Zmiany w Czechach. Brexitowe formalności

Według analityków Czeski Narodowy Bank może wkrótce przestać interweniować na rynku. Dokumenty rozpoczynające Brexit zostały podpisane. Szkoci chcą ponownego referendum.

Koniec parytetu wymiany w Czechach?

Od miesięcy Czeski Narodowy Bank pilnował, by za jedno euro nie płacono mniej niż 27 czeskich koron. W ostatnim czasie ze względu na słabość euro i poprawiającą się sytuację w Czechach koszty tych interwencji rosną. Żeby utrzymać tą cenę konieczny jest zakup dużej ilości walut. W rezultacie rosną rezerwy walutowe. O ile tendencja ta nie zostanie przełamana możliwe jest odejście od parytetu wymiany jeszcze w kwietniu. Co to będzie oznaczać dla rynku? Obecnie od wielu miesięcy czeska korona porusza się równolegle z euro. Inwestorzy spodziewają się umocnienia korony po tej decyzji zatem kupują korony czeskie tylko pogłębiając skalę ewentualnego ruchu.

Brexit formalnie rozpoczęty

Premier Wielkiej Brytanii podpisała dokument formalnie rozpoczynający procedurę wyjścia jej kraju z Unii Europejskiej. Zgodnie z zapisami traktatowymi Wielka Brytania opuści Unię Europejską za dwa tygodnie. Jednym z ważniejszych elementów negocjacji jest brytyjska składka do budżetu. Tylko w rozpisanym do 2020 roku planie zabraknie bowiem 60 miliardów euro. Nie bez znaczenia jest też kwestia praw obywateli Wielkiej Brytanii w Unii i praw obywateli Unii w Wielkiej Brytanii. W poprzek Irlandii pojawi się również nowa zewnętrzna granica Unii. Najbliższe dni będą obfitować w liczne spotkania w celu spełnienia wszystkich wymogów proceduralnych.

Szkocja walczy o referendum

Negocjacje to nie jedyny problem Wielkiej Brytanii. Drugim jest Szkocja, która delikatnie ujmując nie jest zadowolona z opuszczania struktur unijnych. Tamtejszy parlament poparł wniosek o referendum. Ma ono dotyczyć niepodległości Szkocji. Podobne referendum niedawno już miało miejsce, ale autorzy wniosku postulują, że zmieniająca się sytuacja uzasadnia powtórkę. Gdyby doszło do referendum moglibyśmy mieć kolejną karuzelę na funtowych parach walutowych. Biorąc pod uwagę znaczenie gospodarcze Szkocji powinno to wpłynąć negatywnie nie tylko na pozycję funta na świecie ale i jego wartość.

Dzisiaj w ramach danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 13:00 – USA – wnioski o kredyt hipoteczny,
  • 16:30 – USA – tygodniowa zmiana zapasów paliw.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Analiza indeksu S&P 500

Głównym założeniem inwestorów jest kupić tanio i sprzedać drogo. Niektórzy polują na dobrą dywidendę, ale czym wyższa dywidenda (w wartości procentowej) tym akcje są tańsze. Nie ulega wątpliwości, że przy podążaniu jedynie za tą reguła wyjdziemy na swoje. Jedyny warunek, to kupić tanio, poczekać i sprzedać drogo.kiedy jest tanio? Czy teraz jest drogo? Jak możemy to określić?

Najprostszym sposobem na szybką wycenę rynku może okazać się wskaźnik P/E, czyli bardzo popularny wskaźnik cena do zysku. Na samym początku powinniśmy spojrzeć na szeroki rynek, np. indeksu S&P 500.

Wskaźnik P/E na tle indeksu S&P 500

Wskaźnik P/E na tle indeksu S&P 500

Źródło: Real Investment Advice

Na powyższym wykresie został zobrazowany wskaźnik P/E na tle indeksu S&P 500 (linia czerwona). Proszę zauważyć, że od 1904 roku wskaźnik P/E (pomimo wzrostu indeksu S&P) porusza się w podobnym zasięgu, czyli od 5 do 25. Dlaczego? Ponieważ spółki cały czas notują wyższe zyski, a tym samym akcje mogą być droższe.

Na chwile obecną wskaźnik znajduje się w okolicy poziomu 25. Wskazania na tym poziomie są jednoznaczne z bardzo drogimi i przewartościowanymi akcjami. Z kolei, wskazania poniżej 10 wskazują na tanie i atrakcyjne akcje. Dobrze, ale co to wszystko oznacza?

Czym niższe są wartości P/E, tym możemy oczekiwać wyższych stóp zwrotu w przyszłości. Z kolei dla wysokiego wskaźnika możemy oczekiwać niższej stopy zwrotu w przyszłości. Wszystko zostało zobrazowane na poniższym wykresie.

Oczekiwana stopa zwrotu przy danym P/E

Analiza indeksu S&P 500 1

Źródło: Real Investment Advice

Na powyższym wykresie zaznaczono wskazania P/E oraz oczekiwaną roczną stopę zwrotu przez następne 20 lat. Linia czerwona znajduje się w trendzie spadkowym, czyli czym wyższy wskaźnik P/E, tym nasza średnia roczna stopa zwrotu przez następne 20 lat będzie niższa.

Kolejnym ciekawym wskaźnikiem obrazującym szeroki rynek jest kapitalizacja giełdy wyrażona jako procent PKB. Należy pamiętać, że dla każdej giełdy wskaźnik będzie układał się inaczej. Dla Stanów Zjednoczonych nie wygląda to zbyt kolorowo…

Kapitalizacja giełdy wyrażona jako proc. PKB

Kapitalizacja giełdy wyrażona jako proc. PKB

Źródło: Inflation.us

Powyższy wykres przedstawia stan z czerwca 2015 roku, jest więc nieco nieaktualny, ponieważ obecna wartość znajduje się na jeszcze wyższym poziomie. Wracając do sedna, na powyższym wykresie zobrazowano kapitalizację giełdy USA na tle PKB Stanów Zjednoczonych. Wskazania powyżej 150 procent informują o bardzo drogich akcjach, z kolei poniżej 90 procent o tanich. Dzięki tak prostej wycenie możemy stwierdzić, czy akcje są drogie, czy wręcz bardzo tanie i warte zakupu.

Na chwile obecną rynek w Stanach Zjednoczonych jest przewartościowany i powinniśmy omijać Go szerokim łukiem. Ale czy to wystarczy abyśmy zobaczyli mocniejszą przecenę? Wątpię, ponieważ rynek nie jest efektywny.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków finansowych

Polski biznes z Chinami – rozliczenia w juanach furtką do dodatkowych korzyści

Już od kilku lat polskie firmy mają możliwość rozliczania się z chińskimi firmami bezpośrednio w ich walucie – renminbi czyli juanach. Nadal tylko część polskich eksporterów i importerów korzysta z tej możliwości. Odsetek klientów AKCENTY, instytucji płatniczej obsługującej transakcje walutowe przedsiębiorców z sektora MŚP, którzy rozliczają się w juanach nie przekracza jeszcze 10 proc. Popularność juanów jednak dynamicznie rośnie, bo rozliczenia w tej walucie mogą być dla firm handlujących z Chinami bardzo korzystne.

Państwo Środka to dla Polski jeden z ważniejszych partnerów w handlu zagranicznym. Wg danych GUS, w 2016 r. obroty towarowe z Chinami wyniosły dla eksportu 7,5 mld zł i aż 56,4 mld zł dla importu[1]. To oznacza, że między naszymi krajami przepłynęły transfery pieniężne o łącznej wartości blisko 63,9 mld zł, przy czym wpływy dla strony chińskiej były ponad 7,5 razy wyższe. Jak podkreśla Radosław Jarema, dyrektor polskiego oddziału instytucji płatniczej AKCENTA, przepływy pieniężne między Państwem Środka a naszym krajem to bardzo ważna sfera dla polskiego handlu zagranicznego. – Chodzi tu o blisko 64 mld zł rocznie. Przy tak dużej skali transferów, bardzo ważna jest ich optymalizacja przez przedsiębiorstwa. Jednym z najlepszych sposobów jest rozliczanie się z chińskimi partnerami bezpośrednio w ich walucie, juanach – wskazuje ekspert.

Juan top walutą w handlu zagranicznym

W październiku ubiegłego roku chiński juan stał się oficjalnie piątą walutą rezerwową świata. Jednak już od kilku lat polscy przedsiębiorcy mogą rozliczać się w tej walucie z chińskimi kontrahentami. Eksperci instytucji płatniczej AKCENTA podkreślają, że wiąże się to z wieloma korzyściami. – Zawierając i dokonując transakcji w juanach, przedsiębiorca unika kosztów przewalutowania do walut pośrednich, jak dolar czy euro, podobnie jak jego kontrahent. Obie strony nie muszą się też w związku z tym martwić o dodatkowe ryzyko kursowe. Płatność w juanach jest także korzystna dla chińskiego partnera, który może operować w rodzimej walucie, co stanowi spore ułatwienie. Klienci AKCENTY, którzy realizują z naszą pomocą transakcje w juanach chwalą sobie także ich wygodę oraz szybkość. W AKCENCIE, w trybie standardowym, przelew wpływa zwykle w ciągu nie więcej niż 4 dni, a ekspresowy nawet w 2 dni – wylicza Radosław Jarema. Transakcje w juanach to nie tylko większa wygoda i bezpieczeństwo, ale potencjalnie również dodatkowa przewaga konkurencyjna. Radosław Jarema dodaje, że Chińczycy doceniają to, że firma akceptuje rozliczenia w tamtejszej walucie, czasem są wręcz skłonni udzielić w związku z tym atrakcyjnego rabatu.

Juana, jak każdą walutę, należy traktować z rezerwą

Mimo że juan należy już do koszyka walut rezerwowych i grona najważniejszych walut do rozliczeń handlowych na świecie, to nadal trzeba pamiętać, że nie jest on w pełni urynkowiony. – Oczywiście chińskie władze zdają sobie sprawę, że stabilna polityka kursu waluty to ważny element, który wpływa na atrakcyjność ich pieniądza i poczucie bezpieczeństwa inwestorów. Konkurując już teraz otwarcie z innymi czołowymi walutami, Państwo Środka musi rozważnie podejmować swoje decyzje, bo rynek walutowy jest bardzo wrażliwy i nie lubi niespodzianek – podkreśla Radosław Jarema. Ekspert AKCENTY zaznacza jednak, że w przypadku juana i chińskiej polityki niczego nie da się przewidzieć ze stuprocentową pewnością. – To prawda, że chińskie władze mogą wpłynąć na swoją walutę i zrobić to bez wcześniejszego ostrzeżenia. Jednak z takim ryzykiem mamy do czynienia także w przypadku innych walut. Warto tu chociażby przypomnieć niespodziewane uwolnienie kursu franka szwajcarskiego, które było niemałym szokiem i odbiło się na całym rynku walutowym. Poza tym, na kursy wpływ ma bardzo wiele czynników, często niemożliwych do przewidzenia i zawsze istnieje pole dla ryzyka kursowego – dodaje Jarema.

Zabezpieczeniem przed ryzykiem kursowym oraz niepewnością co do przyszłych posunięć chińskiej polityki wobec kursu juana są transakcje forward. „Zamrażają” one dany kurs, po którym eksporter lub importer rozlicza swoją transakcję, zyskując pewność, po jakiej cenie zrealizuje zamówienie. – Zawsze polecamy przedsiębiorcom zabezpieczenie ich kontraktów eksportowych lub importowych forwardami. Do zapłaty za dostawę czy odbiór towaru lub usługi dochodzi często po kilku miesiącach od zawarcia umowy. W tym czasie na rynku walutowym może się wiele wydarzyć, a kursy walut mogą podlegać sporym, nieprzewidzianym wahaniom. Dzięki forwardom można się przed takim zagrożeniem całkowicie uchronić. I to bez dodatkowych kosztów, bo chociażby AKCENTA oferuje to rozwiązanie całkowicie bezpłatnie – wskazuje Jarema.

[1] Dane dla importu wg kraju wysyłki.

Streaming i nagrywanie – jak wykorzystać w biznesie?

W dzisiejszych czasach trudno wyobrazić sobie firmę, która funkcjonuje bez przekazu wizualnego. Warto jednak zwrócić uwagę, że prezentacje zdjęć czy filmów to już standard, a na rynku pojawiają coraz bardziej zaawansowane narzędzia służące przekazywaniu treści wideo, jak streaming czy nagrywanie.

Streaming, czyli metoda przesyłania informacji w postaci ciągłego strumienia danych, umożliwiająca natychmiastowe oglądanie materiałów wideo oraz zaawansowane systemy nagrywania, odgrywają coraz większą rolę w polskich przedsiębiorstwach. Świadczą o tym wyniki ogólnopolskiego badania opublikowanego w 2016 roku przez OFFON Agency, które opisują popularność oraz sposoby wykorzystywania wideo w działaniach marketingowych polskich firm. Zrealizowane badanie, w którym wzięło udział 400 przedsiębiorstw wykazało, że aż 73 proc. ankietowanych planuje wykorzystać wideo w swoich działaniach marketingowych w perspektywie najbliższych dwóch lat, a prawie 59 proc. z nich jest zdania, że stanowi ono formę komunikacji najbardziej dopasowaną do potrzeb klientów. Warto jednak zwrócić uwagę, że wideo to nie tylko przekazy służące promocji marek i firm w sieci, ale również zaawansowane systemy streamingu i nagrywania, znajdujące zastosowanie wewnątrz firm. O jakich zastosowaniach mowa?

Wspomaganie szkoleń

Tradycyjne szkolenia stanowią popularną formę przekazywania wiedzy. Zdarza się jednak, że pracownicy firm czy ich przełożeni z różnych powodów nie mogą uczestniczyć w spotkaniu. Z pomocą przychodzą nowoczesne narzędzia do nagrywania i streamingu. – Są to narzędzia, które funkcjonują w oparciu o centralny serwer nagrywający i udostępniający nagrania poprzez sieć IP, dlatego w przypadku braku możliwości osobistego uczestnictwa pracowników w szkoleniu czy na wykładzie, istnieje możliwość, aby w czasie rzeczywistym śledzić jego przebieg. System nagrywania i streamingu pozwala też odtworzyć szkolenie w dogodnym momencie, poprzez jego zapis, a następnie udostępnienie np. na portalu korporacyjnym – mówi Piotr Pawlikowski z firmy MCX Telecom.

Wsparcie zarządzania wiedzą

W dobie cyfryzacji oraz prężnego rozwoju firm, zaawansowane technologicznie projekty oraz nowatorskie idee bardzo często powstają w wyniku współpracy ekspertów z różnych dziedzin. Streaming i nagrywanie to narzędzia, które z powodzeniem mogą wspomóc proces zarządzania wiedzą. – Wdrażanie nowych pracowników w dużych korporacjach często wiąże się z poniesieniem przez pracodawcę znaczących kosztów. Właśnie dlatego coraz powszechniejsze stają się systemy wdrożenia, szkoleń i testów wiedzy wspomagane wcześniej nagranymi e-wykładami. Aktualizację wiedzy, ważny przekaz, nowości w organizacji – bardzo często są one przekazywane w formie streamingu tak, by wszyscy pracownicy, bez względu na położenie geograficzne, mogli być odbiorcą treści – mówi Piotr Pawlikowski z firmy MCX Telecom.

Współpraca z VR

Obecnie technologie streamingu i nagrywania mają szansę wejść na nowy poziom. Dzieje się tak ze względu na coraz większą popularność streamów wykorzystujących technologię VR (Virtual Reality). Pozwala ona, dzięki wykorzystaniu specjalnych okularów i transmisji obrazu w 360 stopniach, doświadczyć pełnego uczestnictwa w wydarzeniu – Transmisje z wykorzystaniem VR charakteryzują się przede wszystkim zwiększoną immersją, która znacznie podnosi  poziom zaangażowania. Dzięki widokowi w 360 stopniach uczestnik ma możliwość „rozejrzenia się” po pomieszczeniu i skupienia swojego wzroku na tym, co aktualnie jest dla niego istotne, a czego nie uchwyciłaby statycznie zamontowana kamera. Oznacza to, że dzięki VR wyniesie on ze szkolenia więcej niż w przypadku standardowego streamu – mówi Piotr Pawlikowski z MCX Telecom.

Wszystko wskazuje więc na to, że streaming i nagrywanie to nie tylko skuteczne narzędzia służące angażowaniu odbiorców działań marketingowych firmy, ale również sposób na prowadzenie efektywnego i nowoczesnego biznesu.

Niezależny przegląd biznesu (ang. IBR – Independent Business Review)

Niezależny przegląd biznesu (ang. IBR – Independent Business Review) to metoda analizy pozwalająca podmiotom, takim jak banki, zabezpieczyć się przed problemami ze spłacalnością kredytów zaciąganych przez firmy. Współczesna technologia pozwala na przeprowadzenie IBR dużo niższym kosztem, co przekłada się na jej dostępność i czynią ją jednym z najskuteczniejszych narzędzi w rękach instytucji finansowych.

Przed udzieleniem pożyczki danemu przedsiębiorstwu banki lub inne instytucje pożyczkowe dokonują szczegółowej analizy jego danych finansowych. W zależności od postrzeganej przez bank zdolności przedsiębiorstwa do generowania przychodów oraz od jakości przedstawionych zabezpieczeń, zapada decyzja o udzieleniu lub nieudzieleniu pożyczki. Ryzyko podejmowane przez bank lub instytucję pożyczkową wiąże się z tym, że sytuacja w przedsiębiorstwach jest dynamiczna. Stan firmy, zaprezentowany na bazie informacji historycznej (zazwyczaj składają się na nią przeszłe sprawozdania finansowe przedstawiane na etapie wniosków kredytowych) może ulec znaczącej zmianie w trakcie trwania kredytu, szczególnie jeżeli jest on udzielany jest na długi okres. Oczywiście banki monitorują spłacalność kredytu, co daje im informację na temat aktualnej zdolności przedsiębiorstwa do regulowania należności. Jednak, aby prawidłowo ocenić ryzyko kredytowe, banki muszą ocenić zdolność przedsiębiorstwa do spłaty przyszłych rat. Narzędziem do takiej weryfikacji jest niezależny przegląd biznesu – usługa świadczona przez wyspecjalizowane w finansach i księgowości firmy doradcze. W przeszłości, ze względu na wysoki koszt takiej usługi, korzystano z niej było tylko przy znaczących kwotach kredytów. Obecnie narzędzia informatyczne pozwalają na znaczne obniżenie kosztu analizy danych – IBR może być więc wykorzystany również przy niższych kwotach zaangażowania, jednocześnie znacząco obniżając ryzyko kredytowe banku.

Dlaczego warto przeprowadzać IBR?

– Po pierwsze, regularne, niezależne przeglądy sytuacji finansowej firmy umożliwiają bankom na bieżąco pozyskiwać informacje o ewentualnych ryzykach w zakresie przyszłych problemów ze spłacalnością kredytów. Drugi powód jest jeszcze ważniejszy – niezależny przegląd, dokonywany przez wyspecjalizowanych księgowych, pozwala na wychwycenie ewentualnych manipulacji danymi finansowymi, mającymi na celu polepszenie wizerunku sytuacji przedsiębiorstwa w oczach banku – mówi Wojciech Kryński, współwłaściciel firmy Ground Frost, zajmującej się usługami z zakresu modelowania finansowego – w szczególności wycen przedsiębiorstw, wartości niematerialnych oraz instrumentów finansowych. Tego typu manipulacje, znane jako Window Dressing, są bardzo powszechną praktyką firm, których zarządy przeczuwają możliwość spadku wyników finansowych.

Istnieje kilka metod Window Dressingu:

  • Rozpoznawanie przychodów, których w istocie nie było (np. przez potraktowanie jako przychody wpływów z akcji promocyjnych, które mają nastąpić w przyszłości);
  • Odraczanie kosztów – traktowanie niektórych kosztów jako te dotyczące przyszłego, a nie bieżącego okresu rozliczeniowego i w ten sposób polepszanie obecnego wyniku;
  • Sztuczne transakcje z podmiotami w grupie kapitałowej lub tymi spoza grupy, ale powiązanymi z właścicielami lub zarządzającymi;
  • Dokonywanie jednorazowych transakcji (np. sprzedaże środków trwałych z zyskiem), aby wykazać dochód, który jednak jest dochodem nietrwałym – niepowtarzającym się w kolejnych latach.

Banki są ekspertami w zakresie oceny ryzyka, ale rzetelna analiza ma miejsce tylko wtedy, gdy dysponują one kompletnym przeglądem wiarygodnych informacji na temat przedsiębiorstwa. Jeżeli bank polega jedynie na informacjach przekazanych przez daną firmę, której potrzeba uzyskania środków finansowych przekracza przywiązanie do uczciwości w zakresie raportowania finansowego, to wystawiają się na możliwość podjęcia błędnych decyzji. Ostatecznie powoduje to konieczność dokonywania odpisów aktualizujących wartość udzielonych kredytów.

Przebieg niezależnego przeglądu biznesu

W przeszłości niezależny przegląd biznesu miał przebieg podobny do małego audytu. Wiązał się z kilkudniową wizytą w przedsiębiorstwie i co za tym idzie – kosztami. W praktyce przeglądy były więc stosowane tylko przy dużych kwotach kredytów, gdzie potencjalne straty kredytowe były tak znaczące, że uzasadniały ponoszenie regularnych kosztów (przez bank lub kredytobiorcę). Obecnie, ze względu na ogromne możliwości technologiczne, niezależne przeglądy mogą być dużo tańsze. Polegają one na przekazaniu przez kredytobiorcę wyspecjalizowanemu doradcy banku pełnego zestawu danych księgowych (w formie zapisu księgi głównej lub poszczególnych dzienników oraz zestawienia obrotów i sald). Następnie dokonywana jest szczegółowa analiza danych. Metoda ta pozwala na znalezienie odpowiedzi na następujące pytania:

  • Czy dane finansowe przedstawione bankowi wynikają z zapisów księgowych?
  • Czy zachodziły jednorazowe transakcje?
  • Z kim zawierano transakcje?
  • Czy transakcje sprzedaży są realizowane w formie gotówkowej?
  • Czy koszty są odraczane w czasie?

Niezależny przegląd biznesu pozwala także dokonać wielu innych analiz, których kierunek i treść zależy od charakterystyki biznesu kredytobiorcy. Doradca powinien oczywiście posiadać odpowiednie narzędzia analityczne w celu dokonania niezbędnych badań oraz wiedzę umożliwiającą identyfikację zagrożeń i wyciągnięcie wniosków. – Doradca może, na podstawie analizy, poprosić dodatkowo o wybrane dokumenty w celu ich weryfikacji, a także przeprowadzić rozmowy z kierownictwem lub działem finansowym kredytobiorcy, aby rozwiać swoje wątpliwości. Możliwa jest również weryfikacja prognoz finansowych czy sporządzenie prognoz przepływów pieniężnych. Dzięki połączeniu technologii i specjalistycznej wiedzy proces ten może przebiec niezwykle sprawnie. W ten sposób wygenerowany zostaje raport potwierdzający wiarygodność danych finansowych przekazanych przez kredytobiorcę i wskazujący ryzyka biznesowe wykryte na etapie analizy – dodaje Wojciech Kryński z firmy Ground Frost.

Kluczem do efektywności niezależnego przeglądu biznesu w jego obecnym kształcie jest sprawność działania. Przy zastosowaniu odpowiednich narzędzi analitycznych, w ciągu 2-3 dni bank może uzyskać szczegółową informację odnośnie rzetelności przekazanych danych finansowych oraz przeszłych i nadchodzących ryzyk biznesowych. Pozwala mu to przygotować się na wypadek ewentualnego pogorszenia się kondycji finansowej przedsiębiorstwa (np. poprzez zażądanie dodatkowych zabezpieczeń).

Niezależny przegląd biznesu kluczowym narzędziem przyszłości?

Banki i instytucje pożyczkowe konkurują na coraz bardziej regulowanym rynku. Wymogi odnośnie zarządzania ryzykiem kredytowym sprawiają, że coraz wcześniej należy rozpoznawać odpisy aktualizujące spodziewane straty kredytowe (np. wchodzący w życie nowy standard MSSF 9). Z tego względu banki powinny mieć narzędzie, aby nie zostać zaskoczonym zmianą profilu kredytowego kredytobiorcy kiedy będzie już za późno i dodatkowa rezerwa będzie nieunikniona. Jednocześnie nie można oczekiwać, aby banki stawały się ekspertami w zakresie rachunkowości i manipulacji finansowych – do tego istnieją wyspecjalizowane podmioty, których usługi, dzięki zastosowaniu technologii informatycznych są uzasadnione kosztowo – nawet dla niskich wartości kredytów.

Badanie Oracle Retail 2025 ujawnia wpływ przełomowych technologii na doświadczenia zakupowe klientów

Firma Oracle poinformowała o wynikach badania dotyczącego opinii konsumentów o nowych technologiach oraz tego, jaki wpływ będzie mieć ich wdrożenie na zachowania klientów w nadchodzących latach. Badanie, zatytułowane „Oracle Retail 2025” pokazało, że klienci najchętniej kontaktują się z markami za pomocą nowoczesnych technologii wtedy, kiedy czują, że mają kontrolę nad całym procesem zakupowym.

Raport z przeprowadzonego w lutym 2017 badania dostarcza ważnych informacji o tym, w jakiej fazie cyklu wdrażania nowych technologii handlu detalicznego znajdują się klienci, oraz tym, jaki wywrze to wpływ na handel detaliczny w ciągu kolejnych ośmiu lat.

Technologie sztucznej inteligencji, rzeczywistości wirtualnej i Internetu Rzeczy umożliwiają firmom lepsze przewidywanie kolejnych zakupów klientów. Kluczowe znaczenie przy zapewnianiu nowych doświadczeń ma jednak zdobycie ich zaufania. Jeśli marki przekroczą dopuszczalne granicę, klienci mogą być niezadowoleni.

  • 64% respondentów spodobała się możliwość wykorzystania rzeczywistości wirtualnej do wirtualnego poruszania się po sklepie i wirtualnego przymierzania ubrań;
  • 58% nie miałoby nic przeciwko, gdyby ich sklep spożywczy zasugerował im listę zakupów do zatwierdzenia na podstawie ich historii zakupów oraz danych społecznościowych i środowiskowych;
  •  54% respondentów nie chciałoby, aby sklep spożywczy na podstawie ich historii zakupów oraz danych społecznościowych automatycznie naliczał opłaty i dostarczał produkty.

W świecie mody szybkość ma kluczowe znaczenie, a w przyszłości będzie ona jeszcze większa. Druk 3D oraz dostawa przez drony skróci czas od projektu do dostawy z miesięcy do dni, a następnie do godzin.

  •  67% klientów spodobała się opcja dostawy produktów do domu przez drony w czasie zbliżonym do rzeczywistego.
  •  64% nie miałoby nic przeciwko temu, aby sprzedawca detaliczny zaproponował im wykonanie spersonalizowanych akcesoriów przy użyciu druku 3D.
  •  57% klientów nie chciałoby otrzymywać rekomendacji dotyczących zakupów odzieżowych od robotów na podstawie swoich profili w mediach społecznościowych.

Klienci mają pewne obawy dotyczące podawania danych niezbędnych do personalizacji, ale mimo to zależy im na spersonalizowanej obsłudze. Świadczy to o potrzebie budowania bliższych relacji z klientami. Ponadto klienci oczekują, że detaliści będą im udostępniać informacje o składnikach, pochodzeniu i wycofywaniu produktów oraz dostosowywać je do ich konkretnych zwyczajów zakupowych.

  •  54% nie miałoby nic przeciwko temu, aby system zakupowy mógł łączyć się z ich apteką, która dzięki temu mogłaby im sugerować produkty zaspokajające ich konkretne potrzeby.
  •  78% chciałoby przed zakupem mieć szczegółowe informacje o składzie produktu i jego pochodzeniu.
  •  46% respondentów stwierdziło, że otrzymywanie powiadomień w czasie rzeczywistym na temat produktów wycofywanych właśnie z oferty oraz czasie, jaki upłynął od ostatniego wycofania przez producenta, na podstawie ich historii zakupów poprawiłoby ich doświadczenia zakupowe.

Nadchodzi era data bankingu. Instytucje finansowe czeka poważna transformacja

Polska bankowość należy do najbardziej innowacyjnych na świecie. Przelewy realizowane są znacznie szybciej niż np. w Stanach Zjednoczonych czy Francji, a wyniki stress testów dowodzą, że również pod względem bezpieczeństwa nie mamy powodów do narzekania. Jest jednak poważna rysa na tym – wydawałoby się – nieskazitelnym wizerunku: polskie instytucje finansowe w większości nie znają odbiorców swoich usług. Podobnie sprawy mają się na bardziej rozwiniętych rynkach niż nasz. Według Capgemini tylko 37 proc. klientów banków uważa, że te instytucje dobrze rozpoznają ich potrzeby.

Pewnego razu Adam podjął z banku większą sumę pieniędzy. Minęło zaledwie kilka chwil a w jego skrzynce mailowej wylądowała oferta kredytu. Niemal natychmiast Adam dostał też w tej sprawie od swojego banku SMS-a. Niepotrzebnie. Gdyby bowiem bank znał prawdziwy powód podjęcia większej sumy pieniędzy z konta, wiedziałby, że Adam wyjeżdża na wakacje i wcale nie potrzebuje dodatkowego finansowania. Za to chętnie skorzystałby z dobrego ubezpieczenia turystycznego. Tym samym bank stracił okazję do monetyzacji swoich dodatkowych usług.

To przykład z życia wzięty, ilustrujący etap rozwoju w jakim znajduje się dzisiaj większość polskich banków. Mimo że dane o zainteresowaniach klientów są dziś na wyciągnięcie ręki, a pozyskać je można w ramach obowiązującego prawa i to bez pomocy agencji detektywistycznej. Wystarczy zainwestować w analitykę Big Data.

Wiedza o zarządzaniu danymi i ich monetyzacja jest dziś motorem napędowym rozwoju firm. Z badania przeprowadzonego przez Regalix wynika, że przychody firm, które zdecydowały się na wykorzystanie takiej analityki w działaniach marketingowych wzrosły nawet o ponad 50 proc.

Banki stawiają na Big Data

W rozwiniętych krajach banki rozpoczęły już cyfrową rewolucję. Coraz więcej firm z tego sektora modernizuje infrastrukturę informatyczną, by skutecznie łączyć i analizować dane ze wszystkich przydatnych źródeł. Obranie kierunku na zaawansowaną analitykę cyfrowych informacji to przemyślana strategia rozwoju, która ma swoje uzasadnienie w licznych prognozach i statystykach.

Zdaniem ekspertów, jest to największy krok w historii rozwoju systemu bankowego od czasu wprowadzenia bankowości elektronicznej. Nie chodzi tutaj tylko o rosnącą liczbę danych online, która sięga już 10 zettabajtów. U zarania globalnej sieci, treści w niej publikowane, generowane były przede wszystkim przez wydawców serwisów internetowych. Dziś tworzą je również użytkownicy.

Z raportu „Data Never Sleeps 4.0” wynika, że w ciągu jednej minuty publikują oni 400 godzin materiałów wideo w serwisie YouTube i dzielą się ponad 216 tys. zdjęć na Facebooku. Na serwerach firmy Dropbox w ciągu 60 sekund ląduje ponad 833 tys. nowych plików. Dla banków takie dane to skarbnica wiedzy o klientach. Kluczowa jest ich analiza, to właśnie dzięki niej można lepiej zrozumieć potrzeby klientów i skutecznie kierować do nich przekaz z ofertą. Dane poddane analizie mogą nie tylko przyczynić się do wzrostu sprzedaży produktów finansowych, lecz także przyczynić się do zmiany długofalowej strategii biznesowej.

Bitwa toczy się na dwóch frontach

Według Piotra Prajsnara z Cloud Technologies, firmy data consultingowej i największej w Europie hurtowni danych przetwarzającej informacje o preferencjach i zainteresowaniach internautów, w tej chwili banki zmagają się z przetwarzaniem danych typu first party, czyli tych generowanych wewnętrznie. Stąd inwestycje w infrastrukturę i oprogramowanie, które umożliwiają połączenie w jednym systemie wszystkich przydatnych zbiorów. Analizowanie danych w bankowości ze źródeł zewnętrznych dopiero jednak raczkuje. Zupełnie inaczej niż ma to miejsce np. w branży marketingowej czy e-commerce.

Dane wewnętrzne banku dostępne w firmowych CRM to m.in. historia klienta, jego aktywność w systemie bankowości elektronicznej, aplikacji mobilnej czy też w innych punktach styku z marką (consumer touch point). Przetwarzanie tak licznych informacji po to, by zyskać lepszy profil klienta i udoskonalić komunikację we wszystkich jej kanałach to niemałe wyzwanie. Kolejnym krokiem jest zasilenie systemu danymi na temat interakcji klienta z marką w serwisach społecznościowych czy też jego aktywności w internecie. Tutaj wewnętrze zbiory cyfrowych informacji przestają wystarczać i trzeba sięgnąć po dane zewnętrzne, czyli 3rd party, które umożliwiają stworzenie 360 stopniowego profilu klienta i pomagają dostosować ofertę do jego aktualnych potrzeb i zainteresowań. W tym celu konieczna jest integracja istniejącego, bankowego systemu komputerowego z platformą DMP (data management platform), która dostarcza i analizuje takie dane w czasie rzeczywistym. To właśnie ubogacenie danych wewnętrznych danymi zewnętrznymi, daje dużo większe możliwości analizy potrzeb klientów i dostarczenia im wysoce spersonalizowanej oferty – tłumaczy Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies.

Jego zdaniem, bitwa toczy się na dwóch frontach. By nie przegrać z konkurencją, zwiększyć przychody i tworzyć nowe, atrakcyjne usługi banki muszą zadbać o właściwy przepływ danych w ich wewnętrznej infrastrukturze, a następnie wzbogacić systemy informatyczne o dostęp do wielkich, nieustrukturyzowanych zbiorów danych, zwanych inaczej Big Data.

Przykładem skutecznych działań na tym pierwszym froncie może poszczycić się HDFC, jeden z największych banków w Indiach. Korzystając z głębokiej analizy historii interakcji z klientami spersonalizował on komunikację w wybranych kanałach, optymalizując tzw. customer experience. Integracja danych z serwisu internetowego banku z systemem zarządzającym bankomatami pozwoliła m.in.  zautomatyzować proces wyboru języka, co doprowadziło do redukcji kosztów operacyjnych i skrócenia czasu korzystania z maszyn o 40 proc.

Zrozumieć klienta

O potrzebie wdrożenia analityki Big Data świadczy chociażby badanie przeprowadzone przez Capgemini. Wynika z niego, że tylko 37% klientów banków uznaje, że dobrze rozpoznają one ich potrzeby. Z tego samego badania wynika również, że zaledwie 37% banków posiada jakiekolwiek doświadczenie w obszarze Big Data. Na pytanie, czy to przypadek, Piotr Prajsnar odpowiada jednoznacznie.

– Nie sposób poznać odpowiednio klienta bez nowoczesnych rozwiązań analitycznych i dopływu aktualnych danych zewnętrznych typu 3rd party. Wyniki badania zaprezentowane przez Capgemini to nie zbieg okoliczności, ale dosadny obraz rzeczywistości, w której firmy pozbawione odpowiednich narzędzi analitycznych nie są w stanie sprostać oczekiwaniom swoich klientów. Problem nie polega na braku chęci czy zaangażowania, lecz na tym, że tych oczekiwań nie znają. Dlatego coraz więcej banków robi porządek z wewnętrznymi danymi i sięga po usługi z kategorii Big Data as a Service, które umożliwiają optymalizację procesów sprzedażowych np. poprzez szczegółową segmentację klientów – przekonuje Prajsnar.

Za sprawą takiej segmentacji Bank of America zmienił sposób postrzegania swoich klientów, co doprowadziło do zastąpienia wysłużonego sloganu marketingowego. Wcześniejszy zachęcał do wykorzystania hipoteki domu w celu sfinansowania edukacji dzieci. Nowy namawia do wzięcia podobnego kredytu, ale już po to, by realizować swoje osobiste pragnienia: „Use the value of your home to do what you always wanted to do”. W efekcie, współczynnik konwersji wzrósł dziesięciokrotnie.

Prześwietlić klienta

Po analitykę Big Data banki sięgają również w celu usprawnienia procesów scoringowych, skracając je dosłownie do kilku minut. Nie tak dawno temu osoby ubiegające się o kredyt musiały przedstawić w placówce banku tony dokumentów. Dzisiaj całym procesem zarządzają skomplikowane algorytmy, które analizują wiele różnych parametrów. Dlatego kluczowe dla banku jest pozyskiwanie danych o swoim kliencie z wielu odmiennych źródeł, co wymaga włączenia do procesów bankowych systemów klasy DMP.

Z możliwości oferowanych przez analitykę Big Data mogą korzystać dziś nie tylko duże banki, lecz również bankowość spółdzielcza. Nowoczesny scroring w Polsce testuje już m.in. Credit Agricole. Dostarczony przez Blue Media system weryfikuje wiarygodność klienta banku na podstawie informacji dostępnych w serwisach społecznościowych oraz danych behawioralnych, czyli analizy zachowań na stronach sprzedażowych, weryfikacyjnych, a nawet sposobu formatowania danych.

Systemy scoringowe w bankach, które korzystają z zasobów Big Data, dostarczają pogłębioną analizę zdolności kredytowej klientów. Dzieje się tak za sprawą danych pozyskiwanych z różnych źródeł –  zapisanych  np. w postaci plików cookies – takich jak intencje zakupowe z serwisów e-commerce, czy też profile w mediach społecznościowych. Analiza takiego profilu np. na Facebooku oraz grona znajomych klienta, może pomóc w ocenie jego wiarygodności finansowej i zminimalizować ryzyko związane z udzieleniem pożyczki osobie, która nie będzie miała możliwości jej później spłacić. Jeśli z aktywności internetowej klienta, historii jego decyzji zakupowych czy też podróży zagranicznych wyłania się obraz człowieka, który posiada wystarczające możliwości finansowe, to system wystawiając finalną ocenę bierze te informacje pod uwagę – tłumaczy Maciej Klepacki, ekspert ds. cyfrowej transformacji.

Jego zdaniem banki znajdują się w grupie firm, które jako pierwsze na stałe wdrożą analitykę wielkich, nieustrukturyzowanych zbiorów danych. Za takim scenariuszem przemawiać mają liczne korzyści finansowe oraz walka o rynkową pozycję. Eksperci z firmy Gartner prognozują, że dzięki Big Data do 2020 roku aż 80% procesów biznesowych we wszystkich firmach zostanie zmodernizowanych. – Przemiany, jakie rozpoczęły się za sprawą integracji i analityki dużych zbiorów danych wagą przypominają rewolucję informatyczną, są jednak dużo bardziej dyskretne, a z ich owoców przyjdzie się nam cieszyć dopiero w nachodzących latach – prognozuje Klepacki.

Najdroższe lokalizacje biurowe na świecie

CBRE opracowało kolejną edycję raportu Global Prime Office Occupancy Costs (Koszty najmu w najlepszych lokalizacjach na świecie). W rankingu prowadzi Hong Kong, Pekin, Londyn oraz Nowy Jork. Największe wzrosty czynszów odnotowano na rynkach europejskich, co było głównie spowodowane ograniczoną podażą. Belfast z 25 procentowym wzrostem (w skali roku) znalazł się na czele rankingu lokalizacji o najbardziej dynamicznych zmianach stawek czynszu. Warszawa ze spadkiem o 2,1 % w skali roku znalazła się na 78 miejscu w rankingu najdroższych lokalizacji biurowych na świecie.

5 NAJDROŻSZYCH LOKALIZACJI

Centralna dzielnica biznesu w Hong Kongu po raz kolejny otwiera ranking z kosztami najmu w wysokości ok. 220 EUR/mkw./mies. Drugie miejsce zajął Pekin (Ulica Finansowa (149 EUR/mkw./mies.), na trzecim ponownie Hong Kong (tym razem z dzielnicą West Kowloon) (135 EUR/mkw./mies.), czwarte miejsce to również Pekin (tym razem Central Business District) (130 EUR/mkw./mies.). Pierwszą piątkę zamyka Londyn (dzielnicą West End) (121 EUR/mkw./mies.). Najdroższym rynkiem w Ameryce Północnej jest dzielnica Midtown Manhattan w Nowym Jorku z czynszami na poziomie 120 EUR/mkw./mies.

EUROPA DROŻEJE

Europa doświadczyła największych wzrostów stawek czynszowych ze względu na ograniczoną podaż oraz wysoki popyt. Znaczące wzrosty odnotowano m.in. w Sztokholmie, Berlinie oraz Dublinie. Czynsze w dzielnicy West End w Londynie natomiast spadły o 6,3% głównie z powodu zmniejszonej aktywności spowodowanej przez referendum w sprawie Brexitu. Niestabilność polityczna wywołała spadek czynszów również w Stambule o 11,1% od wartości z poprzedniego roku. Aż 30 z 56 rynków EMEA odnotowało wzrost kosztów najmu w skali roku w najlepszych lokalizacjach biurowych.

„Warszawa znajduje się w innym cyklu koniunkturalnym nieruchomości niż większość rynków europejskich, takich jak Berlin czy Sztokholm. Łączna podaż na koniec 2016 roku przekroczyła w stolicy Polski 5 mln mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej. Mimo to, aktywność deweloperów wciąż utrzymuje się na bardzo wysokim poziomie – w budowie znajduje kolejne 850 000 mkw. Duża konkurencyjność nowych projektów, powstających w większości w Centrum Warszawy, skutkuje dużym naciskiem właśnie na czynsze za najlepsze powierzchnie. Ponieważ aktywności deweloperów towarzyszy mocny popyt ze strony najemców, to co obecnie powstaje, szybko zostaje wchłonięte przez rynek. Ten trend powinien się odwrócić w perspektywie najbliższych dwóch lat, przy założeniu, że popyt nie spadnie. Jest to wysoce prawdopodobne, m.in. ze względu na Brexit, który może zaowocować napływem firm z branży outsourcingowej na rynek warszawski.” komentuje Łukasz Kałędkiewicz, Senior Dyrektor, Advisory & Transaction Services, CBRE

Całkowite koszty najmu w najlepszej jakości obiektach — w które wlicza się stawki czynszów najmu, włączając lokalne podatki oraz opłaty eksploatacyjne — wzrosły na całym świecie o 2,3% w skali roku. Najwyższy wzrost odnotowano w regionie EMEA (3,7%), natomiast w regionach Azji i Pacyfiku oraz obu Amerykach wzrost w obydwu przypadkach o 1,8 %.

CBRE przeprowadziła badania kosztów najmu w najlepszych biurowcach w 121 lokalizacjach na całym świecie. W pierwszej 50-tce “najdroższych” lokalizacji  znalazło się 20 lokalizacji z Azji i Pacyfiku, 19 z regionu EMEA, a 11 z kontynentów Ameryki.                                                                                                                        
10 najdroższych lokalizacji biurowych na świecie

(EUR/mkw./mies.)

Pozycja Lokalizacja Całkowity koszt najmu
1 Hong Kong (Centrum), Hong Kong 220,45
2 Pekin (Ulica Finansowa), Chiny 149,23
3 Hong Kong (West Kowloon), Hong Kong 135,72
4 Pekin (CBD), Chiny 130,21
5 Londyn (West End), Wielka Brytania 121,91
6 Nowy Jork (Midtown Manhattan), Stany Zjednoczone 128,15
7 Tokio (dzielnica Marunouchi/Otemachi), Japonia 119,55
8 Szanghaj (Pudong), Chiny 116,10
9 New Delhi (Connaught Place – CBD), Indie 109,17
10

78

 

Moskwa, Rosja

 

Warszawa (CBD), Polska

106,03

 

27,54

 


Miasta
o najbardziej dynamicznych zmianach stawek czynszu w skali roku

(według lokalnych walut i metod badań)

5 lokalizacji o największym wzroście kosztów najmu

Pozycja Lokalizacja % Zmiana
     
1  

Belfast, Wielka Brytania

 

25,0%

2  

Chicago (Downtown), Stany Zjednoczone

 

19,9%

3  

Sztokholm, Szwecja

 

17,3%

4  

Berlin, Niemcy

 

17,0%

5  

Dublin, Irlandia

 

13,7%


6 miast o największym spadku kosztów najmu

Pozycja Lokalizacja % Zmiana
1  

Calgary (Downtown), Kanada

 

-26,5

2  

Dżakarta, Indonezja

 

-19,2

3  

Stambuł, Turcja

 

-11,1

4  

Sao Paulo, Brazylia

 

-10,3

 

5

 

Calgary (Suburban), Kanada

 

-9,4

6  

Singapur, Singapur

 

-9,4

 

50 najdroższych lokalizacji biurowych

(EUR/mkw./mies.)

Pozycja

 (4kw. 2016)

Lokalizacja Koszty najmu
1 Hong Kong (Centrum), Hong Kong 220,45
2 Pekin (Ulica Finansowa), Chiny 149,23
3 Hong Kong (West Kowloon), Hong Kong 135,72
4 Pekin (CBD), Chiny 130,21
5 Londyn (West End), Wielka Brytania 121,91
6 Nowy Jork (Midtown Manhattan), Stany Zjednoczone 120,43
7 Tokio (Marunouchi/Otemachi), Japonia 106,12
8 Szanghaj (Pudong), Chiny 97,59
9 New Delhi (Connaught Place – CBD), Indie 88,00
10 Moskwa, Rosja 84,65
11 Nowy Jork (Midtown – South Manhattan), Stany Zjednoczone 79,99
12 Szanghaj (Puxi), Chiny 76,02
13 Paryż, Francja 75,89
14 Londyn – Centrum (City), Wielka Brytania 75,85
15 Dubaj, Zjednoczone Emiraty Arabskie 74,95
16 San Francisco (Downtown), Stany Zjednoczone 73,87
17 Nowy Jork (Downtown Manhattan), Stany Zjednoczone 68,56
18 Genewa, Szwajcaria 67,96
19 Mumbaj (Bandra Kurla Complex), Indie 66,76
20 Sydney, Australia 64,82
21 Boston (Downtown), Stany Zjednoczone 63,61
22 Shenzhen, Chiny 63,14
23 San Francisco (Peninsula), Stany Zjednoczone 63,04
24 Sztokholm, Szwecja 61,34
25 Zurych, Szwajcaria 59,96
26 Dublin, Irlandia 58,64
27 Seul (CBD), Korea Południowa 56,58
28 Singapur, Singapur 54,26
29 Los Angeles (Suburban), Stany Zjednoczone 53,29
30 Mumbaj (Nariman Point – CBD), Indie 51,02
31 Waszyngton, (Downtown), Stany Zjednoczone 49,63
32 Seul (Yeouido), Korea Południowa 48,70
33 Mediolan, Włochy 47,87
34 Tajpej, Tajwan 47,00
35 Oslo, Norwegia 45,26
36 Stambuł, Turcja 44,55
37 Frankfurt, Niemcy 44,40
38 Helsinki, Finlandia 44,15
39 Kanton, Chiny 42,10
40 Meksyk, Meksyk 41,50
41 Ho Chi Minh City, Wietnam 41,05
42 São Paulo, Brazylia 40,81
43 Monachium, Niemcy 40,22
44 Rzym, Włochy 38,30
45 Seattle (Downtown), Stany Zjednoczone 38,27
46 Brisbane, Australia 38,16
47 Perth, Australia 37,04
48 Abu Dhabi, Zjednoczone Emiraty Arabskie 36,92
49 Manchester, Wielka Brytania 36,85
50 Amsterdam, Holandia 36,54

 

Źródło: CBRE Research, 4kw. 2016

Wydatki na reklamę branży e-commerce

Branża e-commerce przeznaczyła na promocje w 2016 roku prawie 222,2 mln zł, o około 16,9 mln zł mniej niż w 2015 roku. Lider sektora – Grupa Allegro zmniejszyła inwestycje w reklamę aż o 45% w porównaniu rok do roku. Plasujące się za nią Zalando także zanotowało znaczny spadek – o 39% – wynika z analizy domu mediowego Codemedia. O 88% wzrosły wydatki na reklamę zamykającego zestawienie TOP 3 reklamodawców sektora Naspers Classifieds – właściciela takich serwisów jak OLX.pl, otodom.pl i otomoto.pl.

Kategorie

Najwięcej na reklamę w sektorze e-commerce wydają reklamodawcy z kategorii sklepy internetowe, w 2016 r. ich udział wyniósł 71%. Na drugim miejscu plasują się serwisy ogłoszeniowe (11%), a na trzecim aukcje i narzędzia aukcyjne (10%). Kolejne pozycje zajmują porównywarki cen (5%) i pasaże handlowe (2%).

Wydatki reklamowe w e-commerce 2016 W porównaniu do poprzedniego roku inwestycje w promocję sklepów internetowych spadły o 9% (ponad 15 mln zł). Od kilku lat wzrasta częstotliwość robienia przez nas zakupów w sieci. Z raportu „E-zakupy 2016” przygotowanego przez serwis zakupowy Ceneo.pl we współpracy z agencją badawczą TNS Polska wynika, że co drugi e-konsument robi zakupy kilka razy w miesiącu, trzy lata temu był to zaledwie co trzeci. W przyszłości coraz więcej osób będzie wybierało e-zakupy zamiast tych tradycyjnych. Sprzedający w Internecie będą musieli walczyć o klienta. Część z nich na pewno zwiększy nakłady na działania wizerunkowe i wspierające sprzedaż oferowanych produktów – zauważa Anna Lipińska, Group Account Director z domu mediowego Codemedia. Mniej na reklamę w 2016 roku niż w 2015 wydali także reklamodawcy z kategorii aukcje i narzędzia aukcyjne – o 22%. Wzrosły zaś inwestycje w promocję serwisów ogłoszeniowych – o 22%.

Reklamodawcy

Zestawienie e-commerców, które wydały najwięcej na reklamę w 2016 roku, otwiera Grupa Allegro, która przeznaczyła na promocję 26,4 mln zł. Za nią znalazło się Zalando oraz Naspers Classifieds z inwestycjami na poziomie odpowiednio 23,4 mln zł i 12,3 mln zł. Na kolejnych miejscach uplasowały się: Bon Prix, Tchibo, Eobuwie.pl, Grupa Wirtualna Polska, Heligo Polska (właściciel Enbutique.com), Polska Press Grupa i Ucando – internetowy sklep motoryzacyjny. Inwestycje w promocję TOP 10 reklamodawców stanowiły w 2016 roku ponad połowę (52%) wydatków mediowych całego sektora. W porównaniu do 2015 roku jest to spadek o 11 punktów procentowych.

Wśród TOP 10 brandów zalazło się osiem sklepów internetowych: Zalando.pl, Bob Prix, Tchibo, Eobuwie.pl, Domodi.pl, Enbutique.com, Ucando.pl i Denley.pl, odpowiednio na: 1,3,4,5,7,8,9 i 10 pozycji. Na drugim miejscu uplasowała się platforma zakupowa Allegro zaliczana do kategorii aukcje i narzędzia aukcyjne, a na szóstym Ceneo – lider kategorii porównywarki cen. Oba brandy należą do Grupy Allegro.

Reklamodawcy z branży e-commerce przeznaczyli w 2016 roku największe nakłady na promocję odzieży i obuwia – ponad 86,8 mln zł, o prawie 16 mln zł mniej niż w poprzednim roku.

Media

Wydatki reklamowe w e-commerce 2016 podział na mediaSektor e-commerce w 2016 roku najwięcej wydał na reklamę w Internecie – 63% nakładów. W porównaniu rok do roku jest to spadek o 4 punkty procentowe, a wartościowo prawie 19,8 mln zł. W dalszej kolejności wybierane były: telewizja – 18%, magazyny – 10%, outdoor – 3%, radio – 3%, gazety – 2% i kina – 2%. Wśród nich nieznaczny wzrostu udziałów odnotowały: telewizja i magazyny – po 2 punkty procentowe oraz outdoor o 1 punkt procentowy.

Lider sektora – Grupa Allegro – zdecydowanie więcej niż reszta e-commerców przeznaczyła w 2016 roku na promocję w telewizji, która stanowiła ponad połowę (53%) jej nakładów na media. Wydatki na reklamę w Internecie stanowiły zaledwie jedną trzecią. W poprzednim roku sytuacja wyglądała odwrotnie – udział telewizji wynosił 33%, a Internetu 47%. Przyczyny tak dużej zmiany należy upatrywać w nowej strategii reklamowej właściciela popularnej wśród Polaków platformy zakupowej – mówi Anna Lipińska, Group Account Director z domu mediowego Codemedia.

W TOP 10 najchętniej wybieranych mediów przez reklamodawców z branży e-commerce w 2016 roku znalazły się: WP.pl, Onet.pl, Polsat, TVN, Gazeta.pl, Plotek.pl, OLX.pl, Sport.pl, Plejada.pl, Fakt.pl.

Analiza została przygotowana przez dom mediowy Codemedia na podstawie unettowionych danych Kantar Media.

Rośnie liczba osób zadłużonych w kredytach mieszkaniowych, ale nie frankowiczów

Jak wynika z analizy Biura Informacji Kredytowej, rośnie liczba osób obsługujących kredyty mieszkaniowe i kwota ich zadłużenia, ale dotyczy to tylko kredytów złotowych. Liczba kredytobiorców walutowych stale spada, ich zadłużenie w przeliczeniu na złote zmienia się wraz z wahaniami kursowymi, ale generalnie pozostaje na stałym poziomie. Osób z mieszkaniowymi kredytami złotowymi przybyło 26,2 tys., walutowców było w grudniu w porównaniu z wrześniem o 9,5 tys. mniej, a frankowiczów – mniej o 8,5 tys.

Rośnie liczba osób zadłużonych w kredytach mieszkaniowych

W IV kw. przybyło 16,7 tys. osób obsługujących kredyty mieszkaniowe. W grudniu 2016 r. zadłużenie kredytobiorców złotowych było o 6 mld zł wyższe niż we wrześniu, od początku roku wzrosło o 24 mld zł. Z kolei osób obsługujących kredyty walutowe stale ubywa – w 2016 r. ubyło ich 39 tys. (3,5%), w tym 33 tys. frankowiczów. Kredytobiorcy frankowi ciągle wydają się odporni na wahania kursu.W IV kw. 2016 r. kurs złotego wobec franka, wahając się, utrzymywał zbliżony poziom.

Portfel kredytowy Polaków

Kredyty walutowe obecnie występują w ofercie banków w coraz mniejszym stopniu, dotyczy to również zobowiązań w szwajcarskiej walucie. Bazy BIK, zawierające informacje o 15,13 mln kredytobiorców w Polsce, odnotowują obecnie 6% udział osób spłacających zobowiązania we frankach. Kwota do spłaty wszystkich kredytobiorców bez względu na walutę wynosi w przeliczeniu na złote 576,56 mld zł, z czego 164,15 mld zł to wartość do spłaty wszystkich rodzajów kredytów posiadanych przez kredytobiorców frankowych. Liczba wszystkich kredytów posiadanych przez frankowiczów wynosi 1,83 mln szt., co stanowi 7,0% spośród 27,39 mln szt. kredytów obsługiwanych przez wszystkich Polaków łącznie.

Kredytobiorcy frankowi i ich kredyty

Łączna kwota do spłaty z tytułu kredytów mieszkaniowych w CHF to 136,81 mld zł a całkowite aktualne zadłużenie kredytobiorców frankowych z tytułu wszystkich posiadanych produktów kredytowych to 164,15 mld zł. Na tę wartość składają się oprócz frankowych, i zaciągniętych w innych walutach (głównie w zł) kredytów mieszkaniowych, kredyty konsumpcyjne o wartości 7,40 mld zł, następnie karty kredytowe na kwotę do spłaty wynoszącą 1,51 mld zł, a także udzielone limity kredytowe w wysokości do spłaty 1,27 mld zł.

Zmniejsza się liczba kredytów frankowych

Jakość obsługi kredytów mieszkaniowych we frankach

Kredyt może zmienić swój status z dobrze spłacanego kredytu na kredyt przeterminowany, rozumiany jako opóźnienie w spłacie powyżej 90 dni. Jakość obsługi wszelkich kredytów, w tym kredytów mieszkaniowych zależy od terminowej spłaty. W przypadku obsługi kredytów mieszkaniowych we frankach jakość jest bardzo dobra.

Z analiz BIK wynika, że aż 96,7 proc. osób posiadających kredyt mieszkaniowy we franku terminowo spłaca wszystkie swoje kredyty. Zaledwie 3,3 proc. z nich (29 388 osób)ma opóźnienie w spłacie kredytów mieszkaniowych i innych zaciągniętych zobowiązań kredytowych. Z kolei opóźnienie w spłacie kredytu mieszkaniowego udzielonego w walucie CHF, ma 10 225 osób – jest to 1,1% osób spośród wszystkich kredytobiorców frankowych.

Gdyby rozpatrywać jakość portfela frankowego wedle miary NPL (Non performing loans), to rośnie odsetek rachunków wchodzących w miesiącu w status powyżej 90 dni opóźnienia. Oznacza to, że w pewnym stopniu jest to efekt starzenia się portfela, czyli niewielkiego dopływu nowych rachunków walutowych, któremu towarzyszy spadek liczby kredytów w wyniku całkowitej spłaty kredytów udzielonych w poprzednich latach.

– Wartość NPL dla walutowych kredytów wynosi ok. 2% a złotowych 2,5% – mówi prof. Waldemar Rogowski, główny analityk kredytowy BIK.– W końcu 2016 r. w bankach 11,2 tys. rachunków frankowych było w statusie pow.90 dni opóźnienia. Do tej liczby dolicza się 5,5 tys. rachunków obecnie złotowych, które w momencie przewalutowania z CHF były w statusie >90 dni opóźnienia. Przyjmując miarę vintage (porównanie kredytów z różnych roczników), kredyty pochodzące z „kryzysowych” roczników 2007–2009 zarówno złotowe, jak i frankowe mają najwyższy poziom szkodowości, nawet wyższy niż starsze roczniki z 2005 i 2006. Najwyższy poziom szkodowości kredytów mieszkaniowych (3,64%) w grudniu 2016 r. dotyczył kredytów mieszkaniowych z rocznika 2008 – podkreśla prof. Waldemar Rogowski.

Idealne auto dla MŚP. Handel i produkcja stawiają na preferencyjne warunki zakupu, HoReCa chce samochodów wielofunkcyjnych!

Niski koszt eksploatacji to najważniejszy wyróżnik idealnego samochodu firmowego dla niemal połowy przedsiębiorców z sektora MŚP. Jak wynika z badania Instytutu Keralla zrealizowanego na zlecenie Carefleet S.A. ta cecha aut służbowych jest szczególnie istotna dla firm budowlanych i usługowych. Przedsiębiorstwa transportowe stawiają z kolei na pozytywne doświadczenia z marką, handel i produkcja na preferencyjne warunki zakupu, a HoReCa na wielofunkcyjność.

Małe i średnie firmy, decydując się na zakup samochodów służbowych, zwracają uwagę przede wszystkim na koszty. Auta w biznesie pełnią funkcję narzędzia pracy, dlatego dla przedsiębiorców priorytetem jest ich efektywność ekonomiczna. Niski koszt eksploatacji i preferencyjne warunki zakupu to najczęstsze kryteria wyboru pojazdów w sektorze MŚP – twierdzi Bartosz Olejnik, Dyrektor Sprzedaży i Marketingu w Carefleet S.A., jednej z czołowych polskich firm specjalizujących się w wynajmie długoterminowym samochodów.

Koszty najważniejsze

Polski sektor MŚP liczy ponad 2 miliony przedsiębiorstw. Niskie koszty eksploatacji samochodów służbowych są szczególnie istotne dla firm budowlanych – niemal 59 proc. ich przedstawicieli wskazało tę cechę jako najważniejszy wyróżnik idealnego auta. To również kluczowe kryterium wyboru pojazdów dla firm z branży usługowej – 50,4 proc. wskazań. W sektorze MŚP na niskie koszty eksploatacji służbowych pojazdów zwracają ponadto uwagę przedsiębiorstwa produkcyjne (47,3 proc. wskazań) oraz handlowe (34 proc. wskazań), choć dla nich zdecydowanie ważniejsze są oszczędności w krótkiej perspektywie czasu. 74 proc. badanych przedstawicieli sektora handlowego i niemal połowa respondentów z branży produkcyjnej, decydując się na nabycie nowych aut służbowych, kieruje się  przede wszystkim preferencyjnymi warunkami zakupu.

HoReCa i usługi chcą aut wielofunkcyjnych 

Niemal 60 proc. ankietowanych przedstawicieli małych i średnich przedsiębiorstw z branży HoReCa za najważniejszą cechę idealnego samochodu służbowego uważa wielofunkcyjność, czyli łączenie funkcji auta dostawczego i osobowego. To również istotny czynnik dla firm usługowych (50,4 proc wskazań).

Im mniejsze przedsiębiorstwo, tym zazwyczaj większa potrzeba posiadania samochodu uniwersalnego. Poszukiwanie kompromisu pomiędzy autem biznesowym a użytkowym to domena przede wszystkim branż, w których w specyfikę biznesu wpisane jest częste przewożenie niewielkich ładunków, czyli np. branży  usługowej, handlowej czy gastronomicznej – dodaje Bartosz Olejnik.

Wysoko w rankingu cech idealnego samochodu służbowego uplasowały się również wcześniejsze pozytywne doświadczenia z daną marką motoryzacyjną. To cechy szczególnie istotne dla firm transportowych (48,3 proc. wskazań) i budowlanych (39,7 proc. wskazań)

Bezpieczeństwo na szarym końcu

Najmniej istotną cechą idealnego samochodu służbowego dla sektora MŚP okazało się bezpieczeństwo, które znalazło się na samym końcu rankingu we wszystkich badanych branżach. Co ciekawe, również bogate wyposażenie nie jest kryterium decydującym o wyborze doskonałego pojazdu (11 proc wskazań w branży produkcyjnej i budowlanej, 17,2 proc. w HoReCa, 26 proc w handlu).

Do końca dekady analitykę danych wykorzystywać będzie 90% globalnych instytucji

Zastosowanie analizy dużych zbiorów danych w celach poprawy wydajności biznesowej będzie wzrastać w dynamicznym tempie pomimo szeregu wyzwań. To nadrzędny wniosek z raportu przygotowanego przez Forrestera na zlecenie firmy Atos, według którego do 2020 roku odsetek globalnych firm i organizacji nieuwzględniających w swojej strategii analizy danych wynosił będzie zaledwie 10%.

Zdecydowana większość respondentów reprezentujących przedsiębiorstwa z całego świata podzielona była na tych, którzy deklarowali obecne wykorzystanie narzędzi i metod przetwarzania danych, i tych, którzy planują wdrożyć analitykę w ciągu najbliższych 12 miesięcy. Niezależnie od podziału na wzięte pod uwagę poszczególne sektory gospodarki: finanse, sprzedaż detaliczną, telekomunikację, przemysł, energetykę i sektor publiczny.

Rewolucja jest blisko

Obecnie kluczowe procesy biznesowe wewnątrz przedsiębiorstw są uzależnione od złożonej analityki dużych zbiorów danych w przypadku 40% światowych firm. Do końca przyszłego roku ten odsetek wzrośnie blisko dwukrotnie – do co najmniej 70%, by u schyłku dekady sięgnąć poziomu 90%.

Transbranżowe korzyści

Lista benefitów osiąganych dzięki wdrożeniom narzędzi i odpowiednich metod analizowania strumieni danych jest naturalnie odmienna dla każdego z przebadanych sektorów, jednak hasłem przewodnim, według uczestników badania, jest modyfikacja dotychczasowych modeli operacyjnych pod kątem przyspieszonego rozwoju i zwiększenia konkurencyjności.

– Sektor prywatny, w tym głównie retail, stawia przede wszystkim na monetyzację danych, wykorzystując je do celów właściwego targetowania treści reklamowych czy „zasilanego” cyfrowymi informacjami real-time marketingu. Sektor produkcyjny natomiast adaptuje analitykę danych, by szybciej wprowadzać na rynek nowe produkty. Jest to możliwe głównie dzięki analizie predyktywnej. W przypadku instytucji finansowych najważniejszym powodem dla implementacji analizy danych jest natychmiastowa identyfikacja klientów i przeciwdziałanie nadużyciom finansowym. Instytucje rządowe z kolei chcą skuteczniej wprowadzać innowacje i lepiej realizować inicjatywy skierowane w stronę obywateli. W tym celu coraz częściej sięgają po złożone narzędzia analityczne przetwarzające dane, pochodzące od podmiotów zewnętrznych – tłumaczy Maciej Sawa, Chief Commercial Officer w Cloud Technologies, specjalizującej się w Big Data Marketingu i monetyzacji danych.

Wyzwania na analitycznej drodze

Autorzy raportu postawili zaproszonym menadżerom pytanie o największe wyzwania, z którymi ich przedsiębiorstwa będą musiały się zmierzyć w drodze do komplementarnych wdrożeń biznesowej analityki danych. Największym z nich okazał się wzrost liczby generowanych danych, które przyrastać będą niemal lawinowo – to główne wyzwanie zdaniem 44% respondentów. Na drugim miejscu uplasowała się potrzeba zapewnienia cyfrowym informacjom bezpieczeństwa i prywatności – według 36% ankietowanych. Stale zauważalnym problemem pozostaje również brak odpowiednich kwalifikacji IT wewnątrz firmowych zespołów, który stanowi największe wyzwanie dla 27% uczestników badania.

– Wnioski z badania, w którym udział wzięli decydenci przedsiębiorstw i organizacji z całego świata, można przenieść także na rodzime podwórko. Danych będzie stale przybywać w trudnym do przewidzenia tempie, więc zapotrzebowanie firm na użytkowane zasoby IT także będzie stale wzrastać. Jednocześnie organizacje będą coraz mocnej akcentować potrzebę optymalizacji kosztów, stąd do końca dekady na znaczeniu zyskiwać będzie możliwość wynajęcia infrastruktury IT, której moc można skalować w zależności od potrzeb – już dzisiaj widać to po rosnącym zainteresowaniu usługami typu XaaS, w tym głównie infrastrukturą na wynajem (IaaS). Kluczowym wyzwaniem według respondentów badania jest również zapewnienie firmowym danym bezpieczeństwa – o ile obecnie część organizacji jest w stanie poradzić sobie z tym zadaniem samodzielnie dzięki ograniczonej liczbie źródeł i interfejsów, to dynamiczny przyrost danych może oznaczać potrzebę sięgnięcia po rozwiązania o większej skali przeciwdziałania incydentom. Stanowi to uzasadnienie dla podkreślanej przez autorów raportu roli wartości dodanych wynikających ze współpracy firm z partnerami technologicznymi – dodaje Robert Mikołajski z Atmana, lidera polskiego rynku data center.

Trzy priorytety

Publikacja Atosa opracowana we współpracy z Forresterem informuje, jak przedstawia się dzisiaj spis kluczowych celów wszystkich działań operacyjnych podejmowanych przez globalne przedsiębiorstwa. Pierwszym z listy jest poprawa zdolności do wdrażania innowacji, drugim – zwiększenie poziomu osiąganych zysków. „Podium” zamyka poprawa satysfakcji klientów i osób korzystających z usług publicznych.

Płatne serwisy VoD zastąpią telewizję?

Prognozy PwC na lata 2016-2020 mówią, że sprzedaż materiałów video do użytku domowego będzie rosnąć. Jak podaje w raporcie Digital Virgo, już dziś możemy zauważyć wzrost zakupu treści w takich segmentach, jak telewizja i gry. Z tej samej analizy wynika, że 65% polskich internautów przynajmniej raz dokonało w Internecie zakupu treści i usług cyfrowych. W lutym 2016 w Polsce pojawił się nowy serwis VoD, ShowMax, który uruchomił jako jedną z metod płatności Direct Billing. Czy serwisy z treściami wideo są tym czego szukają Polacy w Internecie?

E-booki, muzyka oraz bilety, gry i dostęp do platform VoD –  to kupują Polacy w sieci. 70% polskich konsumentów, którzy kupują w Internecie treści i usługi cyfrowe, robi to w celach rozrywkowych – ponad 80% mężczyzn i 69,8% kobiet. Rynek e-rozrywki rośnie, a perspektywy na najbliższe lata są obiecujące. Jak prognozują eksperci PwC, w ciągu najbliższych 4 lat wartość rynku digital goods może rozwijać się w tempie 2,2% rocznie. Wpływ na popularyzację rozrywki internetowej ma łatwiejszy dostęp do szybkiego Internetu i rozwój technologii. Coraz częściej dostęp do platform oferujących treści rozrywkowe jest oferowany razem z usługami wielu operatorów telewizyjnych i telekomunikacyjnych. Rozwój technologii komunikacyjnych daje nowe, większe i lepsze możliwości przesyłania treści cyfrowych i zmienia konsumpcję rozrywki. Świadczy o tym chociażby coraz większe zainteresowanie polskim rynkiem dużych graczy, oferujących e-rozrywkę. Serwisy streamingowe, muzyczne, czy wideo, a także biblioteki z ebookami, stają się coraz bardziej popularne — mówi Marcin Łaciak, Dyrektor Sprzedaży i Marketingu Digital Virgo.

 1 na 4 Polaków płaci za treści wideo w sieci

Wydawać by się mogło, że najpopularniejszymi treściami cyfrowymi są filmy i seriale. Według prognoz rynkowych, platformy VoD w ciągu najbliższych 5 lat na całym świecie będą rozwijać się w zawrotnym tempie – ze 163 mln użytkowników w 2016 roku do nawet 383 mln w 2021 roku, wynika z raportu Digital Virgo. Największymi graczami na światowym rynku rozrywki są przede wszystkim serwisy oferujące streming muzyczny i wideo – filmów i seriali. W Polsce dostępne są serwisy Netflix, Amazon Prime Video i HBO GO, a od niedawna również ShowMax. ShowMax wyróżnia się spośród innych serwisów, że od początku mocno postawił na obsługę prostych i szybkich transakcji w postaci Direct Billingu.

Tymczasem w badaniu Digital Virgo płacenie za tego typu treści cyfrowe zadeklarowało zaledwie 23,4% respondentów. Zdecydowanie większą popularnością cieszą się serwisy udostępniające muzykę (33%) i gry (27%). Co ciekawe, to mieszkańcy mniejszych miast najczęściej wykupują abonament w serwisach streamingowych. Zazwyczaj są to osoby z miast od 200 do 499 tys. (34,1%) i miejscowości do 20 tys. mieszkańców (33,3%). Tymczasem w miastach powyżej 500 tys. mieszkańców na taki wydatek decyduje się zaledwie 13,6% ankietowanych. Może być to związane z faktem dostępnej w danych miejscowościach oferty kulturalnej.

Torrenty zamiast płatnych usług VoD?

Treści wideo, takie jak filmy i seriale, są najpopularniejszymi treściami pobieranymi z tzw. torrentów. Niemal 40% internautów przyznaje się do tego – 34% okazjonalnie pobierało w ten sposób filmy czy muzykę, a 6% robi to regularnie.

Co ciekawe, korzystanie z torrentów nie jest zamiennikiem legalnego, odpłatnego nabywania treści cyfrowych. Wśród osób, które nigdy nie kupiły za pośrednictwem Internetu, np. dostępu do platformy VOD, jedynie 3,7% deklaruje, że regularnie korzysta z torrentów, podczas gdy 79% podaje, że tego nie robi wcale. Tymczasem wśród osób, które regularnie dokonują zakupów przez Internet, treści cyfrowe regularnie z torrentów ściąga już 13,6% respondentów, a mniej niż połowa deklaruje, że nie robiła tego nigdy (47,5%).

20% wkładu własnego to mit?

  • Większość banków* nie wymaga od klientów 20% wkładu własnego.
  • Oczekują jednak w zamian wykupu ubezpieczenia, zapłaty wyższej marży lub blokady zdeponowanych w banku środków.
  • Niektóre banki nie wymagają jednak żadnego dodatkowego zabezpieczenia, nawet przy 10% wkładzie własnym lub zamiast wkładu własnego oczekują jedynie ubezpieczenia.

Od początku 2017 r. obowiązuje w Polsce wymóg 20% wkładu własnego przy zakupie nieruchomości finansowanej kredytem hipotecznym. Jego wysokość określa Rekomendacja S, stworzona przez Komisję Nadzoru Finansowego. Jeszcze przed 2014 r. banki nie wymagały żadnego wkładu własnego, niektóre oferowały nawet kredyty w wysokości do 120% wartości nieruchomości, jednak wraz z wprowadzeniem rekomendacji, ustalono bezwzględny wymóg posiadania własnych środków. Na początku było to 5% wartości nieruchomości, ale z każdym rokiem kwota zwiększała się o kolejne 5%.  Rok 2017 jest ostatnim etapem wdrażania Rekomendacji S. Banki jednak znalazły sposób na udzielanie kredytów w wysokości do 90% wartości nieruchomości poprzez zastosowanie dodatkowych zabezpieczeń brakującego wkładu własnego.

Katarzyna Dmowska
Katarzyna Dmowska z ANG Spółdzielni Doradców Kredytowych

Wprowadzenie bezwzględnego wymogu posiadania wkładu własnego jest konsekwencją kryzysu sprzed kilku lat – tłumaczy Katarzyna Dmowska z ANG Spółdzielni Doradców Kredytowych. – Jednak zgromadzenie środków w wysokości 20% wartości nieruchomości dla wielu młodych ludzi może być problemem. Przy średniej cenie mieszkania w dużym mieście, która wynosi ok. 300 tys. zł oznacza to konieczność posiadania 60 tys. zł wolnych środków własnych. Dla tych osób niektóre banki przygotowały ofertę 90% wartości nieruchomości, jednak opcja taka wiąże się z większym kosztem kredytu, który to koszt ma zrekompensować bankom podwyższone ryzyko z tytułu obniżonego wkładu własnego.

ANG Spółdzielnia Doradców Kredytowych przygotowała zestawienie kilkunastu największych działających w Polsce banków, pod kątem wysokości minimalnego oczekiwanego przez nie wkładu własnego. Okazuje się, że 9 z 14 banków, które znalazły się w porównaniu, nie przedstawia 20% wkładu własnego jako wymogu koniecznego do uzyskania kredytu hipotecznego. Jeden z banków nie wymaga żadnego wkładu, a jako wystarczające zabezpieczenie traktuje ubezpieczenie finansowane przez bank. Inny bank natomiast obniżył minimalny wkład własny do 10%, nie wymagając przy tym żadnych zabezpieczeń. W reszcie ofert znaleźć można 10% wkładu własnego pod warunkiem wyższej marży, ubezpieczenia lub blokady środków zdeponowanych w banku**.

Banki stosują różne dodatkowe zabezpieczenia w zamian za udzielenie kredytu w wyższej kwocie niż 80% wartości nieruchomości, różnorodne są też koszty tych zabezpieczeń. W niektórych bankach wymagany wkład własny uzależniony jest np. od źródła uzyskiwania dochodów. W tym samym banku, osoby prowadzące własną działalność gospodarczą będą musiały dysponować o 5% wyższym wkładem własnym niż osoby zatrudnione na pełen etat. Dlatego najlepszym sposobem jest sprawdzenie ofert z kilku banków, w celu znalezienia najlepiej dopasowanej do naszych możliwości i potrzeb opcji kredytu hipotecznego.– dodaje Katarzyna Dmowska z ANG.

Bank Minimalny wkład własny Warunki niższego wkładu własnego
Alior Bank 10% Wyższa marża w całym okresie kredytowania
Bank Millennium 10% Ubezpieczenie
BOŚ <20% Zastaw lub blokada środków na rachunku bankowym
BGŻ 20%  
CITI <20% Tylko dla niektórych klientów – blokada środków zdeponowanych w Banku.
BZ WBK 10% Ubezpieczenie
Deutsche Bank 10%
(uzyskujący dochód z tyt. działalności gospodarczej 15%)
Podwyższenie oprocentowania do czasu spłaty wymaganej części kapitału.
Euro Bank 20%  
ING 20%  
mBank 0% BHWN* Ubezpieczenie
Pekao Bank Hipoteczny 10% Brak
Pekao S.A. 10% Ubezpieczenie
PKO BP 10% Ubezpieczenie niskiego wkładu własnego, podwyższenie marży do czasu spłaty kredytowanego wkładu własnego
Raiffeisen Polbank 10% Określone przez bank warunki, jakie musi spełniać nieruchomość
* mBank Hipoteczny (bankowa hipoteczna wartość nieruchomości, która zazwyczaj jest niższa o ok. 10%  od wartości rynkowej)
Źródło: ANG Spółdzielnia Doradców Kredytowych

* Połowa banków, które znalazły się w zestawieniu

** Szczegółowe wyliczenia w tabeli pod tekstem

Co nie jest zakazane, będzie podatnikom dozwolone?

Trwają społeczne konsultacje na temat prawa przedsiębiorców, które ma za zadanie zastąpić ustawę o swobodzie działalności gospodarczej. Nowe prawo wprowadza dla podatnika zasadę rozstrzygania wątpliwości na jego korzyść. Kolejna nowa zasada brzmi „to, co nie jest prawem zabronione, jest dozwolone” – będzie to najistotniejsza zasada, nie wynikająca wcześniej wprost z przepisów.

– Praktyka i korzystanie z tej zasady ujawni się dopiero za 2-3 lata w sporach sądowych – powiedziała agencji eNewsroom.pl Marta Szafarowska, doradca podatkowy, partner w kancelarii Gekko Taxens – Mowa o zakazie unikania opodatkowania i klauzuli opodatkowania oraz o klauzuli nadużycia prawa w zakresie ustawy o VAT. Z jednej strony podatnik na gruncie konstytucji dla biznesu będzie mógł się czuć swobodnie – co nie jest zakazane, będzie dozwolone – a z drugiej strony nadal funkcjonowały będą zasady służące unikaniu i nadużyciu prawa. Czynności zgodne z prawem mogą prowadzić do zaniżania podatku i dodatkowych zobowiązań po stronie podatnika. Zauważalny jest spór pomiędzy tymi zasadami w przyszłości, lecz wszystko się okaże dopiero w trakcie postępowań sądowych – oceniła Szafarowska.

„Państwowe” banki: wynagrodzenia według nowej ustawy kominowej czy CRD IV?

Zarówno Skarb Państwa, jak i niektóre państwowe osoby prawne (np. NFOŚiGW) posiadają bezpośrednio oraz pośrednio akcje w szeregu podmiotów funkcjonujących w sektorze bankowym. Ponadto widać zauważalny trend w kierunku „repolonizacji” banków i można przewidywać że wpływ właścicielski Państwa na ten sektor będzie systematycznie rósł.

Osoby reprezentujące Skarb Państwa lub państwowe osoby prawne w takich podmiotach zobowiązane są podejmować działania mające na celu ukształtowanie i stosowanie w nich zasad wynagradzania członków Zarządów oraz Rad Nadzorczych określonych w tzw. nowej ustawie kominowej. Z drugiej strony na członkach Zarządów i Rad Nadzorczych ciąży ich własny obowiązek wdrożenia w tych podmiotach zasad wynagradzania odpowiadających wymogom określonym w przepisach wdrażających w Polsce dyrektywy UE odnoszące się do wynagrodzeń w sektorze bankowym (tzw. dyrektywa CRD IV). Zasady te powinny obejmować min.. samych członków Zarządów oraz Rad Nadzorczych. Pojawia się więc wątpliwość czy w takich „państwowych” bankach wynagrodzenia Zarządów oraz Rad Nadzorczych powinny odpowiadać wymogom ustawy kominowej, przepisom wdrażającym dyrektywy UE dotyczące sektora bankowego (najważniejszym aktem w tym zakresie jest ogłoszone 24.03.2017 r. rozporządzenie MF wdrażające zasady wynikające z dyrektywy CRD IV) czy też wszystkim tym zasadom jednocześnie?

Ani w prawie bankowym, ani w nowej ustawie kominowej nie przewidziano przepisu rozstrzygającego jednoznacznie, które z tych przepisów, w razie sprzeczności, mają pierwszeństwo stosowania. Co więcej, ani ustawa kominowa ani prawo bankowe i rozporządzenie Ministra Finansów nie kształtują bezpośrednio polityki wynagrodzeń w bankach. Oba te akty nakładają jedynie obowiązek podjęcia działań zmierzających do ich wdrożenia w danej instytucji. Inne są też sankcję za ich niepodjęcie bądź nieprawidłowe zastosowania. Przede wszystkim oba akty skierowane są do innych podmiotów tj. osoby reprezentujące wspólnika w przypadku „kominówki” i członkowie Zarządów i RN w przypadku prawa bankowego. W celu uniknięcia sankcji i jednocześnie aby nie doprowadzić do sytuacji, w której np. uchwała o zasadach wynagradzania członków Zarządu będzie sprzeczna z przyjętą przez ten Zarząd polityką wynagrodzeń, każdy z tych podmiotów powinien znać obowiązki, które ciążą na pozostałych. Jest to o tyle istotne, że naszym zdaniem możliwe jest pogodzenie wymów ustawy kominowej oraz wymogów prawa bankowego

Podział wynagrodzenia na stałe i zmienne

Zarówno ustawy kominowa, jak i prawo bankowe wymagają, aby wynagrodzenie członków Zarządów składało się z części stałej oraz zmiennej. W pierwszym przypadku maksymalny poziom wynagrodzenia stałego uzależnionego od skali działalności danego podmiotu, a maksymalna wysokości wynagrodzenia zmiennego nie powinna przekraczać 50% wynagrodzenia stałego za dany rok bądź 100% w przypadku spółek publicznych. Dyrektywa CRD IV nie określa precyzyjnie jaka powinna być wysokość wynagrodzenia stałego ale wskazuje, że powinno ono stanowić przeważającą część wynagrodzenia, tak aby możliwe było prowadzenie elastycznej polityki zmiennych składników wynagrodzenia. Co do zasady zmienne składniki wynagrodzenia nie powinny zaś przekraczać 100 % wynagrodzenia zasadniczego. Wymogi te są więc możliwe do pogodzenia z ustawą kominową.

Odroczenie wypłaty wynagrodzenia zmiennego

Zgodnie z projektem rozporządzenia MF implementującym w Polsce dyrektywę CRD IV co najmniej 40% wynagrodzenia zmiennego wypłaca się po zakończeniu okresu oceny, za jaki to wynagrodzenie przysługuje, przy czym wypłata następuje nie wcześniej, niż w ciągu 3 do 5 lat, w równych rocznych ratach płatnych z dołu i jest uzależniona od efektów pracy w tym okresie. Ustawa kominowa również dopuszcza odroczenie wynagrodzenia zmiennego, przy czym na okres nie dłuży niż 36 miesięcy (czyli do 3 lat). Ustawa nie precyzuje od jakich warunków powinna być uzależniona utrata prawa do otrzymania odroczonych składników wynagrodzenia pozostawiając swobodę wspólnikom przy podejmowaniu decyzji w tym zakresie. W konsekwencji, aby nie naruszyć żadnych wymogów co najmniej 40% wynagrodzenia zmiennego członków Zarządu powinno być odroczone na dokładnie 36 miesięcy i płatne z dołu w równych rocznych ratach.

Zawieranie umów o świadczenie usług z członkami Zarządów

Ustawa kominowa wprowadza wymóg zawierania z członkami Zarządów umów o świadczenie usług zarządzania na czas pełnienia funkcji, z obowiązkiem osobistego świadczenia pracy. Nie jest dopuszczalne zawieranie z nimi umów o pracę. Ograniczenie to nie narusza prawa bankowego, gdyż nie wyklucza ono cywilnoprawnej podstawy zatrudnienia członków zarządu.

Część wynagrodzenia zmiennego w formie akcji lub instrumentów finansowych

Zgodnie z rozporządzeniem MF co najmniej 50% wynagrodzenia zmiennego stanowić ma zachętę do szczególnej dbałości o długoterminowe dobro banku i w tym celu być przyznawana w formie akcji lub instrumentów finansowych. Ustawa kominowa nie przewiduje wprost przyznawania wynagrodzenia w takiej formie. Jednocześnie jednak w żadnym punkcie tego nie wyklucza. Co więcej, jedynie w przypadku części stałej wynagrodzenia wskazuje, że powinna być ona wyrażona „kwotowo”. Może to sugerować, że ustawodawca dopuszcza przyznawanie wynagrodzenia zmiennego w formie innej niż pieniężna. Również w tym zakresie nie dochodzi do sprzeczności wymogów ustawy kominowej z prawem bankowym.

Wynagradzanie członków Rad Nadzorczych

Ustawa kominowa przewiduje maksymalny poziom wynagrodzenia, jaki może być przyznany członkom Rad Nadzorczych. Jest on uzależniony od skali działalności danej spółki. Nie przewidziano podziału wynagrodzenia na część stałą i zmienną bądź odraczania wypłaty takiego wynagrodzenia. W tym zakresie również nie dochodzi do sprzeczności z przepisami wdrażającymi dyrektywę CRD IV, gdyż rozporządzenie MF dopuszcza niestosowanie do członków rad nadzorczych takiego podziału bądź wymogów w zakresie odraczania płatności.

Wprowadzenie analogicznych zasad w spółkach kontrolowanych

Wdrażając zasady wynikające z ustawy kominowej należy mieć na uwadze, że jednym z celów premiowych członków Zarządów powinno być wprowadzenie zasad wynikających z tej ustawy również w każdej spółce zależnej w rozumieniu ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów. W praktyce więc może okazać się, że nowe zasady wynikające z tej ustawy powinny być wdrożone w całych grupach kontrolowanych przez podmioty, w których udziały/akcje posiada Skarb Państwa, jednostki samorządu terytorialnego, państwowe lub komunalne osoby prawne. Jest to spójne z wymogami prawa bankowego. Polityka wynagrodzeń powinna bowiem obejmować także podmioty zależne oraz uwzględniać politykę wynagrodzeń stosowaną przez podmiot dominujący. W praktyce, uzależnienie wypłaty części zmiennej wynagrodzenia członków zarządu od wprowadzenia podobnych zasad wobec członków zarządu w podmiotach zależnych jest zgodne z prawem bankowym.

r.pr. Katarzyna Sarek-Sadurska – Kieruje działem wynagrodzeń w sektorze finansowym w Raczkowski Paruch

Adw. Paweł Sobol – Raczkowski Paruch

Oswajanie chińskiego smoka czyli jak osiągnąć sukces na chińskim rynku

Nowy Jedwabny Szlak jest dużą szansą dla polskich przedsiębiorców. Ale, według części ekspertów, brakuje ochrony prawnej ich interesów oraz wsparcia w ubezpieczaniu i rozliczaniu transakcji. Co więcej, nie posiadają oni dostatecznej wiedzy na temat potrzeb gospodarki Państwa Środka i specyficznej etykiety biznesowej. 

Dr Wojciech Warski, przewodniczący Konwentu w Business Centre Club, zauważa, że kończą się czasy taniej siły roboczej w Chinach. Obecnie szansą biznesową dla Polaków jest sprzedaż towarów do Państwa Środka, a nie importowanie ich stamtąd. To nowy rynek zbytu, na którym można wypromować wiele produktów żywnościowych, kosmetyków, jak również artykułów niszowych. Powinno się to odbywać również za pośrednictwem lokalnych dystrybutorów. Ekspert doradza też, aby rozważyć wytwarzanie tam wyrobów chemicznych, mechaniki precyzyjnej oraz ceramiki budowlanej.

– Nasi przedsiębiorcy muszą zdawać sobie sprawę z możliwości chińskiego rynku, wymagającego zaangażowania. Niektóre firmy, zainteresowane eksportem do Chin, po przejściu długiej drogi uzyskiwania certyfikatów i pozwoleń, niejednokrotnie przeceniają swoje możliwości produkcyjne i nie są w stanie obsłużyć tak dużego sektora. Chcąc odnieść sukces, należy działać w grupie pod wspólną marką, np. w ramach powołanej w tym celu spółki. Ministerstwo Rozwoju rozmawia z przedsiębiorcami i zachęca ich do tworzenia tego typu modeli współpracy – mówi wiceminister rozwoju Tadeusz Kościński.

Oswajanie chińskiego smoka

Jak stwierdza Mariusz Sperczyński z inicjatywy 51GoShanghai, polscy przedsiębiorcy nie są jeszcze beneficjentami poważnych zmian, jakie zachodzą w globalnym rozkładzie sił gospodarczych, choć produkują towary o bardzo dobrych wskaźnikach ceny i jakości. W większości przypadków ich potencjał wytwórczy raczej nie był komercjalizowany przez chińską potęgę rynkową. Zdecydowanie brakuje im wiedzy na temat jej potrzeb. Powinni być świadomi tego, że Chińczycy cechują się pragmatycznym podejściem do biznesu i aktualnie koncentrują się na rozwoju w trzech obszarach. Oprócz tradycyjnego nacisku na eksport, w ostatnich latach doszedł import nowych technologii oraz Nowy Jedwabny Szlak.

– Warto przywołać osiągnięcie Krajowej Rady Drobiarskiej, która obecnie jest jedynym europejskim dostawcą drobiu do Chin. Eksport tego mięsa na tamtejszy rynek rośnie co roku o ok. 20%. Naturalnym następstwem rozwoju współpracy było otworzenie przez KRD we wrześniu 2016 roku swojego biura w Szanghaju. Równie obiecujący sukces może wkrótce odnieść konsorcjum Appolonia, eksportujące od tego roku polskie jabłka do Państwa Środka – przewiduje podsekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju.

Potencjalne szanse i zagrożenia

Jednak, zdaniem Mariusza Sperczyńskiego, polski rząd, podobnie jak władze pozostałych krajów, przez które może przebiegać Nowy Jedwabny Szlak, podchodzi z dużą rezerwą do tego projektu. Idea wymiany handlowej, stymulowanej i kontrolowanej przez nową światową potęgę, zagraża autonomiczności interesów tych państw. Oferta Chińczyków może przynieść nam zarówno korzyści w rozwoju infrastruktury handlu międzynarodowego, jak i potencjalne uzależnienie jej wskaźników ekonomicznych od stanu gospodarki Państwa Środka. To wymaga uważnej analizy Ministerstwa Rozwoju. Zdaniem eksperta, resort powinien przedstawić jednoznaczne stanowisko wobec tego projektu i w przypadku akceptacji, szeroko rozpocząć promowanie go w Polsce, czego obecnie nie doświadczamy.

– To chyba brak wyobraźni rządzących oraz fobie na temat tego, że chiński asortyment, np. odzieżowy, co tydzień przywożony do Polski koleją, będzie konkurować z naszym, poprzez dumping cenowy, czyli sprzedaż art. eksportowanych po cenach niższych, niż krajowe. Tymczasem, Chiny produkują towary, których Europa nie wytwarza. Należą one przede wszystkim do branży elektronicznej. Natomiast, nieliczne kontrprzykłady produktów, które powstają na Starym Kontynencie, i tak są regulowane cłami zaporowymi. Wynika to bezpośrednio z rozporządzeń UE, np. w zakresie paneli fotowoltaicznych – zauważa dr Wojciech Warski.

Stanowisko rządu

Mariusz Sperczyński dodaje, że bez jasnego stanowiska rządu w sprawie Nowego Jedwabnego Szlaku, polski biznes nie potrafi jeszcze określić inwestycji, które stanowiłyby odpowiedź na propozycję Chin. Ale, nawet bez decyzji władz, sektory infrastruktury krytycznej w naszym kraju mogą zostać szybko włączone do tego projektu. Nastąpi to w wyniku spodziewanych przejęć przedsiębiorstw przez kapitał, napływający z Pekinu. Dla krajowych firm to szansa na poważny rozwój, ponieważ stałyby się globalnymi graczami oraz bramą ekspansji chińskiego biznesu w Unii Europejskiej.

– Polska w projekcie Nowego Jedwabnego Szlaku odgrywa szczególną rolę, będąc głównym hubem dla Chin w osi wschód-zachód w drodze do Europy Zachodniej, ale również w osi północ-południe, łącząc państwa Europy Środkowo-Wschodniej z krajami skandynawskimi. Wykorzystując to, będziemy realizować szereg projektów infrastrukturalnych, w Polsce i poza nią. Chcemy zaangażować w nie rodzime firmy budowlane. Obserwujemy wzmożone zainteresowanie naszym krajem ze strony chińskich banków, funduszy inwestycyjnych i ubezpieczeniowych oraz firm i izb handlowych. Widzimy też szansę na rozwój Specjalnych Stref Ekonomicznych, położonych w centralnej oraz północnej części kraju – zapewnia wiceminister rozwoju.

Rozwój stosunków gospodarczych

Natomiast, dr Wojciech Warski uważa, że rząd musi szerzej upowszechnić kampanię informacyjną dla firm tak, aby lepiej poznały możliwości Nowego Jedwabnego Szlaku. Ponadto, ministrowie powinni częściej reprezentować Polskę w Chinach, zawsze w towarzystwie naszego biznesu. Obecność konkretnej osoby lub firmy w składzie delegacji państwowej jest formą jej uwiarygodnienia dla zagranicznych kontrahentów. Barierą są ciągle różnice kulturowe, legislacyjne i administracyjne pomiędzy stylem prowadzenia interesów w Europie i Azji. Brakuje też dobrej ochrony prawnej do rozwijania działalności w Państwie Środka. To kreuje dodatkowe ryzyka, na które nie każdego stać.

– Wizyty prezydenta Andrzeja Dudy w Chinach w listopadzie 2015 roku oraz przyjazd prezydenta Xi Jinpinga do Polski w czerwcu 2016 roku dały nowy impuls do rozwoju polsko-chińskich stosunków gospodarczych. Podczas spotkań prezydenci niejednokrotnie podkreślali chęć współpracy w ramach realizacji tej inicjatywy. W rezultacie podpisano ponad 40 umów gospodarczych, finansowych oraz rządowych. Ustanawiają one nowe mechanizmy współpracy oraz definiują konkretnie poziom zaangażowania obu stron – podkreśla wiceminister rozwoju.

Międzynarodowe porozumienia

Ważnymi dla resortu umowami były porozumienia podpisane z Narodową Komisją Rozwoju i Reform ChRL (National Development Reform Commission) w sprawie Wspólnego Sformułowania Założeń Dwustronnego Planu Współpracy oraz w sprawie ustanowienia Komitetu Sterującego ds. Współpracy Przemysłowej. Pierwsze z nich ma na celu wspólne działanie w ramach Inicjatywy Pasa i Szlaku oraz wzmacnianie współpracy regionalnej. Na mocy tego porozumienia, Polska i Chiny będą współpracować też w dziedzinie handlu, zasobów energetycznych, finansów, transportu i logistyki, standardów i certyfikacji, ochrony środowiska, rolnictwa, wymiany kulturalnej, współpracy informatycznej oraz współpracy think thanków.

– Istotną dla naszego Ministerstwa jest również kwestia powołania Komitetu Sterującego do spraw współpracy przemysłowej, służącego za platformę promocji współpracy pomiędzy przedsiębiorstwami obu krajów. Należy też wspomnieć o dwóch istotnych porozumieniach, które podpisaliśmy z Ministerstwem Handlu ChRL. To znaczy, Memorandum o porozumieniu w sprawie wzmocnienia współpracy inwestycyjnej w zakresie infrastruktury logistycznej oraz Memorandum o porozumieniu w sprawie współpracy w przedmiocie parków przemysłowych. Mają one na celu rozwój handlowych i gospodarczych relacji pomiędzy obydwoma krajami – dodaje wiceminister Kościński.

Struktury bankowe

Przewodniczący Konwentu BCC twierdzi, że delegacje polityków mają sens tylko, gdy są regularnie powtarzane. Dr Warski określa wyjazd Prezydenta Dudy do Chin jako „propagandowy show, a nie profesjonalny lobbing”. Tymczasem, polscy przedsiębiorcy nie mogą wykorzystać najbardziej oczywistej przewagi, wynikającej z usytuowania między Wschodem i Zachodem, a także szerokiego potencjału ludzkiego. Brakuje im bowiem realnego wsparcia, tzn. form ubezpieczania i rozliczania transakcji dla Chin. Jak zaznacza ekspert, muszą korzystać z usług chińskich banków, bo naszych nie ma w Państwie Środka. Powinien być tam oddział państwowego banku PKO BP.

– Polska, będąc partnerem strategicznym Chin oraz największą gospodarką w ramach formuły 16+1, przystąpiła do Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych w maju 2016 roku na warunkach preferencyjnych, jakie uzyskujemy dzięki statusowi państwa założyciela. Udział w strukturze tego banku może pomóc polskim firmom włączyć się w globalne łańcuchy dostaw, związane z realizacją kluczowych dla regionu inwestycji infrastrukturalnych. Przykładem tego może być budowa połączeń drogowych i kolejowych głównie w innych państwach, leżących na szlaku – przekonuje Tadeusz Kościński.

Bezpłatne usługi dla firm

Tymczasem, ekspert 51GoShaghai zwraca uwagę, że Polacy mogą korzystać ze wsparcia Wydziału Promocji i Handlu Ambasad i Konsulatów RP w Pekinie. Świadczy on bezpłatnie usługi, polegające m.in. na doradztwie i organizacji spotkań B2B oraz seminariów. Z kolei, w Szanghaju, na miejsce zlikwidowanego w styczniu br. WPHI, uruchomiono Zagraniczne Biuro Handlowe. Tamtejsi eksperci są odpowiedzialni za udzielanie informacji na temat rynku, współtworzenie sieci kontaktów z lokalnymi podmiotami, organizację szkoleń oraz weryfikację partnerów biznesowych.

– W mojej ocenie, zakres funkcjonalności nowych ZBH, podległych Ministerstwu Rozwoju, jest bardzo ograniczony i konserwatywny. Winny one faktycznie działać operacyjnie i oferować szereg bezpłatnych, bazowych usług dla polskich przedsiębiorców. Ponadto, rząd nie może blokować jakichkolwiek inicjatyw, usprawniających przepływ towarów, a tak się niestety stało. Nie tak dawno decyzją ministra Antoniego Macierewicza, Agencja Mienia Wojskowego odmówiła przekazania w Łodzi umówionej działki pod budowę terminala kolejowego dla Nowego Jedwabnego Szlaku i projekt upadł – przypomina dr Wojciech Warski.

Dostateczne wsparcie?

Wiceminister rozwoju Tadeusz Kościński zaznacza, że tylko w 2016 roku nadzorowane przez Ministerstwo Rozwoju, a prowadzone przez Polską Agencję Inwestycji i Handlu, Centrum Współpracy Polsko-Chińskiej organizowało szkolenia dla firm, sesje oraz fora gospodarcze. Uczestniczyło w nich ponad tysiąc osób. Ponadto, co roku dziesiątki polskich firm odwiedza nasze placówki w Szanghaju i Pekinie. Doradzają one rodzimym przedsiębiorcom, organizują spotkania z partnerami chińskimi oraz dają możliwość prezentacji krajowych produktów na targach branżowych.

– Z moich obserwacji wynika, że jak dotąd wsparcie polskiego rządu dla przedsiębiorców było niewystarczające. W kontaktach biznesowych z Chińczykami trzeba przestrzegać specyficznej etykiety, której Polacy z reguły nie znają. Jej istotnym elementem jest np. guanxi. Termin ten można rozumieć jako „wzajemne zaufanie”, decydujące o sukcesie w prowadzeniu interesów. W związku z powyższym, Polacy często nie wiedzą, dlaczego nie odnoszą sukcesów we współpracy z przedstawicielami Państwa Środka, pomimo swoich poważnych starań – wyjaśnia Mariusz Sperczyński.

Czas pokaże, czy polscy przedsiębiorcy oswoją chińskiego smoka i zaczną robić poważne interesy z Chińczykami. Być może wezmą sprawy w swoje ręce i bez oglądania się na wsparcie rządu zaczną właściwie działać. Tymczasem, Tadeusz Kościński zachęca wszystkich przedsiębiorców, którzy poważnie myślą o internacjonalizacji swojej firmy w kierunku Państwa Środka, by zgłaszali się na warsztaty, często organizowane przez PAIH (niegdyś PAIiIZ). W 2017 roku Ministerstwo Rozwoju przewiduje również kilka misji biznesowych do Chin i seminariów, informuje wiceminister rozwoju.

Akcyza na energię elektryczną – Polska na tle UE

Stawka podatku akcyzowego na energię elektryczną w Polsce jest wysoka w porównaniu do pozostałych krajów Unii Europejskiej. Choć w ubiegłym roku polski ustawodawca wprowadził mechanizmy pozwalające na obniżenie kosztów energii elektrycznej, szukanie oszczędności w tym obszarze jest nadal wyzwaniem dla przedsiębiorstw.

Na koszt energii elektrycznej składa się wiele elementów. Najważniejsze z nich to koszt dystrybucji, czyli dostarczania energii oraz koszt obrotu energią, czyli m.in. wyprodukowania energii, certyfikatów jej pochodzenia oraz podatek akcyzowy. Jak się okazuje, ten ostatni ma szczególne znaczenie dla przedsiębiorstw w Polsce. Stawka podatku akcyzowego na energię elektryczną w Polsce jest jedną z wyższych w Unii Europejskiej i generuje wysokie koszty dla przedsiębiorstw. Taka sytuacja wymusza na firmach poszukiwanie rozwiązań umożliwiających obniżenie kosztów energii elektrycznej.

Polska w pierwszej dziesiątce krajów UE o najwyższej stawce akcyzy na energię elektryczną

W Unii Europejskiej minimalna dedykowana stawka podatku akcyzowego na energię elektryczną dla odbiorców biznesowych wynosi 0,5 euro za MWh. Jak wynika z raportu Komisji Europejskiej, w którym zaprezentowano obciążenia podatkowe dla produktów energetycznych i energii elektrycznej na dzień 1 lipca 2016 r., w ramach krajów członkowskich można zaobserwować ogromne różnice w wysokości stawek. Skrajnym przypadkiem jest Holandia, w której wysokość podatku dla odbiorców biznesowych zużywających do 10 MWh energii wynosi 100,7 euro/MWh. Dla odbiorców zużywających od 10 do 50 MWh energii – stawka ta maleje o połowę, dla wykorzystujących od 50 MWh do 10 GWh – wynosi 13,31 euro, a dla tych, u których roczne zużycie przekracza 10 GWh opodatkowanie spada aż do 0,53 euro. Kolejne miejsca w rankingu najwyżej opodatkowanych krajów UE zajmują: Francja – 22,5 euro, Niemcy – 15,37 euro, Austria – 15 euro, Włochy – 12 euro (dla miesięcznej konsumpcji poniżej 200 MWh) oraz Finlandia 7,03 euro. W Polsce opodatkowanie energii elektrycznej to 4,71 euro, co stanowi prawie dziesięciokrotność wartości dedykowanej. Zbliżone stawki występują w Estonii (4,47 euro) i Grecji (5 euro). To oznacza, że Polska zajmuje w Unii Europejskiej 8. miejsce pod względem wysokości stawki podatku akcyzowego na energię elektryczną.

„Polska nie jest wprawdzie w ścisłej czołówce krajów o najwyższym opodatkowaniu energii elektrycznej, ale warto zauważyć, że w pozostałych państwach UE koszty akcyzy są zdecydowanie niższe i oscylują w okolicach wartości minimalnej stawki dedykowanej, czyli od 0,5 euro w Hiszpanii, Irlandii czy Luksemburgu, do maksymalnie 1,53 euro na Malcie. Biorąc pod uwagę 28 krajów członkowskich, wysokość podatku akcyzowego w naszym kraju może negatywnie wpływać na konkurencyjność polskich firm na arenie międzynarodowej” – zauważa Marcin Drozd, Konsultant w Dziale Produktów Energetycznych w Ayming Polska.

Preferencje podatkowe dla zakładów energochłonnych

W większości państw członkowskich Unii Europejskiej przedsiębiorstwa energochłonne już od kilku, a nawet kilkunastu lat, mogą korzystać z różnego rodzaju preferencji podatkowych, pozwalających na obniżenie kosztu energii elektrycznej. Jeszcze do końca 2015 r. polskie przedsiębiorstwa były w znacznie gorszej sytuacji niż ich zagraniczni konkurenci. Koszty energii elektrycznej, w tym wysoka stawka opodatkowania, były szczególnie uciążliwe dla zakładów energochłonnych. Przełomowym momentem dla polskiego przemysłu było wprowadzenie 1 stycznia 2016 r. do ustawodawstwa postanowień wymienionych w unijnej dyrektywie energetycznej (2003/96/WE), pozwalających państwom członkowskim na zastosowanie obniżek podatku dla produktów energetycznych i energii elektrycznej. Wprowadzone formy wsparcia dla zakładów energochłonnych umożliwiają zmniejszenie kosztu podatku akcyzowego zawartego w cenie energii elektrycznej. Firmy mogą skorzystać z takiego wsparcia na dwa sposoby – uzyskując zwrot części zapłaconego podatku akcyzowego lub zwolnienie z konieczności odprowadzania tego podatku. O częściowy zwrot mogą ubiegać się wyłącznie podmioty spełniające szereg wymogów, takich jak np. wykonywanie określonej działalności. Z kolei całkowite zwolnienie z podatku akcyzowego dotyczy przedsiębiorstw, które w swojej działalności wykorzystują energię elektryczną w procesach energochłonnych.

Poszukiwanie oszczędności w obszarze kosztów energii elektrycznej

Akcyza od energii elektrycznej to koszt w wysokości 20 zł za każdą MWh. Oczywiście zużycie energii zawsze zależy od wielkości i profilu działalności przedsiębiorstwa. Przykładowo, polska firma zużywająca 15 GWh energii elektrycznej rocznie, w ramach podatku akcyzowego zasila budżet państwa kwotą  300 tys. zł. Tymczasem przedsiębiorstwo w Czechach za tę samą ilość energii odprowadziłoby tylko 66 000 zł, a w Hiszpanii zaledwie 31 800 zł. Przy tak wysokich obciążeniach podatkowych przedsiębiorstwa w Polsce zmuszone są do poszukiwania oszczędności. Obniżenie kosztów energii można osiągnąć uzyskaniem zwolnienia z odprowadzania części akcyzy, zmianą taryfy dystrybucyjnej lub dostawcy energii, inwestycją w odnawialne źródła energii czy poprawą efektywności energetycznej przedsiębiorstwa. Choć rozwiązań jest wiele, z doświadczenia Ayming Polska wynika, że firmy nie zawsze są ich świadome lub nie do końca wiedzą, jak z nich korzystać.

„Zdarza się, że przedsiębiorcom brakuje wiedzy na temat rynku i rozwiązań, które umożliwiają redukcję kosztów energii elektrycznej. Tymczasem obniżenie kosztów energii można osiągnąć nie tylko w ramach zmiany dostawcy czy zwiększenia efektywności energetycznej przedsiębiorstwa, np. poprzez wymianę oświetlenia czy nieszczelnych urządzeń grzewczych. Szukanie oszczędności w obszarze energii to złożony proces, który wymaga bieżącego śledzenia zmian w prawie energetycznym i analizy wielu działań w przedsiębiorstwie, ale przy tym pozwala na uzyskanie realnych oszczędności dla organizacji” – zaznacza Marcin Drozd, Konsultant w Dziale Produktów Energetycznych w Ayming Polska.

Chociaż wysokość podatku akcyzowego od energii elektrycznej w Polsce jest wysoka w porównaniu do pozostałych krajów UE, energochłonne firmy już teraz mają do swojej dyspozycji mechanizmy umożliwiające im zmniejszenie obciążeń podatkowych. Przedsiębiorstwa powinny zdawać sobie sprawę z korzyści wynikających z właściwego wykorzystania potencjału dostępnych rozwiązań, aby uzyskiwać oszczędności w obszarze energii elektrycznej.

Dane źródłowe: http://ec.europa.eu/taxation_customs/sites/taxation/files/resources/documents/taxation/excise_duties/energy_products/rates/excise_duties-part_ii_energy_products_en.pdf

Ostateczna cena akcji Griffin Premium RE.. ustalona na 5,70 zł

  • Ostateczna cena akcji Griffin Premium RE.. N.V. („Spółka”) oferowanych w ramach oferty publicznej została ustalona w drodze budowy księgi popytu na 5,70 zł za akcję.
  • Oferta obejmuje emisję 22.201.267 nowych akcji, z której Spółka uzyska wpływy brutto w wysokości 126,5 mln zł (około 29,3 mln euro), które zostaną przeznaczone na rozbudowę portfela nieruchomości.
  • Dotychczasowi akcjonariusze Spółki sprzedadzą ostatecznie 59.108.251 istniejących akcji („Akcje Sprzedawane”) oraz dodatkowo 7.857.705 akcji w ramach opcji dodatkowego przydziału („Opcja Dodatkowego Przydziału”).
  • Łączna wartość oferty publicznej, uwzględniając Opcję Dodatkowego Przydziału, wynosi 508,3 mln zł (około 118 mln euro), co przekłada się na kapitalizację rynkową Spółki na poziomie 890 mln zł (około 206 mln euro).
  • Do inwestorów indywidualnych trafi ostatecznie 5.233.019 akcji.
  • Po ofercie free-float akcji wyniesie około 57% przy założeniu pełnej realizacji Opcji Dodatkowego Przydziału.
  • Przewidywany pierwszy dzień notowania akcji Spółki na GPW to 13 kwietnia br.

Zgodnie z zapowiedziami, celem Griffin Premium RE.. jest pozyskanie z emisji nowych akcji wpływów netto w wysokości około 28 mln euro (tj. około 120 mln zł). W związku z tym, że w drodze budowy księgi popytu cena akcji została ustalona na poziomie 5,70 zł za akcję, ostateczną liczbę nowych akcji oferowanych w IPO ustalono na 22.201.267.

– Tak jak zapowiadaliśmy, pozyskane środki przeznaczymy na rozbudowę naszego portfela nieruchomości. Około 18 mln euro przeznaczymy na nabycie od Echo Investment biurowca West Link we Wrocławiu, który zostanie ukończony na przełomie pierwszego i drugiego kwartału przyszłego roku, a który już teraz jest niemal w całości wynajęty renomowanemu najemcy, jakim jest Nokia, na okres siedmiu lat. Pozostałe środki zainwestujemy w trzy projekty biurowe realizowane przez Echo Investment w Warszawie. Zaangażujemy się w te inwestycje na poziomie 25% i będziemy mieć prawo złożenia pierwszej oferty na nabycie pozostałych 75% w momencie ich ukończenia. W przypadku skorzystania z tego prawa, łączna wartość naszego portfela nieruchomości wzrośnie z ponad 500 mln euro o ponad 170 mln euro – powiedziała Dorota Wysokińska-Kuzdra, prezes Griffin Premium RE..

W ramach Oferty nowym inwestorom przydzielonych zostanie łącznie 89.167.223 akcji. Liczba ta obejmuje 22.201.267 akcji nowej emisji („Nowe Akcje”) w ramach podwyższenia kapitału, które jest związane z pozyskaniem przez Spółkę wpływów brutto w kwocie 126,5 mln zł (około 29,3 mln euro). Oferta obejmie ostatecznie również 59.108.251 akcji istniejących sprzedawanych przez dotychczasowych akcjonariuszy Spółki, tj. podmioty pośrednio kontrolowane przez globalny fundusz inwestycyjny Oaktree Capital Group LLC, oraz dodatkowo 7.857.705 akcji sprzedawanych w ramach Opcji Dodatkowego Przydziału.

Łączna wartość oferty publicznej akcji Griffin Premium RE.. wyniesie zatem 508,3 mln zł (około 118 mln euro), co przekłada się na kapitalizację rynkową Spółki na poziomie 890 mln zł (około 206 mln euro).

Do inwestorów indywidualnych trafi ostatecznie 5.233.019 akcji, tj. 5,9% łącznej oferty.

Free-float akcji Spółki po Ofercie (tj. udział akcji będących w wolnym obrocie) wyniesie około 57% przy założeniu pełnej realizacji Opcji Dodatkowego Przydziału.

– Bardzo nas cieszy zainteresowanie ofertą publiczną akcji Griffin Premium RE.. ze strony inwestorów w kraju i zagranicą. To potwierdza, że oferta taka jak nasza, tj. spółki typu REIT, będącej właścicielem rozbudowanego portfela atrakcyjnych nieruchomości biurowych i biurowo-handlowych w Polsce, które generują stabilne dochody z wynajmu i umożliwiają wypłatę regularnej dywidendy, jest dla nich atrakcyjną propozycją, której poszukiwali. Dotychczas polski inwestor indywidualny nie miał bowiem tak dogodnej możliwości zainwestowania w rynek nieruchomości komercyjnych i mieć udziału w dochodach z ich wynajmu. Griffin Premium RE.. stwarza taką możliwość – podsumowała Dorota Wysokińska-Kuzdra, prezes Spółki.

Przewidywany pierwszy dzień notowania akcji Spółki na GPW to 13 kwietnia br.

Funkcję globalnych koordynatorów oraz współzarządzających księgą popytu pełnią Bank Zachodni WBK S.A. oraz Joh. Berenberg, Gossler & Co. KG, natomiast Dom Maklerski BOŚ S.A. pełni funkcję współmenedżera Oferty.

Dzień rozwodu – dziś ok. 13:30 Wielka Brytania formalnie rozpocznie Brexit

Dziś Wielka Brytania wręczy „papiery rozwodowe” UE, rozpoczynając żmudny i trudny proces, co do finału którego nikt nie ma pewności. Funt odczuwa presję, choć dzisiejsze wydarzenia niekoniecznie muszą być dla niego szkodliwe. Tymczasem dolar podlega technicznej korekcie.

Dziś jest ten dzień. Podpisany wczoraj przez premier Wielkiej Brytanii Theresę May list z formalną notyfikacją chęci opuszczania Unii Europejskiej ma być dziś ok. 13:30 wręczony Prezydentowi Rady Europy Donaldowi Tuskowi. Tym samym rozpocznie się dwuletni proces negocjacyjny, który już na samym starcie pokaże swoje trudności. Jeszcze przed rozpoczęciem oficjalnych rozmów było słychać, że strony mają odmienne zdanie co do tego, którymi sprawami zająć się najpierw. Wielka Brytania jest zainteresowana ustaleniem relacji handlowych, z kolei UE na pierwszym miejscu stawia status Europejczyków przebywających na Wyspach. Do tego dochodzi spór o uregulowanie zobowiązań Wielkiej Brytanii względem UE na kwotę do 60 mld EUR, z wysokością której Londyn się nie zgadza.

Dwuletnia „rozprawa rozwodowa” nie obędzie się bez szkody dla „dzieci”, którymi są brytyjska gospodarka i GBP. Wstępna odporność konsumentów i biznesu na Wyspach powoli zaczyna wyparowywać i wraz z pogarszaniem się wskaźników makro presja na funcie będzie wzrastać. W ciągu ostatnich 24 godzin funt był najsłabszą walutą w G10, co odzwierciedla nerwowość inwestorów i pozycjonowanie się przed dzisiejszym wydarzeniem, które dodatkowo podsyca brytyjska prasa co bardziej zmyślnymi pierwszymi stronami.

Jakkolwiek pozostaje negatywnie nastawiony do funta w średnim terminie i sadzę, że pogorszenie kondycji gospodarki będzie silnie uderzać w GBP, tak przejaw słabości z ostatnich godzin wydaje mi się na wyrost. Wprawdzie wczoraj Szkocki Parlament zagłosował za ponownym referendum niepodległościowym, ale rząd brytyjski już poinformował, że oddali wniosek. Ian McCafferty z BoE powiedział, że teraz nie jest jeszcze czas na podwyżki, jednak jego komentarz niewiele zmienia w nastawieniu rynku. Osobiście powątpiewam, czy dzisiejsze formalne otwarcie negocjacji Brexitu jest zasadnym powodem wyprzedaży funta. Wręczenie listu prezydentowi Tuskowi jest czysto symboliczne, a formalna odpowiedź będzie przedstawiona dopiero w przyszłym tygodniu. Rynek może liczyć na niespodzianki na konferencji prasowej premier May ujawniające szczegóły listu, ale wygląda to na wygórowane oczekiwania. Możliwe zatem, że funta czeka dziś mini-rajd ulgi odwracający ostatnie spadki.

Dolar zanotował wczoraj odbicie, gdzie bardziej niż lepsze dane o nastrojach konsumentów czy głosy z Fed potwierdzające dążenie do jeszcze dwóch podwyżek w tym roku podziałały techniczne poziomy. Na razie mówimy o zwykłym odreagowaniu i byłbym ostrożny z obwieszczaniem końca przeceny. Główna siła sprawcza dla dolara leży teraz w polityce administracji Trumpa, a dokładniej w postępach nad reformą podatkową. Bez tego w przestrzeni G10 znajdą się lepsze waluty do utrzymywania długiej pozycji, np. EUR (jastrzębi ECB) lub CAD (odbicie ropy).

W kalendarzu na dziś brakuje przełomowych publikacji. Wnioski o zasiłek z Wlk. Brytanii, czy indeks podpisanych umów kupna domów to pozycje trzeciorzędne. Rynek ropy naftowej będzie śledził raport DoE. Kolejny raz w tym tygodniu przemawia Evans z Fed, a oprócz niego Williams i Rosengren.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Rynek ubezpieczeń komunikacyjnych może uniknąć dalszych podwyżek cen. Na spadki raczej nie ma co liczyć

Rynek ubezpieczeń komunikacyjnych może uniknąć dalszych podwyżek cen. Na spadki raczej nie ma co liczyć 2

Kierowcy mocno odczuli ubiegłoroczne podwyżki cen obowiązkowych polis OC. W niektórych przypadkach wzrosty sięgały nawet kilkuset procent. Eksperci firmy Marsh Polska podkreślają, że w tym roku raczej nie spodziewają się odwrócenia tego trendu.

– Aktualny poziom cen ubezpieczeń komunikacyjnych powinien się utrzymać. Być może w drugim półroczu nastąpi jakieś odwrócenie tego trendu –prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Artur Grześkowiak, prezes zarządu Marsh Polska.

Znaczny wzrost cen polis komunikacyjnych był jednym z kluczowych trendów ubiegłego roku na rynku ubezpieczeniowym. Według rożnych źródeł, podwyżki  obowiązkowych polis OC sięgnęły od 50 do nawet 80 proc. W skrajnych, pojedynczych przypadkach wzrosły nawet o kilkaset procent. Mimo to według danych Polskiej Izby Ubezpieczeń na koniec ubiegłego roku strata ubezpieczycieli w ubezpieczeniach komunikacyjnych OC sięgnęła 1 mld zł.

– W ubiegłym roku obserwowaliśmy dynamiczny wzrost stawek w ubezpieczeniach komunikacyjnych, o tym często informowały media, prasa, rozmaite instytucje i urzędy, począwszy od Komisji Nadzoru Finansowego przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, a skończywszy na politykach. Zwyżki były radykalne, często wykraczające poza techniczną wycenę i sięgające nawet 300–400 proc. –mówi Artur Grześkowiak.

Prezes Marsh Polska zauważa, że rynek ubezpieczeń komunikacyjnych od zawsze charakteryzował się największą dynamiką i zmiennością wśród wszystkich segmentów branży. Ponadto rentowność polis komunikacyjnych od wielu lat jest ujemna, co oznacza, że ubezpieczyciele tracą na tym segmencie. Przyczyną są rosnące z roku na rok koszty odszkodowań wypłacanych poszkodowanym oraz wojna cenowa pomiędzy ubezpieczycielami. Pomimo strat ubezpieczyciele utrzymywali przez lata niskie ceny obowiązkowych polis.

– Trend zwyżkowy w ubezpieczeniach komunikacyjnych to odreagowanie po wielu latach zniżek i elastyczności rynku w tym obszarze – uważa Artur Grześkowiak.

Na ubiegłoroczne podwyżki składek polis OC wpłynęły również nowe regulacje i zmiany w prawie, m.in. ustawa o działalności ubezpieczeniowej i reasekuracyjnej (która weszła w życie z początkiem ubiegłego roku), wprowadzenie podatku bankowego (który został nałożony również na ubezpieczycieli) i zalecenia Komisji Nadzoru Finansowego, m.in. dotyczące wysokości odszkodowań oraz likwidacji szkód osobowych ofiar wypadków. Na kondycję tego segmentu rynku wpływa również wzrost świadomości konsumentów i działalność kancelarii prawnych, które pomagają poszkodowanym w uzyskaniu jak najwyższych odszkodowań.

Marsh Polska prognozuje, że w tym roku większość ubezpieczycieli będzie chciała odbudować portfele w obszarze ubezpieczeń majątkowych i komunikacyjnych, co oznacza utrzymanie obecnego trendu cenowego. Być może rynek uniknie kolejnych podwyżek, ale raczej nie należy się spodziewać spadku cen, przynajmniej w pierwszej połowie tego roku.

– Jeżeli zakłady ubezpieczeń, które kształtują ten rynek, mają w planach odtworzenie składki ubezpieczeniowej, jest to punkt odniesienia, który oznacza, że nie powinniśmy się spodziewać większych zmian – mówi Artur Grześkowiak.

Co roku dochodzi do blisko 90 tys. wypadków przy pracy. Największe zagrożenie w przemyśle i motoryzacji

Co roku dochodzi do blisko 90 tys. wypadków przy pracy. Największe zagrożenie w przemyśle i motoryzacji 3

W ubiegłym roku miało miejsce ponad 87 tys. wypadków przy pracy. Zdecydowana większość poszkodowanych odniosła lekkie obrażenia. Śmierć ponosiło 240 osób, czyli o jedną piątą mniej niż w 2015 roku. Zachowanie zasad bezpieczeństwa i higieny w przedsiębiorstwie jest ustawowym obowiązkiem pracodawcy. W sytuacji niskiego bezrobocia staje się również ważnym argumentem w wyborze miejsca zatrudnienia.

– Najczęstszymi przyczynami wypadków przy pracy są nieodpowiednie zachowanie pracownika, nieprzestrzeganie zasad BHP i nieumiejętność pracy na danym stanowisku – informuje agencję informacyjną Newseria Biznes Hubert Wawrzyniak, prezes zarządu w firmie W&W Consulting. – Szwankuje także szkolenie zatrudnionych osób z zasad bezpieczeństwa i higieny pracy.

Nieprawidłowe zachowanie pracownika odpowiada za 60 proc. odnotowanych w ubiegłym roku wypadków. Kolejna przyczyna, czyli niewłaściwy stan narzędzi, wyposażenia lub budynków, stanowi ok. 8,4 proc. ogółu wypadków.

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w 2016 roku miało miejsce przeszło 87 tys. wypadków przy pracy. W ich wyniku śmierć poniosło 239 osób, a 464 zostało ciężko rannych. Liczba wypadków śmiertelnych znacząco spadła, ale ogólna liczba wypadków pozostała prawie niezmienna.

Przeciętne zwolnienie lekarskie wystawione pracownikowi po wypadku przy pracy trwało ponad 42 dni. Jest to więc bardzo poważne zjawisko – ocenia Hubert Wawrzyniak. – Koszt takiego zdarzenia to absencja jednego dnia, co jest przeliczane na od 390 zł do przeszło 500 zł. Ostateczna wysokość zależy od tego, czy w wyniku wypadku konieczne jest zatrudnienie kolejnej osoby na zastępstwo.

W 2016 roku wypadkom ulegali najczęściej pracownicy z branży przetwórstwa przemysłowego (ponad 32 proc.), handlu i naprawy samochodów (ponad 13 proc.), opieki zdrowotnej i pomocy społecznej (10 proc.).

Z Kodeksu pracy oraz związanych z nim rozporządzeń wynika, że pracodawca jest odpowiedzialny za zdrowie i życie pracowników. Powinien o nie dbać przez organizację warunków zatrudnienia w sposób zapewniający bezpieczne i higieniczne środowisko, przestrzeganie przepisów, a także zasad bezpieczeństwa. W tym zakresie może jednak korzystać z pomocy pełniącej funkcje doradcze i kontrolne służby BHP.

– Aby zmniejszyć skalę wypadków, pracodawcy powinni się zastanowić przede wszystkim, czy osoba zatrudniona na stanowisku BHP w zakładzie ma dostateczną liczbę godzin, aby poświęcić na analizę występujących zagrożeń i czy zapewniony jest odpowiedni poziom szkoleń – radzi Hubert Wawrzyniak. – Warto to robić, bo niewielka liczba wypadków przy pracy, to choćby mniejsza składka wypadkowa odprowadzana do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.

Do najczęstszych urazów w wypadkach przy pracy należą uszkodzenia rąk i nóg – to odpowiednio 43,8 proc. i 34,4 proc. Przeciętna liczba dni niezdolności do pracy wydłużyła się do 34,6 dnia na jednego poszkodowanego.

– O kwestie BHP w firmie warto dbać, ponieważ bezpieczny pracownik to bezpieczny biznes i otoczenie atrakcyjne dla zatrudnionych – przekonuje Hubert Wawrzyniak. – W takim środowisku pracownik czuje się stabilnie, komfortowo i nie obawia się o swoje jutro.

Jak wynika z wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego z 13 października 2006 roku, pracodawca zatrudniający do 100 osób może powierzyć wykonywanie zadań służby BHP osobie zatrudnionej przy innej pracy, o ile spełnia ona wymagania w zakresie wykształcenia (technik bezpieczeństwa i higieny pracy, ma wyższe wykształcenie o takim kierunku lub specjalności albo studia podyplomowe).

Jeżeli natomiast w przedsiębiorstwie zatrudnionych jest więcej niż 100 osób właściciel ma obowiązek utworzenia służby BHP i zatrudnienia w niej pracowników. W takim przypadku niedopuszczalne jest powierzanie obowiązków w zakresie tej służby specjalistom spoza firmy ani osobom zatrudnionym na innych stanowiskach.

Polska atrakcyjna dla zagranicznych inwestorów. W przypadku kryzysu niektóre branże odczułyby odpływ kapitału

Polska atrakcyjna dla zagranicznych inwestorów. W przypadku kryzysu niektóre branże odczułyby odpływ kapitału 4

Od wstąpienia Polski do Unii Europejskiej inwestycje zagraniczne przekroczyły już pół biliona złotych. Najwięcej na polskim rynku inwestują Niemcy, Francja, Hiszpania i Wielka Brytania, w ramach usług – głównie w handlu, a wśród sektorów przemysłowych – głównie w motoryzacji. Te właśnie branże w największym stopniu odczułyby odpływ kapitału zagranicznego w przypadku potencjalnego, globalnego kryzysu. Choć Polska wciąż jest atrakcyjna dla zagranicznych inwestorów, to źródłem zagrożenia pozostaje gospodarka europejska – 10 lat od wybuchu ostatniego kryzysu wiele problemów nadal nie zostało rozwiązanych, a niestabilna sytuacja polityczna w Europie ryzyko to powiększa.

– Poziom inwestycji zagranicznych w najbliższych latach będzie uzależniony od tego, jak będą rozwiązywane ekonomiczne problemy w poszczególnych gospodarkach unijnych, czy Unia Europejska zachowa obecny kształt, czy podzieli się na Europę dwóch prędkości i czy Polska znajdzie się w tej wolniejszej grupie. Zrealizowanie się chociaż części zagrożeń, jakie przedstawiliśmy w raporcie, może przynieść odczuwalne zawirowania w napływie środków do Polski, może nie od razu, ale z pewnością w kolejnych latach. Zwłaszcza, że aż 60 proc. bezpośrednich inwestycji zagranicznych to reinwestowane zyski – łatwo takie inwestycje wstrzymać – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Piętka-Kosińska, ekonomistka firmy doradczej Deloitte.

Z obliczeń przedstawionych w raporcie „Kierunki 2017. Negatywne szoki gospodarcze. Stress-testy polskiej gospodarki w 2017 roku”, przygotowanym przez ekspertów banku DNB i Deloitte, wynika, że do Polski napływa rocznie około 40 mld zł w formie bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Od wejścia Polski do Unii Europejskiej ta kwota przekroczyła 501 mld zł, co stanowi równowartość 15 proc. całości nakładów inwestycyjnych w gospodarce.

Inwestycje zagraniczne pochodzą niemal wyłącznie z państw unijnych (w 96 proc.) i znacznie przewyższają środki z rozwojowych funduszy europejskich, które Polska zaabsorbowała od początku swojego członkostwa we Wspólnocie.

– Najwięcej zainwestowały w Polsce Niemcy i Francja, więc kryzys w tych krajach najmocniej przełożyłby się na spadek inwestycji zagranicznych. W ciągu ostatnich kilku lat zauważyliśmy też zwiększoną aktywność inwestycyjną Wielkiej Brytanii i Hiszpanii, więc inwestycje tych państw również byłyby zagrożone w sytuacji wystąpienia w nich problemów ekonomicznych – mówi Marcin Prusak.

– Większość funduszy płynie do nas z Unii Europejskiej. Globalne mocarstwa, takie jak Stany Zjednoczone czy Chiny, są w inwestycjach zagranicznych w zasadzie nieobecne. Główni inwestorzy to Niemcy, Francja, Wielka Brytania i Hiszpania – potwierdza Katarzyna Piętka-Kosińska.

Jak wynika z raportu Deloitte i DNB, analizowane branże polskiej gospodarki są dziś w większości bardziej odporne na kryzys gospodarczy niż w 2008 roku. Jednak potencjalny kryzys w Europie mocno uderzyłby w wymianę handlową z innymi krajami i bezpośrednie inwestycje zagraniczne.

– W niektórych sektorach gospodarki jesteśmy obecnie dwukrotnie bardziej odporni na kryzys niż jeszcze kilka lat temu. Jednak sytuacje kryzysowe w Europie miałyby przełożenie na nasz rynek. Ucierpiałby eksport, głównie na skutek zmniejszenia popytu na towary produkowane w Polsce. Drugi zagrożony obszar to bezpośrednie inwestycje zagraniczne. Od wstąpienia Polski do Unii Europejskiej te inwestycje sięgnęły prawie 0,5 bln zł – mówi Marcin Prusak, członek zarządu do spraw bankowości korporacyjnej Banku DNB.

Napływ inwestycji zagranicznych dotychczas był największy w sektorze usług (63 proc. ogółu), zwłaszcza w handlu (16 proc.) oraz w działalności finansowej i ubezpieczeniowej (11 proc.). Warto zauważyć, że napływ inwestycji zagranicznych do przemysłu wytwórczego sięga 26 proc., głównie do branży motoryza­cyjnej (9 proc., tj. 19 mld zł w latach 2010–2015). Zatem w przypadku kolejnego globalnego kryzysu wyhamowanie napływu i/lub odpływ kapitału zagranicznego branże te mogłyby odczuć w największym stopniu.

– W ostatnich latach inwestycje zagraniczne były lokowane w dwóch dużych obszarach sektorowych. Dwie trzecie przypadło na sektor usługowy, natomiast jedna czwarta na przemysł wytwórczy, w tym branżę motoryzacyjną. W obszarze usług mówimy o następujących sektorach: usługi finansowe, informacja i komunikacja oraz obsługa rynku nieruchomości. Te branże ucierpiałyby najmocniej w razie potencjalnego kryzysu – mówi Marcin Prusak.

Eksperci podkreślają, że prognozy ekonomiczne dla Polski na 2017 rok są pozytywne. Spodziewane jest przyspieszenie wzrostu gospodarczego, a Polska Agencja Inwestycji i Handlu oczekuje zwiększonego napływu inwestycji zagranicznych do Polski. Ryzyko stwarzają jednak nierozwiązane problemy gospodarcze pomimo upłynięcia 10 lat od ostatniego kryzysu, na co nakłada się niestabilna sytuacja polityczna na scenie europejskiej i globalnej.

– Przeanalizowaliśmy ryzyka ekonomiczne i polityczne, które mogą mieć przełożenie na Polskę. Jest ich naprawdę wiele, na skalę niespotykaną w porównaniu z poprzednimi latami. W wielu krajach powolny wzrost gospodarczy czy ogromny dług publiczny i ryzyko pułapki deficyt-dług w kontekście rosnących stóp procentowych za oceanem. Do tego utrzymujące się chociażby we Włoszech ryzyko sektora bankowego czy kryzys migracyjny w wyniku demograficznej presji w krajach rozwijających się i politycznych napięć w regionie. Po brexicie coraz częściej mówi się o Europie dwóch prędkości. Zbliżają się wybory prezydenckie we Francji i parlamentarne w Niemczech, które zadecydują o przyszłym kształcie Unii Europejskiej – mówi Katarzyna Piętka-Kosińska.

Ekonomiści Deloitte i DNB ocenili, że największe ryzyko wystąpienia kolejnego kryzysu ekonomicznego wśród analizowanych krajów dotyczy Włoch i Hiszpanii. O ile napływ włoskich inwestycji zagranicznych do Polski sięga maksymalnie 3 proc., o tyle Hiszpania jest jednym z głównych inwestorów. Dlatego zawirowania na tamtejszych rynkach miałyby również przełożenie na sytuację gospodarczą w Polsce.

Jednocześnie autorzy raportu „Kierunki 2017. Negatywne szoki gospodarcze. Stress-testy polskiej gospodarki w 2017 roku” podkreślają, że Polska pomimo tych zagrożeń pozostaje atrakcyjna dla inwestorów zagranicznych.

– Polska ma stabilny udział w światowych inwestycjach zagranicznych i jest zdecydowanym liderem na tle nowych krajów członkowskich Unii Europejskiej. Napływ inwestycji jest ponaddwukrotnie większy niż do Czech czy na Słowację. Wynika to z faktu, że jesteśmy dużą gospodarką, która może efektywnie wykorzystać napływ znaczących środków finansowych – mówi Katarzyna Piętka-Kosińska.

Ceny gazu od kwietnia wzrosną, rośnie także konkurencja. Nawet 100 tys. klientów może zmienić w tym roku dostawcę gazu ziemnego

Ceny gazu od kwietnia wzrosną, rośnie także konkurencja. Nawet 100 tys. klientów może zmienić w tym roku dostawcę gazu ziemnego 5

Zapotrzebowanie na gaz jako surowiec grzewczy coraz bardziej rośnie. Rośnie również podaż – głównie dzięki Stanom Zjednoczonym, które szykują się do uruchomienia masowego eksportu LNG na rynki światowe. W Polsce natomiast planowanych jest wiele inwestycji, które mają zdywersyfikować dostawy surowca i obniżyć jego ceny. Polskich konsumentów czeka tymczasem od kwietnia blisko 2-procentowa podwyżka. URE zatwierdził w ubiegłym tygodniu nową taryfę dla spółki PGNiG, z której usług korzysta blisko 7 mln odbiorców.

– Urząd Regulacji Energetyki zatwierdził niedawno taryfę dla największego sprzedawcy gazu w Polsce i od 1 kwietnia cena surowca wzrośnie o blisko 2 proc., co odbije się na podwyżkach dla konsumentów końcowych sięgających kilkudziesięciu złotych w skali roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sebastian Lachowski, dyrektor zarządzający sprzedażą w Hermes Energy Group.

Jak wynika z komunikatu URE, w połowie marca zatwierdzone zostały wyższe o 1,6 proc. stawki za gaz dla gospodarstw domowych zaproponowane przez PGNiG. Nowa taryfa będzie obowiązywać od początku kwietnia do końca tego roku. Jak podała spółka, powodem wzrostu cen gazu jest utrzymujący się od połowy ubiegłego roku wzrost cen ropy naftowej i surowców ropopochodnych na światowych rynkach, który przekłada się na wyższe koszty pozyskania gazu ziemnego.

Zdaniem ekspertów zapotrzebowanie na ten surowiec coraz powszechniej wykorzystywany w celach grzewczych stale rośnie. Sprzyja temu również polityka Unii Europejskiej, która zakłada odchodzenie od paliw kopalnych.

– Biorąc pod uwagę politykę klimatyczną Unii Europejskiej, będziemy obserwować rosnącą presję na odchodzenie od paliw kopalnych. Energia pozyskiwana z gazu ziemnego będzie natomiast zyskiwać na znaczeniu, dlatego zużycie tego surowca i jego wykorzystanie przez konsumentów w celach grzewczych będzie wzrastać – prognozuje Piotr Kasprzak, członek zarządu do spraw operacyjnych w spółce Hermes Energy Group, która sprzedaje gaz polskim konsumentom i handluje surowcem na rynkach międzynarodowych.

Zdaniem ekspertów zatwierdzona przez URE kwietniowa podwyżka nie ma jednak żadnego ekonomicznego uzasadnienia, ponieważ zarówno ceny ropy, jak i gazu na światowych rynkach notują spadki. Presja na zwiększanie podaży ropy naftowej będzie coraz większa, co widać chociażby po rosnącej aktywności wydobywczej w Stanach Zjednoczonych, gdzie liczba odwiertów osiągnęła poziom zbliżony do drugiej połowy 2015 roku. W efekcie ceny ropy w najbliższym czasie nie powinny rosnąć, ale spadać. Sytuacja na światowych rynkach i zwiększona podaż płynnego LNG ze Stanów Zjednoczonych sprzyjają też spadkom cen gazu ziemnego.

– Biorąc pod uwagę przygotowania eksporterów w Stanach Zjednoczonych do uruchomienia masowego eksportu LNG na rynki światowe, zwłaszcza do Europy, rozbudowę terminali LNG w Australii oraz plany Azerbejdżanu i Iranu w tym samym zakresie, będziemy obserwowali dużą presję na podaż gazu ziemnego. Zwłaszcza na rynku europejskim, gdzie obecnie głównymi dostawcami są Rosja i Norwegia. Konkurencja będzie się nasilać, a co za tym idzie, ceny gazu powinny zdecydowanie spadać – mówi Piotr Kasprzak.

W Polsce natomiast planowanych jest w najbliższych latach wiele inwestycji, które powinny zdywersyfikować dostęp do gazu i przyczynić się do spadku cen tego surowca, który odczują konsumenci indywidualni. W 2022 roku złoża gazu na szelfie norweskim z polskim systemem przesyłowym ma połączyć Brama Północna, która jest obecnie jednym ze strategicznych projektów Ministerstwa Energii. W październiku ubiegłego roku inwestycja dostała zielone światło Komisji Europejskiej i została uznana za projekt o znaczeniu wspólnotowym.

– Najprawdopodobniej w najbliższych latach rozpocznie się budowa Korytarza Północnego, czyli połączenia Polski z norweskim szelfem kontynentalnym, skąd gaz wydobywany przez PGNiG i inne spółki będzie trafiał do polskich konsumentów i odbiorców przemysłowych. Co więcej, myślę, że trwają analizy nad możliwością skierowania tego gazu dalej na południe, na Ukrainę, do Austrii czy nawet Chorwacji  – mówi Piotr Kasprzak.

W obecnej sytuacji ceny gazu dla odbiorców indywidualnych powinny raczej spadać, niż wzrastać. Dlatego eksperci są zdania, że kwietniowa podwyżka PGNiG jest jedynie efektem niedawnych obniżek cen gazu ogłoszonych z początkiem stycznia br. Niższe ceny surowca zaczęły obowiązywać jednak dopiero w połowie lutego, a konsumenci odczuli je w ostatnich tygodniach, kiedy dla odmiany na światowych rynkach ceny gazu rosły. Teraz sytuacja ma się odwrócić.

– W momencie, w którym od półtora miesiąca obserwujemy stabilizację cen i trend spadkowy, polscy konsumenci nagle dostają podwyżkę, która według nas nie ma żadnego uzasadnienia ekonomicznego i jest wyłącznie pochodną niedawnych obniżek – uważa Sebastian Lachowski, dyrektor zarządzający sprzedażą w Hermes Energy Group.

W opinii ekspertów może to skłonić w tym roku nawet 100 tys. odbiorców końcowych do zmiany sprzedawcy gazu ziemnego. Zwłaszcza że na rynku zaostrza się konkurencja, która wymusza obniżkę marż. Jak podaje Urząd Regulacji Energetyki, w 2015 roku sprzedawcę gazu zmieniło 30,8 tys. klientów końcowych, a w 2016 – 47,7 tys. klientów i nadal nieprzerwanie utrzymuje się trend wzrostowy.

– W ubiegłym roku odnotowaliśmy około 50 tys. zmian sprzedawcy na rynku gazu ziemnego. Wydaje nam się, że ten rok będzie jeszcze bardziej dynamiczny i ta liczba może wzrosnąć nawet do 100 tys. Ceny gazu będą konkurencyjne, w ostatnim czasie największy sprzedawca podniósł ceny w taryfie do odbiorców końcowych. W związku z tym oferta alternatywnych sprzedawców będzie tym bardziej konkurencyjna, a na rynku zajdą duże zmiany – prognozuje Piotr Kasprzak.

– Rośnie świadomość konsumentów, coraz więcej osób porównuje oferty i liczy, ile płaci za gaz, a ile może płacić u innego sprzedawcy. Jest wielu klientów zainteresowanych otrzymaniem alternatywnej oferty, rynek się edukuje, wzrasta świadomość konsumentów. To sytuacja podobna do tej, która ma obecnie miejsce na rynku telekomunikacyjnym – dodaje Sebastian Lachowski.

Dyrektor zarządzający sprzedażą w Hermes Energy Group przestrzega, aby podczas zawierania umowy ze sprzedawcą gazu dokładnie czytać umowę. To powinna być prosta i przejrzysta. Cena gazu w trakcie całego okresu obowiązywania umowy powinna być stała,

– Na rynku jest wiele ofert sprzedawców gazu, którzy oferują atrakcyjną cenę tylko w pierwszym okresie. Następnie, w kolejnych latach trwania umowy, klient musi już płacić wyższą cenę taryfową, co przynosi efekt odwrotny do zamierzonego: nie oszczędności, a wzrost kosztów. Dlatego należy zwrócić uwagę na to, czy umowa jest prosta i czytelna, a cena surowca stała, w całym okresie trwania umowy. To ma wpływ na realnie liczone oszczędności w trakcie trwania umowy – mówi Sebastian Lachowski.

W II połowie roku wzrost PKB w Polsce może się zbliżyć do 4 proc. Wynagrodzenia będą rosły szybciej niż w ubiegłym roku

W II połowie roku wzrost PKB w Polsce może się zbliżyć do 4 proc. Wynagrodzenia będą rosły szybciej niż w ubiegłym roku 6

Przyspieszenie europejskiej gospodarki zaowocuje nowymi zamówieniami, co jest dobrą wiadomością dla polskich eksporterów. Gospodarkę w tym roku ma napędzać nie tylko rosnąca sprzedaż zagraniczna, lecz także wzrost inwestycji z funduszy unijnych i rosnąca konsumpcja. W 2017 roku PKB Polski wzrośnie o 3,2 proc., ale w II połowie roku dynamika może się zbliżyć do 4 proc. – oceniają ekonomiści PKO Banku Polskiego. Sytuacja na rynku pracy powoduje, że przyspieszy także wzrost wynagrodzeń, przede wszystkim w usługach.

– Ostatnie dane ze strefy euro napawają optymizmem. Z początkiem nowego roku w europejskiej gospodarce pojawiło się nowe tchnienie, przede wszystkim po stronie tego, jak sami przedsiębiorcy postrzegają swoją przyszłość i bieżącą sytuację. Miarą ocen przedsiębiorców są indeksy koniunktury, które silnie rosną i zapowiadają, że 2017 rok przyniesie kontynuację ożywienia tempa wzrostu gospodarczego w strefie euro – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marta Petka-Zagajewska, ekonomistka PKO Banku Polskiego.

Odczyt PMI w Eurolandzie, mierzący koniunkturę i wyrażający tempo wzrostu produkcji sektorów przemysłowego i usługowego, wzrósł w marcu z 56 do 56,7 pkt. To najlepszy wynik od ponad 70 miesięcy. PMI w sektorze przemysłowym wzrósł z 55,4 do 56,2 pkt (najlepszy wynik od 2011 roku), zaś w sektorze usługowym z 55,5 do 56,5 pkt. Koniunktura poprawia się przede wszystkim w największych gospodarkach UE, m.in. w Niemczech czy Francji.

– Zdecydowana większość polskiego eksportu trafia na rynki strefy euro. Jeżeli tamtejsi producenci mówią o zwiększonym zapotrzebowaniu, to możemy oczekiwać, że dokładnie ten sam czynnik będzie widoczny także w danych dotyczących Polski. Jeżeli w strefie euro widzimy dobre dane, możemy oczekiwać, że Europa będzie od nas dużo kupowała, co jest bardzo optymistyczną wiadomością dla polskich eksporterów – tłumaczy ekonomistka PKO Banku Polskiego.

Dane GUS wskazują, że ponad 86 proc. polskiego eksportu trafia do krajów rozwiniętych, z czego 79,7 proc. do krajów UE. Najważniejszym partnerem handlowym są Niemcy (27,3 proc. ogółu eksportu).

Jak analizuje Petka-Zagajewska, rosnący eksport nie będzie jedynym czynnikiem napędzającym polską gospodarkę. Przyczyni się do tego także wzrost inwestycji.

– Silny popyt światowy zachęca do inwestowania. Elementem, który będzie wspierał inwestycje w 2017 roku, będą fundusze unijne, których brakowało w ubiegłym roku. Powoli widać, że pieniądze zaczynają napływać, rozpisywanych i rozstrzyganych jest coraz więcej przetargów, a coraz więcej umów jest podpisywanych. Myślę, że to kwestia tylko kilku miesięcy, kiedy faktyczny przepływ środków będzie już widoczny w danych o zdecydowanie wyższej dynamice inwestycji – przekonuje Marta Petka-Zagajewska.

Ważnym czynnikiem będzie również konsumpcja wewnętrzna, która rośnie wraz z poprawiającą się sytuacją na rynku pracy. Niskie bezrobocie i deficyt pracowników sprawiają, że pracodawcy, aby przyciągnąć i zatrzymać pracowników, muszą podnosić wynagrodzenia. W styczniu w sektorze przedsiębiorstw wynagrodzenia wzrosły w styczniu o 4,3 proc., a w lutym – o 4 proc., przy średnim wzroście 3,8 proc. w 2016 roku.

– Najbliższe miesiące przyniosą nam wzrost wynagrodzeń w przedsiębiorstwach. Pewnie będzie to najbardziej widoczne w sektorze usług, gdzie przedsiębiorstwa mają najmniejszą siłę przetargową. W mniejszym stopniu to będzie następowało w przemyśle – ocenia Marcin Czaplicki, ekonomista PKO Banku Polskiego. – W II połowie roku dynamika wynagrodzeń w polskiej gospodarce przyspieszy przez wyższą presję płacową i większy wzrost cen.

W lutym, jak podaje GUS, inflacja wyniosła 2,2 proc. rdr. (0,3 proc. względem stycznia). Szybko rosną przede wszystkim ceny żywności (o 4,3 proc. rdr.) i paliwa (ok. 20 proc.).

– W marcu zobaczymy lekkie wyhamowanie dynamiki cen, natomiast generalnie to, co spadło, musi wzrosnąć, czyli w najbliższych miesiącach cel inflacyjny, czyli 2,5 proc. rocznej dynamiki, zostanie osiągnięty. Od maja będzie następowała stabilizacja, praktycznie do końca roku – wskazuje Marcin Czaplicki.

Jeszcze pod koniec 2016 roku ceny paliw były najniższe od 2009 roku. Na niskim poziomie kształtowały się również ceny żywności. Tym większe jest więc obecne tempo wzrostu.

– Najniższe ceny paliw – 3,93 zł za litr benzyny bezołowiowej 95 w czwartym tygodniu lutego ubiegłego roku, w tym roku ceny powędrowały na 4,79. To pokazuje, że odbicie cen paliw jest bardzo wyraźne, następuje więc także odbicie cen żywności na światowych rynkach, około 19 proc. dynamiki rocznej, za tym wszystkim idzie inflacja w Polsce – tłumaczy Czaplicki.

W ocenie ekonomistów PKO Banku Polskiego wszystkie te elementy, czyli dobra sytuacja na rynku pracy, ożywienie w konsumpcji i inwestycjach przyczynią się do wyższego tempa wzrostu PKB. Już w I kwartale powinno sięgnąć 3 proc.

– Z każdym kolejnym kwartałem będziemy się rozkręcać. W II połowie roku będzie to już wyraźnie 3+, być może zbliżymy się do okolic 4 proc. W perspektywie całego roku bezpiecznym scenariuszem jest założenie, że polska gospodarka wzrośnie o 3,2 proc., natomiast istnieją spore szanse, że zostaniemy pozytywnie zaskoczeni – prognozuje Marta Petka-Zagajewska.

Rosną koszty pracy w branży ochroniarskiej z powodu zmian w prawie. Firmy wdrażają więc automatyzację ochrony

Rosną koszty pracy w branży ochroniarskiej z powodu zmian w prawie. Firmy wdrażają więc automatyzację ochrony 7

Branża ochroniarska w Polsce sukcesywnie rośnie, chociaż jej rozwój hamują zmiany legislacyjne. Oskładkowanie umów-zleceń i podwyższenie stawki godzinowej przekłada się na wzrost kosztów usług ochroniarskich. Rozwiązaniem mogą być nowe technologie. Coraz większą popularnością cieszą się zautomatyzowane systemy alarmowe i monitoring, który może być przy okazji skutecznym narzędziem wsparcia dla marketingu i sprzedaży.

– Technologie mają coraz większy wpływ na biznes. W branży ochrony komercyjnej wzrost kosztów pracy wymusza inwestowanie w coraz to lepsze rozwiązania technologiczne – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Jaworski, dyrektor ds. rozwoju sprzedaży w Konsalnet, największej na polskim rynku firmie świadczącej usługi ochroniarskie.

Jak szacuje globalna agencja doradcza Deloitte, w tym roku polski rynek ochrony fizycznej urośnie o 12 proc., przekraczając wartość 8 mld zł. Jednak koszty działalności firm ochroniarskich rosną w związku z oskładkowaniem  umów-zleceń i podwyżką minimalnej stawki godzinowej. To z kolei powoduje wzrost cen usług ochroniarskich.

W ubiegłym roku blisko 65 proc. klientów firm świadczących tego typu usługi zgodziło się na wzrost stawki za roboczogodzinę (który dla klientów indywidualnych wyniósł średnio 18 proc.). W wyniku zmian prawnych branża ochroniarska spodziewa się w tym roku dalszego wzrostu stawek, sięgającego nawet 30 proc. To natomiast może spowodować spadek liczby zamówień i liczby roboczogodzin nawet o jedną piątą.

Dyrektor ds. projektów biznesowych w Konsalnet Krzysztof Bełdycki zauważa, że firmy ochroniarskie, chcąc optymalizować koszty swojej działalności, muszą szukać nowych i innowacyjnych rozwiązań technologicznych.

– Innowacyjne rozwiązania w usługach są potrzebne w celu zwiększenia efektywności prowadzonych działań oraz zoptymalizowania kosztów i wykorzystywanych zasobów – mówi Krzysztof Bełdycki.

Rosnącą popularnością na rynku ochroniarskim cieszą się zautomatyzowane systemy alarmowe i monitoring. Konsalnet, który oferuje klientom zintegrowany system monitoringu o wszechstronnym zastosowaniu, liczy na to, że automatyzacja okaże się w części odpowiedzią na obecne bolączki branży i znaczny wzrost kosztów pracy.

– Na bazie wiedzy i dotychczasowych doświadczeń wdrożyliśmy takie usługi i rozwiązania, które odpowiadają na zapotrzebowanie rynku – mówi Krzysztof Bełdycki.

– Konsalnet iCCTV to pakiet różnych rozwiązań. Przede wszystkim jest to monitoring wideo, weryfikacja sygnałów i zdarzeń alarmowych z danego obiektu, a także inteligentna analityka wideo, która pomaga rozwiązywać różne problemy związane z bezpieczeństwem. Ta usługa może nie tylko zoptymalizować biznes, lecz także wygenerować oszczędności. Nie to jest jednak największą korzyścią. Kluczowy jest wzrost bezpieczeństwa i zmniejszenie nakładów finansowych związanych ze wzrostem kosztów roboczogodzin – dodaje Michał Jaworski.

Dostępne na rynku rozwiązania w zakresie analizy obrazu opierają się na pojedynczych analizach przypisanych do jednej kamery. Natomiast Konsalnet iCCTV nie ma swojego odpowiednika na polskim rynku. System umożliwia wykorzystanie rozwiązań i sprzętu, które klient ma już zainstalowane w swoim obiekcie, i przekształcenie ich w zintegrowany monitoring, który reaguje na potencjalne zagrożenia oraz optymalizuje i upraszcza ochronę danego obiektu.

Spektrum zastosowań jest bardzo szerokie. Przykładowo, system może uszczelnić kontrolę dostępu do obiektu poprzez rozpoznawanie twarzy pracowników, wykrywać podejrzane zdarzenia dzięki algorytmom czasowym, rozpoznawać tablice rejestracyjne, mierzyć natężenie ruchu i automatycznie informować o pojawieniu się intruza w nieuprawnionej strefie.

– Inteligentna analiza obrazu oparta jest o serwer, który dostarczamy. Z kamer rozmieszczonych na terenie obiektu możemy wykorzystać maksimum informacji, żeby podnieść bezpieczeństwo i uczynić zarządzanie obiektem bardziej efektywnym. Na jednej kamerze możemy wprowadzić wiele funkcji analitycznych – mówi Krzysztof Bełdycki.

Poza optymalizacją kosztów przeznaczanych na ochronę, takie rozwiązanie może być również narzędziem wsparcia dla marketingu i sprzedaży. Umożliwia bowiem tworzenie tzw. map ciepła, czyli miejsc, które są najczęściej odwiedzane przez klientów i charakteryzują się największym natężeniem ruchu. Monitoring może też pomóc w określeniu wskaźnika konwersji, który pokazuje, jak liczba odwiedzin klientów w danym sklepie przekłada się na sprzedaż.

Jak podkreślają przedstawiciele Konsalnet, klienci firm ochroniarskich powinni rozpatrywać innowacyjne technologie w usługach nie jako wydatek, ale jako inwestycję, która może mieć kapitalne przełożenie na działalność biznesową.

– Jeżeli klient podchodzi do tego zagadnienia jak do inwestycji, to w ramach budżetu, którym dysponuje, będzie mógł wdrożyć ciekawe i skuteczne rozwiązania – mówi Krzysztof Bełdycki.

Bulwar to nie ulica – picie piwa nad Wisłą jest legalne

Marek Tatała, wiceprezes Forum Obywatelskiego Rozwoju, został uniewinniony przez Sąd Okręgowy w Warszawie od zarzutu, który postawiła mu policja w lipcu 2015 roku. Marek Tatała odmówił wtedy przyjęcia mandatu za picie piwa na nadwiślańskim bulwarze. Sąd orzekł, że nie nie złamał prawa pijąc alkohol na betonowych schodach na nadwiślańskim bulwarze. W uzasadnieniu sąd uznał, że skoro „obwiniony nie spożywał piwa na ulicy, to równocześnie nie popełnił wykroczenia”. Dzięki temu wiemy, że bulwar nadrzeczny nie jest ulicą, a próba ukarania za wypicie tam butelki piwa była niezasadna.

– Cieszy mnie, że sprawa dotarła do Sądu Najwyższego – mówi w rozmowie z MarketNews24 Marek Tatała, wiceprezes FOR. – To dlatego, że postanowienie SN może być wykorzystywane przy innych, podobnych takich sprawach, jeżeli takie się pojawią.

Projekt nowej ustawy o ochronie danych osobowych – komentarz ekspercki

Tomasz Ochocki, ODO 24
Tomasz Ochocki, ekspert ds. ochrony danych, ODO 24

Ministerstwo Cyfryzacji opublikowało 28 marca br. projekt ustawy o ochronie danych osobowych, która ma dookreślić, w granicach dopuszczalnych przez ogólne rozporządzenie o ochronie danych (RODO), krajowy system ochrony danych osobowych.

Jak zaznaczył Maciej Kawecki, doradca w gabinecie politycznym Ministra Cyfryzacji, projekt ma charakter roboczy i może jeszcze ulec zmianie. Jego udostępnienie na tak wczesnym etapie prac legislacyjnych wynika z ogromnego zainteresowania tym tematem przez opinię publiczną, a także chęci zapewnienia pełnej transparentności procesu tworzenia przepisów o ochronie danych osobowych.

Projekt określa zarówno zagadnienia ogólne jak i kwestie związane z: postępowaniem w sprawie naruszenia przepisów o ochronie danych osobowych, europejską współpracą administracyjną, postępowaniem kontrolnym, administracyjnymi karami pieniężnymi, odpowiedzialnością cywilną oraz  inspektorami ochrony danych. Propozycja nie obejmuje jednak tak istotnych kwestii jak m.in.: pozycja ustrojowa nowego organu ochrony danych osobowych, przepisy przejściowe oraz  przepisy zmieniające regulacje sektorowe.

Jedną z najważniejszych zmian wynikającą z projektu ustawy jest  powołanie w miejsce obecnego Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych – krajowego organu ds. ochrony danych osobowych –  nowego organu administracji publicznej – Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Komentowana zmiana wynika z faktu, iż na gruncie europejskiego rozporządzenia o ochronie danych osobowych (RODO) inspektor ochrony danych jest osobą fizyczną wyznaczaną przez administratora bądź podmiot przetwarzający i obowiązaną do szeroko rozumianego monitorowania przestrzegania przepisów RODO. Należy zauważyć, że jednocześnie brak jest jakiegokolwiek związku ustrojowego pomiędzy takimi osobami (inspektorami ochrony danych) a organem ds. ochrony danych osobowych. Zachowanie obecnej nazwy organu (Generalny Inspektor Ochrony Danych), wprowadzałoby w tym zakresie w błąd – co do ich pozycji ustrojowej, bowiem zgodnie z art. 38 ust. 3 RODO, inspektorzy ochrony danych muszą być niezależni.

Tak jak już wcześniej zapowiadało Ministerstwo Cyfryzacji, projekt ustawy obniżył do 13 lat wiek dzieci, których przetwarzanie danych osobowych, w przypadku usług społeczeństwa informacyjnego, będzie wymagało zgody rodziców bądź opiekunów prawnych. Zgodnie z art. 15 ustawy z 23 kwietnia 1964 r. – Kodeks cywilny (Dz.U. z 2016 r. poz. 380, z późn. zm.) osoba, która ukończyła 13 lat ma ograniczoną zdolność do czynności prawnych, a zatem może zawierać umowy w drobnych bieżących sprawach życia codziennego, może także rozporządzać swoim zarobkiem. W ocenie projektodawcy w tym kontekście uzasadnione jest przyjęcie granicy lat 13 także dla skutecznego wyrażenia przez dziecko zgody na przetwarzanie dotyczących go danych osobowych w związku z kierowanymi bezpośrednio do dziecka usługami społeczeństwa informacyjnego. Nie ma powodu, aby przyjąć, że osoba mogąca rozporządzić swoim zarobkiem oraz zawierać drobne umowy, nie była jednocześnie uprawniona do wyrażenia zgody na przetwarzanie dotyczących jej danych osobowych, zwłaszcza że zgodnie z przepisami RODO zgodę można w każdym czasie wycofać.

Jednym z bardziej kontrowersyjnych zapisów projektu ustawy jest znaczne obniżenie maksymalnej granicy możliwej do nałożenia administracyjnej kary pieniężnej w stosunku do podmiotów publicznych – do 100 000 zł. W opinii Ministerstwa powyższe rozwiązanie podyktowane jest założeniem, że wymierzany wymiar kary nie powinien skutkować zaprzestaniem, a nawet ograniczeniem należytego wykonywania przez podmioty powierzonych im zadań publicznych, co w sposób oczywisty naruszałoby interes publiczny.

Według Macieja Kaweckiego projekt ustawy o ochronie danych osobowych powinien trafić do Sejmu jesienią tego roku, a proces legislacyjny zakończyć się na początku 2018 r., aby kwiecień i maj pozwoliły na przygotowanie się do wejścia w życie nowych przepisów. Sama ustawa powinna zacząć obowiązywać 25 maja 2018 r. – wtedy rozpoczyna się stosowanie rozporządzenia całej Unii Europejskiej, które przepisy krajowe dookreślają.

Autor: Tomasz Ochocki, ekspert ds. ochrony danych, ODO 24

Luksusowe SUV-y z napędem hybrydowym – przegląd rynku

Każdy chcący liczyć się na rynku producent ma już w swojej ofercie SUV-a. Nic dziwnego, segment ten bezustannie odnotowuje wzrosty. Modele z takim nadwoziem upodobali sobie przede wszystkim klienci instytucjonalni, którzy w Polsce – wg Samar – odpowiadają ponad 60 proc. wszystkich rejestracji aut nowych. Przedstawiamy pięć luksusowych SUV-ów z napędem hybrydowym, które można kupić na polskim rynku.

Lexus RX 450h

Lexus RX 450h
Lexus RX 450h

Układ napędowy Lexusa RX 450h składa się z pracującego w oszczędnym trybie Atkinsona silnika benzynowego o pojemności 3,5 litra i dwóch agregatów elektrycznych. Zestaw ten wytwarza łącznie moc 313 KM i rozpędza SUV-a do 100 km/h w czasie 7,7 sekundy.

Podstawowa wersja Elite kosztuje od 307 500 zł, a na liście jej wyposażenia znajdziemy aktywny tempomat działający w pełnym zakresie prędkości oraz dodatkowe system zwiększające bezpieczeństwo – asystent rozpoznawania znaków drogowych, system ochrony przedzderzeniowej, system stabilizacji toru jazdy oraz układ ostrzegający przez opuszczeniem pasa ruchu z wspomaganiem utrzymania pasa ruchu.

Wyposażenie wnętrza obejmuje między innymi 9-głośnikowy system audio Pioneer i ekran centralny o przekątnej 8 cali. Komfort użytkowania podwyższają asystent parkowania (wskazówki i obraz z kamery na ekranie multimedialnym), elektryczna regulacja foteli przednich (8 kierunków) z pamięcią fotela kierowcy, a także dwustrefowa automatyczna klimatyzacja z generatorem cząstek nanoE.

Volvo XC90 Plug-In Hybrid

Volvo XC90 Plug-In Hybrid
Volvo XC90 Plug-In Hybrid

Ceny tego modelu w odmianie Momentum zaczynają się od 351 600 zł. Pod maską auta pracuje czterocylindrowy motor benzynowy o pojemności dwóch litrów wspomagany przez silnik elektryczny. W sumie ten układ oferuje moc rzędu 400 KM, a przyspieszenie do 100 km/h to około 6 sekund.

Wyposażenie obejmuje między innymi układ wspomagania hamowania dla różnicy prędkości pomiędzy pojazdami sięgającej 50 km/h, system wspomagający unikanie zderzeń z innymi samochodami na skrzyżowaniach lub łagodzenie ich skutków oraz układ ochrony pieszych i aktywny tempomat. Dodatkowo na liście znalazł się system ostrzegania o niekontrolowanej zmianie pasa ruchu oraz układ informowania o znakach drogowych

We wnętrzu można znaleźć między innymi elektryczną, 4-stopniową regulację odcinka lędźwiowego foteli przednich, 4-strefową klimatyzację i 9-głośnikowy system audio.

BMW X5 xDrive40e iPerformance

BMW X5 xDrive40e iPerformance
BMW X5 xDrive40e iPerformance

W tej odmianie samochód napędzany jest turbodoładowaną, czterocylindrową jednostką o pojemności dwóch litrów wspomaganą przez silnik elektryczny. Cały układ generuje moc na poziomie 313 KM. Przyspieszenie od zera do 100 km/h zajmuje 6,8 sekundy.

Ceny tego modelu z układem hybrydowym startują od 315 100 zł. Na liście wyposażenia znalazła się między innymi dwustrefowa klimatyzacja, system audio z 10-calowym ekranem i nawigacją oraz systemy asystujące kierowcy, takie jak np. układ ostrzegający przez zjechaniem z pasa ruchu, ostrzeganie przed kolizją z poprzedzającym pojazdem.

Land Rover Range Rover

Land Rover Range Rover
Land Rover Range Rover

Auto napędzane jest układem hybrydowym, w skład którego wchodzi silnik diesla o pojemności trzech litrów, który współpracuje z silnikiem elektrycznym. Układ generuje w sumie 353 KM i pozwala na przyspieszenie do 100 km/h w czasie 6,9 sekundy.

Na liście wyposażenia znalazł się między innymi system kamer wspomagających parkowanie, system ostrzegający przed opuszczeniem pasa ruchu oraz zestaw audio z pojedynczym CD i odczytem plików MP3.

Ceny odmiany SDV6 Hybrid Vogue SE zaczynają się od 722 400 zł.

Mercedes GLE 500 e 4MATIC

Mercedes GLE 500 e 4MATIC
Mercedes GLE 500 e 4MATIC

Samochód napędzany jest silnikiem benzynowym V6 o pojemności trzech litrów i mocy 333 KM oraz agregatem elektrycznym generującym 116 KM. Przyspieszenie od zera do 100 km/h zajmuje w tym przypadku 5,3 sekundy.

Cena staruje od 354 tys. zł. Na liście wyposażenia podstawowej wersji znalazł się między innymi tempomat, system audio z ośmioma głośnikami i dwustrefowa automatyczna klimatyzacja oraz asystent utrzymania pasa ruchu oraz aktywne wspomaganie hamowania z funkcją pokonywania skrzyżowań. Zgodnie z cennikiem dopłaty wymaga np. kamera cofania (2,2 tys. zł) i asystent świateł drogowych (586 zł)

Aktualna analiza techniczna rynków finansowych 28.03.2017

Ostatnia podwyżka stóp procentowych nie zaprocentowała na rzecz USD, został wyprzedany, a jedynym jego wsparciem zdaje się być linia trendu wzrostowego. Po przerwaniu wsparcia 99.20-99.50 niedźwiedzie otworzyły sobie drogę do kolejnego poziomu 97.25-27.60, ale przed tym muszą jeszcze pokonać linie trendu wzrostowego. Czy jest szansa na pokonanie linii trendu wzrostowego? Jest i to bardzo duża.

Indeks dolara, interwał dzienny

Indeks dolara, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Prawdziwym czynnikiem zapalnym do wyprzedaży dolara amerykańskiego była podwyżka stóp procentowych. Według teorii parytetu stóp procentowych dolar amerykański powinien się umacniać, a tutaj takie kwiatki.

Dlaczego zatem dolar stracił na wartości? Głównym powodem były zbyt wygórowane oczekiwania rynkowe do szybszego zacieśniania monetarnego, natomiast Rezerwa Federalna nie zmieniła mediany stóp procentowych na 2017 rok.

Mediana projekcji stóp makroekonomicznych na koniec 2017 roku

Mediana projekcji stóp makroekonomicznych na koniec 2017 roku

Źródło: Bloomberg

Na powyższej grafice przedstawiono medianę stóp procentowych (kolor zielony) na 2017 rok. Ostatnie dwie publikacje projekcji stóp procentowych pokrywają się, natomiast rynek oczekiwał, że mediana głosowania członków FOMC znajdzie się na wyższym poziomie. Kolejnym czynnikiem przemawiającym za wyprzedażą Dolara amerykańskiego jest historia.

Indeks dolara na tle podwyżek stóp procentowych przez FOMC

Aktualna analiza techniczna rynków finansowych 28.03.2017 8

Źródło: Bloomberg

Na powyższym wykresie zostały zobrazowane stopy procentowe na dla indeksu dolara (linia żółta). W białych prostokątach zaznaczono okresy podwyżek stóp procentowych oraz zachowanie indeksu dolara W czterech analizowanych przypadkach jedynie w dwóch zaszła mocniejsza zależność pomiędzy stopami procentowymi, a kursem indeksu dolara.

Kontynuując swoja analizę indeksu dolara nie możemy pominąć pozycji netto zarządzających oraz funduszy lewarowanych na kontraktach terminowych, które po raz kolejny znalazły się dosyć wysoko.

Pozycje netto funduszy lewarowanych, zarządzających na kontraktach terminowych na tle indeksu dolara

Aktualna analiza techniczna rynków finansowych 28.03.2017 9

Źródło: Bloomberg

Przy analizie indeksu dolara musimy pamiętać, że w jego konstrukcji euro odpowiada za ponad 50 procent. Po analizie euro oraz raportu COT doszliśmy do wniosku, że waluta Strefy Euro powinna zmierzać na północ, a tym samym indeks dolara powinien znaleźć się pod presją sprzedających.

Z kolei analizując pozycję netto dużych graczy na indeksie dolara możemy zaobserwować pewną dywergencję. W 2015 roku indeks znalazł się na niższym szczycie niż pod koniec 2016 roku, natomiast pozycji długich netto były więcej w pierwszym przypadku.

Dokładając do tego ryzyko niespełnienia obietnic przedwyborczych przez Donald’a Tramp’a w przyszłości powinniśmy zaobserwować dalszą wyprzedaż dolara amerykańskiego.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Rajd na złotym przerwany. Kurs dolara w górę

Marcin Kiepas, analityk rynków finansowych
Marcin Kiepas

Dolar przerywa swą nienajlepszą passę, umacniając się we wtorek do koszyka walut. Tym samym ostatni rajd na złotym został przerwany. Nie ma jednak jeszcze sygnałów jego zakończenia.

Wtorek na rynku walutowym upływa pod znakiem odreagowania ostatniej przeceny dolara, jaka miała swe źródła w narastających obawach o polityczną skuteczność administracji prezydenta Donalda Trumpa, co automatycznie też przełożyło się na spadek oczekiwań na silniejsze podwyżki stóp procentowych w USA. Obserwowany wówczas odwrót od dolara powodował, że mocno zyskiwały waluty krajów zaliczanych do rynków wschodzących. W tym również złoty, który był jedną z wyróżniających się walutą, gdyż dodatkowo korzystał on na sygnałach przyspieszenia gospodarczego w Europie, a także na wzroście notowań EUR/USD.

Umacniający się dziś dolar powoduje ruch na złotym w odwrotnym kierunku. Wprawdzie nieznacznie, ale traci on na wartości. O godzinie 13:35 kurs USD/PLN testował poziom 3,9150 zł, EUR/PLN 4,2485 zł, a CHF/PLN 3,97 zł. Ta tendencja ma szansę utrzymać się do końca dnia, a w kolejnych dniach ulec pogłębieniu. Nie tylko dlatego, że prawdopodobnie już mieliśmy kulminację obaw ws. skuteczności prezydenta Trumpa, ale również dlatego, że po dwutygodniowym spadku notowań polskich par, są one już wyprzedane. Dlatego dla wielu inwestorów obecne kursy walut mogą wydawać się atrakcyjne.

Obserwowana dziś zmiany na krajowym rynku walutowym to póki co korekta wcześniejszego silnego umocnienia złotego. Wciąż nie ma wiarygodnych sygnałów zmiany tendencji. A to oznacza, że po kilku dniach presja na sprzedaż walut wróci. Należy jednak mieć na uwadze, że główne paliwo do przeceny dolara, a więc i do umocnienia złotego, już praktycznie się skończyło. Kumulację obaw związanych z szansami na reformę podatkową i wzrost wydatków infrastrukturalnych w USA, jaka pojawiła się po nieudanej likwidacji Obamacare, mamy już prawdopodobnie za sobą. A oczekiwania na podwyżki stóp procentowych przez Fed na tyle się zmniejszyły (prawdopodobieństwo czerwcowej podwyżki wynosi zaledwie 50,2%), że teraz bardziej realny jest wzrost tych oczekiwań niż ich dalszy spadek.

W dalszej części dnia złoty pozostanie pod głównym wpływem czynników globalnych, reagując na dane z USA i wahania EUR/USD. Inwestorzy przede wszystkim skupią się na indeksie zaufania amerykańskich konsumentów, który zgodnie z prognozą ma w marcu osunąć się do 114 pkt. z poziomu 114,8 pkt., ale wciąż pozostanie na wysokim poziomie, świadczącym o dobrej kondycji tamtejszej gospodarki. Lepsze dane wzmocnią dolara (w tym również do złotego). Gorsze zaś go osłabią.

Nieco mniejszy wpływ będą zaś mieć amerykańskie indeksy S&P/Case-Schiller (prognoza: 5,6% R/R) i Fed z Richmond (prognoza: 16 pkt.), a także wstępne szacunki salda obrotów towarowych USA (prognoza: -66,6 mld USD). Rynek może też reagować na wystąpienia członków Fed (Kaplan, George). A przede wszystkim na wszystkie spekulacje związane z przygotowywanymi przez Trumpa reformami.

Złoty w sposób pośredni będzie reagował na wszystkie doniesienia z USA. Do końca tygodnia pozostanie pod wypływem rynków globalnych, w tym przede wszystkim amerykańskiej (Trump) i europejskiej (BREXIT) polityki. W piątek zaś dodatkowym impulsem będą dla niego wstępne szacunki marcowej inflacji w Polsce (prognoza: 2,4% R/R).

Złoty umacnia się. Kurs euro poniżej 4,25 zł

Agencja Ratingowa Moody’s podnosi prognozy polskiego wzrostu PKB. Złoty umacnia się względem głównych walut. Spada również koszt zadłużania się polskiego budżetu. Dobre dane z Niemiec.

Moody’s podnosi perspektywy wzrostu Polski

W swoim komunikacie agencja ratingowa podniosła prognozę o 0,3% do 3,2%. Jest to aktualizacja względem szacunków ze stycznia. Powodem poprawy ma być rosnąca konsumpcja prywatna i odbicie w inwestycjach. Powodem wzrostu konsumpcji są nie tylko transfery do społeczeństwa w ramach pakietów socjalnych ale również wciąż spadające bezrobocie i rosnące wynagrodzenia. Konsumpcja prywatna to 60% PKB w związku z tym obecna sytuacja na rynku pracy oraz polityka społeczna skutecznie zwiększają ten parametr. Strona rządowa od razu zwróciła uwagę, że prognoza jest zbyt ostrożna i powinna wynosić 3,6% tyle co w budżecie lub nawet więcej jak pokazuje NBP.

Kurs euro poniżej 4,25 zł

Wczoraj wieczorem europejska waluta spadła względem złotego poniżej poziomu 4,25 zł. Powodem jest stabilna sytuacja w Polsce, dobre prognozy gospodarcze oraz co najważniejsze brak nowych ryzyk politycznych, które to działały negatywnie na złotego. Nie bez znaczenia jest też kondycja polskiego długu na rynku. Od końca lutego inwestorzy coraz chętniej kupują polskie obligacje. Ich rentowność spadła z poziomu 3,9% do 3,5%. Są to jedne z najniższych poziomów po wyborach prezydenckich w USA. Jest to również dobra wiadomość dla polskiej gospodarki. Oznacza to bowiem, że deficyt budżetowy wywoływany nowymi wydatkami rządu nie będzie aż tak uciążliwy w kolejnych latach.

Dobre dane z Niemiec

Wczoraj poznaliśmy indeks instytutu IFO. Okazał się on o 1,3 pkt wyższy od oczekiwań. Dobre dane wraz ze słabym klimatem w USA pozwoliły na dalsze umocnienie się euro wobec dolara. Po południu ruch ten osiągnął szczyt tuż powyżej 1,09. W efekcie osłabiającego się dolara do euro i umacniającej się złotówki do euro oglądaliśmy również minima na dolarze. Amerykańska waluta spadła przez moment poniżej poziomu 3,90 zł.

Dzisiaj w ramach danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:00 – Węgry – decyzja w sprawie stóp procentowych,
  • 16:00- USA – indeks zaufania konsumentów – Conference Board.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Raport: Sytuacja mikro i małych firm w województwie podlaskim

Przedsiębiorcy z Podlasia z optymizmem patrzą w przyszłość. Najlepsze nastroje panują wśród właścicieli z podregionu łomżyńskiego. Rośnie odsetek eksportujących firm. Poziom inwestycji i innowacji w województwie jest zbliżony do średniej krajowej. Podlascy przedsiębiorcy najlepiej oceniają zatrudnienie i dostępność do finansowania zewnętrznego.

Mikro i mali przedsiębiorcy z Podlasia z optymizmem patrzą w przyszłość. Kolejne 12 miesięcy ocenili na 98,1 pkt – to nieco lepiej niż średnio w kraju, gdzie wskaźnik ten wyniósł 97,9 pkt. Przyszłość w najlepszych barwach, podobnie jak w ubiegłym roku, widzą właściciele firm z podregionu białostockiego. Natomiast, ubiegłe 12 miesięcy podlascy właściciele oceniają na 93,9 pkt, czyli gorzej niż średnio w kraju, gdzie wskaźnik ten wyniósł 95,4 pkt. Najlepiej przeszłość oceniają przedsiębiorcy z podregionu łomżyńskiego. Średni Ogólny Wskaźnik Koniunktury (wypadkowa ocen ostatnich i przyszłych 12 miesięcy) wyniósł 96 pkt i podobnie jak w ubiegłym roku jest niższy o 1 pp. niż średnio w kraju.

– Zmieniła się mapa nastrojów przedsiębiorców na Podlasiu. W ubiegłych latach w najgorszych nastrojach byli właściciele mikro i małych firm w podregionie łomżyńskim. Teraz należą oni do najbardziej zadowolonych w województwie. Średni Ogólny Wskaźnik Koniunktury wzrósł tu o 2 pkt i wynosi 97 pkt. Wskaźnik nastrojów spadł natomiast w pozostałych podregionach i tym samym, białostoccy przedsiębiorcy, którzy do tej pory należeli do najbardziej zadowolonych w województwie, w ogólnym rozrachunku uplasowali się na drugim miejscu. Średni Ogólny Wskaźnik Koniunktury spadł tu o 2 pkt do 96 pkt. Najmniej zadowoleni (na 94 pkt) są przedsiębiorcy z Suwalszczyzny – mówi Jakub Fulara, współautor Raportu Banku Pekao SA.

Wskaźnik Koniunktury to wypadkowa wyników badania dla 8 obszarów: oceny ogólnej sytuacji gospodarczej, sytuacji branży i firmy, przychodów i wyniku finansowego firmy, zatrudnienia, długości oczekiwania na zapłatę oraz dostępu do finansowania. Podlascy przedsiębiorcy podobnie jak w ubiegłym roku najlepiej ocenili zatrudnienie oraz dostępność do finansowania zewnętrznego.

Na Podlasiu rośnie odsetek eksportujących firm. W 2016 r. działalność eksportową prowadziło tu 16% mikro i małych firm, to o 2 pp. więcej niż w ubiegłym roku i równocześnie o 2 pp. mniej niż średnio w kraju, gdzie eksportuje 18% firm. W 2016 r. w ujęciu rocznym wzrósł odsetek eksportujących firm na Suwalszczyźnie (z 12% do 17%), Białostocczyźnie (z 14% do 17%), natomiast nieznacznie spadł w podregionie łomżyńskim (z 16% na 15%). W 2017 roku wyższy odsetek firm zamierza prowadzić działalność eksportową. W podregionach białostockim i łomżyńskim będzie to odpowiednio 22% i 20% firm (średnio w kraju zamierza eksportować 20% firm). Na Suwalszczyźnie odsetek eksportujących może nieznacznie spaść w porównaniu z 2016 r. i wynieść 15%.

– Plany eksportowe przedsiębiorców z białostockiego i łomżyńskiego mogą wpłynąć pozytywnie na nastroje w tych podregionach. Zazwyczaj właściciele firm, które eksportują są bardziej zadowoleni z przychodów w porównaniu z przedsiębiorcami, którzy nie wychodzą poza krajowy rynek – dodaje Jakub Fulara, współautor Raportu Banku Pekao SA.

Przedsiębiorcy z Podlasia byli proszeni o skwantyfikowanie barier rozwoju biznesu. Średnia wartość barier spadła w porównaniu z ubiegłym rokiem. Wśród barier, których wartość wzrosła znalazły się: kwalifikacje pracowników i dostęp do finansowania.

W tym roku tematem specjalnym siódmej edycji „Raportu o sytuacji mikro i małych firm” Banku Pekao SA są inwestycje w mikro i małych firmach. Na Podlasiu w 2016 roku inwestowało 43% firm (to o 1 pp. mniej w porównaniu z ubiegłym rokiem). Przy czym, średnia dla kraju wynosi 49%. Najwyższy odsetek inwestujących firm jest w podregionach łomżyńskim (52%), a następnie białostockim (41%) i suwalskim (35%). W kolejnym roku ponownie najwięcej inwestycji zapowiadają przedsiębiorcy z podregionu łomżyńskiego (47% firm). W pozostałych regionach odsetek inwestujących będzie zbliżony – na poziomie 36-37%.

Na Podlasiu przedsiębiorcy realizują inwestycje, żeby poprawić efektywność (56%), dokonać wymiany środków trwałych (34%) oraz w odpowiedzi na popyt na produkty i usługi firmy na rynku krajowym (14%).

W tegorocznym badaniu autorzy zapytali także o inwestycje w kapitał ludzki. Przedsiębiorcy z Podlasia podnoszą swoje kwalifikacje przede wszystkim poprzez samokształcenie (48%) oraz kursy i szkolenia (35%). Właściciele firm chcą zwiększać swoje kwalifikacje – zwłaszcza w obszarze języków obcych (26%), specjalistycznej wiedzy związanej z prowadzona działalnością (25%) oraz marketingu i reklamy (24%).

Na Podlasiu odsetek innowacyjnych firm oraz nakłady na innowacje są zbliżone do średniej krajowej. W województwie innowacje produktowe, podobnie jak średnio w kraju, wdrożyło 24% firm, a innowacje procesowe 13% (średnio w kraju 17%). Najwięcej innowacji produktowych wdrożyły firmy z łomżyńskiego (28% vs. 31% rok wcześniej). Pod względem innowacji procesowych na prowadzenie wysunęły się firmy z podregionów suwalskiego i białostockiego (po 14%). W łomżyńskim innowacje procesowe wprowadziło 11% (spadek z 19% w porównaniu z ubiegłym rokiem)

Raport został przygotowany na podstawie wywiadów telefonicznych prowadzonych we wrześniu i październiku 2016 roku z właścicielami prawie 7 tysięcy mikro i małych firm (w tym 628 z województwa podlaskiego). Raport pokazuje wyniki badania na poziomie krajowym, regionalnym (16 województw) i lokalnym (66 podregionów).

KSSE S.A. już w marcu osiągnęła niemal 30 proc. planów zakładanych na 2017 rok

Prawie 300 nowych miejsc pracy i ponad 170 mln złotych nakładów inwestycyjnych przybędzie w Katowickiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej S.A. (KSSE S.A.), w związku z trzema projektami, na realizację których w marcu udzielone zostały zezwolenia. Uwzględniając pozyskane od początku roku inwestycje oznacza to, że w pierwszym kwartale największa polska specjalna strefa ekonomiczna zrealizuje już niemal trzecią część rocznych planów.

– Liczba nowych tegorocznych projektów jest wyższa niż w analogicznym okresie 2016 roku, a siedem udzielonych od początku roku zezwoleń pozwoliło nam osiągnąć niemal jedną trzecią naszych rocznych założeń. To optymistyczny wynik, jeśli weźmiemy pod uwagę iż nie minął jeszcze pierwszy kwartał 2017 roku – mówi Piotr Wojaczek, prezes KSSE S.A.

Plany KSSE S.A. na 2017 rok zakładają pozyskanie 25 nowych projektów inwestycyjnych o wartości przekraczającej miliard złotych, związanych z utworzeniem ponad tysiąca nowych miejsc pracy. Parametry siedmiu udzielonych od początku roku zezwoleń pozwoliły największej polskiej specjalnej strefie ekonomicznej już w marcu osiągnąć niemal 30 proc. założeń co do liczby nowych miejsc pracy (łącznie zadeklarowano ponad 330 nowych miejsc pracy) i w 25 proc. zrealizować plan dotyczący wartości inwestycji (łącznie zadeklarowano ponad 260 mln złotych nakładów inwestycyjnych).

W marcu rozstrzygnięto przetarg, który wyłonił nowego inwestora KSSE oraz w wyniku przeprowadzonych rokowań udzielone zostały zezwolenia na realizację dwóch projektów inwestycyjnych przez aktualnych inwestorów strefy. W ich efekcie w największej polskiej strefie ekonomicznej powstanie prawie 300 nowych miejsc pracy, a przedsiębiorcy zadeklarowali ponad 170 mln złotych inwestycji.

Nowym inwestorem w Gogolinie będzie niemiecka firma Hengst. Producent m.in. części i akcesoriów do pojazdów silnikowych zakupił działkę o powierzchni 6 ha, a w ramach inwestycji o wartości 66 mln złotych firma stworzy co najmniej 130 nowych miejsc pracy. To drugi, po firmie Sentrex, podmiot który będzie prowadził działalność w obszarze przemysłowym Gogolin, dogodnie zlokalizowanym w pobliżu Opola, przy autostradzie A4, a także w sąsiedztwie linii kolejowej łączącej Śląsk, z Opolem, Wrocławiem i Europą Zachodnią.

Kolejny projekt inwestycyjny w KSSE zrealizuje firma Brembo, największy dotychczasowy inwestor podstrefy sosnowiecko-dąbrowskiej KSSE. Włoski przedstawiciel branży motoryzacyjnej utrzyma dotychczas istniejące 1139 miejsc pracy do 2020 roku. W firmie zatrudnienie znajdzie też co najmniej kolejnych 10 osób. Zgodnie z udzielonym zezwoleniem nowy projekt wiąże się z dodatkowymi nakładami inwestycyjnymi na kwotę 100 mln złotych. Firma Brembo zrealizowała dotychczas w podstrefie sosnowiecko-dąbrowskiej inwestycje o wartości ponad 714 mln złotych. W zakładzie w Dąbrowie Górniczej wytwarzane są tarcze żeliwne nowej generacji dla przemysłu motoryzacyjnego oraz innowacyjne tarcze kompozytowe, a także funkcjonuje tam dział badawczo–rozwojowy.

W wyniku rokowań ustalone zostały również warunki realizacji projektu przez Rockwell Automation. Amerykańska firma, na gruntach włączonych do KSSE pod koniec grudnia 2016 roku w Katowicach, zrealizuje inwestycję, która będzie wiązać się ze stworzeniem 150 nowych miejsc pracy w branży automatyki przemysłowej oraz nakładami inwestycyjnymi o wartości ponad 5,5 mln złotych. Projekt Rockwell Automation będzie realizowany na gruntach będących własnością Skarbu Państwa oraz spółki Echo 135, których włączenia do KSSE dokonano właśnie z uwagi na planowaną  inwestycję.

Od początku 2017 roku Katowicka SSE S.A., obok przyznanych w marcu, udzieliła jeszcze czterech zezwoleń. Nowymi inwestorami, którzy zadeklarowali nakłady o łącznej wartości ponad 90 mln złotych i utworzenie ponad 30 nowych miejsc pracy, zostały firmy Bito Technika Magazynowa w Ujeździe, Pomarez w Bytomiu oraz dwaj przedstawiciele sektora MŚP z Częstochowy: PMS4i i Promatek Media Julia Pogorzelska. W kolejnych tygodniach spodziewane jest rozstrzygnięcie kolejnych pięciu postępowań dotyczących udzielenia zezwolenia na działalność w KSSE.

„Trump off” rządzi na rynkach

Jeśli jest jedna rzecz, którą prezydent Donald Trump zmienił na rynkach, to jest nią myślenie inwestorów na temat sentymentu rynkowego. Przed rokiem 2016 wielu mogło jasno stwierdzić czy obecnie na rynku panuje sentyment „risk on” czy „risk off”. W przypadku tego pierwszego oznaczało to zwyżki na rynkach, natomiast określane, jako „bezpieczne” aktywna takie jak jen czy złoto tradycyjnie zniżkowały.

Od 8 listopada 2016 roku, wszystko kręci wokół osoby prezydenta. Jak na tą chwilę rynki przejawiają sentyment, który można śmiało określić mianem „Trump off”, przejawiający się w spadkach kursów akcji wraz z notowaniami dolara amerykańskiego. Wszystko to jest efektem perypetii związanych z niedoszłym wycofaniem Obamacare oraz wzrastającym zamieszaniem wokół śledztwa FBI dotyczącego związków nowej administracji z Rosją.

Inwestorzy specjalizujący się w zmiennych rynkach, powinni w ciągu najbliższych dni przyglądać się południowoafrykańskiemu randowi. Prezydent Zuma, właśnie odwołał ministra finansów, ten zabieg oznacza dalszą niepewność w stosunku do przyszłości polityki fiskalnej RPA. Południowoafrykańska gospodarka jest w stagnacji – wzrost PKB w 2016 roku wynosił według różnych szacunków mniej niż 1 proc. Mimo to od 2016 roku rand konsekwentnie umacniał się w stosunku do dolara amerykańskiego. Decyzja prezydenta Zumy negatywie wpłynęła na notowania ZAR w stosunku do USD. Obecnie za jednego randa zapłacimy niecałe 13 dolarów. Jeśli wciąż polityka zdominuje ekonomiczny krajobraz dnia, możliwa jest dawno niespotykana zwyżka tej pary.

Uwagę inwestorów przykuwa także para walutowa USD/RUB. Dziś, bowiem Europejski Trybunał Sprawiedliwości utrzymał sankcje nałożone w 2014 roku na Moskwę w związku z jej zaangażowaniem militarnym na Ukrainie. Dolar zyskuje od rana wobec rosyjskiej waluty przekraczając pułap 57 rubli.

Jutro czeka nas oficjalnie rozpoczęcie procedury Brexitu. Miejmy nadzieję, ze ten dzień na rynkach minie szybko, gładko i bezboleśnie.

Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

Zastrzeżenie

Ta informacja służy jedynie celom informacyjnym i edukacyjnym. Nie powinna być traktowana jako porada albo rekomendacja inwestycyjna. Przeszłe wyniki nie dają gwarancji osiągnięcia rezultatów w przyszłości. Trading wiąże się z ryzykiem. Ryzykuj tylko kapitał, na którego stratę jesteś przygotowany.

Wszystkie dane, liczby i wykresy są aktualne na dzień 28 marca.

Przedsiębiorcze kobiety spotykają się w kolejnych polskich miastach

W ostatnim czasie(9, 16 i 23 marca) cykl spotkań Kobieta w biznesie odbył się w Katowicach, Poznaniu i Rzeszowie. Na jednym z wydarzeń w Poznaniu, organizatorka Aneta Wątor, wraz z uczestniczkami, świętowała swoje urodziny. Była to okazja nie tylko do celebracji, ale także refleksji nad osiągnięciami oraz planami na przyszłość. Główną atrakcją wieczoru były wywiady z przedsiębiorczymi kobietami oraz wykład motywujący na temat metody Kaizen. Kobiety miały okazję poznać historię sukcesu zawodowego specjalnych gości spotkania, którzy zechcieli podzielić się swoim doświadczeniem.

Uczestniczki, przed rozpoczęciem spotkania w Rzeszowie, miały okazję odwiedzić stoiska Partnerów wydarzenia. Rozpoczęciem eventu było przedstawienie przez Anetę Wątor programu spotkania oraz omówienie zagadnień związanych z rozwojem osobistym i zawodowym. Nie zabrakło też prelekcji przedsiębiorczych kobiet, które opowiedziały o swoich pasjach oraz o tym, jak rozpoczęła się ich droga zawodowa.

Organizatorka przedstawiła słuchaczom pojęcia związane z metodą Kaizen oraz opowiedziała o kluczowych zasadach osiągania celów „małymi kroczkami”. Kaizen to filozofia, dzięki której japońskie koncerny odniosły spektakularny sukces. Polega na działaniu małymi krokami i szukaniu niewielkich ulepszeń, jakie możemy wdrożyć w funkcjonowanie firmy. Opiera się na angażowaniu wszystkich pracowników, niezależnie od szczebla, w stałe poszukiwanie nowych pomysłów, które usprawniają działanie przedsiębiorstwa.

Aneta Wątor zdradziła, że korzysta z tej metody zarówno do osiągania celów zawodowych, jak i prywatnych. Opowiedziała o efektywności w pracy oraz o tym, jak ją udoskonalić.

„Nie bójcie się realizować swoich planów. Jak się uda to się uda, a jeśli nie to przynajmniej wiesz, że spróbowałeś”– tak Aneta Wątor mówi o jednej z podstawowych zasad osiągnięcia sukcesu w życiu.

Spotkania Kobieta w biznesie łącza oraz integrują środowisko przedsiębiorczych kobiet. Trenerka Kaizen Aneta Wątor, pomaga kobietom zwiększać sukces zawodowy, a początkującym wyznacza drogę rozwoju i organizacji. To wydarzenia, które zmieniają życie wielu polskich kobiet.

Analityka predykcyjna i machine learning napędzą rozwój biznesu

Według firmy analitycznej Forrester przedsiębiorstwa, które chcą skutecznie prognozować trendy rynkowe oraz zwiększyć wydajność swoich zespołów data science, powinny zainwestować w technologie predictive analytics i machine learning (PAML). To właśnie analityka predykcyjna i uczenie maszynowe są kluczowe w rozwoju aplikacji opartych na sztucznej inteligencji (Artificial Intelligence – AI). W opinii autorów raportu do 2021 roku zagregowany roczny wzrost rynku PAML utrzyma się na poziomie 15%.  

Analityka biznesowa ulega ciągłym zmianom. Przedsiębiorstwa operują coraz większą liczbą danych pochodzących z różnych źródeł. Informacje te są często bardzo zróżnicowane zarówno pod względem formy, jak i treści. Coraz większą rolę odgrywają media społecznościowe, zdjęcia oraz materiały wideo. Systemy analityczne muszą nadążać za tymi zmianami, a firmy chcące utrzymać konkurencyjną pozycję powinny korzystać z elastycznych technologii umożliwiających przetwarzanie informacji.

Połączone narzędzia analityczne

Jednym z ważniejszych trendów na rynku analityki biznesowej, wskazanych przez Forrestera, jest obecnie rozwój PAML (Predictive Analytics and Machine Learning). Firma definiuje PAML jako oprogramowanie umożliwiające tworzenie modeli predykcyjnych przy użyciu algorytmów statystycznych i machine learning. Technologia ta jest platformą do wdrażania i zarządzania modelami predykcyjnymi. PAML wykorzystuje techniki statystyczne, data mining i uczenie maszynowe, dzięki czemu umożliwia prognozowanie trendów, analizę informacji oraz tworzenie potencjalnych scenariuszy przyszłych zdarzeń. Analityka predykcyjna i uczenie maszynowe znajdują coraz szersze zastosowanie w różnych dziedzinach, takich jak ekonomia, sport, polityka czy medycyna.

Obecnie analityka predykcyjna jest z powodzeniem wykorzystywana zarówno przez działy marketingu, pozwalając pozyskać potencjalnych klientów, jak i działy ryzyka w bankowości, które używają tego rozwiązania do oceny scoringowej klienta. To także fundament wszystkich rozwiniętych działów operacyjnych, od firm działających w branży turystycznej i lotniczej, po przemysł przetwórczy i logistykę.

Obserwując rosnące zainteresowanie rozwiązaniami analitycznymi oraz zapotrzebowanie na wykwalifikowanych specjalistów, którzy potrafią przełożyć skomplikowany język danych na konkretne decyzje w biznesie, Forrester wskazał najistotniejsze trendy na rynku PAML. Jednym z nich jest rozwój rozwiązań umożliwiających wykorzystanie różnych języków programowania, również open source. Analitycy data science, korzystający z języka programowania SAS, mogą również wykorzystać języki R, Python, Java, Lua i inne. Istotne znaczenie ma również efektywne zarządzanie procesem tworzenia i aktualizacji modeli analitycznych.

Modele wykorzystywane w biznesie cechuje skłonność do utraty aktualności. Bardziej dojrzałe technologicznie rozwiązania PAML posiadają narzędzia umożliwiające monitoring skuteczności tworzonych modeli, porównując wynik wyjściowy z kluczowymi wskaźnikami efektywności. Ponadto, rosnący deficyt na rynku specjalistów data science wymusza automatyzację procesów analizy danych i integrację narzędzi analitycznych w jednej platformie. Innym dominującym trendem jest tak zwana demokratyzacja analityki, która przyczynia się do coraz szerszego wykorzystywania narzędzi przez różne grupy użytkowników. W odpowiedzi na powyższe zapotrzebowanie dostawcy rozwiązań PAML opracowali łatwe w użyciu narzędzia, które umożliwiają tworzenie prostych modeli.

SAS liderem

Forrester podkreśla, że tylko nieliczni dostawcy rozwiązań analityki biznesowej są w stanie zaoferować narzędzia, które wytrzymają próbę czasu. W najnowszym raporcie Forrester[1] , firma podjęła się ewaluacji rynku PAML i oceniła ofertę 14 dostawców spełniających powyższe wymagania.

SAS uzyskał najwyższy wynik spośród wszystkich przebadanych firm, biorąc pod uwagę: obecną ofertę, strategię i stopień penetracji rynku. Jednym z istotnych kryteriów, uwzględnionych w najnowszej edycji badania, była zdolność do innowacji. Autorzy raportu podkreślają, że SAS całkowicie zredefiniował swoje portfolio, wprowadzając pokaźną ofertę rozwiązań z zakresu data science do platformy SAS Visual Suite (SAS Visual Analytics, SAS Visual Statistics, SAS Visual Data Mining oraz Machine Learning). Firma oferuje wysokiej klasy narzędzia do wizualizacji, analizy danych, konstrukcji czy wdrażania modeli, zapewniając ciągłość obsługi, która jest kluczowa w pracy analityka.

[1] The Forrester Wave™: Predictive Analytics and Machine Learning Solutions, Q1 2017

Jak przez lata zmieniały się preferencje płatnicze Polaków

Poczynając od upadku PRL, przez powstanie wolnego rynku, rozwój usług bankowych, denominację, rewolucję cyfrową i wreszcie początek ery FinTech, tyle zaledwie w ciągu ćwierćwiecza doniosłych wydarzeń doświadczyły portfele Polaków. Przełom XX i XXI wieku to okres, w którym świat pieniądza zmieniał się najszybciej i najbardziej w całej historii ludzkości. Stąd ludzie musieli szybko uczyć się i dostosowywać do ciągle zmieniającego się świata finansów osobistych.

Wielki wybuch – karty i gotówka „ze ściany”

Słowa często nie są w stanie dobrze scharakteryzować zachodzących procesów. W przypadku rozwoju usług płatniczych w Polsce właśnie tak może być. Przymiotniki „dynamiczny” czy „rewolucyjny” w niewielkim stopniu określą to co się w rzeczywistości wydarzyło. Kiedy instalowano pierwszy bankomat w Polsce, jeszcze w latach 80-tych, był on raczej formą ciekawostki. Chyba mało kto myślał, co wydarzy się w ciągu następnych kilku lat (pomijając oczywiście sam upadek PRL).

Jeśli jeszcze na koniec 1993 r. na rynku było niecałe 50 tys. wydanych przez banki kart (w 1995 r. pojawiła się pierwsza karta kredytowa!), to już jeszcze przed końcem 1996 r. było ich ponad milion! Poziom 10 mln został przebity w 2000 roku[1]. Na koniec III kwartału 2016 r. liczba kart wyniosła prawie tyle, ile populacja Polski – 36,3 mln i trudno mówić o jakimś zdecydowanym nasyceniu rynku, gdyż jest to o 539 tys. kart więcej w porównaniu do kwartału wcześniej[2]. Podobnie gwałtownie rosła liczba przeprowadzanych transakcji za pomocą różnego typu kart – 50 mln transakcji zostało wykonane w 1996 r., w 2000 r. było już to 300 mln. Aktualnie dokonuje się ponad miliard transakcji kwartalnie, a ich wartość przekracza 150 mld PLN!

Sieć bankomatów również rosła jak na drożdżach. W 1993 r. tego typu maszyn w Polsce było jedynie 91. W 2000 r. już 5266, zaś na początku 2010 r. – 16 256. Najnowsze dane (Q3 2016) mówią o liczbie 22 504, a także o wartości transakcji w bankomatach powoli zbliżającej się do 100 mld PLN[3]. Naturalnie równolegle zwiększała się także liczba punktów (sklepy, usługi, hurtownie, etc.), które obsługują płatności kartą – tzw. akceptantów. W 1993 r. było ich 19,3 tys., w 2000 r. 93,4 tys., a aktualnie jest ich ponad 200 tys. Liczba samych terminali POS jest oczywiście zdecydowanie wyższa.

Szybko zarzucona sieć

Z trochę późniejszym startem, ale niemal równolegle swój początek miała cyfrowa rewolucja pieniądza. Pierwsze konta internetowe dostępne dla klientów były w 1998 r., a pierwszy bank stricte internetowy powstał w 2000 r. Od tamtej pory nastąpiła prawdziwa lawina nowopowstających e-rachunków. Według danych NBP[4] pod koniec 2010 r., klienci indywidualni banków posiadali już ponad 16 mln rachunków. W zeszłym roku było już to 31,5 mln[5]. Co ważne, w niektórych bankach „bankowość elektroniczna” uznawana jest jeszcze za oddzielny produkt, ale de facto stanowi ona naturalny kierunek ewolucji, a w powszechnej świadomości powoli już się nie odróżnia kont tradycyjnych od internetowych – po prostu mając konto w banku, można nim zarządzać mając dostęp do Internetu.

…ale „na ulicy” gotówka nadal rządzi

Śmiałe wkraczanie Internetu w różne dziedziny życia, w tym finansów osobistych, przekłada się naturalnie w jaki sposób zarządza się pieniędzmi. Mając konto internetowe, zaczyna się płacić przez Internet. Należy sobie jednak zdać sprawę, że nadal i długo jeszcze będzie dominować gotówka, szczególnie że jest spory odsetek Polaków w ogóle nie posiadających konta w banku – wg. danych NBP jest to nawet 21% populacji dorosłych Polaków, choć osoby młode, w wieku 25-39 lat, prawie w 100% je mają[6]. Brak konta dotyczy przede wszystkim osób starszych lub młodych, które po prostu nie zdążyły lub nie miały jeszcze potrzeby, aby takowe mieć.

W 2013 roku, kiedy polscy konsumenci mieli dostęp już do praktycznie wszystkich istniejących aktualnie (tradycyjnych i nowoczesnych) metod płatności operowanie banknotami i bilonem było zdecydowanie dominujące. Według danych NBP[7] 81,8% transakcji było przeprowadzanych właśnie w ten sposób. Płatność kartą debetową to 15%, a przelew jedynie 1,6%. W ciągu trzech lat zwyczaje te się jednak zmieniły. Kontynuacja tego samego badania wykazała, że w 2016 roku płatności za zakupy i usługi gotówką spadły do 63%. Wzrosło natomiast użycie kart i przelewów (odpowiednio 33 i 4%).

W sklepie gotówką, a w Internecie to już różnie

Jeśli w handlu tradycyjnym nadal jeszcze najczęściej operujemy gotówką, to metody płacenia za zakupy czy usługi w sieci to trochę świat równoległy. Naturalnie początki polskiego e-commerce są ścisłe związane z genezą bankowości elektronicznej. Pierwszy sklep powstał w 1997 r., a tacy weterani jak Merlin.pl czy empik.pl funkcjonują od 1999 r. Wtedy też powstała pierwsza platforma aukcyjna. Badania wykazały, że polskie społeczeństwo szybko i chętnie zaczęło sięgać po możliwości jakie daje sieć. W 2004 r. obroty w polskim e-handlu osiągnęły 1,9 mld PLN, w 2005 r. już 3,1 mld PLN[8], przy czym w tym czasie penetracja Internetu wyniosła odpowiednio 25,07% i 28,08%[9]. Wtedy e-zakupy robił co trzeci internauta[10]. W 2010 r. obroty w handlu internetowym osiągnęły już poziom 15,5 mld PLN, przy dostępie do sieci 63,4% populacji[11]. W tym czasie odsetek osób korzystających z oferty e-commerce wzrósł do 36%. Współcześnie dostęp do Internetu ma 76,6% społeczeństwa, prawie co drugi internauta kupuje przez sieć, a wartość branży wynosi około 40 mld PLN.

Pierwotnie oczywiście klienci e-sklepów mieli możliwość płacenia przede wszystkim poprzez przelew lub przy odbiorze towaru. Szybko jednak pojawiły się nowe możliwości – szybsze i wygodniejsze zarówno dla konsumentów, jak i sprzedawców, a także co istotne – tańsze.

Warto zwrócić uwagę, że w 2008 r. najpopularniejszy był wspomniany przelew i gotówka przy odbiorze – odpowiednio 64% i 66%. Kartę kredytową wybierało 20%. Na skorzystanie z nowoczesnych serwisów płatności decydował się zaledwie co dziesiąty klient (11%). Podobnie jak w przypadku płatności w siedzibie sprzedającego. Sytuacja ta w 2012 r. uległa częściowej zmianie. Jeśli jeszcze przelewy i płatność przy odbiorze były najbardziej popularne (67% i 59%), to nastąpił zdecydowany wzrost po stronie niezależnych serwisów (m.in. SOFORT) do poziomu aż 42%. Z karty kredytowej korzystało 28% kupujących przez sieć.

Aktualnie kwestia płatności za zakupy w sieci jest zdecydowanie bardziej zróżnicowana. Przede wszystkim internauci decydują się na nowoczesne rozwiązania szybkich przelewów[12], oferowanych m.in. przez SOFORT. Na tego typu rozwiązanie oferowane przez nowoczesnych graczy decyduje się 59% internatów. Płatność gotówką przy odbiorze osobistym jest na drugim miejscu – 39%. Następnie wysyłka za pobraniem – 36%, przelew tradycyjny – 25%, płatność kartą kredytową – 21%, płatność gotówką przy odbiorze w sklepie – 20%. Warto jeszcze wskazać inne możliwości, które nie należą do popularnych, ale dla pokazania wyboru, jaki obecnie mają konsumenci. Płatność SMS’em – 7%, płatność mobilna – 6%, płatność ratalna – 4%, płatność z odroczonym terminem – 4%, przez QR code – 3%.

Przyszłość jest w różnorodności

Ewidentnie więc ostatnie lata pokazują jak w krótkim czasie potrafią się zmieniać preferencje i przyzwyczajenia Polaków względem sposobu obracania swoimi środkami. Należy zakładać również, że zarysowane procesy będą nadal postępować – na co dzień będziemy korzystać z różnych metod płatności, zależnie od przyzwyczajeń, potrzeb i możliwości. Z pewnością też nadal będą zyskiwać nowoczesne rozwiązania, które już powoli wypierają tradycyjne przelewy na margines. W żadnym jednak wypadku nie można na te procesy patrzeć zero-jedynkowo. Gotówka jest i będzie najważniejszym środkiem płatniczym jeszcze przez wiele lat – warto jednakże obserwować to co się dzieje w krajach skandynawskich, gdzie coraz śmielej myśli się o wycofaniu z obiegu materialnego pieniądza. Nowe technologie stworzyły jednakże nowe możliwości, które są wygodne, tanie, szybkie i bezpieczne. Obecnie jesteśmy na etapie porządkowania rynku – wszystkie opisywane zmiany dzieją się w bardzo krótkim czasie i mimo tego, że zarówno przedsiębiorcy, jak i konsumenci bardzo dobrze odnajdują się w szybko zmieniającej się rzeczywistości, szybko wykorzystując zalety płynące z nowych rozwiązań, to jednakże samo otoczenie systemowe, prawne ma kilka kroków do nadrobienia w budowaniu ram dla nowych graczy. Mające miejsce procesy, zmiany oczekiwań konsumentów i rozwiązania proponowane przez sektor FinTech są też cenną wskazówką dla firm handlowych. Te tradycyjne jak najszybciej powinny stawiać na rozwój w sieci i oferowanie swoim klientom różnych sposobów płatności – wraz z wielokanałowym modelem sprzedaży są to jedne ze współczesnych warunków powodzenia na rynku. Szczególnie, że już możemy zaobserwować kurczenie się segmentu sprzedaży tradycyjnej kosztem e-commerce.

Dagmara Sobańska, Country Manager, SOFORT GmbH

[1] Narodowy Bank Polski, Rynek kart płatniczych w Polsce, sierpień 2003 r.

[2] Narodowy Bank Polski, Informacja o kartach płatniczych, III kwartał 2016 r., grudzień 2016 r.

[3] Narodowy Bank Polski, Liczba bankomatów oraz liczba i wartość transakcji przeprowadzanych w bankomatach

[4] Narodowy Bank Polski, NetB@nk – Raport bankowość internetowa i płatności bezgotówkowe, IV kwartał 2010 r.

[5] Narodowy Bank Polski, NetB@nk – Raport bankowość internetowa i płatności bezgotówkowe, II kwartał 2016 r

[6] Tomasz Koźliński, Narodowy Bank Polski, Departament Systemu Płatniczego, Wybrane wyniki badania Polaków nt. korzystania z usług bankowych i opłacania rachunków w 2016 r., 12 grudnia 2016 r.

[7] Tomasz Koźliński, Narodowy Bank Polski, Departament Systemu Płatniczego, „Zwyczaje płatnicze Polaków”, Warszawa, maj 2013 r.

[8] Stowarzyszenie Marketingu Bezpośredniego, Polski rynek e-commerce, marzec 2009 r.

[9] Dane Międzynarodowej Unii Telekomunikacji

[10] Forrester Research 2005,”Internet retailer”, Polska – TNS OBOP, grudzień 2005

[11] GUS

[12] Gemius, E-commerce w Polsce 2016

Polacy toną w długach. Szczególnie mieszkańcy Śląska i Mazowsza

Polacy chętnie zaciągają kredyty – ponad połowa z nas (52 proc.) nie widzi nic złego w pożyczkach na zakup najnowszych sprzętów RTV/AGD, a 35 proc. przyznaje się do kredytowania swoich planów wakacyjnych. Tak niefrasobliwe podejście skutkuje tym, że coraz więcej osób zostaje wpisanych do internetowych rejestrów dłużników. Wyjaśniamy, czym jest Internetowa Giełda Długów i podpowiadamy, jak poradzić sobie ze spiralą zadłużenia.

Polacy toną w długach. Szczególnie mieszkańcy Śląska i MazowszaNa Internetową Giełdę Długów wpisanych jest już blisko 1 mln Polaków, którzy nie spłacają swoich zobowiązań. Problem ten dotyczy szczególnie mieszkańców województwa śląskiego, gdzie jest prawie 200 tys. zadłużonych osób. Na drugim miejscu znalazło się województwo mazowieckie, gdzie ponad 100 tys. osób ma trudności ze spłatą należności. Najmniej dłużników znajduje się w województwie podlaskim, gdzie na Internetową Giełdę Długów trafiły 16 303 osoby. W samym środku zestawienia znalazły się województwa pomorskie, kujawsko-pomorskie i małopolskie, gdzie ponad 50 tys. mieszkańców nie opłaca na czas swoich zobowiązań. W pozostałych częściach naszego kraju średnio 30 tys. osób zalega z zapłatami za wystawione faktury czy ratami kredytów.

Jak działa Internetowa Giełda Długów?

Na Internetową Giełdę Długów mogą zostać wpisane osoby, które m.in. nie wywiązują się z umowy kredytowej czy nie opłaciły w terminie rachunków. Zazwyczaj są to osoby, które pomimo prób kontaktu nie podjęły z wierzycielem negocjacji mających na celu wypracowanie kompromisu, który pozwoli na spłacenie należności w sposób dostosowany do ich obecnych możliwości finansowych. Wierzyciele, którzy nie otrzymali na czas należnej zapłaty, mogą na stronie www.dlugi.info wystawić ofertę sprzedaży nieopłaconych zobowiązań. Chcąc sprawdzić, czy zostaliśmy wpisani na Internetową Giełdę Długów, na wspomnianej stronie należy wpisać nasze dane. W ten sposób dowiemy się, ile wynoszą nieopłacone przez nas zobowiązania oraz z kim powinniśmy się kontaktować w celu spłaty naszego zadłużenia. Warto zaznaczyć, że wpisanie na Internetową Giełdę Długów może uniemożliwić nam dokonanie zakupów na raty, podpisanie umowy z operatorem telefonicznym czy zaciągnięcie kredytu w momencie, gdy naprawdę będziemy go potrzebować. – Wgląd do wierzytelności udostępnionych na Internetowej Giełdzie Długów jest ogólnodostępny, dzięki czemu przedsiębiorcy mogą się z nimi zapoznać przed podpisaniem umowy z kontrahentem-dłużnikiem. Nasz serwis powstał jednak po to, aby firmy i konsumenci mogli między sobą dokonać czynności kompensacyjnych. Dla przykładu: jeśli Pan Kowalski, który wykonał u mnie usługę malowania mieszkania, ma dług u Pana Nowaka, mogę Kowalskiemu zapłacić za wykonaną pracę wykupując jego dług od Nowaka – wyjaśnia Piotr Wajszczak z serwisu dlugi.info.

Uwolnij się od długów i śpij spokojnie

Osoby chcące wydostać się ze spirali zadłużenia, powinny opracować konkretny plan działania i ściśle się go trzymać. – W momencie, gdy nie dajemy rady w terminie spłacać naszych zobowiązań, przede wszystkim powinniśmy poddać analizie swój budżet domowy i ustalić finansowe priorytety. Warto jest zaraz po otrzymaniu wynagrodzenia opłacić wszelkie rachunki. Dzięki temu będziemy mieć pewność, że nasze długi nie będą się powiększać – radzi Katarzyna Gosiewska, ekspert Intrum Justitia. Chcąc wyjść ze spirali zadłużenia powinniśmy nauczyć się wydawać tyle pieniędzy, ile naprawdę posiadamy lub tyle, ile jesteśmy w stanie oddać w terminie pożyczkobiorcy. – Wiele osób błędnie myśli, że zaciągnięcie kolejnego zobowiązania sprawi, że nasze problemy same się rozwiążą. Prawda jest jednak inna. Następny kredyt jeszcze bardziej nadszarpnie nasz budżet domowy, który już wymaga naprawy – dodaje Katarzyna Gosiewska. Dobrym rozwiązaniem pozwalającym wydostać się ze spirali zadłużenia jest znalezienie dodatkowego źródła dochodu. Niekoniecznie musimy decydować się na kolejny etat, bowiem w dzisiejszych czasach istnieje wiele możliwości, które pozwalają na pracę z domu. Dla przykładu możemy wykorzystać swój wolny czas (np. weekendy) na pracę dorywczą. Zarobione w ten sposób pieniądze pozwolą nam szybciej spłacić zadłużenie.

Problemy ze spłatą należności ma wielu Polaków, ponieważ w dzisiejszych czasach bardzo łatwo jest popaść w spiralę zadłużenia. Warto jednak poddać analizie swój domowy budżet i odzyskać nad nim pełną kontrolę. Pozwoli nam to przede wszystkim na poprawę naszej sytuacji finansowej, co pozytywnie wpłynie na jakość naszego życia.

MotoBarometr: tylko co piąty Polak kupiłby samochód wyprodukowany przez markę niemotoryzacyjną

13% przedstawicieli automotive w Polsce uważa, że marki niemotoryzacyjne mają szansę samodzielnie odnieść sukces w branży, natomiast 62%, że jest taka możliwość, ale tylko przy współpracy z producentami motoryzacyjnymi – wynika z raportu Exact Systems „MotoBarometr 2016. Nastroje w automotive”. Sceptycznie do tematu podchodzą również sami polscy kierowcy. Niemal trzy czwarte z nich nie kupiłoby samochodu wyprodukowanego przez firmę spoza branży. Na ten krok zdecydowałby się jedynie co piąty Polak. Eksperci Exact Systems i Polskiej Izby Motoryzacji zwracają uwagę, że wejście do motobiznesu wiąże się nie tylko z produkcją pojazdu, ale też promocją i sprzedażą. A to wymaga długoletnich i olbrzymich nakładów finansowo-organizacyjnych.

Paweł Gos, prezes Exact Systems
Paweł Gos, prezes Exact Systems

Od kilku lat widoczne są trendy w zakresie konsolidacji rynku motoryzacyjnego. Producenci łączą się lub przejmują swoich konkurentów w celu zagwarantowania sobie między innymi dostępu do nowych technologii, a w konsekwencji właściwego tempa innowacji. Coraz częstsze ruchy w zakresie M&A powodują, że zmniejsza się grono graczy rynkowych. To dla podmiotu niebranżowego może być barierą nie do przeskoczenia. I nawet dla takiego giganta technologicznego jak Google czy jednego z najbardziej dynamicznych startupów jak Uber to bardzo trudne zadanie. Kierunkiem jest kooperacja z producentami motoryzacyjnymi, czyli alians technologii z doświadczeniem, co zresztą potwierdził jeden z managerów Google. Podkreślił, że jego firma nie planuje samodzielnie produkować samochodów, tylko stworzyć technologię, którą udostępni liczącym się na rynku graczom – mówi Paweł Gos, prezes zarządu Exact Systems.

Producenci motoryzacyjni wskazują na alians technologii z doświadczeniem

Z badania Exact Systems „MotoBarometr 2016. Nastroje w automotive” wynika, że zdaniem przedstawicieli motoryzacji, marki spoza branży mają szansę na rozwój, ale tylko przy wsparciu producentów motoryzacyjnych. Taką opinię wyraziło aż 62% respondentów z Polski oraz co drugi przedstawiciel motoryzacji z Niemiec oraz Słowacji. Opinię, że marki spoza branży mają szansę na sukces samodzielnie wyraża zaledwie 13% przedstawicieli z Polski oraz co dziesiąty z Czech. Większymi optymistami są producenci z Niemiec, Rosji oraz Słowacji – odpowiednio 20% i po 27% wskazań. Zerowy sukces markom spoza branży wróży w Polsce 13% ankietowanych, a w Niemczach aż 27%. Roman Kantorski, prezes Polskiej Izby Motoryzacji, podkreśla, że jeżeli mówimy o markach spoza branży, które myślą np. o wypuszczeniu na rynek autonomicznego samochodu, duże znaczenie ma wsparcie producentów motoryzacyjnych, ze wskazaniem na dostawców części i komponentów. – Wyprodukować to jedno. To w sumie jest wykonalne, ale wypromowanie i sprzedaż wymaga długoletnich i olbrzymich nakładów zarówno finansowych jak i organizacyjnych – mówi Roman Kantorski.

Polacy nieufni w stosunku do pozabranżowych graczy, w szczególności kobiety i starsi

A jak do takiej wizji podchodzą sami konsumenci? Tylko 20% Polaków kupiłoby samochód wyprodukowany przez markę niemotoryzacyjną – wynika z badania „AUTOwybory Polaków” zrealizowanego przez Exact Systems. Aż 73% nie zdecydowałoby się na taki krok, z czego aż 1/3 osób na pewno nie kupiłaby takiego samochodu. Biorąc pod uwagę płeć klienta, najbardziej sceptyczne wobec takiego rozwiązania są kobiety, wśród których niecałe 13% kupiłoby cztery kółka od firmy niemotoryzacyjnej. Wśród mężczyzn ten odsetek wynosi 23%. Patrząc na wiek, największe grono zwolenników takiego zakupu znajduje się w przedziale wiekowym 25-44 lata (ok. 25%), a najmniejsze wśród najstarszych respondentów w wieku powyżej 60 lat (11%).

Jak widać ze zrealizowanych przez nas badań, nie tylko branżowi gracze z dystansem podchodzą do wejścia nowej i samodzielnej konkurencji na rynek, ale i sami klienci. Polacy w zdecydowanej większości nie kupiliby samochodu wyprodukowanego przez Ubera czy Google. Z czego wynika takie nastawienie? Gdy spójrzmy na czynniki brane pod uwagę przy zakupie samochodu, to wśród pierwszych pięciu wymienionych przez Polaków znajdują się cena, informacje o bezawaryjności oraz znajomość i prestiż marki. Auto firmy niemotoryzacyjnej nie łapie się pod żadne z tych kryteriów. Z pewnością byłoby droższe niż przeciętny samochód z tradycyjnym napędem, nie miałoby historii awaryjności oraz jego marka nie kojarzyłaby się z segmentem motoryzacyjnym. Dlatego, żeby motoryzacyjna przygoda pozabranżowych graczy miała szansę się ziścić, warto postawić na alians z doświadczonymi producentami – podkreśla Paweł Gos, prezes zarządu Exact Systems.

***

Metodologia badania

Badanie „Nastroje w automotive. Polska, Czechy, Niemcy, Rosja, Słowacja” zostało przeprowadzone przez firmę Exact Systems na celowej próbie przedstawicieli firm z sektora automotive będących klientami Exact Systems. Wśród nich znajdują się m.in. producenci samochodów, poddostawcy części i komponentów samochodowych Tier I i Tier II takich jak wycieraczki, szyby samochodowe, dachy, kolumny kierownicze czy elementy bezpieczeństwa. Wielkość próby wyniosła 413 respondentów z 5 państw (Polska, Czechy, Niemcy, Rosja, Słowacja). Respondentami byli przedstawiciele zakładów motoryzacyjnych, w tym OEM i Tier, a w szczególności inżynierowie ds. jakości, dyrektorzy zakładów, managerowie ds. jakości i produkcji. Badanie zrealizowano metodą telefonicznych wywiadów (CATI), ankiet online oraz ankiet indywidualnych od lipca do września 2016 roku.

Wyniki badania „AUTOwybory Polaków” zostały przygotowane i opracowane na zlecenie Exact Systems S.A. przez instytut Millward Brown S.A. Badanie zostało zrealizowane na próbie osób potrafiących odpowiedzieć na pytania dotyczące zakupu, napraw i awarii posiadanego samochodu (N=600) dobranej z ogólnopolskiej reprezentatywnej próby dorosłych Polaków N=1000 (dobranych zgodnie ze strukturą populacji pod względem płci, wieku, wykształcenia oraz klasy wielkości i województwa miejsca zamieszkania), wyniki poddano procedurze ważenia. Maksymalny błąd pomiaru dla całej próby pracujących to +/-4,05%. Badanie zostało przeprowadzone za pomocą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych CATI w sierpniu i wrześniu 2016 roku.