Eesti Energia z wyższym zyskiem netto w II kwartale 2018 r.

0

Estoński koncern energetyczny Eesti Energia, do którego należy działający w Polsce Enefit, w II kw. 2018 r. wypracował zysk netto na poziomie 15 mln euro, co oznacza wzrost o 12% r/r. Przychody ze sprzedaży wyniosły 186 mln euro (wzrost o 5% r/r), a ich wzrost wynikał głównie z wyższych cen rynkowych energii elektrycznej i ropy bitumicznej.

– Ubiegły kwartał charakteryzował się wzrostem rynkowych cen energii. Średnia cena energii elektrycznej na giełdzie energii Nord Pool wyniosła 42,1 euro/MWh i była o 37% wyższa niż w tym samym okresie przed rokiem. Średnia cena energii elektrycznej w II kwartale była praktycznie taka sama jak zimą, gdy konsumpcja energii jest większa, a ceny zwykle najwyższe w ciągu rokupowiedział Andri Avila, dyrektor finansowy Eesti Energia.

Tak znaczący wzrost cen energii elektrycznej był spowodowany niskim poziomem wody w zbiornikach retencyjnych w Skandynawii, trzykrotnym wzrostem rok do roku ceny uprawnień do emisji CO2 oraz wzrostem cen węgla i gazu.

W porównaniu do poprzedniego roku, zarówno produkcja energii elektrycznej jak i ropy bitumicznej była niższa w II kwartale br. ze względu na wykonywane na dużą skalę prace serwisowe. W II kwartale br. Eesti Energia wyprodukowała 2 TWh energii elektrycznej (spadek o 17% r/r) i 90 tys. ton ropy bitumicznej (spadek o 15% r/r). Niemniej jednak, Estonia wciąż pozostaje jednym z nielicznych krajów w regionie eksportujących energię elektryczną. – Latem wykonane zostaną wszystkie niezbędne prace konserwacyjne w naszych elektrowniach, aby z pełną mocą mogły pracować podczas okresu jesiennego i zimowego, kiedy zużycie energii elektrycznej jest największe – powiedział Andri Avila.

W czerwcu br. w elektrowni Auvere, największej przemysłowej inwestycji w Estonii, odbyła się planowana przerwa serwisowa przed odbiorem budowy. Elektrownia przeszła wszystkie niezbędne testy związane z planowanym na III kwartał odbiorem obiektu przez Eesti Energia od generalnego wykonawcy, firmy General Electric. W budowę nowej elektrowni Eesti Energia zainwestowała dotychczas 581 mln euro.

W maju spółka Enefit Green wchodząca w skład Grupy Eesti Energia przejęła Nelja Energia, producenta energii odnawialnej w krajach bałtyckich. Nelja Energia jest właścicielem m.in. 17 farm wiatrowych w Estonii i na Litwie o całkowitej mocy 287 MW. Do finalizacji transakcji wymagana jest jeszcze zgoda właściwych organów ds. konkurencji. Przejęcie Nelja Energia pomoże Eesti Energia w osiągnięciu celu strategicznego jakim jest zwiększenie udziału energii elektrycznej produkowanej ze źródeł odnawialnych do 40% w portfelu produkcyjnym Grupy do 2022 r.

– Wzrost wyników finansowych Eesti Energia jest z całą pewnością potwierdzeniem silnej pozycji Grupy. Dla nas i naszych partnerów to także gwarancja solidnego zaplecza w postaci państwowej spółki z wieloletnim doświadczeniem, z którego korzystamy w ramach naszej działalności w Polsce – komentuje Maciej Kowalski, dyrektor zarządzający Enefit Polska z grupy Eesti Energia.

Enefit w Polsce i w regionie Morza Bałtyckiego

Poza Estonią Eesti Energia obecna jest również w Polsce, na Litwie i Łotwie oraz w Szwecji i Finlandii, gdzie działa pod marką Enefit. W Polsce działalność Enefit opiera się przede wszystkim na sprzedaży energii elektrycznej i gazu ziemnego na terenie całego kraju za pośrednictwem kanału partnerskiego (oferta skierowana do małych i średnich przedsiębiorstw) oraz własnego zespołu handlowego (oferta dla dużych firm). Ponadto działalność Enefit obejmuje również sektor energii odnawialnej, w tym m.in. sprzedaż instalacji fotowoltaicznej skierowaną do MŚP czy zakup energii od wytwórców źródeł odnawialnych.

Na Łotwie, Enefit jest obecny od 2006 r., a w ubiegłym roku stał się także drugim co do wielkości dostawcą gazu ziemnego. Enefit prowadzi także sprzedaż energii i gazu na Litwie. W II kw. 2018 r. udziały rynkowe Eesti Energia w tych dwóch krajach wyniosły odpowiednio 15,7% i 8,6%. Od marca br. Enefit obecny jest także w Szwecji i Finlandii.

***

Poniższa tabela prezentuje wyniki finansowe i operacyjne Grupy Eesti Energia:

  II kw. 2018 II kw. 2017 Zmiana I półrocze 2018 I półrocze 2017 Zmiana
Przychody

(mln euro)

185,8 177,5 +4,7% 414,4 392,8 +5,5%
EBITDA
(mln euro)
53,0 63,9 -17,1% 129,8 150,4 -13,7%
Zysk netto
(mln euro)
14,7 13,1 +12,0% 55,2 61,4 -10,1%
Sprzedaż energii elektrycznej (GWh) 2 115 2 344 -9,7% 4 739 5 018 -5,6%
Sprzedaż ropy łupkowej

(tony)

101 000 104 000 -3,1% 185 000 181 000 +2,0%

 

Notowania złota, kurs dolara – Analiza techniczna rynków finansowych

Od maja bieżącego roku kalendarzowego notowania wszystkich surowców znalazły się pod wpływem silnej podaży. W tym przypadku możemy wręcz mówić o strachu. Sam indeks Bloomberg Commodity przez kilka miesięcy stracił na wartości 10 procent. Przecena dotknęła wszystkie surowce, nawet metale szlachetne.

Dlaczego tak się stało? Wszystko przez… wojnę handlową. Chiny są głównym importerem surowców na świecie. Bez wątpienia są także głównym eksporterem gotowych towarów. Jeżeli cło nakładane na chińskie produkty da się we znaki, to zostanie zmniejszony eksport do największego konsumenta świata – Stanów Zjednoczonych. Gdy do tego dojdzie, to Chiny będą musiały obniżyć produkcję, co przełoży się na mniejszy import surowców.

Pomimo tego, że giełda w Stanach Zjednoczonych nie została dotknięta wyższym cłem, to pozostałe instrumenty już tak. Wystarczy spojrzeć na wspomniane metale szlachetne, surowce energetyczne, czy też notowania walut surowcowych.

Notowania złota, interwał tygodniowy

Notowania złota, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Na interwale tygodniowym wojna handlowa zepchnęła złoto na mocny poziom wsparcia 1200-1230 USD za uncję złota. Ostatnie tygodniowe świece wskazują na prawdopodobieństwo mocniejszego odbicia, tak samo jak oscylator stochastyczny. Oprócz tego warto zwrócić uwagę na pozycjonowanie się dużych graczy na rynku, o czym pisaliśmy tydzień temu. W takich warunkach bazowym scenariuszem pozostanie mocniejsza korekta.

USDPLN – czas na umocnienie

Pierwszy impuls wzrostowy na notowaniach USDPLN przypadł na połowę kwietnia, trwał przez 7 tygodni. Został zakończony minimalną korektą. Po dwóch tygodniach po raz kolejny zobaczyliśmy impuls wzrostowy, aczkolwiek był bardzo słaby. Ostatnie Pin Bary mogą sugerować na możliwe odwrócenie ostatniego ruchu.

Notowania USDPLN, interwał tygodniowy

Notowania USDPLN, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Zatem z punktu widzenia analizy technicznej w dalszym ciągu możemy mówić o trendzie wzrostowym, ale przy samej analizie indeksu warto spojrzeć na indeks WIG 20. W ostateczności dla polskiej waluty najważniejszy jest napływ kapitału zagranicznego, co widać po zachowaniu największych polskich spółek. Poniżej została przedstawiona grafika indeksu WIG 20 na tle kursu walutowego PLNUSD.

wig 20 i plnusd

Źródło: Bloomberg

Jak widać notowania PLNUSD (kolor zielony) są opóźnione względem notowań WIG 20. Dlaczego? Ponieważ wzrost indeksu WIG 20 ociepla stosunki inwestorów oraz zmniejsza awersje do ryzyka. Dodatnie stopy zwrotu zachęcają również inwestorów do większej aktywności, dlatego po jakimś czasie dochodzi do umocnienia polskiej waluty. Z tego powodu ostatni wzrost notowań indeksu WIG 20 daje większe prawdopodobieństwo umocnienia polskiej waluty względem dolara amerykańskiego.

Zatem przy dalszej zwyżce polskiego indeksu bazowym scenariuszem pozostanie deprecjacja USDPLN w okolicę 3.58. Jeżeli sprzedającym uda się pokonać wspomniane wsparcie, to długoterminowym celem będzie poziom 3.37.

Dział Analiz Admiral Markets

Jeden jen problem mniej

Agresywna polityka luzowania od lat prowadzona przez Bank Japonii nie daje zadowalających rezultatów pod postacią powrotu inflacji na wyższe pułapy i trwałego ożywienia koniunktury. Generuje ona jednocześnie coraz większe koszty i wypaczenia w funkcjonowaniu systemu finansowego. Dlatego też BoJ zdecydował się nieco uelastycznić zasady prowadzenia polityki. Zrobił to jednak przy bardzo gołębim nastawieniu, co rozmyło wydźwięk zmian w modus operandi, które zostały przedstawione w dość mglisty, mało konkretny sposób.

Dla rynku najważniejsze będzie jak Bank Japonii będzie interweniował na rynku obligacji w przypadku silniejszych od pożądanych odchyleń od celu dla rentowności dziesięciolatki (na poziomie 0 proc.). Odpowiedzi na to pytanie nie poznaliśmy dziś, ponieważ obniżenie projekcji inflacji i nowe forward guidance w zakresie utrzymywania poziomu stóp nie pozwoliły na większy ruch obligacji skarbowych. Uelastycznienie polityki to nie tylko większa pobłażliwość dla odchylania się rentowności długu od celu, ale też modyfikacja skupu ETF (w kierunku szerszego rynku) oraz wyłączenia z zastosowania ujemnych stóp korzystne dla największych megabanków.

Można zatem powiedzieć, że ogólny wydźwięk posiedzenia jest bardziej gołębi niż zakładał to rynek, ograniczając ostatnio krótką pozycję na jenie. Ryzyko umocnienia japońskiej waluty przez politykę monetarną wyparowało. Perspektywy kursu USD/JPY pozostają wzrostowe tak długo jak kurs jest ponad 110,60. Nie oznacza to jednak, że istnieje pole do natychmiastowego marszu kursu na nowe maksima. Przede wszystkim dolar wszedł w fazę letniego marazmu i konsolidacyjnego charakteru notowań. Niebagatelnym zagrożeniem stają się również załamujące się kursy technologicznych gigantów w USA, czyli spółek, które stanowiły fundament siły amerykańskiego rynku akcji. NASDAQ spadł w trzy sesje prawie 4 proc. Choć oczywiście nie jest to paniczna wyprzedaż, ale zaledwie najsilniejszy spadek od marca, to czar sektora technologicznego wyraźnie prysł. Nowych liderów hossy nie widać na horyzoncie – ostatnie zwyżki były zasługą wąskiego grona spółek. Może to generować trwalsze schłodzenie nastrojów (zgodne z szablonem sezonowym, w którym sierpień to jeden z najgorszych miesięcy dla amerykańskich indeksów), które byłoby niekorzystne dla bardziej ryzykownych walut, w tym świata EM. W tym świetle nie widzimy przestrzeni by w sierpniu złoty mógł kontynuować lipcowe umocnienie. Spodziewamy się utrzymywania kursu EUR/PLN wokół 4,30. EUR/USD utrzymuje konsolidacyjny charakter handlu, na podejście do 1,1850 mogłoby pozwolić wyjście ponad strefę 1,1740-60. Obecnie jawi się nam ono jako mało prawdopodobne. Podwyższonej zmienności można oczekiwać w tym tygodniu w notowaniach funta. Po czwartkowym posiedzeniu Banku Anglii większość rynku oczekuje podwyżki, ale seria rozczarowujących danych makro w ostatnich tygodniach przemawia za tym, że będzie to „gołębia podwyżka”, tj. bez sygnałów, że kolejna nastąpi prędko.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers S.A.

Polski nie stać na darmowe autostrady

Dotychczasowy system opłat za autostrady się sprawdził. Do Krajowego Funduszu Drogowego na budowę dróg przyniósł już 10 miliardów złotych. Koszty wyniosły zaledwie 16 proc. tej sumy, na co składają się płace oraz rozszerzenie i zysk dla operatora. Jest to bardzo szczelny, jeden z najbardziej efektywnych systemów na świecie. Niestety w 2014 roku pomysł został zarzucony, kiedy minister Bieńkowska zapowiedziała likwidację bramek i szlabanów oraz przejście na system elektroniczny. Obecnie Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa milczy i nadal nie wiemy, jak zmieni się drogowy system płatności. W listopadzie 2018 Główny Inspektor Transportu Drogowego przejmie go od obecnego, prywatnego operatora – firmy Kapsch. Jakie udogodnienia dla kierowców wprowadzi?

– W tej chwili został dopiero ogłoszony szybki przetarg na znalezienie firmy, która dostarczy wiedzę techniczną i biznesową w zakresie tego systemu. Jako uzasadnienie takiej szybkiej ścieżki działań samo ministerstwo wskazuje brak kompetencji do jego prowadzenia – powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski, wiceprezes ZDG TOR – Przetarg był jednak opóźniony z winy samego resortu. Gdyby nie to, pewnie nadal mielibyśmy obecnego operatora płatności lub wybrany zostałby nowy. Sytuacja, jaka ma miejsce teraz – kiedy udaje się uniknąć samochodów z rodzinami tkwiącymi w korkach w drodze na wakacje – jest prowizoryczna. Należałoby określić kiedy i w jakim sposób system będzie rozszerzany. Dzisiaj możliwość jeżdżenia po większości dróg bez opłat jest bardzo wygodna dla kierowców, jednak nie stać nas na to, aby autostrady te pozostały darmowe. Nawet Stany Zjednoczone czy Niemcy, gdzie w większości przypadków infrastruktura jest za darmo, przypłaciły to złym stanem technicznym dróg. Teraz szukają sposobu na pozyskanie dodatkowych środków od kierowców – dodał Furgalski.

Kiedy urząd skarbowy nie musi informować o wszczęciu kontroli?

Justyna Jarosz, ekspert wFirma.pl
Justyna Jarosz, ekspert wFirma.pl

Przedsiębiorcy prowadzący działalność gospodarczą muszą liczyć się z możliwością poddania kontroli podatkowej. Zwykle organy podatkowe informują o zamiarze wszczęcia kontroli, jednakże w określonych sytuacjach fiskus może rozpocząć czynności kontrolne bez wcześniejszej zapowiedzi.

Zakres kontroli podatkowej obejmuje czynności mające na celu ustalenie, czy podatnik wywiązuje się z obowiązków podatkowych względem urzędu skarbowego. Przedsiębiorca, który ma zostać poddany kontroli, musi być o tym fakcie uprzednio powiadomiony przez właściwy organ podatkowy w określonym terminie. Wówczas ma on czas na przygotowanie się do procedur kontrolnych. Jednakże w sytuacjach, w których istnieje podejrzenie łamania prawa bądź działania na niekorzyść interesu publicznego, kontrola może być niezapowiedziana.

Terminy zawiadomienia o przeprowadzeniu kontroli

Na mocy art. 48 ust. 1 ustawy Prawo przedsiębiorców organ podatkowy jest zobowiązany do powiadomienia przedsiębiorcy o zamiarze wszczęcia kontroli. Co ważne, czynności kontrolne mogą rozpocząć się nie wcześniej niż po upływie 7 dni od dnia doręczenia zawiadomienia i nie później niż 30 dni przed. Jeżeli kontrola nie zostanie wszczęta w tym terminie, wówczas jej rozpoczęcie wymaga ponownego zawiadomienia.

Zawiadomienie o zamiarze wszczęcia kontroli powinno zawierać:

  • oznaczenie organu,
  • datę i miejsce wystawienia,
  • oznaczenie przedsiębiorcy,
  • wskazanie zakresu przedmiotowego kontroli,
  • imię, nazwisko oraz podpis osoby udzielającej upoważnienia z podaniem zajmowanego stanowiska lub funkcji.
Ważne!

Przedsiębiorca ma także możliwość wnioskowania o przyspieszenie terminu kontroli, wówczas istnieje możliwość jej rozpoczęcia przed upływem 7 dni.

Co ciekawe, powyższy termin nie odnosi się do czynności związanych z pozyskiwaniem próbek, dokonywaniem oględzin, także pojazdów, bądź dokonywaniem pomiarów. Wymienione czynności mogą zostać przeprowadzone przez organ podatkowy przed upływem 7 dni od dostarczenia zawiadomienia, lecz nie mogą one obejmować ingerencji w dokumentację firmową. Występuje także ograniczenie czasowe co do ich wykonywania:

  • czynności związane z pobieraniem próbek i dokonywaniem oględzin nie mogą przekraczać jednego dnia roboczego,
  • czynności związane z dokonywaniem pomiarów nie mogą przekraczać kolejnych 24 godzin liczonych od chwili rozpoczęcia tych czynności.

Kiedy urząd skarbowy nie musi informować o wszczęciu kontroli?

W określonych sytuacjach organy podatkowe mogą wszcząć postępowanie kontrolne bez konieczności zawiadamiania kontrolowanego. Może to jednak nastąpić w ściśle określonych przypadkach, które reguluje art. 48 ust. 11 ustawy Prawo przedsiębiorców, zgodnie z którą  zawiadomienia o zamiarze wszczęcia kontroli nie dokonuje się m.in., jeśli:

  • kontrola ma zostać przeprowadzona na podstawie ratyfikowanej umowy międzynarodowej lub przepisów prawa Unii Europejskiej,
  • kontrola może przyczynić się do przeciwdziałania popełnieniu przestępstwa lub wykroczenia,
  • istnieje uzasadnione podejrzenie zagrożenia życia lub zdrowia,
  • przedsiębiorca nie posiada adresu zamieszkania lub adresu siedziby bądź doręczanie powiadomienia na podane adresy było bezskuteczne lub utrudnione,
  • kontrola zostanie przeprowadzona na podstawie odrębnych przepisów.

Jedną z ustaw precyzujących sytuacje, w których organy podatkowe nie mają obowiązku informowania o rozpoczęciu procedur związanych z kontrolą podatkową, jest Ordynacja podatkowa. Zgodnie z art. 282c tej ustawy podatnik nie jest informowany o zamiarze wszczęcia kontroli, jeśli:

  • dotyczy możliwych nieprawidłowości przy zwrotach różnicy podatku lub zwrotach podatku VAT naliczonego,
  • ma zostać wszczęta na żądanie organu prowadzącego postępowanie przygotowawcze o przestępstwo lub przestępstwo skarbowe,
  • istnieje podejrzenie o nieujawnionych źródłach przychodu,
  • dotyczy niezgłoszonej do opodatkowania działalności gospodarczej,
  • ma być podjęta w oparciu o informacje uzyskane na podstawie przepisów o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy oraz finansowaniu terroryzmu,
  • zostaje wszczęta po okazaniu legitymacji służbowej kontrolowanemu, gdy czynności kontrolne są niezbędne przeciwdziałaniu popełnieniu przestępstwa skarbowego,
  • ma charakter doraźny dotyczący ewidencjonowania obrotu za pomocą kasy rejestrującej, użytkowania kasy rejestrującej lub sporządzania spisu z natury,
  • dotyczy podatku od wydobycia niektórych kopalin,
  • ma charakter doraźny dotyczący sprawdzenia zachowania warunków zawieszenia działalności gospodarczej,
  • podatnik jest zobowiązanym w postępowaniu egzekucyjnym w administracji,
  • podatnik nie ma miejsca zamieszkania lub adresu siedziby albo doręczanie pism na podane adresy było bezskuteczne lub utrudnione.

Uzasadnienie braku zawiadomienia o wszczęciu kontroli

Organy podatkowe, odstępując od zawiadomienia o wszczęciu kontroli podatkowej, każdorazowo muszą wskazać przyczyny swojej decyzji oraz właściwie ją udokumentować w protokole kontroli. Brak właściwego uzasadnienia przyczyn niepowiadomienia podatnika o wszczęciu kontroli może stanowić podstawę do podważenia wyników przeprowadzonych czynności kontrolnych.

Art. 48 ust. 10 ustawy Prawo przedsiębiorców

Uzasadnienie przyczyny braku zawiadomienia o zamiarze wszczęcia kontroli umieszcza się w protokole kontroli.

Nieuzasadnienie przyczyn braku zawiadomienia o rozpoczęciu kontroli może uniemożliwić jej wszczęcie z art. 48 ust. 11 ustawy Prawo przedsiębiorców, czyli kontroli bez zawiadomienia, co może być jednym z postulatów przyczyniającym się do uchylenia decyzji wydanej przez organy podatkowe po przeprowadzeniu kontroli.

Justyna Jarosz, Ekspert wFirma.pl

Programy lekowe – zarządzenie NFZ łamie prawo

Propozycja nowego zarządzenia Prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia doprowadzi do tego, że ani lekarz, ani pacjent nie będą mieli wpływu na wybór leku stosowanego w terapii w szpitalu. Zdaniem Pracodawców RP projekt NFZ może być niezgodny z prawem oraz nieracjonalny pod względem ekonomicznym.

Pracodawcy RP w ramach konsultacji społecznych ocenili projekt zarządzenia Prezesa NFZ w sprawie określania „warunków zawierania i realizacji umów w rodzaju leczenie szpitalne w zakresie programy lekowe”. Ma ono kluczowe znaczenie dla przebiegu leczenia szpitalnego, określa bowiem jakim lekiem i w jaki sposób ma być leczony pacjent.
Niestety projekt zawiera szereg wad – nie tylko pod względem prawnym lub kwestii finansowania, ale i groźnych dla zdrowia pacjentów.

Niezgodność z prawem

W projekcie zarządzenia Prezesa NFZ znalazły się zapisy zawierające tzw. współczynniki korygujące. Premiują one zakup konkretnych substancji czynnych lub konkretne formy podania substancji czynnych, które spełnią odpowiednio niski próg kosztowy – poprzez przyznanie szpitalom je kupującym dodatkowych środków na diagnostykę lub podanie leku.

To zdecydowane nadużycie ze strony Narodowego Funduszu Zdrowia ponieważ powoduje zakłócenie konkurencji na rynku leków – a w skrajnym przypadku także w obrębie określonego programu lekowego. Zarządzenie skutkuje tym, że cena zawarta w decyzji administracyjnej staje się nieaktualna – powstaje więc pytanie kto jest kreatorem polityki lekowej w Polsce.

Prawa pacjenta

Współczynniki korygujące wpłyną na preferencje zakupowe szpitali, tym samym zarówno pacjent jak i lekarz zostaną postawieni przed faktem dokonanym. W przypadku premiowania formy podania lub określonych substancji czynnych w ramach programu lekowego – lekarze i pacjenci będą zmuszeni do korzystania z produktów „premiowanych” współczynnikiem korygującym, niezależnie od ich stanu zdrowia i indywidualnych potrzeb . Tymczasem lekarz jest zobowiązany do prowadzenia terapii zgodnie z aktualną wiedzą medyczną, a nie z preferencjami cenowymi NFZ.

Ponadto Prezes NFZ nie chce ujawniać pacjentom tego, czym będą leczeni. Zarówno w karcie wydania leku jak i karcie zgody pacjenta na udział w programie lekowym pacjent wyraża zgodę na leczenie określoną substancją czynną, a nie nazwą handlową leku. Nie będzie tym samym możliwości efektywnego zgłaszania niepożądanych działań leków.
Dotyczy to także leków biologicznych, często wymagających zwiększonego raportowania działań niepożądanych (z uwzględnieniem numeru serii). Dlatego zapisy tego zarządzenia są niezgodne z treścią i planami zawartymi w polityce lekowej państwa na lata 2018-2022, która planuje zwiększenie liczby zgłaszanych działań niepożądanych.

Wprowadzone zmiany mogą też wywołać falę pozwów zbiorowych. Wystarczy tylko by jeden pacjent uprawdopodobnił, że podmiot leczniczy nie przestrzega prawa do informacji – nie udziela pełnej informacji o leku, a tylko o jego substancji czynnej. Rzecznik Praw Pacjenta zyska wtedy prawo prowadzenia postępowania wobec tego podmiotu domniemując, że dochodzi tam do zbiorowego naruszenia praw pacjenta. W przypadku takiego postępowania, jeśli podmiot nie odstąpi od tej praktyki, Rzecznik Praw Pacjenta może nałożyć na szpital karę pieniężną do wys. 50 tyś. zł.

Finanse publiczne

W opinii Pracodawców RP trudne do uzasadnienia jest premiowanie substancji czynnej w zależności od formy jej podania. Narodowy Fundusz Zdrowia premiuje podawanie leku w droższej formie podania, w trybie pełnej hospitalizacji – zamiast tańszej w trybie ambulatoryjnym. A przecież projekt jest tworzony w sytuacji, gdy Narodowy Fundusz Zdrowia poszukuje oszczędności w związku z roszczeniami płacowymi różnych grup zawodowych.

W dodatku za premiowanie droższej formy podania Narodowy Fundusz Zdrowia będzie płacił świadczeniodawcom. De facto będzie więc tracił dwukrotnie – raz gdy będzie płacił za droższe procedury i drugi raz, gdy będzie płacił dodatkowe środki za wykonanie tych droższych procedur. Uważamy, że pozostawienie pełnej konkurencji cenowej w każdej grupie limitowej jest najlepszym rozwiązaniem z punktu widzenia finansów NFZ.

Pracodawcy Rzeczypospolitej Polskiej

Za 42 lata emerytów będzie więcej niż płatników składek

Grzegorz Chłopek, Prezes Zarządu Nationale-Nederlanden PTE
Grzegorz Chłopek, Prezes Zarządu Nationale-Nederlanden PTE

Z raportu Komisji Europejskiej, dotyczącego wyzwań związanych ze starzeniem się społeczeństw wynika, że w 2060 r. w Polsce, emerytów będzie więcej niż pracujących. Mimo to, dzisiejsi milenialsi wciąż nie są skoncentrowani na snuciu dalekosiężnych planów – zwłaszcza tych emerytalnych. Konieczną kwestią jest więc zachęcenie młodych ludzi do zadbania – już dziś – o własną przyszłość, nie odkładając tego na później. 

Beztroskie podejście młodych pracowników nie zmienia się od lat, choć powinno w kontekście obecnych tendencji demograficznych. Komisja Europejska wskazuje, że stopa zastąpienia, czyli relacja pierwszej emerytury do ostatniego wynagrodzenia, spadnie z 55 proc. w 2016 r. do około 26 proc. w roku 2060 i 25 proc. w 2070 r. Nawet przy założeniu wzrostu wskaźnika aktywności zawodowej odsetek emerytów zwiększy się z 53,8 emeryta w 2016 r. do 106,3 emeryta na 100 zatrudnionych w 2060 r. Czyli za 42 lata emerytów będzie więcej niż płatników składek. Żyjemy bowiem coraz dłużej co potwierdzają prognozy dla krajów rozwiniętych. Pokazują one, że prawdopodobieństwo tego, że dzisiejsze dzieci dożyją 100 lat przekracza już 50 proc.

Pozytywnie nie nastrajają również dane GUS, który dodatni przyrost naturalny w Polsce odnotował po raz ostatni w 2010 roku. Konsekwencje tych zmian, związanych z rosnącym wskaźnikiem obciążenia demograficznego, w przyszłości szczególnie odczują właśnie milenialsi. Eksperci alarmują, o palącej konieczności zwiększenia wśród młodzieży zainteresowania tematem bezpieczeństwa finansowego i oszczędzaniem na emeryturę.

Oszczędzanie z korzyścią

Czarne przewidywania łagodzi nieco raport Nationale-Nederlanden „Dojrzałość Finansowa Polaków”, z którego wynika, że aż 1/3 osób w wieku 25-29 lat odkłada oszczędności na emeryturę. Dlatego też niezmiernie istotna jest dalsza inspiracja nowego pokolenia i edukacja dotycząca dobrowolnego oszczędzania na emeryturę. Pamiętajmy, że każde dodatkowe środki odłożone dziś, dają szansę na wyższe świadczenia w przyszłości.

Na dobry początek, oprócz krótkoterminowych depozytów, dających szansę na budowanie oszczędności, warto zwrócić uwagę na produkty, które pozwalają także zoptymalizować obciążenia podatkowe, czyli IKZE i IKE. Jak pokazują raporty, Polacy nie wykorzystują całkowitego potencjału tych produktów. I tak w 2017 r. liczba kont IKZE, na które dokonano wpłat, wyniosła zaledwie 198 tys., a IKE 314 tys. Aczkolwiek w porównaniu z rokiem 2016, w 2017 aktywa IKZE wzrosły o 628 mln PLN, natomiast IKE o 1,306 mld PLN. Pod względem dynamiki IKZE zdecydowanie góruje nad wszystkimi formami dobrowolnego oszczędzania, w tym nad IKE (aktywa zgromadzone w IKZE wzrosły o 58 proc. rok do roku, a w IKE o niecałe 20 proc.) co nie dziwi zważywszy, że IKZE przynosi zdecydowanie najlepsze korzyści podatkowe. 

Dodatkowy impuls

Nową generację pracowników zainteresować powinien również pomysł wprowadzenia Pracowniczych Planów Kapitałowych (PPK), który ma stać się powszechnym sposobem dobrowolnego oszczędzania na emeryturę. To rozwiązanie ma szansę zachęcić Polaków, w tym także przedstawicieli pokolenia Y, do regularnego, długoterminowego oszczędzania. Istotnym elementem PPK jest wspólne działanie pracownika, pracodawcy i Skarbu Państwa, co powinno stanowić dodatkowy impuls do odkładania pieniędzy na emeryturę. Nie bez znaczenia są także zachęty fiskalne w postaci zwolnienia z podatku od dochodów kapitałowych.

Dzięki uczestnictwu w PPK pracownicy będą mieli szansę na zgromadzenie dodatkowego kapitału, który będą mogli wykorzystać przede wszystkim jako dodatkowe świadczenie wypłacane w okresie emerytalnym. O tym, jaka forma wypłaty tego świadczenia będzie preferowana, zadecydują sami zainteresowani, przy zachowaniu warunku, że okres wypłaty nie może być krótszy niż 10 lat. To rozwiązanie może więc stanowić realną odpowiedź na wyzwania demograficzne, z jakimi będzie musiało się zmierzyć pokolenie milenialsów – a im wcześniej zaczną oszczędzać, tym większe szanse, że ich świadczenia na emeryturze osiągną satysfakcjonujący poziom.

Możliwości oszczędzania jest wiele. Od decyzji podejmowanych przez młodych już dziś zależy, jak w przyszłości będą korzystać z uroków życia. Kluczowe jest uświadamianie i zachęcanie młodego pokolenia do większej inicjatywy w korzystaniu z możliwości dodatkowego zabezpieczania swojej finansowej przyszłości.

Grzegorz Chłopek, Prezes Zarządu Nationale-Nederlanden PTE S.A.

Opracowano samonagrzewające się baterie do aut elektrycznych. Nad rozwiązaniem problemu mało wydajnych ogniw pracują także Polacy

Opracowano samonagrzewające się baterie do aut elektrycznych. Nad rozwiązaniem problemu mało wydajnych ogniw pracują także Polacy 1

Dynamicznie rośnie liczba samochodów elektrycznych na ulicach. Problemem w rozwoju elektromobilności są jednak baterie litowo-jonowe. Nieodporne na działania temperatury, są nawet o 25 proc. mniej wydajne przy temperaturze poniżej zera. Amerykańscy naukowcy opracowali nowy typ baterii, które mogą się same nagrzewać, a więc nie tracą właściwości w trudnych warunkach. Pomocne w rozwiązaniu problemu mało wydajnych ogniw mogą być także prowadzone w Polsce symulacje komputerowe, w których można przetestować działanie baterii w określonym środowisku.

– Zarządzanie termiką magazynu energii pojazdu jest istotne z punktu widzenia bezpieczeństwa, ale i efektywności energetycznej. Postanowiliśmy temat zgłębić, żeby dla ogniwa litowo-jonowego, które tam jest przeważnie stosowane, opracować przede wszystkim bardzo dokładne modele elektryczne, ale również termiczne. Chodzi o to, by w symulacjach komputerowych być w stanie przewidzieć przy danym cyklu jezdnym na danej trasie, jak samochodowa bateria będzie się grzała – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Tomasz Detka, kierownik Zakładu Elektromobilności w Przemysłowym Instytucie Motoryzacji (PIMOT).

Z analizy międzynarodowej firmy doradczej Frost & Sullivan wynika, że w najbliższych latach można oczekiwać znacznego postępu technologicznego w obszarze akumulatorów do pojazdów elektrycznych. Baterie litowo-jonowe, mimo wielu zalet, nie są idealnym rozwiązaniem nie tylko z powodu wysokich kosztów zakupu, lecz także ograniczonej wydajności i nie zawsze wystarczającego poziomu bezpieczeństwa.

– Złe zarządzanie termiką czy pozwolenie na to, żeby bateria się przegrzała albo nadmiernie schłodziła, w najlepszym przypadku – szczególnie jeśli chodzi o chłodzenie – będzie powodowało, że nie możemy z niej pobrać tyle mocy, ile byśmy chcieli, czyli mamy wolniejszy samochód. Przegrzanie zaś jest szczególnie niebezpieczne, bo zachodzące wówczas w ogniwie procesy chemiczne mogą spowodować jej deformację, a ostatecznie wybuch czy zapłon takiego ogniwa – tłumaczy Tomasz Detka.

Badania przeprowadzone przez amerykański Departament Energii wykazały, że niska temperatura może wpływać na akumulatory w samochodach elektrycznych, zmniejszyć ich wydajność o ponad 25 proc., a zasięg samochodów z ok. 80 do 60 mil. Akumulatory litowo-jonowe są też podatne na wybuch przy przegrzaniu się lub przy użyciu niewłaściwej ładowarki. Naukowcy opracowują metody, które mają ograniczyć takie ryzyko.

Naukowcy z Maryland z kolei opracowali akumulator do samochodów elektrycznych, stosując ulepszone elektrody stabilizowane wysoko fluorowanym elektrolitem, które znacznie zwiększają pojemność baterii. Nad ulepszeniem baterii litowo-jonowych pracują także polscy naukowcy.

 Nie wymyślamy samej baterii czy samego ogniwa schodząc bardzo głęboko na ten poziom elektrochemiczny. Patrzymy raczej już na gotowe ogniwo i chcemy jak najlepiej zbadać jego parametry elektryczne w pierwszej kolejności, w drugiej kolejności termiczne, żeby na podstawie badań eksperymentalnych przejść do badań symulacyjnych, które są tańsze i prostsze – przekonuje ekspert.

Znajdujące się w strukturze PIMOT Centrum Bezpieczeństwa Transportu i Diagnostyki Pojazdów pozwala przetestować różne możliwe rozwiązania i sprawdzić, które z nich może okazać się najskuteczniejsze. Pomysłów, jak usprawnić baterie w samochodach elektrycznych, przybywa.

Naukowcy z Uniwersytetu Pensylwania stworzyli baterię, która może sama się nagrzewać, pozwalając na szybkie ładowanie niezależnie od zimna na zewnątrz. Kiedy czujnik temperatury podłączony do akumulatora, wykryje, że bateria znajduje się poniżej temperatury pokojowej, wysyła elektrony przepływające przez folię niklową. To powoduje, że bateria jest w pełni naładowana, dopóki nie osiągnie ponownie temperatury pokojowej. Innym rozwiązaniem jest bateria, która nie przekracza ustalonej temperatury, przed przegrzaniem może też chronić system schładzania powietrzem.

– Przyszłościową technologią jest np. zastosowanie pianek metali do chłodzenia ogniw. Ważnym zagadnieniem jest łączenie ogrzewania czy chłodzenia magazynu energii z ogrzewaniem lub chłodzeniem kabiny, możemy np. wykorzystać to powietrze, którym nagrzewamy kabinę, żeby przepływało przez magazyn energii. Chodzi o to, żeby w Polsce również mieć możliwość sprawdzenia, które rozwiązania są sensowne, żeby wspierać nasze rodzime projekty – podkreśla Tomasz Detka.

Według danych Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego, w 2017 r. w Polsce sprzedano 439 samochodów elektrycznych.

Ta aplikacja może zrewolucjonizować koncerty. Pozwala słuchaczom w czasie rzeczywistym oglądać artystów w zbliżeniach, a po koncercie wysłać do nich wiadomość

Ta aplikacja może zrewolucjonizować koncerty. Pozwala słuchaczom w czasie rzeczywistym oglądać artystów w zbliżeniach, a po koncercie wysłać do nich wiadomość 2

Mobilna aplikacja stworzona przez Polaków rewolucjonizuje sposób, w jaki słuchacze uczestniczą w koncertach. Przedstawia informacje o programie wydarzenia, a w jego trakcie na ekranie telefonu pokazuje zbliżenia artystów z różnych kamer. Każdy uczestnik koncertu może wybierać w swoim telefonie ujęcie, z którego chce oglądać zbliżenia w danej chwili. Obecnie z aplikacji mogą korzystać widzowie koncertów muzyki klasycznej i oper, ale trwają także prace nad dostosowaniem aplikacji do innego rodzaju wydarzeń, w tym także imprez sportowych.

– Aplikacja mobilna ONSTAGE jest rozwiązaniem przeznaczonym do wykorzystania na salach koncertowych, które może zmieniać sposób odbioru muzyki klasycznej poprzez interakcje za pomocą smartfona: podczas wydarzenia. Musimy być fizycznie w sali koncertowej, żeby móc korzystać z aplikacji. ONSTAGE pozwala niejako wejść na scenę i zobaczyć w detalach to, co było dla nas do tej pory niewidoczne – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Jakub Fiebig, prezes Julian Cochran Foundation.

Aplikacja ma zniwelować bariery, które dzielą artystę i słuchaczy. Pozwala oglądać z bliska to, co dzieje się na scenie czy na backstage’u. Każda osoba, która pobierze darmową aplikację, może dowolnie wybierać na swoim telefonie kamerę, z której obejrzy zbliżenia w czasie koncertu. Dzięki funkcjom trybu lokalizacji przed koncertem aplikacja doprowadzi słuchacza do filharmonii z dowolnego miejsca. W aplikacji znajdują się też informacje o programie i artystach. Podczas koncertu kamery pokażą zbliżenia na twarz czy dłonie artysty, a nawet wnętrze fortepianu.

– Obraz z kamery przepuszczany jest przez serwer, dalej trafia już do software’u, czyli aplikacji ONSTAGE. Jesteśmy w stanie korzystać z aplikacji dzięki naszej technologii, która pozwala na zminimalizowanie opóźnienia transmisji obrazu do mniej więcej 150 ms. To najważniejsza funkcja pozwalająca na oglądanie obrazu w czasie rzeczywistym, który „pasuje” do dźwięku wykonywanego na żywo przez artystę na scenie – podkreśla Jakub Fiebig.

ONSTAGE pozwala też na interakcje z innymi słuchaczami (live chat) oraz przeglądanie nut wykonywanych utworów i śledzenie czasu ich trwania. Po koncercie słuchacze mogą też wysłać wiadomość do artystów.

– Aplikacja jest bezpłatna dla użytkownika, jest dostarczana przez organizatora danego koncertu. To my nawiązujemy relację biznesową z organizatorem, salą koncertową czy orkiestrą, która później udostępnia aplikację swojemu słuchaczowi. Wystarczy wejść do sklepu internetowego, pobrać aplikację, zalogować się do wewnętrznej sieci w sali koncertowej i już możemy korzystać z jej funkcjonalności – mówi Jakub Fiebig.

Aplikacja stworzona we współpracy Julian Cochran Foundation oraz Altkom Software & Consulting ma pomóc przyciągnąć nowych słuchaczy do sal koncertowych. Jak wynika z danych GUS, zaledwie 16 proc. Polaków bywa w filharmonii czy operze. Twórcy prowadzą także rozmowy z instytucjami z całego świata, nie tylko filharmoniami. ONSTAGE można dostosować do innych dziedzin sztuki, także do sportu czy pokazów mody.

– Celem aplikacji jest wejście do sal koncertowych i oper na całym świecie. Jest to rozwiązanie uniwersalne, które może być wykorzystywane absolutnie w każdej sytuacji koncertowej podczas wydarzeń na żywo – mówi ekspert.

Zamówienie sprzątania tak proste jak taksówki. Z takiej możliwości korzysta coraz więcej Polaków

Zamówienie sprzątania tak proste jak taksówki. Z takiej możliwości korzysta coraz więcej Polaków 3

Prawie 80 proc. Polaków lubi mieć czyste mieszkanie, ale co czwarty nie lubi sprzątać, a co trzeciego to męczy. Znienawidzoną czynnością jest mycie okien, czyszczenie łazienki, prasowanie i składanie ubrań. Dlatego coraz częściej korzystamy z pomocy firm sprzątających, choć i tak robimy to znacznie rzadziej niż społeczeństwa na Zachodzie Europy. Usługę sprzątania można zamówić online, równie prosto jak taksówkę czy jedzenie. Kolejnym etapem jest zamawianie przez aplikacje mobilne.

– Relatywnie niewielka część Polaków jeszcze korzysta z usług pań sprzątających. Jest to kilka procent w porównaniu do kilkudziesięciu procent na innych rynkach Europy Zachodniej czy USA. Rynek jednak cały czas rośnie, i to bardzo dynamicznie. Kilka lat temu, kiedy zaczynaliśmy, faktycznie jeszcze mniejszy odsetek osób mógł pozwolić sobie na osobę sprzątającą, teraz widzimy bardzo dużą zmianę – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jakub Łączkowski, prezes zarządu Pozamiatane.pl.

Z danych Polskiej Izby Gospodarczej Czystości wynika, że polski rynek sprzątania wart jest ok. 5 mld zł. Coraz więcej osób decyduje się na pomoc przy porządkach, zwłaszcza że sprzątanie nie należy do naszych ulubionych czynności. Blisko 80 proc. Polaków lubi mieć czyste mieszkanie i lubi zapach świeżości po porządkach, ale ponad 25 proc. nie lubi sprzątać, a co trzecia osoba przyznaje, że ta czynność ją męczy. Nie lubimy szczególnie mycia okien, czyszczenia łazienki, mycia naczyń czy prasowania – wynika z badań przeprowadzonych w 2018 roku przez serwis Pozamiatane.pl.

– Rynek gospodarstw domowych rozwija się bardzo dynamicznie. W segmencie B2C rynek ten cechuje się bardzo wysokim wzrostem, aczkolwiek jeszcze niewielką świadomością. Rynek biznesowy rośnie w dość stabilnym tempie rok do roku. Także podmiotów, które świadczą te usługi, jest coraz więcej – wskazuje Jakub Łączkowski.

Szacunki mówią, że na rynku działa ok. 4 tys. podmiotów świadczących usługi sprzątające. Faktyczną liczbę trudno jednak jednoznacznie określić, bo w branży dużą część stanowi szara strefa, gdzie usługę zamawia się przez telefon, najczęściej z polecenia, a pieniądze płaci do ręki. Sytuacja jednak powoli się zmienia – rośnie liczba obcokrajowców, którzy podejmują prace sprzątające, a ze względu na potrzebę dokumentów legalizujących pobyt coraz więcej usług świadczonych jest legalnie.

Chcemy ten rynek zmienić. Od ponad 3,5 roku pracujemy nad tym, żeby sprzątanie stało się taką usługą jak aplikacje taksówkarskie dostępne na wyciągnięcie ręki dla każdego – tłumaczy prezes Pozamiatane.pl.

Platformy takie jak Uber czy Taxify, które oferują tanie przejazdy, czy umożliwiające zamówienie jedzenia, cieszą się dużą popularnością. Pozwalają oszczędzić czas, dzięki aplikacjom jest to możliwe także ze smartfona, a płatności są automatycznie ściągane z konta. Podobnie działa platforma Pozamiatane.pl.

– Dużą wagę przykładamy do tego, żeby wpuszczać do domu bardzo wiarygodne i sprawdzone osoby sprzątające i pokazać to, że możemy po pierwsze zamówić sprzątanie w bardzo szybki sposób, w prostych trzech krokach, online, a po drugie, że możemy zamówić sprawdzoną, zaufaną i wiarygodną osobę sprzątającą, czyli zmieniamy ten rynek całkowicie – podkreśla Jakub Łączkowski.

Na platformie Pozamiatane.pl cały proces zamówienia usługi odbywa się elektronicznie – wystarczy wpisać kod pocztowy i zamówić usługę. Z takiej możliwości korzysta coraz więcej osób. W 2017 roku, gdyby zsumować dystans pokonany podczas dojazdów do klientów, sprzątacze okrążyliby Ziemię 1,5 raza. Ścierki zużyte podczas sprzątania wypełniłyby 9 kortów tenisowych, a zużyte gąbki – 88 bagażników małego fiata.

Jednorazowe sprzątanie kosztuje 36 zł za godzinę. W przypadku sprzątania cyklicznego, raz na tydzień lub raz na dwa tygodnie, jest ono tańsze – 33 zł za godzinę. Możemy zamówić sprzątanie począwszy od podstawowego, bazowego sprzątania, po cykliczne, również po remoncie. Możemy zamówić prasowanie, mycie okien, czyli wszystkie usługi związane z utrzymaniem porządku w domu – wymienia Jakub Łączkowski.

W Polsce rocznie sprzedaje się ok. 18 mln sztuk dużego i małego AGD. Klienci coraz większą uwagę zwracają na klasę energetyczną

W Polsce rocznie sprzedaje się ok. 18 mln sztuk dużego i małego AGD. Klienci coraz większą uwagę zwracają na klasę energetyczną 4

Rocznie w Polsce sprzedaje się ok. 6 mln sztuk dużego i blisko 12 mln małego AGD. Dominują pralki, lodówki oraz kuchenki, ale stopniowo rośnie też popyt na płyty indukcyjne, suszarki do ubrań czy zmywarki, które wedle statystyk są ważnym elementem wyposażenia w co trzecim polskim domu. Jesteśmy otwarci na nowinki techniczne, a cena urządzenia nie przestała być kluczowym czynnikiem przesądzającym decyzje zakupowe. Dużo ważniejsza stało się dla nas kryterium klasy energetycznej sprzętu – tej najbardziej oszczędnej w tym zakresie.

– Rynek AGD w Polsce od wielu lat prężnie się rozwija i ta tendencja na pewno się utrzyma. Wszyscy musimy prać, gotować, chłodzić, dlatego ten kilkuprocentowy wzrost będzie miał również miejsce w kolejnych latach. Dochodzą również inne grupy produktowe. Suszarki oraz zmywarki mają jeszcze stosunkowo niskie nasycenie w gospodarstwach domowych, ale prognozy są optymistyczne i wkrótce odnotujemy zapewne zwyżkę na poziomie 4–5 proc. –podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Cich, dyrektor generalny Electrolux w Europie Środkowo-Wschodniej (CEE, Rosja, Centralna Azja).

Z danych, które zebrał CECED Polska Związek Pracodawców AGD, wynika, że w 2017 roku do krajowych sieci handlowych trafiło blisko 6 mln sztuk sprzętu gospodarstwa domowego (przy 5,8 mln rok wcześniej). Liczba sprzedanego małego sprzętu AGD sięgnęła 12 mln (dane za 2016 rok). Rośnie nasycenie sprzętem AGD w polskich domach – w niemal każdym znajduje się chłodziarka (98,7 proc.), pralka automatyczna (95,8 proc.) i odkurzacz elektryczny (94 proc.). Coraz więcej osób kupuje też zmywarki – nasz konsumencki dostęp do nich wzrósł do niemal 30 proc, przy jeszcze ok. 14 proc. w 2010 roku.

 Polacy to otwarty na nowości naród i zauważamy to również w sprzęcie gospodarstwa domowego. Na tle krajów zachodnioeuropejskich wypadamy bardzo dobrze. Klienci w Europie Zachodniej są przy nas bardziej konserwatywni. Przykładem mogą być płyty indukcyjne. W Polsce stanowią ok.  90 proc. sprzedawanych płyt, w Niemczech i Francji 40–50 proc., w Skandynawii – do 60 proc. – ocenia Adam Cich.

Jak podkreśla ekspert, polscy konsumenci przy wyborze sprzętu nie kierują się wyłącznie ceną. Coraz większą uwagę zwracają też na klasę energetyczną, zwłaszcza że ta może się przełożyć na wymierne oszczędności w płaconych rachunkach. Według GUS w przypadku, gdy wszystkie urządzenia w domu są w klasie energetycznej A, średnie zużycie na osobę wynosi 755,5 kWh i jest o blisko 9 proc. niższe niż w przypadku mniej opłacalnej klasy B. Jeszcze większe różnice zaobserwujemy analizując sprzęt klasy A+, A++ lub A+++. Raport GUS „Zużycie energii w gospodarstwach domowych” wskazuje, że udział urządzeń należących do klas innych niż A dla żadnego z urządzeń nie przekraczał 6 proc.

 Konsumenci zwracają uwagę na efektywność sprzętu i niewątpliwie ta cecha wpływa na ich finalne decyzje zakupowe. Polska plasuje się gdzieś w połowie stawki krajów europejskich, jeśli chodzi o oczekiwania i świadomość kwestii energooszczędności. Dla porównania dodam, że w Czechach zdecydowana większość produktów jest właśnie klasy A+++ – mówi przedstawiciel firmy Electrolux.

Branża AGD, choć notuje systematyczne wzrosty, boryka się też z problemami. Najważniejszym jest brak rąk do pracy. Mimo że – jak wynika z badania Randstad Employer Brand Research – produkcja AGD zajmuje trzecią pozycję wśród najbardziej atrakcyjnych miejsc pracy. Aby utrzymać produkcję na wysokim poziomie, firmy z branży muszą posiłkować się cudzoziemcami.

 Nasze fabryki są zlokalizowane w regionie Wrocławia, a na Dolnym Śląsku brakuje rąk do pracy. Wspomagamy się więc importem pracowników spoza naszego kraju – przyznaje Adam Cich. – Wśród menadżerów mamy bardzo dobrą opinię na rynku i tutaj tych problemów nie ma. W Warszawie zatrudniamy sporo osób z innych krajów, które chętnie przyjeżdżają do Polski.

Rośnie popularność nauki w systemie dualnym. To zwiększa szanse studentów na atrakcyjną pracę

Rośnie popularność nauki w systemie dualnym. To zwiększa szanse studentów na atrakcyjną pracę 5

Model studiów dualnych, który pozwala łączyć naukę z pracą zawodową, wprowadza coraz więcej polskich uczelni. Cieszy się też popularnością wśród samych studentów, którzy po zakończeniu nauki otrzymują nie tylko dyplom, lecz także konkretny wpis w CV, a często mają już zapewnioną atrakcyjną pracę. Przy historycznie niskim bezrobociu studia dualne mogą być odpowiedzią na podstawową bolączkę rynku pracy – niską podaż wykwalifikowanych kadr. Dlatego we współpracę z uczelniami chętnie angażują się również pracodawcy.

Studia dualne odpowiadają na zapotrzebowanie rynku pracy i powstają w porozumieniu z przedsiębiorcami. To oni wspólnie z naukowcami układają plan studiów, wskazują, jaki zakres praktyk może być realizowany w ich zakładzie pracy, jakimi maszynami i oprogramowaniem dysponują. Dzięki temu studenci mają najnowocześniejsze narzędzia do tego, żeby przygotowywać się do wejścia na rynek pracy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Ziółkowski, szef Gabinetu Politycznego Wiceprezesa Rady Ministrów Jarosława Gowina..

Studia dualne to popularny m.in. w Niemczech model kształcenia, wprowadzany przez coraz więcej polskich uczelni, jak na razie głównie na kierunkach technicznych. Polega na połączeniu tradycyjnych studiów akademickich i praktyk zawodowych w przedsiębiorstwie, które współpracuje z uczelnią. Program studiów jest ustalany wspólnie przez obie strony. W ten sposób studenci na etapie nauki mogą zdobywać kwalifikacje i doświadczenie zawodowe, a od razu po zakończeniu studiów są gotowi do wejścia na rynek pracy.

Oprócz zajęć teoretycznych student równolegle rozpoczyna praktyki w zakładzie pracy, który podpisze z uczelnią porozumienie na realizację zadań i kształcenia. One służą zdobyciu umiejętności praktycznych, pracy na najbardziej zaawansowanych technologiach, które na uczelniach często nie są dostępne. Firmy szybciej się dostosowują i są na bieżąco z nowinkami technologicznymi, które wprowadzają w swoich zakładach, a uczelnia zaspokaja potrzebę wiedzy teoretycznej. Praktyka pokazuje, że studenci często już w okresie studiów znajdują pracę w tych zakładach, w których szkolili się w trakcie studiów – mówi Piotr Ziółkowski.

Model studiów dualnych różni się w zależności od uczelni. Często praktykowanym systemem są 3 dni praktyk zawodowych u pracodawcy i 2 dni zajęć dydaktycznych i wykładów na uczelni. Staż jest płatny, studenci mogą także liczyć na stypendium przyznawane przez uczelnię. Po zakończeniu nauki absolwent otrzymuje nie tylko dyplom, lecz także konkretny wpis w CV. Często jeszcze w trakcie studiów znajduje zatrudnienie w firmie, w której odbywał praktyki.

Zakłady pracy są zainteresowane taką współpracą z uczelniami, ponieważ otrzymują wysoko wykwalifikowanego pracownika, który oprócz wiedzy teoretycznej zdobył także doświadczenie praktyczne w ich zakładzie. Dodatkowe stypendia są wsparciem i zachętą finansową dla studentów, ale także dla opiekunów naukowych czy opiekunów w zakładach pracy. Stypendia różnią się w zależności od tego, o co wnioskowała uczelnia i jakie przewidziała zachęty na danym kierunku studiów – mówi Piotr Ziółkowski.

W ramach rozstrzygniętego w lipcu konkursu Narodowego Centrum Badań i Rozwoju dofinansowanie na studia dualne otrzymało 69 projektów przedstawionych przez uczelnie (na 84 przedstawione wnioski). Granty trafiły m.in. do Akademii Leona Koźmińskiego, Politechniki Śląskiej oraz Politechniki Łódzkiej. Całość alokacji środków w konkursie wyniosła 127 mln zł, dofinansowanie dla poszczególnych uczelni w zależności od liczby studentów mogło wynieść do 10 mln zł. Efektem konkursu ma być podniesienie kompetencji co najmniej 1 750 osób. Uczelnie ubiegające się o granty muszą realizować projekty, które odpowiadają na potrzeby gospodarki, rynku pracy i społeczeństwa, realizując tym samym założenia programu operacyjnego Wiedza Edukacja Rozwój, z którego finansowana jest ich realizacja.

Program uruchomiony w NCBiR cieszył się bardzo dużym zainteresowaniem, szczególnie uczelni technicznych i państwowych wyższych szkół zawodowych. Studia dualne to ogromne możliwości dla studentów i coraz bardziej popularne w Polsce rozwiązanie, ponieważ pokazuje, jak uczelnie kształcące na profilach praktycznych powinny współpracować z przedsiębiorcami i firmami, żeby odpowiadać na potrzeby lokalnego rynku pracy – mówi szef Gabinetu Politycznego Wiceprezesa Rady Ministrów.

Jak podkreśla, studia dualne cieszą się dużą popularnością wśród samych studentów, mimo że wymagają większego zaangażowania i nakładu pracy niż studia w modelu tradycyjnym.

Trzeba nie tylko przygotowywać się do egzaminów, zdobywać wiedzę teoretyczną, lecz także w tygodniu czy w dodatkowe dni, czasem nawet wakacje, wygospodarować czas, żeby zdobywać również wiedzę praktyczną – mówi Piotr Ziółkowski. – Do tej pory mieliśmy doświadczenia z państwowych wyższych szkół zawodowych i kilku politechnik, które jako pierwsze rozpoczęły w Polsce kształcenie na studiach dualnych. Studenci przekazywali nam, że to był najlepszy wybór, jakiego mogli dokonać.

Efektem wsparcia dla systemu studiów dualnych ma być zacieśnienie współpracy nauki, biznesu i administracji, a tym samym rozwój innowacyjnych obszarów krajowej gospodarki. Przy obecnym historycznie niskim bezrobociu studia dualne są również odpowiedzą na podstawową bolączkę rynku pracy – niską podaż wykwalifikowanych kadr.

Uczelniom trudno jest odpowiedzieć na potrzeby wszystkich pracodawców w regionie, ale możliwość kształcenia studentów, którzy już profilują się pod względem specyfiki danego przedsiębiorstwa, zdobywają konkretną, wyspecjalizowaną wiedzę, powoduje, że firmy będą mogły dynamicznie się rozwijać – podkreśla Piotr Ziółkowski.

Nowe technologie zmienią rolę sprzedawcy. Z osoby podającej towar stanie się doradcą odpowiedzialnym za budowanie relacji

Nowe technologie zmienią rolę sprzedawcy. Z osoby podającej towar stanie się doradcą odpowiedzialnym za budowanie relacji 6

W ciągu 10–20 lat prawie połowa wszystkich zawodów może zostać skomputeryzowana. Rozwój technologiczny nie pozbawi jednak ludzi pracy, ale zdecydowanie zmieni jej charakter. Dotyczy to także pracy w handlu. Wirtualne półki umożliwią klientom robienie zakupów za pomocą ekranu telewizora lub tabletu. Tym samym sprzedawca z osoby podającej towar stanie się bardziej doradcą odpowiedzialnym za budowanie relacji. Zwiększy się stopień interakcji pomiędzy sprzedawcą, klientem a daną marką.

Dzięki rozwojowi technologii handel będzie się rozwijać w kierunku doradztwa. Będziemy mogli się skupiać na tym, żeby budować lojalność klienta do marki. Ludzie, którzy będą reprezentować firmy sprzedające, będą mieli czas i możliwość, żeby z klientem porozmawiać, a nie tylko wykonywać czynności typu: pójść, poszukać na magazynie, sprawdzić, czy jest dostępny, wybierać różne rozmiary. To są czynności, które wykonują dzisiaj sprzedawcy, ale mogą w przyszłości być zastąpione za pomocą technologii – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Zsolt Fekete, prezes zarządu Algotech Polska.

Nowe technologie coraz częściej zastępują człowieka, zwłaszcza przy mało skomplikowanych czynnościach – w produkcji i na magazynach. Będą mogły także zrewolucjonizować handel. Już teraz pojawiają się rozwiązania, które automatyzują sprzedaż. Firma Algotech Polska chce jeszcze w tym roku uruchomić wirtualne półki. Klient zamówi produkty dzięki interaktywnym ekranom, a maszyny przygotują i wydadzą towar.

– To także kwestia odmiejscowienia handlu, co już się dzisiaj dzieje dzięki internetowi. Mogę podjechać na stację benzynową, w trakcie tankowania zrobić zakupy na wirtualnej półce jednej z sieci handlowych i podjechać do tej sieci handlowej i z automatu odebrać swoje zakupy. Te technologie w dużej mierze już są dostępne. Oczywiście są wyzwania organizacyjne, ale myślę, że to jest kwestia paru lat, kiedy będziemy mogli tak robić zakupy – ocenia Zsolt Fekete.

Takie rozwiązania technologiczne mogą się przyczynić do skrócenia kolejek w sklepach. Jeśli skorzystamy z wirtualnej półki, zakupy zrobimy szybciej i sprawniej. Zupełnie inaczej będą też działać sklepy – zamiast olbrzymich supermarketów wystarczy niewielka przestrzeń z ekranami, na których zamówimy towary.

– Wyzwaniem będzie dostosowanie całego procesu logistycznego, zarządzanie powierzchnią sklepową. Może mniejszy będzie ten sklep, gdzie wystawia się towary, a większe zaplecze, które w przyszłości będzie zautomatyzowane – wskazuje prezes Algotech Polska. – Wyzwań jest szereg. One idą w parze z zagrożeniami na tyle, na ile ktoś źle odpowie na nie albo za wcześnie wdraża zmiany. Uważam, że w tej dziedzinie zmiany będą szły stopniowo. Firmy będą badać, na ile dana ścieżka im pasuje do tego, żeby być bardziej efektywnym w swoim biznesie.

Choć nowe rozwiązania w dużej mierze zastąpią człowieka, nie oznacza to, że sprzedawca przestanie być potrzebny. Zmieni się tylko jego rola.

– Automatyzacja, robotyzacja, cyfryzacja będzie dawała możliwość człowiekowi, żeby pozbył się wszystkich procesów logistyczno-informacyjnych i sfokusował  na doradztwie i budowaniu relacji z klientem – mówi Zsolt Fekete.

Dzięki zautomatyzowaniu sprzedaży inne będą relacje na linii klient-sprzedawca. Dla marek oznacza to możliwość większej interakcji, a tym samym budowania lojalności.

Interakcja będzie żywsza. Jako klient wyjdę ze sklepu z poczuciem, że ktoś mi pomógł rozwiązać mój problem, więc będę chętnie tam wracał. Będę wiedział, że jeśli mam pytania, ktoś znajdzie czas, żeby ze mną porozmawiać – mówi Zsolt Fekete.

Polskim eksporterom owoców coraz mocniej zagraża konkurencja ze Wschodu. Branża boryka się też z brakiem pracowników

Polskim eksporterom owoców coraz mocniej zagraża konkurencja ze Wschodu. Branża boryka się też z brakiem pracowników 7

Rozwój sadownictwa na wschodzie Europy i brak rąk do pracy – to największe zagrożenia dla polskich hodowców warzyw i owoców. Przy braku pracowników część owoców, zwłaszcza tych, które można zebrać tylko ręcznie, może zostać na polach. Polska jest jednym z największych producentów i eksporterów owoców w Europie, jednak coraz mocniej odczuwa presję konkurentów ze Wschodu. Niemal wszystkie kraje na Wschód od Polski rozwijają produkcję sadowniczą. Ukraina znacząco zwiększa eksport jabłek, malin i borówek.

Brak rąk do pracy, szczególnie w sadownictwie, przy zbiorach owoców jagodowych czy jabłek, jest problemem. Mamy coraz mniej chętnych do pracy, zarówno jeśli chodzi o Polaków, jak i tych, którzy przyjeżdżają do Polski. Dotychczas główną siłą roboczą przy zbiorach byli obywatele Ukrainy, którzy przyjeżdżają dalej w dużej ilości, ale już coraz częściej szukają miejsca pracy poza rolnictwem – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Witold Boguta, prezes Krajowego Związku Grup Producentów Owoców i Warzyw.

Dodatkowo znowelizowane przepisy wprowadziły obowiązek zgłoszenia przez rolnika do ubezpieczeń w KRUS pomocników, z którymi zawarł umowę o pomocy przy zbiorach. Część sadowników ma problem z przygotowaniem takiej umowy. Poza tym w samym rolnictwie ceny są znacznie wyższe – rolnicy muszą płacić za pracę więcej niż rok temu. To wszystko pogarsza konkurencyjność polskich hodowców.

– Musimy mieć na uwadze to, że w krajach na wschód od Polski rozwija się produkcja zarówno owoców, jak i warzyw. Analizując ostatnich kilkadziesiąt lat, można powiedzieć, że produkcja sadownicza przesuwa się od Atlantyku poprzez Europę Środkową, ku Europie Wschodniej. Obecnie to apogeum produkcji mamy na terenie Polski, ale widzimy rozwój na Ukrainie, w Mołdawii, również Rosji. Rozwija się też produkcja ogrodnicza w krajach Azji Środkowej. To będzie dla nas bardzo istotne zagrożenie, bo będziemy musieli z tamtymi państwami konkurować w eksporcie – wyjaśnia Witold Boguta.

Polska eksportuje 1,7 mln ton owoców, w rekordowych latach ok. 2 mln ton. Już teraz jednak problemem jest silna konkurencja ze strony Ukrainy. O ile jeszcze w ubiegłym roku Ukraina miała do zagospodarowania na zagranicznych rynkach 20 tys. ton jabłek, o tyle w tym roku jest to nawet ponad 100 tys. Wschodni sąsiedzi sprzedają też coraz więcej malin i borówek. Zdaniem prezesa KZGPOiW powstające na wschód od Polski plantacje są nakierowane przede wszystkim na eksport.

Dla części z tych przedsiębiorców rynek wewnętrzny danego państwa ma mniejsze znaczenie, natomiast ważne jest to, że skorzystają w danym państwie z niskich cen środków do produkcji, w tym kosztów pracy, wyprodukują wysokiej jakości produkt i chcą go umieszczać na rynkach europejskich – tłumaczy Boguta.

Problemem w dalszej perspektywie może być także samowystarczalność żywnościowa Rosji. Zgodnie z przyjętym programem w przypadku owoców produkcja krajowa przeznaczona na konsumpcję powinna stanowić 70 proc., w przypadku warzyw – 90 proc. Jeszcze w 2017 roku Rosja sprowadziła 7,1 mln ton świeżych owoców i warzyw. Jeśli produkcja krajowa wystarczy na zaspokojenie potrzeb większości mieszkańców, import znacząco spadnie.

Wydaje się, że Rosja ma szansę szybciej zrealizować ten program w odniesieniu do warzyw, gdzie produkcję wielu z nich można w pełni zmechanizować, ale również rozwijają się sady i produkcja sadownicza z roku na rok w Rosji rośnie. Z tego powodu będzie ona importować mniej, w związku z tym ci, którzy dotychczas eksportowali do Rosji, będą chcieli swoje produkty umieścić w innym miejscu, tym samym konkurując również z naszymi produktami – tłumaczy Witold Boguta.

Wady i zalety pożyczek gotówkowych typu „chwilówki”

0

Pożyczki mogą być użytecznym narzędziem do zaciągnięcia niewielkiej kwoty na krótki okres czasu. Przy prawidłowym i dobrym wykorzystaniu możesz zapewnić sobie pozytywne doświadczenia w związku z zaciągnięciem pożyczki, która przyniesie wyniki ,które pomogą Ci w przyszłości finansowej.

Chociaż pożyczki gotówkowe mogą wydawać się atrakcyjne, prawdą jest, że od lat (szczególnie chwilówki) są przedmiotem wielu kontrowersji. Pożyczki tego rodzaju faktycznie zyskały niesławę – gdy powtarzano i przerażającej ilości długów, jaką potrafią generować. Ze względu na to, że wielu kredytobiorców niewłaściwie wykorzystuje i źle interpretuje kredyty gotówkowe, ważne jest, aby potencjalni klienci znali zarówno zalety, jak i wady tych pożyczek.

Zalety kredytów gotówkowych typu „chwilówki”

To najlepsza opcja, gdy nie ma innych. Jeśli napotkasz problem finansowy i nie masz innego rozwiązania niż pożyczka, która pomoże Ci do następnej wypłaty, ten rodzaj pożyczki może być dobrym rozwiązaniem, które warto rozważyć.

Poza tym jest łatwa do uzyskania. Pożyczki te nie wymagają kontroli kredytowej ani dostępu do kart kredytowych. Obywatele Polski od wieku osiemnastu lat z:

  • comiesięczną pensją,
  • dowodem osobistym,
  • dostępem do konta osobistego lub oszczędnościowego
  • są uprawnieni do zaciągnięcia takiej pożyczki.

Wady kredytów gotówkowych typu „chwilówki”

Są droższe niż inne kredyty. Oprocentowanie pożyczek do wypłaty może wynosić nawet od 300 do 900 procent (!). Pamiętaj, że jest to pożyczka krótkoterminowa. Ze względu na duże koszty związane z zaciągnięciem pożyczki może być trudno ją później spłacić. Jeśli okaże się, że nie jesteś w stanie spłacić pożyczki w krótkim terminie, możesz mieć do czynienia z oprocentowaniem, które wciąż rośnie. I tak łatwo popaść w błędne koło. Duża część zysku wypracowywanego przez firmy, które oferują takie pożyczki pochodzi od konsumentów, którzy nie mogą spłacić wcześniejszych pożyczek w terminie, a tym samym kończy się na ogromnych odsetkach. Skutkuje to wyższymi opłatami dla klienta, które są dodawane na poczet pierwotnie pożyczonej kwoty, co może prowadzić do skrajnego zadłużenia.

Bycze nastroje dotarły na GPW

Dalszy spadek napięcia związanego z wojna handlową wpływa na coraz lepsze nastroje na rynkach. Spotkanie Donalda Trumpa z Jean-Claude Junckerem stworzyło szanse na pozytywne zakończenie negocjacji w sprawie handlu USA z UE. W poprzednim tygodniu zakończyło się także posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego, które, tak jak tego oczekiwano, nie przyniosło żadnych zaskoczeń. Stopy procentowe wraz z założeniami polityki monetarnej zostały utrzymane na niezmienionym poziomie. Indeksy w Europie w minionym tygodniu były koloru zielonego. Obóz byków wsparły również odczyty indeksów PMI dla przemysłu, które przebiły oczekiwania rynkowe. Niemiecki DAX zyskał 2,38%, francuski CAC40 2,10%, a brytyjski FTSE 100 wzrósł o 0,29%. Za oceanem indeks S&P 500 zakończył tydzień z wynikiem 0,61%, DJIA z 1,57%, a indeks giełdy Nasdaq stracił w przeciągu tygodnia -1,06%, głównie za sprawą problemów technologicznego giganta – Facebooka.

Ubiegły tydzień był wyjątkowo udany dla polskiej giełdy, bycze nastroje z globalnych rynków akcyjnych wreszcie zagościły również na naszym krajowym parkiecie. Indeks szerokiego rynku WIG zyskał 4,10%, największe spółki wzrosły o 4,94%, a indeksy mniejszych i średnich spółek sWIG80 i mWIG40 zakończyły tydzień z wynikami, odpowiednio, 2,44% oraz 2,43%. Dobrze w porównaniu z grupą porównawczą poradziły sobie fundusze akcyjne Superfund TFI: Superfund Akcji i Akcyjny, które uzyskały taką samą stopę zwrotu na poziomie 3,87%.

Zapowiada się wyjątkowo ciekawy tydzień przepełniony w dane makroekonomiczne. W tym tygodniu czekają na nas odczyty inflacji CPI dla gospodarek europejskich, indeksy PMI w usługach i przemyśle dla Europy i Stanów Zjednoczonych, a także dane z amerykańskiego rynku pracy. Na uwagę zasługują również posiedzenia banków centralnych: w środę amerykański Fed, a w czwartek decyzja Banku Anglii. Na krajowym podwórku warto zwrócić uwagę na odczyt inflacji CPI we wtorek oraz indeks PMI w przemyśle w środę.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych SA

Kurs euro, franka, dolara, funta – Analiza techniczna 30.07.2018

Przełom miesiąca zostanie zdominowany przez posiedzenia banków centralnych. Brak impulsów na złotym skupia uwagę na czynnikach zewnętrznych. Dolar na chłodno przyjął optymistyczny odczyt o PKB.  Euro boi się wojny handlowej. Funt czeka na podwyżkę stóp.

Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 23.07.2018-30.07.2018

Para walutowa EUR/PLN CHF/PLN USD/PLN GBP/PLN
Minimum 4,2720 3,6765 3,6486 4,7950
Maksimum 4,3336 3,7340 3,7162 4,8620

 

Kurs dolara USD/PLNKurs dolara USD/PLN

Minął właśnie czwarty kolejny tydzień spadków na USDPLN. Co prawda długość tej serii powoli może robić wrażenie, to jednak jej efektywność jest wyjątkowo niska. Obecnie amerykańska waluta kosztuje zaledwie 8 groszy mniej niż przed miesiącem. Zmienności może nie brakuje, jednak czynniki wpływające głównie na dolara względnie się równoważą. Z jednej strony mamy silne fundamenty, które pokazują, że amerykańska gospodarka ma się naprawdę dobrze i jest gotowa na kolejne podwyżki stóp. Z drugiej jednak jest Donald Trump, który swoim twitterowym orężem dba, by dolar za bardzo się nie umocnił. Takie starcie obserwowaliśmy pod koniec ubiegłego tygodnia, gdy kurs już przymierzał się, by zejść poniżej 3,65 zł, kiedy jednak dobre dane dotyczące PKB odbiły go w kierunku 3,70 zł. Ruch ten został powstrzymany przez groźbę Trumpa o możliwym zawieszeniu rządu. Wydaje się, że w najbliższym czasie to może być jeden z głównych czynników ryzyka dla dolara. Dla przypomnienia w Stanach zbliża się koniec roku budżetowego (koniec września), dlatego trwają prace nad nowym budżetem. Słynny Miłośnik Murów bardzo by chciał zabezpieczyć w nim środki na postawienie ogrodzenia na granicy z Meksykiem, jednak demokraci chętniej by wydali te pieniądze na coś (cokolwiek) innego. Sytuacja jest patowa więc Trump szuka narzędzi nacisku, a pierwszym pod ręką jest właśnie tzw. zawieszenie rządu. Całe zamieszanie dzieje się w tle nadchodzących wyborów do Kongresu i obie strony namiętnie kalkulują, kto na nim może więcej stracić. Z punktu widzenia rynku walutowego, zapewne dolar.

Kurs euro EUR/PLN

Kurs euro EUR/PLN

Wydawać się mogło, że na słabości dolara zyskać może euro, jednak wykres EURPLN, wyraźnie pokazuje, że obecna sytuacja najbardziej sprzyja jednak złotemu. Jeszcze nie tak dawno euro dobijało się do poziomu 4,40 zł, a teraz znajduje się kilkanaście groszy niżej. W zeszłym tygodniu co chwilę wspólna waluta rysowała kolejne minima i dzisiaj ten trend jest kontynuowany. Powoli zbliżamy się do istotnego wsparcia, które wypada trochę powyżej 4,25 zł. Test tego poziomu zobaczymy prawdopodobnie w najbliższych dniach i jego wynik będzie miał fundamentalne znaczenia dla dalszych losów tej pary. W tym tygodniu poznamy trochę danych makroekonomicznych, które mogą wspierać ewentualne ruchy. Przede wszystkim już jutro poznamy wstępny odczyt dynamiki PKB, później rynek zaleje fala indeksów PMI, które nie świecą już tym samym blaskiem co na przełomie roku. Z polskiej strony pewien potencjał mógłby mieć odczyt inflacyjny, ale jeśli dynamika cen jest ignorowana nawet przez RPP, to trudno zakładać by miał się nim przejąć rynek.

Kurs funta GBP/PLN

Kurs funta GBP/PLN

Siłę złotego widać także na wykresie do funta. Ten w perspektywie ostatniego miesiąca potaniał o blisko 20 groszy. Jeszcze na początku lipca trzykrotnie atakował okrągły opór 5 zł, by obecnie zejść do poziomu poniżej 4,80 zł. Ostatni raz funt tak tani był na początku maja. Obecny układ na wykresie raczej powinien wspierać dalsze spadki, jednak w nadchodzącym tygodniu głównym czynnikiem dla brytyjskiej waluty będzie posiedzenie BoE. Rynek spekuluje, że w przeciwieństwie do Fedu, Bank Anglii może podnieść stopy już w sierpniu, co powinno wyraźnie pomóc funtowi. Niezależnie od podjętej decyzji ważna też będzie konferencja prasowa Marka Carneya.

Kurs franka CHF/PLN

Kurs franka CHF/PLNWzględnie stabilnie zachowuje się kurs CHFPLN. Mogłoby się wydawać, że przy rosnącej sile walut z koszyka aktywów tych bardziej ryzykownych, bezpieczne przystanie jak właśnie frank powinny w pierwszej kolejności tracić. Tak jednak nie jest. Frank co prawda jest tańszy niż przed tygodniem, jednak nie wyłamał wąskiej 5-groszowej konsolidacji. Szwajcarska waluta gdzieś od połowy maja oscyluje wokół poziomu 3,70 zł i dopóki nie pokona wsparcia przy 3,66 zł, nie ma co liczyć na tańsza raty kredytu. Górnym ograniczeniem na chwilę obecną jest opór przy 3,73 zł i patrząc na szerszą perspektywę, jest on w tym tygodniu raczej bezpieczny.

Krzysztof Adamczak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Małe efekty za duże pieniądze. NIK o wykorzystaniu środków publicznych na innowacje

Udzielana pomoc publiczna nie wpływa w zauważalny sposób na podwyższenie innowacyjności polskiej gospodarki. NIK zwraca uwagę, że środki finansowe zamiast na projekty o wysokim potencjale innowacyjnym zbyt często przeznaczane są na przedsięwzięcia o znikomym znaczeniu dla gospodarki. W efekcie Polska wciąż – mimo pokaźnych nakładów finansowych i specjalnych programów wsparcia – jest  na dalekich pozycjach w europejskich rankingach innowacyjności.

Główna przyczyna słabości polskiej innowacyjności od lat jest taka sama – brak przemyślanej strategii oraz źle skonstruowane programy wsparcia, które nie promują najbardziej innowacyjnych projektów. Zyskują jak dotąd jedynie przedsiębiorstwa, których projekty zakwalifikowały się do programów – poprawia się ich kondycja ekonomiczna oraz wzrasta produkcja. Wciąż nie udaje się natomiast stworzenie i wypromowanie projektów o nowatorskim charakterze, których realizacja mogła przyczynić się do wykreowania np. produktu będącego marką polskiej gospodarki. Programy wojewódzkie nie preferowały z kolei innowacyjnych przedsiębiorców z konkretnymi regionalno-branżowymi specjalizacjami, ani takiego rozwoju firm z sektora małych i średnich przedsiębiorstw, aby mogły one osiągać zdolność do globalnej konkurencji.

W efekcie, pomoc ze środków publicznych udzielona w ramach skontrolowanych programów, nie wpłynęła na wskaźniki innowacyjności ani w skali kraju, ani w poszczególnych województwach objętych badaniem. Nie uległa zmianie zarówno pozycja Polski, jak i poszczególnych województw w rankingu innowacyjności krajów i regionów prowadzonym przez Komisję Europejską.

Ekonomiści oceniają, że innowacje oraz badania i rozwój (B+R) stanowią jedne z najważniejszych elementów budujących konkurencyjność nowoczesnych gospodarek. Szczególne znaczenie mają one dla krajów takich jak Polska, zagrożonych tzw. pułapką średniego wzrostu. W krajach rozwiniętych aż 2/3 wzrostu gospodarczego łączy się z wprowadzaniem innowacji. Wyniki prowadzonego przez Unię Europejskiego Rankingu Innowacyjności (European Innovation Scoreboard – EIS) wskazują, że Polska od  2010 roku znajduje się w grupie „umiarkowanych innowatorów” (25 – 26 miejsce wśród 28 państw europejskich).  Według danych Ministerstwa Skarbu Państwa działania innowacyjne są prowadzone przede wszystkim w dużych firmach. W latach 2013-2015 udział przedsiębiorstw, które wprowadziły innowacje procesowe i produktowe wyniósł 44 proc., podczas gdy w przypadku małych firm było to dwukrotnie mniej:  21 – 23  proc.Małe efekty za duże pieniądze

Tymczasem kontrola NIK wykazała, jak istotną rolę pełnią środki publiczne w uaktywnianiu innowacyjności: przedsiębiorcy w zdecydowanej większości przypadków (24 na 30) rezygnowali z realizacji innowacyjnych projektów, gdy nie otrzymali publicznego wsparcia.

Polska obecnie stosuje około 60 instrumentów finansowego wsparcia publicznego przeznaczonych bezpośrednio lub pośrednio na rozwój innowacji oraz badań i rozwoju w przedsiębiorstwach. Są to przede wszystkim fundusze z Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości (PARP), która  dysponuje środkami unijnymi z Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka (POIG), środkami własnymi oraz środkami budżetowymi. Kolejnym dysponentem jest Narodowe Centrum Badań i Rozwoju (NCBR), które wspiera politykę naukową naukowo-techniczną i innowacyjną państwa. W ramach samorządów wsparcia na innowacje mogą udzielać urzędy marszałkowskie ze środków Regionalnych Programów Operacyjnych.

Kontrola NIK dotyczyła lat 2011-2016. Izba  objęła kontrolą 13 programów pomocowych, w tym 4 Regionalne Programy Operacyjne w województwach: mazowieckim, śląskim, warmińsko-mazurskim oraz lubelskim. Kontrolą objęto 34 jednostki, m. in: PARP, NCBR oraz 4 urzędy marszałkowskie  oraz 24 przedsiębiorców. Przedsiębiorcy te otrzymali łącznie 15 mld zł pomocy. Sprawdzono realizację kilkudziesięciu  projektów, zarówno od strony dysponentów, jak  i beneficjentów pomocy, o wartości odpowiednio: 426 mln i 896 mln PLN.

Małe efekty za duże pieniądze 2System dofinansowywania projektów dotyczących  wdrożenia innowacji oraz wyników prac B+R do działalności gospodarczej firm nie był spójnym mechanizmem interwencji państwa. Realizowane programy nie były komplementarne. Dodatkowo w ramach poszczególnych programów występowała niespójność między celami danego programu, a kryteriami wyboru projektów do dofinansowania. Np. zdefiniowanie innowacji w poszczególnych programach realizowanych przez PARP nie w pełni odpowiadało celom działalności przyjętym przez tę instytucję we  własnych założeniach.

W ramach programów realizowanych przez PARP „Pożyczka na Innowacje”, „Bon na Innowacje”  oraz „Duży Bon na Innowacje” oraz  regionalnych programów pomocowych realizowanych przez Urzędy Marszałkowskie, cele określone w tych programach  nie były w pełni zbieżne z celami określonymi w strategiach działania tych instytucji. Cele związane ze wspieraniem inwestycji opartych o najnowsze technologie lub rozwiązania biznesowe nie miały odzwierciedlenia w kryteriach wyboru projektów objętych dofinansowaniem. W dwóch regionalnych dokumentach strategicznych nie wskazano np. w ogóle źródeł finansowania celów operacyjnych, związanych z realizacją projektów innowacyjnych. W dwóch pozostałych, pomimo wskazania przykładowych źródeł finansowania, cele określone w tych dokumentach nie były zbieżne z celami określonym dla konkretnych działań RPO.

Kryteria wyboru projektów do dofinansowania nie zapewniały promocji najbardziej innowacyjnych projektów. Programy nie preferowały unikalnych produktów lub technologii w skali regionu, kraju lub świata, wprowadzanych do działalności gospodarczej. Nie zapewniały więc wypromowania produktu stanowiącego znak rozpoznawczy polskiej lub co najmniej regionalnej gospodarki ani  wzrostu konkurencyjności zarówno w skali kraju jak i w skali danego regionu. W  niedostatecznym stopniu brano pod uwagę elementy oceny dotyczące rodzaju i skali innowacji, jak też jej oddziaływania na konkurencyjność gospodarki.

Kryteria oceny wniosków oraz sposób ich oceny stwarzały ryzyko, że projekt o dużym potencjale innowacyjności może nie zostać uwzględniony ze względu na to, że nie spełnia jednego z mniej istotnych podkryteriów. Widoczne to było w procedurze oceny wniosków – np. w  jednym z programów realizowanych przez NCBR za spełnienie kryterium „innowacyjność rozwiązania będącego rezultatem” wniosek mógł otrzymać maksymalnie 4 punkty na 74 możliwych do uzyskania (5,3 proc.). Z kolei w programach RPO ocena innowacyjności stanowiła tylko od 8 do 40 proc. ogólnej punktacji.

W zbadanych programach wsparcia zabrakło wymagań dotyczących skali innowacji. W rezultacie do dofinansowania kwalifikowały się wnioski dotyczące produktów i technologii nowych dla przedsiębiorców, ale niestanowiących nowości w regionie czy kraju. Dofinansowanie kierowano w dużym stopniu na przedsięwzięcia o znikomym znaczeniu dla regionalnej lub krajowej gospodarki, gdyż nie określono preferowanych specjalizacji czy technologii. Nie weryfikowano deklaracji wnioskodawców o  rodzaju i skali proponowanych innowacji. Takie podejście prowadziło do paradoksów, których skrajnym przykładem jest sfinansowanie kwotą 1 923,9 tys. zł z RPO Województwa Małopolskiego jako projektu na skalę światową zmodernizowania dyskoteki, mi.in. poprzez zainstalowanie nowoczesnych urządzeń technicznych.

Procedury oceny wniosków nie były w pełni transparentne, w niektórych konkursach nie wskazano jednoznacznych kryteriów ocen lub stosowano oceny opisowe. W rezultacie zbadane przez NIK projekty cechowały się znacznie niższą skalą innowacji niż wynikałoby to z dokumentacji konkursowej, a zdecydowana większość przedsięwzięć miała charakter jedynie innowacji w skali przedsiębiorstwa.

Jednocześnie kontrola stwierdziła, ze samo rozdysponowanie środków nastąpiło sprawnie i należy ocenić je bardzo pozytywnie – firmy otrzymały 98,4 proc. zaplanowanych sum.  Skontrolowani przedsiębiorcy w większości prawidłowo wykonywali obowiązki wynikające z umów wsparcia i zgodnie z  przeznaczeniem wykorzystali przyznane środki publiczne na ich realizację. Wydatki były ponoszone zgodnie z  zapisami umów, a  nieprawidłowości nie miały istotnej wagi. Dokonane zmiany w 41 umowach nie wpłynęły na obniżenie poziomu innowacyjności, określonej w pierwotnych założeniach projektów. Natomiast w jednym przypadku istotnie zmieniono zakres rzeczowy projektu, co obniżyło skalę i charakter innowacji.

Małe efekty za duże pieniądze 3Pomoc ze środków publicznych na wdrożenie innowacji spowodowała rozszerzenie oferty produktowej przedsiębiorców, którzy otrzymali dofinansowanie, co skutkowało zwiększeniem ich przychodów (w tym przychodów z eksportu). Efekty na poziomie poszczególnych programów wsparcia były znacznie mniej zauważalne, pomimo rozdysponowania większości zaplanowanych na realizację przez przedsiębiorców innowacyjnych projektów środków.

Wskaźniki realizacji celów określone w dokumentach strategicznych dot. innowacyjności osiągnięto jedynie częściowo (w niektórych przypadkach takich wskaźników w ogóle nie określono lub nie ustalono pożądanych parametrów). Ponadto przyjęto wskaźniki były nieadekwatne do celów, co powodowało że nie były w pełni wiarygodne i  miarodajne.

Udział środków publicznych na wdrażanie innowacji w  objętych kontrolą województwach był na relatywnie niskim poziomie. W  ramach czterech zbadanych Regionalnych Programów Operacyjnych rozdysponowano na ten cel 1,1  mld PLN, co stanowiło jedynie 0,3  proc. ogółu środków przeznaczonych na nakłady inwestycyjne w przedsiębiorstwach.

Tylko w województwach lubelskim i warmińsko-mazurskim zaplanowano działania służące wdrażaniu innowacji przez przedsiębiorców. Pozostałe programy regionalne stwarzały taką możliwość, ale jedynie w ramach ogólnych celów dotyczących przedsiębiorczości.

Nadzór nad prawidłowym wykorzystaniem środków publicznych na cele związane z wdrażaniem innowacji, prowadzony przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju nie funkcjonował prawidłowo. Centrum nie wykorzystywało uprawnień, określonych w umowach z beneficjentami do wstrzymania dofinansowania lub rozwiązania umowy w razie braku wywiązywania się przez nich z obowiązków sprawozdawczych. Sankcjami zagrożone było  opóźnienie w złożeniu raportu okresowego bądź końcowego z realizacji projektu. Tylko w jednym na trzy skontrolowane projekty celowe, gdzie były podstawy do zastosowania kary NCBR naliczyło karę umowną w wysokości 53,3 mln., którą następnie umorzono bez podstawy prawnej.

Wnioski NIK

Wyniki kontroli wskazują na konieczność przeanalizowania kierunków interwencji państwa i jednostek samorządowych w zakresie wsparcia przedsiębiorców w działaniach innowacyjnych oraz naukowo-badawczych. Celem tej analizy powinno być wypracowanie spójnego modelu udzielania pomocy i zwiększenia efektywności wydatkowania środków publicznych na innowacje oraz badania i rozwój. W szczególności system wsparcia w tym zakresie powinien uwzględnić m.in.:

  • zdefiniowanie priorytetowych celów państwa w zakresie promocji określonych rodzajów innowacji;
  • powiązanie poszczególnych programów wsparcia dla innowacyjnych przedsiębiorców z regionalno-branżowymi specjalizacjami;
  • wsparcie dla małych i średnich przedsiębiorstw, które powinny mieć odpowiedni udział w udzielanej pomocy (obecne zasady preferują duże podmioty, posiadać zdolność do prowadzenia własnych badań rozwojowych oraz korzystania z wielu instrumentów wsparcia;
  • ustalenie kryteriów dofinansowania w sposób zapewniający możliwość wykreowania najnowocześniejszych technologii lub produktów, a także zwiększanie przez beneficjentów skali działalności.

W styczniu wchodzi nowy standard rozliczania umów leasingowych. Sprawdź, co się zmieni

Od stycznia 2019 r. w życie wejdzie nowy standard klasyfikacji umów leasingowych – MSSF16, który zdezaktualizuje obowiązującą dotychczas normę MSR17. Wpłynie on na sposób rozliczania się wielu firm, które korzystają z różnych form leasingu, w tym również wynajmu długoterminowego samochodów.

Standard rozliczeń umów finansowych MSR17, który obowiązywał w Polsce do tej pory, nakładał na wszystkie firmy realizujące usługi leasingowe obowiązek klasyfikowania każdej zawieranej umowy według skomplikowanej i bardzo nieprecyzyjnej metodologii. Poprzez weryfikację kilku podpunktów pozwolić miała ona na udzielenie odpowiedzi na pytanie, czy realizowana usługa funkcjonuje w ramach leasingu finansowego czy operacyjnego. Punkty te były jednak bardzo ogólne, a ich interpretacja mocno subiektywna, co prowadziło do szeregu niedogodności związanych z weryfikacją tego, na jakich zasadach firmy gospodarują leasingowanym mieniem.

Ma być jaśniej i precyzyjniej…

Ponieważ aktywa, które wynikają z umów leasingu operacyjnego, nie muszą być ujmowane bezpośrednio w bilansach korzystających z niego spółek, wszystkie usługi oparte na tak zwanym leasingu operacyjnym, na przykład wynajem długoterminowy samochodów, nie były w ogóle wykazywane w księgach podmiotów użytkujących. Fakt ten, wraz z bardzo niejasnymi kryteriami podziału na leasing operacyjny i finansowy, powodował, że nie można było określić, na jakie rzeczywiste zobowiązania godzą się firmy w związku z realizacją usług leasingu operacyjnego. Wchodzące na początku przyszłego roku przepisy nowego standardu rachunkowości MSSF16 mają na celu zminimalizować wynikające z tego niedogodności.

Nowy standard sugeruje, że nie tylko usługi, które dotychczas traktowane były w kontekście leasingu, ale również umowy wynajmu, muszą być klasyfikowane jako leasing. Tyczy się to wszystkich umów, które za dokonane opłaty przekazują prawo do decydowania o wykorzystaniu oraz kontrolowania składnika będącego przedmiotem umowy. Innymi słowy, od nowego roku jako leasing będziemy uznawać również wynajem chociażby nieruchomości, który dotychczas traktowany był jako odrębny typ umowy – mówi Jarosław Pleskot, dyrektor finansowy w Carefleet S.A., jednej z czołowych na polskim rynku firm specjalizujących się w leasingu i wynajmie długoterminowym samochodów. – Najważniejszą zmianą z punktu widzenia firm CFM oferujących wynajem długoterminowy jest jednak niemalże całkowite usunięcie podziału na leasing operacyjny i finansowy. Leasing operacyjny, w takiej formie w jakiej znany jest dotychczas, de facto przestanie istnieć. Wszystkie usługi, które dotychczas można było sklasyfikować jako leasing operacyjny, od pierwszego stycznia podlegać będą pod kategorię leasingu finansowego – dodaje Jarosław Pleskot.

Nowe zasady ewidencjonowania umów

Umowy krótkoterminowe, czyli zobowiązania o czasie trwania do 12 miesięcy bez możliwości przedłużenia oraz umowy na środki o niskiej wartości, np. sprzęt komputerowy o wartości do 5 000 dolarów, będą jedynymi przypadkami umów leasingowych, które w dalszym ciągu będą kwalifikowały się do rozliczania w ramach leasingu operacyjnego. Ponieważ umowy wynajmu długoterminowego samochodów konstruowane były dotychczas w oparciu o leasing operacyjny, nowy standard wymusza całkowitą zmianę podejścia do realizacji tego typu kontraktów. Szykuje się także rewolucja w sposobie ewidencji podpisanych umów.

Opłaty, które obciążały konto leasingobiorcy, były dotychczas traktowane całościowo jako czynsz z tytułu umowy leasingowej i jednorazowo obciążały wynik. Nowy standard znacznie skomplikuje pracę księgowości i wymusi na leasingobiorcy wykazanie w pasywach wszelkich zobowiązań z tytułu użytkowania leasingowanych dóbr – mówi Jarosław Pleskot.

Co to oznacza w praktyce? W ramach opłaty za leasing, użytkownik otrzymywał również dostęp do szeregu dodatkowych usług. W przypadku wynajmu długoterminowego były to chociażby serwis, pomoc techniczna, wymiana opon czy ubezpieczenie. Od stycznia opłata za każdą z tych dodatkowych usług musi zostać wydzielona od opłaty za sam leasingowany środek i ewidencjonowana oddzielnie, co znacznie skomplikuje rozliczanie zawartych umów. Leasingodawcy będą musieli zmienić sposoby prezentacji danych.

Większe nakłady na administrację i księgowość w firmie

Jakie niesie to konsekwencje dla firm CFM i ich klientów? Przepisy wpłyną na wszystkie wskaźniki dotyczące płynności finansowej firmy. Wzrosną więc, ze względu na obowiązek wykazania po stronie pasywów zobowiązań z tytułu wynajmu samochodu, wskaźniki zadłużenia, a weryfikacji ulegnie także podstawowy element wyniku przedsiębiorstwa, czyli EBITDA.

Wyniki mogą ulec zmianom rzędu od kilkudziesięciu do nawet kilkuset procent w przypadku niektórych gałęzi sprzedaży hurtowej, która wykorzystuje w tej chwili bardzo wiele składników podlegających pod nowy standard, takich jak chociażby nieruchomości, magazyny czy leasingi operacyjne. W konsekwencji będziemy zmuszeni ujawniać znacznie więcej informacji, a tyczy się to zarówno operatorów wynajmu, jak i ich klientów. Leasingobiorcy nie tylko będą musieli pozyskać bardziej szczegółowe dane od leasingodawców, ale także ujawniać dużą ich część w sprawozdaniach finansowych. Oczywiście wpłynie to na konieczność zwiększenia nakładów finansowych na administrację czy księgowość w firmie – twierdzi Jarosław Pleskot.

Co warte zauważenia, MSSF16 nie wprowadza jasnych wytycznych, a wyłącznie wskazówki, których różne interpretacje pozwolą dopiero po  pewnym czasie poznać prawdziwe oblicze nadchodzącej rewolucji. Prace nad wdrożeniem nowego systemu powinny więc rozpocząć się jak najszybciej, a firmy muszą być gotowe na pewną elastyczność, ponieważ skalę nadchodzących zmian poznamy dopiero po pełnym roku obrotowym od wejścia w życie nowego standardu, kiedy to dodatkowo audytorzy zweryfikują niezbędne dane i ujawnienia w księgach rachunkowych.

Już 10 milionów mkw. na polskim rynku biurowym

Firma doradcza JLL podsumowała sytuację polskim rynku biurowym w I połowie 2018 r.

Karol Patynowski, Dyrektor ds Rynków Regionalnych, JLL
Karol Patynowski, Dyrektor ds Rynków Regionalnych, JLL

„Polskie miasta dynamicznie się rozwijają, a sektor nieruchomości komercyjnych stanowi istotny element tej zmiany. Korzyści wynikające z tworzenia nowych przestrzeni miejskich stają się coraz ważniejsze dla deweloperów chcących mieć wpływ na proces rozbudowy i ewolucji miasta. Niektóre nowe projekty, w szczególności te wielofunkcyjne, przyczyniają się do ożywienia danego obszaru. Do takich inwestycji należą np. Monopolis w Łodzi, Nowy Rynek w Poznaniu czy Unity Centre w Krakowie. Działania deweloperów i władz miasta pobudzają rozwój danego terenu, dzięki czemu staje się atrakcyjny dla firm, jak również odpowiada na potrzeby lokalnej społeczności. Zmiana w podejściu do nowych projektów spowodowana jest również rosnącą świadomością i wymaganiami najemców oraz konkurencją pomiędzy deweloperami”, informuje Karol Patynowski, Dyrektor ds Rynków Regionalnych, JLL.

Popyt – Kraków liderem poza stolicą

Całkowity popyt na rynku biurowym w Polsce wyniósł na koniec pierwszej połowy roku 686 500 mkw., z czego za blisko 40% odpowiadają główne rynki poza Warszawą[1].

„Stolica Małopolski nadal cieszy się największym zainteresowaniem inwestorów, zwłaszcza z sektora usług biznesowych i bankowości. Ale na uwagę zasługuje też Wrocław oraz Poznań, który dziś odpowiada za 14% popytu w regionach. Łączny popyt na głównych rynkach biurowych poza stolicą wyniósł na koniec pierwszego półrocza 261 800 mkw. Wiele wskazuje na to, że to tempo utrzyma się też w drugiej połowie roku”, dodaje Karol Patynowski.

Największe umowy najmu w I połowie roku podpisali: BZ WBK we własnym biurowcu (17 000 mkw., Wrocław), Komisja Nadzoru Finansowego (14 800 mkw., Piękna 2.0, Warszawa), BZ WBK (14 800 mkw., Business Garden, Poznań), Cambridge Innovation Center (13 500 mkw., Varso II, Warszawa) i PLL LOT, który odnowił umowę w dotychczasowej siedzibie (11 800 mkw., Warszawa).

Większa podaż

W I połowie roku ukończono 430 000 mkw. nowych biur, z czego 256 100 mkw. poza stolicą. W całej Polsce w budowie jest 1,8 mln mkw.

„Rynek biurowy przekroczył 10 mln mkw. powierzchni biurowej. Regiony są tu szczególnie aktywne. W pierwszym półroczu deweloperzy dostarczyli w głównych ośrodkach biznesowych 36% więcej nowoczesnej powierzchni niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. W samym tylko Wrocławiu podaż przekroczyła 1 mln mkw. Zdecydowana większość nowych obiektów powstaje także w Krakowie i Trójmieście. To właśnie ta trójka odpowiada za 70% wolumenu realizowanej nowej podaży, ale wzrost aktywności deweloperów widać w całej Polsce”, dodaje Łukasz Dziedzic, Analityk Rynku, JLL.

Trzy największe projekty biurowe oddane do użytku w I półroczu przypadły na główne rynki poza Warszawą. Były to: Olivia Star w Trójmieście – wieża biurowa oraz najwyższy budynek w północnej Polsce (45 700 mkw.), Sagittarius Business House we Wrocławiu (24 900 mkw.) i krakowski High 5ive – budynki 1 i 2 (20 600 mkw.). Kolejnymi projektami przekazanymi w ręce najemców były warszawskie Proximo II (20 000 mkw.) oraz O3 Business Campus III w Krakowie (19 200 mkw.).

Powierzchnie niewynajęte i czynsze

W Polsce niewynajęte jest ok. 10,2% istniejących zasobów biurowych. Poziom pustostanów w Warszawie to 11,1%, a poza nią 9,3%. Największy odsetek pustostanów Polsce obserwujemy w Lublinie (19,7%), a najniższy w Trójmieście (6,7%).

W centrum Warszawy stawki najmu wynoszą obecnie 17,0 – 23,0 euro / mkw. / miesiąc, a poza nim – 11,0 – 15,0 euro / mkw. / miesiąc. Poza stolicą, najwyższe czynsze transakcyjne notują Kraków (13,5 – 14,6 euro / mkw. / miesiąc), Wrocław (13,7 – 14,5 euro / mkw. / miesiąc) i Poznań (13,6 – 14,5 euro / mkw. / miesiąc), natomiast najniższe charakteryzują Lublin (10,5 – 11,5 / mkw. / miesiąc).

[1] Kraków, Wrocław, Trójmiasto, Katowice, Poznań, Łódź, Lublin, Szczecin

Przybędzie kilkadziesiąt szybkich ładowarek samochodów elektrycznych

Nie tylko Orlen, ale także supermarkety Auchan stawiają na elektromobilność. Lipiec kończył się dużym ożywieniem.

Przez pół roku w naszym kraju nie uruchomiono, poza nielicznymi wyjątkami łamania prawa, żadnej nowej stacji szybkiego ładowania „elektryków”. To efekt obowiązującej od lutego ustawy o elektromobilności, która miała ułatwić budowę nowych ładowarek, ale w praktyce sparaliżowała cały biznes.

Nowe przepisy wymagały bowiem, aby każda ogólnodostępna ładowarka w Polsce była sprawdzona przez Urząd Dozoru Technicznego. Tymczasem Ministerstwo Energii do dzisiaj nie wydało przepisów na podstawie których UDT mógłby to robić.

Operatorzy od lutego budowali więc nowe stacje, ale nie mogli ich zgodnie z prawem uruchamiać. Sytuację zmieniła dopiero – opublikowana 13 lipca – nowelizacja ustawy o elektromobilności. Usługodawcy mogą włączyć stacje najwcześniej dwa tygodnie po jej opublikowaniu, czyli od 28 lipca.

– Właśnie teraz przybędzie nam kilkadziesiąt szybkich ładowarek samochodów elektrycznych, a w ciągu 2-3 lat infrastruktura będzie wystarczająca przy najważniejszych polskich drogach – mówi w rozmowie z MarketNews24 Bartłomiej Derski, ekspert WysokieNapiecie.pl.

Więcej optymizmu w europejskiej gospodarce

W europejskiej gospodarce pojawiło się więcej optymizmu, zwłaszcza w Niemczech. Jeżeli taki scenariusz utrzyma się, będzie to korzystne dla Polski. Dynamika wzrostu polskiego PKB będzie spadać, ale w mniejszym stopniu i równomiernie.

– Pierwsze półrocze w europejskiej gospodarce było lekkim rozczarowaniem, tempo wzrostu osłabło, ale nastroje znów poprawiają się – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Pomimo wojen handlowych, biznes radzi sobie całkiem dobrze.

Jest to scenariusz korzystny dla Polski. Bo jak wiadomo, nie da się utrzymać tak wysokiego tempa wzrostu PKB, jak w I półroczu, ale spadek tej dynamiki może okazać si≤ę mniejszy niż zakładano.

Millenialsi realnym wyzwaniem … Oni wiedzą czego chcą

Pokolenie milenialsów coraz bardziej obawia się o swoją przyszłość. Rozwój robotyki, sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego zmienia charakter i sposób pracy. Dlatego młodzi coraz chętniej myślą o nieetatowych formach zatrudnienia.

– 43 proc. milenialsów deklaruje, że zamierzają zmienić pracę w ciągu najbliższych dwóch lat. Natomiast tylko 28 proc. stwierdziło, że zamierza pozostać w obecnej firmie dłużej niż pięć lat – mówi w rozmowie z MarketNews24 Magdalena Bączyk, menedżer w zespole doradztwa human capital w Deloitte.

Są to wyniki tegorocznego badania Deloitte Millennial Survey, przeprowadzonego w 36 krajach. Warto przy tym zauważyć, że wyniki dla Polski są bardzo zbliżone do tych ogólnych, obejmujących wszystkie kraje.

– Usłyszeliśmy, że 80 proc. młodych oczekuje ciągłego rozwoju zawodowego i szkoleń oferowanych pracownikom przez pracodawców – wyjaśnia w rozmowie z MarketNews24 Anna Łukawska, menedżer w zespole employer brandingu w Deloitte.

Jakie wynikają z tego implikacje dla biznesu? Oczekiwane jest nowe podejście do zarządzania talentem w organizacji. Pracodawcy powinni skoncentrować się na rozwijaniu pracowników przez cały czas ich funkcjonowania na rynku pracy. Firmy powinny zbudować ofertę szkoleń pracowniczych, opartych na kompetencjach, na których najbardziej zależy milenialsom. Istotną wartością jest otwartość na zmianę, a także budowanie umiejętności współpracy w zespole.

Milenialsi chcą mieć wpływ na organizację pracy, więc elastyczne godziny są bardzo dobrym pomysłem. Coraz częściej upatrują szansy na zaspokojenie swoich oczekiwań w nieetatowych formach zatrudnienia.

– Widzimy wyraźnie, że rośnie popularność zawierania krótkoterminowych kontraktów, na czas realizacji konkretnego projektu – mówi Magdaleną Bączyk.

Firma szukająca młodych pracowników powinna to uwzględniać, jeżeli chce skutecznie zakomunikować swoją ofertę na zewnątrz.

– To powinien być element oferty employer brandingowej, przez pryzmat której przyciągamy kandydatów do organizacji i powodujemy, że młodzi ludzie wybierają właśnie nas, jako swoje wymarzone miejsce do pracy – wyjaśnia Anna Łukawska.

W porównaniu z ubiegłorocznym raportem – nowa, siódma edycja „Deloitte Millenial Survey” skupia się na pogłębieniu tego, co badani postrzegają, jako szanse, a co jako zagrożenia we współczesnym, dynamicznie zmieniającym się świecie. Badanie objęło 10 455 przedstawicieli pokolenia Y (urodzonych w latach 1983-1999) z 36 krajów, w tym 303 z Polski. W raporcie wyodrębniono również grupę niemal 1 850 przedstawicieli młodszych millenialsów (urodzonych pomiędzy 1995 a 1999 rokiem) z sześciu krajów, którzy dopiero wchodzą na rynek pracy.

Brytyjski Uniwersytet Coventry otworzy filię w Polsce

Uniwersytet Coventry planuje we wrześniu 2019 roku otworzyć swoją nową filię we Wrocławiu. Kierownictwo uczelni w zeszłym tygodniu spotkało się w tej sprawie z władzami miasta.

Uniwersytet Coventry został założony w 1843 roku. Zaledwie kilka tygodni temu magazyn Times Higher Education umieścił uczelnię w gronie  100 najlepszych uniwersytetów w Europie  (top 100 universities in Europe) pod względem jakości i warunków nauczania, a także w pierwszej europejskiej trójce w kategorii relacji ze studentami.

Władze Uniwersytetu brały pod uwagę również inne czołowe ośrodki akademickie w Polsce, zaś teraz ogłosiły , że swoją najnowszą filię otworzą we Wrocławiu. Ma ona oferować kursy w zakresie przedmiotów zawodowych i technicznych na studiach stacjonarnych i zaocznych, początkowo dla 300 studentów. Wszystkie zajęcia prowadzone będą w języku angielskim, a ich absolwenci otrzymają dyplom Coventry University.

Filia Uniwersytetu Coventry będzie pierwszą tego typu niezależną placówką w Polsce utworzoną przez zagraniczną uczelnię wyższą. W planach jest również możliwość wymiany studenckiej z innymi brytyjskimi jednostkami należącymi do Grupy Coventry University zlokalizowanymi w Coventry, Scarborough i Londynie.

Kształcenie w nowej filii we Wrocławiu będzie oparte na elastycznym modelu, dzięki czemu studenci mogą łączyć naukę z pracą w niepełnym wymiarze godzin, co ułatwi finansowanie studiów.

Uczelnia planuje bliską współpracę z lokalnymi firmami, aby wypracować model edukacji kształcący wykwalifikowanych absolwentów gotowych do podjęcia pracy, wyposażonych w wiedzę i umiejętności zawodowe zwiększające ich szanse zatrudnienia.

Początkowo oferowane programy będą obejmować poziom studiów licencjackich w dziedzinie biznesu, cyberbezpieczeństwa i IT, inżynierii,  hotelarstwa i turystyki. Przedstawiciele uczelni zidentyfikowałali je jako jako najbardziej rozwojowe w regionie dolnośląskim.  Uniwersytet zamierza rozszerzać portfel kursów.

Prorektor Uniwersytetu Coventry John Latham w towarzystwie osób reprezentujących senat uczelni odwiedzały Wrocław już kilkakrotnie w ciągu ostatnich lat, spotykając się z władzami miasta, w tym także z Prezydentem  Wrocławia Rafałem Dutkiewiczem, aby ocenić możliwości uruchomienia filii.

Uczelnia współpracuje już z Politechniką Wrocławską prowadząc program magisterski w zakresie europejskich systemów i kontroli, dając studentom możliwość studiowania w Polsce i w Coventry.

Prorektor John Latham powiedział:

John Latham
John Latham

„Nasze wizyty w samym mieście i na uczelni partnerskiej zainspirowały nas do założenia filii we Wrocławiu. Bardzo mocno koncentrujemy się na umożliwieniu studentom zdobycia doświadczenia i zwiększenia szans na rynku pracy, a zauważyliśmy, że lokalna społeczność nasze wartości podziela. Istnieje wielki apetyt na edukację w elastycznym modelu, jaki oferujemy. Dzięki temu studenci mogą się kształcić jednocześnie pracując i podnosząc swoje umiejętności.

Młodzi ludzie z Polski i Europy Środkowej wysoką cenią edukację w Wielkiej Brytanii, a my chcemy podkreślić, że bardzo mile ich widzimy na brytyjskich uniwersytetach, w tym także na naszym Uniwersytecie Coventry.

Otwierając filię pragniemy pokazać, że będziemy oferować elastyczną i zorientowaną na rozwój kariery lokalną alternatywę, która umożliwi zdobycie dyplomu brytyjskiej uczelni wyższej w dziedzinach, w których występuje największe zapotrzebowanie wśród pracodawców.”

Prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz powiedział:

Rafał Dutkiewicz - Prezydent Wrocławia
Rafał Dutkiewicz – Prezydent Wrocławia

„We Wrocławiu od lat konsekwentnie budujemy gospodarkę opartą na wiedzy starając się przy tym jak najmocniej włączyć miasto w międzynarodową wymianę wiedzy. Inwestycja Uniwersytetu Coventry z jednej strony wpisuje się więc w naszą długofalową strategię, z drugiej stanowi przedsięwzięcie absolutnie pionierskie.

Po raz pierwszy w historii renomowana zagraniczna uczelnia zdecydowała się na tak znaczące zaangażowanie w życie polskiego miasta i otworzenie u nas swojej filii. Jesteśmy przekonani, że skorzystają na tym zarówno nasi mieszkańcy jak i Uniwersytet Coventry – uznawany za jeden z najlepszych oraz  najbardziej innowacyjnych w Europie”.

Prezes Agencji Rozwoju Aglomeracji Wrocławskiej Ewa Kaucz powiedziała:

„Siłą Wrocławia już dziś jest bogate zaplecze akademickie, a inwestycja Uniwersytetu Coventry dodatkowo je wzmocni. Jako miasto zyskamy kolejny atut w rozmowach z potencjalnymi inwestorami oraz magnes przyciągający nowych mieszkańców. Jesteśmy przekonani, że filozofia kształcenia zaproponowana przez uczelnię, znakomicie wpisze się w realia wrocławskiego rynku pracy, otworzy kolejne perspektywy tak przed studentami jak i przed firmami, w których będą oni w przyszłości pracować”.

Ile zapłacimy? Dodatkowe opłaty w tanich liniach

  • Pasażerowie, którzy podczas rezerwacji zrobią drobny błąd w imieniu lub nazwisku, jeśli zauważą go dopiero na lotnisku, będą musieli zapłacić za korektę nawet do 760 zł.
  • Nadanie bagażu do luku może podnieść cenę biletu nawet o 692 zł w jedną stronę.
  • Bilet dla niemowlęcia bywa cztery razy droższy od biletu dorosłego pasażera.

Dzięki tanim przewoźnikom świat dla wielu stanął otworem. Polacy mogą znaleźć tanie loty w cenach zaczynających się już od kilkunastu złotych. Moment nieuwagi może jednak o niebo podnieść końcową kwotę na bilecie: wybór miejsca na pokładzie, bagaż rejestrowany czy zmiana danych to bowiem dodatkowy koszt rzędu nawet kilkuset złotych! KAYAK.pl przeanalizował oferty najpopularniejszych tanich linii lotniczych i przygotował zestawienie usług, których podróżni powinni wystrzegać się najbardziej.

Literówka o wartości 760 zł!

Sądząc po liczbie obsługiwanych pasażerów, Ryanair jest jedną z ulubionych linii lotniczych Polaków. Nic w tym dziwnego – na stronie przewoźnika można znaleźć bilety już za 29 zł. Należy jednak pamiętać o opłatach za dodatkowe usługi, które bezlitośnie mogą obciążyć portfel podróżujących. Najkosztowniejsza może okazać się… literówka. Aby ją poprawić lub zmienić nazwisko na bilecie, pasażerowie irlandzkiego przewoźnika zapłacą aż 760 zł, jeśli błąd zauważą dopiero na lotnisku. Oznacza to, że korekta danych, może być 26 razy droższa niż sam lot!

W przypadku Norwegian Air Shuttle, cena biletu po uwzględnieniu opłaty za zmianę imienia może wzrosnąć o 432 zł. Wyjątkami w tej kategorii są EasyJet i WizzAir, które wykazują się dużą wyrozumiałością i pozwalają na bezpłatne skorygowanie literówki. Jednak każda większa lub całkowita zmiana danych personalnych w przypadku węgierskiego przewoźnika to koszt rzędu 201 zł, zaś w EasyJet – 275 zł.

Bagaż na wagę złota

Podróżowanie jedynie z bagażem podręcznym nie jest niemożliwe. Dla niektórych jednak duża walizka jest koniecznością i zapewne te osoby doskonale wiedzą, że wybierając tanie linie lotnicze, będą musiały dodatkowo zapłacić za taki luksus. Koszty nadania walizki mogą jednak wydać się zaskakująco wysokie nawet osobom, które spodziewają się dodatkowych opłat. Podróżni, którzy planują lot z Norwegian Air Shuttle, muszą liczyć się z jednymi z najwyższych cen bagażu rejestrowanego – u norweskiego przewoźnika mogą one osiągać nawet do 692 zł na międzynarodowych lotach łączonych. Drugie miejsce na tym niechlubnym podium zajmuje WizzAir, który pobiera do 372 zł za 32-kilogramowy bagaż, czyli ponad 20 razy więcej niż najtańszy bilet, jaki można znaleźć na stronie przewoźnika.

Decyzja o dodatkowej walizce podjęta na ostatnią chwilę również nie sprzyja oszczędnościom. W przypadku dodania bagażu do rezerwacji dopiero na lotnisku, zamiast wykupienia takiej opcji wcześniej, EasyJet pobiera opłatę 225 zł, a Ryanair – do 270 zł.

Miejsce przydzielone automatycznie to oszczędność nawet 150 zł

Zarówno osoby podróżujące w grupie, jak i pasażerowie, których natura obdarzyła długimi nogami, są wdzięczni liniom lotniczym za możliwość wyboru miejsca w samolocie. WizzAir oferuje taką usługę od nieco powyżej 4 zł (1€), jednak cena może osiągnąć też zawrotną kwotę 223 zł. Jak pokazuje analiza, nie tylko u tego przewoźnika za takie udogodnienie trzeba słono zapłacić. Pasażerowie Ryanaira, którzy sami chcą zdecydować, gdzie będą siedzieć w trakcie lotu, muszą się liczyć z dodatkowym kosztem 56 zł. W Norwegian Air Shuttle zapłacą do 125 zł, zaś w EasyJet – nawet do 150 zł.

Czas to pieniądz

Wszyscy popełniają błędy, ale czasami cena, jaką trzeba za nie zapłacić może wydać się wygórowana. Pasażerowie, którzy pomylili godzinę podczas kupowania biletu lub po prostu muszą zmienić datę wyjazdu, nie tylko będą zmuszeni uregulować różnicę w cenie lotu, ale również uiścić dodatkową opłatę. W szczycie sezonu i jeśli do planowanej podróży jest mniej niż 60 dni, pasażerowie linii WizzAir zapłacą do 179 zł. Koszt zmiany daty rezerwacji w EasyJet wyniesie nawet dodatkowe 275 zł, a za to samo Ryanair może pobrać aż 411 zł. Z opłatami sięgającymi 432 zł zdecydowanie najdroższy okazuje się jednak Norwegian Air Shuttle.

Niemowlę siedzące na kolanach opiekuna zapłaci za lot więcej niż dorosły?

Coraz więcej rodzin decyduje się na podróżowanie samolotem z niemowlętami. Jednak wbrew przewidywaniom, zabranie dziecka na pokład może kosztować ponad 4 razy więcej niż bilet dorosłego, nawet jeśli podróżuje ono na kolanach opiekuna.

Norwegian Air Shuttle wydaje się być linią najbardziej przyjazną małym podróżnikom. Za dziecko poniżej 2. roku życia, które leci na kolanach opiekuna, przewoźnik pobiera opłatę o wartości 10% ceny biletu dorosłego pasażera. W WizzAir niemowlęta mogą podróżować na kolanach osoby dorosłej w cenie od 36 do 120 zł za lot w jedną stronę. Jeśli jednak cena pełnego biletu jest niższa niż 116 zł (27 €), opłata za dziecko maleje i zrównuje z kosztem biletu opiekuna, co również jest ukłonem w stronę osób wyjeżdżających z maluchami. Z kolei EasyJet pobiera ryczałtowe 110 zł w jedną stronę; podobnie jak Ryanair, który nalicza stałą kwotę 120 zł.

Ryanair Easy Jet WizzAir Norwegian Air Shuttle
Opłata za niemowlę 120 zł 110 zł 36-120 zł 10% ceny biletu dorosłego
Wybór miejsca do  56 zł do 150 zł 4-223 zł do 125 zł
Bagaż rejestrowany do 270 zł

(225 zł online)

do  225 zł do 372 zł do 692 zł
Opłata za zmianę imienia do 760 zł do 275 zł 201 zł do 432 zł
Opłata za zmianę lotu do 411 zł

(plus różnica w cenie biletu)

do 275 zł

(plus różnica w cenie biletu)

do 178 zł

(plus różnica w cenie biletu)

do 432 zł

(plus różnica w cenie biletu)

Najtańszy lot dostępny na stronie 29 zł 48 zł 18 zł 99 zł

Marta Krywult, Rzecznik Prasowy KAYAK.pl, komentuje: „Nie ma wątpliwości, że dzięki konkurencyjnym cenom połączeń tanie linie otworzyły dla wielu możliwość odkrywania świata. O ile podróżnych zadowala pakiet podstawowy, bo – jak pokazuje nasza analiza – za każde udogodnienie Polacy często muszą słono zapłacić. Wiedza o dodatkowych kosztach pobieranych przez przewoźników i wzmożona uwaga podczas rezerwacji mogą uchronić podróżnych przed wieloma niespodziewanymi opłatami. Na stronie KAYAK.pl umożliwiamy naszym użytkownikom wgląd w całkowity koszt biletu lotniczego, w tym również w opłaty za usługi dodatkowe, dzięki temu pasażerowie mogą być pewni, że wybrali najkorzystniejszą opcję podróży”.

Uwagi

Analiza powstała w oparciu o informacje dostępne na oficjalnych stronach internetowych linii lotniczych, aktualnych 12 lipca 2018 roku. Ceny podano w PLN lub w przeliczeniu zgodnie z kursem wymiany nbp.pl z 12 lipca 2018 roku. Najtańsze oferty lotnicze podane są zgodnie z promocjami promowanymi na stronach internetowych linii lotniczych w dniu 12 lipca 2018 r. Wszystkie ceny mogły ulec zmianie, mogą się różnić lub nie być dłużej dostępne.

Najpopularniejsze tanie linie lotnicze zostały wybrane według liczby pasażerów obsłużonych w 2017 roku zgodnie z danymi Urzędu Lotnictwa Cywilnego.

Jak rozwiązać problem braku siły roboczej w Europie Środkowo-Wschodniej?

Firma Colliers International opublikowała najnowszy raport z badań, zatytułowany „CEE Labour Force Riddle”, z którego wynika, że bardzo niski poziom bezrobocia, dynamiczny wzrost, emigracja oraz szybki rozwój sektora usług przyczyniły się do wystąpienia w regionie CEE-6 poważnych niedoborów siły roboczej.

Dostępność pracowników to prawdopodobnie najważniejszy czynnik brany obecnie pod uwagę przez spółki podczas weryfikacji planów biznesowych i oceny perspektyw w danym regionie. Bardzo niski poziom bezrobocia, dynamiczny wzrost, emigracja oraz szybki rozwój sektora usług nałożyły się na siebie, sprawiając, że w regionie CEE-6 wystąpiły poważne niedobory siły roboczej. Jeżeli nie zostaną podjęte środki zaradcze, w perspektywie średnio- i długoterminowej należy się spodziewać zahamowania wzrostu PKB, a może nawet recesji, co najprawdopodobniej położy się cieniem na prywatnych inwestycjach w tym regionie. Jeżeli ten scenariusz się ziści, pociągnie za sobą negatywne konsekwencje w postaci spadku popytu na nieruchomości komercyjne w regionie Europy Środkowo-Wschodniej w następnym cyklu.

Mark Robinson, specjalista ds. badań w regionie CEE
Mark Robinson, specjalista ds. badań w regionie CEE

— Mamy do czynienia z tego rodzaju problemami, ponieważ, jak wskazują dane historyczne, po osiągnięciu niskiego poziomu bezrobocia – co jest zjawiskiem cyklicznym – następuje zazwyczaj zastój gospodarczy. W okresie zastoju mają miejsce zwolnienia pracowników, stopa bezrobocia rośnie, a dostępność siły roboczej wraca do swoistej równowagi. Ten mechanizm pociąga za sobą trudności ekonomiczne, co nie leży w interesie decydentów, biznesu i podmiotów działających na rynkach nieruchomości — wyjaśnia Mark Robinson, specjalista ds. badań rynku w regionie CEE w Colliers International.

Dostrzegamy sześć potencjalnych rozwiązań tego problemu:

  1. Powrót siły roboczej z Zachodu. Z danych, które przedstawiliśmy w raporcie „Labour Force Boomerang”, opublikowanym w lipcu 2017 r., wynikało, że w 2016 r. na Zachód wyemigrowało kolejne 0,5 miliona obywateli państw z grupy CEE-6. Tytułowy „bumerang” wprawdzie jeszcze do nas nie wrócił, wystąpiły już jednak warunki gospodarcze sprzyjające powrotom, takie jak wzrost płac w regionie Europy Środkowo-Wschodniej.
  2. Imigracja ze Wschodu, z byłych republik Związku Radzieckiego i innych państw, może zasilić siłę roboczą w regionie CEE-6. W państwach należących do grupy CEE-6 po raz pierwszy daje się odczuć obecność obcokrajowców. Z danych Banku Światowego wynika, że w 2017 r. cudzoziemcy stanowili 7,1% populacji Czech. Najniższy odsetek obcokrajowców, wynoszący 1,8% populacji, odnotowano w Polsce. Jak szacuje Bank Światowy, w grupie tej znalazło się 221 307 Ukraińców, chociaż wartość ta może być w rzeczywistości znacznie wyższa. Ukraińcy przyczyniają się do dobrych wyników polskiej gospodarki i pomagają w rozwiązaniu problemów demograficznych i związanych z rynkiem pracy. Siły roboczej dostarczają również kraje należące do Wspólnoty Niepodległych Państw, takie jak Rosja, Białoruś czy Mołdawia.
  3. Podwyższenie jakości pracy wykonywanej w regionie poprzez lepsze wykształcenie i szkolenia pracowników mające na celu poprawę wydajności. Pozyskanie pracowników zatrudnionych w sektorze publicznym może stanowić dobre rozwiązanie zwłaszcza na Węgrzech i w Słowacji.
  4. Podwyższenie poziomu aktywności zawodowej wśród osób pomiędzy 15 a 64 rokiem życia, a być może również wśród osób w wieku emerytalnym. W ciągu ostatnich 15 lat państwa z grupy CEE-6 z powodzeniem wdrażały strategie mające na celu zwiększenie w tych grupach wiekowych odsetka osób chętnych i gotowych do podjęcia pracy.
  5. Automatyzacja pracy i skrócenie tygodniowego wymiaru czasu pracy może stanowić skuteczne rozwiązanie. Automatyzacja pozwala zwiększyć wydajność w przeliczeniu na jednego pracownika poprzez zmniejszenie ogólnej liczby osób zatrudnionych. Napięta sytuacja na rynku pracy może sprzyjać inwestowaniu w automatyzację. Wprawdzie zagrożenie wynikające z automatyzacji pracy występuje nie tylko w regionie CEE-6, ale na całym świecie, jednak to właśnie w Europie Środkowo-Wschodniej sytuacja na rynku pracy jest napięta, a udział produkcji przemysłowej w PKB wysoki. Niewykluczone, że w przemyśle szybciej niż w sektorze usług automatyzacja pozwoli zaspokoić zapotrzebowanie na siłę roboczą. Pierwsze oznaki tego zjawiska można już zaobserwować w Niemczech, gdzie w niektórych fabrykach samochodów tydzień pracy został skrócony do 28 godzin. Region CEE-6 może równie dobrze pójść w ślady niemieckiego przemysłu motoryzacyjnego.
  6. Recesja w państwach należących do grupy CEE-6 nie jest wprawdzie nieunikniona, jednak inflacja już rośnie, a banki centralne zaczynają podnosić stopy procentowe. Problem może więc rozwiązać się sam, ponieważ zastój gospodarczy / recesja spowodują spadek zapotrzebowania na siłę roboczą.

Naszym zdaniem scenariusze 1 i 2 będą prawdopodobnie stanowiły istotne czynniki w ujęciu krótkoterminowym. Rozwiązania 3 i 4 mają z natury charakter bardziej długoterminowy. Scenariusze 5 i 6 są mniej optymistyczne z perspektywy osób poszukujących zatrudnienia.

Sprawdź pozycję dużych graczy na rynku (Fundusze lewarowane)

Jak co tydzień, w piątek wieczorem komisja CFTC opublikowała najnowszy raport Commitment of Traders. Raporty CFTC dają nam wiedzę na temat otwartych pozycji na giełdzie Chicago Mercantile Exchange oraz New York Board of Trade. W raporcie zawarte jest ponad 70% wszystkich otwartych pozycji na rynku kontraktów futures. Dzięki danym zawartym w raporcie możemy przewidywać główne trendy na rynkach finansowych, niemniej jednak warto podkreślić, że są publikowane z trzydniowym opóźnieniem. W przypadku analizy średnio i długoterminowych trendów takie opóźnienie jest do zaakceptowania.

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku walutowy

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku walutowy

Źródło: Opracowanie własne

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających na rynku surowcowym

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających na rynku surowcowym

Źródło: Opracowanie własne

Strzałka zielona – na rynku znajduje się coraz więcej pozycji długich lub krótkich. Zielona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji długich

Strzałka czerwona-pozycje długie lub krótkie są zamykane. Czerwona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji krótkic

MACD – podawane jest dla USD, jako waluty kwotowanej np. JPY/USD, CAD/USD, EUR/USD

Z ostatniego raportu COT wynika, że fundusze lewarowane interesują się Bitcoinem oraz Euro.

BTCUSD – coraz więcej pozycji krótkich

Pomimo ostatniego wzrostu pierwszej kryptowaluty na świecie fundusze lewarowane w swoich portfelach utrzymują coraz więcej pozycji krótkich. Tym razem na rynku kontraktów terminowych kapitał lewarowany otworzył ponad 323 pozycji krótkich oraz zamknął 116 pozycji długich. Co więcej jest to już piąty tydzień z rzędu, gdzie fundusze otwierają coraz więcej pozycji krótkich.

Pozycje funduszy lewarowanych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Pozycje funduszy lewarowanych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone - pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Źródło: Cme Group

Patrząc ze strony analizy technicznej na interwale dziennym mamy krótkoterminowy trend wzrostowy. Po pokonaniu ostatniego oporu 7 700 USD strona kupująca otworzyła drogę w okolicę 8 400 USD, gdzie notowania zostały zatrzymane. Jeżeli kupującym udałoby się pokonać kolejny opór, to kolejny cel znajduje się w okolicy 9 900 USD. Aczkolwiek oscylator stochastyczny wskazuje na negatywną dywergencję (notowania wzrastały, natomiast oscylator nie).

Notowania BTCUSD, interwał dzienny

Notowania BTCUSD, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Oprócz tego mamy niedźwiedzi wydźwięk raportu COT. W takim przypadku bazowym scenariuszem pozostanie wyprzedaż BTC w okolicę 7 400 USD. Pokonanie strefy wsparcia świadczyłoby o sile sprzedających, co mogłoby doprowadzić do kontynuacji wyprzedaży w okolicę 6 000 USD.

EUR/USD – czy to koniec spadków?

Przez kilka ostatnich tygodni fundusze lewarowane na parze walutowej EURUSD nie powiększały swojego zaangażowania po krótkiej stronie rynku. Ostatni raport wskazuje wręcz coś odwrotnego, fundusze powiększyli zaangażowanie po długiej stronie rynku o 1 594 kontrakty. Z kolei pozycje krótkie zostały zredukowane o 1 366 kontrakty. Czy jest to już odwrócenie trendu? Tak, ale czy długoterminowe? Prawdopodobnie tak, ponieważ przez ostatnie kilka tygodni fundusze nie kwapiły z dobieraniem krótkich pozycji, a sama podaż była spowodowana przez zamykanie wcześniej nagromadzonych pozycji długich.

Pozycje funduszy lewarowanych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Pozycje funduszy lewarowanych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone - pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Źródło: Cme Group

Z punktu widzenia analizy technicznej notowania EURUSD znalazły się w konsolidacji. Dolna banda znajduje się w okolicy 1.154, natomiast górna 1.179. Aktualnym celem kupujących jest prawdopodobnie górna banda konsolidacji. Jeżeli kupującym udałoby się ją pokonać, to kolejnym celem będzie okrągły, psychologiczny poziom 1.20.

Notowania EURUSD, interwał dzienny

Notowania EURUSD, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Dział Analiz Admiral Markets

Wyrok Trybunału Konstytucyjnego: Skarga pauliańska również dla fiskusa

W orzecznictwie Sądu Najwyższego oraz sądów powszechnych ukształtował się pogląd, zgodnie z którym organy podatkowe mogą wykorzystywać instytucję skargi pauliańskiej w celu dochodzenia wierzytelności publicznoprawnych. Egzekwowanie przez fiskusa należności podatkowych poprzez stosowanie środka charakterystycznego dla stosunków cywilnoprawnych – pomimo iż jest niekorzystne dla samych podatników – uznane zostało przez Trybunał za działanie zgodne z Konstytucją RP.

Organy podatkowe, choć mają wiele możliwości prawnych dochodzenia należności publicznoprawnych na gruncie przepisów podatkowych, coraz powszechniej korzystają z tzw. skargi pauliańskiej, a więc instytucji prawa cywilnego. Fiskus, chcąc rozszerzać odpowiedzialność osób trzecich za zobowiązania podatkowe w oparciu o narzędzia prawne funkcjonujące w prawie cywilnym, doprowadza do zachwiania równowagi pomiędzy ochroną interesu państwa a konstytucyjnymi prawami jednostki.

Wyrokiem z 18 kwietnia 2018 r. Trybunał Konstytucyjny (sygn. K 52/16), który rozpoznawał skargę z wniosku Rzecznika Praw Obywatelskich, orzekł, iż stosowanie regulacji cywilnoprawnej w stosunku do egzekucji należności publicznoprawnych jest zgodne z ustawą zasadniczą – Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej. To orzeczenie umacnia dotychczasową pozycję fiskusa względem podatników i osób trzecich, będących nabywcami zakwestionowanych transakcji. Korzystając ze skargi pauliańskiej, organy podatkowe będą bowiem mogły prowadzić egzekucję z przedmiotów majątkowych przeniesionych przez podatnika na osoby trzecie z pierwszeństwem przed innymi wierzycielami.

Skarga pauliańska – zasada prawna Kodeksu cywilnego w rękach skarbówki

Ustawa z dnia 23 kwietnia 1964 r. Kodeks cywilny (Dz.U. z 2017 r. poz. 459, dalej: „k.c.”) reguluje instrument prawny ochrony wierzyciela w razie niewypłacalności dłużnika, tzw. skargę pauliańską (łac. actio pauliana). Jej istota sprowadza się do tego, że jeżeli wskutek czynności prawnej dłużnika dokonanej z pokrzywdzeniem wierzycieli osoba trzecia uzyskała korzyść majątkową, każdy z wierzycieli może żądać uznania tej czynności za bezskuteczną w stosunku do niego, jeżeli dłużnik działał ze świadomością pokrzywdzenia wierzycieli, a osoba trzecia o tym wiedziała lub przy zachowaniu należytej staranności mogła się dowiedzieć (art. 527 § 1 k.c.). Czynność prawna dłużnika jest uznawana za dokonaną z pokrzywdzeniem wierzycieli w przypadkach określonych w art. 527 § 2 k.c.

Uznanie za bezskuteczną czynności prawnej dokonanej z pokrzywdzeniem wierzycieli następuje poprzez powództwo lub zarzut przeciwko osobie trzeciej, która uzyskała korzyść z tej czynności. Omawiana regulacja ma charakter prywatnoprawny i nie znajduje swojego odpowiednika na gruncie przepisów podatkowych. Dlatego też przedmiotem ochrony skargi pauliańskiej są wierzytelności cywilnoprawne. Jednakże administracja skarbowa coraz częściej decyduje się wykorzystywać omawiany środek prawny do dochodzenia należności publicznoprawnych.

Fiskus uznaje, że składanie do sądów powszechnych pozwów w sprawach podatkowych jest dopuszczalne, ponieważ posiadane przez skarbówkę narzędzia prawno-finansowe nie są tak skuteczne jak to, które zakłada, że sąd może uznać za bezskuteczną wobec Skarbu Państwa czynność prawną dokonaną przez podatnika z osobą trzecią z pokrzywdzeniem wierzyciela. Praktyka fiskusa nie ma jednak oparcia w obowiązujących przepisach prawa, a wynika jedynie z ugruntowanej w ostatnich latach linii orzeczniczej sądów powszechnych i Sądu Najwyższego, która istotnie modyfikowana była na przestrzeni ostatnich lat.

Wykorzystywanie przez organy podatkowe przepisów Kodeksu cywilnego w celu egzekucji zobowiązań podatkowych w stosunku do osób trzecich jest działaniem nieprawidłowym i niekorzystnym dla samych podatników. Potrzeba poszukiwania przez fiskusa nowych sposobów na obciążenie osób trzecich odpowiedzialnością za zobowiązania publicznoprawne nie może bowiem prowadzić do rozszerzania katalogu osób trzecich wskazanych w Ustawie z dnia 29 sierpnia 1997 r. Ordynacja podatkowa (Dz.U. z 2018 r. poz. 800, dalej: „Ordynacja Podatkowa”). Art. 107 § 1 tej ustawy określa zaś, że osobami trzecimi, które ponoszą odpowiedzialność z tytułu cudzych zaległości podatkowych, mogą być wyłącznie podmioty wskazane w art. 110–117b Ordynacji Podatkowej. Tym samym stosowanie innych środków prawnych, które nie są unormowane na gruncie przepisów prawa podatkowego czy rozszerzanie zamkniętego katalogu osób trzecich nie może stanowić podstawy legalnego stosowania skargi pauliańskiej do egzekwowania należności podatkowych przez Skarb Państwa w drodze analogii.

Dostrzegłszy te nieprawidłowości, Rzecznik Praw Obywatela zdecydował o złożeniu skargi do Trybunału Konstytucyjnego, w której wskazał na naruszenie przez organy podatkowe zasady poprawnej legislacji.

Trybunał Konstytucyjny zdecydował: działania fiskusa zgodne z Konstytucją RP

W wyroku z 18 kwietnia 2018 r. Trybunał Konstytucyjny orzekł, że skarga pauliańska w zakresie, w jakim znajduje zastosowanie na zasadzie analogii do ochrony należności publicznoprawnych, jest zgodna z art. 2 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Tym samym Trybunał uznał działanie organów podatkowych za prawidłowe. Podkreślił też, że wykorzystywanie skargi pauliańskiej przez Skarb Państwa nie narusza zasad poprawnej legislacji i zaufania obywatela do państwa. W ocenie Trybunału skarga pauliańska nie jest formą uprzywilejowania organów podatkowych i jest właściwie wykorzystywana w prawie publicznym.

Według Trybunału wykorzystywanie omawianej regulacji cywilnoprawnej ma na celu zabezpieczenie efektywnego wyegzekwowania istniejących wierzytelności publicznoprawnych oraz przeciwdziałanie procederowi unikania daniny należnej Skarbowi Państwa. Jako że skarga pauliańska nie nakłada na dłużnika nowych obowiązków podatkowych ani nie powoduje rozszerzenia zakresu opodatkowania, Trybunał uznał, iż nie dochodzi do naruszenia zasady ograniczonej analogii w prawie podatkowym.

Poza tym stwierdził, że organ władzy publicznej, który w swojej działalności wykorzystuje skargę pauliańską, nie działa władczo w stosunku do podatnika, a jest jedynie podmiotem dochodzącym swoich roszczeń w procesie cywilnym. Ponadto Trybunał wskazał, że stosowanie skargi w drodze analogii do ochrony należności publicznoprawnych zostało ugruntowane w orzecznictwie sądowym w Polsce.

Kolejne umocnienie pozycji fiskusa względem podatnika?

Omawiane orzeczenie umacnia dotychczasową pozycję fiskusa, który w sporach z podatnikami już wielokrotnie sięgał po instytucję skargi pauliańskiej. W praktyce fiskus będzie jeszcze odważniej stosować regulacje prawa cywilnego, które doprowadzić mogą do skutecznego podważenia zawartych umów sprzedaży, darowizn czy chociażby umów intercyzy przenoszących majątek na jednego ze współmałżonków. Poza tym nie można tracić z pola widzenia, iż organy skarbowe nie będą zobowiązane udowadniać, że nabywca miał świadomość istnienia zaległości i zobowiązań podatkowych dłużnika. Będą musiały jedynie wykazać, że nabywca mógł się o tych zobowiązaniach dowiedzieć, co będzie zmuszać podmioty do zachowania dużej ostrożności przy zawieraniu umów.

W tej sytuacji podmioty będące stronami transakcji związanych z nabywaniem praw powinny szczególnie uważnie badać aspekty finansowo-podatkowe podejmowanych transakcji, tak aby w przyszłości uniknąć potencjalnej odpowiedzialności za długi podatkowe zbywcy.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Trump grozi “shutdown-em”. Nadwyżka budżetu

Prezydent USA ponownie wraca do swojego najgłośniejszego programu z kampaniii wyborczej. Tym razem może dojść do paraliżu rządu. Polska dzięki serii sztuczek finansowych pokazała rekordową nadwyżkę.

Trump grozi “shutdown-em”

Donald Trump wraca do swojej obietnicy wyborczej budowy muru. Zapowiedział, że w nowym budżecie znajdą się na niego pieniądze. Rok budżetowy kończy się w USA 30 września, czyli już za 2 miesiące. Jest to o tyle ważne, że w momencie nie uchwalenia budżetu pojawia się procedura zamknięcia rządu. Polega ona na tym, że na przymusowy urlop idą wszyscy pracownicy nie odpowiedzialni za szeroko pojęte bezpieczeństwo. W tym miejscu należy przypomnieć, że w czwartym kwartale są wybory uzupełniające w USA. W rezultacie obie partie będą skłonne iść na konflikt by obarczyć drugą za problemy jeszcze przed wyborami. Z tego właśnie powodu Republikanie mogą być mniej chętni realizować pomysł reformy imigracyjnej oraz budowy muru. Nie jest dobrze widziany przez umiarkowanych wyborców. Ewentualne zamknięcie rządu powinno przełożyć się na osłabienie dolara.

Nadwyżka w budżecie po 6 miesiącach

Po pół roku mieliśmy 9,5 miliarda złotych nadwyżki. Wydawać by się mogło, że to bardzo dobra wiadomość, bo mamy środki na spłatę zadłużenia. Oznaczałoby to, że nie będziemy żyć na koszt przyszłych pokoleń. Nic bardziej mylnego. Pomimo nadwyżki budżetowej zadłużenie rośnie. Na szczęście za względu na bardzo wysoką stopę wzrostu gospodarczego dług w relacji do PKB spada. Strach pomyśleć co będzie w sytuacji gorszej koniunktury. Skoro teraz przy rekordowo niskim bezrobociu wciąż się zadłużamy co będzie jeżeli sytuacja się pogorszy. Nie znaczy to oczywiście, że powinniśmy panikować bo w dalszym ciągu jest naprawdę dobrze, po prostu nie aż tak jakby z tej nadwyżki mogło się wydawać. Co zatem stanie się z nadwyżką budżetową? Prawdopodobnie to samo co w zeszłym roku. Sztuczki inżynierii finansowej mają jedną wadę – na koniec okresu rozliczeniowego trzeba je ujawnić. Zeszły rok miał do listopada bardzo dobre wyniki, po czym nagle cały deficyt się ujawnił. Wielu analityków uważa, że teraz ponownie mamy do czynienia z szybszym zbieraniem podatków a opóźnieniem wydatków. To prawdopodobnie dlatego pomimo tego, że nadwyżka niemal 10 miliardów złotych do świetna informacja złoty właściwie nie zareagował.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:00 – Niemcy – inflacja konsumencka,
  • 16:30 – USA – Indeks Dallas FED dla przemysłu.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

PZF: wzrost rynku faktoringu w II kwartale 2018 r. ponownie przyspieszył

Ponad 15 tys. firm w Polsce zabezpiecza się przed skutkami zatorów płatniczych korzystając z faktoringu. Skala finansowania działalności przedsiębiorców na podstawie faktur rośnie coraz szybciej. Na koniec I półrocza 2018 r. firmy zrzeszone w Polskim Związku Faktorów osiągnęły obroty w wysokości 109,5 mld zł., aż o 27,5 proc. wyższe niż przed rokiem. Najczęściej wybieraną przez podmioty gospodarcze formą finansowania stał się faktoring pełny, który zdejmuje z przedsiębiorcy ryzyko niewypłacalności kontrahentów.

Infografika_PZF_wskazniki

Faktoring to usługa finansowa umożliwiająca skuteczne i szybkie przeciwdziałanie negatywnym skutkom zatorów płatniczych. Dzięki niej przedsiębiorcy mogą bez przeszkód zrealizować bieżące płatności, mimo długich terminów wystawianych faktur. Zarządzający coraz częściej dostrzegają płynące z tego korzyści, dlatego od kilku lat chętniej sięgają po faktoring.

Polski Związek Faktorów skupia obecnie przeważającą część podmiotów świadczących tego rodzaju usługi. Zrzesza 27 członków: 5 banków komercyjnych i 22 wyspecjalizowane firmy faktoringowe. Do Związku należy też jeden podmiot mający status partnera.

Faktoring to odpowiedź na potrzeby firm

Z usług krajowych faktorów korzystało w I półroczu 2018 r. ponad 15 tys. firm. Wystawiły one 6,6 mln faktur, na podstawie których faktorzy udzielili finansowania.

– Rośnie liczba firm, które sięgają po faktoring. Nasza usługa tle innych form finansowania, jest prosta. Faktorzy przejmują bowiem zobowiązania jedynie na podstawie faktur.

Obecnie już 15 tys. podmiotów pozyskuje w ten sposób środki na działalność. Dzięki temu mogą szybko zaspokoić najpilniejsze potrzeby, związane z wypłacaniem wynagrodzeń i wypełnianiem obowiązków wobec fiskusa czy ZUS.

Zauważalny silny wzrost liczby klientów obsługiwanych przez członków PZF wiąże się też z faktem, że do związku przystępują nowe podmioty, oferujące finansowanie dla mikroprzedsiębiorców – mówi Sebastian Grabek, przewodniczący komitetu wykonawczego PZF.

Wykres 1.Liczba klientów firm zrzeszonych w PZF w I półroczu w latach 2016 – 2018 (w tys.)

Infografika_PZF_klienci

Dzięki rosnącemu uznaniu wśród prowadzących działalność gospodarczą, a także zarządzających finansami firm, faktoring pozostaje najszybciej rozwijającą się usługą finansową. Podmioty zrzeszone w Polskim Związku Faktorów osiągnęły w I półroczu 2018 r. obroty na poziomie 109,5 mld zł, czyli o 27,5 proc. więcej niż rok wcześniej.

Wykres 2. Obroty firm zrzeszonych w Polskim Związku Faktorów w I półroczu 2018 r. (w mld zł)Infografika_PZF_obroty

Finansowanie i ochrona przed brakiem zapłaty

Najpopularniejszą formą faktoringu trwale stał się faktoring pełny. Umożliwia on szybki dostęp do środków na finansowanie bieżącej działalności, połączony z ochroną przed ryzykiem braku zapłaty ze strony kontrahentów za dostarczone towary bądź usługi. Podmioty zrzeszone      w PZF objęły w I półroczu 2018 r. w jego ramach ponad 54,5 mld zł wierzytelności, co stanowi niemal 50 proc. obrotów. Kolejne 35 proc, generuje faktoring niepełny. Ok. 15 proc. przypada natomiast na faktoring importowy, odwrócony oraz wymagalnościowy.

Sebastian Grabek, przewodniczący komitetu wykonawczego PZF
Sebastian Grabek, przewodniczący komitetu wykonawczego PZF

– Polscy przedsiębiorcy są klientami bardzo świadomymi i wymagającymi. Nie sięgają po faktoring tylko po to, aby skorzystać z prostej formy finansowania. Oczekują także ochrony przed ryzykiem braku zapłaty ze strony kontrahentów za dostarczone towary bądź usługi, a tę oferuje tylko faktoring pełny.    W przypadku nieprzewidzianych trudności handlowych zabezpiecza on przedsiębiorców przed utratą płynności oraz wpadnięciem w pułapkę zatorów płatniczych  – wyjaśnia Sebastian Grabek.

Z usług faktoringowych w ujęciu sektorowym, najczęściej korzystają przedsiębiorstwa: produkcyjne i dystrybucyjne. W ich przypadku utrzymanie płynności finansowej ma fundamentalne znaczenie, ponieważ umożliwia utrzymanie silnej pozycji konkurencyjnej.

– Faktoring pomaga przedsiębiorcom w ekspansji na rynkach, na których działają. Uzyskanie finansowania bieżącej działalności w sytuacji, gdy kontrahenci oczekują coraz dłuższych terminów na zapłacenie faktur, ma dla krajowych producentów i usługodawców wartość podwójną. Oprócz zamiany należności na gotówkę, otrzymują też narzędzie niwelujące ryzyko niewypłacalności odbiorców. Gwarantujemy im finansowanie bieżącej działalności i bezpieczeństwo obrotów handlowych. Zwiększamy płynność firm przez co umożliwiamy ich stabilny rozwój – wyjaśnia Sebastian Grabek.

Wykres 3. Struktura obrotów firm zrzeszonych w PZF w I półroczu 2018 r. w ujęciu sektorowymInfografika_PZF_sektory

Prognoza kursu dolara i euro na koniec roku

Ebury, firma oferująca rozliczania transakcji walutowych, podsumowuje formę dolara i euro w dotychczasowej części roku. Eksperci Ebury przedstawiają także swoje prognozy na koniec 2018 r. – EUR/USD 1,16; USD/PLN 3,62; EUR/PLN 4,20.

Dolar amerykański (USD)

Zgodnie z naszymi oczekiwaniami, od końca kwietnia do teraz dolar amerykański umocnił się względem niemal każdej z walut G10 oraz złotego. Dolar, wspierany m.in. przez poprawiające się tło makroekonomiczne Stanów Zjednoczonych, rosnące oczekiwania dotyczące podwyżek stóp procentowych ze strony Rezerwy Federalnej w 2018 r. oraz globalny niepokój wzrósł do najwyższego poziomu niemal od roku. Względem złotego dolar umocnił się o ok. 7% od początku roku. Umocnieniu dolara wcale nie przeszkodziły obawy dotyczące wojny handlowej na linii Stany Zjednoczone-Chiny, było wręcz przeciwnie.

Indeks USD & kurs USD/PLN (lipiec ‘17-lipiec ‘18)

kurs dolara do złotego USD PLNŹródło: Thomson Reuters Data: 25.07.2018

Rynki nie spodziewały się, że czerwcowe spotkanie Rezerwy Federalnej będzie miało aż tak jastrzębi wydźwięk. Decydenci znów podnieśli stopy procentowe o 25 punktów bazowych, jednocześnie sugerując, że kolejne podwyżki będą następować szybciej niż oczekiwali jeszcze w marcu. Podczas konferencji prasowej przewodniczący FOMC, Jerome Powell, wyrażał się optymistycznie o stanie i perspektywach amerykańskie gospodarki; potwierdzał, że jest ona w „świetnej formie” oraz, że zbliża się do „normalnych poziomów”.

Bank podniósł również lekko prognozę wzrostu gospodarczego, obecnie zakłada też, że inflacja nieznacznie przekroczy cel inflacyjny. Wysoka dynamika cen ma przełożyć się na to, że krótkookresowe stopy procentowe Rezerwy Federalnej będą nieco wyższe od tych w dłuższym okresie. Sugeruje to również sam „dot plot” FOMC, który pokazał, że oczekiwania członków banku centralnego nieco wzrosły w porównaniu do poprzedniej rewizji. Mediana indywidualnych oczekiwań członków FOMC ws. poziomu stóp procentowych wynosi obecnie 2,24% pod koniec bieżącego roku oraz 2,96% pod koniec 2019 r. Aby osiągnąć wspomniane poziomy, w 2018 r. stopy procentowe powinny zostać podniesione łącznie czterokrotnie, natomiast w 2019 r. trzykrotnie. To tempo szybsze od zakładanego przez rynek, który obecnie wycenia prawdopodobieństwo jeszcze dwóch podwyżek w tym roku na około 60%.

„Dot plot” FOMC z czerwca 2018 r.

FOMCŹródło: Federal Reserve Data: 13.06.2018

Rosnący optymizm wśród członków FOMC opiera się przede wszystkim na dobrych danych makroekonomicznych płynących ze Stanów Zjednoczonych. Można wnioskować, że amerykańska gospodarka po pierwszym kwartale, kiedy w ujęciu zanualizowanym zanotowała wzrost o 2%, doznała jeszcze większego ożywienia. Zarówno indeks PMI opisujący aktywność firm w sektorach innych niż przemysłowy, jak i poziom samej produkcji przemysłowej w USA są na rekordowych poziomach. Dynamika sprzedaży detalicznej w czerwcu br. była najwyższa od 2011. Amerykański rynek pracy cały czas radzi sobie bardzo dobrze, co powinno wspierać aktywność wewnętrzną również w drugiej połowie roku.

W czerwcu rynek wytworzył 213 tys. nowych miejsc pracy, a w wyniku rewizji danych podniesiony został również szacunek kreacji miejsc pracy w poprzednim miesiącu. Tym samym średnia krocząca z dwunastu ostatnich miesięcy utrzymuje się w okolicy poziomu 200 tys. Zaskoczeniem był wzrost stopy bezrobocia z 3,8 do 4%. Niemniej, wskaźnik ten jest nadal najniższy od 18 lat, a przyczyny jego ostatniego wzrostu należy szukać w rosnącej aktywizacji zawodowej Amerykanów. W najbliższych miesiącach bezrobocie może również spaść w wyniku wprowadzonych przez Donalda Trumpa obniżek podatków – niższe stawki mogą wpłynąć na decyzje przedsiębiorstw o dodatkowym zatrudnieniu lub inwestycjach. W czerwcu wyhamował wzrost płac, aczkolwiek średnia krocząca z ostatnich dwunastu miesięcy znajduje się aktualnie na najwyższym poziomie od ponad ośmiu lat. Nowe dane sugerują, że mamy do czynienia z dobrą sytuacją, która umożliwi Rezerwie Federalnej stosunkowo agresywne podwyżki stóp procentowych.

Wyzwaniem dla Rezerwy Federalnej jest gwałtowne przyspieszająca od początku roku inflacja. Zwłaszcza, że w wyniku wprowadzenia przez USA ostatnich opłat celnych, ceny w kolejnych kwartałach mogą rosnąć jeszcze szybciej. Inflacja bazowa podskoczyła w czerwcu do 2,9% w ujęciu rocznym i znalazła się najwyżej od sześciu lat. Bazowy wskaźnik dynamiki cen jest obecnie najwyższy od 18 miesięcy i wynosi 2,3% w ujęciu rocznym.

Ceny w następnym roku mogą rosnąć jeszcze szybciej, zważając na wysoki wzrost gospodarczy, dobrą sytuację na rynku pracy oraz protekcjonistyczną politykę Donalda Trumpa, która najpewniej doprowadzi do wzrostu cen importowanych produktów. Wysoka inflacja może wywołać presję na nieco bardziej agresywne tempo podwyżek stóp procentowych.

Inflacja w Stanach Zjednoczonych (2013-2018)

inflacja w USAŹródło: Thomson Reuters Data: 23.07.2018

Dolar amerykański był w dużej mierze odporny na wiszące nad światową gospodarką widmo wojny handlowej, które od kilku miesięcy dominuje nad innymi informacjami istotnymi dla rynków finansowych. W marcu prezydent Trump ogłosił wprowadzenie opłat celnych na stal i aluminium, ze stawkami odpowiednio 25% oraz 10%. Trump dodatkowo nałożył na Chiny cła o docelowej wartości 34+16 mld USD, które wywołały odpowiedź Państwa Środka, nakładającego odwetowe cła na produkty z USA. O ile tamte cła można uznać za symboliczne, groźba kolejnych ceł mających objąć chińskie towary o wartości 200, a nawet 500 miliardów dolarów jest już znaczna, i jeżeli dojdzie do jej realizacji, niemal na pewno doprowadzi to do odwetu ze strony Chin.

Paradoksalnie, groźba wojny handlowej umocniła dolara. Inwestorzy porzucili ryzykowne waluty gospodarek wschodzących, w tym polskiego złotego, na rzecz uznawanej za bezpieczną, amerykańskiej waluty. Rynki przyjęły również pogląd, że wspomniana protekcjonistyczna polityka nie będzie miała aż tak dużego wpływu na gospodarkę Stanów Zjednoczonych, która w dużej mierze zależy od sytuacji wewnętrznej. Zgodnie z tą opinią dużo większy wpływ cła będą miały na partnerów handlowych USA, którzy są znacznie bardziej zależni od popytu z zagranicy.

Podtrzymujemy opinię, że FOMC jeszcze dwukrotnie w tym roku (we wrześniu i  grudniu) zdecyduje się na podniesienie stóp procentowych. Ponieważ rynki nadal wyceniają dwie podwyżki jedynie w ok. 60%, widzimy szanse na lekkie umocnienie dolara amerykańskiego w relacji do euro w 2018 r. W związku z oczekiwanym przez nas stopniowym umocnieniem złotego w relacji do euro nie spodziewamy się jednak aprecjacji dolara amerykańskiego w parze ze złotym. Na koniec roku Ebury prognozuje EUR/USD 1,16 oraz USD/PLN 3,62.

Euro (EUR)

W kwietniu, przede wszystkim wskutek ogólnego umocnienia dolara amerykańskiego, euro doświadczyło osłabienia względem waluty USA. Niedługo po czerwcowym spotkaniu Europejskiego Banku Centralnego kurs EUR/USD spadł do najniższego poziomu niemal od roku. Niemniej, kurs euro ważony udziałem poszczególnych krajów w handlu zagranicznym pozostał względnie stabilny. W parze z polskim złotym, wspólna europejska waluta umocniła się, jednak było to związane przede wszystkim ze słabością polskiego złotego.

Kurs EUR/USD & EUR/PLN (lipiec ‘17-lipiec ’18)

kurs euro do dolara i złotegoŹródło: Thomson Reuters Data: 25.07.2018

Potencjalny kryzys polityczny we Włoszech został szczęśliwie powstrzymany, kiedy to w zeszłym miesiącu zaprzysiężono antyestablishmentowy rząd Giuseppe Conte. Tym samym uwaga inwestorów skupiła się na czerwcowym spotkaniu Europejskiego Banku Centralnego. EBC nie zawiódł, i dostarczył rynkom bardzo dokładnych informacji o dalszych planowanych działaniach. Potwierdziły się spekulacje sprzed spotkania: bank centralny zdecydował o przesunięciu daty zakończenia luzowania ilościowego. Program QE miał się skończyć we wrześniu. Ostatecznie jednak od września tempo zakupu aktywów zostanie zmniejszone do 15 miliardów miesięcznie, po czym ostatecznie w grudniu spadnie ono do zera.

Miesięczna wartość aktywów skupowanych przez EBC (2015-2018)

Miesięczna wartość aktywów skupowanych przez EBCŹródło: Thomson Reuters Data: 23.07.2018

Ogłoszenie zakończenia programu luzowania ilościowego było w dużej mierze oczekiwane przez inwestorów i zawarte w wycenie euro. Tym samym najistotniejszym punktem spotkania dla inwestorów był ton Banku w kwestii potencjalnych podwyżek stóp procentowych dla strefy euro, a ten był wyjątkowo gołębi. Europejski Bank Centralny podkreślił wyraźnie, że wciąż potrzebna jest „silna stymulacja”, a stopy procentowe najpewniej utrzymają się na dotychczasowym poziomie „co najmniej przez lato 2019 r.”. Równie gołębie była konferencja prasowa przewodniczącego EBC, Mario Draghiego. Draghi podkreślił rosnącą niepewność związaną ze stanem gospodarki światowej, jak i przyznał, że słabe wyniki gospodarcze z pierwszego kwartału mogły w przypadku niektórych krajów bloku walutowego utrzymać się również w drugim kwartale.

W roku 2017 strefa euro doświadczyła najszybszego wzrostu gospodarczego od dekady. W porównaniu z zeszłym rokiem ekspansja gospodarek członków bloku walutowego nieco wytraciła tempo. Strefa euro urosła o 0,4% w pierwszych trzech miesiącach 2018 roku, tym samym tempo wzrostu było najniższe od dwóch lat. Wnioskując po ostatnich wskaźnikach aktywności biznesowej PMI, ekspansja gospodarcza strefy euro wytraciła tempo. Zbiorczy indeks PMI, oparty na średniej ważonej wskaźników dla przemysłu i usług, wyraźnie zmalał od stycznia br. W maju indeks ten spadł do 54,1, wartości najmniejszej od półtorej roku.

Indeksy aktywności biznesowej PMI w strefie euro (2015-2018)

Indeksy aktywności biznesowej PMI w strefie euroŹródło: Thomson Reuters Data: 25.07.2018

Pierwsze dane dotyczące sytuacji gospodarczej w drugiej połowie roku nie są szczególnie zachęcające. UE sugeruje, że rosnące napięcia handlowe ze Stanami Zjednoczonymi, miały być głównym czynnikiem odpowiedzialnym za niedawne spowolnienie ekspansji bloku walutowego. Prognoza wzrostu gospodarczego strefy euro w 2018 r. została obcięta do 2,1% w ujęciu rocznym. Prognoza dla 2019 r. jest jeszcze niższa – zakłada wzrost rzędu 2% rocznie. Obie prognozy składają się na oficjalne oczekiwania EBC, jednak nie tylko Bank oczekuje gorszych wyników, skłania się ku temu również środowisko zewnętrznych analityków, w tym nas.

W lipcu przewodniczący Draghi wielokrotnie podkreślał rosnące w EBC przekonanie o tym, że dynamika cen w strefie euro powróci do poziomu określonego celem inflacyjnym w określonym przez bank centralny horyzoncie czasowym. Inflacja mierzona wskaźnikiem CPI wreszcie wzrosła do 2%, warto jednak zwrócić na preferowaną przez Europejski Bank Centralny (i kluczową przy podejmowaniu decyzji przez Bank) inflację bazową, która w czerwcu wyniosła zaledwie 0,9% w ujęciu rocznym. Jesteśmy zdania, że minie jeszcze sporo czasu, zanim poprawa sytuacji na rynku pracy istotnie wpłynie na inflację bazową. Perspektywa osiągnięcia przez ten wskaźnik wartości „bliskiej, ale nieprzekraczającej 2%”, czyli celu inflacyjnego Banku na ten moment wydaje się dość odległa.

Inflacja w strefie euro (2013-2018)

Inflacja w strefie euroŹródło: Thomson Reuters Data: 23.07.2018

Jesteśmy zdania, że ostrożna retoryka EBC podkreśla przesadny nacisk, jaki rynki kładły na zaskakujący wzrost gospodarczy strefy euro z zeszłego roku. Tak jak już wspominaliśmy, podstawowym i jedynym zadaniem Europejskiego Banku Centralnego jest utrzymanie dynamiki cen na poziomie określonym przez cel inflacyjny. Obecnie wskaźnik bazowy jest wyraźnie poniżej tej wartości, stąd dość oczywistym jest, że EBC nie spieszy się, aby nawet rozważyć podwyżkę stóp procentowych. Sądzimy, że jakiekolwiek podwyżki stóp procentowych przed drugą połową 2019 r. są bardzo mało prawdopodobne.

Perspektywa jakichkolwiek podwyżek stóp w strefie euro jest bardzo odległa. Stąd prognozujemy, że w kolejnych kwartałach euro względem dolara amerykańskiego pozostanie na obecnym, lub nieco niższym od obecnego poziomie. Spodziewamy się również nieco mocniejszej deprecjacji euro względem funta oraz stopniowego spadku kursu EUR/PLN, związanego przede wszystkim z powracaniem złotego do poziomów bardziej uzasadnionych przez dobre fundamenty kraju. Na koniec roku Ebury prognozuje EUR/USD 1,16 oraz EUR/PLN 4,20.

Autorzy: Analitycy Ebury: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Zolkiewicz & Partners: akcje w długim terminie biją na głowę „bezpieczne” obligacje

Piotr Żółkiewicz
Piotr Żółkiewicz

Obligacje tylko z pozoru są bezpieczne

Obligacje przez wielu postrzegane są jako bardzo bezpieczne instrumenty, które nie są czułe na wahania rynkowej koniunktury. Lubiane są także przez inwestorów, którzy po prostu nie lubią doświadczać wahań kapitału. W długim terminie portfele obligacji z całą pewnością dadzą mniej zarobić niż portfel akcji. Niestety większa zmienność cen akcji sprawia, że ludzie błędnie przypisują im większe ryzyko.

Należy pamiętać, że wahania cen dotyczą zarówno cen nieruchomości, obligacji, jak i akcji. Z tym, że inwestorzy albo ignorują zmiany cen obligacji notowanych na rynku albo często nie mają o nich wiedzy. Daje to złudne poczucie bezpieczeństwa i „mniejszego ryzyka”.

Nabywca obligacji w zamian za swoje pieniądze otrzymuje obietnice spłaty obligacji, a za ryzyko niedotrzymania warunków umowy oraz „pokrycie” kosztu alternatywnego otrzymuje odsetki. Jeśli inwestor chce osiągnąć wyższą rentowność z inwestycji w obligacje ma do wyboru dwie drogi. Może wydłużyć horyzont inwestycyjny i kupić obligacje 10- albo 20-letnie, co naraża go na mocniejsze wahania ceny obligacji spowodowane zmianą stopy procentowej oraz większe ryzyko niewypłacalności emitenta. Drugim wyjściem jest obniżenie jakości portfela poprzez dołączenie do niego obligacji o niskim ratingu (większość obligacji korporacyjnych w Polsce nie ma w ogóle ratingu lub ma rating określający je jako papiery spekulacyjne).

Inwestujący w obligacje są narażeni na wystąpienie ryzyka reinwestycji, kredytowego oraz ryzyka zmiany ceny. Pierwszym problemem dla inwestora jest ryzyko związane z reinwestycją otrzymanych odsetek. Jest to szczególnie widoczne w środowisku spadających stóp procentowych. Widać to po zmieniającej się rentowności koszyka obligacji odwzorowanego przez iShares Core U.S. Aggregate Bond ETF (odwzorowujący zachowanie obligacji z wydanym ratingiem inwestycyjnym, także korporacyjnych). Jeszcze w 2000 roku inwestor mógł osiągnąć z inwestycji w amerykański portfel obligacji około 5,5% rocznie, obecnie oprocentowanie wynosi około 3%. Jednocześnie wydłużył się średni czas zapadalności portfela z około 4 lat do ponad 6.

W przypadku zwykłej obligacji kuponowej, inwestor aby utrzymać rentowność swojego portfela na wcześniejszym poziomie musi za otrzymane odsetki nabyć obligacje o podobnej rentowności. Czasem może się zdarzyć, że nie uda mu się nabyć obligacji o zbliżonym oprocentowaniu przy zachowaniu takiej samej jakości portfela obligacji.

Występuje również ryzyko cenowe, które polega na tym, że obligacje o stałym kuponie są wrażliwe na wahania stopy procentowej. Wraz ze wzrostem stóp cena obligacji spada, więc jeśli inwestor musiałby upłynnić obligacje to otrzymałby za swój pakiet instrumentów dłużnych niższą cenę niż przed podwyżką stóp procentowych. Środowisko wysokich stóp procentowych nie sprzyja cenie obligacji ze stałym kuponem. W okresie 1990 – 2017 w Stanach Zjednoczonych były cztery lata (1994, 1999, 2009, 2013) w których roczna strata z portfela 10-letnich amerykańskich obligacji przekraczała 8%.

Kolejnym zagrożeniem jest stabilność kredytowa emitenta obligacji. W przypadku utraty płynności lub upadłości emitenta, inwestor może stracić znaczną część swojego kapitału. Szczególnie dotyczy to obligacji niezabezpieczonych, które są prawie ostatnie w kolejce do zaspokojenia wierzytelności. Należy jednak pamiętać, że samo posiadanie zabezpieczenia nie jest gwarancją „bezpieczeństwa”, w polskich warunkach prawnych mało komu udaje się zaspokoić z zabezpieczeń przypisanych do obligacji i trwa to wiele lat. Tym samym można powiedzieć, że obligacja to instrument opierający się na zaufaniu co do przyszłej zdolności emitenta do obsługi zadłużenia. Instrument ten ma jednak niekorzystną strukturę płatności. Oferuje ograniczone zyski w zamian za możliwość straty całego kapitału. Inwestując w akcje wybranej spółki również można stracić 100%, jednak w zamian można zwielokrotnić zainwestowany kapitał.

Obligacje Getback przypominają o ryzyku kredytowym

Na rynku obligacji zaprzestanie obsługiwania zobowiązań nie jest niczym nowym. Na rynku Catalyst ponad 8% wszystkich emisji nie zostało wykupione w terminie. Jeśli weźmiemy pod lupę tylko emisje o wartości do 10 mln zł to wskaźnik podwyższy się do 16%. Można więc powiedzieć, że inwestowanie w cały koszyk obligacji „małych emisji” na Catalyst gwarantuje stratę.

Jednak dopiero problemy finansowe spółki GetBack, przypomniały zwykłym inwestorom, że inwestycje w obligacje nie są pozbawione ryzyka. Ta druga co do wielkości firma windykacyjna złożyła wniosek o przyspieszone postępowanie upadłościowe zostawiając w trudnym położeniu posiadaczy obligacji, którzy na dzień 6 kwietnia br. posiadali papiery dłużne o wartości 2,24 mld zł. Spółka początkowo proponowała posiadaczom obligacji niezabezpieczonych spłatę tylko części nominału rozłożoną do 2025 roku, teraz nawet to nie jest pewne. Spółka poinformowała, że w przypadku postępowania upadłościowego wierzyciele objęci układem mogliby odzyskać maksymalnie jedną czwartą zainwestowanej kwoty.

Akcje lepszą alternatywą w długim terminie

Inwestowanie w akcje jest w długim terminie jedną z najefektywniejszych metod pomnażania kapitału. Według danych zebranych przez profesora J. Siegiela na przestrzeni lat 1802 – 2016 w USA średnia realna (pomniejszona o inflację) stopa zwrotu z akcji wynosiła 6,7% rocznie. W tym samym czasie obligacje zapewniły rentowność na poziomie 3,5% ponad inflację. Warto przytoczyć szczególnie lata 1926 – 2016, ponieważ w ciągu 90 lat byliśmy świadkami dwóch wielkich recesji (1929, 2008) oraz pomniejszych „krachów” jak te z lat 1987 i 2000. Jednak i w tym czasie średnioroczna realna stopa zwrotu z akcji wyniosła 6,7% rocznie.

Nie oznacza to, że akcje rosną liniowo, zdarzają się okresy, kiedy realna stopa zwrotu jest ujemna. Tak było na amerykańskim rynku w latach 1966 – 1981, kiedy średnioroczna, realna stopa zwrotu z akcji wyniosła -0,4%. Realna stopa zwrotu była również poniżej zera w latach 1908-1922. Jednak po każdym z tych okresów rynek akcji „nadrabiał zaległości”. Tak było np. w latach 1982 – 1999, kiedy realny, średnioroczny  zysk z akcji wyniósł ponad 13,5%. Można więc powiedzieć, że okresy słabszych rezultatów giełdy są czasem na systematyczną akumulację dobrych akcji, co zaprocentuje w czasach lepszej rynkowej koniunktury.

Aby pokazać siłę procentu składanego porównamy stopy zwrotu osiągnięte na rynku amerykańskim między 1928 a 2017 rokiem przez portfel w 100% złożony z akcji wchodzących w skład indeksu S&P500, portfel złożony w 50% z akcji oraz w 50% z 10-letnich obligacji amerykańskich oraz portfel składający się w 100% z 10-letnich obligacji skarbowych.  W przykładzie pominięto wpływ podatków, inflacji oraz kosztów transakcyjnych. Pierwszy portfel ze 100$ zainwestowanych w 1928 roku „wytworzył” do końca 2017 rok prawie 400 000$. Drugi portfel zakończył test z saldem wynoszącym około 88 000$, natomiast portfel złożony z obligacji był warty po 90 latach 7 300$.

Akcje tylko z pozoru są ryzykowne. W przypadku dobrania bardzo dobrej jakości spółek do portfela inwestor może korzystać z potęgi procentu składanego. Każdego roku wygenerowana gotówka będzie po części przeznaczana na wypłatę dywidendy oraz skup akcji, natomiast pozostałe środki będą reinwestowane w biznes spółki. Dzięki temu spółka będzie zwiększała skalę swojej działalności, poprawiała przychody oraz zysk na akcję a to przełoży się na powiększenie wartości wewnętrznej przedsiębiorstwa. Z czasem odbije się to na wzrastającym kursie akcji. Każdy musi wybrać sam, czy woli stabilne 4% czy wahliwe 8% – jednak dla inwestorów długoterminowych wybór powinien być prosty.

Autorem komentarza jest: Piotr Żółkiewicz, zarządzający funduszem Zolkiewicz & Partners Inwestycji w Wartość FIZ

Przemysław Kwiecień: Stopy procentowe bez większego wpływu na kurs złotego

Jeżeli porównamy wynagrodzenia maj do maja, ale z ostatnich dwóch lat, to wzrosły one o 12 proc. I jest to wzrost rekordowy. Czy spowoduje wzrost inflacji, a kredyty zdrożeją?

Rada Polityki Pieniężnej od wielu miesięcy konsekwentnie komunikuje, że nie będzie podwyżek stóp procentowych do końca 2019 r. Ostatnio prezes NBP powiedział, że możliwe jest, iż takiej podwyżki nie będzie nawet do końca 2020 r. Czy to możliwe?

– Patrząc na obecną inflację, jest to możliwe – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Dynamika wzrostu PKB osłabnie, co też nie będzie wywoływać presji na wzrost stóp procentowych.

Zagrożeniem są wysokie wzrosty wynagrodzeń, przekraczające 7 proc. r/r. W skali dwóch lat przekroczyły w maju 12 proc.

– Sytuacja na rynku pracy i skutki dynamiki wynagrodzeń stanowią duży znak zapytania, bo jeśli wywołają wzrost inflacji, to trudniej będzie utrzymać niezmienione stopy procentowe – komentuje ekspert z XTB.

Gdy dojdzie do podwyżek stóp procentowych, nie powinno to wpłynąć w sposób istotny na kurs złotego.

Marketerzy czytający nam w myślach? Dzięki neuronauce będzie to możliwe

Neuronauka zmienia oblicze Big Data – wieszczą eksperci. Dzięki technologii dającej wgląd w świadomość człowieka, badacze danych zyskają dostęp do nowego rodzaju informacji. Wiedza o tym, co w danej chwili widzimy, myślimy, a nawet czujemy, na zawsze zmieni sposób w jaki firmy podejmują decyzje strategiczne. Na wieść o zdobyczach neuronauki zacierają ręce również marketerzy, dostrzegając w nich nowe możliwości targetowania reklam.

Rozwój analityki wielkich zbiorów danych trwa w najlepsze. W Europie, gdzie 25 maja weszło w życie RODO – unijne rozporządzenie o ochronie danych osobowych – większość firm specjalizujących się w Big Data postanowiła kontynuować swoją działalność dostosowując ją do restrykcyjnych przepisów. W USA, gdzie przetwarzanie danych odbywa się na mniej surowych zasadach, Big Data kwitnie jak nigdy dotąd. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że z dala od błysków fleszy odbywa się prawdziwy boom na analitykę wielkich, nieustrukturyzowanych zbiorów danych. Taki obraz wyłania się z badania międzynarodowego serwisu marketingowego WARC przeprowadzonego wśród specjalistów od reklamy i marketingu z całego świata. Okazuje się, że aż 59 proc. przedstawicieli agencji reklamowych i marketingowych oraz 55 proc. dużych przedsiębiorstw deklaruje, że w roku bieżącym skupi się na wdrożeniu lub rozwoju analityki Big Data. – Świat zmienia się w błyskawicznym tempie. Coraz więcej urządzeń, zarówno konsumenckich, jak i tych przeznaczonych dla biznesu, łączy się z siecią pompując w nią gigantyczne wolumeny danych. Są to informacje, które opowiadają historię, jednak potrzebujemy nowoczesnych narzędzi informatycznych, by móc te historie odczytać i zrozumieć. Każda nasza aktywność w internecie pozostawia cyfrowy ślad. Analiza tych śladów prowadzi do cennych wniosków. Dla firm są one niezmiernie przydatne, pozwolą im lepiej poznać swoich klientów, personalizować kierowane do nich komunikaty, a nawet kreować doskonalsze produkty i usługi – wyjaśnia Grzegorz Kosiński, prezes Audience Network, firmy specjalizującej się w data consultingu będącej częścią grupy Cloud Technologies do której należy znajdująca się w światowej czołówce hurtownia anonimowych danych o zachowaniu i preferencjach internautów.  Według niego, popularyzacja analityki Big Data to kierunek, w którym nieuchronnie zmierzamy. – To naturalna reakcja na otaczające nas środowisko. Skoro wszystko podlega digitalizacji to nic dziwnego, że firmy dokładają starań, by lepiej orientować się w cyfrowym świecie. Wiemy, jak funkcjonować w rzeczywistości fizycznej, lecz dopiero uczymy się poruszać się w wirtualnej – dodaje ekspert.

Już dziś platformy DMP stworzone do analizowania wielkich, pozbawionych struktury wolumenów danych stanowią ucieleśnienie najnowszych osiągnięć z dziedziny uczenia maszynowego. Korzystając z pokaźnej mocy obliczeniowej i sztucznej inteligencji analizują dane w sposób wykraczający daleko poza ludzkie możliwości. Platforma OnAudience.com przetwarza np. 12 miliardów anonimowych profili internautów, wyciągając wnioski z ich historii surfowania, decyzji zakupowych i danych demograficznych. Każdy profil odpowiada jednemu urządzeniu, a liczba śledzonych to niemal dwukrotność światowej populacji. Jak to możliwe? – Internauci korzystają jednocześnie z telefonów komórkowych, laptopów i komputerów stacjonarnych. Spora część populacji dysponuje kilkoma urządzeniami. Cała sztuka polega na przypisaniu ich do rzeczywistego użytkownika, by lepiej poznać jego poglądy i zainteresowania.

Firmy zajrzą nam do głowy?

Pliki cookies i smarfony to prawdziwy skarbiec informacji, z których współczesne narzędzia do analityki Big Data korzystają na potęgę, jednak już niebawem do rąk badaczy danych trafić może zupełnie nowy rodzaj danych pochodzący wprost z urządzeń badających świadomość ludzi – ich stany emocjonalne, myśli i wyobrażenia. – To już się dzieje i dzieje się szybko. Gdy będziemy w stanie zajrzeć do głowy człowieka i zintegrować to, co widzi, myśli i planuje, to otworzy się przed nami nowy wymiar danych i ich analityki. Pomyślmy tylko, jakie decyzje firmy będą (na ich podstawie – red.) podejmować – mówi Peter Fader, professor marketingu na Uniwersytecie Pensylwanii.

Tymczasem Iryna Kucheryava z trudniącej się badaniami rynku firmy Zminna stawia wyraźną granicę pomiędzy neuronauką a neuromarketingiem. Ta pierwsza skupia się na badaniu mózgu i procesów neurologicznych leżących u podstaw funkcji poznawczych i zachowań, podczas gdy w biznesie rośnie zainteresowanie możliwościami wykorzystania tego typu danych do tworzenia lepszych strategii marketingowych. Pozostaje pytanie, w jaki sposób przetwarzać neuro-informacje i czy istnieją skuteczne metody umożliwiające ich zapisywanie. – Przepaść pomiędzy neuronauką a marketingiem po części związana jest z metodologią badań. Do analityki predyktywnej potrzebne są przede wszystkim dane numeryczne. Każda wartość w zbiorze danych jest tylko liczbą, która niekoniecznie trafnie reprezentuje rzeczywistość. Podzwonnym słabej jakości danych są niedokładne analizy, a co za tym idzie, niewłaściwe decyzje oparte o błędne wyniki. Stosunkowo łatwo zmierzyć wzrost lub wagę za pomocą dobrze znanych narzędzi pomiarowych. Nie dysponujemy jednak rozwiązaniami do dokonywania bezpośredniego pomiaru intencji, uwagi, emocji lub myśli, szczególnie w środowisku zakupowym przekonuje psycholog eksperymentalny i analityk danych marketingowych specjalizująca się w ilościowych metodach badawczych.

Siły na zamiary

W analityce Big Data marketerzy skupiają się na poszukiwaniu trendów i powtarzających się wzorów sięgając w dużej mierze po dane pochodzące z cyberprzestrzeni. Dobrej jakości cyfrowe informacje pozwalają na tworzenie dokładnych prognoz o zachowaniach konsumentów w internecie, jednak wciąż brakuje rozwiązań, które dawałyby bezpośredni wgląd we właściwości kognitywne i emocje.

Niemniej, naukowcy dokonali imponujących postępów w zakresie „czytania” ludzkiego umysłu. Powstała również technologia pozwalająca na dekodowanie wizualnych informacji. Analizując w ten sposób aktywność mózgu możemy rekonstruować obrazy widziane oczami człowieka. – Są to relatywnie nowe i kosztowne metody, a ich masowo wykorzystywane w świecie handlu to wciąż pieśń przyszłości. Z biegiem czasu powstaną rozwiązania umożliwiające bezpośrednie badanie ludzkiego umysłu. Nie mam co do tego wątpliwości. Odmienną kwestią jest ich implementacja w biznesie. Możemy się spodziewać, że będzie ona utrudniona ze względu na kwestie etyczne, a także politykę ochrony danych – uważa Iryna Kucheryava.

Czy hurtownie danych o internautach pracują już nad takimi rozwiązaniami? Według Marcina Filipowicza, wiceprezesa Audience Network pomysłów na wykorzystanie neurotechnologii w targetowaniu reklam nie należy wkładać między bajki, lecz na razie nie ma sensu poświęcać im zbyt wiele uwagi. – To ciekawe zagadnienie futurystyczne, jednak by zbierać takie informacje na szeroką skalę, narzędzia to umożliwiające musiałby znajdować się w powszechnym użytku. Rozwijająca się coraz szybciej sztuczna inteligencja z pewnością poradzi sobie z interpretacją tego rodzaju danych. Nim to nastąpi zobaczymy badania neuromarketingowe na kontrolowanych grupach osób, jednak takich badań nie można określić mianem analityki Big Data z powodu struktury i wielkości zbiorów – twierdzi Filipowicz.

W tym tygodniu jastrzębi Fed powinien wzmocnić spadki kursu EURUSD

Nawet mocne dane z USA nie przyczyniły się do wzrostu zmienności na rynku dłużnym, gdzie okres wakacyjny sprzyja stabilizacji krzywych dochodowości. Dobre nastroje nie opuściły rynku złotego pomimo solidnego odczytu dla amerykańskiego PKB wspierającego jastrzębi wydźwięk środowego posiedzenia Fed.

Rynek walutowy i stopy procentowej

W ostatnich dniach zachowanie złotego nadal było głównie związane z nastrojami na szerokim rynku, gdzie uwagę przyciągało przede wszystkim spotkanie Trumpa z Junckerem i posiedzenie EBC. Trudno jest określić, jakie będą ostateczne wyniki rozmów na linii USA-UE, ale po zachowaniu rynku FX (wyraźny spadek awersji do ryzyka) widać było, że zakończyło się ono po myśli inwestorów (ze zobowiązaniem do dalszych rozmów w kierunku polityki „wolnego handlu”). W reakcji na doniesienia z Waszyngtonu EURUSD wzrósł do 1,175 co pozwoliło przetestować EURPLN wsparcie na 4,28.

Zmiana nastawienia do dolara przyszła wraz z konferencją prezesa M. Draghi’ego po posiedzeniu EBC. Podtrzymanie zapowiedzi stabilnych stóp co najmniej do końca lata 2019 roku i zapewnienie, że oczekiwania rynku dotyczące pierwszej podwyżki stóp są bardzo dobrze „wpasowane” w projekcje banku wywołały ruch EURUSD w kierunku 1,162 co jednak nie spowodowało pogorszenia nastrojów względem złotego. Niemniej potwierdzone zostało, że na szybszy wzrost kosztu pieniądza w strefie euro nie można raczej liczyć. W rezultacie pozostając pod pozytywnym wpływem wyniku spotkania Trumpa z Junckerem kurs EURPLN zdołał przetestować wsparcie na 4,275.

Na rynku stopy procentowej piątkowa sesja ponownie nie przyniosła wzmożonej zmienności, gdzie polska krzywa dochodowości jedynie nieznacznie przesunęła się w górę. Na aukcji MF sprzedało papiery za 7mld PLN przy popycie na poziomie 10,2mld PLN. W tym tygodniu opublikowany zostanie plan podaży obligacji na sierpień, gdzie według naszych założeń, MF może zdecydować się na zorganizowanie jednego regularnego przetargu ze sprzedażą na poziomie 6mld PLN. Pomimo niższej podaży niż w sierpniu, taki komunikat nie powinien wspierać spadku rentowności obligacji, gdyż w lipcu mieliśmy do czynienia z wykupem obligacji PS0718 oraz wypłatą odsetek. Naszym zdaniem w najbliższych dniach wyceny skarbowych papierów wartościowych powinny utrzymywać się przy obecnych poziomach, gdzie w sektorze 10-letnim zakładamy utrzymanie ciasnego przedziału wahań 3,10%-3,25% (oczekując oscylowania wokół górnej granicy). Potencjał do mocniejszych wzrostów rentowności ogranicza dobra sytuacja budżetowa, gdzie zgodnie z komunikatem MF, po czerwcu nadwyżka budżetowa spadła jedynie minimalnie do 9,5mld PLN z 9,6mld PLN w okresie styczeń-maj.

Zagranicą również nie doszło do większych zmian na rynku dłużnym. W USA pomimo publikacji bardzo dobrych danych na temat PKB, którego dynamika przyspieszyła w drugim kwartale tego roku do 4,1% kw/kw SAAR z 2% w Q1, krzywa US Treasuries w zasadzie utrzymała się bez zmian.

W tym tygodniu posiedzenie decyzyjne odbędzie Fed, a oczekiwany jastrzębi wydźwięk przekazu (nasilony publikacją solidnych danych z USA, w tym ostrego przyspieszenia dynamiki PKB) powinien wzmocnić spadki kursu EURUSD, podnosząc notowania EURPLN na wyższe poziomy, co najmniej do 4,30.

Wykres dnia: Na aukcji Ministerstwo Finansów sprzedało papiery za 7mld PLN.

Na aukcji Ministerstwo Finansów sprzedało papiery za 7mld PLN
Źródło: Thomson Reuters

Autorzy / Źródło: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski

2 z 3 nowo zakładanych firm przez mikroprzedsiębiorców nie przeżywa 5 lat

Co piąty mikroprzedsiębiorca korzysta z kredytu bankowego, ale dopiero po kilku latach od rozpoczęcia działalności.

Wśród mikroprzedsiębiorców, którzy założyli działalność gospodarczą w 2007 roku, 72 tysiące (53%) kontynuowało działalność gospodarczą w lutym 2018 r. Natomiast działalność rozpoczętą w 2010 r., w lutym 2018 r. prowadziło tylko 32%, zaś z rocznika 2014 – 42%.2 z 3 nowo zakładanych firm przez mikroprzedsiębiorców nie przeżywa 5 lat

2 z 3 nowo zakładanych firm przez mikroprzedsiębiorców nie przeżywa 5 lat. Ryzyko kredytowania mikroprzedsiębiorstw jest ujemnie skorelowane z wiekiem firmy. Im mikroprzedsiębiorca dłużej prowadzi działalność gospodarczą, tym ryzyko niepowodzenia działalności spada, a tym samym maleje ryzyko jego kredytowania.

Wiek firmy jest więc jednym z podstawowych czynników determinujących poziom ukredytowienia (tj. relacji firm posiadających kredyt do ogółu działających firm) polskich mikroprzedsiebiorców. Średnio w Polsce czynny kredyt posiada co piąty mikroprzedsiębiorca. Aktywność kredytowa rośnie wraz z wiekiem firmy. Wśród firm założonych w 2017 r. tylko 4% posiada czynny kredyt. Natomiast wśród firm nadal aktywnych, a założonych w 2015 r., odsetek firm wynosi już 14%.

Poziom ukredytowienia polskich mikroprzedsiębiorców oprócz wieku determinuje również rodzaj prowadzonej działalności gospodarczej. Połowa mikroprzedsiębiorców to firmy usługowe, których model biznesowy oparty jest na aktywach intelektualnych (wiedzy, kompetencji, marce, relacjach), a nie na aktywach rzeczowych (maszynach, urządzeniach, budynkach i budowlach, czy środach transportu), które wymagają finansowania w dużej mierze z kredytów bankowych.

Waldemar Rogowski

Opracowano przez zespół analityków w Departamencie Business Intelligence w Biurze Informacji Kredytowej S.A. BIK dokłada wszelkiej staranności, by dane BIK używane do przygotowania opracowania, były kompletne i aktualne, jednakże nie ponosi żadnej odpowiedzialności za decyzje biznesowe podejmowane na podstawie niniejszych informacji.

Co Polacy sądzą o kryptowalutach

Połowa Polaków wie, czym są kryptowaluty, a 16,5% tej grupy nawet je kupuje, zwykle bitcoina (85%), ethereum (40%) i ripple (35%). Najczęściej kryptowaluty nabywamy w celach inwestycyjnych (62%), do płacenia w internecie (56%) i do mikropłatności (43,5%). Co jeszcze wynika z badania „Co Polacy sądzą o kryptowalutach”?

Wciąż małe zaufanie

28% badanych uważa, że kryptowaluty są bezpiecznym środkiem inwestycyjnym. Odmiennego zdania jest 41% respondentów. Nasz brak zaufania do kryptowalut jest spowodowany głównie niestabilnością ich kursów oraz ryzykiem ataków hakerskich. Zwraca uwagę, że aż co dziesiąta osoba niesłusznie sądzi, że kryptowaluty są nielegalne.

Konieczna edukacja

„Chyba jednym z najważniejszych wniosków z naszego badania »Co Polacy sądzą o kryptowalutach« jest ogromna potrzeba edukacji rynku […]. Badani nie do końca rozumieją zasady działania kryptowalut. Ponad 30% osób uważa, że handlowanie bitcoinem (kupno, sprzedaż czy operacje na giełdzie) jest bardzo skomplikowane. To nie do końca prawda. Jest to chyba nawet prostsze niż handlowanie innymi produktami finansowymi czy też inwestowanie” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Magdalena Gołębiewska, country manager w firmie Luno.

Wiedza z mediów społecznościowych

Nasza nieznajomość kryptowalut w dużej mierze wynika zapewne z tego, skąd czerpiemy o nich informacje. Najczęstszym źródłem wiedzy są dla nas media społecznościowe (60%), gdzie nierzadko można trafić na opinie pseudoekspertów. Na kolejnych miejscach znajdują się prasa i portale branżowe (53%) oraz rodzina i znajomi (44%).

Blisko połowa Polaków jest zadowolona ze swojej pensji

Piotr Dziedzic
Piotr Dziedzic

64 proc. polskich pracowników pozytywnie ocenia krajowy rynek pracy i swoją obecną sytuację zawodową. Ze swojej pensji zadowolona jest z kolei prawie połowa rodaków (ponad 47 proc.). Najbardziej usatysfakcjonowani wysokością wynagrodzenia są osoby pracujące w sektorze usług dla biznesu (ponad 58 proc.), za to najniższe zadowolenie panuje w finansach (ponad 38 proc.) – wynika z cyklicznego badania Confidence Index przeprowadzonego w II kwartale 2018 r. przez firmę rekrutacyjną Michael Page.

Dobre nastroje pod tym względem panują także w sektorze produkcji (ponad 54 proc. pozytywnych odpowiedzi), logistyce (ponad 46 proc.) oraz dobrach konsumenckich (blisko 45 proc.). Najniższy poziom zadowolenia, oprócz finansów, panuje jeszcze w obszarze technologicznym (41 proc.) – wynika z badania Michael Page.

Biorąc pod uwagę płeć, zdecydowanie bardziej optymistycznie do swoich zarobków podchodzą mężczyźni (52 proc.) niż kobiety (ponad 43 proc.). W podziale na regiony kraju, najbardziej usatysfakcjonowani zarobkami są pracownicy z woj. dolnośląskiego – blisko 60 proc. Jest to wynik o ponad 12 pkt. proc. wyższy od średniej krajowej (47,4 proc.). W dalszej kolejności jest woj. śląskie oraz mazowieckie (ok. 46 proc.) i małopolskie (ponad 42 proc.).

Należy tutaj zaznaczyć, że Polacy optymistycznie patrzą na przyszłość swoich zarobków. Podwyżki w ciągu najbliższego roku spodziewa się ponad 53 proc. z nich. Najwięcej oczekiwań pod tym względem mają reprezentanci sektora dóbr konsumenckich (ponad 60 proc.) oraz finansów (blisko 56 proc.). Na wyższe wynagrodzenie liczą także pracownicy z obszaru technologicznego oraz usług dla biznesu (po ok. 50 proc.). Podobnego zdania – blisko 49 proc. – są osoby zatrudnione w produkcji. Najniższy poziom wskazań w tym aspekcie pracy panuje natomiast w logistyce (40 proc.).

Wg danych GUS, w skali roku przeciętne wynagrodzenie w firmach zatrudniających co najmniej 9 osób wzrosło o 7,5 proc., co tylko umacnia pracowników w ich oczekiwaniach względem pracodawców. Tylko w średnich i dużych firmach w czerwcu br. przeciętna płaca wyniosła 4848 zł brutto, co daje ponad 3400 zł netto – mówi Piotr Dziedzic, dyrektor w Michael Page i członek zarządu Polskiego Forum HR z Michael Page. – Pozycje pracowników na rynku umacnia również fakt, że firmy stale szukają nowych kandydatów. Zgodnie z GUS w czerwcu zatrudnienie było wyższe o 3,7 proc. niż rok wcześniej. Powoduje to tym samym, że przedsiębiorstwa muszą sukcesywnie zwiększać swoją atrakcyjność, aby konkurować o najlepsze talenty – podkreśla Piotr Dziedzic.

Czy pożyczka przez internet jest bezpieczna?

Czy pożyczka przez internet jest bezpieczna?Wiele mówi się obecnie o potencjalnych zagrożeniach, jakie mogą spotkać każdego z nas w internecie. Temat jest żywy szczególnie wówczas, gdy porusza się kwestie związane z bezpieczeństwem zaciągania pożyczek przez internet. Czy obawy sceptyków są w jakikolwiek sposób uzasadnione?

W branży pożyczkowej pozostało niewiele firm pozabankowych, które świadczą usługi stacjonarnie. Klienci stają więc przed koniecznością sięgania po wsparcie finansowe za pośrednictwem internetu. Rozwiązanie to ma oczywiście swoich zwolenników, jak i przeciwników. Ci drudzy obawiają się, czy kontaktowanie się z pożyczkodawcą wyłącznie elektronicznie jest w pełni bezpieczne.

Wszystko na odległość

Dziś w internecie możemy kupić niemal wszystko. Coraz więcej konsumentów zamawia w ten sposób zakupy do domu, płaci za bilety do kina czy opłaca rachunki. Wiele lat temu zauważyły to firmy pożyczkowe, które w niemal stu procentach skupiły się na działalności online. Wystarczy zaledwie kilka kliknięć, aby móc cieszyć się dodatkową gotówką. Cały proces wnioskowania zaczyna się i kończy na stronie internetowej pożyczkodawcy – mowa o serwisach takich jak ratkomat.pl.

Jak starać się o pożyczkę?

Aplikując o zobowiązanie ratalne w pierwszej kolejności należy utworzyć konto na stronie danego podmiotu pożyczkowego. Następnie wybrać optymalną kwotę świadczenia i okres spłaty oraz wypełnić prosty wniosek. Już na tym etapie wszelkie wpisywane w formularzu dane są dokładnie zaszyfrowane, a dostęp do konta klienta zabezpieczony loginem i hasłem. Po przesłaniu wniosku bezpiecznym łączem odbiera go wykwalifikowany analityk. To od jego oceny zależy, czy wnioskodawca otrzyma pożyczkę. Na oficjalnej witrynie firmy można odnaleźć ponadto pliki z polityką prywatności czy regulaminem serwisu, w których zapewnia ona o swojej rzetelności i tym, że dane konsumentów nie wpadną w niepowołane ręce.

Błyskawiczna decyzja i pieniądze

Pożyczkodawcy dla zabezpieczenia własnych interesów sprawdzają informacje o kliencie w rejestrach dłużników BIG, KRD czy BIK, a czasami także proszą go o przekazanie dodatkowych dokumentów. Może chodzić m.in. o zaświadczenie o dochodzie lub ksero umowy o pracę, potwierdzające stabilność zatrudnienia. Jeśli firma pozabankowa nie ma żadnych przeciwwskazań do udzielenia pożyczki, decyzja zapada zazwyczaj w ciągu kilkunastu minut. Tyle trwa także przesłanie środków na konto pożyczkobiorcy.

Oszczędność czasu

Zobowiązanie zaciągane online nie różni się swoją specyfiką od tego, które dawniej otrzymywało się w stacjonarnej placówce firmy. Najnowocześniejsza technologia zabezpieczeń sprawia, że klienci nie muszą obawiać się o swoje dane oraz pieniądze. Instytucje finansowe wydają rocznie miliony złotych, aby zapewnić konsumentom nie tylko ciekawe produkty, ale również bezpieczeństwo. Poza tym, wiele z nich posiada system powiadomień mailowych czy SMS-owych, dzięki któremu pożyczkobiorcy są informowani o każdym potencjalnym zagrożeniu. Wiele wskazuje więc na to, że pożyczki przez internet jeszcze nigdy nie były tak zabezpieczone, jak obecnie. Warto dodać, że najlepiej dbają o to duże i sprawdzone podmioty, które można znaleźć m.in. za pośrednictwem porównywarki pożyczek polecampozyczke.pl.

Konrad Białas: Coś dla każdego

To możemy być interesujący tydzień, który przynajmniej na chwilę wyrwie rynki z wakacyjnego marazmu. Swoje posiedzenia odbywają Bank Japonii, Fed i Bank Anglii, po drodze kilka ważnych odczytów dotyczących inflacji i aktywności biznesu (w obliczu sporów handlowych), a tydzień zamyka raport NFP. A do tego przetasowania na koniec miesiąca. To wszystko przed nami, choć dziś pewnie zanosi się na powolny start.

Weekend nie zaoferował rewelacji mogących nadać ton notowaniom i przeciągamy bezkierunkowy handel z poprzedniego tygodnia. Publikacja pierwszej klasy w postaci PKB z USA okazała się trudna do rozgryzienia. Z jednej strony dynamika 4,1 proc. była pierwszym od 2014 r. odczytem powyżej 4 proc. i jest najlepszym dowodem, jak fundamenty chronią dolara. Finalna sprzedaż realna (inaczej popyt krajowy) wyniosła 5,1 proc., najwięcej od czasu kryzysu. Amerykanie używają środków zaoszczędzonych przez reformę podatkową i jakkolwiek takie tempo jest nie do utrzymania w dłuższym terminie, to teraz wspiera dążenia Fed do dalszych podwyżek stóp procentowych. Mimo to pesymiści uczepią się, że wzrost PKB był i tak o 0,1 pkt proc. gorszy od konsensusu prognoz, zatem nie wszystko zagrało tak, jak na to liczyli analitycy. Dodatkowo kwartalny wskaźnik inflacji bazowej PCE Core osłabił się do 2 proc. z 2,2 proc. (prog. 2,2 proc.), choć trzeba pamiętać, że członkowie Fed w żadnym wypadku nie ogłaszali zwycięstwa w walce z niską presją inflacyjną, więc dane te nie odmienią ich dotychczasowej strategii. Jednak w ogólnym ujęciu USD nie dostał silnego impulsu do umocnienia/osłabienia, a zanim w miejscu pozostała reszta rynku FX.

Inwestorzy w pierwszej kolejności skupiają teraz uwagę na posiedzeniu Banku Japonii, które swój finał będzie miało dziś w nocy. Uważamy, że BoJ utrzyma parametry polityki monetarnej bez zmian, choć w ostatnich dniach rozgorzała dyskusja, że szykowane są istotne modyfikacje. Jednym z pomysłów ma być zmniejszenie inwestycji w fundusze ETF oparte o indeks Nikkei225, gdyż aktywność banku centralnego zaczęła mieć przesadny wpływ na spółki należące do indeksu. W zamian BoJ ma zwiększyć zakupy w ramach szerszego indeksu Topix, ale wolumen programu ma pozostać taki sam. Taka „poprawka” z ledwością zmienia odbiór polityki i dla rynku walutowego powinna być neutralna. Jednak spekulacje dotyczą też zmiany celu dla strategii skupu obligacji skarbowych. Obecnie BoJ zobowiązuje się do utrzymywania rentowności 10-letnich obligacji blisko 0 proc. (w praktyce jest to 0,1 proc.), ale przecieki prasowe w ostatnim czasie mówiły o przesunięciu celu na papiery 5-letnie. Uważamy jednak, że taka zmiana będzie szkodliwa dla osiągnięcia celu inflacyjnego 2 proc. w średnim terminie. Celu, który się oddala, gdyż BoJ prawdopodobnie obniży jutro prognozy inflacji (według doniesień prasowych – do 1,5 proc.). Dostosowania polityki do zmieniających się warunków rynkowych (presja wzrostu rentowności za granicą, wyczerpująca się pula dostępnych aktywów) w przyszłości czekają BoJ (nawet już na jesieni), ale porywając się na niespodzianki w okresie wakacyjnego spadku płynności byłoby nieodpowiedzialne. Z perspektywy USD/JPY niespodziewane dostosowania polityki mogą przejściowo wzmocnić jena, ale ruch będzie szybko odwrócony, gdy rynek zrozumie, że to tylko jedna „poprawka” bez kolejnych w planach, a polityka pozostaje dalej ultra-łagodna.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.