Niskie obroty na polskiej giełdzie są powodem do niepokoju. Wiedza inwestorów o polskim rynku wciąż niewielka

Niskie obroty na polskiej giełdzie są powodem do niepokoju. Wiedza inwestorów o polskim rynku wciąż niewielka 1

Od co najmniej dwóch lat trend na polskiej giełdzie jest niepokojący – uważa Michał Stępniewski, wiceprezes Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych. Zła sytuacja warszawskiego parkietu wynika z bardzo niskich obrotów, które są spowodowane niewielką aktywnością inwestorów na rynkach finansowym i towarowym. Do pobudzenia polskiej giełdy konieczna jest edukacja, bo jak podkreślają eksperci, świadomość Polaków o rynku kapitałowym wciąż jest niewielka. 

– Trend, jaki jest w Polsce od 2–3 lat, a szczególnie w ciągu pierwszego kwartału, kiedy obroty na giełdzie istotnie spadły, jest niepokojący. Poziom obrotów jest pewnym wyznacznikiem sytuacji na rynku. Skoro spadają, a poza czynnikami związanymi z aktywnością inwestorów nie ma powodu do spadków, to jednak giełda w Warszawie nie przeżywa najlepszych czasów. Jeśli nie będzie wysokich obrotów, nie będzie płynności, jeśli nie będzie płynności, nie będzie inwestorów, czyli popadamy w błędne koło, tym bardziej, że nie ma nowych emisji – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Stępniewski, wiceprezes zarządu Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych.

W I kwartale br. wartość obrotów akcjami w transakcjach sesyjnych na rynku głównym wyniosła 54 mld zł. W IV kwartale ubiegłego roku było to 58 mld zł, a przed rokiem – 67 mld zł. W tym czasie na parkiecie zadebiutowały dwie spółki, podczas gdy w ostatnich miesiącach 2017 roku było ich pięć.

Ważnym elementem, aby giełda w Polsce działała dobrze, jest edukacja. W ciągu ostatnich 25 lat funkcjonowania rynku w Polsce trochę o tym elemencie zapomniano – ocenia Michał Stępniewski. – Na każdym poziomie edukacji, począwszy od szkoły podstawowej, poprzez poszczególne segmenty nauczania, trzeba inwestorów edukować, bo każdy obywatel jest potencjalnym inwestorem. Nie można być aktywnym na rynku, uczestniczyć w tym, co się dzieje w kraju, bez znajomości mechanizmów rynku kapitałowego – tłumaczy.

Badanie „Postawy Polaków wobec finansów” przeprowadzone przez Fundację Kronenberga przy Citi Handlowym wskazuje, że wiedza Polaków o giełdzie jest niewielka. Ponad połowa nie wie, jaka jest jej rola, a co piąta osoba ocenia, że giełda to raj dla spekulantów. Tylko 12 proc. wskazało, że giełda sprzyja rozwojowi gospodarczemu kraju.

Brakuje przekonania wśród obywateli, że rynek kapitałowy jest czymś, co wiąże się z ryzykiem, ale mimo wszystko warto być na nim aktywnym, niekoniecznie samodzielnie jako inwestor indywidualny, który sam podejmuje decyzje inwestycyjne, ale za pośrednictwem firm inwestycyjnych, instytucji, które do tego są dedykowane. Niestety, tego nie ma, stąd tak duży poziom depozytów w stosunku do inwestycji na rynku kapitałowym – powiedział wiceprezes KDPW podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach.

Jak wynika z badania Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych oraz Instytutu Rozwoju Gospodarczego SGH, ponad połowa polskich gospodarstw domowych trzyma oszczędności w formie gotówki. Na lokatach bankowych oszczędza 43 proc., a na inwestowanie decyduje się zaś niewielki odsetek. Sondaż Deutsche Banku wskazuje, że w tym roku jednostki funduszy inwestycyjnych chce kupić 7,1 proc. badanych, a akcje – 4,1 proc. Stopniowo rośnie popularność indywidualnych kont emerytalnych i zabezpieczenia emerytalnego (IKE oraz IKZE), które ma 7,3 proc. polskich gospodarstw domowych.

Aby zachęcić inwestorów do inwestowania na polskiej giełdzie, trzeba pokazywać pozytywne przykłady – inwestycje podjęte historycznie w sposób przemyślany dają teraz efekty. Z drugiej strony w wieku 30–50 lat mamy przed sobą jeszcze – według statystyk – kilkadziesiąt lat życia. Przychodzi taki moment, że człowiek przestaje już być aktywny zawodowo i chciałby przynajmniej utrzymać standard życia, na którym żył wcześnie – mówi Stępniewski.

Pozytywne przykłady trzeba pokazywać także firmom, potencjalnym emitentom. Wiceprezes KDPW podkreśla, że nie mogą one patrzeć na giełdę tylko przez pryzmat spółek, którym się nie udaje. Wskazuje, że w 2017 roku sto spółek ogłosiło chęć wypłaty dywidendy, przy czym czterdzieści trzy wyższą niż rok wcześniej, w tym osiem – powyżej 6 proc. W tym roku siedem spółek oferuje dywidendy przekraczające 9 proc.

Pozyskiwanie emitentów to umiejętność odpowiedniego sprzedania tej rzeczywistości, która jest na giełdzie, i plusów, które wiążą się z funkcjonowaniem spółki w ramach Giełdy Papierów Wartościowych. Tu również należy pokazywać dobre przykłady. Są spółki, które zadebiutowały jako małe, często garażowe firmy, a z czasem rozwinęły się do wielkich podmiotów, o wartości kilkuset milionów złotych. Było to możliwe tylko dzięki GPW. Ta forma pozyskiwania kapitału przez giełdę, czyli robienie kolejnych emisji i uczestnictwo inwestorów, to najtańszy sposób – podkreśla Michał Stępniewski.

PGNiG szuka sposobów na obniżenie cen gazu. Pomoże mu w tym współpraca z innowacyjnymi firmami

PGNiG szuka sposobów na obniżenie cen gazu. Pomoże mu w tym współpraca z innowacyjnymi firmami 2

700 mln zł – to środki, jakie Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo zamierza w najbliższych pięciu latach przeznaczyć na innowacje. Celem jest usprawnienie działalności spółki w każdym obszarze, a w rezultacie stopniowe obniżanie kosztów dostaw gazu do odbiorców końcowych. Ma w tym pomagać współpraca ze start-upami na przykład w ramach centrum startupowego InnVento. W ciągu roku działalności tego programu PGNiG otrzymało ponad sto zgłoszeń od innowacyjnych młodych firm. Na stałe współpracuje z osiemnaście, a z jednym z nich lada dzień nawiąże współpracę komercyjną.

– Innowacje, rozwój, najnowocześniejsze technologie są wpisane w DNA sektora oil & gas – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Kroplewski, wiceprezes zarządu ds. rozwoju w PGNiG SA podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego i European Startup Days w Katowicach. – PGNiG nie robi innowacji dla innowacji, tylko ze względu na biznes, budujemy wartość kapitałową całej Grupy. Start-upy dedykowane są spółkom zależnym, to szeroka branża, bo to gaz, ropa, prąd, ciepło i obrót detaliczny. Mamy siedem milionów klientów, co zobowiązuje, a innowacje mogą sprawić, że gaz będzie tanim paliwem.

Inkubator InnVento został uruchomiony w czerwcu 2017 roku. Oferuje innowacyjnym, ale początkującym firmom sześćsetmetrową przestrzeń, w której mogą testować swoje pomysły skrojone na potrzeby przemysłu energetycznego i samego PGNiG-u. Zapewnia także opiekę mentora, wsparcie specjalistów z Agencji Rozwoju Przemysłu, Izby Gospodarczej Gazownictwa, PGNiG, i to nie tylko w ramach działalności Grupy, lecz także pomoc prawną, finansową czy księgową. Zabezpiecza też obie strony pod kątem praw autorskich.

– Bardzo poważnie podchodzimy do biznesu i do partnerów biznesowych, niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z gigantami, czy ze start-upami. Formuła open innovation naprawdę się sprawdza. W tej chwili mamy za sobą sto zgłoszeń start-upów do InnVento, z piędziesięcioma rozmawialiśmy, a osiemnaście w tej chwili współpracuje z nami na co dzień – wymienia Łukasz Kroplewski. – Za moment odsłona współpracy już typowo komercyjnej, biznesowej, bo niebawem zawiązujemy spółkę z jednym ze start-upów.

PGNiG nadal poszukuje kolejnych firm do współpracy. Pomysły muszą dotyczyć zagadnień, którymi Grupa się zajmuje, ale ich spektrum jest szerokie: od przemysłu naftowo-gazowego, przez obrót, dystrybucję, energię, kogenerację, po big data i analizę danych. Obecne obszary zainteresowania inkubatora to m.in. nowe materiały i technologie cyfrowe w łańcuchu wartości gazu ziemnego, nowe źródła energii, rozproszone źródła energii czy technologie wydobywcze.

– Nie chciałbym, żeby PGNiG kojarzyło się tylko z gazownią, bo jesteśmy grupą kapitałową prężnie działającą w wielu segmentach. Liczymy się w tej części Europy, ale również na świecie, bo jesteśmy już rozpoznawalni choćby poprzez naszą działalność w Norwegii, Pakistanie czy zbudowane relacje w USA. Jesteśmy faktycznie globalnym graczem. Jeżeli stawiacie na nas – zwracam się do start-upów – budujecie swoją silną pozycję i przyszłość – mówi Łukasz Kroplewski.

Współpraca gigantów ze start-upami to coraz częściej stosowany model rozwoju innowacji danej branży. Jego rosnąca popularność wynika stąd, że obie strony czerpią z niego wiele korzyści.

– Korporacje szukają innowacyjnych rozwiązań, ale proces wytwarzania takiej innowacji wewnątrz trwa bardzo długo. One chciałyby mieć dostęp do tych rozwiązań szybko, a jednocześnie skorzystać z elastyczności, jaką oferują start-upy – mówi Justyna Janicka, współzałożycielka, dyrektor operacyjny w 1000 realities, jednym ze start-upów współpracujących z PGNiG. – Korzyścią dla start-upów, która wynika ze współpracy z korporacjami, jest fakt dostępu do dużego partnera biznesowego, do sieci jego kontaktów, również możliwość przetestowania tej technologii w rzeczywistych warunkach.

Jak to działa w praktyce? Firma, która ma innowacyjny pomysł, musi poświęcić około pół godziny na wypełnienie formularza zgłoszeniowego na stronie InnVento. Po etapie oceny i weryfikacji start-up dostaje możliwość rozwijania swojego projektu w praktyce w ramach inkubatora. Po osiągnięciu stopnia dojrzałości umożliwiającego wykorzystanie pomysłu w praktyce następuje etap współpracy biznesowej.

Duże marki w ogniu krytyki w mediach społecznościowych. Oskarżenia dotyczą rasizmu i żerowania na emocjach

Duże marki w ogniu krytyki w mediach społecznościowych. Oskarżenia dotyczą rasizmu i żerowania na emocjach 3

Większość firm choć raz doświadczyła kryzysu wizerunkowego. Choć nie zawsze przekłada się on na spadek obrotów, kluczowa w jego zażegnaniu jest odpowiednia strategia, szczególnie w mediach społecznościowych. W kwietniu przekonała się o tym sieć kawiarni Starbucks, która została oskarżona o rasizm. Dzięki sprawnej reakcji kryzys udało się zażegnać. W Polsce fala negatywnych komentarzy dotknęła też Dom Development. Internauci wytykają, że w ostatniej reklamie firma zbyt mocno gra na emocjach.

– W kwietniu przydarzyło się kilka kryzysów wizerunkowych, które są szczególnie ciekawe ze względu na to, jak marki na nie reagowały. Swój mały koszmar przeżyła sieć kawiarni Starbucks, która zmierzyła się z krytyką związaną z oskarżeniami o rasizm – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Przybylski z PRoto.pl.

Z jednej z kawiarni Starbucks w Filadelfii dwaj czarnoskórzy mężczyźni zostali wyprowadzeni w kajdankach przez policję, którą zawiadomił pracownik kawiarni. Powodem wezwania był fakt, że mężczyźni chcieli skorzystać z toalety, choć wcześniej nic nie zamówili – czekali tylko na spotkanie biznesowe. Całą sytuację nagrała jedna z klientek. Wideo obejrzano na Twitterze już ponaddziesięć milionów razy, a film pojawił się też w innych mediach społecznościowych.

– Dzięki udostępnieniom to wideo obejrzało kilkanaście milionów osób na całym świecie. Starbucks zmierzył się z falą krytyki, ponieważ pod publikacjami na ten temat i postami w sieciach społecznościowych pojawiło się mnóstwo oskarżeń o rasizm pod adresem kawiarni. W sieci powstał hashtag nawołujący do bojkotu sieci, a ona sama była krytykowana przez burmistrza Filadelfii – wskazuje Maciej Przybylski.

Obu czarnoskórych mężczyzn w specjalnym oświadczeniu przeprosił Kevin Johnson, dyrektor sieci Starbucks. Dodatkowo pod koniec maja sieć czasowo zamknie 8 tys. kawiarni w Stanach Zjednoczonych – w tym czasie będzie edukować ok. 175 tys. pracowników firmy z zakresu zapobiegania dyskryminacji rasowej.

– Cała historia zakończyła się ugodami. Starbucks na początku maja ogłosił, że podpisał porozumienie z oboma panami. Panowie porozumieli się też z Filadelfią – w ramach współpracy i wzajemnego dialogu miasto stworzyło specjalny fundusz w wysokości 200 tys. dol., w ramach którego będzie starało się pomagać młodym przedsiębiorcom, którymi są też ci czarnoskórzy mężczyźni – mówi redaktor PRoto.pl.

W kwietniu kryzys dotknął też dewelopera mieszkaniowego Dom Development, który wystartował z kampanią „Dobrzy ludzie powinni mieszkać w dobrym miejscu”. W ramach kampanii stworzono dwa spoty. Jeden przedstawia znaną aktorkę Kingę Preis, która „zabiera mamy ciężko chorych dzieci do kina”. Internauci nie zostawili na reklamach suchej nitki. Oskarżali firmę, że bazuje na emocjach, a na potrzeby kampanii wykorzystuje chore dzieci.

– Internauci stwierdzili, że jest to zbyt mocna gra na emocjach i wszystko to w połączeniu z przekazem komercyjnym brzmi mało wiarygodnie. Największy kłopot polegał na tym, że marka reagowała na właściwie każdy głos krytyki identycznie, czyli dziękowała za opinię, krótko opisywała kampanię i to, że nie widzi nic złego w tym, że bohaterka kampanii pomaga innym osobom i w bezinteresowny sposób stara się poprawiać świat – tłumaczy Maciej Przybylski.

W sieci pojawiły się komentarze o bojkocie dewelopera. Fala negatywnych komentarzy przetoczyła się też na profilu facebookowym marki. Pod postem, w którym marka opublikowała spot z udziałem aktorki, pojawiły się zarzuty, że kampania jest żenująca i niestosowna.

– Trudno powiedzieć, że wizerunek Dom Development jakoś specjalnie ucierpiał, jak na razie tego nie wiadomo. Niesmak jednak pozostał, podobnie jak komentarze na Facebooku – ocenia Maciej Przybylski.

Ograniczenie handlu w niedziele szansą dla sklepów internetowych. Polacy powoli zmieniają swoje nawyki zakupowe

Ograniczenie handlu w niedziele szansą dla sklepów internetowych. Polacy powoli zmieniają swoje nawyki zakupowe 4

Polacy powoli przyzwyczajają się do robienia zakupów przed weekendem. Co więcej, w obawie przed zamkniętymi sklepami w niedzielę robią zakupy na zapas. Według danych GUS w marcu sprzedaż detaliczna wzrosła aż o 17,9 proc. względem ubiegłego miesiąca, mimo dwóch niehandlowych niedziel. Nowe prawo może też przynieść skutek w postaci rozwoju branży e-commerce, bo część Polaków decyduje się robić niedzielne zakupy przez internet. Niektóre sieci rozważają też otworzenie showroomów, w których konsumenci mogliby przymierzyć towar, a następnie dokonać zakupu online.

Zgodnie z obowiązującą od marca tego roku ustawą łącznie w 2018 roku sklepy będą w Polsce otwarte o 39 dni krócej niż w roku ubiegłym. Natomiast od 2020 roku zakaz handlu będzie obejmował już niemal wszystkie niedziele w roku, z wyjątkiem siedmiu (trzech niedziel okołoświątecznych i czterech przypadających w sezonie wyprzedaży). Opinie dotyczące zakazu handlu w niedzielę – zarówno wśród konsumentów, jak i detalistów handlowych – są od początku mocno podzielone.

– Odczucia konsumentów są skrajne. Zadowoleni z nowej ustawy są przede wszystkim pracownicy dużych sieci, którzy cieszą się dniem wolnym od pracy. Dla części Polaków, zwłaszcza tych zapracowanych, odebranie możliwości zrobienia zakupów w niedzielę stanowi duży problem. Ludzie przyzwyczajeni do niedzielnych zakupów łapią się na tym, że pod koniec tygodnia zostają z pustymi lodówkami. Mam nadzieję, że za jakiś czas przywykniemy do nowej sytuacji, ludzie już nie będą tego tak bardzo odczuwać. To kwestia reorganizacji tygodniowego grafiku zajęć i przeniesienia ciężaru robienia zakupów z niedzieli na inne dni tygodnia. W innych krajach działa to podobnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anatolii Khodziuk, prezes zarządu Modern-Expo.

Całkowity zakaz handlu w niedzielę obowiązuje już w takich krajach, jak Niemcy, Austria czy Szwajcaria. Tam w niedzielę otwarte są jedynie stacje benzynowe oraz sklepiki na stacjach i dworcach kolejowych, a także te zlokalizowane w bezpośrednim sąsiedztwie atrakcji turystycznych. Niemcom to konstytucja gwarantuje niedziele wolne od pracy w sektorze handlowym. Jest to czas przeznaczony na wypoczynek z rodziną i przyjaciółmi, a sąsiedzi zza zachodniej granicy nie mają problemu z robieniem zakupów przed weekendem.

Również Polacy powoli się do nich przyzwyczajają. Co więcej, w obawie przed zamkniętymi sklepami w niedziele – klienci robią większe zakupy na zapas. Potwierdzają to statystyki – w marcu sprzedaż detaliczna wzrosła o 8,8 proc. w ujęciu rocznym. Pomimo zakazu handlu w stosunku do lutego ten wskaźnik był wyższy o 17,9 proc.– wynika z danych GUS.

Większość ekspertów jest jednak zdania, że niedziele wolne od handlu spowodują straty wśród właścicieli sklepów i najemców. Potwierdził to przypadek znanej sieci lodziarni Grycan, która w marcu w jednym z lokali w niehandlową niedzielę odnotowała utarg w wysokości 134 zł (kawiarnie, piekarnie i cukiernie nie są objęte zakazem). Grycan ma obecnie sieć ok. 150 lokali, z których większość znajduje się właśnie w galeriach handlowych.

Spadek dochodów zauważyły też sieci kinowe (w marcu liczba sprzedanych biletów spadła o ok. 10 proc.), ponieważ zakaz handlu sprawił, że mniej osób chodzi do kina przy okazji niedzielnych zakupów w centrum handlowym.

– Przedsiębiorcy już odczuli zmniejszenie obrotów w swoich sklepach – oczywiście dotyczy to  głównie sieci handlowych i dużych retailerów. Jest jednak za wcześnie, żeby mówić o tym, jakie będą skutki zakazu handlu. Myślę, że za kilka miesięcy  będzie widać, czy konsumenci częściej dokonują zakupów od poniedziałku do soboty i jaki to ma wpływ na niedziele. To też siła przyzwyczajenia i za jakiś czas poziom obrotów wróci do tego, który sieci handlowe notowały przed zakazem handlu – uważa Anatolii Khodziuk.

W pierwszym miesiącu obowiązywania zakazu – 11 i 18 marca – inspektorzy Państwowej Inspekcji Pracy skontrolowali  w sumie ponad 12 tys. punktów handlowych, z których 60 proc. było zamkniętych (otwartych było ok. 5 tys. sklepów). Inspektorzy ustalili, że 147 punktów handlowych (prawie 3 proc. objętych kontrolą) zostało otwartych wbrew ustawie o ograniczeniu handlu w niedzielę. Nałożyli na nie 54 mandaty, skierowali do sądu 38 wniosków o ukaranie, a w 55 przypadkach sprzedawcy zostali jedynie pouczeni.

– Oczywiście zdarzają się przypadki łamania prawa i próby omijania zakazu handlu w niedzielę, jednak są one sporadyczne – komentuje Anatolii Khodziuk.

Właściciele sklepów bardzo kreatywnie podeszli do kwestii ominięcia ustawy o ograniczeniu handlu w niedzielę. Przekształcają placówki handlowe w punkty pocztowe, a nawet galerie sztuki.

– Kiedy poziom lęku o rentowność sklepów spadnie, przedsiębiorcy zapewne przestaną szukać sposobów na omijanie prawa – uważa Anatolii Khodziuk.

Prezes Modern-Expo SA ocenia, że ustawa o ograniczeniu handlu w niedzielę stworzy szansę dla rozwoju e-sklepów, których działalności nowe prawo nie obejmuje. Część Polaków już od dawna robi niedzielne zakupy przez internet.

– Zakaz niedzielnego handlu już teraz spowodował wzrost sprzedaży przez internet. Przedsiębiorcy działający w sektorze e-commerce już odczuli przewagę i zwiększenie obrotów. Na razie trudno mi oszacować wzrosty, ale sądzę, że obszar handlu odnotuje bardzo dobre wyniki – podkreśla Anatolii Khodziuk.

Wynajem krótkoterminowy – czy to się opłaca?

Trend wynajmu krótkoterminowego przyszedł do nas z zachodu, gdzie już od dawna cieszy się ogromną popularnością, a serwisy internetowe mu poświęcone zdobywają kolejnych użytkowników na całym świecie. To dobry sposób na osiągnięcie zysku z mieszkania, które nie jest użytkowane przez właścicieli, a mogłoby generować przychody i na siebie zarabiać.

Rynek wynajmu rośnie

Wynajem nieruchomości jest coraz bardziej popularnym sposobem na wykorzystanie potencjału mieszkania, które tymczasowo stoi puste. Z danych Raportu Property Index, Overview of European Residential Markets firmy Deloitte wynika, że w Polsce 15,3% ogółu lokali stanowią te przeznaczone na wynajem. Korzystają z nich zarówno osoby prywatne, jak i firmy. W dużych polskich miastach, takich jak Warszawa czy Kraków, nieruchomości cieszą się wielkim powodzeniem wśród osób przyjeżdżających z innych miejscowości – studentów i turystów. Problemem, z którym często spotykają się właściciele mieszkania, jest jednak nagła utrata klienta i brak możliwości szybkiego ponownego zainteresowania ofertą. Lokal, który stoi pusty generuje tylko koszty, a mógłby przynosić zysk.

Dlaczego to się opłaca?

Rynek ten szybko się rozwija, ponieważ coraz więcej klientów rozumie, że wynajem krótkoterminowy po prostu się opłaca. Stopa zwrotu z mieszkania wynajmowanego tą drogą jest znacznie wyższa w porównaniu z tym samym lokalem wynajmowanym długoterminowo. To podstawowa zachęta dla właścicieli nieruchomości.

Zobaczmy to na przykładzie dwóch największych polskich miast. Średnia cena za noc w warszawskim lub krakowskim mieszkaniu wynosi 180 zł. Z kolei średni koszt miesięcznego wynajmu dwupokojowego mieszkania w Warszawie to 2600 zł, a w Krakowie odpowiednio 2100 zł. Oznacza to, że minimalny okres, w którym mieszkanie musi być wynajęte, aby przychód z wynajmu krótkoterminowego zrównał się z tym z długoterminowego, to w przybliżeniu 14 dni dla Warszawy i ok. 11 dla Krakowa.

Zyskać możemy więc nawet wtedy, gdy obniżymy cenę, by stworzyć konkurencyjną ofertę dla hoteli i hosteli. Przykładowo – wynajmując mieszkanie czteroosobowej rodzinie za 50 zł od osoby, już w tydzień (pobyt zwykle nie trwa dłużej) możemy zarobić 1400 zł.

Jeśli chcemy przewidzieć zyski z krótkoterminowego wynajmu mieszkań, warto sprawdzić ceny obowiązujące w hostelach i hotelach. W Krakowie, Warszawie czy Wrocławiu, czyli największych miastach Polski, do których co roku przyjeżdża dużo turystów – za nocleg trzeba zapłacić ok. 60-70 zł.

Kolejną istotną zaletą jest bezpieczeństwo wynajmu dla właściciela nieruchomości. Przy wynajmie krótkoterminowym nie ma zastosowania Ustawa o ochronie praw lokatorów, mieszkaniowym zasobie gminy i o zmianie Kodeksu cywilnego. Według art. 2, ust. 1, pkt 4, tego aktu prawnego – nie jest lokalem pomieszczenie przeznaczone do krótkotrwałego pobytu osób, w szczególności znajdujące się w budynkach (…) pensjonatów, hoteli, domów wypoczynkowych lub w innych budynkach służących do celów turystycznych lub wypoczynkowych. Ten zapis w jednoznaczny sposób chroni wynajmujących przed ewentualnymi nadużyciami czy oszustwami ze strony lokatorów.

Trzecim, równie ważnym argumentem za wynajmem krótkoterminowym, jest elastyczność. Korzystając z tej formy zarabiania, możemy udostępniać mieszkanie przez cały rok, ale też na przykład tylko na sezon letni, szczególnie w sytuacji, gdy wynajmujący długoterminowo mieszkanie studenci wyjeżdżają. Wtedy można przeznaczyć je na wynajem na zasadzie krótkoterminowych pobytów, bez ryzyka utraty zysku w trakcie wakacji. Co istotne, nie jesteśmy tu związani umową na długi okres z jednym wynajmującym, możemy więc w razie potrzeby skorzystać z naszego lokalu, kiedy tylko potrzebujemy.

Na co zwracać uwagę

Na wynajmie krótkoterminowym można zarobić, ale wiele czynników ma wpływ na to, czy lokal będzie atrakcyjny dla poszukujących oferty dla siebie. Oczywiście wpływa na to standard mieszkania i jego położenie. Te lepiej urządzone i takie, które są blisko centrum lub kluczowych lokalizacji w mieście, będą cieszyły się większym zainteresowaniem.

Z perspektywy właściciela nieruchomości, w wynajem krótkoterminowy należy włożyć więcej wysiłku niż przy wynajmie długoterminowym. Nieodzowny jest zakup niezbędnych urządzeń, trzeba też podłączyć internet czy telewizję kablową, a to oznacza koszty. Do tego dochodzą nowe obowiązki, takie jak sprzątanie, naprawy, przekazywanie kluczy, aktualizacja ogłoszenia, odbieranie telefonów (czasem nawet w środku nocy) czy pilnowanie rezerwacji.

Alternatywą są firmy, które zajmują się kompleksową obsługą wynajmu krótkoterminowego. Dzięki temu właściciel lokalu może zlecić na zewnątrz przygotowanie atrakcyjnej oferty, zarządzanie rezerwacją, ale przede wszystkim obsługę lokalu w zamian za drobną część zysku z każdego bookingu. Taki podmiot przygotowuje mieszkanie na pobyt każdego nowego klienta, może je też doposażyć oraz sprawić, aby wnętrze było bardziej atrakcyjne.

Opcję rozpoczęcia współpracy z wyspecjalizowaną firmą warto rozważyć już na samym początku, nawet gdy dysponujemy tylko jednym lokalem. Zarządzając samodzielnie nieruchomością, możemy stracić wiele okazji na zarobek, na przykład, gdy ktoś zechce wynająć lokal natychmiast, a my nie będziemy mieli czasu na jego przygotowanie. Specjalistyczna firma w takich wypadkach jest gotowa zrealizować zamówienie.

Co ważne, mieszkanie oddane do zarządzania ma dedykowanego opiekuna, który dba o zapełnienie kalendarza wynajmu. We współpracy z analitykami dokłada on starań o stałe zainteresowanie nieruchomością. Na koniec każdego miesiąca właściciel otrzymuje raport z przedstawionym grafikiem wynajmu oraz kwotami, jakie za nie uzyskał.

Autorem komentarza jest Krystian Kowalik, Dyrektor Zarządzający Homeprime

Polski sektor kosmiczny coraz mocniejszy w Europie

Z końcem maja odbędzie się Forum Sektora Kosmicznego 2018, czyli najważniejsze wydarzenie gospodarcze dla firm, instytucji i przedstawicieli świata nauki, zaangażowanych w rozwój tej dynamicznej gałęzi polskiego biznesu. Jednym z najważniejszych punktów programu będzie prezentacja sukcesów osiągniętych dzięki Polskiej Strategii Kosmicznej, a także możliwości współpracy polskich firm w ramach nowych programów i misji realizowanych przez ESA, Unię Europejską oraz liderów światowego sektora kosmicznego. Podczas Forum wystąpią również specjalni goście, reprezentujący ESA, Komisję Europejską oraz Europejskie Obserwatorium Południowe.

24 maja konferencję otworzą przedstawiciele ministerstw i instytucji bezpośrednio zaangażowanych w rozwój tego sektora – Przedstawiciel Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Jadwiga Emilewicz, Minister Przedsiębiorczości i Technologii oraz Dariusz Śliwowski, Wiceprezes Agencji Rozwoju Przemysłu S.A. Poza prezentacją wdrożeń
w ramach Polskiej Strategii Kosmicznej, zaplanowano również prezentację poświęconą tworzonemu właśnie Krajowemu Programowi Kosmicznemu, z udziałem nowego Prezesa Polskiej Agencji Kosmicznej dra Grzegorza Brony.

Drugą część konferencji otworzą prezentacje specjalnych gości zagranicznych, poświęcone m.in. planowanym misjom ESA i programom ESO, które mogą stać się szansą dla polskich firm oraz możliwościom transferu technologii, co ma szczególne znaczenie w obliczu powstającego w naszym kraju pierwszego akceleratora biznesowego Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA BIC).

Konferencję zakończy niezwykle ciekawy blok tematyczny poświęcony tematowi innowacji i przykładom współpracy w sektorze kosmicznym. Będzie to okazja do wysłuchania
i dyskusji z przedstawicielami największych firm w sektorze kosmicznym w Europie oraz zapoznania się z możliwościami współpracy w projektach ESA, Unii Europejskiej oraz komercyjnych.

Konferencji towarzyszyć będzie także największa wystawa polskich podmiotów sektora kosmicznego oraz instytucji wspierających, w czasie której będzie możliwość bezpośrednich rozmów na temat ich projektów. Na wystawie zaprezentują się przedstawiciele firm realizujących innowacyjne projekty m.in. z dziedziny mechaniki, elektroniki, optoelektroniki, programowania, analizy danych, wykorzystywania lokalizacji i obrazowania satelitarnego, a także podmioty zajmujące się animowaniem środowiska startupowego.

– Druga edycja naszego Forum będzie na pewno doskonałą okazją do dyskusji na temat obecnego potencjału polskiego sektora kosmicznego oraz wykorzystania już istniejących możliwości dla rozwoju małych i średnich przedsiębiorstw w tym obszarze gospodarczym. – mówi Paweł Wojtkiewicz, Prezes Związku Pracodawców Sektora Kosmicznego.- Pierwsza edycja wydarzenia w roku 2016 zgromadziła 400 uczestników, 34 wystawców oraz liczne media. Została bardzo wysoko oceniona przez przedstawicieli sektora, którzy docenili wysoki poziom merytoryczny konferencji i możliwość dyskusji przedstawicieli najważniejszych instytucji oraz firm zaangażowanych w rozwój sektora kosmicznego – dodaje Wojtkiewicz.

Patronat nad Konferencją objęło Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii, Ministerstwo Obrony Narodowej, Krajowy Punkt Kontaktowy Projektów Badawczych Unii Europejskiej i Polska Agencja Kosmiczna. Forum Sektora Kosmicznego 2018 odbędzie się pod patronatem Komisji Europejskiej w ramach cyklu wydarzeń Industry Day 2018.

Organizatorami Konferencji są Związek Pracodawców Sektora Kosmicznego – organizacja zrzeszająca firmy i podmioty polskiego sektora kosmicznego, Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz Agencja Rozwoju  Przemysłu S.A – instytucja aktywnie wspierająca rozwój podmiotów inwestujących w polski sektor kosmiczny.

Udział w konferencji wymaga rejestracji.

Aktualne informacje na temat Forum Sektora Kosmicznego 2018: 

http://space.biz.pl/forum-sektora-kosmicznego/konferencja-fsk-2018/

Jak ograniczenia wydatków na politykę migracyjną wprowadzone przez prezydenta Trumpa dotkną chorych w podeszłym wieku oraz młodych niepełnosprawnych

Administracja prezydenta Trumpa nie przebiera w środkach jeśli chodzi o rozprawianie się z imigrantami i  ostrzega przed znacznie bardziej radykalnym posunięciem, które może pogorszyć już i tak złą sytuację osób opiekujących się starszymi pacjentami czy młodymi niepełnosprawnymi.

Niedobór opiekunów wpływa negatywnie nie tylko na chorych przebywających w domu ale także na tych rezydujących w domu opieki zdrowotnej. Już teraz głównie domy spokojnej starości, ośrodki oferujące stałą pomoc dla osób cierpiących oraz sami pacjenci borykają się z niedoborem opiekunów. W szczególności problem ten  daje się odczuć w wielkich miastach, ponieważ znaczny odsetek pomocników to osoby przyjezdne. Najbardziej potrzebni są opiekunowie socjalni, jednak małe wynagrodzenie nie zachęca do podjęcia się tej profesji.

Nieuniknione braki na rynku pracy

Kiedy liczba opiekunów maleje, nieubłagalnie wzrasta liczba osób potrzebujących pomocy. Według przewidywań CareerCast, do 2025 roku zapotrzebowanie na opiekę domową wzrośnie do 500 tys., a na opiekę indywidualną do 750 tys. .

Jednak już obecnie braki są dosyć mocno zauważalne. Wraz z dążeniami rynku do stałego zatrudnienia osób będzie znacznie trudniej znaleźć osoby chętne do wykonywania nisko opłacalnego zawodu. Nawet głowa państwa musi liczyć się z ryzykiem związanym z ograniczeniami w polityce migracyjnej, w szczególności gdy kraj dąży do zatrudniania pracowników na pełen wymiar. Jednak działanie Donalda Trumpa nadal w głównej mierze zdaje się być surowe.

Niestety to właśnie opiekunowie medyczni oraz rodziny zależne od ich pomocy  zapłacą najwyższą cenę za działania podejmowane przez administrację. Według danych PHI, organizacji wspierającej pracowników medycznych, około jedna czwarta pomocy, czyli prawie milion osób, to osoby przyjezdne. W rzeczywistości jednak liczba ta może być znacznie wyższa, a to dlatego, iż oficjalne dane szacunkowe wykluczają pracowników z „szarego ryku”, a zatem osoby wykonujące zawód często bez odpowiednich uprawnień i nie odprowadzające od niego należnego opodatkowania, którzy są jednocześnie tanią opcją oraz wsparciem dla ludzi z niepełnosprawnościami fizycznymi i metalnymi.

Deportacje

Ponieważ mamy mało informacji na temat osób zatrudnionych „na szaro”, bardzo prawdopodobne jest to, że są to migranci (oczywiście nie stanowi to żadnej reguły).

O ile milion zarejestwowanych pracowników przebywa w USA legalnie mając zielone karty albo inne pozwolenia na wykonywanie pracy są oni często stygmatyzowani w ten sam sposób jak nielegalni imigranci. Również działania prowadzone przez administrację prezydenta, która ‘rozprawia się’ z nowo przybyłymi do Stanów w żaden sposób nie faworyzują osób legalnie przebywających. A to chociażby dlatego, że „wierzących w amerykański sen”, którzy przybyli do Stanów Zjednoczonych jako dzieci rodziców nieudokumentowanych prezydent Trump chce deportować.

Idąc nieco dalej w związku z radykalnymi działaniami ucierpią też mieszkańcy Haiti, Salwadoru czy Hondurasu, którzy rezydują na terytorium USA w ramach programu Temporary Protected Status (TPS). Według danych szacunkowych PHI około 35 tys. pracowników opieki to osoby przebywające legalnie właśnie dzięki TPS, który pozwala na pobyt ze względu na wojnę, katastrofy naturalne w krajach rodzimych. Administracja prezydenta Trumpa zdecydowała się jednak na likwidację program TPS w niektórych krajach a Departament Bezpieczeństwa Krajowego USA kończy program w Hondurasie w wyniku czego pracownicy pochodzący z  wymienionych krajów zostaną deportowani w ciągu nadchodzących miesięcy.

Wyższe koszty

O ile obecnie ciężko jest oszacować koszty działań prezydenta Trumpa, to jeszcze więszą zagadką pozostają przyszłe wydatki, na które niewątpliwie wpłyną ograniczenia wprowadzane w polityce międzynarodowej. Niewiadomo ile „rąk gotowych do pracy” nie przybędzie do Stanów Zjednoczoych dlatego, że albo nie mogą albo zdecydują się na wyjazd do państw, które przyjmą ich z otwartymi ramionami, bo przecież nie można zapominać o tym, że stary kontynent się starzeje. Nie tylko USA potrzebuje osób świadczących opiekę.

W przyszlości jednak świadczenia pielegnacyjne będą nieuniknione a wszystko za sprawą niżu demograficznego. W Stanach Zjednoczonych najdłużej żyjącym pokoleniem są tzw. Baby Boomers (urodzeni w latach 1946-1964), osoby te z reguły charakteryzuje bardzo mała liczba dzieci, dlatego też prawdopodbnie w podeszłym wieku pokolenie będzie borykać się z brakiem opieki. W związku z czym pryiorytetem dla zdrowia tych osób stanie się płatna opieka z zagranicy, gdyż rodowici mieszkańcy Stanów Zjednoczonych niechętnie godzą się na wykonywanie mało płatnego zawodu. W ciągu ostatnich kilku lat to właśnie emigraci uzupełniali tą lukę, wielu z nich szkoliło się na pielęgniarzy w krajach rodzimych są oni również bardziej wykfalifikowani niż ich amerykańscy koledzy.

Działania obecnej polityki migracyjnej będą prowadzić do zmiejszenia się liczby wykwalifikowanych pracowników, i co nieuniknione, do także do pomniejszenia wynagrodzeń. W konsekwencji doprowadzi do finansowego obciążania rodzin pacjentów, najbliższym pozostanie kwestia wyboru między: płaceniem pomocnikom więcej (jeśli w ogóle ich znajdą) lub samodzielną opieką nad schorowanymi.

Nic nie wskazuje na to, że ktokolwiek z administracji prezydenta Trumpa pomyślał o konsekwencjach jakie niosą ze sobą radykalne działania w polityce zagranicznej. Nie oznacza to jednak, iż są one mniej realne zarówno dla samych pacjentów i ich krewnych.

ZPP krytycznie ocenia pomysł wprowadzenia III progu podatkowego i likwidacji podatku liniowego w działalności gospodarczej

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców bardzo krytycznie ocenia pomysł wprowadzenia III progu podatkowego w wysokości 36% od dochodów powyżej 1 mln PLN oraz likwidacji podatku liniowego w działalności gospodarczej i wprowadzenie II progu podatkowego w wysokości 23% pod fałszywą nazwą tzw. „daniny solidarnościowej”.

Jest to ewidentne i oczywiste złamanie obietnicy wyborczej i późniejszych przez rząd Prawa i Sprawiedliwości. Jeszcze w listopadzie 2017 obecni przedstawiciele rządu zapewniali, że nie planują wprowadzenia żadnych nowych podatków, a wręcz chcą zmniejszać obciążenie Polaków daninami publicznymi. Zaledwie kilka miesięcy później słyszymy o zmianach prawnych, oznaczających stworzenie nie jednego, a dwóch nowych podatków – pod postacią opłaty emisyjnej oraz nowych progów podatkowych.

Uważamy, że takie różnice pomiędzy deklaracjami władz publicznych a prowadzoną przez nie polityką, są niemożliwe do zaakceptowania, tak samo jak tuszowanie charakteru przedstawianej propozycji i krycie jej rzeczywistej istoty pod pojęciem solidaryzmu. Rządzącym nawet brak odwagi, żeby nazywać rzeczy po imieniu – wykorzystują kryzys związany z protestem opiekunów niepełnosprawnych do nakładania nowych podatków. Powstrzymamy się z etyczną oceną takich działań.

Poza jednak generalną nieuczciwością, wyrażaną w rozdźwięku pomiędzy sferą deklaracji a czynów, należy zwrócić uwagę na potencjalnie fatalne skutki wprowadzenia omawianej propozycji w życie. Oznacza ona bowiem wprowadzenie nowego progu podatkowego od dochodów osobistych. W tej chwili, osoby o dochodzie przekraczającym 85 528 zł, płacą podatek dochodowy o podwyższonej stawce 32%. W obecnym kształcie proponowanego rozwiązania, w przypadku przekroczenia progu miliona złotych dochodu w ciągu roku, nadwyżka ponad ten próg opodatkowana byłaby dodatkowo stawką 4%. Zatem milion złotych rocznie stanowiłby kwotę graniczną dla trzeciego progu podatkowego, w którym skumulowana stawka wyniosłaby 36%. Tak sytuacja prezentuje się w przypadku skali podatkowej, jednak wygląda na to, że rząd planuje wprowadzenie progresji w przypadku każdego sposobu rozliczenia podatku od dochodów osób fizycznych – koniec zatem z liniowym podatkiem dochodowym dla przedsiębiorców, ponieważ po przekroczeniu poziomu miliona złotych rocznie, stawka będzie wynosić już nie 19%, a 23%.

Zwracamy jednocześnie uwagę na fakt, że dochodów przekraczających milion złotych rocznie nie uzyskują wyłącznie rentierzy lecz także prezesi spółek, czy przedsiębiorcy rozwijający swoje firmy. Obciążając ich wyższym podatkiem rząd zniechęca do podejmowania dalszych aktywności w celu rozwijania swoich karier i przedsiębiorstw. Wydawałoby się, że już jakiś czas temu wyszliśmy z epoki, w której karano ludzi za bogacenie się (z którym wiąże się przecież nie tylko osobista korzyść, ale także większe wpływy podatkowe do budżetu, więcej miejsc pracy, a zatem i szybszy wzrost gospodarczy) – okazuje się jednak, że wciąż istnieją zakusy na uzupełnianie państwowej kasy pieniędzmi od ludzi, którym powodzi się relatywnie lepiej. Uderzanie w aspirującą wyższą klasę średnią, bardzo w Polsce słabą i nieliczną, jest działaniem wprost sprzecznym z podstawowymi interesami gospodarczymi naszego kraju. To klasa średnia bowiem, bogacąc się i konsumując lub inwestując, napędza koniunkturę.

Zwracamy ponadto uwagę na fakt, że ogromna część osób najbogatszych nie ma rezydentury podatkowej w Polsce. Tym samym, nie płacą oni w naszym kraju żadnych podatków, więc szacunki około miliarda złotych rocznie wpływów z tytułu nowych progów podatkowych są znacznie przesadzone – zwłaszcza, że nakładając na grupę najzamożniejszych dodatkowe obciążenia, skłaniamy tych, którzy rozliczają się w Polsce do podatkowej ucieczki za granicę. Okazuje się zatem, że proponowane rozwiązanie, przy całej swojej szkodliwości, może dodatkowo okazać się skrajnie nieskuteczne.

Generalnie wprowadzenie nowych progów podatkowych pod flagą wydatku celowego jest bardzo niebezpieczne. Jak raz wprowadzi się tego typu podatek to droga otwarta do kolejnych pomysłów: może 2% dla górników, 3% dla ciężko chorych, 1% domy dziecka, 3% dla poszkodowanych w klęskach żywiołowych etc. Powstaje zatem pytanie: na co teraz płacimy podatki, skoro trzeba wprowadzać dodatkowe podatki na niepełnosprawnych i drogi?

Nie sposób nie zwrócić uwagi także na rozdźwięk pomiędzy tezami o znakomitej sytuacji finansów publicznych i budżetu a kolejnymi próbami egzekwowania coraz większych środków w postaci kolejnych podatków, „danin” i opłat. W istotny sposób podważa to zaufanie do rządu i sprawia, że trudno jest uwierzyć w kolejne deklaracje dotyczące świetnej kondycji gospodarczej Polski. Zwłaszcza, jeśli nakładanie na obywateli kolejnych obciążeń odbywa się pod pozorem dbałości o dobro osób niepełnosprawnych. Zaznaczamy jednocześnie, że wbrew obowiązującej narracji, dodatkową pomoc mają sfinansować nie tylko ci „najbogatsi”, lecz wszyscy, którzy opłacają składki na Fundusz Pracy, z których to określona część ma trafiać do nowego funduszu dla osób niepełnosprawnych. Warto zwrócić uwagę, że tworzy się podmiot konkurencyjny, a tak naprawdę dublujący Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych.

Reasumując, Związek Przedsiębiorców i Pracodawców negatywnie ocenia pomysł wprowadzenia nowych progów podatkowych. Jest to propozycja potencjalnie szkodliwa ekonomicznie (uderzająca w bogacącą się klasę średnią), sprzeczna z programowymi zapowiedziami partii rządzącej, a jednocześnie wprowadzana w otoczeniu narracji niemożliwej do zaakceptowania i tuszującej jej rzeczywisty charakter. Tym samym, apelujemy o wycofanie się z tego pomysłu. ZPP nie sprzeciwia się wspieraniu osób wykluczonych i znajdujących się w trudnej sytuacji życiowej – trzeba to jednak robić w sposób systemowy i przemyślany, nie reagując na okresowe problemy sondażowe wynikające z bieżących wydarzeń politycznych.

Stopy procentowe jeszcze długo mają pozostać stabilne

Zgodnie z naszymi oczekiwaniami Rada Polityki Pieniężnej podczas spotkania w maju utrzymała stopy procentowe na niezmienionym poziomie, ze stopą referencyjną w wysokości 1,5%. Istotnie nie zmienił się również ton prezesa Glapińskiego i przewodzonej przez niego RPP. Prezes i towarzyszący mu członkowie Rady (prof. Osiatyński i dr Zubelewicz) powtarzają, że obecnie nie ma szans na podwyżki stóp procentowych.

Zgodnie z ostatnimi komentarzami członków RPP powodów do zacieśnienia polityki monetarnej prawdopodobnie nie będzie nawet na przestrzeni najbliższych dwóch lat, a może i dłużej.

Prezes Glapiński podczas dzisiejszego spotkania potwierdził, że sytuacja w polskiej gospodarce jest dobra: wzrost gospodarczy pozostaje wysoki, inflacja z kolei jest stosunkowo niska. W otoczeniu gospodarczym nie widać również istotnych nierównowag.

Przewodniczący Rady w odpowiedzi na pytanie jednego z dziennikarzy odniósł się do osłabienia złotego, które zgodnie z jego słowami (jak i z naszą opinią) związane jest z czynnikami zewnętrznymi, przede wszystkim z umocnieniem dolara amerykańskiego, stwierdzając również wcześniej, że Polska (polskie aktywa – przyp. Ebury) cierpi z uwagi na znajdowanie się w koszyku emerging markets.

Jednym z ciekawszych tematów dzisiejszego spotkania były zmiany na rynku pracy i perspektywy wzrostu płac. Zdaniem dr Zubelewicza w kontekście nadchodzących wyborów warto będzie obserwować to, czy pracownicy sektora publicznego nie zaczną wysuwać żądań płacowych. Tego typu żądania wspomnianej grupy, która cierpiała z powodu praktycznie sztywnych płac naszym zdaniem potencjalnie mogłyby mieć wpływ na poziom dynamiki cen w przyszłości.

Póki co jednak kredytobiorcy nie mają się póki co czego obawiać. Biorąc pod uwagę stanowisko Rady, stopy procentowe w 2018 r. powinny pozostać niezmienione. Prawdopodobne jest, że stopy procentowe pozostaną stabilne również przez większość 2019 r. a nawet jeszcze dłużej.

Autor: Roman Ziruk, Ebury

Cała prawda o tureckiej gospodarce

Tureckie PKB rośnie szybko jak na drożdżach. Ten wzrost jest jednak niewiele wart ze względu na pikującą wartość lokalnej waluty. Ostatnia fala wyprzedaży liry to efekt wypowiedzi prezydenta Erdogana sugerującej, że administracja rządowa z tylnego siedzenia kieruje działaniami banku centralnego – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

W zeszłym roku turecka gospodarka urosła o 7,4 proc. Pozytywne trendy było widać także w produkcji przemysłowej czy na rynku pracy, gdzie w ciągu 12 miesięcy nastąpił spadek bezrobocia o ponad 2 pkt proc. do 10,6 proc. Faktycznie jednak wszystkie poprawiające się wskaźniki są niewiele warte ze względu na znaczne przestymulowanie gospodarki, wysoką inflację oraz jawny wpływ władzy wykonawczej na działania banku centralnego.

Załamanie kursu liry

Tylko przez ostatni rok turecka waluta straciła 25 proc. wartości do euro i 20 proc. do dolara, osiągając przy tym najniższe poziomy w historii. Przede wszystkim jest to rezultat zbyt łagodnej polityki pieniężnej banku centralnego oraz stymulacji fiskalnej w postaci dotowanych przez państwo kredytów. Rezultatem tego jest wymykającą się spod kontroli inflacja, która w kwietniu br. wyniosła 12,24 proc. r/r. i jest o włos od osiągnięcia najwyższych poziomów od przynajmniej 13 lat. Wzrost cen odbiega także poważnie od celu banku centralnego, wyznaczonego na poziomie 5 proc.

Poza inflacją i stymulacją fiskalną kraj boryka się z bardzo wysokim deficytem na rachunku obrotów bieżących, który dochodzi do 6 proc. PKB. To oznacza, że państwo nie jest zbilansowane zewnętrznie i cierpi na chroniczny brak twardej waluty. Kapitał zagraniczny oczywiście chętnie pożyczy Turcji dolary czy euro, ale domaga się za to bardzo wysokiej premii – rentowności 10-letnich obligacji skarbowych sięgnęły w połowie maja 14,25 proc., czyli najwięcej do co najmniej 7 lat.

Brak zaufania inwestorów wynika z tego, że tureckie władze z tylnego siedzenia zarządzają działaniami banku centralnego. Potwierdził to ostatnio prezydent Erdogan w wywiadzie dla agencji Bloomberg. „Gdy ludzie popadną w kłopoty ze względu na politykę monetarną, kogo będą za to obwiniać? Będą obwiniać za to prezydenta. Musimy pokazać obraz prezydenta, który ma wpływ na politykę pieniężną” – mówił turecki przywódca Recep Erdogan.

Ułuda wzrostu zamożności

Konsekwencje nieodpowiedniej polityki gospodarczej widać w bardziej szczegółowych danych. W latach 2011-2017 nominalna wartość tureckiego PKB uległa podwojeniu. Przez te 6 lat również w ujęciu realnym (z uwzględnieniem inflacji) wzrost wyniósł 40 proc., czyli średniorocznie ok. 5 proc. Takie statystyki powinny sugerować, że kraj stał się bogatszy,  a obywatele zamożniejsi. W przypadku większości państw to byłaby prawda, ale nie w kontekście Turcji.

Mimo podwojenia się nominalnego PKB wyrażonego w tureckiej lirze jego nominalna wartość przedstawiona w dolarze spadła o ok. 3 proc. z 874 do 851 mld dol. (dane S&P Global Ratings). Statystyka wygląda jeszcze gorzej, gdy wyrażamy ją w PKB na mieszkańca. Tutaj w ciągu 6 lat spadek wyniósł 10 proc. z 11,6 do 10,5 tys. dol. To jednak nie koniec problemów, gdyż te wyliczenia nie uwzględniają inflacji, która w strefie dolarowej (czyli w Stanach Zjednoczonych) podniosła ceny ok. 10 proc. w analizowanym okresie.

W rezultacie zamiast średniorocznego wzrostu PKB na poziomie 5 proc. turecka gospodarka zaliczyła realny spadek PKB na mieszkańca wyrażony w dolarze na przeciętnym poziomie 3 proc. każdego roku. To dobrze pokazuje, że nie ma darmowych lunchów, jeżeli prowadzona polityka gospodarcza zbyt mocno odbiega od ogólnego konsensusu.

Co dalej z lirą?

Przy wysokiej inflacji i zagrożeniu, że rząd w celu utrzymaniu koniunktury nadal będzie stymulować gospodarkę tanim kredytem, perspektywy tureckiej waluty są bardzo słabe. Koniec końców oczywiście za nieodpowiednią politykę monetarną oraz fiskalną zapłacą obywatele – albo utratą realnej siły nabywczej, albo gwałtownym załamaniem koniunktury, gdy pompowanie gospodarki stanie się niemożliwe.

ORLEN na rzecz rozwoju elektromobilności

PKN ORLEN rozszerza program budowy punktów ładowania samochodów elektrycznych. Koncern wytypował w tym celu łącznie 150 stacji paliw, położonych zarówno w miastach jak i przy trasach tranzytowych. W  pierwszym etapie pilotażu, do końca 2019 roku, zostanie uruchomionych około 50 szybkich punktów ładowania.
– Elektromobilność postrzegamy jako istotną szansę rozwojową dla naszego Koncernu. Jesteśmy bowiem znaczącym producentem energii, posiadamy również nowoczesny segment petrochemiczny, którego produkty będą niezbędne w motoryzacji opartej na paliwach alternatywnych. Do tego dochodzą kwestie regulacyjne. Przykładem jest opłata emisyjna pomyślana jako wsparcie dla elektromobilności, którą traktujemy jako naszą inwestycję w rozwój rynku paliw alternatywnych. Jest to bodziec do mocniejszego inwestowania w ten segment rynku, co w przyszłości przyniesie nam wymierne korzyści biznesowe i między innymi dzięki temu nie przeniesiemy kosztów opłaty emisyjnej na klientów – powiedział Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.
Angażując się w rozwój elektromobilności PKN ORLEN zamierza maksymalnie wykorzystać szanse biznesowe, jakie daje ustawa o biopaliwach. Zgodnie z wcześniejszymi deklaracjami PKN ORLEN nie przerzuci kosztów opłaty emisyjnej na kierowców i traktuje ją jako inwestycję wspierającą budowę rynku paliw alternatywnych. Dostrzegamy nowe możliwości biznesowe dla Koncernu posiadającego rozbudowany segment energetyczny oraz nowoczesną petrochemię, stanowiącą istotne źródło produktów dla pojazdów z napędami alternatywnymi.
Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN
Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN

– Doskonale zdajemy sobie sprawę ze zmian zachodzących na globalnym rynku i rosnącej popularności napędów alternatywnych. Nowe technologie i wszystko co wiąże się z budową innowacyjnej infrastruktury energetycznej to bardzo perspektywiczny biznes. Dla nas szczególnie ważne jest żeby od początku zająć w tym obszarze mocną pozycję, dlatego zdecydowaliśmy się na rozszerzenie programu pilotażowego i blisko dwukrotne zwiększenie liczby planowanych stacji. Nie jest to jednak nasze ostatnie słowo, ponieważ analizujemy rozwój rynku w tym obszarze  i w dalszej perspektywie dostrzegamy możliwości  jeszcze intensywniejszego zaangażowania w rozwój  elektromobilności. Jesteśmy przekonani, że działania te pozwalają nam nie tylko odpowiadać na nowe oczekiwania klientów, ale też wpisują się w plany rozwojowe polskiej gospodarki – dodał Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Program pilotażowy wpisuje się w strategię Koncernu zakładającą przystosowanie sieci detalicznej do dystrybucji paliwa alternatywnych. W ramach realizowanego projektu do 2019 roku kierowcy samochodów elektrycznych będą mieli możliwość przejechania całej Polski głównym szlakami komunikacyjnymi, ładując swoje pojazdy na stacjach ORLEN. Szybkie stacje ładowania o mocy 50 i 100 kW zostaną zrealizowane przez firmy wyłonione w finalizowanym właśnie postępowaniu przetargowym. Planowane punkty ładowania będą obsługiwać wszystkie typy pojazdów elektrycznych oferowane na rynku europejskim. Wszystkie punkty zostaną wyposażone w dwa złącza do ładowania pojazdu prądem stałym, z wtyczką CHAdeMO oraz CCS, a także w złącze Typ 2 do ładowania pojazdu prądem przemiennym. Stacja szybkiego ładowania o mocy 50 kW po stronie prądu stałego, pozwala na naładowanie akumulatorów pojazdu  elektrycznego z poziomu 20% do 80% pojemności w około 20-30 minut. Konkretne lokalizacje zostaną podane w dalszej części programu inwestycyjnego.
W ramach programu pilotażowego pierwsza ładowarka powstała już Płocku w pobliżu siedziby Koncernu. Stacja ładowania o mocy 50 kW jest przeznaczona zarówno do pojazdów elektrycznych (EV), jak i hybrydowych (PHEV) i daje możliwość jednoczesnego ładowania 4 pojazdów. Moc dla każdego ze stanowisk jest dynamicznie przydzielana przez sterownik stacji w trakcie ładowania pojazdów, dzięki czemu możliwe będzie znaczne skrócenie jego czasu. Konstrukcja modułowa urządzenia pozwala na ewentualną rozbudowę stacji ładowania DC aż do 150 kW w ramach tej samej obudowy. Obecnie inwestycja jest w fazie testów w najbliższym czasie sprawdzane będą między innymi rozwiązania z obszaru IT, funkcjonalność stacji, jej serwisowanie oraz bieżąca eksploatacja. W trzecim kwartale br. stacja zostanie udostępniona kierowcom, którzy na pierwszym etapie pilotażu prowadzonego przez Koncern będą mogli ładować samochody bezpłatnie. Wykonawcą stacji ładowania jest spółka ORLEN Serwis.
Wśród innych projektów związanych z paliwami alternatywnymi, na stacjach Grupy ORLEN działają już punkty ładowania samochodów elektrycznych Tesla w Polsce, na stacji ORLEN w Kostomłotach, Katowicach i Ciechocinku, oraz w Niemczech, w miejscowościach Grimmen w Meklemburgii-Pomorze Przednie i Uckerfelde w Branderburgii. W Czechach Koncern także planuje rozwój sieci punktów ładowania dostępnych na stacjach Benzina. Obecnie działa tam jeden punkt, zlokalizowany w mieście Vrchlabi.
Na stacjach wchodzących w skład Grupy ORLEN dostępne są również inne paliwa alternatywne. W ubiegłym roku uruchomiono pierwszy pilotażowy punkt dla aut zasilanych wodorem na niemieckiej stacji Koncernu działającej pod marką star, w miejscowości Mülheim, w tym roku planowane są dalsze działania w tym obszarze. Na 35 stacjach Koncernu zlokalizowanych w Czechach można także tankować CNG.
Zdjęcia pierwszej stacji ładowania PKN ORLEN w Płocku:

Rola nowoczesnego CIO w organizacji

Transformacja cyfrowa to dzisiaj być albo nie być praktycznie dla każdej organizacji – to jeden z wniosków tegorocznej edycji konferencji Instytut Innowacji nt. „Transformacja cyfrowa a rola nowoczesnego CIO w organizacji”, zorganizowanej przez Konica Minolta.

Ta ogromna rola technologii w budowaniu pozycji przedsiębiorstw zmienia rolę dyrektora IT. Staje się on przede wszystkim liderem innowacji, osobą, która w ścisłej współpracy z biznesem wpływa na strategię i rozwój przedsiębiorstwa.

„Rozwiązania chmurowe, IoT, wirtualna czy rozszerzona rzeczywistość  – bardzo szybko pojawiają się nowe technologie, które mogą pomóc przedsiębiorstwom budować przewagi konkurencyjne, wchodzić w bardziej zyskowne obszary biznesowe, tym samym pozwalając stać się liderem w swojej branży. Pozycja rynkowa firmy coraz bardziej zależy od umiejętnego wykorzystania i integracji dostępnych technologii i innowacji, zastosowaniu ich zarówno do usprawniania procesów biznesowych, jak i tworzenia zupełnie nowych produktów i usług.” – mówi Jacek Dróżdż ITS/ECM Division Manager Konica Minolta.

W konferencji udział wzięło blisko 200 osób zarządzających IT w różnego rodzaju przedsiębiorstwach. Doświadczeniami i swoimi opiniami podzielili się czołowi eksperci i liderzy biznesu: Michał Sadowski, Prezes Zarządu Brand24 S.A., Monika Starecka, Dyrektor ds. Operacyjnych, EY Poland, Krzysztof Wykręt, CIO, Hochtief Polska, oraz Mariusz Zarzycki, CIO G-w G-Rock, fintech startup.

Rola współczesnego CIO – komentarze ekspertów:

Michał Sadowski, Prezes Zarządu Brand24 S.A.

W ostatnich latach obserwuje pogłębianie kompetencji CIO o segmenty związane z nowoczesnymi technologiami internetowymi. W wielu organizacjach, z którymi współpracujemy, rola CIO to w pewnym sensie rola ewangelisty, lidera który wprowadza nowoczesne rozwiązania, a także dobre praktyki związane z ich wykorzystywaniem. Mowa o rozwiązaniach wspierających najróżniejsze aspekty funkcjonowania nowoczesnej firmy. Od technologii związanych z obsługą klienta, po tematy związane ze wzbogaceniem danych o kliencie – wykorzystywane do sprzedaży.

Nowoczesne technologie pozwalają nam dziś zrozumieć lepiej niż kiedykolwiek potrzeby naszych klientów, a co najważniejsze dostosować do nich komunikację. Obserwuję także wzrost zainteresowania technologiami związanymi z analizą danych. Analizą ruchu na stronach www, ale także analityką hurtowni danych, jakie firmy coraz częściej tworzą wewnątrz swoich struktur.

Monika Starecka, Dyrektor ds. Operacyjnych, EY Poland

Rola CIO ewoluowała w ostatnich latach od funkcji wsparcia do funkcji biznesowej. Stała się funkcją centralną, z ogromnym wpływem na potencjał i konkurencyjność całego biznesu. To oczywiście wiąże się z wieloma wymiarami, chociaż z mojego punktu widzenia najważniejsza jest rola doradcza.

IT musi edukować organizację, pokazywać i tłumaczyć jak działają pojawiające się nowości technologiczne. Nie może dopuścić, aby zarząd nie był na bieżąco z najnowszymi możliwościami. Biznes docenia wiedzę. CIO musi być promotorem i ambasadorem technologii. I trochę jak selekcjoner na boisku piłkarskim – wybierać wśród propozycji startupów, czy też firm działających od lat, najlepsze elementy, takie, które pomogą wyjść przed konkurencję, uzyskać dodatkową przewagę na rynku.

Dzisiejszy CIO musi być aktywny, wychodzić z propozycjami usprawnienia, czy też wprowadzenia nowości do biznesu. Takich, które kreują realną wartość. To wymaga oczywiście doskonałej znajomości organizacji i jej procesów biznesowych, bardzo bliskiej współpracy z działami biznesowymi i daleko wykracza poza tradycyjnie pojętą specyfikę zawodu.

Krzysztof Wykręt, CIO, Hochtief Polska

W czasach kiedy informatyka raczkowała i była tylko pewnego rodzaju wsparciem dla prowadzenia biznesu, rola CIO była dość prosta. Koncentrowała się na dostarczaniu i utrzymywaniu rozwiązań IT, głównie w obszarze infrastruktury i systemów IT. Nikt nie wymagał od ówczesnego szefa IT prowadzenia dużych projektów, przekrojowych dla całej firmy, które konsolidowałyby różnego rodzaju obszary biznesowe.

Wraz z rozwojem technologii, zmieniającym się rynkiem rozwiązań IT, wielu bardzo innowacyjnych rozwiązań, również rola CIO musiała się zmienić. Dzisiaj nie dość, że cała sfera infrastruktury IT pozostała – w wielu przypadkach zmieniona np. za sprawą rozwiązań chmurowych – to konieczność prowadzenia biznesu w oparciu o najnowsze technologie, w zasadzie kierunkuje CIO do roli integratora biznesowego w organizacjach.  W większości przypadków to CIO zna bardzo dobrze procesy biznesowe i dzięki temu musi proponować zmiany, być wizjonerem i odważnie proponować rozwiązania, które być może „dzisiaj” nie dadzą jeszcze spektakularnego efektu, ale „jutro”, „pojutrze” mogą okazać się przełomowe dla organizacji i biznesu. Często również musi wychodzić z pozycji klasycznego CIO do roli czysto biznesowej, pokazywać kierunek i możliwość rozwoju biznesu.

Dzisiejszy CIO musi być łączyć w sobie wiele różnych umiejętności (znajomość technologii, prowadzenie przekrojowych projektów, praca z zespołem, finansowe). Tylko z taką przekrojową wiedzą, CIO wniesie do biznesu wartości, które pozwolą na stabilny rozwój organizacji, dla której pracuje.

Schematy oddłużania niewypłacalnych przedsiębiorców

Biorąc pod uwagę specyfikę postępowania upadłościowego przedsiębiorców pamiętać należy, że głównym celem tejże procedury jest maksymalne zaspokojenie wierzycieli. Niewypłacalny przedsiębiorca musi się zatem liczyć z tym, że postępowanie będzie prowadzone w taki sposób, aby roszczenia wierzycieli mogły zostać zaspokojone w jak najwyższym stopniu, a jeżeli racjonalne względy na to pozwolą – dotychczasowe przedsiębiorstwo dłużnika zostało zachowane.

Powyższa zasada oznacza, że osoba fizyczna prowadząca działalność gospodarczą, a ogłaszająca upadłość, może pozostać z długami po zakończeniu postępowania upadłościowego i spieniężeniu majątku przez syndyka. Upadłość przedsiębiorcy ma bowiem charakter stricte windykacyjny, a ewentualne oddłużenie jest możliwe tylko w określonych przypadkach.

Sąd upadłościowy poddaje weryfikacji tzw. rzetelność samego dłużnika. Na tej podstawie decyduje czy zadłużony przedsiębiorca zasługuje na umorzenie występujących względem niego zobowiązań pozostałych po spieniężeniu majątku. Pamiętać należy, że o ile upadłość przedsiębiorcy może być ogłoszona wobec każdej osoby fizycznej prowadzącej działalność gospodarczą, która stała się niewypłacalna, ma co najmniej dwóch wierzycieli i odpowiedni majątek, o tyle na całkowite oddłużenie zasługują Ci rzetelni.

Warianty oddłużenia niewypłacalnego przedsiębiorcy

Z uwagi na obowiązujące regulacje oddłużenie przedsiębiorcy może nastąpić w zależności od stanu faktycznego, w którym znalazł się dany podmiot, i przy wykorzystaniu jednego z trzech poniższych schematów.

Zamknięcie działalności gospodarczej i ogłoszenie upadłości konsumenckiej

Wariant polegający na wyrejestrowaniu działalności gospodarczej z CEIDG i aplikowanie o ogłoszenie upadłości konsumenckiej (osoby fizycznej nieprowadzącej działalności gospodarczej) jest możliwy w ściśle określonych sytuacjach.

Niewypłacalny przedsiębiorca ma bowiem obowiązek złożenia wniosku o ogłoszenie upadłości na zasadach ogólnych w ciągu 30 dni od momentu powstania stanu niewypłacalności. Brak terminowego wniosku o upadłość firmy może skutkować oddaleniem wniosku o upadłość konsumencką, chyba że zastosowanie znajdą tzw. klauzule rozsądku, a konkretnie względy słuszności i względy humanitarne (np. dłużnik jest wiekową osobą, która nie ma szans na znalezienie jakiegokolwiek zatrudnienia i spłatę zobowiązań prywatnych oraz firmowych).

Wariant ten przebiega w następujący sposób:

  1. przedsiębiorca staje się niewypłacalny;
  2. dochodzi do wyrejestrowania działalności gospodarczej z CEIDG;
  3. były przedsiębiorca uzyskuje status konsumenta;
  4. zostaje złożony wniosek o ogłoszenie upadłości konsumenckiej.

Warunkiem skorzystania z takiego schematu jest jednak wystąpienie okoliczności pozwalających na powołanie się na klauzule rozsądku. W innym wypadku, sąd może zdecydować o oddaleniu wniosku. Aby dłużnik miał pewność, że schemat ten jest możliwy, zaleca się wcześniejszy kontakt z kancelarią prawną specjalizującą się w sprawach upadłościowych.

Ogłoszenie upadłości firmy

Do kryteriów decydujących o tym, czy sąd ogłosi upadłość firmy należą:

  • stan niewypłacalności – nie ma możliwości ogłoszenia upadłości wobec podmiotu mającego zdolność do regulowania zobowiązań pieniężnych;
  • posiadanie co najmniej dwóch wierzycieli – przedsiębiorca z jednym wierzycielem nie ma możliwości ogłoszenia upadłości na zasadach ogólnych;
  • majątek wystarczający na pokrycie kosztów postępowania oraz w jakimś stopniu wierzycieli.

Istotnym elementem wpływającym na to, czy sąd oddłuży byłego przedsiębiorcę po spieniężeniu jego majątku, jest terminowe złożenie wniosku (rzetelność dłużnika).

Ubóstwo masy upadłościowej przedsiębiorcy i późniejsza upadłość konsumencka

Brak majątku u przedsiębiorcy występuje stosunkowo często w kontekście niewielkich działalności gospodarczych. Oceniając majątek w kontekście ewentualnego postępowania upadłościowego należy mieć na uwadze jedynie ten, który jest wolny od zabezpieczeń (np. hipoteka, zastaw). Jak zostało wspomniane wcześniej – przedsiębiorca musi posiadać majątek wystarczający na pokrycie kosztów postępowania upadłościowego i zaspokojenie w jakimś stopniu wierzycieli. Jeśli dłużnik nie posiada żadnego majątku lub jest on znikomy, to nie zwalnia go to z obowiązku zgłoszenia wniosku o upadłość w terminie 30 dni.

W powyższej sytuacji sąd z pewnością oddali wniosek z uwagi na tzw. ubóstwo masy upadłościowej. Oddalenie nie zamyka jednak drogi do uzyskania oddłużenia w ramach upadłości konsumenckiej. W kontekście konsumentów nie ma obowiązku posiadania majątku, bowiem koszty postępowania pokrywa tymczasowo Skarb Państwa.

Schemat postępowania wygląda w następujący sposób:

  1. niewypłacalny przedsiębiorca składa wniosek o upadłość w terminie;
  2. dochodzi do oddalenia wniosku z powodu niewystarczającego majątku;
  3. dłużnik dokonuje wyrejestrowania działalności gospodarczej z CEIDG;
  4. były przedsiębiorca uzyskuje status konsumenta;
  5. zostaje złożony wniosek o upadłość konsumencką.

Więcej informacji na temat upadłości konsumenckiej lub przedsiębiorców można znaleźć na stronie www.upadlosc-kancelaria.pl

Orzecznictwo sądów to tylko dodatek. Fiskus wie lepiej, jak interpretować przepisy

Choć małżonkowie nabyli wspólnie nieruchomość 9,5 roku przed jej sprzedażą, to
w obliczu śmierci jednego z nich fiskus uznał, że udział zmarłego obciążony będzie 19% podatkiem dochodowym. Dodatkowo odmówił możliwości zaliczenia do kosztów uzyskania przychodów wydatków poniesionych na nabycie tego udziału. Stojąc na straży pieniędzy Skarbu Państwa i odmawiając podatnikowi korzystnego dla niego rozstrzygnięcia, zawarł w jednej interpretacji dwa sprzeczne stanowiska.

Zgodnie z ustawą o podatku dochodowym od osób fizycznych (dalej u.p.d.o.f.), podatkiem PIT nie jest objęte niezwiązane z wykonywaniem działalności gospodarczej zbycie ruchomości, jeśli od czasu jej nabycia upłynęło 6 miesięcy. W przypadku nieruchomości lub ich części oraz udziału w nieruchomości okres ten wynosi 5 lat od zakończenia roku kalendarzowego, w którym nastąpiło ich nabycie (art. 10 ust. 1 pkt 8 lit. a), Dz.U. 1991 nr 80, poz. 350). Skąd więc żądanie 19% daniny, jeżeli małżeństwo nabyło nieruchomość nie 5, a 9 lat przed sprzedażą? Trwający 3,5 roku spór podatnika z fiskusem zakończył się przed Naczelnym Sądem Administracyjnym 16 kwietnia 2018 r. (sygn. II FSK 857/16).

Sprzedaż udziałów w nieruchomości

Zakupiona w listopadzie 2003 r. nieruchomość weszła w skład ustawowej wspólności majątkowej małżonków. 9 lat później podpisali umowę przedwstępną jej sprzedaży. Nim
w czerwcu 2013 r. doszło do zawarcia umowy przyrzeczonej i przeniesienia własności, małżonka zmarła. W drodze dziedziczenia jej mąż i córka nabyli po połowie udziałów po spadkodawczyni. Mężowi przysługiwało 75% udziałów w tej nieruchomości, córce – 25%.

We wniosku o wydanie interpretacji indywidualnej wdowiec poprosił o weryfikację prawidłowości dwóch tez. Pierwsza była taka, że osiągnięte przez niego przychody z tytułu odpłatnego zbycia udziału w nieruchomości podlegają zwolnieniu od opodatkowania. Druga – alternatywna, przedstawiona na wypadek, gdyby organ uznał pierwszą tezę za błędną – że przychód uzyskany ze sprzedaży udziału po zmarłej podatnik będzie mógł pomniejszyć o koszt, jaki poniosła ona w związku z nabyciem tego udziału (sygn. ILPB2/415-974/14-2/TR).

Nabywa prawa, ale ich nie nabywa

Dyrektor Izby Skarbowej w Poznaniu, działający w imieniu Ministra Finansów, stwierdził, że decydujące znaczenie przy ocenie istnienia obowiązku podatkowego ma moment i sposób nabycia nieruchomości, ich części lub udziałów. Jeśli więc spadkodawczyni zmarła przed zawarciem umowy przenoszącej własność nieruchomości, to w jej prawa jako podmiotu praw własności tej nieruchomości wstąpili spadkobiercy. To oni są zbywcami nieruchomości, zatem to oni z tego tytułu są podatnikami podatku dochodowego od osób fizycznych. Ponieważ od nabycia przez spadkobierców udziałów do czasu ich sprzedaży nie upłynęło 5 lat, będą zobowiązani do zapłaty 19% podatku dochodowego w zakresie udziałów przypadających im po zmarłej.

Zgoła odmiennie organ podatkowy ustosunkował się do nabycia praw po spadkodawczyni,
a w zasadzie stwierdził… jego brak. Podatnik powołał się na art. 97 § 1 Ordynacji podatkowej: „Spadkobiercy podatnika (…) przejmują przewidziane w przepisach prawa podatkowego majątkowe prawa i obowiązki spadkodawcy” (Dz.U. 1997 nr 137, poz. 926). Podnosił, że skoro dziedziczy po zmarłej prawa i obowiązki majątkowe, to dziedziczy również przysługujące jej zwolnienie z PIT z tytułu upływu wymaganego 5-letniego okresu. Według organu takie zwolnienie nie stanowi prawa majątkowego podlegającego sukcesji na podstawie art. 97 § 1 Ordynacji podatkowej.

Zdaniem fiskusa podatnik nie ma również prawa do obniżenia przychodu z tytułu zbycia odziedziczonego udziału w nieruchomości o koszty jego nabycia poniesione przez żonę. Powołując się na art. 22 ust. 6d u.p.d.o.f., Dyrektor Izby Skarbowej w Poznaniu stwierdził: „Tenże przepis milczy (…) w sprawie możliwości zaliczenia do przedmiotowych kosztów – kosztów nabycia m.in. udziału w nieruchomości w ogóle, a tym bardziej – poniesionych nie przez podatnika, a przez spadkodawcę podatnika”.

Błędne rozumienie instytucji wspólności małżeńskiej i terminu „nabycie”

Rozpatrujący złożoną za pośrednictwem doradcy podatkowego skargę podatnika WSA
w Poznaniu przypomniał, że współwłasność małżeńska ma wyjątkowy, bezudziałowy charakter. Jako współwłasność łączna daje współwłaścicielom pełne prawo do całego objętego prawem własności majątku, ale bez możliwości samodzielnego nim rozporządzania w trakcie jej trwania. Swój charakter „łączny” traci dopiero, gdy ustanie stosunek główny, czyli małżeństwo. Jeśli więc mąż i żona raz nabyli nieruchomość do niepodzielnej współwłasności małżeńskiej, to nie można przyjąć, że nabycie udziału w tej samej nieruchomości przez męża nastąpiło drugi raz w 2013 r. w drodze nabycia spadku po żonie. W związku z tym to data wspólnego, pierwotnego nabycia nieruchomości przez oboje małżonków jest tą, od której liczy się 5-letni termin warunkujący nieobjęcie opodatkowaniem sprzedaży nieruchomości, zgodnie z art. 10 ust. 1 pkt 8 lit. a) u.p.d.o.f.

Sąd zwrócił również uwagę, że już w chwili nabycia nieruchomości przez małżonków, ze względu na łączny charakter współwłasności małżeńskiej, niemożliwe było wyodrębnienie przypadających na każde z nich udziałów. Jeśli więc nabycie to jest skuteczne wobec całej nieruchomości na gruncie prawa cywilnego, w szczególności rodzinnego, to tylko ze względu na podatek dochodowy nie może być ustalane powtórnie z uwagi na śmierć współmałżonka i sprzedaż nieruchomości.

„Zdaniem Sądu rozpoznającego niniejszą sprawę, stanowisko organu interpretacyjnego jest wadliwe, bowiem podstawą przyjęcia przez organ podatkowy dopuszczalności opodatkowania przychodu z tytułu zbycia nieruchomości jest niewłaściwe rozumienie instytucji «wspólności małżeńskiej» i w rezultacie błędne rozumienie terminu «nabycie» z art. 10 ust. 1 pkt 8 u.p.d.o.f.” (sygn. I SA/Po 810/15).

Spór z fiskusem trwał 3,5 roku

Choć stanowisko organu podatkowego zostało dosadnie skrytykowane, ten nie zrezygnował
z dalszej walki „o swoje” 19%. W 5 miesięcy po zapadnięciu wyroku WSA Dyrektor Izby Skarbowej w Poznaniu złożył od niego skargę kasacyjną, którą jednak 19 marca 2018 r. Szef Krajowej Administracji Skarbowej wycofał. Postanowieniem z dnia 16 kwietnia 2018 r. Naczelny Sąd Administracyjny umorzył postępowanie kasacyjne. Od czasu, gdy podatnik złożył wniosek o wydanie interpretacji indywidualnej we wrześniu 2014 r., upłynęło więc ponad 3,5 roku.

Orzecznictwo sądów? A po co to komu…

W całej sprawie uwagę zwraca argumentacja organu w sprawie przywołanego przez podatnika na poparcie swojego stanowiska orzecznictwa sądów. Wyroki NSA o sygn. akt II FSK 1101/10 i WSA w Warszawie o sygn. akt III SA/Wa 821/11 dobitnie i wyraźnie potwierdzały słuszność wywodzonych przez podatnika twierdzeń. Co więcej, sam Dyrektor Izby Skarbowej w Poznaniu stwierdził, że „zgodnie z art. 14a ustawy Ordynacja podatkowa, minister właściwy do spraw finansów publicznych dąży do zapewnienia jednolitego stosowania prawa podatkowego przez organy podatkowe (…) przy uwzględnieniu orzecznictwa sądów” – po czym przytoczył definicję słowa „uwzględniać” z „Małego słownika języka polskiego”, wg której wyraz ten oznacza nic więcej jak tylko „brać pod uwagę”. A to nie implikuje nakazu stosowania.

Następnie organ podatkowy – jeszcze bardziej degradując orzecznictwo sądów – dodał, że nie odnajduje go w konstytucyjnym katalogu źródeł prawa powszechnie obowiązującego oraz że „(…) żaden przepis nie nakazuje bezwzględnego stosowania w postępowaniu w sprawie wydawania interpretacji indywidualnych orzecznictwa sądowego (…)”.

Bezprawie urzędnicze

Taka postawa fiskusa stanowi przejaw ogromnej ignorancji. Orzecznictwo sądowe to
w doktrynie i praktyce wprawdzie nieformalne, lecz nieocenione źródło prawa. Dodatkowo organ podatkowy swą interpretacją naruszył podstawową zasadę postępowania podatkowego – zasadę zaufania do organów publicznych. Z niej właśnie wywodzi się inną zasadę, głoszącą, że w podobnym stanie faktycznym organy powinny rozstrzygać w podobny sposób. Niestosowanie się do tych zasad to już urzędnicze bezprawie.

Autor: radca prawny Robert Nogacki

Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Akcjonariusze zadecydowali o zmianie nazwy Bank Zachodni WBK na Santander Bank Polska S.A.

Podczas dzisiejszego Walnego Zgromadzenia Akcjonariusze Banku Zachodniego WBK S.A. przyjęli uchwałę w sprawie zmiany nazwy Banku na Santander Bank Polska S.A. oraz zmiany siedziby rejestrowej na Warszawę.

– W imieniu  całej Grupy Santander, jest mi miło poinformować, że dziś Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy Banku Zachodniego WBK zaakceptowało zmianę nazwy naszego banku w Polsce. Obecność w Polsce jest ważnym elementem strategii Grupy. Zamierzamy kontynuować rozwój na tym rynku oraz nieustannie wspierać polskich Klientów i ich firmy w codziennych sukcesach – mówi Ana Botín, Group Executive Chairman Grupy Santander.

Zmiana nazwy na Santander Bank Polska S.A. jest naturalnym następstwem przynależności Banku Zachodniego WBK, od 2011 roku, do międzynarodowej Grupy Santander. Stanowi też etap rozpoczętego pod koniec marca br. globalnego projektu unowocześnienia marki we wszystkich krajach Grupy Santander. Jej nowy wizerunek jest bardziej nowoczesny, lepiej odzwierciedla transformację cyfrową, która jest jednym z filarów globalnej strategii Grupy. Podkreśla też stabilność i kontynuację 160-letniej historii, zachowując najważniejsze dotychczasowe cechy Grupy.

Banco Santander wyznacza globalne standardy i wzorce w zakresie oferty, jakości obsługi i relacji z Klientami oraz wsparcia dla społeczności lokalnych. Wraz ze zmianą nazwy i identyfikacji wizualnej stajemy się bogatsi o międzynarodowy wymiar marki Santander oraz długoletnią tradycję i siłę Grupy – mówi Gerry Byrne, Przewodniczący Rady Nadzorczej Banku Zachodniego WBK.

Bank w swojej strategii określił, że chce być najlepszym bankiem dla Klientów i jednym z najbardziej innowacyjnych banków w Polsce. Założeniem banku jest bardziej intensywne wykorzystanie przynależności do Grupy Santander przy wdrażaniu korzyści dla Klientów w Polsce.

 Zmiana marki to świetna okazja do wzmocnienia pozycji rynkowej w coraz bardziej cyfrowym, szybko zmieniającym się świecie. Pozwoli nam lepiej komunikować naszą nowoczesność i postępy transformacji cyfrowej. Będziemy mogli oferować też nowe, innowacyjne rozwiązania, które sprawią, że klienci będą jeszcze łatwiej, bardziej efektywnie zarządzać finansami osobistymi oraz rozwijać swoje firmy – mówi Michał Gajewski, Prezes Zarządu Banku Zachodniego WBK.

Zmiana nazwy, logo oraz siedziby nie będą wymagać od Klientów podejmowania jakichkolwiek dodatkowych działań. Wszystkie umowy pozostaną w mocy, bez konieczności podpisywania dodatkowych aneksów. Nie zmienią się również numery rachunków bankowych, terminy ważności kart oraz numery PIN. Do czasu zarejestrowania zmiany nazwy Banku w Krajowym Rejestrze Sądowym adresy strony internetowej Banku oraz stron do logowania do bankowości internetowej i mobilnej pozostają takie same jak dotychczas.

Formalny start rebrandingu nastąpi we wrześniu, wraz z dniem rejestracji odpowiednich zmian w Krajowym Rejestrze Sądowym. Od tego momentu Bank będzie działał pod nazwą Santander Bank Polska S.A. Do nowej nazwy zostanie dopasowana identyfikacja wizualna, która zostanie zaprezentowana we wrześniu br. Zmiana obejmie także spółki Grupy Kapitałowej BZ WBK, mające w nazwie skrót „BZ WBK”. Towarzyszyć jej będzie ogólnopolska kampania informacyjna i wizerunkowa w mediach tradycyjnych i cyfrowych.

Traficar przy sklepach IKEA w całej Polsce

Od 16 maja pod sklepami IKEA w Warszawie, Katowicach, Wrocławiu, Gdańsku i Poznaniu pojawią się samochody dostawcze z największej w Polsce sieci carsharingowej Traficar. Klienci zmieszczą w nich nawet popularną szafę PAX.

Do końca maja samochody pojawią się także pod pozostałymi sklepami IKEA w Polsce. Miejsca parkingowe samochodów TrafiCargo są specjalnie oznaczone kopertą oraz tabliczkami informacyjnymi. W ramach usługi TrafiCargo klienci będą mogli wypożyczyć samochody Renault Kangoo VAN. Ich przestrzeń bagażowa ma wymiary 110x120x190 cm, a z rozłożonymi siedzeniami nawet 290 cm długości, oraz pojemność do 4,6 m3 i ładowność do 800 kg. Serwis jest już dostępny w Krakowie od września 2017 roku.

Mieszkańcy Krakowa bardzo szybko przekonali się do idei carsharingu. Postanowiliśmy ułatwić transport mebli i akcesoriów IKEA naszym klientom w innych miastach, oferując przyjazny dla środowiska sposób – mówi Bartosz Syk, Service Developer w Dziale Obsługi Klienta IKEA Retail.

Użytkowanie samochodów Traficar przyczynia się do poprawy jakości powietrza w miastach. Szacuje się, że jeden samochód w usłudze carsharingowej, w zależności od intensywności użytkowania, może zastąpić od 8 do 20 aut prywatnych istotnie przyczyniając się do zmniejszenia śladu węglowego.

Kiedy we wrześniu 2017 roku wystartowaliśmy z usługą w Krakowie, nie spodziewaliśmy się, że tak szybko zdobędzie uznanie. Zobaczyliśmy też, że w całej Polsce użytkownicy Traficara są zainteresowani tego typu opcją. Dlatego postanowiliśmy odpowiedzieć na ich potrzeby i rozszerzyć flotę samochodów dostawczych w miastach, w których dostępny jest Traficar! Dodatkowo postanowiliśmy tego rodzaju usługę nazwać TrafiCargo, ponieważ różni się od floty Traficara wielkością oraz sposobem użytkowania – mówi Konrad Karpiński, Dyrektor Operacyjny w firmie Traficar.

Jak to działa?

Samochody dostawcze TrafiCargo wypożycza się tak samo jak samochody osobowe. Podstawą korzystania jest mobilna aplikacja. Za jej pomocą, po aktywowaniu konta, użytkownik znajduje na mapie najbliższy samochód i rezerwuje go. Następnie powinien w ciągu 15 minut dotrzeć do auta, zeskanować umieszczony na nim kod QR i od tej pory może cieszyć się jazdą. Aby zakończyć wynajem samochodu dostawczego po przewiezieniu mebli należy zaparkować je w wyznaczonym miejscu pod sklepem IKEA. Opłaty pozostają na tym samym poziomie co przy wypożyczeniu aut osobowych, czyli 80 groszy za kilometr, 50 groszy za minutę jazdy i 10 groszy za minutę postoju.

Grupa AFORTI publikuje wyniki finansowe po IQ 2018

Ponad 99,9 mln zł skonsolidowanego przychodu netto ze sprzedaży i 0,72 mln zł zysku netto w I kwartale 2018 roku wygenerowała Grupa AFORTI – holding finansowy świadczący usługi pożyczkowe, windykacyjne i faktoringowe dla mikro, małych i średnich przedsiębiorstw oraz zarządzający platformą wymiany walut online dla firm. Zysk Grupy z działalności operacyjnej wyniósł w tym czasie 1,33 mln zł. Tym samym, w okresie zaledwie trzech pierwszych miesięcy 2018 roku, spółki zarządzane przez Klaudiusza Sytka osiągnęły niemal połowę tego, co udało się wypracować w rekordowym dla Grupy 2017 roku.

Przychody netto Grupy Aforti – sięgające poziomu 99,9 mln zł – są po I kwartale 2018 roku wyższe o 200 proc. od przychodów uzyskanych w analogicznym okresie roku poprzedniego.

Z kolei zysk netto Grupy wzrósł o ponad 92 proc. – z 0,37 mln zł w trzech pierwszych miesiącach 2017 roku do 0,72 mln zł wypracowanych od stycznia do marca 2018.

image004Tak doskonałe wyniki finansowe Grupa AFORTI osiągnęła dzięki stale rosnącemu zapotrzebowaniu sektora MSP na zewnętrzne finansowanie oraz profesjonalne wsparcie w   zarządzaniu procesami windykacyjnymi oraz faktoringowymi. Perspektywiczność branż, w których działają: Aforti Finance, Aforti Exchange, Aforti Collections i Aforti Factor dają Grupie wysoki potencjał wzrostu w kolejnych kwartałach 2018 roku.

Tylko w I kwartale 2018 roku:

    • Wartość sprzedanych mikropożyczek przez Aforti Finance wzrosła o niemal 233 proc. rok do roku – z 4,51mln zł po IQ 2017 do 14,99 mln zł na koniec IQ 2018
      • Ponadto, spółka Aforti Finance otworzyła nowe oddziały w Opolu i Lublinie; przystąpiła do budowy własnego call center oraz rozpoczęła proces upublicznienia spółki

      Aforti Finance_IQ 2018

    • Na platformie wymiany walut online dla firm spółka Aforti Exchange wygenerowała ponad 46 mln EUR obrotu względem 15,6 mln EUR w IQ 2017
      • Dynamika wartości wymienionej waluty YoY w IQ 2018 względem IQ 2017 wyniosła na polskiej platformie 194,45 proc.
    • Jednocześnie na rumuńskiej platformie spółka Aforti Exchange Romania zanotowała
      w IQ 2018 roku 7,2 mln EUR względem 1,58 mln EUR w IVQ 2017 roku
    • Ponadto, w I kwartale 2018 roku polska spółka Aforti Exchange: odnotowała najwyższe średnie dzienne obroty walutą; rozpoczęła współpracę z Alior Bankiem oraz wdrożyła nowy produkt SPOT+

Aforti Exchange Polska_IQ 2018

    • Wartość nominalna zleceń windykacyjnych pozyskanych przez Aforti Collections
      w I kwartale 2018 roku wyniosła ponad 7,72 mln zł

      • Ponadto spółka systematycznie pracuje nad budową struktury sprzedażowej
        i windykacyjnej

Aforti Collections_IQ 2018

  • Spółka faktoringowa Aforti Factor w I kwartale 2018 roku rozpoczęła działalność operacyjną oraz rozbudowę działu sprzedaży
  • Wartość sfinansowanych przez Aforti Factor wierzytelności wyniosła w IQ 2018 roku 2,93 mln zł

Aforti Factor_IQ 2018

Klaudiusz Sytek, prezes zarządu Grupy AFORTI
Klaudiusz Sytek, prezes zarządu Grupy AFORTI

Klaudiusz Sytek, prezes zarządu Grupy AFORTI z satysfakcją podsumowuje I kwartał 2018 roku – Nasza aktywność na rynku pożyczek pozabankowych, usług windykacyjnych i faktoringowych oraz w zakresie wymiany walut online dla firm przynosi wymierne korzyści finansowe, co potwierdzają doskonałe wyniki za I kwartał 2018 roku. Zgodnie ze strategią rozwoju, przyjętą na lata 2018-2020, mamy przed sobą bardzo ambitne wyzwania i plany, jak chociażby – przejście Aforti Holding na rynek główny GPW, upublicznienie dwóch kolejnych spółek z Grupy AFORTI, w tym między innymi Aforti Finance, rozpoczęcie działalności leasingowej, ekspansja zagraniczna platformy wymiany walut online dla firm do co najmniej 7 nowych krajów, wśród których możemy wymienić: Czechy, Węgry, Chorwację, Serbię, Bośnię i Hercegowinę, Albanię oraz Macedonię, jak też rozwój sieci oddziałów i placówek własnych na terenie całej Polski. Skuteczna realizacja strategii biznesowej powinna
w długim okresie czasu przełożyć się na wzmocnienie potencjału wzrostu Grupy AFORTI oraz jej wartość w kolejnych latach.

Dynamiczny rozwój Aforti Finance zakłada ponadto wprowadzenie usługi składania wniosków online, która powinna być dostępna jeszcze w 2018 roku oraz uruchomienie własnego call center, dzięki któremu możliwa będzie sprawna i efektywna obsługa klientów.

Z kolei Aforti Collections, spółka specjalizująca się w zarządzaniu należnościami i w usługach windykacyjnych, zakłada na lata 2018-2020 rozwój spółki m.in. przez zwiększenie stanowisk call center, rozszerzenie obsługi prawnej, a także rozbudowę sieci sprzedaży.

Jednocześnie, istotnym przedsięwzięciem AFORTI w obszarze finansowania faktur – w ramach realizowanego rozwoju technologicznego – będzie wprowadzenie usługi faktoringu online. Nowe rozwiązanie może być dostępne jeszcze w 2018 roku.

Znaczącemu rozszerzeniu portfolio produktów i usług oferowanych mikro, małym i średnim przedsiębiorcom przez spółki z Grupy AFORTI będzie towarzyszył rozwój nowych obszarów działalności, oparty m.in. na poszerzeniu portfela produktowego dla bankowości korporacyjnej i inwestycyjnej w zakresie leasingu. W tym celu AFORTI planuje powołać w ciągu najbliższych 3 lat nową spółkę, ale niewykluczona jest także akwizycja istniejącego już podmiotu.

Red Hat Summit 2018, czyli zatrzeć granice między czterema środowiskami IT

Od kilku lat Red Hat podkreśla przenikanie się czterech środowisk IT, od fizycznych serwerów i maszyn wirtualnych po chmury prywatne i publiczne. Jeden typ środowiska prawdopodobnie nigdy nie spełni wszystkich potrzeb nowoczesnego przedsiębiorstwa, zaczynając od dynamiki konkurencyjnej, a kończąc na ewoluujących wymaganiach klientów. Chmura hybrydowa, w której obciążenia robocze i zasoby wykorzystują wiele spośród tych opcji wdrożeniowych, jest obecnie kluczowym elementem transformacji cyfrowej, podobnie jak konsekwencja. Dyrektorzy ds. informatyki muszą mieć pewność, że ich aplikacje i usługi będą konsekwentnie reagować w określony sposób – za każdym razem i w każdym miejscu.

Nowością jest co innego: te cztery typy środowisk nie mają znaczenia dla użytkownika końcowego. Chmura hybrydowa staje się domyślną opcją technologiczną – przedsiębiorstwa domagają się najlepszych rozwiązań swoich problemów, bez względu na to, w jakim środowisku pracują i jaki producent je oferuje. Osiągnęliśmy obecnie przełomowy punkt w korporacyjnym IT, w którym podstawy stosu technologicznego upodabniają się do kanalizacji, okablowania lub fundamentów domu: po prostu są zapewnione.

Kiedy powstaje dom, jakość materiałów wybranych przez budowniczych oraz sposób konstrukcji mają wpływ na ostateczną jakość budynku, nawet jeśli większość jest niewidoczna dla właściciela domu. To samo dotyczy technologii. Mało kto dba o to, co znajduje się za ścianami korporacyjnego działu IT. Użytkownikom korporacyjnym, bez względu na rolę, zależy natomiast na tym, żeby stos technologiczny spełniał ich potrzeby, był stabilny i dobrze zabezpieczony oraz mógł skalować się w miarę rosnących potrzeb.

Przykładem mogą być rozwiązania, jakie Red Hat wprowadził jeszcze przed erą chmury, kiedy pisane na zamówienie Uniksy zarządzały beżowymi skrzynkami mieszczącymi serwery warte miliony dolarów. Red Hat Enterprise Linux zakończył dominację skomplikowanych, kosztownych i niestandardowych systemów operacyjnych i stanął w szranki z popularnym, ale zamkniętym systemem Windows Server, zapewniając wspólną platformę dla serwerowego świata. Stworzyło to korzystne warunki dla rozwoju innowacji sprzętowych, a jednocześnie zachowało stabilność na poziomie systemu operacyjnego (wywierając rzeczywisty wpływ na systemy o znaczeniu krytycznym). Red Hat Enterprise Linux stał się wspólnym standardem dla ekosystemu producentów sprzętu i oprogramowania, a także twórców aplikacji komercyjnych i korporacyjnych, umożliwiając im budowanie aplikacji oraz rozwiązań z opcją wdrożenia w każdym z czterech środowisk.

Dziś mamy do czynienia z podobnym scenariuszem – rosnąca popularność usług chmury publicznej narzuca tempo innowacji, które znacznie przekracza zdolność przedsiębiorstw do ich konsumowania. W połączeniu z tradycyjnym sprzętem, rozległymi systemami wirtualnymi oraz istniejącymi chmurami prywatnymi stawia to organizacje przed pozornie dwubiegunowym wyborem: spisać na straty miliony, jeśli nie miliardy dolarów zainwestowanych w IT, albo pozostać w chmurach pyłu za rozpędzoną lokomotywą innowacji.

Red Hat zamierza dostarczyć wspólną platformę, która zapewni stabilną, spójną i niezawodną infrastrukturę rozciągającą się między czterema środowiskami IT, bez względu na bazowy sprzęt, usługi lub dostawcę. Zapewni to konsekwencję i abstrakcję, pozwalając zespołom IT skupić się na wprowadzaniu innowacji, a nie na desperackich próbach zintegrowania tradycyjnych technologii z błyskawicznie zyskującymi na popularności usługami chmurowymi. Platformą tą jest Kubernetes; a konkretnie Red Hat OpenShift.

Jedna platforma do transformacji cyfrowej

Wiele dyskusji na temat wyłaniających się technologii, w tym chmur każdej wielkości, obraca się wokół jednego motywu: transformacji cyfrowej. Organizacje chcą wdrażać nowe technologie, takie jak kontenery linuksowe, mikrousługi, sztuczna inteligencja czy uczenie maszynowe oraz chmura hybrydowa, aby prześcignąć konkurentów, wejść na nowe rynki i spełnić ewoluujące wymagania klientów. Ale połączenie nowych usług chmurowych z istniejącymi inwestycjami IT nie jest tak proste, jak mogłoby się wydawać.

Red Hat OpenShift Container Platform, jako rozwiązanie bazujące na Kubernetesie, już teraz pełni rolę mostu łączącego stary świat systemów fizycznych i wirtualizacji z nową rzeczywistością chmur prywatnych i publicznych. W rezultacie Red Hat OpenShift oferuje prostą drogę do chmury hybrydowej, i dalej do transformacji cyfrowej… ale to dopiero początek.

Po przejęciu CoreOS w styczniu 2018 r. Red Hat dodaje do OpenShift zautomatyzowane operacje, bazujące na podobnej funkcji z CoreOS Tectonic. Dzięki temu wykonywanie Kubernetesa w skali chmurowej jest tak łatwe, jak naciśnięcie przycisku, ponieważ wszystkie żmudne, ręczne czynności związane z aktualizowaniem i modernizowaniem klastrów OpenShift zostają zastąpione zautomatyzowanym procesem w samym OpenShift.

W automatyzacji Kubernetesa na platformie OpenShift Red Hat idzie zresztą o krok dalej, dodając Operator Framework do Red Hat OpenShift. Niedawno rozpoczęty projekt open source oparty na koncepcji Operatorów CoreOS dodaje automatyzację do usługi i aplikacji działających w OpenShift. Niezależni producenci oprogramowania (ISV) mogą przenosić swoje aplikacje na platformę Red Hat OpenShift szybciej i w bardziej konsekwentny sposób, a także oferować je w dowolnej infrastrukturze chmurowej, w której działa Red Hat OpenShift. A pierwsze reakcje ISV są niezwykle pozytywne.

Podczas tegorocznej konferencji Red Hat ogłosił również plany dotyczące Container Linux – popularnego, lekkiego kontenerowego systemu operacyjnego stworzonego przez CoreOS. Społeczność Container Linux działa dalej i ma się świetnie. Możliwości systemu Container Linux zostaną wykorzystane w szerszym ekosystemie Red Hat, a w przyszłości pomogą stworzyć fundament niezmiennej wersji Red Hat OpenShift jako Red Hat CoreOS.

Chmury hybrydowe, usługi hybrydowe

Chmura hybrydowa nie jest i nigdy nie będzie ekosystemem jednego producenta. To właśnie różnorodny zbiór technologii i usług składających się na chmurę hybrydową zapewnia tak duże możliwości korporacyjnym działom IT, ale różnorodność ta sprawia, że integracja i współpraca między partnerami ma kluczowe znaczenie dla dostarczania działających rozwiązań. Dlatego Red Hat od dawna utrzymuje rozbudowaną sieć partnerską, która pomaga w popularyzowaniu chmury hybrydowej, a dziś dodajemy nowe integracje z kluczowymi partnerami, dzięki którym chmura hybrydowa stanie się faktycznym standardem nowoczesnego środowiska IT.

Rozszerzając istniejącą współpracę z IBM, Red Hat planuje zaoferować chmurę hybrydową klientom IBM na całym świecie, przy czym jej centralnym elementem będzie Red Hat OpenShift Container Platform. W ramach tej poszerzonej współpracy oprogramowanie IBM będzie oferowane w postaci certyfikowanych kontenerów Red Hat w OpenShift, rozwiązanie IBM Private Cloud zostanie zintegrowane z możliwościami Red Hat OpenShift Container Platform, a platforma Red Hat OpenShift będzie dostępna w publicznej chmurze IBM. Mówiąc prosto, otwiera to drogę do chmury hybrydowej niezliczonym przedsiębiorstwom i pozwala korzystać z niej ze wsparciem klasy korporacyjnej. Firma rozwija też relacje z Microsoftem, uruchamiając pierwszą wspólnie zarządzaną usługę Red Hat OpenShift w chmurze publicznej: Red Hat OpenShift on Azure. Dzięki tej usłudze przedsiębiorstwa mogą uruchamiać zarówno kontenery Windows, jak i kontenery Red Hat Enterprise Linux na jednej, wspólnej platformie i łatwo przenosić natywne aplikacje chmurowe w obrębie chmury hybrydowej.

Wszystkie te godne uwagi wydarzenia, niezależnie od partnera, mają jeden wspólny motyw: Red Hat OpenShift Container Platform. Red Hat dostarcza wspólną platformę, która obejmuje chmurę hybrydową i usługi hybrydowe, pozwalając przedsiębiorstwom budować aplikacje, których potrzebują, z takimi usługami i komponentami, jakich potrzebują, bez względu na to, gdzie znajdują się niezbędne narzędzia i gdzie ostatecznie będzie działać aplikacja. To przyszłość, którą może zapewnić OpenShift; przyszłość, w której środowisko, chmura, a nawet narzędzia deweloperskie nie mają znaczenia – wszystko to po prostu jest.

Nowe technologie i nowoczesne narzędzia administracyjne do ich nadzorowania

Chmura hybrydowa jest zbudowana z technologii, takich jak kontenery linuksowe i Kubernetes, które jeszcze kilka lat temu uważano za „zbyt innowacyjne” z perspektywy korporacyjnych obciążeń roboczych. Obecnie obserwujemy nową falę wyłaniających się technologii, które prawdopodobnie będą siłą napędową kolejnej iteracji hybrydowych środowisk IT, w tym technologie bezserwerowe, trend, któremu zamierzamy poświęcić uwagę w nadchodzących dniach.

Technologie bezserwerowe wpisują się w szerszy ruch w kierunku abstrakcji korporacyjnego IT. Pozwalają one deweloperom pisać funkcje, które działają wtedy, kiedy są potrzebne, i tylko tak długo, jak długo są potrzebne, a następnie znikają. Nikt nie dba o to, co dzieje się za ścianami korporacyjnego działu IT, a technologie bezserwerowe są tego najlepszym przykładem; właśnie ten trend sprawia, że otwarta chmura hybrydowa i wspólna platforma operacyjna mają tak ogromne znaczenie w dzisiejszych czasach.

Jednak nawet przy całej tej abstrakcji opartej na wysokim poziomie standaryzacji nadal musimy zarządzać tymi technologiami, a co najważniejsze, wyeliminować złożoność. Chmura hybrydowa wymaga hybrydowego podejścia do zarządzania, ale tradycyjne platformy zarządzania chmurą (Cloud Management Platforms, CMP) są często słabo przystosowane do współczesnych środowisk hybrydowych, które wymagają przenośności i elastyczności. Właśnie dlatego w nadchodzących miesiącach będziemy więcej mówić o tym, jak rozwijamy rozwiązania administracyjne Red Hat, aby lepiej spełnić potrzeby nowoczesnych przedsiębiorstw w przyszłości zdominowanej przez chmurę.

Liczy się IT, a nie typ środowiska

Dużo mówi się o technologiach, środowiskach i wspólnym stosie technologii, ale najważniejsze jest to, co ma znaczenie dla organizacji. Organizacjom zależy, żeby podstawowe usługi i aplikacje po prostu działały, bez względu na to, gdzie się znajdują i kto je zbudował. Właśnie to definiuje infrastrukturę: usługi, a nie technologie. Przyszłością jest infrastruktura definiowana przez usługi, w której przedsiębiorstwa po prostu konsumują usługi z abstrakcyjnej i zautomatyzowanej platformy Kubernetes działającej w oparciu o standardowe oprogramowanie i standardowy sprzęt (w systemie lokalnym albo w chmurze).

Chcąc rozwinąć tę koncepcję, Red Hat zamierza wprowadzić technologie, które zacierają granicę między infrastrukturą a usługami, czego pierwszym zwiastunem była premiera kontenerowej pamięci masowej w 2017 r., a kontynuacją jest kontenerowa wirtualizacja. Red Hat obserwuje duże zainteresowanie kontenerową pamięcią masową, a teraz również kontenerową wirtualizacją, stara się doprowadzić tworzenie aplikacji wirtualnych do tego samego poziomu, co tworzenie natywnych aplikacji kontenerowych, usuwa bariery dzielące deweloperów i umożliwia korporacyjnym zespołom IT wprowadzenie jednego procesu budowania krytycznych aplikacji, bez względu na to, czy bazują one na kontenerach, czy na maszynach wirtualnych. Bo liczą się aplikacje i usługi, a nie sposób, w jaki są dostarczane.

Autor: Paul Cormier, szef Działu Produktów i Technologii, Red Hat

Masterlease uruchomiło pod Poznaniem punkt sprzedaży samochodów pokontraktowych

  • W podpoznańskich Komornikach Grupa Masterlease otworzyła kolejny punkt sprzedaży samochodów pokontraktowych sieci Master1.pl
  • Klienci mogą wybierać spośród kilkudziesięciu samochodów używanych różnych marek: od małych, miejskich aut do samochodów z segmentu Premium oraz niewielkich aut dostawczych
  • Klienci leasingowi Grupy Masterlease będą mogli korzystać z wielkopolskiego punktu sieci Master1.pl jako miejsca zwrotu pojazdów po zakończonym kontrakcie.

Na początku maja w Komornikach pod Poznaniem został otwarty kolejny punkt sprzedaży samochodów pokontraktowych sieci Master1.pl – platformy sprzedaży samochodów należącej do Grupy Masterlease, jednej z największych  firm zarządzania flotami w Polsce. Jest to już siódmy salon Master1.pl w Polsce. Pozostałe są zlokalizowane w Warszawie, Krakowie, Gdańsku, Katowicach oraz Rzeszowie.

– Wielkopolska to atrakcyjny pod wieloma względami region i od dawna zależało nam na otwarciu tu naszego punktu sprzedaży. Tym bardziej, że oprócz oferty samochodów używanych, będzie on również stanowił punkt zwrotu pojazdów po zakończonych kontraktach. Brakowało nam takiego punktu w zachodniej części Polski – mówi Grzegorz Grodecki Dyrektor Zarządzający Master1.pl

Na placu w Komornikach zgromadzono kilkadziesiąt samochodów pokontraktowych różnych marek. Są wśród nich auta typowo miejskie, dostawcze oraz z segmentu Premium. Klienci mogą obejrzeć każdy model, sprawdzić jego możliwości podczas jazy testowej oraz dokonać zakupu w różnych formach finansowania.

Przewagą sieci Master1.pl nad typowymi komisami samochodowymi są nie tylko pojazdy pokontraktowe z polskich salonów z rzetelną historią napraw i przeglądów, ale również różne sposoby finansowania, które oferujemy. Klient może korzystać z wybranego przez siebie modelu auta w formie coraz popularniejszego w Polsce abonamentu czy leasingu albo kupić go za gotówkę lub na kredyt.– dodaje Grzegorz Grodecki z Master1.pl

Samochód pokontraktowy – co to oznacza?

Auta pokontraktowe wcześniej były używane przez inne firmy w ramach kontraktów flotowych oraz klientów indywidualnych. Leasingodawcą aut pokontraktowych oferowanych przez Master1.pl był Masterlease. Są one tańsze od nowych i pewniejsze od komisowych. Pojazdy te to najczęściej modele 3-4 letnie, ponieważ właśnie na tyle średnio opiewają umowy leasingowe. Pochodzą z polskich salonów i były profesjonalnie zarządzane przez wyspecjalizowanego operatora – firmę leasingową, która dysponuje historią serwisowania tych aut, pełną wiedzą na temat ich stanu technicznego oraz przebiegu. Samochody zarówno w trakcie, jak i po zakończonych kontraktach są dokładnie sprawdzane i dokonywane są w nich niezbędne naprawy.

5. niespodziewanych efektów RODO. Jest się czego obawiać?

Od ratyfikacji rozporządzenia Unii Europejskiej o ochronie danych osobowych, miną w maju 24 miesiące. Z ich upływem nowe, kontrowersyjne prawo wejdzie w życie. Czy firmy faktycznie mają się czego obawiać? Część przedsiębiorców studzi emocje.

Dwa lata po wejściu na europejski rynek, Verve, właściciel nowatorskiej platformy mobilnego marketingu postanowił wycofać ją ze Starego Kontynentu. Wszystko przez RODO – Uznaliśmy, że środowisko regulacyjne nie sprzyja naszemu modelowi biznesowemu. Postanowiliśmy więc skupić się na wzmocnieniu naszej działalności na terenie Stanów Zjednoczonych – ogłosiła Julie Bernard, CMO w Verve. Tymczasem inni przedstawiciele branży podeszli do sprawy bardziej zachowawczo, zlecając audyty swoich usług, inwestując w specjalistyczne oprogramowanie i dostosowując wewnętrzne procedury do nowych przepisów. Czego możemy się po nich spodziewać? Przedstawiamy 5 nieoczywistych scenariuszy:

  1. Słone kary? Niekoniecznie.

Najwięcej obaw przedsiębiorców wywołują słone kary za niespełnienie wymagań RODO. Na zachodzie przewiduje się, że w początkowym okresie obowiązywania RODO, instytucje odpowiedzialne za ochronę danych osobowych traktować będą uchybienia w implementacji nowych przepisów z przymrużeniem oka. Nie znaczy to, że wszystkie niedociągnięcia ujdą płazem. Niemniej, w pierwszych miesiącach raczej nie posypią się najwyższe grzywny, a te —  warto przypomnieć —  mogą być na tyle bolesne, że w skrajnych przypadkach prowadzenie dalszej działalności gospodarczej przez ukarany podmiot będzie niemożliwe. Maksymalna kara finansowa, o którą mogą się pokusić urzędnicy to 4 proc. globalnego, rocznego obrotu przedsiębiorstwa lub 20 milionów euro, w zależności od tego, która z tych wartości jest wyższa. Firmy działające w Polsce mogą żywić nadzieję, że GIODO zachowa się jak jego brytyjski odpowiednik. — Sugestie, że będziemy chcieli zrobić przykład z organizacji, które dopuszczają się drobnych naruszeń lub, że maksymalne grzywny staną się normą, to nic innego, jak sianie paniki. Zawsze woleliśmy marchewkę od kija —przekonuje Information Commissioner’s Office. Takie stanowisko wydaje się racjonalne, należy jednak wziąć poprawkę na to, że angielski aparat państwowy słynie z przyjaznego nastawienia do biznesu — zarówno firmy z sektora MŚP, jak i międzynarodowych korporacji. Polska tymczasem ma odwrotną renomę.  — Zarówno prawo gospodarcze, w dużym stopniu będące spuścizną po poprzednim ustroju, jak i same urzędy, uważa się za raczej wrogo usposobione względem przedsiębiorców. Pozostaje nadzieja, że w przypadku RODO nasi urzędnicy zachowają się z klasą, a nowe przepisy nie staną się w ich rękach narzędziem do realizowania brudnych interesów — mówi Krzysztof Bryzek, właściciel ATET, jednej z wiodących firm na polskim rynku tłumaczeń.

  1. RODO narzędziem szantażu?

O tym, że cyberprzestępcy słyną z kreatywności wiadomo nie od dziś. Unijna dyrektywa sprzyja wyłudzeniom. Eksperci w dziedzinie cyberbezpieczeństwa przewidują, że crackerzy kraść będą gromadzone przez firmy dane osobowe, by następnie je szantażować. Wciąż nie wiadomo, jakie grzywny stojące na straży RODO instytucje przewidują za wyciek danych osobowych. Nie zmienia to faktu, że przestępcy mogą szacować możliwą wysokość kary i żądać stosunkowo niższego okupu. Z pewnością nie zabraknie przedsiębiorstw, które zapłacą, byle tylko zamieść sprawę pod dywan.

  1. Incydenty z pechowym dostawcą

RODO dla firm to przede wszystkim zmiany. Jedna z największych dotyczy sposobu zarządzania zewnętrznymi dostawcami i partnerami. Nowe prawo odpowiedzialnością za ewentualne naruszenia obarcza zarówno podmiot kontrolujący dane, jak i odpowiedzialny za ich przechowywanie. Innymi słowy, w razie problemu, gromy posypią się jednocześnie na dostawcę chmury obliczeniowej i firmę z niej korzystającą, a to tylko wierzchołek góry lodowej. Łańcuchy dostaw we współczesnych organizacjach są złożonymi sieciami współzależności. Zmapowanie ich i zabezpieczenie to często arcytrudne zadanie. Co zrobić, by zabezpieczyć się przed konsekwencjami płynącymi z uchybień po stronie dostawcy? Zdaniem Piotra Rojka z DSR, firmy dostarczającej zaawansowane rozwiązania IT dla przemysłu, rozwiązanie jest dość proste, a zarazem wymagające od przedsiębiorstw wprowadzenia radykalnych i kosztownych zmian. — Rozwój chmury obliczeniowej sprawił, że oprogramowanie w modelu SaaS cieszy się dziś ogromną popularnością. Dotychczas głównymi kryteriami doboru dostawcy były cena i bezpieczeństwo. Dla rozwiązań przetwarzających dane klientów, w tym m.in.  systemów CRM, takie wytyczne są już niewystarczające. By uniknąć problemów należy dopilnować, by zewnętrzna infrastruktura, z której korzysta oprogramowanie, nie znajdowała się w kraju będącym poza Unią Europejską, gdzie prawo ochrony danych jest znacznie lżejsze. Powinniśmy dążyć do tego, by nasi kontrahenci i dostawcy podlegali tym samym regulacjom — wyjaśnia Rojek.

  1. Niebezpieczeństwo półprawdy

Nick Ismail, dziennikarz portalu Information Aga, zwraca uwagę, że pomimo wysokich kar oraz widma utraty reputacji i płynności w świadczeniu usług, nie wszystkie firmy zdecydują się na pełną synchronizację z nowymi przepisami. Niektóre dołożą wszelkich starań, by ukryć to, że świadomie łamią prawo. Na taki stan rzeczy może mieć wpływ zdefiniowana przez przepisy rola DPO (Data Protection Officer), niezależnego eksperta ds. zgodności działającego wewnątrz organizacji. To prosta droga do powstania kultury „my kontra oni”, będącej doskonałym środowiskiem do tuszowania wykroczeń. Na dłuższą metę prowadzenie takiej polityki z pewnością ściągnie na firmę tragiczne konsekwencje. Z drugiej strony, możemy spodziewać się sytuacji, w których przedsiębiorstwa nie będą przedstawiać całej prawdy o incydentach i to nie z powodu złej woli, lecz braku wystarczających informacji i narzędzi stanowiących kontrolę nad przetwarzanymi danymi osobowymi. Dlatego monitoring sieci, zaawansowane narzędzia do wykrywania naruszeń oraz plany reagowania na sytuacje kryzysowe są niezbędne do właściwego funkcjonowania organizacji w dobie RODO. Warto tu dodać, że według regulacji unijnej, gdy dojdzie do kradzieży danych, podmiot nimi zarządzający ma 72 godziny na zgłoszenie incydentu odpowiednim organom. Większy wgląd w przepływ danych jest więc koniecznością. — Problem w tym, że z racji na ogrom rozlokowanych w różnych źródłach cyfrowych informacji będących w posiadaniu firm i organizacji, ręczny nadzór nad danymi i filtrowanie ich pod kątem tego czy zawierają dane personalne czy nie jest niemal niemożliwy. Oczywiście można podjąć się jego próby, ale z pewnością będzie ona bardzo kosztowna i wymagająca zaangażowania dużych zasobów ludzkich. Alternatywą może być “zatrudnienie” wirtualnego doradcy Data Protection Officera, w postaci inteligentnego narzędzia skanującego cały cyfrowy dobytek firmy i rozumiejącego kontekst w jakim zastosowano poszczególne frazy, precyzyjnie wychwytując rekordy zawierające personalia. Zarówno w dokumentach, skanach i mailach, jak i plikach audio czy graficznych — tłumaczy Jacek Grzyb z teamLeaders, firmy dostarczającej rozwiązania kognitywne.

  1. RODO to dopiero początek

    W cyfrowej gospodarce dane odgrywają główną rolę. Niektórzy nazywają je nową ropą, inni — nową ziemią. Nie ulega wątpliwości, że są one wartościowym towarem, o który firmy biją się nieustannie. Tymczasem, rynek danych uległ centralizacji, a korzyści z ich monetyzacji czerpią przede wszystkim najwięksi gracze. Taki stan rzeczy na całym świecie budzi coraz większy sprzeciw. Bardziej świadoma część społeczeństwa domaga się większej kontroli nad własnymi danymi oraz udziału w zyskach z ich monetyzacji. Pod tymi postulatami podpisuje się coraz prężniej działający ruch #OwnYourData, skupiony wokół środowisk blockchainowych. Trwają również intensywne prace nad rozwojem technologii mających odmienić sposób wymiany danych w internecie. — Mamy tu do czynienia z gigantycznym rynkiem, na którym to my, zwyczajni ludzie, jesteśmy towarem. Tak być nie powinno. Dane są walutą cyfrowej gospodarki, od tego nie uciekniemy, jednak ta waluta może pracować na naszą korzyść. Pozbawiając firmy zdolności do samowolnej monetyzacji wprowadzamy porządek do internetu. Dzika monetyzacja danych, z którą boryka się współczesny internet, to przede wszystkim problem natury technologicznej i nie można rozwiązać go inaczej, niż za pomocą technologii — mówi Krzysztof Gagacki, twórca IOVO. Opracowana przez niego uniwersalna, zdecentralizowana baza danych, oparta o nowej generacji blockchain, umożliwia internautom bezpieczne gromadzenie cyfrowych informacji oraz ich dobrowolną monetyzację. Po wejściu w życie RODO, rozwiązania decentralizujące rynek danych zyskiwać będą na popularności. Niektórzy futuryści przewidują, że w przyszłości, za ich sprawą, internauci będą w stanie generować bezwarunkowy dochód podstawowy.

Fundusz AgriTech Hub zainwestował 1,5 mln w startup Plantalux

AgriTech Hub – Fundusz Venture Capital, który wspiera w rozwoju innowacyjne projekty z sektora rolno-spożywczego dokonał inwestycji w spółkę specjalizującą się w nowoczesnym i inteligentnym oświetleniu w technologii LED COB – Plantalux. Spółka otrzymała finansowanie na poziomie 1,5 mln złotych, z możliwością zwiększenia zaangażowania do 3 milionów.

Środki, które zostały pozyskane przez startup zostaną przeznaczone na prowadzenie prac badawczych i rozwojowych. Posłużą one przygotowaniu autorskiej lampy typu LED COB, bazującej na autorskim źródle światła. Dodatkowo, pieniądze z inwestycji zostaną rozdysponowane na potrzeby prac nad optymalizacją wykorzystania nowego typu oświetlenia dla najbardziej popularnych upraw szklarniowych w kraju.

Pierwsze testy prototypu zostaną przeprowadzone na przestrzeni najbliższych kilku miesięcy. Zgodnie z planami, nowe lampy mają rozpocząć doświetlanie upraw już jesienią 2019 roku. Inwestycja została przeprowadzona w ramach działania BRIdge Alfa, współfinansowanego przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju.

Lampy LED COB Plantalux doskonale wpisują się w dynamiczny rozwój rynku upraw indoorowych i doświetlanych. Według przeprowadzonych przez nas rozmów z właścicielami szklarni, w przeciągu dwóch lat minimum 100 hektarów upraw w Polsce zostanie doposażonych w systemy doświetlania. Przyjęta przez Plantalux ścieżka rozwoju, która zakłada intensywne prace badawczo-rozwojowe nad nowymi produktami, w połączeniu z obiektywną weryfikacją efektów ze strony instytutów naukowych w tym np. Instytut Hodowli Roślin w Strzelcach oraz technologów upraw referencyjnych obiektów szklarniowych w Polsce, jest tożsama z naszym podejściem do rozwoju innowacyjnych produktów – komentuje Bartosz Podhorodecki, Menadżer Inwestycyjny AgriTech Hub.

Niezmiernie cieszy nas fakt, że eksperci AgriTech Hub docenili innowacyjność oraz potencjał rozwoju naszej marki. Produkty Plantalux pozwolą wzmocnić konkurencyjną pozycję polskich przedsiębiorstw zajmujących się produkcją szklarniową, dzięki wykorzystaniu efektywnych energetycznie lamp. Koszt energii elektrycznej u naszych zachodnich sąsiadów był ograniczeniem dla rozwoju doświetlanych upraw szklarniowych, jednak dzięki naszym lampom, które trzykrotnie zwiększają wydajność energetyczną, arsenał doświetlanych upraw może się istotnie zwiększyć. Jesteśmy zdeterminowani do intensywnej pracy z przyszłymi odbiorcami naszych produktów, aby dostarczyć efekt spełniający ich najwyższe oczekiwania. Dzięki nawiązaniu współpracy z AgriTech Hub uzyskaliśmy kompetentnego partnera, który istotnie wspiera nas w działalności operacyjnej i strategicznej – dodaje Jakub Lachowski, Prezes Plantalux.

Rok kolejnych rekordów na rynku magazynowym przed nami

Rynek magazynowy pozostaje w bardzo dobrej kondycji. Po stronie popytu mamy po raz trzeci z kolei rekordowe otwarcie roku. Od stycznia do końca marca 2018 r. wynajętych zostało 1,16 mln mkw. nowoczesnej powierzchni magazynowej, o 20% więcej niż w I kw. 2017 r. Deweloperzy oddali do użytku 314 tys. mkw., ale w budowie pozostaje blisko 2 mln mkw. powierzchni. Niska skłonność deweloperów do realizacji inwestycji typowo spekulacyjnych skutkuje niskim współczynnikiem powierzchni niewynajętej, który na koniec marca br. wyniósł 4,2% – wynika z raportu podsumowującego I kw. 2018 r. przygotowanego przez ekspertów AXI IMMO.  

POPYT

Kolejna bariera pierwszego kwartału została przekroczona. Wynajętych zostało 1,16 mln mkw. nowoczesnej powierzchni magazynowej, z czego nowe umowy najmu i ekspansje stanowiły 70%. Wynik ten jest lepszy o 20% w porównaniu z analogicznym okresem roku ubiegłego. W przeciągu zaledwie 3 lat popyt w I kwartale urósł o 86%.

W okresie od stycznia do końca marca br. najwięcej nowych umów najmu podpisanych zostało w regionie Polski Centralnej, gdzie łącznie wynajętych zostało 236 tys. mkw., z czego blisko 94% to nowe umowy najmu. Na drugim miejscu znalazł się region Warszawy z ponad 200 tys. mkw., następnie Wrocław z 172 tys. mkw.  W Polsce Centralnej na wysoki wynik otwarcia roku miała wpływ transakcja Leroy Merlin na 124 tys. mkw. Największy udział przedłużeń w strukturze najmów miał miejsce we Wrocławiu i Poznaniu.

Anna Głowacz, Dyrektor Działu Industrial w AXI IMMO
Anna Głowacz, Dyrektor Działu Industrial w AXI IMMO

Warto też zwrócić uwagę na dalszy rozwój nowych lokalizacji magazynowych w Polsce Wschodniej oraz Polsce Zachodniej. Poprawa infrastruktury, zwłaszcza budowa kolejnych odcinków dróg ekspresowych S8 i S7 w połączeniu z relatywnie większą dostępnością kadr wpływa na wzmożone zainteresowanie inwestorów nowymi lokalizacjami w woj. warmińsko-mazurskim i podlaskim – komentuje Anna Głowacz, Dyrektor Działu Industrial w AXI IMMO.

W strukturze popytu pozycję dominującą zachowały firmy logistyczne (32%), sieci handlowe (21%) i e-commerce (19%). Są to trzy główne siły napędowe popytu, których wzrosty są bezpośrednio związane z wysokim poziomem konsumpcji w Polsce i Europie oraz zmianami w modelach sprzedaży i nową organizacją łańcuchów dostaw.

PODAŻ

Całkowita podaż nowoczesnej powierzchni magazynowej na koniec I kw. 2018 r. wyniosła blisko 13,9 mln mkw., do końca 2018 przekroczy poziom 15 mln mkw. Od stycznia do końca marca br. oddanych zostało 314 tys. mkw., o 34% mniej niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. Głównie ze względu na przerwy w budowie związane z niskimi temperaturami w zimie. Najwięcej powierzchni dostarczono w regionie Polski Centralnej ponad 150 tys. mkw., następnie w okolicach Warszawy 40 tys. mkw. i po 32 tys. mkw. na Górnym Śląsku, w Szczecinie i Polsce Zachodniej.

Natomiast w budowie jest imponująca liczba 1,98 mln mkw. Jest to efekt wysokiego popytu z ostatnich dwóch kwartałów, w tym podpisania umów na realizację dużych, powyżej 100 tys. mkw. inwestycji BTS dla sektora e-commerce i sieci handlowych. Aktualnie największym placem budowy jest region Polski Centralnej, gdzie powstaje 462 tys. mkw., na drugim miejscu jest Górny Śląsk (386 tys. mkw.), następnie Warszawa (258 tys. mkw.).

Z blisko 2 mln mkw. 25% stanowi powierzchnia spekulacyjna. Należy jednak zaznaczyć, że w większości przypadków powierzchnia nie zabezpieczona umową najmu stanowi komponent inwestycji, która w 30- 40% jest już wynajęta przed rozpoczęciem budowy. Deweloperzy intensywnie pracują nad nowymi projektami, jednak skłonność do podejmowania ryzyka związanego w 100% ze spekulacyjnymi projektami jest ograniczona – dodaje Anna Głowacz z AXI IMMO.

POZIOM PUSTOSTANÓW

Średni współczynnik powierzchni niewynajętej na koniec marca br. spadł do poziomu 4,2%, jednak na wybranych, dużych rynkach wzrósł. Niska dostępność lub brak powierzchni gotowej od zaraz występuje w nowych lokalizacjach i na młodych rynkach, gdzie nie buduje się spekulacyjnie. Najwyższy współczynnik powierzchni niewynajętej utrzymuje się w regionie Poznania (7,5%) i w Krakowie (7,3%). Delikatny wzrost dostępności dotyczy istniejących obiektów, z których relokują się najemcy do nowo powstałych magazynów.

STAWKI CZYNSZÓW

Ze względu na wyższe koszty inwestycji stawki czynszów utrzymują trend wzrostowy w większości lokalizacji. Pomimo wzrostu czynszów bazowych, nadal najniższe stawki efektywne deweloperzy oferują w okolicach Warszawy od 1,9 euro/mkw. Tendencję wzrostową wyraźnie widać we Wrocławiu i na Górnym Śląsku. Stabilnie stawki utrzymują się w Polsce Centralnej.

PROGNOZY

Rynek jest w szczytowej formie, bardzo dobre wskaźniki makroekonomiczne pozwalają stawiać optymistyczne prognozy dla rynku magazynowego na dalszą cześć roku. Jeśli wskaźniki popytu i tempo rozwoju nowych inwestycji pozostaną na przybliżonych poziomach, możemy spodziewać się pobicia ubiegłorocznego rekordu 3 mln mkw. wynajętych w ciągu 12 miesięcy.

Ten rok przyniesie również większą aktywność deweloperów w segmencie magazynów miejskich (Small Business Units). Jest to odpowiedź na zapotrzebowanie najemców, którzy pracują nad wzrostem efektywności i skróceniem do minimum czasów dostaw do klienta końcowego.

Niska dostępność pracowników w głównych hubach logistycznych będzie powodowała, że duże inwestycje e-commerce i produkcyjne będą lokowały się we wschodniej części kraju, gdzie dostępność kadr jest wyższa, a infrastruktura coraz lepsza. Duże rynki dalej będą się rozwijać, dzięki efektowi skali i ilości biznesów już obecnych w regionie.

Silny dolar znów szkodzi złotemu

Polski złoty zakończył wczorajszy dzień osłabieniem w relacji do głównych walut. Złoty dołączył do innych walut rynków wschodzących, które traciły z uwagi na siłę amerykańskiej waluty. Dolar umacniał się, zyskując na wzroście rentowności amerykańskich papierów dłużnych.

Złotemu nie pomogły nawet dobre dane o wzroście gospodarczym, który zgodnie ze wstępnym szacunkiem GUS przyspieszył z 4,9% w ostatnim kwartale poprzedniego roku (odczyt zaktualizowano w dół z 5,1%) do 5,1% rocznie w pierwszych miesiącach bieżącego roku.

Kluczowym, krajowym wydarzeniem dzisiaj będzie konferencja RPP. Oprócz tego, warto będzie zwrócić uwagę na dzisiejszy krajowy odczyt inflacji bazowej w kwietniu, który opublikuje NBP.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN we wtorek umocnił się o 0,7%, wahając się w widełkach 4,27-4,30. W relacji do głównych walut euro było stosunkowo słabe, poddając się sile dolara amerykańskiego.

Wczorajsze dane z europejskich gospodarek były dość mieszane, w ujęciu ogólnym nieco gorsze od oczekiwań. Nie miało to jednak większego znaczenia, euro – podobnie jak złoty – traciło przede wszystkim z uwagi na siłę dolara amerykańskiego. Dzisiejsza, kluczowa publikacja – rewizja danych inflacyjnych – nie przyniosła zmian szacunków dynamiki cen. Inflacja w strefie euro wyniosła w kwietniu 1,2%, inflacja bazowa, z kolei marne 0,7% w ujęciu rocznym.

Dzisiejszy dzień będzie obfitował w wypowiedzi członków EBC. Największą uwagę prawdopodobnie przykuje pierwsze z nich, przemawiać bowiem ma prezes EBC, Mario Draghi.

GBP

Kurs GBP/PLN  we wtorek umocnił się o 0,9%, wahając się w widełkach 4,85-4,91. Brytyjska waluta zakończyła wczorajszy dzień na lekkim minusie w relacji do koszyka walut (również z uwagi przede wszystkim na umocnienie dolara amerykańskiego). GBP reagował przede wszystkim na informacje z zewnątrz i zachowanie pozostałych głównych walut.

USD

Kurs USD/PLN we wtorek umocnił się o 1,3%, wahając się w widełkach 3,58-3,64. Dolar amerykański zakończył wczorajszy dzień umocnieniem w relacji do głównych walut, jak i walut rynków wschodzących. Waluta umacniała się, podążając za wzrostem rentowności amerykańskich papierów dłużnych.

Rentowności 10-letnich obligacji rządu USA ponownie przekroczyły psychologiczny poziom 3%, na moment dobijając do 3,09%. Tym samym wzbiły się do najwyższego poziomu od 2011 r. Wzrósł również spread między rentownościami obligacji rządu USA i Niemiec, sprawiając, że inwestowanie w bezpieczne aktywa w USA daje relatywnie większe stopy zwrotu (pomijając ryzyko niekorzystnej zmiany kursu i koszty jego zabezpieczania, co nadal powstrzymuje znaczną część inwestorów zagranicznych).

W kontekście wczorajszego dnia warto wspomnieć o danych o sprzedaży detalicznej, które były jednym z katalizatorów przeceny amerykańskich obligacji. Indeks dla USA w kwietniu pokazał wzrost o 0,3% w ujęciu miesięcznym, sugerując, iż pod względem aktywności konsumentów, drugi kwartał może być lepszy od pierwszego. W górę poszły również szacunki za poprzedni miesiąc (z 0,6 do 0,8% w ujęciu miesięcznym).

W dniu dzisiejszym poznamy dane z amerykańskiego rynku nieruchomości, jak i odczyty dynamiki produkcji przemysłowej w kwietniu. Oprócz tego przemawiać będzie również Raphael Bostic z FOMC.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:00 – dane o inflacji bazowej w Polsce
  • 14:00 – przemawia Mario Draghi z EBC
  • 14:30 – przemawia Raphael Bostic z FOMC
  • 14:30 – dane z amerykańskiego rynku nieruchomości w kwietniu
  • 14:30 – przemawia Benoit Coeure z EBC
  • 15:15 – dane o produkcji przemysłowej w USA w kwietniu
  • 16:00 – konferencja prasowa RPP
  • 16:30 – przemawia Peter Praet z EBC

Autor: Roman Ziruk, Ebury

Złoty nie reaguje na decyzję RPP, kurs może dalej spadać

Złoty nie zareagował na dzisiejszą decyzję RPP o pozostawieniu rekordowo niskich stóp procentowych w Polsce. Uwagę inwestorów obecnie absorbuje przede wszystkim sytuacja na amerykańskim długu i umacniający się dolar.

Zgodnie z prognozami Rada Polityki Pieniężnej (RPP) nie zmieniła stóp procentowych, pozostawiając główną z nich na rekordowo niskim poziomie 1,50 proc. To już ponad trzy lata, gdy koszt pieniądza w Polsce nie zmienia się. Ostatni raz do takiej zmiany doszło w marcu 2015 roku, gdy Rada zdecydowała o obniżeniu stopy referencyjnej o 50 punktów bazowych do obecnych 1,50 proc.

Stopy procentowe szybko nie wzrosną. Gołębia postawa RPP, a przede wszystkim wciąż pozostająca poniżej celu inflacja (1,6 proc. wobec 2,5 proc.) sprawiają, że rynek oczekuje pierwszej podwyżki stóp dopiero w ostatnim kwartale 2019 roku. Ten okres być może jeszcze się wydłuży, gdyby w tym czasie pojawiły się jakieś turbulencje w światowej gospodarce, czego po długim okresie prosperity napędzanej bardzo tanim pieniądzem nie można wykluczać.

Decyzja RPP, podobnie jak wczorajsze dane nt. dynamiki polskiego Produktu Krajowego Brutto (PKB) w I kwartale, pozostała bez wpływu na notowania złotego. Takiego wpływu nie powinna też mieć zaplanowana na godzinę 14:00 publikacja raportu o inflacji bazowej w Polsce (prognoza: 0,6 proc. R/R). Wynika to z faktu, że aktualnie uwaga inwestorów przede wszystkim koncentruje się na tematach globalnych. Głównie na najwyższych od 7 lat rentownościach amerykańskiego długu i drożejącym dolarze. To wywołuje strach przed odpływem kapitałów z rynków wschodzących, który to strach dodatkowo wzmacniają problemy Argentyny i Turcji.

Dziś złoty osłabia się do dolara i szwajcarskiego franka, jednocześnie umacniając się do euro, po tym jak we wtorek gwałtownie stracił na wartości do wszystkich tych trzech walut. O godzinie 12:54 kurs USD/PLN rósł o 1,1 gr do 3,6390 zł, CHF/PLN o 1 gr do 3,6335 zł, podczas gdy notowania EUR/PLN spadały o 0,5 gr do 4,29 zł.

Spadek tej ostatniej pary wynikał ze spadku notowań EUR/USD poniżej 1,18 dolara, przy jednoczesnej obronie przez EUR/PLN oporu na poziomie 4,30 zł. Nie jest to jednak tendencja trwała. Najniższe od 5. miesięcy notowania wspólnej waluty do dolara, przy rosnących rentownościach długu USA, coraz większym prawdopodobieństwie aż 4. podwyżek stóp procentowych przez Fed w roku (w sytuacji gdy RPP przez minimum rok stóp nie zmieni) i przy utrzymującym się zaniepokojeniu o rynki wschodzące, będzie tworzyć presję na przecenę złotego. Dlatego jest prawdopodobne, że na koniec tygodnia za euro trzeba będzie zapłacić powyżej 4,30 zł, a pozostałe waluty będą o 2-3 grosze droższe niż obecnie.

Komentarz przygotował: Marcin Kiepas, niezależny analityk

Złoty w odwrocie. Dane z Japonii

Złoty nie pozwala się nudzić osobom obserwującym jego notowania. Japońska gospodarka skurczyła się w poprzednim kwartale. Posiedzenie RPP nie powinno zmienić stóp procentowych.

Kolejny słaby dzień złotego

Polska waluta stała się ostatnio znacznie bardziej zmienna pod kątem wartości. Wczoraj po raz kolejny złoty był w wyraźnym odwrocie. Względem euro stracił 3 grosze docierając do 4,30 zł. Frank tracił nawet 5 groszy do poziomu 3,63 zł, podobnie jak funt, który skończył dzień powyżej 4,90 zł. Dolar po niemal 6 groszach straty dotarł do 3,64 zł. Ruchy te były wynikiem zmiany zainteresowania inwestorów. Ponieważ wycofywali się oni z euro ucierpiały również kraje najsilniej zależne od współpracy ze strefą euro. Funt, frank czy dolar były kierunkami gdzie kapitał uciekał stąd względem tych walut złoty stracił jeszcze mocniej.

Japonia znów pod kreską

Rano poznaliśmy dane z Japonii na temat wzrostu PKB. Wzrost jest tutaj słabym określeniem, gdyż w ciągu ostatniego kwartału gospodarka się skurczyła. W ujęciu rocznym wciąż mamy jednak wzrost. Jest to pierwszy kwartalny spadek od ponad dwóch lat. W większości państw takie dane nie byłyby sukcesem jednakże ostatnimi czasy Japońska gospodarka regularnie pokazuje kwartalne a czasem nawet roczne spadki. Dane nie wywołały większej emocji na rynku mimo, że analitycy przewidywali lepszy odczyt.

Posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej

Dzisiaj odbywa się posiedzenie RPP w sprawie stóp procentowych. Wśród analityków jest pełna zgoda. Na dzisiejszym spotkaniu nie dojdzie do zmian stawek. Nie ma co prawda zgody co do słuszności takiej polityki i wiele osób wskazuje, że powoli należałoby dążyć do podnoszenia stóp procentowych. Powodem jest przyspieszająca, która szczególnie jeżeli utrzyma się tendencja ostatnich miesięcy na ropie naftowej powinna przekroczyć jeszcze w tym roku cel inflacyjny.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – budowy domów,
  • 15:15 – USA – produkcja przemysłowa,
  • 16:30 – USA – tygodniowa zmiana zapasów paliw.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Indie pobiją Chiny w handlu internetowym?

Całkiem prawdopodobne jest, iż w niedługim czasie handel internetowy w Indiach będzie większy niż ten w Chinach (czyli u obecnego lidera). Prognozy te są możliwe do spełnienia pod warunkiem, że Indie znajda receptę na problemy rynkowe. Takie przemyślenia snuje Porter Erisman, autor książki „Six Billion Shoppers”.

„Jeśli chodzi o internetową wymianę towarów to na pierwszy rzut oka Indie mogą w przyszłości stać się nowymi Chinami”, stwierdza Erisman. „Nawet jeśli jednak wzrost sprzedaży internetowej utrzyma się na tak wysokim poziomie to ‘budowanie potęgi’ zajmie Indiom dużo więcej czasu niż Chinom, a wszystko z powodu wielu napięć utrzymujących się na rynku indyjskim: Patrząc na trudności gospodarcze Indii nieco bardziej przyszłościowo, można odnieść wrażenie, iż kłopoty stanowią także okazje dla przedsiębiorców”, dodaje. „Z chwilą gdy wszelkiego rodzaju niedogodności zostaną rozwiązane, z łatwością można wyobrazić sobie internetowy handel, który w Indiach będzie odgrywał dużo ważniejszą rolę niż w samych Chinach.”

Z pewnością, byłaby to bardzo dobra wiadomość dla indyjskiej gospodarki, ponieważ umożliwiłaby ona zwiększenie siły nabywczej u osób, które znajdują się na samym dole ‘piramidy ekonomicznej’, terminu opracowanego przez C.K. Prahalada, wybitnego ekonomistę, ponad dekadę temu. Biliony dochodu netto skupione w rękach ubogiej warstwy społecznej Indii znajdują się bowiem u podstawy konstrukcji. Zwiastuje to zarazem potencjał, który pomijany jest przez wielu managerów czy handlowców. Dzieje się tak, ponieważ rynki zrzeszające osoby o małym majątku  są: albo za małe jeśli chodzi o przychód, albo za drogie patrząc na wydatki.

Jest jednak druga strona medalu, istnieje bowiem ryzyko konfliktu między indyjskim firmami czerpiącymi zysk z handlu internetowego (np. Flipcart) a chińskimi gigantami (np. Alibaba), które będą walczyć o pieniądze osób znajdujących się u podstaw wyżej wspomnianej piramidy. ”Dwie firmy wiodące prym na rynku, Snapdeal i Paytm, są w ścisłym partnerstwie z Alibabą, co niewątpliwie wzmoże napływ chińskich towarów”, trafnie zauważa Erisman. „To doprowadziłoby do licznych napięć, a co gorsze być może do wprowadzenia restrykcji na chińskie produkty szczególnie w czasie gdy prężnie rozwija się „Made in India”. Pozostaje jeszcze kwestia amerykańskiego Amazon, który dobitnie zaznacza się na indyjskim rynku internetowym.

Wciąż jednak dzień, w którym Indie prześcigną Chiny w sprzedaży internetowej  jest raczej odległą niż bliską przyszłością dlatego, że Indie bardzo powoli postępują chociażby z usprawnieniami w infrastrukturze czy z walką z ubóstwem.

Wzrost w górę, inflacja w górę, stopy bez zmian

  • RPP nie zmieni dzisiaj stóp procentowych i utrzyma łagodną retorykę. Przy inflacji CPI poniżej celu NBP (chociaż ponownie w granicach dopuszczalnych odchyleń) i bardzo niskiej inflacji bazowej (szacujemy, że w kwietniu wyniosła 0,6% r/r) przekaz Rady może wskazać na rosnącą skłonność większości jej członków do stabilizacji stóp w długim okresie.
  • Finalne dane o inflacji w strefie euro za kwiecień powinny potwierdzić wstępne szacunki. Niska inflacja w strefie euro może wstrzymać ogłoszenie zakończenia QE przez EBC do lipca.
  • Dane o produkcji przemysłowej w USA za kwiecień (oczekiwany wzrost o 0,6% m/m vs. 0,5% m/m w marcu) powinny mieć podobną wymowę jak wczorajsze wyniki sprzedaży detalicznej, pokazując siłę gospodarki USA.

Przegląd wydarzeń:

Sprzedaż detaliczna w USA w kwietniu spowolniła do 0,3% m/m wobec zrewidowanego w górę wzrostu o 0,8% m/m w marcu (odwrócenie wcześniejszego wzrostu sprzedaży samochodów). Sprzedaż z wyłączeniem aut rosła w stabilnym tempie 0,3% m/m, co sugeruje, że konsumpcja w 2q18 przyspieszy po słabym 1q18 (1,4% saar). To wzmacnia oczekiwania na dalsze podwyżki stóp Fed, co wczoraj było przyczyną wyraźnej przeceny amerykańskich obligacji i (obok innych czynników, jak np. wypowiedzi R. Erdogana) źródłem awersji wobec rynków wschodzących.

Według szybkiego szacunku dynamika krajowego PKB w 1q18 wyniosła 5,1% r/r, wyraźnie przebijając konsensus (4,8% r/r; PKO: 5,3% r/r).Naszym zdaniem wzrost osiągnął cykliczny szczyt. Solidnemu wzrostowi PKB towarzyszy niska inflacja. Finalny odczyt potwierdził, że inflacjaCPI w kwietniu wzrosła do 1,6% r/r z 1,3% r/r w marcu, wracając do przedziału dopuszczalnych odchyleń od celu NBP.dynamika PKB

Wzrost PKB w strefie euro w 1q18 wyhamował do 2,5% r/r z 2,8% r/r w 4q17 (0,4% k/k z 0,7% k/k), potwierdzając wstępne szacunki. Struktura PKB nie jest znana, ale miesięczne dane z poszczególnych gospodarek sugerują, że wyhamowanie konsumpcji i bardziej ujemny wkład eksportu netto neutralizowały szybszy wzrost inwestycji.

Niemiecki indeks ZEW za maj utrzymał się na poziomie sprzed miesiąca (-8,2 pkt). Większość badanych oczekuje pogorszenia warunków w gosp., co wydaje się potwierdzać, że szczyt cyklu został minięty. Oceny bieżącej sytuacji są jednak wciąż bardzo dobre (87,4 pkt. vs. 87,9 pkt., na 100 możliwych).

Korea Płn. odwołała dzisiejsze rozmowy z południowym sąsiadem wyrażając jednocześnie wątpliwości co do odbycia się czerwcowego spotkania Kim-Trump ze względu na trwające manewry lotnicze Korei Płd. i USA.

Źródło: PKO Bank Polski

Technologiczna wyrocznia. Firmy stawiają na analitykę predyktywną

Analityka predyktywna szturmem zdobywa już przemysł. Dzięki technologiom kognitywnym nowa klasa systemów analizujących pracę maszyn podwyższa poprzeczkę, przewidując ich możliwe awarie z jeszcze większą dokładnością. Tymczasem konserwacja predykcyjna to tylko część pokaźnego rynku analityki predyktywnej, który rozwija się z imponującą prędkością ponad 21 proc. rdr. Do 2023 roku rynek ten będzie wart już blisko 15 mld. dolarów.

Nie jest tajemnicą, że w firmach produkcyjnych kontrola jakości i wydajność fabryk odgrywają dominującą rolę. Dzieje się tak dlatego, że oba obszary decydują o ich konkurencyjności, przekładając się bezpośrednio na wyniki finansowe. Nie dziwi więc fakt, że to właśnie przemysł stał się kolebką analityki predyktywnej, pełnymi garściami czerpiąc błogosławieństwa płynące z jej szeroko zakrojonej implementacji. Okazuje się, że jest ich całkiem sporo; spływają na objęte konserwacją predykcyjną parki maszynowe, logistykę i transport, a nawet biura wypełnione białymi kołnierzykami, gdzie padają strategiczne dla rozwoju przedsiębiorstwa decyzje. Ich obfita obecność jest znakiem rozpoznawczym przemysłu przyszłości, który ze wszystkich sił staramy się uchwycić już teraz, przyspieszając moment jego urzeczywistnienia. Stąd coraz większa penetracja przemysłowego internetu rzeczy — technologii, bez której zaawansowane narzędzia analityczne nie odmieniłyby branży produkcyjnej, tak jak robią to obecnie.

Nadejście ery analityki predyktywnej zapowiadają m.in. eksperci z ośrodka badawczego Stratistics MRC. Z opublikowanego przez nich raportu wynika, że jej globalny rynek rośnie z imponującą prędkością 21.2 proc. rdr, by już w 2023 roku osiągnąć wartość niemal 15 miliardów dolarów. Spora część tego tortu przypadnie branży produkcyjnej. Z badania przeprowadzonego przez Deloitte i Council on Competitiveness wynika, że istnieje wyraźny związek pomiędzy popularyzacją analityki predyktywnej w danym kraju, a jego pozycją w globalnym rankingu konkurencyjności przemysłu. Dla kadry zarządzającej wyższego szczebla w przedsiębiorstwach z Chin i USA, rozwiązania oparte o tę technologię są najwyższym priorytetem, podczas gdy oba państwa toczą zacięty bój o pozycję światowego lidera przemysłu wytwórczego. W rankingu konkurencyjności produkcji Polska znajduje się na 15 miejscu na 40 badanych państw. Nie wiadomo, jakie podejście do analityki predyktywnej mają rodzime firmy produkcyjne. Autorzy raportu nie podali tak szczegółowych danych. Musimy więc zadowolić się łącznym wynikiem dla Starego Kontynentu. Okazuje się, że europejscy managerowie stawiają rozwiązania tej klasy dopiero na 4 miejscu. Co ciekawe, jedynie dwa europejskie państwa — Niemcy i Wielka Brytania — znalazły się w pierwszej dziesiątce indeksu.

Przestojom śmierć

Doświadczeni szefowie utrzymania ruchu doskonale rozumieją, że nawet niewielka usterka jednego z systemów może mieć ogromny wpływ na wydajność linii produkcyjnej, dlatego regularna konserwacja parku maszyn to od lat stały element w życiu fabryk, a i to nie wystarcza, by zapewnić ciągłość produkcji. Dopiero konserwacja predykcyjna, która za sprawą różnego typu czujników jest w stanie wykrywać anomalie w pracy maszyn, z dużym wyprzedzeniem przewidywać awarię, a nawet wyodrębniać czynniki odpowiedzialne za problemy ze sprzętem, może diametralnie zredukować przestoje lub nawet całkowicie je wyeliminować. Doskonałym przykładem takich rozwiązań są opracowywane przez wrocławską firmę DSR nowe wersje współdziałających ze sobą systemów 4FACTORY — SFC i EAM. Poza standardową konserwacją predykcyjną będą one umożliwiać m.in. analizę pracy maszyn w celu zredukowania awaryjności jednostek wynikające z pracy w niekorzystnym środowisku produkcyjnym lub wykorzystania nieodpowiednich materiałów. Wszystko za sprawą unikalnej metoda identyfikacji zależności między różnymi wskaźnikami efektywności, opracowywanej we współpracy z Politechniką Wrocławską przy wsparciu Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Na tym nie skończą się ich oryginalne możliwości. Wykorzystując technologię chmury obliczeniowej (platforma Microsoft Azure) oraz sztuczną inteligencję, systemy 4FACTORY pomogą zmniejszyć lub wręcz wyeliminowanie zjawiska obniżające jakość wyrobów i podwyższające koszty produkcji. Do tych ostatnich należy chociażby zużycie nadmiernej ilości materiałów, naprawa wyrobów czy produkowanie braków.

Kluczem jest tu odpowiednie mierzenie oraz poddanie analizie komputerowej w czasie rzeczywistym wielu parametrów technologicznych, odchyleń wymiarowych materiału wejściowego, drgań czy temperatury narzędzi oraz materiału kształtowanego, a także rejestracji sygnałów sterowania, takich jak np. zadana wielkość produkcji czy normy czasu wykonania elementu — wyjaśnia Jan Skowroński, szef działu badań i rozwoju w DSR i dodaje, że w fabrykach przyszłości przestoje będą rzadko występującą anomalią. Wszystko dzięki systemom komputerowym analizującym pracę zakładów na wielu płaszczyznach i przewidujących możliwe kryzysy ze sporym wyprzedzeniem.

Okiełznać popyt

Przewidywanie popytu nie jest niczym nowym. W tym celu producenci standardowo biorą pod lupę takie czynniki, jak rodzaj produktów, ilość oraz czas wzmożonego zapotrzebowania, czerpiąc wnioski z danych zebranych w roku poprzedzającym. Powszechnie wiadomo, że niektóre produkty sprzedają się lepiej w określonych sezonach lub podczas pewnych wydarzeń. Doskonale rozumie to sieć supermarketów Walmart, której sklepy podczas sytuacji kryzysowych stają się ośrodkami spotkań lokalnych społeczności. By przewidzieć klęski żywiołowe i odpowiednio się do nich przygotować, amerykański gigant wykorzystuje analitykę Big Data i swój rozbudowany łańcuch dostaw. Gdy huragan Matthew zmierzał w kierunku Florydy, analitycy danych z Walmart dokładnie przeanalizowali historię zakupów, których dokonano na terenach objętych ewakuacją podczas wcześniejszych cyklonów. W ten sposób udało się im przewidzieć, jakie produkty będą najczęściej kupowane przez konsumentów. Następnie sieć supermarketów aktywowała łańcuch dostaw, by zapewnić odpowiednie zapasy w placówkach położonych we wschodniej części Florydy. Podobne podejście istnieje wśród producentów, jednak w większości przypadków analizy potencjalnego popytu dokonywane są w sposób przestarzały i nieuwzględniający wielu istotnych aspektów. Tymczasem narzędzia, korzystające w tym celu z analityki predyktywnej, charakteryzują się szerokim spojrzeniem na procesy zachodzące w przedsiębiorstwie, które pozwala na identyfikację trendów, anomalii oraz powtarzających się zdarzeń, dostarczając znacznie dokładniejszą prognozę. Według Jana Skowrońskiego z DSR, w przyszłości również systemy APS, przeznaczone do zaawansowanego planowania i harmonogramowania produkcji, wykorzystywać będą sztuczną inteligencję i analitykę predyktywną, by układać pracę zakładu w oparciu o prognozowane zapotrzebowanie, stany magazynowe oraz wiele innych zmiennych. Umożliwi to lepszą alokację środków, eliminując wiele niewiadomych. Personel natomiast będzie mógł wykonywać optymalne planowanie w znacznie krótszym czasie — tłumaczy ekspert.

Norweskie spółki łączą siły i budują firmę, która może zrewolucjonizować rynek morski

Dwie norweskie potęgi morskie – Wilh. Wilhelmsen Holding ASA i Kongsberg Gruppen ASA – utworzyły spółkę joint venture. Ich wspólne dziecko to Massterly – firma, która będzie specjalizować się w realizacji autonomicznych operacji morskich.

O utworzeniu spółki Massterly dwie norweskie grupy morskie poinformowały na początku kwietnia  br. Nowa firma przygotowuje dla klientów kompleksową ofertę w zakresie autonomicznej żeglugi: od projektowania, budowy i rozwoju autonomicznych jednostek, po systemy kontroli, usługi logistyczne oraz realizację operacji żeglugowych.

W dniu ogłoszenia informacji o powołaniu innowacyjnej spółki, szef grupy Wilhelmsen Thomas Wilhelmsen nie krył zadowolenia. Mówił, że jest to kolejny krok w stronę rozwoju systemów autonomicznych statków. Podkreślał, że spółka Massterly będzie dysponować infrastrukturą, kompetencjami w zakresie projektowania i obsługi statków, a także niezbędnymi narzędziami logistycznymi, niezbędnymi do wykonywania autonomicznych operacji morskich.

– Massterly obniży koszty na wszystkich poziomach i będzie mogła świadczyć usługi dla wszystkich firm, które potrzebują transportu – podkreślał prezes Wilh. Wilhelmsen Holding.

Massterly – spółka w budowie

Firma formalnie już widnieje w rejestrach, ale faktycznie jest w stadium organizacji. Obecnie trwa ustanawianie w Norwegii naziemnych centrów kontroli, które będą monitorować i obsługiwać autonomiczne statki. Jak podkreślają założyciele Massterly, spółka ma połączyć w sobie unikatową wiedzę technologiczną i kompetencje grupy Kongsberg z doświadczeniem w zakresie logistyki i zarządzania zgromadzonym przez grupę Wilhelmsen. Stworzenie i rozwój nowej spółki joint venture ma też spowodować, że w Norwegii w wyrośnie nowa generacja personelu morskiego. Będą to ludzie oswojeni z najnowocześniejszymi technologiami, dysponujący kompetencjami, dzięki którym będą mogli z naziemnego centrum realizować operacje morskie na odległych wodach.

– Autonomizacja i operacje zdalne stanowią ważny kierunek rozwoju przemysłu morskiego. Z kolei budowa wiodącej pozycji Norwegii w tym zakresie stała się możliwa dzięki ścisłej współpracy norweskiego klastra morskiego z norweskimi władzami. W ostatnich latach byliśmy świadkami gwałtownego rozwoju tego sektora. Był on napędzany przez wzrost zapotrzebowania ze strony klientów na całym świecie, a także ze strony tradycyjnego przemysłu morskiego oraz innych gałęzi przemysłu. Gdy wkrótce autonomiczne statki będą rzeczywistością, Massterly będzie miała kluczowy wpływ na cyfryzację infrastruktury i operacji morskich – mówił w kwietniu br. Geir Håøy, prezes i dyrektor generalny grupy Kongsberg.

Norweski sen o autonomicznej żegludze

O autonomicznej żegludze w Norwegii jest głośno już od jakiegoś czasu. W maju ub.r. ruszył projekt dotyczący budowy pierwszego na świecie w pełni autonomicznego, elektrycznego kontenerowca Yara Birkeland. Jednostka ma powstać do 2020 r. Pracują nad tym grupa Kongsberg oraz norweska firma Yara, produkująca nawozy sztuczne. Według planu, już w 2020 r. Yara Birkeland będzie pływać na trasie pomiędzy zakładami chemicznymi Yara w Herøya oraz portami w Breviku i Larviku. Nowo zawiązana spółka Massterly będzie dostarczać i obsługiwać właśnie takie statki jak powstająca jednostka Yara Birkeland.

Szefowie grup Wilhelmsen i Kongsberg zdają sobie sprawę, że stworzenie rynku i zapotrzebowania na takie produkty i usługi wymaga czasu. Przewidują, że początkowo z autonomicznych statków będą korzystać firmy obsługujące żeglugę bliskiego zasięgu. Prezesi norweskich gigantów morskich mówią jednak o przewagach autonomicznej żeglugi. Według ich wizji, będzie ona bardziej konkurencyjna od tradycyjnego transportu, a także bardziej ekologiczna. Zwiększenie wydajności transportu oraz redukcja emisji dwutlenku węgla to sprawy szczególnie ważne dla Norwegów, którzy od lat stawiają na zrównoważony rozwój.

Wilhelmsen i Kongsberg zapowiadają, że spółka rozpocznie działalność operacyjną w sierpniu br. Będzie ona mieścić się w biurach w norweskim Lysaker. Pod koniec kwietnia br. firmy ogłosiły, że dyrektorem zarządzającym Massterly został Tom Eystø. Menadżer do nowej spółki został oddelegowany z morskiej dywizji grupy Kongsberg, czyli spółki Kongsberg Maritime. Z kolei przewodniczącym rady nadzorczej nowej firmy został Per Brinchmann, oddelegowany z Wilh. Wilhelmsen. Pierwszy z nich ma 25-letnie doświadczenie w przemyśle morskim, drugi przez cztery dekady kariery zawodowej zajmował się projektowaniem, zarządzaniem i obsługą statków oraz technologią okrętową. Czy stworzą tandem, który przyniesie rewolucję w transporcie morskim?

Podpis: Łukasz Prus

Materiał Portalu Stoczniowego – www.portalstoczniowy.pl

Deloitte: Do 2021 roku wydatki firm na rozwój i wdrożenie systemów sztucznej inteligencji wyniosą w skali globalnej 200 mld dolarów

Coraz większa ilość danych oraz tempo rozwoju technologii cyfrowych sprawia, że dotychczasowe funkcjonowanie firm przestaje być efektywne. Wiele przedsiębiorstw rozwiązania swoich problemów upatruje we wdrażaniu sztucznej inteligencji oraz robotyki. Według danych firmy doradczej Deloitte tempo wzrostu wydatków firm na implementację technologii kognitywnych będzie rosło średnio rokrocznie w latach 2017-2021 o 50 proc. w skali globalnej. Osobnym wyzwaniem pozostaje tematyka wpływ robotów na rynek pracy. O znaczeniu automatyzacji i robotyzacji dla biznesu była mowa wczoraj, podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach.

Zdaniem ekspertów Deloitte kilka czynników napędza rozwój technologii kognitywnych i robotyki. – Są to przede wszystkim rosnące ilości danych, które firmy muszą przetworzyć. Do tego rozwój internetu i możliwości chmur obliczeniowych sprawiają, że firmy są coraz bardziej obecne w sferze cyfrowej. Dodatkowo powstające algorytmy uczenia maszynowego pozwalają na wykorzystanie robotów w nowych rolach – mówi Paweł Zarudzki, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu Deloitte, Lider zespołu robotyzacji i automatyzacji kognitywnej.

To wszystko sprawia, że dynamika wzrostu wydatków na wdrożenie systemów sztucznej inteligencji (AI) w latach 2017-2021 ma wynieść 50 proc., a to oznacza łączne wydatki na poziomie 200 mld dolarów. Jak przewiduję eksperci Deloitte w analizie „Cognitive technologies. A technical primer” inwestycje będą ponosić przedsiębiorstwa reprezentujące szeroki wachlarz branż: od służby zdrowia, poprzez handel, bankowość aż do przemysłu wytwórczego.

Dotyczy to również robotyzacji. Z badania Deloitte „The robots are ready, are you” wynika, ze spośród tych firm, które znajdują się już na etapie wdrażania robotyki, 78 proc. oczekuje zwiększenia nakładów finansowych w ciągu kolejnych trzech lat. Ich inwestycje w tym obszarze pochłonęły dotychczas średnio 3,5 mln dolarów. Natomiast ci, którzy są w fazie pilotażu planują średnio wydać na ten cel 1,5 mln dolarów. – Technologie kognitywne oferują różnorodne rozwiązania, wykraczające poza tradycyjne zastosowania, takie jak automatyzacja procesów i redukcja kosztów. Sztuczna inteligencja może zastąpić niektóre ludzkie zadania oraz istotnie wesprzeć proces podejmowania decyzji. Przewaga konkurencyjna będzie osiągana poprzez wzmocnienie ludzkich możliwości, a nie tylko ich zastępowanie czy replikowanie – mówi Paweł Zarudzki. – Nie bałbym się, że nie będziemy mieli pracy, ta praca będzie po prostu inna – skomentował uczestnik panelu Paweł Sujecki, Prezes zarządu ProService Finteco. – Te zawody, które wymagają kreatywności pozostaną w rękach ludzkich. Ten obraz utraty pracy nie jest taki czarny. Powinniśmy cały czas podnosić nasze kwalifikacje, aby być bardziej atrakcyjni dla pracodawcy. Inaczej trudno będzie nam konkurować z innymi gospodarkami – dodała w trakcie panelu Jolanta Jaworska, Wiceprezes ds. publicznych i regulacji, IBM Polska.

Rozbieżności pomiędzy teorią a praktyką

Zastosowanie automatyzacji, robotyki i sztucznej inteligencji w biznesie gwałtownie przyspiesza. Aż 41 proc. dyrektorów HR biorących udział w globalnym badaniu Deloitte „Human Capital Trends. Rise of the social enterprise” ocenia ten temat jako bardzo ważny. Prawie połowa (47 proc.) respondentów twierdzi, że ich organizacje są głęboko zaangażowane w projekty automatyzacji, 24 proc. wykorzystuje sztuczną inteligencję i robotykę do wykonywania rutynowych zadań, 16 proc. do podnoszenia ludzkich umiejętności i 7 proc. do całkowitej restrukturyzacji.

W tym roku 42 proc. ankietowanych uważa, że sztuczna inteligencja będzie szeroko stosowana w ich organizacjach w ciągu trzech do pięciu lat. Jednak pomimo tych przewidywań tylko 17 proc. deklaruje zarówno znajomość koncepcji sztucznej inteligencji, jak i możliwości jej zastosowania w swoich firmach.

Barier wdrażania robotyki i sztucznej inteligencji wciąż nie brakuje. Do najpoważniejszych należy zaliczyć: konieczność ich integracji z istniejącymi systemami, brak zrozumienia wewnątrz firmy, brak odpowiednio wykwalifikowanych kadr oraz konieczność zmiany w zarządzaniu. – Robotyka umożliwia automatyzację powtarzalnych czynności, pozwalając jednocześnie skrócić czas realizacji procesów, ograniczyć liczbę błędów i obniżyć koszty w stopniu wyższym niż dotychczas wykorzystywanymi metodami. Wdrożenie robotów na dużą skalę musi być powiązane ze zmianą modelu operacyjnego. W nowej rzeczywistości wysokiej klasy specjaliści koncentrują się na rozwijaniu robotów, a nie jak dotychczas na realizacji procesów, które dzięki zastosowaniu nowych technologii są zautomatyzowane – mówi Paweł Zarudzki.

Rynek pracy dla ludzi i robotów

Z badań Deloitte wynika, że zdaniem firm roboty mogą zastąpić jedną piątą pracowników zatrudnionych w pełnym wymiarze godzin, a jednocześnie pozwalają na zwiększenie przychodów. W opinii menedżerów inwestycje w robotykę mają szansę zwrócić się już po niespełna dwunastu miesiącach. Inne szacunki, które pojawiają się w raporcie Deloitte „Automation is here to stay, but what about your workforce?” mówią o tym, że roboty są w stanie zastąpić 16 proc. pracujących osób i to już do 2025 roku. – Automatyka i robotyka powinny pomóc człowiekowi a nie myśleć za niego. Dlatego należy zachować dystans do tego co podpowiadają nam algorytmy – mówi Paweł Zarudzki.

Dyskusja o zagrożeniu dla rynku pracy ze strony robotów i sztucznej inteligencji trwa od kilku lat i coraz częściej pojawia się również w Polsce. W 2017 roku 40 proc. badanych dyrektorów HR w Polsce twierdziło, że sztuczna inteligencja nie wpłynie na strukturę zatrudnienia w ich firmie. Rok później prawie jedna trzecia osób (31,5 proc.) uważa, że AI będzie miała znaczący wpływ na strukturę zatrudnienia. – Odpowiedź na pytanie jak będzie wyglądał rynek pracy z zastosowaniem robotów i sztucznej inteligencji nie jest jednoznaczna. W naszej opinii w ciągu najbliższych kilku lat miejsca pracy będą budowane wokół procesów i zadań, a w dalszej kolejności będziemy szukać do nich optymalnych rozwiązań, nie zakładając z góry, kto ma je wykonać: człowiek czy maszyna – mówi Paweł Zarudzki.

Automatyzacja i robotyka mogą być również szansą stwarzają nam pole do dalszego rozwoju w tych sferach gdzie możemy być jeszcze lepsi – podsumował Paweł Panczej, przedstawiciel ABSL.

Grupa PZU: rekordowa sprzedaż, ponad miliard zysku

Grupa PZU otworzyła 2018 rok rekordową sprzedażą ubezpieczeń. Składka przypisana brutto w pierwszym kwartale osiągnęła wartość 5,83 mld zł, co jest najlepszym wynikiem w historii Grupy. Skonsolidowany kwartalny zysk netto Grupy PZU po raz kolejny przekroczył 1 mld zł. Zarząd PZU rekomenduje wypłatę dywidendy za 2017 rok w kwocie 2,5 zł na akcję.

Wzrost składki przypisanej brutto o 1,1% r/r do 5,83 mld zł.
Wzrost udziałów rynkowych w Polsce w ubezpieczeniach majątkowych z działalności bezpośredniej o 0,3 p.p. r/r do 35,7% oraz w ubezpieczeniach na życie ze składką okresową o 0,7 p.p. r/r do 45,8% (dane na koniec grudnia 2017).
Wysoka dyscyplina kosztowa. Spadek wskaźnika kosztów administracyjnych spółek ubezpieczeniowych Grupy PZU w Polsce o 0,8 p.p. r/ r do 6,3%.
Utrzymanie wysokiej rentowności w ubezpieczeniach majątkowych w Polsce, pomimo doszacowania rezerw na poczet roszczeń o zadośćuczynienie.
Poprawa rentowności ubezpieczeń na życie w polisach grupowych i indywidualnie kontynuowanych o 2,8 p.p. r/r do 16,6%.
Wzrost skonsolidowanego zysku netto Grupy PZU o 3,6% r/r do 1,04 mld zł.
Rentowność kapitałów własnych „ROE” dla podmiotu dominującego – 17,6% (przy 640 mln zł zysku netto dla jednostki dominującej).

Kondycja finansowa Grupy PZU

Paweł Surówka, prezes PZU SA:

Paweł Surówka
Paweł Surówka
Jeszcze nigdy w historii Grupy PZU w pierwszym kwartale nie notowaliśmy tak wysokiego poziomu składki przypisanej. Co więcej, zysk netto Grupy PZU po raz kolejny przekroczył 1 mld zł i jest najwyższym skonsolidowanym wynikiem pierwszego kwartału w naszej historii. Te rezultaty są odzwierciedleniem rosnącej roli banków w wynikach Grupy, ale przede wszystkim solidnych fundamentów naszej działalności podstawowej – ponad połowa wyniku netto to zysk z działalności ubezpieczeniowej. Tak dobre wyniki dają podstawę do tego, aby się nimi dzielić z akcjonariuszami. W ramach strategii #nowePZU zobowiązaliśmy się wobec inwestorów, że podzielimy się zyskiem, który nie jest niezbędny, aby sfinansować nasz dynamiczny wzrost. Dziś dotrzymujemy obietnicy i rekomendujemy wypłatę dywidendy w kwocie 2,5 zł na akcję. Równocześnie pamiętamy o naszym zobowiązaniu strategicznym, iż kwota dywidendy na akcje (DPS) powinna rosnąć z roku na rok w długim terminie.

Tomasz Kulik, CFO PZU:

Wzrost sprzedaży realizowany był przy utrzymaniu ścisłej dyscypliny kosztowej (wskaźnik kosztów administracyjnych segmentów ubezpieczeniowych w Polsce spadł o 0,8 p.p. r/r do 6,3%). W efekcie, nawet pomimo konieczności doszacowania rezerw na poczet roszczeń z tytułu zadośćuczynień, w związku z niedawnym wyrokiem Sądu Najwyższego, utrzymaliśmy dobrą rentowność głównych linii biznesowych zarówno w ubezpieczeniach majątkowych jak i na życie.

Roman Pałac, prezes PZU Życie:

W I kw. 2018 roku marża ubezpieczeń grupowych i indywidualnie kontynuowanych wzrosła o 2,8 p.p. r/r do 16,6%. Jak co roku, pierwszy kwartał charakteryzuje się niższą rentownością, która jest wynikiem większej liczby zgonów i zachorowań w okresie zimowym. Kolejne kwartały powinny przyczyniać się do poprawy rentowności i dojścia do strategicznego poziomu 20% w skali roku.

 Szczegółowe podsumowanie wyników PZU w I kw. 2018 roku

Pozytywny wpływ na wyniki finansowe Grupy PZU w I kw. 2018 roku miały w szczególności:

wzrost składki przypisanej brutto w grupie ubezpieczeń komunikacyjnych w segmencie klienta masowego i korporacyjnego oraz wzrost składki w spółkach zagranicznych w szczególności w grupie ubezpieczeń komunikacyjnych;

wyższa rentowność w segmencie ubezpieczeń masowych i korporacyjnych pozakomunikacyjnych, głównie w efekcie poprawy rentowności portfela ubezpieczeń szkód spowodowanych żywiołami oraz pozostałych szkód rzeczowych;

wzrost rentowności w ubezpieczeniach grupowych i indywidualnie kontynuowanych względem ubiegłego roku dzięki niższej częstości szkód;

lepsze wyniki w segmencie działalności bankowej w Alior Banku w związku z wysokim poziomem sprzedaży produktów kredytowych wspartym korzystną koniunkturą gospodarczą oraz niskim poziomem stóp procentowych.

Negatywnie na wyniki w tym okresie wpłynęły:

  • spadek rentowności w segmencie ubezpieczeń masowych – efekt doszacowania rezerw w ubezpieczeniach majątkowych na poczet roszczeń o zadośćuczynienia;
  • niższy wynik na notowanych instrumentach kapitałowych w szczególności ze względu na koniunkturę na GPW.

Na porównywalność wyników oraz sumy bilansowej rok do roku w sposób istotny wpłynęło włączenie do struktury Grupy PZU banku Pekao w czerwcu 2017 roku. Suma bilansowa wzrosła głównie z tego tytułu o ponad 191 mld zł względem analogicznego okresu ubiegłego roku, a udziały niekontrolujące osiągnęły wartość 22,8 mld zł (stan na 31 marca 2018 roku). Pekao kontrybuował do wyniku operacyjnego segmentu działalności bankowej kwotą 563 mln zł w I kw. 2018 roku.

Składki

Po I kw. 2018 roku Grupa PZU zebrała 5 831 mln zł składki brutto, czyli o 1,1% więcej niż

w analogicznym okresie roku poprzedniego, w tym o 60 mln zł wzrosła składka w spółkach zagranicznych, głównie z ubezpieczeń komunikacyjnych w krajach bałtyckich. Po uwzględnieniu udziału reasekuratorów i zmiany stanu rezerw składki, składka zarobiona netto wyniosła 5 458 mln zł i była o 7,6% wyższa niż w analogicznym okresie ubiegłego roku.

Odszkodowania i  świadczenia

W I kw. 2018 roku odszkodowania i świadczenia netto (z uwzględnieniem zmiany stanu rezerw techniczno-ubezpieczeniowych) osiągnęły wartość 3 626 mln zł i ukształtowały się na poziomie o 2,3% niższym w stosunku do analogicznego okresu roku poprzedniego. W ubezpieczeniach ochronnych niższy poziom świadczeń wynikał ze spadku częstości szkód.

Z kolei na wzrost odszkodowań i świadczeń netto (głównie w grupie ubezpieczeń komunikacyjnych w segmencie klienta korporacyjnego oraz masowego) wpłynęło doszacowanie rezerwy na poczet roszczeń o zadośćuczynienie za ból spowodowany stanem wegetatywnym osoby bliskiej poszkodowanej w wypadku.

Koszty administracyjne i akwizycji

Koszty administracyjne Grupy w I kw. 2018 roku ukształtowały się na poziomie 1 615 mln zł względem 865 mln zł w analogicznym okresie 2017 roku. Wzrost wynikał w głównej mierze z rozpoczęcia konsolidacji Pekao w czerwcu 2017 roku. Koszty administracyjne segmentu działalności bankowej wzrosły o 769 mln zł r/r. Jednocześnie koszty administracyjne w segmentach działalności ubezpieczeniowej w Polsce ukształtowały się na poziomie niższym o 17 mln zł w stosunku do analogicznego okresu roku ubiegłego. Ich zmiana wynikała z niższych kosztów działalności projektowej i bieżącej.

Koszty akwizycji w I kw. 2018 roku wzrosły o 57 mln zł w stosunku do analogicznego okresu roku poprzedniego głównie w wyniku wyższych bezpośrednich kosztów akwizycji w segmencie klienta masowego i korporacyjnego będących konsekwencją rosnącego portfela oraz zmiany mix-u produktowego.

Koszty odsetkowe

Koszty odsetkowe po I kw. 2018 roku wyniosły 499 mln zł i były wyższe o 327 mln zł wobec analogicznego okresu roku ubiegłego. Wzrost dotyczył głównie odsetek od depozytów terminowych i bieżących na działalności bankowej oraz odsetek od wyemitowanych własnych dłużnych papierów wartościowych głównie w związku z emisją obligacji podporządkowanych przez PZU na kwotę 2 250 mln zł w czerwcu 2017 roku.

Inwestycje

Dochody z działalności lokacyjnej (łącznie z kontraktami inwestycyjnymi tj. kontraktami, które nie zawierają znaczącego ryzyka ubezpieczeniowego) w I kw. 2018 roku oraz I kw. 2017 roku wyniosły odpowiednio 2 474 mln zł oraz 1 679 mln zł. Osiągnięty rezultat to efekt wzrostu dochodów z lokat wygenerowanych na działalności bankowej w związku z rozpoczęciem konsolidacji Pekao oraz spadek wyniku z działalności inwestycyjnej z wyłączeniem działalności bankowej.

Zysk

Skonsolidowany zysk netto osiągnął poziom 1 043 mln zł i był wyższy o 3,6% od wyniku netto za analogiczny okres roku poprzedniego. Zysk netto przypadający na akcjonariuszy jednostki dominującej wyniósł 640 mln zł wobec 940 mln zł w I kw. 2017 roku. Różnica jest spowodowana spadkami na GPW w I kwartale 2018 roku. Indeks WIG obniżył się o 8,4% wobec wzrostu o 11,9% w analogicznym okresie roku ubiegłego. Drugim powodem było doszacowanie rezerw w ubezpieczeniach majątkowych na poczet roszczeń o zadośćuczynienie za stany wegetatywne w związku z niedawnym wyrokiem Sądu Najwyższego.

Kapitał własny

Na 31 marca 2018 roku skonsolidowane kapitały własne osiągnęły wartość 37 630 mln zł i ukształtowały się na poziomie wyższym o 107,8% w porównaniu analogicznego okresu 2017 roku. Wzrost skonsolidowanych kapitałów własnych dotyczył udziałów niekontrolujących, które głównie w związku z rozpoczęciem konsolidacji Pekao w I półroczu 2017 roku osiągnęły wartość 22 753 mln zł. W stosunku do skonsolidowanych kapitałów własnych wg stanu na 31 grudnia 2017 roku kapitały wzrosły o 29 mln zł, a ich zmiana spowodowana była przez wynik netto wypracowany w I kwartale 2018 roku oraz ujęcie w kapitałach efektów implementacji MSSF9. Kapitały przypadające udziałowcom jednostki dominującej wzrosły o 255 mln zł względem końca poprzedniego roku – efekt wyniku netto przypisanego jednostce dominującej wypracowanego w I kwartale 2018 roku częściowo skompensowany ujęciem w kapitałach efektów implementacji MSSF9.

ROE

W I kw. 2018 roku zwrot z kapitałów własnych przypadający jednostce dominującej ukształtował się na poziomie 17,6%. Wskaźnik ROE był niższy o 10,3 p.p. niż w analogicznym okresie poprzedniego roku.

Wypłacalność wg Solvency II

Według stanu na koniec grudnia 2017 roku wskaźnik wypłacalności (liczony wg formuły standardowej Solvency II) wyniósł 211% i pozostał powyżej średniego wskaźnika wypłacalności dla grup ubezpieczeniowych w Europie.

Kolejna edycja Warsaw Pack

Znamy już termin  IV Edycji Międzynarodowych Targów Techniki Pakowania i Opakowań – Warsaw Pack 2019 , odbędą się 5-7 marca na terenie Ptak Warsaw Expo w Nadarzynie k/Warszawy.

warsaw packPoprzednia edycja Targów spotkała się z bardzo pozytywnymi opiniami  wystawców jak i odwiedzających. Na hali o powierzchni 20 000 m2 pojawiło się 200 marek branży opakowaniowej a targi odwiedziło 9 000 osób z 29 krajów, nie zabrakło konferencji i konkursów .Jednak organizatorzy nie mają zamiaru zmniejszyć tempa, na kolejnej edycji ma być jeszcze ciekawiej.

Niezmiennie jest to branżowe specjalistyczne wydarzenie  mające na celu skupienie wszystkich gałęzi branży opakowaniowej i stworzenie dogodnych warunków do profesjonalnych kontaktów biznesowych.

Tak jak w ubiegłej edycji wystawcy zostaną usystematyzowani w dedykowanych strefach jednakże po doświadczeniach tegorocznych organizatorki postanowiły pochylić się nad strefą opakowań. Strefa ta będzie podzielona ze względu na przeznaczenie opakowania – spożywcze , kosmetyczne i farmaceutyczne oraz przemysłowe. Jest to dosyć duże ułatwienie dla zwiedzających szukających konkretnego produktu oraz pozytywny aspekt dla wystawców – nie ma obawy,że znikniemy wśród innych branż.

Nowością na targach będzie również strefa display- POS.

Strefy tematyczne podczas Warsaw Pack 2019

  • -strefa logistyki i magazynowania
  • -strefa materiałów
  • -strefa etykiet,etykietowania i druku
  • -strefa automatyki i robotyki
  • -strefa techniki pakowania
  • -strefa opakowań
  •     -opakowania kosmetyczne i farmaceutyczne
  •     -opakowania spożywcze
  •     -opakowania przemysłowe
  • -strefa display
  • -strefa recyklingu
  • -strefa usług

Każdego roku w wydarzeniu biorą udział m.in.: właściciele firm, dyrektorzy zarządzający, menadżerowie, projektanci, przedstawiciele działów marketingu oraz dyrektorzy i specjaliści ds. zakupów. Warto podkreślić, iż goście Targów reprezentują różne branże, m.in.: spożywczą, kosmetyczną, chemiczną, farmaceutyczną, przemysłową, czy reklamową.

Dodatkowo wydarzenie jakim jest Warsaw Pack otrzymało Certyfikat UFI – Światowego Stowarzyszenia Przemysłu Targowego. Wyróżnienie to utwierdza naszą pozycję na arenie międzynarodowej.

Zobacz relację Warsaw Pack 2018 http://warsawpack.pl/edycja-2018/

Zostań wystawcą Warsaw Pack 2019: http://warsawpack.pl/zostan-wystawca/

Polacy coraz częściej wybierają płynną żywność w opakowaniach kartonowych. Po zużyciu trafiają one w dużej części do recyklingu

Polacy coraz częściej wybierają płynną żywność w opakowaniach kartonowych. Po zużyciu trafiają one w dużej części do recyklingu 5

Większość konsumentów w Polsce twierdzi, że opakowanie przyjazne środowisku to takie, które wykonano z surowców odnawialnych. To dlatego na popularności zyskują opakowania kartonowe, w których średnio aż 75 proc. masy wykonane jest z celulozy pochodzącej z odpowiedzialnie zarządzanych lasów. Opakowania kartonowe do płynnej żywności nadają się do recyklingu. Co ważne, coraz więcej pustych kartonów po mleku i sokach jest odpowiednio segregowanych w gospodarstwach domowych, zbieranych w drodze selektywnej zbiórki i poddawanych procesom recyklingu. To efekt rosnącej świadomości konsumentów – 65 proc. Polaków deklaruje, że wie, jak prawidłowo segregować odpady opakowaniowe. Dodatkowo plusem opakowań kartonowych jest gwarancja bezpieczeństwa przechowywanej w nich żywności.

– Kluczowe dla konsumenta, który coraz częściej chce się zdrowo odżywiać i prowadzić zdrowy tryb życia, jest zachowanie wszelkich wartościowych składników odżywczych żywności, takich jak minerały, zdrowe tłuszcze, witaminy. Wielowarstwowe opakowanie, dzięki wszystkim swoim komponentom, jest w stanie zapewnić ochronę produktom zawartym w środku opakowania – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Gromek, menedżer ds. komunikacji w Tetra Pak.

Jak pokazuje badanie Datamonitor przeprowadzone dla Tetra Pak, 73 proc. osób w Polsce twierdzi, że opakowanie przyjazne środowisku powinno być wyprodukowane z surowców odnawialnych. 40 proc. konsumentów zwraca uwagę na informacyjne logotypy świadczące o spełnieniu przez produkt i jego opakowanie różnych wymogów ekologicznych. Dlatego coraz chętniej konsumenci sięgają po żywność, również płynną, w opakowaniach kartonowych. Opakowania nieaseptyczne służą do przechowywania żywności o krótszym terminie przydatności do spożycia, takiej jak m.in. kefiry czy maślanki, a opakowanie aseptyczne nadają się do przechowywania płynnej żywności o długim terminie do spożycia, np. mleka UHT.

– Opakowania aseptyczne zbudowane są z trzech głównych komponentów. Dominującym jest papier, który stanowi ok. 75 proc. masy opakowania. Papier, czyli włókna celulozowe, pochodzi z drewna, więc przy odpowiednim zarządzaniu tym surowcem stanowi zasób w pełni odnawialny, który nigdy się nie wyczerpie. Drugą istotną warstwą jest folia polietylenowa. To ok. 20 proc. masy opakowania. Stanowi ona barierę zarówno od wewnątrz, jak i od zewnątrz opakowania i chroni papierową warstwę celulozową przed przenikaniem wilgoci, zapachu czy niebezpiecznych czynników – tłumaczy Małgorzata Gromek.

W opakowaniach wielomateriałowych do żywności płynnej jako trzecią warstwę stosuje się też folię aluminiową. Mimo że jest cieńsza od ludzkiego włosa (o grubości 0,0065 mm), skutecznie chroni produkt przed szkodliwym działaniem światła, tlenu i drobnoustrojów. Tym samym pozwala na przechowywanie produktów bez konieczności magazynowania ich w warunkach chłodniczych.

– Opakowania kartonowe właśnie dzięki wielowarstwowej budowie gwarantują bezpieczeństwo produktom takim jak np. mleko, soki czy inne produkty płynnej żywności. To są produkty żywnościowe bardzo wrażliwe, które nie powinny być narażone na działanie promieni UV czy temperatury – podkreśla Małgorzata Gromek.

Co istotne, każda z warstw budowy opakowania nadaje się do recyklingu. Konsumenci coraz częściej zwracają uwagę na kwestie związane bezpośrednio z samym recyklingiem.

– Kartony podawane są do hydropulpera, czyli rozwłókniacza. To dość duży zbiornik, w którym na dole zainstalowany jest wirnik. Wprowadza on wodę w ruch wirowy, w wyniku którego następuje tzw. rozwłóknienie, czyli wypłukanie wartościowych włókien celulozowych z reszty opakowania. To włókno jest dalej przeznaczane do recyklingu – podkreśla Jan Jasiński, prezes zarządu fundacji Pro Karton.

W Polsce z kartonów odzyskuje się przede wszystkim wysokiej jakości włókno celulozowe, które może być używane do produkcji różnego rodzaju papierów (m.in. tektury falistej, papierów higienicznych). Recyklingowi mogą też być poddane odpady, które powstają już po oddzieleniu celulozy – folia aluminiowa i polietylen. Po dalszym przetworzeniu mogą być wykorzystywane przy produkcji płyt wióropodobnych, znajdujących zastosowanie np. w budownictwie. W Niemczech produkuje się z nich wodoodporne płyty wykorzystywane m.in. przy produkcji mebli.

Jak pokazuje badanie Kantar TNS przeprowadzone na zlecenie fundacji Pro Karton, świadomość ekologiczna Polaków rośnie. W ubiegłym roku 65 proc. ankietowanych zadeklarowało, że umie prawidłowo segregować odpady opakowaniowe, podczas gdy rok wcześniej odsetek ten wyniósł 60 proc. Najbardziej rozpoznawanym i najczęściej segregowanym odpadem wielomateriałowym w polskich domach są kartony po mleku i sokach. Jednak blisko połowa badanych przyznaje, że nie zwraca uwagi na kolor pojemnika na śmieci, wyrzucając opakowanie kartonowe.

– Duża część polskich konsumentów nie wie, do jakiego pojemnika wrzucać opakowania wielomateriałowe, myli im się to. Część uważa, że trzeba zbierać je z papierem, inna część – że z plastikiem, więc tutaj jest jeszcze bardzo dużo do zrobienia – mówi Jan Jasiński.

Należy podkreślić, że zdecydowana większość celu recyklingowego dla całej kategorii opakowań wielomateriałowych realizowana jest za pośrednictwem kartonów do płynnej żywności.

– Zgodnie z rozporządzeniem ministra środowiska z 2014 roku, w 2017 roku kategoria wielomateriałowa powinna zrealizować cel na poziomie 30 proc. recyklingu. Nie mamy jeszcze oficjalnych danych za ubiegły rok, natomiast sądzimy, że ten cel zostanie zrealizowany, w dużym stopniu za pomocą recyklingu kartonów do płynnej żywności – wskazuje Jan Jasiński.

Jak podkreśla prezes zarządu Fundacji ProKarton, skala recyklingu opakowań kartonowych powinna rosnąć, ponieważ większa jest świadomość ekologiczna konsumentów oraz z uwagi na fakt, że Polska będzie musiała w przyspieszonym tempie gonić inne kraje europejskie, aby zbliżyć się do ich średniego poziomu recyklingu.

– Recykling kartonów do płynnej żywności w Unii Europejskiej – według informacji branżowych – jest na poziomie 47 proc. (2016 r.) Są kraje, które recyklingują ich znacznie więcej, na poziomie nawet 80 proc., są kraje, które mniej. My jesteśmy w dolnych części stanów średnich, ale przy tempie, które obserwujemy ostatnio, mam nadzieję, że w ciągu paru lat uda nam się dotrzeć do dzisiejszego średniego poziomu recyklingu europejskiego – przekonuje Jan Jasiński.

Komfortowe i atrakcyjne biuro pomaga przyciągnąć najlepszych pracowników. Dla 9 na 10 z nich design ma znaczenie

Komfortowe i atrakcyjne biuro pomaga przyciągnąć najlepszych pracowników. Dla 9 na 10 z nich design ma znaczenie 6

Piłkarzyki w chillout roomie, minisiłownia, leżaki i hamaki są już częstym widokiem w siedzibach firm, nie tylko tych dużych i nie tylko z branży IT. Blisko 90 proc. pracowników biurowych deklaruje, że design miejsca pracy ma dla nich duże znaczenie – stąd przestrzenie biurowe coraz częściej są aranżowane kreatywnie i z wykorzystaniem innowacyjnych rozwiązań. Najciekawszych i najbardziej kreatywnych przestrzeni biurowych szuka CBRE w drugiej edycji konkursu OFFICE SUPERSTAR 2018.

– Lokalizacja i wygląd biura zdecydowanie mają znaczenie – zarówno dla pracowników, jak i kandydatów do pracy. Mamy obecnie rynek pracownika, firmy mocno ze sobą konkurują i ta wojna o talenty cały czas trwa. Dobry specjalista, który szuka pracy, może otrzymywać od trzech do pięciu ofert pracy miesięcznie. Teraz coraz częściej spotykamy się z taką praktyką, że pracownik widzi swoje miejsce pracy podczas rozmowy rekrutacyjnej, a wygląd biura pozwala mu wyciągnąć wnioski o tym, jaka jest organizacja, kultura organizacyjna i jak się w niej pracuje – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Natalia Wenzławska, zastępca dyrektora ds. marketingu i komunikacji CBRE w Polsce.

Najciekawszych, kreatywnych i innowacyjnie zaaranżowanych przestrzeni biurowych CBRE poszuka w trakcie drugiej edycji konkursu OFFICE SUPERSTAR 2018, w którym zgłoszenia są przyjmowane od 8 maja do 30 czerwca br. Do rywalizacji mogą stanąć wszystkie firmy i organizacje, niezależnie od wielkości, które uważają swoje biuro za najlepszą wizytówkę i chcą się nią pochwalić.

– Ideą konkursu OFFICE SUPERSTAR jest wyróżnienie organizacji, które rozumieją, że biuro to nie tylko miejsce pracy. To przestrzeń, w której spędzamy 1/3 naszego dnia. To znaczy, że musi ono być na tyle różnorodne, efektowne i fajne, żeby miło się w nim pracowało – mówi Natalia Wenzławska.

W konkursie może startować najemca lub właściciel przestrzeni biurowej, który chce się pochwalić swoją aranżacją i wzmocnić swój wizerunek jako dobrego, pożądanego pracodawcy. Tegoroczne zgłoszenia będą przyjmowane w siedemnastu kategoriach – najlepsze miasto regionalne (pięć kategorii dla pięciu miast: Trójmiasto, Kraków, Wrocław, Łódź, Poznań), branże (m.in. finansowa, BPO/SSC, kreatywna, doradcza i prawna), rodzaje wnętrz (biuro coworkingowe, przestrzeń socjalna i sala konferencyjna) oraz rodzaje zastosowanych rozwiązań (wellness i technologie). Każda firma, która chce zgłosić swój akces, może startować w kilku różnych kategoriach.

– Wystarczy w tym celu wypełnić krótki formularz na stronie internetowej konkursu. Potrzebujemy też zdjęć oraz opisu zgłaszanej powierzchni. Uczestnictwo jest bezpłatne, a dla organizacji to świetna okazja, żeby budować wizerunek pracodawcy i firmy, która podąża za trendami i rozumie, że pracownik to jej najważniejszy zasób – podkreśla Natalia Wenzławska.

Najlepsze projekty spośród zgłoszonych wybierze kapituła złożona z ekspertów z dziedziny nieruchomości, architektury, środowiska pracy i designu.

Ekspertka CBRE podkreśla, że wygląd biura ma znaczenie w kontekście budowy relacji z pracownikami. Dobrze zaaranżowana i przyjazna przestrzeń powinna odpowiadać na ich potrzeby i budzić pozytywne skojarzenia z firmą.

– Najlepiej przeprowadzić ankiety, badania, stworzyć małe grupy robocze i dowiedzieć się, jak nasi pracownicy chcą pracować i jakie mają potrzeby. Dla pracowników ważne są te elementy, na które mają bezpośredni wpływ. W badaniu do naszego raportu „Jak Polacy chcą pracować” większość wskazała na temperaturę w pomieszczeniu, dostęp do światła dziennego czy miejsca w pracy, które pozwalają im na pewną elastyczność – mówi Natalia Wenzławska.

W ubiegłorocznej edycji konkursu OFFICE SUPERSTAR wzięło udział ponad sto polskich i międzynarodowych organizacji, spośród których eksperci wybrali jedenaście najbardziej unikalnych projektów wnętrz biurowych.

Wirtualna rzeczywistość przyszłością e-sportu. Kontrolery ruchowe w VR zapewniają nową jakość rozrywki

Wirtualna rzeczywistość przyszłością e-sportu. Kontrolery ruchowe w VR zapewniają nową jakość rozrywki 7

Na rynku pojawia się coraz więcej rozwiązań, które pozwalają na kontrolę ruchu w świecie wirtualnej rzeczywistości. Poza ruchami głowy, które pozwalają rozejrzeć się w wirtualnym świecie, możliwa już jest kontrola ruchu rąk i nóg. Taką kontrolę zapewnia bieżnia VR, pozwalająca poruszać się w dowolnym kierunku w kompatybilnej grze. Kolejnym krokiem w zapewnieniu nowej jakości rozrywki będą skafandry VR przenoszące do świata VR każdy ruch gracza. Tego typu rozwiązania sprawiają, że wirtualna rzeczywistość może w znaczący sposób pomóc w rozwoju e-sportu.

– Virtuix Omni to pierwsza na świecie bieżnia VR, która pozwala użytkownikowi na płynne poruszanie się całym ciałem w rzeczywistości VR. Pozwala również po raz pierwszy na to, by oddzielić ruch głowy od ruchu bioder, co powoduje, że możemy biec do przodu, spojrzeć w jedną czy drugą stronę i tam strzelać – w tej chwili w zwykłym świecie VR jest to niemożliwe – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Michał Raburski, dyrektor zarządzający Digital Vitra.

System Virtuix Omni złożona jest z bieżni, gogli HTC Vive, kontrolerów, a także specjalnych uprzęży, które utrzymują gracza, i butów. Całość dopełnia platforma Omniverse, na której znaleźć można kompatybilne z urządzeniem gry. Obecnie dostępnych jest 17 gier, z których większość to typowe strzelanki FPP, które zapewniają możliwość rozgrywki z perspektywy pierwszej osoby. Najnowszymi tytułami, jakie mają się pojawić na platformie, są Arizona Sunshine oraz Doom. W przyszłości zadebiutować na niej mogą takie uznane na rynku zwłaszcza e-sportowym tytuły, jak Counter Strike.

– To jest przyszłość e-sportu. Jest to coś pomiędzy sportem a e-sportem, bo w tej chwili e-sport kojarzy się głównie z klawiaturą i myszką, z drugiej strony sport kojarzy się z czystym ruchem, ale bez jakichś specjalnych technologii. Tu możemy zrobić coś, co jest pomiędzy – możemy postrzelać do kolegów jak w Counter Strike’u, ale musimy wprowadzić wysiłek, ruch na naszej bieżni, tutaj kondycja zawodnika będzie miała gigantyczne znaczenie – przekonuje Michał Raburski.

Debiut wirtualnej rzeczywistości w e-sporcie mamy już za sobą. Firma Virtuix, dostawca bieżni Omni, zorganizowała turniej e-sportowy w VR. Gracze wzięli udział w wieloosobowej strzelance Omni Arena. Najprawdopodobniej właśnie w kierunku takich rozwiązań podąży rozwój e-sportu. Międzynarodowy Komitet Olimpijski rozważa włączenie e-sportu do Igrzysk Olimpijskich. Wprowadzenie kontrolerów ruchowych do gier VR z pewnością ułatwiłoby tę decyzję. E-sport pilotażowo pojawi się natomiast na zaplanowanych na przełom sierpnia i września Igrzyskach Azjatyckich w Dżakarcie. W 2022 roku wejdzie już w skład oficjalnych dyscyplin tych zmagań.

Gogle HTC Vive, poza bieżnią VR, współpracują z innymi rozwiązaniami ruchowymi, które pozwalają w nowy sposób doświadczać wirtualnej rzeczywistości. Specjalne buty i nagolenniki z trackerami zapewniają odwzorowanie ruchu nóg, dzięki czemu można w świecie VR zagrać np. w piłkę nożną. Na konsoli Playstation 4 można natomiast skorzystać z kontrolerów ruchowych PS Move w świecie wirtualnej rzeczywistości. Z platformą kompatybilnych jest coraz więcej gier. Zaletą tych rozwiązań jest ich kompaktowość, platforma Virtuix Omni skierowana jest raczej do klientów biznesowych.

Przyszłością kontroli ruchu w wirtualnej rzeczywistości mogą się okazać skafandry VR. Teslasuit nie tylko przechwytuje ruch niemal całego ciała, lecz także ma system sprzężenia zwrotnego (wibracji, stymulujących ciało) zapewniający efekt głębokiej immersji. Kombinezon do sprzedaży detalicznej ma trafić w 2019 roku. W przedsprzedaży jest już dostępny natomiast Hardlight VR. Za niespełna 300 dol. można zakupić kombinezon VR z kontrolerami ruchu i sprzężeniem zwrotnym. Jak na razie kompatybilnych z kombinezonem jest sześć gier, a jedenaście kolejnych jest aktualnie przygotowywanych.

– Zarówno cena (30 tys. zł netto – przyp.red.) wynikająca z kosztów produkcji i transportu, jak i platforma Omniverse, która pozwala zarządzać całym salonem VR, sprawiają, że jest to rozwiązanie skierowane głównie do biznesu – do salonów VR, parków rozrywki czy firm eventowych. Jeżeli ktoś chce kupić urządzenie do domu, to musi zdawać sobie sprawę z tego, że nie kupuje licencji gier, tylko płaci za minuty użytkowania, tak jak robi to partner biznesowy. Wbrew pozorom wcale nie wychodzi to drogo – zapewnia dyrektor Digital Vitra.

Analitycy Technavio szacują, że globalny rynek gier VR będzie rósł w najbliższych trzech latach w tempie 67 proc. średniorocznie. Według Grand View Research rynek ten w 2025 r. będzie wart 45 mld dol. Z prognoz Newzoo wynika, że rynek e-sportu w 2018 r. ma osiągnąć wartość ponad 900 mln dol.

Syntetyczne oleje silnikowe najchętniej wybierane przez polskich kierowców. Co trzeci z nich konsultuje wybór oleju z mechanikiem

Syntetyczne oleje silnikowe najchętniej wybierane przez polskich kierowców. Co trzeci z nich konsultuje wybór oleju z mechanikiem 8

Syntetyczne oleje silnikowe są największą grupą produktów olejowych w Polsce – mają prawie 16,3 proc. udziału w całym rynku. Segment ten notował największą dynamikę wzrostu na przestrzeni ostatnich 10 lat. Ze względu na rosnącą sprzedaż samochodów wyposażonych w nowoczesne silniki i import aut z Europy Zachodniej popyt na oleje syntetyczne będzie coraz większy. Kierowcy najczęściej sami wybierają markę i rodzaj oleju, ale wspierają się przy tym radą fachowców – wynika z badania „Drogowa dżungla, czyli Polak za kierownicą” przeprowadzonego przez Kantar TNS na zlecenie Shell.

Jak wynika z raportu Polskiej Organizacji Przemysłu i Handlu Naftowego, w 2017 roku całkowity rynek środków smarnych w Polsce wyniósł 226 896 tys. ton. Tendencję wzrostową wykazuje cały rynek, ale największą dynamikę odnotowały w ubiegłym roku oleje do samochodów osobowych. Szczególnie szybki wzrost cechuje kategorię olejów syntetycznych, w 2007 roku ich udział wynosił zaledwie 5,5 proc., natomiast w 2017 roku wzrósł już do poziomu niemal 16,3 proc. Oleje syntetyczne są w tej chwili największą kategorią rynku środków smarnych.

 Potwierdza to badanie Shell „Drogowa dżungla, czyli Polak za kierownicą”, z którego wynika, że oleje syntetyczne są zdecydowanie najchętniej wybierane przez polskich kierowców. Trendy w branży olejowej zdecydowanie idą w kierunku olejów syntetycznych. Ten segment rósł najbardziej dynamicznie na przestrzeni ostatnich 10 lat, a obecnie stanowi największą grupę produktów olejowych w Polsce – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Radzymiński, dyrektor sprzedaży w dziale olejowym Shell Polska.

Popyt na oleje syntetyczne będzie coraz większy. Zdaniem eksperta Shell coraz chętniej kierowcy będą stosować produkty o bardzo niskiej lepkości, nawet 0W-16. Wynika to m.in. z rosnącej sprzedaży samochodów wyposażonych w nowoczesne silniki, których producenci wymagają stosowania takich olejów.

 Polacy wybierają olej syntetyczny ze względu na nowoczesne jednostki napędowe, które wymagają stosowania olejów o coraz niższych lepkościach. W Polsce obserwujemy wzrost sprzedaży nowych samochodów w ostatnich latach. W 2017 roku ten wzrost wyniósł przeszło 18 proc., a polscy kierowcy zarejestrowali prawie 500 tys. nowych pojazdów. Dodatkowo obserwujemy w ostatnich latach bardzo wysoki import samochodów używanych z Zachodu, szczególnie wiodących niemieckich producentów, którzy również używają olejów syntetycznych – mówi Łukasz Radzymiński.

Czynnikiem, dla którego kierowcy w Polsce chętnie wybierają oleje syntetyczne, są również ich unikalne właściwości. Produkty zapewniają najlepszą ochronę silnika, wydłużenie czasu jego eksploatacji, obniżenie zużycia paliwa, a także niższą emisję spalin.

– Dobrym przykładem jest olej Shell Helix Ultra ECT C2/C3 0W-30. Ten produkt jest wytwarzany w unikalnej, opatentowanej przez nas technologii, na bazie gazu ziemnego – mówi dyrektor ds. sprzedaży Shell Polska. – Według naszych prognoz rynek w dalszym ciągu będzie notował wzrost, szczególnie w przypadku olejów do samochodów osobowych.

Z badań przeprowadzonych przez Shell Polska na początku tego roku wynika, że ponad połowa Polaków samodzielnie dokonuje wyboru oleju, marki olejowej i rodzaju oleju, ale po zasięgnięciu opinii u specjalisty – mechanika czy doradcy serwisowego. Po poradę w tym zakresie sięga co trzeci Polak. Natomiast 83 proc. kierowców wymienia olej w warsztacie lub wyspecjalizowanym punkcie obsługi – najczęściej są to nieautoryzowane warsztaty. Z badania „Drogowa dżungla, czyli Polak za kierownicą” wynika również, że połowa Polaków regularnie kontroluje poziom oleju w samochodzie, a jeżeli jest to konieczne, uzupełnia go.

Uczniowie z Polski opracowują aplikację inteligentnego domu dla niepełnosprawnych. Za pomocą komend głosowych otworzą drzwi, a nawet zamówi jedzenie

Uczniowie z Polski opracowują aplikację inteligentnego domu dla niepełnosprawnych. Za pomocą komend głosowych otworzą drzwi, a nawet zamówi jedzenie 9

Coraz więcej urządzeń wchodzi w skład inteligentnego domu. Nie są to już wyłącznie telewizory czy tablety, ale również pralki, odkurzacze, a nawet lodówki. Nowe możliwości do komunikacji z podłączonymi do internetu urządzeniami gospodarstwa domowego otwierają asystenci głosowi. Wystarczy jedno polecenie, by włączyć telewizor lub zmienić kanał. Polscy uczniowie postanowili połączyć ideę inteligentnego domu z obsługą głosową. Projekt DAREK powstaje z myślą o niepełnosprawnych i ma pomóc im w codziennym poruszaniu się po domu. Za pomocą głosu otworzą drzwi, rozwiną żaluzje, a nawet uzupełnią lodówkę.

–  Temat inteligentnych domów jest teraz bardzo modny, każdy chciałby mieć w domu takie rozwiązanie. Nie chcemy naśladować tego, co już powstało, nie dogonimy markowych systemów. Chcemy za to wskazać lukę, która w tych systemach powstała, czyli sterowanie głosowe. Asystent DAREK jest programem, który ma naśladować inteligentny dom, stworzyliśmy go z myślą o osobach niepełnosprawnych. System może np. otworzyć drzwi, zasłonić lub odsłonić rolety. Takie systemy nie są jeszcze stosowane w inteligentnych domach – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Bartosz Dudek, koordynator projektu DAREK.

Zarówno wielkie korporacje, jak i niezależni innowatorzy dostrzegli potencjał drzemiący w sztucznej inteligencji, która może ułatwić, usprawnić i zautomatyzować wykonywanie codziennych, rutynowych czynności. Dzięki rozwojowi systemów przetwarzania języka naturalnego komputery zaczęły słuchać człowieka i wykonywać jego polecenia. Najnowsze algorytmy SI nie ograniczają się do nasłuchiwania z góry zaprogramowanych poleceń, coraz częściej wykorzystują rozwiązania uczenia maszynowego, aby lepiej zrozumieć nasze oczekiwania.

Jednym z ciekawszych systemów tego typu jest Google Assistant Kids, wirtualny asystent-encyklopedia, opracowany przez studentów z School of Visual Arts. Oprogramowanie analizuje styl wypowiedzi, aby określić wiek użytkownika, a następnie udziela odpowiedzi przystosowanej do jego zdolności poznawczych. Odpowiadając na pytania dorosłych, udzieli wyczerpującej wypowiedzi, a rozmawiając z dziećmi uprości ją.

Projekt DAREK również powstał z myślą o tym, aby znieść bariery komunikacyjne pomiędzy człowiekiem a sztuczną inteligencją. Projekt uczniów z Liceum Ogólnokształcącego w Kole im. Kazimierza Wielkiego skupia się jednak na osobach niepełnosprawnych.

– Wystarczy, że osoba niepełnosprawna powie do telefonu z włączoną aplikacją, a asystent momentalnie zareaguje. Może odpowiedzieć, jaka będzie temperatura na zewnątrz, czy może otworzyć drzwi. To ułatwienie przede wszystkim dla osób, które mają problemy z poruszaniem się po pomieszczeniu. W przyszłości ta technologia na pewno będzie próbowała zniwelować wszelkiego rodzaju bariery dla osób niepełnosprawnych – mówi Bartosz Dudek.

DAREK ma być przede wszystkim narzędziem do walki z cyfrowym wykluczeniem osób niepełnosprawnych. Aplikacja na Androida umożliwi porozumienie się i kontrolowanie otoczenia w sposób znacznie bardziej kompleksowy, niż czynią to klasyczne systemy inteligentnego domu.

– Asystent jest w połowie naszych planów, obsługuje już większość funkcji głosowo, ale planujemy jeszcze wprowadzić nowe funkcje, np. kalendarz, który przypominałby o wizytach u lekarzy, funkcję uzupełniania lodówki, która sama zamawiałaby jedzenie do domu, oraz obsługę komputera dla osób, które nie mają kończyn – zapowiada Bartosz Paliński, członek zespołu.

Nad podobnym rozwiązaniem pracują studenci Politechniki Warszawskiej, którzy współpracują przy projekcie Farma Dobrej Woli, czyli osiedlu inteligentnych domów opracowanych z myślą o osobach niepełnosprawnych. Zastosowanie najnowocześniejszych systemów inteligentnych ma ułatwić obsługę urządzeń codziennego użytku, pozwoli także sprawować całodobową opiekę medyczną nad mieszkańcami.

Większość komercyjnych systemów inteligentnych domów wykorzystuje systemy rozpoznawania i analizy głosu od Google, Apple lub Amazonu, które wciąż nie potrafią się komunikować w języku polskim. Google swojego asystenta po polsku ma uruchomić jeszcze w tym roku. Wprowadzenie na rynek autorskich rozwiązań przystosowanych do polskiego odbiorcy może przyspieszyć upowszechnienie się komercyjnych w naszym kraju.

Według raportu Zion Market Research w 2018 roku rynek inteligentnych domów będzie wart 31 mld dol. Do 2022 roku wartość ta ma wzrosnąć do 53,5 mld dol.

Nowe technologie ułatwią odejście od węgla. Przyszłością energetyki są zielone, rozproszone źródła energii

Nowe technologie ułatwią odejście od węgla. Przyszłością energetyki są zielone, rozproszone źródła energii 10

Digitalizacja, decentralizacja i dekarbonizacja – to trendy, które w najbliższych latach zdominują energetykę. Nowe technologie będą mieć w każdym z nich znaczący udział – zarówno w budowaniu rozproszonej energetyki, jak i odchodzeniu od węgla. Istotnym wyzwaniem dla UE będzie walka z zanieczyszczeniami powietrza. Muszą się w nią zaangażować przede wszystkim konsumenci energii – wymaga ona zmiany paliw stosowanych do ogrzewania domów i sposobu korzystania z transportu – podkreślają eksperci InnoEnergy.

Eksperci oceniają, że przyszłością rynku energetycznego jest trzy razy D: digitalizacja, czyli coraz większe oddziaływanie technologii cyfrowych na energetykę, decentralizacja, czyli wzrost znaczenia rozproszonych źródeł energii, także OZE, oraz dekarbonizacja, czyli zmniejszanie udziału węgla w wytwarzaniu energii.

– Technologie są jednym z kluczowych elementów budowania innowacji, ale nie jedynym. Nie skupiałbym się tylko na samych technologiach, ale wskazał raczej na ich zastosowanie. Cokolwiek, co będzie nas zbliżało do modelu energetyki rozproszonej, pozwalało nam nią zarządzać w bardziej kontrolowany sposób – jak choćby rozwiązania IT integrujące systemy energetyczne czy rozwiązania umożliwiające magazynowania energii – to na pewno przyszłość inwestycji w energetyce – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jakub Miler, prezes zarządu InnoEnergy Central Europe.

W Polsce, jak wynika z danych Agencji Rynku Energii, produkcja energii elektrycznej w 2017 roku wyniosła 170,1 TWh przy 166,6 TWh rok wcześniej. Blisko połowę dostarczyły elektrownie opalane węglem kamiennym, 30 proc. węglem brunatnym, ale udział odnawialnych źródeł energii przekroczył już 14 proc., a elektrociepłowni gazowych – 6 proc. Jeszcze nigdy łączny udział węgla w produkcji prądu nie był na tak niskim poziomie, w 1990 roku sięgał 98 proc. Tym samym Polska wpisuje się w trend dekarbonizacji, jaki panuje w całej Europie.

Jak podkreśla prezes InnoEnergy, mimo różnic w systemach energetycznych i polityce surowcowej poszczególnych państw UE możliwe są wspólne prace nad rozwiązaniami, które będą prowadzić do stopniowej dekarbonizacji w wytwarzaniu energii. Dzięki temu mogą się one stać konkurencyjne również dla innych regionów świata.

Zdaniem Jakuba Milera same technologie to jednak nie wszystko. Równie istotne jest zaangażowanie potencjalnych klientów – odbiorców energii w sam proces tworzenia innowacji i budowanie ich świadomości.

– Musi się przecież znaleźć ktoś, kto będzie chciał te nowoczesne technologie kupić – podkreślił Jakub Miler podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach.

Jednym z przykładów takich obszarów jest walka o czyste powietrze. Za smog odpowiada głównie transport i ciepłownictwo, przy czym 57 proc. emisji drobnych pyłów to „zasługa” tego, w jaki sposób ogrzewane są mieszkania.

– Tak naprawdę po stronie konsumentów, odbiorców, leży klucz do zapewnienia jakości powietrza w naszych miastach. To my poprzez zmianę nawyków, przez to, w jaki sposób korzystamy z transportu, w jaki sposób korzystamy z ciepła, wpływamy na nasze otoczenie. To oczywiście często wymaga zmiany paliw, z których korzystamy, i zmiany sposobu, w jaki poruszamy się po miastach, ale jest to możliwe – mówi Marcin Lewenstein, innovation officer w InnoEnergy Central Europe

Z raportu ONZ Global Compact wynika, że Polska znajduje się w niechlubnej czołówce państw Europy, w których poziom zanieczyszczenia powietrza jest najwyższy i wielokrotnie przekracza dopuszczalne normy. Jak wynika z „Krajowego Programu Ochrony Powietrza do roku 2020”, udział gospodarstw domowych w emisji pyłów PM10 i PM2,5 wynosi ok. 40 proc., a w emisji benzo(a)pirenu – 78 proc.

Technologiami, które już teraz są w stanie odpowiedzieć na większość z tych wyzwań jest kogeneracja gazowa, pompy ciepła, lepsze wykorzystanie ciepła odpadowego, a także elementy gospodarki cyfrowej, czyli digitalizacja tego, w jaki sposób zarządzamy energią w naszych budynkach – tłumaczy Marcin Lewenstein.

Za niską emisję w większym stopniu niż przemysł odpowiadają budynki jednorodzinne (z 6,1 mln istniejących budynków ok. 5 mln stanowią te jednorodzinne). Najwięcej powstało w latach 1945–1970, gdzie dominującym źródłem ogrzewania są kotły węglowe (76 proc.). Na wsiach ponad 90 proc. mieszkań jest ogrzewanych paliwami stałymi, w miastach – co czwarte. Budynki z tego okresu są kilka razy bardziej energochłonne niż te budowane obecnie. Łączny udział gospodarstw domowych w zużyciu energii w Polsce jest jednym z najwyższych w Europie i wynosi 20 proc., z czego 70 proc. energii jest konsumowanej na ogrzewanie. Można to zmienić, ale dużo zależy od wprowadzanych przepisów.

– Państwo może to regulować tak, żeby ograniczyć możliwość wykorzystania starych technologii, które najbardziej trują. Może też wpływać poprzez zachęty podatkowe, ulgi, dopłaty różnego typu do tego, żebyśmy korzystali z nowoczesnych źródeł, z nowych technologii, które pozwolą w szybkim tempie ograniczyć te problemy. To oczywiście problem kosztów i również dlatego rola rządu w tej materii jest nie do przecenienia, bo nie wszystkich będzie stać na to, żeby w szybkim tempie zrezygnować z najtańszych, ale też najbrudniejszych paliw – mówi Lewenstein.

W największych miastach za ponad 60 proc. zanieczyszczeń odpowiada transport. Światowa Organizacja Zdrowia uznała spaliny oleju napędowego za równie szkodliwe dla zdrowia ludzi, co azbest, arsen czy gaz musztardowy i zakwalifikowała do najwyższej kategorii substancji rakotwórczych. Według ekspertów spaliny z silników diesla są bezpośrednią przyczyną nowotworu płuc. Rozwiązaniem problemu mogłoby być szersze wykorzystanie transportu miejskiego czy stosowanie alternatywnych źródeł napędu.

 To wszystko kwestia lepszego wykorzystania energii, przede wszystkim w domach. To także kwestia lepszego wykorzystania źródeł odnawialnych, które mogą być stosowane przez prosumentów, czyli tych, którzy decydują się na produkcję energii na potrzeby własne, czy lokalnych społeczności. W tym kierunku idą wysiłki dotyczące polityki klastrowej w Polsce, która ma na celu lepsze wykorzystanie energii na poziomie lokalnym, aby jak najmniej oddziaływać na środowisko, a jak najlepiej wykorzystywać potencjał lokalny – przekonuje Marcin Lewenstein.

Instytut Staszica: Rząd nie popełnił błędu podczas zakupu kolekcji Czartoryskich. Krytyka zakupu szkodzi wizerunkowi Polski na arenie międzynarodowej

Instytut Staszica: Rząd nie popełnił błędu podczas zakupu kolekcji Czartoryskich. Krytyka zakupu szkodzi wizerunkowi Polski na arenie międzynarodowej 11

Krytykowanie zakupu przez rząd kolekcji dzieł sztuki od Fundacji XX (Książąt) Czartoryskich nie służy wizerunkowi Polski na arenie międzynarodowej – podkreślają eksperci Instytutu Staszica. Spór o zasadność tej transakcji rozgorzał na nowo, gdy okazało się, że pieniądze trafiły na konto nowo założonej fundacji w Liechtensteinie, a rodzinny konflikt w arystokratycznej rodzinie rozstrzygany będzie w sądzie. Zdaniem ekspertów Instytutu Staszica zakup był konieczny i został dokonany za bardzo dobrą cenę, a to, co z otrzymanymi z transakcji pieniędzmi robi sprzedający, jest wyłącznie jego sprawą.

Zdaniem Instytutu zakup kolekcji przez Polskę za tak naprawdę ułamek jej wartości był działaniem absolutnie celowym i nie należy doszukiwać się tutaj błędu ze strony rządu – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Dawid Piekarz, ekspert Instytutu Staszica. – Po pierwsze, tylko zakup tej kolekcji na rzecz państwa dawał gwarancję, że nie zostanie ona sprzedana w całości lub w części czy wywieziona, bo jednak właściciel może ze swoją własnością robić to, co zechce.

W grudniu 2016 roku po kilku miesiącach negocjacji Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego z Fundacją XX Czartoryskich państwo polskie zakupiło od niej zbiór bezcennych dla kultury polskiej zabytków, w tym najcenniejszy znajdujący się w Polsce obraz „Dama z gronostajem” Leonarda da Vinci. Był też obraz Rembrandta, ryciny Dürera, rękopisy kronik Długosza i wiele innych cennych starodruków, rękopisów, dokumentów historycznych, a także broń, biżuteria, księgi i numizmaty. Polska zapłaciła za ten zbiór 100 mln euro. Nie brakowało wówczas krytyków, którzy utrzymywali, że niepotrzebnie wydano tę kwotę, bo zbiorów i tak nie można wywieźć ani zamknąć na stałe dla publiczności.

Kolejnym problemem jest to, że ta kolekcja była utrzymywana ze środków prywatnych, a te środki bardzo często okazywały się niewystarczające. Natomiast jeżeli państwo nie było tejże kolekcji właścicielem, po prostu nie mogło na utrzymanie tych skarbów polskiej kultury łożyć – argumentuje Dawid Piekarz. – Te wszystkie rzeczy muszą być należycie zabezpieczone, otoczone opieką konserwatorską, ochroną fizyczną, a tego nie dałoby się zrobić, gdyby państwo nie było właścicielem tej kolekcji.

Dodaje też, że polskie prawo zezwala przejąć na własność bezcenne dobra kultury w przypadku zagrożenia fizycznego, ale wtedy państwo musiałoby zrobić to za odszkodowaniem w wysokości wartości rynkowej, która jest kilkudziesięciokrotnie wyższa od kwoty zapłaconej w grudniu 2016 roku.

Z drugiej strony propozycje, by znacjonalizować kolekcję, byłyby sprzeczne z prawem własności i pozwoliły na kwestionowanie roszczeń Polski do odzyskania dzieł wywiezionych poza jej granice.

– Pojawiające się głosy o tym, że Polska tak naprawdę nie musiała tej kolekcji kupować, bo mogła ją w taki czy inny sposób właścicielom odebrać, zdecydowanie nie służą interesowi Polski, zwłaszcza w sytuacji, kiedy Polska jest z jednej strony krytykowana za niezałatwienie sprawy reprywatyzacji, a z drugiej strony w bardzo wielu wpływowych kręgach, np. amerykańskich, uważa się, że jednym z elementów kluczowych dla państwa prawa i demokracji jest absolutne poszanowanie własności prywatnej – podkreśla Dawid Piekarz. – Polska nie może się jawić w środowisku międzynarodowym jako kraj, który tej własności nie szanuje i nacjonalizuje czy odbiera właścicielom ich własność. 

W ocenie Instytutu Staszica nieuzasadnione są także zarzuty przelania większości pozyskanej z zakupu kwoty na konto nowo powstałej w Liechtensteinie fundacji Le Jour Viendra.

Kompletnie nieuzasadniony jest argument, że te pieniądze z Polski zostały wywiezione, bo identycznie można krytykować np. zakup F-16 czy dreamlinerów. Tam też właściciel sprzedał polskiemu państwu określone dobra, za które wziął ustaloną cenę i mógł z tymi pieniędzmi zrobić to, co chce, ponieważ była to normalna, rynkowa transakcja – podkreśla ekspert Instytutu Staszica. – Dlatego uważamy, że sam został załatwiony w sposób cywilizowany, z poszanowaniem interesów właścicieli i poszanowaniem prawa, w tym prawa międzynarodowego.

Dariusz Kubacki w zarządzie polskiego oddziału KMD

Dariusz Kubacki
Dariusz Kubacki

Polscy specjaliści odgrywają coraz większą rolę w procesie digitalizacji danych Europejczyków. Grupa KMD, największy dostawca usług IT w Danii, powołała Dariusza Kubackiego na stanowisko Vice Presidenta w globalnej strukturze, powierzając mu odpowiedzialność za jeden z najbardziej strategicznych pionów biznesowych. Pokieruje on również polskim oddziałem firmy. Obecność Polaka w zarządzie jest połączona ze zmianą strategii firmy, która zakłada jeszcze większą autonomię warszawskiego oddziału i jego rosnącą rolę w Grupie KMD.

KMD to największy duński gracz na europejskim rynku IT, który od ponad 40 lat dostarcza usługi informatyczne na potrzeby rządu i samorządów lokalnych w Danii, a także firm z sektora prywatnego w Skandynawii. To dzięki wiedzy i umiejętnościom specjalistów m.in. z KMD, Dania jest jednym z najlepiej zdigitalizowanych państw na świecie (dane na podstawie wskaźnika cyfryzacji gospodarki i społeczeństwa DESI – The Digital Economy and Society). Każdego dnia Duńczycy korzystają z rozwiązań opracowanych przez firmę – począwszy od komunikacji z urzędami, po opłaty rachunków. Skandynawski gigant otworzył oddział w Polsce w 2015 roku, tworząc atrakcyjne miejsce pracy dla polskich specjalistów IT. Za rozwój warszawskiego biura przez pierwsze trzy lata działalności odpowiadał Jens Brinksten.

Polak jako pierwszy spoza Danii w zarządzie KMD

Dariusz Kubacki jako pierwszy Polak zajmuje stanowisko General Managera i zarządza polskim oddziałem firmy. Jest on również pierwszym managerem spoza Danii, który wszedł do zarządu KMD Group. Kubacki ma bogate doświadczenie w obszarze IT. Do KMD przeszedł z PAREXEL International, gdzie był dyrektorem w globalnych strukturach IT. Wcześniej przez ponad 12 lat był związany z Hewlett-Packard, gdzie odpowiadał za kierowanie zespołem ponad 500 pracowników i realizację celów biznesowych dla klientów z 10 krajów w regionie Europy Środkowej i Wschodniej. Karierę w branży technologicznej rozpoczął w 2002 roku jako konsultant IT w SAS Institute.

Partnerska rola polskiego oddziału

Obecność Polaka na kluczowym stanowisku w globalnej strukturze jest wynikiem nowej strategii biznesowej KMD Group. Zakłada ona zwiększenie roli polskiego oddziału w międzynarodowym biznesie i odpowiedzialność za klientów całej grupy.

„Polskie biuro KMD rozwijało się od samego początku w imponującym tempie. Startowaliśmy od zera, a teraz zatrudniamy ponad 400 pracowników, kontynuując dynamiczny wzrost. Nowa strategia oznacza dla polskich specjalistów większe możliwości rozwoju i duże wyzwania. Jesteśmy partnerem naszych skandynawskich kolegów i razem z nimi będziemy wyznaczać trendy w digitalizacji. Odpowiadamy już nie tylko za polską spółkę, ale realizujemy globalne cele, stąd proces przeniesienia do Polski części biznesowej KMD” – podkreśla Piotr Brzeziński, Head of Development w Dywizji R&D.

Skandynawska kultura pracy

Rozwój skandynawskiej firmy nad Wisłą to szansa dla polskich specjalistów, którzy czerpią z doświadczenia Skandynawów w zakresie innowacyjnych rozwiązań nie tylko dla sektora publicznego. Stały transfer wiedzy między oddziałami jest możliwy dzięki partnerskim relacjom polskiego oddziału z globalnymi strukturami.

Biuro KMD Poland mieści się w Warszawie tuż obok metra Dworzec Gdański i jest nowoczesnym odzwierciedleniem skandynawskiego stylu. Funkcjonalne wnętrze zostało zaprojektowane zgodnie z najnowszymi trendami – tak, aby było wygodne dla pracowników. To, na co firma kładzie nacisk, to również work-life balance.

„Pracujemy nad ambitnymi zadaniami, jednocześnie zachowując równowagę pomiędzy życiem prywatnym i zawodowym. Przejęliśmy od Skandynawów najlepsze wzorce, wolny czas dla rodziny i przyjaciół to istotna część naszej kultury organizacyjnej – dodaje Anna Smoleń, Dyrektor działu HR.