Pokolenie Y chwalicie, ich rodziców nie doceniacie

Według szacunków GUS w 2050 r. co trzeci Polak będzie miał 65 lat lub więcej. Obecnie tylko 9% obywateli naszego kraju w tej grupie wiekowej jest aktywna zawodowo, podczas gdy średnia światowa wynosi 20%. Chociaż Polska na tle Europy nadal postrzegana jest jako kraj demograficznie młody, to od początku lat 90. ubiegłego wieku przeciętny mieszkaniec Polski postarzał się o ponad 7 lat[1]. Demografia z pewnością wpłynie na rynek pracy.

Czy przedsiębiorcy są gotowi na takie zmiany?

W ciągu najbliższych 20 lat pracodawcy będą musieli zmierzyć się z silnym spadkiem podaży pracowników w wieku produkcyjnym (18-44 lata), wynoszącym nawet 4 mln osób. Jednocześnie już teraz, wśród przedstawicieli pokolenia 50+ można zaobserwować największe rezerwy. Polska posiada jeden z najniższych wskaźników zatrudnienia osób  w wieku 55-64 lata, który wynosi zaledwie 48,1%[2]. Nie plasujemy się w czołówce europejskiej, jednak warto zauważyć, że w 2004 roku, w momencie wejścia do UE, było to zaledwie 28%[3]. Czy to oznacza, że pracodawcy zaczęli dostrzegać potencjał tkwiący w pracownikach w średnim wieku?

Unijne zalecenia

Na podstawie przeprowadzonych badań Europejska Agencja Bezpieczeństwa i Zdrowia w Pracy (EU-OSHA) w kwietniu 2016 r. wcieliła w życie program „Zdrowe i bezpieczne miejsce pracy” mający na celu skuteczne zarządzanie wiekiem w przedsiębiorstwie, zarówno w aspekcie bezpieczeństwa, jak i zdrowia pracowników starzejących się. W połączeniu  ze strategią „Europa 2020” na rzecz inteligentnego i zrównoważonego rozwoju sprzyjającego włączeniu społecznemu docelowo do 2020 r. 75% populacji w wieku 20-64 lata powinno znaleźć zatrudnienie[4].

Zuzanna Mikołajczyk, Dyrektor ds. Marketingu i Handlu, Członek Zarządu Mikomax Smart Office
Zuzanna Mikołajczyk, Dyrektor ds. Marketingu i Handlu, Członek Zarządu Mikomax Smart Office

– W ostatnich latach granica tak zwanego wieku średniego wyraźnie przesunęła się w górę. Dzisiejsze pokolenie 40- i 50-latków wciąż czuje się młodo, oczekując od życia kolejnych wyzwań, w których można się wykazać. Coraz więcej podmiotów na świecie decyduje się na dostosowanie miejsc pracy do potrzeb pracowników starszych lub na przykład na specjalne programy stażowe dla osób powyżej 50. roku życia. Wśród takich przedsiębiorstw znajdziemy m.in. Harvard Business School, Goldman Sachs, Bloomberg. Starają się również dbać o kulturę i higienę pracy, odpowiednią aranżację przestrzeni w biurze, by starszym pracownikom było wygodnie i komfortowo, czy organizację szkoleń
i spotkań integracyjnych zespołów  –
mówi Zuzanna Mikołajczyk, Dyrektor ds. Marketingu i Handlu, Członek Zarządu Mikomax Smart Office.

Igrek z rodzicem w jednym stali biurze

Współcześni 50-latkowie (baby boomers – urodzeni w latach 1946–1964) to osoby z wieloletnim doświadczeniem zawodowym. Dokładni, cierpliwi, lojalni i zdyscyplinowani. Nie mają tak wielu obowiązków domowych jak 30-40 latkowie, ponieważ ich dzieci są już dorosłe i samodzielne. Mają natomiast czas, aby bardziej angażować się w sprawy przedsiębiorstwa i mocniej skupić się na pracy.

– Ogromna wiedza i doświadczenie osób o dłuższym stażu zawodowym, to wielka wartość dla firm. Daleka jestem od podziału pracowników na młodszych i starszych ze wskazaniem, która grupa jest bardziej efektywna. Dywersyfikacja zespołu pozwala na wyzwolenie potencjału drzemiącego na styku pomysłowości pokolenia Y z dyscypliną i praktyką ich rodziców – mówi Zuzanna Mikołajczyk, Mikomax Smart Office.Obecnie pracodawcy coraz częściej i chętniej pamiętają o starszych pracownikach, choćby aranżując biura. Zauważalna jest tendencja z jednej strony do kreowania przestrzeni zwiększającej efektywność młodych pracowników, z drugiej zaś tworzenia miejsc przyjaznych osobom dojrzałym. Na rynku dostępnych jest wiele rozwiązań ułatwiających pracę rodzicom tzw. igreków – od biurek z regulowaną wysokością, co daje możliwość pracy zarówno na siedząco jak i na stojąco, po strefy relaksu, czy też miejsca, które służą pracy w skupieniu. Dojrzałe biura są teraz w cenie, tak jak pracownicy.

Praca w pozycji stojącej jest coraz częściej doceniania w biurze. I słusznie, bo jest świetną okazją na wprowadzenie ruchu do codziennej rutyny biurowej i przez to może stać się remedium na takie choroby jak otyłość, cukrzyca, nadciśnienie tętnicze, choroba niedokrwienna serca. Statystyczny pracownik biura spędza jedynie około 30 minut w pozycji stojącej, a przez większość czasu w pracy siedzi. Efekt? Szerząca się plaga chorób cywilizacyjnych i dolegliwości bólowych kręgosłupa.

Nasz organizm jest stworzony do ruchu i wysiłku fizycznego. Nasze mięśnie, więzadła i stawy kręgosłupa potrzebują zmiennych i różnorodnych bodźców ruchowych, aby mogły zachować dobrą formę ­- komentuje Andrzej Rudawski, kierownik zespołu fizjoterapeutów kliniki Columna Medica w Łasku. – Aktywność ruchowa jest również niezbędna do zachowania dobrej sprawności naszego układu krążenia. U osób pracujących w pozycji siedzącej stwierdza się dwukrotnie wyższe ryzyko zachorowania na choroby naczyniowe serca niż u osób mających pracę stojącą. Częste zmiany pozycji siedzącej i ruch fizyczny są kluczowe dla naszego zdrowia.

Czym igrek za młodu nasiąknie, tym na starość trąci?

Według ekspertów rynku pracy, pokolenie baby-boomersów  to grupa, która ceni zaangażowanie i lojalność wobec pracodawcy. Wolą pracować w hierarchicznych strukturach, mając większą skłonność niż inne pokolenia do akceptowania reguł narzucanych przez organizację. Są zwolennikami kooperacji, jednocześnie unikają rywalizacji[5], co może stanowić punkt wspólny w integracji z pokoleniem Y. O najmłodszych pracownikach, igrekach, mówi się, że są to osoby potrzebujące niezależności, równocześnie szukające w swoim otoczeniu kogoś, kto mógłby być dla nich mentorem. Cechują się mniejszą lojalnością względem pracodawców, jednak potrafią zaangażować w pracę, jeśli spełnia ich oczekiwania i zaspokaja potrzeby. Mają wysokie kompetencje wirtualne, dzięki czemu mogą stanowić źródło wiedzy w tym zakresie dla starszych pracowników.[6] Synergia tych dwóch grup pozwala na wykreowanie zespołu o szerokim spektrum umiejętności, który jest oddany realizacji powierzonych zadań (cechy pokolenia baby-boomers), jednocześnie ciągle rozwija swoje umiejętności i wiedzę w danej tematyce (co jest charakterystyczne dla pokolenia Y). Tworząc programy mentoringowe pracodawca może osiągnąć wielopłaszczyznowe korzyści: poza szybszym wdrożeniem nowego pracownika, integracja w zespole nastąpi w bardziej naturalny sposób. A podobno „doświadczenie nigdy się nie zestarzeje”. To hasło promujące film „Praktykant”, opowiadający o emerycie, który postanawia rozpocząć staż w firmie odzieżowej, bazującej na sprzedaży internetowej, stanowi kwintesencję kierunku, którym  powinny  podążyć obecne kadry zarządzające zasobami ludzkimi, aby odnieść sukces na rynku. Unijna kampania zachęca i motywuje. Czy polski biznes jest na to gotowy?

[1] GUS, Ludność w wieku 60+. Struktura demograficzna i zdrowie, Notatka przygotowana na posiedzenie Sejmowej Komisji Polityki Senioralnej dotyczące „Informacji Ministra Zdrowia na temat wpływu zmian demograficznych i starzenia się społeczeństwa na organizację systemu ochrony zdrowia i Narodowy Program Zdrowia” (w dniu 19.02.2016 r.)

[2] GUS, Kwartalna informacja o rynku pracy prezentuje wstępne dane dotyczące pracujących, bezrobotnych i biernych zawodowo uzyskane z reprezentacyjnego Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności w IV kwartale 2015 r.

[3] GUS, Wskaźniki Zrównoważonego Rozwoju. Moduł krajowy Wskaźnik zatrudnienia osób w wieku 55-64 lata

[4] https://osha.europa.eu/pl

[5] P. Woszczyk, Zarządzanie wiekiem – ku wzrostowi efektywności organizacji, w: P. Woszczyk, M. Czernecka (red.), Człowiek to inwestycja. Podręcznik do zarządzania wiekiem w organizacjach, HRP Group, Łódź 2013

[6] M. Baran, M. Kłos, Pokolenie Y – prawdy i mity w kontekście zarządzania pokoleniami, „Marketing i Rynek” 2014, nr 5, s. 925.

Polskie instytucje finansowe przygotowują się na wdrożenie regulacji dyrektywy MiFID

Od czasu kryzysu gospodarczego z 2008 r. obserwujemy bardzo silny trend regulacyjny rynku finansowego. Tempo zmian jest szybkie, a sektor bankowy znajduje się na etapie dostosowywania do ciągłych zmian legislacyjnych. Jak wynika z raportu GFT, aż 95% globalnych instytucji finansowych przyznaje, że funkcjonuje w tzw. rzeczywistości new normal. Oznacza to, że zmiany regulacyjne stały się dla nich stałym elementem otoczenia biznesowego.

Polski sektor finansowy w obliczu zmian

Taka rzeczywistość jest również codziennością polskich instytucji finansowych. Zobowiązane są one zarówno do dostosowania się do regulacji wypracowanych przez instytucje krajowe jak i prawa unijnego. Wśród licznych zmian regulacyjnych największym wyzwaniem będzie wdrożenie założeń MiFID II, dyrektywy regulującej rynek instrumentów finansowych.

Celem MiFID II jest podwyższenie standardów bezpieczeństwa konsumentów oraz zapewnienie stabilności finansowej rynku. Na etapie prac przygotowawczych do implementacji dyrektywy zwykle porusza się wiele kwestii merytorycznych bezpośrednio odnoszących się do zapisów prawa, jednocześnie mniejszy nacisk kładąc na technologiczny aspekt zmian – mówi Adrian Jarosz, prezes Expander Advisors. – Tymczasem każda zmiana w obrębie prawa finansowego warunkuje pracę co najmniej kilku departamentów instytucji finansowych. Firmy z tego sektora muszą odpowiednio wcześniej przeprowadzić szkolenia pracowników, ale też dostosować swoje systemy IT do przechowywania i przetwarzania dużych zasobów danych klientów. Będą one zobowiązane do dokonania pełnego przeglądu swoich procedur i infrastruktury, by były one zgodne
z nowopowstającymi,  a to wymaga czasu. MiFID II to wielkie przedsięwzięcie, ale nie jedyne. Polski rynek finansowy przygotowuje się do wdrożenia także innych nowelizacji prawa –
dodaje Adrian Jarosz.

Regulacje oczami sektora

Choć nowe regulacje mają zazwyczaj na celu zwiększenie bezpieczeństwa konsumentów, dla samego sektora stają się swoistym wyścigiem z czasem. Jak wynika z badania GFT Group przeprowadzonego wśród globalnych instytucji finansowych, 86% respondentów korzysta z tymczasowych rozwiązań technologicznych, aby sprostać zmianom prawnym. 58% postępuje tak, ponieważ obawia się, że nie zdąży dostosować się do nowych regulacji w wymaganym czasie. Wpływa na to złożoność procesów wewnętrznych w bankowości oraz potrzeba zagwarantowania stabilności funkcjonowania danego podmiotu. Dlatego też część podmiotów, by spełnić oczekiwania regulatorów, rozpoczyna prace nad wdrożeniem już w momencie ogłoszenia prac nad nowymi przepisami. Biorą na siebie tym samym ryzyko – dana regulacja nie musi zostać bowiem sfinalizowana w podobnym do początkowego zakresie bądź jej wprowadzenie może zostać anulowane.

Ocenia się, że sam proces wdrożenia regulacji do systemu bankowego, nie licząc czasu tworzenia nowych rozwiązań, trwa około roku, w zależności od liczby i złożoności zmian oraz gotowości na zmiany w organizacji. Już każde oficjalne ogłoszenie czy też szkic nowej regulacji podlega więc dogłębnej analizie ze strony sektora finansowego. Ocenia się w niej, czy i ewentualnie w jakim stopniu dotyczy danej instytucji finansowej. Na początek konsultacje odbywają się na najwyższych szczeblach menedżerskich, a wraz ze skonkretyzowaniem wymagań regulacyjnych, angażowane są kolejne działy biznesowe  – mówi Paweł Baszuro, Analityk Biznesowy GFT Polska.

Wprowadzanie regulacji prawnych to także dodatkowe koszty dla podmiotów finansowych. – Są to zarówno koszty obsługi prawnej, zmian organizacyjnych, jak i wdrożenia technologii. Zazwyczaj obowiązuje reguła, że im większa regulacja tym większe są nakłady poświęcone na jej wdrożenie. Współczesne regulacje to nie tylko tekst samego aktu normatywnego, ale także wszystkich załączników i dokumentów cytowanych, co często daje tysiące stron tekstu do przepracowania przez zespoły specjalistów – dodaje Paweł Baszuro, GFT Polska.

Rośnie dług technologiczny firm

Mimo że zmiany prawne są jednym z głównych czynników motywujących banki do inwestowania w architekturę IT, to jedynie 18% z nich traktuje je jako okazję do podjęcia strategicznych inwestycji i zmian modeli biznesowych. Okazuje się, że ponad połowa instytucji skupia się na zapewnieniu zgodności z regulacjami, tzw. compliance[1]. Natomiast innowacje schodzą na drugi plan. Takie działanie pogłębia tzw. dług technologiczny, czyli zwiększa poziom niedostosowania platform technologicznych do realiów rynkowych. Już dziś decydenci instytucji finansowych wiedzą, że w przyszłości dług ten trzeba będzie spłacić. 42 proc. respondentów badania GFT przyznało, że nadrobienie zaległości technologicznych będzie dla ich organizacji koniecznością.

[1] Raport GFT Group, 2015.

GFT Technologies SE (GFT) jest jednym z największych światowych dostawców rozwiązań IT dla sektora bankowego zarówno w zakresie technologicznych wyzwań cyfrowej rewolucji, jak i rozwiązań dotyczących regulacji rynkowych. GFT Group łączy doradztwo, kreatywność i znajomość technologii ze specjalistyczną wiedzą z dziedziny finansów, dzięki czemu największe światowe instytucje finansowe powierzyły GFT transformację swoich organizacji. Dzięki platformie innowacji CODE_n, GFT oferuje również bezpośredni dostęp do globalnej sieci innowacji, umożliwiającej dopasowanie się do przełomowych trendów w sektorze finansowym.

 GFT Technologies SE odnotowała przychody na poziomie przekraczającym 374 mln EURO w 2015 roku i jest notowana na giełdzie we Frankfurcie (TecDAX ISIN: DE0005800601). GFT to międzynarodowa firma z siedzibą w Niemczech, która zatrudnia 4000 pracowników w 12 krajach. GFT Polska (wcześniej Rule Financial) jest obecna w Polsce od 2007 roku.

Nawet bez świeżego kapitału „misie” prezentują się lepiej

Potencjał warszawskiej giełdy po zakończonym sezonie wynikowym analizuje Maciej Kik, zarządzający funduszami akcji Union Investment TFI.

Maciej Kik, zarządzający funduszami akcji Union Investment TFI
Maciej Kik, zarządzający funduszami akcji Union Investment TFI.
Fot. Darek Iwanski

Niedawno zakończył się sezon publikacji wyników spółek za I kwartał 2016 r. Jak w skrócie można go podsumować?

Wyniki największych spółek okazały się poniżej oczekiwań. Zarówno przychody, jak i zyski blue chipów spadły o kilkanaście procent. Na tym tle wyróżniły się małe i średnie spółki z indeksu mWIG80 i sWIG80, które poprawiły swoje zyski średnio o 20%.

Jakie spółki i segmenty rynku wyróżniły się in plus, a jakie in minus?

Z jednej strony bardzo słabo wypadły wyniki banków i spółek energetycznych, które w głównej mierze stały za wspomnianymi spadkami zysków blue chipów, z drugiej strony pozytywnie zaskoczyli eksporterzy i to zarówno z sektora przemysłowego (Alumetal, Wielton, ZETKAMA, Kęty), jak i innych sektorów (CD PROJEKT, CI Games czy AmRest).
Po pierwszym kwartale pewne jest to, że ponownie zarysowuje się przewaga na korzyść małych spółek. I to właśnie ten segment cały czas obstawiamy jako najbardziej perspektywiczny z inwestycyjnego punktu widzenia.

Czy mówimy o silnym czy o relatywnym – na tle dużych spółek – potencjale „misiów”?

W obecnych warunkach niestety trudno oczekiwać silnej hossy i to pomimo niezłych fundamentów. Kluczowym problemem polskich „misiów” jest negatywny globalny sentyment. Inwestorów niepokoi m.in. ryzyko opuszczenia Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię. Nie pomogły także decyzje podjęte na kwietniowym posiedzeniu amerykańskiej Rezerwy Federalnej. Fed napędził rynkom strachu zapowiedziami podwyżek stóp procentowych w USA nawet w czerwcu, gdyby scenariusz Brexitu się nie zrealizował. Niesprzyjający klimat inwestycyjny skutkuje brakiem napływu kapitału do akcji. A to warunek konieczny, żebyśmy z funduszu małych i średnich spółek mogli osiągnąć dwucyfrowe stopy zwrotu. Warto jednocześnie zauważyć, że dobrze zbudowany portfel oparty na akcjach „misiów” może wypracować w tym roku dodatnią stopę zwrotu – nawet bez świeżego kapitału.

Nawet w takim otoczeniu rynkowym?

O ile otoczenie drastycznie się nie pogorszy, to tak. Małe i średnie spółki nie są narażone na ryzyko polityczne (lub tylko w ograniczonym stopniu) i można wśród nich znaleźć sporo perspektywicznych i atrakcyjnie wycenionych firm. Powinna je też wspierać wciąż dobra kondycja polskiej gospodarki. W drugiej połowie roku PKB w Polsce powinno rosnąć szybciej, stymulowane impulsem w postaci programu „Rodzina 500 plus”. Większa konsumpcja zdecydowanie szybciej przełoży się na poprawę zysków mniejszych firm. W dalszej części roku powinniśmy też obserwować lepsze zachowanie spółek eksportowych – głównie za sprawą osłabienia złotego.

Kobiety mogą mieć wyższe emerytury?

Z najnowszych obliczeń wynika, że w przypadku realizacji planu obniżenia wieku emerytalnego, przeciętna emerytura będzie niższa niż prognozowano to dotychczas. Nie powinno to dziwić – krótszy będzie czas gromadzenia kapitału, natomiast wydłuży się okres pobierania świadczeń. Mówi się, że młode osoby będą miały znacznie niższe świadczenia niż obecni emeryci. Powinno to motywować do dodatkowego oszczędzania zwłaszcza młodych – niestety, dzisiejsi trzydziestolatkowie rzadko zdają sobie z tego sprawę. Kto oszczędza najczęściej?

Z szacunków ekspertów wynika, że jeżeli dojdzie do ewentualnych zmian w systemie emerytalnym – przeciętne świadczenie pobierane np. w 2017 roku uszczupli się jedynie o kilkanaście złotych. Jednak dla emerytów w następnych latach skurczy się ono już o wiele dotkliwiej. Jak się okazuje, najbardziej stracą kobiety. Jak mówi Agnieszka Łukawska z Legg Mason Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych: „Współcześni trzydziestolatkowie, którzy przejdą na emeryturę w wieku 60-65 lat będą musieli pogodzić się z symbolicznymi świadczeniami. Jeśli obniżymy wiek emerytalny, przeciętna emerytura w 2060 r. wyniesie zaledwie kilkanaście procent ostatniej pensji. Kobiety stracą najwięcej, ponieważ skrócenie wieku emerytalnego do 60. roku życia sprawi, że składki będą przez nie odkładane analogicznie krócej. Państwo nie zapewni jednak wyrównania tych różnic. Ponadto kobiety korzystają z urlopów rodzicielskich o wiele częściej niż ich partnerzy, a każda nieobecność na rynku pracy również obniża naliczanie świadczeń emerytalnych.”

 „Obecnie w Polsce mamy 7 mln 297 tys. osób w wieku poprodukcyjnym. W sytuacji, gdy wiek emerytalny zostanie obniżony, ich liczba zwiększy się do 7 mln 963 tys. Oznacza to nie tylko większą liczbę osób pobierających świadczenia, ale również mniejszą liczbę osób płacących składki emerytalne. Ta dysproporcja będzie się niestety pogłębiała. Jeśli zmienią się przepisy, to w 2021 r. liczba emerytów będzie wynosiła już 8 mln 700 tys. osób, czyli prawie o półtora mln osób więcej. To ogromna rzesza ludzi, których potrzeby ekonomiczne w znacznej większości nie zostaną zaspokojone przez świadczenia emerytalne. Dlatego czeka nas, jako społeczeństwo, zmiana kierunku gospodarowania oszczędnościami. Jeżeli mamy świadomość skutków realizującego się scenariusza, powinniśmy jak najszybciej zacząć odkładać na emeryturę samodzielnie” – dodaje Agnieszka Łukawska.

Warto zauważyć, że najczęściej ze swojej niepewnej sytuacji emerytalnej zdają sobie sprawę właśnie kobiety. Świadczy o tym ich wzmożone zainteresowanie produktami emerytalnymi. Jak wynika z danych Komisji Nadzoru Finansowego, na koniec grudnia 2015 roku Indywidualne Konto Emerytalne posiadało 858,7 tys. osób[1], w tym 448,4 tys. z nich należało do kobiet. Indywidualne Konto Zabezpieczenia Emerytalnego posiadało z kolei 597,5 tys. osób[2], a właścicielami aż 303 tys. z nich były kobiety. Co ciekawe, największą reprezentację wśród nich miały przedstawicielki grupy wiekowej 50+.

„Statystyki dotyczące zaangażowania w samodzielne oszczędzanie na emeryturę potwierdzają, że kobiety częściej niż mężczyźni postanawiają przejąć kontrolę nad swoją przyszłością. Kobiety zazwyczaj stoją na straży domowego budżetu i podejmują realne kroki, aby poprawić swoją sytuację ekonomiczną. Jest to bardzo pozytywne zjawisko, ponieważ każde działanie w celu polepszenia naszych finansów procentuje na przyszłość” – komentuje Agnieszka Łukawska.

[1] http://www.knf.gov.pl/aktualnosci/2015/IKE_IKZE_I_polrocze_2015.html

[2] http://www.knf.gov.pl/aktualnosci/2015/IKE_IKZE_I_polrocze_2015.html

Dolar utrzyma trend z zeszłego tygodnia

Dolar amerykański ma za sobą mocny tydzień i trend powinie zostać podtrzymany, nawet jeśli tempo będzie wolniejsze. Komentarze z Fed pozostają jastrzębie, choć rynki zdaja się w padać w kolistą zależność, na ile USD może się umocnić, by nie doprowadzić do warunków, które odstraszą Fed od podwyżki. Stabilniejsze tempo przy podtrzymaniu umiarkowanych nastrojów na rynku akcji może uratować złotego przed głębszym osłabieniem.

Weekend przyniósł dwa świeże komentarze z Fed, które potwierdzają tezę, że Fed chce zachować pełną opcjonalność na nadchodzących posiedzeniach FOMC. W wywiadzie dla Financial Times szef Fed w Bostonie Eric Rosengren stwierdził, że USA są u progu spełnienia większości warunków ekonomicznych, które pozwolą Fed na podniesienie stóp procentowych w przyszłym miesiącu. Jego zdaniem sytuacja zaczęła się poprawiać już po marcowym posiedzeniu Fed i od tego czasu jest on gotowy poprzeć zacieśnianie monetarne. Z kolei John Williams z Fed w San Francisco powiedział, że wybory prezydenckie nie powstrzymają Banku przed podwyżkami w tym roku. Fed jest apolityczny i w przeszłości pokazał, że potrafi podejmować decyzje w roku wyborczym. Z obu wypowiedzi silniejsza jest ta Rosengrena, gdyż Williams nie ma prawa głosu w tym roku. Mimo to zakładamy, że w czerwcu nie dojdzie do podwyżki i pierwszym realnym terminem jest dopiero lipiec, choć w scenariuszu bazowym dalej stawiamy na wrzesień. Rynkowa wycena prawdopodobieństwa czerwcowej podwyżki spadła w piątek z 32 proc. do 28 proc., co nadal jest zbyt sceptyczną postawą rynku i grozi szokiem oraz niechcianym skokiem zmienności, gdyby Fed zdecydował się na ruch.

Zbyt prędka aprecjacja USD jest problemem dla ryzykownych klas aktywów, szczególnie dla rynków wschodzących, na co Fed jest wyczulony. Ponieważ bank centralny będzie szukał złotego środka (przygotowując się do kolejnej podwyżki, jednocześnie nie strasząc rynków), inwestorzy dalej będą zachowywać pewna dozę sceptycyzmu i zakładając wolniejsze tempo podwyżek stóp procentowych. Innymi słowy: Fed chce dwóch podwyżek do końca roku, a w ocenie rynku szanse na taki scenariusz wynoszą raptem 60 proc. Jednak średnioterminowo w obu przypadkach USD powinien być mocniejszy, choć przy podwyższonej zmienności. Po stronie świeżych impulsów dziś mamy indeks PMI dla przemysłu za maj (poprawa z 50,8 do 51) oraz wystąpienia Bullarda (jastrząb) i ponownie Williamsa.

Nowy tydzień rozpoczął się lekkim cofnięciem USD, ale ogólnie niewiele się dzieje w przestrzeni FX. Sentyment jest raczej pozytywny, co pomaga takim walutom jak NZD i AUD, ale powrót spadków cen ropy naftowej dziś rano (WTI poniżej 48 USD) może przyhamować apetyt na ryzyko. USD/JPY jest niżej w reakcji na różnicę zdań między USA a Japonią po szczycie G7. USA wystosowały ostrzeżenie w stronę Japonii, aby ta nie interweniowała na rynku walutowym. Minister finansów Japonii Aso podtrzymał jednak swoje stanowisko, że ostatnie zmiany wartości jena były jednostronne i miały charakter spekulacyjny. Do czasu szczyt przywódców w następny weekend Japonia pozostanie bierna, ale później widzimy spore szanse na agresywniejszy mix polityki fiskalnej i monetarnej, który będzie osłabiała jena.

Kalendarz makro skupiony jest na wstępnych odczytach indeksów PMI z Eurolandu, które zwykle nie wywołują dużych emocji. Mimo to słabość wskaźników może zaważyć na europejskim rynku akcji, ale też i euro. Na krajowym podwórku złoty pozostaje słaby. Wątpimy, aby warunki rynkowe na początku tygodnia uzasadniały głębszą przecenę, ale podwyższone ryzyko polityczne w kraju będzie utrudniać proces zejścia EUR/PLN na niższy pułap.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Znaczny wzrost liczby dłużników alimentacyjnych

Rosną problemy Polaków ze spłatą długów. Dominują niezapłacone rachunki Blisko 390 tys. – tyle wynosi liczba spraw dotyczących zobowiązań alimentacyjnych zgromadzonych w Rejestrze Dłużników ERIF BIG S.A. po I kwartale 2016 roku. Ich ogólna wartość wzrosła do ponad 9 mld zł. Średnia wartość zadłużenia kobiet wyniosła prawie 18 tys. zł, a w przypadku mężczyzn prawie 24 tys. zł.

Odkąd weszła w życie nowelizacja Kodeksu Karnego, która nałożyła na jednostki samorządu terytorialnego obowiązek dopisywania do wszystkich BIG-ów w Polsce informacji o zadłużeniu z tytułu alimentów, liczba tego rodzaju spraw w rejestrach dłużników wzrosła lawinowo. Po IV kwartale 2015 roku w Rejestrze Dłużników ERIF BIG S.A. wartość długów alimentacyjnych wynosiła 5,2 mld zł, a po I kwartale 2016 roku już ponad 9 mld zł. To znaczy, że tylko w ciągu trzech miesięcy wzrosła ona o 25 proc. Natomiast w stosunku do I kwartału 2015 r. aż o 415 proc. Obok kwoty zadłużenia, po pierwszych trzech miesiącach 2016 roku gwałtownie zwiększyła się również liczba spraw alimentacyjnych zgromadzonych w rejestrze, sięgając 390 tys. zobowiązań. Oznacza to, że w stosunku do I kwartału 2015 roku wzrosła ona niemal o 360 proc., a w zestawieniu kwartalnym (I kwartału 2016 do IV kwartału 2015) prawie o 20 proc.

– Z uwagi na to, że jednostki samorządów terytorialnych zostały objęte obowiązkiem dopisywania do wszystkich BIG-ów w Polsce informacji o długach alimentacyjnych w połowie ubiegłego roku, nie mamy jeszcze obrazu pełnej skali tego problemu – komentuje Edyta Szymczak, prezes zarządu Rejestru Dłużników ERIF Biura Informacji Gospodarczej. – Spodziewamy się, że jego faktyczną skalę będzie można ocenić na koniec 2016 roku.

9 miliardów złotych, czyli łączna wartość zadłużenia alimentacyjnego w Rejestrze Dłużników ERIF, wydaje się jednak już wystarczającym wskaźnikiem problemu. Dodatkowo, w dużej mierze suma ta składa się z niewielkich kwot pochodzących z wypłat z funduszu alimentacyjnego. (Zgodnie z Ustawą o pomocy osobom uprawnionym do alimentów z dnia 7 września 2007 roku świadczenie takie jest równe wysokości alimentów ustalanych przez sąd, ale nie może przekroczyć 500 zł miesięcznie).

– Wniosek, który można wyciągnąć w oparciu o nasze dane nie napawa optymizmem. Jakość życia naszych dzieci nie zawsze interesuje rodziców, na których ciąży obowiązek alimentacyjny – mówi Edyta Szymczak, prezes zarządu Rejestru Dłużników ERIF Biura Informacji Gospodarczej S.A. ­– Ze ściąganiem alimentów nie radzi sobie system egzekucji komorniczej, gdyż mamy wyjątkowo niską w skali Europy ściągalność alimentów na poziomie kilkunastu procent. Przyszła pora na nowe rozwiązanie, które musi poprawić ten niekorzystny stan.

Dłużnik rekordzista w woj. mazowieckim

Najwięcej dłużników alimentacyjnych zamieszkuje województwo śląskie – niemal 52 tys. Najmniej zaś znajdziemy ich w opolskim, bo niewiele ponad 10 tys. Największa średnia kwota zadłużenia w przeliczeniu na jednego dłużnika przypada na mieszkańca województwa lubelskiego i wynosi 29 tys. zł, , najmniejsza zaś na mieszkańca województwa lubuskiego i wynosi niewiele ponad 20 tys. zł. Jak wynika z danych Rejestru Dłużników ERIF, rekordowe zadłużenie alimentacyjne ma Mazowszanin. Ma 44 lata, jest mężczyzną i zalega z zapłatą alimentów na kwotę ponad 400 tys. zł.

Na podstawie danych zebranych w Rejestrze można naszkicować także obraz przeciętnego dłużnika alimentacyjnego. To mężczyzna w wieku od 31 do 46 lat, którego dług alimentacyjny wynosi niemal 24 tys. zł.

Kto najczęściej nie płaci alimentów?

Jak wynika ze statystyk Rejestru Dłużników ERIF najczęściej długi alimentacyjne mają mężczyźni, stanowią oni blisko 96% wszystkich osób zadłużonych z tego tytułu, które znajdują się w bazie tego biura. Pozostałe 4% to kobiety. Spośród wszystkich kobiet dopisanych do Rejestru z tytułu braku zapłaty alimentów prawie 61% jest w wieku pomiędzy 31 a 46 rokiem życia. Podobnie wygląda to u mężczyzn, którzy nie płacą alimentów – aż 50% z nich jest w tym samym przedziale wiekowym (pomiędzy 31 a 46 rokiem życia).

Ponad 700 proc. wzrost kosztów dla firm przemysłowych na badania zanieczyszczenia gleby i ziemi

Ministerstwo Środowiska przedstawiło projekt rozporządzenia w sprawie sposobu prowadzenia oceny zanieczyszczenia powierzchni ziemi. Celem nowego rozporządzenia miało być wdrożenie postanowień dyrektywy o emisjach przemysłowych, w zakresie gleb. Projekt wprowadza te zapisy, ale oprócz tego proponuje całkowicie nowe standardy dla gleb oraz nową metodologię badania zanieczyszczonych gruntów. Za nowe regulacje zapłaci przemysł – ostrzega Konfederacja Lewiatan.

Glebę chronić trzeba – ale z głową. Nowe standardy, są bardzo rygorystyczne, a metodologia jest niezrozumiała dla praktyków. Skutek – wysokie koszty i niepotrzebny chaos.

Należy też zaznaczyć, że Prawo ochrony środowiska (art. 101 a pkt 5) obliguje Ministra do przygotowania tego rozporządzenia mając na względzie m.in. minimalizację kosztów badań zanieczyszczenia gleby i ziemi. W naszej ocenie jest dokładnie odwrotnie.

Co jest w projekcie:

  • Po pierwsze – wysokie standardy stosowane dla różnych rodzajów terenów

Ustawodawca z niewiadomych przyczyn narzuca bardzo wyśrubowane standardy. W przypadku niektórych zanieczyszczeń np. metali ciężkich, benzenu, toluenu czy ksylenu zaproponowane wartości są ostrzejsze od obecnie obowiązujących standardów jakości gleby o kilkaset procent. Takie podejście może być akceptowalne w przypadku gdy mamy do czynienia z terenami uprawnymi, rolnymi, mieszkalnymi, bądź rekreacyjnymi. Jednak dla terenów przemysłowych, na których stwierdzono historycznie zanieczyszczenia, nie ma technicznych możliwości oczyszczenia powierzchni ziemi do tak ostro wyśrubowanych wartości.

Zanieczyszczenia gleb i gruntów mają bardzo lokalny charakter i wymagają podejścia „case by case”. Obowiązujący system zero-jedynkowy, oparty na standardach, nie daje takiej możliwości. W innych krajach europejskich, owszem są standardy środowiskowe, ale głównie po to, aby ustanowić punkt odniesienia dla przeprowadzania analizy ryzyka zawartości danych substancji w ziemi. To analiza ryzyka jest głównym narzędziem, które decyduje o dalszych działaniach oczyszczania środowiska, a nie standard sam w sobie.
Nowy projekt rozporządzenia zamiast utrwalać sztywny system standardów, powinien wprowadzić analizę ryzyka.

  • Po drugie – Zaproponowane podejście nie przystaje do realiów przemysłowych

Zaproponowany projekt rozporządzenia w większości nie koresponduje z warunkami środowiskowymi z jakimi mamy do czynienia na terenach stricte przemysłowych. Ministerstwo Środowiska oparło rozporządzenie na metodyce stosowanej w rolnictwie, która absolutnie nie sprawdza się w realiach terenów przemysłowych. Projekt zakłada np.:

• mieszanie i uśrednianie próbek – bo tak jest w rolnictwie. W przemyśle, zanieczyszczenia są często punktowe.

Efekt: Zmieszanie 44 przypowierzchniowych próbek czystych i 1 próbki zanieczyszczonej da uśredniony wynik wskazujący, że badany teren jest wolny od zanieczyszczeń. W praktyce zanieczyszczenie jest.

• pobór dużej ilości próbek powierzchniowych. Dla terenu o powierzchni od 0,05 ha do 1 ha trzeba będzie pobrać próby z 45 punktów w celu wykonania badań wstępnych.

Skutek: Oprócz kosztów i zasadności tak gęstego poboru próbek, problem z pobraniem próbek. Bo jak pobrać tak dużą ilość próbek z utwardzonych asfaltem stacji benzynowych?

  • Po trzecie – koszty

Pobór próbek: Stosując wymagane, akredytowane metody poboru próbek szacuje się wzrost kosztów takiej usługi na poziomie ok . 620%.

Dla typowej stacji paliw (w zdecydowanej większości teren utwardzony) pojawi się poważny problem z poborem próbek powierzchniowych. Oceniamy, że nastąpi wzrost ceny poboru próbki dla oceny stanu tej warstwy z obecnego w wysokości 66 zł za 1 próbkę pojedynczą do 410 zł za 1 próbkę zmieszaną.

Badania:
W przypadku realizacji wszystkich etapów identyfikacji zanieczyszczenia oraz wykonania kompletu przewidzianych badań (przy założeniu rozpoznania 5 otworami i poborze 20 próbek gruntu) szacuje się wzrost kosztów analiz laboratoryjnych o ok. 780 %

Dla przykładu dotychczasowy koszt badań laboratoryjnych próbek gruntu dla terenu typowej stacji paliw (5 otworów, 10 próbek gruntu) wynosił: ok. 1 500 zł. Koszt badań wg zakresu z projektu (45 próbek powierzchniowych, 20 próbek z głębszych poziomów) wzrosną do poziomu ok. 11 500 zł

Po czwarte – brak przepisów przejściowych
Brak przepisów przejściowych odnoszących się do spraw zakończonych przed dniem wejścia w życie rozporządzenia. Powstaje ryzyko ponownego przeprowadzenia remediacji gruntów, które już zostały jej poddane.

Konfederacja Lewiatan

Polska energetyka na trudnym zakręcie

0

Mocy energetycznych w Polsce może zabraknąć za 3-4 lata. Dostosowanie energetyki do wymogów UE kosztowałoby 10 mld zł. W co warto inwestować? W grudniu Komisja Europejska przedstawi swój nowy program rozwoju energergetycznego, można przewidzieć jakie będą oczekiwania.
– Na pewno KE zażąda budowy łączników transgranicznych i otwarcia Polski na międzynarodowy przesył energii – w rozmowie z MarketNews24 mówi o tym Rafał Zasuń, ekspert WysokieNapięcie.pl.

Brexit: miesiąc do referendum

Rynki uważnie słuchają tego, co mówią członkowie Fed, nawet jeżeli nie do końca im wierzą. Rezerwa Federalna wyraźnie chce przekonać inwestorów, że może ruszyć z podwyżkami już nawet w czerwcu. Oczywiście, może, ale nie musi. W każdym razie Eric Rosengren z Fed z Bostonu uważa, że jest to możliwe, czemu dał wyraz w swojej weekendowej wypowiedzi. Dzisiaj głos zabierze James Bullard z St. Louis i John Williams z San Francisco, ale rynki tak naprawdę czekają na piątek, czyli na wystąpienie przewodniczącej Rezerwy Federalnej, Janet Yellen.

W USA pojawi się dzisiaj jeszcze wskaźnik PMI, ale dla Fed nie jest to istotna informacja. Ważniejsze będą jutrzejsze dane z rynku nieruchomości. Europejskie PMI też dzisiaj nie wstrząsną rynkami, zwłaszcza, że te najważniejsze, czyli dotyczące Niemiec, są lepsze od prognoz. Trochę słabiej wypadła strefa euro, tak samo jak Francja. Paryż zmaga się z gwałtownymi protestami, co na dłuższą metę, jeżeli konflikt będzie się przeciągał, może mieć negatywny wpływ na euro.

Weekendowe spotkanie ministrów finansów i bankierów centralnych grupy G7 nie przyniosło rozstrzygnięć, a mocny apel USA, by Tokio wstrzymało się od interwencji na rynku walutowym, powtarzał w zasadzie to, co wiadomo było już wcześniej. Na spotkaniu nie mogło zabraknąć tematu Brexit. Do referendum pozostał dokładnie miesiąc, i choć ostatnie sondaże wskazują, że Brytyjczycy powinni pozostać w Unii, to ryzyko ciągle istnieje.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

Spółka Dekpol S.A. wybuduje biurowiec dla Transprojektu

Firma Dekpol wybuduje w Gdańsku budynek biurowy o powierzchni ponad 2000 m2. Zakończenie prac i przekazanie inwestorowi obiektu do użytkowania planowane jest w drugim kwartale 2017 r.

Dekpol S.A. wybuduje biurowiec dla TransprojektuSpółka Dekpol S.A. podpisała umowę z firmą Transprojekt Gdański Sp. z o.o. na wykonanie kompleksowej budowy wielokondygnacyjnego budynku biurowego, wraz z niezbędną infrastrukturą, o powierzchni ponad 2000 m2. Inwestycja będzie realizowana w Gdańsku przy ul. Partyzantów 72A.

Transprojekt Gdański to jedno z najważniejszych biur projektowo-konsultingowych na polskim rynku, które prowadzi działalność na terenie całego kraju. W Gdańsku zlokalizowana jest centrala firmy. Dodatkowo w Warszawie firma posiada pracownię projektową.

Budynek będzie wbudowany od południowego szczytu w istniejący główny obiekt firmy i razem z nim będzie tworzyć jednolity – połączony kompleks, a projektowana elewacja ma sprawiać wrażenie, ze budynek unosi się ponad teren.

W zakres zakontraktowanych prac wchodzić będą roboty rozbiórkowe, roboty budowlano – wykończeniowe, wyposażenie obiektu, przyłącza sieci elektrycznych, teletechnicznych oraz sanitarnych, a także instalacje wewnętrzne i zagospodarowanie terenu obejmujące: drogi, chodniki, place postojowe i tereny zielone.

Zakończenie prac budowlanych planowane jest w kwietniu 2017 r., natomiast termin uzyskania ostatecznej i bezwarunkowej decyzji o udzielenie pozwolenia na użytkowanie inwestycji określono na maj 2017 r.

 „Oferowane przez nas usługi generalnego wykonawstwa są bardzo dobrze oceniane przez klientów. Dzięki temu systematycznie powiększamy portfel realizowanych zamówień, umacniając tym samym naszą pozycję w branży budowlanej” – powiedział Mariusz Tuchlin, Prezes Dekpol S.A.

Dekpol jest firmą budowlaną specjalizującą się w usługach generalnego wykonawstwa. Ten segment działalności w I kwartale br. zapewnił około 85% skonsolidowanych przychodów spółki, które w tym okresie łącznie wyniosły 53 mln zł. W ramach generalnego wykonawstwa Dekpol prowadzi usługi w zakresie budowy obiektów przemysłowych, magazynowych, handlowych, usługowych wraz z infrastrukturą zewnętrzną w tym m.in. wykonawstwo dróg, placów, parkingów wraz z infrastrukturą.

Strajki we Francji

Maciej Przygórzewski - główny analityk Internetowykantor.pl i Walutomat
Maciej Przygórzewski – główny analityk Internetowykantor.pl i Walutomat

Francja od tygodnia boryka się z protestami wywołanymi próbami reformy prawa pracy. W Austrii odbyły się wybory prezydenckie. Fitch podniósł rating Węgier. Koniunktura w Polsce bez niespodzianek.

We Francji od tygodnia trwają protesty i strajki. Spowodowane jest to planami reform prawa pracy autorstwa prezydenta Francois Hollande’a. Celem jest oczywiście walka z bezrobociem, jednakże projekt zmian budzi niezadowolenie w społeczeństwie. Zdaniem prezydenta za problem bezrobocia odpowiadają nadmierne utrudnienia w zwolnieniach pracowników.

W rezultacie firmy wolą wynosić produkcję poza Francję. Nie wiadomo, czy zmiany okażą się skuteczne, jednakże prezydent za główny swój cel stawia walkę z bezrobociem. To, co jest pewne, to skala protestów społecznych, które są na tyle duże, że pojawiły się problemy z dostępnością paliw na stacjach. Na razie rynki walutowe są spokojne. Francja jest na tyle ważną gospodarką, że jeśli sytuacja będzie się rozwijała, powinniśmy obserwować wpływ na notowania euro.

W Austrii w weekend odbyły się wybory prezydenckie. Nie znamy jeszcze pełnych wyników, aczkolwiek badania exit poll wykazują, że wyścig jest bardzo wyrównany. Sondaże dają większe szanse przedstawicielowi, uznawanej za prawicowo-populistyczną, Partii Wolności, Norbertowi Hoferowi. Jego kontrkandydatem jest Alexander Van der Bellen. Ze względu na sporą liczbę głosów korespondencyjnych, wynoszącą 10%, musimy poczekać na ostateczny wynik wyborów.

Agencja ratingowa Fitch podniosła rating Węgier z poziomu BB+ do BBB-. Warto zwrócić uwagę, że jest to najniższy z poziomów określanych mianem inwestycyjnych. W uzasadnieniu podano dużo lepszą kondycję banków, nadwyżkę na rachunku obrotów bieżących oraz duży udział społeczeństwa w finansowaniu obligacji państwowych.

W piątek poznaliśmy dane na temat koniunktury gospodarczej w Polsce. Handel detaliczny wypadł zgodnie z oczekiwaniami, trochę gorszy był wynik przemysłu, za to lepiej wypadała koniunktura w budownictwie. Dane te nie wpłynęły jednak na notowania złotego.

Wskaźnik zamówień wg. CBI w Wielkiej Brytanii wypadł korzystniej niż oczekiwano. Indeks co prawda wciąż ma odczyt ujemny, ale rośnie. Po tych danych funt rozpoczął ruch umacniający wobec głównych walut. Brytyjska waluta umocniła się wobec złotówki o 2 grosze.
Dzisiaj dzień wolny w Kanadzie, oprócz tego warto zwrócić uwagę na następujące dane:
10:00 – strefa euro – indeks PMI dla przemysłu, wstępne dane.

Ropa wyzwaniem dla byków dolarowych, złoto podejmuje walkę

Ole Hansen
Ole Hansen, szef działu strategii rynków towarowych, Saxo Bank
  • Większość surowców w ubiegłym tygodniu była w defensywie, jednak sektor energetyczny zyskuje
  • Popyt na złoto nadal mocny pomimo słabszej akcji cenowej
  • Ceny ropy wysokie ze względu na zakłócenia podaży w Kanadzie, Nigerii i Wenezueli

Z wyjątkiem energii, w ubiegłym tygodniu surowce powróciły do defensywy. Pod szczególną presją znalazły się metale szlachetne po tym, jak dolar odnotował siedmiotygodniowy wierzchołek względem koszyka głównych walut.

W opublikowanym w ubiegłym tygodniu protokole z kwietniowego posiedzenia amerykańskiego Federalnego Komitetu Otwartego Rynku Rezerwa Federalna zasugerowała, że podwyżka stóp może nastąpić w czerwcu, o ile pozwolą na to warunki na rynku. Było to znacznie bardziej „jastrzębie” podejście, niż spodziewali się inwestorzy.

W efekcie w ciągu zaledwie kilku dni prawdopodobieństwo czerwcowej podwyżki stóp procentowych wzrosło z 4% do niemal 30%.

Siła dolara i osłabienie na rynku wymusiły korektę niektórych pozycji spekulacyjnych, m.in. należących do funduszy hedgingowych. Na początku maja fundusze te zgromadziły długą pozycję netto w wysokości ponad miliona lotów kontraktów terminowych na 13 głównych surowców.

Sektorowi energetycznemu udało się zrównoważyć negatywny wpływ silniejszego dolara, ponieważ uwagę inwestorów skutecznie odciągały liczne i duże zakłócenia podaży na całym świecie.

Metale szlachetne nieco straciły na wartości wraz z pomniejszymi, mniej płynnymi metalami. Obawy o konsekwencje wyższych, niż przewidywano stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych na popyt inwestycyjny spowodowały racjonalną i od dawna wyczekiwaną korektę na rynku.

Metale przemysłowe nieco straciły na wartości – jedynym wyjątkiem było aluminium. Miedź odnotowała trzymiesięczne minimum w związku z obawami, że wzrost amerykańskich stóp procentowych i sytuacja w Chinach negatywnie wpłyną na popyt dwóch największych światowych konsumentów tego metalu.

W sektorze rolnym sytuacja była mieszana. Po ostatnich wzrostach soja nadal pozostawia w tyle pszenicę i kukurydzę.

Deprecjacja reala brazylijskiego wpłynęła na zahamowanie mocnego trendu rosnącego na rynku cukru i kawy. Na ceny kawy wpływ miała również wiadomość, że po okresie suszy w rejonach uprawnych w Wietnamie ponownie wystąpiły deszcze.

Złoto nadal lśni pomimo wyzwań w perspektywie krótkoterminowej

Metale szlachetne, przede wszystkim pallad i srebro, odnotowały największe straty, ponieważ perspektywy przyspieszenia podwyżek amerykańskich stóp wywołały falę realizacji zysków. Złoto przez trzeci tydzień z rzędu osiągało gorsze wyniki, a ostatnie osłabienie niewątpliwie przyczyniło się do taktycznej krótkiej sprzedaży ze strony niedźwiedzi, które są coraz bardziej sfrustrowane brakiem odpowiedniej korekty cen złota po gwałtownym umocnieniu na początku tego roku.

To, czy sprzedaż złota na tym etapie się opłaci, pozostaje jednak wielką niewiadomą. Mimo iż cena złota w tym miesiącu spadła o około 3%, popyt na złoto za pośrednictwem produktów notowanych na giełdzie wzrósł o 4%.

Według danych agencji Bloomberg, ogólny wolumen notowanych na giełdzie produktów opartych na złocie osiągnął 1 833 ton, co stanowi dwuipółletnie maksimum. Wzrost popytu inwestycyjnego przy równoczesnym spadku cen sugeruje, że ostatni kupujący kierują się perspektywą długoterminową i nie zniechęcają ich krótkoterminowe przeciwności.

Nie ma żadnych wątpliwości, że w ciągu ostatnich trzech miesięcy obrót złotem stawał się coraz bardziej frustrujący. Byki były rozczarowane brakiem postępów pomimo stałego zdecydowanego popytu ze strony inwestorów instytucjonalnych i detalicznych za pośrednictwem kontraktów terminowych i produktów notowanych na giełdzie. Z drugiej strony, zwolennicy krótkiej sprzedaży sfrustrowani byli brakiem korekty po tak silnym rajdzie.

Jeszcze inni przestali czekać na korektę i zawarli transakcje na poziomach, które obecnie wydają się zdecydowanie zbyt wysokie – powyżej 1 280 USD za uncję. Redukcja tych pozycji najprawdopodobniej odgrywała istotną rolę w osłabieniu, które miało miejsce w ubiegłym tygodniu.

Pomimo aprecjacji dolara i słabszej akcji cenowej, popyt na złoto za pośrednictwem kontraktów terminowych i produktów notowanych na giełdzie był w tym miesiącu wyjątkowo duży. Sugeruje to, że trwa realokacja środków w złoto i że proces ten jest stosunkowo odporny na krótkoterminowe ruchy cen.

Jednak powrót do spekulacji na temat podwyżek amerykańskich stóp procentowych przetestuje siłę obecnego popytu.

Biorąc pod uwagę, że rentowność około dwóch trzecich światowych obligacji rządowych jest ujemna lub wyjątkowo niska, jak również fakt, iż pojawiają się już sygnały powracającej inflacji, taki popyt na złoto wydaje się uzasadniony. Nie można wykluczać pewnych problemów, w szczególności w przypadku, gdyby dolar jeszcze bardziej się umocnił, jednak uwzględniając utrzymującą się niepewność finansową, polityczną i gospodarczą, jesteśmy przekonani, że złoto ostatecznie wybije się powyżej poziomu 1 305 USD za uncję, po czym może sięgnąć poziomu 1 380 USD za uncję.

Od lutego złoto ustanowiło granice przedziału; w tym momencie to obszar pomiędzy 1 228 USD za uncję a 1 310 USD za uncję.

Dalszy spadek mógłby zagrozić wsparciu, jednak o trendzie spadkowym będzie można mówić dopiero po zejściu poniżej poziomu 1 205 USD.

Zakłócenia podaży głównym czynnikiem kształtującym ceny ropy

Pożary w Kanadzie, zamieszki i ewakuacja szybów w Nigerii, kryzys polityczno-gospodarczy w Wenezueli oraz utrzymujące się problemy w Libii najprawdopodobniej przyczyniły się do obniżenia światowej podaży ropy o 2,5 mln baryłek dziennie w ciągu ostatnich kilku tygodni.

Kilka lat temu zakłócenia na tę skalę z łatwością spowodowałyby wzrost cen o ponad jedną czwartą. Tym razem jednak wydaje się, że przyczyniły się do wzrostu cen o mniej niż 10%.

To skutek światowej nadpodaży generowanej od 2014 r. Dzięki nadpodaży, żadna rafineria ani żaden konsument nie będą pozbawieni dostaw w okresie tych zakłóceń podaży – zarówno teraz, jak i w przyszłości.

Obserwowana do początku tego miesiąca deprecjacja dolara przyczyniła się do zdecydowanego wzrostu z poziomu wieloletnich minimów odnotowanych jeszcze w styczniu i w lutym. Agresywna retoryka zawarta w protokole z posiedzenia FOMC, która umożliwiła umocnienie dolara, zdołała negatywnie wpłynąć na ceny ropy zaledwie na niecały jeden dzień.

Sugeruje to, że w tym momencie rynek skupia się na zakłóceniach podaży; bez nich ceny ropy byłyby niższe.

Zamiast tego dzienna luka pomiędzy popytem a produkcją została – przynajmniej tymczasowo – zniwelowana. W efekcie nastąpił kolejny atak na psychologiczną granicę na poziomie 50 USD za baryłkę. Cena ta działa niczym magnes, stanowi jednak również niewidzialną barierę, którą traderzy boją się przekroczyć.

Podczas gdy w tym miesiącu cena ropy WTI osiągnęła już maksimum na poziomie 48,95 USD za baryłkę, średnia cena umożliwiająca producentom zabezpieczenie swojej produkcji w 2017 r. sięgnęła poziomu niemal 51 USD za baryłkę. Rynek może nie być zatem gotowy do wkroczenia w rejony 50+ USD z obawy o konsekwencje dla procesu przywracania równowagi.

Cotygodniowy raport w sprawie stanu zapasów ropy w Stanach Zjednoczonych był mieszany: zaskakujący i sprzeczny z trendem sezonowym wzrost zrównoważył wyjątkowo duży popyt na benzynę. W raporcie zasugerowano, że popyt na benzynę jest obecnie wyższy, niż w szczytowym okresie wakacyjnym rok temu.

Według najnowszych danych, w lutym amerykańscy kierowcy przejechali o 12 mld mil więcej, niż w analogicznym okresie w ubiegłym roku. Ten trend, w połączeniu z niskimi cenami i wzrostem zatrudnienia, powinien utrzymać się do okresu wakacyjnego, oficjalnie rozpoczynającego się 30 maja.

Co dalej?

Jak już wspomniałem, podtrzymujemy, że ceny ropy powyżej 50 USD na tym etapie są zbyt wysokie. Mimo iż 50 USD to cena, która najczęściej pojawia się w mediach, właściwy opór znajduje się nieco wyżej – na poziomie 50,9 USD w przypadku ropy Brent, tj. na poziomie wierzchołka z listopada ubiegłego roku.

Zakłócenia podaży będą w dalszym ciągu odwracać uwagę od rosnącej podaży w pozostałych miejscach, a liczba wiertni w Stanach Zjednoczonych może się ustabilizować, co zahamuje cięcia produkcji.

Ole Hansen, szef działu strategii rynków towarowych, Saxo Bank

Wiceprezes Beyond.pl o zaletach outsourcingu IT

Dostęp do specjalistycznej wiedzy, podniesienie efektywności w zarządzaniu, poprawę procesów biznesowych, oszczędności finansowe… – to jedne z wiodących celów dzisiejszych przedsiębiorstw. Jak je osiągnąć w działaniach IT, które w coraz większym stopniu będą rzutować na sukces całych firm?

Infografika: Outsourcing IT 2016 - Beyond.pl
Infografika: Outsourcing IT 2016 – Beyond.pl

„Jeśli nie masz pojęcia o diamentach, poznaj jubilera” – powiedział kiedyś Warren Buffett. Ten cytat bardzo dobrze oddaje ideę outsourcingu IT. Diamentem są w tym przypadku nowoczesne technologiczne rozwiązania, a jubilerem zewnętrzne podmioty. Rynek usług outsourcingowych i związane z tym zagadnieniem potrzeby przedsiębiorstw, stale nabierają znaczenia. Z ankiety przeprowadzonej przez Pierre Audoin Consultants wynika, że już 45 proc. menedżerów w Polsce korzysta ze wsparcia zewnętrznych firm informatycznych lub wynajmu kadry inżynierskiej. Zarządzanie infrastrukturą, bezpieczeństwo zachowania dostępności zasobów IT, cloud computing, zapewnienie bezawaryjnego działania sprzętu i jego dzierżawa, utrzymanie systemów informatycznych – to tylko kilka przykładów usług IT, które możemy oddać po opiekę zewnętrznego dostawcy.

Stwórz przewagę konkurencyjną i poprawiaj wydajność

Nie da się ukryć, że obecnie każde przedsiębiorstwo prędzej czy później stanie przed decyzją czy postawić na szeroko pojęty outsourcing usług IT. Posiadając własny zespół specjalistów należy liczyć się z takimi kosztami jak: wynagrodzenia, dodatkowe szkolenia, czy konieczność inwestowania środków w zakup i utrzymanie zaawansowanego sprzętu oraz serwerów. Jednak minimalizacja wydatków związanych z utrzymaniem działu technicznego to nie tylko cięcie kosztów i etatów. To również optymalne wykorzystanie specjalistów do stworzenia przewag konkurencyjnych i poprawa wydajności w firmie. Według IBM zastosowanie rozwiązań chmury obliczeniowej zwiększyło efektywność biznesową u 55% respondentów, a u 49% – mobilność swoich pracowników. A do tego nawet o 80% mogą spaść koszty korzystania z 1 tys. serwerów (Microsoft).

Łukasz Polak, wiceprezes Beyond.pl
Łukasz Polak, wiceprezes Beyond.pl

W czasach powszechnej cyfryzacji technologicznej istotne staje się korzystanie z najnowocześniejszych dostępnych rozwiązań. Biznes oczekuje już nie tylko dynamicznego skalowania, ale również szybkiego reagowania, dostępności oraz elastyczności usług. Nie podlega dyskusji, że inwestycja w stabilną i nowoczesną infrastrukturę w celu zapewnienia odpowiedniej wydajności dla wszystkich aplikacji i mechanizmów jest dzisiaj koniecznością – przekonuje Łukasz Polak, wiceprezes Beyond.pl.

Nowoczesna infrastruktura i jej koszty utrzymania

Budowa np. własnego centrum danych to bardzo duża inwestycja, która może być obarczona sporym ryzykiem. Szacuje się, że koszt powstania tego typu obiektu w Polsce może, w zależności od standardu, przekroczyć nawet 50 tys. zł za m2. Do tego musimy doliczyć koszty utrzymania zespołu specjalistów.

W przypadku budowy własnego data center obiekt musi spełniać szereg wymogów dotyczących takich aspektów jak: zasilanie, lokalizacja oraz łączność. Natomiast decydując się na outsourcing, przedsiębiorca już na samym początku współpracy ustala miesięczne koszty jakie będzie ponosić, a do tego od razu otrzymuje dostęp do już przygotowanej infrastruktury. Nie musi zatem podejmować dodatkowych wydatków, które są związane z kosztami konserwacji, przystosowaniem pomieszczeń czy zakupem nowoczesnego sprzętu – tłumaczy Łukasz Polak.

Bezpieczeństwo na pierwszym miejscu

Dane przechowywane w profesjonalnym Centrum Danych są znacznie bardziej bezpieczne niż na serwerze firmowym i to zarówno w aspekcie fizycznym (pożar, awaria), wirtualnym (ataki hakerów), jak i prawnym (np. tajemnica handlowa czy próby pozyskania danych przez instytucje trzecie).

Wielowarstwowa kontrola dostępu, monitoring 24/7/365; chroniona strefa dostaw wraz z magazynem, pracownicy ochrony monitorujący obiekt, śluzy dostępowe, ochrona przeciwpożarowa – to tylko namiastka bezpieczeństwa jaką gwarantuje dostawca usług IT. Głównymi elementem bezpieczeństwa jest specjalnie zaprojektowana i wybudowana infrastruktura Data Center. Redundantne zasilanie, systemy chłodzenia, dostęp do wielu dostawców telekomunikacyjnych oraz dedykowany system przeciwpożarowy – to części główne bezpieczeństwa, które dają klientom gwarancję ciągłości działania i utrzymania procesów biznesowych.

Outsourcing IT w Polsce choć rośnie na popularności cały czas posiada jeszcze spore rezerwy. Przedsiębiorstwa często nie zdają sobie sprawy z faktu, że firmy outsourcingowe pozwalają na zyskanie znacznych oszczędności przy jednoczesnym wykorzystaniu profesjonalnych zasobów IT, które podnoszą standardy pracy. Co ważne, nad wszystkim czuwają specjaliści, którzy zapewniają ciągłość pracy i dostęp do nowoczesnej infrastruktury w każdym momencie. Dotyczy to zarówno małych, dopiero co zaczynających startupów, jak i największych graczy na rynku.

Trzeci dzień VIII Europejskiego Kongresu Gospodarczego

Europejski Kongres Gospodarczy (European Economic Congress – EEC) w KatowicachO czynnikach sprzyjających innowacyjności, cyfryzacji i digitalizacji Europy, inwestycjach w obszarze odnawialnych źródeł energii, reformach strukturalnych, doświadczeniach, obecnym kształcie i przyszłości Unii Europejskiej oraz wyzwaniach stojących m.in. przed europejskim i światowym górnictwem, hutnictwem i budownictwem dyskutowali uczestnicy ostatniego, trzeciego dnia VIII Europejskiego Kongresu Gospodarczego (European Economic Congress – EEC) w Katowicach.

– W Katowicach, w jednym miejscu, przed trzy dni odbyły się tysiące spotkań. Jesteśmy dumni, że Kongres daje impulsy do nowych projektów gospodarczych. VIII Europejski Kongres Gospodarczy był wyraźnie większy od poprzednich. To nas bardzo cieszy, bo pokazuje, że jest realna potrzeba, by spotykać się tutaj, w Katowicach, w czasie Kongresu. W tym roku gościliśmy 8 tys. uczestników i prawie dwa tysiące osób w części start-upowej. To największe tego typu wydarzenie w Europie Centralnej – powiedział, podsumowując ósmą edycję wydarzenia, Wojciech Kuśpik, prezes Grupy PTWP, inicjator Europejskiego Kongresu Gospodarczego.

Trzeci dzień VIII Europejskiego Kongresu Gospodarczego rozpoczęto m.in. debatą nad cyfrową gospodarką Unii Europejskiej, w trakcie której mówiono o możliwych systemach wspierania procesów digitalizacji i cyfryzacji europejskiej gospodarki oraz o krajowych planach wykorzystania technologii informacyjno-komunikacyjnych na tle europejskiej agendy cyfrowej. W polemicznej dyskusji głos zabrał m.in. Günther H. Oettinger, komisarz UE ds. Gospodarki Cyfrowej i Społeczeństwa.

Komisarz podkreślił rolę European Start-up Days, imprezy towarzyszącej VIII Europejskiego Kongresu Gospodarczego, na której zaprezentowało się ponad sto polskich start-upów, młodych firm technologicznych. Oettinger zaznaczył, że tak duży potencjał pomoże wspólnocie w nadrabianiu zaległości w stosunku do Stanów Zjednoczonych.

– Widzę ogromną energię młodych ludzi tworzących start-upy. Chciałbym tę energię wykorzystać do rozwoju, do realizacji strategii jednolitego rynku cyfrowego w Unii Europejskiej – powiedział w swym wystąpieniu przedstawiciel Komisji Europejskiej. Nawiązując do Start-Up Days Oettinger ocenił, że europejskie start-upy tworzą nową siłę gospodarki i zwiększają swój potencjał łącząc się w klastry. – Za 5-10 lat niektóre z obecnych start-upów staną się nowymi potęgami globalnymi. Istniejące technologie nie są dane na zawsze, wciąż powstają nowe i lepsze. Dlatego w przyszłości europejskie spółki mogą osiągnąć pozycje, na których dziś stoją Google, Facebook czy Uber – podsumował komisarz.

Günther H. Oettinger wziął także udział w briefingu prasowym, podczas którego wypowiedział się m.in. na temat perspektyw solidarności energetycznej w Europie, budowy europejskiego bezpieczeństwa energetycznego oraz podkreślił funkcję tranzytową Polski, związaną głównie z przesyłem gazu. Podkreślił, że pozytywnie postrzega perspektywę bezpieczeństwa energetycznego polski, ale wciąż należy pracować nad magazynowaniem energii i wydajnością energetyczną.

– Strategia bezpieczeństwa energetycznego UE powstaje, to trwający proces oparty o zasady solidarności, które nie są w żaden sposób zagrożone. Komisja Europejska pracuje, by osiągnąć rozwiązanie, które będzie korzystne dla wszystkich stron: dla przemysłu, dla krajów członkowskich – argumentował komisarz.

O doświadczeniach dotychczasowych kryzysów, reformach strukturalnych, polityce budżetowej i fiskalnej oraz przyszłości Unii Europejskiej rozmawiali eksperci podczas debaty pt. „Silna i spójna Unia Europejska”. W dyskusji uczestniczył gość specjalny Europejskiego Kongresu Gospodarczego, Valdis Dombrovskis, wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej i premier Łotwy.

– Polsce udało się przejść bez szwanku przez światowy kryzys finansowy. Jeśli chodzi o najbliższe lata także rysują się one dobrze. Spodziewamy się, że w latach 2016-2017 wzrost PKB Polski będzie wynosił 3,6-3,7 proc. przy średniej unijnej około 2 proc. W ostatnich latach Polska dokonała poważnego postępu w polityce fiskalnej – mówił Dombrovskis, nawiązując do zdjęcia z Polski przez Radę UE w 2015 r. procedury nadmiernego deficytu. Zwrócił jednak uwagę, że pojawiło się niebezpieczeństwo jego wzrostu. Dlatego konieczne jest zwiększenie dyscypliny finansowej. Namawiał także na powołanie w Polsce niezależnej rady fiskalnej.

– Polska jest jedynym krajem w UE, który takiej rady nie ma – powiedział na VIII Europejskim Kongresie Gospodarczym w Katowicach. Unijny polityk przedstawił także przyjęty 18 maja 2016 tzw. pakiet wiosenny, w którym KE wydaje zalecenia gospodarcze dla poszczególnych krajów na okres najbliższych 12-18 miesięcy. Jego celem jest ożywienie wzrostu gospodarczego w Europie.

Trzeci dzień kongresowych debat dopełnił także rozpoczęte w trakcie dwóch poprzednich dni dyskusje. W ramach cyklu debat poświęconych branży energetycznej rozmawiano m.in. o uwarunkowaniach wdrażania jednolitego europejskiego rynku energii w świetle systemu handlu emisjami, relacjach na linii energetyka-górnictwo będących elementem polityki energetycznej, bezpieczeństwie energetycznym oraz nowych trendach w wytwarzaniu, przesyle i magazynowaniu energii.

Perspektywy rozwoju sektora górniczego, w ostatnim dniu VIII Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach, nakreślali w dedykowanej tej branży dyskusji m.in. Zygmunt Łukaszczyk, prezes Katowickiego Holdingu Węglowego i Krzysztof Szlaga, prezes Lubelskiego Węgla Bogdanki.

– Wydobycie węgla w Polsce może być opłacalne i konkurencyjne. Warunkiem jest wykorzystanie nowych technologii, których polskie podmioty okołogórnicze są konkurencyjnym dostawcą oraz dostęp do dobrych złóż np. takich, jakie zamierzamy eksploatować w Orzeszu – zauważał podczas panelu Heinz Schernikau, prezes HMS Bergbau AG.

Paneliści biorący udział w sesji „Cyberbezpieczeństwo i infrastruktura krytyczna” najwięcej uwagi poświęcili ochronie newralgicznych elementów infrastruktury publicznej w obliczu narastających napięć politycznych, zmian klimatycznych i nasilenia aktywności internetowych grup przestępczych.

– Efektywna ochrona wymaga wiedzy i doświadczenia, a tych nabywa się dzięki wymianie informacji między operatorami infrastruktury krytycznej i dialogu z administracją. W obu przypadkach taka współpraca w Polsce jest niedoskonała – zauważył Jakub Bojanowski, partner z działu zarządzania ryzykiem w Deloitte.

Trzeciego dnia VII Europejskiego Kongresu Gospodarczego odbyło się także Forum Współpracy Gospodarczej Europa-Chiny. Podczas spotkania debatowano nad kwestiami transportu, logistyki i wymiany handlowej ze Wschodem. Dyskutowano także na tematy poświęcone finansom, inwestycjom i przemysłowi. Wydarzeniem towarzyszącym było także wręczenie nagród w konkursie Mieszkam-TU.eu – mądre pomysły na mądre miasto.

Europejski Kongres Gospodarczy (European Economic Congress – EEC) w Katowicach
2016.05.19. KATOWICE,
VIII EUROPEJSKI KONGRES GOSPODARCZY EKG EEC
OTWARCIE POWITANIE GOSCI START IN POLAND
OGOLNE PUBLICZNOSCC
FOT. LUCJUSZ CYKARSKI
Europejski Kongres Gospodarczy (European Economic Congress – EEC) w Katowicach
2016.05.18. KATOWICE,
VIII EUROPEJSKI KONGRES GOSPODARCZY EKG EEC
NZ.: SESJA OTWARCIA SPODEK
FOT JAN BAZYLISZEK

Zbigniew Jakubas inwestuje w budowę osiedli mieszkaniowych. Myśli też o nowym projekcie przemysłowym

0

CEO Magazyn Polska

Warszawa, Kraków, Poznań i Lublin to miasta, w których spółki Zbigniewa Jakubasa prowadzą inwestycje mieszkaniowe, korzystając z korzystnej koniunktury. W sferze planów jest także Wrocław. Za granicą inwestor będzie rozwijał głównie działalność w dziedzinie kolejnictwa. Szykuje też nowy pozadeweloperski projekt, o którym poinformuje za kilka tygodni. Myśli również o nowym projekcie w branży przemysłowej.

– W tym roku dużo inwestujemy w deweloperkę. Jedna z firm kupiła niedawno duży teren w Krakowie, praca wre z projektantami z dwóch dużych biur projektowych, jednym z Krakowa, drugim z Warszawy – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Zbigniew Jakubas, przedsiębiorca, inwestor giełdowy. – Budowę tę chcemy rozpocząć już we wrześniu i zakończyć w dwa lata, a to jest 1,4 tys. mieszkań w jednym miejscu.

W drugiej połowie kwietnia należąca do inwestora spółka Centrum Nowoczesnych Technologii kupiła 5,5-hektarową działkę w krakowskiej dzielnicy Krowodrza. Zapłaciła za nią 62 mln zł netto. Pod koniec września ruszyć ma połowa z zaplanowanych 1,4 tys. mieszkań. Jak deklaruje Jakubas, ceny mieszkań nieznacznie przekroczą 6 tys. zł za 1 mkw.

– Mamy genialny punkt, prawie w centrum Krakowa, 1,5 km od Wawelu – mówi. – Robimy coś więcej niż tylko zbudowanie jednego czy dwóch budynków. Chcemy dać ludziom to, co jest w Lublinie, organizację pewnego osiedla. Z tym, co jest potrzebne na parterze w części komercyjnej, osiedle jest ogrodzone, pilnowane, są place zabaw. To jest w ogóle ekologiczne i przyjemne dla mieszkańców. To są ciche miejsca z zielenią, z miejscem odpoczynku i to samo zamierzamy zrobić w Krakowie. Mam nadzieję, że procedury formalne przebiegną bardzo szybko i pod koniec września ruszy budowa od razu 700 mieszkań.

W Lublinie przedsiębiorca buduje osiedle Wiktoryn przy ul. Unickiej. Pierwszy etap ruszył już w 2014 roku, drugi – w sierpniu 2015 r. Łącznie powstanie 350 zróżnicowanych mieszkań (220 w trzech budynkach w I etapie i 130 w dwóch budynkach w II) – deweloper deklaruje wybór spośród 50 typów lokali.

– Budujemy w tej chwili w czterech miastach: Warszawa, Lublin, Poznań i Kraków, przymierzamy się też do Wrocławia. Wszędzie są bardzo dobrze zaprojektowane budynki dla klasy ludzi średnio zarabiających. Mieszkania w Poznaniu i w Lublinie sprzedajemy w granicach 5,7 do 6 tys. brutto – mówi właściciel Grupy Kapitałowej Multico.

W stolicy Wielkopolski jeden, ale za to spory budynek buduje spółka Wartico. To liczący od 9 do 11 kondygnacji obiekt zlokalizowany przy ul. Chłapowskiego na Wildzie, liczący 160 mieszkań i dwie kondygnacje garaży. Budowa ma się zakończyć w 2017 roku.

Z kolei w Warszawie na bliskiej Woli, w miejscu dawnej Mennicy, pomiędzy stacjami metra Rondo Daszyńskiego i Rondo ONZ powstaną dwa budynki w inwestycji Mennica Residence. W marcu rozpoczęła się sprzedaż 188 mieszkań I etapu. Łącznie projekt przewiduje 470 mieszkań. Cała budowa ma się zakończyć do końca 2017 roku, a powierzchnia lokali zlokalizowanych z 8-14-kondygnacyjnych budynkach waha się od 28 mkw. do 232 mkw.

– Zbudowaliśmy zakład dla mennicy, produkcja została przeniesiona na Annopol, a w tym miejscu, gdzie była kiedyś produkcja, budujemy dwa budynki mieszkalne na ul. Grzybowskiej. Osiągnęliśmy olbrzymi sukces sprzedaży. Po trzech miesiącach mamy sprzedanych prawie połowę mieszkań. Mam nadzieję, że we wrześniu ruszy faza inwestycyjna kolejnych dwóch budynków.

Jak mówi inwestor, należące do niego spółki będą też rozwijać współpracę zagraniczną, ale nie w branży deweloperskiej, lecz kolejowej. Do Zbigniewa Jakubasa należy m.in. Newag, zajmujący się produkcją i modernizacją taboru szynowego, oraz Feroco, specjalizujące się w infrastrukturze drogowej i kolejowej.

Za granicą zrekompensowała sobie również utratę zleceń na bicie 1-, 2- i 5-groszówek Mennica Polska. Jak deklaruje Jakubas, spółka ma obecnie kontrakty w pięciu krajach i lada moment nawiąże je w dwóch kolejnych, a by obsłużyć wszystkie zlecenia, musi pracować 24 godziny na dobę.

– Mamy plany, ponieważ tak jak zawsze mówiłem, lubię inwestować w przemysł. Dlatego być może niedługo coś mi do głowy przyjdzie. Jeżeli chodzi o inwestycje poza deweloperką, to mamy pewien pomysł, ale o nim na razie nie możemy mówić, dopiero za dwa miesiące.

Polskie firmy mogą liczyć na wsparcie państwa w ekspansji zagranicznej. Pomoże im Fundusz Ekspansji Zagranicznej utworzony przez BGK

CEO Magazyn Polska

Jak podaje Bank Gospodarstwa Krajowego, polskie firmy średnio co roku inwestują za granicą 3,5 mld euro. Jednak tylko 6 proc. inwestycji finansowane jest z lokalnych źródeł, czyli tych pozyskanych w danym kraju. Reszta obciąża bilans polskiej spółki matki. Działający przy Banku Gospodarstwa Krajowego Fundusz Ekspansji Zagranicznej ma wspomóc polskie podmioty w biznesie poza granicami kraju.

– Polskie firmy na rynkach zagranicznych przede wszystkim oczekują skutecznego wsparcia finansowego. W dzisiejszym bardzo konkurencyjnym świecie to jest często warunek, bez którego nie da się przebić i zaistnieć na nowych rynkach. To jest również coś, co oferują konkurenci polskich firm. To również rola i misja Banku Gospodarstwa Krajowego, żeby takie wsparcie móc dostarczyć – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Jacek Szugajew, wiceprezes Banku Gospodarstwa Krajowego odpowiedzialny za sprzedaż i produkty.

Z danych BGK za NBP wynika, że na koniec 2014 r. wartość polskich bezpośrednich inwestycji zagranicznych wynosiła 22,3 mld euro (95,2 mld zł). Średnia wartość rocznych inwestycji od 2006 r. wynosiła 3,5 mld euro. Polskie firmy inwestują głównie na kontynencie europejskim – zarówno w Unii, jak i krajach Europy Wschodniej.

– Patrząc na nowe modele wsparcia polskich firm za granicą to potrzebne jest przede wszystkim wsparcie kapitałowe – podkreśla Szugajew. – Tradycyjne instrumenty wsparcia w ograniczeniu ryzyka, wsparcia finansowego są dalej istotne. Natomiast oferujemy, i to jest ten nowy model, dokładamy do tego wsparcie kapitałowe, czyli nasz Fundusz Ekspansji Zagranicznej.

70 proc. polskich inwestycji zagranicznych skupia się na obszarach produkcji, handlu, usług i ICT, a celem ekspansji jest wzrost sprzedaży. FEZ, którego jedynym inwestorem jest BGK,  ma inwestować w zagraniczne projekty spółek razem z tymi spółkami, współdzieląc ryzyko. Wspierać będzie m.in. powielanie modelu funkcjonowania, który odniósł sukces w Polsce, akwizycję zagranicznego partnera w celu przejęcia jego sieci sprzedaży, marki, kontaktów czy logistyki, przejęcie dostawcy, ulokowanie produkcji bliżej dostawców lub klientów oraz budowę sieci sprzedaży i dystrybucji.

– Wśród barier, które ciągle ograniczają polskie firmy w ich ekspansji zagranicznej  jest dostęp do finansowania i wiedza, jak to finansowanie pozyskać –  uważa wiceprezes BGK. – Wydaje mi się, że jest to kwestia bardziej samego rozpoznania przez firmę „jak” niż „czy”. Bo te pieniądze są w BGK. Szczególnie, jeśli chodzi o trudniejsze rynki, ale też w bankach komercyjnych, które wspierają swoich klientów.

Aktywa Funduszu Ekspansji Zagranicznej docelowo – po 7 latach – mają sięgnąć 1,5 mld zł. Pojedyncza inwestycja nie jest ograniczona żadnym minimum, a projekty do 12,5 mln euro, które mają stanowić standardową granicę inwestycji, mogą być objęte prostszą, szybszą procedurą. Fundusz może zakupić akcje lub udziały albo udzielić pożyczki do wysokości inwestycji własnej spółki. Wsparcie kapitałowe miałoby obejmować okres 5-7 lat.

– Jeśli popatrzymy na instrumenty, które są potrzebne i z których korzystają polskie firmy, kontynuując swoją ekspansję zagraniczną, widzimy tutaj jasną ewolucję, od tych, które są stosunkowo najprostsze, a które służyły i dalej służą ograniczeniu ryzyka. Chociażby ryzyka płatności dla polskiego eksportera, do produktów, które pozwalają konkurować – mówi Szugajew. – Czyli finansowanie nabywcy, tego, który ma kupić do zainwestowania, czyli wejścia z kapitałem. Tutaj znowu nasz Fundusz Ekspansji Zagranicznej dostarcza ten komponent kapitałowy.

Na tle innych krajów Europy Polska wypada blado pod względem zagranicznych inwestycji firm. Stanowią one odpowiednik 10,6 proc. PKB. Dla porównania w Niemczech i Hiszpanii jest to 47 proc., a we Francji 60 proc. Wyprzedzają nas też Węgry (30 proc.), Estonia (27 proc.), Rosja (23 proc.), Słowenia (18 proc.) i Czechy (tu przewaga nad Polską jest minimalna).

– To bardzo ważny element, bo dla wielu polskich firm i sektorów jak chociażby sektor węglowy czy wokół węglowy ekspansja zagraniczna jest receptą na przeżycie i sukces, ale też na utrzymanie zatrudnienia, zwiększenie zatrudnienia – przekonuje Szugajew. – Więc jeżeli mówimy o wzroście gospodarczym, ekspansja, nowe rynki, większa sprzedaż, to więcej miejsc pracy, to więcej miejsc pracy też dla specjalistów, tym samym wyższe płace. W Polsce udział inwestycji zagranicznych w PKB to 10 proc., w Niemczech 50, więc przestrzeń, którą mamy jest ciągle duża i warto ją zagospodarować.

Węgiel pozostanie w perspektywie 20-30 lat głównym źródłem energii w Polsce. Udział źródeł odnawialnych będzie się jednak zwiększał

CEO Magazyn Polska

Węgiel, biogazownie, fotowoltaika, farmy wiatrowe, gaz, atom – bezpieczeństwo energetyczne wymaga stosowania różnych źródeł energii. Zdaniem dyrektora generalnego Grupy Veolia w Polsce węgiel pozostanie najważniejszą składową polskiego miksu energetycznego, choć nowoczesne elektrownie będą go spalać w mniej niż dotąd szkodliwy dla środowiska sposób. Jednocześnie wzrośnie udział OZE.

– Unijna polityka nie powinna być narzucana odgórnie, lecz polegać na współpracy. Polska powinna mieć swój wkład w tę politykę i budować ją wraz z innymi krajami –  mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Gérard Bourland, dyrektor generalny Grupy Veolia Polska. – Dziś wydaje się, że Polska postępuje zgodnie z unijną polityką energetyczną. Oczywiście przy wykorzystaniu umiejętności, mocnych stron i uwzględniając specyfikę polskich warunków. W Polsce jest dużo węgla, co wcale nie jest takie powszechne. Ta specyfika musi być brana pod uwagę przez decydentów w Polsce, tak by wybrać najbardziej efektywny model energetyczny na następne lata.

Według założeń Unii Europejskiej do 2050 roku emisja szkodliwych substancji ma zostać zmniejszona o 80 proc. wobec 1990 r. Do 2030 miałoby nastąpić zredukowanie emisji o 40 proc., a do 2040 – o 60 proc. Zdaniem Komisji Europejskiej największe możliwości redukcji emisji dwutlenku węgla ma sektor energetyczny, który jest w stanie wyeliminować ją niemal całkowicie. Energia elektryczna według tych założeń miałaby być wytwarzana ze źródeł odnawialnych, takich jak wiatr, słońce, woda i biomasa oraz innych niskoemisyjnych źródeł energii, takich jak elektrownie jądrowe.

– Rynek energetyczny w Polsce będzie się zmieniać. Dziś w 80 procentach składa się on z węgla, nieco ponad 10 procent to źródła odnawialne i pozostała część to gaz. Chociaż zachowanie konkurencyjności wymaga zmiany tych proporcji w przyszłości, to jestem przekonany, że węgiel pozostanie głównym paliwem w Polsce – mówi Bourland. – Udział źródeł odnawialnych wzrośnie, podobnie jak gazu, ale daleki jestem od stwierdzenia, że węgiel jest zły, a źródła odnawialne dobre. Węgiel może być wykorzystywany w energetyce w efektywny sposób i zmniejszyć emisję zanieczyszczeń w przeliczeniu na kilowatogodzinę.

W Polsce obecnie w budowie są m.in. bloki 5 i 6 w należącej do PGE Elektrowni Opole. Ma ona być opalana węglem kamiennym, a oddanie inwestycji przewidywane jest na 2019 rok. Tauron buduje blok na węgiel kamienny w Jaworznie, zaś Enea – w Kozienicach.

– Jeżeli biomasa jest wykorzystywana w nieefektywnym zakładzie, to dla mnie nie jest to źródło energii odnawialnej. W przyszłości powinniśmy wykorzystywać różne źródła, opierać się o lokalne paliwa, ale jednocześnie zwiększać i rozwijać bardziej energooszczędne jednostki. Jest to niezbędne dla zaspokojenia potrzeb energetycznych kraju by zachować konkurencyjność – argumentuje Bourland.

Jak przekonuje, nie sposób zmienić miksu energetycznego jakiegokolwiek kraju w krótkim czasie. Ekspert dodaje, że największą zaletą może się okazać elastyczność, czyli możliwość pozyskiwania energii z różnych źródeł. Co nie oznacza, że nie należy dążyć do wyznaczonych celów. Jednak ważne jest, by proces ten nie był narzucany odgórnie, ale był także inicjowany przez konsumentów.

– Węgiel pozostanie w Polsce w perspektywie 20-30 lat głównym źródłem energii, ale musi on być wykorzystywany w efektywny sposób – mówi dyrektor generalny Veolia Polska. – Udział źródeł odnawialnych i gazowych będzie rósł. Nie jestem w stanie określić tego w ujęciu procentowym. Będzie to prawdziwy miks energetyczny, którego celem będzie przede wszystkim zachowanie niezależności energetycznej kraju w największym możliwym stopniu.

 

W tym roku BP uruchomi w Polsce około 30 nowych stacji. W kolejnych latach tempo wzrostu będzie podobne

CEO Magazyn Polska

W ciągu 25 lat obecności w Polsce koncern BP zainwestował 1,5 mld dolarów. Od 1995 roku uruchomił 500 stacji paliw i co roku zamierza otwierać 30 nowych. Firma zatrudnia nad Wisłą bezpośrednio 3,5 tys a pośrednio 6 tys. Osób  i w związku z rozwojem planuje zwiększyć zatrudnienie.

– Polska jest jednym z kluczowych rynków, na którym BP notuje wzrosty. Zainwestowaliśmy tu blisko 1,5 miliarda dolarów i widzimy wielki potencjał dla dalszego rozwoju – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Alex Jensen, VP Retail Europe and Fuels Marketing w BP. – Zamierzamy dalej inwestować w Polsce. Tylko w tym roku chcemy otworzyć około 30 nowych lokalizacji. To pozwoli stworzyć kolejne miejsca pracy..

BP obchodzi w tym roku 25-lecie obecności na polskim rynku, a pierwsza stacja pod tym szyldem pojawiła się nad Wisłą w 1995 r. Obecnie Polska jest dla koncernu czwartym rynkiem w Europie pod względem ilości stacji paliw po Niemczech, Wielkiej Brytanii i Hiszpanii. Od początku obecności na naszym rynku BP zainwestowało tu 1,5 mld dol.

– To co jest dla nas bardzo ważne i przekonuje nas, że dalej warto inwestować w Polsce, to to, że rynek jest uczciwy i konkurencyjny. Dlatego z  zadowoleniem obserwujemy, że polski rząd wprowadza nowe rozwiązania zmierzające do ograniczenia nielegalnego importu paliwa do Polski – mówi Jensen.

Oblicza się, że z powodu handlu nielegalnym paliwem Polska traci rocznie 10 mld złotych. To o połowę więcej, niż przynieść ma zapowiadany podatek od sprzedaży detalicznej. Rząd zapowiedział walkę z luką podatkową i uszczelnienie systemu. Sam koncern w ciągu ćwierćwiecza obecności w Polsce zasilił budżet kwotą 10 mld zł.

Dla BP walka z nielegalnym paliwem jest o tyle istotna, że firma jest aktywna na polu wprowadzania nowych, zaawansowanych technologicznie paliw.

– BP ma bardzo duże doświadczenia w Polsce związane z innowacyjnością produktów i ofertą dla polskich klientów. Dla przykładu, jako pierwsi w Polsce wyeliminowaliśmy paliwa ołowiowe – przypomina Jensen. – Jako pierwsi również wprowadziliśmy tak dobre paliwa i produkty na polski rynek. 

Nowe paliwa BP Ultimate z technologią ACTIVE umożliwiają przejechanie do 56 km więcej na jednym baku na oleju napędowym i 44 km więcej na benzynie 98. Jak zapewnia koncern, pozwoli to zaoszczędzić pojazdom o masie od 3,5 do 7,5 ton 340 litrów paliwa rocznie, zaś tym najcięższym – nawet 912 litrów paliwa.

– Aktywna technologia paliwowa okazała się strzałem w dziesiątkę. Przekroczyła nasze oczekiwania. To nasz najlepszy w historii wynik, jeżeli chodzi o zasięg. Opracowanie tych paliw zajęło nam pięć lat. To były tysiące godzin testów wykonywanych przy użyciu 110 różnych metodologii. Wynikiem jest to, na co czekali nasi klienci w całej Europie – wysokiej jakości paliwo, które jest również bardzo ekonomiczne – mówi Alex Jensen.

BP angażuje się także w działalność charytatywną. dając klientom możliwość przekazywania punktów, które gromadzą w programie lojalnościowym na cele charytatywne. Firma od początku działalności w Polsce na projekty społeczne wydała 10 mln dolarów.

LafargeHolcim w Polsce otworzył centrum obsługi reklamacji. Tym samym firma wdrożyła jeden z najbardziej zaawansowanych procesów reklamacyjnych w branży

0

Lider wśród producentów cementu, betonu i kruszyw LafargeHolcim uruchomił Centrum Obsługi Reklamacji (COR), które  łączy obszary Wsparcia Technicznego, Centrum Obsługi Klienta i Obsługi Reklamacji. Dzięki temu cały proces przebiega szybciej, a każde zgłoszenie prowadzone jest przez indywidualnego opiekuna reklamacji. – Zależy nam na ciągłym doskonaleniu. Jeżeli znajdziemy możliwości rozszerzenia usługi, na pewno je wykorzystamy – zapowiada Federico Tonetti, prezes LafargeHolcim w Polsce.

– Chcemy być firmą, która służy klientowi w całym cyklu życia naszych produktów, rozwiązań i usług, także po sprzedaży. Strefa wsparcia klienta oraz nowe Centrum Obsługi Reklamacji pomogą nam w pełni wdrożyć naszą wizję. Na ewentualnych reklamacjach będziemy się uczyć i doskonalić – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Federico Tonetti, Prezes LafargeHolcim w Polsce.

Zadaniem Centrum Obsługi Reklamacji ma być nie tylko rzetelne rozpatrzenie zgłoszenia, lecz także udoskonalenie komunikacji z klientem podczas szczegółowej analizy każdej reklamacji.

– Zwykła obsługa klienta nie jest wystarczająca. Nasza Strefa Wsparcia Klienta łączy w sobie trzy obszary: Pion Wsparcia Technicznego, Centrum Obsługi Klienta i Centrum Obsługi Reklamacji – tłumaczy Tonetti.

Firma umożliwia klientom kilka kanałów, za pośrednictwem których mogą zgłosić reklamację. Oprócz kontaktu telefonicznego można również skorzystać z formularza na stronie lub z poczty elektronicznej. Wdrażane rozwiązanie ma też ujednolicić procedurę reklamacyjną. Każde zgłoszenie prowadzone jest przez indywidualnego opiekuna reklamacji, który odpowiada za komunikację z klientem, jest też zobowiązany do kontaktu w ciągu 24 godzin od zgłoszenia lub szybciej (w przypadku zgłoszenia przez telefon).

– Każdy specjalista COR jest odpowiedzialny za ciągłą komunikację z klientem i przedstawicielem handlowym oraz koordynację całego procesu reklamacji na każdym jego etapie, od początku do końca – wskazuje Prezes LafargeHolcim.

Proces reklamacyjny został również zdigitalizowany. Aplikacja mobilna (AREK) ma za zadanie zaangażować i skomunikować wszystkie jednostki odpowiedzialne za poszczególne etapy reklamacji, począwszy od eksperta, poprzez handlowca, po dyrektora handlowego.

– Mamy cztery etapy procesu reklamacji. Po pierwsze rejestracja, podczas której klient nawiązuje z nami kontakt, zgłaszając problem, a my analizujemy go pod względem zasadności formalnej. W drugim etapie następuje wyjaśnienie problemu. Na tej podstawie podejmowana jest decyzja o uznaniu reklamacji i sposobie naprawy lub dalszych krokach. Trzecim etapem są działania naprawcze, a na końcu sprawdzenie poziomu satysfakcji klienta – wyjaśnia Tonetti.

Jeżeli w trakcie procesu reklamacja zostanie przyjęta, firma odpowiada za cały proces naprawczy. W przypadku gdy reklamacja nie zostanie zaakceptowana, klient może oczekiwać pełnego wsparcia w celu usunięcia problemu.

Jak podkreśla prezes, synergia działania w kontakcie z klientem jest innowacją w branży producentów betonu, cementu i kruszyw, w jakiej działa LafargeHolcim.

– To pierwszy projekt na taką skalę. Może nie jesteśmy pionierami w obsłudze klienta, ale jesteśmy pierwszymi, którzy oferują tak kompleksowe podejście do reklamacji – zaznacza Tonetti.

Wprowadzenie COR ma pomóc w poznaniu potrzeb i opinii klientów, a także zwiększyć satysfakcję kontrahentów. Nowe podejście do procesu reklamacji ma też poprawić jakość produktów i oferowanych usług. Firma nie wyklucza rozszerzenia działalności COR.

– Będziemy obserwować prace nowego działu, wnioski z jego działalności oraz satysfakcję klientów. Jeżeli znajdziemy możliwości rozszerzenia tej usługi, to na pewno je wykorzystamy – zapowiada Federico Tonetti.

Wiedza audytora może być dużym wsparciem w prowadzeniu biznesu. Firmy wciąż jednak traktują zewnętrzną kontrolę głównie jako uciążliwy obowiązek

CEO Magazyn Polska

Dwie trzecie firm, które są zobowiązane przeprowadzać zewnętrzne badanie sprawozdań finansowych, oczekuje od biegłego rewidenta wyłącznie wydania pozytywnej opinii po audycie, a więc tego co narzuca ustawa. Tymczasem biegły rewident może służyć przedsiębiorcom wiedzą i doświadczeniem, np. z zakresu prawa czy bankowości. Audytorzy mogą być pomocni zwłaszcza w obliczu nadchodzących zmian w przepisach.

Warszawski oddział Krajowej Izby Biegłych Rewidentów prowadzi badanie wśród przedsiębiorców i audytorów. Ze wstępnych wyników wynika, że świadomość roli i potencjału biegłego rewidenta nie jest duża.

– Przedsiębiorcy nie wykorzystują szans, jakie stwarza obligatoryjne badanie sprawozdania finansowego realizowane przez biegłych rewidentów, a już prawie w ogóle nie korzystają z dodatkowych usług które audytorzy mogą świadczyć – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agnieszka Gajewska, prezes Oddziału Regionalnego Krajowej Izby Biegłych Rewidentów w Warszawie. – Blisko 70 proc. audytowanych firm koncentruje się wyłącznie na obowiązku ustawowym, zapominając o możliwościach, jakie daje kontakt z doświadczonymi ekspertami.

Biegli rewidenci, poza tym że badają sprawozdania finansowe, posiadają rozległe kompetencje i doświadczenie, co stwarza ogromny potencjał doradczy. W ciągu roku rewident odwiedza kilkadziesiąt przedsiębiorstw, zyskując wiedzę o funkcjonowaniu różnych podmiotów gospodarczych, w różnych warunkach rynkowych.

– Biegli dysponują wiedzą specjalistyczną, obejmującą zasady prowadzenia rachunkowości czy zapewniania organizacji bezpieczeństwa w różnych obszarach działania. Wiemy np. w jaki sposób w różnych bankach kształtuje się oprocentowanie kredytów. Przychodząc do firmy, audytor może być dla przedsiębiorcy kopalnią wiedzy oraz źródłem bezcennej inspiracji – dodaje Agnieszka Gajewska.

Ankietowani przez warszawski RO KIBR audytorzy twierdzą, że badane spółki najczęściej (66%) zainteresowane są wydaniem przez audytora pozytywnej opinii o ich sprawozdaniu finansowym. Co piąta firma prosi o doradztwo w problemach podatkowych, a co czwarta w zakresie prowadzenia ksiąg rachunkowych. Niewielu przedsiębiorców wie, że biegli rewidenci mogą być pomocni np. w pozyskiwaniu dotacji czy dofinansowania ze środków UE.

Przedstawiciele KIBR chcą zmienić postrzeganie audytu, zintegrować środowisko przedsiębiorców i audytorów, i zainspirować menedżerów do wykorzystywania potencjału płynącego z kontaktu z biegłymi rewidentami.

– Zarówno firmy jak i biegli mogą odnosić o wiele więcej korzyści otwierając się na współpracę. Warto by obie strony wchodziły w dialog, którego początkiem mogą być spotkania środowiskowe. Pierwsze takie spotkanie, nad którym patronat objęło m.in. Ministerstwo Finansów i SGH, organizuje warszawski oddział KIBR 3 czerwca pod hasłem „Dwa światy: audytora i przedsiębiorcy. Jak zmienić obowiązek ustawowy w partnerstwo?” Choć mówimy o dwóch światach, chcemy podkreślać rolę współpracy i komunikacji dla obopólnych korzyści biznesu i audytorów – mówi Agnieszka Gajewska.

Biegli rewidenci najczęściej utożsamiani są z twardymi kompetencjami, które muszą być potwierdzone długotrwałym procesem egzaminacyjnym i praktyką zawodową. Izba wskazuje jednak, że niemniej istotną rolę odgrywają kompetencje miękkie związane z komunikacją: zarówno z zarządami, radami nadzorczymi, jak również z pracownikami działów finansowych. W opinii Agnieszki Gajewskiej, wysoko rozwinięte kompetencje miękkie to klucz do sukcesu dla obu stron. Dzięki nim biegły może zaproponować usługi, których przedsiębiorstwo rzeczywiście potrzebuje, wykraczające poza badanie sprawozdania finansowego. Przedsiębiorcy z kolei w procedurze audytu mogą uzyskać cenne wskazówki, inspiracje i zyskać np. na bezpieczeństwie finansowym.

 Biegli rewidenci i biznes na pewno mogą wspólnie skutecznie zrealizować jeden nadrzędny cel: bezpieczeństwo finansowe podmiotu gospodarczego. My stoimy na straży bezpieczeństwa firmy, ale jej zarząd za to odpowiada przed właścicielami firmy, akcjonariuszami i radą nadzorczą. Wobec tego w naszym wspólnym interesie jest to, żeby jednostka funkcjonowała bezpiecznie w jej warunkach rynkowych – podkreśla prezes Oddziału Regionalnego Krajowej Izby Biegłych Rewidentów w Warszawie.

Obowiązek badania sprawozdań finansowych dotyczy szerokiego grona firm – należą do niego nie tylko spółki giełdowe i instytucje finansowe, ale również m.in. firmy zatrudniające ponad 50 pracowników i wykazujące obroty ponad 5 mln euro (lub posiadające aktywa co najmniej 2,5 mln euro).

Od 1 lipca zmienią się zasady prowadzenia kontroli podatkowych. Duże firmy na żądanie organu podatkowego będą zobowiązane przekazywać dane z ksiąg podatkowych w ujednoliconej, elektronicznej formie tzw. Jednolitego Pliku Kontrolnego (JPK). Zmiana prawna ma ułatwić prowadzenie kontroli, zwiększyć ich efektywność i tym samym uszczelnić system podatkowy. Dla przedsiębiorców oznacza to jednak szereg nowych obowiązków związanych np. z dostosowaniem oprogramowania obsługującego firmowe procesy biznesowe. Wprowadzenie JPK rodzi po stronie przedsiębiorców wiele pytań.

– Biegli rewidenci mogą pomóc firmom w dostosowaniu się do nowych przepisów związanych z JPK. Przecież w ramach badania przeprowadzamy w jednostce m.in. weryfikację funkcjonowania kontroli wewnętrznej czy spójności ksiąg rachunkowych, co ma szczególne znaczenie w obliczu wejścia w życie Jednolitego Pliku Kontrolnego. Aby jednak taka pomoc się dokonała, obie strony powinny przede wszystkim otworzyć się na komunikację i nie utożsamiać audytu wyłącznie z przykrym obowiązkiem ustawowym – dodaje Agnieszka Gajewska.

System medycyny pracy w Polsce nie odpowiada współczesnym potrzebom. Lekarze powinni pełnić funkcję doradczą, a nie orzeczniczą

CEO Magazyn Polska

W polskiej medycynie pracy brakuje przede wszystkim odpowiedzi na choroby cywilizacyjne, a lekarze pełnią funkcję orzeczniczą, nie wspomagającą. Przedsiębiorcy chcą to zmienić i postulują wprowadzenie modelu doradczego, powrót lekarzy zakładowych oraz zwiększenie współpracy z innymi placówkami opieki zdrowotnej. Liczą także na wsparcie finansowania nadzoru nad zdrowiem zatrudnionych.

– Medycyna pracy w Polsce istnieje 20 lat i dzisiaj absolutnie nie odpowiada potrzebom zdrowotnym Polaków – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Rulkiewicz, prezes Grupy LUX MED. – Rynek w tym czasie się zmienił, mamy wiele nowych chorób cywilizacyjnych. Pracownik żyje obecnie w dużo większym stresie.

Zdaniem prezes Anny Rulkiewicz krajowa medycyna pracy wymaga zmian. W 2012 roku Światowa Organizacja Zdrowia zwróciła uwagę na mocne strony obecnego systemu – dużą liczbę specjalistów, instytuty badawcze (Instytuty Medycyny Pracy, Centralny Instytut Ochrony Pracy) oraz chęć współpracy całego sektora z rządem i partnerami społecznymi.

Równocześnie wskazała słabe strony, szczególnie w obszarze integracji zadań poszczególnych instytucji w miejscu pracy oraz kooperacji Ministerstwa Zdrowia z resortem pracy i partnerami społecznymi. Same badania według WHO powinny zostać rozszerzone o pogłębioną analizę otoczenia z wykonywanym zajęciem.

W opinii pracodawców, specjalistów i podmiotów leczniczych istnieje potencjał do realizacji zaleceń w nowej formule rozszerzającej ochronę pracowników.

– Dzisiaj medycyna pracy tak naprawdę jest typowo orzecznicza, lekarz nie wykonuje pracy związanej ze zdrowiem, tylko orzeka o jego stanie – wskazuje Rulkiewicz. – Powoduje to, że nie ma autentycznej rozmowy między pacjentem pracownikiem a lekarzem. Zatrudniony w obawie o to, że nie dostanie zaświadczenia, często nie do końca mówi prawdę. Nie o taką medycynę pracy nam chodzi, dlatego bardzo istotna jest zmiana modelu z orzeczniczego na doradczy, aby lekarz mówił, co powinien zrobić pracodawca i pracownik.

Takie przejście – zdaniem Anny Rulkiewicz – ma spełniać oczekiwania pracodawców. Jak wynika z ostatnich danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych w pierwszym półroczu ubiegłego roku do rejestru trafiło 9488,2 tys. zaświadczeń o czasowej niezdolności do pracy na łączną liczbę 114978,7 tys. dni absencji chorobowej. W porównaniu do tego samego okresu rok wcześniej wzrost liczby dokumentów wyniósł 11,2 proc., natomiast liczby dni – 8,3 proc. Przeciętna długość zwolnienia wyniosła 12,12 dnia, natomiast rzeczywista absencja – 27,3 dnia.

– To bardzo duży koszt, który przekłada się na nakłady bezpośrednie i pośrednie – tłumaczy Anna Rulkiewicz. – Model doradczy ma przede wszystkim na celu pokierowanie pacjentem i ustawienie programu profilaktycznego tak, żeby pracownik jak najdłużej cieszył się zdrowiem.

Inną postulowaną zmianą, jak informuje prezes Grupy LUX MED, jest powrót lekarza zakładowego.

– Bardzo dobrze rozumiał daną populację, wiedział, co się dzieje, znał zagrożenia – wyjaśnia prezes Anna Rulkiewicz. – W obecnej medycynie pracy odeszliśmy od tego modelu. Lekarze dzisiaj nie rozumieją, co się dzieje w zakładach. Chcemy wrócić do modelu zakładowego czy międzyzakładowego, gdzie lekarz pełnił rolę doradczą zarówno dla przedsiębiorstwa, jak i zatrudnionego.

Istotna jest integracja z systemem podstawowej opieki zdrowotnej, tak aby z jednej strony lekarz zakładowy szerzej patrzył na pracownika, ale z drugiej, w momencie wykrycia choroby, umiał kierować do POZ.

– Konieczny jest dialog między lekarzami. Dzisiaj jest on trudny, bo dokumentacja orzecznicza nie jest włączana w medyczną. W związku z tym współpracy nie ma, ale to wymaga zmiany – dodaje Rulkiewicz

Model doradczej medycyny pracy funkcjonuje w Niemczech i Francji. W firmach są tam także obecni lekarze zakładowi (międzyzakładowi).

– Tematem dyskusji w Polsce jest sposób finansowania rozszerzonej medycyny pracy, bo zmiana modelu oznacza większy koszt, ponieważ rośnie zaangażowanie lekarza i liczba badań – zauważa prezes Rulkiewicz. – W niektórych krajach tego rodzaju nakłady wspierane są przez państwo, u nas wszystko jest w rękach pracodawców. Czują się oni odpowiedzialni za zdrowie pracowników, natomiast element finansowania jest dla nich problematyczny. Dlatego musimy prowadzić dialog z resortami zdrowia, finansów, rodziny, pracy i polityki społecznej w celu znalezienia sposobu wsparcia.

Prawie 90 proc. dorosłych Polaków w ciągu dwóch ostatnich lat nie miało zleconego badania tarczycy. Niezdiagnozowana choroba tarczycy dużym zagrożeniem dla zdrowia

CEO Magazyn Polska

Z chorobami tarczycy zmaga się ok. 20 proc. Polaków, ale niemal 90 proc. dorosłych nie miało zleconego badania tarczycy w ciągu ostatnich dwóch lat. Aby poprawić świadomość zagrożeń, jakie niesie niezdiagnozowana choroba tarczycy, obchodzony jest międzynarodowy Tydzień Walki z Chorobami Tarczycy, w ramach którego będzie można wykonać podstawowe badania diagnostyczne gruczołu tarczycy.

W dniach 23–29 maja w ramach Tygodnia Walki z Chorobami Tarczycy 800 osób łącznie z Łodzi, Katowic, Krakowa, Warszawy i Wrocławia będzie mogło bezpłatnie wykonać podstawowe badanie krwi mające na celu diagnozę gruczołu tarczycy TSH.

Wrodzona niedoczynność tarczycy zdarza się raz na 2–4 tys. noworodków, natomiast nadczynność tarczycy występuje raz na milion dzieci w wieku poniżej 4 lat. Mimo że zaburzenia tarczycy u dzieci nie należą do najczęściej spotykanych schorzeń, to niezwykle ważna jest umiejętność dostrzegania ich objawów i skutków.

Aby jak najwcześniej wykryć wrodzoną niedoczynność tarczycy, a tym samym niezwłocznie wdrożyć odpowiednie leczenie, konieczne jest przeprowadzenie badania przesiewowego. Powinno ono być wykonane między 3. a 5. dniem po urodzeniu. Jeśli leczenie zostanie rozpoczęte w ciągu pierwszych 4 tygodni życia malucha, to zabezpieczy ono przed pojawieniem się poważnych konsekwencji niedoboru hormonów tarczycy. W przypadku niedoczynności wrodzonej objawy pojawiają się zaraz po urodzeniu.

– Dziecko rodzi się z dużą wagą, mniej więcej do 1. miesiąca występuje żółtaczka fizjologiczna. Poza tym noworodek ma zwykle bardzo duże ciemiączko i suchą skórę, szorstką. Język jest duży, czasem nie chce się zmieścić w buzi malucha. Jest to przyczyną czasem poważnych powikłań laryngologicznych. To zaś utrudniona łykanie, połykanie i ssanie – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle dr Michał Sutkowski, specjalista medycyny rodzinnej i chorób wewnętrznych.

Gruczoł tarczycy jest organem w kształcie motyla, który znajduje się w przedniej części szyi, tuż poniżej jabłka Adama. Odgrywa on istotną rolę w regulowaniu dziecięcego metabolizmu i odpowiada za produkcję hormonów, które zapewniają poszczególnym organom możliwość właściwego funkcjonowania. Wspiera takie witalne funkcje organizmu, jak oddychanie, krążenie i trawienie. W przypadku zaburzeń konsekwencje są bardzo poważne.

– Dziecko zaczyna się gorzej rozwijać. Źle przybiera na wadze, są zaburzenia łaknienia, zaburzenia ząbkowania, cały rozwój psychoruchowy dziecka jest zaburzony. Jeżeli w tym momencie niewprowadzone zostaną leki i substytucja hormonalna, to będziemy mieć do czynienia z poważnymi kłopotami, z niedorozwojem umysłowym – tłumaczy dr Michał Sutkowski.

Jeśli niedoczynność tarczycy występuje u kobiety ciężarnej, to jej dziecko jest zagrożone opóźnieniem rozwoju fizycznego i umysłowego. Tylko właściwe leczenie przed zajściem w ciążę i kontrola do momentu porodu jest warunkiem zdrowia malucha. Wśród licznych badań, które są wykonywane w czasie ciąży, konieczne jest również wykonanie tego w kierunku tarczycy. Jeżeli problem zostanie zdiagnozowany odpowiednio wcześnie, to natychmiast zostanie podjęte określone leczenie.

– W przypadku niedoczynności tarczycy wrodzonej, leczenie jest stosunkowo proste. I to, że kobieta jest w ciąży, nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie, musi stymulować do podjęcia takiego leczenia. Tutaj zbawienna jest prosta substytucja hormonalna. Trzeba podawać hormon w określonej ilości, o określonej porze dnia i musi się to odbywać na czczo. Gorzej sytuacja się przedstawia z innymi chorobami tarczycy, jak np. z wolem guzowatym. W ciąży jest ono trudne do leczenia, a szczególnie wtedy, kiedy np. jeszcze towarzyszy mu nadczynność tarczycy – mówi dr Michał Sutkowski.

Mimo że zaburzenia tarczycy u dzieci nie należą do najczęściej spotykanych schorzeń, to niezwykle ważna jest umiejętność dostrzegania ich objawów i skutków. W przypadku dzieci wczesna diagnoza może powodować diametralną różnicę w efektach terapii.

U dzieci, dwie najczęściej spotykane rodzaje niedoczynności to niedoczynność wrodzona, obecna od chwili narodzin, i niedoczynność nabyta, która rozwinęła się później.

– Jeśli chodzi o nabyte niedoczynności tarczycy, to taką odmianą występującą dużo rzadziej u dzieci niż u osób dorosłych jest choroba Hashimoto. Jest to rodzaj zapalenia autoimmunologicznego tarczycy, którego objawem są niedoczynności tarczycy. Niedoczynności, czyli braku hormonów tarczycy na obwodzie. I to trochę odróżnia niedoczynność tarczycy dzieci od dorosłych, że to musi być określona ilość tych hormonów – wyjaśnia dr Michał Sutkowski.

Z kolei najczęstszą przyczyną nadczynności tarczycy u dzieci jest choroba Gravesa-Basedowa. Jest to choroba autoimmunologiczna zmuszająca organizm do wytwarzania przeciwciał, które pobudzają tarczycę do wypuszczania do organizmu nadmiernej ilości hormonów. Choroba Gravesa-Basedowa ma także inne objawy, takie jak obrzęk szyi na skutek rozszerzenia gruczołu oraz charakterystyczne powiększenie oczu.

W ramach Tygodnia Walki z Chorobami Tarczycy realizowany jest również program rabatów na konsultacje endokrynologiczne. Szczegóły można znaleźć na stronie www.tydzienwalkizchorobamitarczycy.pl.

Grupa Jaguar S.A. planuje dynamicznie rozwijać segment rewitalizacji nieruchomości

Grupa Jaguar S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect, zajmująca się obrotem nieruchomościami, budową domów oraz rewitalizacją kamienic, zakończyła 1 kw. 2016 r. blisko 5-krotnym wzrostem przychodów ze sprzedaży w ujęciu rdr., które wyniosły 344 tys. zł. Emitent planuje dynamicznie rozwijać segment rewitalizacji nieruchomości.

W 1 kw. 2015 r. przychody netto ze sprzedaży Spółki wynosiły 71 tys. zł, co wskazuje na znaczący wzrost tegorocznej sprzedaży w porównaniu z minionym rokiem, który wynikał z rozwoju skali prowadzonej działalności oraz dalszej dywersyfikacji źródeł przychodów. Grupa Jaguar S.A. prowadzi bardzo zaawansowane negocjacje handlowe w sprawie nabycia kolejnych, dobrze zlokalizowanych kamienic w Gdyni, które mają zostać zrewitalizowane. Przeniesienie ciężaru działalności Emitenta z inwestycji w nieruchomości gruntowe na nieruchomości mieszkaniowe wynika z wprowadzonych zmian w regulacjach prawnych dotyczących obrotu nieruchomościami rolnymi. Grupa Jaguar S.A. podpisała już przedwstępne umowy sprzedaży apartamentów w projekcie „Gdynia – Kamienna Góra” łącznie na ponad 90% oferowanej powierzchni mieszkaniowej. Do końca 3 kw. 2016 r. planowane jest sporządzenie umów właściwych przenoszących własność, co będzie miało znaczące odzwierciedlenie w wynikach finansowych Spółki.

„Prowadzimy aktywne działania w zakresie rozwoju segmentu rewitalizacji nieruchomości i planujemy dokonywać kolejnych inwestycji w tym obszarze. Zdobyte doświadczenie przy projekcie „Gdynia – Kamienna Góra” z pewnością zaprocentuje w przyszłości i pozwoli nam skutecznie realizować nowe przedsięwzięcia. Spodziewamy się też, że w 3 kw. br. uda nam się sfinalizować transakcje sprzedaży apartamentów, co z pewnością pozytywnie wpłynie na nasze wyniki finansowe.” – ocenia Jacek Wieczorkowski, Członek Zarządu Spółki Grupa Jaguar S.A.

Emitent posiada bardzo rozbudowany portfel gruntów budowlanych lub z wydanymi decyzjami o warunkach zabudowy, który zdaniem Zarządu powinien zyskiwać na wartości, głównie z powodu ograniczonej podaży wynikającej ze zmian w Ustawie o kształtowaniu ustroju rolnego. Dynamiczny rozwój notuje także spółka zależna Jaguar Inwestycje Sp. z o.o., która zajmuje się świadczeniem usług pośrednictwa w obrocie nieruchomościami. Grupa Jaguar S.A. kontynuuje również sprzedaż działek budowlanych w realizowanych kompleksach, m.in. w Odargowie k/Dębek oraz w Zdradzie k/Pucka oraz domów nad jeziorem w Sznurkach.

„Obecnie posiadamy bardzo duży bank ziemi w różnych lokalizacjach, którego wartość powinna ulegać dynamicznemu wzrostowi z uwagi na wejście w życie nowych regulacji prawnych związanych z obrotem nieruchomościami rolnymi. Miesiące wiosenne to bardzo dobry okres sprzedażowy w naszej branży i liczymy, że w tym roku osiągniemy wysoką wartość przychodów dzięki rozszerzeniu oferty o całoroczne domy drewniane. Dużym optymizmem napawa nas również rozwój segmentu pośrednictwa, którym zajmuje się nasza spółka zależna – Jaguar Inwestycje Sp. z o.o.” – dodaje Wieczorkowski.

W kwietniu br. Spółka poinformowała o zmianie swojej polityki dywidendowej. Grupa Jaguar S.A. ma zamiar stać się dywidendowym, który regularnie dzieli się z Akcjonariuszami osiągniętym zyskiem. Zakładana wysokość dywidendy rekomendowana przez Zarząd do wypłaty będzie nie niższa niż 4 gr na akcję, ale Emitent będzie dążył do stabilnego wzrostu tej kwoty w kolejnych latach.

Spółka przeprowadziła w 1 kw. 2016 r. emisję akcji serii D, realizowaną z zachowaniem prawa poboru dla dotychczasowych Akcjonariuszy i dokonała przydziału wszystkich oferowanych akcji. Pozyskane środki w wysokości ponad 600 tys. zł zostały przeznaczone na kapitał obrotowy.

Emitent realizuje obecnie kilka projektów inwestycyjnych w zakresie nieruchomości, m.in. w kompleksie działek budowlanych Zdradzie, Odargowie oraz w Sznurkach. W tej ostatniej inwestycji Spółka prowadzi też sprzedaż całorocznych domów rekreacyjnych. Grupa Jaguar S.A. rozwija także działalność pośrednictwa w obrocie nieruchomościami na rynku wtórnym, która jest realizowana przez spółkę zależną – Jaguar Inwestycje Sp. z o.o., w której Emitent posiada 100% udziałów.

Rynek bankowości mobilnej – I kw. 2016

Portal PRNews.pl przygotował raport o użytkownikach bankowości mobilnej na podstawie danych udostępnionych przez 14 banków spośród 22 udostępniających taka usługę. Łącznie na koniec I kwartału 2016 roku instytucje te miały blisko 6 mln aktywnych użytkowników bankowości mobilnej.

Aktywnym użytkownikiem jest osoba, która przynajmniej raz w miesiącu loguje się do banku z poziomu urządzenia mobilnego. W porównaniu do danych prezentowanych rok temu jest to wzrost o niemal 2 mln osób.

Liczba użytkowników bankowości mobilnej, którzy minimum raz w miesiącu logują się do banku z poziomu urządzenia mobilnego
Bank I kw. 2015 I kw. 2016 Różnica
PKO BP i Inteligo 734 510 1 337 458 602 948
Bank Pekao SA 657 203 1 117 418 460 215
mBank 953 130 1 106 477 153 347
BZ WBK 534 152 870 266 336 114
ING Bank Śląski 453 000 531 693 78 693
Bank Millennium 235 311 434 665 199 354
Bank BGŻ BNP Paribas 86 320 138 050 51 730
Alior Bank 133 123 108 054 -25 069
Eurobank 59 554 100 000 40 446
Citi Handlowy 66 276 73 435 7 159
T-Mobile UB 45 808 66 000 20 192
Raiffeisen Polbank 36 991 65 500 28 509
Plus Bank bd 21 015 bd
RAZEM: 3 995 378 5 970 031 1 974 653

 

Najwięcej użytkowników bankowości mobilnej ma PKO Bank Polski. Konto z poziomu komórki lub tabletu obsługuje tam ponad 1,3 mln osób. Drugie miejsce zajmuje Bank Pekao SA, który ma 1,1 mln aktywnych klientów, a po piętach depcze mu mBanku.

Liczba operacji w aplikacji mobilnej
Bank I kw. 2016
ING Bank Śląski 6 810 007
BZ WBK 2 410 823
Bank Millennium 1 863 882
Raiffeisen Polbank 421 000
Eurobank 400 000
T-Mobile UB 330 000
Alior Bank 272 047
Citi Handlowy 247 025
Plus Bank 16 131

Najbardziej aktywnych użytkowników bankowości mobilnej ma ING Bank Śląski. W pierwszym kwartale wykonali oni aż 6,8 mln operacji. Różnica jest ogromna w stosunku do kolejnych miejsc. Klienci BZ WBK wykonali w I kwartale 2,4 mln operacji, a Banku Millennium 1,9 mln. Klienci Millennium najchętniej zakładają natomiast lokaty z poziomu aplikacji. Z danych udostępnionych przez bank wynika, że w pierwszym kwartale otworzyli blisko 39 tys. lokat. Najprawdopodobniej wynika to z faktu, że bank oferuje znacznie korzystniejsze parametry lokat mobilnych, a na dodatek m oprocentowanie tych depozytów plasuje się w rynkowej czołówce.

Liczba założonych lokat
Bank I kw. 2016
Bank Millennium 38 877
PKO BP 28 262
BZ WBK 17 045
Raiffeisen Polbank 11 000
TMUB 4 200
Alior Bank 4 158
Citi Handlowy 1 886
Plus Bank 858

Raport: Potencjał Innowacyjności Regionów

Chociaż holistycznie polska gospodarka staje się coraz bardziej innowacyjna, potencjał zmian jest różny w poszczególnych regionach kraju – wskazują analitycy Banku w opublikowanym dziś opracowaniu „Indeks Millennium – Potencjał Innowacyjności Regionów”. Eksperci, w oparciu o szereg wskaźników statystycznych, stworzyli pierwszy w Polsce ranking innowacyjnych województw. Najlepszym otoczeniem nowatorskiego biznesu okazało się mazowieckie (wartość Indeksu Millennium – Potencjał Innowacyjności Regionów – 95,9/100). Kolejne lokaty przyniosły kilka niespodzianek.

Polska zajmuje 46 miejsce (Według Global Innovation Index) na liście najbardziej innowacyjnych gospodarek. Klasyfikowanie państw jest oczywiście pewnym uproszczeniem, ponieważ pod uwagę nie jest brana ich wewnętrzna różnorodność ekonomiczna i specyfika poszczególnych regionów. Prawdopodobnie w Polsce różnice nie są tak znaczne, jak te dzielące południe i północ Włoch lub prężnie rozwijający się kraj Basków od pogrążonej w stagnacji Andaluzji, jednak istnieją i warunkują rozwój poszczególnych części kraju.

Joao Bras Jorge – Prezes Zarządu Banku Millennium
Joao Bras Jorge – Prezes Zarządu Banku Millennium

Dostrzegając różnice w potencjale innowacyjnym poszczególnych regionów, zdecydowaliśmy się przeanalizować szeroki kontekst biznesowy tego zjawiska i stworzyć Indeks Millennium – Potencjał Innowacyjności Regionów. Opracowanie i ranking województw będą tworzone co roku, tak by móc badać i porównywać zmiany zachodzące na tych samym obszarach geograficznych. W kolejnym etapie badania chcemy również przyjrzeć się bliżej czynnikom, które kształtują wyniki poszczególnych województw. Indeks traktujemy jako punkt wyjścia do głębszej analizy. Do szerokiej dyskusji w tym temacie zaprosimy ekspertów spoza świata finansów, którzy poszerzą zainicjowaną przez nas debatę o nowe wątki i ich interpretacje. Ogólnopolską debatę chcemy zainicjować na rozpoczynającym się właśnie VIII Europejskim Kongresie Gospodarczym w Katowicach – tłumaczy Joao Bras Jorge, Prezes Zarządu Banku Millennium.

Indeks Millennium – Potencjał Innowacyjności RegionówIndeks Millennium – Potencjal Innowacyjnosci Regionow

Składowe „Indeksu Millennium – Potencjał Innowacyjności Regionów” to wydajność pracy, stopa wartości dodanej, wydatki na badania i rozwój (B+R), edukacja policealna, liczba pracujących w obszarze badań i rozwoju oraz liczba wydanych patentów. Wszystkie kryteria mają równą wagę. Województwa miały do zdobycia 100 pkt.

Cztery pierwsze miejsca w rankingu zajęły województwa: mazowieckie, małopolskie, dolnośląskie i pomorskie. Województwa te mają największy potencjał innowacyjności – i tylko one osiągnęły wyniki powyżej średniej dla Polski (69,9 pkt). Sugeruje to, że działalność innowacyjna nie jest równomiernie rozproszona w Polsce, ale skoncentrowana w głównych ośrodkach miejskich/akademickich.

Pierwsze miejsce w stworzonym rankingu przypadło mazowieckiemu (95,9 pkt). Uzyskało najwyższe wyniki pod względem wydajności pracy, wydatków na B+R, liczby osób pracujących w B+R oraz liczby wydanych patentów, co zawdzięcza głównie danym z Warszawy. Przyczyn tak dużego potencjału tego województwa należy szukać w najwyższym w Polsce Produkcie Krajowym Brutto (PKB), umiejscowieniu central przedsiębiorstw w Warszawie oraz dużej aktywności akademickiej (2 ośrodek akademicki w Polsce zaraz po województwie małopolskim).

Kolejne lokaty zajęły małopolskie (81,7 pkt), dolnośląskie (77,8 pkt) i pomorskie (75,2 pkt). Województwa te mają największy potencjał innowacyjności i, obok lidera, tylko one osiągnęły wyniki powyżej średniej dla Polski (69,9 pkt). Ciekawe jest wysokie miejsce lubelskiego (63,7 pkt), gdzie niskie PKB na mieszkańca nie idzie w parze z brakiem innowacyjności. Innym przykładem pokazującym, że nawet regiony o niskim PKB na mieszkańca mogą być liderami innowacyjności jest województwo podkarpackie – przedostatnie w Polsce pod względem PKB i 9 w rankingu powstałym w oparciu o „Indeks Millennium – Potencjał Innowacyjności Regionów”. Dla tych województw innowacyjność może być napędem, dzięki któremu dogonią one województwa o większym potencjale gospodarczym.

Eksperci Banku wskazują, że w wielu obszarach niski poziom innowacyjności może ograniczać potencjał wzrostu PKB.

W Polsce wzrost innowacji dotyczy głównie przemysłu – mówi Grzegorz Maliszewski, Główny Ekonomista Banku Millennium. Niski poziom uprzemysłowienia, wysoki udział rolnictwa w PKB i osób zatrudnionych w rolnictwie ogranicza potencjał innowacyjności. Potwierdza to Indeks Millennium – Potencjał Innowacyjności Regionów – województwa niżej ocenione w rankingu: warmińsko–mazurskie, lubuskie i świętokrzyskie charakteryzują się relatywnie niższym poziomem rozwoju gospodarczego.

Jakie czynniki mają zatem wpływ na wysoki indeks lubelskiego i podkarpackiego?

Potencjał innowacyjny to nie tylko bieżąca sytuacja gospodarcza, ale przede wszystkim know-how, zasoby i procesy, które tworzą środowisko sprzyjające zmianom na lepsze – tłumaczy Grzegorz Maliszewski. Podkarpackie charakteryzuje mocny nacisk na badania i rozwój. Województwo zajęło 3 miejsce (po mazowieckim i pomorskim) w obszarze wydatków na B+R i 4 miejsce pod względem liczby osób zatrudnionych w tym segmencie. Lubelskie ma wielki potencjał edukacyjny oraz najwyższą w Polsce stopę wartości dodanej – dodaje.

6 wskaźników potencjału innowacyjności

6 wskaznikow potencjalu innowacyjnosci

Fortuny najmłodszych polskich milionerów

Najmłodszy i zarazem najbogatszy Polak ma 23 lata i majątek wart 630 mln zł. Wiadomo o nim niewiele. Jego prywatność od lat jest ściśle strzeżona. Skąd na jego koncie tak imponująca fortuna w tak młodym wieku?

Edgar Łukasiewicz – 610 mln PLN

Edgar Łukasiewicz milionerem został niespodziewanie w wieku 11 lat. Odziedziczył wówczas majątek po zmarłym na zawał serca ojcu – Mariuszu, twórcy Lucas Banku i Eurobanku. Pełnoletniość osiągnął w 2011 roku, wówczas uzyskał dostęp do całości spadku. Zarządza nim spółka Look Finansowanie Inwestycji, której 23-latek jest jedynym akcjonariuszem. O samym Edgarze Łukasiewiczu wiadomo niewiele. Zadbała o to jego matka, która latami pilnie strzegła jego prywatności.

Victoria Wejchert – 280 mln PLN

Milionerką w młodym wieku została także Victoria Wejchert. Majątek odziedziczyła po zmarłym w 2009 roku ojcu – Janie Wejchercie, współtwórcy grupy ITI, która do niedawna była właścicielem telewizji TVN. Dziedzicząc majątek, Victoria miała 20 lat. W 2015 roku majątek 27-latki szacowano na 280 mln zł. „Wprost” umieścił ją na 13. miejscu wśród najbogatszych Polek. Jest współwłaścicielką założonego w 2013 roku funduszu inwestycyjnego Capital36 FIZ, który wprowadził na rynek m.in. markę gastronomiczną Friends.

Agnieszka Radwańska – 88 mln PLN

Agnieszka RadwańskaSpory majątek zgromadziła Agnieszka Radwańska. 27-latka, według obliczeń „Wprost”, ma na swoim koncie 88 mln zł. W 2015 roku magazyn umieścił ją na 35. miejscu wśród 100 najbogatszych Polek. Radwańska, rocznik 89’, majątek zawdzięcza wyłącznie swojej ciężkiej pracy i talentowi. To najlepsza polska tenisistka. Zwyciężczyni osiemnastu turniejów WTA w grze pojedynczej i dwóch w grze podwójnej. Triumfatorka dwóch juniorskich turniejów wielkoszlemowych Wimbledon 2005 i French Open 2006 w grze pojedynczej oraz finalistka juniorskiego French Open 2006 w grze podwójnej. Druga w historii Polka (po Jadwidze Jędrzejowskiej w 1937 roku), która dotarła do finału turnieju wielkoszlemowego w singlu (Wimbledon 2012) oraz do półfinału turnieju wielkoszlemowego w deblu (Australian Open 2010 oraz US Open 2011). Jest także drugą osobą z Polski w erze open (po Wojciechu Fibaku w 1977 roku), która osiągnęła pierwszą dziesiątkę rankingu.

Robert Lewandowski – ponad 12 mln euro… rocznie

Robert Lewandowski Agnieszkę pod względem zarobków wyprzedza o rok starszy Robert Lewandowski. Uważa się, że 28-letni zawodnik Bayernu Monachium zarabia w klubie 12 mln euro… rocznie! W 2014 roku zarobił podobno 9 mln euro. Mowa tylko o grze w klubie, a nie jest tajemnicą, że Lewandowski spore zyski czerpie także z działalności poza boiskiem m.in. udziale w kampaniach reklamowych.

Tomasz Domogała – 571 mln PLN

Kolejnym młodym milionerem jest Tomasz Domogała. Do 31-latka należy spółka TDJ kontrolująca m.in. Farmura, producenta maszyn i urządzeń dla przemysłu wydobywczego: górnictwa głębinowego i odkrywkowego oraz wydobycia ropy naftowej i gazu ziemnego. Spółkę TDJ zbudował ojciec Tomasza – Jacek. Przekazał ją pod kierownictwo syna w 2010 roku. Tomasz miał wówczas 25 lat. Dzisiaj majątek Domogały szacuje się na 571 mln zł, co daje mu 52. miejsce na liście najbogatszych Polaków.

Marcin Gortat – 12 mln dolarów w rok

Marcin GortatW setce najbogatszych Polaków ma podobno szanse znaleźć się Marcin Gortat. 32-letni koszykarz to wychowanek Łódzkiego Klubu Sportowego, reprezentant Polski, a od sezonu 2013/14 zawodnik Washington Wizards. To właśnie dzięki kontraktowi z Wizards udało mu się zgromadzić fortunę. Dnia 10 lipca 2014 roku Gortat oficjalnie podpisał nową umowę z Washington Wizards, dzięki której przez pięć lat gry w Waszyngtonie zarobi okrągłe 60 milionów dolarów.

Jak zarządzać ludźmi, by prowokować ich do myślenia biznesowego?

Waldemar Dziwniel, Fabryka Motywacji
Waldemar Dziwniel, Fabryka Motywacji. Od ponad 20 lat niezależny trener, konsultant, executive coach. Założyciel Fabryki Motywacji. Posiada olbrzymie doświadczenie w procesach rozwojowych najwyższej kadry menedżerskiej. Współpracował w projektach z takimi firmami, jak: HAY Consultants, KPMG, PwC, Deloitte & Touche, Normann Bennett, Sparrow i wielu innych.

Często nawet w nowoczesnych organizacjach, nastawionych na biznes i zarabianie, menedżerowie nie zdają sobie sprawy z rzeczywistej wartości pieniędzy, którymi zarządzają. Skupieni na zyskach i motywowaniu swoich podwładnych do dalszego zarabiania, pomijają rachunek kosztów. To błąd. Pracownicy organizacji niezależnie od zajmowanego przez siebie stanowiska, powinni mieć świadomość, ile ten zysk kosztuje. Rolą menedżera jest przekazywanie im tych informacji i uczenie ich patrzenia na organizację zarówno przez pryzmat zysków, jak i nakładów.

Podczas swojej pracy bardzo często obserwuję, że pracownicy – handlowcy, menedżerowie – traktują rachunek ekonomiczny jako coś w rodzaju mitologicznego stwora, który pojawia się dopiero w ostatnim momencie, a mianowicie w podsumowaniu wyniku. Tak się dzieje nie tylko w organizacjach handlujących różnego rodzaju towarami, ale również w takich instytucjach jak banki, teoretycznie najbardziej zaangażowane w pracę nad zyskiem i opłacalnością swoich działań. Niezależnie od wielkości i profilu działalności precyzyjne policzenie opłacalności transakcji i jej realnej wartości w kontekście generowanych przez nią kosztów bywa sporym problemem. O ile przedsiębiorcy pracujący na własny rachunek, posiadający własną działalność gospodarczą nieustannie myślą o rentowności swoich poczynań i wyceniają podejmowane przez siebie działania, o tyle pracownicy korporacji dużo swobodniej podchodzą do tego tematu.

Korporacja rozluźnia. Pewnie dlatego, że pracując w jej ramach mniej intensywnie czujemy koszty związane z pracą. Pracujemy nad zyskami i to one są najważniejsze. Sprawa kosztów i ich odczuwanie są drugorzędne i słabo zauważalne. Który handlowiec czy menedżer ds. rozwoju korzystając na co dzień z wszystkich przymiotów korporacji, takich jak biuro, telefon, komputer czy samochód, zastanawia się nad tym, ile de facto kosztuje jego stanowisko? Zazwyczaj on nawet nie chce tego wiedzieć.

Kiedy realizowałem projekt w jednym z banków – zrobiłem takie oto doświadczenie: poprosiłem kilku dyrektorów o policzenie, jaki koszt generuje ich pracownik w skali miesiąca. Chciałem się dowiedzieć, jaka jest skala tych nakładów. Oczywiście wszyscy podeszli do tego zadania z dużą pewnością siebie, zakładając że potrafią to policzyć. Tymczasem okazało się, że w różnych regionach te obliczenia znacznie od siebie odbiegały – były to różnice sięgające nawet 60 proc. Oczywiście należy brać pod uwagę zróżnicowanie kosztów ze względu na lokalizację i inne czynniki, ale końcowy wynik powinien być jednak jakoś zbliżony. Tutaj tak nie było. Z czego to wynika? Najpewniej właśnie z tego, że menedżerowie nie wiedzą, jakie koszty generują ich pracownicy.

Wyobraźmy sobie handlowca, któremu firma płaci pensję podstawową, prowizję, opłaca biuro, wszelkie narzędzia do pracy, motywatory. W skali miesiąca daje nam to pewną powtarzającą się kwotę, na którą ten człowiek teoretycznie powinien zarobić. Tak się czasami dzieje, ale czasami zupełnie nie. Do kosztów ludzkich dochodzą tzw. koszty ogólnozakładowe, reklamy, promocji, zarządu, administracyjne i inne. Na samym końcu przedsiębiorstwo wypluwa rachunek ekonomiczny, który jest pozytywny, ale często pewnie tylko dlatego, że działamy w efekcie skali. Inaczej obraca pieniędzmi sieć dużych hipermarketów, a zupełnie inaczej osiedlowy sklep.  W osiedlowym sklepie, jak w zwierciadle pokazuje się, w jaki sposób traktujemy proporcje zysków i kosztów, jak te dwa elementy się przenikają i jak są od siebie zależne.

Dzisiejsi menedżerowie bardzo często zapominają, że ludzi trzeba uczyć tych liczb i pokazywać im, jaki jest rzeczywisty finansowy wymiar ich pracy. Jest to trudne i niewdzięczne zadanie, ale niezbędne w skali przedsiębiorstwa. Kiedy wyobrazimy sobie, że mówimy tylko o zyskach zupełnie pomijając kwestię kosztów, to naraz się okaże, że zysk na poziomie x procent, który na pierwszy rzut oka wydaje się nam satysfakcjonujący, nie jest w stanie pokryć kosztów, które generujemy i o których po prostu nie myślimy.

Co powinni robić menedżerowie przedsiębiorstwa, by prowokować swoich pracowników do myślenia biznesowego, obejmującego także całościową ekonomię firmy?

Ich zadaniem jest przede wszystkim bieżące omawianie zarówno skali zysków, jak i kosztów; pokazywanie, w jaki sposób kształtują się wynagrodzenia i przychody względem generowanych wydatków i omawianie możliwości takiego działania, by te proporcje były właściwie ustalone. Moja babcia mawiała – „ile się wkłada, tyle się wyjmuje”. I jest to prawda, bo nie da się wygenerować sensownego zysku bez inwestycji. Ale skala tej inwestycji, jej rodzaj czy miejsce to już zupełnie inny temat.

Zarówno lunche z klientami, niepotrzebne nikomu spotkania czy wyjazdy na drugi koniec kraju, nie służą temu, by generować zyski. One de facto generują koszty. Podobnie jak to bywa niekiedy z doradztwem. Czasami wynajmujemy doradców, którzy nie są nam potrzebni i płacimy im za to duże pieniądze, a czasami jest zupełnie odwrotnie – wydaje nam się, że olbrzymią oszczędnością będzie wykonanie pewnych czynności własnymi siłami. Tracimy przez to czas i pieniądze, bo bardzo często brakuje nam kompetencji, by to zrobić dobrze. W takiej sytuacji nasze działania zamiast przynosić konkretne rezultaty przynoszą konkretne straty – przeciąganie pewnych procesów w czasie, złą jakość itd. Na koniec wracamy do pomysłu wzięcia konsultanta zewnętrznego, bo po prostu to, co zrobiliśmy przy pomocy własnych środków i sił okazuje się niewystraczające i jakościowo dosyć nędzne.

Na tym prostym przykładzie widać, że zarządzanie ludźmi powinno odbywać się nie tylko w kontekście motywowania, co obecnie się tak bardzo podkreśla, ale również w kontekście rzetelnego rachunku kosztów. To nie są tematy popularne. Bo dzisiaj każdy menedżer powinien motywować i planować działania od strony kapitału ludzkiego. Rachunek ekonomiczny jest traktowany po macoszemu i gdzieś umyka. Na początku moich spotkań z menedżerami zawsze zadaję im pytanie: w jakim celu została powołana organizacja biznesowa? Większość z nich odpowiada prawidłowo: aby generować zysk dla udziałowców.

Co z tego wszystkiego wynika? Otóż wynika z tego tylko tyle, że ludzie którzy pracują nad zarabianiem pieniędzy powinni wiedzieć, jak te pieniądze zarabiać, ale powinni wiedzieć także, jak ich nie tracić.

Jak uczyć naszych podwładnych rachunku biznesowego? Nie tylko motywować, ale sprawdzać, co się dzieje z podstawową relacją zysków wypracowanych przez pracownika do kosztów, które generuje. I pokazywać mu to. Jeżeli przestraszy się, poczuje się zdemotywowany i odejdzie – to trudno. Widocznie nie nadaje się do tego, żeby zarabiać pieniądze. Jak mawiał dziekan wydziału aktorskiego, który kończyłem: jest tyle zawodów na „a”: a-cieśla, a-stolarz. Nie każdy musi być a-handlowcem.

Waldemar Dziwniel, Fabryka Motywacji

João Brás Jorge prezesem Polsko-Portugalskiej Izby Gospodarczej

Joao Bras Jorge, Prezes Zarządu Banku Millennium
João Brás Jorge, Prezes Zarządu Banku Millennium

20 maja br. Walne Zgromadzenie Polsko-Portugalskiej Izby Gospodarczej (PPCC) zatwierdziło nominację Prezesa Zarządu Banku Millennium Pana João Brás Jorge na stanowisko nowego Prezesa Zarządu Polsko-Portugalskiej Izby Gospodarczej.

João Brás Jorge od dwudziestu sześciu lat jest związany z sektorem finansowym w Portugalii i w Polsce. Karierę zawodową rozpoczął jako makler giełdowy, w późniejszym okresie zajmował m.in. stanowisko członka zarządu banku inwestycyjnego, a także zasiadał w Radzie Giełdy Lizbońskiej. Przed przyjazdem do Polski przez pięć lat kierował Pionem Klientów Bankowości Detalicznej oraz koordynował aktywność Sieci Detalicznej Millennium bcp w Portugalii.

Jest członkiem Zarządu Banku Millennium S.A. w Polsce od 2006 roku. W latach 2006-2008 zarządzał pionem Bankowości Detalicznej, a od 2009 roku obszarem Bankowości Przedsiębiorstw. W 2010 roku został mianowany Wiceprezesem Zarządu, a w 2013 roku powołany na stanowisko Prezesa Zarządu Banku Millennium S.A.

João Brás Jorge jest absolwentem wydziału zarządzania Universidade Catolica Portuguesa oraz AESE Business School w Lizbonie.

Jednocześnie, powołany został nowy zarząd PPCC, składający się z przedstawicieli wybranych firm członkowskich Izby, m.in. Jeronimo Martins Polska, Eurocash, Mota-Engil Central Europe, EDP-R, Martifer Renewables, CJR Wind, Haitong, Parfois, Colep Polska, Domański Zakrzewski Palinka, LPR i Browary Łódzkie.

Ujemna dynamika leasingu maszyn i urządzeń po I kwartale 2016r.

Pierwszy kwartał 2016 roku okazał się wyjątkowo dobry dla branży leasingowej, która zaliczyła ponad 23% wzrost. Mimo dobrych wyników branży niektóre sektory odnotowały lekkie spadki. W sferze spadków znalazł się sektor maszyn i urządzeń, który odnotował spadek wartości -8,8 %. Czy ten sektor powinien wzbudzać niepokój branży? Czy odnotowany spadek ma charakter chwilowy? Wyniki dla sektora maszyn i urządzeń komentuje Romuald Mendelak, dyrektor Rynku Maszyn i Urządzeń w Raiffeisen-Leasing Polska S.A.

Jaka jest kondycja rynku leasingu maszyn?

W stosunku do roku 2014 leasing maszyn odnotował wzrost w 2015 o 12%. Sektor ten wykorzystał w zeszłym roku relatywnie wysoki wzrost gospodarczy oraz wysoki poziom zdolności produkcyjnej polskich firm. Rekordowe wzrosty odnotowały segmenty finansowania maszyn do przetwórstwa spożywczego (95,2%) oraz maszyn do obróbki metali tworzyw sztucznych (24%). Wciąż systematycznie rozwijał się rynek IT. Słabiej rozwijały się segmenty maszyn budowlanych oraz maszyn rolniczych, jednak i one odnotowały lekkie, kilkuprocentowe wzrosty. Rok bieżący rozpoczął się słabiej, w pierwszym kwartale, w stosunku do stosownego okresu w roku ubiegłym, odnotował lekkie spadki wynikające głównie z niższego niż w ubiegłym roku, finansowania udzielonego na maszyny rolnicze i budowlane. Mimo to w I kwartale 2016 łączna wartość kontraktów w tym obszarze wyniosła 3,1 mld zł, co świadczy o tym, że ma on 24% udział w rynku leasingu.

Jak leasing maszyn wygląda na tle innych branż?

Rynek maszyn jest jednym z trzech głównych segmentów rynku leasingu. W 2015 roku stanowił „motor napędowy” branży osiągając 31,9% udział w rynku. Został drugim segmentem po rynku samochodów osobowych (37,5%), wyprzedzając tym samym segment samochodów ciężarowych (27,1%). Trzeba pamiętać, że w nie tak odległej przeszłości, rynek ten miał całkowicie drugoplanowe znaczenie, wobec szeroko pojętego rynku samochodowego. Dziś całkowicie się zmienił skład portfeli leasingodawców i ich podejście do finansowania maszyn. Choć początek roku 2016 jest nieco słabszy, rynek ten wciąż jest i będzie kluczowy. Nastroje wśród zarządzających sprzedażą leasingu są nadal optymistyczne, ale być może widać małe sygnały ostrzegawcze. Warto dodać, że rynek finansowania maszyn jest czułym barometrem wzrostu gospodarczego i optymizmu inwestycyjnego, co wyraźnie było widoczne w zeszłym roku.

Z jakich nowych ofert mogą skorzystać przedsiębiorcy szukający źródeł finansowania maszyn i urządzeń?

Na rynku dostępne są różne oferty wspierające finansowanie maszyn. Szczególnie warto zwrócić uwagę, na produkty z gwarancjami Europejskiego Funduszu Inwestycyjnego. Redukują one ryzyko transakcji leasingu lub pożyczki maszyn m.in. budowlanych, rolniczych, przetwórstwa spożywczego i innych. Dzięki nim firmy leasingowe mogą akceptować bardziej ryzykowne transakcje, na korzystniejszych warunkach dotyczących wkładu własnego oraz długości okresu finansowania. Takie możliwości daje program COSME, który ułatwia klientom dostęp do maszyn i jest realnym wsparciem sprzedaży dla dostawców. Ponadto, dzięki instrumentom skierowanym do Start up’ów, generuje nowych klientów wśród dopiero co zarejestrowanych firm. Kolejnym wartym uwagi programem jest InnovFin, kierowany z kolei do firm o charakterystyce innowacyjnej. Program ten wspiera proces wdrożenia nowoczesnych technologii i rozwiązań. Od lat liderem wśród Narodowych Pośredników Finansowych, wykorzystujących fundusze unijne, jest Raiffeisen Leasing, który konsekwentnie rozszerza swoją ofertę leasingu maszyn przy użyciu gwarancji unijnych. Raiffeisen Leasing jest jedyną firmą leasingową posiadającą w swojej ofercie produkty z dofinansowaniem w ramach programów COSME i InnovFin.

Jak ustawa gruntowa wpłynie na rynek mieszkaniowy

Mirosław Kujawski, członek zarządu LC Corp S.A.

Ograniczenia związane z obrotem gruntami rolnymi na pewno niekorzystnie wpłyną na rynek nieruchomości, utrudniając nie tylko realizację nowych inwestycji, ale również stanowiąc podstawę do wzrostu cen mieszkań. Wpływają na to dwa czynniki. Ilość gruntów rolnych, których w największych miasta jest około 30-50 proc. oraz brak miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego, którymi nie jest objęte około 75 proc. powierzchni Polski. Sytuacja wcale nie wygląda lepiej w największych aglomeracjach, gdzie powstaje najwięcej nowych inwestycji. W Warszawie niespełna 37 proc. terenu ma uchwalony miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego, w Krakowie 48 proc., a we Wrocławiu 56,7 proc. Co gorsze, brak planu nie dotyczy gruntów na obrzeżach miast, ale parceli zlokalizowanych w centrum. To sprawia, że działki z planem zagospodarowania stają się „dobrem luksusowym”,  a więc naturalnie ich cena wzrośnie. Będzie to miało swoje przełożenie na finalną cenę mieszkań.

W tym roku wzrost cen nie powinien jeszcze być widoczny. W ostatnich miesiącach firmy deweloperskie były aktywne nie tylko w zakresie uruchamiania sprzedaży nowych projektów, ale również uzupełniania swoich banków ziemi. Największe spółki posiadają zapasy na realizację kilku tysięcy mieszkań. Przy utrzymującym się popycie nie wystarczy to jednak na długo.

Dariusz Krawczyk, prezes zarządu Polnord S.A.

Ograniczenie podaży jest zawsze czynnikiem, który potencjalnie może wpłynąć na wzrost cen. W tym przypadku sytuacja może przełożyć się na mieszkania, których cena zależna jest od wielu czynników, w tym m.in. od ceny zakupu gruntu pod inwestycję. Na pełną ocenę wpływu nowych regulacji na ceny gruntów trzeba będzie jeszcze poczekać. Kolejne miesiące pokażą, czego należy się spodziewać. Nie oczekuję jednak gwałtownych wahań cen. Będziemy oczywiście przygotowani na każdy z możliwych scenariuszy. Co jednak istotne, jako posiadacz największego wśród deweloperów banku ziemi, Polnord nie ma obecnie potrzeby uzupełniania landbanku poprzez zakup nieruchomości.

Jacek Bielecki, dyrektor ds. rozwoju i jakości Marvipol S.A.

Zmiana ustawy o kształtowaniu ustroju rolnego w praktyce wstrzymuje obrót gruntami nieposiadającymi miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego, a to oznacza zablokowanie dla inwestycji około połowy gruntów dotychczas zabudowywanych. Jeśli ustawa szybko nie zostanie znowelizowana, np. poprzez wyłączenie z jej działania terenów miast, już w przyszłym roku może to znacząco odbić się na ofercie nowych mieszkań. W najbliższych miesiącach nie odczujemy jeszcze jej skutków, gdyż firmy mają pewne zapasy gruntów, a w ich ofercie są inwestycje już rozpoczęte.

Marcin Liberski, dyrektor marketingu i sprzedaży w Atlas Estates

Wprowadzenie zmian w ustawie o kształtowaniu ustroju rolnego ogranicza możliwości zakupu terenów inwestycyjnych przez firmy deweloperskie. W największych polskich aglomeracjach, takich jak Warszawa, Kraków, Wrocław, Trójmiasto, czy Poznań, w których inwestują deweloperzy większość gruntów nie jest objęta miejscowymi planami, a duża cześć z tych terenów widnieje w ewidencji jako grunty rolne. Dodatkowo utrudnienia związane z przekształceniem działek z pewnością spowodują wzrost cen atrakcyjnych gruntów inwestycyjnych położonych na obszarach objętych planami. W dłuższym okresie czasu może zmniejszyć się podaż gruntów, które gwarantowały sprawne wprowadzenie ofert inwestycji mieszkaniowych na rynek. Może to skutkować wzrostem cen mieszkań, ale nie należy się spodziewać większych zmian w tym roku, gdyż duże spółki deweloperskie mają zgromadzone „banki ziemi”, które gwarantują realizację inwestycji mieszkaniowych co najmniej przez 2 – 3 lata.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu oraz dyrektor pionu marketingu i sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Ze względu na projekt deweloperzy nie będą mogli kupić w celach inwestycyjnych gruntów rolnych, które nie zostały objęte planem zagospodarowania przestrzennego. Ceny mieszkań mogą wzrosnąć jedynie w tych inwestycjach, które będą powstawać na ziemi, którą deweloperzy postanowią przekształcić w grunt budowlany, ze względu na duże koszty takiego procesu. J.W. Construction realizuje inwestycje na gruntach objętych planami zagospodarowania przestrzennego, dlatego nowelizacja ustawy o ziemi rolnej dla nas i naszych klientów nie będzie miała większego znaczenia, a także nie powinna wpłynąć  na ceny mieszkań.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Wprowadzenie nowych zasad związanych z gospodarowaniem ziemią może negatywnie wpłynąć na nowe inwestycje budowlane w całym kraju. Zmniejszy się dostępność nowych gruntów, a ceny działek inwestycyjnych, które nie podlegają ustawie będą droższe w zakupie. Konsekwencją takiej sytuacji może być wzrost cen mieszkań w niektórych lokalizacjach.

Adrian Potoczek, dyrektor sprzedaży Wawel Service

Nowe zasady związane z gospodarowaniem ziemią będą niosły za sobą odczuwalne dla całego rynku zmiany. Ograniczenie dostępu do gruntów oraz utrudnianie przekwalifikowania ich przeznaczenia odbije się na rynku mieszkaniowym, a przede wszystkim na potencjalnych nabywcach. Przede wszystkim znacząco zwiększą się ceny mieszkań. Blokowanie pozyskiwania nowych terenów, nieobjętych planem zagospodarowania przestrzennego, czyli gruntów tańszych sprawi, że cena ziemi dopuszczonej do obrotu wzrośnie, a co za tym idzie deweloperzy, aby utrzymać się na rynku będą musieli podnieść ceny mieszkań w swoich projektach.

Zuzanna Kordzi, dyrektor ds. handlowych w ECO Classic

Zmiany w obrocie gruntami z pewnością wpłyną na obrót ziemią, jednak ich sutki będą odczuwalne dopiero w pewnej perspektywie. W tej chwili deweloperzy mają duże zasoby gruntów przeznaczonych pod budowę i z uwagi na długość procesu inwestycyjnego z pewnością w tym roku zmiany nie będą widoczne.

Mirosław Łoziński, prezes zarządu Waryński S.A. Grupa Holdingowa

Grupa Waryński realizuje  inwestycje w centrum Warszawy, gdzie ryzyka związane ze zmianami w gospodarowaniu ziemią rolną są minimalne. Konsekwencji zmian prawnych mogą spodziewać się inwestorzy realizujący projekty na przedmieściach,  dotychczas korzystający z możliwości przekształcenia gruntów rolnych w budowlane. Niemniej jednak, deweloperzy zainteresowani peryferyjnymi lokalizacjami dysponują już potężnymi bankami ziemi, a znając plany zmian, na pewno zdążyli uregulować sytuację prawną posiadanych gruntów. Istnieje ryzyko, że w związku z ograniczeniem dostępności gruntów wrośnie cena tych, które znajdują się obecnie w obrocie. Należy zwrócić uwagę, że cena gruntu, związana z jego lokalizacją, jest faktycznie jedną z głównych pozycji w wycenie mieszkań, ale nie jest jedynym czynnikiem wpływającym na ostateczną decyzję klienta o zakupie. Równie ważna jest jakość wykonania i zaufanie do dewelopera. W pierwszych miesiącach 2016 roku ceny mieszkań w naszych projektach nie uległy zmianom i przewidujemy, że w kolejnych miesiącach sytuacja również będzie pod tym względem stabilna. Stale monitorujemy bieżącą sytuację. W przypadku każdej zmiany potrzeba czasu, aby ocenić, w jaki sposób odbierze ją rynek. Nie przewidujemy jednak, aby modyfikacje dot. zasad związanych  z gospodarowaniem ziemią, znacząco wpłynęły na zmianę poziomu stawek w naszych inwestycjach.

Marcin Mielcarz, wiceprezes zarządu Grupy Inwest

Istotne pozostaje pytanie, czym jest nieruchomość rolna w świetle ustawy o kształtowaniu ustroju rolnego (UKUR). Czy samo uzyskanie decyzji o warunkach zabudowy wystarczy, aby uznać, że nie mamy do czynienia z nieruchomością rolną? Poszukując racjonalnej wykładni wydaje się, że dopiero zmiana przeznaczenia gruntu i wyłączenie z produkcji rolnej oraz zmiana w ewidencji gruntów i budynków na nieruchomość o przeznaczeniu nierolnym pozwala mieć nadzieje, że nie będziemy już mieli do czynienia z nieruchomościami rolnymi. Wydaje się, że istotne będzie również dokonywanie podziału działek na mniejsze niż 3000 mkw. przed ich nabyciem. W przeciwnym razie, transakcja może być obciążona ryzkiem uznania za nieważną, gdyby ktoś wykazał, że mieliśmy jednak do czynienia z nieruchomością, która mogła być wykorzystywana na cele rolne. Trudno dzisiaj jeszcze ocenić, jaki wpływ na ceny mieszkań będzie miało zastosowanie powyższych procedur.

Tomasz Wilczek, dyrektor generalny RED Real Estate Development

Wbrew pozorom grunty rolne stanowią znaczną część obszarów wielu miast,  głównie na obrzeżach. Inwestor, który rozwija tam swoją działalność spotka się z większymi utrudnieniami. Będzie musiał przejść dodatkowe procedury, wydłuży się czas przygotowania inwestycji, a w ostateczności zwiększy się jej cena.

Maria Doerre, dyrektor sprzedaży i marketingu Activ Investment

Na razie nie odczuwamy żadnych zmian i ograniczeń, jeśli chodzi o dostęp  do gruntów. Rynek nieruchomości  kolejny rok działa na ustabilizowanym poziomie.

Opracowanie: Kamil Niedźwiedzki

Ocena koniunktury pozytywna, ale nieco słabsza niż w kwietniu

Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek
Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek

W maju 2016 r. ogólny klimat koniunktury w przetwórstwie przemysłowym był nieznacznie słabszy niż w kwietniu br. i ukształtował się na poziomie 5,0 (5,4 w kwietniu br.). Firmy budowlane oceniają koniunkturę mniej pesymistycznie niż w kwietniu – podał GUS.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

W kwietniu 2016 r. dyrektorzy przedsiębiorstw przemysłowych oceniali koniunkturę gospodarczą pozytywnie i lepiej niż w marcu br. Wyniki produkcji sprzedanej przemysłu za kwiecień ten optymizm potwierdziły – wzrosła ona o 6 proc. r/r. Koniunktura w przemyśle w maju br. oceniana jest przez firmy przemysłowe także pozytywnie, ale nieco słabiej niż w kwietniu br. Więcej jest bowiem firm, które sygnalizują pogorszenie koniunktury. Te ostrożniejsze opinie formułują przede wszystkim firmy duże, co nie jest dobrym sygnałem bowiem to u nich zaczynają się zmiany. Może się to przełożyć na nieco niższą dynamikę produkcji sprzedanej przemysłu w maju. Pozytywne trendy na szczęście ciągle sygnalizują eksporterzy – przede wszystkim firmy chemiczne, producenci urządzeń elektrycznych, wyrobów z pozostałych surowców niemetalicznych (m.in. produkcja ceramicznych kafli i płytek, cegieł, wyrobów z porcelany i ceramiki, cementu, wyrobów z cementu i betony). Producenci maszyn i urządzeń, czyli głównych naszych produktów eksportowych, ciągle pozytywnie oceniają koniunkturę, ale te oceny nieznacznie słabną.

Generalnie prognozy – tak dotyczące produkcji, jak i portfela zamówień i zatrudnienia – ciągle są pozytywne, ale słabną.

Patrząc na sytuację w gospodarkach naszych głównych partnerów handlowych, czyli w krajach UE, gdzie lokujemy ponad 80 proc. naszego eksportu, nie widać tam negatywnych trendów, które mogłyby osłabiać sytuację eksporterów. Można się zatem spodziewać, że przemysł będzie wspierany popytem zewnętrznym. Popyt wewnętrzny także nie powinien dawać negatywnych sygnałów. A jednak oceny koniunktury przez firmy z sektora przetwórstwa przemysłowego są słabsze. I to mimo rozpoczęcia realizacji programu Rodzina 500+.

Budownictwo ciągle znajduje się w „dołku”, aczkolwiek z miesiąca na miesiąc oceny – choć ciągle negatywne – poprawiają się. Szczególnie silnie w grupie mikroprzedsiębiorstw, co może sygnalizować, że gospodarstwa domowe mające szanse na zasilenie środkami z programu Rodzina 500+ rozpoczęły (nie czekając na te środki) inwestycje w remonty mieszkań. Przedsiębiorstwa budowlane wszystkich wielkości sygnalizują wzrost portfela zamówień, a także wzrost zatrudnienia. Jest szansa na inwestycje w tym sektorze gospodarki, bowiem moce produkcyjne są tu wykorzystane w ponad 76%. Jedyne co niepokoi, to ciągle trudna sytuacja z płynnością finansową wynikająca z opóźnień w płatnościach.
Ocena koniunktury w handlu jest pozytywna. Podobnie w transporcie i gospodarce magazynowej. Aczkolwiek w tym sektorze gospodarki przedsiębiorcy już od dłuższego czasu sygnalizują rosnące problemy z zatrudnieniem wykwalifikowanych pracowników! Poprawiają się oceny koniunktury w sektorze zakwaterowanie i gastronomia, co nie dziwi, bowiem rozpoczyna się sezon wakacyjny.

Gospodarka ma się dobrze, ale przedsiębiorstwa są dość ostrożne w swoich ocenach i prognozach koniunktury. Widać to cały czas na tle lepiej oceniających koniunkturę gospodarczą krajów UE, w tym gospodarek strefy euro. Wskaźnik syntetyczny koniunktury gospodarczej dla Polski kształtuje się na poziomie niższym niż w UE, ale także na poziomie niższym niż w kwietniu br. Nie zadziałał zatem na razie efekt programu Rodzina 500+. Może przedsiębiorstwa, szczególnie z przetwórstwa przemysłowego, czekają na jednoznacznie silny sygnał z gospodarstw domowych. Czy go dostaną, okaże się w ciągu najbliższych 2-3 miesięcy. Wtedy okaże się także, czy wzrost PKB w 1. kwartale br. tylko o 3 proc. r/r to „wypadek przy pracy”, czy też trwalsze osłabienie wzrostu gospodarczego w Polsce.

Konfederacja Lewiatan

Wycena referendum w sprawie Brexitu na rynku walutowym

John J Hardy, Saxo Bank
John J Hardy, Saxo Bank
  • 23 czerwca odbędzie się referendum w sprawie pozostania Zjednoczonego Królestwa w UE
  • Zmienność natychmiastowa w okolicach referendum powoduje, że inwestycje w funta szterlinga obarczone są znacznym ryzykiem
  • Długie pozycje w opcjach to bezpieczniejszy sposób inwestowania w okresie zmienności
  • W ostatecznym rozrachunku Wielka Brytania będzie musiała stawić czoła większym problemom, niż Brexit

Cały rynek walutowy jak na szpilkach czeka obecnie na możliwe implikacje referendum w sprawie członkostwa Wielkiej Brytanii w UE, które odbędzie się 23 czerwca, na kurs funta szterlinga. Traderzy powinni podchodzić do referendum bardzo ostrożnie i wziąć pod uwagę możliwość wystąpienia gwałtownej krótkoterminowej zmienności w przypadku, gdyby Zjednoczone Królestwo wybrało wyjście z Unii.

Brytyjskie referendum w sprawie członkostwa w UE jest jednym z najbardziej wyczekiwanych globalnych zdarzeń makroekonomicznych tego roku. Być może znaczenie, które przypisuje się decyzji Brytyjczyków, jest wręcz przesadne, biorąc pod uwagę ostatnią zmienność kursu brytyjskiej waluty i gwałtowny skok zmienności implikowanej opcji na funta szterlinga, w szczególności w perspektywie krótkoterminowej w przypadku, gdyby Zjednoczone Królestwo jednak pozostało w Unii.

Jedno jest jasne: po niedawnym rajdzie funta spowodowanym wzrostem obaw o Brexit na początku tego roku, związany z Brexitem element zaskoczenia jak na ironię zyskuje na znaczeniu, a równocześnie obawy rynku maleją wraz ze zbliżającym się terminem referendum. Innymi słowy, im mniej prawdopodobne jest jakiekolwiek zdarzenie w ocenie rynku, tym wyższe mogą być zyski traderów przewidujących Brexit w przypadku, gdyby konsensus okazał się błędny, a koszty zabezpieczenia przed możliwością wyjścia z Unii przez Wielką Brytanię spadły (dla tych, których bardziej interesuje zabezpieczenie przed ryzykiem, niż bezpośrednie spekulacje).

Mimo iż prawdopodobieństwo Brexitu na zmianę rośnie i maleje, wyraźnie widać, że w przypadku, gdyby Wielka Brytania zagłosowała za wyjściem z Unii, nastąpi bardzo duży spadek kursu funta szterlinga, a także – w minutach bezpośrednio poprzedzających ogłoszenie wyniku referendum, gdy na rynku nie będą dostępne jakiekolwiek ceny – potencjalnie duże luki.

Mimo iż ryzyko Brexitu spadło, referendum nadal wycenia się jako zdarzenie wysokiego ryzyka, a traderzy wypłacają nadal wysokie premie za opcje w ramach zabezpieczenia lub spekulacji, że Zjednoczone Królestwo zagłosuje za separacją, co w sytuacji, gdyby jednak Brytyjczycy wybrali członkostwo w Unii, oznaczałoby, że premie te szybko spadną do zera tuż po referendum.

Niniejszy artykuł nie stanowi próby wytypowania wyniku referendum z 23 czerwca, a raczej próbę zilustrowania, w jaki sposób rynek wycenia to zdarzenie oraz objaśnienie dla traderów, w jaki sposób należy rozumieć ryzyko i zyski związane z poszczególnymi strategiami dotyczącymi opcji na kurs funta.

Nie bierzemy tu pod uwagę strategii spot, ponieważ są one obarczone zbyt dużym ryzykiem. Naturalnie, można zastanawiać się nad taką strategią, jednak biorąc pod uwagę, że po referendum zmienność w trakcie sesji może pięcio- czy sześciokrotnie przekroczyć zwykły poziom (oraz, co ważniejsze, ze względu na ryzyko płynności na rynku może nie być dostępnych cen w odniesieniu do istotnych luk), należy znacznie zredukować rozmiar pozycji pod kątem wyższych wymogów dotyczących depozytu zabezpieczającego w okolicach tego wydarzenia oraz – w ujęciu ogólnym – w sytuacji, gdy traderzy chcą uniknąć ryzyka znacznych strat w przypadku nieoczekiwanego wyniku głosowania.

Niewielkie transakcje natychmiastowe oznaczają, że potencjał wzrostu może okazać się bardzo ograniczony. Zaletą rozegrania tego zdarzenia za pomocą opcji walutowych – o ile traderzy zdecydują się na zawarcie jakichkolwiek transakcji w tym czasie – jest możliwość podjęcia zminimalizowanego i dokładnie znanego ryzyka w momencie zawierania transakcji, dzięki czemu ryzyko dotyczy wyłącznie premii z tytułu długiej pozycji w opcjach.

Nasze ogólne stanowisko w odniesieniu do ryzyka w kontekście tego wydarzenia jest takie, że – ze względu na znaczną niepewność – referendum należy traktować jako okres zwykłych transakcji i nie należy podejmować większego ryzyka, niż w przypadku jakiejkolwiek innych transakcji, natomiast trzeba zachować pewien margines na reakcje po ogłoszeniu wyników glosowania.

Ponieważ wolimy unikać transakcji spot, bierzemy pod uwagę wyłącznie najprostsze strategie długiej zmienności lub minimalizujące bezpośrednie ryzyko. W tej ostatniej kategorii być może najbardziej bezpośrednią metodą krótkiej zmienności bez podejmowania niepotrzebnego ryzyka jest kupno opcji bezdotykowych w założeniu, że rynek nie podąży zbyt daleko w wybranym kierunku.

Przejdźmy zatem do zalet i wad poszczególnych strategii, zanim przedstawimy kilka przykładów dotyczących kosztów i potencjalnych zysków tych strategii.

Opcje waniliowe: długa zmienność

Dlaczego tak: opcje waniliowe mają największy potencjał zysku (np. kupno opcji sprzedaży na parę GBP/USD lub kupno opcji kupna na parę EUR/GBP) w przypadku, gdyby funt szterling stracił na wartości lub podjął gwałtowny rajd tuż po referendum. To również dość bezpośrednie rozwiązanie dla traderów, którzy chcą realizować zyski partiami, zabezpieczając się i wycofując zabezpieczenie na rynku spot względem opcji, gdy tylko opcja znajdzie się w pieniądzu.

Dlaczego nie: rynek uwzględnił w wycenach bardzo dużą zmienność, w szczególności w przypadku spadku kursu funta szterlinga, dlatego w szczególności gra na osłabienie funta może nas kosztować premię i wymaga bardzo dużego ruchu, aby transakcja okazała się rentowna, rzędu kilkunastokrotnego przekroczenia kwoty premii objętej ryzykiem. Ponadto jeżeli trader chce wyjść z transakcji na opcjach przed referendum lub tuż po nim, warunki na rynku mogą okazać się bardzo niepłynne i utrudnione.

Spready opcji

Długie pozycje w spreadach opcji to długie pozycje w spreadach opcji kupna lub długie pozycje w spreadach opcji sprzedaży (długa pozycja dotyczy spreadu, nie instrumentu bazowego, dlatego można mieć długą pozycję w spreadzie opcji sprzedaży na parę GBP/USD),  w ramach których trader kupuje opcję i sprzedaje opcję za tę samą kwotę, na ten sam instrument i o tym samym terminie wygaśnięcia, jednak taką, która jest bardziej poza pieniądzem (np. kupno opcji kupna na parę EUR/GBP na poziomie 0,7800 i sprzedaż opcji kupna na parę EUR/GBP na poziomie 0,8000).

Dlaczego tak: ponieważ trader zarówno kupuje, jak i sprzedaje opcję, znacznie obniża to premię wymaganą do wypłaty po określonej cenie w momencie wygaśnięcia opcji w przypadku bardziej umiarkowanych ruchów na rynku, w szczególności ze względu na fakt, iż opcje znajdujące się dalej poza pieniądzem zakładają wyższą zmienność. Zob. przykłady poniżej.

Dlaczego nie: maksymalna wypłata jest ograniczona w przypadku, gdy ruch ceny będzie nadmierny, a decyzje dotyczące zabezpieczenia lub wyjścia ze struktury opcyjnej mogą okazać się bardzo utrudnione w sytuacji, gdy na rynku będzie chaos, ponieważ trader ma zarówno długą, jak i krótką pozycję w opcji (w szczególności w okolicach terminu wygaśnięcia, gdy sprzedawana opcja nie będzie w pieniądzu lub niedaleko ceny wykonania, przez co utrzymana zostanie wysoka premia w porównaniu do długiej pozycji w opcjach znajdującej się głęboko w pieniądzu).

Uwaga: ze względu na wyższe wymogi dotyczące depozytów zabezpieczających w okolicach referendum 23 czerwca, traderzy zainteresowani spreadami powinni pamiętać o tym, że spready muszą dotyczyć tej samej wartości nominalnej i terminu wygaśnięcia, aby uniknąć negatywnego wpływu depozytu zabezpieczającego.

Opcje dotykowe/bezdotykowe

Dlaczego tak: w określonej cenie wykonania daleko poza pieniądzem – przy założeniu, że cena ta zostanie osiągnięta – opcja jednodotykowa często oferuje największą wypłatę w porównaniu z kwotą objętą ryzykiem. Ponadto w przypadku, gdy wynik stanie się przewidywalny w momencie, gdy tradera nie będzie przy monitorze, opcja automatycznie uruchamia wypłatę po osiągnięciu ceny wykonania. Kolejnym powodem do korzystania z opcji dotykowych jest fakt, iż opcja bezdotykowa to prawdopodobnie najprostszy sposób na sprzedaż zmienności przy równoczesnej minimalizacji ryzyka (tj. gra się w oparciu o założenie, że oczekiwania rynku dotyczące referendum będą nadmierne i że głosowanie nie spowoduje wzmożonych ruchów na rynku).

Dlaczego nie: opcje dotykowe mają charakter binarny, czyli „albo/albo”, i w przypadku nieosiągnięcia ceny wykonania opcji jednodotykowej z premią objętą ryzykiem nie wiąże się żaden zysk ani strata. Ponadto wzrost ograniczony jest do znanej kwoty wypłaty.

Strategie opcji walutowych dla traderów zakładających Brexit – przykład

Na wykresie poniżej widać kilka sposobów na rozegranie brytyjskiego referendum w przypadku, gdyby Brexit faktycznie nastąpił (gdyby Brytyjczycy zagłosowali za wyjściem z Unii). Metody rozegrania „braku Brexitu” przedstawiono w dalszej części artykułu. Należy zwrócić uwagę, że zwrotem z inwestycji jest zysk lub strata dotyczące wysokości premii objętej ryzykiem w ramach transakcji, jeżeli w piątek 1 lipca cena spot znajdzie się na poziomie oznaczonym kolorem niebieskim (wygaśnięcia wszystkich opcji wykazano za pomocą orientacyjnych cen z odniesieniem do kursu spot (+/- 5-10 pipsów) na dzień 19 maja).

Tabela zysków/strat NIE WYKAZUJE zysków/strat z tytułu transakcji na instrumencie bazowym o stałej kwocie (np. 100 000 GBP/USD), a jedynie potencjalny zwrot z jednostki transakcji objętej ryzykiem! Wszystkie wyniki mają charakter orientacyjny na dzień dokonania zrzutu ekranu cen i ulegną zmianie wraz ze zmianą kursów walut i oczekiwań rynku. Innymi słowy, tabela w ujęciu ogólnym wskazuje, jakiego rodzaju zysk/strata ma zastosowanie do poszczególnych cen wykonania.

W miarę zbliżania się terminu referendum wartości czasowe będą maleć, jednak nie w zwykłym tempie rozkładu, ponieważ „okienko” referendum w sprawie Brexitu 23 czerwca uznaje się za kluczowy poziom aktywacyjny. Po jego przekroczeniu zmienności najprawdopodobniej szybko spadną, kiedy tylko ruchy na rynku zaczną się uspokajać, nawet jeżeli wyniki głosowania spowodują znaczne ruchy kursu GBP względem innych walut. Na wykresie uwzględniliśmy trio waniliowych opcji sprzedaży na parę EUR/USD, ponieważ euro w przypadku Brexitu może okazać się wrażliwe na zmiany, a ponadto w tej parze walutowej zmienności implikowane są znacznie niższe.

Uwaga dotycząca zniekształcenia opcji: istotne jest, by zrozumieć zniekształcenie zmienności implikowanej na rynku opcji, na którym opcje sprzedaży na funta szterlinga kosztują znacznie więcej, niż opcje kupna na funta szterlinga ze względu na znane ryzyko, że spadek zmienności kursu funta w przypadku wyjścia z Unii byłby znacznie większy, niż wzrost kursu funta w przypadku pozostania w Unii. Ma to szczególne znaczenie w kontekście niektórych z ostatnich sondaży wskazujących, że w opinii rynku szanse na Brexit są niższe (mimo iż – jak na ironię – oznacza to również większy potencjał zaskoczenia…).

Kilka uwag na temat strategii dotyczących Brexitu

Traderzy płacą znaczne premie za elastyczność opcji waniliowych, co widać np. w spreadach opcji sprzedaży na parę GBP/USD, które na niektórych poziomach cenowych generują znacznie lepsze zyski, niż opcje waniliowe. Jeżeli w momencie wygaśnięcia 1 lipca para GBP/USD znajduje się na poziomie 1,3400, spread opcji sprzedaży na poziomie 1,36/1,34 to zysk rzędu 326% kwoty objętej ryzykiem, podczas gdy waniliowa opcja sprzedaży na poziomie 1,3800 generowałaby zysk rzędu zaledwie 210% kwoty objętej ryzykiem.

Opcje jednodotykowe są bezpośrednim instrumentem, należy jednak zauważyć, że spread opcji sprzedaży na parę GBP/USD, z ceną wykonania na poziomie 1,34 dla długiej i 1,30 dla krótkiej pozycji, w istocie generuje zysk przekraczający „dotknięty” poziom 1,3000, jeżeli cena spot w momencie wygaśnięcia znajduje się na poziomie 1,3000, a spread opcji sprzedaży zacząłby generować zyski w okolicach poziomu 1,3300, podczas gdy opcja jednodotykowa aktywowana jest dopiero po osiągnięciu poziomu 1,3000.

Zyski ze strategii zakładających wzrost w parze EUR/GBP są tak duże dlatego, że rynek nastawia się raczej na osłabienie funta szterlinga względem dolara amerykańskiego, niż względem euro, przez co opcje sprzedaży na parę GBP/USD są znacznie droższe pod względem zmienności implikowanej, niż opcje kupna na parę EUR/GBP.

Traderzy, którzy zakładają znaczne ryzyko „zarażenia” strefy euro Brexitem, powinni zwrócić uwagę na wysokie zyski waniliowych opcji sprzedaży na parę EUR/USD, jeżeli po Brexicie para EUR/USD bardzo straci na wartości.

Transakcje na opcjach walutowych w przypadku, gdy do Brexitu nie dojdzie

Zmienności dotyczące funta szterlinga ostatnio znacznie spadły w porównaniu z maksymalnymi wartościami, nawet jeżeli pozostają na podwyższonym poziomie w odniesieniu do średnich długoterminowych.

Wiele najnowszych sondaży wydaje się sugerować, że szanse Brexitu są niższe, niż wcześniej, co przełożyło się na znaczne umocnienie funta szterlinga i obniżyło prawdopodobieństwo sytuacji, w której decyzja o pozostaniu w Unii przyczyniłaby się do dalszej zdecydowanej aprecjacji brytyjskiej waluty powyżej historycznych norm trendów, mimo iż większy potencjał może mieć w perspektywie krótkoterminowej np. spadek w parze EUR/GBP.

Biorąc jednak pod uwagę zniesienie zabezpieczeń i możliwość, że scenariusz „braku Brexitu” zwiększy napływ dotychczas hamowanego przez niepewność kapitału do Zjednoczonego Królestwa, w perspektywie krótkoterminowej możliwy jest pewien potencjał aprecjacji funta szterlinga. Traderzy liczący na umiarkowany dalszy rajd zamiast na gwałtowny wzrost mogą wziąć pod uwagę spready opcji kupna na GBP (spready opcji sprzedaży na parę EUR/GBP / spready opcji kupna na parę GBP/USD).

Jako alternatywę warto rozważyć również opcje bezdotykowe zakładające deprecjację funta w ramach strategii krótkiej zmienności w przypadku, gdyby zarówno para GBP/USD, jak i para EUR/GBP po referendum przyjęły mniej więcej kurs boczny. Tabela poniżej prezentuje przybliżone zyski z tych strategii (z odniesieniem do kursu spot na dzień 19 maja i w oparciu o ceny orientacyjne).

Tabela prezentująca przykłady transakcji na opcjach zakłada, że potencjalna zmienność w przypadku decyzji o pozostaniu w Unii będzie znacznie niższa, niż w przypadku Brexitu, dlatego zakres jest znacznie mniejszy.

Perspektywa długoterminowa – skutki Brexitu

Traderzy, którzy obawiają się o długoterminowe perspektywy funta szterlinga, powinni zwrócić uwagę na znaczny deficyt strukturalny na brytyjskim rachunku bieżącym – największy ze wszystkich krajów rozwiniętych – na poziomie 5-6% PKB. Istnieje ryzyko, że nadmierne koncentrowanie się na Brexicie odwraca uwagę od znacznie ważniejszych problemów dla brytyjskiej waluty.

W tym kontekście dłuższe (trzymiesięczne lub dłuższe) spready opcji sprzedaży to sposób dla niedźwiedzi szterlingowych, aby zawierać transakcje spadkowe w oparciu o stosunkowo dużą dźwignię i przy ograniczonym ryzyku, ponieważ premie za opcje sprzedaży głęboko w pieniądzu są wysokie z uwagi na obawy dotyczące Brexitu.

W szczególności dotyczy to sytuacji, gdyby rynek w dalszym ciągu coraz niżej oceniał szanse na Brexit, a funt szterling nadal zyskiwałby na wartości w okresie do 23 czerwca. W efekcie mógłby zostać zrealizowany zaskakujący scenariusz, w ramach którego rynek przeszedłby nad decyzją o pozostaniu w Unii do porządku dziennego i sprzedawał funta w związku z obawami długoterminowymi o charakterze strukturalnym.

Jak już wspominałem, traderzy mogą wziąć pod uwagę fakt, iż funt szterling ma istotne defekty strukturalne, które należy wyeliminować w nadchodzących kwartałach i latach, w tym problem największego deficytu na rachunku bieżącym spośród państw rozwiniętych. W związku z powyższym traderzy grający pod prąd mogą rozważyć inwestycje w spready opcji sprzedaży na parę GBP/USD przez okres dwóch-trzech miesięcy po dacie referendum w założeniu, że rynek nie dostrzega belki w oku w postaci deficytu strukturalnego, a jedynie źdźbło w postaci Brexitu.

John J. Hardy, dyrektor ds. strategii rynków walutowych, Saxo Bank

Fundacja Spartanie Dzieciom pobiegnie w 24. Biegu Fiata dla Marka.

    • W niedzielę 29 maja br. tysiąc ośmiuset biegaczy wystartuje w jednym z najstarszych w Polsce wydarzeń biegowych rozgrywanych na dystansie 10 km: 24. Biegu Fiata w Bielsku-Białej.
      • Podczas tegorocznej edycji Biegu Fiata odbędą się również 5. Mistrzostwa Polski Kobiet w Biegu na 10 km.
      • Wśród uczestników po raz pierwszy będzie można zobaczyć oddział Fundacji Spartanie Dzieciom, charytatywnych biegaczy, którzy całą trasę pokonają w zbrojach starożytnych wojowników.
      • Celem udziału Spartan w Biegu Fiata jest pomoc 17-letniemu Markowi Bogaczowi, u którego w wieku 20 miesięcy zdiagnozowano nowotwór mózgu i wodogłowie.
      • FCA Poland wraz z Fundacją Spartanie Dzieciom zaprasza do udziału w charytatywnej zbiórce oraz do licytacji pakietu startowego nr 1 w Biegu Fiata, z których dochód zostanie przeznaczony na pomoc Markowi. Aukcja jest dostępna pod adresem: http://allegro.pl/bieg-fiata-pakiet-startowy-z-numerem-1-i6188983833.html

    W niedzielę 29 maja br. tysiąc ośmiuset biegaczy wystartuje w jednym z najstarszych regularnie rozgrywanych w kraju wydarzeń biegowych na dystansie 10 km: 24. Biegu Fiata.

    Podczas tegorocznej edycji Biegu Fiata odbędą się również 5. Mistrzostwa Polski Kobiet w Biegu na 10 km, a wśród setek biegaczy po raz pierwszy będzie można zobaczyć oddział Spartan, charytatywnych biegaczy, którzy całą trasę pokonają w zbrojach starożytnych wojowników, w zwartym szeregu i ze śpiewem na ustach. Zrobią to, aby wesprzeć 17-letniego Marka Bogacza z Bielska-Białej, u którego w wieku 20 miesięcy zdiagnozowano nowotwór mózgu oraz wodogłowie. Właśnie wystartowała charytatywna zbiórka dla Marka, a na koncie jest już 5000 zł przekazane przez Grupę FCA Poland.

    Organizowany od 1993 roku Bieg Fiata, który uświetnia obchody „Dni Bielska-Białej”, jest dziś prawdziwym świętem biegaczy z Podbeskidzia. Jego sława sięga daleko poza granice pięknego miasta nad rzeką Białą, gdzie mieści się jedna z fabryk Grupy FCA w Polsce, o czym świadczą sami uczestnicy przyjeżdżający na start z najdalszych stron Polski.
    W tym roku 1600 dostępnych pakietów rozeszło się w ciągu trzech miesięcy i lista startowa została zamknięta już w pierwszych dniach maja. Biegacze, którzy 29 maja wystartują spod bram FCA Poland w Bielsku-Białej, będą walczyć o jak najlepsze czasy na 10-kilometrowej, atestowanej przez Polski Związek Lekkiej Atletyki trasie, prowadzącej na metę usytuowaną na Placu Ratuszowym. Podczas biegu zostaną rozegrane Mistrzostwa Polski Kobiet na dystansie 10 km, a zmaganiom dorosłych będzie towarzyszył 3-kilometrowy Bieg Młodzieżowy.

    Jednak w tym roku Bieg Fiata nabrał nowego, szczególnego wymiaru. Po raz pierwszy w historii swoją przeszło 20-osobową reprezentację wystawi Fundacja Spartanie Dzieciom. Jej członkowie pobiegną dla 17-letniego mieszkańca Bielska-Białej, który od najmłodszych lat zmaga się z ciężką chorobą. Chłopiec przeszedł kilka skomplikowanych operacji, obecnie jest ciągle rehabilitowany i porusza się na wózku inwalidzkim. „Syn wymaga ciągłej intensywnej i specjalistycznej pomocy wielu ekspertów – mówi pani Ewa Bogacz, mama Marka. – Wspólnie ze Spartanami chcemy uzbierać pieniądze na ortezę stabilizującą staw skokowy w prawej nodze oraz turnus rehabilitacyjny. Koszt tych dwóch rzeczy to ok. 9000 zł. Wydawałoby się niewiele, ale dla nas jest to bardzo dużo. Będziemy ogromnie wdzięczni za każdą wpłatę”.

    Fundacja Spartanie Dzieciom już od 5 lat bierze udział w największych biegach ulicznych w Polsce i zagranicą, promując ideę charytatywnego biegania. Na swoim koncie ma już kilkadziesiąt zbiórek, dzięki którym udało się pomóc wielu dzieciom z niepełnosprawnościami. Na trasach biegowych nie sposób ich nie zauważyć. Pokonują je w przebraniach starożytnych Spartan. Mają na sobie hełmy, peleryny, a w rękach trzymają złote tarcze i długie włócznie. Grupa liczy już ok. 150 biegaczy i ciągle się powiększa. „W Bielsku-Białej nas jeszcze nie było, dlatego przyjęliśmy zaproszenie bez chwili wahania – mówi pan Łukasz Aleksandrowicz, organizator zbiórki dla Marka, który od 4 lat biega ze Spartanami. – Mamy nadzieję, że poruszymy serca mieszkańców Bielska-Białej i uzbieramy potrzebą sumę. Zachęcamy do wpłat nie tylko osoby prywatne, ale i lokalne firmy. Marek w swoim życiu przeżył wiele, ale w dalszym ciągu jest bardzo wesołym, otwartym i towarzyskim facetem. Szybko znaleźliśmy wspólny język, bo tak jak ja, Marek lubi grać na PlayStation” – dodaje z uśmiechem Spartanin Łukasz.

    FCA Poland wraz z Fundacją Spartanie Dzieciom zaprasza do licytacji pakietu startowego nr 1 w Biegu Fiata, z której dochód zostanie przeznaczony na pomoc Markowi. Aukcja jest dostępna pod adresem: http://allegro.pl/bieg-fiata-pakiet-startowy-z-numerem-1-i6188983833.html. Szczegółowe informacje o Fundacji Spartanie Dzieciom znajdują się na stronie: www.spartaniedzieciom.org.

    ***

    Bieg Fiata, rozgrywany od 1993 roku, jest jednym z najstarszych biegów na dystansie 10 km w Polsce. Jego historia nierozerwalnie łączy się z historią Fiata na Podbeskidziu, na którym marka jest obecna od 1973 roku, kiedy to w Fabryce Samochodów Małolitrażowych (FSM) w Bielsku-Białej i Tychach rozpoczęła się produkcja Fiata 126p. W 1992 roku FSM zostało przejęte przez włoską spółkę Fiat Auto, a rok później spod bramy bielskiej fabryki Fiat Auto Poland (obecnie FCA Poland) wystartował pierwszy Bieg Fiata. Przez wszystkie lata marka Fiat z zaangażowaniem wspierała bieg, występując nie tylko, jako sponsor tytularny, ale również poprzez czynne zaangażowanie pracowników FCA Poland w organizację wydarzenia, a także ich uczestnictwo w samym biegu. Doceniając rangę i popularność Biegu Fiata, w minionych latach Gośćmi Honorowymi byli m.in. złoci medaliści olimpijscy: Irena Szewińska i Zdzisław Krzyszkowiak.

    Szczegółowe informacje znajdują się na stronie www.biegfiata.pl.

    Podniesienie temperatury w centrach handlowych sposobem na zmniejszenie popytu na energię

    0

    W grudniu Komisja Europejska przedstawi swój nowy program rozwoju energetyki. Możliwe, że dla zarządzania popytem na energię w Polsce będzie podwyższana temperatura w centrach handlowych.
    Polska będzie się musiała jakoś dostosować do nowego modelu przedstawionego przez KE. – To nie będzie tak, że stworzymy sobie jakąś własną energetykę opartą na węglu, do której będziemy dopłacać ile zechcemy – w rozmowie z MarketNews24 mówi o tym Rafał Zasuń, ekspert WysokieNapięcie.pl. – Zapewne dostaniemy zgodę na jakiś własny program i pieniądze na modernizację energetyki, ale KE przedstawi swoje warunki.
    Komisja zapewne postawi na dalszy rozwój energetyki opartej na odnawialnych źródłach energii. Rozwijane będą sposoby zarządzania popytem. Do takich sposobów należy podnoszenie temperatury ogrzewania w centrach handlowych.

    Sfinks rozważa przejęcie trzech marek gastronomicznych

     

    rp_8861456018_533989253-sfinks-plany.png
    Sylwester Cacek, prezes zarządu Sfinks Polska SA.

    Sfinks Polska – spółka zarządzająca największą w Polsce siecią restauracji typu casual dining Sphinx oraz sieciami WOOK i Chłopskie Jadło – prowadzi negocjacje ze spółkami Cafe Contact oraz Inwento, których rezultatem może być akwizycja marek „Meta Seta Galareta”, „Meta Disco” oraz „Funky Jim”. Jednocześnie spółka Sfinks Polska odstąpiła od dalszych negocjacji dotyczących przejęcia marki 77 sushi.

    – Zgodnie z założeniami strategii jesteśmy zainteresowani akwizycjami, jednak do każdego ewentualnego przejęcia podchodzimy bardzo ostrożnie. Z Cafe Contact oraz Inwento prowadzimy negocjacje dotyczące trzech marek gastronomicznych, co spotkało się z aprobatą naszej rady nadzorczej. Nie oznacza to jeszcze zielonego światła dla samej transakcji zakupu. Czeka nas jeszcze wiele analiz przed podjęciem decyzji w tym zakresie – komentuje Sylwester Cacek, prezes zarządu Sfinks Polska SA.

    „Meta Seta Galareta” to sieć barów typu bistro, zaprojektowane tak, by swoim wyglądem dokładnie odzwierciedlać ducha epoki PRL. Z kolei „Meta Disco” to kluby taneczne, a bar „Funky Jim” to pierwszy lokal w Polsce objęty patronatem marki Jim Beam.

    Japonia czeka na zielone światło

    Ostatnie deklaracje przedstawicieli Fed dotyczące polityki monetarnej nie przyniosły rozstrzygnięć, ale szanse, że ruch w górę w ciągu najbliższych miesięcy jest możliwy, wyraźnie wzrosły. Członkowie Rezerwy Federalnej nie byli zbyt rozmowni, ale i tak zrobili swoje: rynek spodziewa się teraz, że Fed coś zrobi, choć dokładnie nie wiadomo kiedy. Dzisiaj wystąpi kolejny przedstawiciel banku centralnego, Daniel K. Tarullo. Trudno się spodziewać, że akurat on będzie bardziej konkretny w kwestiach podwyżek stóp, ale na pewno jego opinii nie można zlekceważyć.

    Końcówka tygodnia pod względem danych gospodarczych nie jest zbyt emocjonująca, a jedyne wskaźniki o wyraźnie wyższym priorytecie będą pochodziły z Kanady (sprzedaż detaliczna i inflacja CPI). Do obrazu gospodarki amerykańskiej swoje trzy grosze dołożą dzisiejsze dane o sprzedaży domów na rynku wtórnym w kwietniu (spodziewany jest lekki wzrost). Konsekwentnie warto obserwować Wielką Brytanię (w nocy pojawił się kolejny sondaż, niekorzystny dla zwolenników Brexit), zwłaszcza wskaźnik zamówień wg Konfederacji Brytyjskiego Przemysłu.

    Przez najbliższe dwa dni inwestorzy będą uważnie śledzili spotkanie ministrów finansów i bankierów centralnych państw G7 w japońskim mieście Sendai. Meeting jest ważny zwłaszcza dla japońskiego jena, gdyż końcowa deklaracja może zawierać sformułowania aprobujące fiskalną stymulację gospodarki, korzystne dla Tokio. Na rynku pojawiły się spekulację, że takie stanowisko może spotkać się z poparciem Kanady, natomiast nie spodoba się Niemcom.

    dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

    Ceny gruntów rolnych zaczęły już zdecydowanie spadać

    0

    Znamy już pierwsze efekty obowiązywania nowej ustawy regulującej obrót gruntami rolnymi. Ceny zaczęły spadać, czego obawiali się rolnicy.
    Ustawa regulująca obrót gruntami rolnymi obowiązuje od 30 kwietnia, a ograniczyła bardzo grono uprawnionych do kupowania ziemi tylko do osób mających uprawnienia rolnicze, zamieszkujących na terenie gminy gdzie znajduje się kupowany grunt lub sąsiedniej gminy.
    Minęło kilka tygodni od wprowadzenia ustawy i znamy pierwsze efekty. Potwierdzają się przypuszczenia, że skoro tak drastycznie zawężono możliwości kupowania gruntów, czyli zmniejszono popyt, to spadać będą ceny, które rolnicy mogli wynegocjować z kupującymi.

    – Pierwsze transakcje przeszły przez kancelarie notarialne i sądy wieczysto-księgowe, ceny spadły i grunty rolne można kupić zdecydowanie taniej – mówi w rozmowie z MarketNews24 Kuba Karliński członek zarządu Magmillon.