Milion pracowników na pokładzie. Amazon notuje kolejne rekordy

Pandemia na całym świecie winduje wyniki branży e-commerce. Trudno się więc dziwić, że Amazon, światowy lider tego rynku, notuje kolejne rekordy w swej działalności. Washington Post doniósł właśnie, że firma zatrudnia już ponad milion pracowników.

Do Gwiazdki bez śniegu większość z nas zdążyła się już przyzwyczaić. Jednak trudno nam wyobrazić sobie Święta bez upominków dla najbliższych i przyjaciół. Koronawirus skutecznie jednak odbiera części kupujących chęć odwiedzania sklepów stacjonarnych. Stąd prezenty w sieci zamierza w tym roku kupić 57% klientów dokonujących zakupów w Internecie, wynika z badania przeprowadzonego przez Krajowy Rejestr Długów (KRD) i serwis ChronPESEL.pl. To zaś między innymi, jak i zwykłe, codzienne zakupy, które coraz większa grupa klientów robi w sieci, napędza rozwój e-handlu. Jak bardzo? Jak donosi GUS, udział zakupów przez Internet w sprzedaży detalicznej wzrósł z 6,8 proc. całości sprzedaży w sierpniu br. do 7,3 proc. w październiku br. Wartość sprzedaży przez Internet w Polsce wzrosła o 9,1 proc. w ujęciu miesięcznym. I choć to dane tylko dla naszego kraju, to przecież trend ten zauważalny jest na całym świecie.

W efekcie rynek wzrasta z dnia na dzień, na czym zyskują i ci duzi, i ci mali. Gigant tego rynku, Amazon, w tym roku zwiększył swój poziom zatrudnienia łącznie o 400 tys. osób. Tylko od lipca do września zatrudnił 250 tys., a w samym październiku aż 100 tys. Osoby te w większości zasiliły szeregi pracowników magazynów oraz personelu odpowiedzialnego za realizowanie dostaw do klientów. – Te dane doskonale obrazują, jaki potencjał wciąż znajduje się w rynku e-commerce i jakich wzrostów można się jeszcze spodziewać. Nie znam bowiem drugiej takiej firmy, która w ostatnich latach tylko w ciągu jednego miesiąca zatrudniłaby liczbę osób odpowiadającą mniej więcej ilości mieszkańców Legnicy czy Kalisza – komentuje Aleksandra Szarmach, Chief Marketing&Sales Officer w firmie Nethansa, specjalizującej się we wsparciu sprzedaży na Amazonie, i dodaje – A jeśli ktoś myśli, że zatrudnienia te związane były tylko z zachorowaniami na Covid-19 wśród pracowników Amazona – o czym donosiły media – i koniecznością uzupełnienia wynikłych stąd braków kadrowych, to jest w błędzie. Od początku pandemii, jak podaje firma, zakażenie koronawirusem potwierdzono co prawda u 20 tys. pracowników, jednak liczba ta, jak widać, to tylko ułamek tego, ile zatrudnił Amazon.

Braki kadrowe jak najbardziej są. Tylko są one efektem rozwoju Amazona, wynikającego ze wzrostów w e-commerce. Tylko u nas, nad Wisłą, jeszcze przed gorączką Black Friday i Cyber Monday, Amazon deklarował, że zatrudni w znajdujących się tu centrach logistycznych 10 tys. osób jako pracowników sezonowych, aby wesprzeć, jak to określa branża doręczeń kurierskich “szczyt paczkowy”. W rezultacie w Polsce dzięki Amazon pracę znalazło 18 tys. osób, którzy mogą liczyć na minimum 20 PLN brutto za godzinę plus premia miesięczna do poziomu maksymalnie 15 proc. wynagrodzenia. Firma przewidziała także świąteczny dodatek dla wszystkich, którzy pracować będą w dniach 8 listopada – 26 grudnia, w wysokości 4 zł. Do tego dochodzą benefity, takie jak m.in. ciepłe posiłki za 1 zł, ubezpieczenie na życie i prywatna opieka medyczna. Wysiłków, aby przyciągnąć potencjalnych pracowników firma podejmuje więc wiele, wiedząc doskonale, że bez nich trudno byłoby bić kolejne rekordy sprzedaży.

Rok żniw

A Amazon rośnie jak na drożdżach, wykorzystując wzrosty w e-commerce spowodowane pandemią. W bieżącym kwartale firma zarobiła 6,3 mln USA. W tym czasie ogólna wartość sprzedaży na platformie, jak podaje S&P Global Market Intelligence, wzrosła o 37 proc., sięgając astronomicznej kwoty 96,1 mld USD. Jak zauważa Aleksandra Szarmach z Nethansy: – To pieniądze, które trafiły do szeregu podmiotów z całego świata, korzystających ze sprzedaży na Amazon. Cześć z nich popłynęła także do naszego regionu, do Polski i Niemiec, bo także tu nie brakuje sklepów e-commerce, które postanowiły wypłynąć na szerokie wody handlu internetowego i skorzystać z możliwości sprzedawania na cały świat swoich produktów. Wzrosty Amazon są więc także ich wzrostami i ich zyskiem.

Ekspertka spodziewa się także, że biorąc pod uwagę dynamiczny rozwój polskiej branży e-commerce, liczba sklepów internetowych z naszego regionu, które zdecydują się na rozpoczęcie handlu na Amazonie, będzie sukcesywnie wzrastać. – Jak podała ostatnio firma, tylko od Black Friday do Cyber Monday przychody niezależnych sprzedawców na Amazon przekroczyły 4,8 mld USD, co daje wzrost aż o 60 proc. w stosunku do tego samego okresu w roku ubiegłym. Oczywiście jest to tort do podziału na szereg podmiotów, sprzedaż poprzez Amazon prowadzi bowiem ok. 71 tys. sklepów. Jednak dziś nic nie stoi na przeszkodzie, aby spróbować zawalczyć o swój kawałek tego tortu prowadząc e-sklep w Polsce, w Niemczech czy gdziekolwiek indziej. Dzięki Internetowi przestały istnieć jakiekolwiek granice. Wszystko zależy tylko od skuteczności działań marketingowych i widoczności ofert – konkluduje Aleksandra Szarmach.

Bank Millennium zadeklarował uczestnictwo w Tarczy Finansowej PFR 2.0

Deklaracja ta oznacza, że firmy z wybranych branż, które znalazły się w trudnej sytuacji związanej z pandemią koronawirusa, będą mogły złożyć wniosek o wsparcie  w ramach Tarczy Finansowej Polskiego Funduszu Rozwoju w bankowości elektronicznej Banku Millennium. W styczniu bank udostępni swoim klientom wygodne i przyjazne rozwiązanie, dzięki któremu złożenie wniosku będzie maksymalnie proste i intuicyjne.

Bank Millennium włącza się w wiele rządowych projektów i również w przypadku Tarczy 2.0 udostępni swoje systemy, dzięki którym możliwe będzie wygodne wnioskowanie o wsparcie oraz sprawne i szybkie rozdystrybuowanie funduszy do firm, które znalazły się w trudnej sytuacji. Ta pomoc jest dla nas naturalna, ponieważ dobrze rozumiemy naszych klientów oraz konsekwentnie wspieramy polską gospodarką i budowę cyfrowej administracji publicznej. Systemy bankowe stały się oknem na cyfrowy świat polskiej administracji, klienci z dużym zadowoleniem korzystają z możliwości, jakie daje współpraca między bankami, a administracją państwową – mówi Andrzej Gliński, Członek Zarządu Banku Millennium.

Subwencje finansowe, oferowane przez Polski Fundusz Rozwoju w ramach Tarczy 2.0 kierowane będą do mikro, małych i średnich firm z prawie 40 branż identyfikowanych na podstawie Polskiej Klasyfikacji Działalności, które musiały ograniczyć lub zawiesić działalność w związku z zapobieganiem rozprzestrzeniania się wirusa COVID-19. Łączna wartość pomocy w ramach Tarczy Finansowej 2.0 wyniesie 35 mld zł, z czego dla mikro i MSP trafi ok. 10 mld zł. Rozpoczęcie przyjmowaniu wniosków planowane jest od 15 stycznia 2021 r., pod warunkiem uzyskania przez program notyfikacji Komisji Europejskiej.

O subwencję będą mogły starać się firmy, które w okresie kwiecień-grudzień 2020 r. lub październik-grudzień 2020 r. odnotowały spadek obrotów o min. 30% w stosunku do analogicznego okresu w roku 2019. Przy spełnieniu określonych warunków subwencja z Tarczy Finansowej 2.0 może zostać umorzona w całości. Program jest również przeznaczony dla firm, które otrzymały subwencję z Tarczy 1.0.

Dla mikrofirm zatrudniających od 1 do 9 pracowników, które osiągnęły obrót lub sumę bilansową za 2019 r. do 2 mln euro subwencje finansowe będą wynosić 18 tys. zł lub 36 tys. zł  na zatrudnionego do maksymalnej kwoty 324 tys. zł. Ich wysokość zależna będzie od liczby pracowników i spadku obrotów.

Dla firm zatrudniających do 249 pracowników, których obrót za 2019 r. był mniejszy lub równy kwocie 50 mln euro, a suma bilansowa mniejsza niż 43 mln euro subwencje będą zależne od prognozy kosztów i przychodów oraz straty brutto do maksymalnej kwoty 3,5 mln zł. Pokrywać one będą 70% ich start.

Zwycięstwo podchorążych WAT w prestiżowym konkursie „HackYeah 2020”

Drużyna z Wojskowej Akademii Technicznej – w składzie: plut. pchor. Bartłomiej Pieróg (kapitan zespołu), st. kpr. Emil Mąka i st. kpr. Kacper Prawda – zwyciężyła w ogólnoeuropejskim hackathonie „HackYeah 2020”. Zmagania odbyły się 27-29 listopada br. To już kolejny sukces studentów Wydziału Cybernetyki WAT w zakresie programowania w przeciągu ostatniego miesiąca.

Zwycięska drużyna „Doggers” startowała w kategorii „Veteran’s app”. Zadaniem studentów było stworzenie aplikacji, która pomaga wyszukać miejsca przyjazne weteranom wojennym, dodanie tych miejsc do interaktywnej mapy i zbudowanie społeczności przyjaznej dla kombatantów. Podchorążowie 11 kompanii 2 Batalionu Szkolnego WAT wywiązali się z zadania w regulaminowym czasie – 40 godzin.

Aplikacja „Ścieżka weterana” opracowana przez studentów WAT została oceniona najwyżej w kategorii aplikacji adresowanych do weteranów. „Aplikacja wskazuje weteranom miejsca, gdzie otrzymają zniżki np. w sklepach lub restauracjach, aby następnie dodać takie miejsce do mapy. Każdy weteran używając tej aplikacji będzie wiedział, gdzie może otrzymać upust lub inne usługi zarezerwowane dla bohaterów wojennych” – tłumaczy plut. pchor. Bartłomiej Pieróg, kapitan zwycięskiej drużyny.

W hackathonie wzięło udział 1500 programistów z całej Europy. Drużyny rywalizowały w 16 kategoriach.  W zmaganiach „Veteran’s app” brali udział najlepsi zawodnicy z całego kraju. W finale znalazły się dwie drużyny reprezentujące WAT, ale laureatem mogła zostać tylko jedna.

„Podchorążowie Wydziału Cybernetyki WAT nieustannie doskonalą kompetencje techniczne, czego dowodzą w kolejnych konkursach informatycznych. Tym razem zwyciężyli w jednej z kategorii bodajże największego hackathonu w Europie. To naprawdę wielki sukces! Dziękuję podchorążym za ich niegasnący entuzjazm do zdobywania wiedzy w boju, bo właśnie taki charakter mają konkursy typu hackathon. Właśnie tego typu konkursy są szczególnie wartościowe dla przyszłych żołnierzy Wojsk Obrony Cyberprzestrzeni. Gratuluję, a jednocześnie dziękuję naszym zwycięzcom. Dziękuję również dowódcom plutonów, kompanii i batalionu, którzy nieustannie mobilizują podchorążych do właściwego wykorzystania czasu ku chwale Ojczyzny i naszej Alma Mater” – mówi ppłk Rafał Kasprzyk, zastępca dziekana Wydziału Cybernetyki WAT.

„Jestem bardzo dumny ze zwycięstwa podchorążych WAT. To wielki sukces całej uczelni. Jednak muszę przyznać, że kolejna wygrana moich podwładnych była wyłącznie kwestią czasu. Niecierpliwie czekam na następne sukcesy!” – dodaje por. Przemysław Kamela, dowódca 11 kompanii 2 Batalionu Szkolnego WAT.

Na początku listopada zespół studentów Wydziału Cybernetyki WAT – „Coddiers” zwyciężył w ogólnopolskim hackathonie Best Hacking League. Nagrodzona aplikacja „GeoTrashing” pomaga oszczędzić czas, pieniądze i środowisko.

Sunday Energy rozpoczyna emisję akcji i planuje pozyskać do 4 mln zł

Sunday Energy S.A., dostawca rozwiązań z rynku fotowoltaiki, 4 grudnia 2020 roku rozpoczął przyjmowanie zapisów na akcje w ramach I transzy emisji akcji skierowanej do większych inwestorów. Od 10 grudnia zapisy będą przyjmowane w II transzy na platformie Crowdconnect.pl, na której dzisiaj zostały zaprezentowane informacje o warunkach nabycia akcji. Zamiarem spółki jest pozyskanie środków w łącznej wysokości do 4 mln zł, które będą przeznaczone na rozszerzenie oferty handlowej, ekspansję zagraniczną, budowę portfela farm fotowoltaicznych i innowacyjnych usług dla uczestników rynku fotowoltaicznego. Firmą inwestycyjną świadczącą usługę oferowania akcji jest Dom Maklerski INC S.A.

Działalność Sunday Energy opiera się na podstawowym filarze fotowoltaicznym, bazującym na imporcie i sprzedaży klientom hurtowym paneli fotowoltaicznych (PV) oraz innych komponentów (m.in. inwertery, pompy ciepła). Spółka oferuje asortyment fotowoltaiczny także odbiorcom indywidualnym poprzez sklep e-commerce www.sundayenergy.pl i rozwija projekty deweloperskie własnych farm fotowoltaicznych.

W drugim obszarze new business spółka chce rozwijać innowacyjne usługi dla rynku PV – tj. rozwiązania poprawiające komunikację oraz rozwój narzędzi do zarządzania ofertami i usługami w relacjach B2C i B2B oraz usługi wsparcia dla instytucji finansujących rynek OZE (w zakresie demontażu, testowania, serwisu, magazynowania i dalszej sprzedaży paneli i urządzeń PV). Niezależnie od rozwoju nowych linii, główną działalnością spółki jest sprzedaż rozwiązań PV, która będzie generować synergie z nowymi kierunkami
i obszarem farm fotowoltaicznych.

– Dzisiaj zaczynamy ofertę publiczną akcji. Środki pozyskane z emisji akcji będą przeznaczone przede wszystkim na wzrost skali biznesu fotowoltaicznego, tj. sprzedaży paneli PV i inwerterów, ekspansję zagraniczną na Węgrzech, rozwój projektów farm PV oraz nowych innowacyjnych linii biznesowych. Liczymy na zaufanie i zainteresowanie naszą ofertą, której potencjalny sukces i realizacja celów emisyjnych będą owocować wzrostem pozycji rynkowej spółki i jej wartości. Atrakcyjny model biznesowy, współpraca ze światowymi producentami urządzeń – m.in. chińskim producentem DAH Solar i japońską firmą Leapton Solar, rosnący rynek wspierany wymaganiami UE i ekspozycja na sektor e-commerce to wybrane czynniki budujące potencjał komercyjny naszej spółki – mówi Michał Sochacki, Prezes Zarządu Sunday Energy S.A.

Emisja obejmuje do 160 tys. akcji spółki o łącznej wartości 4 mln zł. Dzisiaj, tj. 4 grudnia rozpoczyna się pierwsza transza dedykowana większym inwestorom. Na stronie spółki (www.emisja.sundayenergy.pl) oraz na platformie CrowdConnect.pl prowadzonej przez Dom Maklerski INC S.A., zostały opublikowane informacje dotyczące warunków zapisów na akcje dla wszystkich inwestorów. Odbędą się one w dniach 10-17 grudnia. Celem minimalnym emisji jest pozyskanie 2,5 mln zł, a maksymalnym 4 mln zł.

Sunday Energy skokowo zwiększa sprzedaż paneli i urządzeń PV. Spółka w październiku 2020 roku wypracowała 1,35 mln zł przychodów ze sprzedaży, wobec 0,62 i 0,55 mln zł odpowiednio we wrześniu i sierpniu 2020 roku. Z kolei w całym III kwartale br. firma osiągnęła łącznie 1,69 mln zł przychodów, wobec 1,07 mln zł w II kwartale i 0,1 mln zł w okresie styczeń-marzec 2020 roku. Firma oczekuje w 2021 roku kontynuacji dotychczasowych trendów sprzedażowych.

– Generowane wzrosty przychodów to pochodna autorskiego modelu współpracy, który oferujemy naszym klientom – firmom instalatorskim. Działają one pod własnym brandem, zachowując swoją tożsamość i autonomię. Na sprzedaż wpływa także rozpiętość i jakość oferty paneli i urządzeń, pochodzących od uznanych producentów. Nie bez znaczenia są także sprzyjające warunki rynkowe, których w br. nie zaburzyła sytuacja epidemiczna. Według nas fotowoltaika dalej będzie zyskiwać na popularności, zarówno w ujęciu prosumenckim, jak i wśród podmiotów instytucjonalnych i hurtowych – wyjaśnia Prezes Zarządu Sunday Energy S.A.

Spółka współpracuje z globalnymi producentami wysokiej jakości ogniw słonecznych, jak Anhui Daheng Energy Technology Co., Ltd., znany pod marką DAH Solar. Koncern posiada sieć sprzedaży w ponad 50 krajach, istnieje na rynku od 2009 roku i dynamicznie buduje portfel rozwiązań patentowych. Panele DAH Solar zostały zatwierdzone przez międzynarodową certyfikację TUV, CE, CEC, INMETRO, FIDE. Z kolei Kehua Tech to założony w 1988 r. wiodący dostawca rozwiązań energetycznych w Chinach, którego produkty zostały zainstalowane w 104 krajach. Spółka notowana na giełdzie w Schenzhen, której produkty wyróżniają się stabilną pracą oraz szybką reakcją układów zabezpieczeń. Leapton Solar to japońska firma zaliczana do prestiżowego grona producentów modułów Tier-1 według Bloomberg New Energy Finance.

Michał Sochacki, Prezes Zarządu Sunday Energy S.A.
Michał Sochacki, Prezes Zarządu Sunday Energy S.A.

– Kolejnym krokiem Sunday Energy na rynku kapitałowym jest debiut na NewConnect w 2021 roku. Odczytujemy go jako naturalny i kolejny etap rozwoju, który pozwoli nam zwiększyć wiarygodność i rozpoznawalność spółki, jak też stworzy możliwości wyceny rynkowej obecnej wartości i przyszłości Sunday Energy – wskazuje Michał Sochacki. – W najbliższych miesiącach chcemy skupić się na dalszej budowie skali biznesu i realizacji celów emisyjnych, przede wszystkim obejmujących core biznes tj. sprzedaż paneli i urządzeń PV, jak też nowe innowacyjne obszary.

Sunday Energy S.A., jesienią br. rozpoczęła działania operacyjne i sprzedażowe na Węgrzech. Ekspansja spółki na rynkach zagranicznych będzie opierać się na współpracy z partnerami z rynków lokalnych, oferującymi urządzenia PV pod marką Sunday Energy. Wybór Węgier do programu pilotażowego wynika z relacji handlowych spółki oraz dynamicznego rozwoju segmentu OZE w tym kraju. Spółka chce zrealizować pierwszą sprzedaż (pod własną marką) na tym rynku na przełomie 2020 i 2021 roku.

Wysoki wzrost GIP60 w listopadzie

Giełdowy Indeks Produkcji (GIP60) w listopadzie wzrósł o 16,52% do 811,65 pkt. Napływ świeżego kapitału do warszawskiej GPW nie ominął polskich producentów, którzy odbudowali część utraconej wartości rynkowej. Odmrożenie gospodarki i poprawiająca się od stosunkowo szybko koniunktura w przemyśle daje nadzieję na kontynuację wzrostu wartości polskich producentów.

Analitycy z DSR podsumowali Giełdowy Indeks Produkcji (GIP) za miesiąc listopad. W poniższym komunikacie dr Maciej Zaręba – analityk i współtwórca GIP, z DSR S.A. pisze:

„Sprawdziły się nasze ostatnie prognozy i przedostatni miesiąc roku był dla akcji polskich producentów bardzo korzystny. Ponad połowa spółek z GIP60 zanotowała dwucyfrowy wzrost cen, a akcjom 10 spółek udało się wzrosnąć nawet o 30% i więcej. Na przeciwległym biegunie jedynie pięć spółek, które kończą listopad z niższą ceną niż go zaczynali, w tym kolejny gwałtowny spadek na akcjach spółki Biomed-Lublin (-30,57%).

W przekroju branżowym średnie miesięczne stopy zwrotu na dwucyfrowym poziomie zaobserwowano w listopadzie we wszystkich branżach z wyjątkiem producentów mebli i wyrobów drewnianych (średnio wzrost o 1,66% m/m) oraz producentów z branży farmaceutycznej (średnio spadek o 5,2% m/m), którzy zmagają się z solidnymi spadkami już drugi miesiąc z rzędu. Najwyższe stopy zwrotu zaobserwowano wśród projektantów, czyli producentów odzieży, którzy rośli w listopadzie średnio o 37,75%, głównie za sprawą 61% wzrostu na akcjach polkowickiej CCC, ale również dzięki LPP (+31,11% m/m) i Vistuli (+21,12% m/m). Również wśród producentów z branży motoryzacyjnej nie zabrakło przypadków gwałtownego odbicia cen akcji – o 68,3% wzrosła wartość wieluńskiego Wieltonu, a spółki Sanok o 35,83%.

Pozostałe branże także obfitowały w niesamowite okazje inwestycyjne, akcje producentów z branży metalurgicznej zyskiwały średnio 24,47%, producentów z przemysłu lekkiego 20,70%, elektromaszynowego 16,56%, materiałów budowlanych 15,27%, spożywczej 13,14%, chemicznej 12,17% a producenci z branży tworzyw sztucznych zyskiwali średnio 11,82%.

Duże polskie marki produkcyjne docenione przez inwestorów

Pierwsze miejsce w listopadowej klasyfikacji GIP60 dla grupy Wielton za miesięczny wzrost ceny akcji o 68,30%. Po licznych akwizycjach Grupa Wielton zwiększyła dywersyfikację portfela produktowego oraz rynków zbytu, dzięki czemu stosunkowo dobrze broni się przed konsekwencjami problemu epidemiologicznego, czego do tej pory nie odzwierciedlał kurs akcji. Otwarcie nowego zakładu produkcji specjalistycznych naczep niskopodłogowych w głównej siedzibie spółki w październiku pokazuje, że przejęcia były przemyślane i wpisują się w długofalową strategię spółki, która jest konsekwentnie realizowana. Akcje spółki mają ciągle jeszcze duży potencjał do wzrostów, gdyż obecnie wartość rynkowa grupy znajduje się mniej więcej na poziomie kwartalnych przychodów, a przecież mówimy tu o jednym z europejskich liderów branży i firmie z globalnego Top 10.

Drugie miejsce listopadowego rankingu przypadło spółce CCC za miesięczny wzrost o 61,03%. Akcje producenta i dystrybutora obuwia w listopadzie odrobiły niemalże całość spadków kumulowanych od początku czerwca. W najtrudniejszym okresie spółka aktywnie ograniczała ryzyko utraty płynności, a obecnie odpracowuje zaległości notując solidne odbicie sprzedaży – w październiku przychody wzrosły o 16% r/r. Informacja o otwarciu galerii handlowych na kilka tygodni przed świętami dodatkowo pobudziła apetyt inwestorów na akcje tej spółki. Na uwagę zasługuje też rosnąca w siłę w strukturze spółki gałąź sprzedaży e-Commerce, co do której pojawiły się ambitne plany dalszego rozwoju.

Podium klasyfikacji GIP60 w listopadzie zamyka Rafako w restrukturyzacji za wzrost ceny akcji o 58,80%. Akcjom spółki pomogła informacja o oddaniu do eksploatacji nowego bloku energetycznego w Jaworznie. Również upubliczniony w trakcie miesiąca Plan Restrukturyzacyjny został dobrze odebrany przez rynek. Wyniki spółki za III kw. ujawniły niewielki wzrost przychodów w porównaniu z III kw. ubiegłego roku, ale także wzrost straty netto o ponad połowę, na co kurs akcji zareagował niewielkimi, ale systematycznymi spadkami w kolejnych dniach po ogłoszeniu wyników.

Pozytywne sygnały na najbliższe miesiące

Do końca listopada wiele spółek opublikowało swoje wyniki z III kwartału 2020 roku. Stało się to niezłą okazją do weryfikacji przez inwestorów tego jak emitenci radzili sobie w kolejnym kwartale niełatwego 2020 roku. Wyniki polskich spółek przemysłowych potwierdziły względnie wysoką odporność na zawirowania rynkowe wywołane przez pandemię koronawirusa. W III kwartale zaobserwowano wzrost przychodów względem analogicznego okresu poprzedniego roku, a wynik netto był w branży średnio aż o 70% wyższy niż w ubiegłym roku (sic!). Polskie spółki produkcyjne wyróżniają się nie tylko na tle innych dużych i średnich spółek notowanych na GPW, ale również wypadają korzystnie na tle innych krajów Unii Europejskiej, gdzie wzrost produkcji był wolniejszy niż u nas.

Poprawę koniunktury przemysłowej widać również w badaniach nastrojów panujących wśród kadry menedżerskiej spółek z tej branży. Korzystny wynik wskaźnika PMI® utrzymuje się już trzeci miesiąc w Polsce (50,8), a u naszych najważniejszych partnerów handlowych osiągnął w listopadzie rekordowe wartości (Niemcy 57,8, Czechy 53,9, Holandia 52,2, USA 56,7, Chiny 54,9). Znaczny wzrost zaobserwowano również na globalnym agregacie wskaźnika PMI®, współtworzony przez J.P.Morgan, którego wartość w listopadzie wyniosła 53,7 – najwyżej od końca 2017 roku.

Rada Polityki Pieniężnej utrzymała podstawowe stopy procentowe na niezmienionym poziomie bliskim zera, co powinno przełożyć się na utrzymanie stosunkowo niskiego kursu złotówki, co ma bezpośredni wpływ na konkurencyjność polskich eksporterów, a więc również polskich spółek produkcyjnych.

Równolegle sytuacja epidemiologiczna wydaje się poprawiać, a przynajmniej rozpoczęto proces luzowania obostrzeń ekonomicznych. Przy dobrych wiatrach powinno to pobudzić gospodarkę w ostatnim miesiącu roku, a także przyciągnąć kapitał inwestorów do polskich spółek produkcyjnych, które radzą sobie podczas tego kryzysu bardzo dobrze. Mimo sporego odbicia w ostatnim miesiącu wyceny polskich spółek produkcyjnych są ciągle relatywnie niskie dlatego można oczekiwać dalszych wzrostów w kolejnych miesiącach. O ile znowu nie zaskoczy nas kolejna zmiana sytuacji epidemiologicznej.”

Dolar słabnie i słabnie

Dobre nastroje nie opuszczają rynków finansowych, a porozumienie OPEC+ o utrzymaniu cięć wydobycia pomaga w rajdzie rynku akcji. Tryb risk-on w dalszym ciągu jest zasilany sprzedażą dolara i dzisiejsze dane z rynku pracy USA raczej mu nie pomogą.

Indeks dolarowy DXY pogłębia spadki i do 2,4 proc. utraconych w listopadzie w pierwszych dniach grudnia dokłada kolejne 1,4 proc. Szeroki wskaźnik siły dolara jest najniżej od kwietnia 2018 r. Na czołówkach informacji z rynku walutowego wyróżnia się EUR/USD rosnący do 1,2160, ale przecena USD zaznacza się w relacji do wszystkich walut z grupy G10. Panuje powszechny konsensus, że globalne ożywienie podparte dystrybucją szczepionki i ekspansja fiskalna i monetarna na masową skalę będzie napędzać rajd ryzykownych aktywów. A dolar będzie idealnym źródłem finansowania. Coraz więcej sygnałów z Kongresu sugeruje, że pakiet fiskalny może być uzgodniony jeszcze przed 11 grudnia, kiedy politycy udadzą się na przerwę świąteczną. Prezydent-elekt Biden zapowiada, że po inauguracji będzie prosił o zwiększenie pomocy. Gospodarka USA dostanie wsparcie, ożywienie będzie mocniejsze, a razem z nim presja inflacyjna. Tymczasem Fed zamierza przez lata dopuszczać do wyższej inflacji i nie podnosić stóp procentowych – negatywna mieszanka dla USD.

Jak na tym tle wypadną dziś dane z rynku pracy? Konsensus rynkowy przewiduje spowolnienie tempa odbudowy miejsca pracy do 475 tys. (w sektorze pozarolniczym) z 638 tys. miesiąc wcześniej. Bez wątpienia wzrost liczby zachorowań na koronawirusa w USA będzie odbijał się na sytuacji na rynku pracy, jednak złe dane będą postrzegane z uwzględnieniem szykowanego pakietu fiskalnego i nadziei na sprzedaż szczepionek. Stąd rozczarowujące dane z przeszłości powinny być zignorowane. Gdyby jednak odczyty wypadły lepiej, jest bardziej realne, że entuzjazm inwestorów będzie wyrażał się w kupowaniu ryzykownych aktywów, co podtrzyma negatywną presję na USD.
Złoty ustabilizował się blisko 4,47 za euro, a w notowaniach nie widać nasilania negatywnej presji w reakcji na sygnały z Brukseli, gdzie rzekomo szykowany jest scenariusz awaryjny na wypadek utrzymania weta Polski i Węgier. Według planu B, pozostałe 25 państw Unii miałaby zawiązać sojusz, w ramach którego zdecydowałyby o wspólnym zadłużeniu dla finansowania Funduszu Naprawczego. Jakkolwiek w takim scenariuszu Polska utraci dostęp do 34 mld EUR pożyczki i 23 mld EUR bezzwrotnej dotacji, to z punktu widzenia stabilności kursu złotego ważniejsze jest uruchomienie pomocy dla państw UE. W wycenie złotego nie ma uwzględnionej dużej premii z tytułu otrzymania środków z Funduszu, jednak pomyślność całej UE opiera się na zapewnieniu środków ratunkowych na odbudowę po pandemii. Całkowite zablokowanie wypłat uderzyłoby nie tylko w EUR i gospodarkę Eurolandu, ale pośrednio w kraje silnie powiązane gospodarczo ze strefą euro, także w Polskę. Rynek w dalszym ciągu liczy na wypracowanie porozumienia i uniknięcie weta. Jeśli skończy się na planie B, nie będzie to tragiczny rezultat dla Polski. Można oczekiwać, że wstępna reakcja złotego będzie negatywna, ale nie spodziewam się załamania kursu, a raczej osłabienia o ok. 1 proc. Jednocześnie brak dodatkowych miliardów z UE, nawet jeśli częściowo zostaną uzupełnione przez indywidualną emisję długu przez Polskę, obniży (ale nie wyeliminuje) potencjał do umocnienia złotego w dłuższym horyzoncie.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Wyzwanie 2021 roku – wpływ rozwiązań edge computing na naszą rzeczywistość

Rok 2021 będzie należał do sieci 5G, która jeszcze bardziej przyczyni się do rozwoju Internet of Things (Internetu rzeczy). Coraz inteligentniejsze urządzenia w naszych domach i w przestrzeni miejskiej sprawią, że życie stanie się jeszcze łatwiejsze. Oznacza to również, że dostawcy usług w chmurze będą musieli otwierać więcej tzw. edge locations, aby być bliżej użytkowników, zmniejszyć opóźnienia, zwiększyć wydajność i moc nowych rozwiązań. W jaki sposób gospodarka odpowie na te wyzwania?

Edge locations to mniejsze centra danych zlokalizowane w pobliżu użytkowników. Zamiast korzystać z jednego dużego, często przeciążonego data center, można uruchomić 20 mniejszych serwerów, jednocześnie obniżając koszty i zwiększając wydajność, ponieważ użytkownicy zaczną łączyć się z serwerami znajdującymi się nieopodal.

Dane MarketsandMarkets pokazują, że rynek rozwiązań, które działają na brzegu sieci, wzrośnie do roku 2024 do 9 mld USD (z 2,8 mld USD w roku 2019). Oznacza to wzrost w ciągu najbliższych lat o 26,5%. Kluczowy wpływ na jego rozwój mogą mieć: popyt na rozwiązania wymagające niskich opóźnień (np. w związku z wdrożeniem autonomicznych samochodów), zastosowanie w wielu sektorach czujników IoT, czy zautomatyzowane rozwiązania do podejmowania decyzji w czasie rzeczywistym.

Dane generowane na brzegu sieci – jak zarządzić ich ilością?

Szybkie przyjęcie i wdrożenie rozwiązań edge computing wiąże się z coraz większą ilością generowanych danych. Duże zakłady produkcyjne muszą synchronizować z informacjami historycznymi duże ilości danych generowanych z czujników IoT i urządzeń wykonawczych, które są podłączone do ich fizycznych aktywów, jak maszyny czy turbiny. To pomaga w wykryciu lub przewidzeniu awarii w możliwie najkrótszym czasie, aby uniknąć przestojów i strat w procesie produkcyjnym. Migracja do chmury całej infrastruktury IT stwarza jednocześnie problemy związane z opóźnieniami oraz zasadnością ekonomiczną takich decyzji. Na popularność edge computingu wpływa też rosnące zapotrzebowanie pracowników na szeroki dostęp do zasobów i aplikacji obliczeniowych, przy jednoczesnej gwarancji prawidłowego przechowywania danych.

Z perspektywy operatorów sieci internetowych kluczowe jest, aby przezwyciężyć prognozowany wzrost ruchu sieciowego i ilości przesyłanych danych. Stąd pojawia się potrzeba lekkich ram i systemów do zwiększenia wydajności rozwiązań obliczeniowych na krawędzi sieci, a to z kolei tworzy duże możliwości dla dostawców rozwiązań edge computing. Największy udział w tym rynku będzie miał w najbliższych latach sprzęt, w tym serwery i systemy pamięci masowych.

Możliwe zastosowania rozwiązań edge computing

Aplikacje, które wykorzystują przetwarzanie brzegowe, wymagają możliwie wysokiej przepustowości oraz niskiego poziomu opóźnień. Te warunki spełnia architektura sieciowa Multi-Access Edge Computing (MEC). Ponieważ platforma MEC może bezpośrednio wchodzić w interakcję z radiową siecią dostępową (RAN), może to zmniejszać przeciążenia pasma transmisji. W efekcie nastąpi lepsza wydajność aplikacji wymagających wysokiej przepustowości, takich jak rzeczywistość rozszerzona (Augmented Reality), lokalna dystrybucja treści i prawie wszystko, co przyczynia się do szybkiego rozwoju internetu rzeczy (IoT). Architektura MEC udostępnia też nowe rynki deweloperom oraz programistom, którzy projektują innowacyjne aplikacje oraz usługi mające działać w ramach rozwiązań brzegowych.

Możliwych zastosowań dla MEC jest wiele. Przykładem mogą być autostrady, na których działają systemy poboru opłat, takie jak funkcjonujący w Polsce viaTOLL. Generalnie zastosowanie edge computing sprawdza się w każdym środowisku, gdzie rejestrowana jest duża ilość drobnych zdarzeń. Dzieje się tak, ponieważ informacja o każdym z nich nie jest przesyłana bezpośrednio do centrali, dzięki temu zapobiegamy skokowemu wzrostowi ruchu w sieciach telekomunikacyjnych. Przesyłamy nie cały „ładunek” danych, który powstał w miliardach czujników IoT, ale maksymalnie 10% przetworzonych wstępnie danych.

Obecnie Polacy dopiero badają możliwości infrastruktury edge computing. Sprawdzają, w jaki sposób zastosować tego typu rozwiązania i jakie korzyści przyniosą one w przyszłości.

Wzrost ruchu w sieciach telekomunikacyjnych – jak go ograniczyć?

Już wkrótce, szczególnie w obliczu rozbudowy sieci 5G, wzrośnie zapotrzebowanie na infrastrukturę edge computing także wśród operatorów sieci komórkowych. Komercyjne uruchomienie sieci 5G spowoduje lawinowy wzrost ilości przetwarzanych danych, a obecna przepustowość sieci może temu nie sprostać. Najlepiej pokazuje to rzeczywistość pandemiczna, w której wszyscy zaczęli masowo uczyć się i pracować w domu.
Jeden z największych operatorów sieci komórkowych w kraju, Orange Polska, już kilka lat temu, oceniając na trzeźwo sytuację, wieszczył konieczność budowy kilkunastu tzw. Distributed Data Center, twierdząc, że w niedalekiej przyszłości żaden operator nie będzie w stanie zarządzać danymi w modelu scentralizowanym. Centra te miały być rozlokowane w odpowiednich miejscach w Polsce, tam, gdzie jest najwięcej klientów sieci. Celem było przejęcie większości lokalnego ruchu związanego z przesyłem danych. Firmy ograniczane są bowiem przez przepustowość łączy i rosnące ze zwiększającym się ruchem opóźnienia. Stąd większość ruchu należy przetwarzać lokalnie.

Ważne jest zatem wywieranie presji na firmy telekomunikacyjne, aby przyspieszyły budowę infrastruktury brzegowej, opartej na rozwiązaniach chmurowych. Ich sukces zależy od stworzenia sposobu na wykorzystanie nowych rozwiązań i możliwości w taki sposób, aby nie tylko zaoszczędzić, ale i wygenerować nowe źródła przychodów.

Autorem komentarza jest Dmitriy Akulov, założyciel start-upów i firm informatycznych appfleet, Prospect One, jsDelivr

Santander Bank Polska deklaruje przyjmowanie wniosków o nowe subwencje z Tarczy finansowej PFR 2.0

Santander Bank Polska planuje udostępnić mikro, małym i średnim firmom wnioskowanie o subwencje z Tarczy Finansowej PFR 2.0 w bankowości internetowej dla firm.

Rozpoczęły się prace nad uruchomieniem Tarczy Finansowej PFR 2.0, która ma być wsparciem dla firm z branż poszkodowanych w drugiej fali pandemii. Udostępnienie wniosku planowane jest w styczniu 2021 r., pod warunkiem uzyskania przez program notyfikacji Komisji Europejskiej.

PFR podaje, że planowana, łączna wartość pomocy w Tarczy Finansowej 2.0 to 35 mld zł, z czego 10 mld przeznaczone jest dla mikrofirm oraz firm z sektora MŚP. Środki, za pośrednictwem banków biorących udział w programie, trafią do prawie 40 branż, które musiały ograniczyć lub zawiesić działalność w związku z pandemią. Przyznanie subwencji uzależnione będzie od spadku obrotów oraz utrzymania funkcjonowania firmy i poziomu zatrudnienia.

W Santander Bank Polska prawie 53 tys. klientów firmowych i korporacyjnych otrzymało dotację za naszym pośrednictwem. Wartość środków przekazanych naszym klientom w pierwszej edycji Tarczy PFR przekroczyła 9,5 mld zł. Wówczas najwięcej wniosków napłynęło do nas od firm z sektora handlu detalicznego i hurtowego, z sektora przetwórstwa przemysłowego oraz sektora budowlanego. Jako bank planujemy pomóc przedsiębiorcom także w ramach Tarczy PFR 2.0. PFR będzie ją kierować do firm z branż, które musiały zawiesić lub znacząco ograniczyć działalność – m.in. do właścicieli hoteli i obiektów turystycznych, restauracji oraz firm zajmujących się organizacją targów czy kongresów – mówi Adrian Kaczmarek, menedżer w segmencie MŚP Santander Bank Polska.

W miarę postępu prac, bank będzie udostępniał informacje dla przedsiębiorców na swojej stronie santander.pl. Informacje będą też dostępne na stronie pfr.pl

Warto przypomnieć, że PFR za pośrednictwem banków prosi przedsiębiorców, którzy skorzystali z Tarczy 1.0 o dokumenty, które potwierdzają ich umocowanie do zawarcia umowy. Jeśli klient nie dopełni tej formalności do 31 grudnia 2020 roku, będzie musiał zwrócić całą subwencję.

System polityczny w Polsce nie działa. Widać to po spektakularnej porażce systemu opieki zdrowotnej

W państwie, w którym rząd pozuje na wszechmogący i zachowuje się autorytarnie, obarcza się go w całości odpowiedzialnością za porażki. Tak dzieje się właśnie z rządem PiSu, który mierzy się z ogromnymi protestami obywatelskimi na ulicach polskich miast. Upolitycznienie Trybunału Konstytucyjnego sprawia, że jego wyrok w oczach opinii publicznej jest wyrokiem rządu. Doprowadzając do takiej sytuacji władza sama ściągnęła na siebie złość społeczeństwa. W tej chwili podsyca zaś ją spektakularna śmierć państwowej służby zdrowia, w środku kryzysu pandemicznego. 

– Nie gwarantuje się obywatelom ich podstawowych praw i wolności. Normalne procedury państwa demokratycznego najzwyczajniej nie działają, bo popełniono w międzyczasie wiele fundamentalnych błędów. Do jednych z nich należy to, że przez trzy dekady nie zreformowano rządowej służby zdrowia. Zwiększano tylko poziom pieniędzy, które w tym systemie zostały zmarnowane bez zauważalnie lepszych efektów jakościowych – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha. – Dzisiaj opieka zdrowotna jest takim organem rządowym, z którym każdy obywatel chce mieć pozytywny kontakt – a nie może z niego skorzystać. To w dużej mierze spowodowało, że obywatele wykazują tak duże zniecierpliwienie, agresję i chęć wyjścia na ulice. Wbrew zaklęciom, że opieka zdrowotna zdała egzamin podczas kryzysu – okazuje się, że ten system zwyczajnie nie działa. Niestety z bardzo tragicznymi następstwami dla wielu polskich rodzin. Dopóki nie będzie wizji dużej zmiany w państwie – atrakcyjnej dla kolejnych pokoleń, które nie doświadczyły biedy PRLu – trudno będzie uzyskać przyzwolenie i spokój w dalszym rządzeniu – podsumowuje Sadowski.

Szef nie wierzy w pandemię i nie chce pozwolić pracownikom na pracę zdalną

Do Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom regularnie trafiają sprawy związane z faktem, że nie wszyscy pracodawcy uznają zasadność kierowania pracowników na pracę zdalną. Nisko oceniają jej efektywność i wolą bezpośrednio kontrolować tryb działania pracowników. Czy pracownik ma prawo żądać trybu Home Office jeżeli czuje się zagrożony zakażeniem? – Jeżeli nie ma bezpośredniego zagrożenia to praca zdalna pozostaje dobrą wolą pracodawcy. Należy jednak pamiętać, że odwołujemy się tutaj do silnych emocji pracownika takich jak lęk przed chorobą – mówi Prezes Małgorzata Marczulewska. – W takich przypadkach najlepiej jeżeli dochodzi do rzeczowego dialogu między pracownikiem, a pracodawcą – dodaje.

„Szef boi się, że będąc w domu marnujemy czas za jego pieniądze”

Do Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom zgłosiła się mieszkanka Szczecina pracująca w jednej z firm zajmujących się dystrybucją mebli oraz artykułów wyposażenia wnętrz. Pracownica stwierdziła, że szefostwo ma poważny problem z wydawaniem pozwoleń na pracę zdalną, gdyż szefostwo nie ma przekonania do jej efektywności. Co więcej, pracownica twierdzi, że szef publicznie mówi, że „nie wierzy w żadną pandemię”.

– Tydzień temu był przypadek, że jedna z koleżanek miała objawy koronawirusa, zrobiła test i okazało się, że jest zakażona. Jej współpracownicy nie mieli żadnej kwarantanny, tylko trzy chętnie osoby skierowano na Home Office. Siedzimy biurko w biurko oddzieleni plandeką, korzystamy ze wspólnej kuchni, wspólnej łazienki. Niektórzy czują się zagrożeni, ale ciągle słyszymy, że mamy pracować w biurze, bo praca z domu jest nieefektywna i to jest strata czasu i pieniędzy – wyjaśnia kobieta.

Jakich argumentów używają pracownicy? Lęk przed zakażeniem. Jakich argumentów używa szefostwo? Brak efektywności pracowników i brak wiary w to, by koronawirus był niebezpieczny. – Nie wierzy w koronawirusa, nie przejmuje się zupełnie epidemią. Szef boi się, że będąc w domu marnujemy czas za jego pieniądze, wszystko co robimy w biurach jest weryfikowane, a w przypadku Home Office on czuje, że nie będzie mieć kontroli – dodaje. Skarżąca dodaje także, że dział HR miał sugerować żeby osoby poddające się kwarantannie nie informowały o tym współpracowników żeby „nie siać paniki”. Takie osoby miały być wysyłane na prace zdalną.

Przede wszystkim rozsądek! Specjaliści o trudnych relacjach pracownik-pracodawca w czasie pandemii

Praca zdalna w roku 2020 nie jest już niczym niezwykłym, ale dla wielu przedsiębiorców wciąż jest to zmiana, której nie rozumieją i nie akceptują. Wynika to zwykle z bardzo hierarchicznej kultury organizacyjnej w przedsiębiorstwie, gdzie szef ma bezpośrednią kontrolę nad pracownikami i lubi oceniać efekty ich pracy na bieżąco. Dla takich szefów praca zdalna jest „marnowaniem pieniędzy”, bo pracownik fizycznie nie przebywa w zakładzie pracy, a przecież w domu może robić, co mu się podoba bez kontroli.

– Nie ma obowiązku kierowania pracowników na pracę zdalną. Pracodawca może to zrobić, ale pamiętajmy, to jest jego dobra wola – mówi Prezes Małgorzata Marczulewska. – Nie możemy zapominać jednak o zdrowym rozsądku. Trzymanie kilkunastu pracowników w jednym biurze, gdy np. część osób albo nawet wszyscy równie efektywnie mogliby pracować z domu to narażanie całego zespołu na zakażenie. Przedsiębiorca powinien pamiętać: jeżeli zachoruje jedna osoba, to na kwarantannę mogą iść wszyscy, a wtedy praca się zatrzyma całkowicie – dodaje Prezes Marczulewska.

Sprawa została skonsultowana z prawnikami współpracującymi ze Stowarzyszeniem STOP Nieuczciwym Pracodawcom.  Mec. Grażyna Wódkiewicz zwraca uwagę, że sugestia, by nie informować współpracowników o kwarantannie obciążona jest ryzykiem, że niektórzy mogą nie być czujni, a potencjalnie mogą okazać się zakażeni lub narażeni na zakażenie. –  Całą sprawę należałoby ocenić przez pryzmat tego czy doszło do sytuacji, w której możliwe było zarażenie się pozostałych pracowników wirusem od pracownika, który udał się na kwarantannę. Mogło być tak, że ww. pracownik oczekiwał na wynik testu i pracownik polecił mu zachowanie dyskrecji do czasu uzyskania wyniku. Jeśli doszło do sytuacji potencjalnego zarażenia, to niewłaściwym byłoby ukrywanie tego przed pracownikami, bo tak naprawdę byłoby to narażanie ich życia i zdrowia.  Jeśli natomiast nie doszło do takiej sytuacji – przykładowo nikt nie miał kontaktu z tym pracownikiem, pracownik uzyskał negatywny wynik testu –  to nie ma powodu, aby nakazywać pracownikowi „milczenie o swoim stanie zdrowia” – wyjaśnia mec. Wódkiewicz.

Okolicznością łagodzącą dla pracodawcy jest fakt, że skierował on osobę na kwarantannie na pracę zdalną bez żadnych komplikacji.