Prognozowany wzrost cen gazu jako wynik powstającego w Świnoujściu gazoportu

Powstający w Świnoujściu gazoport doprowadzi do zwiększenia cen gazu – prognozuje Andrzej Szczęśniak. Jego zdaniem, nie można traktować jego uruchomienia jako karty przetargowej w negocjacjach cenowych z Gazpromem. Katarski gaz jest dużo droższy niż rosyjski, więc – według eksperta – dla Rosjan mogłaby to być okazja do podwyżki cen surowca.

Kilka dni temu litewski minister energii zasugerował, że terminal LNG w Kłajpedzie, który ma być gotowy pod koniec przyszłego roku, będzie kartą przetargową w negocjowaniu cen z rosyjskim Gazpromem. Litewski rząd chce, by 25 proc. gazu wykorzystywanego przez elektrownie, które dostają wsparcie od państwa, pochodziło właśnie z terminala.

Według Andrzeja Szczęśniaka, eksperta rynku paliw, to wskazuje na niską opłacalność takich inwestycji.

– Gazoport ani w Polsce, ani na Litwie nie jest kartą przetargową, jest raczej obciążeniem dla kraju – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Szczęśniak. – Przykład Litwy pokazuje, że żeby firmy kupiły gaz z gazoportu, muszą być zmuszone ustawą. Dlaczego? Bo ten gaz jest po prostu dużo droższy i nikt nie kupi go dobrowolnie.

Podkreśla, że z powodów ekonomicznych z budowy gazoportu w swoim kraju zrezygnowali Niemcy. Jego zdaniem wolą kupować gaz rosyjski, mimo że Rosjanie to niełatwy partner handlowy.

– Tak w Polsce, jak i na Litwie gazoport nie będzie obniżał cen, lecz je podwyższał. To jest cena bezpieczeństwa energetycznego, którą, moim zdaniem, nierozważnie na siebie przyjęliśmy. Politycy podpisali bardzo niekorzystne dla Polski kontrakty, kontrakt katarski i Rosjanie bardzo by się ucieszyli, gdyby mogli nam sprzedawać surowiec po takich cenach – podkreśla Szczęśniak.

Dodaje, że droższy gaz z Kataru Rosjanie mogliby wykorzystać jako argument za zwiększeniem stawek za surowiec.

– Otwarcie gazoportu nie będzie naszym zwycięstwem cenowym, raczej będzie obciążeniem i okazją dla Rosjan, żeby podwyższyć ceny – mówi ekspert.

Decyzja polityczna, nie biznesowa

Kontrakt z Katarem został podpisany w połowie 2009 r., gdy ceny gazu były bardzo wysokie. Z kolei spółka Polskie LNG podpisała opiewającą na ok. 3 mld zł umowę z wykonawcą terminalu w lipcu 2010 r. Zdaniem Szczęśniaka budowa gazoportu to typowy przykład przedsięwzięcia politycznego, obliczonego na zdobycie głosów wyborczych, ale sprzeczne z zasadami biznesowymi. Gaz katarski był w momencie podpisania kontraktu 30 proc. droższy od gazu rosyjskiego.

– Podejrzewam, że dzisiaj jest 50 proc. droższy niż rosyjski. To jest kwestia polityczna, która stanowić będzie obciążenie dla klientów. My musimy wszyscy za ten kontrakt i za ten gazoport zapłacić w cenach gazu i to będzie dla Polski dosyć duże obciążenie – dodaje ekspert.

Terminal LNG w Świnoujściu jest już gotowy w ponad 60 procentach. Pozwoli na odbiór drogą morską nawet 7,5 miliardów metrów sześciennych gazu rocznie. Z Kataru Polacy mają odbierać 1,5 miliarda metrów sześciennych rocznie już od przyszłego roku (do 2034 r.). Jeśli terminal nie zostanie oddany do użytku w grudniu 2014 roku, i tak Polska będzie musiała zapłacić Katarczykom za zamówiony od nich gaz.

Wzrost cen energii w Polsce jako skutek polityki klimatycznej UE

Polacy dotkliwiej niż inne unijne kraje, zwłaszcza te ze „starej piętnastki”, odczują skutki polityki klimatycznej UE. Może kosztować ona Polską gospodarkę nawet kilkanaście miliardów złotych rocznie, co przełoży się na ceny energii. To oznacza, że rentowność, jaki i konkurencyjność polskiego przemysłu na światowych rynkach znacznie się obniży.

– Rocznie za produkcję energii elektrycznej będziemy musieli zapłacić od kilku do kilkunastu miliardów złotych więcej niż bez polityki energetyczno-klimatycznej UE. Nakłady inwestycyjne na źródła o niższych emisjach będą w okresie 40 lat o około 300 mld zł większe – mówi Agencji Informacyjnej Newseria dr Bolesław Jankowski, wiceprezes firmy doradczej Badania Systemowe EnergSys i członek KIG.

Przypomina, że najważniejszym skutkiem tej polityki jest wzrost cen energii, który – według wyliczeń Krajowej Izby Gospodarczej – stanowi zagrożenie dla około 10 działów przemysłowych w Polsce zatrudniających 800 tys. pracowników.

Nawet takie unijne kraje, jak Niemcy, gdzie w ostatnich latach doszło do głębokiej transformacji energetycznej, chronią przedsiębiorców przed nadmiernymi kosztami. Rafał Bajczuk z Ośrodka Studiów Wschodnich wylicza, że w minionym roku cena energii elektrycznej w Niemczech dla gospodarstw domowych wzrosła o 10 proc., ale dla przemysłu o 7 proc.

– Nawet jeśli ceny energii w bogatszych krajach są średnio wyższe niż w Polsce, to są one w stanie stworzyć swojemu przemysłowi korzystniejsze warunki niż tu. Ze względu na to, że można większą częścią kosztów obciążyć gospodarstwa domowe. W efekcie np. cena energii elektrycznej dla przemysłu jest w Polsce wyższa niż w Niemczech – zwrócił uwagę Jankowski w czasie Forum Energia-Efekt-Środowisko organizowanym przez Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej.

Wiceprezes EnergSys dodaje, że te ceny są w 10 biedniejszych krajach UE wyższe niż w unijnej „piętnastce”. Mimo że średnia cena energii w tamtych krajach jest wyższa. Podkreśla, że Polacy szczególnie dotkliwie odczują te zmiany, ze względu przede wszystkim na wyższą zamożność innych unijnych państw. Dodatkowo w przypadku krajów południowych potrzeby energetyczne są niższe.

– Bogatsze społeczeństwa pozwalają na to, że gospodarstwa domowe płacą więcej, a przemysł np. w Niemczech jest zwolniony z ponoszenia kosztów rozwoju energetyki odnawialnej. Można więc powiedzieć, że przemysł niemiecki używa i wykorzystuje brudną energię, bo nie partycypuje w rozwoju energetyki odnawialnej, podczas gdy polski przemysł bierze na siebie odpowiednią część kosztów z tym związaną – wyjaśnia dr Bolesław Jankowski.

Stąd postulat przedstawicieli energochłonnych branży, jak energetyczna, chemiczna czy cementowa i papiernicza, by zrezygnować z unijnej polityki energetyczno-klimatycznej. Krajowa Izba Gospodarcza zrzeszająca również takie firmy wylicza koszty prowadzenia tej polityki i lobbuje za wprowadzaniem zmian. W przypadku Polski sytuacja jest dodatkowo o tyle trudna, że produkcja energii w ok. 90 proc. oparta jest na węglu, co sprawia, że poziom emisji CO2 jest wysoki. To zaś zwiększa ceny energii.

– Ceny energii dla odbiorców komercyjnych, przemysłowych są w Polsce całkowicie wolne – zależą od warunków zawieranych umów i kontraktów. A te warunki zależą zapewne nie tylko od wolumenów pobieranej przez odbiorcę energii czy ogólnej sytuacji na rynku (stosunek popytu i podaży), ale też od zdolności negocjacyjnych obu stron – komentuje Agnieszka Głośniewska, rzeczniczka Urzędu Regulacji Energetyki.

Polacy boją się o swoją emeryturę, przewidują ubóstwo i brak bezpieczeństwa – to wynik badań przeprowadzonych przez Aegon

Zły stan zdrowia, ubóstwo i brak bezpieczeństwa – tak Polacy widzą swoją przyszłą emeryturę – wynika z badania przeprowadzonego przez Powszechne Towarzystwo Emerytalne Aegon. Polacy są największymi pesymistami spośród 12 społeczeństw, które wzięły udział w badaniu.

– Aegon PTE przeprowadził badanie w 12 krajach świata. Polska na tym tle wypada negatywnie – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Marcin Hadyś, członek zarządu Aegon PTE. – Wprawdzie około połowa respondentów kojarzy emeryturę z czasem wolnym, ale taki sam odsetek również kojarzy ją z byciem w złym stanie zdrowia, byciem osobą niespełnioną i niezadowoloną. Jedna trzecia Polaków uważa, że na emeryturze będzie biedna.

Badanie pokazuje, że ponad dwie trzecie Polaków nie ma alternatywnego planu emerytalnego, chociaż niemal połowa (47 proc.) emerytów przechodzi na emeryturę wcześniej niż planowała, 70 proc. osób pracujących nie posiada alternatywnego planu zabezpieczenia finansowego na taką ewentualność.

Sytuacja emerytalna w Polsce uległa pogorszeniu, indeks przygotowania emerytalnego pokazuje spadek Polski z 4,96 na 4,63 w 10-punktowej skali.

– Nasze przygotowanie do emerytury jest gorsze w porównaniu z raportem z poprzedniego roku – mówi Marcin Hadyś. – Najbardziej optymistycznie na emeryturę patrzą Niemcy, Chińczycy i Amerykanie.

Raport pokazuje, że Polacy, spośród 12 ankietowanych nacji, najbardziej sceptycznie oceniają prawdopodobieństwo utrzymania dotychczasowego stylu życia na emeryturze. 81 proc. badanych Polaków uważa, że na emeryturze nie będzie w stanie utrzymać satysfakcjonującego poziomu życia, tylko 1 proc. ankietowanych jest pewna, że taki poziom utrzyma po przejściu na emeryturę.

Mimo sceptycyzmu i niepewności co do przyszłości na emeryturze, 61 proc. Polaków nie posiada żadnego planu, jak będzie wyglądać ich finansowa przyszłość po zakończeniu kariery zawodowej.

– Dwie trzecie ankietowanych nie wie, jakimi środkami finansowych będzie dysponować na emeryturze, nie planują tego. Miejsce na gromadzenie oszczędności dla nich coraz bardziej się kurczy. Około połowa badanych oczekuje, że będzie musiało kogoś utrzymywać, a jedna trzecia badanych oczekuje, że będzie takiego wsparcia potrzebowała w trakcie przebywania na emeryturze – stwierdza Marcin Hadyś.

68 proc. Polaków podkreśla, że do oszczędzania na emeryturze mogłaby ich zmotywować podwyżka wynagrodzenia, a 43 proc. – większe ulgi podatkowe dla produktów emerytalnych.

Raport o gotowości emerytalnej Polaków 2013 zrealizowano za pomocą ankiety on-line oraz wywiadów w terenie w styczniu i lutym br.

Rządowe plany przyszłości otwartych funduszy emerytalnych mamy poznać w ciągu dwóch miesięcy

– Szanse na to, że w sprawie OFE zapadnie decyzja, która nie pociągnie za sobą zniszczenia drugiego filaru, są niewielkie – mówi Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu oceniając toczącą się dyskusję wokół systemu emerytalnego i propozycje rządu w tym zakresie. Proponuje czasowe zawieszenie składki do OFE, co pomogłoby rządowi poradzić sobie z poważnymi problemami finansów publicznych. Jednocześnie dałoby czas na poważne zastanowienie się nad reformą całego systemu emerytalnego.

Ministerstwo Finansów wspólnie z resortem pracy przedstawiło przed dwoma tygodniami raport na temat funkcjonowania OFE, a w nim trzy warianty proponowanych zmian. Jeden zakłada wycofanie środków, którymi OFE obraca dzisiaj na rynku obligacji i przekazanie ich do ZUS. Drugi daje ubezpieczonemu możliwość podjęcia decyzji, czy nadal chce przekazywać swoją składkę do OFE, czy też woli, by tymi środkami dysponował Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Wreszcie wariant trzeci, który pozwalałby dzielić składkę między OFE a ZUS.

– Cokolwiek by na ten temat nie mówiono, to sama treść, kształt raportu rządowego jednoznacznie wskazuje na to, że głównym motorem dokonywania zmian w finansowaniu OFE była sytuacja finansów publicznych – mówi Janusz Jankowiak.

Zdaniem głównego ekonomisty Polskiej Rady Biznesu żadna z przedłożonych propozycji nie jest propozycją optymalną. Należałoby dziś wziąć pod uwagę jeszcze inne rozwiązanie.

– Sytuacja finansów publicznych jest bardzo trudna w tej chwili i w związku z tym uważam, że można byłoby rozważyć wariant, o którym już dawno mówiliśmy, czyli wariant zawieszenia składki do OFE – mówi ekonomista.

Ten czas można byłoby wykorzystać na rzeczową dyskusję na temat kierunków zmian w systemie emerytalnym, z uwzględnieniem przede wszystkim zwiększenia efektywności funkcjonowania OFE.

– Realistycznie patrząc na tę dyskusję i rekomendacje, które rząd zawarł w swoim raporcie, niewielkie są szanse na to, by zapadła racjonalna decyzja, która nie pociągałaby za sobą zniszczenia drugiego filaru emerytalnego – dodaje Jankowiak.

Janusz Jankowiak, wspólnie z byłym ministrem finansów Mirosławem Gronickim opracowali raport na temat wpływu OFE na dług publiczny. Udowodnili w nim m.in., że gdyby nie OFE, dług publiczny Polski na koniec 2012 roku sięgnąłby 50,7 proc., a nie – jak szacuje ministerstwo – 38,1 proc.

Rządowe plany dotyczące reformy emerytalnej i przyszłości otwartych funduszy emerytalnych mamy poznać w ciągu dwóch miesięcy.

W 2013 r. rynek cloud computingu w Polsce będzie wart 300 mln zł

Dynamika rynku cloud computingu w Polsce utrzymuje się na nadal wysokim poziomie. W 2013 r. wynosić będzie 28%, pomimo spadku o 5 p.p. w stosunku do 2012 r. Obniżenie dynamiki nie oznacza jednak zmniejszenia zainteresowania klientów końcowych tym modelem. Wręcz przeciwnie, popyt z roku na rok jest coraz wyższy, a spadek dynamiki jest przede wszystkim wynikiem powiększenia bazy.

Według najnowszego raportu PMR „Rynek przetwarzania danych w chmurze w Polsce 2013. Prognozy rozwoju na lata 2013-2017”, wartość rynku cloud computingu w Polsce, obejmującego zarówno usługi wdrażane w modelu chmury prywatnej, jak i publicznej w 2012 r. wyniosła 234 mln zł. Rynek ten odznacza się wysoką dynamiką wzrostową, z roku na rok przekraczającą poziom 30%. Pomimo znacznych różnic w modelu wdrożenia oraz dostarczania technologii i poziomu jej adopcji przez firmy duże oraz małe i średnie, można nadal uznać, że jest to rynek młody. Przekłada się to, jak wspomniano, na wysoką dynamikę. W rezultacie, w 2013 r. rynek osiągnie wartość 300 mln zł.

Na polskim rynku cloud computingu przeważają przychody z chmury publicznej. Co więcej, udział tego segmentu w ostatnich paru latach odnotowywał tendencje wzrostowe. „Nie było to spowodowane spadkami wartości rynku w modelu chmury prywatnej, ale raczej wyższymi wzrostami przychodów dostawców z usług chmury publicznej”, twierdzi Zoran Vučković, autor raportu. W odniesieniu do klientów końcowych, na polskim rynku cloud computingu przeważają przychody z segmentu firm dużych, zatrudniających ponad 250 osób. Pomimo coraz większej penetracji usługami, wysokiego stopnia wirtualizacji serwerów oraz medialnego nagłaśniania, nadal jednak większość firm w Polsce z segmentu MŚP dopiero po raz pierwszy spotyka się z rozwiązaniami typu cloud computing.

Również dostawcy coraz bardziej poszerzają własne portfolio usług. Z jednej strony coraz większa liczba dostawców oprogramowania dołącza do swojej oferty usługi cloud computing. Z drugiej strony (na przykład w segmencie IaaS) dochodzi do ewolucji i dalszego rozwoju samych usług – od wirtualnych serwerów do oferowania bardziej zaawansowanych funkcji, jak na przykład przechowywanie plików w chmurze czy rozwiązania PaaS. Podobnie do sytuacji z poprzednich lat, nasilają się działania edukacyjne dostawców dotyczące samej technologii cloud computing. Działania te stopniowo przełamują obawy klientów końcowych, najczęściej związane z bezpieczeństwem. Skutkuje to z kolei coraz lepszym zrozumieniem technologii i jej poszczególnych modelów przez klientów końcowych, co przekłada się na wzrost zainteresowania technologią. Klienci coraz częściej rozumieją, jakie konkretnie korzyści biznesowe mogą odnieść dzięki zastosowaniu technologii przetwarzania danych w chmurze.

Według badania przeprowadzonego przez PMR na próbie 200 największych firm IT w Polsce w maju 2013 r., nadal kluczowym czynnikiem wpływającym na rozwój rynku cloud computingu w Polsce jest poszukiwane oszczędności przez firmy. Jako dominujący czynnik właśnie ten wymieniło 34% respondentów. W porównaniu z 2012 r. oznacza to wzrost znaczenia tego czynnika o 3 p.p. Na drugim miejscu znalazł się wzrost rynku mobilnego internetu, który wymieniło 26% badanych. Wśród pozostałych czynników należy wymienić względy bezpieczeństwa (23%), regulacje prawne (13%), przepustowość sieci telekomunikacyjnych (11%) oraz coraz większą ilość przetwarzanych danych (9%).

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Rynek przetwarzania danych w chmurze w Polsce 2013. Prognozy rozwoju na lata 2013-2017”.

Getin Holding podpisał umowę przejęcia białoruskiego banku BBMB za 21,1 mln zł

Getin Holding S.A. zawarł warunkową umowę nabycia akcji Spółki Akcyjnej „Białoruski Bank Małego Biznesu” z siedzibą w Mińsku (Belarusian Bank for Small Business). Getin chce w ten sposób zwiększyć obecność na białoruskim rynku kredytów dla małych i średnich przedsiębiorców. Wcześniej w 2008 r. Getin przejął 75% akcji białoruskiego Sombelbanku za 4,5 mln euro koncentrującego się na sprzedaży kredytów gotówkowych.

Umowa została zawarta z następującymi akcjonariuszami Banku: Europejskim Bankiem Odbudowy i Rozwoju, International Finance Corporation, Nederlandse Financierings-Maatschappij Voor Ontwikkelingslanden N.V., Kreditanstalt Fuer Wiederaufbau, Swedfund International AB, Shorecap International Ltd. oraz Shorebank International Ltd. i dotyczy nabycia łącznie 287.689 akcji o wartości nominalnej 237.000 rubli białoruskich.

Celem nabycia Banku jest zwiększenie obecności na białoruskim rynku kredytów dla małych i średnich przedsiębiorców. Transakcja wpisuje się w ramy strategii działalności Getin Holding, zgodnie z którą głównym przedmiotem działalności Getin Holding jest działalność inwestycyjna polegająca na wyszukiwaniu i realizacji projektów inwestycyjnych na rynkach krajowych i zagranicznych, a następnie tworzeniu wartości w spółkach wchodzących w skład portfela inwestycyjnego poprzez nadzór i koordynację ich rozwoju.

Getin Holding aktywnie działa na rynkach Europy Wschodniej, gdzie posiada trzy banki oraz firmę leasingową. Idea Bank jest liderem ukraińskiego rynku kredytów samochodowych, natomiast białoruski Sombelbank koncentruje się na sprzedaży kredytów detalicznych. Ważną pozycję w międzynarodowej strukturze grupy Getin Holding zajmuje działająca w Rosji spółka Carcade, będąca jednym z liderów tamtejszego rynku leasingowego. W 2011 roku Getin Holding nabył, za pośrednictwem Carcade, działający na terenie Federacji Rosyjskiej Kubanbank.

MCI Management inwestuje w sklep internetowy Answear.com

MCI.TechVentures, fundusz z Grupy MCI inwestujący w spółki technologiczne na etapie wzrostu i ekspansji, zrealizował inwestycję w Wearco sp. z o.o., spółkę prowadzącą Answear.com, największy w Polsce oraz Europie Środkowo-Wschodniej multibrandowy sklep odzieżowy online, oferujący ponad 200 najpopularniejszych światowych marek odzieży, obuwia i akcesoriów.

Fundusz MCI.TechVentures obejmując mniejszościowy pakiet udziałów w Wearco, konsekwentnie realizuje strategię inwestycyjną zakładającą inwestycje w spółki posiadające pozycję lidera w wybranych segmentach rynku e-commerce, charakteryzujących się dużym potencjałem wzrostu.

– Answear.com, oferujący ponad 200 marek i 15 tys. produktów jest pierwszym projektem o tak dużej skali na rynku polskim, który może z sukcesem wykorzystać wysoką dynamikę wzrostu segmentu e-fashion – powiedział Sylwester Janik, Partner w MCI Management S.A. prowadzący projekt – Jednocześnie, spółka jest rozwijana przez doświadczonych przedsiębiorców, którzy odnieśli sukces nie tylko w zakresie budowy sieci tradycyjnych sklepów odzieżowych, lecz również wprowadzania własnych marek, co jest ważne dla zyskowności tego typu przedsięwzięć jak Answear.com – dodaje.

Answear.com to czwarta po Intymna.pl (lider segmentu sprzedaży bielizny online), KupiVIP.ru (lider sprzedaży odzieży online w Rosji w formule klubu zakupowego) oraz 21Diamonds.de (lider sprzedaży biżuterii i dodatków w Niemczech) spółka z segmentu e-fashion w portfelu inwestycyjnym MCI. TechVentures. Podobnie jak w przypadku trzech pierwszych inwestycji, zaangażowanie MCI w Answear.com nie ograniczy się tylko do inwestycji finansowej. Celem funduszu jest wsparcie zarządu spółki w zakresie realizacji strategii rozwoju zakładającej wzrost udziału w rynku w Polsce oraz krajach sąsiednich.

– Celem jest umocnienie pozycji rynkowej Answear.com w Polsce i wybranych krajach Europy Środkowo-Wschodniej w segmencie multibrandowych sklepów online. Jesteśmy przekonani, że dzięki pozyskaniu tak doświadczonego inwestora jakim jest fundusz MCI.TechVentures osiągniemy ten cel szybciej, m.in. poszerzając ofertę produktową dla klientów, zwiększając nakłady na promocję oraz wprowadzając własną markę”- powiedział Krzysztof Bajołek, Prezes i założyciel Wearco.

Polski rynek e-commerce charakteryzuje się dużym potencjał wzrostu. Wyniki badań wskazują, że w ubiegłym roku na zakupy w Internecie Polacy wydali 21 mld zł Według danych Forrester Research wartość e-handlu w Polsce wzrośnie w 2013 roku o 24 proc., dzięki czemu Polska będzie liderem w Europie pod względem dynamiki wzrostu. Równie optymistyczne są dane firmy Nielsen. Według jej badań branża internetowa zyskuje coraz większe zaufanie wśród Polaków, dzięki czemu w najbliższym czasie liczba klientów robiących zakupy w sklepach internetowych może zwiększyć się o blisko 25%.

O Wearco sp. z o.o., (Answear.com):

Spółka została założona w 2011 r. przez Krzysztofa Bajołka i zespół związany poprzednio z Artmanem (marki House i Mohito) i LPP. Answear.com to pierwsza multibrandowa platforma e-commerce w polskiej branży odzieżowej. Answear to połączenie sklepu internetowego i bogatej części lifestylowej, w obrębie której publikowane są sesje wizerunkowe i rekomendacje profesjonalnych stylistów. W 2011 r. otworzył swój pierwszy salon stacjonarny w kieleckiej galerii Echo. Wśród ponad 200 marek dostępnych w Answear znajdują się między innymi G-Star, Pepe Jeans, Scotch &Soda, Tom Tailor, Diesel, Tommy Hilfiger, Marco Polo, Calvin Klein, Melissa, Guess Jeans, Jack & Jones, Vero Moda, Nike Sportswear, Adidas, Desiquel, Clark, Vagabond, Onitsuka Tiger, Cheap Monday.

Według rankingu sklepów internetowych (edycja 2012) przygotowanego przez money.pl, Gazetę Wyborczą i portal wyborcza.biz, Answear.com zajął 1. miejsce w kategorii moda (odzież, obuwie, biżuteria).

Franczyzodawca nie może narzucać swoim partnerom sztywnych cen towarów – decyzja UOKiK

W grudniu 2012 r. Prezes UOKiK wszczęła postępowanie, w którym przeanalizowane zostały umowy stosowane przez spółkę Sfinks Polska oraz zasady, na podstawie których działa zarządzana przez nią sieć restauracji Sphinx. Pod tą marką działa 91 placówek, z czego 45 to restauracje franczyzowe, prowadzone przez niezależnych przedsiębiorców. Przeprowadzone postępowanie wykazało, że spółka zobowiązuje franczyzobiorców do stosowania sztywnych cen sprzedaży produktów w sieci restauracji Sphinx. Nie mogą oni również stosować akcji promocyjnych bez uprzedniej zgody Sfinks Polska. Porozumienie trwa nieprzerwanie od 2000 r. W tym czasie przedsiębiorcy nie mogli stosować innych cen niż ustalone ze spółką Sfinks Polska. Za złamanie zasad porozumienia groziły kary umowne, a nawet możliwość rozwiązania umowy.

Skutki porozumienia są odczuwalne również przez konsumentów, którym ograniczono możliwość zakupu w restauracjach sieci Sphinx po cenach niższych niż odgórnie narzucone.

Za udział w porozumieniu ograniczającym konkurencje grozi kara finansowa w maksymalnej wysokości do 10 proc. przychodu osiągniętego w roku poprzedzającym wydanie decyzji. Za zawarcie porozumienia ograniczającego konkurencję na spółkę Sfinks Polska została nałożona kara finansowa w wysokości 464 228,92 zł. Prezes Urzędu nakazała również zaprzestania stosowania niedozwolonej praktyki. Decyzja nie jest ostateczna, przysługuje od niej możliwość odwołania do sądu.

Decyzja UOKiK dotycząca ustalania cen w umowach franczyzowych jest jedną z niewielu wydanych dotychczas przez europejskie organy antymonopolowe. Warto jednak podkreślić, że nie oznacza ona zakwestionowania takiej formy współpracy pomiędzy przedsiębiorcami, która jest dozwolona, jednak zgodnie z prawem antymonopolowym podmioty gospodarcze prowadzące działalność na własny rachunek powinny mieć swobodę w samodzielnym kształtowaniu polityki cenowej. Dlatego też franczyzodawcy nie mogą ustalać stawek minimalnych i sztywnych, jakie mogą stosować ich partnerzy handlowi. Zgodne z prawem jest natomiast rekomendowanie określonych cen, pod warunkiem, że nie są one wiążące dla franczyzobiorcy. Dozwolone jest również ustalenie maksymalnych stawek, o ile sprzedawca może bez konsekwencji oferować konsumentom tańsze produkty lub usługi.

Komentarz dzienny, 12 lipca 2013

Najnowsze dane GUS o bilansie handlowym sugerują, że pomiędzy kwietniem i majem eksport zmniejszył się o 463 mln EUR zaś import zwiększył się o 218 mln EUR. Odpowiada to zmniejszeniu salda handlowego z 507 mln EUR do -173 mln EUR. Biorąc pod uwagę nasze wcześniej sformułowane prognozy, mają one wciąż rację bytu – rozbieżności rzędu 100-200mln EUR, czyli w wielkościach względnych do 1,5% to rozbieżności niewielkie, mieszczące się z dużą nawiązką w typowym zakresie rozbieżności danych GUS i NBP. Tym samym nie decydujemy się na zmianę naszej prognozy dotyczącej i bilansu handlowego i całego rachunku obrotów bieżących. Pozostają one na poziomie odpowiednio +211 mln EUR oraz około 0 mln EUR.

Reformy systemu ochrony zdrowia największym wyzwaniem dla branży farmaceutycznej

Aż 61 proc. przedstawicieli sektora farmaceutycznego i ochrony zdrowia boi się ryzyka, na jakie ich firmy są narażone w związku z reformami systemu ochrony zdrowia, które zostały przeprowadzane w wielu krajach. Choć połowa z nich upatruje w reformach szansy na rozwój, to jednocześnie 41 proc. przyznaje, że nie jest do tego przygotowana. To najważniejsze wnioski z globalnego badania „Health care reform and life sciences: Threat, opportunity or both?” przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte.

Raport, który został przygotowany przy współpracy z The Economist Intelligence Unit, opiera się na wynikach ankiety przeprowadzonej wśród blisko trzystu przedstawicieli kadry kierowniczej spółek prowadzących działalność w sektorze farmaceutycznym i ochrony zdrowia.*

Przeprowadzona analiza The Economist Intelligence Unit pokazuje, że wydatki na opiekę zdrowotną rosną. Na przykład w tym roku publiczne i prywatne środki przeznaczone na ten cel wyniosą w Europie Zachodniej średnio ponad 4,3 tys. dolarów na osobę. Za trzy lata będzie to 4,6 tys. dolarów. W Europie Środkowej i Wschodniej kwoty te są cztery razy mniejsze (2013 r. – 945 dolarów, 2016 r. – 1.211 dolarów) i są porównywalne z krajami Ameryki Łacińskiej. Jednak trwający od kilku lat kryzys ekonomiczny i konieczność optymalizacji kosztów wymógł na rządach wielu państw reformy systemu ochrony zdrowia. W ostatnich latach przeprowadzono je m.in.: w USA, Wielkiej Brytanii, Chinach, Brazylii, Niemczech i Francji. „Zmiany na dużych rynkach w Europie, USA i Azji miały wpływ na sektor na całym świecie. Kryzys powoduje m.in. presję cenową wywieraną na firmy farmaceutyczne oraz zastępowanie leków patentowych przez tańsze preparaty generyczne” – mówi Agnieszka Sarna, Menedżer, zespół Doradztwa dla Sektora Farmaceutycznego i Ochrony Zdrowia Deloitte.

Dlatego największym wyzwaniem dla ponad 40 proc. przedstawicieli sektora farmaceutycznego i ochrony zdrowia są kontakty z niedawno powołanymi lub zreformowanymi agendami rządowymi, które często same jeszcze nie wiedzą w jaki sposób mają funkcjonować. Aż 43 proc. badanych firm przyznało, że zwiększyło budżety działów, które odpowiadają za kontakty ze stroną rządową.

Choć 41 proc. ankietowanych na drugim miejscu swoich priorytetów umieściło dostosowanie strategii biznesowej do nowych realiów, to jednocześnie podobny odsetek badanych przyznał, że podejście ich firm do zmieniającej się rzeczywistości jest bardziej reaktywne (41 proc.) niż strategiczne (20 proc.). Według raportu, dogłębne zrozumienie istoty przeprowadzanych reform oraz opracowanie globalnych planów działania to poważne wyzwanie dla wielu firm z tego sektora.

Raport wskazuje także, że celem reform systemu ochrony zdrowia w wielu krajach, obok optymalizacji kosztów czy zwiększenia dostępu pacjentów do rynku ochrony zdrowia, jest także nacisk na rozwój innowacyjności produktów medycznych i innych artykułów wytwarzanych przez spółki z tego sektora. Tak jest m.in. w Chinach, Brazylii czy Wielkiej Brytanii, w których firmy prowadzące działalność naukowo-badawczą mają łatwiejszy dostęp do finansowania lub preferencyjne stawki podatkowe. Zdaniem ekspertów Deloitte jest to szansa na rozwój dla branży farmaceutycznej i medycznej, które już teraz powinny zmodyfikować proces prowadzonych prac badawczo-rozwojowych, aby dostosować się do nowych warunków. Dostrzegają to także sami badani, spośród których aż 65 proc. deklaruje, że zmieniło lub zmieni swoje podejście do procesu innowacji w ciągu najbliższych trzech lat. Z kolei 58 proc. badanych woli dostosować swoje modele sprzedaży do nowych wymogów regulacyjnych.

Reformy wiążą się z istotnymi wyzwaniami, ale niemal połowa ankietowanych (47 proc.) dostrzega w nich również ogromne możliwości rozwoju. Dlatego 39 proc. respondentów stawia na tworzenie produktów spełniających wymagania reformowanych systemów ochrony zdrowia, w szczególności ukierunkowanych na realizację potrzeb pacjenta. Ponad jedna trzecia przedstawicieli branży farmaceutycznej (36 proc.) uważa, że szerszy dostęp do rynku stanowi jedną z głównych możliwości, jakie otwierają się przed nimi dzięki wdrożonym reformom.

„Reformy systemu ochrony zdrowia to temat globalny i dotyka również Europę Środkową, w tym Polskę. Aby sektor mógł je potraktować jako wyzwanie i szansę na rozwój musi podejść do nich elastycznie i strategicznie, a nie reaktywnie. Kluczem do sukcesu jest przygotowanie wszystkich działów w firmie na nadchodzące zmiany, a nie tylko koncentrowanie się na marketingu i sprzedaży” – podsumowuje Bartosz Krawczyk, Menedżer w dziale Konsultingu, Deloitte.

O badaniu:

W ankiecie wzięło udział 295 osób, z czego po 33 proc. pochodziło z Europy Zachodniej i Ameryki Północnej, 26 proc. z regionu Azji i Pacyfiku, a pozostała część z Bliskiego Wschodu, Afryki i Ameryki Łacińskiej. Pięćdziesiąt osiem procent badanych pracuje dla firm, których globalne przychody roczne przekraczają 500 mln dolarów. Wszyscy ankietowani reprezentują sektor life sciences and health care – z czego największy odsetek, bo aż 36 proc. stanowią pracownicy sektora farmaceutycznego (badania i rozwój, produkcja, dystrybucja hurtowa), producenci urządzeń medycznych i pracownicy spółek diagnostycznych (20 proc.), usługodawcy (20 proc.) oraz przedstawiciele branży biotechnologicznej (13 proc.). Pozostali respondenci to przedstawiciele systemu ochrony zdrowia, dystrybucji i branży ubezpieczeń zdrowotnych. Stu dwudziestu ankietowanych to członkowie zarządów badanych firm.

Koszt zwolnienia pracownika w Polsce jest ponad dwa razy niższy niż w Europie Zachodniej

Polski pracodawca ponosi dużo niższe koszty związane ze zwolnieniem pracownika, niż zachodnioeuropejscy przedsiębiorcy. W krajach tzw. starej Unii wypowiedzenie umowy o pracę kosztuje pracodawcę ponad dwa razy więcej niż w Europie Środkowej i Wschodniej. Najdroższe kraje pod tym względem to Włochy i Belgia. Jednak w wielu państwach pod wpływem kryzysu ekonomicznego przepisy prawa pracy uelastyczniają się i dają zatrudniającym coraz większą swobodę – to najważniejsze wnioski z najnowszego badania „International Dismissal Survey” przeprowadzonego w 25 krajach Europy przez kancelarię prawniczą Deloitte Legal.

W związku ze spowolnieniem gospodarczym cała Europa boryka się z rosnącym bezrobociem. Ten problem nie ominął także Polski. W naszym kraju dodatkowo trwa dyskusja o korzyściach i wadach tzw. elastycznych form zatrudnienia, takich jak umowa o dzieło czy umowa zlecenie, które wypierają zatrudnienie na podstawie umowy o pracę. Polscy pracodawcy narzekają na wysokie koszty związane z utrzymaniem pracownika, jednak jak pokazuje badanie kancelarii prawniczej Deloitte Legal, Polska jest w czołówce krajów, w których koszt związany ze zwolnieniem osoby, która była zatrudniona na etacie na czas nieokreślony, jest jednym z najniższych.

W raporcie przyjęto jednakowe kryteria dla wszystkich 25 państw. Rozpatrywano dwa hipotetyczne przypadki radców prawnych z branży IT zatrudnionych na podstawie umowy o pracę zwolnionych z powodów leżących po stronie pracownika (np. naruszenie postanowień umowy o pracę, brak satysfakcji pracodawcy z wyników pracy pracownika) oraz z przyczyn ekonomicznych, tj. niezależnych od pracownika. Jeden z nich miał 35 lat, siedem lat stażu w tej firmie i roczną pensję podstawową w wysokości 60 tys. euro, drugi zaś był 49-latkiem z 11-letnim stażem i pensją w wysokości 120 tys. euro. Okazuje się, że Polska jest jednym z tych krajów, w których koszty zwolnienia pracowników w obu analizowanych przypadkach są jednymi z najniższych w Europie i wynoszą średnio 22 tys. euro (w przypadku 35-latka) i 41 tys. euro (49-latek). Podobne wyniki osiągnęły inne kraje regionu jak Czechy, Słowacja, Chorwacja czy Bułgaria, choć „najtańszym” państwem pod tym względem okazała się Łotwa. Dla porównania we Włoszech („najdroższego kraju”) w jednym z rozpatrywanych przykładów suma kosztów dla pracodawcy przekraczała 330 tys. euro.

„Włoskiego pracodawcę zwolnienie pracownika kosztuje najwięcej. W Europie Zachodniej koszty te w zależności od wysokości pensji i stażu pracy są średnio 2.3-2.7 razy wyższe niż w naszym regionie. Wynika to przede wszystkim z dłuższych okresów wypowiedzenia w umowach o pracę w krajach starej Unii oraz komplikacji regulacyjnych, które wymagają często ingerencji prawników, a to oczywiście zwiększa koszty po stronie zatrudniających” – tłumaczy Mariusz Śron, Radca Prawny, Partner Asscociate w kancelarii Deloitte Legal, Pasternak, Korba i Wspólnicy.

Porównanie 25 państw pokazało, że w 80 proc. z nich nie ma różnic lub są one minimalne pomiędzy kosztami pracodawcy ponoszonymi przy wypowiedzeniu z przyczyn leżących po stronie pracownika i z przyczyn ekonomicznych. Polska jest jednak wśród tych państw, gdzie takie różnice występują (oprócz naszego kraju są to także Dania, Czechy, Bułgaria i Słowacja). Są one związane głównie z koniecznością dodatkowej wypłaty w postaci odpraw pieniężnych przy wypowiedzeniu z przyczyn ekonomicznych, których nie uwzględniają przepisy Kodeksu Pracy odnoszące się do wypowiedzenia umowy o pracę z powodów zależnych od pracownika. Czechy są przykładem kraju, gdzie odprawa może podnieść koszty zwolnienia nawet więcej niż dwukrotnie.

We wszystkich omawianych przypadkach koszty wypowiedzenia są zależne od stażu pracy, zgodnie z zasadą: im więcej przepracowanych lat w danej firmie tym dłuższy okres wypowiedzenia i dłuższy obowiązek pracodawcy do wypłaty wynagrodzenia należnego zwalnianemu pracownikowi. Zgodnie z polskim Kodeksem Pracy jeżeli osoba mająca umowę na czas nieokreślony przepracowała w danym miejscu mniej niż sześć miesięcy należy jej się dwa tygodnie wypowiedzenia, powyżej pół roku do trzech lat – jeden miesiąc, a dla pracownika ze stażem większym niż trzy lata – trzy miesiące. Polska, podobnie jak inne kraje naszego regionu nie jest dla zatrudnionych pod tym względem zbyt hojna. Najkrótsze okresy wypowiedzenia, nieprzekraczające miesiąca, obowiązują m.in. na Łotwie i w Rumunii. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w Skandynawii, gdzie mogą trwać nawet do sześciu miesięcy, co oczywiście podnosi koszty po stronie pracodawcy. Ciekawym przypadkiem jest Wielka Brytania, w której obowiązuje system prawa precedensowego gdzie przyjmuje się, że na każdy przepracowany rok przypada tylko tydzień wypowiedzenia, ale łącznie nie więcej niż 12 tygodni, co w praktyce sprawia, że Wielka Brytania jest krajem, w którym obowiązuje najkrótszy w Europie, 1 –tygodniowy okres wypowiedzenia dla pracownika zatrudnionego na podstawie umowy o pracę, który przepracował u danego pracodawcy okres krótszy niż jeden rok.

Duże różnice pomiędzy krajami europejskimi są także w przypadku wysokości odprawy pieniężnej. Polska i jej sąsiedzi także pod tym względem są niezwykle oszczędni. Polak w zależności od stażu może liczyć na odprawę w wysokości do trzech miesięcznych wypłat. Tymczasem na przykład jeszcze do niedawna pracownik w Hiszpanii miał prawo nawet do 12-miesięcznej odprawy, a Włoch mógł liczyć na jednomiesięczną rekompensatę za każdy przepracowany rok.

„W Hiszpanii jeszcze do niedawna pracodawca praktycznie nie miał możliwości zwolnienia pracownika, a nawet jeśli mu się to udało, wiązało się to z obowiązkiem wypłaty ogromnych sum, Wzrost bezrobocia i sytuacja ekonomiczna w tym kraju zmusiły ustawodawców do zmiany regulacji na rynku pracy. W tej chwili tamtejsze prawo pracy idzie w kierunku większego uelastycznienia poprzez szereg radykalnych reform, co ma przynieść pozytywny impuls na rynku, na którym co czwarta osoba nie ma zatrudnienia. Podobne trendy obserwujemy także we Włoszech” – wyjaśnia Marta Jóźwiak, Starszy Prawnik w Deloitte Legal. W niektórych krajach skandynawskich oraz Europy Zachodniej (Niemcy, Holandia, Belgia) pracownik w ogóle nie ma prawa do odprawy, chyba że ma ją wcześniej wpisaną w umowie o pracę. Przykładem skrajności w drugą stronę może być np. Szwecja, w której obywatele nie mają co prawda przyznanego prawa do odprawy na gruncie obowiązujących przepisów, ale w praktyce, w umowie o pracę strony z reguły decydują się na umowne prawo do odprawy w wysokości od 6 do nawet 15 miesięcznych pensji. Interesujące może być rozwiązanie przyjęte przez węgierskiego ustawodawcę w styczniu bieżącego roku polegające na możliwości wprowadzenia w umowie o pracę klauzuli zobowiązującej pracodawcę i pracownika do nierozwiązywania umowy o pracę przez okres 1 roku.

Z punktu widzenia pracownika najmniej korzystne prawo pracy funkcjonuje w Belgii, gdzie pracodawca ma niemalże władzę absolutną, np. nie musi podawać przyczyny zwolnienia pracownika. W kraju tym jednocześnie prawo w sposób wyraźny inaczej traktuje pracowników umysłowych i fizycznych. Zwolnienia tych pierwszych wiążą się z dużo większymi odszkodowaniami, co powoduje, że Belgia jest drugim najdroższym krajem pod względem wypowiedzenia umów o pracę.

O badaniu:
Raport „International Dismissal Survey” został opracowany przez zespół Deloitte Legal w Belgii. Badanie przeprowadzono w 25 krajach Europy: Austria, Azerbejdżan, Belgia, Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Dania, Niemcy, Finlandia, Francja, Węgry, Włochy, Łotwa, Litwa, Norwegia, Niderlandy, Polska, Rumunia, Rosja, Słowacja, Słowenia, Hiszpania, Szwecja, Szwajcaria oraz Wielka Brytania.

Analitycy Domu Maklerskiego DI BRE: obligacyjny wariant reformy OFE najlepszy dla rynku akcji

Reforma OFE wydaje się być nieunikniona. Eksperci Domu Maklerskiego DI BRE przeanalizowali wszystkie opcje i ich potencjalne skutki ekonomiczne. Inwestorzy giełdowi powinni trzymać kciuki za wariant obligacyjny lub liczyć na to, że niewielu ubezpieczonych zdecyduje się na transfer środków do ZUS.

Główne cele reformy jakie stawia rząd to obniżenie wskaźników zadłużenia w relacji do PKB (pozwoliłoby to na obniżenie kosztów finansowania deficytu i zmniejszenie premii płaconej do kredytów detalicznych i korporacyjnych), zmiana modelu zarządzania w OFE na zbliżony do modelu TFI, utrzymanie gwarancji minimalnej emerytury oraz wprowadzenie zasady „suwaka bezpieczeństwa”, zgodnie z którą wypłaty emerytur powinny być realizowane przez ZUS, co oznacza, że zgromadzone oszczędności byłyby, przed wejściem ubezpieczonego w okres emerytalny, stopniowo tam transferowane.

Najszybszy we wdrożeniu byłby wariant obligacyjny – nie wymaga dużej liczby aktów wykonawczych jak pozostałe propozycje. Znana byłaby też wysokość aktywów, które przejąłby ZUS – rząd nie ryzykowałby, że zbyt mały odsetek uczestników OFE zdecyduje się na zmianę. Brak limitu inwestycji w akcje (obecnie wynosi 47,5 proc.), możliwość inwestowanie przez OFE w większość komercyjnych instrumentów finansowych oraz zniesienie mechanizmu minimalnej stopy zwrotu i uzupełniania niedoboru sprawiają, że wariant obligacyjny wydaje się być najkorzystniejszy dla rynku akcji. Obecnie składka do OFE to 2,8 proc. wynagrodzenia, alokowana w różne klasy aktywów. Jest to bardzo pozytywny scenariusz dla akcji, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę wzrost limitu alokacji w akcje zagraniczne do 30 proc oraz wprowadzenie „suwaka bezpieczeństwa”, który automatycznie spowoduje przepływ części środków do ZUS.

– Wariant obligacyjny jest najprostszy technicznie – byłby najszybciej zaimplementowany. Co więcej, rząd uniknąłby ryzyka „efektu nacjonalizacji” przedsiębiorstw notowanych na giełdzie. OFE pozostałyby ważnym elementem w budowaniu rynku kapitałowego i wzrostu gospodarczego – mówi Michał Marczak, szef analityków Domu Maklerskiego DI BRE. – Ten scenariusz wydaje się być wyjściem najbardziej optymalnym, uwzględniającym interesy różnych stron.

Warianty zakładające dobrowolność rezygnacji z OFE są dla rządu najbardziej atrakcyjne z politycznego punktu widzenia. Decydujący głos oddany w ręce społeczeństwa zapewni rządzącym większą przychylność przed zbliżającymi się wyborami (bezpośrednia ingerencja w system emerytalny mogłaby nieść za sobą spadek poparcia dla Platformy Obywatelskiej). Co więcej, potencjalnie aktywa ZUS mogą zostać zasilone większą kwotą niż w przypadku wariantu obligacyjnego. Jeżeli ponad 53 proc. osób (proc. aktywów netto) zdecyduje się na zamianę OFE na ZUS, rząd będzie tego beneficjentem. W przypadku wariantu „dobrowolność plus” przepływ środków do ZUS byłby, zdaniem analityków Domu Maklerskiego DI BRE, niemal stuprocentowy – liczba osób zainteresowanych przymusowym odkładaniem dodatkowych 2 proc. wynagrodzenia będzie niska. Taki scenariusz miałby negatywne skutki dla rynku akcji (w jakim stopniu – zależałoby od skali napływu nowego kapitału – wysokości transferów i limitów). W wariancie dobrowolnym wszystko zależałoby od tego, jaki odsetek ubezpieczonych zdecydowałaby się na przejście do ZUS oraz od innych czynników takich jak limit inwestycji w akcje. Stąd trudność w jednoznacznej ocenie wpływu tego wariantu na rynek akcji.

Przy niskich transferach do ZUS i wysokich limitach – będzie on pozytywny, w sytuacji wysokich transferów i niskich limitów – negatywny. Przy limicie inwestycji w akcje na poziomie 47,5 proc., nawet gdy jedynie 30 proc. aktywów OFE transferowanych jest do ZUS, ten nie jest w stanie wymienić wszystkich posiadanych akcji na inne bardziej płynne aktywa. ZUS/FRD same zarządzałyby portfelem lub przekazywały akcje w zarządzanie do instytucji finansowych (przy czym dokument opublikowany przez ministerstwa wyraźnie mówi o ich upłynnieniu – nawis podażowy). W przypadku braku limitu ograniczającego inwestycje OFE w akcje, ZUS dokonywałby maksymalnej zamiany akcji na inne aktywa. Przy takim założeniu, do 60 proc. aktywów transferowanych do ZUS oznacza, że w I filarze nie ma problemu portfela akcyjnego. De facto scenariusz ten nie różni się od wariantu obligacyjnego.

Niepewność inwestorów może potrwać jeszcze kilka miesięcy. Kolejny krok to skierowanie projektów do konsultacji społecznych (najprawdopodobniej potrwa to 30 dni). Po tym czasie rząd powinien podjąć ostateczną decyzję o wyborze konkretnego wariantu. Rozpocznie się proces opracowywania aktów prawnych umożliwiających przeprowadzenie reformy, a następnie konieczne będzie przeprowadzenie procesu legislacyjnego. Ostatnią fazą, ale tylko w przypadku scenariuszy dobrowolności, jest okres, w którym klienci OFE będą musieli określić czy chcą pozostać w prywatnym systemie, czy przejść do ZUS (ok. 3 miesiące).

W 2012 roku trzykrotnie wzrosła ilość ataków internetowych na małe i średnie firmy

Cyberprzestępczość dotyka nie tylko duże korporacje czy instytucje rządowe. Coraz częściej ofiarami ataków w sieci padają również małe i średnie przedsiębiorstwa. Tymczasem prawie 70 proc. przedstawicieli małych firm nie wierzy lub nie wie, że naruszenie bezpieczeństwa danych spowoduje skutki finansowe lub negatywnie wpłynie na wiarygodność ich biznesu. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte właściciele małych firm powinni inwestować w szkolenie pracowników i wypracować procedury, których przestrzeganie zapewni im bezpieczeństwo w sieci.

W przygotowanym przez firmę Symantec 18 wydaniu „Raportu o zagrożeniach bezpieczeństwa w internecie” (Internet Security Threat Report — ISTR) ujawniono, że w 2012 r. aż o 42% wzrosła liczba ataków ukierunkowanych. Ataki te, stworzone po to, by wykradać własność intelektualną,coraz częściej dotyczą też sektora przemysłowego oraz małych firm (31% wszystkich przypadków). Małe firmy są nie tylko atrakcyjnym celem same w sobie, ale też umożliwiają cyberprzestępcom dotarcie do większych przedsiębiorstw, będąc elementem łańcucha dostaw. Z raportu wynika też, że nie tylko firmy, ale także pracownicy są narażeni na zagrożenia internetowe – przede wszystkim ataki typu „ransomware” oraz ataki na urządzenia mobilne.

„Tegoroczny raport ISTR pokazuje, że przestępcy nie zwalniają tempa i wynajdują nowe sposoby wykradania informacji z firm każdej wielkości.” — powiedziała Jolanta Malak, Country Manager, Symantec Poland. „Zaawansowanie ataków wynika z coraz większej złożoności systemów informatycznych; jak wirtualizacja, mobilność i rozwiązania w chmurze. Co jednocześnie wymaga ze strony firm proaktywnego podejścia do bezpieczeństwa – profilaktycznych działań oraz kompleksowych rozwiązań ochronnych”.

W 2012 roku najczęstszymi ofiarami ataków internetowych we wszystkich sektorach byli eksperci, którzy posiadają dostęp do własności intelektualnej (27%) oraz specjaliści ds. sprzedaży (24%). Tym samym wyprzedzili oni kadrę kierowniczą

Instytut Ipsos Reid przeprowadził badanie wśród amerykańskich przedstawicieli tzw. small biznesu na zlecenie Shred-it, firmy zajmującej się bezpieczeństwem danych. Badanie pokazało, że cyberataki nie są zagadnieniem, do którego przedsiębiorcy przywiązują nadmierną wagę, co więcej są zupełnie nieświadomi istniejących zagrożeń i są pasywni w przeciwdziałaniu im. „W powszechnej opinii ofiarami cyberprzestępców padają tylko wielkie korporacje, banki i instytucje finansowe. Tymczasem ataki w sieci i naruszenia danych mogą dotknąć nawet najmniejszą firmę. W dzisiejszej globalnej rzeczywistości nikt nie jest bezpieczny” – wyjaśnia Cezary Piekarski, Starszy Menedżer w Dziale Zarządzania Ryzykiem, Deloitte.

Tymczasem badanie nie pozostawia złudzeń. Bezpieczeństwo danych zajmuje dalekie miejsce na liście priorytetów małych firm. Aż 40 proc. z nich nie ma wdrożonych procedur i mechanizmów służących do bezpiecznego przetwarzania i niszczenia danych. Jest to tendencja rosnąca, gdyż w analogicznym badaniu rok wcześniej wynik ten był o pięć pp. niższy. Dotychczasowe doświadczenia wyraźnie wskazują, że bardzo często najsłabszym ogniwem w zabezpieczaniu danych są ludzie – pracownicy danej organizacji. Dlatego wiele koncernów przywiązuje dużą wagę do szkolenia swoich zespołów. Niestety ponad jedna trzecia małych firm tego nie robi. A w prawie połowie firm (48 proc.) nie ma wyznaczonej osoby, która byłaby odpowiedzialna za zarządzanie bezpieczeństwem danych.

Szefowie małych firm nie dysponują też jasno sprecyzowanymi regulacjami opisującymi m.in. konsekwencje wyciągane wobec osób, które naruszą zasady bezpieczeństwa informacji. Właściwymi zapisami w regulaminach może się pochwalić jedynie 18 proc. mniejszych przedsiębiorstw. Małe firmy nie są też w stanie w skuteczny sposób obserwować swojego łańcucha dostaw i nie przeprowadzają analizy ryzyka. Problem pojawia się nawet przy aktualizacji programów antywirusowych, których przestarzałe wersje nie są żadną przeszkodą dla cyberprzestępców.

„Jeśli świadomość związana z zagrożeniami w cyberprzestrzeni jest na tak niskim poziomie w USA, to można przypuszczać, że w Polsce te wyniki są jeszcze gorsze. To bardzo niepokojące, biorąc pod uwagę, że według danych GUS wśród wszystkich zarejestrowanych przedsiębiorstw ponad 98 proc. stanowią właśnie te mikro i małe. Pod względem bezpieczeństwa danych jest to przestrzeń w Polsce zupełnie niezbadana” – podkreśla Cezary Piekarski.

Co w takim razie powinni zrobić mniejsi przedsiębiorcy? Podobnie jak wielkie koncerny, muszą na bieżąco analizować zarówno wewnętrzny, jak i zewnętrzny przepływ danych. Poza tym niezbędne jest ustalenie odpowiednich procedur i zasad postępowania oraz regularne szkolenie pracowników. „Konieczne jest wdrożenie odpowiednich środków ochrony, ale także wypracowanie takiej kultury biznesu, która pozwoli na przeciwdziałanie potencjalnym atakom. Duże znacznie ma również wymiana doświadczeń związanych z cyberprzestępczością w ramach organizacji branżowych” – podsumowuje ekspert.

Polska awansowała na 2 miejsce w regionie EMEA (Europa, Bliski Wschód i Afryka) pod względem ilości komputerów-zombie, nazywanych również botami. Terminem „bot” określa się komputer, który wykonuje polecenia cyberprzestępców i może służyć do wysyłania spamu na masową skalę, wyłudzania danych czy przeprowadzania ataków na inne cele w internecie. Ponadto Polska jest 7. państwem na świecie pod względem liczby zagrożeń komputerowych. Biorąc pod uwagę jedynie państwa regionu EMEA, nasz kraj plasuje się w pierwszej dziesiątce, m.in. w obszarze przechowywania stron wyłudzających dane (6. miejsce), pochodzenia spamu wysyłanego przez komputeryzombie (7. miejsce) oraz ataków sieciowych (8. miejsce).

Sytuacja biur podróży w świetle nowych przepisów dotyczących podwyższenia kwoty gwarancji

Z badań zleconych przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wynika, że strach przed upadkiem biura podróży powoduje, że konsumenci często rezygnują z wakacji zorganizowanych przez touroperatorów na rzecz indywidualnych wyjazdów. Również zmiany przepisów, zdaniem rzeczniczki UOKiK, mogą sprawić, że część biur upadnie. Dotyczy to szczególnie tych touroperatorów, którzy nie będą w stanie spełnić wymogów związanych z wyższymi kwotami gwarancji.

– Zmieniane są przepisy, czyli podwyższana jest kwota gwarancji, która jest obowiązkowa w przypadku świadczenia usług turystycznych. Stąd też pewnie część biur podróży, które być może nie są w stanie spełnić tych warunków finansowych będzie po prostu znikać z rynku – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Małgorzata Cieloch, rzeczniczka Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

To, co konsumenci mogą zrobić, to przede wszystkim sprawdzić biuro podróży, np. w izbach turystycznych, w których zrzeszeni są dani przedsiębiorcy.

– Na stronach Ministerstwa Sportu i Turystyki sprawdzamy w rejestrze, czy nasze biuro podróży działa legalnie, czy posiada licencję na prowadzenie działalności gospodarczej. Można tam również zerknąć na wszelkiego rodzaju zabezpieczenia finansowe i gwarancje, czy biuro posiada pozwolenie na prowadzenie działalności gospodarczej w tych rejonach, do których się wybieramy – informuje Małgorzata Cieloch.

Marszałek województwa może kontrolować podległe mu biura podróży. I często ma aktualne informacje o stanie finansowym biura podróży, ale też o różnego rodzaju skargach czy nieprawidłowościach napływających od klientów. Dlatego jest to kolejny adres, gdzie można choćby telefonicznie sprawdzić danego touroperatora.

– Tak samo, jak wertujemy katalogi czy foldery, które otrzymujemy od touroperatorów, również wertujemy wnikliwie umowę. Niestety bardzo często turysta dość długo wybiera kierunek, wybiera hotel, ale niestety nie zwraca uwagi na umowę, którą podpisuje – mówi Małgorzata Cieloch.

Choć świadomość Polaków w tym zakresie rośnie. Jak wynika z ankiety przeprowadzonej przez UOKiK, prawie połowa (46,1 proc.) respondentów czyta umowy przed wyborem biura podróży i sprawdza, czy wszystkie zawarte w nich warunki są zgodne z prawem, podczas gdy rok temu była to zaledwie jedna trzecia (29 proc.).

Zanim dojdzie do podpisania umowy należy więc sprawdzić, czy nie znalazły się w niej zapisy, dzięki którym przedsiębiorca może uniknąć odpowiedzialności.

– Na przykład biuro podróży informuje nas w którymś z warunków, że nie ponosi odpowiedzialności za zaginiony bagaż, a jest to niezgodne z prawem. Czytając umowę warto zwracać uwagę na tego typu wyłączenie odpowiedzialności. Im jest ich mniej, tym lepsza umowa dla konsumenta – przestrzega rzeczniczka UOKiK.

Doradza też, by przy podpisywaniu umowy zwrócić uwagę na wszelkiego rodzaju warunki, które dotyczą reklamacji wycieczki: im prostsze, tym lepiej dla klientów.

Z ankiety UOKiK wynika, że zaledwie co czwarty konsument wie, że prawo do reklamacji nieudanego wyjazdu dotyczy także ofert last i first minute. Ponadto zaledwie co dziesiąty turysta wie, ile ma czasu na zgłoszenie zastrzeżeń organizatorowi. Zgodnie z prawem na reklamację nieudanej wycieczki jest 30 dni od dnia jej zakończenia, zaś podstawą do jej złożenia może być np. zgubiony bagaż, gorszy standard hotelu, monotonny jadłospis, a nawet hałas w nocy. W oszacowaniu odszkodowania pomocna jest tzw. tabela frankfurcka, dzięki której można oszacować określić wysokość obniżenia ceny wycieczki za nienależyte wykonanie usługi turystycznej.

Cena złota osiągnęła najniższy poziom od trzech lat. Jakie są dalsze prognozy?

Jeszcze na początku roku cena złota wahała się w okolicach 1650 dolarów za uncję. Dziś to ok. 1250 dolarów, co jest najniższym poziomem od trzech lat. Wśród przyczyn eksperci wymieniają oczekiwane zakończenie programu luzowania polityki monetarnej amerykańskiej Rezerwy Federalnej, jak również mniejszy popyt inwestycyjny.

– Często słychać takie opinie, że skoro notowania złota spadły już tak bardzo, to jest okazja, żeby złoto teraz kupować. Ja bym się z tym wstrzymywała, przynajmniej na razie, ponieważ notowania złota, w mojej opinii, mają jeszcze pole do spadków. Widać jeszcze, że popyt na złoto jest słaby i dalsze spadki nie są wykluczone, zwłaszcza jeżeli zobaczymy wzrost notowań amerykańskiego dolara – mówi Dorota Sierakowska, analityk Domu Maklerskiego BOŚ.

To zależy przede wszystkim od decyzji Fed. Obecnie amerykańska Rezerwa Federalna skupuje w ramach operacji otwartego rynku obligacje o wartości 85 mld dolarów miesięcznie. Ma to na celu zmniejszenie bezrobocia i uratowanie gospodarki przed recesją. Jednak 20 czerwca prezes Fedu, Ben Bernanke, zasugerował możliwość odejścia w przyszłości od tej polityki, co doprowadziło do wzrostu cen dolara, a w konsekwencji również spadku kursu złota. Inwestorzy przestają postrzegać żółty kruszec jako ochronę przed inflacją.

W opinii Sierakowskiej, w dłuższej perspektywie czasowej ponownie zobaczymy wzrosty cen złota, więc dla długoterminowych inwestorów to odpowiedni moment na kupno.

– Możliwość spadków jest ograniczona – mówi analityk DM BOŚ. – Jeżeli złoto będzie zbyt tanie, to kopalnie przestaną wydobywać rudę złota, gdyż będzie to dla nich nieopłacalne. Spadek podaży złota doprowadzi zaś do wzrostu jego ceny. Opłacalność wydobycia złota jest niejednakowa w różnych kopalniach. W niektórych wydobycie jest nieopłacalne już w okolicach 1200 dolarów za uncję, w innych zaś koszt wydobycia to około 500 dolarów, więc te kopalnie mogą wydobywać przy obecnych cenach za 31,3 gram.

Rekordowa wyprzedaż

Jednak obniżka cen złota rozpoczęła się długo przed 20 czerwca.

– Mamy mniejszy popyt inwestycyjny na złoto. Mniej inwestorów jest teraz zainteresowanych jego kupnem. Widzimy, że odwracają się inwestorzy z Zachodu, inwestorzy amerykańcy czy europejscy wycofują swoje aktywa z funduszy ETF, które są najpopularniejszym sposobem inwestowania w złoto za granicą. Wykrusza się też popyt azjatycki, który tradycyjnie podtrzymywał ceny – wyjaśnia Sierakowska.

Do spadku popytu azjatyckiego przyczyniają się obawy Hindusów i Chińczyków dotyczące spadku cen żółtego metalu. A także zwiększenie ceł na import złota przez indyjski rząd.

– Obserwujemy bardzo duży spadek w skali ostatnich lat – mówi ekonomistka. – W 2013 r. cena złota spadła już o 28 proc. Natomiast w samym tylko drugim kwartale notowania złota spadły o jedna czwartą, więc skala wyprzedaży faktycznie jest imponująca.

Nowe przepisy KE w zakresie kontroli żywności, będzie bezpieczniej i bardziej przejrzyście

Proponowane przez Komisję Europejską zmiany w przepisach dotyczących rynku rolno-spożywczego przyniosą firmom korzyści w postaci zmniejszenia obciążeń administracyjnych, efektywniejszych procedur oraz środków służących finansowaniu kontroli i zwalczania chorób zwierząt i szkodników roślin. Z kolei konsumenci skorzystają dzięki bezpieczniejszym produktom oraz skuteczniejszemu i bardziej przejrzystemu systemowi kontroli żywności.

Komisja Europejska przyjęła w maju br. pakiet środków służących skuteczniejszemu egzekwowaniu norm zdrowia i bezpieczeństwa rynku rolno-spożywczego. Obecny zbiór przepisów UE w tym zakresie liczy 70 aktów prawnych. Pakiet reform zmniejszy tę liczbę do 5 aktów prawnych, a także ograniczy biurokrację w procedurach dotyczących rolników, hodowców i podmiotów prowadzących przedsiębiorstwa spożywcze (producentów, przetwórców i dystrybutorów), aby ułatwić im prowadzenie działalności.

– Zamiast 70 aktów prawnych mających różną rangę: rozporządzeń, decyzji, dyrektyw czy zaleceń KE obejmujących cały obszar rolnictwa w zakresie zdrowia zwierząt i zdrowia roślin otrzymamy w zamian 5 rozporządzeń, 1500 stron zostanie zredukowane do 500. Również sposób i język, w jakim zostały napisane będzie bardziej czytelny i klarowny – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Paweł Skublicki z Dyrekcji Generalnej ds. Zdrowia i Konsumentów Komisji Europejskiej. – Nowe przepisy mają ułatwić posługiwanie się nimi przez organy urzędowe, organy nadzoru, jak również przez rolników, farmerów zaangażowanych bezpośrednio w produkcję w sektorze rolnym.

Zmiany w kontroli

Nowe przepisy w zakresie kontroli są oparte na ocenie ryzyka, co pozwoli właściwym organom skoncentrować się przede wszystkim na najpilniejszych kwestiach.

– Do tej pory organy nadzoru musiały docierać do tych miejsc, gdzie kontrole były konieczne i do tych, gdzie kontrole nie były potrzebne. Wprowadzenie nowego systemu spowoduje, że priorytet kontroli będzie dotyczył tych zagadnień, które są ważne, które stanowią zagrożenie. Podmioty, których produkcja lub których produkty stanowią o nikłym zagrożeniu również będą w dalszym ciągu pod kontrolą – stwierdza Paweł Skublicki.

Przejrzysty będzie także system finansowania kontroli producentów żywności. Mikroprzedsiębiorstwa będą zwolnione z opłat, służących finansowaniu kontroli, ale nie z samych kontroli.

– Organy nadzoru będą musiały zaprezentować, na co i w jaki sposób wydają pieniądze i za co pobierają pieniądze. Tym samym będą obowiązywały przejrzyste zasady dla wszystkich graczy na rynku producentów żywności – mówi Paweł Skublicki.

Cały system kontroli będzie kosztował 1,8 mld zł.

– W okresie 2014 – 2020 wydatki będą stopniowo rosły od 253 mln euro rocznie do 286 mln euro rocznie. Będą to pieniądze, które zostaną przeznaczone na koszt kontroli w tych trzech obszarach, czyli zdrowia zwierząt, zdrowia roślin oraz roślinnego materiału reprodukcyjnego – podsumowuje Paweł Skublicki.

Zdrowie zwierząt i roślin

W pakiecie wprowadzony zostanie jeden akt prawny regulujący kwestię zdrowia zwierząt w UE, w oparciu o zasadę „lepiej zapobiegać niż leczyć”. Jego celem jest stworzenie wspólnego systemu służącego lepszemu wykrywaniu i zwalczaniu chorób oraz opanowywaniu zagrożeń dla zdrowia i bezpieczeństwa żywności i paszy. Ulepszony system umożliwi rolnikom i weterynarzom szybkie reagowanie na wystąpienie choroby i ograniczenie jej rozprzestrzeniania oraz minimalizację jej wpływu na konsumentów i zwierzęta. System ma być elastyczny i pozwoli dostosować środki dotyczące zdrowia zwierząt do różnej wielkości i różnych rodzajów zakładów (np. małych i średnich przedsiębiorstw, gospodarstw rekreacyjnych itd.) oraz do różnych warunków lokalnych.

Wartość upraw w UE wynosi 205 miliardów euro rocznie. Bez ochrony, jaką dają przepisy dotyczące zdrowia roślin, sektor ten ponosiłby poważne szkody gospodarcze. Większy nacisk zostanie położony na obciążony wysokim ryzykiem przywóz z państw trzecich. Lepiej ma funkcjonować również nadzór nad występowaniem ognisk nowych gatunków szkodników i ich wczesne zwalczanie oraz odszkodowania dla hodowców, którzy ucierpieli z powodu takich szkodników.

– Będzie dużo łatwiejszy dostęp do materiału roślinnego, który służy do reprodukcji. Do tej pory wszystko podlegało bardzo ścisłym zasadom rejestracji, która zajmowała bardzo dużo czasu. W tej chwili sporo zadań w ramach nowego pakietu będzie przekazane podmiotom, które będą mogły wykonywać te działania tylko i wyłącznie pod nadzorem organów nadzoru, to automatycznie skróci kolejki do uzyskania rejestracji – mówi Paweł Skublicki.

W pakiecie zmian zaproponowanych przez Komisję Europejską przewidziano także bardziej uproszczone i elastyczne przepisy dotyczące wprowadzania do obrotu nasion i innych materiałów przeznaczonych do reprodukcji roślin. Stosowanie nasion w ogrodach prywatnych nie jest objęte przepisami UE, zatem ich właściciele będą mogli nadal kupować dowolne materiały roślinne i sprzedawać nasiona w małych ilościach, nie podlegając przepisom proponowanego przez Komisję Europejską rozporządzenia.

Omawiane zmiany mają wejść w życie w 2016 r.

Apel polskich naukowców wysłuchany – zmiany w Prawie zamówień publicznych zostały zaakceptowane przez Rząd

Trwające wiele miesięcy apele środowisk naukowych o wyłączenie spod długotrwałych procedur Prawa zamówień publicznych dostaw drobnego sprzętu laboratoryjnego się opłaciły. Rząd przyjął projekt przewidujący takie zmiany w prawie. Minister nauki i szkolnictwa wyższego prof. Barbara Kudrycka podkreśla, że przyspieszy to i ułatwi prowadzenie badań naukowych oraz umożliwi polskim naukowcom konkurowanie – na równych zasadach – z naukowcami z innych krajów w rozwoju badań. Prof. Kudrycka nie obawia się, że liberalizacja doprowadzi do nieprawidłowości, bo procedury będą transparentne, a informacje o nich publikowane.

Podstawową zmianą, która dotyczy wszystkich kategorii zamawiających i przedmiotów udzielanych przez nich zamówień, jest podwyższenie z 14 do 30 tys. euro progu, od którego powstaje obowiązek stosowania procedur przewidzianych w Prawie zamówień publicznych. Projekt przewiduje również wyłączenia stosowania przepisów tej ustawy dla środowisk naukowo-badawczych oraz twórczych i artystycznych, do 200 tys. euro, dla dostaw i usług.

– Zmiany te oznaczają, że badania będą realizowane szybciej, bo naukowcy nie będą musieli czekać na to, aż potrzebny do badań sprzęt taki jak np. mikroskop elektroniczny, teleskop, komputer dużej mocy będzie kupiony w długoterminowym przetargu z procedurą odwoławczą trwającą nieraz około roku. Będzie można z dnia na dzień dokonać takiego zakupu jedynie ogłaszając do wiadomości publicznej informację o rozpoczęciu zakupu, a potem informując opinię publiczną o tym fakcie – mówi Agencji Informacyjnej Newseria prof. Barbara Kudrycka, Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

O wprowadzenie tych zmian apelowali od wielu miesięcy polscy naukowcy.

– Jest to ogromny sukces, ponieważ naukowcy protestowali przeciwko barierom instytucjonalno-prawnym zawartym w ustawie o zamówieniach publicznych, a teraz do 200 tys. euro będą mogli dokonywać zakupów od ręki. Dzięki temu polscy naukowcy będą mieli równe szanse w wyścigu na innowacyjne badania wobec badaczy z innych krajów – podkreśla prof. Kudrycka.

Zamówienie z wolnej ręki będzie udzielane, jeżeli jego przedmiotem będą rzeczy wytwarzane wyłącznie do celów prac badawczych, eksperymentalnych, naukowych lub rozwojowych, które nie służą prowadzeniu przez zamawiającego produkcji seryjnej, mającej na celu osiągnięcie rentowności rynkowej lub pokryciu kosztów badań lub rozwoju, oraz które mogą być świadczone tylko przez jednego wykonawcę.

– Będzie można kupować poza tym sprzętem również odczynniki, probówki, a więc to wszystko, co służy wyłącznie do realizacji badań. Oczywiście w zakres tych zwolnień nie będą wchodziły np. materiały budowlane wykorzystywane do budowy obiektów dydaktycznych, ale to wszystko, co służy badaniom będzie mogło być realizowane bezpośrednio przez naukowców, przez służby uczelni czy instytutu – mówi minister nauki.

Jak podkreśla, zliberalizowanie przepisów w przypadku zamówień służących badaniom naukowym nie doprowadzi do nieprawidłowości i korupcji.

– Jestem przekonana, że nie będzie więcej korupcji niż było dotychczas. Wręcz przeciwnie. Uważam że zbyt dużo przepisów, nieraz absurdalnych i utrudniających życie stwarza większe zagrożenie. Pamiętajmy o zasadach, które będą temu towarzyszyć, a więc zasadzie transparentności, publikowania informacji o tych zamówieniach, a także zasadzie konkurencyjności i równego traktowania podmiotów na rynku, z którymi chcemy zawrzeć umowę – podsumowuje prof. Kudrycka.

Przyjęty przez rząd projekt zmian w Prawie zamówień publicznych trafi teraz pod obrady Sejmu.

Komentarz dzienny, 11 lipca 2013

„Minutes” ujawniły, że podziały w obrębie FOMC są nadal duże, jednak w ogólnym zarysie zaufanie odnośnie kontynuacji pozytywnych procesów na rynku pracy jest coraz większe. Niemniej rozkład głosów za wcześniejszym zmniejszeniem zakupów aktywów i ich kontynuacją przedstawia się wciąż niemal symetrycznie. W tym kontekście decydujące będą dane – nic w tym jednak nowego. Reakcja rynków na tego typu informację była adekwatna (kontynuacja umocnienia dolara, wzrosty rentowności obligacji), tym bardziej że zapis z dyskusji pominął kwestie bardziej gołębie, o których wspominali otwarcie poszczególni członkowie FOMC (np. zmniejszenie celu na stopie bezrobocia, który byłby zmienną progową dot. ewentualnego rozważenia podwyżek stóp przez Fed). 

MIesięczny raport anaityczny – lipiec 2013

W związku z utrzymującą się niepewnością, co do przyszłych decyzji Rządu ws. OFE
w kolejnych 8 tygodniach polskie indeksy będą poddane dużej zmienności. Na
rynkach światowych niepewność związana z działaniami FED będzie jeszcze się
utrzymywała, korekta (tak traktujemy obecne spadki) może potrwać jeszcze kilka
tygodni (zasięg korekty 4-5%).

Wsparcie finansowe dla dużych i małych firm na biogazownie rolnicze

Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej zapowiedział ogłoszenie w lipcu nowego konkursu w ramach programu priorytetowego System zielonych inwestycji (GIS – Green Investment Scheme) Część 2 – Biogazownie rolnicze. Minimalna wartość przedsięwzięcia w ramach konkursu wynosi 10 mln zł. Przedsiębiorcy mogą ubiegać się maksymalnie o 30% dotacji oraz o 45% pożyczki (łączna kwota możliwego poziomu dofinansowania to nawet 75%).

Nabór wniosków w ramach tego programu będzie trwał od 1 do 30 sierpnia 2013 r. Wsparcie skierowane będzie na inwestycje w zakresie wytwarzania energii elektrycznej lub cieplnej z wykorzystaniem biogazu powstałego w procesach rozkładu cząstek roślinnych i zwierzęcych oraz wytwarzania biogazu rolniczego celem wprowadzenia go do sieci gazowej dystrybucyjnej i bezpośredniej.

Rozwój sektora biogazowni zależy w dużym stopniu od regulacji dotyczących wsparcia dla odnawialnych źródeł energii w postaci zielonych certyfikatów. Obecnie wciąż nie wiadomo jak te regulacje będą wyglądały w przyszłości. Dlatego bez możliwości pozyskania wsparcia na ten cel inwestorzy nie są chętni do podjęcia ryzyka związanego z budową i prowadzeniem biogazowni. Dofinansowanie w ramach GIS może ożywić ten sektor. Warto dodać, że będzie to prawdopodobnie ostatni taki konkurs do 2015 r. – powiedziała Beata Tylman, dyrektor w zespole pomocy publicznej PwC.

W konkursie startować mogą zarówno osoby fizyczne, osoby prawne oraz jednostki organizacyjne nieposiadające osobowości prawnej, którym ustawa przyznaje zdolność prawną. Jednak podmiot dominujący oraz spółki od niego zależne mogą złożyć w jednym konkursie tylko jeden wniosek o dofinansowanie. Zgłaszający się do konkursu podmiot dominujący oraz spółki od niego zależne mogą złożyć tylko jeden wniosek o dofinansowanie.

W ramach programu GIS dofinansowane zostaną wyłącznie projekty o zaawansowanym stopniu przygotowania tj. posiadające już decyzje środowiskowe, warunki przyłączenia do KSE, wstępne potwierdzenia zakupu ciepła oraz dostaw substratu, a także złożony wniosek o wydanie pozwolenia budowlanego. Dlatego wniosek o dofinansowanie musi być przemyślany i kompletny, a skorzystanie z porady eksperta może zwiększyć szanse pozyskania wsparcia – mówi Beata Tylman.

Przedsiębiorcy muszą obowiązkowo m.in. zastosować nowe urządzenia oraz udowodnić, że projekt jest wykonalny technicznie i pozwoli na osiągnięcie korzystnego efektu ekologicznego. Dodatkowo trzeba uzasadnić dlaczego w inwestycji przyjęto dane rozwiązanie, w oparciu o analizę różnych opcji. Kryterium selekcji, decydującym o miejscu projektu na liście rankingowej, jest jego efektywność kosztowa.

Warszawa utrzymuje drugą pozycję w Europie pod względem liczby IPO – podsumowanie w drugiego kwartału 2013 r.

Ożywienie na rynku pierwszych ofert publicznych w Europie nabierało tempa w drugim kwartale 2013 r., kontynuując udany początek roku. Łącznie pozyskane zostało 5,2 mld euro, co oznacza wzrost o 58% w porównaniu do 3,3 mld euro odnotowanych w pierwszym kwartale 2013 r. – wynika z najnowszej kwartalnej ankiety PwC IPO Watch Europe, badającej liczbę oraz wartość pierwszych ofert publicznych (Initial Public Offering – IPO) na najważniejszych giełdach europejskich.

Warszawa utrzymała swoją drugą pozycję w Europie pod względem liczby IPO, w drugim kwartale 2013 r. na GPW miało miejsce 24% wszystkich debiutów, których łączna wartość wyniosła ponad 40 mln euro.

Tomasz Konieczny, partner w zespole ds. rynków kapitałowych PwC, powiedział:

„Był to kolejny mocny kwartał w Europie. Wysoką aktywność odnotowano na wielu giełdach. Londyn ponownie znalazł się na pierwszym miejscu z prawie połową łącznie pozyskanych środków. Za Londynem uplasowały się Euronext i Deutsche Börse z odpowiednio 18% i 14% łącznej wartości ofert.

Po udanych IPO spółek esure oraz Countrywide w pierwszym kwartale 2013 r., w minionych trzech miesiącach odnotowano kolejne oferty ze strony spółek z portfeli funduszy private equity. Odpowiadały one za 60% łącznie pozyskanych środków oraz siedem z dziesięciu największych ofert publicznych w Europie”.

Dziesięć największych transakcji odpowiadało za ponad 81% łącznie pozyskanych środków w drugim kwartale 2013 r. Uwagę inwestorów przyciągnęło przeprowadzone na Euronext IPO spółki bpost – narodowego operatora pocztowego w Belgii, a także debiut Platform Acquisition Holdings na giełdzie londyńskiej.

Kursy akcji po debiutach w przypadku IPO spółek należących do funduszy private equity zachowywały się obiecująco, szczególnie w Londynie, gdzie średni wzrost cen akcji tego typu spółek od momentu debiutu przewyższył stopę zwrotu z indeksu FTSE. W innych częściach Europy kursy akcji w większości przypadków nie spadły poniżej wartości emisyjnej i osiągają stopy zwrotu na równi z rynkiem. Wyjątkami były IPO Moleskine i Evonik, których cena rynkowa akcji znajduje się poniżej ceny emisyjnej.

Miniony kwartał na europejskich rynkach kapitałowych można podzielić na dwa etapy. W pierwszych tygodniach odnotowano wyraźne wzrosty indeksów rynkowych spowodowane rosnącym zaufaniem ze strony inwestorów w strefie euro. Z kolei czerwiec na globalnych rynkach charakteryzował się dużą zmiennością spowodowaną obawami o stan chińskiej gospodarki oraz zapowiedziami szefa amerykańskiej Rezerwy Federalnej dotyczącymi planów ograniczania programu luzowania polityki pieniężnej. Pomimo znacznych spadków na rynkach europejskich w tym okresie, do końca czerwca udało się odrobić część strat – indeks FTSE zakończył kwartał 5% powyżej poziomu z końca roku 2012.

Filip Gorczyca, starszy menedżer w zespole ds. rynków kapitałowych PwC, dodał:

„Pomimo niekorzystnych warunków w minionym miesiącu, rynek pierwszych ofert publicznych wykazał się odpornością – ponad 55% łącznej wartości ofert jest wynikiem debiutów czerwcowych.

Przeprowadzone z powodzeniem oferty oraz wzrosty cen akcji po debiutach na pewno będą działać motywująco na wiele planujących IPO podmiotów. Można spodziewać się, że odnotowana w pierwszej połowie roku aktywność na rynku zostanie utrzymana również w drugim półroczu.”

KOMENTARZ DO RYNKU POLSKIEGO
Oferta AviaAM Leasing największym IPO na warszawskiej giełdzie. Aktywność na rynku NewConnect uległa poprawie w porównaniu do pierwszego kwartału 2013 r.

W drugim kwartale 2013 roku na giełdzie w Warszawie odnotowano 18 debiutów (15 na NewConnect oraz 3 na rynku głównym). Łączna wartość IPO wyniosła ponad 40 mln euro, z czego 26,5 mln euro stanowiła oferta AviaAM Leasing. Drugą i trzecią największą ofertą w Warszawie były IPO spółek – Tarczyński (10,6 mln euro) oraz Feerum (5,3 mln euro).

Na rynku New Connect odnotowano 15 IPO o łącznej wartości 4,6 mln euro. Warto podkreślić, że miniony kwartał cechował się większą aktywnością na rynku alternatywnym niż pierwszy kwartał bieżącego roku, kiedy to odnotowano 12 IPO o łącznej wartości 2 mln euro. Z kolei względem analogicznego kwartału ubiegłego roku nastąpił zdecydowany spadek aktywności (odnotowano wówczas 28 IPO o łącznej wartości 7,9 mln euro).

Filip Gorczyca, starszy menedżer w zespole ds. rynków kapitałowych PwC, w następujący sposób skomentował wyniki i perspektywy rynku pierwotnego w Warszawie:

„Aktywność na rynku NewConnect jest nadal zdecydowanie niższa niż w poprzednich latach. Widać wyraźnie, że część inwestorów odwróciła się od ofert przeprowadzanych na tym rynku. Nie powinno to dziwić jeśli popatrzymy na stopy zwrotu na akcjach spółek debiutujących w minionych latach na warszawskim rynku alternatywnym. Miejmy nadzieję, że ostatnie działania władz Giełdy mające na celu poprawę jakości funkcjonowania NewConnect – m.in. modyfikacje w konstrukcji indeksu NCIndex – przyczynią się do zmiany tego niekorzystnego trendu i pozwolą na lepszą ocenę całego rynku.

Na rynku pierwotnym w Warszawie mocno ciąży ponadto niepewność związana z zapowiadanymi przez rząd zmianami w systemie emerytalnym i potencjalnym ograniczeniem środków napływających na rynek akcji ze strony Otwartych Funduszy Emerytalnych. Miejmy nadzieję, że nie przeszkodzi to w skutecznym przeprowadzeniu zapowiadanych na jesień kilku dużych ofert publicznych, w tym oferty prywatyzacyjnej Energi, która może być jednym z największych IPO w Europie w 2013 roku.”

Innowacje priorytetem dla biznesu

Aż 97% prezesów firm na świecie uważa działania innowacyjne za priorytet swojej działalności – to główny wniosek z raportu „Unleashing the power of innovation” przygotowanego przez firmę doradczą PwC.

Z badania firmy wynika, że blisko dwie trzecie prezesów uważa, że działania innowacyjne są równie ważne dla sukcesów ich przedsiębiorstwa, jak efektywność operacyjna. Dodatkowo kolejne 8% postrzega innowacje jako ważniejsze od efektywności operacyjnej. Oznacza to, że działania innowacyjne są przez prezesów postrzegane jako konieczność do rozwoju firmy w dzisiejszej rzeczywistości.

Prezesi przebadani przez firmę doradczą PwC przyznają, że muszą być bezpośrednio zaangażowani we wspieranie innowacyjności przedsiębiorstw w ramach swojej działalności – 37% określa się jako „lidera” w tej dziedzinie, a 34% – jako „wizjonera”.

W ocenie prezesów plany dotyczące działalności innowacyjnej w ciągu najbliższych trzech lat powinny być kompleksowe i obejmować całość działalności firm – poczynając od kontaktu z klientem, poprzez produkty i usługi, a kończąc na modelach biznesowych, systemach i rozwiązaniach.

Raport firmy doradczej PwC został opracowany na podstawie przeprowadzonych w maju 2013 roku ankiet wypełnionych przez 246 prezesów przedsiębiorstw z 60 krajów z Ameryki Północnej i Południowej, Europy, Azji oraz państw Bliskiego Wschodu.

Regulacje UE związane z ochroną przed cyberprzestępczością

Od przyjęcia przez Radę Europejską Decyzji Ramowej w sprawie ataków na systemy informatyczne (2005/222/JHA) minęło ponad 8 lat. Jest to okres, w którym w bardzo istotny sposób zmieniło się zarówno otoczenie technologiczne jak i biznesowe, przy jednoczesnej znacznej ewolucji samych zagrożeń. Dlatego, według ekspertów firmy doradczej Deloitte, przyjęta 4 lipca br. przez Parlament Europejski propozycja nowej dyrektywy, zastępującej decyzję ramową z 2005 r., jest właściwym krokiem na drodze do budowania odporności przed zagrożeniami w cyberprzestrzeni. Jednak z uwagi na złożony i ulotny charakter regulowanych zagadnień, propozycja dyrektywy nie jest wolna od niedoskonałości.

Wśród zalet projektowanej dyrektywy eksperci Deloitte wymieniają przede wszystkim:

duży nacisk na poszerzenie oraz zintensyfikowanie międzynarodowej współpracy oraz wymiany informacji pomiędzy organami ścigania w sprawach związanych ze ściganiem sprawców ataków na systemy informatyczne,

odniesienie się do kwestii ochrony infrastruktury krytycznej, czyli tych systemów, których niedostępność w istotny sposób wpływa na bezpieczeństwo publiczne oraz życie obywateli w kluczowych dla funkcjonowania państwa sektorach, takich jak: transport, energetyka, telekomunikacja, finanse czy ochrona zdrowia,

próbę nakłonienia państw członkowskich do nałożenia większej odpowiedzialności na dostawców usług i innych przedsiębiorców za bezpieczeństwo ich systemów i przetwarzanych w nich danych a także do szerszej współpracy z sektorem publicznym,

zwrócenie uwagi na potrzebę stałego doskonalenia umiejętności i poszerzania wiedzy organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości w zakresie zagrożeń i bezpieczeństwa systemów teleinformatycznych.

Niektóre z proponowanych przepisów nowej dyrektywy budzą wątpliwości, a przede wszystkim:

brak propozycji konkretnych rozwiązań zwłaszcza w obszarze zapobiegania zagrożeniom i wykrywania ich, przeniesienie odpowiedzialności za opracowanie tych regulacji na kraje członkowskie, co może skutkować brakiem kompatybilnych i skutecznych rozwiązań,

zbytnie skupienie uwagi na kwestii penalizacji określonych w propozycji dyrektywy przestępstw, co miałoby stanowić czynnik odstraszający potencjalnych ich sprawców.

Nie jest także jasne, czy urzędnicy europejscy proponując, aby kraje członkowskie zachęcały do zgłaszania podatności systemów informatycznych na cyberzagrożenia, chcą aby tzw. niezależni eksperci wykonywali niezamówione testy penetracyjne czy też urzędnikom chodzi o rozpowszechnienie inicjatyw typu „bug bounty” *, które promują informowanie w odpowiedzialny sposób o błędach bezpieczeństwa systemów i usług – mówi Piotr Szeptyński, Menedżer w Deloitte.

Jedynym krajem UE, którego nie obejmie obowiązek wdrożenia przepisów jest Dania. Z uwagi na transgraniczny charakter sieci i wielu usług w efekcie może to oznaczać skupienie się na jej terytorium działalności, która w pozostałych krajach – w myśl nowych przepisów – jest z nimi niezgodna.

Kolejną niejasną propozycją jest ta, która mówi aby nie karać osób nieświadomych popełnianych czynów „na przykład w sytuacji, gdy osoba [popełniająca czyn] nie wiedziała, że dostęp jest nieautoryzowany”. Może to doprowadzić do wykorzystania furtki w prawie a w efekcie do uniknięcia odpowiedzialności przez cyberprzestępców powołujących się na niewiedzę.

W uzasadnieniu do jednej z postulowanych zmian, członkowie Komisji ds. Przemysłu, Badań Naukowych i Energii napisali, że „wprowadzenie sankcji jest krokiem w dobrym kierunku, jednak kompleksowe podejście Unii do walki z cyberprzestępczością nie powinno skupiać się jedynie na wzmocnieniu efektywności w egzekwowania prawa, lecz powinno stworzyć strategię i instrumenty pozwalające zapobiegać aktom przestępstw”.

Komentarz ten bardzo dobrze podsumowuje cały projekt wyrażając jednocześnie obawy, co do skuteczności podejmowanych działań w dłuższej perspektywie. Trzeba jeszcze dużo pracy by mieć pewność, że przepisy krajowe uwzględnią specyfikę Internetu i cyberzagrożeń, dając organom ścigania i przedsiębiorcom realne narzędzie do walki z nadużyciami – podkreśla Piotr Szeptyński.

Kraje członkowskie będą miały 2 lata na dostosowanie wewnętrznych przepisów do nowej dyrektywy.

Niemal połowa Polaków nie ma zaufania do lekarzy

Z roku na rok Polacy tracą zaufanie do lekarzy − wynika z badania European Trusted Brands 2013, przeprowadzonego przez Reader’s Digest. W Europie mniejsze zaufanie do przedstawicieli tej profesji wykazują jedynie Rosjanie.

Lekarzom ufa w Polsce 57% ankietowanych, podczas gdy średnia w Europie wynosi 76%. Mniejszym zaufaniem medycy darzeni są jedynie w Rosji (47%). Poniżej średniej jest też Rumunia (63%) i Portugalia (75%).

Największym zaufaniem lekarze cieszą się w Finlandii (89%), Holandii (87%), Szwajcarii (86%) oraz w Belgii (84%), a także na Słowenii (84%).

W Polsce zaufanie do lekarzy od kilku lat systematycznie spada. W 2012 r. przedstawicielom tej profesji ufało 64% ankietowanych, w 2011 r. – 73%.

− Lekarze obok m.in. strażaków, pilotów, policjantów należą do grupy zawodów „ratunkowych”, od których zależy nasze zdrowie, życie i dobytek. Generalnie we wszystkich krajach zawody takie ze swej natury cieszą się największym zaufaniem. Nie oznacza to, że stosunek do nich nie podlega żadnym wahaniom. Doskonałym dowodem jest Polska. Coraz bardziej negatywna ocena systemu ochrony zdrowia w naszym kraju odbija się także na spadku zaufania do lekarzy, które jest obecnie o ¼ niższe niż średnio w innych krajach Europy. – komentuje wyniki prof. Janusz Czapiński, psycholog społeczny.

W badaniu European Trusted Brands 2013 respondenci zostali także zapytani o zaufanie do pielęgniarek i farmaceutów. Zaufanie do tych pierwszych deklaruje 76% Polaków, podczas gdy średnia europejska wynosi 82%. Najmniejsze zaufanie do pielęgniarek mają Rumuni (51%), a poniżej europejskiej średniej są też Rosjanie (55%) oraz Portugalczycy (77%). Pielęgniarki największym zaufaniem cieszą się wśród mieszkańców Finlandii (94%), a także Francji, Holandii oraz Słowenii (92%).

Farmacetom ufa w Polsce 78% badanych wobec średniej europejskiej wynoszącej 80%. Najmniejszym zaufaniem farmaceuci cieszą się w Rosji (57%), największym – w Finlandii (93%), Belgii (89%) i Szwajcarii (87%).

***

European Trusted Brands to jedno z największych i najszerzej zakrojonych badań konsumenckich w Europie. Jego organizatorem jest miesięcznik Reader’s Digest. Oprócz tematyki marketingowej coroczne badanie European Trusted Brands porusza również tematy społeczne. Pozwala na poznanie dominujących nastrojów mieszkańców Europy, postaw i wartości, które kształtują nasze opinie i decyzje, a także zaufanie do różnych aspektów życia.

Badanie European Trusted Brands przeprowadzono po raz pierwszy w 2001 roku. Co roku kontynuowane jest ono w kilkunastu krajach europejskich. Tegoroczna trzynasta już edycja badania została przeprowadzona w 12 krajach europejskich. Kraje, które zostały objęte tegorocznym badaniem to: Belgia, Czechy, Finlandia, Francja, Holandia, Niemcy, Polska, Portugalia, Rosja, Rumunia, Słowenia i Szwajcaria. Wzięło w nim udział 18 314 respondentów.

Badanie realizowano metodą kwestionariusza on-line lub wywiadów pocztowych. Jak co roku próba została dobrana tak, aby odzwierciedlała szeroki profil badanej populacji.

W Polsce badanie przeprowadzono metodą on-line. Analizie poddano 1049 ankiet.

DI BRE: kwestia OFE nie pozwoli na spokojne wakacje

Koniec czerwca stał pod znakiem zawirowań wokół OFE. Reakcja rynku na propozycje ministrów Rostowskiego i Kosiniaka-Kamysza była natychmiastowa i ciężko przewidzieć jak długo może potrwać niepewność inwestorów. Wybór jednego z trzech proponowanych wariantów i prace legislacyjne będą trwały kilka miesięcy. W kolejnych tygodniach polskie indeksy mogą być poddane dużej zmienności – piszą analitycy Domu Maklerskiego BRE Banku w comiesięcznym Przeglądzie Strategii Inwestycyjnej.

Nie potwierdziły się przewidywania zakładające transfer do ZUS 10-15 proc. aktywów OFE. Propozycje zmian są o wiele głębsze i mogą mieć niebagatelny wpływ na rynek akcji. W najbliższym czasie wiele będzie zależało od przecieków dotyczących przyszłej decyzji rządu. Polityczna otoczka debaty i możliwe pozamerytoryczne naciski na decydentów nie napawają inwestorów optymizmem.

Sytuacja na światowych rynkach to w dużej mierze pochodna działań FED. Wydarzeniem miesiąca było wystąpienie jego szefa. Pomimo ogłoszenia utrzymania dotychczasowej polityki monetarnej (stopy procentowe: 0-0,25 proc., zakup obligacji: 85 miliardów USD miesięcznie), nie udało się powstrzymać kolejnej fali wyprzedaży na rynkach finansowych. Chociaż FED potwierdził, że dopóki stopa bezrobocia nie obniży się do 6,5 proc. (obecnie 7,6 proc.), dopóty utrzyma zerowe stopy procentowe oraz że prawdopodobieństwo trwałego ożywienia gospodarki rośnie, pozytywny wydźwięk komunikatu kontrastował z zaskakująco słabymi danymi o PKB za pierwszy kwartał bieżącego roku. Na niepokój inwestorów wpływ ma również ciągle niepewna sytuacja w gospodarce chińskiej. Okres korekty na rynkach rozwiniętych może potrwać jeszcze kilka tygodni.

W Polsce wskaźnik inflacji pikuje w kierunku historycznych rekordów . W maju obniżył się do 0,5 proc. z 0,8 proc. zanotowanych w kwietniu. Wpływ na to miały relatywnie niskie ceny żywności i przede wszystkim spadki cen w kategorii paliwa, rekreacja i kultura oraz telekomunikacja. Choć zdecydowanie poniżej oczekiwań i prognoz NBP, majowy odczyt i tak nie będzie najniższy, bowiem prognozy na czerwiec zakładają wskaźnik na poziomie sięgającym 0,2 proc.

Zaskoczyły czerwcowe wskaźniki wyprzedzające dla przemysłu w strefie euro. Niespodzianka dotyczy krajów peryferyjnych, które szybciej wychodzą ze spowolnienia. Podczas gdy dla całej strefy wskaźnik PMI wyniósł 48,8 pkt. (poprzednio 48,3 pkt.), w Hiszpanii osiągnął najwyższy poziom od 26 miesięcy (50,0 przy 48,1 pkt. poprzednio), a dla Włoch zanotował wzrost do 49,1 pkt. (47,3 pkt. poprzednio). Spośród dużych gospodarek jedynie w Wielkiej Brytanii indeks utrzymuje się powyżej 50 punktów (w czerwcu 52,5 pkt. w stosunku do 51,5 pkt. w maju). Polsce PMI również wzrósł, zbliżając się do progu 50 punktów (z 48 do 49,3 pkt.), co jest najwyższym poziomem od roku. Zdaniem analityków Domu Maklerskiego DI BRE trend wzrostowy powinien się utrzymać, co przełoży się na stopniową poprawę danych makroekonomicznych w drugiej połowie roku.

Analizując poszczególne sektory, analitycy DI BRE podtrzymują neutralne nastawienie do rynku bankowego pomimo kolejnych obniżek stóp procentowych. Na uwagę zasługuje wyraźny wzrost depozytów. Powrót wzrostów na marży petrochemicznej to dobra nowina dla branży paliw. Analitycy DI BRE widzą w tym szczególną szansę dla Orlenu, podwyższając jego rekomendację (kupuj). Branża energetyczna może pozytywnie zaskoczyć wynikami w nadchodzących kwartałach (ENA, TPE), a najgorszym wyborem wydaje się wciąż PGE. Wraz z poprawą twardych danych makro ze światowej gospodarki (wzrosty PMI) sytuacja na rynkach surowcowych powinna się stabilizować. Okazją do kupna w długim okresie powinna być podaż akcji pracowniczych w JSW. W budownictwie eksperci Domu Maklerskiego DI BRE szanse na wzrosty upatrują w niezadłużonych spółkach, które wciąż potwierdzają zdolność do pozyskiwania nowych kontraktów, a w branży deweloperskiej zwracają uwagę na możliwość kupna akcji dużych deweloperów komercyjnych, którzy dostali zadyszki w czerwcu (GTC, Echo).

W raporcie miesięcznym DI BRE podwyższa rekomendację dla spółek: Lotos (Trzymaj) i PKN Orlen (Kupuj).

Komentarz dzienny, 10 lipca 2013

Inflacja w Czechach zaskoczyła wyraźnie w górę (konsensus 0,1% m/m, odczyt 0,4% m/m). W ujęciu rocznym inflacja zawróciła i wyniosła +1,6% (1,3% poprzednio). Przyczyna niespodzianki to ceny żywności, a właściwie ceny ziemniaków, które poszybowały w górę o ponad 80% w ujęciu miesięcznym, bijąc tym samym ubiegłoroczny rekord (ale uwaga – majowy), kiedy dynamika cen wyniosła nieco ponad 50%. Idąc dalej, GUS odnotował w krajowych statystykach w maju właśnie dynamikę cen tej kategorii z Czech, nie zaś z krajowych targowisk (które pokazywały normalną dynamikę cen tej kategorii – różnica to oczywiście kategoria ziemniaków młodych, które pojawiają się w maju lub w czerwcu i których miesięczna dynamika jest imputowana przez statystyków GUS, gdyż nie ma cen z poprzedniego miesiąca).

Galerie handlowe w Polsce ciągle sie otwierają, na ten rok zaplanowo 22 nowe centra

W branży galerii handlowych kryzysu nie widać. W tym roku powstały lub powstaną w Polsce 22 centra handlowe, łącznie pół miliona metrów kwadratowych powierzchni handlowych. Niektóre inwestycje są wprawdzie odkładane ze względu na trudności z pozyskiwaniem finansowania, ale nie są zawieszane. W ciągu dwóch lat rynek ma się zwiększyć o 1 mln metrów kwadratowych i wciąż planowane są dalsze inwestycje.

– Nie doświadczamy już boomu sprzed 5-7 lat, ale galerie ciągle się rozwijają – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Marek Noetzel, partner w dziale powierzchni handlowych Cushman & Wakefield.

W tym roku powstanie łącznie pół miliona metrów kwadratowych nowoczesnych powierzchni. Tyle samo eksperci prognozują na przyszły rok.

– Wciąż zapowiadane są nowe inwestycje. Zważywszy na kryzys panujący teraz na rynku, są one odwlekane w czasie, a proces uzyskania finansowania jest dużo dłuższy. Jednak chociaż projekty się opóźniają, to nie są zawieszane, a to jest najważniejsze – wyjaśnia Marek Noetzel.

Chociaż obecnie czynsze wynajmu w galeriach są niższe, to do inwestowania zachęcają mniejsze koszty inwestycji, wynikające z najniższych w historii stóp procentowych.

Jak podkreśla Noetzel, w tym roku przybędzie wyjątkowo dużo nowoczesnych powierzchni handlowych w największych aglomeracjach.

– W ciągu najbliższych kilku kwartałów będziemy świadkami bardzo znaczących otwarć w dużych aglomeracjach, bo mówimy tutaj o Galerii Katowickiej, o Poznań City Center w Poznaniu czy Centrum Riviera w Trójmieście – wymienia ekspert firmy Cushman & Wakefield.

Jak wskazuje, dwa obiekty spośród wymienionych galerii są zintegrowane z węzłami komunikacyjnymi. Taki trend jest możliwy dzięki prowadzonej przez PKP polityce uwalniania gruntów i potencjału, jaki się z nimi wiąże.

– Kolejne grunty będą uwalniane, więc rynek i potencjał tych miejsc na pewno jest. Jest kwestia dostępności tych gruntów i poradzenia sobie z dokumentacją, biurokracją, która związana jest z przebrnięciem przez proces przygotowania takiego projektu. Są to jednak projekty o dużo większym stopniu skomplikowania, bo są to centra miast. Tam łączą się funkcje handlowe, transportowe, więc są to dużo dłuższe projekty, ale też dużo bardziej perspektywiczne – podkreśla Marek Noetzel.

Pod względem rozwoju rynku powierzchni handlowych niezmiennie od kliku lat pozostajemy w czołówce państw z naszego regionu.

– Polska jest w pierwszej piątce krajów regionu, które w ciągu najbliższych dwóch lat dostarczą nowoczesną powierzchnie handlową na rynek – zauważa Noetzel.

Nic nie wskazuje na to, żeby w kolejnych latach mogło się to zmienić, bo popyt ze strony najemców wciąż rośnie. Mimo że powoli i czynsze w Polsce wzrastają.

– W porównaniu do czynszów w UE w Polsce wciąż są one niższe. To jest pochodną chociażby tego, że dużo niższa jest siła nabywcza naszego społeczeństwa, czyli niższe są obroty, a to się przekłada na czynsze. Natomiast ta różnice się wyrównują i są projekty, które swoją jakością są porównywalne do najlepszych projektów europejskich, ale też pod względem uzyskiwanych czynszów – wyjaśnia ekspert.

Cushman & Wakefield to firma zajmująca się doradztwem na rynku nieruchomości komercyjnych. Według ostatniego opublikowanego przez nią raportu podaż nowej powierzchni w centrach handlowych w 2013 r. w Europie wyniesie 7 mln mkw. Aż 70 proc. z nich przypadnie na kraje Europy Wschodniej.

Jak sytuacja polityczna w Egipcie przyczynia się do wakacyjnych wyjazdów Polaków?

Pomimo niestabilnej sytuacji politycznej w Egipcie nie ma zagrożenia dla bezpieczeństwa turystów. Organizatorzy wyjazdów odradzają jednak opuszczanie kurortów, wstrzymane są wycieczki do Kairu. Demonstracje nie wpływają na obniżenie cen ani na zwiększoną liczbę rezygnacji z wyjazdu.

– W każdym kraju, do którego wysyłamy turystów śledzimy sytuację polityczną, również pod kątem ewentualnych zagrożeń dla zdrowia turystów. Mamy przecież swoich przedstawicieli na miejscu, kontaktujemy się z Ministerstwem Spraw Zagranicznych, mamy informacje z ministerstw spraw zagranicznych innych krajów – podkreśla w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Krzysztof Piątek, prezes Polskiego Związku Organizatorów Turystyki.

Zaznacza, że bezpieczeństwo klientów jest ważne dla wszystkich touroperatorów. Sytuacja w Egipcie nie powinna jednak budzić niepokoju turystów. PZOT nie otrzymał żadnych sygnałów o niebezpieczeństwie w kurortach turystycznych. Piątek radzi jednak, by unikać miast, w których odbywają się demonstracje. Do 10 lipca nie będą organizowane wycieczki fakultatywne do Kairu.

Piątek dodaje, że niestabilna sytuacja polityczna nie ma przełożenia na ceny wyjazdów ani na popularność Egiptu jako celu podróży. To trzeci najbardziej popularny wśród polskich turystów kraj, po Grecji i Turcji, głównie ze względu na atrakcyjne ceny.

– Setki tysięcy polskich turystów rokrocznie udają się do Egiptu. W sytuacji kiedy liczba miejsc wolnych wzrasta, ceny topnieją. Jesteśmy w szczycie sezonu, który sprzedawany jest od października zeszłego roku, także tych miejsc nie zostało dużo. Można trafić oczywiście na fajne oferty last minute, niezmiernie atrakcyjne cenowo, z czego wielu turystów chętnie korzysta – mówi Piątek.

Przyznaje jednak, że nie ma bezpośredniego wpływu sytuacji politycznej na ceny. Wynika to przede wszystkim z tego, że turyści nie rezygnują z wykupionych wycieczek. Przez to liczba wolnych miejsc jest niewielka, a tym samym mniej jest atrakcyjnych ofert last minute.

– Nie dostrzegamy żadnych rezygnacji z wyjazdów do Egiptu, ani wzmożonych zapytań, czy nie można by zmienić planów urlopowych. Podobnie jest w Europie i u wszystkich innych większych touroperatorów – podkreśla Piątek.

Prezes PZOT dodaje, że wyjazdy do Egiptu podlegają standardowym ograniczeniom związanym z rezygnacją. Dopuszczalne są jedynie zmiany przy wyjazdach w odleglejszych terminach. Natomiast w przypadku rezygnacji z niewielkim wyprzedzeniem turyści muszą się liczyć z kosztami.

Według Piątka nie widać jednak, by Polacy obawiali się wyjazdów do Egiptu i rezygnowali z wyjazdów bądź chcieli zmieniać kraj wypoczynku. Przyznaje jednak, że jeśli sytuacji zrobi się bardziej poważna, może się to zmienić.

Kancelarie prawne wprowadzają innowacyjne rozwiązania w postaci systemu wirtualnej obsługi

0

Nowe technologie coraz bardziej obecne w kancelariach prawniczych. Rosnące rozproszenie klientów sprawia, że decydują się one rozwijać wirtualny kanał komunikacji. Daje to przede wszystkim łatwy dostęp do akt sprawy, możliwość stałego kontaktu z doradcą i łatwiejsze zarządzanie dokumentacją. Dzięki obsłudze online odległość między kancelarią a klientem przestaje mieć znaczenie. Prawnicy podkreślają, że system posiada odpowiednie zabezpieczenia na wzór obowiązujących w bankach.

– Ta technologia umożliwia klientom współpracę z zewnętrzną kancelarią tak, jakby była w tym samym budynku. W ten sposób kancelaria staje się właściwie wewnętrznym działem prawnym klienta – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Jarosław Ostrowski, radca prawny z Kancelarii Ostrowski i Wspólnicy.

Jak podkreśla, w całej procedurze zachowane są najwyższe standardy bezpieczeństwa.

– Obydwa moduły są szyfrowane, tzn. korzystają z połączeń szyfrowanych, z jakich korzystają banki, czyli bezpieczeństwo po stronie klienta jest gwarantowane – mówi Jarosław Ostrowski.

System składa się z dwóch modułów. Pierwszy z nich obejmuje dostęp klienta do dokumentacji, związanej z prowadzoną sprawą (np. o pismach, które wpływają do kancelarii). Klienci mogą śledzić na bieżąco nanoszone tam zmiany, jak również sprawdzać status prowadzonych spraw. Dodatkowo moduł ten umożliwia nanoszenie zmian w informacji dotyczących firmy przez klienta. Chodzi tu np. o aktualizację danych.

– Drugi moduł ma charakter komunikacyjny, umożliwia on klientowi bezpośrednią komunikację z prawnikiem, jakby siedział on w tym samym pokoju. Jest to system oparty o wideokonferencje i połączenia w trybie audio. Umożliwia wspólną pracę nad dokumentem i wspólne edytowanie, jest bardzo podobny do znanych wszystkim Skype czy nawet Gadu-Gadu – mówi mecenas Ostrowski.

Jego zdaniem, nowy system spotka się z zainteresowaniem klientów, którzy pozytywnie postrzegają każdy innowacyjny pomysł, mogący ułatwić współpracę z kancelarią. Tym bardziej, że kancelarie prawnicze z reguły są mocno konserwatywne w porównaniu do innych przedsiębiorców.

– Klient ma nieprzerwaną, choć wirtualną asystę swojego doradcy. W ten sposób odległość w relacjach z prawnikiem przestaje mieć znaczenie. W Warszawie przemieszczenie się zajmuje sporo czasu, nie mówiąc już o odległościach większych niż jedno miasto. Dlatego szyfrowana bezpieczna komunikacja jest krokiem w stronę klienta. Innowacyjność w usługach prawniczych i oparcie ich o technologią internetową po prostu zwyczajnie musi mieć miejsce – podkreśla mecenas.

Dodaje, że to nie tylko wygoda dla klientów, ale również dla samej kancelarii. Dzięki systemowi wirtualnej obsługi pracownicy kancelarii mają łatwiejszy dostęp do gromadzonych przez lata informacji.

M. Boni: cyfryzacja polskiej administracji to długi proces, ale nadchodzące dwa lata zdecydowanie go przyspieszą

W przyszłym roku ma powstać informatyczny system ostrzegania przed katastrofami. Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji buduje regionalne systemy razem z TVP. Telefon alarmowy 112 ma działać w całym kraju od początku przyszłego roku, a elektroniczne wojewódzkie centra powiadamiania ratunkowego – w połowie roku.

– Widać, że te kroki się zbliżają, ale są różne opóźnienia związane także z procedurami przetargowymi. Niestety wszyscy na to narzekają, więc ja nie narzekając usprawiedliwiam, że te przesunięcia w czasie następują – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Michał Boni, minister administracji i cyfryzacji.

Boni podkreśla, że cyfryzacja polskiej administracji to długi proces. Dodaje, że powstało wiele opóźnień w procedurach przetargowych oraz zmianach organizacyjnych i prawnych. Były one niezbędne, by przed informatyzacją wprowadzić proste i uporządkowane rozwiązania.

– Myślę, że jesteśmy na takim etapie, w którym samolot się rozpędza, jeszcze się nie wzbił w powietrze, ale za jakiś czas się wzbije, a później będzie w miarę szybko już osiągał taką wysokość, jaką powinien mieć, by dolecieć do celu – prognozuje szef resortu administracji i cyfryzacji.

Boni zapowiada, że nadchodzące dwa lata będą okresem dużego przyspieszenia w procesie cyfryzacji.

– Jeszcze rok i będziemy mieli informatyczny system ostrzegania przed katastrofami. Powoli budujemy Regionalne Systemy Ostrzegania razem z TVP – wymienia Michał Boni.

Pierwszy Regionalny System Ostrzegania ruszył pod koniec czerwca w województwie lubuskim. Dzięki możliwościom, jakie stwarza nadawanie cyfrowe, mieszkańcy przez telewizję zyskują dostęp do informacji i komunikatów o zagrożeniach i sytuacjach nadzwyczajnych w regionie.

Dzięki Informatycznemu Systemowi Osłony Kraju przed Nadzwyczajnymi Zagrożeniami mieszkańcy Polski będą mogli łatwo sprawdzić w internecie, czy znajdują się na terenie zagrożonym na przykład powodzią. Podobne systemy działają już m.in. w Stanach Zjednoczonych i Czechach.

– Prawdopodobnie od 1 stycznia 2014 roku numer 112 w formie telefonicznej będzie funkcjonował już w całym kraju, natomiast wszystkie centra powiadamiana ratunkowego w połowie 2014 mam nadzieję już w formule elektronicznej – dodaje minister.

Telefon alarmowy 112, zgodnie z założeniami systemu, ma umożliwiać połączenie z wojewódzkimi centrami powiadamiania ratunkowego w sytuacjach wymagających nagłej reakcji służb: policji, służb medycznych lub straży pożarnej. Do czasu jego pełnego wdrożenia pod numerem 112 dodzwonimy się jednak nie do WCPR, lecz do jednostek policji lub straży pożarnej. Numer 112 działa w całej Europie i można na niego zadzwonić nawet nie posiadając aktywnej karty SIM w telefonie komórkowym.

Ministerstwo Finansów wprowadza zaostrzenie przepisów w Ordynacji podatkowej

Resort finansów chce nakładać kary na podatników za nieokazanie dokumentów, których zażąda organ podatkowy, na przykład przy zwrotach VAT. Taka propozycja znalazła się w przygotowanym przez ministerstwo projekcie zmian w Ordynacji podatkowej. – Nie ukrywam, że jest to związane z tym, że np. przy zwrotach VAT mamy czasem do czynienia z wyłudzeniami i przestępstwami skarbowymi – mówi wiceminister Maciej Grabowski.

Wiceminister finansów mówi, że intencją zmian jest zdyscyplinowanie podatników, którzy nie chcą okazać żądanych przez organy podatkowe dokumentów.

– Mamy takie sytuacje, że np. przy zwrotach VAT podatnicy nie chcą ujawniać faktur VAT organom podatkowym i wówczas nie ma żadnej kary porządkowej. Jednak jeżeli podatnik chce uzyskać zwrot podatku VAT, powinien organowi takie faktury przedstawić. W tej chwili nie ma możliwości nałożenia kary. My chcemy, by taka możliwość się pojawiła, jeżeli podatnik poproszony o przekazanie tych dokumentów do organu skarbowego, takiej czynności nie wykona – tłumaczy w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Maciej Grabowski.

Zapewnia, że nie będzie to sankcja obligatoryjna, a jedynie możliwość nałożenia kary, jeśli odmowa przekazania niezbędnych dokumentów będzie nieuzasadniona.

– Nie ukrywam, że to też jest związane z tym, że np. przy zwrotach VAT mamy do czynienia z wyłudzeniami i przestępstwami skarbowymi – mówi Maciej Grabowski.

Jak podkreśla, proponowane zmiany nie dotyczą sytuacji, kiedy podatnik nie udostępni organom podatkowym swojego mieszkania w celu przeprowadzenia czynności sprawdzających. W tym przypadku przepisy pozostają bez zmian.

– Urzędnicy skarbowi mogą wejść do mieszkania wyłącznie za zgodą podatnika i np. sprawdzić, czy zgadzają się deklarowane przez podatnika koszty remontu. Mogą również dokonać oględzin samochodu, ale również wyłącznie za zgodą podatnika i w tych kwestiach nic się nie zmieni – deklaruje Maciej Grabowski. – Zapisu o karach za nieudostępnienie mieszkania do oględzin nie ma i nie mieliśmy intencji wprowadzenia takiego przepisu.

Procedura oględzin mieszkania

Wiceminister zapewnia, że obecne przepisy w tej sprawie są w wielu wypadkach korzystne dla podatników, którzy chcą szybkiego sprawdzenia danych w złożonych deklaracjach podatkowych.

Obecnie obowiązujące przepisy Ordynacji podatkowej przewidują, że organ podatkowy, za zgodą podatnika, może dokonać oględzin mieszkania lub części tego lokalu, jeżeli jest to niezbędne do sprawdzenia zgodności stanu faktycznego z danymi, jakie podatnik podał w złożonej przez deklaracji lub też w innych dokumentach potwierdzających poniesienie wydatków na cele mieszkaniowe. Wówczas pracownik organu podatkowego, w porozumieniu z podatnikiem, ustala termin dokonania oględzin. Podpisaną przez podatnika adnotację o ustaleniu terminu oględzin zamieszcza się w aktach sprawy.

W przypadku nieudostępnienia lokalu mieszkalnego w uzgodnionym terminie organ podatkowy może wyznaczyć nowy termin przeprowadzenia oględzin. Pracownik organu podatkowego sporządza protokół przeprowadzonych oględzin, który dołącza do akt sprawy. Powyższą procedurę przeprowadza się także w przypadku skorzystania przez podatnika z ulg inwestycyjnych.

– Przepisy dotyczące oględzin mieszkania obowiązują bodaj 10 lat i podatnicy z nich korzystają głównie ze względu na to, żeby skrócić jakieś postępowania i dość długotrwały proces dowodowy. Czasami obu stronom wychodzi to na dobre, i naszym inspektorom, i podatnikom, którzy mogą szybciej swoje sprawy wyjaśnić – mówi wiceminister finansów.

Dodaje, że ani obecne przepisy, ani proponowane zmiany Ordynacji podatkowej nie pozwalają karać podatników za brak udostępnienia organom podatkowym mieszkania w celu przeprowadzenia czynności sprawdzających.

– Wpuszczenie urzędnika skarbowego do mieszkania jest uprawnieniem podatnika. Jeśli z niego nie skorzysta, to nie może być pociągnięty do żadnej odpowiedzialności i żadna kara porządkowa nie jest tu nakładana. Podatnik oczywiście może odmówić, po prostu dlatego, że sobie tego nie życzy i przedstawić inne dowody, które służą wyjaśnieniu jego sytuacji podatkowej. Podatnicy też często to robią, bo te dowody są wystarczające i ich zdaniem nie ma potrzeby, aby takie oględziny przeprowadzać, więc sprawy rozstrzyga się bez tego – wyjaśnia Maciej Grabowski.

W przygotowanym przez Ministerstwo Finansów projekcie założeń zmiany Ordynacji podatkowej proponuje się umożliwienie przeprowadzania oględzin nie tylko lokali mieszkalnych, ale także np. samochodu w celu ustalenia jego wartości w ramach czynności sprawdzających, ale również za zgodą podatnika, na takich samych zasadach, jak w przypadku lokali, a brak zgody podatnika wyłącza ukaranie.

Ministerstwo Finansów uzasadnia propozycje tym, że jej przyjęcie pozwoli wyjaśnić większą liczbę spraw już na etapie wstępnej procedury bez konieczności wszczynania bardziej sformalizowanych i angażujących podatnika oraz urząd procedury kontroli podatkowej lub postępowania podatkowego.

Obecnie trwa analiza uwag i propozycji zmian, które wpłynęły do MF w efekcie uzgodnień międzyresortowych i konsultacjach społecznych. Niebawem odbędzie się konferencja uzgodnieniowa.

UOKiK po raz drugi przygląda się parabankom, niestety do każdego są jakieś zastrzeżenia

We wtorek Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów zaprezentuje drugą część raportu dotyczącego parabanków. Urząd od stycznia br. przyglądał się szczególnie kosztom: oprocentowaniu i dodatkowym opłatom, jakie wiążą się z zaciągnięciem pożyczki w tego typu instytucjach. – Wobec każdego przedsiębiorcy mamy jakieś zastrzeżenia – mówi rzeczniczka UOKIK, Małgorzata Cieloch.

– Wszelkie opłaty, które dotyczą różnego rodzaju pożyczek, nie kryją się wcale w oprocentowaniu, ale we wszelkich opłatach dodatkowych, doliczanych do pożyczki – podkreśla rzeczniczka UOKiK w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria. – Bardzo często te opłaty dodatkowe nie są uwidaczniane w rzeczywistej rocznej stopie oprocentowania, co jest niezgodne z prawem.

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wziął pod lupę 30 parabanków i sprawdził wszystkie koszty, z którymi konsument musi się liczyć pożyczając pieniądze.

– Przyjrzeliśmy się, jak realizowane są w praktyce wszelkiego rodzaju zapewnienia, że u nas najtaniej, u nas najlepiej, u nas rzeczywista roczna stopa oprocentowania jest bardzo niska. Już z tych pierwszych analiz, które napływały do nas widzieliśmy, że na rynku nie jest dobrze. Wobec każdego przedsiębiorcy mamy jakieś zastrzeżenia – podkreśla Małgorzata Cieloch.

Szczegółowe wyniki badań UOKiK zaprezentuje 9 lipca.

To już druga część trwającego od stycznia br. badania. Pierwsza część raportu UOKiK poświęcona była analizie reklam parabanków. Przeanalizowano komunikaty reklamowe 37 tego typu firm. Okazało się, że 23 przedsiębiorców reklamuje się w sposób niezgodny z prawem, choćby sugerując brak wymaganego przez ustawę sprawdzania zdolności kredytowej.

Wobec wszystkich instytucji, które w opinii UOKiK naruszyły prawa konsumentów Prezes Urzędu wszczęła postępowania. Za wprowadzanie konsumentów w błąd grozi kara maksymalnie do 10 proc. ubiegłorocznego przychodu firmy.

Czy Polska nawiąże współpracę gospodarczą z będącą w kryzysie Grecją? Prezydent Papulias dziś w Warszawie

Polska i grecka gospodarka mogą się uzupełniać w wielu dziedzinach – uważa Marek Kłoczko, wiceprezes Krajowej Izby Gospodarczej. Dziś obroty handlowe między naszymi krajami to ok. 700 milionów euro, a mogłyby być nawet dwukrotnie wyższe. Sytuację może poprawić dzisiejsza wizyta w Warszawie prezydenta Grecji, Karolosa Papuliasa, zwłaszcza że polskie firmy intensywnie poszukują nowych rynków zbytu.

– Takie wizyty zawsze sprzyjają pobudzaniu kontaktów. Przypada ona chyba w dobrym momencie, dlatego że polskie firmy coraz bardziej poszukują nowych rynków zbytu. I to zarówno w Unii Europejskiej, jak i poza nią – podkreśla Marek Kłoczko, wiceprezes KIG.

Ważnym elementem polsko-greckich rozmów będzie też polityka. To właśnie Grecja będzie przewodniczyć UE w pierwszej połowie 2014 roku.

Mimo różnic kulturowych i gospodarczych oba kraje mogą znaleźć wiele płaszczyzn współpracy.

– Współpraca gospodarcza jest na umiarkowanym poziomie, daleko odbiega od możliwości i potencjału zarówno Polski, jak i Grecji. Obroty rzędu 700-800 milionów euro, bo takie są co roku, nie mogą zadowalać – podkreśla w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Marek Kłoczko.

Polska ma co prawda w wymianie z Grecją nadwyżkę handlową, ale dla firm z obu krajów jeszcze lepsze byłoby zwiększenie obrotów. Zdaniem eksperta KIG wymiana handlowa mogłaby być nawet dwukrotnie większa.

– Grecja jest potęgą, jeżeli chodzi o transport morski. W tym także jako centrum logistyczne dla regionu Morza Śródziemnego. Polska z kolei ma znacznie lepiej rozwinięty przemysł, również przemysł maszynowy. Jest położona w innej strefie klimatycznej i z tego względu również może być atrakcyjna. Przede wszystkim mamy komplementarne rolnictwo i produkcje spożywcze – wymienia Marek Kłoczko.

Grecja ma również dużo bardziej rozwinięty sektor bankowy i turystyczny. Greccy przedsiębiorcy mogą zaś skorzystać z polskich doświadczeń związanych z przerabianiem surowców wtórnych.

– W Polsce w ostatnich latach wyrosło bardzo dużo firm zajmujących się odzyskiem śmieci. Wdrażane są najbardziej nowoczesne technologie w tym zakresie. Myślę, że polskie przedsiębiorstwa mogłyby być dobrymi partnerami dla firm greckich – mówi Marek Kłoczko.

Grecja mimo kryzysu to wciąż atrakcyjny rynek dla polskich firm. PKB na mieszkańca jest wyższe niż w Polsce, a to oznacza większą siłę nabywczą greckiego społeczeństwa.

– Grecy importują bardzo dużo towarów z całego świata. Myślę, że tu możemy konkurować szczególnie z tymi krajami, których produkty są znacznie droższe – wyjaśnia wiceprezes KIG.

Komentarz dzienny, 9 lipca 2013

Już sam wstęp prof. Sławińskiego na prezentacji najnowszej projekcji inflacyjnej mówił wszystko. Projekcja jest w zasadzie kalką poprzedniej, a wprowadzone zmiany są wręcz kosmetyczne. Dynamika PKB została w dużej mierze dopasowana do realiów bieżącego cyklu (Instytut Ekonomiczny musiał przyznać, że za wcześnie wytypował moment odbicia gospodarczego), inflacja zaś – pomimo lekko wzrostowej trajektorii – nadal plasuje się w horyzoncie projekcji poniżej celu inflacyjnego. Słaba dynamika PKB to przede wszystkim wynik kontynuacji słabości popytu wewnętrznego (według NBP jest to w dużej mierze wynik faktu, że podmioty gospodarcze dopasowały swoje oczekiwania do dłuższego spowolnienia gospodarczego, co skutkuje automatycznie dostosowaniami o większej skali) oraz powolnego odbicia produkcji za granicą. Niska inflacja to pochodna bardzo dużej luki popytowej, która nie zamyka się nawet pod koniec horyzontu projekcji inflacyjnej. Skutkiem otwartej luki jest bardzo niska inflacja bazowa (nie przekracza 1,1% w całym horyzoncie projekcji), co przy niskich cenach żywności i energii skutkuje bardzo umiarkowaną ścieżką inflacji headline.

SERM czyli wizerunek i reputacja w Internecie

Zgodnie z aktualnymi danymi (Geminus, VI. 2013) ponad 96% Polaków korzystających z Internetu używa wyszukiwarki Google. Wysoka popularność wyszukiwarek na całym świecie sprawiła, że stały się one jednym z najważniejszych narzędzi internetowych, a co za tym idzie – najbardziej popularnym źródłem informacji.

Jak wynika z Google Annual Search Statistics 2012, dziennie do wyszukiwarki trafia ponad 5 miliardów zapytań z całego świata. O co pytaja internauci? Odpowiedź jest prosta – o wszystko. A to oznacza, że Google powoli staje się lustrem rzeczywistości – ocenia Łukasz Kluczny, Traffic Manager GRUPA 365 NET.

Czym zatem jest wizerunek w sieci? Najprościej mówiąc, jest on zbiorem najlepiej dopasowanych odpowiedzi na zadane pytanie, lub najlepszych, według wyszukiwarki, informacji na dany temat. A zatem to, jak przedstawiamy się w Internecie, jest wyborem algorytmu wyszukiwarki. Na czym polega ta selekcja? Najistotniejszą zmienną są treści tworzone przez internautów, które pojawiają się w formie odnośników – czyli jest to coś, na co możemy mieć wpływ.

SERM to anglojęzyczny akronim określenia Search Engine Reputation Management, czyli zarządzanie reputacją w wyszukiwarce. Jest to zbiór działań i procesów, które mają wpływ na to, jakie treści odnajdzie wyszukiwarka w kontekście konkretnego zapytania. Jakie możliwości nam daje?

Wszystko zależy od naszych potrzeb wizerunkowych. Przykładowo, znany naukowiec, który chciałby być postrzegany w sieci poprzez pryzmat swoich dokonań, ma zupełnie inne potrzeby od dużej firmy produkcyjnej, której zależy na powiązaniu wizerunku z otoczeniem dobrych rekomendacji lub pozytywnych skojarzeń, a jeszcze inne potrzeby wizerunkowe ma sam produkt. Istotą działań SERM jest zbudowanie w Internecie wizerunku nie tylko tożsamego z tym, jaki jest on w rzeczywistości, ale też jego korekta w kierunku przez nas oczekiwanym. Innymi słowy, SERM jest kreowaniem wizerunku, jaki prezentujemy całemu światu.

Wydawać by się mogło, że działania w tym zakresie są niezbędne tylko osobom lub instytucjom, które świadomie chcą wykreować swój wizerunek albo go zmienić. Mało kto uświadamia sobie, że dla każdego z nas brak posiadania wizerunku w sieci może wiązać się z negatywnymi skutkami, bowiem konkurencja może bazując na podobnych procesach zniszczyć naszą reputację w sieci. A zatem działania SERM to z jednej strony sposób na pozytywną kreację wizerunku, z drugiej zaś stały proces jego ochrony.

Działania w ramach SERM mogą mieć bardzo różny wymiar, od doradczego lub interwencyjny; mogą być prowadzone stale albo w regularnych odstępach czasowych.

Wizerunek w sieci jest kreowalny i zależy od nas. Ważne abyśmy mieli świadomość tej plastyczności, a jednocześnie zagrożeń, jakie niesie ze sobą brak kontroli nad nim – podsumowuje Łukasz Kluczny, Traffic Manager GRUPA 365 NET.

Ericsson przejmuje firmę Red Bee Media

Przejęcie to, które wymaga jeszcze uzyskania zezwoleń odpowiednich władz, stanowi część strategii firmy Ericsson zakładającej rozwój w segmencie usług nadawczych. W ramach przejęcia Ericsson wykorzysta swoje najwyższej jakości technologie i usługi do pomocy nadawcom i właścicielom treści w zapewnieniu konwergencji usług wideo i usług mobilnych. Firma zyska 1 500 wysoko wykwalifikowanych pracowników, jak również urządzenia do świadczenia usług medialnych i prowadzenia działalności operacyjnej w Wielkiej Brytanii, Francji, Niemczech, Hiszpanii i Australii. Pozwoli to jeszcze bardziej wzmocnić ofertę usług nadawczych firmy Ericsson, która została utworzona w 2007 r. i rozszerzona w 2012 r. przez przejęcie działu usług nadawczych firmy Technicolor.

Dzięki przejęciu 1 240 pracowników Red Bee Media w Wielkiej Brytanii liczba pracowników w brytyjskim oddziale firmy wzrośnie do około 4 000, z czego ponad jedna trzecia będzie pracować w dziale usług medialnych. Dzięki temu oddział brytyjski stanie się centrum usług medialnych firmy Ericsson.

Firma Red Bee Media powstała w 2005 r. i od tego czasu zdobyła pozycję silnego i zróżnicowanego przedsiębiorstwa z rosnącą bazą klientów na całym świecie. Świadczy ona szeroką gamę usług medialnych dla największych nadawców i platform szerokopasmowych: od zarządzania zasobami medialnymi, przez usługi związane z emisją i cyfrową transmisją wideo, do usług dostępu w wielu językach oraz usług kreatywnych. Firma Red Bee Media, znana z wysokiej jakości usług związanych z emisją, jest również największym w Europie dostawcą metadanych — co roku dostarcza ponad 100 000 godzin napisów dla największych nadawców.

Branża telewizyjna i medialna przechodzi obecnie bezprecedensowe zmiany wynikające z dużego zapotrzebowania klientów na bogatą i interakcyjną rozrywkę dostępną w każdym miejscu i czasie. Konwergencja technologii telekomunikacyjnych, szerokopasmowych i medialnych oraz wykorzystanie sieci IP i sieci mobilnych do dostarczania takich usług zapewnia usługodawcom nowe możliwości.

Nowe usługi rozszerzają i na nowo definiują to, w jaki sposób klienci korzystają z rozrywki, co z kolei stawia przed firmami na całym świecie nowe wyzwania ekonomiczne i kreatywne. Dotyczy to zarówno nadawców, jak i operatorów telekomunikacyjnych i innych firm z branży medialnej. Według raportu firmy Ericsson na temat usług mobilnych opublikowanego w czerwcu 2013 r. treści wideo w największym stopniu przyczyniają się do zwiększenia ruchu w sieciach mobilnych, a do końca 2018 r. ich ilość ma rosnąć o 60 procent rocznie.

„Ericsson wprowadza istotne zmiany w swoim przedsiębiorstwie, potwierdzając swoje zaangażowanie w usługi telewizyjne i nadawcze oraz kontynuując strategię rozpoczętą w 2007 r.” — powiedział Magnus Mandersson, wiceprezes wykonawczy i dyrektor działu usług globalnych w firmie Ericsson. „Zapewniamy nadawcom korzyści dzięki zwiększeniu dostępu do treści cyfrowych, co umożliwia czerpanie większych zysków z treści telewizyjnych. Ilość treści wideo przesyłanych w sieciach mobilnych znacznie wzrasta, a firma Ericsson jest w stanie zaspokoić potrzeby zarówno nadawców, jak i operatorów telekomunikacyjnych dzięki swojej wiedzy technicznej i możliwościom w zakresie świadczenia usług”.

Kluczowe możliwości firmy Ericsson w dziedzinie sprzętu, oprogramowania, integracji systemów oraz usług w zakresie zarządzania operacjami zostały wykorzystane przez dostawców usług telekomunikacyjnych i szerokopasmowych na całym świecie i pomogły im osiągnąć sukces. Ericsson dostarcza innowacyjne rozwiązania do gromadzenia, wymiany i dystrybucji treści oraz zapewniania wieloekranowej rozrywki, oparte na 20-letnim doświadczeniu firmy — laureata nagrody Emmy — w dziedzinie badań i rozwoju w sektorze medialnym.

Świadcząc usługi nadawcze, Ericsson wykorzystuje również swoją pozycję lidera w dziedzinie usług zarządzanych i obsługuje największych nadawców regionalnych i globalnych, zwiększając wydajność ich operacji biznesowych w zakresie treści przekazywanych na żywo i treści tematycznych.

Firma Ericsson to największy dostawca usług zarządzanych, obsługujący operatorów, którzy mają ponad 1 mld abonentów na całym świecie. Inwestuje w procesy, metody i narzędzia w tym segmencie już od ponad 15 lat, a ostatnio wykorzystała swój udany model biznesowy w innych branżach, takich jak sektor użyteczności publicznej, transport i telewizja.

Sfinalizowanie transakcji podlega odpowiednim ustawowym zatwierdzeniom administracyjnym i konsultacjom. Po jej zakończeniu firma Red Bee Media zostanie włączona do działu usług globalnych firmy Ericsson.

PPG Deco Polska z nowym prezesem

Sławomir Majchrowski, dotychczasowy Dyrektor Marketingu i Członek Zarządu PPG Deco Polska, objął stanowisko Prezesa Zarządu zastępując na tej pozycji Davida Parrotta. Nowy Prezes będzie jednocześnie pełnił funkcję Dyrektora Operacyjnego Sprzedaży i Marketingu.

Sławomir Majchrowski rozpoczął swą karierę w firmie w 1997 roku. Od samego początku związany był z obszarem marketingu, w którym pełnił rożne funkcje aż po stanowisko Dyrektora Marketingu, które objął w 2003 roku. W tym czasie odpowiadał m.in. za politykę firmy w obszarze brand marketingu, channel marketingu, a także wsparcia i badań marketingowych. Równolegle zajmował się również innymi działaniami w pionie handlowym. Od 2006 r. był także Członkiem Zarządu PPG Deco Polska.

Rok 2013 to czas zmian w PPG Deco Polska. Przed powołaniem nowego prezesa firma zakończyła proces przejmowania przedsiębiorstwa Dyrup. W efekcie portfolio marek PPG Deco Polska – skład, którego tworzyły dotychczas m.in. marki Dekoral, Drewnochron, Domalux i Cieszynka – powiększyło się o Bondex i Malfarb, a sama firma umocniła swą pozycją w segmencie farb oraz lakierów. Nowy prezes zapowiada kontynuację zmian, których celem jest dalsze umacnianie PPG Deco Polska na pozycji branżowego lidera: – Przejęcie firmy Dyrup oraz poszerzenie portfela marek nie tylko zwiększyło nasz udział w rynku farb i lakierów o kilka procent, ale przede wszystkim otworzyło przed nami nowe perspektywy. Rozbudowanie naszej oferty produktowej – m.in. o tynki elewacyjne czy lakiery segmentu premium – sprawiło, że stała się ona jeszcze bardziej konkurencyjna i jeszcze lepiej odpowiada rosnącym wymaganiom klientów. W nadchodzącym czasie PPG Deco Polska będzie kontynuować intensywny rozwój – podsumowuje Sławomir Majchorwski, nowy Prezes Zarządu PPG Deco Polska.

Komentarz dzienny, 8 lipca 2013

Wg opublikowanych w piątek danych, w czerwcu b.r. zatrudnienie poza rolnictwem wzrosło o 195 tys. osób. Konsensus rynkowy ukształtował się na poziomie 165 tys. etatów, choć jest to wartość – jak wskazywaliśmy w piątkowym raporcie – zaniżona, a najnowsze szacunki analityków, uwzględniające dane z pierwszych dni lipca (ADP, ISM), były bliższe 185 tys. Faktyczna wartość okazała się bardzo bliska średniej z ostatnich miesięcy. Dodatkowo, dane z poprzednich dwóch miesięcy zostały zrewidowane w górę łącznie o 70 tys. osób, co dodatkowo potwierdza tezę o dużej stabilności wzrostów zatrudnienia. W kategorii samego przyrostu liczby pracujących jest to najlepsza pierwsza połowa na amerykańskim rynku pracy od 1999 r.