Polska Marynarka Wojenna otrzyma 20 nowych jednostek pływających, oprócz obrony, musi być gotowa na atak

Silniejsza Marynarka Wojenna to niezbędny element solidnego systemu odstraszania potencjalnych wrogów, ale też systemu zapewnienia bezpieczeństwa na Bałtyku, m.in. budowanego w Świnoujściu gazoportu. Jak przekonują eksperci Instytutu Jagiellońskiego. Trzy nowe okręty podwodne, które Ministerstwo Obrony Narodowej planuje zakupić do 2022 roku, powinny być wyposażone w pociski manewrujące.

– Nie możemy postrzegać Bałtyku wyłącznie jako obszaru, na którym ma działać polska Marynarka Wojenna. Mamy gazoport, do którego będą przypływały gazowce, potrzebujemy je jakoś chronić, żeby zapewnić nasze bezpieczeństwo – podkreśla Łukasz Kister, ekspert ds. bezpieczeństwa Instytutu Jagiellońskiego.

Jego zdaniem Marynarka Wojenna to niezbędny element dla zapewnienia ochrony interesów ekonomicznych, jak i militarnych państwa. Dlatego powinna być brana pod uwagę w budowaniu sprawnego systemu odstraszania.

– Systemy odstraszania muszą wykorzystywać zasadę tarczy i miecza, czyli powinniśmy bronić naszego terytorium przed atakiem rakietowym czy lotniczym, ale musimy mieć też zdolności do odpowiedzenia na taki atak. Systemy lądowe, które planuje zakupić MON, nie są w stanie tego zrobić. To są systemy, które mają nas ochronić. Co nam po ochronie, jeśli nie potrafimy odpowiedzieć na atak, a przede wszystkim wywołać u potencjalnego wroga strachu przed kontruderzeniem – podkreśla Łukasz Kister w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria.

Zgodnie z planami MON w ramach programu modernizacji sił morskich (do 2022 roku, z perspektywą do 2030 roku) Marynarka Wojenna ma otrzymać 20 nowych jednostek pływających, m.in. trzy nowe okręty podwodne. Eksperci Instytutu Jagiellońskiego przekonują, że powinny one być wyposażone w pociski manewrujące. Podkreślają, że okręty podwodne przenoszące pociski manewrujące, to jedyne dostępne dla Polski uzbrojenie o charakterze ofensywnym. Daje ono możliwość rażenia newralgicznych celów przeciwnika w sposób trudny do obrony.

– Są nam potrzebne po to, by nasza marynarka posiadała miecz, który będzie postrachem dla naszych wrogów, państw, które chciałyby nam zaszkodzić. Okręty wyposażone w tego rodzaju broń są w stanie razić większość celów znajdujących się na obu półkulach, a więc tutaj możemy wykorzystywać bardzo silne narzędzie przy okazji korzystając z przenoszenia ich okrętami, które są trudne do wykrycia, nawet na takim akwenie jakim jest Bałtyk – zapewnia Łukasz Kister.

Do budowania silnej Marynarki Wojennej zobowiązują nas również sojusze międzynarodowe.

– Jesteśmy w NATO, musimy realizować wiele sojuszniczych operacji, do których niezbędne są okręty zdolne do realnego działania na wielu różnych akwenach – mówi ekspert Instytutu Jagiellońskiego. – NATO jest sojuszem, dlatego każde z państw, które w nim jest, musi posiadać zdolności do wzajemnej ochrony. Nie może być tak, że Polska będzie krajem, który tylko liczy na swoich sojuszników z NATO, a nasi sojusznicy nie będą mogli liczyć na nas.

Podkreśla przy tym, że nie tylko Polska buduje swoje systemy odstraszania, oparte o zasadę tarczy i miecza. W Europie wymienia m.in. takie kraje jak Francja, Wielka Brytania czy Rosja.

Marszałek Mazowsza: nie mamy pieniędzy na zapłatę janosikowego

Mazowsze nie ma pieniędzy na zapłatę kolejnych rat tzw. janosikowego na rzecz biedniejszych województw. Zabraknie łącznie ok. 200 mln zł. Województwo nie ma już gdzie szukać oszczędności, więc zamierza zwrócić się do Ministra Finansów, by zrezygnowało z poboru tej wpłaty.

– Najprawdopodobniej nie będziemy w stanie zapłacić co najmniej czterech rat janosikowego. Przypomnę, że jedna rata to 51 mln zł, czyli poszukujemy łącznie 204 mln zł. Zwrócę się do ministra finansów z prośbą o to, żeby nam w jakiś sposób pomógł, poprzez zaniechanie poboru tej wpłaty – zapowiada Adam Struzik, marszałek Mazowsza w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria.

Sytuacja budżetowa województwa mazowieckiego jest dużo gorsza od przewidywanej.

– Dochody są mniejsze od planowanych o około 370 mln złotych – mówi Adam Struzik, marszałek województwa mazowieckiego. – Na przykład dochody z podatku CIT zaplanowaliśmy na czerwiec na bardzo skromnym poziomie 20 mln zł, a zrealizowaliśmy jedynie 12 mln zł.

Już w tej chwili większość wydatków bieżących finansowana jest z kredytów na rachunku bieżącym. W trudnej sytuacji zarząd województwa szuka oszczędności, ale i tu możliwości się wyczerpały.

– Zarząd województwa podjął decyzję o kolejnych oszczędnościach o 10 proc. w wydatkach bieżących – mówi Struzik. – Te oszczędności, które zaprogramowaliśmy to już jest ściana, więcej nie znajdziemy.

Przez braki w kasie, pod dużym znakiem zapytania stoi realizacja kolejnych inwestycji. Mimo, że jak zapewnia Adam Struzik, ze względu na zakładane trudności właśnie, były one planowane bardzo racjonalnie. Marszałek podkreśla, że województwo nie rozpoczyna nowych projektów inwestycyjnych. Jednak zdaje sobie sprawę, że kolejne, nadmierne cięcia stanowią zagrożenie dla już realizowanych inwestycji.

– Staramy się dokonać remanentów polegających na tym, że wszędzie tam, gdzie przetargi wykazały mniejsze finansowanie, to te nadwyżki przekazujemy nie na nowe inwestycje, tylko zwracamy je do naszego własnego budżetu. Nie otwieramy nowych tytułów inwestycyjnych. Te, które są realizowane, zwłaszcza z dopłatą unijną, będą kontynuowane. Nie możemy sobie pozwolić na to, żeby zamrozić inwestycje i płacić kary umowne – zapewnia Adam Struzik.

Nowa perspektywa budżetowa Unii Europejskiej zakłada przekazanie regionowi ok. 60 proc. środków, które ten otrzymał w latach 2007 – 2013. W przypadku Mazowsza chodzi o kwotę 3,3 mld euro. Około 1,9 mld wydatkowane będzie z poziomu samorządu, 1,4 mld na płaszczyźnie krajowej. Problemem może być uzbieranie środków na wkład własny, który jest niezbędny przy realizacji inwestycji za pomocą funduszy unijnych.

– Zarówno my, jak i inne samorządy, możemy mieć problemy z generowaniem udziału własnego przy realizowanych projektach – alarmuje Struzik, dodając, że trzeba dziś zmienić przepisy, dotyczące janosikowego. To w znacznym stopniu uszczupla kasę województwa, w dodatku płacąc na rzecz innych regionów, ma problem z dopięciem własnego budżetu.

– Przepisy z roku 2003 zupełnie nie pasują do obecnej sytuacji ekonomicznej – zaznacza Adam Struzik.

W tym roku województwo mazowieckie będzie musiało przeznaczyć na janosikowe w sumie 661 mln zł.

Pakistan kolejnym partnerem gospodarczym Polski?

Rośnie zainteresowanie polskimi produktami w Pakistanie. W ubiegłym roku nasz eksport do tego kraju wzrósł prawie o jedną piątą. Polska ma co zaoferować tamtejszym rynkom – przekonuje wicepremier i minister gospodarki, Janusz Piechociński.

Spadł za to import. To efekt problemów, z jakimi boryka się Pakistan. Chodzi przede wszystkim o niestabilną sytuację geopolityczną w regionie. Mimo wszystko w niektórych obszarach możliwa jest nawet dużo bardziej intensywna niż dziś współpraca między dwoma krajami.

– To jest szeroko pojęty przemysł wydobywczy, od badań geologicznych po eksploatacje węgla, gazu, ropy – wymienia wicepremier. – Drugi obszar to szeroko pojęta energetyka.

Pakistańczycy zainteresowani są ponadto polskimi technologiami, stosowanymi w przetwórstwie rolno-spożywczym, szczególnie w małych i średnich gospodarstwach czy przedsiębiorstwach.

– Strona pakistańska sygnalizuje duże zainteresowanie, co mnie szczególnie cieszy, wobec wyrobów tego, co w Polsce nazywamy przemysłem zbrojeniowym – mówi Janusz Piechociński.

Współpraca handlowa na linii Warszawa-Islamabad była głównym tematem rozmowy, jaką wicepremier Janusz Piechociński odbył kilka dni temu z przewodniczącym tamtejszego Senatu.

– Mówiliśmy wprost o wymianie – mówi Piechociński. – Ona jest istotna, szczególnie, że polski eksport wzrósł ostatnio o 18 proc.

Według zapewnień ministra gospodarki, Polska – w kontekście rozwoju wymiany handlowej – myśli także o innych rynkach. Wśród kierunków, które budzą nasze szczególne zainteresowanie wymienić można m.in. Tajlandię. Z wizytą w Polsce przebywa właśnie premier kraju Yingluck Shinawatra.

– Wkrótce w tamten kierunek geograficzny ruszą bardzo silne, profesjonalnie przygotowane misje gospodarcze – zapewnia Piechociński.

Ministerstwo chce, by w każdej sprawie urzędowej dominowała droga elektroniczna

Najprawdopodobniej na najbliższym posiedzeniu Rada Ministrów zajmie się projektem zmian w przepisach, które mają doprowadzić do znacznego ograniczenia papierowej formy kontaktów z urzędami. Wielu spraw administracyjnych nie będzie trzeba osobiście załatwiać. Urzędy będą musiały wprowadzić m.in. elektroniczną skrzynkę podawczą. Elektroniczna forma ma obowiązywać także przy składaniu zeznań lub wyjaśnień, czy też wezwaniu na rozprawę. Nowa forma e-komunikacji obejmie także postępowanie przed sądami administracyjnymi.

Przygotowany przez Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji projekt nowelizacji ustawy o informatyzacji działalności podmiotów realizujących zadania publiczne ma ułatwić osobom fizycznym i przedsiębiorcom kontakt drogą elektroniczną – bez konieczności wychodzenia z domu czy z pracy – z administracją publiczną i sądami administracyjnymi.

Jeżeli jakąś sprawę da się załatwić elektronicznie, urzędy będą musiały przygotować odpowiednie elektroniczne wzory pism i formularze.

– Projekt zmian w ustawie o informatyzacji działalności podmiotów realizujących zadania publiczne Rada Ministrów ma przyjąć 9 lipca, następnie trafi do Sejmu. Chcemy, aby już od przyszłego roku obowiązywało zrównanie elektronicznej formy kontaktu obywateli z urzędami z papierową – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Michał Boni, Minister Administracji i Cyfryzacji.

Jedną z ważniejszych zmian będzie obowiązek udostępniania i wykorzystywania przez urzędy elektronicznej skrzynki podawczej spełniającej określone standardy.

Rozszerzeniu ulegnie kwestia zgody strony lub uczestnika postępowania na komunikację drogą elektroniczną. Obecnie taka zgoda musi być wyrażana odrębnie w każdym toczonym się postępowaniu administracyjnym. Proponowane przez MAC zmiany mają na celu wprowadzenie nowego rodzaju zgody, która dotyczyć będzie stałego komunikowania się z petentem w drodze elektronicznej w określonej przez organ administracji kategorii spraw. Po udzieleniu takiej zgody nie będzie konieczne jej ponowne wyrażanie w każdej następnej załatwianej sprawie.

– Jeżeli obywatel spytany o to, czy chce mieć od tej pory korespondencje wyłącznie drogą elektroniczną, odpowie pozytywnie albo będzie chciał ten fakt zgłosić do urzędu, to wówczas cała jego korespondencja, różne sprawy, które załatwia, będą odbywały się drogą elektroniczną – podkreśla minister Boni.

Ministerstwo chce, żeby w każdej sprawie, w której jest to możliwe, dominowała droga elektroniczna. Choć przy niektórych formalnościach nie będzie to proste.

– Niektóre rzeczy są prostsze do zelektronizowania, inne wymagają większych zabezpieczeń, jak np. dowód osobisty, bo jest on podstawą identyfikacji, więc być może jeszcze przez pewien czas będą stosowane rozwiązania pośrednie. To też się wiąże z projektem budowania elektronicznej platformy usług, administracji publicznej, rozszerzania profilu zaufanego. Ustawa daje możliwość dawania tego profilu zaufanego nie tylko instytucjom publicznym, ale także sektorowi biznesowemu i bankom – mówi Michał Boni.

Jak zaznacza, to kolejne dwa lata będą kluczowe dla rozwoju elektronicznych usług.

– To wymaga jeszcze przeglądu różnego rodzaju zarządzeń, rozporządzeń, gdzie często mamy napisane „drogą papierową”, „bezpośrednia obecność”, czyli takie formy zachowań obywatela załatwiającego sprawy w urzędzie, które mają charakter z dawnej epoki – podkreśla minister.

Zmiany w Kodeksie postępowania administracyjnego przewidują wprowadzenie elektronicznej formy dokumentu np. przy udzielaniu pełnomocnictwa procesowego, składaniu zeznań lub wyjaśnień, wezwaniu na rozprawę. Podobne zmiany są planowane w postępowaniu podatkowym. Nowa forma komunikacji obejmie także procedurę przed sądami administracyjnymi. Obecnie brak informatyzacji procedury przed sądami administracyjnymi wpływa negatywnie nie tylko na funkcjonowanie tych sądów, ale także na działalność samej administracji publicznej.

Nawet jeżeli organ administracji publicznej używa komunikacji elektronicznej w postępowaniu administracyjnym, to na potrzeby sprawy sądowo-administracyjnej musi przenosić elektroniczne dokumenty na papier. MAC chce w związku z tym umożliwić m.in. utrwalenie pism stron w postaci elektronicznej oraz ich doręczanie w postaci elektronicznej, elektroniczny wgląd w akta sprawy oraz wewnętrzne zarządzanie w sądzie elektronicznymi dokumentami.

Analiza rynku nieruchomości: Warszawa jedną z dwóch najtańszych stolic w Europie

Polak, aby zarobić na 70-metrowe mieszkanie musi pracować przez siedem lat. To długo, ale ceny nieruchomości w Warszawie są i tak jednymi z najniższych w Europie. Metr kwadratowy mieszkania w stolicy kosztuje około tysiąca siedmiuset euro. Taniej jest tylko w Budapeszcie. Tymczasem średni koszt metra kwadratowego w centrum Londynu wynosi aż 10 tys. euro, a w Paryżu – 8,3 tys. euro. W porównaniu z innymi mieszkańcami Europy jesteśmy także mniej obciążeni kosztami utrzymania mieszkania i ratami kredytu hipotecznego. To najważniejsze wnioski z drugiej edycji raportu „Property Index. Overview of European Residential Markets – European Housing 2012” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, który analizuje rynek nieruchomości w dwunastu europejskich krajach.

Wśród najdroższych aglomeracji tuż za Londynem i Paryżem znalazło się Monachium z ceną około 5 tys. euro za metr kwadratowy. Najtańsze mieszkania można znaleźć zaś w Budapeszcie (1,2 tys. euro za metr) i w Warszawie (1,7 tys. euro za metr). W 2012 r. najwyższy wzrost cen rok do roku miał miejsce w Berlinie (13 proc.), Londynie (12 proc.) i Moskwie (11 proc.). Z drugie strony Warszawa i Amsterdam były miastami o największych spadkach cen, wynoszących odpowiednio 8 proc. i 7 proc.

Średnia cena metra kwadratowego dla całej Polski wynosiła w ubiegłym roku około jednego tysiąca euro, i podobnie jak w przypadku stolic, taniej było tylko na Węgrzech. Najdrożej jest za to we Francji i Wielkiej Brytanii, gdzie za metr kwadratowy trzeba zapłacić średnio cztery razy więcej. W 2012 r. ceny mieszkań spadły u nas w porównaniu z rokiem 2011 nieznacznie, bo jedynie o 1,8 proc. „Jednocześnie w Polsce na tysiąc mieszkańców przypada o 25 proc. mniej mieszkań niż wynosi średnia europejska. I to pomimo boomu deweloperskiego, który trwa od kilku lat. Buduje się u nas jednak przede wszystkim w dużych miastach, brakuje za to nowoczesnego budownictwa w mniejszych miejscowościach, a to oznacza, że jest jeszcze duże pole do rozwoju” – tłumaczy Piotr Żarski, Partner, Lider Real Estate Group Polska i kraje bałtyckie, Deloitte. Raport Deloitte wskazuje na generalną zasadę, że w Europie Środkowej i Wschodniej buduje się znacznie mniej niż w krajach tzw. starej UE.

Najszybciej na własne mieszkanie mogą sobie pozwolić Duńczycy, których już po 26 miesiącach pracy stać na 70-metrowe lokum. Rosjanie muszą zaś swoją pensję brutto odkładać aż przez dziesięć lat. Polska znalazła się w grupie krajów (wraz z Czechami, Węgrami i Włochami), w której mieszkańców stać na własne lokum po 6,9-7,7 latach pracy.

Wskaźnik rozwoju budownictwa mieszkaniowego na rynku Unii Europejskiej spadł z 3,9 (2011 r.) do 3,3 (2012 r.) mieszkań oddanych do użytku w przeliczeniu na tysiąc obywateli. Największą liczbę mieszkań wśród krajów europejskich objętych badaniem oddano do użytku we Francji i Austrii. Wskaźnik rozwoju budownictwa mieszkaniowego we Włoszech, Polsce, Belgii i Holandii oscylował w granicach średniej europejskiej. Najniższą wartość odnotowały Węgry (zaledwie 1,1 mieszkania oddanego do użytku na tysiąc mieszkańców) i Niemcy (1,9 nowych mieszkań). „Warto też przy tej okazji zwrócić uwagę na dysproporcje występujące pomiędzy zachodnią i wschodnią częścią Niemiec, które mają wpływ na średnie statystyczne, szczególnie jeśli chodzi o koszt 1m2 mieszkania czy dostępność mieszkań, w przeliczeniu na roczne pensje” – dodaje Michał Rokosz, Wicedyrektor, zespół doradztwa dla rynku nieruchomości, Deloitte.

Nie zaskakuje fakt, że najmniejsze mieszkania można znaleźć w krajach Europy Środkowej, w tym w Polsce. Historycznie dominuje tu bowiem budownictwo dwu- i trzypokojowe. Jednak w całej Europie przeważają większe apartamenty. Mieszkania pięciopokojowe i większe stanowią aż 40 proc. ogólnej liczby, a w takich krajach jak Hiszpania czy Wielka Brytania nawet ponad 70 proc.

Polacy nie powinni narzekać na koszty utrzymania swoich nieruchomości. W porównaniu z innymi mieszkańcami Europy, wypadają pod tym względem bardzo ekonomicznie. W ubiegłym roku średnie koszty utrzymania mieszkania w UE (wliczając czynsz, usługi, naprawy i remonty) wyniosły 3,5 tys. euro w przeliczeniu na mieszkańca, podczas gdy w Polsce wydatki te stanowiły mniej niż 1,500 euro, co stanowi 42 proc. średniej europejskiej. Jedynie Węgrzy płacili mniej (36 proc.). „Z pewnością wpływ na niski koszt ma fakt, że Polacy posiadają mniejsze niż przeciętny Europejczyk mieszkania, a także to że mamy najniższe, z pośród krajów badanych, zasoby mieszkaniowe, w przeliczeniu na 1.000 mieszkańców (357 mieszkań – co stanowi 75 proc. średniej europejskiej). W przyszłości jednak można spodziewać się systematycznego wzrostu wydatków mieszkaniowych w Europie Środkowej, wynikającego m.in. z konieczności prowadzenia remontów starzejących się budynków. Dla porównania, przeciętny Duńczyk na utrzymanie mieszkania wydaje ponad 4 razy więcej niż przeciętny Polak, i aż o 82 proc. więcej niż przeciętny Europejczyk. W Anglii i Francji te różnice nie są już tak duże, gdyż średni koszt jest odpowiednio o 36 proc. i 29 proc. wyższy od średniej Europejskiej” – wyjaśnia Michał Rokosz.

Ważnym wskaźnikiem na rynku nieruchomości jest zadłużenie związane z zaciąganiem kredytów hipotecznych i porównaniem ich wolumenu do PKB. Średnia dla 27 krajów unijnych wynosi prawie 52 proc. Spośród członków UE najniższy wskaźnik zadłużenia mają Czesi – 13 proc. Zaraz za nimi uplasowali się Polacy z 20 proc. Najbardziej zadłużeni są zaś Holendrzy i Duńczycy ze wskaźnikiem wynoszącym ponad 100 proc. „To z kolei przekłada się na zadłużenie pojedynczych mieszkańców. Duńczycy i Holendrzy należą do tych, którzy ponoszą największe koszty kredytów hipotecznych w stosunku do swoich zarobków, choć należy zaznaczyć, że ich pensje są zdecydowanie jednymi z najwyższych. Najmniej obciążający jest zaś kredyt statystycznego Polaka, Czecha i Węgra, a także Rosjanina” – podsumowuje Michał Rokosz.

O raporcie:

Raport został przygotowany przez Deloitte Czechy i został opublikowany w maju br. Eksperci Deloitte przeanalizowali rynek mieszkań w dwunastu krajach Europy: Austria, Belgia, Czechy, Dania, Francja, Niemcy, Węgry, Włochy, Niderlandy, Polska, Hiszpana, UK.

Komentarz dzienny, 5 lipca 2013

Na lipcowym posiedzeniu Europejski Bank Centralny utrzymał stopy procentowe na dotychczasowym poziomie (depozytowa – 0,00%, operacji refinansowania – 0,50%) – decyzja ta była zgodna z oczekiwaniami. Zrealizowały się również oczekiwania łagodnego wydźwięku komunikatu i późniejszej konferencji prezesa Draghiego. Podobnie, jak w poprzednim miesiącu, ocena stanu gospodarki strefy euro była bardzo ostrożna. Nie oznacza to oczywiście, że polityka pieniężna Europejskiego Banku Centralnego nie uległa  zmianie. Wręcz przeciwnie, EBC po raz pierwszy w sposób jawny zobowiązał się do utrzymywania stóp procentowych na niskim poziomie przez dłuższy czas (podobnie jak w przypadku Fed osławione forward guidance). W przeciwieństwie do analogicznego sposobu prowadzenia polityki pieniężnej w Stanach Zjednoczonych, przyjętego jesienią zeszłego roku, nie zadeklarowano ani konkretnych zmiennych makroekonomicznych, których obserwacja będzie podstawą do ewentualnego zacieśnienia, ani progowych wartości dla tychże. Takie rozwiązanie, choć uniezależnia bank od procesów pozostających całkowicie poza jego kontrolą (vide możliwość osiągnięcia docelowego poziomu stopy bezrobocia tylko z powodu odpływu zniechęconych z rynku pracy), w praktyce osłabia jego przesłanie.

Komentarz indeksowy BossaFX 5 lipca 2013 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 5 lipca 2013 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Prowadzisz fimę, rozwijasz swój pomysł, ale myślisz o pozyskaniu inwestora?

W Kielcach od 17-19 października tego roku odbędzie się wydarzenie pt. Inno-Tech Expo. Ma na celu promocję i integrację firm zajmujących się rozwojem nowych technologii w Polsce i na świecie. Adresowane jest do przedsiębiorstw zarówno tych dużych jak i małych, które swoją pracą rozwijają wąską specjalizację. Udział w wydarzeniu potwierdziły także uczelnie, instytucje otoczenia biznesu. Inno-Tech Expo służyć ma wydobyciu na światło dzienne to, czym na co dzień zajmuje się szkolnictwo wyższe.

Nie zabraknie w tej inicjatywie inwestorów. Organizatorzy zapraszają szeroki przedział osób zajmujących się tak dofinansowaniem, jak i inwestowaniem w rozwijające się projekty. Dzięki temu w jednym miejscu będzie okazja do tego, aby poznać portfolio przedstawicieli różnych funduszy.

Pierwszego dnia wydarzenie będzie zamknięte dla odwiedzających, a skierowane głównie na nawiązywanie relacji biznesowych z wystawcami. Wtedy też odbędzie się Demo Day, w trakcie którego chętni wystawcy będą mogli w trakcie trzyminutowej prezentacji opowiedzieć o swojej dzialności i realizowanych projektach.

Zainteresowane pozyskaniem inwestora startupy, tuż po tym jak zarejestrują się jako wystawcy, dostaną od organizatorów ankietę do wypełnienia, w której przedstawiać będą dotychczasową działalność oraz kierunki ich rozwoju. 17 października zorganizowane będą dla nich spotkania z inwestorami. Oni także otrzymają ankietę, która z kolei będzie miała za zadanie przedstawić branże, jakimi są zainteresowani.

Drugi i trzeci dzień Inno-Tech Expo służyć będzie nie tylko nawiązywaniu kolejnych relacji biznesowych. Pozwolą także na intensywną promocję wśród zwiedzających osob, także zainteresowanych nowymi rozwiązaniami technologicznymi.

Strona wydarzenia: http://www.targikielce.pl/innotech/index.php

Patronem honorowym targów jest Ministerstwo Gospodarki, Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Wojewoda Świętokrzyski, Marszałek Województwa Świętokrzyskiego, Prezydent Miasta Kielce oraz Stowarzyszenie Eksporterów Polskich.

Patronat branżowy nad wydarzeniem objęły IAB Polska oraz Aula Polska.

Patroni medialni targów to Pulsu Biznesu, Dziennik Internautów, Magazyn Proseed, Mam Startup oraz Nowy Marketing.

Targi Inno-Tech Expo odbędą się w dniach 17-19.10 w Kielcach, w jednym z największych europejskich centrów targowych.

Organizatorami targów są: Com Creation, należąca do grupy Planet Group – firma wyspecjalizowana w organizacji wydarzeń, w szczególności dla branży nowych technologii, Świętokrzyskie Centrum Innowacji i Transferu Technologii w Kielcach – instytucja otoczenia biznesu, Targi Kielce – drugi ośrodek wystawienniczy w Europie Środkowo-Wschodniej.

Ranking kont oszczędnościowych – lipiec 2013 r.

Lokaty i konta oszczędnościowe nie dają obecnie nadziei na wysokie zyski. Dobre oferty kont oszczędnościowych kurczą się z dnia na dzień, ale na rynku wciąż są takie, które można uznać za korzystne.

W czasach, kiedy Rada Polityki Pieniężnej, niemal z miesiąca na miesiąc, obniża stopy procentowe, trudno znaleźć dobrą lokatę czy konto oszczędnościowe. W ślad za obniżkami stóp NBP, banki tną bowiem oprocentowanie oferowanych lokat i kont oszczędnościowych. Różnica pomiędzy najlepszą (ze stawką 4,15%), a najgorszą (z oprocentowaniem 0,25%) ofertą to ponad 25 zł miesięcznie odsetek na każde 10 tys. zł oszczędności.

Uważaj na niskie oprocentowanie

W przypadku spadku oprocentowania i znacznej obniżki odsetek z oszczędności, wskazane jest przeniesienie swoich pieniędzy do tych banków, które jeszcze gwarantują zysk. Trzeba uważać, by oprocentowanie w naszym koncie nie spadło poniżej inflacji. Gdy do tego dojdzie, to zamiast zarabiać, w rzeczywistości nasze oszczędności będą się kurczyć. Lipcowa obniżka stóp procentowych była najprawdopodobniej ostatnią w tym roku, co oznacza, że w kolejnych okresach oprocentowanie lokat i kont powinno przestać spadać.

– Jeżeli posiadany przez nas rachunek oszczędnościowy znalazł się w grupie niebezpiecznie nisko oprocentowanych , np. poniżej 1%, warto rozważyć przeprowadzkę do innego banku. Na rynku są jeszcze oferty, które mogą być uznane za zadowalające. Najlepsze obecnie rachunki oszczędnościowe pozwolą uzyskać jeszcze 4,00% zysku brutto w skali roku. Dla wpłaconych dziś 10.000 zł oznacza to po miesiącu około 27 zł odsetek na rękę – wyjaśnia Katarzyna Wojewoda-Leśniewicz, Bankier.pl.

Banki wspólnie tworzą lokalny standard płatności mobilnych

Kilkanaście milionów klientów banków będzie mogło płacić telefonem w ramach jednolitego standardu. Alior Bank, Bank Millennium, Bank Zachodni WBK, BRE Bank, ING Bank Śląski i PKO Bank Polski porozumiały się w sprawie strategicznej współpracy, dotyczącej zbudowania wspólnego standardu płatności mobilnych. Zainicjowany projekt jest unikalny ze względu na swoją skalę, dzięki znaczącemu udziałowi rynkowemu zaangażowanych instytucji finansowych, jak i szerokim możliwościom, które to rozwiązanie oferuje użytkownikom.

Celem projektu jest zbudowanie wspólnej infrastruktury dla płatności mobilnych w Polsce. Nowy standard autoryzacji i rozliczeń będzie otwarty na wielu uczestników rynku, w tym na inne banki oraz akceptantów rozliczeniowych. Porozumienie Alior Banku, Banku Millennium, Banku Zachodniego WBK, BRE Banku (mBanku, MultiBanku), ING Banku Śląskiego i PKO Banku Polskiego pozwala określić założenia i harmonogram dalszych kroków związanych z projektem, którego zarządzanie zostanie powierzone spółce joint venture pod nadzorem krajowych instytucji regulujących rynek finansowy.

– Nadrzędnym celem Alior Banku jest wprowadzanie nowych standardów i zmiana reguł panujących na rynku usług bankowych. Nie mogło nas zatem zabraknąć w gronie banków, które uczestniczą w realizacji tego niezwykle ważnego i innowacyjnego projektu – mówi Wojciech Sobieraj, Prezes Zarządu Alior Banku.

– Naszym klientom potrzebna jest świadomość, że system płatności mobilnych jest nie tylko nowoczesnym, ale też bezpiecznym i efektywnym rozwiązaniem – powiedział Bogusław Kott, Prezes Zarządu Banku Millennium. – Wspólny standard może stać się istotnym impulsem dla jeszcze szybszego rozwoju tego rynku, stąd nasza obecność w tym porozumieniu jest oczywista – dodaje.

– Bankowość mobilną w Banku Zachodnim WBK traktujemy jako strategiczny kierunek naszego rozwoju. Chcemy uczestniczyć w budowaniu systemów płatności mobilnych, które mają szansę stać się standardem i zapewnią dla naszych klientów możliwie najszerszą sieć akceptacji – powiedział Mateusz Morawiecki, Prezes Zarządu Banku Zachodniego WBK. – Jesteśmy przekonani, że inicjatywa, która swoim zakresem obejmuje 70 proc. klientów banków w Polsce, ma duże szanse, żeby stać się powszechnie używanym standardem – dodaje Mateusz Morawiecki.

– Od lat wspieramy innowacje, które mają szansę odnieść sukces. Dlatego zaangażowaliśmy się w precedensowy na polskim rynku wspólny projekt płatności mobilnych, dający realną szansę na upowszechnienie się tej metody płatniczej zarówno wśród przeszło 4 mln klientów BRE (w tym mBanku i MultiBanku), jak i osób korzystających z usług naszych partnerów. W ten sposób wspólnie stawiamy też czoła nowym wyzwaniom w bankowości, związanym m.in. z regulacjami w dziedzinie kart płatniczych oraz rosnącym zainteresowaniem klientów nowoczesną bankowością mobilną – mówi Cezary Stypułkowski, Prezes Zarządu BRE Banku.

– Klienci oczekują wygodnych, uniwersalnych, szybkich i bezpiecznych metod płatności. Jednocześnie na przykładzie nowych rozwiązań ostatnio zaoferowanych przez ING Bank Śląski, takich jak bankowość mobilna, czy bankomaty zbliżeniowe, widzimy, jak szybko zaczynają z nich korzystać. To pokazuje skalę potencjału rynku w tym obszarze. Dlatego podjęliśmy decyzję o przystąpieniu do projektu z innymi bankami, które ma na celu stworzenie jednolitego standardu płatności mobilnych. Wierzymy, że dzięki temu będziemy mogli zapewnić klientom najwyższy poziom usług w obszarze codziennych płatności – mówi Małgorzata Kołakowska, Prezes Zarządu ING Banku Śląskiego.

– Stworzenie wspólnej infrastruktury dla płatności mobilnych w Polsce jest jednym z elementów naszej Strategii na lata 2013-2015. Standard będzie elastyczny i otwarty na innych uczestników rynku, tak by klienci płacący telefonem mogli z tej opcji korzystać w jak największej liczbie miejsc, bez względu na to, z którym bankiem są związani – mówi Zbigniew Jagiełło, Prezes Zarządu PKO Banku Polskiego.

Stworzenie lokalnego standardu płatności mobilnych w Polsce, ze względu na innowacyjny charakter projektu oraz niższe od obowiązujących stawek kartowych koszty funkcjonowania, wpłynie pozytywnie na obrót bezgotówkowy, a przez to na efektywność gospodarczą.

Przedsięwzięcie to ma unikalny charakter, ponieważ po raz pierwszy tego typu projekt tworzony jest przez wiodące instytucje finansowe. Łączny udział sześciu uczestniczących w projekcie banków w rynku komercyjnych instytucji finansowych pod względem liczby klientów z dostępem do bankowości elektronicznej przekracza 70 proc. Dzięki porozumieniu klienci będą mogli docelowo realizować płatności mobilne w szerokiej sieci sklepów zarówno tradycyjnych, jak i internetowych, korzystać z bankomatów oraz przelewać środki na numer telefonu odbiorcy. Te wszystkie funkcje nie są łącznie dostępne dla użytkowników już istniejących systemów w kraju i za granicą. Ze względu na wyjątkowe korzyści dla konsumentów oraz firm, próby zbudowania podobnych standardów podjęto już m.in. w Hiszpanii i Wielkiej Brytanii, jednak zaangażowane w ich powstanie były firmy spoza sektora finansowego, głównie telekomunikacyjne oraz sieci handlowe.

W marcu br. PKO Bank Polski wprowadził na rynek IKO – bankowość mobilną czwartej generacji, czyli połączenie w jednej aplikacji funkcji bankowych (sprawdzanie salda, historii rachunku, przelewy) z płatniczymi (płacenie za zakupy w sklepach tradycyjnych i internetowych, wypłaty z bankomatów, przelewy na numer telefonu czy generowanie czeków do użycia offline). Aplikacja jest także dostępna na telefony starszej generacji. Z IKO korzysta obecnie 40 tysięcy osób, które wykonały dotychczas prawie 70 tysięcy transakcji na łączną kwotę ponad 16 milionów złotych.

System płatności mobilnych PKO Banku Polskiego, który już funkcjonuje na rynku, zostanie rozbudowany
o elementy umożliwiające podłączenie wielu partnerów i będzie podstawą funkcjonowania lokalnego standardu. Natomiast aplikacja dla klienta będzie przygotowywana oddzielnie przez każdego uczestnika systemu.

Projekt jest wspólnym przedsięwzięciem Alior Banku, Banku Millennium, Banku Zachodniego WBK, BRE Banku (mBanku, MultiBanku), ING Banku Śląskiego i PKO Banku Polskiego. Żadna z instytucji nie będzie w nim miała dominującej pozycji.

Polska elektroenergetyka potrzebuje prywatnych inwestorów

Polska musi wypracować model finansowania energetyki, który połączy zysk inwestorów oraz przystępne ceny dla odbiorców – uważa ekspert Collegium Civitas. Jednym z rozwiązań skłaniających inwestorów do bardzo dużych inwestycji w elektroenergetykę może być zagwarantowanie im udziału w przyszłych zyskach elektrowni.

– Kwoty, które są potrzebne na zbudowanie takich bloków węglowych, jak te w Opolu czy elektrowni atomowej, to są kwoty idące w miliardy złotych – podkreśla w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Dominik Smyrgała, kierownik studiów podyplomowych „Bezpieczeństwo energetyczne. Państwo, samorząd, biznes” w Collegium Civitas. Dodaje: – Mamy zapisane w różnych strategiach, że wszystkim się chętnie zajmiemy, ale pytanie, kto za to zapłaci, bo to są potężne pieniądze i w budżecie państwa raczej się ich nie znajdzie.

Według Smyrgały koszt przyłączenia 1 GW mocy z planowanej polskiej elektrowni atomowej wyniesie co najmniej 4,5 mld euro. Oznacza to, że cała inwestycja o założonej mocy 6,4 GW będzie nas kosztować minimum 120 mld zł. O podobnych kwotach mowa w przypadku inwestycji w odnawialne źródła energii.

Smyrgała przypomina, że już w przypadku znacznie tańszej, bo kosztującej 11 mld zł rozbudowy elektrowni w Opolu pojawiły się problemy związane z finansowaniem. PGE w kwietniu poinformowało o zawieszeniu prac, ale w czerwcu rząd ogłosił, że inwestycja będzie jednak kontynuowana. Pozwolenie na budowę ma być wydane do 15 sierpnia br.

– PGE powiedziała, że to się nie opłaca, bo zapłacą za dużo i przy obecnych cenach energii nie zwrócą się poniesione nakłady. Natomiast można stworzyć mechanizmy, które długofalowo będą gwarantowały rentowność, ponieważ inwestycje w elektroenergetykę są inwestycjami długofalowymi. Tutaj liczymy w okresie 40-50 lat, a nie roku czy dwóch lat – podkreśla Smyrgała.

Smyrgała zaznacza, że polskie prawo musi pogodzić sprzeczne interesy. Elektrownie i spółki energetyczne jako spółki prawa handlowego z udziałem Skarbu Państwa, czasem mniejszościowym, mają za zadanie maksymalizować zysk. Odbiorcy prądu, w tym osoby indywidualne, chcą z kolei, by energia elektryczna była tania i dostępna. Na to nakłada się interes państwa, które musi zagwarantować bezpieczeństwo energetyczne.

– Znalezienie ram prawnych, żeby to jakoś poskładać, to jest duże zadanie – podkreśla ekspert Collegium Civitas.

Dodaje, że obecne ceny energii są zbyt niskie, by inwestycje były opłacalne dla spółek. Przyznało to nawet PGE. Dlatego według Smyrgały należy szukać wzorcowych rozwiązań poza granicami Polski.

Jednym z rozwiązań może być zagwarantowanie inwestorom udziału w zyskach. Według Smyrgały w takim modelu prywatna spółka zagwarantowałaby kapitał, za który państwo budowałoby elektrownię. Po jej uruchomieniu inwestor otrzymywałby pewną część zysków.

– Będzie miał jakąś część marży zagwarantowaną dla siebie. Na całym świecie takie są rozwiązania przyjmowane. Jeżeli się znajdzie ktoś, kto dostarczy kapitał i wyliczy sobie, że on się zwróci i to w lepszym stopniu niż w innych branżach, to z pewnością to zrobi – podkreśla Smyrgała.

Według niego dodatkowym argumentem, który może skłonić inwestorów do wejścia w polski sektor energetyczny jest prestiż związany z takimi projektami. Smyrgała podkreśla, że po udanej realizacji inwestycji związanej z energetyką spółki mogą wykorzystać ten fakt jako atut w kolejnych przetargach.

Smyrgała zaznacza jednak, że finansować inwestycje w energetyce można również z środków krajowych. Mogą być za to odpowiedzialne m.in. Polskie Inwestycje Rozwojowe, Bank Gospodarstwa Krajowego lub Polska Agencja Rozwoju Przemysłu.

Zmiany w prawie dotyczące opieki nad osobami starszymi, potrzebują większego wsparcia ze strony Rządu

0

Proces starzenia się społeczeństwa zwiększa popyt na usługi profesjonalnej opieki nad osobami starszymi. Chociaż w Polsce wciąż to przede wszystkim członkowie rodziny przejmują na siebie ten obowiązek, to w wielu sytuacjach korzystają z pomocy. Politycy pracują nad projektem zmian w prawie, które umożliwią m.in. wsparcie dla osób niesamodzielnych i ich opiekunów.

Proces starzenia się Polaków z roku na rok przyspiesza. Podobnie jak w Europie, w Polsce mamy do czynienia z rosnącym odsetkiem osób starszych przy zmniejszającym się udziale osób w wieku produkcyjnym. Osoby w wieku powyżej 65 lat stanowią obecnie 13,5 proc. polskiego społeczeństwa (ponad 5 milionów) – wynika z danych GUS. Prognozuje się, że do 2030 roku liczba ta się podwoi.

Odpowiedzią parlamentarzystów na starzenie się społeczeństwa jest projekt ustawy o pomocy osobom niesamodzielnym. Zakłada on m.in. wprowadzenie bonów opiekuńczych oraz urlopów w celu opieki nad osobami niesamodzielnymi. Projekt został przedstawiony w maju br.

– Dzięki pomocy rządu większa część społeczeństwa będzie mogła skorzystać z profesjonalnej pomocy w opiece nad osobami starszymi – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Dorota Machnik, Dyrektor Departamentu Wsparcia Operacyjnego w Promedica24.

Zapotrzebowanie na takie usługi rośnie z roku na rok. Eksperci prognozują, że będzie jeszcze większe. Dotyczy to całej Europy. Obecnie średnia długość życia kobiet wynosi około 81 lat, a mężczyzn 72. Szacuje się, że dzieci urodzone w dzisiejszej Polsce będą dożywać 100 lat.

W Polsce osobami starszymi na ogół zajmują się członkowie rodziny. Wynika to z m.in. z naszej kultury i tradycji.

– Przede wszystkim należy uświadamiać osobom zajmującym się swoimi bliskimi, seniorami, że im też należy się odpoczynek, że bez ich sił witalnych, bez ich energii opieka nie będzie miała takiej wartości, jaką powinna mieć, że na ten odpoczynek zasługują – tłumaczy Dorota Machnik.

Dlatego Promedica24 – czołowy dostawca usług opiekuńczych w Polsce i w Niemczech, postanowiła wprowadzić nową wakacyjną usługę. Polega ona na zapewnieniu seniorom profesjonalnej opieki domowej na czas wakacyjnej nieobecności pozostałych członków rodziny. Jak podkreśla przedstawicielka firmy, opieka w ramach wakacyjnej usługi nie wymaga zmiany otoczenia przez starszą osobę, bo jest świadczona w domach podopiecznych.

– Nasz personel zapewnia towarzystwo podczas nieobecności członka rodziny, ale również pomoże w czynnościach życia codziennego. Są to podstawowe czynności związane np. z jedzeniem, ubieraniem, jeśli tego wymaga stan podopiecznego – z myciem, zachowaniem higieny, ale czasami mogą to być wyjścia na spacer czy wyjście po zakupy – wymienia Machnik.

Podkreśla, że takie rozwiązanie jest dużo bardziej korzystne niż np. umieszczenie starszej osoby na ten sam czas w domu opieki.

– Usługi świadczone są w różnym przedziale czasowym. Zaczynając od usług godzinowych, kiedy rodzina może skorzystać z 2 czy 4 godzin dziennie, poprzez usługi całodobowe aż do usług całodobowych z zamieszkaniem – tłumaczy.

Duży sukces operatora viaTOLL: funkcjonują dwa lata, a przychody to prawie 2 mld zł.

Mijają dwa lata od wdrożenia elektronicznego systemu poboru opłat viaTOLL. Do tej pory przychody przekroczyły 1,855 mld zł, a koszty budowy systemu zwróciły się już po 17 miesiącach. Kapsch Telematic Services, operator viaTOLL podkreśla, że to duży sukces, choć przyznaje, że w wyniku kryzysu przewoźnicy wożą mniej towarów, a co za tym idzie – mniej płacą za przejazd.

– Z punktu widzenia komercyjnego bez wątpienia jest to duży sukces i wdrażającego, i autora pomysłu, czyli Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad – podkreśla w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Marek Cywiński, dyrektor generalny Kapsch Telematic Services.

viaTOLL zaczął obowiązywać na polskich drogach 3 lipca 2011 r. Zastąpił ryczałtową opłatę, czyli winiety dla pojazdów o masie przekraczającej 3,5 tony. W pierwszym etapie elektronicznym poborem opłat objętych zostało prawie 1600 km dróg zarządzanych przez GDDKiA, w tym prawie 600 km autostrad.

Marek Cywiński podkreśla, że na etapie wdrażania systemu największym wyzwaniem była budowa infrastruktury naziemnej, czyli przede wszystkim bramownic. To konstrukcje nad drogami, na których montowane są czujniki systemu viaTOLL. Cywiński zauważa, że montaż bramownic był skomplikowany zarówno z uwagi na gąszcz przepisów prawnych, jak i na konieczność podłączenia zasilania.

– Nie spodziewaliśmy się aż takich problemów w tym zakresie. Natomiast kolejne rozszerzenia systemu, a do tej pory były już trzy, pokazały, że nauczyliśmy się z administracją lokalną, z zakładami energetycznymi rozwiązywać te problemy. Odbyły się na bez żadnych problemów technicznych i praktycznie nie ma w tej chwili nigdzie generatorów diesla, które w początkowym okresie musieliśmy postawić – mówi Cywiński.

W tej chwili system viaTOLL obejmuje ok. 2300 km dróg. W tym roku planowane jest jeszcze co najmniej jedno rozszerzenie w październiku, które obejmie kolejnych 300 km dróg. Cywiński przewiduje, że niewykluczone jest kolejne rozszerzenie w grudniu, które również obejmie 200-300 km dróg. Podkreśla jednak, że zależy to od wytycznych GDDKiA.

– Dostosowujemy się do instrukcji, które dostajemy od GDDKiA w zakresie pokrycia kolejnych dróg systemem – zaznacza Cywiński. Dodaje: – Jesteśmy gotowi technicznie i organizacyjnie na to, żeby kolejne drogi włączać do systemu.

System jest skierowany przede wszystkim dla kierowców pojazdów ciężarowych, którzy w samochodach muszą posiadać urządzenie viaBOX umożliwiające elektroniczny pobór opłat. Od 1 lipca 2012 r. również kierowcy aut osobowych mogą za pośrednictwem systemu uiszczać opłatę za przejazd autostradami zarządzanymi przez GDDKiA. Dotyczy to odcinka drogi A2 z Konina do Strykowa oraz A4 z Wrocławia do Katowic.

Cywiński podaje, że z tej formy płatności korzysta w niecałe 7 tysięcy kierowców samochodów o masie nieprzekraczającej 3,5 tony. Przewiduje, że liczba zainteresowanych kierowców wzrośnie wraz z rozwojem sieci autostrad zarządzanych przez GDDKiA.

– Przypominam, że system głównie dotyczy poboru opłat od pojazdów o masie powyżej 3,5 tony – zaznacza Cywiński. – Wyniki są również pochodną pracy przewoźników, tego, ile towaru się przewozi, bo głównie pobieramy opłaty od przewozu towarów. Rejestrujemy nieco zmniejszoną wartość przychodów wynikającą z tego, że przewóz towarów spada, ale jest to skutek pewnych procesów ekonomicznych.

Cywiński dodaje, że wpływ ma nie tylko stan polskiej gospodarki, bo aż 30 proc. zarejestrowanych w systemie przewoźników to firmy zagraniczne. Dla wielu z nich Polska jest jedynie krajem tranzytowym. Według niego pomimo spadku przychodów system należy uznać za sukces. Cywiński podkreśla, że 100-procentowa skuteczność poboru opłat gwarantuje, że przychody są na maksymalnym możliwym poziomie.

Duży potencjał rozwoju współpracy polsko-tajskiej. Premier Tajlandii z wizytą w Polsce

Dziś rozpoczyna się dwudniowa wizyta w Polsce premier Tajlandii Yingluck Shinawatra. Podczas niej otwarte ma zostać polsko-tajlandzkie Forum Gospodarcze, w czasie którego szefowie rządów będą prowadzić rozmowy na temat współpracy obu państw. Wizyta premier Tajlandii ma pokazać ten kraj jako atrakcyjny gospodarczo i rozpocząć nowy rozdział współpracy polsko-tajskiej.

-Tajlandia dla Polaków to przede wszystkim kraj turystyczny – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Małgorzata Bonikowska, partner zarządzający ośrodka analitycznego THINKTANK. – Wielu Polaków tam jeździ, bardzo to dobrze wspomina, natomiast nie myśli się o Tajlandii w kategoriach gospodarczych.

Tymczasem Tajlandia jest integratorem regionu Azji Południowo-Wschodniej i ogrywa czołową rolę w Stowarzyszeniu Narodów Azji Południowo-Wschodniej ASEAN.

– Przeciętny polski przedsiębiorca bardzo mało wie o tej organizacji i o tym rynku, który integruje się w bardzo podobny sposób jak to robiła UE – powiedziała Małgorzata Bonikowska. – Od 2015 r. ma tam istnieć w pełni swobodny rynek przepływu kapitału, ludzi, towarów i usług.

Współpraca z tym rejonem, a zwłaszcza z Tajlandią, może więc być bardzo atrakcyjna dla polskiego biznesu.

– Rynek tajski to ponad 60 mln konsumentów i kraj który się rozwija bardzo dynamicznie – 6 proc. wzrostu gospodarczego rocznie. Jest to również region szerzej rozumiany, czyli całe Indochiny. Warto też pamiętać, że to są kraje również mocne gospodarczo, takie jak Indonezja, Malezja czy Singapur, jak również kraje rozwijające się – mówi przedstawicielka THINKTANK.

Tajowie również wiążą nadzieję ze współpracą z polskimi partnerami.

– Tajlandia widzi Polskę jako potencjalnie nowego, ciekawego, silnego partnera w Europie, zwłaszcza w Europie Środkowo-Wschodniej. Tajowie dostrzegają, że jesteśmy największym rynkiem tej części Europy i potencjalnie bardzo dobrym miejscem, żeby zacząć biznes na cały region – zauważa Bonikowska. – Problemem jest jednak niewielka wzajemna znajomość. Tajowie wiedzą o Polakach nie więcej niż my o nich.

Tymczasem, jak zauważa Bonikowska, kultura Tajlandii sprzyja współpracy gospodarczej.

– Tym, co odróżnia Tajlandię od innych części Azji to niezwykle przyjazny klimat dla biznesu i kultura bardzo probiznesowa – twierdzi Bonikowska. – Tajlandia to jedyne państwo w południowo-wschodniej Azji, które zawsze było niepodległe i wolne. Dzięki temu są tam sprawne struktury i wolny rynek. Tam całe otoczenie sprzyja działalności gospodarczej i warto żeby Polacy to dostrzegli – dodaje rozmówczyni Newserii.

Z okazji wizyty premier Tajlandii w Polsce ośrodek analityczny THINKTANK opublikował raport „Dossier Polska – Tajlandia – ASEAN. Szanse na pogłębienie wzajemnych relacji”. Autorzy zwracają uwagę na duży potencjał rozwoju współpracy polsko-tajskiej, jak również na fakt, że obydwa kraje mogą posłużyć jako „bramy” dla firm w swoich regionach. Atutem współpracy z Tajlandią są także niewielkie bariery kulturowe oraz fakt, że kraj ten sąsiaduje z rozwijającymi się państwami należącymi do ASEAN: Birmą, Kambodżą i Laosem.

„Z dużej chmury mały deszcz” – stwierdza M. Woszczak komentując pozew UE dotyczący regulacji gazu

Prezes URE Marek Woszczyk nie obawia się konsekwencji pozwu Trybunału Sprawiedliwości UE dotyczącego regulacji cen gazu. – Akurat w tej sytuacji to z dużej chmury mały deszcz – komentuje. Tłumaczy, że w obliczu znowelizowanej ustawy Prawo energetyczne zarzuty KE przestaną mieć jakiekolwiek znaczenie, bo o cenie gazu będzie decydował głównie rynek.

Proces legislacyjny znowelizowanej ustawy Prawo energetyczne właśnie się kończy. Wraz z nią pojawi się obowiązek sprzedaży gazu przez giełdę. W ślad za wprowadzeniem obowiązku giełdowego prezes URE zamierza podjąć decyzję o zwolnieniu sporej części rynku detalicznego w Polsce z przedstawiania taryf do zatwierdzania.

– Na początek pewnie najwięksi odbiorcy przemysłowi, którzy są przyłączeni do sieci przesyłowej będą objęci zakresem takiego zwolnienia, a precyzyjnie – sprzedawcy gazu, którzy sprzedają surowiec do tychże odbiorców – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Marek Woszczyk, prezes Urzędu Regulacji Energetyki. – Zatem niebawem te zarzuty, które KE stawia Polsce, dotyczące nie tyle stanu faktycznego, co prawa, przestaną mieć jakiekolwiek znaczenie, dlatego że rzeczywistość będzie wyglądała już inaczej.

Mija właśnie 6 lat od momentu, kiedy odbiorcy paliw i energii w Polsce uzyskali formalnie prawo do swobodnego wybierania i decydowania o tym, kto będzie im je sprzedawał. W przypadku gazu tylko teoretycznie, bo rynek tego surowca nadal nie jest wolny.

Zdaniem Marka Woszczyka niedługo to się zmieni, bo giełda stanie się generatorem ceny rynkowej.

– Giełda jest narzędziem rynkowym, na którym obrót surowcem jest realizowany, przede wszystkim na zasadach przejrzystych, transparentnych, ale też i równoprawnych. Ona obiektywizuje wycenę każdego dobra, w tym wypadku gazu, a tego nam potrzeba, żeby można było odejść od regulacji. Giełda może być generatorem ceny i wierzę w to, że będzie. Na pewno przy postulowanych w tej chwili poziomach obliga to się może zrealizować.

Prace w parlamencie nad tzw. małym trójpakiem, który wprowadzi tzw. obligo giełdowe w obrocie gazem są już na finiszu. W ubiegłym tygodniu projekt został przegłosowany w Sejmie, teraz trafi do Senatu. To oznacza, że część gazu wprowadzanego do polskiego systemu gazowego (najpierw 30 proc., później 50 proc., a docelowo aż 70 proc.) będzie najpierw musiała być sprzedana w obrocie giełdowym.

– Bez tego trudno mi sobie wyobrazić sytuację, w której jako regulator będę mógł zwolnić przedsiębiorstwa funkcjonujące na rynku sprzedaży detalicznej gazu w Polsce z obowiązku przedkładania mi taryf do zatwierdzenia. Dzisiaj z konieczności, z braku rynkowego punktu widzenia dla cen gazu, to regulator musi regulować koszty przedsiębiorstw i zatwierdzać taryfy, które później są oferowane klientom – podkreśla Woszczyk.

Tłumaczy, że na mocy nowych przepisów o wysokości ceny gazu będzie decydował głównie rynek.

– Czyli przede wszystkim popyt i podaż. Natomiast o tym, jak ta cena będzie konkretnie wyglądała, zdecydują czynniki przede wszystkim makroekonomiczne, skąd my dzisiaj możemy ten gaz sprowadzać, jakie są koszty jego wydobycia w kraju, ale także za granicą. Wreszcie także siła złotego też o tym decyduje, bo za gaz sprowadzany z zagranicy w większości płacimy w walucie, głównie w dolarze, i kurs walutowy ma duże znaczenie.

Spowolnienie godspodarcze w strefie euro dalej trwa. Kiedy nastąpi poprawa?

Dopiero w przyszłym roku należy spodziewać się poprawy sytuacji gospodarczej w strefie euro. Recesja potrwa dłużej, niż spodziewali się tego analitycy – wynika z raportu „Prognoza dla strefy euro” przygotowanego przez doradczą firmę EY i instytut Oxford Economics. To nie najlepsze wieści dla Polski, której ponad połowa eksportu uzależniona jest od eurostrefy. Przy słabnącym popycie wewnętrznym, od eksportu w dużej mierze zależy z kolei nasz wzrost gospodarczy, a co za tym idzie zasobność portfeli Polaków.

Analitycy firmy badawczej EY zrewidowali swoje wcześniejsze poglądy na temat rozwoju gospodarczego Starego Kontynentu. Wbrew wcześniejszym oczekiwaniom recesja w strefie euro potrwa dłużej niż zakładano.

– Oczekujemy, że w tym roku gospodarka strefy euro skurczy się o 0,6 proc. – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Marek Rozkrut, główny ekonomista EY. – W dużej mierze jest to wynikiem gorszej sytuacji na rynku pracy i tym samym słabszej konsumpcji w strefie euro.

Duże znaczenie ma również spowolnienie w Chinach i w Brazylii, czyli na rynkach rozwijających się. To one do tej pory „ciągnęły do przodu” światową gospodarkę. Ich nie najlepsza kondycja zaważyła m.in. na sytuacji eksporterów w strefie euro. Dotyczy to przede wszystkim przedsiębiorstw z Niemiec i Hiszpanii, które liczyły na znacznie lepsze wyniki handlowe.

– Dodatkowo polityka gospodarcza rządu japońskiego i banku centralnego Japonii przyczynia się do osłabienia jena, co zwiększa konkurencyjność producentów japońskich względem eksporterów ze strefy euro – dodaje Rozkrut. – To także pogarsza perspektywy wzrostu.

Według analityków EY dopiero przyszły rok ma okazać się dużo lepszy dla krajów posługujących się europejską walutą. Wzrost gospodarczy ma być „wyraźnie dodatni”, jednak wciąż nieprzekraczający 1 proc. Najlepiej na tle pozostałych państw eurostrefy powinna radzić sobie nadal gospodarka Niemiec. Wszystko wskazuje na to, że uniknie recesji.

– Wzrost będzie bliski stagnacji, bo niewiele powyżej zera, na poziomie 0,3-0,4 proc. – zastrzega ekonomista EY.

Chociaż to dobra informacja dla polskich eksporterów, bo Niemcy to nasz główny partner handlowy, to jednak ogólna kondycja całej strefy euro nie napawa ich optymizmem.

– Gospodarka strefy euro jako całość odpowiada za ponad połowę naszego eksportu, gospodarka całej Unii Europejskiej zaś za ponad trzy czwarte – tłumaczy Marek Rozkrut.

Podkreśla, że nauczeni doświadczeniem kryzysu z ostatnich lat polscy eksporterzy dążą do zmniejszenia uzależnienia od handlu z krajami europejskimi.

– Należy odnotować na plus fakt, że coraz większa grupa polskich przedsiębiorców eksportuje także na rynki poza Unią Europejską, rynki, które charakteryzują się dużo silniejszym wzrostem gospodarczym. Eksport do tych krajów rośnie dwucyfrowo. W niektórych przypadkach wzrost sięga nawet 20 proc. w stosunku rocznym – podkreśla główny ekonomista EY.

Wzrasta liczba Polaków, którzy mają własne firmy. Często łączą taką działalność ze stałym zatrudnieniem

Coraz więcej osób wybiera pracę na własny rachunek jako odpowiedź na rosnące bezrobocie. Dzięki internetowi freelancerzy mogą pracować dla firm z całego świata. Samozatrudnienie wiąże się wprawdzie z niepewnością, ale można je łączyć z inną pracą. Z takiej formy prowadzenia działalności mogą skorzystać np. tłumacze i branża turystyczna, ale także inne małe i średnie przedsiębiorstwa.

Bill Little, europejski dyrektor portalu Freelancer.com podkreśla, że tendencję w stronę samozatrudnienia widać na całym świecie.

– W Wielkiej Brytanii są 4 miliony ludzi, którzy w ciągu ostatnich 10 lat rozpoczęli pracę na własny rachunek, 80 proc. z nich zatrudniło się w ten sposób w ciągu ostatnich 2 lat. Spowodowane jest to powszechnym dostępem do internetu, co pozwala na dużo łatwiejsze zdobycie pracy. Nie musisz szukać pracy w swoim regionie, możesz jej szukać na całym świecie – podkreśla Little w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria.

Wchodzący na polski rynek portal Freelancer.com zajmuje się pośrednictwem pomiędzy przedsiębiorcami a osobami szukającymi pracy jako wolni strzelcy. Sposób jego działania jest zbliżony do znanych portali aukcyjnych. Spółka od powstania w 2009 r. zdobyła na świecie 7 milionów klientów, a w Polsce liczy na stworzenie 50 tysięcy miejsc pracy w ciągu pół roku. Pomimo tego, że do tej pory portal nie był oferowany w polskiej wersji, wśród jego użytkowników jest już 16 tysięcy Polaków, a łączne obroty przez nich wygenerowane (jako zleceniobiorcy i zleceniodawcy) to 1,2 mln euro.

Jak wynika z badań przeprowadzonych przez Freelancer.com ponad 60 proc. polskich firm i samozatrudnionych oczekuje od Polaków większej aktywności i zakładania własnych działalności gospodarczych.

Little przekonuje, że choć praca na własny rachunek jest związana z pewnym ryzykiem, niekoniecznie musi oznaczać rezygnację ze stałego dochodu. Własną działalność można bowiem prowadzić w czasie wolnym. Według niego jest to szczególnie atrakcyjna propozycja dla osób zajmujących się tłumaczeniami, ale często korzystają z tego również przedstawiciele innych branż: projektanci graficzni, specjaliści IT, księgowi, itp.

– Jeśli chodzi o ubezpieczenia, każdy kraj na świecie ma kategorie wolnego strzelca lub osoby pracującej na własny rachunek i zgodnie z tym muszą płacić swoje ubezpieczenie, swoje podatki. To jest określony procent z dochodu, więc jeśli zarabiasz mniej, płacisz niższe podatki – podkreśla Little.

Zgodnie z polskim prawem osoby samozatrudnione mogą płacić niższe stawki ZUS. Mogą również odliczyć ponoszone wydatki od uzyskanego przychodu, co pozwala obniżyć wysokość płaconego podatku dochodowego. Little podkreśla, że samozatrudnienie i szukanie klientów przez internet to skuteczna metoda walki z rosnącym bezrobociem.

– Przy wysokim poziomie bezrobocia okazje, które stwarza internet sprawiają, że coraz więcej ludzi wybiera samozatrudnienie, ogłasza się w internecie, inwestuje w marketing. Nie mają innej opcji, więc robią dużo, żeby znaleźć pracę – mówi Little.

Coraz więcej osób używa też wiadomości e-mail do promowania swoich usług. W ciągu ostatniego kwartału Freelancer.com zanotował 20-proc. wzrost w tzw. e-mail marketingu. Little podkreśla, że to bardzo prosta i efektywna metoda zdobywania nowych klientów także spoza Polski. Ułatwia dotarcie do klientów m.in. przez osoby zajmujące się tłumaczeniami oraz usługami turystycznymi.

Jak podkreśla Bill Little, atutem portalu Freelancer.com są recenzje, które wolnym strzelcom wystawiają zatrudniające ich firmy. Little podkreśla, że dzięki temu nie ma niepewności związanej ze współpracą z pracownikiem znalezionym np. poprzez wyszukiwarki internetowe. Z kolei osoby korzystające z portalu mają gwarancję, że otrzymają wypłatę, ponieważ Freelancer.com prowadzi specjalne konta depozytowe. Firmy mogą również wypłacać wynagrodzenia w czasie realizacji projektu, by motywować wolnych strzelców do wykonania zleconej im pracy.

ATAL zamyka pierwsze półrocze 2013 roku z imponującym wynikiem sprzedaży

Od stycznia do czerwca br. spółka sprzedała blisko 500 mieszkań, odnotowując 171% wzrostw porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. W czerwcu podpisano także 134 umowy rezerwacyjne, co prognozuje dobre wyniki sprzedaży w wakacje.

Sprzedaż w firmie ATAL utrzymuje tendencję wzrostową. W czerwcu deweloper sprzedał łącznie 120 mieszkań i zamknął półrocze z 493 sfinalizowanymi umowami. Od stycznia do czerwca br. najwięcej, bo aż 247 transakcji zawarto w Krakowie. Nie zwolniła sprzedaż również we Wrocławiu, gdzie podpisano 79 umów oraz w Łodzi, gdzie nabywców znalazły 73 mieszkania. Ponadto sprzedano 56 lokali w Warszawie i 38 w Katowicach.

– Zainteresowanie klientów naszymi inwestycjami w ostatnich miesiącach nie słabło, a wręcz przeciwnie odnotowujemy stały wzrost sprzedaży.Wiele wskazuje na to, że tendencja wzrostowa utrzyma się – komentuje Zbigniew Juroszek, prezes ATAL SA. – W ostatnich miesiącach wprowadziliśmy na rynek kilka inwestycji o zróżnicowanej ofercie. Planujemy ciągły rozwój naszej działalności ikolejne realizacje w największych miastach Polski. Ponadto uzupełniamy nasz bank ziemi o nowe grunty na najbardziej perspektywicznych rynkach – dodaje Juroszek.

W pierwszym półroczu 2013 roku ATAL rozszerzył ofertę o cztery inwestycje, w ramach których powstanie łącznie 538 mieszkań i 22 domy. W Krakowie ruszyła realizacja projektu Bronowice Residence 3B. Wiosną br. spółka rozpoczęła także budowę inwestycji Dyrekcyjna 33 w centrum Wrocławia. Również w tym mieście ruszył już czwarty etap osiedla domów – Ville Murano. Natomiast w Łodzi deweloper proponuje nowości w ofercie w ramach projektu Nowe Polesie 3B.

Na rynku widoczna jest konkurencja między deweloperami spowodowana dużą podażą mieszkań. Firmom zależy na jak najszybszej sprzedaży mieszkań, które stojąc generują koszty. Wakacje są dobrym momentem na zakup mieszkania, bo właśnie w tym okresie popyt jest nieco niższy i deweloperzy zachęcają do zakupów ciekawymi promocjami. Starają się na bieżąco identyfikować potrzeby nabywców i dopasowywać ofertę promocyjną do ich oczekiwań i aktualnych trendów rynkowych.

– W okresie wakacyjnym zaproponujemy promocje, które cieszą się największym zainteresowaniem klientów. Będą to bony zakupowe w wysokości od 2,5 tys. do 8 tys. zł do wykorzystania w Leroy Merlin lub MS Meble, a także komórki lokatorskie czy wykończenie tarasów gratis oraz promocyjne ceny miejsc postojowych. W ramach inwestycji Atal Marina w Warszawie będziemy w wybranych mieszkaniach oferować wykończenie standard gratis, a na Osiedlach Ligota Park w Katowicach i Zielony Żabiniec w Krakowie zaproponujemy promocyjne ceny miejsc garażowych, natomiast na Lindego Park w Krakowie komórki lokatorskie gratis – mówi Ewelina Juroszek, dyrektor ds. sprzedaży ATAL.

Wstępne wyniki Dom Development za I półrocze 2013 roku

Dom Development opublikował wstępną informację o wynikach za I półrocze 2013 roku. Spółka sprzedała w tym okresie 725 mieszkań, przy czym w samym drugim kwartale sprzedaż wzrosła do 386 mieszkań w porównaniu do 339 w I kwartale tego roku.

W II kwartale 2013 roku Dom Development przekazał klientom 295 mieszkań, co łącznie z 519 przekazaniami w I kwartale, oznacza 814 mieszkań przekazanych w I półroczu tego roku. Na wynik finansowy wypracowany w II kwartale 2013 r. wpłynęły przede wszystkim przekazania mieszkań z następujących projektów: Wilno (83 mieszkania), Regaty (45), Saska (37), Oaza (35), Akropol (34).

W maju Dom Development wprowadził do sprzedaży pierwszy etap inwestycji Żoliborz Artystyczny liczący 223 mieszkania, zaś czerwcu ruszył drugi etap tego osiedla, obejmujący152 mieszkania. Dotychczas sprzedano już 49 mieszkań w tej lokalizacji. Na tak wysokie tempo sprzedaży tego projektu wpłynęło bardzo duże zainteresowanie klientów mieszkaniami o podwyższonym standardzie.

W II kwartale 2013 r. widoczny był również wzrost zainteresowania mieszkaniami na projektach zakończonych, które stanowiły około 40% kwartalnej sprzedaży, przy około 20-proc. udziale w ofercie spółki.

Komentuje Jarosław Szanajca, prezes zarządu Dom Development: Sytuacja na rynku pierwotnym mieszkań w II kwartale była bardzo podobna do I kwartału. Nadal obserwowaliśmy zainteresowanie zakupem mieszkań głównie ze strony dwóch grup klientów: osób decydujących się na poprawę warunków mieszkaniowych oraz inwestorów, którzy zwrócili się ku nieruchomościom po kolejnych obniżkach stóp procentowych. Obie te grupy były zainteresowane przede wszystkim mieszkaniami o podwyższonym standardzie, co znalazło odzwierciedlenie w strukturze sprzedaży spółki.

W wyniku opisanych wyżej trendów po stronie popytu, w II kwartale 2013 r. po raz kolejny wzrósł udział zakupów mieszkań „za gotówkę”. Należy jednak podkreślić, że wciąż ponad połowa sprzedaży Dom Development wspierana była kredytami hipotecznymi i zmiany w warunkach ich udzielania mogą mieć istotny wpływ na rynek pierwotny nieruchomości. Niskie stopy procentowe zachęcają do kredytowania zakupu nieruchomości, co od 2014 roku może zostać ograniczone przez rekomendowany przez KNF obowiązkowy wkład własny. Nowa Rekomendacja S może okazać się mniej dokuczliwa dla beneficjentów zapowiadanego również na przyszły rok programu „Mieszkanie dla Młodych” (MdM), którzy mieliby otrzymywać od rządu środki na wkład własny w wysokości od 10% ceny mieszkania.

W II połowie 2013 r. zainteresowanie zakupem nieruchomości o podwyższonym standardzie w naszej ocenie może się utrzymać, w 2014 r. spodziewamy się natomiast wzrostu zainteresowania mieszkaniami z segmentu popularnego, których zakup ma być wspierany przez program MdM.

Akcje bez konkurencji, surowce w odwrocie

Pierwsze sześć miesięcy 2013 r. na rynkach finansowych to zdecydowana dominacja akcji oraz straty z inwestycji w surowce i obligacje. Wszystko wskazuje na to, że takie tendencje będą kontynuowane także w najbliższej przyszłości.

Pierwsze półrocze 2013 r. przyniosło kontynuację i pogłębienie tendencji, widocznych już w pierwszym kwartale roku. O ile na początku roku w gronie dwudziestu najlepszych inwestycji można było naleźć trzech reprezentantów rynku surowcowego, to obecnie czołówka w całości zdominowana jest przez indeksy giełdowe. Pod koniec stawki znalazłby się jedynie sok pomarańczowy. Kontrakty na ten surowiec zyskały 9,5 proc. Sięgające od 3 do 6 proc. zwyżki przyniosły jeszcze jedynie inwestycje w gaz ziemny, ryż, bawełnę i rzepak.

Ceny większości surowców znalazły się pod kreską lub pogłębiły spadki. Wśród nich prym wiodły taniejące o 35 proc. srebro i zniżkujące o 26,5 proc. złoto. Wśród najbardziej przecenionych znalazła się też miedź, która straciła 16 proc. Od 15,5 do 22 proc. zniżkowały notowania najważniejszych surowców rolnych, takich jak pszenica i kukurydza. Ceny ropy naftowej spadły o ponad 8 proc.

Nic nie wskazuje na to, by sytuacja na rynku surowców miała w najbliższych miesiącach zmienić się na lepsze w sposób trwały. Wszystko, na co można liczyć, to korekcyjne odbicie cen. Odwrócenia tendencji można będzie spodziewać się dopiero wówczas, gdy globalna gospodarka mocniej ruszy w górę, a poprawa koniunktury przeważy nad obawami, związanymi z wycofywaniem się Fed z ultra luźnej polityki pieniężnej. Hossa może nadejść wówczas, gdy wyjaśni się i ustabilizuje sytuacja w Chinach. Nawet jeśli nie dojdzie tam to poważniejszych perturbacji, zmiana modelu gospodarki sprawi, że chiński popyt na surowce nie wróci już z taką mocą, jak poprzednio i nie będzie determinował sytuacji na rynkach.

Na giełdach akcji nadal błyszczy Japonia. Zyskujący po pierwszym kwartale ponad 19 proc. Nikkei, zwiększył skalę zwyżki od 31,5 proc., zachowując pozycję lidera. To efekt działań banku centralnego, który podjął decyzję o zwiększeniu skali ilościowego luzowania polityki pieniężnej, na wzór działań amerykańskiej rezerwy federalnej oraz stymulacji fiskalnej. Efekt był szybko widoczny na giełdzie w Tokio. Indeks od początku roku do końca maja wzrósł o 50 proc. Późniejsze rozczarowanie wolniejszym niż się spodziewano zwiększaniem sumy bilansowej Banku Japonii, spowodowało gwałtowną korektę, w wyniku której Nikkei stracił w ciągu kilku tygodni 20 proc. Pozytywne skutki działań banku centralnego i rządu zaczynają być jednak widoczne także w japońskiej gospodarce. Jest więc szansa na to, że Nikkei utrzyma dobrą formę także w kolejnych kwartałach.

Choć rynki wschodzące nie dały inwestorom powodów do zadowolenia, to jednak mają swoich przedstawicieli w czołówce najbardziej rosnących. Na drugim miejscu znalazł się indeks giełdy sofijskiej, który zyskał 28,5 proc. Wysokie stopy zwrotu osiągnęły też wskaźniki parkietów w Pakistanie i Wietnamie. Tradycyjnie miejsca w pierwszej dwudziestce zajmują też Filipiny, Indonezja, Nowa Zelandia i Tajlandia.

Największe giełdy azjatyckie wciąż jednak mocno zawodzą. Chiński Shanghai Composite zniżkował o prawie 13 proc., wskaźnik w Hong Kongu stracił ponad 8 proc., niewielki spadek zaliczył też indeks w Bombaju. Fatalnie wygląda sytuacja w grupie BRIC. Żaden z indeksów nie znalazł się nad kreską. Poza wspomnianymi Szanghajem i Bombajem, indeks brazylijski spadł o 22 proc., a moskiewski RTS zniżkował o 16,6 proc. Oba otwierają listę największych przegranych półrocza. Niekorzystna koniunktura utrzymuje się na giełdach Ameryki Południowej. Pomijając Wenezuelę, gdzie wskaźnik zyskał 131 proc., na niewielki plus zdołał wyjść jedynie argentyński Merval.

Warto natomiast zwrócić uwagę na utrzymującą się w tym roku wysoką pozycję niedawnych bankrutów. Indeks giełdy w Irlandii zyskał 17,6 proc., a wskaźnik w Islandii wzrósł o prawie 8 proc. W całej grupie PIIGS nie było jednak już tak dobrze. Jedynie wskaźnik w Portugalii zyskał 4 proc., od 4 do 6,7 proc. straciły indeksy we Włoszech, Hiszpanii i Grecji. Wskutek niepokojów społecznych przygasła gwiazda Turcji, gdzie wskaźnik od początku roku zniżkował o 2,5 proc. Tylko od końca maja do końca czerwca stracił 24 proc.

W naszym regionie, poza Bułgarią, Łotwą i Estonią, sytuacja była nienajlepsza. Niewielkie zwyżki zanotowały wskaźniki w Budapeszcie (niecałe 5 proc.), Bukareszcie (nieco ponad 2 proc.) i Bratysławie (wzrost o 0,8 proc.). Indeks w Pradze stracił 15,6 proc. Niewiele ustępował mu WIG20, który poszedł w dół o 13,1 proc. Europejską stawkę z największymi stratami zamykają więc RTS, PX i WIG20. Niewielkim dla nas pocieszeniem może być fakt, że sWIG80, WIG Plus i mWIG40 znalazły się wśród dwudziestu najbardziej zyskownych indeksów świata.

Wśród giełd krajów najbardziej rozwiniętych wyróżniały się indeksy amerykańskie. Dow Jones zyskał prawie 14 proc., a S&P500 wzrósł o 12,6 proc. Nasz kontynent godnie reprezentował jedynie zwyżkujący o 11,5 proc. londyński FTSE. DAX zwiększył swoją wartość jedynie o 4,6 proc., zaś CAC40 zyskał 2,7 proc.

Patrząc bardziej szczegółowo na nasz rynek, można zauważyć utrzymywanie się tendencji podobnych, jakie występowały w pierwszym kwartale. Pierwsza, to przewaga segmentu małych i średnich spółek nad blue chips. W ciągu pierwszych trzech miesięcy roku liderem był WIG Plus, który zyskał wówczas 9 proc. W półroczu, mimo że zwiększył skalę zwyżki do nieco ponad 10 proc., został zdystansowany przez sWIG80, zwyżkujący o 12,2 proc. Bardzo dobrze zachowujący się wskaźnik średnich spółek, w końcówce półrocza uległ znaczącej korekcie, która zredukowała zwyżkę do 8,8 proc. Do chwili jej rozpoczęcia, czyli do 19 czerwca, wskaźnik zyskiwał 18 proc. Tegoroczna zwyżka zaczęła się więc od najmniejszych spółek, reprezentowanych przez WIG Plus, obecnie przyszła kolej na sWIG80 i wszystko wskazuje na to, że można spodziewać się, iż w nadchodzących miesiącach rolę lidera już w pełni skutecznie przejmie mWIG40, który był tego bliski już teraz. Prawdopodobnie na hossę największych spółek trzeba będzie jeszcze trochę zaczekać. Wskazuje na to także niekorzystny branżowy układ sił.

Druga z analogii dotyczy właśnie koniunktury w poszczególnych sektorach. W pierwszym półroczu najlepiej zachowującymi się indeksami branżowymi były chemia, paliwa, budownictwo, informatyka i media. Po półroczu z tej stawki wypadła branża paliwowa, doszlusowali zaś deweloperzy. Liderem pozostał WIG Chemia, zwyżkując o 18,5 proc., na drugie miejsce ze wzrostem o 9,5 proc. awansowały spółki budowlane, na trzecim znalazł się WIG Media (wzrost o 8,3 proc.), na czwartym firmy informatyczne (zwyżka o 3,7 proc.). Nieco ponad 2 proc. nad kreską uplasował się WIG Deweloperzy.

Najgorzej wyglądała sytuacja firm surowcowych, których wskaźnik stracił 36 proc. Do spadających akcji KGHM dołączyły spółki węglowe. W niełasce nadal pozostaje branża telekomunikacyjna, zniżkując o 28 proc. Tu jednak skala spadku zmniejszyła się z 39 proc. po pierwszym kwartale, głównie za sprawą poprawiających się notowań Telekomunikacji Polskiej. Na poprawę w branży surowcowej jednak raczej w najbliższych kwartałach nie ma co liczyć. Straty konsekwentnie przynoszą firmy spożywcze. Ich indeks zniżkował w pierwszym półroczu o ponad 15 proc. O ponad 14 proc. w dół poszedł WIG Energetyka. Tu także trudno oczekiwać odwrócenia niekorzystnych tendencji, co również źle wróży poprawie sytuacji WIG20. Wobec bardzo prawdopodobnego braku poprawy w branży surowcowej, energetycznej i paliwowej, dominujących w składzie indeksu naszych największych spółek, wiele zależeć będzie od zachowania się firm sektora finansowego. WIG Banki po pierwszym półroczu stracił 0,75 proc., redukując jednocześnie skalę zniżki z 4 proc. z pierwszego kwartału.

Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem na globalnym rynku akcji na najbliższe kwartały jest utrzymanie się dotychczasowych tendencji, czyli przewagi giełd rozwiniętych, z nowojorską na czele oraz słabości parkietów wschodzących, wśród których trudne chwile czekają Chiny i reprezentantów gospodarek zależnych od koniunktury na rynku surowcowym, czyli Brazylii i Rosji. Jedną z głównych niewiadomych jest reakcja giełd, a w szczególności Wall Street, na mające się wkrótce rozpocząć wycofywanie się Fed z ilościowego luzowania polityki pieniężnej. Może ono zaszkodzić indeksom amerykańskim, z pewnością zaś nie pomoże wskaźnikom giełdowym emerging markets.

Źródło: Roman Przasnyski Open Finance

Zmiany w zarządzie grupy Aviva w Polsce – Adam Uszpolewicz obejmuje stanowisko prezesa

Adam Uszpolewicz obejmuje stanowisko prezesa grupy Aviva w Polsce, zaś Maciej Jankowski, jako wiceprezes grupy, będzie odpowiadał za szereg kluczowych funkcji biznesowych.

– Polska należy do najważniejszych rynków dla naszej grupy. Stawiamy na dalszy rozwój biznesu Avivy i chcemy optymalnie wykorzystać umiejętności i doświadczenia naszych czołowych menedżerów. Jestem przekonany, że Adam Uszpolewicz jako prezes grupy w Polsce i Maciej Jankowski jako wiceprezes najlepiej zrealizują nasze aspiracje – powiedział David McMillan, prezes Aviva Europa.

Adam Uszpolewicz, jako prezes grupy Aviva w Polsce, będzie odpowiadał za całość działalności grupy i jej dalszy rozwój. Został również powołany na stanowisko prezesa Aviva Towarzystwa Ubezpieczeń na Życie SA ze skutkiem od dnia uzyskania zgody KNF.

Maciej Jankowski, jako wiceprezes grupy, będzie odpowiadał za działalność kluczowych funkcji: finansów, operacji, IT, działu prawnego, działu ryzyka, projektów oraz Aviva Litwa. Będzie nadal pełnił funkcję prezesa Aviva Towarzystwa Ubezpieczeń Ogólnych SA.

Adam Uszpolewicz związany jest z Avivą od 2007 roku. W latach 2007-2008 pełnił funkcję prezesa grupy, a następnie objął rolę przewodniczącego rad nadzorczych spółek Avivy w Polsce. W latach 2009-2013 pełnił funkcje w międzynarodowych strukturach grupy – odpowiadał m. in. za rozwój biznesu i marketing na rynkach europejskich i azjatyckich. Przed przejściem do Avivy sprawował wysokie funkcje menedżerskie w dużych grupach finansowych, m. in. GE Capital, Cigna i Nationwide, a także w PwC.

Maciej Jankowski jest związany z Avivą od 20 lat. Rozpoczynał pracę w dziale księgowości Towarzystwa Ubezpieczeń na Życie, awansując stopniowo do funkcji dyrektora finansowego. W latach 1998-2003 był wiceprezesem Aviva PTE, następnie dyrektorem finansowym grupy w Polsce (2003-2008) i jej prezesem (2008-2013).

Komentarz dzienny, 4 lipca 2013

Zgodnie z oczekiwaniami analityków RPP obniżyła na wczorajszym posiedzeniu stopy o 25pb, stopa referencyjna wynosi zatem obecnie 2,5%. Tak, jak oczekiwaliśmy, w komunikacie RPP stwierdziła wprost:

”Podjęta na dzisiejszym posiedzeniu decyzja o obniżeniu stóp  procentowych NBP kończy cykl łagodzenia polityki pieniężnej”.

Zakończenie cyklu luzowania polityki pieniężnej zostało potwierdzone w czasie konferencji przez prezesa NBP, który wręcz tryskał optymizmem co do przyszłości polskiej gospodarki i stwierdził, że chciałby, aby sytuacja na tyle poprawiła się, aby Rada mogła podwyższać stopy procentowe. Taka deklaracja w ustach bankiera centralnego to dość jasna wskazówka dla rynków jaki scenariusz RPP mogłaby w odpowiednich warunkach makro wesprzeć. Co ciekawe, przedstawiona równolegle najnowsza projekcja NBP (prognozy PKB i inflacji) absolutnie nie wspiera optymizmu M. Belki.

Projekcja wskazuje, i to pomimo już dokonanych obniżek stóp, na pogorszenie dynamiki PKB względem poprzedniej projekcji. Inflacja natomiast nadal nie powraca do celu w horyzoncie projekcji. Sama projekcja mogłaby być więc podstawą do kontynuacji obniżek stóp. Dlaczego tak się prawdopodobnie nie stanie? Po pierwsze, w RPP najwyraźniej wyczerpała się większość do wspierania obniżek. Prezes NBP cytował również szereg uwarunkowań zewnętrznych, czy też (znów nie będąc w zgodzie z projekcją) odbijanie polskiej gospodarki, które to poprzeczkę dla wznowienia cyklu podnoszą bardzo wysoko. Zdaniem Belki do końca roku stopy pozostaną bez zmian.

Gdynia, Asseco i CodiLime zorganizują programistyczny Marathon24

0

30 listopada 2013 r. w Pomorskim Parku Naukowo-Technologicznym w Gdyni wystartuje prestiżowy, 24-godzinny, zespołowy maraton programistyczny organizowany wspólnie przez Miasto Gdynia, Asseco Poland i CodiLime. Wydarzenie to będzie miało charakter coroczny i stanie się ważnym punktem w kalendarzu konkursów programistycznych w Europie.

„Asseco Programming Marathon24 Gdynia 2013” to inicjatywa skierowana do środowiska związanego z technologiami informatycznymi. Jest to jedyny w Polsce zespołowy konkurs o otwartym charakterze, w którym mogą wziąć udział programiści bez żadnych ograniczeń, a przygotowywany przez m.in. złotych medalistów mistrzostw świata w programowaniu zespołowym, założycieli spółki CodiLime. W drodze eliminacji online wyłonieni zostaną najzdolniejsi w Polsce (a w przyszłości także w Europie) informatycy, którzy podczas finału w Gdyni zmierzą się ze sobą w bezpośredniej rywalizacji.

Na szczególne zainteresowanie zasługuje formuła maratonu. Finał konkursu będzie się odbywał bez przerwy przez pełne 24 godziny. W tym czasie trzydzieści trzyosobowych zespołów stawi czoła trzem wymagającym zadaniom programistycznym. Aktualne wyniki drużyn będą podawane do wiadomości wszystkich uczestników, a formuła konkursu sprawi, że rywalizacja między nimi będzie trwała do ostatniej chwili.

Marathon24 realizują wspólnie Gdynia – miasto przyjazne innowacjom – oraz Asseco Poland i CodiLime. Zaangażowanie największej spółki informatycznej w Polsce i zarazem jednego z czołowych graczy na europejskim rynku oprogramowania to gwarancja sukcesu przedsięwzięcia. Za stronę techniczną projektu, w tym przygotowanie głównego systemu informatycznego odpowiada CodiLime, firma tworząca najwyższej jakości oprogramowanie dla międzynarodowego biznesu.

Podczas wspólnej konferencji prasowej organizatorów Prezydent Gdyni, dr Wojciech Szczurek zwrócił uwagę na szczególny związek Gdyni z przełomowymi pomysłami i technologiami: „Gdynia to miasto niezwykle nowoczesne. Od zawsze przyciąga ludzi, którzy chcą i potrafią realizować swoje marzenia, również te z dziedziny innowacyjnych technologii. Symbolem tego jest Park Naukowo-Technologiczny. Być może już niebawem znajdą tu dla siebie miejsce firmy, których idee zakiełkują w głowach informatyków – uczestników Asseco Programming Marathon24 Gdynia 2013.”

Dr Adam Góral, Prezes Zarządu Asseco Poland dodał: „Asseco Poland od ponad 20 lat działa na rynku informatycznym i osiągnęliśmy ogromny sukces stając się siódmym największym producentem oprogramowania w Europie. To dzięki naszym produktom stworzonym przez najlepszych polskich informatyków możemy śmiało rywalizować z firmami software’owymi z całego świata. Angażując się w ten projekt chcemy aktywnie promować osiągnięcia polskich programistów i zachęcać ich do pogłębiania wiedzy oraz stałego inwestowania w siebie. Konkurs i jego niezwykła formuła to idealna okazja dla wielu informatyków, by sprawdzić się w wymagających warunkach i zaprezentować swoje umiejętności.”

Tomasz Kułakowski, Prezes Zarządu CodiLime przekonywał: „Polscy informatycy cieszą się na świecie ogromnym uznaniem i często decydują się na wyjazd do pracy za granicę. Jako współorganizatorzy Marathonu chcemy wyłonić najzdolniejszych programistów i zachęcić ich do pozostania w kraju. CodiLime jest przykładem firmy zbudowanej przez zespół nadzwyczajnych talentów. O jakości zaś tego zespołu świadczy nasza współpraca z największymi światowymi koncernami technologicznymi z Doliny Krzemowej czy Japonii. Nasi najzdolniejsi pracownicy mogą realizować projekty IT, które tworzą przyszłość. Stawiamy sobie za cel organizację konkursu, w którym wezmą udział osoby utalentowane podobnie jak założyciele i pracownicy CodiLime, którym zależy na stałym rozwijaniu swoich umiejętności i pogłębianiu wiedzy. Jestem pewien, że uda się to z tak wspaniałymi Partnerami jak Gdynia i Asseco.”

Rozczarowanie i frustracja zamiast okazyjnych wakacji „last minute”

Już tylko kilka tygodni dzieli nas od długo wyczekiwanego letniego wypoczynku. Właśnie teraz bardzo wielu z Was spędza godziny przed monitorem swojego komputera, by upolować jak najlepszą ofertę odpoczynku dla całej rodziny. Cyberprzestęcpy nie przepuszczą takiej okazji by zarobić na swoje wymarzone wakacje.

Zgodnie ze statystykami Google Trends to właśnie przełom czerwca i lipca jest momentem kiedy Polacy masowo wyszukują informacji na temat ofert last minute. Prawie 6 mln z nas planuję w tym roku wyjechać za granicę i średnio przeznaczyć na ten cel około 2,5 tys. złotych. Przytłaczająca większość wyszukuje informacje na temat destynacji korzystając z sieci, już dawno taki sposób zapoznawania się z ofertą touroperatorów wyprzedził bezpośrednią wizytę w biurze podróży. To internet jest pierwszym źródłem informacji o wycieczce. Polscy internauci wyszukują opinie na temat hoteli, biur, atrakcji, porównują ceny online, by następnie dokonać samego zakupu offline w biurze (efekt ROPO – reaserch online purchase offline). Jednak już blisko połowa decydujących się na wyjazd dokonuje zakupu w sieci. To właśnie oni są na celowniku przestępców czyhających na łatwy zarobek.

Jak informują specjaliści ds. bezpieczeństwa G Data to w czerwcu i lipcu obserwujemy duże zwiększenie się liczby spamu oferującego wyjazdy w nadzwyczajnie atrakcyjnych cenach. Jeżeli użytkownik skusi się na taką ofertę, często wpada prosto w pułapkę złośliwego oprogramowania zastawioną przez cyberprzestępców, tracąc tym samym ważne dane jak numer karty kredytowej.

Pracownicy G Data SecurityLabs radzą jak nie paść ofiarą „turystycznego spamu” i podejrzanych wakacyjnych ofert. Radzimy jak bezpiecznie zarezerwować wycieczkę – bez ryzyka i nieprzyjemnych konsekwencji.

„Wiadomości e-mail z rzekomymi konkursami i podejrzanie korzystnymi ofertami to bardzo popularna metoda przemycania złośliwego oprogramowania na komputery niczego nieświadomych użytkowników. Sprawców interesują głównie dane dostępowe do kont online oraz dane kart kredytowych” – mówi Łukasz Nowatkowski, dyrektor techniczny G Data Polska. „Jeśli nie chcesz zostać ofiarą cyberprzestępców powinieneś stosować oprogramowanie zabezpieczające oraz możliwie często aktualizować wszelkie aplikacje na Twoim komputerze. Sprawdzaj dokładnie wszystkie interesujące Cię oferty i bądź wyczulony oraz maksymalnie ostrożny. Jeżeli któraś z wiadomości na twojej skrzynce pocztowej budzi podejrzenia, skasuj ją bez jej otwierani a tym bardziej czytania.”

Ataki na telefony komórkowe – 666 666 zagrożeń mobilnych dla Androida

Android już od pewnego czasu dominuje w sektorze telefonii komórkowej. Zgodnie z danymi ponad 75% telefonów sprzedanych na świecie w pierwszym kwartale 2013 działało pod systemem Android. Polska nie jest tu wyjątkiem, chociaż jako jeden z nielicznych krajów na świecie posiada wysoki odsetek udziału Windows Phone w rynku, jednak system Google jest dominujący także nad Wisłą. Nie dziwi więc, że cyberprzestępcy co 22 sekundy wypuszczają nowe złośliwe oprogramowanie na system z zielonym ludzikiem. W samym tylko maju specjaliści G Data naliczyli 124000 nowych próbek złośliwego kodu, którego twórcy za cel wyznaczyli sobie głównie kradzież poufnych danych osobistych, wysyłanie wiadomości SMS Premium bez wiedzy właściciela telefonu oraz dokonywanie płatnych połączeń. Przestępcy zaczęli także wdrażać nową funkcjonalność – wyświetlanie mocno agresywnych reklam mających nokłonić do zainstalowania aplikacji ze złośliwym kodem. G Data przewiduje zwiększenie ilości unikalnych zagrożeń na Androida, jest to ściśle powiązane z wysoką opłacalnością tej strategii dla cyberprzestępców.

„Złośliwe mobilne oprogramowanie stało się lukratywnym biznesem dla przestępców internetowych. Twórcy tych aplikacji do swych niecnych celów używają głównie koni trojańskich, które pozwalają wykorzystać zainfekowane urządzenie na wiele sposobów” – mówi Łukasz Nowatkowski, dyrektor techniczny G Data Polska. „Złośliwe aplikacje pozwalają nie tylko na wykradanie osobistych danych zapisanych na telefonie jak kontakty, zdjęcia czy informacje zawarte w kalendarzu. Przestępcy mogą zdalnie wykonywać wysoce płatne połączenia, rozsyłać wiadomości SMS na drogie numery Premium lub próbować wykraść dane dostępowe do kont internetowych. Właśnie te możliwości wykorzystania złośliwego oprogramowania na urządzenia mobilne sprawiają, że będzie ono co raz popularniejsze.”

Ryzyko infekcji w przyszłości

Liczba mobilnego malware’u będzie zwiększała się w nadchodzących miesiącach podążając za stale rosnącą popularnością urządzeń przenośnych wyposażonych w system Android. Mobilna cyberprzestępczość jest na najlepszej drodze by stać się zjawiskiem masowym.

Mobilne Botnety

Zainfekowane telefony coraz częściej zostają włączane przez sprawców do sieci botnetów wykorzystywanych następnie do dalszego rozprzestrzeniania złośliwego kodu. Takie zarażone urządzenia działa jak „rozpylacz” SMS-owego spamu lub urządzenie do nabijania portfela przestępcom dzięki masowemu wykonywaniu drogich połączeń Premium.
Potencjalne zyski, które mogą uzyskać przestępcy są ogromne.

Adware wciąż popularny

Eksperci G Data SecurityLabs prognozują utrzymanie się popularności mobilnego adware’u. Wykorzystywany jest on w celu nachalnego promowania zainfekowanych aplikacji np. takich jak popularne aplikacje pogodowe, które w rzeczywistości stanowią zagrożeniem dla naszych danych i pieniędzy.

Zagrożenia mobilne: „bariera bestii” złamana!

Moment nie mógł być bardziej odpowiedni, czerwiec 2013. W szóstym miesiącu roku eksperci ds. bezpieczeństwa G Data osiągnęli kamień milowy gromadząc w swojej bazie 666 666 unikalnych szkodliwych programów na platformę Android. Niestety można się spodziewać, że liczba ta nadal będzie rosła w zastraszającym tempie.

Jeszcze trzy lata temu zagrożenia na urządzenia mobilne były kompletną nowością, a ataki na telefony komórkowe stanowiły promil wszystkich ataków hakerskich na świecie. Obecnie ryzyko infekcji stale rośnie wraz ze zwiększającą się popularnością smartfonów i tabletów oraz wzrostem ich funkcjonalności. Dziś już nikogo nie dziwią przelewy dokonywane poprzez aplikacje zainstalowane na telefonach komórkowych. Złośliwe kody rozwinęły się z początkowo jedynie irytujących aplikacji, którymi hakerzy stroili sobie żarty z użytkowników urządzeń przenośnych, do złośliwych aplikacji wykradających pieniądze, dokonywujących kosztownych połączeń, szpiegujących czy przedstawiających niechciane reklamy.

Innymi słowy mobilny malware nie jest już pieśnią przyszłości, a realnym zagrożeniem dla wszystkich cyfrowych nomadów.

Decyzja RPP – kredytobiorcy się cieszą, oszczędzający mają problem

Rada Polityki Pieniężnej nie zaskoczyła i obniżyła stopę procentową o 25 punktów bazowych do poziomu 2,5%. Oznacza to, że padł kolejny rekord w polskich zawodach na najniższą stopę procentową w historii. To dobra wiadomość dla każdego, kto kupił mieszkanie na kredyt.

Dzięki decyzji RPP wysokość raty kredytowej powinna zmaleć o 15 zł na każde 100 tys. zł kredytu. To już siódma obniżka, a od początku roku wysokość przeciętnej raty kredytowej zmniejszyła się o ok. 90 zł na każde 100 tys. zł kredytu. Zanim jednak kredytobiorcy odczują spadki, trzeba poczekać na działania banków, a te czasami zwlekają z obniżką oprocentowania kredytów.

To, co dobre dla kredytobiorców, niekoniecznie służy oszczędzaniu. Niestety, oprocentowanie lokat nie daje nadziei na wysoki zysk. To naturalnie zniechęca osoby posiadające oszczędności do lokowania ich w bankach, a skłania je do poszukania alternatywnych sposobów na lokatę kapitału, takich jak zakup nieruchomości. W ten m.in. sposób RPP próbuje stymulować gospodarkę.

Kolejna obniżka stóp procentowych to reakcja RPP na dosyć słabą kondycję gospodarki. Jednak wiele wskazuje na to, że najbliższe miesiące przyniosą ożywienie i już w IV kwartale możemy spodziewać się wzrostu gospodarczego nawet powyżej 2%. Poprawa kondycji będzie sprzyjać powrotowi do wyższych stóp procentowych. Dlatego obecni kredytobiorcy powinni oszczędności z tego okresu zabezpieczyć na wypadek podniesienia oprocentowania w przyszłości, bo tak niski poziom stóp procentowych długo się nie utrzyma.

Rynek instrumentów pochodnych w czerwcu 2013 r.

W czerwcu br. wolumen obrotu wszystkimi instrumentami pochodnymi wyniósł 1,5 mln sztuk. Liczba otwartych pozycji na koniec czerwca br. wyniosła 197,9 tys. sztuk.

Kontrakty na WIG20

W czerwcu br. wolumen obrotu kontraktami terminowymi na WIG20 wyniósł 1,05 mln kontraktów, co stanowi wzrost o 2,48% w stosunku do czerwca 2012 r.
Liczba otwartych pozycji na tym instrumencie na koniec czerwca br. wyniosła 103,8 tys. kontraktów.

Opcje

W czerwcu br. wolumen obrotu opcjami na indeks WIG20 wyniósł 91,5 tys. opcji. Stanowiło to wzrost o 40,1% w porównaniu do czerwca ubiegłego roku. Od początku roku (styczeń-czerwiec) wolumen wyniósł 408,9 tys. opcji co stanowi wzrost o 37,3% w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku;
Na koniec czerwca 2013 roku liczba otwartych pozycji na tym instrumencie wyniosła 35,9 tys. opcji.

Kontrakty na akcje

Wolumen obrotu kontraktami na akcje w czerwcu br. wyniósł 60,3 tys. kontraktów co stanowi wzrost o 54,8% w stosunku do czerwca 2012. Od początku roku wolumen obrotu wyniósł 373,5 tys. kontraktów co stanowi wzrost o 39,1% w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku;

Liczba otwartych pozycji na tym instrumencie na koniec czerwca br. wyniosła 9,1 tys.

Kontraktami na akcje o najwyższym miesięcznym wolumenie obrotu były:

LP Instrument bazowy Wolumen obrotu (w szt.) w czerwcu 2013 r.
1. PKO BP SA 20 822
2. KGHM SA 17 956
3. PKN ORLEN SA 6 849
4. PGE SA 2 877
5. PZU SA 2 575

Kontrakty na waluty

Wolumen obrotu kontraktami walutowymi wyniósł w czerwcu br. 314,9 tys. kontraktów co stanowiło 177,6% wzrost w stosunku do czerwca ubiegłego roku;

Najbardziej popularnym kontraktem walutowym w czerwcu 2013 roku był kontrakt na kurs USD/PLN. Wolumen obrotu tą klasą kontraktu walutowego wyniósł 254,8 tys. kontraktów, co stanowiło 81,0% wolumenu obrotu wszystkimi kontraktami walutowymi;

Liczba otwartych pozycji na kontraktach na waluty koniec czerwca 2013 roku wyniosła 38,8 tys. kontraktów.

Zwyczaje Polaków rezerwujących hotele i przeloty przez Internet

Porównywarka ofert turystycznych KAYAK sprawdziła, kiedy Polacy najczęściej dokonują rezerwacji online biletów lotniczych oraz noclegów w hotelach. Jak pokazały statystyki kayak.pl z ostatnich miesięcy, początek tygodnia to czas, w którym polscy użytkownicy najczęściej poszukują ofert turystycznych przez Internet.

Wraz ze zmieniającymi się nawykami konsumentów oraz dynamicznym rozwojem sektora e-travel, nieustannie rośnie zainteresowanie dokonywaniem rezerwacji hoteli i biletów lotniczych przez Internet. Dzięki nowoczesnym rozwiązaniom, turyści mogą teraz nie tylko zorganizować nawet najdalszą podróż bez wychodzenia z domu, ale również sprawdzić setki ofert za pomocą zaledwie kilku kliknięć.

KAYAK nie tylko umożliwia porównanie cen produktów i usług turystycznych, ale udostępnia także szereg narzędzi służących do planowania podróży. Dodatkowe funkcjonalności, takie jak np. alerty cenowe czy darmowa aplikacja mobilna, pozwalają na bieżąco śledzić wszystkie promocje i dają gwarancję zabukowania biletów oraz noclegów w najniższych cenach. Kiedy zatem Polacy najczęściej dokonują rezerwacji online? Sprawdziła to wyszukiwarka KAYAK.

Jak pokazują ostatnie statystyki, polscy użytkownicy KAYAK-a najczęściej wyszukują przeloty w poniedziałki i środy w godzinach popołudniowych (pomiędzy 14.00 a 15.00). Co ciekawe, według danych wyszukiwarki, zdecydowanie rzadziej zajmują się organizacją podniebnych podróży w weekendy.

Podobnie kształtują się trendy rezerwacji hotelowych – polscy użytkownicy kayak.pl mniej chętnie zasiadają przed ekranami komputerów w soboty i niedziele. Najczęściej poszukują noclegów na początku tygodnia. Zdecydowanie najwięcej pokoi bukowanych jest we wtorki, zwłaszcza pomiędzy 14.00 a 16.00.

– Wyniki analiz KAYAK-a potwierdzają, że Polacy najczęściej kupują przez Internet będąc w pracy, gdy mają nieograniczony dostęp do komputera – mówi Debby Soo, Business Development Director KAYAK-a. – Ponadto zauważamy również, iż polscy użytkownicy kayak.pl coraz częściej decydują się na spontaniczne, weekendowe wyjazdy, na których organizację mają zaledwie kilka dni – podsumowuje Soo.

*Opracowanie przygotowane zostało na podstawie statystyk wyszukiwań porównywarki KAYAK (marzec-maj 2013 r.)

Analitycy Domu Maklerskiego DI BRE najlepsi na rynku

Zespół Domu Maklerskiego DI BRE kolejny raz został doceniony przez ekspertów z branży. W rankingu najlepszych analityków giełdowych najwyższe miejsca zajęli Kamil Kliszcz oraz Iza Rokicka. Zestawienie zostało przygotowane przez Gazetę Giełdy Parkiet.

Każde wyróżnienie przyznawane przez ekspertów bardzo cieszy i motywuje. – mówi Jarosław Kowalczuk, prezes Domu Maklerskiego DI BRE. – W tym przypadku możemy być szczególnie dumni, bo nasi analitycy zostali docenieni przez swoich konkurentów. Uznanie w oczach kolegów z branży jest potwierdzeniem najwyższej jakości naszej pracy – dodaje.

Ranking Parkietu powstał na podstawie ankiet wypełnionych anonimowo przez dwudziestu jeden analityków giełdowych. Każdy mógł wskazać trzy osoby, z wyłączeniem siebie oraz pracowników tego samego działu. Ankietowani wymieniali również cechy, za które najbardziej cenią typowanych kandydatów.

Najlepszy według rankingu polski analityk giełdowy – Kamil Kliszcz – pracuje w Domu Maklerskim DI BRE od siedmiu lat. Swoją karierę zaczynał od praktyk w departamencie analiz, którego obecnie jest wicedyrektorem. Analizuje spółki z sektora chemicznego i paliwowego. Pośród cech, jakimi Kamila Kliszcza opisali ankietowani konkurenci, kilkukrotnie pojawiał się profesjonalizm i szeroka wiedza. Dużym uznaniem ekspertów cieszą się jego rozbudowane i wnikliwe raporty. Sam Kliszcz, w wywiadzie dla Parkietu, jako najważniejsze cechy dobrego analityka wymienia zaangażowanie i konsekwencję, podkreśla też rolę doświadczeń zawodowych. Drugie miejsce w rankingu zajęła Iza Rokicka, która zajmuje się analizowaniem spółek z sektora finansowego, głównie banków. Koledzy po fachu wskazywali na jej pracowitość, wiedzę, profesjonalizm, wytrwałość oraz jasność w formułowaniu przekazu.

Dom maklerski DI BRE jest jednym z najdłużej funkcjonujących na polskim rynku kapitałowym domów maklerskich. Prowadzi działalność od 1991 roku, kierując ofertę do wszystkich aktywnych grup inwestorów zarówno instytucjonalnych, jak też indywidualnych. Oferta brokera obejmuje pełen zakres dostępnych na polskim rynku kapitałowym usług maklerskich – w tym rozwiązania dla inwestorów giełdowych oraz emitentów papierów wartościowych. Obecnie dom maklerski DI BRE obsługuje aż 300 tys. aktywnych rachunków maklerskich i jest pod tym względem liderem rynku. DI BRE zawsze był jednym liderów innowacji rynku kapitałowego. Przeprowadził pierwszą na polskim rynku emisję akcji z prawem poboru, przygotował pierwszą publiczną emisję warrantów, zawarł pierwszą w historii Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie transakcję, której przedmiotem były kontrakty terminowe i transakcję krótkiej sprzedaży. Obecnie dom maklerski DI BRE oferuje nowy, mobilny system transakcyjny, zaopatrzony w najnowocześniejsze znane rozwiązania.

Serinus Energy (dawny Kulczyk Oil Ventures) zwiększy produkcję na Ukrainie

Olgowskoje-15, kolejny odwiert na ukraińskich koncesjach produkcyjnych Serinus Energy, uzyskał w testach przepływ gazu na poziomie 42,5 tys. metrów sześc. gazu dziennie. Wbrew wstępnej analizie geologicznej, nie było potrzeby przeprowadzenia dodatkowej stymulacji odwiertu. To potwierdzenie dużego potencjału strefy gazu odkrytej przy okazji prac przy sąsiednim odwiercie Makiejewskoje-16. Spółka planuje dalszą eksplorację tej strefy i zapowiada intensywny program wierceń.

Olgowskoje-15

O-15 to odwiert kierunkowy zaplanowany i wykonany w celu zbadania zidentyfikowanych przez zespół Serinus Energy i KUB-Gasu stref R30 c z baszkiru oraz S5 z serpuchowu. Po odkryciu potencjału strefy S5 przy okazji prac przy odwiercie Makiejewskoje, Serinus Energy podjęła decyzję o zbadaniu tej strefy także na sąsiedniej koncesji Olgowskoje. W kwietniu br. z M-16, znajdującego się ok. 13 km od odwiertu Olgowskoje-15, udało się uzyskać przepływ gazu na poziomie 121,8 tys. metrów sześc. gazu dziennie. Pod koniec maja Makiejewskoje-16 podłączono do produkcji o początkowej wielkości 76,5 tys. metrów sześc. gazu dziennie. Z Olgowskoje-15 zaś, wbrew wcześniejszym założeniom o konieczności przeprowadzenia stymulacji, popłynął gaz w ilości 42,5 tys. metrów sześc. gazu dziennie. Test przeprowadzono za pomocą różnych wielkości zwężek i przy ciśnieniu przepływu (Flowing Tubing Head Pressure) wynoszącym 8.600 kPa (1.247 psig).

„Jesteśmy pozytywnie zaskoczeni wynikami testów O-15. Choć analiza tej strefy gazu odkrytej przy Makiejewskoje-16 rozbudziła nasze apetyty na dalsze zwiększanie produkcji, spodziewaliśmy się większego nakładu pracy i środków na uruchomienie przepływu gazu z kolejnego odwiertu na polu Olgowskoje. Dzięki dobrym wynikom M-16 i O-15 możemy kontynuować nasz ambitny program wierceń obliczony na najbliższe dwa lata” – powiedział Jakub Korczak, Wiceprezes ds. Relacji Inwestorskich i Dyrektor Operacji w Europie Środkowo-Wschodniej.

Zasoby perspektywiczne dla Olgowskoje-15

Wewnętrzne szacunki Serinus Energy dotyczące zasobów perspektywicznych dla strefy S5 w ramach odwiertu O-15 wynoszą: 23 mld Bcf (miliardy stóp sześciennych) w kategorii Best Estimate, 55 Bcf w kategorii High Estimate i 9,5 Bcf w kategorii Low Estimate. Ryzyko dla tych zasobów perspektywicznych zostało znacząco ograniczone przez wynik testów odwiertu O-15. W raporcie niezależnego audytora zasobów sporządzonego dla Spółki wg stanu na 31 grudnia 2012 r., do strefy S5, zbadanej dzięki odwiertowi O-15, nie przypisano żadnych zasobów perspektywicznych.

Plany Serinus Energy na Ukrainie

Po uruchomieniu produkcji Olgowskoje-15 zostanie podłączone do stacji przetwórstwa gazu na koncesji Makiejewskoje. Stacja ta jest obecnie w fazie modernizacji, która ma zwiększyć jej przepustowość. Zgodnie z planem ma ona osiągnąć poziom ponad 1,8 mln metrów sześc. gazu dziennie. Spółka planuje ponadto kontynuację intensywnego programu poszukiwawczego obliczonego na najbliższe dwa lata. Rozważa się dalszą eksplorację bogatej w gaz strefy S5, gdzie zidentyfikowano co najmniej trzy możliwe lokalizacje odwiertów.

Ekwiwalent ropy naftowej i gazu

Informacja o produkcji jest z reguły podawana w jednostkach takich jak baryłki ekwiwalentu ropy naftowej („boe” lub „Mboe” lub „MMboe”) lub też w jednostkach ekwiwalentu gazu („Mcfe” lub „MMcfe” lub „Bcfe”). Jednakże określenia BOE lub Mcfe mogą być mylące, w szczególności gdy używane są w oderwaniu od kontekstu. Współczynnik konwersji na boe, gdzie 6 Mcf = 1 baryłka, lub na Mcfe, gdzie 1 baryłka = 6 Mcf, wynika z metody zakładającej równoważność energetyczną w odniesieniu do danych z pomiarów uzyskanych na końcówce palnika, co nie odnosi się do wartości występujących na głowicy.

Podstawowe pojęcia

„Zasoby perspektywiczne” Oszacowana na dany dzień ilość węglowodorów, która jest potencjalnie wydobywalna z nieodkrytych akumulacji w ramach przyszłych przedsięwzięć dotyczących ich zagospodarowania. Zasoby perspektywiczne mają zarówno szansę odkrycia oraz szansę rozwoju. Zasoby perspektywiczne w zależności od stopnia pewności ich odkrycia i możliwości rozwoju mogą być dalej dzielone w oparciu o stopień zaawansowania projektu.

“Low Estimate” uważane jest za ostrożny szacunek ilości zasobów, które będą faktycznie pozyskane. Jest wysoce prawdopodobne, że ilości pozyskane w rzeczywistości, przekroczą oszacowania. W kategoriach rachunku prawdopodobieństwa oznaczać to będzie co najmniej 90% prawdopodobieństwo (P90), że ilości pozyskane będą równe lub wyższe niż ostrożny szacunek.

“Best Estimate” uważane jest za wyważony szacunek ilości zasobów, które będą faktycznie pozyskane. Jest wysoce prawdopodobne, że ilości pozyskane w rzeczywistości, będą niższe lub wyższe od oszacowań. W kategoriach rachunku prawdopodobieństwa oznaczać to będzie co najmniej 50% prawdopodobieństwo (P50), że ilości pozyskane będą równe lub wyższe niż wyważony szacunek.

“High Estimate” uważane jest za optymistyczny szacunek ilości zasobów, które będą faktycznie pozyskane. Jest mało prawdopodobne, że ilości pozyskane w rzeczywistości, przekroczą oszacowania. W kategoriach rachunku prawdopodobieństwa oznaczać to będzie co najmniej 10% prawdopodobieństwo (P10), że ilości pozyskane będą równe lub wyższe niż optymistyczny szacunek.

O Serinus Energy

Serinius to międzynarodowa spółka prowadząca poszukiwania ropy naftowej i gazu. Posiada zdywersyfikowane portfolio projektów na Ukrainie, w Brunei, Tunezji, Rumunii i Syrii, a profil ryzyka obejmuje działalność poszukiwawczą w Brunei, Rumunii i Syrii oraz działalność wydobywczą na Ukrainie i w Tunezji. Akcje Spółki są notowane na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, a także na Giełdzie Papierów Wartościowych w Toronto (pod symbolem „SEN”).

Na Ukrainie Serinus posiada faktyczny 70 proc. udział w KUB-Gas LLC. Aktywa KUB-Gas obejmują 100-procentowe udziały w pięciu koncesjach zlokalizowanych w pobliżu Ługańska, miasta w północno-wschodniej części Ukrainy. Produkcja gazu odbywa się na czterech koncesjach.

W Tunezji Serinus posiada faktyczny 100 proc. udział w koncesjach Chouech Essaida, Ech Chouech, Sanrhar and Zinna oraz 45 proc. udział w koncesji Sabria. Produkcja ropy i gazu odbywa się obecnie na trzech koncesjach.

W Brunei Serinus posiada 90 proc. faktyczny udział w umowie o podziale wpływów z wydobycia, uprawniający do poszukiwania i wydobycia ropy oraz gazu ziemnego z Bloku L, obejmującego obszar lądowy i morski o powierzchni 1.123 km² w północnym Brunei.

W Rumunii Serinus planuje pozyskać 60 proc. bezwzględny faktyczny udział w lądowym obszarze koncesji Satu Mare w północno-zachodniej Rumunii do końca czerwca 2013 r., z zastrzeżeniem spełnienia określonych warunków.

W Syrii Serinus posiada, zgodnie z umową o podziale wpływów z wydobycia, 50 proc. udział w Bloku 9, uprawniający do poszukiwania i wydobycia, po spełnieniu określonych warunków, ropy i gazu ziemnego na obszarze Bloku 9 o powierzchni 10.032 km², położonego w północno-zachodniej Syrii. Spółka podpisała porozumienie, na podstawie którego przepisze łącznie 5 proc. udziałów na rzecz osoby trzeciej, pod warunkiem uzyskania zgody władz syryjskich. W przypadku uzyskania takiej zgody bezpośredni udział Serinus w Bloku 9 zmieni się na 45 proc. W lipcu 2012 r. Spółka zadeklarowała występowanie siły wyższej w odniesieniu do swoich działań operacyjnych w Syrii.

Głównym akcjonariuszem Spółki jest Kulczyk Investments S.A. – międzynarodowy dom inwestycyjny, założony przez polskiego przedsiębiorcę dr. Jana Kulczyka.

Tłumaczenie: Niniejszy tekst stanowi tłumaczenie informacji powstałej oryginalnie w języku angielskim.

Stwierdzenia dotyczące przyszłości (Forward-looking Statements):

Niniejsza informacja zawiera stwierdzenia dotyczące przyszłych zdarzeń, prezentowane z perspektywy dnia publikacji niniejszej informacji, odnoszące się do przyszłych działań KUB-Gas i związanych z jej pięcioma obszarami koncesyjnymi na Ukrainie, jak też do określonych odwiertów lub badań sejsmicznych wykonywanych na obszarze tych koncesji, które nie stanowią lub nie mogą stanowić danych historycznych. Mimo że przedstawiciele Spółki uznają założenia zawarte w stwierdzeniach dotyczących przyszłości za racjonalne, potencjalne wyniki sugerowane w powyższych stwierdzeniach odznaczają się znacznym poziomem ryzyka i niepewności, i nie można stwierdzić, że faktyczne rezultaty okażą się zgodne z powyższymi stwierdzeniami dotyczącymi przyszłości.

Do czynników, które mogą uniemożliwić bądź utrudnić ukończenie spodziewanych działań Spółki, zaliczają się: prawdopodobieństwo wystąpienia problemów technicznych i mechanicznych w trakcie realizacji projektów, zmiany cen produktów, nieuzyskanie wymaganych prawem zgód, sytuacja finansowa na rynku lokalnym i międzynarodowym, jak również ryzyka związane z ropą naftową i gazem, ryzyka finansowe, polityczne i gospodarcze oraz wszelkie inne ryzyka nieprzewidziane przez Spółkę albo nieujawnione w dokumentach przez nią opublikowanych. Ze względu na fakt, że stwierdzenia dotyczące przyszłości odnoszą się do przyszłych wydarzeń i uwarunkowań, z natury odznaczają się one z ryzykiem i niepewnością, a faktyczne rezultaty mogą się znacznie różnić od informacji zawartych w niniejszych stwierdzeniach dotyczących przyszłości. Spółka nie jest zobowiązana do aktualizacji lub korekty stwierdzeń dotyczących przyszłości zawartych w niniejszej informacji, tak żeby odzwierciedlały one stan po publikacji niniejszej informacji, chyba że jest to wymagane przepisami prawa.

Jak kształtują się ceny hoteli w dużych polskich miastach?

W którym polskim mieście można znaleźć najtańszy nocleg w hotelu? Niewiele osób odpowie, że w Warszawie, kojarzonej z najbardziej ekstremalnymi cenami. Tymczasem w stolicy można znaleźć nocleg w hotelu już od 48 PLN, natomiast najdroższe minimalne ceny noclegu w hotelu są w Opolu i zaczynają się one od 160 PLN. Dlaczego tak się dzieje? Wyjaśnienie tego zjawiska można znaleźć w raporcie przygotowanym przez Internetowe Centrum Podróży eSKY.pl.

– W przypadku cen minimalnych za nocleg w hotelu należy zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Po pierwsze w miastach, w których konkurencja jest większa, jak w Warszawie czy Krakowie, zwiększa się również rozpiętość cenowa. Hotele bardziej się specjalizują, dostosowują swoją ofertę do konkretnych grup odbiorców. Inaczej jest w przypadku miast, gdzie konkurencja nie jest tak bardzo duża. Natomiast więcej niż hoteli jest innych miejsc noclegowych– takich jak kwatery czy pensjonaty. – mówi Piotr Woś z serwisu eSKY.pl. – Sprawdziliśmy koszty noclegów we wszystkich stolicach województw w kraju i wyniki tej analizy zaskoczyły nas…

W jakich miastach są najwyższe minimalne koszty noclegu?

Miasta, w których minimalne ceny noclegu w hotelu są najwyższe to kolejno: Opole – 160 PLN, Gorzów Wielkopolski – 142 PLN, Białystok – 135 PLN, Zielona Góra – 105 PLN, Olsztyn – 100 PLN. Nawet jeżeli te najniższe stawki nie są takie, jak można by się było tego spodziewać, ciekawie wypada zestawienie ich z tymi najwyższymi, które z reguły nie są bardzo wysokie i odpowiednio, dla każdego z tych miast wynoszą: Opole – 223 PLN, Gorzów Wielkopolski – 225 PLN, Białystok – 281 PLN, Zielona Góra – 275 PLN, Olsztyn – 229 PLN. Jak widać w najbardziej ekstremalnym przypadku różnica miedzy najtańszym a najdroższym noclegiem w danym mieście wynosi 150 PLN. Oznacza to, że obiekty hotelowe w każdym z tych miast oferują swoim gościom podobny standard. Gdy patrzymy na średnie koszty dokonanych rezerwacji, to możemy stwierdzić, że zatrzymując się w tych miastach, goście hotelowi preferują raczej te niższe ceny i standard trzech gwiazdek z reguły ich zadowala:

Opole – 180 PLN średnia cena za rezerwację
Gorzów Wielkopolski – 166 PLN średnia cena za rezerwację
Białystok – 178 PLN średnia cena za rezerwację
Zielona Góra – 220 PLN średnia cena za rezerwację
Olsztyn – 150 PLN średnia cena za rezerwację
Które miasta mają największe różnice w cenach hoteli?

Miasta, w których przyjezdni zastają największą rozpiętość, jeżeli chodzi o ceny hoteli, to: Warszawa, Kraków, Poznań, Toruń, Gdańsk, Wrocław. Tu spectrum cenowe jest naprawdę duże. Najtańszy pokój w hotelach w Warszawie można zarezerwować już za 48 PLN, ceny najdroższych sięgają 783 PLN (różnica 735 PLN), w Krakowie różnice te są tylko niewiele mniejsze (501 PLN) z najniższą ceną o wysokości 56 PLN i najwyższą 557 PLN. Nieco mniejsze różnice cenowe są w:

Poznaniu, najniższa cena za nocleg to 49 PLN, najwyższa to 475 PLN (różnica 426 PLN)
Toruniu, najniższa cena za nocleg to 65 PLN, najwyższa to 430 PLN (różnica 365 PLN)
Gdańsku, najniższa cena za nocleg to 72 PLN, najwyższa to 354 PLN (różnica 284 PLN)
Wrocławiu, najniższa cena za nocleg to 64 PLN, najwyższa to 341 PLN (różnica 277 PLN)

– Można się zastanawiać, z czego wynikają takie różnice w cenach w tych miastach? Po pierwsze, występuje tam bardzo duża rozbieżność w standardzie hoteli, od takich, które mają bardzo słabe dwie gwiazdki, po takie, które są bardzo luksusowe i mają mocne pięć. Po drugie, miasta te są częściej odwiedzane z powodów turystycznych – w tym również przez osoby zza granicy, oznacza to, że mogą sobie pozwolić na wyższe ceny, bo ich goście są do nich przyzwyczajeni. Z tego wynika również i to, że obiekty te nie mają jednego charakteru np. biznesowego, są dużo bardziej różnorodne – mówi Piotr Woś z serwisu eSKY.pl.

Co jeszcze ma wpływ na kształtowanie się cen hoteli w wymienionych wyżej miastach? Znaczenie ma nie tylko ich standard i charakter, ale również lokalizacja. W takich miastach jak Warszawa, Kraków czy Poznań hotele są umiejscowione zarówno w centrum, jak i w dużo dalszych lokalizacjach (nawet do 15 km od centrum) i te ostatnie mogą oferować znacznie niższą cenę. Nie bez wpływu jest również to, że w tych miastach, w których rozpiętość cenowa jest największa z reguły jest duża liczba hoteli należących do sieci i posiadających silną markę. Jaki ma to wpływ na cenę? Z reguły obiekty sieciowe – zwłaszcza te o zasięgu międzynarodowym – mają w pewnym stopniu, mniejszym lub większym, ceny standaryzowane, chociaż na poziomie jednego kontynentu czy rynku – w przypadku Polski – środkowoeuropejskiego. Obiekty te mają często zarządzanie centralne przez co podobne wyznaczniki cenowe.

Fakt, że klienci mają możliwość wyboru wcale nie oznacza, że decydują się na noclegi w najniższych lub najwyższych cenach. Średni koszt rezerwacji w tych miastach niewiele się różni od tego, który występuje w takich miastach jak Opole czy Zielona Góra. Jak się on kształtuje?

Warszawa – 217 PLN średni koszt rezerwacji
Kraków – 210 PLN średni koszt rezerwacji
Poznań – 146 PLN średni koszt rezerwacji
Toruń – 173 PLN średni koszt rezerwacji
Gdańsk – 172 PLN średni koszt rezerwacji
Wrocław – 161 PLN średni koszt rezerwacji

Ceny te pokazują, że nawet w sytuacji, gdy przyjezdni mają duży wybór skłaniają się ku rozwiązaniom pośrednim i na najdroższe hotele z reguły się nie decydują, lub też wybierane są one tak samo często jak te najtańsze i sprawia to, że średnie koszty rezerwacji na terenie całego kraju są podobne, niezależnie od tego jak duże różnice w cenach doby hotelowej występują w danym mieście.

Źródło: eSKY.pl

Szukasz pracy? Postaraj się o certyfikat poświadczający Twoje umiejętności!

Kandydaci do pracy z certyfikatami, nawet jeśli potencjalny pracodawca nie wymaga ich posiadania, częściej są wybierani w procesach rekrutacyjnych. Szczególnie w kryzysie, kiedy firmy mniej chętnie zatrudniają, więc z większą uwagą przyglądają się kompetencjom kandydatów. Zdobycie certyfikatu potwierdzającego kompetencje to często długotrwały i kosztowny proces. W zależności od branży może kosztować od kilkuset do kilkudziesięciu tysięcy złotych.

Eksperci Antal International podkreślają, że certyfikowani kandydaci często są dla pracodawców bardziej wartościowi i wygrywają w procesie rekrutacji. Szczególnie w dobie spowolnienia gospodarczego, kiedy firmy z dużą ostrożnością zatrudniają nowych pracowników.

Jednocześnie eksperci zaznaczają, że decyzję o podjęciu certyfikacji należy poważnie przemyśleć, zarówno kwestię wyboru odpowiedniego kursu, jak i momentu, kiedy to zrobić.

– Na pewno sugerowalibyśmy zastanowienie się, czy takimi certyfikatami interesować się na samym początku kariery zawodowej, bo wtedy często jeszcze nie wiemy na sto procent czym będziemy się docelowo zajmować. Z drugiej strony, certyfikaty mają znaczenie, jeżeli są poparte wiedzą zdobytą w trakcie zdobywania doświadczenia zawodowego, skonfrontowane z rzeczywistością biznesową – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Anna Piotrowska-Banasiak, menedżer Antal Finance & Accountancy.

Przy wyborze odpowiedniego kursu warto zwrócić uwagę na międzynarodowo rozpoznawalne certyfikaty, a takie pomogą porównać kompetencje specjalistów z wielu krajów. Równie ważny jest wybór specjalizacji, ale również niepowielanie podobnych kursów, bo to tylko dubluje wiedzę zamiast ją rozszerzać. Zdaniem Anny Piotrowskiej-Banasiak, nie zawsze pracodawcy przychylnie na to patrzą.

– Spotykamy się z osobami, które są kolekcjonerami certyfikatów. Podziwiamy determinacje i upór tych osób, natomiast z drugiej strony trzeba się zastanowić, na ile sensowne jest inwestowanie swojego czasów i zasobów finansowych w kilka różnych certyfikatów. Osoby, które podejmują się kilku certyfikacji, już pomijając to, że mają często problem z ukończeniem kursów czy egzaminów, to często są postrzegane przez pracodawców jako osoby, które nie do końca wiedzą, co chciałyby robić w swojej karierze – przyznaje Anna Piotrowska-Banasiak.

Zakres cen oraz szacowany czas potrzebny na zdobycie certyfikatu różni się w zależności od branży i rodzaju certyfikatu.

– Począwszy od certyfikatów, których zdobycie zajmuje dwa tygodnie, przez certyfikaty, których zdobycie wymaga zdania kilkunastu egzaminów i zajmuje nawet w przypadku ogromnej determinacji minimum dwa lata – potwierdza Anna Piotrowska-Banasiak. – Koszty takich certyfikatów w zależności od tego czego one miałyby dotyczyć i w zależności od tego czy przygotowujemy się do nich samodzielnie czy we wsparciu profesjonalnym jeśli chodzi o kursy i szkolenia, to koszt od kilku do nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych.

Światłowód do domu? Spółka Hawe pracuje nad realizacją takiego projektu na zlecenie operatorów telekomunikacyjnych

0

Stworzenie sieci światłowodowej o nieograniczonej przepustowości, która umożliwi internautom nie tylko dostęp do treści, ale i do aplikacji – to cel, jaki stawia sobie spółka Hawe. Temu ma służyć projekt FTTH, czyli światłowód do domu. Trwają prace nad jego harmonogramem. Spółka chce budować sieć przede wszystkim na zlecenie operatorów, ale nie wyklucza również realizacji zamówień od klientów indywidualnych.

Jak zapewnia prezes Krzysztof Witoń, spółka pracuje nad harmonogramem najnowszego projektu FTTH [Fiber to the Home], czyli budowania ostatniej mili sieci światłowodowej. Przede wszystkim chce działać w modelu partnerskim na zlecenie operatorów telekomunikacyjnych.

– Drugi to model otwarty. Jeżeli będę budował sieć na zlecenie operatora dla jednego klienta, i jego sąsiad poprosi również o podłączenie światłowodu, to będę to realizować. Ten sąsiad jako klient indywidualny będzie mógł wybrać sobie operatora, czy chce podpisać umowę z TP, Polkomtelem czy Exatelem – wyjaśnia Krzysztof Witoń w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria.

Jednak kluczowa w strategii firmy jest współpraca z operatorami, zarówno telefonii komórkowej, dostawców telewizji kablowej i usług internetowych. W ostatnich dniach Hawe zawarła umowę z Polkomtelem na sprzedaż ponad 600 km włókien światłowodowych. Spółka będzie też świadczyć usługi serwisowe na rzecz operatora. Poza tym Hawe rozszerzyła współpracę z Multimedia Polska i TK Telekom, polegającą głównie na wydzierżawieniu operatorom włókien światłowodowych.

– Moim klientem będą operatorzy. Chcę być operatorem infrastruktury, który zabezpiecza przepustowość między operatorem a klientem. Będę zachowywać się tak jak utilities, dostawca zasobów jak gaz, woda czy energia – podkreśla prezes Hawe.

W kolejnych pięciu latach spółka chce mieć 700 tys. linii w technologii FTTH.

– To na dzień dzisiejszy cała filozofia – stworzyć sieć o nieograniczonej przepustowości tak, żeby indywidualny klient zgodnie z Europejską Agendą Cyfrową miał minimum 100 Mbps do domu, do mieszkania czy do firmy – mówi Witoń. – Chcemy poprzez przepustowość otworzyć drzwi nie tylko do treści, ale i do aplikacji, które pomagają realizować swoje plany biznesowe, pomagają uzupełniać edukację czy dokonywać wyborów zakupowych.

Zapewnia, że nie będzie to przywilej tylko mieszkańców bloków na dużych osiedlach i to w większych miastach. Dzięki modelowi otwartemu możliwa będzie budowa sieci również w mniej zaludnionych regionach.

– Jeśli na danym odcinku będzie co najmniej kilku klientów i kilka domów, z całą pewnością inwestycyjnie będzie się to opłacało – przekonuje.

Hawe bierze również udział w budowie sieci dla samorządów. Jest zaangażowana w projekt na Warmii i Mazurach. W kwietniu firma razęm z Alcatel Lucent i TP Teltech podpisały umowę z władzami województwa. W Warmińsko-mazurskiem powstanie w sumie 2 tys. km sieci szerokopasmowej, szkieletowej i dystrybucyjnej i ponad punktów dystrybucyjnych. Inwestycja warta przeszło 300 milionów złotych zostanie zakończona w 2015 roku.

– Warmia i Mazury będą mogły powiedzieć, że są przygotowane do tego, żeby społeczeństwo korzystało z e-administracji, e-medycyny, wszystkich projektów, które na dzień dzisiejszy ze względu na słabą przepustowość, a zatem słabą jakość, nie mogą być wdrażane lub są wdrażane nieefektywnie – tłumaczy prezes spółki.

Preferencyjne pożyczki dla podmiotów ekonomii społecznej – pierwsze wnioski po wdrożeniu programu

Projekt „Wsparcie inżynierii finansowej na rzecz rozwoju ekonomii społecznej” finansowany ze środków Europejskiego Funduszu Społecznego rozpoczął się 25 stycznia tego roku od podpisania umowy pomiędzy Bankiem Gospodarstwa Krajowego (operator środków) oraz Towarzystwem Inwestycji Społeczno – Ekonomicznych S.A. (wyłoniony w przetargu pośrednik finansowy). Jest to pierwszy w Polsce zwrotny produkt finansowy wspierający podmioty ekonomii społecznej w ramach EFS. Projekt ma zasięg ogólnopolski, a jego budżet to 30 mln zł.

Podmioty ekonomii społecznej (np. spółdzielnie socjalne oraz organizacje pozarządowe) mogą skorzystać z preferencyjnej pożyczki oprocentowanej na poziomie ok. 0,75%, na rozwój swojej działalności. Ze środków może być sfinansowane nawet 100% kosztów planowanych przedsięwzięć. Poza pożyczką, w ramach wsparcia świadczone są bezpłatne usługi doradcze dla wszystkich pożyczkobiorców, aby mogli jak najefektywniej zainwestować środki.

– Podmioty ekonomii społecznej, ze względu na swoją specyfikę i często słabość ekonomiczną mają ograniczone możliwości pozyskiwania pieniędzy na rozwój działalności ze źródeł komercyjnych. Nasza oferta jest dla nich bardzo atrakcyjna z dwóch względów – po pierwsze jest kierowana specjalnie dla nich, a po drugie daje korzystne warunki finansowania – tłumaczył Marek Szczepański, dyrektor zarządzający pionem funduszy europejskich w BGK.

– Ekonomia społeczna, w różnych formach oraz sposobach działania, ma ogromny potencjał do kształtowania integracji społecznej oraz przeciwdziałania bezrobociu. Jest dobrym sposobem na walkę z wykluczeniem społecznym, a także aktywizację długotrwale bezrobotnych. Główną grupą, spośród której rekrutuje się większość członków założycieli spółdzielni socjalnych, są właśnie osoby bezrobotne. Działalność podmiotów ekonomii społecznej odgrywa również ważną rolę w aktywizacji osób niepełnosprawnych. Program atrakcyjnych pożyczek zwiększa możliwości rozwoju spółdzielni socjalnych, ekonomii społecznej oraz przyczynia się do aktywizacji społecznej i spadku bezrobocia – komentuje minister Władysław Kosiniak-Kamysz.

– Oferta pożyczek dla podmiotów ekonomii społecznej cieszy się dużym zainteresowaniem, mimo stosunkowo skomplikowanych wymogów stawianych przed potencjalnymi pożyczkobiorcami. Brak oferty ze strony banków komercyjnych niewątpliwie podnosi atrakcyjność tego Projektu. Cieszy fakt, iż podpisaliśmy już 12 umów pożyczki, a kwota wypłat zbliża się do miliona złotych – powiedziała Joanna Wardzińska, Wiceprezes Zarządu TISE S.A.

Przez opłatę ostrożnościową może zostać zachwiana stabilność finansowa banków. Odczują to również ich klienci

Senacka komisja zajmie się dziś projektem nowelizacji ustawy o Bankowym Funduszu Gwarancyjnym, nakładającej na banki tzw. opłatę ostrożnościową. To może oznaczać wypływ z sektora bankowego nawet 1,6 mld zł. Środowisko bankowe alarmuje, że kolejne obciążenia nie wpłyną korzystnie na stabilność finansową instytucji. A to pośrednio mogą odczuć też ich klienci. Tym bardziej, że i niektóre zapisy prawne budzą wątpliwości ekspertów. To ostatnia szansa na wprowadzenie zmian.

Nowelizacja ustawy o Bankowym Funduszu Gwarancyjnym oraz niektórych innych ustaw przewiduje między innymi nałożenie na instytucje finansowe tzw. opłaty ostrożnościowej, wpłacanej na rzecz Bankowego Funduszu Gwarancyjnego i ewidencjonowanym na specjalnym funduszu własnym, tzw. funduszu stabilizacyjnym. Środki z tego funduszu mają być wykorzystywane na finansowanie przez Skarbu Państwa wsparcia udzielanego bankom.

Poza istniejącą obecnie w ustawie o Bankowym Funduszu Gwarancyjnym opłatą roczną i planowaną obecnie opłatą ostrożnościową Ministerstwo Finansów pracuje nad kolejną opłatą na tzw. fundusz uporządkowanej likwidacji banków.

– Przy założeniu, że stawka opłaty ostrożnościowej zostanie ustalona na najwyższym poziomie, to będzie to rokrocznie 1,6 mld złotych tylko z tego tytułu, a do tego dojdą kolejne opłaty. Co więcej, w projekcie, który jest obecnie w Ministerstwie Finansów planuje się, że minister będzie miał możliwość pobierania opłat np. za kilka lat do przodu, jeżeli wystąpią szczególne sytuacje – podkreśla Bartosz Wyżykowski, ekspert Konfederacji Lewiatan. – Tego rodzaju sytuacje na pewno nie służą stabilności finansowej rynku bankowego.

Zdaniem eksperta, może się to przełożyć na wyższe prowizje banków dla klientów.

Konfederacja Lewiatan krytycznie odnosi się do zapisu nowelizacji, zgodnie z którym opłata ostrożnościowa ponoszona przez banki na fundusz stabilizacyjny nie stanowiłaby kosztów uzyskania przychodów.

– Obecna opłata roczna, która jest wpłacana na BFG stanowi koszt uzyskania przychodów zgodnie z ustawą o Bankowym Funduszu Gwarancyjnym. Ministerstwo Finansów argumentuje to w ten sposób, że fundusz stabilizacyjny, na który opłata ta będzie uiszczana, spełnia inny cel niż fundusz środków gwarantowanych, do którego obecnie odprowadzana jest opłata roczna, w związku z czym w tym drugim przypadku nie mamy mieć do czynienia z kosztem uzyskania przychodu – wyjaśnia ekspert Konfederacji Lewiatan w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria. – Nie zgadzamy się z tym – podkreśla.

Zdaniem Bartosza Wyżykowskiego cele obu funduszy są zbliżone, a ponadto o tym, co stanowi koszt uzyskania przychodów decydują przepisy ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych.

– Art. 15 ustawy o CIT przewiduje, że każdy koszt, który jest związany z działalnością gospodarczą ma na celu uzyskanie przychodu, stanowi koszt uzyskania przychodu. Ta opłata jest podstawową opłatą, którą banki będą musiały uiszczać, aby móc prowadzić działalność gospodarczą. W związku z tym nie ma żadnych podstaw do tego, żeby różnicować ją podatkowo np. w stosunku do obecnej opłaty rocznej – uważa ekspert.

Konfederacja Lewiatan kwestionuje też fakt, że przez nieprecyzyjny przepis banki mogą zostać obciążone opłatą ostrożnościową również za okres sprzed wejścia w życie nowelizacji ustawy.

– Uważamy, że ta kwestia powinna być przesądzona jednoznacznie w ustawie. W innym wypadku skutek będzie taki, że już za rok 2013 banki będą musiały wnieść opłaty ostrożnościowe i to do końca roku, a już do 31 marca 2014 – opłaty za przyszły rok – mówi Bartosz Wyżykowski.

To ostatnia szansa na zmiany w ustawie, którą Sejm uchwalił 21 czerwca. Dziś zajmie się nią senacka Komisja Budżetu i Finansów Publicznych.

Opłata ostrożnościowa ma być uiszczana w wysokości iloczynu stawki nieprzekraczającej 0,2% i podstawy naliczania opłaty rocznej. Przy określaniu wysokości stawki obowiązkowej opłaty rocznej oraz stawki opłaty ostrożnościowej rada funduszu będzie uwzględniała przede wszystkim sytuację w sektorze finansowym oraz wskaźniki makroekonomiczne.

Decyzja o uruchomieniu przez Bankowy Fundusz Gwarancyjny środków na finansowanie działań pomocowych będzie należała do organów funduszu, ale działających na wniosek ministra finansów. W założeniu ma to doprowadzić do udzielania pomocy bankom we wczesnym stadium w celu zwiększenia szans na ich przetrwanie.

Opłaty ostrożnościowe od banków pobiera się np. w Wielkiej Brytanii, na Węgrzech, w Austrii, Portugalii oraz we Francji

Wznowiono inwestycje związane z rozbudową Elektroweni Opole, pozwolenie ma być wydane do 15 sierpnia

Należące do Grupy PBG Rafako kontynuuje prace projektowe związane z budową dwóch nowych bloków energetycznych w Elektrowni Opole. Prezes PBG przekonuje, że zamieszanie związane z kwietniową decyzją PGE o wstrzymaniu inwestycji jest już przeszłością. Pozwolenie na budowę ma być wydane do 15 sierpnia.

– Grupa PBG, a konkretnie Rafako, czyli lider konsorcjum, które w zeszłym roku podpisało umowę na wykonawstwo dwóch bloków energetycznych w Opolu cały czas jest w procesie – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Paweł Mortas, prezes PBG S.A. Dodaje: – Podtrzymujemy pracę i termin, który był zapowiedziany, czyli połowa sierpnia. My zrobimy wszystko, żeby tych terminów dotrzymać.

Według Mortasa ze strony Rafako nie ma żadnych zagrożeń co do tego harmonogramu.

Decyzja PGE o wycofaniu się z inwestycji na początku kwietnia spowodowała, co przyznaje Mortas, znaczne zamieszanie wśród wykonawców i podwykonawców. Przekonuje jednak, że obecnie problemy już się zakończyły. Zapadła decyzja o kontynuowaniu inwestycji, a pod koniec czerwca list intencyjny o współpracy podpisały PGE i Kompania Węglowa.

Budowa dwóch nowych bloków energetycznych o mocy 900 MW każdy ma kosztować ponad 11 mld zł. Rozbudowa ma zakończyć się w 2017 r.

– Oczywiście, w ramach konsorcjum musimy usiąść jeszcze raz, w ostatnich dniach były zmiany w Polimeksie Mostostalu, więc to spotkanie przed nami. Tak czy inaczej 15 sierpnia to jest data, do której my się przygotowywaliśmy, przygotowujemy i nie widzę z naszej strony jakiegokolwiek zagrożenia – podkreśla Mortas.

Notowania akcji PBG i Rafako po kwietniowej decyzji o wstrzymaniu inwestycji w Opolu straciły znacznie na wartości. 6 czerwca, kiedy premier Tusk potwierdził, że rozbudowa będzie kontynuowana, walory obydwu spółek zyskały odpowiednio 14,4 i 18,4 proc.

– Nie mnie oceniać to, jak rynek reaguje. Oczywiście, że to są pozytywne informacje, które dla akcjonariuszy są dobrą informacją – uważa Mortas.

Apple otrzymuje zamówienie na wdrożenie iPadów w szkołach publicznych o wartości 30 mln USD

Firma Apple uzyskała zgodę Rady ds. Edukacji Szkolnej Los Angeles (Los Angeles School Board of Education) na rozpoczęcie masowego wdrażania iPadów w szkołach należących do okręgu Los Angeles. Projekt o wartości 30 milionów dolarów rozpocznie się jesienią bieżącego roku i jest pierwszą fazą jeszcze większego wdrożenia iPadów w tym olbrzymim — drugim co do wielkości w USA — okręgu szkół publicznych.

„Sektor edukacji jest i zawsze był niezwykle ważny dla Apple, dlatego bardzo cieszy nas perspektywa współpracy ze szkołami publicznymi Los Angeles przy realizacji tego imponującego projektu. Władze jednolitego okręgu szkolnego Los Angeles planują udostępnienie tej jesieni iPadów wszystkim uczniom w 47 kampusach” — powiedział Philip Schiller, wiceprezes Apple ds. globalnego marketingu produktów. „Szkoły doceniają iPada jako narzędzie sprzyjające zaangażowaniu i interaktywnej nauce. Do szkół na całym świecie trafiło dotąd prawie 10 milionów tych urządzeń”.

„Rada jednogłośnie wybrała ofertę Apple, ponieważ iPad uzyskał najwyższe oceny za jakość, był najmniej kosztowną opcją i został ogólnie najlepiej oceniony przez zespół złożony z uczniów i nauczycieli” — powiedział Jaime Aquino, zastępca dyrektora jednolitego okręgu szkolnego LA ds. zaopatrzenia w pomoce naukowe. „Decyzja ta przybliża nasz okręg do celu, jakim jest wyposażenie do roku 2014 wszystkich uczniów w urządzenia do indywidualnego użytku. Po zrealizowaniu tego planu jednolity okręg LA będzie największym okręgiem szkolnym USA, w którym uczniowie otrzymają do dyspozycji taką technologię”.

Apple dostarczy iPady wraz z kursami z jednolitego programu nauczania (Pearson Common Core System of Courses) udostępnianymi przez nową aplikację, w ramach zintegrowanego rozwiązania. We wdrożeniu uwzględnione będą także inne aplikacje, takie jak iWork, iLife, iTunes oraz szereg aplikacji edukacyjnych innych firm.

W końcu kwietnia br. deficyt budżetowy wyniósł niemal 90 proc. przewidzianego na cały 2013 rok

Budżet państwa musi być skonstruowany z uwzględnieniem możliwości naszego kraju, a nie w oparciu o iluzje – uważa były minister finansów Mirosław Gronicki, nawiązując do planowanej przez rząd nowelizacji budżetu na ten rok. Zgodnie z prognozami dochody mogą być niższe niż zapisane w ustawie budżetowej o 30 mld zł, a resort finansów musi zdecydować, czy pożyczać zwiększając dług, czy ciąć wydatki, co jest niewskazane ze względu na stan gospodarki.

– Założenia budżetu na przyszły rok wyglądają dość optymistycznie, nie są aż tak przerysowane, jak to było w roku ubiegłym. Ważne jest jednak to, jak na ich bazie Ministerstwo Finansów prognozuje dochody przyszłorocznego budżetu i jakie zostaną ustalone limity wydatkowe na ten budżet. W takiej sytuacji ocenianie na bazie założeń przyszłego budżetu jest bardzo trudne – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Mirosław Gronicki, były minister finansów.

Na razie większy problem resort finansów ma z tegorocznym budżetem. W końcu kwietnia br. deficyt budżetowy wyniósł niemal 90 proc. przewidzianego na cały 2013 rok. Ze względy na spowolnienie gospodarcze spadają dochody państwa.

– Żeby nie było wątpliwości: nikt rozsądny nie powie, że ten budżet będzie wypełniony zgodnie z planem. Dochody prawdopodobnie mogą być mniejsze nawet o 30 mld złotych od zapisanych w ustawie. To naprawdę potężna suma, która wpływa na wszystko, co się dzieje w sektorze finansów publicznych – podkreśla Gronicki.

Jak dodaje, sposoby, by to rozwiązać są dwa: cięcie wydatków lub zadłużenie.

– Albo tniemy wydatki, co w spowolnieniu gospodarczym jest raczej niewskazane, albo dodatkowo będziemy pożyczać – zwiększany deficyt, zwiększamy potrzeby pożyczkowe, zwiększamy dług. To jest problem do rozwiązania, który w tej chwili ma Ministerstwo Finansów – twierdzi Gronicki.

Były minister finansów wskazuje na wątpliwości prawne, związane z ewentualną nowelizacją budżetu. Zdaniem ekspertów konieczna byłaby wówczas nowelizacja ustawy o finansach publicznych.

– Nowelizacja zakończy się większymi potrzebami pożyczkowymi, czyli większym długiem. Już wiadomo, takie informacje doszły do nas po opublikowaniu raportu o konwergencji, że w przyszłym roku planuje się wynik budżetu państwa na poziomie 55 mld złotych. Przypomnę, w tym roku planowany deficyt był na poziomie 35 mld zł. To oczywiście implikuje całą resztę, czyli zakłada się, że to co w tym roku zabraknie, powtórzy się w roku przyszłym – reasumuje Mirosław Gronicki.

Ustawa budżetowa na ten rok przewiduje deficyt na poziomie 35 mld zł, wzrost PKB na poziomie 2,2 proc., a średnioroczną inflację na 2,7 proc.

Niebawem wejdzie w życie nowa umowa na sprzedaż i dystrybucję energii elektrycznej

Będzie jedna, kompleksowa umowa na sprzedaż i dystrybucję energii elektrycznej. Toczące się od ponad 1,5 roku negocjacje, których celem było wypracowania wspólnego wzorca tego dokumentu, zakończyły się sukcesem. Nowe przepisy wejdą w życie wraz z początkiem przyszłego roku, co oznacza, że klient będzie parafował jedną umowę, mimo że sprzedażą i dystrybucją energii zajmować się będą dwa różne podmioty.

W rozmowach na temat ostatecznego kształtu dokumentu, wiążącego klienta ze sprzedawcą i dystrybutorem prądu brali udział eksperci z Towarzystwa Obrotu Energią, Polskiego Towarzystwa Przesyłu i Rozdziału Energii Elektrycznej oraz Urzędu Regulacji Energetyki.

– Udało się wypracować jednolity wzorzec generalnej umowy dystrybucji (GUD), czyli takiej umowy, którą każdy sprzedawca chcący obsługiwać odbiorców przyłączonych do sieci danego operatora danego systemu dystrybucyjnego musi z tym operatorem zawrzeć – tłumaczy Marek Woszczyk, prezes Urzędu Regulacji Energetyki.

Oznacza to, że właściciel lokalu, który będzie chciał kupować prąd od innego podmiotu niż ten, który energię dystrybuuje, nie będzie już musiał podpisywać dwóch osobnych dokumentów. Wystarczy jedna, kompleksowa umowa, która regulować będzie oba obszary. Dzięki temu dla klientów ma być dużo prościej i taniej.

– Chodzi o to, żeby sam proces zmiany sprzedawcy, wyboru nowego był prosty. Im mniej dokumentów, im mniej papierologii, tym lepiej – tłumaczy Woszczyk. – Po drugie, będzie taniej, bo jedna umowa to jedna faktura, zatem ewentualne koszty opłat manipulacyjnych są niższe.

To kolejny krok w drodze do pełnej liberalizacji rynku energii elektrycznej w Polsce. Umowa kompleksowa rozwiązuje nierozstrzygnięty do tej pory problem sytuacji awaryjnych, czyli tzw. sprzedaży rezerwowej.

– Umowa wprowadza rezerwową usługę kompleksową – wyjaśnia szef URE. – Wiadomo będzie, kto będzie obsługiwał nas, odbiorców w gospodarstwie domowym, w sytuacji np. bankructwa naszego sprzedawcy z wyboru.

Rozmowy na temat ostatecznego kształtu dokumentu trwały ponad półtora roku i nie były łatwe. Problemem w wypracowaniu kompromisowego rozwiązania były kwestie proceduralne.

– Największą przeszkodą jest konieczność przystosowania organizacji, jaką jest operator systemu dystrybucyjnego, do obsługiwania odbiorców w gospodarstwach domowych na masową skalę i z każdym sprzedawcą, a nie tylko z tym z własnej grupy kapitałowej – dodaje prezes URE.

Zakłady energetyczne mają na to teraz prawie sześć miesięcy. Nowe przepisy wejdą w życie 1 stycznia 2014 roku.

Raport KNF: 81% inwestorów z rynku Forex straciło w 2012r.

Z badania przeprowadzonego przez Urząd Komisji Nadzoru Finansowego (UKNF) wśród krajowych domów maklerskich oferujących klientom możliwość inwestowania na rynku forex w ramach internetowych platform transakcyjnych wynika, że w okresie od 1 stycznia 2012 r. do 31 grudnia 2012 r. około:

• 81% aktywnych klientów korzystających z internetowych platform transakcyjnych rynku forex zrealizowało stratę,
• 19% aktywnych klientów korzystających z internetowych platform transakcyjnych rynku forex zrealizowało zysk.

Dodatkowo, w przypadku około 93% wszystkich forexowych kont klienckich, klienci nie osiągnęli dodatniego wyniku.

UKNF przypomina, że inwestowanie z wykorzystaniem dźwigni finansowej wiąże się z wysokim ryzykiem, a ewentualna strata może być wyższa niż początkowy depozyt.