mytaxi udostępnia pierwszą w Europie usługę ride-sharingową wykorzystującą taksówki

Jest to pierwsza tego typu usługa w Europie, która polega na współdzieleniu przejazdu i podziale kosztu za kurs między dwoma nieznającymi się pasażerami.
mytaxi match łączy pasażerów jadących w jednym kierunku, dzięki czemu cena za kurs może być nawet o 40% niższa od kwoty za standardowy przejazd taksówką.

Warszawa została wybrana jako miasto pilotażowe dla usługi mytaxi match, spośród 70-ciu miast w Europie, w których działa mytaxi. Według najnowszego raportu mytaxi i GfK[1], przeprowadzonego wśród mieszkańców stolicy, co drugi warszawiak chętnie skorzystałby z usługi ride-sharingowej z wykorzystaniem licencjonowanej taksówki. Na zainteresowanie taką usługą wpływa m.in. fakt, że umożliwia oszczędność kosztów przejazdu, zwiększa szanse na zamówienie taksówki w godzinach szczytu i może przyczynić się do zmniejszenia korków w mieście. Jak działa mytaxi match i dlaczego mieszkańcy stolicy Polski jako pierwsi odkryją jej zalety?

W duecie taniej

W ramach mytaxi match, koszt przejazdu taksówką, obejmujący opłatę startową oraz wspólnie przejechany odcinek, będzie dzielony proporcjonalnie do przejechanego dystansu między dwóch pasażerów zamawiających przejazd z różnych miejsc, wybierających miejsce docelowe na podobnej trasie. W wypadku, gdy aplikacja nie znajdzie pasażerowi partnera do przejazdu, pasażer odbędzie standardowy kurs, jednak z 25% zniżką. Dodatkowo, w ramach mytaxi match, dostępni będą kierowcy taksówek mytaxi ze stawką nie większą niż 2 zł/km.

– Wprowadzając usługę mytaxi match jesteśmy pewni, że przyniesie ona korzyści zarówno dla pasażerów, którzy będą mogli korzystać z najwyższej jakości usług licencjonowanych taksówek po niższej cenie, jak i kierowców, którzy zwłaszcza w godzinach natężonego ruchu będą mieli możliwość przewiezienia dwóch pasażerów jednocześnie tłumaczy Andrew Pinnington, dyrektor generalny mytaxi – Uruchomienie usługi w Warszawie jest dla nas dużym krokiem, który jest częścią naszej strategii rozwoju mytaxi match w Europie.

Warszawa i mytaxi – perfect match!

Nowa usługa mytaxi przez ostatnie pół roku przeszła wiele testów w różnych europejskich miastach.

Warszawa została wybrana przez nas jako miasto z potencjałem dla mytaxi match mówi Krzysztof Urban, dyrektor zarządzający mytaxi w Polsce – Liczba taksówek w stolicy Polski wynosi 11.000 i jest zbliżona do liczby taksówek w Nowym Jorku. Jest to miasto, w którym mytaxi realizuje bardzo dużo kursów, a według naszych danych wiele z nich odbywa się w podobnych kierunkach, o tej samej porze. Dodatkowo, raport GfK wykazał, że samochód jest najczęściej wybieranym środkiem transportu przez prawie połowę warszawiaków. Powoduje to liczne utrudnienia w mieście, takie jak korki i zanieczyszczenie powietrza nadmierną emisją spalin. Rozwiązaniem tych problemów mogą być współdzielone przejazdy taksówkami.

Przez pierwsze 4 tygodnie od startu nowej usługi, zamówienie współdzielonego przejazdu z mytaxi match będzie możliwe przez 24 godziny, 7 dni w tygodniu, na terenie prawie całej  Warszawy (z pominięciem kilku obrzeżnych dzielnic). Jej dalszy rozwój jest uzależniony od zainteresowania i danych, które zostaną zebrane w pierwszych tygodniach pilotażu usługi.

Warszawiacy otwarci na nowe rozwiązania w mobilności

Badanie mytaxi i GfK wykazało również, że czynnikami decydującymi o zainteresowaniu warszawiaków taką usługą są:

  • niższa cena – 76%;
  • ograniczenie emisji spalin – 68%;
  • zmniejszenie korków – 67%.

Największe zainteresowanie usługą ride-sharingową, wykorzystującą licencjonowane taksówki, wykazują ludzie młodzi – ponad 72% warszawiaków w wieku 22-29 lat deklaruje, że chętnie by z niej skorzystało. Aż 93% z nich docenia możliwość oszczędności, 89% nowoczesność usługi, a 43% szansę na poznanie nowych ludzi.

– mytaxi match to nowy krok w ulepszaniu mobilności w Warszawie – mówi Krzysztof Urban – Jednym z powodów niekorzystania z taksówek, zwłaszcza wśród 25% młodych ludzi, jest wysoka cena. Dodatkowo, aż 2/3 użytkowników taksówek w wieku 22-29 lat zamawia taksówkę przez aplikację. Te dane pokazały nam jak duży potencjał drzemie w usłudze ride-sharingowej opartej o aplikację mobilną, wykorzystującej licencjonowane taksówki.

Jak skorzystać z mytaxi match?

Usługa mytaxi match została zintegrowana w ramach standardowej aplikacji mytaxi i ukaże się każdemu użytkownikowi mytaxi 13 września 2017 roku po aktualizacji. Aby zamówić przejazd z mytaxi match, należy:

  1. Pobrać mytaxi (dostępna w App Store, Google Play) i zarejestrować się.
  2. Dodać „Sposób Płatności” (PayPal, Visa, Mastercard, American Express).
  3. Wybrać suwakiem na głównym ekranie funkcję „match”.
  4. Wpisać adres docelowy i zamówić taksówkę. Po chwili aplikacja znajdzie kierowcę.

[1] Badanie GfK Polonia na zlecenie mytaxi, dotyczące rynku przewozów w Warszawie, przeprowadzone w czerwcu 2017 roku metodą CATI, na grupie 1800 respondentów, w podziale na: mieszkańców Warszawy, użytkowników taksówek oraz klientów mytaxi.

W Europie wzrasta produkcja cukru, ale i rosną też ceny

Od dwóch lat wzrasta produkcja cukru w Europie. Większa podaż powinna prowadzić do spadku cen. Jednak jest odwrotnie, ceny rosną.

– Cena cukru powinna wynosić w granicach 300 USD za tonę, a wzrosła do 500 USD za tonę – mówi Michał Stajniak, ekspert z XTB. – I ceny cukru mogą zaliczyć dalsze wzrosty.

A na polskim rynku? O tym także w materiale wideo.

Zmienia się prawo do kontroli pracownika w miejscu pracy

Ile zarabia prezes Tesla Motors – Elon Musk?

Tesla Motors to dziecko amerykańskiego biznesmena Elona Muska. Pochodzący z RPA miliarder dorobił się fortuny jako współzałożyciel PayPal Inc. – obecnie giganta na rynku płatności elektronicznych. Poza Tesla Motors rozwija także swoją prywatną firmę SpaceX – zajmującą się prywatnymi przewozami kosmicznymi. Fortunę Muska szacuje się obecnie na blisko 15,5 mld USD (maj 2017 r).

Tesla to pochodna misji Muska – wprowadzenia do masowej produkcji stosunkowo taniego samochodu elektrycznego i przekierowania ludzkości na tory energii odnawialnej. Spółka jest obecnie drugim na świecie producentem samochodów elektrycznych. W firmie zatrudnionych jest ponad 30 tysięcy osób. Siedziba główna zlokalizowana jest w Dolinie Krzemowej – w Palo Alto, a najważniejsze zakłady znajdują się m.in. w Nevadzie. Tesla inwestuje także w technologię pojemnych baterii oraz rozbudowuje sieć punktów ładowania w USA, Europie i Chinach. Ceny akcji firmy poszybowały w górę, gdy ta ogłosiła, że w pierwszym kwartale wyprodukowała 25 tys. aut, czyli o blisko 70% więcej niż rok temu. Obecnie (maj 2017) jedną akcję można kupić za blisko 322 USD, przy czym analitycy podkreślają, że realna wartość jest blisko o połowę mniejsza. Reszta to emocje inwestorów, umiejętnie podgrzewane przez showmena i wizjonera, jakim niewątpliwie jest Elon Musk. Tymczasem od 14 lat istnienia spółki, Tesla jeszcze nigdy nie zanotowała zysku. Straty za 2016 rok spółka tłumaczyła wysokimi kosztami produkcji Modelu 3, który ma wkrótce wejść na rynek. A także kosztami zakupu w listopadzie 2016 roku spółki SolarCity, producenta paneli słonecznych, zarządzanego przez kuzyna Muska – Lyndon’a Rive’a.

Ile oficjalnie zarabia Elon Musk?

Brylujący w mediach Elon Musk oficjalnie zarabia 45 936 USD z tytułu szefowania Tesla Motors. Skąd taka wysokość? To po prostu pensja minimalna stanu Kalifornia, gdzie znajduje się siedziba spółki. Co więcej, odkąd szefuje on firmie, jeszcze nigdy nie podjął swojego wynagrodzenia. Pozostali dyrektorzy wykonawczy mogą liczyć na lepsze pensje – ich wynagrodzenie zasadnicze waha się od ok. 250 – 500 tys. USD.  Jeffrey B. Straubel – dyrektor wykonawczy odpowiedzialny za ważną dla spółki technologię otrzymał w 2016 roku ponad 7,5 mln USD w opcjach spółki na akcję. Blisko 6,5 mln USD otrzymał Jon McNeill – odpowiedzialny za sprzedaż – z czego ponad 2 mln w akcjach i ponad 3 mln w opcjach. Doug’owi Field’owi, odpowiedzialnemu za inżynierię, wypłacono blisko 2,5 mln USD, większość w akcjach. Natomiast były CFO spółki, Jason Wheeler, który wiosną 2017 roku zrezygnował ze stanowiska, otrzymał ponad 500 tys. USD wynagrodzenia podstawowego.

Tabela 1. Wynagrodzenia CEO i innych najwyżej opłacanych dyrektorów Tesla Motors w latach 2014-2016 (w USD)

  rok wynagr. podst. premie i nagrody wartość akcji wartość opcji wszystkie inne formy wynagr. niewymienione wcześniej łączna wartość dochodów
Elon Musk 2016 45 936 45 936
Chief Executive Officer and Chairman 2015 37 584 37 584
2014 35 360 35 360
Jeffrey B. Straubel 2016 250 560 7 677 023 7 927 583
Chief Technology Officer 2015 250 560 250 560
2014 249 600 32 655 16 848 788 17 131 043
Jon McNeill 2016 501 923 2 119 322 3 070 785 772 480 6 464 510
President, Global Sales and Services
Doug Field 2016 301 153 2 119 322 2 420 475
Vice President, Engineering 2015 306 923 2 808 785 3 115 708
Jason Wheeler 2016 501 931 501 931
Former Chief Financial Officer 2015 46 154 20 852 142 20 898 296

Opracowanie Sedlak & Sedlak na podstawie Tesla Motors Proxy Statement

Czy rzeczywiście Elon Musk zarabia tak mało?

I tak i nie. Jako miliarder, zdecydowanie może sobie pozwolić na niepobieranie jakiegokolwiek wynagrodzenia ze swojej spółki i skupić się wyłącznie na jej rozwoju. Sprawę jego rzeczywistych zarobków wyjaśnia jednak kilka prostych faktów. Elon Musk posiada ponad 22% akcji Tesla Motors. Akcje pochodzą częściowo z początkowych inwestycji Muska w rozwijany przez siebie startup. Spora ich część to pochodna premii kapitałowej wypłaconej mu w formie opcji na akcje w 2009 roku, wartej ponad 22 mln USD. Wykonanie opcji trwało 4 lata i było powiązane z osiągnięciem następujących celów: 25% wymienione na akcje po ukończeniu pierwszego, inżynierskiego prototypu Modelu S, 25% po ukończeniu pierwszego testowego prototypu Modelu S, 25% po wyprodukowaniu pierwszego gotowego modelu S i w czwartą rocznicę przyznania – ostatnie 25% po wyprodukowaniu dziesięciotysięcznego Modelu S. Ale prawdziwym „gwoździem programu” jest tu premia kapitałowa z 2012 roku. Przyznano mu wtedy dokładnie 5 274 901 opcji na akcje, wartych ponad 1,6 mld USD.  Są one wymieniane na akcje na podstawie dwóch kryteriów: celu finansowego i celów operacyjnych.  Do celów finansowych użyto miernika jakim jest kapitalizacja rynkowa spółki – zależna w gruncie rzeczy od ceny akcji. Tak oto w prosty sposób powiązano wpływ decyzji CEO na wyniki finansowe spółki z wysokością jego premii. Kapitalizację rynkową liczy się na podstawie średniej historycznej z 6 miesięcy. Jedna dziesiąta premii jest wymieniana na akcje, gdy:

  • kapitalizacja rynkowa zwiększy się o kolejne 4 mld USD,
  • zostanie spełniona określona liczba założonych celów operacyjnych.

Cała premia ma zostać wypłacona po spełnieniu wszystkich warunków. W razie ich niespełnienia, stosowna część premii przepada. Podobnie będzie w wypadku, gdyby Elon Musk przestał pełnić funkcję CEO.

Tabela 2. Założone kryteria wymiany opcji na akcje w ramach premii kapitałowej przyznanej w 2012 r. Elonowi Muskowi

rok poziom kapitalizacji rynkowej

(w mld USD)

ilość spełnionych celów operacyjnych
2012 3,2
2013 7,2 1
2014 11,2 2
2015 15,2 3
2016 19,2 4
2017 23,2 5
2018 27,2 6
2019 31,2 7
2020 35,2 8
2021 39,2 9
2022 43,2 10

Opracowanie Sedlak & Sedlak na podstawie Tesla Motors Proxy Statement

W lutym 2017 roku firma osiągnęła założony na 2022 rok poziom kapitalizacji rynkowej. W maju 2017 roku wynosił on już blisko 53 mld USD. Było to więcej niż w General Motors, które produkuje i sprzedaje miliony aut rocznie na całym świecie. Do spełnienia pozostały natomiast cele operacyjne, ale i na tym polu Muskowi idzie świetnie.

Tabela 3. Cele operacyjne Elona Muska w ramach premii kapitałowej przyznanej w 2012 r.

cel operacyjny wynik
ukończenie z sukcesem prototypu Alpha Modelu X ukończony
ukończenie z sukcesem prototypu Beta Modelu X ukończony
wyprodukowanie pierwszego samochodu Modelu X ukończony
ukończenie z sukcesem prototypu Alpha Modelu 3 ukończony
ukończenie z sukcesem prototypu Beta Modelu 3 ukończony
wyprodukowanie pierwszego samochodu Modelu 3
marża brutto na poziomie 30% lub więcej przez cztery kolejne kwartały
łączna produkcja samochodów na poziomie 100 000 rocznie ukończony
łączna produkcja samochodów na poziomie 200 000 rocznie ukończony
łączna produkcja samochodów na poziomie 300 000 rocznie

Opracowanie Sedlak & Sedlak na podstawie Tesla Motors Proxy Statement

Do maja 2017 roku Musk spełnił 7 z 10 celów operacyjnych. Jak podkreślają analitycy, dwa pozostałe są jak najbardziej do osiągnięcia w najbliższym czasie, problemem pozostaje jedynie poziom marży. Oznaczałoby to, że będzie uprawniony do otrzymania pełnej premii 5 lat wcześniej niż zakładano.

Trochę o filozofii wynagradzania w Tesla Motors

Tesla Motors wywodzi swoją filozofię wynagradzania ze swojego startupowego pochodzenia. Z tego powodu cały pakiet wynagrodzeń opiera się na pensji zasadniczej, wynagrodzeniu kapitałowym i benefitach. Tesla nie posiada żadnego krótkoterminowego programu premiowania swoich dyrektorów wykonawczych w gotówce. Nie posiada także ogólnego rozbudowanego planu wynagradzania kapitałowego obejmującego wszystkich dyrektorów. Wyjątkiem pozostają wypłaty wynagrodzenia kapitałowego w akcjach i opcjach na akcje powiązane z osiągnięciem określonych wyników CEO, które opisano powyżej. Podobne plany w mniejszym wymiarze posiadają dyrektorzy odpowiadający za technologię i sprzedaż. Spółka stosuje mechanizm wycofania się z kontraktu w części dotyczącej wynagrodzenia kapitałowego, w razie korekty istotnych błędów w sprawozdaniach finansowych („clawback policy”). W 2016 roku firma nie korzystała z usług jakiejkolwiek firmy doradzającej w sprawie ustalania pakietów wynagrodzeń, podobnie jak rok wcześniej. Co ciekawe, żadnemu z dyrektorów wykonawczych w ramach ich kontraktów nie przysługują odprawy ani przyspieszone odprawy związane z ewentualnym przejęciem spółki. Podobnie, oficjalnie żadnemu z top menedżerów nie przysługują znane z innych amerykańskich spółek giełdowych „wypasione” benefity jak odrzutowiec służbowy czy ochrona osobista. Natomiast mogą korzystać z odrzutowca wypożyczanego od SpaceX, prywatnej firmy Elona Muska, w ramach podpisanego z ta spółką porozumienia. Jego koszt za 2016 rok to 1,1 mln USD.  Poza tym przysługuje im ten sam pakiet benefitów co innym pracownikom Tesli: ubezpieczenie zdrowotne, ubezpieczenie na życie, pracowniczy program akcji itp.

Zakończenie

Elonowi Muskowi nie sposób odmówić biznesowych zdolności. Pomimo tego, że Tesla Motors wciąż nie przynosi zysku, udało mu się napompować do niebotycznych rozmiarów poziom kapitalizacji rynkowej, co pozwala finansować nowe inwestycje firmy w fabryki, nowe technologie i stacje ładowania. Jego oficjalne wynagrodzenie jest niskie, chociaż patrząc na ilość posiadanych udziałów i wysokość premii z 2012 roku zarabia całkiem nieźle i na pewno „wyjdzie na swoje”. Ale przy tym wszystkim naprawdę wydaje się, że rzeczywiście chodzi mu o diametralną zmianę rynku – przejście na elektryczne samochody i energię odnawialną. Komentatorzy podkreślają, że po spełnieniu założonych w 2012 roku celów prawdopodobnie szykuje się zmiana na stanowisku CEO spółki. Musk chciałby się bowiem poświęcić swojej drugiej flagowej spółce, prywatnemu przewoźnikowi kosmicznemu SpaceX. Kolejną jego misją jest bowiem rozwój prywatnego sektora kosmicznego, dzięki znaczącemu zmniejszeniu kosztów wynoszenia ładunków w kosmos poprzez wielokrotne użycie pojazdów i seryjną produkcję. Patrząc na wyniki Tesla Motors oraz jego karierę, także i to przedsięwzięcie może mu się udać.

Polski startup Billon otrzyma 100 tysięcy dolarów z funduszu Fintech 71 z USA

Stworzony w Polsce przełomowy system natychmiastowych płatności oparty
o technologię rozproszonego rejestru otrzyma 100 tysięcy dolarów
z amerykańskiego funduszu dla startupów Fintech 71. Pieniądze przeznaczy na rozwój swoich rozwiązań w USA. Billon jest jedyną polską firmą oraz jedyną wykorzystującą tę technologię, która zakwalifikowała się do programu.

Oprócz dofinansowania nagrodą dla Billonu jest udział w nadzorowanym przez Accenture programie akceleracyjnym.  Przedstawiciele firmy spędzą najbliższych 10 tygodni w Columbus w stanie Ohio, gdzie będą pracować z mentorami z takich firm jak Visa, Mastercard, Prudential, czy Santander. Billon spotka się również z ponad  20 amerykańskimi funduszami inwestycyjnymi oraz amerykańskimi firmami FMCG i ubezpieczeniowymi zainteresowanymi wdrożeniem jego rozwiązań. Stan Ohio jako siedziba 25 firm z listy Fortune 500 jest dla firmy dobrym przyczółkiem do dalszej ekspansji w Ameryce.

David Putts
David Putts

David Putts, dyrektor zarządzający rozwojem międzynarodowym mówi: Stany Zjednoczone to rynek, na którym wciąż dominują płatności gotówką i czekami. Jedziemy do USA, żeby przedstawić bankom technologię pozwalającą na podjęcie skutecznej walki o płatności cyfrowe. Rozwiązania Billon sprawiają, że cyfrowe transakcje stają się opłacalne nawet dla najmniejszych kwot. Fintech 71 to idealny partner do zwiększenia widoczności naszych rozwiązań w USA.

Blockchain do codziennych płatności

Z technologii Billon korzysta już Philip Morris, stosując ją do wypłaty nagród motywacyjnych. Jesienią na polskim rynku ruszy platforma e-commerce do obsługi sklepów internetowych, wspierania streamerów i blogerów czy wpłacania dotacji fundacjom. Pieniądze będą przesyłane bezpośrednio między użytkownikami platformy, dlatego do korzystania z niej nie będzie potrzebne ani konto bankowe, ani karta.

Andrzej Horoszczak
Andrzej Horoszczak

Andrzej Horoszczak, założyciel i prezes firmy, mówi: Przewagą naszych rozwiązań jest szybkość ich wdrożenia. Banki, firmy, czy sklepy internetowe mogą zacząć używać technologii Billon do przesyłania wypłat i płatności online w ciągu zaledwie kilku dni. Liczę, że w USA, podobnie jak w Polsce i Wielkiej Brytanii, Billon zintegruje się z bankomatami i punktami stacjonarnymi, dzięki czemu wszędzie będzie można wygodnie wpłacić i wypłacić pieniądze.

Z Polski na świat

Billon konsekwentnie planuje rozwój na skalę światową. Uczestniczy zarówno
w misjach i inicjatywach  gospodarczych organizowanych przez Ministerstwo Rozwoju czy Prezydenta RP, jak również występuje na najważniejszych spotkaniach branży Fintech w Azji, USA i Europy. Zaledwie kilka tygodni przed amerykańskim dofinansowaniem firma otrzymała 2 miliony euro w programie Komisji Europejskiej Horizon 2020.

Polacy są oszczędni, ale wzrasta ich hedonizm finansowy

Choć większość Polaków postrzega siebie jako osoby oszczędne, to najlepiej idzie im odkładanie pieniędzy na przyjemności – wynika z trzeciej edycji barometru społecznego „Hedoniści i oszczędni”, zrealizowanego przez instytut IRCenter na zlecenie Grupy Ubezpieczeniowej Europa.

Wskaźnik hedonizmu finansowego, pokazującego podejście Polaków do finansów osobistych wyniósł w 2017 roku -12,8 punktu. To więcej niż rok wcześniej, kiedy wynosił -19,2 punktu. Jego wzrost oznacza, że Polacy zaczęli luźniej podchodzić do kwestii związanych z pieniędzmi. Choć nadal dominuje wśród nich postawa oszczędna (67 proc. ankietowanych uważa się za osoby oszczędne), to rośnie ich zainteresowanie konsumpcją. Do finansowego hedonizmu przyznaje się co piąty badany.

– Mówimy o deklaracjach. Jeśli przyjrzymy się bliżej postawie oszczędnej, to okazuje się, że Polacy najchętniej odkładają środki na przyjemności. Natomiast znacznie słabiej idzie im długoterminowe oszczędzanie na np. dodatkową emeryturę czy też zabezpieczenie się przed utratą pracy lub zdrowia – mówi Ewelina Churzępa, dyrektor Departamentu Ubezpieczeń Inwestycyjnych w Grupie Europa.

Z analizy wypowiedzi w mediach społecznościowych wynika, że Polacy najchętniej odkładają na koncerty (29 proc.), wakacje oraz sprzęt elektroniczny (po 14 proc.). Na szarym końcu jest oszczędzanie na emeryturę czy niespodziewane wydatki (po 2 proc.). Identyczny trend jest widoczny w internetowych dyskusjach o wydawaniu pieniędzy. Najczęściej podnoszone są tematy związane z szeroko rozumianą modą i urodą (24 proc. wypowiedzi) oraz jedzeniem (12 proc.). Inwestycje czy zdrowie stanowią temat zaledwie 4 proc. rozmów.

Z przeglądu haseł związanych z oszczędzaniem, które Polacy wpisują do wyszukiwarki Google, wynika, że spada ich zainteresowanie lokatami bankowymi. O ile jeszcze w 2015 roku średnio co miesiąc szukali informacji na ten temat ponad 27 tys. razy, to w tym roku liczba wyszukań spadła do 18 tys. Natomiast rośnie ich zainteresowanie innymi instrumentami finansowymi. Największym powodzeniem cieszą się akcje (15 tys. wyszukań miesięcznie) i obligacje (12 tys. wyszukań). Znaczący wzrost, bo o 47 proc. w porównaniu z 2016 rokiem, odnotowała kategoria ubezpieczeń. Co miesiąc 27 tys. internautów szuka w Google informacji na ten temat. W 2016 roku było ich niespełna 15 tys.

W ramach trzeciej edycji barometru „Hedoniści i oszczędni” zbadany został także wpływ programu 500+ i decyzji o obniżeniu wieku emerytalnego na postawy finansowe Polaków.

W stosunku do ubiegłego roku wzrósł odsetek osób, które deklarują, że otrzymane z programu 500+ pieniądze pomagają im zaspokoić podstawowe potrzeby lub podnieść standard życia. Spadł zaś odsetek ankietowanych, którzy chcą odkładać otrzymywane środków na przyszłość dzieci. O ile w 2016 roku taki zamiar deklarowało 30 proc. badanych, to w tym roku jest to już 17 proc. Na podobnym poziomie utrzymuje się liczba ankietowanych, którzy dzięki pieniądzom z programu 500+ mogli zacząć oszczędzać. Przyznaje się do tego 12 proc. badanych.

64 proc. osób, które wzięło udział w badaniu, pozytywnie ocenia obniżenie wieku emerytalnego. Mimo to, 33 proc. ankietowanych deklaruje, że zamierza skorzystać możliwości wcześniejszego zakończenia pracy. Pozostali nie mają jeszcze wyrobionego zdania na ten temat (41 proc.) lub też deklarują, że chcą dłużej pozostać na rynku pracy (26 proc.). Rośnie przy tym świadomość Polaków, dotyczącą niskiej wysokości przyszłych emerytur. Dlatego ponad połowa ankietowanych, który chcą skorzystać z możliwości przejścia na wcześniejszą emeryturę, planuje dodatkowo dorabiać, a uzyskane w ten sposób pieniądze przeznaczyć na bieżące wydatki.

Wśród osób, które postrzegają się jako oszczędne, 70 proc. deklaruje, że dodatkowo odkłada na jesień życia. Połowa z nich trzyma pieniądze na lokacie bankowej, a 26 proc. korzysta z możliwości, jakie daje trzeci filar emerytalny. W przypadku hedonistów, na finansowe zabezpieczenie starości odkłada zaledwie 30 proc. ankietowanych. Podobnie jak w przypadku oszczędnych dominującą formą jest bankowa lokata.

Osoby oszczędne deklarują, że odkładają na zabezpieczenie przed skutkami niespodziewane zdarzeń średnio po 200 zł miesięcznie, a na emeryturę – po 180 zł. W przypadku hedonistów te kwoty są znacząco niższe i wynoszą – odpowiednio – 51 zł i 15 zł.

O barometrze „Hedoniści i oszczędni”

Badanie łączy w sobie trzy rodzaje danych:

– dane deklaratywne zebrane metodą CAWI na próbie 1003 polskich internautów reprezentatywnej pod względem płci, wieku i wielkości miejsca zamieszkania. Badanie zostało zrealizowane w sierpniu 2017 roku.

– dane pochodzące z mediów społecznościowych opierające się na wypowiedziach internautów na tematy związane z oszczędzaniem bądź wydawaniem pieniędzy oraz programem 500+ zebranych w okresie 1 sierpnia 2016 – 31 lipca 2017.

– dane pochodzące z wyszukiwarki Google opierające się na popularności wyszukiwanych haseł związanych z oszczędzaniem bądź wydawaniem pieniędzy oraz programem 500+ zebrane w okresie 1 lipiec 2016 – 30 czerwiec 2017.

Jaki jest koszt naruszenia ochrony danych w firmie?

Średni koszt naruszenia ochrony danych, według instytutów badawczych, może wahać się od 200 tysięcy do 3,6 miliona dolarów[1]. Przedstawione w badaniach wyniki uzmysławiają skalę problemu, ale oszacowanie ewentualnych strat to już wyzwanie, z którym musi zmierzyć się każde przedsiębiorstwo indywidualnie.  Aby ograniczyć ryzyko naruszenia ochrony danych w organizacjach oraz umożliwić prognozowanie potencjalnych kosztów, firma F-Secure wprowadza usługę Cyber Breach Impact Quantification (CBIQ).

Dane zgromadzone podczas przeprowadzanych ocen ryzyka u klientów F-Secure sugerują, że większość dużych organizacji nie jest odpowiednio przygotowana na ewentualne naruszenie ochrony danych. Choć 50 proc. firm ma zespoły zarządzania kryzysowego na wypadek fizycznych katastrof lub zakłóceń działalności, tylko 20 proc. zatrudnia grupę specjalistów, która potrafi skutecznie poradzić sobie z cyberkryzysem. 65 proc. przedsiębiorstw nigdy nie przeprowadziło ćwiczeń w zakresie reagowania na cyberataki.

– Firmy mają problem z oszacowaniem, w co dokładnie inwestować, aby chronić się przed cyberzagrożeniami. Zdarza się, że budżet przeznaczony na kwestie związane z bezpieczeństwem jest niewłaściwie ulokowany i organizacja nie jest gotowa na odparcie próby naruszenia danych. Nowa usługa ma pomóc przedsiębiorstwom zdobyć wiedzę jak chronić kluczowe zasoby – mówi Michał Iwan, dyrektor regionalny F-Secure.

CBIQ pomaga skierować inwestycje we właściwe miejsca, uzasadnia wydatki i wpływa na decyzje związane z zabezpieczeniem się przed skutkami incydentów. Zwiększa też jakość raportowania ryzyka, sprowadzając wyniki do twardych liczb.

Ekspercka wiedza i narzędzie symulacyjne

Podczas oceny ryzyka za pomocą nowej usługi konsultanci F-Secure organizują warsztaty i przeprowadzają wywiady z dobrze poinformowanymi osobami w danej organizacji, aby przeanalizować działalność operacyjną. Uwzględniają wiele rodzajów strat, takich jak koszty postępowania śledczego, przywracania usług, reakcji prawnej, działań komunikacyjnych i zakłócenia w funkcjonowaniu działalności.

Konsultanci wprowadzają te koszty do dedykowanego symulatora, który oblicza najbardziej prawdopodobne wyniki i w czasie rzeczywistym ustala średnią oraz odchylenie standardowe. Symulator opracowany na podstawie wieloletnich doświadczeń w badaniu incydentów dostarcza szybkie wyniki, a ostatecznym rezultatem jest raport ryzyka oparty na strukturze kosztów danej organizacji.

Usługa CBIQ wyróżnia się na tle zwykłych metod klasyfikowania ryzyka (w kategoriach wysokie, średnie lub niskie), które uzyskuje się za pomocą narzędzi ogólnego przeznaczenia, takich jak Excel.

– Podczas gdy inne narzędzia do oceny ryzyka dostarczają niejasnych, dyskusyjnych rezultatów, my pokazujemy konkretne liczby bazujące na przejrzystych, uzasadnionych danych wejściowych mówi Michał Iwan.

Dodatkowe informacje:

CBIQ stanowi część kompletnej oferty usług zarządzania ryzykiem świadczonych przez F-Secure. Usługi obejmują Incident Response Maturity Assessment (komplementarne badanie zdolności obronnych firmy), opracowanie procesu oceny i modelowania ryzyka, ćwiczenia z zarządzania kryzysowego, a także organizację warsztatów oraz szkoleń.

Źródła:
https://www.rand.org/pubs/external_publications/EP66656.html
https://www.ibm.com/security/data-breach/

[1] Rand Corp. ocenia, że średni koszt naruszenia ochrony danych to 200 000 dol. https://www.rand.org/pubs/external_publications/EP66656.html. Ponemon Institute ocenia średni koszt na 3,6 mln dol. https://www.ibm.com/security/data-breach/

Rynki akcji w cieniu koreańskiego ryzyka

  • Wyniki spółek za II kwartał 2017 w USA i Japonii były w większości lepsze od oczekiwań. Całkiem nieźle zaprezentowały się też spółki europejskie.
  • Rynki akcji zareagowały umiarkowanie pozytywnie, jednak napięcia na linii USA-Korea Północna wypychają cześć kapitału ku „bezpiecznym przystaniom”.
  • Pomimo ryzyka politycznego pozostajemy pozytywnie nastawieni do akcji. Największy potencjał mają wciąż rynki wschodzące, w tym Europa Środkowo-Wschodnia.
Marek Straszak, zarządzający portfelami inwestycyjnymi Union Investment TFI
Marek Straszak, zarządzający portfelami inwestycyjnymi Union Investment TFI

Na rynkach rozwiniętych zakończył się sezon publikacji wyników finansowych spółek za drugi kwartał tego roku. Generalnie oceniamy go pozytywnie. W Japonii aż 80% spółek z indeksu Nikkei 225 pobiło oczekiwania analityków. Co więcej, tamtejsze spółki odnotowały średni wzrost zysków o solidne 20% rok do roku. Indeks japońskiej giełdy nie odzwierciedla tej poprawy, jednak trudno się dziwić – sąsiedztwo Korei Północnej i rakiety przelatujące nad terytorium Japonii nie sprzyjają odważnym decyzjom inwestycyjnym.

W minionym kwartale dobrze zaprezentowały się też spółki w USA. Rynkowe konsensusy przebiło niemal trzy czwarte spółek notowanych w indeksie S&P 500. Amerykański indeks od początku roku zyskał już ok. 10% i wciąż ociera się o historyczne rekordy. Nieco słabiej niż w Japonii i USA spisały się spółki w Europie. Mimo to wiele z nich wypracowało bardzo przyzwoite zyski. Dzięki ich dobrej dyspozycji europejski indeks Stoxx Europe 600 odbił się od lokalnego dołka i od końca sierpnia zyskał już kilka procent. Zapewne zyskałby jeszcze więcej, gdyby nie obawy inwestorów o skutki umocnienia się euro dla europejskich spółek eksportowych.

Na fali ostatnich wzrostów kurs euro do dolara przebił już poziom 1,20, co jest najwyższą wartością od 2015 r. Perspektyw na osłabienie euro póki co brak. Przynajmniej ze strony Europejskiego Banku Centralnego, który na ostatnim posiedzeniu podtrzymał chęć ograniczania skupu aktywów (europejskie QE).

Inwestorzy spoglądają na Koreę i USA

Ostrożna reakcja indeksów giełdowych na dobre wyniki spółek i dane makro ma swoje źródło w wydarzeniach na świecie. Tematem numer jeden jest oczywiście eskalacja napięcia politycznego związana z próbami jądrowymi prowadzonymi przez Koreę Północną i radykalnym stanowiskiem amerykańskiego rządu. Stany Zjednoczone zagroziły, że na koreańską agresję są gotowe odpowiedzieć zbrojnie i równolegle walczą o to, by Rada Bezpieczeństwa ONZ zastosowała wobec Korei Północnej dotkliwe sankcje (z częściowym sukcesem).

Groźba konfliktu zbrojnego popycha część inwestorów ku „bezpiecznym przystaniom”, do których należy m.in. złoto. W ostatnich dniach cena złota przekroczyła 1350 dolarów za uncję, ustanawiając swój kolejny tegoroczny rekord. Warto jednocześnie zwrócić uwagę, że wobec takiego ryzyka skala zwyżek cen złotego kruszcu jest stosunkowo niewielka. Co więcej, głębsza analiza pokazuje, że popyt na złoto jest typowo spekulacyjny. Napływów nie notują bowiem fundusze typu ETF, które inwestują bardziej długoterminowo, tylko kontrakty terminowe, które kupuje się na krótsze okresy czasu.

Pomimo tego, że ryzyko inwestycyjne na świecie wzrosło, w dalszym ciągu jesteśmy pozytywnie nastawieni do akcji. Przemawia za tym globalny wzrost gospodarczy i umiarkowana inflacja. W ujęciu globalnym najbardziej przychylnym okiem patrzymy na rynki wschodzące, w tym Europę Środkowo-Wschodnią. Z kolei potencjał giełd w USA i Europie oceniamy mniej więcej podobnie. Jeśli euro nie będzie się dalej umacniało, akcje europejskie mają szansę nieco odreagować niedawne spadki.

Branża motoryzacyjna: absolwenci szkół wyższych nie są przygotowani do pracy w Przemyśle 4.0

Przemysł motoryzacyjny jest najszybciej rozwijającą się gałęzią polskiej gospodarki, ale o tym czy tak pozostanie zadecyduje jego umiejętność dostosowania się do 4. rewolucji przemysłowej. Szczególnie ważny będzie obszar edukacji i kwalifikacji, a jak wynika z badania Exact Systems „Przemysł 4.0 – motoryzacja, edukacja i wyzwania” istnieje duża potrzeba zdefiniowania na nowo metod i celów kształcenia zawodowego. Aż 58% przedstawicieli automotive uważa, że absolwenci szkół wyższych nie są przygotowani do pracy w Przemyśle 4.0. Ponadto, najpoważniejsze bariery wdrażania zasad Przemysłu 4.0 to brak odpowiednio wykwalifikowanych specjalistów (35%) oraz wystarczających kompetencji kadry w zakresie nowych technologii (23%).

Czwarta rewolucja przemysłowa to idea transformacji cyfrowej, opierająca się na wykorzystaniu w produkcji nowoczesnych technologii. Rewolucja ta przekierowuje przemysł w stronę inteligentnej i elastycznej produkcji, która potrafi dostosować się do dynamicznie zmieniających się potrzeb klientów. W szczególności dotyczy zakładów produkcyjnych z branży motoryzacyjnej.[1] – O tym, czy automotive pozostanie kołem zamachowym polskiej gospodarki, zadecyduje jego umiejętność dostosowania się do zmian w ramach czwartej rewolucji przemysłowej. Nie mniejsze znaczenie będzie miał też zakres współpracy pomiędzy sektorem prywatnym, publicznym i nauki. Ze względu na zróżnicowaną i bardzo rozbudowaną matrycę potrzeb edukacyjnych naturalna wydaje się współpraca wszystkich trzech sektorów na polu edukacji nauczycieli szkolnictwa zawodowego i uczelni wyższych – mówi Paweł Wideł, Prezes Związku Pracodawców Motoryzacji i Artykułów Przemysłowych.

Rynek pracy nie nadąża za postępem technologicznym

Badanie „Przemysł 4.0 – motoryzacja, edukacja i wyzwania” zrealizowane przez Exact Systems dowodzi, że zarządzanie talentami, które ma być fundamentem zmian w branży motoryzacyjnej w związku z 4. rewolucją przemysłową, wiąże się z wieloma wyzwaniami. Po pierwsze, więcej niż połowa zapytanych przedstawicieli zakładów motoryzacyjnych (58%) uważa, że absolwenci szkół wyższych nie są odpowiednio przygotowani do pracy w Przemyśle 4.0. Odmienną opinię ma co trzeci ankietowany. Po drugie, dwie najważniejsze bariery związane z wdrożeniem Przemysłu 4.0 w automotive dotyczą kompetencji pracowników. Co trzeci zapytany wskazał na brak możliwości pozyskania odpowiednio wykwalifikowanych specjalistów, a co czwarty na niewystarczające kompetencje kadry w zakresie nowych technologii. Dopiero na trzecim miejscu zostały wskazane bariery finansowe takie jak niepewność dotycząca zwrotu z inwestycji (21% wskazań) oraz koszty dostosowania do standardów zapewniających interoperacyjność (21% wskazań).

Kompetencje 4.0

Wraz z postępem technologicznym zmieniają się oczekiwania pracodawców wobec kandydatów do pracy w branży motoryzacyjnej. Za kluczowe ankietowani uznali: znajomość języków obcych (35%) oraz rozwiązań technologicznych (33%). Kolejne odpowiedzi wyraźnie wskazują jednak na odejście od nacisku na naukę umiejętności praktycznych na rzecz kompetencji miękkich i zdolności do kreatywnego myślenia oraz szybkiego uczenia się. 31% przedstawicieli automotive jest zdania, że na potrzeby Przemysłu 4.0 wśród studentów powinna być rozwijana umiejętność określania priorytetów, co czwarty wskazuje na doskonalenia umiejętności pracy w zespole oraz zarządzania czasem (po 25% wskazań).

– Pamiętajmy, że motoryzacja jest nie tylko pod wpływem rewolucji przemysłowej, ale przechodzi przez głęboki okres transformacji, będącej wynikiem nowych wymogów regulacyjnych, dotyczących m.in. ochrony środowiska, rosnącego znaczenia alternatywnych napędów i elektromobilności oraz innych trendów, takich jak autonomia pojazdów czy odejście od ich własności. To wszystko może całkowicie zmienić DNA samochodu osobowego. Dlatego też, tak ważne jest, abyśmy mogli wymienić się doświadczeniami oraz wpisać się w prace rządu nad strategicznym podejściem do cyfrowej transformacji polskiej gospodarki, próbując odpowiedzieć na kluczowe dla nas wszystkich pytanie, które brzmi, jakie umiejętności i kwalifikacje powinny być rozwijane i w oparciu o jakie modele kształcenia? – podkreśliła Henryka Bochniarz, prezydent Konfederacji Lewiatan, podczas konferencji „Przemysł 4.0, a edukacja i kompetencje”.

Edukacja 4.0

Wypełnienie tzw. luki kompetencyjnej i sprostanie kadrowym wymogom Przemysłu 4.0 wiąże się ze zmianą edukacji zawodowej w Polsce. Większość ankietowanych (42%) uważa, że dostęp do pracowników o odpowiednich kompetencjach byłby możliwy dzięki wsparciu rządu dla firm w edukacji i przekwalifikowaniu pracowników. 38% przedstawicieli branży motoryzacyjnej jest zdania, że należy na nowo zdefiniować listę zawodów wraz z wymaganymi kompetencjami, a 29% twierdzi, że należy położyć większy nacisk na budowanie kompetencji wokół programowania/IT.

Jacek Opala, dyrektor rozwoju sprzedaż w Exact Systems, zwraca uwagę, że coraz większe problemy kadrowe w automotive są wynikiem nie tylko zmiany technologicznej, jaka dokonuje się obecnie w branży. – To pochodna także nowych inwestycji motoryzacyjnych w Polsce, w związku z którymi rośnie zapotrzebowanie na wykwalifikowaną kadrę. Dlatego tak ważna jest dywersyfikacja kanałów poszukiwania kandydatów oraz własne rozwiązania podnoszące kwalifikacje zawodowe. W Exact Systems prowadzimy innowacyjny projekt edukacyjny „Szkoła Jakości”, który ma zapewnić doskonałe przygotowanie do pracy w dziale jakości. W ciągu ponad 3 lat w szkoleniach wzięło udział ponad 1000 kontrolerów jakości oraz przedstawicieli zakładów motoryzacyjnych. Ponadto, w ubiegłym roku wprowadziliśmy unikalną na polskim rynku platformę e-learningową, która umożliwia zweryfikowanie kompetencji kandydata oraz wdrożenie go w podstawowe obowiązki całkowicie on-line. Tylko wyjście poza schematy umożliwia nam sprostanie wymogom kadrowym – mówi Jacek Opala z Exact Systems.

Metodologia badania:

Badanie „Przemysł 4.0 – motoryzacja, edukacja i wyzwania” zostało przeprowadzone przez firmę Exact Systems na celowej próbie przedstawicieli firm z sektora automotive. Wśród nich znajdują się m.in. producenci samochodów, poddostawcy części i komponentów samochodowych Tier I i Tier II takich jak wycieraczki, szyby samochodowe, dachy, kolumny kierownicze czy elementy bezpieczeństwa. Wielkość próby wyniosła 48 respondentów z Polski. Badanie zrealizowano metodą telefonicznych wywiadów (CATI), ankiet online oraz ankiet indywidualnych od kwietnia do czerwca 2017 roku.

[1] Źródło: Sprawozdanie z konferencji „Przemysł 4.0, a edukacja i kompetencje”

Fuzja Intrum Justitia i Lindorff. Krzysztof Krauze stanie na czele połączonych firm w Polsce

W czerwcu br. połączenie szwedzkiej grupy Intrum Justitia oraz norweskiego podmiotu Lindorff stało się faktem. Giganci rynku zarządzania wierzytelnościami zapowiadają, że fuzja zapewni im pozycję lidera oraz największej światowej firmy świadczącej usługi windykacyjne. Teraz zarząd połączonych firm ogłosił dyrektora zarządzającego w Polsce. Został nim Krzysztof Krauze, dotychczasowy prezes polskiego oddziału Intrum Justitia, z firmą związany od 15 lat. Jakie zmiany niesie za sobą ta informacja?

Intrum Justitia i Lindorff to kluczowi gracze na europejskim rynku zarządzania wierzytelnościami. Obydwie grupy mają bogate, ponadstuletnie doświadczenie zdobyte na rynkach globalnych oraz lokalnych. Nowa firma będzie obecna na 23 rynkach w całej Europie z zespołem liczącym ponad 8 000 profesjonalnych i zaangażowanych pracowników. Na czele polskiego oddziału stanie Krzysztof Krauze, dotychczasowy prezes Intrum Justitia w Polsce.Krzysztof Krauze, prezes Intrum Justitia

Cieszę się, że zostałem poproszony o kontynuowanie podróży, której celem jest osiągnięcie pozycji lidera branży zarządzania wierzytelnościami w Polsce, jak i na całym świecie. Chcemy świadczyć jeszcze lepiej dopasowane i kompleksowe usługi dla naszych klientów, a także w dalszym ciągu podnosić normy etyczne w biznesie – mówi Krzysztof Krauze, dyrektor zarządzający w Polsce.

Nowy podmiot będzie zatrudniać w naszym kraju blisko 850 osób i obsługiwać ponad 600 klientów korporacyjnych z wielu sektorów biznesu.

Fuzja Intrum Justitia z Lindorff to nie tylko wspólne doświadczenie i praca, ale również wyjątkowe połączenie wartości. Lindorff to profesjonalizm, zaangażowanie, zorientowanie na klienta oraz na wynik. Natomiast Intrum Justitia od zawsze podkreślała, że rozumie ludzi, wiedzę przekłada na innowacje i podejmuje wyzwania. Wierzę, że połączenie tych dwóch obszarów w jeden to klucz do sukcesu  – dodaje Krauze.

Tureckie indeksy w górę! QUERCUS Turcja z 28 proc. wzrostem

W ciągu ostatnich 12 miesięcy tureckie indeksy giełdowe wzrosły o ponad 43 proc. Sytuację nad Bosforem próbują wykorzystać polskie fundusze inwestycyjne, które coraz śmielej lokują tam swój kapitał. Wśród nich wyróżnia się QUERCUS Turcja, który od początku roku zyskał 28 procent.

Tegoroczna stopa zwrotu funduszy inwestujących w Turcji jest wysoka, gdyż giełda w Istambule wzrosła od początku roku o 40 proc. Co prawda kraj ten cechuje skomplikowana sytuacja polityczna, która negatywnie wpłynęła na ocenę ratingową oraz przyczyniła się do osłabienia liry, przez co polskie fundusze inwestujące w Turcji na przełomie 2016 i 2017 roku nie uzyskiwały takich zwrotów jakie można było oczekiwać, jednak tego typu problemy nie wpływają znacząco na wartość tureckich indeksów. Deprecjacja tureckiej waluty w bieżącym roku obniżyła zyski funduszy, stąd stopa zwrotu z QUERCUS Turcja jest niższa niż indeksu BIST 100.

Choć ostatnie lata dla inwestujących w Turcji były trudne, inwestorzy patrzą z nadzieją na rynek – wyceny są na relatywnie niskim poziomie, natomiast potencjał gospodarczy kraju jest ogromny.

Eksperci podkreślają, że perspektywy akcji tureckich się poprawiają. Choć inflacja jest dwucyfrowa, oczekuje się jej spadku, tymczasem szacunkowy wzrost PKB w bieżącym roku wyniesie około 5 proc., a w przyszłym o 4 proc. Mając to na uwadze potencjał do osłabienia liry jest stosunkowo niewielki.

– Sytuacja na rynkach wschodzących jest w dalszym ciągu korzystna. W przypadku utrzymania pozytywnego trendu, Turcja będzie preferowanym miejscem inwestycji. Jest rynkiem bardzo płynnym, więc jeśli fundusz akcji rynków wschodzących lub akcji globalnych chciałby zainwestować, to w Turcji jest to łatwiejsze niż np. w Polsce — twierdzi Marek Buczak, zarządzający QUERCUS Turcja, funduszu który od początku roku zyskał aż 28 proc.

Jak dodaje Marek Buczak, w najbliższych miesiącach lira może się nadal osłabiać, podczas gdy akcje w dalszym ciągu posiadają potencjał wzrostowy. Zarządzający podkreśla, że Turcja jest jednym z bardziej ryzykownych rynków wschodzących, a maksymalny próg zaangażowania powinien wynosić nie więcej niż 20 proc. portfela akcyjnego.

Ruszył sezon na zakup mieszkania na wynajem: najtaniej w Katowicach i Łodzi, najdrożej w Warszawie

Początek sezonu akademickiego to okres, w którym wzrasta popyt na mieszkania inwestycyjne, czyli kawalerki i niewielkie lokale dwupokojowe. Ich ceny wahają się od 70 do 180 tys. zł. Według ekspertów to jedna z najbezpieczniejszych form inwestowania na polskim rynku.

Najtaniej mieszkanie inwestycyjne można kupić w Katowicach i w Łodzi – nawet za 70 tys. zł. Najdrożej jest w Warszawie: ceny zaczynają się od 180 tys. zł. Tymczasem, jeszcze 3 lata temu w Katowicach można było nabyć niewielki lokal za 40 tys. zł, a w Warszawie za 125 tys. zł. Tak gwałtowny wzrost cen wynika z faktu, iż odsetek Polaków wynajmujących mieszkania sukcesywnie wzrasta, a – jak oceniają eksperci – szybkie tempo rozwoju rynku najmu w Polsce będzie się utrzymywać. – Szacujemy, że w 2017 roku liczba osób korzystających z tej formy mieszkania wzrośnie o kolejne 200 tys. najemców. Zwiększa się też liczba Polaków dostrzegających ten trend jako okazję inwestycyjną i inwestujących w mieszkania z przeznaczeniem na wynajem – mówi Artur Kaźmierczak, prezes zarządu Mzuri Investments.

Najtańsze mieszkania można nabyć w Katowicach i w Łodzi (już od 70 tys. zł), w dalszej kolejności plasują się Kraków i Wrocław (od 130 tys. zł.), oraz Poznań (od 135 tys. zł), najdrożej jest w Warszawie (od 180 tys. zł). Według danych Mzuri Investments najlepszą rentowność przynoszą najmniejsze lokale, czyli te o wielkości do 20m2. Najważniejszą kwestią wpływającą na zwrot z tego typu inwestycji jest lokalizacja nieruchomości. – Oczywiście najbardziej atrakcyjne lokale to te najlepiej skomunikowane, położone w centrach miast i w pobliżu ośrodków akademickich. Już przy kwotach rzędu 100 tys. zł zakup mieszkania będzie rentowny. Inwestycja taka przyniesie zwrot od ok. 6 do nawet 8 proc. w skali roku, po uwzględnieniu wszystkich kosztów. Obecnie najlepsze zwroty, z miast które obsługujemy, przynoszą inwestycje w lokale na Śląsku i w Łodzi – dodaje Kaźmierczak.

zmiany cen mieszkan
Źródło: dane Mzuri Investments.

Na tak wysoki zwrot nie można liczyć przy zakupie mieszkania na wynajem w centrach największych miast (Warszawa, Kraków). Rentowność takich lokali waha się w granicach 4,5 – 5,5 proc. rocznie, ich plusem jest jednak stabilny wzrost wartości nieruchomości.

Coraz bardziej popularny jest również zakup mieszkań wielopokojowych i ich wynajem „na pokoje”. Inwestycja taka sprawdza się zwłaszcza w największych ośrodkach akademickich (Warszawa, Poznań, Wrocław, Kraków, Trójmiasto), gdzie wynajem pokoju jest znacznie tańszy od wynajęcia kawalerki. Zwrot z tego typu inwestycji będzie wyższy o 1-1,5 punktu procentowego w stosunku do mieszkań jedno- i dwupokojowych – komentuje Kaźmierczak.

Eksperci prognozują także dalszą stabilizację cen najmu w sezonie 2017 / 2018. Popyt na mieszkania będzie się sukcesywnie zwiększać, ale wzrastać będzie też liczba mieszkań oferowanych na wynajem. W skali kraju czynniki te będą się równoważyły, co sprawi, że czynsze najmu pozostaną na poziomach zbliżonych do tych, które obserwujemy obecnie, ewentualnie lekko wzrosną, jak to miało miejsce podczas ostatnich 12 miesięcy, kiedy dynamika czynszów najmu wyniosła średnio ok. 3 proc. (maksymalnie ok. 8 proc. we Wrocławiu, przy stabilizacji w Poznaniu).

Jak wygląda rynek pracy w sektorze SSC/BPO

Obecnie jednym z lepiej rozwijających się sektorów w Polsce jest branża SSC/BPO. Firmy z tego sektora – centra usług wspólnych, zajmujące się m.in. obsługą księgową, informatyczną czy obsługą klienta – cały czas tworzą nowe miejsca pracy (w samym ubiegłym roku 32 tys.). Konsekwencją tego jest jednak powstanie rynku kandydata. Dla firm z branży to spory problem.

Rynek kandydata oznacza, że to pracownicy mogą dyktować warunki. Dla firm jest to o tyle kłopotliwe, że tym, co motywuje zatrudniane osoby, często są wyłącznie zarobki. Pracownika jest utrzymać trudno, bo idzie on tam, gdzie płaci się więcej. Wiąże się to z powstawaniem coraz większych różnic płacowych między firmami działającymi w branży.

„Firmy z sektora SSC/BPO, aby móc pozyskiwać dobrych pracowników, powinny bardzo mocno skupić się dzisiaj na employer brandingu. Zarówno wewnętrznym (cały czas budować coraz lepszą komunikację z pracownikami), jak i zewnętrznym (pokazywać na rynku pracy, jakim się jest pracodawcą)” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Krzysztof Stanczykiewicz, business unit manager w firmie HRK.

Ponadto firmy muszą stale podnosić kompetencje kadry menedżerskiej. Bardzo ważne jest też to, aby pracownicy mieli zapewnione świadczenia pozapłacowe, takie jak np. ubezpieczenia, dodatkowe kursy czy dofinansowanie do posiłków. Poza tym zatrudnianym osobom trzeba zagwarantować możliwość rozwoju.

W znalezieniu odpowiednich pracowników firmie z sektora SSC/BPO może pomóc również współpraca z agencją rekrutacyjną. Należy przy tym pamiętać, że aby ta współpraca przynosiła efekty, obie organizacje muszą się nawzajem rozumieć. Oprócz tego istotna jest komunikacja.

To, że w sektorze SSC/BPO mamy do czynienia z rynkiem kandydata, nie oznacza oczywiście, że szansę na znalezienie pracy w tej branży ma każda osoba. Czego oczekuje się od pracowników? Po pierwsze znajomości języków obcych. Trzeba bardzo dobrze znać nie tylko angielski, lecz także jakiś język dodatkowy, przykładowo niemiecki, francuski, włoski czy hiszpański. Po drugie pożądana jest konkretna wiedza z danej dziedziny (np. księgowości), poparta uzyskanymi certyfikatami. Po trzecie liczy się doświadczenie.

9 na 10 pracowników chce mieć kontakt z zarządem firmy

89% ankietowanych uważa, że członkowie zarządu firmy powinni mieć kontakt z pracownikami. Najbardziej oczekują tego najmłodsi zatrudnieni w wieku 20-29 lat – wynika z badania „Efektywność biznesowa zaczyna się od komunikacji wewnętrznej” zrealizowanego przez emplo. Ponadto, 3 na 4 pracowników chciałoby mieć wpływ na kształt firmy, w której pracują, poprzez możliwość zgłaszania własnych usprawnień. Młodsze osoby częściej chcą skupić się na obszarze własnej pracy, a starszym badanym bardziej zależy na usprawnianiu pracy zespołu. 

– Sprawna komunikacja wewnętrzna to podstawa skutecznego biznesu. Ale sprawna komunikacja to dziś dużo więcej niż tylko statyczne, jednokierunkowe przekazywanie informacji z góry do dołu. Jak wynika ze zrealizowanego przez nas badania, pracownicy oczekują znacznie więcej niż tylko uzyskania informacji o tym, co dzieje się w firmie, w której pracują. Zdecydowana większość liczy na otwarty dialog kadry zarządzającej z zatrudnionymi oraz chce współdecydować o realizowanych działaniach. Dlatego silną firmę warto zacząć budować od środowiska pracy, które mogą współtworzyć sami pracownicy – mówi Paweł Leks, CEO, emplo.

Milenialsi chcą tworzyć firmę z zarządem

Coroczne spotkanie zarządu firmy z pracownikami czy list CEO przy okazji ważnego wydarzenia dla przedsiębiorstwa to zdecydowanie za mało, jeśli chodzi o rolę zarządzających w komunikacji wewnętrznej. Z raportu emplo wynika, że 89% zatrudnionych uważa, że zarząd powinien mieć bieżący kontakt z pracownikami, z czego 41% chce mieć możliwość partnerskiej rozmowy z zarządem, a dla 48% zapytanych wystarczą okazjonalne kontakty, np. w czasie cyklicznych spotkań. Na odpowiedzi istotny wpływ miał wiek badanych – młodsi pracownicy częściej niż ich starsi koledzy liczą na otwarty dialog z kadrą zarządzającą. Aż 50,4% ankietowanych w wieku 20-29 lat potwierdziło, że pracownicy współtworzą firmę i powinni móc partnersko rozmawiać z zarządem, podczas gdy w grupie osób w wieku 30-39 lat do tej odpowiedzi przychyliło się 40,4% i już tylko 36,1% pracowników powyżej 40. roku życia. Co 10. pracownik jest zdania, że wystarczy, jeśli zarząd będzie komunikował się z pracownikami oficjalnymi kanałami.

– Świat odchodzi od paradygmatu organizacji jako armii czy maszyny – z mniej i więcej znaczącymi elementami ulokowanymi hierarchicznie. Zmienia się poziom świadomości wszystkich uczestników rzeczywistości, którą nazywamy pracą. Szczególnie młode pokolenie pracowników wchodzących na rynek oczekuje zniesienia barier komunikacyjnych, stawiając na jednym z pierwszych miejsc bezpośredni, dowartościowujący i rozwijający wymiar relacji tworzonych w pracy. Niezależnie od mniej lub bardziej wyraźnych zależności hierarchicznych – zwraca uwagę Jarosław Guc, Dyrektor Marketingu w Grupie CX. Poprzez dążenie do transparentności, naturalnego wyłaniania się liderów oraz odchodzenia od sformalizowanej hierarchii, zarząd koncentruje się przede wszystkim na inicjowaniu i uczestniczeniu we wszelkich potrzebnych organizacji do działania formach komunikacji. Komunikacja ze współpracownikami jest fundamentalną odpowiedzialnością zarządzających i podstawowa wartością w kulturze organizacyjnej, którą chcemy pielęgnować – dodaje Jarosław Guc.kontakt z szefem raport

Młodzi skupieni na sobie, starsi na zespole

Raport emplo ponadto dowodzi, że pracownicy chcą współdecydować o działaniach podejmowanych przez firmy. 75,9% badanych chciałoby mieć możliwość zgłaszania własnych pomysłów i w ten sposób wpływać na kształt firmy, w której pracują. Chęć zabrania głosu wewnątrz organizacji była zgłaszana równie chętnie przez młodsze, jak i starsze pokolenia X i Baby Boomers. Taką deklarację złożyło 80% osób w wieku 40-49 lat i 74% osób w wieku 30-39 lat.raport firma

Istotne różnice pomiędzy poszczególnymi grupami wiekowymi widać w obszarach, w których pracownicy chcą się rozwijać. Osoby młodsze częściej chcą skupić się na własnej pracy – 61% wskazań w grupie wiekowej 20-29 lat w porównaniu do 49% wskazań w grupie wiekowej 40-49. Natomiast im starszy badany, tym bardziej zależy mu na usprawnianiu pracy zespołu – 77% odpowiedzi w grupie wiekowej 40-49 lat, podczas gdy w grupie milenialsów na ten obszar wskazało 66% ankietowanych.raport pracownik

Paweł Leks z emplo zauważa, że nie w każdej firmie jest możliwość organizacji bezpośrednich spotkań pracowników z zarządem czy zgłaszania pomysłów związanych z rozwojem firmy bezpośrednio do osób odpowiedzialnych za jej rozwój. Szczególnie, gdy dotyczy to podmiotów zatrudniających kilkaset czy kilka tysięcy osób lub z rozproszoną strukturą. W takiej sytuacji z pomocą przychodzą technologiczne rozwiązania społecznościowe. – Użytkownicy platform komunikacji wewnętrznej mają do dyspozycji wiele różnorodnych funkcjonalności, wśród których sporym zainteresowaniem cieszą się właśnie te związane dialogiem na linii góra-dół. Zatrudnione osoby mogą zgłaszać własne pomysły, spośród których najciekawsze są realizowane, wyrazić w ankiecie swoją opinię na określony temat związany z rozwojem firmy czy też uczestniczyć w czacie z prezesem. Rosnące statystyki dotyczące liczby logowań pracowników na platformę emplo czy aktywności w postaci komentarzy, artykułów i wypełnionych ankiet potwierdzają, że technologia wspiera rozwój przedsiębiorstw i ich pracowników – mówi Paweł Leks z emplo.

Metodologia badania:

Badanie „Efektywność zaczyna się od komunikacji wewnętrznej” zostało zrealizowane na zlecenie emplo przez SW RESEARCH metodą wywiadów on-line (CAWI) na panelu internetowym SW Panel. Próba badawcza miała charakter celowy. Badanie zrealizowano wśród osób w wieku 20-65 lat, będących pracownikami firm: średnich (zatrudniających od 50 do 250 pracowników), dużych (zatrudniających od 250 do 500 pracowników) oraz korporacji (zatrudniających powyżej 500 osób). Zrealizowano łącznie 528 wywiadów. Badanie przeprowadzono w dniach 19-24 maja 2017 roku.

Dolar zatrzymał wzrosty. Nad złotym zbierają się czarne chmury

Jest więcej spokoju w handlu na rynkach finansowych w środę bez jednoznacznego lidera na FX. Dolar zatrzymał wzrosty z poprzednich dni, ale rynek już nie wykorzystuje takich sytuacji od prędkiej wyprzedaży waluty. Coś się zmieniło w nastawieniu inwestorów. Ponadto funt pozostaje mocny w oczekiwaniu na BoE, a nad złotym zbierają się czarne chmury.

Fascynującym jest, jak szybko w tym tygodniu odmieniło się nastawienie inwestorów do dolara. Fakt, masowa wyprzedaż z ubiegłego tygodnia zasługiwała na korekcyjne odreagowanie, ale wtorkowy handel nie przypominał polowania na dołek, by prędko odnowić pozycje. Na koniec dnia wyraźnie silniejsze względem USD były tylko GBP, SEK i NZD, ale w tych przypadkach to czynniki leżące po stronie tych walut (inflacja w Wlk. Brytanii, i Szwecji, sondaż wyborczy w Nowej Zelandii) zdecydowały o finalnym wyniku.

Handel na FX w ostatnich dwóch tygodniach był na tyle chaotyczny, że trudno do końca stwierdzić, czy mamy do czynienia tylko z przejściową kapitulacją sprzedających dolara (naruszenie stop lossów), czy dochodzi do istotnego zwrotu sentymentu. Za tym drugim przemawiają jednak dwa elementy. Po pierwsze, silne odczyty inflacji CPI z Wielkiej Brytanii i Szwecji pobudzają apetyt przed jutrzejszym odczytem z USA. A przerwanie passy 5 miesięcy rozczarowań może zagwarantować bardziej optymistyczny wydźwięk przyszłotygodniowego posiedzenia FOMC. Po drugie, rynek długu idzie w tandemie z dolarem – rentowności 10-latek USA odbiły z 2,02 proc. do 2,17 proc. i wymazały spadek wywołany słabym NFP i obawami o Koreę Północną i limit zadłużenia. Dalszy wzrost rentowności będzie solidnym wsparciem dla podtrzymania umocnienia USD.

Mimo wszystko jednak handel na FX nie będzie grą do jednej bramki. Inwestorzy w dalszym ciągu podbierają EUR/USD, widząc mocniejsze argumenty za euro. Komentarze przedstawicieli ECB (dziś wieczorem Praet) stanowią gołębie ryzyko, ale jak na razie żaden z przemawiających w tym tygodniu decydentów nie wykorzystał szansy. USD/JPY ma łatwiejszą drogę w górę przy wyższej wrażliwości na zachowanie rynku długu USA oraz dobry klimat na rynku akcji (korelacja z Nikkei). GBP/USD mocniej rozgrywa jastrzębie oczekiwania przed jutrzejszym posiedzeniem BoE. Dziś uwaga skupi się na raporcie z rynku pracy Wielkiej Brytanii, a dokładniej na wynagrodzeniach. Silny odczyt da paliwo dla dalszego rajdu GBP/USD, choć spora droga już za nami, więc każdy kolejny pips będzie trudniejszy do zdobycia. Ponadto zakładamy neutralny wydźwięk komunikatu BoE (choć ryzyka przeważają po jastrzębiej stronie), co może być katalizatorem realizacji zysków z rajdu funta, ale korekta będzie okazją do kupna.

EUR/PLN skoczył wczoraj pod 4,27 po informacji, że Komisja Europejska przeszła do drugiego etapu procedury wobec Polski w sprawie ustawy o ustroju sądów powszechnych. Polska ma 30 dni na odniesienie do zastrzeżeń komisarzy, w przeciwnym wypadku sprawa trafi do Trybunału Sprawiedliwości. Choć cała procedura nie prowadzi jeszcze do nałożenia kar i zawieszenia prawa głosu Polski w Brukseli (a z wetem Węgier jest to mało prawdopodobne), to jednak inwestorom zostało przypomniane ryzyko polityczne unoszące się nad polskimi aktywami, które może potęgować frustrację posiadaczy długich pozycji w złotym. EUR/PLN całe wakacje nie wykazywał energii do zaatakowania tegorocznych minimów i możemy być blisko momentu, w którym czara się przeleje, a inwestorzy zaczną wychodzić ze złotego w poszukiwaniu atrakcyjniejszych rynków. Biorąc pod uwagę, że RPP gasi wszelkie jastrzębie nadzieje i niemal gwarantuje brak podwyżek do końca przyszłego roku, nie będzie niespodzianką, jeśli wkrótce nisko oprocentowany złoty stanie się walutą finansującą carry trade na rzecz walut o wysokich stopach procentowych. W takim wypadku EUR/PLN może z łatwością przetestować 4,30.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Złoty czeka na nowe impulsy, gorąco wciąż może być na GBP/PLN

W środę uwaga inwestorów przeniesie się z polityki, która wczoraj zdecydowała o losach złotego, na dane makroekonomiczne. Ponownie gorąco może być na GBP/PLN.

Środowy poranek przynosi niewielkie wahania złotego, po tym jak wczoraj osłabił się on do większości walut. W tym mocno do funta. O godzinie 08:33 za euro trzeba było zapłacić 4,2575 zł, dolar kosztował 3,5540 zł, frank 3,70 zł, a funt 4,7290 zł. Nastoje na rynkach globalnych są umiarkowanie pozytywne. Dziś w centrum uwagi inwestorów z rynku walutowego znajdą się przede wszystkim dane makroekonomiczne. To one zdecydują o tym, na jakich poziomach zakończą dzień polskie pary.

Wczoraj złoty stracił na wartości po tym, jak Komisja Europejska poinformowała, że przeszła do drugiego etapu w procedurze praworządności przeciwko Polsce ws. zmian w sądownictwie. Swoje „pięć groszy” do tego osłabienia dorzuciło ponadto słabe zachowanie innych walut regionu (w tym węgierskiego forinta), a także wyprzedaż akcji, jaka w drugiej połowie dnia, miała miejsce na giełdzie w Warszawie. Pod koniec dnia nastroje tylko trochę poprawiła agencja S&P, która wczoraj przyznała, że prawdopodobne jest podwyższenie prognoz dla polskiej gospodarki. Będzie to mieć miejsce przy okazji zaplanowanego na 20 października przeglądu polskiego ratingu. Nie jest wykluczone, że wówczas podniesione zostaną nie tylko prognozy, ale również ocena wiarygodności kredytowej polskiej gospodarki (raczej perspektywa ratingu niż sam rating).

We wtorek złoty najmocniej stracił do funta, który podrożał o ponad 5 gr, a od dołka z końca sierpnia aż o 18 gr. Dziś ponownie gorąco może być na tej walucie. Po tym jak wczoraj inwestorzy poznali dane o wyższej od prognoz sierpniowej inflacji konsumenckiej i producenckiej w Wielkiej Brytanii, co stało się impulsem do umocnienia funta, windując notowania GBP/PLN w ciągu dnia do prawie 4,75 zł, dziś zostaną opublikowane dane z tamtejszego rynku pracy.

O godzinie 10:30 inwestorzy poznają lipcowe dane nt. stopy bezrobocia (prognoza: 4,4 proc.) i średnich tygodniowych wynagrodzeń (prognoza: 2,3 proc. R/R), a także sierpniowe dane nt. liczby wniosków o zasiłki dla bezrobotnych (prognoza: +0,6 tys.). Poprawa na rynku pracy, zwłaszcza jeżeli będzie szła w parze z silniejszym od oczekiwań wzrostem płac, może stać się kolejnym impulsem wzmacniającym funta, stawiając jednocześnie Bank Anglii w trudniej sytuacji. Jednak i bez tego czwartkowe posiedzenie banku będzie jednym z ciekawszych w ostatnich miesiącach. Bank obecnie bowiem balansuje na cienkiej linie pomiędzy wspieraniem gospodarki, która ucierpi przez brexit, a przeciwdziałaniem inflacji, która jest najwyższa od 4 lat.

Raport z brytyjskiego rynku pracy nie będzie jedynym, który może dziś przysporzyć emocji na rynku walutowym. Przed południem zostaną jeszcze opublikowane dane o produkcji przemysłowej w lipcu w strefie euro (prognoza: 3,4 proc. R/R). Po południu zaś inwestorzy poznają lipcowe saldo rachunku bieżącego Polski (prognoza: -675 mln EUR) i kluczowe w dniu dzisiejszym sierpniowe dane nt. inflacji producenckiej w USA (prognoza: 2,5 proc. R/R). Te ostatnie będą wprost odnoszone do przyszłotygodniowej decyzji Fed ws. polityki monetarnej.

O ile dane z Eurolandu i Polski mogą mieć tylko niewielki wpływ na wahania złotego, to już raport z USA może istotnie wpłynąć na nastroje na rynkach finansowych, pośrednio determinując zachowanie polskiej waluty. Wyższa od prognoz inflacja sprawi, że wróci temat podwyżek stóp procentowych przez Fed (póki co rynek w pełni wycenia kolejną podwyżkę dopiero w połowie 2018 roku), co wzmocni dolara i osłabi złotego nie tylko wobec „zielonego”, ale również wobec innych walut. Dane o niższej inflacji staną się impulsem do przeceny dolara, co bezpośrednio przełoży się na spadek notowań USD/PLN.

Również w kolejnych dniach dane makroekonomiczne pozostaną kluczowym elementem tej walutowej układanki. W czwartek zostaną opublikowane m.in. raporty o inflacji CPI w USA, produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej w Chinach, natomiast o polityce monetarnej będzie decydował wspomniany już Bank Anglii, a także Narodowy Bank Szwajcarii. W piątek w centrum uwagi będą amerykańskie raporty o produkcji przemysłowej, sprzedaży detalicznej, indeksy NY Empire State i Uniwersytetu Michigan, a także liczne wystąpienia przedstawicieli ECB.

Sytuacja na wykresie dziennym EUR/PLN wskazuje na prawdopodobne wahania tej pary w najbliższych dniach w przedziale 4,23-4,27 zł, z późniejszym powrotem notowań w okolice oporów zlokalizowanych blisko poziomu 4,30 zł.

Na wykresie USD/PLN trwa wzrostowa korekta w trendzie spadkowym, co skorelowane jest z podobną spadkową korektą na EUR/USD. W tym przypadku 9-miesięczna linia trendu tworzy opór na poziomie 3,60 zł. Jego przełamanie mogłoby zmienić układ sił na USD/PLN. Dopóki to nie nastąpi trzeba się liczyć ze spadkiem do 3,50 zł.

Ostatnie wzrosty wywindowały notowania GBP/PLN na jednomiesięczne maksima. Pomimo, że ruch do góry jest bardzo dynamiczny, to wciąż należy go klasyfikować jako korektę w trendzie spadkowym. Układ sił zmieniłby się dopiero w momencie wybicia powyżej 4,87 zł, gdzie opór tworzy 9-miesięczna linia bessy.

W trendzie spadkowym znajduje się również para CHF/PLN. W odróżnieniu jednak od USD/PLN i GBP/PLN, w tym przypadku jest spore ryzyko przetestowania jeszcze w tym tygodniu sierpniowego dołka (3,6765 zł). Aczkolwiek już jego przełamanie nie będzie prostą sprawą. Na gruncie analizy wykresu dziennego bardziej prawdopodobne jest odbicie od niego i ruch w górę.

Marcin Kiepas, niezależny analityk

Rynek nieruchomości dynamicznie rośnie. Technologie wirtualnej rzeczywistości pomagają w sprzedaży mieszkań na rynku pierwotnym

Rynek nieruchomości dynamicznie rośnie. Technologie wirtualnej rzeczywistości pomagają w sprzedaży mieszkań na rynku pierwotnym 1

Klienci rynku pierwotnego często kupują dziurę w ziemi. Dlatego powstają nowe rozwiązania, oparte na technologii wirtualnej rzeczywistości, które pomagają w zwizualizowaniu sprzedawanych mieszkań i całych osiedli. Do 2020 r. wartość rynku wirtualnej rzeczywistości ma wynieść 28 mld dolarów. Rynek nieruchomości również bardzo dynamicznie się rozwija, a Polacy kupują coraz więcej mieszkań.

Według raportu „Raport o stanie rynku nieruchomości Wiosna 2017”, sporządzonego przez mBank Hipoteczny, liczba mieszkań oddanych do użytkowania lub których budowę rozpoczęto w 2016 r. pozostaje w trendzie wzrostowym, osiągając najlepsze wyniki od 2008 r. W ubiegłym roku oddano do użytkowania 162,7 tys. nowych mieszkań w Polsce. Na rynku pierwotnym wprowadzono do oferty 65 tys. nowych lokali mieszkalnych, zaś sprzedano blisko 62 tys. mieszkań. Nowe technologie na rynku nieruchomości są ważne głównie ze względu na specyfikę rynku pierwotnego.

– Niewątpliwie rynek nieruchomości ma spory potencjał, jeśli chodzi o wykorzystywanie nowoczesnych technologii, ponieważ sprzedajemy produkt specyficzny. Specyficzny dlatego, że często nie ma go w pierwszym okresie budowy, często mamy do czynienia z tzw. dziurą w ziemi. Wykorzystywanie nowych technologii zdecydowanie ułatwia nam, a także klientom, zwizualizowanie sobie przyszłego mieszkania czy osiedla – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Piotr Kijanka, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu w Grupie Deweloperskiej Geo.

Wizualizacje projektu budynku w formie cyfrowej dostępne są niemal od początku rozwoju trójwymiarowej grafiki komputerowej. Dziś z pomocą komputera możemy nie tylko zaplanować ułożenie pokojów w naszym wymarzonym domu, lecz także zwiedzić go za pomocą wirtualnej rzeczywistości. Agencje nieruchomości już teraz starają się wykorzystać możliwości robienia zdjęć wnętrza domu w taki sposób, aby potencjalni klienci sami mogli „pospacerować” po interesującym ich domu.

– Na rynku jest dostępnych coraz więcej rozwiązań czy narzędzi, z których korzystamy, mających na celu różnego rodzaju odbywanie wirtualnych spacerów po terenie osiedla czy nawet po mieszkaniu. Nowością są wirtualne hełmy – świetne rozwiązanie, które pozwala z dowolnego miejsca zabrać klienta w podróż po przyszłym osiedlu czy mieszkaniu, nie ruszając się z miejsca, w którym rozmawiamy – wyjaśnia Piotr Kijanka.

Jak wynika z raportu „Virtual Reality Market and Consumers” firmy analitycznej Superdata, do 2020 r. wartość rynku wirtualnej rzeczywistości wzrośnie 15-krotnie w porównaniu z 2016 r. i osiągnie poziom 28 mld dol. Już w 2017 roku wartość tego rynku ma się podwoić w stosunku do roku ubiegłego i wyniesie 3,7 mld dol. Technologia wirtualnej rzeczywiści rośnie dynamicznie m.in. na rynku nieruchomości.

– Wirtualna rzeczywistość pozwala się nam przenieść do istniejących oraz dopiero planowanych lub budowanych nieruchomości. Nie wychodząc z domu, szybko i bez zbędnych komplikacji możemy się przenieść do dowolnej nieruchomości i poznać ją tak dokładnie, jak byśmy robili to w rzeczywistości. Przed wizytą na budowie możemy się dokładnie przyjrzeć interesującemu nas mieszkaniu i sprawdzić, czy spełnia swoje funkcje, a nawet urządzić je. Możemy wejść do domu, którego projekty chcemy kupić, a nawet postawić go na swojej działce – twierdzi Rafał Krzywda, właściciel portalu WirtualnyDom.com.

Według przewidywań analityków Superdata większość wartości rynku VR w 2020 r. stanowić będą usługi oraz oprogramowanie VR (16 mld dol.). Obecnie to sprzedaż sprzętu przeważa na rynku VR. W 2017 roku wartość sprzedanego sprzętu VR wyniesie 2,7 mld dol., podczas gdy wartość oprogramowania i usług VR nieznacznie przekroczy 1 mld dol. Wśród dynamicznie rosnącego rynku usług i oprogramowania do wirtualnej rzeczywistości już dzisiaj swoje miejsce mają wirtualne spacery na rynku nieruchomości.

– Dzisiaj traktujemy wirtualna rzeczywistość jeszcze jako ciekawostkę i nowość, ale bez wątpienia za kilka lat stanie się ona standardem i będzie powszechnie stosowana. Jaki sens ma teraz wykorzystanie tradycyjnej makiety nieruchomości z tektury, skoro zakładając klientowi hełm możemy przenieść go do super realistycznej kopii naszej nieruchomości, wprowadzić go do mieszkania oraz pozwolić mu na interakcje z nimi – tłumaczy Rafał Krzywda, właściciel portalu WirtualnyDom.com.

Bankomaty przyszłości będą wyposażone w funkcje znane z tabletów. Wirtualni asystenci i połączenia wideo to najnowsze trendy

Bankomaty przyszłości będą wyposażone w funkcje znane z tabletów. Wirtualni asystenci i połączenia wideo to najnowsze trendy 2

W Polsce cały czas rośnie liczba bankomatów i są one coraz bardziej nowoczesne. Według raportu PRNews.pl na koniec czerwca 2017 r. w Polsce działało 23,5 tys. bankomatów, o 108 więcej niż na koniec poprzedniego kwartału. Automatyzacja i nowoczesne technologie z jednej strony wpływają na wzrost transakcji bezgotówkowych i internetowych, z drugiej zaś przyczyniają się do likwidacji tysięcy miejsc pracy w sektorze bankowym. Coraz ważniejszym aspektem jest bezpieczeństwo transakcji i wypłat z bankomatów.

– Dekadę temu myśleliśmy, że problem bezpieczeństwa bankomatów będzie coraz mniej istotny, ale staje się coraz bardziej istotny. Staramy się na różne sposoby zabezpieczać bankomaty. To są kwestie bezpieczeństwa fizycznego, takie jak odpowiednie sejfy, które chronią gotówkę, systemy czujników, które zabezpieczają bankomat przed ingerencją z zewnątrz czy systemy bezpieczeństwa logicznego, czyli odpowiednie oprogramowanie, które uniemożliwia atak logiczny na bankomat – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Bartłomiej Śliwa, prezes zarządu NCR Polska.

Jak wynika z danych Euronetu, pod koniec 2016 roku w Polsce było co najmniej 5200 bankomatów zbliżeniowych w tej sieci, a na początku tego roku miało do nich dołączyć 200 urządzeń należących do sieci Planet Cash. Bankomaty, które można obsługiwać zbliżeniowo, a zatem bez wkładania karty płatniczej do czytnika. Są one odporne na tzw. skimming, czyli popularną metodę kradzieży danych z karty poprzez skopiowanie paska magnetycznego oraz kradzież kodu PIN. Wraz z duchem czasu zmieniają się nie tylko technologie wypłaty pieniędzy z bankomatów, lecz także sposób interakcji z nimi.

– Technologia pójdzie w tym samym kierunku, w jakim poszły urządzenia mobilne, tzn. interfejs bankomatu będzie coraz bardziej zbliżał się do interfejsu takiego jak tablet, także do sposobu jego obsługi, a to, co będzie kontentem,czyli aplikacja, też będzie zbliżona do tego, co jest na tabletach. Będziemy mieli ikony, aplikacje i w ten sposób będziemy taki bankomat obsługiwać – przewiduje prezes zarządu NCR Polska.

Nowoczesne technologie, rozwój bankowości internetowej i coraz większa automatyzacja na rynku bankowym są jednym z powodów topniejącego zatrudnienia w bankowości. Według raportu „Polska bankowość w liczbach – I kw. 2017” portalu Bankier.pl w zeszłym roku w tym sektorze pracę straciło 3,6 tys. osób, zamknięto zaś 779 placówek. Automatyzacja dotknie także segmentu bankomatów.

– Automatyzacja sektora bankowego idzie w podobnym kierunku jak automatyzacja w wielu innych branżach, tzn. podlegają jej funkcje, które są proste, rutynowe. Wszystko, co jest proste, co da się załatwić poprzez kanał elektroniczny, co już jest dostępne np. na platformach mobilnych, jest też dostępne w bankomacie. Natomiast wszystko, co wymaga dłuższej interakcji, rozmowy, świadomej sprzedaży, świadomej decyzji klienta, to zawsze będzie wymagało interwencji człowieka i dialogu między ludźmi – zapewnia Bartłomiej Śliwa.

W nowoczesnym bankomacie nie chodzi już tylko o wypłatę gotówki. Można w nim założyć konto, złożyć od razu osobisty podpis na dotykowym ekranie, a nawet wykonać zdjęcie weryfikujące za pomocą wbudowanej kamery czy wypłacić pieniądze za pomocą przyłożenia smartfona. Mnogość funkcji nowych bankomatów powoduje potrzebę bezpiecznego i sprawnego przeprowadzenia klienta przez ten proces. Najnowszymi trendami w segmencie bankomatów. są tzw. chatboty oraz wirtualni asystenci.

– W coraz większym stopniu na bankomaty zawita połączenie wideo, coś, co można porównać do Skype’a. Przez bankomat będziemy mogli rozmawiać z doradcą bankowym. Wkrótce w bankomatach zawitają też chatboty, które w coraz większym stopniu są obecne w naszym życiu. Przez bankomat będziemy mogli porozmawiać z doradcą, który de facto jest doradcą wirtualnym, a nie prawdziwym człowiekiem – twierdzi prezes zarządu NCR Polska. – W pewnych środowiskach, na przykład w oddziałach, nie wykluczam voicebotów, czyli coś co odpowiada Alexii albo Siri Apple’a. Będziemy mogli wykorzystać bankomat jako interfejs, przez który będziemy rozmawiać z wirtualnym doradcą po stronie banku – dodaje.

Rośnie rynek systemów ogrzewania postojowego pojazdów. Wzrost przyspiesza rosnąca popularność samochodów elektrycznych

Rośnie rynek systemów ogrzewania postojowego pojazdów. Wzrost przyspiesza rosnąca popularność samochodów elektrycznych 3

W latach 2017–2021 rynek systemów ogrzewania postojowego pojazdów będzie rósł o blisko 4 proc. rocznie, wynika z raportu „Global Automotive Parking Heater Market 2017-2021”. Jednak ze względu na rosnącą popularność samochodów z napędem hybrydowym i elektrycznym, a także ograniczenia administracyjne, jakie dotykają pojazdy z silnikami spalinowymi, również tę kategorię urządzeń czeka prawdziwa rewolucja.

Według raportu „Global EV outlook 2017” agencji International Energy Agency w 2016 r. padł rekord rejestracji samochodów elektrycznych. Sprzedano wówczas 750 tysięcy sztuk na całym świecie. Łącznie po ulicach jeździ już ponad 2 mln pojazdów z napędem elektrycznym. Największym rynkiem są Chiny, w których sprzedaje się ponad 40 proc. spośród wszystkich sprzedawanych samochodów elektrycznych.

– W najbliższym czasie technologia ogrzewania postojowego pójdzie w kierunku pojazdów elektrycznych. Jak mówią przeglądy rynku motoryzacyjnego, niektóre kraje już zapowiadają, że samochody napędzane silnikiem diesla czy benzynowym będą wypierane przez samochody elektryczne, a nawet będzie zakaz ich stosowania, stąd nasze agregaty grzewcze przechodzą z zasilania paliwem na zasilanie elektryczne – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Kamil Kleczewski, ‎Sales and Marketing Director w firmie Webasto.

Globalny rynek systemów ogrzewania postojowego ma rosnąć w latach 2017–2021 średnio 3,72 proc. rocznie, by w 2021 r. osiągnąć poziom 25 mln sprzedanych egzemplarzy, wynika z raportu „Global Automotive Parking Heater Market 2017–2021”, sporządzonego przez firmę badawczą Technavio. Technologia ogrzewania postojowego coraz mocniej odchodzi od rozwiązań opartych na silnikach spalinowych, idąc w kierunku wymagań, jakie stawiają pojazdy z napędem elektrycznym.

– Ogrzewanie postojowe jest cały czas produktem konsumenckim do zapewnienia komfortu w pojazdach, natomiast elektromobilność wpływa na to, że pojawiają się nowe rozwiązania. Nowe agregaty elektryczne zasilane z gniazdka 230V bądź agregaty wysokonapięciowe to rozwiązania typowe dla pojazdów elektrycznych, które oprócz tego, że pozwalają na zapewnienie komfortu w pojeździe, to mają dodatkowo funkcje technologiczne, chociażby podgrzewanie akumulatorów, które w pojazdach elektrycznych muszą być wykorzystywane w specjalnych warunkach – tłumaczy Kamil Kleczewski.

W niektórych krajach, np. skandynawskich, tego typu instalacje montowane są już fabrycznie, a na rynku można znaleźć też wiele niezależnych zakładów, które specjalizują się w tego typu usługach. Montaż pełnej, tradycyjnej instalacji ogrzewania postojowego to z reguły koszt ok. 3–5 tys. zł, natomiast samochody z napędem elektrycznym wymagają zastosowania zupełnie innych technologii. Ich popularność jednak błyskawicznie rośnie.

– W przypadku pojazdów w 100 proc. elektrycznych Webasto zapewnia ogrzewanie poprzez wysokonapięciowe agregaty HVH. Produkcja wzrasta logarytmicznie, dostarczamy to ogrzewanie do Volvo, do Toyoty, jesteśmy zmuszeni budować kolejne fabryki, aby sprostać zapotrzebowaniu – twierdzi przedstawiciel Webasto.

Jedną z barier korzystania z samochodów elektrycznych jest stosunkowo nieduża liczba stacji do ładowania takich pojazdów. Jednak jak wynika z analizy firmy Nissan, w Japonii liczba punktów do ładowania aut elektrycznych już przewyższyła liczbę tradycyjnych stacji benzynowych, a w Wielkiej Brytanii ma przewyższyć do 2020 r.

– Webasto współpracowało z firmami, które rozwijały technologię elektromobilności, i w tej chwili jest w stanie zaoferować również stacje ładujące pojazdy elektryczne według standardów, które można zastosować w domu czy w komercyjnym biznesie, wybudować stacje ładowania na parkingach publicznych – zapewnia Kamil Kleczewski.

W 2016 r. 55 proc. systemów ogrzewania postojowego instalowanych było w Ameryce – wynika z raportu Technavio. Spowodowane jest to przede wszystkim ekstremalnymi warunkami klimatycznymi w tym regionie. W regionie EMEA (Europa, Bliski Wschód i Afryka) rynek systemów ogrzewania postojowego – według przewidywań Technavio – osiągnie w 2021 r. liczbę 9,5 mln zainstalowanych egzemplarzy. Najszybciej rozwijać się będzie jednak rynek azjatycki – przewidywany wzrost dla tego rynku do 2021 r. ma wynieść 14 proc. Z danych sprzedaży firmy Webasto wynika, że już w 2016 roku Chiny były największym odbiorcą jej rozwiązań ogrzewania postojowego z aż 31-proc. udziałem w rynku. Drugim rynkiem były Niemcy z 19-proc. udziału.

Cyberterroryzm jest coraz groźniejszym zjawiskiem. W zeszłym roku w Polsce doszło do 200 milionów cyberataków

Cyberterroryzm jest coraz groźniejszym zjawiskiem. W zeszłym roku w Polsce doszło do 200 milionów cyberataków 4

Niemal jedna piąta polskich firm objętych badaniem firm Cube Research, EY oraz Chubb zanotowała w zeszłym roku co najmniej pięć znaczących incydentów naruszenia bezpieczeństwa. Dane te mogą jednak nie być pełne, ponieważ 40 proc. zbadanych firm nie dysponowało narzędziami, które umożliwiłyby wykrycie zagrożeń we własnej sieci informatycznej. Według ekspertów cyberterroryzm jest coraz groźniejszym zjawiskiem, które dotyka coraz więcej ludzi.

Polskie firmy mają coraz większą świadomość zagrożeń, jakie płyną z sieci internetowej. Jak wynika z raportu „Cyberbezpieczeństwo firm”, w 2016 roku 23 proc. badanych firm zwiększyło nakłady finansowe przeznaczone na cyberbezpieczeństwo, zaś w przypadku 46 proc. pozostały one na niezmienionym poziomie. Jedynie 6 proc. przedsiębiorstw zdecydowało się na zmniejszenie budżetów związanych z zapewnieniem bezpieczeństwa informatycznego.

– W ubiegłym roku zespół CERT Polska, czyli zespół reagowania na incydenty komputerowe o statusie narodowym w Narodowym Centrum Cyberbezpieczeństwa, obsłużył około 2 tys. incydentów. Natomiast zgodnie z ich automatycznym systemem zgłoszeń, który działa na podstawie analizy całego ruchu sieciowego, było to około 200 milionów zdarzeń dotyczących urządzeń końcowych z Polski – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Kamil Gapiński z Fundacji Bezpieczna Cyberprzestrzeń.

Liczba incydentów notowanych przez zespół CERT Polska rośnie, począwszy od 2011 roku, w którym obsłużono 605 przypadków. W 2016 roku incydentów komputerowych było już 1926. Wśród incydentów zanotowanych w 2016 roku, ponad połowa dotyczyła oszustw komputerowych, takich jak kradzież tożsamości. Zdecydowana większość z nich nie wyczerpuje jednak znamion cyberterroryzmu.

– Cyberterroryzm pojawia się wówczas, gdy poprzez wrogą aktywność w sieci, mamy konsekwencje w świecie fizycznym, czyli dochodzi do uszczerbku na zdrowiu czy do poważnego uszczerbku mienia. W zasadzie takich ataków nie ma dużo. Tych, o których wiemy, było kilka, natomiast nie jest to proceder, który dzieje się codziennie – twierdzi Kamil Gapiński.

Cyberatak typu ransomware WannaCry jest jednym z największych w historii. Wirus infekował komputery z systemem Windows, szyfrując pliki znajdujące się na nich. Następnie żądał relatywnie niskiego okupu w kryptowalucie Bitcoin (o równowartości 300–600 dolarów) za odblokowanie dostępu do komputera. Według raportu „WannaCry Ransomware Attack Summary” stworzonego przez Norton Rose Fulbright zainfekowanych zostało co najmniej 100 tys. firm i organizacji w 150 krajach.

– Tegoroczne ataki WannaCry czy Not Petya były bliskie cyberterroryzmowi z tego względu, że zostały zaatakowane duże przedsiębiorstwa, fabryki oraz np. sektor zdrowia, gdzie sparaliżowane zostały systemy i komputery, wpływa to w mojej ocenie na stabilność gospodarki i bezpieczeństwo społeczeństwa –twierdzi ekspert.

Według firmy CheckPoint, zajmującej się cyberbezpieczeństwem, największym zagrożeniem ze strony cyberprzestępców i cyberterrorystów będą w najbliższym czasie smartfony i mobilne systemy operacyjne, internet rzeczy, usługi chmurowe oraz infrastruktura krytyczna.

– Zarówno ataki, które chcą paraliżować systemy komputerowe, jak i ataki stricte na infrastrukturę krytyczną, przemysłową, to niestety to, czego musimy się obawiać i co musimy wziąć pod uwagę, projektując nasze systemy – przekonuje Kamil Gapiński.

Ile tracą państwa przez kataklizmy, anomalie pogodowe i ocieplenie klimatu?

Coraz częściej kataklizmy pogodowe mają istotne znaczenie dla warunków życia ludności, ich majątku, a także całej gospodarki na naszym globie. W ostatnim czasie wystąpiły różne anomalia pogodowe – huragan Irma w Stanach Zjednoczony i na Karaibach, trzęsienie ziemi w Meksyku czy nawałnice w Polsce. Od 1980 roku odnotowano blisko 11 tysięcy kataklizmów pogodowych, które przyczyniły się do śmierci ok. 600 tysięcy osób, a wiele innych osób zmusiły do opuszczenia swoich domów.

– Łączny koszt tych kataklizmów szacowany jest  na ok. 1 bilion dolarów – powiedział agencji eNewsroom.pl Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Regionie Europy Centralnej – Zgodnie z szacunkami anomalie pogodowe – takie jak śnieżyce z poprzednich lat w USA – przyczyniały się do spowolnienia tempa wzrostu gospodarczego. W ujęciu jednego kwartału PKB Stanów Zjednoczonych był niższy prawie o połowę w związku z dużymi śnieżycami, które nawiedziły ten kraj. Trwające ocieplenie klimatu dodatkowo przyczynia się do powrotu groźnych chorób. Oczekuje się, że do 2050 roku wróci malaria w krajach takich, jak Brazylia, południe USA lub zachodnia część Chin. Te wszystkie czynniki mogą powodować, że emigracja z tych regionów będzie rosła – znajdzie to odzwierciedlenie w gospodarkach danych regionów i krajów. Występowanie kataklizmów pogodowych wiąże się z dosyć dużym czynnikiem niepewności i są one trudne to przewidzenia – zwłaszcza w szerszym zakresie czasu. Nawet gdy da się je przewidzieć, to w danym regionie można mówić o wzroście popytu na produkty żywnościowe oraz produkty pozwalające na zabezpieczenie się przed konsekwencjami żywiołów. W żaden sposób nie będą one rekompensować spadku aktywności gospodarczej i szkód dla gospodarki, które ciągną się przez kilka lat po wystąpieniu poszczególnych żywiołów – ocenił Sielewicz.

Chiny chcą zacieśniać relacje biznesowe z Polakami. Liczba chińskich inwestycji nad Wisłą wzrosła w ciągu roku dwukrotnie

Chiny chcą zacieśniać relacje biznesowe z Polakami. Liczba chińskich inwestycji nad Wisłą wzrosła w ciągu roku dwukrotnie 5

Rośnie wymiana handlowa z Chinami. Choć dominuje import, to tylko w I połowie 2017 r. eksport z Polski wzrósł o niemal 20 proc. Wyraźnie ożywiły się też chińskie inwestycje nad Wisłą. W ciągu roku ich liczba wzrosła dwukrotnie, a wartość przekroczyła 636 mln euro. Prowadzenie biznesu z Państwem Środka to jednak spore wyzwania, w dużej mierze ze względu na różnice kulturowe. Dlatego 14 września ruszają Targi China Expo – China Brand Show Poland 2017. Chcemy nauczyć Polaków, jak współpracować z Chinami, nie tylko jak importować, ale jak sprzedawać – zapowiada Bartosz Sosnowski, wiceprezes zarządu Centrum Targowo-Kongresowego.

Wymiana handlowa z Chińską Republiką Ludową jest na naszą niekorzyść. Mamy duży deficyt w naszej wymianie handlowej, ale z roku na rok liczby wydają się być coraz bardziej optymistyczne. Dynamika wzrostu eksportu polskich przedsiębiorców do Chin to prawie 20 proc. rok do roku, natomiast wciąż jest to 10 proc. tego, co importujemy z Chin – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bartosz Sosnowski, wiceprezes zarządu Centrum Targowo-Kongresowego.

Dane GUS wskazują, że w I półroczu 2017 roku import z Chin do Polski wzrósł o 10 proc. i wyniósł blisko 49,3 mld zł. Towary sprowadzane z Chin stanowią 11,7 proc. krajowego importu. W tym samym okresie eksport z Polski sięgnął 5 mld zł, jednak w ciągu 6 miesięcy wzrósł o 19 proc.

Aby poprawić bilans handlowy z Chinami, należy próbować wejść na tamte rynki i eksportować coraz więcej. To wymaga know-how, nakładów inwestycyjnych, ale wymaga też starań. Obecnie istnieje dużo możliwości w sektorach związanych z żywnością, z ekologią, z sektorem wydobycia surowców mineralnych – wymienia Sosnowski.

Chiny chcą zacieśniać relacje biznesowe z Polakami nie tylko przez import. W Państwie Środka rośnie zainteresowanie naszymi produktami. Jak tłumaczy ekspert, w dużej mierze to efekt mody na egzotyczne produkty u chińskiej klasy średniej, a za takie uważane są towary z Polski.

Dynamika wymiany handlowej będzie coraz lepsza, jednak w skali globalnej jesteśmy małym państwem, mamy mniej mieszkańców niż większość chińskich prowincji. To będzie trudne do osiągnięcia, oni są wielkim eksporterem i producentem, mają coraz lepszą jakość za bardzo niską cenę, natomiast my mamy pewne wartości i pewne sektory, w których jesteśmy bardzo mocni, np. sektor żywności, gdzie upatrywałbym szansy dla polskich producentów – ocenia ekspert.

Potencjał polsko-chińskiej wymiany handlowej jest bardzo duży. Chińskie produkty, choć wciąż tanie, są coraz lepszej jakości. Coraz więcej polskich firm stara się zaistnieć na rynku Chin, dominują produkty spożywcze i kosmetyki. Jak zaznacza Sosnowski, problemem jest dość długi czas certyfikacji danego produktu i dopuszczenie go do obrotu.

Różnice kulturowe mają bardzo duży wpływ na to, czy uda nam się zrobić biznes z Chińczykami, czy też nie, tego trzeba się nauczyć. Nie jest to oczywiście kluczowy element, ale jest bardzo istotny, to ludzie, którzy inaczej pracują, inaczej zachowują się podczas negocjacji, tego wszystkiego trzeba się nauczyć – przekonuje wiceprezes zarządu Centrum Targowo-Kongresowego.

Z danych wynika, że ożywił się też chiński biznes nad Wisłą. W ciągu roku dwukrotnie wzrosła liczba bezpośrednich inwestycji chińskich w Polsce, nad którymi pracuje PAIH, a ich wartość ponadpięciokrotnie – ze 117 mln euro w lipcu 2016 roku do ponad 636,5 mln euro obecnie.

Mamy polskie firmy globalne w Chinach, choćby KGHM ma tam spółki wydobywcze. Polskich inwestycji w Chinach jest stosunkowo niewiele, natomiast inwestycje bezpośrednie z Chin w Polsce rosną w tempie bardzo szybkim – ocenia Sosnowski.

 Na rozwój wzajemnych relacji handlowych i inwestycyjnych duży wpływ ma Nowy Jedwabny Szlak. Polska może stać się jego europejskim węzłem logistycznym.

Jest to niewątpliwie ogromna szansa dla Polski, stworzenie hubu logistycznego spowoduje wzrost zatrudnienia, wzrost inwestycji bezpośrednich i ogromną szansę dla polskich producentów, aby eksportować do Chin. Wiadomo, że kontenery będą obłożone, jadąc z Chin do Europy, natomiast powrót na pusto jest nieopłacalny, coś trzeba będzie tam wozić, miejmy nadzieję, że będą to polskie produkty – podkreśla ekspert.

Jak przekonuje Sosnowski, dla firm, które chcą szerzej zaistnieć na zagranicznych rynkach, obecność na rynku chińskim jest obowiązkowa.

Wejście na rynek chiński daje polskim przedsiębiorcom wejście na rynek wart miliardy, to miliardy potencjalnych konsumentów, to nieporównywalne do rynku lokalnego czy europejskiego. Obecność na rynku w Chinach z dobrym produktem, który cieszy się popularnością, jest w mojej ocenie dla firm, które planują jakąkolwiek ekspansję poza granice kraju, niezbędne – ocenia przedstawiciel Centrum Targowo-Kongresowego.

Różnice kulturowe, trudności z nawiązaniem kontaktu i przede wszystkim słabe możliwości zaistnienia na chińskim rynku sprawiają, że wciąż jeszcze stosunkowo mało przedsiębiorców próbuje podbić azjatycki rynek. Konieczna jest pomoc na poziomie dyplomacji gospodarczej, ale też przybliżenie chińskich firm i pomoc w nawiązaniu kontaktu. Temu mają służyć Targi China Expo – China Brand Show Poland 2017 w dniach 14–16 września 2017 roku. Na tegoroczną edycję, organizowaną pod patronatem PAIH, wybierają się nad Wisłę producenci z 7 prowincji z Państwa Środka: Fujian, Guangdong, Jiangsu, Zhejiang, Hebei, Henan oraz Shanxi.

To targi, które z jednej strony mają przybliżyć producentów chińskich czy bezpośrednio fabryki, które przyjeżdżają tutaj się wystawić z polskimi importerami, ale przede wszystkim chcemy nauczyć Polaków podczas szeregu paneli, szkoleń i wystąpień, jak z Chinami współpracować – nie tylko jak importować, lecz także jak zacząć tam sprzedawać. Organizujemy sesje B2B, gdzie przyjeżdżają delegacje z różnych prowincji chińskich, aby nawiązywać współpracę – zapowiada Bartosz Sosnowski.

Z kryptowalut do prawdziwego świata finansów. Technologia blockchain może zrewolucjonizować rynek płatności

Z kryptowalut do prawdziwego świata finansów. Technologia blockchain może zrewolucjonizować rynek płatności 6

Technologia blockchain do tej pory stosowana głównie w kryptowalutach zaczęła być postrzegana jako ważny element systemu finansowego. Kryptowaluty w przyszłości mogą awansować do rangi walut narodowych. Blockchain będzie mieć również dużo szersze zastosowanie poza sektorem finansowym. Dzięki temu, że jest to technologia bardzo bezpieczna, może służyć np. do weryfikacji tożsamości, prowadzenia elektronicznych rejestrów praw własności czy do organizowania zdalnych systemów do głosowania.

– Dużo się zmieniło w postrzeganiu technologii blockchain. Weszła ona przebojem na salony i zaczyna być postrzegana jako kluczowa dla przyszłości przez świat szeroko pojętych finansów, świata polityki, biznesu oraz przez podmioty wdrażające technologie IT w środowiskach biznesowych – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Ernest Frankowski, partner w firmie Deloitte. – Blockchain oznacza potencjalnie niższe koszty funkcjonowania systemu finansowego i jego większe bezpieczeństwo w sensie technicznym.

Blockchain to system do zatwierdzania, przesyłania i przechowywania informacji o transakcjach zawartych w sieci (zdalnie). Transakcje układane są w bloki danych, które po ich zatwierdzeniu i zapełnieniu transakcjami do określonego limitu, zaczynają tworzyć kolejny blok. W efekcie powstaje łańcuch bloków (stąd nazwa „blockchain”), w którym zmiana danych transakcji w jednym bloku zmienia wszystkie bloki (co stanowi o bezpieczeństwie i pewności danych zawartych w blokach blockchain). Taka rozproszona księga transakcji jest przechowywana na maszynach uczestników systemu (na zasadzie peer-to-peer), stąd także inna nazwa blockchain: Distributed Ledger.

– Blockchain jest już technologią dosyć znaną i obecną w świadomości osób interesujących się tym, jak funkcjonują systemy finansowe, technologie informatyczne i jak można je wykorzystywać biznesowo. Relatywna powszechność świadomości istnienia blockchain i np. jego najpopularniejsze implementacje w postaci kryptowalut nie przekładają się jednak na dogłębne rozumienie tej technologii od strony technicznej – zauważa Ernest Frankowski.

Blockchain jest obecnie wiązany (na poziomie także skojarzeń) przede wszystkim z kryptowalutami. Jednak przyszłość blockchain może leżeć także w wykorzystaniu tej technologii poza światem kryptowalut. Jak ocenia Ernest Frankowski, z dużym prawdopodobieństwem można ocenić, że w ramach otwartego społeczeństwa internetowego część krajów zacznie wprowadzać narodowe kryptowaluty, a także system do e-votingu czy powszechne systemy e-notarialne czy e-katastry.

– Takie analizy już są prowadzone przez wiele państw. W ramach takiego działania technologia blockchain zostanie wykorzystana do stworzenia narodowej kryptowaluty przy wprowadzeniu centralizacji takiej implementacji wynikającej z udziału np. banku centralnego danego państwa w tym przedsięwzięciu. Na pewno dalej będą funkcjonowały kryptowaluty oparte na otwartych implementacjach blockchain – przekonuje przedstawiciel Deloitte.

Blockchain może się stać w przyszłości dominującą technologią w systemie finansowym, jednak zdaniem eksperta byłaby to prawdziwa rewolucja, na którą jeszcze zapewne nie jesteśmy gotowi.

– Nie sądzę, abyśmy wszyscy stali się wkrótce uczestnikami zdecentralizowanego systemu finansowego opartego na otwartym blockchain. Dużo czasu upłynie zanim państwa czy banki centralne będą chciały zrezygnować ze swojej pozycji jako emitentów walut. Czeka nas więc zapewne pewnego rodzaju kohabitacja między światem, który znamy współcześnie, a tym wprowadzanym przez technologię blockchain – tłumaczy Ernest Frankowski.

Blockchain – obecnie kojarzony z kryptowalutami – będzie się jednak rozwijać w wielu innych obszarach. Zaletą tej technologii jest przede wszystkim bezpieczeństwo. Transakcje zapisane w blokach są pewne w swojej treści, a próba zmiany jednego bloku pociągnie za sobą zmiany w całym łańcuchu.

– Za pomocą blockchain można zbudować lepsze systemy do podpisu elektronicznego, a to oznacza pewne uwierzytelnianie stron transakcji i większą pewność obrotu prawnego. Technologia ta może również rozwiązać problem budowy bezpiecznego systemu do e-głosowania. To również potencjał do budowania wszelkiego rodzaju rejestrów, np. rejestrów praw własności do dóbr takich jak nieruchomości. Tak naprawdę zastosowanie technologii blockchain jest o wiele szersze niż same kryptowaluty – podkreśla Ernest Frankowski.

Pracownik może, ale nie musi, wyrazić zgody na to, żeby jego pensja trafiała na rachunek bankowy

Pracodawca nie może wymagać od zatrudnionego, aby ten założył konto bankowe, na które będzie wpływało wynagrodzenie. Nalegając na to, łamie prawo. Wówczas poszkodowany może zgłosić sprawę Państwowej Inspekcji Pracy i ubiegać się o odszkodowanie. W wyjątkowych sytuacjach za uporczywość grozi szefowi nawet sprawa karna.

Pensja może być wpłacana na rachunek bankowy tylko wtedy, gdy pracownik uprzednio i pisemnie wyrazi na to zgodę. To wynika z art. 86 § 3 kodeksu pracy, przepisów dotyczących ochrony wynagrodzenia za pracę, jak również z regulacji międzynarodowej organizacji pracy, art. 5 Konwencji nr 95. Gdyby przekonywanie pracownika do założenia konta w banku było uporczywe, pracodawcy grozi nawet odpowiedzialność karna. Zgodnie z art. 218 § 1a kodeksu karnego, czyn ten zagrożony jest karą grzywny, ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 3. To jednak musiałaby być szczególna sytuacja, polegająca np. na złośliwym naruszaniu praw pracownika. Ponadto, jeśli zatrudniony uzna, że w wyniku wywieranych nacisków poniósł szkodę, może żądać odszkodowania. Jednak w toku postępowania sądowego musiałby wykazać winę pracodawcy, wysokość rzeczywistego uszczerbku majątkowego lub utraconych korzyści oraz związek przyczynowy między działaniem sprawcy a szkodą.

– Jeżeli pracodawca chce wysłać pensję przekazem pocztowym, to również musi najpierw uzyskać pisemną zgodę pracownika na taką formę rozliczenia. Wynagrodzenie powinno być nadane na ostatni podany przez zatrudnionego adres. Jeżeli pracobiorca by się przeprowadził i nie poinformował o tym fakcie firmy, to obowiązek zakładu pracy zostaje uznany za spełniony. Natomiast zawsze oczywiście warto zapytać o aktualne miejsce zamieszkania, przed przesłaniem pieniędzy, aby uniknąć sporów w tym zakresie i ewentualnych przyszłych trudności dowodowych – doradza adwokat Waldemar Gujski z Kancelarii Adwokacko-Radcowskiej Gujski, Zdebiak.

Gdyby jednak okazało się, że pracodawca wysłał przekaz pocztowy, bez pisemnej i wcześniej wyrażonej zgody, a pensję odebrałaby osoba nieuprawniona nawet będąca członkiem rodziny i nie przekazała pracownikowi lub się nie rozliczyła, to firma musiałaby jeszcze raz wypłacić wynagrodzenie. Zdaniem prawnika, w przeciwnym wypadku zakład pracy naraziłby się na proces odszkodowawczy. Jak podkreśla wykładowca z Okręgowej Rady Adwokackiej w Warszawie, jeśli przedsiębiorca uzyskał tylko ustną zgodę pracownika na przesłanie wynagrodzenia przekazem pocztowym, to znaczy, że właściwie nie dostał akceptacji, wymaganej przepisami prawa. Zgodnie z art. 86 § 3 kodeksu pracy, musi być ona wyrażona na piśmie.

– Pracownik może wycofać swoją zgodę na przesyłanie pensji na konto bankowe lub adres domowy. Jeśli zmieni zdanie, to absolutnie ma prawo zgłosić to służbom kadrowym, a pracodawca musi temu zadośćuczynić. Potwierdził to Sąd Najwyższy w wyroku z dnia 21 lutego 2002 roku w sprawie I PKN 917/00. To znaczy, zakład pracy powinien od razu zacząć wypłacać należne wynagrodzenie bezpośrednio do rąk zatrudnionego. Nie istnieje bowiem żadna zgoda wyrażana bezwarunkowo, raz na zawsze. Co do zasady, zatrudniony nie może ponosić ujemnych konsekwencji tego, że zmienia zdanie w zakresie formy przekazywania mu wynagrodzenia za pracę – mówi Waldemar Gujski.

Natomiast, gdyby pracownik zmieniał zdanie dosyć często, np. raz w miesiącu, i tym samym dezorganizował pracę służb księgowych, to mogłoby się to dla niego zakończyć nawet zwolnieniem. Powodem takiej decyzji byłyby konkretne straty, ponoszone przez pracodawcę, z uwagi na niestabilne stanowisko zatrudnionego i wywoływany tym chaos. Według eksperta, to może być uzasadnioną przyczyną wypowiedzenia umowy o pracę. W takiej sytuacji pracownik ma prawo odwołać się do sądu, który będzie badał wszystkie okoliczności i wyda wyrok, po kontradyktoryjnym procesie.

Udany debiut polskiej marki odzieżowej na jednej z najdroższych ulic handlowych świata. Otwarcie salonu Reserved w Londynie to krok LPP w kierunku globalnych rynków

Udany debiut polskiej marki odzieżowej na jednej z najdroższych ulic handlowych świata. Otwarcie salonu Reserved w Londynie to krok LPP w kierunku globalnych rynków 7

Marka Reserved zaliczyła udany debiut na brytyjskim rynku – informuje gdańska firmy LPP, do której należy odzieżowy brand. Londyńska Oxford Street, gdzie znajduje się nowo otwarty salon, to jedna z najbardziej prestiżowych ulic handlowych na świecie, którą co roku odwiedza nawet 120 milionów osób. Równolegle ruszyła też sprzedaż internetowa marki na rynku brytyjskim. To poważny i duży krok w kierunku ekspansji LPP na globalnym rynku. Firma zapowiada dalszy rozwój na globalnych rynkach. 

– Chcemy, żeby firma LPP była brandem globalnym. Oxford Street to najbardziej znana ulica handlowa w Londynie, jednej ze światowych stolic mody. Będziemy budować świadomość marki wśród Brytyjczyków oraz wśród turystów z całego świata – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Lutkiewicz, wiceprezes spółki LPP.

W ubiegłym tygodniu LPP oficjalnie otworzyła w Londynie swój pierwszy salon Reserved. Liczący około 3 tys. mkw. sklep znajduje się przy Oxford Street 252, w centrum londyńskiego West Endu. To jedna z najbardziej prestiżowych ulic handlowych na świecie, która słynie z obecności największych i najbardziej luksusowych marek.

– To ekscytujące wydarzenie. Pierwsza polska marka wchodzi na West End. Reserved ma uprzywilejowaną lokalizację, tuż obok Oxford Circus. W trakcie najbliższych 15 tygodni, w okresie okołoświątecznym, 40 mln ludzi odwiedzi to miejsce. To świetny moment na otwarcie. Oxford Street to międzynarodowe centrum handlowo-rozrywkowe. Mamy tu 600 sklepów, z czego połowa to flagowe sklepy znanych marek – mówi Jace Tyrrell, prezes New West End Company, branżowego stowarzyszenia zrzeszającego najemców lokali na West Endzie.

Reserved to flagowa marka w portfolio LPP. Otwarcie salonu na jednej z głównych ulic handlowych świata to etap budowania jej globalnej rozpoznawalności i duży krok w kierunku międzynarodowej ekspansji.

– Wchodzimy do światowej ligi handlu. To ważne, że w krótkim czasie polskiej firmie udało się zdobyć tak znaczącą pozycję na rynku europejskim. Nasza długofalowa strategia zakłada, że – aby być marką globalną – trzeba być obecnym w stolicach państw europejskich. Stąd pomysł, żeby budować flagowe sklepy na najważniejszych ulicach handlowych Europy. Niedawno otworzyliśmy sklep w Berlinie, a teraz w Londynie – mówi Przemysław Lutkiewicz.

– Będą kolejne miasta. Mamy taką strategię, aby rozwijać się o około 12–15 proc. nowej powierzchni rok do roku, w związku z tym będziemy poszukiwać nowych rynków. To wymaga analiz. Zobaczymy, jak pójdzie nam w Londynie, i wtedy zdecydujemy, w których krajach będziemy się rozwijać – zapowiada Sławomir Łoboda, wiceprezes LPP SA.

Otwarcie salonu Reserved przy prestiżowej londyńskiej Oxford Street to inwestycja, której koszt sięgnął 20 mln zł. Umowa najmu została zawarta na 10 lat z opcją przedłużenia. Przez cały ten okres koszty czynszu wyniosą 42 miliony funtów. Inwestycja jest jednak opłacalna, bo Oxford Street odwiedza co roku kilkaset milionów klientów, a łączne przychody salonów położonych przy tej ulicy są liczone w miliardach funtów.

– West End to światowe centrum zakupów, w którym rocznie klienci wydają 9 mld funtów. To wielki potencjał komercyjny. Dodatkowo, znajdujące się w samym sercu tego obszaru Oxford Street, gdzie w 2016 r. ruch pieszy sięgał 120 milionów osób, przechodzi obecnie modernizację, dzięki czemu sprzedaż w przyszłym roku ma wzrosnąć do 10 mld funtów – wylicza Jace Tyrrell. – To bardzo ważny moment w historii West Endu. Oxford Street nadal przyciąga nowe międzynarodowe marki, takie jak Reserved.

– Otwieramy ten sklep przede wszystkim ze względów marketingowych i po to, aby pokazać atrakcyjność naszej marki. Zakładamy, że jeśli uzyskamy tzw. break-even point w ciągu 5 lat, będzie to sukces. Skupiamy się jednak na tym, aby pokazać klientom, że jesteśmy marką globalną. To jest nasz podstawowy cel – dodaje Sławomir Łoboda.

Reserved zaoferuje brytyjskim klientom specjalnie zaprojektowaną kolekcję ubrań i dodatków. Oferta obejmie pełen asortyment, czyli kolekcje damską, męską i dziecięcą. Równolegle z otwarciem pierwszego salonu na londyńskim West Endzie ruszyła też sprzedaż internetowa Reserved na rynku brytyjskim. E-sklep marki zaoferuje Brytyjczykom asortyment odzieży i dodatków liczący ponad 10 tys. pozycji. Wszystkie te działania promuje kampania reklamowa, której twarzą jest Kate Moss – światowej sławy supermodelka. Jej wizerunek znajduje się m.in. na słynnych londyńskich autobusach piętrowych. Działania promocyjne marki będą skoncentrowane na komunikacji internetowej i reklamie zewnętrznej wykorzystującej witrynę salonu oraz nośniki reklamowe na przystankach autobusowych i stacjach metra.

Salon Reserved przy Oxford Street został w całości zaprojektowany i wykonany przez polskie firmy, z którymi od lat współpracuje marka. Będzie w nim pracować około 100 osób. Przestrzeń handlowa została zaaranżowana na jednym poziomie tak, aby sprawiać wrażenie lekkości i nowoczesności. Aby ułatwić klientom poruszanie się po sklepie i wyeksponować kolekcje, marka postawiła na nowoczesne technologie, na przykład system informacji zarządzający ruchem w przymierzalniach, multimedialne ekrany i LED-y umożliwiające dostosowanie oświetlenia sklepu do pory dnia.

Przetarg na budowę drogi ekspresowej S7 Mława – Strzegowo rozstrzygnięty

Rozstrzygnięty został przetarg na projekt i budowę drogi ekspresowej S7 Mława – Strzegowo. Najkorzystniejszą ofertę z ceną 446,2 mln zł  złożyło konsorcjum firm PORR Polska Infrastructure SA z Warszawy oraz PORR Bau GmbH z Wiednia.

Zamawiający przyjął w postępowaniu trzy kryteria oceny ofert. Oprócz ceny, jednym z kryteriów jest termin wykonania. Wykonawcy na etapie składania ofert mogli zaproponować wykonanie zamówienia w terminie krótszym niż maksymalny wymagany okres 37 miesięcy, jednak nie krótszym niż 34 miesiące. Wszyscy składający oferty zadeklarowali 34-miesięczny okres wykonania zadania.  Trzecim kryterium oceny ofert był okres gwarancji. Każdy ze startujących w przetargu zaoferował 10-letnią gwarancję jakości wykonanych robót.

16301Odcinek Mława – Strzegowo to kolejny z czterech odcinków drogi ekspresowej S7 na terenie województwa mazowieckiego przygotowywanych do przebudowy przez olsztyński oddział GDDKiA. W ubiegłym tygodniu rozstrzygnięty został przetarg na budowę  odcinka S7 Napierki – Mława.

Inwestycję obejmującą budowę 71 km drogi S7 podzielono na cztery odcinki realizacyjne: Napierki-Mława (ok. 14 km), Mława – Strzegowo (ok. 21,5 km), Strzegowo-Pieńki (ok. 22 km), Pieńki-Płońsk (ok. 13,7 km). Inwestycja realizowana będzie w systemie „Projektuj i buduj”.  Zadaniem wyłonionych w przetargu wykonawców będzie, przed przystąpieniem do prac budowlanych, wykonanie projektów budowlanych i złożenie wniosków o ZRID (Zezwolenie na Realizację Inwestycji Drogowej) dla całego zadania.

Inwestycja jest przewidziana do współfinansowania ze Środków Unii Europejskiej w ramach Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko 2014-2020.

Przemysław Gdański odchodzi z mBanku

Wiceprezes mBanku ds. bankowości korporacyjnej i inwestycyjnej zdecydował się odejść z firmy. Stanowisko będzie piastować do 25 października br. Przemysław Gdański był w zarządzie banku przez blisko 9 lat.

– Przemek Gdański swoją charyzmą i zaangażowaniem wyniósł obszar bankowości korporacyjnej i inwestycyjnej mBanku na zupełnie nowy poziom. Podczas jego kadencji pozyskaliśmy ponad 8 tys. klientów korporacyjnych. Znacząco zwiększył się też poziom satysfakcji obsługiwanych firm i ich skłonność do polecania naszej oferty. Bardzo dziękuję Przemkowi – którego postrzegam jako niezwykle uzdolnionego, ambitnego i zaangażowanego człowieka – za te 9 lat i życzę powodzenia – mówi prezes Cezary Stypułkowski.

– Wyrażam wdzięczność prezesowi Cezaremu oraz koleżankom i kolegom z zarządu za naszą współpracę i pełne zrozumienia podejście do mojej decyzji. Jestem dumny z tego, co udało nam się wspólnie osiągnąć. Dzięki wytężonej pracy całego pionu bankowości korporacyjnej i inwestycyjnej, liczba klientów wzrosła o ponad 63 proc., a zysk z tej działalności wzrósł o 777 mln zł – porównując lata 2016 i 2009. Wiele wdrożonych przez nas produktów i narzędzi stało się punktem odniesienia dla rynku – mówi Przemysław Gdański.

Jednocześnie przewodniczący rady nadzorczej mBanku, Maciej Leśny, poinformował, że na stanowisko wiceprezesa zarządu ds. bankowości korporacyjnej i inwestycyjnej, zarekomenduje powołanie Adama Persa, który obecnie pełni rolę dyrektora zarządzającego ds. rynków finansowych mBanku.

Smartfon prawdę Ci powie. Dane o użytkownikach urządzeń mobilnych to gorący towar

61 proc. posiadaczy smartfonów zagląda do swojego urządzenia w 5 minut po przebudzeniu — wynika z badania Deloitte Global Mobile Consumer Survey. Nasze urządzenia mobilne stały się źródłem anonimowych informacji o naszym życiu, zainteresowaniach czy geolokalizacji, a ilość generowanych przez nie danych ma do 2021 roku przekroczyć połowę zettabajta rocznie – twierdzą analitycy z Cisco.  Z badań IAB wynika, że w Polsce aż 79 proc. internautów w wieku 15+ korzysta ze smartfonów. Nie dziwi więc fakt, że marketerzy widzą w nich szansę na dotarcie do precyzyjnie stargowanej grupy docelowej. 

Według badania Kantar Public, w Polsce dostęp do Internetu ma 63 proc. społeczeństwa. To o 15 proc. mniej niż w Czechach i o 18 proc. mniej niż w Niemczech. Z kolei raport McKinsey & Company donosi, że 8 na 10 internautów nad Wisłą jest w posiadaniu smartfona. Urządzenia mobilne zadomowiły się u nas na dobre i wszystko wskazuje na to, że ich popularność będzie nadal rosnąć. O tym, jak ważną rolę odgrywają one w naszym życiu świadczy chociażby fakt, że aż 61 proc. użytkowników smartfonów aktywne korzysta z nich w 5 minut po przebudzeniu, 88 proc. w ciągu 30 minut, a 96 proc. w ciągu godziny — wynika z badania Deloitte Global Mobile Consumer Survey. Z urządzeń mobilnych korzystamy nie tylko do komunikacji z bliskimi, lecz również do obsługi mediów społecznościowych, robienia zdjęć, oglądania filmów czy słuchania muzyki. Niezliczone aplikacje oferują nam szybki dostęp do informacji i szereg funkcjonalności, o których śnili autorzy literatury science fiction 20 wieku. Nic więc dziwnego, że nasza więź z tą technologią — szczególnie widoczna u Millenialsów i pokolenia Z — jest aż tak mocna.

Apetyt na dane

Dane o życiu i zainteresowaniach użytkowników smartfonów to smakowity kąsek, szczególnie jeśli połączy się je z informacjami zebranymi z komputerów stacjonarnych, laptopów oraz z danymi demograficznymi. Gromadzeniem tego typu informacji trudnią się hurtownie danych i firmy zajmujące się analityką Big Data, będącej jedną z najszybciej rozwijających się gałęzi IT. —Wielkie, nieustrukturyzowane zbiory szczegółowych danych o internautach są nieustannie badane przez inteligentne algorytmy platform DMP (Data Management Platform). Data Scientists, czyli badacze danych, czuwają nad całym procesem, tworząc anonimowe profile Internautów i analizując cechy, które udało się wyodrębnić dzięki wykorzystaniu sztucznej inteligencji, a dokładnie uczenia maszynowego — tłumaczy Piotr Prajsnar, prezes Cloud Technologies, polskiego lidera Big Data marketingu, do którego należy największa hurtownia danych w Europie. W jej ofercie znajdują się od niedawna także dane mobilne z 30 krajów, w tym 50 mln anonimowych profili polskich internautów korzystających ze smartfonów i tabletów.

Danymi tego typu w szczególności interesują się marketerzy, którzy uzależniają skuteczność reklamy mobilnej od precyzyjnego targowania. Według badania Salesforce, aż 71 proc. z nich uznaje mobile za kluczowy kanał marketingowy. Potwierdza to raport Marketing Land, z którego wynika, że w Stanach Zjednoczonych do roku 2019 aż 71 proc. wydatków na digital dotyczyć będzie reklamy mobilnej. W Europie sytuacja wygląda podobnie. O tym, że firmy coraz chętniej reklamują się na urządzeniach mobilnych informuje Związek Pracodawców Branży Internetowej w badaniu IAB AdEx Benchmark Report (Europe). Dowiadujemy się z niego, że wydatki na reklamę mobilną wzrosły w 2016 r. o 52,9 proc. w porównaniu do 2015 roku, osiągając kwotę 5,4 mld euro. Według analityków, już w najbliższej przyszłości wydatki na kampanie na smartfonach i tabletach mają przewyższyć budżety na reklamę desktopową.

Badania na wyciągnięcie ręki

Jeszcze 15 lat temu, by przeprowadzić badania opinii publicznej firmy musiały słono zapłacić, a cały proces odbywał się według starych, często analogowych metod.  Dziś nawet przedsiębiorstwa z sektora MŚP stać na analitykę Big Data, a rynek narzędzi i usług oferowanych w modelu BDaaS (Big Data as a Service) rośnie w błyskawicznym tempie 31 proc. rdr, by — jak prognozują eksperci z MarketsandMarkets — do 2020 roku osiągnąć wartość ponad 7 mld dolarów. Ogólnodostępność takich rozwiązań to prawdziwy krok milowy w dziedzinie analityki danych. Dostarczają one wartościowych informacji w czasie rzeczywistym, bez potrzeby prowadzenia badań, wypełniania formularzy czy zadawania pytań. Istotny jest również fakt, że ogrom przetwarzanych przez platformy informacji nigdy wcześniej nie podlegał żadnym analizom. Oznacza to, że firmy zyskały wgląd w życie, poglądy, zainteresowania czy nawyki internautów na zupełnie nowym, pogłębionym poziomie. Kluczową rolę odgrywają tu dane z urządzeń mobilnych, trudniejsze do pozyskania niż te, gromadzone za pośrednictwem plików cookies.

Mobile to nowy król

Zainteresowanie danymi generowanymi przez użytkowników smartfonów rośnie w gigantycznym tempie, tak samo jak liczba osób będących w posiadaniu takich telefonów i tabletów. Do roku 2021 na świecie ma być ponad 11,6 miliardów podłączonych do sieci urządzeń mobilnych. Prognoza obejmuje również urządzenia działające w trybie M2M (machine-to-machine) oraz te, korzystające z technologii Internetu Rzeczy. Oznacza to, że już wkrótce ich liczba przekroczy światową populację. Globalny przepływ danych z urządzeń mobilnych ma zwiększyć się siedmiokrotnie, przekraczając 49 eksabajtów miesięcznie i ponad połowę zettabajta rocznie – podaje raport „Cisco Visual Networking Index: Global Mobile Data Traffic Forecast Update, 2016–2021”. Firmy świadome rosnącej roli danych mobilnych chętnie wykorzystują je do skutecznego targetowania reklam i profilowania swoich klientów. Wśród nich przodują te, działające w branży e-commerce. Mobile jest dla nich najszybciej rosnącym kanałem, a już niebawem, za jego pośrednictwem dokonywanych będzie większość transakcji. — Dane ze smartfonów i tabletów dają niespotykany dotychczas wgląd w zachowanie internautów, pomagają zmierzyć poziom ich lojalności względem marki i zbadać nawyki zakupowe. Jeśli zestawimy dane z aplikacji mobilnych i przeglądanych stron internetowych z pozostałymi informacjami dostępnymi w hurtowniach danych, to można uzyskać 360 stopniowy profil klienta i dopasować ofertę do jego indywidualnych potrzeb, zainteresowań i ważnych życiowych wydarzeń. Po raz pierwszy w historii, firmy mają szansę stać się prawdziwymi partnerami konsumentów, doradzając im w prozaicznych czynnościach i zaznaczając odpowiednio swoją obecność, gdy w ich życiu dzieje się coś szczególnego. Marketerzy, korzystający z tej technologii z odpowiednią wrażliwością i wyczuciem mają szansę utworzyć zupełnie nową, niemal intymną więź z klientem — uważa Piotr Prajsnar z Cloud Technologies. Analityka Big Data ma też zastosowanie wśród sprzedawców detalicznych. Korzystając z danych mobilnych można ustalić, jak kształtuje się ruch potencjalnych klientów na wyznaczonym obszarze i na tej podstawie zdecydować, czy jest to dobre miejsce na otwarcie placówki handlowej.

W dobie rozwoju zaawansowanych narzędzi analitycznych prognoza ekspertów z IDC zdaje się być bardziej realna niż kiedykolwiek wcześniej. Uważają oni, że w zmieniającej się gospodarce sukces odniosą te firmy, które nie tylko stworzą skuteczne kanały przepływu cyfrowych informacji, lecz również nauczą się te informacje monetyzować. Wyścig po dane trwa więc w najlepsze, pozostaje jednak pytanie, które przedsiębiorstwa zrobią z nich najlepszy użytek?

Biuro Maklerskie Alior Banku z najlepszym wynikiem w Lidze Ekspertów w sierpniu

W sierpniu br. w projekcie Liga Ekspertów organizowanym przez portal Analizy Online portfel Agaty Filipowicz-Rybickiej z Biura Maklerskiego Alior Banku osiągnął najwyższą stopę zwrotu. W projekcie bierze udział 17 specjalistów, wśród których znajdują się przedstawiciele banków, domów maklerskich czy instytucji zarządzania aktywami. Ich zadaniem jest zbudowanie dwóch portfeli inwestycyjnych w oparciu o strategie ofensywną i defensywną.

Liga Ekspertów to projekt edukacyjny portalu Analizy Online będącego niezależnym ośrodkiem opiniotwórczym prezentującym najnowsze informacje na temat rynku funduszy inwestycyjnych i emerytalnych, aktualnych notowań i wyników z funduszy inwestycyjnych. Głównym celem projektu jest rozpowszechnienie idei inwestowania w fundusze inwestycyjne jako formy systematycznego budowania kapitału na lata. Wśród 17 uczestników znajduje się m.in. Agata Filipowicz-Rybicka, kierownik zespołu analiz działu inwestycyjnego Alior Banku, której w zeszłym miesiącu udało się zbudować najlepszy portfel defensywny z najwyższą stopą zwrotu na poziomie 0,96%.

Zadaniem uczestników jest budowa dwóch portfeli inwestycyjnych z szeroko dostępnych na rynku funduszy polskich i zagranicznych w oparciu o strategie ofensywną i defensywną. Portfel skonstruowany w oparciu o strategię ofensywną zawiera fundusze o dowolnym poziomie ryzyka, portfel defensywny z kolei składa się przede wszystkim z funduszy o niskim poziomie ryzyka – funduszy dłużnych, gotówkowych i pieniężnych oraz ochrony kapitału z maksymalnym możliwym udziałem pozostałych funduszy do 10% portfela.

Dzień z inflacją

Ważne dane dla funta, inflacja w Szwecji i w Polsce, co dalej ze stopami?

Funt odrabia straty

Dzisiaj na rynkach największe zainteresowanie wzbudza funt oraz jego reakcja na odczyty inflacyjne. Te okazały się wyższe od oczekiwań, zwłaszcza w przypadku zmian w skali miesiąca. Funt zareagował dynamicznie umacniając się na szerokim rynku. Coraz więcej wskazuje na przełamanie słabej passy brytyjskiej waluty, która od połowy kwietnia straciła wobec euro ponad 10%. Kolejnym ważnym impulsem będzie posiedzenie Banku Anglii, który w tym tygodniu ma decydować o wysokości stóp procentowych. Jastrzębi komunikat  powinien skutkować kolejną falą umocnienia. Funt względem złotego drożeje dziś o 6 groszy i już teraz kosztuje 4,73 zł.

Umocnienie korony

We wtorek opublikowany został także raport dotyczący inflacji w Szwecji. Okazała się ona raczej zgodna z oczekiwaniami analityków, co nie przeszkodziło tamtejszej koronie w umocnieniu się na szeroki rynku, także wobec złotego. Szwedzka waluta drożeje o ponad pół procenta i obecnie kosztuje 0,446 zł. Na kolejne istotne odczyty będziemy musieli poczekać do jutra, tych w środę będzie aż nadmiar, co może skutkować większą zmiennością.

Inflacja nie przeszkadza RPP

Wczoraj poznaliśmy finalny odczyt inflacji w Polsce, który okazał się tożsamy z wcześniejszymi szacunkami. Oznacza to, że ceny w Polsce rosną w tempie 1,8% rocznie. W sierpniu głównym motorem napędowym inflacji były ceny żywności oraz transportu. Wyższe też były koszty mieszkaniowe. Nie zmienia to jednak perspektywy Rady Polityki Pieniężnej, która uparcie powtarza, że na podwyżkę stóp procentowych przyjdzie nam poczekać co najmniej rok. Jeszcze dalej posunął się w ostatnim wywiadzie Eryk Łon, który zauważa potrzebę dalszego łagodzenia polityki pieniężnej. W świecie, w którym wszystkie banki centralne stają się coraz bardziej jastrzębie, bylibyśmy ewenementem. Jednak jak na razie żaden inny członek RPP oficjalnie nie podziela tych poglądów.

Krzysztof Adamczak – analityk walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Stanowisko ZPP ws. propozycji Komisji Europejskiej dot. dyrektywy o pracownikach delegowanych

W artykule 3 ust. 3 Traktatu o Unii Europejskiej, ustanowiony został wspólny rynek wewnętrzny, który – zgodnie z dokładnym brzmieniem przepisu – działać ma na rzecz rozwoju Europy, opartego o zrównoważony wzrost gospodarczy, stabilność cen oraz wysoką konkurencyjność. Przepis ten został w swój sposób skonkretyzowany w artykule 26 Traktatu o Funkcjonowaniu Unii Europejskiej, zgodnie z którym rynek wewnętrzny obejmuje obszar bez granic wewnętrznych, w którym jest zapewniony swobodny przepływ towarów, osób, usług i kapitału. Artykuł 56 TFUE z kolei wprost zakazuje ograniczania swobody świadczenia usług wewnątrz Unii Europejskiej w odniesieniu do obywateli Państw Członkowskich mających swe przedsiębiorstwo w Państwie Członkowskim innym niż państwo odbiorcy świadczenia. W dalszych artykułach rozdziału dotyczącego usług przeczytać można m.in., że Państwa Członkowskie winny dokładać starań w celu zliberalizowania usług w zakresie wykraczającym poza zobowiązanie wynikające z odpowiednich dyrektyw, o ile ich ogólna sytuacja gospodarcza na to pozwala. Analogicznie, wprost stwierdzono również, że w celu zapewnienia liberalizacji określonej usługi Parlament Europejski i Rada przyjmują dyrektywy. Wszystkie przytoczone przepisy stanowią ramy dla funkcjonowania unijnego rynku wewnętrznego – i w każdym z nich podkreślona jest rola albo swobody przepływu usług, albo konkurencyjności, albo liberalizacji przepisów. Swoboda świadczenia usług jest dla rynku wewnętrznego tak kluczowa, że w istocie poświęcono jej osobną dyrektywę (2006/123/WE, tzw. dyrektywa usługowa). Jej celem miało być m.in. uproszczenie procedur administracyjnych dotyczących usługodawców oraz wspieranie współpracy pomiędzy krajami UE. Głównym jednak postanowieniem dyrektywy jest umożliwienie przedsiębiorcom rozpoczęcia działalności w innych krajach Unii Europejskiej, na zasadzie funkcjonowania na wspólnym rynku, w uproszczony sposób i na warunkach równych z rodzimymi przedsiębiorcami. W preambule do dyrektywy usługowej przeczytać można wiele argumentów świadczących o tym, że swoboda przepływu usług jest dla Unii Europejskiej i jej rozwoju kluczowa. Pozwala ona bowiem na zwiększenie konkurencyjności na rynku usług, co jest bardzo istotne przy wspieraniu wzrostu gospodarczego i tworzeniu miejsc pracy. Wskazano na to, że bariery na rynku wewnętrznym dotykają przede wszystkim małych i średnich przedsiębiorców, którzy chcieliby świadczyć usługi w państwach innych, niż swoje. Ostatecznie, co jest kluczowe w kontekście dalszych rozważań, stwierdzono również że wolny rynek zobowiązujący Państwa Członkowskie do znoszenia ograniczeń w transgranicznym świadczeniu usług, oznacza dla konsumentów większy wybór i lepszą jakość usług po niższych cenach. Między innymi te kwestie wymieniono jako największe zalety swobodnego przepływu usług na wspólnym rynku Unii Europejskiej.

Warto pamiętać o tym, że postulat drastycznego zmniejszenia liczby barier w przepływie usług wewnątrz UE, spotkał się z entuzjazmem dużej części Państw Członkowskich. Nie wszystkie były temu jednak przychylne. Słynne stało się pojęcie ukute przez Philippe de Villiersa, ówczesnego eurodeputowanego z ramienia Francji, który stwierdził, iż projekt dyrektywy liberalizującej świadczenie usług na wspólnym rynku w tak daleko idący sposób, jak wówczas zakładano, pozwoliłby polskiemu hydraulikowi czy estońskiemu architektowi świadczyć swoje usługi we Francji, za wynagrodzenie obowiązujące w kraju ich pochodzenia, co jego zdaniem byłoby próbą zniszczenia francuskiego modelu gospodarczego i socjalnego. Reakcje na te słowa były gorące, a ostatecznie – mimo sprzeciwów przedstawicieli części Państw Członkowskich – dyrektywę usługową uchwalono, choć w nieco ograniczonym kształcie. Warto pamiętać jednak o przytoczonych słowach – świadczących o ewidentnie protekcjonistycznym podejściu do gospodarki niektórych państw Unii Europejskiej, co de facto wyklucza możliwość zaistnienia w pełni wspólnego rynku, oraz o niebywałym przywiązaniu do własnego „modelu gospodarczego i socjalnego”, z reguły opartego o wysokie pozapłacowe koszty pracy i dokuczliwy klin podatkowy.

Obawa niektórych państw „starej Unii” przed konkurencją ze strony gospodarek mniejszych, ale dynamicznie rozwijających się, wydaje się być zrozumiała, natomiast nie można nie zauważać, że stanowi ona poważną przeszkodę w dalszej integracji gospodarczej Unii Europejskiej i kształtowaniu wspólnego rynku. Temat ten znów stał się aktualny, tym razem w kontekście propozycji Komisji Europejskiej w sprawie rewizji dyrektywy 96/71/WE dotyczącej delegowania pracowników.

Zgodnie z art. 2 ust. 1 dyrektywy, pracownikiem delegowanym jest pracownik, który przez ograniczony okres wykonuje swoją pracę na terytorium innego Państwa Członkowskiego, niż państwa w którym zwyczajowo pracuje. Artykuł 3 dyrektywy z kolei stanowi o warunkach zatrudnienia pracownika delegowanego. Zgodnie z nim, pracownicy delegowani mają mieć w Państwie Członkowskim, w którym wykonują pracę, zapewnione m.in. maksymalne okresy pracy, minimalne okresy wypoczynku, czy też minimalne stawki płacy, wraz ze stawką na nadgodziny. Z treści dyrektywy, wspartej orzecznictwem TSUE, jasno wynika, że pojęcie minimalnego wynagrodzenia może być w tym kontekście rozumiane wyłącznie tak, jak jest to określone w krajowych przepisach, czy układach powszechnie obowiązujących.

Dwa wymienione wyżej przepisy są kluczowe w kontekście omówienia propozycji Komisji Europejskiej, ponieważ to do nich odnoszą się najgroźniejsze jej elementy.

Po pierwsze, Komisja Europejska proponuje wprowadzenie do treści dyrektywy artykułu 2a. Zgodnie z nim, gdy zakładany lub rzeczywisty okres delegowania przekracza 24 miesiące, za państwo, w którym wykonywana jest normalnie praca, uważa się państwo członkowskie, na którego terytorium delegowany jest pracownik. W przypadku zastępowania pracowników delegowanych wykonujących te same zadania w tym samym miejscu, brać się ma pod uwagę łączny okres delegowania danych pracowników w odniesieniu do pracowników, których rzeczywisty okres delegowania wynosi przynajmniej sześć miesięcy. Propozycja Komisji Europejskiej stoi w całkowitej sprzeczności z całą konstrukcją delegowania pracowników jako taką. Główną cechą delegowania pracowników jest bowiem jego tymczasowość – trudno jest oczywiście zdefiniować, jakie są dokładnie jej granice, w każdym jednak razie, nie sposób okroić jej do jakkolwiek sztywno określonych ram czasowych. Pracowników deleguje się bowiem w różnych branżach, do różnych zadań i do realizowania różnego rodzaju przedsięwzięć, spośród których jedne są mniej czasochłonne, a inne bardziej. Z tego też powodu, ustanowienie tak sztywnych ram czasowych, uznać należy za bezzasadne i sprzeczne z całą ideą regulacji dotyczących delegowania pracowników. Stanowisko takie jest zbieżne z orzecznictwem TSUE – w wyroku w sprawie C-215/01 Schnitzer, Trybunał orzekł wprost, że usługi w rozumieniu TFUE mogą obejmować różne rodzaje usług, o zróżnicowanym charakterze, również takie, które świadczone są przez bardzo długi okres (np. kilka lat). Z tego też względu, niemożliwe jest odgórne ustalenie a priori ram czasowych wykonywania usługi. Sensowność wprowadzania do dyrektywy artykułu 2a o takiej treści, jest wątpliwa również  z innego powodu. Przyjęta jest już bowiem tzw. dyrektywa wdrożeniowa do dyrektywy 96/71/WE, czyli dyrektywa 2014/67/UE. W ramach jej artykułu 4 ustęp 3 wyraźnie zaadresowano kwestię „tymczasowości” pracy w innym Państwie Członkowskim, wypisując szereg kryteriów, które brane są pod uwagę przy ocenie, czy z taką tymczasowością w danym przypadku mamy do czynienia. W dyrektywie wdrożeniowej nie określono zatem ścisłych granic czasowych do delegowania, posłużono się bardziej pojemną treściowo i abstrakcyjną metodą sformułowania kilku przykładowych przesłanek, które świadczyć mogą o tymczasowości wykonywania przez pracownika pracy w innym Państwie Członkowskim. Jasno określone jest, że przy takiej ocenie uwzględnia się wszystkie elementy faktyczne cechujące taką pracę i sytuację danego pracownika, w tym w szczególności między innymi: fakt, że praca jest wykonywana przez ograniczony okres w innym państwie członkowskim; datę rozpoczęcia delegowania; fakt, że pracownik jest delegowany do innego państwa członkowskiego, niż państwo, w którym lub z którego wykonuje swoją pracę; fakt, że po zakończeniu wykonywania pracy lub usług, do wykonania których został delegowany pracownik wraca do państwa członkowskiego, z którego został delegowany, lub ma w tym państwie ponownie podjąć pracę; charakter działalności. Z tego też powodu, jako że ścisłe określenie czasu, w którym mówić można o „tymczasowości” pracy pracownika delegowanego w innym Państwie Członkowskim, ale również z uwagi na fakt, iż kwestia kryteriów oceny danego stanu faktycznego została szczegółowo opisana w dyrektywie wdrożeniowej, wprowadzanie do treści dyrektywy o pracownikach delegowanych artykułu 2a w treści proponowanej przez Komisję Europejską, wydaje się być niemożliwe do zaakceptowania.

Drugą kluczową zmianą proponowaną przez Komisję Europejską, jest zmiana artykułu 3 dyrektywy, który określa wymagania dotyczące warunków zatrudnienia pracownika delegowanego. Główną osią sporu dotyczącego tego przepisu jest kwestia wynagrodzenia. Do tej pory, na mocy art. 3 ust. 1 dyrektywy, pracownikowi delegowanemu przysługuje minimalna stawka płacy, wraz ze stawką za nadgodziny, obowiązująca w Państwie Członkowskim, w którym wykonywana jest praca. Dla celów dyrektywy, pojęcie minimalnej stawki płacy jest definiowane przez prawo krajowe danego Państwa Członkowskiego, albo przez jego praktykę. W propozycji Komisji Europejskiej zapisano, by pracownikom delegowanym gwarantowane było ustalone prawem lub układem zbiorowym wynagrodzenie wraz ze stawką za godziny nadliczbowe, przy czym dla celów dyrektywy przez „wynagrodzenie” rozumieć by się miało wszystkie elementy wynagrodzenia obowiązkowe na mocy krajowych przepisów ustawowych, wykonawczych i administracyjnych, układów zbiorowych lub orzeczeń arbitrażowych, które zostały uznane za powszechnie stosowane lub, w przypadku braku systemu uznawania układów zbiorowych lub orzeczeń arbitrażowych za powszechnie stosowane, innych układów zbiorowych lub orzeczeń arbitrażowych w Państwie Członkowskim, na którego terytorium pracownik jest delegowany. Zmiana w tym zakresie jest zatem znacząca. Propozycja Komisji Europejskiej zakłada bowiem zmianę gwarancji „minimalnego wynagrodzenia za pracę” na gwarancję zapewnienia „wynagrodzenia” obejmującego wszystkie składniki wynagrodzenia obowiązujące w danym Państwie Członkowskim. Jest to zmiana, której – jak się wydaje – nie można zaakceptować z punktu widzenia troski o konkurencyjność na wspólnym rynku europejskim. Dotychczasowe warunki delegowania pracowników i gwarantowane wynagrodzenie minimalne, stanowiło wystarczające zabezpieczenie socjalne pracowników. Jednocześnie, regulacja ta uwzględnia fakt, iż poszczególne Państwa Członkowskie cechują się różnym poziomem rozwoju społeczno-gospodarczego, a przecież m.in. właśnie od tego zależy wysokość wynagrodzeń. Jednym z głównych argumentów wspierających propozycję Komisji Europejskiej, jest powoływanie się na tzw. „dumping socjalny”. Według opinii Komitetu Ekonomiczno-Społecznego, dumping socjalny oznacza sytuację, w której tańsi pracownicy z jednego Państwa Członkowskiego, zajmują miejsca pracy mieszkańców drugiego Państwa Członkowskiego. Niezależnie jednak od podejścia, chodzi tu o układ, w ramach którego niżej opłacani pracownicy, czy dostawcy usług, mają wypierać z rynku  rodzimych pracowników w danym Państwie Członkowskim. Sugerowanie, że dotychczasowe regulacje dot. pracowników delegowanych doprowadzają do pojawiania się dumpingu socjalnego, są nieprawdziwe. Przede wszystkim, pamiętać należy o skali zjawiska. Pracownicy delegowani to niespełna 1 proc. siły roboczej w całej Unii Europejskiej. Ponadto, wbrew pozorom, wcale nie jest tak, że pracownicy delegowani to wyłącznie pracownicy pochodzący z biedniejszych państw UE i wykonujący pracę w państwach bogatszych. Oczywiście najwięcej pracowników delegowanych pochodzi z Polski, ale już drudzy w kolejności są Niemcy, a trzeci – Francuzi. Ponad 1/3 przepływu pracowników delegowanych odbywa się z państw zamożnych do tych równie zamożnych. Według badań Instytutu Bruegla, nieprawdziwe jest również przekonanie, że pracownicy delegowani z Europy Środkowo-Wschodniej zaniżają stawki, wykonując pracę za wynagrodzenie mniejsze, niż minimalne określone w prawodawstwie Państwa Członkowskiego. Argumenty, które używane są w celu poparcia propozycji Komisji, są zatem na wielu płaszczyznach zwyczajnie nieprawdziwe. Zjawiska „dumpingu socjalnego”, o ile można w ogóle przyjąć jego istnienie w skali jakkolwiek zasługującej na uwagę, nie można wiązać z zagadnieniem delegowania pracowników, ponieważ pracownicy delegowani wykonują pracę za stawki wyższe, niż minimalne wynagrodzenie w danym państwie, a ich przepływ odbywa się w dużej mierze pomiędzy wysoko rozwiniętymi, zamożnymi państwami. Dodatkowo, niesłuszne jest przytaczane często stwierdzenie, jakoby zróżnicowanie stawek wynagrodzenia pracowników pomiędzy poszczególnymi Państwami Członkowskimi, stanowiło element nieuczciwej konkurencji części z nich. Jest to normalny element budowania przewagi konkurencyjnej, a do tego prawo ma każdy przedsiębiorca funkcjonujący na jakimkolwiek rynku. Jak wynika z wcześniejszych rozważań – jednym z celów wspólnego rynku europejskiego jest zapewnienie konsumentom dostępu do coraz lepszych usług w niższych cenach. Może się tak stać jedynie wskutek zachowania warunków swobodnej konkurencji pomiędzy poszczególnymi przedsiębiorcami. Niemożliwa do zaakceptowania jest z kolei sytuacja, w której części przedsiębiorców, pochodzących z łatwych do zidentyfikowania w tym przypadku regionów Europy, odmawia się możliwości wykorzystania swoich przewag konkurencyjnych względem ich odpowiedników z innych państw. Propozycja Komisji Europejskiej uderza zatem nie tylko w istotny element wspólnego rynku, czyli zasadę swobody świadczenia usług, ale także w pewną konkretną grupę przedsiębiorców, ponieważ część graczy na rynkach zachodnich nie jest w stanie konkurować z nimi cenowo. Analogiczna, choć odwrotna, sytuacja istnieje przecież w branży handlowej – międzynarodowe sieci handlowe, wykorzystując efekt skali, również konkurują ceną z lokalnymi sklepikami i sieciami, które często tę walkę przegrywają. O inicjatywach mających na celu ograniczenie wykorzystywania przewag konkurencyjnych tychże sieci nie słychać (to dobrze, ponieważ istotą wspólnego rynku są równe reguły gry i swobodna konkurencja), mimo – a być może właśnie dlatego – że najgorętsi orędownicy rewidowania dyrektywy o pracownikach delegowanych to jednocześnie często państwa pochodzenia tych sieci. Nie sposób zatem nie zauważać, że w podejściu generalnym mamy tu do czynienia ze swojego rodzaju hipokryzją, polegającą na protekcjonistycznym podejściu do własnej gospodarki, przy jednoczesnym wspieraniu ekspansji – z wykorzystaniem każdej możliwej przewagi konkurencyjnej – własnych przedsiębiorstw w ramach gospodarek innych Państw Członkowskich. Takie podejście nie może stać się obowiązującą w Unii Europejskiej normą, ponieważ stoi w sprzeczności z podstawami wspólnego europejskiego rynku.

Jak wyżej wspomniano, pracownicy delegowani stanowią niewielką część siły roboczej w skali całej Unii Europejskiej. Jednocześnie, ograniczanie swobody konkurencji poprzez obwarowywanie delegowania pracowników dodatkowymi regulacjami, wywrzeć może bezpośredni, punktowy wpływ na ściśle określone gałęzie gospodarki i grupy przedsiębiorstw. To z Polski delegowanych jest najwięcej pracowników, a największa ich część do pracownicy sektora budowlanego, przemysłu, edukacji zdrowia i prac socjalnych oraz usług. Są to branże, które ewentualne przyjęcie propozycji Komisji Europejskiej odczują wyjątkowo boleśnie. Warto zwrócić jednocześnie uwagę, że propozycja uderza w istocie w cały sektor mikro, małych i średnich przedsiębiorstw, które nie prowadzą swoich stałych oddziałów w różnych Państwach Członkowskich, i dla których możliwość delegowania pracowników do innych krajów stanowi jedną z niewielu możliwości konkurowania na zagranicznych rynkach. A podjęcie takiej konkurencji w wielu przypadkach warunkuje ich dalszy wzrost i rozwój.

Całkowicie osobnym zagadnieniem jest z kolei branża transportu drogowego, która w propozycji Komisji Europejskiej bezpośrednio zaadresowana jest jedynie w preambule, gdzie zwrócono uwagę na jej szczególny charakter, trudny do ujęcia w ramy delegowania pracowników. W tym kontekście trzeba zaznaczyć, że pozycja polskich przewoźników na rynku europejskim jest bardzo wysoka – 30 tysięcy przedsiębiorców z branży dysponuje flotą ponad 180 tysięcy pojazdów ciężarowych. Głębokim interesem Polski jest zatem utrzymanie wiodącej pozycji rodzimych przedsiębiorców z tej branży na europejskim rynku.

Reasumując, przedstawiony projekt zmiany dyrektywy 96/71/WE może prowadzić do ograniczenia swobody konkurencji na wspólnym rynku Unii Europejskiej, poprzez znaczne zmniejszenie możliwości świadczenia usług. W rezultacie, uderza nie tylko w podstawy wspólnego rynku jako takiego, ale również w określone grupy przedsiębiorców z konkretnego regionu Europy.

Kolejne gminy łączą siły. Będzie ekologicznie i tanio

Ciepłowody, Stoszowice, Ziębice i Ząbkowice Śląskie powołały w czwartek Klaster Energii Odnawialnej Ziemi Ząbkowickiej. Do blisko 60 tys. osób popłynie tańsza energia. To kolejna tego typu inicjatywa – wcześniej klastry stworzyło 20 dolnośląskich samorządów.

Klastry energii odnawialnej to stosunkowo nowa forma w polskim prawodawstwie. Mimo to na mapie Dolnego Śląska znaleźć można już pięć samowystarczalnych „wysp energetycznych”, które stworzyło blisko 25 samorządów. Najnowsza, Klaster Energii Odnawialnej Ziemi Ząbkowickiej, powstała w czwartek. Elektrownie fotowoltaiczne i bioelektrownie mogą zostać teraz wybudowane w pięciu gminach – Ciepłowody, Stoszowice, Ziębice i Ząbkowice Śląskie. Dlaczego samorządy zdecydowały się na ten krok?

Zawsze myśleliśmy o odnawialnych źródłach energii – mówi Paweł Gancarz, wójt gminy Stoszowice. – Mieliśmy nawet zaawansowany projekt farmy wiatrowej. Niestety w ostatnim etapie został zablokowany przez nową ustawę OZE. Cały czas czekaliśmy na inną szansę i na możliwość skorzystania ze środków zewnętrznych na budowę infrastruktury. Teraz będziemy mogli wykorzystać 5-hekatarową działkę w Stoszowicach. Chcemy wybudować na niej farmę fotowoltaiczną. Pierwszy wniosek o dofinansowanie planujemy złożyć jeszcze we wrześniu, co może pozwolić obniżyć koszty związane z oświetleniem ulicznym czy z utrzymaniem budynków użyteczności publicznej – dodaje.

Gmina Ciepłowody przyłączyła się do Klastra Energii Odnawialnej Ziemi Ząbkowickiej między innymi z myślą o przedsiębiorcach. – Ich rozwój jest dla nas bardzo ważny, a mamy sygnały, że są zainteresowani inwestowaniem w odnawialne źródła energii. Dodatkowo, w zależności od możliwości jakie będą stwarzały nabory, rozważymy kwestię produkcji energii na własne potrzeby. Pamiętamy również o geoenergii – mówi Łukasz Białkowski, wójt gminy Ciepłowody.

Podobne plany ma gmina Ząbkowice Śląskie. – Jednym z pomysłów, które chcemy realizować na terenie gminy Ząbkowice Śląskie jest budowa paneli fotowoltaicznych na budynkach użyteczności publicznej. Pozwoli to na efektywne zarządzanie energią oraz ograniczenie jej zużycia – mówi Marcin Orzeszek, burmistrz gminy Ząbkowice Śląskie.

Gmina Ziębice jest na etapie wyboru gruntów pod inwestycje związane z klastrem energii odnawialnej. – Mamy dużo terenów na których możemy wybudować elektrownię fotowoltaiczną. Jednak konkretna decyzja jeszcze nie zapadła. Jesteśmy na etapie badania gruntów. Bez względu na to, gdzie powstanie nasza farma, cieszymy się, że będziemy mieli swój wkład w ochronę środowiska – mówi Alicja Bira, burmistrz Ziębic.

Zgodnie z ustawą klastry mogą funkcjonować na terenie jednego powiatu lub pięciu gmin. Wbrew pozorom takie ograniczenie przekłada się na oszczędności. – Energii nie trzeba przesyłać na odległość nawet kilkuset kilometrów. Kolejna oszczędność wiąże się z wytwarzaniem prądu. Produkcja czystej energii w długim okresie wiąże się z niższymi nakładami w porównaniu do energii uzyskiwanej z paliw konwencjonalnych – mówi Jacek Ryński, członek rady nadzorczej spółki Strzelin PS Energetyka Odnawialna.

Przy tym wszystkim – jak zauważa Jacek Ryński – klastry nie są konkurencją, a uzupełnieniem energetyki systemowej, która stanie się bardziej odporna na potencjalne przerwy w dostawach prądu. – Docelowo gminy będą stanowić tak zwane „wyspy energetyczne”, czyli uzyskają samowystarczalność energetyczną. To ważne dla bezpieczeństwa energetycznego regionu – dodaje.

Przewidywana moc klastra Energii Odnawialnej Ziemi Ząbkowickiej wyniesie, sumując potencjał projektowanych instalacji na terenie wszystkich czterech gmin, około 15 MW (średnio 3 MW na jedną gminę). Spółka Strzelin PS Energetyka Odnawialna szacuje, że na inwestycje umożliwiające zbudowanie źródeł OZE na potrzeby klastrów potrzeba około 80 mln zł. Swoim działaniem firma wspiera cel związany z członkostwem Polski w Unii Europejskiej, czyli osiągnięcia progu 15% energii elektrycznej wytwarzanej ze źródeł odnawialnych do 2020 roku.

Przed polskim sektorem energetycznym stoją duże wyzwania. Są to głównie rosnący wzrost zapotrzebowania na energię, większe ceny, zamortyzowana infrastruktura, a także wyzwania związane z ochroną środowiska, mające bezpośredni wpływ na zdrowie społeczeństwa. Tworzenie klastrów może pomóc w każdym z tych obszarów – mówi Jacek Ryński.

Klaster Energii Odnawialnej Ziemi Ząbkowickiej jest piątym tego rodzaju przedsięwzięciem w Polsce realizowanym przez samorządy. Wcześniej powołano: Klaster Energii Odnawialnej Wzgórz Trzebnickich (Prusice, Oborniki Śląskie, Wisznia Mała, Wołów i Żmigród), Klaster Energii Odnawialnej Ziemi Łużyckiej (Olszyna, Gryfów Śląski, Leśna, Siekierczyn i Lubań), Izerski Klaster Energii Odnawialnej (Mirsk, Wleń, Lubomierz, Lwówek Śląski i Stara Kamienica) i Klaster Energii Odnawialnej Wzgórz Strzelińskich (Domaniów, Kondratowice, Przeworno, Strzelin i Wiązów). Na terenach wszystkich 25 gmin mieszka ponad 260 tys. osób.

Hazard w grach komputerowych według znowelizowanej ustawy hazardowej

Definicje gier hazardowych, w tym gier na automatach zawarte w niedawno znowelizowanej ustawie hazardowej budzą kontrowersje interpretacyjne. Ze względu na ich pojemność, potencjalnie objąć mogą również gry komputerowe umożliwiające rozgrywkę online.

Niedawno znowelizowana ustawa o grach hazardowych wyjaśnia, że grami hazardowymi są m.in. gry na automatach. Definiuje ona, że są to gry na urządzeniach mechanicznych, elektromechanicznych lub elektronicznych, w tym komputerowych oraz gry odpowiadające zasadom gier na automatach urządzane przez sieć Internet o wygrane pieniężne lub rzeczowe, w których gra zawiera element losowości. Zaznaczyć przy tym należy, że za wygraną rzeczową uznaje się także samą możliwość przedłużenia gry bez konieczności wpłaty stawki za udział w grze, a także możliwość rozpoczęcia nowej gry przez wykorzystanie wygranej rzeczowej uzyskanej w poprzedniej grze. Co więcej, dana gra może zostać uznana za grę na automatach nawet w przypadku, gdy gracz nie ma możliwości uzyskania jakiejkolwiek wygranej, a będzie tak w sytuacji, gdy organizowana jest przez dostawcę w celach komercyjnych.

Przytoczone definicje budzą kontrowersje co do ich potencjalnego zakresu znaczeniowego. Po nowelizacji ustawy, która weszła w życie w dniu 1 kwietnia 2017 r.  definicje te mogą obejmować opisane wyżej gry urządzane przez Internet, oczywiście z zastrzeżeniem spełnienia pozostałych przesłanek.

Powyższe martwić powinno w szczególności dostawców gier komputerowych umożliwiających rozgrywkę online, których scenariusz zawiera element losowości, zwłaszcza że w świetle dotychczas wypracowanego na tym tle orzecznictwa sądów element ten wcale nie musi mieć przeważającego znaczenia dla wyniku samej rozgrywki, czy dla uzyskania wygranej. Według stanowiska sądów nie ma bowiem znaczenia na jakim etapie rozgrywki przypadkowość ma miejsce i jaka jest waga przypadku (por. np. wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego z dnia 11 czerwca 2013 r., II GSK 1010/11). Nie można więc wykluczyć ryzyka, że nawet w przypadku, gdy w danej grze kluczowe znaczenie będą miały inteligencja, umiejętności i zręczność gracza, pomimo to gra zostanie zakwalifikowana jako gra na automacie, której urządzanie jest objęte monopolem państwa.

Autor: Marcin Przybysz, adwokat w Kancelarii Taylor Wessing w Warszawie

Maciej Drozd (Echo Investment) : Ceny mieszkań wzrosną o 5-10 proc.

To jest pewne mieszkania zdrożeją. Szacuje się, że ich cena może być wyższa o 5-10 proc. Wszystko przez rosnące ceny gruntów. Już teraz deweloperzy więcej płacą za ziemię pod inwestycje.

– Ceny mieszkań będą rosły i pewnie zaczną rosnąć trochę szybciej dlatego, że dotychczas deweloperzy budowali na gruncie kupionym jakiś czas temu. W tej chwili widać, że cena zwłaszcza atrakcyjnych działek jest znacznie wyższa niż parę lat temu. Mieszkania, które będą na tych droższych działkach budowane będą też nieco droższe. To nie jest efekt, który nastąpi natychmiast, ale on jest już wyraźny i myślę, że w ciągu paru lat na pewno ceny mieszkań będą musiały też rosnąć – mówi newsrm.tv Maciej Drozd, wiceprezes ds. finansowych Echo Investment.

Już teraz szacuje się, że podwyżka może sięgnąć 5-10 proc. Na rynku można też zaobserwować inny efekt, który polega na większym zróżnicowaniu klasy lokali. Obok tych mieszkań tańszych w ofercie pojawia się coraz więcej mieszkań droższych i luksusowych. Ta różnorodność także powoduje, że wyliczana średnia cena dla całego rynku jest wyższa.
– Dużo mieszkań kupowanych jest na cele inwestycyjne. Coraz częściej są one traktowane jako alternatywa dla lokaty i innych form inwestycji. Ten trend jest też coraz silniejszy – dodaje Maciej Drozd.

Prezes Daniel Obajtek kontynuuje porządkowanie Grupy Energa

11 września 2017 r. zarząd spółki Energa-Obrót S.A. podjął decyzję o zaprzestaniu realizacji dwudziestu dwóch skrajnie szkodliwych dla spółki ramowych umów sprzedaży praw majątkowych wynikających ze świadectw pochodzenia (tzw. zielonych certyfikatów) oraz o wszczęciu postępowań sądowych i arbitrażowych przeciwko farmom wiatrowym i bankom, zmierzających do uzyskania sądowego potwierdzenia nieważności tych umów.

Umowy te zostały zawarte w latach 2007-2013, gdy nadzór właścicielski nad Grupą Energa sprawowali kolejni ministrowie Skarbu Państwa z rządu Platformy Obywatelskiej: Aleksander Grad, Mikołaj Budzanowski i Włodzimierz Karpiński. Ideą było związanie spółki Energa-Obrót S.A. wieloletnimi, niewypowiadalnymi kontraktami z zagranicznymi właścicielami farm wiatrowych, na mocy których spółka zmuszona była nabywać zielone certyfikaty bez względu na ich cenę, która zależała od zmiennych całkowicie niezależnych od spółki i znajdujących się poza jej kontrolą.

W ostatnich latach, w trakcie trwania umów, nastąpiły zmiany w systemie wsparcia OZE, które spowodowały drastyczny spadek cen rynkowych certyfikatów od poziomu opłaty zastępczej, do której były odnoszone zawarte w umowach formuły rozliczeniowe. W ostatnim czasie ceny spadały nawet do 20 zł za jeden certyfikat, podczas gdy zgodnie z umowami Energa-Obrót S.A. zobowiązana była płacić cenę ponad dziesięciokrotnie wyższą.

Taka sytuacja skutkowała powstawaniem po stronie spółki Energa-Obrót S.A. gigantycznych strat w postaci różnicy pomiędzy ceną rynkową zielonych certyfikatów a ceną ich zakupu. Tylko w ostatnich latach szacowane straty Grupy Energa wyniosły ok. 600 mln zł, sięgając nawet 30 mln zł miesięcznie. Spółka zmuszona była płacić całkowicie nierynkową cenę na rzecz właścicieli farm wiatrowych, za którymi od początku stał i nadal stoi zagraniczny kapitał z Niemiec, Hiszpanii, Austrii, Japonii czy USA, współfinansowany przez zachodnie banki.

Dążąc do przeciwdziałania ponoszeniu przez Grupę Energa olbrzymich strat finansowych, Zarząd podjął działania zmierzające do zakończenia stanu związania spółki Energa-Obrót S.A. niekorzystnymi Umowami. Zgodnie z uzyskanymi opiniami prawnymi renomowanych kancelarii prawnych, istnieją poważne argumenty przemawiające za uznaniem, że Umowy są nieważne, w związku z rażącym naruszeniem prawa przy ich zawieraniu. Tezy te znajdują potwierdzenie w najnowszym orzecznictwie sądów (zob. wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego z dnia 10 maja 2017 r. w sprawie o sygn. akt II GSK 2299/15). Mając na uwadze powyższe, Grupa Energa postanowiła zaprzestać wykonywania skrajnie niekorzystnych dla niej umów i wytoczyć powództwa zmierzające do uzyskania wyroków sądowych potwierdzających, że umowy od samego początku były nieważne.

Wytoczenie przez Grupę Energa powództw, co na konferencji prasowej podkreślał Prezes Daniel Obajtek, nie ma żadnego związku z wejściem w życie ustawy z dnia 20 lipca 2017 r. o zmianie ustawy o odnawialnych źródłach energii (Dz.U. z 2017 r., poz. 1593). Nieważność dwudziestu dwóch umów nie wynika bowiem ani nie wiąże się w żaden sposób z nowymi regulacjami dotyczącymi wysokości jednostkowej opłaty zastępczej. Ceny zielonych certyfikatów od czasu podpisania nowelizacji ustawy przez Prezydenta Andrzeja Dudę systematycznie zresztą rosną. Z kolei według wyliczeń Prezesa Jarosława Dybowskiego z Energa-Obrót S.A., oszczędności związane z zaprzestaniem realizacji umów mogą przynieść Grupie Energa w najbliższych latach ok. 2,1 mld zł. Te gigantyczne pieniądze mogą pozwolić m.in. na dokonanie szerokich inwestycji i w perspektywie lat przynieść korzyści nie tylko akcjonariuszom, ale również indywidualnym odbiorcom.

Działania te wpisują się także w szeroki plan reorganizacji Grupy Energa, zmierzającej do zapewnienia jej stabilizacji finansowej, a pośrednio do budowy bezpieczeństwa energetycznego Polski. Misją Zarządu jest sprawienie, by Energa przestała być postrzegana przez lobbystów jako źródło pozyskiwania kapitału dla zagranicznych koncernów, a zaczęła wreszcie służyć polskiej gospodarce.

Czy banki zapłacą 5 mld euro kar? Linux Polska ocenia nowe regulacje o ochronie danych osobowych (GDPR)

Z szacunków AllClear ID[1] wynika, że europejskie banki mogą zapłacić nawet 4,7 miliarda euro kar w ciągu pierwszych trzech lat od momentu obowiązywania nowej unijnej regulacji o ochronie danych (GDPR), czyli od maja 2018 r., jeżeli nie zastosują się do wprowadzonych zmian. W ciągu minionej dekady tylko największe europejskie banki padły ofiarą ataków co najmniej 27 razy[2], z czego niektóre więcej niż jednokrotnie. Z raportu Capgemini wynika, że naruszenia bezpieczeństwa dotyczą nawet 1 na 4 instytucje z sektora finansowego. Jednocześnie, tylko co drugi bank lub ubezpieczyciel posiada dziś adekwatną politykę bezpieczeństwa.

Jak pokazują badania, ataki, których celem są przechowywane przez instytucje finansowe dane osób fizycznych, stanowią realne zagrożenie biznesowe. Jeden na czterech przedstawicieli banków i firm ubezpieczeniowych, który brał udział w tegorocznym badaniu Capgemini przyznał, że jego instytucja padła ofiarą ataku hakerskiego.  Z kolei firma AllClear ID przeanalizowała średnią częstotliwość takich incydentów. Na jej podstawie obliczyła, że z momentem obowiązywania nowych przepisów, europejskie banki mogą się liczyć z koniecznością zapłacenia nawet 4,7 mld euro kar, jeśli nie spełnią wymogów stawianych przez nowe prawo.

Ważnym wyzwaniem jest nowy obowiązek poinformowania o naruszeniu bezpieczeństwa danych w ciągu 72 godzin od incydentu. Sankcjom podlega także m.in. użycie danych do innych celów niż te, na które użytkownik wyraził zgodę w momencie ich gromadzenia. Bowiem wedle nowego prawa, zakres wykorzystania danych zbieranych od użytkownika powinien zostać szczegółowo określony – instytucja finansowa, która pobiera dane od osoby wnioskującej o kredyt, nie może ich użyć do innych działań, np. do oceny wiarygodności klienta w innym obszarze. Ograniczeniom może podlegać także profilowanie i segmentowanie klientów i usług pod kątem wybranych danych, na wykorzystanie których nie została udzielona osobna zgoda.

Najpierw zmiana podejścia, potem inwestycje

Nowe regulacje w zakresie bezpieczeństwa danych osobowych wprowadzają na tyle rozległe zmiany, że instytucje finansowe obawiają się o nakłady finansowe potrzebne do ich wdrożenia.

Zanim instytucja zdecyduje się na inwestycje w konkretny produkt związany z nową infrastrukturą zarządzania danymi, powinna zacząć od zmiany swojego dotychczasowego podejścia do prowadzenia biznesu, w szczególności obrotu danymi osób fizycznych. Pierwszym krokiem powinien być audyt tego, w jaki sposób pozyskiwane i przechowywane są dane, do czego są później wykorzystywane, a także, jak zminimalizować ilość przetwarzanych informacji. Inwestycje w narzędzia IT, które pozwolą spełnić wymogi stawiane przez regulację, to dopiero kolejny etap przygotowań – komentuje Marek Najmajer, ekspert Linux Polska.

W świetle dotychczasowych przepisów instytucjom finansowym wystarczała ogólna zgoda na wykorzystanie danych osobowych pobieranych od klientów. Administrator tych danych pozostawał prawnie chroniony, jeśli wdrożył ogólne zasady bezpieczeństwa. Nowe regulacje oznaczają, że wiele systemów IT stosowanych w bankach i instytucjach od wielu lat i działających bez zarzutu, teraz przestanie spełniać swoje funkcje. Nawet dla dużego i dobrze prosperującego przedsiębiorstwa, kompletna zmiana dotychczas używanej infrastruktury IT i wymiana oprogramowania dbającego o bezpieczeństwo baz danych osobowych, byłaby niezmiernie kosztowna. Eksperci sugerują podejście minimalizujące koszty zmian w systemach, zapewniające szybkie korzyści ze wdrożenia. Takie rozwiązanie  polega na ograniczeniu zmian w istniejących już, trudnych do modyfikacji, aplikacjach i otoczeniu ich rozwiązaniami czuwającymi nad przepływem danych.

Zmiany regulacyjne wymagają uzupełnienia infrastruktury IT, która pozwoli na śledzenie nieupoważnionych prób pozyskania danych osobowych i rejestrację takich działań. Te systemy powinny z kolei współpracować z rozwiązaniami takimi jak platformy SIEM (Security Information and Event Management), które służą do zaawansowanej analityki zdarzeń i powinny zostać poszerzone o analizę zachowań użytkownika. Takie rozwiązanie pozwala z jednej strony na ochronę przed incydentami złamania bezpieczeństwa, z drugiej dostarcza dodatkowych informacji o wszystkich udostępnieniach, odczytach, zapisach, przekazaniach danych. Pozwala też na zweryfikowanie, czy na każde z tych udostępnień, została udzielona zgoda właściciela danych. Dodatkowo umożliwia sprawdzenie, czy dane nie zostały nielegalnie pobrane – wyjaśnia Marek Najmajer, Linux Polska.

Zdążyć na czas

Jednym z ważniejszych wyzwań związanych z przystosowaniem się przez instytucje finansowe do wprowadzenia GDPR jest krótki czas pozostały do momentu, kiedy zaczną obowiązywać regulacje (maj 2018), przy jednoczesnych wątpliwościach związanych z interpretacją przepisów.

Firmy, które do tego momentu nie rozpoczęły jakichkolwiek działań, już są spóźnione. Jeżeli chodzi o czekające je kary, jeszcze nie ma wykładni prawnej, więc nie ma pewności, jak będzie wyglądało w praktyce egzekwowanie nowego prawa. Dopiero pierwszy wyrok skazujący będzie wskazówką dla sądów, jak rozpatrywać takie sprawy. Wydaje się, że pomóc w uniknięciu lub ograniczeniu kar tym firmom, które jeszcze nie zaczęły przygotowań do wdrożenia nowych regulacji może rzetelna ocena ryzyka i analiza tych aplikacji i oprogramowania, którym dysponują obecnie oraz realny i wdrażany plan działań zmierzających do ograniczenia tego ryzyka – dodaje Marek Najmajer, Linux Polska.

[1] https://www.allclearid.com/business/resource/banks-breaches-billion-euro-fines/

[2] Według danych Consult Hyperion.

Jak skutecznie przygotować firmę do stosowania RODO – porady nie tylko dla przedsiębiorców

Już za dziewięć miesięcy – 25 maja 2018 r. zaczną obowiązywać przepisy europejskiego rozporządzenia o ochronie danych osobowych – RODO. Wprowadza ono zmiany, które dotyczą funkcjonowania wielu aspektów organizacji, dlatego warto odpowiednio wcześnie przygotować się do ich wdrożenia – wskazuje Fundacja Wiedza To Bezpieczeństwo. Jak to zrobić i kiedy warto skorzystać z pomocy zewnętrznej firmy?

Do dnia wejścia w życie europejskiego rozporządzenia o ochronie danych osobowych każda organizacja pozyskująca i przetwarzająca dane swoich klientów lub współpracowników musi dostosować się do nowych przepisów. Konsekwencją niedostosowania się do zmian mogą być nie tylko kary pieniężne, ale także negatywne konsekwencje prawne i wizerunkowe.  Można ich uniknąć odpowiednio implementując przepisy RODO.

Sposoby na wdrożenie RODO

Podmioty zobowiązane do wdrożenia RODO mogą samodzielnie przygotować się na wejście w życie nowych regulacji wykorzystując własne zasoby kadrowe. Jeśli w organizacji funkcjonuje biuro bezpieczeństwa lub system, którego celem jest zapewnianie zgodności działania z prawem (compliance) proces implementacji przepisów powinien już przebiegać.

Inną możliwością jest zatrudnienie firmy wyspecjalizowanej w ochronie danych osobowych.

Skorzystanie z podmiotu, który posiada wypracowaną metodologię wdrażania nowego aktu prawnego może znacząco usprawnić cały proces oraz zagwarantować większą obiektywność działań. Należy pamiętać o tym, aby wybrać taką firmę, która oferuje wsparcie również po zakończeniu procesu wdrożenia RODO w formie, np. audytów kontrolnych lub pakietu szkoleń dla pracowników – wskazuje Tomasz Ochocki z Fundacji Wiedza To Bezpieczeństwo.

Dopasowanie do potrzeb organizacji

Jednym z głównych założeń RODO jest to, aby organizacja zbudowała własny, adekwatny do profilu swojej działalności, system ochrony danych osobowych. Oznacza to, że we wszystkich etapach wdrożenia nowych przepisów powinny brać udział osoby, odpowiedzialne za dany obszar funkcjonowania firmy.

Zewnętrzni eksperci mogą wspomóc organizacje w dopasowaniu do wymogów RODO zachodzących w niej procesów. Z ich specjalistycznego wsparcia powinni skorzystać zwłaszcza właściciele firm, kadra zarządzająca oraz Administratorzy Bezpieczeństwa Informacji.

Wdrożenie RODO to złożony i wieloetapowy proces, który wymaga określenia przez administratora danych, czyli przedsiębiorcy, zakresu prac, przewidywanych kosztów, czasu realizacji oraz niezbędnych zasobów. Ze względu na jego interdyscyplinarny charakter – połączenia wiedzy m.in. z dziedziny prawa, informatyki, ciągłości działania czy zarządzania kryzysowego często okazuje się, że posiadane zasoby ludzkie nie gwarantują sukcesu planowanego projektu i warto zwrócić się do eksperta w tej dziedzinie. Przed podjęciem decyzji o współpracy należy jednak precyzyjnie określić zakres współpracy – mówi Tomasz Ochocki.

Porównując oferty zewnętrznych konsultantów należy sprawdzić, jakie elementy wdrożenia objęte są zaproponowaną ceną oraz czy nie zawiera ona ukrytych kosztów. Korzystana propozycja współpracy powinna obejmować dostosowanie wszystkich realizowanych przez organizację procesów przetwarzania danych osobowych.

Podział na Polskę A i B coraz mniej widoczny na rynku pracy

Dane z „Regionalnego Barometru Rynku Pracy” przygotowanego przez Work Service pokazują, że wraz z dobrą koniunkturą na rynku pracy zmieniają się też realia w poszczególnych regionach kraju. Najmniej pewni o swoją pracę nadal są mieszkańcy wschodniej części Polski, ale jednocześnie ponad 55% spodziewa się tam podniesienia poziomu wynagrodzenia – to wynik lepszy niż w centrum kraju. Najwięcej rekrutacji zapowiadają przedsiębiorcy w Małopolsce oraz na Śląsku i w tych województwach co ósma firma planuje podwyżki. Największe trudności z pozyskaniem pracowników występują na Dolnym Śląsku i Opolszczyźnie, do czego przyznaje się ponad 70% pracodawców.

Bezrobocie w skali całego kraju utrzymuje się na rekordowo niskich wskazaniach, choć nadal są miejsca w kraju, gdzie jest dwucyfrowe. Obecnie już w tylko w 2 z 16 województw mamy do czynienia z taką sytuacją (w warmińsko-mazurskim 12% i w kujawsko-pomorskim 10,4%). Co ciekawe w ostatnich miesiącach najbardziej poprawia się sytuacja we wschodnich województwach, gdzie stopa bezrobocia wyraźnie spada. Z najnowszych badań Work Service wynika, że obecnie najpewniej na rynku pracy czują się mieszkańcy południowo-zachodniej Polski – tam tylko 6% boi się utraty pracy. Nadal najbardziej utraty miejsca zatrudniania obawiają się mieszkańcy wschodniej części kraju – 15,6% czyli niewiele więcej niż w centrum, gdzie odsetek wynosi 14,2%.11

Podział na Polskę A i B coraz bardziej się zaciera. Gdybyśmy popatrzyli tylko na obawy o zatrudnienie to nadal regiony wschodnie odstają od reszty kraju. Jednak gdy przeanalizujemy już presję płacową to okazuje się, że we wschodniej części kraju jest naprawdę wysoka, bo aż 55,2% oczekuje tam w najbliższym czasie podwyżki. Wyższy wynik jest tylko w 3 województwach – zachodniopomorskim, lubuskim i wielkopolskim. Równocześnie ponad połowa osób we wschodniej Polsce uważa, że nową pracę znajdzie w miesiąc i jest to wynik znacznie lepszy niż w zachodniej części kraju. To pokazuje, że poprawa koniunktury na rynku pracy zaczyna rozlewać się na coraz większe obszary kraju, a  dotychczasowe różnice regionalne stają się coraz mniejsze i nie są już tak jednoznaczne, jak jeszcze 2-3 lata temu – komentuje Maciej Witucki, Prezes Zarządu Work Service S.A.

Problemy rekrutacyjne mają rozwiązać podwyżki

Najwięcej miejsc pracy w najbliższych miesiącach będzie powstawało w Polsce południowej. W województwach małopolskim i śląskim przeszło połowa firm planuje rekrutacje. To co dodatkowo może cieszyć kandydatów, to fakt, że w tym regionie 13% pracodawców planuje wzrosty wynagrodzeń. Co ciekawe na mapie Polski coraz wyraźniej widać regiony, w których notowane są wzmożone problemy rekrutacyjne. Niemal ¾ przedsiębiorców z południowo-zachodniej części kraju nie może znaleźć odpowiednich kandydatów do pracy, co powoduje, że w tym regionie obecni pracownicy czują się najbardziej spokojni o swoje zatrudnienie.

12Rosnące wyzwania rekrutacyjne po stronie pracodawców zaczynają przekładać się na większą skłonność do podwyżek. Z taką sytuacją mamy do czynienia, gdy spojrzymy na dwie przeciwległe części Polski – północ i południe. W tych regionach ponad połowa firm miała w ostatnim czasie problemy ze znalezieniem kandydatów i tam przedsiębiorcy najczęściej deklarują podniesienie poziomów wynagrodzeń, odpowiednio 17% i 13% badanych. Oznacza to, że firmy rywalizując na coraz trudniejszym rynku o kandydatów zaczynają sięgać do własnych kieszeni, aby oferować wyższe stawki – dodaje Andrzej Kubisiak, Dyrektor Zespołu Analiz w Work Service S.A.

***

Metodologia badania:

Dane prezentowane w ramach „Barometru Rynku Pracy VIII” zostały przygotowane i opracowane na zlecenie Work Service S.A. przez instytut Kantar Millward Brown S.A. Badanie zostało podzielone na dwie kategorie:

  • Pracowników – Badanie zrealizowano na próbie osób pracujących (N=515) dobranej z ogólnopolskiej reprezentatywnej próby dorosłych Polaków N=1000 (dobranych zgodnie ze strukturą populacji pod względem płci, wieku, wykształcenia oraz klasy wielkości i województwa miejsca zamieszkania), wyniki poddano procedurze ważenia. Maksymalny błąd pomiaru dla całej próby pracujących to +/-4,4%. Badanie zostało przeprowadzone za pomocą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych CATIBUS w okresie 19-24.07.2017 r.
  • Pracodawców – Badanie zrealizowano na próbie pracodawców (N=300) dobranych w kwotach dla wielkości zatrudnienia, po 100 wywiadów dla firm małych (10-49 pracowników), średnich (50-249 pracowników) oraz dużych (250+ pracowników), z uwzględnieniem województwa – miejsca prowadzenia działalności oraz branży firmy. Maksymalny błąd pomiaru dla całej próby to +/- 4,2%, a dla wyróżnionych trzech klas wielkości zatrudnienia +/- 10,2%. Badanie zostało przeprowadzone za pomocą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych CATI Ad Hoc w okresie 14-27.07.2017 r.

Fat Dog Games (SITE S.A.) prezentuje nową strategię spółki

Zarząd SITE S.A. (“Spółka” lub “Fat Dog Games”) informuje, iż w związku z powołaniem nowego Zarządu Spółki – w osobie Pana Dariusza Skrzypkowskiego, pełniącego funkcję Prezesa Zarządu oraz Aleksandra Sierżęgi i Radomira Woźniaka pełniących funkcje Członków Zarządu – podjął decyzję o zmianie profilu działalności i rozpoczyna działalność w zakresie wydawania i koprodukcji gier cyfrowych.

Spółka, uchwałą Zgromadzenia Akcjonariuszy, w związku ze zmianą profilu działalności przyjmuje nazwę oraz brand Fat Dog Games oraz zmienia nazwę na Fat Dog Games S.A.

Fat Dog Games planuje działalność polegającą na pozyskiwaniu z rynku wartościowych produkcji growych, finansowanie i wspieranie produkcji, a po ich ukończeniu promowanie oraz wydawanie na platformach cyfrowych jak i w sprzedaży detalicznej.

Produkcje które nad którymi Spółka pracuje są na wczesnym etapie rozwoju i w celu ich ukończenia wymagają finansowania zewnętrznego.

W ramach strategii na lata 2017-2020 Fat Dog Games planuje koprodukcję równocześnie do 25 projektów oraz 20 premier gier w każdym pełnym roku obrotowym. Celem spółki jest osiągnięcie sprzedaży w wysokości minimum 200 tys kopii przynajmniej 2 gier w roku obrotowym.

Spółka zamierza osiągnąć cel poprzez:

1) 18 projektów w portfelu.

W związku z przejęciem przez Spółkę firmy Dopamine sp. z o.o., Fat Dog Games dysponuje od września 2017 roku 18 grami w produkcji, w tym trzema ukończonymi grami, a jedną wydaną na platformie Steam. Spółka jest gotowa do podpisania 3 nowych umów w pierwszej połowie września 2017 r.. W portfelu Spółki są produkcje z różnych gatunków growych, także z potencjałem e-sportowym jak War Builder League oraz Exorder.

2) Pozyskiwanie produktów o wysokiej jakości. Spółka pozyskała kojarzącą się pozytywnie wśród twórców gier ‘indie’ markę wydawniczą Fat Dog Games.

Spółka pozyskała doświadczony w branży produkcyjno-wydawniczej gier komputerowych zespół ze znanymi nazwiskami, który wykazuje odpowiednie kompetencje do oceny projektów. Spółka planuje pozyskiwać projekty możliwe do stworzenia w 12 miesięcy w małych zespołach. Spółka planuje wydawać nie więcej niż 300 tys. złotych na produkcję jednego tytułu.

3) Wysoki udział w zysku w projektach.

W związku z połączonym działaniem w zakresie wydawania, finansowania oraz koprodukcji Fat Dog Games zapewni sobie udział w zyskach na poziomie od 50% do 75% od każdego projektu.

4) Dywersyfikacja ryzyka.

Spółka wdrożyła strategię działania bazującą na statystyce i korelacji która wykazuje, że najpewniejszym i najmniej ryzykownym sposobem na sukces w branży gier jest dywersyfikacja ryzyka poprzez wydawanie dużej ilość różnych projektów oraz związane z tym zwiększanie szans sprzedażowych.

Model strategii Fat Dog Games zakłada, że niskie koszty produkcji pojedynczego projektu oraz zoptymalizowane efektem skali koszty promocji oraz sprzedaży spowodują możliwość koprodukcji dużej ilości gier, co powoduje zwiększenie szansy na realizację celu. W ramach dywersyfikacji ryzyka Spółka nie ogranicza się do konkretnych typów gier ani platform. Zarząd Fat Dog Games w procesie wyboru projektu kieruję się możliwościami przyszłej monetyzacji produktów.

5) Strategia sprzedażowa.

Spółka dysponuje kompetencjami do sprzedaży i promowania gier które finansuje. Spółka będzie realizować sprzedaż poprzez promowanie gier w kanałach społecznościowych oraz poprzez content marketing. Spółka prowadzi zaawansowane rozmowy z kluczowymi partnerami technologicznymi takimi jak Microsoft oraz przygotowuje swoje produkty pod dystrybucje na konsole.W strategii Spółki kluczową rolę odgrywa udział w targach growych, w szczególności w segmencie B2B w trakcie których Spółka pozyskuje kluczowych partnerów do współpracy.

Fat Dog Games uczestniczył tylko w 2017 roku w targach Taipei Game Show, ChinaJoy, Gamescom, PAX West, co spowodowało znaczny wzrost rozpoznawalności marki na świecie.Głównymi platformami na których Spółka będzie publikować produkcje są komputery osobiste oraz konsole. Rozwijany jest także segment gier mobilnym ze względów na dystrybucję na rynki azjatyckie. Spółka planuje sprzedawać swoje gry zarówno w ramach dystrybucji cyfrowej oraz detalicznej. Spółka posiada konto w serwisie Steam, a w trakcie PAX West rozpoczęła bezpośrednie relacje z Valve w ramach spotkania polskim firm growych ze Steam.

6) Współpraca z dystrybutorami na rynki azjatyckie.

Rynek Azja-Pacyfik to obecnie prawie połowa wartości sprzedaży na rynku gier (48,6%). Fat Dog Games w związku z tym przyjął strategię traktowania rynków azjatyckich jako kluczowego rynku zbytu. Spółka prowadzi zaawansowane rozmowy z partnerami z Japonii, Chin, Tajwanu oraz Singapuru. Spółka w IV kwartale 2017 roku ogłosi podpisanie kluczowych umów dystrybucyjnych z partnerami azjatyckimi.

Inwestorem strategicznym jest fundusz ERNE VENTURES notowany na NewConnect, którego udział w kapitale zakładowym Fat Dog Games po dokonaniu rejestracji emisji akcji serii F będzie wynosił 36%. Do dnia dzisiejszego poziom inwestycji w spółkę Fat Dog Games sięgnął już poziomu powyżej 1mln PLN. Ponadto ERNE VENTURES zadeklarował, iż w przeciągu dwóch kolejnych lat poziom inwestycji osiągnie poziom 5 mln PLN.

Spółka informuje, że nie zamierza kontynuować dotychczasowej działalności Spółki. Podsumowując Zarząd nie będzie kontynuował strategii rozwoju opublikowanej raportem EBI 14/2010 z dnia 13.12.2010.

EBC uspokaja inwestorów

Benoît Coeuré, członek zarządu Europejskiego Banku Centralnego, powiedział w poniedziałek, że kurs wymiany walut nie pływa już tak mocno na wzrost gospodarczy, jak to było w przeszłości. W tej sposób uspokajał inwestorów obawiających się, że silne euro negatywnie wpłynie na wzrost w strefie euro. Stwierdził też, że polityka monetarna eurolandu pozostanie luźna przez dłuższy czas, dodając, że EBC termin „średni horyzont czasowy” rozumie bardziej jako dłuższy niż krótszy okres. Tymczasem wspólna waluta traci na wartości wobec amerykańskiego dolara i brytyjskiego funta, a zyskuje do japońskiego jena.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar traci do brytyjskiego funta (-0,1%) i dolara kanadyjskiego (-0,36%), a zyskuje do euro (+0,37%), dolara australijskiego (+0,24%) oraz japońskiego jena (+0,83%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,197, GBP/USD – 1,319, USD/CAD – 1,21, AUD/USD – 0,803 i USD/JPY – 109,3. Euro jest silniejsze wobec japońskiego jena (+0,47%) i kurs EUR/JPY wynosi 130,8, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,907. Złotówka traci do dolara, euro i funta, a kurs wobec franka szwajcarskiego pozostaje na podobnym poziomie. We wtorek rano dolar kosztuje 3,55 zł, euro – 4,25 zł, funt – 4,68 zł, a frank – poniżej 3,72 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach zdecydowana przewaga koloru zielonego. W poniedziałek londyński indeks FTSE 100 zyskał 0,49%, frankfurcki indeks DAX – 1,39%, a paryski indeks CAC 40 – 1,24%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 wzrósł o 1,08%, meksykański indeks Bolsa – o 0,68%, a brazylijski Bovespa – o 1,7%. We wtorek w Azji tokijski indeks Nikkei podniósł się o 1,18%, chiński indeks Shanghai Composite zyskał 0,09%, a hongkoński indeks Hang Seng na godzinę przed zamknięciem tracił 0,04%.

Ropa i złoto: Po wcześniejszych spadkach ceny ropy naftowej idą w górę. W poniedziałek na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 53,84 USD (+0,11%), a ropy WTI – 48,07 USD (+1,23%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca podniosła się o 1 USD do 55 USD. Z kolei cena złota kontynuuje spadki. We wtorek rano uncję metalu rynek wycenia na 1325 USD. To 11 USD mniej (-0,82%) niż dobę wcześniej.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 8:00 – Rumunia – Produkcja przemysłowa (m/m), lipiec -1,5% (poprzednio -1,4%)
  • 8:00 – Rumunia – Inflacja CPI (r/r), sierpień – 1,2% (prognoza 1,45%)
  • 10:30 – Wielka Brytania – Inflacja CPI (r/r), sierpień (prognoza 2,8%)
  • 10:20 – Wielka Brytania – Inflacja PPI (r/r), sierpień (prognoza 3,1%)
  • 14:00 – Polska – Inflacja bez cen żywności i energii (r/r), sierpień (prognoza 0,8%)
  • 15:45 – Strefa euro – Wystąpienie publiczne wiceszefa EBC

Przygotował zespół analityczny easyMarkets