31 października wchodzi w życie zmiana w ustawie o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym

  • 31 października wchodzi w życie zmiana w ustawie o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym, która nakłada na samorządy obowiązek tworzenia cyfrowych danych wektorowych na potrzeby planowania przestrzennego oraz ich publikację w ogólnodostępnych zbiorach.
  • Ogólnodostępne dane to wielkie ułatwienie dla geodetów, inwestorów oraz zwykłych Kowalskich zainteresowanych kupnem gruntów. Zmiany w prawie ułatwią i przyspieszą realizację inwestycji.
  • Gdańsk, Wrocław, Rzeszów czy Łódź to gminy, które nadal nie opublikowały ani rastrowych ani wektorowych danych przestrzennych. Będą miały dwa lata by to zmienić.
  • Obecnie największym źródłem danych wektorowych jest portal INSPIREHUB, na którym można obejrzeć mapy i pobrać potrzebne dokumenty co dziesiątej polskiej gminy.

Nowelizacja prawa geodezyjnego i kartograficznego oraz ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym zobliguje samorządy do tworzenia cyfrowych danych niezbędnych do planowania i zarządzania gruntami. Zmiana w ustawie określa format w jakim dane przestrzenne muszą być udostępnione przez gminy. Uwolnione dane geodezyjne i kartograficzne można będzie bezpłatnie pobierać online w formie map numerycznych w skali 1:10 000 czy ortofotomap. Dostępne będą także dane pomiarowe LIDAR, numeryczne modele terenu, dane o osnowach geodezyjnych oraz podstawowe informacje o działkach i budynkach (bez danych osobowych). Rozpoczyna się również długo oczekiwany proces standaryzacji danych planistycznych. Ujednolicenie formatu publikowanych danych przyspieszy procesy planowania inwestycyjnego opartego na miejscowym planie lub decyzji o warunkach zabudowy. Ponadto, prezentując w atrakcyjny sposób dane zagospodarowania przestrzennego gminy będą mogły łatwiej przyciągnąć potencjalnych inwestorów.

Kartograficzne dane są szeroko wykorzystywane we wszystkich firmach, które badają teren, przygotowują plany inwestycyjne pod np. lotniska, drogi czy magazyny i pozyskują inwestycje pod zabudowę. Jeśli wcześniej trzeba było wnioskować o takie mapy wektorowe, co znacznie wydłużało proces inwestycyjny, teraz uwolnione dane będzie można pobierać lub analizować online. Biznes na pewno odczuje przyspieszenie realizacji wszystkich toczących się inwestycji. Skorzystają z systemów informacji przestrzennej również samorządy, np. gmina, która wcześniej musiała wnioskować o wydanie danych do powiatu lub województwa, będzie mogła je pobrać online. Niektóre instytucje państwowe, np. wojewódzkie ośrodki dokumentacji geodezyjnej i kartograficznej, które zarządzają mapą numeryczną, po zmianach w przepisach będą musiały zmienić swoją rolę, reorganizować się i adaptować do nowej rzeczywistości. Większej rewolucji jednak warto spodziewać się w środowisku biznesowym. Na bazie nowo otwartych danych mogą powstać produkty dla firm chociażby dla przemysłu fotowoltaicznego, które pozwoliłyby ocenić na których budynkach istnieje możliwość montażu paneli słonecznych, a na których owe panele już są. Dla obywateli publikacja planów miejscowych to możliwość wcześniejszego zdalnego sprawdzenia przeznaczenia działki w miejscowym planie. Pozwoli to uniknąć sytuacji, w której zakupiona zostanie działka, gdzie można np. zbudować tylko drewniany dom z dwuspadowym dachem o maksymalnej wysokości 5m – tłumaczy Sławomir Hemerling-Kowalczyk, Prezes GIAP, członek zarządu Sputnik Software.

Niektóre gminy wprowadziły już zaawansowane systemy informacji przestrzennej, ale większość publikowała dane planistyczne w dowolnej formie na geoportalach lokalnych lub regionalnych tylko jako granice planów albo w ramach Biuletynu Informacji Publicznej jako tekst i rysunek w formacie pdf. Niespójność formatów, a często nawet niekompletność takich danych i brak ich aktualizacji znacząco utrudniały analizę danych przestrzennych przez inwestorów czy potencjalnych nowych mieszkańców gminy. Obecnie nie ma możliwości zdalnej analizy map wektorowych tak atrakcyjnych pod względem inwestycyjnym terenów miast jak Gdańsk, Wrocław, Rzeszów czy Łódź, nie wspominając o wielu innych większych i mniejszych miastach i gminach, ponieważ nie udostępniły one jeszcze swoich danych. Od listopada samorządy będą miały dwa lata na wprowadzenie nowych wytycznych w życie.

Portal INSPIREHUB powstał jako dostępna 24/7 baza danych przestrzennych dla użytkowników biznesowych i prywatnych, gdzie mogą pozyskać niezbędne do planowania inwestycji aktualne dane topograficzne odpowiedniej jakości. Dotychczas na naszym portalu zebraliśmy przestrzenne dane wektorowe 10% wszystkich polskich gmin tym samym tworząc największą bazę map w Polsce, zależy nam żeby tych gmin było z każdym rokiem coraz więcej – podkreśla Prezes GIAP, członek zarządu Sputnik Software Sławomir Hemerling-Kowalczyk.

Wśród dostępnych na INSPIREHUB lokalizacji najczęściej wyświetlane są mapy Aleksandrowa Łódzkiego i Dąbrowy Górniczej, wsi Tarnowo Podgórne oraz gminy Dobra Szczecińska. Mapę Aleksandrowa Łódzkiego tylko we wrześniu wyświetliło prawie 2,5 tys. osób, które pobrało za pośrednictwem portalu 705 tekstów i rysunków miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego (MPZP). Najwięcej, czyli prawie tysiąc takich dokumentów w ciągu miesiąca pobrano szukając danych dot. gminy Tarnowo Podgórne, co świadczy o wysokim zainteresowaniu inwestorów tym terenem. Liczba odwiedzin strony oraz pobieranych dokumentów systematycznie rośnie.

GIAP funkcjonuje od 2013 roku. Podstawową specjalizacją jest tworzenie oprogramowania GIS dla planowania przestrzennego, a głównym produktem jest Samorządowa Platforma Danych Przestrzennych (SPDP) wspierająca realizację zadań administracji samorządowej. W jej skład wchodzą aplikacje dedykowane poszczególnym dziedzinom, portale mapowe m.in. INSPIREHUB, aplikacje mobilne, e-usługi oraz przetwarzanie danych przestrzennych.

W Afryce powstają już projekty z dachami solarnymi SunRoof autorstwa Mokena Makeka

SunRoof, polsko-szwedzki startup tworzący dachy solarne i rozwiązania wspierające inteligentne zarządzanie energią oraz Mokena Makeka, światowej sławy architekt i założyciel Makeka Design Lab, międzynarodowej, wielokrotnie nagradzanej praktyki architektonicznej w Kapsztadzie, łączą swoje doskonałe designy i wizje budowania zrównoważonej przyszłości. Właśnie zaprezentowali projekty, w których ekologiczne innowacje zmieniają życie mieszkańców południowej Afryki.

SunRoof i Makeka Design Lab podkreślają wiele wartości, które przyciągnęły ich marki. Obie powstały z pasji do kreowania pięknej architektury i wykorzystania nowatorskich pomysłów do rozwiązywania globalnych wyzwań. Za ich sukcesami stoją młodzi, odważni, przełamujący rzeczy niemożliwe założyciele.

Mokena Makeka ma jeden cel: ulepszać codzienne życie ludzi poprzez dobry projekt, który jest przyjazny dla środowiska. Urodził się w RPA, ale większość swojej młodości spędził w Nowym Jorku, co dało mu inną perspektywę patrzenia na potrzeby społeczeństwa i rozwój przestrzeni miejskiej. Wrócił do rodzinnego kraju z wiarą w siłę dobrego designu i postanowieniem zmiany świata dzięki architekturze. Sławę i uznanie przyniosła mu m.in. przebudowa dworca głównego w Kapsztadzie, z którego codziennie korzysta ponad 270 000 osób. Miejsce, będące niegdyś symbolem separacji przekształcił w ikonę integracji. To oddaje potężny wpływ, jaki Mokena Makeka ma na projektowanie strategiczne. Doradzał m.in. Ministrowi ds. Osiedli Ludzkich w RPA, a także został wyróżniony tytułem Young Global Leader przez Światowe Forum Ekonomiczne.

Wizjonerskie dążenia do ekologicznych miast tego wybitnego architekta i SunRoof spotkały się w Afryce, gdzie za globalny rozwój solarnej technologii odpowiedzialny jest Marek Zmysłowski. Współzałożyciel startupu, seryjny przedsiębiorca i inwestor już wcześniej z sukcesami budował biznesy internetowe w Nigerii. Tak jak Makeka, przeniósł też swoje międzynarodowe doświadczenia na kontynent afrykański. Podobne podejście do upowszechniania “zielonych” innowacji przyniosło efekty w postaci wspólnych, gotowych do wdrożenia projektów.

Mokena Makeka
Mokena Makeka, założyciel i dyrektor generalny Makeka Design Lab

To, co Mokena Makeka robi dla zrównoważonej architektury jest inspirujące i jesteśmy dumni, że SunRoof może stać się częścią jego doskonałych projektów. Bardzo ważne jest dla nas, że takie wyjątkowe połączenie wspaniałego designu i energii słonecznej pozwoli stawić czoła wielu współczesnym wyzwaniom – mówi Marek Zmysłowski, współzałożyciel i Global Expansion & Partnerships, SunRoof.

Doceniam estetykę technologii SunRoof. Udowadnia, że zrównoważone rozwiązania mogą być też piękne – mówi Mokena Makeka, założyciel i dyrektor generalny Makeka Design Lab.

Heliport z dachem solarnym SunRoof Kapsztad RPA
Projekt Makeka Design Lab: Heliport z dachem solarnym SunRoof, Kapsztad, RPA.

Jednym z projektów Mokeny Makeka, zakładającym możliwość instalacji SunRoof, jest pierwszy w RPA heliport oraz odsalarnia, zlokalizowane w V&A Waterfront – tętniącej życiem, handlowej i rozrywkowej części Kapsztadu, będącej jednocześnie jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc w Afryce.

Projekt Makeka Design Lab Odsalarnia z dachem solarnym SunRoof, Kapsztad, RPA
Projekt Makeka Design Lab: Odsalarnia z dachem solarnym SunRoof, Kapsztad, RPA.

Dach solarny idealnie wpisuje się też w projekt destylarni do wytwarzania wysokiej jakości trunku z agawy, firmowanego lifestyle’ową marką House of Makeka.

Projekt Makeka Design Lab Destylarnia z dachem solarnym SunRoof, RPA
Projekt Makeka Design Lab: Destylarnia z dachem solarnym SunRoof, RPA.

Międzynarodowy konkurs architektoniczny

Jako zagorzały zwolennik dobrego designu i zrównoważonego projektowania, Mokena Makeka dołączył do jury międzynarodowego konkursu dla architektów „Dom Przyszłości. Najlepszy projekt SunRoof 2020. Projektowanie Domu Przyszłości z dachem solarnym SunRoof przy użyciu BIMobject”, organizowanego przez SunRoof i BIMobject.
To wyjątkowy projekt, który promuje Domy Przyszłości jako miejsca budowane z szacunkiem dla naszej planety. Domy w inteligentny sposób wykorzystujące warunki, w jakich zostały stworzone – wiatr, światło i naturalne ciepło oraz korzystające z odnawialnych źródeł energii.

Konkurs trwa do 30 listopada 2020.

Zmiany klimatu to problem nie tylko przyszłych pokoleń

W marcu tego roku Europejska Agencja Kosmiczna poinformowała, że lód na Grenlandii i Antarktyce topnieje 6-krotnie szybciej niż w latach 90. ubiegłego wieku, potwierdzając tym samym najmniej optymistyczny scenariusz klimatyczny. W przypadku Polski, w ostatnich latach częstotliwość występowania ekstremalnych zjawisk meteorologicznych i hydrologicznych, w tym susz, wyraźnie się nasiliła. Na przestrzeni ostatniej dekady tj. lat 2010 – 2019 susze miały miejsce dwukrotnie częściej niż w dekadach ubiegłych. Dla porównania, w poprzednim dwudziestoleciu (1989 – 2009) zdarzenia suszy o dużej intensywności i zasięgu notowano raz na 5 lat (lata: 1989, 1992, 2000, 2003). Negatywne skutki zmian klimatu obserwujemy już teraz, a zjawiska z nimi związane coraz częściej dotykają każdego z nas bezpośrednio, mimo że nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę. Niestety, scenariusze klimatyczne nie napawają optymizmem.

Scenariusze klimatyczne najczęściej przedstawia się w znacznej perspektywie czasowej (kilkadziesiąt lat). Możemy wówczas przypuszczać, że skutki zmian klimatu to rzeczywistość przyszłych pokoleń, podczas gdy już teraz doświadczamy negatywnych konsekwencji zmian w systemie klimatycznym Ziemi.

Zmiany warunków klimatycznych sprzyjają rozprzestrzenianiu się chorób wektorowych (zakaźnych) przenoszonych przez owady. Insekty zasiedlają obszary do niedawna niesprzyjające ich rozwojowi, a przez to zwiększa się przestrzenny zasięg ryzyka występowania chorób takich jak malaria, gorączka denga, czy Gorączka Zachodniego Nilu w miejscach, gdzie wcześniej nie występowały. Raport amerykańskiego Centrum Kontroli i Prewencji Chorób (CDC) dowiódł, iż w okresie 2004-2016 tylko w USA liczba zachorowań powodowanych przez patogeny przenoszone przez kleszcze podwoiła się. Ostatnia, relatywnie ciepła zima w Polsce sprawiła, że kleszcze znacznie szybciej przeszły do aktywności i mogą stanowić zagrożenie nawet do końca listopada. Globalne ocieplenie w wielu regionach, poprzez wzrost temperatury wód, stymuluje rozwój wielu patogenów wodozależnych (bakterii, pierwotniaków, czy wirusów).

W wielu regionach nie jest bezpiecznie

Przewiduje się, że w najbliższej przyszłości zmiany klimatu pośrednio będą prowadzić także do migracji ludności. Jak wynika z raportu Banku Światowego, prognozuje się, że do 2050 roku ponad 140 milionów osób będzie zmuszonych do zmiany miejsca zamieszkania, tylko z powodu zmieniających się warunków klimatycznych. Od 2013 roku niemal 15 milionów Filipińczyków zostało przesiedlonych z powodu licznych burz i tajfunów. W Hiszpanii natomiast jest teraz więcej fal upałów niż kiedykolwiek wcześniej. W latach 1975-2014 czas trwania fal upałów wynosił średnio 5 dni, zaś w ciągu ostatnich pięciu lat – 15 dni.

Zmiany klimatu to czynnik intensyfikujący konflikty i kryzysy migracyjne. Międzynarodowy zespół naukowców opublikował na łamach „Global Environmental Change” badanie, w którym wykazano, że susze i wiążące się z nimi mniejsze zbiory, w niektórych regionach świata mogą być przyczyną konfliktów o zasoby, które z kolei zmuszają mieszkańców do migracji. Z analizy wynika, że pogarszające się warunki klimatyczne wpłynęły znacząco na ostatnie fale migrantów, uciekających przed konfliktami w rejonie Bliskiego Wschodu – komentuje dr inż. Krystian Szczepański, Dyrektor IOŚ-PIB, realizującego projekt Klimada 2.0.

Ekstremalne zjawiska

Postępujące zmiany klimatu wiążą się z coraz częstszymi rekordami wysokich temperatur oraz niespotykaną dotąd liczbą występujących na danym obszarze ekstremalnych zjawisk pogodowych. Większość odnotowanych rekordów temperatur przygruntowych pochodzi z okresu ostatnich 20 lat. Wzrost temperatury mórz i oceanów wód sprzyja tworzeniu się huraganowych sztormów. Naukowcy potwierdzają, że przyczyny zwiększonej liczby huraganów są pochodzenia antropogenicznego.

Negatywny wpływ człowieka na środowisko można skwantyfikować. Do czasów rewolucji przemysłowej, różnica między ilością energii pochłanianej i emitowanej przez planetę była porównywalna i tworzyła odpowiedni balans. Badania przeprowadzone przez NASA dowodzą, iż obecnie stężenie CO2, to jest jednego z podstawowych gazów cieplarnianych, jest największe od ponad 650 tysięcy lat. Za nadwyżkę, powodującą zakłócenie równowagi w systemie klimatycznym, odpowiedzialny jest w dużej mierze człowiek. To właśnie w wyniku naruszenia tej równowagi corocznie ubywa ok. 413 gigaton pokrywy lodowej, co prowadzi do podniesienia poziomu mórz o 3,3 mm rocznie, czyli ok. 18 cm w przeciągu ostatnich 100 lat. Co więcej, 18 z 19 najcieplejszych lat, jakie odnotowano od 1884 roku, miało miejsce wyłącznie w XXI wieku – dodaje dr inż. Krystian Szczepański, Dyrektor IOŚ-PIB, realizującego projekt Klimada 2.0.

Musimy zacząć działać

Skutki zmian klimatu już teraz determinują naszą codzienność. Wobec tego każde działania zaradcze i naprawcze, jakie podejmujemy, są kluczowe w kontekście przyszłości całej Planety i życia na Ziemi. Inicjatywy, takie jak projekt Klimada 2.0 realizowany przez Instytut Ochrony Środowiska-Państwowy Instytut Badawczy oraz towarzysząca mu kapania informacyjno-promocyjna „Klimat się zmienia. Zmień sposób myślenia!” mają na celu pokazać nam wszystkim, że stan środowiska naturalnego ulega coraz większej degradacji i tylko od nas zależy, czy przyszłe pokolenia będą w stanie żyć na naszej Planecie.

Dziesiątki nieprawidłowości, sztuczne wydłużanie terminu przedawnienia tak od 7 lat wygląda sprawdzanie firmy przez fiskusa

Dyrektor urzędu kontroli skarbowej w 2013 r. wszczął wobec przedsiębiorcy kontrolę skarbową. Dwa lata później wydał niekorzystne dla niego decyzje, obarczające firmę liczonymi w setkach tysięcy złotych zobowiązaniami podatkowymi. Gdy w 2016 r. decyzje te wskutek odwołań podatnika zostały uchylone, jeszcze tego samego roku organy ścigania wszczęły wobec przedsiębiorcy postępowanie karne skarbowe, które 9 miesięcy później zawiesiły, zawieszając tym samym bieg terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego. W styczniu 2018 r. organ podatkowy znów wydał niekorzystne dla firmy decyzje, a organ drugiej instancji ponownie je uchylił. Po trzech i pół roku bezowocnego dochodzenia organy ścigania zastanawiają się (tylko zastanawiają) nad jego umorzeniem. We wrześniu 2020 r. organy skarbowe generalnie wycofały się ze swoich dotychczasowych ustaleń dotyczących rozliczeń firmy z 2011 r. Wycofały się, gdyż firma nie uległa niekorzystnym dla siebie decyzjom organów, bo miała obrońcę, bo walczyła. Pytanie, ilu przedsiębiorców nie walczy, bezsilnie poddając się trwającym latami, często bezprawnym działaniom fiskusa…

„…nie wszczyna się postępowania, a wszczęte umarza, gdy czyn nie zawiera znamion czynu zabronionego albo ustawa stanowi, że sprawca nie popełnia przestępstwa. Tym samym należy stwierdzić, że doszło do naruszenia art. 17 § 1 pkt 2 k.p.k. w zw. z art. 113 § 1 k.k.s. i art. 1 § 3 k.k.s. oraz art. 303 k.p.k. w zw. z art. 325a k.p.k. w zw. z art. 113 § 1 k.k.s. Organ podatkowy nadużył swojej kompetencji, wszczynając postępowanie karne skarbowe w celu innym aniżeli cel tego postępowania, tj. wyłącznie po to, aby zawiesić bieg terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego” – orzekł Wojewódzki Sad Administracyjny we Wrocławiu w wyroku z 22 lipca 2019 r. (sygn. akt I SA/Wr 365/19).

Przywołany wyrok pokazuje, że podatnicy, a głównie przedsiębiorcy (właśnie jednego z nich dotyczy powyższe rozstrzygnięcie), muszą mierzyć się podczas prowadzenia swojej działalności nie tylko z przewlekłością prowadzonych wobec nich postępowań, kontroli, ale i urzędniczym bezprawiem, przejawiającym się sztucznym przedłużaniem terminu przedawnienia zobowiązań podatkowych. Bo jeśli przez 5 lat, a tyle wynosi zasadniczy termin przedawnienia zobowiązania podatkowego, fiskus nie potrafi „przykleić” przedsiębiorcy nieprawidłowości, oszustwa, przestępstwa, wszczyna przeciw niemu postępowanie karne skarbowe, czym skutecznie wydłuża ten termin o wiele, wiele lat.

Dwa lata kontroli

W listopadzie 2013 r. Dyrektor Urzędu Kontroli Skarbowej we Wrocławiu wszczął postępowanie kontrolne wobec wałbrzyskiego przedsiębiorcy prowadzącego działalność w zakresie hurtowej sprzedaży złomu i odpadów. Organ postanowił skontrolować dokonane przez niego rozliczenia podatkowe w 2011 r. Po dwóch latach, w listopadzie 2015 r., Dyrektor UKS stwierdził udział przedsiębiorcy w oszustwie podatkowym jako jednego z ogniw karuzeli VAT i wydał decyzje, którymi określił przedsiębiorcy zobowiązanie w VAT w wysokości blisko 150 000 zł oraz w podatku dochodowym od osób fizycznych w kwocie blisko 120 000 zł.

Wszczęcie i zawieszenie postępowania karnego skarbowego

Reprezentujący przedsiębiorcę radca prawny Robert Nogacki z warszawskiej Kancelarii Prawnej Skarbiec skutecznie odwołał się od tych decyzji i w kwietniu 2016 r. zostały one uchylone przez Dyrektora Izby Skarbowej we Wrocławiu. Jednak pięć miesięcy później organy wszczęły wobec podatnika postępowanie karne skarbowe, które zawiesiły w czerwcu 2017 r. Postanowienie o zawieszeniu natychmiast zaskarżył pełnomocnik firmy, bo okres zawieszenia postępowania karnego skarbowego przy niepodejmowaniu w praktyce żadnych działań przez organy wydłużał okres przedawnienia zobowiązań podatkowych firmy za 2011 r., który powinien upłynąć już z końcem 2016 r. W listopadzie 2017 r. Sąd Rejonowy w Wałbrzychu uchylił to postanowienie, co sprawiło, że organy musiały jednak prowadzić postępowanie i w konsekwencji wykazać kiedyś jego celowość.

Liczne nieprawidłowości organu

Ale niejako w oderwaniu od postępowania prowadzonego przez organy ścigania, dwa miesiące później swoje postępowanie zakończył Naczelnik Dolnośląskiego Urzędu Celno-Skarbowego we Wrocławiu, wydając ponownie niekorzystne dla firmy decyzje. I znów w lipcu 2019 r. decyzje te uchylił organ drugiej instancji. Tym razem jednak Dyrektor Izby Administracji Skarbowej we Wrocławiu wydał Naczelnikowi UCS mnóstwo zaleceń dla prawidłowego rozstrzygnięcia sprawy, przede wszystkim w zakresie właściwego przeprowadzenia postępowania dowodowego.

Jak się bowiem okazało, prowadzone wówczas już od ponad 5 lat (a obecnie już blisko od 7 lat) wobec przedsiębiorcy kontrole i postępowania nie potrafiły wykazać i udowodnić przypisywanych mu oszustw podatkowych, w tym świadomego uczestnictwa w karuzeli VAT. A jak wskazał w swoich zaleceniach Dyrektor Izby Administracji Skarbowej we Wrocławiu, przez tyle lat organ pierwszej instancji dokonał licznych, niezasadnych, niespójnych, nieprawidłowych i budzących wątpliwości ustaleń. Przykładowo organ w swych ustaleniach odnosił się do zarzutów postawionych jednemu z uczestników karuzeli podatkowej, nie bacząc na to, że wśród firm i osób biorących udział w procederze będącym przedmiotem tamtego postępowania karnego brak było wskazania podatnika, jak i jego firmy, a ponadto nie zauważył, że prokurator zarzutami objął okres inny niż 2011 r. Pominął również, że w wydanym przez siebie wyniku kontroli, obejmującym okres styczeń-maj 2011 r., nie stwierdził nieprawidłowości w zakresie transakcji pomiędzy firmą podatnika a uczestnikami oszustwa. Negując możliwość fizycznego posiadania towaru ujętego na rzekomo fikcyjnych fakturach dostawy wystawionych przez przedsiębiorcę, organ nie ustalił w sposób przekonujący i zgodny z literą prawa, czy towaru tego przedsiębiorca nie mógł nabyć również od innej firmy. Nieprawidłowo odnosił się też do zeznań świadków – kierowców uczestniczących w dostawach.

Czy organ coś robi?

W styczniu 2020 r. reprezentujący podejrzanego o przestępstwo skarbowe przedsiębiorcę Robert Nogacki wystosował do organu ścigania pismo, w którym, przywołując prawomocne postanowienie sądu z 14 listopada 2017 r. uchylające postanowienie organu ścigania o zawieszeniu postępowania karnego skarbowego, wystąpił o umorzenie tego postępowania i zarazem udzielenie informacji, jakie czynności procesowe, w tym dowodowe, zostały przeprowadzone przez organ od tego czasu, na jakim obecnie etapie znajduje się przedmiotowa sprawa, jakie okoliczności uzasadniają dalsze przedłużanie postępowania, oraz jakie jeszcze czynności procesowe, w tym dowodowe, organ ścigania planuje podjąć w tej sprawie?

Permanentne wydłużanie terminu przedawnienia zobowiązań przedsiębiorcy

W braku reakcji ze strony organu obrońca przedsiębiorcy w marcu 2020 r. ponownie wystąpił o odpowiedź na zadane pytania, wskazując, że jej brak sugeruje, iż skierowane przeciw przedsiębiorcy postępowanie prowadzone jest wyłącznie dla pozoru, tylko po to, aby utrzymać permanentny stan zawieszenia terminów przedawnienia zobowiązań podatkowych przedsiębiorcy, wobec którego od kilku lat nieudolnie toczą się postępowania kontrolne w PIT i VAT za 2011 r., a w których już kilkukrotnie organ drugiej instancji uchylał decyzje podatkowe organu pierwszej instancji.

Organ rozważał umorzenie postępowania

Dość szybko, bo już 6 kwietnia 2020 r. Drugi Referat Dochodzeniowo-Śledczy w Wałbrzychu Dolnośląskiego Urzędu Celno-Skarbowego we Wrocławiu poinformował, że w toku prowadzonego postępowania prowadzone są aktualnie czynności procesowe w celu wszechstronnego wyjaśnienia okoliczności sprawy, niemniej organ rozważa umorzenie prowadzonego przeciw przedsiębiorcy postępowania.

Blisko 7 lat sprawdzania przedsiębiorcy

Wreszcie 14 września 2020 r. do pełnomocnika firmy dotarła korespondencja, w której organ ustosunkował się do zadanych przez obrońcę pytań oraz opisał stan wykonania zaleceń organu wyższej instancji co do właściwego przeprowadzenia postępowania dowodowego. Naczelnik Dolnośląskiego Urzędu Celno-Skarbowego we Wrocławiu przyznał, że Prokuratura Regionalna w Rzeszowie we wrześniu 2019 r. poinformowała, iż w ramach prowadzonego przez siebie postępowania nie poczyniła ustaleń, z których by wynikało, że przedsiębiorca występował w łańcuchu podmiotów biorących udział w karuzeli VAT. Zebrany materiał dowodowy nie daje także podstaw do stwierdzenia fikcyjności dokonanych przez niego transakcji obrotu stalą, a więc i stwierdzenia, że wystawione przez przedsiębiorcę faktury nie dokumentują rzeczywistych dostaw.

Naczelnik UCS przyznał też m.in., że nie był w stanie ustalić, czy podejrzany o fikcyjną dostawę towaru przedsiębiorca, posądzony o to z uwagi na brak możliwości posiadania tego towaru od określonego dostawcy, nie mógł być w posiadaniu wykazanego przez siebie na fakturach sprzedaży towaru, dzięki jego nabyciu od innego dostawcy.

Podsumowując, organ skarbowy po blisko 7 latach prowadzonych w sprawie i przeciw przedsiębiorcy postępowań przyznał, że zebrany materiał dowodowy nie daje podstaw do stwierdzenia fikcyjności dokonanych przez niego transakcji, ani też do twierdzenia, że wystawione przez niego faktury nie dokumentują dostawy wiążącej się z przeniesieniem prawa do rozporządzania towarem jak właściciel. Organ wycofał się więc z poczynionych przez siebie ustaleń, stwierdzając ostatecznie brak nieprawidłowości w PIT oraz istnienie nieprawidłowych rozliczeń w VAT na kwotę… 284 zł.

Sztuczne utrzymanie stanu wymagalności podatku

W najnowszym orzecznictwie z dnia 30 lipca 2020 r. Naczelny Sąd Administracyjny stwierdził, że postępowanie karnoskarbowe nie może być wszczynane jedynie w celu przedłużenia terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego. Powołał się na nie WSA w Łodzi w sprawie innego przedsiębiorcy. Uchylając decyzję Dyrektora Izby Administracji Skarbowej w Łodzi, orzekł:

„Jeżeli od dnia wszczęcia postępowania karno-skarbowego do dnia wydania zaskarżonej decyzji nie były podejmowane w postępowaniu karno-skarbowym żadne czynności procesowe, należy uznać, że postępowanie to zostało wszczęte w celu sztucznego utrzymania stanu wymagalności zobowiązania podatkowego” (wyrok z 19 sierpnia 2020 r., sygn. akt I SA/Łd 45/20).

Niniejsza sprawa, jak i przywołane wyroki pokazują, że przedsiębiorcy mogą skutecznie walczyć z nieuprawnionymi, a często i bezprawnymi działaniami fiskusa. Ale podatnicy niejednokrotnie walki tej nawet nie podejmują, bo się boją, bo jest nierówna w obliczu liczby organów, urzędów i urzędników wytaczających działa wycelowane w tego jednego przedsiębiorcę. W opisanej sprawie, dzięki pomocy prawnej profesjonalnego obrońcy, przedsiębiorca swoje szanse najpierw wyrównał, a potem wygrał. Bez odpowiedzi pozostanie jednak pytanie, ilu z podobnych mu takiej walki w ogóle nie podejmuje.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Spóźniona pomoc dla zagrożonych branż

Premier Mateusz Morawiecki przedstawił dzisiaj plan wsparcia branż, które najbardziej odczuwają skutki ograniczeń wprowadzonych w wyniku rozprzestrzeniania się pandemii koronawirusa. Dobrze, że pojawiły się jakieś propozycje wsparcia dla zagrożonych firm. Szkoda, że stało się to tak późno i praktycznie bez konsultacji z zainteresowanymi – uważa Konfederacja Lewiatan.

Rząd najpierw zamyka poszczególne branże, firmy ponoszą straty, a dopiero później zaczyna się zastanawiać, jak im pomóc. Czas płynie, a wielu przedsiębiorców staje przed widmem bankructwa. Obiecana pomoc dla najbardziej zagrożonych branż jest niewystarczająca.

– Zdajemy sobie sprawę, że rozdawnictwo pieniędzy się skończyło, ale oczekiwaliśmy mocniejszego wsparcia firm. Oprócz zwolnienia z ZUS, czy świadczenia postojowego, proponowaliśmy, m.in. modyfikację istniejących mechanizmów wsparcia z tarcz dla firm, które w dalszym ciągu funkcjonują przy znacznie ograniczonych przychodach, wydłużenie maksymalnego łącznego okresu korzystania z dofinansowań wynagrodzeń pracowników z obowiązujących 3 miesięcy do 9 miesięcy czy wprowadzenie obniżonej stawki podatku VAT dla branży gastronomicznej w wysokości 5% na wszystkie produkty i usługi. Liczyliśmy też na specjalną pomoc dla branży targowej i handlowej, chociażby zawieszenie zakazu handlu w niedziele – mówi Grzegorz Baczewski, dyrektor generalny Konfederacji Lewiatan.

Konfederacja Lewiatan pozytywnie ocenia deklarację wicepremiera Jarosława Gowina, że rząd pracuje nad strategiami wsparcia dla polskiej gospodarki w perspektywie najbliższych 6-9 miesięcy, a także w perspektywie najbliższych kilku lat. Właśnie takiego strategicznego spojrzenia w przyszłość brakuje nam w ostatnich miesiącach.

– Trzeba wspierać przedsiębiorców zagrożonych upadkiem, ale i tych, którzy mają szansę na przyspieszenie rozwoju. Najbardziej racjonalny wybór to inwestowanie w to, co przyniesie ponadprzeciętny zwrot. Ucieczka do przodu wymaga podjęcia strategicznych decyzji, co polski wzrost gospodarczy nakręci, które nasze produkty i usługi podbiją świat i skoncentrowania na nich ograniczonych zasobów. To jeden z wniosków, które znalazły się w naszym specjalnym raporcie „Impuls dla Polski 2020-2022″ – dodaje Grzegorz Baczewski.

Związek Pracodawców „Transport i Logistyka Polska” skierował do Sądu Unii Europejskiej skargę przeciwko Radzie Unii Europejskiej i Parlamentowi Europejskiemu

26 października br. Związek Pracodawców „Transport i Logistyka Polska” skierował do Sądu Unii Europejskiej skargę przeciwko Radzie Unii Europejskiej i Parlamentowi Europejskiemu, w której wniósł o stwierdzenie nieważności wchodzących w skład tzw. Pakietu Mobilności I następujących aktów prawnych opublikowanych w Dzienniku Urzędowym L 249 z 31 lipca 2020 r.:

1) Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2020/1055 z dnia 15 lipca 2020 r. zmieniającego rozporządzenia (WE) nr 1071/2009, (WE) nr 1072/2009 i (UE) nr 1024/2012 w celu dostosowania ich do zmian w transporcie drogowym.

2) Dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2020/1057 z dnia 15 lipca 2020 r. ustanawiającej przepisy szczególne w odniesieniu do dyrektywy 96/71/WE i dyrektywy 2014/67/UE dotyczące delegowania kierowców w sektorze transportu drogowego oraz zmieniająca dyrektywę 2006/22/WE w odniesieniu do wymogów w zakresie egzekwowania przepisów oraz rozporządzenie (UE) nr 1024/2012.

Pierwszy z wymienionych aktów prawnych zmienia zasady dostępu do zawodu i rynku przewoźnika drogowego, prowadzając m.in. obowiązek powrotu pojazdów co 8 tygodni do państwa siedziby przewoźnika, konieczność pracy kierowców w centrum operacyjnym przewoźnika położonym w państwie jego siedziby, czy też 4-dniowy okres przerwy pomiędzy podjęciem kolejnych operacji kabotażowych.

„W przypadku tego rozporządzenia naruszone zostały – i to rażąco, zasady proporcjonalności, zasady pewności prawa, a także postanowienia art. 26 ust. 1 TFUE. Instytucje UE nie spełniły warunku przyjmowania środków w celu ustanowienia lub zapewnienia funkcjonowania rynku wewnętrznego UE zgodnie z odpowiednimi postanowieniami Traktatów. Naszym zdaniem naruszyły także art. 11 TFUE, który wymaga, by przy ustaleniu i realizacji polityk i działań Unii, brano pod uwagę wymogi ochrony środowiska naturalnego” – komentuje prof. Artur Nowak-Far adwokat i pełnomocnik TLP, który prowadzi tę sprawę w imieniu związku.

Podobne zarzuty dotyczą drugiego z tych aktów prawnych, dyrektywy ustanawiającej szczegółowe zasady stosowania przepisów o pracownikach delegowanych wobec kierowców wykonujących transport drogowy i ich pracodawców. W ocenie TLP dyrektywa w sposób rażący narusza m.in. zasady równości wobec prawa i proporcjonalności.

„Przykładem może być tutaj dwóch kierowców wykonujących przewóz pasażerów na tej samej trasie Warszawa-Rzym takim samym pojazdem i w tych samych godzinach. Jeden z nich zatrzyma się dwa razy na trasie w celu wysadzenia lub zabrania pasażerów w państwie tranzytowym i jego praca objęta będzie przepisami o delegowaniu. Drugi zatrzyma się tylko raz a wtedy jego wynagrodzenie podlegać będzie wyłącznie regulacjom krajowym – wyjaśnia Maciej Wroński Prezes TLP. – W tym stanie rzeczy pracownik, którego interesy socjalne ma rzekomo zabezpieczać przyjęte przez Unię Europejską nowe prawo, nie będzie w stanie zrozumieć, dlaczego wysokość jego wynagrodzenia ma zależeć tylko i wyłącznie od tego, ile razy i gdzie zatrzymał się w celu załadunku/rozładunku przewożonych towarów lub zabrania pasażerów, skoro co do zasady wykonuje taką samą pracę co jego kolega”.

Zdaniem Macieja Wrońskiego ta dyrektywa nie kieruje się kryteriami socjalnymi, ale wyłącznie rynkowymi i de facto ma na celu ochronę rynków krajowych bogatych państw członkowskich Unii Europejskiej.

TLP wniosła także o stwierdzenie nieważności art. 1 pkt 6 lit. d) oraz art. 1 pkt 15 i art. 2 pkt 2 Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2020/1054 z dnia 15 lipca 2020 r. zmieniającego rozporządzenie (WE) nr 561/2006 w odniesieniu do minimalnych wymogów dotyczących maksymalnego dziennego i tygodniowego czasu prowadzenia pojazdu, minimalnych przerw oraz dziennego i tygodniowego okresu odpoczynku oraz zmieniające rozporządzenie (UE) nr 165/2014 w odniesieniu do określania położenia za pomocą tachografów.

Pierwszy z zaskarżonych przepisów wprowadza obowiązek powrotu kierowców do centrum operacyjnego przewoźnika lub do miejsca zamieszkania co 4 lub 3 tygodnie. „To oczywiste, że nakładanie obowiązków na pracodawcę i pracownika wskazujących, gdzie ów pracownik ma rozpoczynać przysługujący mu odpoczynek jest sprzeczne z zasadą wolności wykonywania pracy określoną w art. 15 ust. 2 Karty Praw Podstawowych – komentuje prof. Artur Nowak-Far. Jego zdaniem przepis ten narusza także zasadę proporcjonalności. – Jest także sformułowany w niewłaściwy sposób, co umożliwia różną jego interpretację, a tym samym stwarza po stronie adresatów norm brak pewności co do obowiązującego prawa”.

Kolejne dwa zaskarżone przepisy dotyczą wydłużenia okresu posiadania przy sobie i okazywania uprawnionym służbom zapisów z tachografu do 56 dni oraz obowiązku wymiany (retrofitingu) tachografów zainstalowanych w dotychczas używanych przez przewoźników pojazdach. W ten sposób nawet obecnie najnowsze, wyprodukowane w tym roku tachografy, już za około 5 lat będą musiały obowiązkowo być wymienione na tachografy inteligentne II generacji, których jeszcze nie ma nawet na rynku.

„Zakładając, że średnia cena nowego tachografu wynosi około 1000 euro, a w całej Unii przewoźnicy zaangażowani w przewozy międzynarodowe wymienią tachografy w około 2,7 mln pojazdów, to koszt tej obowiązkowej wymiany wyniesie ok. 2,7 mld euro. Czy nie można było rozłożyć tej operacji na co najmniej 10 lat, tak aby w sposób naturalny część tego taboru została wymieniona na nowy już z zainstalowanymi nowymi urządzeniami?” – pyta retorycznie Maciej Wroński. Zdaniem prof. Artura Nowaka-Fara także przepis, wprowadzający retrofiting w tak krótkim terminie narusza zasadę proporcjonalności, a jego skutki odczują europejscy konsumenci, na których zostaną przerzucone wspomniane bardzo duże koszty regulacji.

TLP w swoje skardze podkreśla, że zaskarżone naruszenia swobód i zasad traktatowych mają skutki kumulacyjne, które de facto dyskryminują część uczestników jednolitego rynku pochodzących z peryferyjnych państw członkowskich Unii Europejskiej. Bierze się to stąd, że przyjęte regulacje (w szczególności te, które odnoszą się do nieuzasadnionych gospodarczo obowiązków powrotów taboru i pracowników do baz eksploatacyjnych) nie uwzględniają geograficznej struktury rynku, w której popyt na usługi transportowe kumuluje się w jego środku (tj. w Holandii, Belgii, Luksemburgu, wschodnich prefekturach Francji, zachodnich i południowych landach Niemiec i Austrii oraz w północnych Włoszech, zaś podaż usług transportowych ukształtowana w wyniku wolnej i uczciwej, w warunkach stosowania międzynarodowych i unijnych reguł prawnych, konkurencji – w państwach znajdujących się na wschodnich rubieżach UE, w szczególności w Bułgarii, na Litwie, w Rumunii, w Polsce i na Węgrzech.

Co trzeci Polak musiał sięgnąć do swoich oszczędności w trakcie pandemii

Dla wielu z nas pandemia koronawirusa wiązała się z koniecznością naruszenia środków zgromadzonych na czarną godzinę. Niecała połowa Polaków deklaruje, że wystarczyły im bieżące dochody, natomiast 18 proc. przyznało, że nie miało oszczędności, z których mogło skorzystać. Pozostali sięgnęli do zaskórniaków – wynika z badania Barometr Providenta przeprowadzonego z okazji Dnia Oszczędzania, który obchodzimy 31 października.

Pandemia mogła zwiększyć nasze poczucie niepewności co do potrzeb finansowych. W 2020 roku znowu wzrosła średnia kwota oszczędności, która daje nam poczucie bezpieczeństwa – obecnie to ok. 17 tys. złotych. Rok temu było to średnio 13 tys. złotych, a w 2018 roku zaledwie 8,4 tys. Aktualnie nieco ponad połowa badanych deklaruje oszczędności w wysokości, którą uznają za wystarczającą.

Z wiekiem doceniamy oszczędności

Jak pokazują wyniki Barometru, im jesteśmy starsi, tym większą wagę przywiązujemy do budowania poduszki finansowej. Choć we wszystkich grupach wiekowych odsetek osób deklarujących, że warto oszczędzać przekroczył 80 proc., to z wiekiem potrzebujemy większej sumy, aby czuć się bezpiecznie. Wśród respondentów poniżej 25 lat średnio wystarczała kwota nieco ponad 6,3 tys. złotych. Natomiast seniorom poczucie bezpieczeństwa daje średnio niemal 24 tys. złotych.

– Zaledwie 14 proc. badanych deklaruje, że oszczędza teraz więcej niż przed pandemią, za to niemal co trzeci badany przyznaje, że trudniej mu teraz odłożyć pieniądze i na przyszłość zachowuje mniejsze kwoty – zauważa Anna Karasińska, ekspertka ds. badań rynkowych w Providencie. – Jednocześnie potrzebujemy coraz większych sum, aby czuć się bezpiecznie. Wprawdzie jest to kontynuacja trendu, który obserwowaliśmy w ostatnich latach, ale niepewność związana z pandemią mogła wpłynąć na chęć gromadzenia większej poduszki bezpieczeństwa – podkreśla Anna Karasińska.

Poczucie bezpieczeństwa ma połowa z nas

Niewiele ponad 50 proc. badanych deklaruje, że udało im się zgromadzić takie środki, które zapewniają im poczucie bezpieczeństwa w aktualnej sytuacji życiowej. Ponowne stworzenie takiej poduszki finansowej dla wielu wiązałoby się ze sporymi wyrzeczeniami. Nieco ponad 17 proc. wskazało, że taką kwotę musiałoby oszczędzać przez cały rok. 16 proc. badanych zajęłoby to 2-3 miesiące, a 15 proc. uważa, że wystarczyłoby półroczne odkładanie pieniędzy. Natomiast co 10 respondent podobną sumę mógłby uzbierać w okresie dłuższym niż 2-3 lata.

Wśród badanych możemy znaleźć zwolenników różnych form oszczędzania. Co 4. ankietowany na przyszłość odkłada te środki, które zostaną mu na koniec miesiąca. 23,3 proc. nie ma żadnej strategii i nieregularnie oszczędza różne kwoty. 1/5 badanych systematycznie co miesiąc odkłada z góry ustaloną sumę. Natomiast aż 15 proc. deklaruje, że w ogóle nie oszczędza.

Najpopularniejszym sposobem oszczędzania są konta oszczędnościowe, z których korzysta 45 proc. badanych. 26,2 proc. trzyma środki na rachunku bieżącym, a 22,6 proc. w przysłowiowej „skarpecie”. Lokatę wybiera niecałe 17 proc. oszczędzających.

– Wyniki Barometru są zgodne z tym, co od pewnego czasu powtarzają ekonomiści. W przypadku niskich stóp procentowych wolimy trzymać środki na rachunku bieżącym, a nawet w domu, niż zakładać lokatę – podkreśla Anna Karasińska.

Na czarną godzinę

Zdecydowana większość Polaków odkłada pieniądze na przysłowiową „czarną godzinę” – zadeklarowało tak niemal 60 proc. respondentów. Prawie ¼ zbiera środki na remont lub umeblowanie mieszkania, a niewiele mniejszy odsetek na podróże i wakacyjne wyjazdy. Co może zaskakiwać, zaledwie co 10. badany oszczędza na zakup domu lub mieszkania. Jednak jeśli weźmiemy pod uwagę jedynie respondentów w wieku 18-34 lata, okazuje się, że o własnym lokum marzy co 5.

– Dla wielu z nas to właśnie trwająca pandemia okazała się przysłowiową „czarną godziną”, na którą odkładaliśmy środki – mówi Karolina Łuczak, Rzeczniczka Provident Polska. – Systematycznie budowana poduszka finansowa pozwala przetrwać czas, gdy nasze dochody są niższe lub nieregularne albo kiedy niespodziewanie wzrastają wydatki. Dlatego oszczędzanie jest niezmiennie podstawą odpowiedzialnego zarządzania domowym budżetem – podkreśla Karolina Łuczak.

W trakcie pandemii koronawirusa co 4. z badanych musiał w pewnym stopniu naruszyć swoje oszczędności, a 7,6 proc. wykorzystało wszystkie zgromadzone środki. Oznacza to, że aż co 3. Polak z powodu epidemii musiał sięgnąć do zaskórniaków. Natomiast 18 proc. zadeklarowało, że nie miało oszczędności, z których mogliby skorzystać.

Aktualna sytuacja wpłynęła także na kwoty, które możemy odłożyć na przyszłość. 28,3 proc. oszczędza teraz mniej niż przed pandemią, a 4,5 proc. nie jest w stanie wygospodarować żadnej kwoty, choć wcześniej gromadzili zaskórniaki. Natomiast 14,3 proc. stara się teraz odkładać większe sumy.

O badaniu „Barometr Providenta”

Barometr Providenta to cykliczne badanie Polaków, które pozwala na lepsze zrozumienie zachowań i decyzji finansowych konsumentów. Badanie zostało zrealizowane przez Danae Sp. z o.o. metodą CAWI na próbie N=1000 dorosłych Polaków, w październiku 2020 roku.

Emigracja zarobkowa w czasie pandemii

Pandemia koronawirusa okazała się ogromnym wyzwaniem nie tylko dla służby zdrowia, ale również dla gospodarek wszystkich krajów i przede wszystkim dla rynku pracy. Rynek pracownika odszedł w zapomnienie, a osoby, które straciły pracę zmuszone są do tego, aby przekwalifikować się lub podjąć trudną decyzję o emigracji zarobkowej. Chociaż w czasie pandemii wyjazd do innego kraju w celach zarobkowych wiąże się w wielu przypadkach z koniecznością odbycia bezpłatnej, dwutygodniowej kwarantanny to chętnych nie brakuje.

Polscy i Ukraińscy  pracownicy nadal chętnie wyjeżdżają na zachód w celach zarobkowych. Nie zrażają ich wymogi unijne, krajowe, samorządowe ani wymogi pracodawców, które w zależności od landu i wewnętrznych restrykcji firmowych, są różne. Nawet jeśli pracownicy muszą odbyć 14 dni kwarantanny lub wykonać testy na COVID-19 podejmują decyzję o wyjeździe. Taki trend widać u pośredników pracy za wschodnią granicą Niemiec, którzy delegują pracowników zarówno na prace tymczasowe jak i długoterminowe zatrudnienie. Pracownicy są świadomi, że w niektórych przypadkach będą musieli przebywać w odizolowaniu (kwarantannie) 14 dni bez pobierania wynagrodzenia, mimo to cierpliwie decydują się na takie rozwiązanie w celu uzyskania pracy w Niemczech.

Badania pokazują, że chętnych do pracy przybywa, w porównaniu rok do roku wzrost ten jest dwucyfrowy. Według badań przeprowadzonych w lipcu, czyli po tym jak część firm zmuszona była ograniczyć swoje zasoby kadrowe, wynika, że niemal co dziesiąty dorosły Polak planuje wyjechać do pracy za granicę w perspektywie roku. Najczęstszym miejscem docelowym są Niemcy. Wynika to zarówno z bliskiej odległości, ale też z nadal dobrej opinii o gospodarce i zarobkach u naszego zachodniego sąsiada. Największą grupą osób planujących wyjazd są osoby młode, w wieku 25-34 lat. Jest to wynikiem niestabilnej sytuacji na krajowym rynku pracy i trudności w znalezieniu zatrudnienia. Eksperci nie ukrywają, że kryzys związany z rynkiem pracy dotknie w dużej mierze kraje Europy zachodniej, jednak Niemcy nadal są atrakcyjnym kierunkiem pod względem zarobkowym.

Polacy decydujący się na wyjazd na tzw. saksy są zdeterminowani przede wszystkim wizją 2 czy nawet 3 krotnie wyższych zarobków. Musimy pamiętać, że pandemia nie zatrzymała wszystkich sektorów gospodarki. Magazyny nadal muszą pracować, a w czasie pandemii, gdy e-commerce rósł w siłę zapotrzebowanie na pracowników magazynowych również rosło. Podobnie, jeśli chodzi o rolnictwo, tam również pracodawcy w czasie zbiorów potrzebowali pracowników.

Autorski komentarz dotyczący emigracji zarobkowej w czasie pandemii COVID-19 przygotowany przez Karolinę Serwańską – dyrektor zarządzającą w agencji pośrednictwa pracy HR International.

Aplikacja do pozyskiwania opinii. Futurystyczna wizja czy realna możliwość dla przedsiębiorcy?

Budowanie pozytywnego wizerunku marki wymaga dostarczania klientom produktów i usług, jakich oczekują. Należy przy tym zachować wysoką jakość obsługi. Nawet najlepsi specjaliści w swojej branży nie osiągną jednak finansowego sukcesu, jeśli nie zadbają jednocześnie o renomę przedsiębiorstwa. A to wymaga posiadania dobrej opinii w Internecie.

Ponad 90% konsumentów przed dokonaniem zakupu sprawdza recenzje wystawione przez poprzednich klientów danej firmy. Dlaczego? Chcą uniknąć rozczarowania. Niejednokrotnie wolą zapłacić nieco więcej za pewność, że ich zamówienie zostanie zrealizowane bez problemu. Oznacza to, że Twoje dochody zależą od oceny, jaką uzyskujesz w popularnych serwisach opiniotwórczych. Ogromny wpływ na Twoje finanse ma również treść recenzji oraz sposób, w jaki na nie reagujesz.

Jak działa aplikacja do pozyskiwania opinii Rating Captain?

Czekanie, aż klient wystawi pozytywną opinię, nie ma najmniejszego sensu. Badania wykazują, że niezadowolony klient jest dużo bardziej zmotywowany do wystawienia opinii negatywnej. Jeśli zależy Ci na dobrych recenzjach, musisz wiedzieć, jak je zdobyć. Do tej pory wymagało to szeroko zakrojonych działań całego działu promocji.

Aplikacja, która niedawno pojawiła się na rynku, może usystematyzować ten proces. Pozyskanie dużej ilości pozytywnych opinii będzie z nią przypominać listę konkretnych zadań do wypełnienia. Działanie programu opiera się na analizie dużej ilości różnorodnych danych z ogromną prędkością. A wszystko to dzięki sztucznej inteligencji.

Aplikacja pomaga zbierać opinie w Google za pomocą ankiet.

Aplikacja do pozyskiwania opinii Rating Captain potrafi przeszukać sieć pod kątem wszelkich wzmianek o danej marce. Odróżnia recenzje pozytywne od negatywnych poprzez analizę sentymentu. Dzięki temu w panelu użytkownika możesz zobaczyć, kto o Tobie mówi, gdzie to robi i jak wpływa to na Twoją renomę.

To jeszcze nie wszystko. Program sam określa mocne i słabe strony danego przedsiębiorstwa. Generuje też przykładowe treści opinii, które można podpowiedzieć swoim klientom w wysyłanym do nich formularzu ankietowym. Co więcej, generowane teksty są poprawne pod kątem SEO. Jeśli więc kupujący zdecydują się je zamieścić, wpłynie to pozytywnie na widoczność firmy w wynikach wyszukiwania.

Rating Captain analizuje treść negatywnych opinii i podpowiada rozwiązania.

W przypadku pozytywnych recenzji wystarczy zadbać o ich ilość i treść. Jednak to z negatywnych opinii można dowiedzieć się najwięcej o tym, co warto zmienić w funkcjonowaniu firmy. Mobilna aplikacja do pozyskiwania opinii potrafi zidentyfikować, na co skarżą się Twoi klienci. Podpowie, jakie produkty trzeba ulepszyć lub wycofać ze swojej oferty. Określi stopień niezadowolenia klientów w ważnych obszarach działalności marki. Wskaże, które z nich wymagają pilnej poprawy.

Dostarczy również przydatnych wskazówek odnośnie kontaktu z niezadowolonym klientem. Dzięki analizie natężenia emocjonalnego wypowiedzi może nawet w dużym stopniu zautomatyzować ten proces. W efekcie będziesz w stanie lepiej dopasować się do oczekiwań konsumentów, usprawnić komunikację. Tym samym przekonasz do siebie wiele osób, które do tej pory nie do końca chciały Cię polecać. Jeśli dodać do tego skuteczne pozyskiwanie recenzji od zadowolonych nabywców i poprawę pozycjonowania, można dojść wyłącznie do jednego wniosku.

Mamy do czynienia z prawdziwym kombajnem, ułatwiającym budowę renomy marki na niespotykaną dotąd skalę. Rating Captain powinien zainteresować się każdy współczesny przedsiębiorca. Więcej informacji o rewolucyjnej aplikacji znajdziesz na stronie producenta. Zorientuj się w możliwościach, jakie zapewnia i szybko wykorzystaj je w praktyce, by nie zostać w tyle za swoją konkurencją.

Nowy JPK – transakcje z podmiotami powiązanymi, a obowiązki na gruncie JPK

Od 1 października wszystkie transakcje sprzedaży zawierane z pomiotami powiązanymi muszą być oznaczone w nowym JPK. W praktyce ich identyfikacja może być bardzo trudna lub wręcz niemożliwa. Oznacza to, że podatnicy nie będą wywiązywać się z tego obowiązku albo zostaną zmuszeni do ponoszenia dodatkowych kosztów, aby sprostać nowym wymogom.

Co podlega raportowaniu?

W celu ustalenia, które transakcje podlegają oznaczeniu kodem TP, podatnicy muszą  przeanalizować przepisy o podatkach dochodowych. Wynika z nich, że raportowaniem objęte są wszystkie transakcje pomiędzy podmiotami powiązanymi bez względu na ich wartość, czy też charakter danego świadczenia.

Konia z rzędem temu, kto jest w stanie zidentyfikować wszystkie transakcje podlegające raportowaniu. Aby to zrobić, podatnicy musieliby zastosować niejasne i nieprecyzyjne przepisy o PIT i CIT, które same w sobie budzą wiele wątpliwości. Podstawowym problemem jest ocena, czy relacje istniejące pomiędzy nabywcą, a dokonującym dostawy towarów lub usługodawcą spełniają definicję powiązań. Te określone zostały m.in. jako faktyczna zdolność osoby fizycznej do wpływania na podejmowanie kluczowych decyzji gospodarczych. Kolejną kwestią budzącą wiele kontrowersji jest konieczność gromadzenia informacji o małżonkach, pokrewieństwie i powinowactwie do drugiego stopnia.

Dodatkowo nie zdecydowano się, aby wprowadzić jakiekolwiek limity kwotowe, po przekroczeniu których transakcje dopiero były oznaczane kodem TP. W rezultacie każda transakcja, nawet o wartość 1 zł, musi być weryfikowana. Dla możliwości wypełniania tych obowiązków nie bez znaczenia jest również konieczność stałej aktualizacji zbieranych danych.  Dotyczy to zarówno danych o podmiotach, jak i  konkretnych osobach.

W praktyce podatnicy muszą nie tylko dokonać interpretacji niejasnych przepisów i gromadzić niekiedy bardzo dużą ilość informacji, ale również pamiętać o ich ciągłej aktualizacji.

Praktyczne trudności

Mamy więc sytuację, w której z jednej strony kryteria definiujące powiązania są zupełnie nieostre, a z drugiej na tyle szczegółowe, że  uzyskanie wszystkich potrzebnych danych jest w praktyce  niemożliwe.

W rezultacie podatnicy, szczególności ci duzi lub działający w ramach grup kapitałowych, albo zmuszeni są do wprowadzania bardzo skomplikowanych sposobów identyfikacji transakcji, albo godzą się, że przekazywane przez nich dane mogą być nie pełne.  Sprowadza się to do konieczności ponoszenia dodatkowych kosztów  wdrożenia nowych instrumentów służących raportowaniu bądź też ponoszenia ryzyka poniesienia kary za każde tego typu przewinienie.

Dwa wyjścia: zmiana przepisów lub spór z organami podatkowymi

Obowiązujące regulacje są na tyle absurdalne, że w zasadzie jedynym rozwiązaniem powinna być szybka zmiana rozporządzenia wprowadzającego nowy JPK. Na to się jednak nie zanosi. Pozostaje więc dostosowanie do nowych obowiązków albo spór z organami podatkowymi. Na tym etapie trudno powiedzieć, w jaki sposób organy podatkowe będą egzekwowały przepisy i – co szczególnie istotne – czy będą karać podatników za każdy błąd lub niedopatrzenie w oznaczeniu kodem TP.

Skoro zatem stuprocentowe wywiązanie się z nowych obowiązków jest tak wymagające, być może jedynym rozwiązaniem jest spór z organami podatkowymi. O ile z dużym prawdopodobieństwem można zakładać, że w konfrontacji z fiskusem jest on raczej z góry skazany na niepowodzenie, o tyle sprawa nie jest oczywista na etapie postępowania przez sądami administracyjnymi. Uznanie bowiem wprowadzonych przepisów za niezgodnych z unijnymi regulacjami jest bardzo prawdopodobne i wydaje się, że jedynie kwestią czasu jest skierowanie przez sąd administracyjny pytania prejudycjalnego do TSUE.

Tomasz Kowalczyk, doradca podatkowy, Senior Manager w Enodo Advisors. Posiada wieloletnie doświadczenie z zakresu podatku od towarów i usług zdobyte podczas realizacji różnorodnych projektów dla podmiotów polskich oraz międzynarodowych korporacji. Prowadzi szkolenia z zakresu podatku VAT, jest również autorem artykułów i komentarzy z tej tematyki.

Działania CSR w firmie produkcyjnej – dlaczego warto?

CSR, czyli społeczna odpowiedzialność biznesu, jest obszarem, który coraz bardziej zakorzenia się w codzienności polskich przedsiębiorstw. Z każdym rokiem przybywa firm, które poza trzonem swojego funkcjonowania są chętne do tego, by przekazać „coś od siebie” wybranym podmiotom potrzebującym wsparcia. Mimo że praca na produkcji nie kojarzy się jednoznacznie z akcjami społecznymi, widać wyraźnie, że coraz częściej CSR staje się nieodzownym elementem działania firm produkcyjnych, które dostrzegają jak wiele korzyści mogą nieść za sobą.

Korzyści społeczne 

Elementarną korzyścią, jaka jest wynikiem  działań z zakresu CSR, jest oczywiście niesienie wsparcia podmiotom, które tego realnie potrzebują. Pomoc płynąca od przedsiębiorstw może mieć wymiar materialny – często praktykowane jest ofiarowanie produktów czy funduszy lub zakup niezbędnego sprzętu. Coraz więcej firm decyduje się jednak także na przekazywanie wiedzy i edukację beneficjentów. 

Przykładem prowadzenia tego typu aktywności może poszczycić się fabryka opon Bridgestone Poznań. Zakład ten nie tylko oferuje pracę w Poznaniu ponad 2000 osobom, ale także chętnie angażuje je w inicjatywy z zakresu CSR. Jedną z takich akcji jest projekt edukacyjny Think Before You Drive, który w lutym miał już swoją dwunastą edycję. W jego ramach wolontariusze z Bridgestone Poznań odwiedzali wielkopolskie przedszkola i szkoły, by razem z maskotką fabryki – manekinem testowym Janem – opowiadać o tym, jak ważne jest bezpieczeństwo na drodze. Przekazują tym samym wiedzę szczególnie istotną z punktu widzenia społeczności lokalnej. 

Korzyści dla pracowników 

Przedsiębiorstwo produkcyjne, które decyduje się na wdrażanie polityki CSR, może liczyć na podniesienie poziomu swojej kultury organizacyjnej, a także motywacji wśród swojej załogi. Inicjatywy społeczne dają bowiem pracownikom poczucie zaangażowania w działania mające głębszy sens i spełniania istotnej misji, co jest szczególnie ważne, zwłaszcza jeśli codzienne zadania zawodowe są powtarzalne. 

Dodatkowo pracownicy mogą zdobyć doświadczenie w roli, która różni się od standardowych obowiązków zawodowych związanych z pracą na produkcji – np. jako osoby prowadzące prelekcje, organizujące logistykę danej aktywności CSR-owej czy zarządzające zespołem projektowym. Sprawdzenie się w nowym obszarze może być motywatorem do osobistego rozwoju zawodowego – a tym samym zwiększenia swojego zaangażowania w życie firmy.

Co niezwykle ważne, inicjatywy realizowane wspólnie z innymi pracownikami (często nienależącym do tego samego zespołu) pozwalają również na wzajemne poznanie się i integrację, a co za tym idzie na poprawę relacji międzypracowniczych.       

Korzyści dla pracodawcy 

„Trend” CSR nie jest nowością. W Wielkiej Brytanii już niemal 20 lat temu 34% konsumentów wskazywało na to, że kupiłoby chętniej produkt, z którego część dochodów przeznaczana byłaby na cele społeczne. Pokazuje to jak ważne jest, by w swoich działaniach uwzględniać CRS, jeśli chce się odnieść sukces komercyjny czy utrzymać przewagę konkurencyjną. 

Co jednak ważne, w państwach wysokorozwiniętych coraz więcej osób zwraca uwagę na aktywności firm z obszaru społecznej odpowiedzialności biznesu, również w czasie poszukiwania pracy. Wdrożenie odpowiedzialnej polityki społecznej pozwala na kreowanie pozytywnego wizerunku pracodawcy, który dba o to, by być dla lokalnej społeczności „dobrym sąsiadem”. Sprawia, że z perspektywy wartościowego kandydata przedsiębiorstwo staje się atrakcyjniejsze, a on sam może stać się członkiem wewnętrznej społeczności, której bliskie są wartości zrównoważonego rozwoju. 

Akcje pracownicze związane z implementowaniem idei społecznej odpowiedzialności biznesu pozwalają także na wzmocnienie relacji danego przedsiębiorstwa produkcyjnego z władzą samorządową, co może nieść za sobą obustronne długofalowe korzyści w różnych obszarach działalności.   

Jak dowodzą powyższe argumenty, pracę na produkcji warto wzbogacić różnymi akcjami z zakresu CSR – mają one bowiem wielu beneficjentów. Ich wyniki przynoszą korzyści nie tylko społecznościom czy inicjatywom, które wspierają. Dają także profity niebezpośrednie – w postaci zadowolenia i wzrostu motywacji pracowników już zatrudnionych. To, co jest jednak równie ważne, działania te pozwalają pracodawcy na uzyskanie pozytywnego wizerunku wśród osób poszukujących zatrudnienia lub dopiero rozważających rozpoczęcie swojej kariery w pracy na produkcji. Aktywności z zakresu CRS mogą zatem przedsiębiorstwom dać realną przewagę na rynku pracy.

Słabsze dane z Europy nie przeszkadzają euro

Pomimo gorszych odczytów zarówno z Niemiec w sprawie indeksu koniunktury, jak i z Hiszpanii w sprawie bezrobocia, euro wciąż jest w miarę stabilne. Rynki wciąż czekają na rozstrzygnięcia.

Słabszy indeks IFO

Wczoraj poznaliśmy indeks koniunktury z Niemiec. Mowa o indeksie instytutu IFO wskazującym jakie są nastroje wśród niemieckich przedsiębiorców. Wskaźnik ten jest unikalny dla Niemiec i pełni podobną funkcję jak indeksy PMI, ale często wskazywany jest jako znacznie ważniejszy od wspomnianego indeksu. Wczorajszy odczyt był bardzo bliski oczekiwaniom, ale jednak delikatnie niższy. Nie są to jednak dane, które na rynku oczekującym na ważne rozstrzygnięcie w postaci wyborów w USA mogą spowodować większe zmiany.

Bezrobocie w Hiszpanii

Dzisiaj poznaliśmy odczyt liczby bezrobotnych w Hiszpanii. Wynik 16,22% to nie tylko obiektywnie bardzo słaby rezultat, ale co gorsza również wynik jeszcze słabszy od oczekiwań, wynoszących 15,9%. Warto natomiast zwrócić uwagę, że dopiero dwa lata temu kraj ten pierwszy raz od kryzysu finansowego z 2008 roku pierwszy raz miał niższe bezrobocie niż obecnie. W rezultacie wcale nie jest to taki zły rezultat biorąc pod uwagę, że najniższy poziom jaki im się udało uzyskać to chwilowe zejście poniżej 14%.

Co z brexitem?

W niekończącym się temacie brexitowym pojawił się nowy wątek. Zamiast modelu kanadyjskiego rozważany jest model australijski. Co to realnie oznacza? Kanada ma umowę handlową z UE na zdecydowaną większość produktów, gdyż Unia Europejska to istotny partner handlowy. Z drugiej strony Australia nie ma umów w przypadku większości towarów. Pod tym hasłem generalnie kryje się realnie brexit bez umowy, ale z pojedynczymi rozwiązaniami.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Pandemia kształtuje odpowiedzialne postawy wśród konsumentów

Jak pandemia wpłynęła na postawy konsumenckie oraz proces zakupowy? Sprawdziło to Accenture wspólnie z FashionBiznes.pl i Fundacją Kupuj Odpowiedzialnie w drugim już wspólnie stworzonym raporcie dotyczącym branży retail. Eksperci przeanalizowali także, czy Polacy są gotowi na nowe modele zakupowe, odpowiadające na ich rosnące wymagania i potrzeby. Najważniejsze wnioski przedstawiono w raporcie „Świadomy konsument”.

  • Konsumenci kupują bardziej świadomie i ograniczają marnotrawstwo – ponad 70% konsumentów kupuje produkty tylko gdy są im potrzebne, a 44% osób, które zrezygnowało z wcześniej planowanego zakupu, zrobiło to by ograniczyć niepotrzebną konsumpcję.
  • Kanały sprzedaży się przenikają – prawie 70% konsumentów wskazało zarówno Internet, jak i galerie handlowe jako miejsca, gdzie zrobili zakupy w ciągu ostatnich 3 miesięcy.
  • Konsumenci czytają składy produktów – 50% ankietowanych zadeklarowało, że czyta zawsze lub często skład i znaczenie poszczególnych składników kosmetyków, a 44% skład ubrań.
  • Polacy ufają deklaracjom firm o ekologicznych cechach produktów – ponad połowa ankietowanych ocenia ekologiczność produktu po jego naturalnym składzie lub posiadanych certyfikatach ekologicznych. Jedna trzecia wierzy w deklaracje „na słowo” – oznaczenia produktu słowem „eko”.
  • Konsumenci cenią wysoką jakość produktu i autentyczność działań marek modowych – dla 65% ankietowanych uczciwość i autentyczność działań marki odzieżowej lub obuwniczej ma znaczenie przy wyborze produktu przynajmniej w takim samym stopniu co cena.
  • Polacy wspierają drugi obieg produktów – blisko połowa konsumentów skorzystała w trakcie ostatnich 6 miesięcy z aplikacji i stron internetowych umożliwiających kupno i sprzedaż produktów od innych użytkowników. Najchętniej wybieranym rozwiązaniem są platformy typu marketplace.

– Wielu z nas w ciągu ostatnich 6 miesięcy przewartościowało swoje potrzeby, co oczywiście wpłynęło na nasze postawy zakupowe. Teraz jest czas, by marki, które chcą pozostać konkurencyjne, dostosowały swoje modele biznesowe. Konsumenci coraz bardziej cenią sobie autentyczność marek, a w napływie treści stali się wrażliwi na jakość komunikacji. Oczekują, że wizerunek kreowany przez firmy będzie spójny z ich działaniami i starają się to weryfikować. Polacy coraz większą wagę przykładają także do kwestii ekologii i społecznej odpowiedzialności, oczekują od firm transparentności w tym obszarze. Dla konsumentów coraz ważniejsze staje się również ograniczenie marnotrawstwa i lepsze wykorzystanie surowców, co za tym idzie przedsiębiorstwa, które chcą budować zaangażowanie konsumentów powinny traktować to jako istotny obszar wzrostu wartości w organizacji i odpowiednio dopasowywać do obecnego modelu biznesowego. Ostatnim, bardzo ważnym wnioskiem płynącym z naszego raportu, który powinien być jednocześnie rekomendacją dla marek, jest to, że sztywny podział na kanały sprzedaży zanika. Konieczne jest więc budowanie spójności doświadczeń zakupowych i zaangażowania wokół konsumenta we wszystkich punktach styku – mówi Rafał Reif, Head of Fashion & Retail Poland, Accenture.

Kupujemy bardziej świadomie i ograniczamy marnotrawstwo

Ponad 70% badanych kupuje produkty w momencie, kiedy są im potrzebne i jednocześnie prawie połowa wskazuje, że promocja była istotnym czynnikiem decydującym o kupnie danego produktu.

W ostatnim czasie aż 55% konsumentów zrezygnowało z wcześniej planowanych zakupów odzieży, obuwia i kosmetyków. Jako główny powód podawali wystarczającą liczbę produktów w danym momencie. W przypadku produktów odzieżowych istotnym powodem było także pogorszenie sytuacji finansowej, a w przypadku produktów kosmetycznych, zmiana nawyków i chęć kupowania produktów ekologicznych.

Elastycznie wybieramy miejsce zakupów

Odsetek konsumentów korzystających zarówno ze sklepów internetowych, jak i galerii handlowych jest taki sam – prawie 70% respondentów wskazało oba z tych kanałów jako miejsce robienia zakupów w ostatnich 3 miesiącach. Mimo, że udział e-commerce w sprzedaży odzieży i obuwia wynosi około 16%, równie chętnie korzystamy z obu kanałów. Tradycyjny podział na osobne kanały działające równolegle powoli zanika.

Konsumenci zapytani o czynniki zachęcające do zakupów przez Internet najczęściej wymieniali darmową dostawę oraz promocję. Wśród czynników zniechęcających najczęściej wskazywano ryzyko, że produkt nie będzie zgodny z opisem, brak możliwości przetestowania oraz za wysokie koszty dostawy. Jeżeli chodzi o zakupy w galerach handlowych, głównym czynnikiem zachęcającym okazał się łatwiejszy sposób na obejrzenie i przymierzenie. Do zakupów stacjonarnych najczęściej zniechęcają kolejki do kas i przymierzalni.

Prawie 70% konsumentów deklaruje, że często lub zawsze porównuje ceny odzieży, obuwia i kosmetyków przed dokonaniem zakupu – wyższe ceny są czynnikiem, który może zniechęcać ich do zakupów w sklepach stacjonarnych.

W ekologiczne produkty wierzymy „na słowo”

Konsumenci nie potrafią wskazać głównego czynnika, który świadczy o tym, że dany produkt jest ekologiczny. To potwierdza, że nie posiadają oni odpowiedniej wiedzy w tym obszarze, a w branży nie obowiązują jednoznaczne zasady, które byłyby czytelne dla wszystkich.

Około połowa konsumentów ocenia to czy dany produkt jest ekologiczny na podstawie naturalnego składu. Zarówno w przypadku mody, jak i kosmetyków, 36% konsumentów uważa, że oznaczenie produktu na etykiecie jako „eko” świadczy o tym, że produkt jest ekologiczny. Zakładają oni, że firma zapewnia w ten sposób odpowiedni standard produkcji. W przypadku kosmetyków, to właśnie ich naturalny skład jest najistotniejszym czynnikiem poświadczającym, że produkt jest ekologiczny (56% respondentów). W dalszej kolejności konsumenci wskazali posiadanie certyfikatów (53%), produkcję bez szkody dla zwierząt (49%) oraz posiadanie składników z upraw organicznych (46%).

– Ważne jest byśmy jako konsumenci zwracali coraz większą uwagę na aspekty społeczne i środowiskowe produktów, które kupujemy. Pomimo, że świadomość problemów ekologicznych w Polsce rośnie, wciąż jesteśmy społeczeństwem nieufnym, najważniejsza jest dla nas cena produktu i jego łatwy dostęp. Uczmy się czytać etykiety, wybierajmy produkty certyfikowane, kupujmy rzeczy z drugiej ręki, naprawiajmy te co się zepsuły i w miarę naszych możliwości unikajmy plastiku – Maria Huma, prezeska Fundacji Kupuj Odpowiedzialnie.

Blisko połowa z nas wspiera drugi obieg produktów

Model zakupu odzieży i obuwia z drugiej ręki, tzw. recommerce, cieszy się w Polsce dużą popularnością  – 45% konsumentów w ciągu ostatnich 6 miesięcy korzystało z aplikacji i stron internetowych umożliwiających kupno i sprzedaż produktów od innych użytkowników. Drugą najbardziej powszechną metodą są aplikacje sprzedaży odzieży i obuwia pomiędzy konsumentami (aplikacje Pre-owned typu Peer-to-Peer). Skorzystało z nich ponad 60% użytkowników platform recommerce. Konsumenci są także otwarci na testowanie i korzystanie z wypożyczalni ubrań, rozwiązanie to jednak dopiero zdobywa popularność w Polsce.

Ryzyko, że produkt będzie zniszczony to główna bariera w korzystaniu z aplikacji i platform do zakupy, sprzedaży oraz wynajmu odzieży i obuwia wskazywana przez konsumentów. Firmy z branży odzieżowej chcące zachęcić konsumentów do korzystania z drugiego obiegu ubrań, powinny poprawić standard procesu zakupowego oraz zapewnić właściwy opis i zdjęcia sprzedawanego produktu, dokładnie informując o stopniu jego zużycia.

Nowe modele zakupowe i usługi nie tylko dla startupów

Polacy oczekują, że firmy sprzedające w tradycyjny sposób odzież i obuwie rozszerzą ofertę o usługi z zakresu drugiego obiegu produktów – zyskają dzięki temu zaufanie świadomych i racjonalnych konsumentów.  Warto zaznaczyć, że drugi obieg to nie tylko ubrania. Rosnącą popularnością cieszą się także rozwiązania związane z produktami do pielęgnacji ciała i urody. Usługą, z której korzystałoby ponad 2/3 konsumentów jest możliwość refillingu (ponownego uzupełnienia) opakowań po zużytych kosmetykach i środkach czystości, aby ograniczyć zużycie plastiku.

GPW Benchmark wprowadza indeks dochodowy WIGtechTR

  • 1 grudnia 2020 r. GPW Benchmark, spółka z Grupy Kapitałowej GPW rozpocznie publikację indeksu WIGtechTR (WIGtech „Total Return”)
  • WIGtechTR jest indeksem dochodowym istniejącego już indeksu WIGtech
  • Indeks obejmie spółki nowych technologii notowane na Głównym Rynku z takich sektorów jak: biotechnologia, gry, informatyka i telekomunikacja oraz nowe technologie
  • W procesie obliczania indeksu uwzględnione zostaną wydarzenia korporacyjne takie jak emisja nowych akcji z prawem poboru i wypłata dywidendy
  • 24 listopada 2020 r. GPW Benchmark opublikuje skład indeksu, a jego publikację rozpocznie 1 grudnia tego roku

1 grudnia 2020 roku GPW Benchmark, spółka z Grupy Kapitałowej GPW, wprowadzi nowy indeks WIGtechTR. Zgodnie z założeniami i analogicznie do indeksu WIGtech będzie on obejmował spółki znajdujące się w indeksie WIG, które uzyskują przychody z takich obszarów jak: medycyna, biotechnologia, programowanie, gry, internet czy telekomunikacja.

– GPW Benchmark jest odpowiedzialna za dostarczanie indeksów i wskaźników referencyjnym odpowiadających trendom rynkowym i zainteresowaniom zgłaszanym przez inwestorów aktywnych na krajowym rynku kapitałowym. Nowy wskaźnik, jakim jest WIGtechTR, rozszerza skład Rodziny Indeksów Giełdowych, a w niedalekiej przyszłości może stać się instrumentem bazowym dla produktów inwestycyjnych ETP – mówi Aleksandra Bluj, Wiceprezes GPW Benchmark.

Indeks WIGtechTR będzie należeć do indeksów dochodowych, więc przy jego obliczaniu będą uwzględniane nie tylko ceny zawartych transakcji, ale również dochody z tytułu dywidend i praw poboru. Indeks będzie obejmował zmienną liczbę spółek, a ich udział będzie, tak jak w przypadku innych indeksów, obliczany na podstawie liczby akcji w wolnym obrocie (free float). Udział największych spółek będzie ograniczony do 10 proc., a jego wartość bazowa będzie ustalona na poziomie 10 tys. pkt. Wartości indeksu będą publikowane w sposób ciągły co minutę. Rewizja indeksu przeprowadzana jest w cyklu razem ze zmianami pozostałych indeksów. Pierwszy skład portfela indeksu będzie opublikowany 24 listopada tego roku.

Regulamin Rodziny Indeksów Giełdowych obowiązujący od dnia 1 grudnia br. znajduje się na stronie internetowej GPW Benchmark. S.A.

Wykres 1.  Porównanie indeksów WIGtech i WIGtechTRPorównanie indeksów WIGtech i WIGtechTR

Wykres 2. Struktura portfela WIGtechTR według sektorów (w proc.)

Struktura portfela WIGtechTR według sektorów
Źródło: GPW, symulacja wg stanu na 23.10.2020 r.

Wykres 3. Liczba spółek w portfelu WIGtechTR z poszczególnych sektorów

Liczba spółek w portfelu WIGtechTR z poszczególnych sektorów
Źródło: GPW, symulacja wg stanu na 23.10.2020 r.

 

Górny Śląsk – centralny hub dystrybucyjny dla Europy Środkowo-Wschodniej

Górny Śląsk to drugi do co wielkości rynek magazynowy w Polsce, a także jeden z największych rynków konsumenckich w kraju. To również kluczowy rynek w kontekście lokalizacji centrów dystrybucyjnych dla międzynarodowych firm rozważających rozwój w Europie. W wyniku dużego zainteresowania regionem od wielu lat obserwowana jest tu równowaga pomiędzy popytem i podażą. Firma AXI IMMO postanowił zbadać jakie są aktualne trendy i kondycja sektora magazynowego na Górnym Śląsku.

Pierwsza połowa 2020 roku na rynku inwestycyjnym w sektorze magazynowym na Górnym Śląsku była wyjątkowo aktywna. W pięciu transakcjach właścicieli zmieniły centra logistyczne o powierzchni ponad 200 000 mkw., wliczając inwestycje w fazie developmentu. Platforma European Logistics Investment (ELI) zbudowała aż trzy nieruchomości w regionie w dwóch oddzielnych transakcjach (Panattoni Park Ruda Śląska II, 55 800 mkw., i Panattoni Czeladź V, 35 500 mkw., oraz BTS dla producenta grilli Weber  50 000 mkw.). Ponadto Savills Investment Management, singapurski GIC i chiński CGL Investment Holdings Corporation stały się właścicielami obiektów magazynowo-logistycznych na Górnym Śląsku w I poł. 2020 za sprawą transakcji portfelowych.

Górny Śląsk to z pewnością jeden z największych i najważniejszych rynków magazynowych w Polsce, a także kluczowy hub dystrybucyjny dla Europy Środkowo-Wschodniej umożliwiający swobodny transport dla firm zarządzającym łańcuchami dostaw między Polską, Niemcami, Czechami, Słowacją oraz państwami na południu Europy. Na korzyść regionu wpływa rozbudowana infrastruktura drogowa tj. lokalizacja na przecięciu autostrad A1 z A4, duża gęstość dróg krajowych i regionalnych, w tym Drogowa Trasa Średnicowa (DTŚ). Ponadto znajduje się tu najbardziej rozbudowana sieć kolejowa w Polsce, a także dostępny w okolicy port lotniczy Katowice w Pyrzowicach. Od lat rynek ten uważany był za zagłębie hutniczo-górnicze, jednak z biegiem lat i polepszającą się infrastrukturą stał się dominującym rynkiem przemysłowym w kraju. Duże znaczenie w tym aspekcie ma prężenie działająca Katowicka Specjalna Strefa Ekonomiczna (KSSE)” – komentuje Anna Głowacz, Dyrektor Działu Industrial w AXI IMMO.

Na koniec czerwca 2020 r. deweloperzy dostarczyli 192 000 mkw. nowoczesnej powierzchni magazynowej (+65% vs I poł. 2019) co przyczyniło się do zwiększenia całkowitych zasobów rynku na Górnym Śląsku do 3,3 mln. mkw. i umocnienia drugiej pozycji w Polsce. Zestawiając wartość nowej podaży dla okresu czerwiec 2019 – czerwiec 2020, uzyskany wynik czyli 649 000 mkw. był najwyższym w ostatnich 12 miesiącach na wszystkich analizowanych rynkach. Na zakończenie I poł. 2020 r. w budowie pozostawało 390 00 mkw. (-29% r/r) i jest to drugi najwyższy wynik w kraju. Wśród planowanych do oddania do końca br. inwestycjach najwięcej powierzchni dostarczą m.in. Hillwood Piekary Śląskie (42 500 mkw.), Panattoni Bielsko Biała III (40 650 mkw.), Hillwood Gliwice Sośnica (27 800 mkw.), a także DL Invest Psary (20 000 mkw.). Od marca 2020 r. odsetek powierzchni budowanej spekulacyjnie spadał z 51% na koniec I kwartału do 44% na koniec II kwartału. Przyczyny należy doszukiwać się przede wszystkim w ostrożniejszym podejściu deweloperów związanym z pandemią Covid-19, a także zaostrzającą się polityką banków, które oczekiwały gwarancji ze strony deweloperów w postaci min. 40-50% wynajęcia planowanej inwestycji.

Głównymi czynnikami determinującym dynamiczny rozwój górnośląskiego rynku magazynowego są przede wszystkim, liczne inwestycje w infrastrukturę drogową, rozbudowana sieć kolejowa, a także korzyści dla firm działających w Katowickiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej (KSSE). Dla przykładu podstrefa Tychy wraz z Bieruniem to idealna lokalizacja dla firm z sektora magazynowego, które chcą skorzystać z możliwości dających SSE. Najemcy z branży motoryzacyjnej wybierają również Bielsko-Białą, m.in. przez wzgląd na współpracę z fabrykami samochodów na Słowacji i w Czechach. Choć w tym przypadku pagórkowate ukształtowanie terenu, a także niewielka dostępność działek powoduje wyższe niż w innych częściach Śląska stawki czynszów” – komentuje Anna Głowacz z AXI IMMO.

Na większości podrynków w regionie Górnego Śląska czynsze bazowe wahają się w zakresie 3,2-3,6 EUR/mkw. Najniższe stawki można uzyskać w okolicach Sosnowca/Będzina/Dąbrowy (3,0-3,4 EUR/mkw.), natomiast najwyższe w Bielsku-Białej (3,5-3,65 EUR/mkw.). Z kolei średnie stawki dla czynszów efektywnych zamykają się w granicach 2,2-2,6 EUR/mkw. przy czym to znów w okolicach  Sosnowca/Będzina/Dąbrowy można spodziewać się największych zachęt ze strony deweloperów przekładających się na wyjściowe stawki na poziomie 2,1-2,6 EUR/mkw. Tu również warto zwrócić uwagę na Częstochowę gdzie czynsze efektywne wynoszą 2,1-2,3 EUR/mkw.

„Pod względem struktury popytu w subregionie Zagłębia, w którym zlokalizowane są Mysłowice, Sosnowiec, Dąbrowa Górnicza czy Będzin  dominują najemcy z sektorów produkcyjnych i logistycznych, z przewagą inwestycji typu multitenant. Główną osią jest tu droga ekspresowa S1, a także sąsiedztwo autostrady A4. Natomiast okolice Gliwic, Rudy Śląskiej i Żor najczęściej wybierają najemcy związani z branżą przemysłową i motoryzacyjną. Lokalizacja przy węźle Sośnica zapewnia im komfortowe połączenia z autostradami A1 i A4. Najmłodszym podrynkiem jest Częstochowa, której znaczenie będzie rosło wraz z kolejnymi oddawanymi odcinakami autostrady A1 w kierunku Trójmiasta. Lokalizacja ta zapewni dobry dojazd do Polski Centralnej, a stamtąd wygodne połączenie z północną częścią kraju. Obecnie subregion to nowa baza dla operatorów logistycznych i dystrybutorów” – dodaje Anna Głowacz z AXI IMMO.

W ostatnich dwóch latach wysoka aktywność deweloperów doprowadziła do wzrostu współczynnika pustostanów z 4,2% pod koniec 2018 r. do 8,6% na koniec I kw. 2020 r., przy czym na koniec II kw. wynosił on 6,5% (średnia krajowa 6,8%). Spadek powierzchni dostępnej od zaraz tłumaczy się dużą liczbą transakcji na zasadzie umów krótkoterminowych, które odpowiadały za 42% powierzchni wynajętej w II kw. 2020 r. Był to największy udział spośród wszystkich rynków. Z kolei całkowity wolumen najmu (popyt brutto) na górnośląskim rynku magazynowym na koniec czerwca 2020 r. zakończył się z wynikiem 395 300 mkw. (-10,6% vs I poł. 2019 r.). Największymi odnotowanymi w I poł. 2020 r. umowami najmu były transakcje, w których uczestniczyła firma Panattoni. Deweloper przygotuje budynki w formule BTS w Czeladzi (67 000 mkw.) i Zabrzu (50 000 mkw.) odpowiednio dla producenta odzieży i akcesoriów sportowych, a także dla firmy Weber, producenta węglowych, gazowych i elektrycznych grilli zewnętrznych. Z kolei w I kw. 2020 r. w Panattoni Park Gliwice III (35 000 mkw.) umowę najmu podpisał poufny najemca z sektora sieci handlowych. W ostatnich dwóch latach, najbardziej aktywnymi grupami najemców byli logistycy, sieci handlowe oraz sektor motoryzacyjny. W sumie firmy z tych branż odpowiadały za 67% ogólnego popytu na górnośląskim rynku magazynowym.

Tydzień do wyborów prezydenckich w USA

Tydzień. Tyle pozostało do wyborów prezydenckich w USA. Bukmacherzy sugerują, że prawdopodobieństwo wygranej Joe Bidena oscyluje wokół 60 proc., ale jego przewaga w sondażach przestała rosnąć. Trump dołek poparcia zanotował w połowie miesiąca i odrabia część dystansu.

Cztery lata temu inwestorzy pozycjonujący się przed głosowaniem pod zwycięstwo Clinton na podstawie sondaży przeżyli szok, którego efektem było rynkowe załamanie. Biden jako zwycięzca jest na każdej płaszczyźnie interpretowany jako niedźwiedzi czynnik dla dolara. Trwa zatem próba balansowania pomiędzy chęcią jak najszybszego zdyskontowania przyszłych tendencji a zdrowym rozsądkiem nakazującym, żeby nie narażać się na konsekwencje przedwczesnego przekreślenia szans Donalda Trumpa na wygraną.

Dodatkowo nie sposób już ignorować konsekwencji jakie dla wzrostu gospodarczego będzie mieć powrót części restrykcji na Starym Kontynencie. Rekordy liczby nowych zakażeń notowane są również w USA. O ile kontrakty na indeksy runęły a wraz z nimi notowania ropy naftowej, o tyle rynek walutowy przeszedł przez turbulencje stosunkowo łagodnie. Jeśli mowa o rynku akcji to warto zwrócić uwagę na kluczowe położenie kontraktu na DAX, który za sprawą kilkuprocentowego spadku naruszał letnie minima. Lwią część spadku należy przypisać informatycznej spółce SAP, która w ponurych barwach przedstawia perspektywy swojego biznesu. Jeśli kontrakt na DAX nie powróci w najbliższych godzinach ponad 12200 pkt lub chociaż ustabilizuje się w tych okolicach, to mocno wzrośnie ryzyko kontynuacji wyprzedaży. Eurodolar pozostaje z kolei w okolicy 1,18, która w najbliższych dniach powinna odgrywać rolę środka przedziału wahań. Trudno oczekiwać, żeby ubiegłotygodniowe ekstrema kursu, czyli przedział 1,17-1,19 były zagrożone przy dominującej atmosferze wyczekiwania. Wybuch awersji do ryzyka całkiem stabilnie znosi złoty. EUR/PLN jest jednak cały czas niebezpiecznie blisko 4,60 i codziennie flirtuje ze szczytami z końca poprzedniego kwartału. Jednocześnie dzienne minima są notowane na coraz wyższych poziomach. Grozi to przejściowym wyjściem kursu nad 4,60. W obecnych warunkach trudno liczyć na głębsze odreagowanie ostatniej słabości.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Eurostat: Polska w pandemii zanotowała mniejszy zastój na rynku pracy niż większość państw UE

Choć bezrobocie w Europie w związku z rozwijającą się od lutego i marca pandemią koronawirusa nie zwiększyło się dramatycznie w żadnym z krajów Unii Europejskiej, najnowsze dane Eurostatu wyraźnie wskazują na zauważalny wzrost wskaźnika zastoju na rynku pracy. Jego poziom w krajach UE z 12,8% podskoczył do 14%. Te dodatkowe 1,2 pp. to największy wzrost od 2008 roku. Jak podkreślają eksperci Personnel Service, Polska na europejskim tle wypada całkiem dobrze, choć w naszym kraju także zanotowano pewne spadki.

Zastój na rynku pracy (ang. labour market slack) to wskaźnik Eurostatu, w którym uwzględnia się liczbę (1) osób niezatrudnionych, (2) osób pracujących na część etatu, które chciałyby pracować więcej, (3) osób szukających pracy, ale niedostępnych w danym momencie oraz (4) osób zdolnych do pracy, ale jej nie szukających. Jak się okazuje, w drugim kwartale 2020 roku zastój na rynku pracy w UE zwiększył się z poziomu 12,8% do poziomu 14%. W praktyce oznacza to liczbę 29,6 mln osób, które mają niespełnioną potrzebę pracy w większym zakresie niż obecnie. Dodatkowe 1,2 pp. to aż 355 tys. pracowników.

Wskaźnik zastoju na rynku pracy zwiększył się we wszystkich krajach UE oprócz Łotwy. Najbardziej wzrósł w Irlandii (+3,4 pp.), Włoszech i Austrii (+2,6 pp.) czy Hiszpanii (+2,4). Polska (+0,3 pp.) znalazła się w czołówce państw Europy, w których zanotowano najmniejszy wzrost niekorzystnego wskaźnika (poza wspomnianą Łotwą oraz Francją i Niemcami).

Jeśli chodzi o poziom zatrudnienia, Polska także nie ma się czego wstydzić na tle krajów Europy. W całej UE jedynie w Luksemburgu zatrudnienie w drugim kwartale br. zwiększyło się w porównaniu do poprzedniego kwartału, a Polska, Łotwa i Chorwacja zanotowały najmniejsze spadki zatrudnienia (Polska o 0,4 pp.).

Europejskie dane potwierdzają to, co zauważamy w krajowych badaniach. Bezrobocie nie zwiększyło się znacząco, podobnie jak inne wskaźniki brane pod uwagę przy analizie zastoju na rynku pracy. Nie należy jednak popadać w zbytni optymizm. Dla większości krajów UE pandemia oznacza spowolnienie, któremu należy przeciwdziałać. Warto też pamiętać, że obecna fala zakażeń jest znacznie większa niż ta zanotowana w drugim kwartale. Nasz rząd ogłasza kolejne obostrzenia. To m.in. oznacza większą liczbę osób niepracujących ze względu na infekcję lub kwarantannę, czy przestój w fabrykach – zauważa Krzysztof Inglot, prezes Personnel Service i ekspert ds. rynku pracy.

W drugim kwartale 2020 r. w Europie ponad 40,9 mln osób było nieobecnych w pracy, co oznacza wzrost o 18,6 mln osób w porównaniu do pierwszych trzech miesięcy roku. Jest to „zasługa” niemal wyłącznie zwolnień tymczasowych, z których skorzystało aż 19,3 mln osób. W pierwszym kwartale br. było ich zaledwie 2,4 mln.

Polacy pracują krócej, tak jak cała Europa

W przywoływanym badaniu Eurostatu na szczególną uwagę zasługuje wskaźnik liczby przepracowanych godzin pracy. W porównaniu do pierwszego kwartału 2020 r. zanotowano największe spadki. W Hiszpanii w drugim kwartale br. pracowano o 25,9% krócej, w Portugalii o 23,3%, a w Grecji o 21%. Po raz kolejny Polska znalazła się szczęśliwie na drugim biegunie. Spadek liczby przepracowanych godzin pracy nie był większy niż 5%. Mniejsze spadki zanotowano jedynie w Holandii, Danii, Luksemburgu, Szwecji i Chorwacji, a średnia dla UE to ok. 12%.

Wyniki i działalność Grupy Banku Millennium po 3 kwartale 2020 roku

Kolejny kwartał z ograniczeniami pandemii – 2 mln aktywnych klientów cyfrowych, rekordowa wartość udzielonych kredytów hipotecznych, początek odbicia w aktywności bankowości korporacyjnej.

Skonsolidowany zysk netto grupy Banku Millennium po 3 kwartałach 2020 wyniósł 132 mln zł (60 mln zł w 3 kw.), co oznacza spadek o 75% r/r. Po skorygowaniu o zdarzenia nadzwyczajne zysk wyniósłby 583 mln zł netto (189 mln zł w 3 kw.), a skorygowany ROE 8,5%. Z bankowości elektronicznej korzystało aktywnie ponad 2 mln klientów detalicznych, a z aplikacji mobilnej 1,6 mln. Kredyty hipoteczne osiągnęły rekordową sprzedaż w wysokości 4,7 mld zł (1,8 mld zł tylko w 3 kwartale), a ich udział w portfelu kredytowym ogółem wzrósł do 53% (51% w 2019 r.).

– W ciągu ostatnich trzech miesięcy byliśmy nadal testowani przez pełną wyzwań rzeczywistość. W wynikach biznesowych na podkreślenie zasługuje historyczny rekord w zakresie sprzedaży i wypłat kredytów hipotecznych 1,8 mld zł w 3 kwartale, a także zauważalny początek ożywienia aktywności w bankowości korporacyjnej. W tym kwartale pracowaliśmy nad dostosowaniem organizacji do nowego modelu biznesowego, który pozwoli nam odzyskać rentowność w nowym środowisku stóp procentowych. W podsumowaniu wyników prezentujemy osiągnięcie dobrej kontroli kosztów i stopniowe dostosowywanie ich do nowych realiów dochodowych – powiedział Joao Bras Jorge, Prezes Zarządu Banku Millennium.

Najważniejsze osiągnięcia finansowe

  • stabilizacja wyniku na działalności podstawowej (spadek o 1% kw./kw. po 7% spadku w 2 kw. 2020 r.). Wynik z odsetek pro forma zmniejszył się jedynie marginalnie (o 2% kw./kw. po spadku o 7%), natomiast wynik z tytułu prowizji nie uległ zmianie (przychody wzrosły o 5% kw./kw.). Wzrost zaobserwowano mniej więcej we wszystkich kategoriach z wyjątkiem prowizji ubezpieczeniowych, jednakże wyższe koszty związane z kartami przyczyniły się do wzrostu o 23% kw./kw. kosztów prowizji ogółem);
  • pozytywna kontrybucja pozostałych przychodów pozaodsetkowych, głównie dzięki lepszemu wynikowi z wymiany oraz braku rezerw na „małe TSUE”, natomiast zyski z obligacji były niższe niż w poprzednim kwartale;
  • 4% wzrost kw./kw. przychodów ogółem po trzech kolejnych kwartałach spadku; w połączeniu ze stabilnymi kosztami operacyjnymi i pomimo wyższych kosztów restrukturyzacji, przełożył się na poprawę wskaźnika koszty/dochody (raportowany 46,4% w por. z 47,1% w II kw. 2020 r., skorygowany: na podobnym poziomie 46% w obu kwartałach);
  • dalsze zwiększanie bufora rezerw na potencjalne ryzyka prawne związane z walutowymi kredytami hipotecznymi (rezerwa w wysokości 130 mln zł w 3 kw. 2020 r., 298 mln zł w dziewięciu miesiącach 2020 r.) zwiększyło go do 521 zł mln, czyli 3,8% salda walutowych kredytów hipotecznych brutto, z wyłączeniem kredytów udzielonych przez Euro Bank (podlegającym klauzulom ubezpieczenia i gwarancji udzielonych przez Societe Generale); liczba indywidualnych pozwów wytoczonych przeciwko Bankowi w związku z klauzulami indeksacyjnymi osiągnęła na koniec września 4 632 (w tym kredyty udzielone przez Euro Bank), jednakże kwartalny napływ nowych spraw spadł poniżej 900;
  • wzrost kredytów stał się dodatni (+2% kw./kw.) po 1% spadku w 2 kw. 2020 r.; głównymi determinantami są (szczegóły poniżej) rekordowo wysoka produkcja kredytów hipotecznych (1,8 mld zł) i w rezultacie 5% kw./kw. wzrost portfela złotowych kredytów hipotecznych;
  • wzrost depozytów uległ znacznemu spowolnieniu (marginalny spadek kw./kw. po 3% wzroście w 2 kw. 2020 r.) w wyniku zapadania detalicznych depozytów terminowych oraz rachunków oszczędnościowych po istotnym zmniejszeniu ich oprocentowania;
  • mocne współczynniki kapitałowe – skonsolidowane współczynniki TCR/T1 wynoszące odpowiednio 20,0%/17,0%; nadwyżka ponad minimalne regulacyjne współczynniki pozostawała znaczna (4,6ppt/4,8ppt); skonsolidowany bufor walutowy w wysokości 4,87% pokrywający ryzyko związane z walutowymi kredytami hipotecznymi (w tym między innymi na ryzyko prawne) był równoważny potencjałowi absorpcji w wysokości 1,8 mld zł.

– W związku z pandemią i pogorszeniem sytuacji ekonomicznej kraju, kontynuowaliśmy wszelkie formy wsparcia dla klientów – odroczenie spłat rat pożyczek gotówkowych, rat kredytów hipotecznych i kredytów dla firm, uczestniczyliśmy nadal w programach rządowych takich jak Tarcza Finansowa PFR. W dalszym ciągu ułatwialiśmy wielokanałowy dostęp do swoich usług i produktów oraz ograniczaliśmy dokumenty papierowe. Wprowadziliśmy mobilną autoryzację części transakcji w oddziałach i uruchomiliśmy nową wersję aplikacji mobilnej z możliwością śledzenia statusu wniosku o kredyt hipoteczny – dodał Prezes.

Najważniejsze osiągnięcia biznesowe

  • 3 kw. 2020 r. przyniósł kontynuację wzrostu uruchomionych kredytów hipotecznych do rekordowego poziomu 1,8 mld zł (+15% kw./kw.). Udziału rynkowy w 3 kw. to 14,5% w porównaniu z 12,9% w 2 kw. 2020 r., 9,7% w 1 kw. 2020 r. i 7,5% w 3 kw. 2019 r.). W wyniku tego, portfel kredytów hipotecznych w PLN na koniec września wzrósł o 5% kw./kw. i 19% r/r. Udział kredytów hipotecznych w kredytach ogółem wzrósł do 53% z 51% na koniec 2019.
  • Sprzedaż pożyczek gotówkowych była mniej liniowa, jednakże cały kwartał przyniósł solidną sprzedaż w wysokości 1,2 mld zł, więcej niż 1,1 mld zł w 2 kw. 2020 r. i jedynie nieco poniżej 1,3 mld zł w 1 kw. 2020 r.
  • Akwizycja klientów trwała nadal, chociaż była wolniejsza niż założenia sprzed wybuchu pandemii. Wszystkie kluczowe mierniki – liczba aktywnych klientów detalicznych (nowy rekord wszechczasów 2,639 mln, wzrost o 30% r/r), rachunków bieżących w PLN (3,234 mln, wzrost o 35%), aktywnych klientów mikrobiznesowych (102 tys., wzrost o 26%) jak również kart (karty debetowe: 2 965 tys., wzrost o 21%, karty kredytowe: 476 tys., wzrost o 21%) w dalszym ciągu charakteryzowały się solidnym wzrostem r/r.
  • Do funduszy inwestycyjnych zarządzanych przez Millennium TFI, jak również funduszy podmiotów zewnętrznych, napływały w dalszym ciągu środki (częściowo w wyniku konwersji depozytów w Banku) przekładając się na 13% wzrost kw./kw. zarządzanych aktywów w obu kategoriach łącznie (2 kw.: wzrost o 9% kw./kw.) i osiągając prawie 6 mld zł na koniec września.
  • Bankowość cyfrowa w dalszym ciągu osiągała istotne sukcesy: liczba aktywnych klientów cyfrowych przekroczyła 2 mln (+27% r/r), liczba aktywnych klientów mobilnych przekroczyła 1,6 mln (+33%) i pobrano ponad 2 mln aplikacji goodie.
  • Bankowość korporacyjna w dalszym ciągu wspierała klientów (dalsze ułatwienie dostępu do usług bankowych, między innymi wzrost udziału umów z podpisem cyfrowym, poprawę funkcjonalności platformy foreksowej czy autoryzację 3D Secure internetowych kart płatniczych, poszerzenie liczby produktów z gwarancjami BGK, wysoka liczbę webinarów edukacyjnych, itd.), a równocześnie nastąpiło odbicie aktywności klientów, która w niektórych obszarach wróciła do poziomów „przed COVID-em”.
  • Biznes faktoringowy wzrósł w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku (wolumeny +6% r/r, aktywa +4% r/r), liczba udzielonych gwarancji i wystawionych akredytyw wzrosła o 4% kw./kw. do poziomu „przed COVID-em”, natomiast wzrost r/r w zakresie liczby transakcji powrócił do wysokiego poziomu jednocyfrowego. Popyt na kredyty pozostawał niewysoki w wyniku nadmiernej płynności (zasilanej poprzez rządowe programy antykryzysowe) i niską skłonność przedsiębiorstw do inwestowania. Korporacyjny portfel kredytowy, łącznie 18,1 mld zł (netto), zmniejszył się o 1% kw./kw. i o 1% r/r.

Na dzień 30 września 2020 r. aktywnych było 53 154 programów „wakacji kredytowych COVID-19” związanych się ze spłacanymi pożyczkami gotówkowymi, 11 155 aktywnych programów wakacji dot. kredytów hipotecznych, którym odpowiadały, odpowiednio, wolumeny kredytowe w wys. odpowiednio 1 571 mln zł oraz 3 066 mln zł. Ustawowe wakacje kredytowe wprowadzone w czerwcu tzw. „Tarczą Antykryzysową 4.0” jak dotąd cieszyły się małą popularnością – do końca września złożono jedynie 98 wniosków. Kredyty „wracające do obsługi” w czerwcu, lipcu i sierpniu funkcjonują jak dotąd dobrze z opóźnieniami powyżej 30 dni na poziomie 1,2%. Liczba wakacji kredytowych dla klientów korporacyjnych również istotnie spadła (3 123, w tym leasing: 3 065) z poziomu na koniec czerwca, a wartość kredytów z odroczonymi ekspozycjami wynosiła łącznie 469 mln zł.

Wyniki Grupy dostępne są również pod adresem: https://www.bankmillennium.pl/documents/10184/28611564/MILLENNIUM_3Q2020_PL.pdf

Hotelarstwo nad krawędzią. Niemal wszyscy turyści z Niemiec opuścili pas nadmorski, by uniknąć kwarantanny

Sytuacja przedsiębiorców w pasie nadmorskim jest dramatyczna. Zamyka się restauracja za restauracją, a ilość gości w hotelach jest na najniższym poziomie w historii. Sytuacja jeszcze bardziej pogorszyła się w momencie, gdy ze względu na pandemię koronawirusa wprowadzono obowiązek kwarantanny dla osób przyjeżdżających do Niemiec z Polski. Jak mówi Roman Kucierski, dyrektor zarządzający hotelu Hamilton w Świnoujściu i jednocześnie hotelarski ekspert Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie z dnia na dzień hotel opuściło kilkadziesiąt osób z Niemiec (!), które miały zarezerwowane noclegi i planowały spędzić w Polsce jesienny urlop. – Podjechał autokar i zabrał wszystkich przed czasem. Nowych rezerwacji nie ma. Na ten moment obłożenie hotelu szacujemy na 10-15% – mówi ekspert Izby. – Jeżeli restrykcje nie zostaną poluzowane przed świętami znajdziemy się w dramatycznej sytuacji – dodaje.

„Została garstka turystów”

Jak mówi Roman Kucierski, dyrektor zarządzający hotelu Hamilton w Świnoujściu sytuacja staje się coraz poważniejsza i po „lekkim odbiciu” w sezonie wakacyjnym hotelarstwo w pasie nadmorskim znów znalazło się w kryzysowej sytuacji. – Turystów z Polski w wakacje było sporo, ale nie na tyle dużo, byśmy mogli odłożyć pieniądze na kolejny lockdown. Możemy więc ocenić, że rok 2020 generuje same straty, a obecna sytuacja poważnie nas przerasta. Z dnia na dzień podejmowane są kolejne decyzje o obostrzeniach, a wprowadzenie kwarantanny dla Niemców przyjeżdżających z Polski powoduje, że wszyscy nasi goście z zagranicy opuścili hotel – mówi Roman Kucierski. – Została garstka turystów, zwykle młodsi goście. Na chwilę obecną mamy 10% obłożenia hotelu i na najbliższy miesiąc kilka rezerwacji. Trudno jest patrzeć na przyszłość z jakimkolwiek optymizmem – dodaje.

Turyści powyjeżdżali, bo obawiają się nie tylko kwarantanny, ale i zamknięcia granic. – Tour operatorzy z Niemiec odwołali już większość rezerwacji. Nie będą uruchamiali sprzedaży na Święta Bożego Narodzenia czy na Sylwestra. Biura podróży obawiają się kosztów, do końca roku wszystko jest odwołane, a i styczeń nie zapowiada się różowo – mówi Roman Kucierski. – Nastroje są koszmarne. Nie jednokrotnie w kilku wywiadach przestrzegałem przed hurraoptymizmem, obecna sytuacja jest trudna, nie możemy liczyć na polskich turystów, bo my jesteśmy przyzwyczajeni do wypoczynku wakacyjnego. Pozostały czas w roku to głównie turyści z Niemiec i Skandynawii. Wprowadzenie strefy czerwonej jest podcięciem nam skrzydeł – dodaje specjalista zrzeszony w Północnej Izbie Gospodarczej.

Północna Izba Gospodarcza aktywna w temacie wsparcia hoteli. Będzie kolejny apel do Wicepremiera Jarosława Gowina

Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie aktywnie działa na rzecz przedsiębiorców, którzy obecnie przechodzą przez trudny czas związany z pandemią koronawirusa. W poniedziałek odbyło się posiedzenie Zachodniopomorskiego Zespołu Parlamentarnego, a wcześniej przygotowaliśmy petycję do Wicepremiera Jarosława Gowina w sprawie wsparcia branży hotelarskiej. Zacieśniamy współpracę z Polską Izbą Hotelarzy i na najbliższe miesiące planujemy kolejne działania: – Wiemy, że hotelarstwo i gastronomia przeżywają dramatyczne momenty. Brak odpowiedniego, systemowego wsparcia dla turystyki oraz branż od niej zależnych spowoduje, że za rok będziemy mieli zdziesiątkowany pas nadmorski. Musimy bronić naszych przedsiębiorców przed widmem upadku – mówi dr Piotr Wolny, dyrektor biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Ekspert Północnej Izby Gospodarczej, doradca gospodarczy Katarzyna Michalska przyznaje, że sytuacja branży hotelarskiej jest poważna: – Przedsiębiorcy, którzy zgłaszają się do nas pytają o możliwość sprzedaży lub wydzierżawienia hotelu lub pensjonatu. Często twierdzą, że są już zmęczeni prowadzeniem biznesu, a koronawirus tylko stał się motywacją do podjęcia decyzji. Jest bardzo dużo postępowań restrukturyzacyjnych, które wiążą się z ograniczeniem zatrudnienia lub poszukiwaniem innych oszczędności. Hotele nie chcą rezygnować z jakości usług, ale pojawiały się pytania np. o wyłączenie części SPA na sezon zimowy czy w ogóle o zawieszenie działalności na jesień i zimę – mówi Katarzyna Michalska z Centrum Doradztwa Gospodarczego Kiżuk & Michalska. – To trudne decyzje, bo zawieszenie działalności może wiązać się z tym, że powrót na rynek będzie trudny, a nawet niemożliwy. Dla przedsiębiorców to może być czas bardzo trudnych decyzji – dodają specjaliści.

Przedsiębiorcy potrzebują wsparcia – inaczej przed nami bankructwa i zwolnienia, a biurowce opustoszeją

Merytorycznie i z konkretnymi wnioskami. Takie było spotkanie Zachodniopomorskiego Zespołu Parlamentarnego w Północnej Izbie Gospodarczej w Szczecinie

Na wniosek Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie w poniedziałek odbyło się specjalne posiedzenie Zachodniopomorskiego Zespołu Parlamentarnego. Naszym celem było przekazanie parlamentarzystom z naszego miasta i regionu, jak ciężka jest sytuacja zachodniopomorskich przedsiębiorców. Poprosiliśmy o wstawiennictwo i skuteczniejszy lobbing na rzecz takich branż jak: gastronomia, turystyka, hotelarstwo, transport czy branża kreatywna. Prezydium Izby zaapelowało także o przygotowanie uniwersalnych przepisów, które będą wspierać przedsiębiorców w utrzymaniu płynności finansowej, co w czasach pandemii jest trudną sprawą. Wszystkim parlamentarzystom bardzo dziękujemy za konstruktywną dyskusję.

„Bez wsparcia obudzimy się z sytuacją, że bezrobocie będzie dwukrotnie wyższe, a biurowce opustoszałe”

Spotkanie w siedzibie Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie jest odpowiedzią na prośbę zachodniopomorskich przedsiębiorców. W minionym tygodniu Prezes Hanna Mojsiuk oraz Prezydium Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie zaapelowało do zachodniopomorskim parlamentarzystów o spotkanie i dyskusję na temat sytuacji przedsiębiorców w czasie pandemii. Jak mówiła Prezes Hanna Mojsiuk: przedsiębiorcy nie wytrzymają drugiego lockdownu. Politycy debatowali jak wesprzeć regionalną gospodarkę.

– Jako przedsiębiorcy występujemy do parlamentarzystów z apelem o lobbing w naszym imieniu, nasza inicjatywa ma na celu uświadomienie parlamentarzystom, że gospodarka to podstawa regionalnego rozwoju. Bez Państwa wsparcia obudzimy się z sytuacją, że bezrobocie będzie dwukrotnie wyższe, biurowce opustoszałe, a restauracje i hotele puste oraz bez perspektyw na dalsze funkcjonowanie – mówiła Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hanna Mojsiuk.

Pani Prezes zaprezentowała także ogólne postulaty, które Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie ocenia jako konieczne do wprowadzenia, by sektor MŚP mógł przetrwać trudny czas spowolnienia gospodarczego wywołanego pandemią koronawirusa: – Obniżenie stawek podatku VAT, odroczenie płatności składek na ubezpieczenia społeczne, wsparcie w dostępie do pożyczek obrotowych i płynnościowych, brak ozusowania umów cywilnoprawnych, zaprzestanie realizacji planów wprowadzenia podatku CIT dla spółek komandytowych oraz ochrona przedsiębiorców przed zajęciem komorniczym i przywrócenie (choćby czasowe) zakazu handlu w niedzielę – mówiła Hanna Mojsiuk, Prezes Izby. – Naszym postulatem jest stworzenie funduszu do programów cyfryzacji oraz funduszu gospodarczego do sfinansowania środków dezynfekcyjnych – mówiła Hanna Mojsiuk.

„To, co jest bulwersujące to zaskoczenie całego biznesu tymi zmianami”. Przedsiębiorcy mówią: NIE dla komandytowych CIT

Jednym z najważniejszych postulatów omawianych podczas spotkania przedsiębiorców zrzeszonych w Północnej Izbie Gospodarczej z zachodniopomorskimi parlamentarzystami było omówienie rządowych planów podwójnego opodatkowania spółek komandytowych. Z inicjatywy Skarbnika Izby Michała Wojtasa zapoczątkowana została inicjatywa „NIE dla komandytowych CIT”, w którą zaangażowaliśmy przedsiębiorców. Efektem jest projekt, który został przedłożony zespołowi.

– Przygotowaliśmy szereg postulatów. To nie jest czas na wprowadzanie dramatycznych zmian w systemie podatkowym, to uderzenie w sektor MŚP działający w formule spółek komandytowych. Proces legislacyjny jest nieprzejrzysty, zmiany, które zostały uchwalone przez KFP dopiero niedawno zostało opublikowane na stronach sejmowych. Przedsiębiorcy nie dostali wiele czasu, by zapoznać się ze zmianami. Praca nad projektem nie jest wprost wpisana w program obrad, a jako formuła dodatkowa rozważana przy wprowadzeniu do porządku dziennego. To, co jest bulwersujące to zaskoczenie całego biznesu tymi zmianami. Biznes planuje swoje działania, inwestycje, projekty z wyprzedzeniem. Potrzebujemy czasu, by dostosować swoje dalekosiężne plany do zmian systemowych. To zaskakiwanie przedsiębiorców bez możliwości dania im szans na reakcje. Te zmiany dotyczą spółek krajowych, a nie dotyczą spółek zagranicznych działających na terenie kraju, odstraszają zagraniczny biznes i sprawiają, że jesteśmy niekonkurencyjni – mówi Michał Wojtas.

 Przewodniczący podsumowuje

– Głos przedsiębiorców, którzy od wielu lat tworzą w naszym regionie miejsca pracy musi być przez polityków słyszany. Dlatego opinie Północnej Izby Gospodarczej, która stanowi największy samorząd gospodarczy w tej części Polski są dla nas bardzo istotne.  Ludzie prowadzący firmy walczą dziś o utrzymanie miejsc pracy i swój byt. Tym bardziej nie mogę zrozumieć postępowania rządu, który w trudnym czasie epidemii postanowił nałożyć na przedsiębiorców nowe podatki! Dodatkowe koszty nałożone na spółki komandytowe to po prostu cios w polskich przedsiębiorców. Wygląda na to, że rząd musi jakoś zasypać wielką dziurę budżetową i po prostu postanowił dokonać kolejnego skoku na portfele tych, którzy uczciwie płacą podatki – podsumował spotkanie Arkadiusz Marchewka, poseł i przewodniczący Zachodniopomorskiego Zespołu Parlamentarnego.

Wielki zwycięzca czasów pandemii. Rynek usług telemedycznych rośnie w dwucyfrowym tempie

Wybuch pandemii COVID-19 spowodował największy w historii boom na telemedycynę. Jak wynika z danych zebranych przez szwedzką firmę Kry, zainteresowanie usługami, z których jeszcze niedawno korzystaliśmy bez przekonania, tylko do czerwca bieżącego roku wzrosło o rekordowe 115 proc. Amerykańska firma badawcza Global Headquarters Global Market Insights przewiduje, że do 2026 roku globalny rynek telemedycyny rosnąć będzie z prędkością niemal 20 proc. rdr.

Ograniczone kontakty międzyludzkie, przeciążona i trudno dostępna służba zdrowia, germofobiczna dezynfekcja wszystkiego wokół – dzisiejsza rzeczywistość pod wieloma względami różni się od tej, którą znaliśmy. Mimo to część spraw pozostaje niezmienna, a wśród nich na pewno potrzeba dostępu do usług lekarskich. To właśnie z jej powodu nieoczekiwanie rozkwitł rynek telemedycyny, a zdalne monitorowanie stanu zdrowia pacjenta i konsultacje lekarskie z dnia na dzień stały się naszą codziennością.

„Przekazywanie zaleceń przez internistów czy otrzymywanie e-recept bez wychodzenia z domu pozwalają funkcjonować przychodniom i szpitalom. Telemedycyna umożliwia też pacjentom, szczególnie tym z objawami, pozostawanie w domu bez tracenia kontaktu z lekarzem. To z kolei pomaga zminimalizować przenoszenie infekcji na innych, w tym na personel medyczny” – wylicza Anna Lew-Stachowicz, prezes firmy Telemedika.net zajmującej się zdalną obsługą pacjentów.

„Kolejną korzyścią telemedycyny podczas pandemii jest pomoc w codziennym leczeniu osób z przewlekłymi chorobami. Dla pacjentów o słabej odporności koronawirus stanowi wielkie niebezpieczeństwo. Dzięki zdalnym konsultacjom lekarze mogą ich chronić, zapobiegając ekspozycji na wirusa” – dodaje.

Punkt zwrotny

Chociaż rozwiązania z zakresu e-zdrowia były dostępne już od pewnego czasu, dopiero pandemia spowodowała, że zaczęliśmy w pełni z nich korzystać. Według wspomnianych danych firmy Kry, która specjalizuje się w telemedycynie, tylko do czerwca 2020 roku zainteresowanie cyfrowymi konsultacjami z lekarzami pierwszego kontaktu wzrosło o 115 proc. Jak się okazuje, Polacy wcale nie uważają też zdalnych usług lekarskich za zło konieczne. Wyniki badania przeprowadzonego przez firmę doradczą Upper Finance w okresie od czerwca do sierpnia 2020 roku wskazują na to, że wysoko cenimy sobie rozwiązania telemedyczne. Prawie 97 proc. ankietowanych przyznało, że nowe technologie są przydatne i wyraziło gotowość do korzystania z nich w przyszłości.

I rzeczywiście, z danych Mondial Assistance wynika, że w pierwszych pięciu miesiącach 2020 roku odbyło się 172 proc. więcej zdalnych konsultacji lekarskich dla klientów ubezpieczeniowych i bankowych w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku. W miesiącach jak marzec czy kwiecień takich usług realizowano nawet cztery czy pięciokrotnie więcej. Badanie, które przeprowadzono dla Centrum Badawczo-Rozwojowego Biostat w dniach 17-20 kwietnia, tylko potwierdziło ten trend. 43,8 proc. Polaków stwierdziło wówczas, że „w ciągu ostatnich siedmiu dni skorzystało ze zdalnej pomocy medycznej”, co uczyniło z konsultacji telefonicznych i online najczęściej wybieraną formę świadczenia usług zdrowotnych. Dla porównania badanie Biostat wykonane w 2017 roku wskazywało, że w tym czasie jedynie 6,8 proc. ankietowanych „choć raz, kiedykolwiek skorzystało z usług telemedycznych.”

Światowy triumf telemedycyny

W 2019 roku wielkość globalnego rynku telemedycyny oszacowano na 41,4 mld dolarów. Według danych opublikowanych przez Grand View Research oczekuje się, że do 2027 r. będzie on rosnąć z prędkością 15,1 proc rdr.  Szybszego wzrostu  spodziewa się firma badawcza Global Market Insights. Według jej analityków do 2026 r. utrzyma się on na poziomie 19.3 proc. rdr. Usługi telemedyczne mają stać się standardem, przede wszystkim ze względu na oczekiwane poprawę jakości opieki zdrowotnej i odciążenie personelu medycznego. Istotnym czynnikiem napędzającym wzrost rynku jest też zmniejszenie liczby hospitalizacji i wizyt w punktach przyjęć.

Nie oznacza to, że przed telemedycyną nie stoją żadne wyzwania. Autorzy badania wymieniają wśród nich między innymi wysokie koszty wdrożenia niektórych rozwiązań, problemy z zachowaniem bezpieczeństwa danych osobowych i kwestie prywatności, w końcu niechęć zarówno lekarzy, jak i pacjentów do zmiany nawyków, jakiej wymaga korzystanie z nowych technologii. Wszystkie te czynniki mogą, zdaniem badaczy, do pewnego stopnia hamować wzrost rynku.

W 2019 roku największy udział w przychodach branży miał segment telemonitoringu, czyli stałej kontroli zdrowia pacjentów sprawowanej na odległość. Tutaj również eksperci prognozują stały wzrost. Głównym czynnikiem napędzającym usługi telemonitoringu ma być rosnąca populacja ludzi starszych, którzy wymagają opieki zdrowotnej bez wychodzenia z domu. Lukratywny ma się też okazać spopularyzowany podczas pandemii segment zdalnych konsultacji.

Jak wynika z raportu, globalny rynek telemedycyny zdominowały Stany Zjednoczone. Zaraz za nimi znalazła się Europa. Ta ostatnia potrzebę zdalnych świadczeń lekarskich dostrzegła szczególnie w ostatnim okresie. Po wybuchu pandemii Komisja Europejska dofinansowała platformę e-zdrowie kwotą 120 mln zł, która ma pozwolić na „poszerzenie systemu o nowe usługi i funkcjonalności”. Rynki Ameryki Północnej i Starego Kontynentu mają rozwijać w podobnym tempie ze względu na rosnącą świadomość dotyczącą opieki zdrowotnej, a także upowszechnienie technologii chmurowych.

Według prognozy regiony rozwijające się, takie jak kraje Azji i Pacyfiku, Bliskiego Wschodu czy Afryki, odnotują wzrost rynku telemedycyny w związku z gwałtownie zwiększającym się zapotrzebowaniem na pomoc medyczną, zwłaszcza na obszarach wiejskich. Podobnie ma się stać w przypadku gospodarek wschodzących, w tym Indii i Chin.

Telemedycyna po polsku

W Polsce rozwiązanie szyte na miarę czasów szybko zaproponowały przede wszystkim prywatne firmy. Anna Lew-Stachowicz przyznaje, że klienci coraz chętniej korzystają z usług jej internetowej przychodni. „Lekarz może wystawić zwolnienie dla zagranicznego pracodawcy w ramach Unii Europejskiej, podobnie jak na opiekę nad dzieckiem lub członkiem rodziny. E-receptę zrealizujemy w każdej aptece w Polsce, wystarczy podać farmaceucie swój PESEL i PIN do recepty, który dostajemy przez SMS. Istnieje też możliwość konsultacji medycznej dla osób, które nie wiedzą, co im dolega. Po wypełnieniu formularza zdrowotnego lekarz dzwoni w ciągu 15 minut” – opowiada prezes Telemedika.net, jednej z platform umożliwiających zdalny kontakt z lekarzem, uzyskanie e-recepty czy zwolnienia.

Na potrzebę zdalnego leczenia odpowiedziało, choć w znacznie węższym zakresie, także Ministerstwo Zdrowia. Efektem jest, nieco spóźniony w kontekście działań rynku komercyjnego, projekt, który można znaleźć pod adresem pacjent.gov.pl/teleporada. Jego jedynymi odbiorcami są osoby, które mają obawy, że są zakażone koronawirusem. Pacjenci mogą korzystać z konsultacji wideo udzielanych przez pracowników medycznych bez wychodzenia z domu. „Podejrzewasz, że masz koronawirusa, potrzebujesz konsultacji lekarskiej i nie możesz się dodzwonić do poradni? Skorzystaj z formularza i umów się na teleporadę” – czytamy na rządowej stronie.

Perspektywy

Jak wskazują specjaliści, czas pandemii zrewolucjonizował nasze podejście do telemedycyny. Od marca gwałtownie przyspieszono wdrażanie innowacyjnych rozwiązań w systemie ochrony zdrowia. Które z nich z nami zostaną, a jakie jeszcze warto wprowadzać? Gdy kiedyś z wiceministrem Januszem Cieszyńskim zastanawialiśmy się, ile czasu zajmie proces informatyzacji i upowszechnienia narzędzi e-zdrowia, szacowaliśmy, że będzie to trwało minimum dwa lata. W obecnej sytuacji stało się to standardem. Dosłownie z dnia na dzień mieliśmy do czynienia z sytuacją, w której odwracała się relacja liczby osób przyjmowanych w gabinecie do liczby osób obsłużonych w trybie teleporady. Nagle weszliśmy w rzeczywistość, która jest zupełnie odmienna” – mówił niedawno w wywiadzie dla Polityki Zdrowotnej prezes Narodowego Funduszu Zdrowia Adam Niedzielski.

Eksperci są zgodni co do tego, że teleporady i e-recepty sprawdziły się i zagoszczą na stałe w polskim systemie zdrowia. „Zdalna wizyta jest znakomitym rozwiązaniem dla pacjentów, którzy są stabilni, nie mają nowych dolegliwości, dla których lekarz świadomie może zrezygnować z badania fizykalnego i oprzeć się tylko i wyłącznie na badaniu zdalnym” – ocenia w rozmowie z Health Challenges Progress prof. Jankowski Piotr Jankowski z I Kliniki Kardiologii i Elektrokardiologii Interwencyjnej oraz Nadciśnienia Tętniczego Collegium Medicum UJ w Krakowie.

Jednocześnie specjaliści podkreślają, że nie wszystkie tradycyjne konsultacje będą mogły zostać zastąpione teleporadą. „Oczywiste jest, że w przypadku części badań to właśnie ich fizykalny aspekt gwarantuje skuteczność. Na szczęście lekarze są w stanie wyłapać, czy stan chorego jest na tyle poważny, że należy zobaczyć go bezpośrednio” – zapewnia prezes zarządu Telemedika.net.

„Wydaje mi się, że telemedycyna w dobie COVID-19 jest zwycięzcą i to raczej spodziewanym. Mam nadzieję, że to wszystko, co uda się sprawdzić w czasie epidemii, będziemy dalej optymalizować i w przyszłości będzie to codzienny element naszej pracy” – podsumowuje w prof. Mateusz Tajstra z III Katedry i Oddziału Klinicznego Kardiologii SUM w Katowicach.

Gastronomia znów na kwarantannie. Restrykcje prowadzą do masowej likwidacji firm i rekordowych zaległości

Wraz ze wzrostem liczby zachorowań w ostatnich tygodniach rząd wprowadza kolejne obostrzenia w działalności przedsiębiorców. Tym razem restrykcje, wstępnie przez dwa tygodnie, dotykają m.in. branżę gastronomiczną, która krótko cieszyła się większą swobodą prowadzenia biznesu. Nie pozostanie to bez wpływu na i tak nienajlepszą kondycję jej finansów. Zadłużenie restauratorów systematycznie rośnie, w pierwszy lockdown weszli z 647 mln zł zaległości, teraz mają o ponad 48 mln zł więcej – wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor i BIK.

– W ostatnich miesiącach we wszystkich rodzajach działalności usługowej związanej z wyżywieniem doskonale widać narastające problemy, a także ścisłą zależność branży od narzucanych gospodarce obostrzeń. Restrykcje prowadzą bezpośrednio do problemów objawiających się rosnącą liczbą likwidowanych i zawieszanych firm. Najwięcej takich sytuacji miało miejsce w marcu i kwietniu, a następnie w sierpniu i wrześniu. Nowe ograniczenia z pewnością także przyniosą tego typu konsekwencje – zauważa Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Według wywiadowni gospodarczej Bisnode Polska na początku roku działało około 70 tys. placówek gastronomicznych stałych i sezonowych, a w ciągu dziewięciu miesięcy działalność zawiesiło 4,3 tys. podmiotów szeroko rozumianego sektora gastronomicznego.

w ciągu dziewięciu miesięcy działalność zawiesiło 4,3 tys. podmiotów szeroko rozumianego sektora gastronomicznego
Źródło: Bisnode Polska

Z danych GUS wynika, że we wrześniu największy wzrost liczby podmiotów z zawieszoną działalnością w porównaniu do poprzedniego miesiąca odnotowano w sekcji zakwaterowanie i gastronomia (41,5 proc.). Według urzędu jest to jedyna kategoria, w której we wrześniu liczba podmiotów wyrejestrowanych z bazy REGON przekroczyła liczbę nowych wpisów.

– Okres wakacyjny był dla wielu usługodawców okazją do wytchnienia. Wydawało się, że koronawirus jest w odwrocie, a część Polaków rekompensowała sobie miesiące izolacji i ograniczeń. Branża gastronomiczna, podobnie jak np. turystyka, starała się odrabiać zaległości – mówi Sławomir Grzelczak – Niestety rosnąca liczba zachorowań, wynikające z tego obostrzenia, ale i większa dbałość konsumentów o własne zdrowie, ponownie wpędziły branżę w kłopoty – dodaje.

Kipiące zaległości

Dane Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor i BIK pokazują, że kwota zaległości i liczba firm gastronomicznych z przeterminowanymi zobowiązaniami stale rośnie. W tym roku między marcem a wrześniem przybyło 198 zadłużonych przedsiębiorstw (do 10 028), czyli więcej niż w ciągu wcześniejszych 12 miesięcy (132 firmy). Systematycznie w górę pnie się także kwota: z 567,6 mln zł w marcu 2019 r., do 647,4 mln zł w marcu 2020 r. i 695,6 mln zł we wrześniu.

kwota zaległości i liczba firm gastronomicznych z przeterminowanymi zobowiązaniami
Źródło: BIG InfoMonitor i BIK

Przyrost zadłużenia od początku kryzysu wywołanego pandemią (marzec – wrzesień) wyniósł 7,5 proc. (wobec 3,7 proc. dla ogółu firm), ale widać, że dynamika zmian przebiegała różnie w zależności od rodzaju prowadzonej działalności gastronomicznej. Powszechne przechodzenie na pracę zdalną, a także ograniczenia dotyczące organizacji imprez masowych (wydarzenia kulturalne, sportowe, ale też uroczystości rodzinne, wesela, itp.) spowodowały, że najbardziej zwiększało się zadłużenie ruchomych punktów gastronomicznych (14,3 proc.) i firm cateringowych (14,5 proc.).

Jak wynika z danych BIG InfoMonitor i BIK, rekordzistą branży gastronomicznej jest przedsiębiorca z woj. mazowieckiego, który ma na koncie aż 43,6 mln zł zaległości kredytowych. Druga i trzecia firma w zestawienieniu mają znacznie niższe, ale nadal bardzo poważne zobowiązania tego rodzaju (17 mln i 14,6 mln zł). W przypadku zaległości pozakredytowych najbardziej zadłużony przedsiębiorca ma 10,8 mln zł zobowiązań.

rekordowe zaległości branży gastronomicznej
Źródło: BIG InfoMonitor i BIK

– Przedstawicielom szeroko pojętego sektora usługowego jeszcze przed nowymi obostrzeniami trudno było myśleć z optymizmem o przyszłości. Jak wynika z wrześniowego badania dla BIG InfoMonitor, 29 proc. spośród mikro, małych i średnich firm szacowało zdolność przetrwania kolejnej fali kryzysu na okres od jednego do trzech miesięcy. Maksimum pół roku dawało sobie 16 proc.– zauważa Sławomir Grzelczak. – Wprowadzone w minioną sobotę obostrzenia z pewnością nie poprawią więc minorowych nastrojów branży gastronomicznej. Konieczność funkcjonowania jedynie w formule dostaw i odbiorów osobistych odbije się na kondycji finansowej przedsiębiorców, szczególnie tych, którym kilka miesięcy temu nie udało się skutecznie dostosować do takiego sposobu działania – dodaje.

Badanie research&grow zrealizowane na zlecenie BIG InfoMonitor techniką CATI, na grupie firm MŚP N=500, w dniach 14-21 września 2020 r.

Sklepy idealnie wyczuły okazję. Obniżają ceny za mydło w kostce, żeby podnieść za produkt w płynie

Z raportu agencji badawczo-analitycznej Hiper-Com Poland i Centrum Analiz Grupy AdRetail wynika, że ceny mydła w marcu i we wrześniu tego roku, czyli w momentach rozpoczynających tzw. pierwszą oraz drugą falę pandemii, spadły średnio o 16,5%. Przy tym art. w płynie zdrożały prawie o 6%, zwłaszcza w sieciach cash&carry. Natomiast produkty w kostce były tańsze o 12,5%, głównie za sprawą drogerii i aptek. Wyniki zostały opracowane na podstawie obserwacji ponad 2 tysięcy cen.

W analizowanych okresach średnia cena mydła w płynie wzrosła średnio o 5,6%. Blanka Chmurzyńska-Brown z Polskiego Związku Przemysłu Kosmetycznego, podkreśla, że popyt na ten produkt szalenie wzrósł od marca br. Mycie rąk uznano za najskuteczniejszy sposób walki z wirusami i bakteriami. Mydła w płynie mają tę zaletę, że ich dozowniki można obsłużyć nawet łokciem, są więc bardziej higieniczne niż same kostki.

– Od początku pandemii media intensywnie komunikowały konieczność częstego mycia rąk. To oczywiście zwiększyło zapotrzebowanie na mydło. Zmieniły się też nawyki konsumentów, bo zaczęli robić tego typu zakupy na zapas. Dlatego sieci handlowe mogły pozwolić sobie na podniesienie cen – mówi Julita Pryzmont z agencji Hiper-Com Poland.

Blanka Chmurzyńska-Brown przypomina, że ceny są determinowane m.in. przez dostępność produktu. Pandemia zakłóciła łańcuchy dostaw. Przez pewien czas brakowało wielu rodzajów opakowań. To spowodowało podwyżki. Obecnie wiele marek wchodzi też w tzw. refille czy opakowania z recyklatów, a te technologie są droższe.

– Mydła w płynie są kupowane nie tylko przez gospodarstwa domowe, ale też instytucje i organizacje. Są postrzegane jako bezpieczniejsze i wydajniejsze niż kostki, zwłaszcza w miejscach z dużą liczbą osób. Pozwalają też zachować większą estetykę podczas użytkowania – zauważa dr Urszula Kłosiewicz-Górecka, członek Zespołu Foresightu Gospodarczego w Polskim Instytucie Ekonomicznym.

Produkt najbardziej zdrożał w sieciach typu cash&carry – bo aż  o 59,8%. Jego cena wyraźnie też wzrosła w drogeriach – o 29,1%. – Sieci podwyższają ceny, kiedy są przekonane, że nie zagrozi to ich dochodowi. W cash&carry zaopatruje się duża część mikrobiznesów, które praktycznie z dnia na dzień musiały się dostosować do nowych wymogów sanitarnych. Z kolei drogerie są dla Polaków intuicyjnym miejscem zakupu kosmetyków – komentuje Julita Pryzmont.

Ponadto analiza wykazała, że ceny mydła w płynie najbardziej spadły w sklepach convenience – o 21,8%, a także w dyskontach – o 18,2%. Zdecydowanie mniejsze wzrosty odnotowano w supermarketach – o 5%, w hurtowniach – o 3%, jak również w hipermarketach – o 1,5%.

– Wyniki analizy są odzwierciedleniem popularności poszczególnych formatów. Z powodu pandemii klienci preferują raczej małe placówki, zlokalizowane blisko ich domów. Sklepy convenience i dyskonty idealnie spełniają te kryteria. Dlatego też właśnie te sieci, walcząc między sobą, zaczęły wprowadzać widoczne obniżki na newralgiczne produkty – wyjaśnia Karol Kamiński z Grupy AdRetail.

I tak średnie ceny mydeł w kostce zmniejszyły się o 12,5%. – W pierwszej fali pandemii bardzo szybko zniknęły one ze sklepów. Od marca br. ich produkcja mogła się zwiększyć, a rynkowa podaż – wzrosnąć. To wyjaśniałoby obniżenie cen. Produkty myjące w kostkach zawsze były, są i będą tańsze niż w płynie, bo nie wymagają specjalistycznych opakowań – przypomina ekspert z Polskiego Związku Przemysłu Kosmetycznego.

Natomiast, biorąc pod uwagę produkty w kostce i w płynie, łącznie zanotowano średni spadek o 16,5%. – To może zaskakiwać w czasie pandemii, ale wystarczy przyjrzeć się temu z bliska. Spadek cen mydła w kostce na poziomie 12,5% można wyjaśnić tym, że konsumenci trochę porzucili tego typu asortyment na rzecz produktu w płynie. Sieci to zauważyły i w jednym przypadku podniosły ceny, z kolei w drugim obniżyły. To zwykła kalkulacja biznesowa – zwraca uwagę Karol Kamiński.

Z analizy wynika też, że mydło w kostce podrożało najbardziej w sieciach typu convenience o 20,8%, a w dyskontach – o 10%. Jak zaznacza ekspert z Hiper-Com Poland, to właśnie w tych formatach tradycyjny produkt najbardziej zdrożał przy jednoczesnym dużym spadku cen wersji w płynie.

– Ceny mydeł w kostce najbardziej wzrosły w convenience store. Klienci często robią tam awaryjnie zakupy i wówczas koszt nie jest najważniejszym kryterium wyboru produktu. Jednocześnie atrakcyjne ceny płynnych środków zachęcają konsumentów do nabywania produktów pod wpływem impulsu. W dyskontach relatywnie tanie mydła w płynie przyciągają uwagę klientów i zachęcają ich do zakupów, a wzrost cen asortymentu w kostce wydaje się w tej sytuacji być mniej widoczny – tłumaczy dr Kłosiewicz-Górecka.

Pod względem spadków cen mydeł w kostce na pierwszym miejscu są drogerie – 56,9%, a za nimi – supermarkety – 44,1%. Następne są hipermarkety – 11,3%, cash&carry – 3,4%, a potem hurtownie – 2,7%. Znaczne spadki cen w drogeriach i supermarketach wskazują, że te formaty stawiały w swojej komunikacji promocyjnej właśnie na ten artykuł. Penie miały nadzieję, iż przyciągnie on konsumentów – podsumowuje Julita Pryzmont.

Dane pochodzą z raportu międzynarodowej agencji badawczo-analitycznej Hiper-Com Poland i Centrum Analiz Grupy AdRetail. Eksperci sprawdzili ponad 2 tys. średnich cen promocyjnych mydeł w kostkach i w płynie, przeliczając je odpowiednio na 1 kg i 1 litr. Analiza obejmowała marzec i wrzesień 2020 roku, czyli okresy rozpoczynające tzw. pierwszą i drugą falę pandemii. Pod uwagę wzięto ceny z dyskontów, hipermarketów, supermarketów, sieci convenience, cash&carry, hurtowni, drogerii i aptek.

Pandemia koronawirusa ograniczyła napływ do Polski pracowników z Europy Wschodniej. Polska gospodarka wciąż potrzebuje rąk do pracy

Ponad 42 proc. cudzoziemców pracujących w Polsce skorzystało z automatycznego przedłużenia pozwolenia na legalny pobyt i pracę, zaoferowanego przez polski rząd w trakcie pandemii koronawirusa. Co trzeci planuje z tego rozwiązania skorzystać. Jednak emigrantów zarobkowych z Europy Wschodniej jest zdecydowanie mniej niż rok temu. – Zwykle we wrześniu napływ pracowników z zagranicy jest największy. W tym roku liczba obcokrajowców na rynku pracy jest porównywalna z poziomem z marca, czyli z okresu, w którym corocznie jest ich najmniej – mówi Andrzej Korkus, prezes zarządu EWL.

– Zamknięcie granic wywołane pandemią koronawirusa miało znaczny wpływ na migrację do Polski, a początkowo całkowicie ją zatrzymało. Ograniczony został ruch autobusowy i kolejowy, czyli transport publiczny pomiędzy Polską a Ukrainą. W początkowym okresie lockdownu dotarcie do naszego kraju do pracy graniczyło z cudem. Po pewnym czasie transport ruszył, konsulaty wznowiły pracę i wszystko powoli zaczęło wracać do normalności – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Korkus.

Jak wynika z wstępnych danych GUS, na koniec kwietnia br. – w porównaniu z końcem lutego br. – liczba cudzoziemców w Polsce zmniejszyła się o 223 tys., czyli o 10 proc. Największy spadek odnotowano wśród obywateli Białorusi (32,2 proc.) oraz Rosji (25,7 proc.). Populacja obywateli Ukrainy zmniejszyła się o 11,5 proc.

Z II edycji raportu EWL „Pracownik zagraniczny w dobie pandemii” wynika, że 73 proc. skorzystało lub planuje w najbliższym czasie skorzystać z możliwości automatycznego przedłużenia pozwolenia na pobyt lub na pracę w Polsce.

– Każdy pracownik, który chce kontynuować pracę w Polsce, a skończyła mu się wiza albo zezwolenie na pracę, może to robić na podstawie ustaw antykryzysowych, które wprowadził rząd – mówi prezes EWL.

To właśnie przedłużenie ważności dokumentów zezwalających na pobyt i pracę w Polsce jest oceniane wśród cudzoziemców jako najistotniejszy element pomocy ze strony polskich władz. Takiego zdania było niemal 60 proc. badanych. Z kolei 23 proc. pracowników zagranicznych chwali polski rząd za udzielanie informacji na temat ograniczeń i zaleceń związanych z pandemią w ich ojczystych językach. Jednak co piąty migrant zarobkowy przyznał, że nie uzyskał żadnej informacji na temat wsparcia ze strony polskiej administracji, zaś 18 proc. respondentów nie uznało dostępnych form wsparcia za istotne.

Jeżeli chodzi o  pomoc ze strony polskich pracodawców, cudzoziemcy najbardziej docenili zapewnienie bezpłatnych środków ochrony (34 proc.) oraz pokrycie kosztów zakwaterowania w  przypadku kwarantanny (29 proc.). Niemal 16 proc. respondentów nie słyszało o  pomocy ze strony swojego pracodawcy.

Mimo to 92 proc. badanych, którzy zdecydowali się pozostać w Polsce po wybuchu pandemii, nie żałuje podjętej decyzji. Niecałe 2 proc. nie jest z niej zadowolonych.

– Napływ pracowników z zagranicy jest dalej niższy niż przed pandemią – podkreśla Andrzej Korkus. – Zazwyczaj we wrześniu ich napływ zza wschodniej granicy był największy z uwagi na większe zapotrzebowanie i wzmożony ruch przed świętami. W tym roku liczba cudzoziemców, którzy są dostępni na rynku pracy, jest podobna do tej, która była przed pandemią, w marcu, kiedy jest zwykle najniższa na przestrzeni całego roku.

Tymczasem zapotrzebowanie pracodawców na siłę roboczą jest wciąż wysokie. Polska jest na drugim miejscu, zaraz po Czechach, na liście krajów europejskich z najniższym bezrobociem. Według danych Eurostatu w sierpniu wyniosło ono 3,1 proc., podczas gdy w strefie euro przekroczyło 8 proc.

– Widać, że rąk do pracy brakuje. Tym bardziej że produkcja się zmieniła. Firmy działają teraz trochę inaczej. Transport, globalne rynki dostaw działają dużo wolniej, niż było to przed pandemią, jest wiele obostrzeń, które wpływają na dynamikę dostaw. Jeżeli np. części dla branży automotive w końcu spływają, są zamówienia, to jest dużo większa potrzeba szybkiego reagowania na popyt – mówi prezes EWL.

Autorzy badania podkreślają, że pomimo niepewności związanej z  COVID-19 nastroje wśród migrantów zarobkowych i ich stosunek do pracy w  Polsce pozostają pozytywne. Niemal 54 proc. badanych oświadcza, że ponowne wprowadzenie ograniczeń nie skłoni ich do rezygnacji z pracy w niej. Co ciekawe, pandemia wpłynęła na ocenę atrakcyjności krajów Europy Zachodniej i ich rynku pracy przez obywateli państw wschodnich. Zainteresowanie wśród migrantów zatrudnieniem w krajach innych niż Polska zmalało. Ofert pracy szukało w nich wcześniej ponad 31 proc. respondentów, a po wybuchu pandemii odsetek ten wynosi niecałe 19 proc.

W czasie pandemii Polacy chętniej sięgają po polską żywność. Zwracają też coraz większą uwagę na jej jakość

Konsumenci w Polsce przykładają coraz większą wagę do jakości produktów żywnościowych. 72 proc. przy wyborze zwraca uwagę na ich skład, a 62 proc. chciałoby kupować więcej artykułów bio, choć na ogół barierą jest ich wysoka cena. Ponad połowa Polaków, sięgając po takie produkty, nie ma też pewności co do ich prawdziwego źródła pochodzenia. To oznacza, że konsumenci potrzebują dodatkowej informacji, a producenci – większej promocji swoich jakościowych wyrobów. Temu właśnie służy konkurs „KUKBUK Poleca”, który od czterech lat nagradza najlepszą polską żywność i wyroby regionalne. A w dobie pandemii żywność od krajowych dostawców jest wśród Polaków coraz popularniejsza.

– W czasach, w których żyjemy, w dobie katastrofy klimatycznej nie mamy innego wyboru, jak tylko stawiać na jakość produktów, które konsumujemy, a także przedmiotów, którymi się otaczamy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Daria Pawlewska, redaktor naczelna magazynu kulinarno-kulturalnego „KUKBUK”.

Badania pokazują, że Polacy zgadzają się z tą tezą, wybierając coraz bardziej jakościową żywność. Jak wynika z ubiegłorocznego sondażu ARC Rynek i Opinia, 80 proc. polskich konsumentów przy wyborze kieruje się ceną produktów, ale niewiele mniej (72 proc.) zwraca też uwagę na ich skład. Biorą pod uwagę również wpływ kupowanej żywności na zdrowie (43 proc.), jej naturalność (37 proc.) oraz opinię o marce (16 proc.).

– Świadomość kulinarna Polek i Polaków wzrasta z każdym rokiem – wskazuje Daria Pawlewska.

Wciąż mniej istotne pozostają za to kwestie ekologii. Zwraca na nie uwagę tylko 8 proc. polskich konsumentów. Dla co trzeciego Polaka wysoka cena jest barierą, która uniemożliwia zrównoważone wybory konsumpcyjne. Chęć zakupu produktu opatrzonego ekologicznym certyfikatem spada wraz ze wzrostem jego ceny. Potwierdza to też styczniowy raport IQS („Bio – szansą rynkową”), z którego wynika, że 62 proc. konsumentów chciałoby kupować częściej i więcej artykułów bio, ale na ogół barierą jest właśnie ich wysoka cena.

Co istotne, ponad połowa Polaków (56 proc.) stwierdziła też, że sięgając po takie produkty, nie ma pewności, czy są one naprawdę bio. To oznacza, że konsumenci potrzebują dodatkowej informacji o produktach żywnościowych i ich pochodzeniu, a producenci – większej promocji swoich jakościowych wyrobów.

– Jakościowe produkty, które pochodzą z małych, lokalnych firm czy nawet od osób, które z pasją i zaangażowaniem realizują swoje pomysły, absolutnie potrzebują dodatkowej promocji. Często same nie mają środków finansowych na ich promowanie – mówi redaktor naczelna magazynu „KUKBUK”.

Magazyn od czterech lat nagradza prestiżowym certyfikatem najlepsze polskie produkty. Mogą się o niego ubiegać producenci zarówno żywności, jak i kosmetyków ekologicznych, lokalni rzemieślnicy czy właściciele gospodarstw agroturystycznych. Wyróżnienie jest przyznawane za jakość oraz zaangażowanie i pasję.

– Celem jest wyróżnienie producentów zdrowego jedzenia, które często znamy tylko ze wspomnień babć i dziadków, a także rzemieślników, którzy z pasją i zaangażowaniem projektują i przygotowują przedmioty jedyne w swoim rodzaju – mówi Daria Pawlewska. – Mimo pandemii w czwartej edycji konkursu otrzymaliśmy bardzo wiele zgłoszeń, dopisali producenci i rzemieślnicy, hotele agroturystyczne i kameralne miejsca, które stawiają na jakość tego, co oferują konsumentom.

Zgłoszenia do tegorocznej edycji konkursu „KUKBUK Poleca” można było nadsyłać do końca września. Jak wskazuje redaktor naczelna magazynu, do redakcji zostało zgłoszonych blisko 500 produktów z różnych regionów Polski, które zostały poddane ocenie jury.

– Zgłoszone produkty mają zazwyczaj krótki i prosty skład. Czytamy etykietę i wiemy, co w nich jest. Są również bardzo dobre, bo za jakością idzie też smak – mówi. – W tym roku, podobnie jak w poprzednich, nie zawiedli producenci nabiału. Polska jest rajem dla producentów serów zagrodowych, zwłaszcza kozich. Wybór jest bardzo duży. Nie zawiedli też producenci olejów. Z polskiej tożsamości kulinarnej możemy być naprawdę dumni, bo jakość tych produktów jest wspaniała.

W jury tegorocznej edycji konkursu „KUKBUK Poleca” najlepsze polskie produkty oceniały między innymi Natalia Przybysz, wokalistka, autorka tekstów, i Lara Gessler, restauratorka i autorka książek kulinarnych.

– Wracamy do świadomości, że to, co polskie, może być dobre, że nie jest gorsze od produktów z Zachodu, bo niestety długo pokutowało w nas takie przekonanie. W tegorocznej edycji konkursu poziom jest jeszcze wyższy niż w ubiegłym roku. Widać, że producenci faktycznie znają rynek, zwracają większą uwagę na takie aspekty jak opakowanie i jego design – mówi Lara Gessler.

– Przeróżne pasty, masła wegańskie, kimchi, kiszonki, była też kategoria rzemieślnicza i rzemiosło, a w niej dużo ciekawych i pięknych przedmiotów. Polacy lubią swojskość i wracają do takiej babcinej tradycyjności. Trzeba się oderwać od wielkich sieci handlowych i robić zakupy lokalnie. Konkurs „KUKBUK-a” na tym polega – to jest promocja lokalnych, małych manufaktur i w nich tkwi wielka moc – dodaje Natalia Przybysz.

Polacy w coraz większym stopniu doceniają regionalne wyroby i krajową żywność, która cieszy się też dużym uznaniem na rynku europejskim. COVID-19 dodatkowo wzmocnił ten trend. Jak pokazuje marcowe badanie ARC Rynek i Opinia („Zakupy żywności w dobie koronawirusa”), w trakcie pandemii co piąty Polak częściej niż dotychczas decydował się na zakup żywności pochodzącej od krajowych producentów.

– Pandemia okazała się zaskakującym doświadczeniem i miała wpływ na to, co kupujemy, gdzie gotujemy i gdzie spożywamy posiłki. Badania pokazują, że w jej trakcie Polacy kupują mniej nabiału, spożywają mniej mięsa, większość posiłków spożywają w domu, a nie w restauracjach. Gotujemy więcej i zobaczyliśmy, że to też jest przyjemnym, towarzyskim zwyczajem – mówi redaktor naczelna „KUKBUK-a”.

Pomoc od rządu to kropla w morzu potrzeb polskich lotnisk. Branża liczy na zmianę polityki

W ostatnich dniach rząd umożliwił lotniskom składanie wniosków o pomoc obiecaną już na początku maja br. 142 mln zł zostanie podzielonych zgodnie z udziałami poszczególnych portów lotniczych w rynku. Spółka Port Lotniczy Łódź złożyła wniosek o przyznanie 639 tys. zł. – Poza pieniędzmi liczymy także na właściwą politykę rządu, która pozwoli na nowo zbudować ten rynek – podkreśla dr Anna Midera, prezes łódzkiego lotniska im. Władysława Reymonta.

Łódzkie lotnisko, podobnie jak wiele innych, przeżywa obecnie problemy finansowe. W wyniku zawieszenia ruchu lotniczego przez 108 dni nie mogliśmy prowadzić działalności i z tego tytułu ponieśliśmy bardzo duże straty – mówi agencji Newseria Biznes dr Anna Midera. – Na razie dokonaliśmy wielu oszczędności, a dzięki wsparciu miasta będziemy spokojnie do końca roku funkcjonować.

W zeszłym roku łódzkie lotnisko obsłużyło ponad 240 tys. pasażerów. W tym roku – po trzech kwartałach – jest to nieco ponad 66 tys. Dla porównania, w III kwartale br. liczba pasażerów zbliżyła się do 29 tys., podczas gdy rok temu było prawie 80 tys. Ruch cargo pozostaje na podobnym poziomie, co w 2019 roku (1478 t w III kwartale br. vs. 1504 t w III kwartale 2019 roku).

Jak podkreśla prezes lotniska, w tym roku planowana liczba pasażerów miała sięgnąć 300 tys., natomiast można się spodziewać, że będzie to ok. 100 tys. pasażerów, czyli 1/3 planu. W związku z tym port nie zrealizuje przychodów, szacowanych na 6 mln zł, z tzw. sprzedaży okołolotniskowej. Spółka złożyła wniosek o przyznanie 639 tys. zł od rządu. To środki z Funduszu Przeciwdziałania COVID za straty wynikające z zakazu lotów między 15 marca a 30 czerwca br. Żeby uruchomić wsparcie, rząd musiał najpierw uzyskać zgodę Komisji Europejskiej na pomoc publiczną. Do wszystkich lotnisk w Polsce trafi 142 mln zł, a ich podział jest zależny od udziału poszczególnych portów w rynku lotniczym w 2019 roku. W przypadku łódzkiego lotniska jest to 0,45 proc. Na złożenie wniosków do Ministerstwa Infrastruktury władze portów lotniczych miały czas do 26 października.

Poza pomocą finansową, która została nam obiecana, liczymy na właściwą politykę, która pomoże nam wspólnie zbudować ten rynek na nowo – mówi dr Anna Midera. – To jest konsultowanie z nami decyzji, słuchanie głosów ekspertów, niewprowadzanie chaotycznej polityki zamykania czy otwierania innych gospodarek, skupienie się na promocji latania, zwrócenie uwagi na rynek, np. na opłaty terminalowe – w tej chwili mamy dwustrefową politykę opłat terminalowych: dla warszawskiego Lotniska Chopina i dla pozostałych lotnisk regionalnych. Polityka prowadzona jest w taki sposób, że dla przewoźników lotniczych Warszawa jest najtańszym lotniskiem, w związku z czym lotniska położone najbliżej niej są mniej konkurencyjne.

Władze łódzkiego portu lotniczego liczą, że w najbliższych latach impulsem dla rozwoju ruchu lotniczego w regionie będą nowe inwestycje infrastrukturalne.

W ciągu najbliższych dwóch lat powstanie obwodnica wokół Łodzi, ring, który połączy drogą szybkiego ruchu S14 autostrady A1 i A2. To umożliwi nam bardziej dynamiczny rozwój pod kątem logistyki i będzie szansą dla miasta. Łódzkie lotnisko położone jest w linii prostej niecały kilometr od drogi S14, w związku z tym niewielkie inwestycje w poprawie dostępności do portu pozwolą nam sprawniej rozwijać działalność cargo – wyjaśnia prezes Portu Lotniczego Łódź im. Reymonta.

Plan działania na razie nie uwzględnia powstania Centralnego Portu Komunikacyjnego i jego ewentualnych konsekwencji dla łódzkiego lotniska.

Projekt CPK traktujemy w tej chwili jako fazę dyskusji. Nie mieliśmy okazji zapoznać się z żadnym profesjonalnym dokumentem, który odpowiedziałby nam na wszystkie kluczowe pytania dotyczące tego, jaki będzie miał wpływ na cały sektor lotniczy w Polsce. Również przed COVID-em działaliśmy, nie patrząc na to, co dzieje się w badaniach, w analizach, bo ten projekt po prostu jeszcze nie funkcjonuje, łopata nie została wbita, więc nie spędzamy zbędnego czasu na gdybanie, co będzie, jeżeli pojawi się CPK. Z pełną energią robimy to, co możemy, żeby rozwijać ten port, a w sytuacji covidowej, żeby przeżyć – mówi dr Anna Midera.

W kontekście problemów łódzkiego lotniska w ostatnich tygodniach wiele mówiono o możliwościach sprzedaży portu inwestorowi zewnętrznemu.

Kwestia sprzedaży udziałów jest zawsze tematem otwartym dla każdego lotniska. 96 proc. udziałów łódzkiego portu należy do miasta. To właściciel decyduje o tym, czy przyciągnąć do siebie chętnego inwestora do zainwestowania w taki projekt – mówi prezes.

Od 25 października na łódzkim lotnisku wszedł w życie zimowy rozkład lotów, który będzie obowiązywać do 27 marca 2021 roku. Nadal można latać dwa razy w tygodniu do Dublina, dwa razy w tygodniu do Nottingham East Midlands i cztery razy w tygodniu do Londynu Stansted.

Inwestycje w internet rzeczy ponownie przyspieszą od przyszłego roku. Problemami pozostają cyberbezpieczeństwo i brak odpowiedniego prawa

W Polsce nie ma i nie planuje się uchwalenia ustawy o internecie rzeczy. Obecnie jest on regulowany czterema odrębnymi grupami przepisów dotyczących cyberbezpieczeństwa, ochrony danych osobowych, odpowiedzialności cywilnoprawnej czy własności intelektualnej – mówi adwokat Xawery Konarski. Ubiegłoroczny raport opracowany dla Ministerstwa Cyfryzacji pokazuje jednak, że w Polsce środowisko regulacyjne nie tylko nie sprzyja rozwojowi IoT, ale wręcz stanowi istotne ograniczenie dla tej technologii. – Takich regulacji nie ma też w Unii Europejskiej ani na świecie, bo IoT wymaga stosowania różnych przepisów prawa. Nie da się stworzyć jednego aktu prawnego, który regulowałby wszystkie kwestie i problemy prawne – ocenia ekspert.

– Internet rzeczy już funkcjonuje w naszym życiu – jako urządzenia i konkretne zastosowania. Klasycznym przykładem są aplikacje, które śledzą kierowanie autami. Te dane telematyczne są następnie wykorzystywane do oceny ryzyka ubezpieczeniowego. Internet rzeczy jest też stosowany w inteligentnych miastach. Jedną z największych broni samorządów w walce z korkami są inteligentne sygnalizacje świetlne bazujące na IoT, które pozwalają lepiej zarządzać ruchem. Obecnie już cała logistyka opiera się na IoT. W niemal każdym magazynie są towary, które mają wszczepione sensory i czujniki, pozwalające lepiej nimi zarządzać – mówi agencji Newseria Biznes Xawery Konarski, wspólnik w Kancelarii Traple Konarski Podrecki i Wspólnicy, wiceprezes PIIT i członek Sektorowej Rady ds. Kompetencji Telekomunikacja i Cyberbezpieczeństwo.

Internet rzeczy to jeden z najszybciej rozwijających się trendów technologicznych. Według szacunków IDC w 2025 roku do IoT będzie podłączonych już 55,9 mld urządzeń, maszyn, czujników i kamer, generujących w sumie 79,4 zetabajtów (ZB) danych. Lipcowa prognoza IDC zakłada, że w tym roku globalne wydatki na systemy IoT osiągną wartość 742 mld dol., po wzroście o 8,2 proc. r/r. W ubiegłym roku ten wzrost był prawie dwukrotnie szybszy, co wskazuje na znaczący wpływ pandemii hamującej inwestycje w nowe technologie. Taka dynamika wzrostu ma powrócić już w przyszłym roku. IDC ocenia, że w latach 2020–2024 wydatki na tę technologię mają rosnąć w średnim tempie 11,3 proc. rocznie.

Najszybciej IoT wprowadzają branże edukacji i ubezpieczeń oraz opieka zdrowotna. W nich internet rzeczy ma zresztą największy potencjał. Jak pokazuje ubiegłoroczny raport resortu cyfryzacji „IoT w polskiej gospodarce”, 80 proc. podmiotów z obszaru opieki zdrowotnej odnotowało wzrost innowacyjności dzięki wdrożeniu rozwiązań IoT. Wyzwaniem dla rozwoju tej technologii wciąż jest jednak znalezienie takich rozwiązań, które pomogą przetwarzać i analizować ogromne ilości danych generowanych przez urządzenia internetu rzeczy. Kolejnym jest ich bezpieczeństwo.

Dla porównania, w przypadku chmury obliczeniowej dane użytkowników są bezpieczne, zarządzają nimi profesjonalni globalni dostawcy usług chmurowych. Nie obawiam się o moje dane na ich serwerach. Inaczej jest z internetem rzeczy. Przykładowo, urządzenia, które wykorzystujemy do fitnessu, pokazują, ile spalamy kalorii, jakie mamy tętno etc. To są sensytywne dane zdrowotne. Znamy już przypadki zhakowania urządzeń użytkowników IoT – podkreśla wspólnik w Kancelarii Traple Konarski Podrecki i Wspólnicy.

Firma Kaspersky tylko w I półroczu ubiegłego roku wykryła 105 mln ataków na urządzenia internetu rzeczy pochodzących z 276 tys. unikatowych adresów IP. To dziewięciokrotnie więcej niż rok wcześniej w tym samym okresie (kiedy wykryto ok. 12 mln ataków pochodzących z 69 tys. adresów IP). Wraz z rosnącą popularnością IoT podłączone urządzenia stały się jednym z głównych celów ataków hakerskich.

Są też pewne szczególne ryzyka związane z ochroną danych i one na pewno będą adresowane przez właściwe organy, również w Polsce – mówi Xawery Konarski. – Pierwszym jest ryzyko, że nasze urządzenia, czasem automatycznie, przesyłają gdzieś wrażliwe dane na nasz temat, czego często sobie nie uświadamiamy. Drugie ryzyko – specyficzne dla IoT, które na pewno powinno doczekać się jakichś wytycznych – to zbieranie danych o osobach trzecich, które znajdują się w naszym pobliżu. Może się zdarzyć, że nasze urządzenie będzie gromadzić i przesyłać dalej informacje nie tylko o nas, ale również o osobach, które znajdują się np. w odległości 2 metrów od nas.

Jak zauważa ekspert, internet rzeczy do skutecznego funkcjonowania potrzebuje jak największych zasobów danych o użytkownikach. Z drugiej strony funkcjonują przepisy o ochronie danych osobowych, jak np. RODO, które nakazują minimalizowanie gromadzenia takich danych.

Prawo jest zawsze w tyle za nowymi technologiami. Najpierw powstaje jakaś innowacja, z którą użytkownicy się oswajają, potem powstaje zbiór zasad dotyczących działania i korzystania z tej innowacji, a dopiero później prawo to kodyfikuje – wyjaśnia wiceprezes PIIT. – Dobrym przykładem jest spam. Ponad 20 lat temu pojawiła się poczta elektroniczna, potem netykieta, czyli zasady dotyczące tego, czego nie powinniśmy sobie bez zgody wysyłać, dopiero później, kiedy stało się to już obowiązującym zwyczajem, pojawiły się antyspamowe regulacje prawne, włącznie z karami za przesyłanie niezamówionych informacji.

Ubiegłoroczny raport „IoT w polskiej gospodarce” opracowany dla resortu cyfryzacji pokazuje, że w naszym kraju środowisko regulacyjne nie tylko nie sprzyja rozwojowi IoT, ale wręcz stanowi istotne ograniczenie dla tej technologii. W polskim systemie prawnym brakuje dla niej odrębnych i szczegółowych regulacji, a te obecnie obowiązujące są rozproszone po wielu aktach prawnych (m.in. RODO, prawo telekomunikacyjne i tajemnice sektorowe, dyrektywa NIS). Eksperci zwrócili uwagę na konieczność przygotowania dla IoT bardziej przyjaznego systemu prawnego.

W Polsce nie ma i nie planuje się uchwalenia ustawy o internecie rzeczy. Takich regulacji nie ma też w Unii Europejskiej ani na świecie, bo IoT wymaga stosowania różnych przepisów prawa. Nie da się stworzyć jednego aktu prawnego, który regulowałby wszystkie kwestie i problemy prawne, takie jak cyberbezpieczeństwo, ochrona danych osobowych, odpowiedzialność cywilnoprawna związana z korzystaniem z IoT czy pewne specyficzne problemy własności intelektualnej. Dziś jest to regulowane czterema odrębnymi grupami przepisów dotyczących tych obszarów prawnych – mówi wspólnik w Kancelarii Traple Konarski Podrecki i Wspólnicy.

Nowa technologia pozwoli produkować ekrany OLED o wielokrotnie wyższej rozdzielczości. Znajdą zastosowanie m.in. w smartfonach i goglach VR

Naukowcy z Uniwersytetu Stanforda opracowali nową metodę produkcji wyświetlaczy OLED, bazującą na technologii wykorzystywanej w wytwarzaniu ultracienkich paneli fotowoltaicznych. Nowa technologia umożliwi konstruowanie ekranów o wielokrotnie wyższym zagęszczeniu pikseli niż w najnowszych smartfonach klasy premium i ma sprawdzić się m.in. w produkcji gogli wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości.

– Wykorzystaliśmy fakt, że w nanoskali światło może przepływać wokół obiektów takich jak woda – tłumaczy Mark Brongersma, profesor materiałoznawstwa na Uniwersytecie Stanforda. – Dziedzina fotoniki w nanoskali wciąż przynosi nowe niespodzianki, a teraz zaczynamy wpływać na rzeczywiste technologie. Nasze projekty sprawdzały się dobrze w przypadku ogniw słonecznych, a teraz mamy szansę wpłynąć na wyświetlacze nowej generacji.

Za powstaniem metafotonicznych paneli OLED stoją badania przeprowadzone przez Marka Brongersmę z Uniwersytetu Stanforda we współpracy z ekspertami z Samsung Advanced Institute of Technology. Pierwotny projekt badawczy zakładał opracowanie ultracienkich paneli fotowoltaicznych, ale po zapoznaniu się z pierwszymi efektami pracy naukowców podjęto decyzję o wykorzystaniu nowego materiału do stworzenia wyświetlaczy organicznych nowej generacji.

Po wyposażeniu ultracienkiej powłoki fotowoltaicznej w elektrody udało się stworzyć ekran zdolny do pracy przy rozdzielczości rzędu 10 tys. pikseli na cal (PPI). Dla porównania najnowsze telefony z górnej półki cenowej pracują przy rozdzielczości w granicach od 400 do 500 PPI.

– Działanie naszych diod jest podobne do sposobu, w jaki instrumenty muzyczne wykorzystują rezonanse akustyczne do wytwarzania pięknych i łatwo słyszalnych dźwięków – tłumaczy prof. Brongersma.

Klasyczny panel OLED wykorzystuje diody organiczne umiejscowione pomiędzy silnie odblaskową oraz półprzezroczystą elektrodą, które odpowiadają za przepływ prądu oraz aktywację poszczególnych pikseli wyświetlacza. Tym, co wyróżnia nową technologię od innych metod produkcji paneli organicznych, jest materiał wykorzystany w roli powłoki odblaskowej. Naukowcy stworzyli tzw. metapowierzchnię, czyli warstwę metalu z marszczeniami w nanoskali, którą można manipulować w kontrolowany sposób, aby uzyskiwać odbicie generujące żądaną barwę.

Ze względu na duże zagęszczenie pikseli zespół badawczy liczy na to, że jego technologia może posłużyć do produkcji wyświetlaczy dla nowej generacji gogli rozszerzonej i wirtualnej rzeczywistości. Zastosowanie paneli tego typu w urządzeniach pracujących w niewielkiej odległości od gałki ocznej pozwoli uzyskać bardziej przejrzysty obraz pozbawiony efektu tzw. screen-door, czyli uwidaczniania się przerw pomiędzy poszczególnymi pikselami.

Projekt jest dopiero w fazie rozwojowej, ale naukowcy odpowiedzialni za to odkrycie planują skonstruować w pełni funkcjonalny, wielkoskalowy wyświetlacz tego typu we współpracy z inżynierami Samsunga.

– O zastosowaniu naszego odkrycia myśleliśmy już w kontekście paneli słonecznych, ale teraz może mieć ono bardzo ważny wpływ także na wyświetlacze OLED – przekonuje Majid Esfandyarpour, absolwent Uniwersytetu Stanforda.

Według analityków z firmy Allied Market Research wartość globalnego rynku paneli OLED w 2019 roku wyniosła 32,46 mld dol. Przewiduje się, że do 2027 roku wzrośnie do 203,07 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 21,7 proc.

Mimo rosnącej krytyki polimery rewolucjonizują już niemal każdą branżę. Mogą służyć ratowaniu naszego życia i zdrowia

Naukowcy niemal co chwila odkrywają nowe zastosowania tworzyw sztucznych. Różne połączenia polimerów pozwoliły np. wyprodukować tworzywo, które ma możliwość przewodzenia prądu. Inne same informują o przydatności żywności, jeszcze inne są łatwiejsze do recyklingu. Z plastiku powstają już drogi czy przystanki autobusowe. Materiał sprawdza się także w branży tekstylnej. Jego zastosowań może być jednak znacznie więcej.

– Tworzywa to materiał, który w swoim DNA ma innowacje, bo pod tym terminem kryje się grupa bardzo wielu materiałów. Od strony chemicznej to jest ponad 100 różnego typu polimerów czy połączeń polimerowych, które w zależności od tego, do czego ich potrzebujemy, mogą być wykorzystane w zasadzie w każdej dziedzinie życia. W przypadku wyrobów tworzywowych z innowacjami mamy do czynienia na co dzień – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Anna Szałkowska z Fundacji Plastics Europe Polska.

Sztuczne tworzywa już od lat rewolucjonizują różne dziedziny życia. Zmieniając połączenia między polimerami, można niemal całkowicie zmienić ich zastosowanie. Niedawno naukowcy opracowali ultraczuły czujnik ciepła, który jest elastyczny, przezroczysty i można go drukować. Wyniki mają potencjał do szerokiego zakresu zastosowań – od leczenia ran po inteligentne budynki. Innowacyjny czujnik powstał z plastiku, a za jego właściwości odpowiada nowe połączenie polimerów.

W ramach przetwórstwa ropy i gazu produkowane są polimery wykorzystywane do produkcji niedrogich, nieskończenie wszechstronnych tworzyw sztucznych, które znacznie ułatwiają codzienne życie. Innowacyjne tworzywa zapewniają coraz wyższą wydajność, szczególnie w zakresie ochrony środowiska. W Tajlandii na zlecenie jednej z większych firm zajmujących się produkcją polimerów produkowany jest np. kwas polimlekowy (PLA) wykonany z niezmodyfikowanej genetycznie trzciny cukrowej. Polimer ten jest nie tylko oparty na biotechnologii, ale także nadaje się do recyklingu i biodegradacji. Może być używany m.in. do pakowania towarów konsumpcyjnych.

– Mamy najróżniejsze nowoczesne opakowania, które mogą pełnić różne funkcje, np. zatrzymywać jeden gaz albo nie pozwalać na eliminację mikrobów, albo informować konsumenta, czy dany wyrób był bezpiecznie przechowywany i przewożony w danym opakowaniu – wymienia Anna Szałkowska. – Mamy też najróżniejsze materiały polimerowe, które wykorzystujemy w medycynie.

Nowoczesne tworzywa są na szeroką skalę wykorzystywane w przemyśle spożywczym. Na rynku są dostępne opakowania, które zmieniają kolor i w ten sposób informują konsumenta o świeżości danego produktu. Inne zmieniają konsystencję, kiedy produkt nie nadaje się do spożycia. Polimery są też używane jako środki farmakologiczne wprowadzające leki oraz środki krwiozastępcze do organizmu. Służą też do wyrobu klejów do tkanek, protez stawów, sztucznych zastawek serca czy protez naczyń krwionośnych. Jeszcze inne mogą służyć jako materiał, z którego powstają kończyny. Tworzywa sztuczne stosowane jako biomateriały spełniają liczne wymogi biozgodności wobec tkanek i narządów. Wytrzymałe na rozciąganie, odporne na zginanie, nie powodują odczynów alergicznych i nie wpływają na system immunologiczny.

– Tworzywa sztuczne na pewno mają przed sobą przyszłość, chociaż obecnie są w dużym ogniu krytyki. To jest materiał, który jest na tyle wszechstronny i na tyle obecny we wszystkich dziedzinach życia, że nikt z nas nie jest sobie w stanie wyobrazić, żebyśmy mogli z nich zrezygnować. Natomiast na pewno będziemy musieli się zastanowić, jak te materiały wykorzystywać powtórnie, jak z ich właściwości korzystać wielokrotnie i jak je przede wszystkim dobrze zagospodarowywać, gdy staną się już odpadami – wskazuje ekspertka Fundacji Plastics Europe Polska.

Na rynku pojawiają się już innowacyjne materiały, które nie tylko mogą pełnić wiele funkcji, ale też po zużyciu są całkowicie biodegradowalne. Wciąż jednak to pojedyncze przykłady. Firmy prześcigają się w pomysłach, które mają zapewnić ekologiczność wykorzystywanych tworzyw. Powstają już np. tubki do pasty do zębów, które w przeciwieństwie do tych najczęściej stosowanych całkowicie podlegają recyklingowi. Z tworzyw sztucznych powstają drogi, buty i aparaty ortodontyczne, a brytyjski start-up Recycling Technologies pracuje nad maszyną, która może zamienić plastik z recyklingu w olej.

– Na co dzień nie patrzymy na tworzywa jak na materiał, z którego chcemy korzystać, który nam pomaga w naszym życiu w wielu sytuacjach i doskonale spełnia swoją funkcję. Niestety bardzo często patrzymy na niego jak na materiał, który zaśmieca środowisko – mówi Anna Szałkowska.

Najlepsze profesjonalne tłumaczenia online we wszystkich językach

Pierwsza fala koronawirusa dała się praktycznie każdemu we znaki. Nie minęło wiele czasu, a znów musimy się zmagać z tym podstępnym wirusem. Koniecznie trzeba nosić maseczki ochronne i zachować bezpieczny dystans. Jak nie musimy, nie warto też wychodzić z domu. To dość łatwe w dzisiejszych czasach, bo online załatwimy wiele spraw. Jedną z nich jest zlecenie tłumaczenia. Gdzie szukać takiej usługi?

Koronawirus zmienił zasady gry

Z koronawirusem nie ma żartów. Już chyba nikt nie ma wątpliwości, że zagrożenie pandemią jest ogromne, co potwierdza ostatni (stan na 19 października 2020) wzrost przypadków zachorowań. Każdy dzień przynosi nowe niepokojące dane. Jeśli wierzyć ekspertom, szybko się to nie skończy, lecz na pewno mamy większe szanse się z tego zagrożenia wykaraskać, jak będziemy przestrzegać rygorystycznych zasad. Ciągłe chodzenie w masce, czy trzymanie dystansu społecznego to nie są przyjemne rzeczy, ale niezbędne, by koronawirus przestał masowo zarażać.

Równie istotne jest, aby maksymalnie ograniczyć wyjścia z domu. Róbmy to, kiedy musimy, lecz w innych przypadkach wstrzymajmy się z opuszczaniem mieszkania. Na szczęście to dość łatwe do zrealizowania, ponieważ z ogromną ilością spraw poradzimy sobie, korzystając z internetu. Tak jest między innymi w przypadku zleceń na tłumaczenia. Jeśli takiego potrzebujemy, wybierzmy jednak zaufane biuro tłumaczeń, które znajduje się pod adresem 123tlumacz.pl. Dlaczego warto?

123tlumacz.pl – jak to działa?

Polecana firma jest jedną z najbardziej doświadczonych w branży, czego gwarantem rozległa baza tłumaczy specjalizująca się w różnych tłumaczeniach. Oferowane usługi – niezależnie, czy to tłumaczenia angielski, czy specjalistyczne, jak tłumaczenia prawnicze, medyczne, techniczne – stoją zawsze na najwyższym poziomie. Klienci, którzy korzystali ze wsparcia 123tlumacz.pl doceniają też sprawną obsługę i szybkość działania.

Wszystko rozpoczyna się od bezpłatnej wyceny – wystarczy tylko przesłać dokument (za pośrednictwem poczty elektronicznej lub za pomocą formularza wyceny) do przetłumaczenia, by błyskawicznie przekonać się, jaki jest koszt danej usługi. Dzieje się to naprawdę błyskawicznie, bo już w ciągu 30 minut od otrzymania dokumentu. Zgłasza się do nas konsultant, przedstawiając wycenę i termin realizacji zlecenia, dzięki czemu wiemy dokładnie, na jakie koszty się przygotować i w jakim czasie uzyskamy przetłumaczony tekst. Jeśli zaakceptujemy te warunki, tłumacze przystępują do realizacji zlecenia.

Profesjonalnie, terminowo, bezpiecznie, bez ukrytych kosztów

Korzystając z usług 123tlumacz.pl, zyskujemy pewność, że teksty tłumaczone są zawsze przez specjalistów mających odpowiedni poziom wiedzy i doświadczenia w danej dziedzinie. Nie ma więc ryzyka, że pracę tę wykona osoba bez kwalifikacji w konkretnym obszarze. Terminy to świętość, dlatego każde zamówienie realizowane jest na czas! Nie musimy się też martwić o kwestie bezpieczeństwa, gdyż wszelkie poufne informacje zawarte w tekstach do tłumaczenia są odpowiednio chronione. Nie stosuje się też praktyk zawyżania kosztów, mimo wcześniejszych ustaleń. Zawsze przeprowadzana jest bezpłatna wycena, dzięki czemu wylicza się pod kątem najważniejszych parametrów: specyfikacji tekstu, objętości i terminu realizacji zamówienia.

Jakie tłumaczenia są oferowane?

Dzięki doświadczonej kadrze specjalizującej się w różnych obszarach wiedzy oferowane są tłumaczenia różnego rodzaju – zwykłe i uwierzytelnione bardziej (angielski, niemiecki, francuski, włoski, hiszpański, rosyjski) i mniej popularnych (czeski, słowacki, niderlandzki, ukraiński, bułgarski, norweski, szwedzki i wiele innych) języków obcych. Dostępne są tłumaczenia przysięgłe, techniczne i specjalistyczne. Te pierwsze to uwierzytelniona odmiana tłumaczeń pisemnych. Ważne są tu wszystkie detale występujące w oryginalne, a więc adnotacje, stemple urzędowe, objaśnienia, oznaczenia itd. Oferowane są tłumaczenia przysięgłe w formie papierowej i elektronicznej (podpis kwalifikowany). Dostarczane są za darmo do paczkomatów.

Tak samo to wygląda z tłumaczeniami technicznymi, które wykonane są z należytą starannością i dokładnością. Zawsze są najwyższej jakości, między innymi z tego powodu, że z firmą 123tlumacz.pl współpracują członkowie znamienitych organizacji jak Naczelna Organizacja Techniczna (NOT), Polskie Towarzystwo Tłumaczy Przysięgłych i Specjalistycznych (TEPIS), Międzynarodowa Federacji Tłumaczy (FIT) i Stowarzyszenie Tłumaczy Polskich (STP). Każde tłumaczenie poddane jest kontroli jakościowej, do tego celu stosuje się specjalistyczne narzędzia, które zapewniają nie tylko spójność przekładu, ale i zgodność z terminologią branżową. Firma współpracuje z tłumaczami różnych dziedzin – prawa, ekonomii, medycyny, budownictwa, IT, biznesu, nauk technicznych i wielu, wielu innych.

Nie musimy więc wychodzić z domu, narażając się na zarażenie koronawirusem, by zlecić tłumaczenie. Współpracując z firmą 123tlumacz.pl otrzymujemy profesjonalne teksty na czas, z uwzględnieniem specyfiki danego języka i charakteru zlecenia!

Kończą się pieniądze na utrzymywanie zatrudnienia. Będzie duży wzrost bezrobocia?

Jedną z głównych konsekwencji kryzysu epidemiologicznego i zamrożenia gospodarki będzie wzrost bezrobocia. Ekonomiści przewidywali to już w marcu, gdy mierzyliśmy się z pierwszymi tygodniami epidemii i lockdownem. Na razie statystyki nie wskazują jednak dużego wzrostu liczby osób pozostających bez zatrudnienia. Dzieje się tak, ponieważ polski rząd włożył dużo starań i funduszy w to, by zahamować bezrobocie. Dofinansowanie miejsc pracy i utrzymanie zatrudnienia na normalnym poziomie było oczkiem w głowie także innych europejskich rządów. Jednak fundusze na dofinansowanie miejsc pracy się kończą. Oznacza to, że powinniśmy przygotować się na nagły wzrost bezrobocia w drugim półroczu.

– Pomoc finansowa ze strony rządu niechybnie się zmniejszy lub całkiem zniknie. Już teraz słyszymy sugestie, że nie będzie już takich tarczy, jakie funkcjonowały do tej pory. Wtedy bezrobocie zacznie wzrastać – powiedział serwisowi eNewsroom profesor Witold Orłowski, ekonomista. – Bezrobocie urośnie także dlatego, że wraz z upływem czasu firmy zorientują się, w jakich okolicznościach będą działać przez kolejne miesiące. Zaczną więc zmniejszać zatrudnienie. Wygasną także trzymiesięczne okresy wypowiedzenia – pracownicy, którzy utracili posady w czerwcu i w lipcu, znajdą się w statystykach. Dlatego w drugiej połowie roku dominującym elementem kryzysu gospodarczego stanie się silny wzrost bezrobocia. Zakładamy, że wzrośnie ono do 8 lub 9 procent. Nie zdziwi mnie jednak, gdy pod koniec roku bezrobocie będziemy liczyli w liczbach dwucyfrowych – przewiduje Orłowski.

Sfinks chce skorzystać z rozwiązań restrukturyzacyjnych z tarczy 4.0

Zarząd spółki gastronomicznej Sfinks Polska podjął decyzję w sprawie przeprowadzenia Uproszczonego Postępowania Restrukturyzacyjnego (UPR) przewidzianego w tzw. tarczy 4.0 z 23 czerwca 2020 roku. W rezultacie, spółka przez cztery miesiące będzie prowadzić działania mające na celu zawarcie układu z wierzycielami. W najbliższych dniach Sfinks planuje dokonanie obwieszczenia w Monitorze Sądowym i Gospodarczym o otwarciu postępowania o zatwierdzenie układu przy wskazaniu dnia układowego na 1 listopada.

 – Sytuacja epidemiczna i w jej wyniku wprowadzenie kolejnego lockdown w gastronomii to ponowny, znaczący cios dla branży. W najśmielszych przewidywaniach nie zakładaliśmy aż tak trudnej sytuacji epidemicznej. Próbowaliśmy się podnieść po pierwszym zamknięciu, odbudowując sprzedaż, by w ten sposób nadrabiać straty notowane wiosną i coraz lepsze wyniki dobrze rokowały na przyszłość. Jeszcze wyniki sprzedażowe września nie wskazywały na taki rozwój sytuacji. Restauratorzy ponieśli duże koszty związane ze specjalnym wyposażeniem i stosowaniem podwyższonych standardów sanitarnych, co – jak pokazały realia – skutecznie chroniło pracowników i gości. Mimo to lokale gastronomiczne zostały uznane jako miejsca niebezpieczne i po serii ograniczeń godzin pracy ostatecznie zamknięte. Zostaliśmy znów niemal całkowicie pozbawieni przychodów, gdyż wpływy z delivery stanowią niecałe 12% sprzedaży i nie są w stanie zrekompensować zamknięcia restauracji. Jednocześnie cały czas ponosimy koszty działalności, starając się utrzymać struktury operacyjne i miejsca pracy. Niestety, jak doświadczenie pokazuje, raczej nie możemy liczyć w większości przypadków na zrozumienie na rynku dla tej sytuacji, zwłaszcza ze strony wynajmujących, i w większości przypadków nie mamy szans na szybkie polubowne rozwiązanie sytuacji. Nasze przewidywania co do rozwoju sytuacji, którymi dzieliliśmy się w kwietniu z wynajmującymi, a które zakładały powrót do normalnej sprzedaży do końca 2021 roku, były przez większość z nich uważane za przesadzone, a teraz okazuje się, że były optymistyczne. Tylko kilku wynajmujących chciało zrozumieć, jak mogą wyglądać perspektywy dla naszego rynku i zgodzili się z naszymi propozycjami, za co serdecznie im dziękuję. Ponieważ trudno liczyć na solidarne podejście do tej sytuacji, głównie wynajmujących, od których zależy dalsze powodzenie walki o przetrwanie, musimy się chronić, żeby całkowicie nie zdestabilizować naszej sytuacji. Tym bardziej, że luka przychodowa nie będzie dotyczyć tylko okresu lockdown, ale także wielu miesięcy po ponownym otwarciu. Dlatego zdecydowaliśmy się skorzystać z narzędzia w ramach czwartej tarczy, które da nam czas na wypracowanie rozwiązań umożliwiających restrukturyzację naszych zobowiązań oraz skuteczne dostosowanie kosztów do tempa wychodzenia z popandemicznej sytuacji. Uproszczone Postępowanie Restrukturyzacyjne to według naszych analiz obecnie najszybszy i najbardziej skuteczny tryb – komentuje Sylwester Cacek, prezes Sfinksa Polska, spółki do której należą m.in. marki Sphinx, Chłopskie Jadło i Piwiarnia.

W ciągu dwóch pierwszych miesięcy tego roku Sfinks notował wzrosty sprzedaży na poziomie 18%  r/r. Od początku marca sprzedaż zaczęła się osłabiać w związku z panującą w kraju epidemią, a wprowadzony 13 marca lockdown, który spowodował zamknięcie branży na niemal dwa miesiące, pozbawił spółkę głównego źródła przychodów. Po otwarciu branży Sfinks zaczął walkę o odbudowanie sprzedaży. W maju, w grupie lokali sieci Sphinx i Chłopskie Jadło, które wznowiły działalność stacjonarną, w pierwszym tygodniu po odmrożeniu branży spadek przychodów wynosił 67%, zaś we wrześniu sprzedaż gastronomiczna była niższa już tylko o 18% w stosunku do analogicznego okresu roku ubiegłego. Po pandemii Sfinks otworzył też pięć restauracji, z tego trzy pod szyldem Sphinx, a dwie w ramach sieci Fabryka Pizzy. W trakcie lockdown, by rozwijać sprzedaż w kanale delivery, restauracyjna spółka wprowadziła także do oferty kolejne dwie marki wirtualne (obok wdrożonych jesienią 2019 r. Sprytnej Pizzy i The Burgers), tj. YOLO Chicken, czyli dania z kurczaka oraz KEBAPI, bazującą na ofercie typu kebab. Marki te są dostępne wyłącznie w usłudze delivery, która przed pandemią była wdrożona już w ponad 80 restauracjach w całej Polsce. Dania w dowozie można zamawiać za pośrednictwem należącego do Sfinksa serwisu Smacznieiszybko.pl oraz poprzez platformy Uber Eats, Wolt, Pyszne czy Glovo.

W związku z pandemią, w I połowie 2020 r. sprzedaż gastronomiczna grupy, uwzględniająca przychody wszystkich restauracji zarządzanych przez Sfinks Polska, także franczyzowych (z wyłączeniem sieci Piwiarnia), zmniejszyła się o 43% do poziomu 54,15 mln zł. Jednocześnie, przychody jednostkowe Sfinks Polska spadły do 39,62 mln zł, czyli o 49%, przy wyniku EBITDA na poziomie 5,80 mln zł wobec 17,50 mln zł rok wcześniej (dane za 2019 r. po przeliczeniu z uwzględnieniem zmienionej polityki rachunkowości). Nastąpiło również pogłębienie straty na poziomie netto z -4,95 mln zł do -30,82 mln zł. Na wyniku zaciążyły bowiem – obok zmniejszenia sprzedaży – także zdarzenia jednorazowe, będące również w większości skutkami pandemii. Spółka dokonała za pierwsze półrocze br. odpisów na utratę wartości: środków trwałych (w łącznej kwocie 7,5 mln zł), znaku Chłopskie Jadło (6,05 mln zł) oraz wierzytelności od spółki zależnej (1,9 mln zł). W wynikach półrocza uwzględniono także 3,29 mln zł kosztów niezrealizowanych różnic kursowych z tytułu wyceny zobowiązań finansowych wg MSSF16.

Na początku marca br., przed zamknięciem branży na skutek pandemii, spółka Sfinks Polska zarządzała 168 lokalami gastronomicznymi na terenie Polski. Obecnie jest ich 145 pod szyldami Sphinx, Chłopskie Jadło i Lepione Pieczone, WOOK, Piwiarnia, Meta oraz Fabryka Pizzy. Część lokali nie wznowiło dotąd działalności po lockdown, a część została trwale zamknięta.

Rynki stabilizują się w oczekiwaniu na wybory w USA

Kluczowym tematem rynkowym pozostają wybory prezydenckie w USA. Ich rozstrzygnięcie nastąpi w przyszłym tygodniu, a w międzyczasie inwestorzy skupią się na danych gospodarczych z obu stron Atlantyku i spotkaniu Europejskiego Banku Centralnego, które może przynieść zapowiedź nadchodzących zmian w polityce pieniężnej.

W zeszłym tygodniu główne waluty poruszały się w bardzo wąskich widełkach. Każda z walut G10 zakończyła tydzień w granicach 1% od punktu, w jakim go rozpoczęła. Również na innych rynkach finansowych panował względny spokój. Wyjątek stanowiły obligacje skarbowe, których rentowności wzrosły przy ogólnym wystromieniu krzywych dochodowości. Szczególnie warto wspomnieć o 30-letnich obligacjach USA, których rentowności zbliżają się do poprzedniego pandemicznego szczytu z czerwca. Obecnie jest to interpretowane jako znak, że rynki w coraz większym stopniu wyceniają zwycięstwo Demokratów w przyszłotygodniowych wyborach w USA.

W ostatnim tygodniu handlu przed wyborami w USA uwaga rynków skupi się na czwartkowym posiedzeniu decyzyjnym EBC. Biorąc pod uwagę powrót pandemii w większości krajów strefy euro i brak odbicia inflacji bazowej z rekordowo niskich poziomów, oczekujemy, że w tym tygodniu EBC przygotuje rynki do dodatkowego łagodzenia polityki pieniężnej podczas posiedzenia w grudniu, co może ciążyć euro w relacji do pozostałych głównych walut. Poza tym oczekujemy, że rynki skupią się na danych o wzroście PKB USA w III kwartale oraz na wstępnym raporcie o inflacji w strefie euro za październik.

PLN

Polski złoty zakończył ubiegły tydzień osłabieniem. Jego skala była jednak dość niewielka w porównaniu z tym, co obserwowaliśmy tydzień wcześniej. Kurs EUR/PLN utrzymuje się nieco poniżej psychologicznego poziomu 4,60. Miniony tydzień przyniósł kontrastujące ze sobą informacje z Polski. Z jednej strony niemal wszystkie odczyty makroekonomiczne zaskoczyły pozytywnie. Pokazały, że obraz sytuacji gospodarczej pod koniec III kwartału wygląda względnie dobrze jak na realia obecnej pandemii. Niestety, biorąc pod uwagę dynamicznie zmieniającą się sytuację pandemiczną, dane te mówią nam coraz mniej o tym, czego można oczekiwać od polskiej gospodarki w kolejnych miesiącach. Miniony tydzień to też kolejne rekordy liczby nowych przypadków zakażeń koronawirusem: w ostatnich dniach notuje się ich kilkanaście tysięcy dziennie. Konsekwencją tego stanu rzeczy było piątkowe ogłoszenie, zgodnie z którym od soboty cały kraj stał się czerwoną strefą, z jeszcze bardziej restrykcyjnymi obostrzeniami mającymi zapobiegać rozprzestrzenianiu się wirusa.

W tym tygodniu, w piątek, poznamy wstępne dane o inflacji CPI w Polsce, uwaga rynku w kontekście złotego powinna jednak skupić się przede wszystkim na wieściach z frontu walki z pandemią i na informacjach z zewnątrz. W przypadku istotnego wzrostu liczby zakażeń można by oczekiwać lekkiego pogłębienia słabości złotego. Niemniej jednak, wcale nie ma gwarancji, że tak się stanie – w przypadku złotego za pewnego rodzaju wskaźnik wyprzedzający można uznać zachowanie korony czeskiej, która jest dla złotego chyba najbliższą profilem walutą na świecie. W Czechach druga fala pandemii i związane z nią restrykcje nadeszły nieco wcześniej. Pomimo trwającego pogorszenia sytuacji i nowych obostrzeń korona czeska w ostatnich dniach była w stanie doświadczyć lekkiego umocnienia. Tak więc, o ile na silniejsze umocnienie polskiej waluty naszym zdaniem póki co nie ma co liczyć, o tyle jednak nie oczekujemy również jej gwałtownego osłabienia z obecnych poziomów.

EUR

Indeksy PMI opisujące sytuację w przemyśle i usługach, jakie poznaliśmy w ubiegłym tygodniu, dostarczyły oczekiwanych, ale zniechęcających informacji o wpływie drugiej fali pandemii na gospodarkę. Aktywność w sektorze usług ponownie szybko się kurczy, podczas gdy ekspansja w przemyśle nabiera tempa w związku z szybkim ożywieniem w Chinach i innych gospodarkach Azji. Ogólnie jednak informacje te przybliżają nas do dodatkowego złagodzenia polityki pieniężnej ze strony Europejskiego Banku Centralnego. Oczekujemy, że nadejdzie ono podczas spotkania w grudniu oraz że konferencja prasowa po spotkaniu w tym tygodniu zostanie wykorzystana do tego, żeby przygotować na nie rynki. W piątek skupimy się na wstępnych danych o inflacji w strefie euro w październiku. Sądzimy, że rynki zaczną silniej reagować na te dane. Inflacja bazowa utrzymująca się na rekordowo niskim poziomie po spadku w sierpniu i wrześniu będzie podsycać spekulacje na temat bardziej agresywnego podejścia EBC. Oprócz tego nieco uwagi mogą otrzymać piątkowe wstępne dane o PKB strefy euro w III kwartale.

USD

Jedynymi wartymi uwagi wieściami w tym tygodniu – poza sondażami wyborczymi – będą wstępne dane o PKB USA w III kwartale. Niewątpliwie zobaczymy silne odbicie w relacji do drugiego kwartału, któremu sprzyjać będzie wzrost wydatków konsumentów. Bardziej istotny będzie podział na składowe, w szczególności informacje o inwestycjach przedsiębiorstw i handlu. Rynki póki co zdają się ignorować wzrost liczby zakażeń koronawirusem w USA, więc poza danymi o PKB (przy stabilnych sondażach) dolar amerykański będzie prawdopodobnie reagował na informacje zewnętrzne, szczególnie na posiedzenie EBC.

GBP

Wydaje się, że brexitowe negocjacje w sprawie handlu nadal idą naprzód, choć powoli. Unia Europejska i Wielka Brytania uzgodniły dziesięciopunktowy plan dotyczący struktury następnej fazy rozmów. Wydaje się, że nasze oczekiwania względem zawarcia skromnej umowy, która uchroni przed twardym Brexitem, zmaterializują się. Wygląda też na to, że sytuacja ta obniża szanse na dodatkowe złagodzenie polityki pieniężnej ze strony Banku Anglii, ale coraz słabsze dane z gospodarki i pogarszające się statystyki covidowe oznaczają, że ostateczny krok komitetu decyzyjnego będzie odpowiednio wyważony. W konsekwencji ostatniej aprecjacji szterling w parze z dolarem amerykańskim osiągnął oczekiwany przez nas poziom, w kontekście czego pozostajemy ostrożni.

CHF

Frank szwajcarski w ubiegłym tygodniu radził sobie lepiej niż inne waluty safe haven pomimo pogorszenia koronawirusowych statystyk w Europie i Szwajcarii. Zgodnie z danymi WHO Szwajcaria doświadczyła silniejszego 7-dniowego skoku w liczbie nowych przypadków niż jej sąsiedzi – wyniósł on ponad 100%. Rosnąca liczba zakażeń wywołała obawy co do potencjalnego wprowadzenia nowych restrykcji. Niektóre kantony wdrożyły ostatnio różne nowe środki, oczekuje się też, że w środę ogłoszone zostaną nowe obostrzenia na poziomie krajowym.

Kalendarz ekonomiczny dla Szwajcarii w tym tygodniu nie obfituje w dane. Piątkowe dane o sprzedaży detalicznej są kluczową publikacją, jednak biorąc pod uwagę, że będą opisywać sytuację z września, ich przydatność do oceny perspektyw gospodarczych kraju będzie ograniczona ze względu na szybko rozwijającą się sytuację pandemiczną. Bardziej interesująca może okazać się publikacja wskaźnika wyprzedzającego KOF tego samego dnia. Na uwagę zasługiwać będą jednak przede wszystkim wiadomości dotyczące pandemii, zarówno te o liczbie zakażeń, jak i te o dalszych ograniczeniach w kraju i całej Europie.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Allegro.eu to jedna z największych tegorocznych IPO na świecie

Wartość pierwotnych ofert publicznych (Initial Public Offering, IPO) przeprowadzonych na europejskich giełdach w III kwartale 2020 r. wyniosła 5,9 mld euro – to wzrost o ponad 50% w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku (3,9 mld euro). GPW w Warszawie znalazła się na drugim miejscu w Europie w zakresie aktywności IPO dzięki debiutowi Allegro.eu – to wnioski z najnowszego raportu „IPO Watch Europe” przygotowanego przez firmę doradczą PwC.

Podsumowanie III kwartału 2020 roku na GPW w Warszawie

W trzecim kwartale 2020 roku na giełdzie w Warszawie odnotowano 9 IPO (z uwzględnieniem oferty Allegro.eu, w przypadku której ustalenie ceny emisyjnej – pricing – miało miejsce we wrześniu), wobec 4 w analogicznym okresie ubiegłego roku. Łączna wartość przeprowadzonych ofert na GPW w pierwszych trzech kwartałach (łącznie na rynku regulowanym oraz NewConnect) wyniosła aż 9.248 mln zł, z czego 9,2 mld zł przypadło na IPO Allegro.ue. Wyłączając wpływ megaoferty Allegro.eu, pozyskane w ramach pozostałych debiutów 48,2 mln zł (10,9 mln euro) oznacza znaczący wzrost w porównaniu do III kwartału 2019 roku, kiedy przeprowadzono oferty o wartości 5,2 mln zł (1,2 mln euro).

Warszawskim debiutem numer jeden, nie tylko w tym kwartale, ale w historii naszej giełdy, była zakończona we wrześniu oferta publiczna Allegro.eu. Największe dotychczas IPO przyciągnęło ogromne zainteresowanie inwestorów, również indywidualnych, a emitent od dnia debiutu jest najbardziej wartościową spółką notowaną na GPW. Poza Allegro.eu, jedynym debiutantem na rynku głównym warszawskiego parkietu był reprezentant sektora gier wideo – GAMING FACTORY. W ramach przeprowadzonej oferty spółka pozyskała 21,3 mln zł (4,8 mln euro) wpisując się w mocną pozycję przedstawicieli tej branży na rynku ofert pierwotnych na GPW.

Alternatywny rynek NewConnect został także zdominowany przez spółki z branży gier – obok pięciu debiutantów z tego sektora (Ovid Works, Pyramid Games, Starward Industries, Polyslash oraz Duality) zadebiutowała spółka biotechnologiczna (genXone) oraz spółka technologiczna zajmująca się handlem dobrami cyfrowymi (Skinwallet). Największą wartość ofert odnotowały genXone (7,4 mln zł / 1,6 mln euro) oraz Starward Industries (5,7 mln zł / 1,3 mln euro).

Za sprawą debiutu Allegro.eu warszawski parkiet wraca na europejskie podium w zakresie aktywności IPO. Warto wspomnieć, że gdy ostatnim razem GPW szturmowała międzynarodowe statystyki debiutów, mieliśmy lata 2009-2010, świat powoli wychodził z kryzysu, a w samym 2010 roku w Polsce miały miejsce IPO PZU, Tauronu czy samej GPW. Oferta Allegro.eu z pewnością zasługuje na miano debiutu dziesięciolecia i oferty, która będzie jeszcze długo stanowiła punkt odniesienia dla innych transakcji. To również pozytywny sygnał dla kolejnych emitentów przygotowujących się do giełdowego debiutu, przede wszystkim z branży technologii, gier video i e-commerce. Przeprowadzona w trzecim kwartale oferta Gaming Factory potwierdza mocną pozycję warszawskiego parkietu jako źródła finansowania emitentów z tej branży, GPW wzbudza przy tym rosnące zainteresowanie nie tylko spółek polskich, ale i producentów gier i deweloperów z innych krajów regionu. – Bartosz Margol, dyrektor w zespole ds. rynków kapitałowych PwC

Podsumowanie europejskiego rynku ofert pierwotnych w III kwartale 2020 roku

Zgodnie z danymi uzyskanymi przez PwC, łączna wartość IPO w Europie w trzecim kwartale 2020 roku wyniosła 5,9 mld euro i wzrosła w porównaniu do analogicznego okresu poprzedniego roku o 2,0 mld euro. Na europejskich parkietach zadebiutowały 33 spółki (wobec 18 w trzecim kwartale 2019 roku).

W minionym kwartale odnotowano w Europie dwie tzw. mega oferty (transakcje o wartości przekraczającej 1 mld euro), a jedna z nich przypadła w udziale przedstawicielowi warszawskiej giełdy – Allegro.eu. Oferta o wartości przekraczającej 2 mld euro pozwoliła znaleźć się w gronie 10 największych IPO w 2020 roku na świecie oraz uplasować Warszawę na drugim miejscu w Europie w trzecim kwartale bieżącego roku (IPO Allegro.eu jest też na razie trzecim co do wielkości IPO w Europie w 2020 roku). Najwięcej środków w ramach przeprowadzonego debiutu w Europie pozyskała spółka THG Holdings plc, której transakcja na giełdzie w Londynie osiągnęła wartość 2.041 mln euro.

Rynek ofert pierwotnych pozostaje nadal pod istotnym wpływem pandemii koronawirusa, ale widoczne już są symptomy ożywienia. Niektóre sektory, jak np. branża technologiczna czy e-commerce, bardzo dobrze radzą sobie w obecnej sytuacji, czego najlepszym przykładem jest debiut Allegro.eu. Spora aktywność utrzymuje się również na rynku ofert wtórnych w Europie, a lista planowanych na ostatni kwartał 202o roku (siedem zapowiedzianych IPO w Europie) oraz pierwszy kwartał 2021 transakcji napawa optymizmem. Nie ulega wątpliwości, że sytuacja na parkietach w Europie będzie w znaczącym stopniu uzależniona od sytuacji epidemiologicznej, a także warunków geopolitycznych, na które z pewnością wpłyną wyniki planowanych wyborów prezydenckich w USA. Mimo to wydaje się, że napływ nowych transakcji i emitentów, w szczególności z sektorów e-commerce czy technologii, będzie widocznych w kolejnych miesiącach. – Tomasz Konieczny, partner w PwC, lider zespołu ds. rynków kapitałowych.

Aktywność na europejskim rynku IPO w pierwszych trzech kwartałach roku (narastająco) od 2015 roku (dane obejmują wyłącznie IPO o wartości powyżej 5 mln USD)

Aktywność na europejskim rynku IPO w pierwszych trzech kwartałach roku

Nowy pomysł rządu spowoduje wzrost cen prądu dla wszystkich

Rząd rozważa zniesienie obowiązku sprzedaży energii elektrycznej wyprodukowanej w konwencjonalnych źródłach na zorganizowanej platformie obrotu energią. Zniesienie obowiązku sprzedaży energii elektrycznej na giełdzie spowoduje wzrost cen prądu w Polsce.

– Jeśli tak się stanie, odbiorcy energii w Polsce, zarówno firmy, jak i gospodarstwa domowe zapłacą za nią jeszcze więcej niż płacili do tej pory. Już dzisiaj ceny hurtowe energii w Polsce należą do najwyższych w Unii Europejskiej. Ponadto, od 1 stycznia 2021 roku odbiorcy w Polsce zapłacą za energię o ponad 5 mld zł więcej w postaci tzw. opłat mocowych, dodanych do rachunków za energię elektryczną. Opłata mocowa to nic innego jak wydatek ponoszony za zapewnienie stałych dostaw prądu. Przedsiębiorstw i klientów indywidualnych nie stać na opłacanie dużo wyższych rachunków za prąd w sytuacji, kiedy zmagają się ze skutkami pandemii Covid-19 – mówi Wojciech Graczyk, prezes Związku Pracodawców Prywatnych Energetyki, wiceprezydent Konfederacji Lewiatan.

Obowiązek sprzedaży energii elektrycznej na zorganizowanej platformie obrotu został wprowadzony w celu zapewnienia konkurencji na rynku, a także poprawy jego transparentności, płynności i przewidywalności. Efektem kilkuletniego funkcjonowania tzw. „obliga giełdowego” jest stabilizacja cen energii.

– Uważamy, że tak ważna modyfikacja reguł gry na rynku energii jak zmiana lub wręcz zniesienie obliga ma fundamentalne znaczenie dla przyszłości wielu branż. Dlatego powinna być wnikliwie przeanalizowana z punktu widzenia korzyści i kosztów dla naszej gospodarki. My, z punktu widzenia odbiorców, oceniamy te propozycje negatywnie – dodaje Wojciech Graczyk.

Kondycja centrów handlowych w I poł. 2020 r. – raport PRCH

  • W pierwszym półroczu 2020 roku PRCH Turnover Index wskazujący na poziom obrotów branży centrów handlowych był o jedną trzecią niższy (31,2 proc.) w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. Wynikało to z lockdownu wprowadzonego od 14 marca do 4 maja. Rekordowo niskie obroty zanotowano w kwietniu br., kiedy indeks był niższy aż o 79,6 proc. rok do roku.
  • Z kolei PRCH Footfall Trends Index prezentujący poziom odwiedzalności w obiektach handlowych był niższy o 26,3 proc. w pierwszej połowie roku w stosunku do roku poprzedniego. Największy spadek liczby klientów w galeriach odnotowano także w kwietniu br.. Poziom odwiedzalności był wówczas niższy o 72,3 proc. rok do roku.
  • Od stycznia do czerwca 2020 roku oddano do użytku ponad 144 000 mkw. GLA (powierzchnia najmu brutto), czyli o 14 proc. mniej niż w analogicznym okresie 2019 roku.

„Pandemia COVID-19 to jedno z najtrudniejszych wyzwań z jakimi musiała zmierzyć się branża centrów handlowych w Polsce. Sytuacja była bardzo trudna zarówno dla właścicieli i zarządców obiektów handlowych, jak i najemców. Koszty lockdownu w znacznym stopniu ponieśli właściciele obiektów handlowych. Wynikało to z ustawowego zwolnienia większości najemców z czynszów oraz opłat eksploatacyjnych przez siedem tygodni lockdownu oraz dodatkowego wsparcia zaoferowanego przez wynajmujących polegającego na obniżeniu czynszów przez kolejne miesiące. Zebrane przez nas dane dotyczące kondycji branży wskazują jednoznacznie, że proces odbudowy sprzedaży w centrach handlowych będzie długotrwały. Będzie też wymagał wsparcia państwa poprzez stymulowanie wzrostu konsumpcji Polaków, na przykład poprzez jak najszybsze zniesienie zakazu handlu w niedziele. Na szali mamy tysiące miejsc pracy oraz wpływy do budżetu państwa. Udział handlu w wartości dodanej brutto stanowi 17,6 proc. (dane GUS, 2018 r.), a same centra handlowe odpowiadają za około 30 proc. handlu detalicznego w Polsce” – mówi Radosław Knap, Dyrektor Generalny Polskiej Rady Centrów Handlowych.

Obroty

W pierwszym półroczu 2020 roku transakcje sprzedaży w obiektach handlowych spadły prawie o jedną trzecią (31,2 proc.) w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. Rekord padł w kwietniu, kiedy to średnie miesięczne obroty były niższe aż o 79,6 proc (r/r). Tak duży spadek to efekt ograniczeń w funkcjonowaniu galerii handlowych związanych z wprowadzonym w Polsce stanem epidemii. Na tzw. lockdownie najbardziej ucierpiały usługi. Według danych PRCH Turnover Index, obroty w tej kategorii zakupowej w pierwszej połowie 2020 roku były niższe niż przed rokiem o ponad połowę, czyli o 58,8 proc. Trudna sytuacja pandemiczna najmniej wpłynęła na sklepy z żywnością, które w okresie wiosennym mogły działać nieprzerwanie.  W tej kategorii odnotowano spadek obrotów o 12,2 proc. (r/r), ponieważ produkty z tej kategorii należą do towarów pierwszej potrzeby, które w przypadku cięć wydatków przez klientów, są ograniczane w ostatniej kolejności. Obroty branży zaczęły się odbudowywać, w maju br. PRCH Turnover Index wyniósł wtedy -30,6 proc. (r/r), natomiast w czerwcu był o 13,2 p.p. osiągając wartość -17,4 proc. (r/r).

Odwiedzalność

Koronakryzys wyraźnie widoczny jest również w wynikach odwiedzalności obiektów handlowych. O ile w styczniu i w lutym tzw. wskaźnik footfall w porównaniu do odwiedzalności z przed roku był jeszcze dodatni, to sytuacja znacząco zmieniła się od marca. Według danych PRCH Footfall Trends Index najwyższy spadek liczby klientów w galeriach miał miejsce w kwietniu i wyniósł aż 72,3 proc. (r/r)Wówczas w obiektach handlowych mogły prowadzić działalność jedynie nieliczne lokale tj. sklepy spożywcze, apteki, drogerie i sklepy z artykułami dla zwierząt. Zniesienie większości ograniczeń i ponowne otwarcie większości sklepów poprawiło sytuację, dzięki czemu indeks odwiedzalności był dla pierwszej połowy roku niższy o 26,3 proc. w stosunku do roku poprzedniego, a rynek retail zaczął się powoli odbudowywać, na co wskazuje porównanie wizyt klientów w maju i czerwcu br. kiedy indeks odwiedzalności wyniósł dla maja 65 proc. (r/r), a dla czerwca był o 11 p.p. wyższy i osiągnął wartość 76 proc. (r/r).

Nowe inwestycje

W pierwszej połowie 2020 roku oddano do użytku ponad 144 000 m kw. GLA. To o 14 proc. mniej niż w analogicznym okresie 2019 roku. Średnio 6 na 10 nowo wybudowanych obiektów to parki handlowe, które zyskały na popularności szczególnie podczas pandemii. Format tego typu nieruchomości charakteryzuje się  ograniczoną powierzchnią wspólną, rozległym parkingiem i osobnym wejściem do każdego  lokalu. Inwestorzy i deweloperzy dostrzegli również potencjał małych miast do 100 tys. mieszkańców. To właśnie tam największa powierzchnia objęta jest budową nowych lokali handlowych – aż 81 proc.

Jak rozwój nowych technologii kształtuje usługi prawnicze?

Nowe technologie to dziedzina prężnie rozwijająca się – ma ona wpływ także na związane z nią usługi prawne.

Prawo w branży IT – wciąż nowa dziedzina

Specjalizacja w dziedzinie takiej jak prawo w branży IT wymaga od zajmującego się nią prawnika znajomości nie tylko specyficznych aktów prawnych, ale również rozumienia mechanizmów branży. Konieczna jest podstawowa znajomość rozwiązań, która pozwoli zrozumieć na czym polega działalność danej firmy.

Na wstępie zauważyć warto, że zdecydowana większość podmiotów działających w branży IT to start-upy – firmy bardzo młode, ale jednocześnie rozwijające się niezwykle szybko. Usługi prawnicze, które świadczone są na rzecz tego rodzaju firm obejmują uregulowanie prawne wszelkich ich spraw od samego powstania. Dotyczą one między innymi szczegółowych uregulowań między wspólnikami, dopasowania odpowiedniej formy prawnej do prowadzonego przedsiębiorstwa. Prawnik weźmie także pod uwagę możliwości pozyskiwania inwestorów strategicznych a także sprzedaży produktu, projektu, czy całej firmy na pewnym etapie jej działania.

Jakie usługi prawnicze świadczy się w branży IT

Rozwój nowych technologii wymusił na kancelariach świadczenie usług z zakresów, które do tej pory w ofercie się nie pojawiały. Chodzi tu na przykład o SaaS, software Development, Database Systems, Data Center i tym podobne. Brzmi to bardzo specjalistycznie. Dla osób, które chcą skorzystać z doradztwa prawnego pod kątem działalności w branży IT, największą bolączką może być konieczność wytłumaczenia swoich projektów. Dlatego też, prawnicy poszerzają zakres nie tylko usług, ale także – swojej specjalistycznej wiedzy.

Branża IT to nie tylko programowanie, czy cyber security, to również e-commerce. Dlatego też, usługi prawnicze w tym zakresie obejmują także zagadnienia związane ze sprzedażą online usług czy towarów, strategią CRM czy prawem konkurencji.

Jak branża IT wpływa na usługi prawnicze

Jak już wspomniano, branża IT sprawia, że prawnicy zaczynają specjalizować się w temacie nowych technologii. Gałęzie prawa związane z nimi szybko się rozwijają. Często to właśnie technologia wyprzedza legislację, która na późniejszym etapie dostosowana zostaje do wymogów branży. Dlatego też prawnicy muszą często szukać indywidualnych rozwiązań. Warto jednak pamiętać, że w branża IT korzysta także z rozwiązań charakterystycznych dla innych gałęzi. Rozwój działalności e-commerce wymusił dostosowanie krajobrazu prawnego pod kątem marketingu internetowego, ochrony konsumentów, uczciwych praktyk rynkowych. W branży IT konieczne są także rozwiązania dotyczące prawa autorskiego, w odniesieniu do baz danych, programów komputerowych. Własność intelektualna w tej dziedzinie jest nietypowa, a sama branża – niezwykle konkurencyjna. Nowe projekty i produkty pojawiają się bardzo szybko.

Kolejnym zagadnieniem jest kwestia umów licencyjnych. Ich konstrukcja uwzględniać musi specyfikę produktu czy świadczonej usługi i ryzyka z nimi związane. Warto też wspomnieć o kwestii Tyber security. Start-upy często potrzebują audytów bezpieczeństwa IT, które pozwalają wykazać najsłabsze ogniwo w ich systemie zabezpieczeń.

Nie można zapomnieć także o RODO, którego stosowanie przeniknęło do wszystkich branż, także branży IT. Ma ono szczególne znaczenie w przypadku e-commerce.

Branża nowych technologii rozwija się bardzo prężnie, za tym rozwojem idzie też poszerzenie usług prawniczych w tym zakresie. Zakładając firmę działająca w tej gałęzi gospodarki, warto mieć na uwadze, że uregulowania prawne, zmieniają się dynamicznie, aby nadążyć za rozwojem nowych technologii.

Artykuł powstał we współpracy z Kancelarią Adwokacką . Więcej szczegółów oraz ciekawych artykułów znajduje się na stronie współautora: https://jakubowskazawada.com/.

MF: Oprocentowanie obligacji oszczędnościowych utrzymane zostało na poziomie z października br.

Oprocentowanie obligacji stałoprocentowych 3-miesięcznych wynosi 0,50% w skali roku, a 2-letnich 1,00%. Pozostałe obligacje w pierwszym okresie odsetkowym oprocentowane są odpowiednio: 1,10% dla 3-latek, 1,30% dla 4-latek oraz 1,70% dla 10-latek.

6- i 12-letnie obligacje rodzinne przeznaczone dla beneficjentów programu „Rodzina 500 plus” oprocentowane są odpowiednio 1,50% i 2,00% w pierwszym roku oszczędzania.

Oprocentowanie obligacji 3-letnich wyliczane jest co pół roku w oparciu o wartość sześciomiesięcznej stopy procentowej WIBOR6M. W przypadku obligacji 4-letnich oprocentowanie ulega zmianie co roku i jest wyliczane na podstawie sumy wskaźnika inflacji z ostatnich 12 miesięcy oraz marży – utrzymanej na poziomie 0,75%. Ten sam mechanizm zmiany oprocentowania obowiązuje również dla obligacji 10-letnich, jednak wyższa jest wysokość marży, która wynosi 1,00%.

Oprocentowanie obligacji rodzinnych, ulega zmianie co roku i jest wyliczane na podstawie sumy wskaźnika inflacji z ostatnich 12 miesięcy oraz preferencyjnej marży wynoszącej 1,25% dla obligacji 6-letnich oraz 1,50% dla 12-letnich.

Listopadowa oferta obligacji oszczędnościowych pozostaje bez zmian – oprocentowanie kształtuje się na poziomie od 0,50% do 1,70% w pierwszym roku oszczędzania dla standardowej oferty oraz 1,50% i 2,00% w przypadku instrumentów rodzinnych.

Osoby zainteresowane oszczędzaniem na emeryturę mogą skorzystać z zakupu obligacji w ramach konta IKE-obligacje. Na wykorzystanie tegorocznego limitu w wysokości 15.681 zł pozostały jeszcze dwa miesiące. Więcej informacji o koncie IKE-obligacje dostępne jest w serwisie obligacjeskarbowe.pl.

Warto pamiętać o możliwości bezpiecznego i wygodnego zakupu obligacji przez internet, bez konieczności wychodzenia z domu – komentuje Piotr Nowak, Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Finansów.

Umowa o zarządzanie PPK tylko do 27 października

Już 27 października mija termin na podpisanie przez małych i średnich przedsiębiorców umowy o zarządzaniu pracowniczymi planami kapitałowymi z wybraną instytucją finansową. Eksperci inFakt przypominają, że pracodawca, który nie zawrze umowy o zarządzanie PPK, podlega m.in. karze grzywny.

Pracownicze Plany Kapitałowe to system oszczędzania emerytalnego dla pracowników. Pierwotnie miał być wprowadzany w czterech etapach, ale w związku z pandemią rząd zdecydował, że etapy II i III zostaną połączone. W ten sposób mali i średni przedsiębiorcy muszą w tych samych terminach zawrzeć umowy o zarządzaniu i prowadzeniu PPK – tę drugą do 10 listopada 2020 roku.

Dla celów PPK mali i średni przedsiębiorcy to zatrudniający nie więcej niż 250 osób i odpowiednio co najmniej 20 osób na dzień 31 grudnia 2019 roku oraz co najmniej 50 osób na dzień 30 czerwca 2019 roku. – Wybór instytucji finansowej powinien być dokonany w porozumieniu z zakładową organizacją związkową lub w przypadku jej braku z reprezentacją pracowników. Jeśli takie porozumienie nie zostanie osiągnięte, to pracodawca sam wybiera instytucję finansową, biorąc pod uwagę szeroko rozumiany interes pracownika – mówi Mateusz Boguszewski, główny księgowy w firmie inFakt.

Za osobę zatrudnioną na gruncie PPK uznaje się każdą osobę podlegającą obowiązkowym ubezpieczeniom emerytalnym i rentowym, a więc także osoby na umowach zlecenie podlegających pełnemu ozusowaniu. – Forma podpisania umowy o zarządzanie PPK może być inna dla każdej instytucji finansowej, jednak przeważająca jest forma elektroniczna – zwraca uwagę Mateusz Boguszewski.

Ekspert inFakt przypomina również, że jeśli umowa nie zostanie zawarta, to pracodawca otrzyma karę w wysokości do 1,5 proc. funduszu wynagrodzeń z poprzedniego roku obrotowego, a Polski Fundusz Rozwoju dokona w jego imieniu wyboru instytucji finansowej i wezwie go pisemnie do zawarcia z nią umowy w terminie 30 dni.

Ponadto obowiązkiem pracodawcy jest prowadzenie i archiwizowanie pełnej dokumentacji PPK, naliczanie wpłaty oraz przekazywanie jej do instytucji, z którą ma podpisaną umowę. Dopłaty od państwa będą wysyłane za pośrednictwem Polskiego Fundusz Rozwoju.

Kto i ile wpłaca do PPK?

Pieniądze do PPK trafiają z trzech głównych źródeł:

  • wpłata pracownika – 2% wynagrodzenia brutto, można ją dobrowolnie zwiększyć do 4%,
  • wpłata pracodawcy – 1,5% wynagrodzenia brutto, z możliwością zwiększenia do 4%,
  • wpłata państwa – 250 zł „na powitanie” oraz 240 zł co roku.

Ponad dwie trzecie banków spodziewa się wzrostu wskaźnika kredytów przeterminowanych o nawet 3 pp. w skali roku

Od czasu globalnego kryzysu w 2008 roku banki zdecydowanie poprawiły jakość aktywów, zbudowały większą bazę kapitałową i wzmocniły poziom płynności finansowej. Dzięki temu w obecne spowolnienie gospodarcze weszły w lepszej kondycji niż przy poprzednim kryzysie. Sprzyjające warunki ekonomiczne pozwoliły zmniejszyć poziom kredytów niepracujących, który w ciągu dwóch ostatnich lat spadł w regionie Europy Środkowo-Wschodniej o 1,7 pp. Banki mogły więc utworzyć rezerwy na wzrosty kredytów przeterminowanych związanych z COVID-19. Jak wynika z raportu firmy doradczej Deloitte „COVID-19 CEE banking sector impact survey”, najwięcej z nich należeć będzie do branży hotelarsko-gastronomicznej.

Raport „COVID-19 CEE banking sector impact survey” przedstawia wpływ pandemii COVID-19 na sektor bankowy w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. W badaniu wzięło udział 69 dyrektorów ds. ryzyka (CRO) i kierowników departamentów windykacji z 12 krajów Europy Środkowo-Wschodniej: Polski, Węgier, Czech, Słowenii, Chorwacji, Bośni i Hercegowiny, Serbii, Albanii, Rumunii, Litwy, Estonii i Kosowa.

Banki spodziewają się większej ilości kredytów przeterminowanych

Po globalnym kryzysie finansowym, sektor bankowy musiał poradzić sobie z szybko rosnącą liczbą kredytów przeterminowanych. W 2015 roku Europejski Bank Centralny i banki narodowe spoza strefy euro rozpoczęły szereg działań mających na celu odbudowę sektora bankowego w Unii Europejskiej. Od tego czasu obserwowaliśmy trend spadkowy w wolumenie kredytów niepracujących. W obecnej sytuacji gospodarczej liczba kredytów będzie jednak rosła i coraz więcej klientów może mieć problemy ze spłatą należności
– mówi Przemysław Szczygielski, Partner, lider zespołu doradztwa regulacyjnego i ryzyka, lider sektora finansowego w Polsce w Deloitte.

W ciągu ostatnich dwóch lat średni wskaźnik kredytów przeterminowanych w Europie Środkowo-Wschodniej spadł o 1,7 pp. Z kolei wskaźnik pokrycia kredytów przeterminowanych wyniósł w regionie 62,3 proc., co jest wynikiem lepszym o 16,3 pp. niż w całej Unii Europejskiej. Duża niepewność sektora związana jest z przyszłymi zachowaniami dłużników. Z raportu Deloitte wynika, że jakość portfela kredytowego i poziom kapitału pozostaną głównymi obszarami zmartwień dla osób zarządzających ryzykiem w bankach. Kwestią otwartą pozostaje skala tego zjawiska.

Jak wskazują eksperci Deloitte, z raportu wynika, że respondenci podobnie postrzegają potencjalne przyszłe wartości wskaźnika NPL – zarówno w segmencie bankowości detalicznej, jak i korporacyjnej, spodziewają się jego wzrostu. Większość ankietowanych przedstawicieli banków dla obu tych grup spodziewa się wzrostu o nawet 3 pp. w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy. W przypadku bankowości detalicznej to 49,3 proc. respondentów, a korporacyjnej – 65,2 proc.

W I kw. 2020 roku, wskaźnik kapitału podstawowego Tier 1 (CET1) banków w Europie Środkowo-Wschodniej utrzymał się na poziomie 19,1 proc., czyli o 4,5 pp. wyższym niż średnia w całej Unii Europejskiej. Najwyższy wskaźnik zanotowały kraje bałtyckie (24,9 proc.). W Polsce CET1 wyniósł w tym okresie 15,3 proc.

Co dalej ze sprzedażą portfeli kredytów niepracujących?

Prawie połowa banków deklaruje, że COVID-19 nie miał wpływu na trwające czy rozważane procesy sprzedaży portfeli kredytów niepracujących, ale już 21,7 proc. z nich przyznaje, że takie transakcje zostały odłożone w czasie. Warto zwrócić uwagę, że najwięcej takich sytuacji zaobserwowano właśnie w Polsce.

Niepewność dotycząca skutków kryzysu spowodowanego pandemią koronawirusa, czas trwania spowolnienia gospodarczego i podejmowanie działań takie jak wakacje kredytowe zwiększyły niepewność, jeśli chodzi o popyt na nowe kredyty w 2020 i 2021 roku. Większość respondentów (78,2 proc.) przewiduje, że w porównaniu do poprzedniego roku wolumen nowo udzielonych kredytów w br. spadnie, a jedynie 13 proc. spośród nich sądzi, że wzrośnie. Dla porównania, 43,4 proc. banków oczekuje takiego spadku również w 2021 r., ale już prawie 35 proc. przewiduje w tym okresie mały lub znaczący wzrost.

Zapytaliśmy respondentów również o to, które ich zdaniem branże przyczynią się do wzrostu liczby przeterminowanych kredytów. Najwięcej z nich, bo prawie jedna czwarta wpłynie od branży hotelarsko-gastronomicznej, a także transportowej i magazynowania, a prawie 18 proc. od nieruchomości i budownictwa, czyli tych branż, które w dużym stopniu zostały dotknięte przez kryzys. Trudności z zachowaniem płynności finansowej przełożą się na problemy ze spłatą zobowiązań – mówi Mariusz Słowikowski, Wicedyrektor w dziale Doradztwa Finansowego

Zmiany w polityce kredytowej

Ponad połowa banków deklarowała, że w pewnych aspektach zaostrzy warunki przyznawania kredytów, zarówno w segmencie detalicznym, jak i korporacyjnym, a prawie jedna trzecia badanych instytucji nie planuje zmian.

Warto zauważyć, że jedynie 5 proc. banków zamierza znacząco zaostrzyć politykę kredytową w segmencie korporacyjnym, a 9 proc. w stosunku do klientów detalicznych. Chociaż konsumenci obawiają się, że uzyskanie kredytu będzie utrudnione, to z naszego badania wynika, że banki nie planują w tym obszarze drastycznych kroków – mówi Przemysław Szczygielski i dodaje – Warto natomiast obserwować czy kolejne miesiące przyniosą zmiany trendów.

Ponad 70 proc. ankietowanych instytucji odczuło spadek popytu na nowe kredyty, ale prawie 16 proc. banków zauważyło nieznaczny lub znaczący wzrost zapotrzebowania na nie. W ciągu ostatnich trzech miesięcy największy spadek popytu dostrzeżono w sektorach: hotelarsko-gastronomicznym (20 proc.), transportu i magazynowania (17,4 proc.), a także nieruchomości i budownictwa (16,8 proc.). Największy wzrost zainteresowania odnotowany został w branży handlu hurtowego i detalicznego (17,7 proc.), a także w rolnictwie (11,5 proc.).

Europejskie organy regulacyjne wsparciem dla sektora

Pandemia wymusiła na bankach centralnych natychmiastową i stanowczą reakcję. Do działań mających na celu złagodzenie społecznych i gospodarczych skutków kryzysu włączyły się również organy regulacyjne jak Europejski Urząd Nadzoru Bankowego, Europejski Urząd Nadzoru Giełd i Papierów Wartościowych czy Europejski Bank Centralny. Instytucje te wydały szereg rekomendacji i wspierają sektor bankowy w znalezieniu odpowiedniej drogi w tej złożonej i nieprzewidywalnej sytuacji.

44,8 proc. respondentów Deloitte zgodziło się, że poczynione przez poszczególne banki centralne kroki są wystarczające, żeby ochronić gospodarkę przed kryzysem. Większość respondentów (62,3 proc.) wskazała też, że działania podjęte przez lokalne władze były przeprowadzone na czas.

Wyniki raportu Deloitte „COVID-19 CEE banking sector impact survey” oparte są o dane Europejskiego Urzędu Nadzoru Bankowego (EBA). Opierają się na próbie ok.150 banków, obejmującej ponad 80% sektora bankowego w Europejskim Obszarze Gospodarczym (EEA).