Problem otyłości w Polsce narasta lawinowo. Porady żywieniowe finansowane przez NFZ mogłyby skutecznie ograniczyć tycie polskich dzieci

CEO Magazyn Polska

Już 27 proc. dorosłych Polaków ma problem z otyłością. Osoby otyłe bądź z nadwagą stanowią już prawie połowę społeczeństwa Wśród dzieci jest jeszcze gorzej. Nadwagę ma obecnie aż 29 proc. 11-latków i prawie tyle samo 14-latków. WHO objęła badaniami 207 tys. najmłodszych mieszkańców Europy i Ameryki Północnej. Na tym tle wypadliśmy bardzo źle. Nasze dzieci znalazły się w czołówce najbardziej otyłych. Odsetek 11-latków z nadwagą w Polsce jest najwyższy na świecie. Wśród 12-latków wielu waży nawet ponad 100 kilogramów.

Wciąż jest to jednak problem prywatny, a nie publiczny, a NFZ wkracza dopiero wtedy, kiedy dochodzi do powikłań – podkreślają eksperci fundacji My Pacjenci. Rozwiązaniem mogłyby być finansowane z budżetu porady żywieniowe, szczególnie dla kobiet w ciąży i rodziców małych dzieci. Dziś największym problemem jest bowiem brak edukacji żywieniowej.

 Publiczny system opieki zdrowotnej zaczyna się interesować otyłością dopiero wtedy, kiedy pojawiają się powikłania kardiologiczne czy ortopedyczne, które trzeba operować, albo wtedy, kiedy otyłość osiągnie bardzo duże rozmiary i konieczna jest operacja bariatryczna – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Ewa Borek, prezes fundacji My Pacjenci.

Jej zdaniem w Polsce przede wszystkim brakuje systemowego rozwiązania dotyczącego profilaktyki, przesiewu i leczenia otyłości zarówno u dorosłych, jak i u dzieci. Dużym problemem są także braki w edukacji żywieniowej – tak wynika z przeprowadzonego przez fundację we współpracy z blogerami badania opinii rodziców na temat jakości opieki profilaktycznej nad dziećmi w Podstawowej Opiece Zdrowotnej (POZ). Blisko 80 proc. rodziców wskazało, że w POZ powinien być dostępny finansowany przez NFZ dietetyk. Eksperci podkreślają, że podejmowane inicjatywy zwalczania otyłości nie dadzą oczekiwanego efektu bez wsparcia w postaci programu edukacji żywieniowej dla rodziców.

Wspólnie z blogującymi mamami fundacja My Pacjenci zawiązała ruch społeczny Głodni Zmian, który wraz z grupą dietetyków, pielęgniarek i lekarzy opracował wniosek i jednocześnie apel do Ministra Zdrowia w sprawie konieczności finansowania przez NFZ porad dietetycznych. Wczesna edukacja została przez ekspertów uznana za najskuteczniejsze i najbardziej efektywne kosztowo rozwiązanie.

Żeby coś trwale i skutecznie zmienić w systemie opieki zdrowotnej w Polsce, trzeba to wpisać do koszyka świadczeń gwarantowanych. Jest wiele świadczeń, za które pacjenci płacą z własnej kieszeni, ponieważ nie ma ich w koszyku. To między innymi porady żywieniowe, które są potrzebne kobietom w ciąży i rodzicom małych dzieci, dlatego powinny się znaleźć w koszyku. Fundacja wraz z grupą ekspertów, pielęgniarek, dietetyków i lekarzy przygotowała i składa formalny wniosek o wpisanie tych porad do koszyka świadczeń, żeby mógł je finansować NFZ, a nie jak dotąd pacjenci z własnej kieszeni –  tłumaczy Ewa Borek, Prezes Fundacji My Pacjenci.

Eksperci podkreślają, że kluczowa w tym programie leczenia otyłości jest rola dietetyków. Ich zadaniem będzie ustalenie przyczyn żywieniowych otyłości, skorygowanie błędów, postawienie prawidłowej diagnozy żywieniowej i opracowanie strategii prawidłowego żywienia.

– Jednym z priorytetowych działań w obszarach związanych z regulowaniem funkcjonowania służby zdrowia powinno być stworzenie możliwości zatrudniania dietetyków w placówkach POZ, bo jak na razie takiej możliwości dietetycy nie mają – zaznacza Danuta Gajewska Prezes Polskiego Towarzystwa Dietetyki. – Współczesny model poradnictwa dietetycznego to zespół terapeutyczny, w którym jest miejsce zarówno dla dietetyka, jak i dla innych członków zespołu, w tym pediatry, psychologa czy fizjoterapeuty.

Petycje ruchu społecznego Głodni Zmian podpisało dotychczas 10 tys. osób, a pełna dokumentacja trafiła w maju br. do Parlamentarnego Zespołu ds. Przeciwdziałania i Rozwiązywania Problemów Otyłości, której przewodniczy poseł PO Rajmund Miller.

 Otyłość została ogłoszona epidemią XXI wieku. Wiąże się z wieloma konsekwencjami zdrowotnymi i finansowymi – stwierdza Rajmund Miller. – Problemy zdrowotne to cukrzyca, nadciśnienie, choroby związane z niewydolnością krążenia, a także nowotwory. Konsekwencje ekonomiczne to olbrzymie koszty leczenia chorób, które są skutkiem otyłości, oraz koszty związane z rehabilitacją tych osób lub ich niezdolnością do pracy.

Jak podkreśla, otyłość dotyczy wielu dziedzin życia, stąd chęć zaangażowania w walkę z nią różnych resortów, m.in. zdrowia, sportu, edukacji i finansów.

– Proponujemy system leczenia otyłości i profilaktyki zakładający stworzenie specjalnych przychodni na poziomie powiatowym i wojewódzkim. Kierowaliby do nich lekarze rodzinni na podstawie badania ustalającego przyczynę otyłości i wykluczenia, np. powodów endokrynologicznych. W takim zespole byłby lekarz, dietetyk, psycholog i fizjoterapeuta, którzy mogliby nadzorować pracę lekarza rodzinnego i prowadzić skutecznie proces powrotu do prawidłowej wagi i nawyków żywieniowych – mówi poseł PO.

 

Co czwarty Polak uważa, że poświęca rodzinie zbyt mało czasu. Podobny odsetek chciałby, by jego partner znalazł dla rodziny więcej czasu

CEO Magazyn Polska

Rośnie odsetek osób, które mają poczucie winy z powodu zbyt dużego zaangażowania w pracę i braku czasu dla rodziny, a zwłaszcza dla dzieci – wynika z Barometru Providenta. Obecnie tak uważa 28 proc. Polaków, o 6 pkt proc. więcej niż przed rokiem. To głównie wynik zmiany nastawienia mężczyzn.

– Dużymi krokami zbliżają się Dzień Matki i Dzień Dziecka, to dobra okazja, by zapytać Polaków, ile czasu spędzają ze swoimi dziećmi, ile czasu chcieliby spędzić, ile czasu poświęcają rodzinie. Według tegorocznych badań Barometru Providenta 28 proc. Polaków deklaruje, że spędza zbyt mało czasu ze swoimi dziećmi. Jest to o 6 pkt proc. więcej niż w ubiegłym roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Karolina Łuczak, kierownik ds. komunikacji, Provident Polska. – Co ciekawe, wynika to przede wszystkim z faktu, że coraz więcej ojców odczuwa potrzebę poświęcenia czasu swoim dzieciom.

Przed rokiem jedynie nieco co czwarty ojciec uważał, że spędza ze swoim pociechami zbyt mało czasu i zbyt mało poświęca im uwagi. Tegoroczne badania wskazują na wzrost tego odsetka o 10 pkt proc.

– Miejmy nadzieję, że wynika to z tego, że coraz bardziej i coraz częściej edukujemy ojców na temat tego, jak wartościowe jest świadome ojcostwo i jak bardzo warto przywiązywać do tego uwagę, a nie z powodu braku czasu – mówi Karolina Łuczak.

W przypadku kobiet odsetek zarzucających sobie brak czasu dla rodziny wynosi tyle, ile przed rokiem – 20 proc. Jednocześnie 26 proc. wszystkich pytanych chciałoby, żeby ich partner lub partnerka przeznaczali więcej godzin na życie rodzinne. Natomiast aż 61 proc. badanych jest zdania, że spędza z rodziną dokładnie tyle czasu, ile potrzeba. Zaledwie co 10. pytany chciałby, by jego partner lub partnerka zarabiali więcej pieniędzy kosztem życia rodzinnego.

– Wierzymy, że jakość życia można trwale ulepszać i zmieniać dzięki edukacji – mówi Małgorzata Domaszewicz, kierownik ds. społecznej odpowiedzialności biznesu w Provident Polska. – Dlatego większość naszych działań społecznych koncentrujemy wokół zarówno edukacji, i to nie tylko tej finansowej, lecz także konsumenckiej, jak i prowadzimy są działania odpowiadające na trudne, ważne i aktualne tematy społeczne. Takim tematem okazała się wiedza o roli współczesnej rodziny.

Provident w ramach działań CSR-owych współorganizował w 2015 r. sześć szkoleń na temat wychowania dzieci – w Grodzisku Mazowieckim, Wrocławiu, Brwinowie, Żyrardowie i Płocku. Warsztaty prowadzili doświadczeni psychologowie i trenerzy Pozytywnej Dyscypliny, którzy tłumaczyli, jak być dobrym i skutecznym rodzicem. Uzupełnieniem sesji były zajęcia o tym, jak reagować na kłótnie między rodzeństwem, jak wspierać współpracę między rodzeństwem, co zrobić z buntem dwulatka, a także zajęcia poświęcone wprowadzaniu obowiązków domowych do planu dnia dziecka i sposobom na motywowanie do ich wykonania. W spotkaniach wzięło udział 190 rodziców.

– Przygotowaliśmy raport na temat kompetencji rodzicielskich, w którym radzimy rodzicom, w jaki sposób budować dobre i kreatywne relacje we własnej rodzinie. Uzupełnieniem tego działania był cykl warsztatów, które organizowaliśmy wraz z psychologami z Pozytywnej Zmiany. Warsztaty abyły zorganizowane w kilku polskich miastach – mówi Domaszewicz.

Zalecenia WHO dotyczące karmienia naturalnego w Polsce nie są realizowane. W ciągu pierwszych 6 miesięcy życia dziecka tylko 40 proc. matek karmi piersią

CEO Magazyn Polska

Mleko matki jest najlepszym i najbezpieczniejszym pokarmem dla niemowlęcia, a składniki w nim zawarte wzmacniają kształtujący się układ odpornościowy, wspierają rozwój mózgu, układu nerwowego oraz dojrzewanie układu pokarmowego. Karmienie piersią programuje metabolizm i kształtuje prawidłowe nawyki żywieniowe. Jednak według badań, podstawowe zalecenia WHO dotyczące karmienia naturalnego w Polsce nie są realizowane.

– Karmienie piersią zawsze miało, ma i będzie miało najważniejsze znaczenie w karmieniu niemowlęcia i dziecka w pierwszym roku życia. Jest to szczególnie istotne w ciągu 1000 pierwszych dni życia dziecka. Żywienie w tym okresie ma istotny wpływ na to, jacy będziemy w przyszłości, na jakie choroby będziemy zapadać, czy będziemy mieli zwiększone ryzyko chociażby otyłości, nadciśnienia, udarów czy zawałów serca – zwraca uwagę w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Lifestyle Andrea Horvath, pediatra gastrolog, adiunkt Kliniki Pediatrii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Niedostateczne wsparcie i edukacja kobiet w tym zakresie to główny powód rezygnacji matek z karmienia piersią, dzieje się tak już nawet w pierwszym miesiącu życia dziecka. Statystyki mówią, że ponad 80 proc. matek w momencie wyjścia ze szpitala podejmuje się karmienia naturalnego.

– Centrum Nauki o Laktacji udostępniło w 2015 roku raport, z którego wynika, że w tych pierwszych 6 miesiącach, kiedy karmienie powinno być wyłącznie oparte na karmieniu naturalnym, zaledwie 40 proc. w ogóle w jakikolwiek sposób karmi piersią, a najnowsze badania wykazują, że wyłącznie piersią karmi niespełna 5-6 proc. matek dzieci w pierwszym półroczu życia – mówi Andrea Horvath, pediatra gastrolog, adiunkt Kliniki Pediatrii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Wyraźnie widać, że pomimo akcji propagujących karmienie naturalne te dane w naszym kraju nie są satysfakcjonujące. Powodem rezygnacji z karmienia piersią dla 35 proc. matek dzieci do 4. miesiąca życia i 48 proc. matek dzieci półrocznych, jest poczucie, że dziecko się nie najada lub przekonanie o braku pokarmu. Trudnością jest także sama umiejętność przystawienia dziecka do piersi.

– W większości przypadków oczywiście jest tak, że to jest proces samoistny, matka z dzieckiem uczą się go w ciągu pierwszych tygodni, ale zdarzają się problemy: zbyt duży wypływ pokarmu, zbyt mały wypływ pokarmu, bolące brodawki, wzdęcia, zaburzenia czynnościowe u dziecka, to od razu budzi niepokój. Problem polega na tym, że większość przyczyn, z powodu których matki sięgają po chociażby dokarmianie czy mleko modyfikowane, wynika z mitów pokutujących w społeczeństwie, że pokarm matki jest niewystarczający albo niedobry dla jej dziecka, i z tym staramy się walczyć –  podkreśla dr Andrea Horvath.

Wsparcia dla młodych matek brakuje w pierwszych tygodniach życia dziecka, kiedy jest ono niespokojne, ma wzdęcia lub kiedy z powodu złego przystawiania do piersi kobiety same odczuwają dyskomfort, bolesne brodawki, zastój pokarmu. Niezwykle cenna jest wówczas pomoc doradców laktacyjnych.

– Nie jest to niestety porada refundowana z Narodowego Funduszu Zdrowia i zawsze to podkreślam, że w kraju, w którym naprawdę już refundujemy najbardziej wymyślne transplantacje i zabiegi na światowym poziomie, tak podstawowa opieka nad matką karmiącą, jak porada laktacyjna w tym pierwszym okresie, powinna wejść do koszyka świadczeń automatycznie, nie powinniśmy o to zabiegać. A mimo że od lat  trwają prace w tym kierunku, nie udało się jeszcze tego uzyskać i matki muszą na własną rękę szukać dobrej porady laktacyjnej – mówi Andrea Horvath, pediatra gastrolog, adiunkt Kliniki Pediatrii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Specjaliści przytaczają szereg korzystnych oddziaływań karmienia naturalnego, przede wszystkim sprzyja budowaniu dobrych nawyków żywieniowych i zmniejszeniu tzw. ryzyka chorób cywilizacyjnych takich jak: nadciśnienie, zespół metaboliczny, otyłość i wszystkie powikłania, cukrzyca, choroby sercowo-naczyniowe. W maju br. opublikowany został bezpłatny Poradnik karmienia piersią według zaleceń Polskiego Towarzystwa Gastroenterologii, Hepatologii i Żywienia Dzieci (PTGHiŻD) dostępny na stronie internetowej edukacyjnego programu „1000 pierwszych dni dla zdrowia”. Poradnik powstał, by wspierać promocję karmienia naturalnego.

Honorarium członka zarządu wspólnoty mieszkaniowej

Zgodnie z artykułem 28 ustawy o własności lokali członek zarządu wspólnoty może żądać wynagrodzenia za wykonywaną pracę. Wysokość świadczenia nie jest jednak szczegółowo regulowana. Ustawa wspomina jedynie, że ma ona odpowiadać uzasadnionemu nakładowi pracy.

Czy członek zarządu ma jednak prawo domagać się zaległej zapłaty, gdy wcześniej deklarował, że pełni swoją funkcję wyłącznie społecznie?

W większych wspólnotach właściciele lokali zobowiązani są do wyboru zarządu wspólnoty mieszkaniowej. Regulacja narzucona za sprawą art. 20 ustawy z dnia 24 czerwca 1994 r. stanowi, że wspomniany wyżej zarząd ma za zadanie między innymi kierować sprawami wspólnoty, ale i reprezentować jej interesy na przykład w sytuacjach zawierania umów z innymi podmiotami. Osoba, która zobowiąże się do pełnienia funkcji członka zarządu, ma prawo domagać się zapłaty od wspólnoty mieszkaniowej z tytułu wykonywanych na jej rzecz obowiązków. Zapis z dnia 24 czerwca 1994 r. nie reguluje jednak dokładnej wysokości świadczenia. Wynagrodzenie odpowiadać powinno zgodnie z ustawą nakładowi pracy członka zarządu.

W ustawie nie znajdziemy nie tylko restrykcyjnych zasad dotyczących wysokości wynagrodzenia, ale i nie określa ona formy żądania, które powinno poprzedzać ustalenia związane z jego przyznaniem. Panuje w tej kwestii całkowita dowolność. Za odpowiednią formę żądania można więc uznać zarówno pisemny wniosek, ale i podniesienie kwestii w sposób ustny w trakcie zebrania wspólnoty mieszkaniowej.

Mariusz Łubiński, prezes firmy Admus
Mariusz Łubiński, prezes firmy Admus

Ustawa nie podaje także terminu, w którym należy złożyć żądanie wynagrodzenia. Jak podkreśla Mariusz Łubiński, prezes firmy Admus, nawet osoba, która zakończyła pełnić obowiązki w zarządzie wspólnoty mieszkaniowej, może domagać się od niej przyznania zaległego wynagrodzenia. W sytuacji, gdy wynagrodzenie jest należne i sprawa zostanie skierowana na ścieżkę sądową – sąd z pewnością zasądzi wypłatę zaległego świadczenia. Zdarzają się przypadki, w których taka decyzja zapadała również w sytuacjach, gdy członek oświadczał podczas kolejnych zebrań wspólnoty, że jego praca w zarządzie ma charakter wolontariatu i nie będzie on pobierał za nią opłat – dodaje Łubiński.

Pracodawca na rynku pracownika

Rynek pracy w Europie Zachodniej zmienia się i ponownie staje się miejscem, w którym to pracownik dyktuje warunki gry. Eksperci międzynarodowego serwisu rekrutacyjnego Monster przewidują, że trend ten będzie się rozwijał również w naszym kraju.

Według nich na zjawisko to wpływa z jednej strony sytuacja ekonomiczna, z drugiej trendy społeczne związane m.in. z wejściem na rynek pracy tzw. “pokolenia Millenialsów”.

Więcej miejsc pracy

Europa Zachodnia oferuje więcej miejsc pracy. Według danych Eurosat, na które powołuje się Monster, w 2015 roku w krajach takich jak Wielka Brytania, Niemcy, Francja czy Holandia, liczba wolnych miejsc pracy wzrosła. Największy przyrost wakatów odnotowała Holandia oraz Wielka Brytania – odpowiednio o 20% i 10% w porównaniu do roku 2014. We Niemczech wzrost wyniósł ok. 6%, we Francji 2%.

„Europa Zachodnia coraz mocniej odczuwa brak specjalistów, czyli wykwalifikowanych pracowników, zwłaszcza z branż takich jak IT, inżynieria czy szeroko rozumiana opieka medyczna. W tych przypadkach często to nie człowiek szuka pracy, ale praca szuka człowieka – niejednokrotnie w innym kraju albo wśród kandydatów „pasywnych”, których namawia się na zmianę miejsca zatrudnienia. To spore wyzwanie dla rekruterów, którzy muszą wykazać się większym zaangażowaniem i kreatywnością.” – mówi Bartosz Struzik, dyrektor zarządzający międzynarodowego serwisu rekrutacyjnego MonsterPolska.pl.

Większe oczekiwania pracowników

Równolegle na rynku pracy stopniowo następuje ważna zmiana pokoleniowa. Nadchodzi czas Millenialsów (zwanych inaczej pokoleniem Y), czyli osób urodzonych w latach 1980-2000. Według szacunków PwC w 2020 roku będą oni stanowić połowę globalnej siły roboczej. Deloitte z kolei prognozuje, że do roku 2025 obejmą aż 75% dostępnych na świecie miejsc pracy. Dlaczego to takie istotne dla rynku i rekruterów?

Pracownicy z pokolenia Y mają zupełnie inne podejście i oczekiwania w stosunku do pracodawców niż ich poprzednicy. To więksi indywidualiści, gotowi do częstych zmian miejsca pracy, realizujący się również na płaszczyznach pozazawodowych, dlatego bardzo dbają o zachowanie równowagi między pracą a życiem prywatnym. Mają wysokie poczucie własnej wartości, przez co w stosunku do pracodawców są bardziej krytyczni i roszczeniowi.
Jest to jednocześnie pierwsze pokolenie wychowane w świecie mass-mediów, Internetu. A to ma kluczowy wpływ na sposób, w jaki się komunikują, również na rynku pracy.

„Internet nauczył ich bardziej otwartego i bezpośredniego wygłaszania poglądów – niezależnie od wieku, pozycji czy stanowiska. Stopniowo zanika dotychczasowe ”starsi wiedzą więcej, a młodsi powinni pokornie słuchać i uczyć się”. Pokolenie Y od początku chce być pełnoprawnym uczestnikiem dyskusji, mieć prawo głosu i realny wpływ na to, co się dzieje w firmie. Firma, która na to pozwoli, ma większe szanse na uzyskanie ich lojalności. Więcej, staną się zaangażowanymi ambasadorami pracodawcy, będą się chwalić w jakim fajnym miejscu pracują – znajomym, w mediach społecznościowych. Dla pracodawcy nie ma lepszej formy promocji”. – podkreśla Bartosz Struzik z MonsterPolska.pl

Nowe metody rekrutacji

Jak w tej sytuacji powinni zachowywać się HR-owcy i osoby chcące zatrudniać Millenialsów w swoich firmach? Jakimi metodami zwerbować i utrzymać ich w pracy? Ekspert MonsterPolska.pl wskazuje kilka kierunków:

„Po pierwsze być tam, gdzie są kandydaci – na urządzeniach mobilnych oraz przede wszystkim w social mediach. Mam tu na myśli nie tylko LinkedIn, ale również Facebooka, Twittera, a nawet Instagram, który może być genialnym narzędziem Employer Brandingu. Po drugie działać trochę jak marketingowcy – dostarczać im wartościowych informacji w sposób dla nich najlepiej przyswajalny: poradniki video, aplikacje, narzędzia, które skłonią kandydata do zostawienia swoich danych, tak żeby móc być z nim w kontakcie. Ale przede wszystkim stworzyć w firmie warunki do tego, aby pracownicy chcieli się chwalić tym, że u nas pracują”.

Cyfryzacja biznesu stała się czynnikiem decydującym o utrzymaniu się na rynku

Cyfryzacja biznesu przestała być sposobem na zdobycie przewagi konkurencyjnej, a stała się czynnikiem decydującym o utrzymaniu się na rynku

Digitalizacja jest postrzegana na rynku jako rewolucja, która wpływa na wszystkie sektory gospodarki. Obecnie jednak tylko 41 proc. polskich firm ma opracowany strategiczny plan biznesowy i inwestycyjny transformacji cyfrowej. Jeszcze mniej, bo tylko 36 proc. posiada jasno określony plan operacyjny, a do wdrażania i monitorowania jego etapów gotowych jest zaledwie 29 proc. organizacji. Jak wynika z badania przeprowadzonego przed Deloitte Digital, decydując się na przeprowadzenie transformacji cyfrowej, polskie firmy zbyt często liczą na natychmiastowe korzyści finansowe, podczas gdy nie mniej ważną kwestią jest budowanie pogłębionych relacji z klientami, które mają szansę zapewnić firmie sukces i przychody w długiej perspektywie.

Raport: Polskie firmy obawiają się transformacji cyfrowej

Polskie firmy obawiają się transformacji cyfrowejTransformacja cyfrowa to kompleksowy proces przechodzenia organizacji na nowe sposoby pracy przy wykorzystaniu technologii cyfrowych. W centrum tego procesu znajduje się klient i jego potrzeby, które wymagają od organizacji zmiany dotychczasowego podejścia do odbiorców swoich produktów i usług. „Respondenci naszego badania słusznie zauważyli, że technologie cyfrowe wpływają na poprawę efektywności organizacji. Na ten aspekt w swoich odpowiedziach zwróciło uwagę 58 proc. ankietowanych. Z drugiej strony w dalszym ciągu wiele firm nie docenia znaczenia postępującej cyfryzacji w kontekście budowania i utrzymania relacji z klientami. Wagę tego czynnika podkreśliła tylko niespełna jedna czwarta badanych” – mówi Daniel Martyniuk, Dyrektor w Deloitte Digital.

Uczestnicy badania byli również pytani o to, jak postrzegają transformację cyfrową, czy widzą w niej szansę czy raczej zagrożenie dla swojej organizacji. Odpowiedzi rozłożyły się dość równomiernie, choć lekką przewagę zyskało wskazanie na to drugie. Było ono szczególnie widoczne wśród osób na stanowiskach decyzyjnych. „Rewolucja technologiczna nieodwracalnie zmieniła i wciąż zmienia dotychczasowe modele biznesowe, tradycyjne łańcuchy wartości oraz od lat funkcjonujące procesy i struktury organizacyjne. Aż 95 proc. przedstawicieli polskich firm zgadza się ze stwierdzeniem, że rewolucja cyfrowa wpłynie na wyniki ich organizacji. Częściej jednak postrzegają ten wpływ jako ryzyko niż jako możliwy do wykorzystania potencjał” – tłumaczy Stefan Nowak, Dyrektor w Deloitte Digital.

Badanie Deloitte Digital pokazało, że 51 proc. firm w Polsce posiada wizję transformacji cyfrowej, a około jedna czwarta ma już nawet opracowaną strategię jej przeprowadzenia (28 proc.). Świadomość potrzeby posiadania wizji i strategii jest dużo bardziej widoczna u członków zarządów i kadry zarządzającej (60 proc.) niż u pracowników niższego szczebla. „Polskie firmy rozumieją konieczność przeprowadzenia u siebie transformacji cyfrowej, ale tylko 41 proc. z nich ma już przygotowany plan biznesowy i inwestycyjny w tym zakresie. Jeszcze mniej, bo nieco ponad jedna trzecia, posiada określony plan operacyjny, a gotowych do wdrażania i monitorowania jego etapów jest zaledwie 29 proc. organizacji. To pokazuje, że biznes w Polsce myśli o transformacji raczej w kontekście przyszłości, aniżeli teraźniejszości” – mówi Daniel Martyniuk, Dyrektor w Deloitte Digital.

Warty podkreślenia jest fakt, że o transformacji cyfrowej w polskich firmach rozmawia się przede wszystkim na poziomie kadry zarządzającej. Aż 59 proc. respondentów uważa, że nie jest w tym temacie należycie poinformowanym lub, że komunikacja w tym zakresie trafia tylko do nielicznych osób w firmie. Jednocześnie dziewięciu na dziesięciu badanych wyraziło opinię, że właściwa polityka komunikacyjna jest kluczowa dla powodzenia procesu digitalizacji.

Jedna piąta decydentów uważa, że ich firmy nie są zaawansowane technologicznie nawet w minimalnym stopniu. Wśród pracowników niższego szczebla odsetek ten wynosi 12 proc. Jednocześnie stopień zaawansowania technologicznego jako maksymalny wskazało jedynie 3 proc. przedstawicieli kadry zarządzającej i co dziesiąty pracownik zajmujący niższe stanowisko. Ten sam odsetek ankietowanych określił swoje organizacje jako „cyfrowego trendsettera” na rynku, na którym działają. Jednocześnie do grupy „naśladowców” swoje firmy zakwalifikowało 36 proc. decydentów i jedna piąta pracowników niższego szczebla.

Cyfryzacja wiąże się między innymi z wdrażaniem nowych narzędzi, wspierających procesy sprzedaży, marketingu i komunikacji. Wyniki badania Deloitte Digital pokazują, że polskie firmy starają się korzystać z pełnego spektrum technologii cyfrowych, zarówno wewnątrz firmy, jak i w zewnętrznych kontaktach z interesariuszami. W przypadku tych drugich, duże znaczenie mają przede wszystkim media społecznościowe (69 proc. wskazań). Z kolei jeśli chodzi o technologie mobilne to jedna czwarta respondentów wykorzystuje je w procesach wewnętrznych, natomiast w pracy z klientem używa je jedynie jedna piąta ankietowanych.

Wdrożenie rozwiązań cyfrowych wiąże się nie tylko z korzyściami, ale również z kosztami. Wielkość tych ostatnich uzależniona jest oczywiście od rozmiaru firmy. W przypadku największych organizacji proces ten może kosztować nawet kilkanaście milionów złotych. Jak deklaruje większość respondentów, proces transformacji planowany jest na okres od jednego do trzech lat. A korzyści? Dla ankietowanych liczą się głównie te finansowe. „Na ten aspekt uwagę zwróciło blisko 40 proc. naszych respondentów. Jednocześnie jednak polskim firmom nieco umyka fakt, że działania związane z transformacją cyfrową powinny koncentrować się na długoterminowych korzyściach płynących np. z pogłębienia relacji z klientami. Wagę tego dostrzega tylko 8 proc. badanych. Patrzenie na to, co się chce osiągnąć głównie przez pryzmat szybkich korzyści finansowych jest myśleniem krótkowzrocznym i pokazuje pewną niedojrzałość naszego rynku w porównaniu z innymi gospodarkami” – tłumaczy Daniel Martyniuk.

Zdaniem ekspertów Deloitte Digital polskie firmy muszą zrozumieć, że transformacja cyfrowa przestała być sposobem na utrzymanie przewagi konkurencyjnej, a stała się czynnikiem decydującym czy dane przedsiębiorstwo utrzyma się na rynku czy nie. Cyfryzacja to nie tylko postęp technologiczny, ale katalizator zmian biznesowych, społecznych, w centrum których znajduje się zaspokojenie szybko zmieniających się potrzeb klienta.

Fed psuje nastroje na rynkach

Członkowie Fed podtrzymują retorykę zakładającą podwyżkę stóp procentowych już na najbliższym czerwcowym posiedzeniu. Prezes Banku Rezerw Federalnych z St. Louis James Bullard ponadto uważa, że brytyjskie referendum ws. pozostania w Unii Europejskiej Zjednoczonego Królestwa nie ma wpływu na ewentualną decyzję FOMC.

Wczorajsze wypowiedzi przedstawicieli Banku Rezerw Federalnych z St. Louis oraz z San Francisco potwierdzają gotowość FOMC do podwyżek stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych już na czerwcowym posiedzeniu. Mimo, że teoretycznie referendum ws. pozostania Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej nie ma wpływu na decyzję Fedu, tak twierdzą przedstawiciele banku, wydaje się jednak, że decyzja może zostać odłożona do lipca br. Również rynki terminowe oceniają lipcową podwyżkę na bardziej prawdopodobną (30% w czerwcu do 46% w lipcu).

 

Niezależnie czy podwyżki będą w czerwcu, czy może jednak w lipcu, inwestorzy na rynkach z pewnością są bardziej ostrożni, co przekłada się na spadki na rynkach akcji, surowców, oraz walut rynków wschodzących i powrót sentymentu do dolara amerykańskiego. Dzisiaj wprawdzie obserwujemy odbicie we Frankfurcie i innych parkietach europejskich, ale głównie za sprawą dobrych danych z niemieckiej gospodarki. Dane o PKB w Niemczech okazały się zgodne z prognozami i był to najlepszy odczyt od dwóch lat.

 

Sytuację dosyć poważną obserwujemy na parach z polskim złotym. Kurs EUR/PLN przebił wczoraj poziom oporu w okolicach 4,44 i wszystko wskazuje na to, że zmierza w stronę szczytów z lutego br. w pobliżu 4,47. Przez tydzień złoty stracił do euro 10 gr. Ponad 14 gr. nasza rodzima waluta straciła do dolara amerykańskiego i obecnie walczy o trwałe przełamanie obszaru oporu w okolicach 3,97. Kolejny przystanek to okrągły poziom 4,00. Obecnie wydaje się to najbardziej prawdopodobny scenariusz, co oczywiście wynika z siły amerykańskiej waluty na szerokim rynku walutowym. Polski złoty wykazuje również słabość w stosunku do franka szwajcarskiego, który prawdopodobnie pozostanie wyceniany powyżej 4 PLN w stosunku do złotego.

 

Sytuacja z rodzimą walutą spowodowana jest przede wszystkim powrotem spekulacji nt. podwyżek stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych już na czerwcowym posiedzeniu, ale również czynnikami wewnętrznymi. Komisja Europejska nie wydała jeszcze opinii ws. konfliktu wokół Trybunału Konstytucyjnego. Dzisiaj po południu ma się odbyć spotkanie premier Beaty Szydło oraz wiceprzewodniczącego KE. Trwający pat pomiędzy polskimi władzami a organami europejskimi z pewnością nie pomaga polskiemu złotemu.

Komentarz przygotował:

Bartosz Zawadzki

Szef Działu Analiz

Admiral Markets AS Oddział w Polsce

Przedsiębiorcy coraz częściej stawiają na chmurowe usługi dodatkowe

Aż 68% przedsiębiorców korzystających na co dzień z rozwiązań chmurowych twierdzi, że są one niezbędne w codziennej pracy. Kolejne 29% wskazuje, że są przydatne – wynika z badania przeprowadzonego przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie Onex Group. Do popularnych rozwiązań chmurowych wykorzystywanych w biznesie należy platforma Azure, która oferuje takie usługi dodatkowe jak backup danych, hosting aplikacji sieci web, maszyny wirtualne czy bazy danych SQL. Eksperci Onex Group, który od niedawna oferują te rozwiązania, wskazują, że zainteresowanie firm takimi dodatkowymi usługami, rośnie.  

–  Z roku na rok sprzedajemy coraz więcej licencji na rozwiązania chmurowe, co najlepiej pokazuje, że to narzędzie już na stałe wpisało się w biznesowy krajobraz. Przedsiębiorcy znają zalety chmury i wiedzą, jak z niej korzystać. Ta świadomość przekłada się również na większe zainteresowanie usługami dodatkowymi, które pozwalają jeszcze lepiej funkcjonować firmie – mówi Jakub Hryciuk, dyrektor zarządzający w Onex Group. – Żeby maksymalnie wykorzystać możliwości chmury, przedsiębiorcy stawiają m.in. na backup danych, który od niedawna oferujemy klientom, i już widzimy, że będzie się to popularne rozwiązanie – mówi Jakub Hryciuk.

Kopia zapasowa w chmurze to większe bezpieczeństwo i wygoda

Backup danych, czyli wykonywanie kopii zapasowych, to istotna funkcjonalność dla wszystkich przedsiębiorstw. Dzięki temu rozwiązaniu nie ma obawy, że firma utraci swoje zasoby. Jednak przechowywanie informacji na lokalnych przenośnikach przechodzi powoli do lamusa. Firmy coraz chętniej wykonują backup w chmurze. To rozwiązanie ma kilka przewag. Po pierwsze, jest to tańsza i bardziej efektywna, pod względem czasu odzyskiwania danych, opcja. Po drugie, dane w celu lepszego wykorzystania dostępnego miejsca, są kompresowane. Wreszcie po trzecie, backup w chmurze zapewnia największe bezpieczeństwo. Zarówno podczas przesyłania, jak i przechowywania danych, dane są zaszyfrowane. – Większe bezpieczeństwo to szczególnie istotna korzyść biorąc pod uwagę, że nie wszyscy przedsiębiorcy mają pełne zaufanie do rozwiązań chmurowych. Natomiast warto pamiętać, że dzięki wykorzystaniu przez Microsoft najwyższej klasy zabezpieczeń, dane w chmurze są niejednokrotnie lepiej chronione, niż przy wykorzystaniu zabezpieczeń na serwerach firmowych – mówi Tomasz Smirnow, Business Development Manager w Onex Group.

Strona internetowa na wyciągnięcie ręki

Internet stał się nie tylko skutecznym kanałem budowania wizerunku marki, ale pozwala również na osiągnięcie celów biznesowych firmy. Dlatego, jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego w 2015 roku 65,4% polskich firm było obecnych w sieci i posiadało własną stronę www. Jak przedsiębiorcy tworzą własne witryny? Coraz częściej sięgają po usługę hostingu. Umożliwia ona tworzenie i wdrażanie zaawansowanych aplikacji web oraz witryn internetowych. Strona www, blog czy sklep internetowy powstają bez konieczności kupowania własnego serwera, co minimalizuje czas konfiguracji i administracji. Jak wskazują eksperci One Group, kiedy strona jest już postawiona i wisi w Internecie, warto skorzystać dodatkowo z baz danych SQL. Umożliwiają one, w łatwy i tani sposób, tworzyć i przechowywać informacje na potrzeby powstałych stron www, blogów czy sklepów internetowych.

Wirtualna obsługa sprzętu

Ostatnia chmurowa usługa, z której mogą już korzystać klienci Onex Group, to maszyna wirtualna. To tak naprawdę niekończący się zakres możliwości. Klienci o bardziej nietypowych potrzebach mogą za pomocą usługi uruchomić maszynę wirtualną o dowolnej konfiguracji i zarządzać samodzielnie przygotowanymi aplikacjami. Przewagą takich rozwiązań jest ich skalowalność. Możemy dowolnie zwiększać oraz zmniejszać moc obliczeniową i dopasować czas korzystania do naszych indywidualnych potrzeb.

Chmura się rozwija. Już teraz kiedy przedsiębiorcy znają jej podstawowe funkcje, chcą bardziej profesjonalnie podejść do wykorzystania jej atutów. Usługi dodatkowe to umożliwiają, dlatego zakładamy, że dynamika wzrostu zainteresowania rozwiązaniami takimi jak bazy danych SQL, backup danych czy maszyny wirtualne będzie rosło w tempie co najmniej 100% rocznie – podsumowuje Jakub Hryciuk.

Metodologia badania:

Dane prezentowane w materiale zostały przygotowane i opracowane na zlecenie Onex Group przez ARC Rynek i Opinia. Badanie zrealizowano na próbie 200 małych i średnich przedsiębiorców dobranej z ogólnopolskiej reprezentatywnej próby. Badanie zostało przeprowadzone za pomocą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych CATI na przełomie grudnia 2015 roku i stycznia 2016 roku.

Macrologic: wzrasta zatrudnienie w branży motoryzacyjnej

Branża motoryzacyjna to jedna z najszybciej rozwijających się gałęzi polskiej gospodarki. Przy rosnącej produkcji systematycznie zwiększa się liczba nowych pracowników. Przed działami HR w firmach tego sektora stoi poważne wyzwanie: oczekuje się od nich dużej liczby szkoleń o bardzo wysokiej jakości przy jednoczesnym kontrolowaniu terminów tych szkoleń, które trzeba ponawiać cyklicznie. „W firmach, gdzie pracuje średnio 2 tys. osób to bardzo odpowiedzialne i trudne zadanie, do którego trzeba odpowiednio się przygotować” – przyznaje Monika Grabowska, ekspert firmy Macrologic, polskiego dostawcy systemów ERP.

„Doskonalenie kompetencji zawodowych pracowników zatrudnionych w przedsiębiorstwie z branży motoryzacyjnej jest bardzo istotne. Należy bowiem mieć na uwadze to, że pracują oni głównie na stanowiskach technicznych, a więc brak wymaganego szkolenia czy odpowiedniego certyfikatu może skutkować np. odsunięciem pracownika od wykonywanych obowiązków i zaburzeniem pracy całego przedsiębiorstwa. Stąd ten obszar jest przedmiotem szczególnej uwagi” – wyjaśnia Monika Grabowska.

Jak z tym odpowiedzialnym zadaniem powinien poradzić sobie dział HR, gdy ma do przeszkolenia kilka tysięcy osób pracujących np. przy taśmie produkcyjnej? Zdaniem Moniki Grabowskiej w tak dużym przedsiębiorstwie podstawą efektywnego zarządzania jest wybór takich szkoleń, które są zgodne z kierunkami rozwoju firmy, a następnie opracowanie optymalnego dla danej organizacji planu szkoleń. „Oczywiście nie jest to proste zadanie, ale zdecydowanie niezbędne, jeżeli nasza firma chce walczyć o konkurencyjność na rynku” – twierdzi ekspert firmy Macrologic.

Szczególną uwagę należy przywiązywać do tych szkoleń czy kursów, które wymagają okresowego odnowienia. Są to m.in. szkolenia pracowników administracyjnych z działów jakości i rozwoju, np. typu MSA, FMEA, ANPQP (dla osób prowadzących projekty Renault i Nissana), a także te — obejmujące już wszystkich zatrudnionych — dotyczące zasad udzielania pierwszej pomocy oraz z zakresu BHP. Kontroli terminów wymagają również szkolenia dla pracowników produkcji i operatorów typu SEK, a także przeznaczone dla osób wykonujących prace na wysokościach.

Jak radzi Monika Grabowska, po przeprowadzonym szkoleniu istotne jest zbadanie jego skuteczności. „Najlepiej, jeśli oceny efektów dokona bezpośredni przełożony przeszkolonego pracownika. Jednak nie powinien tego robić od razu, ale po upływie określonego czasu. Pod uwagę również powinna być brana ocena efektów szkolenia wyrażona przez samego pracownika. Wbrew pozorom jest ona bardzo ważna, ponieważ stanowi cenną informację dla osób zarządzających firmą” – mówi ekspert firmy Macrologic.

Efektywność zorganizowanego szkolenia oceniana jest na podstawie ankiet, które uczestnicy szkoleń wypełniają po jego zakończeniu. Poddają oni wtedy ocenie m.in. następujące elementy: czy trener był przekonujący, czy wiedza została przekazana w sposób interesujący oraz czy materiały szkoleniowe były dobrze przygotowane. Ponadto badane są wskaźniki dotyczące godzin szkoleniowych na pracownika w okresie jednego roku.

Szkolenia, poza walorami kompetencyjnymi, mogą mieć również wpływ na poprawę komunikacji wewnątrz danej firmy. Stanowią też  źródło wielu cennych informacji dla przełożonego. „Zdarza się, że szkolenia często są wstępem do dyskusji o planowanych zmianach w organizacji, okazją do  poznania opinii pracowników i zgromadzenia nowych pomysłów. Co istotne, dla wielu zatrudnionych udział w szkoleniu jest źródłem motywacji, mającym ogromne znaczenie dla funkcjonowania całej firmy. Szkolenia powinny być zatem postrzegane jako inwestycja w kapitał ludzki” – podsumowuje Monika Grabowska, ekspert spółki Macrologic.

Na co najczęściej Polacy zaciągają kredyty?

Drobne przyjemności, niezaplanowane wydatki, upragnione wakacje – to tylko przykładowe powody, dla których zaciągamy zobowiązania finansowe. A jakie są te najczęstsze? Firma Lindorff SA sprawdziła to w swoim najnowszym badaniu „Finansowe zwyczaje Polaków”[1]. Oto co odpowiedzieli ankietowani.

Brakuje do pierwszego?

Jak wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie firmy Lindorff SA, to nie zachcianki, czy przyjemności w pierwszej kolejności budzą w nas konieczność zaciągnięcia zobowiązania finansowego lub zadłużenia się na karcie kredytowej. Dla blisko 40% ankietowanych to bieżące potrzeby są najczęstszym powodem zaciągania kredytów.

Przyjemności nie są najważniejsze

Jak pokazują wyniki badania, respondenci biorą pożyczki, których celem jest poprawa ich komfortu życia. Co trzeci badany wskazał, że kredyt służy mu do sfinansowania zakupu produktów AGD oraz sprzętu elektronicznego. 27% respondentów przeznacza pożyczone pieniądze na remont mieszkania czy domu. Z kolei co czwarty ankietowany – na samochód, a co piąta osoba – na wyposażenie domu.

Stosunkowo niewiele osób przeznacza pożyczki i kredyty na przyjemności – 11% badanych zaciąga zobowiązanie na wakacje, a 9% na zakup odzieży czy kosmetyków.

Kobiety vs. mężczyźni – na podium produkty AGD i sprzęt elektroniczny

Jeśli weźmiemy pod uwagę wyniki badania w podziale na płeć, okazuje się, że dla pań najczęstszym powodem zaciągania zobowiązań jest zakup sprzętu AGD, który ułatwia im wykonywanie codziennych obowiązków. Taką odpowiedź wskazało aż 37% ankietowanych kobiet. Na kolejnych miejscach znalazły się bieżące potrzeby (35%) oraz remont domu lub mieszkania (33%). W zaciąganiu zobowiązań kobiety kierują się więc wyraźnie celami, które mają ułatwiać funkcjonowanie całego gospodarstwa domowego i mają służyć wszystkim domownikom. Jeśli zestawimy te cele z potrzebami mężczyzn, ci ostatni rysują się jako zdecydowanie mniejsi pragmatycy i społecznicy. Remont własnego lokum może być celem kredytowania dla zaledwie co piątego mężczyzny i aż co trzeciej kobiety. Dla mężczyzn powodem do zaciągnięcia pożyczki jest najczęściej sprzęt elektroniczny (41%) niemal na równi z bieżącymi potrzebami (38%). Jednocześnie sprzęt RTV i elektronika są powodem dla zakupów na kredyt zaledwie dla 23% kobiet, czyli dla liczby mniejszej niemal o połowę. Na podium w przypadku potrzeb panów znalazł się także samochód – taką odpowiedź wskazał co trzeci badany mężczyzna i zaledwie 16% badanych kobiet.Badanie LINDORFF - wykres

Dobra rada na podsumowanie

Niepokojącym wnioskiem z ankiety jest fakt, że najczęstszą przyczyną zaciągnięcia pożyczki lub kredytu są „bieżące zobowiązania”. Oznacza to, że aż 37% ankietowanych co najmniej raz w życiu miało sytuację, gdy „na życie” nie wystarczały im bieżące dochody i musieli wspomagać się pożyczką. Tymczasem przed zaciągnięciem jakiegokolwiek zobowiązania powinniśmy dokładnie przemyśleć tę decyzję, żeby uniknąć tarapatów finansowych. Jak radzą eksperci Lindorff SA, przede wszystkim należy sprawdzić, czy nasz budżet domowy na to pozwala. Jest to możliwe wówczas, gdy po odliczeniu miesięcznych kosztów stałych zostaje nam wolna gotówka, z której 1/3 powinniśmy zarezerwować dodatkowo na poczet niespodziewanych wydatków. Suma, która nam pozostanie, to maksymalna wysokość raty, którą będziemy w stanie bez obawy spłacać.

WAŻNE! Jeśli nasz budżet zamyka się „na styk”, to przy wzięciu nawet niewielkiego kredytu może dojść do zachwiania płynności finansowej. Ponadto jeśli wypadnie nam jakiś niespodziewany wydatek – na który będziemy musieli wziąć kolejny kredyt – od spirali zadłużenia będzie dzielił nas już tylko jeden krok.

[1] Raport „Finansowe zwyczaje Polaków”, zrealizowany na zlecenie firmy Lindorff SA, kwiecień 2016 r. Ogólnopolskie badanie ilościowe realizowane techniką CAWI – przeprowadzone wśród  członków społeczności badawczej Zymetrii, N=458, osoby w wieku 25-50 lat.

Raport: Polacy kupują odzież głównie w markowych sklepach

Dziewięciu na dziesięciu dorosłych mieszkańców Polski dokonało w 2015 r. zakupu odzieży (91%), wynika z badania konsumenckiego przeprowadzonego przez PMR na potrzeby raportu „Handel detaliczny odzieżą i obuwiem w Polsce 2016”. Respondenci najczęściej kupują ubrania (60%) w markowych sklepach w galeriach handlowych.

Porównując wyniki z poprzednich lat, wzrósł odsetek osób traktujących sklepy markowe jako główne miejsce dokonywania zakupów odzieżowych (z 51% w 2015 do 57% w obecnej edycji badania).Markowe sklepy głównym miejscem zakupu odzieży Polaków

Zapytani o nazwy sklepów, w których najczęściej kupują odzież, najwięcej respondentów wymieniło markę H&M (21%) i Reserved (17%). Wyniki są zbliżone do tych, otrzymanych w poprzednich dwóch edycjach badania (H&M 20% 2015r., w porównaniu do 19% 2014r.; Reserved 20% w 2015r. wobec 23% w 2014r.). Co dziesiąty badany wymienił marki Zara (10%) i House (9%). Kolejne wymienione marki to: Cropp, C&A, Mohito, Nike i New Yorker. Pozostałe marki wymieniło spontanicznie mniej niż 5% badanych.  Jak widać, zdecydowana większość marek spontanicznie wymieniona przez respondentów, to marki tzw. fast fashion (Reserved, H&M, House, czy Zara). Zwrócić uwagę należy również na dużą liczbę marek polskich producentów, w tym cztery z sześciu marek należących do grupy LPP (Reserved, House, Cropp, Mohito). LPP z roku na rok umacnia swoją pozycję lidera rynku odzieżowego w Polsce. W 2015 r. udział firmy zbliżył się do 13%, co oznacza, że od 2009 roku uległ on podwojeniu.Markowe sklepy głównym miejscem zakupu odzieży Polaków 2016

Sieci specjalistyczne to największy kanał dystrybucji odzieży i obuwia w Polsce i – po Internecie – drugi najszybciej rosnący. Sklepy sieciowe powiększają swój udział w rynku przede wszystkim kosztem bazarów i targowisk, a także niezależnych, niemarkowych sklepów odzieżowych.

W marcu 2016r. łączna liczba sklepów sieci odzieżowych w Polsce była o blisko 5% większa niż rok wcześniej, rosnąc w zbliżonym tempie jak w okresie marzec 2014 – marzec 2015. Największy wzrost, tak pod względem dynamiki sklepów, jak i sprzedaży, zanotował po raz kolejny segment odzieżowych sieci dyskontowych. Na drugim miejscu uplasowały się sieci sportowe, które intensywnie rozwijają się w odpowiedzi na zmiany w stylu życia Polaków w ostatnich latach, które napędzają popyt na artykuły sportowe, zwłaszcza biegowe i rowerowe. W dalszej kolejności najwięcej sklepów przybyło w sieciach z ofertą casualową, gdzie panuje największa konkurencja, i młodzieżową. W tych segmentach działa najwięcej dużych firm, które kontynuowały ekspansję w 2015 r. (m.in. Redan, LPP, H&M, Inditex). Są to również segmenty, które mają największą liczbę placówek, stanowiąc odpowiednio 23% i 15% specjalistycznych sklepów sieciowych w Polsce w marcu 2016 r.

Z kolei liczba sieciowych salonów z obuwiem skurczyła się trzeci rok z rzędu. Dzieje się tak jednak głównie za sprawą likwidacji sieci Boti i Lasocki przez CCC, lidera rynku obuwniczego oraz za sprawą opuszczenia rynku przez sieć Centro. Z przeprowadzonego przez PMR badania konsumenckiego wynika, że w przypadku obuwia najpopularniejszy jest sklep CCC – Lasocki (37%), a na drugim miejscu Deichmann (17%).

*Firma PMR przeprowadziła badanie na reprezentatywnej próbie 606 dorosłych mieszkańców Polski. Badanie zrealizowano techniką wywiadów telefonicznych CATI. Do rozmowy zostały zaproszone osoby, które zadeklarowały, iż w 2015 r. osobiście dokonały co najmniej jednokrotnie zakupu odzieży lub obuwia.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. Handel detaliczny odzieżą i obuwiem w Polsce 2016.

Autor raportu:
Magdalena Szot

W I kwartale 2016 roku, polscy leasingodawcy sfinansowali inwestycje o łącznej wartości 13 mld zł

80 proc. małych firm, które korzysta lub korzystało z leasingu jest zadowolonych z tej formy finansowania. W opinii przedsiębiorców leasing jest elastyczniejszą formą finansowania niż kredyt. Szeroko dostępne źródła finansowania w połączeniu z korzystnymi rozwiązaniami prawno-podatkowymi dla firm, przyczynią się do rozwoju sektora małych i średnich firm – uważają eksperci branży leasingowej.   

Leasingobiorcy cenią elastyczność

W Polsce działa 1,84 mln przedsiębiorstw niefinansowych (dane GUS za 2014 r.) określanych jako przedsiębiorstwa aktywne. Małe i średnie przedsiębiorstwa stanowią 99,8% tych podmiotów oraz odpowiadają za 69,2 % miejsc pracy. Jednocześnie przedsiębiorcy z sektora MMŚP, w mniejszym stopniu, niż duże firmy, mogą liczyć na wewnętrzne źródła kapitału: rezerwy i zyski z poprzednich lat. Alternatywę stanowią zewnętrzne źródła finansowania takie jak leasing.

Najnowsze wyniki badania CBM INDICATOR dowodzą, że 40 proc. firm, które są zaliczane do grupy tzw. małych podatników[1], korzystało w przeszłości lub aktualnie korzysta
z leasingu. Co istotne 80 proc. z nich jest zadowolonych z tej formy finansowania[2].

Mieczysław Woźniak, wiceprzewodniczący Komitetu Wykonawczego Związku Polskiego Leasingu
Mieczysław Woźniak, wiceprzewodniczący Komitetu Wykonawczego Związku Polskiego Leasingu

W opinii właścicieli małych firm, leasing jest elastyczniejszą formą finansowania niż kredyt. Dodatkowo przedsiębiorcy aktualnie korzystający z leasingu są znacznie bardziej utwierdzeni w tym poglądzie niż ci, którzy nigdy nie korzystali z tego źródła finansowania inwestycji” – zauważa Mieczysław Woźniak, wiceprzewodniczący Komitetu Wykonawczego Związku Polskiego Leasingu. „Badanie zrealizowane przez Oxford Economics na zlecenie Leaseurope na ogólnoeuropejskiej próbie pokazało, że firmy korzystające z leasingu statystycznie częściej są firmami rosnącymi, przy czym nakłady inwestycyjne firm rosnących i jednocześnie korzystających z leasingu były trzy razy większe niż w przypadku firm rosnących, lecz nie korzystających z leasingu[3] – wskazuje Mieczysław Woźniak. 

Mali mogą więcej

Firmy, które wzięły udział w cytowanym badaniu CBM INDICATOR są zaliczane do grupy tzw. małych podatników czyli firm, które w 2015 roku osiągnęły obroty do 5 mln zł.  Aktualnie posłowie Parlamentarnego Zespołu na rzecz Przedsiębiorczości i Patriotyzmu Ekonomicznego, pracują nad kolejnymi rozwiązaniami, takimi jak proponowana likwidacja zryczałtowanej składki ZUS dla najmniejszych przedsiębiorców, które mogą ułatwić funkcjonowanie i przyczynić się do rozwoju  najmniejszych firm.

Andrzej Sugajski, dyrektor generalny Związku Polskiego Leasingu
Andrzej Sugajski, dyrektor generalny Związku Polskiego Leasingu
Fot: Lukasz Kaminski

„Ułatwienia te w połączeniu z elastycznym i szeroko dostępnym instrumentem zewnętrznego finansowania, jakim jest leasing niewątpliwie pozytywnie wpłyną na realizację ambitnych planów inwestycyjnych, jakie stoją przed nami w nadchodzących latach” – uważa Andrzej Sugajski, dyrektor generalny Związku Polskiego Leasingu.

Liczby

  • Szacunki Związku Polskiego Leasingu pokazują, że w Polsce z usług firm leasingowych korzysta już 500 tys. firm, przy czym kluczowym dla leasingodawców klientem są firmy z sektora MMŚP.
  • W pierwszym kwartale 2016 roku, polscy leasingodawcy sfinansowali inwestycje o łącznej wartości 13 mld zł, co oznacza 23 proc. wzrost wartości nowych kontraktów w porównaniu do pierwszego kwartału 2015r. W całym 2015r., polskie firmy leasingowe sfinansowały inwestycje o wartości blisko 50 mld zł.
  • Na koniec 2015r. łączna wartość aktywnego portfela branży leasingowej w kwocie 87,8 mld zł, była porównywalna z wartością salda kredytów inwestycyjnych udzielonych firmom przez banki (101,4 mld zł, wg. stanu na dzień 31.12.2015r.).

[1] Małe firmy, które w 2015r. osiągnęły obroty do 5 mln PLN.

[2] Raport CBM INDICATOR. Małe firmy o usługach bankowych 2016. Ogólnopolska próba firm o rocznych obrotach nie przekraczających 5 mln PLN, n=998.

[3] Raport Oxford Economics. Wykorzystanie leasingu przez europejskie MSP. Przygotowany dla Leaseurope w 2015 r.,  n=3000.

Grecy podnieśli podatki

Maciej Przygórzewski - główny analityk Internetowykantor.pl i Walutomat
Maciej Przygórzewski – główny analityk Internetowykantor.pl i Walutomat

Ateny przyjęły kolejny pakiet mający poprawić saldo budżetu. Agencja Moody’s tnie rating Deutsche Banku. Słabsze indeksy PMI z Europy. W Japonii eksport spadł o 23,3% w skali roku.

W Grecji przyjęto pakiet oszczędności na 1,8 mld euro. Celem przyjęcia tych ustaw przez parlament jest uruchomienie kolejnych transzy pomocy od instytucji międzynarodowych. Wzrósł VAT na żywność i napoje. W górę pójdą też ceny wyrobów tytoniowych, prądu, alkoholu i paliwa. Podrożeją telefony i dostęp do internetu. Niemniej jednak ważnym elementem jest fundusz prywatyzacyjny, współzarządzany przez wierzycieli. Podobno ma to być ostatni pakiet podwyżek podatków. Biorąc jednak pod uwagę prawa ekonomii i miłość Greków do płacenia podatków możemy być właśnie świadkami początku ekspansji szarej strefy. Jak nie trudno się domyślić, Greków do działania zmotywowało widmo bankructwa.

Agencja ratingowa Moody’s obniżyła rating kredytowy Deutsche Banku. Jest to wciąż nota inwestycyjna, natomiast niebezpiecznie zbliża się do oceny spekulacyjnej. Pozostały jeszcze tylko dwa poziomy. Długoterminowy rating depozytowy dla tej instytucji jest już gorszy niż ocena Polski. Powodem spadku ocen są bardzo słabe wyniki finansowe. Zeszły rok domknął się stratą w wysokości 6,7 mld euro. To niemal dwukrotność zysku całego polskiego sektora bankowego. Nie może zatem się dziwić, że od początku roku akcje tego banku staniały już o 33%. Nie powinno się mówić o panice, ale gdyby doszło do realnych problemów DB, z pewnością odczułyby to wszystkie pary z euro. Biorąc pod uwagę awersję do ryzyka, zakończyłoby się to również gwałtowną przeceną złotówki.

Wczoraj poznaliśmy wstępne odczyty indeksów PMI. Łączna nota dla całej strefy euro okazała się niższa o 0,4 pkt od oczekiwań. Z ważnych gospodarek korzystnie zaskoczyły tylko Niemcy. Na spadek ogólnej oceny wpływ miała między innymi Francja. Dane te spowodowały spadki euro względem dolara. Inwestorzy ponownie zaczynają wierzyć w lokowanie kapitału po drugiej stronie Atlantyku.

Gorzej od oczekiwań wypadły dane z Japonii. W ciągu roku eksport spadł o 10,1% przy oczekiwaniach 10%. Z kolei import spadł aż o 23,3% przy oczekiwaniach 19%. Powodem tak gwałtownego spadku eksportu, oprócz spowolnienia gospodarczego, jest drożejący jen. Umacniająca się waluta spowodowała, że wiele importowanych dóbr okazało się po prostu zbyt drogich.

W 2016 r. na zakupy online Polacy wydadzą blisko 1 mld euro więcej niż przed rokiem

Polacy wydają w sieci coraz więcej pieniędzy. W 2015 roku 21 milionów polskich internautów zrobiło zakupy o łącznej wartości 5,12 miliarda euro (wzrost wyniósł 21%). W tym okresie większy wzrost w skali europejskiej osiągnął tylko niemiecki e-commerce (23%). Według prognoz, w tym roku Polacy zostawią w kasach sklepów online w sumie już ponad 6 miliardów euro (wzrost o 18%), a polski e-klient wyda przeciętnie 273 euro. To prawie 30 euro więcej niż przed rokiem. W 2016 roku średnio prawie sześć razy skorzysta z oferty sklepów internetowych, za każdym razem wydając przeciętnie 50 euro.

Tak wynika z międzynarodowego badania przeprowadzonego na zlecenie RetailMeNot (www.retailmenot.pl), największego na świecie centrum zakupów online, udostępniającego kupony rabatowe i zniżki do sklepów internetowych.

Boom w polskim e-commerce

Według prognoz, polski rynek e-commerce nadal będzie się rozwijał w imponującym tempie. Szacuje się, że w 2017 roku jego wartość przekroczy granicę 7 miliardów euro. W sumie obroty na naszym rynku między rokiem 2013 a 2017 wzrosną ponad dwukrotnie (łącznie o 104%).

Co prawda udział sprzedaży online w całym polskim handlu detalicznym ciągle jeszcze jest niewielki, w 2016 roku wynosi 4%, ale potencjał i dynamika wzrostu polskiego rynku e-commerce są ogromne – pokazuje to wyraźnie porównanie z innymi krajami. W sumie online kupuje aż 54,5% Polaków. To procent wyższy niż nawet w Niemczech. Znaczący jest również fakt, że w Polsce jest więcej e-klientów niż we Włoszech lub w Hiszpanii, mimo że ma mniej mieszkańców niż te kraje. Obecnie Polska zajmuje czwarte miejsce w Europie pod względem liczby kupujących w sieci.

Mike Lester, Vice President and General Manager, New Markets w RetailMeNot
Mike Lester, Vice President and General Manager, New Markets w RetailMeNot

„Polacy bardzo chętnie korzystają z możliwości, jakie dają zakupy w sieci. E-commerce oferuje liczne korzyści, jak niezależność od godzin otwarcia sklepów, łatwiejsze porównywanie cen, a także wiele dodatkowych możliwości oszczędzania. Wszystko to powoduje, że zakupy online robi już 21 milionów Polaków. Porównanie z innymi krajami, które uwzględniliśmy w badaniu, pokazuje również ogromny potencjał dalszego rozwoju polskiego rynku. Wzrost wydatków na zakupy w sieci, w przeliczeniu na jednego kupującego, wynosi tu blisko 12%. Pod tym względem Polska zajmuje pierwsze miejsce”, mówi Mike Lester, Vice President and General Manager, New Markets w RetailMeNot.

„Warto również zwrócić uwagę na to, że sprzedaż online będzie miała coraz większy udział w polskim handlu w ogóle. Najwięcej skorzystają na tym ci sprzedawcy, którzy zaoferują shopping experience na jak najwyższym poziomie, poprzez wiele różnych, zintegrowanych kanałów. Klientów przekona spójna wielokanałowa strategia sprzedaży. Obejmuje ona między innymi coraz prostsze metody płatności, ofertę spersonalizowaną i bezpośrednio związaną z lokalizacją, z wykorzystaniem kuponów, oraz dostosowaną do nowoczesnych zachowań zakupowych obsługę klienta, taką jak Same Day Delivery
i Click & Collect. Wszystko wskazuje na to, że w tym i w przyszłym roku polski e-commerce pobije kolejne rekordy. W 2017 roku jego wartość przekroczy 7 miliardów euro”
, podsumowuje Mike Lester.

O badaniu

Międzynarodowe badanie e-commerce zostało przeprowadzone w styczniu 2016 roku przez RetailMeNot we współpracy z Centre for Retail Research w 10 krajach (Niemcy, Francja, Wielka Brytania, Włochy, Kanada, Holandia, Polska, Szwecja, Hiszpania i USA). Zawiera obszerne dane statystyczne, analizę statystyk i prognoz dotyczących handlu, telefoniczne wywiady z wiodącymi sprzedawcami, jak również reprezentatywne badania użytkowników, w tym tysiąca respondentów z Polski. Zgodnie z metodologią OECD, „handel detaliczny“ w ramach tego raportu obejmuje sprzedaż dóbr klientom końcowym poprzez sklepy stacjonarne i Internet, z wyjątkiem gastronomii, pojazdów samochodowych, benzyny i materiałów napędowych, biletów (wejściówek), podróży, ubezpieczeń, a także produktów bankowych i finansowych.

Pełne wyniki badań oraz dalsze informacje: http://www.retailmenot.pl/badania/ecommerce-2016

Retoryka Fed wspiera dolara, jednak ryzyko pozostaje

Dolar amerykański powrócił ostatnio do rajdu, wspierany w szczególności przez ubiegłotygodniowe liczne wypowiedzi przedstawicieli Rezerwy Federalnej, według których rynek zbyt łagodnie szacuje perspektywy dodatkowych podwyżek stóp Fed (wszystkie te komentarze wydawały się elementem skoordynowanej strategii). Dwóch regionalnych prezesów Fed wspomniało wręcz o możliwości dwóch-trzech podwyżek do końca tego roku, podczas gdy rynek nie do końca wierzył w choćby jedną podwyżkę. Najostrzejszą retorykę zastosował wpływowy prezes nowojorskiego oddziału Fed, William Dudley, wyraźnie podkreślając, że Fed skłaniała się ku „letniej” podwyżce, o ile dane ekonomiczne w dalszym ciągu będą wskazywać na gospodarcze ożywienie.

Sceptycyzm rynku wobec dalszych podwyżek Fed wydawał się w pełni uzasadniony bardzo umiarkowanym zwrotem retoryki Rezerwy Federalnej na marcowym posiedzeniu FOMC. W owym czasie było oczywiste, że panujący na początku roku chaos na rynku całkowicie wystraszył Fed, w szczególności kwestia dewaluacji chińskiej waluty oraz gwałtowny spadek cen akcji i oznaki problemów z kredytami na rynku obligacji śmieciowych. Naturalnie, to właśnie złagodzenie retoryki Fed przyczyniło się do przywrócenia apetytu na ryzyko.

Pytanie, które powinny zadać sobie rynki, jest zatem dwojakie. Po pierwsze: czy amerykańska gospodarka jest już wystarczająco prężna, by uzasadnić kolejne podwyżki stóp Fed, w szczególności biorąc pod uwagę kalendarz wydarzeń politycznych? Jeżeli amerykańskie dane ekonomiczne utrzymają się na niezmienionym poziomie lub ulegną poprawie, wydaje się, że kolejna podwyżka z dużym prawdopodobieństwem nastąpi w czerwcu lub w lipcu. Po drugie: czy światowe rynki będą w stanie sprostać globalnym implikacjom mocnego dolara, czy też ryzykujemy powtórkę sytuacji z końca 2015 r. i początku 2016 r., kiedy to mocniejszy dolar negatywnie wpłynął na waluty i akcje rynków wschodzących, przyczynił się do zaostrzenia problemu dewaluacji w Chinach i niemal doprowadził do światowej bessy na rynkach akcji w momencie odnotowania minimów w lutym?

Kwestią, której nie należy pomijać w kontekście Fed jest ryzyko dla amerykańskiej gospodarki w postaci najbardziej niezwykłych wyborów prezydenckich w najnowszej historii. Jeżeli przyjrzymy się sytuacji po drugiej stronie oceanu i niepewności otaczającej brytyjskie referendum zaplanowane na 23 czerwca, wyraźnie widać, że niepewność ta mogła przyczynić się do istotnego osłabienia impetu ekonomicznego Zjednoczonego Królestwa w tym roku. Czy sytuacja polityczna w Stanach Zjednoczonych to podobne zagrożenie dla poczucia stabilizacji wśród przedsiębiorców? Według niektórych opublikowanych ostatnio sondaży powszechnie znienawidzony Donald Trump może mimo wszystko w listopadzie wyeliminować z gry nadal walczącą o fotel prezydencki i równie powszechnie znienawidzoną Hillary Clinton.

I czy Clinton zostanie w ogóle kandydatką demokratów? Nadal prowadzone jest przeciwko niej dochodzenie FBI w sprawie wykorzystywania osobistego serwera poczty elektronicznej do prowadzenia publicznej działalności w okresie, gdy sprawowała urząd sekretarza stanu. Ponadto szarżujący konkurent Clinton, Bernie Sanders, może wykorzystać swoją rosnącą popularność do podważenia jej nominacji na konwencji Partii Demokratycznej w lipcu, w szczególności w przypadku, gdyby zwyciężył w prawyborach w Kalifornii 7 czerwca. Zwycięstwo Trumpa kontra zwycięstwo Sandersa – oba te, tak rozbieżne, wyniki są w pełni prawdopodobne dla amerykańskich wyborców i przedsiębiorców.

Innymi słowy, Fed znajduje się w bardzo trudnej sytuacji, nie tylko w odniesieniu do amerykańskiego kalendarza wydarzeń politycznych, ale także w kontekście potencjalnych skutków swoich działań dla światowej gospodarki ze względu na fakt, iż Rezerwa Federalna to globalny bank centralny zarządzający ogólnoświatową walutą rezerwową. Obecnie świadomie zakłada klapki na oczy i deklaruje całkowitą zależność swoich decyzji od najnowszych danych ze Stanów Zjednoczonych. Rynki czeka bardzo interesująca i równie zmienna druga połowa roku; chwilowo szukamy rozwiązań powyższych problemów, a dolar amerykański najprawdopodobniej w dalszym ciągu będzie się umacniał.

John J. Hardy, dyrektor ds. strategii rynków walutowych, Saxo Bank

VN:F [1.9.22_1171]

Rating: 0.0/5 (0 votes cast)

Saxo Bank zawiera umowę partnerstwa z Lufax

Saxo Bank, ogłosił zawarcie nowej umowy partnerstwa typu white label z największą chińską spółką zarządzającą finansami online – Lufax.

W ramach partnerstwa, które ma wejść w życie w ciągu trzech miesięcy, Lufax będzie korzystać z technologii stojącej za wielokrotnie nagradzaną platformą SaxoTraderGO, dostarczając klientom usługi dostępne na wszystkich typach urządzeń i oferujące kompletną funkcjonalność w całym cyklu transakcyjnym, początkowo w odniesieniu do funduszy notowanych na giełdzie i akcji gotówkowych.

Zagraniczni klienci Lufax bezpośrednio skorzystają z oferowanych przez Saxo różnorodnych instrumentów finansowych dzięki dostępowi do globalnych rynków kapitałowych z poziomu jednego rachunku obejmującego zarówno dane dotyczące produktów lokalnych, jak i zagranicznych.

Adam Reynolds, prezes Saxo Banku w regionie Azji i Pacyfiku, oświadczył:Lufax to nasz strategiczny partner, który dzięki partnerstwu white label z Saxo Bankiem może zaoferować klientom najlepsze w swojej klasie rozwiązania inwestycyjne. Nasze drugie partnerstwo na chińskim rynku zawarte w ciągu ostatnich tygodni ma charakter wielopoziomowy, co podkreśla nie tylko nasze dążenie do wspierania inwestorów w tym regionie i pozycjonowania Saxo jako pośrednika na jednym z największych na świecie rynków finansowych, ale także siłę naszej platformy i technologii OpenAPI – naszym zdaniem oba te elementy stanowią przyszłość globalnego inwestowania.

Gregory Gibb, prezes Lufax, dodał:Cieszy nas możliwość zaoferowania społeczności traderów alternatywnego kanału tego kalibru. Saxo Bank jest liderem transakcji online i jego doświadczenie wspiera naszą ambicję, by Lufax został wiodącym w Chinach dostawcą usług online w zakresie zarządzania majątkiem.

Dzisiejszą informację poprzedziło podpisanie w ubiegłym miesiącu trójstronnej umowy pomiędzy Saxo Bankiem, Wallstreet CN i LeanWork, które nastąpiło po rozpoczęciu działalności Saxo w Szanghajskiej Strefie Wolnego Handlu we wrześniu 2015 r.

Saxo Bank jako jedna z pierwszych instytucji finansowych udostępnił swoją infrastrukturę transakcyjną za pośrednictwem technologii OpenAPI. Dzięki tej decyzji, obejmującej infrastrukturę Saxo związaną z obrotem różnorodnymi aktywami i usługi typu back office, partnerzy, klienci i deweloperzy aplikacji uzyskali dostęp do innowacyjnych, tworzonych od ponad 20 lat rozwiązań, umożliwiających personalizację własnej działalności inwestycyjnej i tworzenia nowych strumieni przychodów.

Partnerstwa white label to kluczowy element działalności Saxo Banku, w ramach którego instytucje finansowe mogą w niezawodny, zaawansowany technologicznie i efektywny kosztowo sposób zastąpić swoją przestarzałą technologię transakcyjną.

Shanghai Lujiazui International Financial Asset Exchange (Lufax) to internetowy rynek transakcji w zakresie aktywów finansowych. Spółka została założona w Szanghaju przy wsparciu lokalnej administracji i w ciągu niecałych czterech lat stała się największą w Chinach firmą z sektora finansów online. W kwietniu tego roku liczba użytkowników Lufax wynosiła ponad 21 mln, z czego jedna czwarta to aktywni inwestorzy.

Wycena procedur medycznych po nowemu

Niepokój wzbudza zapowiedź Ministerstwa Zdrowia zmian w finansowaniu świadczeń zdrowotnych. Wycena procedur medycznych od zawsze budziła wiele kontrowersji. Konfederacja Lewiatan i Polska Unia Szpitali Specjalistycznych apelują, aby realna wycena poszczególnych świadczeń odbyła się w sposób transparentny, była konsultowana i to w odpowiednio długim czasie. Zmiany nie powinny być skokowe (np. obniżki procedur medycznych o kilkadziesiąt procent).

Kontrowersje wokół wyceny procedur medycznych dotyczą nie tylko jej wysokości (czy może zbyt niskich stawek), ale także tego kto ma być za wycenę odpowiedzialny (argumentując, że nie powinien to być monopolistyczny płatnik jakim jest NFZ).

Na mocy przyjętych, jeszcze w ubiegłej kadencji, przepisów Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji rozpoczęła przegląd poszczególnych świadczeń w celu określenia ich realnej wyceny.

– Wycena procedur medycznych od zawsze budziła wiele kontrowersji – wskazuje dr Maciej Piróg, prezes PUSS. Trudność w realizacji tego zadania wynika przede wszystkim z wieloletnich zaniedbań w jednolitym, rzetelnym liczeniu kosztów i to przez wszystkich uczestników systemu ochrony zdrowia.

Ministerstwo Zdrowia zapowiada zmianę tego podejścia. Jednakże czy wyjdzie ona naprzeciw oczekiwaniom uczestników rynku medycznego, którzy chcieliby, aby wyceny procedur medycznych poszły „w górę”, natomiast regulator najczęściej zaczyna zmiany od obniżenia tzw. przeszacowanych procedur medycznych. Argumentacją skądinąd słuszną jest: „a skąd wziąć pieniądze?” na te niedoszacowane, przy zdecydowanie za niskich nakładach na ochronę zdrowia.

Jak w takiej sytuacji odnieść się do informacji o prawdopodobnym obniżeniu wyceny procedur w zakresie: kardiologii interwencyjnej, innych procedur kardiologicznych w zakresie np. elektrokardiologii, czy w okulistyce np. operacji zaćmy? Należałoby przyjąć założenie, że wyliczenia są rzetelne, a nie polegają na powielaniu wieloletnich mitów. Jeżeli tak jest i nie ma szans na dodatkowe zasilenie systemu ochrony zdrowia, to trzeba się natychmiast zastanowić, gdzie te w ten sposób „zaoszczędzone” środki przeznaczyć.

W ocenie Konfederacji Lewiatan najmniejszą dolegliwością dla pacjentów, systemu, ale także dla świadczeniodawców byłoby pozostawienie środków finansowych w gestii tych samych dyscyplin medycznych tzn. kardiologii w ramach opieki koordynowanej (rehabilitacja kardiologiczna), czy okulistyki na inne niedoszacowane procedury zabiegowe – dodaje Maciej Piróg.

Dobrawa Biadun, ekspertka Konfederacji Lewiatan
Dobrawa Biadun, ekspertka Konfederacji Lewiatan

Niestety na tym etapie nie ma możliwości wskazania, czy zmiany mają charakter kompleksowy. Wyceny dotyczące poszczególnych procedur uniemożliwiają jednoznaczne wskazanie czy środki „odjęte” z jednych świadczeń faktycznie trafiają do innych świadczeń z tej samej grupy (np. czy środki zaoszczędzone w ramach obniżenia wyceny świadczeń w kardiologii interwencyjnej zostaną przeniesione na dofinansowanie rehabilitacji kardiologicznej – wskazuje mec. Dobrawa Biadun, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

Konfederacja Lewiatan

Łukasz Bugaj, DM BOŚ: Pieniądze lubią spokój

Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ
Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ

Stare powiedzenie głosi: „duże pieniądze lubią spokój, wielkie ciszę”. Tymczasem o Polsce zaczęło być głośno i to niekoniecznie w pozytywnym kontekście. Tak w wielkim skrócie można podsumować kłopoty polskich aktywów, jako że nie chodzi tylko o akcje, ale również dług oraz walutę. Z początkiem tego tygodnia złoty w relacji do euro jest nawet słabszy niż w osławionym histerycznym tygodniu przed ogłoszeniem komunikatu przez agencję Moody’s. Cześć ze zmian wynikać może z niższej płynności z uwagi na skrócony świąteczny tydzień. Również na GPW aktywność inwestorów nie jest godna pozazdroszczenia, ale są to elementy wtórne pewnej całości, gdzie obraz jest taki, że poważny kapitał portfelowy stoi z boku i się nie angażuje. Bierność poważnego kapitału w przypadku rynku przy Książęcej nie jest kwestią tygodnia bądź dwóch, gdyż towarzyszy nam już od miesięcy. Po raz pierwszy zaczęło być głośno o Polsce w negatywnym tego słowa znaczeniu podczas forsowania zmian w funkcjonowaniu OFE i od tego czasu trudno o pozytywną zmianę jakościową. Idea powinna być taka, aby środki utracone poprzez mniejsze napływy ze strony funduszy emerytalnych zastąpić dobrowolnymi oszczędnościami obywateli, najlepiej w formie produktów z wbudowanymi przez państwo zachętami. Trudno jednak doczekać się zarówno odpowiednich preferencji, jak również spokoju, by móc z nich na poważnie zacząć korzystać. Jeżeli bowiem kapitał zagraniczny niedoważa polskie akcje, to te nie będę zaskakiwały swoją postawą. To z kolei nie będzie zachęcało obywateli do rynku kapitałowego i tym trudniej zrealizować będzie ideę zwiększenia strumienia oszczędności prywatnych na rynek kapitałowy. Nakłada się na to problem sektorowej kompozycji rynku, gdzie wśród dużych spółek wciąż odczuwalny jest wyraźny brak spółek korzystających na stabilnie trwającym od dziewięciu już kwartałów wzroście gospodarczym o 3% bądź więcej. Wygląda to trochę jak błędne koło, gdzie negatywne czynniki skutecznie zapobiegają aktywizację możliwych pozytywnych impulsów. Jedynie małe spółki przełamują tę negatywną tendencję i spojrzenie na cenowy indeks całego rynku pokazuje obraz wzrostowej tendencji trwającej już od trzech lat. O mniejszych spółkach nie jest głośno, one po trudnym 2012 roku przeszły restrukturyzację i się rozwijają. Teraz wsparciem dla eksporterów będzie słabszy złoty, ale to nie on powinien być celem samym w sobie, gdyż w działalności gospodarczej i rynkowej największym sprzymierzeńcem są stabilność i przewidywalność. Akcje spółek mających te cechy na wartości zyskują, a w segmencie blue chipów atrybuty te  stały się towarem deficytowym. 

Autor: Łukasz Bugaj, Dom Maklerski BOŚ S.A.

Fed nie musi czekać na Brytyjczyków

James Bullard z Fed St. Louis zwykle mówi krótko i konkretnie, co oczywiście podoba się inwestorom. Miewa też gorsze dni, kiedy odpływa w regiony charakterystyczne dla centralnych bankierów, ale na szczęście nie zdarza się mu to zbyt często. Ostatnio był w Pekinie, gdzie o podwyżkach stóp mówił mało wyraziście, za to o Brexit powiedział dość niespodziewanie, że nawet wyjście Wielkiej Brytanii z UE – co wydaje się mu mało prawdopodobne – nie wywoła tragedii, następnego dnia nic wielkiego się nic nie wydarzy, a negocjacje w sprawie dalszego statusu Londynu będą odbywały się „bardzo powoli”. Słowa Bullarda  brzmią trochę dziwnie, gdy porówna się je z zapowiedziami globalnego dramatu, gdyby Brytyjczycy powiedzieli „nie” Unii. Ciekawe, co o Brexit powie Mark Carney, szef Bank of England, który wystąpi dzisiaj w parlamencie. Trzecia wojna już była, rewolucja też, recesja i bezrobocie również…

Bullard rzucił jeszcze jedną myśl, którą rynki szybko podchwyciły, choć nie znalazło to specjalnego wyrazu w notowaniach dolara. Otóż według prominentnego (i głosującego w tym roku) członka Fed, brytyjskie referendum, które zaplanowano na 23 czerwca, nie będzie miało wpływu na decyzje FOMC, które zapadną podczas spotkania tydzień wcześniej. Do tej pory dominował pogląd, że czerwcowy Federal Open Market Committee nic nie zrobi ze stopami, bo będzie czekał na rezultat głosowania. Deklaracja Bullarda trochę zmienia optykę, urealniając spekulacje o   niespodziewanym ruchu już w przyszłym miesiącu. Teraz pora na wypowiedzi kolejnych przedstawicieli Fed, zwłaszcza Janet Yellen, która zabierze głos w piątek. No i na kolejne dane z amerykańskiego rynku. W tym tygodniu nie ma ich wiele, ale dzisiejsza informacja o sprzedaży nowych domów na pewno zasługuje na uwagę.

Wydarzeniem dnia jest oczywiście majowy indeks ZEW, ilustrujący nastroje wśród analityków i inwestorów instytucjonalnych.  Wskaźnik jest interesujący sam w sobie, ale raczej nie odciśnie mocnego piętna na rynku. Niemcy mają już za sobą finalne dane o PKB za I kwartał. Nie było niespodzianek, więc inwestorzy przeszli nad nimi do porządku dziennego.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

Marcin Krasoń, Home Broker: Zamiana mieszkania – tańsza alternatywa dla sprzedaży i zakupu

Marcin Krasoń, Analityk Rynku Nieruchomości Home Broker
Marcin Krasoń, Analityk Rynku Nieruchomości Home Broker

Gdy myślimy o zmianie miejsca zamieszkania, zwykle mamy na myśli sprzedaż obecnego i zakup nowego. Zsynchronizowanie obu transakcji nie jest proste. A wystarczy znaleźć osobę, która ma odwrotną od naszej sytuację – można wówczas oszczędzić nie tylko czas i stres, ale i pieniądze.

Transakcje zamiany mieszkania nie są na rynku zbyt popularne, mają miejsce raczej sporadycznie. Z doświadczenia doradców Home Brokera wynika, że często transakcja dotyczy osób, które się znają, bo znalezienie na rynku drugiej strony tak by oczekiwania i możliwości obu idealnie pasowały jest podstawową przeszkodą przy takich operacjach. Zainteresowani zamianą mieszkania przychodzą wówczas do pośrednika, bo potrzebują pomocy w przeprowadzeniu tej transakcji. W niektórych oddziałach Home Brokera zapytanie o transakcję zamiany nieruchomości pojawia się średnio raz w miesiącu, w innych rzadziej.

Najczęściej zainteresowani zamianą są ludzie starsi, co prawdopodobnie wiąże się z tym, że kiedyś transakcja tego rodzaju była bardziej popularna niż dziś. Młodzi często nie zdają sobie sprawy z istnienia takiej możliwości. Gdy chcą zmienić mieszkanie, myślą o standardowym rozwiązaniu, czyli jednoczesnym poszukiwaniu nowego mieszkania i próbie sprzedaży starego.

Potwierdza to przypadek Marcina Goździckiego, doradcy ds. nieruchomości i kierownika oddziału Home Broker w Koszalinie. – Jedna z ostatnich zamian mieszkania jaką mieliśmy była robiona przez klientów w wieku ponad 80 lat – mówi Goździcki. – Ta transakcja odbyła się bez dopłat, obie strony zgodziły się, że ich mieszkania są podobnej wartości i doszło do zamiany sztuka za sztukę. – dodaje.

Aaaaaby zamienić mieszkanie na większe

W tym wypadku lokale były podobnej wielkości, ale zwykle jest tak, że starsi ludzie szukają nieruchomości mniejszej (ze względu na wygodę i koszty utrzymania), a młodsi – większej. To w sumie oczywiste, w pewnym wieku utrzymywanie dużego mieszkania bywa zbyt trudne, a fakt istnienia windy nabiera większej wagi. Z drugiej strony młodzi zaczynają swoją drogę od małego lokum, a gdy rodzina się rozrasta – szukają większego.

Według Roberta Bezlera, doradcy Home Broker z Głogowa, wielu klientów nie wie, że zamiana mieszkania wiąże się z kosztami sporo niższymi niż jego sprzedaż i zakup nowego. A oszczędność przy takiej transakcji może być naprawdę spora.

Co najmniej kilka tysięcy złotych w portfelu

Przede wszystkim bowiem, płaci się niższy podatek od czynności cywilno-prawnych (PCC). Normalnie, przy transakcji na rynku wtórnym jest to 2 proc. wartości mieszkania. Tymczasem przy zamianie mieszkania podatek naliczany jest od różnicy w wartości obu nieruchomości. Kupujący mieszkanie za 300 tys. zł musi zapłacić 6 tys. zł podatku, jeśli jednak dojdzie do wymiany sztuka za sztukę, podatku nie płaci się w ogóle. Jeśli dopłata wyniesie przykładowo 100 tys. zł, to do fiskusa powędruje 2 tys. zł.

Dalsza oszczędność środków bierze się z niższej taksy notarialnej (wszak robimy jedną transakcję, a nie dwie) oraz niższej prowizji dla pośrednika. Łącznie, zamieniając mieszkanie zamiast go sprzedawać i kupować oddzielnie, można oszczędzić co najmniej kilka tysięcy złotych. Przy skali transakcji na poziomie kilkuset tys. złotych to około 1 proc. Niby niewiele, ale jeśli można te pieniądze oszczędzić, to warto rozważyć tego typu rozwiązanie. Trzeba też dodać, że to oszczędność dla obu stron transakcji, więc należy ją liczyć podwójnie.

Korzyści z zamiany mieszkania
Podatek od czynności cywilno-prawnych (PCC – 2%) naliczany jest od różnicy w wartości mieszkań, a nie od ich wartości.
Koszty notarialne dzielone są po połowie.
Klienci unikają płacenia podwójnej prowizji dla biura nieruchomości (za sprzedaż i zakup mieszkania).
Źródło: Home Broker

Po stronie minusów zamiany mieszkania wymienia się przede wszystkim problemy ze znalezieniem drugiej strony transakcji oraz trudność w zsynchronizowaniu dwóch przeprowadzek. To spore wyzwanie logistyczne, ale przy odrobinie dobrej organizacji da się to jednak zrobić. Ten obowiązek zgrania wszystkiego z drugą stroną może być dodatkowym motywatorem do sprawnej i szybkiej przeprowadzki.

Marcin Krasoń

Bank Światowy: obniżenie wieku emerytalnego oraz wzrost kwoty wolnej od podatku mogą osłabić polskie finanse publiczne

Leszek Kąsek, starszy ekonomista Banku Światowego

Kondycja polskich finansów publicznych może ulec pogorszeniu, jeśli wiek emerytalny w Polsce zostanie obniżony, a kwota wolna od podatku podniesiona – ocenia Bank Światowy. Budżet wspierać będzie natomiast wysokie tempo wzrostu gospodarczego, które do końca 2018 roku utrzyma się w okolicach 3,5 proc. rocznie. 

– Dla gospodarki światowej największym zagrożeniem jest obecnie spowolnienie czy recesja na dużych rynkach wschodzących. Kilka znaków zapytania mam także odnośnie do kondycji na dużych rynkach rozwiniętych, takich jak Stany Zjednoczone czy kraje strefy euro – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Leszek Kąsek, starszy ekonomista Banku Światowego.

Prognozy Banku Światowego przewidują, że w 2016 roku realna dynamika globalnego PKB przyspieszy do 2,9 proc. Szybki wzrost ma się utrzymać także w przyszłym roku – światowa gospodarka urośnie o 3,1 proc. W największym stopniu będzie to zasługa państw zaliczanych do grupy rozwijających się (emerging markets). W ich przypadku oczekiwana jest około 5-procentowa dynamika wzrostu PKB, przy czym Indie rozwijać się będą szybciej niż Chiny, w tempie niemal 8 proc.

– Dla Polski najważniejsze będą kwestie fiskalno-finansowe. One będą przyciągały najwięcej uwagi w najbliższych latach – przewiduje Kąsek.

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego ubiegłoroczny deficyt polskiego sektora finansów publicznych wyniósł 2,6 proc. PKB. Najbliższe lata przyniosą jednak pogorszenie tej relacji. Według prognoz Banku Światowego przyszłoroczny deficyt w stosunku do PKB może przekroczyć 3 proc.

Rząd może jednak oczekiwać wysokiego tempa wzrostu gospodarczego. Bank Światowy oczekuje, że dynamika polskiego PKB wyniesie w tym roku 3,7 proc. W kolejnych latach wzrost może zaś utrzymać się na poziomie 3,5 proc. Ostatnio agencja Fitch obniżyła jednak prognozę wzrostu polskiej gospodarki w bieżącym roku do 3,2 proc., a odczyt za I kw. był niższy od poprzednich oraz gorszy od oczekiwań i wyniósł tylko 3 proc.

– Jest kilka istotnych decyzji, które nie zostały jeszcze podjęte, a które mogą obciążyć budżet państwa. Szczególnie kosztowa będzie decyzja dotycząca wieku emerytalnego oraz podwyższenia kwoty wolnej od podatku w PIT – zauważa ekspert Banku Światowego. – Mamy też kwestie kredytów frankowych, czy obniżki VAT. To są duże znaki zapytania, które zostały trochę odłożone w czasie – dodaje.

Ekonomista oczekuje, że konkretne decyzje w tym zakresie zostaną podjęte w drugiej połowie roku. Ich ostateczny kształt będzie miał istotny wpływ na to, jak w przyszłości będzie się kształtować saldo polskich finansów publicznych. Mogą mieć także znaczny wpływ na funkcjonowanie krajowego sektora bankowego.

– Banki są dotknięte rosnącymi obciążeniami natury fiskalno-regulacyjnej, w szczególności po wprowadzeniu dodatkowych składek na Bankowy Fundusz Gwarancyjny czy podatku bankowego – wyjaśnia.

Ekspert zauważa, że mimo presji ze strony rządu powszechne jest oczekiwanie, że banki będą wspierały inwestycje sektora prywatnego. Wierzy, że sektor poradzi sobie z tym wyzwaniem i będzie jednym z filarów polskiego wzrostu gospodarczego w najbliższych latach.

Po rekordowym sezonie 2015/2016 spółka Ekstraklasa spodziewa się kolejnego wzrostu frekwencji. W tym roku może pomóc Euro

Dariusz Marzec, prezes zarządu w spółce Ekstraklasa

Ubiegły sezon 2015/2016 był dla zarządzającej ligą piłki nożnej spółki Ekstraklasa rekordowy. Stadiony odwiedziło w sumie 2,69 mln kibiców, o prawie 10 proc. więcej niż podczas poprzednich rozgrywek. Firma jednak nadal pracuje z klubami nad uatrakcyjnieniem oferty. Coraz śmielej wchodzi do internetu i chce lepiej zadbać o komfort widzów na stadionach.

– Od jakiegoś czasu pracujemy z klubami nad uatrakcyjnieniem oferty – zapewnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Dariusz Marzec, prezes zarządu w spółce Ekstraklasa. – Jeżeli chodzi o poziom sportowy, to mówimy o poziomie szkolenia młodzieży, tym jak często przyciągają dzieci, młodych ludzi i jak się rozwijają. Druga sprawa to atrakcyjność dnia meczowego, tzn. co się dzieje przed imprezą i w trakcie. Liczy się komfort kibica na stadionie.

Ubiegły sezon 2015/2016 był dla zarządzającej ligą piłki nożnej spółki rekordowy. Stadiony odwiedziło w sumie 2,69 mln kibiców, co stanowiło wzrost o 9,19 proc. w stosunku do poprzedniego sezonu. Każdy mecz został obejrzany średnio przez 9121 widzów, co było najlepszym wynikiem w historii Ekstraklasy SA. W sumie na stadiony przyszło o 226,5 tys. kibiców więcej niż w zeszłym sezonie.

– Prześcigamy już kluby europejskie pod względem cateringu i różnego rodzaju innych atrakcji – zauważa Dariusz Marzec. – Oglądalność telewizyjna też jest duża. Bardzo mocno wchodzimy w internet. Od tego roku zaczęliśmy pokazywać coraz więcej zapowiedzi meczowych i najciekawszych akcji poprzez własny portal i kanały klubowe. To też przyciąga ludzi, szczególnie młodych, którzy muszą mieć nie tylko to, co na boisku, lecz także tzw. second screen. Tego wszystkiego spodziewajmy się także w kolejnym sezonie.

Jak wynika z informacji spółki Ekstraklasa największą widownię zgromadziły spotkania mistrza poprzedniego sezonu Lecha Poznań z Legią Warszawa (41 567 kibiców), Legii z Pogonią Szczecin (29 331) oraz Legii z wicemistrzem Piastem Gliwice (29 258).

– W kwestii praw telewizyjnych zbliżamy się do pierwszej dziesiątki. Frekwencja też jest dużo lepsza niż nasz standing – wskazuje Dariusz Marzec. – Sądzimy jednak, że element sportowy wreszcie zostanie doceniony. Podczas ostatnich meczy niemal do końca trwała rywalizacja o mistrza Polski, praktycznie do ostatnich minut decydowały się losy utrzymania w Ekstraklasie. Wiele osób po zakończeniu rozgrywek mówiło, że wreszcie było atrakcyjnie, nareszcie dużo się działo. Trudno to zanegować. Natomiast, oczywiście, różnica jest jeszcze. Ale mamy ambicje, chcemy się rozwijać i dołączyć do najlepszych lig Europy.

Obecnie średnie wypełnienie stadionu, jak informuje Dariusz Marzec, kształtuje się na poziomie 40–50 proc. Przychody z dnia meczowego wynoszą natomiast około 70 mln zł.

– Jeżeli ta tendencja się utrzyma, to transferów zawodników w okolicach 1–2 mln zł za 2–3 lata będzie zapewne coraz więcej – wskazuje Dariusz Marzec. – Ciekawszy poziom, więcej kibiców, sponsorów. Tak zwaną kulę śnieżną musimy sami nakręcić i przez cały sezon to robiliśmy. Dziękujemy kibicom i piłkarzom, że wszystko zaczyna fajnie współgrać. Liczymy na to, że w przyszłym sezonie będzie jeszcze więcej kibiców, może Polska powalczy o Euro. Efekt mistrzostw może nam także wyjść na dobre.

Krajowe kluby piłkarskie systematycznie poprawiają swoją kondycję finansową. Jak wynika z ostatniego opublikowanego raportu firmy doradczej Deloitte „Piłkarska liga finansowa” w 2014 roku przychody wszystkich wyniosły łącznie 375 mln zł. Chociaż ich wysokość była niemal identyczna jak w 2013 roku (powodem była degradacja bogatego Zagłębia Lublin) trzynaście z szesnastu jednostek zwiększyło wpływy. Zdecydowanym liderem była Legia Warszawa, której przychody wyniosły 101,5 mln zł.

Według firmy doradczej EY stołeczny klub zdeklasował rywali pod względem zarówno obrotów podczas dnia meczowego, jak i działalności handlowej (8,7 mln zł), transmisji oraz pozostałych. Obroty drugiego w zestawieniu Lecha Poznań były prawie dwa razy mniejsze, chociaż wielkopolski klub uzyskał większe środki z transferów. Na zarobki piłkarzy Legia przeznaczyła 35 mln zł (Lech – 21 mln zł). Warszawski klub i tak ograniczył tego rodzaju wydatki, które rok wcześniej wyniosły 40 mln zł.

Polskie firmy na badania i rozwój przeznaczają mniej niż 1 proc. PKB. Do 2020 roku nakłady mają wzrosnąć dwukrotnie

CEO Magazyn Polska

Krajowe przedsiębiorstwa przeznaczają na badania i rozwój mniej niż 1 proc. polskiego PKB. Zgodnie z planem wicepremiera Mateusza Morawieckiego do 2020 roku nakłady te powinny wzrosnąć do 2 proc. Innowacyjność jest obecnie kluczowym elementem utrzymania konkurencyjności. Powinna być jej podporządkowana cała kultura pracy przedsiębiorstwa.

– Innowacje są dzisiaj wielkim wyzwaniem dla firm, przede wszystkim dlatego, że są elementem konkurencyjności – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dominika Bettman, prezeska ds. finansowych w przedsiębiorstwie Siemens sp. z o.o.  – Tego rodzaju działania powinny wejść do krwiobiegu firmy. Całe przedsiębiorstwo powinno być budowane tak, aby wspierać innowacyjność.

Jak precyzuje Dominika Bettman, na innowacyjności musi być skupiona strategia przedsiębiorstwa oraz zarząd. Kierownictwo powinno tworzyć podporządkowaną temu kulturę pracy. Komunikat o priorytetowym znaczeniu takich procesów musi dotrzeć do pracowników, tak by wzmacniać wieloaspektowe myślenie innowacyjne i otwartość. Procesy powinny być skonstruowane w taki sposób, aby wspierać innowacje.

– Dzisiaj to nie jest „eureka”, kiedy jeden człowiek wypada z laboratorium, bo coś wynalazł, ale pracują nad tym całe zespoły projektowe – tłumaczy prezes Bettman.

Edukacja odgrywa tu również ogromną rolę. Jej zdaniem nie mniej istotne jest zarządzanie talentami i poszukiwanie zdolnych ludzi do pracy już na wczesnym etapie. Z doświadczenia firmy Siemens wynika, że z uczelniami wyższymi i studentami należy kontaktować się już na drugim, trzecim roku studiów, kiedy decydują o wyborze dalszej ścieżki kariery.

Poza tym pracując nad  innowacjami, firmy powinny zwracać uwagę przede wszystkim na potrzeby rynku i klientów.

– Samo śledzenie trendów nie wystarczy – tłumaczy Dominika Bettman. – Musimy działać w taki sposób, żeby realizować potrzeby klienta. Najbardziej innowacyjne firmy skupiają się na realizacji ich oczekiwań. Bardzo często pracujemy z klientami, bo chcemy się jak najbardziej zbliżyć do ich wymagań.

Dalszym krokiem, jak radzi prezes Dominika Bettman, jest tworzenie różnorodnych zespołów. Zespoły złożone z różnych osób o różnych doświadczeniach szybciej i lepiej realizują swoje zadania.

– Klienci często proszą nas o to, aby znajdowały się w nich np. kobiety, ludzie młodsi i starsi – informuje prezes Siemens Polska. – Ci ostatni wnoszą do naszych rozwiązań i produktów swoje doświadczenie i szeroką wiedzę, młodzi natomiast – otwarte myślenie i odzwierciedlenie współczesnego cyfrowego świata. Nie każda praca badawczo-rozwojowa prowadzi do wynalezienia produktu, który wejdzie na rynek. Wiąże się z tym otwarte podejście, które pozwala zespołom badawczym na eksperymentowanie, otwarte myślenie. Do tego właśnie potrzebne są różnorodne zespoły.

Jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego w ubiegłym roku polskie przedsiębiorstwa przeznaczyły na badania i rozwój (B+R) mniej niż 1 proc. PKB. Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju wicepremiera Mariusza Morawieckiego zakłada, że do 2020 roku nakłady na tego rodzaju działania wzrosną do 2 proc. Tymczasem, jak pokazują wyniki zeszłorocznego badania firmy doradczej Deloitte, tylko jedna trzecia firm deklaruje, że ma strategię badań, rozwoju i innowacji. W pozostałych przypadkach decyzje związane z tego rodzaju działalnością podejmowane są doraźnie.

– Polskie firmy wdrażają już strategie innowacyjności w zasadzie nie mają wyboru – zauważa Dominika Bettman. – Gdy cała firma jest temu podporządkowana, to procesów tego rodzaju nie traktuje się już jako kosztu. W zasadzie nie należy zadawać pytania, czy innowacje się opłacają. Trzeba się raczej zastanowić nad tym, w jaki sposób je wdrażać, które związane z tym koszty ponieść, a jakich można uniknąć, aby w rezultacie podnieść efektywność a wytworzony w grupowym działaniu rezultat spełnił oczekiwania. To jest klucz do sukcesu.

Innowacyjność ma być jednym z priorytetów rozpoczynającej się właśnie nowej perspektywy unijnej. W nowym budżecie UE na lata 2014–2020 badaniom i innowacjom poświęcony jest program Inteligentny Rozwój. Zgodnie z Umową Partnerstwa, dokumentem określającym kierunki wydawania przez Polskę funduszy unijnych, jego budżet wynosi ponad 7,6 mld euro.

– Firmy innowacyjne są bez wątpienia odważne. Wiedzą, że elementem inwestycji jest podjęcie ryzyka – podsumowuje Dominika Bettman. – Ale można nim zarządzać. Liczy się przede wszystkim zatrudnienie bardzo kompetentnych pracowników, z głęboką wiedzą, którzy są ekspertami w danej dziedzinie. Ważne jest także doświadczenie międzynarodowe. Jako Siemens jesteśmy obecni w ponad 190 krajach świata i przynosimy do Polski nasze doświadczenia. Związane z innowacjami ryzyko można ograniczyć, zarządzając wiedzą i doświadczeniem.

PIU: Wysokość odszkodowania od ubezpieczyciela powinna być przewidywalna. Może to przyspieszyć wypłatę świadczeń

CEO Magazyn Polska

Głównym problemem dla rynku ubezpieczeń, zarówno dla ubezpieczycieli jak i dla poszkodowanych jest nieprzewidywalność poziomu wypłat – przekonuje Dorota M. Fal, doradca zarządu Polskiej Izby Ubezpieczeń. Wypracowanie standardów oceny szkody osobowej pomogłoby zmniejszyć liczbę procesów sądowych i przyspieszyć wypłatę odszkodowań. Obecnie trwają prace nad stworzeniem kryteriów, które ujednoliciłyby wysokość świadczeń.

– Największym problemem związanym ze szkodami osobowymi jest nieprzewidywalność poziomu wypłat. Świadczenia z tego tytułu wypłacane są zarówno osobom bezpośrednio poszkodowanym w wypadku, jak i ich bliskim. Jednocześnie, orzecznictwo sądów i linia orzecznicza Sądu Najwyższego powoduje, że pojawiają się nowe tytuły wypłat. Nieprzewidywalność jaka z tego wynika sprawia, że poszkodowani nie wiedzą, jaka kwota jest odpowiednia – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dorota M. Fal, doradca zarządu PIU.

Wysokość zasądzonych świadczeń jest bardzo różna w podobnych stanach faktycznych. Chodzi zarówno o różnice pomiędzy zasądzeniami w poszczególnych sądach, jak i kwotami przyznawanymi bezpośrednio przez ubezpieczycieli. Większa przewidywalność pozwoliłaby ubezpieczycielom na lepsze planowanie działalności, zwłaszcza w kontekście ubiegłorocznej miliardowej straty w OC, ale jak podkreślają eksperci, zyskaliby wszyscy. Dlatego trwają prace nad wypracowanie kryteriów, które pomogłyby ujednolicić kwestię wypłat.

– Byłoby dobrze, gdyby wszyscy uczestnicy rynku spróbowali wypracować wspólne rozwiązanie, które wprowadzi standardy a dzięki nim przewidywalność i możliwość prognozowania wypłat. Zarówno w szkodach osobowych, gdzie wypłacamy odszkodowanie bezpośrednio poszkodowanemu, jak i w sytuacji kiedy zadośćuczynienie otrzymuje rodzina za śmierć osoby bliskiej – wskazuje ekspertka PIU.

Komisja Nadzoru Finansowego, która opracowała projekt rekomendacji dotyczących procesu ustalania i wypłaty zadośćuczynienia, przekonuje że brak jednolitych standardów powoduje duże rozbieżności w wysokości wypłacanych zadośćuczynień. Na jasnym kryteriom zależy również sądom, które często w zbliżonych sprawach zasądzają całkowicie inne kwoty odszkodowań.

– Polska Izba Ubezpieczeń od ponad 3 lat pracuje nad zwiększeniem przewidywalności oraz ujednoliceniem standardów oceny szkody osobowej. W przypadku poszkodowanych standardem, o który możemy się oprzeć jest ICF, czyli międzynarodowa klasyfikacji funkcjonowania i niepełnosprawności – przekonuje Fal.

Jak podkreśla ekspertka, najważniejsze dla wszystkich stron powinno być przywrócenie poszkodowanego do pełni sił, a wysokość odszkodowania i zadośćuczynienia powinna być adekwatna do strat, jakie poniósł on w wypadku. Również osoby, które ucierpiały w wypadkach i ich bliscy oczekują wypracowania takich norm, które pozwoliłyby jasno ocenić wysokość spodziewanych świadczeń.

– Dla poszkodowanego istotne jest, aby szybko otrzymać odszkodowanie i móc z niego skorzystać  w celu podreperowania zdrowia. Przewidywalność wysokości świadczeń tak z punktu widzenia jednej jak i drugiej strony powinna zmniejszyć ilość procesów sądowych. A to oznacza, że więcej osób otrzyma swoje odszkodowanie zdecydowanie szybciej. A właśnie tak powinno ono być wypłacane – szybko – podkreśla ekspertka PIU.

Dorota Fal podkreśla, że zarówno wzrost wypłat jak i nieprzewidywalność wypłacanych wypłacanych świadczeń przekłada się wzrost ceny ubezpieczenia dla wszystkich. W ciągu ostatnich 4 lat świadczenia z tytułu szkód osobowych wzrosły o ok. 60 proc.

– Ubezpieczyciel zobowiązany jest prawem do wypłacania świadczenia. Trudność polega obecnie na tym, że znaczna część świadczeń wypłacanych przez ubezpieczycieli to świadczenia za wypadki, które zdarzyły się kilka, a często nawet kilkanaście lat temu. A składki za nie były obliczone i pobrane kilkanaście lat temu – mówi Dorota M. Fal.

Wypadki przy pracy i choroby zawodowe kosztują budżet państwa 20 mld rocznie. Wiedza pracowników na temat bezpieczeństwa wciąż jest niewielka

CEO Magazyn Polska

Co roku w Polsce w wypadkach przy pracy ginie 300 osób, a blisko 500 doznaje trwałego uszczerbku na zdrowiu. Na choroby zawodowe rocznie cierpi 2 tys. pracowników. Wiąże się to z osobistymi tragediami tych osób i ich rodzin, a także obciąża budżet państwa każdego roku kwotą nawet 20 mld zł. Ruszyła właśnie polska edycja europejskiej kampanii informacyjnej „Bezpieczni na starcie, zdrowi na mecie”, która ma nie tylko przyczynić się do zapobiegania problemom zdrowotnym pracowników, lecz także promować zrównoważoną pracę i zdrowe starzenie się.

– Wypadków przy pracy jest wciąż dużo. W ubiegłym roku samych śmiertelnych wypadków było ponad 300, a wypadków przy pracy łącznie 87 tys. Koszty samych zasiłków chorobowych to ponad 8,8 mld zł – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Stanisław Szwed, sekretarz stanu w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.

Dane GUS-u wskazują, że powoli rośnie poziom bezpieczeństwa pracy w Polsce. Przez ostatnie siedem lat liczba wypadków spadła o blisko 16 proc., a liczba wypadków ciężkich i śmiertelnych – o 40 proc. Na choroby zawodowe co roku zapada 2 tys. osób. Liczba ta zmniejszyła się o ponad 40 proc. Szacuje się jednak, że nawet 0,5 mln Polaków pracuje w warunkach przekraczających dopuszczalne wartości narażenia w środowisku pracy. Koszty konsekwencji tych zagrożeń ponosi całe społeczeństwo.

– Odszkodowania i renty z tytułu nieodpowiednich warunków pracy, czyli ponad 8 mld zł, płaci ZUS, ale rzeczywiste koszty są czterokrotnie wyższe. Do tego dochodzi jeszcze Narodowy Fundusz Zdrowia, a także wydatki rodzin, które kupują leki i uruchamiają rehabilitację – przekonuje prof. dr hab. med. Danuta Koradecka, dyrektor Centralnego Instytutu Ochrony Pracy – Państwowego Instytutu Badawczego.

Większe zakłady pracy (powyżej 250 osób) myślą o BHP jako o inwestycji przynoszącej wymierne efekty ekonomiczne, jednak im mniejszy zakład pracy, tym większe lekceważenie kwestii bezpieczeństwa. Wciąż niski jest też zarówno stan wiedzy osób odpowiadających za bezpieczeństwo, jak i wiedza pracowników na temat zasad bezpieczeństwa w miejscu pracy. Tymczasem do blisko 60 proc. wszystkich wypadków dochodzi właśnie z powodu nieprawidłowego zachowania pracownika.

– Istotne jest uświadomienie pracownikom i pracodawcom, jak ważne jest myślenie o bezpieczeństwie i ochronie zdrowia, zarówno ludziom młodym, bo to oni najczęściej giną w wypadkach przy pracy, jak i starszym pracownikom, którzy nie są w stanie w zdrowiu doczekać swojej emerytury. To zadanie dla pracodawców na poziomie przedsiębiorstwa, to kwestia kształtowania świadomości wśród pracowników, a także zadanie dla państwa, by mogło coś zaoferować w zakresie legislacji czy instrumentów promocyjnych przedsiębiorstwom – tłumaczy Koradecka.

Promowanie zrównoważonej pracy już od początku kariery zawodowej oraz zdrowego starzenia się i podkreślanie znaczenia profilaktyki zdrowotnej przez całe życie zawodowe pracownika to główne cele, jakie przyświecają kampanii „Zdrowe i bezpieczne miejsce pracy” zaplanowanej na lata 2016–2017, która właśnie rozpoczęła się w Polsce.

Jak podkreśla Stanisław Szwed z MRPiPS, w Polsce konieczne jest przede wszystkim przełamanie stereotypu starszych osób, które bywają niedoceniane, a jak zaznacza, mogą być niezwykle cennymi pracownikami. Dlatego jak dodaje, warto w takich ludzi zainwestować.

 – Jeżeli wypracujemy taki model w naszym kraju, to będzie to korzystne i dla firm, i dla państwa, bo przecież mamy olbrzymi problem demograficzny i potrzebujemy ludzi na rynku pracy. Musimy się posługiwać własnymi zasobami kadrowymi i temu również służy promocja tych zagadnień – tłumaczy sekretarz stanu w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej

Zrównoważony model pracy przekłada się nie tylko na zdrowie pracowników, lecz także zwiększa wydajność pracy i zmniejsza absencję. Ponad 63 proc. pracowników ceni sobie możliwość zachowania równowagi między życiem prywatnym a pracą, a efektywność tego modelu potwierdzają badania. Według Instytutu Gallupa efektywność osób zadowolonych z życia rodzinnego jest wyższa o przynajmniej 20 proc., a absencja w pracy niższa o blisko 40 proc., w stosunku do osób, które nie deklarują tego zadowolenia.

– Pracownicy sugerują, że ważne jest dla nich uczestniczenie w planowaniu godzin pracy i zapewnienie im  w pracy pewnego zakresu autonomii. Czują się wtedy dużo lepiej zarówno w pracy,  jak i w życiu pozazawodowym. Jest to jeden z aspektów, zgodnie z którym równowaga pomiędzy życiem a pracą radykalnie wpływa na sytuację zatrudnionych. Musimy zwracać na to uwagę, zwłaszcza w przypadku starszych pracowników – wskazuje dr Christa Sedlatschek, dyrektor Europejskiej Agencji Bezpieczeństwa i Zdrowia w Pracy.

Zdaniem ekspertki konieczne jest zróżnicowanie pracowników nie tylko pod względem wieku, lecz także pod względem płci.

– Musimy zwracać uwagę na kwestie zróżnicowania pracowników, na to, że mężczyźni różnią się od kobiet, młodsi od starszych, powinniśmy też wziąć pod uwagę np. imigrantów. Ważne, byśmy byli wrażliwi na tę różnorodność, potrafili ocenić pod tym kątem ryzyko zawodowe i podejmować zgodnie z tym stosowne działania – podkreśla Sedlatschek.

Projekty społeczne mogą być dobrą inwestycją prywatnych pieniędzy. Zwrot z niej ma wymiar nie tylko finansowy

0

CEO Magazyn Polska

W Polsce rozwija się nowoczesna dobroczynność i rośnie zaangażowanie społeczne. Polacy coraz częściej angażują się w akcje charytatywne, coraz chętniej też poświęcają swój czas i pieniądze na projekty społeczne. Ważne jest dla nich osobiste zaangażowanie i wiedza na temat korzyści, jakie z daną akcją się wiążą. Projekt społeczny może być dobrą inwestycją prywatnych pieniędzy, a zyski z niego nie zawsze mają wymiar wyłącznie finansowy.

Rośnie nasze zaangażowanie w działania społeczne. Jakość projektów jest coraz wyższa, a sposoby współpracy bardziej atrakcyjne. Tuż po przemianach społecznych, kiedy rozwinął się sektor organizacji pozarządowych, dominowały działania o charakterze socjalnym, charytatywnym. Teraz wymiarów jest znacznie więcej. Obserwujemy rosnącą popularność działań o charakterze edukacyjnym, proekologicznym i związanych z inwestycjami w dobra wspólne – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Łukasiak, prezes Akademii Rozwoju Filantropii w Polsce.

Z badania CBOS „Dobroczynność w Polsce” wynika, że 78 proc. z nas chce pomagać potrzebującym, 64 proc. przekazało choć raz w ubiegłym roku pieniądze na cele dobroczynne, a ponad połowa udzieliła pomocy rzeczowej. Co szósty dorosły Polak przynajmniej raz przekazał bezinteresownie na cele charytatywne własną pracę lub usługi. Choć poziom udzielanej pomocy nie zmienia się znacząco na przestrzeni ostatnich lat, to działalność na rzecz lokalnej społeczności jest obecnie na poziomie najwyższym od 2007 roku.

Chcemy zmieniać naszą rzeczywistość i chcemy widzieć trwały obraz tej inwestycji. Stajemy się społeczeństwem, które nie tylko mówi o solidarności, lecz także na co dzień żyje w postawie, którą można by nazwać solidaryzmem społecznym. Ten obraz naszych zachowań można opisywać coraz cieplejszymi kolorami – przekonuje Łukasiak.

Eksperci podkreślają, że w Polsce dynamicznie rozwijają się formy nowoczesnej dobroczynności. To m.in. crowdfunding albo inne metody pozyskiwania środków na projekty społeczne, które bezpośrednio angażują darczyńców, wśród nich zarówno instytucje, jak i przeciętnych Kowalskich.

Projekty społeczne są dobrą inwestycją prywatnych pieniędzy. Jeżeli liczymy na zwrot wyłącznie finansowy, to jest to dobra inwestycja w niektórych wypadkach. Natomiast w wymiarze społecznym bardzo często będziemy pod wrażeniem zysku, jaki dają inwestycje społeczne – przekonuje Łukasiak.

Obecnie popularny jest crowdfunding, czyli finansowanie społecznościowe, gdzie pozyskiwanie środków odbywa się przez internet. Coraz częstszą formą filantropii na świecie jest giving circle.

Giving circle to forma crowdfundingu, ale odbywa się w czasie rzeczywistym, na żywo. Przedstawiciele biznesu mają okazję spotkać się, lepiej poznać swoje działania i zainwestować w projekty społeczne prezentowane podczas takiego spotkania – wskazuje Marzena Kacprowicz z Fundacji Dobra Sieć.

Trzeci sektor chce poprzez giving circle zwrócić uwagę na to, że darczyńców trzeba przekonywać faktami, a nie litością do tego, że projekty społeczne są dobrą inwestycją prywatnych pieniędzy.

W Polsce giving circle zostało zorganizowane po raz pierwszy 19 maja br. w Warszawie. Przedstawiciele czterech zaproszonych organizacji zaprezentowali projekty – pierwszą czytelnię Praskiej Biblioteki Sąsiedzkiej na Bazarze Różyckiego, dogoterapię z labradorką Zuzią, lekcje szkolne z paraolimpijczykami oraz laboratorium nowych technologii i rzemiosła tradycyjnego w Sokołowsku. Darczyńcy łącznie przekazali na ich realizację 24 tys. zł.

Jak przekonuje Kacprowicz, taka forma filantropii ma szansę na stałe wpisać się w krajobraz polskiej dobroczynności, podobnie jak ma to miejsce w innych krajach.

W Wielkiej Brytanii jest społeczność osób, które wierzą, że inwestowanie w projekty społeczne ma sens i czują się dumne, że mogą być częścią takiego wydarzenia. Dlatego nawet raz w miesiącu pojawia się tam tego typu wydarzenie, a społeczność cały czas się rozrasta. Kluczem do budowania takiej społeczności darczyńców społecznych jest to, że są oni bardzo dobrze poinformowani na temat tego, jak będzie wyglądało wydarzenie, jakie projekty będą brały w nim udział i w jakie projekty można zainwestować – podkreśla ekspertka.

Darczyńcy są na bieżąco informowani, na jakim etapie są projekty, po roku dostają raport z ich realizacji, na co dokładnie zostały przeznaczone zebrane środki. Wskazane są również plany na najbliższą przyszłość, a darczyńcy mogą podjąć wówczas decyzję, czy będą nadal wspierać dany projekt.

Idea giving circle rozwija się bardzo dynamicznie w różnych krajach świata. W Europie jeszcze jesteśmy w fazie początkującej, przoduje Wielka Brytania dzięki zaangażowaniu The Funding Network. Wszystko wskazuje jednak na to, że w Polsce również mamy bardzo dobry grunt do tego, żeby giving circle zakończyło się powodzeniem – ocenia Marzena Kacprowicz.

Cyfryzacja samorządów na słabym poziomie. W jednej trzeciej z nich brakuje nowoczesnych systemów bezpieczeństwa IT

 

Samorząd gminny, powiatowy i wojewódzki zarządza danymi wrażliwymi co najmniej 24 mln podatników i obraca setkami miliardów złotych. Te liczby powodują, że inwestycje w cyberbezpieczeństwo są koniecznością, ale na razie głównie na papierze. Ponad jedna trzecia samorządów nie ma cyfrowych systemów bezpieczeństwa nowej generacji. Problemem jest m.in. brak środków własnych na ten cel i niewystarczające wykorzystanie środków z UE.

Jedna trzecia jednostek samorządu terytorialnego (JST) nie ma na wyposażeniu podstawowych systemów bezpieczeństwa, jakimi niewątpliwie są firewalle nowej generacji – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mariusz Rzepka, dyrektor Fortinet na Polskę, Ukrainę oraz Białoruś. – Są to instytucje obracające dużą liczbą informacji o mieszkańcach, danymi wrażliwymi oraz sporymi sumami publicznych pieniędzy.

Ubiegłoroczny raport Najwyższej Izby Kontroli wykazał liczne zaniedbania w dziedzinie cyberbezpieczeństwa administracji centralnej, a ze względu na liczbę danych i przepływy finansowe w urzędach samorządowych postęp w tym zakresie jest koniecznością także na poziomie lokalnym. Przedstawiciele Forum Od-nowa szacują, że samorząd gminny, powiatowy i wojewódzki zarządza danymi wrażliwymi ok. 24 mln podatników. Jeśli uwzględnimy dane osobowe przetwarzane w innych dokumentach niż podatkowe (np. w polityce śmieciowej, dowodach osobistych, dowodach rejestracyjnych, wnioskach o dotacje itd.), to od razu widać, że jest ich zdecydowanie więcej. W przypadku Warszawy instytucje badawcze szacują, że baza obejmuje około 2 mln rekordów.

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez pracownię PBS na zlecenie Fortinet, główną barierą utrudniającą podniesienie poziomu bezpieczeństwa urzędów jest brak dostatecznych funduszy. Wskazało tak sześciu na dziesięciu ankietowanych samorządowców. Jednocześnie wykorzystanie środków unijnych na informatyzację jest niewystarczające. Według rezultatów badania 87 proc. urzędów finansuje takie inwestycje ze środków własnych.

Kolejną przeszkodą jest sam proces pozyskiwania funduszy, często czasochłonny i trudny. Także wyznaczone JST priorytety nie sprzyjają inwestycjom w systemy. Najważniejszym celem samorządów jest budowa dróg, przedszkoli czy szkół. Prowadzenie takich przedsięwzięć powoduje, że wdrożenie systemu cyberbezpieczeństwa schodzi na dalszy plan i jest rozkładane w czasie.

Trzeba podkreślić, że dyrektorzy samorządowych działów IT widzą potrzebę takich inwestycji. Prawie siedmiu na dziesięciu chciałoby rozwijać infrastrukturę bezpieczeństwa w swoich jednostkach – mówi Mariusz Rzepka.

Według pracowników urzędów samorządowych za najbardziej narażony na niebezpieczeństwo element sieci uważana jest poczta elektroniczna (wskazało tak 68 proc. respondentów). Na kolejnych miejscach znalazła się sieć bezprzewodowa (56 proc.) oraz urządzenia w sieci, takie jak komputery, tablety czy smartfony (54 proc.).

Przez pocztę elektroniczną przechodzi główna komunikacja w urzędach – tłumaczy Mariusz Rzepka. – Ale źródłem zagrożeń mogą być również wykorzystywane przez urzędników portale społecznościowe. Na niebezpieczeństwo są narażone także aplikacje bankowe, w których hakerzy, korzystając z okazji, podmieniają numery kont. W ubiegłym roku w wyniku takiego ataku cyberprzestępcy wykradli z JST 2 mln zł.

Osoby odpowiedzialne w samorządach za infrastrukturę IT w większości jednak deklarują wysoki lub bardzo wysoki poziom bezpieczeństwa informatycznego swoich placówek (67 proc.). Pewność zabezpieczeń rośnie przy tym wraz z wielkością jednostki. Najbardziej popularnym w samorządach zabezpieczeniem okazał się antyspam obecny w 89 proc. jednostek.

Na pewno rynek bezpieczeństwa w JST rozwija się dynamicznie, ale wciąż w tym obszarze jest wiele do zrobienia – wyjaśnia Mariusz Rzepka. – Wiele instytucji, jednostek samorządowych w ogóle nie korzysta z systemów bezpieczeństwa. Stąd konieczne jest kształtowanie świadomości urzędników i powtarzanie, jak ważny jest to element w strukturze takiej placówki.

W ramach programu operacyjnego Polska Cyfrowa na cyfryzację do 2020 roku ma być przeznaczone ponad 9 mld zł. Samorządy mają jednak utrudniony dostęp do tych funduszy, ponieważ program został zaprojektowany głównie z myślą o administracji centralnej. Spośród urzędów biorących udział w badaniu PBS tylko 5 proc. urzędników zadeklarowało wykorzystanie tych środków. Jedna czwarta w ogóle nie zamierza z nich korzystać.

Drzewa produkują 26 mln ton tlenu. Zaspokaja to zapotrzebowanie na tlen połowy ludzi na świecie

Ewa Zaraś-JanuszkiewiczW ciągu jednego roku 1 mkw. liści drzew może wyprodukować od 0,5 kg do około 1 kg czystego tlenu, a to oznacza, że już nawet niewielka roślina ma ogromne znaczenie dla środowiska. Drzewa oczyszczają także powietrze z gazów i pyłów, poprawiają jakość wód podziemnych i zwiększają bioróżnorodność. Właśnie na roli drzew skupia się tegoroczna akcja Żywiec Zdrój „Po stronie natury”.

Drzewa dają człowiekowi bardzo dużo, przede wszystkim zapewniają nam tlen. W skali roku drzewa na całym świecie produkują 26 mln ton tlenu. Zaspokaja to mniej więcej zapotrzebowanie na tlen połowy ludzi na całym globie – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle dr inż. Ewa Zaraś-Januszkiewicz z Wydziału Ogrodnictwa, Biotechnologii i Architektury Krajobrazu SGGW.

Drzewa są również swoistym filtrem różnych zanieczyszczeń gazowych i pyłowych, które znajdują się w powietrzu. Wzbogacają je natomiast o substancje, które stymulują i regulują funkcjonowanie organizmu człowieka.

Dzięki drzewom mamy więcej wilgoci w naszym powietrzu, w otaczającej atmosferze. Poza tym warto jeszcze pamiętać o tym, że drzewa wpływają nie tylko na cyrkulację wody w atmosferze, lecz także dzięki systemowi korzeniowemu wpływają na gospodarkę wody w glebie. Wiele roślin, wiele liści, kwiatów, owoców naszych rodzimych drzew, a także tych obcego pochodzenia stosowanych jest w farmacji czy parafarmacji – tłumaczy dr inż. Ewa Zaraś-Januszkiewicz.

Drzewa tłumią także hałas i mają walor estetyczny. Dzięki nim można się cieszyć pięknym krajobrazem oraz chwilą relaksu i wytchnienia w gąszczu zielonych liści. Dlatego w najbliższym otoczeniu warto sadzić ich jak najwięcej, przy okazji zdobywając gruntowną wiedzę na temat tego, jak pielęgnować rośliny i jak zapewnić im optymalne warunki do rozwoju.

Warto pamiętać o tym, że drzewo ma ogromną wartość przyrodniczą. Od takiej malutkiej roślinki po wielką roślinę. Trzeba też uświadomić sobie, jak wiele nawet taka mała roślina potrafi nam dać. W ciągu jednego roku metr kwadratowy liści drzew może wyprodukować od nieco ponad 0,5 kg do około 1 kg czystego tlenu. Zatem nawet malutka roślina ma ogromne znaczenie przyrodnicze – podkreśla dr inż. Ewa Zaraś-Januszkiewicz.

Dr inż. Ewa Zaraś-Januszkiewicz przyznaje, że świadomość ekologiczna Polaków rośnie z roku na rok. W wielu przydomowych ogrodach i na działkach pojawia się coraz więcej drzew. O tym, że każdy z nas ma realny wpływ na stan środowiska naturalnego głośno mówią także twórcy programu „Po stronie natury”. W tej akcji symbolem troski o środowisko jest właśnie sadzenie drzew.

– Takie akcje jak bądź „Po stronie natury” wpływają bez dwóch zdań na poprawę świadomości ekologicznej Polaków. Przede wszystkim uświadamiają ludziom potrzebę i opłacalność zachowań ekologicznych. Na pewno bezpośrednią korzyścią płynącą z tych akcji jest właśnie to drzewo, które będzie rosło. Dla mnie wielkim plusem tej akcji jest promocja naszych rodzimych gatunków drzew – dodaje dr inż. Ewa Zaraś-Januszkiewicz.

Do tej pory w ramach programu Żywiec Zdrój „Po stronie natury” na blisko 900 hektarach powierzchni posadzono 5 milionów jodeł, buków, modrzewi i jaworów.

Projekt nowelizacji ustawy hazardowej

Projekt wprowadza regulacje dotyczące zasad blokowania stron internetowych oraz płatności wykonywanych na rzecz podmiotów nielegalnie oferujących gry hazardowe w Internecie. Dzięki zastosowanym rozwiązaniom zrealizowany zostanie postulat zmniejszenia zjawiska „szarej strefy” w grach hazardowych, co doprowadzi do zwiększenia udziału w rynku legalnych przedsiębiorstw. Podniesie to także poziom ochrony graczy, ponieważ tylko legalni operatorzy dają gwarancję oferowania gier w sposób bezpieczny i odpowiedzialny.

Prawo do oferowania gier na automatach poza kasynami gier ma zostać objęte monopolem państwa wykonywanym przez wskazany podmiot. Gry na automatach należą do bardzo uzależniających graczy, w związku z czym konieczne jest wprowadzenie rozwiązania zapewniającego ich szczególną ochronę. Gry na automatach będą mogły się odbywać wyłącznie w wydzielonych do tego miejscach, pod stałą kontrolą oraz będą niedostępne dla osób poniżej 18 roku życia.

Operatorzy hazardowi oferujący gry na automatach oraz gry hazardowe w Internecie zostaną zobowiązani do wprowadzania regulaminów odpowiedzialnej gry. Jest to kolejna zmiana nakierowana na zwiększenie ochrony graczy przed negatywnymi skutkami hazardu.

Projekt zaostrza sankcje grożące za naruszanie ustawy o grach hazardowych. Nielegalni operatorzy gier hazardowych będą podlegać bardziej dotkliwym konsekwencjom, co utrudni ich funkcjonowanie, a tym samym zwiększy udział w rynku podmiotów legalnie oferujących gry hazardowe.

Zliberalizowane zostaną przepisy dotyczące gry w pokera. Proponowane rozwiązania umożliwią organizowanie gier w pokera również poza kasynami gry, uproszczą proces ich organizacji oraz umożliwią legalne uczestniczenie w grze w pokera przez Internet.

Proponowana jest likwidacja egzaminów zawodowych dla osób nadzorujących i bezpośrednio prowadzących gry hazardowe. Rezygnacja z konieczności przeprowadzania egzaminów zawodowych i zastąpienie ich szkoleniami doprowadzi do zmniejszenia obciążeń biurokratycznych dla przedsiębiorców operujących w branży gier hazardowych i zmniejszy koszty prowadzenia działalności gospodarczej w tym obszarze.

Projekt został przekazany do konsultacji resortowych, dokument zakłada, że zmiany wejdą w życie 1 stycznia 2017, procedura przyjęcia nowelizacji będzie bowiem zawierać etap notyfikacji technicznej w KE.

MF: sklepy internetowe zwolnione z podatku od sprzedaży detalicznej

Paweł Szałamacha, Minister Finansów
Paweł Szałamacha, Minister Finansów

Kwotę wolną od podatku w wysokości 17 mln złotych miesięcznie oraz skalę progresywną obejmującą 2 stawki i progi podatkowe zawiera przygotowany przez Ministra Finansów projekt ustawy o podatku od sprzedaży detalicznej. Jest on efektem trwających od początku lutego br. konsultacji społecznych, w ramach których przedsiębiorcy sektora handlu oraz organizacje ich zrzeszające zgłosiły liczne postulaty i uwagi. Projekt został przekazany na posiedzenie Komitetu Stałego Rady Ministrów.

Wypracowany nowy projekt ustawy zawiera następujące rozwiązania:

Projekt zakłada, że przedmiotem opodatkowania będzie przychód ze sprzedaży detalicznej, czyli sprzedaży dokonywanej na rzecz konsumentów (osób fizycznych nieprowadzących działalności gospodarczej oraz rolników ryczałtowych). Przychód ze sprzedaży detalicznej nie będzie obejmował należnego podatku VAT. W podstawie opodatkowania nie będzie uwzględniana sprzedaż na rzecz przedsiębiorców.

Projekt nie przewiduje opodatkowania sprzedaży dokonywanej przez internet.

Podatnikami podatku będą sprzedawcy detaliczni dokonujący zbycia towarów (rzeczy ruchomych lub ich części). Projekt nie zawiera szczególnych rozwiązań dotyczących sprzedawców działających w ramach sieci handlowych.

Przewiduje się kwotę wolną od podatku w wysokości 17 mln zł miesięcznie. Podstawę opodatkowania stanowić będzie osiągnięta w danym miesiącu nadwyżka przychodu ze sprzedaży detalicznej ponad tę kwotę.

Zakłada się wprowadzenie skali progresywnej obejmującej 2 stawki i progi podatkowe:

  • 0,8% od podstawy opodatkowania pomiędzy kwotą 17 mln zł i 170 mln zł
  • 1,4% od nadwyżki podstawy opodatkowania ponad kwotę 170 mln zł.

Wyłączona z podatku będzie sprzedaż:

  • gazu ziemnego dostarczanego do konsumentów za pośrednictwem sieci dystrybucyjnych, wody dostarczanej do konsumentów przez przedsiębiorstwa wodno-kanalizacyjne,
  • węgla kamiennego i innych paliw stałych,
  • używanych do celów opałowych pozostałych węglowodorów gazowych (zarówno rozlewanych do butli gazowych w składzie podatkowym jak i znajdujących się w przydomowych zbiornikach gazu),
  • olejów napędowych przeznaczonych do celów opałowych,
  • leków, środków spożywczych specjalnego przeznaczenia żywieniowego oraz wyrobów medycznych refundowanych lub finansowanych w całości lub w części, na podstawie odrębnych przepisów,
  • towarów zbywanych w ramach świadczenia usług gastronomicznych.

Podatek zapłacony przez sprzedawcę detalicznego będzie stanowił u niego koszt uzyskania przychodu w podatku dochodowym.

Silne osłabienie złotego

Dolar amerykański zyskuje na wartości po opublikowaniu protokołu z ostatniego posiedzenia FOMC, z którego wynika, że Fed rozważa nawet dwie podwyżki stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych. Po drugiej stronie znajduje się polski złoty, który rozpoczyna tydzień ponownym osłabieniem do głównych walut.

Kursy par z polskim złotym wystrzeliły mocniej ze względu na zaostrzanie się sporu między rządem a Komisją Europejską, ale również ze względu na mniejszy apetyt na ryzyko związany z powrotem spekulacji nt. ewentualnych podwyżek stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych. Kurs EUR/PLN w ciągu dnia przełamał poziom oporu w okolicach 4,44; co otwierało drogę nawet do obszaru w pobliżu 4,47. Obecnie obserwujemy lekkie cofnięcie kursu, a zatem również można się spodziewać korekty spadkowej w najbliższym. Niemniej jednak ruch w górę jest bazowym scenariuszem. Na parze USD/PLN kurs znajduje się w obszarze oporu 3,97; a jego przełamanie będzie prawdopodobnie oznaczać ruch w okolice 4 złotych za jednego dolara. Para CHF/PLN ponownie zawędrował w okolice okrągłych 4,00; ale jak na razie bykom nie udało się utrzymać dłużej kursu ponad tą strefą. Daje to nadzieję, że w najbliższym czasie polski złoty pozostanie silniejszy do franka, zwłaszcza gdy kurs EUR/CHF ponownie zaatakuje poziom 1,12.

Dzisiaj praktycznie nie mieliśmy bardzo wypełnionego kalendarza makroekonomicznego. Wstępne odczyty indeksów PMI niewiele zmieniły obraz na rynku. Główna para walutowa ponownie kieruje się na południe po niewielkiej korekcie, którą obserwowaliśmy w piątek. Najbliższy poziom wsparcia znajduje się w okolicach 1,1150; a następnie 1,11.

W kontekście amerykańskiej waluty ważne będą czwartkowe dane o zamówieniach na dobra trwałego użytku, a w piątek rewizja Produktu Krajowego Brutto za I kwartał br. Dobre dane mogą zwiększyć prawdopodobieństwo podwyżek stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych, co będzie miało korzystny wpływ na dalsze umocnienie amerykańskiej waluty, ale już niekoniecznie na rynki akcji zza oceanem, choć Wall Street zdaję się już pogodzona z ewentualnym wzrostem kosztu pieniądza w USA. Niemniej jednak należy zachować ostrożność zwłaszcza przy mocno wykupionym rynku.

Ropa naftowa po dotarciu do ważnego poziomu oporu w okolicach 50 USD zawróciła i od kilku dni obserwujemy korektę. Oprócz technicznych powodów z pewnością silny dolar również miał wpływ na zatrzymanie wzrostów cen tego surowca energetycznego. Sytuacja może niewiele się zmienić do 02 czerwca br. W tym dniu ma odbyć się kolejne spotkanie krajów OPEC dotyczące ewentualnego ograniczenia wydobycia. Bez dodatkowego impulsu trudno sobie wyobrazić dalsze silne wzrosty cen ropy zwłaszcza, że od lutego br. jej cena urosła o około 80%.

Komentarz przygotował:

Bartosz Zawadzki
Szef Działu Analiz
Admiral Markets AS Oddział w Polsce

Polskie cementownie narażone na nieuczciwą konkurencję

Gwałtownie rośnie do naszego kraju import cementu spoza Unii Europejskiej przy jednoczesnym ograniczeniu możliwości eksportu polskich firm. Branża cementowa coraz bardziej boryka się, na rynkach polskim i zagranicznym, z nieuczciwą konkurencją. Przez co słabnie pozycja naszych cementowni – alarmuje Konfederacja Lewiatan.

Daria Kulczycka, dyrektorka departamentu energii i zmian klimatu Konfederacji Lewiatan
Daria Kulczycka, dyrektorka departamentu energii i zmian klimatu Konfederacji Lewiatan

Ogłoszone przez władze białoruskie w lutym 2016r. plany skokowego wzrostu exportu cementu z Białorusi do Europy w tym do Polski skutkować będą ograniczeniem produkcji polskich producentów cementu oraz ryzykiem utraty miejsc pracy w polskiej branży cementowej.

– Firmy białoruskie zwiększają skokowo sprzedaż cementu do Polski. Jednocześnie Białoruś blokuje administracyjnie dostęp do swojego rynku. Administracyjne ograniczenia wprowadzono też w eksporcie cementu do Rosji, gdzie od marca 2016 r., wymaga się nowych krajowych certyfikatów, których nie wydaje się firmom importującym cement z Polski – mówi Daria Kulczycka, dyrektorka departamentu energii i zmian klimatu Konfederacji Lewiatan.

Tabela Bialorus import i eksport cementu
Źródło: Stowarzyszenie Producentów Cementu

Producenci cementu zza wschodniej granicy są dodatkowo uprzywilejowani, gdyż nie ponoszą kosztów związanych z emisją CO2, które obciążają polskich producentów cementu. Skutkuje to brakiem równych szans w konkurowaniu pomiędzy producentami cementu z Polski a producentami cementu z Białorusi oraz Rosji.

W roku 2014 Polska ogółem wyeksportowała 476,9 tys. ton cementu, w tym 135 tys. ton (28%) – do Rosji. W roku 2015 eksport cementu do Rosji zmniejszył się o 52% – do 65 tys. ton.

Faktycznie władze rosyjskie poprzez nowy system kontroli jakości cementu oraz nieformalne zakazy wydawania certyfikatów na importowany do Rosji cement od 7 marca:

  • doprowadziły do nagłej utraty kontrahentów i znacznych ilości cementu przez producentów z Polski i innych krajów UE, eksportujących cement do Rosji;
  • podkopały całkowicie zaufanie rynku rosyjskiego do stabilności źródeł cementu z importu;
  • wzmocniły lokalnych rosyjskich producentów cementu w tym firmę Eurocement, która kontroluje Sojuzcement (organizację branżową przemysłu cementowego w Rosji). Sojuzcement wydaje akredytacje dla firm wydających nowe certyfikaty jakościowe na cement, które wykonują instrukcje Sojuzcement, pod groźbą utraty akredytacji.

Zdaniem Lewiatana, od wejścia w życie nowych wymagań certyfikacyjnych w Rosji tj. od 7 marca 2016 do 6 maja 2016, nowe certyfikaty na cement w liczbie 278 otrzymało 51 producentów z Rosji oraz 3 producentów z Białorusi. Pozostali zagraniczni producenci oraz importerzy zagranicznego cementu nie dostali żadnego certyfikatu, pomimo wielu prób ich uzyskania. Świadczy to o celowej dyskryminacji producentów z UE, w tym z Polski.

Andrzej Ptak Stowarzyszenie Producentów Cementu
Andrzej Ptak, Prezes Zarządu i Dyrektor Generalny Grupy Ożarów S.A., Przewodniczący Zarządu Stowarzyszenia Producentów Cementu

Jak oszacował Andrzej Ptak, przewodniczący Stowarzyszenie Producentów Cementu w 2016 roku branża cementowa wyprodukuje około 16 mln ton cementu, czyli o 4% więcej niż w 2015 roku (15,4 mln ton). Zdolności produkcyjne branży cementowej w Polsce sięgają 22 mln ton.

Polskie cementownie, dzięki znaczącym inwestycjom należą do najbardziej konkurencyjnych w Europie. Wydatki na inwestycje w przemyśle cementowym w Polsce wynoszą ok. 10 mld złotych. Niestety na skutek zaistniałej sytuacji nastąpiło znaczące pogorszenie pozycji konkurencyjnej polskiego cementu oraz powstało wysokie ryzyko pogorszenia poziomu życia dziesiątek tysięcy gospodarstw domowych oraz całych społeczności lokalnych.

Konfederacja Lewiatan

Raiffeisen Polbank po I kwartale 2016

Raiffeisen Polbank
Raiffeisen Polbank

W I kwartale 2016 r. Raiffeisen Polbank wypracował 144,1 mln zł zysku netto, co stanowi wzrost o 140% w porównaniu z tym samym okresem poprzedniego roku. Zysk brutto zwiększył się o 167% w skali roku i wyniósł 208,6 mln zł. Znaczący wzrost wyniku był efektem sprzedaży spółki zależnej Raiffeisen-Leasing Polska na rzecz Raiffeisen Bank International z Wiednia. Pozytywny wpływ na rezultaty finansowe Banku miało też zwiększenie o 6% r/r wyniku z opłat i prowizji do 138,5 mln zł. Wynik odsetkowy pozostał na niezmienionym poziomie i wyniósł 236 mln zł. O 8% r/r do 39,7 mln zł wzrosły rezerwy na zagrożone kredyty. Dodatkowo bank przeznaczył 25,9 mln zł na dalszą restrukturyzację zatrudnienia (o około 500 etatów) i zamknięcie 35 oddziałów. Mimo tych nadzwyczajnych wydatków poziom kosztów ogólnych banku praktycznie nie zmienił się w skali roku (+2%).

Dzięki sprzedaży spółki leasingowej bank znacząco wzmocnił pozycję kapitałową, a współczynniki TCR i CET1 na koniec marca 2016 r. wyniosły odpowiednio: 15,95% i 15,30%, co oznacza przekroczenie zalecanych przez Komisję Nadzoru Finansowego poziomów o 0,62 p.p. i 3,49 p.p.

Aktywa Raiffeisen Polbanku na koniec marca wyniosły 52,8 mld zł i były o 6% niższe względem stanu z końca 2015 r. Wolumen udzielonych kredytów pozostał na poziomie 33,7 mld zł. Saldo depozytów zmniejszyło się o 8% do 35,7 mld zł. Kapitały własne wzrosły o 3% do 6,4 mld zł. Poziom kredytów do depozytów wyniósł 95%, co oznacza, że struktura finansowania była jednocześnie bezpieczna i efektywna kosztowo.

Piotr Czarnecki, prezes Raiffeisen Polbanku
Piotr Czarnecki, prezes Raiffeisen Polbanku

Choć polska gospodarka rozwija się w relatywnie niezłym tempie, to prognozy na dalszą przyszłość są obarczone dużym poziomem niepewności, m.in. z uwagi na słabe perspektywy innych rynków wschodzących czy potencjalnie groźne zjawiska geopolityczne. Ciągle rośnie presja regulacyjna oraz fiskalna na sektor bankowy, a jednocześnie rekordowo niskie stopy procentowe wpływają na spadek przychodów odsetkowych. Do silnej konkurencji wewnątrz branży dochodzi presja firm z sektora fintech. Działając w takim otoczeniu, znacznie wzmocniliśmy pozycję kapitałową banku. Raiffeisen Polbank zachowuje silną pozycję w bankowości korporacyjnej i obszarze treasury, a jednocześnie dynamicznie powiększa udział w rynku detalicznym, na co wskazuje sukces produktów z „Wymarzonej” serii, które w ciągu roku przyciągnęły ponad 300 tysięcy klientów. Strategia oparta na wiarygodności, partnerstwie, wygodzie i lojalności skłania do aktywnego bankowania z nami, a położenie nacisku na jakość obsługi zaowocowało wprowadzeniem banku do grona liderów w tej kategorii – powiedział Piotr Czarnecki, Prezes Zarządu Raiffeisen Polbank.

Na skutek sprzedaży Raiffeisen-Leasing Polska aktywa Grupy Kapitałowej Raiffeisen Bank Polska na koniec I kwartału 2016 r. spadły o 15% w stosunku do końca 2015 r. i wyniosły 52,8 mld zł. Obecnie w skład Grupy, oprócz Raiffeisen Polbanku, wchodzą m.in. spółki: Raiffeisen Investment Polska, Raiffeisen Solutions prowadząca internetowy RKantor.com oraz Raiffeisen TFI. Księgowy wpływ transakcji sprzedaży na wynik Grupy sprawił, że na poziomie skonsolidowanym wykazana została strata netto w wysokości 10,1 mln zł. Raiffeisen Polbank skutecznie realizuje plan dynamicznego wzrostu w bankowości detalicznej, poszerzając ofertę produktów z serii „Wymarzonych”.

W I kwartale bank otworzył 42 tys. Wymarzonych Kont Osobistych. Efekt przyniosły działania zmierzające do poprawy jakości obsługi – Raiffeisen Polbank otrzymał nagrodę Złotego Banku za jakość obsługi w rankingu Pulsu Biznesu i Bankier.pl, dołączając tym samym do grona liderów w tej kategorii. Bank aktywnie włączył się również w rządowy program wsparcia rodzin z dziećmi 500+, umożliwiając składanie wniosków o świadczenie z poziomu bankowości internetowej R-Online. Dużą popularnością cieszą się fundusze inwestycyjne oferowane przez bank – klienci ulokowali w nich 836 mln zł. Bank utworzył własne Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych, które po uzyskaniu zgodny KNF będzie mogło przejąć zarządzanie funduszami od dotychczas zajmującego się tym podmiotu.

Tesla S kontra Toyota Mirai: akumulatory czy wodór?

Światowa emisja dwutlenku węgla bije kolejne rekordy. Jeszcze nigdy w historii ludzkości nie emitowaliśmy do atmosfery tak wielu zanieczyszczeń. Oprócz ciężkiego przemysłu, podtruwa nas transport drogowy. Właśnie dlatego w ostatnich latach pojawiły się samochody, które zrewolucjonizowały motoryzację. Chyba nikt nie ma już wątpliwości, że napęd elektryczny jest jej przyszłością. Oto dwa różne rozwiązania jednego problemu: Tesla S i Toyota Mirai.

Problemem zaś jest uzależnienie naszej cywilizacji od paliw kopalnych i przywiązanie do nieekologicznych metod wytwarzania i konsumowania energii. Pierwszym krokiem na długiej drodze do budowania lepszych, czyli oszczędniejszych, wygodniejszych i cichszych, ale też szybszych samochodów były konstrukcje hybrydowe. Tu zdecydowanym liderem jest Toyota, która już w 1997 roku wprowadziła do seryjnej produkcji swoją pierwszą hybrydę – dobrze nam znanego Priusa, który dziś jest w stanie spalać zaledwie 2,8 l/100 km i to nie w laboratorium, ale na drogach publicznych.

Kolejnym, milowym krokiem w motoryzacyjnej ewolucji była Toyota Mirai, pierwszy seryjny samochód z napędem wodorowym. Jurorzy konkursu World Car of The Year nazwali ją najważniejszym autem 2015 roku, przyznając temu modelowi tytuł World Green Car of The Year. To samochód, który wprowadza nas w nową epokę.

Podobieństwa, które łączą oba projekty to napęd elektryczny. Zarówno Tesla S, jak i Toyota Mirai korzystają z najprostszych w świecie jednostek, nieporównywalnie lżejszych od silników spalinowych. Na tym podobieństwa się kończą, bo całkiem inaczej rozwiązano w tych autach problem dostarczania energii elektrycznej do silnika.

Tesla S ma litowo-jonowe akumulatory, w których magazynowana jest energia pozwalająca pokonać od ok. 300 do 500 km na jednym ładowaniu, które w przypadku domowego gniazdka trwa ok. 8 h. Czas ładowania można skrócić o połowę, korzystając z silniejszych źródeł zasilania. W przypadku tzw. superchargerów jest to ok. 45 min. Problem w tym, że w Polsce jest tylko jedna taka stacja, w okolicach Wrocławia. Do końca roku może ich powstać w sumie 7 – w okolicach Trójmiasta, Katowic, Łodzi, Białegostoku i Rzeszowa. Na liście nie ma Warszawy, bo chodzi tu tylko o zapewnienie korytarzy transportowych właścicielom Tesli z zachodniej Europy. W Polsce jest ok. 20 takich samochodów, najbliższy autoryzowany salon i serwis jest w Berlinie.

W konkurencji tankowania i ładowania wygrywa jednak Toyota Mirai, której dwa zbiorniki można wypełnić wodorem w ciągu ok. 3 minut, a jedno tankowanie pozwala na pokonanie dystansu od 550 do nawet 750 km. Stacje tankowania wodoru powstaną również w Polsce. Pierwsze dwie takie stacje zostaną otwarte w ciągu 2 lat, a z czasem ich sieć obejmie największe i najważniejsze miasta w całym kraju, w tym Warszawę, Poznań, Białystok, Szczecin, Łódź, Trójmiasto, Katowice, Wrocław i Kraków.

Kolejny problem to awaryjność Tesli, na którą skarżą się pierwsi użytkownicy. Odnotowano wiele przypadków zacinania się elektrycznie wysuwanych klamek. Zimą dają się też we znaki problemy z zamykaniem bezramkowych szyb i przymarzającymi wycieraczkami. Odnotowano też przypadki pożarów podczas ładowania. Tesla powstała z części od różnych producentów, niektóre podzespoły pochodzą np. z Mercedesa – w tym dźwignia zmiany biegów czy przełączniki sterowania szybami. Firma z Kalifornii nie ma doświadczenia w wielkoseryjnej produkcji.

Toyota Mirai bazuje na sprawdzonych i rozwijanych przez ostatnich 20 lat konstrukcjach hybrydowych. Z nich pochodzą silniki trakcyjne, akumulatory i moduły sterowania. W kategorii niezawodności kolejny punkt zdobywa Toyota Mirai. Kolejnym argumentem przemawiającym na korzyść koncernu jest kilkadziesiąt lat doświadczenia i najnowocześniejszy system seryjnej produkcji samochodów, który wdrożono m. in. również w zakładach Porsche.

Pod względem osiągów szala przechyla się na stronę Tesli S, która – w zależności od wersji – może przyspieszać do setki nawet w 3 sekundy i rozpędzać się do 250 km/h. Prędkość maksymalna Toyoty Mirai to 178 km/h, przyspieszenie do 100 km/h zajmuje 9,6 s. Silnik elektryczny ma moc zaledwie 154 KM i maksymalny moment 335 Nm – wobec 400, a nawet 500 KM w Tesli, przy maksymalnym momencie od 500 do prawie 1000 Nm. To jednak nie jest dziełem przypadku. Zastosowana w Toyocie Mirai przetwornica zwiększa uzyskane z ogniw napięcie do 650 V, co pozwoliło zredukować ich liczbę, zmniejszyć masę auta i pozostawić do dyspozycji duży bagażnik i przestronne wnętrze. Wysokonapięciowy akumulator o dużej pojemności pozwala gromadzić energię podczas hamowania, by użyć jej do wspomagania silnika elektrycznego w momencie przyspieszania.

Tesla S broni się argumentem w postaci aż dwóch bagażników – z tyłu i z przodu pojazdu –oraz największym dotykowym ekranem, jaki kiedykolwiek zamontowano w seryjnym samochodzie. Przegrywa jednak w kategorii ceny. Za nowy egzemplarz zapłacimy od co najmniej 300 do 400 tys. zł. Dodajmy, że to dolna granica. Tymczasem Toyota Mirai kosztuje ok. 280 000 zł i jest oferowana w leasingu.

Podstawową różnicą w stosunku do wszystkich innych samochodów, napędzanych silnikiem elektrycznym jest sposób wytwarzania prądu. W Toyocie Mirai powstaje na skutek reakcji wodoru z tlenem w ogniwach paliwowych, co eliminuje konieczność dźwigania na pokładzie auta wielkich i ciężkich akumulatorów. Tak udało się pokonać największy problem, jakim była niska efektywność akumulatorów w samochodach elektrycznych, a jednocześnie wyeliminować silnik spalinowy. W dodatku wodór można pozyskać w sposób ekologiczny – np. z wykorzystaniem energii wiatrowej. Łatwiej i taniej go magazynować, niż prąd.

Śladami Toyoty idą kolejne marki, np. Hyundai i BMW. Japoński koncern zachęca producentów aut do wdrożenia technologii wodorowej, udostępniając im własne patenty. Gdy na rynku przybędzie modeli z napędem wodorowym i stacji, spadną zarówno ceny tych aut, jak i wodoru.

Które z tych rozwiązań okaże się prawdziwym samochodem przyszłości? Czy zwycięży szaleńcza odwaga Elona Muska, czy lata doświadczeń Akio Toyody? Czas pokaże. Bez wątpienia już dziś można powiedzieć, że samochody takie jak Tesla S, Toyota Mirai czy Prius są punktami zwrotnymi w historii motoryzacji.

Zmiany w Zarządzie Waryński S.A.

Rada Nadzorcza Waryński S.A. Grupa Holdingowa zadecydowała o zmianach w Zarządzie spółki. Jego nowy skład tworzą Mirosław Łoziński – Prezes Zarządu, Przemysław Bednarczyk – Wiceprezes Zarządu oraz Jarosław Jankowski, pełniący funkcję Członka Zarządu.

Mirosław Łoziński funkcję Prezesa Zarządu Waryński S.A. Grupa Holdingowa pełni od kwietnia 2016 r. Wcześniej przez ponad 12 lat związany był z PKP Polskimi Liniami Kolejowymi S.A., gdzie kierował zespołem pracowniczym, między innymi jako Dyrektor Zakładu Linii Kolejowych w Warszawie. Mirosław Łoziński posiada rozległe doświadczenie menedżerskie. Podczas dotychczasowej kariery zawodowej z sukcesem uczestniczył w wielu procesach restrukturyzacyjnych, a także zajmował się realizacją licznych projektów inwestycyjnych. Nowy Prezes Grupy Waryński jest Absolwentem Politechniki Warszawskiej, a także podyplomowych studiów w Wyższej Szkole Gospodarstwa Krajowego w Kutnie oraz Wyższej Szkole im. Pawła Włodkowica w Płocku.

Objęcie stanowiska Prezesa Zarządu Grupy Waryński jest dla mnie dużą nobilitacją. Spółka w ostatnich latach przeszła intensywny proces reorganizacji i jest dziś dynamicznie rozwijającą się firmą deweloperską. Powodzenie projektów, które realizujemy na warszawskiej Woli jest tego najlepszym przykładem. Jednak rynek nieruchomości zmienia się w szybkim tempie i nie pozwala spoczywać na laurach. Aby odnosić sukces, należy stale rozwijać ofertę i dostosowywać ją do oczekiwań klientów. Jestem przekonany, że wspólnie z całym Zespołem Grupy Waryński będziemy kontynuować strategię konsekwentnego rozwoju i w niedalekiej przyszłości, przystąpimy do realizacji kolejnych inwestycji deweloperskich – powiedział Mirosław Łoziński.

Mirosław Łoziński zastąpił na stanowisku Prezesa Zarządu Jarosława Jankowskiego, który zarządzał Grupą Waryński od 2008 r., a obecnie pełni funkcję Członka Zarządu. W tym czasie spółka kojarzona przez lata głównie z produkcją maszyn budowlanych oraz części i podzespołów hydraulicznych – stawiła czoła współczesnym realiom biznesowym, przeprowadzając z sukcesem proces głębokiej restrukturyzacji całej Grupy Kapitałowej. Spółka została przekształcona w nowoczesną firmę deweloperską, która prowadzi działalność zarówno na rynku mieszkaniowym, jak i biurowym.

Wiceprezesem Zarządu Waryński S.A. Grupa Holdingowa został Przemysław Bednarczyk, który w dotychczasowej karierze zawodowej związany był m.in. z Grupą Inwestycyjną Synergia, w której zarządzał zespołem odpowiedzialnym za realizację projektów deweloperskich oraz PKO Bankiem Polskim, gdzie uczestniczył w procesie optymalizacji portfela nieruchomości, będących w zasobach Banku. Przemysław Bednarczyk posiada wieloletnie doświadczenie zawodowe z zakresu kontrolingu finansowego oraz zarządzania (m.in. Deloitte Audyt). Specjalizuje się w nadzorowaniu projektów inwestycyjnych oraz zarządzaniu poszczególnymi procesami na wszystkich etapach ich realizacji. Przemysław Bednarczyk jest Absolwentem Wydziału Zarządzania oraz Wydziału Ekonomiczno–Socjologicznego Uniwersytetu Łódzkiego, a także podyplomowych studiów z wyceny nieruchomości dla kandydatów na Rzeczoznawców majątkowych na tej samej Uczelni.

Grupa Waryński realizuje obecnie dwa projekty mieszkaniowe na warszawskiej Woli współtworzone z partnerami – Stację Kazimierz z Polnordem i Miasto Wola z firmą Dantex, a także samodzielną inwestycję biurową EQlibrium. Dotychczas, Grupa Waryński uruchomiła 5 etapów projektów mieszkaniowych, zakładających budowę 670 mieszkań, z których zdecydowana większość znalazła już swoich nabywców.

Kluczowym obszarem działalności Waryński S.A. Grupa Holdingowa jest aktywność na rynku deweloperskim oraz intensywne budowanie pozycji marki na rynku nieruchomości. W skład Grupy Waryński wchodzą spółki powołane w celu realizacji inwestycji mieszkaniowych i biurowych oraz kontynuująca tradycję marki w sektorze maszyn budowlanych, spółka Waryński Trade Sp. z o.o. Głównym akcjonariuszem Waryński S.A. Grupa Holdingowa jest MARS Fundusz Inwestycyjny Zamknięty, zarządzany przez MS Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych, należące do Polskiej Grupy Zbrojeniowej.

Internet i dokumenty aplikacyjne nawet kilkukrotnie zwiększają szanse u pracodawcy

Na współczesnym rynku pracy serwisy społecznościowe są narzędziem służącym do poszerzania kontaktów  nie tylko na linii kandydat – rekruter, ale również na linii stricte biznesowej. Za ich pomocą, możemy z powodzeniem uwiarygodnić się w oczach potencjalnego klienta, na przykład poprzez zbieranie krótkich referencji od osób, z którymi współpracujemy. Oszczędzimy w ten sposób mnóstwo czasu sobie i potencjalnym partnerom biznesowym, pomagając im znaleźć na nasz temat dodatkowe informacje. To też bardzo dobry sposób na uzyskanie lub potwierdzenie referencji. Odpowiednio zbudowany profil pozwoli także znaleźć nas rekruterom. Nawet jeśli nie poszukujemy pracy aktywnie, warto skorzystać z tej możliwości. Nie możemy bowiem wykluczyć, że za jakiś czas nasza sytuacja zawodowa ulegnie zmianie. Należy więc pomyśleć o tym z odpowiednim wyprzedzeniem.  

Liczba dostępnych ofert pracy cały czas rośnie i obecny rynek odbiega w swym kształcie od tego sprzed kilku lat, będąc coraz bardziej przychylny kandydatom, – komentuje Anna Moryc, Konsultant w firmie doradztwa personalnego Experis, specjalizującej się w rekrutacji w obszarach finansowym, inżynieryjnym oraz IT. – Nadal jednak by dostać dobrą pracę, zwłaszcza na stanowiskach specjalistycznych, nie wystarczy znać się na swoim fachu, ale również umieć dobrze się zareklamować i dotrzeć do pracodawcy. By to uzyskać niezbędne jest dobrze przygotowane CV oraz umiejętne wykorzystywanie profili społecznościowych. Dla rekruterów są one nie tylko świetnym sposobem do nawiązywania kontaktu z kandydatami, ale również weryfikacji ich umiejętności. Obecność na portalach społecznościowych, pomaga też podtrzymać zawartą już znajomość. Rekruter, który wcześniej miał kontakt z poszukującym pracy, zwykle chętnie powraca do rozmów z nim, kiedy tylko otrzyma sygnał, że kandydat jest znów otwarty na nowe możliwości. Samemu kandydatowi znacznie łatwiej będzie też ten sygnał wysłać za pośrednictwem takiego serwisu – nawet, jeśli wcześniejsza propozycja nie spotkała się z zainteresowaniem, – dodaje przedstawiciel Experis.

Co powinno znaleźć się w profilu kandydata na portalu, poprzez który poszukuje pracy? Trzy elementy, o których zamieszczeniu nie można zapomnieć to doświadczenie, umiejętności oraz profesjonalne zdjęcie. Warto nie ignorować tego ostatniego, bo będzie ono kojarzone z naszym wizerunkiem. Fotografia powinna być więc profesjonalna, biznesowa, ale również sympatyczna. Nie bójmy się również chwalić sukcesami – jeśli pozyskaliśmy strategicznego klienta lub przyczyniliśmy się do realizacji ważnego projektu, bez wątpienia warto o tym wspomnieć. Można również zamieścić linki prowadzące do przykładów naszych działań, które wcześniej zostały zamieszczone w Internecie.

Niezależnie od zmian na rynku pracy, CV nadal pozostaje wizytówką kandydata. Dokument ten trafia nie tylko do rąk rekrutera, który na jego podstawie decyduje, czy uwzględnić kandydaturę danej osoby w projekcie i zaprosić ją na spotkanie, ale także do osoby decyzyjnej po stronie firmy, w której chcemy pracować. Na tym etapie ważna będzie zarówno forma naszej aplikacji, jak i jej zawartość. Przede wszystkim, należy zadbać o dopasowanie CV do konkretnego opisu stanowiska. Dokument powinien być spójny z oczekiwaniami pracodawcy i przygotowany pod konkretną propozycję współpracy. Jeśli będziemy odpowiedzialni za sprzedaż, skupmy się na sukcesach w tym obszarze, jeśli za księgowość, pokażmy efekty naszej pracy w tej dziedzinie. Podkreślmy kluczowe dla stanowiska kompetencje, opiszmy doświadczenie w dotychczasowej współpracy, wyliczając jednocześnie sukcesy – przecież to ich szuka właśnie pracodawca.

Dobrą praktyką w tworzeniu CV pod kątem stanowisk specjalistycznych, może być umieszczenie w nim swojego profilu zawodowego, – doradza Anna Moryc z Experis. – To nic innego jak krótkie podsumowanie dotychczasowych doświadczeń, zestawione z celem, który chcemy osiągnąć. Jeżeli poważnie myślimy o rozwoju w tym obszarze oraz o poszerzaniu swoich kompetencji, warto w takim podsumowaniu napisać o kursach, które aktualnie odbywamy lub o kwalifikacjach, które chcemy zdobyć w przyszłości. Tu jednak ważna jest zarówno szczerość, jak i zgodność z profilem stanowiska. Należy więc znaleźć równowagę pomiędzy tym, czego oczekujemy, a co może nam zaoferować dana organizacja. Każde CV powinno też zawierać dane osobowe kandydata lub kandydatki, umieszczone na samym początku dokumentu. Wstawienie zdjęcia nie jest obowiązkowe, jednak w przypadku aplikacji specjalistycznych wskazane jest umieszczenie profesjonalnej fotografii kandydata. W biznesie kluczowe jest budowanie swojego wizerunku jako profesjonalisty już przy pierwszym kontakcie. Dlatego namawiam, by nie rezygnować z tej możliwości, bo może ona okazać się bardzo korzystna, – doradza przedstawiciel Experis.

Zawarte w CV informacje powinny być uszeregowane chronologicznie, spójne i mieścić się maksymalnie na dwóch stronach. Jeśli nasze doświadczenie wymaga więcej miejsca i koniecznie chcemy się nim pochwalić, możemy rozważyć przedstawienie go w sposób funkcjonalny, skupiając się na naszych najbardziej kluczowych umiejętnościach. Taka forma aplikacji sprawdza się jednak przede wszystkim wtedy, kiedy nie posiadamy wymaganego doświadczenia, ale za to dysponujemy kluczowymi dla stanowiska kompetencjami. Jeśli jednak pozostaniemy przy tradycyjnej formule,  skoncentrujmy się na głównych zadaniach realizowanych na stanowisku, podkreślmy swoje osiągnięcia, a resztę będziemy mogli dopowiedzieć na rozmowie. Czytajmy też z uwagą opisy interesujących nas stanowisk – łatwiej będzie nam przedstawić swoją sylwetkę w pożądany sposób.

Wyspecjalizowana firma doradztwa personalnego Experis współpracuje z pracodawcami oraz kandydatami odpowiednio dopasowując i łącząc te dwie grupy na zmieniającym się wciąż rynku pracy. Poszukującym pracy specjalistom wskazuje miejsca zatrudnienia ciekawe dla ich dalszego rozwoju i adekwatne do ich potrzeb. Experis zajmując się rekrutacją, doradza również kandydatom w zakresie budowy ich kariery dostarczając informacji na temat poszukiwanych na rynku kompetencji oraz tego, na co powinni położyć nacisk, by zrealizować stawiany sobie cel zawodowy.

EQ pracownika ważniejsze niż IQ? Test na inteligencję emocjonalną

Dobrze wykształceni, znający języki, posiadający certyfikaty – słowem świetnie wykwalifikowani pracownicy. Czego im brakuje? Często dystansu, odporności na stres, umiejętności mówienia o swoich potrzebach i odczytywania emocji innych. Polacy zajmują trzecie miejsce wśród najbardziej zestresowanych pracowników w Europie. Pracodawcy dostrzegając ten problem, organizują szkolenia z inteligencji emocjonalnej, bo jak wskazują badania, działy kierowane przez liderów o wysokim EQ (ang. Emotional Intelligence Quotient) osiągają wyniki przekraczające założone cele o 20%[1].

Emocje górą, nawet w biznesie

– Czasy ignorowania emocji, jako nie mających znaczenia dla biznesu, przeminęły – powiedział kilka lata temu podczas swojej wizyty w Polsce Daniel Goleman, autor bestsellera Inteligencja emocjonalna, książki która została sprzedana w ponad pięciu milionach egzemplarzy w 40 językach i znajdowała się na liście bestselerów The New York Times przez półtora roku. Coraz więcej firm wyciąga wnioski z jego słów, doceniając rolę emocji w pracy, a nie widząc w nich tylko zagrożenie dla profesjonalizacji życia zawodowego. Jak pokazują badania aż 2/3 cech determinujących sukces ma naturę emocjonalną. Bycie godnym zaufania, zdolność do adaptacji czy współpracy z innymi to tylko przykłady zachowań, które cenimy u siebie i wśród naszych współpracowników.

– Od jakiegoś czasu na rynku pracy można dostrzec rosnące zapotrzebowanie na mniej oczywiste umiejętności. Inteligencja emocjonalna bez wątpienia do nich należy. Instytut CIMA, ściśle związany z branżą finansów, w której co do zasady prym wiedzie inteligencja racjonalna znana bardziej pod określeniem IQ, dostrzega potrzebę wsparcia specjalistów w zakresie kompetencji miękkich, na przykład poprzez organizację szkoleń i webexów. Wbrew pozorom, sukces pracowników bardzo często determinują silnie rozwinięte umiejętności osobiste, dzięki którym łatwiej zrozumieć stany emocjonalne osób, z którymi się pracuje. Rozwinięta inteligencja emocjonalna pomaga m.in. w akceptowaniu zmian, asertywności czy rozwiązywaniu sytuacji konfliktowych wylicza Jakub Bejnarowicz, Szef CIMA w Europie Środkowo-Wschodniej.

Daniel Goleman określa inteligencję emocjonalną jako zdolność kierowanie się emocjami i rozpoznawania uczuć u siebie i innych. W oparciu o jego koncepcję llona Kiss prowadzi warsztaty dla pracowników w Accenture Operations. Jak podkreśla, to jedno z najpopularniejszych szkoleń w firmie, na które zgłaszają się osoby w każdym wieku i o zróżnicowanym doświadczeniu zawodowym.

Podczas całodniowego spotkania poznajemy podstawy teorii i skupiamy się na ćwiczeniu naszych emocji – przyglądamy się im, zastanawiamy się, w jaki sposób reagujemy w sytuacji, gdy opanowują nas silne emocje i jak możemy wpływać na  nasze reakcje. Pracując w parach i przeprowadzając trudne rozmowy czy rozwiązując sytuacje sporne, uczymy się rozpoznawać emocje u innych  – mówi Ilona Kiss, odpowiedzialna za szkolenia i rozwój pracowników Accenture Operations.Dzięki rozwijaniu inteligencji emocjonalnej łatwiej nam współpracować – dodaje.

EQ ważniejsze niż IQ?

Zgodnie z teorią Daniela Golemana to osoby z wysokim EQ skupiają wokół siebie pracowników, są naturalnymi liderami i górują nad osobami nawet z wyższym poziomem IQ i wiedzy teoretycznej. Dobry szef zespołu rozumie, czym kierują się pracownicy, umie ich wysłuchać, reagować na ich potrzeby i w odpowiedni sposób przekazywać informacje z szacunkiem dla drugiej strony. Na potrzebę skutecznego kształtowania tego typu kompetencji wśród liderów zwracają szczególnie uwagę duże organizacje. Na przykład Shell Business Operations, kluczowa jednostka grupy Royal Dutch Shell, zatrudnia w Krakowie 2300 specjalistów – w tym ponad 250 na stanowiskach menadżerskich różnego szczebla. To właśnie dla nich firma zorganizowała serię szkoleń „Building relations to drive performance”, zakończoną dużą konferencją.

Zaproszeni byli wszyscy menedżerowie zatrudnieni w krakowskim centrum. Szkolenia obejmowały takie bloki tematyczne, jak m.in. ustalanie granic, zarządzanie negatywnymi emocjami, a także wyrażanie pozytywnych emocji i pochwał. Chociaż obecność nie była obowiązkowa, na wykładach i ćwiczeniach pojawiło się ponad 75% menedżerów. To dowodzi, że budowa relacji i kształtowanie inteligencji emocjonalnej jest dla liderów coraz ważniejszym zagadnieniem. Zwłaszcza w czasach wzajemnego przenikania się tradycyjnych i wirtualnych zespołów. W Krakowie pracujemy w wielokulturowym środowisku pracy, składającym się z przedstawicieli 30 narodowości. Dużą część zespołu Shell Business Operations Kraków stanowi Pokolenie Y, ambitne i zaangażowane w obowiązki, ale także oczekujące partnerskich relacji z przełożonymi, inspiracji i doskonałych wzorców do naśladowania. Wszystkie te czynniki sprawiają, że menedżerowie muszą elastycznie reagować na zmiany i umiejętnie zarządzać emocjami w zespole – opowiada Joanna Wańdoch, Learning Manager w Shell Business Operations Kraków.

Zadaniem menadżerów jest zachęcanie swoich zespołów do rozwijania inteligencji emocjonalnej. W Skanska, największej firmie budowlano-deweloperskiej w Polsce, już na etapie praktyk, studenci mają szansę  dowiedzieć się również m.in. jak rozwiązywać trudne sytuacje i brać odpowiedzialność za podjęte decyzje. Otwartość w podejściu do współpracowników, atmosfera w zespole, liczenie się z opinią innych to wartości, które praktykanci w Skanska mają przekazywane już od pierwszego dnia pracy. Przez 12 tygodni pod czujnym okiem opiekuna, odpowiednio przygotowanego do pracy z młodymi ludźmi, który pomaga im wdrożyć się w projekt, studenci uczą się nie tylko jak wykorzystywać nabytą na studiach wiedzę w praktyce, ale także mogą rozwijać umiejętności miękkie, które pozwolą w przyszłości pełnić rolę np. project managera.

Inteligencji można się nauczyć

Jak na co dzień w pracy korzystać z inteligencji emocjonalnej? Specjaliści radzą odwrócić myślenie – traktujmy emocje w życiu zawodowym jako naszych sprzymierzeńców, nie wrogów.

Zarówno kobiety, jak i mężczyźni posiadają wiele pożądanych przez pracodawców cech. Raport Mercer (When Women Thrive) dotyczący środowiska kobiet w biznesie, wskazuje na to, że to właśnie kobiety są bardziej elastyczne i posiadają większe umiejętność adaptacji niż mężczyźni – 39% vs. 20%, a także stosują styl zarządzania oparty na angażowaniu pracowników, docenianiu ich i motywowaniu – 43% vs. 20% mężczyzn. Według naszych danych inteligencja emocjonalna wyróżnia 24% pań, wśród mężczyzn ten odsetek jest niższy i wynosi 5%. Z drugiej strony istnieje wiele innych cech, które są lepiej rozwinięte u mężczyzn. Jak mądrze zarządzać tymi różnicami? Dzięki mądremu zarządzaniu można wykorzystać te różnice i przekuć je na sukces organizacji. Każda osoba potrzebuje umiejętnej oceny zwrotnej od swojego przełożonego. Czasami wystarczy zwrócić uwagę, że w danej sytuacji bardziej odpowiednia byłaby inna reakcja, czy zwrócenie uwagi na konkretny szczegół. Wszyscy też powinniśmy traktować emocje w życiu zawodowym jako naszych sprzymierzeńców, a nie wrogów – tłumaczy Alma Jenkins Acosta, Talent Operations Leader w Globalnym Centrum Operacyjnym Mercer w Warszawie.

Wagę czynników psychologicznych w budowaniu indywidualnego sukcesu i życiowych osiągnięć widać już na etapie edukacji. Duży wpływ na osiąganie dobrych wyników szkolnych mają pozytywne cechy osobowości. Należy jednak pamiętać, że w ich kształtowaniu niemały udział mają nauczyciele i szkoła. Jest tak w przypadku samooceny, która zmienia się w ciągu życia. Osoby z wysoką samooceną lepiej radzą sobie w stresie i lepiej znoszą porażki, chętniej też podejmują inicjatywę w grupie. Szkoła przez czytelną i regularną informację zwrotną o postępach uczniów, może przyczynić się do budowania ich trafnej samooceny. Wiedza ucznia o jego mocnych stronach, ale także obszarach do poprawy, stymuluje motywację do nauki. Profesor John Hattie[2] z Auckland University w podsumowaniu wyników badań prowadzonych łącznie na około 80 tys. uczniów, wykazał, że uczniowie są w stanie bardzo trafnie przywidywać swoje oceny szkolne. Deklaracje uczniów dotyczące ich przyszłych ocen szkolnych są najsilniejszym predyktorem osiągnięć edukacyjnych. Słynny amerykański psychoterapeuta Nathaniel Branden wyróżnił sześć filarów samooceny: świadomość, niezależność, prawość, celowość, asertywność oraz samoakceptację[3].

Wszystkie te cechy są niezwykle ważne, zarówno na etapie zdobywania wiedzy, ale także pomagają odnieść sukces w życiu zawodowym – podkreśla Małgorzata Dzimińska, Dyrektor PCG Edukacja.

[1] HAY Group „Jak zapobiec ucieczce wykwalifikowanych pracowników”

[2] Hattie, Invisible learning, 2009.

[3] Branden, 2007, za Tadeusz Niwiński, JA, wyd. IX Łódź 2002, s. 135-147.