Ultimate Games inwestuje w Red Dev Studio

Red Dev Studio podpisał list intencyjny z notowanym na GPW Ultimate Games S.A. Szacowana wartość umowy wynosi 0,5 mln zł. Pozyskane środki Spółka przeznaczy na produkcję nowych gier.

Ultimate Games zobowiązał się dokonać inwestycji finansowej nie niższej niż 400 tys. zł. Zostanie ona zrealizowana w formie zleceń na produkcję gier lub objęcie nowo wyemitowanych akcji w podwyższonym kapitale zakładowym Red Dev Studio, bądź w innej formie ustalonej przez Strony. Pozyskane środki zostaną przeznaczone na produkcję od 2 do 4 gier wideo, których wydawcą będzie Ultimate Games S.A.

Współpraca to dla nas szansa na szybki rozwój. Dzięki wsparciu Ultimate Games będziemy mogli zwiększyć skalę działalności w zakresie ilości i jakości naszych nowych produkcji – powiedział Wojciech Sypko, założyciel i prezes zarządu Red Dev Studio.

Ponadto 23 września br. Red Dev Studio pozyskało dwóch finansowych inwestorów instytucjonalnych. Spółka zadebiutuje na rynku NewConnect 26 września. Red Dev Studio planuje rozbudowę wydanych do tej pory gier oraz pracę nad nowymi produkcjami, jak również poszerzenie listy platform, na które wydaje gry, co pozwoli na szybszy rozwój i dywersyfikację źródeł przychodów.

Szara strefa w Polsce

Czym jest szara strefa? Pod pojęciem szarej strefy rozumie się podejmowanie aktywności poza oficjalnym obiegiem gospodarczym – całościowe lub częściowe ukrywanie osiągniętych korzyści majątkowych przed organami administracji państwa. Aktywności podejmowane w ramach szarej strefy dzielą się na legalne i zakazane przez prawo. Wśród legalnych, ukrywanych przed fiskusem, można rozróżnić: działalność nieformalną (praca nierejestrowana) oraz działalność ukrytą (sprzedaż bez faktury). Aktywności nielegalne, zaliczane do szarej strefy, to np.: działalność sutenerska, produkcja i handel narkotykami, przemyt papierosów (GUS, 2018b).

Działalność nielegalna

Pierwszym elementem szarej strefy gospodarczej jest działalność nielegalna, obejmująca produkcję wyrobów i usług, których sprzedaż, rozprowadzanie lub posiadanie jest zabronione przez prawo. GUS za nielegalną uznaje również działalność produkcyjną, która jest zwykle legalna, lecz staje się nielegalna, gdy jest wykonywana przez producentów nie mających do tego prawa, np. praktyka medyczna bez licencji.

Działalność ukryta

Drugim elementem szarej strefy jest ukryta działalność prowadzona przez oficjalnie zarejestrowane przedsiębiorstwa. Innymi słowy chodzi tu o zaniżanie obrotów, głównie celem uniknięcia płacenia podatków (podatku dochodowego, podatku od wartości dodanej (VAT) i innych), a także płacenia składek na ubezpieczenie społeczne. Inny powód ukrywania części produkcji dóbr lub usług to niewypełnianie standardów wymaganych przez przepisy prawa, np. elementów prawa pracy takich jak: płaca minimalna, maksymalny czas pracy czy też warunki bezpieczeństwa i higieny pracy. Inne powody to brak odpowiednich uprawnień, czy też niespełnianie norm technicznych lub wymogów ochrony środowiska.

Działalność nieformalna

Nieformalna działalność gospodarcza jako trzeci element szarej strefy gospodarczej, podejmowana jest głównie przez osoby fizyczne odpłatnie świadczące usługi na rzecz innych osób, czasem także na rzecz przedsiębiorstw. Całkowity brak bezpośredniej rejestracji jest albo wynikiem małej skali działalności, albo działaniem z pominięciem regulacji i standardów, może wynikać również z dorywczego bądź sezonowego charakteru podejmowanych przedsięwzięć. W działalność nieformalną zaangażowana jest w dużym stopniu tzw. marginalna siła robocza, która wykorzystywana jest także w drugim elemencie szarej strefy gospodarczej (działalności ukrytej).

Wielkość szarej strefy w Polsce

Wielkość szarej strefy w 2018 roku szacuje się na nieco ponad 280 mld PLN, ale jej odsetek w relacji do PKB w ostatnich 3 latach zmniejszył się z poziomu 16,7 proc. PKB do 14,1 proc. – wynika z raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Analitycy PIE wyliczyli, że wpływy sektora finansów publicznych z tytułu redukcji szarej strefy o 1 proc. rocznie przyniosłyby do 2023 r. od 63,9 do 127,8 mld PLN i od 87,4 do 174,7 mld PLN w przypadku jej zmniejszania o 1,5 proc.

Szara strefa kojarzy się zazwyczaj z prowadzeniem nielegalnej działalności. Takie aktywności jak przemyt narkotyków czy działalność sutenerska stanowią jednak jej niewielką cześć. Główne części składowe szarej strefy to praca nierejestrowaną (praca „na czarno”) oraz działalność nieformalna („sprzedaż bez faktury”). Dlaczego ograniczanie jej rozmiarów jest takie ważne? Istnienie szarej strefy znacząco uszczupla wpływy podatkowe, przez co ogranicza możliwość finansowania dóbr publicznych.

Według szacunków przedstawionych w raporcie przychody sektora finansów publicznych z powodu aktywności firm poza oficjalnym obiegiem gospodarczym oraz pracy „na czarno” mogły stracić w 2018 r. ponad 280 mld zł. Według wyliczeń United Nations Global Compact szara strefa w Polsce maleje. Jeszcze w 2010 r. prawie 21 proc. PKB Polski było generowane w obrocie nieoficjalnym, dzisiaj ten odsetek spadł do 14,1 proc. i co kluczowe będzie spadać dalej, a każdy jego spadek oznacza więcej środków na usługi publiczne – mówi Piotr Arak, dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego.SZARA STREFA W POLSCE MALEJE

Redukcja szarej strefy a dochody sektora finansów publicznych

Eksperci Polskiego Instytutu Ekonomicznego dokonali analizy wpływu redukcji szarej strefy na wielkość dochodów sektora finansów publicznych.

Każdy etap obliczeń przeprowadzono na podstawie trzech scenariuszy. Optymistyczny pokazuje maksymalny (100 proc.) potencjał dodatkowych wpływów do sektora finansów publicznych, lecz jest najmniej prawdopodobny: nie wszystkie przedsiębiorstwa po wyjściu z szarej strefy mogłyby funkcjonować tak samo, nie mamy też co oczekiwać, że wszyscy zatrudnieni „na czarno” podejmą nagle w pełni legalną pracę. Dlatego wprowadzono też dwa wskaźniki korygujące na poziomie 0,75 i 0,5, którym odpowiada scenariusz umiarkowany (75 proc.) oraz pesymistyczny (50 proc.) – tłumaczy Łukasz Czernicki, kierownik zespołu strategii Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Przy założeniu, że szarą strefę udałoby się zredukować rocznie o 1 pkt. proc. (w relacji do PKB), dodatkowe wpływy do sektora finansów publicznych w latach 2018-2023 mogłyby wynieść od 63,9 mld PLN do 127,8 mld PLN.SZARA STREFA W POLSCE MALEJE 2

Przy założeniu, że szarą strefę udałoby się zredukować rocznie o 1,5 pkt. proc. (w relacji do PKB), dodatkowe wpływy do sektora finansów publicznych w latach 2018-2023 mogłyby wynieść od 87,4 mld PLN do 174,7 mld PLN.Redukcja szarej strefy a dochody sektora finansów publicznych

Źródła:

  • Instytut Prognoz i Analiz Gospodarczych Fundacja Naukowa
  • Polski Instytut Ekonomiczny

Inwestycje miast skupiają się na niskoemisyjnym transporcie i ekologii. W ich sfinansowaniu pomogą zielone obligacje

Inwestycje miast skupiają się na niskoemisyjnym transporcie i ekologii. W ich sfinansowaniu pomogą zielone obligacje 1

Polskie miasta będą się stawać coraz bardziej zielone. – Ograniczenie emisyjnego transportu i współpraca z energetyką odnawialną będą inwestycjami preferowanymi przez miasta w perspektywie do 2030 roku – podkreśla Małgorzata Zielińska, ekspert DNB Bank Polska. Ponieważ kolejna nowa unijna siedmiolatka nie będzie już dla samorządów tak hojna, te muszą szukać alternatywnych źródeł finansowania takich projektów. Kapitał mogą pozyskać poprzez emisję zielonych obligacji – papierów wartościowych, z których finansowane są inwestycje proekologiczne, np. elektrownie wiatrowe czy przyjazny środowisku transport.

– Polskie miasta coraz bardziej stawiają na ekologię i rozwiązania, które mają ograniczyć emisję dwutlenku węgla, zwiększyć udział niskoemisyjnego transportu publicznego i umilić mieszkańcom życie. W porównaniu do miast europejskich jest jeszcze wiele do zrobienia, ale też nie mamy się czego wstydzić, ponieważ poprzednia perspektywa unijna dała nam wiele środków na transport niskoemisyjny, poprawę jakości życia mieszkańców, efektywność energetyczną oraz termomodernizację budynków. Mamy w Polsce nowoczesne, ekologiczne miasta, które jeszcze przez najbliższe lata na pewno będą dużo czasu i energii poświęcały temu, żeby poprawić ten wizerunek – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Zielińska, dyrektor Departamentu Sektora Publicznego w DNB Bank Polska SA.

Jak ocenia, w perspektywie finansowej do 2030 roku większość inwestycji skupi się właśnie na niskoemisyjnym transporcie, m.in. zakupie autobusów elektrycznych i hybrydowych. Według prognoz zawartych w ubiegłorocznym raporcie „Paliwa alternatywne w komunikacji miejskiej” PSPA w ciągu najbliższych 10 lat na ulicach polskich miast pojawi się już około 3,5 tys. autobusów zasilanych paliwami alternatywnymi.

Kolejny obszar to dofinansowanie wymiany przez mieszkańców starego ogrzewania na nowoczesne źródła ciepła opalane gazem. Za problem smogu, z którym borykają się polskie miasta, odpowiada głównie niska emisja z kotłów i pieców w gospodarstwach domowych.

– Najbliższa perspektywa do 2030 roku z pewnością będzie stawiała na zmniejszenie emisji dwutlenku węgla. Ograniczenie emisyjnego transportu, współpraca z energetyką odnawialną, czyli wiatraki i fotowoltaika, to będą inwestycje preferowane przez miasta. W niektórych metropoliach europejskich, np. w Londynie, nie można już wjeżdżać do wyznaczonych stref samochodem, bo wiąże się to z kosztownymi opłatami. Taka sytuacja ma też miejsce w Krakowie, a inne miasta podwyższają opłaty parkingowe nawet trzykrotnie po to, żeby mieszkańcy zostawiali samochody i przesiadali się na transport publiczny – mówi Małgorzata Zielińska.

Na lata 2014–2020 z budżetu polityki spójności Polska dostała do rozdysponowania w ramach programów krajowych i regionalnych 82,5 mld euro – najwięcej w historii dotychczasowego członkostwa w Unii Europejskiej. Jednak nowa siedmiolatka nie będzie już tak hojna. Z propozycji przedstawionej przez Komisję Europejską w maju ubiegłego roku wynika, że na lata 2021–2027 Polska dostanie o około 25 proc. mniej środków niż w obowiązującej perspektywie. Mniejszy budżet oznacza, że mniej pieniędzy trafi też do samorządów, które będą musiały szukać alternatywnych źródeł finansowania, żeby utrzymać dotychczasowy poziom aktywności inwestycyjnej.

W sfinansowaniu projektów związanych z ekologią, ochroną środowiska czy poprawą jakości powietrza alternatywą dla środków unijnych może być sektor bankowy i zielone obligacje (green bonds).

– Zielone obligacje niczym się nie różnią od klasycznych, za wyjątkiem celu emisji. Celem emisji zielonych obligacji są właśnie wszystkie projekty związane z ekologią i ochroną środowiska. Może to być właśnie niskoemisyjny transport miejski, nowa oczyszczalnia ścieków, ścieżki rowerowe czy nowy park albo dotacje na zwiększanie efektywności energetycznej budynków, zarówno domów komunalnych, jak i użyteczności publicznej – tłumaczy Małgorzata Zielińska.

Jak podkreśla, zielone obligacje to rozwiązanie korzystne zarówno z punktu widzenia miast-emitentów, jak i inwestorów. Miasta wykorzystują je do promowania swoich kluczowych inwestycji o charakterze proekologicznym, natomiast inwestorzy – banki czy fundusze inwestycyjne – szukają takich produktów, ponieważ polityka korporacyjna czy CSR-owa wręcz nakazuje im lokować określony procent kapitału właśnie w inwestycje związane z ekologią i ochroną środowiska.

Emisja zielonych obligacji zaczyna się od tego, że miasto wspólnie z bankiem przygotowują katalog zielonych inwestycji planowanych w perspektywie najbliższych kilku lat.

– Następnie miasto zatwierdza, które z tych projektów będzie chciało zrealizować. Bank przygotowuje decyzję kredytową, która udziela ostatecznej odpowiedzi, czy dany projekt w takiej kwocie i w takim okresie może zostać sfinansowany. Tutaj wchodzi zewnętrzna instytucja – na ogół europejski NGO, który nadaje certyfikat „zieloności”, czyli potwierdza, że dana inwestycja rzeczywiście jest związana z ekologią i potwierdza cel emisji obligacji. Następnie dokonujemy emisji, znajdujemy inwestorów, ewentualnie banki same nabywają takie obligacje na własny portfel i miasto dostaje środki na finansowanie tych projektów – tłumaczy Małgorzata Zielińska.

Polska – jako pierwszy kraj na świecie – już w 2016 roku wyemitowała zielone obligacje na kwotę 750 mln euro na sfinansowanie ulg i dotacji dla firm wytwarzających zieloną energię. Na rynkach kapitałowych takie instrumenty dłużne dla samorządów czy firm zaczęły pojawiać się już kilka lat wcześniej. W ubiegłym roku Polska dokonała kolejnej emisji zielonych obligacji o wartości 1 mld euro. Jak podało Ministerstwo Finansów, emisja po raz kolejny spotkała się z olbrzymim zainteresowaniem, inwestorzy chcieli kupić papiery o wartości aż 3,25 mld euro.

– Liczę, że jeszcze w tym roku pierwszy samorząd zdecyduje na emisję zielonych obligacji. Zachęcamy do tego również małe i średnie samorządy, a nie tylko metropolie – mówi dyrektor Departamentu Sektora Publicznego w DNB Bank Polska.

Polityka DNB Banku zakłada finansowanie projektów związanych z ochroną środowiska i infrastrukturą samorządową właśnie poprzez zielone obligacje. W 2018 roku był trzecim pod względem aktywności na rynku zielonych obligacji bankiem na świecie. Korzysta przy tym ze wzorców skandynawskich – miasta takie jak Oslo czy Sztokholm już od kilku lat z powodzeniem emitują zielone obligacje.

– Wykorzystując te wzorce, chcemy wdrożyć je do polskich samorządów i pokazać, w jaki sposób można uatrakcyjnić finansowanie, pokazać mieszkańcom, na co wydajemy konkretne środki pożyczone od banku – mówi Małgorzata Zielińska.

Jak wynika z tegorocznego raportu DNB i KPMG, globalna wartość zielonych obligacji wyniosła w 2017 roku 162,1 mld dol. W 2018 roku było to 167,3 mld. Szacunki rynkowe mówią, że w tym roku będzie to już 250 mld dol. Tylko w styczniu i lutym tego roku wyemitowano obligacje o wartości 24,6 mld dol. Największy udział w rynku zielonych obligacji mają USA (20 proc.) i Chiny (18 proc.). Z europejskich krajów najaktywniejsze pod tym względem są Francja (8 proc.), Niemcy (5 proc.) oraz Holandia (4 proc.). Prawie połowa ze wszystkich europejskich zielonych emitentów to instytucje niefinansowe.

Kurs bitcoina może dojść do 100 tys. dol. już w przyszłym roku. Napędzi go m.in. ograniczona podaż kryptowalut i rosnąca akceptacja takich płatności

Kurs bitcoina może dojść do 100 tys. dol. już w przyszłym roku. Napędzi go m.in. ograniczona podaż kryptowalut i rosnąca akceptacja takich płatności 2

Ograniczona podaż bitcoina i rosnące koszty jego wydobywania, popyt spekulacyjny i coraz większa akceptacja dla płatności w kryptowalutach to czynniki, które będą napędzać wzrost wartości bitcoina. Prezes Blockchain Development Foundation Kamil Gancarz prognozuje, że już w maju przyszłego roku jego kurs może sięgnąć nawet 100 tys. dol. Jak ocenia ekspert, kryptowaluty staną się w przyszłości oficjalnym środkiem płatniczym, bo – mimo niestabilności rynku – mają wiele przewag nad tradycyjnym pieniądzem. Jednak aby było to możliwe, potrzebne są regulacje, które zapewnią większe bezpieczeństwo użytkownikom.

– Zakładam, że bitcoin będzie kosztował 100 tys. dol. w terminie między majem 2020 roku a sierpniem 2021 roku. W tym okresie zobaczymy właśnie taką cenę tej kryptowaluty – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Kamil Gancarz, finansista, prezes Blockchain Development Foundation.

Jak ocenia, największy wpływ na wzrost kursu kryptowaluty będzie mieć tzw. halving, czyli wysokość nagrody za wykopanie bloku. Nowe bitcoiny powstają dzięki rozwiązywaniu przez komputery (lub urządzenia zwane koparkami) skomplikowanych problemów matematycznych. Bitcoiny są wydobywane w blokach co 10 minut i stanowią nagrodę za pracę górników. Przez pierwsze cztery lata wydobywana liczba wynosiła 50 szt. na blok. Ta wartość zmniejsza się o połowę średnio co cztery lata. Pierwszy halving odbył się w 2012 roku, a nagroda spadła do 25 bitcoinów, kolejny nastąpił w 2016 i nagroda spadła do 12,5. Natomiast w maju 2020 roku będzie miał miejsce kolejny podział nagrody, w którego wyniku liczba bitcoinów trafiających na rynek zmniejszy się do 6,25, co spowoduje wzrost ich wartości do rekordowego pułapu.

– To będzie dużym motorem napędowym wzrostu, ponieważ koszt wydobycia bitcoina urośnie dwa razy, więc rynek automatycznie będzie musiał się dostosować – mówi Kamil Gancarz.

Ekspert ocenia, że do wzrostu wartości kryptowaluty przyczynią się także rosnące koszty produkcji i energii elektrycznej, ponieważ aby wykopać jednego bitcoina, trzeba zapłacić około 6 tys. dol. za prąd, a do tego dochodzi jeszcze koszt amortyzacji koparek. Istotnym czynnikiem jest też z góry ustalona, ograniczona podaż – bitcoinów ma być docelowo 21 mln sztuk.

– Kolejna sprawa to popyt spekulacyjny. Kiedy cena zacznie rosnąć, dołączą też inni uczestnicy rynku i ludzie, którzy będą widzieć w bitcoinie okazję na zarobek, więc to również spowoduje wzrost ceny. Trzecim czynnikiem będzie rosnąca adopcja bitcoina – od września Nowa Zelandia umożliwia wypłatę pensji w bitcoinach, banki centralne zaczynają myśleć o własnych kryptowalutach, co także wspiera wzrost ich wartości – mówi Kamil Gancarz.

Nowa Zelandia jest pierwszym krajem na świecie, który zalegalizował wypłacanie pensji w bitcoinach. Państwo wprowadziło możliwość podziału wypłaty – część można otrzymać w kryptowalucie, a część w formie tradycyjnej gotówki czy przelewu. Taka wypłata ma być akceptowana przez urząd skarbowy i podlegać opodatkowaniu na standardowych warunkach.

Ekspert ocenia, że ta zmiana zwiększy zaufanie społeczeństwa do kryptowalut i będzie zachętą do przechowywania swoich oszczędności w bitcoinach. Jednocześnie podkreśla, że ze względu na dużą niestabilność notowań bitcoina inwestowanie w tę kryptowalutę wiąże się z dość sporym ryzykiem.

– Często mamy zmienność nawet na poziomie 10 proc. dziennie. Wyobraźmy więc sobie, że nasz majątek potrafi się o 10 proc. skurczyć bądź urosnąć w ciągu jednego dnia. Dlatego też ryzyko inwestycyjne jest bardzo duże – mówi Kamil Gancarz. – Dodatkowo największe spadki od poziomów szczytowych do poziomów minimalnych w bitcoinie sięgają 93 proc.. Oczywiście w dłuższej perspektywie bitcoin przeważnie wraca i bije nowe rekordy, ale trzeba się też liczyć ze spadkami.

Mimo niestabilności bitcoin ma wiele przewag nad tradycyjnym pieniądzem – chociażby takich jak brak możliwości fałszerstwa czy prostota transferu środków, które mogą być przesyłane nawet bez dostępu do internetu. W lutym tego roku po raz pierwszy przesłano bitcoina na odległość 640 km z San Francisco do Toronto przez radio. Dlatego – jak prognozuje prezes Blockchain Development Foundation – w przyszłości kryptowaluty najprawdopodobniej staną się oficjalnym środkiem płatniczym, funkcjonując na rynku na równi z walutami narodowymi emitowanymi przez banki centralne. Aby to umożliwić, rynek potrzebuje jednak regulacji, które zapewnią większe bezpieczeństwo użytkownikom.

– Mamy już bardzo dużo piramid finansowych. Sprzedawane są ludziom kryptowaluty, które albo w ogóle nimi nie są, albo są stricte nastawione na wyłudzenie pieniędzy. Z pewnością trzeba będzie też uregulować rynek giełd kryptowalutowych, co pokazuje chociażby ostatnia wpadka Bitmarket.pl, giełdy, która zniknęła z rynku z ogromną liczbą środków poszkodowanych klientów. Nie byłoby tego problemu, gdyby giełdy były regulowane albo podlegały nadzorowi KNF. W tej chwili jest to jeszcze Dziki Zachód, ale on powoli zaczyna być już mainstreamem – mówi Kamil Gancarz.

KRRiT: Jesteśmy gotowi wdrożyć nowy panel badania mediów elektronicznych. Czekamy na odzew rynku

0

KRRiT: Jesteśmy gotowi wdrożyć nowy panel badania mediów elektronicznych. Czekamy na odzew rynku 3

O 24 mln zł większy będzie przyszłoroczny budżet Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, która pracuje nad wdrożeniem nowego, jednolitego dla całego rynku standardu badania konsumpcji mediów elektronicznych – internetu, radia i telewizji. Dotychczas monitorowaniem tego rynku zajmowało się kilka różnych firm. KRRiT chce, by w prace czynnie włączył się rynek, czyli nadawcy telewizyjni, radiowi, internetowi i operatorzy kablowi. Wdrożenie nowego standardu ma się przełożyć na większą efektywność dotarcia kontentu reklamowego do odbiorców.

– Budżet KRRiT jest taki, jaki Rada zaplanowała i zgłosiła, więc jest on zgodny z naszymi oczekiwaniami. Tak naprawdę dopiero po procedurze sejmowej będzie można jednak powiedzieć, jakiego ostatecznie nabierze kształtu. Natomiast ten budżet jest związany z licznymi zadaniami KRRiT – w tym jednym nowym, jakim jest jednoźródłowy pomiar telemetryczny radia, telewizji i internetu, który stanowi dużą część proponowanego budżetu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Witold Kołodziejski, przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

Zgodnie z przyjętym przez rząd w końcówce sierpnia projektem ustawy budżetowej na 2020 rok do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji mają trafić 72 mln zł wobec 48 mln zł w ubiegłym roku. Wzrost wydatków – jak podkreśla szef KRRiT – jest uzasadniony pilotażowym projektem badania konsumpcji mediów elektronicznych.

Mamy już dzisiaj taki próbny, eksperymentalny panel obejmujący 400 panelistów, którzy noszą swoje urządzenia. One na bieżąco monitorują to, czego słuchamy i oglądamy. Mamy prawie 5 mln danych zwrotnych z dekoderów. Badanie jest realizowane, a to, kiedy zostanie wdrożone, zależy od rynku, bo tak naprawdę czekamy na jakieś rekomendacje, czekamy, aż nadawcy określą, czego potrzebują i jak chcą, aby to badanie było skonstruowane. My jesteśmy gotowi – mówi Witold Kołodziejski.

Nad projektem Telemetria Polska, który zakłada stworzenie nowego, jednoźródłowego panelu badania konsumpcji mediów elektronicznych (telewizji, radia i internetu), KRRiT pracuje od kwietnia ubiegłego roku. Regulator chce, aby w prace czynnie włączył się rynek, czyli nadawcy telewizyjni, radiowi, internetowi i operatorzy kablowi.

 My jesteśmy już w stanie do końca roku ogłaszać pierwsze poważne przetargi. Ale nie zrobimy tego, dopóki nie będzie jakiegoś konsensusu ze strony rynkowej, a z tym jest najtrudniej. Nadawcom samym między sobą jest się trudno porozumieć, a pod uwagę trzeba wziąć jeszcze różne specyfikacje, bo radio, telewizja i branża internetowa zupełnie inaczej na to patrzą. To jest największy problem, a nie sama technika ani sposób prowadzenia badań – mówi Witold Kołodziejski.

Prace badawczo-rozwojowe nad nowym standardem KRRiT prowadziła przez ostatni rok z Instytutem Łączności, który opracował specjalne urządzenia do pomiaru, oraz Instytutem Statystyki i Demografii warszawskiej SGH. W ramach pilotażu do tej pory uruchomiono ponad 400 urządzeń pomiarowych, które w trybie online zarówno stacjonarnie, jak i mobilnie zbierają dane dotyczące konsumpcji mediów (telewizja, radio, internet). Przeprowadzono 5,8 mln obserwacji, co zajęło łącznie 1 174 godziny testów.

Docelowo projekt Telemetria Polska zakłada panel telemetryczny oparty na 26 tys. respondentów i jednoźródłowy pomiar TV, radia i internetu (mierzenie konsumpcji mediów poza domem i na urządzeniach przenośnych). Dodatkowo ma być uruchomiony panel RPD, oparty na 11 mln gospodarstw domowych.

Kluczowym elementem nowego standardu badania ma być jednoźródłowość danych, co oznacza, że dane o konsumpcji różnych mediów będą pochodzić od jednego panelisty. W tej chwili rynek monitoruje kilka różnych firm (np. internet – Gemius, a telewizję – Nielsen). Jak podkreśla KRRiT, wdrożenie nowego standardu przełoży się na większą efektywność dotarcia kontentu reklamowego do odbiorców.

Infekcje układu moczowego mogą nawracać nawet kilka razy w roku. Antybiotyki nie zawsze są wystarczające

Infekcje układu moczowego mogą nawracać nawet kilka razy w roku. Antybiotyki nie zawsze są wystarczające 4

Nawracające infekcje dróg moczowych dokuczają najczęściej kobietom. Mogą się pojawiać nawet kilka razy w roku, przez co znacznie obniżają jakość życia pacjentek. Powodem nawrotów jest zwykle niedoleczona albo niewłaściwie leczona wcześniej infekcja, ale każda z nich pogarsza stan śluzówki pęcherza moczowego, przez co leczenie jest coraz trudniejsze. Antybiotyki nie zawsze są w stanie kompletnie zniszczyć populację bakterii, wtedy stosuje się również tzw. farmakoterapię dopęcherzową.

– Nawracające infekcje dolnych dróg moczowych to ogromny problem dotyczący zarówno Polek, jak i Polaków, ale głównie pań. To infekcje, które nawracają więcej niż dwukrotnie w ciągu roku. Są przyczyną cierpienia, nasilonych dolegliwości dyzurycznych [trudności w oddawaniu moczu – red.]. W zasadzie jeżeli pacjentka wejdzie w ciąg takich infekcji, bardzo trudno jest go przerwać – mówi agencji Newseria Biznes prof. Piotr Radziszewski, kierownik Kliniki Urologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Kobiety trafiają do urologa częściej niż mężczyźni. Wynika to z uwarunkowań anatomicznych: u kobiet cewka moczowa jest znacznie krótsza i mniejsza niż u mężczyzn. Jedną z najczęstszych przyczyn wizyt u urologa są właśnie nawracające infekcje dolnych dróg moczowych. Powodem nawrotów jest zwykle niedoleczona albo niewłaściwie leczona wcześniej infekcja dolnych dróg moczowych. Te bardzo powszechnie powodują bakterie z rodzaju Escherichia coli, które przyczepiają się do śluzówki pęcherza i stopniowo ją niszczą. Dlatego każda infekcja bakteryjna powoduje zniszczenie śluzówki pęcherza.

 Najprościej uzmysłowić sobie, co dzieje się w naszym pęcherzu, na przykładzie zapalenia gardła. Wszyscy doskonale wiemy, że mamy wtedy czerwone gardło, które drapie, piecze, boli i które pod wpływem jakichkolwiek płynów bardzo nam dokucza. Taka sama śluzówka znajduje się w pęcherzu moczowym i niszczą ją kolejne infekcje, kolejne wzrosty bakterii w pęcherzu moczowym. Przez to bakterie niejako wgryzają się w ścianę pęcherza moczowego. Dlatego tak trudno jest wyleczyć nawrotowe infekcje, nawet stosując celowane antybiotyki – mówi prof. Piotr Radziszewski.

Przy każdej infekcji dróg moczowych urolog powinien zlecić posiew moczu, który wykaże, jaki rodzaj drobnoustrojów za nią odpowiada, i określić jego wrażliwość na antybiotykoterapię. Leczenie infekcji dolnych dróg moczowych przeważnie zaczyna się od farmakoterapii doustnej, ale antybiotyki nie zawsze są w stanie kompletnie zniszczyć populację bakterii. Wtedy stosuje się również farmakoterapię dopęcherzową (tzw. wlewki). Jej zadaniem jest odbudowa warstwy tzw. GAG-ów w śluzówce pęcherza moczowego.

– Analogicznie stosujemy różnego rodzaju tabletki do ssania, które chronią śluzówkę w gardle. W pęcherzu moczowym za ten efekt obronny odpowiedzialna jest tzw. warstwa glikozaminoglikanów, kolokwialnie mówiąc GAG-ów. W przypadku pacjentek z nawrotowymi infekcjami dróg moczowych te GAG-i są kompletnie zniszczone. Można je odtworzyć, stosując syntetyczne glikozaminoglikany. Najczęściej stosuje się tutaj kwas hialuronowy połączony z siarczanem chondroityny. Te dwie substancje razem powodują łatwiejsze przyleganie do ściany pęcherza – mówi prof. Piotr Radziszewski.

Farmakoterapia dopęcherzowa pozwala zregenerować uszkodzoną błonę śluzową pęcherza moczowego, co zapobiega przenikaniu odpowiedzialnych za infekcję drobnoustrojów do głębszych warstw ściany pęcherza.

– Kiedy już mamy odtworzoną warstwę glikozaminoglikanów, zdecydowanie łatwiej jest stosować antybiotyki, bo ta warstwa niejako odpycha bakterie od ściany pęcherza moczowego. Natomiast po wyleczeniu i uzyskaniu jałowego posiewu moczu od czasu do czasu powinniśmy naszemu pęcherzowi dostarczyć te syntetyczne glikozaminoglikany po to, żeby łatwiej było mu się regenerować i żeby te infekcje nie nawracały – mówi kierownik Kliniki Urologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Stłuczka wypożyczonym samochodem na minuty może słono kosztować. Wykupienie dodatkowego ubezpieczenia chroni przed kosztami

Stłuczka wypożyczonym samochodem na minuty może słono kosztować. Wykupienie dodatkowego ubezpieczenia chroni przed kosztami 5

Choć większość wypożyczalni aut na minuty oferuje samochody z wykupioną polisą OC, często też AC, to w przypadku stłuczki także użytkownicy muszą partycypować w kosztach. Kwoty, których może od nas zażądać firma wypożyczająca auto, wahają się od 500 zł do nawet 10 tys. zł. – W skrajnych przypadkach, kiedy do wypadku doszło przez rażące zaniedbanie użytkownika, może on ponieść całkowity koszt, czyli zapłacić za naprawę albo wręcz odkupić samochód – mówi Andrzej Popielski, prezes Porowneo.pl.

– Samochody, które wypożyczamy na minuty, tak samo jak wszystkie inne pojazdy, powinny mieć ubezpieczenie OC, często również autocasco i w tym zakresie jesteśmy chronieni. Aczkolwiek pamiętajmy o tym, że w przypadku stłuczki czy wypadku, który spowodujemy takim autem, jesteśmy kompletnie wolni od dodatkowych kosztów – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Popielski, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Porowneo.pl.

Z danych zebranych przez DataArt („Transport-sharing w Polsce”) wynika, że mieszkańcy największych ośrodków miejskich w Polsce mają dostęp do 18,3 tys. pojazdów i innych środków komunikacji w ramach transport-sharingu. W Polsce działa już 21 firm, które oferują pożyczenie pojazdu. Polacy chętnie przesiadają się do samochodów na minuty – wypożyczenie auta jest tańsze niż jego zakup, serwisowanie i ubezpieczanie. Może się jednak wiązać ze sporymi kosztami, jeśli dojdzie do wypadku.

– W przypadku wystąpienia szkody kwoty, których może od nas zażądać spółka wypożyczająca samochód, wahają się od 500 zł do nawet 10 tys. zł. W przypadkach, kiedy wykazaliśmy się skrajnym niedbalstwem, możemy ponieść koszt szkody całkowitej, czyli będziemy musieli zapłacić za naprawę albo odkupić samochód – wskazuje Andrzej Popielski.

Ekspert przypomina, by przed wypożyczeniem samochodu sprawdzić, czy firma oferuje ubezpieczenie auta i co ono obejmuje. Koszty OC i AC są dla wypożyczalnie bardzo obciążające, a każdy wypadek i kolizja powodują wzrost składki. Dlatego klienci, którzy spowodowali stłuczkę, muszą partycypować w kosztach. W ostatnich miesiącach doszło do kilku poważnych wypadków spowodowanych przez klientów firm car-sharingowych, którzy prowadzili pod wpływem alkoholu. Kary dla nich sięgają kilkudziesięciu tysięcy złotych..

– Jeżeli zdarza się stłuczka i to my ją spowodowaliśmy, w przypadku samochodu prywatnego zapłacimy za to w postaci wyższej składki ubezpieczeniowej w kolejnym roku. Podobnie firma wypożyczająca samochód, jeżeli takich stłuczek będzie miała dużo, to ubezpieczenie samochodu i floty w kolejnym roku będzie droższe, a więc koszt przejechania 1 km będzie wyższy. Dlatego firmy wypożyczające samochody robią wszystko, żeby zminimalizować ryzyko i spowodować, że albo sami będziemy współpłacić za te szkody, albo będziemy bardzo ostrożnie prowadzić – tłumaczy prezes Porowneo.pl.

Jeśli do wypadku dojdzie nie z naszej winy, warto dopilnować, by taka informacja znalazła się w notatce z miejsca zdarzenia przygotowanej przez policję. Należy też bezzwłocznie powiadomić wypożyczalnię samochodu. To o tyle istotne, że jeśli nie zgłosimy stłuczki, to firma carsharingowa pociągnie nas do odpowiedzialności, nawet jeśli wypadek nie był naszą winą.

Przed wypożyczeniem auta można też wykupić dodatkowe ubezpieczenie, choć trzeba wziąć pod uwagę, że nie wszystkie firmy oferujące usługi carsharingu dają taką możliwość.

– Wiele osób ma OC w życiu prywatnym. Kupujemy te polisy często przy okazji ubezpieczania mieszkania i uważamy, że jesteśmy chronieni. Jednak w przypadku, kiedy prowadzimy samochód, ta sytuacja jest nieco inna. Nie możemy liczyć na wypłatę odszkodowania, ponieważ jest to typowe OC komunikacyjne – przypomina Andrzej Popielski.

Cyberbezpieczeństwo jest obecnie jednym z największych wyzwań. Polska i Europa zbroją się cyfrowo przed nadejściem przemysłowej rewolucji 4.0

Cyberbezpieczeństwo jest obecnie jednym z największych wyzwań. Polska i Europa zbroją się cyfrowo przed nadejściem przemysłowej rewolucji 4.0 6

Kluczem do przeprowadzenia czwartej rewolucji przemysłowej jest wdrożenie skutecznych systemów cyberbezpieczeństwa, które umożliwią firmom skuteczne działanie w silnie zinformatyzowanym społeczeństwie. Odpowiedzią na wyzwania branży przemysłu 4.0 jest m.in. przyjęcie unijnej dyrektywy Cybersecurity Act ujednolicającej proces certyfikacji sprzętu. W Polsce powstaje organizacja zdolna do wydawania globalnie akceptowanych certyfikatów.

– Cybersecurity Act porządkuje wiele kwestii, promuje systemy ewaluacji i certyfikacji. Z jednej strony będzie stanowić to pewnego rodzaju wysiłek, bo musimy wdrożyć określone zasady i regulacje. Z drugiej system spójnej kontroli, daje nam szansę, że przy masowości urządzeń i zastosowaniu ich praktycznie w każdym aspekcie naszego życia ten system będzie bezpieczny. Abyśmy od początku mieli szansę kontrolowania procesów łączności i chronienia się przed różnego rodzaju zagrożeniami – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jerzy Żurek, dyrektor Instytutu Łączności – Państwowego Instytutu Badawczego.

Przemysł 4.0 w znacznej mierze oparty będzie na cyfryzacji, automatyzacji oraz przetwarzaniu dużych zasobów danych za pośrednictwem chmur obliczeniowych. Funkcjonowanie w takim środowisku wymaga wdrożenia zaawansowanych rozwiązań z zakresu cyberbezpieczeństwa, które uodpornią firmowe systemy na ataki ze strony cyberprzestępców.

Unijna dyrektywa Cybersecurity Act jest bezpośrednią odpowiedzią na zagrożenia, jakie stwarza przejście na model przemysłu 4.0. Wymusza ona na krajach członkowskich wdrożenie ujednoliconych przepisów certyfikacyjnych usług oraz sprzętu, które mają być podstawowym elementem firmowych systemów cyberbezpieczeństwa. Zunifikowane unijne certyfikaty z jednej strony mają być gwarantem tego, że dany produkt spełnia wyśrubowane normy bezpieczeństwa, z drugiej zaś obniżać koszty prowadzenia firmy, gdyż podmioty działające w kilku krajach członkowskich nie będą musiały inwestować w certyfikację na kilku rynkach.

Nowe wytyczne otrzyma Europejska Agencja Bezpieczeństwa Sieci i Informacji, która zostanie przekształcona w niezależny ośrodek naukowy zajmujący się promocją rozwiązań z zakresu cyberbezpieczeństwa. Do jej zadań będzie należeć m.in. sprawowanie nadzoru związanego z wdrażaniem spójnej polityki certyfikacyjnej krajów członkowskich.

– Mamy normy cyberbezpieczeństwa i organizacje, które te normy wdrażają. Aby te normy egzekwować musimy stworzyć instytucje i laboratoria, które będą badać rozwiązania nie tylko software’owe, które dzisiaj są nam tak bliskie jako użytkownikom, lecz przede wszystkim urządzenia. I to jest cel, do którego zmierzamy – tłumaczy ekspert.

Do walki z zagrożeniami związanymi z cyberprzestępczością przygotowuje się m.in. Ministerstwo Obrony Narodowej, które planuje do 2022 roku powołać do życia dowództwo obrony cyberprzestrzeni. Nowa jednostka będzie odpowiedzialna za stworzenie formacji wojskowej wyspecjalizowanej w monitorowaniu bezpieczeństwa cyberprzestrzeni.

– Budujemy obecnie krajowy schemat certyfikacji, w ramach którego powstają laboratoria badawcze i instytucje, które w zgodzie z normami cyberbezpieczeństwa będą realizować badania. Te normy są zresztą tak skonstruowane, że zespoły, które je realizują, mają obowiązek wynajdywania nowych metodyk badania. Instytucje na poziomie europejskim i światowym dzielą się tymi doświadczeniami, to także podnosi poziom bezpieczeństwa. – tłumaczy Jerzy Żurek.

Krajowy schemat oceny i certyfikacji bezpieczeństwa oraz prywatności produktów i systemów IT (KSO3C), wdrażany przez Instytut Łączności, Instytut Technik Innowacyjnych EMAG i NASK, jest zgodny z Common Criteria. Celem jest stworzenie skutecznego systemu oceny, certyfikacji bezpieczeństwa i prywatności m.in. urządzeń udostępnianych na polskim rynku, a także usług teleinformatycznych. Do 2022 r. ma zostać powołana na bazie tego przedsięwzięcia organizacja zdolna do wydawania globalnie akceptowanych certyfikatów.

Według analityków z firmy Grand View Research wartość globalnego rynku cyberbezpieczeństwa w 2018 roku wyniosła 116,5 mld dol. Przewiduje się, że do 2025 roku wzrośnie ona do ponad 241 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 11 proc.

Inteligentne urządzenia coraz bardziej ułatwiają opiekę nad małymi dziećmi. Producenci Baby Tech zwracają coraz większą uwagę także na ich bezpieczeństwo

Inteligentne urządzenia coraz bardziej ułatwiają opiekę nad małymi dziećmi. Producenci Baby Tech zwracają coraz większą uwagę także na ich bezpieczeństwo 7

Dzięki inteligentnej kamerze montowanej na ubranku dziecka można uchwycić najważniejsze momenty z życia niemowlaka widziane z jego perspektywy. Poruszający się autonomicznie, inteligentny wózek pozwoli natomiast rodzicom utrzymywać aktywność fizyczną i zabrać małe dziecko np. na poranne bieganie. Elektronicznych i inteligentnych rozwiązań mających zapewnić dzieciom rozrywkę, a rodzicom wsparcie pojawia się coraz więcej.

Z badań Research.NK wynika, że aż 70 proc. rodziców wręcza swoim małym dzieciom tablet lub smartfon w celu zapewnienia im rozrywki. Tymczasem logopedzi alarmują, że kontakt dziecka w wieku poniżej 2 lat z ekranami urządzeń elektronicznych może wpływać na rozwój zaburzeń mowy. Na rynek trafia jednak również coraz więcej technologicznych zabawek i urządzeń, które mogą pomagać rodzicom w codziennej opiece nad dzieckiem.

– Kamera Babeyes to małe urządzenie, które możemy umieścić na ubranku lub obok dziecka, żeby tworzyć nagrania z perspektywy naszej pociechy. Kiedy rodzice patrzą na dziecko, robią to w szczególny sposób, lecz niestety dziecko nie będzie tego pamiętać. Dzięki temu urządzeniu podjęliśmy próbę uchwycenia chwil wzruszenia z punktu widzenia dziecka. Później dziecko będzie mogło zobaczyć, jak rodzice na nie patrzyli lub co czuli dziadkowie i rodzeństwo, kiedy pierwszy raz je zobaczyli – mówi w wywiadzie dla agencji Newseria Innowacje Yohann Touboul, prezes Babeyes.

Kamera Babeyes rejestruje obraz w jakości HD, w 20-sekundowych sekwencjach. Następnie nagrania można przesyłać na komputer rodziców, a specjalna aplikacja dzięki technologii wykrywania twarzy klasyfikuje sekwencje w podziale na wykryte na nagraniu osoby lub zidentyfikowane przez algorytmy emocje.

– Żaden produkt nie jest niezbędny, ale nasza kamera jest szczególna, ponieważ jest powiązana z emocjami. Wszyscy chcielibyśmy zobaczyć, w jaki sposób patrzyli na nas rodzice, gdy byliśmy dziećmi. Przekazanie czegoś tak niezwykłego jak emocje jest szczególnym prezentem dla naszego dziecka. Urządzenie nagrywa filmy przez dwie godziny, ponieważ naszym zamysłem było zarejestrowanie specjalnych okazji, takich jak pierwsze urodziny czy pierwsze chwile dziecka w domu – przekonuje Yohann Touboul.

Rynek Baby Tech ewoluuje głównie w kierunku urządzeń medycznych, które mają pomagać dzieciom lub rodzicom. Pojawiają się jednak także urządzenia nastawione głównie na rozrywkę, czego przykładem jest kamerka Babeyes.

Inteligentny wózek Smartbe jest natomiast połączeniem obu tych rodzajów zastosowań. Z jednej strony jest on wyposażony w systemy związane z zaspokajaniem potrzeb dziecka i opieką nad nim, takie jak podgrzewacz do butelki, mikrofon i kamery sprzężone z systemem elektronicznej niani czy klimatyzowane łóżeczko z funkcją automatycznej kołyski. Z drugiej zaś strony wózek może wchodzić w autonomiczny tryb przemieszczania się, przez co umożliwia rodzicom zabranie dziecka np. na poranny jogging. Zautomatyzowane funkcje wózka mogą być obsługiwane z poziomu smartfona lub smartwatcha. Aplikacja mobilna pozwala nie tylko zarządzać funkcjami wózka, lecz także zarejestrować, gdzie i jak długo użytkownik przebywał z dzieckiem.

Co istotne, urządzenia Baby Tech przeznaczone dla noworodków i małych dzieci zwykle nie mają żadnych modułów łączności, które mogłyby zaszkodzić noworodkowi.

– Wszystkie filmy można zgrać na dysk komputera przez kabel USB. Nie wykorzystujemy Wi-Fi ani technologii Bluetooth, więc dziecko nie jest narażone na fale radiowe – wyjaśnia ekspert z Babeyes.

Według analityków Grand View Research globalny rynek produktów dla dzieci osiągnie w 2025 r. wartość blisko 17 mld dol. Tymczasem Technavio podaje, że rynek inteligentnych niań elektronicznych przez najbliższe cztery lata będzie rósł w tempie 23 proc. średniorocznie.

Rezerwa Federalna obniżyła główną stopę procentową o 25 bps

W środę (18.09.2019) Rezerwa Federalna obniżyła główną stopę procentową o 25 bps. do poziomu 1,75%-2,00%. Owa decyzja nie była zaskoczeniem. Podobnie jak podczas posiedzenia Fed pod koniec lipca 2019, gdy także dokonano cięcia stóp procentowych o 25 bps, decyzja ta nie była jednomyślna – dwoje członków Fed optowało za utrzymaniem kosztu pieniądza, a jeden składał wniosek o mocniejsza obniżkę – w wysokości 50 bps. W komunikacie po posiedzeniu decyzję uzasadniono sytuacją w gospodarce światowej oraz ograniczoną presją inflacyjną.

Oczekiwania członków Fed co do przyszłych ruchów w polityce monetarnej pozostają mocno rozbieżne –jeszcze jednej obniżki w bieżącym roku oczekuje 7 osób, stabilizacji 5 osób, a podwyżki o 25 bps spodziewa się 5 członków. Prognozy wskazują na prawdopodobieństwo jednej podwyżki o 25 bps. w 2021 roku oraz w 2022 roku. Obecnie Fed spodziewa się, że wzrost gospodarczy w 2019 roku wyniesie 2,2%, w 2020 r. 2,0% i w 2021 r. 1,9%.
Podczas konferencji po posiedzeniu przewodniczący Fed J.Powell powiedział, że obniżka kosztu pieniądza ma stanowić „zabezpieczenie przed ryzykiem dla perspektyw wzrostu PKB”. Ponadto dodał, że w o ile w dniu dzisiejszym nie spodziewa się dalszego spowalniania gospodarki, to w przypadku wystąpienia spowolnienia dalsze obniżki stóp procentowych będą konieczne.

Na koniec ubiegłego tygodnia GPW w Warszawie zanotowała osłabienie. Indeks szerokiego rynku WIG stracił na wartości w ciągu tygodnia 1,13%. Notowania największych spółek (tworzących indeks WIG20) zaliczyły nieco mocniejszy spadek o 1,32%. Indeksy małych i średnich spółek zakończyły tydzień z następująco: sWIG80 minimalnie zyskał na wartości 0,57 %, z kolei mWIG40 spadł o 1,26%.

W nadchodzącym tygodniu uwagę inwestorów będą przykuwać dane napływające z USA. We wtorek (24.09.2019) poznamy indeks zaufania konsumentów – Conference Board. W środę (25.09.2019) będą ujawnione dane dotyczące sprzedaży nowych domów w Stanach Zjednoczonych oraz dane o zapasach ropy. W czwartek (26.09.2019) poznamy dane o PKB USA w drugim kwartale 2019 oraz raport dotyczący nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. Z kolei w piątek (06.09.2019), będą ujawnione dane dotyczące zamówień na dobra trwale w sierpniu, dane o dochodach i wydatkach amerykanów oraz indeks Uniwersytetu Michigan.

W Polsce nadchodzący tydzień nie będzie aż tak bogaty w dane makroekonomiczne, we wtorek (24.09.2019) poznamy dane o bezrobociu, a w czwartek(25.09.2019) będzie upubliczniony protokół z posiedzenia Rady Polityki Pieniężnej.

Departament Zarządzania i Analiz SUPERFUND TFI S.A.

Jak przeprowadzić fabrykę? Jak zarządzać relokacją zakładu produkcyjnego?

Zarządzanie relokacją zakładu produkcyjnego – rozmowa z Robertem Samczykiem, prezesem spółki Protech Motors.

Czy migracje zakładów produkcyjnych są tak powszechne jak miało to miejsce jeszcze w pierwszych latach XXI wieku?

Rzeczywiście to były lata kiedy relokacje były chlebem powszednim wielu firm. Tania siła robocza szczególnie w krajach azjatyckich, niższe wymagania dotyczące ochrony środowiska, tańsza energia – to wszystko powodowało zwrot w kierunku Chin, Tajwanu czy Kambodży. Dziś podobnie toczy się walka o redukcję kosztów wytwórczych, ale pole bitwy toczy się często w Europie. Producenci stawiają na wykwalifikowanych pracowników, stabilną sytuację polityczną, transparentność produkcji – bo wiele firm różnych branż prowadzi szeroko zakrojone działania CSR oparte na ochronie środowiska i zrównoważonej produkcji.

To gdzie szuka się oszczędności?

Wiele krajów czy regionów stara się przyciągnąć przemysł tworząc preferencyjne warunki do prowadzenia biznesu: są to min. ulgi podatkowe, bogata infrastruktura, z której mogą korzystać nowe zakłady czy chłonność danego rynku – czyli szybsza spedycja towarów dzięki doskonałemu zapleczu logistycznemu. Ale wszystko zawsze jest dobrze skalkulowane pod rozwój firmy. Rachunek ekonomiczny, na który składa się szereg czynników wskazujących na opłacalność produkcji w jednym czy drugim miejscu najczęściej decyduje o przeniesieniu zakładu produkcyjnego z dotychczasowego adresu.

Jak wygląda logistyka związana z relokacją, czy wszystkie zakłady przenosi się tak samo?

Oczywiste różnice wynikają z branży w jakiej funkcjonuje dany producent. Zakład chemiczny będzie różnił się od wytwórcy silników samolotowych, a ten od producenta makaronu. Planowanie przeprowadzki w dużej mierze zależy od produktu finalnego lub materiału, z jakiego powstaje.

W swoim parku maszynowym fabryka może posiadać mniejsze lub większe maszyny, pojedyncze urządzenia lub też linie produkcyjne. Te z kolei mogą być manualne lub zautomatyzowane. Zakład może w swoim procesie produkcyjnym korzystać z maszyn wtryskowych jeśli produkt jest np. plastikowy, z maszyn obróbczych CNC lub pras jeśli produkt jest metalowy itd. Mimo tych różnic wiele jest podobieństw logistycznych przy każdej relokacji.

Każda relokacja, którą miałem możliwość zarządzać prowadzona była na żywym organizmie – na pracującym zakładzie. Żaden producent przecież nie pozwoli sobie na nawet najmniejszą przerwę w produkcji. A biorąc pod uwagę wielkość fabryki lub ilość urządzeń czy też linii produkcyjnych w parku maszynowym, takie przeniesienie może trwać nawet rok lub dłużej.

Bezpieczeństwo pracowników

Dla nas – firmy wchodzącej do obcego zakładu zagadnienie bezpieczeństwa jest priorytetem. Planujemy pracę naszej załogi oraz pracowników klienta tak, aby wyeliminować każde zagrożenie wynikające z naszych działań. Dlatego zanim przystąpimy do realizacji, przygotowujemy wraz z klientem harmonogram, który jasno i szczegółowo określa które maszyny, w jakiej kolejności oraz w jakim czasie będą przenoszone. Im bardziej dokładny plan, tym sprawniejsze wykonanie usługi co za tym idzie jest bezpieczniejsze i zajmuje ono mniej czasu.

A jak wygląda samo przenoszenie pracującego zakładu?

Przed rozpoczęciem prac sprawdzamy poprawność działania maszyny czy też linii produkcyjnej, weryfikujemy geometrię urządzeń jeśli jest wymagana, sprawdzamy cykle produkcyjne itd. Następnie automatyk ściąga kopię zapasową programu. Kolejnym krokiem jest odłączenie napięcia, a następnie mediów od maszyn (instalacji elektrycznej, hydraulicznej, sprężonego powietrza i dodatkowych jeśli są np. podającej surowiec jak np. w przypadku maszyn wtryskowych).

Później następuje demontaż na linii produkcyjnej. Na tym etapie bardzo ważne jest dokładne oznaczenie kabli i elementów maszyn co pozwoli uniknąć pomyłek oraz zaoszczędzi sporo czasu podczas montażu. Następnym etapem jest wyprowadzenie maszyn lub elementów linii z hali załadunek na samochody i transport do nowej lokalizacji gdzie następuje analogicznie ich rozładunek, wprowadzenie na hale i posadzenie urządzeń zgodnie z planem usytuowania przekazanym wcześniej przez Klienta. Zazwyczaj jest tak, że w przypadku linii produkcyjnych relokujemy kolejno pojedynczo linię po linii. Natomiast jeżeli chodzi o maszyny to w zależności od ich gabarytów oraz planów produkcyjnych Klienta możemy przenosić po kilka urządzeń.

Relokacje takie wymagają transportu ponadnormatywnego, którego logistyka nie jest prosta.

Oczywiście, jeśli maszyny lub elementy linii produkcyjnej wymagają ze względu na swój rozmiar lub wagę transportu ponadnormatywnego jesteśmy zobowiązani do wystąpienia wcześniej o stosowne zezwolenia do Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad. Taki konwój też odbywa się na określonych zasadach – prowadzony przez pilota, jedzie trasą oraz w terminie wyznaczonym w zezwoleniu przez powyższy organ administracji państwowej.

Czy widać różnice w wymaganiach odnośnie relokacji w zależności od kraju pochodzenia danej firmy?

Niekoniecznie w samych wymaganiach, tu wyróżniają się właściwie zakłady produkcyjne pochodzenia francuskiego, mają nieco bardziej zaostrzone przepisy BHP poza tym nie widać wielkich różnic.

Co innego jeśli chodzi o organizację pracy czy też trzymanie się wcześniej wspólnie ustalonego harmonogramu. Tu już widać znaczące różnice biorąc po uwagę kraj pochodzenia danego zakładu.

Jeśli np. przenosimy maszyny za granicę, ważna jest również znajomość prawa pracy oraz prawa dotyczącego transportu zwłaszcza ponadgabarytowego, ponieważ te także są mniej lub bardziej zróznicowane w zależności od swojego miejsca na mapie Europy czy też świata.

Jakie czynniki wpływają na podjęcie przez inwestora takiej inwestycji?

Słychać było sygnały, że Polska jako kraj Unii Europejskiej stał się stosunkowo drogi jeżeli chodzi o siłę roboczą, podatki itd. W związku z czym zaczęto zastanawiać się na przeniesieniem części produkcji lub nowe inwestycje na wschodzie Europy. Aczkolwiek obserwując co dzieje się w polskim i europejskim przemyśle nie do końca można potwierdzić tą informacje, ponieważ spora część produkcji jest relokowana właśnie do nas z takich krajów jak Francja, Niemcy, Hiszpania, Belgia czy Włochy.

Część tych relokacji jest związana z przeniesieniem całej produkcji danego zakładu ze względu na koszty, inna z jej częścią np. ze względu na lepszy przepływ produkcji lub logistykę czy późniejszą dystrybucję, kolejne z konsolidacją zakładów lub rozwojem produkcji w danym zakładzie i zostaje przygotowywane miejsce pod nowe maszyny lub linie produkcyjne.

Jakie są największe trudności przy przenoszeniu zagranicę zakładu produkcyjnego? Czy są to czynniki techniczne, prawne?

Czasem czynniki prawne są dla nas pewnym ograniczeniem, co najczęściej nieco wydłuża naszą pracę, ale nie jest nam to straszne, ponieważ tak czy inaczej wykonujemy pracę zdecydowanie szybciej od naszych zagranicznych konkurentów. Jako firmie zagranicznej również ciężej jest nam uzyskać pozwolenia na transporty ponadnormatywne o bardzo dużych ciężarach i to zazwyczaj trwa nieco dłużej.

Większym utrudnieniem bywa dostępność materiałów potrzebnych do relokacji lub np. części zamiennych podczas awarii. Często, żeby zaoszczędzić czas i/lub pieniądze kupujemy je w Polsce i stąd transportujemy do klienta.

Piwo receptury belgijskich trapistów – made in Poland

Legendarny proces tworzenia piwa w końcu pojawił się w Polsce. Wielkopolski rodzinny browar rzemieślniczy warzy „złoty trunek” w zgodzie z zasadami belgijskich trapistów. Trwałość i nasycenie piwa dwutlenkiem węgla bez pasteryzacji i sztucznego nagazowania.

Czy piwo może być tak trwałe jak najlepszy francuski szampan? A może robi się je podobnie? Wielkopolski browar rzemieślniczy Gzub sprowadził do Polski know-how warzenia piwa w technologii, która jest zbliżona do tej, którą wsławili się w piwnym świecie belgijscy trapiści. Czym jest refermentacja i dlaczego zrewolucjonizuje, rynek sztucznie wysycanych i pasteryzowanych piw w Polsce?

Od początków piwowarstwa (4000 rok p.n.e) do średniowiecza wszystkie produkowane piwa były bez gazu. Wraz z nadejściem rewolucji w produkcji beczek, która miała miejsce właśnie w średniowieczu, ludzie po raz pierwszy mogli zaznać smaku gazowanego piwa. W tamtych czasach dużym problemem przy produkcji piwa było jednak samo zrozumienie procesu fermentacji i roli drożdży w tym procesie, ale to właśnie w średniowieczu zauważono zależność między cukrami dodanymi przed rozlewem, a nagazowaniem piwa.

XVI wiek to początki butelkowania piwa, co umożliwiło rozwój branży piwowarskiej i dało dodatkowe możliwości w kwestii nagazowania piwa. Samo nagazowanie piwa, bardzo szybko zaczęto postrzegać jako jego zaletę. W XVIII wieku gazowanie piwa na kontynencie było już rzeczą powszechną. W tej kwestii przodującą rolę odegrali Belgowie. W Belgii bardzo popularne stały się tzw. Geuezerie, w których rozlewano do butelek kupażowane i mieszane różne roczniki piwa typu Lambic. W ten sposób, młode piwo posiadające więcej cukrów resztkowych, podnosiło zawartość cukrów w Gueuze przed rozlewem. Cukier ten po zabutelkowaniu był przetwarzany przez drożdże i w ten sposób dochodziło do nagazowania piwa. Proces wytwarzania Gueuze miał bardzo duży wpływ na rozwój wiedzy na temat nagazowywania piw w butelce. Bardzo dużą rolę w historii refermentacji odegrali również belgijscy mnisi – trapiści, którzy do sprawy podchodzili bardzo skrupulatnie i na bieżąco śledzili postępy właścicieli Gueuzerii. To wszystko przyczyniło się także do rozwoju branży butelkowej, rozpoczęto produkcję mocniejszego szkła, mogącego wytrzymać większe ciśnienie w butelce. I tak rozwijało się to aż do naszych czasów, przy rosnącej wiedzy na temat piwowarstwa.

Samo zastosowanie procesu refermentacji wymaga zachowania najwyższych standardów dotyczących higieny i czystości w browarze. Gdyż warunki w jakich dochodzi do procesu refermentacji (temperatura pow. 21. C) stwarzają również idealne środowisko dla rozwoju niepożądanych w piwie drobnoustrojów. Żeby proces refermentacji mógł przebiec prawidłowo, należy dodać do piwa przed rozlewem odpowiednią porcję świeżych drożdży i odpowiednio dużą ilość cukru, który fermentując w butelce doprowadzi do wytworzenia się CO2 – nagazowania piwa. Proces ten zazwyczaj trwa około paru tygodni. Ten proces jest bardzo podobny do powstawania najlepszych francuskich szampanów – wymaga większego zaangażowania czasu i wysiłku, ale uzyskane efekty końcowe wynagradzają włożony trud.

Tak wygląda to też w naszym rodzinnym Browarze Gzub, gdzie piwo refermentowane w butelkach i beczkach w specjalnie do tego przystosowanym pomieszczeniu, spędza 4-6 tygodni – mówi Jan Staszewski, główny piwowar Browaru Gzub.

Ponadto refermentacja jest bardzo dobrym sposobem na utrwalanie piwa w naturalny sposób, drożdże rozpoczynając pracę czy to w brzeczce czy to w piwie w pierwszej kolejności konsumują tlen, którego w ten sposób pozbywają się z piwa, a który jest głównym czynnikiem psucia się produktów spożywczych. Refermentacja wnosi także do piwa bogate smaki i aromaty, niespotykane w piwach rozlewanych pod ciśnieniem i wysycanych sztucznie CO2 – które stanowią ponad 99% piwa produkowanego w Polsce. Ponadto jest to proces najbardziej naturalny spośród wszystkich procesów utrwalania piwa.

Z tych też względów jako browar rzemieślniczy zdecydowaliśmy się na zastosowanie procesu refermentacji. Wymaga on bardzo dużego samozaparcia, systematyczności, sumienności oraz szczegółowej kontroli na każdym etapie produkcji – dodaje piwowar Jan Staszewski.

Jesteśmy jednym z naprawdę niewielu w Polsce, a na pewno największym w tej części Europy, browarem stosującym proces refermentacji. Cieszy nas, że możemy w ten sposób nawiązywać do najlepszych tradycji piwowarskich na świecie i w ten sposób próbować gonić najlepszych w branży. W tym roku, jedziemy po raz pierwszy na belgijski festiwal Brassigaume, gdzie w końcu będziemy mieli możliwość bezpośredniej konfrontacji naszych wyrobów, z wyrobami browarów, które refermentację stosują już od dawien dawna. Jeśli kiedyś butelka naszego piwa trafi Wam w ręce, wspomnijcie drożdże, które wykonały w nim najważniejszą pracę. – kończy wypowiedź Jan Staszewski.

Browar Gzub to firma rodzinna z miejscowości Annopole koło Środy Wielkopolskiej. Rzemieślniczy browar rodziny Staszewskich, który od 2014 warzył kontraktowo w Belgii, od 2017 roku posiada własną instalację będąc jednym z największych w Wielkopolsce browarów kraftowych. Więcej o browarze, piwie, technologii i produktach tej przedsiębiorczej rodziny można przeczytać na www.gzub.pl.

Klasa średnia w Polsce

Liczebność klasy średniej w Polsce przewyższa liczbę obywateli takich państw jak Dania czy Szwecja – wynika z najnowszego raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego „Klasa średnia w Polsce. Czy istnieje polski self-made man?”.

Sytuuje to Polskę w czołówce państw europejskich. Prawie połowa spośród członków klasy średniej (45 proc.) ma zobowiązania kredytowe. Taka sama liczba osób nie zgromadziła żadnych oszczędności. Nie dziwi więc, że aż 55 proc. osób zaliczanych do klasy średniej oczekuje aktywnej polityki państwa w zakresie tworzenia nowych miejsc pracy.

Z najnowszego raportu PIE wynika, że uwzględniając kryterium dochodowe (ekonomiczne), w gronie osób w wieku 24-64 lata, do klasy średniej przynależy 54 proc. Polaków. Dla porównania 30 proc. obywateli należy do klasy niższej a 16 proc. do klasy wyższej.Klasa średnia w PolscePodobne proporcje uzyskuje się, dokonując rozróżnienia klasowego ze względu na kryterium zawodowe (społeczne), związane przede wszystkim z wykształceniem, kwalifikacjami oraz zajmowanym stanowiskiem w strukturze organizacyjnej zakładu pracy. W tym ujęciu do klasy średniej można przypisać 51 proc. osób w wieku 24-64, do klasy niższej 37 proc. zaś do wyższej 12 proc.

11-12 milionów pracowników i konsumentów zaliczanych do klasy średniej w relacji do liczby ogółu obywateli stawia nasz kraj w europejskiej czołówce. Wyprzedzamy pod tym względem takie państwa jak Rosja, Litwa, Węgry, a także Portugalia i Hiszpania. Kraje, w których klasa średnia obejmuje największą część społeczeństwa to Wielka Brytania, Holandia oraz Norwegia – mówi Paula Kukołowicz, analityk Polskiego Instytutu Ekonomicznego. Ciekawym zjawiskiem jest to, że oceniając swoje dochody na tle innych osób Polacy przyporządkowują się najczęściej właśnie do klasy średniej. Aż 75 proc. Polaków twierdzi, że należy do 40 proc. osób o średnich dochodach. Gdyby wielkość klasy średniej oprzeć na subiektywnych ocenach własnego dochodu, to należałoby do niej 16,5 mln osób w wieku 24-64 lat, zamiast 11-12 mln spełniających kryteria obiektywne.

Charakterystyka polskiej klasy średniej

Przynależność do klasy średniej w Polsce jest silnie związana z posiadanym wykształceniem. Średnio 54 proc. członków klasy wyższej legitymuje się dyplomem uniwersyteckim w porównaniu do 26 proc. członków klasy średniej oraz 5 proc. członków klasy niższej. Mediana dochodu rozporządzalnego netto (ekwiwalentnego) przypadająca na członka gospodarstwa domowego wśród osób przynależących do klasy średniej wynosi 2500 zł.

Ważnym elementem charakterystyki klasy średniej są aspiracje jej członków. Jeżeli chodzi o oczekiwania dotyczące wzrostu dochodu, to członkowie klasy średniej oceniają, że kwota, która pozwoliłaby na swobodne zaspokojenie potrzeb rodziny to średnio 6600 zł netto miesięcznie. Stanowi to kwotę o 1900 zł wyższą niż aktualnie mierzony średni dochód gospodarstw domowych przynależących do tej kategorii (4700 zł) – dodaje Paula Kukołowicz.

45 proc. przedstawicieli klasy średniej deklaruje brak jakichkolwiek oszczędności. Jednocześnie, dane zgromadzone przez analityków PIE pokazują, że różnego rodzaju kredytami i pożyczkami obciążonych jest 45 proc. członków klasy średniej. Przekłada się to na relatywnie niski poziom zadłużenia polskich gospodarstw domowych w porównaniu do pozostałych państw europejskich. W 2017 r. skumulowana wartość ich zadłużenia stanowiła 35,4 proc. PKB kraju, a więc była wyraźnie mniejsza niż średnia w państwach strefy euro wynosząca 61,2 proc. PKB. Członkowie klasy średniej stosunkowo często pracują na własny rachunek – dotyczy to 23 proc. spośród nich.

Poglądy i postawy

Klasa średnia jest ważnym ogniwem w kształtowaniu życia społecznego. Dlatego poglądy jej przedstawicieli, dotyczące najważniejszych obszarów życia społecznego, są warte odnotowania. 69 proc. osób należących do klasy średniej twierdzi, że proces transformacji gospodarczej przyniosły Polsce same korzyści lub więcej korzyści niż strat. Jednocześnie, 55 proc. członków klasy średniej przychyla się do poglądu, że państwo powinno być aktywne w sferze tworzenia nowych miejsc pracy. Przeważająca większość osób należących do klasy średniej popiera członkostwo Polski w Unii Europejskiej. 70 proc. spośród nich uważa, że przyniosło ono same korzyści lub więcej korzyści niż strat. Jeśli chodzi o priorytety w zakresie kierowania strumieni wydatków publicznych, to przedstawiciele klasy średniej wpisują się w oczekiwania ogółu społeczeństwa i wskazują przede wszystkim na dwa obszary: służbę zdrowia oraz edukację.

Liczysz na kredyt na bieżącą działalność firmy? Przygotuj się dobrze

Na początku 2019 roku banki poważnie zaostrzyły kryteria przyznawania kredytów dla firm. Efekt? Co piąty przedsiębiorca otrzymuje dziś odmowę przyznania kredytu. W 2016 roku odmowy doświadczył co siódmy biznesmen. Przyczyn takiej sytuacji jest kilka. Wzrost ryzyka finansowego w niektórych branżach, kłopoty samych banków, czy obawa przed nadchodzącym spadkiem koniunktury gospodarczej. Dlatego znajomość podstawowych warunków, jakie trzeba spełnić i zasad oceny zdolności kredytowej jest dziś wyjątkowo istotna. – przekonują eksperci z serwisu Finfinder.pl.

Posłużmy się przykładem przedsiębiorcy, który wnioskuje do banku o kredyt na bieżącą działalność firmy.

Na rynku bankowym każdy kredytobiorca w momencie zawarcia transakcji powinien spełniać warunki potwierdzające jego wiarygodność kredytową. Poniższe punkty to podstawowe kryteria sprawdzane/wymagane przy pierwszej ocenie przedsiębiorcy.

1) Obywatelstwo – preferowane polskie. Akceptowana jest także karta stałego pobytu w przypadku cudzoziemca, z ewentualnym dodatkowym poręczeniem osoby zamieszkującej na stałe w Polsce.
2) Wiek – zwykle nie można przekroczyć w dacie spłaty kredytu 75. roku życia (czasami jest to maks. 70 lat). Dla klientów, których wiek w dacie spłaty kredytu jest większy niż 65 lat może być wymagane ubezpieczenie na cały okres kredytowania (lub inne zabezpieczenie wskazane przez bank);
3) BIK/BIG/KRD i inne bazy – w tych miejscach lepiej nie figurować.
4) Weryfikacja na wypadek wystąpienie przesłanek próby wyłudzenia kredytu.
5) Forma prowadzenia działalności – akceptowane wszystkie dostępne.
6) Forma ewidencji operacji gospodarczych – akceptowane wszystkie dostępne. Sposób oceny przez bank według posiadanej formy.
7) Miejsce prowadzenia działalności – zdecydowanie terytorium Polski.
8) Okres prowadzenia działalności:

  • Startup – od pierwszego dnia
  • JDG – od 6 miesięcy (finansowanie z gwarancją Banku Gospodarstwa Krajowego)
  • JDG – od 12 miesięcy (standardowa ocena zdolności kredytowej)
  • Spółki – 24 miesięcy

9) Scoring (metoda punktowej oceny ryzyka kredytowego) – dostosowany do regulacji wewnętrznych banku. Uzależniony jest od oceny pkt. 1-8 oraz wnioskowanej kwoty kredytu.

Ocena zdolności kredytowej

Jeśli spełniamy wszystkie powyższe wymagania, przechodzimy do oceny zdolności kredytowej przez bank. – Jest to istotny i obowiązkowy element procesu oceny ryzyka. Polega na szacowaniu sytuacji finansowej przedsiębiorcy i możliwości terminowej spłaty wszystkich jego zobowiązań wobec kredytodawcy.tłumaczy Norbert Banaszek z Finfinder.pl.

Na ocenę zdolności kredytowej przedsiębiorcy składają się:

1) Obliczenie nadwyżki finansowej.
2) Obliczenie maksymalnej kwoty miesięcznej raty w przypadku wnioskowania o kredyt ratalny.
3) Obliczenie maksymalnej kwoty limitu w przypadku wnioskowania o limit w koncie.
4) Wynik inspekcji w firmie klienta. To bank podejmuje decyzję o konieczności takiej weryfikacji, która będzie niezbędna do wydania ostatecznej decyzji kredytowej.
5) Ocena planowanych działań rozwojowych w ramach prowadzonej firmy, dokonywana w formie wywiadu z klientem.
6) Zaszeregowanie do odpowiedniej kategorii scoringowej.
7) Ewentualna analiza Biznes Planu.

Kolejny element to ocena wiarygodności kredytowej, na co składają się następujące czynniki:

1) Opłacenie 3 ostatnich składek ZUS/KRUS.
2) Brak układów ratalnych oraz postępowań egzekucyjnych, naprawczych, reklamacyjnych i odwoławczych ZUS/US.
3) Opłacony podatek dochodowy. W przypadku złożenia zeznania podatkowego po terminie, przedstawienie zaświadczenia z US o niezaleganiu lub potwierdzenie zapłacenia lub zwrotu podatku wynikającego z PIT.
4) Ewentualna zgoda małżonka na zaciągnięcie zobowiązań wynikających z umowy transakcji.
5) Ewentualne poręczenie wynikające z umowy transakcji.

Jak liczymy zdolność kredytową?

Zdolność kredytowa przedsiębiorcy liczona jest inaczej niż przy kredytach dla osoby fizycznej. Uzależniona jest od wewnętrznych regulacji banku, ale w większości przypadków wygląda tak:

rata wnioskowanego kredytu nie może być większa od około 70-90% miesięcznej nadwyżki finansowej (wysokość określana wewnętrznymi regulacjami banku), na którą składa się m.in. prognozowany miesięczny dochód netto z tytułu prowadzonej działalności, miesięczny dochód netto z innych posiadanych źródeł dochodu, łączne miesięczne obciążenia a także koszty utrzymania gospodarstwa domowego.

O tym warto pamiętać

Zanim złożymy pierwsze dokumenty w sprawie kredytu na bieżącą działalność naszej firmy, pamiętajmy o kilku sprawach. – Informacje, które przekażemy bankowi muszą być wiarygodne. Koloryzowanie, upiększanie rzeczywistości, czy zwyczajne kłamstwa, dyskwalifikują nas w oczach kredytodawcy. Ponadto, tzw. „złote strzały” przychodowe (nagły, znaczy wzrost przychodu) są dodatkowo weryfikowane przez bank. Ma to na celu wykluczenie zamierzonego, sztucznego wpływania na zdolność kredytową firmy.wyjaśnia Norbert Banaszek z Finfinder.pl.W budowaniu pozytywnego „wizerunku kredytowego” pomoże z pewnością dyscyplina płatnicza. Dotyczy to zarówno płatności firmowych, jak i prywatnych. – dodaje.

Autor: Finfinder.pl

Tańsza ropa? Tak, ale jeszcze nie teraz

Maciej Leściorz, ekspert CMC Markets
Maciej Leściorz, ekspert CMC Markets

Wojny celne Trumpa, a przede wszystkim obawy o przyszłość światowej gospodarki, są źródłem presji podażowej na rynku ropy. Po gwałtownych wzrostach spowodowanych atakami na rafinerie w Arabii Saudyjskiej ceny ponownie spadają.

Dodatkowym czynnikiem wspierającym ten proces, może być spadające wydobycie surowca z amerykańskich łupków.

W ciągu ostatnich trzech miesięcy maksymalna cena ropy brent wynosiła 69,48 USD za baryłkę, a minimalna 56,11 USD. Niestabilność wywołana atakiem dronów na rafinerię w Arabii Saudyjskiej wkrótce osłabnie, a jakie wówczas będą ceny?

W ostatnich latach ceny ropy naftowej coraz bardziej zależne były od podaży w USA, a ta napędzana była rosnącym wydobyciem z łupków.

– W tym roku ilość wiertni spadła o 14 proc. Ważne jest to, co stoi za bankructwem spółek zajmujących się wydobyciem z łupków: to obawy o przyszłość światowej gospodarki, a więc o popyt na ropę naftową – mówi w rozmowie z MarketNews24 Maciej Leściorz, ekspert CMC Markets. – Mniejsze spółki zajmujące się wydobyciem z łupków węglowych stają się nierentowne, ponieważ ta technologia wydobycia jest dużo droższa niż tradycyjna.

Sytuacja wydaje się niestabilna także ze względu na wojny handlowe i niepewność co do kolejnych decyzji krajów OPEC. Jakich cen należy się w tej złożonej sytuacji spodziewać?

– Obowiązujący przez większość trzeciego kwartału bieżącego roku przedział, 50-60 dolarów na ropie WTI i 55-65 dolarów na ropie brent, ponownie wydaje się być niezagrożony. Spadek z górnego ograniczenia też jest naturalną koleją rzeczy i odbiciem od poziomów oporu – wyjaśnia ekspert.

W dłuższej perspektywie nadzieją kierowców może być brak konsekwencji wśród krajów OPEC. Ceny mogłyby spaść, gdyby niektórzy członkowie tego naftowego kartelu wycofali się z niego i przestali ograniczać produkcję. Dopiero zejście poniżej poziomu 55 dolarów za baryłkę mogłoby uruchomić dalsze zniżki cen.

„Głos przedsiębiorcy” – dialog rządu i biznesu

Podejmowane na przestrzeni ostatnich lat działania rządu i parlamentu wypracowały wiele nowych rozwiązań, dedykowanych przedsiębiorcom. Konstytucja dla biznesu wprowadziła pakiet ułatwień dla właścicieli przedsiębiorstw przy zakładaniu, prowadzeniu i zamykaniu firm. Powołała stanowisko bezstronnego Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców, który stoi na straży ich praw. Premier Morawiecki wprowadził także pakiet ponad stu zmian w przepisach, ułatwiających przedsiębiorcom działalność. Te działania rządu i parlamentu pozwoliły zaspokoić potrzebę zmiany najważniejszych przepisów. Jednak współpraca między przedsiębiorcami a władzami nie może się na tym zakończyć. Do dalszego dialogu zachęca Rzecznik MSP i Federacja Przedsiębiorców Polskich – promując narzędzie „Głos Przedsiębiorcy”.

Wojciech Murdzek, Poseł na Sejm
Wojciech Murdzek, Poseł na Sejm

– Bardzo ważne jest, byśmy odpowiadali w dalszym ciągu na głos przedsiębiorców. Wciąż istnieje spory obszar, w którym można odjąć trochę przepisów, bez szkody dla statystyki i zarządzania instytucjami – powiedział serwisowi eNewsroom Wojciech Murdzek, Poseł na Sejm. – Biurokracja narasta, a liczba przepisów jest rzeczywiście duża. To stwarza przestrzeń do drugiego etapu dialogu między przedsiębiorcami a władzą. Ważne jest, aby przedsiębiorcy komunikowali, co powinno być natychmiast skorygowane, zmienione, lub wręcz wykreślone z przepisów prawa. Porozumienie i zaangażowanie Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców w ten proces jest niezwykle istotne – a my z poziomu parlamentu i rządu będziemy ten dialog podtrzymywać i zamieniać na konkretne rozwiązania – deklaruje Murdzek.

Pomimo wielu bodźców, notowania złota pozostają stabilne

Michał Stajniak, ekspert XTB
Michał Stajniak, ekspert XTB

Inwestorzy nie wpadli w panikę. Cena złota pozostaje stabilna pomimo skomplikowanej sytuacji geopolitycznej. Złoto powinno jednak drożeć.

Analizując ceny złota warto zwrócić uwagę na to co w tej sytuacji dzieje się na parze euro/USD. Strefa euro jest importerem ropy naftowej, kiedy cena ropy skacze mamy teoretycznie gorszy bilans handlowy, a to powoduje, że inwestorzy odwracają się od europejskiej waluty.

– Umacnianie się dolara powoduje, że nie ma presji wzrostowej na cenie złota – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak, ekspert XTB.

Rynek uwzględnił też obniżkę stóp procentowych przez Fed. Cena złota znajduje się w okolicach 1 500 USD za uncję.

Jednak właśnie ze względu na politykę banków centralnych długoterminowo złoto powinno drożeć.

Kara za brak OC wyniesie aż 8000 zł?

Niedawno dowiedzieliśmy się, jaka będzie wysokość płacy minimalnej w 2020 r. Takie najniższe wynagrodzenie „etatowców” w relacji do bieżącego roku ma wzrosnąć o 350 zł i osiągnąć poziom 2600 zł brutto. Warto zdawać sobie sprawę, że wspomniana podwyżka będzie miała bezpośredni wpływ nie tylko na sytuację przedsiębiorstw i budżety domowe najniżej wynagradzanych pracowników. Wzrost płacy minimalnej oznacza również automatyczne podwyższenie kar za brak obowiązkowego ubezpieczenia OC kierowców. Eksperci porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl jako jedni z pierwszych postanowili obliczyć, o ile stawki karne dla nieubezpieczonych kierowców zmienią się na początku 2020 r. W kontekście kar za brak OC, na uwagę zasługują również przedwyborcze obietnice dotyczące szybkiego wzrostu płacy minimalnej do 3000 zł brutto oraz 4000 zł brutto. 

Podstawowa stawka karna niebawem przekroczy 5000 zł

Warto wiedzieć, że podniesienie stawek karnych za brak OC nie wymaga dodatkowej decyzji rządu. Ustawa o ubezpieczeniach obowiązkowych wprowadziła bowiem automatyczny system podwyższania kar dla nieubezpieczonych kierowców w zależności od wzrostu płacy minimalnej. Zgodnie z przepisami wspomnianej ustawy, bazowa kara za przerwę w ochronie (wynoszącą ponad 14 dni), stanowi w każdym roku:

  • dwukrotność najniższego wynagrodzenia (stawka dla posiadaczy samochodów osobowych)
  • trzykrotność najniższego wynagrodzenia (stawka dla posiadaczy samochodów ciężarowych, autobusów i ciągników samochodowych)
  • jedną trzecią najniższego wynagrodzenia (stawka dla posiadaczy innych pojazdów – np. motocykli i motorowerów)

Załączona tabela przedstawia stawki kar za brak OC, które będą obowiązywały w 2020 r. Zestawienie przygotowane przez Ubea.pl uwzględnia różne typy pojazdów mechanicznych i swoiste rabaty za przerwę w ubezpieczeniu nieprzekraczającą 14 dni. „Takie spodziewane stawki karne można wyliczać już teraz pamiętając, że Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny zaokrągla wyniki swoich kalkulacji do pełnych dziesiątek złotych. Ma to znaczenie np. w przypadku kary dla posiadacza motocykla związanej z przerwą w ochronie nieprzekraczająca 3 dni” – wyjaśnia Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Informacje z załączonego zestawienia wskazują, że najczęściej karani posiadacze samochodów osobowych w 2020 r. będą musieli zapłacić już 5200 zł (o 700 zł więcej) za przerwę obowiązkowej ochrony wynoszącą powyżej 14 dni. „Pokaźna będzie też kara dla właściciela auta w przypadku nieposiadania OC przez 4 dni – 14 dni. Mówimy o kwocie 2600 zł, która wzrośnie o 350 zł w porównaniu z bieżącym rokiem. Nawet bardzo krótka przerwa ubezpieczeniowa wynosząca do 3 dni włącznie, niebawem będzie oznaczała konieczność zapłacenia aż 1040 zł przez właściciela samochodu osobowego” – wylicza Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Szybkie wzrosty kar w kolejnych latach są przesądzone …

W kontekście wzrostów stawek karnych za brak OC, nie sposób pominąć tematu związanego z przedwyborczymi obietnicami. Część kierowców mogła nie skojarzyć zapowiedzi zwiększenia „najniższej krajowej” do 3000 zł brutto (w 2021 r.) oraz 4000 zł brutto (w 2024 r.) z podwyżkami kar za brak OC. „Jeżeli tak duże wzrosty minimalnego wynagrodzenia staną się faktem, a mechanizm obliczania stawek karnych nie ulegnie zmianie, to brak polisy OC przez okres przekraczający 14 dni, w 2024 r. będzie kosztował kierowcę samochodu osobowego aż 8000 zł. Trzeba pamiętać, że niezależnie od obietnic wyborczych poziom płacy minimalnej prawdopodobnie szybko wzrośnie w najbliższych latach (ze względu na wyższą inflację i niedobór pracowników)” – zwraca uwagę Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Warto dodać, że szybki wzrost kar za brak obowiązkowego ubezpieczenia OC dla kierowców, wcale nie jest czymś nowym w polskich warunkach. Przez ostatnie lata stawka karna dotycząca posiadaczy samochodów osobowych i przerwy w ochronie przekraczającej 14 dni rosła następująco:

  • 2012 rok – 3000 zł
  • 2013 rok – 3200 zł
  • 2014 rok – 3360 zł
  • 2015 rok – 3500 zł
  • 2016 rok – 3700 zł
  • 2017 rok – 4000 zł
  • 2018 rok – 4200 zł
  • 2019 rok – 4500 zł

Pomimo corocznych wzrostów stawek karnych i coraz większej skuteczności tzw. wirtualnego policjanta, czyli systemu stosowanego przez Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny, skala problemu dotyczącego nieubezpieczonych kierowców wcale nie maleje. Właśnie dlatego przyszły rząd powinien zadać sobie pytanie, czy obecny model karania za brak OC jest właściwy” – podsumowuje Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Ministerstwo Finansów uruchomi Centralny Rejestr Beneficjentów Rzeczywistych

Ministerstwo Finansów uruchomi Centralny Rejestr Beneficjentów Rzeczywistych. Będzie to rejestr danych dotyczących osób fizycznych, traktowanych jako beneficjenci w polskich spółkach prawa handlowego.

Kim jest beneficjent rzeczywisty?

– Będzie to osoba fizyczna, która pośrednio lub bezpośrednio sprawuje kontrolę praktyczną nad spółką, w szczególności będą to osoby, które posiadają co najmniej 25 proc. udziałów w spółce – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Mieszkiełło, radca prawny, Lider Praktyki Doradztwa Korporacyjnego, Kancelaria Ożóg Tomczykowski.

Obowiązek ten dotyczyć będzie spółek polskiego prawa handlowego, poza spółkami partnerskimi oraz spółkami akcyjnymi, które są notowane na rynkach regulowanych, a więc są spółkami publicznymi.

Jakie dane zawarte będą w rejestrze? Imię, nazwisko, PESEL i kraj zamieszkania osoby uznawanej za beneficjenta rzeczywistego.

Obowiązek zgłoszenia danych do rejestru powstanie od 13 października 2019 r. Spółki, które już dzisiaj są wpisane do Krajowego Rejestru Sądowego będą miały 6 miesięcy (do 13 marca 2020 r.) na zgłoszenie danych do rejestru.

Spółki, które zostaną wpisane do KRS dopiero po uruchomieniu rejestru będą miały 7 dniowy termin na zgłoszenie tych danych do centralnego rejestru beneficjentów.

Jednocześnie dla wszystkich będzie obowiązywał 7-dniowy termin na aktualizację danych.

– Wprowadzenie Centralnego Rejestru Beneficjentów Rzeczywistych będzie miało znaczenie dla przedsiębiorców, dla których aspekt anonimowości w biznesie jest ważny, w związku z tym muszą zwrócić uwagę, że zostało im zaledwie kilka miesięcy na przeanalizowanie ryzyk związanych z ujawnieniem ich danych osobistych – wyjaśnia M.Mieszkiełło z Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

Przeterminowane długi – prosta droga do ogłoszenia upadłości

W pierwszych sześciu miesiącach 2019 r. upadłość ogłosiło ponad 280 firm. Dlaczego? Powodów jest wiele: funkcjonowanie w „trudnej” branży, skupienie się na nieodpowiedniej grupie klientów, małe doświadczenie w prowadzeniu biznesu, a także…długi. Większość firm zmuszonych do takiego radykalnego kroku była już od dłuższego czasu w złej sytuacji finansowej . Świadczy o tym fakt, że co drugie przedsiębiorstwo, które zniknęło
z rynku, widniało wcześniej w rejestrze dłużników KRD. Dlaczego pozwoliły do rozwoju „czarnego scenariusza” i co z tym wszystkim ma wspólnego zjawisko zatorów płatniczych?

Długi pierwszą przyczyną upadłości firm

Ponad połowa firm, które ogłosiły upadłość, już wcześniej sygnalizowała kłopoty finansowe. Ich pierwsze problemy z płynnością finansową pojawiły się na rok przed ogłoszeniem bankructwa. Według rejestru KRD, w tamtym czasie blisko 80 przedsiębiorstw zalegało z płatnościami dla prawie 140 wierzycieli. Po dwunastu miesiącach na liście KRD było już aż 147 zadłużonych firm. Wzrosła również liczba wierzycieli czekających na zapłatę (17,2 mln zł!), do 317. Do tej grupy należą przede wszystkim instytucje finansowe (np. banki czy firmy leasingowe), które czekają na zwrot 6,4 mln zł oraz gminy i sądy (1,3 mln zł), ale na liście znajdują się również firmy budowlane i produkcyjne, towarzystwa ubezpieczeniowe, operatorzy telefonii komórkowych.

– Powyższe dane doskonale obrazują tendencję, którą obserwujemy od kilku lat. Z miesiąca na miesiąc przybywa firm, które tracą stabilność finansową i popadają w zadłużenie. Niestety, duża grupa tych przedsiębiorstw zmierza do swojego końca, czyli ogłoszenia upadłości. Analizując zestawienia KRD, daje się również zauważyć drugą niepokojącą tendencję. Przybywa zadłużonych firm, ale zdecydowanie szybciej rośnie liczba ich wierzycieli. Można z tego faktu wyciągnąć, chociażby wniosek, że niestety wielu przedsiębiorców, którzy zaczęli dostrzegać problem z wypłacalnością, postanowiło mu zaradzić, zaciągając kolejne kredyty i pożyczki, by spłacić po kolei wierzycieli lub zyskać środki na bieżącą działalność. Jeżeli to nie pomaga i kondycja prowadzonych przez nich przedsiębiorstw się nie poprawia, długi tylko się powiększają. Inną prawdopodobną sytuacją jest to, że firma, która zaczyna tracić płynność finansową, musi podjąć decyzję, które faktury są dla niej priorytetem, bo w pewnym momencie zaczyna bowiem brakować środków na zapłatę wszystkich rachunków. Takim sposobem lista podmiotów, którym jest winna pieniądze, wydłuża się. Z naszego doświadczenia wynika, że firma, które staje się dłużnikiem, rzadko ma do czynienia tylko z jednym wierzycielem – komentuje Piotr Szymański, ekspert Intrum.

Zadłużone firmy są same sobie winne?

Naturalne w tym kontekście wydaje się pytanie o to, dlaczego zadłużone firmy znalazły się w złej sytuacji finansowej? Czy mogły uniknąć swoich problemów i wpisania na listę dłużników? Dlaczego nie postanowiły rozwiązać swoich problemów, gdy tylko pierwsze oznaki pojawiły się na horyzoncie? Jaka zaznacza Piotr Szymański, zdecydowanie rzadziej w podobnych przypadkach stawia się pytanie, dlaczego wierzyciele postanowili tak długo czekać na swoje pieniądze i dopuścili do opóźnionych płatności, a warto się nad tym zastanowić.

– Zdarza się, że przedsiębiorcy w naszym kraju wykazują źle pojętą cierpliwość, jeżeli chodzi o zapłatę za dostarczone przez siebie usługi i produkty. Tolerują niepłacących na czas klientów i kontrahentów zbyt długo. W efekcie już 6 na 10 firm w naszym kraju ma problem z opóźnionymi płatnościami . Gdyby na wcześniejszym etapie domagały się należnych im pieniędzy, problemy finansowe dłużników byłyby znacznie mniejsze. Niestety, szczególnie w tych „trudniejszych” branżach panuje przekonanie, że „jeżeli nie muszę, to nie płacę”. Przyjęło się uważać, że mało która firma płaci na czas i nie stanowi to żadnego problemu. Dlatego niektórzy przedsiębiorcy postanawiają opłacać swoje rachunki dopiero wtedy, gdy wierzyciel się upomni, mimo że mają środki na zapłatę. Nie wszyscy dłużnicy widniejący w spisie mają problemy finansowe i trafili do niego z powodu niewypłacalności – zaznacza Piotr Szymański, Intrum.

Spirala zadłużenia powodowana przez zatory płatnicze

To tylko jedna strona medalu. Jak pokazuje raport Intrum – choć od kilku lat mamy do czynienia ze spadkiem liczby przeterminowanych płatności w całkowitych przychodach rodzimych biznesów, to jednak zatory płatnicze są znaczącym problemem polskiej gospodarki. Napędzają spiralę zadłużenia. Mechanizm jest prosty: firma X, która dobrze prosperuje, w pewnym momencie zaczyna mieć problem z niepłacącymi czas kontrahentami i klientami. Jeżeli jest to duże przedsiębiorstwo o stabilnej pozycji na rynku, kilka nieopłaconych faktur nie stanowi dla niego problemu. Gdy taka sytuacja powtarza się wielokrotnie, trwa przez dłuższy okres, albo po prostu chodzi o mikrobiznes, opóźnione płatności zaczynają odbijać się negatywnie na kondycji danej firmy. Zaczyna jej brakować pieniędzy nie tylko na rozwój i realizację planów, ale nawet na bieżącą działalność. Przestaje regularnie płacić rachunki, także swoim podwykonawcom. Zadłużone przedsiębiorstwo przekazuje „problem” kolejnym firmom.

– To z pewnością scenariusz znany wielu firmom, które ogłosiły upadłość. Pokazuje, że nie do końca mogą odpowiadać za swoje problemy finansowe. Ale to, co mogły zrobić wcześniej i co jest wskazane dla każdego przedsiębiorstwa, to wdrożenie kilku zasad „bezpieczeństwa”, które pomagają ograniczyć prawdopodobieństwo wystąpienia kłopotów. Można mieć wpływ na to, z kim robi się interesy, podejmuje długoterminową współpracę. Przedsiębiorcy powinni zawsze sprawdzać swoich partnerów biznesowych przed podpisaniem umowy – podpowiada Piotr Szymański, Intrum. Warto sprawdzić, czy dana firma działa legalnie, i czy przypadkiem nie znajduje się na liście dłużników, co mogłoby wskazywać, że zalega z płatnościami dla poprzednich kontrahentów, a także pracowników. Jeżeli tak jest, jest to ważny znak ostrzegawczy. W przypadku klientów, warto wymagać przedpłaty i na bieżąco monitorować kwestię uiszczania przez nich faktur. – Jeżeli mimo stosowania tych podstawowych środków ostrożności, problem zatorów płatniczych się pojawi, warto nie czekać i postawić na windykację. Wielu przedsiębiorców, których spotyka ten problem zbyt, długo zwleka ze skorzystaniem z zewnętrznej pomocy w odzyskaniu należnych im pieniędzy, a to błąd, bo przez to sami zaczynają być dłużnikami
i narażają swoje firmy na upadłość – dodaje Piotr Szymański.

Kluczowe decyzje w trakcie trwania PPK jakie może podjąć pracownik

Pracownicze Plany Kapitałowe do 2021 r. mają zostać wprowadzone we wszystkich firmach w Polsce, mogąc objąć według szacunków nawet 11 mln zatrudnionych. Sama procedura dołączenia do programu jest prosta i nie wymaga zaangażowania, jedynie pracownicy, którzy ukończyli 55 lat powinni zgłosić chęć udziału. Pracownik nie jest jednak pozbawiony wpływu na PPK – okazuje się, że swoimi decyzjami może w dużym stopniu zmienić jego oblicze. Eksperci Esaliens TFI wyodrębnili 6 kluczowych decyzji jakie można podjąć w trakcie trwania PPK.

Wbrew pozorom uczestnik PPK może realnie wpłynąć na kształt programu i nie jest skazany na bierną obserwację tego co dzieje się z jego oszczędnościami. Wpływ jest wieloaspektowy i dotyczy również tak kluczowych kwestii jak strategia inwestycyjna czy tego, co się stanie ze zgromadzonymi środkami w przypadku śmierci oszczędzającego. Poprzez swoje decyzje będziemy mogli zatem w dużym stopniu spersonalizować PPK. Ten poziom wpływu i kontroli sprawia też, że w o wiele większym stopniu uczestnicy mogą poczuć realność tych oszczędności. Zwłaszcza, że przy naglącej potrzebie życiowej, takiej jak konieczność wniesienia wkładu własnego na mieszkanie, utrzymania płynności finansowej w momencie gdy jesteśmy bez pracy czy pokrycia kosztów leczenia najbliższej rodziny, możemy z tych pieniędzy po prostu skorzystać – wyjaśnia Robert Juszczak z Esaliens TFI SA.

6 kluczowych decyzji, które można podjąć w trakcie trwania PPK:

  1. Wskazanie osób uprawnionych do dziedziczenia

Oszczędzanie w ramach PPK ma tę zaletę, że nawet w przypadku śmierci uczestnika zgromadzony kapitał nie przepada, podlega bowiem dziedziczeniu. Uczestnik PPK ma jednak możliwość wskazania konkretnych osób uprawnionych do środków, co przede wszystkim znacznie upraszcza ich wypłatę wskutek pominięcia nierzadko czasochłonnej i skomplikowanej procedury postepowania spadkowego. Poza tym, korzystając z tej możliwości uczestnik może wskazać np. osoby niespokrewnione, które w innych warunkach nie mogłyby się znaleźć w gronie spadkobierców.

Wyjątkowo małżonkowie objęci wspólnotą majątkową mogą dowolnie rozporządzać jedynie połową środków – w takim przypadku bowiem z mocy prawa 50% środków przypada współmałżonkowi.

  1. Wybór funduszu zdefiniowanej daty

To jeden z opcjonalnych wyborów. Generalnie PPK są tak skonstruowane, by wraz z wiekiem oszczędzającego w coraz większym stopniu chronić jego kapitał. Zgodnie z ustawą gromadzone środki mogą być bowiem lokowane w tzw. funduszach zdefiniowanej daty. Oznacza to, że wraz z wiekiem oszczędzającego coraz większa część portfela obejmuje aktywa o mniejszym ryzyku inwestycyjnym. Dzięki takiej strategii kapitał wraz ze zbliżającym się okresem wypłaty ma być w coraz większym stopniu chroniony.

Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by spersonalizować strategię inwestycyjną na bardziej lub mniej ryzykowną niż pierwotna. Może to mieć sens, jeśli np. jako osoba 30-letnia środki zgromadzone w PPK chcemy wykorzystać np. na wkład własny na mieszkanie. Wtedy raczej będziemy dążyli do większej ochrony kapitału, wybierając strategię opartą o mniej ryzykowne instrumenty typu obligacje lub bony skarbowe.

  1. Wpłata dodatkowa

Składka w PPK ma trzy źródła – składa się na nią część pracodawcy, część pracownika oraz środki z Funduszu Pracy (bonus od Państwa). Sam pracownik decydując się na uczestnictwo w PPK musi wnosić tzw. składkę podstawową, stanowiącą 2% wynagrodzenia brutto. Jeżeli jednak chce oszczędzać więcej – ustawa daje mu możliwość wniesienia wpłaty dodatkowej, nie większej jednak niż kolejne 2%.

  1. Obniżenie wpłaty podstawowej

Jeżeli wynagrodzenie uczestnika PPK nie przekracza 120% minimalnego wynagrodzenia może on zadeklarować niższą wpłatę podstawową. Składka może być w takim przypadku znacznie obniżona, lecz nie niższa niż 0,5% wynagrodzenia brutto. Pracodawca powinien powiadomić najmniej zarabiających pracowników o takiej możliwości.

  1. Decyzja w sprawie wypłaty transferowej z PPK od poprzedniego pracodawcy

Jeżeli pracownik uczestniczył w PPK u któregokolwiek z poprzednich pracodawców, powinien o tym poinformować nowego pracodawcę – umożliwia to połączenie oszczędzanych środków. Może jednak wystąpić taka sytuacja, że pracownik będzie zadowolony z tego jak zarządzany jest jego kapitał i nie będzie chciał dokonać scalenia. Musi wtedy w terminie 7 dni poinformować nowego pracodawcę o braku zgody na przeprowadzenie operacji transferu środków.

  1. Wznowienie/rezygnacja z PPK

Uczestnictwo w PPK jest dobrowolne, w związku z tym w każdej chwili decyzją uczestnika może zostać zarówno przerwane, jak i wznowione.

W Polsce urzędnik nie uprzedzi o weryfikacji VAT. Jak to wygląda w Wielkiej Brytanii?

Uszczelnianie VAT w Polsce trwa w najlepsze, ale procedury urzędników budzą spore kontrowersje. Niezapowiedziane wizyty i telefony to narzędzia, którymi urzędnicy będą weryfikować wiarygodność polskich przedsiębiorców.

Fiskus chce sprawdzić czy firmy, które rejestrują się jako płatnik VAT w UE są wiarygodne i czy w ogóle istnieją. Działanie jest elementem wielkiego projektu uszczelniania podatku VAT, ale narzędzia jakimi posługują się urzędnicy pozostawiają wiele kontrowersji. Przede wszystkim eksperci wskazują, że choć samo uszczelnianie luki w VAT nie jest pomysłem samym w sobie złym, to jednak metody jakimi się z nią walczy są co najmniej kontrowersyjne. Urzędnicy bowiem nie muszą uprzedzać o swojej wizycie, która ma na celu weryfikacje firmy, która chce się zarejestrować jako płatnik VAT-UE.

Sami przedsiębiorcy nazywają te procedury absurdem, ponieważ urzędnicy działają według własnego zdania. Jedni składają niezapowiedziane wizyty, inni po prostu dzwonią. Co ważniejsze właściciele przedsiębiorstw zwracają uwagę, że cała procedura zwiększa tylko biurokrację, która w Polsce i tak już jest rozrośnięta do granic możliwości.

„Takie kontrole i weryfikacje – nawet te telefoniczne bardziej przypominają windykacje, a nie rzetelne działanie urzędników. Pamiętajmy jednak, że oni działają w ramach skomplikowanej maszyny biurokratycznej, która odstrasza przedsiębiorców od prowadzenia firmy w Polsce” – komentuje Agnieszka Moryc, Dyrektor Zarządzają w Admiral Tax.

Pojęcia takie jak „mafia urzędnicza” nadal funkcjonują w świadomości Polaków i to nie bez przyczyny. Próba uszczelnienia luki w podatku VAT przynosi efekty w postaci zniechęcenia do zakładania i prowadzenia działalności w Polsce. Przykład? Obecnie na rejestrację jako płatnik VAT-UE trzeba czekać od dwóch tygodni nawet do dwóch miesięcy. Rejestracja jest konieczna choćby do prowadzenia działalności wewnątrz Jednolitego Rynku Europejskiego oraz do wykonywania transakcji w ramach tegoż rynku.

Opóźnienia, które w Polsce są niestety normą, nie są już takie na Zachodzie. Polski przedsiębiorca cały czas rozbija się o ścianę w postaci urzędników, których liczba stale rośnie i wydawać by się mogło, że przełoży się na to szybsze załatwianie spraw. W rzeczywistości jednak skupieni na uszczelnianiu luki w VAT urzędnicy odpowiedzialni za rejestracje firm nie zajmują się sprawami uczciwych przedsiębiorców.

„W oczekiwaniu na rejestrację płatnika VAT-UE przedsiębiorcy w końcu decydują się na rejestrację firmy i działalności w innych krajach. Każdy przytomnie myślący człowiek wybiera kraj, w którym prowadzenie działalności jest tańsze i o wiele prostsze. Zważając, że na rejestrację czeka się nawet dwa miesiące, co nawiasem mówiąc jest kolejnym już absurdem, przeniesienie firmy za granicę jest rozsądną decyzją” – oceniła Agnieszka Moryc.

Przedsiębiorca musi walczyć o dobre  imię

W procesie uszczelniania luki w podatku VAT bierze udział każdy przedsiębiorca i to bez względu na to czy jest przestępcą czy postępuje uczciwie. W zderzeniu z biurokratyczną machiną przedsiębiorca musi udowadniać, że jego działanie jest uczciwe. Przeczy to interpretacji Ministerstwa Finansów wydanej przezeń w styczniu 2016 roku. Wprowadza ona zasadę In dubio pro tributario – rozstrzygania wątpliwości na korzyść podatnika. Agnieszka Moryc zauważa, że polskich przedsiębiorców nie odstraszają tylko i wyłącznie kolejne projekty, ustawy czy interpretacje przepisów.

„Myślę, że wiele osób prowadzących działalność za granicą zgodzi się, że u nas jest problem z samą mentalnością urzędników. W Polsce jest dziwne zjawisko, w którym urzędnik nie ma zaufania do przedsiębiorcy i z rezultacie nie mamy zaufania do urzędów. Zmiany mentalności nie da się wprowadzić żadną ustawą czy przepisami” – podsumowała Agnieszka Moryc.

MT

Urzędy coraz częściej wynajmują powierzchnie w nowoczesnych biurowcach

Najwięcej powierzchni biurowych w Warszawie wynajmują firmy z branży bankowości, usług finansowych i ubezpieczeń, ale na rynek wkracza także sektor publiczny.

Bartłomiej Zagrodnik, Partner Zarządzający w Walter Herz
Bartłomiej Zagrodnik, Partner Zarządzający w Walter Herz

– Instytucje publiczne w ostatnim czasie wykazują zauważalnie większe zainteresowanie wynajmem powierzchni w nowoczesnych biurowcach, zarówno w Warszawie, jak i w największych miastach w Polsce. Zmiana siedziby to w przypadku wielu urzędów konieczność, ponieważ stan budynków, w których się mieszczą nie spełnia dzisiejszych wymogów i standardów. Nierzadko wymagają one kapitalnych remontów. Możliwe do osiągnięcia korzyści, które niesie relokacja takich podmiotów do nowych lokalizacji, zarówno nowopowstałych budynków, jak i starszych ale spełniających określone parametry pozwala sądzić, że sektor państwowy stanie się niebawem poważniejszym graczem na rynku biurowym – mówi Bartłomiej Zagrodnik, Partner Zarządzający w Walter Herz.

Z danych Walter Herz wynika, że instytucje publiczne wynajmują w Warszawie średnio około 60 tys. mkw. nowoczesnych powierzchni biurowych rocznie. Potencjał tej grupy najemców, jak twierdzi Bartłomiej Zagrodnik, jest jednak znacznie większy. – Zapotrzebowanie na biura w nowych budynkach zgłaszają instytucje rządowe, jednostki samorządowe, urzędy centralne i lokalne, jak również instytucje europejskie. W ostatnim czasie pośredniczyliśmy w wynajmie przez spółki skarbu państwa kilkunastu tysięcy mkw. powierzchni biurowych – informuje.

– Ta grupa najemców potrzebuje kompleksowego doradztwa i wsparcia w zakresie wynajmu, dlatego zdecydowaliśmy się zorganizować w Akademii Najemcy Walter Herz szkolenie skierowane właśnie do instytucji publicznych, które odbędzie się w Warszawie w najbliższą środę – dodaje Bartłomiej Zagrodnik.

Szerokie możliwości optymalizacji umów

Ekspert zaznacza, że pole do optymalizacji w przypadku jednostek administracji państwowej jest bardzo duże ponieważ umowy, na których bazują urzędy na ogół zawierają wiele nierynkowych zapisów i kosztów. – Dotyczy to także układów funkcjonalnych i aranżacji zajmowanych powierzchni, wyposażenia i rozwiązań technologicznych. Biura, w których mieści się administracja zwykle nie są efektywne pod względem funkcjonalności powierzchni i jej dostosowania do rzeczywistych potrzeb zespołu pracowników. Nie zapewniają też komfortu pracy ze względu na brak odpowiedniej wentylacji, oświetlenia, podziału, czy zaplecza techniczno-administracyjnego – przyznaje.

– Poza poprawą standardu biura, relokacja siedziby może przynieść urzędom ograniczenie kosztów związanych z utrzymaniem powierzchni – podkreśla  Bartlomiej Zagrodnik. – Stopień oszczędności uzależniony jest od wielu czynników i konkretnych oczekiwań danego podmiotu. Pomimo dość wysokiego poziomu stawek czynszowych obowiązujących w nowoczesnych budynkach, przeprowadzka może oznaczać dla urzędów ograniczenie całkowitego kosztu wynajmu z uwagi na efektywniejsze wykorzystanie zajmowanej powierzchni, niższe opłaty eksploatacyjne i brak dodatkowych opłat związanych z konserwacją budynków. Nowe kompleksy biurowe zapewniają ponadto szeroki serwis i większe bezpieczeństwo w zakresie dostępu do obiektów i infrastruktury technicznej. Ważnym aspektem jest też wykorzystanie istniejących układów aranżacji w budynkach kilkuletnich – wyjaśnia Bartłomiej Zagrodnik.

Wymagania instytucji państwowych

Należy przyznać, że najemcy z sektora publicznego mają dość sprecyzowane wymagania dotyczące powierzchni biurowych. Stawiają przeważnie na przestrzeń, która daje możliwość podziału na gabinety i oczekują zwykle kompleksowej aranżacji oraz wykończenia powierzchni. Wysokość miesięcznego czynszu musi być ściśle określona i zabudżetowana. Podpisywane kontrakty rzadko zawierają też zapisy związane z zabezpieczeniem umów najmu, mimo że to standard na rynku nieruchomości komercyjnych. Instytucje państwowe to jednak pożądani najemcy, których status sam w sobie gwarantuje stabilność najmu, zainteresowani dużymi powierzchniami i wieloletnimi umowami, którzy często zabezpieczają sobie także możliwość pierwokupu budynków.

Sektor publiczny na rynku biurowym obecny jest zaledwie od kilku lat. Z racji lokalizacji większości jednostek administracji państwowej, najemcy instytucjonalni najwięcej umów zawierają w Warszawie. Jako pierwsza w 2010 roku powierzchnię komercyjną wynajęła Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, która weszła na 16 tys. mkw. w warszawskim kompleksie Poleczki Business Park. W tym czasie powierzchnię w Adgar Plaza wynajął też Urząd Zamówień Publicznych.

Kontrakty na duże powierzchnie

Z danych Walter Herz wynika, że w 2012 roku instytucje publiczne zakontraktowały już niespełna 70 tys. mkw. komercyjnych powierzchni biurowych. Jeszcze bardziej owocny był rok 2014, kiedy spółki skarbu państwa wygenerowały na rynku warszawskim kilkanaście procent popytu na biura. Do jednych z największych transakcji należał kontrakt Urzędu Rejestracji Leków na 13 tys. mkw. powierzchni w Adgar Park West. Znaczące umowy zawarły w tym czasie także m.in.  Główny Inspektorat Transportu Drogowego, Urząd Lotnictwa Cywilnego i Agencja Nieruchomości Rolnych.

Europejska Agencja Zarządzania Współpracą Operacyjną na Zewnętrznych Granicach Państw Członkowskich Unii Europejskiej Frontex weszła zaś w Warsaw Spire na powierzchnię 14,6 tys. mkw., a najemcą 6,2 tys. mkw. powierzchni w tym samym kompleksie zostało Centrum Unijnych Projektów Transportowych. Jedną z największych umów najmu podpisanych w 2015 roku przez podmiot państwowy był kontrakt Powszechnego Zakładu Ubezpieczeń na wynajem 17,5 tys. mkw. powierzchni w budynku Konstruktorska Business Center.

W 2015 roku siedzibę zmieniały również spółki z grupy Poczty Polskiej, które wynajęły łącznie 18 tys. mkw. w Domaniewska Office HUB, jak również Ministerstwo Spraw Zagranicznych, które ulokowało się w budynku Foksal City. Polskie Sieci Elektroenergetyczne wynajęły zaś biuro o powierzchni 7,1 tys. mkw. w Delta Eurocentrum Office Complex przy alejach Jerozolimskich w Warszawie, a Urząd Komunikacji Elektronicznej przeniósł się do biurowca przy ulicy Kasprzaka.

Coraz więcej urzędów w nowych biurowcach

Do znaczących kontraktów  podpisanych w ciągu ostatnich pięciu lat należała również umowa Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, która w kompleksie Poleczki Park przedłużyła wynajem powierzchni 17,5 tys. mkw., wynajem przez PKP 17 tys. mkw. biur w West Station, czy umowa na powierzchnię 14,8 tys. mkw. podpisana przez KNF w biurowcu Piękna 2.0. Ponadto siedzibę przeniosła też spółka PKP Cargo, która w katowickim kompleksie A4 Business Park wynajęła 8 tys. mkw. biur.

Do najemców instytucjonalnych, którzy wybrali nowoczesne budynki biurowe należy również Agencja Rynku Rolnego, która w Karolkowa Business Park zajęła 10 tys. mkw., Gaz-System, który w kompleksie Cristal Park rozlokował się na powierzchni 9,2 tys. mkw., Urząd Komunikacji Elektronicznej, który w budynku G9 zajął 8,1 tys. mkw., czy Zarząd Transportu Miejskiego, który w 2017 roku przedłużył umowę najmu na siedzibę w JM Tower na powierzchnię 7,3 tys. mkw.

W 2018 roku Fundacja Polskiego Funduszu Rozwoju w warszawskim Cedecie wynajęła z kolei 10,3 tys. mkw. A w lipcu bieżącego roku Bank Gospodarstwa Krajowego wynajął 12,4 tys. mkw. w położonym w sąsiedztwie warszawskiego Dworca Centralnego kompleksie Varso Place.

Chief Happiness Officer i arbejdsglaede przyciągną nowe talenty?

arbejdsglaede, czyli dosłownie pracoszczęście – to słowo pochodzenia duńskiego, które w 2014 roku zapoczątkowało nowy trend na rynku pracy. Idea z powodzeniem przyjęła się na zachodzie i znajduje coraz więcej sympatyków w Polsce. Firmy świadome wyzwań na konkurencyjnym rynku kandydata, już dziś tworzą w swoich strukturach miejsce dla tzw. Chief Happiness Officer`ów. Czy „pracoszczęście” to nowy magnes na talenty?

Harvard Business Review przeanalizował seteki badań, w których mowa jest o tym, że szczęśliwe miejsce pracy to miejsce, w którym wydajność pracowników wzrasta o 31 proc., są trzykrotnie bardziej kreatywni, a wzrost sprzedaży plasuje się na poziomie 37 proc.*. Co ciekawe, coraz częściej mówimy o szczęściu w pracy. Inaczej postrzegamy naszą karierę zawodową i oczekujemy innych doświadczeń. Posiadamy ambitne cele i znamy swoje ścieżki rozwoju, w biurze możemy zrelaksować się w chillout roomie, a pakiet atrakcyjnych benefitów ma ułatwić naszą codzienność poza pracą.

Szczęście w pracy, to jednak dużo więcej niż dodatkowe bonusy, które tylko na chwilę zmieniają poziom odczuwanego szczęścia, czy raczej satysfakcji. Tak naprawdę, to dzięki innym ludziom, relacjom i rezultatom naszych działań, możemy w pracy czuć się szczęśliwi.

Dlaczego Chief Happiness Officerów wciąż przybywa?

Jak podaje Global Workforce Happiness Index** – najszczęśliwsi w pracy są Duńczycy, Norwegowie i Kostarykanie. Polska zajęła 28 miejsce na 57 przebadanych krajów. Nadal mamy więc sporo do zrobienia. Z badań wynika, że szczęście w pracy przekłada się na zmniejszoną absencję i rotację, natomiast lojalność wobec klientów i kolegów wzrasta.

Dotychczas najczęściej podejmowaliśmy decyzje zawodowe ze względu na podwyżkę, awans czy dodatkowe premie i bonusy. Dziś osoby rozważające zmianę pracy wskazują na kulturę organizacyjną, atmosferę czy wizerunek pracodawcy, z którym chcą się utożsamiać. Jak komentuje Michalina Jabłońska-Sprawnik, Chief Happiness Officer w firmie rekrutacyjnej i outsourcingowej Devire:

Pracodawcy są coraz bardziej świadomi, że potrzeba czegoś więcej, aby zatrzymać lub przyciągnąć talent do firmy. My skierowaliśmy nasz wzrok w stronę krajów skandynawskich, gdzie szczęście w pracy jest jednym z kluczowych elementów każdej firmy. Jako organizacja działająca w modelu zbliżonym do turkusowej organizacji, zawsze dbaliśmy o to jak czują się nasi pracownicy, jaka atmosfera panuje w zespołach i pomiędzy nimi. Ważne jest stworzenie ducha wzajemnego uczenia się, zabawy, kultury otwartej na komunikację i częsty feedback oraz umiejętności pochwał i uznania. – Michalina Jabłońska-Sprawnik, Chief Happiness Officer Devire.

Szczęście w pracy nie kosztuje

Promocja szczęścia w pracy wcale nie wymaga kosmicznych budżetów. Dużo ważniejsza jest tu pomysłowość i otwarcie na pracowników. Jak zatem sprawić, aby pracownik czuł szczęście w pracy? Oprócz standardowych działań, takich jak: wspólne śniadania i obiady, lody w upalne dni, mecze siatkówki plażowej czy wspólne oglądanie piłki nożnej, warto zadbać o wyjątkowe akcje. Michalina Jabłońska-Sprawnik z Devire dzieli się kilkoma przykładami:

Świetną sprawą są Welcome boxy, czyli powitalne pudełka dla osób, które dołączają do organizacji. Z kolei ducha zespołu budują takie inicjatywy jak nasz Happy Devire Wall. Zmieszczamy tam pamiątkowe zdjęcia, zrobione firmowym instaxem. Kandydatów przyciagają również kreatywne rozwiązania grywalizacyjne, takie jak Gamfi, z którego korzystamy. Pracownik rozwiązuje tam różne zadania/wyzwania, zbiera punkty i może angażować się we współtworzenie akcji – od charytatywnych, po decyzje dotyczące rozwiązań biurowych czy imprez integracyjnych.

Innym, ciekawym pomysłem są dni organizowane na specjalne okazje i okoliczności – dostosowane do aktualnych potrzeb pracowników. Przykładowo w upalny, wakacyjny czas, może to być Dzień mody letniej, gdy pracownicy mogą założyć krótkie spodenki i poczuć się swobodniej.

Kim właściwie jest Chief Happiness Manager?

Stanowisko Chief Happiness Officer`a brzmi raczej jak utopijna wizja niż poważna propozycja etatowa. Nic bardziej mylnego. Aktualnie jednym z głównych wyzwań biznesowych jest stworzenie zaangażowanego i lojalnego zespołu, który z pasją realizuje się w swojej pracy. Właśnie dlatego firmy potrzebują osób, które zadbają o utrzymanie odpowiedniego poziomu poczucia szczęścia wśród swoich pracowników.

Co należy do zadań dyrektorów ds. szczęścia? Stoi przed nim szereg wyzwań. Są to m.in.: dbanie o rozwój pracowników i doradztwo w odkrywaniu ścieżek rozwoju, tworzenie przyjaznej i radosnej atmosfery, bycie partnerem oraz mediatorem w konfliktach, ale przede wszystkim promowanie wartości firmy, które są spójne ze strategią i celem całej organizacji. Wszystko to sprawia, że pracownik czuje się częścią zespołu, odnajduje się w nim, wierzy w swoją pracę i utożsamia z nią.

Nie każdy może zostać Chief Happiness Managerem. Taka rola wymaga spectrum kompetencji z różnych dziedzin. Od zarządzania, poprzez umiejętności interpersonalne, znajomość organizacji, empatię czy doświadczenie biznesowe. Osoba na tym stanowisku ściśle współpracuje z zarządem, działami HR i przede wszystkim z ludźmi, którzy tworzą firmę.

Jakie organizacje potrzebują Chief Happiness Managerów? Dziś nie ma wyjątków – mocno rozgrzany rynek pracy przekłada się na większą rotację w firmach i dużą konkurencyjność o talenty. Zarówno w firmie produkcyjnej, jak i korporacji oferującej usługi, odnajdziemy potrzebę uczucia szczęścia i satysfakcji z pracy – choć kategorie tych potrzeb na pewno będą się od siebie różnić.

Liczy się różnorodność

Tylu ilu jest pracowników tyle jest potrzeb i różnic w odczuwaniu szczęścia. Jedni będą odczuwać pracoszczęście, kiedy na open space stanie fontanna czekoladowa, dla innych będzie to szczera i otwarta rozmowa z szefem, a jeszcze dla kogoś innego możliwość pracy z domu, gdy gorzej się poczuje. Umiejętne zarządzanie szczęściem w pracy powinno przede wszystkim opierać się na zrozumieniu potrzeb pracowników np. poprzez regularne prowadzenie ankiet satysfakcji. Dyrektor ds. szczęścia z Devire podkreśla, że firma powinna jak najczęściej pytać członków „załogi” o to, co daje im satysfakcje, co sprawia, że się uśmiechają, a co powoduje niezadowolenie.

* Shawn Anchor „Positive Intelligence”, HBR 11-12/12
** https://universumglobal.com/insights/global-workforce-happiness-index-2/

Jastrzębi Fed wsparł dolara. Zmienność na parach ze złotym wyraźnie wzrosła

Ostatnie dni obfitowały w istotne informacje z rynku, które nie pozostały bez wpływu na główną parę, jak i pary ze złotym.

Ostatnie spotkanie jednego z najważniejszych banków centralnych świata nie do końca sprostało oczekiwaniom rynków finansowych. Fed co prawda obciął stopy procentowe, tak jak oczekiwał tego rynek, aczkolwiek jednocześnie decydenci Rezerwy Federalnej zasugerowali, że bank centralny powinien wstrzymać się z dalszymi krokami, w oczekiwaniu na nowe odczyty danych z amerykańskiej gospodarki. Decydenci sugerują, że bank znajduje się w trybie „wait-and-see” i jeśli dane makroekonomiczne nie będą istotnie zaskakiwały in minus, może dojść do co najwyżej jednej obniżki stóp na przestrzeni kolejnych miesięcy. Po tej informacji rentowności amerykańskich obligacji wystrzeliły w górę i pociągnęły za sobą amerykańską walutę. W minionym tygodniu dolar amerykański umocnił się do wszystkich ważniejszych światowych walut, za wyjątkiem rubla rosyjskiego, którego wsparł wzrost światowych cen ropy naftowej.

W tym tygodniu uwaga rynku ponownie skupi się na informacjach makroekonomicznych. Dzisiejsze, wstępne wrześniowe dane PMI dla strefy euro okazały się gorsze od oczekiwań naszych, jak i konsensusu ekonomistów, co pogłębia obawy o zdrowie gospodarek strefy euro. Dziś poznamy również analogiczne dane dla USA. W kolejnych dniach uwaga inwestorów powinna skupić się natomiast na odczytach inflacji dla Stanów Zjednoczonych.

PLN

Polski złoty zakończył ubiegły tydzień osłabieniem w relacji do głównych walut. Większość wspomnianej słabości nadeszła w piątek i – co nieczęsto się zdarza – można ją powiązać z obawami dotyczącymi sytuacji wewnętrznej, a nie pogorszeniem sentymentu do walut rynków wschodzących. Słabość polskiej waluty związana była bowiem z informacją o tym, że TSUE już 3 października ogłosi wyrok ws. kredytów frankowych. Inwestorzy nerwowo zareagowali na coś, co może być zwiastunem znaczącego pogorszenia sytuacji polskiego sektora bankowego. O ile raczej nie sądzimy, żeby sytuacja ta w dłuższym terminie miała w istotny sposób rzutować na polską walutę, o tyle zachowanie złotego w poniedziałek potwierdza, że w najbliższych dniach na parach z PLN mogą czekać nas nerwowe ruchy.

Co tyczy się informacji z polskiej gospodarki, miniony tydzień przyniósł ich dość sporo. Były one zróżnicowane, jednak największą uwagę przykuł niespodziewany spadek produkcji przemysłowej. Dane z przemysłu od kilku miesięcy zdecydowanie odstają od pozostałych odczytów z gospodarki sugerując m.in, że spowolnienie w sektorze widoczne w strefie euro negatywnie rzutuje na sytuację w Polsce. Skala owego pogorszenia sytuacji, póki co, jednak pozostaje dość ograniczona, aby lepiej ją określić musimy poczekać na kolejne odczyty z gospodarki.

GBP

Wrześniowe spotkanie Banku Anglii nie przyniosło istotnych wieści. Decydenci z MPC nie dokonywali zmian parametrów polityki monetarnej, a inwestorzy w odpowiedzi wzruszyli ramionami, skupiając się na informacjach dotyczących Brexitu. Wieści w tym kontekście stają się coraz bardziej optymistyczne, a perspektywa wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej „bez umowy” wydaje się coraz bardziej odległa. Wyceny większości bukmacherów wskazują, że prawdopodobieństwo realizacji niekorzystnego scenariusza (no-deal) do końca roku oceniane jest na ok. 20-25%. Brytyjski parlament przegłosował akt, który zobowiązuje rząd do złożenia wniosku o przedłużenie terminu wyjścia z UE, jeżeli parlament nie wyrazi zgody na umowę regulującą stosunki Wielkiej Brytanii z Unią Europejską.

Nasz scenariusz bazowy nadal zakłada, że termin na wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej zostanie ponownie przełożony, a kwestia Brexitu (być może) zostanie rozstrzygnięta przy okazji nowych wyborów parlamentarnych. W tym tygodniu nie spodziewamy się żadnych istotnych informacji z Wielkiej Brytanii, stąd naszym zdaniem zachowanie funta brytyjskiego będzie zależało od informacji z zewnątrz.

EUR

Poniedziałek był pierwszym poważnym testem dla wspólnej europejskiej waluty od czasu ostatniego spotkania EBC. Wbrew naszym oczekiwaniom, we wrześniu indeksy aktywności w strefie euro spadły w porównaniu do odczytów z poprzedniego miesiąca, a indeks zbiorczy znalazł się na poziomie 50,4 – najniższym od sześciu lat.

Mimo, iż najbliższe kilka dni nie przyniesie zbyt wielu istotnych odczytów makroekonomicznych ze strefy euro, pozytywnie odbieramy ostatnie wieści z Niemiec o możliwym poluzowaniu polityki fiskalnej, zwłaszcza w odniesieniu do finansowania przejścia w stronę bardziej „zielonej” gospodarki. Kolejne informacje w tym zakresie powinny być pozytywne dla euro.

USD

Dane makroekonomiczne napływające ze Stanów Zjednoczonych pozostają nacechowane dość pozytywnie. Sama Rezerwa Federalna pośrednio potwierdziła taką obserwację – ostatniemu spotkaniu decyzyjnemu Fedu towarzyszyła bowiem dużo bardziej optymistyczna ocena amerykańskiej gospodarki, niż wynikałoby to z dotychczasowej retoryki banku centralnego.

Uważamy, że rynki finansowe przeceniają możliwość dalszych obniżek stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych. Zwłaszcza niedawny trend wzrostowy inflacji bazowej nie jest spójny z dalszym luzowaniem polityki pieniężnej. W tym tygodniu będziemy oczekiwać odczytu innej miary dynamiki cen (PCE), aby zobaczyć, czy również on pokaże trend wzrostowy. Jeśli tak się stanie, spodziewamy się, że rentowności amerykańskich obligacji będą kontynuować wzrost.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Budownictwo mieszkaniowe nadal w dobrej kondycji

Ostatnia publikacja GUS-owskich statystyk, prezentująca wyniki budownictwa mieszkaniowego w miesiącu sierpniu oraz pierwszych ośmiu miesiącach bieżącego roku, wciąż nie zawiera żadnych sygnałów słabnięcia koniunktury inwestycyjnej na mieszkaniowym rynku pierwotnym. Sytuacja ta może jednak ulec odwróceniu już w przewidywalnej przyszłości.

Jarosław Jędrzyński – RynekPierwotny
Jarosław Jędrzyński, ekspert RynekPierwotny.pl

Po bardzo pracowitym w tym roku okresie wakacyjnym, inwestorzy mieszkaniowi z powodzeniem kontynuują starania o utrzymanie statystyk inwestycyjnych rynku mieszkaniowego na poziomach bliskim rekordowych. Już w średnim terminie mogą jednak mieć z tym problem, zwłaszcza jeśli chodzi o deweloperów.

Jak tłumaczą eksperci portalu RynekPierwotny.pl zawsze głównym wyznacznikiem inwestycyjnej koniunktury w pierwotnym segmencie mieszkaniówki, jest ewolucja statystyk mieszkań rozpoczętych. Tym razem wynik za 8 miesięcy br. osiągnął poziom bliski 157 tys. lokali, co oznacza poprawę rok do roku o 1,5 proc. Z kolei wypracowany przez samych deweloperów rezultat sierpniowy na poziomie prawie 90 tys. lokali jest wciąż lepszy licząc rdr o ułamek procenta, pomimo nieco słabszego wyniku sierpniowego na poziomie 11 tys. jednostek.

Tradycyjnie od dłuższego czasu bardzo mocnym ogniwem bieżących danych GUS pozostaje sytuacja dotycząca mieszkań oddawanych do użytkowania. Ogółem w okresie styczeń – sierpień br. oddano prawie 128 tys. mieszkań, czyli o ponad jedną dziesiątą więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Statystyki mieszkań ukończonych, będąc wypadkową mieszkań rozpoczętych w przeszłości, są najbardziej przewidywalną kategorią danych mieszkaniowych GUS. W związku z tym systematyczna dynamika wzrostów nie powinna tu dziwić ani obecnie, ani w przewidywalnej przyszłości.

Jak tłumaczą eksperci portalu RynekPierwotny.pl zdecydowanie mniej przewidywalne, za to dużo bardziej przydatne w prognozowaniu przyszłych trendów rynku mieszkaniowego, są dane dotyczące nowych pozwoleń na budowę lub zgłoszeń z projektem budowlanym. Tych inwestorzy wspólnie zgromadzili od początku roku już ponad 176 tys., czyli o 1,6 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2018 roku. Sami deweloperzy od stycznia do sierpnia br. uzyskali prawie 107 tys. pozwoleń, czyli minimalnie, o ułamek procenta więcej licząc rdr.

Statystyki nowych pozwoleń na budowę są naturalnym parametrem oceny potencjału popytowego rynku w przyszłych okresach przez deweloperów. Utrzymanie bardzo wysokiego wolumenu tych decyzji administracyjnych z zeszłego roku mówi samo za siebie o ich ocenie perspektywy rozwoju koniunktury pierwotnego segmentu mieszkaniówki w dłuższym terminie. Ewentualne trwalsze osłabienie statystyk pozwoleń w perspektywie kilku kolejnych miesięcy będzie pierwszym sygnałem zbliżającego się przesilenia koniunktury inwestycyjnej mieszkań z pierwszej ręki.

Wg portalu RynekPierwotny.pl lektura najnowszej informacji GUS, komunikującej bieżące statystyki pierwotnego rynku mieszkaniowego, rysuje obraz inwestycyjnej prosperity na utrwalonych, bardzo wysokich obrotach. Jest ona na obecnym etapie cyklu koniunkturalnego głównie zasługą inwestorów budujących na sprzedaż i ich wciąż bardzo wysokich oczekiwań utrzymania historycznie rekordowych parametrów popytu na nowe mieszkania.

Tymczasem nad rynkiem mieszkaniowym niczym miecz Damoklesa zawisła groźba niekorzystnej dla krajowego sektora bankowego decyzji Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawie umów mieszkaniowych kredytów indeksowanych kursem franka szwajcarskiego. Jeśli z początkiem października spełni się z punktu widzenia rodzimych bankowców czarny scenariusz, straty ogółem banków w Polsce mogą osiągnąć szacowany przez ZBP poziom 60 mld zł.

Jeśli dojdzie do tego typu sytuacji ucierpi nie tylko sektor bankowy, ale cała krajowa gospodarka z rynkiem nieruchomości mieszkaniowych na czele. Pierwszą reakcją banków po ewentualnym niekorzystnym dla nich werdykcie TSUE będzie najprawdopodobniej drastyczne ograniczenie finansowania mieszkaniówki zarówno w kwestii kredytów mieszkaniowych jak i deweloperskich ze wszystkimi tego fatalnymi skutkami. A to oznaczałoby ostre hamowanie koniunktury inwestycyjnej na pierwotnym rynku mieszkaniowym w dłuższym, nawet kilkuletnim terminie.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

W niemieckim przemyśle najgorszej od dekady. Napięcia na linii Pekin – Waszyngton

Nowy tydzień nie przynosi dobrych informacji dla polskiej waluty. Rosnąca niepewność w światowej polityce i gospodarce sprawia, że inwestorzy odwracają się od bardziej ryzykownych aktywów, w tym od złotego. Niestety na horyzoncie pojawia się coraz więcej czarnych chmur.

Porozumienie znowu się oddala

Trudno zliczyć, który to już raz, ale ponownie rośnie napięcie na linii Pekin – Waszyngton. Po odrzuceniu przez prezydenta Donalda Trumpa możliwości uzyskania cząstkowych porozumień w kwestii wymiany handlowej, strona chińska odwołała wizytę negocjatorów w USA. Punktów rozbieżnych jest obecnie zbyt wiele, by mieć złudzenia, że uda się we wszystkich dojść do porozumienia i podpisać jedną, kompleksową umowę. Dlatego pokerowa zagrywka amerykańskiego przywódcy, który stwierdził, że “wszystko albo nic” została odebrana przez rynek jako pretekst do wzrostu awersji do ryzyka. Kolejne wystrzały na froncie wojny handlowej wpisują się w coraz trudniejszy krajobraz dla polskiego złotego, który w ostatnim czasie wyraźnie traci na wartości.

Niemiecki dołek PMI coraz głębszy

Naszej walucie nie pomaga też sytuacja w niemieckim przemyśle. Dzisiejszy odczyt indeksu PMI był najgorszy od dekady, schodząc do poziomów, które ostatnio widzieliśmy w czasach pokryzysowych. Co ciekawe analitycy spodziewali się wzrostu względem ostatniego odczytu. Jednak ostatecznie zamiast spodziewanych 44 punktów, PMI wyniósł ledwie 41,4 pkt. Tak słabe dane pociągnęły za sobą gorszy wynik dla całej strefy euro, który znalazł się na poziomie 45,6 pkt, co z kolei było najsłabszym wynikiem od ponad sześciu lat. Rozczarowujący okazał się także odczyt z francuskiego przemysłu, choć tu należy podkreślić, że nad Sekwaną indeks cały czas pozostaje powyżej kluczowego poziomu 50 pkt.

Nie klimat, a Iran

Od soboty w Nowym Jorku trwa szczyt klimatyczny pod egidą ONZ. Mimo tego, że spotkanie odbywa się na terytorium USA, to Stany Zjednoczone nie są szczególnie zainteresowane ani obradami, ani jego ustaleniami. Znacznie więcej uwagi skupione jest na rozpoczynającej się właśnie 74. sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Głównym tematem będzie Iran. Z jednej strony mamy Donalda Trumpa, który już rozpoczął zakulisowe działania mające utworzyć wspólny front przeciwko Teheranowi. Nieoficjalnie mówi się, że był to jeden z głównych punktów rozmowy przywódców USA i Polski. Natomiast prezydent Islamskiej Republiki Hasan Rouhani chce zaprezentować plan, mający na celu zwiększenie bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie, szczególnie w okolicach cieśniny Ormuz.

Złoty w defensywie

Nagromadzenie czynników zwiększających awersję do ryzyka odbija się na wycenie złotego. Wojna handlowa, recesja w niemieckim przemyśle, wzrost napięcia na Bliskim Wschodzie, czy wiszący w powietrzu wyrok TSUE w sprawie kredytów frankowych, który prawdopodobnie zatrzęsie rodzimym rynkiem bankowym, doprowadzają do dynamicznej przeceny naszej waluty. Euro kosztuje prawie 4,40 zł, do okrągłych 4 złotych dobił dolar. Frank kosztuje już 4,04 zł, funt z kolei drożeje do 4,97 zł.

Krzysztof Adamczak, analityk walutowy Internetowykantor.pl

Firmy z najszybciej rosnącej branży w kraju zagrożone odpływem pracowników

Branża SSC/BPO jest jedną z najbardziej zagrożonych odpływem pracowników – wynika z II edycji raportu „Rotacja dobrowolna pracowników w Polsce”, opracowanego przez Antal, Asseco Business Solutions i Grupę Nowy Styl. Jednocześnie z najnowszego raportu ABSL wynika, że 85% firm z tej branży planuje zwiększać zatrudnienie w ciągu najbliższego roku[1]. Wśród obszarów z dużym ryzykiem rotacji w zespołach są jeszcze m.in. firmy consultingowe i kancelarie prawne oraz produkcja przemysłowa i logistyka. Eksperci Antal wskazują, że o ile w kancelariach prawnych częsta wymiana pracowników jest naturalnym zjawiskiem, to w branży SSC/BPO utrzymanie kadr i zwiększanie zatrudnienia stanowią priorytet biznesowy.

Artur Skiba, prezes agencji Antal
Artur Skiba, prezes agencji Antal

Szacujemy, że koszt odejścia szeregowego pracownika po 3 miesiącach może wynieść nawet 100 tys. zł. To nie tylko cena rekrutacji i wdrażania nowej osoby, ale często wstrzymania lub wydłużenia projektów na czas znalezienia zastępstwa. Okazuje się, że dobrowolna rotacja staje się jednym z kluczowych biznesowych wskaźników wpływających na zdrową ekonomię firmy. Dlatego kontrola takich rotacji – zarządzanie attrition[2] to już nie tylko wyzwanie stojące przed działami HR, ale i każdym menedżerem – mówi Artur Skiba, prezes Antal.

Częściej i szybciej zmieniamy pracę

Wskaźnik dobrowolnej rotacji pracowników (attrition), średni dla całego rynku, wzrósł od 2016 r. z 11% do 16%. Zmianę widać w każdym z badanych sektorów, ale największą można zaobserwować w SSC/BPO – wzrost o 10 p.p. do 20% oraz consultingu i kancelariach prawnych – wzrost o 9 p.p. do 21%. Jak wynika z analiz Antal, w SSC/BPO pracownicy otrzymują nawet do dziesięciu ofert pracy rocznie. To jeden z najbardziej dynamicznych obszarów biznesu w Polsce, zapotrzebowanie na ręce do pracy jest tu duże, a tym samym rośnie konkurencyjność. W consultingu i kancelariach prawnych rotacja pracowników dotyczy głównie młodych osób, dopiero rozpoczynających pracę, które dokładnie badają rynek. Często pracują po kilka miesięcy w 2-3 firmach, aby mieć dobre porównanie przed finalnym wyborem miejsca, w którym zdecydują się na dalszy rozwój kariery. Wśród branż, którym szczególnie doskwierają odchodzący pracownicy, znajdują się także produkcja przemysłowa i logistyka oraz IT i telekomunikacja.

– W przypadku IT rywalizacja o pracowników nie ogranicza się do bezpośredniej konkurencji w jednym obszarze rynku, a dotyczy wielu branż, które podbierają sobie najlepszych specjalistów. Nasilą to zmiany demograficzne, które obniżą dostępność pracowników na rynku. Tylko te organizacje, które podejmą działania mające na celu zwiększenie swojej wartości jako pracodawców będą mogły utrzymać się na rynku i dostarczać produkty najwyższej jakości – mówi Renata Łukasik, Dyrektor Produkcji ERP w Asseco Business Solutions.

Jak wskazują eksperci Antal, częste zmiany miejsca zatrudnienia przez pracujących w produkcji przemysłowej i logistyce dotyczą głównie osób z niższych szczebli, które łatwo skusić ofertą nawet niewielkiego wzrostu wynagrodzenia czy nieco lepszych warunków pracy.

Niektórzy pracodawcy mają łatwiej

Branże, w których zaobserwowano niższą niż średnia rotację pracowników, to budowlanka, energetyka, bankowość i ubezpieczenia, farmacja i sprzęt medyczny oraz FMCG i handel detaliczny – tu wskaźnik attrition wyniósł mniej niż 16%. Jednak i pracodawcy prowadzący takie biznesy muszą mieć się na baczności – w każdym z nich widać wzrost rotacji pracowników w porównaniu do zeszłego roku.

– Lepiej zapobiegać niż leczyć. Co pracodawca może zrobić, by zatrzymać pracownika? Pierwszym obszarem jest przede wszystkim jakość współpracy na linii pracownik – szef, czyli sposób zarządzania, konstruowanie i delegowanie zadań, prowadzenie zespołu. Ważnym, a często pomijanym aspektem są warunki pracy, a więc biuro. Spędzamy w nim bardzo dużą część swojego życia. Może motywować, inspirować i wspierać pracowników w codziennych obowiązkach, a może przyczyniać się do braku efektywności, problemów zdrowotnych i większej absencji. W odpowiedni sposób zaaranżowane i dopasowane poprawi relacje międzyludzkie i uprzyjemni pracę, dzięki czemu ludzie zostaną w firmie na dłużej – mówi Karolina Manikowska, Workplace Research i Consulting Department Director, Product Management Department Deputy Director, Nowy Styl Group.

[1] https://absl.pl/pl/sektor-uslug-biznesowych-w-polsce-rosnie-ilosciowo-i-jakosciowo/

[2] WSKAŹNIK ATRRITION – liczba pracowników, którzy odeszli z organizacji w ciągu roku / pełna liczba pracowników w ciągu roku *100.

 

Wpływ procesu rekrutacyjnego na rentowność firmy

Działania z zakresu HR bywają przez pracodawców traktowane jako koszt. Wydatki, jakie są z nimi związane, łatwo wyliczyć, z kolei korzyści bywają ulotne i trudno mierzalne. Dlatego warto, żeby każdy dział HR dbał o dane, które są uzasadnieniem biznesowym jego działalności. Jednym z istotnych i stosunkowo łatwo mierzalnych zadań HR jest prowadzenie rekrutacji. Weryfikowanie skuteczności podejmowanych działań ułatwiają wskaźniki efektywności. Ich wyniki mogą mieć istotne przełożenie na kwestie budżetowe. Poza tym tempo rekrutacji przekłada się na rentowność firmy, co jest kluczowe, jeśli chodzi o działalność przedsiębiorstwa.

Rentowność jest jednym z najważniejszych parametrów odzwierciedlających efektywność działań w firmie. Wykazuje, czy przedsiębiorstwo jest odpowiednio zarządzane oraz czy posiada zasoby, które umożliwiają realizację założeń biznesowych. Im wyższy jest poziom rentowności, tym lepsza sytuacja finansowa firmy. Wyliczanie tego wskaźnika ma na celu powiązanie wyniku finansowego z przychodami ze sprzedaży, posiadanymi zasobami oraz kapitałem własnym. Mimo że jest to wskaźnik stricte biznesowy, może mieć przełożenie na motywację pracowników. Źle zarządzana, nierentowna firma będzie negatywnie wpływać na poczucie sprawczości pracowników. Co za tym idzie, jeśli dane stanowisko jest rentowne, oznacza, że przynosi ono korzyści dla biznesu, co wpływa pozytywnie na ocenę własnej pracy przez pracownika. Jeśli rentowne nie jest, może przyczyniać się do frustracji zatrudnionego, powodować poczucie bezsensu i obawę przed zwolnieniem.

Rekrutacja jest procesem, który wpływa na realizację przez firmę jej celów i planów strategicznych. Wydłużające się procesy rekrutacyjne powodują, że przedsiębiorstwo może nie być w stanie wywiązać się ze swoich zobowiązań bądź pracownicy będą zmuszeni realizować nadgodziny. Dodatkowo prowadzenie procesu rekrutacyjnego powoduje koszty związane z zaangażowaniem zespołu, promocją ogłoszeń, ewentualnym wsparciem firm zewnętrznych. Dlatego prowadzenie efektywnych działań w tym zakresie jest kluczowe. Jednocześnie rekrutacje stanowią w ostatnich latach spore wyzwanie. Ambicje pracodawców w Polsce są duże i wykazują oni sporą aktywność w tym obszarze. Zgodnie z Raportem Płacowym 2019[1], ukazującym trendy panujące na rynku pracy, aż 87% firm planuje zwiększyć zatrudnienie. Znaczna większość z nich (59%) planuje zatrudnić pracowników stałych. Jednocześnie aż 91% spodziewa się trudności związanych z pozyskaniem nowych członków zespołu. Według pracodawców problemy te będą wynikać z niedoboru odpowiednich kandydatów na rynku (49%), zbyt wysokich oczekiwań finansowych (28%) oraz rosnącej konkurencji między firmami (22%).

Taka sytuacja na rynku powoduje, że zmieniają się oczekiwania względem kandydatów. Wielu pracodawców przestało koncentrować się wyłącznie na umiejętnościach potencjalnych pracowników i większą wagę przywiązuje do ich postawy. Jest to zasadnicza zmiana, dzięki której elastyczni pracodawcy, szybko reagujący na zmiany otoczenia, wygrywają z konkurencją. Kolejnym elementem wspierającym efektywność procesów rekrutacyjnych jest onboarding pracownika. To, w jaki sposób przebiegnie, wpływa na to, czy nowy pracownik będzie zadowolony z podjętej decyzji czy jednak zrezygnuje. Jeśli okaże się odpowiednią osobą na odpowiednim stanowisku, szybko zacznie przynosić wartość firmie, a to oznacza zwrot z inwestycji, jaką jest zatrudnienie kolejnej osoby w firmie. Tego rodzaju działania powodują, że – pomimo zwiększenia kosztów związanych z płacami i świadczeniami pozapłacowymi –- rentowność firm nie spada. To zjawisko wynika ze wzrostu zysków, jakie wypracowuje przeciętnie pracownik[2].

Chcąc podnieść efektywność procesu rekrutacji, można zastanowić się również nad takimi elementami, jak: skrócenie bądź udoskonalenie procesu rekrutacji, zmiana źródeł pozyskania nowych pracowników lub wprowadzenie działań wspierających pozytywny wizerunek pracodawcy wśród szukających pracy (tzw. employee experience). Teoretycznie w dobie rywalizacji o kandydatów o odpowiednich kompetencjach, audyty wewnętrzne procesu rekrutacyjnego i wprowadzanie udoskonaleń powinny być normą. Jednak rzeczywistość ukazuje, że wiele firm ma jeszcze sporo do zrobienia. Raport prezentujący trendy w 2019 roku wykazuje, że pracodawcy starają się usprawnić procesy rekrutacyjne poprzez wzmacnianie marki pracodawcy na rynku, organizowanie praktyk i staży w firmie oraz zacieśnianie współpracy z agencjami rekrutacyjnymi. Nieco rzadziej decydują się na rekrutowanie pracowników z zagranicy bądź z innych sektorów czy branż[3].

Oczywiście, podobnie jak w przypadku innych procesów HR-owych, na efektywność rekrutacji ma wpływ bardzo wiele czynników. Co więcej, część z nich jest niezależna od woli czy umiejętności rekruterów, więc tym trudniej zarządza się tym procesem. Dlatego, aby mierzyć jego efektywność, warto ustalić pewne ogólne wskaźniki, które ukażą tendencje zmian – wzrost bądź spadek efektywności działań. Mogą to być takie wskaźniki, jak:

Efektywność poszczególnych kanałów rekrutacji

Wskaźnik ma na celu ukazanie, ilu kandydatów „przychodzi” z danego źródła. Jeśli mamy różnorodne narzędzia do wykorzystania, a różnice cenowe są spore, warto mierzyć ten element. Dzięki niemu będziemy wiedzieć, gdzie promować oferty na poszczególne stanowiska.

Atrakcyjność oferty

Jest to kolejny wskaźnik, który opiera się na liczbie zgłoszeń otrzymanych od kandydatów. W tym przypadku sprawdzamy stosunek liczby CV do liczby odsłon naszego ogłoszenia.

Jakość aplikacji

Jest to współczynnik zaakceptowanych kandydatów do liczby otrzymanych CV. Ważne jest, żeby jasno określić, co oznacza kandydat zaakceptowany. Czy jest to kandydat, któremu wysłaliśmy zadanie aplikacyjne, zaproszony na rozmowę czy też ten, którego zaprosiliśmy do współpracy.

Czas rekrutacji

Podobnie jak w przypadku mierzenia jakości aplikacji, czas rekrutacji jest wskaźnikiem umownym. Wymaga ustalenia, jaki punkt w czasie uznajemy za początek, a jaki za koniec procesu. Jeśli chodzi o jego rozpoczęcie, może to być moment zgłoszenia zapotrzebowania na pracownika, otrzymanie od osoby zlecającej wszystkich niezbędnych danych na temat procesu czy dzień publikacji ogłoszenia na www. Jeśli chodzi o zakończenie procesu, warto się zastanowić, czy powinien to być moment podpisania promesy, umowy czy też pierwszy dzień w pracy. Kolejną kwestią jest ustalenie, czy jako czas rekrutacji uznajemy liczbę dni roboczych czy też tydzień to 7 dni. Wszystkie te ustalenia są niezbędne ze względu na to, że ważne jest, żeby każdy w zespole znał je i stosował. Tylko w ten sposób możemy ze sobą porównywać wyniki.

Koszt rekrutacji

Jest to wskaźnik, który często uważany jest za kluczowy. W przypadku jego weryfikacji należy zastanowić się, jakie koszty są związane z procesem rekrutacyjnym. Na pewno jest to wynagrodzenie pracownika prowadzącego rekrutację, koszt publikacji ogłoszenia, koszt systemu ATS (applicant tracking system) wykorzystywanego w firmie, ewentualnie koszt agencji rekrutacyjnej, która wspiera proces. Warto pamiętać, że część ze wskazanych kosztów będzie wymagała uśrednienia ze względu na liczbę rekrutacji, jakie firma prowadzi w przeciągu miesiąca czy roku.

Employee experience

Poprzez prowadzenie ankiet z kandydatami uczestniczącymi w rekrutacji, jesteśmy w stanie sprawdzić, na ile prowadzony przez nas proces jest przyjazny dla kandydatów. Jest to bardzo ważna informacja dla całego działu, poszczególnych pracowników, ale i jednocześnie działanie pozytywnie wpływające na wizerunek pracodawcy. Warto, żeby ankieta umożliwiała ocenę punktową.

Liczba odrzuconych ofert przez kandydatów

Jest to procent wskazujący liczbę kandydatów, którzy zostali przez firmę zaproszeni do współpracy i nie zdecydowali się na jej podjęcie. Niestety liczba ta nie ukazuje przyczyn problemu, więc jej zastosowanie jest ograniczone. Dlatego jeśli wskaźnik będzie ujawniał, że kandydaci dość regularnie, mimo otrzymania oferty, nie podejmują z nami współpracy, warto dopytywać ich o przyczyny decyzji i archiwizować tego rodzaju informacje.

Współczynnik rotacji wśród nowo zatrudnionych

Warto sprawdzić, czy wysiłki działu rekrutacyjnego przynoszą oczekiwane rezultaty i nowe osoby współpracują z firmą dłużej niż trwa okres wdrożenia. Jeśli nowy pracownik zrezygnuje z pracy w trakcie lub po okresie wdrożenia, jest to znaczący koszt. Dlatego warto po czasie zweryfikować, (np. po 3, 6 i 12 miesiącach), czy nowo zatrudnieni nadal realizują usługi na rzecz firmy. Wysoki współczynnik może wskazywać potrzebę wprowadzenia zmian w procesie rekrutacji bądź onboardingu.

Średni staż pracy

Średni staż pracy nie jest bezpośrednio związany z rekrutacją, jednak jego niski poziom może ukazywać, podobnie jak współczynnik rotacji wśród nowo zatrudnionych, niską jakość procesu rekrutacyjnego. Co więcej, jeśli weźmiemy pod uwagę poziom stanowiska czy też wynagrodzenia, możemy zweryfikować, czy niski staż pracy jest problemem dotyczącym wszystkich pracowników czy też poszczególnych grup zawodowych, finansowych itd.

Jeśli chodzi o dobór KPI (key performance indicators), kluczowe jest odpowiedzenie sobie na pytanie, w jakim celu chcemy je mierzyć. Jeśli będziemy wykorzystywać zebrane wyniki do wprowadzania udoskonaleń w proces rekrutacji, onboardingu czy do prowadzenia rozmów z innymi działami oraz negocjacji, wówczas rzeczywiście warto zbierać takie dane i analizować zestawienia. Takie podejście jest szczególnie istotne w działach, które nie posiadają odpowiedniego ATS, wspierającego ich w analityce, gdyż gromadzenie danych będzie od nich wymagało czasu i skrupulatności. Jest to jednak inwestycja, która powinna się zwrócić, gdyż dobre wyniki dowodzą o wartości działu HR i jego wkładzie na rzecz rentowności firmy.

[1]Raport Płacowy 2019 – Trendy na rynku pracy, Hays 2019.

[2]https://wskaznikihr.pl/biblioteka/podsumowanie_raportu_wskaznikihr_2018_c4c21ba5.

[3]https://www.hays.pl/cs/groups/hays_common/documents/digitalasset/hays_2078590.pdf

Koniec z Ja ne rozumiju. Ukraińcy chcą mówić po polsku

Ponad połowa Ukraińców (67 proc.), którzy chcą pracować w naszym kraju nie zna języka polskiego. Jedynie 33 proc. opanowało go w różnym stopniu. Już niebawem ta sytuacja może się zmienić – nasi wschodni sąsiedzi chcą uczyć się mówić po polsku. Jednak mimo chęci Ukraińców tylko 7 proc. pracodawców znad Wisły planuje finansować kursy językowe dla swoich pracowników z zagranicy. 

Popularność języka polskiego wśród Ukraińców rośnie. Ci, którzy planują wyjechać do Polski w celach zarobkowych chcą komunikować się z pracodawcą w naszym ojczystym języku. Mają na tym polu wiele do nadrobienia i w większości są zdani tylko na siebie. Aż 67 proc. Ukraińców wiążących przyszłość zawodową z naszym krajem nie zna języka polskiego. 30 proc. opanowało go w stopniu umożliwiającym komunikację, a tylko 3 proc. Ukraińców przyznaje, że zna nasz język biegle – wynika z badania zleconego przez Gdański Urząd Pracy, które przeprowadzili Pracodawcy Pomorza we współpracy z Grupą Progres.

Pomimo braku znajomości języka polskiego wśród 67 proc. ankietowanych zamierzających pracować w Polsce, aż 74 proc. z nich wyraziło chęć skorzystania z kursów językowych i szkoleń rozwijających znajomość języka polskiego. 26 proc. badanych uważa, że nie jest to konieczne do pracy w naszym kraju.

– Do tej pory pracodawcy nie zachęcali Ukraińców do nauki polskiego. Ci, którzy go nie znali pracowali w zespołach rosyjskojęzycznych lub ukraińskojęzycznych. Ambitniejsi rozmawiali z Polakami próbując nauczyć się ich języka – mówi Yuliia Novytska, Kierownik Działu Legalizacji Zatrudnienia w Grupie Progres. – Ukraińcy zrozumieli jednak, że jeśli chcą dobrze zarabiać i rozwijać się zawodowo w Polsce muszą znać ojczysty język swojego pracodawcy. Coraz częściej pytają o możliwość sponsorowania kursu językowego przez pracodawcę. Korzystają też z programów Unii Europejskiej finansujących lub współfinansujących naukę polskiego – mówi Yuliia Novytska.

Firmy nie pomagają? Pracodawcy oczekują znajomości języka polskiego jedynie wobec kandydatów ubiegających się o stanowisko wymagające wysokich kwalifikacji. W przypadku pracowników niewykwalifikowanych kluczowa jest chęć do pracy, uczciwość, odpowiedzialność i zdyscyplinowanie. Niewielu przedsiębiorców planuje też benefity w postaci dofinansowania szkoleń językowych (ok. 7 proc.). Co powoduje, że mimo zapotrzebowania na pracowników z Ukrainy ciężar nauki języka polskiego spoczywa na nich.

Polska branża oświetleniowa rośnie w siłę

Rynek oświetlenia w Polsce od kilku lat dynamicznie się rozwija, a motorem tych zmian są m.in. globalne trendy, jak wzrost populacji, urbanizacja i zmiany klimatyczne. Wraz z nimi obserwujemy rosnące zapotrzebowanie na nowoczesne rozwiązania oświetleniowe, w tym przede wszystkim technologie LED oraz inteligentne systemy zarządzania oświetleniem LEDowym. Odpowiedzią na tę potrzebę są polskie produkty, które z powodzeniem zasilają nie tylko krajowy, ale i zagraniczny rynek. Rośnie także świadomość jakości naszych produktów i zainteresowanie nimi. Dowodem na to, są polskie targi oświetlenia, które każdego roku odwiedza nawet 1,5 tys. kupców i handlowców z całego świata. Co ciekawe, obok rodzimych marek coraz chętniej pojawiają się także zagraniczni wystawcy, dla których Polska stanowi nowy i atrakcyjny rynek zbytu.

Międzynarodowe szacunki wskazują, że do 2025 roku branża LED osiągnie nawet 95 proc. udziału w globalnym rynku oświetleniowym. Rosnąca popularność LEDowych rozwiązań wynika z wielu czynników rynkowych i technologicznych, ale jednym z kluczowych aspektów jest poprawa efektywności energetycznej, która stanowi główny cel polityki energetycznej Unii Europejskiej „Europa 2020”. Strategia ta zakłada dążenie do osiągnięcia 20 proc. wzrostu w efektywnym wykorzystaniu energii – co przekłada się na wdrożenie istotnych zmian, również w oświetleniu. Jeżeli weźmiemy pod uwagę również kwestie modernizacji instalacji oświetleniowej w Europie, która obecnie ma więcej niż 25 lat, to prognozy dla branży mogą być obiecujące.

Na pewno w najbliższych latach możemy się spodziewać dalszego rozwoju rynku oświetleniowego, który w dużej mierze będzie odbywał się pod szyldem energooszczędności, a także cyfryzacji, bo nie zapominajmy – obok globalnych trendów dotyczących technologii LED rozwijają się równie silne tendencje dotyczące koncepcji Internetu Rzeczy, rozwiązań dających możliwość personalizacji i sterowania oświetleniem tak, aby było ono jak najbardziej dostosowane do indywidualnych potrzeb użytkowników tzw. Human Centric Lighting, – czy Li-Fi, czyli rozwiązań, które umożliwiają przekazywanie danych za pomocą światła. Wszystkie te globalne trendy mają przełożenie w produktach, które oferują producenci zarówno krajowi, jak i zagraniczni podczas Targów Światło. Polski rynek pod tym względem jest bardzo atrakcyjny. Firmy z Europy i ze świata coraz częściej podejmują decyzję o tym, by pokazać swoje nowości podczas warszawskich targów oświetlenia, a zagraniczni kupcy przyjeżdżają na nasze wydarzenie, by zobaczyć polską ofertę wystawienniczą – mówi Kamilla Walicka, organizator Targów Światło.

Produkty made in Poland świecą na europejskich salonach

Tendencja rozwojowa rodzimego rynku oświetleniowego wynika także po części z rosnących przychodów z eksportu. Całkowita jego wartość stanowi około 40 proc. wartości rynku, a największym odbiorcą są kraje Unii Europejskiej – to ok. 80 proc. całego eksportu. To oznacza, że nasze produkty z powodzeniem konkurują na europejskich salonach. Ponadto zagraniczni kupcy każdego roku pojawiają się na targach Światło, by sprawdzać najnowszą ofertę polskich producentów.

– Każda kolejna edycja pokazuje, że zainteresowanie polskimi produktami rośnie i bardzo nas to cieszy, bo rodzime produkty konkurują nie tylko innowacyjnością, ale także stosunkiem ceny do jakości. Podczas targów zagraniczni kupcy mają tak naprawdę jedyną okazję, żeby zobaczyć potencjał polskiej branży oświetleniowej w takiej skali. Każdego roku gromadzimy kilkuset wystawców, którzy pokazują swoje topowe produkty – dodaje Kamilla Walicka.

 

Polska kusi zagranicznych producentów oświetlenia

 

Oprócz polskich marek, systematycznie zwiększa się także liczba zagranicznych wystawców oferujących atrakcyjne jakościowo i cenowo rozwiązania oświetleniowe. Debiutują marki z Rosji, Ukrainy, Niemiec, Czech, Rumunii, Chorwacji czy Turcji, ale także z Indii, Chin czy Korei Południowej, Algierii oraz Egiptu, które pokazują zarówno najnowsze rozwiązania typu LED, jak również systemy, które odpowiadają aktualnym, globalnym trendom.

Polski rynek oświetleniowy został dostrzeżony już dawno i systematycznie zostaje uwzględniany w polityce biznesowej zagranicznych firm, co widzimy przy organizacji każdej edycji Targów Światło. Od kilku lat liczba zagranicznych wystawców systematycznie rośnie. W 2018 roku wzrost udziału zagranicznych firm wyniósł 9 proc. w stosunku do poprzedniego roku, a w roku 2019 było to już 13 proc. Zaledwie kilka miesięcy dzieli nas od 28. edycji wydarzenia, które odbędzie się w lutym, a już teraz mamy potwierdzone uczestnictwo firm, m.in. z Niemiec, Ukrainy, Litwy czy Korei Południowej. Każdego roku pojawiają się przedstawiciele nowych państw. Podczas ostatniej edycji mieliśmy ok. 13 000 odwiedzających, w tym ponad 1500 osób z zagranicy. Bardzo nas to cieszy, bo to oznacza, że stajemy się kluczowym centrum na mapie Europy, skupiającym polską i zagraniczną branżę oświetleniową, a także kluczowym graczem, jeżeli chodzi pokazywanie innowacji w tym sektorze mówi Kamilla Walicka.

Savills: prognozy dla rynku inwestycyjnego w sektorze nieruchomości

Według międzynarodowej firmy doradczej Savills, wartość transakcji inwestycyjnych na globalnym rynku nieruchomości za cały 2019 rok będzie nieco niższa od ubiegłorocznej, kiedy to wyniosła 1,8 bln dolarów, ale pomimo wzrostu niepewności makroekonomicznej może zbliżyć się do poziomu odnotowanego w roku 2017 (1,7 bln dolarów). W Polsce szacuje się, że rok na rynku inwestycyjnym zakończy się wynikiem niższym niż w rekordowym zeszłym roku, ale znacząco wyższym niż w 2017 roku.

Z najnowszej publikacji firmy Savills w ramach prowadzonego globalnego programu badawczego Impacts wynika, że rok 2018 był rekordowy pod względem aktywności inwestorów na światowym rynku nieruchomości, na którym wartość transakcji wyniosła 1,8 bln dolarów. Aktywność inwestycyjna spowolniła w pierwszym kwartale 2019 roku wskutek niepewności politycznej i ekonomicznej, ale w drugim przyspieszyła, dzięki czemu wolumen transakcji inwestycyjnych w ujęciu globalnym wzrósł w połowie roku do 810 mld dolarów i był tylko nieznacznie niższy od odnotowanego w analogicznym okresie w 2018 roku (840 mld dolarów).

Rasheed Hassan, dyrektor działu inwestycji międzynarodowych w firmie Savills, powiedział: „Pomimo nieznacznego zmniejszenia się wolumenów inwestycyjnych, wartości aktywów utrzymują się na stabilnym poziomie. Spadek ten nie jest spowodowany przez brak zainteresowania nieruchomościami, lecz przez ograniczoną podaż spełniających kryteria inwestycyjne aktywów generujących przychody, a to jest główną siłą napędową rynku – inwestorzy najczęściej decydują się na inwestycje długoterminowe, co w obecnej sytuacji przekłada się na zahamowanie ich aktywności. Wszystkie nieruchomości pojawiające się na rynku szybko znajdują nabywców, o ile ich ceny są na właściwym poziomie”.

Według Savills transgraniczne przepływy kapitału również spowolniły w pierwszej połowie 2019 roku, w którym były niższe o 20% w porównaniu z analogicznym okresem w roku 2018. Najbardziej zmniejszył się napływ kapitału pochodzącego z Europy – w pierwszym półroczu inwestorzy europejscy zainwestowali poza Europą 43,8 mld dolarów, co oznacza spadek aż o 26% w porównaniu z tym samym okresem rok wcześniej. Jednak w tym samym czasie wartość inwestycji z udziałem kapitału europejskiego w regionie Azji i Pacyfiku wzrosła o 67% – aczkolwiek z niskiego poziomu. Na ten region przypada obecnie 6% wszystkich zagranicznych inwestycji europejskich. Jak podaje firma doradcza Savills, wzrost ten wpisuje się w szerszy trend, ponieważ wolumen kapitału zagranicznego napływającego do krajów Azji i Pacyfiku wzrósł w pierwszym półroczu 2019 roku o 14% w porównaniu z pierwszą połową ubiegłego roku.

Sophie Chick, dyrektor działu badań globalnych w Savills, dodaje: „Poczucie niepewności gospodarczej na świecie utrzyma się w krótkiej i średniej perspektywie, co skłoniło MFW do obniżenia prognoz globalnego wzrostu gospodarczego na bieżący i przyszły rok. Jednak z drugiej strony stopy procentowe pozostaną na niskim poziomie lub nawet zostaną obniżone w niektórych krajach, a jednocześnie nie widać na rynku większych zagrożeń. Nieruchomości oferują inwestorom stosunkowo atrakcyjny zysk, dzięki czemu utrzymuje się na nie wysoki popyt”.

Michał Stepień, Associate w dziale doradztwa inwestycyjnego Savills w Polsce powiedział: „Pierwsza połowa 2019 roku na rynku inwestycyjnym w Polsce zakończyła się bardzo dobrym, drugim najwyższym w historii, wolumenem transakcji na poziomie około 2.8 mld euro. Pomimo sygnałów zwiastujących późną fazę cyklu koniunkturalnego w gospodarce światowej, aktywność na rynku nieruchomości pozostaje wysoka i wiele wskazuje na to, że siła, którą napędzany jest ten sektor w Polsce, jest na tyle duża, że w najbliższych miesiącach nie powinniśmy odczuć spowolnienia. Szacujemy, że bieżący rok zakończy się w Polsce wolumenem transakcji w przedziale 6,5-7 mld euro, nieco niższym niż w rekordowym 2018 roku (7.2 mld euro), ale z pewnością znacząco wyższym niż w 2017 roku (5.03 mld euro)”.

Optymalizacja kosztów i zwiększenie efektywności firmy okiem urzędnika

Należąca do międzynarodowej grupy kapitałowej spółka korzysta z usług wsparcia w obszarze sekretariatu. Organ podatkowy zajął stanowisko, że ponoszone przez nią z tego tytułu wydatki podlegają wyłączeniu z kosztów uzyskania przychodów w oparciu o art. 15e ust. 1 ustawy o CIT, z uwagi na zakwalifikowanie ich źródła do symbolu PKWiU, pod którym kategoryzuje się usługi podobne do usług wskazanych w art. 15e. Jak orzekł Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gliwicach w wyroku z 6 sierpnia 2019 r.: „Takie postępowanie organu doprowadziło do naruszenia art. 14c § 2 O.p. bowiem zajęte stanowisko odnosiło się do hipotetycznych usług objętych określonymi symbolami PKWiU, a nie do usług, których zakres opisano w stanie faktycznym” (sygn. I SA/Gl 314/19).

Przepis art. 15e ust. 1 ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych stanowi, że podatnicy nie mogą zaliczyć do kosztów uzyskania przychodów kosztów: usług doradczych, badania rynku, usług reklamowych, zarządzania i kontroli, przetwarzania danych, ubezpieczeń, gwarancji i poręczeń oraz świadczeń o podobnym charakterze, poniesionych bezpośrednio lub pośrednio na rzecz podmiotów powiązanych lub podmiotów mających miejsce zamieszkania, siedzibę lub zarząd na terytorium lub w kraju stosującym szkodliwą konkurencję podatkową (Dz.U. 1992 nr 21, poz. 86, ze zm.). Organ podatkowy, wydając interpretację indywidualną, zawiera w niej ocenę zajętego przez wnioskodawcę stanowiska co do stanu faktycznego przedstawionego w tym wniosku. Jeśli ocena jest negatywna, organ wskazuje stanowisko prawidłowe wraz z uzasadnieniem prawnym (art. 14c § 1 i 2 Ordynacji podatkowej, Dz.U. 1997 nr 137 poz. 926, ze zm.).

Optymalizacja kosztów i zwiększenie efektywności firmy

W 2017 r. w ramach międzynarodowej grupy kapitałowej stworzono centrum usług wspólnych (dalej: CBS), którego zadaniem było świadczenie usług wsparcia dla 13 europejskich podmiotów grupy, w tym dla działającej na terenie Polski spółki z o.o. W obrębie CBS spółka korzysta z usług sekretariatu generalnego w takich obszarach jak: kształtowanie wizerunku firmy na zewnątrz, utrzymywanie kontaktów z sieciami medialnymi, opracowywanie komunikatów prasowych, zapewnienie prawidłowego obiegu korespondencji w firmie, a także zapewnienie obsługi prawnej czy tworzenie i wdrażanie polityk wewnętrznych. Spółka wystąpiła do organu podatkowego o potwierdzenie, że usługi te nie będą podlegały wskazanemu w art. 15e ustawy o CIT limitowaniu. Opisując szeroko rodzaj i charakter nabywanych usług sekretariatu, jednocześnie przyznała, że celem centralizacji usług wsparcia była optymalizacja kosztów i zwiększenie jakości i efektywności funkcjonowania przedsiębiorstwa.

Organ zażądał PKWiU

Organ wezwał spółkę do uzupełnienia wniosku poprzez przypisanie nabywanym od CBS usługom symboli Polskiej Klasyfikacji Wyrobów i Usług (dalej: PKWiU). Spółka wskazała na trzy symbole: 69.10 PKWiU – Usługi prawne, 63.99 PKWiU – Pozostała działalność usługowa w zakresie informacji, gdzie indziej niesklasyfikowana, oraz 70.21.10 PKWiU – Usługi w zakresie stosunków międzyludzkich (ang. public relations) i komunikacji. Jednocześnie zaznaczyła, że symbole PKWiU obejmują szeroki zakres usług, stąd nie mogą być one wymiernikiem faktycznie nabywanych usług i winny być traktowane jedynie pomocniczo. Organ powinien oprzeć swą ocenę na rzeczywistym charakterze nabywanych przez spółkę usług. Spółka jako przykład podała zaszeregowanie niektórych usług sekretariatu do usług PR, które PKWiU klasyfikuje jako mieszczące się w zakresie doradztwa związanego z zarządzaniem, a spółka w rzeczywistości żadnych usług doradczych nie nabywa – jedynie wspomagające i operacyjne.

Jak podniosła spółka we wniosku o wydanie interpretacji: „Posługiwanie się wyłącznie klasyfikacją PKWiU bez uwzględnienia informacji, jakie usługi są faktycznie świadczone, mogłoby prowadzić do uznania, że Spółka nabywa świadczenia o charakterze doradczym bądź zarządczym, co nie odzwierciedla faktycznego charakteru usług świadczonych przez CBS” (interpretacja indywidualna Dyrektora KIS z 6 lutego 2019 r., sygn. 0111-KDIB1-1.4010.579.2018.1.SG).

Kategoryzacja PKWiU przesądziła

Dyrektor KIS zgodził się ze stanowiskiem spółki, że pierwsze z dwóch usług zakwalifikowanych przez spółkę jako „Usługi prawne”, a także „Pozostała działalność usługowa w zakresie informacji, gdzie indziej niesklasyfikowana” nie będą objęte wyłączeniem art. 15e ustawy o CIT, gdyż mają różny cel i zakres od usług wskazanych w tym przepisie. Natomiast przepis ten znajdzie zastosowanie do usług sekretariatu, którym przypisano symbol 70.21.10 PKWiU. Zdaniem organu w dziale 70 PKWiU zostały sklasyfikowane usługi doradztwa, a „Wg definicji Słownika Języka Polskiego PWN (https://sjp.pwn.pl) doradztwo to: „udzielanie fachowych porad”, trudno przyjąć, iż w realiach współpracy gospodarczej świadczenie odpłatnych usług wsparcia przez inny podmiot, nie wiąże się faktycznie z udzielaniem fachowych porad z jego strony opartych na ewentualnej wiedzy, doświadczeniu i kompetencjach biznesowych” (sygn. 0111-KDIB1-1.4010.579.2018.1.SG).

Uzasadniając swą decyzję, organ zaprzeczył sam sobie

W wydanej interpretacji Dyrektor KIS poinformował jednocześnie, że wydał ją na podstawie klasyfikacji przedstawionej przez spółkę, podkreślając, że interpretacja nie rozstrzyga, czy wnioskodawczyni prawidłowo przypisała klasyfikację do przedstawionych we wniosku usług. Dokonując wykładni językowej art. 15e, wskazał, że: „Na gruncie prawa podatkowego zasadą jest, że o rodzaju czynności decyduje nie nazwa nadana przez strony, lecz rzeczywisty charakter czynności. W rezultacie o zakwalifikowaniu do konkretnego rodzaju usług decyduje treść czynności” (sygn. 0111-KDIB1-1.4010.579.2018.1.SG). Tym samym organ zaprzeczył prawidłowości wydanej przez siebie interpretacji, odkodowując rodzaj usługi na podstawie jej nazwy wskazanej za pośrednictwem PKWiU przez spółkę na jego żądanie, zamiast w oparciu o rzeczywisty jej charakter, a opisany przez spółkę we wniosku o wydanie interpretacji.

Zasadnie wskazał i sam się nie zastosował

WSA w Gliwicach przychylił się do skargi wniesionej przez spółkę na interpretację organu. Jak orzekł, postępowanie interpretacyjne powinno być prowadzone w granicach wyznaczonych przez art. 14b § 3 i art. 14c § 1 Ordynacji podatkowej, czyli w granicach stanu faktycznego przedstawionego przez wnioskodawcę. Natomiast w niniejszej sprawie organ wydał interpretację jedynie w oparciu o klasyfikację PKWiU, a symbol PKWiU nie może zostać uznany za element stanu faktycznego. Dlatego też wydał ją na podstawie ustaleń wykraczających poza stan faktyczny przedstawiony we wniosku spółki.

„…organ interpretacyjny wprawdzie zasadnie wskazał, że na gruncie prawa podatkowego zasadą jest, że o rodzaju czynności decyduje nie nazwa nadana przez strony, lecz rzeczywisty charakter czynności, w rezultacie czego o zakwalifikowaniu do konkretnego rodzaju usług decyduje treść czynności. Jednakże nie zastosował się do tego wymogu i nie przeanalizował treści czynności opisanych przez stronę szczegółowo we wniosku o wydanie zaskarżonej interpretacji. Skupił się na podanych przez stronę symbolach PKWiU (…) Takie postępowanie organu doprowadziło do naruszenia art. 14c § 2 O.p. bowiem zajęte stanowisko odnosiło się do hipotetycznych usług objętych określonymi symbolami PKWiU, a nie do usług, których zakres opisano w stanie faktycznym” (wyrok WSA w Gliwicach z 6 sierpnia 2019 r., sygn. akt I SA/Gl 314/19).

Błędy urzędników zagrażają bezpieczeństwu firmy

Prowadzenie przedsiębiorstwa wiąże się z codziennym ryzykiem, jakie obarcza działalność gospodarczą. Okazuje się, że jednym z najpoważniejszych dla niego zagrożeń mogą być organy administracji skarbowej, narażając swoją nieznajomością prawa podatkowego na nieuprawnione uszczuplenie majątku firmy. Oczywiście przedsiębiorcy, jak w powyższym przykładzie, mogą dochodzić ochrony swych praw przed sądem, ale nie to powinno zaprzątać ich głowy, a zapewnienie rentowności i rozwoju prowadzonego biznesu. W procesach tych przedsiębiorcy mogą rzecz jasna korzystać z usług kancelarii prawnych, radców i doradców podatkowych, i innych specjalistów, ale nie zmienia to faktu, że w obliczu takich działań organów prowadzenie działalności gospodarczej w Polsce obarczone jest poczuciem sporej niepewności – zarówno prawnej, jak i majątkowej, bo błędne decyzje urzędników mogą zagrozić bezpieczeństwu finansowemu firmy.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Czy „Pakt” trafia w oczekiwania przedsiębiorców?

„Pakt dla przedsiębiorców” to kolejna gospodarcza obietnica, złożona na finiszu kampanii wyborczej. Gdyby zapytać przedsiębiorców, czego oczekują od rządu i polityków, zapewne odpowiedzieliby: „stabilności i przewidywalności”. Deklaracji, strategii, konstytucji – tego wszystkiego jest pod dostatkiem. Brakuje normalności.

Nie jest misją Pracodawców RP włączanie się w polityczną debatę oraz ocenę programów i koncepcji lansowanych przez poszczególne partie. Trzeba jednak oceniać, jakie mogą być społeczno-gospodarcze konsekwencje tych propozycji.

W minionym tygodniu najbardziej oczekiwaną deklaracją polityczną dla przedsiębiorców była koncepcja Prawa i Sprawiedliwości, co ze względu na przewodzenie tej partii w przedwyborczych sondażach jest w pełni zrozumiałe. Przedstawił ją na konwencji w Katowicach Premier Mateusz Morawiecki, nadając jej tytuł „Pakt dla przedsiębiorców”. Pakt ów zawiera kierunkowe postanowienia w odniesieniu do spraw ważnych z biznesowego punktu widzenia.
I tak – zadeklarowano: zmniejszenie o 500 zł miesięcznie składki do ZUS dla mikro- i małych przedsiębiorstw (działania chyba niesłusznie nazwanego 500+, bo jest raczej -500), zwiększenie do 2 milionów euro limitu przychodów dla tzw. ryczałtowców, utrzymanie zryczałtowanej płatności składek do ZUS, zwiększenie limitu przychodów dla obniżonej stawki CIT wynoszącej 9 proc., a także zapowiedziano przeznaczenie 1 miliarda złotych na nowe inwestycje w strefach ekonomicznych.

Te deklaracje zapewne studzą emocje i są w dużej mierze odbierane jako ruch w dobrym kierunku, ale niestety nie niwelują wszystkich trosk przedsiębiorców. Nadal mają oni złe przeczucia co do swoich długookresowych zobowiązań, choćby związanych z koniecznością sfinansowania bardzo szybkiego – niespotykanego dotąd – wzrostu płacy minimalnej oraz rosnących wraz nią zobowiązań na rzecz ZUS i Pracowniczych Programów Kapitałowych. Co więcej, przedsiębiorcy obawiają się też wzrostu swoich biurokratycznych obowiązków i kosztów z tym związanych, choćby tych dotyczących księgowości i przeliczania składek w zależności od przychodu i dochodu firmy. Wszak zapowiedziana ulga o 500 zł w składce ZUS dotyczyć będzie tych, którzy spełnią jednoznaczne kryteria – przychody do 10 tys. zł miesięcznie i dochód – do 6 tys. zł miesięcznie. I trzeba te kryteria wypełnić jednocześnie. Jak zwykle w sprawach podatkowych – dowód, czyli wykazanie się spoczywa po stronie podatnika. Po stronie skarbówki – kontrole i sankcje.

Niestety – Premier nie wskazał też żadnych działań i rozwiązań w odniesieniu do obowiązującego ciągle jeszcze limitu 30-krotności. Pozostanie (co byłoby dobrym rozwiązaniem, wspieranym aktualnie przez 55 organizacji pracodawców), czy zostanie zniesiony, jak to zapowiedziano w projekcie budżetu na 2020 rok? Premier przemilczał tę kwestię, ale media ciągle nawiązują do wewnątrzrządowych kontrowersji w tym zakresie, dowodzących, że w Zjednoczonej Prawicy nie ma konsensu w tej sprawie. Taka sytuacja musi dziwić i rodzić podejrzenia, że przysłowiowa „kropka nad i” zostanie postawiona po 13 października, gdy na wynik wyborów parlamentarnych oddziaływać już nie będzie.

A sprawa jest ważna. Zniesienie limitu 30-krotności może mieć wielorakie skutki. Z pewnością wzrosną wpływy do ZUS, ale zdaje się, że wyczerpuje to listę potencjalnych korzyści. Natomiast po stronie „plusów ujemnych” (jak mawiał klasyk) negatywnych skutków takiego pociągnięcia byłoby znacznie więcej. Zapewne trzy okoliczności są tu najważniejsze. Po pierwsze, w przypadku zniesienia limitu rośnie quasi-opodatkowanie zarówno pracowników, jak i pracodawców. Chodzi oczywiście o wysokie składki na ZUS. A to w konsekwencji, i to jest okoliczność druga, może doprowadzić do istotnych zakłóceń, wręcz erozji, w funkcjonowaniu ZUS. Zakładu nie będzie w przyszłości stać na wypłatę bardzo wysokich świadczeń emerytalnych, adekwatnych do wniesionych składek. Naruszy to zasady społecznej solidarności i elementarnej uczciwości państwa wobec obywateli. I wreszcie okoliczność trzecia, której zaistnienie jest wysoce prawdopodobne. Sama zapowiedź, a już zwłaszcza zniesienie limitu, zadziała jak miecz Damoklesa. Mało kto podejmie trud przebudowy własnej firmy na innowacyjny kombajn. Nie będzie się opłacało zatrudniać wysokokwalifikowanych fachowców, wysoko opłacanych jednocześnie, bo zwiększy to zusowskie opłaty i inne obciążenia. W ślad za tym, już niedługo zabraknie tych fachowców, bo wyjadą z kraju – szukać bardziej przyjaznych miejsc zatrudnienia, umożliwiających im wysoką, osobistą akumulację finansową. Tymczasem Premier zapowiedział zmianę charakteru polskiej gospodarki na innowacyjną właśnie, z wyższą niż do tej pory wartością dodaną. Ciekawe jest, że tę skąd inąd słuszną koncepcję powiązał ze wzrostem płacy minimalnej. To tak, jakby właśnie najniżej zarabiający, o najniższych kwalifikacjach jednocześnie, wykonujący z reguły prace proste (acz bardzo potrzebne) mieli nadać naszej gospodarce innowacyjny impuls. Jeśli jednak chcemy wypracować wyższą wartość dodaną, to jednak musimy mentalnie pogodzić się z dużym zróżnicowaniem struktury płac i nierównościami w tym zakresie. Innej drogi nie ma.

Z „Paktu dla przedsiębiorców” na uwagę zasługuje jeszcze jedna propozycja. I to taka, gdzie utrzymano status quo – zryczałtowana składka na ZUS. Naliczana od 60 proc. przeciętnego, prognozowanego nota bene, wynagrodzenia w gospodarce narodowej. Już nie chodzi o to, że wraz ze wzrostem minimalnej płacy wzrośnie także przeciętne wynagrodzenie, nawet nie rzecz w tym, iż to przeciętne wynagrodzenie nie jest wielkością rzeczywistą, a tylko prognozowaną i tym samym może podlegać, delikatnie rzecz nazywając, różnym estymacjom. Rzecz przede wszystkim w tym, że nijak się ma ona do przychodów czy dochodów przedsiębiorców. Tymczasem na początku prac nad budżetem na 2020 rok w Radzie Dialogu Społecznego (maj/czerwiec br.) przedstawiciele Ministra Finansów informowali o toczących się pracach nad gruntowną reformą systemu podatkowego. Zapewne wypracowano niewiele nowości i stąd kolejne, proste powielenie absurdalnego, umownego mechanizmu mającego niezbyt wiele ze społeczną gospodarką rynkową.

Nie sposób także przemilczeć jeszcze jednej ważnej kwestii, którą wszystkie partie polityczne skwapliwie pomijają. Co się w przyszłości wydarzy, jeśli dziś przedsiębiorca będzie korzystał z tzw. małego ZUS-u, dwuletniej „Ulgi na start”, czy późniejszych składek, preferencyjnie dziś potraktowanych? I co będzie, jeśli przedsiębiorcy nie będą w ogóle musieli wpłacać jakichkolwiek obowiązkowych składek na ZUS? Mało który z nich, będąc zauroczonym doraźnymi korzyściami, zapyta o swoją przyszłą emeryturę. Odpowiedź jest banalna – będzie to emerytura minimalna, niewiele mająca wspólnego z uzyskiwanymi dziś przez przedsiębiorców dochodami. Organy państwa, w tym przede wszystkim rząd, powinny o tym rzetelnie informować i uprzedzać. Jeśli tego nie czynią, podważają zaufanie do instytucji państwa. A w takiej sytuacji trudno nam będzie razem budować i powiększać kapitał społeczny, tak niezbędny jako siła motoryczna rozwoju. Szukając ułatwień i zachęt dla przedsiębiorców może warto zatem rozważyć koncepcję nie pomniejszania takich czy innych składek na ZUS i ubezpieczenia zdrowotne, ale skonfigurować, zależnie od dochodu i stopy oszczędności każdego z przedsiębiorców, system dopłat – choćby takich, jakie w ramach PPK otrzymują od Skarbu Państwa pracownicy zatrudnieni na umowach o pracę.

Czy „Pakt” trafia w oczekiwania przedsiębiorców? Częściowo z pewnością tak, jednak nie w całości. Gdyby zapytać ich, czego oczekują od polityków i rządu, odpowiedzieliby pewnie sarkastycznie, a może wręcz pytaniem: „Kiedy wreszcie będzie normalnie – stabilnie i przewidywalnie? Przyjaźnie dla przedsiębiorców?”. I chyba nie ma konkretnej odpowiedzi na te oczekiwania.

Dr Leszek Juchniewicz, główny ekonomista Pracodawców RP.

Nasza codzienność w dobie Artificial Intelligence

Jak mówił Alvin Toffler: „zmiany to proces, poprzez który przyszłość wchodzi w nasze życie”. Żyjemy w świecie, gdzie zmiany zachodzą coraz dynamiczniej, wpływając zarówno na naszą codzienność, jak i perspektywę dalekiej przyszłości.

Zmiany, które jeszcze kilkanaście lat temu mogły wydawać się scenariuszem filmu z gatunku science-fiction, zachodzą coraz szybciej, zmieniając nasze otoczenie i funkcjonowanie. Są coraz bardziej nieprzewidywalne i coraz bardziej złożone. Technologia napędza postęp, a nowe technologie pozwalają nam sięgać po coraz więcej. Proces technologicznej ewolucji, a właściwie 4 rewolucji przemysłowej trwa w najlepsze, na zawsze zmieniając świat, w którym żyjemy. Pojęcie rewolucja może być mylące, ale jest terminem używanym przez większość historyków do opisu zmian technologicznych zachodzących w świecie.

Przemysłowa (R)ewolucja

Pojęcie „rewolucja przemysłowa” zostało spopularyzowane w XVIII wieku, w czasach, gdy szerokie zastosowanie znalazł wynalazek pompy wodnej napędzanej silnikiem parowym. Po raz pierwszy na szeroką skalę zamiast siły ludzkich mięśni pracę wykonywały maszyny. Wynalazcą maszyny parowej był James Watt, który również spopularyzował określenie „rewolucji przemysłowej”. Za początek drugiej rewolucji przemysłowej wymienia się natomiast wprowadzenie elektryczności i wykorzystanie ropy naftowej jako surowca zasilającego transport i przemysł. Trzecią rewolucją przemysłową określamy czas w którym główną rolę odegrał układ półprzewodnikowy. Dzięki niemu rozwinęła się komputeryzacja i dalsza automatyzacja przemysłu. Dziś, w dobie czwartej rewolucji przemysłowej, głównymi filarami tempa rozwoju są tzw. Internet Rzeczy, Big Data i Sztuczna Inteligencja. Technologie te zwiększają możliwości kontroli, analizy, prognozowania i efektywności procesów produkcyjnych, sprzedażowych i technologicznych.

Inteligentne maszyny

Maszyny potrafią komunikować się ze sobą, wysyłając między sobą informacje, przyjmując polecenia i kontrolując własną pracę. Dzięki zaawansowanym algorytmom komputery są w stanie w stanie wykonywać wirtualne testy, analizować dane i szukać optymalnych rozwiązań, automatycznie wprowadzać poprawki i co najważniejsze prawidłowo i szybko reagować na zmiany. Przemysł 4.0 zmienia działania branży farmaceutycznej – pozwalając na skuteczniejsze i szybsze wynalezienie nowych, coraz skuteczniejszych farmakoterapii. Firmy z branży finansowej natomiast dzięki wykorzystaniu sztucznej inteligencji zoptymalizowały zarządzanie ryzykiem, co znacznie usprawniło proces sprzedaży i obsługi produktów. To właśnie branża finansowa najchętniej inwestuje w rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji wdrażając coraz to nowsze rozwiązania takie jak chatboty, systemy identyfikacji i weryfikacji biometrycznej, czy tzw. wirtualne oddziały.

W najbliższym czasie sztuczna inteligencja znajdzie zastosowanie w bankowości, finansach i e-commerce. Jedną z firm, która opiera swoją działalność na wykorzystaniu zdobyczy AI, jak big data czy machine learning (uczenie maszynowe) jest AIQLABS. Przedstawiciele aiqlabs.pl stwierdzają zgodnie, że postępująca cyfryzacja usług to najlepszy sposób by wychodzić naprzeciw zmieniającym się potrzebom klientów i wkrótce, będziemy obserwować wzrost zainteresowania sektorem internetowych płatności i usług finansowych.

SuperGrosz.pl

Organizacja eventów i imprez firmowych od podszewki

Niemal każdy z nas w swoim zawodowym życiu miał okazję wziąć udział w imprezie firmowej lub wyjeździe integracyjnym. Przyjeżdżamy na miejsce, dobrze się bawimy, korzystamy z licznych atrakcji. Jesteśmy zachwyceni oprawą, występami artystycznymi towarzyszącymi wydarzeniu czy chociażby cateringiem. Mało kto jednak zdaje sobie sprawę, że za taką imprezą stoi często cały sztab ludzi z profesjonalnej agencji eventowej. Dziś rozmawiamy z Michałem Kosiołem, wspołwłaścicielem agencji eventowej Argentum Event (https://www.argentum-event.pl ), który przybliży nam co nie co jak wygląda życie firmy organizującej wydarzenia.

Michał Kosioł, wspołwłaściciel agencji eventowej Argentum Event
Michał Kosioł, wspołwłaściciel agencji eventowej Argentum Event

Jak zainteresowałeś się organizacją eventów?

Organizacją wydarzeń i wyjazdów interesowałem się od praktycznie odkąd pamiętam, zawsze również chciałem mieć swój własny biznes. Bardzo dużo podróżuję, sama organizacja wszystkiego na własną rękę sprawia mi bardzo dużo przyjemności. Dodatkowo już od lat szkolnych działałem aktywnie przy organizacji różnego rodzaju wydarzeń, z czasem świat eventów pochłaniał mnie co raz mocniej. Już wtedy wiedziałem, że to jest to co chcę robić w życiu. Organizować eventy. Stąd też pomysł, by założyć własną agencję, co też 10 lat temu zrobiliśmy z moim przyjacielem, Jarkiem Gawlińskim.

Czy istnieją stereotypy na temat wybranego przez Ciebie zawodu?

Tak, i to całkiem sporo. Ten najpopularniejszy to taki, że ludziom wydaje się, że cały czas imprezujemy i dobrze się bawimy. Mało kto zdaje sobie sprawę, że to naprawdę ciężka praca, która wymaga często wielu wyrzeczeń. Oprócz tego, że spędzamy masę czasu w biurze przygotowując wszystko na event naszego klienta, to na realizacje często wyjeżdżamy w środku nocy, a do domów wracamy rankiem następnego dnia.

Wiele osób również z hasłem „event” automatycznie kojarzy catering i paintballa i wydaje im się, że tym się właśnie zajmujemy, co dla mnie osobiście jest dość zabawne. Tymczasem nasza codzienność to naprawdę duże produkcje z dużymi budżetami, często bardzo skomplikowane i korzystające z najnowszych rozwiązań technologicznych. Organizacja na wysokim poziomie jubileuszu firmowego, otwarcia fabryki, pikniku czy choćby integracji angażuje zazwyczaj ogrom ludzi, firm, czasu i pracy.

Jaki był najtrudniejszy event jaki do tej pory zorganizowałeś?

Była to duża impreza sportowa na zlecenie jednej z instytucji finansowych. Wydarzenie było otwarte dla wszystkich chętnych, a oprócz kompleksowej organizacji całości odpowiedzialni byliśmy także za promocję w mediach, materiały promocyjne i współpracę ze sponsorami i innymi instytucjami wspomagającymi. Klient był bardzo wymagający i szczegółowy. Wszystko wyszło bardzo dobrze, ale mnie osobiście kosztowało to bardzo wiele zdrowia.

A jaki event zapisał się szczególnie w Twojej pamięci?

Myślę, że warto wyróżnić serię dużych eventów w całej Polsce, które firma telekomunikacyjna zleciła nam na samym początku naszej działalności. Dla doświadczonej agencji byłoby to duże wyzwanie, a my dopiero zaczynaliśmy. Zostaliśmy z marszu rzuceni na głęboką wodę i była to dla nas wielka przygoda. Śmiało mogę powiedzieć, że to był moment przełomowy w życiu Argentum Event. Zaangażowaliśmy się na 120%, wszystko wyszło idealnie, a klient kontynuował z nami współpracę jeszcze kilka lat z rzędu.

Opowiedz nam o swojej agencji, Argentum Event.

Tak jak wspominałem, firmę eventową założyłem razem z moim przyjacielem, Jarkiem. Niedługo minie nam już 10 rok współpracy, co uważam za nasz wspólny sukces. Obecnie nasza agencja prężnie się rozwija. W sierpniu kolejny już rok z rzędu zmieniliśmy biuro, bo poprzednie było już za małe. Struktura Argentum Event cały czas się rozrasta. Mamy świetnych Senior Event Menagerów, którzy prowadzą najbardziej skomplikowane projekty i pomagają nam również rozwijać firmę. Mamy też zespół doświadczonych i sprawdzonych Event Menagerów, którzy poradzą sobie z każdym projektem. Do pomocy mają obiecujących Junior Event Managerów, którzy już niebawem będą na tyle doświadczeni, że będą mogli samodzielnie realizować swoje wydarzenia.

Nasza oferta również ciągle się powiększa. W naszym portfolio mamy kilkadziesiąt imprez tematycznych i scenariuszy team-buildingowych. Organizujemy pikniki firmowe, jubileusze, wyjazdy integracyjne w Polsce i za granicą, bankiety, otwarcia oraz konferencje. W zasadzie nie ma takiego eventu, którego nie bylibyśmy w stanie zrealizować. Posiadamy bogate doświadczenie, pracują dla nas najlepsi technicy, podwykonawcy, animatorzy, konferansjerzy i DJ’e. Do tego nasze własne zaplecze techniczne jest na tyle obszerne, że nie musimy martwić się o sprawne realizacje.

Ciągle się rozwijamy i przemy do przodu. Chcemy być najlepsi w naszym fachu.

Czy kierowanie agencją eventową jest ciężkie?

Jest to świetna przygoda, ale też duże wyzwanie ze względu na mnogość aspektów temu towarzyszących. Prowadząc agencję trzeba być przygotowanym na wiele nieprzewidywalnych sytuacji. Zdarza nam się organizować 8 eventów w tym samym dniu i trzeba umieć skoordynować ludzi, ekipy techniczne, animatorów itp. Do tego konieczne jest zadbanie o marketing, administracje, księgowość i wszelkie inne aspekty prowadzenia biznesu. O wielu rzeczach nie miałem pojęcia i musiałem się ich nauczyć od zera. Ale satysfakcja jest. Nie wyobrażam sobie, bym mógł teraz robić coś innego.

Największe napotkane do tej przeszkody na drodze do rozwoju firmy to?

Czasem mocno we znaki daje się sezonowość tego biznesu. Polega to na tym, że mamy kilka miesięcy w roku, gdzie praktycznie nie ma nas w domach, bo tyle się dzieje. Następnie przychodzą momenty, w których dzieje się zdecydowanie mniej. Po czym znów przychodzi magiczny moment boom, gdzie odzywają się wszyscy na raz. Można się do tego jednak przyzwyczaić.

Niewątpliwe minusem jest również papierologia i formalności. Nawet najbardziej cierpliwym osobom może zdarzyć się wówczas mieć dość. Szczególnie, gdy po raz kolejny coś na fakturze się nie zgadza, albo jakiś wniosek wraca, bo przecinek jest nie tam, gdzie trzeba. Ale to problem chyba każdego biznesu.

Tak zupełnie na koniec. Jakie cechy musi posiadać osoba, która chce zostać event managerem?

Długo by wymieniać, bo jest to wbrew pozorom bardzo ciekawy i obszerny temat. Nie każdy się do tego nadaje, o czym mieliśmy okazję boleśnie się przekonać na przestrzeni lat. Przede wszystkim bardzo ważne jest pozytywne podejście do życia i świata. Co za tym idzie taka osoba musi lubić ludzi i kontakt z nimi. Komunikatywność to podstawowa cecha, gdyż w tej branży pracuje się z różnymi ludźmi niemal codziennie. A jak wiadomo, niektórzy klienci potrafią być mili, ale trudni.

Następnie dochodzi odporność na stres. Praca w charakterze event managera jest bardzo wymagająca i na takiej osobie spoczywa czasem ogromna odpowiedzialność. Szczególnie, gdy organizujemy wydarzenie na kilka tysięcy osób dla ogromnej korporacji, nerwy trzeba umieć utrzymać na wodzy. Do tego dochodzi kreatywność. Czasem trzeba wymyślić coś na szybko już w trakcie trwania eventu, aby sprostać oczekiwaniom i zmieniającej się sytuacji.

Perfekcjonizm, dokładność i zorganizowanie także będą przydatnymi cechami w tej pracy. Każdy event to kilkanaście, czasem kilkadziesiąt zmiennych elementów, które trzeba umiejętnie ze sobą połączyć, by wszystko zagrało tak jak należy. Nie każdy to potrafi.

Kool2Play bliżej NewConnect

Kool2Play, warszawski gamedeveloper, zakończył wybór doradców w procesie wejścia na NewConnect. Autoryzowanym Doradcą spółki została Kancelaria Adwokacka Kramer i Wspólnicy, która będzie odpowiedzialna za wprowadzenie akcji spółki do obrotu publicznego. Firma podpisała również umowę z Vestor Dom Maklerski S.A., ktory zajmuje się oferowaniem akcji spółki.  Ambicją studia jest debiut na NewConnect w I połowie 2020 r.

– Proces jest bardzo zaawansowany. Zbiega się on z potępem prac nad Uraganem, naszą obecnie flagową produkcją. Trwają intensywne prace nad wersją hands-on, która w październiku lub listopadzie będzie rozsyłana do wybranych influencerów. Aktualnie w  produkcji są trzy levele: Warszawa, Nowy Jork i Barcelona.- mówi Macin Marzęcki, prezes Kool2Play. Na podstawie tej wersji gry tworzony jest równolegle oficjalny trailer, który będzie upubliczniony do 10 października. Będzie on jednocześnie startem oficjalnej kampanii promocyjnej Uragana, która potrwa aż do premiery. Planowana data Early Access dla Uragun to początek 2020, premiera na przełomie Q2/Q3 2020 roku – zapowiada Marzęcki.

Uragun to  top – down shooter łączący ze sobą wartką akcję z elementami taktyki oraz wspaniałymi efektami audio-wizualnymi. Produkt zostanie wydany na PC w formule wczesnego dostępu.  Premiera pełnej wersji gry na platformie Steam, a także konsolach Nintendo Switch, Xbox i PlayStation. Drugi tytuł  – City of Minds to gra z gatunku action adventure, będąca wizją dystopijnej przyszłości, w której ludzie zajmują się wyłącznie pracą i konsumpcją treści produkowanej przez influencerów. Trzeci projekt o kodowej nazwie Odbudowa to zupełnie nowatorskie podejście do konwencji city builderów z elementami kierowania pojedynczymi mieszkańcami.

Projekt ustawy antylichwiarskiej i kluczowe zmiany dla sektora firm pożyczkowych

2 lipca 2019 r. do Sejmu wpłynął projekt ustawy o zmianie niektórych ustaw w celu przeciwdziałania lichwie[1] . Projekt ten przewiduje kluczowe zmiany dla sektora instytucji pożyczkowych, takie jak ograniczenie maksymalnej wysokości kosztów pozaodsetkowych oraz wprowadzenie dodatkowych obowiązków instytucji pożyczkowych przed zawarciem umowy z konsumentem. Projekt ustawy antylichwiarskiej zakłada możliwość nałożenia sankcji w razie nieprzestrzegania nowych przepisów[2].

W świetle prawa unijnego proponowane regulacje, a w szczególności te odnoszące się do podejmowania i wykonywania działalności pożyczkowej, mogą stanowić tzw. przepisy techniczne. W stosunku do takich przepisów dyrektywa (UE) 2015/1535 Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 9 września 2015 r. [3] zakłada procedurę notyfikacji. Z tego względu 28 czerwca 2019 r. projekt ustawy został notyfikowany Komisji Europejskiej, a Sejm zobowiązany jest odroczyć jego przyjęcie na okres 3 miesięcy. W tym czasie Komisja Europejska oraz inne państwa członkowskie UE mają prawo zgłaszać uwagi lub opinie do projektowanych przepisów, a Polska w miarę możliwości powinna je uwzględnić przy pracach nad projektem. Dnia 19 lipca 2019 odbyło się jednak w Sejmie pierwsze czytanie projektu ustawy, po którym został on skierowany do Komisji Finansów Publicznych.

Projekt tzw. ustawy antylichwiarskiej przewiduje między innymi obniżenie maksymalnej wysokości kosztów pozaodsetkowych, które może ponieść konsument w związku z kredytem konsumenckim. Już teraz art. 36a ustawy o kredycie konsumenckim zawiera ograniczenie wysokości tych kosztów do wartości sumy 25% całkowitej kwoty kredytu oraz 30% całkowitej kwoty kredytu obliczonej stosownie do długości okresu spłaty, przy czym pozaodsetkowe koszty kredytu nie mogą łącznie przekroczyć całkowitej kwoty kredytu w całym okresie finansowania. Nowelizacja obniża te wartości do sumy 10% całkowitej kwoty kredytu oraz 10% całkowitej kwoty kredytu obliczonej stosownie do długości okresu spłaty, a kwota kosztów pozaodsetkowych nie może w całym okresie finansowania przekroczyć 75% całkowitej kwoty kredytu.

Projekt tzw. ustawy antylichwiarskiej zakłada również, że nieważna będzie umowa, w której osoba fizyczna zobowiąże się do przeniesienia własności nieruchomości służącej zaspokojeniu jej potrzeb mieszkaniowych w celu zabezpieczenia roszczeń wynikających z umowy niezwiązanej bezpośrednio z prowadzoną przez nią działalnością gospodarczą lub zawodową.

Projektowane zmiany przepisów wprowadzają także dodatkowe obowiązki instytucji pożyczkowych, które muszą zostać spełnione przed udzieleniem kredytu konsumenckiego. Instytucja pożyczkowa będzie zobowiązana odebrać od konsumenta oświadczenie o jego dochodach i wydatkach w zakresie niezbędnym dla oceny jego zdolności kredytowej i analizy ryzyka kredytowego. Dodatkowo konieczne będzie wystąpienie przez instytucję pożyczkową do przynajmniej jednego tzw. biura informacji kredytowej oraz biura informacji gospodarczej celem uzyskania danych o potencjalnym kredytobiorcy.

Udzielenie konsumentowi kredytu konsumenckiego z naruszeniem wyżej wymienionych reguł, a także w przypadku, gdy z uzyskanych danych wynikało, że konsument miał zaległości w spłacie innego zobowiązania wynoszące powyżej 6 miesięcy, będzie wiązać się z daleko idącymi sankcjami. Obejmują one nieważność zbycia wierzytelności z takiej umowy w drodze przelewu lub w inny sposób oraz wykluczenie możliwości skutecznego dochodzenia wierzytelności do czasu całkowitej spłaty wcześniejszego zobowiązania, jego wygaśnięcia lub po prawomocnym stwierdzeniu jego nieistnienia. Kluczowe jest, że opisany zakaz zbywania wierzytelności i brak możliwość jej skutecznego dochodzenia nie wstrzymuje biegu przedawnienia.

Uchwalenie projektowanych przepisów może doprowadzić do znaczących zmian na rynku pozabankowych pożyczek konsumenckich.
1. http://www.sejm.gov.pl/sejm8.nsf/druk.xsp?nr=3600

2. Nowe przepisy przewidują również między innymi zmiany w zakresie wprowadzenia nadzoru Komisji Nadzoru Finansowego nad instytucjami pożyczkowymi, możliwości ustanawiania przez osobę fizyczną zabezpieczenia wierzytelności w formie hipoteki oraz prowadzenia egzekucji z nieruchomości, a także wprowadzają sankcje za żądanie zapłaty kosztów pozaodsetkowych w wysokości co najmniej dwukrotnie przekraczającej maksymalną dopuszczalną wysokość tych kosztów. Z uwagi na ograniczenia niniejszego tekstu, zmiany te nie mogły zostać opisane w niniejszej publikacji.

3. Dyrektywa (UE) 2015/1535 Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 9 września 2015 r. ustanawiająca procedurę udzielania informacji w dziedzinie przepisów technicznych oraz zasad dotyczących usług społeczeństwa informacyjnego.

Źródło/Autor: Deloitte Legal

Inwestycje w Startupy a Alternatywne Fundusze Inwestycyjne

Czym są Alternatywne Fundusze Inwestycyjne (AFI, jak działają, kto może w nie inwestować i kto nimi zarządza – wyjaśnia Paweł Kruszyński, Członek Zarządu w Grupie Assay.

Grupa Assay to Alternatywny Fundusz Inwestycyjny – proszę opowiedzieć więcej o tym rynku. Kto może zostać inwestorem, czy jest minimalny pułap wejścia do funduszu, czy i jak dobierani są inwestorzy?

Alternatywne Fundusze Inwestycyjne, jak sama nazwa wskazuje, stanowią alternatywę dla tradycyjnych funduszów inwestycyjnych pracujących przy towarzystwach, uzależnionych od wielu restrykcyjnych procedur nie zawsze korzystnych z punktu widzenia inwestorów. To stosunkowo nowy twór legislacyjny na polskim rynku. Obecnie w Polsce funkcjonuje ok. 120 podmiotów tego typu, a Grupa Assay jest jednym z pionierów w tym segmencie. Alternatywne fundusze są spółkami prawa handlowego, co niesie ze sobą szereg dodatkowych możliwości i czyni z nich podmioty atrakcyjne zarówno z punktu widzenia inwestorów, jak i potencjalnych klientów. Tego typu spółki wyróżnia przede wszystkim konstrukcja zwiększająca ich transparentność działania. Alternatywne fundusze składają sprawozdania do Krajowego Rejestru Sądowego i podlegają pod nadzór KNF – są więc bezpiecznym i atrakcyjnym partnerem w biznesie, zwłaszcza dla inwestorów. Wchodząc we współpracę z Alternatywnym Funduszem Inwestycyjnym, inwestor aktywnie w nim partycypuje, mając takie same uprawnienia jak w przypadku spółek prawa handlowego. Poprzez wgląd w bieżącą działalność funduszu, inwestorzy mają większe poczucie bezpieczeństwa biznesowego i finansowego, co w tym obszarze jest niezwykle ważne.

W przypadku Alternatywnych Funduszy Inwestycyjnych progi wejścia znacznie różnią się od siebie. W naszym przypadku typowy pułap początkowy wynosi 50 tys. PLN. Warto przy tym zauważyć, że wszystkich inwestorów traktujemy indywidualnie, więc w zależności od potrzeb i oczekiwań, współpracę zaczynamy od różnych kwot.

Jakie kompetencje ma zespół Assay i jakie rynki Państwa interesują? Czy dofinansowane spółki działają?

Grupę Assay tworzą eksperci z wieloletnim doświadczeniem w obszarze profesjonalnego doradztwa biznesowego. Nasz zespół analityków, specjalistów z zakresu rynków inwestycyjnych oraz project managerów, tworzy podmiot mogący realizować działania biznesowe o ogromnym potencjale. Stawiamy na różnorodność, mając świadomość tego, że rynek start-upów jest niezwykle kreatywny i stale się rozwija. W naszym portfolio znajduje się obecnie już ponad 20 spółek, zarówno z obszaru usługowego, jak i produktowego. Specjalizujemy się w takich branżach jak software, elektromobliność oraz medycyna premium, ale prowadzimy rozmowy i bacznie przyglądamy się również podmiotom z innych obszarów, np. telemedycyny, technologii blockchain czy fintech. Spółki z naszego portfolio dynamicznie się rozwijają, wspomnę tu choćby o marce Elimen z sektora elektromobilności, z którą wprowadziliśmy na rynek pierwszy użytkowy samochód elektryczny polskiej konstrukcji. Bardzo aktywnie działamy również w obszarze software’u, gdzie na rynku dość rozpoznawalne stają się takie narzędzia jak Gastrojob czy gry komputerowe jak Elderborn, rozwijany i wydawany przez nasze studio Hypestrange.

Na jakim etapie działalności przedsiębiorca powinien zgłosić się do Państwa, by otrzymać wsparcie dla rozwoju swojego biznesu?

Przedsiębiorcy mogą zgłosić się do nas na każdym etapie rozwoju swojej działalności. Zarówno na etapie biznesplanu, gdy młodej firmie potrzebne jest wsparcie zewnętrzne, jak i w trakcie bardziej zaawansowanych działań biznesowych. Nie zamykamy się na konkretny poziom rozwoju przedsiębiorstwa – mamy świadomość, że wsparcie funduszu może okazać się przydatne w każdym momencie. Współpracujemy zarówno ze startupami, jak i doświadczonymi przedsiębiorcami, znając realia funkcjonowania biznesów na różnych etapach ich rozwoju.

Na jakiej podstawie Assay kwalifikuje startupy i młode przedsiębiorstwa, które chce włączyć do swojego portfolio?

Chciałbym na wstępie zaznaczyć, że to nie branża czy etap działalności jest wyznacznikiem włączenia firmy do portfolio Assay. Po wstępnej rozmowie z potencjalnym klientem, realizujemy dogłębną analizę danego biznesu w oparciu o unikalny, 16-czynnikowy model, z czego 2 czynniki postrzegamy jako kluczowe i niezbędne do podjęcia dalszej współpracy. To zespół i pomysł rynkowy. Niezależnie od tego, czy biznes dotyczy gałęzi usługowej czy produktowej, firma musi wyróżniać się zarówno w sferze koncepcyjnej, jak i jakościowej. Rynek się nasyca i konkurencja jest coraz większa, a budżety nieporównywalnie mniejsze niż w przypadku korporacji. Dlatego tak ważne jest, jaki potencjał ma dana firma. Na podstawie naszego doświadczenia i dogłębnej analizy możemy trafnie ocenić możliwości rozwoju danej firmy i na tej podstawie podjąć decyzję o inwestycji w dany biznes.

Czego od funduszów inwestycyjnych oczekują dziś startupy? W jaki sposób Grupa Assay wspiera młode firmy?

Startupy oczekują wsparcia na wielu płaszczyznach. Jako Alternatywny Fundusz Inwestycyjny, działamy według formuły współprowadzenia startupów. Realnie inwestujemy w rozwój danej marki, zapewniającej jej wsparcie finansowe, a przez to zwiększając jej poziom wiarygodności z punktu widzenia potencjalnych inwestorów. Dodatkowo, zapewniamy firmom z naszego portfolio całe zaplecze specjalistów – webmasterów, analityków, grafików, księgowych. Cele startupu, jakimi są przede wszystkim rozwój i ekspansja, staje się również naszym celem, dlatego by je osiągać, aktywnie działamy w zakresie biznesowym, marketingowym czy pr-owym.

Spójrzmy jeszcze na perspektywę podmiotów zewnętrznych, m.in. inwestorów. Spółka Assay Management otrzymała ostatnio pozytywną weryfikację KNF – co to oznacza dla potencjalnych inwestorów i spółek, które zgłaszają się do Grupy Assay?

Pozytywna weryfikacja spółki Assay Management to dla inwestorów czytelny sygnał, że jesteśmy wiarygodnym i profesjonalnym podmiotem na rynku, zapewniającym partnerom biznesowym poczucie bezpieczeństwa i najwyższą jakość realizowanych działań. Mamy jasno określoną politykę i strategię inwestycyjną, opartą na bardzo dużej transparentności działań. Dzięki temu inwestorzy na każdym etapie mogą sprawdzić, w jaki sposób realizujemy nasze cele. Pozytywna weryfikacja KNF to również ważny komunikat dla spółek chcących się do nas zgłosić, potwierdzający zaangażowanie Assay w działalność inwestycyjną i nasz potencjał rozwojowy.

Michał Krupiński: transformacja technologiczna i konsolidacja wyzwaniem dla banków

Europejskie banki muszą przejść proces cyfrowych zmian, bez względu na trudne otoczenie makroekonomiczne i regulacyjne. Transformacja da im szansę zmniejszenia dystansu do banków z USA – ocenił w wywiadzie dla telewizji Bloomberg TV prezes Banku Pekao S.A. Michał Krupiński.

– Myślę, że obecna sytuacja związana ze stopami procentowymi w Europie Zachodniej i otoczenie regulacyjne nie powinny być traktowane jako wymówka dla banków, aby się zmieniać. Mamy zbyt wiele banków w Europie – powinna zatem nastąpić konsolidacja. Z drugiej strony, obserwujemy wyniki banków w Stanach Zjednoczonych, które przechodzą tę transformację i rozmawiają o technologii przyszłości – powiedział Michał Krupiński.

W ocenie prezesa Pekao nieco inaczej wygląda sytuacja sektora bankowego w Polsce, która z przewidywanym wzrostem PKB rzędu 4,5 proc. jest drugą najszybciej rosnącą gospodarką w Europie.

– Polski sektor bankowy jest bardzo stabilny i dobrze skapitalizowany, pomimo obowiązującego podatku bankowego – powiedział Krupiński. Dodał jednak, że przed polskim sektorem stoją wyzwania związane choćby z potencjalnym, niekorzystnym orzeczeniem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) odnośnie kredytów we frankach szwajcarskich.

– Znajdujemy się w dobrej sytuacji, ponieważ ekspozycja Banku Pekao na kredyty hipoteczne we frankach szwajcarskich jest znikoma. Jednak oczywiście może powstać problem systemowy, jeśli orzeczenie będzie bardziej konserwatywne – skomentował Krupiński.

Prezes Pekao podtrzymał również strategiczne cele finansowe banku, wskazując, że wyniki drugiego kwartału rosły w tempie dwucyfrowym.

– Nasz wzrost w bankowości detalicznej jest najszybszy od 10 lat, a w przypadku średnich firm – wynosi 20 procent. Jako bank mamy również znaczne oszczędności oraz bardzo stabilne koszty ryzyka i działalności operacyjnej, więc jesteśmy optymistyczni, jeśli chodzi o 3 mld zł zysku netto w przyszłym roku, co przekłada się na 12,5 proc. ROE – podsumował.