Wszystko wskazuje na to, że bankowość mobilna będzie jednym z najpopularniejszych kanałów dostępu do banków. Z informacji zebranych przez portal PRNews.pl wynika, że korzystających z tej formy dostępu do banku już ponad 4 mln.
– Klienci już nie tylko sprawdzają stan konta, ale też coraz częściej wykonują przelewy, zakładają lokaty, spłacają karty kredytowe. Zaleta jest taka, że klient ma dostęp do banku z poziomu telefonu, czyli z kieszeni – komentuje Wojciech Boczoń, redaktor naczelny PRNews.pl.
Wzrost popularności bankowości mobilnej to również nowe zagrożenia, np., związane z włamaniami do konta przez aplikacje zainstalowane w telefonie. Myślę, że trzeba zachować zdrowy rozsądek. Nie instalować programów z nieautoryzowanych stron. Z kolei jeśli zgubimy telefon to i tak sposób logowania, konieczność podania hasła czy też wpisania odpowiedniego PIN-u bardzo utrudniają dostęp do panelu klienta, który powinien mieć wtedy czas na zgłoszenie sprawy na policję i zmianę haseł – dodaje Boczoń.
Cykl konferencji TOP10 – najbardziej perspektywiczne rynki dla polskiego eksportu ma na celu popularyzację działalności eksportowej wśród polskich przedsiębiorców. 26 maja w Katowicach odbędzie się ósme z zaplanowanych dziesięciu spotkań.
Do tej pory odbyło się 7 z zaplanowanych 10 konferencji: w Warszawie, Wrocławiu, Łodzi, Poznaniu, Toruniu, Rzeszowie i Szczecinie. Następne spotkania regionalne w ramach projektu „TOP10 – najbardziej perspektywiczne rynki dla polskiego eksportu” oprócz najbliższego w Katowicach, odbędą się w Krakowie i Gdańsku.
Dachser, na początku roku 2015 został partnerem strategicznym konferencji TOP10 organizowanych przez wydawnictwo dziennika Rzeczpospolita. Pomysł zorganizowania cyklu konferencji, podczas których specjaliści z różnych dziedzin wspomagających eksport, np. z logistyki, mogliby podzielić się swoja wiedzą i doświadczeniami z przedsiębiorcami – potencjalnymi eksporterami, zrodził się po prostu z rynkowej potrzeby – mówi Grzegorz Lichocik, prezes Dachser w Polsce. Już od jakiegoś czasu przekonujemy naszych klientów, aby nie ograniczali swojej działalności do lokalnego rynku. Jesteśmy w Europie, która obecnie jest jednym, dużym rynkiem, do którego dzięki m.in. naszej działalności mają nieograniczony dostęp. Aby nasze argumenty mogły trafić do szerszego grona odbiorców, zdecydowaliśmy się na wsparcie projektu TOP10 – wyjaśnia Grzegorz Lichocik. Podczas konferencji przedstawiciele Dachser w prezentacji „Współpraca z operatorem logistycznym jako kluczowy element w ekspansji polskich producentów na nowe rynki” opowiedzą o głównych barierach związanych z transportem, z jakimi spotykają się eksporterzy oraz przedstawiają ofertę Dachser w zakresie globalnej dystrybucji towarów.
Konferencja „TOP10 – najbardziej perspektywiczne rynki dla polskiego eksportu” w Katowicach odbędzie się 26 maja od godz. 9:30 w Hotelu Monopol. Podczas spotkania wystąpią m.in. przedstawiciele Ministerstwa Gospodarki, Ministerstwa Spraw Zagranicznych, sieci Centrów Obsługi Inwestorów i Eksporterów (COIE). Organizatorzy ogłoszą także wyniki konkursu Orły Eksportu dla firm z województwa śląskiego.
Partnerami merytorycznymi spotkań w regionach są Ministerstwo Gospodarki, Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości, Krajowa Izba Gospodarcza, Związek Banków Polskich, Instytut Badań Rynku, Konsumpcji i Koniunktur, regionalne izby handlowo-przemysłowe oraz Marszałkowie Województw.
Dynamicznie rozwijający się sektor usług IT doprowadził do sytuacji, w której mamy do czynienia z tzw. rynkiem kandydata. Dla pracodawców oznacza to konieczność szukania nowych sposobów na znalezienie dobrego specjalisty. Jak twierdzą eksperci od rekrutacji – obsadzić wakat w branży IT jest coraz trudniej, a zwykłe ogłoszenie o pracę nie gwarantuje już odzewu. Tymczasem konkurencja nie śpi – aż 34 proc. osób, którym zaproponowano posadę w IT, odrzuciła ją bo dostała inną propozycje. 17 proc. kandydatów nie zdecydowało się na przyjęcie danej oferty, ponieważ zbyt długo czekali na decyzję firmy w sprawie rozpoczęcia z nimi współpracy. Z kolei 29 proc. uznało, że zaproponowane wynagrodzenie jest niesatysfakcjonujące.[1]
Potencjalni kandydaci są już zatrudnieni w firmach, które spełniają ich oczekiwania i gdzie realizują ciekawe projekty. Większość z nich nie odczuwa potrzeby zmiany pracy, a jeśli taka się pojawia, to w ciągu tygodnia zostają oni zaangażowani w kilka procesów rekrutacyjnych, a w przeciągu miesiąca potrafią znaleźć już nowe zatrudnienie. Co jest dla nich najważniejsze? Wynagrodzenie – na zmianę pracy z tych względów decyduje się 37 proc. specjalistów. Ale już aż 23 proc. z nich zwraca uwagę przede wszystkim na to, jakie projekty będzie realizować w nowej firmie. Chęć pracy w konkretnej organizacji to z kolei największa motywacja dla 16 proc. nowozatrudnionych.
POWODY
PRZYJĘCIE
Udział %
wyższe wynagrodzenie/ benefity
37%
ciekawsze projekty/ technologie
23%
wieksze możliwości rozwoju
16%
chęć przejścia do większej/ mniejszej organizacji
8%
chęć pracy w konkretnej organizacji
16%
ODRZUCENIE
Udział %
za małe wynagrodzenie/ benefity
29%
przyjęcie innej oferty
34%
zbyt długi czas oczekiwania na decyzję dot. Kandydata
17%
niedostępność w wymaganym terminie
11%
zbyt długi dojazd do pracy
6%
forma współpracy
3%
– Coraz większa liczba ofert na rynku pracy sprawia, że kandydaci stają się coraz bardziej wymagający, a co za tym idzie – rosną ich oczekiwania i wymagania. Aby przekonać ich do zmiany pracy, nie wystarczy już tylko atrakcyjne wynagrodzenie. Mocną kartą przetargową jest ubezpieczenie medyczne, samochód służbowy czy dofinansowanie do kursów i szkoleń – mówi Michał Lewandowski, Prezes Zarządu Diverse Consulting Group.
Jak znaleźć eksperta od IT?
By pozyskać odpowiednich specjalistów IT, rekruterzy odchodzą od starych metody, takich jak tzw. direct search czy tradycyjne ogłoszenia, które nie przynoszą już zadowalających efektów. Branża IT rozwija się na tyle szybko, że osoby tuż po studiach nie narzekają na brak zainteresowania ze strony pracodawców, a specjaliści IT w ciągu tygodnia potrafią otrzymać nawet kilkanaście propozycji zawodowych.
– Kandydaci przeglądają ogłoszenia, ale jeśli nie znajdą w nich nic atrakcyjnego, m.in. stawki i opisu projekt do jakiego mają dołączyć czy oferowanej formy współpracy, nie będą tracić czasu na odpowiedź. Informacje te w ogłoszeniach w branży IT są potrzebne już na wstępie – jeżeli nie pojawia się one w ofercie, aplikacje nie będą do nas napływać, mimo obszernego opisu firmy i atrakcyjnej grafiki – dodaje Lewandowski.
Szukamy kandydata – ale jak?
W branży IT najczęściej poszukiwani są kandydaci z dużym doświadczeniem i konkretnymi umiejętnościami, a przez trudności z odpowiedziami na zwykłe ogłoszenie i odchodzeniem od masowej rekrutacji, działy HR często decydują się na zlecenie tego procesu na zewnątrz.
– Rekruterzy zewnętrzni skupiają się na konkretnych wymaganiach i poszukują osób, które spełniają je w najwyższym stopniu. Dodatkowo mogą przeprowadzić weryfikację umiejętności technicznych kandydata czy poznać jego osobowość, tak aby firma otrzymała komplet informacji o osobie, którą chce zatrudnić. Dzięki bezpośredniemu kontaktowi są również w stanie przekazać dodatkowe szczegóły, które mogą być kluczowe, by przekonać kandydata. Ale co najważniejsze – rekruter specjalizujący się w dziedzinie IT dysponuje rozbudowaną siecią „zaprzyjaźnionych” specjalistów i czasami wręcz planuje prace projektowe i kolejne zatrudnienia razem z nimi – podsumowuje Michał Lewandowski z Diverse Consulting Group.
W poszukiwaniu specjalistów IT agencjom pomagają liczne portale, na których kandydaci posiadają swoje profile z doświadczeniem zawodowym, takie jak LinkedIn czy GoldenLine, a także media społecznościowe – Facebook, Twitter czy Google+. Popularną metodą wspierania rekrutacji w IT jest również uczestniczenie w wydarzeniach tematycznych i grupach dyskusyjnych związanych z tą tematyką. Jednak najbardziej efektywna jest własna baza CV, systematycznie poszerzana o nowe aplikacje, od której firmy doradztwa personalnego rozpoczynają poszukiwanie kandydatów. Dzięki wypracowanym relacjom i bezpośrednim kontaktom, rekruterzy są w stanie szybko znaleźć odpowiednią osobę, bez czekania na odzew z jej strony.
[1] Statystki prowadzone przez Diverse Consulting Group
Liczne zaginięcia ludzi przed ekranami komputerów i konsoli, poczucie dylatacji czasu, zachwyt i uniesienie. „Wiedźmin” rozpoczął po raz kolejny triumfalny pochód.
Zelektryzował Polaków, uwiódł graczy, media, a nawet polityków. Stał się elementem kampanii prezydenckiej. Produkcja studia CD Projekt RED to najbardziej wyczekiwany tytuł roku. Premiera 3. części kultowej gry „Wiedźmin” została zauważona przez wszystkich i przyciągnęła tłumy do sklepów. Już okrzyknięta przebojem, ma szanse stać się największym hitem polskiej branży gier komputerowych. Jej poprzednie edycje zakupiło 7 mln nabywców. Z kolei ta najnowsza w przedsprzedaży rozeszła się w ilości 1,5 miliona egzemplarzy. „Wiedźmin 3” zbiera znakomite recenzje zarówno w kraju, jak i zagranicą. O grze w kontekście gospodarczym i wizerunkowym naszego kraju wspomniał także Barack Obama. Wg prezydenta USA jest to jeden z naszych najlepszych produktów eksportowych i szansa dla gospodarki. To ogromny sukces CD Projekt, który jest producentem, wydawcą i dystrybutorem gier komputerowych.
Temat spotkał się z dużym odzewem w mediach. Z analizy PRESS-SERVICE Monitoring Mediów wynika, że o „Wiedźminie” od 1-19 maja ukazało się 3800 informacji. W tytułach publikacji internetowych i prasowych podkreślano wartość wydania oraz jego twórców: „Wiedźmin: globalna histeria zakupowa”, „Gerald z Rivii wart miliony”, „Dziś premiera Wiedźmina. Możemy być z niego dumni”, Wiedźmin 3: Dziki Gon. Polski towar eksportowy”, „Premier o twórcach >Wiedźmina 3: Dziki Gon<: To ambasadorzy Polski nowoczesnej”. W blisko 90 publikacjach dziennikarze relacjonowali spotkanie twórców gry z Bronisławem Komorowskim. W tytułach tych materiałów najczęściej cytowano słowa prezydenta: „Można w Polsce odnosić sukcesy”. Jeszcze większe zainteresowanie mediów wzbudziła wizyta premier Kopacz w siedzibie CD Projekt RED. O jej przebiegu źródła informowały w prawie 390 publikacjach.
Prasa i internet – specjalistycznie
Najwięcej publikacji ukazało się w internecie – prawie 88 proc. całości przekazu. 5 proc. należało do stacji telewizyjnych, a 4 proc. do radiowych. W prasie poświęcono „Wiedźminowi” 102 materiały, co stanowiło niecałe 3 proc. ogółu analizowanych informacji. Informacje opublikowane w internecie wygenerowały dotarcie na poziomie 1,8 mld kontaktów. Z materiałami prasowymi mogło zetknąć się 6,6 mln odbiorców.
W sieci najwięcej uwagi poświęciły nowemu „Wiedźminowi” portale specjalistyczne: tematyczny serwis Gry.onet.pl (62 materiały), Ppe.pl (61), Eurogamer.pl (60), Planetagracza.pl (58) oraz Gry-online.pl (55). Temat był szeroko omawiany na antenie ogólnopolskich stacji radiowych: Radio Zet (25 materiałów), Polskie Radio Program 4 (23), Antyradio Warszawa (16), Polskie Radio Program 3 (15) i Polskie radio Program 1 (13). Wśród stacji telewizyjnych dużym zainteresowaniem wykazały się kanały informacyjne. Polsat News 2 wyemitował aż 37 materiałów, w których wspomniano o wydaniu. O dwie informacje mniej pojawiło się TVN 24 BiŚ, a o trzy mniej w Polsat News. 28 materiałów opublikowano w TVP Info, a 25 w TVN24. W prasie prym wiodły tytuły specjalistyczne: PSX Extreme (13 publikacji) oraz CD Action (8). Artykuły zamieściły również „Gazeta Wyborcza” (8), „Dziennik Gazeta Prawna” (6) i „Parkiet” (6).
Trendy – media kontra Google
Z analizy trendów aktywności internautów w Google wynika, że wprawdzie szukali oni informacji w wyszukiwarce na temat „Wiedźmina” od początku miesiąca, jednak zainteresowanie wyraźnie wzrosło dopiero 16 maja, co z pewnością było również efektem szerokiej promocji produktu w mediach. Kolejny skok można zaobserwować 18 maja. Szczyt zainteresowania przypadł dzień później.
Wykres 1. Wyszukiwania w Google w porównaniu z sumą publikacji w mediach. Liczby reprezentują zainteresowanie względem najwyższego punktu na wykresie
Dziennikarze informowali o grze także od początku miesiąca. Minimalny wzrost liczby publikacji zaobserwować można 5 maja oraz od 11-13 maja. Jednak znaczący pik doniesień medialnych dotyczył 15 maja. Tylko tego dnia w mediach pojawiło się 816 materiałów odnośnie „Wiedźmina” – to wzrost o 591 proc. w stosunku do poprzednich 24 godzin. Skok aktywności medialnej miał związek m.in. z informacją o nocnej premierze artykułu oraz atrakcjach zaplanowanych na 18 maja przez wybrane sklepy. Na ten dzień przygotowano prezentacje trzeciej odsłony gry oraz masę konkursów. Fani mogli też porozmawiać z samymi twórcami kultowego produktu. Natomiast zaraz po północy „Wiedźmin” trafił do sprzedaży.
Wykres 2. Trendy informacji na temat „Wiedźmina” w okresie 1-19 maja 2015 r.
Największy skok popularności gry odnotowano właśnie 18 maja. Po weekendowym wyciszeniu medialność tematu wróciła do piątkowego poziomu. Wówczas media rozpisywały się o zbliżającej premierze oraz promocjach przygotowanych przez sklepy, a przyrost liczby doniesień medialnych wyniósł 1425 proc. w stosunku do ubiegłego dnia. Najwięcej informacji pojawiło się w internecie – 93 proc. Niemniej nie brakowało także materiałów w radiu (20), prasie (17) i telewizji (16).
W dniu premiery na temat gry ukazało się 986 doniesień medialnych, które mogły osiągnąć poziom aż 369 mln kontaktów. Jednak w tym okresie dużą aktywnością wykazała się także telewizja, w której pojawiło się o 115 materiałów więcej w porównaniu do minionego dnia. W tym czasie temat podjęty także źródła radiowe, lecz najwięcej materiałów wyemitowały dzień po premierze.
W przeliczeniu na złotówki
Ile musiałby wydać producent „Wiedźmina”, aby osiągnąć szacunkowe dotarcie na poziomie 1,8 mld kontaktów z informacjami? Analitycy PRESS-SERVICE Monitoring Mediów obliczyli, że byłaby to kwota co najmniej 16 mln zł. Największą wartość miały materiały z internetu – 7,4 mln zł. Ekwiwalent reklamowy publikacji z prasy wyniósł 3,6 mln zł, z telewizji 3,4 mln zł, a blisko 2 mln zł warte były emisje radiowe.
W porównaniu z innymi krajami europejskimi nie zaciągamy zbyt wielu kredytów mieszkaniowych. W 2014 roku całkowite zadłużenie polskich gospodarstw domowych z tytułu zobowiązań hipotecznych wynosiło 350 mld zł. Pod koniec 2014 roku kredyty mieszkaniowe spłacało ponad 1,8 mln kredytobiorców. Średnio pożyczamy na mieszkanie 209 tys. zł. W ciągu ostatnich ośmiu lat nasze zadłużenie hipoteczne zwiększyło się niemal pięciokrotnie. Nie boimy się już inwestować w nieruchomości, ale bierzemy kredyty rozważniej niż kilka lat temu.
Okazuje się też, że na tle Europy nasze zadłużenie na mieszkania nie jest takie duże. Biorąc pod uwagę poziom długu hipotecznego społeczeństwa w porównaniu do produktu krajowego brutto, według danych Europejskiego Banku Centralnego i Eurostatu, najbardziej zadłużeni są mieszkańcy Dani, Wielkiej Brytanii, Cypru, Szwecji i Holandii. Z 28 krajów unijnych w gorszej sytuacji niż Polska jest 19 państw, a w ośmiu wskaźnik ten jest niższy.
Większość zadłużenia hipotecznego w UE przypada na 3 kraje
Jeśli chodzi o kwotowe zadłużenie mieszkańców Europy, Polska plasuje się na 22. miejscu wśród krajów unijnych. Najmniejsze nominalne zadłużenie mają nowe kraje UE, a najwięcej do spłaty mają najstarsi członkowie wspólnoty europejskiej, tj. Wielka Brytania, Niemcy i Francja, na które przypada większość zadłużenia mieszkaniowego w całej Unii Europejskiej.
Obecnie kredyty mieszkaniowe w Polsce oprocentowane są najniżej w historii. Nie jest to jednak zasługą marż bankowych, ale niezwykle niskich stóp procentowych, ustalanych przez Radę Polityki Pieniężnej, które wpływają na całkowite oprocentowanie kredytów.
Jeśli kupimy w Warszawie mieszkanie w cenie 397 tys. zł, przy kredycie zaciągniętym na 30 lat, miesięczna rata spłaty wyniesie 1400 zł, wyliczają specjaliści rynkowi. Biorąc pod uwagę średnią stawkę na warszawskim rynku deweloperskim, którą analitycy Reas wyliczają na prawie 8 tys. zł/ m kw., w tej kwocie można kupić mieszkanie o powierzchni 50 mkw. Jednak wybierając tańsze inwestycje jest szansa na większy metraż. – Pod względem cenowym bezkonkurencyjna w Warszawie jest Białołęka. Poza tym, oferuje duży wybór mieszkań. Niższe ceny przyciągają młodych singli i rodziny z dziecmi. W kwocie 395 tys. zł w naszej inwestycji Tarasy Dionizosa przy u. Winorośli można kupić czteropokojowe mieszkanie o powierzchni ponad 63 m kw. Najmniejszy lokal dwupokojowy kosztuje 200 tys. zł – wymienia Wojciech Stisz z Barc Warszawa SA.
Spadek liczby udzielanych kredytów mieszkaniowych w Polsce
Mimo znacznie niższego kosztu kredytów mieszkaniowych i obciążenia miesięczną ratą spłaty niż kilka lat temu, liczba zaciąganych zobowiązań pozostaje obecnie na stabilnym, niskim poziomie. W całym 2014 roku banki udzieliły ponad 174 tys. nowych kredytów mieszkaniowych, a jeszcze w 2011 roku podpisały 231 tys. zł umów kredytowych.
Wiele osób kupuje w tej chwili mieszkania za gotówkę, w tym inwestorzy którzy wycofali środki z nieopłacalnych lokat. Maleją też szanse, że w następnych latach chętnych na kredyty przybędzie. Społeczeństwo polskie starzeje się w szybkim tempie, a w ciągu kolejnych 35 lat, jak podaje GUS, liczba ludności w naszym kraju zmniejszy się o 4,5 mln.
Do 2050 roku grupa młodych ludzi, którzy najczęściej kupują mieszkania, wyraźnie się skurczy. Czarny scenariusz zakłada, że do tego czasu co drugi mieszkaniec polskich miast będzie miał powyżej 50 lat. Starzenie się społeczeństwa to tendencja ogólnoeuropejska, ale zmniejszenie się ludności Polski aż o 1/10 Eurostat ocenia jako jeden z najgorszych wyników na tle 28 krajów Unii Europejskiej. Starsze od nas ma być tylko społeczeństwo Łotwy.
Naturalną tego konsekwencją będzie spadek ilości transakcji, zarówno na rynku mieszkaniowym, jak i kredytowym. Transformacja demograficzna już za kilka lat będzie poważną próbą dla deweloperów, szczególnie tych którzy budują poza Warszawą. Bowiem, według przewidywań GUS, jedynie w województwie mazowieckim ma przybyć mieszkańców.
Tymczasem sprzedaż nowych mieszkań wchodzi na coraz większe obroty. Deweloperzy notują rekordowe wyniki. W pierwszych trzech miesiącach tego roku sprzedało się o 20 proc. mieszkań więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Młodzi ludzie, którzy teraz kupują mieszkania to m.in. przedstawiciele pokolenia boomu demograficznego z lat 80. XX w.
Policja informuje o rosnącej liczbie wypadków z udziałem cyklistów – w 2014 roku było ich niemal 5 tysięcy. Najczęstszymi powodami są niestosowanie się do przepisów ruchu przez rowerzystów oraz brak obowiązkowego wyposażenia.
Policjanci podsumowali ubiegły rok. Według danych doszło w nim do niemal 5 tysięcy wypadków drogowych z udziałem rowerzystów. Okazali się oni sprawcami zdarzeń w około 2 tysiącach przypadków. Dla porównania, przed dwoma latami wypadków z udziałem rowerzystów było mniej o prawie 130. – Różnica może się wydawać niewielka, jednak pokazuje tendencję, w której większa popularność jazdy na rowerze, idzie w parze z rosnącą liczbą tego typu wypadków – mówi Remigiusz Kubler, rowerzysta i podróżnik, twórca Rowerowej Wyprawy Dookoła Polski. Przypomnijmy, że już co drugi Polak deklaruje regularne podróżowanie jednośladem.
Przepisy a bezpieczeństwo
Liczba amatorów roweru dodatkowo zwiększy się wraz z rozpoczęciem wakacji. Policjanci zwracają jednak uwagę, że niepokojąco spora część rowerzystów nie zna ani przepisów ruchu drogowego, ani regulacji, co do obowiązkowego wyposażenia w trakcie jazdy. I tak największa ilość mandatów wystawianych cyklistom dotyczy nieustępowania pierwszeństwa (od 50 do 350 zł) oraz nieprawidłowego skręcania. Zaraz potem plasuje się jazda po chodnikach (50 zł), a także brak obowiązkowego wyposażenia jednośladu (od 20 do 500 zł). – Przepisy nakazują posiadanie przynajmniej jednego światła białego z przodu oraz światła odblaskowego
i pozycyjnego czerwonego z tyłu – mówi Weronika Kostrzewska, eksperta ds. oświetlenia rowerowego w firmie Mactronic, będącej największym w Polsce producentem oświetlenia przenośnego. – Trzeba podkreślić, że wyposażenie roweru w zestaw lampek, to nie tylko kwestia przepisowej, ale także bezpiecznej jazdy.
Ekspertka dodaje, że prócz tradycyjnego oświetlenia montowanego na rowerze, na potrzeby dłuższej podróży warto zabrać ze sobą latarkę czołową lub opaski odblaskowe zakładane na ręce i nogi. Taka przezorność zapewnia doskonałą widoczność rowerzysty na drodze, a silne światło z dodatkowych latarek ułatwia dostrzeganie przeszkód po zmroku.
Wśród innych sposobów na zwiększenie bezpieczeństwa jazdy rowerem, można wymienić zsiadanie z jednośladu podczas przekraczania pasów, jazdę z dwoma rękami na kierownicy i obiema stopami na pedałach oraz nieużywanie telefonu podczas jazdy.
Warto mieć na uwadze, że niedostosowanie się do tych reguł, też może skutkować otrzymaniem mandatu.
Jak zmniejszyć liczbę wypadków?
Cykliści zwracają uwagę, że polityka mandatowa niekoniecznie musi przynieść pozytywne efekty. Wskazują inne sposoby na ograniczenie liczby wypadków z udziałem rowerzystów. Na przykład takie, jak na zachodzie Europy. – Warto brać przykład z Holandii, Niemiec czy Wielkiej Brytanii, gdzie dla rowerzystów budowane są swego rodzaju autostrady, drogi szybkiego ruchu a nawet wiadukty. Za ich sprawą podróż przez zatłoczone miasta odbywa się w pełni bezpiecznie o każdej porze – mówi Remigiusz Kubler.
W Polsce coraz częściej organizowane są akcje społeczne, mające zwiększać świadomość zagrożeń wynikających z nieprawidłowego zachowania się na rowerze. Przykładem jest policyjna akcja „Bezpiecznie na rowerze”, kierowana do dzieci i młodzieży. O swoje interesy walczą też sami rowerzyści. We Wrocławiu zrzeszają się pod nazwą „Masa Krytyczna” i raz w miesiącu organizują wielki przejazd ulicami miasta. Jak sami mówią, chcą zwrócić uwagę zmotoryzowanych kierowców na to, że nie są oni jedynymi użytkownikami dróg.
Należące do PBG Rafako zamierza wyemitować akcje o łącznej nominalnej wartości 30 mln zł, by sfinansować realizację zamówień. Spółka ma dobre wyniki i pełny portfel zamówień na najbliższe lata, a jej głównym problemem jest przesuwający się w czasie termin zawarcia układu z wierzycielami przez jej właściciela.
– Uchwała emisyjna, którą zarząd spółki podjął w ubiegłym tygodniu, ma związek z rok temu podjętą przez nadzwyczajne walne zgromadzenie uchwałą dającą zarządowi instrument w postaci możliwości skorzystania z emisji kapitału w ramach kapitału docelowego– mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Agnieszka Wasilewska-Semail prezes Rafako. – I taką decyzję podjęliśmy.
Zarząd Rafako podjął uchwałę o emisji ponad 15 mln akcji z wyłączeniem prawa poboru. Mają one zostać zaoferowane akcjonariuszom spółki posiadającym co najmniej 10 proc. udziałów w niej, a w przypadku braku chętnych nowe akcje zostaną zaoferowane w trybie oferty publicznej. Akcje mają mieć wartość nominalną 2 zł.
Głosowanie nad układem PBG z wierzycielami odbędzie się w sierpniu, a decyzja w tej sprawie zapadła dopiero 18 maja. Spółce Rafako, której należące do PBG akcje mają gwarantować wierzycielom tej spółki, że wywiąże się ona z układu, utrudniało to sprawne działanie. Pierwotny, wyznaczony w lutym na koniec kwietnia termin został wcześniej anulowany. Stad podjęta 13 maja decyzja o emisji.
–Nie był znany termin głosowania nad układem naszej spółki matki, a to blokuje pewne procesy po naszej stronie– tłumaczy Agnieszka Wasilewska-Semail. –Blokuje to przede wszystkim procesy związane z docelowym miksem finansowym, który spółka musi mieć określony z racji tego, że działamy na rynku bardzo konkurencyjnym i żeby tej konkurencji sprostać, musimy mieć też adekwatne możliwości finansowe.
Początkowo Rafako zamierzało ogłaszać emisję dopiero, gdy znany będzie termin głosowania nad układem w PBG. Można bowiem oczekiwać, że decyzje o zwiększeniu zaangażowania w Rafako akcjonariusze będą chcieli podejmować dopiero, gdy wyklaruje się sytuacja głównego udziałowca.
– Niemniej jednak te procesy się na tyle wydłużyły, że jako zarząd musieliśmy niezależnie od tych procesów podjąć decyzję o tym, że instrument w postaci skorzystania z finansowania z rynku kapitałowego jest przez nas bardzo mocno rozważany – podkreśla prezes Agnieszka Wasilewska-Semail z Rafako. –To jest podłoże decyzji z ubiegłego tygodnia. Jeśli chodzi o harmonogram, to możemy powiedzieć, że na ten moment trwają prace nad prospektem emisyjnym. I oczywiście będziemy komunikować wszystkie terminy, które będą się pojawiały tak szybko, jak to będzie tylko możliwe ze względu na wymogi dotyczące informacji do rynku kapitałowego.
Rafako w I kwartale miało ponad 280 mln zł przychodów, o 52 proc. więcej niż przed rokiem. Zysk netto spółki spadł o 1,2 mln zł, sięgając 2,3 mln. Firma tłumaczy, że wynikało to z konieczności zapłacenia 2,2 mln zł podatku od sprzedaży spółki FMP.
UOKiK zbadał rynek sprzedaży detalicznej farmaceutyków, w tym kwestię zakresu ingerencji państwa w prowadzenie działalności na rynku farmaceutycznym. Wyniki badania dostępne są w podsumowaniu raportu
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów przeprowadził badanie rynku sprzedaży detalicznej farmaceutyków. Celem badania była m.in. analiza uregulowań prawnych oraz ich ocena z punktu widzenia mechanizmów konkurencji, a także porównanie modeli regulacji występujących w niektórych państwach Unii Europejskiej. Szczegółowo przeanalizowano również strukturę rynku na terenie województwa kujawsko-pomorskiego. W trakcie badania Urząd zapytał o opinie ponad 400 przedsiębiorców prowadzących apteki.
Wyniki analizy rynku
Z informacji uzyskanych przez UOKiK wynika, że w Polsce – według stanu na 1 grudnia 2014 r. – działa 14 352 aptek i punktów aptecznych. Najwięcej w województwach mazowieckim i śląskim, gdzie istnieje po 1500 placówek. Jedna apteka przypada średnio na 2 600-2 700 mieszkańców. Dla porównania – w krajach UE średnia wynosi 4 500 osób, a w przypadku konkretnych krajów ta liczba waha się od 2 200 (Belgia) do 7 5000 ( Szwecja). Od początku 2014 r. można zaobserwować wzrost liczby placówek aptecznych. Jest to odwrócenie trendu z 2013 r., kiedy po wejściu w życie tzw. ustawy refundacyjnej ich liczba się zmniejszyła. Wprowadzone zostały wówczas m.in. stałe ceny leków refundowanych, obowiązek zawierania przez apteki umów z Narodowym Funduszem Zdrowia czy zakaz reklamy aptek.
Od kilku lat można także zauważyć wzrost ilości placówek prowadzonych w ramach sieci aptek. Obecnie mają one łącznie ok. 30 proc. udziału w rynku. Większość zamykanych aptek jest prowadzona przez pojedynczych przedsiębiorców, natomiast nowe punkty otwierane są przez duże sieci. Spadek rentowności mniejszych placówek może być spowodowany silną konkurencją cenową dotyczącą leków bez recepty, rosnącymi kosztami prowadzenia działalności, czy mniej korzystną pozycją negocjacyjną z hurtowniami farmaceutycznymi. Z tego ostatniego powodu zauważyć można coraz częstsze łączenie się przedsiębiorców w grupy zakupowe, co daje możliwość uzyskanie lepszych warunków zakupu produktów.
Zebrane dane pozwoliły ustalić, że przedsiębiorcy apteczni konkurują ze sobą na niewielkich obszarach. Większość z badanych podmiotów za placówki konkurencyjne uznała te, które są zlokalizowane w najbliższej okolicy (często w obrębie jednego osiedla lub nawet na tej samej czy sąsiedniej ulicy). Dlatego Urząd przyjął, że rynek ma wymiar lokalny i ogranicza się do obszarów wyznaczonych promieniem kilometra od aptek. Nieliczne są sytuacje, w których przedsiębiorcy posiadający najsilniejszą pozycję w skali całego kraju mogą mieć taką samą siłę na poszczególnych rynkach lokalnych.
Stan prawny
Analiza wykazała, że polski model regulacji prawnych działalności aptecznej nie odbiega od tych standardów przyjętych w części państw Unii Europejskich, w których preferowany jest mniejszy stopień ingerencji państwa. Polski ustawodawca nie zrezygnował wprawdzie w całości ze sprawowania kontroli nad tą działalnością, jednak w znacznym stopniu pozostawił jej funkcjonowanie procesom rynkowym. Wśród ograniczeń znajduje się m.in. przepis ustawy Prawo farmaceutyczne, zgodnie z którym nie wydaje się zezwolenia na otwarcie apteki, jeżeli przedsiębiorca, kontrolowane przez niego podmioty lub grupa kapitałowa do której należy prowadzą więcej niż 1 proc. aptek na terenie danego województwa. W odróżnieniu od Prawa farmaceutycznego, prawo antymonopolowe zakłada istnienie pozycji dominującej przedsiębiorcy na danym rynku – w tym przypadku rynku lokalnym, który nie jest tożsamy z obszarem województwa – jeżeli jego udział przekracza 40 procent.
Problemy rynku sprzedaży leków
Jednym z problemów, które można zauważyć na rynku farmaceutycznym jest tzw. eksport równoległy, czyli niekontrolowana sprzedaż do krajów, w których ten sam lek ma znacznie wyższą cenę. Ten proces ograniczyć może uchwalona 7 maja br. zmiana Prawa farmaceutycznego. Zakłada ona m.in. obowiązek regularnego, codziennego raportowania stanów magazynowych oraz wielkości sprzedaży towaru, a także nałożenie obowiązku zgłoszenia do inspekcji farmaceutycznej zamiaru wywozu leków za granicę.
W 2012 r. władze zapowiedziały przystąpienie Polski do Partnerstwa na rzecz Otwartych Rządów (Open Government Partnership, OGP). Niestety, obecnie odnosi się wrażenie, że pomysł ten został porzucony.
Przejrzystość finansów publicznych, jawność zarobków osób wybranych w powszechnych wyborach czy łatwy dostęp do informacji publicznych – to jedne z głównych zasad, do których przestrzegania zobowiązują się kraje zrzeszone w OGP. „Inicjatywa ta ma zachęcać państwa i ich obywateli do wspólnego dialogu oraz tworzenia nowych rozwiązań, które wzmocnią zaufanie społeczne do władzy” – mówi serwisowi infoWire.pl Katarzyna Batko-Tołuć ze Stowarzyszenia Sieć Obywatelska – Watchdog Polska.
Do OGP należy 66 krajów. Niestety, Polska przez trzy lata, mimo nalegań wielu organizacji pozarządowych, nie zdecydowała się na dołączenie. Rzekomo nie potrzebujemy przystępować do OGP, ponieważ przyjęliśmy strategię „Sprawne Państwo 2020”, która zakłada – jak czytamy na stronie internetowej Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji – „efektywną i sprawną administrację, otwartą na współpracę z obywatelem i tworzącą dobre prawo”.
„W Partnerstwie na rzecz Otwartych Rządów w pierwszej kolejności kładzie się nacisk na debatę publiczną. Kolejnymi krokami są przygotowanie planu zmian i jego realizacja”– informuje ekspertka. Krajowi, który dołącza do OGP, niczego się nie narzuca ani nie każe. Musi on stworzyć jedynie swój własny program reform, które między innymi bardziej zaangażują obywateli w procesy rządzenia, monitorowanie polityków oraz ocenianie ich działań. „Decyzja naszego kraju o przystąpieniu do OGP byłaby mocnym sygnałem wysłanym obywatelom, że realizacja idei otwartego rządu jest dla władzy celem priorytetowym” – stwierdza rozmówczyni.
Firmy chcą otoczyć prawną opieką pracowników, którzy informują przełożonych o nieprawidłowościach w przedsiębiorstwie, muszą jednak mieć do tego odpowiednie przepisy. Dzięki doniesieniom pracowników spółki mogą oszczędzić miliony, więc chcą chronić ludzi ujawniających błędy lub nieuczciwość współpracowników. W niektórych krajach płacą za to wynagrodzenie.
– W tej chwili wyzwaniem dla środowiska compliance jest to, by prawnie ochronić tych ludzi, którzy zdecydowali się mówić – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marcin Gomoła, chief compliance officer w T-Mobile Polska. – Nie tylko ochronić, ponieważ oni są narażeni na szykany środowiskowe, często też na szykany prawne: pozwy o ochronę dóbr osobistych, naruszenie tajemnicy osobistej, korespondencji, wreszcie naruszenie dobrego imienia pracodawcy. Mogą zostać wyrzuceni pod byle pretekstem, więc tych przeszkód na ich drodze jest bardzo, bardzo dużo i praktycznie nie ma żadnych regulacji, które by zapobiegały takim działaniom.
W niektórych krajach osoby, które informują o oszustwach współpracowników są chronieni, a niekiedy też nagradzani z mocy prawa. Takie rozwiązania obowiązują w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, nawet na Słowacji, gdzie od 1 stycznia weszła ustawa, która zakłada wynagradzanie takiego informatora, z angielska nazwanego whistleblowerem, jeżeli informacja okaże się prawdziwa. Z drugiej strony wiele krajów takiego prawa wprowadzać nie chce.
– Niemcy również nie mają takiej ustawy i niechęć do wprowadzenia tam takiej ustawy jest duża ze względu na spuściznę nazistowską, a potem na spuściznę Stasi, gdzie wszyscy na wszystkich donosili– mówi Marcin Gomoła. – Jest dość duży kulturowy opór przeciwko wprowadzeniu takich regulacji, natomiast oczywiście korporacje, które są nastawione na zysk, odkryły, że instytucja whistleblowera i jego ochrona się po prostu zwyczajnie opłaca, bo zwiększa dochodowość firmy.
W polskim prawie nie ma takiej instytucji, jak jest w prawie karnym, czyli instytucji świadka koronnego czy świadka incognito. W ocenie chief compliance officer w T-Mobile Polska, potrzebne są regulacje, które wprowadzą do polskiego systemu prawnego ochronę osoby, która w dobrej wierze informuje o nieprawidłowościach.
Z drugiej strony warto jednak pamiętać o tym, że w przypadku donosów różnie bywa z ich prawdziwością oraz intencjami donosiciela, dlatego rolą compliance officera miałaby być nie tylko ochrona sygnalisty w razie potwierdzenia doniesień, lecz także zapobieżenie fałszywym oskarżeniom.
– Zdarzają się też bardzo często nadużycia tej praktyki, tej instytucji, ludzie załatwiają sobie swoje prywatne sprawy, to są często kwestie porachunków, często też porachunków małżeńskich, gdzie żona np. donosi przeciwko mężowi i vice versa, takie jest życie, więc compliance officer musi odfiltrować to, co jest prawdą, od tego, co jest pretekstem i jakimś elementem rewanżu, zemsty czy zawiści – podsumowuje Marcin Gomoła, chief compliance oficer w T-Mobile Polska.
W ocenie NIK izby celne i urzędy skarbowe, poza nielicznymi przypadkami, prawidłowo wykonywały wyroki sądów administracyjnych. NIK zwraca jednak uwagę, że w sytuacji gdy wyrok był korzystny dla organów podatkowych, jego wykonanie przebiegało sprawniej. Tymczasem od 2013 r. gwałtownie rośnie liczba decyzji podatkowych uchylanych przez sądy administracyjne. Zdaniem NIK wynika to przede wszystkim z błędów po stronie organów podatkowych oraz niskiej jakości prawa.
W badanym okresie zarówno izby celne, jak i urzędy skarbowe w większości przypadków prawidłowo wykonywały wyroki sądów administracyjnych. Niewiele było skarg podatników na bezczynność organów podatkowych w tym zakresie, a także ponagleń do Ministra Finansów na opóźnienia w realizacji wyroków. Zarówno organy podatkowe, jak i Minister Finansów podejmowali liczne działania na rzecz poprawy jakości orzecznictwa i terminowości załatwiania spraw. W dwóch izbach celnych (w Warszawie i Szczecinie) wdrożono program naprawczy, który zaowocował znacznym skróceniem czasu trwania postępowań odwoławczych, a także zmniejszeniem liczby zaległych spraw. Minister natomiast monitorował przyczyny uchylania wyroków sądów administracyjnych i analizował rozbieżności w orzecznictwie sądowo-administracyjnym, co przyczyniło się do poprawy nadzoru nad organami podatkowymi. Jednak ani organy podatkowe, ani Minister Finansów – mimo podejmowanych działań – nie doprowadzili do zmniejszenia w 2013 r. liczby uchylanych przez sądy administracyjne decyzji wymiarowych, czyli takich, które określają właściwy wymiar należnego podatku.
W 2013 r. podatnicy złożyli do sądów administracyjnych o prawie ⅓ więcej skarg na decyzje organów podatkowych niż w 2012 r.: na decyzje izb celnych o blisko 9 proc., na decyzje izb skarbowych nieco ponad 42 proc. więcej. Wzrosła także liczba i odsetek uchylonych przez sądy decyzji organów podatkowych, zarówno izb celnych, jak i skarbowych. Ta tendencja utrzymywała się również w I połowie 2014 r. NIK podkreśla, że wcześniej, do 2012 r. odsetek decyzji uchylanych zmniejszał się.
W 2013 roku sądy administracyjne uchyliły łącznie blisko ¼ wszystkich zaskarżonych decyzji wymiarowych wydanych przez organy podatkowe: odpowiednio 23 proc. uchyliły sądy wojewódzkie, 27 proc. Naczelny Sąd Administracyjny (NSA). NIK zwraca też uwagę, że w 2013 r. wojewódzkie sądy administracyjne uchyliły ponad 40 proc. więcej decyzji organów podatkowych niż rok wcześniej, podczas gdy w przypadku NSA liczba uchylonych decyzji wzrosła niemal dwukrotnie – o 95 proc.
Orzeczenia wojewódzkich sądów administracyjnych niekorzystne dla organów podatkowych w stosunku do rozpatrzonych spraw
Najczęstszym powodem uchyleń przez sądy decyzji organów podatkowych zaskarżonych przez podatników – w 43 proc. badanych spraw w izbach celnych i w 40 proc. badanych spraw w urzędach skarbowych – były błędy organów podatkowych, np.: niewyjaśnienie wszystkich okoliczności sprawy, czy oparcie rozstrzygnięcia na niekompletnym materiale dowodowym, co w efekcie skutkowało podejmowaniem błędnych decyzji przez organy podatkowe. W ocenie NIK takie zaniedbania stanowią naruszenie norm i ogólnych zasad prawa podatkowego zawartych w Ordynacji podatkowej.
Blisko połowa zbadanych przez NIK wyroków w urzędach skarbowych i izbach celnych dotyczyła zobowiązań sprzed 7-10, a w niektórych przypadkach nawet sprzed 13 lat.W konsekwencji ściągalność należności po stronie organów podatkowych była bardzo niska: w urzędach skarbowych odzyskano zaledwie 21,6 proc. należnych kwot, a w izbach celnych jeszcze mniej, bo tylko 16,5 proc.
Ponadto NIK zwróciła uwagę, że długotrwałe postępowanie naruszało określone w Ordynacji podatkowej prawa podatników do szybkiego załatwienia sprawy, a także negatywnie wpływało na wizerunek organów podatkowych.
Niska jakość polskiego prawa i jego niespójność z prawem wspólnotowym sprawiały, że stosowanie prawa podatkowego sprawiało organom podatkowym trudności. W 40 proc. zbadanych wyroków, które dotyczyły postępowań podatkowych prowadzonych w urzędach skarbowych, decyzje urzędów uchylono ze względu na rozstrzygnięcia zawarte w wyrokach Trybunału Konstytucyjnego i w uchwałach Naczelnego Sądu Administracyjnego, wskazujące na niezgodność przepisów z Konstytucją. Część decyzji uchylono z kolei z uwagi na rozstrzygnięcia zawarte w wyrokach unijnego Trybunału Sprawiedliwości. Także sądy administracyjne nie były zgodne co do stosowania niektórych przepisów. Zdarzało się, że Naczelny Sąd Administracyjny uchylał wyroki sądów wojewódzkich, niekorzystne dla organów podatkowych, np. we wrześniu 2014 r. NSA uchylił 62 wyroki Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie, niekorzystne dla Izby Celnej w Warszawie, a w II półroczu 2014 r. NSA uchylił 41 wyroków WSA w Gdańsku niekorzystnych dla tamtejszej Izby Celnej.
Orzeczenia Naczelnego Sądu Administracyjnego niekorzystne dla organów podatkowych
W trzech izbach celnych i w trzech urzędach skarbowych kontrola NIK ujawniła nieprawidłowości stanowiące naruszenie prawa podatkowego, m.in.:
przewlekłość postępowania: w trzech przypadkach przedłużenie ustawowego terminu na przeprowadzenie postępowania podatkowego było nieuzasadnione (w Izbie Celnej w Warszawie postępowanie trwało nawet 9 miesięcy);
nieuwzględnianie przez organy podatkowe wskazań sądów administracyjnych co do dalszego postępowania. Kontrola NIK ujawniła trzy takie przypadki (niespełna 4 proc. badanych postępowań). Konsekwencją było wydłużenie postępowania. W skrajnym przypadku postępowanie dotyczące zwrotu podatku akcyzowego (ok. 34 tys. zł), zapłaconego przez podatnika z tytułu wewnątrzwspólnotowego zakupu w 2004 r. samochodu, toczyło się przed organami podatkowymi i sądami administracyjnymi obydwu instancji 10 lat i do czasu zakończenia kontroli NIK nie zostało zakończone.
NIK wskazała także osiem przypadków, w których izby celne i urzędy skarbowe z opóźnieniem zwracały nadpłacone podatki, co z kolei wiązało się z koniecznością wypłaty także odsetek (łącznie w ośmiu sprawach 18,1 tys. zł).
W ocenie NIK – w obliczu stwierdzonych problemów zarówno w obszarze kontroli podatkowej, jak i orzecznictwa – konieczne jest przede wszystkim zapewnienie jasnego, precyzyjnego prawa, spójnego z prawem wspólnotowym. Potrzeba także dalszych szkoleń dla pracowników izb celnych i urzędów skarbowych w zakresie stosowania tych przepisów.
W tym roku kurs złotego będzie zależał głównie od decyzji podejmowanych za oceanem. W USA oczekuje się bowiem podwyżki stóp procentowych i wzmocnienia dolara. To oznacza, że choć kurs złotego będzie się często zmieniał, to polska waluta nie będzie mocniejsza.
Po tym, jak pierwsze miesiące roku przyniosły informacje o wyhamowaniu rozwoju amerykańskiej gospodarki, większość analityków przestała oczekiwać, że zarząd Rezerwy Federalnej zdecyduje się na podwyżkę stóp już w czerwcu, jak sądzono po znakomitych poprzednich kwartałach. W I kwartale amerykańska gospodarka urosła jedynie o 0,2 proc. Wprawdzie to pierwszy odczyt, a w USA kolejne potrafią bardzo różnić się od siebie, jednak z ankiety Moody&HASH39;s i CNBC wynika, że odczyt może być zrewidowany w dół, do -0,3 proc. Stopy w USA już siedem lat utrzymywane są na rekordowo niskim poziomie 0-0,25 proc.
– Patrząc na bardzo słaby I kwartał, rynki uznały, że być może decyzja o pierwszej podwyżce stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych trochę oddali się w czasie– mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marcin Mróz, główny ekonomista Grupy Copernicus. – Niestety, dla amerykańskiej gospodarki II kwartał zapowiada się dużo lepiej pod względem dynamiki wzrostu gospodarczego, w związku z tym najprawdopodobniej jesienią, we wrześniu, Komitet Otwartego Rynku zacznie dyskutować o podwyżce stóp procentowych.
To oznacza, że międzynarodowi inwestorzy walutowi omijający od 2008 roku Stany Zjednoczone ponownie zaczną rozważać kupowanie dolarów. I to zanim Fed rzeczywiście podniesie stopy, powodując wzrost kursu amerykańskiej waluty.
– Z punktu widzenia krajów takich jak Polska, która do tej pory była bardzo dużym beneficjentem globalnej nadpłynności produkowanej przez Fed, wzrost kosztów finansowania w dolarze będzie powodował najprawdopodobniej odpływ kapitału, a więc również osłabienie walut lokalnych, w tym również złotego– prognozuje Marcin Mróz. – Dlatego też głównym determinantem kursu złotego w najbliższym czasie będą decyzje Fed.
Amerykańska waluta, która rok temu kosztowała nieco ponad 3 zł, dziś kosztuje niemal 3,7 zł. Jej dynamiczny wzrost rozpoczął się w lecie ubiegłego roku, gdy inwestorzy uznali, że ożywienie gospodarki USA zaczyna się utrwalać i może skłonić tamtejszy bank centralny do zakończenia polityki stymulowania wzrostu niskim stopami. Obecnie każda nowa informacja o kondycji gospodarczej Stanów Zjednoczonych jest analizowana pod tym kątem, a ostanie przekonują, że stopy mogą zostać podniesione w tym roku. W marcu np. wydatki konsumpcyjne Amerykanów wzrosły najmocniej od listopada 2014 r., o 0,4 proc. Spadła też liczba osób starających się o zasiłek dla bezrobotnych.
–Każda kolejna informacja ze Stanów Zjednoczonych będzie interpretowana jako czynnik za lub przeciw szybkiej podwyżce stóp procentowych, w związku z tym może powodować wahania kursu euro-dolara, tym samym przekładając się również na sentyment w całej grupie rynków wschodzących, do której to grupy należy również Polska – uważa główny ekonomista Grupy Copernicus.
Sama podwyżka stóp, do której wreszcie dojść musi, nie pozwoli jednak na trwałe wzmocnienie złotego. Co generalnie jest dobrą wiadomością dla polskiej gospodarki, bowiem nasz eksport do Stanów Zjednoczonych, który już dziś wpływa bardzo korzystnie na kondycję krajowych firm, jeszcze się wzmocni.
–Raczej brak aprecjacji i podwyższona zmienność to dwa główne czynniki, do których będziemy się musieli przyzwyczaić w naszym kraju na rynku walutowym w dalszej części roku– zapowiada Marcin Mróz z Grupy Copernicus.
ES-Systempozostanie spółką dywidendową – deklaruje zarząd. W maju WZA spółki zdecydowało o wypłaceniu dywidendy w wysokości 35 groszy na akcję, znacznie wyższej niż w poprzednich latach. Także wyniki, jakie spółka zamierza osiągnąć w 2015 roku, mają być na podobnym poziomie jak rok wcześniej lub lepsze.Spółka widzi bowiem potencjał wzrostu dla swojej działalności.
ES-System zwraca uwagę na to, że na polskim rynku oświetleniowym trwa rewolucja. Obecnie ponad 40 proc. sprzedaży krajowej i 49 proc. sprzedaży eksportowej ES-System to systemy oświetleniowe, w których źródłem światła są diody LED. Porównując rok ubiegły do bieżącego okresu jest to wzrost o ok. 100 proc.
– Firma ES-System aktywna jest w trzech podstawowych segmentach: architektonicznym, oświetlenia przemysłowego i zewnętrznego i to jest to, co będziemy kontynuować w najbliższym okresie – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Rafał Gawrylak, niedawno powołany prezes zarządu ES-System SA. – Dodatkowo firma ES-System z racji posiadania wysoce wyspecjalizowanych inżynierów, designerów oraz bazy produkcyjnej jest w stanie zaproponować rozwiązania LED-owe. Te rozwiązania przyrastają w sposób skokowy.
W ubiegłym roku skonsolidowane przychody grupy przekraczały 169 mln zł i przyniosły 6,16 mln zysku netto wobec 4,4 mln zł rok wcześniej. W I kwartale obecnego roku ES-System miała wprawdzie 0,47 mln zł straty netto, jednak jej przychody rosły.
– Spółkawygenerowała skonsolidowany wynik 37,4 mln zł, jest to sprzedaż skonsolidowana – informuje Rafał Gawrylak. – Jest to wzrost kwartał do kwartału o 10,4 proc roku. W tym sprzedaży krajowej na poziomie 30,6 mln zł i sprzedaży eksportowej na poziomie 6,8 mln. W obu tych obszarach, tzn. sprzedaży krajowej, jak i eksportowej, wzrosty sięgały 10 i 12 proc.
Prezes nie deklaruje, jakich zysków akcjonariusze mogą oczekiwać w tym roku, zapewnia jednak, że jego firma pozostanie spółką dywidendową. Zysk za zeszły rok pozwoli wypłacić udziałowcom znacznie większą dywidendę niż w poprzednich latach.
– Decyzją walnego zgromadzenia akcjonariuszy wartość dywidendy to 35 groszy na akcję. Wcześniejsze lata nie były tak hojne, wartość dywidendy wahała się między 5 a 10 gr. Dzisiaj jest to 35 gr, nadal gwarantuje nam to stały rozwój i dobrą sytuację finansową, biorąc pod uwagę stan środków finansowych, jakie mamy w spółce – mówi Gawrylak.
Spółka ES-System poinformowała, że za granicą pozyskała nowych partnerów – w Bośni i Hercegowinie oraz Czarnogórze. Jak podano, na mapie sprzedaży firmy pojawiły się również Islandia i Albania. W stosunku do I kwartału ubiegłego roku spółka zanotowała ożywienie na rynkach Europy Zachodniej. Istotnie wzrósł poziom eksportu do ZEA i Kuwejtu. W sumie sprzedaż eksportowa w I kwartale sięgała 6,8 mln zł. Jednocześnie 30,6 mln zł to sprzedaż krajowa firmy.
– Rynek oświetleniowy jest duży. Na chwilę obecną wartość tego rynku to około 2 mld zł. Firma ES-System obejmuje około 10 proc. krajowego rynku profesjonalnych opraw oświetleniowych.. Zarówno w kraju, jak i za granicą jest dość duży potencjał wzrostu – ocenia prezes Rafał Gawrylak, dodając, że tylko w kraju przybywa inwestycji, w których spółka uczestniczy.
Stan zdrowia i długość życia Polaków powoli się poprawiają, jednak na tle Europy wypadamy słabo. Dużym zagrożeniem są choroby układu krążenia, które odpowiadają za 46 proc. zgonów. Coraz większe żniwo zbiera też cukrzyca, gdzie liczba chorych przyjmujących leki sięga już dwóch milionów i według badania NATPOL rośnie rocznie o kolejne 2,5 proc. Ograniczenie skutków tych chorób mogłoby zbliżyć Polskę do zachodnich krajów, ale warunkiem są większe nakłady finansowe na ochronę zdrowia.
– Stan zdrowia Polaków jest zadowalający, ale nie w takim stopniu, jakiego mamy prawo oczekiwać jako społeczeństwo. Wprawdzie żyjemy coraz dłużej i jesteśmy zdrowsi, ale wciąż brakuje nam dużo w stosunku do mieszkańców innych krajów Unii Europejskiej – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Bogdan Wojtyniak, zastępca dyrektora Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego i kierownik Zakładu – Centrum Monitorowania i Analiz Stanu Zdrowia Ludności.
Z raportu GUS wynika, że pod względem długości życia mężczyzn wśród 40 europejskich krajów Polska zajmuje dopiero 28. miejsce (u kobiet 24. pozycję). Mężczyźni żyją osiem, a kobiety cztery lata krócej niż w przedstawiciele społeczeństw europejskich, które przodują w tym rankingu. Wyliczenia wskazują, że chłopiec urodzony w 2013 roku będzie żył 73,1, a dziewczynka – 81,1 lat. Dla porównania we Francji, Szwajcarii i Islandii mężczyźni żyją ponad 80, a kobiety 85 lat.
– Główne różnice między zdrowiem polskich mężczyzn a mężczyzn w innych krajach UE wynikają przede wszystkim z większego zagrożenia zdrowia i życia z powodu chorób układu krążenia tych pierwszych. Gdyby udało się wyeliminować lub ograniczyć te niekorzystne skutki zdrowotne, to zbliżylibyśmy się parametrami zdrowotnymi do innych krajów – wskazuje ekspert.
Blisko co druga osoba (46 proc.) umiera z powodu chorób układu krążenia. Choć statystyki są lepsze, bo w latach 90. na choroby układu krążenia umierało 52 proc. osób, pozostaje jednak dużo do zrobienia. Aby dogonić zachodnią Europę, musimy zwiększyć nakłady na ochronę zdrowia, prewencję i promowanie zdrowego trybu życia. Zdaniem części ekspertów różnica w długości trwania życia będzie zmniejszała się bardzo powoli.
– Od lat walczymy o to, żeby Polacy znaleźli się w czołówce Europie nie tylko pod względem liczby autostrad na kilometr kwadratowy, lecz także pod względem stanu zdrowia. Rząd powinien dołożyć większych starań, bo sytuacja poprawia się równolegle do sytuacji w krajach Europy Zachodniej, a to oznacza, że różnica na niekorzyść Polaków nie zmniejsza się. Trzeba to zmienić – podkreśla Wojtyniak.
W ciągu kolejnych pięciu lat w Polsce może powstać nawet 100 tys. instalacji fotowoltaicznych o łącznej mocy do 800 MW. To 30-krotnie więcej niż obecnie, ale wciąż znacznie mniej niż w Niemczech, gdzie już teraz moc instalacji pozyskujących energię ze słońca wynosi 33 tys. MW. Tempo wzrostu jest jednak obiecujące – od 2013 r. do teraz moc ogniw fotowoltaicznych w Polsce wzrosła 20 razy.
– Jeszcze w 2013 roku mieliśmy 1,2 MW energii z paneli fotowoltaicznych, w tej chwili mamy już 27 MW – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mieczysław Koch, wiceprezes Stowarzyszenia Energii Odnawialnej i przewodniczący rady nadzorczej G-Energy. – Planujemy dzięki ustawie prosumenckiej zwiększyć moc przynajmniej do 800 MW, czyli do 100 tys. instalacji w Polsce. Niemcy, którzy są naszym sąsiadem i leżą na tej samej szerokości geograficznej, dzisiaj mają 33 tys. MW energii z paneli fotowoltaicznych.
Ustawa o odnawialnych źródłach energii, która weszła w życie 4 maja br., po raz pierwszy wprowadza w Polsce rozwiązania prosumenckie, czyli możliwość wytwarzania energii w przydomowych instalacjach OZE o niewielkiej mocy. Mieczysław Koch ocenia, że dzięki temu rozwinie się w naszym kraju m.in. segment fotowoltaiki. Część prosumencka ustawy o OZE wejdzie w życie dopiero od początku przyszłego roku. Od 1 stycznia 2016 r. zakłady energetyczne będą musiały odbierać nadwyżki mocy wyprodukowanej przez przydomowe instalacje.
Wykorzystywanie energii słonecznej jest możliwe nawet w polskim klimacie, co pokazuje przykład Niemiec. Jak podkreśla Koch, znaczenia nie ma to, że panele fotowoltaiczne nie pracują w nocy, a przy dużym zachmurzeniu ich moc spada. Panele może zainstalować niemal każdy, a dzięki nowej ustawie jest to znacznie prostsze.
– Kończymy z biurokracją i formalnościami. Wystarczy w tej chwili tylko zgłoszenie do zakładu energetycznego o zainstalowaniu takiej instalacji – tłumaczy Koch. – Według danych Instytutu Meteorologicznego i innych jednostek badawczych w Polsce mamy tysiąc słonecznych godzin rocznie, a więc pozwala to nam na instalowanie tego typu urządzeń.
Przeciętna instalacja fotowoltaiczna w Polsce może generować 3 tys. kWh energii rocznie – to o ok. 1 tys. kWh więcej niż zużywa statystyczne gospodarstwo domowe. Dlatego nadwyżki nie są trudne do uzyskania, a wiele osób może zarobić na produkcji zielonej energii. Dzięki tym przychodom znacznie skróci się czas zwrotu z inwestycji w OZE.
– Koszt takiej inwestycji mieści się w granicach 24 tys. zł, a czas zwrotu w zależności od zużywania energii przez gospodarstwo domowe to około 10 lat – mówi Koch.
W nowej ustawie cena za energię wyprodukowaną przez prosumentów została ustalona na poziomie 75 groszy za kilowatogodzinę przy instalacjach o mocy do 3 kW, a dla większych (do 10 kW) – 65 groszy. Taką cenę prawo gwarantuje na okres 15 lat od uruchomienia instalacji. Przelicznik oznacza, że przy nadwyżce w wysokości tysiąca kWh instalacja o mocy 3 kW może zapewnić nawet 750 zł dochodu rocznie.
Koch dodaje, że ustawa prosumencka wpłynie także na rynek pracy.
– Wymusi to stworzenie nowych stanowisk pracy, bo potrzebne będą firmy instalujące, serwisujące i produkujące urządzenia – prognozuje Koch. – Ustawa wprowadza nowy zapis, w ramach którego firmy instalujące będą musiały posiadać certyfikaty dla instalatorów w zależności od technologii. Pierwsze szkolenia już zostały uruchomione.
Ministerstwo Gospodarki przedstawiło w ubiegłym tygodniu projekt nowelizacji, który może zmienić zapisy dotyczące poziomu wsparcia dla mikroinstalacji. Projekt nowelizacji zakłada wprowadzenie dla instalacji fotowoltaicznych minimalnej i maksymalnej kwoty wsparcia. Dla instalacji fotowoltaicznych do 3 kW zaproponowano stawki od 64 gr do 75 gr za 1 kW/h, a dla instalacji do 10 kW od 49 gr do 65 gr za 1 kW/h. Stawki minimalne mają być gwarantowane, aby zaś otrzymać stawkę wyższą, trzeba będzie udokumentować wyższe koszty wytwarzania energii elektrycznej. Resort chce też wprowadzić ograniczenie ilości oddawanej do sieci energii do 950 kWh energii na każdy 1 kW mocy rocznie.
Sześć modeli samochodów i salony sprzedaży w 200 największych miastach świata – to plany marki DS do 2020 roku. Model DS, samochód, który 60 lat temu rozsławił francuskiego Citroëna, staje się samodzielnym brandem koncernu PSA Peugeot Citroën. Marka liczy na klientów segmentu premium, bo to szybko rosnący i perspektywiczny rynek.
– W tym tygodniu w Luwrze świętujemy 60. urodziny marki DS. Jesteśmy bardzo dumni z tego wydarzenia, biorą w nim udział tysiące ludzi z całego świata. Żeby uczcić tę rocznicę, zaprezentowaliśmy limitowaną wersję czterech modeli – DS 3, DS 3 Cabrio, DS 4 i DS 5. To niezwykłe auta, w atramentowym odcieniu niebieskiego, z pewnymi unikalnymi cechami, które nawiązują do naszej ikony, czyli oryginalnego DS z 1955 roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Eric Apode, vice president product and development division DS Brand w PSA Peugeot Citroën.
Cała gama modelowa DS będzie dostępna w limitowanej edycji „1955” – powstanie tylko 1955 sztuk DS 3 i DS 3 Cabrio oraz 955 sztuk DS 4 i DS 5.
DS od czerwca 2014 roku jest samodzielną marką, należącą do francuskiego koncernu PSA Peugeot Citroën. Dziś w ofercie ma trzy modele, istniejące wcześniej pod marką Citroën DS. Od 2010 roku, kiedy na rynek trafił pierwszy model z tej serii, sprzedano ponad 550 tys. takich aut. Najwięcej trafiło do Chin, Francji, Wielkiej Brytanii i Włoch.
– W przyszłości podwoimy naszą ofertę. Podjęliśmy decyzję, żeby inwestować w nowe auta, by przed 2020 rokiem mieć ofertę sześciu modeli, opartą o SUV-y i sedany, która będzie dostępna na wszystkich rynkach. Zwiększeniu sprzedaży ma służyć nasza strategia 200 miast, którą już rozpoczęliśmy, czyli stopniowego otwierania naszych salonów w 200 najważniejszych miastach świata – mówi Eric Apode.
Dziś auta DS sprzedawane są w salonach Citroëna, ale powstaje odrębna sieć sprzedaży. DS Store’y obecne są już w Chinach, które są dla spółki bardzo perspektywiczne. Trzy modele marki są przeznaczone wyłącznie na ten rynek (m.in. SUV DS 6WR), w dodatku są tam również produkowane.
– W przyszłości mamy zamiar uruchomić kolejny, nowy zakład produkcyjny w Chinach. To nowy rynek, który dynamicznie się rozwija, szczególnie w segmencie premium, a wraz z nim rośnie również marka DS. Naszym celem jest stopniowe zwiększanie sprzedaży oraz budowanie bardzo silnej i solidnej marki – wyjaśnia przedstawiciel marki DS.
DS rozwija również sieć salonów, które będą połączone z dealerami Citroëna, ale zostaną oznaczone logo DS na zewnątrz. Koncern posiada już kilkanaście tego typu salonów w Europie. W przyszły wtorek dołączy do niego salon w Warszawie.
Samochody marki DS są produkowane z myślą o klientach segmentu premium
– Chcemy budować silną i zyskowną markę – deklaruje Eric Apode. – Patrząc na globalny rynek motoryzacyjny, sprzedaż w segmencie premium stanowi ok. 10 proc., ale jego udział w zyskach wynosi już 50 proc. Marki premium przynoszą największe zyski, więc jeśli producent chce być konkurencyjny na światowym rynku, to musi inwestować w ten segment.
Flagowym modelem jest DS 5, którego nowa wersja została zaprezentowana podczas targów motoryzacyjnych w Genewie.
– Model ma zmieniony przód, z logo DS – mówi Apode. – Przednie reflektory są wyposażone w technologię LED-ową, w całym aucie jest ponad 90 LED-owych świateł. Wiele modyfikacji zostało wprowadzonych również wewnątrz samochodu. Wykorzystano przy tym nowe technologie, jak DS Connect z dotykowym ekranem, w którą będą wyposażone wszystkie auta naszej marki na całym świecie.
Jak podkreśla, to auto otwiera nowy rozdział w historii tzw. connected cars, czyli samochodów wyposażonych w łączność z siecią i naszpikowanych technologią.
Od przyszłego roku wszystkie odpady ściekowe będą musiały być spalane lub wykorzystywane ponownie. Na składowiska będą mogły trafiać tylko te, których wartość energetyczna jest zbyt mała, by opłacało się je spalać. To duża zmiana, bo obecnie spośród niemal miliona ton produkowanych rocznie odpadów ściekowych tylko 16 proc. jest spalanych.
Od 1 stycznia 2016 roku w życie wchodzi nowe unijne prawo, w efekcie którego zakazane będzie składowanie osadów ściekowych oraz wykorzystywanie ich do celów rolniczych.
– Od stycznia przyszłego roku mamy nowe podejście do gospodarowania odpadami, które mogą być składowane na składowiskach odpadów komunalnych. Odpady komunalne, które mają w sobie taką moc, że mogą być wykorzystywane energetycznie, a więc mają przynajmniej 6 MJ/kg suchej masy, nie będą mogły być składowane na składowiskach odpadów komunalnych – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Barbara Koszułap, prezes zarządu firmy Eneris.
Nowe przepisy zmienią bardzo dużo w obszarze odpadów ściekowych, które mają dużą wartość energetyczną. Obecnie duża część jest składowana. Jak wynika z danych GUS-u, w 2013 r. 30 proc. wytworzonych odpadów wykorzystywano w rolnictwie (głównie do nawożenia pól), 16 proc. było przetwarzanych, a 15 proc. trafiało na składowiska.
Jak zauważa Koszułap, statystyki nie pokazują, co dzieje się z 40 proc. odpadów. Dodaje, że odpadów tych powstaje bardzo dużo – nawet 900 tys. ton rocznie, w tym 600 tys. ton ze strefy komunalnej, więc nowe przepisy wymuszają duże zmiany.
Eksperci podkreślają, że unijna dyrektywa postawiła przed Polską wyzwanie natury ekonomicznej oraz ekologicznej. Motywuje też samorządy do działań zmierzających do wypracowania efektywnych rozwiązań energetycznych.
– Będzie trzeba zaprzestać magazynowania. Myślę, że mamy zasoby finansowe, żeby przygotować instalację do zagospodarowania tego typu odpadów. Pytanie, czy będziemy w stanie to zrobić organizacyjnie – mówi Koszułap. – Pamiętajmy, że mamy jedną małą warszawską spalarnię odpadów komunalnych, a pozostałe odpady wędrują głównie do różnego rodzaju sortowni.
W Polsce w budowie są kolejne spalarnie, m.in. w Poznaniu, Krakowie i Białymstoku. W Rzeszowie własną spalarnię do 2018 r. chce zbudować PGE, zainteresowanie tego typu projektami wyraża także Veolia. Liczba instalacji tego typu w Polsce jest jednak niewystarczająca.
Koszułap zauważa, że Polska jest pod względem spalania odpadów komunalnych i przetwarzania ich na energię termiczną (spalać śmieci można też bez odzysku energii) daleko w tyle za krajami starej UE. Jak wynika z najnowszych danych Eurostatu za 2012 r., w Polsce spalanych było 94 kg odpadów na mieszkańca. Unijna średnia to 202 kg. W wiodących pod tym względem krajach, czyli Danii, Holandii i Szwecji, było to ponad 500 kg na mieszkańca, a w Finlandii – ponad 1,7 tony.
Pod względem udziału spalania w całkowitym przetwarzaniu śmieci przodują te same kraje: w Danii i Szwecji w 2010 r. było to ok. 50 proc., w Holandii, Niemczech i Belgii po niemal 40 proc. W Polsce – jedynie 1 proc.
– Biorąc pod uwagę postęp technologiczny i ekonomiczny, które dokonały się w naszym kraju w ciągu ostatnich 25 lat, mamy ogromne szanse nadrobić również obszar gospodarki odpadami, tak jak znakomicie nadrobiliśmy obszar gospodarki wodno-ściekowej – prognozuje Koszułap.
Dodaje, że wzrost poziomu spalania i odzysku są niezbędne również z uwagi na długoterminowe cele UE. Zgodnie z planami Komisji Europejskiej do 2020 r. połowa wszystkich odpadów z gospodarstw domowych ma podlegać recyklingowi i odzyskowi.
– Ale myślę, że to nie tylko dyrektywy unijne, lecz także nasza potrzeba wewnętrzna, żebyśmy mogli sięgnąć po ten surowiec, który mamy w odpadach, który sami wytwarzamy w gospodarstwach domowych – przekonuje Koszułap.
Nadciśnienie płucne to śmiertelna choroba, w której przeżycie pacjentów bez leczenia nie przekracza 3 lat. W Polsce istnieje refundowana terapia dla chorych na TNP, brakuje jednak możliwości łączenia leków, a to znacząco mogłoby poprawić efekty leczenia. Ponadto polscy pacjenci o wiele dłużej niż pacjenci w innych krajach Europy muszą czekać na dostęp do innowacyjnych terapii.
Tętnicze nadciśnienie płucne to rzadka postać nadciśnienia płucnego. Schorzenie objawia się wzrostem ciśnienia w krążeniu płucnym, czyli w obiegu krwi między prawą komorą a lewym przedsionkiem serca. W efekcie prawa komora ulega przeciążeniu, powodując niewydolność – podczas jakiegokolwiek wysiłku nie jest ona w stanie pompować wystarczającej ilości krwi przez płuca. Mniejsza jest też ilość krwi pompowanej do innych narządów wewnętrznych i tkanek. Chory odczuwa przewlekłe zmęczenie, osłabienie i duszności oraz kołatanie serca przy najmniejszym wysiłku fizycznym. TNP to choroba śmiertelna – obecnie w Polsce leczonych jest na nią kilkuset chorych.
– Trudno powiedzieć, ile dokładnie, bo nie ma dokładnego rejestru. Dla przykładu terapia jest prowadzona u 250 pacjentów z wrodzoną wadą serca, która wiąże się z nadciśnieniem płucnym. Nie jest to zatem duża grupa pacjentów, natomiast leki, które im przepisujemy, są drogie, wymagają bardzo specjalistycznej wiedzy, zarówno na etapie diagnostyki, wdrażania leku, jak i monitorowania – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. dr hab. med. Piotr Hoffman, kierownik Kliniki Wad Wrodzonych Serca w Instytucie Kardiologii w Warszawie.
Przyjmowanie leków pozwala spowolnić chorobę oraz poprawić jakość życia pacjentów. Wskazują na to wyniki osiągane w tzw. sześciominutowym marszu.
– Mierzymy, jaki dystans pacjent przeszedł w tym czasie. Przed włączeniem terapii jest to 200 m, pół roku później może być to 500 m. Mamy więc do czynienia ze znaczącą poprawą, zresztą pacjenci mówią o tym z dużym entuzjazmem – dodaje prof. Hoffman.
Jeszcze kilka lat temu zdiagnozowanie TNP, zwłaszcza w późnym stadium, nie dawało pacjentowi szans na przeżycie dłużej niż pół roku. Dziś dzięki nowoczesnym lekom w większości przypadków tętnicze nadciśnienie płucne uznaje się za chorobę przewlekłą, a nie śmiertelną. W ramach programu terapeutycznego stosuje się tzw. terapie celowane, które poprawiają działanie śródbłonka tętnicy płucnej. Leki te po trzech miesiącach regularnego stosowania zmniejszają ryzyko zgonu aż o 43 proc. Nowoczesna terapia jest już dostępna w Polsce i refundowana przez NFZ. Wciąż jednak chorzy na TNP borykają się z wieloma problemami.
Polskie Stowarzyszenie Osób z Nadciśnieniem Płucnym i Ich Przyjaciół walczy o jak najszybszy dostęp polskich pacjentów do terapii przedłużających życie i poprawiających jego jakość. Ponieważ w tej chorobie każdy dzień jest ważny, staraniem Stowarzyszenia jest to, by polscy pacjenci mieli taki sam dostęp do leczenia, jak chorzy w innych krajach Europy.
– Bardzo nam zależy na tym, żeby rozszerzyć możliwość łączenia leków pomiędzy sobą, co znacznie ułatwiłoby chorym dostęp do skutecznych terapii. Borykamy się z tym, że jest wymagany osobisty odbiór leków, co w przypadku sporej grupy pacjentów wiąże się z pokonywaniem nawet kilkuset kilometrów. Ponieważ nasza wydolność jest ograniczona, staje się to zupełnie niepotrzebnym wysiłkiem fizycznym. Wiąże się z tym również dodatkowy koszt, a nasi pacjenci to najczęściej osoby młode, które nie mają wysokich świadczeń, bo po prostu zwyczajnie nie zdążyły wypracować długiego stażu pracy – mówi Alicja Morze, prezes Polskiego Stowarzyszenia Osób z Nadciśnieniem Płucnym i Ich Przyjaciół.
Stowarzyszenie upomina się także o uwagę decydentów dla pacjentów zagrożonych innymi groźnymi odmianami nadciśnienia płucnego, którzy czekają na swoją szansę w walce o każdy oddech.
Rynek tłumaczeń ewoluuje. Rośnie zapotrzebowanie na tłumaczenia z języków afrykańskich i chińskiego, firmy notują też większe zainteresowanie językiem węgierskim i rumuńskim.W ubiegłym roku globalna wartość rynku tłumaczeń przekroczyła 40 mld dol., w Polsce szacuje się ją na 1 mld zł.
– W Polsce działa 1,5 tys. biur tłumaczeń, w znakomitej większości są to małe podmioty, jednoosobowe działalności, z przychodami rzędu kilkuset tysięcy złotych rocznie. Liczących się biur tłumaczeń jest 35. Natomiast GUS zarejestrował w Polskiej Klasyfikacji Działalności ponad 60 tys. podmiotów mających tłumaczenia – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Krzysztof Zdanowski, prezes zarządu Summa Linguae.
Branża tłumaczeniowa cały czas się rozwija. Raport Common Sense Advisory wskazuje, że w ubiegłym roku globalna wartość rynku tłumaczeń wyniosła 40 mld dolarów (wzrost o 5 mld w porównaniu z 2013 rokiem). Jak jednak podkreśla Zdanowski, ważne jest już nie tylko samo tłumaczenie, bo firmy szukają kompleksowej obsługi.
– Polska firma, która próbuje lokować swój produkt za granicą, potrzebuje już nie tylko przetłumaczyć stronę internetową czy broszurkę handlową, lecz także chce zlokalizować siebie i swoją markę za granicą. My w tym pomagamy. Ułatwiamy komunikację międzykulturową, próbujemy pomóc naszym klientom w zakresie strategii marketingowych, także pod kątem językowym – tłumaczy ekspert.
Rynek ewoluuje z tłumaczeń na lokalizację, czyli adaptację tłumaczeń na potrzeby rynku lokalnego. Teksty nie są dosłownie tłumaczone, ale dostosowane do określonej grupy odbiorców. Profesjonalne firmy odzwierciedlają w tekście różnice kulturowe, to m.in. odwołania historyczne i polityczne, przysłowia, wyjaśniają też regionalizmy.
Ekspert z Summa Linguae wskazuje, że szansą na rozwój branży są nowe technologie, które pozwalają na efektywniejsze tłumaczenia.
– Ogromne pamięci tłumaczeniowe, które kiedyś były nie do stworzenia, glosariusze, tzw. TM-y, to systemy, które sprawiają, że potrafimy przetłumaczyć bardzo dużo tekstów w bardzo krótkim czasie przez kilkanaście osób pracujących jednocześnie w zespole. Wówczas tekst jest spójny terminologicznie i składniowo – przekonuje Zdanowski.
Wciąż najwięcej tłumaczeń dotyczy języka angielskiego, czyli najważniejszego języka biznesowego. Popularne są także hiszpański i włoski, ale rośnie zapotrzebowanie na tłumaczenia z języków azjatyckich, przede wszystkim chińskiego i japońskiego. Można też zauważyć większe zainteresowanie językami afrykańskimi, a z języków europejskich – węgierskim i rumuńskim.
– Polskie firmy coraz częściej handlują z podmiotami właśnie z tych obszarów, a te z kolei coraz częściej lokują swoje biznesy w Polsce. Przede wszystkim jednak najważniejszy jest wciąż język angielski i to nie powinno się zmienić w najbliższych latach – przekonuje Krzysztof Zdanowski.
Polskie firmy coraz częściej stawiają na nowoczesne i energooszczędne oświetlenie LED-owe. To w ich ocenie najbardziej perspektywiczna część rynku. Specjalizująca się w projektowaniu i produkcji systemów oświetleniowych spółka ES-SYSTEM podkreśla, że w ciągu ostatniego roku podwoiła się liczba zamówień na instalacje LED-owe.
– Rozwiązania LED-owe przyrastają w sposób skokowy. Porównując rok ubiegły do bieżącego, mówimy o skoku o ponad 100 proc. Obecnie ponad 40 proc. sprzedaży krajowej i 49 proc. wolumenu sprzedaży eksportowej pochodzi właśnie z LED-ów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Gawrylak, prezes zarządu ES-SYSTEM SA.
Firma koncentruje się na produkcji opraw oświetleniowych dla trzech segmentów: architektonicznego, przemysłowego oraz zewnętrznego. Na swoim koncie ma dostawy dla prestiżowych inwestycji we wszystkich tych obszarach, np. Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku, Muzeum Historii Żydów w Warszawie czy Narodowego Forum Muzyki we Wrocławiu.
– Rynek oświetleniowy jest duży – ocenia Rafał Gawrylak. – Na chwilę obecną jego wartość to ok. 2 mld zł. Firma ES-SYSTEM obejmuje około 10 proc. krajowego rynku profesjonalnych opraw oświetleniowych. Zarówno w kraju, jak i za granicą jest dość duży potencjał wzrostu.
Jak podkreśla, spółka jest gotowa na LED-ową rewolucję zachodzącą na tym rynku.
– Firma ES-SYSTEM z racji posiadania wysoce wyspecjalizowanych inżynierów, designerów oraz bazy produkcyjnej jest w stanie zaproponować rozwiązania LED-owe – mówi Gawrylak.
W I kwartale obecnego roku ES-SYSTEM miała wprawdzie 0,47 mln zł straty netto, jednak jej przychody rosły. Spółka z optymizmem myśli o przyszłości i ma nadzieję na utrzymanie lub poprawę przychodów w I półroczu.
W ubiegłym roku skonsolidowane przychody grupy przekraczały 169 mln zł i przyniosły 6,16 mln zysku netto wobec 4,4 mln zł rok wcześniej. To pozwoli spółce wypłacić znacznie wyższą dywidendę dla udziałowców.
– Decyzją walnego zgromadzenia akcjonariuszy wartość dywidendy to 35 groszy na akcję – podkreśla prezes zarządu ES-SYSTEM. – Wcześniejsze lata nie były tak hojne, bo wartość dywidendy wahała się pomiędzy 5 a 10 gr. Dzisiaj jest to 35 gr, nadal gwarantuje nam to stały rozwój i dobrą sytuację finansową, biorąc pod uwagę stan środków finansowych, jakie mamy w spółce.
Sprzedaż eksportowa ES-SYSTEM w I kwartale sięgała 6,8 mln zł przy 30,6 mln sprzedaży krajowej. Spółka liczy na nowe rynki, na które wchodzi, by zastąpić rynek rosyjski, trudny z uwagi na pogrążanie się tego kraju w kryzysie. Jak zwrócono uwagę w komunikacie, pozyskano nowych partnerów w Bośni i Hercegowinie oraz Czarnogórze. Na mapie sprzedaży ES-SYSTEM pojawiły się również Islandia i Albania. W stosunku do I kwartału ubiegłego roku spółka zanotowała ożywienie na rynkach Europy Zachodniej. Istotnie wzrósł poziom eksportu do ZEA i Kuwejtu. Prezes ocenia jednak, że ważne są kontrakty w Polsce, a tych nie brakuje.
Słaba znajomość nowoczesnych technologii sprawia, że rodzice nie są w stanie zapewnić dziecku bezpieczeństwa w internecie. Z badań TNS wynika, że znaczna część dzieci uważa swoich opiekunów za bardziej naiwnych użytkowników sieci od siebie. Potrzebne jest większe zaangażowanie dorosłych w wirtualny świat dzieci i jasne zasady użytkowania internetu, których będą przestrzegać również dorośli.
Jak wynika z badań przeprowadzonych przez TNS, ponad 90 proc. rodziców uważa, że to oni są odpowiedzialni za zapewnienie bezpieczeństwa dzieciom w internecie. W praktyce jednak wielu z nich nie jest w stanie sprostać temu zadaniu. Aż 69 proc. badanych ogranicza się wyłącznie do sprawdzania historii odwiedzanych stron na domowym komputerze. Oznacza to, że o ewentualnych zagrożeniach dowiadują się już po fakcie. Większość rodziców chce chronić dzieci przed kontaktami z niebezpiecznymi treściami, kontaktami z obcymi osobami oraz publikowaniem prywatnych danych. Aż 95 proc. dorosłych deklaruje, że korzysta z internetu wspólnie z dziećmi, bywa jednak, że są oni bardziej naiwnymi użytkownikami sieci niż ich pociechy.
– Rodzic powinien być przewodnikiem w internecie, wprowadzać dziecko w ten świat i mieć nad tym pełną kontrolę. Patrząc na nasze umiejętności, od razu wiemy, że takie myślenie jest bardzo złudne. Dzieci są bardziej zaawansowane technologicznie i sprytniejsze. Jeśli chcą, potrafią nas łatwo oszukać, więc myślenie o tym, że będę przewodnikiem i autorytetem, jest tak naprawdę nierealne – mówi agencji informacyjnej Newseria Małgorzata Ohme, psycholożka i psychoterapeutka dziecięca.
Niezależnie do zaawansowania w zakresie technologii na poziomie emocjonalnym dziecko nie jest gotowe, by przewidywać zagrożenia, jakie stwarza obecność w sieci. Dlatego potrzebuje pomocy osoby dorosłej. Zdaniem psychologów dobrym sposobem na zapewnienie dziecku większego bezpieczeństwa jest wprowadzenie konkretnych zasad w rodzinie, które powinny być dostosowane do wieku dziecka. Przede wszystkim należy wytłumaczyć dziecku, że komputer nie jest jego wyłączną własnością, nawet jeśli dostało go w prezencie. Komputer powinien stać w widocznym miejscu w domu, tak by wszyscy mieli do niego swobodny dostęp. To rodzice wyznaczają czas, który dziecko może poświęcić na surfowanie w internecie, a także określają, jakie strony może odwiedzać.
– Jeśli dziecko gra w gry internetowe, to warto zobaczyć, jakie to gry, pokazywać inne wartościowe miejsca w internecie, a najważniejsze – nieustająco mu towarzyszyć. Starszym dzieciom należy powiedzieć, jakich stron nie powinny odwiedzać i co im grozi, kiedy złamią zasady. Jeżeli widzimy, że pomimo umowy dziecko wchodzi na niepożądane strony, ryzykuje, podając prywatne informacje, czy uczestniczy w obraźliwych konwersacjach, trzeba reagować niezwłocznie. To jest cały czas balansowanie między tym, czego ja wymagam, aby moje dziecko było bezpieczne, a jego prywatnością – mówi Małgorzata Ohme.
Bardzo ważne jest wpajanie dziecku już od najmłodszych lat zasad wpływających na poprawę bezpieczeństwa w sieci. Podstawowe reguły to m.in. nierozmawianie z nieznajomymi, niepodawanie prywatnych danych, np. wysokości zarobków rodziców czy miejsca zamieszkania, zachowywanie kultury w internecie i szybkie reagowanie na niekomfortowe sytuacje. Warto przekonać dziecko do tego, by konsultowało z rodzicami treści i materiały, które publikuje w sieci, oraz uświadomić je, że raz opublikowana rzecz już w internecie zostaje.
Niestety, czasami tej świadomości nie mają nawet dorośli, o czym świadczy np. nowe zjawisko nazywane „troll parenting”, czyli obśmiewanie w internecie różnych zachowań własnych dzieci.
– Ekshibicjonizm panujący obecnie na Facebooku, różnego rodzaju blogi, które opowiadają intymne historie o dzieciach i naszym życiu rodzinnym, pokazują, że czasem to dorośli mają problem ze zrozumieniem, że pewna treść, która jest śmieszna dzisiaj, za chwilę może być ryzykowna dla dziecka i wyśmiana przez innych, zatem jak mają to zrozumieć dzieci. Trzeba najpierw sobie samemu wyznaczyć granice, a potem nauczyć dziecko, że internet naprawdę nie zapomina – mówi Małgorzata Ohme.
Aby internet był miejscem bezpiecznym dla dzieci, Fundacja Orange stworzyła program „Bezpiecznie Tu i Tam”. Obejmuje on nowy serwis internetowy, konkurs grantowy oraz działania edukacyjne poświęcone bezpieczeństwu dziecięcych użytkowników internetu. Serwis przeznaczony jest dla osób dorosłych: rodziców, nauczycieli, starszego rodzeństwa. Mają oni wprowadzać dziecko w świat internetu. Małgorzata Ohme jest ambasadorką programu.
Prokuratura Rejonowa Łódź – Śródmieście umorzyła dochodzenie w sprawie wykonywania przez Rainbow Tours w okresie od 1 stycznia 2009 do 17 lipca 2014 czynności ubezpieczeniowych bez wymaganego zezwolenia, polegających na zawieraniu umów „Gwarancji zwrotu kosztów” w przypadku rezygnacji z imprezy turystycznej. Stwierdzono brak znamion czynu zabronionego.
Według Komisji Nadzoru Finansowego Rainbow Tours oferowała produkt tożsamy (Gwarancje Zwrotu Kosztów) z umową ubezpieczenia, tym samym Komisja zarzuciła Rainbow Tours prowadzenie tej działalności bez zezwolenia. Rainbow Tours przedstawiło KNF obszerne wyjaśnienia oraz opinie prawne, nie mniej jednak KNF przekazała sprawę do zbadania prokuraturze a także umieściła firmę Rainbow Tours (w dniu 12 września 2014 roku) na Liście Ostrzeżeń Publicznych. Podkreślić wypada że już w dniu 9 września Zarząd Rainbow Tours sam zgłosił sprawę do prokuratury, dążąc do wyjaśnienia wszelkich wątpliwości i oczyszczenia się z zarzutów KNF.
„Gwarancja zwrotu kosztów” oferowana była klientom od 1 stycznia 2009 roku do 17 lipca 2014, a w momencie powzięcia wątpliwości przez KNF w sprawie jej legalności, została wycofana z oferty. Według Rainbow Tours gwarancja była tylko i wyłącznie umową cywilnoprawną – opcjonalną, gwarantującą klientowi prawo odstąpienia od umowy o świadczenie usług turystycznych, przy spełnieniu konkretnych warunków. Celem tej umowy było budowanie renomy firmy i zaufania klientów. Należy dodać, że produkt ten oferowany był w przeważającej części bezpłatnie w trakcie promocji, przede wszystkim rozpoczęcia sprzedaży oferty, wraz innymi gwarancjami, takimi jak np. gwarancja najniższej ceny, czy bezpłatnej zmiany terminu.
Prokuratura uznała, iż zastrzeżenia KNF co do legalności „Gwarancji” są bezpodstawne i nie dają żadnej podstawy do odpowiedzialności karnej Zarządu Rainbow Tours. Gwarancja została uznana za umową cywilnoprawną podobną do umowy ubezpieczenia, nie zaś umową ubezpieczenia, gdyż oferowana była tylko i wyłącznie jako element dodatkowy umowy i nie wymagała wpłacenia składki.
W dniu 21 maja 2015 r. Komisja Nadzoru Finansowego zatwierdziła Prospekt Emisyjny ATAL S.A., jednego z największych deweloperów mieszkaniowych w Polsce. Spółka zamierza przeprowadzić publiczną ofertę akcji na przełomie maja i czerwca br., a publikacja Prospektu Emisyjnego zaplanowana jest na 22 maja br.
Doradcami ATAL S.A. w procesie upublicznienia są: Dom Maklerski Raiffeisen Bank Polska S.A. oraz Dom Maklerski PKO Banku Polskiego jako współoferujący, doradcą prawnym jest Kancelaria Radców Prawnych Oleś & Rodzynkiewicz, a rolę doradcy finansowego pełni Raiffeisen Investment Polska.
W ramach publicznej emisji akcji oferowanych będzie 6.500.000 akcji serii E. Oferowane inwestorom akcje stanowić będą łącznie 16,79% podwyższonego kapitału zakładowego Spółki i uprawniać ich właścicieli do wykonywania łącznie 16,16% ogólnej liczby głosów na walnym zgromadzeniu ATAL S.A. Aktualnie jedynym akcjonariuszem ATAL S.A. jest Juroszek Investments Sp. z o.o., w której 100% udziałów posiada Zbigniew Juroszek, założyciel i Prezes Zarządu Spółki.
Zbigniew Juroszek, Prezes ATAL S.A.
„Zatwierdzenie Prospektu ATAL S.A. przez Komisję Nadzoru Finansowego umożliwia nam przeprowadzenie oferty publicznej, skierowanej do inwestorów indywidualnych i instytucjonalnych w Polsce. Pozyskanie środków z emisji akcji jest naszym zdaniem najlepszym sposobem na przyspieszenie tempa rozwoju Spółki. Jesteśmy przekonani, że inwestycja w akcje ATAL S.A. będzie cieszyła się dużym zainteresowaniem inwestorów i zakończy się sukcesem”– powiedział Zbigniew Juroszek, Prezes Zarządu ATAL S.A.
Grupa ATAL aktualnie realizuje projekty deweloperskie w największych polskich miastach: Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Łodzi i Katowicach. W minionym roku deweloper sprzedał łącznie 1093 mieszkania, co zapewnia mu czołową pozycję wśród największych przedsiębiorstw w branży. W ramach realizowanych inwestycji ATAL w 2014 r. przekazał klientom 1655 mieszkań. W pierwszych czterech miesiącach bieżącego roku nabywców znalazło 470 mieszkań, to najlepszy wynik w historii firmy.
Trzeba doprowadzić do podwyższenia wynagrodzeń w naszym kraju, bo są za niskie. Potrzebne jest w tym zakresie porozumienie między rządem, organizacjami pracowników i pracodawców – przekonuje Andrzej Duda. Konfederacja Lewiatan odpowiada na pytania, czy płace w Polsce rosną zbyt wolno, czy wynagrodzenie minimalne jest za niskie, jak odrabiamy zaległości w stosunku do krajów zachodnich i czy zmniejsza się wskaźnik ubóstwa?
Przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wzrosło z 2385 zł w 2004 r. do 4124 zł w marcu 2015 r. W ujęciu realnym jest to wzrost o 48%. W stosunku do roku 2010 wzrost realny wyniósł 14%. Poziom dochodu netto osoby zarabiającej średnią krajową (12 903 rocznie w PPS – purchasing power standards – jednostka uwzględniająca siłę nabywczą) plasuje Polskę na 20 miejscu w UE. Wyprzedzamy takie kraje jak Łotwa, Rumunia, Bułgaria, Litwa, Węgry, Słowacja, Estonia i niemal zrównujemy się z Czechami i Słowenią. W Wielkiej Brytanii, Niemczech, Holandii, i Szwecji jest to poziom niemal dwa razy większy, trudno się więc dziwić, że ludzie tam wyjeżdżają do pracy. Warto jednak zauważyć, że różnica między poziomami dochodów między Polską, a najbogatszymi krajami UE zmniejszyła się, chociaż powoli. Przeciętny dochód netto wynosił w 2004 r. w Polsce ok. 38% poziomu Niemiec, w 2013 r. jest to już 49%.
Dochody z pracy
Wynika z tego, że poziom dochodów z pracy w Polsce nadrabia dystans jaki nas dzieli od krajów zachodnich, jednak dostosowanie nie może nastąpić za szybko. Różnica w możliwościach dochodowych jest podstawową przyczyną decyzji migracyjnych. Trudno na to coś poradzić, bo w obecnych warunkach przedsiębiorstwa nie mogą sobie pozwolić na wypłatę takich wynagrodzeń jak w Niemczech, czy Wlk. Brytanii. Żeby bardziej wyrównać tą różnicę, należy w krótkiej perspektywie – zmniejszyć opodatkowanie dochodów z pracy (obniżyć klin podatkowy) i w nieco dłuższej perspektywie – podnieść produktywność pracy, czyli przede wszystkim inwestować w postęp technologiczny, innowacje i lepszą alokacje zasobów pracy.
Płaca minimalna
Płaca minimalna w Polsce wzrosła z poziomu 824 zł w 2004 r. do 1750 zł w 2015 r. Porównując z innymi krajami wg PPS na 22 państwa Unii Europejskiej, w których ustala się płacę minimalną Polska jest na 12 miejscu przed m.in. Czechami, Węgrami i Portugalią, tuż obok Grecji i Hiszpanii. Kiedy wchodziliśmy do UE polska płaca minimalna stanowiła zaledwie 36% brytyjskiej, dziś jest to już 66%. Relacja płacy minimalnej do przeciętnego wynagrodzenia wynosiła w 2004 r. 35%, w 2013 r. było to już 44,6%, ale w 2014 spadło do 42,6%. W 2015 r. można spodziewać się rosnącej presji płacowej dlatego należy dopuścić szybszy wzrost płacy minimalnej niż wynika to z mechanizmu zapisanego w ustawie, zamiast o 32 zł minimalna może wzrosnąć o 50 zł do 1800 zł. Jednak udział płacy minimalnej w przeciętnej nie powinien przekraczać 43%.
Sytuacja materialna Polaków
Wyższy poziom zatrudnienia i płac przekłada się pozytywnie na sytuacje materialną polskiego społeczeństwa. Unijny (EUROSTAT) wskaźnik zagrożenia ubóstwem i wykluczeniem społecznym spadł z 45,3% do 25,8% w 2013 r. To jest o 7,3 mln osób mniej. Z kraju o niemal największym poziomie zagrożenia ubóstwem i wykluczeniem (24 miejsce na 27 państw) awansowaliśmy na 16 miejsce. Za nami są Hiszpania, Portugalia, Cypr, Włochy, Irlandia, Chorwacja, Litwa, Węgry, Łotwa, Grecja, Rumunia, Bułgaria. W szczególności w Polsce niski jest subwskaźnik osób żyjących w gospodarstwach domowych o niskiej intensywności pracy (w praktyce nikt nie pracuje). Jest to jeden z najniższych wyników w UE. Lepszy mają jedynie Czechy, Szwecja i Luksemburg. Wskazuje to, że wbrew obiegowym opiniom w Polsce większość gospodarstw domowych utrzymuje się z pracy.
Wskaźnik ubóstwa zmniejszył się od 2005 r. z 20,5% do 17,3%. Jest o 1,23 mln osób ubogich mniej. Nierówności dochodowe mierzone współczynnikiem Giniego zmniejszyły się w latach 2007-2013 z poziomu 32,2 do 30,7, zbliżając się do średniego poziomu dla UE, który wyniósł 30,5 w 2013 r. W latach 2007-2013 zaobserwowano zmniejszenie udziału dochodu grupy osób najzamożniejszych w dochodzie całej populacji o 1,2 pkt. proc. do poziomu 24,0%. Jednocześnie udział dochodu najmniej zamożnej grupy wzrósł o 0,2 pkt. proc. do poziomu 3,1%. Zróżnicowanie dochodowe wśród osób z gospodarstw domowych pracowników najemnych, mierzone współczynnikiem Giniego, obniżyło się w latach 2008-2013 z poziomu 31,6 do poziomu 29,7. Ubóstwo w Polsce spada bardzo szybko dzięki wzrostowi zatrudnienia i poziomu płac. Zmniejsza się też poziom nierówności dochodowych. Polska jest pod tym względem ewenementem w Europie.
W pierwszej debacie telewizyjnej poprzedzającej drugą turę wyborów prezydenckich Andrzej Duda złożył obietnicę, że będzie zabiegał o opodatkowanie aktywów banków. Ponieważ nie padły konkrety, Konfederacja Lewiatan wraca do poselskiego projektu ustawy o podatku od niektórych instytucji finansowych (druk nr 121), który w 2011 r., zaraz po rozpoczęciu nowej kadencji Sejmu, złożyło PiS.
W 2011 r. PiS złożyło w Sejmie poselski projekt ustawy o podatku od niektórych instytucji finansowych (druk nr 121), w którym zawarło konkretne rozwiązanie dotyczące opodatkowania banków i innych instytucji finansowych. Załóżmy, że propozycja, która padła w czasie debaty telewizyjnej, a także pojawiała się w trakcie kampanii wyborczej przed pierwszą turą wyborów prezydenckich, opiera się na tym właśnie projekcie. A zakładał on opodatkowanie, w wysokości 0,39 proc., aktywów banków krajowych, oddziałów banków zagranicznych, oddziałów instytucji kredytowych (w rozumieniu ustawy – Prawo bankowe) oraz krajowych zakładów ubezpieczeń, krajowych zakładów reasekuracji, oddziałów i głównych oddziałów zagranicznych zakładów ubezpieczeń i zagranicznych oddziałów reasekuracji (w rozumieniu ustawy o działalności ubezpieczeniowej), a także – funduszy inwestycyjnych (w rozumieniu ustawy o funduszach inwestycyjnych). Ustawa miała wejść w życie od 1 stycznia 2012 r. Sejm odrzucił ją na początku 2012 r.
Czy deklarowanie przez Andrzeja Dudę opodatkowania aktywów banków może oznaczać powrót do tego projektu? Jeśli tak, to powrót do czego?
Zgodnie z projektem ustawy wniesionej do Sejmu przez PiS w 2011 r. na liście podmiotów mających zostać podatnikami podatku od instytucji finansowych nie znalazły się SKOK-i. Znalazły się natomiast wszystkie inne banki, w tym banki spółdzielcze, które zgodnie z definicją zawartą w ustawie Prawo bankowe są bankami krajowymi. Konkurencją dla SKOK-ów nie były i nie są banki komercyjne, a właśnie banki spółdzielcze.
Według danych GUS i KNF w Polsce działało w 2013 r. 571 banków spółdzielczych i 55 SKOK-ów. Wartość aktywów którymi banki spółdzielcze dysponowały w 2013 r. to 96,5 mld zł, czyli na jeden bank spółdzielczy przypadało 169 mln zł aktywów. Wartość aktywów SKOK-ów w tym czasie to 18,7 mld zł, czyli przeciętnie na jedną SKOK przypadało 340 mln zł – 2 razy więcej niż na jeden bank spółdzielczy. Opodatkowanie banków spółdzielczych w wysokości 0,39 proc. ich aktywów oznaczałoby zapłacenie przez te banki w 2013 r. ponad 376 mln zł, czyli ponad 50 proc. wypracowanego przez banki spółdzielcze zysku netto. Zysku, który zatrzymywany w tych bankach zwiększałby ich siłę kapitałową. W 2014 r. byłoby to prawie 410 mln zł, czyli prawie 53 proc. wypracowanego zysku netto. SKOK-i natomiast nie miały zostać obciążone tym dodatkowym podatkiem, a tym samym mogłyby zwiększać swoją siłę kapitałową. A także, w sytuacji słabych wyników finansowych, nie pogarszałyby tej złej sytuacji, a jednocześnie osłabiałyby głównych konkurentów (w 2012 i 2013 r. część SKOK-ów zakończyła rok stratą finansową netto – w 2012 r. łącznie w wysokości 56,8 mln zł, w 2013 r. – 128,2 mln zł).
Nie powinno się proponować prawa, które obejmuje tylko część podmiotów gospodarczych i obciąży je dodatkowymi daninami, a inne pozostawia w uprzywilejowanej pozycji. Ponadto należy myśleć nie tylko o wpływach do budżetu państwa z tych danin po to, aby pokryć koszty realizacji wielu obietnic wyborczych, ale warto myśleć o konsekwencjach dla klientów wprowadzenia podatku od aktywów, bo zapewne w części te dodatkowe daniny zostaną wliczone w ceny produktów. A także o konsekwencjach dla spółdzielców, członków banków spółdzielczych, którzy będą w takiej sytuacji, jeśli ona się zmaterializuje, podwójnie „poszkodowani”.
Warto też pamiętać, że na ratowanie niektórych SKOK-ów, które znalazły się w trudnej sytuacji finansowej, wydano w ciągu ostatniego roku już prawie 3,5 mld zł. Tymczasem, od 1995 roku koszty ratowania wszystkich banków sięgnęły 800 mln zł.
26 maja obchodzimy Dzień Matki. W tym dniu zarówno małe, jak i już zupełnie dorosłe dzieci podziękują mamom za ich miłość i troskę. Dla każdego z nas mama jest wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju. Jak wynika z badania zrealizowanego przez MillwardBrown na zlecenie Biura Informacji Kredytowej, polskie matki mają jeszcze jeden wspólny mianownik – doskonale zarządzają domowymi finansami i już od najmłodszych lat edukują w tym zakresie swoje dzieci m.in. dając im kieszonkowe – średnio w wysokości 39 zł.
Współczesna polska mama przełamuje stereotypy. To już nie tylko kobieta skoncentrowana na wychowaniu dzieci i opiece nad domem, ale również umiejętnie godząca te role z karierą zawodową i realizacją własnych pasji. Kobiety przejęły również część obowiązków, wydawałoby się, zarezerwowanych dotychczas dla mężczyzn, jak chociażby zarządzanie domowym budżetem i planowanie wydatków. Jak wynika z analiz Biura Informacji Kredytowej, kobiety bardzo dobrze radzą sobie w tej roli – zdecydowanie częściej, w porównaniu do mężczyzn, deklarują, że bardzo dokładnie planują swoje wydatki (kobiety 47 proc. vs 38 proc. mężczyźni). Są również obowiązkowe – 61 proc. badanych kobiet w pierwszej kolejności opłaca najważniejsze rachunki zaraz po otrzymaniu pensji.
Mamy planując comiesięczny budżet uwzględniają w nim przede wszystkim potrzeby swoich dzieci. Według badania „Edukacja finansowa dzieci” zrealizowanego na zlecenie Biura Informacji Kredytowej, średnie comiesięczne wydatki na dziecko wynoszą 607 złotych. Najwięcej pieniędzy przeznaczanych jest na żywność – średnio 208 zł. Wydatki te wzrastają w dużych miastach i wraz z wiekiem rodziców. Pokolenie osób dojrzałych (urodzonych w latach 1948-1966) przeznacza na żywność ok. 80 złotych więcej niż rodzice z pokolenia Y i pokolenia X.
Ubrania to kolejna istotna część wydatków – średnio na ten cel przeznaczamy 114 zł. Koszty związane z obowiązkowymi zajęciami szkolnymi i przedszkolnymi obciążają miesięczny domowy budżet w kwocie ok. 84 zł, zaś prawie połowę mniej wydajemy na zajęcia dodatkowe. Rodzice, dzieci w wieku 10 – 12 lat, wydają najwięcej na nieobowiązkowe i pozaszkolne aktywności – średnio jest to prawie 80 złotych. Kolejnymi grupami wydatków są zabawki i zachcianki pociech, które pochłaniają prawie 95 złotych. Najwięcej na zabawki wydają rodzice z pokolenia Y (osoby urodzone w latach 1982-1995) oraz rodzice dzieci w wieku 3 do 5 lat. 64 złote to kwota przeznaczana na leczenie oraz inne koszty związane ze zdrowiem maluchów. W tym wypadku matki przeznaczają średnio 13 złotych więcej, niż deklarują ojcowie.
Jak wskazują badania BIK najwięcej wydatków mają rodzice, dzieci w wieku 10 – 12 lat – średnio wydają prawie 673 złote. Należy jednak zauważyć, że choć wzrost wydatków miesięcznych na dorastającą młodzież w wieku 13-15 lat wyhamowuje, to ciężar finansowania przenoszony jest na wysokość kieszonkowego.
W kosztorysie miesięcznych wydatków rodzice nie zapominają o potrzebach dzieci, ucząc ich od najmłodszych lat gospodarowania własnymi oszczędnościami. Już 49 proc. dzieci w Polsce regularnie otrzymuje kieszonkowe od rodziców – wynika z badania, przygotowanego na zlecenie BIK. Średnio dziecko otrzymuje 39 złotych miesięcznie. Wartość kieszonkowego rośnie z wiekiem dziecka. Kwotę 50 zł i więcej na ten cel deklaruje 26 proc. rodziców, dzieci w wieku 10 – 12 lat oraz 40 proc. rodziców nastolatków w wielu 13 – 15 lat. Badania potwierdzają, że wysokość otrzymywanego przez dzieci kieszonkowego zależy od zasobności domowego budżetu. Najczęściej własne pieniądze zaczynają otrzymywać dzieci w wieku 5 i 10 lat. Wysokość kieszonkowego rośnie wraz z wiekiem – młodzież w wieku 13 – 15 lat, która otrzymuje od rodziców pieniądze na własne potrzeby, dostaje prawie 70 złotych miesięcznie.
Polskie mamy są wszechstronnymi kobietami, kochające, pracowite, oszczędne. W dniu swojego święta zasługują na szczere podziękowanie za ich ciężką pracę. Prezent dla mamy nie musi kosztować wiele, najważniejsze żeby pochodził z serca. 26 maja wszystkim Mamom podziękujmy za otrzymaną miłość, troskę i opiekę.
W 2014 roku mediana wynagrodzeń osób zarządzających bankami notowanymi na GPW wyniosła 1,75 mln PLN. Najwięcej zarobili prezesi zarządów, mediana ich wynagrodzenia wyniosła 2,8 mln PLN. Wiceprezesi przeciętnie otrzymywali 1,64 mln a członkowie zarządów – 1,73 mln PLN.
Schemat 1. Wynagrodzenia menedżerów pełniących różne funkcje w zarządach banków
(osoby, które przepracowały cały rok)
Źródło: Raport „Wynagrodzenia członków zarządów banków notowanych na GPW w 2014 roku”
W 2014 roku po raz kolejny najwyższe roczne wynagrodzenie otrzymał Luigi Lovaglio, Prezes Zarządu Banku Pekao SA. Jego wynagrodzenie wyniosło 7,17 mln PLN. Na drugim miejscu w rankingu uplasował się Richard Gaskin z rocznym wynagrodzeniem w wysokości 4,25 mln PLN. Spośród kobiet, które zasiadły w zarządach banków w 2014 roku, najwyższe wynagrodzenie otrzymała Małgorzata Kołakowska – prezes ING Banku Śląskiego SA (3,85 mln PLN) – zajęła trzecie miejsce w rankingu.
Tabela 1. Ranking pięciu najlepiej wynagradzanych menedżerów banków w 2014 roku
ranking
osoba
wynagrodzenie* 2014 (PLN)
1.
Luigi Lovaglio prezes Banku Pekao SA
7 170 000
2.
Richard Gaskin prezes Banku BPH SA
4 249 000
3.
Małgorzata Kołakowska prezes ING Bank Śląski SA
3 846 000
4.
Joao Bras Jorge prezes Millennium SA
3 743 360
5.
Mateusz Morawiecki prezes Banku Zachodniego WBK SA
3 622 850
Źródło: Raport „Wynagrodzenia członków zarządów banków notowanych na GPW w 2014 roku”
* Kwoty wynagrodzeń pokazane w raporcie nie obejmują wartości przekazanych instrumentów finansowych (akcji, opcji) oraz wynagrodzenia należnego i potencjalnie należnego. Wynika to ze znaczących różnic w raportowaniu tego składnika wynagrodzenia.
Wszystkie dane zaprezentowane w niniejszym artykule pochodzą z rocznych sprawozdań finansowych banków notowanych na GPW w 2014 roku. W badaniu podsumowaliśmy wynagrodzenia 103 menedżerów z 14 banków. Ponadto przeprowadzimy szczegółową analizę płac 90 menedżerów, którzy przepracowali cały 2014 rok.
Max Elektro, firma z branży RTV/AGD/IT działająca jako grupa zakupowa i zrzeszająca ponad 300 sklepów na terenie całej Polski, stała się oficjalnie spółką akcyjną. Od tej pory właściciel każdego sklepu, dotychczas współpracującego z siecią, może stać się jej współudziałowcem.
Firma funkcjonuje na zasadzie hurtowni ze sprzętem RTV/AGD/IT, a w swoich działaniach stawia na relacje partnerskie, co stało się kluczem do sukcesu przedsiębiorstwa. Max Elektro dostarcza sklepom produkty znanych marek w atrakcyjnych cenach, oferując im ponadto branding lokalu, a także reklamę sieci, do której od tej pory należą. Właściciele sklepów decydujący się na współpracę w ramach grupy zakupowej cenią sobie przede wszystkim niezależność oraz możliwość wspólnej reklamy.
Max Elektro S.A.
Spółka akcyjna Max Elektro S.A. jest nowością w branży. Uczestnikom sieci pozwala się na zakup akcji i stanie się współwłaścicielem tejże sieci, do której należą. Firma Max Elektro integrowała sklepy rozproszone po całej Polsce, natomiast przekształcenie się w spółkę akcyjną jest kolejnym elementem zacieśnienia tej współpracy, zagwarantowania sklepom bycia częścią jednej, wielkiej rodziny.
Ze względu na wyjątkową okoliczność, jaką jest przeobrażenie się firmy w spółkę akcyjną, właściciele wszystkich sklepów zrzeszonych w grupie zakupowej Max Elektro, w dniach 15-17 maja wzięli udział w uroczystej gali inauguracyjnej Max Elektro S.A. w Hotelu Arłamów.
– To wyjątkowy dzień – tu i teraz tworzymy historię. Rozpoczynamy nowy rozdział, zapisując wspólnie nową kartę historii tej branży – przemawiała na scenie Ewa Tomaszek, twórca Max Elektro.
– Nigdy wcześniej nie zdarzyło się, aby po powstaniu sieci, władanie nad jej marką było w pełni przekazywane jej członkom. Od tej pory to akcjonariusze będą trzymać pieczę nad brandem Max Elektro – dodawał Tomasz Suchy, dyrektor ds. marketingu firmy.
Profesor Witold Orłowski, Członek Rady Gospodarczej przy Premierze RP, objaśniał zasady funkcjonowania spółek akcyjnych i opisywał tendencje zakupowe Polaków, w oparciu o dane dotyczące rosnących dochodów. Przedstawiał również, gdzie w tym procesie jest miejsce marki oraz jakie metody działania najlepiej wybierać. Galę uatrakcyjnił swoim występem Robert Janowski z zespołem.
Nieustanny rozwój
– Po upadku kolejnej dużej sieci z branży RTV/AGD w 2013 roku, zauważyliśmy pewnego rodzaju lukę na rynku. Chcieliśmy ją wypełnić i w jakiś sposób zrzeszyć sklepy z całej Polski, jednocześnie oferując im współwłasność, która gwarantuje pewnego rodzaju bezpieczeństwo na rynku. Na Zachodzie działa to na zasadzie spółdzielni, my nazwaliśmy to grupą zakupową, ponieważ taka nazwa lepiej się kojarzy – w taki sposób Ewa Tomaszek opisuje pomysł zostania spółką akcyjną.
– Grupa zakupowa to model opierający się na wartościach takich jak zaufanie, partnerstwo, zaangażowanie we wspólny biznes, wspólna wizja przyszłości. Ze swojej strony niczego nie narzucamy. Jestem przekonany, że jeśli wszyscy razem solidarnie będziemy pracować nad marką Max Elektro, osiągnie ona sukces na niespotykaną skalę – uzupełnia Tomasz Suchy i dodaje, że do końca bieżącego roku Max Elektro chce objąć swym zasięgiem sto kolejnych sklepów. – Naszym celem od samego początku była liczba 400 sklepów, ponieważ chcemy, aby sklepy Max Elektro były w każdym mieście w Polsce liczącym do 100 tysięcy mieszkańców. Takich miast jest właśnie około 400 – wyjaśnia.
Wartość nominalna akcji spółki Max Elektro wynosi tysiąc złotych. Każdy akcjonariusz uzyska dywidendę za dany rok obrotowy.
Niezależna firma konsultingowa na koniec 2014 roku wyceniła logo na wartość ponad 2 milionów złotych, ale w przeciągu pięciu najbliższych lat może ono osiągnąć wartość nawet 15 milionów złotych. Dla akcjonariuszy może to więc oznaczać nawet sześciokrotny zysk z zainwestowanych w akcje pieniędzy.
Z badania Pracuj.pl „Specjaliści na rynku pracy” wynika, że aż 66% osób poszukuje informacji na temat potencjalnego pracodawcy na stronach internetowych firm, a w szczególności w zakładce „kariera/praca”. Eksperci eRecruiter podkreślają, że część firmowej strony dedykowana karierze może skutecznie zachęcić kandydatów do aplikowania i poprawić ich późniejsze wrażenia z procesu rekrutacji.
Obecnie, coraz częściej głównym źródłem wiedzy na temat pracodawców jest Internet. Zdecydowanie korzystniej dla pracodawcy będzie, jeśli informacje o nim kandydat znajdzie na firmowej stronie niż na forum internetowym, na które firma nie ma wpływu. – Wydzielona zakładka „kariera” na firmowej stronie www to jeden z elementów, który najbardziej interesuje kandydatów. Spełnia ona dwie podstawowe role. Z jednej strony stanowi cenne źródło informacji o firmie, jej kulturze organizacyjnej i podejściu do rekrutacji. Z drugiej zaś, to także bardzo istotny kanał poszukiwania pracy. Ponad połowa zapytanych przez Pracuj.pl specjalistów (55%) odpowiedziała, że szuka nowych wyzwań właśnie poprzez strony internetowe interesujących ich firm – mówi Marcin Sieńczyk, Business Development Director w eRecruiter.
Wartościowa zakładka „kariera”, czyli jaka?
Kluczem do efektywnego wykorzystania zakładki „kariera” jest zadbanie o to, żeby dostarczyć kandydatowi odpowiednich informacji, które pozwolą lepiej poznać organizację, ocenić, czy oczekiwania pracodawcy i kandydata są zbieżne, znaleźć interesującą ofertę pracy oraz lepiej przygotować się do rozmowy kwalifikacyjnej. W szczególności, wartościowa zakładka:
Przedstawia firmę kandydatowi
Kandydat, zanim podejmie decyzję o zgłoszeniu się do procesu rekrutacyjnego, z pewnością najpierw poszuka informacji o firmie i upewni się, czy chciałby zyskać takiego pracodawcę. Dlatego sekcja informacyjna zakładki powinna być w szczególności atrakcyjna. Po pierwsze, warto tutaj przedstawić kulturę organizacyjną i wartości, którymi kieruje się firma. Po drugie, w zakładce „kariera” kandydat powinien znaleźć informacje na temat korzyści i benefitów dostępnych w firmie, które z pewnością ułatwią mu podjęcie decyzji. – Ciekawym elementem są nagrania lub cytaty pracowników firmy, którzy przedstawiają opinię o swoim pracodawcy. Takie rozwiązanie wzbudza znacznie większe zaufanie wśród kandydatów, gdyż widzą oni prawdziwą osobę, która opowiada im o swoich doświadczeniach z firmą – doradza Izabela Bartnicka z eRecruiter.
Zapoznaje kandydata z procesem rekrutacyjnym
W zakładce warto przeznaczyć miejsce na opis procesu rekrutacji w firmie lub w jej poszczególnych departamentach. Bardzo często ta część zakładki składa się z trzech elementów, które w praktyce odpowiadają poszczególnym etapom procesu rekrutacyjnego: selekcja aplikacji, rozmowy kwalifikacyjne oraz informacje zwrotne. Zapoznanie kandydata z takimi informacjami wpłynie pozytywnie na jego pierwsze wrażenia i ułatwi przygotowanie się do kontaktu z potencjalnym pracodawcą.
Informuje o aktualnych ogłoszeniach o pracę
Lista aktualnych ofert o pracę to element, który obowiązkowo powinien znaleźć się w naszej zakładce, a jeśli prowadzimy programy stażowe, również o nich warto zamieścić informacje. Warto także kandydatom dać możliwość składania tzw. spontanicznych aplikacji, czyli takich, które nie odpowiadają na opublikowane na stronie aktualne ogłoszenia o pracę. – Osoby, które wykazują się proaktywnością i same zgłaszają się do firmy, są z pewnością lepiej zmotywowane do pracy. Już sam fakt, że pracownicy sami nas znaleźli i zdecydowali się zgłosić swoją kandydaturę oznacza, że bardzo zależy im na tej pracy. Ponadto, nawet jeśli w danym momencie nie mamy możliwości zatrudnienia takiej osoby, możemy z takich spontanicznych aplikacji budować bazę potencjalnych kandydatów, z której z pewnością w przyszłości skorzystamy – podkreśla Izabela Bartnicka z eRecruiter.
Jest mobilna
Poza zadbaniem o odpowiednią merytoryczną zawartość zakładki „kariera” warto, aby pracodawca dostosował tę podstronę do wyświetlania na urządzeniach mobilnych. Takie rozwiązanie ułatwia kontakt z kandydatami, którzy w dzisiejszych czasach coraz częściej przeglądają oferty pracy na urządzeniach mobilnych. W autobusie, pociągu czy na uczelni – niezależnie, gdzie kandydat przebywa, ma możliwość znalezienia informacji o pracodawcy na smartfonie lub tablecie.
Jeśli zatem firma jest dobrym pracodawcą, dba o rozwój swoich pracowników, stosuje ciekawe rozwiązania w zakresie motywacji, to zakładka „kariera” jest dobrym miejscem do zakomunikowania tego nowym, potencjalnym pracownikom. – Co więcej, z badania TalentBoard wynika, że kandydaci, którzy przed aplikowaniem na ofertę pracy mieli styczność z pracodawcą, jego produktami i usługami, kampanią employer brandingową czy właśnie zakładką „kariera” lepiej oceniają go już po zakończonym procesie rekrutacyjnym niż kandydaci, którzy przed zaaplikowaniem nie mieli szansy poznać firmy bliżej – dodaje Marcin Sieńczyk z eRecruiter.
Metodologia badania
Opinie kandydatów zostały zebrane podczas realizacji badania „Specjaliści na rynku pracy”, przeprowadzonego przez portal Pracuj.pl metodą ankiety dostępnej online na grupie 4656 osób z min. 2-letnim doświadczeniem na rynku pracy, pracujących na stanowiskach specjalistycznych, menadżerskich i wyższych. Badanie zostało przeprowadzone w październiku 2014 r.
W ciągu najbliższych miesięcy aż jedna trzecia reprezentantów Private Equity będzie koncentrować się na pozyskiwaniu nowych funduszy – wynika z 25. edycji badania „Deloitte Central Europe Private Equity Confidence Survey”,
Gdzie fundusze poszukują źródeł finansowania swojej aktywności i jak ich działalność wpływa na rynek akcji i obligacji komentujeBartłomiej Dmitruk, Zastępca Dyrektora Generalnego BESI w Polsce.
Ostatnie miesiące pomimo złowieszczych prognoz po zmianach w OFE oraz niestabilności sytuacji geopolitycznej wywołanej napięciem w stosunkach UE-Rosja są coraz bardziej sprzyjające dla stabilnego rozwoju rynku kapitałowego w Polsce. Dobra koniunktura, pozytywne wyniki spółek giełdowych oraz napływ świeżego pieniądza w dobie niskich stóp procentowych powodują, że Giełda Papierów Wartościowych jest dziś atrakcyjnym źródłem kapitału lub długu dla funduszy PE i ich spółek portfelowych. Ostatnie przykłady „exitów” poprzez IPO takich spółek jak PCM czy Alumetal ze stajni Abrisu, WP.PL będącej inwestycją Innova Capital i MCI czy Skarbiec Holding od Enterprise Investors pokazują, że można skutecznie przekazać spółkę funduszową w ręce zarządzających OFE i TFI. Widzimy też przykłady w drugą stronę, gdzie wezwanie funduszu na spółkę publiczną skończyło się ko-inwestycją tegoż funduszu wraz z OFE i TFI – patrz przykład Ciechu z nowym właścicielem wiodącym w postaci Kulczyk Investments.
Coraz częściej spółki portfelowe funduszy PE sięgają po dług w postaci emisji obligacji korporacyjnych skierowanej do inwestorów instytucjonalnych, którzy chętnie wspierają rozwój i wzrost w zamian za rozsądne marże. Emisje obligacji takich emitentów jak AHP będącą współwłasnością Advent International czy Magellan i Kruka będących do niedawna w portfelu Enterprise Investors to dobre przykłady współpracy dłużnego rynku kapitałowego z sektorem PE.
Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź jest prosta – fundusze private equity szukają ponadprzeciętnych stóp zwrotu w porównaniu z inwestorami instytucjonalnymi i biorą na siebie dużo większe ryzyko w pierwszej fazie inwestycji. Jeżeli inwestycja się powiedzie a spółka zostanie „poukładana” przez fundusz, jest ona także gotowa do wyzwań związanych z rynkiem publicznym. Zarządzanie, jakość raportowania, kultura pracy oraz motywacja zarządu to standardy jakie fundusz private equity wnosi wraz z wejściem do spółki. Są one później wykorzystane przy współpracy z inwestorami instytucjonalnymi oraz rynkiem kapitałowym. I jeżeli wszystkie strony dążą do długoterminowego budowania wartości spółki to jest to rzadka na rynku sytuacja „win-win”, w której wszystkie strony są wygrane.
W ciągu ostatnich sześciu miesięcy niemal dwukrotnie (do 31 proc.) wzrosła liczba przedstawicieli funduszy Private Equity z Europy Środkowej uważających, że sytuacja ekonomiczna się poprawia. W ciągu najbliższych miesięcy aż jedna trzecia reprezentantów PE będzie koncentrować się na pozyskiwaniu nowych funduszy. Jak wynika z 25. edycji badania „Deloitte Central Europe Private Equity Confidence Survey”, przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte, dużą zmianą w porównaniu z poprzednimi latami jest fakt, że w orbicie zainteresowań funduszy znajdą się przede wszystkim firmy średniej wielkości.
Wcześniejsze edycje badania udowodniły, że opinie inwestorów związanych z funduszami Private Equity doskonale odzwierciedlają nastroje dominujące na rynku. Tak było również i tym razem. Bieżąca edycja pokazała, że fundusze zaczęły odczuwać poprawę sytuacji gospodarczej. Potwierdza to wysokość tzw. indeksu optymizmu (CE Private Equity Confidence Index), który wynosi obecnie 130 punktów. Jeszcze sześć miesięcy wcześniej wskazywał on 114. „Powrót do trendu wzrostowego może wynikać z kilku czynników. Sprzyjają temu ciągle wysoka dostępność finansowania dłużnego, wzrost optymistycznego postrzegania sytuacji ekonomicznej wspartej prognozami wzrostu PKB oraz pozytywny wpływ operacji poluzowania ilościowego rozpoczętej w tym roku przez Europejski Bank Centralny. Przyczyniają się także solidne wyniki spółek portfelowych i nadzieje na osiągniecie wzrostu w segmencie firm mid-market.” – tłumaczy Mark Jung, Partner w Dziale Doradztwa Finansowego, Lider Private Equity w Polsce, Deloitte.
CE Private Equity Confidence Index
Wpływ na wysoki poziom indeksu miały przede wszystkim przewidywania przedstawicieli funduszy Private Equity dotyczące ogólnej sytuacji ekonomicznej. W obecnej edycji badania 30 proc. z nich spodziewa się, że warunki gospodarcze w ciągu najbliższych sześciu miesięcy ulegną poprawie. To niemal trzy razy więcej respondentów niż jesienią 2014 roku, kiedy to taką opinię wyrażało jedynie 11 proc. Z 16 do 10 proc. zmniejszył się odsetek inwestorów oczekujących pogorszenia warunków. Natomiast sześciu na dziesięciu badanych przewiduje, że sytuacja gospodarcza się nie zmieni.
Pierwszy raz w dwunastoletniej historii badania inwestorzy deklarują prawie w równym stopniu koncentrację na nowych inwestycjach, zarządzaniu spółkami portfelowymi oraz fundraisingu. Co ciekawe, liczba respondentów oczekujących, że skupią się na pozyskiwaniu nowego kapitału w ciągu następnych sześciu miesięcy podwoiła się i jest najwyższa od początku badania w 2003 roku. „Świadczy to o dojrzałości rynku, ale jest też związane z naturalnym cyklem życia funduszu. Jest to również zbieżne z deklaracjami funduszy, że będą więcej sprzedawać niż kupować. Zmiana związana jest z wydłużeniem procesu fundraisingu, przez co fundusze muszą rozpocząć ten proces wcześniej.” – wyjaśnia Katarzyna Sermanowicz-Giza, Dyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.
Stąd nie dziwi fakt, że aż 40 proc. przedstawicieli funduszy PE prognozuje, że w najbliższych miesiącach więcej sprzedadzą niż kupią. Wysoki wynik jest spójny z deklaracjami dotyczącymi planów gromadzenia funduszy. Tylko jedna piąta respondentów spodziewa się, że będzie nabywać nowe spółki, co jest z kolei najniższym wynikiem w historii badania. Czterech na dziesięciu inwestorów deklaruje, że w ich inwestycyjnym portfelu poziomy sprzedaży i kupna będą się równoważyć.
Warto zaznaczyć, że z 32 do 43 proc. wzrosła liczba tych, którzy przewidują, że aktywność transakcyjna na rynku wzrośnie. Połowa badanych spodziewa się, że pozostanie na niezmienionym poziomie, co jest nieznacznie poniżej średnich wyników z ostatnich trzech lat. Z kolei 67 proc. (pół roku wcześniej 84 proc.) prognozuje, że rozmiar transakcji na rynku Private Equity pozostanie bez zmian, a o 16 pp. (do 27) poszerzyła się grupa tych, których zdaniem skala ta się zwiększy.
Co ciekawe, inwestorzy czują się pewnie także, jeżeli chodzi o możliwość finansowania ich przedsięwzięć. Tylko zdaniem 3 proc. ankietowanych zmniejszy się dostępność kredytów. To najniższy poziom od czterech lat. W ciągu ostatnich sześciu miesięcy podwoiła się za to liczba badanych (33 proc.), oczekujących poprawy dostępności finansowania dłużnego.
Jakie firmy będą cieszyć się zainteresowaniem funduszy Private Equity? Pierwszy raz od początku badania aż połowa respondentów oczekuje szans na nowe inwestycje wśród spółek średniej wielkości. „Dotąd to liderzy rynku znajdowali się w orbicie zainteresowań inwestorów. Zmiana może wynikać z kilku czynników. Przede wszystkim liczba dostępnych największych firm, które są na sprzedaż, nie jest zbyt duża. Poza tym wyceny spółek z segmentu mid-market mogą być niższe, a w perspektywie czasu firmy te mogą osiągnąć pozycję nowych liderów rynkowych” – wyjaśnia Katarzyna Sermanowicz-Giza.
Jak wynika z badania, w nadchodzących miesiącach 7 proc. inwestorów PE skupi swoją uwagę na start-up’ach, przy czym warto zaznaczyć, że jest to najlepszy wynik od jesieni 2006 roku. Sektorem, który niezmiennie najbardziej interesuje fundusze jest nadal branża produkcyjna ciesząca się zainteresowaniem 47 proc. badanych (31% wskazań w maju 2013 r.). Na drugim miejscu znalazły się technologie (20 proc.), co może wiązać się z zainteresowaniem inwestorów młodymi spółkami, a na trzecim – firmy działające w sektorze opieki zdrowotnej (17 proc.).
„Region Europy Środkowej i Wschodniej pozostaje obszarem oferującym inwestorom Private Equity szerokie możliwości inwestycyjne. Od kilku miesięcy obserwujemy stałą, solidną aktywność funduszy i w najbliższych miesiącach możemy spodziewać się jej wzrostu.Fundusze stają się coraz bardziej otwarte na niekonwencjonalne strategie inwestycyjne, pozwalające na osiągnięcie ponadprzeciętnych zysków z zainwestowanego kapitału, które potencjalnie mogą się pojawić, w momencie kiedy spółka staje się liderem na swoim rynku” – podsumowuje Mark Jung.
Opublikowany ubiegłej nocy protokół z posiedzenia Federalnego Komitetu Otwartego Rynku nie zawierał wielu istotnych informacji, przynajmniej w kontekście kontraktów terminowych na fundusze Fed, które nie zareagowały na tę publikację.
Ogólna retoryka protokołu była stosunkowo bardziej agresywna, niż ostatnie wyceny rynkowe trajektorii polityki Fed, jednak wydaje się, że rynek potrzebuje kolejnego cyklu – lub dwóch – danych, by uwierzyć, że Fed podwyższy poziom stóp, a co może ważniejsze, dokona tego więcej, niż dwukrotnie w ciągu następnych 12 miesięcy.
W istocie, mamy dwa scenariusze: a) stan gospodarki ulegnie poprawie i Fed podwyższy stopy o 150 punktów bazowych w ciągu 12 miesięcy od daty pierwszej podwyżki; lub b) gospodarka nadal będzie się wahać, a Fed nie podejmie żadnych działań. Innymi słowy, założenie, że wstrzymamy oddech na kolejnych kilka miesięcy w oczekiwaniu na informację „czy” i „kiedy”, wydaje się nieco niezrównoważone. Jeżeli się mylę i rynek trafnie oszacował przyszłą politykę Fed (zwykle się myli), może to wynikać z faktu, iż stan gospodarki poprawił się na tyle, że umożliwia podwyżkę stóp, jednak nie przyspiesza pomimo wyraźnej konieczności, ponieważ np. USD zbyt gwałtownie się umacnia.
Dziś w nocy odbędzie się posiedzenie Bank of Japan i mówi się, że bank centralny jest rozczarowany luzowaniem ilościowym, biorąc pod uwagę złagodzenie retoryki dotyczącej realizacji celu inflacyjnego na poziomie 2% i sygnały, że nie są opracowywane żadne nowe bodźce. Ponadto BoJ może rozważyć podwyższenie swojej oceny japońskiej gospodarki, ponieważ niektóre z ostatnich danych przekroczyły oczekiwania. Byłoby to interesujące, zważywszy, że para USD/JPY dotarła do kluczowej strefy 121,50/122,00 i albo wyrwie się z przedziału, albo jeszcze bardziej się w nim zagłębi. W przypadku, gdyby rynek uznał, że posiedzenie było wyjątkowo agresywne i JPY zyskał na wartości, znacznie bardziej interesujące byłyby takie pary, jak AUD/JPY czy EUR/JPY.
Wykres: EUR/USD
Pod względem technicznym w tym momencie najciekawsza jest para EUR/USD: opór taktyczny znajduje się w okolicach poziomu 1,1150, a ważniejsze wsparcie – na poziomie 1,1065. Każde przełamanie w górę może spowodować zwrot w kierunku zniesień Fibonacciego, od zniesienia o 38,2% w okolicach poziomu 1,1215, jednak ważniejszy obszar oporu kształtuje się w rejonach 1,1300, który zapoczątkował ten ruch.
Podsumowanie w koszyku G-10:
USD: waluta wydaje się mocna, dopóki nie okaże się inaczej. Do realnego przełamania pozostaje kilka kluczowych poziomów, m.in. obszar 1,1000/65 w parze EUR/USD, 1,5450/1,5000 w parze GBP/USD, rejony powyżej poziomu 122,00 w parze USD/JPY itp. Czy będziemy musieli czekać do kolejnej serii danych, zanim hossa dolarowa się w pełni rozwinie?
EUR: waluta nadal słaba w efekcie ostatnich uwag członka rady EBC, Benoita Coeure’a – nie jest pewna reakcja rynku na dzisiejsze odczyty PMI w kontekście tak zdecydowanej polityki banku centralnego, jednak osłabienie może być bardziej interesujące, niż umocnienie. Uwaga również na „sprawozdanie” EBC z posiedzenia. Harmonogram interesujących informacji z Grecji stał się bardziej wyraźny po tym, jak grecki rząd oświadczył, że nie jest w stanie dokonać płatności na rzecz MFW 5 czerwca bez napływu nowych środków.
JPY: posiedzenie BoJ ubiegłej nocy okazało się nieco ciekawsze, niż zwykle – zob. omówienie powyżej. W parze USD/JPY uwaga na poziom 120,50 w przypadku spadku i na poziom 121,50 w przypadku wzrostu po posiedzeniu BoJ.
GBP: dziś poznamy dane na temat sprzedaży detalicznej – szczególnie słaby odczyt byłby interesujący dla pary GBP/USD, ponieważ rejony 1,5450/1,5500 wydają się strefą zwrotu, jednak zobaczymy, czy to nastąpi. W parze EUR/GBP uwaga na minima przedziału w okolicach poziomu 0,7115 w przypadku ewentualnych pozytywnych niespodzianek.
CHF: reakcja na wydarzenia w Grecji w nadchodzących tygodniach wydaje się mieć zasadnicze znaczenie dla pary EUR/CHF. W parze USD/CHF najważniejsza pod względem technicznym jest strefa 0,9350-0,9500 i kwestia jej przekroczenia w nadchodzących dniach.
AUD: waluta nieco straciła na wartości, jednak sądząc po kursie w parze AUD/USD, w dalszej perspektywie pozostanie w połowie przedziału.
CAD: para USD/CAD traci na wartości po nieudanej próbie przełamania poziomu 1,2200 – nadal skłaniam się ku przełamaniu obecnego przedziału w górę, o ile nie okaże się inaczej lub o ile dane ze Stanów Zjednoczonych za maj nie okażą się słabe.
NZD: waluta ponownie przyparta do muru w parach AUD/NZD i NZD/USD – czy USD jest w stanie sprowadzić parę NZD/USD poniżej minimów cyklu? Przewiduję spadek, dopóki stopy nowozelandzkie będą kształtować się poniżej 3,5%, tj. dwuletniej nowozelandzkiej stopy swap.
SEK: waluta zachowuje się coraz bardziej ambitnie w miarę presji na spadek w parze EUR/SEK – wydostanie się z przedziału wymaga jednak napływu nowych danych ze Szwecji.
NOK: z pespektywy norweskich stóp ryzyko spadku jest większe, niż ryzyko wzrostu, przy czym dziką kartą jest ropa.
Z powodu wykrycia wadliwych poduszek powietrznych japońska firma Takata wezwała właścicieli aż 34 mln samochodów do naprawy. To największa tego typu akcja w historii. Eksperci Exact Systems, firmy kontrolującej części samochodowe, uspokajają, że z roku na rok jakość aut regularnie rośnie, bo koncerny samochodowe coraz większą wagę przykładają do kontroli podzespołów. Tylko w ubiegłym roku w Polsce odnotowaliśmy 55% wzrost liczby skontrolowanych części, a ich wadliwość spadła z 13% do 10%.
– Kierowcy przy zakupie samochodu najczęściej patrzą na niego jak na integralną całość, jednak w procesie produkcji należy zadbać o najwyższą jakość każdej, nawet najmniejszej część. Jedno auto składa się średnio z ok. 8 tysięcy elementów, które powinny być niezawodne i ze sobą współgrać w każdych warunkach.O tym, jak bardzo istotna jest dbałość o każdy szczegół przekonał się ostatnio japoński porducent Takata, który z uwagi na wadliwe działanie wyprodukowanych przez niego poduszek powietrznych, wezwał do największej w historii akcji naprawczej aż 34 mln samochodów – mówi Paweł Gos, prezes zarządu Exact Systems i ekspert Polskiej Izby Motoryzacji. – Takich akcji z roku na rok jest coraz mniej, ale jak już są, to jak widzimy na przykładzie japońskiego producenta, wiążą się z bardzo wysokimi kosztami sięgającymi nawet kilku miliardów dolarów. Tak ogromne liczby, warto to dodać, najczęściej są następstwem braku kontroli procesu produkcji. Bardzo ważny jest też czynnik bezpieczeństwa ludzkiego życia – jedna wadliwa część może przyczynić się do awarii samochodu, a w konsekwencji mieć przełożenie na bezpieczeństwo kierowcy i pasażerów.A to właśnie wspomniane poduszki powietrzne jako tzw. Safety Products”, które powinny stać na straży bezpieczeństwa życia ludzkiego, wymagają szczególnej uwagi i kontroli na wielu etapach procesu produkcyjnego – dodaje Gos.
Procesy naprawcze oraz utrata zaufania w oczach klientów mobilizują koncerny motoryzacyjne do zintensyfikowania kontroli jakości. Widać to szczególnie wśród posiadających w Polsce swoje zakłady producentów pojazdów i części do nich. W 2014 r. Exact Systems skontrolował w naszym kraju niemal 400 mln części, co oznacza aż 55% wzrost rok do roku. Wskaźnik wadliwości skontrolowanych części wyniósł w Polsce 10%. Był zatem niższy o 3 p.p. od wypracowanego w 2013 r. i aż dwkrotnie mniejszy niż jeszcze w 2006 r., w którym części wadliwe stanowiły aż jedną piątą (21%).
– Coraz więcej firm zgłasza się do nas ze zleceniem kontroli jakości jeszcze przed przekazaniem części do montażu i w ten sposób z pewnością minimalizują ryzyko ich wadliwości i związanymi z tym dodatkowymi kosztami. Co więcej, warto podkreślić, że w Polsce spada także liczba wadliwych części, co jest niezmiernie istotne, jeśli chcemy ściągnąć do naszego kraju kolejne inwestycje motoryzacyjne. Jakość, obok efektywności kosztowej, położenia geograficznego i stabilnego otoczenia gospodarczo-prawnego, najczęściej była i z pewnością pozostanie w przyszłości języczkiem u wagi przy podejmowaniu przez producentów decyzji o wyborze lokalizacji swoich zakładów – mówi Jacek Opala, dyrektor ds. rozwoju sprzedaży w Exact Systems.
O kondycji gospodarki USA, osłabiającym się dolarze, europejskich rynkach akcji i „greckim ryzyku” rozmawiamy z Radosławem Piotrowskim, zarządzającym funduszami Union Investment TFI.
W kontekście rozwoju sytuacji na globalnych rynkach finansowych wielu inwestorów uważnie obserwuje kondycję amerykańskiej gospodarki. Jak ją oceniacie?
Radosław Piotrowski: W USA obserwujemy ostatnio nieco gorsze odczyty danych makro. Według niektórych opinii słabsze PKB w I kwartale 2015 r. to efekt mroźnej zimy czy strajku robotników portowych na zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Moim zdaniem silny wpływ na amerykańską gospodarkę miały także niskie ceny ropy naftowej oraz mocny dolar, przekładające się odpowiednio na inwestycje w sektorze energetycznym oraz na eksport. Także ostatnie dane są w najlepszym wypadku mieszane, np. dobre dane z rynku pracy czy z sektora nieruchomości przeplatają się z gorszymi odczytami sentymentu konsumentów czy sprzedaży detalicznej. Ugruntowało to rynkowy konsensus, że cykl podwyżek stóp w USA przesunie się na wrzesień, choć pojawiają się też opinie, że pierwsza podwyżka nastąpi dopiero w ostatnim miesiącu tego roku czy nawet w 2016 r. Dalecy bylibyśmy jednak od stawiania tezy, że gorsze odczyty stanowią początek trwalszego trendu. Potwierdzają to m.in. prognozy makreokonomiczne sugerujące, że w II kwartale wzrost gospodarczy przyspieszy do 2,7%.
Jakie są implikacje oczekiwanego przesunięcia podwyżek stóp w USA?
RP: Oczekiwania inwestorów rzutują m.in. na wartość amerykańskiej waluty. Po okresie silnych wzrostów dolar osłabił się w relacji do koszyka walut, w tym do euro. Tendencja ta, wraz z niezłymi względem oczekiwań wynikami finansowymi amerykańskich spółek za I kwartał 2015 r., wspierała indeksy giełdowe na Wall Street. Jednocześnie wzrost kursu euro do dolara jest kiepską informacją dla europejskich eksporterów, których towary są przez to mniej konkurencyjne. Znajdowało to odzwierciedlenie w zachowaniu europejskich giełd w ostatnim czasie i to pomimo faktu, że w Europie dane makro prezentują się lepiej niż USA, a Europejski Bank Centralny prowadzi ekspansywną politykę monetarną. Na osłabieniu dolara zyskiwały także ceny surowców oraz szeroko rozumiane rynki wschodzące.
Skąd słabość europejskich indeksów?
RP: Łyżką dziegciu w obrazie Europy jest ryzyko związane z Grecją. Indeks obrazujący oczekiwania inwestorów co do prawdopodobieństwa rozpadu strefy euro (Sentix Euro Break-up Index) ostatnio wzrósł – z 20% na początku roku do ok. 50%. Trudno mi uwierzyć, by pomimo problemów ze spłatą długu Grecja opuściła strefę euro (nie chcą tego sami Grecy), niemniej coraz większa część uczestników rynku dopuszcza taką możliwość. Europejskim indeksom nie pomagało także wspomniane umocnienie się wspólnotowej waluty.
Ma szansę się zmienić?
RP: W krótkim terminie istnieje ryzyko utrzymania się takiego stanu rzeczy, przede wszystkim ze względu na przedłużające się negocjacje pomiędzy Grecją a wierzycielami. Porozumienie jest decyzją stricte polityczną, której nie sposób liczbowo oszacować. Natomiast w perspektywie kilku miesięcy (w przypadku rozwiązaniu problemu greckiego) z fundamentalnego punktu widzenia perspektywy dla rynku europejskiego wyglądają pozytywnie.
A co z kursem euro/dolar amerykański? Nie będzie stanowił przeszkody?
RP: Jeszcze przez jakiś czas może tak być, choć wtorkowa decyzja EBC o zwiększeniu skali europejskiego QE w maju i czerwcu kosztem miesięcy wakacyjnych pokazuje, że bank centralny aktywnie podchodzi do negatywnych zjawisk rynkowych, a takimi de facto były umocnienie się wspólnotowej waluty oraz towarzyszący mu nagły wzrost rentowności obligacji skarbowych krajów strefy euro. Dodatkowo zakładamy jednak, że ogólna sytuacja gospodarcza w USA powinna się poprawiać w kolejnych miesiącach na tyle, że (w połączeniu ze stale poprawiającą się sytuacją na rynku pracy i wzrostem oczekiwań inflacyjnych) zacznie wywierać większą presję na Fed. Będzie to stanowiło dodatkowy bodziec do powrotu euro do trendu spadkowego.
Czy za mieszkanie na parterze zapłacimy mniej niż za lokal usytuowany na wyższej kondygnacji w budynku? Ile trzeba dopłacić za ogródek? Analitycy portalu nieruchomości Dompress.pl zapytali o ceny nowych mieszkań położonych na parterach przedstawicieli wiodących firm deweloperskich.
Mirosław Kujawski, członek zarządu LC Corp
W przypadku budynków niskich, 3 i 4-piętrowych ogródek staje się ważnym atutem mieszkania, zwłaszcza jeśli jego powierzchnia przekracza 50 m kw. Wówczas cena takiego lokalu bywa wyższa niż lokali na pozostałych piętrach. Inaczej ma się sytuacja, jeśli chodzi o budynki wysokie. Mieszkania z ogródkiem są w nich nieco tańsze, średnio o 200 – 300 zł za metr kw., w porównaniu z cenami mieszkań położonych na wyższych kondygnacjach.
Tomasz Sznajder, wiceprezes zarządu Polnord
Mieszkania na parterach cieszą się wśród klientów sporym zainteresowaniem, najczęściej ze względu na własny ogród. Dlatego też w inwestycjach Polnordu lokale na parterze podlegają tym samym regułom cenowym, co inne mieszkania w budynku. Takie lokale są wygodne dla rodzin z dziećmi, osób starszych i posiadaczy zwierząt domowych. Mieszkania na parterach często sprzedają się najszybciej. W wybranych inwestycjach klienci mogą liczyć na atrakcyjne promocje i upusty cenowe.
Karolina Guzik, koordynator sprzedaży Skanska Residential Development Poland
Mieszkania na parterze są często tańsze od lokali usytuowanych na wyższych kondygnacjach w budynku. W przypadku mniejszych mieszkań w warszawskim Osiedlu Mickiewicza, różnica pomiędzy ceną mieszkania na parterze i na wyższych piętrach wynosi średnio ok. 1000 zł za m kw.
Magdalena Rurarz, dyrektor działu sprzedaży i marketingu Victoria Dom
Mieszkania na parterach mają często niższą cenę niż lokale położone na wyższych piętrach, choć nie jest to regułą. Wszystko zależy od wielkości ogrodu.
Monika Kudełko z firmy Activ Investment
Lokale usytuowane na parterze są na ogół tańsze od tych znajdujących się na wyższych piętrach. Na przykład w inwestycji 4 Wieże w Katowicach, gdzie większość mieszkań na najniższej kondygnacji mieszkalnej, na poziomie +2, posiada tarasy o powierzchni nawet do 137 m kw., mają niższe ceny niż lokale na poziomach wyższych.
Podobną zasadę stosujemy w przypadku naszych innych inwestycji w Krakowie i we Wrocławiu. Normą jest, że im mieszkanie jest usytuowane niżej, tym jest tańsze. Dotyczy to także lokali z tarasem.
Michał Witkowski, dyrektor sprzedaży i marketingu w Atlas Estates
Z zasady, im wyżej mieszkanie jest położone, tym jest droższe. Z każdą kolejną kondygnacją cena rośnie o 2-3 proc. Podobnie jest z mieszkaniami na parterze, które często są postrzegane przez klientów jako mniej atrakcyjne. Ich szczególnym atutem może jednak okazać się ogródek. Tak było w inwestycji Apartamenty przy Karasińskiego w Warszawie, gdzie mieszkania na parterze oferowaliśmy z atrakcyjnymi ogórkami o metrażach nawet do 50 m kw. z nasadzoną zielenią. Dzięki temu szybko znalazły nabywców. Były o 2-3 proc. tańsze od lokali na pierwszym piętrze.
Wojciech Stisz, Barc Warszawa
Mieszkania z ogródkami w naszych inwestycjach nie są wycenione wyżej. W osiedlu Tarasy Dionizosa w Warszawie oferujemy lokale z ogródkami, usytuowanymi na dachu, na poziomie +1. Nie są droższe od innych lokali. Przeciwnie, ich ceny są nawet w niektórych przypadkach niższe. Trzypokojowe mieszkanie o powierzchni ok. 57 m kw. z balkonem oraz ogródkiem o metrażu ponad 20 mkw. kosztuje w tej inwestycji ponad 312 tys. zł.
Katarzyna Żarska z firmy Marvipol
W naszych inwestycjach nie różnicujemy cen mieszkań z ogródkami, tarasami czy balkonami. Mieszkania na parterze nie są tańsze od mieszkań na wyższych piętrach.
Alicja Dolińska, dyrektor działu marketingu i reklamy Dolcan
W większości naszych inwestycji ceny mieszkań są wyliczane wyłącznie na podstawie metrażu, a nie usytuowania lokalu. Czasem jednak lokale mniej atrakcyjne, jak np. tzw. mieszkania wynikowe z projektu są tańsze. Dotyczy to również lokali położonych na tzw. niskich parterach.
W przypadku inwestycji bezczynszowych ceny zróżnicowane są ze względu na wielkość mieszkań i ich położenie. Tu partery są atrakcyjniejsze niż piętra, pomimo że wszystkie lokale posiadają dostęp do ogródków.
Urszula Hofman, reprezentująca Grupę Inwest
W naszych projektach mieszkania na parterze są przeważnie nieco tańsze od tych na piętrze, ale istnieją oczywiście pewne wyjątki. Dla przykładu mieszkania zlokalizowane na kondygnacji „0” , z dużymi ogródkami mogą mieć cenę nawet wyższą niż te na piętrze. W inwestycji na warszawskim Bemowie przy ul. Strąkowej 30 lokale na parterze zostały sprzedane jako pierwsze, chociaż ceny tych mieszkań nie były najniższe.
Piotr Kijanka, dyrektor ds. sprzedaży w Wawel Service
W przypadku lokali usytuowanych na parterze cena rośnie lub maleje w zależności od dostępu do własnego ogrodu i jego wielkości. Na zakup mieszkań z ogródkiem często decydują się rodziny z małymi dziećmi. Deweloperzy coraz częściej rezygnują z mieszkań na parterze, a zamiast nich planują powierzchnie handlowo-usługowe lub biurowe. Takie rozwiązanie planujemy m.in. w krakowskiej inwestycji Zawiła.
Małgorzata Ostrowska, członek zarządu oraz dyrektor marketingu i sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.
Lokale na parterze są zazwyczaj tańsze od tych na piętrach, nawet o 10 proc. Należy pamiętać, że na cenę mieszkania składają się także takie czynniki jak wielkość, usytuowanie, rozkład czy nasłonecznienie, co oznacza, że różnice w cenie pomiędzy mieszkaniami na parterze i na piętrach mogą być nieznaczne. Zwłaszcza, jeśli mieszkania na parterze są wyposażone w ogródek.
Zuzanna Kordzi dyrektor ds. handlowych w ECO-Classic
Mieszkania z ogródkami to nasz hit sprzedażowy. Lokale, które mają duże ogródki lub terasy oferujemy w cenach porównywalnych do mieszkań na wyższych piętrach.
W naszych projektach na parterach nie przewidujemy w ogóle mieszkań bez ogródka czy tarasu.
Jarosław Jankowski, prezes zarządu Grupy Waryński
W każdym z etapów warszawskich projektów Miasto Wola i Stacja Kazimierz przygotowaliśmy kilka mieszkań usytuowanych na parterach budynków. Każdy z lokali posiada ogródek o metrażu od 10 do 25 m kw. Jeszcze kilka lat temu nie były to najchętniej wybierane mieszkania, ale teraz daje się zauważyć wzrost zainteresowania klientów tego typu lokalami. Atutem mieszkań usytuowanych na parterze jest cena za metr kwadratowy, która niejednokrotnie jest niższa nawet o 5 proc. w porównaniu do lokali położonych na wyższych kondygnacjach, co znajduje potwierdzenie w naszych projektach.
Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest
Mieszkania na parterach są z reguły tańsze od tych, które znajdują się na wyższych kondygnacjach. Jednak wpływ na wycenę lokali na najniższych kondygnacjach może mieć ich układ funkcjonalny, lokalizacja względem całego osiedla, kwestia wielkości powierzchni przynależnej w postaci ogródka i to czy znajduje się od strony ulicy, czy dziedzińca. Takie mieszkania wybierają najczęściej osoby starsze, rodziny z małymi dziećmi i osoby z czworonożnymi domownikami.
Jak wybudować dom na wydzierżawionej lub użyczonej, ale wciąż cudzej działce? Komu będzie przysługiwać własność działki z domem? A może dom i działka będą miały innego właściciela? Kto zapłaci podatek od nieruchomości i poniesie koszty utrzymania wybudowanego obiektu? Odpowiada Tomasz Kaczorowski, adwokat w Kancelarii JKP Adwokaci we Wrocławiu.
Już stara rzymska zasada wprost wskazywała, że wszystko co powstało (zostało wybudowane) na powierzchni gruntu jest nierozerwalnie związane z jego własnością. W praktyce oznacza to, że każdy wybudowany obiekt staje się z mocy samego prawa – bez konieczności żadnych dodatkowych czynności – własnością właściciela działki na której powstał. Superficies solo cedit – To co jest na powierzchni, przypada gruntowi. Taką samą regulację wprowadza również polski Kodeks cywilny, stosownie do art. 191 „własność nieruchomości rozciąga się na rzecz ruchomą, która została połączona z nieruchomością w taki sposób, że stała się jej częścią składową”. Z kolei art. 48 k.c. wskazuje, że częściami składowymi gruntu są w szczególności budynki i inne urządzenia trwale z gruntem związane. Każdy potencjalny inwestor, który zamierza wybudować obiekt na cudzym gruncie musi zatem pamiętać, że to właściciel działki stanie się również właścicielem wybudowanego obiektu. Od czego zacząć?
Podstawą do rozpoczęcia procesu budowlanego, który musi pozostawać w zgodzie z warunkami zabudowy dla danej lokalizacji (studium/planem zagospodarowania przestrzennego) jest zawarcie z właścicielem działki np. odpowiedniej umowy użyczenia lub dzierżawy. Na jej podstawie inwestor nabywa prawo do dysponowania nieruchomością w celach budowlanych. Dzięki tej umowie może wystąpić z wnioskiem o pozwolenie na budowę. Zostanie ono wydane, ponieważ inwestor „dysponuje nieruchomością na cele budowlane”.
Najkorzystniej dla inwestora, jeśli umowa z właścicielem działki zostanie zawarta na maksymalnie długi czas, co daje pewne poczucie bezpieczeństwa, nie mniej nie zmienia to faktu, że właścicielem wybudowanego obiektu będzie właściciel działki a nie inwestor. Przeniesienie prawa własności całej nieruchomości wraz z zabudowaniami wymaga bowiem od stron dodatkowych uzgodnień. Kto ponosi koszty utrzymania?
Do najważniejszych kosztów związanych z utrzymaniem nieruchomości zaliczymy podatek od nieruchomości. W pierwszej kolejności to właściciel nieruchomości jest zobowiązany do uiszczania podatku od nieruchomości (art. 3 ust. 1 pkt. 1 ustawy o podatkach i opłatach lokalnych), czyli w opisywanym wypadku będzie to właściciel działki. Sam fakt zawarcia umowy, która daje inwestorowi możliwość dysponowania nieruchomością na cele budowlane, nie zmienia osoby zobowiązanej do uiszczania podatku.
Oprócz podatku od nieruchomości, istnieje szereg różnego rodzaju opłat związanych z bieżącą eksploatacją i korzystaniem z wybudowanego obiektu. Są to np. opłaty za dostarczenie wody, odbiór ścieków, media, wywóz śmieci. Opłaty dla dostawców będzie ponosić osoba, która zawarła umowę na dostawę wskazanych usług, czyli najczęściej inwestor, ponieważ to on jest zainteresowany korzystaniem z obiektu. Na cudzym gruncie bez umowy?
Nierzadko zdarza się, że inwestor buduje obiekt na cudzym gruncie, nie posiadając żadnej umowy, która uprawnia go do dysponowania nieruchomością w celach budowlanych. Dzieje się tak najczęściej, gdy działający w dobrej wierze inwestor jest przekonany, że ma prawo budować na danej działce i przysługuje mu prawo własności. Chociaż właścicielem wybudowanego obiektu stanie się rzeczywisty właściciel nieruchomości gruntowej (działki), to prawo nie pozostawia inwestora bez żadnej ochrony. Stosownie do treści art. 231 § 1 k.c. „Samoistny posiadacz gruntu w dobrej wierze (czyli najczęściej inwestor), który wzniósł na powierzchni lub pod powierzchnią gruntu budynek lub inne urządzenie o wartości przenoszącej znacznie wartość zajętej na ten cel działki, może żądać, aby właściciel przeniósł na niego własność zajętej działki za odpowiednim wynagrodzeniem”. Takie samo roszczenie przysługuje też właścicielowi, który może żądać, aby osoba która wybudowała, nabyła od niego również działkę. Najczęściej wybudowany obiekt będzie wart znacznie więcej niż sama działka. W takiej sytuacji inwestorowi przysługuje roszczenie do właściciela działki, aby ten sprzedał mu działkę za „odpowiednim wynagrodzeniem”, pod którym to pojęciem należy najczęściej rozumieć wartość rynkową działki. Muszą zatem zaistnieć dwie przesłanki:
– wartości domu musi być wyższa od wartości samej działki,
– inwestor musi być samoistnym posiadaczem w dobrej wierze, czyli dysponować działką w sensie faktycznym tak jak właściciel oraz być przekonanym, że ma do tego uprawnienie, a dobrą wiarę potwierdzi w szczególności opłacanie podatku od nieruchomości.
Gdyby właściciel odmawiał sprzedaży, inwestorowi przysługuje prawo wystąpienia do sądu z żądaniem sądowego przeniesienia własności nieruchomości, także za odpowiednim wynagrodzeniem.
O perspektywach dla rynku długu oraz alternatywach dla funduszy pieniężnych z udziałem obligacji skarbowych rozmawiamy z Krzysztofem Izdebskim, zarządzającym funduszami obligacji Union Investment TFI.
Ostatnie perturbacje na polskim rynku obligacji odbiły się nieznacznie również na funduszach pieniężnych. Czy inwestorzy mają powody do niepokoju?
Wycena funduszy pieniężnych, które w portfelu posiadają obligacje skarbowe, jest uzależniona od tego, co dzieje się na rynku. Wahania wartości jednostki uczestnictwa są więc w pełni naturalne i niejednokrotnie miały miejsce w przeszłości. W obliczu gwałtownego tąpnięcia na rynku długu oraz bezprecedensowej skali przeceny papierów skarbowych, wzrost zmienności był nieunikniony. Co jednak ważne, najlepsze fundusze pieniężne zdołały już niemal w pełni odrobić ostatnie ujemne wyceny.
Jakie są dalsze perspektywy dla funduszy pieniężnych i obligacyjnych?
Już na początku tego roku mieliśmy przeświadczenie, że rentowności obligacji na świecie zbliżają się do wyśrubowanych i nieuzasadnionych sytuacją gospodarczą poziomów. W kolejnych miesiącach, a zwłaszcza po uruchomieniu przez Europejski Bank Centralny programu skupu aktywów o wartości 60 mld euro miesięcznie, hurraoptymizm inwestorów wzrósł jeszcze bardziej, a rentowności papierów dłużnych w strefie euro i w Polsce zaczęły schodzić coraz niżej. Obserwowane ostatnio spadki na rynku obligacji były, w moim przekonaniu, nieuniknione. Pozytywne jest natomiast to, że sytuacja na rynku trochę się oczyściła.
Czy to oznacza, że kolejne miesiące będą już lepsze?
Nie popadałbym w nadmierny optymizm, choć oczywiście jest możliwe, że operacja prowadzona przez EBC podtrzyma sentyment do europejskich obligacji i przyczyni się do niewielkich spadków ich rentowności. Skorzystałby na tym także polski rynek, a tym samym inwestorzy lokujący środki w funduszach obligacyjnych i pieniężnych. Z drugiej strony nad rynkiem ciąży ryzyko podwyżek stóp procentowych w USA. Niewątpliwie byłby to sygnał do przynajmniej częściowej redukcji obligacji w portfelach globalnych graczy, co mogłoby wywołać kolejną korektę, a być może i czasowe odwrócenie trenu wzrostowego na rynku obligacji. Dla funduszy obligacyjnych byłaby to oczywiście zła wiadomość. Z kolei dla funduszy pieniężnych oznaczałoby to nieco słabszą dynamikę wzrostu i okresowe wahnięcia wyceny. Oczywiście aktywnie zarządzane i dobrze ułożone portfele w dalszym ciągu powinny wygrywać z depozytami bankowymi. Trudno oszacować, który scenariusz się zrealizuje lub będzie dominujący, ale bez względu na to inwestorzy powinni oswoić się z okresowo nieco większą zmiennością wyceny w funduszach z udziałem obligacji skarbowych.
Co powinien zrobić inwestor, który nie akceptuje nawet niewielkiej zmienności?
Inwestor, który odczuwa niepokój nawet przy drobnych wahaniach wyceny powinien wybrać fundusz pieniężny oparty na obligacjach emitowanych przez przedsiębiorstwa o wysokiej wiarygodności kredytowej. Fundusze takie są odporne na zmiany cen rynkowych, a ich płaski wykres jest pochodną zastosowania liniowej wyceny obligacji przedsiębiorstw znajdujących się w portfelu. Zaletą portfela złożonego z wysokiej jakości obligacji korporacyjnych jest bezpieczeństwo. „Ceną” za bezpieczeństwo jest natomiast niższa rentowność. Wynika ona z faktu, że emitenci o stabilnej sytuacji finansowej nie oferują wysokich odsetek od swoich obligacji. Mimo to roczny wynik funduszu na poziomie 2-2,5% – przy niemal zupełnym wyeliminowaniu wahań wyceny – na tle oprocentowania lokat bankowych wciąż prezentuje się atrakcyjnie.