Tylko w 20 proc. geny, które dzieci otrzymują od swoich rodziców, decydują o ich przyszłym zdrowiu. Pozostałe 80 proc. to wpływ czynników zewnętrznych, m.in. związanych ze środowiskiem i dietą przodków. Istotną rolę w rozwoju organizmu pełni cholina, czyli substancja, która wspomaga funkcjonowanie układu nerwowego i warunkuje prawidłowy rozwój mózgu dziecka. Większość ciężarnych w Europie i Stanach Zjednoczonych ma niedobory tego składnika. To może zaś doprowadzić do wad rozwojowych u dziecka: zespołu Downa czy autyzmu. U osób dorosłych może zaś sprzyjać pojawieniu się Alzheimera.
– Cholina jest niezwykle ważną substancją dla ludzkiego organizmu. Przede wszystkim dla rozwoju dziecka już w okresie płodowym. Jeśli dzieci nie otrzymują odpowiedniej ilości choliny, nie rozwijają się prawidłowo – czy to w okresie ciąży, czy w okresie karmienia piersią. Jednak cholina jest niezwykle ważna również dla osób dorosłych. Kiedy w organizmie są niedobory choliny, pojawiają się problemy zdrowotne z wątrobą i mięśniami – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Steven Zeisel, dyrektor Nutrition Research Institute z University of North Carolina.
Cholina buduje błony komórkowe, wspiera rozwój układu nerwowego i dostarcza grup metylowych, które przyłączając się do łańcucha DNA, hamują aktywność danego genu i wyłączają go, a jednocześnie wzmacniają te geny, do których reszty metylowe się nie przyłączyły.
– Cholina jest bardzo ważną substancją. Dostarcza tzw. grupę metylową, a jej brak zmienia permanentnie oznakowanie kodu genetycznego czy sieci DNA. Zmienia także procesy metaboliczne zachodzące w ciele ludzkim do końca naszego życia – podkreślił podczas interdyscyplinarnej konferencji ginekologicznej „Focus on choline” prof. Zeisel.
Naukowcy zajmujący się epigenetyką, czyli dziedziczeniem poza genami, dowodzą, że geny otrzymywane od rodziców w niewielkim stopniu mają wpływ na to, jak zdrowe będzie ich dziecko. Znacznie ważniejsze są czynniki zewnętrzne: stan zdrowia obojga rodziców, ich styl życia, narażenie na kontakt z toksynami środowiskowymi, a przede wszystkim sposób odżywiania przyszłej mamy.
Doświadczenia naukowców wskazują, że niedożywienie matki w różnych okresach ciąży skutkuje różnymi zaburzeniami u jej dziecka, także w jego dorosłym życiu. Na rozwój organizmu wpływa szereg istotnych składników odżywczych. Należą do nich kwas foliowy, witaminy z grupy B, także cholina.
– Niedobory choliny mogą się przekładać na zaburzenia rozwoju ciąży. Mogą zwiększać ryzyko przedwczesnego porodu, nieprawidłowego rozwoju dziecka, ale – co wydawało się nierealne – także mieć związek z występowaniem ryzyka aberracji chromosomowych. To funkcja zaburzeń rozdziału chromosomów, która może być jedną z przyczyn tej bardzo poważnej patologii – tłumaczy prof. dr hab. n. med. Romuald Dębski, położnik i ginekolog.
Aberracje chromosomowe to zaburzenia w liczbie lub strukturze chromosomów. Jedne z najczęściej występujących to zespół Downa i zespół Edwardsa.
– Gdybyśmy upowszechnili wiedzę, że za pomocą suplementacji choliny można ośmiokrotnie zmniejszyć ryzyko występowania zespołu Downa, byłaby to jedna z najważniejszych rzeczy w profilaktyce perinatologicznej, którą moglibyśmy w najbliższym czasie osiągnąć – przekonuje prof. dr hab. n. med. Romuald Dębski.
Institute of Medicine rekomenduje dzienne spożycie choliny na poziomie 450 mg dla kobiet w ciąży i 550 mg choliny dla kobiet karmiących piersią. W diecie europejskich kobiet ciężarnych średnie spożycie szacuje się na 336 mg na dobę. Wśród ciężarnych Amerykanek 90 proc. nie przyjmuje zalecanej dziennej ilości choliny.
Dostarczenie odpowiedniej ilości choliny jest bardzo trudne. Aby uzupełnić zapotrzebowanie organizmu na ten składnik, przyszła mama powinna zjeść dziennie ponad 3 jajka, około 1,5 kg tuńczyka, 2 kg szpinaku lub pszenicy albo nieco ponad 0,6 kg pistacji. Jednocześnie wrogami choliny są wysoka temperatura i powszechnie stosowany cukier, alkohol i kawa. Dlatego eksperci zalecają suplementowanie tego składnika.
– Do 1998 roku nie wiedzieliśmy o tym, że cholina jest niezbędnym składnikiem odżywczym. Dopiero później moja grupa badawcza oraz inni badacze udowodnili, że brak tego składnika w diecie uniemożliwia prawidłowy rozwój dzieci oraz ma poważne, negatywne konsekwencje zdrowotne u osób dorosłych – mówi prof. Steven Zeisel.
Wiedza o właściwościach choliny wciąż jednak nie jest powszechna. Dlatego eksperci wskazują na potrzebę stworzenia interdyscyplinarnego stanowiska na ten temat.
– Naszym wspólnym ostatecznym celem jest zdrowe, dobrze rozwijające się dziecko. Sukcesem położniczym nie jest ciąża i 10 punktów w momencie urodzenia, tylko to, że dziecko przychodzi do domu z piątką z matematyki. Ale na tę piątkę z matematyki musi zapracować wiele osób: lekarz leczący niepłodność, prowadzący ciążę, a przede wszystkim później pediatrzy, neonatolodzy. Zgranie tego wszystkiego, daje ten sukces – tłumaczy Romuald Dębski.
Właściwa suplementacja choliny jest bardzo ważna również w dorosłym życiu. Substancja ta przynosi duże korzyści w leczeniu chorób związanych z centralnym układem nerwowym, np. chorobie Parkinsona czy Alzheimera, które objawiają się niskim poziomem tego składnika.
– Cholina może być jednym z produktów, które stymulują i poprawiają pamięć, choć niejedynym. Ten składnik jest bardzo istotny dla utrzymania prawidłowej funkcji neuronów, które odpowiedzialne są za mechanizm pamięci. Potwierdzone jest, że przyjmowanie choliny korzystnie wpływa na poziom pamięci – mówi dr hab. n. med. Małgorzata Gaweł, neurolog z Kliniki Neurologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.
Zwycięstwem zespołu Zenit Kazań zakończyły się w niedzielę w Krakowie Klubowe Mistrzostwa Świata w siatkówce. Po raz pierwszy mecze tej imprezy zostały rozegrane w Polsce. Tak duże wydarzenia sportowe mają kolosalne znaczenie dla promocji aktywności fizycznej, zwłaszcza wśród dzieci czy młodzieży, która może zobaczyć na żywo swoich sportowych idoli. Aktywizowanie dzieci ma ogromne znaczenie, bo jak pokazują statystyki, już co trzeci ośmiolatek w Polsce ma nadwagę.
– Klubowe Mistrzostwa Świata w siatkówce jeszcze nie miały możliwości zaistnienia w Polsce. To fenomen, że mamy już w Polsce całą koronę Himalajów, czyli wszystkie turnieje – od mistrzostw świata po mistrzostwa Europy, wieńcząc na Klubowych Mistrzostwach Świata. To nie lada gratka dla sympatyków siatkówki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Ignaczak, były siatkarz, mistrz świata, Europy i sześciokrotny Mistrz Polski.
W niedzielnym finale Zenit Kazań walczył w Krakowie z najlepszą włoską drużyna Cucine Lube Civitanova i po trzech wygranych setach został klubowym mistrzem świata. W meczu o trzecie miejsce PGE Skra Bełchatów przegrała z Sadą Cruizero 0:3. Komentatorzy oceniali, że w gronie uczestników tegorocznego turnieju były niemal same siatkarskie potęgi i jeszcze nigdy klubowe mistrzostwa świata nie były tak mocno obsadzone.
– Można obejrzeć najlepszych obecnie zawodników na świecie. Mowa tu m.in. o kubańskich graczach pokroju Leona, Leala czy Simona. Oni na dziś nie występują w żadnej reprezentacji, a przez wielu ekspertów są uważani za jednych z najlepszych zawodników na swoich pozycjach. Mamy więcej gwiazd – we włoskiej drużynie są nazwiska z pierwszych stron siatkarskich gazet. To nie lada gratka dla każdego kibica siatkówki, żeby pójść na mecz i zobaczyć, jak prezentują swoje umiejętności – mówi Krzysztof Ignaczak.
Były siatkarz, obecnie ekspert i komentator siatkarski oraz organizator siatkarskich campów dla młodzieży, podkreśla, że takie wydarzenia mają kolosalne znaczenie dla promocji sportu i aktywności, zwłaszcza wśród dzieci czy młodzieży, która może zobaczyć na żywo swoich sportowych idoli.
– Spotkania z gwiazdami sportu mogą być bardzo motywujące i nakłonić dzieci do tego, żeby poszły na halę czy na stadion i zaczęły uprawiać jakąś dyscyplinę sportu. Nieważne, czy to będzie siatkówka, piłka nożna czy koszykówka – wartością dodaną jest to, że dzieciaki zaczną dbać o własne zdrowie – mówi Krzysztof Ignaczak.
Zachęcanie dzieci i młodzieży do aktywności ma kolosalne znaczenie, bo – jak pokazują tegoroczne dane WHO oraz Instytutu Matki i Dziecka – prawie co trzeci (31,2 proc.) ośmiolatek w Polsce ma zbyt dużą masę ciała. W tej grupie 18,5 proc. zmaga się z nadwagą, a 12,7 proc. – z otyłością. Krzysztof Ignaczak podkreśla, że odwrócenie tego trendu wymaga wsparcia i zaangażowania po stronie rodziców, którzy powinni zachęcać dzieci do uprawiania sportu, wyrabiać dobre nawyki i sami stanowić dobry wzorzec.
– Warto dzieciakom pokazać, że sport to fajny dodatek, żeby trochę odciągnąć ich od konsoli i łatwego życia przed komputerem. Jest coraz więcej fajnych programów, w których inspiracją są właśnie gwiazdy sportu – mówi Krzysztof Ignaczak. – Drużyna Energii jest jednym z takich programów, które mogą i na pewno zachęcą wiele dzieciaków do powrotu na halę i uprawiania czynnego sportu.
Drużyna Energii to ogólnopolski program sportowo-edukacyjny prowadzony pod patronatem Instytutu Matki i Dziecka, skierowany do uczniów klas VI–VII szkoły podstawowej, którego partnerami są Grupa Energa i New Balance. Główny cel to przekonanie młodzieży do większej aktywności fizycznej i zmiany nawyków żywieniowych. Krzysztof Ignaczak jest jednym z ambasadorów programu, obok dziennikarza Bartosza Ignacika, byłego piłkarza Marka Citko oraz Krzysztofa Golonki, najpopularniejszego sportowego youtubera w Polsce.
W akcji Drużyna Energii biorą udział szkoły z całej Polski. Raz w tygodniu na stronie internetowej projektu ambasadorzy publikują film z ćwiczeniami, które uczniowie muszą powtórzyć. Za każdy nagrany filmik z ćwiczeniami szkoła otrzymuje punkty. Najbardziej aktywne szkoły ostaną finalistami projektu – raz w miesiącu przyjedzie do nich drużyna ambasadorów, przeprowadzi konkurs i zajęcia sportowe. Dla trzech najlepszych szkół nagrodą będzie wyposażenie sali gimnastycznej. Organizatorzy przewidzieli też wyróżnienia indywidualne dla uczniów.
– Nie uciekniemy od technologii, ale można ją wykorzystać, żeby zachęcić dzieci do aktywności fizycznej. Idąc w obszar technologii, możemy im pokazywać nasze ćwiczenia i nasze osiągnięcia. To jest fajne, bo dzieci mogą zobaczyć, zapamiętać i próbować to powielać na swoich podwórkach i salach od wf-u. My dzięki technologii możemy przez moment wejść do nich, a potem zaprosić ich do dalszej współpracy – podsumowuje ambasador Drużyny Energii.
Rachunki to pozycja, która najbardziej obciąża domowe budżety Polaków. Wydajemy na niejedną czwartą naszych dochodów, więcej niż na żywność. Pozostały budżet dokładnie planujemy – tak zadeklarowało 90 procent pytanych w badaniu platformy MAM „Dziurawa kieszeń Polaka”. Badani podkreślali, że dobrze idzie im zarządzanie swoimi finansami.
Polacy są pragmatyczni, wykazują się dużą dozą zaradności finansowej i starają się dostosować swój budżet domowy do swoich potrzeb i zobowiązań, odpowiednio planując wydatki. 90 proc. ankietowanych w badaniu platformy MAM zadeklarowało, że przynajmniej 50 proc. ich wydatków jest zaplanowanych, a 43 proc. planuje większość swoich wydatków.
– Dość rozsądnie podchodzimy do tego, jak planujemy nasz miesięczny budżet. Większość ankietowanych przyznała, że główną techniką planowania jest przemyślenie na początku miesiąca, jakie będą mieli przychody i wydatki. Często też dyskutujemy o tym w rodzinie – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Jakub Jugo, ekspert platformy MAM.
Przemyślenie wydatków to sposób planowania, który stosuje 85 proc. badanych. Dla 60 proc. takim narzędziem jest przedyskutowanie miesięcznych wydatków ze swoimi najbliższymi. Mniej więcej co trzeci Polak sporządza notatki budżetowe. Podobna grupa korzysta ze specjalnych aplikacji mobilnych lub oprogramowania komputerowego.
Najważniejszą kategorią, najbardziej obciążającą budżet Polaków, są rachunki. Stanowią one 25 proc. naszych wydatków. Priorytetowo traktuje rachunki 75 proc. ankietowanych. Jedynie 6 proc. gospodarstw domowych pozwala sobie na zaległości w opłacaniu comiesięcznych rachunków.
– Zwykle dopiero po opłaceniu rachunków określamy, jaki budżet zostaje nam na przyjemności czy podstawowe wydatki, takie jak jedzenie czy inne wydatki codzienne – podkreśla ekspert platformy MAM.
Budżet rozporządzalny na osobę w polskim gospodarstwie domowym to ponad 1470 zł. Średnio 1100 zł w tym budżecie przeznaczamy na wydatki, nadwyżkę – na inwestycje i oszczędności.
Polacy bardzo ufają też swoim kompetencjom w zakresie planowania wydatków. Prawie 90 proc. z nas uważa, że ma pełną kontrolę nad swoim domowym budżetem. Podobna grupa podkreśla, że prawie nigdy nie zdarzają im się złe decyzje finansowe. Tylko co piąty Polak uważa, że powinien poszerzyć swoją wiedzę i umiejętności w zakresie zarządzania finansami.
– To pokazuje, że Polacy są bardzo pewni siebie, pewnie podchodzą do swojego zarządzania finansami. Pytanie, czy rzeczywiście nasz poziom edukacji finansowej jest aż tak bardzo wysoki, czy tylko lubimy tak o sobie myśleć? Na pewno lubimy przekazywać tę wiedzę dzieciom, bo większość naszych ankietowanych zadeklarowała, że uczy swoich najmłodszych rozsądnego zarządzania finansami – mówi Jakub Jugo.
Z planowaniem budżetu znacznie lepiej radzą sobie kobiety, które – jak wynika z badania – najczęściej są odpowiedzialne za zarządzanie domowym budżetem: płacą rachunki i rzadziej od mężczyzn zapominają o ich zapłaceniu, są bardziej skrupulatne w zarządzaniu finansami, optymalizują koszty, poszukują ciekawych ofert, porównują ceny, korzystają z programów lojalnościowych i programów wsparcia sprzedaży, które pozwalają im wydawać mniej. Bardziej skłonne do planowania wydatków są również osoby mające dzieci.
Podwyższanie kompetencji w zarządzaniu budżetem to w Polsce konieczność, bo na tle Europy nadal jesteśmy krajem drogim. A według danych Eurostatu, uwzględniających tzw. parytet siły nabywczej, Polacy są w pierwszej dziesiątce krajów z najniższymi zarobkami.
– Jesteśmy jeszcze bardzo daleko od średniej unijnej jeśli chodzi o zarobki, zwłaszcza biorąc pod uwagę parytet siły nabywczej. Stać nas na mniej więcej połowę tego, co przeciętnego Europejczyka. Mamy sporo dodatkowych problemów, jak chociażby to, że Polska jest szóstym najdroższym krajem jeśli chodzi o nośniki energii, biorąc pod uwagę parytet siły nabywczej. Jeśli mówimy więc o rachunkach i kosztach zakontraktowanych, najważniejszych dla naszego budżetu, jesteśmy krajem stosunkowo drogim w UE – podkreśla Jakub Jugo.
By obniżyć wydatki, planujemy też zakupy w okresach wyprzedaży. Jeśli Polacy decydują się na oszczędzanie, to wybierają wymierny, bliski, konkretny cel.
– Jeśli myślimy, że Polacy oszczędzają po prostu dla posiadania pieniędzy na czarną godzinę, inwestycji czy chociażby emerytury, nie jest to prawdą. Polaków do oszczędzania motywuje przede wszystkim konkretna rzecz, którą chcieliby sobie kupić – mówi Jakub Jugo.
Wśród dóbr, na które oszczędzamy najczęściej, ankietowani wskazywali na samochód. Tak deklarowało 22 proc. pytanych. Oszczędzamy również na wakacje czy zakup artykułów gospodarstwa domowego.
Prawo dotyczące ochrony danych osobowych, które zacznie obowiązywać w maju 2018 roku, nada konsumentom szereg przywilejów. Jednym z nich będzie prawo do bycia zapomnianym. Dane osób, które sobie tego życzą, będą musiały zostać niezwłocznie i w całości usunięte z systemów administratora. Co więcej, dotyczy to także kopii, linków i dokumentacji papierowej, na przykład skanów czy wydruków e-maili. Dla firm będzie to duże wyzwanie, podobnie jak wymiana wszystkich klauzul, formularzy i zgód na przetwarzanie informacji o klientach.
– Przez ostatnich 20 lat zmieniły się realia i przestrzeń biznesowa, również sposób gromadzenia i przetwarzania danych. Mamy instytucje bankowe, ubezpieczeniowe i wiele innych przedsiębiorstw, które gromadzą mnóstwo informacji o aktywności swoich klientów czy pracowników w sieci i realizowanych przez nich transakcjach. RODO to nowa regulacja unijna, która ma pomóc jeszcze lepiej i bezpieczniej zarządzać danymi osobowymi, chronić nas, jako klientów, pacjentów i użytkowników wielu systemów. Dla przedsiębiorców RODO oznacza nowe obowiązki, dodatkowe procedury organizacyjne i techniczne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jolanta Augustyniak, prezes zarządu Libris Polska, oferującej rozwiązania do zarządzania dokumentacją papierową i elektroniczną.
RODO, czyli ogólne rozporządzenie o ochronie danych osobowych, wejdzie w życie za niecałe pół roku – 28 maja 2018 roku. Unijna regulacja ma ujednolicić przepisy w tym zakresie na terenie wszystkich 28 państw członkowskich UE. Przygotowana na jej podstawie ustawa zastąpi dotychczasowy akt prawny, który obowiązuje od 20 lat.
– RODO definiuje ochronę danych osobowych w trochę odmienny sposób i dostosowuje ją do realiów cyfrowych. Rynek jest dwubiegunowy: po jednej stronie mamy duże przedsiębiorstwa, banki czy ubezpieczycieli, którzy byli i są przygotowani do tego, aby właściwie zabezpieczać dane osobowe swoich klientów. Z drugiej strony są małe i średnie przedsiębiorstwa, które dotychczas nie w pełni wykazywały dbałość o bezpieczeństwo danych, miały trochę inną świadomość biznesową. Teraz stoją przed problemem, w jaki sposób proceduralnie przygotować przedsiębiorstwo do nowych realiów tak, by uniknąć kar związanych z nieprawidłowym zabezpieczeniem danych osobowych – mówi Jolanta Augustyniak.
Nowe prawo nałoży szereg obowiązków na wszystkie podmioty, firmy i instytucje, które gromadzą i przetwarzają dane osobowe i informacje o swoich klientach. Z drugiej strony przyznaje osobom fizycznym szereg nowych uprawnień, które mają zwiększyć ich kontrolę nad tym, jak wykorzystywane są ich dane. Jednym z nich jest prawo do bycia zapomnianym.
– Tego do tej pory nie gwarantował nam ani Facebook, ani Google. To oznacza, że jako użytkownicy mamy prawo poprosić o wykreślenie nas z systemów, po wcześniejszym zapoznaniu się z obowiązującymi regulacjami. Warto jednak pamiętać o tym, że nadal będzie rynek transakcji typu darmowa usługa, superpromocja w zamian za pozostawienie swoich danych osobowych – mówi Jolanta Augustyniak.
Prawo do bycia zapomnianym (RODO, art. 17 ust. 1) oznacza, że dane osób, które sobie tego zażyczą, muszą zostać niezwłocznie w całości usunięte z systemów administratora. Co więcej, dotyczy to także kopii, linków, odniesień i dokumentacji papierowej, na przykład wydruków czy skanów dokumentów. Jeżeli wcześniej te dane zostały udostępnione albo trafiły do internetu, administrator musi się upewnić, że wszystkie ich kopie i linki zostały skasowane i usunięte na dobre. Nawet jeżeli są już w posiadaniu innych podmiotów.
Dla firm i organizacji prawo do bycia zapomnianym będzie jednym z największych wyzwań. Zwłaszcza że za nieprzestrzeganie nowych przepisów będą grozić surowe kary administracyjne i finansowe – sięgające nawet 20 mln euro albo 4 proc. rocznych obrotów całego przedsiębiorstwa. Będzie nad tym czuwać nowo utworzony Urząd Ochrony Danych Osobowych.
Prezes Libris Polska zauważa, że w związku z wdrożeniem nowych przepisów przedsiębiorstwa muszą wymienić większość formularzy, klauzuli i zgód na przetwarzanie danych osobowych. Wcześniej powinny jednak zweryfikować wszystkie procesy pod kątem bezpieczeństwa danych osobowych. Dodatkowo firmy będą musiały przygotować i gromadzić więcej dokumentacji.
– RODO ma wyegzekwować przygotowanie nowej dokumentacji typu „zgody” na przetwarzanie danych osobowych, czyli w praktyce wszystko to, co podpisujemy dziś umieszczone na końcu dokumentu zapisane drobnym drukiem. W myśl RODO dokument typu „zgoda na przetwarzanie danych osobowych” powinien być przygotowany w formie prostej i zrozumiałej zarówno dla studenta, jak i osoby starszej czy dziecka. Przedsiębiorca powinien zatem przeprowadzić analizę i przygotować nowe wzory dokumentacji papierowej i elektronicznej – podkreśla Jolanta Augustyniak.
Rozporządzenie nie określa ani jakie dokumenty musi posiadać firma, ani jaka ma być treść klauzul, na które klienci muszą wyrazić zgodę. Stworzenie właściwej dokumentacji pozostaje w gestii przedsiębiorców, a treść dokumentów ma być uzależniona od oceny ryzyka.
Powoli znikają bariery hamujące rozwój elektromobilności. Zasięg, osiągi i ceny samochodów elektrycznych są coraz lepsze. Trwają prace nad ustawą regulującą ten rynek, a według rządowych planów do 2020 roku ma już powstać blisko 400 szybkich stacji ładowania elektryków i ok. 6 tys. publicznych punktów ładowania o normalnej mocy. Rozwój infrastruktury będzie wymagać rozwiązań, które pozwolą rozliczać taką usługę. Obecnie najpowszechniejsze są karty pre-paid, ale w przyszłości kierowca na stacji ładowania będzie mógł sam wybrać dostawcę energii i metodę płatności.
– Jeśli rynek samochodów elektrycznych będzie się rozwijał, każda stacja benzynowa obok tradycyjnego paliwa będzie też oferować możliwość doładowania samochodu elektrycznego. Na dziś trudno oszacować dokładną liczbę punktów ładowania, bo wiele przedsiębiorstw stawia takie stacje, traktując to jako element marketingu. Jednak wraz ze wzrostem zapotrzebowania siatka takich stacji na pewno będzie gęstnieć – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Biezmienow, prezes zarządu polskiej spółki A2 Customer Care w Grupie Atende.
Rządowy Plan Rozwoju Elektromobilności zakłada, że do 2020 roku ma już powstać około 400 szybkich punktów ładowania samochodów i ok. 6 tys. publicznych punktów ładowania o normalnej mocy. Upowszechnienie samochodów z napędem elektrycznym może się przyczynić do rozwiązań, które pozwolą ładować takie auto nawet z domowego gniazdka. Wspomniał o tym także Premier Morawiecki podczas swojego exposé.
– W gospodarstwach domowych będziemy mieć ładowarkę włączoną do inteligentnej sieci. Dla osób przemieszczających się, które muszą ładować samochody elektryczne w trakcie podróżowania, powstaną punkty szybkiego ładowania na stacjach benzynowych. Tu poszedłbym o krok dalej – takie ładowarki będą wspierane przez magazyny energii plus fotowoltaikę, żeby stacje z jednej strony mogły zarabiać, a z drugiej – oddawać jak najmniej kosztu zakupu energii zewnętrznej, czyli staną się w dużej mierze samowystarczalne – mówi Krzysztof Biezmienow.
Rozwój infrastruktury do ładowania pojazdów elektrycznych będzie wymagać rozwiązań, które pozwolą rozliczać taką usługę. Już teraz są nimi zainteresowane duże koncerny i przedsiębiorstwa energetyczne.
– Widzimy duże zainteresowanie przedsiębiorstw energetycznych rozwiązaniami informatycznymi, które wspierają rozliczanie takich punktów ładowania bądź rezerwacji miejsc na stacjach ładowania. Natomiast w przyszłości będą też gospodarstwa domowe, które będą samodzielnie ładować samochody w garażach, klastry energetyczne, które będą chciały efektywnie wykorzystywać zarówno ładowanie samochodów, jak i sprzedaż usług oraz różne inne przedsiębiorstwa, np. wyłącznie do wypożyczania samochodów elektrycznych, które będą chciały efektywnie zarządzać tymi punktami – mówi Krzysztof Biezmienow.
Najpopularniejszy obecnie sposób rozliczenia takiej usługi to karta pre-paid. Coraz częściej przedsiębiorstwa rozważają też możliwość dołączenia rozliczenia za ładowanie samochodu do faktury za energię danego klienta.
– Inną tendencją rynkową będzie możliwość wyboru sprzedawcy w momencie, w którym decydujemy się na rezerwację punktu ładowania i zakup energii. Zmiana sprzedawcy energii kojarzona jest wyłącznie z obsługą gospodarstw domowych, czyli stacjonarnych punktów. My idziemy krok dalej – chcemy, żeby klient, rezerwując punkt ładowania, miał też możliwość wyboru sprzedawcy, a tym samym możliwość wyboru najtańszej oferty energii w danym punkcie czy w danym dniu. Próbujemy edukować rynek i pokazać, jak takie rozwiązanie może wyglądać – mówi Krzysztof Biezmienow.
Rząd stawia mocny akcent na rozwój mobilności, która jest jednym z filarów przyjętej w lutym Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, opracowanej przez resort Mateusza Morawieckiego. Według rządowych założeń do 2025 roku po polskich drogach ma jeździć nawet milion pojazdów elektrycznych, które będą w sumie zużywać około 4 TWh energii rocznie. Drugi cel to upowszechnienie w polskich miastach transportu opartego o elektryczne autobusy, infrastrukturę ładowania i inne środki transportu wykorzystujące napęd elektryczny. Resorty rozwoju i energii pracują wspólnie nad projektem ustawy o elektromobilności, która ma uregulować ten rynek.
– Położenie nacisku na elektromobilność w Polsce przez obecny rząd pomoże się rozwijać temu rynkowi. Oczywiście, to musi opłacać się wszystkim – im więcej samochodów elektrycznych, tym będą tańsze samochody i tym łatwiejszy będzie dostęp do punktów ładowania – ocenia Krzysztof Biezmienow.
Obecnie udział elektryków i hybryd typu plug-in w polskim rynku wciąż jest znikomy i oscyluje wokół 0,1 proc. Jednak dane KPMG i Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego pokazują trend wzrostowy: w ubiegłym roku w Polsce zarejestrowano 556 aut z napędem elektrycznym lub hybrydowym plug-in, co oznacza 65-proc. wzrost rok do roku.
– Plany są ambitne i zakładają, że w 2020 roku będzie już ok. 70 tys. samochodów elektrycznych, a w 2025 roku – około miliona. Na dziś te liczby wydają się przesadzone, ale niewątpliwie jest to kierunek, w którym chcemy podążać. Jeżeli będzie się to opłacało zarówno producentom samochodów elektrycznych, użytkownikom, jaki i dostawcom usługi ładowania czy energii elektrycznej, ten rynek na pewno nabierze odpowiedniej dynamiki – mówi Krzysztof Biezmienow.
Jak wynika z badania przeprowadzonego w tym roku przez SW Research na zlecenie PSPA, 12 proc. Polaków planuje w najbliższym czasie zakup samochodu elektrycznego, a 31,5 proc. wciąż się nad tym zastanawia. Kierowcy powoli, ale coraz chętniej przesiadają się na samochody z zeroemisyjnym napędem, ponieważ znikają kolejne bariery. Nowe modele oferują coraz lepsze osiągi, a ich ceny stopniowo spadają.
– Zasięg samochodów elektrycznych zmienia się i będzie zmieniał się nadal. Przypomnijmy sobie pierwsze komórki czy laptopy – bateria takich urządzeń pracowała przez 1,5–2 godziny. Dzisiaj zarówno laptopy, jak i telefony komórkowe mają tak sprawne baterie, że jest to już przynajmniej 10 godz. W tym zakresie będzie postępowała ewolucja, firmy przeznaczają bardzo duże nakłady na podniesienie sprawność baterii elektrycznych. Myślę, że w przeciągu 5 lat zasięg samochodów elektrycznych się podwoi – prognozuje Krzysztof Biezmienow.
Robinson Europe S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect, zajmująca się sprzedażą sprzętu wędkarskiego oraz sportowego, zakończyła rok obrotowy 2016/2017 zyskiem netto w wysokości 1.779 tys. zł, a jej przychody netto ze sprzedaży przekroczyły 14.988 tys. zł. Emitent osiągnął w minionym roku istotny wzrost rentowności dzięki realizacji założeń strategii rozwoju.
W samym 4 kw. roku obrotowego 2016/2017 Spółka wypracowała zysk netto sięgający 673 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży na poziomie 2.907 tys. zł. W analogicznym okresie ubiegłego roku Emitent miał stratę netto w kwocie 36 tys. zł, a jego przychody netto ze sprzedaży wyniosły 2.670 tys. zł. Na wzrost rentowności Robinson Europe S.A. wpływają przede wszystkim skuteczne działania w zakresie zwiększenia efektywności komunikacji oraz wymiany informacji pomiędzy handlowcami działającymi w terenie a centralą Spółki, jak również optymalizowanie procesów obsługi magazynowej. Emitent realizuje także spójny program w obszarze promocyjno-marketingowym. Stabilny wzrost sprzedaży jest odnotowywany w segmencie wędkarstwa i to zarówno na rynku polskim, jak i w ujęciu całościowym.
„Jesteśmy niezwykle zadowoleni z wyników finansowych osiągniętych w samym 4 kwartale, jak również w całym roku obrotowym 2016/2017. Udało nam się zwiększyć sprzedaż o kilka punktów procentowych oraz wypracować zysk netto wyższy o ponad 300%, co stanowi o ogromnym wzroście rentowności. Odnotowujemy stabilny wzrost przychodów w segmencie wędkarstwa, głównie na rynku krajowym. Dzięki podejmowanym działaniom prorozwojowym m.in. w zakresie poprawiania komunikacji i przepływu informacji pomiędzy handlowcami terenowymi a centralą Spółki oraz optymalizowaniu procesów gospodarki magazynowej powinniśmy utrzymać trend wzrostowy w kolejnych kwartałach.” – ocenia Paweł Busz, Członek Zarządu Spółki Robinson Europe S.A.
W IV kw. roku obrotowego 2016/2017 Robinson Europe S.A. dokonała także aktualizacji wartości aktywów finansowych – akcji notowanej na rynku NewConnect spółki Outdoorzy S.A. Emitent posiadał na koniec IV kwartału roku obrotowego 2016/2017 4.400.000 szt. akcji tego podmiotu. Ich kurs na koniec października 2017 r. wynosił 0,48 zł. Zarząd Robinson Europe S.A. bardzo dobrze ocenia decyzję o upublicznieniu Outdoorzy S.A. na alternatywnym rynku oraz działania podejmowane przez tą spółkę w celu umacniania pozycji rynkowej i budowania zasięgu.
„Wzrost kursu akcji Outdoorzy S.A. notowanej na rynku NewConnect umożliwił nam dokonanie aktualizacji wartości tej inwestycji. Po ponad roku od debiutu tej spółki na alternatywnym rynku mogę z całą pewnością powiedzieć, że decyzja o upublicznieniu była słuszna. Outdoorzy cały czas utrzymują wysoką dynamikę wzrostu sprzedaży zarówno w segmencie detalicznym, jak i hurtowym. Spółka ta realizuje efektywne działania marketingowe, które pozwalają na zwiększenie zasięgu jej sklepu internetowego oraz docieranie z jego ofertą do nowych klientów.” – dodaje Paweł Busz.
W sierpniu 2017 r. Zarząd Spółki podjął Uchwałę o odstąpieniu od sprzedaży osobie trzeciej bądź wniesienia aportem do innego podmiotu wyodrębnionej funkcjonalnie, organizacyjnie i finansowo zorganizowanej części przedsiębiorstwa Spółki w postaci działu sportowego. Dział ten będzie nadal funkcjonował w ramach struktur wewnętrznych Robinson Europe S.A., a dzięki przeprowadzonym analizom będzie on przechodził stopniową restrukturyzację. Emitent planuje istotną redukcję stanów magazynowych w tym segmencie i zamierza skoncentrować się na ograniczeniu oferty oraz dystrybucji do najbardziej rentownych produktów.
W sierpniu 2017 r. Robinson Europe S.A. zawarła umowy kredytowe z Bankiem Zachodnim WBK S.A. Spółka podpisała umowę na kredyt w wysokości 2 mln zł z przeznaczeniem na finansowanie bieżącej działalności gospodarczej, kredyt obrotowy w kwocie 1 mln zł oraz kredyt w rachunku bieżącym w wysokości 2 mln zł. Pozyskane przez Spółkę kredyty zastąpią poprzednie umowy kredytowe z Alior Bank S.A. i zapewnią jej stabilne finansowanie bieżącej działalności w okresie długoterminowym. Nowe kredyty zostały zawarte na korzystniejszych dla Robinson Europe S.A. warunkach finansowych, co pozytywnie wpłynie na jej wyniki finansowe. Kredyty Spółki w Alior Bank S.A. zostały spłacone.
Spółka w lipcu 2017 r. wypłaciła po raz pierwszy w historii dywidendę w wysokości 0,05 zł na akcję.
W styczniu 2018 roku ruszy ostatnia pula dofinansowań w ramach programu „Mieszkanie dla Młodych”. Do rozdania będzie 381 mln zł, co powinno wystarczyć dla 15-16 tys. kredytobiorców.
– Zainteresowanie programem MDM jest tak duże, że pieniądze mogą rozejść się nawet w ciągu jednego dnia. Tu obowiązuje zasada „kto pierwszy – ten lepszy”, a więc warto już dziś przygotować się do złożenia wniosku – komentuje Adrian Potoczek, dyrektor ds. sprzedaży Wawel Service.
Do kredytu hipotecznego można otrzymać dopłatę w wysokości od 10 do 30%. Co ważne, kwota ta może zastąpić lub uzupełnić wkład własny. Wysokość dofinansowania jest uzależniona od sytuacji życiowej kredytobiorcy i obejmuje mieszkania z rynku pierwotnego, wtórnego i domy jednorodzinne.
MDM tylko dla wybranych
Rządowe wsparcie finansowe w ramach programu przeznaczone jest dla osób do 35 roku życia (w przypadku małżeństw zasada dotyczy młodszego z małżonków), które nie posiadają mieszkania. Z tego warunku są zwolnione osoby, które mają pod opieką co najmniej troje dzieci.
Decyduje metraż i cena
Pierwszym krokiem w drodze po MDM jest znalezienie wymarzonego lokum, które będzie spełniało odpowiednie kryteria metrażowe i cenowe. Mieszkanie może mieć maksymalnie 75 m kw., a dla rodziny, która wychowuje co najmniej troje dzieci do 85 m kw. Jeśli ktoś decyduje się na dom, jego powierzchnia nie powinna przekroczyć 100 m kw. Cena za m kw. nie powinna być wyższa niż ta narzucona przez Bank Gospodarstwa Krajowego. Limity można sprawdzić na oficjalnej stronie rządowego programu „Mieszkanie dla Młodych”.
Kredyt najlepiej z doradcą
Przed decyzją o kupnie mieszkania warto skonsultować się z doradcą finansowym, który sprawdzi zdolność kredytową, wyliczy wysokość dopłaty, przedstawi oferty banków i przygotuje listę dokumentów oraz druki wniosków kredytowych. Doradca złoży również wnioski w bankach i będzie koordynował działania związane z zaciągnięciem kredytu. Przed spotkaniem z profesjonalistą informację o zdolności można sprawdzić w Biurze Informacji Kredytowej.
Im szybciej tym lepiej
Procedura rejestracji wniosków MDM rozpocznie się 2 grudnia. Im szybciej złożysz wniosek, tym większa szansa na dofinansowanie. Bank sprawdzi, czy masz uprawnienia do skorzystania z programu, zweryfikuje dostarczone dokumenty i wyda decyzję finansową. Jeśli będzie ona pozytywna – podpiszesz umowę kredytową, a bank wypłaci kwotę kredytu (w ostatniej transzy dopłatę MDM). Na jakie dofinansowanie możesz liczyć?
24 000 zł – dla singli, par i małżeństw bez dzieci,
36 000 zł – dla singli, par i małżeństw z jednym dzieckiem,
48 000 zł – dla singli, par i małżeństw z dwójką dzieci,
94 000 zł – dla singli, par i małżeństw z trojgiem lub więcej dzieci.
Program „Mieszkanie dla młodych” cieszy się dużą popularnością. W 2014 roku kredytobiorcy wykorzystali 35% dostępnych funduszy, w 2015 – 85%, a w ubiegłym roku skorzystano z całości środków finansowych.
– Zainteresowanie programem „Mieszkanie dla młodych” jest ogromne. Oferty gotowych mieszkań Wawel Service z MDM, jak np. Piasta Park, Krygowskiego czy ekologiczne domy w Michałowicach budzą największe zainteresowanie wśród naszych klientów. Wielu z nich chciałoby, aby projekt MDM był kontynuowany – mówi Adrian Potoczek.
Koksztys Kancelaria Prawa Gospodarczego sp. k. z Wrocławia, zapewniająca usługi prawne dla biznesu, rozwija swój portfel funduszy i usług w zakresie procesów windykacyjnych. Firma pozyskała do obsługi dwa kolejne fundusze sekurytyzacyjne, których portfolio przekracza 1 miliard złotych dla każdego z nich. Wprowadza również nową na polskim rynku usługę – współpracę długoterminową na zasadzie forward flow.
Rynek obrotu wierzytelnościami w Polsce coraz mocniej się rozwija, a wraz z nim branża zarządzania tego typu transakcjami. Jak wynika z cyklicznego badania przeprowadzanego przez Konferencję Przedsiębiorstw Finansowych, wartość nominalna wierzytelności obsługiwanych przez badane firmy, wyniosła pod koniec pierwszego kwartału 2017 roku 100,5 miliardów złotych, czyli 3-procent więcej niż w poprzednim okresie. W odpowiedzi na zapotrzebowanie rynku, Kancelaria Koksztys, certyfikowany przez Krajowy Nadzór Finansowy zarządca funduszami sekurytyzacyjnymi, rozwija kolejne usługi związane z lokowaniem kapitału w wierzytelności.
Dwa nowe fundusze sekurytyzacyjne w portfelu
Koksztys Kancelaria Prawa Gospodarczego pozyskała z końcem września dwa nowe fundusze sekurytyzacyjne o wolumenie 1 miliarda złotych dla każdego z nich. Są to podmioty dedykowane do profesjonalnego zarządzania wierzytelnościami – emitują certyfikaty inwestycyjne, które następnie obejmowane są przez inwestorów. Za pozyskane środki fundusz kupuje portfele wierzytelności, którymi zarządza podmiot serwisujący.
Rolą Kancelarii, jako zarządcy, będzie prowadzenie całościowego, pełnego procesu windykacji spraw masowych, zakupionych przez nowo pozyskane fundusze. Oznacza to wszelkie działania – polubowne, sądowe, egzekucyjne zmierzające do efektywnego odzyskania wierzytelności.
Pozyskanie kolejnych dwóch dużych podmiotów do portfela Kancelarii to dla nas ogromny sukces – podkreśla Bartłomiej Barański, Dyrektor Departamentu Klientów Strategicznych w Kancelarii Koksztys. I dodaje – Wzrastający wolumen wartości funduszy, z którymi współpracujemy, to dla nas potwierdzenie, że rynek docenia doświadczenie oraz wiedzę, którą posiadamy. Jesteśmy cenionym, zaufanym i profesjonalnym partnerem w biznesie.
Firma posiada doświadczenie w zakresie operowania dużymi wolumenami finansowymi – oprócz dwóch nowo pozyskanych, zarządza również funduszem, w przypadku którego wspólnie z inwestorem dokonała już zakupu pakietów wierzytelności na rynku polskim. Wspomniany inwestor posiada zainwestowane w portfele wierzytelności na rynku europejskim środki przekraczające 20 mld euro. Wspólnie z nim wrocławska Kancelaria, aktywnie i z sukcesami, uczestniczy w przetargach na polskim rynku.
Forward Flow – sposób na stabilne i płynne przeprowadzenie operacji sprzedaży wierzytelności
Forward flow to nowa usługa w ofercie Kancelarii Koksztys, a jednocześnie nowość na polskim rynku. Umowa tego typu polega na zobowiązaniu się przez strony do sprzedaży i kupna długu o określonej kwocie, w określonym czasie, przy stałej stopie procentowej. Dzięki takiemu rozwiązaniu zbywca wierzytelności nie musi każdorazowo organizować procesu przetargowego, co oznacza oszczędność czasu i pieniędzy. Nabywca zyskuje natomiast stały napływ wierzytelności.
Jak tłumaczy Bartłomiej Barański, Dyrektor Departamentu Klientów Strategicznych w Kancelarii Koksztys – Rynek sprzedaży wierzytelności ma charakter aukcyjny – oznacza to, że zaplanowanie operacji finansowych jest tu utrudnione. Długoterminowa umowa w modelu forward flow zapewnia zbywcom wierzytelności stabilne i płynne przeprowadzanie operacji sprzedaży. Jest to nowe rozwiązanie na polskim rynku, ale z sukcesem stosowane w krajach zachodnich.
Model biznesowy w formule forward flow przeznaczony dla klientów windykacyjnych i instytucjonalnych.
W ostatnich latach banki starały się zachęcić do korzystania z ich usług konsumentów z pokolenia Millenialsów, zwanych również pokoleniem Y – tych, którzy urodzili się w latach 80. i 90., a obecnie tworzą niezwykle atrakcyjna grupę docelową dla instytucji finansowych. Tuż za nimi aktualnie wkracza w dorosłość pokolenie Generacji Z – urodzeni między rokiem 1995 a 2010, którzy po raz pierwszy szukają produktów finansowych i mogą okazać się kolejną wielką szansą dla banków.
Według niektórych prognoz, do roku 2020 tak zwane Zetki będą stanowić aż 40 procent wszystkich konsumentów, a ponadto będą wykazywać większą siłę nabywczą niż jakiekolwiek poprzednie pokolenie w tym wieku. Dlatego powinny stanowić lukratywny – i potencjalnie długoterminowy – cel dla każdej instytucji finansowej.
Nie mylić z Millenialsami!
Wielu menedżerów bankowych uważa Generację Z jedynie za przedłużenie poprzedniego pokolenia Y, którego najmłodsi przedstawiciele mają teraz około dwudziestu kilku lat. Błędne jest jednak założenie, że te grupy mają podobne cele i motywacje, a taktyki ukierunkowane na pokolenie Millenialsów można w równym stopniu stosować w przypadku Pokolenia Z.
Obie grupy osiągnęły pełnoletność w bardzo różnych światach – pod względem gospodarczym, technologicznym i politycznym – i dlatego mogą mieć odmienne podejście do życia i potrzeb finansowych. Osoby urodzone po 1995 roku należą do grupy demograficznej odznaczającej się unikalnymi cechami i oczekiwaniami, które odróżniają je od starszych.
Zarządzanie pieniędzmi – czego oni chcą?
Dorastając po kryzysie finansowym, obserwując starsze pokolenia borykające się z bezrobociem i zadłużeniem, Generacja Z odczuwa ekonomiczny niepokój, ponieważ byli świadkami kryzysów finansowych w ciągu ostatniej dekady. To właśnie wychowanie stanowi jeden z kluczowych czynników, które odróżnia ich od poprzedniego pokolenia Millenialsów, dorastającego w środowisku znacznie bardziej przewidywalnym gospodarczo.
Prawie siedmiu na dziesięciu (69 procent) przedstawicieli Generacji Z uważa, że planowanie przyszłych finansów jest problematyczne, a jednocześnie prawie 43 procent z nich obawia się o swoją finansowa przyszłość. Bartłomiej Śliwa, Dyrektor Zarządzający NCR Corporation, globalnego lidera w obszarze technologii dla sektora finansowego ocenia, że oznacza to konieczność zmian w zakresie funkcjonowania placówek bankowych:
–Wsparcie, którego szukają najmłodsi klienci ze strony swoich banków to przede wszystkim fachowe porady, które mogłyby pomóc im wejść w dorosłe życie i ułatwić samodzielność finansową. Od swoich banków oczekują narzędzi i pomocy w zrozumieniu systemów pożyczkowych oraz podatkowych, różnych rodzajów rachunków bankowych oraz spersonalizowanego podejścia i wskazówek, jak pomnożyć swoje pieniądze. Oznacza to między innymi przesunięcie pracowników banków z rutynowych czynności, które dzięki nowym generacjom urządzeń samoobsługowych mogą zostać zautomatyzowane, na jakościowe konsultacje i budowanie oferty spójnej z potrzebami młodych klientów.
Jak wynika z badań Gemius Polska, Generacja Z dojrzewająca w Polsce, lubi zadawać pytania i jest bardziej dociekliwa niż ich starsi koledzy, dlatego aby sprostać ich wymaganiom, banki powinny zapewnić swoim młodym klientom możliwość zaspokojenia głodu wiedzy finansowej.
Technologia na pierwszym miejscu
Nieodzownym atrybutem Generacji Z jest smartfon, z którym młodzi ludzie nie rozstają się właściwie nigdy. Nie bez przyczyny.
Generacja Z to pokolenie osób wielozadaniowych – codziennie na średnio pięciu ekranach lub urządzeniach, spędzają przeciętnie 5,2 godziny. Tłumaczy to ich bardzo wysokie oczekiwania wobec marek, jeśli chodzi o komunikację za pośrednictwem kanałów elektronicznych.
Na przykład 60% konsumentów z Generacji Z nie będzie korzystało z aplikacji lub strony internetowej, które nie oferują odpowiedniego poziomu jakości w zakresie szybkości i ergonomii funkcjonowania. Aż 75 procent tej grupy najchętniej używa smartfonów jako swojego podstawowego urządzenia – w porównaniu z zaledwie 45 procentami, którzy najchętniej używają laptopa. –Banki powinny wyjść naprzeciw zmieniającym się oczekiwaniom – twierdzi Bartłomiej Śliwa – jeśli nowi klienci oczekują możliwości korzystania z wielu różnych urządzeń i aplikacji do kontaktu ze swoim bankiem, obsługa klienta powinna być spójna na wszystkich tych kanałach. Nowoczesne systemy oprogramowania idą dokładnie w tym kierunku. Przykładowo bankomaty nowej generacji, które wprowadzamy właśnie na polskim rynku, umożliwiają m.n.: zlecenie wypłaty gotówki przez telefon, jeszcze przed dotarciem klienta do urządzenia samoobsługowego i jej realizację tylko poprzez przyłożenie telefonu do czytnika.
Lojalność – co to znaczy?
Kolejnym wyzwaniem, które banki muszą zacząć brać pod uwagę, kierując ofertę do młodych konsumentów, jest to, że mogą oni być mniej lojalni wobec marki niż poprzednie pokolenia, podczas gdy instytucje finansowe będą musiały pracować intensywniej, aby zdobyć zaufanie tej grupy wiekowej.
Zarówno w Polsce, jak i wielu innych krajach na całym świecie, młodzi ludzie dorastają w perspektywie bardzo nasyconego rynku, gdzie łatwo porównać oferty i zmienić usługodawcę za pomocą zaledwie kilku dotknięć ekranu. W obliczu podobnego nasycenia, pokolenie Z jest bardziej skłonne niż jakiekolwiek inne, aby przejść do konkurencji, jeśli uzna, że dysponuje lepszą ofertą.
Tradycyjne metody, takie jak programy lojalnościowe, nie robią na Zetkach większego wrażenia. Podczas gdy 45 procent Millenialsów jest zainteresowanych podobnymi programami, liczba ta spada do zaledwie 30 procent przy Generacji Z.
Spełnianie sprzecznych wymagań
Mogłoby się wydawać, że wyjście naprzeciw potrzebom Pokolenia Z będzie trudnym zadaniem, a banki będą musiały pogodzić nierzadko sprzeczne wymagania. Młodzi konsumenci znają się na technologii cyfrowej i oczekują możliwości nieustannego kontaktu, ale cenią także bezpośrednie, spersonalizowane usługi, które mogą zapewniać tylko tradycyjne oddziały.
W środowisku, w którym tak wiele firm walczy o uwagę bardzo wymagającego Pokolenia Z, nowoczesne narzędzia komunikacji mogą okazać się kluczem do zapewnienia oczekiwanego poziomu usług.
Z wprowadzanych zmian w podatku CIT kluczowe dotyczą wyodrębnienia dwóch źródeł przychodów. Pierwsze dotyczy źródeł z zysków kapitałowych np. ze zbycia akcji, udziałów w zyskach osób prawnych etc. Drugie zaś działalności gospodarczej – przychody i koszty z każdego źródła będą rozliczane odrębnie.
– Podatnicy nie będą mieli już prawa do rozliczania obu tych źródeł wspólnie, czyli zyski z jednego źródła nie będą mogły być pomniejszane o stratę z drugiego – mówi w rozmowie z MarketNews24 Tomasz Zaleski, Doradca podatkowy, Partner, Szef Praktyki Prawa Podatkowego w Kochański Zięba i Partnerzy (KZP).
Była to często wykorzystywana przez podatników optymalizacja podatkowa. Nie będzie mogła być stosowana począwszy od 1 stycznia 2018 r.
– Zmiana ta dotyczy wszystkich podatników CIT, czyli zarówno spółek handlowych, spółek z o.o., spółek akcyjnych i komandytowo-akcyjnych, jak również wszelkiego rodzaju spółdzielni i stowarzyszeń prowadzących działalność gospodarczą podlegającą opodatkowaniu – wyjaśnia ekspert z KZP.
W dniu 27 listopada 2017 r. w Dzienniku Ustaw RP opublikowano tekst ustawy nowelizującej ustawy o CIT, PIT i zryczałtowanym podatku dochodowym. Ustawa wejdzie w życie 1 stycznia 2018 r.
Rząd musi pójść w kierunku dywersyfikacji źródeł energii. Przez ponad 25 lat gospodarki rynkowej, aby ratować kopalnie węgla kamiennego wydaliśmy 230 mld zł. Kiedy udział węgla w miksie energetycznym spadnie poniżej 50 proc.?
Wydobycie węgla na świecie powoli spada. Wiele instytucji finansowych zdecydowała się już nie wspierać inwestycji w paliwa kopalne. Chiny i Indie postanowiły zawiesić ponad 100 projektów węglowych o łącznej mocy 68 GW. Niemcy w 2018 r. zakończą wydobycie w dwóch ostatnich szybach w tym kraju.
W Polsce restrukturyzację górnictwa zaczynaliśmy, gdy mieliśmy ponad 100 kopalń, wydobycie na poziomie 180 mln ton, zatrudnienie przekraczające 400 tys. Osób. W czasach rządu w ciągu czterech lat Jerzego Buzka redukcja mocy produkcyjnych wyniosła 25 mln ton, częściowo lub całkowicie zlikwidowano 23 kopalnie i zmniejszono zatrudnienie o ponad 100 tys. osób.
Nie tylko polityka klimatyczna i wysokie koszty krajowego wydobycia węgla kamiennego czy brak perspektyw dla nowych odkrywek węgla brunatnego powinny skłaniać rząd do wspierania nowych źródeł energii. Pomóc w odchodzeniu od węgla może efektywność energetyczna, zwłaszcza że znacznie przyśpieszył rozwój energetyki odnawialnej i technologii magazynowania energii. Już jedna trzecia energii na świecie pochodzi ze źródeł odnawialnych. Zastępowanie elektrowni węglowych powinno zostać powiązane z energetyką gazową, komercyjnym magazynowaniem energii, inteligentnym zarządzaniem, dynamicznymi taryfami, negawatami, transportem elektrycznym.
– Czy Polska w 2050 r. będzie miała 50 proc. udział węgla kamiennego w miksie energetycznym? Jeżeli popatrzymy na tempo odchodzenia od węgla kamiennego na Zachodzie i na to co się dzieje w Polsce, to ja bym nie postawił dużych pieniędzy na to, że tak się stanie – mówi w rozmowie z MarketNews24 Rafał Zasuń, ekspert WysokieNapiecie.pl. – W 2050 r. węgiel kamienny okaże się przede wszystkim wspomnieniem, choć będzie miał jeszcze jakiś swój udział.
Ekspert dodaje jeszcze: – Jednak jeżeli kopalnie przetrwają, to będą to wtedy firmy prywatne i nie będzie już miejsca dla państwowych spółek wydobywających węgiel energetyczny. Natomiast inna jest przyszłość węgla koksującego.
Jeżeli w końcówce roku zostanie utrzymana taka dynamika tworzenia nowych aktów prawnych, jak to było przez trzy kwartały tego roku, gdy wynosiła 8,3 proc., to 2017 r. będzie rekordowy w całej historii Polski. Utrzymanie dynamiki oznaczałoby, że w życie wejdzie 34,6 tys. stron nowych przepisów.
Polska bije rekordy. Jak policzyła firma Grant Thornton, gdyby przedsiębiorca czy student chciał na bieżąco zapoznawać się z nowym prawem, musiałby na jego czytanie przeznaczać codziennie (w dni robocze) 4 godziny i 38 minut.
– Trudniej dziś uczy się prawa, ze względu na jego inflację, ale ułatwieniem jest korzystanie z wyszukiwarek, zamiast z Dziennika Ustaw – mówi dr Mateusz Woiński, z Kolegium Prawa Akademii Leona Koźmińskiego.
Ostatni tydzień przed świętami nie oferuje zbyt wielu okazji do zatrzaśnięcia rynkami finansowymi. Po decyzjach banków centralnych Szwecji i Japonii nie oczekuje się zmian w polityce pieniężnej. Poza tym chwilowych emocji dostarczą indeks Ifo z Niemiec, PKB z Nowej Zelandii, sprzedaż detaliczna z Kanady i zamówień na dobra trwałe z USA.
Przyszły tydzień: Ifo, Riksbank, BoJ, PKB z USA/Wlk. Brytanii/Nowej Zelandii, CPI/sprzedaż z Kanady
Pomimo że Fed podniósł stopy procentowe i podtrzymał prognozę trzech kolejnych w 2018 r., sugestia Yellen, że Fed już ujmuje w prognozach wpływ polityki fiskalnej, była rozczarowaniem dla USD. W konsekwencji w przyszłym tygodniu finalne postanowienia w sprawie ustawy podatkowej mogą mieć mniejszy wpływ na rynki, jeśli sukces w cięciu podatków nie jest wystarczającym do przyspieszenia zacieśniania polityki monetarnej.
Wspólny projekt ustawy ma przejść przez obie izby Kongresu i zostać przedłożony prezydentowi do końca tygodnia. W przyszłym tygodniu (pt) kończy się też termin przedłużenia finansowania budżetu i politycy będą musieli porozumieć się o kolejne wydłużenie, prawdopodobnie do końca stycznia. Ponieważ Republikanom bardzo zależy na ogłoszeniu sukcesu legislacyjnego, sądzimy, że wydarzenia nie przyniosą przykrych niespodzianek, stabilizując USD do końca roku. Z danych PCE Core (pt) prawdopodobnie pokaże skromny wzrost tylko o 0,1 proc. m/m w ślad za rozczarowaniem w inflacji bazowej. Poza tym otrzymamy drugorzędne odczyty z rynku budownictwa mieszkaniowego (wt) i nieruchomości (śr, pt), indeks Fed z Filadelfii (czw), Uniwersytetu Michigan (pt) i finalny szacunek PKB za III kw. (czw).
Miesiąc temu Indeks Ifo wzrósł do rekordowych poziomów, więc teraz możliwe jest lekkie odreagowanie. Nastroje w niemieckim biznesie pozostają jednak bardzo dobre, co widać po wskazaniach PMI. Dobre dane znajda odzwierciedlenie w reakcji EUR. Z Wielkiej Brytanii otrzymamy finalny szacunek PKB z III kw., ale nie oczekuje się rewizji tempa 0,4 proc. k/k. W szczegółach rynek skupi uwagę na realnym wzroście dochodów i oszczędności, gdzie wrażliwość będzie większa na słabsze wartości. Przy zamkniętych tematach polityki monetarnej i Brexitu do końca roku, funt powinien przejść w spokojny dryf.
W Szwecji Riksbank powinien pozostawić główną stopę procentową na -0,50 proc. Wyższy odczyt inflacji za listopad i słabsza korona powinny pozwolić na zakończenie programu skupu aktywów w terminie (do końca roku), jednak dyskusja o podwyżce stóp procentowych to bardzo odległy scenariusz. Jakkolwiek gołębie zaskoczenia są mało prawdopodobne, tak i Riksbank powinien powstrzymywać się od jastrzębich wzmianek, gdyż raczej z zadowoleniem przyjmie ostatnią słabość SEK. Bliskość końca roku przepuszczalnie zdusi zmienność po decyzji.
Z Polski dotrą dane z rynku pracy (pon, pt), przemysłu i handlu (wt) oraz minutki RPP (czw). Zatrudnienie powinno utrzymać dynamikę 4,4 proc., ale płace mogą podbić wypłaty premii świątecznych (prog. 7,6 proc.). Niekorzystny rozkład dni roboczych przyniesie miesięczny spadek produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej. W protokole RPP powinniśmy znaleźć potwierdzenie niechęci większości członków Rady do prędkiej zmiany stóp procentowych. Krajowe dane raczej nie znajda odbicia w kursie złotego, który pozostaje zamknięty w nudnej konsolidacji 4,1950-4,2250 za euro.
Bank Japonii (śr-czw) powinien pozostawić politykę pieniężną bez zmian. Inflacja CPI wciąż pozostaje daleko od celu, mimo że stopniowo się podnosi. Sytuacja gospodarcza ma się dobrze i nie wymusza interwencji banku centralnego. Uwaga inwestorów skupi się na kwestii momentu odwrotu od ultra-luźnej polityki monetarnej, o czym niedawno wspominał prezes Kuroda. Sądzimy, że dla Japonii jest jeszcze za wcześnie na rozmowy o normalizacji i Kuroda powinien odpowiadać w tym tonie. Podkreślenie gołębiości BoJ może przejściowo osłabiać JPY.
Protokół z posiedzenia RBA (wt) będzie ostatnią próbą komunikacji banku z rynkiem aż do lutego, ale nie nie spodziewamy się niespodzianek, a raczej potwierdzenia nastawienia z poprzednich miesięcy. AUD jest w dobrym klimacie przy słabości USD i obecnym apetycie na ryzyko. W Nowej Zelandii po PKB (śr) oczekuje się wzrostu o 0,6 proc. k/k, co jednak osłabi dynamikę roczną do 2,4 proc. Pozytywne zaskoczenie może mieć silniejszy wpływ na NZD, który ma jeszcze trochę do nadrobienia po przereagowaniu ryzyka politycznego w październiku. W przypadku CAD po ostatnich komentarzach prezesa BoC Poloza rozpoczęła się gra pod styczniową podwyżkę stopy procentowej. Dane z Kanady pozostają mocne, więc w tym tygodniu CPI i sprzedaż detaliczna (czw) mogą pompować oczekiwania. Po tym, jak Fed podciął skrzydła USD, może być łatwiej wyrwać USD/CAD z konsolidacji dołem.
15 grudnia br. na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie zadebiutowały certyfikaty strukturyzowane wyemitowane przez BNP Paribas
Instrumentem bazowym dla nowych certyfikatów jest indeks EURO STOXX® BanksPrice EUR Index
BNP Paribas to już piąty emitent produktów strukturyzowanych notowanych na GPW
15 grudnia 2017 r. w obrocie giełdowym znalazły się nowe certyfikaty strukturyzowane wyemitowane przez BNP Paribas Issuance B.V. Instrumentem bazowym dla nowej emisji certyfikatów jest indeks EURO STOXX® BanksPrice EUR Index.
– Cieszymy się, że BNP Paribas wyemitował serię certyfikatów strukturyzowanych na naszym rynku. Nowe instrumenty poszerzą paletę możliwości inwestycyjnych o certyfikaty typu autocall na indeks EURO STOXX® BanksPrice EUR Index. Liczymy na to, że będąc już na polskim rynku i mając przetartą ścieżkę emisji produktów strukturyzowanych, emitent wprowadzi na GPW w przyszłości kolejne – powiedział Marek Dietl, prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.
Do obrotu giełdowego została wprowadzona jedna seria certyfikatów ISIN XS1631571871 z terminem ostatniego notowania 24 listopada 2020 r. Cena emisyjna certyfikatów wynosi 1000 PLN Liczba certyfikatów, które emitent wprowadził do obrotu wynosi 56 465 sztuk. Nowe instrumenty będą notowane na rynku równoległym w Systemie Animatora Rynku. Dystrybutorem certyfikatów było Biuro Maklerskie Banku BGŻ BNP Paribas, które prowadziło sprzedaż w sieci Banku BGŻ BNP Paribas.
– Jesteśmy podekscytowani możliwością notowania naszych certyfikatów strukturyzowanych na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, dzięki czemu zwiększy się ich przejrzystość i płynność. Mamy nadzieję, że pomoże to w dalszym rozwoju produktów strukturyzowanych w sieci Banku BGŻ BNP Paribas oraz pozwoli na bliższą współpracę z innymi dystrybutorami w Polsce – powiedziała Danuta Wolniak z londyńskiego oddziału BNP Paribas, odpowiedzialna za rozwój produktów inwestycyjnych.
Podstawowe informacje dotyczące debiutujących certyfikatów zamieszczone zostały na stronie internetowej: http://eqdpo.bnpparibas.com/XS1631571871 oraz na stronie internetowej GPW: https://www.gpw.pl/produkty-strukturyzowane.
Obecnie na warszawskiej giełdzie notowanych jest 940 produktów strukturyzowanych. Inwestorzy mają duży wybór instrumentów bazowych, zróżnicowanych pod kątem miejsca pochodzenia i rodzaju: akcji, koszyków akcji, indeksów, surowców produktów rolnych. Ponadto produkty strukturyzowane umożliwiają wybór instrumentu bazowego zgodnego z preferowanym poziomem ryzyka inwestycyjnego, a także możliwość zarabiania na wzrostach i spadkach cen instrumentów bazowych.
Jak wynika z danych Pracuj.pl, pracodawcy coraz częściej poszukują osób ze znajomością co najmniej jednego języka obcego. Wymóg ten pojawia się w ogłoszeniach z każdego obszaru, co oznacza, że nie ma obecnie kategorii, w której znajomość języka nie miałaby znaczenia dla pracodawców. Istnieją takie kategorie, w których ponad 80% ofert pracy zawiera taki wymóg.
Czy znajomość języka obcego jest wymogiem koniecznym?
Największe zapotrzebowanie na pracowników znających inny, oprócz rodzimego, język odnotowuje się w kategorii Zakupy – tam zaledwie 13% wszystkich ofert pracy nie zawierało wymogu znajomości języka obcego. Na drugim miejscu ex equo znalazły się kategoria IT – Administracja oraz Public Relations.
Bardzo dużą wagę do języków obcych, przywiązuje się w sektorze IT. W kategorii IT Administracji, największe zapotrzebowanie na pracowników ze znajomością języka obcego występuje w obszarze Zarządzanie usługami – tam wymóg pojawia się aż w 90% ofert. Z kolei biorąc pod lupę programistów, niemal 90% ofert ze specjalizacji architektura oraz zarządzanie projektem zawiera informację o konieczności znajomości języka innego niż rodzimy.
Podobnie jest w kategorii Doradztwo/Konsulting, w której 90% ofert pracy z sektora prawo/podatki zawiera wymóg znajomości co najmniej jednego języka obcego. Co ciekawe, pracodawcy z tej kategorii w większości wymagają od kandydatów do pracy znajomości języka obcego, wyjątkiem są ogłoszenia pochodzące z sektora publicznego – tam aż 66% ofert pracy nie zawiera oczekiwania związanego ze znajomością języków obcych.
Czy istnieją kategorie, w których język obcy nie jest istotny dla pracodawcy? Jak wynika z analizy Pracuj.pl, istnieją takie kategorie, w których wymóg znajomości języka obcego nie jest tak oczywisty. Część z nich może być pewnym zaskoczeniem.
W kategorii Zdrowie/Uroda/Rekreacja, aż 96% ofert pracy skierowanych do pracowników aptek nie zawierało wymogu znajomości języka. W przypadku pracowników z sektora Sprzedaży/obsługi klienta, języki obce są praktycznie nie wymagane od zatrudnionych w sieciach handlowych oraz osób pracujących w finansach/bankowości/ubezpieczeniach. W tej kategorii, język obcy jest wymagany najczęściej wobec osób zajmujących się turystyką oraz inżynierią. Co ciekawe, w przypadku inżynierii bardzo duże znaczenie ma znajomość języka niemieckiego. Pracodawcy oczekują jego znajomości w co piątym ogłoszeniu z tej profesji.
Ciekawe dane pochodzą także z kategorii call center, w której prawie połowa osób, która jest odpowiedzialna za przyjmowanie połączeń powinna znać inny niż rodzimy język, ale już w niemal 74% ofert skierowanych do pracowników odpowiedzialnych za połączenia wychodzące, tego wymogu nie ma.
Gdzie decyduje nie tylko znajomość języka, ale także jego poziom?
Jak wskazują dane Pracuj.pl, wielu pracodawców oczekuje konkretnego poziomu znajomości języka – istnieją takie kategorie, w których pracownik musi wykazać się przynajmniej średniozaawansowanym stopniem znajomości języka obcego. Są to przede wszystkim pracownicy z obszarów: doradztwo/konsulting(specjalizują się w biznesie i strategii – prawie 70%), IT/Telekomunikacja (63%) czy Finanse/Podatki (60%). Także w kategorii Public Relations oraz IT – Rozwój oprogramowania ze specjalnością zarządzanie projektem czy IT – Administracja w sferze zarządzania usługami ponad połowa ofert zawiera wymóg znajomości języka obcego na wyższym niż podstawowy poziomie. Kolejną kategorią, w której znajomość języka angielskiego na poziomie co najmniej średniozaawansowanym jest dla pracodawców ważna, jest lotnictwo. W tym przypadku, wymóg większej niż podstawowa znajomości języka obcego pojawia się w 56,5% ofert.
Konstancja Zyzik, Talent Acquisition Manager w Grupie Pracuj
Nie zawsze i nie w każdej specjalizacji należy spełniać warunek biegłej znajomości języka obcego. Często znajomość na poziomie komunikatywnym jest wystarczająca – szczególnie, gdy nasze obowiązki nie są związane bezpośrednio z językiem, a wręcz używamy go okazjonalnie. Mimo, że znajomość angielskiego czy niemieckiego jest często przepustką do znalezienia dobrej pracy, w CV zawsze warto opisywać stan faktyczny naszej wiedzy. Jeśli w ogłoszeniu wymagają biegłej znajomości języka, a my porozumiewamy się na poziomie komunikatywnym – nie koloryzujmy, ponieważ pracodawca sprawdzi to już podczas rozmowy telefonicznej lub spotkania rekrutacyjnego. Konstancja Zyzik, Talent Acquisition Manager w Grupie Pracuj
Najmniejsze zapotrzebowanie na pracowników ze znajomością języka obcego na poziomie minimum średniozaawansowanym odnotowuje się w kategorii obsługa klienta – kasjerzy oraz praca fizyczna – pracownicy magazynowi oraz pracownicy budowlani. We wszystkich przypadkach liczba ogłoszeń była nie większa niż 1%.
W jakich kategoriach pojawia się wymóg znajomości języka angielskiego na poziomie minimum średniozaawansowanym?
Jeśli duet języków, to jaki najlepiej sprawdza się na rynku pracy?
Część pracodawców oczekuje znajomości więcej niż jednego języka obcego. Jak wskazują dane Pracuj.pl, najczęściej poszukiwaną kombinacją języków jest znajomość angielskiego i niemieckiego, na drugim miejscu znajduje się kombinacja angielski i francuski, a na trzecim – francuski i niemiecki.
W pewnych kategoriach, znajomość dwóch języków obcych jest wymagana w większym stopniu – jak na przykład w spedycji czy zakupach. W przypadku tych kategorii, pracownicy w dużej mierze mają na co dzień do czynienia z kontrahentami z zagranicy, a znajomość większej liczby języków obcych zwiększa komfort ich pracy.
Co ciekawe, w danych Pracuj.pl zaobserwować można także konkretne specjalności w których znajomość co najmniej dwóch języków obcych staje się atutem. Dotyczy to przede wszystkim konsultantów do spraw wdrożeń ERP, inżynierów sprzedaży czy specjalistów hotelarstwa i turystyki.
W jakich regionach najbardziej liczy się znajomość języków obcych?
Czy region ma wpływ na to, czy pracodawcy oczekują od potencjalnego kandydata znajomości języka? Czy istnieją regiony, w których oczekuję się nie tylko języka angielskiego? Dane Pracuj.pl pozwalają odnaleźć pewne prawidłowości.
Jak wskazuje analiza Pracuj.pl, pracodawcy poszukują specjalistów ze znajomością języków obcych we wszystkich województwach. W części z nich, wymóg taki pojawia się w ponad 60% ofert, w innych w zaledwie 1/3 ogłoszeń. Językiem najczęściej poszukiwanym przez pracodawców ze wszystkich województw jest język angielski – w przypadku kategorii, w których język ten jest szczególnie wymagany – pojawił się on w ponad 80% ofert pracy. Potwierdzają to również badania firmy Kantar TNS Znajomość języków obcych, które wskazują, że język ten jest najbardziej powszechnym w Polsce językiem obcym. Według badania CBOS, zna go ponad 80% uczniów i studentów oraz ok. 70% osób z wyższym wykształceniem i mieszkańców największych miast. W wielu województwach pracodawcy oczekują znajomości tego języka na wyższym, niż podstawowy poziomie – co trzecie ogłoszenie z województwa małopolskiego oraz mazowieckiego zawiera wymóg znajomości języka angielskiego na poziomie minimum średnio-zaawansowanym. Taki wymóg zawiera również co czwarte ogłoszenie z województwa dolnośląskiego oraz co piąte z województwa łódzkiego oraz pomorskiego.
Na drugi miejscu pod względem zapotrzebowania pracodawców uplasował się język niemiecki. Znając ten język warto szukać pracy zwłaszcza w województwie małopolskim, w którym w jednej na dwadzieścia ofert pracy, pracodawcy oczekują znajomości tego języka na poziomie minimum średniozaawansowanym. W Małopolsce obserwuje się również największy odsetek ogłoszeń, w których pracodawcy poszukują osób ze znajomością języka francuskiego, hiszpańskiego oraz włoskiego.
Analiza zapotrzebowania na kombinację języków w poszczególnych regionach, wskazuje, że największe zapotrzebowanie na drugi język pojawia się w regionach, które mają wieloletnią tradycję współpracy z naszymi sąsiadami zza zachodniej granicy. Są to województwa: dolnośląskie (13,8%), opolskie (13,2%) oraz wielkopolskie (12,2%).
Województwo małopolskie jest z kolei liderem pod względem liczby ogłoszeń w których pojawia się wymóg znajomości dwóch języków na poziomie co najmniej średniozaawansowanym (7,2%, najbardziej powszechna kombinacja angielski-niemiecki). To prawie dwa razy więcej, niż w województwie mazowieckim (4%).
Czy znajomość języków obcych przekłada się na wysokość zarobków?
Znajomość języka obcego wpływa pozytywnie na wysokość pensji w każdym obszarze zawodowym. W niektórych obszarach, pracownicy, którzy biegle posługują się językiem obcym, mogą liczyć nawet na 35% większe zarobki, w porównaniu z pracownikami ze słabszą znajomością języka. Doskonale obrazuje to sytuacja Architektów IT czy pracowników zajmującym się szeroko rozumianym bezpieczeństwem IT, gdzie wynagrodzenie może być wyższe nawet o jedną trzecią.
Specjaliści ds. sprzedaży współpracujący z kluczowymi klientami w sferze IT/Telekomunikacja, swobodnie posługujący się językiem obcym, mogą liczyć przeciętnie na około 27% większe zarobki, w porównaniu z pracownikami ze słabszą znajomością języka. Analogicznie, w przypadku Key Account Managerów z sektora Motoryzacja/Transport, przeciętna różnica w zarobkach wynosi 20%. Również prawnik po aplikacji czy księgowa mogą zarobić prawie 25% więcej, umiejętnie posługując się językiem obcym.
Artur Kobyliński, Ekspert ds. wynagrodzeń w Grupie Pracuj
Ciekawe wnioski otrzymujemy z analizy wynagrodzeń kierowców. W tej grupie zawodowej, osoby używające w pracy języka obcego, zarabiają przeciętnie aż o 36% więcej niż ci, którzy języka nie używają. Wynika to z faktu, że w tym sektorze, języka obcego używają głównie kierowcy wykonujący pracę w transporcie międzynarodowym, która jest znaczenie lepiej płatna niż praca wykonywana na terenie Polski. Artur Kobyliński, Ekspert ds. wynagrodzeń w Grupie Pracuj
Podsumowując
Zakupy (87%), IT Administracja (83%) oraz Public Relations (83%) to kategorie, w których język obcy jest najbardziej pożądany. Język obcy nie jest wymagany głównie w kategoriach Zdrowie/uroda/rekreacja (75%), Sprzedaż/Obsługa klienta (65%) oraz sektor publiczny (63%).
Transport/spedycja oraz doradztwo/konsulting, w których znajomość kombinacji języka angielskiego i niemieckiego jest największym atutem. Jak wskazuje analiza Pracuj.pl, pracodawcy poszukują pracowników ze znajomością języków obcych we wszystkich województwach.
Największe zapotrzebowanie pochodzi z województw mazowieckiego (63%), małopolskiego (62%) oraz dolnośląskiego (55%).
Językiem najczęściej poszukiwanym przez pracodawców ze wszystkich województw jest język angielski, na drugi miejscu uplasował się język niemiecki.
Największe zapotrzebowanie na drugi język pojawia się w regionach, które mają wieloletnią tradycję współpracy z naszymi sąsiadami zza zachodniej granicy. Są to województwa: dolnośląskie (13,8%), opolskie (13,2%) oraz wielkopolskie (12,2%).
Język angielski na poziomie minimum średniozaawansowanym wymagany jest najczęściej w województwach małopolskim, mazowieckim, dolnośląskim, łódzkim i pomorskim, w kategoriach: Doradztwo/Konsulting (60%), Public Relations (56,6%) oraz Zakupy (48,3%).
Najczęściej poszukiwaną przez pracodawców kombinacją języków jest połączenie znajomości języka angielskiego z językiem niemieckim. Takie oczekiwanie zgłaszają najczęściej pracodawcy z województwa dolnośląskiego, opolskiego, małopolskiego oraz wielkopolskiego.
Znajomość języków obcych wpływa na wysokość pensji – w niektórych kategoriach, pracownicy ze znajomością języka na poziomie minimum średniozaawansowanym mogą liczyć średnio nawet na około 25% większe zarobki, niż osoby posługujące się językiem obcym na niskim poziomie.
Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej po stronie podatników. Niedawno wydany wyrok potwierdza prawo do odliczenia VAT z faktury otrzymanej od niezarejestrowanego kontrahenta. Czy pomimo rozszerzonej możliwości wykreślania podatników z rejestru VAT skończą się problemy z odmową prawa do odliczenia VAT naliczonego?
Rozszerzona możliwość wykreślenia podatnika z rejestru VAT i bardziej rygorystyczna procedura zarejestrowania podatnika VAT
1 stycznia 2017 r. rozszerzono możliwość wykreślenia podatnika VAT z rejestru bez konieczności zawiadomienia podatnika o tym fakcie. Zgodnie z nowym przepisem „naczelnik urzędu skarbowego wykreśla z urzędu podatnika z rejestru jako podatnika VAT bez konieczności zawiadamiania o tym podatnika, jeżeli podatnik nie istnieje lub mimo podjętych udokumentowanych prób nie ma możliwości skontaktowania się z podatnikiem albo jego pełnomocnikiem, lub dane podane w zgłoszeniu rejestracyjnym okażą się niezgodne z prawdą, lub podatnik albo jego pełnomocnik nie stawia się na wezwania organu”. Nietrudno więc wyobrazić sobie sytuację, w której np. podatnik nie ma odpowiednich oznaczeń w miejscu prowadzenia działalności; w momencie wizyty urzędnika nie ma nikogo w siedzibie firmy; podatnik nie odpowiedział na pismo czy e-mail otrzymany od organu. W konsekwencji może zostać wykreślony z rejestru bez zawiadomienia i następczego kwestionowania rzetelności wystawionych przez tego podatnika faktur.
Ponadto wprowadzono również bardziej rygorystyczne warunki samego zarejestrowania przedsiębiorcy na VAT. W efekcie procedura rejestracji może trwać jakiś czas, w trakcie którego podatnik nie wie, czy może już wystawiać faktury VAT czy też nie.
Organy podatkowe podważają możliwość odliczenia VAT z faktury wystawionej przez niezarejestrowanego kontrahenta
Skutkiem wprowadzonych zmian stało się podważanie przez organy podatkowe prawa do odliczenia VAT z faktury wystawionej przez niezarejestrowanego kontrahenta. W dobie istnienia jednolitego pliku kontrolnego organy wysyłają podatnikowi informację o tym, że jego kontrahent nie jest zarejestrowanym podatnikiem VAT, w związku z czym ma on prawo do skorygowania deklaracji złożonej uprzednio do US. Jeżeli podatnik nie dostosuje się do sugestii, raczej nie uniknie kontroli podatkowej czy też postępowania, a w efekcie podjęcia przez organ – w odpowiedniej procedurze – próby pozbawienia podatnika podstawowego prawa do odliczenia VAT naliczonego.
Korzystne dla podatników skutki wyroku TSUE w sprawie C-101/16 a treść odpowiedzi Podsekretarza Stanu Ministerstwa Finansów na interpelację poselską
19 października 2017 r. TSUE rozwiał wątpliwości w powyższym zakresie. Co prawda wyrok zapadł na gruncie systemu podatkowego Rumunii, jednak jego tezy pozostają aktualne również na terytorium RP. W sprawie tej spółka zakwestionowała decyzję administracyjną pozbawiającą ją prawa do odliczenia VAT zapłaconego w związku z nabytymi usługami z uwagi na uznanie kontrahenta za „nieaktywnego” w jawnym rejestrze VAT w dniu wystawienia faktury VAT. TSUE stwierdził, że niedopuszczalna jest odmowa prawa do odliczenia VAT z faktury (na której wyraźnie zostały wskazane wydatki i podatek) wystawionej przez kontrahenta uznanego za nieaktywnego w jawnym rejestrze, gdy odmowa ta nie pozwala na przedłożenie dowodów wskazujących na brak popełnienia przestępstwa podatkowego lub brak utraty wpływów podatkowych. Tym samym, jeżeli dostawa towarów lub świadczenie usług rzeczywiście miały miejsce, nie ma podstaw do pozbawienia podatnika prawa do odliczenia podatku naliczonego.
Jeżeli organ podatkowy podważy możliwość odliczenia VAT z uwagi na brak rejestracji kontrahenta, powinien on jednocześnie umożliwić podatnikowi przedstawienie dowodów na rzeczywiste dokonanie transakcji i w efekcie zaakceptować takie odliczenie. Do dzisiaj jednak – pomimo podobnych wyroków polskich sądów administracyjnych i NSA – organy nadal kwestionują to prawo podatników, a ci ostatni mierzą się z procedurą, w której profesjonalna reprezentacja częstokroć potrafi zaważyć na rozstrzygnięciu.
W związku z wprowadzeniem rygorystycznego procesu rejestracji podatnika Marszałek Sejmu RP złożył interpelację poselską (nr 15666). Odpowiedział na nią Podsekretarz Stanu w MF: „Brak zarejestrowania dostawcy towaru/usługodawcy jako podatnika VAT czynnego w związku z realizacją procesu rejestracji, jako taki nie pozbawia nabywcy towaru/usługi prawa do odliczenia podatku naliczonego (…). Jednocześnie jednak nabywca towarów w przypadku pojawiających się wątpliwości odnośnie kontrahenta (gdzie brak rejestracji kontrahenta stanowi istotną okoliczność, która powinna być wzięta pod uwagę) powinien zachować szczególną ostrożność i przedsięwziąć wszystkie działania, jakich można od niego racjonalnie oczekiwać, w celu upewnienia się, że dokonywana przez niego transakcja nie prowadzi do udziału w przestępstwie podatkowym. Jeżeli w wyniku dokonanej weryfikacji podatnik-nabywca ustali, że dokonujący dostawy towaru/usługodawca nie jest wiarygodny, nie powinien dokonywać transakcji”. Z powyższego wynika, że przed każdą transakcją należy nie tylko sprawdzać rejestr VAT, ale także dochować należytej staranności w celu wykluczenia ewentualnego przestępstwa podatkowego.
Czy do odliczenia VAT z faktury wystawionej przez niezarejestrowanego kontrahenta wystarczy zatem, że do transakcji rzeczywiście doszło i udowodniono to organowi podatkowemu? Z odpowiedzi na interpelację wynika, że to zachowanie tzw. należytej staranności jest kluczowe. W przypadku kwestionowania rzetelności otrzymanych faktur na pewno istotne będzie też przypominanie organom o wyroku TSUE i podjęcie rękawicy w walce o podstawowe prawo podatnika do odliczenia VAT.
Autor: prawnik Weronika Marjańska, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.
O Robercie Strzeleckim – 40-letnim wiceprezesie grupy kapitałowej TenderHut – wspólnicy mówią: „to nasz człowiek do zadań specjalnych”. Pełni on funkcję Dyrektora Operacyjnego (COO) w grupie kapitałowej, która aktualnie składa się z 4 technologicznych spółek zależnych i ma 7 zagranicznych oddziałów. Robert wraz ze wspólnikiem w marcu 2015 roku przejął spółkę bez przychodów, bez pracowników, bez klientów i bez sprzętu. Właściwie sam szyld. Już na koniec 2015 roku wypracowali 6,44 mln zł mln przychodów, na koniec 2016 roku 8,93 mln zł rocznego przychodu, a po trzech kwartałach 2017 roku spółka może pochwalić się przychodami na poziomie prawie 12 mln zł.
– Roberta charakteryzuje całkowita ślepota na porażkę. Do niego po prostu nie dociera, że czegoś się nie da zrobić. On nie widzi możliwości w stylu „nie uda się” i tym wygrywa. Jak wyszkolony komandos jest niesamowicie nakierowany na cel, wie, co ma ustrzelić i w ogóle nie bierze pod uwagę, że mógłby spudłować. Tak jakby miał noktowizor sukcesu na stałe przymocowany do oczu – z przymrużeniem oka fenomen wspólnika tłumaczy Waldemar Birk, prezes zarządu grupy TenderHut.
W branży IT od ćwierć wieku
Z branżą IT związał się już jako 15 latek, kiedy… na bazarze sprzedawał kopie programów komputerowych – „Microsoft mógłby mnie za to nie lubić, ale to w tamtym okresie nie było nielegalne zajęcie” – śmieje się Robert Strzelecki. Zaczęło się od fascynacji informatyką i rozkręcania sprzętu IT na części pierwsze. Już w liceum pełnił funkcję szkolnego informatyka, a mając 19 lat otworzył z kolegą sklep handlujący sprzętem komputerowym. Rozpoczął studia na Politechnice Warszawskiej Wydziale Elektroniki i Technik Informacyjnych, ale ze względu na wymagającą pracę, nie miał na nie czasu. Pracował już wtedy jako programista systemów ERP w firmie IT P.I.W. Kom-Pakt, która po kilku przekształceniach jest dziś częścią Asseco. Ostatecznie studia informatyczne skończył w Polsko-Japońskiej Wyższej Szkole Technik. Jednocześnie spędzając weekendy w Wyższej Szkole Zarządzania i Marketingu robił Specjalizację Zarządzanie.
Świat korporacji
Kariera Roberta nabrała tempa, kiedy w 2002 roku został zatrudniony w BRE Leasing, gdzie zarządzał projektami IT, odpowiadał za wdrażanie i rozwijanie systemów leasingowych, ubezpieczeniowych i HR’owych. Zaczynał jako administrator baz danych, a w przeciągu 6 lat kolejne awanse doprowadziły go do stanowiska Zastępcy Dyrektora Pionu Informatyki. Tym samym Robert Strzelecki stał się osobą odpowiedzialną nie tylko za zaplecze technologiczne projektów, ale także za ich stronę budżetową i strategiczno – polityczną. – Stanowisko wymagało myślenia wielotorowego i troski nie tylko o technologiczną jakość, ale także o rentowność projektów. Musiałem szybko nauczyć się dbać o relacje biznesowe, walczyć o swoje pomysły i podwładnych, zarządzać ludźmi i budżetem. Nie ukrywam, że to wymagało ode mnie wyjścia z pewnej strefy komfortu. Niemniej cieszę się z tych doświadczeń, bo to przygotowało mnie na to, co teraz robię w mojej spółce – wspomina Strzelecki.
Zalana serwerownia i helpdesk z Indii
W BRE Leasing zapamiętano Roberta jako człowieka, który bardzo dobrze radził sobie w sytuacjach kryzysowych wykazując się opanowaniem i logicznym myśleniem. – Kiedy zalało nam serwerownię, to właśnie Robert jako pierwszy pobiegł i wyłączył prąd. W ciągu kilku sekund zrzucił 80 bezpieczników. A było naprawdę niebezpiecznie, wiele osób mógł porazić prąd, nie wspominając o szkodach w sprzęcie.– opowiada Wiesław Drążek, ówczesny Dyrektor Pionu Informatyki.
Już wtedy Robert był bardzo odważny w swoich decyzjach i nie bał się przeciwstawić otoczeniu. – Ma instynkt informatyczny i umie podejmować ryzyko. Kiedyś mieliśmy bardzo trudną sytuację. Około południa pojawiły się poważne problemy z oprogramowaniem głównej bazy danych firmy, która jest podstawą naszego systemu informatycznego. Robert podjął wtedy bardzo kontrowersyjną decyzję, żeby nie zgłaszać od razu tej usterki do helpdesku. Chciał poczekać do 18-tej. Na pierwszy rzut oka to decyzja nielogiczna, bo im szybciej zgłosilibyśmy usterkę, tym teoretycznie szybciej zostałaby usunięta. A z naszych przewidywań wynikało, że możemy mieć problem, który niewłaściwie potraktowany, może potrwać i zablokuje systemy firmowe nawet na kilka dni. To byłyby ogromne straty. Ale Robert wbrew wszystkim zadecydował, żeby nie zgłaszać problemu od razu do helpdesku, bo wiedział, że w ciągu dnia obsługuje nas oddział z Indii, a po 18-tej usługę przejmują Stany Zjednoczone. Wiedział, że w Stanach helpdesk dysponuje większym doświadczeniem i zasobami i w efekcie działa bardzie profesjonalnie. I miał rację. Helpdesk w Stanach rozwiązał problem w ciągu godziny. To był słuszna, aczkolwiek kontrowersyjna decyzja – wspomina Wiesław Drążek.
Międzynarodowe doświadczenie
Po BRE Leasing były jeszcze kolejne awanse w firmach SMT Software i iAlbatros, gdzie Robert miał możliwość zetknąć się z projektami realizowanymi na międzynarodową skalę i poznać kulturę biznesową w innych krajach niż Polska. Jego francuski przełożony z tego okresu Moncef Khanfir, CEO w paryskim iAlbatros powiedział – Robert jest świetną osobą do współpracy, wielki profesjonalista z imponującym know-how w zakresie zarządzania projektami i zespołem. – W iAlbatros Robert miał szansę zgłębić temat branży Business Travel, czyli budowy systemów służących rezerwacji hoteli, biletów lotniczych, taksówek i szeroko pojętej organizacji służbowych delegacji. –Pracowałem z zaangażowaniem, lecz wciąż czułem niedosyt. Chciałem większych wyzwań. W każdej firmie, dla której pracowałem, były nowe wyzwania, ale szybko stawały się jedynie rutyną i nową kompetencją. Bardzo się rozwinąłem, realizowałem skomplikowane i złożone projekty, nauczyłem się kooperować na rynku zagranicznym. Ale myśl o własnym biznesie wciąż do mnie wracała. Na bazie wieloletnich doświadczeń chciałem zbudować dużą, zaawansowaną technologicznie firmę na własnych zasadach. Miejsce, gdzie mógłbym skorzystać z nabytej wiedzy, ale jednocześnie wprowadzić swoje idee, pomysły i koncepcję biznesu. Wcześniej budowałem działy IT dla innych – mówi Strzelecki.
Własny biznes
Historia TenderHut zaczęła się w 2010 roku, kiedy spółka CodeArch pełniła funkcję białostockiego oddziału SMT Software. W latach 2011 – 2014 Robert Strzelecki był prezesem tej spółki i odpowiadał za pracujący tam zespół programistów. Po odejściu w 2015 roku z iAlbatros razem z poznanym w SMT Software Waldemarem Birkiem odkupił CodeArch od spółki-matki. I tak, po zmianie nazwy, w 2015 roku powstała firma TenderHut. Wspólnie z Waldemarem podjęli decyzję o ekspansywnym rozwoju organizacji, tworząc zupełnie nowy model funkcjonowania firmy IT – Outsourcing IT w innowacyjnym wydaniu, ekspansja zagraniczna, konsolidacja rynku IT w północno – wschodniej Polsce oraz nowe produkty i usługi, które można skalować na różnorodne rynki. To był nasz pomysł na rozwój firmy – wspomina Robert Strzelecki.
Komandos IT sprawdza się w boju
O tym, jak działa Robert najlepiej przekonują się jego klienci… Koniec tygodnia, godzina 15:30. Do Roberta Strzeleckiego dzwoni telefon. To zaprzyjaźniona firma prosi o ratunek, mają nóż na gardle. Wiedzą, że pomoc może przyjść tylko z jednej strony, od człowieka, który uwielbia wyzwania, a presja czasu jedynie go motywuje. – Czasem brak ludzi, czasem brak konkretnych kompetencji w zakresie specyficznej technologii, a najczęściej brak czasu skłania firmy do wykonania telefonu właśnie do mnie. Słyszę wtedy: Robert, ten projekt był na wczoraj… dasz radę to pociągnąć? Czuję się wtedy jak komandos, a raczej jak dowódca grupy komandosów, bo u nas liczy się zespół. Dopiero w grupie jesteśmy silni i niezawodni. Wkraczamy całym zespołem do akcji i kończymy projekt – śmieje się Strzelecki. – Generalnie jesteśmy przez dużą część klientów taktowani jak komandosi, ludzie do działań specjalnych: gdy jest problem z projektem, a jakiś realizujący go zespół działa pod presją daty wykonania, to sięgają po nasze wsparcie. W naszej branży krąży dowcip o tym, że dziewięciu programistów może urodzić dziecko w jeden miesiąc i wielu naszych klientów najwyraźniej w to wierzy zlecając nam realizację projektu zaplanowanego na kilka miesięcy z ogromną prośbą, żeby to zrobić w ciągu kliku tygodniu. Staramy się wtedy oczywiście sprostać zadaniu – dodaje Komandos IT.
Prowadzić firmę po swojemu
Dziś, w TenderHut Robert Strzelecki korzysta z całości swojego doświadczenia. – Robert jako nasz operacyjny odpowiada za finanse, dba o to, żeby przychody pokrywały bieżące koszty i żeby jeszcze pojawiał się zysk, który można zainwestować w rozwój spółki. To on planuje emisję obligacji i akcji spółki oraz organizację debiutu TenderHut na giełdzie – mówi Waldemar Birk, prezes zarządu grupy TenderHut. Jako wiceprezes ds. operacyjnych Robert czuwa nad całym procesem tworzenia nowych projektów, od pomysłu przez projektowanie, aż do wdrożenia. Mimo, że nie jest handlowcem, sprzedaje i sprowadza do firmy nowych klientów. A kiedy trzeba … wraca do korzeni i programuje.
– Jako szef nie ograniczam się tylko do rozdysponowania zadań. Sam także zakasuję rękawy i pracuję ze wszystkimi. Dzięki temu nie zatraciłem zdolności informatycznych na rzecz kompetencji w zarządzaniu. Żeby sobie to udowodnić, co roku startuję w konkursach programistycznych. Na razie chyba nie wypadłem z obiegu – śmieje się Strzelecki. – Pochodzę z rodziny o wojskowych tradycjach. Pewnie dlatego mam taki charakter, że biorę wszystko na klatę i preferuję styl przywódczy w prowadzeniu biznesu. Trzymam się też podstawowej zasady, że jeżeli jest coś do zrobienia, to po prostu to robię – puentuje COO grupy TenderHut.
Gdy ponad dwie dekady temu w Szwecji trwała dyskusja o wejściu do strefy euro, kondycja gospodarcza tego kraju nie zachwycała. Wystarczyło jednak 20 lat, by Szwedzi stali się liderem unijnego rozwoju wśród państw o wysokim dochodzie i obniżyli swój dług do PKB o połowę. Czy przyczyniła się do tego decyzja o pozostaniu poza obszarem wspólnej waluty? – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.
Pierwsza połowa lat 90. dla Szwecji była trudnym okresem. Pęknięcie bańki kredytowej, utworzonej przez zbyt daleką liberalizację i niewystarczającą regulację sektora finansowego, spowodowało poważny kryzys państwa. Bezrobocie, które według Banku Światowego w 1990 r. wynosiło 2 proc., wzrosło w ciągu trzech lat do 10 proc. Relacja szwedzkiego długu publicznego do PKB wystrzeliła w latach 1991-1996 z poziomu 32 do 85 proc.
W odpowiedzi na załamanie gospodarcze oraz przystąpienie w 1995 r. Szwecji do Unii Europejskiej (UE) Sztokholm zdecydował się na szereg reform. Niezależność otrzymał bank centralny, zaszły zmiany w systemie emerytalnym, zwiększono wewnętrzną konkurencję poprzez np. liberalizację usług użyteczności publicznej. Wprowadzono także restrykcyjne zasady kontroli wydatków skarbu państwa (reguła corocznej nadwyżki budżetowej na poziomie 1 proc. PKB).
Wieloletnia debata o euro
Tuż po przystąpieniu do UE w Szwecji rozpoczęła się szeroka debata dotycząca przyjęcia wspólnej waluty. Była ona poprzedzona szeregiem analiz ekonomicznych oraz dyskusji politycznych. Niebagatelną rolę odegrała w nim tzw. „Komisja Calmforsa” złożona z ekonomistów oraz polityków pod przewodnictwem prof. Larsa Calmforsa.
Z raportu opublikowanego w 1996 r. wynikało, że choć są gospodarcze korzyści w przyjęciu wspólnej waluty (np. redukcja kosztów transakcyjnych), a także czysto polityczne argumenty (wpływ Szwecji na unijną kooperację), to jednak Komisja zarekomendowała nieprzystępowanie do strefy euro (EMU).
Był to rezultat przede wszystkim obawy, że wewnętrzny szok gospodarczy (analogiczny do doświadczeń Szwecji z lat poprzedzających raport) mógłby mieć bardziej dotkliwe konsekwencje w przypadku utraty wpływu na krajową politykę monetarną.
Kilkadziesiąt stron konkluzji z liczącego w sumie ponad 300 stron badania było jednak dość niejednoznacznych, a rekomendacja nieprzystąpienia do EMU miała raczej charakter „czekaj oraz obserwuj”, co potwierdza chociażby sugestia, że Szwecja powinna wstrzymać się z wejściem do strefy euro, aż krajowa gospodarka się ustabilizuje. Stąd również oceniono, że „Szwecja nie powinna zamykać drzwi do członkostwa w późniejszej dacie”.
W 2003 r. przeprowadzono referendum w Szwecji, w którym obywatele odrzucili uczestnictwo we wspólnej walucie (42 proc. – za; 55,9 proc. – przeciw; frekwencja – 82,6 proc.). Niewykluczone jednak, że dzięki społecznemu “nie” obecna kondycja gospodarcza kraju jest znacznie lepsza, niż gdyby euro zostało przyjęte. Sugerują to nie tylko dane makroekonomiczne, ale także późniejsze spostrzeżenia prof. Calmforsa.
Szwecja nie ma euro, a jest w unijnej czołówce
Starając się ocenić wpływ pozostania Szwecji poza EMU, warto prześledzić kondycję gospodarczą tego kraju na tle innych państw strefy euro, biorąc rok 2005 jako bazowy. Było to już dobre kilka lat po kryzysie (jego wpływ nie zaburza rezultatu), a hipotetyczne i odrzucone w referendum przystąpienie do EMU miało obowiązywać od 1 stycznia 2006 r.
Szwedzkie PKB w latach 2005-2016, według danych Eurostatu, urosło o 24,1 proc. w porównaniu do średniego wyniku państw dzielących wspólną walutę na poziomie 10,2 proc. Jest to drugi wyniki w EMU (po Irlandii) i znacznie lepszy m.in. od Niemiec (+17,7 proc). W graniczącej ze Szwecją Finlandii wzrost wyniósł tylko 5,8 proc., a w Danii 9 proc.
Drugi najszybszy rozwój w UE nie był okupiony przyrostem długu. W 2005 r. jego relacja do PKB w Szwecji wynosiła 49,2 proc., a pod koniec 2016 r. uległa zmniejszeniu do 42,2 proc. Natomiast w przypadku całej strefy euro zadłużenie wzrosło o ponad 20 pkt proc. (z 61,5 do 83,2 proc. PKB), a w Irlandii prawie się potroiło (z 26,1 do 72,8 proc. PKB).
Nie tylko kwestie gospodarcze pokazują, że pozostawanie poza strefą euro może być korzystne. W tegorocznej wiosennej edycji badania Eurobarometru przeprowadzanej przez Komisję Europejską aż 64 proc. Szwedów uważa, że ich głos w Unii Europejskiej się liczy. To drugi najwyższy (po Danii) wynik w UE, gdzie średnia to 42 proc. Nie sprawdziły się więc obawy, że pozostawanie poza strefą euro zmarginalizuje rolę Szwecji we Wspólnocie.
Kluczem dyscyplina wewnętrzna
Trudno powiedzieć, na ile dobra kondycja Szwecji to efekt reform z lat 90., a na ile pozostawania poza strefą euro. Całkiem prawdopodobne, że jest inne, łączące obie kwestie wytłumaczenie.
W opracowaniu „Szwedzkie Ramy Polityki Makroekonomicznej” z 2013 r. autorstwa wcześniej już wymienianego prof. Calmforsa jest stwierdzenie, że „Szwedzi potraktowali dużo poważniej (zasady fiskalne EMU – przyp. aut.) niż państwa, które przystąpiły do unii monetarnej”. Jak podkreśla Calmfors, daje to teraz im opcję podjęcia decyzji „z pozycji siły”, czy wejść do strefy euro, czy też nie.
Działania Sztokholmu mogą być dobrą lekcją dla innych krajów. Reformy połączone z dyscypliną fiskalną rozszerzają możliwości decyzyjne danego państwa, a brak uzależniania ich do takiej czy innej decyzji o przystąpieniu do EMU może jedynie poprawić sytuację finansową jego obywateli.
Najnowsze „szybkie” (wstępne) odczyty bacznie obserwowanych wskaźników PMI (Purchasing Managers Index = dosł. wskaźnik menedżerów logistyki) w Europie nie pozostawiają wątpliwości co do tego, w jakim punkcie długofalowego cyklu koniunkturalnego są gospodarki.
Wystarczy wymienić kilka faktów przytoczonych przez autorów badania (IHS Markit):
Eurozone Manufacturing PMI Output Index** – najwyżej od … 212 miesięcy (prawie 18 lat);
Eurozone Services PMI Activity Index*** – najwyżej od 80 miesięcy;
Eurozone PMI Composite Output Index**** – najwyżej od 82 miesięcy (prawie 7 lat).
* Zagregowany wskaźnik oparty na odpowiedziach ok. 5000 ankietowanych firm na pięć pytań dotyczących poziomu zamówień, produkcji, zatrudnienia, czasu dostaw i zapasów; ** powstaje na podstawie odpowiedzi na pytanie „czy produkcja twojej firmy jest większa niż w poprzednim miesiącu?”; *** „czy poziom aktywności w twojej firmie usługowej jest wyższy niż w poprz. miesiącu?”; **** średnia ważona z (**) i (***).
Jak to wygląda na wykresie?
Spróbujmy znaleźć tu jakieś reguły:
PMI dla przemysłu strefy euro (Manufacturing PMI Output Index) jest ewidentnie na poziomie rekordu z 2000 roku; tamten rekord nastąpił równolegle ze szczytem WIG-u przed bessą, która miała trwać z przerwami aż do 2002 roku;
wskaźniki dla sektora usług oraz zagregowany (Composite) nie są aż tak wysoko (mają mniejszą zmienność), czyli nie „gwarantują” jeszcze bessy, ale…
… są już stosunkowo blisko pułapów, przy których doszło do gwałtownych 20-proc. tąpnięć na GPW w latach 1999 oraz 2006 – to nie były jeszcze bessy, ale i tak mocno dały się we znaki inwestorom;
przy podobnych poziomach Composite PMI ruszył też krach na jesieni 1998 związany z bankructwem Rosji;
w miarę pocieszająco wygląda natomiast przypadek z lat 2010-2011, gdzie do krachu (VIII-IX 2011) doszło dopiero, gdy wskaźniki zaczęły się osuwać z tych szczytów – z taką sytuacją oczywiście nie mamy jeszcze do czynienia;
ogólna historyczna reguła była następująca: we wszystkich badanych przypadkach (1998, 1999, 2006, 2011) po dojściu Composite PMI do poziomu zbliżonego do obecnego, w okresie dosłownie kilku miesięcy dochodziło do gwałtownego tąpnięcia (co najmniej -20%) (niestety nie mamy bezpośredniego dostępu do danych historycznych, by jeszcze precyzyjniej określić tę regułę); co ciekawe w każdym z tych przypadków takie tąpnięcie było „zaledwie” przejściową korektą i „przedsmakiem” regularnej bessy, a nie jej początkiem. Od tąpnięcia w połowie 2006 do ostatecznego szczytu hossy minął jeszcze rok, zaś od tąpnięcia w 1999 roku na szczyt hossy trzeba było jeszcze poczekać ok. ośmiu miesięcy.
Jak to wszystko podsumować? Nie sposób trafnie przewidzieć czy korekta, której poddał się WIG w ostatnich tygodniach jest już początkiem tego właściwego ruchu spadkowego, jaki wynikałby z opisywanych historycznych reguł, czy też – w optymistycznym wariancie – indeks w międzyczasie zdoła odrobić straty, a może nawet sięgnąć po nowy historyczny rekord (za to trzymaliśmy kciuki w trakcie tego roku).
Obecnie firmy mają obowiązek przechowywania dokumentacji pracowników przez 50 lat: umowy o pracę, wypowiedzenia, świadectwa pracy i inne dokumenty pracownicze muszą być gromadzone w formie drukowanej pod groźbą grzywny do 30 tysięcy złotych! Na początku listopada do sejmu wpłynął rządowy projekt ustawy o zmianie niektórych ustaw w związku ze skróceniem okresu przechowywania akt pracowniczych oraz ich elektronizacją.
Jak informuje Ministerstwo Rozwoju, autor projektu, ta ustawa jest jedną z kilku, które zagwarantują głęboką nowelizację kodeksu pracy poprzez informatyzację tworzenia i obiegu dokumentacji związanej z nawiązaniem, przebiegiem i ustaniem stosunku pracy. W dobie digitalizacji stan prawny obiegu dokumentów w firmach jest w Polsce dość problematyczny, można stwierdzić, że anachroniczny. Pracodawcy tworzący elektroniczne wersje dokumentów mogą je traktować tylko jako wersję pomocniczą (aktualne stanowisko Głównego Inspektora Pracy z dnia 9 kwietnia 2010).
Zmiany na lepsze
Jakie zmiany przewiduje ustawa? Obowiązkowy czas przechowywania dokumentacji pracowniczej i dokumentacji płacowej zostanie skrócony do 10 lat (dla pracowników zatrudnionych po wejściu w życie ustawy). Ograniczy to m.in. zbędne koszty gromadzenia starych dokumentów i zagwarantuje pracownikom stały dostęp do dokumentów przechowywanych u pracodawcy (bałagan w archiwum często to uniemożliwia). W projekcie założeń wskazano, że długotrwałe przechowywanie papierowych akt osobowych pracowników generuje koszt ok. 130 mln zł rocznie. Pracownik będzie miał dostęp do akt elektronicznych, a na jego żądanie pracodawca będzie zobowiązany wydać mu wydruk lub elektroniczną kopię całości lub części dokumentacji. Przekazanie dokumentów będzie odbywało się sprawniej, a dokumentacja bezpieczniejsza – nie ulegnie zniszczeniu.
Dlaczego obecnie dokumentacja przechowywana jest w firmie tak długo? Jednym z powodów jest fakt, że Zakład Ubezpieczeń Społecznych pobiera dane od pracodawców i wykorzystuje je do przyznawania rent i emerytur. Ten system jednak zawodzi: ubezpieczony nie zawsze może potwierdzić okres zatrudnienia i wysokość osiąganego wynagrodzenia ze względu na brak dokumentacji pracowniczej, wynikający np. z likwidacji zakładu pracy. Dlatego właśnie projekt ustawy przewiduje zwiększenie zakresu danych takich jak składki i wynagrodzenia, przekazywanych przez pracodawcę do ZUS automatycznie, za pomocą miesięcznych raportów.
Kolejna zmiana jest potrzebna ze względu na niewielkie wykorzystanie przez pracowników kwalifikowanego podpisu elektronicznego. Po wejściu w życie zmian pracodawca będzie mógł tworzyć dokumenty w postaci papierowej, następnie dokonać ich digitalizacji, uwierzytelnić je kwalifikowanym podpisem elektronicznym i przechowywać na informatycznym nośniku informacji.
Co istotne – dokumentacja w sprawach związanych ze stosunkiem pracy oraz akta osobowe pracownika w formie elektronicznej, bez względu na sposób ich powstania, będą równoważne z postacią papierową. Dla bezpieczeństwa i integralności dokumenty elektroniczne będą zawierały metadane ułatwiające ich należyte przechowywanie i udostępnianie oraz sprawne przekazanie dokumentacji do podmiotu świadczącego profesjonalne usługi przechowywania danych.
– Już teraz należy przyjąć, iż biura rachunkowe lub wewnętrzne działy HR będą mogły np. stworzyć aplikację umożliwiającą każdemu pracownikowi dostęp on-line do swojej dokumentacji, możliwość bieżącego zapoznawania się z jej treścią, kontrolę np. pozostałych do wykorzystania dni urlopu wypoczynkowego itp. – w razie potrzeby pracownik zawsze będzie mógł otrzymać stosowny wydruk z dokumentacji (z oświadczeniem o prawdziwości), a tym samym łatwo i szybko uzyskać potrzebny dokument. Istnieje zatem duża szansa, iż planowana nowelizacja ułatwi obu stronom stosunku pracy realizację i ochronę ich praw – mówi Andrzej Krysta, radca prawny.
Digitalizacja po polsku
Wśród polskich firm są zarówno podmioty, które dopiero stawiają pierwsze kroki w digitalizacji, wdrażając np. systemy ERP (Enterprise Resource Planning), jak i takie, które już od kilku lat swobodnie korzystają z rozwiązań służących do automatyzacji procesów biznesowych i ich bieżącej adaptacji, zgodnie z rytmem zmian zachodzących zarówno wewnątrz organizacji, jak i w jej otoczeniu. Innowacyjną alternatywą dla wspomnianych aplikacji „szytych na miarę” dla danej firmy są systemy klasy BPM/RAD (Business Process Management/Rapid Application Development), które dają możliwość szybkiego dostarczania kompletnych i zestandaryzowanych aplikacji biznesowych – bez kodowania. Zarówno dla pierwszych jak i drugich, nowe prawo powinno być dużym ułatwieniem. Jak zauważa ŁukaszWróbel, wiceprezes firmy WEBCON, dostarczającej rozwiązania BMP/RAD, należy pamiętać, że digitalizacja to coś więcej niż przejście z rozwiązań analogowych na cyfrowe:
– Digitalizacja to zmiana sposobu funkcjonowania całej firmy i myślenia o zarządzaniu nią. Po pierwsze, systemy BPM zapewniają szeroko rozumianą optymalizację, nie tylko w kwestii kosztów – pozwalają wyeliminować mnóstwo niepotrzebnych, a nawet potencjalnie szkodliwych czynności, które nawarstwiły się przez lata i są wykonywane bezrefleksyjnie lub wręcz niechętnie przez pracowników. Oczyszczenie procesów firmy i ich uproszczenie przekłada się nie tylko na mniejsze wydatki, ale również zwiększenie satysfakcji pracowników z wykonywanej prac – tłumaczy Łukasz Wróbel i dodaje: Dlatego właśnie firmy, które z takich systemów już korzystają, z niecierpliwością czekają na zmiany w przepisach, chcąc np. wprowadzić w 100% zdigitalizowaną teczkę pracowniczą. Dla liderów cyfrowej transformacji w Polsce obecne prawo jest tak naprawdę ostatnim bastionem niepotrzebnej papierologii w działach HR.
Wyniki badania WEBCON przeprowadzonego w maju 2017 r. wśród klientów pokazują, że dla kadry zarządzającej priorytetem jest – obok sprzedaży – właśnie digitalizacja obszaru kadr i HR (39% ankietowanych). Ten wynik wskazuje, że w dobie stopniowej cyfryzacji dotykającej właściwie każdej z branż, organizacje dostrzegają konieczność dbania o swój najważniejszy kapitał, czyli pracowników. Natychmiastową korzyścią dla obu stron jest oczywiście zautomatyzowanie prostych, powtarzalnych czynności, a przez to uwolnienie czasu i kompetencji pracowników do wykonywania zadań bardziej kreatywnych. Jednak dostarczenie pracownikom nowoczesnych systemów to nie wszystko. Nie bez znaczenia jest też równy i łatwy dostęp do informacji, sprawiedliwy i uporządkowany udział w procesach decyzyjnych czy sprawna i szybka obsługa ze strony działu HR.
Ministerstwo Rozwoju chce, aby nowe zasady przechowywania dokumentów obowiązywały już od stycznia 2018 roku. Będą jednak obowiązywały tylko pracowników zatrudnionych po tej dacie.
W tym tygodniu Banki Centralne rządziły rynkami. Dane makroekonomiczne pozostawały nieco w cieniu. Jak na to wszystko reagowała złotówka?
Dolar nieco mocniejszy
Już praktycznie za nami tydzień pełen emocji. Co prawda zostało jeszcze kilka odczytów z amerykańskiej gospodarki lecz nie powinny one diametralnie wpłynąć na notowania walut. Dla dolara szczególnie ważnym wydarzeniem było środowe posiedzenie FED. Stopa procentowa została podniesiona o 25 punktów bazowych, a przewidywana liczba podwyżek w 2018 roku pozostała niezmienna i wynosi 3. Oczywiście wszystko się może jeszcze zmienić, ponieważ przedstawiciele Rezerwy Federalnej bacznie przyglądać się będą odczytom makroekonomicznym. Jednak te wydarzenia nie pomogły dolarowi, a wręcz na chwile go osłabiły. Siły amerykańskiej walucie dodała słabość euro. Tutaj Europejski Bank Centralny nie zdecydował się wczoraj na jakiekolwiek zmiany kosztu pieniądza, a podwyższenie oczekiwań inflacyjnych i wzrostu PKB najwyraźniej nie spodobała się inwestorom. Koniec końców na głównej parze walutowej obserwujemy poziomy nieco poniżej 1,18.
Na funcie też się działo
Najpierw poznaliśmy nie do końca dobre dane z rynku pracy w Wielkiej Brytanii, co nie do końca mogło wesprzeć brytyjską walutę. Wczorajsze wydarzenia związane decyzją Banku Anglii o pozostawienie stopy procentowej na niezmienionym poziomie wynoszącym 0,5%, także za bardzo nie pomogło funtowi. Nawet bardzo dobre wyniki sprzedaży detalicznej niewiele wniosły. Notowaniami funta zdają się teraz bardziej sterować plotki i fakty związane z warunkami wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej aniżeli dane makroekonomiczne
Złotówka znowu w dół
W oczekiwaniu na rozstrzygnięcia Banków Centralnych i reakcje szerokich rynków inwestorzy ulokowali swój kapitał w bezpieczniejsze aktywa, co spowodowało nieznaczny spadek wartości złotówki. Aktualnie ta nadrabia straty do głównych walut. Dolar kosztuje aktualnie 3,57 zł, euro kupimy po 4,21 zł. Funt wyceniany jest na 4,78 zł, a cena ranka wynosi 3,61 zł.
Mateusz Wielewicki – dealer walutowy w Internetowykantor.pl
Najnowsze dane opublikowane przez Eurostat w grudniu br. potwierdzają, że polska gospodarka rozwija się w szybkim tempie. Dynamika PKB sięgnęła w III kw. 5,2 proc. r/r (dane skorygowane), co było dwukrotnie szybszym tempem niż wzrost gospodarczy krajów strefy euro. Czy to oznacza, że wreszcie doganiamy pod względem zamożności bogatsze kraje Europy Zachodniej?
Gdy Polska wstępowała do Unii Europejskiej w 2004 r. standard życia w naszym kraju był na znacznie niższym poziomie niż w Europie Zachodniej. Jeśli za miarę dobrobytu społeczeństwa przyjąć wartość PKB na mieszkańca to w tamtym czasie nie osiągaliśmy nawet połowy średniej wartości dla krajów Unii Europejskiej.
– Od wejścia do UE zaczęliśmy coraz szybciej gonić średnią unijną. Z jednej strony wynikało to z faktu rozszerzenia Wspólnoty Europejskiej o wiele innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej, zbliżonych standardem życia do Polski, ale z drugiej strony wzrastał poziom rozwoju gospodarczego w Polsce – mówi w rozmowie z MarketNews24 Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Europie Centralnej.
– W przeciwieństwie do krajów UE Polska nie tylko nie wpadła w recesję w 2009 r., ale nasz wzrost gospodarczy był przez ostatnie lata silniejszy niż w Europie Zachodniej.
Na rynku pracy nastąpiła znaczna poprawa – stopa bezrobocia, która przekraczała w Polsce nawet 20 proc. w latach 2003-2004, jest obecnie na ponad trzykrotnie niższym poziomie sięgając 6,6 proc. w październiku 2017 roku. Dynamika płac w ostatnich miesiącach przyspieszyła przekraczając 7-proc. wzrost w porównaniu z rokiem ubiegłym.
Efektywne wykorzystanie środków unijnych przez nasz kraj przyczyniło się do poprawienia standardu życia, chociażby przez inwestycje w infrastrukturę, i w rezultacie wyższej konwergencji z krajami zachodnimi. Poza korzystną obecnie sytuacją gospodarczą w Polsce, sprzyjające dla naszego tempa wzrostu gospodarczego jest także ożywienie w strefie euro, czyli na naszym głównym kierunku eksportowym.
Od czasu naszego akcesu do Unii Europejskiej wartość PKB na mieszkańca zwiększyła się niemal dwukrotnie. Jednak Polska nadal plasuje się dosyć nisko na tle innych krajów europejskich. Na koniec 2016 roku nasze PKB per capita sięgało 69,4 proc. średniej dla wszystkich krajów Unii Europejskiej. Pomimo, że wartość ta jest wyższa niż w poprzedniej dekadzie to jednak proces konwergencji, zwłaszcza w ostatnich latach nie następował wystarczająco szybko, aby dogonić nie tylko bogatszy Zachód, ale i średnią unijną. Spośród krajów UE niższa wartość wskaźnika na koniec 2016 była notowana w Bułgarii (49 proc. średniej UE), Rumunii (59 proc.), Chorwacji (60 proc.), na Łotwie (65 proc.), w Grecji (66 proc.) oraz na Węgrzech (68 proc.).
– Wyprzedza nas większość krajów „starej Unii”, a także niektóre kraje Europy Środkowo-Wschodniej: Estonia, Litwa, Słowacja, Słowenia czy Czechy. Tym ostatnim nadal nie udało się zrównać ze średnią unijną, ale PKB na mieszkańca na poziomie 88 proc. jest znacznie wyższą wartością niż w przypadku Polski – dodaje Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Europie Centralnej. – Dopiero za 15 lat zbliżymy się do poziomu 80 proc. średniej unijnej.
W krajach Unii Europejskiej średnio 21,7% pracowników posiada udział w kapitale swojego pracodawcy. Najwięcej pracowników-akcjonariuszy jest we Francji (35,8%). W Polsce odsetek ten wynosi 16,2%, co daje nam miejsce w końcówce stawki. Spośród grupy 140 największych polskich spółek giełdowych programy akcyjne występują w 30% z nich – wynika z raportu firmy PwC „Pracownicze programy akcyjne – szansa dla firm, szansa dla Polski”. Jak podkreślają eksperci, akcjonariat pracowniczy jest najbardziej ugruntowany w państwach o rozwiniętej świadomości ekonomicznej, posiadających rozwiązania prawne i systemowe.
Na potrzeby raportu „Pracownicze programy akcyjne – szansa dla firm, szansa dla Polski” PwC przeprowadziło symulację, pokazującą realny wpływ akcjonariatu pracowniczego na budowanie kapitału przez osoby czynne zawodowo. Przykładowo, 30-latek zarabiający równowartość ok. 4 tys. zł brutto miesięcznie, który do osiągnięcia wieku emerytalnego będzie otrzymywał dodatkowo akcje o wartości ok. 1% jego rocznej pensji netto, może liczyć na wzrost emerytury o 320 zł miesięcznie. Z kolei 40-letni dyrektor zarabiający ok. 20 tys. zł brutto miesięcznie i otrzymujący pakiet akcji pracodawcy o wartości 5% rocznego wynagrodzenia netto może otrzymać na emeryturze dodatkowe 6,6 tys. zł miesięcznie.
„Akcjonariat pracowniczy stanowi nie tylko doskonałe narzędzie retencyjne pozwalając na utrzymanie najbardziej wartościowych osób w organizacji, ale również jest nowoczesnym elementem wynagradzania, którego skutki mogą mieć długofalowy charakter, właśnie poprzez zwiększenie przyszłych emerytur. W krajach takich jak USA, Francja, Wielka Brytania czy Niemcy, akcjonariat pracowniczy ma dłuższą historię i jest bardziej popularny, co może być dla nas punktem odniesienia w promowaniu tego rozwiązania” – mówi Tomasz Barańczyk, partner zarządzający działem prawno-podatkowym PwC.
Jak zauważają eksperci PwC, w większości krajów główną przesłanką wprowadzenia programu akcjonariatu pracowniczego jest chęć powiązania systemu wynagrodzeń ze strategią biznesową spółki, rzadziej podążanie za trendami rynkowymi, czy względy podatkowe.
Z badań przeprowadzonych przez PwC wynika, że w Polsce kapitał spółki oddawany jest przede wszystkim w ręce kluczowych osób w firmie (84%), znacznie rzadziej pracodawcy dzielą się akcjami ze wszystkimi pracownikami (16%). Spowodowane jest to tym, że najczęściej akcje stanowią formę nagrody w ramach długoterminowych programów motywacyjnych, a te kierowane są w większości do osób, które mają decydujący głos w działalności firm. W innych krajach proporcje te kształtują się inaczej: 59% programów akcyjnych kierowanych jest do kluczowych pracowników, podczas gdy aż 41% do wszystkich pracowników.
„Instytucja akcjonariatu pracowniczego będzie stopniowo zyskiwała na znaczeniu. Już w tej chwili istnieją uregulowania prawne, np. w stosunku do osób pełniących kluczowe stanowiska w instytucjach finansowych, wprowadzające wymóg wypłacania części wynagrodzenia zmiennego w formie akcji lub pochodnych instrumentów finansowych. Z drugiej strony rynek pracy wymaga od pracodawców ciągłego uatrakcyjnienia pakietów płacowych. Tę kwestię doskonale rozwiązuje wprowadzenie właśnie programu akcyjnego. Spodziewamy się, że za trendami rynkowymi podążą również uregulowania prawne” – zauważa Joanna Narkiewicz-Tarłowska, dyrektor w dziale prawno-podatkowym PwC.
Z raportu PwC wynika, że na stosunkowo niewielką popularność pracowniczych programów akcyjnych w Polsce wpływa przede wszystkim brak przyjaznego i przystępnego otoczenia prawno-regulacyjnego, zaplecza w postaci ulg i zwolnień podatkowych, czy też preferencji podatkowych. Do barier zaliczyć należy również nadal niską kulturę pracowniczą, wciąż niedostateczną zdolność inwestycyjną i niewystarczający poziom wiedzy ekonomicznej społeczeństwa, ale także mentalność pracowników i pracodawców, w której brak jest wzajemnego zaufania.
Rola uregulowań prawnych
Jak podkreślają eksperci PwC, na świecie liczba firm oferujących swoim pracownikom akcje własne lub akcje spółki z grupy systematycznie rośnie. Spowodowane jest to udostępnieniem programów obowiązujących w danych grupach kapitałowych spółkom działającym na rynkach lokalnych. Są też kraje, w których istnieje wręcz wymóg prawno-podatkowy, aby udział w programie akcyjnym był oferowany wszystkim pracownikom. Niespełnienie tego warunku powoduje np. utratę korzystnych warunków opodatkowania przyznanych akcji. Przykładowo we Francji, Irlandii, czy Słowenii pewne rodzaje programów muszą być oferowane wszystkim pracownikom. W Niemczech i Wielkiej Brytanii niespełnienie tego wymogu powoduje brak możliwości skorzystania z ulgi podatkowej. W Szwecji to, czy udział w programie zostanie zaoferowany wszystkim pracownikom, czy tylko wybranym, zależy od wielkości spółki – większe spółki notowane na giełdzie oferują akcje wszystkim pracownikom.
W Polsce specyficzne uregulowania w sferze akcjonariatu pracowniczego w tej chwili nie istnieją. Obecnie trwają jednak prace nad stworzeniem kompleksowych regulacji prawnych dot. akcjonariatu pracowniczego. Niedawno do Ministerstwa Rozwoju wpłynął projekt „Ustawy o programach akcjonariatu pracowniczego” przygotowany przez Fundację Forum Rozwoju Akcjonariatu Pracowniczego i Kapitału Krajowego. Projekt zakłada m.in., iż programy akcjonariatu pracowniczego stanowią dobrowolną formę inwestowania w kapitał zakładowy spółki w drodze obejmowania lub nabywania jej akcji/udziałów przez jej uprawnionych pracowników. Programy te mają umożliwić bezpośrednie inwestycje uczestnika w aktywa zatrudniającej go spółki oraz bezpośredni wpływ pracownika-akcjonariusza na rozwój, pozycję rynkową, wyniki finansowe i wzrost wartości spółki. Projekt zakłada również propozycje rozwiązań prawno-podatkowych, jak również rekomendacje w odniesieniu do kwestii edukacji i komunikacji związane z tym tematem.
Rola skutecznych narzędzi podatkowych
Z raportu PwC wynika, że istotną rolę w funkcjonowaniu instytucji akcjonariatu pracowniczego mogą odgrywać uregulowania podatkowe. Od 1 stycznia 2018 r. nowelizacja ustawy o PIT wprowadza korzystną dla podatników zmianę w postaci rozszerzenia możliwości odroczenia opodatkowania dochodu uzyskanego z tytułu nabycia lub objęcia akcji do momentu ich sprzedaży na akcje spółek z obszaru poza UE/EOG (np. z USA, Szwajcarii). Z preferencji tej będą mogli skorzystać podatnicy nabywający akcje spółek, których siedziba lub zarząd znajduje się na terytorium państw, z którymi Polska zawarła umowę o unikaniu podwójnego opodatkowania.
Eksperci PwC zwracają również uwagę, że w toku prac legislacyjnych ustawodawca wyłączył z preferencji podatników otrzymujących akcje spółek polskich, co może ograniczać rozwój akcjonariatu pracowniczego.
„Na przykładzie innych krajów widzimy wyraźną zależność pomiędzy wprowadzeniem zachęt podatkowych a wzrostem popularności akcjonariatu pracowniczego. Do najczęściej stosowanych zachęt należą: zwolnienie z opodatkowania kwoty przychodu powstającego w związku z otrzymaniem akcji, obniżenie podstawy opodatkowania w zależności od okresu posiadania akcji, brak lub niższe składki na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne. Z kolei po stronie pracodawców wymienia się przede wszystkim możliwość zaliczenia kosztów poniesionych na przekazanie pracownikom akcji do kosztów podatkowych oraz preferencje w zakresie ubezpieczeń społecznych” – podsumowuje Sylwia Bachmat, menedżer w dziale prawno-podatkowym PwC.
Jak wskazują wyniki badania przeprowadzonego przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie eService, coraz większa liczba Polaków preferuje płatności bezgotówkowe (56%). Zaraz po powszechnie znanej karcie płatniczej, drugą najbardziej rozpoznawalną formą płatności zbliżeniowych okazuje się metoda z wykorzystaniem telefonu. Wskazało ją aż 52% ankietowanych, z czego aż 14% wymieniło ją przed gotówką i kartą. Najpowszechniej znaną formą płatności telefonem okazał się natomiast BLIK – 35%.
Płatność telefonem to stosunkowo młoda metoda. Mobilność w wielu sektorach postępuje na tyle, że nawet banki, dostosowując się do obecnych trendów, umożliwiają już dostęp i kontrolę konta poprzez aplikacje mobilne. Przełomowym okresem dla wzrostu znaczenia tej formy był rok 2015. Dziś już ponad połowa badanych (52%), zapytana o znajomość rodzajów płatności podczas zakupów w sklepach, płacenia za produkty i usługi, spontanicznie wymienia właśnie płatność telefonem.
Pojawianie się nowoczesnych metod płatności we wskazaniach respondentów udowadnia rosnącą świadomość Polaków w tym zakresie. Nie tylko coraz chętniej „korzystamy” z kart, ale również z płatności telefonem, przez którą respondenci rozumieją zarówno BLIK, jak i płatności zbliżeniowe takie jak Android Pay, czy mniej znane u nas ApplePay lub SamsungPay – mówi Joanna Seklecka, prezes eService. – Dlatego dbamy o to by oferowane przez nas rozwiązania dla przedsiębiorców pozwalały na procesowanie transakcji telefonem. Również w standardach mniej popularnych w Polsce, ale popularnych wśród odwiedzających nasz kraj turystów.
Ankietowani, zapytani o powód korzystania z wybranych metod, w przypadku płatności telefonem zaznaczali, że jest to rozwiązanie:
najwygodniejsze (46%),
najszybsze (16%),
zastępujące portfel/kartę w przypadku ich braku (7%),
wykluczające konieczność posiadania przy sobie portfela (5%).
Część badanych wskazała również, że po prostu lubi korzystać z tej metody (5%). BLIK natomiast został wymieniony jako najszybszy przez 36% osób, a 9% płaci nim, gdy nie posiada przy sobie portfela lub karty. Po 5% ankietowanych wymieniało również ciekawość, czyli chęć sprawdzenia tego sposobu w praktyce oraz zaznaczyło, że jest to dla nich korzystniejsza opcja.
Najczęstszym powodem niekorzystania z tej metody płatności był brak takiej możliwości lub po prostu potrzeby. Zdecydowana mniejszość respondentów wskazała, że mimo wszystko woli płacić w inny sposób.
Postępująca mobilność oraz stale rosnąca liczba terminali płatniczych, również w punktach usługowych i urzędach, powodują, że przez płatności bezgotówkowe nie rozumiemy już tylko używania plastikowych kart płatniczych czy kredytowych, ale także wiele innych metod, które ułatwiają nam codzienne zakupy oraz rozliczenia. Mimo iż polskie społeczeństwo nie jest jeszcze tak bezgotówkowe jak chociażby Szwecja, według ekspertów zmierzamy w tym samym kierunku. Tak jak kiedyś muszelki i handel wymienny został zastąpiony przez monety, a następnie papierowe banknoty, tak dzisiaj coraz popularniejszy staje się pieniądz elektroniczny. Również ten obsługiwany za pomocą telefonu komórkowego. Coraz chętniej korzystamy z nowości, o czym świadczy fakt, że jesteśmy jednym z krajów, w którym w najszybszym tempie wdrażane są płatności zbliżeniowe, a bankowość mobilna zaczyna wyprzedzać tę internetową.
Elon Musk, znany wizjoner i przedsiębiorca, ujawnił cenę pierwszej elektrycznej ciężarówki z naczepą, która w przyszłości może stać się konkurencją dla tradycyjnych, mało ekologicznych samochodów. Pojazd ma trafić do produkcji w 2019 roku, a jego sprzedaż rozpocząć w roku 2020. Czy ciężarówka Tesla Semi rzeczywiście zrewolucjonizuje rynek transportu drogowego?
Jak podaje producent, pojazd będzie dostępny w trzech wariantach. Najtańsza wersja, o zasięgu do ok. 480 km na jednym ładowaniu będzie kosztować 150 tys. dolarów, czyli ponad 530 tys. zł. Samochód, który będzie w stanie przejechać ok. 800 km na jednym ładowaniu, to już koszt 180 tys. dolarów, czyli ponad 637 tys. zł. Najdroższa, limitowana wersja Founders Series jest natomiast płatna z góry i kosztuje 200 tys. dolarów, co w przeliczeniu na polską walutę wynosi ok. 708 tys. zł.
Do przewozów krajowych na polskim rynku przewoźnicy zakupują jednak standardowo pojazdy w wieku 8-10 lat. Dlatego ciężko spodziewać się masowego szału zakupowego w Polsce na samochody ciężarowe Tesli, które mają kosztować ponad 50% więcej od aktualnie najbardziej popularnych ciągników zakupionych w salonie, takich jak DAF czy MAN. Koszt zakupu popularnego 8-10 letniego pojazdu to około 80-100 tys. zł, a wtedy Tesla wypada już co najmniej 5-krotnie drożej, nie wspominając o kosztach sprowadzenia takiego pojazdu do kraju. – mówi Janusz Nóżka, Dyrektor ds. Floty w ROHLIG SUUS Logistics.
Według Tesli wyższe ceny zakupu samochodów – w odniesieniu do tradycyjnych pojazdów, zostaną zrekompensowane przez ich niskie koszty utrzymania. Producent podkreśla, że całkowity koszt eksploatacji ciężarówki ma być na rynku amerykańskim o 20 proc. niższy w porównaniu do pojazdu z silnikiem Diesla. Mimo, że w pierwszej chwili cena wydaje się stanowić znaczącą barierę wejścia na polski rynek dla elektrycznej ciężarówki, to po przeanalizowaniu jej wszystkich parametrów eksploatacyjnych, pojazd rzeczywiście wypada korzystnie.
Chcąc sprawdzić jak faktycznie kształtują się koszty zakupu i utrzymania elektrycznej ciężarówki, ROHLIG SUUS Logistics postanowił przeprowadzić analizę porównawczą odnoszącą się do polskich realiów. Założono sytuację, w której Tesla Semi posiada m.in. wszystkie wymagane homologacje, została dostosowywana do transportu po europejskich drogach i można nabyć ją w Polsce. Ponadto przyjęto, że obsługa techniczna nowego samochodu oraz części zamienne są tak samo dostępne na rynku jak w przypadku popularnych modeli ciągników siodłowych. W analizie wzięto pod uwagę takie czynniki jak cena zakupu obu pojazdów, koszty zużycia paliwa/prądu, czy obsługę techniczną pojazdu.
Piotr Iwo Chmielewski, Dyrektor ds. Rozwoju ROHLIG SUUS Logistics podsumowuje: – Na szczególną uwagę zasługuje sam koszt zużycia paliwa, który przy ciężarówce Tesli jest znacznie niższy niż w przypadku tradycyjnego pojazdu. Przejechanie dystansu 100 kilometrów elektryczną ciężarówką jest bowiem ponad 60% tańsze i wynosi 42,50 zł, a zwykłym samochodem 112 zł – zaznacza przedstawiciel firmy. Co więcej, wedle deklaracji producenta, przy wykorzystaniu elektrycznej ciężarówki prawie całkowicie odpadają nam koszty przeglądów okresowych (płyny, filtry) i dodatkowo o około 20% redukujemy inne koszty techniczne, takie jak wymiana tarcz i klocków hamulcowych.
Biorąc pod uwagę średnie stawki frachtowe za transport krajowy, okres spłaty przy zakupie popularnych samochodów ciężarowych, szacowany jest na około 11-13 lat. Oszczędności generowane przez ciężarówkę elektryczną Tesli mogą skrócić ten okres do niespełna 8 lat. Nawet nie biorąc pod uwagę dodatkowych ulg podatkowych, których można się spodziewać ze strony rządu czy UEna zakup pojazdów elektrycznych – ocenia Piotr Iwo Chmielewski.
Janusz Nóżka dodaje, że widzi realną szansę dla elektrycznej ciężarówki Tesli w obliczu oczekiwanych ograniczeń w ruchu tradycyjnych pojazdów, które będą z pewnością zmuszać do poszukiwania rozwiązań alternatywnych. Takie działania już są podejmowane, chociażby przez przedsiębiorstwa komunikacji miejskiej, które zaczynają inwestować w elektryczne autobusy. Tylko w Warszawie do 2020 roku ma ich być 160 sztuk– kontynuuje Janusz Nóżka i dodaje – na chwilę obecną deklaracje producenta oceniamy jako obiecujące. Prawdziwym jednak testem będą dotychczas mocno kwestionowane możliwości produkcyjne Tesli oraz nasza transportowa rzeczywistość i możliwości finansowe przewoźników.
Mijający tydzień na rynkach finansowych skupił się przede wszystkim na decyzjach banków centralnych. W środę w dotychczasowym składzie po raz ostatni obradował komitet FOMC przy Rezerwie Federalnej, a w czwartek decyzje monetarne podejmowano w strefie euro, Meksyku oraz Turcji.
Grudniowe posiedzenie komitetu monetarnego przy Rezerwie Federalnej było ostatnim pod przywództwem Janet Yellen. Zgodnie z powszechnymi oczekiwaniami i zapowiedziami, FED podniósł poziom stóp procentowych o kolejne 25 pb. Jednocześnie mediana oczekiwań członków Komitetu sugeruje trzy kolejne podwyżki w roku 2018 i dwie w roku następnym. Natomiast w najnowszych projekcjach makroekonomicznych nastąpiły tylko kosmetyczne zmiany – podwyższono prognozę wzrostu gospodarczego oraz obniżono szacowany poziom bezrobocia. Z kolei na konferencji prasowej odchodząca prezes Rezerwy Federalnej stwierdziła, że reforma podatkowa wzmocni wzrost gospodarczy w nadchodzących latach, ale jej efekty nie są do końca pewne. Jej zdaniem niskie odczyty inflacji w Stanach Zjednoczonych mają charakter przejściowy, a stopniowe podnoszenie kosztu pieniądza w następnych latach jest działaniem właściwym. Ponadto Yellen stwierdziła, że rynek pracy pozostaje w pobliżu stanu pełnego zatrudnienia i oczekuje, że w następnych latach sytuacja nie ulegnie zmianie. Co jednak istotne, odchodząca szefowa FED stwierdziła, że nie ma potrzeby wprowadzania zmian w programie redukcji bilansu Rezerwy Federalnej i bank centralny będzie gotowy wznowić rolowanie zapadających papierów, jeżeli będzie tego wymagała sytuacja. Poza tym uznała, że poziom wyceny aktywów nie jest zbyt wysoki, a w gospodarce nie widać „niepokojącego” narastania zadłużenia czy akcji kredytowej. Mając do dyspozycji przedstawiony zestaw informacji inwestorzy zareagowali wyprzedażą amerykańskiej waluty, a samo wydarzenie uznali za relatywnie gołębie, mimo decyzji o podwyżce stóp procentowych. Naszym zdaniem oczekiwania co do poziomu kosztu pieniądza w zbliżającym się 2018 roku mogą paradoksalnie dla dolara okazać się zgubne – podobnie jak miało to miejsce w ciągu ostatnich 12 miesięcy. Uważamy bowiem, że każda, gorsza od oczekiwań, publikacja makroekonomiczna będzie argumentem do oddalenia w czasie wzrostu kosztu pieniądza i jednocześnie osłabienia amerykańskiej waluty. Drugą kwestią pozostaje nowy kształt komitetu FOMC i jego podejście do kształtu polityki monetarnej. Naszym zdaniem środowe posiedzenie pokazuje, że inwestorzy szukają argumentów na to by osłabić amerykańską walutę.
Tymczasem w Europie Rada Prezesów Europejskiego Banku Centralnego, zgodnie z oczekiwaniami nie zmieniła parametrów polityki monetarnej, co oznacza, że EBC będzie skupował obligacje w kwocie 30 mld euro do końca września przyszłego roku, lub dłużej, gdy będzie taka potrzeba. Nowe prognozy makroekonomiczne zakładają wyższy wzrost gospodarczy i inflację (względem projekcji wrześniowej), na przestrzeni następnych 3 lat, a już w 2017 dynamika PKB ma wynieść 2,4% r/r. Natomiast perspektywy gospodarcze w strefie euro, wg Rady Prezesów, znacząco się poprawiły. Dosyć pozytywny komunikat, odczytany przez prezesa Draghiego, spowodował chwilowe umocnienie się euro, które podczas konferencji zostało zniwelowane. Przede wszystkim dlatego, że Mario Draghi starał się, jak zresztą zawsze, wprost unikać konkretnych odpowiedzi na pytania związane z QE, inflacją czy perspektywą polityki monetarnej w przypadku pogorszenia warunków gospodarczych. Uważamy że podniesione prognozy makroekonomiczne, pozytywna wymowa komunikatu po posiedzeniu i wymijające odpowiedzi Draghiego sugerują, że prezes Europejskiego Banku Centralnego nie chce dopuścić do dalszego umacniania się euro. Uważamy, że lepsze od oczekiwań informacje makroekonomiczne będą wspierały notowania euro. A biorąc pod uwagę rosnące nieprzerwanie indeksów PMI w Europie czy niemieckie IFO, o pozytywne niespodzianki w przyszłości nie powinno być trudno. Dlatego też po zeszłotygodniowych posiedzeniach FED oraz Europejskiego Banku Centralnego umocniliśmy swoje przekonanie co do kierunku, w jakim powinien podążać eurodolar.
Należący do Union Investment Real Estate fundusz Unilmmo: Europa sfinalizował transakcję kupna wrocławskiego centrum handlowego Magnolia Park od funduszu Blackstone. Wartość transakcji wyniosła ok. 380 mln euro.
Magnolia Park jest pierwszym wrocławskim centrum handlowym w portfelu Union Investment Real Estate, a zarazem największym obiektem tego typu w polskiej ofercie funduszu. Powierzchnia handlowa centrum wynosi ok. 100 tys. m2 i jest niemal w całości wynajęta, a średni pozostały czas trwania obowiązujących umów najmu to 4,2 roku.
W obszarze oddziaływania centrum handlowego mieszka ok. 2,58 mln ludzi; rocznie odwiedza je ok. 11 mln klientów. Lista najważniejszych najemców obejmuje silne marki krajowe i międzynarodowe. Są to m. in. Tesco, Castorama, Saturn, Helios, P&C oraz Decathlon.
– Polska jest, w szczególności w odniesieniu do centrów handlowych, jedną z najatrakcyjniejszych lokalizacji inwestycyjnych w Europie. Łączy wszystkie cechy, które są dla nas interesujące – wysoką siłę nabywczą, ciekawą ofertę nowoczesnych nieruchomości oraz rozsądne ceny – powiedziała Henrike Waldburg, szefowa działu zarządzania nieruchomościami handlowymi w hamburskim Union Investment Real Estate GmbH.
Zarządcą centrum handlowego po sprzedaży pozostanie firma Multi. Przy transakcji funduszowi Union Investment Real Estate doradzała firma Cushman & Wakefield, a stroną prawną zajmowała się kancelaria Dentons.
Budowa Magnolii Park została ukończona w 2007 roku, a dwa lata temu nastąpiła jej rozbudowa. Centrum z 241 sklepami jest jedną z najważniejszych lokalizacji handlowych w regionie.
Centrum handlowe Magnolia Park znajduje się na zachodzie Wrocławia, w odległości ok. 4 kilometrów od centrum. Jego bezpośrednie sąsiedztwo to obszar gęsto zaludniony, który wciąż się rozwija. Mieszkańcy mogą łatwo dotrzeć do centrum handlowego komunikacją miejską oraz samochodem. Na kupujących czeka ok. 3 tys. miejsc parkingowych.
Magnolia Park jest największym centrum handlowym w portfelu Union Investment w Polsce. Kolejnym jest łódzka Manufaktura (94 tys. m2), która znajduje się w portfelu spółki zależnej Union Investment, Unilimmo: Deutschland od 2012 roku.
W portfelu otwartych funduszy nieruchomości Union Investment Real Estate znajduje się obecnie siedem centrów handlowych w Polsce: 3 Stawy w Katowicach, Manufaktura w Łodzi, Focus Park w Rybniku, Sarni Stok w Bielsku-Białej, Riviera w Gdyni, Ferio w Koninie i Magnolia Park we Wrocławiu. Ich łączna powierzchnia handlowa wynosi 390 tys. m2, a wartość tych nieruchomości to ok. 1 mld euro. Współczynnik wynajmu w całym portfolio wynosi 99%.
Zniesienie roamingu w UE, wzrost zużycia danych mobilnych i zmiana na pozycji lidera pod względem liczby aktywnych kart SIM. Taki był w skrócie 2017 rok w telekomunikacji. A czego powinniśmy spodziewać się w 2018 roku? O tym mówi zespół Virgin Mobile Polska.
Rynek telekomunikacyjny w 2017
Roaming nie taki darmowy
Kluczowym wydarzeniem na rynku było wprowadzenie zasad „Roam Like At Home”.
W założeniach twórców miały one wprowadzić równość w korzystaniu i opłatach za roaming w całej UE. Jednak nowe przepisy nie uwzględniały lokalnych warunków funkcjonowania rynku telekomunikacyjnego. Usługi telekomunikacyjne w Polsce są jednymi z najtańszych w UE. Masowe korzystanie przez Polaków z roamingu na terenie UE okazało się bardzo kosztowne i wpłynęło na pogorszenie się wyników finansowych operatorów. Swoją ciężką sytuację od samego początku szczególnie sygnalizowali operatorzy wirtualni..
Zamieszanie związane z roamingiem znalazło swój finał w UKE. O dopłaty do roamingu wystąpili niemal wszyscy operatorzy, z których dotychczas każdy otrzymał zgodę na ich wprowadzenie. Mimo to klienci nie mają powodów do narzekań. Nowe przepisy poskutkowały wprowadzeniem bezpłatnych puli minut, SMS-ów i danych do wykorzystania w roamingu oraz obniżyły opłaty cennikowe. Jako Virgin Mobile Polska konsekwentnie staliśmy przy stanowisku, iż literalne wdrożenie „Roam like at home” nie może doprowadzić do sytuacji, w której 90% klientów finansuje 10% tych, którzy nadużywają połączeń w roamingu. Otwartym pozostaje pytanie czy pomniejszone przychody nie przełożą się na spowolnienie inwestycji i konkurencyjność rynku. – Magdalena Hajduga, Product Manager w Virgin Mobile Polska –
Zmiana na pozycji lidera
Końcówkę roku podgrzała zmiana na pozycji lidera pod względem aktywnych kart SIM. Wynik fioletowego operatora z prawie 15 milionami aktywnych kart SIM (28,9 proc. całego polskiego rynku) to efekt wielu czynników. „Czwarty operator” wchodząc kilka lat temu na rynek uzyskał preferencyjne warunki dzięki przychylnej postawie UKE, które chciało pobudzić konkurencyjność rynku telekomunikacyjnego. Ta podstawa pozwoliła Play wypracować wizerunek najtańszego i najbardziej konkurencyjnego operatora. Wyraz uznania należą się również działowi marketingu w konsekwentnym prowadzeniu masowej komunikacji wszystkimi dostępnymi kanałami on-line i off-line. Długoterminowe wykorzystanie celebrytów z pewnością utkwiło w świadomości konsumentów. Bogata oferta telefonów, konkurencyjne oferty prepaid i postpaid a do tego usługi dodane, takie jak Tidal zagwarantowały Play palmę pierwszeństwa. Jednak rynek telekomunikacyjny cechuje się dużą dynamiką zmian. Konkurencja z pewnością też nie będzie bierna. Dlatego w 2018 roku powinniśmy być przygotowaniu na kolejne zmiany. – Mateusz Piotrowski, PR Manager w Virgin Mobile Polska –
Większa rozwaga w działaniach marketingowych off-line
W 2017 roku firmy z branży telekomunikacyjnej nadal pozostały czołowymi reklamodawcami na rynku. Mimo to uwidaczniają się zmiany w wydatkowaniu budżetów. Istotny wpływ na to ma niskie ARPU jak również zmiany prawne, które rzutowały na wyniki finansowe. Dla przypomnienia w 2016 roku wprowadzenie obowiązkowej rejestracji numerów pre-paid, a w 2017 darmowego roamingu w UE spowodowały obniżenie przychodów operatorów. To sprawiło, że telekomy zaczęły zmieniać taktykę. Nie mówimy tu o gwałtownych cięciach budżetów, a o rozsądniejszym planowaniem działań marketingowych. Orange ograniczył swoje działania na outdoor skupiając budżet w telewizji. Z drugiej strony porzucił akcję „Środy z Orange”. Podobnie zachował się T-Mobile, który po wielu latach zrezygnował z dalszego wspierania festiwalu Nowe Horyzonty. Magentowy operator znalazł również oszczędności rezygnując z angażowania celebrytów do swoich reklam. Odwrotnie zachowywał się wspomniany wcześniej Play, który w dalszym ciągu wykorzystuje ich w swojej komunikacji, szczególnie w TV. Jednak budżety filetowego gracza w tym kanale również uległy zmniejszeniu. Pozytywnie na tym tle wyróżniają się marki Polkomtela, który zainwestował najwięcej, bo aż 314,5 mln zł, czyli 44,2 proc[1]., stając się liderem pod względem wydatków na marketing off-line. Odporność Plusa na zmiany rynkowe wynika z konwergencji usług oraz wsparcia medialnego Polsatu, co pozwala Plusowi budować największe zasięgi na rynku.
Inaczej kształtuje się sytuacja wirtualnych operatorów, czyli marek takich jak Virgin Mobile, czy Mobile Viking. Ich zdecydowanie mniejsze budżety przekładały się na inną strategię marketingową. Najwięcej w komunikację wielkozasiegową spośród wszystkich MVNO inwestował Virgin Mobile, komunikując ofertę abonamentową i grupową. Mimo to wciąż jest to mniej niż 5% Share of Voice w całej kategorii. W 2017 roku zauważalne były jeszcze działania a2mobile, które przeprowadziło dwie mocne kampanie sponsoringowe. Były one nastwione na zbudowanie rozpoznawalności nieznanego brandu. Mimo to działania MVNO w obszarze off-line wciąż stanowią znikomy procent w porównaniu do czterech największych graczy. I to z pewnością nie zmieni się w najbliższym czasie. – Karol Ruciński, Brand Manager, Virgin Mobile Polska –
On-line zyskał jeszcze bardziej
Z drugiej strony działania marketingowe telekomów w większej części skupiały się na on-line. Głównym powodem jest możliwość lepszego mierzenia efektów, prowadzenia bardziej jakościowych działań, a przede wszystkim mniejsze koszty. Najwięcej na działania on-line wydała oczywiście wielka czwórka wraz z swoimi submarkami. I tak:
Orange i Nju Mobile – 41 mln zł[2]
Plus + Plush – 33,8 mln zł
Play + Red Bull Mobile 14,3 mln zł
T- Mobile – 31,3 mln zł
Z pośród wirtualnych operatorów na pierwszy miejscu plasuje się Virgin Mobile, który wydał 2,5 mln złotych. W dalszej kolejności uplasował się Premium Mobile z wydatkami 1,6 mln zł, a2mobie 0,7 mln zł i Viking Mobile 0,5 mln zł. Łącznie wydatki wirtualnych operatorów stanowiły zaledwie 4,5% budżetu głównych graczy przedstawionych powyżej. Miniony rok wyraźnie pokazuje, więc, że rosną nakłady na digital kosztem działań off-line, głównie z powodu lepszej efektywności działań.
To, co jeszcze warte uwagi w 2017 to coraz częstsze wykorzystanie bootów zarówno
w obsłudze klientów jak i sprzedaży produktów. Ich ciągła niedoskonałość na razie pozostaje barierą w rozwoju, ale świat już pracuje nad ich ulepszeniem. Możemy, więc spodziewać się ich szerszego zastosowania w telekomach. Wciąż rośnie także znaczenie narzędzi własnych marek do komunikacji z klientami, które służy jednocześnie zwiększeniu sprzedaży. Live chaty, zostawianie numerów przez klienta i szybkie oddzwanianie to te elementy, które obu stronom komunikacji ułatwiają życie. W 2018 roku należy spodziewać się dalszego rozwoju w tym kierunku. – Sebastian Studentkowski, E-marketing Specialist, Virgin Mobile Polska –
Rynek telekomunikacyjny w 2018 roku
Paczki danych, promocja rozwoju sieci 5G i konwergencja
Piotr Suchodolski – Dyrektor marketingu Virgin Mobile Polska
W 2018 r. należy spodziewać się dalszego wzrostu zużycia danych mobilnych. Obecnie Polska jest na 6 miejscu w UE, co nie powinno dziwić. Patrząc na to ile gigabajtów danych wkładają do swoich ofert operatorzy za niską cenę, można śmiało stwierdzić, że zużycie poszybuje w górę. To naturalnie wiąże się z rozwojem sieci 5G, o której dużo będzie się mówić, a mniej będzie realnych działań w tym obszarze. Niestety niskie ARPU w telekomunikacji najprawdopodobniej nie będzie zachęcać największych graczy do kosztownych inwestycji w rozwój sieci 5G.
Znamienne jest przejęcie Netii przez Polkomtela, co zwiastuje dalszą konwergencję usług telekomunikacyjnych. Możemy się spodziewać ofert łączonych i prób przekonywania klientów do zakupu ich wszystkich od jednego operatora. Końcówka roku w wykonaniu Play i uruchomienie ubezpieczeń pokazuje, że telekomy, zawłaszcza te największe będą szukać maksymalizacji zysków wszędzie tam, gdzie będzie to możliwie.
Z drugiej zaś strony nie można przejść obojętnie obok upowszechniania się m.in. Netflixa. Scenariusz gdzie duża paczka mobilnego Internetu z szybkim transferem danych oraz dostępy do serwisów z kontenetem na życzenie części konsumentom w zupełności wystarczy. Teza, iż prosta i konkurencyjna mobilna oferta telekomunikacyjna będzie w dalszym ciągu mocno pożądania nie wymaga dalszego udowadniania. – Piotr Suchodolski, Dyrektor Marketingu, Virgin Mobile Polska –
Duże ekrany, bezpieczeństwo i multimedia w smartfonach
Producenci słuchawek będą szli w kierunku zmniejszania ramek i zwiększania powierzchni ekranów. Czytniki linii papilarnych przejdą na plecki telefonu lub na powierzchnię przycisku power (on/off). Face ID od Apple wymusi na innych producentach dopracowanie swojej technologii rozpoznawania twarzy. Być może pojawi się tendencja do rezygnowania z czytników linii papilarnych. Powoli będziemy żegnać się również z wejściami mini Jack. To widać już teraz, ale w 2018 słuchawki pod USB-C, Lightning lub Bluetooth staną się standardem. Telefon to coraz częściej narzędzie pracy, dlatego podwójne obiektywy również będą częściej pojawiać się w telefonach. Pozwolą one robić wysokiej, jakości zdjęcia nie tylko profesjonalnym fotografom, ale pracownikom, blogerom, influencerom oraz zwykłym użytkownikom, który wrzucą je na swoje społecznościówki.
Warto wspomnieć też o płatnościach zbliżeniowych. Tych również będzie coraz więcej, dzięki spopularyzowaniu czytników NCF. Chęć szybkiego płacenia potwierdzają dane. W 2016 r. zakupy przez telefon czy tablet robiło blisko 13 proc. Polaków. Teraz jest ich ponad 20 proc[3]. Z kolei Izba Gospodarki Elektronicznej w raporcie „Płatności cyfrowe 2017” zaznacza, że 40% Polaków dokonywało już płatności przy pomocy smartfona czy tabletu. Sytuacja będzie się, więc mocno zmieniać. – Kamil Marhula, E-commerce Manager, Virgin Mobile Polska –
W komunikacji w dalszym ciągu znaczenia nabierać będzie content design. Posiadanie wartościowych informacji w połączeniu z atrakcyjną formą przekazu będzie kluczowe. W 2018 roku telekomy mogą pogłębić współpracę z influencerami, głównie ze względu na możliwość skorzystania z zasięgów ich kanałów. Jednak nie zawsze wysoka, jakość kontentu oferowanego przez influencerów oraz brak możliwości mierzenia wpływu na sprzedaż sprawi, że dla marek, nie tylko telekomunikacyjnych będzie to rok pogłębionej refleksji nad inwestycjami w ten kanał. W tym jak i kolejnych latach firmy bardziej będą zastanawiać się nad rozwojem własnych kanałów, w których to raczej influencerzy będą gośćmi niż autorami. – Mateusz Piotrowski, PR Manager, Virgin Mobile Polska –
Telekomy będą dalej inwestować w digital
Trendy w digital marketingu w 2018 powinny obejmować kontynuację obecnie toczących się procesów i nie przewidujemy przełomowych zmian. Telekomy będą próbować wdrożyć kolejny etap procesu szumnie zwanego „marketing automation”. Powodem jest ogromna ilość danych, które funkcjonują w obszarze różnych systemów IT, które z kolei nie są w stanie wymieniać ich między sobą i analizować. Dlatego „Świętym Graalem” jest wdrożenie nowoczesnych CRM-ów, które integrowałyby dane z hurtowni danych, systemów bilingowych z narzędziami służącymi do kontaktu z klientami (POS, call center, social media, narzędzia do wysyłki mailingów, SMS-ów, wdrożenie personalizacji w aplikacjach samoobsługowych, WEB notyfikacji, powiadomień push z aplikacji mobilnych, etc). A to wszystko w celu zwiększenia działań antychurnowych, up-sellu oraz pozyskania nowych klientów.
Postępować będzie proces optymalizacji serwisów www oraz komunikacja on-line w modelu efektywnościowym (złożenie zamówienia na stronie www lub zebranie leada). Do niedawna wiele firm telekomunikacyjnych nie prowadziło testów A/B swoich serwisów, dane z Google Analyticsa leżały odłogiem, a zmiany naprowadzano na zasadzie „tak szefowi się podoba”. Myślę, że rok 2018 będzie rokiem wypracowania spójnych procesów optymalizacji serwisów i aplikacji biorących pod uwagę wiele źródeł informacji: wniosków z prowadzonych testów A/B, heat map, wymogów z obszaru SEO oraz wymogów z obszaru UX w celu optymalizacji wskaźnika konwersji. A gra jest warta świeczki, gdyż udział sprzedaż on-line u największych graczy na rynku oscyluje w granicach 10%, przy dużo niższym koszcie pozyskania klienta w kanale on-line niż off-line i jego wyższym ARPU. – Agnieszka Flis, Online Manager, Virgin Mobile Polska –
Podsumowując ubiegły jak i przyszły rok będzie nadal dynamiczny dla branży telekomunikacyjnej, jednak ich działania będą jeszcze bardziej oparte na liczbach i przełożeniu na wyniki finansowe.
Ostatnie 24 godziny były bogate w interesujące wydarzenia rynkowe, a jednak po FX nie widać diametralnej zmiany poziomów. To może być zapowiedź tego, co może nas czekać przez następne dwa tygodnie, kiedy aktywność zacznie wygasać. Wciąż jest pole do niespodzianek, choć raczej nie dziś.
Decyzje czterech czołowych banków centralnych oraz kluczowe dane z gospodarki USA, a po rynku FX nie widać, aby coś takiego w ogóle miało wczoraj miejsce. Najwięcej emocji zapewnił Norges Bank, który przybliżył oczekiwania na podwyżkę stóp procentowych, ale rajd korony w większym stopniu wziął się z fatalnych warunków płynnościowych (gorzej niż na złotym!) niż ze skali zaskoczenia decyzją. SNB i BoE zrobiły, co miały zrobić, czyli niewiele, więc trudno wymagać mocniejszej reakcji od CHF i GBP. Ale już posiedzenie ECB nigdy nie jest do zignorowania, a jednak wczoraj jakby inwestorzy zapomnieli, na co patrzą. Przed posiedzeniem budowały się oczekiwania na wzmocnienie głosu jastrzębiego skrzydła w Radzie Prezesów po serii świetnych danych o aktywności gospodarczej. Otrzymaliśmy wyższe prognozy PKB, ale już projekcja ścieżki inflacji rozczarowała, gdyż tylko w przypadku 2018 r. mieliśmy rewizję w górę o 0,2 pkt proc. i to jedynie na bazie wyższych cen paliw. W długim horyzoncie bank widzi inflację na 1,7 proc., czyli jednak dość daleko od celu inflacyjnego (określonego enigmatycznie jako „blisko, ale poniżej 2 proc.”). Tym samym Draghi pokazał, że ekspansja monetarna pozostaje i powtórzył, że stopy procentowe nie zostaną ruszone jeszcze długo po zakończeniu QE. Mimo to spadek EUR/USD o mniej niż 0,5 proc. przy takim wydźwięku konferencji należy uznać za minimalny wymiar kary.
Czy skromna reakcja EUR/USD może wynikać z balastu w postaci rozczarowania stanowiskiem Fed dzień wcześniej? Jeśli wierzyć w efektywność informacyjną rynków finansowych, to nie, gdyż każda informacja powinna być od razu i w pełni z dyskontowana. Co więcej, USD w trakcie konferencji prasowej ECB miał swoje powody do zadowolenia. Listopadowe dane o sprzedaży detalicznej były imponująco silne – wzrost o 0,8 proc. m/m przy prognozie 0,3 proc. i pozytywnej rewizji o 0,3 pkt proc. za poprzedni miesiąc. To pokazuje siłę konsumpcji, która przekuje się w solidny wzrost gospodarczy. Mimo to USD niewiele „zarobił” na odczycie i potwierdza się, że dane makro są trzecim w kolejności czynnikiem istotnym dla dolara, po Fed i polityce fiskalnej. W tym ostatnim temacie pojawiają się natomiast przeszkody na drodze od zatwierdzenia ustawy podatkowej. Senator z Florydy Mark Rubio powiedział wczoraj, że nie poprzez ustawy, jeśli nie zostaną dokonane zmiany w ulgach na dzieci. Republikanie mają tylko 52 głosy w 100-osobowym Senacie (a od 2018 r. tylko 51), więc sprzeciw któregoś z senatorów może być kosztowny. Trzeba jednak pamiętać, że Republikanie za wszelką cenę chcą ogłosić sukces, a prezydent Trump oczekuje dokumentu przedłożonego do podpisania do końca przyszłego tygodnia.
Dziś w kalendarzu dużo mniej niż wczoraj. Od strony danych mamy produkcję sprzedaną przemysłu z Kanady, a z USA NY Empire State i produkcję przemysłową. W Europie inwestorzy będą obserwować szczyt UE, gdzie ma zostać ogłoszony „wystarczający postęp” po tegorocznej fazie negocjacji Brexitu. Jednak 2018 rok nie będzie łatwy dla funta, więc i dzisiejszy ewentualny rajd ulgi powinien być płytki.
Po środowym FOMC, wczoraj w centrum uwagi rynków pozostawały posiedzenia decyzyjne kolejnych dużych banków europejskich.
Zgodnie z oczekiwaniami zarówno Narodowy Bank Szwajcarii (SNB), jak i Bank Anglii (BoE) oraz EBC pozostawiły koszt pieniądza na niezmienionym poziomie. W ocenie SNB utrzymanie stóp na ujemnym poziomie jest nadal konieczne w obliczu „wysoko wycenianego” franka. Bank Szwajcarii podkreślił też, że widoczna od września deprecjacja franka w stosunku do euro jest nadal niewielka, co oznacza że frank, pomimo zmniejszającego się jego przeszacowania, nadal jest „wysoko wyceniany”. SNB uaktywni się na rynku walutowym, jeśli pojawi się taka konieczność.
Na decyzje SNB kurs EURCHF zareagował wzrostem. W Wielkiej Brytanii główna stopa procentowa utrzymana została na poziomie 0,5%. W ocenie BoE po ubiegłotygodniowym porozumieniu z UE zmalało ryzyko nieuporządkowanego Brexitu, co może wspierać nastroje w gospodarce. Bank centralny podtrzymał więc ocenę, że stopy procentowe będą prawdopodobnie musiały dalej stopniowo rosnąć. BoE utrzymał też target zakupu aktywów na poziomie 435 mld funtów. Decyzje te funt szterling przyjął lekko pozytywnie. Tymczasem, posłowie w Londynie zadecydowali, że ostateczną zgodę na wejście w życie umowy z Unią w sprawie Brexitu ma mieć brytyjski parlament, a nie rząd Theresy May, co teoretycznie może sprawić, że Brexit będzie można odwołać, jeśli tylko będzie taka wola polityczna. Z kolei EBC potwierdził, że oczekuje utrzymania stóp na obecnych poziomach (w tym 0,0% dla głównej stawki rynkowej i -0,4% dla depozytowej) przez dłuższy czas, a w razie pogorszenia perspektyw nadal jest gotowy zwiększyć skalę lub wydłużyć okres obowiązywania programu zakupu aktywów. Podczas konferencji prasowej prezes M. Draghi powtórzył, że gospodarka wciąż potrzebuje wysokiego poziomu wsparcia monetarnego, choć jednocześnie wskazał, że EBC dostrzega znaczącą poprawę perspektyw jej rozwoju (w 2017 roku PKB strefy euro powinno wzrosnąć o 2,4% wobec 2,2% szacowanych we wrześniu). W ocenie Draghi’ego, w średnim terminie również inflacja bazowa powinna stopniowo przyspieszać. Wynik posiedzenia EBC euro przyjęło dość neutralnie, nie zwierał on bowiem nowych istotnych wskazówek dot. polityki monetarnej strefy euro. Dopiero po południu, po publikacji lepszych od oczekiwanych danych z USA (w grudniu indeks PMI przemysłu wzrósł do 55 pkt wobec 54 oczekiwanych) kurs EURUSD spadł poniżej 1,17.
Obok decyzji monetarnych w czwartek na rynek dotarły też wstępne wskaźniki PMI aktywności europejskiej gospodarki za grudzień potwierdzające dobrą i stabilna jej kondycję. Wzrost wskaźnika EU PMI Composite do 58 pkt uplasował indeks na najwyższym poziomie od 82-miesięcy odzwierciedlając zarówno wzrost w usługach (PMI na poziomie 56,5 pkt), jak i w przemyśle (PMI na poziomie 60,6 pkt). Pozytywne wyniki europejska gospodarka zawdzięcza m.in. jej silnym dwóm motorom: Niemcom i Francji.
Tymczasem dobre wyniki naszego największego partnera handlowego (w grudniu PMI aktywności niemieckiego przemysłu wzrósł do 63,3 pkt osiągając najwyższy poziom odkąd rozpoczęto badania) dobrze wróżą danym dla polskiej gospodarki (nasze wyniki IHS Markit opublikuje 2 stycznia 2018 r.). Nie zmienia to jednak faktu, że do końca roku złoty na umocnienie nie ma raczej miejsca. Pomimo mocnych danych realnych, RPP nie spieszy się z podwyżkami stóp, do tego inflacja CPI, która w listopadzie osiągnęła 2,5% cel NBP powinna spadać z uwagi na efekt bazy, co nie będzie wspierać złotego. Ponadto, na szerokim rynku dolar w reakcji na grudniowy wynik posiedzenia Fed co prawda osłabił się, ale nastawiona na systematyczne podnoszenie stóp procentowych polityka amerykańskiego banku centralnego w połączeniu z procedowaną reformą podatkową powinna do końca roku wzmacniać dolara (szczególnie gdyby jeszcze przed Nowym Rokiem ustawa trafiła na biurko D. Trumpa), co odbywałoby się kosztem walut EM, w tym złotego. Do tego spowalnia jeszcze gospodarka chińska, co w ocenie inwestorów pogarsza postrzeganie innych rynków rozwijających się. Stąd, czwartkowe rozczarowujące dane dot. produkcji przemysłowej i sprzedaży detaliczne Chin również były powodem osłabiania się złotego. W tej sytuacji nawet lepszy od oczekiwanego bilans obrotów bieżących Polski (+575 mln EUR wobec +165 mln EUR oczekiwanych i -100 mln EUR we wrześniu) nie był w stanie pomóc złotemu. Niemniej warto zwrócić uwagę na utrzymującą się silną dynamikę eksportu, która odzwierciedla ożywienie w krajach UE.
W piątek, poznamy kolejne dane z USA, w tym dynamikę listopadowej produkcji przemysłowej i wysokość grudniowego wskaźnika przemysłowego Empire State. Raporty te nie powinny jednak zmienić ogólnego obrazu runku walutowego. Można więc oczekiwać, że złoty zakończy bieżący tydzień na najniższym poziomie od blisko miesiąca. Piątek to też drugi dzień szczytu UE w Brukseli, podczas którego kluczowymi tematami dyskusji są migracje, budżet eurolandu i Brexit.
Narodowy Bank Szwajcarii (SNB) pozostawił stopy procentowe na dotychczasowym poziomie (przedział dla stopy LIBOR 3M: (-1,25%)-(-0,25%)) ponawiając swoje zobowiązanie do pozostania aktywnym na rynku walutowym, jeżeli byłoby to konieczne.
Ton komentarza był zbliżony do wrześniowego, aczkolwiek znalazło się w nim kilka bardziej jastrzębich akcentów, m.in. stwierdzenie dotyczące kontynuacji (już nie umiarkowanego) ożywienia. SNB zauważył, że frank nadal się osłabia, niemniej wciąż pozostaje przewartościowany, co wspiera utrzymywanie obecnej ekspansywnej polityki banku. Z uwagi na wzrost cen ropy oraz dalszą deprecjację CHF podniesiono prognozę inflacji na 2018 r. W nowej projekcji (po raz pierwszy od czerwca 2011 r.) został przekroczony cel inflacyjny SNB (w 3q2020), niemniej długoterminowe prognozy inflacji pozostały relatywnie stabilne względem września. Bank utrzymał prognozy wzrostu gospodarczego na 2017 r. (1% r/r), prezentując jednocześnie prognozę wzrostu w 2018 r. (2% r/r). Zauważono, że annualizowany wzrost w 3q wzrósł do 2,5% a jego głównym motorem pozostało przetwórstwo przemysłowe (efekt poprawy sytuacji za granicą oraz słabszego franka).
T. Jordan (którego wypowiedzi przyjmowały gołębi charakter) podkreślił jednak, że póki co ujemna luka popytowa pozostaje wciąż niezamknięta, w związku z czym jest jeszcze za wcześnie, aby mówić o normalizacji polityki pieniężnej banku. Dodał, że inflacja będzie prawdopodobnie niższa niż pokazuje projekcja (ta zakłada stabilny poziom stóp procentowych na obecnym poziomie). Może to oznaczać, że T. Jordan nie wyklucza potencjalnej podwyżki stóp przed końcem horyzontu projekcji, mając na uwadze dysparytet między stopami w Szwajcarii i w strefie euro oraz jego wpływ na kurs walutowy.
Bank po raz kolejny podkreślił, że będzie nadal monitorował nierównowagi utrzymujące się na rynku nieruchomości, a jeżeli będzie to konieczne może dostosować wysokość bufora antycyklicznego. F. Zurbruegg zaznaczył, że spadek marży odsetkowej banków krajowych może tworzyć dla nich bodźce, aby podejmować większe ryzyko.
Wciąż oczekujemy, że do pierwszej podwyżki stóp w Szwajcarii dojdzie dopiero pod koniec 2019 r., a SNB w swoich decyzjach będzie się kierował także tempem normalizacji polityki pieniężnej w strefie euro.
EBC nie zmienił stóp procentowych (refinansowa: 0,00%, stopa kredytu w EBC: 0,25%, depozytowa: -0,40%) potwierdzając swoją październikową decyzję o obniżeniu skali skupu aktywów (program APP) do 30 mld EUR miesięcznie od 1 stycznia, wydłużeniu czasu jego trwania przynajmniej do końca września 2018 r. oraz reinwestycjach środków z zapadających papierów wartościowych. Rada Prezesów nie dyskutowała kwestii struktury zakupów w ramach programu APP w przyszłym roku.
W najnowszych prognozach EBC (ponownie) wyraźnie zrewidował w górę wzrost PKB (por. wykres poniżej). Jednocześnie EBC podniósł projekcję inflacji na 2018 r. głównie ze względu na czynniki egzogeniczne (ceny paliw i żywności). Odnosząc się do prognozy inflacji na 2020 r. (inflacja HICP: 1,7% r/r, inflacja bazowa HICP: 1,8% r/r) M. Draghi podkreślił, że znajduje się ona blisko i poniżej poziomu 2% r/r. Kluczowe pytanie brzmi jednak, jak będzie wyglądała ścieżka konwergencji inflacji do celu EBC, w szczególności, czy inflacja na poziomie zgodnym z celem banku centralnego będzie mogła być utrzymana bez wsparcia ze strony luźnej polityki pieniężnej banku.
W komunikacie zauważono, że presja inflacyjna w strefie euro pozostaje ograniczona (także z uwagi na czynniki jednorazowe), a EBC póki co oczekuje na sygnały jej trwałego wzrostu. Bank spodziewa się spowolnienia inflacji na przełomie roku z uwagi na efekty statystyczne.
M. Draghi początkowo wskazał na silne tempo trwającej ekspansji (obejmującej wszystkie sektory gospodarki), w dalszych wypowiedziach opisywał ją jednak wciąż jedynie jako ożywienie. Podkreślił, że bilans ryzyk dla prognoz EBC pozostaje zrównoważony: z jednej strony negatywne ryzyko wiąże się z otoczeniem zewnętrznym (w tym ze zmianami na r. walutowym), z drugiej strony silny impet trwającego ożywienia może przyczynić się do pozytywnych niespodzianek w odczytach z gospodarki realnej.
Nie wykluczamy, że dalsze pozytywne niespodzianki ze sfery realnej strefy euro mogą spowodować, że program QE (z wyłączeniem reinwestycji) zostanie zakończony w 2018 r. Podwyżek stóp nie spodziewamy się jednak wcześniej niż w połowie 2019 r. (podwyżki stopy refinansowej oczekujemy dopiero za kadencji nowego Prezesa EBC).
W Sejmie ruszają prace nad uchwaleniem prawa przedsiębiorców, czyli Konstytucji Biznesu. Dobrze, że powstaje taki akt. Należy mieć nadzieje, że wszystkie reguły i zasady zapisane w nim jako główne, będą realizowane przez urzędników i aparat wykonawczy państwa. To właśnie może stać się źródłem problemów przedsiębiorców. Najważniejszy jest jednak realny skutek wprowadzenia nowego prawa, czyli mentalna zmiana w podejściu do przedsiębiorcy. W tym zakresie dużą rolę odegrają urzędnicy, którzy będą stosować nowe przepisy oraz organy, do których trafiają odwołania od decyzji.
– Chodzi o mur, który przedsiębiorcy spotykają ze strony urzędów kiedy dzieje się coś, co nie jest do końca doprecyzowane jako działanie zgodne lub niegodne z prawem – powiedziała serwisowi eNewsroom Agnieszka Durlik, ekspert Krajowej Izby Gospodarczej – Firmy stają się wtedy automatycznie podejrzanymi podmiotami, które łamią przepisy. Taka sytuacja wymaga zmiany. Stosowane powinno być domniemanie, że przedsiębiorca przychodzi z pytaniami, bo czegoś nie wie, a nie dlatego, że chce ominąć przepisy. Administracja zaś musi tej odpowiedzi udzielać tak, aby był on pewien, że działanie zgodne z uzyskaną wskazówką nie pociągnie go do żadnej odpowiedzialności Takie są oczekiwania wobec Konstytucji Biznesu. Zapewne nie zagwarantują tego same przepisy. Należy oczywiście dyskutować nad ich słusznością i ewentualnymi zmianami. Krajowa Izba Gospodarcza będzie aktywnie uczestniczyć w procesie legislacyjnym. Zmiana nie będzie uzależniona od tego, w którym momencie wejdzie nowa ustawa, ale od tego, kiedy odgórnie nastąpi przekazanie informacji o działaniu zgodnie z jej duchem– respektowaniu domniemania działania zgodnie z prawem – podsumowała Durlik.
Mimo słabego dolara amerykańskiego, euro traci jeszcze bardziej na wartości. To efekt tego, że prognozy EBC dotyczące inflacji w strefie euro do roku 2020 nie są tożsame z oczekiwaniami analityków. Tymczasem mamy do czynienia z decyzjami wielu banków centralnych dotyczących stóp procentowych. EBC, Bank Anglii oraz Narodowy Bank Szwajcarii pozostawiły stopy na tym samym poziomie, a banki centralne Meksyku i Turcji podniosły stopy – odpowiednio o 25 i 50 punktów bazowych. W rezultacie meksykańskie peso od razu zyskiwało do dolara, a turecka lira odrabia straty po 2% spadku wartości.
Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar zyskuje do euro (+0,31%), a traci do brytyjskiego funta (-0,13%), dolara kanadyjskiego (-0,41%), dolara australijskiego (-0,23%) oraz japońskiego jena (-0,4%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,178, GBP/USD – 1,344, USD/CAD – 1,277, AUD/USD – 0,768 i USD/JPY – 112,2. Euro jest słabsze wobec japońskiego jena (-0,79%) i kurs EUR/JPY wynosi 132,2, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,877. Złotówka traci do głównych walut. W piątek rano dolar kosztuje 3,58 zł, euro – ponad 4,22 zł, funt – niemal 4,82 zł, a frank szwajcarski – prawie 3,63 zł.
Giełdy: Na światowych giełdach zdecydowana przewaga koloru czerwonego. W czwartek w Europie londyński indeks FTSE 100 spadł o 0,65%, frankfurcki indeks DAX – o 0,4%, a paryski indeks CAC 40 – o 0,78%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 stracił 0,41%, meksykański indeks Bolsa – 0,11%, a brazylijski indeks Bovespa – 0,67%. W piątek w Azji tokijski indeks Nikkei obniżył się o 0,62%, chiński indeks Shanghai Composite – o 0,8%, a hongkoński indeks Hang Seng – o 1,03%.
Ropa i złoto: Po dwudniowych spadkach ceny ropy naftowej idą w górę. W czwartek na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 63,31 USD (+1,37%), a ropy WTI – 57,04 USD (+0,77%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca pozostaje na poziomie 65 USD. Z kolei ceny złota po wcześniejszych wzrostach utrzymują taką samą cenę, jak dobę wcześniej. W piątek rano uncję metalu rynek wycenia na 1256 USD.
Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:
0:50 – Japonia – Indeks Tankan dla przemysłu, IV kw. – 25 pkt. (prognoza 24 pkt.)
0:50 – Japonia – Indeks Tankan dla usług, IV kw. – 23 pkt. (prognoza 23 pkt.)
11:00 – Strefa euro – Bilans handlu zagranicznego, październik (prognoza 24,4 mld EUR)
13:00 – Wielka Brytania – Biuletyn kwartalny Banku Anglii, IV kw.
14:30 – USA – Indeks NY Empire State, grudzień (prognoza 18,6 pkt.)
15:15 – USA – Wykorzystanie mocy produkcyjnych, listopad (prognoza 77,2%)
15:15 – USA – Produkcja przemysłowa (m/m), listopad (prognoza 0,3%)
Najczęściej poszukiwaną usługą transportową w 2017 roku był przewóz palet oraz towarów na paletach – wynika z raportu Oferteo.pl o rynku transportowym w Polsce. Najpopularniejszym kierunkiem zarówno eksportu jak i importu są dla Polski Niemcy.
Krajowy czy zagraniczny?
Według raportu Oferteo.pl, największego polskiego serwisu łączącego poszukujących usług z ich dostawcami, największe zainteresowanie dotyczyło w 2017 roku transportu krajowego (47%): zarówno powyżej 3,5 ton jak i poniżej 3,5 tony. W przypadku przeprowadzek również przeważał transport krajowy: 5% zapytań złożonych w Oferteo wobec 1% zapytań dotyczących przeprowadzek zagranicznych.
W przypadku transportu zagranicznego najczęstszymi kierunkami importu oraz eksportu były w 2017 roku Niemcy.
Co transportujemy?
Zlecający transport najczęściej chcieli przewozić palety oraz towary na paletach (22% zapytań złożonych w Oferteo.pl), a w następnej kolejności – samochody oraz materiały budowlane i wykończeniowe (po 12% wskazań) oraz maszyny, w tym maszyny rolnicze (11%).
Dla porównania: w ubiegłorocznym badaniu ankietowani najczęściej wskazywali na chęć przewożenia samochodów (17%) oraz palet i towarów na paletach (15%).
– Zanim zdecydujemy się na wybór konkretnej firmy transportowej, warto sprawdzić podstawowe informacje na jej temat, a wcześniej porównać kilka ofert, spośród których będziemy mogli ostatecznie wybrać najlepszą – mówi Karol Grygiel z Oferteo.pl. – Wpływ na finalną decyzję będzie miało wiele czynników, poczynając od ceny po stan firmowej floty, aż po dostępne terminy. Biorąc pod uwagę ten ostatni powód, powinniśmy planować transport z odpowiednim wyprzedzeniem.
Czym transportujemy?
W 2017 roku najczęściej poszukiwanym typem pojazdu była plandeka, firanka lub mega, której potrzebowało 28% badanych. O jeden pp. mniej wskazał na busa towarowego. W porównaniu do wyników zeszłorocznego badania oba typy pojazdów zamieniły się miejscami.
Popularność lawety bądź lory oraz chłodni utrzymała się na podobnym poziomie jak w 2016 roku.
Jaki jest ciężar ładunku?
Najczęściej wskazywany (39%) przez uczestników badania Oferteo.pl ciężar ładunku nie przekraczał dwóch ton. Nieco mniejsze zainteresowanie ankietowani wykazali ładunkiem o ciężarze od 2 do 7,49 tony. Taki sam odsetek poszukiwał firmy, która przewiezie od 7,5 tony do 24 ton oraz powyżej 24 ton.
Metodologia badań
Przedstawione dane pochodzą z analizy ponad 11 700 zapytań ofertowych zamieszczonych w 2017 roku w serwisie Oferteo.pl przez podmioty poszukujące usług transportowych.
Budynki komercyjne zużywają 12 proc. światowej produkcji energii. Znaczna jej część jest przeznaczana na chłodzenie i wentylację. Polski wynalazek może zrewolucjonizować rynek klimatyzacji w budynkach, kilkukrotnie obniżając ilość energii niezbędnej do klimatyzowania pomieszczeń. Zasobnik ciepła znajdzie także zastosowanie w autach elektrycznych. Zamiast zużywać prąd z baterii samochodu, klimatyzator będzie dysponować własnym zasilaniem, co pozwala zwiększyć zasięg samochodu. Technologia będzie także wykorzystywana w urzędach i domach jednorodzinnych.
– Woda zamarzając nie zmienia temperatury, cały czas ma 0 stopni, a zmienia się energia cieplna zgromadzona w danej objętości wody. Na tej zasadzie wykorzystujemy zasobnik do gromadzenia chłodu, ale oczywiście można wykorzystać inne materiały tak, żeby magazynować energię w postaci wysokotemperaturowej energii cieplnej, również wykorzystując przemianę fazową w postaci ciepła utajonego do magazynowania energii, jest to chyba jeden z najtańszych sposobów – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje prof. dr hab. inż. Wojciech Jarzyna, kierownik Katedry Napędów i Maszyn Elektrycznych Politechniki Lubelskiej.
Podczas gdy woda zamienia się w lód, zmienia swój stan skupienia, ale nie zmienia się jej temperatura – po przemianie wciąż wynosi 0 stopni. Ciepło, które powoduje taką zmianę jest ciepłem utajonym. W nocy, gdy na zewnątrz panuje niższa temperatura, klimatyzatory mogą pracować bardziej wydajnie i oszczędnie. Zasobnik ciepła może magazynować zatem chłód w nocy i oddawać go w dzień.
– Pojemność cieplna wody w fazie przejścia z ciekłej na lód to około 83 kWh na tonę. Ta pojemność jest mniej więcej taka sama jak w bateriach litowo-jonowych, natomiast na pewno nie będziemy mogli wykorzystać dużej mocy naraz, tak jak w bateriach litowo-jonowych – tłumaczy prof. Wojciech Jarzyna.
Wynalazek może okazać się przełomem na rynku samochodów elektrycznych. Elektryczne autobusy przeznaczają na chłodzenie i ogrzewanie kabiny pasażerskiej aż 40 proc. energii z akumulatorów. Zasobniki ciepła pozwolą albo na rezygnację z części akumulatorów, dzięki czemu pojazd będzie tańszy, lżejszy i będzie miał większy zasięg, albo też na przeznaczenie tych 40 proc. energii wyłącznie na zwiększenie zasięgu pojazdu.
Z udostępnionych przez Teslę danych wynika, że np. jeśli w modelu P85D przy temperaturze w lecie wynoszącej 32 stopnie Celsjusza włączymy klimatyzację, to na pojedynczym ładowaniu akumulatorów przejedziemy aż o 50 kilometrów mniej. To przekłada się na konieczność częstszego ładowania akumulatorów, ich szybsze zużywanie się oraz czas związany z ich ładowaniem.
– Jeżeli w pojazdach elektrycznych chcemy wyprodukować ciepło albo dla zwiększenia komfortu jazdy pasażerów chłodzić pomieszczenie, to musimy wykorzystywać energię zgromadzoną w baterii. Takie baterie są bardzo drogie i wykorzystanie ich do celów klimatyzacji ogranicza nam zasięg. Stosując układy gromadzenia ciepła w naszych zasobnikach, nie będziemy wykorzystywali akumulatorów auta. Nasze zasobniki są wielokrotnie tańsze i bardziej ekologiczne, bo ich utylizacja niewiele kosztuje – zapewnia kierownik Katedry Napędów i Maszyn Elektrycznych Politechniki Lubelskiej.
Światowy rynek klimatyzacji będzie rozwijał się w najbliższych latach w tempie 6,7 proc. średniorocznie, a jego wartość, zdaniem autorów raportu “Air Conditioning Market – Global Trend and Forecast to 2020″ przekroczy 24 mld dolarów w roku 2020. Klienci na całym świecie mają wówczas kupić niemal 140 mln systemów do klimatyzacji.
Obecnie amerykańscy konsumenci indywidualni wydają 29 miliardów USD rocznie na klimatyzowanie swoich domów i mieszkań. Wynalazek w Politechniki Lubelskiej może znacznie obniżyć koszty klimatyzacji w domkach jednorodzinnych, ale przede wszystkim w biurowcach.
– Zaczynamy projekty, które będą związane z opracowaniem zasobników do domków jednorodzinnych, ale łatwiejsze do wykonania są zasobniki energii termicznej do budynków urzędowych, które pracują w ciągu dnia. Można by bardzo dobrze wykorzystać tą energię, zbudować takie zasobniki i włączyć je w układ klimatyzacji, wówczas oszczędności na wykorzystywanej energii elektrycznej będą kilkukrotnie większe, można zużyć kilka razy mniej energii elektrycznej niż byśmy to robili w ciągu dnia wykorzystując typowe układy klimatyzacji – przekonuje ekspert.
Jak informuje amerykańskie Oak Ridge National Laboratory, budynki komercyjne zużywają już 12 proc. światowej produkcji energii. Znaczna jej część jest przeznaczana na chłodzenie i wentylację. Jak dowiadujemy się z Business Energy Advisor, duże budynki biurowe w USA (czyli takie o powierzchni ponad 9000 m2), zużywają aż 17 proc. energii na klimatyzację i 26 proc. na wentylację. To oznacza wydatki liczone w miliardach dolarów.
Pierwsze testy, przeprowadzone na Politechnice Lubelskiej, wykazały, że koncepcja opracowana przez dr Dariusza Zielińskiego zdaje egzamin. Wynalazek jest na tyle interesujący, że naukowiec będzie reprezentował nasz kraj na 45. Międzynarodowej Wystawie Wynalazków w Genewie.
Polska jako jedyny kraj w Unii Europejskiej nie refunduje leku ratującego życie pacjentów z nawrotowym i opornym na leczenie szpiczakiem plazmocytowym. Obecnie na terapię tę czeka ok. 260 osób, dla których jest ona ostatnią szansą. O wpisanie pomalidomidu na listę leków refundowanych apelują zarówno pacjenci, jak i lekarze. Dziś w Ministerstwie Zdrowia odbędą się rozmowy z producentem leku.
Szpiczak plazmocytowy należy do grupy chorób rzadkich – rocznie diagnozuje się go u ok. 1,5 tys. osób, najczęściej po 60 roku życia. To nowotwór krwi powstający na skutek nieprawidłowego wytwarzania nowych komórek plazmatycznych w szpiku kostnym. Szpiczak plazmocytowy pozostaje chorobą nieuleczalną, dzięki nowoczesnym terapiom w ciągu ostatnich 20 lat możliwe stało się jednak nawet dwukrotne wydłużenie życia chorych i poprawienie jego jakości. Znaczna część terapii nie jest jednak dostępna dla polskich pacjentów – leczenie jednego chorego to dla budżetu państwa koszt między 10 a 50 tys. zł miesięcznie. Niektóre leki muszą być natomiast przyjmowane nawet przez rok.
– Polski pacjent ma dostęp do mniej więcej 50 proc. nowych leków, które są zarejestrowane w UE. Chcielibyśmy przyspieszyć proces od momentu wejścia nowego leku na rynek europejski do momentu uzyskania go przez polskiego pacjenta. Dziś jest on zbyt długi – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Janusz Meder, prezes Polskiej Unii Onkologii, hematoonkolog z Centrum Onkologii – Instytut im. M. Skłodowskiej-Curie.
Według szacunków obecnie w Polsce nawet 4 tys. osób może cierpieć z powodu opornej na leczenie i nawrotowej postaci szpiczaka plazmocytowego. Światowym standardem w terapii tej grupy chorych jest stosowanie pięciu leków: bortezomibu i karfilzomibu, będących inhibitorami proteasomów, oraz talidomidu, lenalidomidu i pomalidomidu, czyli leków immunomodulujących. W Polsce pierwsza linia leczenia opiera się na podawaniu pacjentom bortezomibu i talidomidu w skojarzeniu, druga linia natomiast zakłada stosowanie lenalidomidu w ramach programu lekowego. W znacznie trudniejszej sytuacji znajdują się chorzy, w przypadku których dochodzi do oporności na te terapie i następuję nawrót choroby, ich nie ma czym w Polsce leczyć.
– Jest to coś, co martwi nas jako hematologów. W porównaniu do możliwości, które są wykorzystywane w innych krajach europejskich, polski pacjent i my jako lekarze prowadzący mamy problem, jak dalej mamy chorego leczyć? – mówi dr Grzegorz Charliński, hematolog ze Specjalistycznego Szpitala Miejskiego im. M. Kopernika w Toruniu.
Możliwości polskich lekarzy są w tym zakresie mocno ograniczone, ponieważ nie dysponują nową cząsteczką o nazwie pomalidomid, już w 2013 roku dopuszczoną na świecie do leczenia nawrotowego szpiczaka plazmocytowego, opornego na poprzednio stosowane terapie. To terapia stymulująca układ odpornościowy pacjenta do walki z komórkami nowotworowymi, przyjmowana doustnie w warunkach domowych, zdolna znacząco wydłużyć życie chorych. Skuteczność nowego leku została potwierdzona także w badaniu obserwującym, w którym miedzy innymi brał udział Specjalistyczny Szpital Miejski im. M. Kopernika w Toruniu.
– Mniej więcej 1/3 chorych uzyskała odpowiedź na leczenie, kolejna 1/3 chorych uzyskała stabilizację choroby. Gdybyśmy zsumowali te wyniki to 2/3 chorych uzyskuje korzyść z leczenia pomalidomidem. Myślę, że jest to godne uwagi i umożliwia rozszerzenie naszego argumentarium, jeśli chodzi o stosowane leki – mówi dr Grzegorz Charliński.
Polscy eksperci medyczni nie mają wątpliwości, że pomalidomid powinien się znaleźć na liście leków refundowanych. Rocznie z terapii tej korzystałoby ok. siedmiuset osób, obecnie stanowi ona ostatnią szansę dla niespełna trzystu pacjentów. W resorcie zdrowia toczą się obecnie rozmowy z producentem leku, który jak dotychczas spełnił wszystkie warunki postawione przez Ministerstwo Zdrowia. Dodatkowo producent złożył gwarancję bezpieczeństwa: w razie przekroczenia kosztów leczenia populacji 645 chorych, jako dostawca będzie pokrywał dodatkowe wydatki. Środowiska pacjenckie już w połowie listopada apelowały do ministra zdrowia, by podpisał umowę z producentem, gdyż jest to dla nich terapia ostatniej szansy.
– W Polsce nie ma dostępu do leku najnowszej generacji, z tych sześciu leków, które są na świecie, Polska nie refunduje żadnego. Wiemy, że leki najnowszej generacji są w tej chwili skuteczne. Nie widzę innych możliwości, żeby w kraju takim jak Polska nie był stosowany jeden lek dla tych chorych – mówi Józef Wojtczak, chory na opornego i nawrotowego szpiczaka.
Wiceminister zdrowia Marcin Czech, odpowiedzialny za politykę lekową resortu, już wczesną jesienią nie wykluczał, że pomalidomid może trafić na styczniową listę refundacyjną. Dziś w Ministerstwie Zdrowia toczyć się będą ostatnie rozmowy z producentem leku. Zarówno lekarze, jak i pacjenci mają nadzieję nie tylko na pozytywne ich zakończenie, lecz także na dalej posuniętą realizację zapowiedzi premiera Mateusza Morawieckiego uczynienia z kwestii ochrony zdrowia priorytetu jego rządu.
– Jeżeli będzie dobra wola ze wszystkich stron, bo każdy ma tutaj coś do zrobienia w zakresie udostępnienia polskiemu pacjentowi nowoczesnych terapii, to tych leków będzie coraz więcej i będziemy coraz bardziej zbliżać się do przynajmniej średniej Unii Europejskiej – mówi dr Janusz Meder.
W wygłoszonym we wtorek exposé premier Mateusz Morawiecki zapowiedział m.in. zwiększenie wydatków na ochronę zdrowia do 6 proc. PKB.
Przed świętami ruch w magazynach rośnie o 15 proc. Większe jest także zapotrzebowanie na dodatkową powierzchnię magazynową. Parki logistyczne do wzmożonego ruchu szykują się już od października. W usprawnieniu pracy pomagają im nowoczesne technologie: systemy automatyzacji czy wirtualne akceptacje wjazdów i wyjazdów. Jak podkreślają eksperci, nowe technologie są przyszłością magazynów, nie tylko przy wzmożonym ruchu.
– W okresie przedświątecznym ruch w magazynach wzmaga się w porównaniu z pozostałą częścią roku. Już od połowy września magazyny zapełniane są towarem i trwa to do połowy listopada. Następnie od połowy listopada do okresu świątecznego następuje dystrybucja do końcowych klientów, czyli wysyłanie prezentów – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bartosz Mierzwiak, dyrektor zarządzający w Europie Środkowo-Wschodniej w Logicor.
Rynek handlu w internecie dynamicznie się rozwija. Eksperci Sociomantic Labs prognozują, że do końca tej dekady na polskim rynku ma działać już ponad 30 tys. internetowych sklepów, a wartość branży e-commerce wzrośnie z obecnych 40 do ponad 60 mld zł. Tylko w tym roku blisko połowa Polaków zamierza kupić prezenty przez internet – dane Deloitte. Wciąż większość osób z zakupami czeka do ostatniej chwili.
– Rynek e-commerce w Polsce rośnie systematycznie rok do roku. Powoduje to zarówno wzrost wydanego towaru, jak i większą liczbę zwrotów. My mamy twarde dane, które pokazują, że w ostatnich trzech miesiącach roku ten ruch wzrasta o około 15 proc. I mówimy tylko o ruchu do 23 grudnia, ponieważ ostatni tydzień jest praktycznie martwy, co z kolei pokazuje, że ewentualne zwroty następują dopiero w styczniu – analizuje Bartosz Mierzwiak.
Do wzmożonego ruchu, na który jeszcze nakładają się niepewne warunki pogodowe, przygotowuje się cała branża logistyczna: zarówno firmy kurierskie, obsługa magazynów, jak i parki logistyczne. Przygotowania trwają kilka tygodni.
– Jako doświadczony operator parków wiemy, że do sezonu zimowego należy się przygotowywać odpowiednio wcześnie. My zaczynamy już w październiku. Składają się na to trzy elementy: robimy przegląd całej instalacji teletechnicznej tak, aby wszystko działało sprawnie. Po drugie, sprawdzamy, czy działa odpowiednio sprzęt odśnieżający. Wreszcie, może prozaiczne, ale przygotowujemy zapasy piasku, aby nikt nie złamał nogi bądź nie wpadł w poślizg autem na zakręcie – wskazuje dyrektor Logicor.
Wzmożony ruch pod koniec roku oznacza konieczność wdrożenia nowoczesnych systemów i większej automatyzacji tak, aby usprawnić ruch.
– Stosujemy automatyzację wjazdów i wyjazdów w parku. Konkretnie jest to system Smart Security Desk, kontroluje wszystkie pojazdy, które pojawiły się w parku, i nie wypuszcza ich, dopóki nie zostało potwierdzone przez naszych klientów, że mogą opuścić teren parku – tłumaczy Mierzwiak.
Jak podkreśla ekspert, nowe technologie są przyszłością parków technologicznych, nie tylko przy większym, przedświątecznym ruchu. Ale to nie są jedyne zmiany, jakie zachodzą w tych obiektach. Inne dotyczą architektury budynków i stosowanego wyposażenia.
– Zmiany w powierzchni magazynowej następują na kilku podstawowych płaszczyznach. Zwiększenie wysokości budynku i nośności posadzki pozwala na instalowanie antresoli, która jest pożądana w handlu e-commerce. Po drugie, zwiększana jest efektywność energetyczna budynków przez zastosowanie dodatkowych świetlików, izolację budynku, oświetlenia LED-owego czy paneli fotowoltaicznych. Trzecia sprawa to dodatkowe doki i bramy, czyli okna na świat – wymienia Bartosz Mierzwiak.
Facebook wprowadza w ostatnich tygodniach duże zmiany. Serwis społecznościowy zmienił sposób wyświetlania zewnętrznych treści wideo, a obecnie testuje możliwość przesyłania w Messengerze zdjęć w jakości 4K. Nowością, która na razie pojawi się tylko we Francji i Wielkiej Brytanii, będzie też opcja płatności online za pośrednictwem Messengera. W ostatnich tygodniach spore kłopoty związane z mechanizmem wyświetlania spotów reklamodawców przechodził za to YouTube.
Filmy publikowane na przykład na YouTubie są wyświetlane na Facebooku w formie linków i nie będą odtwarzane w aktualnościach, tak jak było dotychczas. Nowy sposób wyświetlania wideo obowiązuje zarówno w wersji mobilnej, jak i komputerowej serwisu. Dotyczy treści sponsorowanych i bezpłatnych i może spowodować straty dla serwisów wideo.
– Kolejną zmianą wprowadzoną przez Facebooka jest możliwość przesyłania w Messengerze zdjęć w jakości 4K. Jest to odpowiedź na oczekiwania użytkowników, którzy chcą w komunikatorze dzielić się fotografiami wysokiej jakości. W Messengerze pojawiła się także inna nowość – użytkownicy bez opuszczania konwersacji będą mieli możliwość przesyłania znajomym pieniędzy. Ta funkcja początkowo będzie dostępna wyłącznie we Francji i Wielkiej Brytanii – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Baran, redaktor serwisu PRoto.pl.
Facebook ma również w planach zwiększenie transparentności reklam w serwisie (dotyczy to przede wszystkim reklam politycznych) i testuje w tym celu nowe rozwiązania. Na stronach serwisu ma m.in. pojawić się przycisk, dzięki któremu użytkownik będzie mógł wyświetlić wszystkie reklamy opublikowane przez daną stronę bez względu na to, czy jest on w jej grupie docelowej. Nowe rozwiązanie ma być dostępne zarówno na Facebooku, Instagramie, jak i w Messengerze, a nowa funkcja zostanie najpierw przetestowana w Kanadzie.
Poważne kłopoty związane z mechanizmem wyświetlania reklam niedawno przechodził YouTube. Znane marki – takie jak Lidl, Mars czy Adidas – zdecydowały się wycofać swoje reklamy z serwisu, ponieważ ich spoty reklamowe były wyświetlane przy filmach zawierających treści brutalne czy pornograficzne. YouTube w odpowiedzi na tę sytuację wydał oświadczenie, w którym zapewnił, że podjął już działania mające usunąć szkodliwe treści z serwisu.
– Instagram z kolei wprowadza możliwość obserwowania hashtagów. Do tej pory w serwisie możliwe było obserwowanie jedynie kont użytkowników. Teraz będzie można również obserwować konkretny hashtag – mówi Małgorzata Baran.
Jedną z wprowadzonych ostatnio zmian w mediach społecznościowych było również zwiększenie limitu znaków na Twitterze. Serwis zwiększył limit znaków we wpisach do 280. Wcześniej tweety mogły mieć maksymalnie 140 znaków.
– Twitter testował tę funkcję od września tego roku, natomiast oficjalnie wprowadził ją w listopadzie. W czasie testów okazało się, że użytkownicy, którzy zamieszczali dłuższe tweety, zyskiwali więcej obserwujących, którzy byli też bardziej zaangażowani. Okazało się również, że osoby, które brały udział w testach, stwierdziły, że były bardziej zadowolone z treści publikowanych na Twitterze – mówi Małgorzata Baran.
Redaktor serwisu PRoto.pl zwraca też uwagę na opublikowane niedawno badanie Twiplomacy dotyczące organizacji międzynarodowych w mediach społecznościowych. Wynika z niego, że najpopularniejsze w social mediach są ONZ, UNICEF i Światowe Forum Ekonomiczne.
– Najpopularniejszym serwisem społecznościowym wśród organizacji międzynarodowych jest Twitter. Okazuje się jednak, że najwięcej fanów i najbardziej zaangażowaną publiczność organizacje te mają na Facebooku. Organizacje międzynarodowe, jak wynika z badania, są też aktywne na Instagramie i coraz częściej korzystają z funkcji Stories – mówi Małgorzata Baran.
Polacy nie należą do narodów kawoszy, jednak spożycie tego napoju rośnie. Rocznie wypijamy już ok. 95 litrów, czyli w przeliczeniu 3 kg ziaren. W Niemczech jest to ok. 10 kg. Stopniowo zmieniają się również nasze upodobania. Pijemy kawę nie tylko rozpuszczalną. Coraz częściej stawiamy na jakość, szukamy nowych gatunków kaw i smaków z różnych zakątków świata. Zwracamy też uwagę na odpowiednie przygotowanie i podanie kawy.
– Polacy wciąż piją relatywnie mało kawy, szczególnie w porównaniu do krajów południa czy krajów producenckich Ameryki Południowej. Jesteśmy narodem herbacianym i celebrujemy jej picie. Natomiast to właśnie kultura kawowa znacząco się zmienia i rozkwita w ostatnich latach. Wpływają na to podróże, ludzie jeżdżą po świecie, poznają zwyczaje kawowe i kulturę kawową w innych krajach. Pomaga również fakt, że dobra kawa, o wysokiej jakości zielonego ziarna, zaczęła być w Polsce dostępna – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Ewa Kwiatkowska, dyrektor marketingu marki Nespresso.
W przeliczeniu na ilość naparu przeciętny Polak wypija w ciągu roku już 95 litrów kawy. To ok. 3 kg ziaren. W czołówce spożycia od lat utrzymują się Brazylia, Stany Zjednoczone oraz Niemcy, gdzie na mieszkańca przypada około 10 kg ziaren. Wysoko są również kraje skandynawskie, gdzie pity napar jest znacznie mocniejszy niż w pozostałych krajach. W przeliczeniu na ziarna kawy Skandynawowie są liderami – ok. 15 kg na mieszkańca.
– Pijemy coraz więcej kawy, bo dostrzegamy coraz więcej okazji ku temu. Rano to może być kawa do śniadania, później wypijamy zwykle dla przyjemności w pracy jedną filiżankę, ale coraz częściej też znajdujemy moment na kawę po pracy, w domu. Czasem jest to kawa bezkofeinowa, a czasem jakaś wariacja czy też drink na bazie naszego ulubionego espresso – wymienia Anna Oleksak, coffee ambasador marki Nespresso.
– Wciąż jest duża część społeczeństwa, która pije kawę od lat, tak jak piły ją nasze babcie i dziadkowie. Jednak widzimy już budzącą się świadomość koneserów tego naparu – coraz więcej osób zaczyna wybierać kawę w sposób świadomy i przede wszystkim poszukuje jakości w kawie – podkreśla Ewa Kwiatkowska.
Dane Euromonitora wskazują, że rynek kawy w Polsce wart jest ponad 5,3 mld zł. Szybciej niż spożycie rośnie wartość kupowanej kawy, a to oznacza, że konsumenci coraz częściej sięgają po kawę premium. Szukamy też nowych doświadczeń smakowych. Chętnie sięgamy po ziarna kawy pochodzące z różnych regionów.
– Smak Polaków to jednak kawa zbalansowana, delikatna, z niewielką ilością kwasowości. Eksperymentujemy z różnymi regionami i widać wyraźnie, że można zachęcić konsumentów do próbowania nowych smaków – ocenia Anna Oleksak.
Rynek w Polsce jest rozwojowy. Pojawiają się na nim nowi producenci kawy i ekspresów do kawy. Rośnie sprzedaż ekspresów ciśnieniowych, zarówno automatycznych, jak i kapsułkowych.
– Coraz częściej chcemy nie tylko napić się dobrej kawy, lecz także mieć cały przyjemny serwis wokół tego. Chcemy cieszyć się filiżanką z przyjaciółmi, z rodziną, ale też być dobrze obsłużeni – zauważa Anna Oleksak.
Ze względu na rosnące wymagania konsumentów Nespresso otwiera innowacyjne butiki zgodne z nową filozofią, gdzie goście mogą w pełni doświadczać i odkrywać świat kawy, biorąc udział w eksperymentalnych degustacjach i warsztatach.
– Nowy koncept butiku Nespresso to zupełne odwrócenie roli miejsca. To przestaje być miejsce transakcyjne, skupione na procesie sprzedażowym, ale miejsce doświadczeń i przygody z kawą – mówi Ewa Kwiatkowska.
Goście odwiedzający butik są również zapraszani na warsztaty MasterClass, gdzie eksperci współpracujący z Nespresso prowadzą angażujące spotkania rozwijające wiedzę. Tematy warsztatów dotyczą zarówno parzenia kawy, jej degustacji, jak i poszukiwania swoich preferencji smakowych poprzez poznawanie kawy z różnych terroir (regionu, pochodzenia danej mieszanki). To także tworzenie receptur na bazie mleka, najczęściej wybieranej formy degustacji kawy przez Polaków.
– Klienci poznają różne oblicza kawy, nie tylko jedną czarną kawę, lecz także kawę jako element deseru, element pairingu z potrawami czy kawę jako element przyjemności, w postaci drinków czy innego rodzaju napojów kawowych – wymienia Ewa Kwiatkowska.
Z obecnych w Polsce dziewięciu butików Nespresso sześć oferuje doświadczenia kawowe. Marka stawia też na ekologię, do 2020 roku ma powstać sieć butików w 100 proc. przyjazna środowisku.
– Nespresso od ponad 14 lat prowadzi program zrównoważonego rozwoju. Od lat działamy na rzecz ochrony środowiska naturalnego, współpracując z licznymi organizacjami, m.in. The Rainforest Alliance czy Fair Trade. Zachęcamy naszych klientów, by razem z nami dbali o środowisko i dlatego ważnym elementem butiku jest punkt, w którym klienci oddają zużyte kapsułki, które następnie poddajemy recyklingowi, odzyskując aluminium – mówi Ewa Kwiatkowska.
Z kolei wiele elementów wnętrza butików zostało wykonanych z surowców wtórnych, np. blaty zrobione są ze sprasowanej kawy ze zużytych kapsułek
– Z kolei drewno pochodzi z lasów zasadzonych w ramach projektów agroleśniczych. To główne wyróżniki, które mówią o tym, że jest to marka działająca w sposób zrównoważony, odpowiedzialny społecznie i jest to elementem naszej strategii biznesowej – podkreśla Kwiatkowska.
Firma współpracuje z ponad 70 tys. plantatorów w 12 krajach w ramach programu Nespresso AAA Sustainable Quality. Program zapoczątkowany w 2003 roku we współpracy z organizacją The Rainforest Alliance ma na celu utrwalania praktyk zrównoważonego rozwoju na plantacjach i ich regionach.
– To temat będzie coraz ważniejszy dla konsumentów. Chcemy wiedzieć, jak wydajemy swoje pieniądze, na co wydajemy i czy firma, w którą inwestujemy działa zgodnie z zasadami zrównoważonego rozwoju. A Nespresso właśnie w ten sposób działa – zapewnia Anna Oleksak.