Wertowanie elektronicznej poczty, odwiedzanie serwisów społecznościowych lub czytanie newsów w telefonie czy tablecie to już dla wielu stały rytuał przed snem. Nie każdy jednak ma świadomość jak te czynności wpływają na jakość naszego wypoczynku.
Jakość i długość snu mają ogromny wpływ na samopoczucie i kondycję następnego dnia. To właśnie w trakcie nocnego wypoczynku nasz organizm robi coś w rodzaju przeglądu wszystkich systemów, naprawiając ewentualne usterki. Powinniśmy mu ten proces ułatwiać, dbając o odpowiednią higienę snu. Zrobimy to zapominając o serfowaniu po ulubionych stronach tuż przed zaśnięciem.
Wyświetlacze na cenzurowanym
Melatonina to główny sprzymierzeniec snu. Produkcja tego hormonu jest organizmowi wręcz niezbędna do zasypiania. Tymczasem wpatrując się w jasne ekrany urządzeń mobilnych, skutecznie hamujemy proces wytwarzania melatoniny. Głównym winowajcą jest niebieskie światło. W naturze, jego najsilniejsza emisja występuje w godzinach porannych i to właśnie ono daje do mózgu sygnał „czas wstawać, już rano…!”. Ekrany w smartfonach, tabletach czy komputerach emitują właśnie ten rodzaj światła, skutecznie zaburzając nasz rytm biologiczny.
Nie rób z sypialni miejsca do pracy
Oczywiście to głównie niebieskie światło, hamujące proces produkcji melatoniny, wpływa na zaburzenia snu. Jednak to nie jedyny powód, dla którego powinniśmy zapomnieć o korzystaniu z urządzeń mobilnych przed zaśnięciem. Innym aspektem jest mechanizm, tworzący się w naszych umysłach. Sypialnia zamiast miejsca utożsamianego wyłącznie z wypoczynkiem, coraz częściej staje się przestrzenią, w której nasz mózg jest stymulowany do dalszej aktywności i pracy.
Smartfony to nie wszystko
Tak naprawdę ograniczyć korzystanie z urządzeń mobilnych powinniśmy na co najmniej godzinę przed snem. Jednak to tylko jeden z elementów dbania o komfort spania. Nie zapominajmy o takich czynnościach jak wywietrzenie sypialni czy zjedzenie lekkiej kolacji, najlepiej popijając posiłek ziołową herbatką. Zdrowy sen może nam zapewnić także dobry materac – Jeżeli chcemy budzić się z uśmiechem powinniśmy zainwestować w wysokiej jakość materac, który będzie nam służył przez lata. Wybierając ten odpowiedni, zwróćmy uwagę na jego twardość i rodzaj wypełnienia. Dobrym sprawdzeniem tego pierwszego kryterium jest prosty test, polegający na wsunięciu rozłożonej dłoni pod plecy podczas leżenia na materacu na wznak. Jeśli ręka wsunie się stawiając lekki opór, będziemy mieli pewność, że nasz kręgosłup zyska odpowiednie podparcie – tłumaczy Tomasz Goc, Dyrektor Handlowy Fabryki Materacy Janpol.
W latach 2015-2020 polski rynek prywatnej opieki zdrowotnej będzie rósł w tempie około 7% średniorocznie, a ubezpieczenia zdrowotnej będą najszybciej rozwijającym się segmentem rynku, wynika z najnowszego raportu firmy badawczej PMR pt. Rynek prywatnej opieki zdrowotnej w Polsce 2015. Prognozy rozwoju na lata 2015-2020.
Stabilny wzrost rynku
Dynamika rynku prywatnej opieki medycznej będzie wzrastać w kolejnych latach, w związku ze stopniową poprawą ogólnej sytuacji ekonomicznej. Pozytywnie na rynek wpływać będą zwłaszcza wzrost PKB, wzrost konsumpcji prywatnej, wzrost średnich miesięcznych wynagrodzeń oraz spadek bezrobocia. Mimo nieco niższych niż we wcześniejszych latach dynamik wzrostu rynku abonamentów i ubezpieczeń zdrowotnych w latach 2017-2020, wzrost całkowitego rynku prywatnej opieki zdrowotnej nie zostanie zatrzymany, głównie za sprawą silnej dynamiki przewidywanej dla wydatków ponoszonych przez pacjentów z własnej kieszeni właśnie w tych latach.
Ubezpieczenia zdrowotne: wzrost pomimo braku bodźców
Rynek ubezpieczeń zdrowotnych, jako niedojrzały i uzależniony od czynników makroekonomicznych, zanotował wyraźne zahamowanie dynamiki wzrostu w roku 2013 w stosunku do lat poprzednich. Historyczne dane pokazują bardzo duże wahania dynamiki rynku w tym segmencie. Wynika to z niskiej bazy, która z jednej strony umożliwia generowanie dużo wyższych dynamik niż w przypadku abonamentów, ale z drugiej strony powoduje to, że jednorazowe czynniki (np. wprowadzenie przez daną firmę polis zdrowotnych do oferty lub poszerzenie oferty w tym zakresie), powodują silne wahania.
W naszej opinii, popartej także opinią firm, z którymi przeprowadziliśmy wywiady na potrzeby tego raportu, żadne istotne zmiany prawne nie nastąpią co najmniej w ciągu najbliższych 2-3 lat. Wynika to z faktu, iż w momencie przygotowywania raportu nie były prowadzone żadne prace nad ustawą o dodatkowych ubezpieczeniach zdrowotnych.
W latach 2015-2016, w sytuacji braku prawnych uwarunkowań rynku oraz niskiej bazy największy wpływ na rozwój rynku dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych będą miały czynniki makroekonomiczne. Dopóki rynek ubezpieczeń nie nasyci się, czynniki makroekonomiczne będą na niego wpływać w największym stopniu. Lata 2017-2020 to także okres dobrych prognoz makroekonomicznych. Należy spodziewać się wtedy osiągnięcia przez rynek pewnej stabilizacji i częściowego uniezależnienia się od czynników makroekonomicznych. Dlatego, mimo prognoz, które przewidują dalszy spadek bezrobocia w analizowanym okresie, nasycenie rynku spowoduje wtedy wyhamowanie dynamiki jego wzrostu.
Abonamenty medyczne niezagrożone
Pomimo szybkiego rozwoju segmentu ubezpieczeń zdrowotnych, na rynku prywatnej opieki medycznej w najbliższych latach nadal będą dominowały usługi abonamentowe. Rozwojowi tego sektora sprzyja brak mocnych perspektyw dla segmentu ubezpieczeń zdrowotnych. Dlatego też w najbliższych latach rozwojowi usług abonamentowych nie powinien zagrozić plan wejścia firm ubezpieczeniowych w sektor opieki zdrowotnej. Motorem rozwoju, podobnie jak w poprzednich latach, będą ponadto: bardzo dobry marketing oraz zaplecze techniczne firm medycznych, którym udało się w sposób bardziej efektywny niż towarzystwom ubezpieczeniowym dotrzeć do najważniejszych potencjalnych klientów (pracodawców), a także wzrastająca świadomość zdrowotna w społeczeństwie.
W dwucyfrowym tempie będą rozwijały się usługi FFS (fee-for-service, świadczenia płatne bezpośrednio z własnej kieszeni). W obliczu niedoboru podaży usług publicznej służby zdrowia i rosnących kolejek do specjalistów w ramach abonamentów medycznych lub DUZ oraz braku perspektyw na rozwiązanie tych problemów, rośnie chęć Polaków (zwłaszcza tych zamożniejszych) do prywatnego opłacania wizyt lekarskich, pobytów w szpitalu i usług rehabilitacyjnych. Dużą rolę w rozwoju tego segmentu ma przede wszystkim zależność od płac i dochodów.
Wyjaśnienia metodologiczne
Na wartość rynku składają się wydatki na leki i nieleki z kieszeni pacjenta, usługi rehabilitacyjne, badania diagnostyczne i wizyty lekarskie opłacane z własnej kieszeni, abonamenty oferowane przez firmy medyczne wraz z usługami medycyny pracy, ubezpieczenia zdrowotne oferowane przez towarzystwa ubezpieczeniowe, opłaty w szarej strefie, np. „dowody wdzięczności” dla lekarzy oraz inne opłaty ponoszone bezpośrednio z kieszeni pacjenta.
Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. Rynek prywatnej opieki zdrowotnej w Polsce 2015.
Dzięki wielomiliardowym dotacjom do polskiego rolnictwa popłynął strumień pieniędzy. Jak skierować środki finansowe obracające się w branży do swojego portfela? Sprzedając rolnikom to, czego potrzebują.
W ciągu 10 lat obecności naszego kraju w Unii Europejskiej polscy rolnicy otrzymali 97 mld zł dopłat. Środki te były przeznaczane na wymianę parku maszynowego, zakup ziemi, przebudowę budynków gospodarskich, nowe technologie pracy w uprawach, nawozy. Co roku o fundusze stara się około 1,4 mln rodzimych właścicieli gruntów rolnych. Po raz pierwszy w historii do polskiego rolnictwa, przemysłu przetwórczego i na tereny wiejskie popłynął tak duży strumień pieniędzy na modernizację, rozwój i poprawę warunków życia. Zniknął też mit zacofania polskiego rolnika, który jeszcze w latach 80. większość prac wykonywał ręcznie. Zmieniła się mentalność – właściciele gospodarstw zaczęli traktować je jako firmy, które muszą się dostosować do rynku.
Do tej pory za unijne pieniądze rolnicy kupili 36 tys. ciągników, przeszło 228 tys. maszyn i urządzeń rolniczych, zrealizowani ponad 3,1 tys. inwestycji budowlanych. A nie jest to bilans ostateczny.
Zmiany w rolnictwie pociągnęły za sobą rozwój i zmiany w strukturze placówek handlowych, które odpowiedziały na potrzeby tego sektora i dostosowały się do jego wymagań. Kto zatem zarabia na rolnictwie? Niewątpliwie specjalistyczne sklepy oferujące części zamienne do maszyn rolniczych, ciągników, hydraulikę siłową, artykuły do produkcji zwierzęcej, ogumienie, koła, akumulatory i akcesoria. W rolnictwie potrzebna jest też specjalistyczna odzież i obuwie oraz artykuły związane z ochroną osobistą.
Nie ma handlu bez zaopatrzenia
Wyznacznikiem sukcesu w tej branży jest przede wszystkim stały dostęp do wysokiej jakości towarów w konkurencyjnych cenach i umiejętne zarządzanie punktem handlowym. Przykładem jest tu sieć specjalistycznych sklepów technicznego zaopatrzenia rolnictwa, przemysłu i ogrodnictwa działająca pod marką GRENE.
Historia działalności marki w Polsce sięga blisko 19 lat, kiedy na gruncie przekształcających się przedsiębiorstw wywodzących się z punktów handlowych Agroma zrodziła się idea profesjonalnego sklepu skupiającego wokół siebie lokalną społeczność rolników, ogrodników oraz zwykłych działkowców.
Pod marką GRENE działają obecnie 92 sklepy własne i 34 franczyzowe. Planuje się, że do końca 2018 roku sieć będzie liczyć łącznie 220 placówek. Kompleksowe know-how zdobyte przez lata prowadzenia i rozwoju sieci detalicznej jest na tyle dopracowane, że firma chce dzielić się doświadczeniem i rozwija sieć franczyzową.
– Rozwój naszej sieci nie byłby tak dynamiczny, gdyby nie fakt, że korzystamy ze wsparcia firmy Kramp, która jest największą w Polsce i Europie firmą zajmującą się hurtową sprzedażą części zamiennych i technicznego zaopatrzenia rolnictwa. Dzięki współpracy z nowoczesnym magazynem logistycznym w Modle Królewskiej k/Konina jesteśmy w stanie dostarczyć produkt z oferty ponad 700 tys. pozycji w przeciągu 24-72 godzin od momentu złożenia zamówienia – mówi Leszek Niewiedziała, Kierownik Działu Franczyzy GRENE.
Znasz się na ciągnikach? Poradzisz sobie w biznesie
Według relacji przedstawiciela sieci, w tym biznesie doskonale się sprawdzą osoby mające doświadczenie w sektorze rolniczym – ktoś, kto zna branżę od podszewki. Właściciel sklepu GRENE jest jednocześnie kierownikiem, sprzedawcą i doradcą w swojej placówce. Oczywiście samo to, że ktoś zna branżę i ma kapitał na rozkręcenie biznesu nie gwarantuje sukcesu.
– Może się nie powieść tym, którzy prowadzą kilka firm jednocześnie i zamiast skupić się na prowadzeniu sklepu koncentrują się na innych swoich biznesach. Sklepu GRENE nie da się bowiem prowadzić „przy okazji”. Najczęściej popełnianym błędem jest też to, że właściciel sklepu nie wyznacza osoby odpowiedzialnej za kierowanie punktem handlowym – przestrzega Leszek Niewiedziała.
Nie jest to też biznes dla tych, którzy spodziewają się szybkiego zysku. Potencjalni franczyzobiorcy w Polsce są bardzo niecierpliwi i oczekują szybkiego zwrotu z inwestycji. Jak wynika z sondy portalu franczyzawpolsce.pl aż 60% jej uczestników uważa, że półtora roku powinno wystarczyć by zainwestowane we franczyzowy biznes środki się zwróciły. W przypadku franczyzy GRENE zwrot z inwestycji następuje w trzecim lub czwartym roku działalności sklepu.
– Oszacowując okres zwrotu inwestycji uwzględniamy, między innymi, wydatki poniesione w związku z dostosowaniem istniejącego lokalu. Umowa franczyzy jest podpisywana na okres pięciu lat. Opłata za przystąpienie do systemu to koszt 20 tys. zł. Przy przedłużeniu umowy ta opłata już nie występuje. Do kosztów inwestycyjnych należy również zaliczyć wartość pierwszego zatowarowania sklepu, która kształtuje się na poziomie 200 – 250 tys. złotych netto – tłumaczy Leszek Niewiedziała.
Firma cały czas prowadzi rekrutację kandydatów na franczyzobiorców. Współpraca z nią gwarantuje efektywne wykorzystanie kapitału i znacznie zmniejsza ryzyko związane z prowadzeniem działalności gospodarczej. Szukając lokalizację warto wziąć pod uwagę bliskie sąsiedztwo stacji kontroli pojazdów, stacji paliw, sklepu budowlanego czy myjni samochodowej. Preferowane są lokale parterowe, na jednej kondygnacji.
Analizując rynek można stwierdzić, że system franczyzowy sklepów rolniczo – technicznych GRENE to jedyny w tej branży, zapewniający model bezpiecznej współpracy, za którego budową i rozwojem stoi silna grupa kapitałowa. Franczyzodawca zapewnia siłę marki, marketing, atrakcyjne ceny zakupu i szeroki asortyment towarów oraz szereg innych ważnych z punktu widzenia działalności gospodarczej narzędzi. Potwierdzają to franczyzobiorcy GRENE, którzy decydują się na dalsze kroki w tym biznesie.
– Od lat istniejemy na lokalnym rynku rolniczym. Biznes ten znamy i nim żyjemy. Chcieliśmy od dawna rozwijać się dalej, dlatego nasz wybór padł na rozpoznawalną w sektorze rolniczym markę – opowiada Leszek Pietrasik, właściciel sklepu GRENE w Szprotawie. Powodzenie tej placówki, popularność wśród lokalnej społeczności i wsparcie GRENE sprawiły, że przedsiębiorca zdecydował się na drugi sklep i w kwietniu tego roku uruchomił kolejny punkt franczyzowy w Nowej Soli.
Jak wynika z badania Pracuj.pl „Specjaliści na rynku pracy” dla niemal 40% aktywnych zawodowo kobiet równowaga między pracą a życiem osobistym jest istotna przy wyborze nowego pracodawcy, a dla 13% brak takiej równowagi jest powodem dla którego poszukują nowej pracy. Pracuj.pl sprawdził czego jeszcze kobiety oczekują od pracodawcy i na jakie udogodnienia mogą liczyć pracujące mamy.
Kobiety oczekują dobrych zarobków – i to właśnie zarobki są, jak wynika z badania Specjaliści na ryku pracy 2014, kluczowym czynnikiem zachęcającym je do poszukiwania czy zmiany pracy. Jak wynika z cytowanego badania aż 72% pracujących pań wskazuje na zarobki jako na decydujący przy wyborze nowego pracodawcy czynnik. Ale wskazują także na wiele innych aspektów które są dla nich istotne w pracy, należą do nich: elastyczny czas pracy – na który wskazało 18% badanych kobiet oraz dodatkowe benefity oferowane przez pracodawcę – ważne dla 17% respondentek oraz wspomniana wcześniej równowaga między pracą i życiem osobistym.
Pracodawcy dla rodziców
Wielu pracodawców uważa, że pracujące matki posiadają umiejętności, które wyróżniają je na rynku pracy. Umiejętność godzenia wielu sprzecznych interesów, szybkość reagowania, elastyczność, wielozadaniowość – to tylko niektóre z cech rozwijanych przez mamy na co dzień w domu, które przeniesione na grunt zawodowy okazują się bardzo przydatne.
Dlatego też wiele firm czeka na mamy powracające po urlopach macierzyńskich oferując im ułatwienia w powrocie do pracy oraz dodatkowe przywileje ułatwiające godzenie pracy zawodowej z rodzicielstwem. Taką firmą jest na przykład Skandia Życie, w której duży nacisk kładzie się na respektowanie potrzeb matek i ojców. Z poziomu pracodawcy czekamy na powrót rodziców z urlopów macierzyńskich, dzięki czemu mają komfort powrotu do pracy niezależnie od czasu trwania nieobecności. Przed urlopem macierzyńskim udzielamy mamom pełnej informacji o przysługujących prawach i obowiązkach, a w czasie urlopów macierzyńskich – utrzymujemy kontakt z rodzicami. Nie zapominamy o ojcach, których również informujemy o ich uprawnieniach związanych z rodzicielstwem – opowiada Małgorzata Woody, Dyrektor Departamentu Zarządzania Zasobami Ludzkimi, Skandia Życie.
Skandia zapewnia także możliwość korzystania z opieki medycznej, nawet na urlopach wychowawczych. Po powrocie rodzica do pracy jesteśmy elastyczni w dostosowaniu godzin rozpoczynania i kończenia pracy oraz przy planowaniu urlopów. Organizujemy również imprezy z okazji Dnia Dziecka, na których pracownicy-rodzice i ich pociechy mogą wspólnie spędzać czas, biorąc udział w atrakcyjnych zabawach. Wielu naszych pracowników uczestniczy również z rodzinami w wydarzeniach sportowych współorganizowanych przez Skandię, aktywnie spędzając czas – dodaje Małgorzata Woody ze Skandii.
O kobiety w ciąży i młode mamy w wyjątkowy sposób dba także grupa Beiersdorf w Polsce w skład, której wchodzą m.in. NIVEA Polska. – W naszej firmie wprowadziliśmy program „Working Parents”, który obejmuje m.in. możliwość częściowego przeorganizowania swoich obowiązków na czas ciąży, skorzystania z opcji elastycznego czasu pracy lub z możliwości tzw. stopniowego powrotu do pracy po urlopie macierzyńskim. Ponadto rodzicom przysługują dwa dodatkowe, płatne dni wolne w roku. Udogodnieniem dla kobiet w ciąży jest również możliwość korzystania ze specjalnego miejsca parkingowego położonego blisko wejścia do biura, a dla kobiet w ciąży i młodych mam przygotowano odpowiednio wyposażony pokój odpoczynku. NIVEA jako pierwszy pracodawca w Poznaniu otworzyła firmowe przedszkole z bogatym programem edukacyjnym. – mówi Małgorzata Biwan, Compensation & Personnel Administration Manager w grupie Beiersdorf.
Jak wynika z analiz Pracuj.pl pracodawcy mogą na wiele sposobów pomóc pracującym mamom w godzeniu życia zawodowego z prywatnym. Bardzo ważne są ułatwienia w powrocie do pracy po urlopie macierzyńskim czyli możliwość powolnego wdrażania się w obowiązki. Pomaga w tym elastyczny czas pracy, możliwość pracy z domu czy praca w niepełnym wymiarze etatu. Istotne jest także utrzymywanie relacji z mamą w trakcie jej urlopu macierzyńskiego dzięki czemu jest ona na bieżąco z życiem firmy. Są przedsiębiorstwa, prowadzące żłobki czy przedszkola dla dzieci pracowników, które funkcjonują w godzinach pracy rodzica, inne dofinansowują pracownikom żłobki i przedszkola dla dzieci – każde z tych rozwiązań ułatwia mamom godzenie pracy z życiem osobistym. Coraz więcej firm oferuje kobietom w ciąży czy młodym mamom pokoje odpoczynku czy specjalne miejsca parkingowe. Wiele przedsiębiorstw umożliwia także objecie całej rodziny abonamentem medycznym, co nie jest bez znaczenia dla pracujących rodziców.
Cytowanie danych za podaniem źródła: Badanie Pracuj.pl Specjaliści na rynku pracy
Badanie Specjaliści na rynku pracy zostało przeprowadzone przez portal Pracuj.pl metodą ankiety dostępnej online na grupie 4656 osób z min. 2-letnim doświadczeniem na rynku pracy, pracujących na stanowiskach specjalistycznych, menadżerskich i wyższych. Badanie zostało przeprowadzone w październiku 2014 r.
Robert Kierzek, prezes zarządu dystrybutora części samochodowych, spółki Inter Cars
Inter Cars spodziewa się, że w br. przychody Grupy Kapitałowej wzrosną o około 8-12 proc. Spółka chce przede wszystkim skorzystać z dynamicznie rosnącego popytu na samochody dostawcze. Strategicznym celem firmy jest zwiększanie sieci dystrybucji, w tym głównie za granicą. Już połowie przyszłego roku powinna zakończyć się budowa nowego centrum logistycznego w Zakroczymiu koło Warszawy.
– W br. nastawiamy się głównie na wzrosty w segmencie samochodów ciężarowych i segmencie opon – mówi agencji Newseria Inwestor Robert Kierzek, prezes zarządu dystrybutora części samochodowych, spółki Inter Cars. – Rynek części do aut osobowych jest mocno nasycony, panuje też na nim duża konkurencja, więc tutaj o spektakularne wzrosty będzie trudno. Dalej jednak planujemy rosnąć szybciej niż rynek. Przewidujemy, że całej Grupy Kapitałowej uda się zrealizować wzrost między 8 a 12 proc.
Według Polskiego Związku Przemysły Motoryzacyjnego (PZPM) w kwietniu br. zarejestrowano 32554 nowych samochodów osobowych i dostawczych do 3,5 t, o 3,9 proc. więcej niż w tym samym miesiącu rok wcześniej i mniej o 15,1 proc. niż w marcu. Liczba nowych aut osobowych powiększyła się o 28526 samochodów, czemu sprzyjała, jak oceniają analitycy PZPM, korzysta sytuacja gospodarcza. Po dwóch miesiącach spadków odnotowano zatem niewielki wzrost nowych rejestracji (o 1,7 proc.) wobec tego samego miesiąca rok wcześniej.
Bardziej dynamicznie rozwija się rynek samochodów dostawczych (do 3,5 tony). Tempo wzrostu w tej części (w stosunku do kwietnia ub.r.) przekroczyło jedną piątą (22,4 proc.). W kwietniu br. zarejestrowano łącznie 4028 tego rodzaju pojazdów. Zgodnie z sezonowym trendem było to mniej niż w poprzednim miesiącu (o 15,2 proc.), jednak od początku roku w tej grupie rejestracji umacnia się dobra koniunktura i po czterech miesiącach tempo zmiany wynosi już 15,8 proc. Do klientów trafiło 15914 pojazdów.
– Wzrosty spółki w segmencie samochodów o ładowności masie 3,5 t na pewno będą dwucyfrowe – zapowiada Robert Kierzek. – Trudno mi jednak dokładnie w tej chwili coś prognozować. Poczyniliśmy natomiast sporo inwestycji zarówno w towar, jak i struktury sprzedaży. To wszystko powinno zaowocować znacznie wyższymi wzrostami niż w naszym naturalnym segmencie, którym są części do aut osobowych.
Inter Cars jest największym w Polsce importerem i dystrybutorem elementów zamiennych do samochodów. Oferta firmy obejmuje również wyposażenie warsztatowe, w szczególności urządzenia do obsługi i naprawy samochodów oraz części do motocykli i tuningu. Spółka ma ponad 310 filii, w tym 172 w kraju. Strategiczne cele tej firmy to rozwój sieci dystrybucji oraz ciągłe usprawnianie procesów logistycznych.
– Zagranica rozwija się dużo dynamiczniej, w związku z tym rozwój sieci filialnej będzie tam zdecydowanie większy niż na rynku wewnętrznym – zapowiada prezes Inter Cars. – W kraju jesteśmy obecni we wszystkich dużych miastach. W wielu z nich jest po kilka naszych filii, więc teraz przyszedł czas na mniejsze miejscowości, mające kilkanaście lub kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców. Nasza najnowsza filia została otwarta w podkarpackim Jarosławiu.
W Polsce Grupa posiada magazyn centralny w Czosnowie oraz trzy Regionalne Centra Dystrybucji. Sprawna sieć logistyczna umożliwiała dotąd wzrost sprzedaży, ale posiadany dotychczas potencjał logistyczny (powierzchnie magazynowe, technologie logistyczne oraz systemy informatyczne) mógł stanowić barierę dla dalszego rozwoju. Dlatego ILS, spółka logistyczna Grupy, buduje w niedalekim Zakroczymiu, w pobliżu Lotniska Warszawa-Modlin, Centrum Logistyczne, która ma stworzyć 200 nowych miejsc pracy. Nowa placówka będzie obsługiwać przyjmowanie towarów od dostawców, realizację zamówień, wydań, konfekcjonowania i zwrotów oraz obsługę przeładunków cross-docking. Inwestycja pochłonie ponad 150 mln złotych, dając 40 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni magazynowej. W środę 27 maja odbędzie się podpisanie aktu erekcyjnego pod tę inwestycję.
– Jest to nasze największe zadanie inwestycyjne w ostatnich latach, budowa już się zaczęła, w tej chwili trwają prace nad konstrukcją hali – zauważa prezes Kierzek. – Plan mamy ambitny: chcemy skończyć inwestycję w połowie przyszłego roku. Będzie to najnowocześniejsze centrum logistyczne dystrybucji części zamiennych w Europie połączone z rozwiązaniami logistyki wewnątrzmagazynowej, jakiej w tej branży jeszcze nikt nie ma.
Mimo inwestycji Inter Cars nie zamierza zmieniać polityki dywidendowej i dzielić się choć częścią zysku z akcjonariuszami. Rada Nadzorcza zatwierdziła wypłatę udziałowcom 10 z 95,7 mln zł zysku za ubiegły rok.
– Dynamiczny rozwój wymaga dostępu do środków finansowych. Oczywiście korzystamy z finansowania zewnętrznego w momencie, kiedy są ku temu przesłanki. Natomiast wydaje się, że polityka dywidendowa, którą firma od paru lat stosuję, jest polityką dobrą, bo budzi dodatkowe zaufanie akcjonariuszy do naszej półki – przekonuje Kierzek.
Po pierwszym kwartale br. przychody Grupy Inter Cars wyniosły 982,5 mln zł i były wyższe o około 12 proc. niż w tym samym okresie 2014 roku. Spółka wypracowała zysk netto w wysokości 35,8 mln wobec 33,4 mln zł przed rokiem.
Rubel, choć odrobił w ostatnich miesiącach część strat z 2014 roku, dalej już drożeć nie powinien. Dopóki ropa jest tania, a sytuacja na Ukrainie napięta, dopóty rosyjska waluta pozostanie na obecnym poziomie.
– Rubel jest bardzo ciekawą walutą, ponieważ jest bardzo mocno związany z rynkiem surowcowym– mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marcin Mróz, główny ekonomista Grupy Copernicus. – Gdybyśmy sobie na jednym wykresie nałożyli wykres cen ropy i wykres cen rubla, to się okazałoby, że drożejąca ropa jest korzystna dla rubla i vice versa. Jeżeli ropa tanieje, rubel się osłabia. Od stycznia tego roku mamy do czynienia ze stopniowym wzrostem cen ropy, a więc również rubel zaczyna bardzo wyraźnie odrabiać straty z ubiegłego roku.
Rosyjska gospodarka w ogromniej mierze opiera się na sprzedaży ropy naftowej. Niskie ceny surowców na rynkach oznaczają, że w rosyjskim budżecie brakuje pieniędzy. Nie zarabiają ich też rosyjskie firmy ani obywatele. Tymczasem baryłka ropy kosztuje dziś niespełna w granicach 57-66 dolarów. I to ropa Ural, sprzedawana przez Rosję, jest obecnie najtańsza. Dzisiejsza cena jest wprawdzie trochę lepsza dla Rosjan niż notowane w styczniu 45 dolarów, ale daleka od ponad 115 dolarów z wiosny 2013 roku.
Przed zajęciem Krymu przez wojska rosyjskie za jedno euro trzeba było zapłacić 45 rubli. Po rozpoczęciu wojny rosyjska waluta systematycznie traciła na wartości i w styczniu 2015 euro kosztowało już 78 rubli. Dopiero negocjacje pokojowe i podpisanie mińskiego zawieszenia broni uspokoiły inwestorów. Obecnie za europejską walutę płaci się ok. 55 rubli, choć kilka dni temu doniesienia o ostrzelaniu miasta Maripol przez Rosjan natychmiast osłabiły na chwilę ich walutę.
– Na początku tego roku paradoksalnie inwestycje w rublu wyglądały bardzo atrakcyjnie – zwraca uwagę Marcin Mróz. – Mieliśmy kraj, w którym waluta w ubiegłym roku przeceniła się prawie dwukrotnie. Mieliśmy kraj o wysokim poziomie stóp procentowych, więc dla inwestorów zdecydowanych na wysokie ryzyko, a jednocześnie polujących na wysokie stopy zwrotu rubel był bardzo atrakcyjnym rynkiem.
Obecnie Rosja korzysta z premii za miński rozejm.
– Złożywszy to razem z wyższymi cenami ropy i zarazem trochę z wygasaniem konfliktu na Ukrainie, wszystko to razem przyczyniło się do tego, że mamy do czynienia ze stopniowym odrabianiem strat przez rubla– ocenia główny ekonomista Grupy Copernicus. – I moim zdaniem recepta na najbliższą przyszłość dla przewidujących rosyjską walutę jest bardzo prosta: patrzmy na to, co się będzie działo z cenami ropy. Jeżeli będą rosły, to również rubel będzie się umacniał.
To, co będzie się działo z rosyjską walutą w najbliższych miesiącach, zależy więc od jej relacji z Ukrainą oraz podaży ropy na światowych rynkach. A sytuacja na rynku ropy w dużej mierze zależy od Amerykanów, którzy po zaatakowaniu Ukrainy zwiększyli sprzedaż swojej ropy, by odebrać Moskwie sporą część dochodów z eksportu.
– Naturalnie przechodzimy do kolejnego punktu, czyli tego, co może się dziać z cenami ropy – podkreśla Marcin Mróz z Grupy Copernicus. – Moim zdaniem pole do dalszego wzrostu cen tego surowca przy dużej nadpodaży ropy na rynkach światowych jest bardzo ograniczone, więc jeżeli miałbym zaryzykować prognozę dla rubla na najbliższy czas, raczej widziałbym go w trendzie horyzontalnym. Natomiast dalsze odrabianie strat raczej przełożyłbym na moment, kiedy uspokoi się sytuacja militarna w regionie i inwestorzy dużo przychylniejszym okiem zaczną patrzeć na inwestycje w Rosji.
Współpraca ludzi sztuki i biznesu może rodzić wspaniałe przedsięwzięcia, na których zyskuje przede wszystkim społeczeństwo. Nie każdy z nas ma możliwość podziwiania prac wybitnych artystów w muzeach czy galeriach. Dzięki przedsiębiorcom wysoka sztuka może jednak wychodzić poza nie.
Wielka sztuka zawsze rozwijała się dzięki mecenasom. „Przedsiębiorcy dzisiaj coraz częściej chcą wyrażać sens swojego biznesu przez dzieła sztuki. To bardzo dobra tendencja, która w Polsce rozwija się na wzór tego, co miało miejsce w wielkich europejskich stolicach” – mówi serwisowi infoWire.pl Waldemar Dąbrowski, dyrektor naczelny Teatru Wielkiego – Opery Narodowej w Warszawie.
Przykładem tego trendu jest – promujące rzeźbiarstwo – przedsięwzięcie „Figury” sieci galerii i centrów handlowych Dekada. Zakłada ono pojawienie się przed obiektami firmy 10 figur wykonanych z brązu, autorstwa prof. Adama Myjaka, rektora warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. „Nasze centra handlowe odwiedzają dziennie tysiące osób. Dodanie elementów sztuki spowoduje, że klienci staną się jej odbiorcami” – zauważa Aleksander Walczak, prezes Dekady. Nie zawsze mamy przecież czas i pieniądze, by odwiedzać muzea i galerie sztuki. Rekompensować powinna nam to przestrzeń miejska. „Sens jest taki, żeby łączyć działalność komercyjną z artystyczną” – dodaje prezes.
„Człowiek to moduł, który zawsze będzie w centrum zainteresowania artystów, a moim w szczególności” – zaznacza prof. Adam Myjak, rektor warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, twórca rzeźb, które staną przed galeriami i centrami handlowymi Dekady. „Interpretacja rzeźby jest dowolna. Moja może symbolizować np. »Anioła Biznesu«. Dla mnie najważniejsze było stworzenie optymistycznego i dynamicznego obiektu mającego pozytywnie działać na miejsce, w którym się znajduje, i otoczenie” – mówi artysta.
Przekroczenie progu dochodowego nie będzie już dla rodziny oznaczało utraty zasiłku – 1 stycznia 2016 r. ma wejść w życie nowelizacja Ustawy o świadczeniach rodzinnych.
Obecnie, aby móc otrzymywać zasiłek, przeciętny miesięczny dochód na osobę w rodzinie nie może przekraczać 574 zł (664 zł – jeśli jednym z jej członków jest niepełnosprawne dziecko). Nawet najmniejsze przekroczenie tego progu powoduje utratę prawa do korzystania ze świadczeń. Od przyszłego roku – wraz z wprowadzeniem zasady „Złotówka za złotówkę” – ma się to zmienić.
„W przypadku przekroczenia progu dochodowego świadczenie rodzinne będzie dalej wypłacane, ale jego wysokość zostanie pomniejszona o kwotę, o którą ten próg jest przekraczany” – mówi serwisowi infoWire.pl Minister Pracy i Polityki Społecznej Władysław Kosiniak-Kamysz. Przykładowo, jeżeli próg jest przewyższany o 100 zł, otrzymywane świadczenie będzie o 100 zł mniejsze. Minimalna kwota zasiłku ma wynosić 20 zł. Co ważne, rodziny, którym przestano wypłacać świadczenia z powodu przekroczenia progu, będą mogły otrzymywać je z powrotem.
Zasada „Złotówka za złotówkę” dotyczy zasiłku rodzinnego i jego dodatków: z tytułu urodzenia dziecka, samotnej opieki nad dzieckiem, opieki nad dzieckiem w okresie korzystania z urlopu wychowawczego, wychowywania dziecka w rodzinie wielodzietnej, kształcenia i rehabilitacji dziecka niepełnosprawnego, rozpoczęcia roku szkolnego, a także podjęcia przez dziecko nauki w szkole poza miejscem zamieszkania.
Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej szacuje, że w 2016 r. – dzięki wprowadzeniu zmian – ze świadczeń skorzysta dodatkowe 160 tys. rodzin.
Spółka AB, dystrybutor elektroniki użytkowej oraz rozwiązań z zakresu IT, zapowiada uruchomienie nowej sieci handlowej pod nazwą Wyspa Skarbów, która ma specjalizować się w sprzedaży zabawek. Firma chce wykorzystać swoje doświadczenia, które zdobyła, zarządzając placówkami handlowymi w Europie Środkowej i Wschodniej. Zarząd liczy na konsolidację rynku i zbudowanie sieci, która docelowo będzie obejmować ponad 100 sklepów.
– Obecnie mamy 1,5 tys. punktów sprzedaży w Europie Środkowo-Wschodniej w sieci różnego rodzaju franczyz – przypomina w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Andrzej Przybyło, prezes spółki AB. – Swoje bogate doświadczenia chcemy teraz wykorzystać także na rynku zabawek. Uruchamiamy więc nową inicjatywę – sieć franczyzową sklepów z zabawkami pod nazwą Wyspa Skarbów.
Nowa struktura ma być głównym ośrodkiem konsolidacji rozdrobnionego obecnie rynku, wartego wg szacunków ok. 2 mld zł. Spółka chce, aby docelowo w skład nowej sieci wchodziło ponad sto sprzedających zabawki placówek handlowych.
– Uważam, że rynek jest bardzo rozdrobniony, dlatego znajdzie się na nim miejsce dla każdego. Chcemy ten rynek konsolidować, w planach mamy na pewno dynamiczny rozwój. Mogę obiecać, że chcemy mieć docelowo ponad 100 sklepów – zapowiada szef AB.
Zgodnie z planami spółki w Magnicach pod Wrocławiem już podczas tegorocznych wakacji ruszyć ma nowe centrum dystrybucyjno-logistyczne przedsiębiorstwa. To jedna z kluczowych inwestycji w ostatnich latach, dzięki której cała grupa ma uzyskać przewagę rynkową pod względem logistyki. Do nowej lokalizacji przeniesiony zostanie nie tylko cały dział magazynowo-logistyczny, lecz także centrala. Nowa siedziba AB będzie mieć 27 tys. mkw. powierzchni, ponad dwa razy więcej niż obecnie.
– Centrum było projektowane głównie pod kątem obsługi e-commerce – przypomina prezes Andrzej Przybyło. – Obsługa zwiększonego ruchu w internecie to ogromne wyzwanie przyszłości. Nasze nowe centrum ma nam na to pozwolić. Dzięki niemu będziemy mogli jeszcze intensywniej się rozwijać, bo planujemy przepustowość na poziomie około 120 tys. paczek dziennie. Sercem tego systemu jest oczywiście automatyka magazynowa, wielopoziomowe antresole z dużą wydajnością, czyli ruch w zasadzie zautomatyzowany.
Rynek dystrybucji elektroniki użytkowej i rozwiązań z zakresu IT, jak wskazuje prezes zarządu spółki AB, charakteryzuje się dużą sezonowością. Największe przychody firmy na nim działające osiągają w ostatnim kwartale roku.
– Staramy się uniezależnić od tego trendu, dlatego działamy w wielu segmentach: na rynku telekomunikacyjnym, SMB [małe i średnie przedsiębiorstwa – red.], w segmencie dużych projektów oraz przetargów – tłumaczy Andrzej Przybyło. – Jako broadliner [firma zwiększająca przychody dzięki konsolidacji rynku – red.] jesteśmy bardziej niezależni od trendów i wahań. Widzimy dla siebie dużą szansę na przyszły rozwój, bo tutaj rynek będzie na pewno lepiej się rozwijał niż na przykład w Stanach Zjednoczonych.
Podczas pierwszych trzech kwartałów rozpoczętego rok temu w lipcu roku obrotowego przychody Grupy Kapitałowej AB wyniosły blisko 5,27 mld zł i były o ponad 1 mld zł wyższe niż w tym samym okresie poprzedniego roku. Firma zarobiła netto 54,2 mln zł wobec 44,9 mln zł rok wcześniej.
Zdjęcie z Polski procedury nadmiernego deficytu nie oznacza, że możliwe będzie znaczące zwiększanie wydatków czy cięcie podatków – przekonuje minister finansów Mateusz Szczurek i zapowiada, że działania resortu będą nakierowane na równoważenie budżetu. Przyznaje jednak, że tempo redukcji deficytu może teraz nieco wyhamować.
– To nie jest tak, że będąc poza procedurą nadmiernego deficytu, możemy sobie pozwolić na dowolne wydatki czy dowolne cięcia podatków. Bardzo dobrze byłoby, gdyby było to możliwe, ale obowiązek pilnowania finansów publicznych i trzymania w ryzach deficytu cały czas na Polsce i zarządzających polską gospodarką ciąży – mówi agencji informacyjnej Newseria minister finansów Mateusz Szczurek.
Po rekomendacji Komisji Europejskiej dotyczącej zdjęcia z Polski procedury nadmiernego deficytu (musi ją jeszcze zatwierdzić w połowie czerwca Rada UE) pojawiła się możliwość rozluźnienia polityki budżetowej, która od 2009 r. musiała być nastawiona przede wszystkim na szybką redukcję długu.
Otwiera to drogę do obniżki podatku VAT, wzrostu kwoty wolnej od podatku czy podwyżek płac w budżetówce. Szczurek przestrzega jednak, by nie liczyć na szybkie zmiany i odwrót od polityki ograniczania zadłużania.
– Tempo obniżania deficytu może być nieco mniejsze niż w przeszłości, ale cały czas każdy wydatek musi mieć swoje finansowanie po to, by nie zostawiać naszym dzieciom zbyt dużego zadłużenia – mówi Szczurek.
Procedura nadmiernego deficytu jest nakładana przez UE na kraje, których deficyt przekracza 3 proc. PKB. Na Polskę została nałożona w 2009 r., kiedy to deficyt sektora finansów publicznych wynosił 7,4 proc. PKB. Rok później sięgnął nawet 7,9 proc.
Szczurek podkreśla jednak, że w ciągu ostatnich lat polski rząd stopniowo redukował deficyt. W 2013 sprowadzono go do 4 proc. PKB, a w ubiegłym roku spadł do 3,2 proc. W tym ma być poniżej 3 proc. Właśnie ta konsekwentna polityka została doceniona przez Komisję Europejska. Jak ocenia minister finansów, taki sposób ograniczenia deficytu nie spowolnił gospodarki.
– Z jednej strony, zawsze mieliśmy na względzie stabilność finansów publicznych, bo bez niej nie można mówić o jakimkolwiek rozwoju, finansowaniu działalności inwestycyjnej czy tanich kredytach. Z drugiej strony, proces obniżania deficytu był stopniowy, przyjazny dla wzrostu gospodarczego, czego dowodem są wyniki i wzrost PKB – w ciągu ostatnich 8 lat 24-proc.wzrost – tłumaczy Szczurek.
Równocześnie z Polską Komisja Europejska zarekomendowała zdjęcie procedury z Malty. Cały czas objęte jest nią dziewięć krajów: Chorwacja, Cypr, Portugalia, Słowenia, Francja, Irlandia, Grecja, Hiszpania i Wielka Brytania.
Agencja weterynaryjna w Singapurze zadecydowała o zniesieniu embarga na polską wieprzowinę. Polska branża mięsna liczy na to, że kolejne azjatyckie kraje pójdą w ślad za Singapurem. Minister rolnictwa zapewnia, że trwają intensywne uzgodnienia z Chinami i Japonią. Straty branży wynikające z trwającego od lutego 2014 roku zakazu eksportu wieprzowiny do krajów azjatyckich liczone są co najmniej w setkach milionów złotych.
Jak wynika z danych Agencji Rynku Rolnego, w ubiegłym roku eksport mięsa wieprzowego był o 15 proc. mniejszy niż rok wcześniej (spadek z 444 tys. ton do 380 tys. ton), a jego wartość spadła o jedną czwartą (z 925 mln euro do 699 mln euro). To efekt zarówno embarga rosyjskiego na produkty z UE, jak i zakazu importu nałożonego przez państwa azjatyckie z uwagi na wykrycie przypadków afrykańskiego pomoru świń (ASF) w lutym 2014 roku.
– Trudno przeliczyć i powiedzieć jednoznacznie, że z powodu zamkniętego rynku rosyjskiego tracimy tyle, a z powodu chińskiego tyle. Wiemy jednak, że Polska branża mięsna traci na zamkniętych rynkach, a straty są liczone w setkach milionów złotych, jeśli nie miliardach złotych, bo przecież można ocenić wartość tych rynków i eksportu na nie – mówi Witold Choiński, prezes Związku Polskie Mięso.
Wolumen eksportu do państw WNP był około 88 proc. mniejszy niż w 2013 r., a wartość – o 90 proc. mniejsza. Największy spadek odnotowano w eksporcie do Chin, Japonii i Korei Południowej (o 82–85 proc. w odniesieniu do wolumenu i wartości). Początek tego roku również był niezbyt dobry. W styczniu br. eksport żywca, mięsa, tłuszczów i przetworów wieprzowych spadł o 15 proc. rok do roku.
W ubiegły czwartek Singapurska Rządowa Agencja Weterynarii podjęła decyzję o zniesieniu zakazu importu polskiej wieprzowiny. Singapur jest pierwszym i na razie jedynym krajem, który ponownie otworzy rynek. Zdaniem ministra rolnictwa i firm z branży to dobry sygnał dla kolejnych państw azjatyckich.
– Wiele czynników będzie miało wpływ na decyzje innych krajów. Po pierwsze, czy OIE, czyli Światowa Organizacja Zdrowia Zwierząt, uzna w Polsce regionalizację [chodzi o dopuszczenie importu z regionów wolnych od ASF – red.], bo to jest podstawą rozmów. Musi być jakiś kraj, który zrobi pierwszy krok i uzna, że nie ma zagrożenia z polskiej strony jeśli chodzi o ASF i uznanie regionalizacji spowoduje, że ten eksport będziemy mogli wznowić do poszczególnych krajów świata – mówi Choiński.
Jak podkreśla resort rolnictwa, jest to efekt intensywnej współpracy przedstawicieli rządu i instytucji ze stroną singapurską. Trwają uzgodnienia z pozostałymi krajami. Pod koniec maja Marek Sawicki udaje się z wizytą do Chin.
– Ta wizyta, miejmy nadzieję, będzie również dotyczyła powrotu polskiej wieprzowiny na rynek chiński. Wizyty na wysokim szczeblu, w których często bierzemy udział, są bardzo potrzebne, bo bez nich nie da się przekonać naszych odbiorców do tego, by powrócili do handlu z nami. One przyczyniają się do otwartość rozmów i często do ich przyspieszenie – podkreśla Witold Choiński.
Azjatyckie rynki są dla polskich producentów bardzo perspektywiczne, bo trafiają na nie produkty, które w Polsce i UE nie są przydatne kulinarnie.
– Na tych niskocenowych produktach uzyskiwaliśmy w Chinach dosyć wysokie ceny, czyli na pewno rentowność branży skoczyłaby po otwarciu tego rynku. To oczywiście nie dotyczyłoby wszystkich firm, bo ograniczona ich liczba ma uprawnienia do eksportu na rynek chiński. Dziś jest ich 15. Ale i tak spowodowałoby to pewne rozluźnienie na rynku krajowym. To dotyczy zresztą nie tylko Chin, lecz także Japonii, Tajwanu, Rosji czy Białorusi. Otwarcie każdego rynku spowoduje potencjalnie polepszenie sytuacji i marży dla polskich firm branży mięsnej – podkreśla prezes Związku Polskie Mięso.
Polskie społeczeństwo się starzeje. Wraz z rosnącym dobrobytem i rozwojem medycyny Polacy żyją coraz dłużej, ale oznacza to nowe wyzwania. Ludzie powinni zacząć dbać o siebie, by dłużej utrzymać sprawność. Z kolei państwo powinno zadbać o system opieki długoterminowej i profilaktykę.
Jak podaje Główny Urząd Statystyczny, w 2014 roku średnio mężczyźni żyli w Polsce 73,8, zaś kobiety – 81,6 roku. Piętnaście lat temu mężczyźni w Polsce żyli średnio 69 lat, a kobiety 78. W porównaniu do połowy ubiegłego stulecia przeciętna długość życia wydłużyła się w zależności od płci o ok. 17-20 lat. Na tle obywateli zachodnich państw Unii Europejskiej Polacy jednak nadal żyją o kilka lat krócej, ale dystans systematycznie maleje. Dodatkowo osoby starsze będą stanowiły coraz większą grupę społeczną. W 2035 roku 23 procent Polaków będzie miało powyżej 65 lat. W 2050 tę granicę przekroczy już co trzeci Polak.
– Głównym wyzwaniem, przed którym stoimy, jest starzenie się populacji Polski – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Duszczyk, zastępca dyrektora Instytutu Polityki Społecznej Uniwersytetu Warszawskiego. – Wiemy o tym, że za kilka lub kilkanaście lat będziemy mieli bardzo dużą populację osób starych, które będą wymagały naszego wsparcia.
Dziś chodzi o to, żeby przygotować się do tego wyzwania. Częściowo jest to zadanie społeczeństwa. Trzeba nakłonić osoby w wieku 35-50 lat, by zaczęły w większym stopniu dbać o zdrowie, co pozwoli im pracować i żyć dłużej, a także w lepszej kondycji.
– To jest ważna kwestia. Musimy sprawić, by te osoby się częściej badały i częściej identyfikowały swoje ewentualne choroby w początkowym stadium, w którym leczenie jest najszybsze. A jeżeli się to uda już wykryć, to musimy się zastanowić, w jaki sposób zapewnić im bardzo szybki dostęp do służby zdrowia i specjalistów, żeby ta choroba się nie pogłębiała – mówi Maciej Duszczyk.
To z kolei zadanie państwa, by poprawić dostęp do podstawowej opieki zdrowotnej i promować profilaktykę.
– Ważna jest również szybka interpretacja wyników – podkreśla Maciej Duszczyk. – Okres oczekiwania jest kluczowy – czy chory czeka miesiąc, czy dwa, czy pół roku. To powoduje to, że okres w zdrowiu się bardzo skraca, a okres w chorobie bardzo się wydłuża.
Profilaktyka to jednak nie wszystko. Polska musi się też przygotować na pewne zmiany w strukturze społecznej. Z czasem będzie rosła grupa ludzi starszych. Według danych NATPOL 2011 blisko co czwarty Polak traci zdolność do pracy przed 65. rokiem życia, co oznacza, że nie będzie w stanie pracować do emerytury.
– To jest kwestia opieki długoterminowej nad osobami, które funkcjonują w naszym społeczeństwie, ale nie będą w stanie samodzielnie funkcjonować – zauważa ekspert z Uniwersytetu Warszawskiego.
Badania wskazują, że co roku przybywa pacjentów z chorobami przewlekłymi. Chorych na nadciśnienie tętnicze przybywa w tempie 2 proc., zaś na cukrzycę 2,5 proc. rocznie. Choroby układu krążenia są odpowiedzialne za blisko 27 proc. zgonów przed 65. rokiem życia oraz za 24 proc. przypadków niepełnosprawności, prowadzącej do utraty zdolności do pracy. To oznacza poważne koszty medyczne, społeczne i gospodarcze.
Deflacja ogranicza wzrost zysków branży detalicznej. Coraz niższe ceny sieci handlowe mogą rekompensować tylko większymi wolumenami sprzedaży, ale na bardzo konkurencyjnym rynku wymaga to dużego zaangażowania sił i środków. Właściciel supermarketów Stokrotka, spółka Emperia Holding, liczy na to, że utrzyma w tym roku dotychczasowe tempo wzrostu dzięki ograniczeniu kosztów i wyższym marżom.
Jak wynika z danych GUS, deflacja wyniosła w kwietniu 1,1 proc. Spadek cen nieznacznie wyhamował, bo w marcu był na poziomie 1,5 proc. Dla branży detalicznej nadal są to jednak bardzo trudne warunki do działania. Także dlatego, że spadek cen żywności i napojów jest większy niż średnia dla wszystkich towarów i usług.
– Warunki rynkowe, w których deflacja grała kluczową rolę, na pewno nam nie pomagały – mówi agencji informacyjnej Newseria Cezary Baran, wiceprezes zarządu i dyrektor finansowy Emperii Holding, właściciela sieci Stokrotka. – Zakończony kwartał pokazał rekordowy odczyt deflacyjny, -3,7 proc. na produktach spożywczych i napojach bezalkoholowych. To bardzo trudne warunki do funkcjonowania podmiotów detalicznych, takich jak nasza spółka zależna Stokrotka, która ma istotny wpływ na wyniki całej grupy.
W I kwartale Emperia Holding zanotowała wzrost skonsolidowanych przychodów o prawie 7 mln zł, do 486 mln. Zysk spółki wzrósł do 18,8 mln zł i był o ponad 15 mln zł wyższy niż przed rokiem. Przychody samego segmentu detalicznego wyniosły 472 mln zł i były o 0,87 proc. wyższe niż rok wcześniej.
– Przyrosty sprzedaży są nieznaczne i głównie wynikają z otwarć nowych sklepów – tłumaczy Cezary Baran.
W pierwszych trzech miesiącach sieć Stokrotka powiększyła się o dwa supermarkety, sześć marketów i jeden sklep franczyzowy. Na koniec tego okresu liczyła 259 sklepów detalicznych.
– Trudne otoczenie rynkowe nie przeszkodziło nam jednak w tym, żeby zrealizować pozytywne wyniki finansowe. Udało nam się to osiągnąć nie tylko dzięki przyrostowi marży [wzrost o 0,39 proc. do poziomu 28,56 proc. – red.], lecz także dzięki temu, że poprawiliśmy naszą efektywność kosztową we wszystkich obszarach. Zarówno w kosztach centrali, jak i w kosztach operacyjnych sklepów i kosztach logistyki – mówi Cezary Baran.
W pierwszym kwartale sieć rozpoczęła realizację lokalnego centrum dystrybucji w Lublinie, które po uruchomieniu na przełomie 2015 i 2016 roku ma dalej ograniczyć koszty logistyki.
Jak podkreśla Cezary Baran, pierwszy kwartał to dla handlu tradycyjnie najtrudniejszy okres roku. Ponieważ spółka pomyślnie przez niego przeszła, pozostaje optymistą w kwestii prognoz na kolejne miesiące.
– Spodziewamy się kontynuacji dobrze zapoczątkowanego roku. Raczej nie sądzimy, żeby nasze marże spadały, jesteśmy zdeterminowani, żeby poprawiać efektywność kosztową. Jest nadzieja na to, że będzie udawało się poprawiać wyniki w kolejnych kwartałach. Jesteśmy umiarkowanymi optymistami, aczkolwiek bardzo dużo zależy dzisiaj od rynku i tego, w jaki sposób konkurenci będą prowadzili na nim grę – wyjaśnia wiceprezes zarządu i dyrektor finansowy Emperii Holding.
Z prognoz ekonomistów wynika, że deflacja w Polsce będzie się stopniowo zmniejszać. Do końca roku spadek cen powinien zostać zahamowany. Dla branży detalicznej jednak to powód do bardzo ograniczonego zadowolenia. Drożeć zaczną bowiem inne towary niż żywność.
– To z dużym prawdopodobieństwem oznacza, że wskaźnik inflacji, w tym przypadku deflacji, na artykułach spożywczych prawdopodobnie będzie poniżej zera – ocenia Cezary Baran. – A to zmusza detalistów do tego, żeby kompensować braki sprzedaży wynikające ze spadków cen zwiększonymi wolumenami sprzedaży, co na bardzo konkurencyjnym rynku jest dosyć trudne i wymaga dużego zaangażowania sił i środków.
Wart ponad 14 mld dolarów światowy rynek business intelligence szybko się rozwija, bo analiza ogromnych zbiorów danych i połączeń między nimi staje się coraz ważniejsza dla firm. Pozwala im nie tylko lepiej zarządzać ryzykiem, lecz także wykrywać oszustwa i zarządzać skomplikowanymi procesami. Firmy technologiczne pracują nad coraz to nowymi rozwiązaniami, które umożliwią bardziej dokładną analizę, i zapowiadają rewolucję na rynku.
– To, co my robimy, czyli analizowanie połączeń pomiędzy różnymi zestawami danych w spółkach, do tej pory było bardzo ograniczone. Istnieją jednak pewnego rodzaju bardzo specyficzne problemy w dużych instytucjach, których rozwiązanie wymaga zastosowania nowego podejścia. Dotychczasowe metody nie wystarczały – to tak jakby do kwadratowej dziury próbować włożyć okrągły klocek – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Wieczyński, prezes zarządu firmy PiLab, spółki technologicznej działające na tym rynku.
PiLab jest liderem polskiego rynku w zakresie analizy połączonych zbiorów danych. Takie przetwarzanie umożliwia pozyskanie zupełnie nowych informacji. Jak tłumaczy Wieczyński, część z tych procesów można próbować wykonywać za pomocą tradycyjnych narzędzi, jest to jednak bardzo skomplikowane, czasochłonne i nie daje najlepszych efektów.
Przedstawiciele spółki podkreślają, że wartość światowego rynku business intelligence w 2013 roku wynosiła ponad 14 mld dolarów i wciąż rośnie. Ich zdaniem konieczna jest jednak zmiana w sposobie, w jaki systemy BI rozwiązują coraz bardziej skomplikowane problemy w firmach.
– Oczywiście, da się zastosować tradycyjne podejście, ale proszę sobie wyobrazić, że musimy realizować detekcję defraudacji czy zarządzać ryzykiem spółki, patrząc na statyczne raporty, czyli na wizualizacje danych, które nie mają zaawansowanych połączeń pomiędzy różnymi źródłami. To jest dzisiaj bardzo utrudnione – wyjaśnia Wieczyński. – Dzisiaj skupiamy się wyłącznie na najtrudniejszych i najcięższych sprawach, które są najważniejsze dla naszych klientów.
Nowe metody mogą być zastosowane m.in. do wykrywania oszustw i defraudacji, szacowania ryzyka czy zarządzania skomplikowanymi procesami oraz inwestycjami. Duże przedsiębiorstwa często muszą podejmować takie działania, dlatego PiLab koncentruje się właśnie na tym segmencie business intelligence.
– Ta część rynku business intelligence, którą się zajmujemy, czyli segment, który dotyczy analizy połączeń, to dzisiaj w Europie niezagospodarowany jeszcze rynek. To segment właściwie dzisiaj się tworzący i wkrótce czeka nas rewolucja – zapowiada prezes PiLab.
Widać to już w Stanach Zjednoczonych. Lider rynku, firma Palantir Technologies, która dostarcza tego typu rozwiązania amerykańskiemu rządowi i spółką giełdowym, w ciągu 12 lat rozwinęła biznes tak, że jest warta ponad 15 mld dol., a od inwestorów pozyskała 1 mld dol. Jak podkreśla Wieczyński, pomimo tego amerykański rynek jest daleki od nasycenia, dlatego na tym potencjale chce również skorzystać PiLab.
Wieczyński liczy, że wiedza o zaletach analizy połączonych zbiorów danych dotrze również do Polski. Jest optymistą, bo na rozwój tego rynku wskazują analitycy. Jednak przyznaje, że firma PiLab ma trudne zadanie jako pionier na tym rynku.
– To, co robimy, jest zupełnie inne od tego, co dzisiaj jest dostępne na rynku. W związku z tym większym wyzwaniem jest bycie pionierem. Musimy edukować i pokazywać, jak można zastosować technologię, która do tej pory nie była wykorzystywana – mówi Wieczyński.
W latach 2016-2017 rynek budownictwa czeka realne przyspieszenie, a pierwsze jego oznaki powinny być widoczne już w drugiej połowie tego roku. To może być dobry czas na przygotowanie się branży na scenariusz po unijnej perspektywie, czyli po 2020 roku. Firmy budowlane i ich dostawcy powinny liczyć się z tym, że wynagrodzenia pracowników będą rosnąć, więc tania siła robocza przestanie być przewagą konkurencyjną. Dlatego potrzebne są inwestycje w innowacyjność.
– Rynek budownictwa na pewno będzie rósł. Myślę, że ożywienie nastąpi w drugim półroczu tego roku, a realne przyspieszenie nastąpi w 2016 i 2017 rok. Moja opinia jest związana z inwestycjami infrastrukturalnymi i unijnymi dotacjami. Może to nie będzie taki boom jak w latach 2011-2012, ale na pewno wyraźne ożywienie na rynku budownictwa nastąpi – mówi agencji Newseria Krzysztof Folta, prezes zarządu spółki TIM SA, dystrybutora artykułów elektrotechnicznych.
Lata ożywienia mogą być dobrym momentem na przygotowanie do okresu po 2020 roku, czyli po zakończeniu unijnej perspektywy i związanych z nią inwestycji. Krzysztof Folta ocenia, że firmy wyciągnęły wnioski z lat poprzednich i uda się uniknąć kolejnej fali bankructw firm budowlanych.
Jak podkreśla, optymistyczne prognozy dotyczą również sprzedaży na rynku konsumenckim. Ten powiązany jest z sytuacją na rynku pracy. Folta prognozuje na nim pozytywne tendencje.
– Wynagrodzenia w Polsce będą rosły. Jeżeli pracodawcy myślą, że będzie inaczej, to jest to zaklinanie rzeczywistości. Najbardziej będą rosły płace na stanowiskach najmniej wykwalifikowanych. Musimy się z tym wszyscy jako pracodawcy liczyć – przewiduje przedstawiciel spółki TIM.
To jednak oznacza, że Polska może utracić dotychczasową przewagę konkurencyjną wobec firm europejskich, czyli stosunkowo niskie koszty pracy. Opracowanie Eurostatu pokazuje, że Polska należy do krajów o najniższych kosztach pracy w całej Unii Europejskiej. Przeciętna stawka godzinowa wynosi poniżej 4 euro, podczas gdy unijna średnia to prawie 12 euro. Wśród 28 krajów członkowskich mniej zarabiają jedynie Słowacy, Węgrzy, Łotysze, Litwini, Rumuni i Bułgarzy. Te proporcje będą się jednak zmieniać. Stąd potrzebne są zmiany w organizacji pracy oraz większe nakłady na innowacje.
– Problemem nie jest to, ile się płaci pracownikom, problemem jest, za co się płaci pracownikom. Moim celem jest, żeby moi pracownicy – począwszy od magazynierów, poprzez handlowców, aż po dyrektorów – zarabiali jak najwięcej. Ale jeżeli nie damy im narzędzi, żeby ich wydajność wzrosła, to albo zbankrutujemy, albo nie podniesiemy im wynagrodzeń. Nasze inwestycje w nowy magazyn są po to, żeby zautomatyzować stary magazyn, który jeszcze będzie działał przez najbliższe dwa lata, bo to podniesie wydajność. Jak wzrośnie wydajność, to pracownicy będą więcej zarabiali – tłumaczy Krzysztof Folta.
Zestawienie Eurostatu pokazuje, że licząc wydajność na każdą przepracowaną godzinę, Polska znajduje się w samym ogonie państw wspólnoty ze wskaźnikiem 59 proc. unijnej średniej, wyprzedzając jedynie Łotwę, Rumunię i Bułgarię. Nieco lepiej wypada statystyka przeliczona na pracownika. Tu wskaźnik wynosi 75 proc. średniej ze wszystkich państw, co daje nam 22. miejsce ex aequo z Litwą.
Prezes TIM SA wskazuje na ważną rolę pracodawców w procesie podnoszenia wydajności pracy. Wzrost wynagrodzeń może nastąpić dopiero po dokonaniu inwestycji i wprowadzeniu odpowiedniej organizacji pracy.
– Jeżeli magazynier w Niemczech, dokąd z Wrocławia jest stosunkowo blisko, zarabia 8,5 euro na godzinę, czyli miesięcznie ok. 5,5 tys. zł i organizacja pracy pozwala mu utrzymać jego wynagrodzenie, to musimy się zastanowić, co zrobić, żeby nasz magazynier nie zarabiał minimalnej pensji, co się dzieje w wielu firmach, tylko żeby zarabiał 2, 3 czy 4 tys. zł, a my jako pracodawcy, żebyśmy mieli z tego korzyści – wyjaśnia Folta.
W opinii eksperta, głównym pytaniem, stojącym przed krajowymi pracodawcami, jest to, w jaki sposób utrzymać konkurencyjność i rentowność sprzedaży przy inwestycjach w innowacje i wzroście poziomu wynagrodzeń.
Blisko dwie trzecie Polaków stresuje się przed pierwszym dniem tygodnia w pracy. Syndrom poniedziałku objawia się spadkiem formy psychicznej oraz brakiem energii, a daje o sobie znać w niedzielę. Poniedziałek wcale nie musi jednak oznaczać trudnego początku – przekonuje ekspert portalu Monsterpolska.pl. Wszystko zależy od pozytywnego nastawienia i właściwego zagospodarowania weekendu.
– Według naszych badań 65 proc. użytkowników cierpi na syndrom poniedziałku, czyli spadek formy mentalnej i energetycznej przed pierwszym dnie w pracy. Tylko 22 proc. z nas twierdzi, że nie ma takiego problemu. Wielu z nas syndrom poniedziałku, czyli tzw. sunday night blues, odczuwa w niedzielę wieczorem i myśli o pracy ustawicznie, co powoduje stres i zdenerwowanie – mówi agencji informacyjnej Newseria Małgorzata Majewska, dyrektor marketingu Monsterpolska.pl.
Z syndromem poniedziałku można walczyć. Po pierwsze, weekend powinien być okazją do tego, żeby się psychicznie zresetować. Trzeba odpocząć, wyspać się i poświęcić czas na przyjemności. Robienie w tym czasie planów zawodowych na cały nadchodzący tydzień czy analizowanie konfliktów interpersonalnych będzie powodem jeszcze większej niechęci i obawy przed pierwszym dniem tygodnia.
– Trzeba nauczyć się odpoczywać w sposób efektywny – w piątek wyłączamy telefon, nie rozmawiamy o sprawach służbowych z naszymi znajomymi, a w weekend skupiamy się wyłącznie na rzeczach, które lubimy robić – tłumaczy Małgorzata Majewska.
Potrzebne jest także odpowiednie nastawienie. Nie powinno się z góry zakładać, że poniedziałek będzie trudny. Psychologowie radzą, by traktować ten dzień, jak każdy inny, bez uprzedzeń, bo to one przede wszystkim powodują obawy, stres i nerwy.
– Dobrym sposobem na walkę z syndromem poniedziałku jest pozytywne myślenie. Im bardziej pozytywnie jesteśmy nastawieni do samego dnia i spojrzymy na pracę z punktu widzenia tylko korzyści czy zalet, jakie ona posiada, tym chętniej pójdziemy do pracy w poniedziałek – mówi Małgorzata Majewska.
Przed weekendem nie powinno się też odkładać realizacji ważnych zadań właśnie na poniedziałek. Lepiej wykonać to w piątek lub zaplanować na środek tygodnia.
– Jeżeli nie umiemy sobie poradzić z syndromem poniedziałku, to część zadań, tych niepriorytetowych, możemy przełożyć sobie na kolejny dzień. Dzięki temu w poniedziałek jesteśmy trochę bardziej wyluzowani i trochę inaczej ten nasz dzień będzie wyglądał – radzi Małgorzata Majewska.
Najbliższe miesiące dzięki wejściu w życie ustawy o OZE mogą okazać się przełomowe dla rynku odnawialnych źródeł energii. Chociaż zapowiedź kolejnej nowelizacji ustawy może trochę hamować optymizm firm z branży. Dziś zainstalowana moc OZE w Polsce przekracza 6 GW. Większość pochodzi z elektrowni wiatrowych, jednak biorąc pod uwagę warunki klimatyczno-gruntowe i ekonomicznie korzystniejsze mogą być biogazownie – przekonuje Ryszard Rabiega z Bio Power.
4 maja weszła w życie ustawa o OZE, już teraz trwają jednak prace nad jej nowelizacją. Projekt ma zostać przesłany do Sejmu jeszcze przed wakacjami. Zdaniem eksperta może to wprowadzić niepokój na rynku i zahamować rozwój zielonej energii.
– Na ustawę czekaliśmy 4 lata, a to doprowadziło do pewnej stagnacji. Potencjalni inwestorzy czekali do momentu, aż się pojawiła. Dopiero co weszła w życie, a już się mówi o jej nowelizacji, czyli znów wchodzimy w obszar niepewności – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Ryszard Rabiega, prezes Bio Power.
Rynek odnawialnych źródeł energii w Polsce, choć systematycznie się rozwija, to jest niewielki. Dane Urzędu Regulacji Energetyki wskazują, że na koniec marca tego roku moc zainstalowanych OZE nieznacznie przekroczyła 6 GW. Stabilność prawna powinna wpłynąć na znacznie większą dynamikę.
– Zobaczymy, czy w związku z tym odnawialna energetyka będzie się rozwijała na takim poziomie jak u naszych sąsiadów – mówi Rabiega.
W Niemczech od 2000 roku, czyli od momentu wejścia w życie ustawy o wsparciu OZE, do 2012 roku zainstalowana moc wszystkich źródeł zielonej energii wzrosła siedmiokrotnie z 10,8 GW do ponad 76 GW – wynika z danych przytaczanych w raporcie Ośrodka Studiów Wschodnich.
Zdaniem prezesa Bio Power istotne jest to, by przekonać cały sektor energetyki do odnawialnych źródeł energii. Jak podkreśla, wielu przedsiębiorców jest do nich sceptycznie nastawionych, ponieważ energetyka odnawialna kojarzy im się głównie z energią wiatrową i słoneczną, a to budzi wątpliwości, czy polskie warunki klimatyczne są do tego odpowiednie.
– Nasza energetyka oparta jest głównie na węglu, a jednostki wytwórcze oparte o to paliwo mają ograniczone możliwości regulacji. Nie są w stanie działać bezzwłocznie i dostosować produkcji energii do pogody, bo powoduje to perturbacje w prowadzeniu systemu. Dlatego nie dziwię się, że są pewne opory ze strony ludzi znających się na elektroenergetyce, żeby współpracować z takimi właśnie rodzajami źródeł w tej chwili – mówi Ryszard Rabiega. – Biorąc pod uwagę wszelkie za i przeciw, najbardziej efektywnym i profesjonalnym źródłem energii elektrycznej i ciepła są biogazownie.
W Polsce zdecydowana większość odnawialnej energii pochodzi wciąż z elektrowni wiatrowych (3,9 GW z łącznie 6,1 GW). Elektrownie na biogaz odpowiadają zaledwie za 190 MW, w porównaniu do 2011 roku to wzrost o 87 MW, jednak to wciąż niewiele. W Niemczech biomasa ma największy udział w produkcji energii końcowej brutto z OZE (67 proc.) Wykorzystuje się ją do produkcji biopaliw oraz ponad 90 proc. ciepła z odnawialnych źródeł. W produkcji energii elektrycznej biomasa zajmuje drugie miejsce spośród odnawialnych źródeł energii – wynika z raportu OSW.
Jak jednak podkreślają eksperci, nowe prawo nie sprzyja rozwojowi sieci biogazowni w kraju, trudno więc liczyć na inwestycyjny boom w tym segmencie.
Firma Bio Power przy współudziale partnerów zamierza budować na Zamojszczyźnie sieć biogazowni, tworząc tam spółdzielnię energetyczną. Celem inwestycji jest budowa kompleksu 12 elektrowni biogazowych połączonych autonomiczną siecią. Podzielona jest na kilka etapów, w których wybudowane zostaną węzły trzech jednostek wytwórczych na terenie jednej gminy. Prąd wytworzony z tych źródeł ma zasilać budynki użyteczności publicznej, oświetlenie uliczne i większość gospodarstw domowych.
Jedyną formą nauki języka obcego dla większości polskich uczniów są obowiązkowe zajęcia w szkole. Tylko 25 proc. rodziców posyła dzieci na dodatkowe lekcje. Zdaniem ekspertów uczniowie ci osiągają znacznie lepsze wyniki na egzaminach językowych.
Z Europejskiego Badania Kompetencji Językowej wynika, że co czwarty polski gimnazjalista nie opanował żadnego języka obcego nawet na poziomie podstawowym. Zdaniem ekspertów winę za taką sytuację ponosi system nauczania języków obcych w polskich szkołach, czyli źle opracowany program i zbyt duże grupy. Uczniowie, którzy uczą się języka obcego tylko na lekcjach szkolnych, osiągają znacznie słabsze wyniki na egzaminach. Badania TNS Polska, przeprowadzone na zlecenie PASE, pokazują, że aż 75 proc. rodziców nie inwestuje w dodatkową naukę języka obcego swoich dzieci. Pozostałe 25 proc. zapewnia dzieciom wsparcie ze strony korepetytorów, nauczycieli ze szkół językowych bądź samodzielnie uczy swoje pociechy.
– Z naszego badania wynika, że najliczniejsza grupa uczniów uczy się dodatkowo języka na korepetycjach. Ta strefa jest zupełnie poza jakąkolwiek kontrolą, bo nigdy nie wiadomo, jak wyglądają takie korepetycje. 27 proc. uczy się w szkołach językowych, a 26 proc. rodziców deklaruje, że pomaga dzieciom w nauce języka obcego. Bardzo nieliczny procent wysyła je na obozy językowe i wyjazdy zagraniczne – mówi agencji informacyjnej Newseria Jacek Członkowski, prezes Polskiego Stowarzyszenia na rzecz Jakości w Nauczaniu Języków Obcych PASE.
Decydując się na zapewnienie dziecku korepetycji, 39 proc. rodziców wybiera lekcje u osób niebędących nauczycielami języków obcych, np. studentów. Zdaniem ekspertów jest to niepokojące zjawisko, ponieważ większość tego typu korepetytorów nie ma wystarczających kwalifikacji, by z powodzeniem nauczać języka obcego. Nawet bardzo dobra znajomość języka nie musi być równoważna z umiejętnościami przekazywania tej wiedzy innym. Badania PASE pokazały też, że rodzice nie mają zaufania do systemu edukacyjnego w Polsce, ufają natomiast nauczycielom.
– Przeprowadziliśmy badanie na temat tego, kto udziela korepetycji, i wyszło, że prawie 50 proc. stanowią nauczyciele szkół państwowych. Uczeń chodzi do szkoły państwowej, gdzie nie zbyt efektywnie uczy się języka, a po południu ma dodatkowe lekcje z nauczycielem z tej samej szkoły lub sąsiedniej i uczy się tego języka efektywniej i skuteczniej. Nauczyciele mogą uczyć skutecznie, tylko muszą mieć do tego dobre warunki, czyli właśnie np. zindywidualizowaną pracę z uczniem – mówi Jacek Członkowski.
Za trzy lata egzaminy gimnazjalne z języków obcych będą brane pod uwagę przy rekrutacji do szkół ponadgimnazjalnych. Eksperci z PASE obawiają się, że znacznie zmniejsza to szanse uczniów, których rodziców nie stać na korepetycje, na dostanie się do dobrej szkoły.
Żadna ze skontrolowanych przez NIK szkół na terenie województwa lubuskiego nie zorganizowała uczniom zajęć z zachowaniem wszystkich reguł higieny pracy umysłowej. Powszechne było nierównomierne obciążanie uczniów trudnymi przedmiotami: łączenie ich w kilkugodzinne bloki, albo planowanie tych zajęć na ostatnich godzinach lekcyjnych. NIK zwraca też uwagę, że pięciominutowe przerwy są zbyt krótkie, przepełnione sale – niekomfortowe, a płatne szafki uczniowskie – nieetyczne. Ponieważ trudno wprost ująć w ramy prawne zagadnienia związane z BHP, NIK zachęca kuratoria i samorządy do wypracowania „katalogu dobrych praktyk” dla dyrektorów szkół.
Żadna ze skontrolowanych szkół nie zorganizowała uczniom zajęć z pełnym uwzględnieniem zasad higieny pracy umysłowej. Wszystkie podejmowane działania okazały się w mniejszym lub większym stopniu niewystarczające.
Najpoważniejsze zastrzeżenia NIK dotyczyły sposobu układania planu lekcji i rozkładu przerw między zajęciami. Kontrola wykazała, że w dziewięciu szkołach (spośród dziesięciu skontrolowanych) przedmioty wymagające zwiększonej koncentracji umieszczano w planie lekcji na ostatnich godzinach (w szkołach podstawowych: matematyka i przyroda, w gimnazjach i liceach: matematyka, fizyka i chemia). W siedmiu łączono takie szczególnie wymagające przedmioty w kilkugodzinne bloki bądź nierównomiernie obciążano zajęciami uczniów w poszczególne dni tygodnia. Taka praktyka, naruszająca zasady higieny pracy umysłowej, występowała na wszystkich poziomach edukacyjnych.
Powszechna praktyką (w siedmiu szkołach) było także planowanie wielu zaledwie pięciominutowych przerw międzylekcyjnych. NIK zwraca uwagę, że tak krótki odpoczynek nie daje uczniom szans na odpowiednią regenerację sił i uzyskanie optymalnego skupienia przed kolejnymi zajęciami. W opinii NIK szczególnie naganne jest planowanie tak krótkich przerw bezpośrednio przed i po lekcjach wychowania fizycznego (w czterech szkołach), ponieważ uniemożliwia to uczniom zachowanie higieny osobistej i może powodować niechęć do udziału w tego rodzaju zajęciach.
Szkoły mają problemy z zapewnieniem uczniom komfortowej przestrzeni. We wszystkich budynkach objętych kontrolą część zajęć dydaktycznych odbywała się w pomieszczeniach, w których na jednego ucznia przypadała powierzchnia mniejsza niż 2 m², a w skrajnych przypadkach – nawet poniżej 1 m². Obowiązujące przepisy nie regulują co prawda maksymalnej liczebności klas (z wyjątkiem klas I-III szkół podstawowych), ani minimalnej powierzchni przypadającej na jednego ucznia, NIK podkreśla jednak, że nie można uznać tego stanu za właściwy, gdyż nadmierne zagęszczenie klas nie sprzyja efektywnej pracy umysłowej.
Tylko połowa szkół objętych kontrolą (pięć) wywiązała się z ustawowego obowiązku zapewnienia wszystkim uczniom możliwości pozostawienia w szkole podręczników i przyborów szkolnych. Pozostałe szkoły stworzyły taką możliwość tylko dla części uczniów, w tym cztery – za opłatą. Pobieranie przez publiczne szkoły opłat za tzw. „szafki uczniowskie”, bez jednoczesnego stworzenia równoważnych bezpłatnych rozwiązań (w jednej ze szkół proponowano zostawianie rzeczy w szatni, której wyposażenie stanowiły jedynie haki i ławki), jest w opinii NIK praktyką niedopuszczalną i może prowadzić do pogłębienia wśród uczniów nierówności z przyczyn ekonomicznych. Brak możliwości pozostawienia w szkole podręczników i przyborów szkolnych naraża uczniów na różne dysfunkcje, związane z przeciążeniem szkolnych tornistrów.
Wyniki kontroli NIK potwierdziły po raz kolejny zasadność wprowadzenia na terenie szkół ustawowego zakazu sprzedaży tzw. „niezdrowej żywności”, który wejdzie w życie we wrześniu br. W dziewięciu na 10 skontrolowanych szkołach dostępne były bowiem produkty spożywcze uznane za niezdrowe (np. słodycze, chipsy, słodkie napoje gazowane), a dyrektorzy w żaden sposób nie ograniczali dostępu uczniów do takich produktów (np. poprzez ustalanie i egzekwowanie stosownych postanowień w umowach z prowadzącymi sklepiki).
Nie wszystkie skontrolowane szkoły zapewniały uczniom prawidłową pomoc przedlekarską: zdarzało się, że w części pomieszczeń nie było apteczek, bądź ich wyposażenie było niekompletne albo przeterminowane (w jednostkowym wypadku nawet o 13 lat). W dziewięciu na 10 skontrolowanych szkół wystąpiły nieprawidłowości związane z odpowiednim postępowaniem podczas wypadku z udziałem uczniów: dotyczyły one głównie nieinformowania o wypadkach właściwych osób i organów, a także sporządzania niekompletnej dokumentacji powypadkowej. W jednej ze szkół poszkodowani uczniowie nie zostali otoczeni właściwą opieką – nie udzielono im pierwszej pomocy, nie sprowadzono fachowej pomocy medycznej, a pracownicy szkoły nie zawiadomili rodziców (opiekunów) o zdarzeniu.
Kontrola wykazała także pozytywne aspekty działalności szkół. Wszystkie skontrolowane szkoły podstawowe stworzyły właściwe warunki do edukacji i opieki nad najmłodszymi uczniami (klas I-III). NIK zwraca jednak uwagę, że tylko w jednej skontrolowanej szkole podstawowej przydziału uczniów do klasy pierwszej dokonywano z pełnym poszanowaniem ustawowej zasady uwzględniającej rok i miesiąc urodzenia dziecka. W starszych klasach we wszystkich szkołach podział uczniów na grupy językowe odbywał się zgodnie z przepisami, czyli po weryfikacji stopnia znajomości języków obcych, a większość szkół (siedem) zapewniła uczniom na zajęciach z informatyki dostęp do indywidualnego komputera.
Do realnej poprawy bezpieczeństwa i higieny pracy uczniów niezbędna jest także, obok właściwej organizacji pracy i stałego nadzoru pedagogicznego, dbałość o odpowiedni stan techniczny budynków. Wymaga to jednak zapewnienia przez samorządy odpowiedniego poziomu finansowania. Tymczasem w niektórych przypadkach środki przyznane szkołom na niezbędne remonty były dziesięciokrotnie mniejsze niż planowane. NIK zwraca uwagę, że obecny stan techniczno-sanitarny większości szkół jest następstwem wieloletnich zaniedbań finansowania placówek oświatowych przez samorządy. Tam, gdzie część stwierdzonych nieprawidłowości wynikała z niewłaściwego zarządzania szkołami -zostały w wyniku kontroli NIK wyeliminowane. Jako przykład warto wskazać, iż w wyniku kontroli NIK, podjęto m.in. rozbudowę szkoły podstawowej w Iłowej. Burmistrz Iłowej poinformował, iż gmina jest na etapie wyboru wykonawcy dokumentacji technicznej.
Ponieważ trudno byłoby w ramach prawnych ująć wprost cały katalog zasad higieny pracy umysłowej uczniów, NIK zachęca organy sprawujące nadzór nad szkołami do wypracowania we współpracy z organami prowadzącymi katalogu „dobrych praktyk”. Zdaniem NIK byłaby to cenna pomoc dla dyrektorów.
Zielonogórska delegatura NIK przeprowadziła kontrolę w dziesięciu lubuskich szkołach oraz w Kuratorium Oświaty w Gorzowie Wielkopolskim. Kontrola objęła okres od 1 września 2012 r. do 31 grudnia 2014 r. Kontrolerzy przeanalizowali również wyniki kontroli przeprowadzonych przez Kuratorium Oświaty w Gorzowie Wlkp., m. in. dotyczących: przygotowania 278 szkół podstawowych do przyjęcia sześciolatków oraz organizacji pracy uczniów pod kątem zachowania higieny pracy umysłowej (i/lub warunków pobytu uczniów w szkole – 95 szkół oraz organizacji pracy uczniów – 44 szkoły).
Kobiety powracające na rynek pracy po urlopie macierzyńskim mają większe trudności ze znalezieniem pracy, niż pozostali kandydaci – tak twierdzi blisko 70% Polaków w najnowszym badaniu przeprowadzonym na zlecenie Work Service. Równocześnie 3/4 badanych jest zdania, że pracujące matki są równie dobrymi pracownikami, jak pozostali zatrudnieni. Co istotne, coraz częstsze korzystanie z urlopów tacierzyńskich, może pozytywnie wpłynąć na większe szanse powodzenia pracujących matek na rynku pracy.
W opinii 2/3 badanych matki powracające z urlopu macierzyńskiego mają większe trudności ze znalezieniem zatrudnienia, niż pozostali kandydaci. Tylko 18% ocenia, że matki mają podobne bariery jak inni kandydaci, a blisko 7% uznało, że kobiety posiadające dzieci mają mniejsze trudności ze znalezieniem pracy niż pozostali. Wyzwania związane z powrotem na rynek pracy matek rzadziej dostrzegały osoby o najwyższych dochodach, średnim i wyższym wykształceniu oraz mieszkańcy miast średniej wielkości. Co ważne, opinie kobiet i mężczyzn na temat były bardzo zbieżne.
Ocena sytuacji kobiet wracających na rynek pracy po urlopie macierzyńskim
– Od 2013 roku na polskim rynku obowiązują już roczne urlopy macierzyńskie. Ich wydłużenie spowodowało, że młode matki mogą dłużej opiekować się swoimi nowonarodzonymi dziećmi, a pracodawcy w bardziej wydajny sposób mogą wyszukiwać osób na ich zastępstwo. Dlatego należy odbierać tę zmianę jako pozytywną dla obu stron – podkreśla Krzysztof Inglot, Pełnomocnik Zarządu Work Service S.A. – Mimo to, dłuższa przerwa w pracy z tytułu urlopu macierzyńskiego rzutuje na większe trudności w znalezieniu zatrudnienia. W większości przypadków niechęć do zatrudniania matek wynika ze stereotypowego postrzegania kobiet i przekonania, że matka nie będzie tak efektywnym pracownikiem, jak pozostali kandydaci. To błędne myślenie. Doświadczenia pracodawców pokazują, że pracujące matki są dobrze zorganizowane i ambitne, co przekłada się na bardzo dobre wyniki pracy – dodaje Krzysztof Inglot.
Podobnie również wskazują wyniki przeprowadzonego badania – zdecydowana większość (74%) ocenia pracujące matki na równi z pozostałymi pracownikami, a 15% uważa je nawet za pracowników lepszych. Tylko 2,4% ankietowanych uznało, że matki są gorszymi pracownikami niż pozostali zatrudnieni.
Ojcowie przejmą opiekę?
Największym wsparciem dla pracujących matek jest większa pomoc ojców w opiece nad dziećmi. Wówczas powrót do pracy po urlopie macierzyńskim, a następnie łączenie kariery z wychowaniem dzieci nie jest wyzwaniem niemożliwym do zrealizowania. Chociaż udział ojców w opiekowaniu się dziećmi jest dostrzegany przez Polaków, jest on wciąż niewystarczający. Z badania Work Service wynika, że niemal 60% osób zetknęło się w swojej pracy z co najmniej jednym przypadkiem skorzystania przez ojca z jakiejś formy urlopu związanego z urodzeniem dziecka. Częściej były to 1-2 dniowe urlopy okolicznościowe (45,5%), a nieco rzadziej 1-2 tygodniowe nieobecności (39,2%). Tylko w 1/4 obserwowanych przypadków mężczyźni nie korzystali z obu urlopów. Z wykorzystaniem urlopów tacierzyńskich częściej miały do czynienia osoby z dużych miast, otrzymujące wysokie dochody, czy osoby ze średnim i wyższym wykształceniem.
Wykorzystanie urlopów ojcowskich przez mężczyzn
– Choć sytuacja kobiet stopniowo się poprawia i możemy obserwować coraz większy udział mężczyzn w wypełnianiu obowiązków domowych i wychowaniu potomstwa, to ciągle jeszcze wielu pracodawców postrzega kobiety przez pryzmat ograniczeń związanych z realnym lub potencjalnym posiadaniem dzieci. To wciąż kobiety częściej są rodzicem, który bierze urlop lub zwolnienie w przypadku choroby dziecka, czy innej nagłej sytuacji – mówi Ewa Misiak, Prezes firmy opiekuńczej People Care z grupy Work Service oraz Doradca ds. Prorodzinnych w zespole prezydenta Bronisława Komorowskiego. – Aby zrobić kolejny krok w poprawie sytuacji kobiet, a szczególnie matek, na rynku pracy, potrzebne jest dostarczenie pracodawcom narzędzi i rozwiązań, które uświadomią, że pracownica, która ma dziecko nie musi generować problemów. Takie rozwiązania od lat sprawdzają się za granicą, a dzięki People Care dostępne są już także na polskim rynku. Są to specjalne programy dla przedsiębiorstw jak np. pakiety opieki nad dziećmi, które pracodawca może podarować pracownikom w formie benefitu, czy też pakiety medyczne, zapewniające domową opiekę pielęgniarską nad dzieckiem w sytuacji nagłego zachorowania. To także możliwość tworzenia przedszkoli przyzakładowych, czy klubów malucha. Takie rozwiązania eliminują realne problemy i w znacznym stopniu ułatwiają łączenie pracy z opieką nad dziećmi. Są one dziś bardzo potrzebne zarówno pracującym mamom jak i przedsiębiorstwom, które chcą działać zgodnie z ideą work-life balance – dodaje Ewa Misiak.
*Badanie zostało przeprowadzone przez Instytut Millward Brown w terminie 15-18.05.2015 na próbie N=528 osób pracujących, przebywających na urlopach macierzyńskich i wychowawczych oraz bezrobotnych. Próbę dobrano z ogólnopolskiej reprezentatywnej próby dorosłych Polaków N=1000
Kredytobiorcą jest Wielton S.A., największy polski i jeden z wiodących europejskich producentów naczep i przyczep. Celem kredytu jest finansowanie przejęcia 100% akcji spółki Fruehauf Expansion SAS. W pierwszym etapie nastąpiło przejęcie większościowego pakietu 65,31% akcji firmy Fruehauf od akcjonariusza finansowego MBO Capital 2 FCPR i kilku akcjonariuszy mniejszościowych. Umowa przewiduje opcję zakupu pozostałych akcji po 2017 roku od podmiotu będącego pod kontrolą inwestora prywatnego.
Andrzej Szczepek, Prezes Zarządu Wielton S.A.
– Strategiczne partnerstwo firmy Fruehauf i Wieltonu zapoczątkowuje zmiany na europejskim rynku naczep. Fruehauf to lider rynku francuskiego, zaś Wielton to największy polski producent tych wyrobów. Dwa nowoczesne zakłady produkcyjne, połączone zespoły inżynierów i techników, siła zakupowa nowej grupy i pozycja branżowa tworzą ogromny potencjał rynkowy, wykonawczy i innowacyjny, który pozwoli zwiększyć przewagę konkurencyjną i uplasować nas w pierwszej trójce największych graczy na rynku europejskim – powiedział Andrzej Szczepek, prezes Zarządu Wielton S.A.
Kredytu w wysokości 15,55 mln EUR po połowie udzieliły Bank BGŻ BNP Paribas (agent i organizator) oraz Bank Gospodarstwa Krajowego (organizator). Termin spłaty kredytu wynosi 7 lat.
– Finansowanie dostarczone przez BGK potwierdza naszą determinację i potencjał, by zwiększać możliwości ekspansji polskich firm za granicą – powiedział Jacek Szugajew, wiceprezes Zarządu BGK. – Rozszerzamy właśnie ofertę – poza finansowaniem dłużnym będziemy mogli uczestniczyć w transakcjach jako współinwestor za pośrednictwem naszego Funduszu Ekspansji Zagranicznej. Jako państwowy bank rozwoju pomożemy naszym klientom zwiększyć ich wiarygodność przy akwizycjach zagranicznych – dodał wiceprezes Szugajew.
– Poprzez dzisiejszą akwizycję, grupa Wielton stanie się kluczowym graczem na rynku europejskim. Jako Bank BGŻ BNP Paribas, znamy specyfikę zarówno polskiego, jak i francuskiego rynku i jesteśmy bardzo dumni z tego, że sfinansowaliśmy tę transakcję. Wierzymy, że to dopiero początek ekspansji polskich firm wspieranych przez nasz bank – powiedział Laurent Denizou, dyrektor Pionu Finansowania Specjalistycznego w Banku BGŻ BNP Paribas.
„Rok obrotowy 2014 był szczególnie korzystny dla MakoLab S.A. 28% wzrostu i podwyższenie działalności eksportowej do poziomu 70% całkowitej sprzedaży to kluczowe liczby, obrazujące dynamiczny rozwój spółki w tym okresie. Powiększenie sprzedaży całkowitej w I kwartale 2015 r. o aż 44% w porównaniu do analogicznego okresu w ubiegłym roku potwierdza nasz stabilny kurs rozwojowy” – komentuje najnowsze wyniki spółki Wojciech Zieliński, Prezes Zarządu MakoLab S.A., firmy notowanej na rynku NewConnect będącej dostawcą usług IT i rozwiązań webowych dla biznesu, m.in. Renault Nissan, mBanku i PZU Litwa.
Wojciech Zieliński, Prezes Zarządu MakoLab S.A.
MakoLab S.A. od ponad dwóch dekad prowadzi działalność jako jedna z najbardziej dynamicznych firm IT na polskim rynku, oferujących szeroki wachlarz usług internetowych, webowych i mobilnych. Zajmujemy pozycję pioniera oprogramowania w zaawansowanych technologiach webowych w Polsce, wprowadzając na rodzimy rynek m.in. nowatorskie rozwiązania z zakresu pozycjonowania danych w wyszukiwarkach internetowych. Konsekwentny rozwój Spółki na wielu polach przyniósł w roku obrotowym 2014 wymierne efekty.
Dynamiczny wzrost i międzynarodowy rozwój
Sprzedaż, w porównaniu z rokiem poprzednim, wzrosła o 28%. Zdecydowanie podnieśliśmy także wskaźniki rentowności po nieco słabszym 2013 roku, w którym na zysk netto wpływ miały zjawiska jednorazowe. W stosunku do 2012 i 2011 roku zyskowność sprzedaży MakoLab niemal podwoiła się. Ta sytuacja potwierdza, że stworzyliśmy stabilne podstawy do rozwoju w kolejnych latach. Mocnym potwierdzeniem tych prognoz są wyniki MakoLab w I kwartale 2015 r., w którym osiągnęliśmy 44% wzrostu sprzedaży w porównaniu do analogicznego okresu w ubiegłym roku.
Co ważne, stale umacniamy także pozycję na rynkach zagranicznych. Na dzisiaj eksport odpowiada za 70% całkowitej sprzedaży spółki, przy czym znaczny postęp w tym zakresie odnotowaliśmy w minionych 12 miesiącach. W ujęciu rok do roku, sprzedaż eksportowa MakoLab wzrosła o 33%.
Istotną rolę w naszym rozwoju odgrywają akcjonariusze. W 2014 r. przyjęliśmy politykę dywidendową na najbliższe dwa lata, która zakłada dzielenie się z nimi zyskiem. Biorąc pod uwagę stabilną sytuację finansową Spółki oraz oczekiwane wyniki, Zarząd zobowiązał się rekomendować Walnemu Zgromadzeniu Akcjonariuszy wypłatę dywidendy od 1/3 do całego zysku netto.
Nowe rozwiązania i kluczowe partnerstwa
Warunkiem rozwoju biznesu MakoLab jest także działalność rozwojowa, w której odnosimy znaczące sukcesy. W 2014 r. przy współpracy z Hepp Research GmbH kontynuowaliśmy prace nad technologiami semantycznymi, umożliwiającymi firmom i użytkownikom łatwiejszą, skuteczniejszą i bardziej precyzyjną wymianę informacji za pośrednictwem wyszukiwarek internetowych. Opracowanie metod analizujących duże, rozproszone zbiory danych pozwoliło nam na podpisanie prestiżowej umowy z Microsoft obejmującej rozwój i promocję aplikacji dla branży finansowej. Ponadto, spółka Chemical Semantics z USA w której mamy 48% udziałów, pozyskała grant rządu Stanów Zjednoczonych w wysokości ponad 1 mln USD na wykonanie aplikacji służącej publikacji danych naukowych.
Działamy w perspektywicznej branży, która stale rośnie. Po mającej miejsce w tej chwili rewolucji związanej z masowym używaniem urządzeń mobilnych, na horyzoncie pojawia się kolejna – „Internet rzeczy” (Internet of Things). Podaż specjalistów nie nadąża za popytem na coraz to nowe rozwiązania IT. Jako ważne wyzwanie, podobnie jak większość spółek z branży IT, postrzegamy więc rosnącą konkurencję o najlepszych informatyków. Biorąc pod uwagę stabilny wzrost biznesu MakoLab S.A., mamy przekonanie, że najbliższe kwartały przyniosą kolejne pozytywne sygnały dotyczące rozwoju spółki.
Najbardziej popularnym miejscem na urlop od początku 2015 roku okazały się zaskakująco polskie góry: Tatry i Karkonosze, gdzie prawdziwym bestsellerem okazało się Zakopane i okolice Rabki Zdrój. Obserwujemy tu widoczny powrót do trendu z 2013 roku, gdzie prym wiodły te same destynacje. Dla porównania 2014 roku Polacy najchętniej urlop spędzali nad polskim morzem, a dokładnie w Mielnie i Władysławowie.
Najpierw morze, potem góry
Aż 30% wszystkich wczasowiczów wybrało się w południowe regiony kraju. Bezsprzecznie w 2015 roku Polacy upodobali sobie na wypoczynek okolice Tatr. Zimowa stolica Polski – Zakopane, cieszyła się największym powodzeniem. Na drugim miejscu, w spragnieni wypoczynku krajanie wybierali okolice Rabki Zdrój. Region Tatr odwiedziło 14% wszystkich badanych. Dla porównania Karkonosze zwiedziło 9%. W 2013 roku ponad 30% Polaków odwiedziło polskie góry, korzystając z ofert Groupon Travel, przy czym najpopularniejszym kierunkiem była Białka Tatrzańska (15% podróżujących). Kolejne miejsce w 2013 roku ponownie zajęły Karkonosze (ponad 11%). Natomiast, w 2014 roku w wyborze kierunku królowało polskie wybrzeże (20% turystów). Prawdziwym hitem była miejscowość Mielno, położona między Bałtykiem, a jeziorem Jamno, znana nie tylko z szalonych imprez, ale również ze średniowiecznego kościoła i…pomnika morsa – amatora zimnej kąpieli, autorstwa znanego, poznańskiego artysty – Roberta Sobocińskiego. Zaraz za Mielnem uplasowało się Władysławowo i Gdańsk – w ten region kraju w 2014 roku wybrało się aż 35% wszystkich amatorów spacerów po naszych pięknych plażach. Obecnie widoczny jest powrót do trendu z przed dwóch lat. Groupon ujawnia, ze Polacy ponownie najchętniej wyjeżdżają w tereny południowej Polski – tereny polskiej części Tatr. Kolejnym najchętniej odwiedzanym miejscem w kraju są tereny Dolnego Śląska.
Plażowanie nie wychodzi z mody
Polacy poza spacerami po górskich szlakach, i gorączce białego szaleństwa, nie zapominają o polskim pięknym wybrzeżu, ten kierunek obrało 25% badanych. W 2015 roku, w rejonach północnej Polski największym powodzeniem cieszą się okolice Kołobrzegu, w ten region wybrało się aż 28% wszystkich nadmorskich wczasowiczów. Region słynie z doskonałych ośrodków wypoczynkowych, których główną specjalnością są wszelkiego rodzaju zabiegi SPA i wellness. Warto dodać, że ośrodki SPA od kilku lat stają się w Polsce coraz bardziej popularne. Obecnie stanowią aż 30% wszystkich ofert Groupon Travel. Zróżnicowana i z każdym rokiem rozbudowywana oferta, jaką proponują sprawia, że nie jest to już atrakcja jedynie dla wybranych, ale także dla szerokiej części społeczeństwa.
Dla każdego coś ciekawego
W każdej części Polski, o każdej porze roku znajdziemy wyjątkowe atrakcje urozmaicające nasz wyjazd. Wybierając się do ośrodka w Niechorzu, możemy wypożyczyć kijki do nordic walkingu i pospacerować wzdłuż wybrzeża. Czeka tam na nas niezwykła atrakcja – zbudowana ponad 130 lat temu latarnia morska. Nieopodal, w Trzesączu znajdują się ruiny gotyckiego kościoła porywanego przez morze. Nie wspominając już o niezwykłej platformie widokowej w Rewalu. W innym ośrodku – w Sobieniach Królewskich na turystów czekają takie atrakcje, jak pole golfowe, jazda konna czy kurs latania samolotem. Natomiast wybierając się zimą do SPA w Szklarskiej Porębie, oprócz zabiegów czekają na nas stoki narciarskie i trasy do narciarstwa biegowego. Z kolei latem jest to idealne miejsce do odbywania górskich wycieczek i odwiedzania pobliskich wodospadów. Poprzez wyjazd do SPA mamy nie tylko okazję poddania się relaksacyjnym zabiegom, ale także jest to okazja do złapania oddechu i poznania ciekawych miejsc, jakie proponują nam regiony Polski. Dlatego warto choć na chwilę wyrwać się z miasta, skosztować tej formy odpoczynku i wrócić pełnym pozytywnej energii.
Polska centralna też w cenie
W poprzednich latach hitem była również Dolina Pilicy niedaleko Tomaszowa Mazowieckiego. Miejsce to cieszyło się powodzeniem najpewniej ze względu na piękną przyrodę i doskonałą lokalizację na krótki wypad. Zaskoczeniem może być tego lata Łódź, która przyciąga coraz więcej użytkowników Groupon Travel.
Tendencje zakupowe
Kobiety nadal wiodą prym jako bardziej aktywna grupa klientów. Przedstawicielki płci pięknej średnio w ramach najczęściej wybieranych miejsc kupiły o 19% więcej pobytów wypoczynkowych niż mężczyźni. Warto też podkreślić, że najwięcej zakupów dokonujemy w miesiącach zimowych. Od 2010 roku do 2012 najwięcej ofert sprzedano w listopadzie, grudniu i styczniu. W latach 2013 i 2014 roku trend się nieco zmienia i zanotowano wzrost sprzedaży w miesiącach sierpień i wrzesień. Obecnie, w 2015 roku widzimy powrót do trendów sprzed dwóch lat – prym w ilości sprzedanych ofert ponownie wiodą miesiące: grudzień, styczeń i marzec.
Trwające od stycznia wzrosty na warszawskiej giełdzie doprowadziły frakcję niedźwiedzi na skraj wyginięcia. Taka sytuacja często poprzedza zmianę trendu i sugerowałaby rozpoczęcie jakiejś poważniejszej korekty na GPW.
– WIG ma za sobą bardzo udane cztery miesiące, w czasie których urósł o 14%. Jeszcze w ubiegłym tygodniu swoje roczne maksima codziennie poprawiały notowania ponad 20 walorów, czyli ponad 5% spółek z rynku głównego. To są czynniki ostrzegające przed nadmiernym optymizmem inwestorów i ryzykiem schłodzenia koniunktury w ramach miłościwie nam panującego rynku byka – stwierdza Krzysztof Kolany, główny analityk Bankier.pl.
W najnowszej sondzie Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych odsetek giełdowych „byków” (czyli inwestorów spodziewających się wzrostów w horyzoncie półrocznym) sięgnął 60,3%. To drugi najwyższy wynik w ciągu ostatnich 18 miesięcy. Ostatni raz tak „bycze” nastroje na GPW utrzymywały się w październiku i listopadzie 2013 roku. Co się stało później, wszyscy pamiętamy – WIG w dwa miesiące spadł o 10,9%, a na odrobienie strat trzeba było czekać aż do września 2014 roku.
Niedźwiedzie w odwrocie
– Pretekstów do realizacji zysków nie powinno w najbliższym czasie zabraknąć. Rekordowo wysokie i mocno przewartościowane notowania amerykańskich akcji, możliwa niewypłacalność Grecji, nawrót wojny w Donbasie i osłabienie wzrostu w strefie euro i USA – to są potencjalne zapalniki dla korekty na GPW. Zdziesiątkowanym niedźwiedziom sprzyja też sezonowość: „Sell in May and go away” (w wolnym tłumaczeniu: sprzedaj w maju i jedź na wakacje) – mawiają na Wall Street i póki co statystyka przyznaje im rację – dodaje Kolany.
Od początku roku na niskim poziomie utrzymuje się odsetek „niedźwiedzi” – spadków oczekuje 18-26% inwestorów biorących udział w sondzie SII. W rezultacie różnica pomiędzy odsetkiem byków a niedźwiedzi wzrosła do 39,3 punktów procentowych i była dwukrotnie wyższa od historycznej średniej. Doświadczenie ostatnich 4 lat uczy, że z takich poziomów rynek lubi rozpoczynać poważniejsze korekty. Tak było w marcu 2012, w styczniu 2013 i ostatnio w listopadzie 2013.
– Otoczenie makroekonomiczne w Polsce jest po stronie giełdy. PKB rośnie najsilniej w regionie, bezrobocie maleje, a przeciętne wynagrodzenie utrzymuje się na poziomie powyżej 4 tys. zł. Nie zawodzi też inflacja, niskie stopy procentowe, a perspektywa wielkich unijnych inwestycji powinna napawać jeszcze większym optymizmem. Większość ekspertów stwierdza, że nie ma powodów do niepokojów, bo koniunktura w polskiej gospodarce jest po prostu niezła – nawet pomimo słabszych odczytów dotyczących sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej. Giełda rządzi się jednak trochę innymi prawami.
Czasami polityka lub wskaźniki makro nie mają na nią wielkiego wpływu, a czasami wręcz kolosalny. Nadchodząca II tura wyborów prezydenckich to ważny sprawdzian dla obecnego rządu. Ewentualna przegrana obecnie urzędującego prezydenta może oznaczać trwałą zmianę na scenie politycznej, a to dla biznesu sygnał, że będzie inaczej, co wcale nie znaczy, że lepiej – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.
Europejski rynek nieruchomości komercyjnych, hoteli i biurowców jest w fazie wzrostowej – ocenia austriacki Warimpex. W otoczeniu niskich stóp procentowych i rosnącej gospodarki zyskuje on na popularności wśród inwestorów. Dalszy rozwój rynku oczekiwany jest także w Polsce. Wciąż najbardziej perspektywiczna dla inwestorów pozostaje stolica, ale rośnie także znaczenie miast regionalnych.
Christoph Salzer, dyrektor regionalny Warimpeks
– Perspektywy na przyszłość są bardzo interesujące na wszystkich rynkach, na których działamy. Mamy bardzo dynamicznie rozwijające się rynki w Niemczech i Austrii, widzimy także nadchodzący boom we Francji – mówi agencji informacyjnej Newseria Christoph Salzer, dyrektor regionalny Warimpeksu. – Polska również jest bardzo dynamicznie rozwijającym się rynkiem, zwłaszcza Warszawa. Całkiem dobre perspektywy są też w miastach regionalnych, np. Krakowie, Katowicach, a także Łodzi.
Spółka wiąże też nadzieje z innymi rynkami regionu Europy Środkowo-Wschodniej – Węgrami i Rumunią, które wchodzą w fazę ponownego rozwoju. Problematyczny jest tylko rosyjski rynek hotelowy, gdzie w ubiegłym roku – przez spadek wartości rubla – znacznie spadły ceny pokoju, mimo że ich obłożenie pozostało względnie stabilne. Traciły również hotele spółki znajdujące się poza Rosją, ale które były odwiedzane głównie przez Rosjan i Ukraińców.
Obecny boom na rynku nieruchomości i pozytywne prognozy związane są z ożywieniem ekonomicznym, jakie można obserwować w części krajów Europy. Według najnowszych prognoz Komisji Europejskiej gospodarka Unii rozwijać się będzie w tym roku w tempie 1,8 proc. i jest to prognoza wyższa od tej sprzed trzech miesięcy o 0,2 pkt proc.
– Z jednej strony rynek hotelowy napędza ogólna kondycja gospodarki, która w ostatnich latach rośnie, a z drugiej strony – jest to również kwestia popytu na rynku inwestorów finansowych – tłumaczy Christoph Salzer. – Sprzyja temu sytuacja sektora finansowego w Europie – niskie stopy procentowe powodują, że na rynku jest dużo pieniędzy, które muszą być zainwestowane. Kombinacja obu tych czynników, czyli poprawa sytuacji gospodarczej i dobry rynek inwestycyjny wpływają na atrakcyjność rynku nieruchomości.
Ożywieniu sprzyjać będzie prowadzony od marca przez EBC skup obligacji w wysokości 60 mld euro miesięcznie. W tym tygodniu jeden z członków zarządu banku zapowiedział, że w maju i czerwcu EBC nawet zwiększy skalę pomocy. A to oznacza falę pieniędzy, których nie opłaca się inwestować w nieopłacalne z powodu niskich stóp procentowych lokaty.
– Jesteśmy przekonani, że ten trend będzie trwał, zwłaszcza na tych rynkach, które nie rozwijały się w szybkim tempie w ostatnich latach. Dlatego też spodziewamy się dalszego rozwoju inwestycji. Rynki nieruchomości charakteryzuje cykliczność, na większości z nich znajdujemy się w fazie wzrostowej, a na niektórych rynkach jesteśmy już dość blisko szczytu – podkreśla dyrektor regionalny Warimpeksu.
Na koniec ubiegłego roku spółka była właścicielem, współwłaścicielem lub dzierżawcą 18 hoteli oraz pięciu budynków komercyjnych i biurowych na ośmiu rynkach
– Koncentrujemy się na hotelach miejskich, zlokalizowanych w dobrych punktach miast – deklaruje Christoph Salzer. – Kluczem do sukcesu na rynku hotelarskim jest z jednej strony produkt, czyli sam hotel. Ważne jest, by mieć dobry budynek z wyposażeniem wysokiej jakości. A z drugiej strony trzeba oferować usługi na wysokim poziomie, a o tym stanowi m.in. marka, ale głównie zespół i pracownicy hotelu. To jest bardzo istotne dla świadczenia wysokiej jakości usług i przekłada się na satysfakcję klienta.
21 maja 2015 r. Wielton, jeden z największych w Polsce producentów naczep i przyczep, oraz francuska firma Fruehauf, podpisały strategiczną umowę o współpracy i dalszym rozwoju. W wyniku umowy Wielton S.A. przejął w I. etapie transakcji większościowy, tj. 65,31% pakiet akcji firmy Fruehauf od akcjonariusza finansowego MBO Capital 2 FCPR i kilku akcjonariuszy mniejszościowych. Wartość transakcji wyniosła 9,5 mln euro. Umowa przewiduje opcję zakupu pozostałych akcji po 2017 roku od podmiotu będącego pod kontrolą inwestora prywatnego, zaangażowanego w bieżący rozwój spółki za kwotę 6,6 mln euro powiększoną o premię uzależnioną od wyników spółki Fruehauf. Zakup otwiera grupie Wielton drogę do zdobycia pozycji trzeciego największego europejskiego producenta naczep.
Andrzej Szczepek, Prezes Zarządu Wielton S.A.
Strategiczne partnerstwo firm Wielton i Fruehauf zapoczątkowuje zmiany na europejskim rynku naczep. Fruehauf to lider rynku francuskiego, zaś Wielton to największy polski producent tych wyrobów. Dwa nowoczesne zakłady produkcyjne, połączone zespoły inżynierów i techników, siła zakupowa nowej grupy i pozycja branżowa tworzą ogromny potencjał rynkowy, wykonawczy innowacyjny, który pozwoli zwiększyć przewagę konkurencyjną i uplasować nas w pierwszej trójce największych graczy na rynku europejskim, mówi Andrzej Szczepek, Prezes Zarządu Wielton S.A.
Fruehauf pozostanie spółką francuską, z francuskim zarządem, produkującą w swoim zakładzie w Auxerre produkty marki Fruehauf. Porozumienie, do którego doszliśmy z Wielton S.A., jest dobrą informacją dla naszych klientów. Korzystnie zabezpiecza lepszą przyszłość dla naszego zakładu. Zgodziliśmy się co do istotnych kierunków przyszłych inwestycji, które poszerzą naszą obecność na rynku francuskim i które prowadzą do nowych możliwości eksportowych, mówi Pan Francis Doblin, Dyrektor Zarządzający Fruehauf.
Cieszę się, że udało się nam pozyskać do strategicznej współpracy tak znakomitą firmę, jaką jest spółka Fruehauf kierowana przez naszego partnera biznesowego, współudziałowca i doskonałego menedżera Pana Francisa Doblina. Jestem przekonany, że przed grupą Wielton otwierają się nowe perspektywy rozwoju i silnej obecności na rynkach Europy Zachodniej. Marka Fruehauf jest od lat liderem w branży naczep w Europie z ogromną grupą wiernych jej klientów. Wierzę, że najbliższy czas przyniesie korzyści z transakcji dla spółki i jej akcjonariuszy, podkreśla Paweł Szataniak, Przewodniczący Rady Nadzorczej Wielton S.A.
STRATEGICZNE PARTNERSTWO DWÓCH LIDERÓW – FIRMY WIELTON i FRUEHAUF EXPANSION
21 maja 2015 r. Wielton S.A., największy w Polsce i jeden z wiodących europejskich producentów naczep i przyczep, podpisał umowę przejęcia 65,31% akcji lidera francuskiego rynku naczep, firmy Fruehauf. Wartość transakcji wyniosła 9,5 mln euro. Umowa przewiduje opcję zakupu pozostałych akcji, tj. 34,69% po zakończeniu 2017 roku, od inwestora prywatnego, zaangażowanego w bieżący rozwój spółki, za kwotę 6,6 mln euro powiększoną o premię uzależnioną od wyników spółki Fruehauf. Umowa została podpisana po uzyskaniu wszystkich potrzebnych decyzji wynikających z przepisów prawa. Zakup otwiera grupie Wielton drogę do zdobycia pozycji trzeciego największego europejskiego producenta naczep z początkowym potencjałem produkcyjnym na poziomie 11 tys. produktów rocznie i obrotami powyżej 250 mln euro. Cała transakcja jest finansowana w 20% ze środków własnych spółki, w pozostałej części z finansowania bankowego udzielonego przez konsorcjum banków: Banku BGŻ BNP Paribas i Banku Gospodarstwa Krajowego.
Fruehauf jest wiodącym producentem naczep i przyczep do pojazdów ciężarowych z 44% udziałem
w kluczowym segmencie rynku naczep we Francji. Firma zatrudnia ponad 400 osób i produkuje rocznie ponad 4000 naczep. Roczne zyski firmy oscylują wokół 2-3 mln euro przy obrotach na poziomie 100 mln euro. Fruehauf posiada nowoczesny zakład produkcyjny we Francji, a odbiorcami produktów są klienci w Europie, w tym głównie we Francji.
WIĘKSZE MOŻLIWOŚCI ROZWOJU, WIĘCEJ INNOWACYJNYCH PRODUKTÓW W OFERCIE
Umowa o współpracy obu podmiotów zakłada zachowanie i wykorzystanie marki Fruehauf, rozwój oferty produktów tej spółki, a także inwestycje w zakład produkcyjny w Auxerre w celu rozbudowy i unowocześnienia potencjału produkcyjnego na potrzeby ekspansji w Europie, w związku z dynamicznym wzrostem rynku w ostatnim roku. Dotychczasowy wieloletni Prezes firmy Fruehauf Francis Doblin, będzie dalej kierował spółką i realizował strategię zgodnie z wypracowaną wspólnie z Wieltonem koncepcją rozwoju.
W planach na najbliższy rok jest pogłębianie kompetencji w zakresie wspólnych badań i rozwoju (R&D). Wielton dysponuje kadrą 120 inżynierów i techników oraz posiada własne Centrum Badań i Rozwoju. Innowacyjność rozwiązań zapewnia spółce przewagę konkurencyjną na rynkach europejskich. Potencjał badawczy i techniczny obu podmiotów pozwoli na rozwój kompetencji projektowych i produkcyjnych, przyjęcie najlepszych praktyk zarządczych i wymianę wiedzy pomiędzy firmami, co przełoży się na jeszcze szybsze reagowanie na potrzeby klientów i dostosowywanie oferty produktów do wymagań odbiorców.
Spółka oczekuje również innych synergii, które przełożą się na optymalizację działalności grupy Wielton i jej wyników.
WIELTON & FRUEHAUF GO GLOBAL
Porozumienie, które podpisaliśmy z naszym francuskim partnerem, spółką Fruehauf, stwarza nowe możliwości rozwoju produktów. W ramach partnerstwa wypracowaliśmy główne założenia dotyczące inwestycji i kierunki dalszej ekspansji, które poszerzą obecność obu partnerów na rynku europejskim i na rynkach pozaeuropejskich, wyjaśnia Andrzej Szczepek, Prezes Zarządu Wielton S.A.
Połączenie firmy Fruehauf z grupą Wielton pozwoli umocnić pozycję grupy na rynku europejskim, szczególnie w Europie Zachodniej. Wielton jest obecny na ponad 35 rynkach, w Europie, Azji i Afryce, gdzie wypracował przewagę konkurencyjną w segmentach wywrotek i zestawach wysokogabarytowych, dzięki stałemu wdrażaniu nowoczesnych rozwiązań. Odbiorcami pojazdów Wieltonu są firmy transportowe, budowlane, produkcyjne i dystrybucyjne w kraju oraz zagraniczni dealerzy pojazdów ciężarowych i naczep. W szczególności klientami grupy są firmy z Rosji, Ukrainy, Białorusi, Norwegii, Węgier, Litwy, Łotwy, Czech, Bułgarii, Rumunii, Słowacji, Estonii, Niemiec, Austrii, Francji, Holandii, Słowenii oraz Serbii. W ramach współpracy obu podmiotów Zarząd zakłada również ekspansję zagraniczną produktów Fruehauf w Europie, szczególnie w krajach sąsiedzkich. Skala działalności obu podmiotów i szeroki zakres oferty powinny stwarzać w kolejnych latach również większe możliwości eksportu poza rynki europejskie. W planach jest podbój rynków w Afryce, Azji i na Bliskim Wschodzie.
Jeśli w niedzielnym głosowaniu wygra urzędujący prezydent Bronisław Komorowski, prawdopodobnie na chwilę wzmocni to polską walutę. Natomiast zwycięstwo europosła Andrzeja Dudy mogłoby ją nieznacznie osłabić. Jak dokładnie może to wyglądać i skąd o tym wiemy? Tłumaczy Marcin Lipka, analityk walutowy Cinkciarz.pl.
Zwykle na długo przed wyborami rynek zastanawia się, jak wyniki głosowania wpłyną na kursy walut. Najsilniejsze reakcje pojawiają się oczywiście wtedy, kiedy wyniki okazują się mocno zaskakujące. Dobrym punktem odniesienia w przypadku tych wyborów są więc wydarzenia z 2005 r.
Polityczne zmiany i gospodarcze skutki
Dziesięć lat temu kalendarz wyborczy przewidywał najpierw wybory parlamentarne, a później prezydenckie. Jednak przedłużające się negocjacje pomiędzy koalicją PiS i PO sprawiły, że tamta historia może być dobrą wskazówką w przewidywaniach możliwej reakcji złotego na polityczne zmiany w najbliższych dniach czy też miesiącach.
Na początek warto cofnąć się mniej więcej do czerwca 2005 r. Znakomita większość sondaży pokazywała wtedy, że zarówno wybory parlamentarne, jak i prezydenckie, wygrają przedstawiciele PO. Rynek odbierał to jako element wzmacniający złotego. Nawet jeżeli w sejmie czy w senacie Platforma Obywatelska nie zdobyłaby wyraźnej większości, to rząd z PiS byłby równie korzystny dla polskiej gospodarki. Mogło być to możliwe ze względu na zapowiedzi obu partii o obniżeniu podatków, zmniejszeniu kosztów administracji, ulgach dla przedsiębiorców i walce z korupcją.
Prorynkowe zmiany obiecywane przez główne ugrupowania spowodowały, że jeszcze przed wyborami złoty zyskał około 15 gr do euro. I choć kierunek na złotym tradycyjnie pokrywał się ze zmianami na koronie czeskiej czy forincie węgierskim, to jednak złotówka wzmacniała się znacznie szybciej niż inne waluty z naszego regionu.
Zaskakujące zwycięstwa PiS
Rzeczywistość okazała się jednak zdecydowanie bardziej skomplikowana. Wybory parlamentarne, które odbyły się 25 września, wygrało PiS z przewagą prawie 5 proc. nad PO. Tuż po otwarciu rynku następnego dnia, złoty stracił 1.5 proc. wartości. Podczas kolejnych sesji handel był już jednak zdecydowanie bardziej spokojny.
Stabilizacja notowań wynikała nie tylko z uwzględnienia wyborczych rezultatów w kursie waluty, ale także ze względu na zapewniania prezesa Kaczyńskiego o chęci osiągnięcia kompromisu z PO w sprawach gospodarczych. Podobnie optymistyczne stwierdzenia na temat przyszłej koalicji z PiS wygłaszał między innymi Jan Rokita, ówczesny wiceszef PO.
Dwa tygodnie po wyborach parlamentarnych odbyły się wybory prezydenckie. Pierwsze starcie wygrał Donald Tusk z wynikiem 36 proc. przed Lechem Kaczyńskim (33 proc.). Mimo dość niewielkiej przewagi preferowanego przez rynek kandydata Platformy, złoty wzmocnił się w dwa dni o około 5 gr. W pewnym momencie wrócił nawet do poziomu sprzed wyborów do sejmu i senatu.
Druga tura wyborów (23 października) skończyła się jednak kolejnym zaskoczeniem dla rynku. Praktycznie żadne sondaże nie dawały zwycięstwa Lechowi Kaczyńskiemu. Tym razem jednak reakcji na złotym praktycznie nie było, gdyż inwestorzy cały czas zakładali, że koalicja PO-PiS jednak powstanie. Dopiero sugestie Kazimierza Marcinkiewicza o uformowaniu rządu mniejszościowego spowodowały, że złoty w ciągu dwóch dni osłabił się o 10 gr.
Inwestorzy zmęczeni polityką
Złoty był słaby mniej więcej do połowy listopada 2005 r. W kulminacyjnym momencie euro kosztowało o 17 gr więcej, niż przed wyborami parlamentarnymi we wrześniu. Warto jednak podkreślić, że zrealizował się najbardziej niekorzystny scenariusz według graczy na rynku walutowym. Powstał mniejszościowy i mniej reformatorski rząd. To rzadko jest pozytywną informacją dla kapitału zagranicznego, zaangażowanego w aktywa gospodarek wschodzących.
Co ciekawe jednak, przez kolejne tygodnie inwestorzy „zmęczyli” się polityką i dobry nastrój na złotym powrócił. Już na początku grudnia wartość euro spadła do poziomu sprzed wyborów. Złoty znowu zaczął zachowywać się podobnie do innych walut w rozwijających się krajach.
Co się stanie z walutami?
Gracze rynku walutowego mają w tej chwili bardzo podobne oczekiwania do tych, które mieli 10 lat temu. Zwycięstwo w niedzielnym głosowaniu urzędującego prezydenta Bronisława Komorowskiego prawdopodobnie chwilowo wzmocniłoby polską walutę, a wygrana europosła Andrzeja Dudy mogłaby ją nieznacznie osłabić. Wydaje się jednak, że efekt byłby krótkotrwały.
Zdecydowanie więcej może się wydarzyć przed jesiennymi wyborami do parlamentu. Dominująca część rynku przez kilka tygodni przed głosowaniem, będzie starała się budować odpowiednią narrację. Ma to przekonać resztę jego uczestników, że zwycięstwo jednej czy drugiej formacji politycznej może poważnie zaburzyć notowania złotego nawet w dłuższym terminie. Jednak podobnie jak 10 lat temu, wpływ głosowania na kurs nie powinien trwać dłużej niż kilka tygodni, niezależnie od wyniku. Nawet wyraźna wygrana jednej czy drugiej wiodącej partii prawdopodobnie nie zaburzy kursu euro o więcej niż kilkanaście groszy w krótkim terminie.
Dodatkowo na scenie politycznej nie widać ugrupowania, które mogłoby zatrzymać pozytywne procesy obserwowane w krajowej gospodarce. Biorąc także pod uwagę otoczenie zewnętrze i nastawienie krajowych władz monetarnych, złoty cały czas ma potencjał do wzrostu wartości w relacji do euro, niezależnie od wyborczych preferencji Polaków.
Blisko 1000 uczestników, 90 prelegentów, ponad 400 firm z całego świata oraz 60 projektów niezależnych to bilans organizowanej przez Krakowski Park Technologiczny konferencji Digital Dragons. Jest to jedno z najważniejszych wydarzeń dla branży gier w Europie środkowo-wschodniej. Konferencja odbyła się 21-22 maja 2015 r. w wyjątkowej scenerii Starej Zajezdni i Muzeum Inżynierii Miejskiej w Krakowie. Tegoroczna edycja była czwartą w historii.
Na konferencji zjawiła się liczna reprezentacja polskiego środowiska twórców gier komputerowych. Gościem specjalnym tegorocznej edycji był Brian Fargo, założyciel firm Interplay i InXile Entertainment oraz twórca serii „Wasteland”. Kraków odwiedzili także m.in. przedstawiciele studia CD Projekt RED, którzy opowiedzieli o kulisach powstawania gry „Wiedźmin 3: Dziki Gon”. Podobnie jak w ubiegłym roku, swoje gry zaprezentowali także twórcy niezależni. Obok autorów gier, gośćmi konferencji byli również przedstawiciele venture capital i startupów, dla których przygotowano sesję VC speed networkingu. Podczas uroczystej gali wręczone zostały Digital Dragons Awards dla najlepszych gier ubiegłego roku. Nagrodzeni zostali również autorzy gier niezależnych.
Promocja młodych twórców odbyła się podczas konkursu Indie Showcase oraz University Talent Show. Nowością tegorocznej edycji konferencji były warsztaty, obejmujące zróżnicowane propozycje tematyczne z zakresu grafiki, programowania, publishingu oraz marketingu gier.
Organizację Digital Dragons 2015 wspierali partnerzy strategiczni GRY-Online.pl i Onet.pl. Dzięki tej współpracy zostały przeprowadzone kompleksowe badania polskiego rynku gier, których prezentacja odbyła się także podczas konferencji.
Źródło: Krakowski Park Technologiczny
Wczoraj, podczas gali Digital Dragons zostały wręczone nagrody dla najlepszych produkcji 2014 roku. Nagrody przyznano w sześciu kategoriach. Nominacje były efektem głosowania przedstawicieli polskiego gamedevu, a laureatów wybrało jury złożone z dziennikarzy branżowych mediów.
Ponadto przyznano dwie nagrody specjalne. Nagrodę Województwa Małopolskiego dla firmy Ganymede, za jej wkład w działania na rzecz edukacji w branży gier, chęć dzielenia się swoją wiedzą i umiejętnościami z młodymi ludźmi. Po raz pierwszy przyznano także nagrodę Digital Dragons za promocję polskiej branży gier na świecie. Otrzymał ją Tomasz Gop. Poniżej lista nagrodzonych.
Laureaci Digital Dragons Awards 2015
Najlepsza polska gra
This War of Mine
Najlepsza gra mobilna
Sky Force
Najlepsze audio
The Vanishing of Ethan Carter
Najlepsza oprawa artystyczna
The Vanishing of Ethan Carter
Najlepszy game design
This War of Mine
Najlepsza gra roku
South Park: The Stick of Truth
Nagroda specjalna Województwa Małopolskiego
Ganymede
Dekadę temu za przeciętne wynagrodzenie netto można było kupić 1,4 m kw. mieszkania. Mało? Dziś pensja starcza na o połowę mniej. Gdyby ponadto do zakupu 50-metrowego mieszkania zaprzęgnąć kredyt, rata pochłaniałaby 33% miesięcznego wynagrodzenia. Jest to znacznie lepszy wynik niż w 2009 roku, ale wciąż brakuje dużo do tego z roku 2006, kiedy na ratę wystarczyło przeznaczyć 19% pensji – wynika z szacunków Lion’s Bank.
Szerszy dostęp do kredytów od początku XXI wieku pozwalał Polakom szybko zrealizować marzenie o własnym „M”. Rynek mieszkaniowy nie był jednak na liberalizację dostępu do kredytu przygotowany. Niedostateczna liczba mieszkań oferowanych w sprzedaży spowodowała, że przy dużej liczbie kupujących ceny zaczęły gwałtownie rosnąć. Doskonale widać to na podstawie danych GUS. Te pokazują, że w 2003 i 2004 roku za metr mieszkania płacono przeciętnie około 1,2 tys. zł. Od roku 2005 ceny zaczęły jednak dynamicznie rosnąć. W największych miastach kres tych wzrostów nastąpił na przełomie lat 2007 i 2008, po czym przyszły spadki cen. Nie przeszkadzało to jednak „gusowskiej” średniej rosnąć dalej. Może to wynikać z faktu, że choć w dużych miastach ceny przestały rosnąć, to w mniejszych miejscowościach zahamowanie trendu wzrostowego przyszło później lub po prostu zmieniła się struktura sprzedawanych lokali – np. więcej dokonywano transakcji nieruchomościami droższymi, co podnosiło średnią, choć nie świadczy to o wzroście poziomu cen.
Niezależnie od powodu, efekt był taki, że w 2009 roku za przeciętny metr trzeba było już zapłacić prawie 3,6 tys. zł – 3 razy więcej niż pięć lat wcześniej. Kolejne pięć lat nie przyniosło już tak spektakularnych zmian. Co jednak może dziwić średnia cena transakcyjna w tym czasie wzrosła (dane dla największych miast publikowane przez NBP czy Home Broker sugerują kierunek odwrotny). Na rok 2014 można szacować ją na ponad 3,9 tys. zł za m kw.
Dostępność kredytowa mieszkań w kolejnych latach
Rok
Przeciętna cena miezkania
(w zł za m kw.)
Średnie oprocentowanie kredytu złotowego
Rata 30-letniego kredytu za 50-metrowe mieszkanie*
Przeciętne wynagrodzenie „na rękę” osoby pracującej na pełen etat
DTI** (w%)
2003
1223
8,2%
365 zł
1 590 zł
23%
2004
1158
8,1%
343 zł
1 618 zł
21%
2005
1390
6,7%
360 zł
1 665 zł
22%
2006
1443
5,6%
332 zł
1 739 zł
19%
2007
2095
6,1%
507 zł
1 943 zł
26%
2008
2985
8,1%
881 zł
2 106 zł
42%
2009
3596
7,3%
988 zł
2 198 zł
45%
2010
3554
6,6%
908 zł
2 296 zł
40%
2011
3881
6,6%
991 zł
2 433 zł
41%
2012
3940
7,0%
1 047 zł
2 523 zł
41%
2013
3882
5,5%
880 zł
2 612 zł
34%
2014***
3943
5,2%
863 zł
2 655 zł
33%
Opracowanie Lion’s Bank na podstawie danych NBP, GUS i EUROSTATu
* Przy założeniu 20-proc. wkładu własnego
** Stosunek miesięcznej raty do dochodu*** Szacunki
Kredyt odrywa ceny mieszkań od zarobków
To jednak nie tylko ceny mieszkań decydują o łatwości zakupu własnych czterech kątów – przynajmniej nie w przypadku powszechności kredytów hipotecznych zaciąganych w tym celu. Inaczej mogło być w latach 2003 – 2004, gdy zadłużenie Polaków z tytułu kredytów hipotecznych rosło o „zaledwie” kilka miliardów złotych rocznie. Wtedy za przeciętne miesięczne wynagrodzenie na rękę osoby pracujące na pełen etat mogły kupić 1,3 – 1,4 m kw. mieszkania. Z aktualnego punktu widzenia jest to wysoki wynik. W kolejnych latach bowiem, gdy zadłużenie na cele mieszkaniowe rosło po kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt miliardów rocznie, ceny mieszkań zaczęły dynamicznie rosnąć odrywając się od poziomu wynagrodzeń. Efekt? 2005 – 2009 możliwości nabywcze stopniały do 0,6 m kw. mieszkania za jedną pensję. Oczywiście jest to średnia dla całego kraju, a więc w największych miastach, gdzie średnia cena płacona za przeciętny metr jest dwukrotnie wyższa niż średnia krajowa, możliwości nabywcze są niższe. Kolejne lata przyniosły niewielką poprawę możliwości nabywczych. Krajowa średnia to obecnie 0,67 m kw. mieszkania za pojedynczą miesięczną pensję netto. W największych miastach poprawa ta była bez wątpienia znacznie bardziej wyraźna. Powód jest prosty – w największych miastach ceny nieruchomości od początku 2008 roku wyraźnie spadły – o około 15 – 20%, podczas gdy średnia pensja wzrosła.
Tanio na kredyt było 8 lat temu
Dane publikowane przez GUS i NBP pozwalają ponadto odpowiedzieć na pytanie – skąd wziął się wzrost popularności kredytów w latach 2003 – 2007? W latach tych singiel zatrudniony na pełen etat musiał wydać jedynie 20 – 25% swojego wynagrodzenia na ratę kredytu zaciągniętego na zakup 50-metrowego mieszkania przy 20-proc. wkładzie własnym. Co więcej obliczenia te zakładają zadłużenie w rodzimej walucie, a w latach o których mowa to kredyty walutowe święciły triumfy jako „tańsze”. Wracając jednak do meritum, trudno się dziwić skokowemu wzrostowi popularności kredytów hipotecznych jako sposobu finansowania zakupu własnego „M”, gdyż za relatywnie niewielką część domowego budżetu można było realizować potrzeby mieszkaniowe. Rekordowy pod tym względem był rok 2006, kiedy singiel musiał wydać przeciętnie 19% swojej pensji, aby opłacić ratę kredytu zaciągniętego w złotym na zakup 50-metrowego lokum (średnia dla całej Polski, w dużych miastach było to oczywiście więcej). Załamanie na rynku kredytowym i wzrost cen nieruchomości już w 3 lata później spowodował, że modelowy kredytobiorca musiałby wydawać na podobny cel aż 45% swojego comiesięcznego wynagrodzenia.
Kolejne lata przynosiły stopniową poprawę. Najnowsze dane – dla roku 2014 – sugerują, że singiel kupujący 50-metrowe lokum musi wydać na ratę 33% swojego wynagrodzenia.
Jak wcześniej wspomniano jest to jednak wynik średni dla całego kraju, a więc łatwiej singlowi byłoby sfinansować modelową transakcję, gdyby zarabiając średnią krajową mieszkał w mniejszej miejscowości, gdzie mieszkania są tańsze. Odwrotnie byłoby, gdyby kupić chciał mieszkanie w Warszawie, Krakowie, Poznaniu czy Wrocławiu, gdzie poziom cen jest o 50 – 100% wyższy niż krajowa średnia, a wynagrodzenia są wyższe o od 3 do 35% od przeciętnych.
Przedstawiciele firm członkowskich zasiadający w Komitecie Wykonawczym ZPL, podczas ostatniego posiedzenia, powierzyli Wojciechowi Rybakowi, prezesowi Millenium Leasing stanowisko przewodniczącego KW ZPL. Natomiast kandydatura Mieczysława Woźniaka, wiceprzewodniczącego KW ZPL i prezesa mLeasing została zgłoszona do zarządu Leaseurope.
14 maja br. zakończyła się kadencja Arkadiusza Etryka, pełniącego funkcję przewodniczącego KW ZPL. Jako wiceprzewodniczący, wspólnie z innymi członkami KW ZPL, będzie pracował na rzecz rozwoju współpracy branży leasingowej z rynkiem motoryzacyjnym oraz rozszerzenia reprezentacji związku.
Wojciech Rybak
Wojciech Rybak
Wojciech Rybak, nowo wybrany przewodniczący, pracuje w Komitecie Wykonawczym Związku Polskiego Leasingu od 2011 roku, opiekując się obszarem statystki i monitorowania rynku leasingu. Jako przewodniczący będzie także reprezentował związek wobec instytucji i partnerów zewnętrznych na rynku krajowym oraz m.in. nadzorował komunikację zewnętrzną i wewnętrzną organizacji.
Dynamiczny rozwój branży leasingowej, którego wskaźnikami są: 21,3 proc. wzrost na koniec 2014 i łączne finansowanie na poziomie 42,8 miliardów złotych, wskazują na niesłabnący potencjał rynku, który jest wspierany pozytywnymi sygnałami płynącymi z gospodarki. Rosnąca w pierwszych miesiącach bieżącego roku dynamika rynku leasingu, której towarzyszy wzrost wskaźników sprzedaży detalicznej (4,4 proc. w ciągu I kwartału) oraz produkcji sprzedanej przemysłu (5,3 proc.) pozwoli nam wypracować kolejny rekord w rozwoju polskiego rynku leasingu na koniec 2015 r. –powiedział Wojciech Rybak.
Członkowie Komitetu Wykonawczego podjęli także decyzję o delegowaniu Mieczysława Woźniaka do prac w zarządzie Leaseurope. Mieczysław Woźniak na co dzień jest zaangażowany w prace w obszarach: prawnym i podatkowym.
Mieczysław Woźniak
Mieczysław Woźniak
Obok wymienionych, swoją pracę w Komitecie Wykonawczym ZPL, będą kontynuować: Szymon Kamiński (prezes zarządu BZ WBK Leasing), Jerzy Kobyliński (prezes zarządu spółek z Grupy Masterlease), Radosław Kuczyński (prezes zarządu Europejskiego Funduszu Leasingowego), Andrzej Krzemiński (prezes zarządu Raiffeisen-Leasing Polska) i Marek Małachowski (prezes zarządu PZWLP, dyrektor zarządzający ALD Automotive Polska).
Wszystkie funkcje pełnione przez członków Komitetu Wykonawczego Związku Polskiego Leasingu i innych organów statutowych ZPL są funkcjami społecznymi. Organizacja rozwija się dzięki pracy społecznej ekspertów branży leasingowej wypracowujących rozwiązania w ramach zespołów i grup roboczych funkcjonujących w ramach ZPL.
Jednym z kluczowych narzędzi wykorzystywanych przez pośredników nieruchomości do reklamowania swoich ofert są internetowe serwisy ogłoszeniowe. Agenci mają do wyboru ogromną liczbę serwisów. Dlatego decyzja, z którymi z nich podjąć współpracę jest niełatwa. W szczególności jeśli dysponujemy umiarkowanym budżetem marketingowym.
Które z portali nieruchomości agenci wybierają najczęściej? Co biorą pod uwagę? Czy wykorzystują je w sposób optymalny? Na te pytania odpowiada raport z badania PBS, który zapytał agentów nieruchomości o satysfakcję z korzystania z serwisów ogłoszeń.
Z jakich serwisów korzystają profesjonaliści?
Pośrednicy i agenci nieruchomości mają do wyboru kilkanaście serwisów nieruchomości o różnych zasięgach. Zapytani o to, z usług których z nich korzystali najczęściej w ciągu ostatniego roku, większość z nich, bo aż 95% procent wskazała serwis Otodom. Na podium najpopularniejszych serwisów uplasowały się również Gratka, którą wskazało 81% ankietowanych oraz OLX.pl -73% respondentów. Kolejnymi serwisami ze znaczącym odsetkiem wskazań były Domy.pl oraz Oferty.net. Ponad połowa zapytanych agentów nieruchomości korzystała też z serwisów Domiporta, Gumtree, Nieruchomości-online.
Co decyduje o wyborze serwisu?
Wyniki badania wskazują, że dla agentów najważniejszym argumentem za skorzystaniem z konkretnego serwisu jest liczba zapytań o nieruchomość od potencjalnych klientów – użytkowników danej strony. Statystyki odwiedzin i popularność portalu to kolejny element, na który pośrednicy zwracają szczególną uwagę. W dalszej kolejności znalazły się odpowiednio – dopasowanie oferty do potrzeb biura, koszty zamieszczania ogłoszeń, wygoda korzystania z konta użytkownika, obsługa klienta oraz dostęp do branżowych analiz.
Skuteczność serwisów
Pośrednicy wskazali, że liczba klientów kontaktujących się z nimi za pośrednictwem danej strony jest podstawowym czynnikiem decydującym o wyborze serwisu. Co ciekawe jednak, wielu pracownikom biur nieruchomości dość trudno było oszacować dokładną liczbę zapytań, które otrzymują w odpowiedzi na zamieszczane ogłoszenia wynajmu i sprzedaży nieruchomości.
W subiektywnej ocenie agentów, najwięcej zapytań od klientów pochodzi z Otodom- średnio 6,6 kontaktów tygodniowo. Serwis Gratka.pl osiągnął zbliżony wynik – 6,2 kontaktów tygodniowo. W następnej kolejności znalazły się serwisy OLX.pl (średnio 4,2 zapytań dot. sprzedaży) oraz Domiporta (średnio 3,3 zapytań).
Transakcja
Sama liczba zapytań o ogłoszenie jest ważnym kryterium wyboru miejsca promocji w sieci. Jednak ostatecznie o tym, czy ogłoszenie było skuteczne, przesądza podpisanie umowy sprzedaży lub najmu.
42% zapytanych agentów uważa, ze najwięcej zapytań kończących się sprzedażą nieruchomości pochodzi z serwisu Otodom. Kolejne miejsce na podium należy do serwisu Gratka.pl – wskazało go 19% badanych. Natomiast na trzecim miejscu znalazł się serwis OLX.pl – 11%.
Liczba wykorzystywanych portali
Jak mogłyby wskazywać powyższe wyniki, pośrednicy nieruchomości bardzo świadomie podejmują decyzję dotyczącą wyboru portalu, z którym podejmują współpracę. Wydatki reklamowe agencji nieruchomości są rozproszone w wielu serwisach ogłoszeń. Z badania PBS wynika, że agencje zamieszczają ogłoszenia na wielu różnych portalach. Zdecydowana większość z nich (78 proc.) korzysta z 4 do 9 serwisów.
W których portalach zatem należy się reklamować?
Na tak postawione pytanie każdy sprzedający powinien odpowiedzieć oczywiście sam jednak wyniki naszego badania wskazują pewien kierunek. Stosunkowo wielu pośredników nie potrafiło od razu powiedzieć, który z serwisów przynosi najlepsze efekty i zapewne z tego powodu współpracuje z wieloma z nich. Monitorowanie efektywności poszczególnych portali i dostęp do rzetelnych danych pozwoli zoptymalizować budżet marketingowy i lokować go tam, gdzie przyniesie on najwięcej sfinalizowanych transakcji.” – mówi Anna Sowińska z agencji badawczej PBS.
Agencja PBS wykonała badanie CAWI w marcu i kwietniu 2015 roku. W badaniu udział wzięło 268 pracowników biur nieruchomości z całej Polski.
Inwestowanie w nieruchomości pod wynajem jest cały czas bardzo modne w całej Europie. Zagraniczni inwestorzy wykazują duże zainteresowanie projektami mieszkaniowymi w Polsce. Sprzyja temu wiele czynników.
Mieszkania Buy – to – let
W Polsce dominują mieszkania własnościowe, w ostatnich latach najem stał się alternatywą dla wielu gospodarstw domowych. Rosnący popyt na mieszkania pod wynajem wynika z kilku czynników demograficznych i ekonomicznych. Decyduje o tym przede wszystkim stabilna sytuacja ekonomiczna, kwestie prawne, a także trendy społeczne. Dużą popularnością cieszą się też agencje pośredniczące w wynajmie, a także zarządzaniu nieruchomością, co pozwala inwestorom na wygodę. Potrzeby mieszkaniowe i styl życia ulegają zasadniczym zmianom, z korzyścią dla sektora najmu. Dla osób młodych symboliczne posiadanie mieszkania nie ma już tak wielkiej wartości, dziś bardziej istotna staje się mobilność. Do dużych miast napływają osoby młode, dzięki zapleczu edukacyjnemu, pojawia się wielu studentów oraz młodych ludzi poszukujących pracy, a więc wzrasta zapotrzebowanie na mieszkania pod wynajem.
Mieszkania pracownicze, mieszkania siedziby spółki
Inwestorzy poszukują mieszkań, które są atrakcyjnym aktywem w bilansie. Firmy, chcąc obniżyć koszty zakwaterowania oddelegowanych pracowników, często decydują się na zakup mieszkania, które posłuży na długie lata. Często poszukiwane są lokale z wykończeniem i gotowym projektem architektonicznym, a takie perełki można znaleźć na poznańskim rynku. Innym aspektem kupowania mieszkań na poczet firmy, jest tworzenie w tym miejscu siedzib firmy, co pozwala obniżyć wydatki na wynajem. Nabywcom przysługuje prawo do odliczenia podatku VAT od zakupu mieszkania związanego z prowadzoną działalnością gospodarczą, a także zmniejszenie podstawy opodatkowania o odpisy amortyzacyjne o wartości zakupionego mieszkania.
Kupić korzystnie
Rynek deweloperski jest otwarty na inwestorów, którzy są stabilnymi klientami. Co więcej, niektóre firmy proponują inwestorom atrakcyjne oferty, dzięki czemu zakup mieszkania staje się jeszcze korzystniejszy – Przedsiębiorczy inwestor może liczyć na specjalne warunki oraz wsparcie przy urządzeniu lokalu. Przy zakupie dwóch mieszkań oferujemy 3 % zniżki, przy trzech – 5 %. Ponadto inwestorzy mogą liczyć na wykończenie w cenie, nowoczesny design, a także, przy wybranych mieszkaniach – projekt w cenie– mówi Roma Pikulska, marketing manager RED-Real Estate Development, który posiada nowoczesne wieżowce High-Tech na poznańskim Dębcu.
Lokalizacja kluczowy aspekt inwestowania
Lokalizacja jest ważna przy poszukiwaniu mieszkań odpowiednich dla biznesu. Ofertę warto prześledzić dokładnie – sprawdzić czy infrastruktura jest bogata, w pobliżu znajduje się centrum handlowe, siłownia czy też park, a także sprawdzić czy komunikacja z miastem i autostradami będzie sprawna – Dla inwestorów, którzy kupują u nas mieszkanie, bliskość A2 jest znacząca – dodaje Roma Pikulska.
W ten sposób należy analizować oferty, które mają potencjał, nie tylko w poszukiwaniu mieszkania pod wynajem, ale i w celu zakupu mieszkania na poczet firmy.
Zestawienie uczelni, których absolwenci z tytułem magistra-inżyniera zarabiają najwięcej, otwiera Politechnika Warszawska. Co drugi absolwent tej uczelni otrzymuje miesięcznie przynajmniej 8 000 PLN brutto – wynika z Ogólnopolskiego Badania Wynagrodzeń przeprowadzonego w 2014 roku przez Sedlak &Sedlak.
Analizując zarobki absolwentów Politechniki Warszawskiej należy jednak wziąć pod uwagę fakt, że są oni zatrudnieni w większości przypadków w Warszawie. Stąd taka różnica w porównaniu z zarobkami absolwentów uczelni z innych miast.
Spośród wybranych uczelni prym wiodą politechniki, a w szczególności Politechnika Gdańska z medianą wynagrodzeń równą 6 530 PLN. Z absolwentów krakowskich uczelni technicznych najwięcej zarabiają byli studenci Akademii Górniczo-Hutniczej oraz Politechniki Krakowskiej – odpowiednio 6 000 PLN oraz 5 670 PLN.
Tabela 1. Zestawienie wynagrodzeń całkowitych absolwentów wybranych wyższych uczelni w Polsce z tytułem magistra inżyniera (w PLN brutto)
W obliczu zagrożenia kradzieżami tożsamości banki będą wymagały nowych zaświadczeń od swoich klientów- to zapowiedź przedstawicieli większości banków podczas VII Forum Technologii Bankowości Spółdzielczej, zorganizowanego w dn. 19-20 maja 2015 r. przez Związek Banków Polskich oraz Centrum Prawa Bankowego i Informacji.
Wzmożona czujność banków wynika z wprowadzenia 1 marca 2015 roku nowych dowodów osobistych, które nie zawierają szeregu informacji istotnych z punktu widzenia banków. Brak w nich np. wzoru podpisu, adresu zameldowania oraz informacji o kolorze oczu i wzroście właściciela dokumentu.
„Nie jest to wymysł banków, tylko konieczność dostosowania się do nowejsytuacji po zmianie wzoru dowodu osobistego. Wszyscy posiadacze nowych dokumentów muszą być przygotowani na to, że w momencie uruchamiania kontalub zaciągania kredytu, bank może wymagać potwierdzenia adresu zameldowania lub tożsamości. W tym celu konieczne może okazać się np. pisemne oświadczenie klienta o adresie zameldowania lub specjalne zaświadczenie z urzędu gminy. Do dokumentów, potwierdzających adres może należeć np. ostatni rachunek za prąd lub gaz. Należy jednak podkreślić, że zmiany te są konieczne ze względów bezpieczeństwa klientów banków i ochrony ich pieniędzy przed nadużyciami ze strony osób trzecich. Banki będą robiły wszystko, aby nowe procedury były jak najmniej uciążliwe dla klientów” – powiedział Mieczysław Groszek, wiceprezes Związku Banków Polskich.
W ankiecie przeprowadzonej podczas VII Forum Technologii Bankowości Spółdzielczej 2015 aż 40 procent uczestników konferencji opowiedziało się za przywróceniem danych adresowych i podstawowych danych biometrycznych (wzrost, kolor oczu) w kolejnych wersjach dowodów osobistych.
„Obecnie Polacy posługują się trzema prawidłowymi wzorami dowodów osobistych wprowadzanymi na przestrzeni ostatnich 13 lat. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że niedługo, wzorem innych krajów UE, zdecydujemy się na uzupełnienie najnowszego dowodu o dane w wersji elektronicznej i wówczas będzie to już 4.wzór tego dokumentu. W takiej sytuacji prawidłowa weryfikacja autentyczności dowodu osobistego, niezbędna przed wprowadzeniem informacji o kliencie do bankowych baz danych, staje się jednym z kluczowych elementów systemu transakcji. Banki zdają sobie z tego sprawę i dlatego Forum Technologii Bankowości Spółdzielczej przyniosło m.in. odpowiedź na pytanie, co w dowodach osobistych jest istotne ze względów bezpieczeństwa. Banki cały czas udoskonalają metody weryfikacji autentyczności dokumentów tożsamości, by jak najlepiej zabezpieczyć pieniądze klientów”– dodał Dariusz Kozłowski, Wiceprezes Zarządu Centrum Prawa Bankowego i Informacji Sp. z o.o.
Eksperci Centrum Prawa Bankowego i Informacji potwierdzają, że nowe dowody osobiste mają wiele zabezpieczeń, które lepiej niż poprzednie wersje chronią je przed próbami fałszerstwa. Brak niektórych danych dotychczas widniejących na dowodach osobistych ma na celu ograniczenie przestępstw wynikających z użycia ich przez osoby trzecie. Dodatkowo wprowadzono nowe zabezpieczenia, które utrudniają ich podrobienie, np.: zmieniono znak holograficzny, uwypuklono czcionki i inne elementy, dodano grawerowane linie i wstęgi, wprowadzono elementy kolorystyczne niewidoczne „gołym okiem”. Eksperci podkreślają jednak, że choć prób fałszowania dokumentów będzie mniej, to nowoczesne zabezpieczenia mogą spowodować zwiększenie liczby prób kradzieży oryginalnych, nowych dowodów osobistych.
Z informacji z Centralnej Bazy Danych Systemu Dokumenty Zastrzeżone, opublikowanych w raporcie infoDOK, wynika, że zagrożenie kradzieżami tożsamości utrzymuje się na stosunkowo wysokim poziomie. W 2014 roku zastrzeżono ponad 128 tysięcy utraconych dokumentów tożsamości i udaremniono blisko 9 tysięcy prób wyłudzeń kredytów na łączną kwotę ponad 400 mln złotych. Największa kwota kredytu, który próbowano ukraść za pomocą sfałszowanych dokumentów, wynosiła aż 24 mln zł.
Najnowszy komunikat Bank of Japan po posiedzeniu ubiegłej nocy okazał się nieco bardziej optymistyczny, niż można by zakładać po ostatnich uwagach przedstawicieli BoJ i doniesień prasowych.
Trudno jednak uznać ten optymizm za przełomową zmianę, ponieważ korekty zawarte w nowym komunikacie w równej mierze dotyczyły pominięcia wcześniejszej, bardziej negatywnej retoryki, co dorzucenia nowych, wyraźnie pozytywnych komentarzy.
Ostatni raport w sprawie PKB Japonii w I kwartale, opublikowany na początku tego tygodnia, wydawał się solidny, mimo iż wzrost rezerw jest niepokojący, a cel inflacyjny pozostaje odległy, co może oznaczać, że dane za maj (które poznamy dopiero pod koniec czerwca) wykażą, że w Japonii panuje deflacja w ujęciu rok do roku.
W komunikacie BoJ oświadczył jednak, że oczekiwania inflacyjne rosną. Reakcja rynku na komunikat BoJ była umiarkowana; para USD/JPY powróciła w dolne rejony przedziału. Byki obawiają się, że nastąpi powtórka z 2014 r., kiedy to od stycznia aż do sierpnia wszelkie transakcje odbywały się w granicach wąskiego przedziału, zanim udało się wyjść z impasu.
USD wydaje się chwilowo na neutralnej pozycji, ponieważ rynek nie widzi powodów do dalszego umacniania USD, dopóki Fed czeka z prognozą na najnowsze dane – jedynym czynnikiem wspierającym USD jest mocny apetyt na ryzyko (w szczególności w parze EUR/USD).
Rynek wykazuje niepewność przed nadchodzącym trzydniowym weekendem (w Stanach Zjednoczonych i w Wielkiej Brytanii) i może dziś gwałtownie zareagować na szczególnie zaskakujący odczyt amerykańskiego CPI.
USD/CAD
USD/CAD zachowuje się obecnie dość typowo dla par z USD; rajd USD umożliwił wydostanie się ze strefy zagrożenia, jednak nie wystarczył do ogłoszenia powrotu hossy dolarowej.
Obserwujemy dziś parę USD/CAD ze szczególnym zainteresowaniem, ponieważ zarówno Stany Zjednoczone, jak i Kanada opublikują dziś dane na temat inflacji, przy czym Kanada poda również dane dotyczące sprzedaży detalicznej w marcu.
Bykom zależeć będzie na szybkim skontrowaniu wszelkich dalszych spadków; zobaczymy, czy para ta zdoła ponownie przejść przez „lukę” pomiędzy ostatnimi maksimami i dawnym przedziałem powyżej poziomów 1,2350/1,2400.
Podsumowanie w koszyku G-10:
USD: rajd USD stracił impet i waluta musi dziś podjąć walkę, inaczej czeka nas kolejna runda nudnych transakcji w przedziale, biorąc pod uwagę, że bieżący rok dla wielu par z USD rozgrywał się zasadniczo w granicach przedziałów. Uwaga na dzisiejszy odczyt CPI i na wystąpienie Janet Yellen z Fed.
EUR: w parze EUR/USD istnieje ryzyko dalszej konsolidacji w górę, w szczególności w przypadku zaskakującego negatywnie odczytu amerykańskiego CPI. Umiarkowani inwestorzy skupiają się na obszarze 1,1200-25 z ryzykiem dotarcia do poziomu 1,1300 w przypadku pokonania tego obszaru. W przypadku spadku, zamknięcie ponownie w okolicach wsparcia na poziomie 1,1065 potwierdziłoby możliwość ewentualnego powrotu trendu spadkowego, i to raczej wcześniej, niż później.
JPY: niewielkie wsparcie ze strony BoJ i pary USD/JPY nie rozwiało wątpliwości inwestorów. Para EUR/JPY wydaje się ociężała, w szczególności w przypadku kontynuacji poniżej obszaru 134,00. Para AUD/JPY również szuka możliwości zwrotu.
GBP: być może to przedwczesna opinia, jednak funt jest zbyt mocny – czekam na potwierdzenie tej tezy przez parę GBP/USD, mimo iż pod względem formacji dzieje się raczej niewiele, nie licząc zniwelowania skutków wczorajszego rajdu. Para EUR/GBP może wykorzystać nieco większą przestrzeń do spadku w ramach tego trendu, zanim dojdzie do konsolidacji – uwaga na opór w rejonach 0,7125/50 w przypadku wzrostu, a następnie na obszar 0,7000+ w przypadku spadku.
CHF: harmonogram doniesień z Grecji staje się coraz bardziej napięty – zasadniczo skłaniam się ku spadkowi kursu franka po ogłoszeniu porozumienia – jednak można wziąć również pod uwagę opcjonalność – EUR/CHF lub USD/CHF.
AUD: w nocy waluta umocniła się względem konsolidującego się USD; jest jeszcze miejsce na dalszą konsolidację, zanim stanie się to niewygodne dla niedźwiedzi – nawet do poziomu 0,7975/0,8000, jednak osobiście wolałbym powrót trendu spadkowego.
CAD: uwaga na dzisiejsze dane, które mogą stanowić katalizator dla kursu CAD. Podtrzymuję prognozę aprecjacji pary USD/CAD, o ile nie spadnie z powrotem znacznie poniżej poziomu 1,2100.
NZD: waluta umocniła się pomimo rozczarowującego odczytu zaufania konsumentów ANZ w maju; być może inwestorzy byli rozczarowani, że najnowsze lokalne minima w parze NZD/USD nie zapewniły dodatkowego impetu spadkowego. Inwestujący w parę AUD/NZD powinni zwrócić uwagę, że powróciliśmy do 200-dniowej średniej ruchomej.
SEK: wyprzedaż w parze EUR/SEK traci impet w granicach przedziału. Trudno kupować walutę, z którą wiąże się ryzyko coraz większego luzowania ilościowego w przypadku, gdyby jej aprecjacja groziła podtrzymaniem widma deflacji. Jeżeli jednak nastąpi przełamanie i zamknięcie poniżej poziomu 9,22, może to być punkt wyjścia do testu.
NOK: zasadniczo czekam na relatywne osłabienie tej waluty i gdyby nie wysokie ceny ropy, chętnie zobaczyłbym dalsze spadki (zwróćmy uwagę na korektę w parze NOK/SEK). NOK jest jednak dość nudną propozycją dopóty, dopóki para EUR/NOK pozostawać będzie nadal w granicach przedziału 8,30-50.
Grupa Sage opublikowała skonsolidowane wyniki finansowe za pierwsze półrocze (rok finansowy liczony od października 2014 r.). W tym okresie Grupa odnotowała 5,1% wzrost zysku operacyjnego przy 6,5% wyższych obrotach. Jeszcze lepszą dynamikę odnotowano w obrotach i zysku z odnowień licencji oraz zakupu subskrypcji oprogramowania.
Wyższe obroty, zysk i marża
Rok finansowy w Grupie Sage liczony jest od października do września. W maju br. opublikowano skonsolidowane wyniki Grupy za okres październik 2014 – marzec 2015. Dane nastrajają optymizmem: przychody ogółem wyniosły 699 mln funtów (wobec 642 mln w analogicznym okresie ubiegłego roku, przeliczonych po bieżących kursach walutowych), a skonsolidowany zysk operacyjny Grupy wzrósł do 183 mln funtów (w ub. I półroczu wynosił 174 mln funtów).
Grupa Sage przedstawiła znakomite wyniki w kategorii tzw. „organicznego wzrostu”, który obejmuje wyłącznie dane ze sprzedaży licencji i subskrypcji oprogramowania oraz usług informatycznych. W tej kategorii na uwagę zasługuje ponad 9% wzrost zysku organicznego oraz zwiększenie marży operacyjnej do poziomu 28,1% (w I półroczu 2014 r. wynosiła ona 27,4%). „Wyniki Grupy Sage pokazują, że wkroczyliśmy w dobry okres do rozwoju biznesu.” – powiedział Piotr Ciski, dyrektor zarządzający Sage w Polsce. „Firma rośnie w siłę i rozwija się na wielu polach”.
Trendy rynkowe: subskrypcja i Chmura górą
Z udostępnionych wyników wyraźnie widać trendy panujące na rynku użytkowników oprogramowania wspomagającego zarządzanie przedsiębiorstwem – np. 8% wzrost obrotów z usług odnawialnych, przy wyraźnie niższym (niewiele ponad 2%) wzroście obrotów w segmencie usług IT.
Sage podkreśla zachodzącą na rynku globalnym zmianę po stronie przedsiębiorców. Zmienia się bowiem model korzystania z oprogramowania wspomagającego działalność biznesową. Coraz więcej firm odchodzi od tradycyjnego modelu opartego na zakupie licencji na rzecz subskrypcji, czyli wykupywania prawa do okresowego użytkowania oprogramowania. W I połowie 2015 r. na całym świecie z modelu subskrypcji korzysta już ponad 550 tys. klientów Sage, co w ogólnych rocznych obrotach Grupy stanowi wartość 260 mln funtów.
Wzrasta sprzedaż do małych i dużych firm
Na uwagę zasługuje również wzrost zarówno po stronie systemów przeznaczonych dla dużych firm, jak i dla kilkuosobowych przedsiębiorstw. Sprzedaż systemu Sage ERP X3 (oprogramowania dla większych firm) w ciągu pół roku wzrosła o 10% (w analogicznym okresie ub. r. wykazywała 7% dynamikę). Jednocześnie o ponad 30 tys. (do 115 tys.) zwiększyła się liczba subskrybentów systemu Sage One, udostępnianego wyłącznie w Chmurze i zaprojektowanego z myślą o obsłudze najmniejszych firm.
Dyrektor Zarządzający Grupy Sage, Stephen Kelly, w komentarzu do opublikowanych wyników podkreślił, że pomimo wysoko postawionej poprzeczki na bieżący rok obrotowy, Sage udało się osiągnąć wszystkie postawione cele. „Wzrost na poziomie 8% w segmencie odnowień subskrypcji pokazuje nasz potencjał i rynkową siłę, a jednocześnie dowodzi jakości naszych relacji z klientami”. Dodał przy tym, że choć wyniki obejmują zazwyczaj najkorzystniejszy dla firm informatycznych IV kwartał, to wszelkie prognozy i cele finansowe na ten rok są utrzymane.
„Jesteśmy dumni z tego, że należymy do Grupy i mamy swój udział w jej sukcesie”, podkreślił Piotr Ciski. Polski oddział Sage jest częścią Grupy Sage, zatem oficjalne sprawozdania finansowe Grupy zawierają także wyniki finansowe polskiej spółki.
Mimo starań podjętych przez Mario Draghiego w pobudzenie europejskiej gospodarki, aktualna sytuacja ekonomiczna Eurolandu nadal pozostaje daleka od oczekiwań szefa ECB. Jak wynika z wstępnych informacji opublikowanych w czwartek przez Market Economics, łączony indeks PMI obrazujący aktualną kondycję sektora przemysłowego i usługowego w strefie euro spadł z poziomu 53.9 pkt w kwietniu do 53.4 pkt w maju.
Jest to drugi z rzędu spadek, a zarazem najsłabszy wynik od trzech miesięcy, co wzbudza uzasadnione obawy o przyszłość całego regionu. Znaczenie słabsze od prognozowanych dane napłynęły także zza Oceanu, gdzie w ostatnim miesiącu indeks Fed Filadelfii spadł z 7.5 pkt do 6 pkt, potwierdzając tym samym doniesienia o trwałym spowolnieniu amerykańskiej gospodarki. W polskich domach wczorajszy wieczór zdominowała natomiast debata prezydencka z udziałem Andrzeja Dudy i Bronisława Komorowskiego. Oczy inwestorów za Odrą skierowane są jednak bardziej na poczynania Mario Draghiego, niż nasz rodzinny spektakl podgalający na licytowaniu się na wartość „prezentów wyborczych”.
Rano uwagę inwestorów na Starym Kontynencie przyciągnęły informacje o wysokości indeksu instytutu Ifo obrazującego nastroje panujące wśród niemieckich przedsiębiorców. W ciągu dnia zostaną natomiast opublikowane dane dotyczące dynamiki inflacji CPI (prognoza 0.1% m/m i -0.1% r/r) w Stanach Zjednoczonych. Istotny wpływ na przebieg dzisiejszej sesji może mieć także popołudniowe wystąpienie Mario Draghiego, który weźmie udział w odbywającym się w Portugalii Forum ECB dotyczącym bankowości centralnej.
dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska
Wiele osób uważa, że bez etatu nie ma sensu nawet próbować ubiegać się o kredyt gotówkowy. Z kolei inni są zdania, że procedury bankowe, z powodu ogromu dokumentacji niezbędnej do wzięcia kredytu, to przesada i niepotrzebna biurokracja. Jednak rzeczywistość jest zupełnie odmienna. Banki akceptują różnego rodzaju umowy jako potwierdzenie zdolności kredytowej, a konieczność przedstawienia określonych dokumentów zabezpiecza interes klienta. Dzięki temu unika on nadmiernego zadłużenia, które najczęściej prowadzi do kłopotów z regulowaniem zobowiązań i może skończyć się pętlą kredytową.
Podstawowym warunkiem uzyskania kredytu gotówkowego jest posiadanie odpowiednio udokumentowanego dochodu. W dzisiejszej rzeczywistości gospodarczej, kiedy coraz więcej osób rozlicza się z pracodawcami na podstawie umów cywilnoprawnych lub prowadzi działalność gospodarczą, banki akceptują wiele typów dokumentów poświadczających dochód. Poszczególne instytucje inaczej traktują różne umowy, chociażby ze względu na długość ich trwania, charakter prawny czy stabilność źródła dochodu.
Niewątpliwie w najbardziej komfortowej sytuacji są potencjalni kredytobiorcy zatrudnieni na umowę o pracę, szczególnie na czas nieokreślony. Od „etatowca” bank będzie oczekiwał podpisanego przez pracodawcę zaświadczenia o zatrudnieniu i osiąganych dochodach. Wiele banków wymaga jedynie, aby poprzedzający uzyskanie kredytu okres zatrudnienia takich osób przekraczał 3 miesiące. Bank może zaakceptować krótszy czas, gdy długość zatrudnienia przekracza 1 miesiąc, a przerwa nie jest dłuższa niż jeden kwartał. Osoby posiadające umowę o pracę na czas określony będą w o tyle trudniejszej sytuacji, że w zdecydowanej większości banków umowa kredytowa nie może być dłuższa od okresu zatrudnienia. Wyjątkiem mogą być osoby, których umowy czasowe są odnawiane regularnie – na przykład nauczyciele. Od takich klientów bank będzie najczęściej oczekiwał oświadczenia pracodawcy dotyczącego przyszłego zatrudnienia.
Prosta jest też sprawa w wypadku osób uzyskujących dochody z tytułu emerytury lub renty. Swoją zdolność do spłacenia kredytu mogą one udokumentować zaświadczeniem o przyznaniu lub waloryzacji świadczenia. Bank dokona także oceny ich sytuacji na podstawie ostatniego odcinka emerytury lub wyciągu z rachunku osobistego za miesiąc poprzedzający złożenie wniosku.
Uproszczone procedury dotyczą również osób pracujących w wolnych zawodach, a więc np. lekarzy, adwokatów, architektów, prawników czy psychologów. Jeżeli wykonują oni swój zawód poza stosunkiem pracy, czyli np. prowadzą własną praktykę, bank będzie oczekiwał od nich zaświadczenia potwierdzającego kwalifikacje lub dyplomu dającego prawo do wykonywania zawodu. Wysokość osiąganych dochodów jest wskazywana przez przyszłego kredytobiorcę w odpowiednim oświadczeniu. Najczęściej bank poprosi o ich udokumentowanie wyciągiem z rachunku (za minimum 6 miesięcy).
Kolejną grupą osób, dla których brak etatu nie powinien być problemem, są zatrudnieni na kontrakcie. W tym wypadku niezbędne będzie przedstawienie ostatniej umowy (min. 12-miesięcznej) lub potwierdzenie jej przedłużenia. Ważne, aby występowała ciągłość kontraktów – to znaczy, aby przerwy pomiędzy nimi nie były dłuższe niż 30 dni oraz by łączny okres zatrudnienia u obecnego pracodawcy nie był krótszy niż 12 miesięcy.
Zupełnie inne rodzaje dokumentów wymagane są od rolników. Banki oczekują oryginałów zaświadczeń z urzędu gminy o dochodach z gospodarstwa rolnego za ostatni rok i przedstawienia liczby hektarów przeliczeniowych. Istotne mogą się okazać również potwierdzenia o niezaleganiu z podatkami (z urzędu gminy) oraz ze składkami ubezpieczeniowymi (z KRUS-u).
Przedsiębiorcy, którzy są zainteresowani kredytem gotówkowym, muszą z kolei być przygotowani do przedstawienia rocznego zeznania podatkowego za ubiegły rok lub podsumowania książki przychodów i rozchodów (zazwyczaj za 6 miesięcy). Od osoby prowadzącej działalność gospodarczą bank może też oczekiwać potwierdzenia wpłat podatku dochodowego lub zaświadczenia o niezaleganiu z odpowiedniego urzędu skarbowego oraz ZUS-u. W wypadku zwolnienia z płacenia podatku niezbędne będzie oświadczenie o nieodprowadzaniu zaliczek na podatek dochodowy oraz dokument z urzędu skarbowego potwierdzający ten fakt.
Utrudnionych procedur kredytowych najbardziej obawiają się osoby pracujące na umowach cywilnoprawnych. Faktem jest, że w ich wypadku procedura w większości banków nie będzie taka prosta. To, na co banki zwracają szczególną uwagę, to stabilność dochodów uzyskiwanych w oparciu o taką umowę. Zwykle wymaga się od 9 do ok. 12 miesięcy nieprzerwanych umów – istotna jest powtarzalność. Relację z pracodawcą może dokumentować jedna umowa zlecenia na rok lub 12 powtarzających się miesięcznych umów. Większość banków będzie oczekiwać również, aby bieżąca umowa była co najmniej trzecią zawartą z obecnym pracodawcą oraz aby przerwy pomiędzy kolejnymi umowami nie trwały dłużej niż 7 dni. Często również wymagane jest odpowiednie zaświadczenie od pracodawcy potwierdzające brak przeciwwskazań do kontynuowania umowy.
Czy można uzyskać kredyt, nie przedstawiając w banku żadnej dokumentacji?
Owszem, ale tylko kiedy jesteśmy od jakiegoś czasu klientem tej instytucji. Mając informacje o obrotach na naszym rachunku, bank będzie w stanie szybko ocenić naszą sytuację finansową i na tej podstawie zaproponować nam pożyczkę. Minusem takiego rozwiązania jest konieczność skorzystania z oferty tego konkretnego banku, która może nie być w danym momencie najbardziej atrakcyjną na rynku. Innym sposobem na uniknięcie formalności jest skorzystanie z tzw. kredytu na PIT. W okresie rozliczeń rocznych podatków wiele banków promuje specjalne oferty, w ramach których kredyty udzielane są klientom na podstawie aktualnych formularzy PIT-11. Te wystawiane przez pracodawców dokumenty są przez banki uznawane za wiarygodne potwierdzenie zarobków.
Im bardziej złożona jest nasza sytuacja jeśli chodzi o źródła dochodów, tym lepiej powinniśmy się przygotować do rozmowy z bankiem o kredycie. Przygotowanie wcześniej niezbędnych dokumentów przyspieszy proces kredytowy i wypłatę pieniędzy. Warto swoją sytuację skonsultować ze specjalistą, np. doradcą w sieci pośrednictwa finansowego. Znając procedury w różnych bankach, będzie on w stanie wskazać nam instytucję, gdzie będą one dla nas najbardziej przyjazne oraz gdzie będziemy mieli szansę na najwyższą kwotę kredytu. Przedstawienie każdego rodzaju dochodu zwiększa naszą zdolność kredytową. Dlatego tak istotne jest okazanie w banku zaświadczeń dotyczących zarówno dochodów głównych, jak i tych pobocznych. Warto pamiętać, że do uzyskania kredytu, obok udokumentowanego dochodu, niezbędna jest też odpowiednia historia kredytowa w BIK-u.
Stabilizacja cen z lekką tendencją wzrostową – to najkrótszy możliwy opis sytuacji na rynku mieszkaniowym. Od blisko dwóch lat ceny w skali kraju ulegają niewielkim wahnięciom, choć ostatnio są to raczej zmiany w górę niż w dół.
W ostatnim półroczu Indeks Cen Transakcyjnych Home Brokera i Open Finance rósł cztery razy, a tylko w dwóch miesiącach zanotował spadek. Jego najnowsze notowanie (obejmujące dane transakcyjne obu firm za okres luty-kwiecień 2015 r.) to 826,23 pkt, co jest wartością o 0,5 proc. niższą niż przed miesiącem, ale o 2,3 proc. wyższą niż rok temu i o 7,3 proc. wyższą niż dwa lata temu. Po ponad półtorarocznym okresie przebywania w przedziale 800-820 pkt drugi miesiąc z rzędu wskaźnik cen mieszkań znajduje się ponad nim. Indeks wyliczany jest na podstawie transakcji na rynku mieszkaniowym dokonanych przez klientów Home Brokera i Open Finance, pokazuje on realną zmianę cen na rynku mieszkaniowym w największych miastach.
Indeks Cen Transakcyjnych Home Broker i Open Finance Źródło: Home Broker i Open Finance; na podstawie transakcji przeprowadzonych przez klientów firm.
W większości dużych miast ceny nieruchomości poszły w ostatnim roku w górę. Najbardziej w Łodzi (o prawie 20 proc.) i Bydgoszczy. W obu stoi za tym wzrostem przede wszystkim niska baza. Rok temu przeciętny metr kwadratowy mieszkania w Łodzi kosztował nieco ponad 3,5 tys. zł, do wzrostu cen przyczynił się też program Mieszkanie dla Młodych, który oferuje dopłaty do nieruchomości kupowanych na rynku pierwotnym.
W dużych miastach stabilniej
Z pięciu największych rynków ceny najbardziej wzrosły we Wrocławiu (o 5,3 proc. do 5613 zł za mkw.), a spadły w Poznaniu (o 5,7 proc. do 5262 zł za mkw.). Najdroższe mieszkania są niezmiennie w Warszawie, która jest najważniejszym ośrodkiem miejskim w kraju i jego centrum biznesowo-kulturalnym. Wg najnowszych danych za metr kwadratowy mieszkania w stolicy trzeba obecnie zapłacić 7253 zł, o 4,3 proc. więcej niż przed rokiem. Należy jednak pamiętać, że to dane oparte na medianach, czyli wartościach środkowych. Nie brakuje mieszkań dużo tańszych, a z drugiej strony ceny w najbardziej prestiżowych apartamentowcach kilkakrotnie przewyższają średnie stawki.
Jeszcze drożej niż w Warszawie może być w najbardziej popularnych miejscowościach turystycznych takich jak Jurata czy Zakopane. Jednak to rynki specyficzne i nie należy ich analizować w zestawieniu z największymi miastami. Przyglądając się zestawieniu cen mieszkań należy zauważyć, że na największych rynkach dochodzi do mniejszych wahań cen. Jest to związane z faktem, że na tych mniejszych rynkach jest po prostu mniej transakcji i kilka droższych inwestycji jest w stanie relatywnie mocno wpłynąć na medianę ceny transakcyjnej.
Komentarz i prognoza
Pierwsze oznaki wzrostu cen mieszkań korespondują z danymi firmy REAS mówiącymi o rekordowej sprzedaży deweloperów w pierwszym kwartale 2015 r. (11,5 tys. mieszkań w sześciu największych miastach) oraz informacjami GUS o aktywności deweloperów w zakresie rozpoczynania nowych budów.
Niskie stopy procentowe i dobre otoczenie gospodarcze dają podstawy do wiary w to, że najbliższe kwartały będą wyglądały podobnie. Warunki nie tylko zachęcają do zaciągania kredytów, ale i zniechęcają do zakładania lokat w bankach. W efekcie wiele zamożnych osób szuka alternatyw do ulokowania swoich pieniędzy i trafiają one m.in. na rynek nieruchomości. To widać szczególnie na rynku pierwotnym w dużych miastach, gdzie w niektórych inwestycjach zdecydowana większość mieszkań kupowana jest bez pomocy finansowania z banku.
Sytuacja w której ceny nieruchomości rosną nieco szybciej niż inflacja jest oznaką dojrzałości rynku i jego normalizacji. Stabilizacja sprzyja planowaniu przyszłych inwestycji przez deweloperów, a jednocześnie daje inwestorom bezpieczne otoczenie do lokowania środków. Oczekujemy utrzymania wzrostu w ujęciu rok do roku, nie powinien on jednak przekraczać kilku procent.