Przy rekordowo niskim bezrobociu w firmach rośnie znaczenie działań motywacyjnych. Wcześniej pracodawcy dawali pracownikom prezenty niemal wyłącznie z okazji Bożego Narodzenia. Obecnie prawie połowa wykorzystuje do tego także Wielkanoc – wynika z badań Sodexo Benefits and Rewards Services. Korzystnym benefitem zarówno dla przedsiębiorstwa, jak i zatrudnionego mogą być bony zakupowe.
– W ciągu roku jest wiele okazji do obdarowywania pracowników, docenienia za ich zaangażowanie. Takim momentem są przede wszystkim święta Bożego Narodzenia, podczas których tradycja obdarowywania jest w Polsce powszechna – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marta Trzeciak, junior product manager w firmie Sodexo Benefits and Rewards Services Polska. – Ostatnio jednak także wielkanocny zajączek zyskuje na popularności.
Jak wynika z ostatniej edycji badania „Drogowskaz Motywacyjny” prowadzonego przez Sodexo Benefits and Rewards Services, 90 proc. firm w Polsce przekazuje swoim pracownikom prezenty przed świętami Bożego Narodzenia. Dynamicznie jednak rośnie odsetek firm wykorzystujących do tego także Wielkanoc. Obecnie już w ponad 44 proc. przedsiębiorstw stosowana jest taka praktyka.
– Przed świętami pracownicy oczekują od firmy docenienia i prezentu, a pracodawca powinien zapewnić taki podarunek, który zmotywuje kadrę do pracy, sprawi, że pracownik poczuje się doceniony i ważny dla firmy – precyzuje Marta Trzeciak. – Powinien być to jednak prezent umożliwiający swobodę wyboru konkretnej, najbardziej w danym momencie potrzebnej rzeczy lub usługi. Karty i kupony podarunkowe, które to umożliwiają, są dobrym rozwiązaniem.
Wiążące się z kartami i kuponami zniżki w placówkach handlowych i usługowych, jak wynika z informacji Sodexo, sięgają nawet 55 proc. Karty podarunkowe tej firmy akceptowane są w ponad 400 tys. punktów, a kupony rabatowe można wykorzystać w przeszło 50 tys. sklepów i punktów usługowych.
Z punktu widzenia firmy rozwiązanie to jest korzystniejsze niż kupno konkretnego produktu lub zamówienie konkretnej usługi. Jeżeli transakcja odbywa się w trakcie roku podatkowego z Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych, to takie świadczenie pozapłacowe stanowi dla firmy koszt uzyskania przychodu (do kwoty 380 zł na zatrudnionego), co obniża wysokość podatku dochodowego. Ponadto opłaty związane z zakupem, zasileniem kart i obsługą są zwolnione z podatku VAT.
– Kupony i karty podarunkowe to nie tylko sprawdzone i korzystne rozwiązanie dla pracowników, lecz także dla przedsiębiorstw, których działy HR nie muszą się martwić o odpowiedni podarunek dla każdej osoby, bo każdy sam coś dla siebie wybierze – uważa Marta Trzeciak. – Ponadto karty i kupony podarunkowe nie wymagają konfekcjonowania, a sposób ich zamówienia jest intuicyjny. W dodatku zamówienie można złożyć nawet w ostatniej chwili, przed samymi świętami, i zostanie ono zrealizowane.
Korzystny układ kalendarza sprawił, że w tym roku podczas majówki relaksować się będzie 30 proc. więcej klientów biur podróży – wynika ze statystyk Neckermann Podróże. Dla tych, którzy nie zdążyli zarezerwować dni urlopowych lub wymarzonej wycieczki, pozostają inne terminy w maju i w czerwcu, które kuszą niższymi, bo pozasezonowymi, cenami. W biurach podróży dynamicznie rośnie także sprzedaż oferty letniej. Wśród topowych kierunków są Chorwacja, Grecja oraz wracająca powoli do łask turystów Turcja.
– W tym roku możemy mówić o prawdziwym boomie wyjazdowym na długi weekend majowy. W tym okresie na wakacje wyjedzie z nami o ponad 30 proc. więcej klientów w porównaniu do roku poprzedniego – mówi agencją informacyjną Newseria Biznes Magda Plutecka, rzeczniczka Neckermann Podróże. – Jeśli chcemy wyjechać na długi weekend majowy, jest to ostatni moment, aby dokonać rezerwacji. Pozostały tylko pojedyncze miejsca.
Najwięcej osób spędzi tegoroczny długi weekend majowy w zagranicznych kurortach na Wyspach Kanaryjskich, na wyspach greckich, ale także na plażach Egiptu i Maroka.
– Na majówkę Polacy często wybierają się również samochodem, głównie do Włoch i Chorwacji – wskazuje Magda Plutecka. – Wyjazdy zagraniczne trwają zazwyczaj tydzień, pobyty krajowe są z reguły krótsze i zamykają się w ramach weekendu. Wielu rodaków udaje się wówczas do hoteli nad Morzem Bałtyckim i na Mazurach.
Tegorocznej majówce wybitnie sprzyja układ kalendarza: wystarczy wziąć trzy dni wolnego w pracy, aby wypoczywać aż dziewięć (święto pracy 1 maja przypada w poniedziałek, a Konstytucji 3 maja – w środę). Częstsze wyjazdy na długie weekendy, jak twierdzi Magda Plutecka, wynikają również z większej dbałości Polaków o jakość spędzania czasu wolnego.
– Majowy weekend rozpoczyna w biurach podróży sezon letni, który potrwa do października – wyjaśnia Magda Plutecka. – Pamiętajmy, że maj to nie tylko długi weekend. Są dostępne terminy późniejsze, na które warto zwrócić uwagę ze względu na bardzo korzystne ceny. Już jest dostępna oferta last minute, w której cena wyjazdów od maja do połowy czerwca jest nawet o 40 proc. niższa niż w szczycie sezonu.
Tygodniowe wakacje w czterogwiazdkowym hotelu w Turcji czy w Bułgarii można poza sezonem spędzić za 1,1–1,2 tys. zł, a na greckich wyspach – za 1,3–1,4 tys. zł.
– Biura podróży już realizują w pełni swój letni program czarterowy, więc możemy skorzystać z bogatego wyboru kierunków, a jednocześnie wypocząć w czasie, kiedy w kurortach jest spokojnie i nie ma jeszcze uciążliwych upałów – podkreśla Plutecka.
W ostatnich tygodniach widać, że Polacy tłumnie ruszyli do biur podróży po ofertę na lato. W Neckermann Podróże liczba rezerwacji na lipiec i sierpień wzrosła o 20 proc. względem 2016 roku.
– Świadczy to o tym, że jesteśmy coraz bardziej zainteresowani wakacjami za granicą, a po drugie bardziej zapobiegliwi i wcześnie rezerwujemy wakacje – mówi Magda Plutecka. – W tym roku obok ceny duże znaczenie przy wyborze oferty ma również bezpieczeństwo. Kierunki postrzegane jako bezpieczne rezerwowane są też przez klientów z innych krajów europejskich, dlatego te najlepsze hotele, szczególnie w szczycie sezonu, sprzedają się bardzo szybko. Z całą pewnością nie mamy co liczyć na super last minute, jeśli planujemy wakacje w lipcu czy w sierpniu.
Najwięcej letnich rezerwacji dotyczy wysp greckich i Bułgarii. Na tych kierunkach Neckermann notuje także największe wzrosty.
– W dalszej kolejności jest to Hiszpania z Majorką, Sycylia, głównie południe, które wybieramy na rodzinne wakacje, a także Turcja, która powoli wraca na mapę najpopularniejszych miejsc wypoczynku – wymienia rzeczniczka Neckermann Podróże.
W tym roku większe jest zainteresowanie wyjazdami autem. Wakacje na czterech kółkach turyści zamierzają spędzić w Chorwacji, Bułgarii lub we Włoszech.
– Hitem sprzedaży jest Chorwacja – ponad 40 proc. więcej klientów spędzi tam z nami wakacje w porównaniu do roku poprzedniego. Bardzo dobry dojazd, piękne krajobrazy, dobra kuchnia, walory kulturowe, ale też coraz lepsza baza noclegowa sprawiają, że Chorwacja od wielu lat cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem Polaków. Co ciekawe, coraz więcej osób wybiera się do Chorwacji na wakacje all inclusive do hoteli cztero- i pięciogwiazdkowych – mówi Magda Plutecka.
Za tygodniowe wakacje w Chorwacji, z dojazdem własnym, z zakwaterowaniem w czterogwiazdkowym hotelu, z posiłkami, trzeba zapłacić ok. 600–700 zł od osoby. Jeśli wybierzemy apartamenty bez wyżywienia, cena spada do poziomu 100–150 zł od osoby.
Spółka Elmodis z Krakowa, start-up, który opracował innowacyjny system zbierania danych o pracy maszyn przemysłowych oraz analizowania ich w chmurze, pozyskał 20 milionową inwestycję od trzech funduszy: amerykańskiego Intel Capital, holenderskiego SET Ventures i polskiego Innovation Nest. Dzięki temu zamierza rozwinąć swoją technologię i pozyskać klientów także spoza granic Polski.
– Pozyskaliśmy dwóch nowych inwestorów. To Intel Capital i SET Ventures. Do tego Innovation Nest, czyli trzeci inwestor, którego mieliśmy do tej pory – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Hanc, prezes firmy Elmodis. – Cała inwestycja opiewa na prawie 5 mln dol., więc to dla spółki technologicznej na tym etapie duży zastrzyk pieniędzy na rozwój i na budowanie zespołu. Fundusze wnoszą również technologię i wsparcie w zakresie budowy tej technologii długoterminowo. Intel znany jest z tego, że jest to mocna firma technologiczna. To chcemy wykorzystać w budowaniu wartości naszej spółki.
Krakowska spółka technologiczna Elmodis to jeden z dziesięciu start-upów, które jesienią 2016 roku zostały wybrane przez fundację Startup Poland spośród przeszło 200 firm do zaprezentowania swoich projektów prezydentowi. Firma stworzyła system pozwalający zwiększyć efektywność maszyn przemysłowych: pomp, wentylatorów, kompresorów czy pasów transmisyjnych. Pomaga on zapobiegać awariom maszyn, obniżać koszty napraw oraz oszczędzać energię elektryczną. To zintegrowany system – zarówno urządzenia diagnostyczne, jak i oprogramowanie – dzięki któremu producenci silników elektrycznych i innych maszyn napędzanych energią elektryczną w czasie rzeczywistym mogą monitorować ich działanie.
Inwestorami spółki zostali Intel Capital – amerykański fundusz inwestycyjny, SET Ventures, holenderski fundusz venture capital, który inwestuje głównie w sektor energetyczny, oraz polski Innovation Nest. Łącznie zainwestują w Elmodis blisko 20 mln zł.
– Jesteśmy w tej chwili zorientowani na to, żeby budować wartość spółki poprzez pozyskiwanie nowych klientów i nowych rynków, więc widzimy tutaj po pierwsze możliwość wsparcia rozwoju technologicznego, która pozwoli nam na szybsze skalowanie produktu, a po drugie zdobywanie nowych rynków, nie tylko europejskich, lecz także amerykańskiego rynku, w którym pomoże nam Intel – przewiduje Hanc.
Sektory przemysłu, w których może być wykorzystane rozwiązanie spółki, to produkcja, energetyka, górnictwo, a także przemysł petrochemiczny. Jednak największe szanse – zwłaszcza wśród klientów zagranicznych – Elmodis upatruje w branży automotive.
– Branża automotive jest w zakresie liczby maszyn i możliwości skorzystania z naszych technologii bardzo chłonna. Zmieniający się rynek produkcji samochodów i wprowadzanie nowych technologii powodują, że jest tam dla nas bardzo dużo miejsca. Dodatkowo dziś klienci są nastawieni na wprowadzanie nowych technologii i analizę big data – informuje prezes Elmodis. – W tej chwili staramy się wykorzystać najbliższych sąsiadów, czyli Niemcy, Czechy, ale rynkiem, nad którym pracujemy i na który chcemy w następnym roku wejść, to Stany Zjednoczone ze względu na ilość przemysłu i miejsca, gdzie rzeczywiście możemy ten przemysł wspomóc.
Firma Elmodis powstała w 2015 roku. Obecnie zatrudnia ok. 30 pracowników, głównie inżynierów i specjalistów w zakresie monitorowania i optymalizacji pracy maszyn. Firma zapewnia, że zakład, w którym pracuje tysiąc maszyn na prąd, może dzięki zastosowaniu rozwiązania Elmodis zaoszczędzić nawet 40 mln zł rocznie na kosztach energii elektrycznej i naprawach.
Zdaniem ekspertów rosnące bezrobocie, presja płacowa i niedobory pracowników na rynku pracy spowodują, że zarobki w handlu detalicznym wzrosną w najbliższych latach nawet o jedną trzecią. Świadome tego sieci handlowe regularnie podnoszą wynagrodzenia i oferują coraz bogatsze pakiety świadczeń pozapłacowych. Mimo to związki zawodowe chcą, aby płace rosły szybciej i żądają kolejnych podwyżek.
– 2017 i 2018 rok będą okresem wyraźnego wzrostu wynagrodzeń. Przeciętna płaca wzrośnie o 5 proc., może nawet więcej. W niektórych sektorach ten wzrost będzie o wiele wyższy. Myślę, że w sieciach handlowych w ciągu najbliższych pięciu lat realne wynagrodzenia wzrosną przynajmniej o 30 proc. –prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Zuber, ekonomista.
Sieci handlowe regularnie podnoszą wynagrodzenia szeregowym pracownikom. Należąca do Jeronimo Martins Polska sieć handlowa Biedronka, największy w Polsce prywatny pracodawca, od kwietnia tego roku po raz kolejny podniosła minimalne wynagrodzenie. W następstwie podwyżki rozpoczynający pracę w Biedronce kasjer-sprzedawca, przy braku nieplanowanych nieobecności w miesiącu, zarobi obecnie 2450 zł brutto. Może on także liczyć na premię miesięczną w wysokości do 330 zł brutto.
Eksperci rynku pracy zwracają uwagę, że po serii podwyżek Biedronka ustanowiła precedens, zrównując pensje swoich pracowników z zarobkami w tych branżach, w których wymagane jest wyższe wykształcenie. Przykładowo, na podobnym poziomie kształtują się pensje pielęgniarek z wieloletnim stażem pracy, zbliżone są też płace w administracji i budżetówce.
W ciągu ostatnich miesięcy na podwyżki wynagrodzeń zdecydowały się również inne duże sieci handlowe. Ponadto pracownicy w większości z nich mogą liczyć też na dodatki socjalne. Najczęstsze są prywatne pakiety medyczne, ubezpieczenia na życie, dofinansowanie zajęć sportowych i bony lub paczki świąteczne.
– W sieciach handlowych brakuje obecnie pracowników, w związku z tym walka o nich wymusza wyższe płace. Faktycznie, sieci regularnie w ostatnim czasie podwyższały wynagrodzenia dla szeregowych pracowników – potwierdza Katarzyna Lorenc, ekspert ds. rynku pracy oraz zarządzania i efektywności pracy w Business Centre Club.
– W tych największych sieciach handlowych mieliśmy już trzy podwyżki płac w ciągu ostatnich dwóch lat – dodaje Marek Zuber.
Wzrost wynagrodzeń w handlu jest powodowany presją płacową i niedoborem pracowników. Bezrobocie po wielu miesiącach spadków jest obecnie na historycznie niskim poziomie. Według danych resortu pracy w marcu wyniosło 8,2 proc. rdr. (spadek o 0,3 pkt proc. w ujęciu miesięcznym). Na polskim rynku pracy coraz wyraźniej kształtuje się era pracownika.
– Presja płacowa związana jest z sytuacją na rynku. Od kilku lat mamy spadek bezrobocia, który nie jest co prawda związany z bardzo dużym wzrostem liczby miejsc pracy, ale tych oczywiście przybywa. Z kraju wyjechało około 2 mln Polaków, przez co rynek staje się coraz płytszy. W związku z tym nie ma wyjścia: jeśli pracodawca chce mieć ludzi do pracy, to pensje muszą rosnąć. I takie podwyżki mieliśmy ostatnio – wyjaśnia Marek Zuber.
Eksperci zgodnie zauważają, że dynamiczne podwyżki wynagrodzeń w sieciach handlowych będą miały przełożenie również na inne branże i sektory gospodarki.
– Wzrost wynagrodzeń w sieciach handlowych może wpłynąć na ofertę innych firm i wymusić na nich podwyżki. Jednakże trzeba pamiętać, że dotyczy to raczej stanowisk, które wymagają niższych kwalifikacji – mówi Katarzyna Lorenc.
– Ten proces rozłoży się na całą gospodarkę. Jeżeli mamy sektor, w którym wyraźnie rosną wynagrodzenia, to będzie się przenosiło również na inne branże. Taki sam efekt oddziaływania ma zresztą wzrost płacy minimalnej – dodaje Marek Zuber.
Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej, zauważa, że podwyżki płac w sieciach handlowych są również elementem employer brandingu (budowania marki pracodawcy) i budują lojalność oraz zaangażowanie pracowników. Poza wynagrodzeniem na dobre obustronne relacje wpływają również możliwości rozwoju, inwestycje w szkolenia, pakiety socjalne i dobre warunki pracy.
– Im lepsza płaca, tym lepsi pracownicy – bardziej lojalni wobec firmy i utożsamiający się z nią. Dlatego dobry pracodawca, taki jak np. Biedronka, dba o to, żeby jego pracownicy byli odpowiednio wynagradzani, proporcjonalnie do zarobków w innych branżach i w innych działach gospodarki – mówi Andrzej Arendarski.
Zdaniem związków zawodowych ostatnie podwyżki płac w handlu były jednak niewystarczające.
– Związki zawodowe zawsze będą mówiły, że płace są za niskie, bo taka jest ich rola. Pytanie, na ile te roszczenia są racjonalne, bo przecież musimy brać pod uwagę i sytuację firmy, i zarobki w całej branży. Zawsze będziemy mieli do czynienia z wyścigiem: z jednej strony pracodawcy będą starali się ograniczać nadmierne wzrosty płac, z drugiej strony związki zawodowe albo pracownicy indywidualni będą naciskać, żeby płace były większe. Tak się dzieje na całym świecie i to jest zjawisko normalne – mówi Andrzej Arendarski.
Eksperci podkreślają zgodnie, że najlepszym rozwiązaniem jest w takich przypadkach dialog między pracodawcami a pracownikami dotyczący tego, jak lepiej organizować pracę, aby wzrost płac był ekonomicznie uzasadniony. Podstawowym czynnikiem warunkującym wzrost płac są jednak możliwości rynkowe i efektywność przedsiębiorstwa.
Jeszcze przez tydzień podatnicy mogą skorzystać z pomocy urzędów skarbowych przy wypełnianiu deklaracji rocznych. W ubiegłym roku z takiej możliwości skorzystało ponad 300 tys. osób. W tym roku może być ich znacznie więcej, dzięki nowym funkcjonalnościom usługi PIT PFR. Usługa ta jest dostępna dla wszystkich rozliczających się poprzez PIT-37, czyli w skali kraju dla 13 mln osób.
– Polacy bardzo chętnie korzystają z możliwości elektronicznego rozliczania z urzędem skarbowym. To przede wszystkim wygodne. Po drugie, nie trzeba stać w kolejce do urzędu skarbowego ani w ogóle się tam udawać. Po wprowadzeniu przez Sygnity usługi PFR podatnik nie musi wypełniać deklaracji podatkowej, tylko może poprosić o jej wypełnienie wstępnie urząd skarbowy, a następnie, jeśli podatnik tę wersję zatwierdzi, sprawy toczą się automatycznie – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Roman Durka, wiceprezes zarządu Sygnity, firmy, która buduje dla Ministerstwa Finansów projekt e-Podatki.
W ubiegłym roku przez internet z fiskusem mogło się rozliczyć 45 proc. Polaków. Łącznie w 2016 roku w formie elektronicznej złożono 62 mln dokumentów. Od 2015 roku wprowadzono też rozwiązanie PFR, czyli deklaracji wstępnie wypełnionej (Pre-Filled Tax Return), która pozwala na rozliczenie podatnika przez urzędy skarbowe.
– Usługa PIT PFR została w tym roku rozszerzona funkcjonalnie. Wszyscy podatnicy, którzy rozliczają się na podstawie PIT-37, z uwzględnieniem rozliczenia się ze współmałżonkiem oraz z pewnymi ulgami, które podatnikom się należą, może o wstępnie wypełnioną deklarację podatkową wystąpić do urzędu skarbowego poprzez portal podatkowy – tłumaczy Roman Durka.
Z usługi mogą skorzystać osoby, które nie prowadzą działalności gospodarczej, zobowiązane do rozliczenia rocznego za 2016 rok na formularzu PIT-37, zarówno rozliczające się samodzielnie, jak i wraz z małżonkiem czy małoletnim dzieckiem. Można przy tym skorzystać m.in. z ulg na dzieci, ulgi rehabilitacyjnej i podwyższonych kosztów uzyskania przychodów. Można również przekazać 1 proc. podatku na wybraną organizację pożytku publicznego. Jak podkreśla wiceprezes Sygnity, to rozwiązanie stanowi duże ułatwienie dla podatnika. Wystarczy wypełnić wniosek o przygotowanie PIT-37: formularz PIT-WZ i w ciągu 5 dni przyjdzie wypełnione zeznanie podatkowe.
– Podatnik może tego zeznania nie zatwierdzić. Jeśli znajduje w tej deklaracji elementy, które są dla niego dyskusyjne lub nieprawdziwe, nie akceptuje jej i wówczas dalej ma możliwość elektronicznego rozliczenia się z urzędem podatkowym, tylko korzysta z opcji wypełnienia PIT-37. Może również wypełnić go w formie papierowej i złożyć w urzędzie skarbowym, ale jest to mniej wygodna droga – przekonuje prezes Sygnity.
W 2015 roku z rozwiązania PFR skorzystało 100 tys. osób, rok później ponad 300 tys. W tym roku może być ich znacznie więcej. Od połowy marca skorzystało z niej około 100 tys. podatników.
– Gdyby ten krótki okres, w którym około 100 tys. poprosiło o deklaracje podatkowe, przemnożyć przez dni, w których jeszcze ta usługa jest dostępna, będzie to zapewne większa liczba, idąca w setki tysięcy podatników – ocenia Durka.
Usługa dostępna jest na stronie Ministerstwa Finansów, a do jej wypełnienia potrzebne są jedynie nasze podstawowe dane, takie jak NIP lub PESEL. Podatnik identyfikowany jest poprzez Profil Zaufany, podobnie jak przy programie „Rodzina 500 plus”, jeśli go nie ma – poprzez podanie dochodów z lat poprzednich.
Dzięki upowszechnieniu systemów elektronicznych kontakty z państwowymi urzędami uległy znacznemu uproszczeniu. Droga online zyskuje na popularności w całej administracji.
– E-administracja w Polsce rozwija się bardzo szczególnie w ostatnim czasie. Dobrym przykładem jest program „Rodzina 500 plus”, gdzie Sygnity zbudowało moduł do obsługi wsparcia dla rodzin. W Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej prowadzimy od lat system, który wciąż jest rozwijany, gdzie oferowane są najróżniejsze wsparcia dla rodzin i osób indywidualnych – mówi Durka. – Ten rozwój jest bardzo dynamiczny, doszliśmy do europejskiego poziomu i cieszę się, że właśnie Sygnity mogło być firmą, która uczestniczy w tym procesie.
Ostatnie osłabienie złotego zawdzięczać zbliżającym się wyborom we Francji. Ostatnie sondaże nie dają tam jednoznacznego wyniku. – Do tej pory inwestorzy zastanawiali się, kto razem z Le Pen trafi do drugiej tury wyborów. Teraz na horyzoncie zaczyna się rysować scenariusz, gdy do drugiej tury trafić mogą dwa skrajne różne alternatywy, co widać po europejskich rynkach. To z kolei odciska swoje piętno na notowaniach euro – mówi w rozmowie z MarketNew24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.
Inwestorzy uciekają do bezpiecznych aktywów przez obawy dotyczące globalnego bezpieczeństwa pod wpływem ostatnich wydarzeń w Syrii i Korei Północnej.
Atak rakietowy na lotnisko wojskowe w Syrii spowodował wzrost napięcia na linii USA – Rosja. Dlatego też amerykański sekretarz Stanu Rex Tillerson odwiedzi w tym tygodniu Moskwę w ceku nakłonienia Rosji do zerwania sojuszu z syryjskim prezydentem Basharem Al-Assadem. Jednak szanse na powodzenie tej wizyty są znikome. Dodatkowo Amerykanie wysłali okręty w kierunku Korei Północnej po kolejnych testach rakietowych przeprowadzonych przez reżim Kim Dzong Una. Złoto, które umacnia się trzeci dzień z rzędu, zyskuje dziś już 1% handlując w pobliżu poziomu 1267 dolarów za uncję. Oprocentowanie 10 letnich obligacji amerykańskich (Treasury) spada o 3 punkty bazowe do poziomu 2,34%. Para USDJPY traci 0,6% handlując w pobliżu poziomu 110,25, a para EURJPY traci 0,4% handlując w pobliżu poziomu 117,00.
Finalny odczyt polskiej inflacji CPI za marzec pokazał iż wzrosła ona zgodnie z oczekiwaniami o 2% rok do roku i spadła o 0,1% miesiąc do miesiąca.
Jest to gorszy odczyt w porównaniu z lutowym, gdy inflacja wyniosła 2,2% rok do roku i 3,3% miesiąc do miesiąca. Dane, które oddalają termin pierwszej podwyżki stóp procentowych w Polsce, nie mają jednak większego wpływu na notowania złotego. Para EURPLN rośnie jedynie 0,1% handlując w pobliżu poziomu 4,24, para USDPLN handluje neutralnie w pobliżu poziomu 3,99, a para CHFPLN też neutralnie w pobliżu poziomu 3,96.
Ropa naftowa przyhamowała dziś 5 dniowe wzrosty w oczekiwaniu na jutrzejsze dane odnośnie stanu zapasów surowca w USA.
Analitycy przewidują iż w ubiegłym tygodniu zapasy skurczyły się o 1,5 mln baryłek. Za baryłkę ropy WTI należy obecnie płacić 52,90 dolarów, a za baryłkę ropy Brent 55,70 dolarów.
Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital
W 2016 r. nakłady inwestycyjne przedsiębiorstw średnich i dużych wyniosły 120,8 mld zł i były niższe o 11,5 proc. (r/r; ceny bieżące). Spadek nakładów inwestycyjnych nie objął wszystkich województw – w podlaskim, podkarpackim, warmińsko-mazurskim oraz śląskim przedsiębiorstwa zainwestowały w 2016 r. więcej niż w 2015 r.- podał GUS.
W 2016 r. przedsiębiorstwa średnie i duże (50+) ograniczyły skalę inwestycji. Po 2015 r., gdy nakłady na inwestycje wzrosły o prawie 14 proc. (w cenach bieżących), w 2016 r. były one niższe o prawie 16 mld zł niż rok wcześniej. Przyczyny tkwiły przede wszystkim w niestabilności otoczenia regulacyjnego – dużej liczbie zmian w prawie, w tym m.in. wprowadzeniu podatków branżowych. A także w ciągłych publicznych dyskusjach przedstawicieli rządu, które podatki i w jaki sposób jeszcze zmienić, czym jeszcze zaskoczyć gospodarkę.
W 12 województwach nakłady inwestycyjne spadły w 2016 r., a w 4 – wzrosły. Wzrost odnotowały województwa podlaskie (o 8 proc.), podkarpackie (o 5,2 proc.), warmińsko-mazurskie (o 4,8 proc.) oraz śląskie (o 1,2 proc.). Jednak wzrost inwestycji w tych 4. województwach w 2016 r. wyniósł łącznie 550 mln zł (w stosunku do poziomu z 2015 r.), wobec spadku nakładów inwestycyjnych w pozostałych 12 województwach o 16,2 mld zł.
Wzrosty inwestycji zatem były, ale w stosunku do skali spadków w 12 województwach – bardzo małe. Ponadto należy pamiętać, że regiony: podlaskie, podkarpackie i warmińsko-mazurskie mają dostęp do dodatkowych pieniędzy z UE (w ramach PO Polska Wschodnia – 2 mld euro na 5 województw).
Największe spadki nakładów inwestycyjnych przedsiębiorstw nastąpiły natomiast w zachodniopomorskim – prawie o 30 proc. Równie silnie ograniczyli inwestycje w 2016 r. przedsiębiorcy w kujawsko-pomorskim (prawie o 27 proc.) oraz świętokrzyskim (o 25 proc.).
To bardzo niedobry sygnał. W tych województwach nakłady inwestycyjne na 1 zatrudnionego w firmach 50+ są bowiem od lat najniższe. W 2016 r. w świętokrzyskim było to 10 tys. zł na 1 zatrudnionego (w 2015 r. tu także inwestycje firm spadły), w kujawsko-pomorskim – 12 tys. zł, a w zachodniopomorskim – 12,5 tys. zł. Średnia dla Polski wyniosła w 2016 r. 21 tys. zł. Tak niskie nakłady inwestycyjne w stosunku do średniej dla firm 50+ w całej gospodarce wskazują, że regiony te mają i będą miały problemy rozwojowe. Trudno myśleć o przyszłości inwestując w maszyny i urządzenia, budynki i budowle oraz środki transportu 10-12 tys. zł rocznie na 1 zatrudnionego.
Województwem o silnym spadku nakładów inwestycyjnych w 2016 r. było także mazowieckie. Inwestycje przedsiębiorstw 50+ spadły tu o 21,2 proc. r/r. Wartościowo (ponad 10 mld zł) było to jednak ponad 60 proc. całkowitego spadku nakładów inwestycyjnych firm 50+ w 2016 r. To co dzieje się na Mazowszu jest, jak widać, bardzo ważne dla całej gospodarki. Tu zarejestrowanych jest ok. 19 proc. wszystkich firm średnich i dużych. Nakłady inwestycyjne tych firm to ok. 1/3 całkowitych nakładów inwestycyjnych firm 50+ w Polsce. Na 1 zatrudnionego inwestycje przedsiębiorstw wyniosły na Mazowszu w 2015 r. ponad 35 tys. zł, a w 2016 – już „tylko” 27 tys. zł.
Inwestycje są problemem w polskiej gospodarce – ich udział w PKB wynosi co roku ok. 20 proc. Na świecie nakłady inwestycyjne rosną – trwa proces cyfryzacji i robotyzacji gospodarek. Polska z naszymi 21 tys. zł nakładów inwestycyjnych na 1 zatrudnionego nie ma szans pozostać nawet w „pułapce średniego dochodu”. Jeśli większość polityków podejmujących decyzje tego nie dostrzega, ogranicza możliwości wprowadzania rozwiązań, które będą skłaniać firmy do realizacji inwestycji, to ciągle będziemy gospodarką taniej pracy, niskiej wydajności i niewykorzystanych szans. Szkoda.
Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan
Grupa AAA AUTO, poinformowała o zwiększeniu swojego zaangażowania na polskim rynku. Na decyzję o rozwoju sieci dilerskiej wpłynęły bardzo dobre wyniki firmy, rosnący popyt na auta używane oraz zmieniające się trendy rynkowe.
AAA AUTO w czterech oddziałach w Polsce, tj: w Piasecznie, Warszawie, Katowicach i Wrocławiu, sprzedała od 2015 roku 6.778 samochodów. Wzrost sprzedaży w latach 2015 –2016 wyniósł aż 145%! W samym pierwszym kwartale 2017 roku sprzedano już 1.383 samochody, co oznacza wzrost sprzedaży o 108% wobec tego samego okresu w 2016 roku. W marcu br. firma uzyskała najlepszy wynik od początku obecności na polskim rynku, sprzedając 571 aut. W pierwszej piątce najczęściej wybieranych aut przez Polaków znajdują się Opel Astra, Ford Focus, Skoda Octavia, Volkswagen Passat i Ford Mondeo. Obecnie firma oferuje w Polsce około 1.000 sprawdzonych aut, które w 80% pochodzą z rynku rodzimego. O klientów troszczy się 195 pracowników, a 30 operatorów call center AAA AUTO dostępnych jest siedem dni w tygodniu.
Karolína Topolová, Dyrektor Generalna Grupy AAA AUTO
„W Grupie AAA AUTO, posiadającej oddziały w Polsce, Czechach, na Słowacji i Węgrzech, sprzedaliśmy w ubiegłym roku 69 000 samochodów używanych, aż o 6 000 więcej niż w 2015 roku. W Polsce AAA AUTO sprzedaje najkrócej, tj. od kwietnia 2015 roku, ale wyniki sprzedażowe firmy w czterech polskich oddziałach są imponujące. Dlatego, decyzja o kontynuacji naszej strategii rozwoju w Polsce jest oczywista zarówno dla zarządu Grupy AAA AUTO, jak i naszego inwestora, funduszu Abris Capital Partners. W 2017 roku chcielibyśmy otworzyć kolejne oddziały w Polsce, w Krakowie, Łodzi, Poznaniu oraz w północnej części Warszawy. Nasza stopniowa ekspansja będzie uzależniona od bieżącej sytuacji na rynku, aby w dłuższej perspektywie osiągnąć tę samą gęstość oddziałów, jaką obecnie dysponujemy w Czechach i na Słowacji. W krajach tych mamy oddział w każdym regionie, w przybliżeniu dla każdego 0,5 miliona mieszkańców. Taka strategia daje nam ogromną przestrzeń do ekspansji w Polsce” – powiedziała Karolína Topolová, Dyrektor Generalna Grupy AAA AUTO.
„AAA AUTO to nowoczesna, profesjonalna i innowacyjna firma, która specjalizuje się w handlu używanymi samochodami. Chcemy kontynuować przyjętą strategię i jesteśmy przekonani, że dzięki naszemu zaangażowaniu, AAA AUTO stanie się dominującym graczem w Europie Środkowej i Wschodniej. Jako Fundusz nadal będziemy wspierać AAA AUTO naszą wiedzą w obszarze przemysłu motoryzacyjnego, a także, wykorzystując potencjał firmy, w zakresie planowania jej stałego wzrostu w regionie” – powiedział Wojciech Łukawski, Partner w funduszu Abris Capital Partners.
W tym roku Grupa AAA AUTO planuje sprzedać 77.000 samochodów, z czego w Polsce ponad 7.000 aut. Mocny wzrost w pierwszym kwartale 2017 roku, potwierdza prawidłowość wcześniejszych projekcji. Grupa AAA AUTO sprzedała w tym okresie 17.715 aut, osiągając w marcu najlepszy miesięczny rezultat w ciągu ostatnich dziesięciu lat, tj. 6.947 sprzedanych aut. Także w tym roku zostanie ustanowiony kolejny rekord – Grupa AAA AUTO osiągnie pułap 2 milionów klientów.
Jednym z kluczowych problemów rynku aut używanych w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej są oszustwa, przede wszystkim cofanie liczników w samochodach sprowadzanych z Niemiec. Według policyjnych statystyk w Niemczech, cofnięty licznik ma co trzecie sprzedane auto. Jak obliczył ADAC, niemiecki klub samochodowy, zmiana liczby przejechanych kilometrów w nielegalny sposób zwiększa wartość pojazdu średnio o 3.000 EUR. Oznacza to, że w samych Niemczech taki proceder powoduje roczne straty w wysokości niemal 6 miliardów EUR! W Niemczech cofanie liczników jest prawnie zakazane od 2005 roku, oszustom grożą wysokie grzywny lub kara pozbawienia wolności do 1 roku. Niestety, obowiązująca Ustawa nie zlikwidowała przestępstw i nabywcy używanych samochodów wciąż są oszukiwani.
W Polsce podobna Ustawa nie istnieje. Posłowie w Parlamencie każdego roku starają się rozpocząć inicjatywę ustawodawczą, jednak bezskutecznie. Ostatnie formalne zapytanie poselskie zostało skierowane w tej sprawie do Ministerstwa Sprawiedliwości w grudniu 2016 roku. W ramach odpowiedzi, w styczniu tego roku przekazano informację, że obecne przepisy dotyczące oszustw finansowych są wystarczające, a problem polega na braku pewności momentu, w którym został cofnięty licznik kilometrów. Ministerstwo Sprawiedliwości obiecało jednak kontynuację wewnętrznych analiz.
„Uważam, że należy pilnie stworzyć system uniemożliwiający cofanie liczników w używanych autach. Tylko wówczas będziemy w stanie zlikwidować to najczęstsze oszustwo, które towarzyszy międzynarodowemu handlowi używkami. Obecnie dokładamy w AAA AUTO wszelkich starań, aby znaleźć wszystkie dostępne informacje dotyczące historii samochodu. Jednak, jeśli auto pochodzi z importu, jest to niemal niemożliwe. Dlatego koncentrujemy się na samochodach o krajowym pochodzeniu. Używamy kilku różnych baz danych, w tym własnych danych pochodzących z poprzednich transakcji sprzedaży lub z naszych analiz rynkowych“ – powiedziała Karolína Topolová, Dyrektor Generalna Grupy AAA AUTO.
Według rocznego raportu Grupy AAA AUTO ulubioną marką samochodów używanych wśród Polaków w 2016 roku był Ford (10,1%). W pozostałych trzech krajach Grupy prym wiodły: Škoda w Czechach i na Słowacji oraz Opel na Węgrzech. Najchętniej kupowanym modelem w polskich oddziałach firmy w ubiegłym roku był Ford Focus (4,1%), który zdetronizował zwycięzcę rankingu w roku 2015 – Opla Astrę.
Analitycy AAA AUTO zaobserwowali największy wzrost sprzedaży aut używanych w segmencie SUV i offroad. W 2016 roku segment ten wzrósł aż o 24% w stosunku do 2015 roku, z kolei tylko w pierwszym kwartale 2017 roku nastąpił wzrost o 17,5% wobec tego samego okresu w 2016 roku. Okazuje się, że największe zapotrzebowanie na tego typu auta jest w Polsce. Kolejna niespodzianka to rosnące zainteresowanie Polaków autami z silnikami benzynowymi. W 2015 roku auta z tymi silnikami stanowiły 53,6% udziału w sprzedaży, w 2016 roku – 62,6%, a w 2017 roku – 64,9%. W tym samym okresie w Czechach, na Słowacji i Węgrzech zanotowano spadek zainteresowania takimi samochodami.
Polacy, podobnie jak Czesi, Słowacy i Węgrzy, w przeważającej większości wybierali w minionym roku samochody z manualną skrzynią biegów (w Polsce stosunek sprzedanych aut z manualną przekładnią do samochodów z automatem wyniósł: 88,7% – 11,3%).
W 2016 roku w Polsce, podobnie jak w pozostałych krajach Grupy AAA AUTO, najchętniej były kupowane samochody używane z nadwoziem typu hatchback. Polacy wybrali ten typ nadwozia w 44,8% kupionych samochodów, Czesi w 33,7% modeli, Słowacy – w 41,0%, a Węgrzy – w 47,9%.
Jeśli chodzi o preferencje odnośnie koloru samochodów, według raportu AAA AUTO Polacy wyróżnili się na tle całej Grupy, w której najchętniej kupowano szare modele samochodów. W Polsce najpopularniejszy okazał się kolor srebrny. Srebrne samochody wybrało 22,4% kupujących; 20,2% kupiło samochody czarne; 14,3% – szare; 13,8% – niebieskie; 6,7% – czerwone.
AAA AUTO specjalizuje się w samochodach po pierwszym lub drugim właścicielu, z udokumentowaną historią serwisową. Samochody są szczegółowo badane w trakcie zakupu, co powoduje, że aż 65-70% z nich nie jest przyjmowane z powodu usterek technicznych lub prawnych. Firma proponuje klientom szeroką ofertę usług, od wykupu, przez zakup w rozliczeniu, aż do zakupu pojazdu na raty i z pakietem ubezpieczeń. Oferuje gwarancję legalnego pochodzenia pojazdu i możliwości jego wymiany na inny, w terminie do siedmiu dni, jak również gwarancję ubezpieczeniową Carlife na stan mechaniczny pojazdu do 12 miesięcy. Sprzedawane przez firmę samochody są jej własnością i posiadają dożywotnią gwarancję prawną. W 2016 roku firma wprowadziła unikalne na rynku aut używanych rozwiązanie, pozwalające na finansowanie zakupu auta używanego w kredycie z jednoczesną rekompensatą kosztów kredytu.
DSR, polska firma dostarczająca rozwiązania informatyczne dla przemysłu, chce pozyskać kapitał na dalszy rozwój i wejść na Giełdę Papierów Wartościowych. Ubiegły rok spółka zamknęła 13% wzrostem przychodów. W tym roku planuje utrzymanie dwucyfrowego wzrostu.
ERP wciąż daje zarobić
Na rynku informatycznym od lat mówi się, że segment średnich i dużych ERP jest coraz bardziej nasycony. Rzeczywiście, według danych Głównego Urzędu Statystycznego, w 2015 r. co druga firma w Polsce zatrudniająca powyżej 50 pracowników posiadała system wspierający zarządzanie. Jeszcze większe jest nasycenie rozwiązaniami ERP w grupie firm zatrudniających powyżej 250 pracowników. Jeśli wierzyć statystykom, niemal 90% z nich wdrożyło już system wspierający zarządzanie przedsiębiorstwem. Wyniki wrocławskiej spółki DSR dostarczającej systemy informatyczne dla firm produkcyjnych pokazują jednak, że na systemach ERP wciąż można zarobić.
– Nasycenie nie oznacza, że rynek nie kupuje tych rozwiązań. Klienci uważniej przypatrują się wartości swojego ERP i jakości jego wdrożenia. W Polsce często okazuje się, że w obszarze produkcji jest sporo do poprawy a koniunktura w gospodarce sprzyja inwestycjom. Nastroje w przemyśle jeszcze nigdy nie były tak dobre. To zachęca firmy do wydawania pieniędzy zarówno na systemy wspierające zarządzanie, jak i te uzupełniające ERP – APS do zaawansowanego planowania i harmonogramowania produkcji czy Shop Floor Control do rejestracji produkcji – przekonuje Piotr Rojek, prezes zarządu DSR.
APS napędza wzrost
Przychody spółki w 2016 r. wyniosły prawie 14,5 mln zł i wzrosły we wszystkich obszarach jej działania. W porównaniu do ubiegłego roku wzrosły zarówno przychody z wdrożeń systemu ERP QAD, jak i rozwiązań Business Intelligence czy systemów PLM wspierających zarządzanie cyklem życia produktów.
– Największe projekty zrealizowaliśmy dla klientów, którzy zdecydowali się zoptymalizować obszar planowania produkcji za pomocą narzędzi APS. Sprzedaż tych rozwiązań stanowi obecnie już kilkanaście procent biznesu naszej spółki. Największą dynamikę sprzedaży odnotowaliśmy natomiast w obszarze narzędzi klasy Shop Floor Control – tłumaczy Piotr Rojek z DSR.
Wyższe przychody to nie tylko efekt projektów realizowanych m.in. w Korona Candles, Kelvion czy Panasonic Energy Poland, ale również inwestycji w rozwiązania chmurowe. DSR rozpoczął współpracę z Microsoft w obszarze Azure, która przyniosła znaczące zmiany w technologii. Spółka wprowadziła też zmiany w obszarze integracji systemów (Szyna Danych).
W drodze na GPW
W tym roku DSR planuje utrzymanie dwucyfrowego wzrostu. Przychody spółki mają wynieść 16 mln zł. – W branży motoryzacyjnej pojawiają się nowe regulacje, które wymuszą lepsze wdrożenia IT, a branża spożywcza rozwija się szybko i ma dobre prognozy wzrostu. Zapotrzebowanie na oprogramowanie wspierające zarządzanie produkcją będzie rosło, bo potrzeby firm w obszarze optymalizacji produkcji są znaczące – przekonuje Piotr Rojek z DSR.
Na razie DSR finansuje inwestycje ze środków własnych, ale docelowo chce na rozwój pozyskać fundusze od prywatnych inwestorów. – Planujemy IPO na 2021 lub 2022 r. To jeszcze dużo czasu, ale plany mamy bardzo ambitne. IPO pozwoli je potwierdzić ich słuszność lub je zweryfikować – przekonuje Piotr Rojek. Obecnie DSR wdraża już program opcji na akcje dla swoich pracowników.
DSR to wrocławska spółka dostarczająca oprogramowanie wspierające zarządzanie firmami produkcyjnymi. Spółka świadczy także usługi konsultingowe oraz szkoleniowe. Najważniejsi klienci reprezentują branżę spożywczą, motoryzacyjną i meblową.
Konrad Gałaj-Emiliańczyk, ekspert ds. ochrony danych ODO 24
Pełnienie funkcji ABI wymaga zarówno dobrej organizacji czasu jak i odpowiednich narzędzi pracy. Obecnie na rynku dostępne są aplikację, które mają na celu odciążyć ABI oraz administratora danych w obowiązkach związanych z przestrzeganiem przez organizację przepisów prawa ochrony danych osobowych. Czym się różnią? W czym mogą pomóc? Podpowiadamy w przeglądzie eksperckim firmy ODO 24.
Przegląd aplikacji warto poprzedzić rozróżnieniem samych jej odbiorców. Większość dostępnych aplikacji, tak naprawę, jest dedykowana nie dla ABI, zgodnie z obecnym stanem prawnym, a dla administratora danych – zwraca uwagę Konrad Gałaj-Emiliańczyk, ekspert ds. ochrony danych ODO 24. Dostawcy aplikacji często błędnie zakładają, że do obowiązków ABI należą takie czynności jak nadawanie upoważnień do przetwarzania danych osobowych lub prowadzenie dokumentacji ochrony danych osobowych. Nieporozumienie wynika z faktu, że do stycznia 2015 r. wymienione czynności najczęściej były przydzielane ABI, jednak obecny stan prawny wymaga większego zaangażowania całej organizacji we wdrożenie oraz utrzymywanie systemu ochrony danych osobowych na bezpiecznym poziomie.
W zestawieniu brano pod uwagę funkcjonalność aplikacji, czyli sposób korzystania z narzędzia w praktyce, intuicyjność oraz dostępność informacji. Dodatkowymi czynnikami wpływającymi na ich ocenę była możliwość instalacji danej aplikacji lokalnie lub zdalny dostęp oraz możliwość generowania dokumentów lub zestawień z poziomu samej aplikacji.
ABI EKSPERT+
ABI EKSPERT+ najdłużej funkcjonująca na rynku aplikacja jest dostępna online, bez możliwości pobrania i zainstalowania na lokalnym komputerze lub serwerze. Nawigacja prowadzona w formie ikon, co trochę może utrudniać pracę niedoświadczonemu ABI (nie jest jasne, który przycisk do czego służy, ani od czego powinien zacząć pracę w aplikacji). Zakładki podzielone są na obszary zaczynając od rejestru zbiorów danych osobowych, nośników elektronicznych i oprogramowania, podmioty zewnętrzne (procesorów danych), ewidencję osób upoważnionych. Bardzo przydatną funkcjonalnością jest możliwość wygenerowania rejestru zbiorów danych osobowych prowadzonego przez ABI oraz jego udostepnienie w formie odnośnika do strony internetowej. Aplikacja jest bardzo elastyczna, użytkownik ma możliwość edytowania treści generowanych dokumentów takich jak upoważnienia do przetwarzania danych osobowych oraz ich ewidencjonowania. Oprogramowanie posiada także możliwość przeprowadzania testów – edytowanych w samej aplikacji – wobec osób przetwarzających dane osobowe przed nadaniem im upoważnienia. Niedosytem może być brak szkoleń w formie e-learningu w samej aplikacji. Poszczególne zakładki są dość funkcjonalne jednak można odnieść wrażenie, że sama aplikacja była tworzona z uwzględnieniem poprzedniego stanu prawnego. Oczywiście posiada ona funkcjonalności wymagane nowelizacją z 2015 r. Jednak zastanawiająca jest funkcjonalność takich zakładek jak rejestr udostępnionych danych osobowych, gdyż nie ma żadnego prawnego obowiązku jego prowadzenia. Podobnie z zakładkami dotyczącymi kopii zapasowych oraz serwisów oprogramowania.
W ocenie eksperta: Aplikacja jest godna polecenia ze względu na swoją elastyczność, jednak ze względu na funkcjonalności pasuje bardziej do sektora publicznego niż prywatnego. Korzystając z aplikacji można odnieść wrażenie pewnego chaosu i braku intuicyjności poszczególnych elementów. Aplikacja z pewnością będzie dobrym wyborem dla doświadczonych ABI, a gorszym wyborem dla początkujących ABI, którzy na co dzień zajmują się innymi rzeczami niż pełnienie funkcji ABI – wskazuje Konrad Gałaj-Emiliańczyk, ekspert ds. ochrony danych ODO 24.
ABI Administrator
Kolejna aplikacja ABI Administrator, powstała w 2016 r., bazuje na WordPress CMS, co jest ciekawym pomysłem, z uwagi na funkcjonalność WordPress-a jako narzędzia do tworzenia stron internetowych. Można jej przyznać wysokie noty za charakter wizualny. Podobnie jak w przypadku większości aplikacji dostępne są zakładki Dokumenty, Zbiory, Programy i zasoby, Osoby, Miejsca, Incydenty i Sprawdzenia. Niestety generowane z aplikacji dokumenty pozostawiają wiele do życzenia, np. upoważnienie w formacie pdf jest obarczone brakiem przejrzystości i zagmatwaniem, dodatkowo łatwo o błąd w generowaniu dokumentu, a możliwość edycji jest ograniczona do minimum. Poważną wadą systemu jest brak modułu sprawdzenia, który powinien być dostępny od stycznia 2015 r. Korzystając z poszczególnych funkcjonalności można odnieść wrażenie, że twórcy aplikacji nie orientują się w obowiązujących przepisach prawa, gdyż zakresy poszczególnych tabel nie odzwierciedlają tych informacji, które są wymagane, na rzecz promocji informacji nie potrzebnych.
W ocenie eksperta: Aplikacja ABI Administrator stanowi przykład bardzo dobrego pomysłu jednak miernego wykonania. Niestety przez braki w funkcjonalności trudno jest polecić ją komukolwiek jako narzędzie wspierające funkcjonowanie systemu ochrony danych osobowych – mówi Konrad Gałaj-Emiliańczyk z ODO 24.
ABIeye
Aplikacja ABIeye stanowi pewne urozmaicenie spośród pozostałych narzędzi ze względu na znacznie rozszerzoną funkcjonalność. Nie jest to jedynie narzędzie wspomagające pracę ABI, ale również platforma e-learningowa, która umożliwia bez odchodzenia od biurka przeszkolenie wszystkich osób oraz nadanie im upoważnień do przetwarzania danych osobowych. Jest to jedno z niewielu narzędzi, które posiada funkcjonalność związaną z obsługą więcej niż jednego podmiotu przez jednego ABI. Dlatego sprawdzi się jako narzędzie do koordynacji nadzoru w ramach grup kapitałowych, gdzie bardzo często te same osoby są zatrudniane przez kilka podmiotów. Podobnie jak wskazane już aplikacje panel administracyjny jest opatrzony zakładkami, na które składają się: ewidencja dokumentów, ewidencja zbiorów, ewidencja osób, ewidencja miejsc, ewidencja powierzeń oraz ewidencja incydentów. Rdzeniem programu jest zakładka dotycząca osób, która posiada najwięcej funkcjonalności. Możliwe jest nadawanie upoważnień do poszczególnych zbiorów jak i tzw. upoważnień ogólnych tj. zgodnych z zakresem obowiązków służbowych i przydzielonych dostępów do systemów informatycznych. Minusem aplikacji jest odpłatność szkoleń w formie e-learningu, jednak w żaden sposób nie ogranicza to możliwości szkolenia osób w innej formie lub z wykorzystaniem innej platformy e-learningowej. Jest to jedna z niewielu aplikacji, które są dostępne w pełnej wersji bezpłatnie, co z pewnością stanowi duży atut. Jedną z wad aplikacji jest niedopracowany mechanizm generowania ewidencji do formatu pdf, gdy jest dodane zbyt dużo rekordów to ewidencja wygląda mało przejrzyście. Przechowywanie dokumentów rozwiązano bardzo sprawnie – niezależnie od stanu prawnego wszelkie dokumenty w każdej dostępnej wersji mogą być przechowywane w aplikacji ABIeye.
W ocenie eksperta: Głównym celem aplikacji jest zebranie wszystkich najważniejszych elementów w jednym miejscu i skuteczne zarządzanie nimi. Dodatkowym atutem aplikacji jest to, że jest ciągle rozwijana zgodnie z prośbami użytkowników. Aplikacja dedykowana jest przede wszystkim dużym podmiotom, gdzie przetwarzanie danych osobowych odbywa się w sposób rozproszony – mówi ekspert ODO 24.
ABI 3.0
ABI 3.0, w przeciwieństwie do pozostałych aplikacji, jest instalowana (dość intuicyjnie) na stacji roboczej jednak łączy się zdalnie z dostawcą w celu aktywacji. Deklarowana funkcjonalność aplikacji jest bardzo szeroka. Dostępne są wersje na lokalne serwery administratora danych jak i wersje dla wielu użytkowników. Aplikacja wykorzystuje przeglądarkę internetową do wyświetlania wszelkich treści. Aplikacja jako jedna z niewielu umożliwia pobranie szablonów dokumentacji ochrony danych osobowych oraz narzędzi pełnienia nadzoru i dostosowanie ich do stanu faktycznego konkretnego administratora danych.
W ocenie eksperta: Oprogramowanie jest jednym z najbardziej rozbudowanych i dedykowanych narzędzi do pełnienia nadzoru, jednak jego zasadniczą wadą jest okresowo płatna licencja, umożliwiająca korzystanie z tego narzędzia. Istnieje ryzyko, że niedoświadczony ABI stworzy cały system ochrony danych osobowych na bazie tej aplikacji, a później nie będzie w stanie się z niej wycofać i zostanie zmuszony do ponoszenia opłaty licencyjnej – wskazuje Konrad Gałaj-Emiliańczyk z ODO 24.
Badanie przeprowadzone przez Dimensional Research rzuciło nowe światło na stan implementacji Big Data przez korporacje. Wynika z niego, że aż 76 proc. ankietowanych firm wdraża już samoobsługową analitykę dużych zbiorów cyfrowych informacji. Pozostałe dane nie są już tak optymistyczne. Okazuje się, że większość zespołów IT ma problem ze skuteczną implementacją narzędzi analitycznych. Zaskakuje to tym bardziej, że deklarują one pełną zdolność w tym zakresie.
76 proc. korporacji wdraża już analitykę Big Data – wynika z badania przeprowadzonego przez Dimensional Research dla Qubole. Prognozy w tym obszarze są równie optymistyczne, bo aż 20 proc. firm planuje implementację takiej analityki w niedalekiej przyszłości. Z pozytywnych informacji zawartych w raporcie warto przytoczyć jeszcze te, dotyczące zapotrzebowania na Big Data. 93 proc. respondentów jest zdania, że popyt biznesu na technologie, które okiełznają dane z całego przedsiębiorstwa i źródeł zewnętrznych wciąż rośnie.
Siły na zamiary
Z deklaracji szefów IT wynika, że z wdrożeniem analityki Big Data ankietowane korporacje w zasadzie nie powinny mieć większych problemów. 87 proc. respondentów było pewnych lub bardzo pewnych swoich możliwości oraz umiejętności w tym zakresie, jednak im dalej zagłębiamy się w lekturę raportu, tym większy dysonans rysuje się pomiędzy ich śmiałymi oświadczeniami, a stanem faktycznym. Ci sami respondenci uznali bowiem, że wdrażane przez nich rozwiązania znajdują się wciąż w początkowym stadium rozwoju, a jedynie 8 proc. uważa swoje systemy analityczne za w pełni dojrzałe. Z kolei 98 proc. ankietowanych przyznało, że mierzy się z kilkoma poważnymi wyzwaniami w kwestii implementacji rozwiązań Big Data, co więcej, aż 45 proc. z nich nie jest w stanie zaspokoić potrzeb i oczekiwań swojej firmy w zakresie analizy danych. Celem analizy danych jest ich umiejętne spieniężenie, skoro jak pokazuje raport firmy mają problemy z wdrożeniem analityki wielkich zbiorów danych, to ich monetyzacja we własnym zakresie jest praktycznie nie do osiągnięcia. Zdaniem Piotra Prajsnara z Cloud Technologies, spółki specjalizującej się między innymi w data consultingu, która od lat pomaga firmom w monetyzacji cyfrowych informacji, proces implementacji zaawansowanej analityki danych nie należy do najłatwiejszych.
– Dopiero, gdy połączymy w ramach jednego systemu wszystkie dane generowane wewnątrz przedsiębiorstwa z aktualnymi cyfrowymi informacjami pochodzącymi z zewnętrznych źródeł, możemy uzyskać pełny, 360 stopniowy obraz firmy oraz klienta. Tzw. data enrichment, a następnie analiza i zrozumienie wielkich zbiorów danych są kluczem do optymalizacji procesów biznesowych. Takie wdrożenia w przypadku dużych korporacji to żmudny i złożony proces wymagający z jednej strony dojrzałej technologii, z drugiej wiedzy i zasobów osobowych w postaci data minerów. Trzeba uporać się z danymi gromadzonymi w różnych silosach, różniących się od siebie strukturalnie i generowanych przez odmienne narzędzia. Jednak bez podjęcia tego typu działań firmy nie będą w stanie zmonetyzować informacji, które posiadają – tłumaczy Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies.
Usługi wciąż w cenie
Problemy z własnymi systemami IT nie skłoniły jednak firm do rezygnacji z korzyści, jakie niesie ze sobą zaawansowana analityka danych. Podczas gdy w ich wewnętrznych infrastrukturach informatycznych trwają prace nad cyfryzacją, 61 proc. korporacji sięga po zewnętrzne usługi analityczne. Rosnące zapotrzebowanie na takie usługi widać również w raporcie MarketsandMarkets. Wynika z niego, że rynek usług BDaaS (Big Data as a Service) ma rosnąć do 2020 r. aż o 31 % rocznie, co czyni go najszybciej rozwijającym się sektorem usług IT. Według Macieja Sawy z OnAudience.com, największej w Europie hurtowni danych o zachowaniach i zainteresowaniach internautów, usługi z kategorii BDaaS to najprostszy sposób na czerpanie pełnymi garściami z długiej listy błogosławieństw zaawansowanej analityki danych.
– Koszty związane z implementacją analityki Big Data można mocno zredukować, decydując się na rozwiązania działające w chmurze obliczeniowej. Przykładem może być obszar marketingu. Nowoczesne platformy DMP potrafią łączyć i analizować dane z wielu różnych źródeł. Mogą to być np. informacje na temat historii interakcji klienta z marką w różnych kanałach połączone z jego aktywnością w mediach społecznościowych i historią surfowania w Internecie. Zestawiając dane własne z danymi z kampanii oraz zasobami 3rd party data można zoptymalizować działania marketingowe i sprzedażowe generując kilkudziesięcioprocentowe zyski – przekonuje Maciej Sawa, Chief Commercial Office w OnAudience.com
Na rosnącą popularność usług BDaaS wpływają gwałtownie rosnąca liczba informacji w Internecie i coraz większa świadomość firm, które chcą zrobić z nich użytek. IDC prognozuje, że do 2025 roku globalna sieć liczyć będzie już 180 Zettabajtów danych. Już dziś jej rozwój szacuje się na 40 proc w skali roku. Za ten wzrost w dużej mierze odpowiadają zwyczajni użytkownicy. Doskonale ilustruje to raport „Data Never Sleeps 4.0”. Wynika z niego, że w ciągu jednej minuty internauci przeglądają ponad 159 tys. stron, publikują 400 godzin materiałów wideo w serwisie YouTube i udostępniają ponad 216 tys. zdjęć na Facebooku. Jeśli wierzyć prognozom ekspertów, do końca 2018 roku przepływ danych zewnętrznych w przedsiębiorstwach wzrośnie aż pięciokrotnie.
– By taki scenariusz mógł się ziścić, firmy muszą przyspieszyć pracę nad własną infrastrukturą, sięgając zarazem po dane zewnętrzne. Im więcej firm przejdzie cyfrową transformację, tym większe będzie zapotrzebowanie na usługi BDaaS. Nie są one alternatywą do własnych systemów BI, ale ich dopełnieniem – wyjaśnia Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies.
Toyota zainwestuje 1,33 miliarda dolarów w fabrykę samochodów w Kentucky. Jej celem jest przystosowanie fabryki do wdrożenia nowej architektury TNGA (Toyota New Global Architecture), która jest efektem wieloletnich badań nad rozwojem nowych platform, napędów i koncepcji produkcji części oraz samochodów w znacznie wydajniejszy, modułowy sposób.
Nowa architektura zadebiutowała w 2015 roku wraz z 4. generacją Priusa. Obecnie w sprzedaży są dostępne także 2 inne modele zbudowane na platformie TNGA – crossover C-HR i Prius Plug-in Hybrid. W fabryce Toyoty w Kentucky będzie produkowany nowy model pełnowymiarowego sedana Camry – najpopularniejszego samochodu osobowego w USA od ostatnich 15 lat. Camry 2018 będzie pierwszym samochodem Toyoty produkowanym w Stanach Zjednoczonych, w którym filozofia TNGA znajdzie pełną realizację w konstrukcji auta i technologii produkcji.
„Reorganizacja fabryki w Kentucky to początek szerokiego planu inwestycji w nasze fabryki w USA na kwotę 10 miliardów dolarów w ciągu kilku najbliższych lat. Koncepcja Toyota New Global Architecture powstała po to, abyśmy produkowali coraz lepsze i bardziej ekscytujące samochody o lepszych osiągach, niższym zużyciu paliwa, przy tym precyzyjniej reagujące na działania kierowcy i zapewniające pewniejsze, bardziej komfortowe prowadzenie” – powiedział Jim Lentz, CEO Toyota Motor North America.
Rozwój największej fabryki Toyoty
Toyota Kentucky to największa fabryka Toyoty na świecie, zatrudniająca 8200 pracowników. Niedawno zakład przyjął 700 kolejnych specjalistów w związku z planowanym wdrożeniem produkcji nowej generacji Camry. W ubiegłym roku wyprodukowano tu 500 tys. samochodów, jedną czwartą całkowitej produkcji Toyoty w Ameryce Północnej. Od 1986 roku, tj. od otwarcia Toyota Kentucky, powstało w niej 11 milionów samochodów. Niedawne badanie Center for Automotive Research wykazało, że dzięki temu zakładowi mieszkańcy stanu Kentucky zyskali łącznie 30 tys. miejsc pracy w samej fabryce oraz firmach z nią współpracujących.
Toyota New Global Architecture
TNGA reprezentuje zupełnie nową, modułową strategię projektowania samochodów, ich produkcji oraz organizacji pracy w fabrykach. Na potrzeby produkcji samochodów opartych na nowych platformach zaprojektowano od nowa linie produkcyjne, których modułowe elementy pozwalają na szybką reorganizację, oszczędzając miejsce i ułatwiając wprowadzanie modyfikacji do samochodów. TNGA skraca czas opracowywania nowego modelu lub wprowadzenia modyfikacji. To największa zmiana w Systemie Produkcji Toyoty od czasu jego zdefiniowania w połowie XX wieku.
Od rana złoty traci na wartości. Dolar obecnie testuje poziom 4,00 zł, a euro próbuje się wybić z kilkudniowej konsolidacji. Wpływ na zachowanie naszej waluty mają przede wszystkim czynniki globalne. Wyraźnie widać, że inwestorzy wolą poczekać na rozwój wydarzeń w bezpiecznych przystaniach.
Złotemu z pomocą może przyjść krótszy tydzień ze względu na Wielki Piątek. Globalnemu nastrojowi szkodzi przede wszystkim aktywność amerykańskich wojsk. Trump w kampanii wyborczej obiecywał skupienie się na wewnętrznych problemach Ameryki, delikatnie sugerując odejście od roli “szeryfa świata”. Ostatnie wydarzenia jednak dość mocno temu przeczą. Najpierw był atak rakietowy na lotnisko w Syrii, spowodował wzrost napięcia na linii Moskwa – Waszyngton. Później wysłanie okrętów wojennych w kierunku Korei Północnej, która pozostaje pod nieformalnym parasolem ochronnym Chin.
Le pen jeszcze nie przegrała.
W Europie także nie brakuje niepewności. Kampania wyborcza we Francji wchodzi w decydującą fazę, a ostatnie sondaże nie wskazują żadnego zdecydowanego lidera. Co więcej, różnica między pierwszą czwórką jest niewielka, przez co nie wiadomo nawet, kto wejdzie do drugiej tury. Jeszcze niedawno oczywistym wydawało się, że jest ona zarezerwowana dla Le Pen oraz Macrona, jednak w ostatnim czasie lider skrajnej lewicy Melenchon dynamicznie zyskuje poparcie. Również skreślany przez wielu Fillon nie złożył jeszcze broni i także ma realne szanse na wejście do drugiej rundy. Największe obawy na rynku walutowym budzi jednak Marine Le Pen, która ostatnio złapała drugi oddech i znowu nieznacznie przewodzi w sondażach.
Dynamika cen w Polsce.
Na naszym podwórku najważniejszym wydarzeniem dnia będzie popołudniowy odczyt inflacji. Wstępny odczyt okazał się niższy od oczekiwań i wyniósł równe 2%. Analitycy oczekiwali wyniku na poziomie 2,2% i niewykluczone, że dzisiejszy odczyt będzie bliższy tej wartości. RPP oczekuje stabilizacji tego wskaźnika w najbliższym czasie, przez co nie spieszy się ze zmianą parametrów polityki monetarnej. Wcześniej poznamy odczyt dotyczący produkcji przemysłowej w strefie euro oraz indeks instytutu Zew w Niemczech.
Krzysztof Adamczak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl
Dane za cały 2016 rok wskazują, że liczba osób posiadających dodatkowe polisy zdrowotne zwiększyła się o prawie 30 proc. w stosunku do ubiegłego roku i wyniosła 1,861.4 miliona ubezpieczonych. Składka przypisana brutto wyniosła 547,2 miliony zł (wzrost o ponad 13 proc.) – wynika z danych Polskiej Izby Ubezpieczeń.
Ubezpieczenia grupowe, zazwyczaj kupowane przez pracodawców lub przez samych pracowników wciąż stanowią największą część rynku dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych i obejmują ponad 1,475 miliona osób. Mimo tego, to właśnie w grupie ubezpieczeń indywidualnych widoczny jest największy wzrost, aż o 42 proc. rok do roku.
– Rosnąca popularność tego typu ubezpieczeń sprawia, że nie jest to już domena wyłącznie dużych korporacji. Obecnie coraz więcej małych i średnich przedsiębiorstw oraz organów administracji publicznej decyduje się na zapewnienie swoim pracownikom dodatkowej ochrony – wyjaśnia Dorota M. Fal, ekspert ds. ubezpieczeń zdrowotnych, doradca zarządu Polskiej Izby Ubezpieczeń. – Takie polisy są uzupełnieniem publicznego systemu opieki zdrowotnej. Stanowią odpowiedź na jego niedoskonałości, czyli słabą dostępność do lekarzy specjalistów i części procedur szpitalnych, zwłaszcza procedur zabiegowych. Ubezpieczenia zdrowotne oferowane przez pracodawcę są bardzo cenionym „bonusem”, jednocześnie, poza podniesieniem atrakcyjności danego pracodawcy, przynoszą mu wymierne korzyści w postaci zmniejszenia absencji i ograniczaniem także zjawiska prezenteizmu pracowników.
W 2016 roku po raz kolejny ERGO Hestia z dużym zapasem pokonała poprzeczkę 5 miliardów złotych zebranej składki. Firma umocniła się na pierwszej pozycji pod względem jakości obsługi, a jubileusz 25-lecia istnienia uczciła premierą nowoczesnej platformy iHestia, która wprowadza klientów i pośredników do Nowego Świata Ubezpieczeń.
5,190 mld zł składki przypisanej brutto i powrót do rentowności biznesu, to efekt konsekwentnej realizacji strategii Najwyższego Standardu Ochrony. W ubiegłym roku, pomimo widocznych skutków kilkuletniej wojny cenowej, Grupa ERGO Hestia osiągnęła wyższy od oczekiwanego zysk netto na poziomie 93,92 mln zł poparty bardzo dobrym wynikiem technicznym w wysokości 64,45 mln zł.
W 25-lecie istnienia ERGO Hestia wprowadziła agentów i klientów w Nowy Świat Ubezpieczeń. iHestia, która miała swoją premierę w ERGO ARENIE na oczach 8 tysięcy agentów i pracowników firmy. To pierwsza w Polsce tak zaawansowana technologicznie, a jednocześnie intuicyjna w codziennym użyciu platforma sprzedaży i pełnej obsługi wszystkich procesów ubezpieczeń detalicznych. W ciągu 10 miesięcy firma przeprowadziła ponad 2500 godzin szkoleń i w efekcie dziś z iHestii korzysta 3000 agencji i 11 000 pośredników ubezpieczeniowych.
iHestia diametralnie uprościła sposób elastycznego korzystania z wielowariantowej palety produktów, likwidując jednocześnie wiele zbędnych formalności. Nowe rozwiązanie pozwoliło skrócić dystans pomiędzy klientem i doradcą, dzięki czemu pośrednik ma możliwość jeszcze lepszego wejścia w rolę opiekuna klienta. W kwietniu 2016 roku podczas VII Insurance Forum Piotr Maria Śliwicki, prezes Grupy ERGO Hestia odebrał nagrodę specjalną 25-lecia polskiego rynku za kreowanie rozwoju sektora ubezpieczeniowego. Jednocześnie członkowie kapituły podkreślili osobistą rolę prezesa ERGO Hestii w procesie wdrażania innowacji, które w krótkim czasie stawały się standardem dla całej branży.
Dane finansowe Grupy Ergo Hestia
Spółki Grupy ERGO Hestia: Dynamika sprzedaży w przypadku ubezpieczeń majątkowych i życiowych wyniosła: 96,8 proc. Spółka majątkowa razem z Sopockim Towarzystwem Ubezpieczeń na Życie ERGO Hestia osiągnęła wartość składki przypisanej brutto na poziomie 5,190 mld zł. W tym okresie Grupa wypłaciła swoim klientom 2,742 mld zł odszkodowań i świadczeń, o 22 proc. więcej niż w roku poprzednim. Zysk netto spółek sięgnął 93,92 mln zł, a wynik techniczny wyniósł 64,45 mln zł.
Sopockie Towarzystwo Ubezpieczeń ERGO Hestia SA, które oferuje ubezpieczenia majątkowe, w ciągu dwunastu miesięcy 2016 roku zebrało 4,285 mld zł składki przypisanej brutto, to o 15,1 proc. więcej niż w 2015 roku. Wyniki finansowy i techniczny za 2016 rok osiągnęły poziom odpowiednio 81,06 mln zł oraz 36,22 mln zł.
Sopockie Towarzystwo Ubezpieczeń na Życie ERGO Hestia SA zebrało w całym 2016 roku 904,50 mln zł składki przypisanej brutto, co oznacza spadek o 44,9 proc. w porównaniu do roku poprzedniego. Zysk netto spółki wyniósł 12,86 mln zł (dynamika 53,7 proc.), a wynik techniczny zamknął się na poziomie 28,23 mln zł (dynamika 94,7 proc.).
Komentarz do wyników finansowych w 2016 roku
Grzegorz Szatkowski, wiceprezes STU ERGO Hestii ds. finansowych
– Cieszymy się, że kolejny rok z rzędu jako wicelider rynku potwierdziliśmy pozycję jakościowego lidera na rynku ubezpieczeń w Polsce – mówi o wynikach 2016 roku Grzegorz Szatkowski, wiceprezes STU ERGO Hestii ds. finansowych. Po okresie wojny cenowej udało się nam powrócić na ścieżkę rentowności, w czym duży udział miała dyscyplina kosztowa. Wyzwaniem dla ubezpieczycieli pozostają nadal szkody osobowe. ERGO Hestia od wielu lat korzysta w tym zakresie z Centrum Pomocy Osobom Poszkodowanym i obserwujemy, że właśnie kompleksowej opieki pozwalającej na szybki powrót do sprawności oczekuje coraz więcej poszkodowanych – dodaje Grzegorz Szatkowski.
Ubiegły rok stał dla ERGO Hestii również pod znakiem zrównoważonego rozwoju, czego konsekwencją było zakwalifikowanie aż 20 dobrych praktyk firmy do 15. edycji Raportu „Odpowiedzialny biznes w Polsce. Dobre praktyki 2016”. To najlepszy wynik wśród firm z branży ubezpieczeniowej w raporcie publikowanym przez Forum Odpowiedzialnego Biznesu. Nie zabrakło kolejnych inicjatyw ukierunkowanych na podnoszenie jakości obsługi. Świadczą o tym chociażby nagrody Flota Ekologiczna Roku 2016, czy przyznany po raz czwarty z rzędu tytuł Gwiazdy Jakości Obsługi. Raport opublikowany w 2016 roku przez Rzecznika Finansowego również jednoznacznie wskazał, że spośród największych towarzystw ubezpieczeń to właśnie klienci ERGO Hestii mogą najbardziej ufać swojemu ubezpieczycielowi.
– W 2016 roku kontynuowaliśmy prace nad innowacyjnymi rozwiązaniami technologicznymi, które nierzadko wyprzedzają oczekiwania naszych klientów i partnerów pod względem jakości i nowoczesności. Efektem tych prac było między innymi wdrożenie iHestii. Zaawansowanie technologiczne oraz wysoka jakość obsługi wyróżniające nieustannie ERGO Hestię, zostały docenione nie tylko przez naszych klientów, ale również na arenie międzynarodowej. ERGO Hestia została wybrana na centrum referencyjne dla pozostałych towarzystw Grupy ERGO w Europie Środkowo-Wschodniej, a prezes Piotr Śliwicki wszedł do zarządu ERGO International – podsumowuje Grzegorz Szatkowski.
Zwiększająca się różnorodność narzędzi komunikacyjnych sprawia, że obecnie, chcąc porozumieć się z drugą osobą, bardzo istotny jest wybór kanału komunikacyjnego, czyli metody przekazywania informacji. Przed takim wyborem stają również przedsiębiorcy, którzy muszą zdecydować, jakie sposoby komunikacji będą funkcjonować w ich firmie. Jedną z najciekawszych możliwości, niosącą ze sobą wiele korzyści, jest technologia umożliwiająca pracownikom komunikację w czasie rzeczywistym.
Narzędzia komunikacyjne dostępne obecnie dla przedsiębiorstw mogą być hierarchizowane zarówno pod względem czasu otrzymania informacji zwrotnej, jak i zaangażowania w proces wymiany informacji. – Komunikacja w czasie rzeczywistym jest rozwiązaniem najbardziej angażującym uwagę pracownika, a także pozwala na niemal natychmiastową informację zwrotną. Dzięki temu sprawdza się w tych aspektach biznesu, w których priorytet mają szybkość i precyzja wymiany informacji. Do narzędzi komunikacji w czasie rzeczywistym należą rozmowy telefoniczne, połączenia w technologii VoIP i SIP oraz wideorozmowy – mówi Jarosław Pazgrat, Dyrektor Zarządzający firmy MCX Telecom.
Zastosowanie komunikacji w czasie rzeczywistym
W firmie pracodawca może, w zależności od swoich potrzeb, wyselekcjonować dowolne obszary, w których pracownicy będą wykorzystywać ten rodzaj komunikacji. Istnieje jednak szereg sytuacji, w których sprawdzi się ona nadzwyczaj skutecznie:
– kontakt wewnątrz grup projektowych – wyposażenie małych zespołów w technologie umożliwiającą komunikowanie się w czasie rzeczywistym pozwoli nie tylko na sprawniejszy przepływ informacji, ale przede wszystkim na ich doprecyzowanie. Dzięki temu grupa oszczędzi czas niezbędny na wyjaśnianie nieporozumień.
– firma o rozproszonej strukturze zatrudnienia – rozwój technologii sprawił, że obecnie pracownik będący w swoim domu może korzystać ze wszystkich udogodnień, jakie mógłby znaleźć w biurze. Współczesne urządzenia wideokonferencyjne pozwalają na kontakt z nawet dwustoma osobami jednocześnie, co znacznie podnosi efektywność wykonywanych zadań.
– komunikacja na linii firma-klient – przykładem na wykorzystanie komunikacji w czasie rzeczywistym do poprawienia obsługi klienta jest wprowadzenie usługi wideokonsultacji, dzięki którym konsultant mógłby nie tylko rozmawiać ze zgłaszającymi się osobami, ale też np. demonstrować rozwiązanie danego problemu.
Komunikacja dostępna dla każdego
Dzięki wykorzystaniu najnowszych rozwiązań z zakresu IT, narzędzia do komunikacji w czasie rzeczywistym są dostępne jako część większej całości – UC (Unified Comunication, komunikacja zintegrowana) i mogą być dystrybuowane jako usługa w systemie UCaaS. W skład UCaaS wchodzą także takie elementy, jak: komunikacja tekstowa, zarządzanie obecnością czy też narzędzia pracy grupowej, np. współdzielenie pulpitów. Ten model wdrożenia znacznie redukuje koszty implementacji i utrzymania takich rozwiązań (np. przez brak konieczności posiadania wewnętrznych firmowych serwerów), dzięki czemu na korzystanie z komunikacji w czasie rzeczywistym mogą pozwolić sobie także przedsiębiorstwa z sektora MŚP. – Na przystępność rozwiązań UCaaS znacznie wpływa fakt wyeliminowania kosztów inwestycyjnych i szybkość wdrożenia usługi. Ponadto technologia chmurowa zapewnia elastyczność, co oznacza, że firma rozliczana jest za tyle licencji, ile faktycznie jest potrzebnych, w każdej chwili mogąc płynnie regulować ich ilość. – mówi Jarosław Pazgrat. Ponadto, narzędzia komunikacyjne w systemie UCaaS prowadzą obliczenia w modelu Cloud Computing, a więc – w wirtualnej chmurze. Dzięki temu rozwiązania z tego zakresu są obecnie dostępne w każdym miejscu na ziemi.
We współczesnym przedsiębiorstwie coraz więcej zależy od skutecznego przepływu informacji. Jednak, oprócz rodzaju użytych narzędzi komunikacyjnych, równie ważne jest to, aby współpracowały one ze sobą oraz stanowiły odpowiedź na potrzeby firmy. Zwiększająca się ciągle dostępność tego typu rozwiązań pozwala nawet mniejszym graczom wykorzystać ich pełen potencjał i tym samym – skutecznie wspierać swój biznes.
Według danych portalu Stackoverflow przeciętny programista spędza około siedmiu godzin tygodniowo pracując hobbystycznie nad rozwojem oprogramowania i uczestnicząc w projektach open source, czyli takich, które bazują na otwartym, dostępnym dla każdego kodzie. Na bezpłatne udostępnianie własnego know-how decydują się jednak nie tylko osoby prywatne, lecz także firmy z całego świata. Aż 65 proc. z nich wnosi swój wkład do projektów tego typu. Biznes zaczyna dostrzegać realne korzyści płynące z bezpłatnego dzielenia się własnym dorobkiem.
Branża nowoczesnych technologii należy do jednej z najbardziej otwartych na networking i wymianę wiedzy. Takie działania ułatwia z pewnością możliwość budowania społeczności online. Liczby mówią same za siebie. Z portalu Stackoverflow.com, stanowiącego forum dla osób zainteresowanych programowaniem, miesięcznie korzysta prawie 17 mln specjalistów IT. Z ankiety przeprowadzonej wśród użytkowników serwisu wynika, że 70 proc. z nich poświęca minimum dwie godzinny tygodniowo na programowanie hobbystyczne albo rozwój projektów open source. W przypadku co piątego badanego liczba ta wzrasta do ponad 10 godzin tygodniowo. Przeciętnie, badani poświęcają na projekty niezwiązane z pracą zawodową siedem godzin tygodniowo.
– Ogromnym atutem ruchu open source jest efekt skali. Nad otwartym oprogramowaniem pracuje wielomilionowa społeczność specjalistów, która weryfikuje jakość kodu, wyłapuje błędy, sugeruje usprawnienia czy projektuje nowe funkcjonalności. Taka działalność to dla wielu z nich sposób na ciągłe doskonalenie umiejętności zawodowych, wzbogacanie portfolio czy budowanie relacji wewnątrz branży – mówi Dariusz Świąder, prezes zarządu Linux Polska, organizator Open Source Day, największego w Polsce wydarzenia dedykowanego otwartemu oprogramowaniu.
Jednak przykład ruchu open source pokazuje, że dzieleniem się wiedzą są zainteresowani nie tylko pojedynczy specjaliści, ale także całe organizacje. Z badania The Future of Open Source Survey 2016 wynika, że ok. 65 proc. organizacji kontrybuuje do projektów bazujących na otwartym kodzie, czyli takich, z których w przyszłości będzie mógł skorzystać każdy. W jednej na trzy firmy co najmniej połowa deweloperów pracuje nad otwartymi projektami. Rosnąca powszechność udostępniania kodu oprogramowania i korzyści płynące z tego typu praktyk sprawiają, że nawet technologiczni giganci kojarzeni przede wszystkim z rozwiązaniami zamkniętymi, jak Apple czy Microsoft, wykonują ukłon w stronę społeczności open source. Ten drugi w ubiegłym roku stał się członkiem Linux Foundation, organizacji non-profit wspierającej otwarte technologie. W 2014 r. firma udostępniła swoją platformę programistyczną .NET, co oznacza, że każdy kto chce rozwijać rozwiązania oparte o ten kod poza środowiskiem Windows ma w tej chwili taką możliwość. Z kolei w 2015 r. Apple udostępniło kod źródłowy opracowanego przez siebie języka programistycznego Swift.
– Na tym zjawisku zyskują klienci dostawców oprogramowania. Otwartość kodu zmusza do ciągłego inwestowania w innowacje i rozwój produktu. Dodatkową korzyścią jest fakt, że nie zachodzi tu tzw. zjawisko vendor lock-in, czyli uzależnienia od konkretnego dostawcy. Oznacza to, że użytkownik nie ponosi wielkich kosztów związanych z ewentualną zmianą dostawcy. Nie istnieje też ryzyko związane z zaniechaniem produkcji, bo w przypadku Open Source projekt może być kontynuowany czy to samodzielnie czy z innym dostawcą – dodaje Dariusz Świąder, Linux Polska.
Gospodarka oparta na dzieleniu się
Tego typu praktyki nie są jednak wyłącznie domeną branży IT. Jednym z głośniejszych przykładów udostępnienia dorobku intelektualnego przedsiębiorstwa było ujawnienie w 2014 r. przez Teslę patentów firmy. Rok później w jej ślady poszła Toyota ogłaszając, że udostępnia za darmo patenty związane z samochodami fuel cell. Ich nieodpłatne wykorzystanie będzie możliwe do roku 2020, kiedy jak przewiduje producent zakończy się proces wstępnego wprowadzenia tego rozwiązania na rynek. Pomimo, że działania obu firm wydają się być z pozoru sprzeczne z ich interesami, w rzeczywistości stanowią przemyślaną część strategii biznesowej. Komentując swoją decyzję CEO Tesli Elon Musk powiedział: Odczuwaliśmy potrzebę wystąpienia o patenty, ponieważ obawialiśmy się, że duże firmy motoryzacyjne skopiują naszą technologię, a później wykorzystają swoje zaplecze produkcyjne, sprzedażowe i marketingowe, by zdominować rynek. Nie mogliśmy się bardziej pomylić. (…) Pojazdy elektryczne nie stanowią nawet 1 proc. sprzedaży dużych koncernów samochodowych. Decyzja o uwolnieniu patentów ma szansę przyczynić się do rozwoju całego rynku, na czym skorzysta sama Tesla, np. sprzedając baterie do rozwiązań stworzonych przez konkurencję na bazie udostępnionych technologii. Przykład ten pokazuje, że tradycyjne podejście do ochrony firmowego know-how nie zawsze sprawdza się w sektorach opartych na innowacjach. Filozofia open source będzie więc w coraz większym stopniu przenikać do świata biznesu.
Internet i kanały mobilne oferują klientom nieskończoną ilość produktów kusząc niższymi cenami, wygodą i szybkością robienia zakupów. Czy oznacza to śmierć sklepów stacjonarnych? Wręcz przeciwnie. Aż 95% sprzedaży jest pochodną interakcji działań w tradycyjnych lokalach handlowych, e-commerce i na kanałach mobilnych. Stacjonarne punkty sprzedaży są istotnym elementem „omnichannelowej układanki”. Jak będą wyglądały sklepy przyszłości?
Zamiast wojny, wielokanałowa integracja
Nie od dziś wiadomo, że coraz szybszy rozwój technologii wpływa znacząco nasze nawyki zakupowe. Dotyczy to w szczególności pokolenia milenialsów, zdobywającego coraz większą siłę nabywczą. Potrzeby nowej generacji konsumentów najpełniej charakteryzują trzy kluczowe terminy: szybkość, wygoda i elastyczność. Oczekują oni ułatwień uwzgledniających ich tryb życia, które coraz częściej toczy się w wirtualnej rzeczywistości. Czy oznacza to wojnę sklepów e-commerce z tradycyjnymi punktami sprzedaży – z góry przegraną przez te drugie?
Absolutnie nie – mówi Anna Sulima–Gillow z firmy Forbis Group – Współczesna sprzedaż to równomierne rozwijanie wszystkich platform: stacjonarnych, internetowych oraz mobilnych. Wiedzą to od dawna wszystkie liczące się marki, których produkty dostępne są zarówno w sieci, jak i w tradycyjnych punktach sprzedaży. Omnichannel jest dziś najważniejszym trendem w branży handlowej. Sklepy stacjonarne będą istnieć zawsze, ale będzie zmieniała się ich rola, a co za tym idzie forma.
Przyszłość sklepów? „Sklepy przyszłości”
„Store of the future” to miejsce budujące spersonalizowane, wielokanałowe doświadczenie konsumenta, wychodzące poza standardowe zakupy. Współczesny konsument, oprócz możliwości dokonania zakupów szybko i wygodnie, potrzebuje ciągłych i silnych bodźców oraz stymulacji w momencie podejmowania decyzji. Mają mu je zapewnić rozwiązania technologiczne piątej generacji, integrujące świat rzeczywisty z wirtualnym. Umiejętne dostosowanie narzędzi z e-sklepu w połączeniu z tradycyjnymi zabiegami Visual Merchandisingu tworzy nowoczesną hybrydę w postaci sklepu przyszłości, który budować będzie spójne, pozytywne doświadczenie marki.
Aspektem decydującym o efektywności takich rozwiązań jest dobranie odpowiedniego narzędzia dla danej marki, trafiającego do określonej grupy konsumenckiej – podkreśla ekspert Forbis Group – Kluczowa jest tu ścisła współpraca pomiędzy działami: projektowym, marketingowym oraz odpowiedzialnym za nowe technologie.
Sklepowe „science fiction”
Nowe technologie stwarzają możliwości, o których jeszcze do niedawna właściciele sklepów nawet nie marzyli. Są nie tylko narzędziem wspierającym obsługę i budującym doświadczenie klienta, ale także pomagają markom badać, rozumieć i przewidywać zachowania konsumenckie. Beacony, czyli małe nadajniki komunikujące się z naszymi smartfonami to już nie nowość. Podobnie jak inteligentne oświetlenie, zbierające dane o sposobie poruszania się klientów na terenie sklepu, czy „smart mirrors”– interaktywne lustra wykorzystujące technologię rozszerzonej rzeczywistości – mówi Anna Sulima–Gillow. Istotą „sklepów przyszłości” jest całościowa zmiana myślenia o biznesie.
Businnes Inteligence polega na stworzeniu całego systemu informatycznego spinającego sprzedaż stacjonarną, internetową, technologie mobilne, centra obsługi klienta i digital marketing. W sklepach przyszłości świat wirtualny przenika się z rzeczywistym. Klient ma możliwość obejrzenia i dotknięcia produktu, a następnie, dzięki multimedialnym kioskom, samodzielnego sprawdzenia dostępności jego w innych lokalizacjach i zamówienia wybranego produktu do danego salonu albo bezpośrednio do domu. Sklep stacjonarny staje się coraz częściej rodzajem showroomu. Tradycyjne witryny i wnętrza sklepowe uzupełniane są o multimedialne ekrany, interaktywne folie, tablety czy efektowne screenwalle połączone w sterowaną zdalnie sieć. Technologia digital sinage umożliwia zmianę prezentowanych treści (przyciągających wzrok kompozycji, informacji na temat produktów czy promocji) w dowolnej chwili i elastyczne reagowanie na potrzeby klientów. Nowatorskim rozwiązaniem technologicznym wykorzystywanym w sklepach jest także technologia NFC, czyli tak zwana „komunikacja bliskiego pola”. Pozwala ona między innymi na ocenę czy produkt został podniesiony z półki. W momencie, gdy czujnik znika z zasięgu ekspozycji, klient otrzymuje na swój smartfon dodatkowe informacje na temat oglądanego produktu zachęcające do zakupu, czy dotyczące jego stosowania.
Nowe technologie to nie tylko udogodnienia zakupowe „tu i teraz”. Zbieranie i bieżąca analiza danych dotyczących zachowań w sklepach pozwala na lepszą aranżację przestrzeni handlowej i ciągłe dostosowanie się do potrzeb klientów – podsumowuje ekspert Forbis Group.
W pierwszym kwartale opublikowano informacje o niewypłacalności 224 polskich przedsiębiorstw, wobec 173 w I kwartale 2016 roku, czyli nastąpił wzrost ich liczby o +29% (niewypłacalność – czyli niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkująca upadłością bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego). W samym marcu opublikowano informacje o niewypłacalności 78 polskich przedsiębiorstw (wobec 68 takich przypadków w marcu ubiegłego roku).
Budownictwo – pierwszy kwartał oznaczał ponad 50% wzrost liczby niewypłacalności w stosunku do roku ubiegłego
Hurt – problemy mieli dystrybutorzy materiałów budowlanych, ale też artykułów konsumenckich (w tym żywności) oraz m.in. wyrobów motoryzacyjnych i paliw
Przemysł – niewypłacalni byli głównie wytwórcy materiałów budowlanych, ale też firmy z sektorów metalowo-maszynowego oraz spożywczego
Usługi – nie jest zaskoczeniem, iż także w tym sektorze duża część niewypłacalnych firm związana była z budownictwem i szerzej – rynkiem nieruchomości
Wzrost liczby niewypłacalności w województwach, gdzie przed rokiem ich skala była mniejsza, także w związku z obecną sektorową charakterystyką problemów przedsiębiorstw z płynnością finansową (m.in. regiony koncentracji produkcji metalowej i maszynowej, firm usługowych i handlowych).
Liczba przypadków niewypłacalnych przedsiębiorstw była w miesiącach pierwszego kwartału na poziomie porównywalnym ze średnią miesięczną z drugiej połowy ubiegłego roku. Nie mamy więc do czynienia ze zmianą, ale z kontynuacją trendu umiarkowanie podwyższonej liczby niewypłacalności. Ponieważ ze zwiększoną ich liczbą mieliśmy do czynienia ze zmiennym natężeniem nie w jednym, ale w trzech sektorach gospodarki: budownictwie, usługach i przemyśle trudno wskazać jedną, uniwersalną przyczynę tego stanu rzeczy… Jednego można za to być pewnym – nie ulegnie to zmianie w najbliższej przyszłości. Potwierdzenie zresztą przynosi sam marzec – mniejszej w tym miesiącu liczbie opublikowanych niewypłacalności w budownictwie towarzyszy ich wzrost w sektorze usług oraz wciąż zauważalna liczba w odniesieniu do firm produkcyjnych jak i dystrybutorów hurtowych.
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz
Budownictwo – wzrost rynku zbyt wolny i mały, by zrekompensować wszystkim firmom budowlanym brak zleceń i bieżących przychodów
Mniejsza w marcu liczba niewypłacalności firm budowlanych (9) cieszy, za wcześnie jednak aby wiązać to z trendem wzrostu wartości produkcji budowlanej, jaki miał miejsce w styczniu (pierwszy wzrost w tym względzie od listopada 2015 roku). O ile w poprzednich miesiącach I kwartału upadały firmy małe, podwykonawcy nie tyle głównych, co raczej lokalnych kontraktów, to w marcu ogłaszano upadłości firm relatywnie większych, o obrotach kilkudziesięciu milionów złotych (a w przeszłości – nawet stu kilkudziesięciu). Wracając do tradycyjnej terminologii – na „przednówku” najpierw nie radziły sobie firmy mniejsze i falę ich niewypłacalności mamy jak na razie już za sobą, natomiast firmy większe dłużej znajdowały finansowanie, ale do czasu… Ich problemy – mimo iż mniej częste niż w przypadku firm małych, to z racji większej skali działalności (i np. zaopatrzenia) będą wywierały nie mniejszy negatywny efekt niż w ubiegłych miesiącach. Obciążeniem finansowym, a zwłaszcza administracyjnym utrudnieniem dla podwykonawców w najbliższych miesiącach nadal będzie odwrócony VAT w budownictwie – pytanie, czy z czasem zostanie wypracowana w tym względzie jakaś praktyka, minimalizująca jego wpływ na finanse przedsiębiorstw (np. skróceniu ulegnie okres oczekiwania na zwrot nadpłaconego podatku).
Budownictwo infrastrukturalne – problemem w nim jest brak gotowych projektów (już 2015 był zły pod względem liczby uzyskiwanych pozwoleń na prace infrastrukturalne – najgorszy od 2010r., a 2016r. był o około 30% gorszy – dane za GUNB), tak aby wyłonić wykonawcę i wejść na plac budowy. To jest jedna z przyczyn ubiegłorocznej zapaści w budownictwie infrastrukturalnym (oprócz zmiany perspektywy budżetowej UE – przerwy w wykorzystaniu środków finansowych). Z tego powodu około 80% rozpisywanych i rozstrzyganych w ostatnich kwartałach przetargów działa w systemie „projektuj i buduj”. To opóźni dopływ środków na place budowy – w końcu zaprojektowanie, konsultacje i niezbędne zgody zajmują trochę czasu, nierzadko minimum rok. Dopływ środków na place budów będzie stopniowy, i raczej bardziej wyraźnie widoczny dopiero w drugiej połowie roku – a najpewniej w kolejnych latach. Jest to decydujące dla wyniku całej branży budowlanej, gdyż budownictwo inżynieryjne nawet w ubiegłym roku, czyli roku swojej dekoniunktury odpowiadało za ponad 50% ogółu wartości rynku prac budowlanych.
Hurt – skala problemu nie zmniejsza się (liczba niewypłacalności na poziomie roku ubiegłego)
Potwierdza to widoczny problem hurtowni budowlanych – mimo początku sezonu budowlanego i handlowego, większych obrotów dystrybutorów materiałów budowlanych, wskaźniki ich płynności finansowej nie poprawiły się wyraźnie i wciąż pojawiają się one w statystyce niewypłacalnych hurtowni. Najwięcej w niej jednak jest dystrybutorów artykułów spożywczych i innych dóbr konsumpcyjnych (obuwie, farmaceutyki) – wciąż tracących rynek wraz ze swoimi klientami, małymi detalistami na rzecz dużych dystrybutorów. Ryzykownym biznesem – przynajmniej w oparciu o opisywane ogłoszenia postanowień sądów w zakresie niewypłacalności, jest też handel częściami motoryzacyjnymi oraz paliwami i produktami ropopochodnymi. Może to zaskakiwać, zważywszy np. na skalę popytu na samochody nowe i używane – czyli rosnący rynek również na części do nich. Także w tym segmencie rynku postępuje koncentracja i wypieranie małych podmiotów przez duże platformy zakupowo-dystrybucyjne (to jest bardzo istotne – sprawna dystrybucja części bezpośrednio do klienta, warsztatów), oferujących także lepsze programy lojalnościowe. Handel paliwami zawsze zaś przyciągał szarą strefę, z racji łatwości przestępstw podatkowo-akcyzowych (m.in. olej opałowy – napędowy, karuzele VAT ułatwione z racji masowości, nieoznaczonego charakteru towaru), co obecnie oznacza liczniejsze kontrole skarbowe.
Postepowania restrukturyzacyjne – efekt domina
Nie można oczywiście wiązać problemów mniejszych dystrybutorów paliw jedynie z tym faktem. Trzeba jednak zauważyć, iż ostrzejsza polityka skarbowa mająca na celu poprawę ściągalności podatków, uszczelnienie systemu VAT oraz podatku dochodowego od przedsiębiorstw może wpływać na sytuację przedsiębiorstw (m.in. częste w ich trakcie prewencyjne zajmowanie przez US kont firmy na poczet ewentualnych kar). Nie kwestionując oczywiście sensu całej akcji – skłania to niektóre przedsiębiorstwa do korzystania z parasola procedury naprawczej i jest dla nich argumentem wobec wierzycieli i sądów (m.in. z grona największych w marcowej statystyce niewypłacalności) jako rzeczywista przesłanka zachodzącej niewypłacalności przedsiębiorstwa. Nie jest to oczywiście podstawowa przyczyna tak dużego udziału postepowań restrukturyzacyjnych wśród przypadków niewypłacalności przedsiębiorstw (40% w pierwszym kwartale, 47% w samym marcu). Liczba ta nieźle rokuje na przyszłość – na rynku pozostają firmy i utrzymane są miejsca pracy… natomiast niewątpliwe na bieżąco jest to problem na rynku. Coraz większa grupa dostawców – wierzycieli nie otrzymuje swoich środków za już zrealizowane dostawy, musi czekać na nie latami dodatkowo nadal nie bieżąco kredytując niewypłacalnych dłużników, aby umożliwić powodzenie ich planu naprawczego. Nie wiadomo, jak w tej sytuacji kredytowej – przy takim portfelu trudnych długów poradziłyby sobie banki. Także nie wszyscy dostawcy sobie z tym radzą, stąd powoli nakręca się domino postępowań naprawczych…
Co więcej – pojawiają się opinie, iż prawo naprawcze powinno ulec nowelizacji, bowiem w obecnej formie utrudnia lub nawet blokuje zarządzanie majątkiem firmie w trakcie starania się o zatwierdzenie tego postępowania. Jest to problematyczna kwestia – z jednej strony ważne jest, aby proces naprawczy nie napotykał żadnych przeszkód, przebiegał jak najsprawniej, ale z drugiej strony logiczne i celowe jest pewne zablokowanie w interesie wierzycieli możliwości dysponowania majątkiem przez dłużnika będącego w trudnej sytuacji finansowej (mówiąc wprost – niewypłacalnego) do czasu zatwierdzenia postepowania naprawczego. Nie jest to zatem niedopatrzenie, ale intencja ustawodawcy, bowiem pod uwagę brane muszą być interesy obydwu stron: skoro wierzyciele godzić się mają na restrukturyzację swoich należności (czyli ich rozłożenie w czasie i zapewne częściowe umorzenie – czyli de facto straty), to niewypłacalny dłużnik powinien ze swojej strony zgodzić się, w celu ochrony wierzycieli, na ograniczenie swoich praw majątkowych do czasu zatwierdzenia wniosku. Swoją drogą – według wielu opinii to dłużnik jest wyraźnie faworyzowany przez obecne przepisy w imię hasła „dania drugiej szansy”, z pewną szkodą dla wierzycieli i zasady pewności (w tym pewności otrzymania należności) w obrocie gospodarczym. Na rynku wytwarza się przeświadczenie, iżten, kto nie skorzysta z postepowania naprawczego do restrukturyzacji działalności kosztem wierzycieli, ten sam sobie winien. Stąd duża odpowiedzialność na barkach sądów, weryfikujących zasadność złożenia wniosku o restrukturyzację i realność szans na realizację planu naprawczego.
Firmy produkcyjne i usługowe – także w tej grupie niewypłacalnych firm dużo podmiotów związanych było z rynkiem budowlanym
Większość firm produkcyjnych, których kłopoty zakończyły się niewypłacalnością, wytwarzała na potrzeby budownictwa wyroby metalowe, z tworzyw sztucznych, drewniane, maszyny i urządzenia. Oprócz tego dekoniunkturę odczuli wytwórcy wyrobów z metali, konstrukcji, różnego rodzaju części a także producenci wyrobów spożywczych, gdzie w ślad za koncentracją w dystrybucji zachodzi również koncentracja produkcji i znikanie z rynku części mniejszych przedsiębiorstw. W gronie firm usługowych liczne były niewypłacalności firm obsługujących procesy inwestycyjne, a także firm inżyniersko-projektowych, wspierających inwestycje i zarządzających nieruchomościami. Jak zawsze w ogłoszeniach o niewypłacalnościach znalazły się też firmy z sektora gastronomiczno-turystycznego – mimo iż w ostatnich latach rosły w nim gwałtownie wydatki konsumenckie jest to rynek trudny, sezonowy i bardzo zmienny.
Województwa – nie ma generalnie regionów mniej lub bardziej dotkniętych problemem niewypłacalności, wyrównanie ubiegłorocznych trendów (wzrostów/spadków)
W chwili obecnej największy wzrost względem ubiegłego roku w liczbie niewypłacalności ma miejsce w województwach centralnych, południowych i południowo-wschodnich. Można oczywiście szukać uzasadnienia tego faktu w branżowej specjalizacji poszczególnych sektorów – np. wiązać niewypłacalności w nich z sektorem przemysłowym (Śląsk, Dolny Śląsk, Małopolska i Podkarpacie), usług i handlu (Mazowsze) etc. Warto również zwrócić uwagę, iż wpływ na takie rozłożenie wzrostów/spadków liczby niewypłacalności ma sytuacja sprzed roku – obecny wzrost liczby upadłości ma miejsce w województwach, gdzie przed rokiem ich liczba zmniejszała się lub pozostała na niezmienionym poziomie.
Dolar po raz kolejny przetestował poziom 4 złotych. Pomimo ruchu w konsolidacji wybicie górą wydaje się być tylko kwestią czasu. Każda reakcja obronna podaży jest słabsza, co może sugerować, że popyt nawet na niedużej płynności na trwałe przebije strategiczny poziom. W przypadku ruchu w górę oporem pozostaje poziom 4,02, gdzie wypada równość korekt oraz mierzenie 61,8% FIBO ostatniego impulsu spadkowego. W przypadku powrotów do spadków wsparciem pozostaje strefa popytu na 3,96.
Kurs euro EURPLN
Korekta na eurodolarze miała swoje odzwierciedlenie także na euro-złotym. Złoty osłabił się o kolejne 1,5 grosza i bliżej mu teraz do testu oporu niż wsparcia. Ogólnie możemy mówić o trendzie bocznym, który trwa już 2 tygodnie. Cena oscyluje pomiędzy 4,26 a 4,21 i ze względu na mniejszą zmienność, taki stan rzeczy może potrwać jeszcze 2 tygodnie. W przypadku ruchu w górę oporem będzie lokalny szczyt przy 4,26, a następnie poziom 4,2850, gdzie wypada mierzenie 50% Fibo z ostatniego impulsu spadkowego oraz górne ograniczenie formacji 1 do 1. W razie spadków wsparciem pozostaje poziom 4,21.
Kurs funta GBPPLN
Osłabienie się złotówki do głównych par miało przełożenie także w przypadku funta. W poniedziałek złoty stracił kolejne 2 grosze i za funta było trzeba zapłacić już 4,96. Realizuje się nasz scenariusz bazowy zakładający ruch w górę w kierunku 5,02, gdzie wypada mierzenie 61,8% Fibo impulsu spadkowego oraz równość korekt w trendzie.
Komentarz walutowy nie jest rekomendacją w rozumieniu Rozporządzenia MF z 19 października 2005 roku. Został sporządzony w celach informacyjnych i nie powinien stanowić podstawy do podejmowania decyzji inwestycyjnych. Goldem Sp. z o.o., właściciel marki ergokantor.pl i autor komentarza nie ponoszą odpowiedzialności za decyzje inwestycyjne podjęte na podstawie informacji zawartych w niniejszym komentarzu.
ERNE VENTURES, fundusz kapitałowy notowany na NewConnect, podpisał list intencyjny dotyczący sprzedania całości lub części grupy Arrinera S.A. ERNE VENTURES jest większościowym akcjonariuszem tej spółki posiadając ponad 76% kapitału, a dzisiejsza kapitalizacja notowanej na NewConnect Arrinery wynosi około 54 mln zł.
W dniu 9 kwietnia 2017 r. podczas wyścigów na torze Hockenheim w Niemczech w których brał udział samochód wyścigowy Arrinera Hussarya GT, został podpisany trójstronny list intencyjny pomiędzy spółkami ERNE VENTURES, Arrinera S.A. oraz spółką prawa włoskiego dotyczący sprzedaży przez ERNE VENTURES całości lub części akcji spółki Arrinera S.A. lub sprzedaży przez Arrinera S.A. całości lub zorganizowanej części przedsiębiorstw spółek Arrinera Racing Ltd. oraz Arrinera Technology S.A.
Ponadto został podpisany trójstronny list intencyjny pomiędzy spółkami Arrinera Racing Ltd., Arrinera Technology S.A. oraz spółką zarejestrowaną w Omanie dotyczący transferu technologii dotyczącej produkcji samochodów Arrinera.
Wyżej wymienione spółki z Włoch oraz z Omanu pozostają w bliskiej kooperacji, planując wspólnie inwestycje w dalszy rozwój oraz produkcję samochodów wyścigowych i supersamochodów drogowych pod marką Arrinera.
Obydwie umowy przewidują okres wyłączności na 90 dni podczas którego zostanie przeprowadzone zostanie pełne badanie spółek z grupy Arrinera S.A. oraz mają być uzgodnione szczegóły ewentualnych transakcji.
Ostatni tydzień przed świętami rozpoczynamy niewielkimi zmianami na rynkach finansowych. Eurodolar rozpoczął dzień na minusie, a zakończył z niewielkim zyskiem. Dużo większe wzrosty odnotowano na ropie.
Ceny ropy przez cały dzień stabilnie zyskiwały na sile. Przyczyniły się do tego wieści o wyłączeniu jednego z pól naftowych w Libii. Przypomnijmy-tego samego pola które dopiero niedawno udało się uruchomić po wcześniejszych problemach. Inwestorzy ciągle też byli pod wpływem wydarzeń w Syrii, gdzie USA ostrzelało bazę lotniczą, co przełożyło się na wzrost nerwowości w regionie. W Polsce natomiast indeks WIG20 przez cały dzień oscylował wokół poziomu otwarcia, kończąc dzień na niewielkim minusie.
Nie publikowano wczoraj znaczących danych makroekonomicznych. Prezes Fed, Janet Yellen, miała jednak wystąpienie publiczne. Stwierdziła na nim, iż Fed będzie stopniowo podwyższał wysokość stopy procentowej, pozwalając gospodarce swobodnie się rozwijać. Dzisiejszy kalendarz makroekonomiczny zdominowany będzie przez publikacje dotyczące wzrostu cen. Również i w Polsce opublikowana zostanie inflacja CPI. Danych tych możemy spodziewać się o 14:00.
Rynek EUR/PLN nieubłaganie zbliża się w kierunku istotnego wsparcia nad poziomem 115. To tutaj narodził się ubiegłoroczny impuls wzrostowy. Tutaj można spodziewać się akcji obronnej byków. Czy powiedzie się? Wskaźnik RSI daje znaczącą przewagę stronie podażowej więc na szybkie odbicie w górę nie ma co liczyć. Wsparcie mamy nad 115, a opór przy 120.
Zgodnie z naszymi przewidywaniami, w tym roku globalna dynamika handlowa wzrośnie. Polskie przedsiębiorstwa będą mogły aktywniej korzystać z sytuacji międzynarodowej. W przypadku poszczególnych krajów posługujemy się ocenami ryzyka danych gospodarek W ramach tych ocen uwzględniamy czynniki społeczne, ekonomiczne i polityczne. Dodajemy także nasze doświadczenia płatnicze oraz ocenę klimatu biznesowego, czyli warunki do prowadzenia działalności, dostępność informacji o kontrahentach oraz sprawność odzyskiwania należności w przypadku upadłości firmy.
– Zgodnie z naszym modelem oceny krajów, najbardziej atrakcyjnymi – ze względu na poziom bezpieczeństwa – pozostają kraje rozwinięte – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Regionie Europy Centralnej. Kraje Europy Zachodniej są naszym głównym odbiorcą. Ponad połowa polskiego eksportu wysyłana jest do strefy Euro. Przewidujemy, że w tej kwestii ryzyko nie powinno ulec zwiększeniu. W zeszłym roku obniżyliśmy ocenę Wielkiej Brytanii do poziomu A3, czyli równego Polsce, ponieważ spodziewamy się, że już od drugiego kwartału b.r. wzrośnie liczba upadłości przedsiębiorstw. Drożejący funt będzie korzystny dla eksportu, ale nie dla popytu wewnętrznego na Wyspach. Możemy również określić rynki wyjątkowo perspektywiczne, które będą rosły w kolejnych latach w szybkim tempie, ale równocześnie generują ze sobą dosyć poziom ryzyka. Mowa o Indiach, Indonezji i Kenii. Tamtejszy wzrost gospodarczy do 2020 roku powinien przewyższać 5% rocznie. Będzie to dobre miejsce dla ekspansji polskich eksporterów. Wiele jednak zależy od ich produktów i usług. Eksport polskich traktorów do Etiopii czy Tanzanii nie gwarantuje dobrej sprzedaży innych przedmiotów, np. polskich mebli w tych krajach. W ocenie rynków eksportowych należy uwzględnić lokalny popyt oraz zapotrzebowanie na dane dobra i usługi – podsumował Sielewicz.
Mapa Ryzyk 2017 Aon przygotowana we współpracy z Roubini Global Economics oraz The Risk Advisory Group uwzględnia ryzyka polityczne, terrorystyczne oraz przemocy politycznej i może stanowić wskazówkę dla osób odpowiedzialnych za zarządzanie ryzykiem
w przedsiębiorstwie.
Zagrożenie terrorystyczne nieustannie ewoluuje, wpływając na coraz więcej sektorów gospodarki w coraz większej liczbie krajów. Terroryzm może powodować utratę życia, zysku oraz prowadzić do zakłóceń w łańcuchu dostaw. Z kolei ryzyko związane ze wzrostem tendencji populistycznych i protekcjonistycznych w krajach rozwiniętych może prowadzić do wzrostu ryzyka politycznego w krajach wschodzących. Te okoliczności pokazują znaczenie zarządzania kryzysowego, które wykracza poza straty związane ze zniszczeniem mienia, zwłaszcza w sektorze paliwowym, transporcie oraz sprzedaży detalicznej, najbardziej dotkniętych przez powyższe ryzyka.
Główne wnioski: świat
Wzrost liczby ataków terrorystycznych
W 2016 roku o 14% wzrosła liczba ataków terrorystycznych na świecie z 3633 (2015) do 4151 (2016). W krajach zachodnich ten wzrost był istotnie wyższy i wyniósł 174 procent (wzrost z 35 ataków w 2015 roku do 96 w 2016 roku). Mimo iż zachodnie kraje odczuły istotny wzrost incydentów terrorystycznych, to jednak wciąż stanowią one mniej niż 3 procent wszystkich ataków terrorystycznych na świecie.
Kontynuacja ataków na koncerny paliwowe i gazowe
W 2016 roku najczęściej ofiarą ataków terrorystycznych o podłożu komercyjnym padały koncerny paliwowe i gazowe. Trend ten będzie miał swoją kontynuację w 2017 roku.
Nieznaczna poprawa w obszarze ryzyk politycznych
2017 to pierwszy rok w ciągu ostatnich czterech lat, kiedy taka sama liczba krajów odnotowała wzrost jak i spadek zagrożenia ryzykami politycznymi dla inwestorów, co sugeruje nieznaczną poprawę w stosunku do okresu poprzedniego.
Wzrost ryzyka w związku z potencjalnymi nieporozumieniami między USA i Unią Europejską
Potencjalne nieporozumienia między USA i Unią Europejską w zakresie sankcji gospodarczych mogą powodować wzrost ryzyka dla inwestorów w takich krajach jak Iran, Rosja, a nawet Kuba.
Główne wnioski: Europa
Wzrost liczby ataków terrorystycznych, szczególnie w Niemczech
Kilkukrotny wzrost liczby ataków terrorystycznych w Niemczech z 2 w 2015 roku do 17 w 2016 roku. Islamski ekstremizm jest główną przyczyną wzrostu poziomu ryzyka w tym kraju z niskiego do umiarkowanego, warto przy tym jednak wziąć też pod uwagę wzrost prawicowego ekstremizmu związanego z uchodźcami.
Wzrost ryzyk związanych z terroryzmem i przemocą polityczną w 7 krajach: Albanii, Niemczech, Szwajcarii, Turcji, Wielkiej Brytanii i Watykanie, spadek zaś w Bośni i Hercegowinie oraz na Słowacji.
Wysoki poziom ryzyka politycznego w Krajach Wspólnoty Niepodległych Państw i Zakaukazia
Prognozy słabego wzrostu gospodarczego mogą oznaczać wysoki poziom ryzyka politycznego w Krajach Wspólnoty Niepodległych Państw i Zakaukazia, szczególnie że konflikt na Ukrainie wydaje się odżywać na nowo. Jednakże, jak w przypadku innych gospodarek opartych na surowcach, wyższe ceny ropy powinny osłabiać napięcia w gospodarce obecne w latach 2015/2016.
Ryzyka związane ze złagodzeniem polityki USA wobec Rosji
Potencjalne złagodzenie polityki USA wobec Rosji może spowodować ograniczenie dostępu do finansowania zagranicznego dla sektora surowcowego i dla niektórych banków. Szybkie zniesienie sankcji spowodowałoby gwałtowną reakcję kongresu i wywołało napięcia w relacjach z europejskimi sojusznikami. Rozbieżności w zakresie sankcji między USA a Unią Europejską spowodowałyby wzrost ryzyka dla prowadzenia biznesu i tym samym niepewności w działalności gospodarczej.
Terroryzm i przemoc polityczna
Dominika Kozakiewicz, CEO Aon Polska komentuje: „Terroryzm i przemoc polityczna, których nasilenie obserwowaliśmy w 2016 roku, to olbrzymie wyzwanie dla firm, niezależnie, czy działają one wyłącznie na rynku lokalnym czy na rynku międzynarodowym. Zagrożenia związane z terroryzmem i przemocą polityczną dotyczą wielu gałęzi gospodarki, chociaż w największym stopniu sektora paliwowego, turystycznego, detalicznego, logistycznego i lotnictwa. Przedsiębiorstwa muszą mieć świadomość, że mogą doświadczyć wydarzeń, które będą miały wpływ na ich pracowników, operacje i aktywa. Posiadając wiedzę na temat tego, co może się wydarzyć, jesteśmy w stanie w dużo większym stopniu przygotować rozwiązania pomagające zarządzać ryzykiem. To duże wyzwanie dla przedsiębiorców polegające na konieczności wypracowania strategii, która pozwoli na stawienie czoła ryzykom zagrażającym rozwojowi biznesu.”
Ryzyka polityczne
Dominika Kozakiewicz, CEO Aon Polska komentuje: „W związku z rosnącym protekcjonizmem w obszarze handlu międzynarodowego, tendencjami populistycznymi, a także sankcjami gospodarczymi, zmienia się globalny krajobraz, co z kolei nie pozostaje bez wpływu na rynki wschodzące. Dlatego dużo istotniejsze niż kiedykolwiek dla globalnego biznesu jest zrozumienie i ograniczanie jego ekspozycji na ryzyko polityczne. Uwzględniając zmiany w polityce handlowej, walutowej oraz migracyjnej, można spodziewać się wzrostu ryzyka kontroli przepływu kapitału, zagrożeń dla łańcucha dostaw i interwencji rządów w gospodarce.”
Informacja o Mapach
Mapa Ryzyk Politycznych Aon pokazuje zmieniające się ryzyka dla biznesu oraz krajów i obejmuje rynki wschodzące (zaawansowane i drugorzędne, kraje nie będące członkami OECD). Mapa powstała we współpracy z Roubini Global Economics i w tym roku świętuje swoje 20-lecie. Mapa ryzyk terrorystycznych i przemocy politycznej Aon reprezentuje szczegółowy, empiryczny i oparty na analizach związanych z ryzykami dotyczącymi zagrożeń terrorystycznych oraz przemocą polityczną. Od 2007 roku mapa jest przygotowywana we współpracy z The Risk Advisory Group.
We wtorek złoty traci na wartości. W tym do dolara, który po prawie miesięcznej przerwie wrócił powyżej 4 zł. Nie jest wykluczone, że zagości tu na dłużej.
Wtorkowy poranek przynosi kontynuację wczorajszej przeceny złotego w relacji do głównych walut. O godzinie 09:33 kurs USD/PLN testował poziom 4,0080 zł i był najwyżej od 16 marca br., EUR/PLN wzrósł do 4,2420 zł, CHF/PLN do 3,9740 zł, a GBP/PLN do 4,9730 zł. We wszystkich 4. przypadkach wzrosty przekraczają 1 gr.
Obserwowane osłabienie złotego to z jednej strony kontynuacja tendencji obserwowanej już wczoraj, gdy razem z m.in. węgierskim forintem, rosyjskim rublem i brazylijskim realem, znalazł się on w grupie walut z rynków wschodzących, które wyraźnie straciły na wartości. Z drugiej, jest to efekt realizacji dużych zysków na złotym, którego silne umocnienie z ostatnich miesięcy kumulowało w końcówce marca br. I wreszcie, cieniem na notowaniach kładzie się pogorszenie nastrojów na rynkach finansowych (i związany z tym wzrost awersji do ryzyka), a także, wprawdzie niewielka, ale stale utrzymująca się presja spadkowa na EUR/USD.
We wtorek złoty pozostanie przede wszystkim pod wpływem rynków globalnych (w tym zachowania EUR/USD), tylko na chwilę zerkając na publikowane o godzinie 14:00 przez Główny Urząd Statystyczny (GUS) dane o inflacji w Polsce.
Zgodnie z odczytem flash inflacja w marcu wyhamuje do 2 proc. z poziomu 2,2 proc. w relacji rocznej w lutym. Taki jest też rynkowy konsensus. Niższa inflacja to przede wszystkim zasługa niższych cen żywności i paliw. Dane powinny utwierdzić rynek w przekonaniu, że w tym roku nie uda się osiągnąć celu inflacyjnego (2,5 proc.), a pod koniec roku inflacja będzie niższa niż obecnie. Stąd też RPP nie ma potrzeby spieszyć się z podwyżkami stóp procentowych, które prawdopodobnie będą mieć miejsce później niż to się obecnie przewiduje (później niż w I kwartale 2018).
Zanim inwestorzy poznają szczegóły raportu inflacyjnego, wcześniej poznają kwietniowy odczyt indeksu ZEW dla Niemiec (prognoza: 14 pkt.), lutowe dane o produkcji przemysłowej w Strefie Euro (prognoza: 1,9 proc. R/R) oraz dane o inflacji CPI (prognoza: 2,3 proc. R/R) i PPI (prognoza: 3,3 proc. R/R) w Wielkiej Brytanii. O ile dwie pierwsze publikacje prawdopodobnie przejdą bez echa, bo już od pewnego czasu nie budzą one większych emocji, to raporty z Wysp mają szanse sprowokować reakcję funta. Oczekuje się, że w marcu inflacja CPI pozostanie na poziomie 2,3 proc. R/R, a inflacja bazowa zmniejszy się do 1,9 proc. z 2 proc. R/R. Nie jest wykluczone, że wzorem innych państw europejskich, inflacja nieco mocniej odpuści. To zaś byłby impuls do osłabienia funta. Również w relacji do złotego. Tym samym z 4. głównych polskich par, GBP/PLN ma statystycznie najmniejsze szanse na „dowiezienie” porannych wzrostów do końca dnia.
Dzisiejszy powrót USD/PLN powyżej 4 zł jest kolejnym sygnałem, że na tej parze doszło pod koniec marca do zmiany średnioterminowego trendu ze spadkowego na wzrostowy. Tak bowiem należy interpretować zwrot powyżej silnej strefy wsparcia 3,86-3,8777 zł, co korelowało z analogicznym zwrotem w dół na EUR/USD. A następnie powrót dolara powyżej lutowego dołka na 3,9733 zł i obecny wzrost ponad 4 zł. Ostatecznym sygnałem zmiany trendu będzie zaś wybicie powyżej 4,02 zł, gdzie opór tworzy 3-miesięczna linia trendu spadkowego.
Z podobną sytuacją jak na USD/PLN mamy do czynienia na wykresie GBP/PLN. Tu również pojawiły się symptomy zakończenia tendencji spadkowej i tylko trochę mniej wyraziste sygnały odwrócenia trendu. Takim definitywnym sygnałem będzie powrót powyżej bariery 5 zł, co powinno skutkować szybkim ruchem w górę o około 10 gr. Dopóki funt nie wróci powyżej 5 zł, scenariuszem bazowym dla niego są wahania w przedziale 4,90-5,00 zł.
Sytuacja na wykresach EUR/PLN i CHF/PLN nie jest już tak wyrazista. Wyznaczone w końcówce marca dołki na 4,2074 zł za euro i 3,93 zł za franka, w połączeniu z utrzymującym się silnym wyprzedaniem tych walut, wskazują jedynie na możliwość wygenerowania około pięciogroszowego ruchu korekcyjnego.
Reasumując, aktualny układ sił na wykresach polskich par, a także otoczenie rynkowe sugeruje, że zapoczątkowane w grudniu spadki polskich par, co nastąpiło w reakcji na przyspieszenie gospodarcze, skok inflacji, poprawę sentymentu do rynków wschodzących, a także obserwowane w marcu spadki w reakcji na napływ kapitałów do Polski, już się zakończyły. Dlatego w tym przedświątecznym tygodniu złoty może tracić na wartości. Po świętach zaś ostatecznie się rozstrzygnie, czy osłabienie to zmiana średnioterminowego trendu, czy jednak tylko wzrostowa korekta.
AI Prime (Luxemburg) Bidco S.a r.l., („AIP”) spółka celowa należąca w całości do funduszy zarządzanych przez Advent International („Advent”), jednego z największych i najbardziej doświadczonych globalnych funduszy private equity, oraz pan Rafał Brzoska (wraz z AIP będący „Wzywającymi”), podnoszą cenę oferowaną w wezwaniu na akcje Integer.pl („Integer”) do 49,00 PLN za jedną akcję, a w wezwaniu na akcje InPost S.A. („InPost”) do 11,00 PLN za jedną akcję. W wyniku wezwania AIP zamierza nabyć 100% akcji spółek.
Po podniesieniu ceny proponowana w wezwaniu na akcje Integer.pl cena oznacza:
premię w wysokości 19,2% w porównaniu do poprzedniej oferowanej ceny w wezwaniu,
premię w wysokości 8,9% w porównaniu do ceny akcji z ostatniego dnia notowań przed podwyższeniem,
premię w wysokości 26,3% w porównaniu do średniej arytmetycznej ze średnich dziennych cen ważonych wolumenem obrotu z okresu 3 miesięcy poprzedzających ogłoszenie wezwania,
premię w wysokości 44,5% w porównaniu do średniej arytmetycznej ze średnich dziennych cen ważonych wolumenem obrotu z okresu 6 miesięcy poprzedzających ogłoszenie wezwania,
Natomiast po podniesieniu proponowana w wezwaniu na akcje InPost cena oznacza:
premię w wysokości 15,8% w porównaniu do poprzedniej oferowanej ceny w wezwaniu,
premię w wysokości 10,8% w porównaniu do ceny akcji z ostatniego dnia notowań przed podwyższeniem,
premię w wysokości 16,6% w porównaniu do średniej arytmetycznej ze średnich dziennych cen ważonych wolumenem obrotu z okresu 3 miesięcy poprzedzających ogłoszenie wezwania.
premię w wysokości 28,5% w porównaniu do średniej arytmetycznej ze średnich dziennych cen ważonych wolumenem obrotu z okresu 6 miesięcy poprzedzających ogłoszenie wezwania,
Jednocześnie, Wzywający zdecydowali się przedłużyć okres przyjmowania zapisów, które w przypadku akcji Integer.pl, będą przyjmowane do 21 kwietnia 2017 r. (wcześniej do 19 kwietnia) włącznie, a w przypadku akcji InPost do 24 kwietnia 2017 r.(wcześniej do 20 kwietnia) włącznie.
Peter Nachtnebel, dyrektor w Advent International powiedział:
„Nasza ocena kondycji i potrzeb Integer nie zmieniła się – Grupa pilnie potrzebuje znacznych środków na spłatę zobowiązań i podtrzymanie bieżącej działalności, oraz dużych inwestycji w bliskiej przyszłości, aby przywrócić jej rentowność. Jednak po rozmowach z akcjonariuszami Integera i InPostu, zdecydowaliśmy się dokonać ostatecznego podwyższenia cen w wezwaniach na akcje spółek. Naszym zdaniem zaproponowana wyższa cena stanowi atrakcyjną ofertę dla obecnych akcjonariuszy. Jest to nasza ostateczna propozycja. Transakcja zostanie zamknięta jedynie jeżeli będzie możliwe wycofanie całej Grupy z giełdy i umożliwienie jej dalszego rozwoju na rynku prywatnym”.
Grupa Integer stanęła w obliczu znaczących problemów związanych z wysokim poziomem zapadającego w bliskim terminie zadłużenia, płynnością oraz zapotrzebowaniem na kapitał obrotowy. W ramach transakcji Advent zobowiązał się do spłaty zobowiązań Grupy wobec obligatariuszy i banków w kwocie około 170 mln zł. Advent zamierza też przeprowadzić restrukturyzację operacyjną Grupy oraz zbudować stabilną strukturę kapitałową, która zapewni firmie finansową zdolność do dalszej działalności.
Wzywający ustalili oferowane obecnie ceny za jedną akcję Integer.pl na poziomie 49,00 PLN, a za jedną akcję InPost 11,00 PLN, które traktują jako ostateczne i nie planują dalszych zmian. Oferowane ceny są wyższe od wymaganych ustawowo poziomów w odniesieniu do średniego kursu akcji z trzech i sześciu miesięcy, oraz uwzględniają obecną kondycję spółek, ich sytuację finansową oraz warunki i otoczenie rynkowe.
Zapisy na sprzedaż akcji obu spółek będą przyjmowane od klientów detalicznych w oddziałach Banku Zachodniego WBK S.A. i w placówkach Domu Maklerskiego Banku Ochrony Środowiska S.A. Inwestorzy mogą uzyskać wszelkie niezbędne informacje na stronie www.wezwanie-integer-inpost.pl
W mieście, które do tej pory plasowało się poza czołówką miejsc kojarzonych ze środowiskiem startupowym[1], otwierają się nowe perspektywy dla przedsiębiorców chcących budować nowoczesne usługi i produkty. W styczniu b.r. ruszył Startup Spark, największy program akceleracyjny dla młodych biznesów w Łodzi. Przedsiębiorcy mogą też wymieniać się doświadczeniami i nawiązywać kontakty biznesowe na licznych spotkaniach branżowych i networkingowych, takich jak np. Startup Weekend.
Impuls do rozwoju
Według badania Deloitte, do 2023 r. startupy w Polsce będą generowały wartość dodaną w wysokości 2,2 mld zł[2]. Funkcjonowanie innowacyjnych przedsiębiorstw na polskim rynku może okazać się kluczowe dla rozwoju gospodarki opartej na wiedzy. Jednak większość startupów potrzebuje wsparcia na początku działalności, ponieważ jak wskazuje raport z badania „Diagnoza ekosystemu startupów w Polsce”, największą barierą w ich rozwoju jest mały dostęp do finansowania[3]. Ten problem dostrzegła także Łódzka Specjalna Strefa Ekonomiczna, która wychodzi naprzeciw środowisku rozwijającemu się w regionie. Obecnie jest ono jeszcze skromne. Zaledwie 2 proc. startupów biorących udział w badaniu „Polskie Startupy 2016 r.” zarejestrowanych jest w województwie łódzkim[4], ale wiele wskazuje na to, że ta sytuacja wkrótce ulegnie zmianie[5].
Na poczatku roku ruszył Startup Spark, największy program akceleracyjny w Łodzi, który ma pomóc młodym firmom w komercjalizacji. W puli programu znajduje się aż 5,5 mln zł: – W mieście mamy ogromne zaplecze w postaci kapitału ludzkiego o szerokim spektrum specjalizacji i możliwości, który jest niezbędny do tego, by stworzyć innowacyjny biznes. Jednocześnie brakuje infrastruktury i odpowiedniego wsparcia finansowego do przekształcenia pomysłów w sprawnie działające przedsiębiorstwa. Startup Spark powstał, aby wypełnić tę lukę i dać przedsiębiorcom możliwości do rozwoju skalowalnego biznesu, bez potrzeby wyjeżdżania z miasta. W programie weźmie udział 25 startupów, które otrzymają wsparcie finansowe, mentoringowe oraz pomoc w postaci partnerstwa doświadczonych firm i zespołów specjalistów – mówił Adrian Milnikiel, przedstawiciel Startup Spark.
Startupowcy mają gdzie się szkolić i gdzie pracować
Przewiduje się, że już wkrótce w mieście pojawi się więcej firm takich jak: Listonic, Prowly, Pizzaportal czy SuperHot. Łódzka mapa startupów i mikroprzedsiębiorstw na razie jest rozproszona, ale środowisko chętnie skupia się wokół wydarzeń branżowych i spotkań networkingowych, które organizują m.in. strefy coworkingowe. Już teraz w mieście działa ich kilkanaście[6]. W lutym tego roku w jednej z nich – Idea Hub, rozpoczął się cykl bezpłatnych szkoleń dla przedstawicieli startupów i mikrobiznesów. – Dajemy przedsiębiorcom możliwość spotkań z mentorami, którzy osiągnęli sukces w biznesie i mogą podzielić się dobrymi praktykami. Regularnie organizujemy warsztaty, a wkrótce również śniadania biznesowe, którym towarzyszy networking. Jest to doskonała okazja do nawiązania nowych kontaktów i wymienienia się doświadczeniami np. w kwestii pozyskiwania finansowania dla własnej firmy – mówi Marta Bloch, Project Manager Idea Hub. Szkolenia zostały objęte patronatem honorowym ekosystemu Startup Spark. Spotkania, warsztaty i panele dyskusyjne, które odbywają się mieście, mają za zadanie gromadzić nie tylko przedstawicieli innowacyjnych firm i inwestorów, ale także studentów. ŁSSE chce, by młodzi dostrzegli, że po studiach mogą rozpocząć karierę nie tylko w korporacjach, ale także realizować własne pomysły i zasilać szeregi innowacyjnych startupów.
Wsparcie dla młodych i początkujących przedsiębiorców
W Łodzi powstają również inicjatywy skierowane do studentów i osób, które w przyszłości chciałyby przekuć swój pomysł w biznes. Na początku roku w mieście odbył się Startup Weekend, czyli trzydniowe wydarzenie, podczas którego uczestnicy, korzystając z pomocy trenerów i inwestorów, tworzyli w zespołach projekty realnych biznesów. Spotkanie wsparli internetowi giganci, tacy jak Google, Microsoft czy Amazon[7]. 3 kwietnia rozpoczęła się również druga edycja Startup Spark Week – tygodnia, w którym wzajemnie poznają się startupy, mentorzy i duże firmy. Ponadto, co roku młodzi łodzianie mogą zgłaszać swoje biznes plany do konkursu Prezydenta Miasta: „Młodzi w Łodzi – Mam Pomysł na Biznes”[8]. W puli nagród konkursu znajduje się ponad 60 tys. zł, przeznaczone na sfinansowanie startu działalności. Na wsparcie mogą liczyć także początkujący przedsiębiorcy z sektora kreatywnego. Art_Inkubator mieszczący się w pofabrycznych przestrzeniach Fabryki Sztuki, oferuje biura i pracownie w konkursie dla rezydentów[9]. Przestrzenie do pracy dla startupowców i kreatywnych biznesów powstają także w Nowym Centrum Łodzi. Czy zatem jest szansa, by Łódź stała się bardziej przyjazna dla startupów i zatrzymała innowacyjne firmy w mieście?
– Przez wiele lat znane startupy z Łodzi można było zliczyć na palcach jednej ręki. Co prawda, ta scena nie jest tak aktywna jak w Warszawie czy Krakowie, jednak dostęp do zdolnych ludzi i kapitału nie wymaga już przenoszenia firmy do tych miast – wskazuje Łukasz Felsztukier, założyciel i Prezes Linteri – platformy umożliwiającej gromadzenie i analizę danych oraz ułatwiającej komunikację między systemami zbliżeniowymi o dowolnej wielkości. Pochodzący z Łodzi startupowiec, przekuł swoje pomysły w dobrze prosperujące biznesy – przykładami mogą być Digital One, Sendbox oraz iTaxi. –Wspieraniem młodych innowacyjnych przedsiębiorstw interesują się również władze miasta i regionu, animując to środowisko za pomocą inicjatyw podejmowanych m.in. przez Łódzką Specjalną Strefę Ekonomiczną, czy też poprzez Urząd Marszałkowski, który opracowuje koncepcję ekosystemu startupowego. W tyle nie pozostają uczelnie, aktywnie angażując się w badania, rozwój i wspieranie przedsiębiorczości wśród studentów. Również łódzkie firmy zrozumiały, że można w ramach etatu łączyć codzienne obowiązki z innowacyjnymi działaniami, powołując programy innowacji czy specjalne laby i fundusze. Robią tak m.in. mBank czy Hycom. Czas, gdy dla młodych i zdolnych łodzian jedyną opcją rozwoju była przeprowadzka do Warszawy, zdecydowanie minął. Najlepsze przed nami – podsumowuje Łukasz Felsztukier.
Umacniająca się pozycja kandydatów na rynku pracy powoduje, że pracodawcy muszą się liczyć odejściami często kluczowych osób z organizacji – według badania Antal, poziom rotacji dobrowolnej w 2016 roku wyniósł 10,8% dla całego rynku. Oznacza to, że co 10 pracownik rozstał się z firmą na własne życzenie. Jak zauważa Work Service, odejść byłoby mniej, gdyby pracodawcy walczyli o pracowników. Tymczasem poza dużymi firmami większość nie robi nic.
Z badań Work Service wynika, że co druga firma zapowiadająca w tym roku rekrutacje, jest zmuszona do ich realizacji ze względu na odejścia dobrowolne, czyli rozstania z inicjatywy osób zatrudnionych.
Przy rekordowo niskich poziomach bezrobocia uwidocznił się rosnący niedobór na rynku pracy. Pracownicy często nie muszą aktywnie poszukiwać nowych możliwości zawodowych, bo do odejścia są nakłaniani przez konkurencyjne firmy. Z naszych badań wynika, że 22% Polaków uzyskało w ubiegłym roku oferty pracy, o które sami nie zabiegali. To obrazuje klasyczny mechanizm walki o kandydatów, który dopadł firmy z wielu branż. Co istotne rywalizacja dotyka już nie tylko specjalistów, ale również pracowników niższego i średniego szczebla – komentuje Andrzej Kubisiak, Dyrektor Zespołu Analiz w Work Service S.A.
Rotacja to straty dla firmy
Pracodawcy cierpią najbardziej tracąc doświadczonych pracowników, którzy wypracowywali znakomite wyniki i mieli duży wpływ tak na produktywność, jak i na stabilność kultury organizacyjnej. Jednak nawet utrata pracownika z krótkim stażem (mniej niż 12 miesięcy) wiąże się z kosztami, ponieważ taka osoba nigdy nie zdołała osiągnąć pełnej efektywności i „zwrócić kosztów” poniesionych przez pracodawcę w toku rekrutacji i szkoleń.
Co ciekawe, mało która firma w Polsce próbuje walczyć o zatrzymanie pracowników. Z badania Work Service wynika, że 8 na 10 pracodawców w ogóle nie podejmuje działań ograniczających rotację. Jedynie 15% firm jest na to przygotowanych. Programy przeciwdziałające odejściom pracowników można spotkać głównie w dużych firmach (41,6%), zatrudniających powyżej 250 osób, a tylko sporadycznie istnieją one w małych przedsiębiorstwach (10%).
Wyniki badań Antal potwierdzają, że wyzwanie rośnie wraz z liczebnością firmy. Spośród organizacji zatrudniających ponad 1000 pracowników, co czwarta doświadczyła w 2016 roku odpływu dobrowolnego na poziomie ponad 20%. Sytuacja odwrotna ma miejsce w małych organizacjach, w których pracuje do 50 osób. Niskim poziomem dobrowolnej rotacji, do 5%, wykazuje się co druga taka firma – wyjaśnia Agnieszka Wójcik, menedżer badań rynku w Antal.
Podwyżki to nie wszystko
Z badania Work Service wynika, że 2/3 firm chcąc zatrzymać pracowników oferowało im wyższe wynagrodzenie. Jedynie co piąta wskazywała możliwości awansu, a 1 na 10 stawiała na benefity pozapłacowe.
Pokutuje silne przekonanie, że najlepsze kadry w firmie można utrzymać jedynie dzięki zwiększaniu poziomów wynagrodzeń, a co za tym idzie wyższych kosztów. Większość pracodawców chcących zatrzymać pracowników w firmie oferowało im podwyżki, a przecież istnieją też inne elementy na które zwracają uwagę pracownicy. W ostatnich miesiącach zyskują na znaczeniu możliwości rozwoju i awansu, a te nie muszą łączyć się z wyższymi kosztami zatrudnienia – zauważa Andrzej Kubisiak.
Eksperci Antal przeanalizowali popularność narzędzi ograniczających rotację pracowniczą, takich jak: szkolenia, badania satysfakcji, ulepszanie komunikacji wewnętrznej, benefity pozapłacowe, programy employer brandingowe, elastyczne systemy pracy. Klasyczny zestaw, czyli podwyżki w parze ze szkoleniami, stosowany jest najczęściej w firmach z branży budowlanej i energetycznej. Sektory IT, handlowy oraz centra usług wspólnych także stawiają podwyżki na pierwszym miejscu, jednak szkolenia są w tych segmentach mniej popularne.
Jedynie sektory finansowy i farmaceutyczny częściej, niż dodatkowymi pieniędzmi, walczą z rotacją wybierając alternatywne narzędzia, jak badania satysfakcji.
Branża
Najczęściej stosowane narzędzia ograniczania rotacji dobrowolnej
Bankowość i ubezpieczenia
Badania satysfakcji pracowników (67%), szkolenia (58%), benefit pozapłacowe (50%)
Handel detaliczny i FMCG
Podwyżki (63%), badania satysfakcji pracowników (54%), ulepszanie komunikacji wewnętrznej (46%)
IT i telekomunikacja
Powyżki (68%), ulepszanie komunikacji wewnętrznej (54%), benefit pozapłacowe (50%)
SSC/BPO
Podwyżki (52%), benefity pozapłacowe (43%)
Firmy farmaceutyczne
Badania satysfakcji pracowników (62%), ulepszanie komunikacji wewnętrznej (54%), podwyżki (48%)
Budownictwo i energetyka
Podwyżki (58%), szkolenia (50%), ulepszanie komunikacji wewnętrznej (46%)
Źródło: Antal, „Odpływ pracowników z organizacji”
Wyniki badania wskazują jednak na niepokojące zjawisko – większość organizacji wykorzystuje jedynie jedno lub dwa narzędzia zatrzymywania pracowników w strukturach.
Brak zróżnicowanego i przemyślanego planu zarządzania odejściami to bezpośredni powód, dla którego jest to aż tak poważnym wyzwaniem – mówi Agnieszka Wójcik. Aby stworzyć efektywną strategię powstrzymywania tego zjawiska, należy każdorazowo analizować przyczyny odejść pracowników. Jeżeli nowy pracodawca skusił ich czymś, co i my mogliśmy zaoferować, należy zadać sobie pytanie: dlaczego pracując z kimś na co dzień nie poznaliśmy jego faktycznych potrzeb?
Najczęściej w sieci kupują mężczyźni w wieku 30-35 lat. Robią to głównie w dni powszednie, w godzinach, gdy większość Polaków przebywa w pracy (8-17). W przeważającej większości płacą przelewem elektronicznym – wynika z badania „Polski konsument w sieci”, przeprowadzonego przez home.pl z okazji 20. rocznicy powstania firmy na grupie 1 tys. polskich przedsiębiorców.
Badanie „Polski konsument w sieci” zostało przeprowadzone w kwietniu 2017 roku. Wzięło w nim udział tysiąc klientów firmy home.pl, zaliczających się do sektora MMŚP (-mikro, -małe i średnie firmy). Okazało się, że aż 42 proc. z nich prowadzi sprzedaż w Internecie. Posiadają własny e-sklep, konto w serwisach aukcyjnych (np. w Allegro) albo sprzedają swoje produkty lub usługi przez serwisy społecznościowe, np. Facebook. W jakich branżach najczęściej działają? Usługi IT (18 proc.), marketingowe i PR-owe (16 proc.), sprzedają sprzęt elektroniczny i komputerowy, odzież, dodatki (po 12 proc.), materiały budowlane i wykończeniowe (8 proc.), artykuły sportowe i turystyczne, sprzęt RTV/AGD (po 6,5 proc.), książki, filmy, płyty (5 proc.).
– Kolejny raz potwierdziło się, że polscy przedsiębiorcy coraz śmielej wchodzą w e-commerce, bo to dla nich szansa na zwiększenie zysków, rozwój popularności marki – ocenia Marta Puczyńska, dyrektor działu sprzedaży i marketingu w home.pl. – W Internecie mogą konkurować z dużymi korporacjami. Dla Polaków liczy się bliska relacja na linii klient – sprzedawca, a taką przecież często zapewniają mniejsze przedsiębiorstwa.
Profesjonalni przedsiębiorcy troszczą się o swoich klientów
Jednak w najnowszym badaniu home.pl obiektem dociekań nie był przedsiębiorca, tylko konsument sprzedawanych przez nich usług lub produktów. Kto to jest, jak się zachowuje jakie ma przyzwyczajenia – oto pytania, na które odpowiedzi można znaleźć analizując wyniki ankiety. Skąd właściciele firm to wiedzą?
– Przedsiębiorcy badają preferencje swoich klientów – mówi Puczyńska. – Korzystają z ogólnodostępnych bezpłatnych narzędzi analitycznych, posiłkują się także sprawdzonymi usługami, np. do wysyłania korespondencji seryjnej. Przywiązują dużą wagę do swojego profesjonalnego wizerunku jako sprzedawcy. Dbają, żeby ścieżka zakupowa była przyjazna dla użytkowników i kończyła się finalizacją wirtualnego koszyka. Nie zapominają o klientach również wtedy, gdy towar jest już w drodze. O wrażenia pytają ich nawet po wysłaniu produktu lub usługi.
W weekendy ruch jest mniejszy
Z badań wykonanych przez home.pl wynika, że najczęściej zakupy w sieci robią mężczyźni od 33 do 49 roku życia (42 proc. wskazań), oraz w przedziale 36-49 lat (37 proc.). Trochę rzadziej kobiety, ale zazwyczaj w tym samym wieku co wymienieni wcześniej mężczyźni (odpowiednio 35 i 33 proc. wskazań). A jaka grupowa wiekowa kupuje najrzadziej? Kobiety (11 proc. wskazań) i mężczyźni (16 proc.) po 50 roku życia.
Co ciekawe, okazuje się, że polski konsument robi zakupy w sieci zazwyczaj w dni robocze, w godzinach, gdy przeważająca część Polaków przebywa w pracy (8-17). Tak wskazało aż 57 proc. przedsiębiorców. Rzadziej zdarza się to po godz. 18 (37 proc. wskazań). A w weekendy? Ruch jest zdecydowanie mniejszy, szczególnie po godz. 18 (23 proc. wskazań).
W grudniu, przelewem elektronicznym
Najbardziej gorącą porą dla przedsiębiorców sprzedających w sieci jest okres od października do grudnia. Z czego największe zainteresowanie ich produktami jest obserwowane w ostatnim miesiącu roku (wskazało tak 57 proc. respondentów), trochę mniejsze w październiku (45 proc.), kwietniu (44 proc.) i listopadzie (42 proc.) Najgorszy pod tym względem jest okres wakacyjny, czyli lipiec i sierpień (wskazało na nie odpowiednio 22 i 23 proc. ankietowanych).
Z kolei najbardziej preferowaną przez klientów formą płatności za usługi i produkty kupowane w sieci jest przelew elektroniczny. Odpowiedziało tak aż 63 proc. ankietowanych przedsiębiorców. Zdecydowanie mniej popularna jest płatność przy odbiorze (35 proc. wskazań), tradycyjny przelew (31 proc.) lub płatność kartą kredytową (24 proc.).
Zdecydowana większość internetowych klientów korzysta podczas zakupów w sieci z komputera lub laptopa (63 proc. wskazań). Mniej popularne są telefony komórkowe (25 proc.) oraz tablety (18 proc.).
ABS Investment S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od lutego 2011 r., zajmująca się działalnością inwestycyjną oraz doradczą, pozyskała 2 mln zł z emisji obligacji serii B. Środki te zostaną przeznaczone na realizowanie nowych inwestycji oraz wspieranie spółek portfelowych.
Emitent dokonał przydziału 2.000 szt. obligacji serii B o wartości nominalnej każda, a więc o łącznej wartości nominalnej wynoszącej 2 mln zł. Wyemitowane 4-letnie obligacje są niezabezpieczone, ich oprocentowanie wynosi 7,5% w skali roku, a odsetki będą wypłacane kwartalnie. Papiery dłużne zostały objęte przez 27 osób fizycznych oraz prawnych. Emisja zakończyła się dużym sukcesem, bowiem objęte zostały wszystkie oferowane obligacje. ABS Investment S.A. nie poniosła także żadnych kosztów związanych z jej przygotowaniem. Spółka planuje wprowadzić obligacje serii B do obrotu na rynku Catalyst. Dzięki pozyskanym środkom Emitent będzie realizował kolejne projekty inwestycyjne, które powinny pozwolić na utrzymanie bardzo dobrych wyników finansowych.
„Emisja została przeprowadzona bardzo szybko i sprawnie. Uplasowana została maksymalna kwota, jaką chcieliśmy na ten moment pozyskać, czyli 2 mln zł. Wydaje się, że ABS mógłby pozyskać z rynku wielokrotność tej kwoty i to pomimo braku zabezpieczeń i długiego okresu wykupu. Świadczy to o dużym zaufaniu inwestorów oraz pozytywnym postrzeganiu ABS przez rynek. Wszystkie czynności wykonała sama Spółka, dlatego nie ponieśliśmy żadnych dodatkowych kosztów związanych z emisją. Wkrótce obligacje serii B zostaną wprowadzone do obrotu na rynku Catalyst. Na wykup zapadających w lipcu tego roku obligacji serii A środki mieliśmy przygotowane już od kilku miesięcy. Saldo kredytów kształtuje się obecnie na poziomie 1% wartości aktywów, czyli w tym zakresie mamy ogromne rezerwy i możliwości zwiększania zadłużenia. Środki pozyskane z emisji zostaną przeznaczone na wsparcie kapitałowe i dłużne spółek portfelowych oraz na nowe inwestycje. Preferowane będą dojrzałe projekty z segmentu nowych technologii z perspektywą szybkiego wzrostu. Jednak w dalszym ciągu chciałbym utrzymać niski wskaźnik finansowania aktywów długiem, politykę corocznej wypłaty dywidendy oraz skup akcji własnych.” – podkreśla Sławomir Jarosz, Prezes Zarządu Spółki ABS Investment S.A.
Z poprzedniej emisji obligacji serii A Spółka pozyskała kapitał w wysokości 1 mln zł. ABS Investment S.A. terminowo wypłaca odsetki swoim obligatariuszom oraz posiada zabezpieczone środki na ich wykup, który przypada na lipiec br. Sukces emisji obligacji serii B był z pewnością związany z dobrą obsługą obligacji serii A. Zarząd Emitenta prowadzi obecnie analizy 10-12 nowych projektów inwestycyjnych, a większość spółek wchodzących w skład jego portfela inwestycyjnego notuje obecnie wysoką progresję wyników finansowych oraz umacnia swoje pozycje rynkowe.
„Sytuacja finansowa spółek portfelowych jest w mojej ocenie bardzo dobra. Spodziewam się wypłaty dywidendy w tym roku przez większość z nich oraz dalszego wzrostu ich wartości. Dlatego po zapoznaniu się z wynikami za 2016 r. oraz 1 kw. tego roku zamierzam opublikować prognozę zysku oraz wartości aktywów na akcję na koniec 2017 r. Planujemy także kolejne debiuty na rynku NewConnect, ale to raczej już w przyszłym roku. Tradycyjnie, zamkniemy definitywnie kilka pozycji inwestycyjnych i otworzymy kilka nowych. Ostatnie dwa lata były rekordowe jeżeli chodzi o wypracowany zysk i wartość aktywów. Moim celem jest podtrzymanie tej passy również w tym roku.” – podsumowuje Prezes Jarosz.
ABS Investment S.A. zakończyła 2016 r. zyskiem netto na poziomie 3.216 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży w wysokości ponad 1 mln zł i zrealizowała tym samym swoje prognozy finansowe. Przewidywały one osiągnięcie zysku brutto na 1 akcję w przedziale 0,50 – 0,55 zł. Spółka zanotowała w minionym roku zysk brutto w łącznej kwocie 4.019 tys. zł, a więc w przeliczeniu na 1 akcję było to ponad 0,50 zł, czyli 100% dolnej granicy prognozy finansowej. Natomiast prognozowana wartość aktywów Emitenta (wraz z należnościami ze sprzedaży aktywów) na 1 akcję miała wynieść na koniec 2016 r. od 3,60 zł do 4,00 zł, co udało się zrealizować z sukcesem, bowiem sięgnęła ona poziomu 3,97 zł, a więc ponad 110% dolnej granicy prognozy.
Spółka wypłaciła w poprzednim roku dywidendę z zysku za 2015 r. w wysokości 0,06 zł na akcję. ABS Investment S.A. realizuje także dwa programy skupu akcji własnych – skup A prowadzony poprzez transakcje sesyjne na rynku NewConnect oraz skup B realizowany w ramach umów cywilnoprawnych poza rynkiem.
Sentyment rynkowy pozostaje słaby przy uwadze skupionej wokół ryzyk geopolitycznych. Do Syrii i Francji dochodzi Korea Północna. Żaden z czynników nie wywołuje silniejszej reakcji, gdyż zmienność słabnie przed przerwą świąteczną, ale z drugiej strony brak impulsów ekonomicznych pozostawia pole do zagospodarowania przez kapitał spekulacyjny.
Na bezrybiu i rak ryba. Bardzo nie lubię przytaczać tego powiedzenia, to jednak często jestem zmuszony, patrząc na zachowanie rynków finansowych. Inwestorzy lubią śledzić dane makro i posunięcia banków centralnych. Tylko że piątkowy raport z rynku pracy jest już przeszłością, a wczoraj wystąpienie prezes Yellen nie zaoferowało świeżych impulsów do spekulacji o szybszym tempie normalizacji polityki Fed. Yellen chwaliła rozwój gospodarczy, powrót inflacji do celu i sapek stopy bezrobocia, ale nie otrzymaliśmy nic interesującego w temacie terminu kolejnej podwyżki. Zatem inwestorzy pozostali na głodzie, szukają nowego punktu zaczepienia, nawet jeśli brak im do tego przekonania.
Wybory we Francji są czynnikiem ryzyka znanym od miesięcy i służą trochę jako „zapychacz”, gdy nic się nie dzieje (tak, jak obecnie). Piątkowe naloty w Syrii przypominają o trudnej sytuacji w tamtym rejonie i podnoszą obawy o relacje między Białym Domem a Kremlem, ale od trzech dni nie słychać o eskalacji. Nowym tematem jest Korea Północna i zbliżające się obchody urodzin Kim Ir-Sena 15 kwietnia. Władze Korei Południowej obawiają się prowokacji, a rynki podchwycają nerwowość. Ostudzeniu emocji nie pomagają informacje o okrętach marynarki wojennej USA kierowanych w stronę Zatoki Koreańskiej oraz oddziałach armii chińskiej kierowanych na granicę z Koreą Płn. („na wszelki wypadek” gdyby USA miały zaatakować).
Ogólnie mamy do czynienia ze strzępami czynników ryzyka niż poważnymi zagrożeniami dla stabilności rynków finansowych, ale, jak wspomniałem na początku, przy braku innych impulsów inwestorzy chwytają się tego, co akurat jest dostępne. Awersja do ryzyka rozkręca się powoli, ale już pomaga złotu i uderza w rentowności obligacji skarbowych – głównie w USA. USD stracił animusz do aprecjacji wśród głównych walut, choć dalej trzyma się wobec walut rynków wschodzących. Rynek akcji w Azji dołuje dziś i może nadać ton dla handlu w Europie. Łacnie nie są to warunki, w których złoty może zyskiwać. EUR/PLN krystalizuje wsparcie na 4,22, a testem sentymentu będzie obrona ostatnich szczytów przy 4,25-4,26.
Wtorek przynosi kilka istotnych danych, które mogą odwrócić uwagę od geopolityki. Spadek cen ropy naftowej i efekty przesunięcia Świat Wielkanocy obniżają inflację w całej Europie i w Szwecji oczekuje się spadku do 1,5 proc. r/r z 1,8 proc. Istotniejsza będzie inflacja bazowa, gdyż odczyt poniżej konsensus (1,7 proc. r/r) byłby też poniżej szacunków Riksbanku i przygasi oczekiwania na jastrzębi zwrot. EUR/SEK w takim wypadku może być pchnięty do 9,65. W Wielkiej Brytanii marzec ma przynieść schłodzenie presji po stronie inflacji bazowej z 2 proc. r/r do 1,9 proc. Mocniejszy spadek uśmierci oczekiwania na zmianę polityki BoE, co otworzyłoby drogę nowej fali wyprzedaży GBP. Indeks ZEW z Niemiec raczej nie zmieni wiele na rynku EUR. W Polsce główna uwaga skupi się na finalnym odczycie CPI za marzec.
Wstępny szacunek wskazał na nieoczekiwane spowolnienie inflacji do 2 proc. z 2,2 proc. w lutym, ale teraz otrzymamy rozbicie na komponenty i interesujące będzie, czy słabość leży po stronie czynników bazowych czy podażowych. „Wina” tych pierwszych wzmocni argumenty gołębiego skrzydła w RPP i może dalej zniechęcać do kupowania złotego.
Wartość ofert pierwotnych (Initial Public Offering – IPO) w Europie w pierwszym kwartale 2017 roku wyniosła 4,5 mld euro – to wzrost w porównaniu do analogicznego okresu 2016 r. (3,5 mld euro) – wynika z najnowszego raportu „IPO Watch Europe” przygotowanego przez firmę doradczą PwC. Nieznacznie wzrosła również liczba debiutów (53 spółki). Na giełdzie w Warszawie w minionym kwartale odnotowano zaledwie 2 oferty – obie na rynku NewConnect.
W pierwszym kwartale 2017 roku w Polsce miały miejsce tylko dwa giełdowe debiuty, oba na alternatywnym rynku giełdowym – NewConnect. Łączna wartość obu emisji wyniosła niespełna 6 mln zł – za większość tej kwoty odpowiadał debiut producenta maszyn Kofama Koźle, który wyniósł 5,8 mln zł. Drugą ofertą było IPO Money Makers TFI. Liczba debiutujących spółek w pierwszym kwartale 2017 roku była niższa niż w porównywalnym okresie 2016 roku, w którym miało miejsce 5 IPO (4 na NewConnect, oraz 1 na GPW). Niska aktywność na rynku pierwotnym w Polsce w tym kwartale może wynikać z tego, że duża liczba przedsiębiorstw planuje debiuty w kolejnych kwartałach.
„Aktywność na rynku ofert pierwotnych w Warszawie była rekordowo niska, w pierwszym kwartale 2017 r. nie zaobserwowaliśmy żadnej oferty pierwotnej na rynku głównym, pomimo poprawiającej się koniunktury giełdowej. Wielu emitentów poświęciło pierwsze miesiące 2017 r. na przygotowanie prospektów emisyjnych oraz danych finansowych obejmujących rok 2016. Stąd też niezmiernie ważne dla warszawskiego rynku będą kolejne miesiące – przeprowadzone w ostatnich tygodniach oferty Griffin Premium RE oraz Dino stanowią dobry prognostyk dla kolejnych IPO w Warszawie. Popyt towarzyszący pierwszym tegorocznym ofertom na rynku głównym, a także zaobserwowany w I kwartale powrót na giełdę inwestorów indywidualnych świadczą o tym, że rynek niecierpliwie oczekuje kolejnych emitentów i dobrze przygotowanych IPO spółek z różnych sektorów” – mówi Bartosz Margol, wicedyrektor w zespole ds. rynków kapitałowych PwC.
Podsumowanie europejskiego rynku IPO w 2016 r.
Zgodnie z danymi uzyskanymi przez PwC, łączna wartość pozyskanych środków wzrosła w minionym kwartale (względem pierwszego kwartału 2016 r.) o 1 mld euro – osiągając wartość 4,5 mld euro, natomiast liczba debiutów wyniosła 53. Największymi ofertami w 2016 roku okazały się IPO Prosegur Cash w Hiszpanii (750 mln euro). Na drugim miejscu uplasowała się oferta spółki Neinor Homes SAU, również w Hiszpanii (709 mln euro). Trzecie miejsce pod względem wartości IPO zajęła spółka BioPharma Credit plc (705 mln euro, giełda w Londynie).
Aktywność na europejskim rynku IPO (kwartalnie) od 2013 roku
Podczas gdy pierwszemu kwartałowi 2016 r. towarzyszyła polityczna niepewność oraz niepokój związany z globalnym wzrostem ekonomicznym, warunki w tym roku były bardziej dogodne dla przeprowadzenia debiutu giełdowego. Mimo rozpoczęcia procedury Brexit przez Wielką Brytanię czy wyborów w Holandii, indeks zmienności rynkowej VSTOXX50 pozostawał na niskim poziomie przez pierwsze trzy miesiące bieżącego roku. W połączeniu z niskimi stopami procentowymi, zachęciło to inwestorów do selekcji i udziału w ofertach spółek z dobrze przygotowanym equity story. W rezultacie, w Europie można zaobserwować zdrowy napływ giełdowych debiutantów” – podsumowuje Tomasz Konieczny, partner w zespole ds. rynków kapitałowych PwC.
Do ponad 250 samolotów, którymi obecnie dysponują linie Emirates, w tym roku ma dołączyć kolejnych 200 maszyn koncernów Airbus i Boeing. Dodatkowo przewoźnik rozszerza siatkę połączeń do ponad 150, przez co dynamicznie rośnie zapotrzebowanie na personel pokładowy. Obecnie spośród ponad 20 tys. zatrudnionych ponad 700 stanowią Polacy. Przewoźnik chce przyciągnąć kolejnych przede wszystkim korzystnym pakietem zatrudnienia.
– Mamy w tej chwili 255 maszyn, co sprawia, że jesteśmy jedną z największych międzynarodowych linii na świecie. Od listopada ubiegłego roku jesteśmy jedynym operatorem floty składającej się wyłącznie z Airbusa A380, największego pasażerskiego dwupokładowego samolotu i Boeinga 777. W związku z tym niewątpliwie zapotrzebowanie na nowe załogi i na nowych pilotów jest ogromne – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Maciej Pyrka, country manager Emirates Polska.
Obecnie linie Emirates dysponują 255 szerokokadłubowymi samolotami, jednak w najbliższym czasie flota ma się powiększyć o kolejne 200 maszyn. Dynamiczny rozwój w połączeniu z rozbudowywaną siatką połączeń (154 kierunki w 83 krajach) sprawiają, że zatrudnienie rośnie.
– W strukturach Emirates pracuje obecnie ponad 700 Polaków. To przede wszystkim członkowie obsługi pokładowej. Są lubiani i cenieni przez zwierzchników, odnaleźli się w Dubaju i nie chcemy na tym poprzestać. Uważamy, że to jest bardzo właściwy kierunek, jeżeli chodzi o poszukiwanie naszych pracowników – przekonuje Pyrka.
Przewoźnik prowadzi rekrutacje w 14 europejskich miastach, w tym w Warszawie. Jak wskazuje country manager Emirates Polska, plany zatrudnienia są ambitne – w dużej mierze są one uzależnione od dostaw nowych samolotów i otwierania nowych połączeń.
Tylko w 2014 roku do linii Emirates napłynęło blisko 0,5 mln podań o pracę na ponad 2 tys. stanowisk. Każdego miesiąca portal rekrutacyjny odwiedza ok. 1 mln osób z całego świata. Kandydatów przyciąga pakiet zatrudnienia, m.in. zwolnienie z podatku do określonej kwoty i pakiet podróżniczy dla rodziny.
– Oferta dla pracowników jest atrakcyjna i konkurencyjna. Piloci będą mieli okazję cieszyć się nieopodatkowanym zarobkiem w Dubaju, a także ciekawym i bogatym pakietem socjalnym, m.in. połączonym pakietem medycznym, stomatologicznym, gwarantowane jest również miejsce zamieszkania proponowane przez linie i bogate diety dodatkowe – wymienia Maciej Pyrka.
Cyfrowa transformacja służby zdrowia w kolejnych latach przyspieszy – zapowiada Izba Gospodarki Elektronicznej. Pierwszym krokiem ma być ograniczenie liczby dokumentów, a kolejnym – usprawnienie kontaktu pacjentów z placówkami medycznymi. Wyzwaniem jest przygotowanie takich rozwiązań, które będą przyjazne dla obu stron oraz zapewnią bezpieczeństwo wrażliwych danych. Rekomendacjami ma zająć się grupa robocza ds. e-medycyny powołana w marcu przez e-Izbę.
Raport „Healthcare and Life Sciences Predictions 2020: A bold future?” firmy Deloitte z 2016 roku jasno wskazuje, że nowe technologie ingerują w nasze życie już na tyle mocno, że rewolucja cyfrowa nie ominie także medycyny i farmacji. Już niedługo tradycyjna wizyta u lekarza ustąpi wirtualnemu spotkaniu. A wszystko dzięki zarówno rozwojowi technologii i urządzeń mobilnych, jak i coraz większej popularności elektroniki ubieralnej tworzonej zarówno z myślą o chorych, jak i osobach aktywnych fizycznie.
– W tej chwili e-medycyna w Polsce jest na bardzo wczesnym etapie. Dzięki działaniom podejmowanym przez Centrum Systemów Informacyjnych Ochrony Zdrowia (CSIOZ) jest duża nadzieja, że ta sytuacja będzie się dynamicznie zmieniać w najbliższych latach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Patrycja Sass-Staniszewska, prezes zarządu Izby Gospodarki Elektronicznej.
e-Izba chce wspierać ten proces, dlatego w marcu powołała grupę roboczą e-medycyna, w ramach której eksperci z branży prawnej, technologicznej i medycznej będą rekomendowali sposoby na wdrażanie cyfryzacji na polskim rynku.
– Grupa liczy kilkanaście firm, które są dobrze przygotowane merytorycznie i znają cały proces wdrażania rozwiązań cyfrowych w sektorze e-zdrowia od podszewki. Na polskim rynku mamy rewelacyjnych specjalistów, którzy doskonale łączą wiedzę medyczną z umiejętnościami cyfrowymi. W ramach grupy e-medycyna współpracujemy z CSIOZ – mówi Patrycja Sass-Staniszewska.
Połączenie medycyny ze światem nowych technologii wydaje się być w pełni uzasadnione. Specjaliści podkreślają, że to kolejny naturalny krok do poprawienia komfortu pacjentów i ułatwieniu pracy opiece medycznej. By osiągnąć sukces, musi zostać spełniony jednak jeden warunek: jedni i drudzy muszą zostać wdrożeni w cyfryzację.
– Poza wprowadzeniem usług elektronicznych do szpitali będziemy również uruchamiali na uczelniach medycznych program i szkolenia z elementami cyfryzacji. Chodzi o to, żeby lekarze, którzy wchodzą do placówek medycznych po uczelni, już byli wdrażani w nowe rozwiązania technologiczne – mówi prezes Izby Gospodarki Elektronicznej. – E-medycyna powstaje po to, żeby przede wszystkim pacjentowi żyło się łatwiej w kontakcie z usługą medyczną.
Jak podkreśla, trzeba zacząć od ograniczenia papierowej dokumentacji w służbie zdrowia, a następnie przejść do usprawnienia kontaktów na linii pacjent – lekarz i placówka medyczna.
– Już od momentu pierwszego kontaktu, a więc zapisania się do lekarza, pacjent będzie mógł skorzystać z elektronicznej rejestracji. Podobnie sprawa ma się z pobytem w szpitalu. Nasze zadanie polega m.in. na wprowadzeniu e-logistyki, obiegu lekarstw i kart pacjentów. Chcemy, aby wszystko mogło odbywać się elektronicznie, łącznie z uzyskaniem zgody na wyjście pacjenta ze szpitala. Zależy nam na tym, aby chory mógł pozostawać pod stałą opieką lekarzy również bez wychodzenia z domu – wyjaśnia Patrycja Sass-Staniszewska.
Choć zmiany będą sukcesywnie wprowadzane, to polski pacjent musi się uzbroić w cierpliwość, bowiem cały proces potrwa kilka lat, m.in. ze względu na legislację cyfrową, która wciąż wymaga poprawy.
– Nowy system zagwarantuje przede wszystkim oszczędność czasu – zerkając w telefon, będzie można potwierdzić wizytę, a następnie sprawdzić ją w kalendarzu. Ponadto elektroniczna recepta znacząco ułatwi życie wszystkim tym, którzy lekarza odwiedzają tylko po to, by dostać nową receptę na te same lekarstwa. Jedno jest pewne: wszystkie elektroniczne udogodnienia będą przyjazne pacjentowi – podsumowuje Patrycja Sass-Staniszewska.
Proces cyfryzacji stawia przed sektorem wyzwania legislacyjne. Eksperci podkreślają, że chodzi m.in. o zapewnienia bezpieczeństwa danych pacjentów w obiegu elektronicznym.
Polscy programiści należą do najlepszych na świecie. Rosnące zapotrzebowanie sprawia, że przedstawiciele tego zawodu jeszcze przez co najmniej 10 lat nie będą mieli problemów ze znalezieniem zatrudnienia. Coraz częściej konkurują o nich największe globalne firmy.
– Rynek pracy dla programistów wygląda w Polsce bardzo dobrze. Myślę, że możemy zatrudniać jeszcze przez 10 lat, bo i tak brakuje ludzi na rynku – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Markus Törnberg, dyrektor generalny Crossover.
Programiści są obecnie najczęściej poszukiwaną grupą na rynku pracy. W kraju deficyt kadry w tym zawodzie szacowany jest na kilkadziesiąt tysięcy, a w Unii – na kilkaset, a do 2020 roku może wzrosnąć do miliona. Dlatego firmy muszą konkurować o najlepszych.
– Na rynku pracy wyzwaniem jest znalezienie najlepszych pracowników. Jest dużo firm w Polsce, które szukają specjalistów, a ci najlepsi mają odpowiednie wynagrodzenie. Staramy się szukać najlepszych, nie studentów, którzy dopiero zaczynają, ale tych z kilkuletnim doświadczeniem – tłumaczy Markus Törnberg. – Szukamy najlepszych. Jeśli ktoś pracuje 3-5 lat w danej firmie, jest na tyle dobry, żeby do nas trafić.
Technologie, które powstają w Polsce, są eksportowane do największych światowych firm. Dobrą markę mają również nasi programiści. Według serwisu HackerRank, który opublikował wyniki badania dotyczącego jakości programistów, polscy specjaliści ustępują tylko chińskim i rosyjskim. W języku Java Polska znalazła się na pierwszym miejscu. Jak podkreśla dyrektor Crossover, firma widzi w Polsce duży potencjał, dlaczego w poszczególnych miastach szuka chętnych do pracy zdalnej dla firm technologicznych. Na pierwszy ogień poszedł Kraków, gdzie w lutym i w marcu odbyły się tzw. hackathony, podczas których wybiera najlepszych programistów.
– W Krakowie jest dobry rynek, znajduje się tam dużo firm informatycznych, dlatego skupiliśmy się właśnie na tym mieście. Będziemy obecni również w Warszawie, Poznaniu, Trójmieście, w Katowicach, we Wrocławiu – mówi Törnberg.
Crossover chce rozwijać model pracy zdalnej, gdzie specjaliści będą pracować dla firm technologicznych ze Stanów Zjednoczonych. Tym samym kusi potencjalnych kandydatów wyższymi zarobkami.
– Oferujemy zarobki o ok. 30 proc. wyższe niż inni pracodawcy, ok. 30 tys. zł, dlatego że dzięki pracy zdalnej nie trzeba ponosić dodatkowych kosztów, np. wynajmu biura – wskazuje dyrektor Crossover. – Praca zdalna dla finansistów i programistów jest czymś nowym w Polsce. W tym modelu od poniedziałku do piątku, a jak ktoś woli w sobotę i w niedzielę, może pracować, czy to w domu, czy w biurze, w Polsce czy w Tajlandii. Może po prostu pracować z jakiego miejsca chce.
Jak wynika z ubiegłorocznego badania Antal i SAS Institute, dla polskich specjalistów i menedżerów z sektora IT przy wyborze pracodawcy najważniejsza jest innowacyjność firmy (22 proc. wskazań). Warunki finansowe znalazły się na czwartej pozycji (10 proc. wskazań), wyprzedzone przez styl zarządzania i kulturę organizacyjną oraz wielkość i prestiż organizacji (odpowiednio 16 i 15 proc.).
Młode pokolenie docenia szybkość obsługi i jakość bankowości elektronicznej. O wyborze banku często decydują reklamy w internecie. Dlatego aby pozyskać klientów z tej grupy, banki inwestują w obecność w mediach społecznościowych czy na portalach typu YouTube. W PKO Banku Polskim ponad milion rachunków należy do osób poniżej 26 lat. Młodzi stanowią ponad połowę nowych klientów, którzy zakładają konto w tym banku.
– Rachunki młodych osób w naszym banku dzielą się na dwie grupy wiekowe. Pierwsza to osoby do 18 roku życia – decyzje o otwarciu rachunku podejmują za nich rodzice. Mamy już ponad pół miliona takich rachunków. Druga grupa to klienci już dorośli, ale wciąż młodzi, w grupie wiekowej 18–26 lat. W ciągu ostatnich kilku lat dokonaliśmy ogromnego przełomu i jesteśmy liderem pozyskania tego segmentu rynku – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Placzke, dyrektor Departamentu Produktów Klienta Indywidualnego w PKO Banku Polskim.
Na koniec 2016 roku PKO Bank Polski prowadził ponad 9 mln rachunków, z czego 8,7 mln dla klientów indywidualnych. W tej grupie ok. 1,1 mln kont należy do osób do 26 roku życia. W ubiegłym roku bank zanotował 230-tysięczny przyrost rachunków dla klientów indywidualnych, a ponad połowa nowych ROR-ów została otwarta przez osoby z młodego pokolenia.
– Obecnie połowa klientów, którzy otwierają z nami relacje, to klienci przed 26 rokiem życia. Z naszych statystyk wynika, że klient z tej grupy wiekowej otwiera u nas konto średnio co 20 sekund – wskazuje Placzke.
Dla młodego pokolenia liczy się szybkość obsługi i dostęp do bankowości internetowej. Istotne, by wszystko można było załatwić online, bez konieczności wizyty w oddziale. Banki wskazują, że w 2020 roku ponad 40 proc. sprzedaży kluczowych produktów będzie się odbywać w kanałach cyfrowych.
– Dla młodych ludzi najważniejsza jest prostota i szybkość obsługi. Oni oczekują, że wszystko dostaną natychmiast, od ręki i nie będą musieli na nic czekać. Sam proces otwarcia konta, który może być zarówno z udziałem oddziału, jak i zdalny, z udziałem kuriera, to podstawowa kwestia. Taki klient nie ma w ogóle kontaktu z bankiem fizycznie, ale za to z aplikacją mobilną i z bankowością elektroniczną już tak – mówi przedstawiciel PKO BP.
Walka o młode pokolenie przeniosła się do internetu. To właśnie reklama w sieci najbardziej przemawia do młodych, bardziej niż tradycyjne reklamy telewizyjne. Istotny jest też sam sposób komunikacji.
– Jesteśmy w mediach społecznościowych, czyli tam, gdzie są też młodzi, i to właśnie w ten sposób próbujemy do nich docierać – przekonuje Paweł Placzke.
Kluczowa jest też walka o utrzymanie przy banku dotychczasowych klientów. PKO BP oferuje rachunki dla różnych grup wiekowych: od Szkolnych Kas Oszczędności tworzonych z myślą uczniach szkół podstawowych, PKO Junior dla dzieci do ukończenia 13 roku życia, przez PKO Konto Pierwsze młodzieży w wieku 13–18 lat, po PKO Konto dla Młodych dla osób do 26 roku życia. Większość zostaje w banku także później, a dotychczasowe konta przekształcają w kolejne, z oferty dla innej grupy wiekowej.
Duża konkurencja sprawia, że banki rywalizują o młodych klientów promocjami. PKO BP przeprowadził promocję Konta dla Młodych „Miłość Mamy za zero”, gdzie za założenie konta i wykonanie co najmniej jednej płatności kartą można było otrzymać pakiet biletów do kina.
– Walczymy, żeby nasza oferta była wśród najlepszych na rynku. Jesteśmy w pierwszej trójce banków, które walczą o tego typu klienta pod względem ceny za korzystanie z konta, produkty dodatkowe i utrzymanie tego konta. Właściwie wszystko można już mieć całkowicie za darmo – podkreśla Paweł Placzke.
Nawet 15 proc. polskiego rynku środków ochrony roślin mogą stanowić preparaty podrobione lub pochodzące z nielegalnego źródła – szacuje Polskie Stowarzyszenie Ochrony Roślin. Używający takich specyfików rolnicy narażają się nie tylko na straty w plonach, lecz także na sankcje finansowe w postaci kilkutysięcznej grzywny, utratę certyfikatów oraz dotacji unijnych. Wprowadzającym takie substancje na rynek grozi zaś kara pozbawienia wolności.
– Wielkość szarej strefy na krajowym rynku bardzo trudno określić – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Aleksandra Mrowiec z Polskiego Stowarzyszenia Ochrony Roślin (PSOR). – Z uwagi na położenie geograficzne Polska jest miejscem wejścia podrobionych i nielegalnych produktów na rynek europejski. Dzieje się tak najczęściej zarówno poprzez wschodnią granicę lądową, jak i porty morskie. Dlatego w walce z tym nielegalnym procederem aktywnie uczestniczą organy celne, policja oraz Państwowa Inspekcja Ochrony Roślin i Nasiennictwa.
Według Aleksandry Mrowiec wartość rynku podrabianych i nielegalnych środków ochrony roślin bardzo trudno oszacować. Z przedstawionych danych Komisji Europejskiej wynika, że obrót takimi specyfikami odpowiada za około 10 proc. rynku w UE. Zgodnie z szacunkami Europejskiego Obserwatorium do Spraw Naruszeń Praw Własności Intelektualnej i Europolu jedna czwarta (25 proc.) wszystkich znajdujących się w obiegu w UE środków tego rodzaju może pochodzić z nielegalnego źródła. Proceder ten nasila się przy zewnętrznych granicach UE.
– Stosowanie przez rolnika podrabianych i nielegalnych środków ochrony roślin powoduje bardzo dotkliwe konsekwencje – mówi Aleksandra Mrowiec. – Najważniejsza jest utrata plonu lub gdy środek nie zadziała, straty w plonach. Kolejna kwestia to sankcje finansowe takie jak nałożenie grzywny.
Jak podkreśla, podrabiane są te środki, które są najczęściej wykorzystywane przez rolników i które mają najszersze spektrum stosowania.
Za stosowanie nielegalnych substancji przewidziane są konsekwencje finansowe, między innymi grzywna do wysokości 5 tys. zł nakładana przez Inspektora Ochrony Roślin i Nasiennictwa.
– Gdy rolnik posiada podrobione produkty w celu dalszej sprzedaży, może wchodzić w grę odpowiedzialność karna [prawo przewiduje sankcję w postaci nawet trzech lat pozbawienia wolności – red.] – zauważa Aleksandra Mrowiec. – Warto dodać, że w takiej sytuacji rolnik musi się liczyć zarówno z możliwością odejścia odbiorców, jak i z utratą dotacji unijnych oraz certyfikatów.
Zdaniem Aleksandry Mrowiec wystarczy przestrzegać czterech zasad, by ustrzec się przed zakupem podrobionych lub nielegalnie sprowadzonych do kraju środków ochrony roślin. Po pierwsze, rolnik powinien się zaopatrywać tylko w produkty zarejestrowane, których wykaz prowadzi Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi (na stronach internetowych resortu dostępna jest wyszukiwarka takich wyrobów). Sklep, który prowadzi sprzedaż podrobionych środków, naraża się na utratę licencji.
– Po drugie, oryginalny produkt będzie mieć zawsze trwale przytwierdzoną do opakowania etykietę w języku polskim, a jego opakowanie nie będzie się odkształcać – wskazuje Aleksandra Mrowiec. – Trzecią zasadą jest kupowanie środków tylko w zarejestrowanych, kontrolowanych przez Wojewódzkich Inspektorów Ochrony Roślin i Nasiennictwa punktach sprzedaży. Po czwarte, przy zakupie środków rolnik powinien zażądać dowodu zakupu, przede wszystkim faktury, która jest podstawą ewentualnej reklamacji.
PSOR również angażuje się w walkę z szarą strefą na rynku. Pod koniec marca została uruchomiona strona internetowa www.bezpiecznauprawa.org, na której rolnicy znajdą informacje na temat odpowiedzialnego i zgodnego z prawem zakupu środków ochrony roślin.
Dynamicznie rośnie rynek cateringu świątecznego. Z pomocy profesjonalnych kucharzy korzystają przede wszystkim firmy, ale coraz chętniej także osoby prywatne, którym brakuje czasu lub chęci, by przygotować własne potrawy na wielkanocny stół. Polacy wolny czas wolą spędzać z rodziną niż w kuchni. Popularnością cieszą się potrawy tradycyjne, choć przygotowane w nieco bardziej innowacyjny sposób.
– Rynek cateringu świątecznego rok do roku rośnie w tempie 10–15 proc. Świadczy to o tym, że jesteśmy coraz lepiej sytuowani i doceniamy czas wolny przed świętami, którego nie musimy spędzać w kuchni – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Damian Wiatrak, dyrektor zarządzający Deli Catering.
Usługi cateringowe są jednym z najszybciej rozwijających się segmentów na rynku gastronomicznym. Ich wartość szacuje się na 4,5 mld zł, z czego coraz bardziej na wartości zyskuje catering świąteczny. Na tego typu usługi decydują się już nie tylko firmy.
– Catering dedykowany jest instytucjom, firmom, które organizują szereg wydarzeń dla swoich pracowników. Jeżeli chodzi o proporcje, to 90 proc. należy do instytucji i przedsiębiorców, natomiast 10 proc. to klient indywidualny – wskazuje Damian Wiatrak.
Dla większości Polaków Wielkanoc to przede wszystkim czas, który można spędzić z rodziną. Z badania CBOS z 2016 roku wynika, że dla 70 proc. Wielkanoc to święto rodzinne. Dlatego czas zaoszczędzony w kuchni mogą spędzić z bliskimi lub też na innych przedświątecznych obowiązkach.
– Także biorąc pod uwagę koszty, uważam, że zdecydowanie lepiej jest zamawiać catering na zewnątrz – mówi dyrektor Deli Catering.
Z badania Providenta wynika, że przeciętne polskie gospodarstwo domowe planuje przeznaczyć na zorganizowanie tegorocznych świąt wielkanocnych ok. 400 zł. Obejmuje to przede wszystkim wydatki na produkty spożywcze. Eksperci podkreślają, że jest to koszt porównywalny z zamówieniem gotowych produktów. Jak zauważa Wiatrak, można już mówić o trendach w cateringu świątecznym.
– Choć w dalszym ciągu bazujemy na elementach tradycyjnych, to funkcjonują już także trendy nowoczesne i innowacyjne. Tradycyjne produkty staramy się pokazać w nieco inny sposób. Dla przykładu, nasz makowiec przygotowywany jest z białej galaretki rolowanej z różnymi dodatkami, np. jadalnego srebra – mówi Damian Wiatrak.
Jak zauważa, pod względem kulinarnym Polacy coraz częściej lubią eksperymentować, w dużej mierze pozostają jednak tradycjonalistami.
– Szukamy nowości smakowych, nowych produktów, nowych odsłon produktów tradycyjnych, ale naszych tradycyjnych podniebień nie da się oszukać. Po pewnym okresie próbowania rzeczy nowych wracamy do elementów tradycyjnych – analizuje dyrektor Deli Catering.
Oferta restauracji i firm cateringowych może być dostosowana do indywidualnych wymagań i możliwości finansowych. Inna od potraw przygotowanych w domu może też być forma podania. Nowym trendem jest m.in. Finger Foods, czyli mini dania, które spożywa się bez sztućców, na jeden kęs.
UOKiK wydał niedawno istotny pogląd w sprawie o sygn. akt III Ca 529/16, odnośnie kwalifikacji strony internetowej przedsiębiorcy i konta użytkownika jako „trwałego nośnika”, za pomocą którego spełniane są względem konsumenta stosowne obowiązki informacyjne. Choć pogląd ten wydany został na tle stanu faktycznego regulowanego ustawą o kredycie konsumenckim, to z pewnością należy go mieć na uwadze również z perspektywy wszelkich innych przedsięwzięć e-commerce, nie tylko tych o charakterze finansowym.
W sprawie tej konsument zawarł przez Internet umowę pożyczki. Po zaakceptowaniu wniosku o pożyczkę, pożyczkodawca udostępnił konsumentowi ramową umowę pożyczki, indywidualne warunki umowy i formularz odstąpienia od umowy, które widoczne były po zalogowaniu się na stronie internetowej przedsiębiorcy.
Na tle powyższych okoliczności UOKiK uznał, że strona internetowa przedsiębiorcy jak i indywidualne konto klienta w serwisie nie stanowią trwałego nośnika. Naczelnymi argumentami, które legły u podstaw takiej oceny były argumenty, że środki te nie zapewniają pozostawania przekazywanej informacji w niezmienionej postaci, gdyż przedsiębiorca może ingerować w jej treść, w szczególności ją usunąć lub zmienić, oraz że środki te nie zapewniają trwałości w tym znaczeniu, że nie gwarantują konsumentowi dostępu do informacji przez odpowiednio długi czas, tj. nie krótszy niż okres wykonywania umowy wraz z okresem, w którym konsumentowi będą przysługiwać stosowne roszczenia.
Powyższą opinię UOKiK podparł orzecznictwem TSUE, z którego płyną podobne wnioski. Warto jednak zaznaczyć, że w praktyce orzeczniczej TSUE zauważa się również mniej kategoryczne podejście do omawianego zagadnienia. Dla przykładu, w orzeczeniu zapadłym w sprawie C-49/11 (Content Services Ltd), TSUE wydaje się dopuszczać możliwość uznania konta użytkownika w ramach strony internetowej przedsiębiorcy za trwały nośnik, jeśli tylko przedsiębiorca wystarczająco wykaże, że zapewnione są wyżej wspomniane warunki niezmienności i trwałości treści.
Czy powyższy pogląd UOKiK ostatecznie wyklucza możliwość stosowania strony internetowej i konta użytkownika jako narzędzi służących przekazywaniu konsumentom informacji, jakie muszą zostać utrwalone na trwałym nośniku? Jeśli nie, to z pewnością winien mobilizować przedsiębiorców do zapewnienia takich środków technicznych i organizacyjnych, które pozwalałyby przekonywująco uzasadnić niezmienność i trwałość przekazywanych w ten sposób treści.
Autor: Marcin Przybysz, adwokat, senior associate w Kancelarii Taylor Wessing w Warszawie