za pozytywny sygnał, gdyż mimo drugiej fali COVID-19 nie doszło do zmaterializowania się scenariusza obserwowanego w marcu i kwietniu, choć wciąż poziomy sprzedaży są znacznie niższe od poziomów z zeszłego roku. Minimalne wzrosty sprzedaży obserwowane w drugiej połowie miesiąca wskazują na ryzyko, że sezonowo dobry okres świąteczny nie zostanie przez branżę wykorzystany, gdyż skala tych wzrostów jest zbyt mała, co powoduje, że w porównaniu do wyników z poprzedniego roku odczyty ulegały znaczącemu pogorszeniu.

Sytuacja na rynku w kolejnych miesiącach jest uzależniona od terminu obowiązywania obniżonego limitu pozaodsetkowych kosztów kredytu konsumenckiego. Już regulacja marcowa mocno uderzyła w firmy pożyczkowe, przez co niektóre spółki musiały ograniczyć lub czasowo zawiesić akcję kredytową, a to w konsekwencji mocno obniżyło podaż pożyczek. Prawie dwukrotnie wydłużony czas obowiązywania regulacji może tylko pogłębić ten problem, co oznaczałoby ograniczony dostęp do finansowania pozabankowego dla dużej części konsumentów.

[1] We wszystkich danych CRIF, gdzie dokonujemy porównania z analogicznym okresem zeszłego roku lub średnimi danymi z poprzedniego miesiąca, stosujemy jednorodną grupę porównawczą, tj. analizujemy wyłącznie grupę instytucji pożyczkowych, która była obecna w całym okresie badania, co pozwala na uniknięcie zaburzeń wniosków na skutek rozpoczęcia lub zakończenia raportowania przez instytucję pożyczkową. W przypadku tego wykresu wskazana w pierwszym zdaniu reguła nie obowiązuje.

[1] Ze względu na specyfikę raportowania spółek do CRIF dane za ostatnie tygodnie listopada w zakresie odsetka klientów odrzuconych mogą ulec zmianom. W niniejszej publikacji używamy danych CRIF wg stanu na 10 grudnia 2020 r.

Pakiet Mobilności: jak zmieni się transport o DMC do 3,5 tony?

Dyskusja na temat tzw. pakietu mobilności w branży TSL nie cichnie od kilku miesięcy. Przegłosowane w lipcu przepisy dotykają między innymi norm socjalnych, tachografów, czy wynagrodzeń kierowców. Szczególna rewolucja nastąpi w transporcie drogowym operującym pojazdami o dopuszczalnej masie całkowitej do 3,5 tony, potocznie nazywanych „busami”. Dotychczas pojazdy tego typu nie podlegały regulacjom zawartym w rozporządzeniu nr 561/2006 (normy socjalne), czy nr 165/2014 (tachografy i ich obsługa). Co czeka przedsiębiorców opierających biznes na samochodach o DMC do 3,5 tony? Od kiedy zaczną obowiązywać tachografy w „busach” i jakie obowiązki będą ciążyć na przedsiębiorstwach transportowych? Arkadiusz Góra ekspert OCRK z Grupy INELO podsumowuje nadchodzące zmiany.

Po pierwsze: licencja wspólnotowa

Pierwszą istotną oraz czasowo najbliższą do wdrożenia zmianą jest objęcie opisywanej grupy przewoźników obowiązkiem posiadania licencji wspólnotowej uprawniającej do wykonywania międzynarodowych przewozów rzeczy pojazdami lub zespołami pojazdów o dopuszczalnej masie całkowitej przekraczającej 2,5 tony. Ta niezwykle istotna zmiana oznacza włączenie tych przewozów do przepisów rozporządzenia 1071/2009. W konsekwencji przewoźnik wykonujący działalność w oparciu o wspomniane „busy” będzie musiał spełnić szereg obowiązków związanych z dostępem do rynku, stanowiących podstawę do uzyskania licencji wspólnotowej.

Przewoźnicy mają czas na przygotowanie się do wprowadzenia licencji wspólnotowych, ponieważ wskazane przewozy zostaną objęte obowiązkiem jej posiadania od maja 2022 roku. Zgodnie z treścią art. 3 ust. 1 rozporządzenia 1071/2009 przedsiębiorca musi spełnić wymogi w zakresie:

  • posiadania rzeczywistego miejsca prowadzenia działalności w siedzibie państwa, w której dostępna będzie kompletna dokumentacja dotycząca prowadzonej działalności, zatrudnienia oraz realizowanych przewozów,
  • znajomości przepisów związanych z prowadzeniem działalności w zakresie przewozów,
    posiadania zdolności finansowej w wysokości 1 800 € na pierwszy pojazd oraz 900 € na każdy następny,
  • posiadania kwalifikacji potwierdzonych certyfikatem kompetencji lub wyznaczenia osoby posiadającej certyfikat.

Efektem uzyskania licencji wspólnotowej będzie dostęp do rynku przewozowego Wspólnoty Europejskiej na zasadach określonych przepisami unijnymi. Pozwoli to na uniknięcie barier wynikających z indywidualnych rozwiązań prawnych stosowanych przez poszczególne państwa członkowskie.

Po drugie: dotkliwsze kary

Na szczególną uwagę przewoźników zasługiwać będzie zupełnie nowe podejście uprawnionych służb kontrolnych do odpowiedzialności za nieprawidłowości stwierdzane podczas kontroli na drogach lub przedsiębiorstwach. Po wejściu w życie nowych przepisów wiele naruszeń będzie uderzało w tzw. dobrą reputację przewoźnika, która w określonych przepisami okolicznościach może nawet zostać utracona. Stwierdzenie podczas kontroli nieprawidłowości może prowadzić nie tylko do nałożenia kary finansowej, ale do przypisania naruszenia do grupy tzw. poważnych, bardzo poważnych lub najpoważniejszych. W takim przypadku uprawniony organ przekazuje do właściwego rejestru informację o naruszeniu. Na jej podstawie organ wydający licencję ma prawo wszcząć postępowanie w zakresie oceny dobrej reputacji. W konsekwencji może dojść do czasowego zawieszenia przewoźnikowi określonej liczby wypisów z licencji lub np. utraty certyfikatu kompetencji zawodowych. Wymóg posiadania dobrej reputacji dotyczy przedsiębiorcy oraz osoby zarządzającej transportem w przedsiębiorstwie – posiadacza certyfikatu kompetencji zawodowych.

Po trzecie: tachografy w „busach”

Kolejną niezwykle ważną zmianą będzie objęcie przewozów realizowanych pojazdami lub zespołami pojazdów, których dopuszczalna masa całkowita przekracza 2,5 tony i nie przekracza 3,5 tony, obowiązkiem instalacji i użytkowania tachografów cyfrowych. Oznacza to stosowanie wobec kierowców pełnego zakresu norm socjalnych dotyczących czasu jazdy, przerw oraz odpoczynków, zawartych w rozporządzeniu (WE) 561/2006 oraz obowiązku prawidłowej obsługi tachografu, określonego w rozporządzeniu (UE) 165/2014. Również w tym przypadku przewidziano okres przejściowy, umożliwiający dostosowanie się przewoźników do nowej sytuacji. Jeśli wdrożone niedawno przepisy nie ulegną zmianie, tachografy w „busach” pojawią się obowiązkowo od lipca 2026 roku.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że zgodnie z treścią rozporządzenia 561/2006 przedsiębiorstwo transportowe odpowiada za naruszenia przepisów, których dopuszczają się kierowcy tego przedsiębiorstwa, nawet jeśli naruszenie takie miało miejsce na terytorium innego Państwa Członkowskiego lub w państwie trzecim. Na przedsiębiorcy spoczywa więc obowiązek nadzorowania realizowanych przewozów drogowych, dbania o wiedzę i kwalifikacje kierowców, ponieważ w czasie kontroli drogowych weryfikowana będzie aktywność kierowców nawet do 56 dni wstecz. Również za umiejętność obsługi tachografów przez kierowców odpowiedzialność ponosi przewoźnik. Wynika to wprost z rozporządzenia 165/2014, według którego przedsiębiorstwa transportowe są odpowiedzialne za zapewnienie, by ich kierowcy byli właściwie wyszkoleni, a także poinstruowani w zakresie prawidłowego działania tachografów. Firmy powinny przeprowadzać regularne kontrole wewnętrzne, by zapewnić właściwe użytkowanie tachografów przez swoich kierowców. Przedsiębiorcom nie wolno też udzielać żadnych bezpośrednich ani pośrednich zachęt, które mogłyby skłaniać kierowców do niewłaściwego używania tachografów.

Państwa członkowskie mogą wprowadzać własne regulacje do czasu ich ujednolicenia

Odnosząc się do międzynarodowych przewozów rzeczy realizowanych tzw. „busami” warto wspomnieć o niedawnej zmianie przepisów na terenie Francji. Od 3 września 2020 roku wprowadzono bezprecedensowy zakaz obierania przez kierowców odpoczynków dziennych oraz tygodniowych w kabinach pojazdów, których dopuszczalna masa całkowita nie przekracza 3,5 tony. Zakaz obowiązuje bez względu na wyposażenie pojazdów w miejsca do spania. W konsekwencji, odpoczynki dzienne i tygodniowe powinny być odbierane poza pojazdem, w miejscach do tego przystosowanych, z zachowaniem odpowiednich warunków higienicznych. Na pracodawcy i kierowcy spoczywa obowiązek wykazania, gdzie i w jakich warunkach odbierał odpoczynki. Regulacja wynika z art. L3313-4 francuskiego kodeksu drogowego. Tego typu praktyki nie będą stosowane, gdy omawiane przewozy zostaną objęte przepisami wspólnotowymi.

Artykuł przygotował Arkadiusz Góra, ekspert OCRK, Grupa INELO.

Czy od stycznia wrócą cła i kontrole graniczne między UE a Wielką Brytanią?

Już 1 stycznia 2021 roku ma się zakończyć okres przejściowy, poprzedzający wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Wciąż jednak nie zostało wynegocjowane, jak ma wyglądać umowa handlowa i gospodarcza pomiędzy Wielką Brytanią a krajami Unii. Bez wynegocjowania tej umowy, od 1 stycznia przyszłego roku handel z Wielką Brytanią zacznie odbywać się na takich zasadach, jak z krajami trzecimi. A to oznacza powrót ceł, kontroli na granicach i wyższych norm sanitarnych w handlu żywnością. To nie musi się jednak zdarzyć. Jest jeszcze szansa na to, że umowa zostanie wynegocjowana do końca tego roku. Jednak możliwości, że wejdzie ona w życie od 1 stycznia, są znikome. Najprawdopodobniej możemy się spodziewać umowy, która przedłuży okres przejściowy na kolejne miesiące – by jej wdrożenie było możliwe.

– Obu stronom powinno zależeć na tym, aby nie dopuścić do wyjścia bezumownego i powrotu stawek celnych. To spowoduje szerokie komplikacje, jeżeli chodzi o wzajemną współpracę gospodarczą. Jeżeli uda się wynegocjować umowę, która za jakiś czas wejdzie w życie, nie opłacałoby się wdrażać całego systemu związanego z handlem z Wielką Brytanią jako krajem trzecim. Dlatego w interesie wszystkich jest wynegocjowanie tej umowy i przedłużenie okresu przejściowego – powiedział serwisowi eNewsroom Łukasz Ambroziak, analityk Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Stronom może na tym zależeć jeszcze bardziej, niż rok temu – z uwagi na pandemię COVID-19, kłopoty unijnych gospodarek oraz gospodarki Wielkiej Brytanii. Niepotrzebny byłby nam teraz taki cios w postaci bezumownego wyjścia. W zależności od scenariusza, Polska może stracić więcej lub mniej. Według szacunków PIE – w przypadku powrotu cła, średnia ważona stawka celna w polskim eksporcie do Wielkiej Brytanii wzrosłaby do ponad 7%. Wzrost cła w imporcie wyniósłby około 5%. Najbardziej ucierpiałyby produkty rolno-spożywcze, stanowiące około 20% polskiego eksportu na rynek brytyjski. W tej grupie produktów średnia stawka celna przekroczyłaby 25%. Dotkną nas również ograniczenia w handlu samochodami i częściami, kontrole na granicach podniosą koszt transportu, a dodatkowe normy obciążą polskich eksporterów i importerów – ostrzega Ambroziak.

Poznański startup rusza na podbój Europy. Umożliwi zdalny monitoring pacjentów w izolatoriach COVID-owych

W grudniu br. sensor WARMIE wraz z oprogramowaniem otrzymał Certyfikat Wyrobu Medycznego Klasy IIb. Oznacza to, że może być stosowany do pomiaru temperatury ciała nawet najciężej chorych pacjentów, m.in. nieprzytomnych, przebywających na oddziałach intensywnej terapii czy w izolatoriach, także tych COVID-owych. Dzięki WARMIE pomiar może być dokonywany automatycznie i zdalnie, czyli bez zaangażowania personelu medycznego.

– W dobie pandemii szczególnie istotne jest ograniczenie zbędnego kontaktu z pacjentem przy zachowaniu najwyższej jakości oceny jego stanu. To podnosi poziom bezpieczeństwa chorych i pracowników szpitali. WARMIE jest idealnym narzędziem do tego celu – mówi prof. Tomasz Banasiewicz, odpowiedzialny za nadzór medyczny nad projektem.

Producenci podkreślają, że urządzenie w czasie rzeczywistym zbiera bardzo dokładne wyniki. Umożliwia wykrywanie nawet najmniejszych zmian temperatury ciała, często wyprzedzając inne sposoby oceny stanu zdrowia. Dużym ułatwieniem logistycznym jest też bezprzewodowy pomiar. Co więcej, sensor pozwala na integrację z innymi systemami, globalne gromadzenie danych, generowanie alarmów i udział w algorytmach wspomagania decyzyjnego.

– Wiemy o wysokiej gorączce u części pacjentów w przebiegu COVID-19, ale nie poznaliśmy jeszcze roli prognostycznej tego parametru i możliwości szybkiej interwencji zależnie od jego zmian. Sensor daje możliwość unikatowej obserwacji dynamiki wahań temperatury ciała i tworzenia algorytmów postępowania z pacjentami. To ważny krok na drodze do inteligentnego, spersonalizowanego nadzoru, który jest przyszłością w opiece nad chorym, zwłaszcza wymagającymi intensywnego leczenia – zaznacza prof. Banasiewicz.

Spółka już od kwietnia sukcesywnie wdrażała odpowiednie procedury. Zaczęła od Systemu Zarządzania Jakością Dla Wyrobów Medycznych ISO 13485:2016. Wówczas certyfikacja w zakresie projektowania, wytwarzania i sprzedaży czujnika temperatury wraz z oprogramowaniem do domowego i profesjonalnego użytku potwierdziła zdolność do produkcji urządzeń medycznych. I dała gwarancję oferowanej przez nią jakości. To było pierwszym krokiem do uzyskania Certyfikatu Wyrobu Medycznego Klasy IIb, który rozszerza poznańskiej spółce możliwości dotarcia do większej grupy odbiorców.

– Do tego w listopadzie br. zostało zakończone badanie kliniczne prowadzone w poznańskim szpitalu im. Heliodora Święcickiego, który jako pierwszy wyraził chęć wykorzystania naszego systemu. Obecnie prowadzimy rozmowy z kilkoma dużymi podmiotami działającymi w branży medycznej i z placówkami ochrony zdrowia, które są zainteresowane wdrożeniem nie tylko w Polsce, ale też w innych krajach – informuje Piotr Piątek, członek zarządu spółki WARMIE.

Uzyskanie certyfikatu wyrobu medycznego, a następnie zgłoszenie produktu do Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych (URPLWMiPB) dało spółce prawo do sprzedawania urządzenia na terenie całej Unii Europejskiej. To z kolei otwiera jej drogę do 30 nowych rynków. Jednak spółka myśli o szerszej ekspansji.

– Poza UE obowiązują indywidualne normy danego kraju, dlatego obecnie prowadzimy szereg dodatkowych czynności, żeby się dopasować do wymogów innych rynków. W niedalekiej przyszłości planujemy dotrzeć też na Bliski Wschód i do Afryki. Prowadzimy już rozmowy z Nigeryjczykami. Ze względu na utrudniony dostęp do lekarzy coraz większą rolę zaczyna pełnić tam telemedycyna i zdalny monitoring pacjentów. Dla nas to idealna szansa, którą chcemy wykorzystać – podsumowuje Piotr Piątek.