Merlin.pl przekształci swoje punkty w wielofunkcyjne salony. Zmieni też layout i poszerzy asortyment

CEO Magazyn Polska

Merlin.pl wciąż przekształca swoje punkty w wielofunkcyjne salony. Jeden z liderów polskiego e-commerce planuje również poszerzenie asortymentu – zarówno tradycyjnego, jak i cyfrowego. Zmieni też layout serwisu. Firma nie obawia się także ewentualnego wejścia Amazona na polski rynek.

W I kwartale 2014 roku spółka planuje otworzyć 18 nowych, stacjonarnych Punktów Merlina. To oznacza, że łącznie będzie posiadać ich ponad 60 w całej Polsce. Wszystkie lokalizacje będą usytuowane w tzw. high streetowych punktach miast.

Dodatkowo ruszyła również współpraca Merlin.pl oraz Małpki Express. 11 Punktów Odbioru Merlina funkcjonuje w Małpkach Express, w tym również cztery w pełni działające Strefy Merlina, gdzie dostępna jest sprzedaż z półki, a także zamówienia z tabletu na miejscu oraz odbiór paczek. Współpraca tych podmiotów się rozwija i firma planuje, aby od marca w każdej Małpce Express funkcjonowały Punkty Odbioru Merlina (ponad 200 placówek w całej Polsce) oraz Strefy Merlina.

W najbliższym czasie pojawią się także pilotażowe stacjonarne budki do składania zamówień w Merlin.pl w prestiżowych i strategicznych punktach handlowych – pierwsza planowa jest w centrum handlowym Stary Browar w Poznaniu. W II kwartale 2014 roku Merlin.pl chce również wprowadzić do sprzedaży prasę i napoje.

 – Będziemy kontynuować rozwój sieci naszych punktów Merlin.pl. W tej chwili to już nie są miejsca, w których można tylko odebrać paczkę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Radkowski, doradca zarządu Merlin.pl. – Można tam także kupić produkty, zamówić je czy napić się kawy. Docelowo będą to wielofunkcyjne salony, a nie zwykłe punkty odbioru.

Merlin.pl zapowiada również zmiany w serwisie internetowym.

 – Drugi i trzeci kwartał tego roku przyniosą bardzo istotne zmiany w funkcjonowaniu Merlina. Planujemy zmianę layoutu i systemów, co powinno zaowocować nowym doświadczeniem dla użytkownika i klienta. Zauważalna będzie całkowita przebudowa wyglądu – zachowamy mocne strony dotychczasowego serwisu i połączymy je z nowymi funkcjonalnościami, sprawiając, że Merlin będzie w czołówce najnowocześniejszych sklepów internetowych w Polsce. Klient w prostszy i łatwiejszy sposób dokona zakupów, korzystając z bogatej palety sposobów płatności i dostawy. Duże zmiany zajdą także w sprzedaży i korzystaniu z plików cyfrowych – mówi Radkowski.

Firma będzie się rozwijać i wprowadzać kolejne kategorie do swojego asortymentu. Zapowiada, że zmiany będą dotyczyć również asortymentu cyfrowego. W tym roku zamierza wprowadzić na rynek własny czytnik e-booków.

Jak podkreśla doradca zarządu Merlin.pl, firma nie obawia się wejścia do Polski firmy Amazon. Amerykański gigant buduje pod Wrocławiem centrum logistyczne, które ma zostać uruchomione jeszcze w tym roku. Do 2015 roku powstaną dwa kolejne. Zgodnie z planem mają obsługiwać zamówienia z niemieckiej wersji serwisu, a z czasem obejmą zasięgiem całą Europę. Amazon na razie nie planuje uruchomienia sklepu internetowego w Polsce.

 – O wprowadzeniu Amazona słyszę od wielu lat – zauważa Radkowski. – Jeżeli Amazon ostatecznie do Polski wejdzie, to będzie zagrożeniem nie tylko dla nas, lecz także dla innych sklepów. Jednak z drugiej strony Merlin.pl, podobnie jak inne duże podmioty, ma mocną pozycję i taka konkurencja może pozytywnie wpłynąć na obraz rynku i naszą motywację – dodaje.

Merlin.pl działa w Polsce od 1999 roku. Swoją działalność rozpoczynał jako księgarnia, w kolejnych latach rozszerzał swój asortyment o zabawki, elektronikę, drobne RTV i AGD, kosmetyki czy artykuły sportowe. Dziś sklep Merlin.pl w swojej ofercie ma blisko 300 tys. różnorodnych produktów i ponad 2 miliony zarejestrowanych użytkowników.

Nad LOT-em wciąż wisi groźba bankructwa

CEO Magazyn Polska

Niskie ceny paliwa lotniczego to jeden z czynników zewnętrznych, które w ubiegłym roku sprzyjały LOT-owi. Mimo to groźba bankructwa nie została jeszcze całkowicie oddalona. Polski przewoźnik wciąż potrzebuje pomocy państwa, i eksperci podkreślają, że wart jest tej pomocy, ale nie za wszelką cenę. Krytykują m.in. ministerialny pomysł połączenia LOT-u i Lotniska Chopina.

 – LOT cały czas balansuje na granicy upadłości i dalszego przeżycia. W 2013 roku na korzyść LOT-u zadziałało kilka czynników rynkowych, między innymi istotnie niższe ceny paliwa. Mam nadzieję, że te czynniki będą sprzyjać również w 2014 roku. Bez tego niestety groźba bankructwa cały czas wisi nad przewoźnikiem – przestrzega w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Sebastian Gościniarek, ekspert rynku lotniczego, partner w BBSG Baca Gościniarek i Wspólnicy Doradztwo Gospodarcze.

Gościniarek podkreśla, że obecny rok będzie bardzo ciekawy dla branży lotniczej w Polsce. Powinny się przede wszystkim wyjaśnić losy dwóch państwowych linii – LOT-u oraz Eurolotu. W ciągu najbliższych dwunastu miesięcy powinna wyklarować się rola, jaką chcą odgrywać na polskim niebie.

Nie bez wpływu na dalszy rozwój branży będzie kondycja finansowa LOT-u. Przewoźnik w grudniu 2012 r. otrzymał pierwszą transzę pomocy publicznej w wysokości 400 mln zł i wciąż może otrzymać kolejną ratę. W ubiegłym roku wyniki LOT-u poprawiały się szybciej niż zakładano. Choć linia nadal jest na minusie, w listopadzie władze spółki zapowiedziały, że strata za 2013 r. wyniesie tylko ok. 20 mln zł. W tym roku przewoźnik liczy już na zysk.

 – Dokładnie kondycję LOT-znają tylko zarządzający spółką i prawdopodobnie właściciel, bo żadne szczegółowe wyniki nie są publikowane i podawane do publicznej wiadomości – przypomina Gościniarek. – Stoję na stanowisku, że warto LOT-owi pomóc. Powinniśmy mieć przewoźnika narodowego, który ma bazę w Polsce i stąd wykonuje operacje, w tym także operacje długodystansowe. Natomiast trzeba mu pomóc w sposób przemyślany i racjonalny.

Gościniarek dodaje, że pomoc udzielana LOT-owi powinna brać pod uwagę nie tylko interes przewoźnika, lecz także całego państwa. Dlatego celem powinno być znalezienie dla polskiego przewoźnika silnego partnera  – inwestora lub dużej linii lotniczej – który może być zainteresowany udziałem w prywatyzacji LOT-u.

Ekspert z BBSG krytycznie ocenia jednak pomysł połączenia LOT-u i przynoszącego duże zyski (62,4 mln zł zysku netto w 2012 r.) warszawskiego Lotniska Chopina w Polski Holding Lotniczy.

Oceniam ten pomysł jako zły  nie tylko dla branży, nie tylko dla Lotniska Chopina, lecz także dla LOT-u. Prawdopodobnie spowoduje on pewne uśpienie we wszystkich działaniach restrukturyzacyjnych, które powinny zostać podjęte. Jednocześnie nie spodziewam się, żeby taka konsolidacja przyniosła oczekiwane efekty, przynajmniej te, które były publicznie deklarowane przez przedstawicieli Ministerstwa Skarbu Państwa – mówi Gościniarek.

Według niego takie połączenie może być nie tylko niewykonalne z punktu widzenia prawa europejskiego, lecz także szkodliwe dla rynku. Osłabiłoby to bowiem pozycję zagranicznych przewoźników, którzy nie mogliby liczyć na podobne wsparcie i zniżki jak LOT. Konsekwencją byłyby najpierw skargi na Polskę do Komisji Europejskiej, co zaszkodziłoby wizerunkowi naszego kraju. Ostatecznie taki ruch mógłby doprowadzić nawet do wycofania zagranicznych przewoźników z polskiego rynku, a tym samym zmniejszenia oferty dla pasażerów.

 – Ucierpią klienci, pasażerowie, a w konsekwencji gospodarka i nasz potencjał. Pomysł z Polskim Holdingiem Lotniczym uważam za dramatyczną próbę uratowania LOT-u za wszelką cenę. Pytanie tylko, czy ta cena nie będzie zbyt wygórowana – podkreśla Gościniarek.

Przyszłością Białegostoku mają być centra usług

CEO Magazyn Polska

Ośrodki akademickie na wysokim poziomie i wykształcona kadra – to zalety Białegostoku, którymi miasto chce przyciągać inwestorów zainteresowanych uruchomieniem centrów outsourcingowych, szczególnie z branży IT. Brakuje jeszcze infrastruktury, czyli odpowiednich powierzchni biurowych. Stolica Podlasia chce również postawić na rozwój ośrodków medycznych i przemysłu związanego z tą branżą.

Władze miasta m.in. poprzez konsultacje społeczne w ramach akcji „Twój Białystok 2020” przygotowują się do inwestycji, które będą realizowane w latach 2015-2020. Mieszkańcy wskazują przede wszystkim na potrzebę tworzenia nowych miejsc pracy, dlatego władze chcą wspierać rozwój innowacyjnego biznes. Mają w tym pomóc również środki unijne.

 – Jeżeli chodzi o wykorzystanie środków z Unii Europejskiej, to potrzebujemy inteligentnej specjalizacji. Oprócz nowoczesnych technologii, IT czy ICT [branża teleinformatyczna – red.], chcemy postawić na medycynę – mówi Tadeusz Truskolaski, prezydent Białegostoku. – Mamy bardzo wysoko oceniany Uniwersytet Medyczny, jeden z najlepszych, jeżeli nie najlepszy wydział lekarski i farmaceutyczny w kraju. Chcemy postawić na rozwój dziedzin związanych z medycyną, w tym także przemysłu, który będzie produkował na potrzeby branży medycznej.

Białystok chciałby również dołączyć do grupy miast, w których dynamicznie działają i rozwijają się BPO – centra usług outsourcingowych. Dziś w Polsce działa prawie 400 centrów, a pracuje w nich ponad 100 tys. osób.

 – Mamy dobre uczelnie, jesteśmy miastem akademickim, w którym studiuje ponad 40 tysięcy studentów. Przy trudnym rynku pracy to może być dobra zachęta, żeby sektor BPO rozwijał się w Białymstoku – twierdzi Truskolaski.

Jak podkreśla, pod względem kapitału ludzkiego miasto jest przygotowane do rozwoju tego sektora. Problemem pozostaje infrastruktura, czyli głównie brak budynków biurowych.

 – Nie ma odpowiednich powierzchni biurowych, open space’ów. Tego brakuje, więc musimy przygotować odpowiednią bazę – podkreśla prezydent Białegostoku.

Expander: poręczenie kredytu może prowadzić do pogorszenia historii i zdolności kredytowej żyranta

CEO Magazyn Polska

Poręczenie kredytu to przejęcie na siebie ryzyka niewypłacalności głównego kredytobiorcy, często w całości, wraz z dodatkowymi kosztami i odsetkami. Brak świadomości ukrytych ryzyk wynikających z takiej umowy może prowadzić zarówno do pogorszenia historii kredytowej poręczyciela, jak i obniżenia jego zdolności kredytowej. Dlatego zawsze warto jest dokładnie przeczytać umowę o poręczenie i negocjować z bankiem jej poszczególne warunki.

Na różnych listach nierzetelnych dłużników figuruje dziś ok. 2,2 mln osób, a ich liczba systematycznie rośnie. Dlatego, poręczając czyjś kredyt, warto wziąć pod uwagę, że takie zobowiązanie często wiąże się m.in. z przejęciem na siebie ryzyka spłaty całości cudzego długu.

 – Poręczenie jest to zobowiązanie osoby do spłaty długu za kogoś – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Kur z Expandera. – Jeśli osoba biorąca kredyt ma kłopoty z jego spłatą, wówczas bank kieruje się do poręczyciela, do żyranta i od niego wymaga spłaty kredytu.

Polacy chętniej zadłużają się niż oszczędzają na planowane wydatki. Jak wynika z danych Narodowego Banku Polskiego, zobowiązania gospodarstw domowych o ponad 20 mld zł przekraczają zgromadzone przez nie oszczędności. 

Poręczanie cudzego kredytu może okazać się niebezpieczne z wielu powodów, również takich, których poręczyciel nie jest świadomy w momencie podpisywania umowy.

 – Przejmując ten dług, może zepsuć sobie swoją historię kredytową – tłumaczy Jacek Kur.

Problemem dla poręczyciela może być również obniżenie jego zdolności kredytowej na czas trwania jego zobowiązania.

 – Żyrant, który jest zmuszony do spłaty kredytu za kogoś, będzie miał obniżoną zdolność kredytową do zaciągania nowych kredytów, czyli przez to może być niejako zablokowany w braniu nowych kredytów dla siebie – wyjaśnia Kur. – Należy zwrócić uwagę, czy zgodnie z umową będzie zobowiązany do spłacenia całości długu czy jego części.

Warto jest również negocjować z bankiem warunki umowy, np. w przypadku gdy zobowiązują one poręczyciela do spłaty całości zobowiązań kredytobiorcy.

 – W tym kierunku, żeby był odpowiedzialny jedynie za część długu, a nie za cały dług – podkreśla Jacek Kur. – Poręczyciel powinien dążyć do tego, żeby wziąć na siebie odpowiedzialność za spłatę samego długu, czyli kapitału zaciągniętego kredytu, a nie odsetek i kosztów windykacji – zaznacza.

Czytając umowę o poręczenie kredytu, warto też zwrócić uwagę na kolejność, w jakiej bank będzie windykował dłużnika i poręczyciela. Przede wszystkim powinien bowiem egzekwować należności od głównego kredytobiorcy, aż do wyczerpania wszystkich możliwości windykacji. Jeśli nie odniosą one skutku, dopiero wówczas ma prawo zwrócić się do poręczyciela o zapłatę.

 – Często mamy taką sytuację, że bank idzie, mówiąc kolokwialnie, na łatwiznę, i najpierw kieruje się do poręczyciela, ponieważ poręczyciel ma lepszą pracę, lepsze dochody i łatwiej jest bankowi wyegzekwować dług – dodaje Jacek Kur.

Szacunkowe wyniki za 2013 r.: 189 mln zł skonsolidowanego zysku netto

0

MCI, czołowa Grupa technologicznych funduszy typu PE/VC w Europie Środkowo-Wschodniej, dokonała przeglądu wyników finansowych za 2013 r. Według wstępnych szacunków Zarządu skonsolidowany wynik netto za miniony rok wyniósł 189 mln zł wobec 170 mln zł pierwotnie zakładanych.

Po dokonaniu wstępnego podsumowania wyników finansowych za IV kwartał i cały 2013 r., Zarząd MCI Management podał dziś do informacji publicznej szacunki skonsolidowanych wyników finansowych Grupy MCI za 2013 r. Według wstępnych wyliczeń wynik netto Grupy MCI wyniósł w minionym roku 189 mln zł. To o ponad 11 proc. więcej niż zakładała prognoza wyników rocznych opublikowana przez fundusz w dn. 29 sierpnia 2013 r. Zestawiając te dane z faktycznymi skonsolidowanymi wynikami finansowymi za 9 miesięcy br., można przewidywać, że w samym IV kwartale br. wynik netto Grupy zamknął się w kwocie ok. 18,5 mln zł. Wartość aktywów pod zarządzaniem na koniec 2013 r. była zgodna z prognozą i wyniosła ok. 1,1 mld zł, a wartość aktywów netto, którą na koniec roku prognozowano na 740 mln zł, wyniosła według szacunków 766 mln zł. Przychody z zarządzania funduszami generowane przez spółkę Private Equity Managers SA oszacowano na 77,3 mln zł wobec 49 mln zł oczekiwanych w tym roku. Wartość aktywów netto na jedną akcję szacowana jest na koniec roku na 12,20 zł.

Wzrost wyników rocznych względem publikowanej prognozy to efekt dynamicznego wzrostu wartości certyfikatów inwestycyjnych funduszu MCI. PrivateVentures FIZ w IV kwartale 2013 r.

– Dzięki dynamicznemu rozwojowi biznesów opartych na Internecie, nasze inwestycje zyskują szybko na wartości. To pozwala nam pokazywać coraz lepsze wyniki finansowe, czego przykładem jest dzisiejsza publikacja szacunków za 2013 rok – skomentowała Magdalena Pasecka, Członek Zarządu MCI Management. – W ramach aktywnej komunikacji z rynkiem kapitałowym w grudniu opublikowaliśmy również prognozy na 2014 r. Dzięki temu nasi obecni i potencjalni inwestorzy otrzymali silne podstawy do oceny potencjału wzrostu naszej działalności – dodała.

W dniu 18 grudnia 2013 r. Zarząd MCI Management podał do publicznej wiadomości prognozę podstawowych wskaźników na 2014 r. Projekcja finansowa zakłada wzrost wartości aktywów netto na akcję do poziomu 16,50 zł. MCI przewiduje również, że skala inwestycji realizowanych przez fundusze wchodzące w skład Grupy Kapitałowej wyniesie do końca 2014 r. nie mniej niż 305 mln zł. Prognozy zostały sporządzone przy założeniu, że stopień realizacji tzw. priorytetów dla Grupy Kapitałowej na 2014 r. wyniesie nie mniej niż 50% w stosunku do przyjętego planu. Duże znaczenie dla wykonania prognozy będzie mieć planowane na I półrocze 2014 r. IPO spółki zależnej Private Equity Managers SA. Zarząd funduszu zakłada również dobrą koniunkturę na giełdzie i wzrost polskiego PKB o minimum 2% w 2014 r.

Pozytywna ocena potencjału i perspektyw stojących przed spółkami portfelowymi MCI Management skłoniła analityków domu maklerskiego Noble Securities do wystawienia rekomendacji KUPUJ i ustalenia ceny docelowej w horyzoncie 9-miesięcznym na poziomie 13,56 zł. Ponieważ cena akcji w dniu wydania rekomendacji wynosiła 10,22 zł, potencjał wzrostowy kursu akcji MCI został określony na 33%.

Rozwój nowych technologii nie zabije telewizji

Konkurencja wśród producentów na rynku TMT jest już tak duża, że sukces firmy będzie coraz bardziej zależny od zakresu proponowanych przez nich usług, które mogą zaspokoić rosnące potrzeby odbiorców. Usługi te będą koncentrować się m.in. na oferowanych „treściach” – czyli na gamie i jakości rozwiązań dostępnych w urządzeniach, które powstały dzięki rozwojowi nowoczesnych technologii. Jak wynika z 13. edycji globalnego raportu firmy doradczej Deloitte „TMT Predictions 2014”, w najbliższych miesiącach na rynkach światowych coraz większą popularność zaczną zyskiwać edukacyjne kursy internetowe MOOC, a także internetowe wizyty lekarskie. Jakość treści zyskuje na znaczeniu także na rynku mediów. Według szacunków, nawet 50 mln gospodarstw domowych na całym świecie będzie korzystało z co najmniej dwóch abonamentów płatnej telewizji. Największe firmy branży TMT coraz częściej powinny interesować się osobami powyżej 55. roku życia.

Rok 2014 przyniesie kilka znaczących zmian na rynku TMT (technologie, media i telekomunikacja). Raport Deloitte przewiduje, że na świecie coraz więcej gospodarstw domowych będzie korzystało z więcej niż jednego abonamentu płatnej telewizji, co jest sprzeczne z oczekiwanym wcześniej odwrotem od płatnej telewizji lub zastąpieniem jej przez usługi wideo na żądanie.

„Do końca 2014 roku nawet 50 milionów gospodarstw domowych na całym świecie będzie korzystało z co najmniej dwóch abonamentów telewizyjnych, co przełoży się na dodatkowe przychody firm w wysokości ok. 5 mld dolarów” – mówi Jakub Bojanowski, Partner w Deloitte odpowiedzialny za sektor TMT. „Kolejne 10 milionów gospodarstw domowych uzyska dostęp do dodatkowo płatnych kanałów w ramach korzystania z innych usług, takich jak szerokopasmowy Internet” – dodaje.

W kolejnych latach zainteresowanie to będzie rosło na tyle, że pod koniec przyszłego roku aż jedna piąta gospodarstw domowych (na wybranych rynkach) będzie korzystała nawet z trzech lub więcej abonamentów telewizyjnych. Zgodnie z przewidywaniami autorów raportu, dużym zainteresowaniem będzie się cieszyła usługa VOD (Video-on-Demand/wideo na żądanie), co łączy się ze spadającą sprzedażą na rynku DVD. W Polsce widać to miedzy innymi po likwidacji niektórych sieci wypożyczalni DVD.

Na rynku telewizyjnym zyskuje sport. Wartość praw do transmisji wiodących, corocznych wydarzeń sportowych zwiększy się w tym roku do poziomu 24,2 mld dolarów, co będzie stanowić 14 proc. wzrost w stosunku do 2013 roku i wygeneruje dodatkowe przychody w wysokości 2,9 mld dolarów*. Zmiana, o której mowa powyżej, będzie w dużej mierze następstwem podpisania nowych umów z niektórymi najlepszymi ligami piłkarskimi w Europie (przede wszystkim Premier League, Bundesliga) i najważniejszymi ligami sportowymi w Ameryce Północnej (w tym liga baseballowa MLB).

„Platformy cyfrowe i dostawcy płatnej TV chcą mieć prawa do transmisji najlepszych rozgrywek sportowych. A atrakcyjna pod względem demograficznym widownia sprawia, że reklamodawcy są w stanie zapłacić za reklamowanie swoich produktów i usług przy okazji transmisji. To z kolei przekłada się na wyższe stawki, które np. ligom sportowym udaje się wynegocjować za prawa telewizyjne do swoich rozgrywek” – tłumaczy Jakub Wróbel, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu Deloitte.

Jedno z dużych wyzwań, jakie czeka graczy na rynku telekomunikacyjnym wiąże się z dotarciem z szerszą ofertą usług do ludzi powyżej 55. roku życia. Liczba osób z tej grupy wiekowej posiadających smartfony w krajach rozwiniętych powinna wzrosnąć do ok. 45-50 proc. na koniec tego roku. Niemniej, będzie to wciąż stanowić niższy odsetek w porównaniu z ok. 70 proc. wskaźnikiem penetracji wśród osób w wieku 18-54 lata. Będzie to 25-proc. wzrost w stosunku do 2013 roku, co jest ważne, biorąc pod uwagę fakt, że wartość sprzedaży smartfonów w tym roku przekroczy 375 mld dolarów.

„Ten pozytywny trend nie oznacza rozwiązania wszystkich problemów. Pokolenie powojenne wciąż używa smartfonów przede wszystkim do dzwonienia. W 2014 roku aż jedna czwarta właścicieli smartfonów powyżej 55. roku życia może nie zainstalować nawet jednej aplikacji. Wiąże się to m.in. z tym, że spośród blisko dwóch miliona mobilnych aplikacji tylko kilka stworzono właśnie z myślą o seniorach” – tłumaczy Jakub Bojanowski. Liczba właścicieli smartfonów wśród osób powyżej 55. roku życia będzie na pewno rosnąć. Z drugiej strony 78 proc. Polaków w wieku powyżej 50 lat nie korzysta w ogóle z Internetu. Na przeszkodzie w wykorzystaniu pełnego potencjału nowoczesnych telefonów mogą też stanąć, np.: niezrozumienie planów taryfowych, obawy przed wysokością rachunku oraz skomplikowany interfejs użytkownika.

Jak przekonują autorzy raportu wpływ sektora TMT na nasze życie pogłębia się i sięga coraz to nowych dziedzin życia. Jedną z nich jest nauka. W tym roku będziemy obserwować rosnące zainteresowanie otwartymi szkoleniami internetowymi adresowanymi do nieograniczonej liczby uczestników (ang. Massive Open Online Courses – MOOC).

„Nie możemy jeszcze mówić o rewolucji, ale według naszych przewidywań za sześć lat mogą one stanowić ponad 10 proc. wszystkich kursów na studiach wyższych oraz w ramach doskonalenia zawodowego. Popularyzacja i dostępność nowych technologii, wdrażanie nowych metod nauczania i zmieniające się potrzeby edukacyjne oraz konieczność ciągłego podnoszenia kwalifikacji bez wątpienia są motorem tego wzrostu” – tłumaczy Jakub Wróbel. Choć szacuje się, że w 2013 r. podwoiła się liczba studentów zarejestrowanych na kursach MOOC, to będą one w 2014 r. nadal stanowić mniej niż 0,2 proc. wszystkich ukończonych kursów odpowiadających poziomem studiom wyższym. Problemem jest bowiem to, że przynajmniej na razie większość uczestników takich szkoleń nie kończy ich.

Eksperci Deloitte nie mają jednak wątpliwości, że popularność nauki online będzie rosła. Takie kursy mają charakter masowy, otwarty, a przede wszystkim są znacznie tańsze niż tradycyjne studia na uczelni wyższej, co ma znaczenie szczególnie w krajach, gdzie edukacja jest płatna. Poza tym pozwalają one młodym ludziom uczyć się w sposób jaki chcą i kiedy chcą. Taka forma nauki zdobywa coraz większe rzesze zwolenników także w firmach, ponad 75 proc. dużych organizacji szkoli w ten sposób swoich pracowników.

Internet i nowe technologie zyskują coraz większe znaczenie także w kontaktach pacjentów z lekarzami. W tym roku znacznie wzrośnie zainteresowanie wizytami lekarskimi za pośrednictwem Internetu, których w skali globalnej może być około 100 milionów, co powinno przełożyć się na oszczędności rzędu 5 mld dolarów w porównaniu z kosztem tradycyjnych wizyt. Będzie to oznaczać wzrost o 400 proc. w stosunku do 2012 roku.

„Zainteresowanie e-wizytami będzie w 2014 roku rosło co wynika m.in. zarówno z chęci ograniczania kosztów służby zdrowia, jak również rozwoju infrastruktury technologicznej i telekomunikacyjnej. Na razie będzie ono najwyższe w Ameryce Północnej, głównie w USA i Kanadzie, gdzie przewidujemy, że liczba e-wizyt w 2014 sięgnie 75 mln” – mówi Jakub Wróbel. Nowe technologie umożliwiają nie tylko wideokonferencje z lekarzem, ale także przekazywanie mu informacji o pacjencie w postaci zdjęć czy wypełnionych przez niego odpowiednich kwestionariuszy.

„Analizując rynek technologii, mediów i telekomunikacji widzimy, że powoli następuje nasycenie w zakresie sprzętu/ urządzeń, choć oczywiście nie jest ono równomierne na całym świecie. Wyraźnie widać też coraz szerszą praktykę wymiany sprzętu na nowsze modele nawet jeśli dotychczasowe są jeszcze sprawne. Przewidujemy, jednak że coraz większego znaczenia dla graczy w tym sektorze będzie nabierać pełniejsze wykorzystanie możliwości, jakie daje technologia. Umiejętność wygenerowania i dostarczenia użytkownikom wartościowych treści na różnych platformach stanie się ważnym elementem budowania przewagi konkurencyjnej na rynku” – podsumowuje Jakub Bojanowski.

Inne globalne prognozy, które znalazły się w raporcie Deloitte:

Technologie

Inteligentna odzież
Sprzedaż inteligentnych okularów, opasek sportowych i zegarków powinna osiągnąć poziom ok. 10 mln sztuk, tj. 3 mld dolarów w 2014 roku. Najwyższych przychodów można spodziewać się ze sprzedaży inteligentnych okularów (ok. 4 mln sztuk w średniej cenie za sztukę 500 dolarów). Sprzedaż inteligentnych opasek sportowych powinna kształtować się na poziomie 4 mln sztuk (średnia cena: 140 dolarów), a inteligentnych zegarków na poziomie ok. 2 mln sztuk (średnia cena: 200 dolarów).

Wyposażenie multimedialnego domu. 750 mld dolarów: nadchodzi okres stabilizacji
Globalna sprzedaż smartfonów, tabletów, komputerów, telewizorów oraz konsol do gier przekroczy w 2014 roku poziom 750 mld dolarów, co będzie stanowiło wzrost o 50 mld dolarów w porównaniu z poprzednim rokiem i prawie dwukrotny wzrost w stosunku do 2010 roku. Prawdopodobnie nadejdzie jednak okres stabilizacji. Przewiduje się, że sprzedaż będzie w dalszym ciągu rosła (mimo że stopa wzrostu będzie niższa niż na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat), osiągając ostatecznie pułap ok. 800 mld dolarów rocznie.

Rozwarstwienie rynku tabletów
Liczba kompaktowych tabletów z ekranami mniejszymi niż 8,5 cala po raz pierwszy przewyższy liczbę tabletów tradycyjnych (z co najmniej 8,5-calowym ekranem). Przewidujemy, że do końca pierwszego kwartału sprzedanych zostanie w sumie 165 mln tabletów kompaktowych, nieco więcej niż tabletów tradycyjnych (160 mln).
Media

Oglądalność programów telewizyjnych

Dokładność pomiaru wskaźników oglądalności programów telewizji krajowej powinna się zwiększyć dla kilkudziesięciu milionów widzów dzięki zastosowaniu metody hybrydowej, która uwzględnia również programy oglądane za pomocą komputerów, tabletów i smartfonów, a także z wykorzystaniem innych rozwiązań, takich jak dane dotyczące korzystania z dekoderów STP czy usług VOD.

Wyższe przychody branży muzycznej dzięki opłatom za prawa do wykorzystywania utworów
Szacuje się, że przychody z tytułu licencji na odtwarzanie utworów w miejscach publicznych powinny po raz pierwszy przekroczyć poziom 1 mld dolarów. Kwota ta jest znacząca dla branży, której przychody kształtują się na poziomie 16 mld dolarów.

Telekomunikacja

Fablety to nie fanaberia
Fablety, czyli smartfony wyposażone w ekran dotykowy o przekątnej od 5,0 do 6,9 cala, będą stanowić jedną czwartą (300 mln sztuk) wszystkich sprzedanych smartfonów. Stanowi to dwukrotny wzrost w stosunku do 2013 roku i dziesięciokrotny w porównaniu z rokiem 2012. Mimo że fablety bardzo szybko stały się hitem wśród konsumentów, rok 2014 może być szczytowym okresem ich sprzedaży, ponieważ osoby zainteresowane korzystaniem z tak dużych urządzeń będą stanowić mniejszość (chociaż dość liczną).

SMS-y a komunikatory internetowe: ilość czy jakość?
Za pośrednictwem komunikatorów internetowych dostępnych na telefonach komórkowych (MIM) zostanie przesłane ponad dwa razy więcej wiadomości (50 mld w porównaniu z 21 mld dziennie) niż SMS-ów.

Bardziej wytrzymałe urządzenia do przetwarzania danych po 250 dolarów
Nowe rozwiązania dla osób pracujących w terenie – cena najtańszych, bardziej wytrzymałych, pracujących w trybie online urządzeń do przetwarzania danych, z których będą mogły korzystać niektóre osoby wykonujące pracę w terenie (m.in.: inspekcja drogowa czy dostarczanie przesyłek) spadnie do poziomu 250 dolarów.

* Pod uwagę brane są wybrane powtarzające się co roku wydarzenia sportowe premium, tj. z wyłączeniem, np. igrzysk olimpijskich czy mundialu.

Niespełnione obietnice – NIK o poszukiwaniach gazu łupkowego

Najwyższa Izba Kontroli oceniła działania administracji publicznej oraz przedsiębiorców podejmowane w związku z poszukiwaniem i rozpoznawaniem złóż gazu łupkowego w Polsce. W okresie objętym kontrolą działalność poszukiwawczo-rozpoznawczą złóż gazu z łupków prowadzono w oparciu o 113 koncesji obejmujących blisko 30 proc. terytorium Polski. Wykonywane przez przedsiębiorców prace geologiczne przebiegały jednak na niewielkiej części udzielonego im obszaru koncesyjnego i niejednokrotnie z opóźnieniem. Przyczyna tak powolnego działania przedsiębiorców wynikała nie tylko ze zmieniającej się sytuacji ekonomiczno-finansowej, ale również z niewłaściwych działań administracji rządowej.

NIK zidentyfikowała w kontrolowanej dziedzinie szereg nieprawidłowości, z których najważniejsze są następujące:

Ze znacznym opóźnieniem prowadzono rozpoczęte w 2011 r. prace związane z tworzeniem i nowelizacją prawa dotyczącego poszukiwania i wydobywania węglowodorów, w tym gazu z łupków oraz przepisów w zakresie opodatkowania kontrolowanej działalności. Przygotowywane zmiany prawa w tym zakresie zatrzymały się na etapie uzgodnień międzyresortowych i konsultacji społecznych. Dalsze ich przedłużanie może skutkować ograniczeniem przez przedsiębiorców skali prowadzonych bądź planowanych prac geologicznych oraz nakładów inwestycyjnych ponoszonych na taką działalność , a także zmniejszeniem z ich strony zainteresowania poszukiwaniem złóż gazu z łupków w Polsce.

Nie powołano ustanowionego rozporządzeniem Rady Ministrów z dnia 22 czerwca 2012 r. Pełnomocnika Rządu do spraw rozwoju wydobywania węglowodorów, do zadań którego miało należeć m.in. przygotowywanie koncepcji ekonomicznych, prawnych i strategicznych oraz inicjowanie, koordynowanie i monitorowanie działań związanych z poszukiwaniem, rozpoznawaniem i wydobywaniem gazu z łupków.

Mimo deklaracji o priorytetowym traktowaniu poszukiwań złóż gazu z łupków, Ministerstwo Środowiska nie potrafiło właściwie zorganizować prac resortu, tak by zadania deklarowane jako priorytetowe były realizowane stosownie do ich rzeczywistego znaczenia dla państwa. Np. w Departamencie Geologii i Koncesji Geologicznych sprawami dotyczącymi koncesjonowania poszukiwań złóż gazu z łupków zajmowały się w latach 2007-2012 jedynie trzy osoby. Nierzetelnie i przewlekle prowadzone były przez Ministra Środowiska postępowania administracyjne w sprawie udzielenia (zmiany, przeniesienia) koncesji na poszukiwanie i (lub) rozpoznawanie gazu z łupków. Decyzje wydawane były ze znacznym przekroczeniem terminów określonych w Kodeksie postępowania administracyjnego (średnio 132 dni przy wymaganych prawem 30). Dopuszczano do nierównego traktowania wnioskodawców oraz do rozpatrywania wniosków niekompletnych, oraz takich, które nie pozwalały w pełni na sprawdzenie wiarygodności ekonomicznej wnioskodawcy. W uzasadnieniach wydanych decyzji nie wskazywano istotnych faktów i dowodów stanowiących podstawę rozpatrzenia wniosku. Występujące nieprawidłowości przy udzielaniu koncesji polegające na dowolności postępowania i nierównym traktowaniu wnioskodawców mogą świadczyć o wysokim zagrożeniu korupcją.

Przyjęty przez Ministra Środowiska sposób udzielania koncesji każdemu z przedsiębiorców według wnioskowanego zakresu, obejmującego łącznie nawet 10 tys. km2, umożliwił wprawdzie rozdysponowanie całego obszaru koncesyjnego, jednak zablokował na okres co najmniej kilku lat dostęp innym przedsiębiorcom zainteresowanym poszukiwaniem gazu z łupków, co w konsekwencji może spowodować spowolnienie procesu rozpoznania zasobów. Stosując taką strategię koncesyjną nie wzięto pod uwagę ograniczonych możliwości techniczno-ekonomicznych przedsiębiorców, którzy koncesję otrzymali. Wykonanie jednego otworu poszukiwawczego wiązało się bowiem z koniecznością wydatkowania ok. 15 mln USD. Możliwości techniczne koncesjonariuszy pozwalały średnio na wykonanie jednego otworu w ciągu roku. W tej sytuacji rozwiązaniem korzystniejszym mogłoby być udzielenie koncesji większej liczbie przedsiębiorców na mniejszą powierzchnię terenu.

Podjęte działania w kierunku ustalenia zasobności krajowych złóż gazu łupkowego nie doprowadziły dotąd do wiarygodnego oszacowania ich wielkości. Dotychczasowe szacunki nie mogą być uznane za ostateczne i rzetelne, gdyż oparte zostały na zbyt małej bazie informacji i danych geologicznych. Niewielka zrealizowana dotychczas liczba odwiertów poszukiwawczych oraz braki w wynikach badań pobranych próbek geologicznych nie pozwalają na zlokalizowanie i wiarygodne oszacowanie wielkości zasobu złóż gazu łupkowego w Polsce. By tego dokonać pożądane byłoby wykonanie ok. 200 odwiertów. Osiągnięcie tej liczby odwiertów przy zachowaniu dotychczasowego tempa wierceń zajmie ok. 12 lat.

Minister Środowiska niewystarczająco uregulował proces pobierania i postępowania z próbkami geologicznymi pozyskiwanymi w wyniku wykonywanych otworów wiertniczych. W udzielonych koncesjach nie zapewniono bowiem obowiązku bieżącego przekazywania próbek do państwowego zasobu geologicznego oraz nie określono szczegółowych wymogów co do warunków, technologii, miejsca, sposobu poboru i podziału pobieranych próbek. Próbki geologiczne wywożono w całości za granicę (w tym rdzenie wiertnicze), bez wiedzy i zgody organu koncesyjnego . Przeprowadzona przez NIK weryfikacja próbek geologicznych pochodzących z 13 wykonanych odwiertów i przekazanych do Centralnego Archiwum Geologicznego wykazała, że próbki pobierane były w sposób naruszający ich stan, nie spełniały wymogów jakościowych i objętościowych określonych w koncesji i tylko w części były przydatne do dalszych badań.

Niewystarczający i nierzetelny był nadzór urzędów górniczych nad przestrzeganiem przez przedsiębiorców przepisów w zakresie ochrony środowiska, wynikających z koncesji i innych decyzji administracyjnych (np. decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach realizacji przedsięwzięcia). Urzędy górnicze nie skontrolowały wszystkich wykonanych odwiertów poszukiwawczych.

Nie we wszystkich przeprowadzonych przez urzędy kontrolach odniesiono się do każdego z elementów i obszarów środowiska, tj. ochrony powierzchni ziemi, wód, powietrza, przed odpadami, hałasem oraz wibracjami powstającymi przy wykonywaniu robót wiertniczych. Również Minister Środowiska nie prowadził kontroli przedsiębiorców, w szczególności w zakresie zgodności wykonywanej działalności z udzieloną koncesją.

Niewystarczający był nadzór Ministra Środowiska, Państwowego Instytutu Geologicznego (PIG-PIB) i Wyższego Urzędu Górniczego (WUG) nad podległymi jednostkami i komórkami organizacyjnymi w zakresie zagadnień związanych z poszukiwaniem i (lub) rozpoznawaniem złóż gazu łupkowego. Pracownicy Ministerstwa Środowiska nie wykonywali czynności kontrolnych w tym zakresie, a w PIG-PIB nie wyodrębniono nawet komórki organizacyjnej zajmującej się przeprowadzaniem kontroli. Z przeprowadzonych łącznie 34 kontroli przez WUG, tylko jedna dotyczyła problematyki gazu z łupków.

Nie wszyscy przedsiębiorcy wykonywali rzetelnie zadania i obowiązki wynikające z udzielonych im koncesji na poszukiwanie i/lub rozpoznawanie. Odnosiło się to w szczególności do przypadków niewykonywania prac geologicznych lub przystępowania do ich realizacji z wielomiesięcznym opóźnieniem, nieterminowego i niewłaściwego naliczania i wnoszenia opłat koncesyjnych na rzecz NFOŚiGW oraz właściwych gmin, nierzetelnego przekazywania Ministrowi Środowiska pisemnych informacji o przystępowaniu do wykonywania prac geologicznych bądź o ich zakończeniu.

Ponad 25 mld zł z UE na rewitalizację polskich miast

Co najmniej 25 mld zł będzie do wydania w ciągu najbliższych siedmiu lat na programy rewitalizacji miast. To początek znacznie dłuższego działania, dzięki któremu ma poprawić się jakość życia ich mieszkańców. Choć o środki rywalizować będzie ponad 900 miast, eksperci podkreślają, że najlepsze efekty przyniesie koncentracja na najbardziej potrzebujących ośrodkach.

Narodowy Program Rewitalizacji Miast ma wystartować w tym roku. Do końca rozpoczętej perspektywy unijnej, czyli do 2020 r. do wydania będzie 25 mld zł pochodzących z środków europejskich. Rząd zamierza dołożyć do tego także środki z budżetu oraz poszukiwać lokalnych partnerów.

Teoretycznie beneficjentem środków może być każde z 913 polskich miast. Buczek podkreśla jednak, że najlepsze efekty przyniesie przeznaczenie środków na mniejszą liczbę, ale większych projektów. Podkreśla znaczenie lokalnych partnerów, którymi mogą być samorządy, partnerzy prywatni oraz społeczności mieszkańców.

 – Bardzo dobrze zrozumiała to premier Bieńkowska, mówiąc, że nie chodzi o remonty kamienic, że to są zjawiska dużo bardziej kompleksowe, ekonomiczno-społeczne. Chociaż zagadnieniami rewitalizacji objęte będą także tereny poprzemysłowe, powojskowe, postoczniowe, gdzie właściwie nie ma mieszkańców – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Buczek, wiceprezes Towarzystwa Urbanistów Polskich.

W jego ocenie są trzy obszary, w których niezbędne są działania rewitalizacyjne. Pierwszy to przywrócenie życia w wyludniających się śródmieściach. To konsekwencja tego, że życie Polaków często koncentruje się wokół wielkich centrów handlowych, położonych przede wszystkim na obrzeżach miast. Z uwagi na ich szybką rozbudowę znacznie zmniejszyła się liczba sklepów na ulicach handlowych. Nie bez winy są też władze miast, które często doprowadziły do tego, że na reprezentacyjnych ulicach znajdują się same banki lub salony operatorów telekomunikacyjnych.

Drugim ważnym obszarem rewitalizacji jest ożywienie i poprawa jakości życia na osiedlach mieszkaniowych. W ostatnich latach, jak przekonuje Buczek, stały się one niebezpieczne i zaniedbane. Podobne doświadczenia mają za sobą urbaniści z krajów zachodnich.

 – Najtrudniejsze są chyba miejsca, gdzie ludzie mieszkają i gdzie te negatywne zjawiska społeczne występują. Prostsze wydają się być zagadnienia rewitalizacji trzeciej grupy, czyli obszarów poprzemysłowych, powojskowych, bo tam właściwie nie ma użytkowników i operacje mogą być bardziej kompleksowe, bez całego problemu przesiedlania ludzi, dawania im mieszkań zastępczych, negocjowania z nimi – mówi Buczek.

W jego ocenie proces rewitalizacji prowadzony w porozumieniu z lokalnymi społecznościami i angażujący je, nie zakończy się do 2020 r., lecz potrwa nawet kilkanaście lat. Żeby zwiększyć środki, ważne jest wykorzystanie między innymi partnerstwa publiczno-prywatnego. Buczek ocenia, że do 2020 r. uda się wydać wszystkie przeznaczone na Narodowy Program Rewitalizacji środki, ale ważne jest przede wszystkim to, na co zostaną one spożytkowane.

Dodaje, że na Narodowy Program nie można patrzeć w oderwaniu od innych planów i ustaw, takich jak np. rozpoczęty od 1 stycznia program „Mieszkanie dla Młodych”.

 – Rząd nie jest w tym wszystkim dostatecznie konsekwentny, bo ostatnio zostały uruchomione środki wspierające mieszkalnictwo dla młodych małżeństw i one to wsparcie ukierunkowują na obszary peryferyjne. Wydaje się, że nie ma w Polsce projektu mieszkaniowego związanego z tym programem, który mógłby być przypisany programowi rewitalizacji, na przykład lokalizowaniu mieszkań dla młodych małżeństw na obszarze poprzemysłowym – krytykuje Buczek.

Według wiceprezesa TUP jedynie konsekwentny i szeroko rozumiany program rewitalizacji, uwzględniający także tzw. koncepcję ładu przestrzennego, może przynieść dobre skutki. Ważne jest zaangażowanie środków z różnych źródeł i współpraca pomiędzy projektami.

Resort gospodarki: Utworzenie strefy wolnego handlu między UE a USA zmieni rozkład sił w światowym handlu

Ścisła współpraca rządu i biznesu może zagwarantować korzystne dla Polski rozwiązania w negocjowanej umowie o wolnym handlu między UE a USA. Wśród przedsiębiorców obaw nie brakuje, ale resort gospodarki przekonuje, że na zmianach mogą oni zyskać. Przyjęcie umowy wpłynie nie tylko na poszczególne rynki w USA i Europie, ale zmieni rozkład sił w światowym handlu.

Efektem trwających negocjacji w sprawie utworzenia strefy wolnego handlu między UE a USA ma być połączenie w całość jednej trzeciej światowego handlu – 52 proc. PKB i 40 proc. produkcji.

 – Porozumienie między Unią Europejską a USA, ale również pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a krajami azjatyckimi w ramach porozumienia transpacyficznego wpłynie na przepływ towarów w globalnym łańcuchu dostaw. To może zmienić rozkład sił na świecie – przewiduje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Dycha, wiceminister gospodarki.

W połowie minionego roku UE rozpoczęła negocjacje z USA w sprawie utworzenia strefy wolnego handlu. Porozumienie powinno być gotowe w 2015 roku. Przewiduje zniesienie lub znaczną redukcję ceł, szerszy dostęp do rynku usług, uproszczenie barier administracyjnych, regulację kwestii ochrony własności intelektualnej, zwiększenia dostępu do rynku zamówień publicznych.

 – To największa umowa handlowa w historii polityki handlowej. Ambicją tej umowy jest utworzenie nowych standardów w gospodarce europejskiej i amerykańskiej, które staną się również standardem globalnym – uważa Andrzej Dycha. – Te negocjacje mogą być dużą szansą dla polskich przedsiębiorców. W ścisłej współpracy z rząd jesteśmy w stanie wpłynąć na ich przebieg i stworzyć takie parametry w tej umowie, które będą korzystne dla nich.

Przedstawiciel resortu gospodarki zapewnia, że prowadzone są intensywne konsultacje z przedstawicielami przedsiębiorców i nauki, aby wypracować jak najbardziej korzystne rozwiązania. W ubiegłym tygodniu miało miejsce spotkanie m.in. z przedstawicielami branży farmaceutycznej i chemicznej.

 – Polska odniesie sukces w tych negocjacjach, jeżeli będziemy ściśle współpracowali z przedstawicielami biznesu. Bariery, które występują w handlu ze Stanami Zjednoczonymi, są widoczne na poziomie operacyjnym, na poziomie przedsiębiorców, którzy prowadzą taką działalność albo mają inwestycje w USA. Jeżeli opowiedzą o tych trudnościach stronie rządowej, to my na poziomie negocjacji będziemy starali się je rozwiązywać – mówi Andrzej Dycha. – To może przyczynić się do stworzenia nowych przewag konkurencyjnych dla polskiej gospodarki, która wygrywa dzięki niskim cenom energii i kosztom pracy, dużej determinacji i ambicji ludzi, którzy żyją w Polsce.

Dziś wchodzi w życie część przepisów o OFE. Nie zachęcą do odkładania na emeryturę

Dyskutowany model gwarantowanych przez państwo minimalnych emerytur dla wszystkich nie sprawdzi się, jeśli rząd nie wprowadzi zachęt do oszczędzania. Funkcjonujące dziś instrumenty nie są opłacalne i nie przyniosą istotnego zysku w perspektywie kilkunastu lat. Nawet wchodzące dziś w życie zmiany w Indywidualnych Kontach Zabezpieczenia Emerytalnego nie zmobilizują Polaków do odkładania na emerytury.

14 stycznia zgodnie z nowelizacją ustawy o zmianach w systemie emerytalnym zacznie obowiązywać część nowych przepisów dotyczących OFE, w tym te, które mają zachęcić do oszczędzania w IKZE.

  W uzasadnieniu do ustawy o zmianie warunków funkcjonowania otwartych funduszy emerytalnych jako jedno z wyjaśnień do jej wprowadzenia, pojawia się konieczność dobrowolnego oszczędzania. Natomiast dziwnym trafem ustawodawca ograniczył ją wyłącznie do Indywidualnych Kont Zabezpieczenia Emerytalnego i tylko temu produktowi inwestycyjnemu poświęca uwagę. Wprowadza tzw. stałą stawkę podatku dochodowego od wypłaty z IKZE w wysokości 10 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Nowak z firmy doradczej Mercer Polska.

Dochód przekazywany do IKZE nadal będzie zwolniony z podatku, jednak wpłaty w roku kalendarzowym nie będą mogły przekroczyć kwoty odpowiadającej 1,2-krotności przeciętnego prognozowanego wynagrodzenia miesięcznego.

 – IKZE ze swoim limitem, który wynosi około 4 tys. zł rocznie, w żaden sposób i nikomu do niczego się nie przyda. Przez 20 lat możemy zaoszczędzić około 80 tys. zł, czyli z ewentualnym zyskiem możemy mieć około 120-150 tys. zł w bardzo optymistycznym wariancie. To w niewielkim stopniu albo nie w takim, na jaki liczymy, zwiększy naszą emeryturę – wylicza ekspert.

Aby zmobilizować Polaków do odkładania na emerytury i by te oszczędności były znaczące, rząd powinien wprowadzić zachęty w postaci ulg fiskalnych lub dodatkowych produktów inwestycyjnych.

 – Państwo o nich milczy, chociaż ustawodawca w 1999 roku takie produkty wprowadzał. Mówię tu przede wszystkim o pracowniczych programach emerytalnych, o Indywidualnych Kontach Emerytalnych, które pojawiły się wiele lat temu. I tym produktom również powinniśmy poświęcić uwagę – uważa Krzysztof Nowak.

Nie zgadza się z argumentem rządu, który wprowadzając zmiany twierdził, że Polska realizuje ten sam scenariusz co wiele krajów w Europie, czyli odchodzi od systemu kapitałowego, który nie zdał egzaminu.

 – To nie jest absolutnie prawda. Są kraje w Europie, ale takie, których chyba nie chcemy naśladować, np. Węgry, które rzeczywiście zlikwidowały filar kapitałowy. Natomiast większość państw nie rezygnuje z tego elementu kapitałowego w systemie emerytalnym, czyli z naszego OFE, tylko je zmienia. To rzeczywiście jest słuszny kierunek – informuje Krzysztof Nowak.

Wśród możliwych zmian wymienia te, które rząd planował kilka lat temu, czyli obniżanie kosztów funkcjonowania OFE, uwolnienie limitów inwestycyjnych,  rezygnację z minimalnej stopy zwrotu, zwiększenie limitu dla inwestycji zagranicznych, poprawienie konkurencyjności pomiędzy funduszami czy wprowadzenie kilku różnych typów funduszy w zależności od wieku inwestora.

Teraz politycy dyskutują o systemie solidarnościowym, czyli minimalnych emeryturach dla wszystkich, ale o niewielkiej wysokości.

 – Część z nich traktuje to jako fenomenalny pomysł, który rozwiąże wszystkie problemy. Odwołujemy się do doświadczeń krajów anglosaskich, Kanady, Australii. W tych krajach istnieją minimalne emerytury gwarantowane przez państwo, ale stosują one także szereg zachęt nie tylko fiskalnych, które mają spowodować, że ludzie będą samodzielnie oszczędzać. Jeżeli więc chcemy wprowadzić model solidarny, to powinniśmy też jednocześnie wprowadzać indywidualne dodatkowe oszczędności, o których u nas w ogóle się nie mówi – podkreśla Krzysztof Nowak.

Polskie spółki uciekają do rajów podatkowych. W kraju zatrzymałby je elastyczny i prosty system podatkowy

Uproszczenie podatków to jedyny sposób na zatrzymanie w Polsce dużych przedsiębiorstw, takich jak LPP. Spółka przeniosła prawa do swoich marek – Reserved, Mohito i House –  na Cypr i do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, czym wywołała oburzenie wśród części klientów. W takim działaniu nie ma jednak nic nielegalnego, a optymalizacja podatkowa opłaca się średnim i dużym przedsiębiorstwom.

 Przypadek LPP nie jest pierwszym i z punktu widzenia gospodarczego myślę, że jest to całkowicie normalne. Jest to klasyczny sposób optymalizacji podatkowej – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Edward Wąsiewicz, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu. – Nie jest to nieprawidłowe rozwiązanie i jak najbardziej dopuszczalne prawnie, formalnie zgodne z wszelkimi kanonami. Nie ma tutaj znamion nawet drobnego wykroczenia.

Wąsiewicz podkreśla, że taka optymalizacja podatkowa opłaca się nie tylko dużym, lecz także średnim przedsiębiorcom. Koszty przygotowania prawnego i prowadzenia działalności za granicą muszą być niższe od oszczędności związanych z obniżeniem stawki podatku. Dodaje, że regulacje prawne i podatkowe to ważny czynnik decydujący o napływie i odpływie kapitału.

Dla tych przedsiębiorców, którzy decydują się inwestować w Polsce, koszty pracy, surowców i inne muszą być wystarczająco zachęcające. Z drugiej strony niczym dziwnym nie jest, że również polscy przedsiębiorcy szukają tańszych dla nich krajów. Wąsiewicz podkreśla, że nie można oceniać tego jednoznacznie negatywnie, bo w ten sposób pracodawcy ratują miejsca pracy.

 – Nawet jeżeli nie w formie podatków, to w formie pośredniej wypracowana wartość dodana pozostaje w budżecie poprzez pracowników tej firmy – mówi Wąsiewicz. – Nie jestem w stanie odpowiedzieć, czy lepiej jest zadbać o to, żeby pracownicy w firmie mogli pracować, generować przychody i wydawać dochody, który osiągną w kraju, nawet jeżeli podatki wygenerowane bezpośrednio przez firmę zostaną zapłacone gdzie indziej. Czy też lepiej jest zmniejszyć zatrudnienie i tym sposobem skazać część ludzi na niebyt gospodarczy.

Dodaje, że w ekstremalnym przypadku możliwe jest całkowite wycofanie się przedsiębiorców z pewnych sektorów gospodarki do tańszych dla nich krajów. Dotyczy to zwłaszcza tych branż, w których przepływ kapitału jest swobodny. W jego ocenie temu powinni zapobiegać politycy, zachęcając przedsiębiorców do pozostania w Polsce i płacenia tu podatków. Według Wąsiewicza najważniejsze jest uproszczenie systemu prawnego i podatkowego.

 – Uważam, że ten system należy jakoś uelastycznić i uszczelnić – przekonuje. – Im prostsze podatki, im mniejsza możliwość interpretacji rozwiązań podatkowych i prawnych, szczególnie na styku przedsiębiorca – urzędnik, tym gospodarka jest skuteczniejsza w produkowaniu wartości dodanej. To chyba jest jedyny sposób, bo można sobie wyobrażać, że będziemy budowali kolejne obostrzenia, ale wtedy będziemy budowali kolejna utopię. Kontroler będzie kontrolował kontrolera, a to zawsze kończy się źle.

Według Wąsiewicza wzorami dla Polski powinny być kraje bałtyckie, takie jak Łotwa czy Estonia.

Kredyty w ramach programu Mieszkanie dla Młodych droższe od zwykłych kredytów hipotecznych

Zainteresowanie programem Mieszkanie dla Młodych jest bardzo duże, choć kredytobiorcy mogą się na nim zawieść. Kredyty w ramach rządowego programu są droższe niż tradycyjne, a ofert jest na razie mało – posiadają je dwa banki. Analitycy podkreślają jednak, że nawet przy uwzględnieniu nieco wyższych marż decyzja o wzięciu dotowanego kredytu może być korzystna.

 Zarówno PKO BP, jak i Pekao SA mają wyższe marże dla kredytów z dopłatami państwa. PKO BP dopisuje do standardowej marży 0,1 punktu procentowego, natomiast Pekao SA w granicach 0,2-0,3 punktu procentowego. Efekt tego widać w ratach kredytu. Dodatkowo Pekao SA ma wyższą prowizję – komentuje w rozmowie w agencją informacyjną Newseria Biznes Halina Kochalska, analityczka w Open Finance.

W miarę upływu czasu można spodziewać się większej liczby ofert i silniejszego zaangażowania innych banków. Wciąż jednak trudno prognozować, jaki będzie efekt programu. MdM w założeniu miał pomóc sfinansować zakup ok. 130 tys. mieszkań przy dofinansowaniu na poziomie 3,5 mld złotych.

 – Bank Gospodarstwa Krajowego spodziewa się, że jeszcze w styczniu 15 banków może podpisać umowy o współpracy. Tak przynajmniej wynika z zeszłorocznych deklaracji. Nawet jeśli podpisywanie umów przesunie się na luty, to i tak w krótkim czasie klient uzyska bardzo szeroką ofertę kredytów z dopłatami – podkreśla Halina Kochalska. – W MdM sytuacja rozwija się nieporównywalnie szybciej, niż było to w przypadku programu Rodzina na Swoim. Tam trwało to latami.

Zdaniem ekspertki, nie jest pewne, czy w obliczu rosnącej konkurencji PKO BP i Pekao SA zweryfikują swoje oferty na korzyść klientów. Tym bardziej, że tendencja na rynku jest raczej odwrotna: banki chcą coraz więcej zarabiać na kredytach hipotecznych.

 – Zobaczymy, jak banki podejdą do tej sprawy. Jeśli chodzi o to zróżnicowanie cenowe, początki są niestety bardzo podobne do tego, co obserwowaliśmy w programie Rodzina na Swoim. Wtedy też przez dłuższy czas banki zarabiały więcej na kredytach z dopłatami. Takie praktyki były krytykowane, tym bardziej że chodziło niejako o żerowanie na dofinansowywaniu przez państwo odsetek kredytowych. Ale tak skonstruowano ten program, przy czym z punktu widzenia wizerunkowego nie wyglądało to korzystnie dla banków – podkreśla analityczka Open Finance.

Według Haliny Kochalskiej, nawet jeśli ktoś dziś zdecyduje się na jedną z dostępnych ofert, nie powinien być z tego powodu stratny.

 – Banki, które dziś oferują program Mieszkanie dla Młodych, to tuzy rynku kredytów mieszkaniowych, które takich kredytów udzielają najwięcej i najchętniej, a w stosunku do rynku wcale nie mają wyśrubowanych cen. Prawdopodobnie, nawet przy uwzględnieniu nieco wyższych marż, szybka decyzja o wzięciu dotowanego kredytu może być korzystna – przekonuje Halina Kochalska.

Grupa Azoty zainwestuje w tym roku nawet 800 mln zł

Grupa Azoty zintegrowała polski rynek chemii i wyrasta na liczącego się gracza w Europie i na świecie. Tegoroczne inwestycje – w dużej części będące kontynuacją już rozpoczętych – mają pochłonąć 700-800 mln złotych. Grupa pracuje nad nowymi działaniami inwestycyjnymi, głównie w Tarnowie.

 – Inwestycje dotyczyć będą przede wszystkim modernizacji oraz poprawy efektywności i doskonałości operacyjnej instalacji w naszych zakładach. To główne instalacje do produkcji amoniaku oraz instalacje do przetwarzania amoniaku w produkty nawozowe – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Jarczewski, prezes Grupy Azoty. – W przypadku zakładów w Puławach mowa o stokażu [rodzaj magazynu – red.] amoniaku, inwestycjach energetycznych i produkcji nawozów płynnych oraz granulowanych.

W Puławach działa m.in. linia produkcji RSM (roztworu saletrzano-mocznikowego) o zdolnościach produkcyjnych na poziomie 1,2 mln ton rocznie. Spółka rozwija sieć dystrybucji i sprzedaży tego nawozu płynnego. Właśnie podpisała umowę na dostawy RSM dla szwajcarskiej firmy Trammo. Kontrakt opiewa na 385 mln zł. Rolę rynku RSM dostrzegają władze grupy.

 – W Kędzierzynie, obok innych inwestycji, rozpocznie się budowa instalacji produkcyjnej RSM, nowego i bardzo związanego z rynkiem produktu. Geograficznie to południowa Polska, Czechy i zachodnie Niemcy, więc lokalizacja produkcji w Kędzierzynie jest idealna – mówi prezes Grupy Azoty. – Planujemy i opracowujemy kolejne działania, mam nadzieję jeszcze w tym roku ogłosić kilka dużych zadań, w szczególności w Tarnowie, który wymaga pilnie działań inwestycyjnych.

Istotnym produktem grupy jest mocznik produkowany z amoniaku otrzymywanego przy użyciu gazu ziemnego. Zakłady puławskie i kędzierzyńskie podpisały pięcioletni kontrakt o wartości ponad 910 mln zł na dostawy mocznika dla spółki zależnej Pfleiderera Grajewo. Mimo wysokich kosztów surowca, czyli gazu ziemnego, oraz silnej konkurencji np. ze strony Amerykanów, firma zarabia na takiej działalności.

 – Mocznik trzeba nie tylko wyprodukować, lecz także przetransportować. Produkuje się go na całym świecie od zarania przemysłowej produkcji chemicznej, a my w tej produkcji mamy długie doświadczenia. Po wynikach wyniki Grupy Azoty widać, że nawet w sytuacjach kryzysowych spółki grupy potrafiły realizować wyniki, czego teoretycznie tańsi konkurenci nie potrafili – przekonuje Paweł Jarczewski.

Przez lata mówiono o konieczności integracji polskiego przemysłu chemicznego, jednak dopiero próba przejęcia spółki Azoty Tarnów przez rosyjską firmę Acron dała impuls do działania. Dziś w Grupie Azoty działają m.in. zakłady w Tarnowie, Puławach, Kędzierzynie i Policach. Grupa radzi sobie na trudnym i konkurencyjnym rynku chemicznym i przynosi zyski mimo wysokich kosztów zakupu gazu ziemnego – podstawowego surowca w branży nawozowej.

Do 2020 roku będzie 50 mld urządzeń połączonych z siecią

CEO Magazyn Polska

Z obliczeń firmy Ericsson wynika, że do 2020 roku na całym świecie będzie ponad 50 mld urządzeń połączonych w sieci. Będą to głównie tablety i smartfony, ale również sprzęt domowy. Średnio na każdego mieszkańca globu będzie przypadało około siedmiu takich gadżetów. Szacuje się również, że połowa ruchu w sieci będzie generowana właśnie przez komunikację między tymi urządzeniami. Drugą połowę użytkownicy będą wykorzystywać do rozrywki.

 – Ludzie będą korzystać z rozrywki w sieci, a maszyny będą wykonywały naszą pracę, komunikując się między sobą. Potencjał, jeśli chodzi o komunikację M2M [machine-to-machine – red.] jest olbrzymi – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Szczęsny, ekspert technologii teleinformatycznych z firmy Exatel.

W wielu polskich miastach już dziś jesteśmy świadkami tego typu zmian. W kilku z nich trwają testy liczników połączonych z siecią, dzięki którym można kontrolować i zarządzać zużyciem prądu, gazu czy wody. Szacuje się, że do końca 2020 roku w Polsce wymienionych zostanie 16 mln tradycyjnych liczników energii elektrycznej.

 – W ofercie pojawią się usługi zakładające, że np. licznik poinformuje pralkę, że jesteśmy akurat w dołku energetycznym, więc powinno się rozpocząć pranie, ponieważ prąd w danej taryfie będzie dwa czy cztery razy tańszy – wyjaśnia Michał Szczęsny.

Tzw. smart metering w obszarze energii w konsekwencji będzie prowadzić do rozwoju tzw. inteligentnych domów. Istniejące już systemy pozwalają przy użyciu aplikacji w smartfonie sterować np. światłem i systemem alarmowym w domu.

 – Lodówka będzie mogła wysłać nam informację na naszego smartfona, który będzie dostępny pod LTE, że właśnie skończyło nam się mleko, albo że jest przeterminowane. Będziemy też mogli sterować każdym elementem, który jest w mieszkaniu, ale na to trzeba poczekać jeszcze 2-3 lata – prognozuje ekspert. – Innym przykładem są samochody z systemami typu eCall. W momencie wypadku samochód wysyła o nim informacje do centrum powiadamiania lub też informuje o złych parametrach pracy silnika.

Rozwój tego typu usług będzie zależał od przepustowości łącz internetowych i ich dostępności. Służyć ma temu  przyjęty w ubiegłym tygodniu przez rząd program Polska Cyfrowa 2014-2020. Program zakłada też rozwój e-administracji i przeciwdziałanie wykluczeniu  cyfrowemu. Zapisano w nim również, że do 2020 roku każdy Polak będzie mógł mieć dostęp do internetu o przepustowości co najmniej 30 Mb.

UOKiK: produkt kupiony na wyprzedaży można reklamować i zwracać

Zimowe wyprzedaże trwają. Sklepy kuszą niskimi cenami, które nie zawsze okazują się dla nabywcy tak atrakcyjne, jak przedstawiają je sprzedawcy. Jeśli produkt zakupiony na wyprzedaży okaże się wadliwy, klient ma takie same prawa do jego zwrotu, jak gdyby go kupił po regularnej cenie.

 – Produkt kupiony na wyprzedaży jest produktem pełnowartościowym. Jest tak samo traktowany, jak produkt kupiony za cenę sprzed obniżki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Borecki z Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. – Sprzedawca musi przestrzegać naszych praw tak samo, jak kupowalibyśmy towar droższy.

Prawa klienta do zwrotu towaru nie zależą od tego, czy sklep w danym okresie prowadzi akcje marketingowe. Jeśli istnieje realna podstawa do zwrotu towaru, czyli np. jakaś wada fabryczna, klient ma na zwrot dwa lata.

 – Pamiętajmy, żeby to zrobić w ciągu dwóch miesięcy od zauważenia wady w tym produkcie – radzi Paweł Borecki. – Sprzedawca ma obowiązek przyjąć reklamację produktu uszkodzonego. Nie ma znaczenia, że taki produkt był przeceniony.

Podstawowym warunkiem rozpatrzenia reklamacji i ewentualnego zwrotu pieniędzy jest okazanie dowodu zakupu.

 – Może to być paragon, a także wyciąg z konta czy karty kredytowej, którą dokonywaliśmy płatności – wymienia ekspert. – Możemy też przyjść ze świadkiem, który był z nami podczas dokonywania zakupu. Natomiast w tej sytuacji będzie to dość trudne do udowodnienia, bo mamy tu słowo przeciwko słowu.

Reklamację powinno składać się w sklepie na piśmie. Można skierować ją również do producenta lub dystrybutora (jeśli udzielił gwarancji na produkt). Wybór drogi dochodzenia roszczeń będzie zależał więc od tego, który wariant okaże się korzystniejszy dla konsumenta.

Jeśli mimo wszystko sklep odrzuci reklamację, klient może bezpłatnie zwrócić się o pomoc w dochodzeniu swoich praw do miejskich i powiatowych rzeczników konsumentów, Inspekcji Handlowej, a także dzwoniąc na infolinię Federacji Konsumentów.

Zwrot zależy od dobrej woli sprzedawcy

Podstawy do zwrotu nie stanowi natomiast fakt, że zakupiony towar przestał nam się podobać lub okazał się nietrafionym prezentem. W takich przypadkach klient może liczyć jedynie na dobrą wolę sprzedawcy. Jeśli sklep prowadzi politykę prokonsumencką, zazwyczaj daje klientowi możliwość zwrotu pieniędzy lub wymiany towaru na inny, co jest ustalone w jego wewnętrznym regulaminie.

 – Dobrowolny termin zwrotu lub też wymiany jest ustalany przez sprzedawcę – dodaje Borecki.

Jako organizator wyprzedaży może też narzucić warunki promocji.

 – Może się zdarzyć tak, że sklep sobie zastrzeże, że promocje nie łączą się. A być może zgodzi się na to, aby klient łączył różne bony zniżkowe ze sobą, by mógł kupić coś jeszcze taniej – potwierdza Paweł Borecki.

Warszawa dzięki łagodnej zimie już oszczędziła 5 mln zł

Do końca grudnia warszawski Zakład Oczyszczania Miasta zaoszczędził 5 mln zł dzięki bezśnieżnej zimie. Od rozpoczęcia sezonu koszty odśnieżania w stolicy wyniosły 9 mln zł. Na najbliższe dni synoptycy zapowiadają opady śniegu. Gotowość służby utrzymają co najmniej do połowy kwietnia, więc na razie za wcześnie, by oceniać cały sezon i cieszyć się z ewentualnych oszczędności.

 – Do tej pory do budżetu miasta zwróciliśmy około 5 mln zł z tego względu, że taka kwota została nam w IV kwartale ubiegłego roku. Sezon zimowy zahacza o dwa kwartały: czwarty i pierwszy kolejnego roku. Rozliczamy się jednak w roku kalendarzowym, stąd też ten zwrot – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Iwona Fryczyńska z Zarządu Oczyszczania Miasta w Warszawie. – Do tej pory sezon zimowy kosztował nas około 9 mln zł, tyle pieniędzy wydaliśmy zarówno na oczyszczanie ulic, jak i terenów dla pieszych. Łączny koszt sezonu będziemy znali około połowy kwietnia.

ZOM do tej pory ogłosił 10 akcji, w których oczyszczanych było za każdym razem 40 proc. warszawskich ulic. Zakład odpowiada jedynie za te drogi, którymi kursuje komunikacja miejska. Odśnieżanie pozostałych ulic zleca 18 urzędów warszawskich dzielnic.

Koszt jednorazowego odśnieżania to od kilkuset tysięcy do nawet ponad miliona złotych. Zależy on od zakresu działania.

 – Jedna akcja oczyszczania ulic, do której wyjeżdża 165 posypywarek, kosztuje około 1,25 mln zł. Są też akcje nieco tańsze. Ponad 100 tys. zł kosztuje akcja, kiedy 40 pojazdów wyjeżdża na tzw. odcinki niebezpieczne, czyli odśnieża mosty, wiadukty i ulice spadkowe. Jest też akcja, do której wyjeżdża 310 pługosolarek – wylicza Fryczyńska.

Na cały sezon ZOM ma zabezpieczonych 71 mln zł. Jak tłumaczy Fryczyńska, wyłonieni w przetargach wykonawcy otrzymują zapłatę tylko za zrealizowane akcje. Jednak przez cały okres od 15 października do 14 kwietnia, a w zależności od pogody także poza tymi ramami, muszą utrzymywać gotowość do działania, czyli mieć wystarczającą załogę, sprzęt oraz środki chemiczne. Umowy są tak skonstruowane, by koszty ponoszone przez miasto były proporcjonalnie niższe podczas długich i śnieżnych zim. Wynika to z tego, że po 25. akcji w trakcie sezonu od stawek naliczane są upusty.

Wykonawcy mają podpisane z ZOM-em trzyletnie umowy, co ułatwia rozliczenia. W sezonie letnim zajmują się oni myciem i zamiataniem ulic. Roczne kontrakty są podpisywane z wykonawcami oczyszczania terenów dla pieszych, czyli głównie chodników, przejść na skrzyżowaniach, dojść do stacji metra oraz terenów wokół sześciu parków administrowanych przez ZOM (Ujazdowskiego, Skaryszewskiego, Praskiego, Cytadeli, Ogrodu Saskiego i Pola Mokotowskiego).

ZOM odpowiada łącznie za ok. 1,6 mln metrów kwadratowych terenów dla pieszych w Warszawie. Teren ten obejmuje także ok. połowę wszystkich miejsc w Strefie Płatnego Parkowania.

 – Inne tereny są oczyszczane na zlecenie 18 urzędów dzielnic. Ulice osiedlowe powinny być oczyszczane w ramach prac organizowanych przez administratorów osiedli – dodaje Fryczyńska.

Warszawa została podzielona na 15 rejonów, które są obsługiwane przez łącznie siedmiu wykonawców (w tym dwa konsorcja). Odśnieżanie terenów dla pieszych zostało podzielone na 16 rejonów, wykonawców jest również siedmiu.

Grupa Nokaut: warunkowe umowy kupna akcji Morizon S.A.

Grupa Nokaut podpisała warunkowe umowy kupna akcji spółki Morizon S.A. z trzema akcjonariuszami tej spółki. Łącznie zawarte umowy dotyczą 2 337 500 akcji spółki Morizon S.A., co stanowi 18,70% jej kapitału zakładowego. W ramach umów trzej akcjonariusze Morizon S.A. zobowiązali się do odsprzedania tej liczby akcji za łącznie 3 zł w przypadku, gdy Grupa Nokaut obejmie do 21 stycznia 2014 co najmniej 8 mln akcji serii E, zaś skonsolidowany zysk netto Morizon S.A. za 2014 rok będzie niższy niż 2 mln zł. Realizacja umów warunkowych może zwiększyć udział Grupy Nokaut w kapitale spółek Morizon i Melog do 29% oraz obniżyć wycenę bazową transakcji do kwoty 20 mln zł.

Umowy warunkowe dają akcjonariuszom Grupy Nokaut dodatkowe zabezpieczenie planowanej transakcji nabycia akcji Morizona w przypadku osiągnięcia przez Morizon i Melog niesatysfakcjonujących wyników finansowych.

Morizon SA jest notowaną na NewConnect grupą wyszukiwarek w sektorze nieruchomości. W grudniu 2013 Morizon SA podpisała umowę nabycia 100% udziałów Melog.com, największego w Polsce niezależnego wydawcy specjalistycznych serwisów dla branży nieruchomości. Docelowo Grupa Nokaut.pl nie wyklucza przejęcia całości akcji Morizon.pl. Planowana inwestycja w znaczącym stopniu dywersyfikuje działalność Grupy Nokaut na rynku polskim.

„Przejęcie znaczącej części udziałów Morizon.pl to solidnie przemyślana długoterminowa decyzja inwestycyjna. Bardzo starannie badaliśmy rynek pod kątem akwizycji jednego z graczy, gdyż zależało nam, aby jego działalność w jak największym stopniudopełniła naszą dotychczasową ofertę. Warto było czekać – w wyniku transakcji przejęcia przez Morizon.pl spółki Melog.com stanie się on jednym z 3 największych graczy na rynku nieruchomości w Internecie w Polsce. Jestem przekonany, że tak perspektywiczny partner zapewni wspólnie z nami nową, jeszcze lepszą jakość usług w sektorze e-commerce. To jednak nie koniec naszej aktywności – wciąż poszukujemy partnera branżowego dla porównywarki cenowej, co pozwoli na finalizację procesu dywersyfikacji naszego portfolio” – powiedział Sławomir Topczewski, prezes zarządu Grupy Nokaut.pl.

Spółka Morizon.pl – na początku grudnia 2013 roku – podpisała umowę inwestycyjną, zakładającą przejęcie kontroli nad spółką Melog.com – właściciela m.in. popularnych serwisów ogłoszeniowych: oferty.net, domy.pl, komercyjne.pl, noweinwestycje.pl, bezposrednie.com oraz oprogramowania DomyPro i Agencja3000. Część gotówkowa transakcji będzie przeznaczona na zakup udziałów od włoskich właścicieli Melog.com (45% udziałów) oraz przejęcie 3,72% udziałów od polskich właścicieli, natomiast nowe akcje Morizon.pl zostaną w całości objęte przez polskich współwłaścicieli spółki – Jarosława Święcickiego i Tomasza Święcickiego.

Grupa Nokaut narastająco po trzech kwartałach 2013 roku zanotowała przychody w wysokości 8,55 mln zł, o 18% wyższe rok do roku. Zwiększenie przychodów było efektem podwyższenia jakości serwisu i jego skuteczniejszej monetyzacji (wzrost stawki aCPC), wzrostu uśrednionej liczby przejść jednego użytkownika serwisu Nokaut.pl do sklepu internetowego (aUCR) oraz zwiększenia liczby użytkowników (RU) odwiedzających serwis Nokaut.pl.

Niknący zasięg Facebooka początkiem końca?

Eksperci social media od dłuższego czasu zauważają znaczący spadek zasięgu postów na Facebooku. Taki stan rzeczy z pewnością utrudnia planowanie strategii promocyjnej w mediach społecznościowych, a zarazem sprzyja powstawaniu sceptycznych opinii pod adresem zasadności podejmowania tego typy aktywności na tym konkretnym portalu. Czy zasłużenie?

Wielu specjalistów uznaje, że Facebook w Polsce osiągnął szczyt swoich możliwości i pomimo wzrostu unikalnych użytkowników w naszym kraju, nie ma on przed sobą tak świetlanej przyszłości jak zapowiadano przed latami. Pomimo zapewnień, że te zmiany zasięgu mają za zadanie dbanie o większą ilość unikalnych treści kosztem tzw. lolcontentu, to jednak wszyscy jednomyślnie uznają, że chodzi wyłącznie o wzrost zysków z płatnych reklam i sponsorowania postów.

Czy oznacza to, że promocja w Internecie wycofa się z social media? Jest to scenariusz raczej niezbyt prawdopodobny. Musimy pamiętać, że żaden portal społecznościowy nie jest w stanie na dzień dzisiejszy pochwalić się tak obszerną bazą odbiorców jak Facebook. Co więcej, w mediach społecznościowych zachodzi zjawisko przenikania się tych platform, bowiem każda z nich oferuje coś zupełnie innego.

Zarówno Instagram, jak i Twitter dają możliwość jednoczesnego zamieszczania wpisów na kilku serwisach, w tym na Facebooku. Wskazuje to wyraźnie kierunek, w którym powinny iść działania marketingowe. Nie wystarczy dzisiaj istnieć bowiem na jednej scenie, należy zróżnicować komunikację i rozszerzyć ją o pozostałe kanały dotarcia do odbiorców.

Zadanie to ułatwia fakt, że każdy z tych portali charakteryzuje się innym rodzajem komunikatów, dzięki czemu nie istnieje ryzyko powielania treści. Instagram na przykład skupia się bardziej niż inne serwisy na wizualnym aspekcie social media, prezentowane zdjęcia mają za zadanie przedstawienie marki w tzw. realu. Natomiast Twitter stanowi ciekawą opcję pozwalającą na przesyłanie bezpośrednio do użytkowników krótkich informacji dotyczących wszelkich nowinek z życia marki.

Rewolucyjne zmiany zasięgu postów na Facebooku prawdopodobnie zmuszą niejako do szerszej analizy aktualnego stanu rynku social media w Polsce. – komentuje Bartłomiej Pałacki, Social Media Manager GRUPA365NET – Ta trudna bądź co bądź sytuacja, jak nigdy wcześniej zweryfikuje zdolność adaptacji marketingowców do zmieniających się warunków, panujących na arenie mediów społecznościowych.

Wyniki branży faktoringowej w 2013 roku

Wyniki branży faktoringowej na koniec 2013 r. pozwalają z optymizmem patrzeć na najbliższe miesiące. Dynamika wzrostów obrotów w branży wyniosła w ubiegłym roku 15,54 proc., a faktorzy zrzeszeni w Polskim Związku Faktorów sfinansowali wierzytelności o łącznej wartości 96,58 mld złotych.

Dane te uważam za bardzo pozytywne, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę, jak trudny dla polskiej gospodarki był ubiegły rok. Spowolnienie gospodarcze z którym mieliśmy do czynienia, powodowało, że warunki działania dla firm faktoringowych były trudniejsze niż w latach poprzednich. Mimo to, nie tylko poziom obrotów branży istotnie się zwiększył, ale można było również zaobserwować wysoki przyrost liczby klientów, dłużników i faktur finansowanych przez faktorów. Należy również pamiętać, że poziom nasycenia w polskiej branży faktoringowej jest już na wysokim, europejskim poziomie. Trudno więc oczekiwać ponad 20 proc. wzrostów, których świadkami byliśmy jakiś czas temu.

Widać już wyraźnie, że branża faktoringowa nabiera rozpędu. Po pierwszym kwartale 2013 r. dynamika obrotów wynosiła 10,6 proc., co przy poziomie notowanym na koniec roku, jest optymistycznym prognostykiem na kolejne miesiące. Trend wzrostowy będzie również wzmocniony przez coraz bardziej odczuwalne ożywienie gospodarcze. Wszystko wskazuje więc na to, że rok 2014 będzie dla branży jeszcze lepszy niż poprzedni. Wątpię jednak, aby dynamika wzrostów przekroczyła kilkanaście procent, co zważywszy na bardzo wysoką bazę i poziom nasycenia rynku będzie wynikiem znakomitym.

W mojej opinii, w najbliższych miesiącach faktorzy skupią się przede wszystkim na wprowadzaniu innowacji produktowych i technologicznych, co spowoduje, że faktoring stanie się prostszy w obsłudze i jeszcze bardziej przyjazny dla klientów.

Dariusz Steć, Wiceprezes Zarządu mFaktoring S.A.

Szef wszystkich szefów – ponad 10 tysięcy firm na Aleo

Przedsiębiorcy aktywnie korzystają z możliwości jakie daje Aleo. Do końca tego roku zostało opublikowanych ponad 1700 zapytań ofertowych oraz blisko 1000 aukcji w takich kategoriach jak m.in. usługi telekomunikacyjne, kurierskie i wykończeniowo-remontowe oraz artykuły biurowe i surowce do produkcji. Liczba firm zarejestrowanych na Aleo, platformie handlowo-aukcyjnej dla firm, przekroczyła 10 tysięcy. W tym czasie w serwisie opublikowano ponad 2700 aukcji i zapytań ofertowych.

Gdy w październiku ub. r. uruchamialiśmy Aleo, liczyliśmy, że osiągniemy poziom 10 tys. użytkowników w pierwszym kwartale tego roku. Tymczasem tyle firm zarejestrowało się już po trzech miesiącach od startu. Tak wysoka dynamika wzrostu liczby użytkowników świadczy, że Aleo sprawdza się jako narzędzie pozwalające firmom optymalizować procesy zakupowe. Najaktywniejszy użytkownik zawarł w tym czasie na Aleo ponad 120 transakcje. Nie spoczywamy jednak na laurach, w 2014 r. będziemy wzbogacać platformę o dodatkowe funkcje, a także wersje językowe – powiedział Michał Bolesławski, wiceprezes ING Banku Śląskiego.

Od grudnia ub. r. użytkownicy mogą także korzystać z przelewu AleoPay, dedykowanej formy płatności dla dokonywania zakupów i rozliczania transakcji pomiędzy użytkownikami platformy Aleo. W odróżnieniu od standardowych przelewów, AleoPay pozwala kupującemu (klientowi banku) na zniwelowanie ryzyka związanego z dokonywaniem przedpłaty na rachunek sprzedającego, natomiast sprzedającemu daje pewność związaną z wypłacalnością kupującego już przed wysłaniem towaru czy rozliczeniem wykonania usługi.

W listopadzie ub. r. ING Bank Śląski wprowadził możliwość finansowania dostawców, które ułatwia realizację procesów zakupowych oraz sprzedaży poprzez finansowanie faktur. Dzięki temu odbiorca ma możliwość poprawy warunków handlowych, w tym wydłużenia terminu płatności lub/i obniżenia ceny. Należności powstałe ze sprzedaży towarów i usług w tzw. kredycie kupieckim mogą zostać sfinansowane przed terminem płatności, co pozwala na zwiększenie sprzedaży oraz poprawę płynności finansowej dostawcy.

Platforma Aleo to pierwsze na polskim rynku kompleksowe i zaawansowane narzędzie do zarządzania procesem zakupowym i sprzedażowym dla firm. Aleo stanowi połączenie e-commerce, narzędzi wspierających procesy zakupowe i platformy społecznościowej. Z nowej platformy handlowo – aukcyjnej Aleo, mogą korzystać firmy reprezentujące różne branże takie, jak: usługi, produkcja, handel.

Platforma umożliwia między innymi:
– prowadzenie elektronicznego postępowania zakupowego (przetargi);
– organizowanie aukcji zakupowych i sprzedażowych;
– prezentacje katalogu swoich produktów i usług;
– negocjacje ceny;
– przekazanie do finansowania konkretnych faktur;
– pozyskanie rzetelnych kontrahentów;
– potwierdzenie własnej wiarygodności.

Korzystanie z platformy jest darmowe (dostęp do wszystkich funkcji platformy jest bezpłatny) i bardzo proste. Po wejściu na platformę wypełnia się krótki formularz rejestracyjny dla swojej firmy. Następnie wysyła przelew na 1 zł z konta firmy, by została ona pozytywnie zweryfikowana, a proces rejestracji zakończony (jeżeli firma jest klientem ING Banku Śląskiego to przechodzi na platformę bezpośrednio z systemu). Platforma jest dostępna pod adresem www.aleo.pl.

LPP: Nie mamy obowiązku maksymalizacji podatków

Spółka LPP postanowiła przenieść prawa do swoich marek do cypryjskiej i arabskiej spółki. Powodem jest optymalizacja podatkowa. To wywołało oburzenie niektórych klientów, którzy nawołują do bojkotu sklepów Reserved i innych marek firmy. – Nie ma obowiązku maksymalizowania podatków – mówi w wywiadzie dla Bankier.pl Dariusz Pachla, dyrektor finansowy bojkotowanej spółki.

Bankier.pl: Zacznijmy od zamieszania związanego z przeniesieniem spółki na Cypr. Czy Państwo, jako spółka, czujecie się poszkodowani przez media oraz internautów za to, że LPP zostało „napiętnowane” za optymalizację podatkową?

Dariusz Pachla, dyrektor finansowy LPP: Na pewno nie zgadzamy się na to, żeby ktoś publicznie nazywał nas oszustami i to jest absolutnie nie do przyjęcia. Kwestia poszkodowania w skutek takich działań jest oczywista, w rozumieniu ujmy na wizerunku. Nie mogę wskazać materialnych wartości poszkodowania, ale jeżeli chodzi o reputację – przeglądając różne nagłówki mediów – ten negatywny przekaz było widać. Odpowiadając więc wprost na pytanie: tak.

Bankier.pl: Co rusz możemy przeczytać o zachętach, które polski rząd kieruje do zagranicznych dużych korporacji, które mają wpłynąć na podjęcie decyzji o zainwestowaniu w Polsce. Czy Państwo otrzymują również takie wsparcie?

Dariusz Pachla: W niewielkim stopniu korzystamy z pomocy, czy to ulgi lokalnej związanej z inwestycją, czy to wsparcia unijnego, dotyczącego na przykład szkoleń. Od samego początku spółka przyjęła, że od niej zależy to, co się uda zbudować i nie ma postawy roszczeniowej wobec kogokolwiek. Nie za bardzo więc mam potrzebną wiedzę, żeby obiektywnie odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ nigdy nie staraliśmy się o jakieś wielkie pomoce – więc naturalnie tych pomocy nie otrzymywaliśmy.

Bankier.pl: Idąc tym tropem – czy ta niedawna optymalizacja podatkowa jest spowodowana tym, że podatki w Polsce są zbyt wysokie lub być może ciężkie do rozliczenia, czy po prostu jest taka możliwość?

Dariusz Pachla: Odpowiem tak: ponieważ nie ma obowiązku maksymalizowania podatków, a dopuszczalne i zgodne z prawem są takie działania, żeby zyski spółki były większe – to z tego korzystamy.

Nieruchomości – kupować czy poczekać?

Kupno mieszkania to inwestycja na długie lata, a nawet całe życie. Z jednej strony pochłania nasze oszczędności, z drugiej zaś może być doskonałym sposobem na ich ulokowanie. Jednak przed kupnem lokalu wielu zastanawia się, czy to aby najlepszy moment? Czy może lepiej poczekać, aż ceny staną się bardziej atrakcyjne?

Marcin Krasoń, Analityk Rynku Nieruchomości Home Broker
Marcin Krasoń, Analityk Rynku Nieruchomości Home Broker

Dla przyszłych właścicieli mieszkań, którzy liczą na kupno po niższej cenie, nie ma dobrych wiadomości. Taniej raczej nie będzie. Początek roku według ekspertów będzie okresem ożywienia na rynku pierwotnym. Stanie się tak za sprawą startu programu „Mieszkanie dla Młodych”, przez co utrzyma się niewielki wzrost cen nieruchomości, jaki jest widoczny od połowy 2013 roku.

Jak podkreśla Marcin Krasoń, Analityk Rynku Nieruchomości Home Broker „W większości dużych miast zanotowaliśmy wzrost cen, średnio o około 8-9%. Jest to spowodowane kilkoma czynnikami. Rada Polityki Pieniężnej obniżyła stopy procentowe, co dwojako wpłynęło na rynek nieruchomości. Z jednej strony mamy nisko-oprocentowane kredyty hipoteczne, co oczywiście zachęca część osób do tego, żeby mieszkanie kupić. Z drugiej – niskie stopy to niskie oprocentowanie lokat. Wielu zamożniejszych klientów przenosi zatem swoje środki na rynek nieruchomości, kupując mieszkania chociażby na wynajem.”

Wzrost cen nieruchomości zależy nie tylko od niskich stóp procentowych. Oferta deweloperów jest duża. Podobnie kształtuje się popyt ze strony kupujących lokale. Stąd też, póki co, stabilne ceny. Jeśli jednak w 2014 roku liczba dostępnych na rynku lokali znacznie się zmniejszy, to można spodziewać się wzrostu cen. Jeżeli jednak deweloperzy będą realizować projekty tak jak dotychczas, to obecna stabilna sytuacja cenowa mieszkań się utrzyma.

Od czego zależy wysokość ceny nieruchomości? Od lokalizacji. W każdym mieście są miejsca bardziej lub mniej popularne. Standardowo do tych obleganych należy okolica śródmieścia bądź starego miasta. „[…] Im dalej od centrum, tym ceny są niższe. Warto zaznaczyć, że kupujący zwracają też uwagę na komunikację. Jeśli nieruchomość jest dobrze skomunikowana – cena wzrasta. Nieco inaczej wygląda to, gdy w najbliższej okolicy nie ma tramwaju czy pociągu podmiejskiego. Standardowo najtaniej możemy kupić mieszkanie poza granicami administracyjnymi miasta” – zaznacza Marcin Krasoń.

Realizacja marzeń o własnym „M” nigdy nie była łatwym orzechem do zgryzienia. Najtrudniej będzie osobom, które nie posiadają oszczędności. Rekomendacja S, wprowadzona przez Krajowy Nadzór Finansowy, wymaga wniesienia do kredytu hipotecznego wkładu własnego. W 2014 roku wynosi on co najmniej 5%.

„Mieszkanie dla młodych” – najczęściej zadawane pytania

Rządowy program dopłat „Mieszkanie dla młodych” ruszył zgodnie z planem. Niektóre zasady finansowego wsparcia budzą jednak wątpliwości zainteresowanych. Na najczęstsze pytania zadawane przez internautów odpowiadają analitycy portalu finansowego Bankier.pl.

Dopłaty do kredytów mieszkaniowych przyznawane są na dość restrykcyjnych warunkach. Otrzymać je mogą tylko osoby poniżej 35 roku życia, które nie posiadały nigdy nieruchomości. Samo mieszkanie lub dom musi również mieścić się w limitach cenowych, zróżnicowanych w zależności od gminy. Te zasady mnożą pytania wśród osób zamierzających wkrótce ubiegać się o kredyt na zakup pierwszego mieszkania.

Czy o dopłaty można ubiegać się, będąc współwłaścicielem innego mieszkania? Czy o kredyt z dopłatą można wnioskować, pozostając w separacji i posiadając rozdzielność majątkową? Czy MdM dotyczy mieszkań, które zostaną oddane w tym roku, jednak formalnie kupiono je jeszcze w 2013 r.? Czy jeśli do kredytu przystępuje się z rodzicem, również jego obowiązuje warunek dotyczący wieku? – to tylko niektóre z pytań, z jakimi na łamach portalu zmierzył się analityk Bankier.pl dr Michał Kisiel.

– Nie brakuje osób, które choć deklarują zakup nieruchomości w niedługim czasie, nadal niewiele wiedzą o obowiązujących od stycznia zasadach dopłat do kredytów. Roczna przerwa pomiędzy startem „Mieszkania dla młodych” a „Rodziną na swoim” też niewiele w tym zakresie zdziałała – spotykamy się z pomyleniem założeń obu programów. Wiele osób ma nadzieję, że zakwalifikuje się do programu w oparciu o kryteria, do których ustawodawca nie odnosi się wprost – i tak pojawiają się pytania o budynki zaadaptowane na nowo przez dewelopera czy o wiek kredytobiorcy nie będącego współmałżonkiem – mówi analityk Bankier.pl.

Pytania o nowy program dopłat można kierować na adres [email protected].

Pełne zestawienie najciekawszych pytań i odpowiedzi:http://www.bankier.pl/wiadomosc/Mieszkanie-dla-mlodych-pytania-czytelnikow-2982420.html

Józef Wancer uhonorowany przez Pracodawców RP

Od 2002 roku Pracodawcy Rzeczypospolitej Polskiej przyznają nagrody dla wybitnych Polaków, których działalność przynosi szczególne korzyści polskiej gospodarce. W tym roku, podczas dwunastej edycji Wektorów wśród uhonorowanych znalazł się prezes Zarządu Banku BGŻ – Józef Wancer.

Józef Wancer został doceniony za wybitne, wieloletnie osiągnięcia w dziedzinie bankowości w okresie polskiej transformacji ustrojowej. – Gdy wracałem 20 lat temu do Polski, nie podejrzewałem, że w życiu zawodowym odegram taką rolę w transformacji systemu bankowego, dziś mogę te doświadczenia przekazywać innym – podkreślał prezes Wancer.

– Wektory wędrują (…) w ręce tych, którzy z wielką pasją i oddaniem budują pomyślność swoją i naszego kraju. Honorujemy naszą nagrodą osobowości wyrastające ponad przeciętne. Nagradzamy ludzi, którzy tworzą wartości konstytuujące naszą gospodarkę – mówił podczas gali wręczenia Wektorów Andrzej Malinowski, prezydent Pracodawców RP.

Zaznaczył, że od lat kapitule konkursu przyświeca jedna idea: nagradzać i upowszechniać najlepsze wzory i praktyki oraz zachęcać innych do ich powielania. Andrzej Malinowski wskazał, że nagrody przyznawane są przedsiębiorcom, politykom, przedstawicielom świata kultury, mediów oraz organizacji społecznych, którzy ciężką pracą dają przykłady godne naśladowania.

Super Wektora 2013 – specjalną nagrodę dla wybitnej osoby, która ciężką i twórczą pracą przyczynia się do wspólnego dobra, wręczono Januszowi Lewandowskiemu. Komisarz ds. budżetu i programowania finansowego Komisji Europejskiej został nagrodzony za „uporczywe i konsekwentne – mimo wielu przeciwności – budowanie polskiej gospodarki wolnorynkowej oraz za realizowanie wizji Unii Europejskiej zgodnej z aspiracjami i oczekiwaniami polskich przedsiębiorców”.

***
WEKTORY – nagrody przyznawane przez Pracodawców Rzeczypospolitej Polskiej (wcześniej Konfederację Pracodawców Polskich) od roku 2002. Przyznawane są osobom, które swoją działalnością, w różnych dziedzinach gospodarki wskazują godne naśladowania kierunki postępowania, są autorami nowatorskich rozwiązań, szczególnie cennych dla polskiej gospodarki i życia społecznego

Angażowanie fanów na Facebooku w 5 prostych krokach

Siła fanpage’a często błędnie jest pojmowana jako ilość fanów, którzy polubili naszą stronę. Użytkownicy często klikną przycisk „Like” z ciekawości, po czym nie zaglądają na FP, nie udzielają się na nim, słowem – nie tworzą społeczności. A społeczność to kluczowe kryterium sukcesu kanału na social media. Jak przekuć w takim razie ilość na jakość?

1. Treść postów, która odnosi się do życia offline

Internet, mimo że potrafi żyć własnym życiem, jest niejako odzwierciedleniem wydarzeń toczących się poza nim. Użytkownicy zauważą z pewnością, jeśli komunikacja naszego fanpage’a nie będzie się odnosiła zupełnie do tego, co ich otacza na co dzień. W efekcie, staniemy się dla potencjalnych odbiorców nieatrakcyjni, niewiarygodni. A brak wiarygodności to gwóźdź do trumny dla każdego, nawet najbardziej misternego planu komunikacji.

2. Pytania otwarte

Tego typu pytania niosą ze sobą spore ryzyko, ponieważ odpowiedź nie zawsze może się naszej marce przysłużyć. Jednakże ryzyko to jest najwyższe tylko wtedy, jeśli nie przemyślimy dokładnie treści komunikatu. Zanim zamieścimy tego typu pytanie do internautów, warto się zastanowić nad możliwymi negatywnymi skutkami tych działań. Po rozważeniu plusów i minusów, przeanalizowaniu ewentualnych konsekwencji, można z czystym sumieniem przystąpić do tworzenia treści.

3. Konkursy

Konkursy z nagrodami są częstym sposobem na wzrost zaangażowania fanów, jednak należy przygotować je rozmyślnie. Nagrody za jakikolwiek komentarz, czy polubienie zdjęcia nie spowodują wzrostu zaangażowania naszych odbiorców. Warto urozmaicić zadanie konkursowe, zmusić niejako użytkowników do kreatywności, a z pewnością odbije się to pozytywnie na przyszłych relacjach marki z odbiorcą.

4. Więcej niż jedna platforma

Firmy, które poprzestają na Facebooku nigdy nie osiągną maksymalnych korzyści wynikających ze wzrostu zainteresowania naszymi treściami. Pamiętajmy o tym, że każde medium społecznościowe ma do zaoferowania inne narzędzia. Zróżnicowanie naszych działań z pewnością zostanie pozytywnie odebrane przez internautów i stworzy solidną społeczność.

5. Eventy

Marka, która organizuje wydarzenie promujące jej wizerunek, powinna czuć się zobowiązana do komunikowania tego na wszystkich dostępnych kanałach, jednakże zwykła informacja nie wystarczy do tego, aby osiągnąć na tym polu sukces. Należy zainteresować wydarzeniem, ale również przypominać o nim nawet po tym jak się ono zakończyło.

Walka o zaangażowanie fanów na Facebooku to długi i żmudny proces. Droga ta z pewnością najeżona jest trudnościami i pułapkami – komentuje Bartłomiej Pałacki, Social Media Manager GRUPA365NET – Jednakże jeśli my sami zaangażujemy się w ten proces bez reszty, to z pewnością nasi odbiorcy odwzajemnią nasz wysiłek.

Importerzy i eksporterzy mówią: będzie dobrze!

AKCENTA, instytucja płatnicza zajmująca się obsługą transakcji walutowych dla firm, zapytała polskich eksporterów i importerów o ich przewidywania dotyczące najbliższych miesięcy i całego 2014 r. Firmy zajmujące się handlem zagranicznym są optymistyczne: 38,1 proc. prezesów i właścicieli w perspektywie roku widzi przed sobą więcej szans niż ewentualnych zagrożeń.

Więcej zagrożeń niż szans dostrzega przed sobą 18,5 proc. firm eksportowych i importowych. 37,6 proc. jest zdania, że w kolejnym roku czeka ich tyle samo szans, co zagrożeń.

Badanie przeprowadzone przez AKCENTĘ* wykazało różnice pomiędzy przewidywaniami eksporterów a przewidywaniami importerów. Wśród eksporterów więcej szans niż zagrożeń widzi 38,6% zapytanych, tyle samo szans ile zagrożeń – 38,6%, a więcej zagrożeń niż szans – 20,8%. Wśród importerów wskaźniki wynosiły odpowiednio 36,7%, 37,6% i 16,5%. Oznacza to, że importerzy mniej boją się przyszłości i że mają nadzieję dorównać eksporterom, dzięki którym polska gospodarka ma się tak dobrze (zgodnie z danymi GUS wpływ eksportu netto na tempo wzrostu gospodarczego w III kw. roku wyniósł +1,4 pkt. proc., w II kw. br. +2,5 pkt. proc.). Stosunkowo większy optymizm importerów jest dobrym znakiem na przyszłość, bo to właśnie import jest głównym wyznacznikiem popytu wewnętrznego, tak ważnego dla krajowej gospodarki. Wszyscy cieszymy się, że polski eksport tak świetnie sobie radzi, ale dopiero, gdy zacznie rosnąć popyt wewnętrzny w Polsce będziemy mieć prawdziwe powody do radości podkreśla Radosław Jarema, dyrektor zarządzający AKCENTA w Polsce.

Z jednej strony importerzy są bardziej optymistyczni, z drugiej jednak strony są mniej pewni swoich prognoz. Niemal co dziesiątemu importerowi (9,2%) trudno jest ocenić przyszłość swojej firmy w perspektywie roku, natomiast ten sam problem ma jedynie co pięćdziesiąty eksporter (2%).

Zgodnie z wynikami badania im większa firma, tym lepsze jest jej nastawienie do przyszłości. Najbardziej optymistyczni są właściciele przedsiębiorstw o obrotach powyżej 50 mln EUR aż 37,5% z nich widzi przed sobą więcej szans niż zagrożeń, a jednocześnie tylko 6,3% widzi przed sobą więcej zagrożeń niż szans. Mniej optymistyczne są firmy najmniejsze, o obrotach do 10 mln EUR: 29,5% dostrzega więcej zagrożeń niż szans a 26,7% więcej szans niż zagrożeń.

* Ogólnopolskie badanie Plany importerów i eksporterów dla AKCENTY w dniach 29-31.10.2013 r. przeprowadził Instytut Homo Homini. Badanie zostało wykonane na próbie 216 przedsiębiorstw zajmujących się importem i/lub eksportem metodą telefonicznych, standaryzowanych wywiadów kwestionariuszowych wspomaganych komputerowo (CATI).

Sprzedaż w App Store w roku 2013 sięgnęła 10 miliardów USD

Firma Apple ogłosiła, że w 2013 roku klienci wydali w App Store ponad 10 miliardów USD, z czego ponad 1 miliard USD w samym tylko grudniu. Klienci App Store pobrali w grudniu ponad trzy miliardy aplikacji, przez co miesiąc ten zapisał się jako rekordowy w całej historii App Store. Twórcy aplikacji dla platform Apple zarobili już w App Store 15 miliardów USD.

„Pragniemy podziękować naszym klientom, dzięki którym rok 2013 był dla App Store najlepszy w historii” — powiedział Eddy Cue, wiceprezes Apple ds. oprogramowania i usług internetowych. „Świąteczna oferta aplikacji była w tym roku bezkonkurencyjna i już nie możemy się doczekać atrakcji, jakie twórcy oprogramowania szykują na rok 2014”.

Nowy system iOS 7 otworzył przed programistami możliwość wykorzystania przeprojektowanego interfejsu użytkownika oraz ponad 200 nowych funkcji i wywołań API. Tacy twórcy oprogramowania, jak Evernote, Yahoo!, AirBnB, OpenTable, Tumblr, Pinterest i American Airlines zaproponowali zupełnie nową jakość interakcji z użytkownikiem, lepiej eksponując treść, a jednocześnie zwiększając ogólną efektywność i wydajność aplikacji.

W roku 2013 byliśmy świadkami zaskakujących sukcesów takich aplikacji, jak Heads Up Ellen DeGeneres, Moves firmy ProtoGeo, Afterlight Simona Filipa i Impossible Road Kevina Ng. Wiele spośród największych hitów ubiegłego roku, m.in. Candy Crush Saga, Puzzles & Dragons, Minecraft, QuizUp i Clumsy Ninja, powstało w studiach międzynarodowych firm programistycznych, a jednocześnie na horyzoncie pojawili się twórcy, którym szczególnie bacznie warto przyglądać się w 2014 roku — na przykład Duolingo (Stany Zjednoczone), Simogo (Szwecja), Frogmind (Wlk. Brytania), Plain Vanilla Corp (Islandia), Atypical Games (Rumunia), Lemonista (Chiny), BASE (Japonia) i Savage Interactive (Australia).

Oferta rewolucyjnego serwisu App Store obejmuje ponad milion aplikacji dla użytkowników iPhone’a, iPada i iPoda touch ze 155 krajów świata. Z tego ponad 500 000 to aplikacje stworzone specjalnie dla iPada. Klienci App Store mogą wybierać spośród niezwykle szerokiej gamy aplikacji należących do 24 kategorii, takich jak gazety i magazyny w Kiosku, gry, aplikacje dla biznesu, aplikacje dostarczające wiadomości, aplikacje sportowe, dla dzieci, dla osób prowadzących zdrowy i aktywny tryb życia oraz przydatne w podróży.

Wektor 2013 dla Tomasza Czechowicza

0

Tomasz Czechowicz, Prezes Zarządu MCI Management SA, został uhonorowany przez Pracodawców Rzeczypospolitej Polskiej nagrodą Wektor 2013.

Jestem zaszczycony i niezmiernie dumny z otrzymania tej prestiżowej nagrody – oświadczył Tomasz Czechowicz. Dla mnie nagroda jest dowodem uznania drogi jaką z moim zespołem przeszliśmy od powołania do życia MCI Management – dodał

Już od 11 lat Pracodawcy Rzeczypospolitej Polskiej (wcześniej Konfederacja Pracodawców Polskich) przyznaje Wektory wybitnym osobistościom ze świata gospodarki, polityki, kultury i mediów. Nagrodę otrzymują osoby wskazane przez Kapitułę Pracodawców RP, które swoją działalnością, w różnych dziedzinach gospodarki prezentują postawy godne naśladowania, są autorami nowatorskich rozwiązań, szczególnie cennych dla polskiej gospodarki i życia społecznego. Wektory przyznawane są również za działalność wspierającą przeobrażanie Polski w kraj nowoczesny, sprawnie zarządzany oraz przyczyniającą się do tworzenia klimatu sprzyjającego rozwojowi przedsiębiorczości.

W poprzednich edycjach nagrody otrzymali m. in. Herbert Wirth – Prezes Zarządu KGHM Polska Miedź S.A., Zbigniew Jagiełło – Prezes Zarządu PKO BP, Leszek Czarnecki – przewodniczący Rady Nadzorczej Getin Noble Bank S.A., czy też Zygmunt Solorz-Żak – Przewodniczący Rady Nadzorczej Polsat SA.

Statuetki za 2013 roku wręczono 11 stycznia 2014 r. podczas Dorocznego Balu Pracodawców.

Opłata audiowizualna zastępująca abonament RTV ma wynieść maksymalnie 100 zł rocznie. Wpływy mają być trzykrotnie wyższe niż obecnie

O rewolucji w finansowaniu działalności mediów publicznych słychać od dawna. Projekt ustawy o opłacie audiowizualnej, która miałaby zastąpić abonament, trafił do Sejmu we wrześniu i utknął. Minister kultury zapewnia, że trwają jeszcze analizy prawne nowych zapisów. Resort kultury proponuje, by opłata audiowizualna nie przekraczała 100 zł rocznie.

 – Projekt ten jest przedmiotem rozmaitych ocen prawnych i analiz dotyczących przede wszystkim trzech kwestii: trybu egzekucji opłaty audiowizualnej, ustalenia płatników i zagwarantowania środków na realizacje misji dla mediów prywatnych – tłumaczy w rozmowie z Newserią Biznes Bogdan Zdrojewski, minister kultury i dziedzictwa narodowego.

Abonament RTV w 2014 roku to opłata w wysokości 19,30 zł miesięcznie, jednak płaci go – według danych Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji za 2012 rok – jedynie 10 proc. gospodarstw domowych. To łącznie 550 mln zł. Według Głównego Urzędu Statystycznego co najmniej jeden telewizor posiada prawie 98 proc. gospodarstw. Nowa, niższa, ale powszechna opłata przyniosłaby trzykrotnie wyższe wpływy.

 – Proponujemy opłatę na bardzo niskim poziomie, bo w wysokości maksimum 100 zł rocznie przy wpłacie jednorazowej. Trzeba jednak ustalić, w jakim trybie ją egzekwować. Drugi ważny problem: czy powinna być powiązana z adresem domowym, adresem pocztowym, czy z innym elementem, na przykład licznikiem energii – wyjaśnia Bogdan Zdrojewski.

Dotychczasowy abonament miał zasilać wyłącznie telewizję publiczną, media prywatne musiały radzić sobie same. W nowym prawie takiego podziału nie będzie.

 – Bardzo zależy mi na tym – i to jest trzeci analizowany problem – aby w ustawie o opłacie audiowizualnej znalazły się zapisy gwarantujące możliwość korzystania z zebranych środków także przez media prywatne na realizację projektów misyjnych. Dodatkowo, żeby ten procent w każdym roku był powiększany o określony stopień – informuje minister.

Ministerstwo proponuje także ograniczanie udziału reklam w finansowaniu telewizji publicznej. Obecne rozwiązania, jak podkreśla minister, nie są satysfakcjonujące. Chociaż jednocześnie zapowiada, że na tym etapie resort nie chce likwidować reklamy w mediach publicznych.

 – Należy też rozstrzygnąć kwestie uprawnień dotyczących podziału pozyskanej kwoty. Wydaje mi się, że każdemu Polakowi zależy na gwarancji, że te środki, które trafią do telewizji, nie będą marnowane – dodaje Bogdan Zdrojewski.

Z przeprowadzonego kilka miesięcy temu sondażu CBOS wynika, że 54 proc. osób krytykuje wprowadzenia opłaty audiowizualnej, a 63 proc. oczekuje finansowania mediów publicznych z budżetu. Ale bez względu na wyniki badań, potencjalna likwidacja abonamentu oznacza konieczność znalezienia innego sposobu finansowania działalności mediów publicznych lub ich prywatyzację, czego nie chce 59 proc. Polaków.

25 stycznia mija termin zapłaty pierwszej raty abonamentu RTV za bieżący rok.

Resort gospodarki: Ustawa o OZE może wejść w życie jeszcze przed wakacjami

CEO Magazyn Polska

Ustawa o odnawialnych źródłach energii może wejść w życie jeszcze przed letnimi wakacjami zapewnia Ministerstwo Gospodarki. Jeszcze w tym tygodniu projektem zajmie się Komitet Stały Rady Ministrów. Na nowym prawie mogą skorzystać osoby mające przydomowe elektrownie wiatrowe lub słoneczne, bo na odprowadzanym do sieci prądzie będzie można zarabiać. 

 – W końcu grudnia projekt wyszedł z Ministerstwa Gospodarki, w tym tygodniu będzie przedmiotem obrad Komitetu Stałego Rady Ministrów, a później zobaczymy. Jestem optymistą. Wierzę, że jeszcze w tym miesiącu zostanie on skierowany pod obrady Rady Ministrów, a później Sejmu – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jerzy Pietrewicz, wiceminister gospodarki odpowiedzialny za kwestie energetyki odnawialnej.

Pietrewicz oczekuje, że ustawa szybko przebrnie przez parlament i jeszcze w tym roku wejdzie w życie. Jak mówi, jest szansa, że nastąpi to nawet przed letnimi wakacjami.

To już trzecia wersja ustawy w ostatnich trzech latach. Pierwsza została zaprezentowana przez resort gospodarki w grudniu 2011 roku. Brak regulacji hamuje rozwój całego sektora OZE w Polsce, ponieważ inwestorzy wstrzymują swoje projekty. Opóźnienie we wdrożeniu unijnej dyrektywy o OZE może też skutkować karami ze strony UE. Polsce grozi kara w wysokości 130 tys. euro za jeden dzień zwłoki (liczony od dnia wydania decyzji przez Europejski Trybunał Sprawiedliwości, przed którym toczy się to postępowanie).

 – My dzielimy rynek OZE na trzy części. Jeden to jest ten dotychczasowy, oparty na zielonych certyfikatach i tego obszaru nie zamierzamy rozwijać, chcemy go niejako zamrozić na tym poziomie, na którym jest – zapewnia wiceminister.

W ustawie pojawi się za to nowy element prosumencki, czyli pozwalający na produkcję energii przez konsumentów. To zachęta dla Polaków, by instalowali przydomowe elektrownie wiatrowe lub panele fotowoltaiczne.

 – Chcemy dać szansę ludziom, którzy zużywają prąd, żeby mogli zostać także jego wytwórcami, a nadwyżki odprowadzać do sieci – podkreśla Pietrewicz.

Ustawa ma też zapewnić produkcję energii ze źródeł odnawialnych na odpowiednim poziomie. Zostaną w niej wprowadzone mechanizmy rynkowe, które będą działać regulacyjnie. Choć Pietrewicz podkreśla, że im więcej energii odnawialnej, tym lepiej, to jednak przyznaje, że jest ona droższa.

 – Ona oczywiście kosztuje i to dużo więcej niż ta konwencjonalna. Dlatego też musimy ważyć, jako społeczeństwo, na jakie udziały energii odnawialnej możemy pozwolić sobie w miksie energetycznym. Ten udział do 2020 roku zapisany na poziomie 19 proc. osobiście uważam za rozsądny – ocenia Pietrewicz.

Zgodnie z przyjętą w 2009 r. polityką energetyczną Polski do 2020 r., co najmniej 15 proc. zużywanej energii powinno pochodzić ze źródeł odnawialnych. Rząd celuje jednak w wyższy próg – 19 proc. Obecnie ok. 90 proc. zużywanej w Polsce energii pochodzi z węgla.

Jak wynika z wyliczeń Instytutu Energetyki Odnawialnej, obecnie energia elektryczna z elektrowni wiatrowej kosztuje od 330 do 510 zł za MWh, a z paneli fotowoltaicznych 490-510 zł za MWh. Średnia cena energii elektrycznej w III kwartale 2013 r. według Urzędu Regulacji Energetyki wynosiła niecałe 200 zł (bez uwzględnienia podatków i opłat). IEO przewiduje jednak, że nawet nie uwzględniając rządowego wsparcia, rozwój technologii spowoduje spadek ceny energii wiatrowej i słonecznej w najbliższych latach.

Likwidacja umów śmieciowych nie pomoże ani zleceniobiorcom, ani państwu

CEO Magazyn Polska

Zapowiedziane przez premiera Donalda Tuska zakończenie niechlubnej ery śmieciówek wzbudza kontrowersje ekspertów. Ich zdaniem oskładkowanie umów cywilnoprawnych doprowadzi do tego, że zatrudnianie pracowników przestanie się opłacać lub że przejdą oni do szarej strefy. W efekcie stracą zarówno zleceniobiorcy, jak i państwo.

 – Koszty pracy, takie jak podatki i składki, są zdecydowanie zbyt wysokie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Izabela Styczyńska, członek zarządu  Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych. – To właśnie dlatego rośnie zapotrzebowanie na umowy cywilnoprawne. Jeżeli one zostaną oskładkowane to albo ludzie stracą pracę, przejdą do szarej strefy, albo ich zarobki netto spadną.

Ubezpieczenia społeczne przy umowach-zlecenia nie są obowiązkowe np. w sytuacji, gdy zleceniobiorca jest zatrudniony u innego pracodawcy, gdzie zarabia przynajmniej najniższą krajową. Ponadto osoba, która pracuje wyłącznie na umowach-zlecenia, niekoniecznie podlega obowiązkowym ubezpieczeniom społecznym od każdej z nich. Jeśli są one zawierane z różnymi zleceniodawcami, bądź z tym samym, ale dotyczą różnych czynności, to składki odprowadzane są tylko od umowy zawartej najwcześniej, która często opiewa na najniższą kwotę. Według propozycji premiera, podstawę wymiaru składek stanowić będzie średni dochód ze wszystkich umów zleceń.

Zdaniem Izabeli Styczyńskiej konsekwencje tego typu reform będą szczególnie niekorzystne dla osób, które traktują pracę na umowę zlecenie jako sposób na dorobienie czy zdobycie doświadczenia zawodowego.

 – Doprowadziłoby to do spadku zatrudnienia osób, które pracują w weekendy, np. studentów. Oskładkowanie niewątpliwie nie będzie dla nich korzystne – zauważa Styczyńska.

Stracą zleceniobiorcy i państwo

Paradoksalnie oskładkowanie umów-zleceń może okazać się niekorzystne nawet dla budżetu państwa i ZUS-u.

 – Pracodawcom nie opłaca się zatrudniać na umowy o pracę, a zwiększenie oskładkowania umów-zleceń doprowadzi także do spadku opłacalności zatrudnienia na te umowy. W efekcie spadnie zatrudnienie, a co za tym idzie wysokość odprowadzanych składek i podatków – przekonuje rozmówczyni Newserii Biznes.

W ubiegły piątek Donald Tusk zapowiedział inwestycje rządowe, które  mają na celu stworzenie miejsc pracy oraz premiowanie przy zamówieniach publicznych firm zatrudniających na etaty. Powiedział również, że w tym roku ponownie zostanie podniesiona płaca minimalna oraz rozważone zostanie wprowadzenie minimalnego wynagrodzenia godzinowego dla umów cywilnoprawnych. Wspomniał także o planach objęcia składkami wynagrodzeń z tytułu członkostwa w radach nadzorczych. Na koniec roku bezrobocie, według oficjalnych prognoz, ma wynosić 13,8 proc., jednak Tusk wyraził nadzieję, że spadnie ono poniżej 13 proc.

Rośnie liczba klientów firm pożyczkowych. Ich zadłużenie sięgnęło 4 mld zł

CEO Magazyn Polska

O ile banki nie zmienią swojej polityki kredytowej, nie będą stanowić konkurencji dla firm pożyczkowych – uważa Jarosław Ryba, prezes Związku Firm Pożyczkowych. Dużą grupę klientów takich firm stanowią osoby wykluczone z sektora bankowego, m.in. ze względu na brak pozytywnej historii kredytowej czy brak odpowiednich dochodów. Teraz oferty banków i instytucji pozabankowych się uzupełniają, w przyszłości mają się do siebie coraz bardziej zbliżać.

  Sektor firm pożyczkowych i sektor kredytów bankowych w żaden sposób nie są wobec siebie konkurencyjne, a jedynie uzupełniają swoją ofertę. Żaden bank nie jest w stanie tak szybko zapewnić finansowania dla nowego klienta. Poza tym banki nie oferują pożyczek i kredytów na miesiąc, a jeżeli tak się dzieje, to są to incydentalne oferty – argumentuje Jarosław Ryba w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes. – Po drugie, część klientów jest z definicji wykluczona z sektora bankowego i oni mogą szukać finansowania tylko w sektorze pozabankowym.

To na przykład osoby, które nie posiadają pozytywnej historii kredytowej i nie są dla banków wiarygodne. Już dziś dużą grupę klientów firm pożyczkowych stanowią osoby pracujące na umowy cywilno-prawne.

 – Wiele wskazuje na to, że umowy cywilno-prawne i elastyczne formy zatrudnienia nie odejdą do lamusa i w przyszłym, i w kolejnych latach będzie ich coraz więcej na rynku. Także i klientów sektora firm pożyczkowych będzie przybywać. Pod warunkiem jednak, że banki nie zweryfikują swojego modelu oceny ryzyka kredytowego – mówi prezes Związku Firm Pożyczkowych (ZFP).

Do wzrostu konkurencji na rynku pożyczek może przyczynić się deklarowane przez KNF poluzowanie polityki kredytowej banków. Spełnienie tych deklaracji oznaczałoby, że  banki będą mogły nie tylko poszerzyć swoją ofertę, lecz także poluzować kryteria oceny zdolności kredytowej klienta. Branża firm pożyczkowych nie obawia się jednak konkurencji ze strony banków. Tym bardziej że już dziś niektóre produkty bankowe mają bardzo podobne parametry do tych, które oferują firmy pożyczkowe.

 – Uważamy, że zdrowa konkurencja jest pozytywnym aspektem na rynku. Już w tej chwili widać w porównaniach, że pożyczając nieduże kwoty, np. 1000 zł, koszty w najlepszych firmach pożyczkowych i niektórych bankach są bardzo do siebie zbliżone – wyjaśnia Jarosław Ryba.

Jego zdaniem oba sektory, mimo że są zupełnie inne, będą częściowo się do siebie zbliżać. 

 – Zwłaszcza że niektóre firmy pożyczkowe myślą o tym, żeby być może w przyszłości przekształcić się w banki. Z kolei banki myślą o tym, żeby coraz odważniej wchodzić na rynek pożyczek pozabankowych i o otwieraniu chociażby filii w formie firm pożyczkowych – tłumaczy Ryba.

Obecną wartość rynku pożyczek pozabankowych, czyli zadłużenie klientów firm pożyczkowych, szacuje się na 4 mld zł. Z ich usług korzysta około 4 proc. gospodarstw domowych. Dla porównania wartość kredytów konsumenckich zaciągniętych w bankach wynosi 123 mld zł. 

 – Na początku 2013 roku mówiło się, że 2012 rok zamknął się wynikiem 3 mld zł. Jest to więc bardzo duży wzrost – komentuje Jarosław Ryba.

ZFP szacuje, że w przyszłym roku rynek pożyczek pozabankowych będzie rósł w podobnym tempie. Firmy pożyczkowe nie obawiają się w związku z tym utraty dotychczasowych klientów, głównie z tego powodu, że produkt, który oferują, trafia w bieżące potrzeby pożyczkobiorców i wypełnia niszę w całym rynku kredytów konsumpcyjnych.

PZU zmienia system informatyczny. Co miesiąc włącza do niego 1000 nowych agentów

CEO Magazyn Polska

PZU co miesiąc wdraża około tysiąca nowych agentów do nowoczesnego systemu informatycznego Everest. System ma umożliwić szybsze zawieranie umów i wygodniejszą obsługę posprzedażową, a także szybszą obsługę wniosków i zapytań klientów. Pilotaż prowadzi lubelski oddział firmy.

 Zaczynamy od niewielkiej grupy agentów, ale co miesiąc będziemy wdrażali około tysiąca nowych agentów do systemu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Kopyt, dyrektor transformacji IT w firmie PZU.

Pilotaż systemu Everest składa się z dwóch etapów. Pierwszy z nich – tzw. mały pilotaż – trwał od 18 listopada do końca grudnia ubiegłego roku. Z kolei tzw. duży pilotaż rozpocznie się 13 stycznia i zakończy w lutym 2014 r. W jego ramach z Everestu korzystać będą wszyscy agenci wyłączni i oddziały sprzedażowe PZU w lubelskich i podkarpackich sieciach firmy.

 – Tam, gdzie wdrożono system, ograniczono dokumentację i znacząco skrócono proces wystawiania polisy – zauważa Kopyt.

Po zakończeniu pilotażu nastąpi podzielone na trzy etapy wdrażanie systemu. Najpierw do systemu wprowadzone zostaną produkty mieszkaniowe, komunikacyjne, a częściowo także majątkowe. Jeszcze w 2014 i w 2015 r. PZU wprowadzi produkty dla klientów indywidualnych oraz małych i średnich przedsiębiorstw, a w 2016 r. dla korporacji.

 – Pełne wdrożenie nowego systemu potrwa ok. 2,5 roku – mówi dyrektor transformacji IT w firmie PZU.

Stary, działający od 17 lat, system informatyczny w PZU jest niewystarczający na potrzeby nowoczesnego rynku. Everest jest narzędziem bardziej elastycznym, pozwalającym na szybką reakcję na zmiany rynkowe i produktowe. Będzie on odpowiadał m.in. za generowanie nowych dokumentów, odnawianie polis, zmiany w polisach, płatności czy ofertowanie oraz sprzedaż.

Za 20 lat inwestycje na giełdzie staną się powszechne

CEO Magazyn Polska

Typowy polski inwestor trzyma akcje mniej więcej przez rok. Ten model inwestowania będzie się jednak zmieniał. Według Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych za 15-20 lat powszechne stanie się wieloletnie lokowanie oszczędności w akcjach spółek zamiast zakładania depozytów.

Z upływem lat i w miarę bogacenia się społeczeństwa kupowanie akcji spółek giełdowych będzie coraz bardziej popularne. Polacy, zmuszeni z jednej strony do oszczędzania na emeryturę, a z drugiej – częściowo zniechęceni do lokat przez niskie stopy procentowe (zwłaszcza, jeśli Polska znajdzie się w strefie euro), zwrócą się w stronę giełdy.

 – Za 15-20 lat inwestowanie na giełdzie może nie będzie tak popularne, jak zakładanie lokat w banku, ale stanie się realną formą oszczędzania pieniędzy. Dziś handel akcjami uważa się za działalność bardzo ryzykowną, choć to zależy od sposobu inwestowania. W ciągu dwóch dekad zmieni się profil inwestora giełdowegobardzo dużo osób będzie oszczędzać długoterminowo. Rodzice będą kupowali akcje na lata z myślą o przekazaniu ich dzieciom. Dziś to brzmi jak science fiction, ale właśnie tak będzie się zmieniać polski inwestor – mówi w rozmowie z Newserią Biznes Michał Masłowski, wiceprezes Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych.

Na razie jednak rośnie średni wiek przeciętnego inwestora, brakuje nowych graczy. Pewna grupa odsunęła się od giełdy po stratach poniesionych podczas kryzysowych spadków. W ostatnich latach brakowało też zachęt, niewiele było spektakularnych prywatyzacji, które powodowałyby masowe zakładanie nowych rachunków maklerskich.

 – Silne odmłodzenie przeciętnego inwestora nastąpiło w roku 2010, kiedy były trzy bardzo duże prywatyzacje: Tauronu, PZU i GPW. Od tamtej pory mieliśmy wszechobecny i nieustający medialny kryzys, poza tym brakowało zachęt. Dopiero w 2013 roku na parkiecie debiutowały spółki PKP Cargo i Energa. Mieliśmy więc okres, kiedy część inwestorów straciła zainteresowanie giełdą. A pozostali zwyczajnie się postarzeli – komentuje wiceprezes SII.

Na giełdzie aktywnie inwestuje 250-300 tys. osób – inwestorzy indywidualni w pierwszej połowie ubiegłego roku mieli ok. 14-proc. udział w obrotach (spadek w porównaniu do drugiego półrocza ubiegłego roku). Rachunków maklerskich jest natomiast znacznie więcej – około 1,5 mln.

 – To naturalny stan rzeczy na wielu światowych rynkach, że bardzo duży procent rachunków jest nieaktywny. Inwestorzy często zakładają rachunki okazjonalnie i na przykład jednorazowo kupują pakiet akcji wybranej spółki i na tym kończy się ich aktywność. Po drugie, są inwestorzy, którzy świadomie kupują akcje na lata – trochę w stylu Warrena Buffetta – i trzymają je dla dywidendy. A po trzecie, istnieje grupa aktywnych inwestorów, mających po kilka rachunków maklerskich, przy czym zwykle aktywny jest tylko jeden – wyjaśnia Michał Masłowski

Ostatnie Ogólnopolskie Badanie Inwestorów (OBI) przeprowadzone przez Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych (SII) pokazało, że przeciętny polski inwestor to wykształcony 37-latek, inwestujący od ośmiu lat. Ma w portfelu akcje siedmiu spółek. Tylko 15 proc. inwestujących to kobiety. Z badania OBI wynikało też, że znakomita większość inwestorów indywidualnych nie poświęca zbyt wiele czasu na grę giełdową. Jedynie nieco ponad 22 proc. ankietowanych przeznacza na to kilka godzin dziennie. Nic dziwnego, bo ponad dwie trzecie inwestorów wykonuje pracę etatową, a ok. 20 proc. prowadzi działalność gospodarczą. Nie tworzą wyrafinowanych strategii, przyznają, że o inwestowaniu wiedzą niewiele, w giełdzie widzą przede wszystkim alternatywę dla lokat terminowych. Tak jest od lat.

 – Spodziewam się, że inwestor indywidualny będzie się starzał, będzie miał coraz więcej pieniędzy i coraz więcej czasu na inwestowanie. Za 20 lat przeciętny inwestor będzie po pięćdziesiątce, z odchowanymi dziećmi, pieniędzmi na rachunku i wolnym czasem na inwestowanie. Nie przewidujemy jednak drastycznej zmiany profilu inwestora indywidualnego – prognozuje wiceprezes SII.

Największe wzrosty sprzedaży w sieci zanotuje sektor spożywczy

CEO Magazyn Polska

Handel internetowy w Polsce rozwija się w tempie 25 proc. rocznie. Pod tym względem polski rynek pozostaje w ścisłej czołówce krajów europejskich. Liderem jest Turcja z 75-proc. przyrostem. Oprócz produktów tradycyjnie kupowanych przez internet, takich jak książki czy płyty, konsumenci coraz chętniej zamawiają produkty spożywcze.

Jak przewiduje Mateusz Gordon z firmy badawczej Gemius, wzrost sprzedaży na rynku internetowym odczuwać będą wszystkie branże, choć dynamika niektórych będzie stopniowo spowalniać, jak np. elektroniki.

Obecnie najszybciej rozwija się sektor spożywczy. Już 13 proc. klientów deklaruje, że kupuje takie produkty przez internet. Prym wiodą marki znane z handlu tradycyjnego, szczególnie z segmentu premium, gdzie obawy o jakość produktu są najmniejsze, dzięki czemu chętniej zamawiane są przez internet. Najczęściej zamawianymi produktami są artykuły spożywcze o wydłużonym terminie ważności lub dużej wadze.

 – Zarówno w Polsce, jak i na wielu innych rynkach Europy Środkowo-Wschodniej jest jeszcze wiele obszarów do zagospodarowania – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mateusz Gordon, ekspert firmy Gemius od e-commerce. – Dużą perspektywę rozwoju mają sklepy z ofertą skierowaną do seniorów. Choć współcześni seniorzy nie zostali wychowani w dobie internetu, ich szeregi zasilają kolejne pokolenia, które posługują się komputerami.

Rosnąca liczba sklepów w sieci i ich coraz bogatsza oferta powoduje ostrzejszą konkurencję, a to w konsekwencji doprowadzi do konsolidacji rynku, czyli łączenia się firm.

 – Polscy e-przedsiębiorcy wciąż mają opory przed konsolidacją rynku. Dlatego cieszy mnie bardzo to, że w zeszłym roku powstała Izba Gospodarki Elektronicznej, która zrzesza firmy z branży e-commerce.To pierwszy przykład pokazujący, że można działać ponad podziałami. Inaczej polscy średni czy duzi sprzedawcy mogą mieć problemy z odparciem ataków zachodnich gigantów. Konsolidacja musi iść znacznie dalej, także w zakresie wymiany danych – doradza Mateusz Gordon.

Za witrynami największych globalnych sklepów internetowych stoi olbrzymie zaplecze logistyczne i informatyczne. Polscy sprzedawcy, którzy chcą sprostać konkurencji zachodnich gigantów, muszą czerpać z ich doświadczeń, by usatysfakcjonować klientów, a sobie zapewnić ich powrót po ponowne zakupy.

 – Takie perfekcyjne doświadczenie klienta (User Experience) wymaga umiejętności przewidzenia jego zachowań na stronie internetowej. Chodzi o to, by przewidzieć, jak będzie się on zachowywał i podrzucać mu gotowe odpowiedzi, ścieżki realizacji zamówienia, dokonania zwrotu czy jakiejkolwiek innej akcji – wyjaśnia Mateusz Gordon.

Ciepła zima sprzyja pracom na budowach. Branży budowlanej niekoniecznie

CEO Magazyn Polska

Choć ciepła zima sprzyja kontynuowaniu rozpoczętych inwestycji, na budowach będzie mniej pracy na wiosnę. Przede wszystkim dlatego, że żaden inwestor ani wykonawca nie zaplanował w swoim harmonogramie zimowych robót. Co więcej, anomalie pogodowe mogą oznaczać dla branży budowlanej dodatkowe koszty i komplikacje administracyjne związane ze zmianami w harmonogramach inwestycji oraz w organizacji pracy.

Podczas ubiegłorocznej zimy prace budowlane trzeba było wstrzymać już w połowie grudnia. W tym sezonie jest inaczej. Nie jest to jednak normalny stan pogodowy dla sezonu zimowego, dlatego też ani inwestorzy, ani wykonawcy nie wzięli go pod uwagę w harmonogramach swoich prac.

 – Jest ładnie, ciepło, i do tej pory dało się budować. Jest to jednak anomalia, a żadna anomalia dla procesu inwestycyjnego nie jest wskazana – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jan Styliński, prezes zarządu Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa (PZPB).

Standardowo harmonogramy inwestycyjne i wykonawcze dla poszczególnych projektów co roku opierają się na warunkach pogodowych typowych dla danego sezonu. I choć zaplanowane na ten rok prace budowlane zakończą się kilka miesięcy przed terminem, to dla budownictwa pod wieloma względami wcale nie jest to korzystna sytuacja.

 – Kiedy pojawia się taka niespodziewana okoliczność jak ciepła zima, to się okazuje, że trzeba zmienić zarządzanie zasobami, harmonogram, poprzesuwać ludzi, w innym momencie wydać pieniądze – tłumaczy prezes PZPB.

W ostatecznym rozrachunku oznacza to, że na ciepłej zimie nie skorzysta ani branża budowlana, ani pracownicy. Bo choć aura wymusi na inwestorach i wykonawcach zmiany administracyjno-organizacyjne, to nie wygeneruje dodatkowego wkładu do PKB.

 – Po prostu dzisiaj mają pracę, bo jest ona możliwa do wykonywania. Natomiast w przyrodzie nic nie ginie. Jeżeli ta praca będzie dzisiaj wykonana, to o tyle mniej pracy będzie na wiosnę – wyjaśnia Jan Styliński.

Ta sama zasada dotyczy inwestycji infrastrukturalnych.

 – W zasadzie żaden wykonawca nie planuje rozpoczęcia robót budowlanych w styczniu, jest po prostu do tego nieprzygotowany. To jest jeden aspekt – podkreśla prezes PZPB. – Drugi związany jest tym, że w sensie ogólnym w Polsce jest mało projektów przygotowywanych w taki sposób, żeby można było rozpocząć ich realizację od razu.

Sporządzenie harmonogramu prac budowlanych np. w przypadku dróg jest bardzo czasochłonnym i złożonym procesem. Obecnie w GDDKiA toczy się kilkadziesiąt postępowań przetargowych na wykonanie inwestycji drogowych, a ich budowy ruszą mniej więcej za rok.

 – W związku z tym ciepła zima dla tych inwestycji nie ma żadnego znaczenia. Może przyszła, jeśli będzie ciepła, to będzie miała jakieś znaczenie, ale ta raczej nie – dodaje Jan Styliński.

Wybierając ubezpieczenie na wyjazd narciarski, Polacy kierują się głównie ceną

CEO Magazyn Polska

Polacy coraz częściej deklarują zamiar zakupu ubezpieczenia turystycznego na wyjazdy, również narciarskie. I choć świadomość, że polisa się przydaje, wzrasta, wciąż przy jej wyborze narciarze kierują się głównie ceną. Eksperci podkreślają, że przede wszystkim warto sprawdzić, czy takie ubezpieczenie pokryje koszty ewentualnej akcji ratowniczej i czy nie wyklucza wypadków przy uprawianiu sportów. Źle dobrana polisa może skończyć się boleśnie dla kieszeni turysty.

Niezależnie od umiejętności na stoku warto zainwestować w ubezpieczenie. Kontuzje takie, jak złamane kończyny czy zerwanie więzadeł przydarzają się nawet najbardziej wytrawnym narciarzom. Można również wyrządzić szkodę innej osobie.
 
 – Wiele osób, wybierając się na wakacje, wie, że trzeba wykupić ubezpieczenie turystyczne. Ale niestety kierujemy się wyłącznie ceną. Jest to dobre rozwiązanie, żeby porównywać ceny, ale nie powinniśmy od tego zaczynać, dlatego że ubezpieczenia turystyczne zawierają wiele różnych elementów i wiele z nich jest istotnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Jarosław Sadowski, główny analityk Expandera. 

Jak podkreśla, głównym haczykiem w ubezpieczeniach są wykluczenia. Warto więc sprawdzić w umowie, w jakiej sytuacji ubezpieczyciel odmówi nam wypłaty odszkodowania.

 – Kiedy jedziemy na narty, to trzeba w polisie zaznaczyć, że będziemy uprawiali sport, bo wtedy ryzyko urazu jest większe. Jeżeli przechodziliśmy jakieś choroby, które mogą się odnowić na wyjeździe, również trzeba to zaznaczyć. W innej sytuacji ubezpieczyciel nie będzie chciał pokrywać związanych z tym kosztów – przestrzega Sadowski. – Polecam sprawdzić te wszystkie opcje, które zazwyczaj są do wyboru. 

Warto zwrócić uwagę na wysokość maksymalnego świadczenia, jakie wypłaci ubezpieczyciel. Polisa powinna zagwarantować ubezpieczonemu nie tylko pokrycie kosztów leczenia przez zakład ubezpieczeń, lecz także ubezpieczenie ewentualnych zobowiązań wynikających z odpowiedzialności cywilnej wobec osób trzecich czy ubezpieczenie sprzętu. Warto sprawdzić, czy polisa pokryje koszty akcji ratowniczej i poszukiwań w przypadku lawiny i innych niebezpiecznych w skutkach zdarzeń w górach.

 – W Polsce użycie helikoptera przy akcjach ratunkowych nie wiąże się z żadnymi opłatami. Ale w części krajów trzeba za to dosyć drogo zapłacić – dodaje Jarosław Sadowski.

Dotyczy to nie tylko krajów alpejskich, lecz także np. Słowacji. Transport helikopterem to koszt kilkunastu tysięcy złotych. Jak wynika z danych Mondial Assistance z ubiegłego sezonu narciarskiego, najdroższe interwencje miały miejsce w Austrii, we Włoszech i w Szwajcarii (ponad 50 tys. zł). Tam też zdarzają się one najczęściej. 

Eksperci radzą również sprawdzić, czy zawierana umowa zobowiązuje zakład ubezpieczeń do automatycznego pokrycia kosztów udzielenia pomocy narciarzom bez konieczności wydatkowania środków przez nich, a później ubiegania się o refundację.

W ramach świadczeń oferowanych przez NFZ istnieje możliwość otrzymania Europejskiej Karty Ubezpieczenia Zdrowotnego, czyli EKUZ. Jest to dokument potwierdzający nasze prawo do korzystania z podstawowych świadczeń zdrowotnych w krajach członkowskich Europejskiego Obszaru Gospodarczego i Szwajcarii. Dzięki niej korzystamy z opieki zdrowotnej danego państwa na tych samych zasadach co jego obywatele. Trzeba pamiętać, że nie dotyczy to wszystkich usług, np. transportu medycznego.

Banki zwalniają, ale bankowcy mają inne możliwości

Zgodnie z danymi KNF* w ostatnich trzech latach z polskiego rynku zniknęło 8 banków, a liczba zatrudnionych w sektorze bankowym zmniejszyła się o 2 776 osób (spadek z 177 233 do 174 457 osób). Podczas, gdy na rynku bankowym trwa fala konsolidacji i optymalizacji kosztów zatrudnienia, pozostałe segmenty usług finansowych nie zwalniają, a wręcz przeciwnie – zatrudniają. Przykładem są np. AKCENTA, instytucja płatnicza, która świadczy obsługę transakcji walutowych dla małych i średnich firm czy proferto.pl, internetowa giełda kredytowa.

Rynek finansowy postrzega się przez pryzmat banków, a tak naprawdę w Polsce jest dużo więcej typów instytucji finansowych, które są bardzo aktywne – podkreśla Radosław Jarema, dyrektor zarządzający AKCENTA w Polsce, i wskazuje na swoją firmę jako tę, która jest na ścieżce ekspansji, także w zakresie zatrudnienia. AKCENTA zajmuje się realizacją transakcji walutowych dla firm działających w obszarze handlu zagranicznego, czyli eksporterów i importerów. System sprzedaży w Polsce rozbudowujemy konsekwentnie od wielu lat, szczególnie mocno od roku, kiedy założyliśmy, że rynek polski będzie dla nas priorytetem. Od stycznia 2013 r. liczba naszych przedstawicieli wzrosła 2,5-krotnie, a rekrutacja trwa – wskazuje Jarema.

AKCENTA zatrudnia przedstawicieli handlowych, którzy działają w różnych formułach. Część pracuje z AKCENTĄ na wyłączność, część sprzedaje usługi AKCENTY równolegle z usługami innych instytucji. Obsługa transakcji walutowych w wydaniu AKCENTY jest na tyle unikalna, że stanowi idealne uzupełnienie oferty brokera usług finansowych, szczególnie takiego, który jest zainteresowany współpracą z klientami firmowymi – trudniejszą, ale potencjalnie bardziej perspektywiczną – podkreśla Jarema. Co więcej, możliwość sprzedaży usług AKCENTY mają nie tylko osoby indywidualne, ale też firmy, np. biura podatkowe, doradcze czy rachunkowe. Najważniejsze jest, aby stworzyć synergię, która przyniesie wymierne korzyści wszystkim trzem stronom – mówi Jarema. Firma zapewnia swoim przedstawicielom i partnerom pełne wsparcie szkoleniowo-merytoryczne oraz wsparcie marketingowe.

Sieć sprzedaży postanowiło rozwinąć też proferto.pl, internetowa giełda kredytowa, w której klient zainteresowany kredytem hipotecznym lub gotówkowym składa jedno zapytanie, a banki rywalizując między sobą przygotują najlepszą ofertę. Proferto.pl będzie szukać przede wszystkim osób z doświadczeniem w bankowości. Chcemy współpracować z osobami, które wiedzą jak rozmawiać o produktach finansowych i pomogą przejść kredytobiorcom przez proces ich zakupu. Doradcy, którzy potrafią pracować zgodnie z Zasadami Dobrych Praktyk Bankowych ZBP, znajdą zatrudnienie w proferto.pl – mówi Jakub Masłowski, szef proferto.pl.

AKCENTA wychodzi z założenia, że na polskim rynku budowanie sieci sprzedaży w finansach wymaga elastyczności, ponieważ dużą siłę, szczególnie poza największymi miastami, mają lokalni specjaliści finansowi. Wierzymy w siłę zaufania, które ludzie budują w bezpośrednich kontaktach – podkreśla Radosław Jarema.

W tym roku zatrudnienie nie wzrośnie

Raczej stabilizacja niż wzrost zatrudnienia – tak sytuację na rynku pracy w tym roku prognozują eksperci. Nie ma co liczyć, że zakładany przez rząd wzrost gospodarczy na poziomie 2,5 proc. znacząco przyspieszy powstawanie nowych miejsc pracy. Problemem wciąż pozostaje wysokie bezrobocie wśród młodych, dopiero wchodzących na rynek pracy, i tych w grupie wiekowej 50+. Według resortu pracy, stopa bezrobocia w grudniu wzrosła do 13,4 proc.

Branża infrastrukturalna i kolejowa oraz firmy współpracujące z nią – tam należy w tym roku szukać pracy. W ocenie dyrektora zarządzającego firmy doradczej Kienbaum Polska, pracownicy będą poszukiwani w związku z dużymi nakładami na remonty i tworzenie nowych tras.

 – To jest związane z inwestycjami, które ruszą dzięki unijnym pieniądzom – wyjaśnia Bernhard Matussek, dyrektor zarządzający Kienbaum Polska. – Z większym prawdopodobieństwem będzie można tutaj udzielić odpowiedzi wiosną, kiedy pewne tendencje będą już widoczne.

Jeżeli sprawdzi się rządowa prognoza dotycząca wzrostu gospodarczego i w 2014 roku będzie on oscylował wokół 2,5 proc. PKB, to raczej nie ma co liczyć na znaczący spadek bezrobocia. A to, według danych resortu pracy, w grudniu wyniosło 13,4 proc.

 – Wzrost PKB tej wielkości jeszcze nie powoduje znaczącego wzrostu zatrudnienia. Doświadczenie rynków zachodnich pokazuje, że można na to liczyć od 3-3,5 proc. wzrostu gospodarczego. To oznacza, że prawdopodobnie nastąpi pozytywna stabilizacja rynku – prognozuje rozmówca Newserii Biznes.

Zdaniem eksperta Polska wciąż nie poradziła sobie z problemem grup wykluczonych, którym bardzo trudno odnaleźć się na rynku pracy. Według szacunków Polskiego Stowarzyszenia Zarządzania Kadrami, w tym roku nawet 50 proc. wszystkich bezrobotnych będą stanowić młodzi ludzie, do 34. roku życia (ok. 19 proc. osoby do 25. roku życia). Wśród grupy wiekowej 50+ sytuacja nie jest lepsza – co czwarty bezrobotny w Polsce ukończył 50. rok życia.

 – Mamy problem z zatrudnianiem ludzi do 30. roku życia i mamy duży problem z grupą pracowników po 50. roku życia – mówi Matussek. – To wymaga z pewnością większych inwestycji ze strony polityków i zmiany podejścia prawnego do tego tematu. W tej chwili widzę potrzebę regulacji prawnych choćby w kontekście tego, że bardzo wiele osób emigruje.

W jego opinii rząd powinien zastanowić się nad tym, jak zahamować falę emigracji zarobkowej. Według szacunków GUS w 2012 roku ponad 1,8 mln Polaków przebywało w innych krajach europejskich. Najczęściej Polacy emigrują do: Wielkiej Brytanii, Niemiec, Irlandii, Holandii i Włoch.

 – Na południu Polski są całe województwa, gdzie pewna wartość krytyczna emigracji została przekroczona i ten trend należałoby koniecznie zahamować – mówi dyrektor zarządzający Kienbaum Polska.