Motoryzacja skręca w outsourcing

Przedstawiciele Automotive w Polsce spodziewają się wzrostu produkcji, zamierzają zwiększać zatrudnienie i na większą skalę korzystać z outsourcingu. Z „Badania opinii i nastrojów przedstawicieli Automotive” przeprowadzonego przez Exact Systems, firmę kontrolującą części samochodowe, wynika, że ponad połowa przedstawicieli branży motoryzacyjnej korzysta ze wsparcia firmy outsourcingowej na stałe, a co czwarta firma zamierza zwiększyć zakres usług powierzonych partnerowi zewnętrznemu. Wszystko dzięki temu, że outsourcing to redukcja kosztów (34%) i czasu (16%).

Mamy nadzieję, że rok 2014 okaże się przełomowym w branży motoryzacyjnej i na dobre pożegnamy się z kryzysem, z którego firmy produkujące samochody i części do nich bardzo szybko wyciągnęły wnioski. Jednym z nich jest przekonanie, że warto stawiać na specjalizację. Każda firma powinna skupić się na tym, na czym się dobrze zna, a te dziedziny funkcjonowania, które wykraczają poza jej podstawową działalność, powinna zlecać wyspecjalizowanemu partnerowi zewnętrznemu – mówi Paweł Gos, prezes zarządu Exact Systems i ekspert Polskiej Izby Motoryzacji.

Obszary i najważniejsze zalety outsorcingu

Prawie połowa firm z sektora motoryzacyjnego w Polsce zleca na zewnątrz usługę kontroli jakości (48%). Co trzecia (36%) decyduje się na outsourcing produkcji lub montażu samochodów i części samochodowych. Od kilkunastu już lat jakość, obok kosztów, jest języczkiem u wagi jeśli chodzi o wybór Polski jako partnera inwestycyjnego. Stąd producenci motoryzacyjni poszukują dla celów outsourcingu firm z odpowiednimi kwalifikacjami i narzędziami, wyspecjalizowanych w tym obszarze – mówi Jacek Opala, dyrektor ds. rozwoju i sprzedaży w Exact Systems.

Z punktu widzenia konkurencyjności biznesu jednym z najważniejszych elementów jest zawsze cena usługi – im niższa tym lepsza. Właśnie ze względu na redukcję kosztów 34% przedstawicieli Automotive w Polsce korzysta z outsourcingu. Powodem, który znalazł się na drugim miejscu, jest oszczędność czasu (16%). Na najniższym stopniu podmium znalazły się specjalizacja i doświadczenie firmy w określonej dziedzinie (14%).

Outsourcing na stałe zagościł w motoryzacji

Rozbudowany wachlarz korzyści, jakie niesie ze sobą outsourcing usług, sprawia, że obecnie ponad połowa przedstawicieli branży motoryzacyjnej korzysta ze wsparcia firmy outsourcingowej na stałe (57%). Na współpracę z zewnętrznym partnerem w sytuacji doraźnej, np. w przypadku kontroli jakości określonej partii części samochodowych, stawia co trzecia zapytana firma (33%), natomiast 10% respondentów outsourcuje wybrane usługi cyklicznie, w określonych porach roku. Na przykład jesienią, kiedy w fabrykach produkuje się najwięcej części i samochodów – mówi Jacek Opala.

Outsourcing często utożsamiany jest z okresem dekoniunktury i cięciem kosztów. Tymczasem przeprowadzone przez nas badanie potwierdza, że firmy zamierzają z niego korzystać także w czasach prosperity – mówi Paweł Gos. W ciągu najbliższych 2 lat aż 67% przedstawicieli motoryzacyjnego sektora produkcyjnego w Polsce planuje pozostawić zakres usług zlecanych firmie outsourcingowej na podobnym poziomie jak obecnie. Co czwarta firma deklaruje natomiast rozszerzenie współpracy. To bardzo dobry prognostyk dla sektora Automotive w naszym kraju. Oznacza, że produceni spodziewają się większej ilości zamówień, a co za tym idzie będą więcej wytwarzać i zwiększać zatrudnienie – podsumowuje Gos.

Metodologia badania
„Badanie opinii i nastrojów przedstawicieli Automotive” zostało przeprowadzone przez firmę Exact Systems w maju 2014 r. na celowej próbie przedstawicieli firm z sektora Automotive będących klientami Exact Systems. Wśród nich znajdują się m.in. producenci samochodów, poddostawcy części i komponentów samochodowych Tier I i Tier II takich jak wycieraczek, szyb samochodowych, dachów, kolumn kierowniczych czy elementów bezpieczeństwa. Wielkość próby wyniosła 115 respondentów. Badanie zrealizowano metodą telefonicznych wywiadów (CATI).

Raport PARP: Młodzi ludzie nie doceniają kompetencji miękkich

Z Raportu specjalnego Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości dotyczącego współpracy biznesu z edukacją w Polsce wynika, że młodzi ludzie błędnie identyfikują oczekiwania kompetencyjne pracodawców. Studenci uważają za najmniej istotne kompetencje miękkie, które z kolei według firm znajdują się w czołówce umiejętności deficytowych u kandydatów do pracy.

Wiedza młodych ludzi na temat wymagań rynku pracy i oczekiwań pracodawców rozmija się z rzeczywistością. Zgodnie z wynikami badania przytoczonego w Raporcie specjalnym opracowanym w ramach projektu Biznes dla edukacji, studenci uznają kompetencje miękkie za najmniej istotne na rynku pracy. Tylko 3,5 proc. respondentów uważa, że komunikatywność oraz umiejętność pracy w zespole to cechy istotne dla przyszłego pracodawcy. Dla 3 proc. młodych ludzi ważna jest umiejętność podejmowania decyzji, a tylko dla 5,5 proc. umiejętność samodzielnej analizy i wyciągania wniosków. Tymczasem zawarte w Raporcie badania pracodawców wskazują, że firmy obserwują u kandydatów do pracy deficyt takich kompetencji, jak: kontakt z klientem (34 proc. respondentów), umiejętność rozwiązywania problemów (32 proc.), kompetencje interpersonalne (24 proc.), czy umiejętność pracy w grupie (22 proc.). – Młodzi ludzie muszą być świadomi, że rozwinięte kompetencje miękkie podnoszą wartość potencjalnego pracownika w oczach pracodawcy. Aby jednak uczniowie mogli nabywać umiejętności cenione przez firmy, konieczna jest solidna edukacja praktyczna bazująca na współpracy pracodawców ze szkołami i uczelniami. Kształcenie młodego pokolenia zgodnie z potrzebami rynku pracy jest obecnie jednym z największym wyzwań, jakie stoją zarówno przed systemem edukacji, jak i przed środowiskiem biznesu – komentuje Bożena Lublińska-Kasprzak, Prezes Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości.

Raport specjalny dotyczący współpracy biznesu z edukacją w Polsce opisujący warunki i możliwości współpracy pracodawców ze szkołami, został opracowany w ramach projektu Biznes dla edukacji, realizowanego przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości w partnerstwie z Polskim Stowarzyszeniem Zarządzania Kadrami.

Raport dostępny jest na stronie projektu: www.biznesdlaedukacji.parp.gov.pl.

Od 27 maja 2014 obowiązuje znowelizowana Ustawa o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy

Od 27 maja 2014 obowiązuje znowelizowana Ustawa o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, od dawna zapowiadana jako przełom w aktywnej walce z bezrobociem. Z punktu widzenia osób poszukujących pracy, nowością jest wprowadzenie zindywidualizowanego podejścia urzędów pracy oraz rozliczanie wszystkich instytucji rynku pracy z osiąganych efektów, a nie tylko starannego działania.

Obecnie każda osoba rejestrująca się w Powiatowym Urzędzie Pracy (PUP) będzie sprofilowana pod kątem własnego potencjału oraz niezbędnego zakresu wsparcia przy znalezieniu pracy (profile dla osób już zarejestrowanych zostaną sporządzone do końca 2014 r.). Ustawa określa trzy strategie pomocy:

Formy aktywizacji Grupa docelowa
Profil IPośrednictwo pracy, a także, w uzasadnionych przypadkach, poradnictwo zawodowe lub inne formy pomocy. Osoby silnie zmotywowane i dobrze radzące sobie na rynku pracy.
Profil IIUsługi i instrumenty rynku pracy, działania aktywizacyjne zlecone przez urząd pracy oraz inne formy pomocy z wyłączeniem Programu Aktywizacja i Integracja. Osoby potrzebujące większego zakresu wsparcia, ukierunkowanego zgodnie z indywidualnymi potrzebami.
Profil III Program Aktywizacja i Integracja, działania aktywizacyjne zlecone przez urząd pracy, programy specjalne, skierowanie do zatrudnienia wspieranego u pracodawcy lub podjęcia pracy w spółdzielni socjalnej zakładanej przez osoby prawne oraz, w uzasadnionych przypadkach, poradnictwo zawodowe. Osoby długotrwale bezrobotne, gorzej wykształcone, słabo zmotywowane, oddalone od rynku pracy, wymagające zastosowania zaawansowanych metod wsparcia i aktywizacji (np. osoby w wieku „50+”, niepełnosprawni, samotni rodzice itp.), także we współpracy z instytucjami pomocy społecznej.

Osoba, która nie wyrazi zgody na określenie jej profilu pomocy lub odmówi bez uzasadnionej przyczyny udziału w zaleconych przez PUP działaniach aktywizacyjnych, może stracić status bezrobotnego.

Urzędy pracy liczą, że narzędzie to umożliwi im w pierwszej kolejności zidentyfikowanie osób, które nie są zainteresowane znalezieniem pracy (bo na przykład pracują na czarno lub mają inne źródło utrzymania), lecz wyłącznie nabyciem prawa do ubezpieczenia zdrowotnego – tłumaczy Dorota Strzelec, psycholog – doradca zawodowy, dyrektor agencji zatrudnienia StaffPoland Sp. z o.o., konsultant TGC Corporate Lawyers. Największy zakres wsparcia przewidziano dla osób z Profilu III, które stanowią aż połowę ogółu zarejestrowanych w urzędach pracy. Ich aktywizacja pochłonie dużą część budżetu znowelizowanej ustawy. Co więcej, by zmotywować samych pracowników urzędów pracy, przewidziano dla nich premie za osiągnięcie ustalonych wskaźników aktywizacji bezrobotnych.

Urząd czy agencja zatrudnienia?

Aktywizacja bezrobotnych może być również zlecona agencjom zatrudnienia – do nich kierowani będą długotrwale bezrobotni, dla których ustalono profil pomocy II lub III – mówi Dorota Strzelec ze StaffPoland Sp. z o.o.Wybrana agencja będzie zawierała z marszałkiem województwa oraz z PUP „umowę o świadczenie działań aktywizacyjnych” na rzecz grupy co najmniej 200 bezrobotnych na ustalony okres czasu – dodaje ekspert.

Wynagrodzenie dla agencji zatrudnienia za aktywizację jednego bezrobotnego nie może przekroczyć trzykrotności przeciętnego wynagrodzenia obowiązującego w dniu zawarcia umowy o świadczenie działań aktywizacyjnych (czyli obecnie ponad 11 tys. zł).  Będzie ono wypłacane agencji maksymalnie w 4 transzach stosownie do osiąganych efektów:

  1. 20% wynagrodzenia (ok. 2.500 zł za bezrobotnego) za dokonanie diagnozy sytuacji zawodowej bezrobotnego i zaprojektowanie działań aktywizacyjnych mających na celu podjęcie przez niego odpowiedniej pracy lub działalności gospodarczej;
  2. 20% wynagrodzenia (ok. 2.500 zł za bezrobotnego) za doprowadzenie bezrobotnego do podjęcia odpowiedniej pracy lub działalności gospodarczej trwającej przez okres co najmniej 14 dni;
  3. 30% wynagrodzenia (ok. 3.000 zł za bezrobotnego) za utrzymanie przez bezrobotnego odpowiedniej pracy lub działalności gospodarczej podjętej w wyniku działań agencji przez okres minimum 90 dni;
  4. 30% wynagrodzenia (ok. 3.000 zł za bezrobotnego) za utrzymanie przez bezrobotnego odpowiedniej pracy lub działalności gospodarczej podjętej w wyniku działań agencji przez okres minimum 180 dni.

Agencja jest zobowiązana do udokumentowania działań aktywizacyjnych podejmowanych wobec bezrobotnych i podlega kontroli Wojewódzkiego Urzędu Pracy. – W przypadku nieosiągnięcia ustalonego w umowie wskaźnika skuteczności zatrudnieniowej, agencja musi zwrócić WUP nienależną część wynagrodzenia danej transzy w ciągu 14 dni od daty doręczenia jej wezwania do ich zwrotu – zaznacza ekspert StaffPoland Sp. z o.o.

Rynek odzieżowy coraz bardziej skonsolidowany

Rynek odzieżowy w Polsce osiągnął wartość 22,2 mld zł w 2013 roku, co stanowiło wzrost o 3,6% w porównaniu do roku 2012. 2013 rok był udany pod względem sprzedaży, pomimo wielu niesprzyjających czynników, takich jak spowolnienie gospodarcze w pierwszej połowie roku, późne nadejście wiosny oraz łagodna zima, która nie zachęcała do zakupów ciepłych ubrań.

Rynek modowy w Polsce cechuje się niezwykle dużą konkurencją, co sprawia, że w okresie mniejszej skłonności do zakupów firmy musiały walczyć o klienta wszelkiego rodzaju zachętami w postaci promocji, rabatów i upustów, co z kolei odbiło się negatywnie na wysokości ich marży brutto.

„Ostatnie lata były okresem, w którym konsumenci racjonalizowali swoje wydatki – czekali z zakupem na promocje i wyprzedaże, szukali okazji, lub przenosili zakupy do internetu oraz markowych sklepów outletowych. Sieci reagują na ten trend, co przejawia się w ostrej konkurencji cenowej, często kosztem jakości oferowanych produktów”, komentuje Patrycja Nalepa, Starszy analityk handlu w PMR.

Najwięksi umacniają pozycję
Najmocniej rosną najwięksi gracze: LPP, Inditex czy H&M, którzy w ostatnich latach jeszcze bardziej umocnili swoją rynkową pozycję. Jako właściciele wielu popularnych marek wykorzystują swą siłę przetargową do otwierania sklepów na korzystniejszych warunkach oraz negocjacji czynszów w już zajmowanych lokalizacjach, tym samym poprawiając swoje wskaźniki rentowności.

W efekcie rynek ulega ciągłej konsolidacji. Podczas gdy w 2010 roku dziesięć największych detalistów odzieżowych realizowało 31% sprzedaży rynku, w 2013 roku ich udział wzrósł do 42%. Pozostałe firmy skupiały się w ostatnim roku raczej na optymalizacji swoich sieci – oprócz otwierania nowych sklepów, zamykały również te najmniej rentowne oraz przeprowadzały remonty starszych placówek.

Sieci dyskontowe rosną najszybciej
Wyjątkiem są sieci dyskontowe, które w czasie „kryzysu” rosną najbardziej, zarówno ilościowo jak i wartościowo, i z roku na rok zyskują coraz większy udział w rynku odzieżowym. W 2013 r. sprzedaż trzech największych sieci dyskontowych wzrosła, według naszych szacunków, o 17% przy 12% wzroście liczby placówek. Liderem segmentu jest sieć sklepów przemysłowych Pepco, która rośnie w tempie 70-80 otwarć rocznie. W kwietniu 2014 r. firma otworzyła pięćsetny sklep, a docelowo chce mieć ich w Polsce 600.

Rosnąca popularność sieci dyskontowych została potwierdzona również w badaniu konsumenckim przeprowadzonym na potrzeby raportu. W porównaniu do poprzedniej edycji badania zmniejszył się odsetek osób wskazujących sklepy markowe w centrach handlowych, a zwiększył udział tych wybierających sklepy z dyskontową odzieżą – w obu przypadkach o 4 p.p.

„Bieżący rok będzie jeszcze lepszy dla sprzedaży odzieży i obuwia w Polsce, co potwierdzają wyniki z ostatnich miesięcy. Stopniowa poprawa wskaźników makroekonomicznych będzie przyczyniać się do poprawy nastrojów konsumenckich i większej skłonności do zakupów, chociaż konsument nadal będzie chciał kupować „mądrze”, a więc dobry produkt w stosunkowo niskiej cenie. Do wzrostu sprzedaży będzie przyczyniać się również rosnąca świadomość ubioru i trendów modowych, także wśród mężczyzn” dodaje Patrycja Nalepa.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Handel detaliczny odzieżą i obuwiem w Polsce. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2014-2019”.

Od nowego roku zmiany w podatkach. Głównie korzystne dla budżetu, a nie dla przedsiębiorców

CEO Magazyn Polska

Planowane na początek przyszłego roku zmiany w prawie podatkowym ograniczą możliwości korzystnych podatkowo działań prowadzonych przez przedsiębiorców – podkreślają eksperci. Proponowane przepisy mają uszczelnić system podatkowy i zwiększyć wpływy do budżetu. Dla przedsiębiorców mogą jednak oznaczać dodatkowe obowiązki i koszty, a niewłaściwy sposób wprowadzenia zmian może spowodować odpływ inwestycji z Polski.

W proponowanych zmianach do ustaw podatkowych znalazły się zupełnie nowe rozwiązania. Jedno z nich przewiduje obowiązek uwzględnienia przy opodatkowaniu rezydenta krajowego (osoby fizycznej lub przedsiębiorcy) dochodów kontrolowanych podmiotów zagranicznych, które mają siedzibę w kraju o niższym poziomie opodatkowania niż ten, który obowiązuje w kraju rezydencji dominującego podmiotu.

Opodatkowanie spółek zagranicznych ma w zamierzeniu Ministerstwa Finansów mieć bardzo szeroki zakres i nie jest to do końca sprawiedliwe. Konstrukcja przepisu oznacza bowiem, że zwolnienie bądź opodatkowanie niską stawką w danym kraju za granicą tylko jednego typu dochodów pasywnych powoduje, że spółka osiągająca różnego rodzaju dochody pasywne, niekoniecznie tak korzystnie opodatkowane, także będzie potencjalnie wpadać w zakres zastosowania nowych przepisów – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Monika Ławnicka, doradca podatkowy z Accreo.

Spółka będzie mogła zostać uznana za zagraniczną spółkę kontrolowaną, m.in. jeśli co najmniej połowa jej przychodów pochodzi z dywidendy i innych przychodów z udziału w zyskach osób prawnych. Jak podkreśla ekspertka, rozwiązaniem dla przedsiębiorstwa mogłaby być próba udowodnienia, że spółka prowadzi rzeczywistą działalność gospodarczą właśnie za granicą.

 – Nowelizacja wskazuje na pewne przesłanki, jak rozumieć to pojęcie, jednak są one niedookreślone, wymagają od osoby weryfikującej znajomości biznesu, zrozumienia dla przedsiębiorcy, co nie zawsze jest standardem w odniesieniu do organów kontroli skarbowej czy organów podatkowych. Pod tym względem przed przedsiębiorcami posiadającymi spółki zagraniczne rysuje się trudny czas, czas tworzenia dodatkowej dokumentacji, udowadniania swojego stanowiska i dyskusji z organami podatkowymi – zaznacza Monika Ławnicka.

Regulacja taka ma zwalczać nadużycia podatkowe występujące w stosunkach między powiązanymi spółkami. Podobne przepisy ma wiele państw członkowskich UE i pozaeuropejskich. Jak podkreśla ekspertka, zagraniczni przedsiębiorcy mają świadomość, że kraje, które dotychczas nie miały zapisów dotyczących opodatkowania zagranicznych spółek kontrolowanych, będą stopniowo takie zmiany wprowadzać. Wszystko jednak zależy od sposobu ich wprowadzenia, a to zależy od Ministerstwa Finansów i podległych mu organów.

 – Jeśli nie wykażą one zrozumienia dla potrzeb przedsiębiorcy, dla jego funkcjonowania, a będą stosowały tylko podejście profiskalne, może się okazać, że z Polski odpłyną inwestycje – przestrzega Monika Ławnicka.

Dodatkowe obowiązki, które wynikają z proponowanych zmian, to np. prowadzenie rejestru kontrolowanych spółek zagranicznych czy wykazywanie zdarzeń w spółce, którą mogą wpływać na jej dochód.

Nowe przepisy wprowadzą również klauzulę obejścia prawa – urzędnicy będą sprawdzać, czy przeprowadzona w danej firmie restrukturyzacja miała na celu jedynie uniknięcie opodatkowania. To dla przedsiębiorców oznacza dodatkowe obowiązki związane z przechowywaniem wielu różnych dokumentów i tworzeniem uzasadnień – na wypadek kontroli.

Proponowane zmiany nie ograniczają całkowicie możliwości optymalizacyjnych, nie jest też wykluczone, że znowelizowana ustawa wciąż będzie umożliwiać dokonywanie restrukturyzacji korzystnych dla przedsiębiorców.

Przedsiębiorcy powinni przeanalizować treść nowelizacji i wynikające z niej zmiany pod kątem własnej sytuacji. W tym przypadku nie ma bowiem gotowych rozwiązań. Ministerstwo Finansów argumentuje, że zmiany powinny dostosowywać Polskę do praktyki krajów zachodnich, ale nie jest to do końca prawda. Kraje takie jak Luksemburg, poza łataniem luk w prawie podatkowym, proponują przedsiębiorcom także rozwiązania korzystne – ocenia Monika Ławnicka. 

Znowelizowane przepisy powinny wejść w życie z początkiem 2015 roku, trwają nad nimi prace w Sejmie.

Firmom z branży mięsnej brakuje rynków zbytu. Rosyjskie embargo bije je po kieszeni

CEO Magazyn Polska

Polski przemysł mięsny dysponuje najnowocześniejszymi technologiami, jednak ma problem z pełnym wykorzystaniem mocy produkcyjnych, bo firmom z branży brakuje rynków zbytu. Zakładom przetwórczym coraz trudniej też znaleźć wykształconych specjalistów, muszą więc sięgać po pracowników z zagranicy lub korzystać z firm leasingujących pracowników.

W tym roku największym problemem dla branży mięsnej jest ograniczenie eksportu wieprzowiny na rynki wschodnie. Rosyjskie embargo na mięso z krajów Unii Europejskiej doprowadziło do znaczących spadków na polskim rynku. W przypadku Rosji eksport zmniejszył się o 71 proc., w przypadku Białorusi – o 75 proc. Eksport ratują inne rynki, jak Korea Południowa i Filipiny. Polscy eksporterzy liczą także na pozytywne efekty zniesienia embarga przez Ukrainę, co oficjalnie nastąpiło w ubiegłą środę. W pierwszym kwartale eksport żywca, mięsa i tłuszczów wieprzowych wyniósł 140 tys. ton i był niższy od wyniku z analogicznego okresu rok wcześniej o 7 proc. Tymczasem polskie przedsiębiorstwa mogłyby produkować jeszcze więcej wędlin niż dotychczas, dzięki poprzedniej unijnej perspektywie zostały bowiem unowocześnione i rozbudowane zakłady produkcyjne.

Ten przemysł został na tyle doinwestowany i na tyle zostało na tym rynku mięsnym w Polsce technologii nowej postawionej, że tak naprawdę mamy doskonałe zakłady, doskonale rozwinięte przetwórstwo, i dzisiaj jedynie chodzi o to, żebyśmy mogli tylko w pełni wykorzystać moce produkcyjne, które ma przetwórstwo, to będzie duży sukces – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wiesław Różański, prezes Unii Producentów i Pracodawców Przemysłu Mięsnego (UPEMI – Union of Producers and Employers of the Meat Industry).

Duże zakłady mięsne korzystały z dofinansowania na inwestycje ze środków przeznaczonych na rozwój obszarów wiejskich. W nowej perspektywie takiej możliwości już nie będzie; teraz najbardziej skorzystają projekty innowacyjne i mniejsi wytwórcy. W przemyśle mięsnym dotyczyć one będą technologii pakowania, opakowań, przechowywania.

Są to technologie drogie, finansowane w większości przez projekty innowacyjne, ale już nie przez Program Rozwoju Obszarów Wiejskich – podkreśla prezes UPEMI. – Pozostałe środki, nie wiemy jeszcze, jak Unia je zatwierdzi, będą na inwestycje dla małych i średnich przedsiębiorstw, i to praktycznie tylko do skracania łańcucha żywieniowego, jak również przechowywania czy magazynowania tych produktów – mówi Wiesław Różański.

Pracownik poszukiwany

Mimo problemów w eksporcie branża mięsna stabilnie się rozwija. Nie widać upadków zakładów mięsnych w Polsce i dużych zmian w zatrudnieniu.  Jak podkreśla prezes UPEMI, zmienia się jednak struktura zatrudnienia – coraz częściej pracownicy są zatrudniani na umowy cywilnoprawne lub pozyskiwani z firm, które specjalizują się w leasingu pracowników, w tym specjalistów z zakresu technologii z branży przetwórczej. Zakłady mają dziś problem z pozyskiwaniem wykwalifikowanych pracowników.

Ta branża nie jest obarczona problemem zwolnień, potrzebuje pracowników do pracy – mówi Różański. – W Polsce jest coraz więcej firm specjalizujących się w leasingowaniu pracowników. Jest to już trend nieodwracalny. Ponieważ w Polsce szkolnictwo zawodowe przestało funkcjonować tak, jak działało kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu. Dzisiaj pracownicy w przetwórstwie mięsnym są trudno dostępni, bo większość z nich miała doskonałe wykształcenie i w przeciągu ostatnich kilku lat wyjechała za granicę i pracuje za o wiele wyższe wynagrodzenia u naszych konkurentów w Unii Europejskiej.

Jak twierdzi prezes UPEMI, z tego powodu dziś w wielu zakładach spotyka się coraz więcej obcokrajowców. Jak zapewnia, branża nie tylko nie będzie zwalniać pracowników, lecz wręcz szuka sposobów na zatrzymanie ich na obecnych stanowiskach.

Warszawska giełda ma szansę na wzrosty. Zmiany w OFE nie powinny odbić się na notowaniach spółek

CEO Magazyn Polska

Niskie stopy procentowe i ewentualne dalsze luzowanie polityki ze strony Rady Polityki Pieniężnej mogą przyczynić się do podtrzymania wzrostów na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie. Rynek obligacji skarbowych nie jest obecnie atrakcyjny, a inwestorzy powinni poszukać okazji na rynku obligacji korporacyjnych.

– Jeśli chodzi o indeksy na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, to biorąc pod uwagę hossę trwającą od 2012 roku, a także niskie stopy procentowe i ewentualne kolejne cięcia stóp procentowych, to inwestycje w akcje będą przynosiły inwestorom wysokie zyski. W naszej opinii rynek akcji to najlepsze miejsce, żeby lokować swoje oszczędności – mówi agencji Newseria Biznes Adrian Apanel, specjalista ds. inwestycji na rynkach zagranicznych i zarządzania ryzykiem MM Prime TFI SA.

Jego zdaniem zmiany w OFE nie powinny mieć wielkiego wpływu na ruch indeksów na GPW, mimo wprowadzenia mechanizmu tzw. suwaka. Polega on na tym, że na 10 lat przed osiągnięciem ustawowego wieku emerytalnego środki zgromadzone na rachunku w OFE będą stopniowo przekazywane każdego miesiąca do ZUS i zapisywane na indywidualnym subkoncie ubezpieczonego.

 Suwak będzie się równoważył z dywidendami, które zostaną wypłacone przez największe spółki, które są w portfelach OFE, jak również będzie się równoważył z zagranicznymi inwestycjami OFE – uważa Adrian Apanel. – Jeśli chodzi o inwestycje za granicą, to OFE włożyły tam odpowiednie aktywa i wydaje nam się, że w przypadku potrzeb płynnościowych OFE będzie starało się upłynnić wpierw te bardziej płynne spółki zagraniczne – mówi Apanel.

Jak obligacje, to firmowe

Zdaniem Apanela ze względu na niskie rentowności obligacji skarbowych niemal w całej Europie inwestycje w papiery dłużne należy wzbogacić o obligacje z sektora korporacyjnego.

Wydaje mi się, że inwestycje w obligacje skarbowe nie przyniosą nam takich zysków jak inwestycje w obligacje korporacyjne – tam można doszukiwać się ciekawie oprocentowanych papierów – wskazuje Apanel.

Zwraca uwagę, że jego firma analizuje również rynki zagraniczne – szczególnie interesuje się emitentami z USA, Europy Zachodniej, a także Ameryki Łacińskiej.

– Ciekawie wygląda sektor motoryzacyjny i komponentów motoryzacyjnych w Stanach Zjednoczonych. Jeśli chodzi o Europę, to firmy, które zajmują się budownictwem, materiałami budowlanymi również wyglądają ciekawie – mówi Apanel.

Apanel zastrzega, że z pewnością fundusz MM Prime nie będzie brać pod uwagę takich krajów, jak Wenezuela czy Argentyna, w których sytuacja makroekonomiczna jest bardzo trudna.

– Są inne kraje, gdzie możemy znaleźć ciekawe inwestycje. Są to na przykład Chile czy Peru – dodaje specjalista ds. inwestycji na rynkach zagranicznych i zarządzania ryzykiem MM Prime TFI SA.

MM Prime TFI SA to pierwsze od ponad trzech lat niezależne towarzystwo funduszy inwestycyjnych powstałe z inicjatywy osób niezwiązanych z żadną grupą kapitałową. Pod koniec 2013 roku fundusz uzyskał zezwolenie Komisji Nadzoru Finansowego na prowadzenie działalności. W połowie czerwca 2014 roku MM Prime TFI rozpoczął działalność operacyjną. Jak mówi Adrian Apanel, fundusz będzie szukał najlepszych spółek z sektorów dużych oraz małych i średnich przedsiębiorstw, których akcje notowane są na GPW w Warszawie.

Prezes Fakro: Polskie firmy mają dużo gorsze warunki do rozwoju i konkurowania niż inwestorzy zagraniczni

CEO Magazyn Polska

Ryszard Florek, prezes i założyciel spółki Fakro, uważa, że nasz kraj potrzebuje dużych polskich firm i uznanych marek, a wzorem do budowy innowacyjnej gospodarki powinna być dla nas Korea Południowa. Na razie według niego polskie firmy mają gorsze warunki do rozwoju niż inwestorzy zagraniczni, a o innowacje trudno, ponieważ kraj stał się wielką montownią dla zachodnich koncernów.

Do innowacji potrzebne są duże rodzime firmy, a takich brakuje. Polska stała się montownią, poddostawcą elementów, części, półproduktów dla zachodnich koncernów. Najlepszym przykładem, jak tworzyć innowacje, jest Korea Południowa – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Ryszard Florek, prezes spółki Fakro, producenta stolarki okiennej i drzwiowej.

Ograniczenie gospodarki do montażu i usług na rzecz firm zagranicznych powoduje, że jedynym obszarem konkurencji pozostają koszty pracy. A tu przewaga Polski maleje wraz z coraz większą dostępnością taniej siły roboczej w innych krajach.

Nie mamy własnej gospodarki, nie mamy własnych marek, nie tworzymy know-how w Polsce. Żeby mówić o innowacyjności, najpierw musimy zastanowić się, co zrobić, żeby mieć duże rodzime firmy zdolne do tworzenia innowacji – uważa Ryszard Florek.

Same nowatorskie pomysły to za mało, żeby budować innowacyjną gospodarkę. Zdaniem prezesa Fakro do tworzenia innowacji nie wystarczą też uczelnie i pomoc instytutów zagranicznych.

W naszej branży zanim konstruktor cokolwiek zrobi, musi prześledzić kilkaset patentów, żeby nie powielić istniejących rozwiązań. Pomysły to za mało. Trzeba mieć dostęp do wiedzy, znać potrzeby klientów, mieć możliwości działania – twierdzi Ryszard Florek. – Polskie firmy mają dużo gorsze warunki rozwoju i konkurowania niż inwestorzy zagraniczni. Usługi i montaż nawet na najnowocześniejszych maszynach z zagranicy to nie jest droga do rozwoju. W Polsce trzeba pozwolić Polakom pracować.

W Polsce w porównaniu z Ukrainą średnie zarobki są dwukrotnie wyższe, a oba kraje około 25 lat temu startowały z podobnego pułapu. Z drugiej strony również Korea Południowa zaczynała rozwój z podobnych pozycji, ale dziś jest znacznie dalej niż Polska, a średnie wynagrodzenie ma dwa razy wyższe.

Wydaje się, że droga koreańska była lepsza, choć trudno o jednoznaczną ocenę. Być może u nas nie dało się inaczej, a być może istniały lepsze scenariusze – mówi prezes Fakro. – Staliśmy się krajem średniego wzrostu. Rozwijamy się i to cieszy, ale pozostaje niedosyt, ponieważ inni rozwijają się szybciej.

Innowacyjność ma być w nowej perspektywie unijnej siłą napędową gospodarki, wciąż jednak nakłady na działalność badawczo-rozwojową (B+R) są w Polsce niskie w porównaniu z gospodarkami Europy Zachodniej i Azji. Według Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju w 2012 r. udział nakładów na B+R w stosunku do PKB osiągnął poziom 0,9 proc. W ubiegłym roku przekroczył 1 proc. To jednak niewiele w porównaniu np. z Koreą Południową, gdzie środki na taką działalność już w 2010 r., według danych KPMG, wynosiły 3,74 proc. Według założeń rządowych do 2020 r. udział B+R w PKB powinien wynieść 1,7 proc., a w 2023 r. – 2 proc., czyli tyle, ile dziś wynosi unijna średnia.

Rekordowo rośnie liczba miłośników zabytkowych pojazdów

CEO Magazyn Polska

W 2013 roku do Polski została sprowadzona rekordowa liczba samochodów zabytkowych. Do naszego kraju trafiło ich ponad 1,2 tys., natomiast niemal 900 pojazdów zostało zarejestrowanych jako zabytki. Oprócz sprowadzania kolekcjonerskich modeli Polacy bardzo chętnie tworzą specjalne kluby motoryzacyjne dla właścicieli zabytkowych aut, a także organizują zloty i wyścigi.

Jedną z ciekawszych społeczności związanych z zabytkowymi pojazdami tworzą miłośnicy zabytkowych mercedesów, zrzeszeni w Klubie Zabytkowych Mercedesów Polska. To właśnie w tej grupie można znaleźć unikatowe modele niemieckiej marki samochodów, w tym także pojazdy wyprodukowane na początku XX wieku.

– Najciekawszymi okazami w naszej społeczności są samochody przedwojenne. Najstarszym modelem jest Mercedes Posen z 1912 roku. Oprócz tego w tegorocznym zlocie pojawiły się także dwa nowe modele Mercedesa 230 z końca lat 30. – mamy ich w sumie 3 w naszym klubie i każdy jest inny. Posiadamy także takie perełki, jak SL 300 Gullwing, czyli auto z początku lat 50., wyprodukowane w 1,6 tys. egzemplarzach, nasz ma numer seryjny 90 i w ubiegłym roku brał udział w słynnym rajdzie Mille Miglia we Włoszech – opowiada  Ewa Łabno-Falęcka, dyrektor PR firmy Mercedes-Benz w Polsce.

W trakcie XIII Zlotu Zabytkowych Mercedesów najbardziej intrygującym modelem był Mercedes Posen z 1912 roku, który według różnych plotek miał zostać zaprojektowany dla poznańskiego księcia Geschke. 
Samochód został zamówiony w 1910 roku. Odebrany został dwa lata później. Następnie w 1926 roku został sprzedany złotnikowi z Zakopanego. Ten jeździł autem do 1935 roku. Od tamtego czasu do 1996 roku nikt go nie widział. Sam trafiłem na ślad pojazdu w drewnianej szopie. Niedługo potem nabyłem auto i dokonałem jego renowacji – mówi agencji informacyjnej Newseria właściciel mercedesa Józef Kołoczek z Rybnika.

Sprowadzanie i renowacja zabytkowych aut stała się dobrą inwestycją, jednak u większości kolekcjonerów to nie pieniądze, a sentyment i przywiązanie do klasycznej motoryzacji odgrywają kluczową rolę.

Dla mnie jest to pewna myśl inżynierska. Jest to pewne – nie wahałbym się tu określić – dzieło sztuki, które ludzkimi rękami zostało zbudowane 80-100 lat temu. Zachęcam wszystkich do kolekcjonowania, dlatego że te rzeczy nabierają wartości. Na tym się nie traci – dodaje Paweł Grzegorczyk, jeden z uczestników zlotu.

XIII Zlot Zabytkowych Mercedesów StarDrive Poland 2014 odbył się w dniach 19-22 czerwca z Poznaniu. Na imprezie pojawiło się 80 polskich i zagranicznych załóg w samochodach marki Mercedes-Benz.

Cierpiący na pęcherz nadreaktywny bez dostępu do refundacji odpowiedniej liczby leków i wsparcia medycznego

CEO Magazyn Polska

Na zespół pęcherza nadreaktywnego cierpi 10-15 proc. społeczeństwa. Jednak w Polsce pacjenci nie mogą liczyć na odpowiednie wsparcie finansowe ani medyczne. Wybór leków refundowanych na tę chorobę jest zbyt mały, a co za tym idzie prawdopodobieństwo dobrania optymalnej terapii dla chorego spada.

Według Światowej Organizacji Zdrowia problem OAB, czyli zespół pęcherza nadreaktywnego, należy do dziesięciu najpoważniejszych problemów społeczno-medycznych na świecie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Michałek, dyrektor programu „NTM – Normalnie Żyć”.

Pęcherz nadreaktywny to zespół objawów polegających na występowaniu (łącznie lub osobno) częstomoczu, parcia naglącego i nietrzymania moczu. Za chorobę społeczną uważa się taką, na którą cierpi minimum 5 proc. społeczeństwa. Problem nietrzymania moczu dotyczy nawet 15 proc. każdego społeczeństwa. W Polsce dotyka on ok. 3 mln osób, głównie kobiety. Z danych NTM wynika, że w całej Europie problem OAB (overactive bladder) dotyczy ok. 49 mln osób. Z tego ok. 40 proc. nigdy nie rozmawiało na ten temat ze swoim lekarzem.

Na świecie terapię zaczynamy leczeniem nieinwazyjnym: to fizjoterapie, zmiana stylu życia, kolejnym krokiem jest farmakoterapia. Mamy osiem różnych leków do wyboru – mówi prof. Jerzy Gajewski z departament Urologii i Farmakoterapii Uniwersytetu Dalhousie. – Następnym etapem jest botoks albo neuromodulacja [stymulacja nerwów krzyżowych, które odpowiadają za kontrolę czynności dolnych dróg moczowych i dna miednicy – red.], a ostatnim etapem – chirurgia.

Polska służba zdrowia, jak podkreślają eksperci, nie jest przychylna cierpiącym na pęcherz nadreaktywny.

Niestety, nie możemy powiedzieć, że mamy jakikolwiek system wsparcia w Polsce. Istnieją pewne elementy, ale one łącznie tworzą chaos i bardziej są nastawione na to, żeby jak najmniej pacjentów mogło z tego i tak bardzo ubogiego systemu skorzystać, niż żeby faktycznie ten problem systemowo rozwiązać – krytykuje Tomasz Michałek.

Problem zaczyna się już przy profilaktyce i higienie, czyli środkach absorpcyjnych (np. pieluchy). Refundacja tych produktów ograniczona jest do wąskiej grupy pacjentów.

Polska jest jedynym krajem, w którym kryterium do refundacji nie jest samo nietrzymanie moczu, tylko nietrzymanie moczu i współistniejąca choroba, do których należą, zgodnie z rozporządzeniem ministra zdrowia, wybrane nowotwory, udary itp. – wyjaśnia Michałek.

Problem dotyczy także refundacji farmakologicznej – refundowane są tylko leki oparte na dwóch substancjach. Według obowiązującego od 1 maja br. obwieszczenia ministra zdrowia nie zwiększono liczby leków refundowanych.

Znacznie więcej rodzajów leków powinno być refundowanych, by lekarz z pacjentem mogli dobrać optymalne leczenie – twierdzi Michałek. – Farmakoterapia w przypadku pęcherza nadreaktywnego jest bardzo indywidualną terapią. Dlatego ważna w niej jest skuteczność oraz poziom i różnorodność skutków ubocznych. Kiedy mamy do wyboru tylko dwa leki [z dwóch substancji] w refundacji, a więc dostępne cenowo dla pacjenta, to prawdopodobieństwo, że akurat jeden z nich zadziała, jest naprawdę stosunkowo niewielkie.

Co więcej, aby pacjent mógł skorzystać z refundacji, musi wcześniej poddać się zupełnie niepotrzebnemu z medycznego punktu widzenia badaniu urodynamicznemu. Jest ono do tego stopnia nieprzyjemne, bolesne, a czasami nawet niebezpieczne (często dochodzi do zakażeń), że pacjenci rezygnują z jego wykonania, co oznacza, że albo zaprzestają leczenia, albo płacą za lek z własnej kieszeni 100 procent ceny.

Eksperci przyznają, że Polska jest jedynym krajem, w którym jest wymóg robienia badania urodynamicznego do refundacji leków. Krytykują ponadto obowiązujące limity cenowe i ilościowe na środki absorpcyjne oraz fakt, że dopiero wprowadza się neuromodulację krzyżową, terapię stosowaną na świecie przy najcięższych postaciach OAB od 20 lat.

Zdaniem dyrektor programu „NTM – Normalnie Żyć” oprócz wsparcia finansowego niezbędna jest edukacja.

Chodzi tu nie tylko o edukację pacjentów, lecz także lekarzy, poczynając od lekarzy pierwszego kontaktu, którzy nie do końca wiedzą, co z takimi pacjentami mają robić – przekonuje Michałek. – Zdarza się wręcz, że lekarz od razu mówi, że dolegliwość pęcherza to kwestia wieku i w tej sytuacji pozostają pieluchy.

Z danych NTM wynika, że zapadalność na tę dolegliwość wzrasta wraz z wiekiem (zwiększenie liczby chorych było obserwowane po 44. roku życia u kobiet i po 64. roku życia u mężczyzn). Ale może ona dotknąć osoby w każdym wieku.

Świadomość w społeczeństwie na temat pęcherza nadreaktywnego poprawiła się, ale biorąc pod uwagę różnego rodzaju dane z Polski, wygląda na to, że wciąż dużo jest do zrobienia – mówi Newserii Biznes prof. Jerzy Gajewski. – Trzeba uświadamiać ludzi, również lekarzy i rządzących, że pęcherz nadreaktywny  to choroba, a nie nieunikniony objaw starzenia się.

Kilkanaście procent zwrotu rocznie z inwestycji w turbiny wiatrowe. W tym roku ruszy pierwsza elektrownia w takim modelu

CEO Magazyn Polska

Do końca tego roku powinna ruszyć pierwsza elektrownia wiatrowa Energy Invest Group w ramach projektu Synergia100. Spółka promuje nowy model finansowania, podobny do spółdzielczego. Prywatni, niewielcy inwestorzy mogą pozyskać udziały w jednej ze 100 planowanych turbin. Zyski z tej inwestycji mogą sięgnąć 16-17 proc. rocznie.

W tym roku uruchomimy pierwszą elektrownię, do której budowy przygotowywaliśmy się przez ostatnie trzy lata – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Marcin Orkisz, członek zarządu Energy Invest Group Sp. z o.o. – Jest to elektrownia zlokalizowana w miejscowości Czernice Borowe, w okolicy Przasnysza. To będzie albo grudzień, albo początek stycznia 2015 roku. To będzie elektrownia o mocy dwóch megawatów, wysokości masztów powyżej 100 metrów, rozpiętości skrzydeł również 100 metrów, więc jest to duża przemysłowa elektrownia wiatrowa.

Turbina wiatrowa w Czernicach Borowych to pierwsza z planowanych przez Energy Invest Group do 2020 r. 100 elektrowni. W tej chwili ruszyło pięć projektów, niedługo wystartuje szósty. Wszystkie są zlokalizowane w promieniu ok. 100 km od Warszawy, w województwach łódzkim i mazowieckim, i mają moc 2 MW.

Energy Invest Group finansuje te turbiny w modelu wzorowanym na rynku niemieckim. Każdą turbinę buduje inna spółka z ograniczoną odpowiedzialnością. Niewielcy indywidualni inwestorzy mogą kupić udziały w tych spółkach, dzięki czemu potem czerpią zyski z działalności turbiny. Jak mówi Orkisz, przy obecnych uwarunkowaniach prawnych mogą one sięgnąć nawet 16-17 proc. rocznie, choć teoretycznie możliwa jest nawet wyższa rentowność.

Inwestor, który chciałby do tego typu biznesu przystąpić, nie musi posiadać kapitału na całą elektrownię. Można to przyrównać do modelu spółdzielczego. Czyli duża grupa inwestorów finansuje jedną dużą, drogą inwestycję, w zamian za to stając się wspólnikami i czerpiąc dywidendę z produkcji energii elektrycznej – tłumaczy Orkisz.

Energy Invest Group jest pionierem i liderem rynku tego typu inwestycji w Polsce. Orkisz podkreśla, że w ciągu trzech lat działalności spółka rozwinęła ofertę dla inwestorów rozproszonych. Wszystkie z planowanych 100 elektrowni będą mogły powstać i funkcjonować dzięki temu modelowi. Przewidywany czas działania pojedynczej turbiny to ok. 25-30 lat, przez które corocznie inwestorzy otrzymają dywidendę. Banki udzielają kredytów na budowę turbin najczęściej na 15 lat, więc po tym okresie nadwyżki finansowe rosną.

Orkisz podkreśla, że to szansa na zwiększenie udziału odnawialnych źródeł energii w Polsce. Zapowiada, że obecnie spółka koncentruje się na elektrowniach wiatrowych, ale jeśli pozwoli na to zmiana przepisów, to może również zaoferować podobne inwestycje w panele fotowoltaiczne.

Na model biznesowy spółki może wpłynąć ustawa o odnawialnych źródłach energii, którą w kwietniu przyjęła Rada Ministrów.

Pierwszych pięć instalacji uruchomimy jeszcze przed rokiem 2016, żeby potem móc sobie wybrać sposób wsparcia, czy to będą zielone certyfikaty, czy aukcja energii elektrycznej. Zależy nam na tym, żeby maksymalnie szybko to zrobić. Jesteśmy firmą z branży OZE, więc ta regulacja bezpośrednio będzie na nas wpływała, ale jesteśmy w stanie dzięki temu, że szybko uruchomimy elektrownię, móc potem wybrać system, który będzie najbardziej korzystny – mówi Orkisz.

Firmy telekomunikacyjne szukają szans na rozwój w innych segmentach, m.in. na rynku energetycznym

CEO Magazyn Polska

Grupa Tele-Polska Holding (TPH) rozwija swoją ofertę sprzedaży energii elektrycznej i będzie ją wiązać z telefonią stacjonarną. Plany spółki zakładają, że w ciągu kolejnych dwóch lat energia będzie odpowiadać za co najmniej 100 mln zł przychodów spółki. Tym bardziej że dynamika sprzedaży na tym rynku jest znacznie większa niż na rynku telekomunikacyjnym. Spółka rozważa również sprzedaż gazu.

Grupa kapitałowa TPH rozwija swoją ofertę sprzedaży energii elektrycznej docelowo wiązanej z telefonią stacjonarną. To typowy cross-selling skierowany do dotychczasowych klientów Tele-Polski. Grupa poprzez spółkę Polska Energetyka Pro oferuje energię tylko gospodarstwom domowym i nie stara się wchodzić na rynek biznesowy w tym sektorze.

Grupa TPH rozpoczęła sprzedaż energii w ubiegłym roku i pozyskała już ok. 10 tys. klientów. To 10 proc. abonentów telefonii stacjonarnej spółki (ok. 100 tys.), więc możliwości wzrostu są bardzo duże.

Energia będzie stanowiła z naszej perspektywy finansowej ważny składnik naszych przychodów w najbliższych latach. Zakładam, że w ciągu najbliższych dwóch lat powinniśmy mieć z tego tytuły przychody na poziomie 100 mln złotych – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Montoya, wiceprezes zarządu Tele-Polska Holding SA. – W perspektywie roku, dwóch lat bardzo poważnie jesteśmy zainteresowani tematem gazu. Jest to sprawa przyszłości, natomiast warto pokazać, że to jest jeden z kierunków, które telekomy jak nasz mogą obrać.

Montoya dodaje, że rynek energii elektrycznej dopiero się liberalizuje, więc możliwe są bardzo duże wzrosty. Ten sektor ma zapewnić TPH stabilne źródło przychodów, uzupełniające przychody grupy z mocno nasyconego i bardzo konkurencyjnego rynku telekomunikacyjnym.

Sprzedaż w tym segmencie bardzo dynamicznie rośnie, znacznie szybciej niż na rynku telekomunikacyjnym. To daje perspektywę bycia sprzedawcą mediów ogólnie – mówi Marek Montoya.

W czerwcu Tele-Polska Holding przeprowadziła publiczną ofertę akcji, zaś w lipcu powinna już trafić na główny parkiet GPW. Spółka dotychczas była notowana na NewConnect.

Pozyskaliśmy 4,7 mln, jest to mniejsza kwota niż planowaliśmy. Pierwotnie zakładaliśmy pozyskanie około 20 mln złotych, natomiast sytuacja rynkowa była niesprzyjająca, no i nie udało się osiągnąć tego celu. Nie przekreśla to jednak naszych planów inwestycyjnych. Zakładamy, że część środków posłuży do realizacji pierwszego celu emisyjnego, jakim jest powiększanie bazy abonenckiej w segmencie klientów detalicznych – zapowiada wiceprezes zarządu Tele-Polska Holding SA.

Montoya liczy, że dzięki notowaniu na rynku głównym warszawskiej giełdy spółka Tele-Polska Holding będzie mogła łatwiej pozyskiwać kapitał w przyszłości. Pomimo tego, że udało się pozyskać jedynie jedną czwartą planowanych środków, spółka nie zmienia planów inwestycyjnych. Montoya przyznaje jednak, że niezbędne będą inne źródła finansowania. Może to być dług, czyli kredyt albo emisja obligacji lub kolejne emisje akcji. To może opóźnić niektóre projekty.

Zgodnie z założeniami, środki z emisji będą przeznaczone na trzy główne cele. Zwiększenie bazy klientów detalicznych będzie kosztować ok. 4 mln zł.

Kolejnym celem jest rozbudowa infrastruktury telekomunikacyjnej, zwłaszcza sieciowej. Mam na myśli przede wszystkim klientów biznesowych oraz wzmocnienie naszego back office’u związanego z obsługą dynamicznie rozwijającego się segmentu detalicznego, przede wszystkim klientów indywidualnych. Na te cele zamierzamy przeznaczyć około 9 mln złotych – ujawnia Montoya.

Te inwestycje mają poprawić jakość usługi kierowanej do klientów zarówno biznesowych, jak i indywidualnych. Trzeci cel emisyjny to stworzenie własnego, niedużego centrum danych. Na tę inwestycję grupa chce wydać 6 mln zł.

Cele były wyznaczone. Pierwszy cel zostanie zrealizowany, ponieważ pozyskaliśmy środki odpowiadające naszym oczekiwaniom. Drugi cel będziemy realizowali z wykorzystaniem prawdopodobnie finansowania dłużnego. Trzeci cel, czyli data center prawdopodobnie będziemy musieli odłożyć na później – przyznaje Montoya.

Phablety zyskują na znaczeniu, także w Polsce. Ich popularność odbije się na sprzedaży tabletów

W szybkim tempie rośnie na świecie sprzedaż phabletów, czyli urządzeń łączących funkcje telefonu i tabletu. Ich udział w rynku smartfonów oscyluje już w granicach 10 proc. Duży wpływ na ich popularność ma rozmiar urządzeń, funkcjonalność oraz poszerzająca się oferta produktów w niższych cenach. Rosnąca sprzedaż phabletów powoduje, że obniża się przewidywany poziom sprzedaży tabletów.

Mianem phabletów określa się grupę urządzeń mobilnych wyposażonych w ekran dotykowy o przekątnej między 5,5 a 7 cali. Nazwa pochodzi od połączenia dwóch angielskich słów: „phone” oraz „tablet”. Ze względu na rozmiar i oferowane funkcjonalności sprzedaż tego typu urządzeń dynamicznie rośnie.

O ile w I kwartale 2013 r. phablety stanowiły niewiele ponad 4 proc. całkowitej światowej sprzedaży smartfonów, to w I kwartale bieżącego roku było to już 10,5 proc. W ciągu trzech pierwszych miesięcy tego roku sprzedano ponad 30 mln sztuk tego typu urządzeń – informuje Marek Kujda z firmy analitycznej IDC Polska.

W tym samym czasie sprzedano 50,4 mln tabletów.

Phablety są traktowane jako podkategoria segmentu smartfonów. Jednak zdaniem eksperta sprzedaż tych urządzeń „kanibalizuje” rynek tabletów. Ze względu na wielkość ekranu na phabletach można wykonywać takie operacje, które do tej pory były zarezerwowane dla tabletów. Gdyby phablety zaliczyć w statystykach do rynku tabletów, to ich udział wyniósłby ponad 37 proc. To znajduje odbicie w sprzedaży większych urządzeń, a to z kolei wpływa na prognozy dotyczące tego rynku.

Według IDC w 2014 r. sprzedaż tabletów będzie mniejsza o 15 mln sztuk. Wcześniejsze prognozy mówiące o sprzedaży 260 mln sztuk zostały zrewidowane do 245 mln – w głównej mierze właśnie z powodu rosnącej sprzedaży phabletów – precyzuje Marek Kujda.

Ekspert przyznaje, że w naszym kraju sprzedaż phabletów nie wygląda jeszcze tak imponująco.

Polska jest trochę z tyłu, zwłaszcza za Europą Zachodnią czy za Stanami Zjednoczonymi, jeśli chodzi o ten trend. Jednak rosnącą sprzedaż widać również u nas. W I kwartale bieżącego roku phablety stanowiły już ponad 6 proc. całej sprzedaży smartfonów na polskim rynku – precyzuje analityk IDC.

Jego zdaniem duży wpływ na popularność phabletów będą miały spadające ceny nowych urządzeń, szczególnie w Polsce. Do niedawna phablety kosztowały w granicach 2-3 tys. zł, ponieważ w tej kategorii znajdowały się głównie modele z najwyższej półki, m.in. produkty z serii Galaxy Note firmy Samsung. To może się zmienić wraz z wejściem na ten rynek urządzeń innych producentów.

Pojawia się coraz szersza oferta tańszych phabletów, w cenie ok. 1,2 tys. zł. W dłuższej perspektywie średnie ceny będą dalej spadały, dlatego że pojawia się coraz więcej tanich modeli, które mają specyfikację modeli z niższej półki, natomiast charakteryzuje je duży ekran – przekonuje Marek Kujda.

Mariusz Jabłoński dyrektorem rozwoju biznesu platformy RTB Adfocus

Mariusz Jabłoński objął w Netsprint stanowisko dyrektora rozwoju biznesu odpowiedzialnego za rozwój platformy RTB Adfocus. Do jego obowiązków należy m.in. rozwój i koordynacja działań związanych z promowaniem produktów i usług Netsprint dla e-commerce: Adfocus oraz – wprowadzanej wkrótce na rynek – Adkontekst eCommerce.

Zakres obowiązków nowego dyrektora to przede wszystkim rozwój produktu, tworzenie strategii sprzedaży i marketingu usług Adfocus oraz Adkontekst eCommerce, ustalenie i realizacja budżetu, a także zarządzanie zespołem sprzedażowym.

Mariusz Jabłoński od ponad 13 lat jest związany z handlem, organizacją i rozwojem działów sprzedaży w spółkach z branży e-commerce i nowych technologii. Doświadczenie zdobywał m.in. jako dyrektor sprzedaży w Netsprint, gdzie z sukcesem wprowadził i wypromował na rynku polskim i rynkach zagranicznych rozwiązanie do monitoringu mediów internetowych Newspoint, w Alfa Projekt Sp. z o.o., gdzie odpowiadał za sprzedaż rozwiązań bussines inteligence wspierających zarządzanie przedsiębiorstwem oraz jako Sales Director w RTB House SA. Jest absolwentem kierunku Handel Międzynarodowy w Wyższej Szkole Handlu i Prawa im. Ryszarda Łazarskiego.

INTROL S.A. wypłaci ponad 10 mln zł dywidendy

INTROL S.A., podmiot dominujący grupy kapitałowej dostarczającej zaawansowane rozwiązania dla przemysłu, przeznaczy na dywidendę dla akcjonariuszy 10.122.744 zł z zysku netto wypracowanego w 2013 r., czyli 38 groszy na akcję. Pozostała część zysku zasili kapitał rezerwowy z przeznaczeniem na wypłatę dywidend w przyszłych okresach. Odpowiednią uchwałę podjęło Zwyczajne Walne Zgromadzenie Spółki.

Zgodnie z rekomendacją Zarządu INTROL S.A., Walne Zgromadzenie Spółki podjęło uchwałę o podziale jednostkowego zysku netto za 2013 rok w następujący sposób: 10.122.744 zł, czyli 68% zysku zostanie przeznaczone na wypłatę dywidendy, a pozostała część w wysokości 4.782.149,20 zł zasili kapitał rezerwowy z przeznaczeniem na wypłatę dywidendy w przyszłych okresach. Dzień ustalenia prawa do dywidendy to 1 lipca, a dzień wypłaty dywidendy to 16 lipca 2014 r.

– Konsekwentnie realizujemy naszą politykę dywidendy, która zakłada, że akcjonariusze poza korzyściami wynikającymi ze wzrostu wartości giełdowej INTROL S.A. powinni mieć pewność, że niezależnie od giełdowej koniunktury inwestycja w nasze akcje jest korzystna i bezpieczna w porównaniu z innymi metodami inwestycyjnymi. Dlatego Zarząd Spółki rekomenduje Walnemu Zgromadzeniu uchwalanie wypłaty dywidendy po każdym zakończonym roku obrotowym. – mówi Wiesław Kapral, Przewodniczący Rady Nadzorczej.

INTROL S.A. wypłaca dywidendę swoim akcjonariuszom nieprzerwanie od 2009 roku, przeznaczając łącznie w latach 2009-2014 na ten cel 53,8 mln zł, co daje ponad 2 złote na akcję.

Na 2014 r. Grupa INTROL S.A. ma ambitne plany i zamierza dalej zwiększać rentowność. – Nasza prognoza na poziomie skonsolidowanym zakłada przychody ze sprzedaży produktów, towarów i materiałów w wysokości 450 mln zł, zysk brutto ze sprzedaży w wysokości 70 mln zł, a zysk netto 20 mln zł. Oznacza to wzrosty w porównaniu do wyników osiągniętych w 2013 r. o odpowiednio 23%, 13% i 24%. – mówi Wiesław Kapral.Możliwe to będzie do osiągnięcia dzięki konsekwentnie realizowanej strategii rozwoju, która zakłada koncentrację na najbardziej zaawansowanych technologiach i rozwiązaniach w przemyśle, wypracowywanie i utrzymywanie przewagi konkurencyjnej, stawiając na nowe, perspektywiczne branże i sektory. – Oczywiście zgodnie z naszą polityką, z jednostkowego zysku netto za 2014 r. także zamierzamy wypłacić dywidendę naszym akcjonariuszom – dodaje Wiesław Kapral.

Zwyczajne Walne Zgromadzenie, które odbyło się 23 czerwca br., zatwierdziło także sprawozdania Zarządu INTROL S.A. z działalności Grupy Kapitałowej i Spółki za 2013 r., sprawozdanie finansowe Spółki oraz skonsolidowane sprawozdanie finansowe Grupy Kapitałowej INTROL S.A. za 2013 r. Udzielono absolutorium Członkom Rady Nadzorczej oraz Zarządu INTROL S.A. z wykonania ich obowiązków za 2013 r.

Inter Cars SA – „Naszą siłą są warsztaty”

Inter Cars SA w ciągu niespełna ćwierćwiecza swego istnienia osiągnął fenomenalny sukces. Wykorzystując skok cywilizacyjny, wraz ze swymi partnerami biznesowymi zdobył rynek. Ale sukcesu rynkowego nie buduje się w próżni. Dlatego na dorocznej Gali Mistrzów Warsztatów Robert Kierzek, prezes zarządu motoryzacyjnego lidera, podkreślił rolę niezależnych warsztatów w kształtowaniu branży dystrybucji części samochodowych. Bo to one właśnie w 2013 roku wygenerowały 65 proc. Krajowego przychodu Spółki ze sprzedaży części.

Naszą siłą są warsztaty
Warsztaty są naszą siłą – podkreślał podczas otwierającej Galę konferencji Robert Kierzek. – Wraz z nimi i dzięki nim zmieniamy przyszłość motoryzacji. Robimy to wspólnie już od dwudziestu lat, wyrastając z tych samych korzeni i doskonale rozumiejąc realia biznesowe oraz organizacyjne, jakie dotyczą naszych partnerów i kontrahentów – dodaje.

Projektujemy przyszłość
Wydaje się, że nic nie jest w stanie wyhamować spółki na drodze do zdobywania kolejnych rynków zbytu. Powstają nowe filie i punkty sprzedaży. Wyrasta nowoczesne, jedno z dwóch najpotężniejszych na świecie, innowacyjnych centrów logistycznych. Firma inwestuje w edukację, w przyszłe kadry, które zasilą warsztaty samochodowe i pokryją zapotrzebowanie rynkowe. Jak dotąd IC przeznaczył 1,3 mln zł na wyposażanie pracowni i szkolenia dla uczniów szkół mechanicznych. Docelowo będzie to ponad 3 mln zł!

Pomagamy ponad 4 tys. warsztatów
– Szkolimy kadry, jesteśmy gotowi na jakościowe i biznesowe wyzwania. Rozumiemy jednak, że innowacyjność potrzebuje nie tylko wiedzy. Że ukierunkowanie na sukces można łączyć z szacunkiem i sympatią okazywaną naszym współpracownikom. I na tym budujemy dość niespotykaną, efektywną relację z właścicielami warsztatów – mówi prezes Inter Cars. M.in. dlatego z programów wsparcia inwestycyjnego spółki, dedykowanych warsztatom niezależnym, korzysta dziś aż 4,2 tys. z nich. A firma w samym roku 2013 przeszkoliła aż 13 tys. mechaników.

Wspieramy naszych klientów
Szybki i prosty dostęp do kapitału. Korzystne systemy sprzedaży ratalnych. Inwestycje ukierunkowane na nowych klientów, umowy inwestycyjne PRO dla stałych odbiorców. Leasing z przeznaczeniem na zakup samochodów zastępczych. To część działań realizowanych na rzecz warsztatów, będących podstawą rynkowych osiągnięć Inter Cars. – Dzielimy się zyskiem, wiedzą, doświadczeniem. I myślimy dalej o rozbudowaniu oferty wsparcia kapitałowego poprzez przejęcie w przyszłości także części ryzyka rozliczeń warsztatów z ich klientami – zapowiada Robert Kierzek.

Opłaca się działać razem
Spółka stawia na zbudowanie społeczności skupionej wokół marki Inter Cars, korzystającej z pomocy Grupy w wielu obszarach działalności. Odbywa się to na różnych polach i w wielu dziedzinach, jak choćby w ramach projektu Bio Service, w którym Inter Cars pomaga warsztatom w odbiorze odpadów, wypełnia Karty Odbioru Odpadu i sprawozdania, przekazuje pojemniki do ich gromadzenia, a w formie punktów IC Premia Plus zwraca koszty utylizacji. Kolejną aktywnością jest powołanie Organizacji Pracodawców Motoryzacji MOVEO. Ideą tego przedsięwzięcia jest działanie w dwóch aspektach: bezpieczeństwa drogowego oraz bezpieczeństwa ekonomicznego firm działających na rynku usług warsztatowych. Zamiarem jest zebranie jak największej liczby przedstawicieli z branży motoryzacyjnej, w szczególności warsztatów.

30 tys. telefonów dziennie
Nowoczesne technologie Inter Cars wspomagają dziś partnerów firmy w obsłudze warsztatów, dostępie do nieograniczonej bazy towarowej oraz monitorowaniu kosztów eksploatacji i procesów napraw pojazdów. Wspólne narzędzia informatyczne dla warsztatu i kierowcy dodatkowo usprawniają przepływ informacji, budując wiarygodność wykonawcy w oczach klienta. Najwyższa jakość oferty na rynku oraz docieranie wprost do klienta procentują. Sprzedawcy Inter Cars w Polsce odbierają dziennie aż 30 tys. telefonów od klientów!

Silni, bo w jednej drużynie
– Wierzymy, że innowacyjność to jedyna droga do sukcesu – podkreśla prezes Inter Cars. – Budujemy ją poprzez siłę spójnej identyfikacji. Bo razem, w jednej drużynie, jesteśmy naprawdę dostrzegalni! Mamy 154 filie w całym kraju, 2 miliony użytkowników korzysta z naszych 60 serwisów internetowych, organizujemy największe w kraju targi motoryzacyjne. Wszystko po to, by nie tylko zadbać o własną markę, ale przede wszystkim – by realnie wspomagać właścicieli warsztatów.

Co za dziesięć lat?
Inter Cars wierzy, że w ciągu nadchodzącej dekady standard wyposażenia warsztatów niezależnych oraz jakość obsługi będą analogiczne do jakości usług warsztatów autoryzowanych. Zamierza dojść do tego m.in. poprzez standaryzację jakości i jednorodną strategię wizerunkową, korzystając zarówno z rangi niekwestionowanego lidera sprzedaży usług w Internecie, jak i wspólnych projektów rozwojowych.

Internet rozwija rynek
Ogromną rolę w budowaniu przewagi konkurencyjnej warsztatów stanowić będzie sprzedaż internetowa dająca kierowcom poczucie współuczestnictwa w trosce o prawidłowe naprawy ich pojazdów. Już teraz dzięki specjalnym projektom, w tym systemowi Motointegrator, Inter Cars przekierowuje już do warsztatów 15 tys. klientów miesięcznie! A z roku na rok będzie ich wielokrotnie więcej.

Konsolidacja to wielka szansa
– To co wczoraj było nierealnym marzeniem – dziś jest rzeczywistością. Razem z warsztatami osiągnęliśmy sukces. I wierzymy, że skonsolidowani, skupieni wokół marki Inter Cars, osiągniemy znacznie więcej. Naszym atutem jest rzetelność i wiarygodność. Szybkość działania. Otwartość na wyzwania rynkowe. I to, co najważniejsze: zrozumienie naszych klientów, spośród których sami kiedyś wyrośliśmy na dzisiejszego europejskiego lidera motoryzacji – podsumowuje Robert Kierzek, prezes Inter Cars.

37,5 MW czystej energii dla Podlasia

Generalnym Wykonawcą inwestycji jest konsorcjum białostockiej spółki Electrum oraz firmy Unibep z Bielska Podlaskiego. W budowę farmy zainwestowała spółka należąca do Nordex Windpark Beteiligung GmbH, Momentum Infra 1 GmbH, Eurowatt S.C.A. oraz Winergy Orla Wind Limited. Turbiny wiatrowe dostarczy firma Nordex. To pierwszy tego typu projekt w tej części województwa podlaskiego.

W okolicach wsi Spiczki i Topczykały do końca tego roku stanie 9 elektrowni. Kolejne 6 pojawi się tam w 2015 roku. Łącznie, 15 turbin Farmy Wiatrowej Orla będzie generować energię o mocy 37,5 MW (ok. 100GWh/rok)

Prace projektowe oraz przygotowanie dokumentacji technicznej, niezbędnej do rozpoczęcia inwestycji trwały od 6 lat. Koszt realizacji inwestycji szacowany jest na blisko 270 mln zł. Część tej kwoty pochodzić będzie z kredytu inwestycyjnego w wysokości 94 mln zł., którego udzielił Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju.

Po zakończeniu etapu przygotowawczego, na początku czerwca, wykonawca przystąpił do prac inżynieryjnych i budowlanych. Zakończenie pierwszego etapu budowy planowane jest na jesień tego roku. Pierwsze turbiny zaczną produkować energię elektryczną pod koniec 2014 roku.

Nowa inwestycja w gminie Orla to nie tylko źródło czystej energii, lecz również realne dochody dla samorządu i mieszkańców, z tytułu podatku od nieruchomości oraz dzierżawy gruntów pod wybudowane obiekty. Jak informuje Piotr Selwesiuk, wójt gminy Orla, rocznie, do kasy samorządu trafi ok. 1,4 mln złotych. Wytwarzany przez elektrownię prąd zostanie skierowany do sieci PGE, więc najprawdopodobniej również do gniazdek mieszkańców powiatu.

Nordex to globalna spółka, która od 30 lat zajmuje się produkcją montażem i serwisowaniem turbin wiatrowych. Obecnie w 34 krajach świata działa ponad 6000 turbin firmy Nordex, generujących prąd o łącznej mocy 10,1 GW . Spółka zatrudnia w chwili obecnej ponad 2600 pracowników w 22 krajach.

Nordex jest obecny w Polsce od 6 lat. Łączna moc wszystkich działających w kraju turbin to 220 MW. Spółka jest również deweloperem projektów farm wiatrowych, zarówno własnych, jak też realizowanych w kooperacji z lokalnymi partnerami. Obecnie w przygotowaniu są projekty farm o mocy 500 MW.

Kolejna firma – momentum (pisownia oryginalna) – to założony w 1995 roku oddział private equity niemieckiego domu inwestycyjnego typu „family office” . Firma skupia się na inwestycjach w przedsięwzięcia związane z energią odnawialną w Europie, a także uczestniczy w zarządzaniu projektami z branży motoryzacyjnej i przemysłu ciężkiego.

Eurowatt to drugi pod względem wielkości inwestor z siedzibą w Luksemburgu. Spółka jest niezależnym producentem energii. Jest obecna w kilku krajach Europy, a specjalizuje się głównie w energetyce wiatrowej oraz elektrowniach wodnych.

Winergy Sarl jest niezależnym producentem energii. Koncentruje się na infrastrukturze farm wiatrowych na terytorium Polski. Spółka odpowiada za bieżącą obsługę farm. Dzięki swoim kompetencjom, wnosi szereg wartości dodanych do łańcucha wytwarzania energii.

Działająca od 1997 roku spółka Electrum, jest generalnym wykonawcą robót elektroenergetycznych z obszarów energetyki zawodowej i odnawialnych źródeł energii. Realizuje projekty na terenie całego kraju oraz zagranicą. Dotychczas uczestniczyła w budowie farm wiatrowych o łącznej mocy niemal 400 MW.

Electrum to spółka z polskim kapitałem, zatrudniająca inżynierów oraz specjalistów z zakresu energetyki, budownictwa, IT, prawa, zarządzania. Dzięki wieloletniemu doświadczeniu i wszechstronności wiedzy eksperckiej zespołu, firma zajmuje się kompleksową realizacją przedsięwzięć, również tych najbardziej skomplikowanych i wymagających.

UNIBEP Bielsk Podlaski jest czołową polską spółką budowlaną, działającą w segmencie budownictwa mieszkaniowego. Jako generalny wykonawca prowadzi budowę obiektów użyteczności publicznej- m.in. Opera i Filharmonia Podlaska Europejskie Centrum Sztuki w Białymstoku, Galeria Alfa Białystok, Aquapark w Suwałkach. Od 8 kwietnia 2008 roku UNIBEP S.A. jest notowana na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie.

W ostatnich latach spółka rozwija się coraz prężniej w segmencie budownictwa hotelowego wykonując wiele prestiżowych inwestycji w Rosji i na Białorusi. Spółka jest też największym polskim generalnym wykonawcą w Norwegii, gdzie dostarcza wykończone „pod klucz” projekty w technologii modułowej. Od 2013 roku Unibep jest również obecny na rynku niemieckim, gdzie wykonuje domy opieki seniora dla dużej niemieckiej grupy budowlanej Lindhorst.

Nestlé ogłasza „Sojusz dla Młodych”

Dziś w Lizbonie w obecności Przewodniczącego Komisji Europejskiej, José Manuela Barroso, a także Premiera oraz przedstawicieli rządu Portugalii, Wiceprezes i Dyrektor Zarządzający Nestlé S.A. na Europę, Laurent Freixe, podpisał z kluczowymi europejskimi partnerami firmy „Sojusz dla Młodych(ang. „Alliance for YOUth”). To pierwsza w historii, ogólnoeuropejska inicjatywa przedstawicieli świata biznesu na rzecz walki z bezrobociem wśród ludzi młodych.

Do „Sojuszu dla Młodych”, oprócz inicjatora przedsięwzięcia – Nestlé, przystąpili najwięksi partnerzy biznesowi firmy, m.in. Adecco, Axa, Cargill, CHEP, DS Smith, EY, Facebook, Firmenich, Google, Nielsen, Publicis Groupe, Salesforce.com, Twitter oraz White&Case. We wrześniu dołączą do nich kolejni partnerzy Nestlé z pozostałych europejskich krajów, także z Polski.

„Sojusz dla Młodych jest zobowiązaniem firm, które uznają, że bezrobocie wśród młodzieży to poważny problem społeczny i ekonomiczny na kontynencie i chcą współdziałać na rzecz jego rozwiązania. Uczestnicy sojuszu zadeklarowali, że będą czynnymi ambasadorami praktyk zawodowych w całej Europie, promującymi praktyki i szkolenia dla młodzieży. Zapowiedzieli opracowanie wspólnych inicjatyw, umożliwiających młodym ludziom rozwój, a także gotowość do prowadzenia porad, warsztatów i szkoleń przygotowujących młodych ludzi do wejścia z sukcesem na rynek pracy, obejmujących m.in. doradztwo jak pisać CV oraz jak poradzić sobie podczas rozmowy o pracę.

Jose Manuel Barroso
Jose Manuel Barroso

Jestem pełen uznania dla wsparcia, jakie inicjatywa Nestlé niesie dla „Europejskiego Sojuszu na Rzecz Przygotowania Zawodowego” zainicjowanego przez Komisję Europejską, poprzez istotne zwiększenie wysiłków w promowaniu przyuczania do zawodu oraz oferowaniu praktyk i staży w całej Europie” – powiedział w Lizbonie Przewodniczący Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso. W podpisaniu „Sojuszu dla Młodych” z Nestlé udział wzięli także przedstawiciele najwyższych władz Portugalii: premier Pedro Passos Coelho, wicepremier Paulo Portas oraz Minister Solidarności, Zatrudnienia i Polityki Społecznej Pedro Mota Soares. Portugalscy partnerzy biznesowi Nestlé w ciągu najbliższych 3 lat zobowiązali się stworzyć szanse rozwoju zawodowego aż dla 8 tys. młodych ludzi.

– Podpisany dziś w Lizbonie „Sojusz dla Młodych” to porozumienie Nestlé i kluczowych dostawców firmy na rzecz walki z bezrobociem wśród młodzieży oraz deklaracja współpracy w stwarzaniu nowych miejsc pracy, praktyk, staży, a także innych działań podnoszących kwalifikacje młodzieży na rynku pracy. Jesteśmy bardzo szczęśliwi, że do naszej inicjatywy udało nam się przekonać aż tyle firm. Cieszymy się także z faktu, że trwają rozmowy z kolejnymi podmiotami w kilkunastu europejskich krajach. To stwarza ogromną szansę dla młodych ludzi. Jesteśmy dumni z tego wielkiego osiągnięcia i zachęcamy wszystkich naszych partnerów z każdego kraju do przyłączenia się do „Sojuszu dla Młodych” – powiedział Laurent Freixe, Wiceprezes i Dyrektor Zarządzający Nestlé S.A. na Europę.

Podpisany w Lizbonie „Sojusz dla Młodych” to część Nestlé needs YOUth – Europejskiej Inicjatywy na Rzecz Zatrudniania Ludzi Młodych. Jest to autorski pomysł Nestlé na walkę zbezrobociem wśród młodzieży w całej Europie. Inicjatywę ogłoszono w listopadzie 2013 roku, deklarując, że do 2016 roku firma stworzy możliwości zatrudnienia dla 20 tys. Europejczyków do 30. roku życia. Połowie z nich Nestlé zaoferuje zatrudnienie, a pozostałym płatne staże i praktyki.

Do tej pory w ramach Inicjatywy Nestlé na Rzecz Zatrudniania Ludzi Młodych w całej Europie firma pomogła znaleźć zatrudnienie albo staże dla blisko 5 tys. osób. W Polsce 1 lipca 2014 roku rusza „Letnia Praktyka z Nestlé”, podczas której młodzi Polacy będą mogli zdobywać doświadczenie u największego światowego producenta żywności, a tym samym podnosić kwalifikacje zawodowe i zwiększać swoje szanse na rynku pracy. Dla części praktykantów Nestlé przewiduje możliwość stałego zatrudnienia jeszcze tej jesieni.Nestlé ogłasza „Sojusz dla Młodych” 1

Mieszkaj bez kompromisów

ING Bank Śląski przygotował dla klientów indywidualnych specjalną ofertę kredytów hipotecznych „Mieszkaj bez kompromisów”. W ramach oferty, kredyty hipoteczne dostępne są bez prowizji, z marżą na poziomie 1,65%, niezależnie od kwoty kredytu oraz LTV.

Oferta specjalna „Mieszkaj bez kompromisów” skierowana jest do klientów indywidualnych, którzy do końca września 2014 roku, złożą – samodzielnie lub wspólnie – kompletny wniosek o kredyt hipoteczny, w kwocie minimum 100 000 zł i podpiszą umowę kredytową do końca 2014 roku.

Do skorzystania z oferty specjalnej „Mieszkaj bez kompromisów” wymagane jest jednoczesne spełnienie poniższych warunków:

  • przynajmniej jeden z kredytobiorców na dzień złożenia wniosku o kredyt hipoteczny nie może mieć więcej niż 35 lat (rocznikowo) i uzyskuje aktualnie średniomiesięczny dochód netto na poziomie min. 1 000 PLN;
  • kredytobiorcy, przed podpisaniem umowy o kredyt hipoteczny, posiadają lub założą rachunek oszczędnościowo-rozliczeniowy w ING Banku Śląskim (z deklaracją comiesięcznych wpływów w kwocie minimum 2 000 zł);
  • przynajmniej jeden z kredytobiorców, w dniu podpisywania umowy o kredyt hipoteczny, przystąpi do programu ubezpieczeniowego Opcja ŻYCIE lub Bezpieczny Kredyt STANDARD/PREMIUM (programy ubezpieczeniowe oferowane we współpracy z TU EUROPA S.A., TU EUROPA na Życie S.A oraz ING TU na Życie S.A.).

Oferta specjalna „Mieszkaj bez kompromisów”, dotyczy mieszkaniowych kredytów hipotecznych oraz mieszkaniowych kredytów budowlano-hipotecznych.

 

Poszukiwanie sposobu na walkę z przestępczością gospodarczą

0

Szara strefa, słupy, czy wyłudzanie podatku VAT to zjawiska, które działają na niekorzyść polskiego państwa, a dokładnie jego budżetu. Przez to naruszają interesy wszystkich uczestników obrotu gospodarczego, ostatecznie uderzając w portfel każdego z nas.

Przestępczość gospodarcza jest dość powszechnym zjawiskiem. Jak mówi serwisowi infoWire.pl Jarosław Koziński, Partner Zarządzający Działem Doradztwa Podatkowego EY „[…] Wyłudzenia podatkowe są bardzo lukratywnym przedsięwzięciem, ale nie wiążą się z takim potępieniem społecznym jak handel narkotykami czy wymuszenia. To bardzo niebezpieczne, ponieważ za to społeczne przyzwolenie możemy kiedyś bardzo drogo zapłacić”.

Popularnym procederem przy dokonywaniu oszustw gospodarczych jest podstawianie „słupów”, czyli osób, które często za niewielkie pieniądze są w stanie podpisać każdy dokument. Na taką osobę rejestruje się między innymi działalność gospodarczą. „Są to osoby przeważnie z marginesu społecznego, nieszczęśliwi ludzie wykorzystywani do tego, by dzięki ich dokumentom dokonać wyłudzenia. Tego typu działania służą do przeprowadzenia kilku transakcji i wyłudzenia VAT-u. Po czym taka działalność gospodarcza jest zamykana” – wyjaśnia Jarosław Koziński.

Szara strefa, czyli ukrywanie dochodów, to kolejny problem uderzający w gospodarkę państwa, jest szczególnie widoczny w branży budowlanej. Jak uważa Andrzej Torój, Kierownik Zespołu Analiz Ekonomicznych EY „[…] całkowity popyt na materiały budowlane rządzi się normalnymi prawami. Jeżeli mamy większe ożywienie w budownictwie, tak jak podczas Mistrzostw Europy w 2012 roku, zapotrzebowanie rośnie. Natomiast oficjalny popyt był mniejszy, ponieważ większy >>kawałek tortu<< zabrała szara strefa”.

Jak walczyć z oszustami podatkowymi? Zdaniem Jarosława Kozińskiego pozwoliłby na to mechanizm odwrotnego obciążenia. „To rozwiązanie usuwa z obiegu kwotę podatku. Krótko mówiąc, na ostatnim etapie, wpłaca się VAT wprost do urzędu skarbowego, a nie swojemu klientowi. Dzięki temu można uniknąć sytuacji, w której przestępcy go przechwytują. Kwota VAT nie płynie przez obieg, więc nie może zostać wyłudzona”.

Państwo tworzy prawo, a przestępcy szukają możliwości jego obejścia. Ważne, żeby przepisy konstruowano w taki sposób, aby nie było to możliwe.

ZASILACZ dostępny w Banku Pocztowym

W czerwcu br. Bank Pocztowy rozpoczął sprzedaż karty przedpłaconej ZASILACZ. Jest ona dostępna w Placówkach i Mikrooddziałach Banku.

Karta przedpłacona (prepaid) jest bardzo dobrym rozwiązaniem na zbliżający się okres wakacyjny. Dla dzieci – jako forma kieszonkowego na wakacyjne wojaże, dla dorosłych – jako bezpieczna karta zawierająca tylko określoną kwotę do wydania, z możliwością zasilenia w dowolnym momencie przelewem z innego rachunku. Jest to idealne rozwiązanie na podróże zagraniczne.

Karta prepaid  jest często nazywana elektroniczną skarbonką dla najmłodszych. Pozwala bowiem na rozpoczęcie przygody z finansami nawet przez 13-latków. Jest to dobra propozycja  dla młodego człowieka kupującego gry czy aplikacje, ponieważ umożliwia realizację płatności przez Internet.

Zasilacz może zostać zakupiony przez osoby pełnoletnie, ale użytkownikiem karty może być również młodzież od 13 roku życia. Bank Pocztowy oferuje dwa rodzaje zasilenia środkami karty:
•    Gotówkowo poprzez wpłatę na numer rachunku podany na karcie (m.in. w Placówkach Banku oraz Poczty Polskiej).
•    Bezgotówkowo – poprzez przelew z dowolnego rachunku bankowego.

Wpłaty gotówkowe są dostępne już w dniu zakupu ZASILACZA,  co pozwala  na szybkie  przekazanie pieniędzy dziecku, które np. wyjeżdża z kartą przedpłaconą na wakacje.

Karta ZASILACZ daje bardzo wiele możliwości. Pozwala na płacenie za zakupy w sklepie, restauracji czy kinie. Można nią płacić w sklepach stacjonarnych oraz  w Internecie. Dzięki ZASILACZOWI można również wypłacać pieniądze z bankomatów w Polsce i za granicą,.

Karta ZASILACZ pozwala rodzicowi na kontrolę wydatków dziecka i bieżące uzupełnianie kieszonkowego, ponieważ zarówno rodzic kupujący kartę jak i dziecko, które jej używa, posiadają stały dostęp do informacji o transakcjach i dostępnych środkach.ZASILACZ dostępny w Banku Pocztowym 2

ING na podium w konkursie „50 największych banków w Polsce”

ING Bank Śląski zajął drugie miejsce w kategorii „Banki finansujące nieruchomości” w konkursie „50 największych banków w Polsce”. Ranking został przygotowany przez Miesięcznik Finansowy Bank.

ING Bank Śląski zajął drugie miejsce w kategorii „Banki finansujące nieruchomości” w 20-ej edycji rankingu „50 największych banków w Polsce 2014” przygotowanego przez Miesięcznik Finansowy Bank. Nagrody wręczono podczas spotkania Horyzonty Bankowości 2014, zorganizowanego przez Centrum Prawa Bankowego i Informacji oraz Związek Banków Polskich. W kategorii banków finansujących nieruchomości zwyciężył PKO Bank Polski S.A. a na trzecim miejscu znalazł się Deutsche Bank Polska PBC S.A.

„50 największych banków w Polsce” to coroczny konkurs, oceniający pozycję rynkową instytucji finansowych na tle całego sektora bankowego. Na podstawie uzupełnianych przez banki ankiet grono niezależnych ekspertów wybiera zwycięzców w różnych kategoriach, m.in. banki detaliczne, hipoteczne, z największą efektywnością działania, czy skutecznością akcji kredytowej.ING na podium w konkursie „50 największych banków w Polsce” 3

Na przetargu na operatora e-myta dla samochodów osobowych stracą zarówno kierowcy, jak i państwo

CEO Magazyn Polska

Planowany na przyszły rok przez rząd przetarg na operatora systemu elektronicznego poboru opłat na autostradach dla aut osobowych spowolni proces likwidacji bramek. E-myto dla osobówek mogłoby zacząć działać już w 2016 r., gdyby funkcjonowało na bazie istniejącej infrastruktury. Jednak zgodnie z podpisaną umową do listopada 2018 roku jej wyłącznym operatorem jest Kapsch Telematic Services. Przetarg i ewentualne zwycięstwo innej firmy oznaczałyby prawdopodobnie przegraną państwa w sądzie i co najmniej dwuletnie opóźnienie harmonogramu.

Nie rozumiem pomysłu na ten przetarg, bo może to oznaczać albo konieczność zerwania umowy z Kapschem, albo modyfikacji tej umowy poprzez aneks, np. że ona się wcześniej kończy. To oznaczałoby także wypłaty ze strony skarbu państwa. Dociągnięcie umowy z Kapschem do końca 2018 roku, a równocześnie postawienie obok innego operatora systemu tylko dla samochodów osobowych jest dziwne i jest niepotrzebnym mnożeniem bytów – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adrian Furgalski z Zespołu Doradców Gospodarczych TOR.

Kapsch Telematic Services jest obecnie operatorem systemu e-myta dla ciężarówek viaTOLL. Na autostradach zarządzanych przez Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad opłatę elektronicznie mogą wnosić również kierowcy aut osobowych w ramach systemu viaAUTO, jednak jak na razie system jest mało popularny. Ponieważ w punktach poboru opłat często tworzą się duże korki, a rozbudowa manualnego systemu jest kosztowna, Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju chce rozszerzyć system elektroniczny również na samochody osobowe.

Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami punkty manualnego poboru opłat mogłyby zniknąć z autostrad już w 2016 r. Dotyczyłoby to zarówno autostrad GDDKiA, jak i koncesyjnych. Do tej pory jednak eksperci i administracja sugerowali, że nowy system ma wykorzystywać istniejącą infrastrukturę viaTOLL-a zarządzaną przez Kapscha. Ubiegłotygodniowa zapowiedź przetargu zaskoczyła ekspertów i spółkę.

Kierunek wyznaczony przez premier Bieńkowską, że odchodzimy od bramek, jest nadal aktualny. I to jest na pewno dobra informacja. Złą informacją może być to, że skoro prawdopodobnie wchodzimy w spór z Kapschem, który ma w umowie z GDDKiA zapis, że innego operatora systemu elektronicznego nie może być, dopóki nie skończy się umowa, to oznacza i spór sądowy, i pewnie blokowanie wyboru tego operatora. Tym samym  2017 rok, kiedy te udogodnienia dla kierowców miałyby wejść w życie, stoi pod znakiem zapytania – wyjaśnia Furgalski.

Przewiduje, że jeśli powstanie konflikt pomiędzy administracją a Kapschem, prywatni koncesjonariusze mogą wycofać się ze wspólnego systemu i utrzymają własne metody poboru opłat. Obecnie trwają z nimi negocjacje, a najbardziej przychylna nowemu systemowi jest spółka GTC – koncesjonariusz autostrady A1. 

Jeżeli do końca 2018 roku mamy podpisaną umowę z firmą Kapsch, to wydawało się najprostszym rozwiązaniem, żeby to ta firma, wykorzystując już postawioną infrastrukturę, uzupełniła ten system o samochody osobowe – uważa Furgalski.

Umowa państwa z Kapschem kończy się w listopadzie 2018 r. Dopiero wtedy infrastrukturą, taką jak bramownice z czujnikami systemu viaTOLL, która jest własnością Skarbu Państwa, może zarządzać inna firma. Oznacza to, że w przypadku wyboru innego operatora trzeba by stworzyć nową, kosztowną infrastrukturę lub poczekać do końca 2018 r. ze startem systemu e-myta dla aut osobowych. Furgalski podkreśla, że w takiej sytuacji straciliby zarówno kierowcy, jak i państwo. System manualny jest bowiem kosztowny w utrzymaniu i budowie oraz uciążliwy dla podróżnych, więc trzeba go zlikwidować jak najszybciej.

Furgalski dodaje, że w momencie uruchomienia systemu Kapsch miał opracowany biznesplan do końca trwania umowy. Za budowę i zarządzanie systemem viaTOLL do końca kontraktu Kapsch ma otrzymać prawie 5 mld zł, a w przypadku pojawienia się konkurencyjnego operatora spółka na pewno zanotowałaby mniejsze przychody. Furgalski ocenia, że to prowadziłoby do procesów sądowych, w których Polska mogłaby przegrać. Dodaje, że wpływ na decyzję o przetargu może mieć lobbing firm budujących infrastrukturę związaną z bramkami poboru opłat.

Mnie od razu nasunęła się na myśl kwestia ekranów. Przez 6 lat powtarzaliśmy: po co tyle ekranów, budujemy je w miejscach niepotrzebnych na skutek nieżyciowych przepisów, które nie wiadomo dlaczego zaostrzają normy w stosunku do norm unijnych. Po 6 latach rząd stwierdził: „tak, rzeczywiście, te ekrany w takiej ilości są niepotrzebne, zmieniamy przepisy”. Straciliśmy na tych zbędnych ekranach 1,5 mld zł, ale kto miał na tym zarobić, ten zarobił. Może tu jest tak samo – zastanawia się Furgalski.

Eurolot chce wyjść na plus dzięki czarterom. Na razie wynajętymi samolotami wykonuje loty dla innych linii

Rozwój na rynku czarterowym ma pomóc przywrócić rentowność liniom lotniczym Eurolot. Polski przewoźnik od początku czerwca wykonuje loty dla linii 4You Airlines, która z kolei przewozi głównie klientów biura podróży Alfa Star. Ani Eurolot, ani 4You Airlines nie mają własnych samolotów takiego typu, więc wynajmują maszyny wraz załogami od innych linii.

Umowa jest bardziej skomplikowana, ponieważ jest to nowość na polskim rynku. Polega ona na tym, że wynajmujemy przewoźnika do realizacji kontraktu czarterowego, ponieważ nie mamy naszych samolotów i załóg, a umowę czarterową mamy z firmą 4You Airlines, de facto przewożąc pasażerów firmy Alfa Star – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Balcerzak, prezes Eurolotu.

Eurolot rozpoczął loty we współpracy z 4You Airlines na początku czerwca. Na razie wynajmowane są samoloty różnych przewoźników. Na Ukrainie w barwy 4You Airlines zostały już przemalowane Airbusy A320 linii YanAir. W ubiegłym tygodniu przyleciały one do Katowice, gdzie znajdzie się baza linii. Maszyny latają w ramach certyfikatu operatora lotniczego (AOC) Eurolotu.

Balcerzak podkreśla, że pomimo tego skomplikowanego modelu współpracy dla Eurolotu to opłacalne przedsięwzięcie. Marża dla państwowego przewoźnika jest stała, a koszty są przenoszone na 4You Airlines. Dodaje, że Eurolot ma już pewne doświadczenie na rynku czarterów wakacyjnych, bo na pokładach swoich 78-miejscowych bombardierów wozi turystów na wyspę Uznam i do Chorwacji.

Mówiąc o wejściu Eurolotu na rynek czarterowy, miałem na myśli wejście w segment czarterów, gdzie operuje się dużymi samolotami, 180-miejscowymi i większymi. Mamy już określoną współpracę zarówno ze Stowarzyszeniem Hotelarzy, chociażby na trasach z Heringsdorfu, jak i z biurem podróży Rainbow Tours do Chorwacji – wylicza Balcerzak. – Jest to z jednej strony nowe doświadczenie dla firmy, z drugiej strony – normalna działalność lotnicza komercyjna, która ma przynieść dodatkowy efekt w postaci zwiększenia przychodów firmy.

Dodaje, że ten sezon to próba działalności w sektorze czarterowym dla Eurolotu. Jeśli wyniki będą dobre, przewoźnik będzie kontynuował tego typu loty. Balcerzak zapowiada, że Eurolot może pozyskać własne samoloty do lotów czarterowych, by nie korzystać z cudzych maszyn.

Zwiększone dzięki letnim lotom czarterowym przychody mają pomóc Eurolotowi osiągnąć rentowność. Przewoźnik w 2012 r. stracił 57 mln zł, a w ubiegłym, według słów byłego prezesa Mariusza Dąbrowskiego, 20 mln zł.

Balcerzak podkreśla, że w tym roku możemy jeszcze nie osiągnąć zysku. Plan jest bowiem rozpisany na dwa lata.

Z naszych wstępnych analiz wynika, że wychodzenie na prostą nie powinno trwać dłużej niż dwa lata, ale oczywiście jesteśmy realistami i na pewno w ciągu roku tego nie zrobimy. To jest duże wyzwanie, niemniej jednak nasze założenia w dwuletnim planie biznesowym pokazują, że tę rentowność powinniśmy osiągnąć w takim czasie – zapowiada Balcerzak.

Planom tym sprzyjają prognozy wzrostu ruchu lotniczego. Jak podkreśla Balcerzak, statystyki wskazują na zależność liczby pasażerów od wzrostu PKB. Ponieważ gospodarka ma się rozwijać w tempie ponad 3 proc. rocznie, można spodziewać się dwukrotnie szybszego przyrostu liczby pasażerów (4-5 proc. rocznie). W ubiegłym roku, zgodnie z danymi ULC, linie lotnicze przewiozły niemal 3 mln pasażerów czarterowych z i do Polski. Liderem rynku był czeski Travel Service, który przewiózł 29,3 proc. podróżnych. 56 proc. rynku należało do polskich linii (przede wszystkim Enter Air, Small Planet Airlines i Bingo Airways).

PGNiG walczy z nadmiernymi obciążeniami finansowymi. Wszystko przez polityczne decyzje i brak spójnej polityki państwa wobec spółki

CEO Magazyn Polska

Polsce brakuje spójnej polityki wobec PGNiG, przez co spółka zmaga się z nadmiernymi obciążeniami finansowymi. Gazowy koncern z jednej strony musi dbać o bezpieczeństwo energetyczne kraju, a z drugiej stoi przed wymogiem dywersyfikacji źródeł gazu. Politycznie motywowane kosztowne kontrakty mogą zagrozić PGNiG. Problemem jest również obligo gazowe, czyli wymóg sprzedaży określonej ilości gazu przez giełdę, a także planowane podatki od wydobycia węglowodorów.

Elementem obciążającym PGNiG jest podporządkowanie celom politycznym, takim jak na przykład dywersyfikacja źródeł gazu. PGNiG wykonuje dywersyfikację i dosyć mocno za to płaci. To jest cel, który przyświeca państwu, a spółka ponosi tego koszty – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Szczęśniak, ekspert rynku paliw.

Szczęśniak podkreśla, że Polska prowadzi sprzeczną politykę wobec PGNiG. Z jednej strony spółka jako jedyna jest prawnie zobowiązana do dbania o bezpieczeństwo energetyczne dostaw gazu. To szczególnie istotne w kontekście trwającego kryzysu na Ukrainie. Prawo zmusza także spółkę do subsydiowania gazu dla odbiorców indywidualnych, którzy płacą za gaz mniej niż odbiorcy przemysłowi. Na to nakłada się motywowana politycznie dywersyfikacja źródeł gazu.

Ta polityka stawia PGNiG w niekorzystnej sytuacji finansowej. Większość zobowiązań spółki ma podłoże polityczne, a nie ekonomiczne. To właśnie PGNiG ponosi koszty rządowej polityki.

Cele są polityczne, ale wykonawcą jest PGNiG – podkreśla Szczęśniak. – Po pierwsze, kontrakt LNG [skroplony gaz płynny – red.] z Katarem, który jest bardzo drogi, a po drugie na bilansie PGNiG budowany jest gazoport i wszelkie ryzyka z tym związane przechodzą właśnie na spółkę. Mamy cały zestaw obciążeń i obowiązków największej naszej spółki wobec obywateli, wobec państwa i wobec jego polityki.

Szczęśniak podkreśla, że taka sytuacja jest całkowicie sprzeczna z warunkami rynkowymi. PGNiG musi, m.in. poprzez obligo gazowe, otworzyć dostęp do rynku gazu, ale z uwagi na wyjątkowe zobowiązania nie ma możliwości uczciwej konkurencji z innymi podmiotami. Spółka musi subsydiować odbiorców indywidualnych, a jednocześnie rząd planuje wprowadzenie kolejnych obciążeń podatkowych. W Sejmie trwają prace nad podatkiem o wydobycia węglowodorów, w tym gazu z łupków.

– Stąd pojawia się pytanie, jak taką politykę pogodzić. Oczywiste jest, że polityka dość taniego gazu w Polsce się wtedy skończy, ponieważ nikt nie uniesie na raz subsydiowania drogiego, politycznie zepsutego importu gazu, a z drugiej strony kolejnego podatku. To jest nie do pogodzenia w jednej polityce cenowej – mówi Szczęśniak.

Sytuacji nie zmieni także import gazu łupkowego ze Stanów Zjednoczonych. Choć na amerykańskim rynku jest on tańszy, koszty transportu do Europy spowodują, że ta różnica zniknie. Szczęśniak podkreśla, że źródła gazu dla Polski powinny być wybierane przede wszystkim na podstawie kryteriów ekonomicznych, a nie, jak dotychczas, głównie politycznych.

Szczęśniak ocenia, że jeśli polityka państwa wobec PGNiG nie zniesie nadmiernych obciążeń dla tej spółki, straty mogą doprowadzić do problemów narodowego operatora. Liberalizacja rynku i dalszy podział PGNiG na mniejsze spółki może doprowadzić do przejęcia ich przez zagraniczne koncerny. Te będą kierowały się tylko rachunkiem zysków i strat, a nie politycznymi celami związanymi z subsydiowaniem importowanego gazu i dywersyfikacją źródeł.

Sądy arbitrażowe chcą sprawniej rozwiązywać spory między przedsiębiorcami. Skorzystają m.in. z nowych technologii

0

CEO Magazyn Polska

Sąd Arbitrażowy przy Krajowej Izbie Gospodarczej planuje wprowadzić nowy regulamin. Zakłada on zwiększenie wpływu przedsiębiorców na toczące się postępowania. Będą one dzięki temu prowadzone sprawniej i szybciej. Wykorzystane zostaną też nowe technologie, m.in. wideo- i telekonferencje. Nowy regulamin może zacząć obowiązywać od początku przyszłego roku.

Nasz cel był taki, żeby przedsiębiorcy dysponowali lepszymi instrumentami w rozwiązywaniu swoich sporów – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes adwokat Maciej Łaszczuk, członek Rady Arbitrażowej Sądu Arbitrażowego przy KIG, przewodniczący Komisji ds. Nowego Regulaminu. – To z kolei wymaga dostarczenia nowoczesnych instrumentów, aby strony mogły wpływać na to, żeby postępowanie było sprawne i efektywne. Natomiast zapadający wyrok, żeby był stabilny i nie podlegał uchyleniu przed sądem państwowym, a przede wszystkim, aby strony miały poczucie, że ten spór rozstrzygany jest w najlepszej wierze i przy użyciu wszystkich środków, które są istotne z ich punktu widzenia.

Na etapie przygotowawczym możliwe będą wideo- i telekonferencje, w trakcie których strony wraz z arbitrami będą mogły ustalić m.in. terminy rozpraw czy dopuszczenie dowodów. Ma to zwiększyć transparentność całego procesu.

Zgodnie z założeniami projektu nowego regulaminu Sąd Arbitrażowy przy KIG ma lepiej odpowiadać potrzebom przedsiębiorców. W przeciwieństwie do mediacji w trakcie arbitrażu to właśnie strony sporu odgrywają główne role. Nowy regulamin ma im to ułatwić, a tym samym – zwiększyć efektywność arbitrażu.

Według Macieja Łaszczuka strony sporu już na pierwszym posiedzeniu organizacyjnym powinny wiedzieć, kiedy zapadnie wyrok i w jaki sposób będzie przebiegać postępowanie. Na usprawnienie samego postępowania mają wpłynąć inne proponowane zmiany dotyczące m.in. postępowania dowodowego.

Mamy nowe proponowane postanowienia, takie jak możliwość dopuszczenia dowodu z opinii biegłego zamówionej przez stronę, a nie tylko zleconej przez zespół orzekający. Mamy wpisaną do regulaminu możliwość przeprowadzenia dowodu ze świadka poprzez sporządzenie pisemnych oświadczeń świadków i później uzupełnieniu ich przesłuchaniem przed sądem polubownym – wylicza Łaszczuk.

Dodaje, że nowy regulamin umożliwi też wydawanie zarządzeń organizacyjnych w formie postanowień. Łaszczuk przyznaje, że prace trwają dość długo z uwagi na ich szczegółowość, liczy jednak na to, że po przyjęciu nowy regulamin Sądu Arbitrażowego przy KIG stanie się wzorem dla innych sądów tego typu. Ocenia, że być może nawet posłowie zwrócą uwagę na ten regulamin w przypadku zmian przepisów dotyczących postępowania arbitrażowego w Kodeksie Cywilnym.

Ostateczna wersja nowego regulaminu ma powstać do końca sierpnia lub najpóźniej na początku września. Mógłby on wejść w życie od początku przyszłego roku.

Producenci cukru obawiają się chudych lat. Wyzwaniem będzie zniesienie kwot w 2017 r.

CEO Magazyn Polska

Producenci cukru szykują się na chude lata. Nadpodaż cukru na rynku przy stałym popycie i ograniczeniach w eksporcie, a także wahania cen surowca na światowych rynkach powodują, że od kilku miesięcy sytuacja w branży pogarsza się w porównaniu z poprzednimi latami. Największym wyzwaniem dla producentów będzie zniesienie systemu kwotowego po 30 września 2017 roku, kiedy polskie cukrownie będą musiały konkurować z producentami z innych unijnych państw.

Unijny rynek cukru podlega restrykcyjnym regulacjom, między innymi narzucanym odgórnie limitom produkcji. W przypadku Polski kwota wynosi nieco ponad 1,4 mln ton cukru. Instytut Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej szacuje, że produkcja może być o 400 tys. ton wyższa. Mimo to nadwyżek nie można spożytkować na krajową konsumpcję (ponad 1,6 mln ton). Cukier pozakwotowy można zaliczyć na poczet produkcji kwotowej w sezonie 2015/2016 lub wyeksportować do krajów trzecich. Jednak w UE istnieją również ograniczenia w eksporcie wynikające z międzynarodowych umów.

Eksport był dla nas zawsze dużym problemem, szczególnie w momencie, kiedy Unia Europejska podpisała w ramach umów WTO, by ograniczono możliwości eksportu cukru z krajów Unii Europejskiej na rynki światowe. Potencjał przemysłu cukrowniczego, zarówno w Polsce, jak i w Europie, jest zdecydowanie wyższy niż możliwe ilości eksportu cukru. WUE możemy eksportować 1,35 mln ton na rynki światowe, a moglibyśmy równie dobrze 4 czy 5 mln ton – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Janusz Pierun, generalny pełnomocnik na Polskę w firmie Pfeifer & Langen, odpowiadającej za jedną czwartą produkcji cukru w Polsce.

Dzięki międzynarodowym umowom na rynek unijny wpływa też więcej cukru importowanego, również tańszy cukier z trzciny cukrowej (w UE cukier jest produkowany z buraków cukrowych). Nadpodaż surowca – przy stabilnej konsumpcji i ograniczeniach w eksporcie – powoduje problemy polskich i europejskich cukrowni.

Dodatkową trudnością są wahania cen na światowych rynkach. Przez lata regulowany rynek europejski był dość odporny na wahania cen cukru na giełdach cukru trzcinowego w Nowym Jorku czy cukru białego w Londynie.

Mieliśmy nadzieję, że taka sytuacja się utrzyma, jednak dziś zmiany cen giełdowych mają wpływ na rynek europejski, a w tym polski. Lata 2011-2013 przynosiły pozytywne wyniki, zarówno plantatorom, jak i przemysłowi cukrowniczemu, jednak od przełomu roku widzimy, że nadchodzą lata chude – uważa Janusz Pierun.

Największe wyzwanie dopiero przed branżą. 30 września 2017 roku praktycznie znikną dotychczasowe reguły funkcjonowania przemysłu cukrowniczego w Europie, a branża stanie się w pełni wolnorynkowa.

To dla plantatorów i przemysłu cukrowniczego ogromne wyzwanie. Będziemy musieli znacząco zmienić zasady współpracy, a plantatorzy staną przed koniecznością zdecydowanego obniżenia kosztów upraw – mówi Janusz Pierun.

Wysiłek będzie niezbędny, by konkurować z plantatorami francuskimi, holenderskimi czy niemieckimi. W niektórych krajach warunki geograficzne, glebowe i atmosferyczne mają wpływ na niższe koszty uprawy. Przykładem jest Francja, gdzie ziemie w Szampanii pozwalają na nisko kosztową produkcje i uzyskiwanie wysokich plonów.

Nie mamy tak doskonałych ziem. A ten cukier z Francji może się znaleźć na rynkach tak samo polskim, jak i innych krajów Unii Europejskiej. To wyzwanie i zagrożenie – twierdzi Janusz Pierun. – Musimy pogłębić symbiozę między producentami cukru a plantatorami. To będzie naszą siłą, jeśli będziemy umieli zawierać kompromisy. Dzięki temu będziemy mogli przetrwać te trudne lata.

Firma Pfeifer & Langen działa w Polsce od 19 lat. Ma cztery cukrownie w Wielkopolsce – w Środzie Wielkopolskiej, Gostyniu i Miejskiej Górce – oraz jedną w Glinojecku na Mazowszu.

Nasze cukrownie należą do najnowocześniejszych w Europie. Są doinwestowane, mogą rocznie produkować ponad pół miliona ton cukru. Według odbiorców dysponujemy największym portfolio produktów cukrowych – mówi Janusz Pierun.

Jak podkreśla, to właśnie rozbudowane portfolio ma służyć umacnianiu pozycji firmy w Polsce.

W ubiegłym roku konsumpcja cukru w gospodarstwach domowych była nieco niższa niż w 2012 roku i wyniosła 14,04 kg na osobę. Spadek nastąpił mimo obniżenia cen detalicznych cukru o 9 proc. Rośnie za to zużycie cukru w przemyśle spożywczym, głównie za sprawą większego eksportu produktów żywnościowych.

W Polsce działają cztery koncerny cukrownicze: polska Krajowa Spółka Cukrowa z udziałem w produkcji na poziomie 39,1 proc. oraz firmy niemieckie – Pfeifer & Langen (25,8 proc.), Südzucker Polska (24,6 proc.) oraz Nordzucker Polska (10,5 proc.).

Przyszłością walki z rakiem prostaty jest leczenie spersonalizowane

CEO Magazyn Polska

Rocznie na raka prostaty zapada w Polsce około 9 tys. mężczyzn. Choć w ostatniej dekadzie zwiększyła się wykrywalność nowotworu, a na rynek weszły innowacyjne leki, to nowotwór prostaty odpowiada za ponad 7 procent zgonów spowodowanych ogółem przez raka. Zdaniem ekspertów przyszłością leczenia tego nowotworu będą spersonalizowane terapie, dostosowane do każdego przypadku. Ponadto, jak wynika z ostatniego kongresu Amerykańskiego Towarzystwa Onkologii Klinicznej, rokowania chorych z zaawansowanym nowotworem może znacznie poprawić ścisła współpraca między urologiem a onkologiem.

Przyszłość leczenia raka prostaty to spersonalizowane terapie. Kiedy będziemy wiedzieli, jaki nowotwór występuje u danego pacjenta, jakie jest rokowanie w przypadku tego nowotworu, będziemy stosowali terapię najlepszą nie dla nowotworów wysokiego, niskiego, średniego ryzyka, lecz dla nowotworu u pana Kowalskiego i dla nowotworu pana Nowaka – mówi agencji Newseria Biznes profesor Piotr Radziszewski, urolog.

Najczęstszym badaniem, które pozwala wykryć nowotwór, jest mierzenie stężenia białka wytwarzanego przez gruczoł prostaty (PSA), co może pomóc we wcześniejszym wykryciu schorzenia. Tzw. skrining oportunistyczny, czyli badania przesiewowe przeprowadzane na całej populacji, to jednak przypadkowe oznaczenia PSA. Skrining dziki, prowadzony przez organizacje czy samorządy, także pozwala oznaczyć stężenie białka, jednak problemem jest dalsze postępowanie w przypadku pozytywnego wyniku badania.

To powinno wyglądać tak, że zgodnie z wytycznymi dużych organizacji międzynarodowych mężczyzna powinien być poinformowany o tym, jakie są wady i zalety skriningu, jakie jest ryzyko nadmiernego rozpoznania i nadmiernego leczenia. Potem można wykonać oznaczenie PSA i jeżeli mamy to oznaczenie, które sugeruje nam raka prostaty, to następuje ciąg dalszy zdarzeń  biopsja stercza, potwierdzenie histopatologiczne raka gruczołu krokowego i rozpoznanie, czy jest to rak ograniczony do narządu, czy to rak wysokiego lub niskiego ryzyka, czy to jest nowotwór rozsiany i w zależności od tego, jakie mamy rozpoznanie, takie przyjmujemy leczenie – tłumaczy profesor Piotr Radziszewski.

Sposób leczenia chorych zależy od wielu czynników – rodzaju nowotworu, wieku pacjenta czy współistniejących schorzeń. W przypadku nowotworów niskiego ryzyka metodą leczenia może być aktywna obserwacja – wówczas pacjent może uniknąć naświetlania czy operacji. U pacjentów powyżej 70. roku życia najczęściej stosowaną metodą jest baczna obserwacja – leczenie opóźnia się do momentu, w którym staje się ono konieczne. Jeśli jest to nowotwór pośredni, wysokiego ryzyka, pacjenta kieruje się na radioterapię lub na zabieg chirurgiczny. Jak podkreśla Radziszewski, wciąż jednak zasadą jest, że urolog kieruje na chirurgię, natomiast radioterapeuci – na naświetlanie. Jest to jednak wybór pacjenta, który po rozmowie ze specjalistami powinien podjąć decyzję. Przy rozsianym nowotworze w leczeniu korzysta się ze wszystkich możliwych środków – zarówno onkologii klinicznej, radioterapii, jak i urologii.

Zdaniem profesora Piotra Wysockiego, onkologa, w leczeniu powinno się odejść od standardowej metody, w której na początku pacjent kierowany jest do urologa, stosuje się leczenie miejscowe, a następnie hormonoterapię i dopiero kiedy takie leczenie nie przynosi skutków, pacjent kierowany jest do onkologa. 

– To się zmieniło i dramatyczna zmiana spojrzenia na tę współpracę nastąpiła tak naprawdę podczas kongresu Amerykańskiego Towarzystwa Onkologii Klinicznej, który odbył się pod koniec maja. Wtedy pokazano, że u chorych z masowymi przerzutami, którzy byli do tej pory prowadzeni przez urologów i u których pojawia się uogólniony proces nowotworowy, i trzeba włączyć hormonoterapię, należy od razu prowadzić konsultacje uroonkologiczne, a jednocześnie włączać i hormonoterapię, i chemioterapię. Okazało się, że ich równoczesne włączenie znacznie poprawia rokowania chorych – wyjaśnia profesor Wysocki.

Badania wskazują, że u chorych, którzy przechodzili przez tradycyjny, sekwencyjny system leczenia – hormonoterapia i następnie chemioterapia, średni czas życia po wykryciu choroby wynosił 44 miesiące. Osobom, u których w tym samym czasie stosuje się obie terapie, czas życia wydłuża się znacząco, bo o 17 miesięcy. Dlatego też zdaniem prof. Wysockiego współpraca między urologiem a onkologiem musi rozpocząć się już w momencie stwierdzenia nowotworu. Leczenie systemowe rozpoczyna się we wczesnym etapie – to jednoczesne stosowanie hormono- i radioterapii. 

Natomiast generalnie o leczeniu systemowym, takim już klasycznym, stosowanym u chorych na raka gruczołu krokowego mówimy wtedy, gdy dochodzi do zaawansowanego procesu nowotworowego. To proces, którego nie da się już opanować strategiami leczenia miejscowego, to masywna wznowa miejscowa w miednicy lub rozsiew choroby nowotworowej. I to, co się zmieniło w ostatniej dekadzie, to udało nam się zacząć leczyć efektywnie chorych na raka gruczołu krokowego, u których klasyczna hormonoterapia już nie działa – mówi Wysocki.

W ostatnich latach pojawiły się innowacyjne terapie hormonalne, które poprawiły rokowania u osób, u których nowotwór okazał się odporny na wycięcie. Leki cytotoksyczne, które pojawiły się na rynku na początku XXI wieku, działają toksycznie nie tylko na komórki rakowe, lecz także uszkadzają inne, szybko dzielące się, zdrowe komórki. Dlatego też u chorych często obserwuje się działania niepożądane. Jak podkreśla prof. Wysocki, przedłużanie życia i podnoszenie jego jakości są kluczowymi czynnikami u chorych, u których nie można doprowadzić do całkowitego wyleczenia.

– U takich chorych dążymy oczywiście do wydłużenia ich przeżycia, ale nie może się to odbywać kosztem pogorszenia jakości ich życia, bo to leczenie paliatywne, którego założeniem jest wydłużenie przeżycia i utrzymanie lub poprawa jakości życia. Dlatego jakość życia jest absolutnie kluczowym parametrem leczenia paliatywnego, o jakim mówimy w przypadku leczenia odpornego na kastrację raka gruczołu krokowego i we wszystkich badaniach klinicznych jest to jeden z dwóch podstawowych parametrów, które się ocenia. Obok wydłużenia przeżycia jest to podstawowy parametr skuteczności, efektywności i bezpieczeństwa nowych terapii systemowych – mówi profesor Wysocki.

Chory na raka prostaty jest pacjentem szczególnym. Jak podkreśla Piotr Radziszewski, zazwyczaj przychodzi on do lekarza nie z własnej woli, lecz przekonany przez bliską osobę, a rak jest przez niego traktowany jak wyrok. Nawiązanie więzi między lekarzem a pacjentem ma ważny wpływ na przebieg leczenia.

– Musimy stworzyć atmosferę wzajemnego zaufania, żeby jeżeli dojdzie do rozpoznania nowotworu prostaty, ten pacjent był w stanie zaakceptować leczenie. Musi zrozumieć, że rak prostaty to nie wyrok, na chwilę obecną można go leczyć i nawet zaawansowany rak prostaty to już nie choroba ostra, tylko choroba przewlekła – mówi Piotr Radziszewski.

Polityka i niska płynność szkodzi wycenom spółek na GPW

CEO Magazyn Polska

Wycena akcji na giełdzie zawsze jest równa prawdziwej wartość notowanych firm – przekonują zwolennicy teorii efektywnych rynków. Oponenci przywołują z kolei liczne ograniczenia sprawności rynku, takie jak nagłe zmiany nastrojów inwestorów oraz trudne do oszacowania ryzyko. Dużym źródłem niepewności jest także polityka Skarbu Państwa jako dominującego akcjonariusza wielu spółek. To sprawia, że wycena wartości spółek jest zarówno teorią, jak i sztuką.

Wyceniając daną spółkę, analitycy uwzględniają różne rodzaje ryzyka, ale najtrudniejsze jest oszacowanie ryzyka specyficznego, które dotyka określone branże, rynki czy spółki. Dużym utrudnieniem dla wyceny jest m.in. polityka Skarbu Państwa, ponieważ istnieje duże ryzyko dotyczące przyszłych dywidend, polityki inwestycyjnej itp. 

Niestety, na naszym rynku jest zbyt duży wpływ polityki na spółki z udziałem Skarbu Państwa, oczywiście nie na wszystkie, ale masa przedsiębiorstw jest powiązanych z polityką, więc to wpływa na dużą zmienność kursu. Jest kilka spółek surowcowych uzależnionych od cen miedzi, srebra, jak KGHM, od ceny węgla koksującego, jak JSW, od cen węgla energetycznego, jak Bogdanka. Czyli zarządy nie mają wpływu na to, mimo że stosują transakcje zabezpieczające – twierdzi dr Marek Panfil, kierownik podyplomowego studium Metody wyceny spółki kapitałowej w Szkole Głównej Handlowej.

Podwyższone ryzyko – czy to z powodu polityki państwa, czy też zmienności rynków surowcowych – wpływa negatywnie na wycenę giełdową tych spółek. W czasie ostatniego kryzysu finansowego akcje spółek wydobywczych zostały bardzo mocno przecenione, by następnie odrobić część strat. Taka sytuacja może świadczyć o chwilowej nieefektywności rynku, czyli oderwaniu ceny giełdowej od fundamentów ekonomicznych.

Wtedy doszło do pewnego kuriozum, że wiele spółek na giełdzie w czwartym kwartale 2008 roku było wycenianych przez Giełdę Papierów Wartościowych o wiele niżej niż suma wolnych aktywów pieniężnych będących w posiadaniu tych spółek – uważa Panfil.

Przykładem gwałtownej, krótkotrwałej przeceny jest KGHM. W listopadzie 2008 r. cena akcji miedziowej spółki spadła do 21 zł, wskutek czego wycena rynkowa obniżyła się do zaledwie 4,2 mld zł. Pół roku później cena akcji KGHM wyniosła około 60 zł, a więc praktycznie zbliżyła się do lokalnego szczytu z 2007 r.

Panika na rynkach finansowych oraz głęboka recesja w wielu krajach sprawiły, że cena akcji mogła wtedy odchylić się od fundamentalnej wartości. Z drugiej jednak strony w sytuacji wysokiej niepewności trudno jest oszacować fundamentalną wartość, zwłaszcza jeśli kryzys spowoduje zmiany strukturalne w gospodarce – zmienią się np. regulacje, podatki, preferencje odnośnie ryzyka itp.

Małe spółki są bardziej ryzykowne dla inwestorów, m.in. ze względu na niższą płynność ich akcji. W sytuacji kryzysu finansowego mogą one doświadczać z tego tytułu głębszej przeceny, czyli odchylenie od wartości fundamentalnej może być wyższe. Również w spokojnych czasach niższa płynność może zaburzać właściwą wycenę, bo do silnej zmiany kursu akcji wystarczy relatywnie niewielka liczba inwestorów oraz mały kapitał.

Każda wycena ma subiektywny charakter i przyjmując takie założenie, inaczej się podchodzi do interpretacji tego, co się dzieje ze spółką. Patrząc na giełdowe spółki, gdzie ustalana jest cena każdego dnia, wiemy, że masa informacji z zewnątrz na nią wpływa. Chociaż wycena odzwierciedla to, co ma się wydarzyć w przyszłości – mówi agencji informacyjnej kierownik podyplomowego studium Metody wyceny spółki kapitałowej w Szkole Głównej Handlowej.

Wiedza na temat przyszłości jest jednak mocno ograniczona, dlatego „każda działalność przedsiębiorcza – w tym inwestycyjna – jest spekulacją”, jak wskazał niegdyś austriacki ekonomista Ludwig von Mises. Publikowane dane z rynku kapitałowego i realnej gospodarki z natury rzeczy dotyczą przeszłości, a przeszłe trendy i zdarzenia nie muszą determinować przyszłości. Ponadto jest problem z właściwym mierzeniem niektórych zjawisk ekonomicznych oraz ich interpretacją, o czym mówiła w czasie konferencji „Dylematy wyceny spółek na przykładzie WIG30” prof. Elżbieta Mączyńska. Ekonomistka z SGH przytoczyła metaforę, że „nie wszystko co się liczy, jest policzalne, i nie wszystko co jest policzalne, się liczy.” To sprawia, że każdy model wyceny, jaki stosują analitycy i inwestorzy, musi zawierać subiektywne założenia.

Dobra praktyka wyceny to świadomość tego, o czym wspomniał Warren Buffet, zarządzający ogromnym funduszem inwestycyjnym, że wycena jest zarówno sztuką, jak i teorią. My uzupełniliśmy tę tezę – oprócz sztuki i teorii wycena jest oparta na intuicji i doświadczeniu, trzeba znać bardzo dobrze model biznesowy i branżę, w której działa wyceniona spółka – uważa dr Marek Panfil.

Wiedza i doświadczenie pozwalają trafniej dobierać właściwe wartości parametrów, które są subiektywnym elementem wyceny. 

To ułatwia przyjmowanie wielu subiektywnych założeń, czyli znajomość spółki, znajomość planów strategicznych, znajomość otoczenia, nie tylko w skali kraju, lecz także w skali globalnej, znajomość megatrendów, które dzieją się na świecie, np. demografia, zmiana technologii – wymienia ekonomista z SGH.

W połączeniu z bieżącymi danymi oraz prognozami powstaje wycena tzw. wartości wewnętrznej, którą porównuje się z bieżącą wyceną rynkową i księgową. Istnieją dwa podstawowe podejścia do wyceny aktywów: dochodowe i porównawcze. W ramach pierwszego z tych podejść, wyróżnią się metody zdyskontowanych przepływów pieniężnych, dywidend oraz zysków ekonomicznych. Podejścia porównawcze opiera się na stosowaniu mnożników w postaci wskaźników rynkowych (np. cena akcji do zysku na akcję, wartość firmy do zysku EBITDA itp.).

Nowa ustawa o prawach konsumenta wejdzie z półrocznym opóźnieniem. Duże zmiany czekają głównie kupujących w internecie

Z półrocznym opóźnieniem zaczną w Polsce obowiązywać nowe przepisy o prawach konsumenta kupującego m.in. w sieci. Zgodnie z dyrektywą powinny one wejść w życie w połowie czerwca, jednak odpowiednią ustawę dopiero podpisał prezydent. Nowe przepisy w ocenie ekspertów mają przyczynić się do rozwoju handlu w internecie. Zyskają przede wszystkim klienci, którzy będą mieli większą jasność, co i po jakiej cenie zamawiają, będą też mogli łatwiej reklamować towar. Dla przedsiębiorców początkowo będzie to oznaczało konieczność przystosowania się do nowych wymogów, ale w konsekwencji wzajemne relacje sklepów i klientów będą łatwiejsze.

Znowelizowana ustawa o ochronie praw konsumenta daje większą ochronę kupującym, zwłaszcza tym robiącym e-zakupy. Zmiany będą dotyczyły zarówno handlu tradycyjnego, jak i przez internet. Chronieni będą także klienci robiący zakupy poza lokalem – od akwizytora czy na pokazach. To będzie się wiązało z szeregiem dodatkowych obowiązków nakładanych na sprzedawców.

Klienci będą mieli dużo większą jasność, co zamawiają i po jakiej cenie. W momencie, kiedy sprzedawca przy sprzedaży na odległość nie poinformuje klienta o każdym składniku ceny i wszelkich dodatkowych opłatach, konsument nie będzie musiał tych opłat ponosić – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Paczewski, szef departamentu prawa konkurencji i antymonopolowego w Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy.

Ustawa nakłada na sprzedającego obowiązki dokładnego poinformowania o wszelkich płatnościach – mowa tu m.in. o kosztach ubezpieczenia przesyłki. Nie będzie można również pobierać opłat za połączenia telefoniczne wyższych niż standardowych – dotyczy to przede wszystkim składającym zamówienie telefonicznie. E-sklepy będą musiały dostosować do nowych przepisów swoje strony internetowe i regulaminy.

Duża zmiana zostanie uwzględniona w samym wyglądzie strony internetowej. Tradycyjny przycisk „akceptuję/ kupuję”, będzie musiał zostać zastąpiony przyciskiem „zamawiam z obowiązkiem zapłaty” lub równoważnym sformułowaniem. Brak tej zmiany będzie powodował, że umowa nie zostanie ważnie zawarta – tłumaczy Marcin Paczewski.

Według nowej ustawy dłuższe będą terminy na odstąpienie od umowy oraz terminy zwrotu zakupionego towaru. Dotychczas wszystkie kraje unijny miały możliwość samodzielnego ustalania terminu – np. w Polsce kupujący mają dziesięć dni kalendarzowych na decyzję. Od momentu wejścia w życie znowelizowanej ustawy termin ten w całej Unii Europejskiej będzie wynosił czternaście dni kalendarzowych. Co więcej w przypadku odstąpienia od umowy sprzedawca będzie musiał zwrócić całą kwotę – także z kosztami wysyłki.

Niepoinformowanie konsumenta o prawie do odstąpienia od umowy będzie skutkowało wydłużeniem korzystnego dla niego terminu do aż 12 miesięcy – wyjaśnia Paczewski.

Dziś, gdy takiej informacji brakuje, termin zwrotu wydłuża się do trzech miesięcy.

Dzięki ustawie łatwiej ma przebiegać proces reklamacji.

To do konsumenta będzie należeć decyzja, czy chce żądać naprawy towaru, obniżenia jego ceny, wymiany, czy chce odstąpić od umowy. Są jednak wyjątki: odstąpić od umowy można tylko w przypadku istotnej wady, natomiast żądać wymiany czy naprawy towaru można tylko w sytuacji, jeśli przedsiębiorca nie poniesie w związku z tym zbyt dużych kosztów – mówi Paczewski.

Ustawa wejdzie w życie w ciągu sześciu miesięcy od jej ogłoszenia, czyli prawdopodobnie na początku 2015 roku. Jak zaznacza Paczewski, w początkowej fazie przedsiębiorcy będą musieli podjąć duży wysiłek, aby się do niej dostosować. Mimo to zdaniem ekspertów nowa ustawa będzie korzystna również dla e-sklepów.

Docelowo zmiany ułatwią wzajemne relacje konsumentom i przedsiębiorcom, ponieważ z założenia powinno być mniej reklamacji. W momencie, kiedy klient jest zadowolony z towaru, wie dokładnie, za co zapłacił, nie będzie reklamował towaru z tej przyczyny – podsumowuje Marcin Paczewski.

Ujednolicenie przepisów w całej Unii może też pomóc sprzedawcom w pozyskaniu nowych klientów, a co się z tym wiąże – pozwoli na rozwój branży e-commerce w Polsce.

Do 2020 r. internetowy kanał obsługi będzie standardem na polskim rynku ubezpieczeń. Dziś dominują agenci

CEO Magazyn Polska

Polska branża ubezpieczeń pozostaje w tyle w stosunku do rynków zachodnich pod względem internetowej sprzedaży i obsługi ubezpieczeń. Choć coraz więcej firm oferuje polisy komunikacyjne online, to już dalszą obsługę klienta przez internet umożliwia tylko połowa spośród największych towarzystw i ubezpieczycieli direct (oferujących ubezpieczenia przez internet lub telefon) – wynika z badania KPMG. Na polskim rynku wciąż dominującą rolę odgrywa sprzedaż przez agentów. To powinno się zmienić w kolejnych latach. Za sześć lat kanał online stanie się standardem, a agenci będą pełnić raczej funkcję doradców.

Zdaniem ekspertów z KPMG kanał online nie jest jeszcze standardem dla ubezpieczycieli działających na polskim rynku. Dotyczy to obu badanych przez firmę grup: największych dziesięciu towarzystw ubezpieczeniowych i ubezpieczycieli direct, którzy oferują polisy przez internet i telefon.

Co prawda wszyscy ubezpieczyciele direct oferują zakup i obsługę online polisy komunikacyjnej, ale na przykład nie oferują możliwości zgłoszenia szkody przez internet. Spośród 10 największych ubezpieczycieli tylko 40 proc. z nich umożliwia zakup ubezpieczenia online, a zgłoszenie szkody – 90 proc. z nich. Tych funkcji jest dużo więcej i one są umożliwiane fragmentarycznie – nie ma jeszcze wypracowanych standardów obsługi – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Kondratowicz, starszy menadżer w dziale usług doradczych dla branży ubezpieczeń KPMG w Polsce.

Wszystkie duże (Top 10) towarzystwa ubezpieczeniowe oraz ubezpieczyciele direct oferują pewne funkcje online – przede wszystkim są to informacje o samej firmie i jej ofercie produktowej. Ubezpieczyciele direct umożliwiają również kwotowanie i zakup ubezpieczenia komunikacyjnego na portalu online. Wśród wszystkich towarzystw umożliwiających nabycie polisy online jedynie co trzecie umożliwia odnowienie polisy przez internet.

W obu badanych grupach mniej więcej połowa ubezpieczycieli przewidziała możliwość utworzenia konta online dla klienta, przez które możliwa byłaby dalsza obsługa w ramach wykupionej polisy. Na rynkach we Francji czy Niemczech jest to zwykle jedyny sposób obsługi ubezpieczenia i każdy ubezpieczony w największych towarzystwach musi mieć konto.

Na świecie jest to standardem: kupuję ubezpieczenie i mogę wszystkie czynności związane z polisą wykonać online. Myślę, że u nas będzie to standardem za ok. sześć lat – ocenia Piotr Kondratowicz. – W Polsce jeszcze dużo do nadrobienia. Polski rynek jest niestety oparty o agentów, firmy skupiają się na wdrożeniu systemów dla agentów i może jeszcze nie do końca wierzą, że online jest ważny już teraz. Powoli będzie się to zmieniać.

Na rynku brytyjskim dwie trzecie ubezpieczeń wśród klientów prywatnych jest kupowanych online, a reszta zazwyczaj przez telefon. Udział agentów jest tam niewielki. Według eksperta KPMG w Polsce nie grozi im taka marginalizacja. Ich rola będzie się jednak zmieniać – sprzedawcy będą raczej doradcami przy wyborze i obsłudze ubezpieczenia.

Obecnie w segmencie klientów prywatnych najczęściej kupowanym online ubezpieczeniem jest polisa komunikacyjna. Udział kanału direct wynosi tam 10 proc., choć dziś jest to głównie kanał telefoniczny.

Sądzę, że w perspektywie sześciu lat kanał direct wzrośnie do 20 proc. Dodatkowo w przyszłości coraz większy udział w jego ramach będzie miała sprzedaż internetowa. Trudno powiedzieć o ile większy, ale przykłady z innych rynków pokazują, że postępuje to w miarę szybko – twierdzi Kondratowicz.

Przyspieszenie wzrostu sprzedaży internetowej w Polsce może dokonać się także dzięki ubezpieczeniom turystycznym.

– Jedna trzecia polskich turystów kupujących wycieczki zorganizowane kupuje je online i trend ten jest wzrostowy – mówi Kondratowicz. – Z kolei według danych PIU i naszych szacunków prawdopodobny udział ubezpieczeń direct w turystyce to 15-20 proc. Wszystko wskazuje na to, że w przyszłości udział kanału online w jego ramach będzie coraz wyższy – dodaje.

KPMG ocenia, że najszybciej będzie rosła sprzedaż internetowa ubezpieczeń turystycznych. Tym bardziej że coraz więcej klientów również same wycieczki kupuje online.

Według naszych szacunków prawdopodobny udział ubezpieczeń direct w turystyce wynosi 15-20 proc. Prawdopodobnie spora część z tego jest kupowana online. Przewidujemy, że ubezpieczenia turystyczne będą grupą ubezpieczeń, których sprzedaż przez internet będzie się rozwijać najszybciej. Bo skoro klient szuka wycieczek w internecie, to gdzie ma szukać ubezpieczenia – mówi Kondratowicz.

Przeprowadzone przez KPMG badanie „Przegląd portali online majątkowych Towarzystw Ubezpieczeń. Ubezpieczenia w zasięgu ręki” objęło 17 towarzystw ubezpieczeniowych. Podzielono je na 2 kategorie. W pierwszej znalazło się dziesięć największych pod względem składki (Top 10) i siedem towarzystw spoza niej, specjalizujących się w aktywnym oferowaniu ubezpieczeń przez telefon lub internet (direct).

Do wejścia na GPW szykuje się trzecia chińska spółka. Chińczycy postrzegają Polskę jako bazę do nawiązywania kontaktów w regionie

CEO Magazyn Polska

Trwają rozmowy z trzecią spółką z Państwa Środka, która planuje debiut na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych. Chińczycy postrzegają stolicę Polski jako główny rynek Europy Środkowo-Wschodniej, który może stanowić bazę do nawiązywania kontaktów w regionie. W środę na warszawskim parkiecie zadebiutowała chińska firma JJ Auto.

Fakt, że JJ Auto to już druga chińska spółka notowana na giełdzie w Warszawie oznacza, że jest to moment historyczny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Dąbrowski, prezes Domu Maklerskiego DF Capital. – Gdyby była to jedna spółka, to można by mówić o przypadku, jednak jeśli są dwie, to znaczy, że jest to już seria.

JJ Auto to druga chińska i 59. zagraniczna spółka notowana na warszawskim parkiecie. Przedsiębiorstwo jest czołowym producentem i dostawcą części samochodowych w Chinach. Dom Maklerski DF Capital prowadzi już rozmowy z trzecią chińską spółką zainteresowaną notowaniem w Warszawie. 

Wydaje mi się, że mimo różnych turbulencji makroekonomicznych związanych z OFE i konfliktem na Ukrainie Warszawa udowadnia, że jest atrakcyjnym i ciekawym miejscem do notowania kolejnych zagranicznych spółek – zauważa Dąbrowski.

Jego zdaniem GPW jest optymalnym rynkiem dla średniej wielkości spółek zagranicznych. W Nowym Jorku problemem jest wielkość giełdy, a w Londynie, podobnie jak w samych Chinach na giełdzie w Szanghaju – długa kolejka oczekujących. Do tej pory większość zagranicznych spółek notowanych na GPW pochodziła z Europy Centralnej i Wschodniej, a swoje siedziby miały w Luksemburgu czy Holandii

Myślę, że ta perspektywa może się ciekawie rozszerzyć na Chiny, gdyż są one największym eksporterem świata i drugą największa gospodarką – zauważa Jarosław Dąbrowski. – Potencjał wzrostu dla Chin i dla chińskich spółek jest niebywale większy niż dla spółek europejskich.

Z pozytywną oceną warszawskiej giełdy zgadza się Jianhui Ye, prezes JJ Auto.

Warszawa to finansowe centrum Europy Środkowo-Wschodniej – mówi Jianhui Ye. –  Tu będzie nasza baza do nawiązywania lokalnych kontaktów w Europie. Dziś wiele chińskich firm jest obecnych w Warszawie, by inwestować w przemysł motoryzacyjny w Polsce. Wierzymy w potencjał tego rynku i w to, że pojawi się wiele okazji, które będziemy mogli wykorzystać.

16 czerwca firma JJ Auto zadebiutowała także na rynku regulowanym giełdy we Frankfurcie (Deutsche Börse AG). Aktualnie spółka nie ma w planach wchodzenia na kolejne zagraniczne giełdy.

Wierzymy, że Europa jest bardzo perspektywicznym regionem. To miejsce będzie dla nas platformą, dzięki której będziemy mieć okazję poprawić i wzmocnić kondycję finansową naszej firmy – twierdzi prezes JJ Auto.

JJ Auto to producent i dostawca części do ciężarówek, samochodów dostawczych, maszyn ciężkich i pojazdów budowlanych. Zajmuje się głównie produkcją, a ponadto także handlem elementami złącznymi do samochodów ciężarowych, częściami samochodów i maszyn ciężkich. Swoje produkty sprzedaje wyłącznie w Chinach.

Pierwszą chińską spółką, która zadebiutowała na warszawskim GPW, był Peixin, producent maszyn oraz linii produkcyjnych do wytwarzania artykułów higienicznych. Debiut nastąpił 9 października 2013 r.

Od połowy lipca zacznie obowiązywać nowelizacja ustawy o sądach powszechnych. Kilkadziesiąt sądów rejonowych w przyszłym roku wznowi swoją pracę

0

CEO Magazyn Polska

Od stycznia 2015 roku wróci większość spośród zlikwidowanych dwa lata wcześniej 79 sądów rejonowych. 15 lipca tego roku wchodzi w życie nowelizacja ustawy Prawo o ustroju sądów powszechnych, która precyzyjnie określa kryteria umożliwiające tworzenie i likwidację sądów rejonowych. Najważniejszym kryterium będą liczba mieszkańców gminy i liczba wpływających do sądów spraw. Szacunkowo reaktywacja dotknie obligatoryjnie 41 sądów, a fakultatywnie 17.

Najważniejszą zmianą, którą przynosi nowelizacja ustawy, jest wprowadzenie obiektywnych kryteriów, które będą decydowały o możliwości utworzenia sądów rejonowych. 

Dodane zostały nowe paragrafy, które przewidują kryterium liczby mieszkańców danej gminy przesądzające o utworzeniu sądu rejonowego bądź jego likwidacji oraz kryterium liczby spraw wpływających do danego sądu. Zgodnie ze znowelizowanym artykułem 10., takim kryterium jest co najmniej 50 tys. osób zamieszkujących w danej gminie bądź kilku gminach, natomiast łączna liczba spraw cywilnych, karnych oraz rodzinnych i dotyczących nieletnich, wpływających do sądu z obszaru tych gmin, musi wynosić co najmniej 5 tysięcy – mówi w rozmowie z agencją Newseria Biznes Katarzyna Zwolińska-Sosnowska, radca prawny w kancelarii prawnej D. Dobkowski sp.k. stowarzyszonej z KPMG w Polsce.

Ustawa przewiduje, że oba warunki muszą być spełnione łącznie, są jednak możliwe wyjątki. Minister sprawiedliwości będzie mógł podjąć decyzję o utworzeniu sądu, nawet jeśli nie zostanie spełnione kryterium dotyczące liczby mieszkańców, ale liczba spraw przekroczy 5 tysięcy. Jeśli w ciągu trzech kolejnych lat kalendarzowych liczba spraw nie przekroczy limitu (w każdym roku), minister będzie mógł zlikwidować taki sąd rejonowy.

Choć ustawa zacznie obowiązywać 15 lipca, zmiany będą odczuwalne dopiero w styczniu 2015 roku. Minister sprawiedliwości ma sześć miesięcy od daty wejścia w życie znowelizowanej ustawy na wydanie aktów wykonawczych. Do tego czasu musi zbadać sytuację zlikwidowanych w styczniu 2013 roku sądów pod kątem wprowadzonych w ustawie kryteriów.

Przy ich ocenie należy wziąć pod uwagę rok kalendarzowy 2012. Ponadto minister sprawiedliwości ma obowiązek obligatoryjnie przywrócić te sądy, które spełniają ustawowe kryteria. Dodatkowo może przywrócić te sądy rejonowe, które nie mieszczą się w kryterium liczby mieszkańców, ale liczba spraw jest wyższa – tłumaczy Zwolińska-Sosnowska.

Stowarzyszenie Sędziów Polskich Iustitia szacuje, że na mapę Polski wróci obligatoryjnie 41 ze zlikwidowanych 79 roku sądów rejonowych, zaś 17 – fakultatywnie, biorąc pod uwagę liczbę wpływających spraw.

Sprawy, które wcześniej były rozpatrywane przez sądy zamiejscowe, trafią do nowo utworzonych sądów i te, zgodnie z ustawą, będą właściwe do ich rozpoznania. 

Sprawy zostaną przekazane zarządzeniem prezesa sądu. Strony postępowania nie muszą podejmować żadnych konkretnych działań w tym celu. Zgodnie z nowelizacją minister sprawiedliwości ma prawo przenieść sędziów do nowo utworzonych sądów rejonowych i ma prawo zrobić to bez ich zgody. Może to uczynić tylko za pierwszym razem, nowelizując czy zmieniając strukturę sądów rejonowych. Od takiej decyzji ministra sędzia może się odwołać do Sądu Najwyższego – wyjaśnia Katarzyna Zwolińska-Sosnowska.

Jak podkreśla ekspertka, zgodnie z wyrokiem Sądu Najwyższego uprawnienie, które przysługuje ministrowi, musi być przez niego osobiście wykonane i nie może zostać przekazane pełnomocnictwem innym osobom.

Dotychczas obowiązujące przepisy dają uprawnienia ministrowi do tworzenia i likwidowania sądów rejonowych, ale przed podjęciem decyzji powinien kierować się ogólnymi przesłankami.

Mowa tu o ekonomii postępowania, sprawnym funkcjonowaniu sądów czy prawie każdego obywatela do rozpoznania sprawy w rozsądnym czasie. Natomiast nowelizacja ustala nowe kryteria, które będą w sposób dość obiektywny przesądzać o tym, czy minister może podjąć decyzję o utworzeniu sądu, czy też może podjąć decyzję o jego likwidacji – podsumowuje Katarzyna Zwolińska-Sosnowska.

Rośnie popularność finansowania społecznościowego. Miesięczna wartość wpłat przekroczyła 0,5 mln zł

CEO Magazyn Polska

Coraz więcej projektów w Polsce jest finansowanych poprzez crowdfunding. Miesięcznie na portalach internetowych dokonywanych jest ponad 50 tysięcy wpłat na kwotę przekraczającą 0,5 mln zł. Twórcy inicjatyw oferują nie tylko udziały w zyskach, lecz także coraz częściej innego typu zachęty. Może to być pierwsza płyta z autografem lub darmowy dostęp do aplikacji przez określony czas.

Crowdfunding w Polsce na dobrą sprawę rozwija się od kilku lat. W tej chwili miesięcznie udaje się ponad 30 projektów, przynajmniej u nas, ale także na innych platformach. Polacy są zdecydowanie dużo hojniejsi niż kiedyś. W tej chwili na naszej platformie jest to ponad 40 wpłat i są to w sumie kwoty rzędu 300-400 tys. złotych miesięcznie. Biorąc pod uwagę fakt, że mamy 70-75 proc. rynku, to można sobie przeliczyć jak mniej więcej ten crowdfunding w Polsce wygląda – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jakub Sobczak, menedżer projektu PolakPotrafi.pl.

Działający od trzech lat portal PolakPotrafi.pl to lider polskiego rynku crowdfundingu. Na tym portalu odbywa się trzy czwarte całego finansowania społecznościowego w naszym kraju. Inicjatywy są bardzo różne: od dużych konferencji, takich jak łódzkie coroczne spotkanie Cohabitat Gathering, które zebrało niemal 100 tys. zł, poprzez mniejsze wydarzenia, aż po inicjatywy zespołów muzycznych, a nawet sportowców. Z PolakPotrafi.pl korzystał w trakcie przygotowań do igrzysk olimpijskich w Soczi nawet Zbigniew Bródka, mistrz olimpijski w łyżwiarstwie szybkim.

Sobczak dodaje, że nie zawsze osoby wpłacające środki – średnio 70-80 zł – liczą na udziały w zyskach. Często inicjatorzy oferują inne korzyści.

Wpłacamy 40 złotych i możemy otrzymać na przykład pierwszą płytę z podpisem danego autora albo wziąć udział w jakiejś konferencji czy przedsięwzięciu – wyjaśnia Sobczak. – Za każdą wpłatę na taki projekt projektodawca oferuje pewien rodzaj odwdzięczenie się. Kiedy Zbyszek Bródka zbierał u nas pieniądze, w zamian za wsparcie na przykład kwotą 300 zł oferował udział w swoim treningu. To pokazuje, że kreatywność Polaków może być wykorzystywana także do finansowania ich przedsięwzięć.

Sobczak zauważa, że dzięki crowdfundingowi szansę na realizację ma wiele inicjatyw, które inaczej nie otrzymałyby niezbędnych środków. Dotyczy to nie tylko filmu i muzyki, lecz także sportu. Dzięki finansowaniu społecznościowemu mogą rozwijać się mniej popularne dyscypliny, jak właśnie łyżwiarstwo szybkie lub lacrosse.

Crowdfunding to także ważne narzędzie dla programistów i deweloperów IT. Mogą oni nie tylko pozyskać środki na rozwój aplikacji, lecz także wybadać rynek. To cenna wiedza w przypadku kontynuacji projektu.

Jeżeli naszym celem jest stworzenie aplikacji i przez crowdfunding za kilkadziesiąt złotych oferujemy do niej darmowy dostęp przez jakiś czas, to możemy sprawdzić, jakie jest zainteresowanie tym produktem i czy jest na niego zapotrzebowanie – wyjaśnia Sobczak.

Podkreśla, że crowdfunding to całkowicie bezpieczny sposób finansowania. Działa na zasadzie „wszystko albo nic” – jeśli pomysłodawcy nie uda się zebrać wymaganej kwoty, wszyscy dawcy otrzymują swoje wpłaty z powrotem bez żadnych opłat. Również dla osób zbierających fundusze nie ma w takim wypadku żadnych kosztów. Platformy crowdfundingowe pobierają kilkuprocentową prowizję jedynie w przypadku udanego sfinansowania projektu.

Sobczak dodaje, że wśród ok. 30 udanych projektów miesięcznie zdarzają się takie, które wielokrotnie przekraczają wymaganą kwotę. Jednym z nich była inicjatywa wrocławskich studentów – Space is More, którzy zbierali środki na wyjazd do Kalifornii na prezentację swojego projektu statku kosmicznego do wykorzystania w trakcie podróży na Marsa. Choć liczyli oni tylko na 4 tys. zł, na PolakPotrafi.pl zebrali ponad 91 tys. zł.

Operatorzy telekomunikacyjni tną koszty i oferują produkty z innych kategorii

CEO Magazyn Polska

Operatorzy telekomunikacyjni coraz częściej próbują sił w sprzedaży łączonej, czyli oferują usługi telekomunikacyjne w połączeniu z innymi, np. finansowymi. Choć daje im to szansę na poprawę wyników, to nie przyczynia się do rozwoju rynku telekomunikacyjnego. Małe firmy mogą konkurować tańszymi usługami, bo mają niższe koszty. Mają też szansę na zdobycie rynku dzięki innowacyjnym, wyspecjalizowanym usługom.

Rynek telekomunikacyjny jest bardzo konkurencyjny i trudny. Okres „łatwych pieniędzy” ma już za sobą, a postępująca liberalizacja zaostrza konkurencję – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Montoya, wiceprezes zarządu Tele-Polska Holding SA, firmy świadczącej usługi telekomunikacyjne. – Pewną bolączką tego rynku jest brak koncepcji na monetyzację nowych usług telekomunikacyjnych, a zarabianie na minutach odchodzi w przeszłość. Operatorzy coraz częściej sięgają po produkty spoza oferty telekomunikacyjnej. Często mówi się o usługach finansowych czy na przykład sprzedaży energii.

Montoya podkreśla, że usługi spoza oferty telekomunikacyjnej to dla operatorów szansa na poprawienie wyników finansowych. Mogą oni w ten sposób wykorzystać bardzo dobrą znajomość swoich klientów i zaoferować im dobrze dobrane produkty. Ale trend ten nie jest korzystny dla samego rynku telekomunikacyjnego. Montoya zauważa, że brakuje innowacyjnych modeli skuteczniejszego zarabiania na samej telekomunikacji.

Według niego takich pomysłów nie mają ani duzi operatorzy, ani małe firmy. Pomimo zmiany technologii, przejawiającej się m.in. w stopniowym zanikaniu telefonii stacjonarnej, nie ma na rynku pomysłów na zupełnie nowy kierunek rozwoju. Dużo się mówi o przyszłości kontentu, do którego można sięgnąć jedynie poprzez łącza operatorów, ale i tu brak implementacji naprawdę efektywnych modeli biznesowych. Szansa jest jednak w specjalizacji, która postępuje coraz szybciej zarówno wśród operatorów telekomunikacyjnych, jak i dostawców infrastruktury. Ten trend wiąże się także z konsolidacją na rynku, gdzie duzi przejmują ciekawe mniejsze podmioty.

Mniejsi operatorzy pozyskują kapitał, rosną, a potem łączą się z innymi, w związku z czym konsolidacja postępuje. Ostatecznie na tym rynku zostanie niewielu graczy, ale za to wyspecjalizowanych. Podstawowy podział już zresztą nastąpił. Spółki takie jak ATM, Hawe to są ewidentnie operatorzy infrastrukturalni, Netia czy my to detaliści oferujący swoje usługi klientom indywidualnym oraz biznesowi. W sumie naturalny podział na segmenty, a co za tym idzie – na kompetencje, jest wyraźny: infrastruktura, klienci detaliczni, klienci biznesowi – analizuje Montoya.

Dodaje, że proces ten daje szansę na specjalizację, dzięki której swoją pozycję mogą wzmocnić mali operatorzy. Teraz konkurują oni przede wszystkim niskimi cenami, które są możliwe dzięki niższym kosztom operacyjnym. Ale Montoya ocenia, że na rynku jest miejsce dla małych, wysoko wyspecjalizowanych spółek.

Szansa rozwoju na rynku telekomunikacyjnym jest przede wszystkim dla spółek niszowych, które potrafią albo wynaleźć nową usługę, albo ją sprzedać w inny, bardziej atrakcyjny niż dotychczas sposób. Podczas gdy duzi walczą o utrzymanie stanu posiadania, mniejsi mogą dać impuls do zmian – twierdzi Montoya.

Stadionom w Brazylii po mundialu grożą straty. Na rozgrywkach zyska przede wszystkim FIFA

0

Na trwającym piłkarskim mundialu w Brazylii zarobi przede wszystkim FIFA. Światowa organizacja piłkarska w ciągu czterech lat ma przychody przekraczające 5 mld dolarów, natomiast koszty organizacji mundialu przez Brazylię szacuje się nawet na 13 mld dolarów. Brazylijskie mistrzostwa świata są prawdopodobnie najdroższym mundialem w historii.

Na podstawie oficjalnych i nieoficjalnych informacji można oceniać, że koszty organizacji to co najmniej 7-8 mld dolarów, a prawdopodobnie nawet 11-13 mld dolarów. To dwa razy więcej niż kosztowała organizacja rozgrywek w 2010 r. w Republice Południowej Afryki.

To dla Brazylii większe niż oczekiwano obciążenie, bo zmieniła się sytuacja gospodarcza tego kraju. W momencie starań o mistrzostwa gospodarka tego kraju rosła o 6-8 proc. rocznie, ale od tego czasu znacznie spowolniła. Według danych Banku Światowego w 2012 r. wzrost PKB Brazylii wyniósł zaledwie 0,9 proc., a w ubiegłym roku – 2,5 proc.

Koszty mundialu Brazylia odczuje także po imprezie, bo kraj może mieć duże problemy z utrzymaniem niektórych stadionów.

Pytanie o koszt stadionów i ich możliwości utrzymania po mundialu jest bardzo ważne. O ile można się spodziewać, że Maracanã w Rio de Janeiro czy São Paulo, może Porto Alegre czy Belo Horizonte mogą sobie poradzić z utrzymaniem obiektów, ich rentownością, to wydaje się, że obiekty w stolicy, w Natal czy w Cuiabie i Cúritibie mogą być deficytowe – analizuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grzegorz Kita, prezes Sport Management Polska.

Podobny kłopot pojawia się po wszystkich tego typu rozgrywkach, także po poprzednim mundialu w RPA oraz mistrzostwach Europy w Polsce i na Ukrainie.

W roku 2013, pomimo faktu, że Rio de Janeiro to wielka metropolia, że jest tam kilka klubów piłkarskich, Vasco da Gama, Botafogo, Flamengo czy Fluminense, które w różny sposób mogą aktywnie ten stadion użytkować, łączna strata Maracany [główny stadion mundialu mieszczący niemal 80 tys. widzów – red.] jako spółki była na poziomie około 63 mln zł – podkreśla Kita.

Dodaje, że kluby w Rio de Janeiro nie muszą rozgrywać swoich spotkań na Maracanie, ale może być to arena dla części meczów, np. derbów, czy innych większych imprez sportowych. Wiele możliwości daje również strona rozrywkowa, czyli koncerty muzyczne lub konferencje. Stadiony w mniejszych miastach, gdzie nie grają duże kluby (np. w położonym w sercu Amazonii Manaus) i nie odbywają się koncerty oraz inne wydarzenia, mogą mieć jeszcze większe problemy finansowe.

Jednak na mundialu na pewno zarobi FIFA. Kita podkreśla, że światową federację piłkarską można zdecydowanie uznać za finansowego zwycięzcę rozgrywek. FIFA tylko w 2013 r. miała przychody na poziomie 1,4 mld dolarów, a zysk wyniósł 72 mln dolarów.

To właściwie stawia FIFA w gronie największych organizacji światowych i praktycznie nadaje jej status koncernu o charakterze sportowym. A w czteroleciu, które jest zwieńczone mundialem, przychody FIFA już w tej chwili oscylują w okolicach 5 mld dolarów, więc to są wielkie pieniądze. Oczywiście znacząca część jest rozdystrybuowana, ponieważ samym federacjom za uczestnictwo w mundialu FIFA przyznaje kwoty na poziomie od 8 mln dolarów za udział w fazie grupowej do 35 mln dolarów za zwycięstwo w turnieju. Druga drużyna w finale otrzymuje 25 mln dolarów – wyjaśnia Kita.

Polski rynek kawy warty już ponad 5 mld zł. Najszybciej rośnie sprzedaż kawy premium

CEO Magazyn Polska

Rynek kawy w Polsce systematycznie się rozwija. Statystyczny Polak wypija w ciągu roku napar z 3 kg ziaren kawy, jak jednak zaznaczają eksperci, rynek ma duży potencjał rozwojowy. Szybciej niż spożycie rośnie wartość kupowanej kawy, a to oznacza, że konsumenci coraz częściej sięgają po kawę premium. Dynamicznie rośnie też oferta ekspresów ciśnieniowych i kapsułkowych.

Trendy konsumenckie i sprzedażowe pokazują, że rynek będzie rozwijał się w kierunku kawy premium. O ile spożycie kawy ilościowo jest na stabilnym poziomie, o tyle wartość rynku rośnie z roku na rok właśnie ze względu na zwiększanie się segmentu kawy premium i kawy jakościowej – mówi agencji Newseria Joanna Turczyk, marketing manager w Nespresso.

Dane Euromonitoru wskazują, że wartość rynku kawy w Polsce w ubiegłym roku przekroczyła 5 mld zł. Prognozy na najbliższe lata przewidują stały wzrost o ponad 1 proc. rocznie i w 2016 roku wartość ma osiągnąć blisko 5,5 mld zł.

W Polsce 90 proc. dorosłej populacji deklaruje, że pije kawę, więc rynek konsumentów jest bardzo duży. Nie pijemy jeszcze jej dużo w porównaniu z innymi krajami, bo jest to około 3 kg rocznie, ale jeśli patrzymy na kraj jako całość, to pod względem konsumpcji jesteśmy na 11. miejscu na świecie – podkreśla Turczyk.

W przeliczeniu na ilość naparu przeciętny Polak wypija w ciągu roku 95 litrów kawy. W czołówce spożycia od lat utrzymują się Brazylia, Stany Zjednoczone oraz Niemcy, gdzie na mieszkańca przypada około 10 kg ziaren. Wysoko są również kraje skandynawskie, gdzie pity napar jest znacznie mocniejszy niż w pozostałych krajach i choć jego spożycie jest niższe, to w przeliczeniu na ziarna kawy Skandynawowie są liderami (ok. 15 kg na mieszkańca).

Jak podkreśla Turczyk, wyższa sprzedaż kawy premium wynika też z faktu, że Polacy coraz częściej zwracają uwagę na jakość jedzenia, są otwarci na nowe trendy.

Nowe restauracje, nowy sposób jedzenia, slow food, wszelkiego rodzaju trendy kulinarne i w ogóle moda na gotowanie w Polsce jak najbardziej służą temu, żeby zwracać uwagę na jakościowe jedzenie, w tym kawę – podsumowuje Joanna Turczyk. 

Zdaniem Joanny Turczyk rynek w Polsce jest rozwojowy, wchodzą nowi producenci kawy i ekspresów do kawy. Rośnie sprzedaż ekspresów ciśnieniowych, zarówno automatycznych, jak i kapsułkowych.

W tej chwili najszybciej rozwijającym segmentem rynku kawowego jest właśnie segment kawy porcjowanej, w kapsułkach, dlatego że to jest nowy system, wygodny, ułatwiający przygotowanie w domu kawy wysokiej jakości. Urządzenia są też dużo mniejsze niż do tej pory tradycyjne ekspresy do kawy, o różnych wzorach i kolorach – ocenia Joanna Turczyk z Nespresso.

Bardzo istotny dla rynku pozostaje segment business to business, czyli branża hotelarsko-gastronomiczna i biurowa.

Drogerie Polskie chcą stać się wiodącą siecią franczyzową na rynku kosmetycznym w Polsce. Do końca 2015 roku liczba placówek sieci ma wzrosnąć do 500

CEO Magazyn Polska

Rynek kosmetyczny w Polsce rozwija się coraz szybciej. W ubiegłym roku zanotował 2-proc. wzrost i był wart 20 mld zł. Eksperci firmy badawczej PMR Research szacują, że jego wartość do końca 2016 roku wzrośnie do ponad 23 mld zł. Duża część sprzedaży odbywa się poprzez drogerie, rynek konsoliduje się, a sieci franczyzowe rozwijają się w szybkim tempie. Liczba sklepów w ramach systemów franczyzowych i partnerskich rośnie o kilkaset w ciągu roku, obecnie jest ich ponad 1,8 tys. Jednym z liderów tego segmentu rynku jest sieć Drogerie Polskie, która do końca przyszłego roku chce mieć 500 sklepów.

Działamy na rynku od czterech lat i dynamicznie się rozwijamy. W ubiegłym roku mieliśmy ponad 20-proc. wzrost, liczba sklepów zrzeszonych w sieci franczyzowej rośnie z roku na rok. Naszym celem jest zbudowanie do końca 2015 roku sieci liczącej co najmniej 500 sklepów, które będą w jednolitej standaryzacji – mówi agencji Newseria Biznes Teresa Jonas, prezes zarządu Drogerie Polskie i firmy Błysk.

Drogerie Polskie powstały jako sieć, która ma integrować nie tylko rynek drogeryjny w Polsce, lecz także jako zaplecze detaliczne dla centrum dystrybucyjnego Błysk, które na rynku działa od ponad 20 lat. Zdaniem Teresy Jonas rola dystrybutorów chemii gospodarczej, kosmetyków i artykułów higienicznych na rynku maleje, stąd potrzeba utworzenia kanału sprzedaży detalicznej.

Drogerie Polskie chcą być liderem na tradycyjnym rynku drogeryjnym. Wzmacnianiu pozycji ma służyć projekt „Drogeryjne rewolucje”, który dostosowuje sklepy do standardów nowoczesnego rynku.

Dostosowujemy nasze działania poprzez spójny system komputerowy, innowacyjny program lojalnościowy, który mamy jako pierwsi na rynku tradycyjnym, poprzez radio Drogerie Polskie czy cykl szkoleń. Wiele działań w różnych obszarach, które zmierzają do jednego – do zbudowania na rynku tradycyjnym sieci o nowoczesnych standardach. Bo tylko taka jest gwarancją pozostania na rynku i przetrwania przede wszystkim – przekonuje Jonas.

Sieć stawia na różnego rodzaju działania promocyjne – upusty oraz program lojalnościowy oparty na drukowaniu zindywidualizowanych kuponów rabatowych dla klientów. Daje on konsumentom nie tylko zniżki, lecz także możliwość uczestnictwa w różnego rodzaju wydarzeniach. W programie chętnie uczestniczą również producenci, ponieważ zdaniem Jonas program daje kontrolę nad budżetem na wszystkich etapach: od detalu do ostatecznego konsumenta.

Jak podkreśla prezes sieci Drogerie Polskie, firma uważnie obserwuje to, co robią konkurenci.

Nie ukrywam, że naszym celem jest to, żeby nasza sieć franczyzowa była wiodącą siecią na rynku tradycyjnym w Polsce. Jako sieć franczyzowa dajemy małym sklepom gotowy pakiet. Jesteśmy dzisiaj w stanie zbudować sklep od podstaw: od zaprojektowania wnętrza, poprzez odpowiednie meble, zbudowanie asortymentu, aż po zorganizowanie eventu na otwarcie sklepu – mówi Jonas.

Na rynku telewizorów klienci mogą przebierać w ofertach. Niektóre sklepy nie wytrzymują konkurencji

CEO Magazyn Polska

Rynek telewizorów w Polsce jest bardzo konkurencyjny – dla klientów to szeroki wybór i atrakcyjne ceny, ale dla firm to ostra walka o klientów. Te najsłabsze wypadają z rynku. Zmieniają się też zwyczaje zakupowe Polaków. Klienci coraz częściej łączą zakupy tradycyjne z internetowymi, czyli w sieci szukają informacji i wybierają model, a w sklepie tradycyjnym kupują, lub odwrotnie – w sklepie poznają produkty i porównują je, a sprzęt zamawiają przez internet. 

Według danych firmy PMR rocznie kupujemy ok. 2,4 mln telewizorów wartych mniej więcej 23 mld złotych. Już w ubiegłym roku pięciu największych sprzedawców, do których należy RTV Euro AGD, miało ponad 60-procentowy udział w rynku. Z badań TNS Polska wynika, że najczęściej wybieramy modele 40-calowe i odbiorniki w cenach od 1500 do 3000 złotych. W ubiegłym roku rynek przestał rosnąć – po zwiększonych zakupach związanych z cyfryzacją telewizji.

Rynek jest dość stabilny. Mamy duży wybór marek i modeli w szerokim zakresie wielkości ekranów. Ze względu na duże nasycenie rynku obserwujemy firmy, które z niego wypadają, bo nie są w stanie sprostać konkurencji – informuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Siedlecki, dyrektor marketingu w RTV Euro AGD.

Szeroka oferta sklepów to dla konsumentów nie tylko większy wybór, lecz także bardziej atrakcyjne ceny. Część klientów woli szukać okazji w dużych sieciach handlowych, pozostali – kupują lokalnie. Z poszukiwaniem najlepszej ceny wiąże się też nowy trend na rynku, czyli łączenie zakupów tradycyjnych z internetowymi. Jedna grupa klientów poświęca dużo czasu na zbadanie rynku i zasięgnięcie informacji w internecie, by ostatecznie dokonać zakupu w sklepie. Z drugiej strony są konsumenci, którzy w sklepach zapoznają się z produktami, a telewizor zamawiają przez internet.

To zjawisko jest szczególnie widoczne w takiej sieci, jak nasza, z dużym pokryciem sklepów i największym sklepem internetowym w Polsce. Widzimy bardzo duży odsetek klientów, którzy kupują na naszej stronie internetowej, ale odbierają produkty w sklepach – komentuje dyrektor marketingu RTV Euro AGD.

Popularność tego typu zakupów powoduje, że firma cały czas rozwija sieć sprzedaży i otwiera nowe placówki.

W tej chwili szczególnie skupiamy się na mniejszych miastach, około 40 tys. mieszkańców, i mniejszych, w których powstają nowe galerie handlowe – tłumaczy Tomasz Siedlecki.

Strategia spółki zakłada otwieranie sklepów w nowoczesnych galeriach handlowych, więc sieć sprzedaży rośnie wraz z rozwojem powierzchni handlowych.

Powodzenie w inwestycjach nie zawsze idzie w parze z poczuciem szczęścia

CEO Magazyn Polska

Inwestycje na giełdzie mogą przynieść duże zyski, ale niekoniecznie musi iść za tym szczęście inwestora. Poziom szczęścia z powodu zysku z inwestycji rośnie w szybkim tempie tylko na początkowym etapie bogacenia się. Potem napływ gotówki może jednak powodować negatywne skutki, które blokują odczuwanie satysfakcji z pomnażania kapitału.

W maju 2014 r. liczba rachunków maklerskich należących do inwestorów indywidualnych wzrosła w Polsce do ponad 1,51 mln. Do podejmowania ryzyka na rynku akcji zachęcają udane giełdowe debiuty oraz niskie oprocentowanie depozytów w bankach. Inwestorzy szukają na giełdzie możliwości zabezpieczenia swoich oszczędności, a także osiągnięcia ponadprzeciętnych zysków.

– Najbardziej oczywistym powodem jest zarabianie pieniędzy. To jest motyw, który przyciąga na giełdę największą liczbę osób – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Tomasz Zaleśkiewicz, dziekan wrocławskiego wydziału Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. – Psychologia pokazuje jednak, że te motywy są bardziej zróżnicowane. Niektórzy szukają na giełdzie ryzyka, nowych doświadczeń, a niektórzy chcą sprawdzić swoje kompetencje. Krótko mówiąc, w grę wchodzą nie tylko pieniądze, lecz także rozmaite motywy psychologiczne. 

Według ekspertów rosnąca liczba rachunków maklerskich w Polsce w ciągu ostatnich miesięcy to głównie efekt upublicznienia PKP Cargo i przyznania akcji jej pracownikom. To między innymi udane debiuty spółek na GPW, jak grudniowe IPO Energi, są istotnym czynnikiem przyciągającym nowych inwestorów, a także najniższe w historii stopy procentowe w kraju, które nie dają satysfakcjonujących zysków z lokat bankowych. 

Badania psychologów pokazują, że istnieje pozytywny związek między rosnącymi zasobami finansowymi a poczuciem szczęścia ich właściciela, choć nie jest on taki oczywisty, jakby się to wydawało. Według prof. Zaleśkiewicza analizy te wskazują, że początkowo, kiedy inwestor zaczyna zarabiać coraz więcej pieniędzy, poczucie zadowolenia rośnie dość szybko. Prof. Zaleśkiewicz podkreśla, że niektóre wnioski z badań i eksperymentów psychologicznych są dosyć zaskakujące.

 Później jednak, kiedy jesteśmy już dosyć bogaci, poziom szczęścia już tak szybko nie rośnie. To nie jest zależność liniowa – dodaje prof. Tomasz Zaleśkiewicz. – Okazuje się, że pieniądze bardzo nasilają koncentrację ludzi na własnej osobie, zaczynają ludzi izolować od świata społecznego, wzrasta w nas poczucie władzy i siły. Niekoniecznie musi to powodować, że będziemy usatysfakcjonowani z tego, że zarabiamy coraz więcej pieniędzy.

W jego opinii kontakty społeczne są nam również bardzo potrzebne do tego, żeby ludzie czuli się szczęśliwi. Efekty psychologiczne, które wywołują pieniądze, mogą więc w pewien sposób blokować odczuwanie satysfakcji z zarabiania pieniędzy. 

To oznacza, że inwestor powinien traktować zarabiane pieniądze w odpowiedzialny sposób. Nie powinien budować sobie zbyt dużych oczekiwań, powinien starać się unikać takiego myślenia symbolicznego o pieniądzach, o tym, że, jeżeli będziemy mieć więcej pieniędzy, to osiągniemy większą władzę czy większy prestiż społeczny. Ogólnie wnioski z naszych badań pokazują, że takie myślenie o pieniądzach powoduje, że znowu jesteśmy mniej zadowoleni z tego, że te pieniądze na giełdzie zarabiamy – wyjaśnia prof. Tomasz Zaleśkiewicz.