Sytuacja na rynku walutowym 28.03.2017

Pierwsza pełna doba dostosowania się rynków porażki Trumpa w forsowaniu swojej polityki była krzywdząca dla dolara i aktywów ryzykownych, ale im dłużej trwa handel w tym tygodniu, tym coraz słabsze są obawy o przyszłość polityki fiskalnej USA. Indeksy giełdowe odbijają, podobnie ropa naftowa. Złoty pozostaje mocny.

Jak pisałem wczoraj, rozczarowanie porażka Trumpa w Kongresie może osłabić dolara w krótkim terminie, ale nie jest w stanie całkowicie go pogrążyć. Gospodarka USA jest na ścieżce ożywienia bez wsparcia w postaci niższych podatków i inwestycji infrastrukturalnych, więc trudności administracji z forsowaniem ambitnych planów umniejszają tylko nadzieje na coś więcej. Nie można też zapominać, że Fed jest w cyklu podwyżek stóp procentowych, nawet jeśli ich obecne tempo jest już w cenach. Jakkolwiek jest to za mało, by obudzić świeży rajd dolara, tak wystarczy, by hamować szeroką wyprzedaż. Na dniach rynek powinien znaleźć punkt równowagi dla oczekiwań wobec polityki fiskalnej USA, ale z tego pułapu pozytywne niespodzianki staną się bardziej prawdopodobne.

EUR/USD zatrzymał wzrosty tuż nad 1,09, na krótko wychodząc ponad szczyty z grudnia, kiedy zawrócił stąd po decyzji ECB o wydłużeniu programu QE. Rynek walutowy lubuje się w rozpamiętywaniu historii, ale postrzeganie polityki ECB jest dziś zupełnie inne niż w grudniu. Spekulacje o wygaszaniu skupu aktywów, a nawet szybkim przejściu do podwyżek stóp procentowych, wspierają euro. Wczoraj Sabine Lautenschlaeger stwierdziła, że należy się przygotować na zmianę polityki ECB. Z drugiej strony jej kolega z Bundesbanku Jens Weidmann powiedział, że wprawdzie chciałby mniej ekspansywnej polityki, ale widzi ryzyko, że QE potrwa dłużej niż jest to konieczne. Wreszcie Peter Praet przestrzegł przed wyciąganiem pochopnych wniosków ze wzrostów inflacji napędzanych przez czynniki przejściowe. Wielogłos z ECB pokazuje, że decyzja o odejściu od ultra-luźnej polityki nie przyjdzie z łatwością. To może hamować zapędy do kupowania EUR.

Złoty jest mocniejszy pomimo generalnie negatywnego sentymentu na rynkach rozwiniętych. To sugeruje, że inne czynniki mogą wchodzić w grę, a słabość USD i zbliżający się koniec kwartału przemawiają za domykaniem (nietrafionych) długich pozycji spekulacyjnych w USD/PLN. Technicznie EUR/PLN otworzył się na spadki z następnym przystankiem na 4,23, ale biorąc pod uwagę odbijanie dolara w nocy, także i na złotym możemy mieć zawrotkę w kierunku 4,27

Dane w kalendarzu we wtorek są drugorzędne. Sprzedaż detaliczna ze Szwecji była zbliżona do oczekiwań, utrzymując SEK w miejscu. Na rynku nie ma wątpliwości, że Narodowy Bank Węgier utrzyma główną stopę procentową na 0,9 proc. Z USA najważniejszy będzie indeks nastrojów konsumentów, gdzie spodziewane jest lekkie schłodzenie powyborczej euforii. Po południu mamy serię wystąpień bankierów centralnych z najważniejszymi Yellen z Fed i Poloza z Banku Kanady.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Marek Belka: Wzrost podatków konieczny dla utrzymania dyscypliny budżetowej

Polska gospodarka od kilku lat jest jedną z najlepiej zrównoważonych pod względem makroekonomicznym wśród gospodarek europejskich. Dalej się rozwija, czego wynikiem jest wciąż obniżające się bezrobocie i ustabilizowana sytuacja jeśli chodzi o ceny, chociaż te zaczynają powoli rosnąć. Oprócz tego sytuacja przedsiębiorstw – które uzyskują znakomite wyniki finansowe – jest bardzo dobra.

– W ostatnim roku mięliśmy do czynienia z wprowadzeniem pewnych kroków w zakresie polityki społecznej, które obciążają budżet – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Belka, profesor nauk ekonomicznych – Jednym z nich jest program 500+, a drugim obniżenie wieku emerytalnego, którego skutki budżetowe zaczną narastać od tego roku. Finansowanie tych zamierzeń jest trudne. Ma odbywać się za pomocą poprawienia ściągalności podatków, przede wszystkim VAT-u, co zapewne do pewnego stopnia się uda. Uważam, że jeśli będziemy chcieli utrzymać dyscyplinę budżetową, która leży w naszym długofalowym interesie, to trzeba będzie podnieść podatki – podsumował Belka.

Komentarz walutowy. Kurs dolara, euro, funta 28.03.2017

Kurs dolara do złotego

Kurs dolara do złotego wykresZnaczące umocnienie się złotego względem dolara trwa już od 15 marca. W tym czasie złotówka odrobiła aż 17 groszy i prawdopodobnie to nie koniec. Choć kurs zależy od sytuacji politycznej w Europie i reform Prezydenta Trumpa w Stanach Zjednoczonych, to widzimy jeszcze potencjał do spadków. Celem powinna być linia trendowa wyrysowana po dołkach z końca marca i sierpnia 2016. Na wykończeniu jest także układ spadkowej piątki, po którym powinno dojść do znacznej korekty. W przypadku wzrostów oporem będzie poziom 3,9830, na którym cena już reagowała końcem października 2016 i początkiem lutego 2016 roku.

Kurs euro do złotego

Kurs euro do złotego wykresPo pokonaniu wsparcia na 4,2750 i trwałym wybiciu linii trendowej, stało się jasne, że formacja RGR, o której wspominaliśmy już na początku grudnia 2016 roku, stała się faktem. Dodatkowo brakuje raptem 2 groszy do zaksięgowania ogromnej formacji 1 do 1. Po zaksięgowaniu poziomu 4,2240, techniczne powinno dojść do sporej korekty wzrostowej. W przypadku wzrostów oporem pozostaje dotychczasowe wsparcie na poziomie 4,2750.

Kurs funta do złotego

Kurs funta do złotego wykresFunt na bazie umocnienia się złotego staniał o 3 gr. Wsparciem pozostają ostatnie dołki przy 4,90, gdzie jest szansa na wyrysowanie się podwójnego dna. Oporem pozostaje poziom 61,8% Fibo ostatniego impulsu spadkowego przy 5,03, a po jego pokonaniu poziom 5,0580.

źródło: opracowanie własne ergokantor.pl

Powyższy komentarz walutowy nie jest rekomendacją w rozumieniu Rozporządzenia Ministra Finansów z 19 października 2005 roku. Komentarz został sporządzony w celach informacyjnych i nie powinien stanowić podstawy do podejmowania decyzji inwestycyjnych. Goldem Sp. z o.o., właściciel marki ergokantor.pl i autor komentarza nie ponoszą odpowiedzialności za decyzje inwestycyjne podjęte na podstawie informacji zawartych w niniejszym komentarzu.

Cyberataki na firmy – człowiek wciąż najsłabszym ogniwem

Cyberprzestępcy coraz częściej skupiają się na firmach, które pokładają zbyt duże nadzieje w zautomatyzowanych rozwiązaniach chroniących ich sieci. Przestrzegają przed tym zjawiskiem pentesterzy z F-Secure, czyli etyczni hakerzy przeprowadzający kontrolowane ataki na swoich klientów (najczęściej duże przedsiębiorstwa), w celu wykazania słabych punktów w ich zabezpieczeniach.

– Technologia nie zawsze jest w stanie ustrzec nas przed niebezpieczeństwem i powinna raczej pełnić funkcję wspomagającą ochronę – mówi Leszek Tasiemski, lider specjalnej jednostki RDC w firmie F-Secure. – Cyberprzestępcy ciągle doskonalą umiejętności socjotechniczne, aby przechytrzyć osoby zatrudnione w firmach. Zapewnianie pracowników o tym, że są bezpieczni, jest działaniem na niekorzyść, bo może prowadzić do uśpienia ich czujności, a na to właśnie liczą hakerzy – wyjaśnia Tasiemski.

Przykładem zastosowania socjotechnik w ataku jest phishing, czyli wysyłanie sfałszowanych wiadomości i podszywanie się pod osobę lub instytucję, w celu wyłudzenia określonych informacji. Według ostatniego badania przeprowadzonego przez PwC w 2016 roku phishing znalazł się na 1. miejscu wśród najpopularniejszych metod ataku stosowanych wobec instytucji finansowych. Niepokojąca jest również coraz większa dostępność do gotowych „pakietów” umożliwiających przeprowadzenie kampanii phishingowej, które krążą po tzw. darknecie (ciemnej stronie Internetu, z której często korzystają cyberprzestępcy). W tych gotowych paczkach znajdują się przygotowane już treści sfałszowanych maili, listy adresów e-mail czy nazwy serwerów, do których hakerzy uzyskali dostęp.

– Phishing cieszy się bardzo wysoką skutecznością podczas kontrolowanych ataków, które przeprowadzamy w przedsiębiorstwach. Pracownicy najczęściej nie spodziewają się, że e-mail, który dostają lub witryna, z której powszechnie korzystają, mogą być sfałszowane – mówi Leszek Tasiemski.

Podczas przeprowadzania jednego z ostatnich kontrolowanych ataków, eksperci z F-Secure rozesłali sfałszowany mail  udający wiadomość z serwisu LinkedIn, żeby sprawdzić, ilu pracowników kliknie w link podany w mailu. Wynik był zatrważający, bo kliknęło aż 52% osób. W innym eksperymencie grupa CSS stworzyła mail prowadzący do sfałszowanego portalu. W tym przypadku w przekierowujący link kliknęło 26% osób, a 13% osób zalogowało się na sfałszowanej stronie, używając swoich danych logowania.

Kontrolowane ataki opierają się na serii testów zaprojektowanych, by wykazać, co dana firma robi dobrze, a co źle w zakresie bezpieczeństwa. Działania sprawdzają, czy przedsiębiorstwo odpowiednio wykrywa i odpowiada na symulowane ataki, których celem jest wykradanie danych finansowych, własności intelektualnej czy przejęcie kontroli nad infrastrukturą sieciową.

Pentesty najczęściej zaskakują firmy, obnażając, w jak wielkim stopniu są one narażone na ataki. Przekonanie przedsiębiorstw o ich bezpieczeństwie najczęściej zgoła różni się od faktycznego poziomu ochrony i tego, co dostrzegają cyberprzestępcy. Testy wykazują całą powierzchnię ataku, czyli newralgiczne punkty, które mogą stanowić cel hakerów – nie tylko w cyfrowym, ale również w fizycznym wydaniu.

– Wiele firm nie spodziewa się tego, że uzyskamy dostęp fizycznie, wkradając się do budynku. Na dodatek często jest to zaskakująco proste zadanie. Wystarczy pracownicza odblaskowa kamizelka bezpieczeństwa, która działa lepiej niż peleryna niewidka rodem z Harry’ego Pottera – podsumowuje Tasiemski.

Fundusze zyskują na hossie

Hossa na warszawskiej giełdzie wpływa na wzrost cen akcji. Wraz z nimi rosną wyniki funduszy inwestycyjnych, lokujących na rynku krajowym i za granicą. Inwestorzy, którzy uwierzyli, że akcje polskich spółek są mocno przecenione i że na warszawską giełdę wrócą wreszcie wzrosty, mogą gratulować sobie cierpliwości.

Hossa zza oceanu dotarła na GPW, która po kilku kwartałach stagnacji zaczęła nadrabiać zaległości wobec zagranicy. Od początku roku WIG 20 wzrósł o ponad 13 proc. Jeszcze lepiej wyniki wyglądają jeśli spojrzymy na nie z perspektywy inwestora zagranicznego, ponieważ zyski z giełdy powiększą dochód z tytułu różnic kursowych. Od początku roku złoty umacnia się  wobec dolara zwiększając rentowność inwestycji w polskiej walucie. Sumując to wszystko, zysk wypracowany przez naszą giełdę wynosi ponad 17 proc. i jest to jeden z najlepszych wyników na świecie. Wyprzedzają nas jedynie tak egzotyczne kraje jak Kazachstan, Ukraina, Argentyna, Jamajka i Bahrain. Warto dodać, że to właśnie kapitał zagraniczny odpowiada w dużej mierze za wzrosty na parkiecie przy ul. Książęcej.

Motorem napędzającym giełdę po stronie spółek był przede wszystkim KGHM, który zyskuje dzięki odbiciu na rynku cen miedzi. Od początku roku walory kombinatu zyskały ponad 25 proc. – Silnie rosły także kursy banków, odreagowując słaby 2016 r. Zwyżki są efektem spadku ryzyka politycznego związanego z kredytami we frankach. Rynek uwzględnił też w cenach koszt podatku bankowego i pozytywnie ocenia prognozy sektora w kontekście przewidywanego przyśpieszenia tempa PKB – wyjaśnia Konrad Grzelec z BGŻOptima.

Jest potencjał do odbicia, ale…

Pomimo dynamicznych wzrostów główny indeks nadal daleki jest od historycznych szczytów z pierwszej dekady naszego wieku. Tymczasem giełdy w USA zdążyły osiągnąć nowe maksima, blisko od pobicia rekordowego poziomu jest też niemiecki DAX. Słabość polskiej giełdy w minionych latach (w 2015 r. spadek o blisko 20 proc., w 2016 r. skromny wzrost o 4,8 proc.) sprawia iż potencjał do dalszego odbicia wydaje się być znaczący. Pomimo zawirowań politycznych polska gospodarka nadal postrzegana jest jako silna i stabilna,  wiele banków i funduszy inwestycyjnych wskazywało na koniec 2016 r. nasz kraj jako jeden z ciekawszych kierunków inwestycyjnych.

– In minus trzeba zaliczyć spadkowy trend w prognozach dla naszej gospodarki. Te na 2016 r. zakładały wzrost PKB o 3,5 proc., w rzeczywistości było 2,8 proc. Aktualne szacunki na  rok 2017 przewidują 3,2-procentową dynamikę, podczas gdy jeszcze kilka miesięcy temu prognozowano 3,5 proc. – stwierdza Konrad Grzelec.

Czynnikiem, który w krótkiej perspektywie wpłynął pozytywnie na nasz parkiet jest częściowe wyjaśnienie kwestii Otwartych Funduszy Emerytalnych. Rząd potwierdził, że 25 proc. zgromadzonych tam środków ma zostać przekazanych na Fundusz Rezerwy Demograficznej, a pozostałe 75 proc. przeniesione na Indywidualne Konta Zabezpieczenia Emerytalnego. Zapowiedzi przeniesienia środków z OFE do III filaru rynek przyjął pozytywnie.  Według najnowszych deklaracji szefa Polskiego Funduszu Rozwoju Pawła Borysa, OFE nie będą już funduszami akcji. Po ich sprywatyzowaniu zarządzający środkami będą stopniowo dostosowywać struktury swoich portfeli inwestycyjnych do potrzeb przyszłych emerytów. Zdaniem ekspertów jest to optymalne rozwiązanie. Dodatkowo, zapowiadany 7 letni okres przejściowy zabezpieczy giełdę przed gwałtownym odpływem środków z giełdy.

„Hossa Trumpa” ogarnęła wszystkie rynki w Europie, oprócz Rosji. Pozytywne nastroje na świecie podkręcają wciąż nadzieje wiązane z polityką ekonomiczną nowego prezydenta, wzrost cen surowców obserwowany od początku roku i wzrost inflacji, który mocno osłabia rentowność depozytów bankowych.

W Polsce hossę dodatkowo wspierają niskie ceny niektórych walorów, szczególnie dużych spółek, co przełożyło się na istotny wzrost indeksu WIG20. Ceny akcji średnich firm często niskie nie są, ale wysoka wycena jest efektem dobrego zarządzania tymi spółkami i dobrymi wynikami – mówi ekspert BGŻOptima.

Fundusze górą

Wzrosty na giełdzie znajdują odzwierciedlenie w wynikach funduszy inwestycyjnych, właściwie niezależnie od ich specjalizacji. W ciągu ostatnich trzech miesięcy najmocniej, bo aż 15,5 proc., zyskały uniwersalne fundusze polskich akcji. Tuż za nimi uplasowały się fundusze akcji małych i średnich firm. Wypracowały one prawie 14-procentowy zwrot z inwestycji.

Hossa rozlała się szeroko po zagranicznych rynkach: dojrzałych i rozwijających się. W efekcie szereg funduszy inwestujących poza Polską może pochwalić się solidnym jednocyfrowym wynikiem. Fundusze europejskich rynków wschodzących zyskały 9,4 proc., a fundusze rynków rozwiniętych w Europie 7 proc. Korzystnie zachowywały się fundusze skoncentrowane na Turcji, która po słabym 2016 r. zaczęła w tym roku świecić na zielono. Zwrot z inwestycji nad Bosforem wyniósł w ostatnich trzech miesiącach 7,6 proc. przy czym większość została wypracowana w lutym, kiedy wynik na tureckich akcjach wyniósł 6,4 proc.

W górę poszły notowania funduszy inwestujących na rynku amerykańskim (5,4 proc.) oraz azjatyckim bez Japonii (5 proc.), a także fundusze akcji globalnych rynków rozwiniętych 6,7 proc. Dobrze dały zarobić fundusze z mieszanym portfelem, wśród których wyróżniają się polskie fundusze zrównoważone z wynikiem 9,3 proc. i aktywnej alokacji – 8,4 proc. Te same fundusze inwestujące za granicą wypracowały 3,8 proc. W górę o 5 proc. poszły wyniki polskich funduszy stabilnego wzrostu.

Tylko jeden fundusz na minusie

W styczniu indeks największych spółek zyskał 6,7 proc. a w lutym 6,3 proc. Tempo wzrostów cen na warszawskiej giełdzie przyciąga na parkiet coraz więcej inwestorów i napędza napływ pieniędzy do funduszy inwestycyjnych. W styczniu klienci wpłacili do wszystkich funduszy niespełna 1 mld zł, z czego 330 mln zł trafiło do funduszy akcyjnych. To najlepszy wynik od roku.

Dobre wyniki rynku kapitałowego w połączeniu z niskim oprocentowaniem lokat bankowych stanowią skuteczną zachętę dla coraz większej liczby posiadaczy wolnych środków – mówi Konrad Grzelec.

Przy inflacji, która w styczniu wyniosła 1,8 proc., lokaty przestały chronić kapitał przed utratą wartości. Średnie odsetki od depozytów bankowych wynoszą bowiem 1,4 proc. W ciągu ostatnich trzech miesięcy niższy zwrot niż depozyty przyniosły tylko fundusze dłużne. Fundusze dłużne zagraniczne zanotowały nawet minus: -1,6 proc. Fundusze dłużne korporacyjne były 0,8 proc. na plusie, dłużne polskie uniwersalne i papierów skarbowych wypracowały 0,4 proc., a gotówkowe i pieniężne uniwersalne 0,7 proc.

Cień niepewności

Cieniem na perspektywach warszawskiej giełdy i generalnie rynków wschodzących kładą się wydarzenia za oceanem oraz ryzyka polityczne w Europie. Program gospodarczy nowego prezydenta USA (m.in.  bilion dolarów na inwestycje infrastrukturalne w ciągu 10 lat, zwiększenie wydatków na armię,  obniżenie podatku federalnego dla firm z 35 proc. do 15 proc., uproszczenie i obniżenie podatków od osób fizycznych, repatriacja kapitału obejmująca znaczne ulgi podatkowe dla firm wracających ze swoim kapitałem do USA, wzrost protekcjonizmu w handlu międzynarodowym, czy w końcu likwidacja Ustawy Dodd-Frank umożliwiająca bankom powrót do ryzykownych operacji finansowych) oraz zapowiadana seria podwyżek stóp procentowych stwarzają ryzyko wycofania się części inwestorów instytucjonalnych z rynków wschodzących do USA.

Z drugiej strony, coraz częściej pada pytanie czy Trump będzie w stanie wprowadzić swoje pomysły w życie. Podjęta w zeszłym tygodniu próba zmiany Obamacare, wielokrotnie zapowiadana przez Trumpa w czasie kampanii, zakończyła się niepowodzeniem ze względu na wewnętrzne konflikty i chaos panujący w obozie Republikanów. Inwestorzy zaczynają się zastanawiać czy podobny los nie spotka innych projektów amerykańskiego prezydenta.

Negatywne impulsy mogą także napłynąć z Europy: ryzyko polityczne związane z możliwością zwycięstwa wyborczego ugrupowań populistycznych w kluczowych państwach UE (Alternatywa dla Niemiec, Front Narodowy we Francji), a także nieznany jeszcze model wyjścia i  strategia negocjacyjna związana z BREXIT-em. Na krajowym podwórku ryzyko związane jest z upolitycznieniem spółek z udziałem Skarbu Państwa i ich wykorzystaniem do realizacji bieżących celów politycznych kosztem inwestycji w rozwój i modernizacje.

Ostatnie dni na złożenie projektu w rundzie inwestycyjnej InnoEnergy

InnoEnergy, największy europejski akcelerator biznesu w energetyce, zaprasza autorów nowatorskich rozwiązań energetycznych do składania wniosków w ramach Rundy Inwestycyjnej 2017. Zainteresowanym zostało już tylko kilka dni na zgłoszenie swego akcesu i projektu, 7 kwietnia br. mija bowiem termin naboru.

InnoEnergy poszukuje nowych rozwiązań technologicznych w zakresie zrównoważonej energii, które mogą zrewolucjonizować przyszłość energetyczną Europy. Poza finansowaniem runda inwestycyjna ma także skrócić proces komercjalizacji dla najlepszych firm przez włączanie ich do sieci partnerów branżowych InnoEnergy – zrzeszającej ponad 250 podmiotów – reprezentujących liderów sektora, instytucje naukowe i uczelnie wyższe.

– Zrównoważony sektor energetyczny wymaga wprowadzenia nowych produktów i usług. Sam proces wdrożenia nowego rozwiązania w energetyce, od idei do jego wejścia na rynek, jest niezwykle interesujący. Stanowi jednak ogromne wyzwanie i jest czasochłonny, a celem jest odniesienie komercyjnego sukcesu. Obiecujące pomysły zbyt często tracą siłę przebicia, bo chociaż dostają dofinansowanie, brakuje im wsparcia na szeroką skalę – mówi Diego Pavia, CEO InnoEnergy.

– W InnoEnergy aktywnie poszukujemy przełomowych technologii z wysokim potencjałem biznesowym, wymagających inwestycji i wsparcia, aby mogły zostać wdrożone. Wybrani wnioskodawcy, dzięki naszej wypracowanej przez lata pozycji w Europie, uzyskują dostęp do sprawnie działającego ekosystemu, łączącego autorów projektów ze start-upami, przemysłem i instytutami badawczymi, zapewniając im dodatkowe kompetencje i zasoby. Ponadto czynimy wszystko, by nowe technologie dotarły do odbiorców: umożliwiamy zaprezentowanie produktu na różnych rynkach, równocześnie zapewniając wsparcie w procesie industrializacji – dodaje Diego Pavia.

Od 2011 roku firma InnoEnergy zainwestowała już 157 milionów euro w 83 projekty innowacyjne, co przekłada się na prognozowaną sprzedaż na poziomie 3 miliardów euro. InnoEnergy wspiera komercjalizację i wdrażanie nowych technologii, takich jak na przykład polski XSensor, produkt opracowany przez firmę EC-Systems AMC. Jest to zestaw bezprzewodowych czujników, które dostarczają kluczowe dane operacyjne i informacje diagnostyczne w celu poprawy zarządzania i eksploatacji urządzeń przemysłowych, umożliwiając bardziej wydajne zarządzanie aktywami.

Carrefour stawia na innowacje. Sieć będzie szukać ciekawych pomysłów wśród małych firm technologicznych oraz innowacji z zakresu e-commerce

Carrefour stawia na innowacje. Sieć będzie szukać ciekawych pomysłów wśród małych firm technologicznych oraz innowacji z zakresu e-commerce 1

Francuska sieć handlowa chce budować swoją przewagę dzięki innowacjom. Carrefour stworzył właśnie pierwszy polski inkubator dla start-upów, których zadaniem jest opracowanie nowoczesnych rozwiązań dla branży handlowej. Tegoroczne plany sieci zakładają też rozwijanie e-commerce i kanału mobilnego. 

– Carrefour Retail Lab to pierwszy inkubator technologiczny stworzony przez sieć handlową. Celem tej inicjatywy jest wspieranie przedsiębiorczości i młodych talentów. Liczymy na innowacyjne pomysły. Ten projekt umożliwi pozyskiwanie i wdrażanie innowacyjności w naszych sklepach oraz testowanie nowych funkcjonalności i najnowocześniejszych technologii przez klientów. Wszystko to realizowane jest w kierunku customer experience –mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Orlińska, dyrektor do spraw digitalizacji w Carrefour Polska.

W Warszawie sieć udostępniła wybranym start-upom 650 mkw. przestrzeni biurowej. Koncepty i innowacje technologiczne wypracowane w inkubatorze – zwłaszcza aplikacje i cyfrowe rozwiązania, które mogą być przydatne w zakresie interakcji z klientami i optymalizacji procesów biznesowych – będą testowane w jednym ze sklepów Carrefour.

Ze wsparcia mogą skorzystać zarówno firmy rozpoczynające działalność, jak i przedsiębiorstwa z ugruntowaną na rynku pozycją oraz instytuty i wyższe uczelnie o profilu informatycznym lub handlowym. Oceny zgłoszeń Carrefour dokona wspólnie z Madiff, firmą doradczą z zakresu innowacji cyfrowych i nowych technologii. Partner przedsięwzięcia jest wyspecjalizowany w akcelerowaniu start-upów do momentu ich wejścia na giełdę i rozpoczęcia międzynarodowej ekspansji.

Jak zauważa dyrektor do spraw digitalizacji w Carrefour Polska, korzyści tego projektu są obopólne. Start-upy uzyskają wsparcie w trakcie całego procesu pracy nad nowym rozwiązaniem, które następnie będą mogły przetestować w warunkach rynkowych i na końcu wdrożyć. Francuska sieć zyska natomiast innowacyjne rozwiązania, które poprawią efektywność procesów biznesowych i wpłyną na poprawę jakości obsługi klientów.

– Klienci zdecydowanie zyskują dzięki customer experience. Ułatwiamy im zakupy, sprawiamy, że są prostsze i przyjemniejsze, dzięki czemu chętniej do nas wracają – mówi Katarzyna Orlińska.

Dzięki utworzeniu inkubatora C4 Retail Lab Carrefour chce zbudować na rynku handlowym swoją przewagę konkurencyjną. Temu służą również wdrażane ostatnio rozwiązania, bo sieć przechodzi teraz duże zmiany. Nieco ponad rok temu uruchomiła swój sklep internetowy, dzięki czemu jest obecna już we wszystkich kanałach sprzedaży: od dużych hiper- i supermarketów, po sklepy osiedlowe i specjalistyczny oraz e-commerce. W ramach tego ostatniego rozwija usługę click & collect, dzięki której klienci mogą odebrać w wybranym sklepie stacjonarnym produkty zamówione przez internet. Teraz Carrefour wprowadza kolejną funkcjonalność pod nazwą Marketplace.

– Koncept Marketplace opiera się na tym, że chcemy udostępnić naszą platformę e-commerce’ową również tzw. trzecim sprzedającym. W tym przypadku będą to sprawdzeni, zweryfikowani partnerzy, z którymi chcemy współpracować – mówi Bożena Nawara-Borek, odpowiedzialna za sprzedaż w kanale internetowym Carrefour.

W tym modelu biznesowym Carrefour będzie występował w dwóch rolach. Pierwszą jest rola sprzedawcy, a drugą – pośrednika pomiędzy klientami a innymi podmiotami, które poprzez platformę internetową sieci będą oferować swoje usługi i produkty. Rolą sieci będzie nadzór i zapewnienie wsparcia obu stronom transakcji zawieranych za jej pośrednictwem.

– Wszystkie zmiany, które będziemy wdrażać w tym roku, są ukierunkowane na klientów. Ten projekt powstaje po to, żeby zapewnić im w ramach naszej platformy jak najszerszą ofertę produktową. Dlatego zamierzamy pracować ze sprawdzonymi partnerami, również zagranicznymi – zapowiada Bożena Nawara-Borek.

Carrefour zamierza w tym roku wdrożyć zmiany nie tylko w e-commerce, lecz także w kanale mobilnym. Od ośmiu miesięcy działa nowa odsłona aplikacji mobilnej Mój Carrefour, która w dniu premiery zajęła pierwsze miejsce na liście najczęściej pobieranych z App Store i drugie w Google Play. Łączna liczba pobrań aplikacji przekroczyła w ubiegłym roku 500 tysięcy.

Nowa wersja aplikacji jest rozbudowana o mobilny program lojalnościowy. Użytkownicy mogą przenieść do niej dotychczasową plastikową kartę lojalnościową i korzystać z jej benefitów oraz kuponów zniżkowych na zakupy w sklepach stacjonarnych. W kolejnym kroku aplikacja mobilna ma zostać zintegrowana z kanałem e-commerce poprzez wykorzystanie trendów związanych z ekonomią współpracy.

– Usługa Collaborative Economy jest funkcjonalnością, która połączy sklep internetowy i aplikację Mój Carrefour, skierowaną do osób starszych, mających problemy z wykonywaniem codziennych zakupów, do osób młodych, które borykają się z brakiem czasu oraz do millenialsów, którzy są mocno zaangażowani w lokalne społeczności – mówi Michał Malanowski, dyrektor informatyki w Carrefour Polska.

Uzupełnieniem kanału mobilnego i aplikacji Mój Carrefour będzie usługa Skanuj i Płać, która umożliwi klientom natychmiastowe skanowanie produktów za pomocą telefonu i dokonanie płatności mobilnej za zakupy. Ta forma płacenia skróci czas oczekiwania przy kasie.

Carrefour Polska jest częścią międzynarodowej sieci handlowej obecnej na polskim rynku od dwudziestu lat. Pod jej szyldem działa w Polsce 800 sklepów w różnych formatach, należy do niej również 20 centrów handlowych. W ubiegłym roku sieć zapoczątkowała największą w swojej dotychczasowej historii kampanię wizerunkową (której twarzą został Napoleon), która cieszy się 92-procentowym wskaźnikiem pozytywnych opinii wśród odbiorców. Ubiegłoroczne nakłady zainwestowane w modernizacje i otwarcia nowych sklepów przekroczyły 265 mln zł.

W 2017 roku firma planuje utrzymać dotychczasowy poziom inwestycji. W ramach nakładów na nowe projekty Carrefour, jako pierwsza sieć w Polsce, wdroży omnikanałowe usługi takie, jak marketplace, collaborative economy, płatności mobilne oraz uruchomi inkubator dla start-upów.

Jakość obsługi staje się dla konsumentów ważniejsza niż cena. Firmy inwestują w zarządzanie doświadczeniem klienta

Jakość obsługi staje się dla konsumentów ważniejsza niż cena. Firmy inwestują w zarządzanie doświadczeniem klienta 2

Firmy coraz częściej stawiają na customer experience, czyli zsumowane doświadczenia, jakie klient zyskuje z daną firmą we wszystkich możliwych kanałach kontaktu. Niezadowolony klient stosunkowo rzadko składa skargę, ale o negatywnych doświadczeniach opowie znajomym. Firmy inwestują także w rozwiązania technologiczne i spójność kanałów kontaktu, a nowoczesne systemy CRM pozwalają na sprawny przepływ danych o kliencie. Standardem XXI wieku jest dostosowanie obsługi do indywidualnego klienta – przekonują firmy wyróżnione Gwiazdą Jakości Obsługi.

– To, że jakość obsługi jest ważna, to truizm. Wolimy mówić o doświadczeniach klienta, żeby niezależnie od tego, z jakiej opcji kontaktu skorzysta w naszej firmie, czuł się tak samo dobrze – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Furlepa, dyrektor zarządzający bankowością detaliczną w ING Banku Śląskim.

Firmy już dawno zauważyły, że sukces biznesowy nie jest możliwy bez satysfakcji klienta. Ważna jest jakość obsługi, w tym zadbanie o wszystkie możliwe formy kontaktu. Eksperci zauważają, że niewielki odsetek klientów napisze oficjalną skargę, ale dla firmy znacznie większe straty może spowodować podzielenie się negatywnym doświadczeniem z innymi osobami w najbliższym otoczeniu.

– W zarządzanie doświadczeniami klientów inwestujemy od kilku lat. Interesuje nas nie tylko ten moment, kiedy klient kupuje produkt lub potrzebuje pomocy w obsłudze klienta, lecz także patrzymy na to całościowo: jakie są doświadczenia klienta we wszystkich punktach styku, poczynając od zakupu usług, a skończywszy na naszej platformie komunikacyjnej i naszej stronie internetowej – podkreśla Zuzanna Chodyra-Piast, kierownik Działu Zarządzania Doświadczeniem Klienta w firmie Play.

Z analiz Polskiego Programu Jakości Obsługi wynika, że ogólnopolski wskaźnik jakości obsługi 2016 uzyskał rekordowy poziom 77,5 proc. W ciągu kilkunastu lat polskie firmy przeszły długą drogę i bardzo poprawiły jakość obsługi. Wciąż muszą się jednak wsłuchiwać w konsumencki głos, bo z biegiem czasu klient przyzwyczaja się do oferowanych mu standardów.

– Staramy się na bieżąco rozmawiać z kobietami, obserwować ich oczekiwania, zapoznawać się z nimi i je analizować. Zgodnie z tym planujemy nasz sposób obsługi klienta – przekonuje Dace Hocka, menadżer sieci Solar. – Każda kobieta potrzebuje indywidualnego podejścia, dlatego standardy są dla nas jedynie pewną ramą. Standardem XXI wieku jest dostosowanie obsługi do indywidualnego klienta.

Indywidualne podejście do klienta to mówienie nieskomplikowanym językiem, bez zbędnej fachowej terminologii. Takie podejście sprawia, że poczucie bezpieczeństwa w kontakcie z firmą rośnie, szczególnie w tych branżach, w których jest dużo formalności.

– Klienci oczekują od nas transparentności i prostej, zrozumiałej komunikacji oraz możliwości kontaktowania się z nami w miejscu i czasie najdogodniejszym dla siebie – ocenia Furlepa.

Jak przekonują eksperci, kluczem do sukcesu jest nie tylko odpowiednie przeszkolenie personelu związanego z obsługą klienta, lecz także wprowadzenie standardów w całej organizacji.

– Jeżeli firma chce dbać o jakość doświadczeń klientów, to musi być w to zaangażowana cała organizacja, a nie tylko jeden zespół, który jest za to odpowiedzialny. U nas wszyscy pracownicy mają pełną świadomość tego, że klient jest w Play na pierwszym miejscu – wskazuje kierownik Działu Zarządzania Doświadczeniem Klienta w Play.

Firmy stawiają również na wielokanałowość, aby dostosować się do rosnących wymagań klientów. Zwłaszcza pokolenie millenialsów oczekuje, żeby kanały wzajemnie się przenikały, chce szybkiej i konkretnej odpowiedzi oraz dopasowanej obsługi. Dwudziesto- i trzydziestolatkowie jako zupełnie naturalne traktują rozpoczęcie procesu zakupu w placówce, by zakończyć go przez aplikację w telefonie.

– Nowoczesne technologie pozwalają oferować klientom różne możliwości kontaktu z bankiem, m.in. poprzez bankowość internetową, mobilną. Istotnym aspektem z tym związanym jest dbałość o spójność i integrację obsługi klientów we wszystkich kanałach, np. w oddziałach, na infolinii czy przy pomocy aplikacji – podkreśla Przemysław Furlepa.

Nowoczesne technologie pozwalają lepiej poznać wymagania klientów. Systemy CRM, które wspomagają procesy na linii klient–organizacja, umożliwiają zaś przepływ informacji o kliencie między różnymi działami tak, by usprawnić proces obsługi i sprawnie reagować w sytuacjach kryzysowych. Istotna staje się również obsługa internetowa, również w kanałach społecznościowych.

– Zaawansowana technologia ma coraz większe znaczenie dla nowoczesnej i wysokojakościowej obsługi klienta. Żadna firma, która chce być liderem w swojej branży, nie wyobraża sobie rozwoju biznesu bez inwestowania w technologię – przekonuje Zuzanna Chodyra-Piast.

Pomocny w spełnianiu oczekiwań klientów jest dla firm Polski Program Jakości Obsługi. Tutaj przedsiębiorstwa mogą korzystać z opinii konsumentów, zamieszczonych na portalu jakoscobslugi.pl. Najlepsze firmy w Polsce, które cechują się wysokimi standardami w zakresie obsługi klienta, zostają wyróżnione Gwiazdą Jakości Obsługi, czyli certyfikatem zaufania konsumentów.

– Nagrody, jakie Polski Program Jakości Obsługi przyznaje swoim klientom, stanowią szczególne wyróżnienie w dążeniu do perfekcyjnej jakości obsługi konsumentów. Firmy, które biorą udział w tym programie, mogą zdobyć informacje i uzyskać swój obraz w niezależnym zwierciadle. Pozwala to wykorzystać wiedzę do poprawienia strategii obsługi klienta – tłumaczy Michał Trojanowski, dyrektor zarządzający zespołu Executive Education and Consulting ICAN Institute.

Orange podłączy do światłowodu 4,5 tys. szkół w całej Polsce. Do 2019 roku wspólna sieć ma połączyć wszystkie placówki edukacyjne

Orange podłączy do światłowodu 4,5 tys. szkół w całej Polsce. Do 2019 roku wspólna sieć ma połączyć wszystkie placówki edukacyjne 3

Orange Polska na mocy umowy z resortem cyfryzacji w ciągu najbliższych trzech lat nieodpłatnie podłączy do światłowodu 4,5 tys. polskich szkół, dzięki czemu placówki zyskają dostęp do szybkiego internetu. To część większego planu Ministerstwa Cyfryzacji, który zakłada połączenie wszystkich 30 tys. polskich placówek edukacyjnych wspólną siecią. Ma to nastąpić w roku szkolnym 2018/2019 i umożliwić wykorzystanie cyfrowych narzędzi w edukacji na szeroką skalę.

W ubiegłym tygodniu największy w Polsce telekom podpisał umowę z Ministerstwem Cyfryzacji, na mocy której 4,5 tys. szkół w Polsce zyska dostęp do szybkiego internetu o prędkości co najmniej 100 Mb/s. Takie możliwości ma w tej chwili niewiele podstawówek.

Prędkość internetu powyżej 100 Mb/s ma obecnie ok. 5 tys. na ponad 27 tys. wszystkich szkół w Polsce. To zdecydowanie za mało. Chcemy, żeby każde dziecko – niezależnie od tego, gdzie mieszka, gdzie się uczy i z jakiej rodziny pochodzi – podejmując naukę szkolną, aż do samego końca procesu edukacyjnego miało dokładnie takie same szanse i możliwości, co rówieśnicy w dużym mieście – deklaruje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Streżyńska, minister cyfryzacji.

– Orange mocno inwestuje w sieć światłowodów. W jej zasięgu jest już półtora miliona gospodarstw domowych, a w tym roku przyłączymy kolejny milion. To naturalne, że w ramach tak dużego projektu inwestycyjnego również szkoły są podłączane do światłowodu. Dzięki temu uczniowie i nauczyciele zyskują dostęp do znacznie szybszego internetu – zapowiada Jean-François Fallacher, prezes Orange Polska.

Inwestycja, którą Orange w całości zrealizuje z własnych środków finansowych, ma wspomóc utworzenie Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej (OSE), która docelowo połączy wszystkie polskie placówki oświatowe. Zgodnie z harmonogramem przyjętym przez resort cyfryzacji ma to nastąpić w roku szkolnym 2018/1019. OSE połączy wspólną siecią około 30,5 tys. placówek oświatowych w całej Polsce, umożliwiając im dostęp do treści multimedialnych, dając możliwość wprowadzenia nowych form kształcenia i nowych programów edukacyjnych.

– Chodzi o to, aby wykorzystać wszystkie szanse, które stwarza dostęp do szybkiej sieci, by zacząć korzystać w szkołach z platform edukacyjnych i programów, z różnych źródeł i baz danych oraz mieć dostęp do ekspertów i wykładowców, którzy często publikują w internecie treści edukacyjne. Dzieci muszą się nauczyć zasad cyberbepieczeństwa. Chcemy przenieść do internetu szkolne dzienniczki, e-podręczniki i wszystko to, co składa się na nowoczesną podstawę programową, włącznie z nauką programowania – mówi minister Anna Streżyńska.

Najpóźniej do 2019 roku Orange podłączy do światłowodu 4,5 tys. placówek – co stanowi przeważającą większość z 5,8 tys. szkół, które łącznie podłączą operatorzy z własnych środków, bez wsparcia państwowego. Jak podkreśla Jean-François Fallacher, współpraca z resortem wpisuje się w ogół działań prowadzonych przez Orange na rzecz rozwijania kompetencji cyfrowych.

Fundacja Orange prowadzi dwie duże inicjatywy skierowane do dzieci: MegaMisja, czyli zestaw narzędzi pedagogicznych, które uczą dzieci bezpiecznego korzystania z internetu, oraz projekt  HASHSuperKoderzy, która ma za zadanie uczyć programowania poprzez zabawę – precyzuje Jean-François Fallacher.

W ramach dwóch programów – MegaMisja i HASHSuperKoderzy – Orange prowadzi obecnie największy w Polsce program rozwijania kompetencji cyfrowych wśród uczniów podstawówek, w którym uczestniczy blisko 9 tys. dzieci. Poznają one podstawy programowania, robotyki, edycji grafiki i wideo oraz uczą się dbałości o podstawowe zasady bezpieczeństwa w sieci.

W ubiegłym roku Komisja Europejska nagrodziła program edukacyjny HASHSuperKoderzy prestiżową nagrodą European Digital Skills 2016. Do końca kwietnia Orange prowadzi następny nabór do obu programów, w których weźmie udział kolejnych 8 tys. uczniów z 400 szkół w całym kraju.

Orange Polska jest dla resortu cyfryzacji naturalnym partnerem do podobnych projektów. Telekom nie tylko organizuje w szkołach naukę kompetencji cyfrowych, lecz także stale rozbudowuje swoją infrastrukturę, co przekłada się na coraz szybszy i coraz szerszy dostęp do internetu. Dzięki inwestycjom realizowanym w dużych miastach i mniejszych miejscowościach do 2018 roku w zasięgu światłowodu ma się znaleźć już co czwarte gospodarstwo domowe w Polsce.

Jak podaje minister cyfryzacji, w resorcie trwają obecnie prace nad programem objęcia szybkim internetem obszarów wykluczonych, na których operatorom ze względów finansowych nie opłaca się budować infrastruktury.

– Kilkanaście obszarów pozostaje niezagospodarowanych i dla nich będziemy przygotowywać nowe narzędzia. Operatorzy mają duże możliwości wykorzystania środków unijnych, a więc skoro nikt tego dotychczas nie zrobił, to znaczy, że kalkulacje pokazały nieopłacalność tego typu przedsięwzięć nawet przy zewnętrznym dofinansowaniu. To z kolei oznacza, że musimy obniżyć wymagania albo podwyższyć dotacje. Pracujemy w tej chwili nad rozwiązaniem, które rozwiąże problem tych wykluczonych obszarów – zapowiada Anna Streżyńska.

Rolnicy mogą uzyskać 60 tys. zł premii na rozwój małych gospodarstw. Nabór wniosków rusza 30 marca

Rolnicy mogą uzyskać 60 tys. zł premii na rozwój małych gospodarstw. Nabór wniosków rusza 30 marca 4

Od 30 marca Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa (ARiMR) będzie przyjmować wnioski o dofinansowanie restrukturyzacji małych gospodarstw w ramach Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich. Rolnicy mogą liczyć na premie w wysokości 60 tys. zł. Będą mogli je wykorzystać na takie zmiany, dzięki którym ich gospodarstwa staną się bardziej rentowne i konkurencyjne. Na przeprowadzenie tego procesu będą mieli maksymalnie trzy lata.

 W ramach poddziałania Restrukturyzacja małych gospodarstw rolnik ubezpieczony w KRUS w pełnym zakresie co najmniej 24 miesięcy przed złożeniem wniosku, prowadzący działalność samodzielnie, na własny rachunek, może uzyskać dofinansowanie na realizację inwestycji związanej z restrukturyzacją  swojego gospodarstwa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Kułak, zastępca dyrektora w Departamencie Działań Społecznych i Organizacji Producentów Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa.

O wsparcie mogą ubiegać się osoby fizyczne, posiadacze gospodarstwa rolnego na terenie Polski, o ekonomicznej wielkości mniejszej niż 10 tys. euro. Potencjalni beneficjenci muszą podlegać ubezpieczeniu społecznemu rolników z mocy ustawy i w pełnym zakresie (jako rolnik lub jego małżonek) nieprzerwanie przez nie mniej niż dwa pełne lata poprzedzające miesiąc złożenia wniosku. Z działania wykluczone są osoby, które w tym okresie prowadziły inną działalność gospodarczą.

– Beneficjent będzie musiał doprowadzić do tego, aby wielkość ekonomiczna gospodarstwa osiągnęła co najmniej 10 tys. euro i żeby wzrosła o co najmniej 20 proc. względem tego roku – precyzuje Tomasz Kułak. – Trzeba tego dokonać w ciągu maksymalnie trzech lat przewidzianych na realizację biznesplanu. Jest to działanie komplementarne wobec Modernizacji gospodarstw rolnych i Młodego rolnika, ponieważ dotyczy trochę innego profilu potencjalnych beneficjentów. Tutaj, co wyraźnie widać w nazwie poddziałania, chodzi tylko o małe gospodarstwa.

Pomoc przyznawana będzie w formie premii w wysokości 60 tys. zł.Każdy wniosek zostanie poddany ocenie, w której pod uwagę będą brane m.in. docelowa wielkość gospodarstwa, kwalifikacje zawodowe, rodzaj planowanej produkcji, wiek wnioskodawcy. Na podstawie przyznanych punktów ustalona zostanie kolejność przysługiwania pomocy.

– Inwencja beneficjentów w zakresie wydania przyznanych środków może być praktycznie nieograniczona, bo ustawodawca wskazał jedynie takie ograniczenie, że 80 proc. premii musi być przeznaczona na nowe środki trwałe – wskazuje Tomasz Kułak. – Dowolność w tym zakresie nie jest pełna, bo wnioskodawca będzie musiał wykazać, że to, co zamierza kupić służy produkcji rolnej. Nie ma problemu, kiedy mówimy o traktorze czy maszynach rolnych. Mogą natomiast być przypadki, które faktycznie będą wymagały dobrego wyjaśnienia od wnioskodawcy.

Jak wynika z założeń programu, pomoc ma być wypłacana w dwóch ratach: najpierw 80 proc., a kolejne 20 proc. – po osiągnięciu założonych w biznesplanie celów.

– Wymagania przy pierwszym wniosku o płatność są relatywnie małe, trzeba tylko rozpocząć realizację biznesplanu – ocenia Tomasz Kułak. – Po złożeniu dokumentu beneficjent otrzymuje 80 proc. kwoty pomocy, czyli maksymalnie 48 tys. zł, następnie ma trzy lata na pełną realizację biznesplanu. Należy natomiast podkreślić, że inwestycja może, ale wcale nie musi, być prowadzona przez pełne trzy lata. Dopuszczalne jest zakończenie jej w ciągu na przykład jednego roku.

ARiMR będzie przyjmować wnioski do 28 kwietnia br. Należy je składać w Oddziałach Regionalnych ARiMR, właściwych ze względu na miejsce położenia gospodarstwa. Można to zrobić osobiście, za pośrednictwem upoważnionej osoby bądź wysłać wniosek rejestrowaną przesyłką Poczty Polskiej (w ostatnim  przypadku o dotrzymaniu terminu decyduje data nadania).

Sektor bankowy przechodzi wielką zmianę technologiczną. Przyspieszają inwestycje w rozwiązania informatyczne

Sektor bankowy przechodzi wielką zmianę technologiczną. Przyspieszają inwestycje w rozwiązania informatyczne 5

Z bankowości internetowej korzysta już ponad 15 mln Polaków. Dynamicznie rośnie też kanał mobilny, który do 2020 roku może odpowiadać nawet za 40 proc. transakcji. Dlatego po ubiegłorocznym spowolnieniu inwestycje banków w IT przyspieszają. Banki stawiają głównie na rozwój aplikacji mobilnych, webowych oraz systemy zwiększające bezpieczeństwo. Trwają również prace nad wprowadzeniem nowatorskich rozwiązań, jak biometria głosu i twarzy.

 Polski sektor bankowy charakteryzuje się najwyższą dojrzałością cyfrową zarówno w kanale internetowym, jak i mobilnym. Według danych Związku Banków Polskich z bankowości internetowej aktywnie korzysta już ponad 15 mln Polaków. Statystyki pokazują, że polscy klienci są bardzo mocno zaawansowani technologicznie, udział bankowości mobilnej i internetowej jest coraz większy. Branża przechodzi więc wielką zmianę technologiczną – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Germel, dyrektor działu sprzedaży sektora finansowego w Atende SA.

Raport NetB@nk wskazuje, że na koniec III kwartału ubiegłego roku liczba rachunków bankowych dostępnych przez internet przekroczyła 33 mln. Aktywnie z bankowości internetowej korzystało w tym czasie 15,3 mln osób. Z bankowości mobilnej czynnie korzystało ok. 7 mln Polaków, ponad 17 proc. populacji, jednak wśród najmłodszych wskaźnik przekracza 30 proc. W grupie 18–24 lata blisko 60 proc. mających dostęp do konta internetowego aktywnie łączy się z nim poprzez urządzenia mobilne. Banki szacują, że udział bankowości mobilnej w transakcjach sięga 20 proc. przy 5 proc. jeszcze dwa lata temu. W 2020 roku ma to być już 40 proc.

 Obserwujemy trend przejścia klientów indywidualnych od bankowości analogowej w stronę bankowości analogowo-cyfrowej. Chodzi o to, aby zachować najwyższy poziom obsługi klienta nie tylko w oddziałach, lecz także w internecie i aplikacjach mobilnych. Innowacyjność to również intensywne prace nad wdrożeniem biometrii głosu oraz twarzy. Logowanie biometryczne może poprawić bezpieczeństwo klientów. To bardzo wyraźny znak, że docenia się IT jako czynnik zwiększający efektywność biznesu – tłumaczy Marcin Germel.

Jak wskazuje Marcin Germel, po spowolnieniu w 2016 roku i w związku z niepewnością dotyczącą wprowadzeniem podatku bankowego oraz propozycjami dotyczącymi ustawy frankowej, banki zwiększają wydatki na IT.

Oprócz inwestycji w aplikacje mobilne oraz webowe widzimy kilka obszarów IT, którymi banki bardzo się interesują. Wraz z rosnącą liczbą danych elektronicznych widzimy ciągłe inwestycje w systemy ich przechowywania i archiwizacji. Również w pozostałych obszarach związanych z budową data center (sieci telekomunikacyjne), banki dostrzegły potrzebę wirtualizacji i automatyzacji procesu rozbudowy, co daje im gwarancje zachowania ciągłości działania i elastyczność budowy nowych usług – mówi przedstawiciel Atende. Wszystkie inwestycje są spowodowane walką o klienta. Systemy mają poprawić jakość, szybkość obsługi oraz łatwość dostępu do banku. Żeby to osiągnąć, potrzebna jest technologia.

Wzrost popularności aplikacji mobilnych i bankowości internetowej sprawia jednak, że rośnie zagrożenie cyberatakami. Z badania przeprowadzonego przez Kaspersky Lab i B2B International wynika, że banki i instytucje finansowe na bezpieczeństwo IT wydają niemal 3-krotnie więcej niż firmy z innych sektorów. 64 proc. banków zapowiada dalsze inwestycje w ochronę IT.

– Polskie banki są świetnie zaopatrzone w platformy security w każdym możliwym obszarze. Należy się spodziewać jednak nowych inwestycji w systemy bezpieczeństwa, zwłaszcza przy zabezpieczeniach aplikacji mobilnych oraz webowych. Technologia w zakresie rozwiązań security zmienia się bardzo szybko, stąd też z rynku napływa wiele zapytań o modyfikacje czy nowe systemy. Widzimy też bardzo duże zainteresowanie usługami Anty-DDoS –przyznaje Marcin Germel.

Jak tłumaczy ekspert, wzmożone zainteresowanie rozwiązaniami IT zwiększającymi bezpieczeństwo ma związek również z przygotowywaniem się przez banki do nowego rozporządzenia UE o ochronie danych osobowych GDPR, które wejdzie w życie 25 maja 2018 roku. Polskie banki są do niej w większości dobrze przygotowane, zgodnie z zaleceniami KNF na bieżąco wdrażają systemy zwiększające bezpieczeństwo, a obecnie prowadzone audyty mają dostosować instytucje do wymogów rozporządzenia.

Klienci banków cały czas odczuwają wprowadzane zmiany IT. Na przełomie ostatnich lat sami możemy ocenić łatwość dostępu do własnych pieniędzy, o ile zmniejszyła się liczba wizyt w bankach, ile spraw można załatwić przez telefon, internet czy za pomocą aplikacji mobilnej w smartfonie. Należy pamiętać, że wszystkie te możliwości daje nam właśnie IT – podkreśla Marcin Germel.

Rośnie sprzedaż prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych. Obecnie ma je ponad 1,7 mln Polaków

Rośnie sprzedaż prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych. Obecnie ma je ponad 1,7 mln Polaków 6

Prywatne ubezpieczenia zdrowotne cieszą się coraz większym zainteresowaniem. Dane Polskiej Izby Ubezpieczeń wskazują, że po III kwartale 2016 roku prywatne ubezpieczenia zdrowotne miało około 1,76 mln Polaków. Liczba ta wzrosła rok do roku o blisko 30 proc. Według Polskiej Izby Ubezpieczeń to wynik zarówno sytuacji w publicznej służbie zdrowia, jak i budzącego kontrowersje projektu ustawy wprowadzającej daleko idące zmiany w systemie finansowania szpitali.

Szybko rosnąca liczba kupujących ubezpieczenia zdrowotne świadczy o coraz większej świadomości Polaków – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dorota Fal, doradca zarządu ds. ubezpieczeń zdrowotnych Polskiej Izby Ubezpieczeń. – Biorąc pod uwagę to, że zdrowie jest najważniejsze, chcą je sobie zabezpieczyć i leczyć się w takich warunkach, jakich oczekują.

Jak wynika z danych Polskiej Izby Ubezpieczeń, po III kwartale 2016 roku liczba klientów, którzy mieli ubezpieczenia zdrowotne zwiększyła się o 28 proc. O przeszło 40 proc. wzrosła natomiast liczba osób nabywających polisy prywatnie, bez pośrednictwa macierzystego zakładu pracy. Składka przypisana brutto wyniosła 399,1 mln zł (po wzroście o ok. 50 mln zł).

Większy wzrost w liczbie polis niż w składce przypisanej wskazuje, że produkt staje się coraz dostępniejszy, bo ubezpieczenia tanieją – komentuje Dorota Fal. – Oferta na rynku jest także coraz większa. Z jednej strony pojawiają się polisy obejmujące szerszy zakres opieki, z drugiej – bardzo celowe, na przykład lekowe czy onkologiczne. W rezultacie klientom łatwiej dopasować produkt do indywidualnych potrzeb.

Z danych PIU wynika, że dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne w Polsce są jednak wciąż najczęściej elementem pozapłacowych świadczeń socjalnych. Najchętniej kupowanymi polisami (ponad 1,4 mln) są umowy grupowe nabywane zazwyczaj przez pracodawców na rzecz zatrudnionych lub przez samych pracowników.

Rosnące zainteresowanie po pierwsze wynika z coraz trudniejszej sytuacji publicznej ochrony zdrowia. W europejskim rankingu konsumenckim znaleźliśmy się pod tym względem na ostatnim miejscu przed Czarnogórą – wyjaśnia Dorota Fal. – Wynikiem tego jest poczucie niepewności w zakresie dostępu do opieki zdrowotnej i pomocy w ewentualnej chorobie. Z drugiej strony sytuację potęgują zapowiadane reformy. W publicznym systemie opieki zdrowotnej pojawiają się zmiany, które zdaniem wielu ekspertów jeszcze bardziej mogą utrudnić dostęp do procedur i świadczeń medycznych, czyli do lekarzy specjalistów oraz szpitali.

W ostatnich dniach Sejm przyjął ustawę wprowadzającą tzw. sieć szpitali. Zgodnie z jej założeniami szpitale sieciowe będą miały zagwarantowaną umowę NFZ. Do systemu wejdą placówki, które od co najmniej dwóch lat mają umowę z Funduszem i w których działa izba przyjęć albo szpitalny oddział ratunkowy. Ministerstwo Zdrowia zapewnia, że w wyniku reformy kolejki do lekarzy staną się krótsze, a leczenie – sprawniejsze.

Nowo przygotowywane prawo budzi mnóstwo kontrowersji szczególnie wśród specjalistów i tzw. świadczeniodawców, czyli dyrektorów, menadżerów, właścicieli szpitali – ocenia Dorota Fal. – Obywatele natomiast odczuwają przede wszystkim niepokój, bo tak naprawdę nie wiadomo, jak to wszystko miałoby wyglądać, jaki będzie dostęp do szpitali, jak placówki będą działać, jak przebiegnie okres przejściowy i czy eksperci wskazujący, że ustawa zdecydowanie pogorszy dostęp do publicznej ochrony zdrowia, faktycznie mają rację.

Marek Belka: Inflacja w tym roku będzie znacznie wyższa niż zakładano

– Mam trochę inny pogląd niż moi koledzy z NBP, którzy przewidują, że inflacja podniesie się, a później się obniży i nie dojdzie do celu inflacyjnego określonego na 2,5 proc. – mówi w rozmowie z MarketNews24 prof. Marek Belka, były premier, prezes NBP i minister finansów. – Inflacja może nawet ten cel przekroczyć, ze względu na sytuację na rynku pracy.

Odwrócony VAT szkodzi firmom budowlanym

Arkadiusz Łagowski – doradca podatkowy, Grant Thornton
Arkadiusz Łagowski – doradca podatkowy, Grant Thornton

Obowiązujące od 1 stycznia br. tzw. odwrotne obciążenie w rozliczeniu podatku VAT w branży budowlanej może spowodować utratę płynności finansowej przez wiele firm. Przepisy stwarzają wiele problemów interpretacyjnych, są trudne w stosowaniu – uważa Rada Podatkowa Konfederacji Lewiatan.

Zgodnie z nowymi przepisami firmy budowlane realizujące usługi jako podwykonawcy są zobowiązane do wystawiania faktury bez VAT – podatek rozlicza wówczas generalny wykonawca, na rzecz którego wykonywana jest usługa. Dotąd podwykonawcy wystawiali faktury z wykazaną kwotą VAT, dzięki czemu mogli tę kwotę kompensować z podatkiem wynikającym z faktur zakupowych (m.in zakup materiałów na potrzeby wykonywanych usług). Od początku 2017 r. podwykonawcy nadal dokonują zapłaty za nabywane towary i usługi (inne niż budowlane) wraz z podatkiem VAT, przy czym mogą go odzyskać dopiero poprzez zwrot z urzędu skarbowego. Powoduje to istotne wydłużenie okresu w jakim przedsiębiorca ponosi ciężar VAT (co może budzić wątpliwości zgodnie z zasadą neutralności podatku VAT dla podatnika), a okres ten może wynieść nawet kilka miesięcy.

– Ze wstępnych szacunków wynika, że każdego roku firmy budowlane będą „oddawać na przechowanie” do Skarbu Państwa kilka miliardów złotych rocznie. Dodatkowym zagrożeniem dla branży jest to, że organy podatkowe są obowiązane kontrolować prawidłowość dokonywanych zwrotów, przy czym często zgłaszają zastrzeżenia do wniosków o zwrot, i w konsekwencji podatnik otrzymuje zwrot podatku nie w ciągu ustawowych 60 dni, a znacznie później – mówi Arkadiusz Łagowski, manager w Grant Thornton, wiceprzewodniczący Grupy VAT Rady Podatkowej Konfederacji Lewiatan.

Zmiany wprowadzone zostały w pośpiechu, a w ustawie jest wiele niejasności interpretacyjnych, np. nie wiadomo do końca, kto ma obowiązek rozliczania VAT po nowemu, czyli kto jest z podatkowego punktu widzenia uznawany za podwykonawcę.

Inwestorzy czekają, aż Trump powie „yes, we can”

Ryszard Rusak, dyrektor inwestycyjny ds. akcji Union Investment TFI.
Ryszard Rusak, dyrektor inwestycyjny ds. akcji Union Investment TFI.

„Yes, we can” – tymi słowami w 2008 roku zainaugurował swoją prezydenturę Barack Obama. Trudno jednoznacznie odpowiedzieć, czy gabinet byłego prezydenta USA rzeczywiście zrobił dla amerykańskiej gospodarki wszystko, co mógł. Jedno zrobił na pewno. Przeforsował ustawę o systemie opieki zdrowotnej, potocznie nazywaną „Obamacare”.

Co to ma wspólnego z obecną sytuacją na amerykańskiej giełdzie?

Bardzo wiele. Obamacare jest dla gabinetu Donalda Trumpa dużą przeszkodą w realizacji najważniejszych postulatów wyborczych. Obecny system ubezpieczeń zdrowotnych w USA jest na tyle drogi, że dopóki funkcjonuje, dopóty nie ma co liczyć na obiecane cięcia podatków czy inwestycje w infrastrukturę. A przecież to fundamenty „Trumponomics”, na których Republikanie zamierzali oprzeć dalszy rozwój amerykańskiej gospodarki.

Inwestorzy czekają na rozwój wypadków

Na przestrzeni ostatnich miesięcy inwestorzy  wierzyli w pozytywne skutki „Trumponomics”, m.in. wzrost zysków spółek oraz konsumpcji prywatnej w USA. Spodziewali się, że działania gabinetu Trumpa przedłużą obecny cykl wzrostowy na Wall Street nawet o dwa lata. Odwołanie przez Republikanów głosowania nad zniesieniem Obamacare podkopało nieco ich wiarę w polityczną siłę Donalda Trumpa i Partii Republikańskiej. Stąd też ostatnie, niewielkie spadki na giełdzie w USA i w innych częściach świata. Na razie mamy polityczny pat. Co dalej?

Globalne rynki akcji urosły już na tyle, że dalsza koniunktura (przynajmniej przez jakiś czas) będzie uzależniona od rozwoju sytuacji w amerykańskim parlamencie. Dotyczy to również warszawskiej giełdy. Pozostaje więc czekać na triumfalne „yes, we can” z ust Trumpa. A jeśli się nie doczekamy, na osłodę pozostaną nam rosnące zyski spółek oraz poprawiająca się sytuacja gospodarcza w USA, Europie, a także na naszym rodzimym podwórku – w Polsce.

Dolar i indeksy przestają już wierzyć Trumpowi

Dolar i amerykańskie indeksy giełdowe pogłębiają dziś zeszłotygodniową przecenę, gdyż inwestorzy zaczynają wątpić w to, iż Donald Trump będzie w stanie wprowadzić w życie zapowiadane reformy ekonomiczne.

Problemy amerykańskiego prezydenta z przepchnięciem przez Kongres reformy systemu zdrowotnego wprowadzonego przez jego poprzednika Barracka Obamę, mogą wpłynąć negatywnie na sprawne wprowadzenie w życie flagowych reform ekonomicznych min. dotyczących cięcia podatków oraz zwiększenia wydatków infrastrukturalnych.

Para EURUSD rośnie 0,8% handlując w pobliżu poziomu 1,0890 po tym jak chadecka partia CDU kanclerz Angeli Merkel zdecydowanie wygrała niedzielne wybory do regionalnego parlamentu w kraju związkowym Saara na zachodzie Niemiec, zdobywając ponad 40% głosów.

Oznacza to, iż Angela Merkel z powodzeniem może się ubiegać w wrześniowych wyborach do Bundestagu po raz czwarty o fotel kanclerza. Dzięki temu para pokonała szczyty  z grudnia 2016 roku i lutego 2017 roku i handluje najwyżej od połowy listopada 2016 roku.  Para USDJPY traci 0,9% handlując w pobliżu poziomu 110,30, najniżej od połowy listopada 2016 roku.

Do dolara umacnia się też zdecydowanie polski złoty.

Para USDPLN traci ponad 1% i obecnie handluje w pobliżu poziomu 3,90 najniżej od listopada. Złoty zyskuje też nieznacznie do reszty głównych walut. Para EURPLN traci 0,3% handlując w pobliżu poziomu 4,25, najniżej od kwietnia 2016 roku.  Para CHFPLN traci 0,2% handlując w pobliżu poziomu 3,97 a para GBPPLN traci 0,2% handlując w pobliżu poziomu 4,91.

Para GBPUSD rośnie 0,8% handlując w pobliżu poziomu  1,2570, najwyżej od początku lutego.

Brytyjska premier Theresa May już w środę  rozpocznie proces wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Następstwem tego będzie dwuletni okres negocjacji dotyczący warunków tego procesu.

Indeks S&P traci 0,5% handlując w pobliżu poziomu 2330 punktów, najniżej od połowy lutego.

Podobnie pod kreską handluje reszta amerykańskich indeksów. W dniu dzisiejszym będzie przemawiać dwóch głosujących członków Fed-u. W Madrycie na temat polityki monetarnej i kondycji gospodarki  wypowie się prezydent Chicagowskiego Fed-u Charles Evans. Natomiast na uniwersytecie A&M Texas przemówi prezydent Fed-u z Dallas Robert Kaplan.

W warunkach taniejącego dolara i tracących indeksach giełdowych inwestorzy szukają alternatywnych inwestycji lokując swój kapitał między innymi w złoto.

Za uncję szlachetnego kruszcu należy obecnie płacić aż 1255 dolarów, ponad 1% więcej niż w piątek. Z kolei ropa naftowa WTI traci około 0,9% handlując w pobliżu poziomu 47,60 dolarów za baryłkę, pomimo iż część członków kartelu OPEC opowiada się za zwiększeniem cieć w produkcji surowca. Mocną przecenę mamy na miedzi, która traci aż 2,5% i handluje jedynie po 2,57 dolarów za funta.

Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital

Kurs złotego zyskuje do euro i dolara, gorzej z giełdą

Marcin Kiepas, analityk rynków finansowych
Marcin Kiepas

Trwa dobra passa złotego. W relacji do euro jest on najmocniejszy od sierpnia ub.r., podczas gdy do dolara od wyborów prezydenckich w USA. Znacznie gorzej zachowuje się natomiast giełda w Warszawie. A wszystko to przez problemy Trumpa.

Poniedziałkowy handel na krajowym rynku walutowym upływa pod znakiem umocnienia złotego do euro i dolara. Dziś za wspólną walutę trzeba było zapłacić już tylko 4,2516 zł, czyli najmniej od od początku sierpnia. Kurs USD/PLN spadł natomiast 3,8994 zł, co jest poziomem oglądanym ostatnio dzień po listopadowych wyborach prezydenckich w USA. Dużo mniej dzieje się zaś na CHF/PLN i GBP/PLN. Obie pary pozostają blisko poziomów z piątkowego zamknięcia.

Umocnienie złotego, które koresponduje z analogicznym zachowaniem innych walut regionu (np, węgierskiego forinta), to w głównej mierze efekt przeceny dolara. Amerykańska waluta traci na wartości po tym, gdy prezydent Donald Trump nie zdołał wśród republikańskiej większości w Kongresie zdobyć poparcia dla likwidacji programu Obamacare. To spowodowało, że inwestorzy zaczęli się zastanawiać, na ile realne będzie przeforsowanie przez prezydenta, tak ważniej z punktu amerykańskiej gospodarki reformy podatkowej czy wzrostu wydatków na infrastrukturę? W efekcie tamtejsza gospodarka nie otrzyma dodatkowego bodźca, inflacja nie przyspieszy, a Fed nie będzie nadmiernie się spieszył z kolejnymi podwyżkami stóp procentowych. To zaś w prostej linii prowadzi do słabszego dolara, co automatycznie przekłada się na poprawę sentymentu do walut rynków wschodzących.

Obawy związane z Trumpem jednocześnie powodują znaczące pogorszenie nastrojów na światowych giełdach. Efektem jest przecena indeksu WIG20 o 1,8% i spadek poniżej ważnego wsparcia na poziomie 2200 pkt. W tym samym czasie niemiecki DAX traci 1%, francuski CAC spada o 0,4%, a amerykański indeks S&P500 po godzinie notowań spada o 0,6%. Mocno też tanieje miedź (-2%) i ropa (-1,7%), a drożeje uważane za tzw. bezpieczną przystań złoto (+1%).

Dlaczego wobec tego globalnego wzrostu awersji do ryzyka złoty (i inne waluty regionu) zyskują? Inwestorzy zapewne liczą, że słaby dolar oznacza nie tylko mniejsze problemy z zadłużeniem rynków wschodzących, ale ostatecznie przełoży się na wzrost cen surowców, co te gospodarki wesprze. Dobrą wiadomością jest to, że aktualna sytuacja raczej ogranicza niż wzmacnia szanse na podwyżki stóp procentowych przez Fed.  Innym powodem są nadzieje na to, że pożyczone przez europejskie banki z ECB 233 mld EUR w ramach TLTRO2 ostatecznie w jakiejś części zostanie zainwestowane w Polsce. Inwestorzy mogą też zakładać, że wzrost gospodarczy w Europie będzie przyspieszał niezależnie od wydarzeń w USA, a opublikowany dziś indeks instytutu Ifo (wzrost do 112,3 z 111 pkt., przy prognozie 111 pkt.) w tych oczekiwaniach ich wspiera.

Powyższe myślenie jest w dużej mierze życzeniowe, a skala obserwowanego w ostatnich dwóch tygodniach spadku kursu euro i dolara na tyle duża, że kursy tych walut wydają się być atrakcyjne. Zwłaszcza dotyczy to dolara, który potaniał o 20 gr. Dlatego też ten tydzień prawdopodobnie przyniesie kres umocnienia złotego. Szczególnie, że obawy związane z brakiem realizacji obietnic wyborczych przez Trumpa prawdopodobnie obecnie kumulują, zachowanie rynku surowcowego nie napawa optymizmem, a oczekiwania na podwyżki stóp przez Fed na tyle się zmniejszyły, że ponownie może rozpocząć się gra pod ich wzrost.

Złoty do końca tygodnia pozostanie pod wypływem rynków globalnych, w tym przede wszystkim amerykańskiej (Trump) i europejskiej (BREXIT) polityki. W piątek zaś dodatkowym impulsem będą dla niego wstępne szacunki marcowej inflacji w Polsce (prognoza: 2,4% R/R).

Marcin Kiepas, główny analityk Fundacji FxCuffs

Analiza techniczna: kurs dolara, euro, franka i funta

Kluczowy moment na głównej parze walutowej świata. Złoty wciąż mocny, choć perspektywy są niepewne. Coraz tańszy frank może cieszyć frankowiczów. Dolar najtańszy od listopada zeszłego roku. Potencjał do przeceny euro prawdopodobnie wyczerpany.

Tabela. Maksima i minima EURUSD oraz głównych walut w PLN. Zakres: 20.03.2017 – 27.03.2017

Para walutowa EUR/PLN CHF/PLN USD/PLN EUR/USD
Minimum 4,2525 3,9590 3,9170 1,072
Maksimum 4,2890 4,0055 3,9860 1,087

 

Kurs EUR/USD

Kurs Euro do Dolara Wykres

            Główna para walutowa świata wyraźnie kieruje się na północ. Od lokalnego minimum minął już prawie miesiąc. Od tego czasu obserwujemy wyraźne umocnienie euro wobec dolara. Z jednej strony jest to spowodowane względnym spokojem w Europie. Obawy o Wildersa, Le Pen czy o Grecję znacząco ucichły. Z drugiej strony rośnie napięcie w USA. Przegrana batalia o Obamacare czy niepewność związana z budżetem widocznie ciążą dolarowi. Powoduje to, że EUR/USD pokonuje kolejne opory. Najpierw 15 marca przebita została linia oporu długoterminowego trendu spadkowego. Dzisiaj z kolei udało się przebić poziom 1,082. Trwałe pokonanie ostatniego znaczącego oporu na poziomie 1,087 otworzy drogę do 1,10, a nawet jeszcze wyżej. Nie można jednak oprzeć się wrażeniu, że zarówno spokój w Europie, jak i problemy w USA są przejściowe, co może skutkować rychłym odwróceniem obecnego trendu.

Kurs EUR/PLN

Kurs Euro Złoty wykresEuropejska waluta mimo swojej siły względem dolara w ostatnim czasie tanieje wobec złotego. W połowie marca kosztowało nawet 4,35 zł. Od tego czasu rozpoczął się rajd w dół, który sprowadził kurs EUR/PLN 10 groszy niżej. Poziom 4,255 okazał się jednak skutecznym wsparciem. Podobnie było w połowie października, kiedy ostatni raz euro było tak tanie. Obecnie zarysowana została formacja klina, którego wybicie może nadać kierunek na najbliższe tygodnie. Zaraz przy wyżej opisanym wsparciu znajduje się kolejne na poziomie 4,225 zł, co zwiększa prawdopodobieństwo wybicia górą, powinno to skutkować powrotem w okolice 4,35 zł, a nawet 4,40 zł.

Kurs USD/PLN

Kurs dolara do złotego wykres USD-PLNSłabość dolara wyraźnie widać w przecenie względem złotego. Do połowy marca kurs USD/PLN poruszał się we względnie wąskim kanale między 4,04 zł a 4,09 zł. Później jednak w grę zaczęła wchodzić linia trendu spadkowego, który został zapoczątkowany na przełomie roku. Dała ona impuls do dalszych i mocniejszych spadków. Przełamanie dolnej granicy kanału tylko jeszcze przyspieszyło ten ruch. Obecnie dolar kosztuje 4,91 zł, a kolejne istotne wsparcie znajduje się dopiero 10 groszy niżej. Jeśli nie dojdzie do zmiany globalnego sentymentu, powinniśmy obserwować kontynuację ruchu. Należy jednak pamiętać, że fundamenty dolara pozostają zdecydowanie silne, więc powrót do wzrostów wydaje się tylko kwestią czasu.

Kurs CHF/PLN

Kurs franka do złotego wykres

To był dobry miesiąc dla osób z kredytami we frankach. Szwajcarska waluta względem polskiej potaniała o blisko 10 groszy. Co więcej, mamy do czynienia z bardzo korzystnym układem na wykresie CHF/PLN. Dość blisko siebie znajdują się trzy wyraźne obszary oporu. Pierwszym teoretycznie najsłabszym jest krótkoterminowa linia trendu. Kurs testował już ją sześciokrotnie, więc powoli zyskuje ona na znaczeniu. Kolejnym ważnym oporem, jest psychologiczna bariera 4 złotych, która już wielokrotnie zatrzymywała wcześniejsze ruchy. W końcu mamy też linię długoterminowego trendu, która obowiązuje od początku roku. Taka kombinacja jest wyraźnie prospadkowa, zwłaszcza że pole do dalszej przeceny wciąż istnieje. Najbliższe silne wsparcie znajduje się na poziomie 3,90 i jest całkiem prawdopodobne, że będzie ono w najbliższym czasie testowane.

Krzysztof Adamczak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Cyfrowa neofobia hamuje rozwój chmury?

Jedynie 8 proc. polskich przedsiębiorstw korzysta z usług w chmurze obliczeniowej, wynika z najnowszych badań GUS. W przypadku firm z sektora przetwórstwa przemysłowego sytuacja wygląda jeszcze gorzej, bo zaledwie 7 proc. z nich sięgnęło po rozwiązania cloudowe. Tymczasem w Stanach Zjednoczonych już rok temu 27 proc. organizacji zdecydowało się na wdrożenie systemu wspierającego zarządzanie w chmurze obliczeniowej, co oznacza wzrost o 16 proc. rok do roku. Czego obawiają się polskie firmy i czy cloud computing ma szanse stać się nad Wisłą tak popularny, jak na Zachodzie?

Haigh’s Chocolate to rodzinna australijska firma specjalizująca się w produkcji najwyższej jakości czekolady. Zatrudnia w tej chwili ponad 500 osób i kontroluje nie tylko cały proces produkcji, ale także dystrybucji i sprzedaży. Nie tylko to wyróżnia Haigh’s Chocolate. To jedna z pierwszych firm w branży spożywczej, które zdecydowały się na wdrożenie systemu wspierającego zarządzanie dostarczanego w chmurze obliczeniowej. Choć na tamtejszym rynku brakowało przykładów implementacji takich rozwiązań i dla firmy ERP w chmurze był pewnym poligonem doświadczalnym, to dziś producent absolutnie nie żałuje swojego wyboru

Decyzja o przejściu do chmury była jedną z najlepszych jakie podjęliśmy. Uwolniła nam mnóstwo zasobów, dzięki czemu możemy się skoncentrować na rozwijaniu naszych kluczowych kompetencji – czyli na produkcji i sprzedaży czekolady – przekonuje Simon Haigh zarządzający Haigh’s Chocolate. – Dziś nie zadajemy sobie pytania „czy technologia będzie działać”?, tylko: „jak produkować najlepszą czekoladę” – dodaje.

Firm takich jak Haigh’s Chocolate jest coraz więcej. Według raportu firmy doradczej Panorama Consulting, systemy ERP w chmurze wdrożyło już 27 proc. amerykańskich przedsiębiorstw, co oznacza 16 proc. wzrost rdr. Nie inaczej jest w Europie. Jak szacuje IDC, do 2020 r. już co najmniej 45% oprogramowania oraz infrastruktury informatycznej w europejskich przedsiębiorstwach będzie dostarczane w modelu chmurowym. Tym samym, w 2020 r. inwestycje w rozwiązania chmurowe będą stanowiły 20% wydatków na infrastrukturę IT oraz 25% wydatków przeznaczanych na zakup oprogramowania, usług i sprzętu. Jak na tym tle wygląda Polska?

Strach hamulcem rozwoju

Najnowsze dane Głównego Urzędu Statystycznego rysują mało optymistyczny obraz rodzimego rynku. Na korzystanie z usług w chmurze zdecydowało się zaledwie 8 proc. przedsiębiorstw. Jeśli weźmiemy pod lupę jedynie sektor przetwórstwa przemysłowego sytuacja, wygląda jeszcze gorzej. Z cloud computingu zdecydowało się skorzystać tylko 7 proc. firm. Mimo, że za usługami świadczonymi w chmurze przemawia wiele korzyści, przed korzystaniem z nich przedsiębiorców powstrzymuje przede wszystkim brak wiedzy (aż 40 proc. wskazań) oraz strach. Aż 36 proc. polskich firm swoją decyzję o niekorzystaniu z chmury uzasadnia obawami związanymi z bezpieczeństwem. Podobna liczba respondentów za przyczynę podała niepewność co do lokalizacji przechowywania danych, a 31 proc. ankietowanych przedsiębiorstw zwróciło uwagę na wątpliwości dotyczące kwestii prawnych, jurysdykcji i mechanizmów rozstrzygania sporów.

Poza obawą o dostęp do Internetu i bezpieczeństwo danych, decydentów przed skorzystaniem z cloud computingu powstrzymuje lęk przed ewentualnymi konsekwencjami prawnymi. Wynika on z braku stosownych przepisów, które jasno określiłyby dozwolone praktyki i normy, które powinny być spełnione. To właśnie dlaczego, tak wiele firm czeka na „early adopterów”. Jak wskazał jeden z szefów IT reprezentujący instytucję finansową: „Jedyne, czego potrzebujemy to bank, któóry pierwszy przeniesie się do chmury i nie zostanie ukarany za to przez regulatora. Jeśli tak się stanie, uruchomi to lawinę migracji do modelu usługowego.” W branży produkcyjnej jest podobnie.

Wbrew pozorom, polski rynek nie różni się pod tym względem od znacznie bardziej rozwiniętych rynków Ameryki Północnej czy Europy Zachodniej. Wszędzie kwestie bezpieczeństwa, prywatności oraz regulacji prawnych są istotnym ograniczeniem we wdrażaniu chmury. Również w przemyśle istnieje potrzeba zagwarantowania 100% dostępności infrastruktury i aplikacji IT, bo jakiekolwiek przerwy na linii produkcyjnej są niedopuszczalne i grożą dużymi stratami. To istotne obawy, choć jak pokazuje doświadczenie, nieuzasadnione – zwraca uwagę Piotr Rojek z firmy DSR dostarczającej rozwiązania IT dla produkcji.

Dobrym przykładem jest ELHI Polymer Moulding, holenderski dostawca plastikowych komponentów dla branży motoryzacyjnej, elektronicznej czy medycznej. Jako jeden z atutów systemu ERP w chmurze firma uznała obniżenie ryzyka – zarówno finansowego, jak i informatycznego. Nic dziwnego, doświadczenia pokazują, że wątpliwości odnośnie bezpieczeństwa często są wymówką służącą temu, by utrzymywać infrastrukturę IT w modelu tradycyjnym. Okazuje się, że bardzo często poziom bezpieczeństwa oferowany przez dostawców rozwiązań cloudowych nie tylko nie odbiega od tego w firmach, ale jest nawet wyższy.

Producenci zadowoleni z chmury

Przedsiębiorstwa, które podjęły decyzję o wyborze systemu ERP w modelu usługowym, zwracają uwagę na szereg korzyści wynikających z implementacji tego rozwiązania. Do najczęściej wymienianych należy szybki czas udostępnienia aplikacji a także znacząco niższe koszty początkowe w porównaniu do modelu on premise. Ten pierwszy aspekt był kluczowy dla Plasan Carbon Composites, amerykańskiej firmy dostarczającej komponenty z włókna węglowego dla General Motors i Chryslera. Presja z ich strony na jak najszybsze rozpoczęcie produkcji była na tyle silna, że czas wdrożenia systemu decydował o powodzeniu projektu. Firma zdecydowała się więc na wybór ERP w chmurze. System QAD Cloud ERP przy niewielkim poziomie modyfikacji udało się uruchomić w ciągu zaledwie trzech miesięcy. Byłoby to niemożliwe w przypadku wdrożenia on-premise, gdzie projekty implementacji trwają po kilkanaście miesięcy a nawet dłużej. – Wiedzieliśmy, że nie chcemy inwestować pieniędzy, zasobów osobowych i czasu w rozwiązanie on premise. Chmurowy ERP był dla nas najlepszym rozwiązaniem – tłumaczy Philip Austin z firmy Plasan.

Solaftowi, jednemu z czołowych producentów filtrów przemysłowych, którego produkty sprzedawane są w Azji, Australii i obu Amerykach, system w chmurze pozwolił na zwiększenie efektywności we wszystkich obszarach, ze szczególnym naciskiem na prognozowanie i planowanie. Stało się tak m.in. dzięki całodobowemu dostępowi do spójnie opracowanych globalnych danych we wszystkich strefach czasowych. Optymalizacja gromadzenia i przepływu danych przełożyła się również na obsługę klienta: wskaźnik DIFOT (delivered-in-full-time) polepszył się o 10 proc.

W Polsce zaczyna się w tej chwili wymiana oprogramowania wspierającego zarządzanie, wdrożonego kilka czy kilkanaście lat temu. Świadomość menedżerów się zmienia więc część klientów będzie migrowała do chmury, choć daleki jestem od tezy, że za kilka lat większość firm produkcyjnych będzie korzystała z tego rozwiązania. Model chmurowy z pewnością jednak warto rozważyć, bo zmniejsza on nie tylko ryzyko inwestycyjne, ale także likwiduje konieczność opieki nad systemem, tworzenia kopii zapasowych czy inwestycji w sprzęt. Uwolnienie IT od bieżącego zarządzania infrastrukturą powoduje, że informatycy mogą więcej czasu przeznaczyć na weryfikację oczekiwań biznesu i mapowanie ich w narzędziach IT. Chmura pomaga też uniknąć kosztownych i często niepotrzebnych modyfikacji – zauważa Piotr Rojek z DSR.

Według danych Panorama Consulting średni koszt wdrożenia aplikacji wspierającej zarządzanie wyniósł w ubiegłym roku 3,8 miliona dolarów. Choć oznacza to spadek o ponad 15% w porównaniu do 2014 r., to analitycy wskazują, że w aż 57 proc. przypadków przekroczono planowany budżet wdrożeniowy. Głównym powodami były szerszy niż początkowo planowano zakres wdrożenia, problemy organizacyjne i techniczne i niedoszacowanie liczby konsultantów. Warto też zwrócić uwagę na liczne modyfikacje systemu ERP. Zdecydowało się na nie aż 90% badanych firm. Co więcej, w większości przypadków była one znaczące, a w 7 proc. zmieniły system o połowę. Nic więc dziwnego, że tak często przekroczono budżet.

Zdaniem ekspertów przerabiania systemów ERP należy unikać za wszelką cenę, ponieważ wydłuża to czas wdrożenia projektów, a koszt takich działań pochłania często prawie połowę budżetu. Praktyka pokazuje, że takie operacje nie zawsze są potrzebne. Obowiązuje tutaj zasada: im więcej oczekiwanych funkcjonalności będzie posiadał system w standardzie, tym mniej modyfikacji będzie trzeba wprowadzić.

Jacek Olejarz o programach menedżerskich i stażowych

Parzenie kawy na stażu? Tak, ale tylko w kawiarni! Wielu firmom w Polsce brakuje rąk do pracy, dlatego coraz chętniej oferują atrakcyjne programy menedżerskie i stażowe. W trakcie ich trwania studenci i świeżo upieczeni absolwenci uniwersytetów mogą uczyć się wartościowych rzeczy oraz zdobywać cenne doświadczenie.

„W ostatnich pięciu latach widzimy dosyć duży boom na rozwijanie programów menedżerskich i stażowych przez duże korporacje. Branże, w których jest największy popyt na te programy, to farmacja, FMCG, bankowość, konsulting i IT. Są one z reguły skierowane do osób młodych: niedawnych absolwentów uczelni albo studentów ostatnich lat” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Jacek Olejarz, executive manager z firmy HRK.

Czym się kierować przy wyborze takiego programu?

Programy menedżerskie i stażowe dają przede wszystkim okazję do nauki, zdobycia nowych kompetencji, jak również rozwoju osobistego. Młodzi mogą nie tylko czerpać z wiedzy i doświadczeń starszych pracowników, lecz także brać udział w organizowanych szkoleniach. W niektórych organizacjach są też prowadzone programy mentoringowe dla praktykantów i stażystów. Osoby, które się sprawdziły, często otrzymują propozycję pracy. A nawet jeśli taka oferta się nie pojawi, to i tak młody człowiek się czegoś nauczy oraz wyniesie ze swojego stażu coś cennego, dzięki czemu łatwiej mu będzie znaleźć zatrudnienie w innej firmie.

Jak wybrać program odpowiedni dla siebie?

Na początku musimy się zastanowić, czy wiemy już, czym będziemy się zajmować w przyszłości. Jeżeli tak, znajdźmy program odpowiadający naszym zainteresowaniom zawodowym, w przypadku którego jest jasno określone, co będziemy robić i czego się nauczymy. Z kolei jeśli dopiero szukamy swojej drogi i jeszcze nie wiemy, w jakim zawodzie chcemy pracować, zdecydujmy się na program rotacyjny. Poznamy dzięki temu różne działy w danej firmie, będziemy wykonywać różne obowiązki oraz zdobędziemy różne kompetencje. Być może uda nam się też wreszcie ustalić, w czym czujemy się mocni i jaka praca nas naprawdę pociąga, co pozwoli nam lepiej zaplanować swoją przyszłą karierę.

Kraków, Wrocław i Trójmiasto biurowymi liderami w regionach

W 2016 roku na rynku nieruchomości w kluczowych miastach regionalnych pojawiło się niespełna pół miliona metrów kwadratowych nowoczesnej powierzchni biurowej. Pozycję lidera utrzymała stolica Małopolski, za którą uplasowały się m.in. Wrocław i Trójmiasto. Zdaniem autorów raportu z BNP Paribas Real Estate Poland, projekty będące obecnie w realizacji pozwolą na utrzymanie wysokiej dynamiki wzrostu również w 2017 roku.

Kraków przewodzi stawce

Stolica Małopolski jest niekwestionowanym liderem nie tylko pod względem całkowitych zasobów biurowych, ale także projektów w budowie. Na koniec grudnia ubiegłego roku Kraków dysponował łącznym wolumenem o wielkości 955 tys. mkw., z czego 6,2 proc. czekało na nowych najemców. Znaczące dla krakowskiego rynku biurowego było pojawienie się w drugim półroczu 2016 roku biurowca Axis (20 200 mkw.) oraz budynków C i D w kompleksie DOT Office (14 400 mkw.) i CH2M Center (14 100 mkw).

Małgorzata Fibakiewicz, Dyrektor, Dział Powierzchni Biurowych, BNP
Małgorzata Fibakiewicz, Dyrektor, Dział Powierzchni Biurowych, BNP Paribas Real Estate Poland

Od kilku lat motorem napędowym dla krakowskich biur niezmiennie pozostaje branża nowoczesnych usług wsparcia dla biznesu. To dzięki dużym projektom z sektora BPO, SSC, ITC, ale też R&D Kraków zachowuje prymat biurowego, regionalnego lidera. A przecież walka w tym sektorze jest coraz ostrzejsza – komentuje Małgorzata Fibakiewicz, Dyrektor, Dział Wynajmu Powierzchni Biurowych.

Na drugiej pozycji umocnił się Wrocław, który na koniec 2016 roku dysponował bazą biurową na poziomie 846 tys. mkw. oraz projektami w budowie o łącznej powierzchni 179 tys. mkw. Trzecie miejsce zajął rynek trójmiejski z podażą na poziomie 620 tys. mkw. i biurowcami w trakcie realizacji o łącznej powierzchni wynoszącej 125 tys. mkw. Oba rynki charakteryzuje podobny poziom pustostanów oscylujący wokół 12 proc.

Szansa dla Łodzi

Łódzki rynek nie zwalnia tempa i goni czołówkę. Dobrze wykwalifikowana kadra, inwestycje
w infrastrukturę i centralna lokalizacja to argumenty, które przemawiają za Łodzią, jako atrakcyjnym miejscem do lokowania usług z sektora wsparcia biznesu. Na koniec ubiegłego roku Łódź znalazła się na trzecim miejscu podium pod względem biur w budowie (126 tys. mkw.) wyprzedzając Trójmiasto. Autorzy raportu podkreślają, że 34,7 proc. nowopowstających biur w tym mieście znalazło już przyszłych najemców.

Anna Staniszewska, Dyrektor Działu Analiz Rynkowych i Doradztwa, BNP Paribas Real Estate Poland
Anna Staniszewska, Dyrektor Działu Analiz Rynkowych i Doradztwa, BNP Paribas Real Estate Poland

W ostatnich latach Łódź zyskuje na znaczeniu na mapie atrakcyjnych lokalizacji biurowych. Oprócz dobrego skomunikowania, zachowując wysoki poziom kwalifikacji pracowników, firmy lokujące tu swoje centra usług mogą liczyć na relatywnie niższe koszty zatrudnienia w porównaniu z „Wielką Trójką”. Niższe są również koszty operacyjne, w tym czynsze – komentuje Anna Staniszewska, Dyrektor, Dział Analiz i Doradztwa.

Stopa pustostanów rośnie

Druga połowa 2016 roku na rynkach regionalnych stała pod znakiem nowej podaży. Łączny wolumen powierzchni dostarczonych na rynek wyniósł około 300 tys. mkw. Fakt ten pociągnął za sobą wzrost pustostanów o 1,3 p.p., który na koniec grudnia ubiegłego roku wyniósł około 11,3 proc. Najmniejszym odsetkiem pustostanów dysponował Kraków (6,2 proc.), największym Katowice i Szczecin (ok. 17 proc.).

Data heroes: po co firmie badacze danych?

Cyfrowy biznes ma nowych bohaterów. To badacze danych. Pomagają firmom w zrozumieniu, rozbudowie oraz monetyzacji strumieni Big Data, jakie każdego dnia przepływają  przez globalną sieć oraz przez same przedsiębiorstwa. Współczesny biznes szuka dróg pozwalających na generowanie większych zysków z danych – taką teorię głosi Erich Schmidt, prezes wykonawczy google’owskiego Alphabetu. Jak z kolei twierdzi Hal Varian, główny analityk Google, firmy mogą wkroczyć na taką ścieżkę wyłącznie dzięki badaczom danych, czyli data scientists. Cyfrowy boom sprawił, że to właśnie tę profesję czekają tłuste lata. Do czego właściwie firmy potrzebują badaczy danych?

Nowa ropa

Ropa naftowa straciła status najbardziej pożądanego surowca na świecie. Jej miejsce zajęły wielkie zbiory danych (Big Data), których wielkość Oracle szacuje aktualnie na poziomie 11 Zettabajtów. Data scientist badają wielkie strumienie danych, które przepływają przez Sieć – a te nieustannie rosną. Firma badawcza IDC twierdzi, że do końca przyszłego roku przepływ danych zewnętrznych w przedsiębiorstwach wzrośnie aż pięciokrotnie. Z kolei liderzy cyfrowej transformacji zwiększą ilość danych wychodzących co najmniej 500-krotnie. Funkcję cyfrowej rafinerii, która oczyszcza wszystkie te informacje i przekształca dane w paliwo napędzające działanie firmy, spełniają badacze danych (data scientists). Ich zadaniem jest wyłuskanie z tego cyfrowego potopu najcenniejszych informacji, które firmy będą mogły spieniężyć.

– Zdolność do monetyzacji zgromadzonych przez firmę danych definiuje nową wartość w biznesie, którą możemy określić jako „cyfrowe IQ” firmy. Z jednej strony dzisiejsze przedsiębiorstwa zgromadziły już wystarczająco dużo danych, aby móc je spieniężać. Z drugiej strony to właśnie z tym zadaniem mają największe trudności. Mimo że posiadają dane (bądź kupują je na rynku), to nadal nie wiedzą, jak generować z nich zysk i w jakich obszarach je implementować. Zrozumienie, uporządkowanie i monetyzacja cyfrowych strumieni danych często leżą poza zasięgiem kompetencji pracowników, a także możliwościami firmowych systemów służących do obróbki cyfrowych informacji. Jeśli zatem firmy chcą robić użytek ze swoich danych, muszą w ostateczności skorzystać z pomocy data scientists – mówi Michał Grams, prezes TogetherData, pierwszego Data Science House w Polsce, zrzeszającego badaczy danych, którzy pomagają firmom w optymalizacji i monetyzacji ich cyfrowych zasobów – Gros danych generowanych w firmach de facto przecieka im przez palce albo zalega na archiwach. Przedsiębiorcy tracą w ten sposób szansę na usprawnienie działań swojej organizacji, a także zamykają swoje drzwi na nowych klientów. Badacze danych są po to, aby pomóc im zrozumieć wartość ich cyfrowego kapitału i pokazać na realnych przykładach, jak firmy mogą go spieniężyć – dodaje Michał Grams.

Po raz pierwszy o nowym zawodzie zrobiło się głośno w 2008 roku. Nagłośnili go Jeff Hammerbacher oraz D.J. Patil, zachęcając przedsiębiorców do głębszego przyjrzenia się informacjom pozostawianym przez internautów w Sieci oraz działaniom podejmowanym przez użytkowników. Naciskali również na to, aby firmy zwróciły uwagę na dane, które przepływają przez ich systemy informatyczne.

Od analityka do badacza

Blisko 10 lat temu, gdy rynek po raz pierwszy usłyszał o data scientists, na portalu LinkedIn nie figurował żaden profil zawodowy, w którym ktokolwiek określiłby się jako badacz danych. Większość analityków określała wówczas swoją profesję jako: data miner, data analytic, data janitor, data specialist, itp. Każda z tych profesji ma jednak wyspecjalizowany i wąski charakter. Tymczasem data scientist łączy wiedzę ze  wszystkich tych obszarów i dysponuje bardziej ogólnym spojrzeniem na dane, wnosząc analitykę Big Data na kolejny, wyższy poziom. Firmy wiedzą dziś, że samo przetwarzanie i gromadzenie danych jest niewystarczające. Potrzebna jest fachowa wiedza i biznesowe know-how, jak takie dane wykorzystać do optymalizacji procesów biznesowych firm oraz jak je zmonetyzować. Tę wiedzę mają właśnie badacze danych. Co ich wyróżnia na tle innych zawodów, w których również pracuje się z wielkimi zbiorami danych?

Analityk systemów typu business intelligence to zawód, który pojawił się na rynku wraz z popularyzacją Excela, czyli w drugiej połowie lat ’80. Od badacza danych różni się przede wszystkim tym, że operuje na historycznych danych firmy. Odkrywa wzorce w danych i powiązania między informacjami, które zostały zgromadzone jakiś czas temu po to, aby wyłuskać z nich trendy, ustalić wpływ wydarzeń rynkowych na sytuację firmy oraz wyjaśnić, dlaczego coś się stało. Jego rola ma zatem retro-aktywny charakter. Tymczasem praca badacza danych wiąże się z postawą proaktywną. Kluczowym pytaniem zadawanym przez data scientist jest „jak?”. Jak sprawić, że wydarzy się pożądany przez firmę scenariusz? Jakich danych użyć? Jak zwiększyć docieralność do klienta? Jak pozyskać nowych odbiorców naszego produktu itd. – tłumaczy Paweł Brach, wiceprezes TogetherData i badacz danych – Data scientist potrafi nie tylko wygenerować zysk z informacji zgromadzonych już przez firmę. Pełni również funkcję cyfrowego konsultanta, ponieważ dysponuje zarówno abstrakcyjnym, jak i dogłębnym zrozumieniem fenomenu danych w firmie. Śledzi też kierunki i trendy rynkowe. Ma umiejętność wizualizacji danych i układania z nich strategii biznesowych. Nie jest jednak kimś, kto formułuje wyłącznie gotowe odpowiedzi, przeciwnie: badacz danych stawia pytania istotne z punktu widzenia dalszego rozwoju firmy: sygnalizuje potencjalne kryzysy oraz okazje do wykorzystania. Taki badacz danych to „data hero” – dodaje Paweł Brach.

Jednym z bieżących zadań stojących przed data scientist jest wskazywanie firmie danych, które nadają się do monetyzacji już teraz, a także wypunktowanie obszarów firmy ubogich w dane, które wymagają dalszej „datyzacji”. Proces zasilania firmowych danych informacjami z zewnętrznych źródeł określa się mianem data enrichment. Wzbogacanie danymi firmowych systemów pozwala badaczowi na uzyskanie szerszego oglądu sytuacji samej firmy oraz zwiększenie zakresu wiedzy o jej klientach i produktach. Badacz danych to zatem nie tylko pracownik odpowiedzialny za spieniężanie cyfrowego kapitału, lecz także ktoś, kto wie jak i w jakie dane przedsiębiorstwo powinno zainwestować.

Eksperci ds. cyfrowego kapitału

Jeśli nawet dane stały się nową walutą gospodarki cyfrowej, to i tak niewiele firm jest w stanie realnie nią płacić. Powód? Po pierwsze – deficyt badaczy danych. Po drugie – trudność samego zawodu. Osoba o profilu data scientist musi posiadać kompetencje multidyscyplinarne. W tej dziedzinie krzyżują się umiejętności programistyczne, analityczne, matematyczne, statystyczne i behawioralne. Badacz danych to połączenie naukowca i programisty.

Data scientist to jeden z najtrudniejszych zawodów w świecie gospodarki cyfrowej. To ktoś, kto nieustannie musi trzymać rękę na cyfrowym pulsie internetu oraz systemów BI i CRM w firmach. W przypadku globalnej Sieci tylko w ciągu kwadransa pojawia się około 30 gigabajtów nowych informacji, które mogą znacząco różnić się od tych już zmagazynowanych przez firmę. Co minutę w Sieci powstaje ponad 570 nowych witryn, na których internauci będą zostawiać swoje dane. Badacz danych musi wiedzieć, które z takich danych firma powinna wykorzystać, a które może odrzucić. Musi znać odpowiedź na pytanie: w jakich danych zakodowana jest nowa wiedza o kliencie, a jakie dane są biznesowo bezużyteczne – tłumaczy Michał Grams, prezes TogetherData.

Wiedza, w którą badacze danych zaopatrują firmy, przynosi realne korzyści biznesowe. Jak podaje Economist Intelligence Unit (EIU) wykorzystanie specjalistów od strumieni danych stało się głównym motorem napędowym przychodów w przeszło 60 proc. przebadanych firm z sektora IT. Z kolei aż 83 proc. przedsiębiorstw twierdzi, że dzięki dostarczonym przez nich danym produkty i usługi firmy stały się bardziej opłacalne, a także zaczęły przynosić większe profity. Podobny stopień zadowolenia zgłaszają uczestnicy piątej edycji corocznego badania „Big Data Executive Survey” autorstwa NewVantage Partners. Przedsiębiorcy ze szczebla C-level twierdzą, że aż 80,7 proc. inicjatyw podejmowanych przez badaczy danych i związanych z analityką Big Data okazało się sukcesem i przyniosło – pośredni lub bezpośredni – zysk firmie.

Te statystyki sprawiają, że firmy toczą dziś regularną wojnę o badaczy danych. Josh Sullivan z Booz Allen Hamilton twierdzi, że użytkownicy, w których profilu zawodowym na LinkedIn widnieje wpis „data science”, mogą otrzymywać dziennie od rekruterów nawet około stu maili z nową propozycją pracy. Badacze danych są dziś łakomym kąskiem na celowniku headhunterów. Dzięki pojawieniu się nowych usług biznesowych, takich jak np. data-as-a-service, firmy mogą również „wynająć” badaczy danych do uporządkowania swoich cyfrowych zasobów. W ten sposób mogą wypróbować ich usługi i w krótkim czasie przekonać się, ile warta jest wiedza data scientists.

Naszym badaczom danych wystarczy raptem 30 dni, aby móc dokładnie ocenić wartość zasobów cyfrowych, która zgromadziły firmy czy instytucje, a także przynieść im realny zysk z danych, które już u siebie mają. Prościej rzecz ujmując: monetyzujemy dane firm już w miesiąc. W tym czasie wzbogacamy również systemy BI oraz CRM przedsiębiorstwa o dane pochodzące z nowych źródeł, wypełniając tym samym luki w systemach informatycznych przedsiębiorstwa i umożliwiając dotarcie do realnych klientów z krwi i kości, a także pozyskanie nowych odbiorców usług czy produktów. Wykorzystując dane pokazujemy również firmom czarno na białym, jakie elementy wymagają jeszcze usprawnienia bądź zasilenia w nowe informacje. Obecnie z naszych usług korzystają m.in. banki, branża windykacyjna czy sektor fintech – mówi Paweł Brach z TogetherData.

Prawie 36% firm w Polsce stanie wkrótce przed wyzwaniem związanym z rewolucją majątkową

Z raportu Banku Zachodniego WBK i PI Research „Prognoza majątku – jak demografia zmieni aktywa Polaków” wynika, że jednym z największych wyzwań nadchodzącej rewolucji majątkowej będzie sukcesja w firmach rodzinnych.

W wyniku rewolucji majątkowej, w ciągu kilkunastu najbliższych lat, pokolenie starszych Polaków, którzy wzbogacili się podczas transformacji gospodarczej, będzie przekazywało zgromadzony majątek swoim dzieciom. Pokolenie dzisiejszych 25-55-latków stanie się bogatsze od swoich rodziców średnio o kilkaset tysięcy złotych. Szacunki wskazują ponadto, że do 2040 r. całkowity majątek Polaków wzrośnie o 70 proc., a wartość wszystkich zgromadzonych aktywów przekroczy kwotę 20 bln zł.

Dane te w zestawieniu z wynikami badań Instytutu Biznesu Rodzinnego wskazującymi, że ponad 36 proc. wszystkich firm w Polsce, to zdeklarowane firmy rodzinne[1], jasno pokazują, że kluczowym problemem w obliczu rewolucji majątkowej stanie się sukcesja w firmach rodzinnych.

Udział dziedziczonego majątku ulokowanego w przedsiębiorstwach wzrośnie ponad dwukrotnie z 5,5 do 11,4 proc. całości spadku. Co prawda, częściowo sukcesja nastąpi już w momencie przechodzenia na emeryturę pokolenia nestorów rodzin, założycieli firm i będzie elementem darowizny poprzedzającej spadek, ale sytuacja wymusi na spadkobiercach podjęcie decyzji czy kontynuować działalność rodziców. W sumie problem ten będzie dotyczył firm wycenianych na 223 mld zł –  mówi Adam Czerniak, główny ekonomista PI Research.

Niestety tylko w co trzeciej firmie rodzinnej sukcesja się udaje, a zaledwie 15 proc. firm trafia w ręce trzeciego pokolenia. W dodatku jest to trend malejący – mówi prof. Izabela Koładkiewicz z Katedry Przedsiębiorczości Akademii Leona Koźmińskiego, powołując się na badania Instytutu Biznesu Rodzinnego. Wynika z nich, że zaledwie 6,3 proc. dzieci przedsiębiorców chce w przyszłości poprowadzić firmy rodziców.

Podczas ostatniej konferencji „Firmo Rodzinna – Quo Vadis?” zorganizowanej w ramach programu Santander Universidades przez Bank Zachodni WBK wraz z Akademią Leona Koźmińskiego, właściciele czołowych firm rodzinnych w Polsce wraz z ekspertami rynkowymi wskazali, że główne zagrożenie dla procesu przekazania firmy w ręce następców leży w braku przygotowania i weryfikacji oczekiwań nestora względem możliwych scenariuszy. A tych, jak podkreśla Małgorzata Nesterowicz, dyrektor Programu Firm Rodzinnych w Banku Zachodnim WBK, jest kilka. – Przekazanie firmy sukcesorom to tylko jedna z kilku możliwych dróg. Alternatywą może być sprzedaż przedsiębiorstwa inwestorowi finansowemu lub branżowemu. Istnieją także scenariusze pośrednie. Wielu inwestorów finansowych zainteresowanych jest dokapitalizowaniem firmy, w której dostrzega atrakcyjny potencjał wzrostu wartości. Taka inwestycja pozwala właścicielom na udział w rozwoju firmy. Inną drogą na pozyskanie kapitału jest upublicznienie spółki. Stąd ważne jest aby nestorzy (właściciele), podejmując decyzje o przyszłości firmy dostrzegali jak najszerszą gamę możliwych scenariuszy i wybrali ten, który w największym stopniu będzie odpowiadał ich osobistym celom i potrzebom.

Wiele firm rodzinnych zatrudnia doradców biznesowych, prawników, a powinny przede wszystkim zatrudniać psychologów – uważa prof. Krzysztof Safin, badacz firm rodzinnych z WSB we Wrocławiu. Profesor zauważył, że w wielu badanych przez niego firmach rodzinnych z Dolnego Śląska i Wielkopolski na drodze do zakończenia z powodzeniem procesu sukcesji, staje silny konflikt pomiędzy rodzicami a dziećmi o podłożu psychologicznym.

Jak potwierdzają badania, tylko 26 proc. osób w swoich planach finansowych uwzględnia spadek lub darowiznę od członka rodziny.[2] Z tego dużą część stanowić będzie w przyszłości majątek firmowy, czyli również ten przekazywany w wyniku sukcesji. Biorąc pod uwagę, że jedynie 6,3% przedstawicieli młodszego pokolenia – dzieci właścicieli firm rodzinnych, wyraża zainteresowanie przejęciem rodzinnego biznesu[3], a 40% właścicieli przedsiębiorstw powyżej 65 roku życia nadal jedynie planuje sukcesję[4] firmy rodzinne powinny jak najszybciej przystąpić do działań związanych z zabezpieczeniem prawnym przyszłości swojego biznesu np. w formie Konstytucji rodzinnej, tak by konsekwencje rewolucji majątkowej, która nastąpi wg. szacunków w 2030 roku, ich nie zaskoczyły.

[1] Instytut Biznesu Rodzinnego (2017), Raport Firma rodzinna to marka.

[2] Tamże.

[3] Instytut Biznesu Rodzinnego (2013), Barometr sukcesyjny i prognozowanie ścieżek kariery dzieci z firm rodzinnych, Raport Instytut Biznesu Rodzinnego i KPMG.

[4] Lewandowska A. (red.) (2013), Kody wartości. Diagnoza sytuacji sukcesyjnej w przedsiębiorstwach rodzinnych w Polsce, Raport, Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości PARP, Warszawa, s. 4.

20 najbardziej wpływowych Polek w branży fintech

23 marca br. Instytut Innowacyjna Gospodarka wraz z inicjatywą Znane Ekspertki zaprezentowali najnowszy raport „Ekspertki w fintech”. W publikacji wyróżnionych zostało dwadzieścia najbardziej wpływowych Polek w branży fintech, które odnoszą sukcesy w Polsce i na świecie. Uroczysta inauguracja raportu, w której udział wzięli m.in. przedstawiciele Ambasady Izraela i Ambasady Brytyjskiej, odbyła się w The Heart Warsaw. Uczestniczyło w niej prawie 100 osób ze świata biznesu, finansów i technologii. 

„Ekspertki w fintech” to trzeci raport przygotowany przez Znane Ekspertki. Do tej pory przeanalizowana została rola kobiet w branżach, z których fintech wyrósł – „Kobiety w finansach” i „Kobiety w technologiach”. – Zważywszy na fakt, że polskie banki są w gronie liderów zmian technologicznych na świecie, a według wyliczeń PwC 1/3 usług finansowych może być przejęta przez fintech – wybór tematu na kolejny raport wydał nam się naturalny – mówi Joanna Pruszyńska-Witkowska, inicjatorka Znanych Ekspertek.

Postęp technologiczny, a wraz z nim zmieniające się oczekiwania klientów, potrzeba znalezienia tańszych i prostszych rozwiązań oraz wzrastająca konkurencyjność przyczyniły się do rozwoju sektora fintech. U jego podstaw leży wykorzystanie nowych technologii informacyjnych na potrzeby sektora finansowego, co przyczynia się do całkowitej transformacji sposobu zarządzania pieniędzmi. – Zaawansowane technologie przenikają obecnie niemal wszystkie aspekty życia codziennego i działalności biznesowej. Zgodnie z tym trendem fintech zmienia zasady konkurencji rynkowej w sektorze finansowym. Obok stabilnych przedsiębiorstw z wieloletnim doświadczeniem coraz częściej dostrzegane są firmy wyróżniające się innowacyjnością odpowiadającą na trendy konsumenckie – wyjaśnia Ewelina Zborowska z firmy Elavon.

A jak wygląda sytuacja kobiet w tej dynamicznie rozwijającej się branży? Wyniki analiz przeprowadzonych przez Financial News pokazują, że z ponad 100 europejskich spółek fintech, które w 2015 roku otrzymały finansowanie z sektora venture capital, tylko 5 było zarządzanych przez kobietę, zaś całkowity odsetek menedżerów płci żeńskiej nie przekroczył 7%.[1] Dlaczego kobieta-manager to nadal wyjątek, skoro to właśnie kobiety odpowiadają za ok. 80% wydatków podejmowanych przez gospodarstwa domowe, a większość z nich, 73% kobiet na świecie, wyraża niezadowolenie z poziomu usług bankowo-finansowych i czuje, że nie odpowiadają one w pełni ich potrzebom?[2]

Okazją do dyskusji i zastanowienia się nad powyższymi pytaniami była inauguracja raportu „Ekspertki w fintech”. Publikacja przedstawia sylwetki Polek, którym udało się odnieść sukces zawodowy w branży rozwijającej się na styku finansów i technologii, która w powszechnej świadomości nadal kojarzona jest jako typowo męska. Zaprezentowano również historie ich karier, a także kobiece spojrzenie na perspektywy rozwoju sektora fintech. Wśród wyróżnionych Polek znalazła się m.in. Aleksandra Gren, Dyrektor Generalny i członek zarządu Fiserv Polska sp. z o.o., amerykańskiej firmy technologicznej z sektora usług finansowych, Marta Krupińska, współzałożycielka Azimo – największej na świecie sieci cyfrowej, umożliwiającej wysyłanie pieniędzy do 5 miliardów ludzi na świecie w ponad 190 krajach oraz Sonia Wędrychowicz – Dyrektor Zarządzająca w DBS Consumer Bank Technology Singapore.

– Działając na styku technologii i finansów, codziennie obserwujemy jak wielki wpływ na rozwój całego sektora mają kobiety. Zarówno technologie, jak i finanse, nie mogłyby istnieć w obecnym kształcie, gdyby nie różnorodność na wszystkich stanowiskach, w różnych instytucjach i firmach działających w obu branżach – zapewnia Bartosz Ciołkowski, dyrektor generalny polskiego oddziału Mastercard Europe.

– Branża fintech myśli o bankowości w sposób twórczy, nieszablonowy, kreatywny. Równie nieszablonowe jest spojrzenie na świat informatyki, programowania i aplikacji jako świat kobiet. Jeśli zatem połączymy kobiety i fintech, wyjdzie nam coś podwójnie niestereotypowego. I takie właśnie podejście jest szalenie potrzebne – wyjaśnia Tomasz Bogus, prezes Zarządu Banku BGŻ BNP Paribas.

Oprócz prezentacji ekspertek, podczas inauguracji odbyła się dyskusja nt. „Fintech nations – czy Polska do nich dołączy?”. Prelegenci zastanawiali się nad rozwiązaniami legislacyjnymi, które mogą pomóc w rozwoju sektora fintech w Polsce, porównując go do krajów, w których branża ta dynamicznie się rozwija, jak Wielka Brytania czy Izrael. W debacie udział wzięli: Ruth Cohen-Dar – Zastępca Szefa Misji, Ambasada Izraela, Aleksander Naganowski – Dyrektor ds. Rozwoju Nowego Biznesu w polskim oddziale Mastercard Europe, Dorota Zimnoch – założycielka i Dyrektor Zarządzająca ZING Business Consulting oraz Aleksandra Gren z Fiserv Polska sp. z o. o.

Publikacja została opracowana przez Instytut Innowacyjna Gospodarka na zlecenie inicjatywy Znane Ekspertki. Partnerem strategicznym raportu jest Mastercard. Partnerstwo nad raportem objęli: Ambasada Izraela, Ambasada Brytyjska, Związek Banków Polskich, Fundacja FinTech Poland, Bank BGŻ BNP Paribas, PwC oraz Elavon.

[1] Źródło: https://www.fnlondon.com/articles/fintech-urged-to-look-to-other-sectors-for-female-expertise-20160223
[2] Źródło: http://blog.strands.com/women-in-fintech-femtech

Kurs dolara zniżkuje. Złoto cały czas „na fali”

Przez ostatnie dwa tygodnie indeksy były świadkami dawno niespotykanej dotąd hossy. Ostatnie obietnice i zapowiedzi prezydenta Trumpa dotyczące pro-przedsiębiorczej polityki stanowiły impuls, na który byki czekały od chwili wyborów. Jednak zamieszanie wokół wycofanego w piątek projektu reformy amerykańskiego systemu opieki zdrowotnej Obamacare powoduje wzrost zaniepokojenia wśród inwestorów za oceanem – niedźwiedzi sentyment zaczyna dominować na Wall Street.

Kurs dolara wykresZarówno amerykańskie jak i europejskie indeksy zakończyły ubiegły tydzień z lekką czkawką. Dolar otworzył ten tydzień wyraźnie osłabiony –zniżka trwa już od casu ogłoszenia przez FED decyzji o podwyższeniu stóp procentowych. W ciągu ostatnich 12 dni US Dollar Index spadł z pułapu 101,5 pkt do 98,8 pkt. Słaby kurs amerykańskiej waluty wpływa na notowania złota, które od dwóch tygodni wyraźnie zwyżkuje – z pułapu 1200 dolarów za uncję poszybowało do 1258.

Kurs złota wykresW tym tygodniu formalnie zostanie uruchomiona procedura Brexitu. Rząd Theresy May wdroży ustawowe upoważnienie do rozpoczęcia negocjacji z Brukselą już w środę. Analitycy nie spodziewają się wpływu na rynki, choć warto będzie obserwować kurs funta brytyjskiego.

Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

Zastrzeżenie

Ta informacja służy jedynie celom informacyjnym i edukacyjnym. Nie powinna być traktowana jako porada albo rekomendacja inwestycyjna. Przeszłe wyniki nie dają gwarancji osiągnięcia rezultatów w przyszłości. Trading wiąże się z ryzykiem. Ryzykuj tylko kapitał, na którego stratę jesteś przygotowany.

Wszystkie dane, liczby i wykresy są aktualne na dzień 27 marca.

Coface: Azjatyckie rynki przyszłością polskich eksporterów

Transakcje eksportowe są immanentną cechą działalności polskich przedsiębiorców. Powinni oni korzystać z możliwości eksportu. Zeszłoroczny spadek jego dynamiki w stosunku do 2015 roku ma charakter incydentalny. Szacujemy, że w 2017 roku i kolejnych latach ta tendencja będzie stabilna, na poziomie 6%.

– Głównymi rynkami są kraje rozwinięte Europy Zachodniej – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Jarosław Jaworski, prezes Coface – Polska jest bardzo mocno uzależniona od eksportu na rynek niemiecki. Zagrożenia, jakie mogą się pojawiać, to zwiększanie protekcjonizmu w tamtych krajach. Wygrana Marine Le Pen w wyborach we Francji może być niebezpieczna dla funkcjonowania Unii Europejskiej. Polscy przedsiębiorcy powinni intensywnie myśleć o dywersyfikacji eksportu i szukać  nowych rynków. Są to głównie rynki azjatyckie, gdzie sytuacja przedsiębiorców jest dość dobra, ale łączy się też z rozsądną dynamiką wzrostu. Możliwości eksportowe i korzystny bilans płatniczy firm zapewniają takie kraje jak Indie, Indonezja czy Filipiny – dodał Jaworski.

Polacy nie rozumieją systemu podatkowego

Dla większości Polaków obecny system podatkowy jest zbyt skomplikowany i niezrozumiały. 93% Polaków uważa, że system ten powinien zostać uproszczony. Obecny system jest postrzegany jako nieprzyjazny, niesprawiedliwy, skomplikowany i niezrozumiały – wynika z badania przeprowadzonego przez firmę Maison&Partners.

– Przeprowadzone badania pokazały, że jeżeli chodzi o rozumienie systemu podatkowego to jest bardzo źle. Większość Polaków nie rozumie o co w tym systemie chodzi, nie ma świadomości jakie podatki płaci. 16 proc. pracujących na umowę o pracę Polaków jest przekonana, że nie płaci podatku PIT. Ponad 50 proc. z nas uważa, że nie płaci podatku VAT. Przecież w każdym zakupie, który dokonujemy jest uwzględniony VAT – mówi newsrm.tv dr hab. Dominika Maison, prof. Uniwersytetu Warszawskiego.

Wiedza Polaków na temat istniejącego w Polsce systemu podatkowego jest bardzo mała. Znajomość rodzaju podatków ze słyszenia nie oznacza również, iż Polacy rozumieją, na czym one polegają.

Po pierwsze bardzo mała jest faktyczna wiedza na temat rodzajów podatków: PIT, VAT, CIT. Chociaż 90% twierdzi, że słyszało o podatku PIT, to cały czas 16% pracujących na umowę o pracę jest przekonana, że nie płaci takiego podatku. Podobnie z podatkiem VAT – 90% słyszało o takim podatku, 70% twierdzi, że wie na czym on polega, ale tylko 42% uważa, że płaci taki podatek. Najmniej znanym podatkiem jest podatek CIT, co nie dziwi, gdyż jest to podatek odprowadzany przez pracodawców. Ponadto 21% Polaków jest przekonana, że nie płaci żadnych podatków, ani PIT-u, ani CIT-u, ani nawet VAT-u.

Uzupełnieniem braku wiedzy na temat działania i zasad systemu podatkowego w Polsce jest również brak świadomości wysokości wynagrodzenia z uwzględnieniem zawartych w nim podatków. Spośród osób pracujących 82% orientuje się ile wynosi ich wynagrodzenie netto, 72% twierdzi, że wie ile wynosi kwota brutto (choć prawdopodobnie wynik ten jest zawyżony), natomiast tylko 36% ma świadomość dodatkowych kosztów ich wynagrodzenia dla pracodawcy i zawartych w nich podatkach.

W świetle toczącej się od lat w mediach dyskusji o tym, czy Polacy wolą system podatkowy progresywny czy liniowy, wyniki pokazują, że poparcie zależy od sformułowania pytania. Jeżeli operuje się tylko nazwą systemu podatkowego (bez jego wyjaśnienia) to 10% jest za obecnie istniejącym systemem progresywnym, 20% za liniowym, ale równocześnie aż 69% nie ma zdania na ten temat (gdyż prawdopodobnie nie ma wiedzy). Natomiast gdy zada się pytanie z podaniem przykładu na konkretnych kwotach (czyli dostarczy wiedzy respondentom), to okazuje się, że poparcie dla liniowego podatku drastycznie wzrasta – 60% Polaków (trzykrotnie więcej niż w pytaniu bez przykładu) wskazuje ten system jako właściwy, a poparcie progresywnego systemu pozostaje na podobnym poziomie (12%) – czyli ma pięciokrotnie mniej zwolenników niż obowiązujący obecnie podatek progresywny. Preferencja wobec systemu liniowego (szczególnie po wyjaśnieniu jego zasad) utrzymuje się w Polsce od lat. Ten obraz wyników pokazywały badania z 2009 zaprezentowane w książce „Polak w świecie finansów” (PWN, D. Maison, 2013).

Z Raportu wynika, że spośród osób pracujących na umowę o pracę 65% rozlicza się samodzielnie. Pozostała jedna trzecia (35%) rozliczających się z podatku PIT nie robi tego samodzielnie. Są to przede wszystkim osoby najmłodsze i o najniższym wykształceniu, które korzystają ze wsparcia rodziny i znajomych. Spośród osób samodzielnie rozliczających podatki aż 40% uważa to zadanie za trudne.

Badanie przeprowadzone przez firmę Maison&Partners pokazuje, że zdecydowana większość, bo aż 70% Polaków, jest za uproszczeniem dotychczasowego systemu podatkowego i wprowadzeniem nowego, w którym pracownicy nie musieliby się rozliczać na koniec roku z podatków, gdyż wszystkie podatki byłyby odprowadzane przez pracodawcę.

91% Polaków uważa, że taki system jest lepszy od dotychczasowego a 68% uważa, że byłby to system lepszy dla Polski niż dotychczasowy. Większość Polaków postrzega taki system jako lepszy dla wszystkich: obywateli, przedsiębiorców i państwa.

– Mamy nadzieję, że działania nowopowstałej koalicji „Polacy na rzecz sprawiedliwych podatków” doprowadzą do wprowadzenia zupełnie nowego systemu podatkowego, który my proponujemy – powiedział Cezary Kaźmierczak, prezes ZPP. – Starego nie ma sensu już ulepszać i modyfikować. Wszyscy dobrze wiemy, że tworzenie nowych regulacji i przepisów w tym zakresie nie ma przełożenia na realną poprawę, nie tylko w zakresie lepszego stosowania przepisów podatkowych, ale także skutecznego weryfikowania ich przestrzegania. System podatkowy trzeba stworzyć od nowa i to jest fakt. Mówiliśmy o tym już dawno. Przedstawiliśmy wstępne założenia dotyczące nowego systemu podatkowego i cieszy nas, że ta propozycja spotkała się z tak pozytywnym odbiorem większości społeczeństwa – podsumował Kaźmierczak.

Zdaniem większości Polaków (73%) zaproponowany system podatkowy byłby korzystny przede wszystkim dla obywateli (36% – dla obywateli + 37% – dla wszystkich). Znacząco mniej, bo 16% Polaków uważa, że na takim systemie skorzystałoby tylko państwo, a najmniej osób (4%) uważa, iż taki system byłby korzystny wyłącznie dla przedsiębiorców.

Z przytoczonych danych wynika, że taki system podatkowy byłby dla zwykłych obywateli dużo bardziej zrozumiały, a co więcej odciążyłby ich od konieczności sporządzania corocznego rozliczenia podatkowego i zdejmował odpowiedzialność za źle rozliczone podatki.

Analiza pozycji dużych graczy 27.03.2017

Jak co tydzień, w piątek wieczorem komisja CFTC opublikowała najnowszy raport Commitment of Traders. Raporty CFTC dają nam wiedzę na temat otwartych pozycji na giełdzie Chicago Mercantile Exchange oraz New York Board of Trade. W raporcie zawarte jest ponad 70% wszystkich otwartych pozycji na rynku kontraktów futures. Dzięki danym zawartym w raporcie możemy przewidywać główne trendy na rynkach finansowych, niemniej jednak warto podkreślić, że są publikowane z trzydniowym opóźnieniem. W przypadku analizy średnio i długoterminowych trendów takie opóźnienie jest do zaakceptowania.

Tabela przedstawiające aktualne pozycję na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowymAnaliza pozycji dużych graczy 27.03.2017 7

Źródło: Opracowanie własne

Tabela przedstawiające aktualne pozycję na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku surowców

Analiza pozycji dużych graczy 27.03.2017 8

Źródło: Opracowanie własne

Analiza pozycji dużych graczy 27.03.2017 9– na rynku znajduje się coraz więcej pozycji długich lub krótkich. Zielona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji długich

-pozycje długie lub krótkie są zamykane. Czerwona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji krótkich

MACD – podawane jest dla USD, jako waluty kwotowanej np. JPY/USD, CAD/USD, EUR/USD

Najciekawsze instrumenty z punktu widzenia COT

Z punktu widzenia raportu COT najciekawiej przedstawia się euro oraz jen japoński. W bieżącym raporcie skupiamy się w głównej mierze na walutach oraz metalach szlachetnych, ale tym razem przeanalizujemy sytuację na 10-letnich obligacjach Stanów Zjednoczonych.

Euro

W poprzednim tygodniu zwracaliśmy uwagę na euro z kilku powodów. Wszystko pozostaje aktualne, ale do tego dochodzi bycze pozycjonowanie funduszy lewarowanych oraz zarządzających. Z ostatniego raportu COT wynika, że do wtorku poprzedniego tygodnia zarządzający funduszami lewarowanymi otworzyli ponad 9 tysięcy długich pozycji. W tym samym czasie zamknęli 9 tysięcy krótkich pozycji.

Pozycje funduszy lewarowanych na rynku kontraktów terminowych, zielona linia – pozycje netto ; słupki niebieskie – pozycje długie ; słupki żółte – pozycje krótkie

Raporty COT

Źródło: CmeGroup

Dokładając do tego rozczarowanie polityczne w Stanach Zjednoczonych (niemoc Donalda Trumpa w sprawie niektórych zaplanowanych zmian) dolar amerykański stanął przed poważnym problemem.

EUR/USD, interwał dzienny

EUR/USD, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Na wykresie dziennym doszło do przerwania strefy oporu 1.075-1.080. Zagrożeniem dla dalszych wzrostów może okazać się poziom 1.085, ale byki powinny pokazać kto tu rządzi. Długoterminowym celem dla długich pozycji może być poziom w okolicy 1.10.

JPY- wzrost awersji do ryzyka

Wzrost awersji do ryzyka, spadek rentowności obligacji oraz wyprzedaż S&P 500 przyczyniła się do dalszego umocnienia jena japońskiego względem dolara amerykańskiego. Jeżeli poprzedni ruch notowań na S&P 500 oraz rentowności obligacji będzie kontynuowany, to jen japoński może spaść nawet w okolicę poziomu 105, ale należy pamiętać, że jest to bardziej długoterminowy poziom do obserwacji.

USD/JPY, interwał dzienny

USD/JPY, interwał dzienny

Źródło: Admiral Market

A co na to fundusze lewarowane? Nic… zostały w tyle, ale na ostatnim ruchu skorzystali zarządzający.

Pozycje funduszy lewarowanych na rynku kontraktów terminowych, zielona linia – pozycje netto ; słupki niebieskie – pozycje długie ; słupki żółte – pozycje krótkie

COT JPY/USD

Źródło: CmeGroup

Do wtorku poprzedniego tygodnia otworzyli prawie 2 000 długich pozycji względem 7 000 zamkniętych pozycji krótkich.

10-letni obligacje Stanów Zjednoczonych

Przez ostatnie kilka tygodni na rynku zapanowała mocna wrzawa oraz przekonanie, że rynek byka na amerykańskich obligacjach dobiegł końca, ale czy na pewno? Moim zdaniem nie, ponieważ w dzisiejszych czasach nikt nie może pozwolić sobie na wzrost kosztu kredytu.

Pozycje funduszy lewarowanych na rynku kontraktów terminowych, zielona linia – pozycje netto ; słupki niebieskie – pozycje długie ; słupki żółte – pozycje krótkie

COT 10 latki

Źródło: CmeGroup

Na rynku kontraktów terminowych fundusze lewarowane są bardzo niedźwiedzio nastawione do ceny obligacji. Powiedziałbym, że nawet za bardzo. Ilość pozycji netto znalazło się na takim samym poziomie, jak w 2010 oraz 2015 roku. Po tak dużej krótkiej pozycji dochodziło do zwrotów krótkoterminowego trendu. Czy tym razem będzie tak samo? Bardzo możliwe.

10 letnie obligacje Stanów Zjednoczonych, interwał dzienny

10 letnie obligacje Stanów Zjednoczonych, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Na wykresie dziennym notowań amerykańskich 10-latków wystąpiła formacja podwójnego dna. Do mocniejszych wzrostów musimy poczekać na przerwanie strefy oporu występującej w okolicy 125-125.40.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Firmy mogą lepiej zrozumieć klientów dzięki koordynacji działów sprzedaży i marketingu

Ze względu na to, że klienci coraz częściej chcą przechodzić przez cykl zakupowy w swoim własnym tempie i z wykorzystaniem ulubionych kanałów, marki mają coraz mniej czasu na kontaktowanie się z nimi. Działy sprzedaży i marketingu powinny bliżej ze sobą współpracować, aby lepiej zrozumieć swoją grupę docelową i przekształcać potencjalnych klientów w rzeczywistych. Nowe badanie Oracle pokazało jednak, że wiele marek w regionie EMEA jeszcze nie dostosowało się do tej nowej sytuacji.

Według raportu z badania Oracle pt. Turning the customer journey inside out (Całkowite przekształcenie obsługi klienta) niecała połowa marek łączy dane z różnych źródeł w celu modyfikowania swoich strategii marketingowych i sprzedażowych, a tylko 44% regularnie analizuje dane dotyczące klientów, aby lepiej ich rozumieć.

Dzieje się tak dlatego, że w firmach wciąż jeszcze występują sztywne podziały pomiędzy działami sprzedaży i marketingu. 40% marek stwierdziło, że ze względu na zmiany w zachowaniach klientów koordynacja pomiędzy działami sprzedaży i marketingu stała się teraz jeszcze ważniejsza. Ponad 41% respondentów zgadza się, że obecnie działy marketingu i sprzedaży na ogół więcej ze sobą współpracują, a 44% uważa, że wskaźniki konwersji są lepsze, kiedy oba działy są ze sobą skoordynowane.

Mimo to ponad jedna trzecia marek wciąż jeszcze ma problemy z koordynacją swoich działań sprzedażowych i marketingowych:

  • 34% przyznaje, że ich działy sprzedaży, marketingu i obsługi klienta pracują w sposób zupełnie od siebie niezależny;
  • 31% działów sprzedaży twierdzi, że trudno im jest osiągać kluczowe wskaźniki, a jednocześnie dopasowywać się do potrzeb marketingu — i vice versa;
  • 33% twierdzi, że ich obecne systemy i technologie utrudniają współpracę pomiędzy działami sprzedaży i marketingu;
  • 29% uważa, że ich kultura korporacyjna utrudnia działom sprzedaży i marketingu wspólne uzgadnianie priorytetów.

Ponadto tendencja klientów do samodzielnego zarządzania swoim cyklem zakupowym utrudnia firmom przypisanie sukcesów sprzedażowych do konkretnego działu czy działania. 30% marek twierdzi, że zapewnienie klientom połączonej obsługi wymagałoby całkowitej restrukturyzacji firmy.

„Klienci podejmują obecnie decyzje zakupowe na podstawie mieszanki różnych czynników, do których należą informacje dostępne w Internecie, materiały marketingowe i badania przeprowadzone przez niezależne firmy” – komentuje Arkadiusz Sikora, Dyrektor Sprzedaży Aplikacji w Oracle Polska. „W związku z tym trudniej jest określić, jakie taktyki bezpośrednio skłoniły ich do zakupu. Nadszedł czas na to, aby marki skoordynowały działania swoich zespołów i odeszły od punktowych wskaźników KPI, a zamiast tego stosowały wskaźniki oparte na wartości, które odzwierciedlają prawdziwy sposób, w jaki klienci kontaktują się z nimi w kanałach cyfrowych”.

Informacje dodatkowe
Badanie zostało przeprowadzone przez Oracle we współpracy z firmą Coleman Parkes i objęło 800 dyrektorów ds. marketingu i obsługi klienta, starszych specjalistów ds. marketingu oraz dyrektorów wyższego szczebla z działów sprzedaży we Francji, Holandii, RPA i Wielkiej Brytanii. W badaniu w równym stopniu byli reprezentowani przedstawiciele trzech branż: produkcji i wysokich technologii, handlu internetowego i telekomunikacji.

Czeka nas inwestycyjny boom w branży produkcyjnej i budowlanej?

Dwie trzecie firm z sektora MŚP pracuje w chmurze, więcej o 16 pp. niż rok temu

Już 67 proc. małych i średnich firm w Polsce korzysta z rozwiązań chmurnych. Oznacza to znaczący wzrost aż o 16 pp. w porównaniu do ubiegłorocznej edycji badania – wynika z raportu „Chmura w MŚP. Zaufanie czy ostrożność przedsiębiorców?” przygotowanego przez Onex Group. Zdecydowana większość firm (aż 92 proc.) uważa, że chmura jest przydatna w codziennej pracy. W szczególności przedsiębiorcy korzystają z e-maili w chmurze (90 proc.), dwie trzecie gromadzi dane firmowe, a 58 proc. wykorzystuje różnego typu komunikatory. Eksperci Onex Group zwracają uwagę, że obecnie wykorzystywane narzędzia są raczej podstawowe, ale w perspektywie najbliższych lat korzystanie z rozwiązania będzie bardziej kompleksowe.

–  Rosnące lawinowo zainteresowanie małych i średnich firm usługami chmurowymi w Polsce to trend, jaki obserwujemy już od kilku lat. Z roku na rok sprzedajemy coraz więcej licencji na takie narzędzia jak Office 365 czy Microsoft Azure. Wynika to z kilku powodów. Przede wszystkim, przedsiębiorcy mają coraz większą świadomość korzyści, jakie wynikają z korzystania z rozwiązań chmurowych. Po drugie, edukacja w zakresie bezpieczeństwa chmury przynosi efekty w postaci większego zaufania do tego narzędzia. Po trzecie, światowe trendy pokazują, że już w niedługim czasie przedsiębiorstwa, które w ogóle nie korzystają z chmury, będą miały w świecie biznesu pod górkę. Nasi rodzimi przedsiębiorcy zaczynają zdawać sobie z tego sprawę – mówi Jakub Hryciuk, dyrektor zarządzający w Onex Group.

Coraz więcej „Misiów” z chmurą za pan brat

Z badania „Chmura w MŚP. Zaufanie czy ostrożność przedsiębiorców?” przygotowanego przez Onex Group wynika, że rozwiązania chmurowe zostały wdrożone już w dwóch firmach z sektora MŚP na trzy (67 proc.). Oznacza to, że w większości małych i średnich firm korzysta się nie tylko z e-maila, który jest podstawowym narzędziem chmurowym, ale również z dodatkowych narzędzi, takich jak komunikatory, systemy ułatwiające obieg czy segregowanie dokumentów. W ubiegłorocznej edycji badania odsetek takich firm był mniejszy i wynosił 51 proc.

Co więcej, prawie co drugi przedsiębiorca korzystający na co dzień z rozwiązań chmurowych twierdzi, że są one niezbędne lub bardzo przydatne w codziennej pracy, a kolejne 44 proc. wskazało, że są przydatne. Odsetek tych, którzy twierdzą, że chmura jest mało przydatna lub nieprzydatna w obu edycjach badania był znikomy i wynosił zaledwie 4 proc.

Poczta najpopularniejszym rozwiązaniem chmurowym

Na podium najbardziej popularnych rozwiązań chmurowych znajduje się poczta elektroniczna, z której korzysta aż 90 proc. przedsiębiorców. W 2016 roku było ich niewiele mniej, bo 86 proc.  Na drugim miejscu znajdują się narzędzia umożliwiające gromadzenie danych firmowych, z których korzysta dwie trzecie przedsiębiorców (65 proc.). Podium domykają komunikatory różnego typu, które wykorzystuje 58 proc. firm. Warto przy tym zwrócić uwagę, że w 2016 roku z komunikatorów korzystało tylko 42 proc. firm. Oznacza to wzrost o aż 16 pp.

Co ciekawe, korzystanie z konkretnych rozwiązań chmurowych różnicuje się w zależności od wielkości przedsiębiorstwa. Małe firmy, zatrudniające do 49 osób, częściej przechowują w chmurze dane marketingowe (52 proc. w porównaniu do 41 proc. w średnich firmach zatrudniających od 50 do 249 pracowników). Odwrotna tendencja jest natomiast w przypadku systemów ułatwiających obieg dokumentów – znajdziemy je w 61 proc. średnich firm i tylko w 53 proc. małych firm.

Wykorzystywane przez polskie firmy narzędzia chmurowe są raczej podstawowe. Często zdarza się tak, że przedsiębiorcy nie tylko nie wykorzystują narzędzi, które są na wyciągnięcie ręki, ale nawet tych, do których mają opłacony dostęp. Czasem wydaje im się to zbyt skomplikowane, a czasem obawiają się o kwestie związane z bezpieczeństwem. W obu jednak przypadkach odpowiedzialność za uświadamianie firm spoczywa na dostawcach. To nasze zadanie, aby prezentować pełen zakres możliwości rozwiązań chmurowych i edukować w zakresie bezpieczeństwa tego narzędzia – mówi Rafał Suchożebrski, dyrektor sprzedaży Onex Group.

Metodologia:

Badanie „Chmura w MŚP 2017. Zaufanie czy ostrożność przedsiębiorców?” zostało przeprowadzone przez instytut badawczy ARC Rynek i Opinia na zlecenie Onex Group na próbie 205 przedsiębiorców z sektora MŚP. Wśród respondentów znaleźli się m.in. administratorzy IT, właściciele firm, specjaliści IT. Badanie zostało zrealizowane za pomocą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych CATI w lutym 2017 roku.

Przegląd walutowy. Kurs dolara, euro, funta 27.03.2017

Kurs dolara do złotego

Kurs dolara do złotego wykresW piątkowy wieczór doszło do pierwszej politycznej klęski Prezydenta Trumpa. Brak porozumienia w obozie republikanów doprowadziło do porażki w Kongresie reformy systemu opieki zdrowotnej (Trumpcare) poprzez wycofanie jej spod głosowania. Brak dawno zapowiadanej reformy doprowadził do osłabienia się dolara na szerokim rynku, a co za tym idzie, także osłabienie w stosunku do złotówki. Z technicznego punktu widzenia jesteśmy na etapie końca rysowania się spadkowej piątki, po której powinna nastąpić reakcja popytowa. Wsparciami pozostaje poziom 4,9250, a po jego pokonaniu cena ma szanse przetestować linię trendową wyrysowaną po dołkach z końca marca i sierpnia 2016.

Kurs euro do złotego

Kurs euro do złotego wykresKońcem tygodnia EURPLN po raz kolejny przetestowało poziom 4,26, po czym nastąpiła reakcja podaży. Kolejne nieudane pokonanie tego poziomu bez zdecydowanego odbicia może sugerować, że przy ponownej próbie wsparcie to zostanie pokonane, a droga do 4,22-4,23 będzie stała otworem. Oporem pozostaje poziom 4,275, gdzie cena już kilkukrotnie reagowała (początek lutego i początek marca). Ryzykiem dla EUR są wybory we Francji, jednak słabsze ostatnio wyniki eurosceptyków zmniejszają ryzyko. Pamiętać jednak należy, że każdy sondaż może sporo namieszać na rynkach finansowych.

Kurs funta do złotego

Kurs funta do złotegoFuntowi ciągle ciąży niepewność związana z negocjacjami Brexitu. To ryzyko będzie budziło niepewność jeszcze przez długie miesiące, a rynek będzie wyceniał niemal każdą informację związaną z negocjacjami z Unią Europejską. Technicznie, na interwale H4 wyrysowała się formacja odwróconej głowy z ramionami, a cena testuje poziom prawego ramienia. W przypadku spadków wsparciem pozostają lokalne dołki przy 4,90. Oporem pozostaje poziom 61,8% Fibo ostatniego impulsu spadkowego przy 5,03, a po jego pokonaniu poziom 5,0580.

źródło: opracowanie własne ergokantor.pl

Cyfrowi konsumenci nie wybaczają błędów – customer experience warunkiem utrzymania się na rynku

Co 10 lat pojawia się dziesięć razy więcej urządzeń mających możliwość podłączenia do sieci. Szacuje, się, że w 2020 roku ich liczba wyniesie 70 miliardów, a w 2030 – bilion. Wraz z nowymi technologiami zmienia się interakcja pomiędzy klientem a firmą, jak i oczekiwania konsumentów względem oferowanych usług. Według prognoz Babson Olin School Of Business, 40 proc. firm z Fortune 500 (ranking największych amerykańskich przedsiębiorstw) w ciągu następnych 10 lat przestanie istnieć. Jak zauważają eksperci Deloitte Digital, w obliczu cyfrowych zmian, aby zachować konkurencyjną pozycję, potrzebne jest przemodelowania biznesu – uczynienia go klientocentrycznym. 

Działalność na rynku firm takich jak Amazon, Uber czy Netflix redefiniuje doświadczenia i oczekiwania klientów. Współczesne przedsiębiorstwa muszą być dzisiaj o krok przed konsumentami, bowiem ci oczekują szybkiego dostępu do informacji, obsługi w każdym miejscu oraz o każdej porze. Dodatkowo, na takim urządzeniu z jakiego aktualnie korzystają. Firmy muszą zapewnić obsługę i kontakt absolutnie natychmiast – mówi Jan Michalski, Salesforce Practice CE Leader, Partner w Deloitte Digital.

Jak zaznaczają eksperci Deloitte Digital, klienci oczekują „mądrej” personalizacji, tzn. opartej na danych. – W praktyce personalizacja oznacza, że firma uczy się kim jestem – moich oczekiwań – i dostarcza tego czego ja chcę w wybranym przeze mnie miejscu i porze. Ja jestem w centrum. Aby temu sprostać wymagane jest by nowoczesne przedsiębiorstwo pokryło wszystkie obszary styku z klientami – w erze mediów społecznościowych, niezaspokojenie pragnień klientów może firmę dużo kosztować – dodaje Wiesław Kotecki, Experience Strategy & Design Dyrektor w Deloitte Digital.

Jak podaje Fundacja Kauffmana, w ciągu ostatnich 25 lat prawie wszystkie miejsca pracy w sektorze prywatnym zostały utworzone przez przedsiębiorstwa, które istniały mniej niż 5 lat. Otoczenie rynkowe zmienia się na tyle szybko, że wymusza na przedsiębiorstwach konkurowanie zarówno o klientów jak i pracowników. Firmy stają przed pytaniem jak skutecznie prowadzić biznes w nowej, cyfrowej rzeczywistości. Postawienia klienta w centrum zainteresowania wymaga uwzględnienia customer experience. Budowanie pozytywnych doświadczeń w kontaktach z przedsiębiorstwem to wymagający proces, w ramach którego potrzebne jest wdrożenie odpowiednich narzędzi, takich jak systemy CRM. Cyfryzacja biznesu umożliwia odpowiedź na potrzeby klientów w czasie rzeczywistym na każdym urządzeniu i każdym kanale. Stanowi ułatwienie nie tylko dla konsumentów, ale również dla pracowników, którzy mają dostęp do aktualnych danych o kliencie i statusie procesu sprzedaży.

Jan Michalski, Salesforce Practice CE Leader, Partner w Deloitte Digital
Jan Michalski, Salesforce Practice CE Leader, Partner w Deloitte Digital

Takie rozwiązania jak Salesforce Service Cloud pozwalają na jednym ekranie np. obsługiwać telefony, posty z Facebooka, chat i e-mail. Wszystkie informacje pozostawiane przez klienta wyświetlają się w systemie w czasie rzeczywistym. Dodatkowo system przypomina o konieczności komunikacji zwrotnej, jeśli nie wystąpi płynna reakcja z naszej strony, co pozwoli nam uniknąć pozostawienia bez ewentualnej odpowiedzi zapytań klienckich – mówi Jan Michalski.

Jak przewiduje raport Deloitte „TMT Predictions 2017”, do końca 2018 roku wydatki związane na obsługę informatyczną w modelu IT-as-a-Service (przeznaczone na centra danych, oprogramowanie i inne usługi) osiągną wartość niemal 550 miliardów dolarów, w porównaniu z 361 miliardami dolarów w 2016 roku. Elastyczne modele biznesowe oparte na modelu „As-a-Service” spowodują, że w 2018 roku firmy przeznaczą na nie ponad jedną trzecią wszystkich wydatków informatycznych (35 proc.).

Customer experience stał się głównym obszarem konkurencyjności firm ze względu na tzw. systemy samouczące się, a także nowych graczy na rynkach – startupy, które dostarczają spersonalizowane produkty i usługi. Przedsiębiorstwa nie mogą walczyć o klienta jedynie dobrą ceną czy dostępnością. Dla konsumentów z cyfrowego pokolenia, tzn. osoby wychowane na nowoczesnych technologiach, sprawą oczywistą jest to, że mają oni wybór – jeśli jedna firma nie oferuje im tego czego chcą, idą do konkurencji.

Konsumenci bardzo szybko absorbują korzyści, jakie czerpią z rozwiązań technologicznych, zaczynając poszukiwać podobnych usprawnień w kolejnych dziedzinach życia. Wiedzą, że firmy przetwarzają informacje o ich zachowaniach i oczekują w zamian coraz lepiej dopasowanej, szybkiej i inteligentnej obsługi. Oczekują, że każdy sprzedawca będzie potrafił zaoferować im produkt lub usługę w oparciu o ich wcześniejsze wybory. Ktoś, komu smartfon codziennie podpowiada najszybszą trasę powrotu do domu lub komu aplikacja każdego dnia wybiera kilka najlepiej dopasowanych do jego upodobań płyt z muzyką, zaczyna szukać takiego samego podejścia u sprzedawcy garniturów czy jedzenia. Natychmiastową obsługę i opiekę nad klientem „tu i teraz” umożliwiają technologie takie jak sztuczna inteligencja czy chatboty.

Jak „wejść w buty klienta”? Trzeba zobaczyć, który obszar naszej działalności wymaga poprawek. W praktyce oznacza to zbudowanie map doświadczeń w procesie korzystania z usługi czy produktu. Cały proces powinien być najłatwiejszy. Jeden napotkany problem może sprawić, że klient zrezygnuje z naszej usługi. Bo przecież podobną znajdzie natychmiast. Ważne jest, aby konsumenci czuli, że ktoś się nimi opiekuje i w każdej chwili jest gotowy im pomóc. Nawet jeśli to tylko automat. Jeśli będzie on zaprojektowany w sposób mądry, tzn. określi, a następnie spełni oczekiwania klientów, nie będzie im  przeszkadzać, że obcują z maszyną  – mówi Wiesław Kotecki.

Tymczasem jak wskazuje badanie „Digital Transformation 2016” przeprowadzone przez Deloitte Digital, cyfryzacja biznesu wciąż stanowi wyzwanie dla polskich przedsiębiorstw. Firmy wychodzą z błędnego założenia, że kluczowym miernikiem sukcesu przeprowadzenia transformacji cyfrowej powinny być korzyści finansowe. Tymczasem według ekspertów Deloitte Digital kluczowe jest budowanie pogłębionych relacji z konsumentami, które przełoży się na wyniki firmy w dłuższej perspektywie czasu. Na ten aspekt uwagę zwróciło blisko 40 proc. respondentów. Tymczasem ich koncentracja powinna być skierowana w stronę korzyści płynących z pogłębienia relacji z klientem, o których ma świadomość zaledwie 8 proc. badanych, przedstawicieli firm.

Dlaczego zyskowność spółek nie jest najważniejsza z punktu widzenia obligatariuszy?

Piotr Ludwiczak, Head of Research, Dom Maklerski Michael / Ström
Piotr Ludwiczak, Head of Research, Dom Maklerski Michael / Ström

Cel inwestowania w obligacje korporacyjne jest oczywisty. Inwestorzy chcą zarabiać pieniądze. Na obligacjach można zarabiać zarówno dzięki wzrostowi ceny, jak i odsetkom. Skupmy się na strategii zakupu obligacji po cenie nominalnej na rynku pierwotnym i trzymaniu papierów aż do wykupu. W takim przypadku zmienność cen w czasie życia obligacji nie ma dla inwestora najmniejszego znaczenia. Co prawda nie jest tak, że ta strategia jest najlepsza dla każdego, ale niewątpliwie jest najbardziej uzależniona od możliwości regulowania swoich zobowiązań przez emitenta. No właśnie, a z czego wierzyciel może zaspokajać roszczenia obligatariuszy? Z zysków? A może z gotówki?

Logika mogłaby podpowiadać, że wraz z pojawianiem się w spółce zysków generowana jest również gotówka. Analogicznie, można by domniemywać, że gdy spółka ponosi stratę, to saldo gotówki w spółce się zmniejsza. Powyższe zależności nie sprawdzają się we wszystkich podmiotach, co komplikuje analizę finansową spółek.

W przypadku deweloperów mieszkaniowych gros inwestorów zwraca uwagę na marże generowane przez spółki. Oczywiście, na przestrzeni całości trwania projektu marża ma znaczenie. Pytanie jak zmienia się perspektywa obligatariusza, gdy zaczyna inwestować w spółkę w momencie, gdy dany projekt jest już zakończony i spółka nie poniesie żadnych dodatkowych kosztów związanych z jego rozwojem. Załóżmy, że mamy dwóch deweloperów A i B, którzy sprzedają mieszkania po cenie 6000 zł/m2. Przyjmijmy, że koszt budowy w przypadku obu deweloperów wyniósł 2500 zł/m2, deweloper A nabywał grunt po cenie 1500 zł/m2, a deweloper B po cenie 1000 zł/m2. Tak więc deweloper A wydał 4000 zł/m2, a B – 3500 zł/m2. Marża brutto na sprzedaży wyniosła 33 proc. w przypadku dewelopera A oraz 42 proc. w przypadku dewelopera B. Załóżmy, że obie spółki ponoszą jeszcze koszty operacyjne, które średnio wynoszą po 1000 zł/m2, a więc zysk przed opodatkowaniem dewelopera A wyniósł 1000 zł/m2 oraz 1500 zł/m2 w przypadku dewelopera B. Odejmując 19 proc. podatku, zysk netto wyniósł odpowiednio 810 zł/m2 (190 zł podatku) oraz 1215 zł/m2 (285 zł podatku). Który z deweloperów otrzymał więcej gotówki po sprzedaży i przekazaniu mieszkania? Ten który mniej zarobił, ponieważ zapłacił mniejszy podatek. Tak jak zaznaczyłem wcześniej, cena sprzedaży w obu przypadkach wynosiła 6000 zł/m2 i po tyle pieniędzy fizycznie wpłynęło do spółek po sprzedaży i przekazaniu mieszkań. A ile wypłynęło? 190 zł/m2 w przypadku dewelopera A i 285 zł/m2 w przypadku B, a więc wpływy netto wyniosły odpowiednio 5810 zł/m2 oraz 5715 zł/m2. Warto pamiętać, że w momencie sprzedaży i przekazania mieszkania deweloper uwalnia gotówkę, którą wcześniej zainwestował, bez znaczenia na kwotę kosztów poniesionych w przeszłości. Na niekorzyść dewelopera A działa natomiast fakt, że aktywa tej spółki będą szybciej spadały po sprzedaży i przekazaniu mieszkań w porównaniu z deweloperem B, bowiem były one wyżej wyceniane w zapasach (drożej były kupione).

Przechodząc do deweloperów komercyjnych należy zwracać uwagę na strukturę rachunku zysku i strat. Spółki te generują zwykle przychody z wynajmu nieruchomości oraz zyski/straty z tytułu aktualizacji wyceny nieruchomości. O ile za przychodami z tytułu wynajmu „idą” w parze przepływy pieniężne (jeśli najemcy regularnie płacą czynsz), o tyle przeszacowanie wartości nieruchomości jest z reguły zyskiem/stratą niegotówkową (występującą jedynie na papierze, która nie generuje przepływów pieniężnych). Przeszacowania mają miejsca najczęściej w wyniku zmian kursu EURPLN (gros nieruchomości wycenianych jest w euro) oraz w momencie, gdy ukończona nieruchomość została oddana do użytku. Oczywiście sam fakt ukończenia nieruchomości nie spowoduje, że w kasie spółki automatycznie pomnożą się pieniądze. Fizyczny przepływ gotówki z nieruchomości widoczny jest w momencie otrzymania czynszów od najemców oraz w momencie otrzymania zapłaty za sprzedaną nieruchomości. Może się zatem przytrafić sytuacja, że pierwszy deweloper, który wynajmuje nieruchomość księguje 100 mln zł przychodów rocznie z tytułu czynszu, a drugi deweloper nie wynajmuje żadnych nieruchomości, a w danym roku ukończył nieruchomość i zaksięgował 200 mln zł zysk z jej przeszacowania. Efekt byłby taki, że pierwszy deweloper otrzymałby z czynszów mniej więcej 100 mln zł w gotówce, a drugi… 0.

Z aktualizacją wyceny nieruchomości możemy mieć do czynienia również w przypadku innych branż. Może zdarzyć się, że spółka ma nieruchomości, które nie są używane w podstawowym biznesie spółki, a spółka je przeszacowuje. Taki zabieg może spowodować, że wyniki spółki będą księgowo zawyżane, co oczywiście nie wygeneruje dodatkowej gotówki w momencie przeszacowania. Z reguły aktualizacje wycen nieruchomości w spółkach spoza branży nieruchomościowej księgowane są w pozostałych przychodach/kosztach operacyjnych. Warto przeanalizować co za nimi się kryje i jak wyglądałby zysk spółki bez tych przeszacowań oraz czy spółka dalej utrzymywałaby kowenanty „w ryzach”, gdyby skorygować wyniki o takie zdarzenia jednorazowe. Dobrze także sprawdzić czy wynik EBITDA mniej więcej równa się przepływom pieniężnym z działalności operacyjnej, ponieważ w przypadku spółek o stabilnej działalności te wartości nie powinny od siebie znacząco odbiegać, o ile zyski są „gotówkowe”, a nie wypracowane na przeszacowaniach. Jeśli spółka zobowiązała się do utrzymywania zadłużenia netto do EBITDA poniżej pewnego poziomu, to warto również sprawdzić jak wygląda relacja zadłużenia netto do wcześniej wspomnianych przepływów pieniężnych z działalności operacyjnej.

Mogą również zdarzyć się przypadki, że podmiot podpisuje umowę na dostawę usług w terminie załóżmy 10 lat, a całość przychodów księguje w momencie podpisania umowy, a nie proporcjonalnie do przepływów pieniężnych otrzymywanych w każdym z kolejnych kwartałów w ciągu najbliższego dziesięciolecia. Oczywiście taka spółka nie otrzymuje nagle zapłaty za całość okresu, a więc różnica między przychodami i otrzymanymi płatnościami ląduje w należnościach.

Kością niezgody pomiędzy obligatariuszami i akcjonariuszami pozostaje kwestia dywidendy. Z reguły, gdy spółka wypracowuje zysk, to może wypłacać dywidendę i na odwrót (chyba, że warunki emisji obligacji stanowią inaczej). Oczywiście, zazwyczaj dywidenda jest mile widziana przez akcjonariuszy i wręcz przeciwnie przez obligatariuszy. Wracając do przykładu z deweloperami mieszkaniowymi, gdyby obie spółki – A i B – wypłaciły w formie dywidendy całość zysku netto, to w spółkach pozostałoby jeszcze mniej gotówki, a różnica jeszcze bardziej przechyliłaby się na korzyść (z punktu widzenia obligatariuszy) dewelopera z mniejszą rentownością. Warto także mieć świadomość, że im większa zyskowność spółki, tym większy nacisk ze strony akcjonariuszy do wypłacania dywidendy.

Powyższe przykłady pokazują, że z punktu widzenia obligatariusza zyskowność spółki nie musi być wcale najistotniejsza. Należy pamiętać, że wspomniane przypadki nie wyczerpują tematu, a już na pewno nie zamykają kwestii, które należy brać pod uwagę przy inwestowaniu w obligacje korporacyjne. Co by się nie działo ze spółką i jakimi zyskami by się nie chwaliła, to trzeba pamiętać, że finalnie na rachunek maklerski ma wpłynąć gotówka z tytułu odsetek bądź wykupu obligacji, dlatego generowanie gotówki, a nie zysków, jest kluczowe dla obligatariuszy.

Decyzje administracji Trumpa szkodzą dolarowi

Wycofanie się administracji Trumpa z przeforsowania reformy służby zdrowia w Kongresie szkodzi dolarowi, ale też ogólnemu sentymentowi rynkowemu, gdyż pozostawia próżnię po stronie czynników ryzyka. Można wskazać dobre i złe strony piątkowych rozstrzygnięć, ale na razie nie ma pewności, w która podążyć. A brak pewności rodzi awersję do ryzyka.

Głosowanie nad ustawą o odrzuceniu i zastąpieniu Obamacare zostało odwołane, gdyż Republikanie nie byli w stanie osiągnąć konsensusu i zebrać wystarczającą ilość głosów. Z jednej strony porażka podnosi obawy, czy administracja będzie w stanie spełnić przedwyborcze obietnice. Ale też dostaliśmy sygnały, że Trump i jego świta skupi się teraz na reformie podatków, która to wcześniej miała być warunkowana sukcesem na polu reformy służby zdrowia. Odrzucenie Obamacare nie jest konieczne dla reformy podatkowej, choć uszczupla portfel oszczędności budżetowych o ok. 350 mld USD na przestrzeni najbliższej dekady. Problemem jest też harmonogram prac Kongresu, który pod koniec przyszłego tygodnia rozpoczyna miesięczną przerwę. Prace nad kompleksową reformą podatkową na dobre rozpoczną się dopiero w maju.

Powyższe tworzy okno niepewności w temacie, w którym kierunku zmierza polityka fiskalna. Nadzieje są mniejsze, ale wciąż obecne. Rozczarowanie rodzi obawy, co razem tworzy niestabilne środowisko. Jeśli ta niepewność położy się cieniem na zaufaniu konsumentów i biznesu, wtedy zaczną się poważniejsze problemy dla gospodarki USA. Braki postępów w ekspansji fiskalnej i zero oznak bardziej agresywnej polityki Fed oznaczają, że dwa filary siły USD się kruszą. Nie ma argumentów, by trzymać USD po stronie kupna. Awersja do ryzyka będzie premiować spadki USD/JPY. Za wzrostami EUR/USD stoją natomiast solidne dane makro z Europy (rekordowe PMI w piątek) oraz spekulacje o końcu luzowania ECB. Z drugiej jednak strony trzy podwyżki Fed planowane na ten rok i tyle samo na przyszły powinny stanowić „koło ratunkowe” dla USD w średnim terminie. Ponadto rynkowe oczekiwania na owoce prac administracji Trumpa już były ustawione nisko, więc sprzedaż dolara nie ma powinna mieć dużo paliwa. A przy podwyższonej awersji do ryzyka, gorzej niż dolar mogą się mieć waluty surowcowe i rynków wschodzących.

Dla EUR/PLN jest to równoważący się zestaw czynników. Negatywnie na złotego wpłynie pogorszenie rynkowych nastrojów i spadki rynku akcji. Pomocny może być spadek rentowności obligacji skarbowych USA, co zwykle wspiera aktywa rynków wschodzących. EUR/PLN powinien podtrzymać ostatni wąski przedział wahań 4,25-4,28.

Kalendarz w poniedziałek oferuje jedynie niemiecki indeks Ifo, gdzie oczekiwania są po pozytywnej stronie w ślad za niespodziankami w indeksach PMI przed weekendem. Po południu mamy wystąpienia Evansa z Fed i Praeta z ECB, które mogą rozbudzić dyskusję o przyszłej polityce banków centralnych. Poza tym rynek powinien skupić się na rozkładaniu na czynniki pierwsze piątkowych wydarzeń w Kongresie.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Wysokość zobowiązań Polaków w 2016 roku

Według raportu „Sytuacja materialna Polaków”[1], zrealizowanego na zlecenie Lindorff SA, najpopularniejszą formą zadłużenia Polaków w 2016 roku były zakupy na raty. Jakie kwoty spłacali ankietowani oraz jakiej wysokości inne zobowiązania posiadali w ubiegłym roku?

Na raty

wykres1Ankietowani zostali zapytani w badaniu, jakiej wysokości były ich zakupy w 2016 roku, które zdecydowali się sfinansować kredytem ratalnym. Najwięcej badanych (38%), zadeklarowało kwotę z przedziału 1501-3000 zł. Drugą najczęściej wskazywaną odpowiedzią był przedział o pułap niższy, tzn. 501-1500 zł i takiej odpowiedzi udzielił aż co 5 respondent. 17% ankietowanych przyznało się do podzielenia na raty kwoty nieprzekraczającej 500 zł.

Wyższe kwoty zadeklarowało łącznie 22% ankietowanych – 13% do 5 tys. zł, 6% do 8 tys. zł, a 3% badanych powyżej tej sumy.

Więcej w formie pożyczki?

Badani zostali również zapytani o wysokość swoich zobowiązań, które przyjęli w formie pożyczki gotówkowej. Najliczniej deklarowaną odpowiedzią okazał się przedział 8000-25000 tys. zł i wskazała go aż ¼ ankietowanych! Druga z najpopularniejszych kwot pożyczki była znacznie niższa – 19% badanych wskazało na przedział 1501-3000 zł. Trzecie miejsce to 3001-5000 zł z 18% odpowiedzi. Za podium znalazły się pożyczki nie przekraczające 1500 zł (12%) i 500 zł (5%). Znacznie wyższe kwoty (od 25000 zł do powyżej 50000 zł) było w stanie pożyczyć jedynie kilka procent ankietowanych.

Powyższe dane wykazują, iż Polacy zadłużają się na dużo wyższe kwoty w formie pożyczki gotówkowej niż przy zakupie ratalnym. Można wnioskować, iż Polacy większe wydatki wolą realizować przy pomocy pozyskanej gotówki, niż płacąc za swoje dobra w inny sposób. Przy mniejszych kwotach przeznaczanych np. na zakup sprzętów AGD/RTV lubimy raty – zwłaszcza, iż ta odpowiedź była najczęściej wskazywana przez badanych zapytanych o formę zadłużenia, z której korzystali w 2016 – stanowiła 24% wszystkich odpowiedzi.

Można także domniemywać, iż zobowiązania na wyższe kwoty są u Polaków bardziej przemyślane i ankietowani poświęcali im dużo więcej uwagi. Wskazuje na to procent odpowiedzi na pytanie: „Czy powstrzymujesz się przed wydawaniem pieniędzy »na siebie« w przypadku kredytu gotówkowego?”. 36% ankietowanych stwierdziło, iż raczej tak, a 30% udzieliło zdecydowanego potwierdzenia (łącznie 66% odpowiedzi twierdzących). 21% respondentów stwierdziło, iż „raczej nie”, a jedynie 5% badanych zdecydowanie zaprzeczyło (łącznie 26% odpowiedzi zaprzeczających).

Złote karty?

wykres2Ankietowani zostali również poproszeni o wskazanie, jak wysokie zadłużenia znajdowały się na ich kartach kredytowych oraz debetowych. Karty kredytowe to przede wszystkim zadłużenia z przedziału 1501-3000 zł z 21% wskazań, jednak niewielu Polaków mniej (20%) było w stanie zadłużyć się na wyższe kwoty – 3001-5000 zł. Popularne były również zadłużenia z przedziału 501-1500 zł (18%) i na niewielkie sumy – do 500 zł – 16%.

Zadłużenia na rachunku bankowym spowodowane płatnością kartą debetową okazały się delikatnie niższe, gdyż najwyżej typowaną odpowiedzią był przedział 501-1500 zł i to aż z 30% wskazań. Zaraz za nim uplasowała się odpowiedź 1501-3000 zł (23%), trzecie miejsce to najniższy pułap do 500 zł. Taką odpowiedź wskazało 21% ankietowanych.

[1] Raport zrealizowany na zlecenie firmy Lindorff SA – badanie ilościowe realizowane techniką CAWI – przeprowadzone wśród członków społeczności badawczej Zymetrii. Realizacja badania: 20.01.2017 – 24.01.2017 r, N=551.

Rośnie popularność ubezpieczeń od zagrożeń cybernetycznych. W tym roku takie polisy mogą być prawdziwym hitem

Rośnie popularność ubezpieczeń od zagrożeń cybernetycznych. W tym roku takie polisy mogą być prawdziwym hitem 10

W ostatnich miesiącach dynamicznie rośnie zainteresowanie polisami od cyberryzyka. Ten rynek napędzać będą zmiany w prawie dotyczącym ochrony danych osobowych. Bezpieczeństwo operacji wykonywanych w sieci jest również istotne z punktu widzenia bieżącej działalności uczestników rynku ubezpieczeniowego. Choć sprzedaż przez internet czy telefon, jest stosunkowo mało rozpowszechniona, a klienci wciąż chętnie korzystają z pośrednictwa agentów, nie oznacza to, że kanały cyfrowe nie będą zyskiwać na popularności, ale i do tego pośrednicy starają się przygotować.

 Sytuacja na polskim rynku brokerskim nie jest może bardzo dobra, ale jest dobra. Od 25 lat przekonujemy klientów, że warto skorzystać z usług profesjonalnego doradcy ubezpieczeniowego. Grono naszych klientów rośnie. Na naszą pracę wpływa sytuacja bieżąca na rynku ubezpieczeń – wojny cenowe w ostatnich latach spowodowały, że strumień składki kierowany do zakładów ubezpieczeń się zmniejszył – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Zoń, prezes Stowarzyszenia Polskich Brokerów Ubezpieczeniowych i Reasekuracyjnych.

W 2016 roku zauważalny był spadek przypisu składki w segmencie ubezpieczeń na życie (o 13,3 proc. do 23,8 mld zł), wzrosły natomiast składki z ubezpieczeń OC (wzrost o 39,1 proc. do 11,6 mld zł) i pozostałych ubezpieczeń majątkowych (o 1,9 proc. do 14 mld zł). Łącznie ubezpieczyciele zebrali 56 mld zł składek (wzrost o 1,7 proc.).

– Obok tradycyjnych kanałów dystrybucji, jak sprzedaż przez zakłady ubezpieczeń, przez agentów wyłącznych, multiagentów, którzy mają podpisane umowy z kilkoma towarzystwami ubezpieczeniowymi czy brokerów, w ostatnim czasie pojawiają się kanały typu direct. To tak naprawdę sprzedaż bezpośrednia prowadzona najczęściej przez zakład ubezpieczeń – tłumaczy Zoń.

Statystyki Polskiej Izby Ubezpieczeń wskazują, że sprzedaż direct rosła nieprzerwanie od 2003 do 2012 roku z 40 mln do blisko 1,2 mld zł. W 2015 roku Polacy kupili w ten sposób ubezpieczenia o składce 1 mld zł (ok. 2 proc. wartości całego rynku ubezpieczeń). Zdaniem ekspertów branży w internecie chętnie kupowane są proste produkty, przy bardziej skomplikowanych klienci wolą skorzystać z pomocy agentów, którzy porównają ceny i doradzą.

 W Polsce kanał direct nie przyjął się tak jak w niektórych innych krajach zachodniej Europy i dalej gros sprzedaży prowadzone jest przez pośredników ubezpieczeniowych, czyli agentów, multiagentów i brokerów – przyznaje Zoń.

Przyszłością sprzedaży są jednak nowe technologie i sprzedaż cyfrowa. Badanie KPMG wskazuje, że ponad 60 proc. Polaków woli kupić mobilnie ubezpieczenie, nawet jeśli będzie ono droższe. Także sami agenci korzystają z nowych technologii.

– Nie zamykają się na nowe techniki i proponują klientom operacje cyfrowe, jak porównywarki internetowe, które nie są przecież niczym innym jak multiagentami usadowionymi w internecie. Zarówno ubezpieczyciele, jak i pośrednicy idą do przodu i widzą swoją szansę w rozwoju nowoczesnych technologii. Jestem przekonany, że w najbliższym czasie ten trend będzie się pogłębiał i cyfrowa sprzedaż będzie coraz bardziej popularna – prognozuje prezes SPBUiR.

Jak przekonuje Zoń, w tym roku, wraz z rosnącą przestępczością w sieci, rośnie także popularność cyberubezpieczeń. Z raportu „Cyber Risks 2017” opracowanego przez FireEye i Marsh & McLennan Companies wynika, że cyberzagrożenia mogą dotknąć niemal każdy sektor gospodarki, a europejskie przedsiębiorstwa nadal nie są na nie odpowiednio przygotowane. Najbardziej pożądane przez hakerów dane to tajemnice handlowe przedsiębiorstw (19 proc. danych skradzionych w atakach w Europie w 2016 roku) oraz informacje dotyczące systemów kontroli i plany strategiczne (18 proc.).

– Dotychczas skutki wycieków danych w naszej rzeczywistości były właściwie żadne – mówi ekspert. – To się jednak zmieni. W 2018 roku wchodzi w życie unijne rozporządzenie GDPR, które nakłada nowe obowiązki na administratorów danych. Również nowe będą skutki wynikające z kradzieży czy wycieku danych.

Za nieprzestrzeganie nowych przepisów o ochronie danych osobowych firmom będą grozić wysokie kary finansowe, sięgające nawet 4 proc. ich rocznych obrotów. Wiele przedsiębiorstw – w obawie przed konsekwencjami – będzie się chciało ubezpieczyć od kradzieży albo nieautoryzowanego wycieku danych. Dotychczas na ubezpieczenie chroniące przed cyberatakiem decydował się niewielki odsetek firm. Wedle raportu PwC „W obronie cyfrowych granic” w 2015 roku tylko 8 proc. polskich firm miało tego typu zabezpieczenie. Wyższe kary, które przewiduje unijne rozporządzenie, mogą sprawić, że więcej firm sięgnie po zakup takiej polisy.

– Polisy od cyberataków odpowiadają na zapotrzebowanie zarówno w odniesieniu do odpowiedzialności na zewnątrz firmy wobec klientów, jak i do kosztów wynikających z ataku wewnątrz przedsiębiorstwa. W najbliższym czasie możemy się spodziewać rozwoju tego typu produktów. W Stanach Zjednoczonych, gdzie obowiązują już podobne przepisy do tych wdrażanych w UE, polisę cyber risk ma ponad 60 proc. przedsiębiorstw – podkreśla Łukasz Zoń.

Inwestorzy zagraniczni pobudzają gospodarkę i eksport. Grupa VELUX, największy krajowy eksporter okien, stawia na innowacyjność i rozwój produkcji w Polsce

Inwestorzy zagraniczni pobudzają gospodarkę i eksport. Grupa VELUX, największy krajowy eksporter okien, stawia na innowacyjność i rozwój produkcji w Polsce 11

Inwestorzy zagraniczni w ciągu ostatnich 25 lat ulokowali w Polsce projekty warte ponad 700 mld zł. To przyczynia się do wzrostu gospodarczego i poprawy sytuacji na rodzimym rynku pracy. Grupa VELUX, odpowiedzialna za jedną czwartą polskiego eksportu okien, zainwestowała dotychczas w Polsce przeszło 500 mln zł i zamierza rozpocząć kolejne projekty, w tym wprowadzi innowacje do oferty produktowej. Celem tej strategii jest utrzymanie szybkiego tempa wzrostu sprzedaży i eksportu.

– Zagraniczni inwestorzy traktują polski rynek bardzo poważnie, co potwierdza utrzymująca się cały czas wysoka stopa wzrostu inwestycji zagranicznych, jak również fakt, że przez ostatnie lata inwestorzy zagraniczni większość zarobionych zysków reinwestowali w swoje przedsiębiorstwa tutaj. To świadczy o długofalowym podejściu do inwestowania w Polsce – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Siwiński, dyrektor generalny VELUX Polska.

Z danych Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu (dawniej PAIiIZ) wynika, że ubiegły rok był rekordowy dla inwestycji zagranicznych w Polsce, a wartość nakładów inwestycyjnych wzrosła ponaddwukrotnie rok do roku i przekroczyła 1,74 mld euro. Z kolei raport, który Polityka Insight przedstawiła na początku marca w resorcie rozwoju, pokazuje, że w ciągu ostatniego ćwierćwiecza do Polski napłynęło łącznie 712 mld zł w formie zagranicznych inwestycji.

Ich przełożenie na rodzimą gospodarkę jest nie do przecenienia. W 2015 roku dzięki nim polskie PKB było wyższe o 15,6 proc. Zagraniczni inwestorzy zatrudniają około 30 proc. pracowników w gospodarce narodowej i odpowiadają za około 60 proc. krajowego eksportu.

Bezpośrednie inwestycje zagraniczne pobudzają konsumpcję i rozwój przedsiębiorstw. Przyczyniają się do napływu nowych technologii, podwyżek płac i spadku bezrobocia. Jak zauważa Jacek Siwiński, projekty inwestycyjne zagranicznych firm na polskim rynku podnoszą też konkurencyjność całej gospodarki.

– Dzięki inwestycjom doświadczonych firm zagranicznych rośnie zatrudnienie i płace. Rozwijają się sieci kooperantów, co ma kluczowe znaczenie zarówno dla konkurencyjności, jak i dla innowacyjności polskiej gospodarki. Rośnie również produktywność i rozwija się również popyt na rynku – wylicza Jacek Siwiński.

Polska jest jednym z najważniejszych europejskich rynków dla Grupy VELUX, jednego z najsilniejszych brandów budowlanych na świecie, który należy do duńskiego holdingu VKR. W jej polskich zakładach pracuje ponad 3,8 tys. osób, co oznacza, że jedna czwarta całego personelu Grupy jest zatrudniona właśnie w Polsce.

– Polski rynek jest dla nas bardzo ważny. Od początku inwestowaliśmy w edukację konsumentów i partnerów biznesowych, a także w systematyczny rozwój naszego zaplecza produkcyjnego – potwierdza Jacek Siwiński – Obecnie mamy w Polsce bardzo duże zaplecze produkcyjne i de facto jesteśmy największym producentem i eksporterem okien na tutejszym rynku. W ubiegłym roku nasze przychody ze sprzedaży zagranicznej wzrosły do 1,6 mld zł i stanowiły około jednej czwartej całego polskiego eksportu okien – dodaje.

Ubiegły rok był dla Grupy VELUX okresem kolejnych wzrostów. Sprzedaż na polskim rynku w ostatnich dwunastu miesiącach zwiększyła się o 13 proc. Z kolei w ciągu ostatnich pięciu lat przychody grupy wzrosły o blisko 40 proc. Razem z siostrzanymi spółkami VELUX odpowiada za jedną czwartą wartości polskiego eksportu okien, którego wartość szacowana jest na około 1,5 mld euro rocznie.

– Kiedy rozpoczynaliśmy działalność w Polsce 27 lat temu, tutejszy rynek okien dachowych praktycznie nie istniał. Nikt ich nie produkował ani nie  dystrybuował. Dzisiaj natomiast jest to bardzo duży i bardzo rozwinięty rynek – mówi Jacek Siwiński.

Rosnąca sprzedaż zagraniczna i popyt na krajowym rynku przekładają się na przyrost potencjału produkcyjnego. Dlatego firma sukcesywnie inwestuje w modernizację i rozwój produkcji. W ubiegłym roku przeznaczyła na ten cel 83 mln zł, a łączne nakłady inwestycyjne w ciągu ostatnich pięciu lat sięgnęły 583 mln zł. Cztery należące do Grupy VELUX fabryki (w Gnieźnie, Namysłowie i Wędkowach koło Tczewa) są nie tylko jednymi z największych, lecz także jednymi z najnowocześniejszych w sektorze stolarki budowlanej.

Wzrost produkcji pociąga za sobą również wzrost zatrudnienia. W ciągu pięciu ostatnich lat liczba pracowników zwiększyła się o 30 proc., a tylko w ostatnim roku zatrudnienie w Grupie znalazło 280 nowych pracowników. Grupa postrzega Polskę jako jeden z rynków strategicznych i zamierza lokować tu kolejne inwestycje. Plan na nadchodzący rok zakłada również stopniowy przyrost zatrudnienia, utrzymanie tendencji wzrostowej w sprzedaży i eksporcie oraz rozwijanie oferty produktowej.

– Ponieważ polski rynek jest dla nas bardzo ważny, staramy się dokładnie badać potrzeby tutejszych konsumentów oraz profesjonalistów, a więc dystrybutorów i dekarzy. Właśnie w wyniku tych badań wprowadziliśmy w tym roku na rynek nowe, trzyszybowe okna dachowe, dzięki czemu dwa razy więcej inwestorów będzie mogło skorzystać z energooszczędnej oferty – mówi Jacek Siwiński.

Cztery lata temu spółka wprowadziła na polski rynek nową generację wysoce energooszczędnych okien dachowych. Natomiast w kwietniu rozszerzy ofertę o okna z pakietem trzyszybowym, w wyższej klasie energooszczędności i cenach przystępnych dla konsumentów (zbliżonych do cen okien standardowych), zachowując przy tym najwyższą jakość, gwarancję i serwis. Dyrektor generalny VELUX Polska zaznacza, że firma VELUX stara się kreować na rynku trendy, z których najbardziej obiecującym jest właśnie energooszczędność. Spółka wychodzi też naprzeciw planowanej zmianie przepisów, które zaostrzą wymagania dotyczące produkcji okien i zaczną obowiązywać w 2021 roku.

95 proc. elektrośmieci pochodzi z gospodarstw domowych. Waga zbieranych odpadów ma wzrosnąć dwukrotnie do 2021 roku

95 proc. elektrośmieci pochodzi z gospodarstw domowych. Waga zbieranych odpadów ma wzrosnąć dwukrotnie do 2021 roku 12

Masa zebranych elektrośmieci wynosi obecnie około 5 kg w przeliczeniu na mieszkańca, a do 2021 roku musi wzrosnąć do 11 kg. Eksperci zwracają uwagę na to, że trudnością w osiągnięciu tego celu są niskie nakłady na system gospodarowania elektroodpadami oraz brak koordynacji pomiędzy systemem zbiórki zużytego sprzętu i odpadów komunalnych. Mimo że obowiązujące od ubiegłego roku prawo stwarza konsumentom wiele możliwości pozbycia się zepsutego sprzętu, to do przetworzenia trafia tylko około jednej trzeciej elektrośmieci. 

Jednym z najważniejszych problemów, który hamuje rozwój systemu gospodarki elektroodpadami, jest brak równowagi pomiędzy celami ekonomicznymi a ekologicznymi. W ostatnich latach nakłady na realizację ustawowych obowiązków wprowadzających sprzęt elektryczny i elektroniczny spadły o około 40 proc., natomiast masa zużytego sprzętu, który został zebrany w tym samym czasie, wzrosła o około 600 proc. To pokazuje, że rynek stał się mocno konkurencyjny, więc istnieje duże prawdopodobieństwo, że cele ekologiczne i określone standardy mogą nie być realizowane – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Styś, ekspert Instytutu Sobieskiego.

Szacunkowo w Polsce tylko około 30–40 proc. zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego (ZSEE) jest poddawane recyklingowi. Reszta trafia na złomowiska bądź jest przetwarzana nielegalnie w szarej strefie. Jak pokazują badania, większość sprzętu, który jest wprowadzany na polski rynek przez internet, pochodzi spoza kraju. Duża jego część nie jest przetwarzana zgodnie ze standardami i trafia do kosza na śmieci. Potwierdzają to badania „morfologii odpadów”, czyli tego, co trafia na instalację przetwarzania odpadów komunalnych.

Zauważalny jest również brak synergii pomiędzy systemem gospodarki zużytym sprzętem elektrycznym a elektronicznym oraz systemem gospodarowania odpadami komunalnymi. W obu systemach ok. 95 proc. odpadów wytwarzanych jest przez gospodarstwa domowe. Warto, aby oba te systemy „widziały się” nawzajem – uważa Tomasz Styś.

Robert Wawrzonek, członek rady nadzorczej Związku Pracodawców Elektro-Odzysk, zauważa, że konsumenci mają obecnie szereg możliwości pozbycia się zużytego sprzętu. Mogą oddać go do punktów zbiórki selektywnej prowadzonych przez gminy i zakłady przetwarzania elektrośmieci. Od początku ubiegłego roku wszyscy sprzedawcy detaliczni są zobowiązani do nieodpłatnego przyjęcia elektroodpadów, nawet jeżeli konsument nie dokonuje w danym sklepie zakupów. Z kolei sprzedawca, który dostarcza do domu klienta nowy sprzęt elektryczny lub elektroniczny, musi zabrać stary, nie naliczając za to dodatkowej opłaty. Klient, który kupuje AGD lub elektronikę, może się domagać zabrania starego sprzętu, niezależnie od tego, czy dokonał zakupów w sklepie stacjonarnym czy internetowym.

To bardzo wygodna możliwość pozbycia się zużytego sprzętu, zwłaszcza wielkogabarytowego. Najczęściej właśnie taki sprzęt kupujemy na wymianę, a stary zalega gdzieś w domu i konsumenci chętnie się go pozbywają przy dostawie nowego – mówi Robert Wawrzonek.

Nowe możliwości zagospodarowania zużytego sprzętu stworzyło konsumentom prawo, które weszło w życie w styczniu 2016 roku. Zmiany w przepisach wymusiła unijna dyrektywa WEEE, zgodnie z którą do 2021 roku Polska musi osiągnąć 65-proc. poziom zbiórki zużytego sprzętu. W przeciwnym razie przewidziane są kary finansowe. Zgodnie z nowymi regulacjami producenci i dystrybutorzy, którzy wprowadzają na rynek sprzęt elektryczny i elektroniczny, muszą zadbać o jego późniejszą zbiórkę i prawidłowe przetworzenie.

 Nowa ustawa ma szansę uszczelnić system gospodarowania elektroodpadami. Natomiast z jednoznaczną oceną jej skuteczności musimy poczekać do czasu, aż wszystkie zapisy tej ustawy wejdą w życie, co będzie miało miejsce w 2018 roku – mówi Robert Wawrzonek.

W przyszłym roku zaczną obowiązywać kolejne zapisy ustawy o gospodarowaniu elektroodpadami. Zużyty sprzęt – ze względu na sposób i koszt jego przetworzenia – będzie podzielony na sześć kategorii, a zakłady zajmujące się jego przetwarzaniem będą poddawane regularnym kontrolom przez zewnętrznych audytorów, co pozwoli ocenić jakość ich pracy i zapobiegnie oszustwom.

Tomasz Styś z Instytutu Sobieskiego podkreśla, że osiągnięcie wymaganych przez UE poziomów zbiórki i odzysku będzie największym wyzwaniem dla polskiego systemu gospodarki zużytym sprzętem elektrycznym i elektronicznym.

Trzeba mieć świadomość, że już od 2021 roku masa zebranego sprzętu elektrycznego i elektronicznego per capita powinna wzrosnąć z obecnych 5 kg do około 11 kg. Będzie to dla branży ogromny wysiłek organizacyjny – zaznacza Tomasz Styś. – Druga kwestia to projekt gospodarki o obiegu zamkniętym i wszystkie wyzwania z nim związane.

Dużym problemem jest również fakt, że system gospodarowania elektroodpadami nie nadąża za rewolucją technologiczną.

BGK i EBI wspólnie sfinansują budowę Trasy Łagiewnickiej. Inwestycja ma odciążyć zakorkowany Kraków

BGK i EBI wspólnie sfinansują budowę Trasy Łagiewnickiej. Inwestycja ma odciążyć zakorkowany Kraków 13

Jeszcze w tym roku ma się rozpocząć budowa Trasy Łagiewnickiej, jednej z największych i najbardziej wyczekiwanych inwestycji w Małopolsce. Ma ona nie tylko odciążyć zakorkowany Kraków, lecz także przyczynić się do rozwoju gospodarczego regionu. W ramach planu Junckera przedsięwzięcie sfinansują wspólnie Bank Gospodarstwa Krajowego i Europejski Bank Inwestycyjny. Cała inwestycja będzie kosztować prawie 1 mld zł i zgodnie z harmonogramem ma się zakończyć za trzy lata. 

Trasa Łagiewnicka zakwalifikowała się do finansowania, ponieważ ten projekt zawiera kilka elementów ważnych z punktu widzenia Europejskiego Funduszu Inwestycji Strategicznych. Będzie mieć pozytywny wpływ na środowisko, a centrum Krakowa stanie się czystsze, na czym skorzystają mieszkańcy miasta – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Vazil Hudák, wiceprezes Europejskiego Banku Inwestycyjnego.

Blisko 4-kilometrowa Trasa Łagiewnicka, część południowego odcinka wewnętrznej obwodnicy Krakowa, ma powstać do 2020 roku. Spółka celowa, powołana przez samorząd do realizacji tej inwestycji, podpisała umowę z generalnym wykonawcą, którym został koncern Budimeksu i Ferrovial Agroman SA. Projekt wart 802 mln zł brutto ma się przyczynić do odciążenia ruchu w ścisłym centrum miasta. To jedna z największych i najbardziej wyczekiwanych inwestycji w całym regionie.

Jak informuje prezydent Krakowa Jacek Majchrowski, w przyszłości Trasa Łagiewnicka będzie wchodzić w skład tzw. trzeciej obwodnicy i stanowić jeden ciąg komunikacyjny z Trasą Pychowicką i Zwierzyniecką, które będą budowane w następnej kolejności.

Trasa Łagiewnicka rozładuje ruch międzydzielnicowy. W tej chwili samochody przeciskają się małymi uliczkami, stojąc w korkach i zanieczyszczając powietrze spalinami. Dzięki tej inwestycji będzie można przejechać ciągiem, bez zatrzymywania samochodów, a płynność ruchu przełoży się na mniejszą emisję spalin. Ponadto ze względu na brak obwodnicy ruch tranzytowy przejeżdża przez centrum Krakowa. Dzięki Trasie Łagiewnickiej znaczna jego część ominie miasto – mówi Jacek Majchrowski.

Budowę Trasy Łagiewnickiej sfinansują w większości Bank Gospodarstwa Krajowego oraz Europejski Fundusz Inwestycyjny, które we wtorek podpisały umowę w tej sprawie. Wysokość kredytu udzielonego przez EBI to 400 mln zł, natomiast Bank BGK zapewnił finansowanie w wysokości 298 mln zł, co stanowi około jednej trzeciej całości inwestycji. Część środków będzie pochodzić również z Polskiego Funduszu Rozwoju.

Trasa Łagiewnicka będzie miała duży wpływ na rozwój całego regionu, stąd nasze uczestnictwo w tym przedsięwzięciu. Finansowanie inwestycji samorządowych mocno wpisuje się w strategię Banku Gospodarstwa Krajowego, którą jest wspieranie rozwoju społeczno-gospodarczego. Nasza przewagą jest to, że możemy uczestniczyć w projektach długoterminowych. Finansowanie obwodnicy Krakowa to przedsięwzięcie obliczone na około 20 lat i takiego długoterminowego wsparcia jesteśmy w stanie udzielić – zapewnia Beata Daszyńska-Muzyczka, prezes zarządu Banku Gospodarstwa Krajowego.

Kredyt na sfinansowanie budowy Trasy Łagiewnickiej udzielony przez EBI jest objęty gwarancją Europejskiego Funduszu na rzecz Inwestycji Strategicznych (EFIS), który jest jednym z filarów planu Junckera. Jego celem jest pobudzenie europejskich inwestycji wartych około 300 mld euro, służących między innymi innowacyjności i realizacji strategicznych inwestycji infrastrukturalnych.

Aby zakwalifikować się do segmentu inwestycji strategicznych, projekt musi spełnić trzy kryteria. Powinien być obarczony pewnym poziomem ryzyka, bo takie przedsięwzięcia tradycyjnie finansujemy. Powinien również wypełniać pewną lukę rynkową, to oznacza, że nie mógłby być sfinansowany przez tradycyjne, komercyjne instytucje finansowe. Po trzecie, musi mieć również pozytywny wpływ na priorytety Unii Europejskiej, takie jak energooszczędność, zmiany klimatyczne, innowacje, polityka spójności i tworzenie miejsc pracy – wylicza Vazil Hudák.

Budowa Trasy Łagiewnickiej nie jest jedynym projektem współfinansowanym w Polsce w ramach planu Junckera. Trwają obecnie analizy dla kolejnych przedsięwzięć infrastrukturalnych, które mogłyby uzyskać wsparcie w ramach tego instrumentu.

Jako pierwsi w Europie podpisaliśmy umowę w ramach instrumentu COSME, czyli programu gwarancyjno-poręczeniowego finansowanego właśnie z Planu Junckera. Kolejna była umowa dotycząca finansowania zakupu taboru dla Przewozów Regionalnych. Oficjalne informacje przedstawione przez Ministerstwo Rozwoju wskazują, że w kolejce jest jeszcze 30 projektów o łącznej wartości około 30 mld zł, które są obecnie procedowane. Trzy zostały już zatwierdzone. Będziemy więc podpisywać kolejne umowy, które będą skutkowały zwiększeniem naszych możliwości gospodarczych – mówi Włodzimierz Kocon, wiceprezes zarządu BGK.

– Jesteśmy wyspecjalizowani we wspieraniu inwestycji samorządowych. Ponadto współpracujemy blisko z urzędami marszałkowskimi i wspieramy samorządy w zarządzaniu środkami unijnymi. Zarządzamy kwotą prawie 5 mld złotych na pomoc w rewitalizacji i rozwoju lokalnych społeczności – dodaje prezes banku Beata Daszyńska-Muzyczka.

Budowa Trasy Łagiewnickiej ma się rozpocząć jeszcze w tym roku i zakończyć w 2020. Przedsięwzięcie będzie podzielone na kilka etapów. W pierwszym z nich generalny wykonawca musi przygotować projekt i uzyskać pozwolenia administracyjne.