EKF 2020: celny impuls fiskalny kluczem do przygotowania gospodarki na drugą falę pandemii koronawirusa

Wśród prelegentów otwierających X Europejski Kongres Finansowy dominowało przekonanie, że polska gospodarka jest dobrze przygotowana na nadejście drugiej fali pandemii koronawirusa. Jednocześnie przekonywano o stymulującej rozwój gospodarczy roli polityki fiskalnej, szczególnie w sferze inwestycji publicznych.
Jak powiedział Leszek Pawłowicz, dyrektor Gdańskiej Akademii Bankowej i jednocześnie koordynator Europejskiego Kongresu Finansowego (EKF), o zmianie formy wydarzenia na hybrydową zadecydowano już w marcu, kiedy wybuchła pandemia koronawirusa. Od tamtej pory udało się zorganizować około 40 spotkań online.

O wyzwaniach gospodarczych najbliższych miesięcy opowiedział Paweł Borys, prezes zarządu Polskiego Funduszu Rozwoju. W jego opinii druga fala pandemii będzie mieć inny charakter od pierwszej. Krajowy system gospodarczy ma być jednak dobrze przygotowany do tego, aby jej sprostać.

„Wchodząc w drugą falę pandemii jestem przekonany, że polska gospodarka jest do tego dobrze przygotowana. W sektorze przedsiębiorstw depozyty są wyższe o ponad 50 miliardów zł niż były jeszcze w marcu, więc firmy dysponują dość solidną poduszką płynnościową” – stwierdził prezes PFR.

Zdaniem Pawła Borysa obecna aktywność gospodarcza stanowi ok. 93-95 proc. stanu sprzed pandemii, zaś zasoby finansowe na okres co najmniej trzech miesięcy deklaruje blisko 50 procent przedsiębiorstw. Teraz największym wyzwaniem dla gospodarki jest spadek wydatków inwestycyjnych firm oraz wydatków konsumentów.
Minister Finansów, Funduszy i Polityki Regionalnej, Tadeusz Kościński, pandemię koronawirusa określił jako jeden z największych wstrząsów gospodarczych ostatnich kilkudziesięciu lat. Według niego ważne jest, aby odpowiedź na tak globalne wyzwanie była wielopoziomowa. Kluczowa ma być tu odważna i ekspansywna polityka fiskalna.

„Musimy przełamać niepewność sektora prywatnego, która może ograniczać skalę inwestycji i konsumpcji. Potrzebujemy dobrze wycelowanego impulsu fiskalnego. Chodzi przede wszystkim o inwestycje publiczne, które w dobie kryzysu i bardzo niskich stóp procentowych wpływają pozytywnie na gospodarkę” – podkreślił szef resortu finansów.

Dodatkowym kołem zamachowym dla polskiej gospodarki są wydatki na cele społeczne, których w opinii Ministra Finansów, Funduszy i Polityki Regionalnej nie należy ograniczać. Wzrost długu publicznego, który nieuchronnie nadejdzie, uda się ograniczyć w kolejnych latach. To podejście do polityki antykryzysowej mają potwierdzać agencje ratingowe.

Swoje prognozy związane z inflacją w ramach wykładu inauguracyjnego EKF 2020 przedstawił Charles Goodhart, emerytowany profesor bankowości i finansów w Centrum Badawczym Financial Markets Group na London School of Economics. Jego zdaniem silniejszą presję inflacyjną może wymusić między innymi starzejące się społeczeństwo.
Charles Goodhart wyjaśnił, że wzrost współczynnika obciążenia demograficznego (stosunek liczby dzieci i emerytów w społeczeństwie do liczby osób w wieku produkcyjnym) w naturalny sposób podniesie inflację. Spadająca wraz z nim dostępność siły roboczej wpłynie na zwiększenie jej kosztów i przyczyni się do podniesienia naturalnej stopy bezrobocia.

Zwiększenie współczynnika obciążenia demograficznego zdaniem Goodharta zawdzięczamy w dużej mierze wzrostowi średniej długości życia. Jednocześnie seniorzy będą wymagać coraz większych nakładów na ochronę zdrowia, ze względu na rosnący odsetek chorób neurodegeneracyjnych, takich jak Alzheimer czy choroba Parkinsona.
Wśród konkluzji przytoczonych przez Charlesa Goodharta dominowało przekonanie, że obecna pandemia koronawirusa przyspieszy wzrost inflacji. Przed gospodarką światową stanie również trudne wyzwanie wyjścia z pułapki zadłużenia. Z kolei wzrost wydatków związanych ze starzeniem się społeczeństwa będzie wymagać podniesienia podatków.

Jubileuszowy X Europejski Kongres Finansowy pod hasłem „Odpowiedzialne finanse w obliczu kryzysu” ze względu na pandemię koronawirusa odbywa się w formule online w dniach 12-14 października 2020. Szczegółowy program wydarzenia oraz transmisje online można znaleźć na oficjalnej stronie https://www.efcongress.com

Deloitte: Defensywne strategie transakcyjne kluczowe w dobie pandemii

56 proc. respondentów wskazuje zmianę otoczenia rynkowego i działalność konkurencji, jako powód aktywności dezinwestycyjnej.

Jeszcze przed wybuchem kryzysu wywołanego koronawirusem, wielu ekspertów rozważało możliwość nadejścia spowolnienia gospodarczego na rynku transakcyjnym. Z badania „2020 Global Divestiture Survey” firmy badawczej Deloitte wynika, że przedsiębiorstwa przewidujące konieczność dostosowania się do rzeczywistości, którą przyniosła pandemia, powinny przygotować się na motywowane biznesowo dezinwestycje. Za największą przeszkodę w ich przeprowadzeniu 49 proc. badanych uznaje zmiany zachodzące w otoczeniu rynkowym.

Załamanie rynkowe, choć spodziewane po długotrwałym okresie wzrostu w obszarze fuzji i przejęć (M&A), nadeszło w nieoczekiwanych okolicznościach – pandemii koronawirusa. Po podjęciu wstępnych działań zaradczych, firmy muszą w wielu przypadkach zmienić swój sposób funkcjonowania. Dezinwestycje, czyli działania, mające poprawić sytuację firmy poprzez zmiany w posiadanym majątku i strukturze jej własności są kluczowe w defensywnych strategiach transakcyjnych i w wyborze aktywów odpowiednich w „nowej normalności”.

Zdaniem respondentów, obecnie firmy rzadziej oceniają zasoby przeznaczone do sprzedaży w kontekście osiąganych przez nie wyników lub pozycji strategicznej. W najnowszym badaniu Deloitte odpowiedziało tak 45 proc. z nich, podczas gdy w 2017 roku odsetek ten wynosił 53 proc. Powszechniej stosowaną metodą jest regularna weryfikacja portfolio przedsiębiorstwa w ramach szerszej strategii optymalizacyjnej.

Powody działalności dezinwestycyjnej

Jak pokazuje badanie Deloitte, obecnie znacznie częściej powodem aktywności dezinwestycyjnej jest zmiana otoczenia rynkowego i działalność konkurencji – tak wskazało 56 proc. respondentów (wzrost z 44 proc. w 2017 r.). Trzy lata temu najczęstszą odpowiedzią (57 proc.) było pozbywanie się niekluczowych aktywów, co jest teraz istotne dla 47 proc. badanych. Wzrósł też odsetek odpowiedzi dotyczących wykorzystania przez zainteresowanych sprzyjającej sytuacji (z 16 proc. do 29 proc.) oraz potrzeby pozyskania dodatkowych funduszy (z 18 proc. do 24 proc.). Obecnie firmy są też znacznie mniej podatne na naciski udziałowców dotyczące sprzedaży aktywów – spadek od 2017 roku o 7 pp.

Znaczenie procesu przygotowania transakcji

– Procesy dezinwestycyjne nie należą do najłatwiejszych i doświadczenie kadry zarządzającej pokazuje, że ich staranne planowanie pomaga nie tylko w bezproblemowym przeprowadzeniu transakcji, ale też zwiększa zyski zbywającego. Jak wynika z naszych danych, zaledwie 8 proc. sprzedających planuje przygotowania krótsze niż trzymiesięczne. Trzy czwarte z nich uważa, że należy na to poświęcić od 4 do 12 miesięcy, z czego większość skłania się do tego dłuższego okresu mówi Piotr Siezieniewski, radca prawny, Partner w kancelarii Deloitte Legal.

Badanie Deloitte pokazuje też, że do najważniejszych kwestii wymagających przygotowania przed zaoferowaniem aktywów na rynku należą: opracowanie wyodrębnionych sprawozdań finansowych (60 proc.), przeprowadzenie szczegółowej analizy wyceny (57 proc.), zbadanie potencjalnych wersji umowy (50 proc.), rozważenie możliwości podatkowych i prawnych (41 proc.) oraz określenie planu motywującego zarządzenie zakładanymi celami (39 proc.).

Technologia w służbie akwizycji

Rozwój technologiczny i wykorzystanie innowacyjnych rozwiązań w obszarze zarządzania biznesem najlepiej widać po blisko dwukrotnym od 2017 r. wzroście liczby danych wytwarzanych co roku na świecie. Jest ich 25 razy więcej niż 10 lat temu. Sprzedający coraz częściej potrzebują wnikliwych analiz zebranych informacji, aby móc docierać do bardziej doświadczonych nabywców i efektywnie kształtować procedurę zbycia. Brak takiego badania na wczesnym etapie sprzedaży może spowolnić przepływ informacji lub stworzyć zaskakujące sytuacje na późniejszym etapie tego procesu, potencjalnie prowadząc do spadku ceny.

15 proc. badanych przez Deloitte deklaruje, że nie skorzystało z analizy danych podczas swoich transakcji. Gdy jednak sięgali po takie narzędzia, najczęściej było to modelowanie potencjalnych scenariuszy transakcyjnych (58 proc.), badanie danych rynkowych (53 proc.), modelowanie popytu/podaży (35 proc.) i analiza potencjału siły roboczej (33 proc.).

Coraz powszechniejsze wykorzystanie analizy danych przez sprzedawców, w celu odpowiedniego zaprezentowania wartości zbywanych aktywów, oznacza także technologiczne usprawnienie procesów fuzji i przejęć. Dzieje się tak dzięki możliwości wykorzystania potencjału analityki do szybkiego tworzenia modeli opartych o aktualne dane, szybkiego adresowania różnych zakresów zapytań kupujących wraz z postępem negocjacji, ograniczenia potencjalnych zagrożeń i niespodzianek oraz ostatecznie zwiększeniu zysku uzyskiwanego przez sprzedającego. Jednocześnie, choć sprzedający mają świadomość korzyści wynikających z wykorzystania zaawansowanej analityki danych, jest to dla nich nadal dużym wyzwaniem mówi Ścibor Łąpieś, Dyrektor, Technology M&A Deloitte.

Perspektywa transakcji M&A

Choć wybuch pandemii koronawirusa spowodował spadek liczby potencjalnych kupujących, zainteresowanych transakcjami, przedsiębiorstwom udało się w ostatnich latach wzrostu zakumulować rekordowe poziomy gotówki, co może mieć interesujący wpływ na rynek fuzji i przejęć w najbliższym czasie.

– Ograniczona liczba oferentów jest głównym powodem, dla którego proponują oni wartość transakcji niższą od oczekiwanej. Odpowiedziało tak aż 65 proc. naszych ankietowanych. Zwykle w sytuacjach kryzysowych nabywców jest mniej, co dodatkowo podkreśla potrzebę uczynienia aktywów jak najbardziej atrakcyjnymi przed i w trakcie procesu transakcyjnego mówi Michał Wróblewski, Partner Associate w Dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte.

Transgraniczne transakcje są podatne na coraz częściej pojawiające się tendencje protekcjonistyczne, mające na celu ochronę krajowych przedsiębiorstw przed przejęciami przez kapitał zagraniczny, przez co zdaniem ekspertów Deloitte daje się zaobserwować zwrot w stronę rynków krajowych. Dotyczy to przede wszystkim funduszy private equity.

– Choć koronawirus zmienił powody i tempo wykorzystania dezinwestycji, ich podstawowe założenia nie ulegną zmianom. W perspektywie krótkoterminowej będą wykorzystywane zarówno ofensywne, jak i defensywne strategie transakcyjne, zmierzające do zabezpieczenia pozycji rynkowej firm, przyspieszające transformację i umożliwiające osiągnięcie pozycji lidera rynkowego. W dłuższej perspektywie, kluczowe dla długotrwałego sukcesu biznesowego i zachowania pozycji mimo potencjalnych kryzysów w przyszłości, będzie stworzenie odpornego portfela aktywów, efektywnego niezależnie od okoliczności – mówi Agnieszka Zielińska, Partner w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.

MedApp planuje wprowadzić pierwszą w Polsce w pełni Wirtualną Przychodnię

MedApp S.A., dynamicznie rozwijająca się spółka z branży medtech (software as a medical device), wykorzystująca mieszaną rzeczywistość, sztuczną inteligencję oraz analizę dużych zbiorów danych w celu poprawy zdrowia pacjentów wprowadza na rynek rozwiązanie, które będzie rozszerzeniem dotychczasowej aplikacji CarnaLife System i będzie oferowane jako Wirtualna Przychodnia. Jest to pierwsze w Polsce oprogramowanie umożliwiające placówkom medycznym prowadzenie zdalnej opieki w zakresie nie tylko konsultacji, ale przede wszystkim diagnostyki i monitoringu zdrowia pacjenta. Rozwiązanie wykorzystuje sztuczną inteligencję oraz analizę dużych zbiorów danych medycznych (big data analytics). Wirtualna Przychodnia bazuje na oferowanej już placówkom medycznym i szpitalom certyfikowanej technologii CarnaLife System.

Rozwiązanie Wirtualna Przychodnia usprawni funkcjonowanie zarówno małych placówek medycznych, szpitali jak i rozwiniętych sieci medycznych i będzie dla nich realnym wsparciem w zakresie pełnej obsługi pacjentów, co jest szczególnie ważne w dobie trwającej walki z pandemią Covid-19.  Pacjenci otrzymują możliwość umówienia wizyty za pośrednictwem platformy telemedycznej.

– Pojawienie się pandemii spowodowało przyspieszenie rozwoju zdalnych rozwiązań w medycynie. Do niedawna takie rozwiązania jak e-recepty, czy wideokonsultacje były traktowane jako coś nietypowego. Dzisiaj, gdy wielu ludzi starszych oraz z chorobami przewlekłymi znalazło się w strefie podwyższonego ryzyka, pojawiła się potrzeba wprowadzenia do systemu ochrony zdrowia takich rozwiązań, które pozwolą przeprowadzić proces konsultacji lekarskich oraz zorganizować podstawowe badania bez konieczności wychodzenia z domu. Nasza Wirtualna Przychodnia to nowa jakość na rynku ochrony zdrowia. Jest to aplikacja bazująca na technologii CarnaLife System i jest odpowiedzią na wspomniane wcześniej zapotrzebowanie. W połączeniu ze zdalnym monitoringiem takich parametrów jak m.in. ciśnienie, puls, czy temperatura przy jednoczesnym wykorzystaniu nowoczesnych algorytmów AI, otrzymujemy rozwiązanie umożliwiające kompleksowe wsparcie procesu leczenia – komentuje Krzysztof Mędrala, prezes MedApp S.A.

Dzięki wykorzystaniu certyfikowanych urządzeń telemedycznych, lekarz będzie w stanie  zarejestrować wyniki badań w czasie rzeczywistym. Wszystkie badania przeprowadzone bez udziału lekarza np. EKG, badanie ciśnienia czy pulsoksymetria, zostaną przeanalizowane przez sztuczną inteligencję i w przypadku niepokojących zmian oznaczone jako wymagające interwencji lekarskiej. System zapewnia pełne bezpieczeństwo transmisji oraz przechowywania dokumentacji medycznej dzięki szyfrowaniu przesyłanych danych.   Wirtualna Przychodnia umożliwi zdalną rejestrację pacjenta przez placówkę czy szpital oraz prowadzenie zdalnego monitoringu i konsultacji przez lekarza.

Naszą Wirtualną Przychodnię kierujemy zarówno do pojedynczych przychodni, szpitali, sieci placówek ale też samych lekarzy prowadzących indywidualne praktyki. Jesteśmy skupieni na tym czego oczekują pacjenci i lekarze. Przy wsparciu naszej Rady Naukowej przygotowaliśmy harmonogram dalszego rozwoju naszych rozwiązań. Wierzymy, że nasza aplikacja podniesie jakość obsługi zarówno osób ze schorzeniami przewlekłymi a także tych którzy poszukują pomocy psychologicznej czy psychiatrycznej – dodaje Krzysztof Mędrala.

 

Nowa usługa, którą MedApp planuje wkrótce wprowadzić na rynek, będzie poszerzeniem narzędzi oferowanych przez aplikację CarnaLife System. Jest to zaawansowana platforma telemedyczna, która umożliwia lekarzowi ocenę i monitorowanie stanu zdrowia pacjentów z różnymi schorzeniami oraz przeprowadzanie konsultacji o dowolnej porze dnia i w dowolnym miejscu. CarnaLife System jest modułem analitycznego systemu CarnaLife, który jest certyfikowany jako wyrób medyczny klasy IIb.

Puls rynku pracy: Jak firmy reagowały w obliczu pandemii? Porównanie sektorowe

Głównym wyzwaniem dla działów HR podczas pandemii stało się zapewnienie bezpiecznych warunków pracy przy jednoczesnej poprawie komunikacji kanałami online. Jednocześnie 71% firm nadal prowadziło procesy rekrutacyjne na stanowiska specjalistyczne i menedżerskie, podczas gdy co czwarta firma podjęła decyzje o zwolnieniach. Badanie Antal „Puls rynku pracy” prowadzone było od początku kwietnia do końca sierpnia bieżącego roku i objęło łącznie 810 firm reprezentujących kluczowe branże. Wyniki przedstawiają założenia strategii krótkoterminowej przedsiębiorstw oraz działania i plany w zakresie polityki personalnej.antal_wyniki_badania_c_mondaynews

Główne działania

Organizacje działające na polskim rynku w największej mierze postawiły na usprawnienie komunikacji kanałami online (39%). W ślad za tym poszedł rozwój infrastruktury technologicznej oraz rozbudowa sieci e-commerce (17%). Co piąta firma (21%) zainwestowała w ulepszenie oferowanych produktów czy usług. Jednocześnie działaniom o charakterze innowacyjnym towarzyszyły te, mające na celu optymalizację kosztów. 34% badanych firm zdecydowało się na ograniczenie korzystania z usług dostawców zewnętrznych, 30% na zniwelowanie wydatków marketingowych, a 25% na rezygnację bądź zmniejszenie dodatków pozapłacowych dla pracowników.

– Wobec coraz większej liczby pozytywnych sygnałów płynących od firm o poprawie ich sytuacji ekonomicznej dotychczasowe, wprowadzone krótkoterminowo ograniczenia mogą stanowić szansę na uporządkowanie i zmaksymalizowanie efektywności procesów. Jest to okres podsumowania współpracy z dostawcami zewnętrznymi, co może przełożyć się na większe zyski dla tych najbardziej efektywnych, określenia wartości benefitów dla pracowników i dalsze inwestowanie w te najbardziej pożądane. Warto teraz bardziej niż kiedykolwiek śledzić trendy rynkowe, badać potrzeby wewnętrzne, aby wejść w 2021 rok z nową energią – komentuje Artur Skiba, prezes Antal.

Polityka personalna

Firmy w kontekście polityki personalnej zachowały dalece idącą ostrożność. Z jednej strony w większości nadal prowadzą procesy rekrutacyjne na stanowiska specjalistyczne i menedżerskie (71%). Jednocześnie 24% przedsiębiorstw zadeklarowało plany zwolnień wobec przedstawicieli średniej i wyższej kadry. Z kolei 25% badanych organizacji zrezygnowało lub zmniejszyło liczbę dodatków pozapłacowych, 20% zdecydowało się na czasowe obniżenie wynagrodzeń, a 19% na wstrzymanie awansów w organizacji.

Najlepsza sytuacja panuje w branży SSC/BPO, w której aż 90% pracodawców kontynuuje procesy rekrutacyjne. Stabilność deklarują również instytucje finansowe, z których 89% aktywnie poszukuje pracowników. W najtrudniejszej zaś sytuacji znajdują się agencje marketingowe, reklamowe i PR, z których co druga (50%) zdecydowała się na zwolnienia. Może to być bezpośrednim wynikiem deklarowanych przez rynek oszczędności, które dotyczą właśnie wydatków marketingowych.

– Na chwilę obecną w branży SSC/BPO tylko w Antal mamy otwarte 303 wakaty, w obszarze IT – 279. Na inżynierów, którzy mocno odczuli okres spowolnienia wywołanego pandemią oczekuje 61 atrakcyjnych propozycji i ta liczba sukcesywnie rośnie. To są specjalizacje, w których dynamika zatrudnienia wraca do czasów sprzed pandemii, i w których warto rozglądać się za ciekawymi ofertami pracy – informuje prezes  Skiba.

Wyzwania na przyszłość

Przedsiębiorcy najczęściej jako wyzwanie wskazują zapewnienie bezpiecznych warunków pracy (47%), a także dostosowanie zakresu obowiązków do ograniczeń, jakie niesie praca zdalna, a także właściwe dostosowanie technologiczne organizacji pod tym kątem (30%).

– Przedsiębiorcy są zgodni, że kolejny lockdown nie jest praktycznie uzasadnionym rozwiązaniem. Jednak większość z nich stawia sobie pytanie, czy ich organizacje są przygotowane, aby bezpiecznie wejść w jesienny okres chorobowy. Nikt nie chce narażać na zachorowania pracowników, a co za tym idzie ryzykować zachowania ciągłości procesów biznesowych. Przekłada się to na wzrost zainteresowania usługami audytów sanitarnych i szkoleń z zakresu bezpieczeństwa pracy w kontekście zagrożeń epidemicznych – podsumowuje Artur Migoń, wiceprezes Antal.

Analiza GfK: Polacy rzadziej chodzą do sklepów, ale jednorazowo kupują więcej

W pierwszym półroczu br. Polacy odwiedzali sklepy o 12% rzadziej niż przed rokiem. Mniejszą frekwencję nadrabialiśmy jednak pełnymi koszykami. Dzięki temu w relacji rok do roku średnia wartość jednorazowych zakupów realizowanych przez polskie gospodarstwa domowe wzrosła aż o 20%. Takie dane płyną z analiz Panelu Gospodarstw Domowych GfK Polonia.

Polscy nabywcy od lat słynęli z wyjątkowo częstych zakupów produktów FMCG i odwiedzania rekordowej liczby sklepów. Wiele jednak wskazuje, że przedłużająca się pandemia COVID-19 może przyczynić się do znacznego osłabienia tego trendu. – Jak wynika z danych dla pierwszych sześciu miesięcy br., średnia liczba wykonywanych przez nas zakupów spadła aż o 12% rok do roku, co było największym spadkiem w zestawieniu z innymi porównywanymi krajami naszej części Europy. Od stycznia do czerwca br. polskie gospodarstwo domowe wykonało średnio 165 wizyt w sklepach. Dla porównania w analogicznym okresie 2019 roku było ich aż 187wylicza Rafał Dobrowolski, Strategic Insight Manager w Panelu Gospodarstw Domowych GfK Polonia.

Rzadsze wizyty w sklepach nie spowodowały jednak spadku całkowitej wartości sprzedaży w sektorze FMCG. Mniejszą liczbę wizyt shopperzy nadrabiali 20% wzrostem wartości średnich jednorazowych zakupów, co było z kolei jednym z największych wzrostów w naszej części Europy.

Kupowaliśmy tam, gdzie było blisko

W pierwszej połowie roku istotnie zmienił się także model konsumpcji polskich nabywców, którzy podczas zakupów częściej niż dotychczas poszukiwali korzystnych cen i promocji. Na takie zachowania wpłynęło kilka czynników. Już 17% Polaków zagrożonych jest utratą pracy lub zostało dotkniętych bezrobociem. 51% gospodarstw domowych deklaruje także, że pomimo braku bezpośredniego zagrożenia utraty pracy, ich sytuacja finansowa odczuwalnie się pogorszyła.

Taka ocena własnej sytuacji ekonomicznej błyskawicznie przełożyła się na zachowania zakupowe. Nabywcy, a zwłaszcza Ci którzy ucierpieli na skutek pandemii, częściej niż dotychczas odwiedzali dyskonty, gdzie mogli znaleźć m.in. bardzo szeroką ofertę produktową marek własnych. Swój sukces w ostatnich miesiącach dyskonty zawdzięczają jednak przede wszystkim bardzo dobrej dostępności, opartej na gęstej sieci sklepów. – W czasie pandemii koronawirusa bliskość sklepu stała się niezwykle istotnym czynnikiem wyboru miejsca zakupów. Nabywcom bardzo zależało na unikaniu zbędnego kontaktu, np. w postaci korzystania ze środków transportu publicznego. Dlatego częściej niż przed laty wybierali punkty będące w zasięgu spaceru. Takie podejście shopperów w pierwszej połowie roku wywindowało także wyniki supermarketów lokalnych oraz małych sklepów sieciowych – tłumaczy Rafał Dobrowolski.

Silni stali się jeszcze silniejsi

Z analizy Panelu Gospodarstw Domowych GfK Polonia wynika, że największymi „przegranymi” pierwszej połowy bieżącego roku były drogerie, supermarkety z międzynarodowych sieci oraz hipermarkety, które odnotowały spadek całkowitej sprzedaży. W tym samym okresie małe sklepy niesieciowe oraz sklepy specjalistyczne (mięsne, piekarnie, warzywniaki) nieznacznie zwiększyły sprzedaż. W ogólnym rozrachunku, w wyniku skokowego wzrostu wyników dyskontów, nie przełożyło się to jednak na wzrosty w udziałach rynkowych.

W sektorze FMCG okres pandemii okazał się przełomowy także dla kanału e-commerce, który choć wciąż stanowi niewielką część całego rynku, konsekwentnie umacnia na nim swoją pozycję.  W wyniku większego zainteresowania zakupami online od stycznia do czerwca br. kategoria eFMCG odnotowała 50% wzrost sprzedaży rdr. – W czasie pandemii coraz więcej konsumentów wykorzystuje ten kanał nie tylko do zakupu książek, ubrań czy kosmetyków, ale także żywności i innych produktów FMCG. Tylko w pierwszym kwartale 2020 aż 24% gospodarstw domowych dokonało zakupu różnego rodzaju produktów FMCG przez internet, w porównaniu do 15% w analogicznym okresie roku ubiegłego. Zwiększone zainteresowanie dało impuls do rozwoju całego systemu i infrastruktury handlu on-line, co w kolejnych miesiącach z pewnością jeszcze mocniej napędzi jego popularność – podsumowuje Rafał Dobrowolski.

Ile kosztuje OC? – barometr wrzesień 2020

Wiemy już, jak kształtowała się średnia cena OC w pierwszych trzech kwartałach 2020 roku. Czy kierowcy mogli cieszyć się obniżkami kosztów obowiązkowego ubezpieczenia?

Wrześniowy barometr OC przygotowany przez Ubea.pl jest szczególnie ważny, ponieważ podsumowuje zmiany cen obowiązkowych polis w trakcie minionych trzech kwartałów. Jeżeli chodzi o ten okres, to trudno się w nim dopatrzeć stałego trendu dotyczącego kosztów obowiązkowych ubezpieczeń OC.

Dla przykładu sierpień przyniósł niewielką podwyżkę, która nastąpiła po najniższym wyniku od początku roku. Jak było we wrześniu? Czy nadszedł czas obniżek OC?

Barometr OC – jak jest przygotowywany?

W przypadku barometru cen OC przygotowywanego przez Ubea.pl stałym punktem odniesienia jest przeciętna składka obowiązkowego ubezpieczenia ze stycznia. Powstaje ona po obliczeniu średniego kosztu OC na podstawie ponad 100 000 rzeczywistych kalkulacji internautów w porównywarce.

Na początku 2020 r. przeciętna składka OC wyniosła 1345 zł. Ta kwota stanowi punkt wyjściowy barometru na bieżący rok (składka ze stycznia = 100 w barometrze) – tłumaczy Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Barometr OC we wrześniu 2020 = 100↗ (wynik dla poprzedniego miesiąca: 97↗

cena OC wrzesień 2020Jakie są ceny OC na jesień 2020?

Przeprowadzona analiza wskazuje, że we wrześniu koszt OC powrócił do poziomu cen ze stycznia.

Zamieszczony wykres pokazuje, że to nie pierwsza taka sytuacja. W maju 2020 barometr OC również wskazał wartość „100”.

„W ujęciu realnym uwzględniającym tegoroczną inflację obowiązkowe ubezpieczenia OC jednak nieco potaniały względem początku 2020 roku. Tę kwestię również trzeba brać pod uwagę, bo ubezpieczyciele znajdują się pod presją rosnących kosztów części samochodowych oraz robocizny” – wskazuje Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

8/10 firm przyspiesza cyfrową transformację

Trzecia edycja realizowanego co 2 lata Digital Transformation Index prezentuje, w jaki sposób organizacje przyspieszają realizację projektów związanych z cyfrową transformacją, badając ponad 4 300 liderów biznesu w 18 krajach.

Kluczowe informacje:

  • Transformacja cyfrowa jest postrzegana jako kluczowy czynnik ożywienia gospodarczego
  • 81% polskich organizacji (80% globalnie) priorytetyzuje programy cyfrowej transformacji
  • Liczba organizacji Digital Adopters wzrosła w Polsce w ciągu 2 lat o 19 punktów procentowych, a liczba Digital Followers spadła o 23 punkty procentowe
  • Według polskich firm, największa bariera rozwoju transformacji to zmiany legislacyjne i regulacje, a głównym katalizatorem – wzmocnienie cyberbezpieczeństwa. Kluczowa inwestycja to z kolei 5G.
  • 14% polskich organizacji obawa się, że ich firma może nie przetrwać kolejnych lat, a niewiele ponad połowa opracowuje nowe modele biznesowe.

Firma Dell Technologies opublikowała dziś wyniki globalnego badania Digital Transformation Index (DT Index), które realizuje co dwa lata wśród tysięcy organizacji na całym świecie. Tegoroczny indeks, w którym udział wzięło 4300 liderów biznesu z całego świata (w tym 180 z Polski) pokazuje, że organizacje przyspieszają wdrażanie cyfrowej transformacji i w ciągu ostatnich miesięcy osiągnęły poziom, który w normalnych warunkach zająłby lata.

W jednym z pierwszych globalnych badań tego roku, mającym na celu zmierzenie zachowań biznesowych, DT Index wykazał, że w 2020 r. aż 8 na 10 organizacji przyspieszyło realizację niektórych programów transformacji cyfrowej (średnia europejska – 75%, Polska – 81%).

Nowa krzywa cyfrowej transformacji

W porównaniu do DT Index z 2018 roku, tegoroczne wyniki pokazują pierwszy wzrost liczby Digital Leaders (najbardziej dojrzałych cyfrowo organizacji) do 6%. (W Polsce od 5% do 9%). Digital Adopters (druga najbardziej dojrzała cyfrowo grupa) wzrosła z 23% w 2018 roku (Polska: 24%) do 39% w 2020 roku (Polska: 43%) – wzrost o 16 punktów procentowych (W Polsce aż o 19 punktów procentowych).

DT Index odnotowuje również spadek od 2018 roku liczby Digital Laggards (najmniej dojrzałej cyfrowo grupy) o 6 punktów procentowych (W Polsce o 3 punkty procentowe) a także gwałtowny spadek w drugiej od końca grupie, Digital Followers, o 17 punktów procentowych (Polska: aż 23 punkty procentowe). Organizacje te przeszły do bardziej zaawansowanych grup – Digital Adopter i Digital Evaluator.Nowa krzywa cyfrowej transformacji 2 Nowa krzywa cyfrowej transformacji

Spoglądając w przyszłość widzimy, że organizacje, które obecnie przyspieszają swoją cyfrową transformację, będą przygotowane na sukces w Erze Danych, która rozwija się już teraz na naszych oczach – podsumowuje wyniki badania Michael Dell, Prezes i Dyrektor Generalny Dell Technologies.

Bariery i szanse dla cyfrowej transformacji

Rok 2020 staje się katalizatorem cyfrowej transformacji na całym świecie, lecz nie zmienia to faktu, że jest ona wciąz wyzwaniem: 94% organizacji napotyka bariery przy wdrażaniu transformacji. Zgodnie z DT Index, możemy zdefiniować trzy kluczowe bariery dla sukcesu cyfrowej transformacji wśród polskich organizacji:

  1. Regulacje lub zmiany legislacyjne: 32%
  2. Trudności w wydobyciu cennych insightów ze względu na przeciążenie danymi i/lub informacjami: 31%
  3. Brak budżetu i środków: 29%Bariery i szanse dla cyfrowej transformacjiZ kolei zapytani o główne katalizatory transformacji, polscy liderzy biznesu wymieniają w większości te same czynniki co firmy europejskie:
    1. Wzmocnienie cyberbezpieczeństwa: 52%
    2. Rozwijanie możliwości pracy zdalnej: 47%
    3. Zmiana sposobu, w jaki dostarczamy cyfrowe doświadczenia/Transformacja wdrożeń Edge 35%.

główne katalizatory transformacji

Kluczowe inwestycje przyszłości i optymizm Polaków

Przed pandemią inwestycje biznesowe były silnie skoncentrowane na technologiach podstawowych, a nie na technologiach powstających. Zdecydowana większość, bo aż 89% wszystkich badanych firm przyznaje, że w tym roku potrzebują bardziej zwinnej, skalowalnej infrastruktury informatycznej, aby zapobiec niespodziewanym zdarzeniom. Myśląc o przyszłości, polskie firmy wymieniają trzy kluczowe inwestycje:

  1. Infrastruktura 5G: 50%
  2. Gotowy hardware 5G: 44%
  3. Rozwiązania w zakresie cyberbezpieczeństwa: 41%Kluczowe inwestycje przyszłościDT Index zapytał również liderów biznesu o ich oczekiwania dotyczące przyszłości. I tak aż 32% film globalnych i 28% europejskich obawia się, że ich organizacje mogą nie przetrwać kolejnych lat. Wśród polskich liderów biznesu odsetek ten wynosi tylko 14%. Ten optymizm przekłada sie również na wyniki związane z mobilizacją organizacji do kreowania nowych modeli biznesowych – myśli o tym aż 79% firm globalnych I 72% europejskich – wśród polskich firm to nieco ponad połowa – 58%.

    Metodologia badania DT Index 2020

    W lipcu i sierpniu 2020 r. firma Dell Technologies nawiązała współpracę z niezależną firmą badawczą Vanson Bourne, która przeprowadziła badania wśród 4 300 liderów biznesu, od MŚP po korporacje w 18 krajach, tworząc globalny benchmark wskazujący na stan transformacji przedsiębiorstw. Vanson Bourne sklasyfikował działania biznesowe przedsiębiorstw w zakresie technologii cyfrowych, badając ich strategię informatyczną, inicjatywy związane z transformacją zatrudnienia i wydajnością w odniesieniu do podstawowego zespołu cyfrowych atrybutów biznesowych. Jest to trzecia odsłona DT Index (pierwsza pojawiła się w 2016 roku, druga w 2018 roku)

Wielka walka o ubój

Kwestia zakazu uboju rytualnego rozpaliła dyskusję pomiędzy przedstawicielami branży mięsnej, którzy przekonują, że bez uboju religijnego zawali się polskie rolnictwo, a politykami, którzy twierdzą, że ubój taki ma marginalne znaczenie dla gospodarki. Naukowcy z ZOBSiE postanowili sprawdzić, kto ma rację. Wyniki okazały się zaskakujące.

Znaczna część zwierząt ubijanych w Polsce z przeznaczeniem na mięso przed samym uśmierceniem jest pozbawiana świadomości, aby oszczędzić im dodatkowego cierpienia. Jednak część zwierząt – z przyczyn religijnych – jest także zabijana przez poderżnięcie gardła bez uprzedniego pozbawienia świadomości. Ubój taki wiąże się z bardzo dużym cierpieniem zwierząt, ale – jak przekonują hodowcy bydła – jest opłacalny, ponieważ w zdecydowanej większości trafia na eksport. Nad problemem tym postanowili pochylić się parlamentarzyści i we wrześniu niemal jednogłośnie przegłosowali nowelizację ustawy o ochronie zwierząt, która zakazuje tego rodzaju uboju za wyjątkiem potrzeb grup wyznaniowych mieszkających w Polsce.

Mimo tego, że wcześniej temat uboju zwierząt bez pozbawienia świadomości był marginalny i występował jedynie na peryferiach oficjalnych raportów poświęconych eksportowi polskiego mięsa, od początku września kolejni politycy i przedstawiciele branż hodowlanych podają na jego temat dane niewiadomego pochodzenia i zupełnie nieprzystające do siebie szacunki liczbowe – tłumaczy Ilona Rabizo ze Stowarzyszenia Otwarte Klatki.

Naukowcy z Zachodniego Ośrodka Badań Społecznych i Ekonomicznych postanowili powiedzieć „sprawdzam” i przyjrzeć się liczbom podawanym w toku dyskusji nad ograniczeniem uboju bez ogłuszenia.

Władysław Kosiniak-Kamysz (PSL) podczas wywiadu radiowego wskazywał na to, że 40% eksportu polskiego drobiu to mięso pochodzące z uboju na cele religijne. Analiza odsetku ludności muzułmańskiej zamieszkującej kraje głównych kierunków eksportu polskiego drobiu wykazała, że zaledwie 5,5% eksportu stanowi mięso z uboju na cele religijne. Kosiniak-Kamysz zawyżył zatem wielkość takiego eksportu aż siedmiokrotnie.

Jeszcze bardziej pomylił się (bądź celowo wprowadził w błąd opinię publiczną) poseł PSL, Marek Sawicki. Szacował on wartość eksportu mięsa z uboju rytualnego na 20 mld złotych. Autorzy raportu na podstawie analizy danych GUS w odniesieniu do ostatnich 10 lat wskazują, że wartość eksportu produktów pochodzących z uboju rytualnego wynosi niespełna 1,5 mld. To trzynastokrotnie mniej niż twierdził poseł Sawicki.

Nie jestem szczególnie zdziwiony tym, że przedstawiciele branży mięsnej są w stanie aż tak zawyżać dane i opowiadać, że bez uboju rytualnego upadnie polskie rolnictwo – mówi Cezary Wyszyński z Fundacji Viva! – Wcześniej futrzarze odprowadzający rocznie zaledwie 10 milionów złotych podatków twierdzili, że bez nich zabraknie pieniędzy na program 500+, którego realizacja to ponad 40 miliardów złotych, a w 1997 r. gdy zakazywano przymusowego tuczu gęsi, przekonywano, że bez tego upadnie polska gospodarka. Te metody się nie zmieniają – dodaje Wyszyński.

Co więcej, dokładna analiza pokazała, że mimo tego, że w latach 2013-2014 obowiązywał w Polsce zakaz uboju rytualnego, w żaden sposób nie wpłynęło to na ówczesną produkcję drobiu.

Mógł mieć na to wpływ fakt, że w Europie Zachodniej aż w 80% przypadkach uboju halal stosuje się ogłuszanie przed uśmierceniem zwierzęcia. Jest to tzw. ubój miękki i pozostaje zgodny z religijnymi wytycznymi – tłumaczy Paweł Rawicki ze Stowarzyszenia Otwarte Klatki – W Polsce sytuacja może wyglądać podobnie – dodaje Rawicki.

Badacze wskazują, że także Wiesław Różański, prezes Unii Producentów i Pracodawców Przemysłu Mięsnego, wprowadzał w błąd polskich parlamentarzystów mówiąc, że udział wołowiny koszernej i halal w polskim eksporcie wynosi aż 70%. Liczby tej nie potwierdzają żadne dane ani analizy, a realny udział produktów pochodzących z uboju rytualnego w eksporcie wołowiny oscyluje wokół 20%.

Jednocześnie, jak zauważają autorzy raportu, wprowadzenie zakazu uboju bez ogłuszenia w Nowej Zelandii w 2010 roku nie spowodowało spadku produkcji mięsa drobiowego ani wołowego, a także spadku eksportu mięsa, a mięso uznawane za halal jest ciągle wywożone do innych krajów.

Być może prawdziwą motywacją dla której hodowcy drobiu podnoszą w tej chwili alarm jest fakt, że wprowadzenie ograniczenia uboju bez ogłuszenia wiązałoby się dla nich z dodatkowymi kontrolami służb państwowych? – zastanawia się Jarosław Urbański z ZOBSiE, jeden z autorów raportu. – Do tej pory w opracowaniach i raportach branżowych kwestia dotycząca wielkości produkcji koszernej i halal nie była szczególnie analizowana, czego należałoby się spodziewać w świetle obecnych deklaracji na temat rangi tego typu produkcji dla polskiego rolnictwa i gospodarki – dodaje Urbański.

Opublikowany przez ZOBSiE raport jest pierwszym raportem analizującym wpływ ograniczenia uboju bez ogłuszenia na polską gospodarkę.

Wierzę, że merytoryczna dyskusja nad wprowadzeniem nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt powinna bazować na faktach, a nie na domysłach i myśleniu życzeniowym przedstawicieli branży mięsnej. Bardzo się cieszę, że wreszcie pojawiają się fakty, a w konfrontacji z nimi deklaracje niektórych polityków wyglądają naprawdę absurdalnie – mówi Mikołaj Jastrzębski z Fundacji Viva!

Przedstawiciele organizacji działających na rzecz ochrony zwierząt zaznaczają, że zamierzają przesłać raport do wszystkich parlamentarzystów, aby odczarować wielokrotnie zawyżane w debacie publicznej dane.

Priorytety i innowacje w czasie pandemii COVID-19 według marketerów

Isobar opublikował wyniki ekskluzywnego badania zrealizowanego wśród ponad 1350 szefów marketingu z całego świata. W specjalnej ankiecie oceniają oni ewolucję customer experience, która dokonała się w czasie pandemii COVID-19.

Badanie Isobar Creative Experience Survey wykazało, że 64% CMO „całkowicie lub umiarkowanie” zmieniło swoją strategię CX w odpowiedzi na kryzys COVID-19, a 1 na 5 „całkowicie” zmieniło swoje podejście. Wśród tych CMO, którzy zmienili swoją strategię, inwestycje w innowacyjne nowe produkty i usługi są najbardziej popularną strategią wśród przedsiębiorstw każdej wielkości i skali, przyjętą przez 45% wszystkich CMO i 49% CMO większych organizacji.

Z raportu wynika, że jesteśmy świadkami ciągłego rozwoju „Creative Experience” oraz zupełnie nowego podejścia do doświadczeń klientów. Publikacja opisuje pierwszą falę „Customer Experience” (CX) jako skupiającą się na usuwaniu barier, w świecie, w którym przez jedno kliknięcie (lub brak kliknięcia) marki mogą stać się coraz bardziej niezauważalne – i coraz bardziej niewidoczne.

Najważniejsze wnioski z raportu:

  • CMOs stawiają na innowacyjne wykorzystanie technologii (58%), kluczowego składnika budującego zróżnicowane doświadczenia klientów;
  • Commerce i e-commerce stały się wyraźnymi priorytetami;
  • 39% CMOs poświęciło commerce’owi więcej uwagi, a 36% wdrożyło podejście Direct-to-Consumer;
  • Kreatywne podejście (36%), innowacje (35%) i zdolności do tworzenia nowych produktów (33%) to 3 najważniejsze wymagania CMOs wobec agencji dostarczającej strategii CX;
  • Sztuczna inteligencja jest obecnie najczęściej wykorzystywaną nową technologią przez około 36% CMO, a jej udział w CMO dużych firm wzrasta do 50%;
  • Interfejsy głosowe i oparte na czacie wybierane są przez 29% i 28% szefów marketingu;
  • Wirtualna i rozszerzona rzeczywistość również wkraczają do głównego nurtu (28 i 27%).

W czasie pandemii byliśmy i jesteśmy świadkami rozwoju niesamowitej kreatywności. Również w naszej ankiecie szefowie marketingu deklarują zaangażowanie i chęć zadbania o rozwój innowacyjności i kreatywności w swoich firmach. – Jean Lin, CEO, Creative, dentsu & Isobar Global Chairman

Raport stworzony przez zespół globalnych ekspertów Isobar w dziedzinie kreatywności i innowacji, zapewnia wgląd w strategiczny kierunek rozwoju współczesnej branży marketingowej oraz identyfikuje kluczowe narzędzia i technologie. Raport zawiera również studia przypadków globalnych klientów Isobar, m.in.: Cisco, KFC i Cadillac.

Susza nadal stanowi zagrożenie. Zwiększanie retencji wód to konieczność

13 października przypada Międzynarodowy Dzień Ograniczania Skutków Katastrof. Organizacja Narodów Zjednoczonych podnosi w ten sposób świadomość społeczeństwa na temat rosnącego ryzyka występowania negatywnych zjawisk naturalnych. Należą do nich m.in. susze, pożary i nawałnice, które obserwowane są również w Polsce. Ważne jest nie tylko reagowanie na ich skutki, ale także zapobieganie im. Szczególnie dużo każdy z nas może zrobić w obszarze gospodarowania wodą.

W Polsce wciąż występuje susza. Jak podaje Państwowe Gospodarstwo Wodne Wody Polskie, w dwunastu województwach obowiązują ostrzeżenia dotyczące suszy hydrologicznej (stan na 7 października 2020 r.)[1]. W miesiącach wakacyjnych na terenie wszystkich województw występowała susza rolnicza[2], a średnia wartość Klimatycznego Bilansu Wodnego, według raportów IUNG-PIB[3], pozostaje ujemna.

Skutki suszy z roku na rok są w Polsce coraz bardziej widoczne. Analizy przeprowadzane wiosną tego roku wskazywały na największe zagrożenie tym zjawiskiem od kilkudziesięciu lat. Nie zniwelowały go nawet wyższe sumy opadów w kolejnych miesiącach roku. Niedobory wody w pierwszej kolejności powodują problemy w rolnictwie, ale skutki suszy, np. w postaci pożarów, problemów w dostawach wody i energii czy wzrostu cen żywności, możemy odczuć wszyscy – mówi Anna Sawicka, ekspert ds. rozwoju strategii ekologicznej Banku Ochrony Środowiska.

Kłopoty związane z suszą są zarówno efektem mniejszych opadów, jak i niedostatecznej retencji. Dziś w Polsce magazynuje się około 6,5 proc. objętości wody, jaka w ciągu roku odpływa z naszych rzek. Warunki fizyczne i geograficzne Polski stwarzają jednak możliwość podniesienia tego wskaźnika do 15 proc.[4]

Wszyscy mogą przeciwdziałać problemowi

Skutki zmian klimatu są coraz bardziej odczuwalne. Wydłużające się okresy bez opadów przeplatają nawalne deszcze powodujące lokalne podtopienia. Dlatego tak ważne jest podejmowanie działań zmierzających do retencjonowania wody na wyższym niż dotychczas poziomie. – Postępująca urbanizacja sprawia, że kolejne obszary pokrywane są przez materiały nieprzepuszczalne. Wody opadowe w znacznej mierze trafiają do kanalizacji deszczowej, nie zasilając tym samym zasobów wód podziemnych. Konieczna jest popularyzacja inwestycji w infrastrukturę, która poprawi tę sytuację – wskazuje Anna Sawicka.

Powierzchnie nieprzepuszczalne, uniemożliwiające wsiąkanie wody opadowej do gruntu, są w głównej mierze bolączką miast. Dbanie o istniejące, a także tworzenie nowych parków czy skwerów, z uwzględnieniem zasad poszanowania zasobów wody, w następnych latach powinno stać się priorytetem. W ten sposób można poprawić równowagę wodną, a także ograniczyć efekt tzw. miejskiej wyspy ciepła, który zwłaszcza w miesiącach letnich jest dokuczliwy dla mieszkańców największych aglomeracji.

Warto zauważyć, że infrastruktura wodna może być tworzona nie tylko przez wyspecjalizowane podmioty, a pieniądze nie muszą stanowić bariery. Pozytywne efekty przyniesie zamiana przydomowego trawnika na łąkę kwietną oraz rezygnacja z brukowanego chodnika na rzecz tzw. eko-krat. To działanie proekologiczne, a jednocześnie niewymagające angażowania znacznych funduszy. Dodatkowo, w Polsce prowadzone są programy rządowe i samorządowe, w ramach których wspierane są przedsięwzięcia retencjonujące wodę. Jeden z nich to Moja Woda, realizowany przez Wojewódzkie Fundusze Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Umożliwia on otrzymanie dotacji do 80 proc. wartości inwestycji (nie więcej niż 5 tys. zł). W ten sposób dopuszczalne jest sfinansowanie m.in. budowy podziemnego lub naziemnego zbiornika retencyjnego czy instalacji pozwalającej na wykorzystanie wód opadowych bądź roztopowych. Rozwiązaniem może być też wybór oferty komercyjnej w banku specjalizującym się w inwestycjach proekologicznych.

[1] https://wody.gov.pl/images/Pliki_do_pobrania/Sytuacja_Hydrologiczna_Raporty/Sytuacja_hydrologiczna_2020-10-07.pdf

[2] http://www.susza.iung.pulawy.pl/komentarz/2020,11/

[3] Instytut Uprawy Nawożenia i Gleboznawstwa – Państwowy Instytut Badawczy

[4] https://wody.gov.pl/mala-retencja/retencja-korytowa/stop-suszy-retencja-korytowa-skuteczna-metoda-w-zwalczaniu-skutkow-suszy

Unia Owocowa w Estonii o polskim ogrodnictwie

14 października Estońskie Muzeum Narodowe w Tartu stanie się miejscem wymiany poglądów estońskich i polskich ekspertów branży ogrodniczej. „Wizja Estońskiego Stowarzyszenia Ogrodniczego” to konferencja skupiająca się na najważniejszych aspektach finansowych, produkcyjnych, klimatycznych i technologicznych sektora. Unia Owocowa, partner wydarzenia, wspólnie z przedstawicielami z całego sektora ogrodniczego przedstawi polskie sadownictwo podczas 7. edycji wydarzenia, tym razem pod nazwą „Estonia liderem w sadownictwie UE – jak osiągnąć ten cel? Polskie doświadczenie”.

Estońskie Stowarzyszenie Ogrodnicze jest wiodącą organizacją w Estonii, zrzeszającą instytucje edukacyjne i badawcze, producentów i dostawców. Producenci będący członkami stowarzyszenia produkują około 90% krajowej uprawy owoców, warzyw, kwiatów i sadzonek. Podczas nadchodzącego cyklu wykładów, to nasi rodzimi prelegenci zaprezentują estońskiej publiczności sytuację sektora w Polsce.

Wydarzenie online skupi się na ważnych w branży i poruszanych na szczeblu europejskim kwestiach, m.in. sposobach finansowania, problemach klimatycznych, czy rozwiązaniach ekologicznych i technologicznych. Raivo Külasepp, Prezes ESO, przedstawi uczestnikom obszary obecnych działań stowarzyszenia. Pozostali prelegenci przeprowadzą aktualny przegląd estońskiego ogrodnictwa. Porównując estońską i polską sytuację sektora, Waldemar Guba, dyrektor Departamentu Strategii i Analiz w MRiRW, opowie o wyzwaniach, które spotykają polskich plantatorów. Dr Paweł Krawiec (Horti Team) zaprezentuje rozwiązania w uprawie malin oraz borówek, a plantator Paweł Karpiński zwróci uwagę na techniki uprawy warzyw. Z kolei Dominik Woźniak z ramienia Unii Owocowej, w imieniu całej branży sadowniczej, skupi się na innowacyjnych sukcesach, stosowanych praktykach oraz perspektywach na najbliższą przyszłość.

– Polsko-estońska współpraca i wspólnie organizowana konferencja potwierdzają, że jesteśmy silnym i zauważalnym podmiotem na innych rynkach europejskich. Bardzo się cieszymy, że estońscy eksperci branży chcą poznać nasze doświadczenia i prowadzoną strategię. Konferencja będzie świetną okazją i platformą do wymiany poglądów i wiedzy – podkreśla Paulina Kopeć, sekretarz generalna Unii Owocowej.

Eksperci Unii Owocowej zgodnie twierdzą, że współpraca organizacji reprezentujących branżę warzywno-owocową, a nie konkurencja, może przynieść długofalowe korzyści dla sektora.

Transmisję można obejrzeć na żywo: https://www.aiandusliit.ee/visioonikonverents-2020/online/. Z kolei nagranie dostępne będzie po wydarzeniu pod linkiem: https://www.aiandusliit.ee/visioonikonverents-2020/programm-2020/ .

Metale szlachetne wracają do trendu wzrostowego

Podczas piątkowej sesji złoto zyskało na wartości więcej niż 2%, a srebro ponad 5%. Wydaje się, że była to kluczowa sesja dla dalszych wzrostów, ponieważ tak dynamiczne dzienne wzrosty nie są częste. Metale szlachetne niezmiennie stanowią ciekawą inwestycję i ostatnia korekta była okazją do ich kupna.

Ostatni tydzień był bardzo dobry dla amerykańskiego rynku akcji – S&P 500 wzrósł 3,84%, a NASDAQ 100 4,18%. Sentyment na rynku poprawiły szybki powrót do zdrowia Donalda Trumpa oraz oczekiwania dotyczące kolejnego pakietu fiskalnego, aby wspomóc amerykańską gospodarkę w trudnych czasach pandemii.

Na koniec ubiegłego tygodnia GPW w Warszawie zanotowała niewielki wzrost. Indeks szerokiego rynku WIG w skali tygodnia zyskał na wartości 0,30%. Notowania największych spółek (tworzących indeks WIG20) zyskały 0,09%. Z kolei indeksy małych i średnich spółek zakończyły tydzień następująco: sWIG80 spadł o 0,30%, a mWIG40 wzrósł o 0,87%. Słabość polskiej giełdy w stosunku do zagranicy wynika między innymi z pogarszającej się sytuacji epidemicznej. Z pozytywów dzisiaj ma miejsce IPO Allegro, po którym Allegro stało się największą spółką na GPW.

W bieżącym tygodniu uwaga inwestorów będzie skupiona przede wszystkim na danych o nowych zachorowanych na świecie oraz na dalszych negocjacjach dotyczących Brexitu. W ostatnim tygodniu mieliśmy rekordy zachorowań w naszym regionie, co skutkuje nowymi obostrzeniami. Jest ryzyko dalszych ograniczeń w gospodarce, co może wpłynąć zwiększeniem niepewności na rynkach finansowych. Do czwartku (15.10.2020) muszą być zakończone negocjacje dotyczące umowy o wolnym handlu Wielkiej Brytanii z UE. Jeśli tak się nie stanie, to Boris Johnson może zerwać dalsze negocjacje. W piątek (16.10.2020) poznamy dane odnośnie sprzedaży detalicznej m/m w USA.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Cena mąki wzrośnie. To nieuniknione

W swojej ostatniej prognozie produkcji zbóż opublikowanej w dniu 30 września, Główny Urząd Statystyczny podał szacunki polskich zbiorów 2020. Wynika z nich, że produkcja pszenicy wyniosła prawie 12 mln ton (11,95) – to najwyższy zbiór od 5 lat!

– Jesteśmy już 2 miesiące po żniwach, które w tym roku były nieco opóźnione, ale przeprowadzone były szybko i sprawnie. Pogoda nie zepsuła jakości pszenicy (choć w południowej części kraju mamy nieco większy udział pszenicy paszowej – główny powód to podwyższony poziom mykotoksyn, porażenie fusariosą i problemy z niską liczbą opadania). Wydawałoby się, że przy tak dobrym zbiorze ceny powinny być niskie i stabilne. Jednakże tak się nie dzieje. Praktycznie cały czas od żniw ceny rosną i dziś cena pszenicy jest wyższa o przeszło 100 PLN, tj. ponad 20% więcej niż w połowie sierpnia bieżącego roku – mówi Krzysztof Gwiazda, Prezes Zarządu Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Zbożowo-Młynarskiego.

Według danych Ministerstwa Rolnictwa, podawanych przez Zintegrowany System Rolniczej Informacji Rynkowej, cena pszenicy konsumpcyjnej jest dziś wyższa o przeszło 13% w porównaniu do tego samego okresu roku poprzedniego, roku suszowego, w którym zbiór pszenicy był przecież niższy od tegorocznego o ponad 6%.

Jednocześnie ceny mąki pszennej piekarniczej pozostają praktycznie bez zmian. Tak więc absolutnie nie odzwierciedlają tego co się dzieje z cenami surowca, który stanowi nawet do 80% kosztów produkcji mąki.

– Taka sytuacja nie może się utrzymać, należy spodziewać się silnych wzrostów cen mąki. Co więcej, aktualna sytuacja na światowym rynku pszenicy uprawnia do stwierdzenia, że jest to dopiero początek dalszych zwyżek – ocenia Krzysztof Gwiazda.

Dlaczego tak się dzieje? Główną (choć nie jedyną) przyczyną jest eksport i popyt na polskie zboża, w tym pszenicę, na rynkach europejskich oraz światowych. Ceny za pszenicę w Polsce są dziś pod bardzo silnym wpływem cen światowych i stanowią pochodną cen giełdowych – głównie giełd w Chicago i Paryżu – a te rosną. Notowania cen pszenicy na giełdzie w Chicago osiągnęły najwyższy poziom od 5 lat.

– Na giełdzie paryskiej (Matif) przebiliśmy magiczną cenę 200 EUR/t (wzrost o ponad 20 EUR od połowy sierpnia bieżącego roku), a do tego mamy względnie słabą złotówkę o kursie do euro w granicach 4,5 PLN – dodaje Prezes Zarządu Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Zbożowo-Młynarskiego. – Zanotowaliśmy też znacznie mniejszą produkcję w Europie. Na przykład Francja zebrała prawie 10 mln t pszenicy mniej niż rok temu, mniej pszenicy wyprodukowano także w Rumunii, Bułgarii oraz w Niemczech.

Wszystkie te kraje są istotnymi eksporterami pszenicy, a mniejsza podaż pszenicy z tych rynków spowodowała znacznie większe zainteresowanie zakupami w Polsce oraz na Litwie i Łotwie.

Inny ważny powód wzrostu cen, to obawa o stan zasiewów pszenicy ozimej w Rosji, na Ukrainie, ale także ostatnio w USA. Brak opadów opóźnia znacznie siewy i oczywiście wschody już zasianej pszenicy. Nie bez znaczenia jest także rola inwestorów kapitałowych, różnej maści funduszy inwestycyjnych czy spekulacyjnych, które to poszukują miejsc, gdzie mogłyby zainwestować zarządzane przez siebie środki.

Istnieją oczywiście czynniki wewnętrzne, krajowe, które sprzyjają wzrostowi cen. I tu trzeba wymienić niechęć producentów do sprzedaży pszenicy w sytuacji wzrostu cen.

– Podaż jest marna, zaś oczekiwanie na dalsze wzrosty powszechne. Musimy pamiętać, że w minionym sezonie 2019/20 zanotowaliśmy drugi w historii największy eksport pszenicy z Polski – blisko 4 mln t. A licząc eksport wszystkich zbóż łącznie było to 6,95 mln t. To najwięcej w naszej historii. Tak więc magazyny rolnicze przed tegorocznymi żniwami opustoszały – mówi Krzysztof Gwiazda. – Niektórzy wiążą nadzieje na zahamowanie wzrostu cen z ograniczeniem popytu paszowego w związku z ustawą o zakazie uboju rytualnego. Ale musimy pamiętać, że zboża, a w tym pszenica, mają bardzo ograniczone zastosowanie w żywieniu bydła. Nie wiadomo też w jakim kształcie ostatecznie wspomniana ustawa będzie uchwalona. Być może będą wprowadzone długie okresy przejściowe. Co więcej, nie jest znane ostateczne stanowisko prezydenta, który może odrzucić ustawę lub znacznie spowolnić jej wejście w życie.

Ograniczenie popytu paszowego, jeśli nastąpi, prawdopodobnie będzie odsunięte w czasie (może nie mieć więc żadnego wpływu na bieżący sezon) i jednak ograniczony zakres, w tym szczególnie jeśli chodzi o pszenicę.

Ponadto potencjalne przyszłe nadwyżki pszenicy będą łatwo mogły być wyeksportowane. Potencjał i moce eksportowe istnieją i nie są zasadniczym ograniczeniem – samej pszenicy nasz kraj wyekspediował w rekordowym miesiącu blisko 650 tys. ton (marzec 2020) a łącznie wszystkich zbóż 990 tys. ton (także w marcu 2020) – łącznie drogą morską i lądową.

Podsumowując aktualną sytuacje, jeszcze raz trzeba wyraźnie podkreślić, że pomimo bardzo dobrego zbioru pszenicy w tym roku – ceny na polskim rynku są i będą kształtowane przez rynek światowy i kurs złotówki do euro.

Aktualnie nie widać zasadniczych przesłanek do spadku cen na rynku światowym, a co za tym idzie na rynku polskim. A to musi oznaczać droższą mąkę. Rentowność młynarstwa jest bardzo niska. Koszt surowca – ziarna pszenicy – to prawie 80% kosztu produkcji mąki. Nikt nie może sobie pozwolić na generowanie strat w dłuższym okresie. Kalkulacja jest prosta. Przy strukturze kosztowej produkcji mąki, gdzie koszty zmienne, czyli surowiec i energia, to dwie główne pozycje – lepiej ograniczyć przemiał i realizować tylko zamówienia, które dają choćby minimalną marżę.

Aktywność fizyczna wzmacnia odporność. Zmniejsza ryzyko wystąpienia infekcji górnych dróg oddechowych o 30 proc.

0

Regularne ćwiczenia są niezbędnym warunkiem dobrego stanu zdrowia i prawidłowej odporności. – Osoba, która ćwiczy regularnie, o 30 proc. rzadziej zapada na infekcje dróg oddechowych – podkreśla dr hab. n. med. Ernest Kuchar, specjalista chorób zakaźnych. Aktywność fizyczna to także odpowiedź na choroby cywilizacyjne takie jak cukrzyca czy miażdżyca, a to one – mimo zagrożenia koronawirusem – są główną przyczyną zgonów w krajach rozwiniętych. Eksperci radzą więc, by nie porzucać ćwiczeń w sezonie jesienno-zimowym, tym bardziej że w siłowniach i klubach fitness obowiązuje rygorystyczny reżim sanitarny, który minimalizuje ryzyko zakażenia.

– Choroby związane z miażdżycą, takie jak zawał serca oraz udar, to dwie najczęstsze przyczyny zgonów, na trzecim miejscu lokują się nowotwory. One i pozostałe choroby cywilizacyjne, takie jak cukrzyca, nadwaga, hipercholesterolemia i nadciśnienie, są związane z niezdrowym trybem życia i mają związek z niedoborem wysiłku fizycznego. Polskie społeczeństwo jest w zasadzie w całości zagrożone przez brak tego wysiłku, który jest niezbędny do zachowania zdrowia – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. n. med. Ernest Kuchar, specjalista chorób zakaźnych i medycyny sportowej, kierownik Kliniki Pediatrii z Oddziałem Obserwacyjnym Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Ekspert podkreśla, że efekty dadzą tylko ćwiczenia wykonywane systematycznie.

– Pandemia to specjalna sytuacja, jednak wysiłek fizyczny jest potrzebny regularnie. Jakakolwiek przerwa przekraczająca dwa tygodnie ma niekorzystny wpływ na nasze zdrowie i naszą odporność – dodaje.

Badania naukowe prowadzone w czasie pandemii grypy AH1N1pdm09 wykazały, że regularny wysiłek fizyczny zmniejsza o około 30 proc. ryzyko zakażeń dróg oddechowych.

– Regularna aktywność fizyczna poprawia chemię naszego organizmu, szczególnie hormony, które powodują, że czujemy się lepiej, a to jest bezcenne dla naszego zdrowia psychicznego – mówi Tomasz Groń, dyrektor zarządzający Benefit Systems Oddział Fitness.

Świadomość w tym zakresie buduje ogólnopolska kampania edukacyjna „Ćwicz odporność”, w której aktywny udział bierze sześć sieci fitness: Zdrofit, Fabryka Formy, Fitness Academy, S4, Step One i My Fitness Place. Klienci tych sieci mogą nabyć pakiety, które będą skłaniać do regularnych ćwiczeń – nie tylko w klubach, ale też w ramach treningów online na platformie Yes2Move.com.

– Kluby fitness czy siłownie stają się centrami zdrowia, w których jesteśmy w stanie przeciwdziałać chorobom cywilizacyjnym i pomagać sobie w psychofizycznej kondycji w tym trudnym jesienno-zimowym okresie – dodaje Tomasz Groń.

W obiektach sportowych obowiązują podwyższone zasady sanitarne zgodne z aktualnymi wytycznymi GIS. Podstawowe wymogi to dystans społeczny w wymiarze 1,5 metra i częsta dezynfekcja rąk. Od 10 października na jedną osobę musi przypadać 7 mkw. w klubach znajdujących się w strefach żółtych, a 10 mkw. – w strefach czerwonych. Ponadto w obiektach sportowych niemal standardem jest klimatyzacja, która wymusza obieg powietrza i szybko je filtruje. Sale treningowe są wietrzone i dezynfekowane tak, żeby można było utrzymać odpowiednią sterylność urządzeń. Po ćwiczeniach wszyscy użytkownicy są zobowiązani do dezynfekcji urządzenia, aby chronić siebie i kolejnych ćwiczących.

– Podobne zasady dotyczące reżimu sanitarnego obowiązują praktycznie w całej Europie. W Anglii zaraz po tym, jak kluby zostały otwarte, zrobiono badania – na 8 mln wizyt było tylko kilkanaście przypadków z potwierdzonym COVID-19 – mówi dyrektor zarządzający Benefit Systems Oddział Fitness.

Jak wskazuje dr Ernest Kuchar, tak niski odsetek odwiedzin klientów z COVID-19 w klubach fitness najprawdopodobniej ma związek z faktem, że w czasie gorszego samopoczucia z reguły rezygnujemy z treningów. – Osoba, której organizm walczy w danej chwili z koronawirusem, musi czuć się gorzej i zwykle nie ma ochoty na wysiłek fizyczny i wizytę w siłowni. To jest zachowanie instynktowne.

Zdaniem ekspertów, powołujących się na badania norweskich naukowców, obiekty sportowe, które przestrzegają aktualnych wytycznych GIS, są miejscem podwyższonego ryzyka epidemicznego. Jednak w klubach fitness czy na siłowni znacznie łatwiej niż w innych miejscach użyteczności publicznej można realizować wyśrubowane normy sanitarne.

Na rynku wynajmu przybywa mikroapartamentów. Chętnych przyciągają lokalizacja w centrum miast i funkcjonalnie urządzone wnętrza

Mikroapartamenty, czyli lokale o powierzchni 16–30 mkw., mogą być udostępniane wynajmującym zarówno na krótki, jak i na długi czas. Powstają one w budynkach o funkcji hotelowej, zwykle w bardzo atrakcyjnych lokalizacjach w centrach miast. – To właśnie najważniejszy czynnik, który przyciąga wynajmujących. Drugim jest multifunkcjonalność takiego wnętrza – mówi Ewa Skibińska z grupy By Made, która realizuje taką inwestycję przy ulicy Legnickiej we Wrocławiu. Tego typu projekty przyciągają też coraz więcej inwestorów zainteresowanych bezpieczną lokatą kapitału.

Mikroapartamenty wywodzą się ze Stanów Zjednoczonych, konkretnie z Nowego Jorku. Do Polski dotarły w 2013 roku. Pierwsza tego typu inwestycja została zrealizowana we Wrocławiu. Obserwujemy ciągły wzrost tego rynku. W samym Wrocławiu jest około 910 inwestycji tego typu realizowanych przez duże firmy deweloperskie. Kolejne znajdują się w Warszawie, Krakowie i Trójmieście. Obserwujemy duże zainteresowanie tym formatem mieszkaniowym, zarówno ze strony deweloperów, jak i kupujących – mówi agencji Newseria Biznes Ewa Skibińska, menadżer ds. marketingu w By Made Mikroapartamenty.

Wynajem kameralnych lokali w wysokim standardzie to propozycja głównie dla młodych ludzi rozpoczynających samodzielne życie, studentów, a także turystów. To alternatywa dla osób, którym zależy na małym lokalu, ale w bardzo dogodnej lokalizacji w centrum miasta. Mieszkańcy mikroapartamentów grupy By Made przy Legnickiej 60C będą mogli szybko dojść lub dojechać do pracy komunikacją miejską. Inwestycja znajduje się w ścisłym centrum miasta, tuż obok kompleksu biurowego Business Garden w centrum zachodniej strefy biznesu, na tyłach największej galerii handlowej we Wrocławiu.

Ten segment to odpowiedź na potrzeby użytkowników. Sytuacja mieszkaniowa się zmienia, mamy dużo singli, którzy poszukują wygodnych przestrzeni w centrum miasta, blisko miejsca pracy – mówi menadżer ds. marketingu w By Made Mikroapartamenty.

Ustawa o własności lokali rozróżnia dwa typy lokali – mieszkalne oraz o innym przeznaczeniu (niemieszkalne). Budowane mikroapartamenty należą do tej drugiej kategorii.

One realizowane są w budynkach aparthotelowych. To są budynki, które bardziej przypominają hotel niż typowe mieszkania – wyjaśnia Ewa Skibińska. – Są sprzedawane z 23-proc. stawką VAT, podczas gdy na mieszkania obowiązuje 8-proc. podatek. Przyjęło się, że mikroapartamenty są oferowane w opcji pod klucz, czyli z kompleksowym wykończeniem i wyposażeniem.

Jak podkreśla, w mikroapartamentach – mimo kategorii lokali niemieszkalnych – da się wygodnie mieszkać. Dlatego też mogą być przeznaczone zarówno na krótkoterminowy, jak i na długoterminowy wynajem. Wszystko zależy od projektu wykończenia. By Made stawia przede wszystkim na mobilność wnętrza.

Mamy tutaj albo jedną przestrzeń, która pełni funkcję wypoczynkową, jadalnianą, gdzie znajduje się też wydzielona łazienka, albo też dwa osobne pokoje, które są już wygodniejszą i bardziej mieszkaniową opcją dla użytkowników – mówi przedstawicielka dewelopera. – Multifunkcjonalność to klucz do sukcesu. Meble często są zaprojektowane tak, żeby były wygodne w składaniu, żeby przestrzeń w pomieszczeniu, które ma 18–20 mkw., była wygodna i mogła pełnić różne funkcje.

Budynki z mikroapartamentami często mają recepcję, strefy coworkingu, restaurację oraz inne części wspólne dla mieszkańców.

– Całość jest zautomatyzowana, użytkowanie nie wymaga klucza, tylko karty dostępu. Przed budynkiem zapewniamy miejsca postojowe oraz parking dla rowerów – wymienia Ewa Skibińska.

Tego typu inwestycje coraz częściej przyciągają też inwestorów, ponieważ oferują gwarantowaną stopę zysku w wysokości 7 proc. Kupują je głównie osoby prowadzące własną działalność gospodarczą, które mają już doświadczenie na tym rynku. Zdarza się, że nabywają od razu kilka lub kilkanaście lokali. Inna grupa kupujących to osoby, które chcą bezpiecznie ulokować swoje oszczędności.

Najważniejszą rzeczą dla kupujących jest to, że mikroapartamenty mogą być produktem bezobsługowym. Można powierzyć zarządzanie nimi profesjonalnej firmie. Są to operatorzy, którzy podpisują z właścicielem umowę i zajmują się od A do Z jego mikroapartamentem, wypłacając co miesiąc stały zysk – mówi przedstawicielka dewelopera.

Mikroapartamenty o powierzchni 18,5 mkw. we Wrocławiu kosztują ok. 230 tys. zł netto z wykończeniem pod klucz. Budowa apartamentowca przy Legnickiej we Wrocławiu rozpoczęła się w czerwcu i będzie realizowana do końca 2021 roku. W budynku znajdzie się 129 mikroapartamentów inwestycyjnych o powierzchni od 16 do 30 mkw. Operator oferuje przyszłym właścicielom jeden z trzech pakietów zarządzania najmem do wyboru oraz pomoc doradców kredytowych i podatkowych.

Niemal 1/4 Polaków zmaga się z zaburzeniami psychicznymi. Stereotypy i negatywny język utrudniają im walkę z chorobą

Psychopata, wariat, świr, czubek – takie określenia odnoszące się do osób z zaburzeniami psychicznymi są powszechnie używane w potocznym języku, ale równie często przewijają się w social mediach, internecie, a nawet w publicznej debacie. – Takie słowa stygmatyzują i ranią tych ludzi – podkreśla dr hab. Katarzyna Kłosińska z Rady Języka Polskiego PAN. Mimo że z zaburzeniami psychicznymi zmaga się prawie 25 proc. Polaków, wciąż pozostają one tematem tabu, przedmiotem drwin i stygmatyzacji. Dlatego też przy okazji Światowego Dnia Zdrowia Psychicznego, ustanowionego przez WHO 10 października, ruszyła kampania edukacyjna „Wrażliwi na słowa. Wrażliwi na ludzi”, która ma zwracać uwagę na obraźliwe wyrażenia.

– Wzrasta świadomość dotycząca zaburzeń psychicznych. Wciąż mamy do czynienia z wielowiekowymi zaległościami, które prowadziły do społecznego odrzucenia, stygmatyzowania osób z tymi zaburzeniami. Z drugiej strony działania edukacyjne prowadzone w ostatnich latach powodują, że z coraz większym zrozumieniem mówi się o zaburzeniach psychicznych. depresja jest tego dobrym przykładem – mówi agencji Newseria Biznes dr n. med. Sławomir Murawiec, członek zarządu i rzecznik prasowy Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego.

Szacuje się, że na zaburzenia psychiczne cierpi około 8 mln dorosłych Polaków, z których co roku 1,5 mln trafia do szpitali psychiatrycznych. Jak pokazało ogólnopolskie badanie EZOP I (Epidemiologia Zaburzeń Psychiatrycznych i Dostępność Psychiatrycznej Opieki Zdrowotnej), prawie co czwarty Polak (23,4 proc.) zmaga się z przynajmniej jednym zaburzeniem psychicznym. Najpowszechniejsza jest depresja – określana mianem epidemii XXI wieku – na którą cierpi ok. 10 proc. rodaków, ale do najczęstszych zaburzeń psychicznych zaliczają się też m.in. nerwice i zaburzenia lękowe, napady paniki, fobie społeczne i choroby takie jak schizofrenia.

Te liczby rosną z roku na rok, bo do coraz powszechniejszego występowania zaburzeń psychicznych wśród Polaków przyczyniają się też stres i szybki tryb życia. Według ubiegłorocznych danych ZUS generują one najwyższe wydatki na świadczenia związane z niezdolnością do pracy (15,8 proc. z 233,8 mln zł). Innymi słowy: najwięcej Polaków dostaje L4 właśnie z powodu zaburzeń psychicznych. Pomimo tego są one wciąż tematem tabu, a osoby cierpiące na nie borykają się ze społeczną stygmatyzacją.

– W potocznym języku przyjęło się opisywanie ich za pomocą takich określeń jak: ma nierówno pod sufitem, nie po kolei w głowie czy kuku na muniu itd. Te różne powiedzenia i frazeologizmy, które funkcjonują od wielu lat, utrwaliły obraz osoby z zaburzeniami jako odbiegającej od normy, z którą jest coś nie tak – mówi dr hab. Katarzyna Kłosińska, przewodnicząca Rady Języka Polskiego przy Prezydium PAN.

Stygmatyzacja i wykluczenia wynikają m.in. z braku zrozumienia specyfiki takich chorób. W efekcie utrwalił się stereotypowy obraz osób z zaburzeniami psychicznymi, na który składają się przekonania o ich nieprzewidywalności, mniejszej sprawności intelektualnej, agresywności czy niezdolności do świadomego kierowania swoim postępowaniem.

Do utrwalenia tych stereotypów przyczynia się język stosowany w social mediach, internecie, w debacie publicznej i środkach masowego przekazu. Ankiety przeprowadzone przez Fundację „Hej, Koniku!” wśród osób cierpiących na zaburzenia psychiczne pokazały, że do najbardziej obraźliwych określeń należą m.in.: psychopata/psychopatka albo wariat/wariatka.

– Język używany w debacie publicznej, mediach czy reklamach może być raniący i trudny dla osób ze spektrum zaburzeń psychicznych. Dlatego ważne jest to, w jaki sposób się wypowiadamy, warto zważać na słowa – podkreśla Tomasz Skrzypczak, dyrektor zarządzający Janssen Polska.

Pejoratywne i stygmatyzujące określenia, które pojawiają się m.in. w mediach, mają destrukcyjny wpływ na samopoczucie osób borykających się z zaburzeniami psychicznymi. Negatywny język i stereotypy nie tylko podcinają im skrzydła, ale też sprzyjają społecznej izolacji i utrudniają proces leczenia i radzenia sobie z chorobą.

– Język może budować nici porozumienia albo może je niszczyć. Intencja i sposób, w jaki mówi się o osobach z zaburzeniami psychicznymi, są niesłychanie ważne. Język może sprawiać, że takie osoby poczują się akceptowane, zrozumiane i włączane do społeczeństwa. Natomiast negatywny język może odrzucać, stygmatyzować i prowadzić do tego, że osoby z zaburzeniami psychicznymi czują się nierozumiane, gorsze, odrzucone, gdzieś poza nawiasem – wskazuje Sławomir Murawiec.

– Kampania „Wrażliwi na słowa. Wrażliwi na ludzi” ma na celu uwrażliwienie społeczeństwa na to, w jaki sposób się wyrażamy i jakich skrótów myślowych używamy w odniesieniu do osób z zaburzeniami psychicznymi. Zależy nam na tym, żeby każda taka osoba, oglądając telewizję czy poruszając się w sieci, czuła się bezpiecznie i nie czuła się stygmatyzowana – dodaje Tomasz Skrzypczak.

Kampania edukacyjna „Wrażliwi na słowa. Wrażliwi na ludzi” ruszyła 10 października z okazji Światowego Dnia Zdrowia Psychicznego ustanowionego przez WHO. W jej ramach psychiatrzy oraz językoznawcy z Rady Języka Polskiego PAN opracowali specjalną publikację. Zwracają w niej uwagę na szkodliwość określeń takich jak np. „wariat”, „świr”, „psychiatryk”, „psychotropy” oraz wskazują zamienne, niestygmatyzujące formy językowe.

– Jest duża grupa potocznych słów odnoszących się do osób chorych psychicznie bądź z zaburzeniami psychicznymi, które naszym zdaniem zdecydowanie nie powinny być używane np. w artykułach prasowych. Ale zachęcamy, żeby nie używać ich też w prywatnych rozmowach – podkreśla dr hab. Katarzyna Kłosińska. – Jeżeli nie chcemy kogoś stygmatyzować, mówmy „osoba z zaburzeniem psychicznym” czy „osoba ze schizofrenią”, tak jak mówimy np. „osoba z niepełnosprawnościami”. Pokazujemy w ten sposób, że to jest osoba, że to jest człowiek, który ma jakąś cechę. Natomiast kiedy mówimy „schizofrenik”, pokazujemy tylko tę jedną cechę.

W ramach kampanii „Wrażliwi na słowa. Wrażliwi na ludzi” planowane są działania skierowane do różnych środowisk, które mają wpływ na kształtowanie języka, np. nauczycieli języka polskiego, dziennikarzy i agencji reklamowych, a także warsztaty edukacyjne przeznaczone dla osób z zaburzeniami psychicznymi i ich rodzin, uświadamiające rolę pozytywnego mówienia o swojej chorobie lub chorobie swoich bliskich. Organizatorami kampanii są Fundacja Pomocy Młodzieży i Dzieciom Niepełnosprawnym „Hej, Koniku!”, Rada Języka Polskiego, Polskie Towarzystwo Psychiatryczne oraz Janssen.

Polska branża meblarska walczy o nowe kierunki eksportowe. Szansą dla niej jest większa obecność na rynku amerykańskim i chińskim

Polska branża meblowa produkuje w 90 proc. na rynki zagraniczne i jest jedną z głównych gałęzi polskiego eksportu. Przez wybuch pandemii w marcu br. drastycznie spadły zamówienia, a więc i produkcja. Według danych NBP na spadek całego eksportu w II kwartale br. (o 11,6 proc.) duży wpływ miała obok branży motoryzacyjnej również branża meblowa. Lipcowe dane pokazały jednak wyraźny wzrost sprzedaży zagranicznej polskich producentów mebli. – Trzeba myśleć o nowych rynkach, takich jak Stany Zjednoczone, Chiny czy kraje z Półwyspu Arabskiego – mówi Michał Strzelecki z OIGPM.

– Polska branża meblarska jest w zasadzie oparta na eksporcie – 90 proc. naszej produkcji trafia na rynki eksportowe, około 10 proc. zostaje w kraju. Pandemia i zatrzymanie sfery handlowej na rynkach światowych spowodowały, że nasze fabryki się zatrzymały. Nie mieliśmy zamówień, nie mogliśmy sprzedawać mebli. Na szczęście pod koniec maja powoli na rynkach europejskich handel wrócił do tradycyjnych poziomów i w tej chwili można powiedzieć, że sytuacja wygląda dobrze – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Michał Strzelecki, dyrektor biura Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli.

Z danych OIGPM wynika, że w 2019 roku wartość sprzedaży polskich mebli wyniosła ok. 50,5 mld zł. Pierwsze dane po wybuchu pandemii i zamknięciu zagranicznego handlu wskazywały, że straty mogą być ogromne. Jeszcze w marcu i kwietniu eksperci oceniali, że spadek może sięgnąć 35 proc., a ograniczenia zamówień dotknęły 72 proc. firm. Najnowsze prognozy B+R Studio i OIGPM wskazują jednak na odwrócenie tej tendencji. W tym roku wynik produkcji sprzedanej może być o 2,5 proc. wyższy niż przed rokiem i wynieść 51,8 mld zł.

– Najbliższe miesiące dla branży to na pewno jeszcze duża niepewność. Dzisiaj nikt nie wie, co się wydarzy na jesieni, jak zareagują rynki na ponowną pandemię i wzrost liczby osób zarażonych. To duży znak zapytania, ale wierzymy, że zamknięcie rynków już nie nastąpi, a handel będzie działał w miarę normalnie. Pozwoli to naszej branży nadal się rozwijać, może nie tak dynamicznie, jak miało to miejsce w ostatnich latach, ale te wzrosty powinny zostać utrzymane – podkreśla dyrektor OIGPM.

Na poprawę sytuacji w branży wpłynęły trzy czynniki: szybsze niż prognozowano otwarcie handlu, większe inwestycje Europejczyków w wyposażenie mieszkań w konsekwencji rezygnacji z wakacyjnych wyjazdów oraz niski kurs złotego do euro. Branża widzi wyraźny wzrost zamówień, a partnerzy zagraniczni nie wykazują obaw co do zleceń.

Zdaniem OIGPM w celu odbudowy kondycji branży firmy muszą odbudować kapitały i wdrożyć rozwiązania zapobiegające podobnym kryzysom w przyszłości. Branży potrzebne są instrumenty pobudzające popyt krajowy i przede wszystkim zagraniczny.

– Szanse na zdobycie nowych rynków zawsze są, jest to tylko kwestia tego, czy jesteśmy dzisiaj na tyle otwarci i zdeterminowani, żeby na te rynki dalekie wychodzić. Rynki europejskie mamy opanowane i tutaj pewnie już nic więcej w dużym zakresie nie da się zrobić. Jednak trzeba myśleć o takich rynkach jak Stany Zjednoczone, Chiny czy kraje Półwyspu Arabskiego – wymienia ekspert.

Obecnie najwięcej polskich mebli trafia do Unii Europejskiej, przede wszystkim Niemiec. Polscy producenci mogliby zwiększyć swoją obecność w USA pośrednio dzięki trwającej wojnie handlowej z Chinami. Jak wskazuje raport Polskiego Instytutu Ekonomicznego, przez nałożenie ceł w ubiegłym roku meble były jedną z kategorii produktów, których dostawy z Państwa Środka do USA zmalały (najbardziej siedzenia oraz ich części o ok. 20 proc., pozostałe meble i ich części – o 30 proc.).

– Bardzo dużo mebli trafiało do Stanów Zjednoczonych właśnie z rynku chińskiego. W tej chwili tych dostaw nie ma, część mocy produkcyjnych została przerzucona do takich krajów jak Wietnam, ale te gospodarki nie są na tyle wydajne, żeby sprostać temu popytowi. To olbrzymia szansa dla polskich firm, natomiast musimy mieć możliwość trafić na ten rynek – tłumaczy Michał Strzelecki.

Obecnie najtrudniejsza sytuacja dotyczy firm działających na rynku kontraktowym, w szczególności dostarczających meble na rynek HoReCa. Kondycja branży jest kluczowa z punktu widzenia polskiej gospodarki.

– Mamy ponad 29 tys. przedsiębiorstw meblarskich. To firmy mikro-, małe i duże, które zatrudniają ponad 200 tys. osób. Ten wpływ i oddziaływanie naszej branży na gospodarkę jest olbrzymi. Generalnie generujemy około ponad 2 proc. polskiego PKB, więc to pokazuje siłę i znaczenie polskich mebli – przekonuje dyrektor Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli.

Eksperci OIGPM i B+R Studio wskazują, że wyzwaniem dla firm mogą być kwestie kadrowe. We wrześniu wprawdzie 17 proc. firm deklarowało wzrost poziomu zatrudnienia w ujęciu rocznym, ale dalsze pozyskanie siły roboczej do zwiększenia potencjału produkcyjnego może okazać się dużym wyzwaniem.

Deepfake: Manipulacja coraz groźniejsza i bardziej zaawansowana. Sztuczna inteligencja może już spreparować wypowiedź nawet zmarłej osoby

Dynamiczny rozwój rozwiązań z zakresu uczenia maszynowego oraz algorytmów sztucznej inteligencji doprowadził do wytworzenia się nowej dziedziny nauki bazującej na technologii deepfake. Wykorzystanie zbiorów Big Data w zakresie przetwarzania i analizy informacji wizualnych oraz dźwiękowych pozwala wykorzystać inteligentne algorytmy do zautomatyzowanego procesu syntezowania zdjęć i mowy. Technologia pozwala m.in. generować obrazy oraz dźwięki imitujące brzmienie i wygląd znanych oraz nieistniejących osób.

– Analizujemy i łączymy coraz więcej danych, dzięki czemu można wytwarzać różnego rodzaju sztuczne dane. W Techmo zajmujemy się głównie syntezowaniem głosów, robiliśmy przymiarki takich komunikatów jak prezydent Obama mówiący w języku polskim. Tutaj jest bardzo duże pole do różnego rodzaju nadużyć. Łatwo wytworzyć komunikat audio znanej osoby i powiedzieć jej głosem coś, czego nigdy nie powiedziała. Wygenerowanie wywiadu z kimś, kto nie istnieje, nie jest w tej chwili żadnym problemem – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr hab. Bartosz Ziółko, prezes zarządu Techmo.

Mimo że technologia deepfake zrodziła się w internecie i jest powszechnie wykorzystywana m.in. do zamieniania twarzy aktorów w materiałach filmowych, jej potencjał wykracza daleko poza aspekty rozrywkowe. Wykorzystując zdobycze sztucznej inteligencji w procesie zautomatyzowanej obróbki danych wizualno-dźwiękowych, można syntezować sztuczne dane imitujące konkretne obiekty bądź odgłosy.

Firma Techmo wykorzystała tę technologię, aby usprawnić autorskie rozwiązania z zakresu syntezowania mowy. Inżynierowie sięgnęli po algorytmy uczenia maszynowego, aby wyszkolić sztuczną inteligencję w procesie imitowania mowy wskazanego użytkownika. Dzięki temu firma może tworzyć personalizowane boty głosowe, które imitują brzmienie wybranej osoby. Algorytmy Techmo analizują dźwięki źródłowe dostarczone przez klienta i na tej podstawie tworzą profil syntezowania danego głosu.

– Technologia deepfake potrzebuje danych i algorytmów. I obie te części w ostatnich latach nabrały zupełnie nowych wymiarów, są dużo większe bazy zdjęć, nagrań wideo czy audio. To jest bardzo szybko rosnąca branża. Są też różnego rodzaju algorytmy oparte na sieciach neuronowych, temu trendowi sprzyja też coraz silniejsza architektura komputerów, coraz większe możliwości przetwarzania danych – zauważa ekspert.

Potencjał tej technologii docenili także inżynierowie firmy Nvidia. Zaprojektowali narzędzie Maxine, które jest zdolne do generowania obrazów typu deepfake na potrzeby wideorozmów. Oprogramowanie analizuje obraz z kamery komputerowej i w czasie rzeczywistym przetwarza go w taki sposób, aby rozmówca wyglądał jak najkorzystniej podczas rozmowy. Algorytmy potrafią przeskalować stream do wyższej rozdzielczości, zwiększyć płynność nagrania, a nawet obrócić twarz w taki sposób, aby rozmówca mówił prosto do kamery.

O krok dalej poszli twórcy aplikacji Avatarify, która umożliwia użytkownikom Skype’a, Zooma oraz Slacka wcielenie się niemal w dowolną osobę podczas rozmowy. Oprogramowanie analizuje obraz przechwycony przez kamerę i wykorzystuje dane analityczne opisujące ruchy mimiczne rozmówcy w procesie animowania statycznego obrazu. Tym samym zasilając bazę danych aplikacji dowolnym zdjęciem, można wcielić się w zilustrowaną postać.

– Siła mediów jest duża, a fałszywe komunikaty mają silne oddziaływanie. Pod kątem reklamowym i kreowania światopoglądu jest duże pole do popisu, komercjalizowalność tego typu technik jest spora. Czasami łatwiej wygenerować nieprawdziwe treści, niż tworzyć prawdziwe, za którymi trzeba chodzić, analizować i odpowiednio przygotować. Są też inne zastosowania, jak np. generowanie wypowiedzi osób już nieżyjących. To mogą być zarówno osoby, które niedawno zmarły, a jest planowana kontynuacja serialu, czy jakiejś gry, mogą to być też komunikaty osób historycznych – wymienia Bartosz Ziółko.

Według analityków z firmy Grand View Research wartość globalnego rynku sztucznej inteligencji w 2020 roku wyniesie 62,4 mld dol. Przewiduje się, że do 2027 roku wzrośnie do 733,7 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 42,2 proc.

Polskie firmy dostrzegają wpływ innowacji na przychody i wzrost liczby klientów. Potrzebne są zwłaszcza szybsze sieci i digitalizacja procesu zarządzania

W Polsce tylko co trzecia firma należy do grona innowacyjnych i najczęściej dotyczy to dużych przedsiębiorstw. Zmiany technologiczne są jednak opłacalne. Firmy dostrzegają wpływ innowacji m.in. na przychody i przyrost bazy klientów. – Aby szybko i sprawnie transformować się w obecnych czasach, potrzeba nam coraz lepszych, wydajniejszych sieci – podkreśla Juliusz Brzostek z NASK. Technologią, która ma zapoczątkować nowy etap cyfrowej rewolucji w polskich firmach, będzie sieć 5G.

– Aby szybko i sprawnie transformować się w obecnych czasach, potrzeba nam coraz lepszych, wydajniejszych sieci. Dlatego konieczne są implementacje kolejnych rozwiązań, standardów, które będą zapewniały lepszą, bardziej przepustową, szybszą komunikację, bo dopiero na tej warstwie można budować usługi i poprawiać jakość funkcjonowania biznesów, ale także jakość życia obywateli – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Juliusz Brzostek, dyrektor ds. cyberbezpieczeństwa w Państwowym Instytucie Badawczym NASK

W Polsce w ciągu ostatnich trzech lat blisko 35 proc. firm było aktywnych innowacyjnie, pracując nad ulepszaniem swoich produktów bądź procesów – wynika z trzeciej edycji badania PARP „Monitoring innowacyjności polskich przedsiębiorstw”. W gronie firm innowacyjnych przeważają te duże, które najczęściej same ponoszą koszty wdrażania zmian. W ocenie przedsiębiorstw główne korzyści z wdrażania innowacji to lepsza obsługa klientów i umiejętność dostosowania się do ich wymogów oraz poprawa jakości wyrobów i usług, co umożliwiło zdobycie nowych klientów.

– Transformacja cyfrowa jest bardzo istotnym procesem rozwoju każdego przedsiębiorstwa – mówi ekspert z NASK. – Każda firma, która zdecyduje się na wprowadzanie innowacyjnych rozwiązań, będzie pierwsza w dziedzinie, która się rodzi, bądź ma pierwsze wdrożenia, może liczyć na zdecydowaną przewagę względem tych, które będą wchodziły później. Oczywiście jest również pewne ryzyko, bo będąc pierwszym, można popełnić znacznie więcej błędów. Czasami lepiej być jednak tym pierwszym, bo zysk z bycia liderem rozwiązań jest znacznie większy.

Jak wynika z badania PARP, 44 proc. firm ocenia, że technologie ICT mają duże lub bardzo duże znaczenie zarówno w procesie przygotowania, jak i testowania innowacyjnych rozwiązań. Przedsiębiorstwa, które prowadzą działalność innowacyjną, dość szeroko je wykorzystują. 60 proc. z nich korzysta z oprogramowania zbierającego dane o sprzedaży. Na drugim miejscu jest chmura obliczeniowa, z której korzysta 27 proc. firm. Co czwarta firma używa też kanałów elektronicznej komunikacji do wymiany informacji z dostawcami i odbiorcami, natomiast 17 proc. stosuje oprogramowanie typu ERP lub CRM.

– Aby firma mogła skutecznie się rozwijać, potrzebuje nowych rozwiązań, technologii, doskonalenia swoich produktów i usług. Dostarczenie takiej technologii, która daje większe możliwości, otworzy również szanse na zaoferowanie lepszych produktów. Jednocześnie wielu konsumentów i odbiorców, którzy ostatecznie będą korzystali z tych nowych produktów i usług, jeszcze w tej chwili nie jest świadomych, jakie korzyści owa technologia może im przynieść. I będzie to niewątpliwie dłuższy proces – mówi Juliusz Brzostek.

– Z opublikowanej przez Ministerstwo Rozwoju „Strategii produktywności w Polsce 2030” jednoznacznie wynika, że czynnikiem niezbędnym do wzrostu produktywności naszego przemysłu jest zastosowanie różnego rodzaju narzędzi informatycznych, czyli digitalizacja zarówno procesów zarządzania przedsiębiorstwami, jak i procesów produkcyjnych. Tak więc jeżeli chcemy się załapać na kolejną rewolucję przemysłową, to digitalizacja wszystkich procesów ma zasadnicze znaczenie – dodaje Wiesław Paluszyński, prezes Polskiego Towarzystwa Informatycznego.

Technologią, która zapoczątkuje nowy etap cyfrowej rewolucji w polskich firmach, może być sieć 5G. Nowy standard telekomunikacyjny ma napędzić innowacyjność całej gospodarki. Umożliwi tworzenie nowych modeli biznesowych i upowszechnienie na dużą skalę usług takich jak telemedycyna, internet rzeczy, samochody autonomiczne czy inteligentne miasta. Jak wynika z opublikowanej w 2018 roku „Strategii 5G dla Polski”, wdrożenie sieci nowej generacji wygeneruje w naszym kraju dodatkowe przychody w wysokości 13 mld euro rocznie do 2025 roku, głównie w takich sektorach jak finanse, motoryzacja i transport publiczny, opieka zdrowotna czy energetyka.

Z raportu Accenture „5G Economic Impact – Poland” wynika, że wprowadzenie 5G w Polsce do 2028 roku ma przyczynić się do wzrostu PKB o 62,3 mld zł (czyli o 1,2 proc.) i do powstania 98 tys. nowych miejsc pracy. Największym beneficjentem wdrożenia sieci 5G na szeroką skalę ma stać się branża motoryzacyjna.

– Dzisiaj czeka się na samochód, bo produkuje się go pod konkretne potrzeby zamawiającego klienta. Niewiele aut jest na składzie i najczęściej są to te, z których ktoś zrezygnował. Ten przemysł, który chcemy modernizować, musi się nauczyć inaczej funkcjonować, a technologie informatyczne są podstawą do tego, aby można było wykonać ten skok – mówi Wiesław Paluszyński. – Nasze przedsiębiorstwa muszą nauczyć się produkować nie na skład, na magazyn, ale zgodnie z zapotrzebowaniem klienta.

Inwestycje infrastrukturalne w Polsce – co z transportem publicznym, koleją i CPK?

Inwestycje publiczne – nie tylko w naszym kraju – są jedną z recept na wychodzenie z kryzysu gospodarczego. Dzisiaj spodziewamy się bardzo dużych środków, które trafią do Polski w ramach funduszu odbudowy z Unii Europejskiej. Czekamy także na nowy budżet unijny. Pieniądz publiczny jest więc pewniejszy od pieniądza prywatnego. W sektorze prywatnym miały już miejsce cięcia inwestycji, a spodziewanych jest ich jeszcze więcej. Podobnie, mimo sporych oszczędności, sytuacja wygląda w samorządach. W kolejnych latach także należy spodziewać się tu cięć. Istnieje obawa, że dotkną ona także transport publiczny. Biorąc pod uwagę, że przez kilka ostatnich lat udało się odbudować zaufanie do tego sektora, powinien on zniknąć spod tego noża. Tymczasem w Krakowie ogłoszono decyzję o podwyżce cen biletów. Choć w Warszawie nie została ona zapowiedziana – prawdopodobnie w przyszłym roku czeka nas cięcie rozkładu. Jeśli chodzi o transport kolejowy – został on póki co uratowany przez pieniądze z funduszu antycovidowego w budżecie, który obejmuje ponad 900 milionów złotych. Wypłacano także środki za ulgowe przejazdy pociągami studentów i uczniów, które się nie odbyły.

– W spółkach przewozowych nie ma groźby utraty płynności i podnoszenia larum – mimo obaw odnośnie wprowadzenia obostrzeń jesienią, np. co do liczby podróżnych. Oznaczałoby to mniejszą sprzedaż biletów i konieczność dopłacania kolejnych środków do transportu – powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski, wiceprezes zespołu doradców gospodarczych TOR. – Wydaje się, że rząd obrał dobrą drogę działań. Póki co nie zgadza się na propozycję zachęcania do powrotu do autobusów i pociągów przez zniesienie podatku VAT i większe promocje cenowe, np. w popularnym Pendolino. Dzisiaj pociągi te nie są wypełnione po brzegi. Tymczasem trwa oczekiwanie na zatwierdzenie przez Komisję Europejską pomocy publicznej dla polskich lotnisk. Niemniej 142 miliony są niewystarczające – przy stratach, które sięgają zapewne już ponad 500 milionów złotych. Część lotnisk dostała jednak wcześniej dofinansowanie ze strony właścicieli, np. samorządów. Wprowadzono także cięcia płac i innych kosztów, aby utrzymać się na powierzchni. Kilka sygnalizuje niestety, że mogą być postawione przed koniecznością złożenia wniosków o ogłoszenie upadłości. W tym kontekście często pojawia się pytanie o celowość realizacji wielkiej inwestycji, jaką ma być Centralny Port Komunikacyjny. Na razie jest ona tylko w planach, bo prace budowlane nie zostały jeszcze podjęte. Być może dobrze byłoby poczekać na wyjście z kryzysu lotniczego. Wtedy należałoby policzyć, jak będzie wyglądał ruch – jaki będzie miał charakter i z jakich kierunków będzie się odbywać. Chociaż oficjalnie nie zostało to powiedziane, przesunięcie tej inwestycji będzie nieuniknione. Rok 2027 jest nierealną datą, jeśli chodzi o uruchomienie tego lotniska. Już teraz ma ono opóźnienie sięgające co najmniej trzech lat – ocenia Furgalski.

Tegorocznymi laureatami Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii zostali Robert B. Wilson i Paul Milgrom

Tegorocznymi laureatami Nagrody Banku Szwecji im. A. Nobla w dziedzinie ekonomii zostali Robert B. Wilson i Paul Milgrom.

Komentarze ekspertów centrum informacyjnego Tygodnia Noblowskiego Centrum Współpracy i Dialogu UW:

– Nagrodzone osiągnięcie w dziedzinie ekonomii jest sytuacją szczególną, która łączy osiągnięcia abstrakcyjne i teoretyczne z praktycznym zastosowaniem. W przeszłości badania dzisiejszych noblistów były przytaczane jako przykład ekonomii, która wydaje się mieć małe znaczenie dla rzeczywistości. Z drugiej zaś strony, miały one konkretne zastosowanie do przeprowadzania aukcji. W istocie osiągnięcia te i nowy rodzaj aukcji, który wprowadzili Robert B. Wilson i Paul Milgrom, zostały rzeczywiście wykorzystane w praktyce w Stanach Zjednoczonych i zyskały znaczenie m.in. w przeprowadzaniu publicznych aukcji częstotliwości telekomunikacyjnych. Dzięki temu udało się uzyskać dużo większe przychody dla państwa, a to obrazuje praktyczny rezultat ich zastosowania prof. ucz. dr hab. Michał Brzeziński, Katedra Ekonomii Politycznej, Wydział Nauk Ekonomicznych UW.

– Cała teoria stojąca u podstaw dorobku laureatów, próbuje wziąć pod uwagę, że osoby, które chcą wejść do aukcji mają swoje cele, podobnie jak osoby, które na niej sprzedają. Tegoroczni zdobywcy Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii rozwinęli ogromną część matematyki, która służy całej teorii gier, stanowiąc obszerną część ekonomii – prof. dr hab. Joanna Tyrowicz, Katedra Metod Ilościowych, Wydział Zarządzania.

– Pierwsza moja reakcja zdecydowanie zderzyła się z pytaniem czy samo odkrycie koresponduje z bieżącymi wyzwaniami. Jednak po chwili zdałem sobie sprawę z tego, że uderzamy w formę organizacji rynku, która będzie rosła w siłę z uwagi na to, że zmianie ulega struktura samych rynków – od tych scentralizowanych do zdecentralizowanych. To wszystko wiąże się z tym, że sami stajemy się konsumentami, współudziałowcami i współtwórcami usługi. To są właśnie te elementy, które w dużej mierze dotykają charakterystyki aukcji dr Grzegorz Tchorek, Katedra Gospodarki Narodowej, Wydział Zarządzania UW.

– Komitet Noblowski nie po raz pierwszy zajął się aukcjami, gdyż parę lat temu nagroda również została przyznana za nowe pomysły dotyczące aukcji. Każdy wie, czym jest aukcja, natomiast to, dlaczego jedne z nich idą lepiej, a drugie gorzej i dlaczego są bardziej lub mniej trafne, nie każdy potrafi określić. Pewne aspekty organizacji aukcji mogą prowadzić do tego, że idzie ona lepiej w tym sensie, że daje uczestnikom motywację, żeby trafnie przewidywali i proponowali ceny – prof. dr hab. Tomasz Żylicz, Katedra Mikroekonomii, Wydział Nauk Ekonomicznych UW.

Nagroda Nobla w dziedzinie ekonomii

W swoim testamencie Alfred Nobel nie wymienił nauk ekonomicznych jako dziedziny, w której miano nagradzać związane z nią osoby. Wyróżnienie powstało z inicjatywy Banku Szwecji i zbiegło się z trzechsetną rocznicą jego założenia. Od 1969 roku wyróżnienie przyznaje się rokrocznie. Pierwszymi zwycięzcami zostali Ragnar Frisch i Jan Tinbergen za „wkład w opracowanie modeli dynamicznych i ich zastosowanie do analizy gospodarczej”. Frisch jest uznawany za twórcę systemu rachunkowości narodowej, który odegrał znaczącą rolę w procesach planowania gospodarczego w Norwegii, natomiast Tinbergen to pionier w zakresie ekonometrii oraz stosowania metod statystycznych i matematyki w ekonomii.

Polska fundacja rodzinna – znamy wstępne założenia opodatkowania

Znane są już wstępne założenia dotyczące opodatkowania polskich fundacji rodzinnych. Fundacja ma być podstawowym narzędziem sukcesji dla średniego i dużego biznesu, a ustawa wchodziłaby w życie na początku 2022 r.

Efekt podatkowy dla beneficjentów fundacji ma być co do zasady tożsamy z efektem dla spadkobierców z pierwszej grupy podatkowej, którzy cieszą się neutralnością podatkową.

– Samo wniesienie aktywów funduszu właścicielskiego do fundacji rodzinnej byłoby neutralne podatkowo – mówi w rozmowie z MarketNews24 Paweł Tomczykowski, partner zarządzający w Kancelarii Ożóg Tomczykowski. – Natomiast fundacja korzystałaby ze zwolnienia w podatku dochodowym od osób prawnych, a zwolnienie dotyczyłoby przede wszystkim otrzymywanych dywidend i także przychodów otrzymywanych z tytułu zbycia udziałów czy akcji.

Ministerstwo Rozwoju wraz z Ministerstwem Finansów upubliczniając informacje dotyczące koncepcji podatkowej zapowiedziały, że wstępny projekt nowych przepisów powinien być w całości upubliczniony już w październiku br. Natomiast ustawa wchodziłaby w życie na początku 2022 r.

Pozostały do rozstrzygnięcia jeszcze bardzo istotne kwestie związane z samą konstrukcją cywilno-prawną i ochroną interesów wierzycieli (dotyczy to m.in. świadczeń alimentacyjnych i zachowków).

– Beneficjenci, czyli osoby wskazane przez fundatora w akcie założycielskim lub regulaminie fundacji, które otrzymywałyby świadczenia pieniężne z fundacji rodzinnej, korzystałyby ze zwolnienia w podatku od spadków i darowizn, w takiej wysokości, w jakiej wpłacony został fundusz założycielski  – wyjaśnia Paweł Tomczykowski, Kancelaria Ożóg Tomczykowski. – Natomiast nadwyżka ponad kwotę funduszu byłaby opodatkowana stawką wstępnie określoną na 19 proc., a to oznaczałoby wprowadzenie nowego progu podatkowego w podatku od spadków i darowizn.

Polscy studenci nauczą Europę przedsiębiorczości

W nowym roku szkolnym na licealistów czeka 7. edycja konkursu High School Business Challenge. Tym razem polscy uczniowie będą zdobywali wiedzę na temat biznesu, rywalizując ze swoimi rówieśnikami z Czech, Słowacji i Węgier. To największa tego typu inicjatywa w Europie, a stoją za nią studenci Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.

High School Business Challenge jest konkursem biznesowym skierowanym do uczniów szkół średnich krajów grupy wyszehradzkiej: Polski, Węgier, Czech i Słowacji. Uczestnicy podczas 4 etapów konkursu mierzą się z prawdziwymi wyzwaniami biznesowymi, gdzie mają okazję sprawdzić swoją wiedzę, kreatywność i elastyczność. Zadania konkursowe oparte są na formule biznesowych case study, następnie uczestnicy prezentują wypracowane rozwiązania przed praktykami i teoretykami biznesu. Dzięki takiej formie konkurs oprócz rozwoju przedsiębiorczości wspiera rozwój kompetencji „jutra” przydatnych w życiu i dalszej karierze zawodowej takich jak: inteligencja społeczna, umiejętność pracy w zróżnicowanym zespole czy myślenia poza schematem i szukania nowych rozwiązań. W tym roku celem organizatorów jest poszerzenie wiedzy z tych obszarów co najmniej 10000 uczniów, uczestniczących w pierwszym etapie HSBC, i dotarcie do kolejnych 100 000 poprzez media społecznościowe.

Działania studentów skomentował dr hab. Piotr Wachowiak, Rektor Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie „Konkurs High School Business Challenge wspieram od samego początku. Bardzo cieszy mnie jego dynamiczny rozwój. Projektowi, jak i mi osobiście, bliska jest misja kształtowania umiejętności przedsiębiorczych wśród młodzieży, pozwalają one dostosować się do dynamicznego otoczenia i realizować własne cele. Forma konkursu w odpowiedni sposób próbuje zaciekawić młodych ludzi przedsiębiorczością, bowiem stawia na praktykę i rozwiązywanie konkretnych problemów biznesowych” – zauważa.

Realizacja projektu na taką skalę możliwa jest dzięki wsparciu V4. Polskim studentom z Europejskiej Fundacji Przedsiębiorczości udało się pozyskać jeden z najwyższych grantów, przyznawanych przez Fundusz Wyszehradzki. Dzięki temu mogą zorganizować międzynarodowy konkursu, promujący przedsiębiorczą postawę wśród licealistów.

„W Funduszu Wyszehradzkim wierzymy, że edukacja kształtująca przedsiębiorczość jest siłą napędową przyszłego rozwoju i pomoże nam inspirować przedsiębiorców jutra. Zdecydowaliśmy się więc wesprzeć projekt High School Business Challenge realizowany przez Europejską Fundację Rozwoju Przedsiębiorczości wspólnie z partnerami wyszehradzkimi. Jeśli nasz region chce pozostawać konkurencyjnym, musimy inwestować w młodzież i doskonalić jej umiejętności z zakresu innowacyjności. Oznacza to, że musimy zachęcać do realnej zmiany mentalności w regionie w kierunku postaw przedsiębiorczych, a to zaczyna się od rozwijania ducha przedsiębiorczości od wczesnych etapów edukacji” – zwraca uwagę przedstawicielka Międzynarodowego Funduszu Wyszehradzkiego, Anna Adamczyk.

Europejska Fundacja Rozwoju Przedsiębiorczości to organizacja założona przez studentów Szkoły Głównej Handlowej, którym nie jest obca działalność społeczna. Misją fundacji jak i realizowanego projektu jest swoista praca u podstaw poprzez szerzenie wiedzy ekonomicznej oraz kształcenie kompetencji i umiejętności przydatnych w życiu codziennym jak i zawodowym. Jak podkreślają organizatorzy ich działania mają stanowić uzupełnienie wiedzy zdobywanej w szkole o część praktyczną. Dodają, że konkurs HSBC nie jest jedynym narzędziem jakie chcą stosować do podnoszenia świadomości ekonomicznej młodych Polaków i Europejczyków. O kolejnych planach będą informować wkrótce.

Istotne polityczne rozstrzygnięcia coraz bliżej

Ponownie odżywające nadzieje na wdrożenie znacznej pomocy fiskalnej w USA przyniosły ulgę rynkom akcji i kredytowym. Większość głównych walut zareagowała umocnieniem w parze z dolarem amerykańskim.

Wzrostom przewodziły waluty surowcowe, którym sprzyjało zwiększenie nadziei na szybsze ożywienie gospodarcze, gorzej radziły sobie natomiast jen i funt brytyjski. Ten ostatni walczy o stabilność, co nie jest łatwe, gdyż rynki niepokoją się stanem negocjacji w sprawie Brexitu. W krajach walut G10 krótkoterminowe stopy procentowe utrzymują się na minimalnych poziomach, rośnie też presja polityczna na zwiększenie pomocy fiskalnej. Wskutek tego krzywe dochodowości stają się coraz bardziej strome, gdyż inwestorzy uwzględniają fale emisji obligacji rządowych.

Różnica w sondażach między Demokratami a Republikanami na korzyść tych pierwszych zwiększa się, a perspektywa sporu wyborczego staje się coraz mniej prawdopodobna, stąd też w tym tygodniu uwaga inwestorów przenosi się z USA na Stary Kontynent, gdzie w środku tygodnia odbędzie się szczyt UE. Boris Johnson ogłosił, że data jego rozpoczęcia będzie swoistym „deadlinem” na osiągniecie porozumienia ws. Brexitu. Wtorkowe dane inflacyjne z USA również powinny skupić na sobie część uwagi ze względu na rozbieżność między sytuacją tam, gdzie dynamika cen nie odbiega istotnie od poziomów sprzed pandemii, a w strefie euro, gdzie inflacja bazowa ostatnio spadła do najniższego poziomu w historii odczytów.

PLN

Polski złoty zakończył ubiegły tydzień umocnieniem w parze z euro pomimo pogorszenia się sytuacji pandemicznej w kraju i ogłoszenia nowych obostrzeń, które weszły w życie w sobotę. Podobnie jak innym kluczowym walutom regionu, złotemu sprzyjała poprawa rynkowego sentymentu i wzrost pary EUR/USD.

Zeszłotygodniowe spotkanie Rady Polityki Pieniężnej przeszło bez echa. Stopy procentowe pozostają bez zmian i nic nie wskazuje na to, żeby miały ewoluować w perspektywie najbliższych miesięcy czy kwartałów. Pod koniec tego tygodnia czeka nas publikacja danych o inflacji, jednak nie powinna mieć one znaczenia dla kształtowania się kursu złotego. Istotniejsze będą informacje z frontu walki z pandemią i ogólny sentyment rynkowy.

EUR

Euro w ubiegłym tygodniu doświadczyło odbicia, zyskując na poprawie sentymentu do ryzyka. Zaczynamy jednak dostrzegać narastające krótkoterminowe ryzyka dla tej waluty. Po pierwsze, liczba nowych zakażeń koronawirusem rośnie: właśnie przekroczyła poziomy obserwowane w USA. Konsekwencją są nowe obostrzenia, które będą miały przełożenie na sytuację gospodarczą strefy euro. Po drugie, „minutki” z wrześniowego posiedzenia Europejskiego Banku Centralnego uwypukliły zaniepokojenie instytucji ryzykiem deflacji. Dyskusja ta nastąpiła jeszcze przed publikacją ponurych wrześniowych danych o dynamice cen. Rosną szanse na to, że EBC w grudniu zdecyduje się na większe rozluźnienie polityki pieniężnej. Ostatecznie długie pozycje spekulacyjne na euro po tym, jak osiągnęły pod koniec sierpnia rekordowe poziomy, zaczęły być redukowane jedynie w niewielkim stopniu. Podsumowując, dostrzegamy pewne ryzyko tymczasowego osłabienia euro w perspektywie najbliższych kilku tygodni.

USD

Najbliższe dni nie będą obfitowały w istotne publikacje z USA, stąd też dla dolara największe znaczenie powinna mieć polityka. Inwestorzy będą wypatrywali nowych sondaży, które pozwolą stwierdzić, jak prawdopodobne jest zwycięstwo Demokratów z na tyle dużą przewagą, żeby nie doszło do sporu wyborczego i żeby w 2021 roku pojawiła się dodatkowa pomoc fiskalna. W krótszej perspektywie nadal sądzimy, że prawdopodobne jest osiągnięcie kompromisu w kontekście pakietu fiskalnego przed wyborami, co też w coraz większym stopniu wyceniają rynki. Byłoby to jednoznacznie pozytywne dla walut rynków wschodzących, jednak wpływ na kurs EUR/USD jest trudniejszy do przewidzenia. Wracając do kwestii wyborów: Joe Biden obecnie utrzymuje przewagę rzędu ok. 9 punktów procentowych w ostatnim zbiorczym sondażu (poll of polls). Liderzy Demokratów dominują obecnie niemal we wszystkich kluczowych swing states.

GBP

Inwestorzy skupiają się obecnie na 15 października, czyli terminie wyznaczonym przez Borisa Johnsona na wycofanie się z negocjacji w sprawie Brexitu, jeśli do tego czasu nie uda się osiągnąć porozumienia. Sądzimy, że termin ten niemal na pewno zostanie odsunięty w czasie – z obu stron docierają pozytywne sygnały o postępie w negocjacjach. Wtorkowy raport o zatrudnieniu prawdopodobnie zostanie przyćmiony przez negocjacje na linii UE-UK tuż przed szczytem UE, jednak przyniesie kluczowe informacje o wpływie drugiej fali pandemii na rynek pracy. Inwestorzy będą również zwracać uwagę na jakiekolwiek zmiany w brytyjskiej strategii walki z koronawirusem w związku z silnym wzrostem liczby rejestrowanych nowych zakażeń w ciągu ostatnich kilku tygodni.

CHF

Frank szwajcarski zakończył ubiegły tydzień w niewielkiej odległości od poziomu, na jakim go rozpoczął w parze z euro, kolejny raz był jednak najlepiej radzącą sobie walutą safe haven.

Chociaż dane gospodarcze ze Szwajcarii w ostatnim tygodniu pozytywnie zaskoczyły, pokazując nieoczekiwany spadek stopy bezrobocia, wieści z kraju były w znacznej mierze negatywne. Podobnie jak w sąsiednich państwach, w Szwajcarii rośnie liczba zakażeń. W zeszłym tygodniu osiągnięty został niechlubny rekord – liczba nowych zakażeń przebiła marcowe szczyty. Te okropne wieści przyćmiły zarówno wspomniane dane makro, jak i przemówienie prezesa Narodowego Banku Szwajcarii (SNB), które było raczej uspokajające, ale nie wniosło wiele ponad to, co już wiemy. Kluczowym wnioskiem jest to, że działania SNB nie stanowią zagrożenia dla stabilności franka oraz że bank jest dość elastyczny, dostosowując się do warunków rynkowych.

Obserwując wzrost liczby infekcji koronawirusem, warto skupić się na wieściach z tego frontu, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że kalendarz ekonomiczny dla Szwajcarii w tym tygodniu jest niemal pusty.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Ebury na drugim miejscu w rankingu Bloomberga

Analitycy Ebury ponownie znaleźli się w gronie najdokładniejszych prognostów dla kluczowej pary walutowej EUR/USD, zajmując drugie miejsce w rankingu prognoz agencji Bloomberg w III kwartale 2020 r. Prognozy zespołu Ebury dla pary w tym okresie okazały się lepsze od prognoz 61 konkurencyjnych zespołów analitycznych, w tym także tych reprezentujących największe banki komercyjne i inwestycyjne świata.

Aplikacja #FakeHunter już dostępna w App Store i Google Play

Dostępna jest już aplikacja #FakeHunter Polskiej Agencji Prasowej (PAP) działająca w systemie Android i iOS. Dzięki niej potencjalnie fałszywe informacje będą mogli zgłaszać nie tylko użytkownicy komputerów, ale także urządzeń mobilnych.

Aplikacja #FakeHunter to naturalne uzupełnienie stworzonych już wcześniej przez Polską Agencję Prasową narzędzi do wyszukiwania fałszywych informacji na temat koronawirusa krążących w Internecie. „Dzięki tej aplikacji będziemy mogli dotrzeć do 100 proc. użytkowników sieci. Nasze narzędzia działają bowiem już na komputerach i urządzeniach mobilnych – podkreśla Wojciech Surmacz, prezes zarządu PAP.

W połowie kwietnia użytkownikom sieci udostępniono specjalną wtyczkę do instalowania w przeglądarce umożliwiającą łatwe oraz intuicyjne zgłaszanie potencjalnie fałszywych informacji. Ruszył też serwis internetowy fakehunter.pap.pl, w którym można zapoznać się z werdyktami ekspertów odnośnie zgłaszanych newsów. Każdy taki werdykt jest efektem wnikliwego researchu oraz opiera się na sprawdzonych i wiarygodnych źródłach. Projekt został zrealizowany wspólnie z GovTechem – agencją odpowiedzialną za wprowadzanie nowych technologii w sektorze publicznym. W lipcu w facebookowym Messengerze pojawił się FakeHunter chatbot – narzędzie wykorzystujące sztuczną inteligencję do automatycznej weryfikacji prawdziwości informacji.

Powstanie tych narzędzi to naturalna odpowiedź na infodemię – zjawisko zalewu internetu fałszywymi informacjami towarzyszące wybuchowi pandemii koronawirusa. O wystąpieniu tego zjawiska informowali przedstawiciele Światowej Organizacji Zdrowia już w marcu. Przez kolejne miesiące przybierało ono na sile. „Wyszliśmy z założenia, że trzeba temu przeciwdziałać” – mówi prezes Polskiej Agencji Prasowej.

Wojciech Surmacz podkreśla kluczowy charakter elementu społecznościowego tego przedsięwzięcia. „To użytkownicy internetu decydują, które informacje weryfikujemy” – mówi. Właśnie to odróżnia serwis Polskiej Agencji Prasowej od innych rozwiązań tego typu. Wiele zagranicznych mediów, np. francuska agencja AFP czy brytyjski Reuters prowadzi dziś serwisy rozprawiające się z fałszywymi informacjami, ale w tamtych przypadkach to dziennikarze decydują, który z newsów należy zweryfikować. Zaangażowanie użytkowników w wyłapywanie fałszywych informacji wpływa na skalę przedsięwzięcia – przez tryby FakeHuntera zostaje przepuszczonych dużo więcej potencjalnie dezinformujących publikacji niż w innych serwisach fact checkingowych.

„Chciałbym, żeby cały projekt rozwijał się w tym właśnie kierunku. Żeby angażować ludzi do walki z fake newsami. Żeby je wyłapywali. To uczy czujności i edukuje” – mówi prezes Surmacz.

Początkowo projekt skupiał się na informacjach związanych z pandemią koronawirusa. Na początku lipca w serwisie, w dziale ze zweryfikowanymi informacjami pojawiła się zakładka Finanse, Nauka i Zdrowie oraz kolejny dział Telekomunikacja. Jest to efekt obserwacji jak wiele fake newsów z różnych dziedzin wpływa na dezinformacje opinii publicznej. Są takie fake newsy, które wymagają bardzo dużej wiedzy, dlatego do współpracy zaprosiliśmy ekspertów i naukowców, tworząc grupy eksperckie w różnych dziedzinach.

Wszystkie działania to efekt współpracy PAP i GovTechu oraz partnerów tego społecznego projektu.

„Finanse, medycyna i telekomunikacja to również bardzo wrażliwy obszar, szczególnie w obszarze 5G. W trakcie pandemii weryfikowaliśmy pogłoskę, że państwo zamierza opodatkować lokaty. Oczywiście była to nieprawda, ale co by się stało, gdyby w obawie przed opodatkowaniem wszyscy w jednym czasie zaczęli wypłacać gotówkę z banku? Czy szczepienia na COVID będą bezpieczne? Wystarczy jedna fałszywa informacja, która może spowodować załamanie całego systemu” – przekonuje prezes Surmacz.

Jednocześnie dodaje, że – w zamierzeniach – projekt PAP i GovTechu powinien objąć swoim zasięgiem wszystkie obszary tematyczne, bo fake newsy nie dotyczą jedynie pandemii, finansów i medycyny. Kolejnym krokiem ma być stworzenie anglojęzycznej wersji serwisu.

Centra danych – nowy sektor nieruchomości komercyjnych z potencjałem wzrostu

Centra danych stają się ważnym segmentem rynku nieruchomości komercyjnych, a pandemia Covid-19 okazała się impulsem do ich dalszego dynamicznego rozwoju. Obecnie w Polsce istnieje 115 centrów danych, z czego najwięcej jest zlokalizowanych w Warszawie (38), Katowicach i Krakowie (po 13). Dalszy wzrost przed nami, szczególnie po decyzji gigantów IT Google i Microsoft o dodaniu Warszawy do listy globalnych regionów chmurowych i zainwestowaniu w tym celu odpowiednio 2 mld USD i 1 mld USD. Eksperci AXI IMMO przygotowali raport na temat rynku centrów danych, jego wymaganiach i specyfiki na polskim rynku.  

Centra danych jako sektor nieruchomości są inne od tradycyjnych segmentów rynku. Wiele czynników, które odgrywają ograniczoną rolę w przypadku biur, powierzchni handlowych czy magazynów jest absolutnie kluczowa przy wyborze działki pod centrum danych. Do takich aspektów należy infrastruktura instalacji elektrycznej, koszt energii, dostęp do internetowej sieci szkieletowej i bliskość punktów wymiany ruchu internetowego.

„Typowy magazyn nie zawierający chłodni ani mroźni wymaga około 50kW energii na 1000 mkw. powierzchni. Tymczasem centrum danych o identycznej powierzchni, ze średniej jakości infrastrukturą i typową gęstością serwerów wymaga około 2MW energii czyli 40 razy więcej! Centrum danych musi być w stanie działać w trybie nieprzerwanym. Dlatego powinno być zabezpieczone przed przerwami w dostawach prądu, przepięciami w instalacji elektrycznej i awariami w sieci internetowej. Wymaga to dostępu do przynajmniej dwóch źródeł energii oraz instalacji zapasowego systemu zasilania. Ponadto, konieczny jest dostęp do przynajmniej dwóch źródeł Internetu światłowodowego oraz istnienie oddzielnej infrastruktury dla poszczególnych dostawców Internetu” –  wyjaśnia Janusz Gutowski, CEO AXI IMMO Services.

Centra danych zaczęły powstawać początkowo w Warszawie, gdzie znajduje się większość instytucji rządowych i finansowych. Stolica pozostaje najważniejszym rynkiem centrów danych w Polsce i wciąż skupia dużą część działalności w tej dziedzinie. To tu giganci Google i Microsoft postanowili ulokować swoją infrastrukturę chmurową, która ma obsługiwać region CEE oraz inne części Europy. A już teraz w Warszawie znajduje się aż 35 ze wszystkich 115 polskich centrów danych. Jednak stolica może niedługo nie być w stanie zapewnić wystarczająco dużo energii na potrzeby większych centrów danych biorąc pod uwagę, że niektóre z nich potrafią zużyć tyle energii, co cała dzielnica. Ponadto, koszt energii w stolicy jest relatywnie wysoki, szczególnie w porównaniu do tych lokalizacji, które są położone blisko odnawialnych źródeł energii.

„Niezaprzeczalnie, Warszawa pozostanie ważnym hubem centrów kolokacyjnych, czyli takich, które są zajmowane przez wielu użytkowników o niskim zapotrzebowaniu na przestrzeń serwerową. Natomiast największe centra danych użytkowane przez duże firmy technologiczne i operatorów chmury, które wymagają wyjątkowo dużo prądu, będą w przyszłości częściej lokowane w miejscach, które są w stanie zapewnić niedrogą energię. Konieczność spełnienia unijnych standardów dotyczących zielonej energii powinno wypromować lokalizacje z dostępem do źródeł energii odnawialnej. Ulokowanie centrum danych na przykład w pobliżu farm wiatrowych w północnej Polsce może pomóc spełnić normy unijne jak i wygenerować znaczne oszczędności. Dziesięcioletnia korporacyjna umowa na dostawę energii z farm wiatrowych do miejsca położonego w bliskiej odległości od takiej farmy jest o ok. 30% tańsza w porównaniu do standardowej umowy podpisanej przez firmę z siedzibą w Warszawie z tradycyjnym dostarczycielem energii. Lokowanie centrów danych w dalszej odległości od miast w innych częściach świata już się rozpoczęło. W niektórych krajach, na przykład w Skandynawii, centra danych są oddalone od najbliższej konurbacji nawet o kilkaset kilometrów. Umożliwił to postęp technologiczny, a w szczególności fakt, że nowoczesne centrum danych może być zarządzane niemal w całości zdalnie” –  komentuje Roger Mroczek, Investment Sales & Capital Markets Director, AXI IMMO.

Zainteresowanie inwestorów tym szczególnym sektorem rynku rośnie. Atrakcyjność centrów danych jako produktu inwestycyjnego wynika ze stabilności przychodu w związku z niskim stopniem relokacji najemców.  Klienci są przywiązani do swoich centrów danych ze względu na wysokie początkowe koszty najmu, w tym dedykowaną infrastrukturę IT oraz zaawansowany system wentylacji, chłodzenia i klimatyzacji oraz znaczne ryzyko i koszt, jakie niesie ze sobą migracja danych. Jakiekolwiek błędy popełnione w czasie przeprowadzki do nowego centrum danych mogą być niewybaczalne dla użytkowników końcowych. Na przykład najkrótsza przerwa w dostępie do środków na kontach bankowych mogłaby spowodować trwały uszczerbek na reputacji banku. Inwestorzy są w związku z tym w stanie wynegocjować długie terminy najmu – nawet 15 lat, jak w przypadku umowy podpisanej w Gate One Business Park w Warszawie w czerwcu 2020 roku.

Centra danych są atrakcyjną inwestycją ze świetnymi prognozami wzrostu. Ich rozwój w kolejnych latach będzie napędzany przez dalszy skokowy wzrost popularności mediów społecznościowych, Internetu rzeczy, big data, sztucznej inteligencji i technologii VR (virtual reality) i AR (augmented reality), które otrzymały dodatkowy impuls do wzrostu ze względu na pandemię Covid-19. Wszystkie te technologie będą wymagać skrócenia czasu w przesyłaniu danych, co będzie się wiązało z koniecznością stworzenia większej liczby lokalnych serwerowni, bliżej użytkownika końcowego. Większy nacisk na ochronę danych osobowych, w tym unijne RODO, również będą napędzać rozwój lokalnych centrów danych w Polsce, podobnie jak nasilający się trend przenoszenia danych do chmury przez polskie firmy.

„Polska ma również szansę stać się europejskim hubem danych. Unijne prawo z 2019 ułatwiło przepływ danych nieosobowych między krajami członkowskimi. Drugie najniższe koszty energii w Unii Europejskiej oraz planowany gazociąg do Norwegii, który poprawi bezpieczeństwo energetyczne kraju, mogą przyciągnąć kolejne firmy oferujące rozwiązania chmurowe w całej Europie. Na korzyść rodzimego rynku przemawiają też atrakcyjne koszty budowy i relatywnie niskie ceny gruntów, połączone ze stale rozwijającą się infrastrukturą transportową i cyfrową oraz duże zasoby wykwalifikowanych pracowników, szczególnie w sektorze IT” podsumowuje Roger Mroczek.

Prowadzenie działalności gospodarczej w USA – praktyczne aspekty prawne, bankowe i podatkowe. Otwarty webinar ekspercki

Jak sprostać barierom finansowym i organizacyjnym na amerykańskim rynku? Jak przygotować się na wyzwania związane z pozyskiwaniem kapitału czy zawieraniem umów? Na te i inne pytania odpowiedzą eksperci, podczas webinaru „Prowadzenie działalności gospodarczej w USA – praktyczne aspekty prawne, bankowe i podatkowe”, 15 października o godz. 15:00.

Jak wynika z danych UNCTAD, Stany Zjednoczone były w ubiegłym roku największym odbiorcą bezpośrednich inwestycji zagranicznych na świecie. Polskie firmy różnej wielkości – od startupów po korporacje międzynarodowe – chcą być tam obecne.

Co ciekawe, systemy prawne, bankowe i podatkowe w Stanach Zjednoczonych – choć złożone – są przyjazne zagranicznym przedsiębiorcom, którzy chcą rozpocząć działalność gospodarczą lub inwestycyjną. Istnieją jednak pewne bariery wejścia oraz wyzwania w prowadzeniu biznesu w USA, które należy wziąć pod uwagę.

W trakcie webinarium eksperci z kancelarii Barnes & Thornburg LLP, Santander Bank Polska S.A. oraz firmy audytorskiej i doradczej RSM Poland podzielą się swoimi doświadczeniami i przekażą praktyczne wskazówki dla przedsiębiorców, którzy chcą spełnić swój „American dream”.

Termin: 15.10.2020 r., godz. 15:00 – 17:30

Agenda

  1. Aspekty praktyczne wyboru formy działalności gospodarczej – Michał Baumert, prawnik, Barnes & Thornburg LLP
  2. Polskie pułapki podatkowe, o których należy pamiętać, inwestując w USA – Piotr Liss, Tax Partner, RSM Poland
  3. Niezbędnik otwierania rachunków bankowych – Magdalena Kusa, International Business Manager, Santander Bank Polska S.A. oraz Umiędzynarodawianie firm za pośrednictwem Santander Trade: bezpłatnej platformy do przekraczania granic i rozszerzania rynków – Robert Fedorowicz, Ekspert Handlu Zagranicznego, Santander Bank Polska S.A.
  4. IP Due Diligence: jak zabezpieczyć swoją własność intelektualną bez naruszania praw osób trzecich – Michał Baumert, prawnik, Barnes & Thornburg LLP
  5. Kupić, a może sprzedać? – amerykański rynek transakcji M&A – Krzysztof Ciesielski, M&A and Corporate Advisory Director, RSM Poland

Spotkanie odbędzie się w języku polskim.

Aby wziąć udział w webinarze należy się zarejestrować: Link do zapisów: https://event.on24.com/wcc/r/2619119/A74BE3C38F9A625BF18D7963304CBED9

Drastyczne zmiany podatkowe rujnują zaufanie przedsiębiorców do państwa

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) wskazuje, że sposób wprowadzenia CIT od spółek komandytowych – którego skutkiem będzie wzrost opodatkowania o 9% dla małych firm i o 19% dla większych – jest absolutnie nieakceptowalny w procesie stanowienia prawa, które dotyka kilkadziesiąt tysięcy polskich przedsiębiorców. Brak vacatio legis oraz istotnie ograniczony proces konsultacji sprawia, że po raz kolejny przedsiębiorcy otrzymują sygnał o niepewności otoczenia prawnego i nieprzewidywalności prowadzenia biznesu. Dlatego FPP postuluje, aby każda zmiana zmieniająca warunki finansowe prowadzenia działalności gospodarczej była wprowadzana z zachowaniem 12 miesięcznego vacatio legis – by przedsiębiorcy mogli przygotować się na zmiany.

FPP wielokrotnie wspierała postulaty rządowe – w takich działaniach jak ozusowanie umów zleceń, zmiany w prawie zamówienia publiczne preferujące zatrudnienie na umowę o pracę, wirtualne kasy fiskalne, e-faktura, wzrost minimalnej płacy i stawki godzinowej, zawieszenie reguły budżetowej, a także wiele innych regulacji gospodarczych i pracowniczych. Teraz FPP apeluje o wysłuchanie postulatów małych i średnich przedsiębiorców.

„Rada Przedsiębiorczości apelowała do kandydatów na prezydentów że wszelkie zmiany prawne i podatkowe dot. działalności gospodarczej powinny wchodzić z rocznym vacatio legis – ponieważ tylko to pozwala przedsiębiorcom przystosować się, chroniąc jednocześnie zatrudnionych w firmach pracowników oraz kontrahentów. Niestety, jak widać rząd nie wysłuchał tego apelu i wprowadza fundamentalną zmianę podatkową polegającą na dodatkowym obciążeniu – do którego przedsiębiorcy w tak krótkim czasie nie są w stanie się przygotować. Każda średniej wielkości firma – ale również i te mniejsze – planują kolejny rok budżetowy na przełomie września i października. Przedstawienie projektu w połowie października – który może zakończyć drogę legislacyjną pod koniec listopada nie daje wystarczająco czasu na przygotowanie się do tych zmian. Podatek jest elementarnym kosztem planowania w roku podatkowym. Jeżeli podatki rosną w sposób nieprzewidywalny – to jedyną możliwością, jaką ma przedsiębiorca, jest ograniczenie marży albo redukcja zatrudnienia. Należy zwrócić uwagę, że obecnie polscy przedsiębiorcy znaleźli się w podwójnie trudnej sytuacji – ponieważ większość działalności nie wróciła jeszcze do równowagi po stratach spowodowanych epidemią COVID-19. Dodatkowo przedsiębiorcy ci w tej sytuacji nie będą mogli skutecznie skorzystać z zabezpieczeń, jakie wprowadziły tarcze antykryzysowe – ponieważ większość z nich nakładała na przedsiębiorców gwarancję zatrudnienia pracowników od pół roku do roku. Takie postępowanie rządu ogranicza bardzo zaufanie przedsiębiorców – dzisiaj to dotyka spółek komandytowych, a jutro może dotknąć wszystkich Polaków prowadzących działalność gospodarczych” – podkreśla Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich, prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

„Spółka komandytowa to dla małych i średnich przedsiębiorstw bardzo ważna forma prawna – chroniąca wspólników przed odpowiedzialnością za niezawiniony błąd pracownika, który też jest tylko człowiekiem. To właśnie jest istotą spółki komandytowej – a nie chęć optymalizacji podatkowej. Przytłaczająca większość przedsiębiorców komandytowych powstała wskutek organicznego rozwoju i przekształcenia z innych osobowych form prowadzenia działalności gospodarczej – płaciła PIT i teraz płaci taki sam PIT, więc o ucieczce od wyższego do niższego podatku absolutnie nie może być mowy. Taka forma prawna jest nie tylko ważna dla ochrony biznesu – ale jest od wielu lat stosowana w wielu krajach europejskich, w tym w kluczowej dla naszych przedsiębiorców gospodarce niemieckiej. Premier obiecał, że nie wprowadzi nowych podatków – tymczasem zaraz po wyborach sięga do kieszeni Polaków, ich rodzin, a pośrednio do kieszeni milionów pracowników takich przedsiębiorców. Spółka komandytowa to jedna z najbardziej transparentnych form działalności, w dodatku jej wspólnicy odprowadzają solidnie podatki. Efektem takich regulacji wcale nie będzie więcej wpływów do budżetu – ale bankructwa i likwidacje takich spółek, powrót do jednoosobowych działalności gospodarczych, a przede wszystkim zwolnienia i skokowy wzrost bezrobocia – nawet o kilkaset tysięcy osób. Co więcej – wcale nie zmieni to sytuacji dużych firm, które transferują zyski za granicę. Żeby tego było mało, rząd chce niejako ukarać polskie małe i średnie przedsiębiorstwa otrzymujące pomoc w ramach tzw. tarczy finansowej – mającej z założenia wspierać utrzymanie zatrudnienia w okresie pandemii. Najpierw przyznaje tarczę tym najbardziej dotkniętym kryzysem na rynku, a następnie – przez przygniatanie drakońskimi podatkami – zmusza te firmy do zwrotu subwencji, ponieważ warunkiem jej utrzymania jest funkcjonowanie przedsiębiorstwa i ciągłość zatrudnienia!” – komentuje Paweł Grabarkiewicz, jeden z liderów grupy polskich małych i średnich przedsiębiorców komandytowych.

Amazon walczy z fałszywymi recenzjami. Ofiarą nieświadomy konsument

Słowo droższe od pieniędzy” – brzmi popularne powiedzenie, z którym Amazon zgodzić się raczej nie może. Amerykański gigant e-handlu boryka się z plagą nierzetelnych recenzji, zamieszczanych przez fikcyjnych nabywców. Ile kosztuje publikacja opinii pod wystawionym na sprzedaż produktem? Okazuje się, że niewiele więcej niż średnia pizza, czyli około 40 zł.

O tym, czy kupimy dany produkt, coraz częściej decydują opinie, zamieszczone na jego temat w internecie. Wagę takich recenzji doskonale rozumie Amazon, który pod ich kątem stworzył nawet specjalne opcje filtrowania ofert. – Przykładem takiej funkcjonalności jest ograniczenie wyników do produktów, które mogą pochwalić się średnią ocen na poziomie minimum 4 gwiazdek w pięciostopniowej skali – tłumaczy Sascha Stockem, prezes zarządu Nethansy, która wprowadza polskie i niemieckie spółki na Amazona, gdzie kompleksowo zarządza sprzedażą ich produktów.

Cena słowa

O tym, jak istotne z punktu widzenia sprzedawców są internetowe recenzje, świadczą chociażby słowa Matta Mooga, dyrektora generalnego Power Reviews, firmy zajmującej się ocenami i recenzowaniem oprogramowania, które padły w wywiadzie dla USA Today. – Szacuję, że 20% sprzedaży jest napędzanych recenzjami, a jedna trzecia kupujących online mówi wprost, że nie kupi produktu, który nie ma pozytywnych ocen – twierdzi businessman.

Nic więc dziwnego, że sprzedawcy internetowi robią wszystko, żeby zebrać jak najwięcej pochlebnych opinii. Niektórzy w tej rywalizacji zaszli tak daleko, że zapomnieli o biznesowych zasadach fair play. Stosują oni zagrania, które w nomenklaturze bokserskiej określa się mianem chwytu poniżej pasa. Mowa rzecz jasna o fałszywych recenzjach, na które wykształcił się spory czarny rynek. Fałszywe opinie znaleźć można również na popularnych portalach aukcyjnych, gdzie – o ironio! – wśród ofert sprzedaży suplementów diety, garnków, książek czy telewizorów, wystawione są usługi publikowania zakłamanych recenzji. Nabyć je można zarówno od pojedynczych użytkowników, jak i zorganizowanych grup, których członkowie udają posiadaczy danego produktu, bez ceregieli wychwalają go pod niebiosa lub mieszają z błotem. Wydźwięk opinii zależy wyłącznie od oczekiwań i intencji nabywcy. – Jak wykazało przeprowadzone przez nas dochodzenie, cena takiej usługi różni się w zależności od skali zamówienia. Pod uwagę brane są ilość opinii, ich długość, specyfika lokalnego rynku oraz uzupełnienie recenzji zdjęciami bądź filmami – wyjawia Sascha Stockem z Nethansa.

Takie działania są szalenie ryzykowne i surowo karane przez administrację Amazona. Jeżeli osoby moderujące amerykański serwis e-commerce dowiedzą się o stosowaniu przez sprzedawcę zakazanych praktyk, los jego konta jest przesądzony. Sklep blokuje nie tylko sprzedaż produktu, ale również konto sprzedawcy i wszystkie środki na nim zgromadzone. – Jeśli Amazon zorientuje się, że sprzedawca manipuluje recenzjami, to naturalną konsekwencją jest całkowite usunięcie konta, jednak wszystko zależy od skali oszustwa. Te realizowane z rozmachem mogą skończyć się nawet wytoczeniem pozwu. W ten sposób Amazon stara się zniechęcić potencjalnych oszustów, chronić konsumentów i zapewnić wszystkim sprzedawcom równe warunki – wyjaśnia ekspert z Nethansy.

Ile warte jest kłamstwo?

Specjaliści szacują, że cena fałszywej recenzji na Amazonie waha się w okolicach od 10 do 15 USD, przy czym wyraźnie widoczny jest trend wzrostowy. Jeszcze dwa lata temu opłata za taką usługę wynosiła około 5 USD od recenzji. Dział prewencji Amazona poświęca tysiące roboczogodzin na walkę z fałszywymi opiniami, wykorzystując w tym celu m.in. narzędzia analityczne i sztuczną inteligencję. Nic więc dziwnego, że wraz ze stopniem trudności rośnie również cena usługi. Potwierdzają to wyniki badań analityków ReviewMeta, którzy doszli do wniosku, że liczba niezweryfikowanych recenzji opublikowanych na Amazon w ciągu zaledwie kilku miesięcy poprzedniego roku spadła z wysokiego poziomu 35% do zaledwie 5%.

Zdrowa konkurencja

Żeby uzyskać rekomendacje, nie trzeba stosować wątpliwych praktyk. Istnieją legalne metody gromadzenia pochlebnych recenzji, które nie naruszają zasad wytyczonych przez Amazona. – Sposobów jest kilka i można stosować je jednocześnie. Jednym z nich jest obniżenie ceny połączone z agresywna kampania promocyjną. To prosty przepis na zwiększenie sprzedaży, a co za tym idzie, liczby otrzymanych opinii – radzi Sascha Stockem.

O wystawienie recenzji można również poprosić klientów, a najlepiej robić to automatycznie. Odpowiednie technologie dostępne są już na rynku. – Opracowany przez nas system wsparcia sprzedaży Clipperon sam zaprasza klientów do wystawiania recenzji. Cały proces jest zautomatyzowany, a prośby o ocenę transakcji wysyłane są tylko do osób zadowolonych z zakupu. Jest to możliwe dzięki narzędziom kontroli każdego zamówienia, które sprawdzają m.in. czy przesyłka została dostarczona na czas lub, czy klient zdążył już wystawić opinię – wyjaśnia Stockem. Z danych Nethansy wynika, że wspomniana wyżej funkcja systemu Clipperon, powoduje wzrost pozytywnych opinii o średnio o 50%. Są one szczególnie ważne w przypadku rywalizacji o BuyBox. Oferta zwycięzcy jest mocno wyeksponowana, podczas gdy inni sprzedawcy tego samego produktu zepchnięci są na bok, co minimalizuje ich szanse zrealizowania transakcji.

Amazon od pewnego czasu oferuje również inny sposób na zyskanie rozgłosu. To program VINE, w ramach którego wysyłamy produkt bezpośrednio do Amazona, a ten przekazuje go jednemu ze swoich certyfikowanych testerów. Oczywiście musimy liczyć się z tym, że jeżeli jest on słabej jakości, to wspomniany recenzent może nam to wypomnieć. Warto również dodać, że taka recenzja kosztować może nawet 2500 USD. – Może zabrzmi to banalnie, ale podstawowym elementem strategii marketingowej jest wybór odpowiedniego produktu. Pamiętajmy, że pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz, a ewentualne fiasko ciągnąć się będzie za nami w nieskończoność – zwraca uwagę Stockem i dodaje, że jego firmie udało się wielokrotnie wynegocjować z Amazonem bezpłatną realizację usługi VINE, lecz każdorazowo recenzowany produkt był w swej kategorii wyjątkowy.

Zakupowa wyszukiwarka

Amazon to dziś nie tylko największa baza produktowa na świecie, w skład której wchodzi miliony pozycji. To również jedna z najbardziej popularnych wyszukiwarek na świecie oraz… Największa baza rekomendacji. Wielu konsumentów, zanim zdecyduje się na zakup jakiegokolwiek produktu, po opinię na jego temat zagląda najpierw do serwisu Jeffa Bezosa.

Koniec końców system recenzji bazuje na prostym równaniu. Im większa skala przedsięwzięcia, czyli im więcej dobrych opinii, tym mniejsze znaczenie ma te kilka negatywnych. Mamy tu do czynienia z efektem skali. Jeśli produkt zgromadził tysiąc recenzji, to jedna zła jest jak wyjątek potwierdzający regułę. Co ciekawe, na pewnym etapie popularności sklepu opinie stają się formą interakcji pomiędzy nabywcami, a ci z kolei zmieniają się w nieformalnych ambasadorów marki. Sytuacja, w której firma ma gorliwych zwolenników, gotowych bronić jej dobrego imienia w internecie, to marzenie niejednego marketera.

Nieterminowe płatności rosnącym problemem polskich firm

Rosnie skala nieterminowych płatności. Już 7 na 10 przedsiębiorców w naszym kraju ma problem z klientami niepłacącymi na czas. Ponad połowa przedsiębiorców uważa, że Polskę w ciągu roku lub dwóch czeka recesja.

Z najnowszej edycji raportu Intrum “European Payment Report 2020” opublikowanego pod koniec września wynika, że pandemia Covid-19 negatywnie wpłynęła na krajobraz płatności w Polsce oraz nastroje polskich przedsiębiorców. Jeszcze przed korona-kryzysem zatory płatnicze były jednym z głównych problemów rodzimej gospodarki, a obecnie aż 45% respondentów badania przeprowadzonego przez Intrum uważa, że w ciągu 12 nadchodzących miesięcy ryzyko wystąpienia opóźnionych płatności lub braku płatności ze strony dłużników ich firm wzrośnie. Klienci płacący po terminie są już problemem dla ponad 70% biznesów. Pandemia zauważalnie powiększyła lukę płatniczą: ta w sektorze publicznym wynosi już 20 dni, a w B2B 17 dni. Konsekwencje opóźnień w płatnościach mogą mieć negatywne skutki dla firm. Jakie środki stosują przedsiębiorcy, by ich uniknąć?

Rośnie luka płatnicza

Jednym ze wskaźników pokazujących czy w danym kraju występuje problem opóźnionych płatności, jest luka płatnicza, czyli różnica między terminami płatności oferowanymi przez firmy, a czasem w którym klienci realnie płacą za dostarczone towary i usługi. Jak pokazuje raport EPR 2020, jeżeli chodzi o Polskę, luka płatnicza jest największa w sektorze publicznym i wynosi 20 dni. Średnia w UE jest niższa –15 dni. Nieco lepiej jest w sektorze B2B, ale opóźnienia w płatnościach w naszym kraju, w tym przypadku nadal wynoszą 17 dni. Luka płatnicza jest najmniejsza
w sektorze B2C – 9 dni.

– Kryzys spowodowany pandemią Covid-19 sprawił, że zdecydowanie spadła siła nabywcza Polaków – dochody niemałej grupy uległy znacznemu spadkowi. Przez to mogłoby się wydawać, że luka płatnicza będzie wyższa, jeżeli nie najwyższa w sektorze B2C, ale jak pokazuje nasz raport, najbardziej rzetelnymi płatnikami są właśnie konsumenci. Natomiast niepokojąco wysoka luka płatnicza jest w sektorze B2B. Dane zebrane przez Intrum można interpretować w następujący sposób: pandemia trwa już na tyle długo, że część firm, szczególnie tych z sektora MŚP, zaczęła mieć problem z zachowaniem płynności finansowej. Aby utrzymać się na rynku, firmy opóźniają zapłatę faktur, niestety, nierzadko stając się dłużnikami – komentuje Krzysztof Krauze, Prezes Intrum w Polsce.

Rośnie luka płatniczaJednak, to tylko jedna strona problemu. Pandemia Covid-19 wywarła presję na większości przedsiębiorców w Polsce. Wielu z nich wiedząc, że może znaleźć się w trudnej sytuacji finansowej, ma zrozumienie dla innych firm i zgadza się na wydłużenie terminów płatności. 82% respondentów badania Intrum przyznaje nawet, że zaakceptowało dłuższy termin płatności niż ten, z którym czują się komfortowo, by nie popsuć sobie relacji z klientami. Co 3. firma w ciągu ostatniego roku zgodziła się na późniejszą płatność, by uniknąć bankructwa. Blisko połowa (49%) przedsiębiorców pytanych przez Intrum uważa, że rosnąca luka płatnicza jest realnym ryzykiem dla zrównoważonego rozwoju ich biznesu.

Problemy z płynnością finansową, redukcja zatrudnienia i brak rozwoju, czyli konsekwencje opóźnień w płatnościach

Opóźnione płatności odbijają się negatywnie na funkcjonowaniu firm. Respondenci badania Intrum przyznali, że z powodu niewypłacalnych klientów i kontrahentów mają problemy z płynnością finansową (58% przedsiębiorców z sektora MŚP, 48% z dużych firm) lub jest zagrożone istnienie ich biznesów (analogicznie: 41% i 36%). Opóźnione płatności odpowiadają również m.in. za niezatrudnianie nowych pracowników w firmach (40% i 47%) i redukcję obecnego personelu (36% i 37%).

Według przedsiębiorców, szybsze płatności od dłużników umożliwiłyby ich firmom: wprowadzenie innowacji (64%), rozszerzenie gamy oferowanych produktów i usług (60%), ekspansję geograficzną i wejście na nowe rynki (58%) oraz zatrudnienie większej liczby pracowników (56%).

Czy firmy mogą coś zrobić, by zabezpieczyć się przed opóźnionymi płatnościami? – Zdecydowanie tak, i cieszy to, że widzimy taką pozytywną tendencję w odpowiedziach respondentów naszego badania – mówi Krzysztof Krauze, Prezes Intrum w Polsce.

zaległości firm i konsekewncje
W pierwszej trójce środków wykorzystywanych przez firmy, które mają je chronić przed opóźnionymi płatnościami, znalazło się: sprawdzanie wiarygodności kredytowej klientów/kontrahentów (36%), sięganie po gwarancje bankowe (33%) i korzystanie z pomocy firm windykacyjnych (33%).

– Aż 57% przedsiębiorców uważa, że Polskę w ciągu roku lub dwóch czeka recesja, która ma być skutkiem pandemii Covid-19. Można przypuszczać, że nadchodzący kryzys gospodarczy nasili problem zatorów płatniczych. W takiej sytuacji niezwykle ważne jest korzystanie z pomocy firm windykacyjnych, które pomagają firmom w tym, by otrzymywały należne im płatności na czas i poprzez oferowanie rozwiązań należących do prewindykacji sprawiają, że problem opóźnionych płatności w ogóle nie będzie występował – zaznacza Krzysztof Krauze, Prezes Intrum w Polsce.

O raporcie European Payment Report 2020

Firma Intrum zebrała dane od 9 980 firm z 29 krajów w całej Europie (także z Polski), działających w 11 branżach. Badanie zostało przeprowadzone w maju 2020 r. (przed wybuchem pandemii Covid-19 i w jej trakcie).

Pobierz pełny raport: https://www.intrum.pl/partner-biznesowy/nasze-raporty/epr/european-payment-report/

Najlepiej płatne zawody, czyli w jakiej pracy zarobisz najwięcej?

Jakie są najlepiej płatne zawody? Podpowiadamy, w jakiej branży zarobicie najwięcej! Zdradzimy najlepiej płatne zawody w Polsce, a nawet najlepiej płatne zawody… bez studiów. Dowiedzcie się, jak musicie pokierować swoją karierą, żeby dobrze na tym wyjść.

Najlepiej płatne zawody 2020: w jakich branżach zarabia się najwięcej?

Jakie są najlepiej płatne zawody? Warto wiedzieć, jak pokierować swoją karierą, aby nie musieć obawiać się o przyszłość w niepewnych czasach. Zmiana zawodu na jeden z lepiej płatnych wcale nie musi oznaczać potrzeby kończenia dodatkowych studiów, czy też drastycznej zmiany branży. 

Wystarczy wiedzieć, gdzie możecie zarobić dobrze i jak zapewnić sobie stabilne zatrudnienie. Pracownicy których branż nie muszą się więc obawiać zwolnień, czy redukcji pensji? W Polsce od lat są to przedstawiciele branż takich jak IT, marketing, czy bankowość. 

Podobnie wygląda to w skali globalnej, gdzie według badań do najlepiej zarabiających pracowników należą m.in. programiści, piloci samolotów, lekarze, a także prawnicy korporacyjni i analitycy finansowi. Ciekawi, ile się zarabia na takich stanowiskach? Łatwo to sprawdzić – pomoże Wam kalkulator wynagrodzeń 2020, który oblicza kwotę brutto i netto pensji.

Wbrew pozorom natomiast do najlepiej płatnych zawodów 2020 wcale nie należy samodzielny przedsiębiorca. Właściciele firm często muszą borykać się ze skutkami kryzysu gospodarczego, spowodowanego następstwami pandemii, a także ponoszą dużą odpowiedzialność – zarówno finansową, jak i za swoich pracowników. 

Choć historii firm działających z sukcesem także nie brakuje, do otwarcia własnego biznesu warto więc podejść ze szczególną ostrożnością. 

Najlepiej płatne zawody w Polsce

Do najlepiej płatnych zawodów w Polsce, jak wspominaliśmy wyżej, należą z pewnością ten programisty, a także radca prawny. Ten ostatni może liczyć na miesięczne wynagrodzenie rzędu nawet 21,3 tys. zł brutto! Oferty pracy dla prawników i magików komputerowych zawsze się znajdą – wystarczy zajrzeć na portal z ogłoszeniami.

Jak wynika z raportu przygotowanego przez firmę Sedlak&Sedlak, kolejnym świetnie opłacanym zawodem jest główny mechanik. Jeśli Wasze dzieci zastanawiają się, jaką uczelnię wybrać, stanowczo zacznijcie namawiać ich na ukończenie technicznego kierunku studiów! Ich przyszłe zarobki mogą plasować się nawet na poziomie ponad 20 tys. zł brutto miesięcznie!

Już dawno temu skończyliście edukację, a pieniądze przydałyby się Wam “od zaraz”?Jeśli macie smykałkę do handlu, warto rozważyć także ścieżkę kariery przedstawiciela handlowego w branży technicznej. Najlepsi w tym zawodzie zarabiają nawet 18,5 tys. zł miesięcznie!

Jakie jeszcze są najlepiej płatne zawody w 2020 roku w Polsce?

  • Inżynier produktu (18,2 tys. zł)
  • Analityk sprzedaży (17,9 tys. zł)
  • Specjalista ds. kluczowych klientów (17,7 tys. zł)
  • Inżynier testów i walidacji (17,2 tys. zł)
  • Inżynier ds. rozwoju dostawców (16,1 tys. zł)
  • Główny technolog (16 tys. zł)
  • Specjalista ds. zakupów (15,6 tys. zł)
  • Inżynier automatyk (15,3 tys. zł)
  • Analityk systemów komputerowych (15, 2 tys. zł)
  • Przedstawiciel handlowy (14,6 tys. zł)

To właśnie te zawody są nie tylko najlepiej opłacane, ale również istnieje na nie największe zapotrzebowanie na rynku.

Najlepiej płatne zawody bez studiów. Czy żeby dużo zarabiać, trzeba być wykształconym?

Większość z najlepiej płatnych zawodów wymaga posiadania kierunkowego wykształcenia. Wciąż istnieją jednak branże, w których od dyplomu ważniejsze jest Wasze doświadczenie, a także unikalne talenty.

Macie “gadane” i dobrze rozumiecie działanie technik sprzedażowych? Na powyższej liście najlepiej opłacanych zawodów w Polsce nie bez przyczyny dwukrotnie znalazł się przedstawiciel handlowy. Tu studia nie są warunkiem koniecznym, a żeby osiągnąć dobry wynik, wystarczy systematyczna praca, dobra sieć kontaktów i odrobina uroku osobistego. 

Tylko od Waszej wytrwałości zależy, czy sobie poradzicie! Przypomnimy, że jedna z najbardziej rozpoznawalnych marek na świecie, McDonald’s, nie powstałaby, gdyby nie upór nie twórców koncepcji restauracji, a właśnie jej przedstawiciela handlowego, a późniejszego CEO firmy – Raya Kroca. Tu nie ma limitów!

Na rynku bez ukończonych studiów mogą dobrze poradzić sobie także specjaliści ds. public relations. Choć w marketingu nie brakuje absolwentów humanistycznych kierunków, również Ci, którzy nie zdecydowali się na dalszą edukację, mogą tu zrobić karierę. Od czego zacząć? Dobrym pomysłem może być zapisanie się do szkoły policealnej, lub samodzielna edukacja w domu. Webinary, kursy, również te certyfikowane, specjalistyczne blogi i vlogi – nie ma opcji, żebyście nie znaleźli darmowej wiedzy, dzięki której zaczniecie w końcu lepiej zarabiać! Dalej szukacie inspiracji? Zapraszamy na forum o pracy, gdzie przeczytacie wpisy wielu osób i założycie własny wątek na temat opłacalnych zawodów i najbardziej atrakcyjnych ścieżek rozwoju.

Mateusz Bonca pokieruje oddziałem JLL w Polsce

W połowie listopada funkcję Dyrektora Zarządzającego JLL w Polsce przejmie Mateusz Bonca, wcześniej związany między innymi z McKinsey&Company, Deutsche Bank AG i Grupą LOTOS S.A.

Mateusz Bonca jest ekspertem z wszechstronną wiedzą analityczną i doradczą zdobytą w różnych sektorach gospodarki, co pozwoli połączyć wieloletnie doświadczenie JLL z nowym spojrzeniem na organizację i jej otoczenie biznesowe. Mateusz będzie nadzorował całość operacji JLL w Polsce – zarówno tzw. core biznes, czyli lokalny konsulting nieruchomościowy, jak i działalność zespołów wspierających klientów oraz realizujących projekty dla innych oddziałów JLL w regionie Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki.

Mateusz to lider z doświadczeniem zawodowym zdobytym w różnych sektorach gospodarki: od bankowości i finansów, po sektor energetyczny. Jestem przekonana, że Mateusz, posiadając szeroką wiedzę spoza branży nieruchomości, wniesie do JLL nową perspektywę i odegra kluczową rolę w tworzeniu nowoczesnych modeli długofalowej obsługi klientów oraz wdrażaniu rozwiązań, które najlepiej odpowiadają na szybko zmieniające się warunki biznesowe i gospodarcze. Serdecznie witamy Mateusza w JLL. – komentuje Sabine Eckhardt, Szefowa JLL w Niemczech, nadzorująca oddziały firmy w krajach Europy Środkowo-Wschodniej, Holandii, Szwajcarii oraz krajach nordyckich

Wybór Mateusza Boncy na stanowisko Dyrektora Zarządzającego JLL oznacza, że pierwszy raz w historii międzynarodowego biznesu konsultingowego na rynku nieruchomości w Polsce stery przejmuje osoba spoza branży real estate. Poprzez wybór Mateusza Boncy na stanowisko CEO, JLL w Polsce wpisuje się w nowoczesny model zarządzania biznesem – otwarty na kompetencje z różnych sektorów i oparty na zróżnicowanym doświadczeniu oraz ekspertyzie.

Bardzo się cieszę z objęcia funkcji Dyrektora Zarządzającego JLL w Polsce i możliwości współpracy z tak doświadczonym i inspirującym zespołem zwłaszcza teraz, gdy firmy z różnych sektorów muszą odpowiedzieć na wyzwania, jakie niesie przyszłość. To również kluczowy moment dla strategicznego wsparcia klientów w zakresie budowania odporności biznesu, między innymi dzięki wdrażaniu rozwiązań z zakresu zrównoważonego rozwoju oraz promowaniu innowacji, jakie prezentuje JLL. Organizacje mierzą się dziś z podobnymi wyzwaniami, niezależnie od branż, w których działają, a dynamika zmian w gospodarce motywuje je do większej otwartości na doświadczenia innych biznesów i kultur organizacyjnych. Chciałbym podziękować JLL za zaufanie oraz ciepłe przyjęcie. – dodaje Mateusz Bonca, Dyrektor Zarządzający JLL w Polsce

Mateusz Bonca pełnił funkcję Prezesa Zarządu Grupy LOTOS S.A. w latach 2018-2019. Wcześniej, od czerwca 2016 jako Wiceprezes Zarządu odpowiadał za Pion Strategii i Rozwoju, później również za Pion Ekonomiczno-Finansowy. W latach 2012-2016 pełnił funkcję dyrektora w Deutsche Bank AG we Frankfurcie. Nieco wcześniej w latach 2010-2012 był związany z Peppers and Rogers Group Middle East w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Od 2004 do 2010 r. pracował w McKinsey & Company jako konsultant i starszy konsultant, realizując projekty biznesowe w wielu krajach. Poza Polską przygotowywał i realizował strategiczne zmiany w korporacjach m.in. w Niemczech, Czechach, Wielkiej Brytanii, Belgii, Włoszech, Portugalii, Hiszpanii, Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Arabii Saudyjskiej, Bahrajnie, Republice Południowej Afryki i Turcji.

Mateusz Bonca jest absolwentem Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Studiował także w Al Akhawayn University w Maroku. W 2009 r. uzyskał stopień naukowy doktora nauk ekonomicznych. Należy do Strategic Management Society – globalnej sieci ekspertów z obszaru przywództwa.

Usługi logistyczne w ramach outsourcingu – dlaczego warto?

Rosnące zapotrzebowanie klientów na e-usługi sprawiło, że coraz większym zainteresowaniem wśród przedsiębiorców zaczęły cieszyć się usługi logistyczne oferowane w ramach outsourcingu. Korzystanie z takiego rozwiązania zapewnia firmom wiele korzyści, wśród których warto wymienić przede wszystkim oszczędność czasu i pieniędzy oraz gwarancję realizacji usług logistycznych na najwyższym poziomie. Na czym polega outsourcing, jakie usługi logistyczne wchodzą w jego zakres i jakie korzyści zapewnia to rozwiązanie?

Czym jest i na czym polega outsourcing usług logistycznych?

Outsourcing usług logistycznych jest profesjonalną usługą oferowaną przed wyspecjalizowane podmioty z zakresu logistyki. Polega na oddelegowaniu wszystkich lub części obowiązków związanych z obsługą logistyczną przedsiębiorstwa zewnętrznej firmie, czyli operatorowi logistycznemu. Zakres funkcji logistycznych przekazywanych w ramach outsourcingu może być bardzo zróżnicowany i obejmować zarówno samo magazynowanie towarów i ich transport, jak i całokształt zarządzania łańcuchem dostaw. Do usług najczęściej przekazywanych w outsourcing należą: transport, magazynowanie oraz usługi celne.

Usługi logistyczne oferowane w ramach outsourcingu są idealną odpowiedzią na potrzeby współczesnych firm, które pragną skupiać się na rozwijaniu własnej działalności oraz wychodzić naprzeciw rosnącym z roku na rok potrzebom wymagającego, współczesnego rynku. Możliwość oddelegowanie w ręce zewnętrznej, wyspecjalizowanej firmy większości obowiązków związanych z obsługą logistyczną przedsiębiorstwa pozwala firmie na optymalizowanie kosztów własnej działalności, skoncentrowanie się na rozwoju oraz poprawę jakości obsługi logistycznej. Bardzo ważnym aspektem outsourcingu jest czas jego trwania, który najczęściej ma charakter długoterminowy.

Co można zyskać stosując outsourcing logistyczny?

Korzystanie z usług logistycznych oferowanych w ramach logistyki kontraktowej wiąże się z licznymi korzyściami, które doceni każda, dążąca do systematycznego rozwoju firma. Usługi logistyczne realizowane przez zewnętrznego, wyspecjalizowanego operatora pozwalają znacznie zredukować koszty operacyjne funkcjonowania przedsiębiorstwa oraz podnieść jakość procesów logistycznych. Przedsiębiorstwo zyskuje profesjonalną pomoc, odciążenie w wykonywanych obowiązkach oraz dostęp do niezbędnych zasobów, w tym w pełni wyposażonego magazynu, przestrzeni do kompletowania zamówień, know-how z zakresu logistyki, obsługi posprzedażowej i wielu innych.

Profesjonalne usługi logistyczne w ramach logistyki kontraktowej są oferowane przez różne firmy. Klienci z Sosnowca i okolic w pierwszej kolejności powinni zapoznać się z ofertą lokalnego operatora logistycznego Delta Trans, który posiada hale magazynowe i produkcyjne o łącznej powierzchni ponad 120 tys. m2 zlokalizowane na terenie centrum logistycznego w Świętochłowicach i Chorzowie oraz w Rudzie Śląskiej i Gliwicach. Delta Trans oferuje dostęp do szerokiego spektrum działań w ramach swojej działalności oferując takie usługi logistyczne, jak m. in. transport, logistykę magazynową, e-commerce, co-manufacturing, obsługę celną i wiele innych.

Firmy znowu chore na Koronawirusa. Wsparcia coraz mniej, a restrykcji i problemów coraz więcej

– Doniesienia medialne z całego kraju są coraz bardziej niepokojące. Wszyscy zadajemy sobie pytanie, czy czeka nas zaostrzenie reżimu sanitarnego, czy wejdziemy do żółtej, a może czerwonej strefy? Jako Prezes Północnej Izby Gospodarczej czuję się w obowiązku napisać kilka słów. Potrzeba nam znów wielkiej solidarności, bo tylko wspierając się wzajemnie przedsiębiorcy będą w stanie przetrwać trudny czas pandemii. Nie da się jednak ukryć, że sama solidarność nie wystarczy, Jako Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie apelujemy do Rządu o przygotowanie nowej strategii wsparcia dla sektora MŚP. Znam wiele firm, które nie „wyszły na prostą” po pierwszej fali pandemii. To, co dzieje się obecnie może doprowadzić te firmy do upadku. Apelujemy o opracowanie nowego modelu Tarczy Antykryzysowej, który wesprze przedsiębiorców, którzy tego najbardziej potrzebują. Uważam także, że należy wykonywać więcej testów, bo widzimy, że niektórzy przechodzą pandemię bezobjawowo – pisze w swoim pierwszym otwartym liście Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

  • Powolne wygaszanie programów wspierających przedsiębiorców w ramach Tarczy Antykryzysowej przy jednoczesnym zaostrzaniu restrykcji jest zostawianiem przedsiębiorców samym sobie
  • Apelujemy do Rządu i samorządu o przygotowanie kolejnych programów wsparcia dla lokalnych przedsiębiorców. Najbardziej poszkodowane są takie branże jak: eventowa, kulturalna, hotelarstwo, turystyka, transport czy mały sektor przemysłowy
  • Wsparcia jest obecnie coraz mniej, a wielu przedsiębiorców zwraca uwagę, że sytuacja gospodarcza jest coraz poważniejsza
  • Północna Izba Gospodarcza niezmiennie działa – proponujemy naszym przedsiębiorcom bezpłatne doradztwo w ramach Izbowego Pakietu Wsparcia dla Przedsiębiorców

– Koronawirus jest częścią świata, w którym żyjemy. Spowszedniał, stał się częścią krajobrazu, a to niedobrze. Nadal jest niebezpieczny. Może nie dla każdego w równym stopniu, ale każdy z nas może zarazić nim osobę, dla której walka z nim może okazać się zbyt trudna.  Od kilku lat pracowałam intensywnie z moimi kolegami w Prezydium Izby, dbając o jej dobro i rozwój. Jako przedsiębiorca dostrzegam konieczność współdziałania z innymi i potrzebę wspólnoty. Izba jako samorząd gospodarczy idealnie spełnia ten warunek i jest gwarantem realizacji wspólnych postulatów i potrzeb przedsiębiorców. To dzięki uczestnictwu w takiej organizacji głos przedsiębiorców jest słyszalny, a ich problemy i potrzeby dostrzegalne. Sugerujemy także powrót do niższych stawek VAT dla wszystkich przedsiębiorców i trwalsze, czasowe obniżenie  VAT dla przedsiębiorców najmocniej dotkniętych pandemią np. gastronomii, turystyki czy hotelarstwa – mówi Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

– W tym trudnym okresie, który zapewne szybko się nie skończy, przede wszystkim musimy dbać o interesy przedsiębiorców. Docierać z ich głosem i potrzebami do decydentów politycznych na wszystkich poziomach władzy. Reprezentować biznes jako całość, ale i poszczególne branże z osobna. Z całą stanowczością należy stwierdzić, że pandemia koronawirusa, wiosenny lockdown i jesienne spowolnienie gospodarcze doprowadziło wiele firm do bardzo trudnej sytuacji. Przedsiębiorcy są zmuszeni do zadłużania się lub zamykania działalności. Z naszego punktu widzenia powolne wygaszanie programów wsparcia, przy jednoczesnym zaostrzaniu restrykcji jest zostawianie małych firm samym sobie. Najbardziej poszkodowane są takie branże jak: branża kreatywna i eventowa, kultura, gastronomia, hotelarstwo, turystyka, przemysł, transport coraz częściej słyszymy również o stratach w handlu. Działania Tarczy Antykryzysowej były przez przedsiębiorców oceniane jednoznacznie pozytywnie. Obecnie dochodzi do sytuacji, że tego wsparcia jest mniej, a dla niektórych firm jesień jest czasem trudniejszym niż wiosna – mówi Hanna Mojsiuk.

– Północna Izba Gospodarcza nadal będzie aktywnie działać, pilnować wdrażanych rozwiązań i apelować, by były możliwie najlepsze. Ponadto cały czas w ramach Izbowego Pakietu Wsparcia pomagamy przedsiębiorcom w postaci udzielania porad prawnych, podatkowych, finansowych, dotacyjnych oraz z zakresu ubezpieczeń społecznych i wielu innych. Podczas II fali epidemii ograniczamy eventy i spotkania bezpośrednie, ale nie rezygnujemy z działalności. Przenosimy się w większości do aktywności on-line i jesteśmy do dyspozycji przedsiębiorców cały czas.

Ponadto jako jedna z największych organizacji tego typu w Polsce chcemy nadal się rozwijać. Tworzyć nowe inicjatywy, projekty i przedsięwzięcia współpracując z innymi organizacjami, urzędami i uczelniami. Chcemy być organizacją opiniotwórczą o zasięgu krajowym będącą blisko spraw przedsiębiorców i mówiącą ich głosem. Wszystkim Państwu życzę zdrowia, bo to jest teraz najważniejsze – dodaje Hanna Mojsiuk.

ZPP: trzeba radykalnych zmian organizacyjnych i przestrzegania restrykcji sanitarnych, nie możemy pozwolić sobie na ponowny lockdown

Liczba zakażeń koronawirusem rośnie lawinowo, coraz bardziej niepokojące stają się dane o zajętych łóżkach i respiratorach. Kolejne zmiany taktyki ogłaszane na konferencjach prasowych każą zadać pytanie o to, czy w ciągu ostatnich miesięcy udało się przygotować państwo do drugiej fali epidemii. Zdaniem ekspertów Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, brak jasnej strategii i skutecznych procedur pokazuje, że okres „wyciszenia” wirusa został przespany przez instytucje kierujące systemem opieki zdrowotnej w Polsce.

– Można założyć, że w marcu i kwietniu Ministerstwo Zdrowia było zajęte „gaszeniem pożaru”, jednak już od maja był czas, żeby przemyśleć sposób postępowania jesienią i doposażyć odpowiednie instytucje. Wiadomo było przecież, że druga fala epidemii nadejdzie – twierdzi Cezary Kaźmierczak, prezes ZPP – Od kilku tygodni obserwujemy zupełny chaos i bezradność instytucji. Procedury albo nie istnieją, albo nie działają, testujemy wielokrotnie mniej niż powinniśmy, a zasób łóżek i respiratorów kurczy się. Minister Zdrowia nie zdążył przygotować realnej strategii walki z koronawirusem, bo trudno nazwać strategią opublikowany na stronie resortu dokument.

Podstawowe cele przygotowanej przez ZPP strategii walki z COVID-19 to graniczenie transmisji wirusa poprzez masowe testowanie, zabezpieczenie maksymalnej możliwej wydolności systemu opieki zdrowotnej i zapewnienie ciągłości prowadzenia działalności gospodarczej. Zdaniem ekspertów Związku, mimo deklaracji polityków o braku możliwości ponownego zamknięcia gospodarki, wprowadzane konsekwentnie ograniczenia w gigantycznej mierze dotykają biznes i oznaczają w praktyce kroczący lockdown.

– Polska gospodarka poniosła gigantyczne koszty lockdownu – pierwszy raz od lat nie odnotowujemy wzrostu PKB, deficyt budżetowy wzrósł do rekordowych rozmiarów, wydaliśmy dziesiątki miliardów złotych na konieczne programy pomocowe – podkreśla Jakub Bińkowski, dyrektor Departamentu Prawa i Legislacji ZPP – Wydaliśmy te pieniądze w określonym celu, żeby kupić czas potrzebny na przygotowanie systemu opieki zdrowotnej do walki z wirusem. Nie zrobiono tego i teraz ponownie koszty reżimu sanitarnego próbuje się przerzucić na biznes. To niemożliwe do zaakceptowania.

Zaprezentowana przez ZPP strategia zakłada daleko idące zmiany w modelu przeciwdziałania rozwojowi epidemii. Eksperci Związku postulują stworzenie wyspecjalizowanej, podległej bezpośrednio premierowi agencji, zorganizowanej na wzór PFR, która przejęłaby zadania administracyjne i menadżerskie. Pod kątem medycznym, strategia opiera się na rekomendacji możliwie masowego testowania (w tej chwili Polska zajmuje 84 miejsce na świecie pod względem liczby wykonywanych testów na milion mieszkańców) i ścisłej egzekucji kluczowych restrykcji sanitarnych wynikających ze stanowiącego w tej chwili szeroki konsensus podejścia DDM (dystans – dezynfekcja – maseczki). Jednocześnie, Związek sprzeciwia się jakimkolwiek ograniczeniom dla prowadzenia biznesu – konsekwentnie, uważa za stosowne zlikwidowanie żółtej strefy na terenie całego kraju.

Integralną częścią strategii jest case study poświęcone strategiom walki z COVID-19 stosowanym w Szwecji i w Niemczech. Doświadczenia tych państw nie są jednoznaczne, jednak dostarczają przydatnej wiedzy dotyczącej ewentualnych skutków rozmaitych modeli strategicznych.

– Szwecja „poszła na żywioł” i, będąc w europejskiej awangardzie, nie wprowadzała szczególnych obostrzeń w trakcie pierwszej fali. Zapłaciła za to wysoką cenę gospodarczo, ale przede wszystkim zdrowotnie, odnotowując bardzo wysoką liczbę zakażeń i zgonów – stwierdza Kamila Sotomska, analityk Departamentu Prawa i Legislacji ZPP – Póki co, kraj ten przechodzi drugą falę epidemii stosunkowo łagodnie, ale nie jest pewne, czy to rezultat podejścia przyjętego wcześniej w tym roku. Niemcy wydają się dobrze radzić sobie z wirusem – jest to oczywiście konsekwencja wysokich nakładów na opiekę zdrowotną, ale również bardzo masowego testowania. Jest to w tym zakresie podejście, które proponujemy powielić w Polsce.

– Trzeba powiedzieć wprost – strategia walki z COVID-19 na okres jesienny nie została przygotowana przez właściwe organy – konkluduje Cezary Kaźmierczak – Wykonaliśmy więc tę pracę i liczymy na to, że podejście do walki z epidemią zostanie zmodyfikowane bardzo szybko. Mamy coraz mniej czasu, by zareagować na narastającą liczbę zakażeń i uchronić system opieki zdrowotnej przed utratą wydolności.

PARP: Sytuacja na rynku pracy w Polsce stabilniejsza niż w innych krajach UE

Stopa bezrobocia rejestrowanego w Polsce w sierpniu 2020 r. wyniosła 6,1 proc. i od czerwca utrzymuje się na takim samym poziomie. Jak wynika z raportu Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości „Rynek pracy, edukacja, kompetencje. Aktualne trendy i wyniki badań. Wrzesień 2020”, w sierpniu w urzędach pracy zarejestrowało się mniej bezrobotnych i jednocześnie pojawiło się mniej wolnych wakatów w porównaniu do lipca br. O swoją przyszłość na rynku pracy najbardziej boją się najmłodsi pracownicy i ci w wieku 45-54 lata.

Raport przygotowany przez PARP przedstawia syntetyczne wyniki aktualnych badań i analiz dotyczących polskiego i międzynarodowego rynku pracy. To cykliczna comiesięczna publikacja, którą Agencja przygotowuje na potrzeby Rady Programowej ds. Kompetencji koordynującej działanie systemu Sektorowych Rad ds. Kompetencji. Omawiany raport dotyczy okresu od 19 sierpnia do 20 września 2020 r.

Mniej bezrobotnych i mniej wakatów

Od czerwca br. stopa bezrobocia rejestrowanego utrzymuje się na poziomie 6,1 proc. Rok do roku wartość wskaźnika wzrosła natomiast o 0,9 pp. Pod koniec sierpnia w urzędach pracy było zarejestrowanych 1,029 mln bezrobotnych. W porównaniu z lipcem 2020 r. ich liczba nieznacznie spadła o 0,5 tys. osób (0,05 proc.). Natomiast rok do roku to więcej o 163,5 tys., czyli o 18,9 proc.

Wraz z liczbą bezrobotnych spada również liczba wakatów zgłaszanych do urzędów pracy. Według danych MRPiPS, w sierpniu 2020 r. pojawiło się 94,5 tys. wolnych miejsc pracy i aktywizacji zawodowej. To o 11,5 tys. ofert (10,8 proc.) mniej niż w lipcu tego roku.
W sierpniu stopa bezrobocia nieznacznie wzrosła o 0,1 pp. w trzech województwach: mazowieckim, pomorskim i śląskim. Spadła natomiast w pięciu: o 0,2 pp. w warmińsko-mazurskim i o 0,1 pp. w kujawsko-pomorskim, lubelskim, świętokrzyskim i zachodniopomorskim.

W Polsce lepiej niż w Europie

Z danych Eurostatu wynika, że wskaźnik bezrobocia dla krajów członkowskich Unii Europejskiej w lipcu 2020 r. wyniósł 7,2 proc. To wzrost o 0,1 pp. wobec poprzedniego miesiąca oraz o 0,9 pp. r./r. W Polsce w lipcu 2020 r. wartość wskaźnika stopy bezrobocia, liczona zgodnie z metodologią Eurostatu, wyniosła 3,2 proc. i zmalała o 0,1 pp. zarówno w porównaniu z wynikiem z czerwca br., jak i w ujęciu rocznym. To drugi najlepszy wynik wśród państw Unii. Lepiej jest tylko w Czechach, gdzie wskaźnik wyniósł 2,7 proc.

– Dane napływające do nas z Europy pokazują, że sytuacja na polskim rynku pracy jest w miarę stabilna. Jesteśmy w czołówce, jeśli chodzi o najmniejszy wskaźnik stopy bezrobocia. Pokazuje to, że nasi pracodawcy za wszelką cenę chcą utrzymać obecnie zatrudnione osoby, wiedząc że rekrutacja wykwalifikowanego pracownika będzie bardziej kosztochłonna i obciążona dużym ryzykiem niepowodzenia. Częściej niż na zwolnienie decydują się, na przykład, na zmniejszenie wymiaru godzin pracy – mówi Daniel Nowak, ekspert z Departamentu Rozwoju Kadr w Przedsiębiorstwach PARP.

W najgorszej sytuacji jest obecnie Hiszpania, gdzie wskaźnik bezrobocia wyniósł 15,3 proc. Na drugim miejscu znalazły się Włochy (9,7 proc.), a na trzecim Szwecja (9,4 proc.). Szwedzkie władze nie zdecydowały się na całkowite zamknięcie gospodarki, nie uchroniło to jednak tego kraju od kryzysu na rynku pracy.

Z niepewnością w przyszłość

Jak wynika z zaprezentowanych w raporcie PARP badań Work Service, niemal 15,9 proc. pracujących Polaków obawia się utraty stanowiska w ciągu najbliższych 2 lat. To najwyższy odsetek od 2017 r. i ponad 7 proc. więcej niż w lutym br. Jednocześnie zmniejszyła się liczba osób, które czują się spokojne o swoje miejsca pracy, choć nadal jest ona bardzo wysoka – 81,1 vs 87,5 proc. w lutym br.

– Kryzys wywołany koronawirusem nadal jest z nami i nie wiadomo, jak długo będziemy się mierzyć z jego konsekwencjami. Nic więc dziwnego, że rośnie liczba osób zaniepokojonych swoją przyszłością na rynku pracy. Najwięcej obaw mają pracownicy najmłodsi, w wieku 18-24 lat, ale również ci bardziej doświadczeni, z grupy 45-54 lat – mówi Piotr Krasiński, zastępca dyrektora Departamentu Rozwoju Kadr w Przedsiębiorstwach PARP.

Kwalifikacje kluczowe do rozwoju

Niepewność związana jest z brakiem odpowiedniego przygotowania do wyzwań czekających na coraz bardziej zaawansowanym cyfrowo rynku pracy. Głównie chodzi o umiejętności z zakresu nauk ścisłych, technologii, inżynierii i matematyki, które uważane są za niezbędne do wspierania innowacyjności i zapewnienia wzrostu gospodarczego. Jednocześnie są poszukiwane przez pracodawców. Według danych Eurostatu, w latach 2005-2018 udział specjalistów w dziedzinie technologii informacyjno-komunikacyjnych (ICT) w całkowitym zatrudnieniu wzrósł z 2,6 proc. do 3,9 proc. W czasie pandemii zapotrzebowanie na pracowników z tej branży zwiększyło się jeszcze bardziej. Firmy zgłaszają, że brakuje im specjalistów ds. cyberbezpieczeństwa, tak ważnych w czasie, kiedy praca nadal wykonywana jest zdalnie.

Równie ważne są jednak kompetencje miękkie. Z czasem w wykonywaniu powtarzalnych zadań człowieka zastąpią roboty, dlatego pracodawcy oczekiwać będą umiejętności krytycznego myślenia, kreatywności i przedsiębiorczości potrzebnych do rozwiązywania najtrudniejszych zadań.

Podnoszenie kwalifikacji ma znaczenie nie tylko dla rozwoju osobistego, a tym samym zwiększania swoich szans na rynku pracy. To kluczowy aspekt również w czasie, gdy mierzymy się z problemami takimi jak zmiany klimatyczne, globalizacja, migracja czy starzenie się społeczeństwa.

Nowe rekordy w Warszawie. Pół km2 zgarnęło połowę transakcji!

Według danych REDD, w drugim i trzecim kwartale 2020 roku w nowoczesnych obiektach biurowych w Warszawie wynajęto ok. 220 tys. mkw. Ponad 55 proc. tej powierzchni wynajęto na Woli, w ścisłym sąsiedztwie Ronda Daszyńskiego.

–  Jak pokazują dane REDD, na tym obszarze mniejszym niż 1/2 kilometra kwadratowego podpisano umowy najmu na łączną powierzchnię ponad 120 tys. mkw. – mówi Judyta Bartnicka, analityczka REDD.REDD_1 (1)

Wyniki wynajmu na Woli są czterokrotnie wyższe niż w następnej dzielnicy w zestawieniu. Na Mokotowie zarejestrowano umowy najmu na łączną powierzchnię 31 tys. mkw. Na kolejnych miejscach plasują się: Śródmieście (22,5 tys. mkw.), Ochota (19,4 tys. mkw.) oraz Włochy (12,9 tys. mkw.).REDD_2

Months of supply: Średnia dla całego kraju lekko powyżej roku

Months of supply („MoS”) to teoretyczny wskaźnik relacji popytu do podaży, który symuluje ile trwałoby wynajęcie wszystkich dostępnych biur na danym rynku, biorąc pod uwagę obecne zasoby i tempo wynajmu.

–  Średnia wartość MoS dla głównych rynków w Polsce wynosi obecnie 13,5 miesiąca. Najniższy wskaźnik w granicach sześciu miesięcy zanotowało Trójmiasto, natomiast najwyższy – ponad półtora roku – Katowice – wymienia Judyta Bartnicka, analityczka REDD.REDD_3

80 proc. zatrudnionych jest „zdalnie wykluczonych” i narażonych na COVID-19 w miejscu pracy?

Według danych GUS na początku epidemii koronawirusa w Polsce tylko 14 proc. zatrudnionych pracowało zdalnie. Ten typ pracy w naszym kraju może wykonywać w sumie ok. 20 proc. aktywnych zawodowo. Większość osób – aż 80 proc. nie ma możliwości pracy z domu, bo branże, w których funkcjonują i zlecane im obowiązki zawodowe wymagają fizycznej obecności w firmie. Niestety, to właśnie zakłady pracy są dziś jednymi z miejsc, w których szansa na zakażenie COVID-19 jest duża, mimo że przełożeni robią co mogą, by ochronić zespół przed zarażeniem, a firmę przed przestojem, a nawet upadkiem.

W naszym kraju ok. 16,5 mln osób jest aktywnych zawodowo. W tej grupie tylko 2 na 10 Polaków może pracować zdalnie. Pozostali (8 na 10 osób) swoje obowiązki muszą wypełniać stacjonarnie. Wśród nich znajdują się pracownicy wielu branż m.in. produkcyjnej, handlowej, logistycznej, transportowej, ale też pracownicy banków, urzędów czy służb publicznych. Niemożność pracy zdalnej nie sprzyja ochronie ich zdrowia, nawet w sytuacji, gdy polscy pracodawcy wzięli sobie do serca wszelkie zalecenia i robią wszystko, by zminimalizować ryzyko zakażenia w swojej organizacji. Fala zachorowań w przedsiębiorstwach dla ich właścicieli oznacza nie tylko wsparcie pracownika w walce o powrót do zdrowia, ale też trudną walkę o zachowanie miejsc pracy i przetrwanie ich biznesu.

Mimo starań pracodawców, codziennie nowe przypadki zachorowań

Firmy są dziś jednymi z miejsc, w których zakażamy się najczęściej. Tylko w woj. pomorskim na 109 ognisk zakażeń SARS-CoV-2, aż 34 to zakłady pracy (wg. danych sanepidu z 9.10.2020). Pozostałe to m.in. szpitale i szkoły, których pracownicy również chorują na koronawirusa. Każdego dnia z całej Polski płyną sygnały o nowych zakażeniach w przedsiębiorstwach. W dużym stopniu spowodowane są one specyfiką wykonywanej pracy i branżą, w której funkcjonują firmy niemogące pozwolić sobie na przywilej wprowadzenia pracy zdalnej.

Za nami 7 miesięcy sprawdzianów, które COVID-19 fundował niemal codziennie w polskich firmach. Moim zdaniem pracodawcy odrobili lekcję z ochrony pracowników zarówno pod względem formalnym, jak i operacyjnym. Wprowadzenie zmian w firmach zajmowało od kilku dni do max. 3 miesięcy – w zależności od skali ich działania. Wypracowano procedury, opracowano koronawirusowe regulaminy pracy i informowano pracowników o kluczowych zmianach – mówi Cezary Maciołek, wiceprezes Grupy Progres. – Przełożeni starali się też jak najlepiej chronić zespół w miejscu pracy – badano temperaturę, gwarantowano środki odkażające, maseczki, rękawiczki, zachowywano odległość, ograniczano spotkania bezpośrednie. Ci, którzy mogli wprowadzili pracę zdalną, jednak przeważająca większość firm nie miała takiej możliwości, dlatego w wielu przypadkach wprowadzano system zmianowy, by chronić zespół przed chorobą – zaznacza Cezary Maciołek.

Niestety, do powstania ognisk zakażeń w firmach przyczyniają się również pracownicy, którzy nie zgłaszają nikomu, w tym pracodawcy, że mogą być nosicielem koronawirusa i nadal chodzą do pracy. Dzieje się tak np. w sytuacji, gdy nie chcą oni iść na chorobowe lub kwarantannę, bo boją się utraty premii za stuprocentową obecność w pracy oraz nie chcą otrzymywać niższej pensji, która z powodu zasiłku chorobowego wynosi 80 proc. normalnego wynagrodzenia.

Koronawirus gra z firmami w domino

Firmy bardzo często stanowią system naczyń połączonych, gdy w jednej z powodu zachorowań pracowników nastąpi przestój, w innych – uzależnionych od jej pracy również dochodzi do znacznych opóźnień. Obecna sytuacja może przełożyć się na funkcjonowanie przedsiębiorstw w momencie, gdy większość z nich nie może wprowadzić pracy zdalnej z uwagi na charakter wykonywanej pracy i – mimo zabezpieczeń – dojdzie do fali zachorowań wśród pracowników. W praktyce oznacza to nie tylko destabilizację pracy całego przedsiębiorstwa, ale też straty finansowe. Następują one w momencie, gdy dochodzi do braków kadrowych w zespole, które w czasach koronawirusa, bardzo trudno szybko uzupełnić, a to oznacza niewywiązanie się z umowy z klientami np. niedostarczenie towarów na czas, a to z kolei może wpłynąć na kary finansowe wynikające z zawartej umowy handlowej. Wydatki generują także koszty kwarantanny pracowników, które często biorą na siebie pracodawcy i wypłaty wynagrodzeń chorobowych. Przykładowo, jeśli w firmie zachoruje 100 pracowników, którzy będą musieli przebywać na kwarantannie 10 dni to pracodawca musi wypłacić im około 150 tys. zł z tytułu wynagrodzeń za czas, w którym nie byli w stanie wykonywać swoich obowiązków.

Elastycznością w COVID-19

W dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości polscy pracodawcy, by przetrwać, musieli ograniczyć inwestycje średnio oraz długookresowe i skupili się na planowaniu niedalekiej przyszłości. Nagłe braki kadrowe, które może spowodować COVID-19 i niepewność rynkowa powodują, że elastyczność jest obecnie istotnym elementem polityki personalnej każdej firmy, bo może uchronić ją przed przymusowym przestojem. Stąd też rosnące zainteresowania pracą tymczasową zarówno wśród firm, jak i kandydatów do pracy.

Obserwując doniesienia płynące z rynku nie sądzę, żeby doszło do drugiego lockdownu w takiej skali, jaka miała miejsce w momencie, gdy stawialiśmy pierwsze kroki w walce z koronawirusem. Obecnie polscy przedsiębiorcy wiedzą, czym jest COVID-19 i jak ogromne zagrożenie stanowi dla ich biznesu. Mają też świadomość, że nie stać ich na kolejne przestoje zaznacza Cezary Maciołek, wiceprezes Grupy Progres. – Rząd zakłada, że odrobimy straty w przyszłym roku, ale to może być bardzo trudne. Moim zdaniem aktywność gospodarcza powróci do poziomu sprzed pandemii dopiero w 2022 r. Aktualna sytuacja wpływa negatywnie na konsumpcję i inwestycje, a to są bardzo istotne elementy rozwoju gospodarczego. Ponadto wstrzymanie realizacji zamówień w zakładach pracy jest ogromnym zagrożeniem, które może ziścić się w z dnia na dzień. Dlatego wiele firm szuka ratunku w pracownikach tymczasowych i w swoich planach uwzględnia zwiększenie zespołu wykonującego ten rodzaj pracy. Bo to oznacza dla nich wygraną walkę o przetrwanie, którą będą musieli toczyć w niepewnych czasach – podsumowuje ekspert.

Rockwell Automation przejmuje Oylo – dostawcę usług w zakresie cyberbezpieczeństwa

Firma Rockwell Automation ogłosiła przejęcie firmy Oylo, dostawcy usług w zakresie cyberbezpieczeństwa z siedzibą w Hiszpanii. Głównym obszarem działalności Oylo jest dostarczanie szerokiej gamy usług i rozwiązań w zakresie cyberbezpieczeństwa przemysłowych systemów sterowania (ICS), w tym ocen, wdrożeń pod klucz, usług zarządzanych i reagowania na incydenty. Nabycie Oylo umocni łańcuch dostaw i poszerzy ofertę usług cyberbezpieczeństwa Rockwell Automation dostępnych na rynku przemysłowym.

„Wraz z wdrażaniem na halach produkcyjnych koncepcji smart manufacturing, w tym m.in. połączonych ze sobą sieciowo urządzeń, posiadanie kompleksowej strategii cyberbezpieczeństwa obejmującej przemysłową technologię operacyjną (OT) i informatyczną (IT) nigdy wcześniej nie było tak ważne, jak teraz. Naszym celem jest sukces naszych klientów m.in. w zakresie wdrażania koncepcji Connected Enterprise, a specjalistyczna wiedza, którą Oylo wniesie do Rockwell Automation sprawi, że będziemy mogli dzielić się nią z firmami na całym świecie.” – powiedział Frank Kulaszewicz, Senior Vice President, Lifecycle Services w Rockwell Automation.

Przejęcie firmy Oylo potwierdza zaangażowanie firmy Rockwell Automation w dostarczanie najlepszych w swojej klasie usług i rozwiązań w zakresie cyberbezpieczeństwa. Doświadczenie Oylo w dziedzinie cyberbezpieczeństwa OT uzupełnia wiedzę w zakresie cyberbezpieczeństwa IT zdobytą, dzięki niedawnemu przejęciu Avnet Data Security. Nabycie Oylo bezwględnie umacnia łańcuch dostaw i poszerza ofertę usług cyberbezpieczeństwa dostępnych na rynku przemysłowym.

Oylo będzie włączone do  segmentu operacyjnego Lifecycle Services.

CDRL wyniki sprzedaży za III kwartał 2020 r.

Grupa CDRL, właściciel marki Coccodrillo oraz Buslik, w III kwartale br. wygenerowała 122,89 mln zł przychodów w obu markach, o około 7 proc. mniej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Na bardzo wysokim poziomie utrzymuje się sprzedaż za pośrednictwem kanałów e-commerce, które w obu markach wzrosły o ponad 60 proc r/r.

– W związku z aktualną sytuacją społeczno-gospodarczą, musimy zaakceptować spadki obrotów w sklepach stacjonarnych spodziewamy się, że w najbliższym czasie to się nie zmieni. Konsekwentnie od kilku miesięcy stawiamy na rozwój e-commerce. Myślimy o współpracy z multiplatformami obecnymi na naszym i na zagranicznych rynkach. Pracujemy także nad uruchomieniem kolejnego sklepu internetowego na Ukrainie – komentuje Tomasz Przybyła, wiceprezes CDRL.

Polskie sklepy stacjonarne w III kwartale 2020 roku osiągnęły przychody na poziomie 40,8 mln zł. Jest to wynik o 6 proc. niższy od odnotowanego w analogicznym okresie 2019 roku. Sieć sklepów stacjonarnych Buslik w omawianym okresie wygenerowała 44,1 mln zł przychodów – jest to o 20 proc. mniej niż III kwartale ubiegłego roku.

Nadal bardzo dużą popularnością wśród kupujących cieszy się kanał e-commerce. Przychody ze sprzedaży w polskim sklepie internetowym wyniosły 10,5 mln przychodów i jest to wynik wyższy od odnotowanego w analogicznym okresie ubiegłego roku o 66 proc. W omawianym okresie sklep internetowy sieci Buslik osiągnął przychody w wysokości 2,7 mln zł. Jest to wzrost o 62,1 proc. względem II kwartału 2019 roku.

Narastająco, od stycznia do końca września Grupa CDRL wygenerowała 292,9 mln zł przychodów. Jest to wynik niższy od ubiegłorocznego o ponad 10 proc.