Będzie łatwiej o publiczne zbiórki pieniędzy

Już pojutrze kolejny, 22. finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Istnieje szansa, że następny będzie łatwiej zorganizować od strony formalnej. Sejm pracuje bowiem nad zmianą ustawy o zbiórkach publicznych. Projekt jest po pierwszym czytaniu i pracach w komisjach.

WOŚP wpisał się w świadomość Polaków, a jego działalność przynosi korzyści placówkom medycznym. Dla tak zorganizowanej i długoletniej akcji zdobycie odpowiednich zezwoleń nie jest dziś problemem. Jednak dla wielu mniejszych przedsięwzięć konieczność uzyskania zgody urzędników bywa sporym utrudnieniem.

Lokalnym przykładem może być organizowana od kilku lat w Krakowie „Akcja SOS – Uczelnie Schroniskom” – zbiórka wśród studentów i naukowców niezbędnego wyposażenia, karmy i pieniędzy na rzecz zwierząt w lokalnym schronisku. Akcja każdorazowo wymaga zgody rektorów uczelni oraz prezydenta miasta. Wyjście poza miasto wymagałoby zgody marszałka województwa, a przekroczenie granic województwa – konieczność ubiegania się o zgodę ministra administracji i cyfryzacji. Ale to ma się wkrótce zmienić.

 – Nowa ustawa przygotowana przez Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji, już znajdująca się w Sejmie, zakłada, że organizacje pozarządowe nie będą musiały prosić o zgodę na przeprowadzenie zbiórki, a jedynie będą zgłaszały to, że taką zbiórkę planują. W ciągu trzech dni po zgłoszeniu będą mogły rozpocząć zbiórkę publiczną. To duże ułatwienie dla organizacji, zdejmujące jednocześnie część obowiązków z urzędników – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Agata Tomaszewska, koordynator projektów z Forum Darczyńców.

Tym bardziej że zgoda to decyzja arbitralna, co więcej pochłania dużo czasu, jak również pieniędzy z budżetu państwa na pracę urzędników analizujących wnioski i wydających odpowiednie decyzje. Nowy projekt pozostawia definicję zbiórek publicznych jako prowadzonych w przestrzeni publicznej, czyli dary zbierane w gotówce do puszek i w naturze. To kwesty prowadzone w domach i instytucjach. We wciąż obowiązujących przepisach problemem był fakt, że rozporządzenie włączało do ustawowej definicji zbiórki publicznej również przelewy na konto czy wszelkie wpłaty internetowe – zjawiska spoza sfery publicznej.

 – Teraz mają nastąpić zmiany i będzie wiadomo, że wpłaty na konto nie są zbiórką publiczną, że nie potrzebujemy dodatkowo zgłaszać takich wpłat, ponieważ są one kontrolowane przez system bankowy – tłumaczy Agata Tomaszewska.

Projekt nowelizacji ustawy przeszedł już etap pierwszego czytania i prace w komisjach. Choć do projektu zgłoszono wiele uwag, to, zdaniem Agaty Tomaszewskiej, cieszy się on poparciem wszystkich stron sceny politycznej i można mieć nadzieję na wejście nowych przepisów jeszcze w tym roku.

Bezrobocie w USA spada bardzo powoli. Docelowo ma być poniżej 6 proc.

Dopóki Amerykanom nie uda się obniżyć bezrobocia do poziomu 6 proc., bank centralny będzie aktywnie prowadził swoją politykę pompowania dolarów w rynek. Prognozy wskazują, że nadal oscyluje ono w okolicach 7 proc. Dziś zostaną opublikowane miesięczne dane z amerykańskiego rynku pracy.

 – Amerykanie nie spoczną, dopóki stopa bezrobocia nie spadnie do 6 proc., bo to jest właściwy poziom dla tamtejszej gospodarki. W tej chwili mamy 7 proc., więc ciągle jest jeszcze 1 proc. do zbicia. Wydaje się, że dopóki bezrobocie będzie powyżej tego przyjętego poziomu, dopóty Fed będzie aktywny, aczkolwiek coraz mniej – mówi Roman Rewald, członek zarządu Amerykańskiej Izby Handlowej w Polsce i partner kancelarii Weil, Gotshal & Manges.

Dotychczas Fed, amerykańska Rezerwa Federalna, prowadził działania mające poluzować politykę monetarną i zwiększyć podaż pieniądza w obiegu. Dzisiejsze dane z ryku pracy będą miały znacznie przy podejmowaniu decyzji o zmianach w tej polityce, czyli stopniowym ograniczaniu programu skupu obligacji (QE3), które miałoby wynieść po 10 mld dolarów miesięcznie.

 – Spodziewam się, że wraz z obniżeniem wielkości stopy bezrobocia będzie spadała aktywność Fedu i gospodarka będzie musiała liczyć na swoje własne siły finansowe. Być może w końcu zaczną się inwestycje i to spowoduje zwiększenie rynku pracy – uważa Roman Rewald.

Ostatnie, grudniowe dane z amerykańskiego rynku pracy były nieco bardziej optymistyczne niż się spodziewano, ale nadal niezadowalające. W listopadzie minionego roku stopa bezrobocia wyniosła 7,0 proc. wobec 7,3 proc. w październiku.

Zdaniem eksperta, rząd USA nie ma możliwości, by poprawić sytuację na rynku pracy w skali całego kraju. To zależy tylko od dobrej kondycji gospodarki. Może jednak wspierać poszczególne grupy bezrobotnych.

 – Można stymulować zmniejszenie bezrobocia, na przykład wśród młodych ludzi. Tutaj rząd ma możliwość działania, ponieważ jego rolą jest wyrównywanie szans i dbanie o równą konkurencję w społeczeństwie. W związku z czym tam, gdzie ludzie są bardziej narażeni na niekorzystną konkurencję ze strony innych, trzeba im pomagać. Dlatego młodzi ludzie bez doświadczenia powinni otrzymywać pomoc rządową – podkreśla Roman Rewald.

Dodaje, że Polska mogłaby wzorować się na amerykańskiej polityce przy np. ustalaniu wysokości zasiłku dla bezrobotnych.

 – W stanie Michigan zasiłek bezrobotny jest wypłacany przez 26 tygodni w wysokości 360 dolarów tygodniowo. Ten zasiłek jest zależny od tego, ile dana osoba zarabiała, jaki miała staż pracy, i jak działa na rynku. Tego typu podejście byłoby zdrowe również w Polsce – uważa przedstawiciel Izby.

Rynek hurtowy wciąż będzie rósł. Pomimo rozwoju e-handlu

Hurtowy rynek dystrybucji będzie rósł powoli, ale stabilnie – przewiduje prezes Makro Cash and Carry w Polsce. Dostawy dla przedsiębiorców będą rosły o 2-3 proc. rocznie. Pomimo rozwoju e-handlu tradycyjne sklepy nadal pozostają dominującym kanałem sprzedaży. Wzrost konkurencji i zmiana nawyków wymusza jednak zmiany w strategii Makro.

 Rynek HoReCa (hotele, restauracje i catering) będzie rósł bardzo mocno w naszym modelu dystrybucji. Koncentrujemy się na małych firmach i biznesach. Nadal widzę bardzo solidną podstawę do rozwoju kanału business-to-business. A rynek czeka dalsza znacząca konsolidacja – przewiduje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria David Boner, prezes Makro Cash and Carry Polska.

Boner ocenia, że konsolidacja nie doprowadzi jednak do zmniejszenia konkurencji na rynku dostawców hurtowych z segmentu business-to-business. Podaje przykład Wielkiej Brytanii, gdzie ten rynek jest znacznie bardziej rozwinięty. Nadal funkcjonuje tam siedmiu-ośmiu dużych dostawców. W Polsce jest zatem również miejsce na więcej niż dwóch, co przewidują niektóre prognozy.

Prezes polskiego Makro jest przekonany, że ten obszar będzie rósł, choć nie oczekuje gwałtownych wzrostów.

Przez najbliższe 2-3 lata wzrost będzie niewielki – średnio 2-2,5 proc., maksimum 3 proc. wzrostu przez te lata. Ale mimo to jest potencjał – prognozuje Boner. – Mówimy o trzech kluczowych filarach. Jednym z nich jest niezależny sektor handlu, drugi to sieci, takie jak Odido (sieć franczyzowa sklepów osiedlowych należąca do Makro). Kolejnym kluczowym jest wspomniany sektor HoReCa.

Zapowiada także dalsze innowacje w obszarze dystrybucji. Mają one dotyczyć m.in. zwiększenia zasięgu, tworzenia nowych modeli dostaw oraz zmian w asortymencie i usługach.

– Obserwując obecną konsolidację na polskim rynku od hiper- do supermarketów oraz liderów w swoich branżach, jak Decathlon czy Castorama, musimy zwracać uwagę na rozmaite elementy innowacji – przyznaje Boner. – Kluczowy jest bezpośredni kontakt z klientem.

Dodaje, że wśród klientów Makro jest duża grupa osób, które cenią swój czas i decydują się na zakupy przez internet. Jednak także wielu klientów sieci wciąż preferuje tradycyjne zakupy, podczas których można zobaczyć i samodzielnie wybrać towary. Dlatego w ocenie Bonera handel elektroniczny będzie zdobywał rynek powoli.

Jeśli cofniemy się 5 czy 10 lat do okresu bańki e-commerce, wtedy spodziewano się, że sprzedaż internetowa bardzo szybko zmieni nawyki zakupowe. Przewidywania nie do końca się spełniły. Bez wątpienia e-handel będzie coraz bardziej wpływał na rozwój w dziedzinie nawyków konsumenckich, ale ten proces jest znacznie bardziej rozległy czasowo – przewiduje Boner. 

Makro Cash and Carry, które zostało założone pod koniec lat 60. w Holandii jako samoobsługowa hurtownia dla przedsiębiorców, rozszerzyło działalność, dostosowując się do zmian na rynku. W Polsce spółka jest obecna od 1994 r., a od 1998 r. należy do niemieckiej Grupy Metro. Boner podkreśla, że w tej chwili nie można już mówić o Makro jako o sieci oferującej jedynie sklepy typu „cash and carry”, ale o multikanałowym modelu sprzedaży. 

Prof. K. Rybiński: LPP musiała skorzystać z raju podatkowego, by sprostać konkurencji

Aby sprostać globalnej konkurencji, polska firma odzieżowa LPP musi działać jak inne korporacje, czyli korzystać z rajów podatkowych – prof. Krzysztof Rybiński broni bojkotowanej przez klientów firmy. Prawo powinno zostać zmienione na poziomie całej Unii Europejskiej.

 – Jeżeli chcemy protestować przeciwko temu, że korporacje płacą za małe podatki, to idźmy z awanturą pod Sejm. I miejmy pretensję do polityków polskich i zagranicznych, że stworzyli regulacje, które umożliwiają zagranicznym korporacjom, by nie płaciły podatków w Polsce, a przez to polskie firmy również muszą takie praktyki stosować. Gdyby to było niemożliwe, wtedy warunki konkurencji byłyby równe. A tak, skoro raje podatkowe funkcjonują i zagraniczne firmy z nich korzystają, polskie również muszą, żeby dać radę w globalnej i brutalnej konkurencji o rynki zbytu i o pieniądze – mówi prof. Krzysztof Rybiński, ekonomista, rektor Akademii Finansów i Biznesu Vistula.

Podobną strategię wybrała polska giełdowa spółka odzieżowa LPP, czym wywołała bojkot ze strony części klientów. LPP od 22 lipca 2011 r. rozpoczęła proces pozwalający na skorzystanie z optymalizacji podatkowej. Dotyczyło to marek Reserved, Cropp, a 23 grudnia 2013 r. dołączyły do nich House, Mohito i Sinsay.

Zdaniem ekonomisty, aby polska firma mogła sprostać konkurencji takich gigantów jak H&M czy właściciel marki ZARA, musi stosować te same reguły, wedle których działają tamte firmy.

 – One na pewno optymalizują swoje podatki, bo żeby wygrać z globalnymi graczami, trzeba szybciej otwierać sklepy, trzeba inwestować więcej niż tamte firmy, a to niestety wymaga mądrego płacenia podatków – uważa prof. Rybiński.

Podobne praktyki stosują wielkie korporacje, jak na przykład firma Google.

 – Od wszystkich swoich zysków poza USA zapłaciła tylko 2 proc. podatku, dlatego że płaci je na Bermudach. Nikt nie nawołuje w Polsce do tego, żeby nie korzystać z Google, czy żeby nie chodzić do Biedronki na zakupy, ponieważ ta przekształciła się ze spółki portugalskiej na holenderską, żeby nie płacić podatków. A klienci przyczepili się do polskiego kapitału, do polskiej firmy, która stosuje te same metody, co międzynarodowe korporacje – zwraca uwagę prof. Krzysztof Rybiński.

Dlatego, jak podkreśla ekonomista, regulacje dotyczące wykorzystywania rajów podatkowych muszą być globalne.

 – Polski rząd polski powinien aktywnie lobbować w strukturach Unii Europejskiej, żeby takie praktyki w całej Unii były niedozwolone. Wówczas byłyby równe warunki konkurencji firm niemieckich, holenderskich, francuskich i polskich. Ten proces się dzieje, ale idzie zbyt wolno – dodaje prof. Krzysztof Rybiński.

LPP wydała komunikat w odpowiedzi na wezwanie do bojkotu jej marek, tłumacząc, że „działając w warunkach globalnej konkurencji spółka podąża za trendami, jakie wyznaczane są przez światowych konkurentów. Realia ekonomiczne wymagają zaś, aby jej działalność była jak najbardziej efektywna i dawała możliwość maksymalnego rozwoju, w tym również wkraczania na nowe rynki zbytu”. Poinformowała też, że w 2012 roku przekazała do budżetu państwa w podatkach 465 mln zł. Według prognoz za 2013 rok będzie to 540 mln zł, zaś za 2014 rok – 648 mln zł.

Zimą opłaca się kupowanie wycieczek na lato

Pierwsze zimowe miesiące są najlepszym okresem na kupowanie letnich wycieczek. Zwłaszcza rodziny z dziećmi powinny teraz przeglądać oferty biur podróży – ceny są niższe, a co najważniejsze, jest jeszcze duży wybór ofert, w tym specjalnych pokoi dla większej liczby osób. Bliżej sezonu letniego oferta jest już mocno ograniczona.

 – Ferie zostały sprzedane. Pierwszy kwartał to głównie sprzedaż ofert na lato i first minute. To czas, kiedy jest duży wybór pokoi, hoteli i miejsc, które lubią klienci. Oferta jest już zdecydowanie węższa w maju – ostrzega Marzenna Myrcha z biura podróży TUI.

W tegorocznej ofercie first minute, podobnie jak w poprzednich latach, dominującymi kierunkami są basen Morza Śródziemnego, wyspy greckie, wybrzeże tureckie, a także Hiszpania – Majorka czy Ibiza.

 – Lubiącym sporty wodne proponujemy Wyspy Kanaryjskie, Fuerteventurę i Gran Canarię. Egipt, który chwilowo nie był sprzedawany u nas, wróci do oferty. Nie musimy go szczególnie reklamować. Jeżeli ktoś raz był w Egipcie i posmakował Morza Czerwonego i jego pięknej rafy, na pewno tam wróci. Egipt na pewno będzie popularnym kierunkiem wakacyjnym – uważa Marzenna Myrcha.

Statystyczna czteroosobowa polska rodzina na dwutygodniowe wakacje all inclusive, czyli wszystko w cenie, musi przeznaczyć co najmniej 8 tys. zł.

 – Rodziny powinny rezerwować wakacje w okresie first minute. I to z dwóch powodów: atrakcyjności cenowej i większego wyboru ofert, choćby specjalnych pokoi przeznaczonych dla całej rodziny – podkreśla Marzenna Myrcha.

Cyfrowe książki do 2016 roku zrewolucjonizują polski rynek wydawniczy

Jak wynika z prognoz branży wydawniczej, rynek książek w formacie cyfrowym w latach 2011–2016 urośnie nawet 10-krotnie, a zapowiadana od kilku lat rewolucja na rynku książki może stać się faktem. Jej siłą napędową jest zmiana technologiczna i pokoleniowa wśród czytelników. Dziś rynek e-booków w Polsce wart jest ponad 40 mln zł, a jeszcze dwa lata temu – 10 mln zł.

Na wzrost sprzedaży książek w wersji cyfrowej przekłada się przede wszystkim fakt, że użytkownicy coraz częściej korzystają z treści za pośrednictwem urządzeń mobilnych.

 – Szacunki są różne. Można przyjąć, że rynek  e-booków w Polsce warty jest 40-50 mln zł – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Gembicki, dyrektor zarządzający i członek zarządu platformy cyfrowej dystrybucji cdp.pl. – To jest ok. 1,5-2 proc. całego rynku książki tradycyjnej, który szacowany jest na 3 mld złotych.

Choć e-booki nadal stanowią niewielki segment rynku książki czytanej, jego wartość rośnie w zawrotnym tempie. Jeszcze w 2011 roku był wart 10 mln zł, czyli pięciokrotnie mniej niż dziś.

Jak wynika z raportu firmy doradczej PwC, do 2016 roku można spodziewać się w Polsce 11-krotnego wzrostu wydatków na książki elektroniczne – z 10 mln dolarów w 2011 roku do 106 mln dolarów w 2016 roku. Jednocześnie wydatki na książki tradycyjne mają w tym czasie spadać średnio o 1,4 proc. rocznie.

Zdaniem Gembickiego, siłą napędową cyfrowej rewolucji na rynku książki jest zarówno zmiana technologiczna, jak i pokoleniowa. Barierą dla rozwoju publikacji elektronicznych w Polsce są natomiast kwestie podatkowe. Tradycyjne książki obłożone są 5-proc. stawką VAT, te same, tylko w wersji elektronicznej – 23-proc.

 – Największym problemem jest stawka VAT, która jest wyższa na e-booki niż na książki tradycyjne, co nie pozwala obniżać ich cen – tłumaczy Gembicki. – Z kolei z punktu widzenia klienta e-book musi być tańszy, bo nie ma papieru, nie ma dystrybucji i innych elementów, które uzasadniały koszty książki papierowej.

Druga bariera to wciąż silne przywiązanie do tradycyjnej, papierowej formy, szczególnie wśród starszych czytelników.

 – Potrzeba dalszej popularyzacja czytników, czyli urządzeń do czytania e-booków. To ciągle jest jednak domeną młodych ludzi. A z kolei znaczna część rynku książkowego tradycyjnego to ludzie starsi – wyjaśnia.

Także część wydawców obawia się jeszcze wydawania e-booków, a część z nich dopiero się do tego przekonuje.

 – Ciągle jeszcze w wielu miejscach e-booki rodzą wątpliwości, kontrowersje. Jednym z często podnoszonych tematów jest piractwo, bo wielu wydawców obawia się, że udostępnienie swojej książki w postaci e-booka napędza piractwo – tłumaczy Michał Gembicki. – Często to właśnie brak wersji cyfrowej powoduje, że jednak piractwo jest, bo są osoby, które z dużą łatwością potrafią e-booka wytworzyć, mimo że wydawca nawet o nim nie pomyślał – dodaje Gembicki.

Jego zdaniem, na rynku e-booków ciekawym trendem będzie czytanie w chmurze, czyli płacenie w formie abonamentu za dostęp do określonej liczby książek w danym miesiącu.

Model abonamentowy jest znany od kilku lat, ale jeszcze nie był stosowany w segmencie książek. Jest tu nowością, więc trzeba zaczekać, czy się przyjmie. Mimo to jest jednym z ciekawszych technologicznie trendów na tym rynku – uważa dyrektor cdp.pl.

Polski rynek motoryzacyjny wciąż w dołku. Szansą rozmowy rządu z nowym inwestorem

Branża motoryzacyjna patrzy z nadzieją na 2014 rok, co widać m.in. po liczbie planowanych premier. Sprzedaż samochodów wciąż nie zwiększa się znacząco. Niewykluczone, że wkrótce Ministerstwo Gospodarki poinformuje o efektach rozmów z jednym z międzynarodowych koncernów motoryzacyjnych, który miałby rozpocząć produkcję samochodów na terenie Polski.

Grudzień był najlepszym miesiącem ubiegłego roku pod względem liczby zarejestrowanych samochodów osobowych – blisko 26,5 tysiąca aut, czyli o 25,5 proc. więcej niż przed rokiem i o blisko 10 proc. więcej niż w listopadzie. W całym 2013 roku zarejestrowano 289 913 osobówek. Zdaniem Jakuba Farysia, prezesa Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego, to wciąż za mało, by rozwijać branżę.

 – Nie widzę przesłanek, żeby liczba rejestracji wzrosła znacznie. Nie widzę również powodu, żeby liczba produkowanych w Polsce samochodów mogła wzrosnąć – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Faryś.

Wzmocnić polski sektor motoryzacyjny mogłaby decyzja jednego z dużych koncernów o ulokowaniu produkcji nad Wisłą. Z tego, co ujawnił wicepremier Janusz Piechociński, wynika, że nowa inwestycja dałaby 3 tys. nowych miejsc pracy, a zakład opuszczałoby rocznie około 100 tys. samochodów.

 – W tym jest wielka rola rządu, bo trzeba walczyć o każdego inwestora, a wiemy, że kilka projektów jest w tej chwili w Europie dyskutowanych. Jednym z krajów, do których może nowa produkcja trafić, jest właśnie Polska – wyjaśnia Faryś.

Nadzieją dla branży jest również rozwój zakładów produkujących podzespoły do samochodów. Dziś w tym sektorze pracuje około 150 tys. osób w całym kraju. Zagłębiem branży automotive jest Śląsk, gdzie działają dwie z trzech krajowych fabryk samochodów – Opel w Gliwicach i Fiat w Tychach – a wokół nich około 400 zakładów produkujących podzespoły.

Jak wynika z raportu KPMG, istniejąca na rynku sieć dealerska obejmuje ok. 1 tys. firm, które prowadzących 2 tys. punktów sprzedaży. Według prezesa PZPM, coraz częściej mamy do czynienia z konsolidacją dealerów.

 – Wydaje mi się, że firmy, które są dealerami wielomarkowymi, są w stanie lepiej kontrolować koszty, ale znów multibranding nie jest lekarstwem na kłopoty. Czyli jeżeli któryś z dealerów chciałby sprzedawać kolejną markę, by poprawić wyniki, to nie jest to dobry kierunek moim zdaniem – podkreśla Faryś.

Wpływ na sprzedaż nowych samochodów w I kwartale 2014 roku mogą mieć zmienione przepisy o podatku VAT. Dzięki nim możliwe jest pełne odliczenie VAT-u od samochodu do 3,5 tony, zakupionego do celów służbowych. Brak jednak dobrych informacji dla klientów indywidualnych, ponieważ – według eksperta – nie należy spodziewać się obniżek cen nowych aut. Producenci nie mają już pola manewru, na ewentualne wahania cen wpływ może mieć jedynie kursy euro i złotówki.

Inwestycje w wino pozwalają podwoić włożony kapitał

Dane z ostatnich 25 lat pokazują, że po pięciu latach zainwestowana suma powinna się podwoić. W tym roku warto postawić na roczniki 2009 i 2010 Bordeaux. Popularność zdobywają też trunki z Włoch. Na Zachodzie winne kolekcje są już znaczące, w Polsce ten rynek dopiero się rodzi.

Minimum pięć lat to okres rekomendowany dla inwestycji w wino. Kilkuletnia perspektywa inwestowania przynosi wyższe stopy zwrotu niż rynki akcji czy surowców.

 – Inwestując w wino, powinniśmy w perspektywie pięciu lat podwoić włożony kapitał. To jest średnia dla tego okresu wyciągnięta w ostatnim ćwierćwieczu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Morozowicz, zarządzający portfelami alkoholi Wealth Solutions.

15 tys. zł to minimalna kwota wejściowa dla inwestycji w wino. Średnia stopa zwrotu dla takiej inwestycji, zgodnie z indeksem Liv-ex Investables, to 114 proc.

W portfelach inwestycyjnych i kolekcjach win na całym świecie dominują wina typu Bordeaux, czyli pochodzące z obszaru, gdzie znajduje się ok. 8 tys. posiadłości winiarskich, zwanych château.

 – Bordeaux jest trzonem w segmencie win inwestycyjnych i tu ceny mocno się ustabilizowały. Zauważamy też coraz większe zainteresowanie supertoskanami oraz winami z Burgundii. Procentowo Bordeaux to 70 proc., a 30 proc. to pozostałe wina – informuje Paweł Morozowicz.

Według danych Wealth Solutions trunki pochodzące z Włoch i Burgundii zdominowały zestawienie najszybciej drożejących win na giełdzie Liv-ex (która świadczy usługi dla profesjonalnych traderów i kolekcjonerów wina) w lipcu minionego roku.

 – Aby rozpocząć inwestycje w wino, trzeba mieć 15-25 tysięcy złotych wolnej gotówki, którą możemy ulokować przynajmniej na kilka lat – doradza Paweł Morozowicz. – Należy inwestować przede wszystkim w te najbardziej prestiżowe, topowe wina, które mogą leżakować kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat, dojrzewać, nabierać odpowiednich właściwości smakowo-zapachowych. Z biegiem czasu stają się one coraz rzadsze i coraz bardziej poszukiwane, a tym samym więcej warte.

Prognozy Wealth Solutions mówią, że ubiegłoroczne zbiory w Bordeaux są najmniejsze od ok. 20 lat. To oznacza, że najprawdopodobniej będzie to trzeci rok z rzędu, gdy wyprodukowanych wówczas win nie można zaliczyć do wybitnych. To może z kolei przełożyć się na wzrost zainteresowania dwoma ostatnimi wielkim rocznikami z tego regionu, czyli 2009 i 2010, które już teraz są najczęściej kupowanymi w segmencie win Bordeaux.

Lubelski Węgiel „Bogdanka” SA 2,11 mln ton węgla w IV kwartale i 8,35 mln ton w 2013 r.

Spółka Lubelski Węgiel BOGDANKA S.A., najnowocześniejsza i najbardziej efektywna kopalnia węgla kamiennego w Polsce oraz krajowy lider rynku producentów węgla energetycznego, zanotowała w IV kwartale 2013 roku wydobycie w wysokości 2,11 mln ton, czyli o 23,4% wyższe niż w tym samym okresie rok wcześniej i na poziomie zbliżonym do osiągniętego w III kwartale 2013 roku (2,16 mln ton). Łączne wydobycie w 2013 roku wyniosło 8,35 mln ton, czyli było wyższe o ok. 7,3% od osiągniętego w 2012 roku.

Czy elastyczny czas pracy jest korzystny tylko dla pracodawców?

Od 23 sierpnia 2013 obowiązują nowe przepisy Kodeksu Pracy w zakresie uelastycznienia czasu pracy. Przedsiębiorcy czekali na nie z niecierpliwością. Jednak mimo tego, że minęło już kilka miesięcy, związki zawodowe oraz część pracowników nadal obawiają się, że zmiany oznaczają korzyści tylko dla jednej ze stron. Niepokoi ich, że nowe regulacje prowadzą do nadmiernego wyzysku pracowników poprzez pracę w nadgodzinach przez większą część roku, bez dodatkowego wynagrodzenia.

Czy to rzeczywiście możliwe, tłumaczy ekspert, Dorota Strzelec, psycholog pracy, dyrektor firmy doradczej StaffPoland Sp. z o.o. z Grupy TGC.

Absolutnie nie ma możliwości, by nowe przepisy pozwoliły pracodawcom na wykorzystywanie zatrudnionych. Przede wszystkim znowelizowany Kodeks Pracy jasno precyzuje procedurę wprowadzania zmian w zakresie tzw. uelastycznienia czasu pracy, czyli głównie wydłużania okresów rozliczeniowych do maksymalnie 12 miesięcy oraz stosowania ruchomego czasu pracy. Obawy związków zawodowych budzi właśnie możliwość bilansowania czasu pracy w skali roku poprzez rekompensowanie nadgodzin czasem wolnym. Pracodawca nie może jednak swobodnie ustalać harmonogramów pracy na okres zwiększonej ilości zamówień. Kodeks Pracy bowiem wyraźnie zastrzega zachowanie dotychczas obowiązujących norm średniotygodniowego czasu pracy oraz dobowego i tygodniowego wypoczynku.

Pierwszym krokiem do wprowadzenia zmian w systemie lub rozkładzie czasu pracy jest uzyskanie zgody reprezentacji pracowników, czyli zakładowej organizacji związkowej, rady pracowników lub przedstawicieli pracowników wybranych w inny sposób. Pracodawca nie może samodzielnie narzucić załodze zmian. Wymóg konsultacji z pracownikami jest w tym przypadku oczywisty i konieczny. To dobry krok na drodze do upowszechnienia partycypacyjnego stylu zarządzania. Aby wprowadzanie jakichkolwiek dużych zmian w przedsiębiorstwie było skuteczne, konieczne jest podejmowanie trudnych decyzji wraz z załogą. Jak pracownicy mają być zaangażowani i lojalni wobec pracodawcy, jeśli nie znają długookresowej strategii firmy i nie rozumieją sensu decyzji kierownictwa? Nie można wymagać jednak od zwykłego pracownika orientacji w globalnych trendach ekonomicznych czy konkurencji rynkowej – należy wyjaśnić mu cele działań i konieczność podejmowania trudnych decyzji, wskazać ryzyka zaniechania, a także słuchać jego opinii i odpowiadać na wątpliwości. Wtedy łatwiej będzie o akceptację decyzji zarządu i wyrzeczenia w trudnych dla firmy momentach. Pracodawcy często podnoszą, że opinie i żądania pracowników są czasami nierealne – jeśli tak, to warto wskazać im tego typu błędy i przestawić przykłady firm konkurencyjnych, które poprzez małą elastyczność były zmuszone dokonać zwolnień pracowników lub ogłosić upadłość.

Głównym celem nowych przepisów jest nie tylko zwiększenie konkurencyjności przedsiębiorstw ale także ochrona miejsc pracy, nawet za cenę pewnych okresowych niedogodności w życiu prywatnym pracowników.

Reasumując, pierwszy wymóg wprowadzenia zmian to dialog. Następnie uzgodnione zmiany powinny zostać zapisane – zależnie od sytuacji firmy – w układzie zbiorowym, regulaminie pracy lub odrębnym porozumieniu z przedstawicielami pracowników. Dalej informację o zmianach pracodawca przekazuje pilnie w ciągu 5 dni do Okręgowego Inspektoratu Pracy i w końcu sporządza harmonogramy pracy. Warto pamiętać, że wdrożenie elastycznego czasu pracy będzie z pewnością przedmiotem dokładnych kontroli inspekcji pracy.

Trudno więc zgodzić się z obawami części pracowników, że pracodawca będzie dowolnie dysponował ich czasem pracy oraz życiem prywatnym. Oczywiście okresowe wydłużenie czasu pracy czy zmiany godzin pracy mogą powodować dla części pracowników problem z pogodzeniem prywatnych obowiązków np. związanych z opieką nad dziećmi czy nauką. Dlatego też modyfikacje harmonogramów czasu pracy powinny być nie tylko konsultowane z reprezentacją pracowników, ale też wcześniej sygnalizowane ogółowi pracowników objętych zmianami (np. pion produkcji), aby ewentualne trudności mogły być wcześniej zgłaszane i wyjaśniane z bezpośrednimi przełożonymi.

Podsumowanie IPO w Europie i Polsce w IV kw 2013 r.

Silne ożywienie na rynku IPO w Europie. Wzrost aktywności odczuwalny również w Warszawie, jednak głównie za sprawą ofert prywatyzacyjnych PKP Cargo i Energi. Trudniejsza sytuacja emitentów na GPW ze względu na zmiany w OFE.

Jak wynika z najnowszego kwartalnego raportu IPO Watch Europe przygotowanego przez firmę doradczą PwC, w czwartym kwartale 2013 roku na rynkach europejskich odnotowano 105 IPO o łącznej wartości 14,7 mld euro, co stanowi poziom blisko dwukrotnie wyższy niż w analogicznym okresie 2012 roku. Były to jednocześnie najlepsze trzy miesiące na rynku pierwotnym w Europie od czwartego kwartału 2011 roku.

Dzięki tak dobrym wynikom odnotowanym w ostatnich miesiącach, w całym 2013 roku łączna wartość ofert w Europie była aż o 141% wyższa niż w roku 2012 (278 ofert o łącznej wartości 26,3 mld euro w 2013 r. wobec 288 ofert o łącznej wartości 10,9 mld euro w roku poprzednim).

W okresie od października do grudnia minionego roku po raz kolejny dominowała giełda londyńska – odnotowano tam 41 IPO o łącznej wartości 8,6 mld euro, co stanowiło ponad połowę łącznej wartości wszystkich ofert w Europie w tym okresie. Pozostałe giełdy charakteryzujące się dużą aktywnością to NYSE Euronext (11 ofert o łącznej wartości 2,0 mld euro), Warszawa (13 ofert o łącznej wartości 1,0 mld euro) oraz Borsa Italiana (9 IPO o łącznej wartości 0,9 mld euro).

Największymi IPO w czwartym kwartale 2013 roku były przeprowadzone na giełdzie w Londynie oferty spółek: Royal Mail (2 mld euro), Merlin Entertainments (1,1 mld euro) oraz Riverstone Energy (0,9 mld euro). Jednocześnie pięć z dziesięciu największych IPO w Europie dotyczyło ofert spółek portfelowych funduszy private equity.

Najaktywniejszymi sektorami pod względem łącznej wartości IPO okazały się produkty i usługi przemysłowe (20 ofert o łącznej wartości 4,0 mld euro), działalność inwestycyjna (11 IPO o łącznej wartości 2,4 mld euro) oraz sektor bankowy (3 IPO o łącznej wartości 1,7 mld euro).

W czwartym kwartale 2013 roku giełda w Warszawie z 13 IPO (7 na rynku głównym i 6 na NewConnect) była drugim rynkiem w Europie pod względem liczby debiutów. Łączna wartość IPO wyniosła 1,0 mld euro, co plasuje polską giełdę na trzecim miejscu wśród wszystkich rynków europejskich. Największym IPO w Warszawie i jednocześnie dziewiątym największym w całej Europie była oferta spółki Energa o wartości 0,5 mld euro. Na drugim i trzecim miejscu uplasowały się IPO spółek PKP Cargo (0,3 mld euro) i Newag (0,1 mld euro). Średnia wartość oferty na rynku polskim wyniosła 78 mln euro.

Na rynku alternatywnym NewConnect największymi ofertami okazały się IPO spółek Milestone Medical (2,2 mln euro), Certus Capital (0,3 mln euro) oraz Produkty Klasztorne (0,2 mln euro).

Filip Gorczyca, starszy menedżer w zespole ds. rynków kapitałowych PwC, w następujący sposób skomentował wyniki i perspektywy rynku pierwotnego w Warszawie:

„Obserwowane w ostatnich miesiącach ożywienie na rynku pierwotnym w Warszawie postępuje znacznie wolniej niż na wielu innych rynkach, m.in. w Londynie, gdzie liczba i wartość IPO osiągają najwyższe poziomy od 2007 roku, czyli od czasów sprzed początku kryzysu. Ponadto korzystną dynamikę na GPW zawdzięczamy głównie dwóm dużym ofertom prywatyzacyjnym – PKP Cargo oraz Energi. Słabsza pozycja warszawskiej giełdy wynika głównie z zawirowań związanych ze zmianami w systemie emerytalnym i towarzyszącymi temu obawami inwestorów o aktywa znajdujące się w OFE. Zmiany te są zdecydowanie najbardziej negatywnym wydarzeniem ostatniego roku i kładą się cieniem na perspektywach rynku pierwotnego również w nadchodzących miesiącach. OFE były wszak dotychczas jednym z filarów polskiego rynku kapitałowego i stanowiły najbardziej stabilną grupę inwestorów na rynku pierwotnym.

Ogółem jednak, mimo problemów związanych z OFE, perspektywy dla GPW w Warszawie na rok 2014 są obiecujące w związku z dalszym ożywieniem spodziewanym rynkach światowych. Dlatego też wiele spółek, które w ciągu ostatnich trzech lat odłożyły decyzję o debiucie giełdowym ze względu na sytuację rynkową, obecnie powraca do planów przeprowadzenia IPO. Miejmy nadzieję, że lepsza koniunktura przełoży się z czasem również na IPO spółek małych i średnich, którym od pewnego czasu jest znacznie trudniej pozyskać kapitał niż większym podmiotom. Dotyczy to zarówno mniejszych IPO na rynku głównym, jak i ofert na rynku NewConnect, na którym giełda ostatnio podniosła poprzeczkę jeśli chodzi o wymogi wobec spółek tam debiutujących i już notowanych. Miało to na celu poprawę jakości i w efekcie przywrócenie zaufania inwestorów do rynku alternatywnego. Jeśli to się uda, aktywność na NewConnect może z czasem ponownie zacząć rosnąć, choć nie ma co liczyć na powrót koniunktury obserwowanej na tym rynku w latach poprzednich, kiedy to w niektórych kwartałach miało miejsce 40 czy nawet 50 debiutów.”

Wartość środków pozyskanych w ramach pierwszych ofert publicznych w USA w czwartym kwartale 2013 roku wyniosła 17,6 mld euro, co zwiększyło ich łączną wartość w całym 2013 roku do 42,8 mld euro. Warto zaznaczyć, że w USA rok 2013 dla rynku IPO był najlepszym w ciągu ostatnich 10 lat. W ostatnim kwartale 2013 roku wyraźnie wzrosła również aktywność na rynku IPO w Hongkongu. Dzięki dobrym wynikom w ostatnich trzech miesiącach 2013 roku łączna wartość środków pozyskanych na tym rynku w minionym roku, w stosunku do wartości ofert z roku 2012, wzrosła o 88%.

Dodatkowe informacje

1. Bieżąca i poprzednie edycje IPO Watch Europe są dostępne pod adresem: www.pwc.pl/ipowatch. Dostępne są również podsumowania roczne za lata 2004, 2005, 2006, 2007, 2008, 2009, 2010, 2011 i 2012.

2. O IPO Watch Europe
Ankieta IPO Watch Europe obejmuje wszystkie debiuty na głównych giełdach w Europie w najważniejszych segmentach rynku akcji (włączając w to giełdy w Austrii, Belgii, Danii, Francji, Grecji, Hiszpanii, Holandii, Irlandii, Luksemburgu, Niemczech, Norwegii, Polsce, Portugalii, Szwajcarii, Szwecji, Turcji, Wielkiej Brytanii i Włoszech) i jest przeprowadzana kwartalnie. Opcje nadsubskrypcji („greenshoe offerings”), debiuty podmiotów, które przeprowadzały wcześniej pierwotną ofertę publiczną oraz przeniesienie pomiędzy rynkami w zakresie jednej giełdy nie zostały uwzględnione w statystykach. Ankieta dotyczy okresu od 1 października do 31 grudnia 2013 roku i została sporządzona w oparciu o daty debiutów akcji lub praw do akcji. Dodatkowe informacje, w tym tabele danych, są dołączone do niniejszej informacji prasowej.

3. O współtworzących ankietę
Ankieta została opracowana przez zespół ds. rynków kapitałowych PwC. Specjaliści ds. rynków kapitałowych PwC świadczą pełen zakres usług w zakresie transakcji na rynkach kapitałowych. Usługi te obejmują przygotowanie do oferty publicznej oraz całościową obsługę doradczą transakcji, w tym doradztwo finansowe, doradztwo prawne i doradztwo podatkowe. Dom Maklerski PricewaterhouseCoopers Securities S.A., posiadający zezwolenie na prowadzenie działalności maklerskiej w zakresie oferowania instrumentów finansowych, zapewnia usługi podmiotu oferującego akcje.

4. O PwC
PwC to firma działająca w 158 krajach, zatrudniająca ponad 184 tysiące osób. Dzięki takiej różnorodności doświadczeń i szerokiej bazie wiedzy, jesteśmy w stanie pomóc naszym klientom sprostać wszelkim wyzwaniom biznesowym. Dostarczamy wysokiej jakości rozwiązania odpowiadające na problemy naszych klientów z zakresu prawno-podatkowego, biznesowego i audytorskiego. Zapraszamy do odwiedzenia naszej strony: www.pwc.pl. Nazwa „PwC” odnosi się do firm wchodzących w skład sieci PricewaterhouseCoopers International Limited, z których każda stanowi odrębny i niezależny podmiot prawny.

Stres w pracy może być Twoim przyjacielem

W obecnych czasach stres towarzyszy nam niemal na co dzień. Większość z nas zjawisko to kojarzy jednoznacznie negatywnie, utożsamiając je z dyskomfortem związanym z życiem zawodowym. Optymalna dawka stresu jednak może znacząco poprawić naszą wydajność. Kluczem do sukcesu w tym przypadku jest znalezienie złotego środka pomiędzy brakiem zaangażowania a zbyt dużym obciążeniem.

Analizując encyklopedyczną definicję stresu możemy dojść do wniosku, że nie jest on niczym złym. Ten naturalny, ludzki odruch pobudza nas przecież do działania, pozwala skupić się na konkretnym zadaniu i motywuje do podjęcia określonej decyzji.

Problemy zaczynają się dopiero wówczas, gdy ta (w teorii) chwilowa, odbiegająca od normy reakcja zaczyna się wydłużać, by z czasem stać się stanem permanentnym. Mobilizacja przekształca się wtedy w podenerwowanie, co z kolei prowadzi do znaczącego spadku efektywności.

– Odpowiednia ilość stresu jest nam zatem do życia niezbędna. Jego brak oznacza przecież najczęściej znużenie i brak chęci do działania. Należy tylko pamiętać, że we wszystkim niezbędny jest umiar – bez niego krótkotrwałe pobudzenie szybko może przerodzić się w cały dzień pracy w ekstremalnym napięciu – wyjaśnia Grzegorz Frątczak, specjalista zarządzania czasem.

Złoty, indywidualny środek

Ilość stresu gwarantująca największą efektywność jest niestety kwestią indywidualną i zależną od wielu czynników. Dawka mobilizującego pobudzenia będzie się przecież różnić w zależności od naszego wychowania, doświadczenia zawodowego, zajmowanego stanowiska czy relacji z pracownikami lub przełożonymi.

– Generalnie przyjmuje się jednak, że poziom ten dla zadań trudniejszych jest dużo niższy, niż w przypadku prostszych obowiązków – dodaje Frątczak.

Niezwykle ważne przy tym jest umiejętne rozłożenie owego obciążenia w czasie, bowiem to, co w ciągu godziny poprawi naszą wydajność, na dłuższą metę może okazać się dla nas zgubne.

Spadek efektywności to dopiero początek

Pierwszym czytelnym symptomem zbyt dużego obciążenia jest podenerwowanie czy niepokój i wynikające z nich spowolnienie wszystkich działań lub całkowite zablokowanie i niemożność podjęcia jakichkolwiek decyzji.
Później pojawić się mogą również dolegliwości fizyczne. Wśród nich najczęściej spotykane są bóle mięśni karku, barków i kręgosłupa, bolesne skurcze jelit, owrzodzenie układu pokarmowego czy, nierzadko ignorowane lub błędnie interpretowane obniżenie odporności i różnego rodzaju choroby infekcyjne.

Z kolei dalsze funkcjonowanie w takich warunkach może z czasem doprowadzić do występowania stresu chronicznego. Stale utrzymujący się wysoki poziom pobudzenia sprawia, że napięte mięśnie uniemożliwiają prawidłowe działanie organów wewnętrznych, podnosi się ciśnienie krwi i zmienia się jej skład oraz pojawiają się nieprawidłowości w układzie hormonalnym.

Skutki takiego stanu rzeczy są niestety łatwe do przewidzenia. depresja, zawał serca, choroba wieńcowa – to tylko kilka z przykładów zagrożeń czyhających na osoby wiecznie zestresowane.

Stresują się wszyscy

– Stres wbrew pozorom nie jest domeną wyłącznie pracowników wyższych szczebli. Ci oczywiście najczęściej cierpią np. z powodu zakresu swoich obowiązków i idącej za nimi odpowiedzialności czy rozbieżności pomiędzy wymaganiami, a realnymi możliwościami. Za tym wszystkim stoi jakość ich pracy – mówi trener managerów, uczący sposobów zarządzania czasem.

Dyskomfort psychiczny odczuwać mogą jednak wszyscy zatrudnieni. Osoby wykonujące mniej istotne zadania zmagać się muszą zwykle ze stresem ilościowym. Wśród jego przyczyn znajdują się znaczny wysiłek fizyczny, praca w pośpiechu i pod presją czasu lub nagłe „zrywy” i pojawianie się dodatkowych obowiązków.

W dobie kryzysu gospodarczego do tego wszystkiego dodatkowo dochodzi obawa o utratę pracy. Niepewność co do własnej przyszłości w firmie w wielu przypadkach zamiast działać mobilizująco obniża koncentrację i wydajność, co tylko jeszcze pogłębia poziom odczuwanego stresu.

Planuj życie zawodowe i prywatne, a stres zniknie

Co zatem należy zrobić, by stres w pracy stał się naszym sprzymierzeńcem i jak uniknąć związanych z nim zagrożeń?

W pierwszej kolejności powinniśmy znaleźć czynniki wpływające na nasze samopoczucie i efektywność. Chłodna ocena konkretnych sytuacji pozwoli nam wzmocnić ich pozytywne efekty lub zminimalizować straty.

Później warto krytycznie i rzetelnie przeanalizować swoją sytuację zawodową. Odpowiedzi na pytania: czym się obecnie zajmuję, jak mój rozwój wpływa na działanie całego przedsiębiorstwa oraz jakie mam cele na najbliższe miesiące czy lata, pozwolą w jakimś stopniu wyeliminować stresogenną niepewność swojego położenia.

– Projektowanie swojego czasu długofalowo to jedno. Równie ważna jest rozsądna organizacja dnia pracy, podczas którego znajdzie się czas zarówno na stałe zadania, pojawiające się nagle obowiązki, jak i niezbędne w każdej pracy przerwy – przypomina ekspert zajmujący się zarządzaniem czasu Grzegorz Frątczak.

O poprawę wydajności zadbać możemy także jeszcze zanim przekroczymy próg biura. Poziom odczuwanego w ciągu dnia stresu skutecznie obniża odpowiednia regeneracja obejmująca m. in. ustabilizowane godziny snu czy poranne ćwiczenia. Wystarczy nawet 10 minut dziennie!

Nie mniej ważne są czynności, które pozwalają nam oderwać się myślami od pracy. Jak bowiem pokazują liczne badania, najbardziej efektywnymi pracownikami są osoby posiadające różnorodne pasje, uprawiające sporty, medytujące czy zaangażowane w życie swoich społeczności.

Zarząd PKO Banku Polskiego powołany na nową kadencję

Rada Nadzorcza PKO Banku Polskiego powołała Zarząd PKO Banku Polskiego w niezmienionym składzie na trzyletnią kadencję. Zgodnie ze statutem Banku Rada Nadzorcza powołała Zbigniewa Jagiełło na stanowisko Prezesa Zarządu, a następnie na jego wniosek, sześciu wiceprezesów: Piotra Alickiego, Bartosza Drabikowskiego, Jacka Obłękowskiego, Piotra Mazura, Jarosława Myjaka oraz Jakuba Papierskiego.

– Rada zdecydowała o wyborze Zarządu, który potwierdził swoje wysokie kompetencje w tworzeniu i konsekwentnej realizacji strategii na lata 2010-2012 i 2013-2015. W ostatnich 4 latach bank pod kierownictwem Z. Jagiełło znacząco zwiększył skalę działalności, osiągnął ponadprzeciętną efektywność i dochodowość, umocnił pozycję lidera we wszystkich ważnych segmentach rynku. Dynamiczny rozwój, pomimo zmiennej sytuacji gospodarczej, był możliwy dzięki unowocześnieniu zarówno oferty produktowej, jak i modernizacji organizacji. Przed bankiem kolejne ambitne wyzwania, przede wszystkim związane z procesem integracji spółek Nordea, co wymagać będzie skutecznego współdziałania sprawdzonego zespołu. Stabilność Zarządu gwarantuje kontynuację wytyczonych kierunków, a w konsekwencji dalszy wzrost wartości dla akcjonariuszy – mówi Cezary Banasiński, Przewodniczący Rady Nadzorczej PKO Banku Polskiego.

Aktualna kadencja Zarządu Banku kończy się z dniem 30 czerwca 2014 roku.

Koniec z polityką drukowania pieniądza. O ile światowa gospodarka nie spowolni

CEO Magazyn Polska

Najbliższe miesiące na świecie wciąż będą czasem niskich stóp procentowych i stymulowania gospodarek przez banki centralne twierdzą eksperci z X-Trade Brokers. Nie zmieni tego również zatwierdzenie przez amerykański Senat Fed Janet Yellen na stanowisku szefa, które nastąpiło w nocy z poniedziałku na wtorek.  To będzie rok odejścia od polityki dodrukowania pieniądza  ocenia Przemysław Kwiecień.

Europa dostrzega już pierwsze oznaki poprawy gospodarczej. Pokazują to dane o PKB, bezrobociu i produkcji przemysłowej. Mimo to ani Europejski Bank Centralny, ani banki narodowe państw spoza strefy euro nie decydują się na podniesienie stóp procentowych, które dziś znajdują się na rekordowo niskich poziomach.

 – Nigdy nie byliśmy w takiej sytuacji, żeby wszystkie największe banki centralne wprowadziły politykę kupowania aktywów, bo ich tradycyjna polityka stóp procentowych już dawno przestała działać. Stopy procentowe zostały już dawno obniżone faktycznie do okolic zera – mówi Przemysław Kwiecień, główny ekonomista X-Trade Brokers.

Jego zdaniem, ta sytuacja tworzy nowe uwarunkowania zarówno dla inwestorów, jak i poszczególnych gospodarek. Wskazuje, że wiele zależy od kierunku wyznaczonego przez banki centralne.

 – Wzrost gospodarczy wiążemy właśnie z działaniami banków centralnych – wyjaśnia Kwiecień. – To sytuacja bez precedensu i konsekwencje tej polityki też takie będą. Ekonomia mówi: wzrostu gospodarczego nie da się wydrukować. Obecnie banki centralne właśnie próbują to zrobić, więc jesteśmy na pewno świadkami bardzo ciekawego eksperymentu.

6 stycznia amerykański senat zatwierdził kandydaturę Janet Yellen na szefa Amerykańskiej Rezerwy Federalnej (Fed). W listopadzie zastąpiła ona na tym stanowisku Bena Bernanke; wcześniej była jego zastępczynią. Kojarzona jest ona z agresywną polityką stymulowania amerykańskiej gospodarki – czyli programem QE, polegającym na skupie z rynku obligacji. Fed zapowiedział na ten rok stopniowe wygaszanie programu, zrobił też już pierwszy krok, ograniczając w ubiegłym miesiącu poziom skupu do 75 mld dolarów z 85 mld dolarów.

 – To cały czas jest dodruk pieniądza, aż do momentu, kiedy program nie zostanie całkowicie wygaszony – twierdzi główny ekonomista X-Trade Brokers. – Rok 2014 to będzie rok odejścia od tej polityki dodrukowania pieniądza. Być może zakończenia go całkowicie, o ile gospodarka nieprzewidzianie nie spowolni.

I mimo że stopy procentowe w USA jeszcze przez długi czas prawdopodobnie pozostaną na poziomie w okolicy zera, to wygaszanie QE3 powinno umacniać dolara wobec innych walut.

 – Szczególnie wobec euro, bo w eurolandzie Europejski Bank Centralny być może będzie jeszcze musiał politykę luzować, żeby pomóc gospodarce, żeby walczyć z tendencją zbyt niskiej inflacji – podsumowuje Przemysław Kwiecień.

Europejski Bank Centralny zaskoczył rynek przed dwoma miesiącami, tnąc stopy procentowe, w tym główną do 0,25 proc. z 0,5 proc. Kolejne posiedzenie – już dziś.

Od lipca potanieją płatności kartą. Resort finansów liczy, że dzięki temu więcej sklepów będzie je akceptować

CEO Magazyn Polska

Po półrocznym okresie przejściowym, czyli od 1 lipca tego roku opłaty za płatność kartą nie będą mogły być wyższe niż 0,5 proc. wartości transakcji. To ponad dwukrotnie mniej niż obecnie, a także nieco mniej niż unijna średnia. To efekt obowiązującej od początku roku ustawy regulującej poziom opłat interchange w Polsce.  

Dziś opłata interchange w Polsce wynosi średnio ok. 1,2 proc. i należy do najwyższych w Europie. Jest to opłata, którą agenci rozliczeniowi obsługujący transakcje kartami płacą bankom. W praktyce agenci przerzucają ten koszt na akceptantów płatności, czyli punkty handlowo-usługowe. Te z kolei podwyższają w odpowiedzi ceny towarów i usług, a w ostateczności opłatę płaci kupujący.

Dzięki zmianie prawa, która weszła w życie od 1 stycznia, opłata interchange w Polsce nie będzie mogła być wyższa niż 0,5 proc. To o 0,2 punktu procentowego mniej niż unijna średnia.

 – Obecnie średnia liczba terminali w UE na 1 mln mieszkańców wynosi 19 tys. W Polsce jest to 7,5 tys. terminali, co pokazuje, że istnieje olbrzymi potencjał rozwoju tego rynku, a wśród zidentyfikowanych barier, dlaczego ten rynek w Polsce się nie rozwijał, bariera kosztowa była zawsze pokazywana na pierwszym miejscu – podkreśla Paweł Bułgaryn z Ministerstwa Finansów.

Resort finansów liczy, że dzięki temu więcej sklepów zacznie przyjmować płatności kartami.

 – Mamy nadzieję, że znikną informacje, z którymi się często spotkamy, np. „płatność kartą od 20 złotych”. Dzięki informacji, którą przedsiębiorcy otrzymają o tym, że weszła taka ustawa, oraz dzięki temu, że podmioty zaopatrujące sklepy w terminale będą w najbliższym półroczu informowały o tym, że jest możliwość skorzystania z nowych stawek, przedsiębiorcy w Polsce będą chętniej akceptowali karty płatnicze – ocenia Bułgaryn.

Przyznaje, że koszty to niejedyna bariera rozwoju płatności kartami w Polsce. Konieczna jest też m.in. zmiana przyzwyczajeń konsumentów. Jednak dzięki temu, że płatność kartą będzie tańsza, więcej sklepów może udostępnić taką możliwość.

Choć prawo weszło już w życie, zmiany nie nastąpią od razu. Agenci rozliczeniowi i banki mają pół roku na dostosowanie opłat. 0,5-proc. limit będzie obowiązywał od 1 lipca tego roku.

O obniżenie opłat interchange od dawna apelowali przedsiębiorcy, a także m.in. Fundacja Rozwoju Obrotu Bezgotówkowego. Nad obniżeniem limitu wysokości opłat interchange myśli też Komisja Europejska. Propozycja Brukseli jest jeszcze bardziej restrykcyjna niż polskie prawo i zakłada obniżkę do poziomu zaledwie 0,2-0,3 proc. wartości transakcji.

Do jutra można przekazać pracodawcy obowiązek rozliczenia PIT

CEO Magazyn Polska

Tylko do 10 stycznia pracownik może zobowiązać swojego pracodawcę do rozliczenia za niego PIT-u za 2013 rok. Mogą to zrobić pracownicy, którzy przez cały ubiegły rok byli zatrudnieni u jednego pracodawcy. Osoby, które w tym czasie zmieniły pracę lub miały dochody z kilku źródeł, będą musiały rozliczyć się same. Podobnie jak podatnicy chcący skorzystać z ulg podatkowych czy ze wspólnego rozliczenia ze współmałżonkiem lub dzieckiem.

Jeśli pracownik chce, aby pracodawca rozliczył jego PIT za ubiegły rok, ma ostatnią szansę na to, by złożyć specjalne oświadczenie, czyli wypełniony PIT-12. Dokument można np. pobrać ze strony internetowej Ministerstwa Finansów bądź urzędów skarbowych.

 – Aby pracodawca mógł nas rozliczyć w urzędzie skarbowym, musimy cały poprzedni rok pracować u jednego pracodawcy – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wiesława Drożdż, rzeczniczka Ministerstwa Finansów.

Oznacza to, że osoby, które w ciągu ubiegłego roku zmieniały pracę, nie będą mogły skorzystać z tego uprawnienia.

 – Jeżeli mieliśmy kilka źródeł dochodów, wtedy niestety też nie mamy takiej możliwości i musimy rozliczyć się sami – podkreśla rzeczniczka. – Również wówczas, kiedy chcemy skorzystać z ulg podatkowych czy preferencyjnego rozliczenia z małżonkiem czy z dzieckiem, musimy rozliczyć się sami.

Z obserwacji resortu finansów wynika, że z każdym rokiem przybywa osób korzystających z możliwości scedowania obowiązku rozliczenia podatkowego na swojego pracodawcę.

W oświadczeniu PIT-12 pracownik powinien zadeklarować, że przez cały rok uzyskiwał dochody u jednego pracodawcy, a także, że nie będzie korzystał z ulg podatkowych oraz z preferencyjnego rozliczenia swoich dochodów. Zobowiązanie pracodawcy do rozliczenia PIT-u nie wyklucza jednak skorzystania przez pracownika z ulgi do końca okresu rozliczeniowego, czyli do końca kwietnia.

 – Nawet jeżeli zobowiążemy swojego pracodawcę do rozliczenia nas z urzędem skarbowym, a przed końcem okresu rozliczeniowego znajdziemy jakieś rachunki, pozwalające na skorzystanie z ulgi, przypomnimy sobie albo dowiemy się, że jesteśmy uprawnieni do skorzystania z ulgi, to wtedy możemy złożyć korektę w urzędzie skarbowym – wyjaśnia Wiesława Dróżdż.

W tym celu podatnik będzie musiał złożyć kolejny druk PIT, z którego będzie wynikało, z jakiej ulgi chce skorzystać. Każdy pracodawca zobowiązany jest przekazać swoim pracownikom rozliczenie roczne na druku PIT-40, które finalnie (do końca lutego) ma trafić do urzędu skarbowego.

Prof. Pawłowicz: konkurencja jest najlepszym regulatorem działalności firm pożyczkowych

CEO Magazyn Polska

Zamiast regulacji rynku – wspieranie konkurencyjności wśród firm pożyczkowych – uważa prof. Leszek Pawłowicz, dyrektor Gdańskiej Akademii Bankowej. To jego zdaniem najlepszy sposób na zwiększenie ochrony konsumentów na tym rynku. Przeregulowanie branży może zniszczyć zdrową konkurencję, a tym samym zagrozić interesom klientów.

Przepisy dotyczące uregulowania rynku firm pożyczkowych mają uchronić klientów przed nadmiernym zadłużaniem się. W tym celu resort finansów proponuje m.in. wprowadzenie maksymalnego limitu kosztów pożyczek. 

 – Najlepszą ochroną konsumenta jest większa konkurencja pomiędzy tymi, którzy chcą mu tego kredytu udzielić, a nie taka czy inna ustawa antylichwiarska, gdzie proponuje się maksymalne pułapy oprocentowania kredytów konsumpcyjnych albo limit kosztu związanego z dodatkowymi, pozaodsetkowymi opłatami – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Leszek Pawłowicz, dyrektor Gdańskiej Akademii Bankowej.

Zgodnie z propozycją resortu, koszt pożyczki nie będzie mógł przekroczyć 50 proc. kwoty udzielonego kredytu. Eksperci sektora finansowego uważają, że wprowadzenie limitu może mieć odwrotny skutek – spowodować likwidację części firm pożyczkowych i skazać wielu Polaków na pożyczanie w szarej strefie bądź też korzystanie z usług lombardów lub banków, które pożyczają wyższe kwoty i na dłuższy okres. Podobnego zdania jest prof. Pawłowicz, który przekonuje, że konsument ma prawo do samodzielnego decydowania o tym ile, na jak długo i od kogo pożycza. 

 – Nie można traktować ludzi jako istoty absolutnie niemyślące i nieodpowiedzialne, i chronić ich przed wszystkim. Tak samo jak rodzice chronią dzieci, ale w którymś momencie dziecko musi się poparzyć, żeby wiedzieć, że nie powinno się dotykać gorącego. I tak samo w życiu, ta mania regulowania wszystkiego jest drogą donikąd – argumentuje prof. Pawłowicz.

Dodatkowo ministerstwo proponuje wprowadzenie rejestru firm pożyczkowych, minimalnych progów kapitału zakładowego czy wyższych kar za nielegalną działalność parabankową.

Zdaniem profesora Pawłowicza zamiast regulować branżę, należałoby mocniej wspierać konkurencję na rynku firm pożyczkowych, co przełożyłoby się m.in. na spadek ich marż. 

 – Gdybyśmy dążyli do tego, żeby wspierać konkurencję pomiędzy pośrednikami finansowymi, to na pewno byłoby to dużo lepsze rozwiązanie z punktu widzenia praw konsumenta i ochrony konsumenta niż przeregulowanie tego typu. Przeregulowanie to jest ochrona iluzoryczna, która niszczy zdrową konkurencję. Jeśli jakaś regulacja jest potrzebna, to najpierw wycofajmy się z trzech innych regulacji, a wprowadźmy jedną. Wtedy to będzie coś sensownego – mówi dyrektor GAB.

POPIHN: nie spodziewamy się w tym roku znaczących wzrostów i spadków cen paliw

CEO Magazyn Polska

Polska Organizacja Przemysłu i Handlu Naftowego szacuje, że tegoroczne ceny detaliczne paliw będą utrzymywać się na podobnym poziomie co w ubiegłym roku. Oznacza to, że za litr benzyny Pb95 i oleju napędowego będziemy płacić w 2014 roku średnio 5,50 zł. Najkorzystniejszy dla kierowców ma być I kwartał, bo cena paliwa powinna być w tym czasie jeszcze niższa od średniej prognozowanej na cały rok.

Paliwa w 2013 roku były o ok. 3-4 proc. tańsze niż w poprzednim roku, co dało kierowcom około 20 gr oszczędności na każdym zakupionym litrze. Według danych POPiHN w ubiegłym roku za litr benzyny 95 płacono średnio 5,50 wobec 5,71 zł w 2012 roku. Średnia cena benzyny prognozowana na 2014 rok również daje zmotoryzowanym powody do zadowolenia.

 – Licząc średnio dla roku możemy się spodziewać cen benzyny 95 i oleju napędowego na podobnych poziomach, jak w roku 2013, czyli w okolicach 5,50 za litr – potwierdza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Romaniuk, dyrektor ds. analiz rynku paliw w Polskiej Organizacji Przemysłu i Handlu Naftowego. – Krótkookresowo, czyli na najbliższy kwartał możemy założyć, że ceny będą nieco niższe.

Podstawą do tych optymistycznych prognoz jest przede wszystkim stabilna sytuacja na światowym rynku paliw.

 – Ropa nie jest zbyt droga, a złoty w stosunku do dolara trzyma się całkiem dobrze. W związku z czym pewnie przez najbliższy okres będziemy mieli do czynienia z cenami, które mamy w tej chwili na rynku. Jeżeli sytuacja w zaopatrzeniu w ropę się nie zmieni, a jej obraz na najbliższe miesiące kształtuje się dobrze, i jeżeli złoty w stosunku do dolara utrzyma się na poziomie około 3 zł, to jest szansa, że ceny w pierwszym półroczu mogą być nawet nieco niższe niż były rok temu – podkreśla dyrektor. – Potem mamy wakacje i jak zwykle w tym okresie ceny na pewno nieco wzrosną.

Ceny zależeć będą również od marż na stacjach benzynowych. Te w 2013 roku były zbliżone do marż z 2012 roku. Jest szansa, że w tym roku będą na wyższych poziomach, ale nie wiadomo, czy zostaną one wypracowane podwyżką cen paliw.

BZ WBK: liczba banków się zmniejszy. Na polskim rynku trwa konsolidacja sektora bankowego

CEO Magazyn Polska

Polski sektor bankowy będzie się w dalszym ciągu konsolidował – prognozuje Jerzy Śledziewski z Banku Zachodniego WBK. Ostatnie dwa lata były okresem intensywnych przejęć w sektorze bankowym, a w kolejnych miesiącach będą finalizować się te zapowiedziane. Te dotychczasowe zaczynają przynosić korzyści dla klientów. Ekspert przewiduje, że kilka największych banków skoncentruje się na bankowości uniwersalnej, pozostałe będą stawiać na specjalizacje.

Dziś w Polsce działa ok. 50 banków. W rękach trzech głównych graczy jest obecnie 40 proc. rynku, podczas gdy na przykład w sąsiednich Czechach ten wskaźnik wynosi ponad 60 proc., podobnie jak w wielu innych krajach.

 – Dzisiaj kilka banków jest w trakcie różnych procesów połączeniowych, więc po ich zakończeniu liczba banków się zmniejszy. W dłuższym horyzoncie czasowym na pewno też podzieli się stawka na dwie grupy: na kilka banków, które będą zajmować się bankowością uniwersalną, na większą skalę. I druga grupa banków, która będzie stawiała na konkretne specjalizacje finansowe i szukała  swojej szansy w konkretnych  segmentach klientowskich czy w obszarach produktowych – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jerzy Śledziewski, dyrektor Departamentu Bankowości Korporacyjnej, Region Centralny w Banku Zachodnim WBK.

W 2014 roku sfinalizowane mają zostać dwa przejęcia: PKO BP i Nordei oraz BGŻ z BNP Paribas. Komisja Nadzoru Finansowego ma wydać decyzję w tej sprawie w I kwartale tego roku. Eksperci oceniają jednak, że 2014 rok będzie okresem konsumowania efektów przejęć z minionych miesięcy.

 – W naszej branży bardzo ważna jest efektywność kosztowa i skala daje tę efektywność. Daje szansę bycia konkurencyjnym zarówno w  ofercie  dla klientów, jak i zapewnia zwrot z inwestycji właścicielom. Myślę, że konsolidacja to jest kierunek, który w naszym sektorze będzie postępował. Jednak nie spodziewałbym się dużych nowych fuzji w roku 2014, a bardziej realizacji tego, co stało się faktem w roku 2013 i w roku 2012 – mówi Jerzy Śledziewski.

W ubiegłym roku z sukcesem udało się zamknąć proces połączenia  Banku Zachodniego WBK i Kredyt Banku. W ocenie Banku Zachodniego WBK efekty są więcej niż zadowalające. Powstał silniejszy bank pod względem aktywów, z bogatszą, innowacyjną ofertą dla klientów i komplementarną siecią blisko 1000 placówek w całej Polsce. Rozwojowi rynku bankowego w przyszłym roku powinny pomóc oczekiwane lepsze wyniki polskiej gospodarki. Wielu bankowców liczy na to, że polska gospodarka będzie rosła w tempie wyższym niż przewidziany w projekcie tegorocznego budżetu. 

 – Mam nadzieję, że to będzie dobry rok gospodarczy – podkreśla dyrektor Śledziewski – Wiemy, że w przedsiębiorstwach kredyty nie rosły, za to rosły depozyty. Więc spodziewałbym się, że przedsiębiorstwa zaczną się bardziej rozwijać. Eksport jest motorem napędowym, ale też wykorzystanie mocy produkcyjnych jest już dość duże, więc spodziewamy się inwestycji i rozwoju. Także ostanie dwa kwartały pokazują wzrost popytu krajowego A jak firmy się rozwijają, to naturalnie i banki będą miały szansę rozwoju.

Prace nad poszukiwaniem gazu z łupków mogłyby przyspieszyć po ograniczeniu uprawnień organizacji ekologicznych

CEO Magazyn Polska

Szerokie uprawnienia pozarządowych organizacji środowiskowych podczas konsultacji społecznych umożliwiają im skuteczne blokowanie inwestycji w energetyce, w tym poszukiwań gazu łupkowego. – To jest bolączka polskiego sektora energetyki i górnictwa – uważa Karolina Siedlik z kancelarii prawnej CMS Cameron McKenna. Innymi barierami w prowadzeniu tych prac są niepewność co do przyszłych regulacji prawnych oraz udział państwa w koncesjach.

 – Wszędzie tam, gdzie jest wymagana decyzja środowiskowa, pojawia się konieczność przeprowadzenia konsultacji publicznych. Ustawodawca polski poszedł do przodu przed unijnym i przyznał organizacjom pozarządowym szersze kompetencje niż wymagane dyrektywą UE, np. prawo odwoływania się w postępowaniu. Dyrektywa wymaga umożliwienia społeczeństwu zgłaszania uwag i zapewnia, że organ wydający decyzję musi je uwzględnić, rozważyć, nie może ich odrzucić bez uzasadnienia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Karolina Siedlik.

Przytacza przykład planów rozbudowy Elektrowni Opole należącej do Polskiej Grupy Energetycznej. Fundacja ClientEarth złożyła w maju skargę do Komisji Europejskiej przeciwko polskiemu rządowi, sprzeciwiając się tej inwestycji i zwracając uwagę na to, że węglowe bloki miały powstać bez ekspertyzy CCS readiness, pokazującej możliwości zastosowania technologii do wychwytywania dwutlenku węgla. Dzięki niej miałaby zostać ograniczona emisja tego gazu. Również amerykański Chevron mierzy się z protestami mieszkańców, którzy sprzeciwiają się poszukiwaniu gazu łupkowego w okolicy ich domów. Koncern musiał na początku grudnia z podobnego powodu wstrzymać po raz drugi prace również w Rumunii.

 – Organizacje środowiskowe, również niemające stażu, działające w zupełnie innych obszarach kraju, uczestniczą na prawach strony w postępowaniu. A co gorsza, mogą dołączyć w późniejszych etapach postępowania jako strona i na przykład odwoływać się przez kolejne instancje. To jest polska specyfika – przekonuje radczyni prawna. – Od dłuższego czasu toczy się dyskusja, że należy te uprawnienia zredukować, zmienić procedury.

ClientEarth odpowiada, że polskie regulacje musiały zostać zmienione i dopiero ich obecny kształt jest zgodny z unijnymi regulacjami. Wcześniej Komisja Europejska zarzucała Polsce, że organizacje ekologiczne i strony postępowania mają odmienne uprawnienia, co było niezgodne z prawem unijnym (i przepisami zawartymi w Konwencji z Aarhus). Chodzi o ustawę o udostępnianiu informacji o środowisku i jego ochronie, udziale społeczeństwa w ochronie środowiska oraz o ocenach oddziaływania na środowisko. Jej brzmienie (konkretnie art. 44) jest wynikiem uwzględnienia przez ustawodawcę polskiego zarzutów Komisji Europejskiej. Dotyczył on nieprawidłowej transpozycji dyrektywy w sprawie oceny skutków wywieranych przez niektóre przedsięwzięcia publiczne i prywatne na środowisko naturalne. 

 – Choćby z tego powodu należy przyjąć, że ograniczenie uprawnień organizacji ekologicznych (np. przez uniemożliwienie im uczestniczenia w postępowaniu na prawach strony i odwoływania się od wydanych decyzji) nie jest uzasadnione. Bo w takim przypadku Polska zostałaby narażona na te same zarzuty, z powodu których postanowiono uchwalić ustawę w obecnym brzmieniu – mówi Bolesław Matuszewski, adwokat, pełnomocnik ClientEarth.

Zdaniem Karoliny Siedlik, problemem dla inwestorów jest również to, że decyzje środowiskowe wydają organy gminy.

 – Wydaje się, że scentralizowanie tego w organach ochrony środowiska, chociażby w Regionalnych Dyrekcjach Ochrony Środowiska, już by dużo dało. Wtedy przynajmniej można by ustalić jednolite podejście, które te organy by stosowały. W tej chwili jest tak, że w takich samych stanach faktycznych i prawnych, decyzje są różne – mówi ekspertka.

Podkreśla, że inwestowanie w Polsce w poszukiwania gazu łupkowego obarczone jest wysokim ryzykiem także z innych powodów. Rząd zaprezentował założenia do ustawy węglowodorowej 16 października 2012 r. i od tego czasu zmieniają się koncepcje, ale nadal nie wiadomo, jakie będą nowe regulacje. Eksperci zwracają uwagę, że oznacza to niepewność co do opłat eksploatacyjnych i podatków oraz niestabilność prawa.

 – Zanim firma zainwestuje duże pieniądze obciążone wielkim ryzykiem, musi wiedzieć, jaka ma być ta kwota i musi mieć pewność, że w okresie zwrotu z inwestycji ta sytuacja nie zmieni się – podkreśla Siedlik.

Przyznaje, że kontrowersje budzi również kwestia Narodowego Operatora Kopalin Energetycznych (NOKE), czyli spółki, która według planu rządu ma mieć udziały w zyskach z wydobycia węglowodorów proporcjonalne do udziału w kosztach. Zgodnie z dotychczasowymi ustalenia nie będą mogły przekroczyć 5-proc. udziału w ramach jednej koncesji. Dla porównania w przypadku państwowych instytucji w Danii wynosi on 20 proc. (gaz i ropa), w Holandii ok. 40-50 proc. (gaz i ropa), a w Norwegii – ok. 24 proc. (ropa) i ok. 46 proc. (gaz). Mimo to inwestujący w łupki w Polsce 11 grudnia zwrócili się do ministra środowiska Macieja Grabowskiego protestując przeciwko powołaniu do życia NOKE. 

 – NOKE też jest ryzykiem, zwłaszcza dlatego, że podmioty zagraniczne niekomfortowo czują się z przymusowo dobranym partnerem publicznym, który ma dość istotne uprawnienie. Natomiast myślę, że ta kwestia będzie łatwiejsza do rozwiązania niż brak pewności co do systemu podatkowego – podkreśla Karolina Siedlik.

Rynek wtórny z powodu programu „Mieszkanie dla młodych” może zamrzeć

CEO Magazyn Polska

Pośrednicy w obrocie nieruchomościami liczą się z mniejszym popytem na rynku wtórnym. Rządowy program dopłat do kredytów mieszkaniowych wspiera tylko rynek pierwotny, co niekoniecznie jest korzystne dla klientów, bo to mieszkania z drugiej ręki są tańsze. „Mieszkanie dla młodych” (MDM) ma doprowadzić do zakupu około 130 tys. mieszkań. Łącznie dofinansowania pochłoną 3,5 mld zł.

 MDM przeznaczono dla rynku pierwotnego na sfinansowanie zakupu nowo wybudowanych mieszkań. Może się okazać, że jeśli z powodu nowego programu dopłat część popytu zostanie przerzucona na rynek pierwotny, to zmniejszy się popyt na rynku wtórnym. A właśnie na rynku wtórnym znajdują się tańsze mieszkania – stwierdza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Leszek A. Hardek, prezydent Polskiej Federacji Rynku Nieruchomości (PFRN).

Z drugiej strony poprawiająca się sytuacja gospodarcza i lekki optymizm na rynku dają nadzieję na wzrost konsumpcji, w tym zwiększenie popytu na domy i mieszkania. Mogłoby to zniwelować potencjalnie negatywny wpływ dopłat do kredytów na rynek wtórny. Eksperci jednak nie spodziewają się szybkiego tempa wzrostu sprzedaży nieruchomości.

 – Rynek nieruchomości, podobnie jak rynek akcji, jest rynkiem inwestycyjnym, jednak nigdy nie reaguje na zmiany sytuacji tak szybko jak giełdy papierów wartościowych. Co prawda mówi się, że jest to papierek lakmusowy każdej gospodarki narodowej, ale to rynek dość spokojny, na którym nie zachodzą gwałtowne ruchy – tłumaczy prezydent PFRN.

Jego zdaniem, trudno się dziwić, że przyznawanie ulg – dla jednego segmentu rynku – budzi wątpliwości.

 – To rodzi pytanie: dlaczego pieniędzmi podatnika dofinansowywać takie czy inne zjawiska, z których korzysta tylko pewna grupa społeczeństwa. Czy nie wystarczy, że płacimy podatki? – pyta prezydent PFRN.

Specyfika polskiego rynku jest odmienna od rynków nieruchomości w znacznie bogatszych krajach Europy Zachodniej. U nas przeważają mieszkania własne, większość obywateli chce mieć nieruchomość na własność. Na Zachodzie najbardziej popularny jest wynajem, na kupno decydują się nieliczni.

 – W pewnym sensie stoimy na głowie: nie jesteśmy zamożnym społeczeństwem, ale wolimy mieszkania kupować niż wynajmować. Inna rzecz, że gminy powinny się przyjrzeć kwestiom najmu i lokali socjalnych. Gdyby sprawy budownictwa socjalnego w gminach były sensownie załatwione i gdyby uwolniono dzięki temu wszystkie zasoby prywatnych mieszkań na wynajem na wolnym rynku, to należałoby się poważnie zastanowić, czy się opłaca kupować, czy raczej jednak wynajmować. Osobiście uważam, że wynajem, podobnie jak w Niemczech, byłby bardziej opłacalny – podsumowuje Leszek A. Hardek.

MFO debiutuje na giełdzie. Spółka zainwestuje 26 mln zł i liczy na rekordowy zysk w tym roku

CEO Magazyn Polska

Debiutująca dziś na warszawskiej giełdzie spółka MFO planuje osiągnąć w tym roku rekordowy zysk na poziomie 8 mln zł. Dzięki debiutowi giełdowemu spółka, która zajmuje się głównie produkcją profili stalowych, pozyska 22,6 mln zł, które zostaną przeznaczone na inwestycje.

 – Jesteśmy w trakcie inwestycji, zgodnie z naszym planem rozwoju. 26 mln zł chcemy zainwestować w spółkę, w rozbudowę zakładu produkcyjnego. Częściowo środki będą pochodziły z emisji, częściowo z kredytu technologicznego dofinansowanego środkami unijnymi – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Mirski, prezes MFO.

Cena emisyjna akcji MFO wynosiła 11,3 zł. Według Mirskiego duże zainteresowanie zapisami na akcje daje powody do optymizmu. Spółka przydzieliła wszystkie udziały. Do inwestorów indywidualnych trafi 400 tys. akcji, a do instytucjonalnych 1,6 mln akcji. Dodatkowo 900 tys. akcji sprzedawał inwestor finansowy.

MFO to krajowy lider w produkcji profili stalowych. Spółka notuje dodatnie wyniki finansowe. W 2012 r. zarobiła netto 4,9 mln zł przy przychodach wynoszących 162,5 mln zł. Mirski zapowiada, że wynik za ubiegły rok będzie jeszcze lepszy i wyniesie 5,6 mln zł zysku netto przy 167 mln zł przychodów.

 – W roku 2014 jesteśmy w trakcie rozbudowy zakładu produkcyjnego. Inwestujemy w dwie bardzo nowoczesne linie technologiczne, w budowę dużej hali, chcemy także zainstalować nowy system informatyczny klasy ERP. Mamy nadzieję, że to wszystko uda nam się w tym roku osiągnąć – mówi Mirski.

Mimo inwestycji wyniki finansowe w tym roku mają być jeszcze lepsze. Mirski zapowiada, że zysk netto w 2014 r. przekroczy 8 mln zł, a przychody ze sprzedaży sięgną 212 mln zł. Za ubiegły rok spółka nie planuje wypłacać dywidendy. Mirski zapowiada, że decyzja o ewentualnej wypłacie dywidendy za 2014 r. zależy od wyników finansowych spółki.

Dodaje, że korzystny wpływ na sytuację MFO będzie miała nowelizacja ustawy o VAT i rozszerzenie tzw. odwróconego VAT-u (płaci go nabywca, a nie dostawca) na niektóre wyroby stalowe.

 – Odwrócony VAT będzie miał wpływ na polepszenie sytuacji cenowej na rynku. Osiągniemy wyższe marże, wydaje mi się, że będzie uczciwa sytuacja, co pozwoli nam łatwiej sprzedawać nasze wyroby na rynku polskim – ocenia Mirski.

Nowa zrównoważona polityka rybołówstwa od 2014 roku

Reforma wspólnej polityki rybołówstwa, łącznie ze środkami przeciw przełowieniu oraz zakazem pozbywania się na morzu niechcianych a już złowionych ryb, spełniająca najważniejsze postulaty Parlamentu, została przyjęta w głosowaniu, we wtorek. Zasady oznakowania sprzedawanych ryb również zostały zmienione, zapewniając konsumentom dokładniejsze informacje. Nowe przepisy, które powinny pozwolić na bardziej zrównoważone rybołówstwo, zaczną obowiązywać od początku 2014 roku.

„Ta reforma rozprawi się z największym problemem wspólnej polityki rybołówstwa, jakim jest przełowienie. Rada Unii Europejskiej będzie teraz zobowiązana do działania w sposób pozwalający na negocjowanie zrównoważonych kwot połowowych”, powiedziała odpowiedzialna za pracę nad przepisami Ulrike Rodust (S&D, DE).

Rybacy będą musieli przestrzegać zasady „maksymalnego podtrzymywalnego połowu” (MSY), tzn. nie łapać więcej ryb niż dane stado może odtworzyć w ciągu roku. Celem jest odnowienie i zachowanie stad powyżej poziomu, który potrzebny jest do wytworzenia MSY.

Zakaz marnotrawstwa

Marnotrawstwo, polegające na wyrzucaniu złowionych już ryb, zwykle z powodu ich zbyt małej wagi lub niewłaściwego gatunku, odnosi się do prawie jednej czwartej wszystkich połowów w UE. Większość wyrzuconych ryb ginie.

Aby zakończyć te praktyki, które obecnie nie są zakazane, statki będą miały obowiązek wyładowania 95% całego połowu, zgodnie z ustalonym harmonogramem, różnym dla poszczególnych łowisk oraz gatunków, który wprowadzany będzie stopniowo od 2015 roku. Parlament walczył o utrzymanie wielkości obowiązkowego wyładunku, na poziomie, który w praktyce oznaczać będzie prawie całkowity zakaz pozbywania się niechcianych ryb.

Złapane ryby, niespełniające norm, będą używane do innych celów niż konsumpcja przez ludzi.

Wszechstronna reforma

Reforma wprowadza zmiany w wielu zasadach wspólnej polityki rybołówstwa. Na przykład zasada zachowania równowagi obowiązywać będzie odtąd także statki rybackie z UE łowiące poza wodami terytorialnymi Unii. Oznacza to, że rybacy z UE będą mogli łowić tylko nadmiar ryb na wodach terytorialnych krajów trzecich. Ponadto, państwa członkowskie posiadające zbyt dużą flotę rybacką, mogą zostać ukarane wstrzymaniem subsydiów unijnych

Dodatkowo, nowe przepisy o sposobie sprzedaży oraz informowania konsumentów zapewnią kupującym wyczerpujące informacje, dzięki etykietom podającym szczegóły dotyczące, między innymi, miejsca oraz narzędzi używanych podczas łowienia.

Kolejne kroki

Przedstawiciele państw członkowskich wciąż muszą formalnie przyjąć pozycje Parlamentu w drugim czytaniu, zanim przepisy opublikowane zostaną w Dzienniku Urzędowym UE.

Budżet 2014: Brak zgody na cięcia w wydatkach na zatrudnienie i badania

Parlament przywrócił kwoty obcięte przez Radę w wydatkach na badania oraz zatrudnienie na rok 2014, podczas środowego głosowania w Strasburgu. Posłowie nie wyrazili też zgody na cięcia w funduszach przeznaczonych na działania międzynarodowe, takie jak pomoc humanitarna dla uchodźców z Syrii i Bliskiego Wschodu oraz zwiększył wydatki na Frontex – Agencję zarządzającą granicami zewnętrznymi.

Parlament przyjął swoje stanowisko 480 głosami za, 119 głosami przeciw, przy 86 wstrzymujących się.

Parlament proponuje, żeby budżet na rok 2014, wynosił €142, 6 miliarda na pokrycie zobowiązań oraz €136, 1 miliarda środków na pokrycie płatności. Obie te kwoty są niższe w porównaniu z rokiem ubiegłym, o €8, 1 miliarda, jeśli chodzi o środki na pokrycie zobowiązań oraz o €4, 3 miliarda mniej na pokrycie płatności. Rada już zmniejszyła propozycję budżetu przygotowaną przez Komisję Europejską o €240 milionów środków na pokrycie zobowiązań oraz o €1.06 miliarda na pokrycie płatności, do, odpowiednio, €141.8 miliardów oraz €134.8 miliardów.

Nie zmniejszajcie wydatków wspomagających wzrost gospodarczy

W obszarach, które posłowie uważają za najistotniejsze dla wzrostu gospodarczego, takich jak cyfryzacja, przedsiębiorczość oraz zatrudnienie (zwłaszcza ludzi młodych), Parlament postąpił zgodnie z rekomendacjami komisji ds. budżetu, odrzucając, zaproponowane przez Radę w lipcu, cięcia w wysokości €629 milionów i dodając €34 miliony.

Uchodźcy

Posłowie zagłosowali także za przywróceniem €250 milionów zaproponowanych przez Komisję, na pomoc dla uchodźców na Bliskim Wschodzie, w projekcie budżetu oraz za dodaniem to tej kwoty jeszcze €50 milionów. Posłowie głosowali również za zwiększeniem wydatków na pomoc humanitarną, mając na uwadze sytuację w Syrii.

Anne Jensen (ALDE, DK), która jest odpowiedzialna za negocjacje budżetowe w Parlamencie, podkreśla, że budżet dla uchodźców na Bliskim Wschodzie musi odpowiadać rzeczywistym potrzebom. „UE musi wywiązać się ze swoich obietnic i zobowiązań. Zakładam, że wszyscy rozumieją powagę sytuacji i potrzebę dostarczanie pomocy humanitarnej w tym regionie”.

„Mega pakiet” negocjacyjny

Przewodniczący komisji parlamentarnej ds. budżetu Alain Lamassoure (EPP, FR), odniósł się do ilości nieustalonych kwestii: „Czekają nas negocjacje nad „mega pakietem”, zawierającym budżety korygujące na lata 2013, budżet 2014 oraz wieloletnie ramy finansowe 2014-2020 (MFF). Parlament przyjmuje na siebie odpowiedzialność, zatwierdzając w trybie pilnym DAB6, który pozwoli Komisji Europejskiej zapłacić rachunki, których termin płatności upływa w przyszłych miesiącach. Wszyscy: Rada, Komisja i Parlament muszą przyjąć odpowiedzialność za trudne negocjacje, jakie mamy przed sobą. Jedna rzecz powinna być jasna, Parlament nie pozwoli, aby deficyt przeniesiony został na kolejny rok”.

Kolejne kroki

Po głosowaniu plenarnym, Rada i Parlament wejdą w 21 dniowy okres „koncyliacji”, podczas którego będą negocjować nowe porozumienie. Jeśli uda się je osiągnąć, zostanie ono poddane pod głosowanie podczas sesji plenarnej, w listopadzie.

W międzyczasie, Parlament czeka na zaakceptowanie przez Radę budżetu korygującego N° 8 (€3.9 miliarda). Kwota ta jest potrzebna do zlikwidowania niedoborów budżetowych w tym roku, ponadto akceptacja Rady jest warunkiem, pod którym Parlament zgodzi się na przyjęcie wieloletnich ram finansowych dla UE, na lata 2014-2020. Kolejny budżet korygujący (N°.9), który przeznaczony jest na pomoc dla Niemiec, Austrii i Czech w celu złagodzenia skutków tegorocznej powodzi oraz dla Rumunii w celu złagodzenia skutków suszy, również musi zostać uzgodniony.

Rekomendacje komisji parlamentarnej ds. budżetu, dla różnych pozycji budżetowych, a także rekomendacje Rady, znajdują się w tabelce po prawej stronie.

Nowy rok – nowe prawa w Unii Europejskiej

Wśród ważniejszych wchodzących w 2014 r. w życie praw, znajdą się gwarancje ochrony konsumentów, praw autorskich oraz środowiska naturalnego. Polepszy się sytuacja pacjentów, a w celu poprawy jakości życia wszystkich obywateli, UE w planie ma wprowadzenie nowych regulacji ws. wykorzystywania rtęci oraz ograniczenia marnotrawstwa energii elektrycznej. W drodze są także propozycje prawne tworzące zręby unii bankowej oraz usprawniające mobilność pracowników.

Własność intelektualna

Prawa własności intelektualnej zostaną wzmocnione dzięki poszerzeniu katalogu możliwych naruszeń, a już odd stycznia w większej części państw członkowskich wprowadzone zostaną także uaktualnione wytyczne ws. prowadzenia postępowań sądowych w tych sprawach.

Prawie 10 tysięcy osób w ciągu najbliższych siedmiu lat będzie mogło pomagać w prowadzonych przez UE misjach humanitarnych, dzięki wchodzącemu w życie programowi unijnego wolontariatu.

Nowy Erasmus

Erasmus+ – nowa odsłona kultowego programu edukacyjnego pozwoli czterem milionom Europejczyków studiować lub odbyć staż za granicą. W latach 2014-2020 przeznaczone na ten cel zostanie 14 miliardów euro.

Zasady dotyczące korzystania z elektrycznych suszarek do prania zadebiutują w lutym. Jeszcze w listopadzie dołączy do nich pakiet określający sposoby recyklingu sprzętu elektrycznego i elektronicznego. Również w tym roku żywot zakończą rtęciowe termometry – Unia Europejska chce wyeliminować toksyczny metal z przedmiotów codziennego użytku.

Bezpieczeństwo żywności i naszych oszczędności

Konsumenci skorzystają z nowych zasad znakowania żywności – na etykietach będzie musiało znaleźć się dokładne określenie wartości odżywczej, także produktów przetworzonych czy precyzyjne podanie kraju pochodzenia mięsa. Wyraźniej zaznaczone będą na opakowaniu składniki mogące uczulać, takie jak orzechy czy laktoza.

W 2014 r. zaczną obowiązywać także regulacje dotyczące postępowania z upadającymi bankami oraz firmami inwestycyjnymi. Dzięki nim nasze oszczędności będą lepiej chronione, a podjęcie pracy za granicą będzie łatwiejsze.

Tytoń i dane online

UE poświęci także sporo uwagi walce z uzależnieniem od nikotyny – pierwsze zasady dotyczące produktów tytoniowych, mające na celu zniechęcić Europejczyków do palenia wejdą w życie jeszcze w tym roku. Zreformowana zostanie także ochrona naszych danych prywatnych w sieci.

Pełne odliczenie VAT od aut z kratką wraca, ale na nowych warunkach

Ministerstwo Finansów proponuje wprowadzenie pełnego odliczenia VAT od ceny auta i rachunków za paliwo, jeśli pojazd będzie wykorzystywany wyłącznie do działalności gospodarczej. Zdaniem Konfederacji Lewiatan nowe przepisy będą lepiej dostosowane do realiów gospodarczych.

Jednocześnie resort finansów chce, aby przedsiębiorca kupujący samochód osobowy lub auto „z kratką” mógł odliczyć połowę VAT od ceny pojazdu (bez limitu kwoty odliczenia),a od połowy 2015 r. – także połowę VAT od ceny paliwa do tych pojazdów. Jednocześnie do 50 proc. zostałaby ograniczona kwota odliczeń VAT od rachunków z warsztatów za obsługę służbowych samochodów.

– Nowe przepisy nie będą, aż w takim stopniu dyskryminowały tych przedsiębiorców, którym dla prowadzenia działalności gospodarczej nie jest niezbędny samochód ciężarowy – mówi Przemysław Pruszyński, ekspert Konfederacji Lewiatan.

Konfederacja Lewiatan z zadowoleniem przyjmuje, że nie zostaną utrzymane ograniczenia, które przestały obowiązywać z końcem 2013 r., tj. prawo do odliczenia 60 proc. VAT naliczonego przy nabyciu samochodu osobowego, nie więcej jednak jak 6000 zł oraz brak możliwości odliczenia podatku od nabywanego paliwa do ich napędu.

Nowe ograniczenia w odliczaniu do wysokości 50 proc. podatku z tytułu wydatków związanych z samochodami osobowymi, w tym wydatkami na zakup paliwa do ich napędu, odnoszą się jedynie do samochodów wykorzystywanych do innych celów niż działalność gospodarcza podatnika lub jego pracowników.

Projekt przewiduje ograniczenie prawa do odliczenia podatku VAT z tytułu nabycia paliw silnikowych, oleju napędowego i gazu, aż do 30 czerwca 2015 r. Założono, że odpowiedni przepis wejdzie w życie dopiero od tego terminu, odmiennie niż cała ustawa, która zacznie obowiązywać po upływie 14 dni od dnia jej ogłoszenia. Zdaniem Konfederacji Lewiatan uprawnienie do takiego rozwiązania w żaden sposób nie wynika z przepisów unijnych, więcej, stanowić będzie jednoznaczne i rażące naruszenie przepisów wspólnotowych.

Duże wątpliwości Lewiatana budzi również termin wejścia w życie całej ustawy, tj. po 14 dniach od dnia ogłoszenia. Zmiany ingerujące w bardzo istotny sposób w zasady odliczania podatku, mogą zacząć obowiązywać w trakcie okresu rozliczeniowego, tj. w trakcie miesiąca lub kwartału. Samo w sobie stanowić to będzie naruszenie konstytucyjnej zasady pewności prawa, ponieważ w czasie danego okresu rozliczeniowego podatnik powinien mieć zapewnione jednolite prawa, w tym prawa do odliczenia podatku VAT. Zdaniem Konfederacji Lewiatan tak istotne zmiany zasad odliczania podatku VAT powinny wchodzić w życie od konkretnej daty, stanowiącej jednocześnie początek nowego okresu rozliczeniowego, tj. np. od 1 kwietnia 2014 r.

Zgodnie z projektem ograniczenie odliczenia VAT do 50 proc. nie będzie miało zastosowania do pojazdów wykorzystywanych wyłączenie do działalności gospodarczej. W uzasadnieniu doprecyzowano, że prawo do pełnego odliczenia przysługiwać będzie tylko od pojazdów służbowych, co do których nie ma możliwości, aby pracownik skorzystał z nich w celu dojazdu do swojego miejsca zamieszkania. Niemniej w praktyce zdarzają się jednak sytuacje, gdy pracownik bierze udział w porannym spotkaniu (np. o godz. 8.00) w miejscowości oddalonej o 2 godziny jazdy od siedziby firmy, w której to siedzibie pracę rozpoczyna się o godz. 7.00 (i o tej godzinie najwcześniej mógłby mu zostać wydany samochód). W tej sytuacji jedynym możliwym rozwiązaniem jest pobranie przez tego pracownika samochodu służbowego na koniec pracy w dniu poprzedzającym, aby już ze swojego domu wyjechał, przed godz. 6.00 w dniu spotkania.

Czytając literalnie projekt nowelizacji oraz jego uzasadnienie można przypuszczać, iż wystąpienie w praktyce przywołanej sytuacji spowodowałoby zakwestionowanie przez organ podatkowy prawa podatnika do odliczenia 100 proc. podatku VAT. W ocenie Lewiatana wskazany przepis wymaga dodania zastrzeżenia, iż za niezwiązane z działalnością gospodarczą nie uważa się wykorzystania samochodu służbowego przez pracownika podatnika na dojazd do i z domu, jeżeli z przyczyn logistycznych niezależnych od tego pracownika jest to niezbędne do odbycia podróży służbowej.

Konfederacja Lewiatan

Stanowisko prezesa Carrefour Polska objął Guillaume de Colonges

Z dniem 1 stycznia 2014 roku stanowisko prezesa Carrefour Polska objął Guillaume de Colonges. Zastąpił on dotychczasowego prezesa – Jean Anthoine, który rozpocznie nową misję w Grupie Carrefour.

Guillaume de Colonges związany jest z Carrefour od ponad 21 lat. Posiada duże doświadczenie zarówno w kompleksowym zarządzaniu przedsiębiorstwem jak również w operacyjnej działalności handlowej. W swojej karierze zawodowej zajmował liczne stanowiska zarządcze, realizując ambitne zadania, min. z zakresu ekspansji oraz przejęć spółek na arenie międzynarodowej.

Guillaume de Colonges swoją karierę zawodową w Carrefour, rozpoczął we Francji w 1992 roku. Po 6 latach pracy został awansowany na dyrektora handlowego dział non-food w Polsce, gdzie odpowiadał m.in za otwarcia pierwszych sklepów Carrefour.

Następnie otrzymał nominację na dyrektora handlowego i logistyki Carrefour w Turcji, a w 2006 roku został dyrektorem ds. rozwoju supermarketów i odpowiadał za przejęcie 86 sklepów. W 2008 roku objął stanowisko COO (Chief Operation Officer) w Tajwanie (63 sklepy), po czym został nominowany na stanowisko prezesa Carrefour w Singapurze i Malezji. W 2010 roku powrócił do Turcji, gdzie jako CEO (Chief Executive Officer) Carrefour zarządzał 245 sklepami.

Guillaume de Colonges jest absolwentem nauk ekonomicznych, ukończył także Advanced Management Program w Harvard Business School w Stanach Zjednoczonych. Guillaume de Colonges ma 45 lat, jest żonaty i ma trójkę dzieci.

MCI porządkuje strukturę grupy kapitałowej

0

MCI Management rozpoczął proces upraszczania struktury GK MCI. Pierwszą inicjatywą jest połączenie funduszy MCI.CreditVentures i MCI.BioVentures w jeden wehikuł inwestycyjny.

W ramach optymalizacji struktury działalność funduszu MCI.CreditVentures zostanie technicznie wygaszona a jego aktywa przeniesione do funduszu MCI.BioVentures, w którego portfolio na koniec 2013 r., po przeniesieniu spółki Biotech Varsovia Pharma do portfolio funduszu MCI.TechVentures i sprzedaży Internetowego Domu Zdrowia, pozostała tylko spółka Genomed. Nowo utworzony podmiot przyjmie nazwę MCI.CreditVentures.

Po zakończeniu pierwszego projektu w ramach reorganizacji w GK MCI pozostaną 3 fundusze tzw. evergreen, tj. inwestujące i pozyskujące środki na inwestycje na bieżąco oraz 2 fundusze tzw. commitment współtworzone z Krajowym Funduszem Kapitałowym z zamkniętym horyzontem inwestycyjnym, inwestujące w spółki na etapie early stage. W ramach optymalizacji struktury GK MCI rozważa również utworzenie w przyszłości 2 nowych funduszy typu commitment.

– Połączenie dwóch funduszy w jeden podmiot inwestycyjny pozwoli nam uprościć strukturę Grupy i osiągnąć oszczędności z tytułu zmniejszenia kosztów administracyjnych. Z kolei niższa baza kosztowa pozwoli nam jeszcze efektywniej realizować naszą strategię inwestycyjną – komentuje Wojciech Marcińczyk, członek zarządu MCI Management odpowiedzialny za fundraising i zarządzanie funduszem MCI.CreditVentures FIZ w Grupie MCI.

Strategia inwestycyjna MCI realizowana jest przez fundusze typu early stage, growth i expansion i opiera się na trzech filarach wzrostu:

1) Inwestycjach w tzw. digital disruption

MCI rozważa i realizuje inwestycje w czyste modele internetowe (tzw. pure players). Największe wzrosty prognozuje dla spółek działających w segmentach: media cyfrowe, e-commerce, marketplaces, Fintech, Internet of Things, Software as a Service, cloud computing, mobilny internet oraz rozrywka cyfrowa.

2) Inwestycjach w tzw. digital ecosystem

MCI bierze pod uwagę inwestycje w spółki działające na rynku rozwoju infrastruktury internetowej, takie jak telekomy i centra gromadzenia danych.

3) Inwestycjach w tzw. digital adaptation

MCI wspiera inwestycyjnie spółki, które po osiągnięciu wiodącej pozycji w tradycyjnej gospodarce, mają ambicje aby wspiąć się na poziom europejski i globalny dzięki wykorzystaniu możliwości Internetu. Fundusz poszukuje spółek, które mają potencjał osiągnięcia sukcesu na miarę takich polskich czempionów jak Empik.com, mBank i GPW.

Gala Noworoczna KGHM

0

KGHM, zgodnie z kilkuletnią tradycją, również w tym roku organizuje dwa koncerty pod wspólnym tytułem „Gala Noworoczna”. Koncerty odbędą się 17 stycznia o godz. 18.00 w legnickiej katedrze oraz 18 stycznia o godz. 17.00 kościele Św. Maksymiliana Marii Kolbego w Lubinie.

Polska nadal będzie przeciwstawiała się interwencji na rynku CO2

CEO Magazyn Polska

Interwencja Komisji Europejskiej w systemie handlu emisjami to niebezpieczny precedens, który może się powtórzyć – uważa Andrzej Dycha, wiceminister gospodarki. I choć wycofanie z rynku 900 mln uprawnień do emisji CO2 nie powinno wpłynąć znacząco na ceny certyfikatów, ponieważ rynek zdążył już to zdyskontować, to kolejne podobne działania KE mogą doprowadzić do wzrostu cen energii, również w Polsce.

Komisja Europejska w listopadzie uzyskała prawo do wycofania z rynku 900 mln uprawnień do emisji CO2, co w ocenie Unii ma przywrócić równowagę w systemie ETS. Andrzej Dycha, wiceminister gospodarki, tłumaczy, że polski rząd był przeciwny tej ingerencji, ponieważ system miał być „w pełni rynkowy”, a ponadto wprowadzone zmiany miały działać na niekorzyść polskiej gospodarki opartej nadal w ok. 90 proc. na węglu. Europejski System Handlu Emisjami (EU ETS) miał w założeniu dawać impuls do inwestowania w niskoemisyjne technologie, ale ceny uprawnień tzw. zielonych certyfikatów spadły znacznie poniżej prognozowanych poziomów i takie działania przestały być opłacalne.

 – O kształcie systemu miały decydować popyt i podaż. Interwencja o charakterze politycznym i administracyjnym zakłóca tę równowagę. Ale ważniejsze jest, że wycofanie części uprawnień miało powodować wzrost cen energii na rynkach europejskich, zwłaszcza w Polsce – mówi przedstawiciel resortu gospodarki.

Mimo to wiceszef resortu zgadza się z argumentami części ekspertów, którzy twierdzą, że to przesunięcie nie wpłynie na ceny, ponieważ rynek zdążył już to zdyskontować.

Ceny świadectw pochodzenia są dziś bardzo niskie. Według analiz Grupy Consus, doradzającej w zakresie ochrony klimatu i monitorującej rynek certyfikatów, wzrosty cen certyfikatów nie powinny być wysokie – rzędu ok. 10-20 proc. Od wielu miesięcy cena uprawnień waha się pomiędzy 4,50 a 5,50 euro.

 – Ta interwencja nie wpłynęła na poziom cen uprawnień na rynku. Sytuacja, w której Komisja Europejska dokonała interwencji na rynku ETS, jest niebezpiecznym precedensem, który może się powtórzyć. Ewentualne kolejne interwencje mogą doprowadzić do wzrostu cen energii, którą płacą nie tylko użytkownicy przemysłowi, lecz także obywatele w Polsce. Temu rząd polski stanowczo się przeciwstawia – podkreśla Andrzej Dycha. – Nasi główni partnerzy handlowi prowadzą politykę zmierzającą do obniżania cen energii. Unia Europejska również powinna dbać o to, żeby były one na niskim poziomie.

Jak podkreśla, niskie ceny energii zwiększają konkurencyjność gospodarek, przyciągając inwestycje i obniżając koszty produkcji. Zdaniem wiceministra, Komisja Europejska, której skład i wielkość zmienią się od 1 listopada tego roku, w większym stopniu niż do tej pory będzie starała się zwracać uwagę na problem niskich cen energii.

 – Istniejące systemy tworzące rynek energii, w tym również Europejski System Handlu Emisjami, będzie użytkowany i zmieniany w taki sposób, aby zapewnić niskie ceny energii dla gospodarki europejskiej – uważa Andrzej Dycha.

R. Petru: I kwartał może być statystycznie jednym z najlepszych dla gospodarki

CEO Magazyn Polska

Początek 2014 r. powinien być korzystnym okresem dla polskiej gospodarki. Rosnąć ma eksport, konsumpcja i inwestycje prywatne. Problemem w całym roku, i to coraz większym, będzie jednak bezrobocie.

 – Pierwsze półroczne powinno być bardzo dobre dla gospodarki ze względu na efekt bazy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ryszard Petru, prezes Towarzystwa Ekonomistów Polskich i partner w firmie PwC. –  Będziemy mieli relatywnie niską inflację w stosunku do początkowego okresu 2013 roku. Dzięki wzrostowi konsumpcji i inwestycji prywatnych oraz eksportowi netto, pierwszy kwartał 2014 r. może być statystycznie jednym z lepszych.

Ekonomista prognozuje, że w kolejnych kwartałach będzie zauważalna stopniowa poprawa w gospodarce, ale na prawdziwe przyspieszenie będzie trzeba poczekać do 2015 roku.

Nie oznacza to jednak, że polska gospodarka nie będzie musiała mierzyć się z problemami. Najpoważniejszym z nich będzie bezrobocie.

 – Jestem przekonany, że bezrobocie pójdzie w górę, bo gospodarka opiera się głównie na eksporcie – mówi Petru. – Okres zimowy nie sprzyja też tworzeniu nowych miejsc pracy. Mam nadzieję, że wskaźnik bezrobocia nie przekroczy 14 proc., ale i tak jego poziom będzie wysoki. Aby to zmienić, musimy postawić na inwestycje prywatne – dodaje ekonomista.

Rewolucji w finansach publicznych nie będzie

Petru podkreśla, że w polskiej gospodarce potrzebne są szybkie i rozsądne zmiany, m.in. deregulacyjne. Minister finansów Mateusz Szczurek zadeklarował, że w ciągu dwóch lat ordynacja podatkowa zostanie zastąpiona przez kodeks podatkowy, w którym zostaną wyszczególnione prawa podatnika. Uczynić  ma to system bardziej przyjaznym dla podatnika, jednak nie oznacza to zmniejszenia ciężarów fiskalnych.

 – Nie spodziewam się deklaracji obniżki podatków. Przy tak  wysokim deficycie i długu, i na obecnym etapie cyklu koniunkturalnego zwyczajnie nie ma na to miejsca – twierdzi Petru.

Zdaniem ekonomisty, nie ma jednak potrzeby stymulowania gospodarki przez dalsze obniżki stóp procentowych, których orędownikiem był poprzedni szef resortu finansów.

 – Nic nie wskazuje na to, żeby Rada Polityki Pieniężnej miała obniżać stopy, gospodarka bardzo powoli się rozkręca i w takiej sytuacji stóp się raczej nie obniża – mówi Petru. – Nie ma też potrzeby podwyżek, bo nie ma presji inflacyjnej z wewnątrz gospodarki. 

Od lipca podstawowa stopa referencyjna wynosi w Polsce 2,5 proc., a więc jest na najniższym poziomie w historii. Kolejna decyzja RPP już dziś.

Zmiany w emeryturach nie wpłyną na ich wysokość, bardziej na pewność ich wypłat

CEO Magazyn Polska

Zmiany w systemie emerytalnym w długim terminie nie wpłyną na wysokość emerytur, ale nie dają też gwarancji, że w ogóle będą wypłacane, bo za te zobowiązania w całości odpowiadać będzie państwo. – Czy się z nich wywiąże? To pozostaje kwestią otwartą, choć narażoną na wiele różnych ryzyk – uważa Krzysztof Nowak z firmy doradczej Mercer Polska.

Rząd przeforsował nowelizację ustawy o zmianach w systemie emerytalnym, ale prezydent po podpisaniu skierował ja do Trybunału Konstytucyjnego, by orzekł, czy jest zgodna z Konstytucją. Do wczoraj wniosek nie wpłynął jeszcze do TK, a ten z kolei nie ma ograniczeń czasowych na wydanie orzeczenia. W lutym więc najprawdopodobniej połowa oszczędności zgromadzonych w otwartych funduszach emerytalnych, czyli ok. 150 mld zł, zostanie przekazana do ZUS-u, co ma zmniejszyć deficyt budżetowy.

 – Do lipca będziemy musieli zdecydować, gdzie chcemy przekazywać naszą składkę: czy kontynuować przekazywanie do OFE, czy też przekazywać już w całości wszystkie środki do ZUS. I to jest tak naprawdę jedyna szybka konsekwencja ustawy. Natomiast w średnim terminie należy przyjąć, że zmiana ta istotnie wpłynie na sytuację na giełdzie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Nowak z firmy doradczej Mercer Polska.

Zgodnie z ustawą od 4 lutego tego roku OFE będą musiały lokować nie mniej niż 75 proc. aktywów w akcje, będą miały zakaz inwestowania w skarbowe papiery wartościowe oraz dług gwarantowany przez Skarb Państwa.

 – Wszystko na to wskazuje, że OFE będą mniejszym inwestorem, mniej składek będzie zamienianych na akcje, m.in. dlatego, że wzrośnie limit inwestycji zagranicznych. Pojawi się mniej pieniędzy na rynku, to będzie w średnim terminie widoczne, a w długim terminie nikt nie wie, jaki będzie wpływ tych zmian, chociaż wszyscy ponoszą ryzyko związane z wypłacalnością i pewnością naszych emerytur. Zmiana powoduje, że za zobowiązania będzie odpowiadać ZUS, czyli de facto państwo. Czy wywiąże się z tych zobowiązań, to jest kwestią otwartą, a niestety narażoną na dużo różnych ryzyk – zwraca uwagę Krzysztof Nowak.

Ekspert dopuszcza scenariusz, według którego ZUS nie będzie miał pieniędzy na wypłatę emerytur, które pozostaną tylko formalnymi zapisami na kontach.

Przyjęte zmiany nie powinny wpłynąć na wysokość emerytur. Przyszli emeryci mogą liczyć najwyżej na połowę poborów wobec otrzymywanej wcześniej pensji.

 – Trudno się spodziewać, żebyśmy dostrzegli zmianę w wysokości emerytur. Te świadczenia nie będą równe wysokości wynagrodzeń, które otrzymujemy pracując. Szacuje się, że tak zwany współczynnik zastąpienia nie będzie przekraczać połowy zarobków w przypadku osób, które zarabiają poniżej limitu ZUS-owskiego, czyli 100 tys. zł rocznie. Będzie ona procentowo niższa dla osób, które zarabiają więcej – mówi Krzysztof Nowak.

Banki będą zamykać swoje oddziały. Spada liczba klientów odwiedzających placówki banków

CEO Magazyn Polska

To będzie rok rozwoju bankowości cyfrowej twierdzi Chris Skinner, prezes The Financial Services Club. Dziś bardzo szybko rozwija się ona w krajach skandynawskich. Efektem tego jest spadek liczby klientów odwiedzających oddziały, a co za tym idzie, również liczby tradycyjnych placówek. To radykalne odejście od tego, czym bankowość była dawniej. Teraz obserwujemy proces automatyzacji kontaktów klienta z bankiem  wyjaśnia Skinner.

Bankowość elektroniczna opiera się na przeniesieniu wszystkich transakcji i relacji z klientem do internetu. Klienci, korzystając ze specjalnych aplikacji, mogą sprawdzić saldo, dokonać przelewu, wziąć pożyczkę gotówkową czy założyć lokatę. Te transakcje nie wymagają odwiedzania placówek bankowych. Oznacza to oszczędność czasu i pieniędzy zarówno klientów, jak i banków.

 – Przez ostatnie 50 lat banki stopniowo automatyzowały swoją działalność, jednak wciąż większość bankowości odbywa się w filiach – mówi Chris Skinner, prezes The Financial Services Club. – W przyszłości będziemy świadkami podziału na banki, które będą prowadziły agresywną politykę zróżnicowanej bankowości internetowej oraz te banki, które będą otwierały wyspecjalizowane filie, które będą skierowane do innych klientów.

Nasz kraj zajmuje 20. miejsce na świecie pod względem liczby osób, które korzystają z bankowości online: robi to około 10 mln Polaków. Najdynamiczniej ten fragment rynku rozwija się w Danii i Islandii. Przekłada się to również na spadek liczby oddziałów. We wspomnianych krajach ich liczba zmniejszyła się nawet o 60 proc.

 – Na całym świecie spadek ten wynosi około 10 proc. – wyjaśnia Skinner. – Filie, które zostały, służą przede wszystkim do udzielania rad, do dostarczania wyspecjalizowanych usług, skupiają się na sprzedaży, ale nie służą już jako miejsce zawierania transakcji czy kontroli środków pieniężnych i depozytów, jak miało to miejsce w przeszłości.

Ekspert twierdzi jednak, że nie grozi nam całkowity zanik bankowości tradycyjnej, czyli likwidacja oddziałów. Część spraw wciąż wymaga i będzie wymagać wizyty w banku. Trudno sobie wyobrazić, że możliwe będzie uzyskanie kredytu hipotecznego na 30 lat za pomocą aplikacji w telefonie czy przy pomocy przeglądarki internetowej.

 – Oczywiście część klientów może woleć wciąż załatwiać swoje sprawy w filiach, twarzą w twarz z doradcą. Powoli obserwujemy podział na banki w pełni zautomatyzowane i działające zdalnie, np. Alior Bank czy mBank w Polsce, oraz na te, które wciąż przyjmują w swoich filiach klientów, ponieważ mają oni inne potrzeby. Być może część starszych klientów będzie chciała korzystać z tradycyjnej formy bankowości, jednak w przyszłości stopniowo liczba filii banków będzie spadać – objaśnia rozmówca Newserii Biznes.

Coraz chętniej z bankowości elektronicznej korzystają również firmy, w tym duże korporacje. Dzięki temu można wyeliminować część dotychczasowych kosztów związanych z kontrolą dokonywanych operacji.

 – W tym obszarze banki oferują usługi z zakresu zarządzania środkami finansowymi na tabletach. To nowość dla środowiska korporacyjnego, ponieważ dawniej firmy potrzebowały specjalnie wyszkolonych, monitorowanych i nadzorowanych osób, które były odpowiedzialne za zarządzanie przepływami pieniężnymi czy transakcje wymiany walut – mówi Skinner.

Jednym z problemów bankowości elektronicznej jest niestabilność systemów IT, na których oparte są aplikacje. Z tym wyzwaniem zmaga się wciąż wiele instytucji, inwestując w sprzęt i nowe rozwiązania. Czasami jednak trudno uniknąć kłopotów z techniką, czego przykładem jest ubiegłoroczna fala awarii w systemie teleinformatycznym PKO BP.

 – Natomiast to tak naprawdę nie jest problem bankowości cyfrowej, a wszystkich banków, szczególnie jeśli z powodu błędów w systemie nie można na przykład zapłacić kartą w sklepie albo dokonać innej transakcji. Jeśli system nie działa, to nie ma mowy o żadnej bankowości – wyjaśnia prezes The Financial Services Club.

The Financial Services Club organizuje spotkania dla kadry zarządzającej sektora bankowego z ważnymi przedstawicielami branży. Spotkania odbywają się w Londynie, Wiedniu, Dublinie, Edynburgu, Sztokholmie, Oslo i Warszawie.

Na rynku nieruchomości stabilizacja. W połowie roku ceny mogą nieznacznie wzrosnąć

CEO Magazyn Polska

Trudne czasy dla branży budowlanej i deweloperskiej dobiegają końca. Przełom w branży ma nadejść w połowie roku. Równowaga pomiędzy popytem a podażą na rynku nowych mieszkań przełoży się nawet na kilkuprocentowy wzrost cen. Deweloperzy zapowiadają rozpoczęcie kolejnych inwestycji.

 – Jeżeli te tendencje, zarówno w sprzedaży, jak i w rozpoczynaniu nowych inwestycji, utrzymają się, to spodziewamy się, że w połowie roku nastąpi wyrównanie popytu i podaży – mówi Jacek Bielecki, dyrektor ds. jakości segmentu deweloperskiego w Marvipolu.  Jeżeli rynek rzeczywiście się zrównoważy, należy się spodziewać niewielkich wzrostów cen. Będą to różnice kilkuprocentowe.

W opinii eksperta, rynek nie odczuje zbytnio efektów Rekomendacji S, która działa od początku stycznia. Wprowadza ona obowiązek posiadania wkładu własnego – na razie tylko 5-proc. – dla osób, które chcą zaciągnąć kredyt hipoteczny na zakup mieszkania. Rynku nie będzie również kształtował rządowy program „Mieszkanie dla Młodych”, przynajmniej w niektórych miastach.

 – Z jednej strony mamy Kraków i Warszawę, gdzie odpowiednio ok. 4 proc. i 8 proc. ofert według dzisiejszych kalkulacji mieści się w tym programie, więc to jest żaden wpływ na rynek. Po drugiej stronie są takie miasta jak Łódź czy Gdańsk. W obu miastach ponad połowa dostępnej oferty mieści się w tym programie, więc tu program może mieć znaczenie dla kupujących i wzmocni chęć zakupów – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dyrektor ds. jakości segmentu deweloperskiego Marvipolu.

Spółka nie wyklucza, że w pewnym stopniu dostosuje swoją ofertę do założeń programu, ale to zależy od tego, jakie będzie zainteresowanie ze strony kupujących.

Warszawski Marvipol, celujący w klientów z klasy średniej, zapowiada także, że przygotowuje się do nowej inwestycji. Jeszcze wiosną ma ruszyć budowa nowego osiedla na Ursynowie.

 – Ruszymy z dużą, nową inwestycją na Ursynowie, i z pewnością to będzie duże wydarzenie dla rynku – zdradza Jacek Bielecki, dyrektor ds. jakości segmentu deweloperskiego Marvipolu.  Będą to raczej mniejsze mieszkania dostosowane do dzisiejszych potrzeb.

Markowa odzież, książki i tablety hitami sprzedaży internetowej

CEO Magazyn Polska

Ubrania, obuwie, kosmetyki, a także książki, płyty i nowinki technologiczne – te produkty cieszyły się w ubiegłym roku największym zainteresowaniem klientów w sklepach internetowych. Amatorów zakupów w sieci z dnia na dzień przybywa i dzięki temu branża e-commerce rozwija się bardzo dynamicznie. Okres przedświąteczny to dla niektórych e-sklepów nawet połowa ich rocznych obrotów.

 – Polacy w 2013 roku najchętniej kupowali odzież, obuwie i akcesoria odzieżowe. Na kolejnym miejscu prawdopodobnie uplasowała się kategoria health & beauty, czyli zdrowie i uroda. Polacy bardzo często kupują książki, muzykę i film, czyli szeroko rozumiana kategoria kultura – mówi agencji informacyjnej Newseria Jakub Radkowski, doradca zarządu ds. projektów specjalnych w Merlin.pl.

W tej kategorii największym zainteresowaniem cieszyły się bestsellery na DVD, najlepsze premiery płytowe i nowości wydawnicze.

 – Przynajmniej w e-commerce nie widać tego, że Polacy czytają rzadko, a może po prostu chętniej kupują te produkty na prezenty. W ubiegłym roku hitami były „Saga Burz”, czyli kolejna część „Wiedźmina” Andrzeja Sapkowskiego, i „Inferno” Dana Browna. Te dwa tytuły ewidentnie zrobiły sprzedaż – przyznaje Jakub Radkowski. – Patrząc na nasze wyniki, w tym roku zdecydowanie na czołowe miejsce sprzedaży wysunęła się kategoria zabawek.

W tej kategorii wzrosty są większe niż przed rokiem. Odpowiada za to przede wszystkim większa sprzedaż gier edukacyjnych i planszowych.

Polacy co prawda najczęściej kupują odzież, kosmetyki, książki i płyty, ale jednak najwięcej pieniędzy wydają na elektronikę. W tej kategorii prym wiodą tablety, smartfony, laptopy i telewizory.

 – Trendem w najbliższych dwóch, trzech latach będzie wzrost wartości sprzedaży produktów z kategorii szeroko rozumianego health & fitness, czyli produkty związane z urodą, ale też ze zdrowym trybem życia, z fitnessem, z ekologią. To jest trend, który już obserwujemy i który w kolejnych kilku latach na pewno będzie bardzo wyraźny i odciśnie piętno na e-commerce w Polsce –  prognozuje Jakub Radkowski.

Sklepy internetowe kuszą niższymi cenami, szerokim asortymentem oraz możliwością porównywania ofert różnych handlowców. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że zabiegani i zapracowani klienci mają coraz mniej czasu na wizyty w tradycyjnych sklepach.

 – Branża e-commerce zdecydowanie się rozwija. Jak dla całego handlu detalicznego, tak i dla e-sklepów ważny był okres przedświąteczny, który dla niektórych serwisów oznacza 30-50 proc. ich obrotu. Drugim ważnym momentem będzie Dzień Dziecka, z kolei dla biznesu książkowego to sezon podręcznikowy, trwający od czerwca do sierpnia – mówi Radkowski.

Od kwietnia brytyjskie autostrady płatne dla zagranicznych ciężarówek

CEO Magazyn Polska

Od kwietnia autostrady w Wielkiej Brytanii będą płatne dla ciężarówek powyżej 12 ton. W Niemczech opłatami mają zostać objęci kierowcy wszystkich pojazdów zagranicznych. To dla tych państw szansa na znaczne zwiększenie wpływów do budżetu. Komisja Europejska jest jednak przeciwna opłatom tylko dla obcokrajowców.

 – Użytkownicy dróg to są jedni z większych płatników, którzy tworzą budżet poszczególnych państw. Gdyby wprowadzono opłaty w Niemczech czy Wielkiej Brytanii, budżety tych państw na pewno uległby znacznemu zwiększeniu, a pieniędzy brakuje przez cały czas. Z drugiej strony patrząc na ten problem, to zastanawiamy się, czy to jest sprawiedliwe rozwiązanie – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Malusi, prezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Drogownictwa.

Zgodnie z umową koalicyjną chadeków i socjaldemokratów w Niemczech wprowadzone mają być opłaty za autostrady dla wszystkich pojazdów zagranicznych. Obecnie myto w Niemczech muszą płacić kierowcy wszystkich pojazdów o masie powyżej 12 ton.

W Wielkiej Brytanii obecnie wszystkie autostrady są darmowe. Od kwietnia tego roku przejazd pojazdów o masie powyżej 12 ton będzie płatny. W zależności od ilości emitowanych spalin opłata będzie wynosić od 1,7 funta do 10 funtów dziennie. Najdroższa roczna opłata wyniesie 1000 funtów. Dla brytyjskich ciężarówek o równowartość opłaty zostanie zmniejszony podatek drogowy, co oznacza, że w praktyce obciążone będą również wyłącznie zagraniczne pojazdy.

Nie wiadomo, czy na takie rozwiązania zgodzi się Komisja Europejska. Niemcy czekają na opinię Brukseli przed wprowadzeniem zmian. Komisja podkreśla, że pobór opłat wyłącznie od pojazdów zagranicznych jest sprzeczny z unijną zasadą niedyskryminacji.

 – Zasada niedyskryminacji dotyczy opłat za drogi w takim samym stopniu jak wszystkich innych obszarów. Rozmowy z Niemcami toczą się od pewnego czasu. Jest możliwe wprowadzenie na przykład zniżek dla samochodów o niższej emisji, ale muszą one dotyczyć w takim samym stopniu pojazdów mieszkańców zarówno danego kraju, jaki i obcokrajowców – podkreśliła podczas wtorkowej konferencji Helen Kearns, rzeczniczka prasowa wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej odpowiedzialnego za transport Siima Kallasa.

Władze krajów, wprowadzających takie myta, argumentują, że właściciele zagranicznych pojazdów niszczą drogi, lecz nie płacą w danym kraju żadnych podatków.

 – Przecież ktoś wjeżdżający samochodem spoza Wielkiej Brytanii na teren tego kraju najprawdopodobniej też pomaga rozwojowi tego kraju, czyli uczestniczy w jego produkcji globalnej – przekonuje Malusi. – Uczestnicząc w ruchu w Niemczech tak samo płacimy za paliwo, które tam tankujemy, więc nie wiem, czy do końca jest to sprawiedliwe.

Dodaje, że przychody od uczestników ruchu drogowego – podatki związane z tankowaniem, zakupem części i samochodów oraz opłaty drogowe – w Polsce generują 40-50 mld zł przychodu do budżetu rocznie. Jednak tylko niewielka część tych pieniędzy jest przeznaczana z powrotem na inwestycje drogowe. Według Malusiego tylko 3 mld zł trafia z budżetu Polski na drogi, większość z tego jest przeznaczana na administrację, a nie na inwestycje.

Jak wynika z danych cytowanych przez „The Economist”, brytyjski system opłat będzie również bardzo mało efektywny. Po uwzględnieniu kosztów wdrożenia system zbilansuje się najwcześniej w 2015 r., a potem będzie przynosił jedynie ok. 23 mln funtów zysku netto rocznie. To według brytyjskiego tygodnika zbyt mało, by zbudować choćby milę (ok. 1,6 km) nowej autostrady.

Obecnie w siedmiu unijnych krajach i Szwajcarii obowiązuje płatność za autostrady za pomocą winiet. Ponieważ roczne winiety są tańsze w przeliczeniu na dzień niż krótkoterminowe, kierowcy spoza tych krajów są w większym stopniu obciążeni opłatami.

Nad wprowadzeniem opłat tylko dla ciężarówek zastanawiają się także Belgia i Łotwa. Podobne systemy obowiązują także w Austrii, Szwajcarii i na Litwie. W Polsce system viaTOLL obowiązuje na autostradach wszystkie pojazdy, ale na samochody ciężarowe opłaty są nakładane również na innych drogach.

Malusi nie wyklucza, że opłaty tylko dla cudzoziemców są testem przed wprowadzeniem powszechnej płatności. Wprowadzenie i ujednolicenie opłat za autostrady zaleciła już w 2008 roku Unia Europejska.

Dąży się do tego, ażeby opłaty były wyrównane dla wszystkich w całej Unii Europejskiej, i być może to jest przygrywka do tego typu rozwiązań. Najpierw wypróbujemy na obcokrajowcach, a potem być może przy lepszej koniunkturze politycznej wprowadzimy opłaty dla mieszkańców tego kraju – przypuszcza Malusi.

ProgTrans, szwajcarska firma analityczna, oszacował w 2010 r., że po wprowadzeniu opłat w całej UE zyskałyby tylko Austria, Czechy, Francja i Niemcy. Dla innych krajów, szczególnie dla położonych na obrzeżach UE Portugalii i Hiszpanii, koszty byłyby zdecydowanie wyższe od przychodów.

Śląsk, Mazowsze i Dolny Śląsk wiedzą, jak przyciągnąć inwestorów

Najatrakcyjniejszym dla przedsiębiorców województwem od lat jest Śląskie. Największy problem z przyciągnięciem inwestorów mają województwa ze ściany wschodniej. Ich szansą na rozwój jest promowanie swoich unikatowych zasobów i przyciągnięcie mniejszych przedsiębiorców.

Województwa śląskie, dolnośląskie i mazowieckie najskuteczniej potrafią przyciągać inwestorów dając korzyści finansowe i ułatwienia w prowadzeniu biznesu. Wykazała to analiza zasobów i kosztów pracy, aktywności województw wobec inwestorów, dostępności transportowej, wielkości rynku zbytu, poziomu rozwoju infrastruktury gospodarczej, poziomu rozwoju infrastruktury społecznej oraz poziomu bezpieczeństwa.

 – Inwestor musi dostać wykwalifikowanych pracowników. To jest kluczowe. Musi mieć zapewnioną odpowiednią dostępność komunikacyjną, transport, internet, czyli łączność, zachęty inwestycyjne oraz dobry klimat – obsługę ze strony samorządów i tych, którzy podejmują decyzje administracyjne w sprawie takich inwestycji – tłumaczy dr Maciej Tarkowski z Uniwersytetu Gdańskiego oraz Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową.

Na drugim końcu rankingu znajdują się województwa: podkarpackie, warmińsko-mazurskie, świętokrzyskie, lubelskie i podlaskie. Muszą one poprawić dostęp do infrastruktury oraz popracować nad tzw. działaniami miękkimi.

 – Są nimi informacja, promocja i obsługa inwestora. Jak już nam się uda kogoś przyciągnąć, to ważne, żeby proces inwestycji przebiegał sprawnie. I co ważne, a o czym często zapominamy, obsługa poinwestycyjna. Nie powinniśmy zostawiać inwestora samemu sobie. On często ma zwykłe, prozaiczne problemy, jak każda firma, na przykład dotyczące częstotliwości kursowania komunikacji miejskiej, że autobus odjeżdża nie o tej godzinie, o której wychodzą pracownicy z firmy. I to trzeba pomóc mu załatwić – podkreśla przedstawiciel Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową.

Ekspert podpowiada też, by te słabsze regiony nie naśladowały polityki prowadzonej przez te większe, bogatsze, lepiej sobie radzące. Ich specyfika jest inna i mogą ją wykorzystać poprzez znalezienie niszy, w którą mogliby się wpisać inwestorzy. Wykorzystując swoje unikatowe zasoby, mogą przyciągnąć mniejszych przedsiębiorców.

Szwajcarzy zachęcają Polaków do korzystania z referendum

Szwajcarzy od kilku do kilkudziesięciu razy w roku głosują w referendach. Władze pytają obywateli o zdanie na trzech poziomach: ogólnokrajowym, kantonalnym i gminnym. Prawo zwołania referendum mają też sami mieszkańcy. Zdaniem Szwajcarów taki system to nie tylko większe zaangażowanie mieszkańców w rozwiązywanie problemów, lecz także wymierne oszczędności publicznych pieniędzy. Namawiają więc Polaków do częstszego korzystania z instytucji referendum

  Myślę, że największą zaletą jest fakt, że ludzie bardzo identyfikują się z tym systemem. Czują, że mają coś do powiedzenia, bo kilka razy w roku są pytani o zdanie na temat różnych sprawach i im się to podoba – mówi Newserii Biznes prof. Uwe Serdült, zastępca dyrektora Centrum Badań nad Demokracją Bezpośrednią w Aarau, pracownik naukowy Uniwersytetu w Zurychu.

Szwajcaria jest obok Liechtensteinu jednym z tych krajów Europy, któremu najbliżej do modelu demokracji bezpośredniej. Cały system kształtował się kilka wieków.

 – Zaczęliśmy od obowiązkowego referendum w sprawach konstytucyjnych, potem były opcjonalne referenda w sprawach, w których zbierane były podpisy, aż do inicjatyw obywatelskich, w których mieszkańcy mogą proponować nowe rozwiązania prawne albo zmiany w konstytucji – tłumaczy prof. Uwe Serdült.

Mieszkańcy Szwajcarii wypowiadają się w referendach na trzech poziomach: narodowym (ok. 9 rocznie), na poziomie kantonów (ok. 5) oraz gmin, i są jednym z najczęściej głosujących narodów w Europie. System głosowań jest uruchamiany także w przypadku wysokich wydatków publicznych.

 – Mieszkańcy, szczególnie na poziomie kantonów i gmin, dość często głosują w sprawach wydatków: ile wydamy na szkoły, ile na drogi i czy w ogóle chcemy wydać – tłumaczy Uwe Serdült. – Doświadczenie pokazuje, że w kantonach, w których często przeprowadzane są referenda, deficyt jest niższy, a mieszkańcy bardziej ostrożni w wydawaniu pieniędzy.

Poza korzyściami finansowymi są też zyski społeczne. Referenda w demokracji bezpośredniej zastępują sondaże opinii publicznej i są od nich bardziej wiarygodne.

 – Obywatele i stowarzyszenia obywatelskie w demokracji bezpośredniej są bardziej aktywne. Mają możliwość proponowania rozwiązań prawnych, a to jest mechanizm aktywizowania obywateli, którego chętnie używają. Oczywiście dotyczy to także partii politycznych – mówi Uwe Serdült. – Szwajcarzy chętnie korzystają ze swoich praw, a dzięki temu rząd i politycy otrzymują informację zwrotną dotyczącą swoich decyzji.

Polacy mogą głosować w referendach lokalnych i ogólnonarodowych. Warunek to zebranie odpowiedniej liczby głosów. Pod koniec sierpnia prezydent Bronisław Komorowski skierował do Sejmu projekt ustawy, która ma zaostrzyć kryteria ważności referendów dotyczących odwołania władz lokalnych i znieść próg ważności w referendach dotyczących innych kwestii.

Jarosław Koziński partnerem zarządzającym działem doradztwa podatkowego EY

1 stycznia 2014 r. Jarosław Koziński objął funkcję partnera zarządzającego działem doradztwa podatkowego firmy doradczej EY Polska (dawniej: Ernst & Young). Wcześniej stanowisko to pełnił Jacek Kędzior, który kieruje obecnie całą polską praktyką EY.

Jarosław Koziński jest związany z branżą doradczą od ponad 20 lat. Partnerem w spółce doradztwa podatkowego EY jest od 2002 roku. Wcześniej był partnerem w firmie Arthur Andersen, w której pracował przez 9 lat.

Z wykształcenia magister ekonomii – ukończył Wydział Zarządzania i Informatyki na Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu. Jest licencjonowanym doradcą podatkowym. Realizuje projekty dla firm polskich i międzynarodowych. Specjalizuje się m.in. w doradztwie regulacyjnym i planowaniu strategii podatkowych. Ostatnio z powodzeniem zrealizował projekt dla Hutniczej Izby Przemysłowo-Handlowej, prowadzący do zatrzymania wyłudzeń VAT w branży stalowej, które zagrażały istnieniu polskich producentów stali.

W latach 2011 i 2012 został uznany najlepszym doradcą podatkowym w kategorii optymalizacji podatkowej (I miejsce w rankingu doradców podatkowych – „Dziennik Gazeta Prawna”). Od września 2013 r. Jarosław Koziński pełni także funkcję partnera zarządzającego praktyki podatkowej EY w Europie Środkowo-Wschodniej i Południowej.

W Polsce przed branżą doradztwa podatkowego stoją wyzwania daleko wykraczające poza interpretację przepisów. Dziś znacznie częściej jesteśmy dla naszych klientów doradcami w biznesie, którzy oczywiście świetnie znają się na kwestiach podatkowych – zauważa Jarosław Koziński. – Kiedy zagadnienia dotyczą najważniejszych spraw danej firmy, a czasem jej przetrwania, to współpraca staje się kluczowa nie tylko dla dyrektora finansowego czy podatkowego, ale także dla prezesa zarządu. W EY od zawsze przywiązujemy ogromną wagę do jakości i praktyczności nowych rozwiązań, dlatego jestem przekonany, że nadal będziemy zajmować wiodącą pozycję w branży.

Jarosław Koziński ma żonę Annę i dwie córki – Jagodę oraz Kalinę. Jest pasjonatem narciarstwa i sportów wodnych.