Polska ważnym punktem na światowej mapie rozgrywek e-sportu. Wśród widzów i graczy jest coraz więcej kobiet

Polska ważnym punktem na światowej mapie rozgrywek e-sportu. Wśród widzów i graczy jest coraz więcej kobiet 1

Ponad tysiąc zawodników i blisko 3 miliony fanów – Polska to jeden z większych rynków e-sportu. Największe wydarzenia, jak Intel Extreme Masters w Katowicach, w sieci śledzą dziesiątki milionów widzów na całym świecie. – Jako jedyni mamy stworzony cały ekosystem rozgrywek e-sportowych. Dzięki temu jesteśmy w stanie wyłapywać najlepszych zawodników i robić z nich nowe gwiazdy – mówi Adrian Kostrzębski z ESL Polska.

– Rynek e-sportu w Polsce wygląda bardzo obiecująco. Z naszych obserwacji wynika, że to jeden z najbardziej dynamicznie rozwijających się rynków e-sportowych na świecie. Na pewno pomaga nam nasza największa impreza w grupie, czyli Intel Extreme Masters, która co roku odbywa się w katowickim Spodku. To koń napędowy całej branży e-sportowej – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adrian Kostrzębski, dyrektor ds. rozwoju regionalnego w ESL Polska.

Z raportu „Global Esports Market” firmy analitycznej Newzoo wynika, że Polska to jeden z większych e-sportowych rynków. Profesjonalnych zawodników jest u nas 1 086 (dane z 2018 roku), a liczbę fanów szacuje się na 2,8 mln. Unikalnych widzów w Polsce było w ubiegłym roku ponad pół miliona, ale już wkrótce ich liczba może przekroczyć 800 tys. Coraz większą grupę wśród fanów stanowią kobiety. Według danych Entertainment Software Association panie stanowią już także ponad 40 proc. wszystkich graczy na świecie.

– Wiele osób uważa, że e-sportem interesują się tylko młode osoby, a według badań największa grupa wiekowa to jest 21–25 lat. Te osoby deklarują, że są zatrudnione na umowę o pracę w stałym wymiarze czasu, co powoduje, że jest to grupa bardzo interesująca dla reklamodawców, gdyż sami decydują o własnych wydatkach – zaznacza Adrian Kostrzębski.

Wzrost popularności e-sportu widać po organizowanych w Polsce imprezach. Tych zaś jest coraz więcej, a największa – Intel Extreme Masters – ma wysoką renomę nie tylko w Europie, lecz także na świecie.

– Kiedy pierwszy raz organizowaliśmy Intel Extreme Masters w 2013 roku, impreza trwała 2 dni i odwiedziło nas ponad 50 tysięcy osób. W tym roku odwiedziło nas 174 tysiące osób w 5 dni. Na przestrzeni tych lat widać, jak dynamicznie rozwija się e-sport, jak dużo osób przychodzi na samą imprezę, a przede wszystkim jak dużo osób ogląda transmisje w poszczególnych krajach – przekonuje Adrian Kostrzębski.

Transmisje z Intel Extreme Masters, rozgrywanej w Katowicach, największej imprezy w Polsce, obejrzało 232 mln widzów (łączna dzienna liczba widzów oglądających rozgrywki w czasie trwania całego wydarzenia). To kilkukrotnie więcej niż w poprzednich latach i jednocześnie rekord oglądalności turniejów ESL. Cała impreza była transmitowana przez telewizje oraz cyfrowe platformy w 21 językach.

– W Polsce również odbywają się ESL Mistrzostwa Polski – najbardziej prestiżowe i najstarsze rozgrywki e-sportowe w naszym kraju. Co roku najlepsi polscy zawodnicy walczą o miano tego najlepszego, z pulą nagród ponad pół miliona złotych. Ale nie o pieniądze tutaj chodzi. Chcemy dawać szansę rozwoju zawodnikom. ESL stworzyła pewien ekosystem e-sportowy od amatora do międzynarodowej gwiazdy – tłumaczy Adrian Kostrzębski. – Jako jedyni mamy stworzony cały ekosystem rozgrywek e-sportowych, dzięki czemu jesteśmy w stanie wyłapywać najlepszych zawodników i promować ich na gwiazdy. 

Newzoo podaje, że rynek wirtualnego sportu w 2019 roku może osiągnąć wartość 1,1 mld dol. W 2022 roku ma to być już ok. 2 mld dol., choć optymistyczne prognozy mówią nawet o 3 mld dol., a jeszcze w 2018 roku było to niewiele ponad 900 mln dol. Polski rynek szacuje się obecnie na ok. 50 mln zł. Jak wskazuje ekspert, e-sport to nie tylko zawodnicy i rozgrywki, lecz także duży rynek pracy.

– Bardzo nam zależy na pokazywaniu młodym ludziom, że e-sport to nie tylko bycie graczem komputerowym. Naszym głównym celem jest przede wszystkim stworzenie hubu produkcyjnego w naszym kraju. Doświadczenie, umiejętności polskich pracowników zostały dostrzeżone, więc realizują oni wydarzenia na całym świecie. Chcemy te kompetencje rozwijać i powiększać nasze struktury. Dodatkowo bardzo duży nacisk położymy na rozwój samego e-sportu w Polsce. Chcemy być pionierem na tym rynku – zapowiada Adrian Kostrzębski.

Technologia uczenia maszynowego przyspieszy proces przetwarzania informacji. Wykorzystuje się ją już w walce z fake newsami czy do rozpoznawania chorób we wczesnej fazie rozwoju

Technologia uczenia maszynowego przyspieszy proces przetwarzania informacji. Wykorzystuje się ją już w walce z fake newsami czy do rozpoznawania chorób we wczesnej fazie rozwoju 2

Upowszechnienie się sztucznej inteligencji pozwoliło przerzucić żmudny proces analizy dużych zasobów informacji na algorytmy komputerowe. Zastosowanie technologii uczenia maszynowego pozwala wyszkolić sztuczną inteligencję do specjalistycznych zadań analitycznych i wychwytywania wzorów w ramach big data. Tworzy się też algorytmy predykcyjne, które umożliwią m.in. rozpoznawanie fake newsów, zautomatyzowanie procesu wykrywania nowych wirusów czy rozpoznawania chorób w ich wczesnej fazie rozwoju.

– Problem analizy danych to problem bardzo ogólny. Z jednej strony mamy bardzo popularne przykłady jak rozpoznawanie zdjęć. To bardzo dobrze robi np. platforma Google. Ale mamy też wyzwania bardziej skomplikowane, np. odróżnianie newsów prawdziwych od fałszywych. I do tego też można podejść jako do zadania analitycznego: zgromadzić fałszywe i prawdziwe newsy i próbować wytrenować algorytmy sztucznej inteligencji, żeby nauczyły się odróżniać rzeczy prawdziwe od fałszywych. A potem ostrzegać nas przed tymi fałszywymi – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr hab. Dominik Ślęzak pracownik Instytutu Informatyki Uniwersytetu Warszawskiego, prezes firmy QED Software.

Systemy zautomatyzowanej analizy danych zyskują na popularności. Ze sztucznej inteligencji wyszkolonej metodą uczenia maszynowego korzystamy na co dzień np. podczas wyszukiwania zdjęć. Algorytmy Google analizują obrazy zindeksowane w sieci, rozpoznając na nich kluczowe elementy i dopasowując je do naszego zapytania. Z tą technologią eksperymentuje także firma NVIDIA, która rozwija projekt generatywnej sieci neuronowej (GAN) wyspecjalizowanej w analizie i przetwarzaniu obrazu. Inżynierowie szkolą sztuczną inteligencję do interpretowania wzorców wizualnych, które służą do generowania fotorealistycznych obrazów.

Technologię GAN wykorzystano m.in. do tworzenia twarzy nieistniejących osób, modelowania trójwymiarowych obiektów na bazie nagrań czy tworzenia zdjęć krajobrazów na podstawie prostych szkiców.

– Medycyna, bankowość, przemysł – te aspekty, żeby rozpoznawać i odróżniać pewne rzeczy na podstawie danych są popularne w niemal każdej dziedzinie – przekonuje Dominik Ślęzak.

Stworzona przez QED Software platforma Knowledge Pit ma unaocznić potencjał tej technologii. Ma ona formę platformy konkursowej, na której różne firmy mogą przetestować swoje algorytmy analizy informacji. Przedstawiciele różnych gałęzi przemysłu wystawiają na niej dane big data, a zadaniem uczestników platformy jest opracowanie algorytmów predykcyjnych, które będą w stanie wyciągnąć z nich przydatne informacje i odpowiednio je skatalogować. Najefektywniejsze algorytmy mogą być wdrożone przez przedsiębiorstwa.

Platforma Knowledge Pit powstała po to, aby połączyć ze sobą ekspertów od uczenia maszynowego z firmami, które nie wiedzą, w jaki sposób przetwarzać dane w ramach big data.

– W tej chwili organizujemy konkurs we współpracy z firmą z dziedziny cyberbezpieczeństwa. Na podstawie danych ściąganych od swoich klientów ma rozpoznawać ataki internetowe. Celem konkursu jest rozpoznawać na podstawie danych, czy sekwencja zapisów, operacji sieciowych jest atakiem internetowym czy nie. W momencie, gdyby udało się opracować taki model, który odróżnia zwyczajną aktywność sieciową od tej podejrzanej, można wówczas ten model zastosować i pomóc takiej firmie w analizie nowo napływających danych – mówi ekspert.

Sztuczna inteligencja wyspecjalizowana w precyzyjnym wyszukiwaniu wzorców może być użyteczna niemal w każdym sektorze gospodarki. Inżynierowie Amazona wykorzystują ją nie tylko w procesie personalizacji reklam. Dzięki technologii uczenia maszynowego udało im się opracować m.in. oprogramowanie do rozpoznawania nieczytelnego pisma lekarzy. Program nie tylko jest w stanie odczytać niewyraźne zapiski, wyszkolono go także w słownictwie medycznym, dzięki czemu radzi sobie z przepisywaniem recept oraz diagnoz zapisanych odręcznie na pismo maszynowe.

Ciekawym przykładem wykorzystania big data jest współpraca podjęta pomiędzy Family Tree DNA a amerykańskim Federalnym Biurem Śledczym. Firma specjalizująca się w analizie DNA udostępniła FBI anonimowe dane genetyczne swoich klientów, które mogą posłużyć agentom federalnym do odnalezienia przestępców, których nie udało się zlokalizować za pośrednictwem klasycznych metod śledczych.

Z kolei naukowcy z Uniwersytetu Nowego Jorku oraz SRI International opracowali algorytm, który jest w stanie rozpoznać w próbce głosu symptomy zespołu stresu pourazowego. Badacze wyszkolili sztuczną inteligencję przy wykorzystaniu 40 tys. próbek głosowych 129 weteranów wojennych, którzy zmagali się z tym schodzeniem. Dzięki temu udało się stworzyć oprogramowanie, które z 89 proc. skutecznością jest w stanie wskazać objawy PTSD, analizując wyłącznie nagranie dźwiękowe głosu pacjenta.

Na podobnej zasadzie działają inne sztuczne inteligencje stworzone z myślą o branży medycznej. Prezentuje im się duże zasoby danych opisujących osoby cierpiące na jakieś schorzenie, a następnie wykorzystuje się technologię uczenia maszynowego, aby odnaleźć wzorce w big data, które pozwolą stworzyć algorytmy automatycznie rozpoznające symptomy choroby.

– Dane są już używane, żeby np. przewidywać, czym się interesujemy, żeby proponować nam różnego rodzaju produkty w reklamach online. Ale również żeby nam pomagać np. przewidywać schorzenia, sugerować możliwości terapii, doradzać na różne sposoby. Świat danych już z nami zostanie, tych danych będzie coraz więcej i za tym muszą iść dobre i dobrze stosowane narzędzia analizy danych – podsumowuje ekspert.

Według Allied Market Research wartość globalnego rynku sztucznej inteligencji wzrośnie do 169,4 mld w 2025 roku, wykazując średnioroczne tempo wzrostu na poziomie 55,6 proc.

Polacy stworzyli inteligentny opatrunek na odleżyny. Działa także na czynniki wewnętrzne powodujące ten typ ran

Polacy stworzyli inteligentny opatrunek na odleżyny. Działa także na czynniki wewnętrzne powodujące ten typ ran 3

Choć dzięki innowacyjnym lekom część chorób uważanych za nieuleczalne jest już oceniana jako przewlekłe, medycyna nie potrafiła poradzić sobie z problemem odleżyn. Mają je miliony osób na całym świecie. Naukowcy opracowali już jednak specjalne łóżka, które same zmieniają pozycję chorych, a kontrolę łóżka można przeprowadzić za pomocą aplikacji zainstalowanej na smartfonie. Polacy opracowali zaś rewolucyjne plastry, które eliminują wszystkie czynniki powodujące odleżyny.

– Prevlly jest bardzo zaawansowanym technologicznie plastrem przeciwodleżynowym prewencyjnym, przy tym bardzo prostym w obsłudze. Po odklejeniu zewnętrznej warstwy folii można nakleić plaster na narażone miejsce na ciele i on już chroni pacjentów. Różni się tym od standardowych metod, że działa nie tylko na czynniki zewnętrzne powodujące odleżyny, lecz także i wewnętrzne. Wymusza na ciele aktywną obronę przed tymi czynnikami – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Jeremi Zgierski, prezes start-upu Prevlly.

Jeszcze do niedawna na odleżyny nie było skutecznej metody. Sytuacja jednak powoli się zmienia. W Azji opracowano już łóżko przeciwodleżynowe, które może automatycznie zmieniać pozycje snu zgodnie z ustalonym czasem trwania. Kontrolę łóżka można zaś przeprowadzić za pomocą aplikacji zainstalowanej na smartfonie. W Anglii z kolei udało się niemal o połowę ograniczyć występowanie odleżyn dzięki głębokiemu skanowaniu skóry. Dzięki skanerowi personel hospicjum był w stanie wykryć uszkodzenie tkanek głęboko pod powierzchnią skóry zanim były one widoczne. Z kolei niedawno opracowany cyfrowy monitoring mobilności, bezdotykowy czujnik umieszczony pod materacem przesyła dane o mobilności pacjenta przez całą dobę.

Rozwiązanie opracowane przez polski start-up nie tylko pomaga polepszyć standard życia pacjentów z odleżynami, lecz przede wszystkim – zapobiega ich powstawaniu.

– Odleżyny to są bardzo ciężko i długo gojące się rany, a ich leczenie to tak naprawdę wycinanie przez chirurga kolejnych kawałeczków tej rany. Metod prewencji jest bardzo mało, a leczenie jest bardzo żmudne, długie i kosztowne – zaznacza Jeremi Zgierski.

Prevlly to pierwszy na świecie inteligentny profilaktyczny opatrunek przeciwodleżynowy. Dzięki swojej technologii reaguje na prawie wszystkie czynniki tworzące odleżyny i je eliminuje, chroniąc pacjentów przed bólem i niebezpieczeństwem odleżyn. Pierwsze testy wykazały 100-procentową skuteczność.

– Właśnie skończyliśmy budowę naszego prototypu, czyli modelu MVP, podpisaliśmy także listy intencyjne z dystrybutorami. Chcemy teraz uzyskać ochronę patentową, następnie certyfikację produktu i wypuścić go na rynek. Szacujemy, że będą to okolice II kw. 2021 roku – zapowiada prezes start-upu Prevlly.

Odleżyny to urazy skóry i tkanki, wynikające z długotrwałego nacisku na skórę połączonego z tarciem. Najczęściej odleżyny występują w okolicach kości krzyżowej i ogonowej, na piętach, biodrach i kostkach. Mogą się szybko rozwijać, są też trudne do wyleczenia, szczególnie u osób w stanie krytycznym, osób po urazie kręgosłupa i unieruchomionych. Rozwiązanie polskiej firmy oznacza nie tylko pomoc pacjentom, lecz także znaczne oszczędności.

– Przeanalizowaliśmy rynek globalny, okazało się, że około 2 proc. ludzi na całym świecie cierpi z powodu odleżyn. W 28 państwach, które analizowaliśmy, około 2 proc. wydatków z budżetów medycznych wydawanych jest właśnie na leczenie ludzi z odleżynami, a to daje kwoty 118 mld dol. rocznie – wylicza Jeremi Zgierski.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia: 12-16 VIII

Ciągnąca się saga wojen handlowych zmienia się na gorsze, coraz bardziej zagrażając globalnemu ożywieniu. Recesyjne obawy przekuwane są w uważniejsze skanowanie danych makro i generują presję na banki centralne z żądaniami działań ratunkowych. W przyszłym tygodniu główna uwaga będzie na serii danych z USA jako ważnych wskazówek dla Fed. Poza tym interesujące mogą być odczyty z Eurolandu, Wielkiej Brytanii, Australii i Chin, a także decyzja Norges Banku.

Przyszły tydzień: CPI/sprzedaż/produkcja z USA, ZEW, rynek pracy/CPI/sprzedaż z Wlk. Brytanii, Norges Bank, PKB z Polski, sprzedaż/produkcja z Chin, rynek pracy z Australii

USA

Przed nami tydzień obfitujący w ważne dane z USA. Ponieważ członkowie Fed przywiązują dużą wagę do trendów inflacyjnych, CPI (wt) może przechylić szalę na rzecz szybszej reakcji władz monetarnych. Jakość aktywności gospodarczej będzie mierzona odczytami sprzedaży detalicznej, produkcji przemysłowej (czw) i pozwoleniami na budowę domów (pt). Ocenę stosunków handlowych z Chinami przez biznes i konsumentów pozwolą zmierzyć indeksy NY Empire State, Philly Fed (czw) i Uniwersytetu Michigan (pt). Lepsze od prognoz wyniki będą prawdziwą niespodzianką, choć jest mało realne, aby osłabiły oczekiwania w stosunku do dalszych obniżek stóp procentowych.

Strefa euro

Trudno oczekiwać, aby w obliczu fatalnych danych z Niemiec i zawirowań na rynkach finansowych z powodu eskalacji wojen handlowych indeks nastrojów analityków ZEW (wt) miałby pokazać dobry odczyt. Indeks może zahaczyć o poziomy z końca 2011 r., kiedy kryzys zadłużenia był w szczytowym momencie. Drugi szacunek PKB za II kw. z Eurolandu (śr) prawdopodobnie potwierdzi spowolnienie. Dla EUR dane mogą mieć drugorzędne znaczenie przy EUR/USD głównie sterowanym nastawieniem do USD i oczekiwaniami w stosunku do polityki Fed.

Wielka Brytania

W Wielkiej Brytanii dane z rynku pracy (wt) mogą ujawniać oznaki spadku aktywności i zapotrzebowania na pracowników. Spadająca inflacja (śr) będzie wzmacniać oczekiwania na powrót BoE do obniżek stóp procentowych. Po sprzedaży detalicznej (pt) oczekuje się odreagowania silnych figur z czerwca. Ogólnie w raportach przeważają negatywne ryzyka dla funta.

Norwegia

Norges Bank odbędzie posiedzenie, po którym spodziewamy utrzymania stopy procentowej bez zmian (czw). Ważniejsze jednak, czy bank podtrzyma sugestie z czerwca, według których następnym razem wrześniu dojdzie do kolejnej podwyżki? Ostatnie dane było nieco słabsze, jak również spadły ceny ropy naftowej, ale inflacja bazowa pozostaje silna na 2,2 proc., a NOK osłabił się o niemal 3 proc. To powinno wystarczyć, by Norges Bank pozostał na jastrzębiej ścieżce.

Polska

W Polsce mamy odczyty salda bieżącego (wt), inflacji (śr, pt) i PKB (śr) z największym zainteresowaniem wokół tego ostatniego. Rynek oczekuje, że wzrost PKB przyhamuje po 4,7 proc. r/r zanotowanych I kw., ale pytanie: jak bardzo? Słabszy odczyt (konsensus 4,5 proc.) może ponieść obawy, że solidne zaplecze fundamentalne kruszeje, co może być pretekstem do osłabienia złotego. Poza tym bez wyraźnej fali pogorszenia sentymentu zewnętrznego nie widzimy na rynku pędu do sprzedaży złotego, więc im więcej stabilizacji, tym bardziej realne odreagowanie.

Chiny

W danych o sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej z Chin (śr) będzie poszukiwana odpowiedź na pytanie, czy widać już efekty pomocowych narzędzi fiskalnych i monetarnych? Poza tym niemal każdy dzień będzie się rozpoczynał od analizy fixingu juana i jak bardzo LBCh pozwoli na deprecjację waluty, by zniwelować wpływ wyższych ceł.

Australia

W Australii RBA na sierpniowym posiedzeniu podkreślił uzależnienie przyszłych decyzji od danych, więc rynek będzie uważnie przyglądał się odczytom indeksów nastrojów (wt, śr) i raportowi z rynku pracy (czw). Rozczarowanie wzmocni oczekiwania na obniżkę stopy kasowej we wrześniu, ciągnąc AUD w dół. Przyszły tydzień będzie bez ważnych danych z Nowej Zelandii. Zaskakująca decyzja RBNZ o obniżce stopy OCR aż o 50 pb pozostawiła wyrwę w zaufaniu względem NZD, ale można dyskutować, że przynamniej w krótkim terminie całe zło jest już w cenach, o ile nie dojdzie do świeżej eskalacji wojen handlowych.

Kanada

W Kanadzie kalendarz na przyszły tydzień jest ubogi jedynie z danymi o sprzedaży domów na rynku wtórnym (czw). To skazuje CAD na pozostanie pod wpływem wahań apetytu na ryzyko i korelacji z rynkiem ropy naftowej. Stabilizacja rynków w ostatnich dniach już pomaga w odreagowaniu wcześniejszej przeceny loonie, ale sentyment wciąż jest kruchy, gdyż rynek nie porzuca oczekiwań, że Bank Kanady zmieni nastawienie na bardziej gołębie. Z drugiej strony determinacja Arabii Saudyjskiej dla stabilizacji rynku ropy naftowej powinna pośrednio dawać wsparcie CAD.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Spadek PKB na wyspach, Ameryka wciąż silna.

Brexit i związana z nim niepewność powoduje, że brytyjska gospodarka nie ma się ostatnio najlepiej. Niewykluczone, że po spadku PKB w drugim kwartale, w trzecim zobaczymy nawet gorsze wyniki.

Kwartalny spadek PKB na wyspach

Dane z Wielkiej Brytanii niemiło zaskoczyły rynki. Tempo wzrostu tamtejszego PKB spadło i teraz wynosi 1,2%. Większy problem stanowi jednak kwartalny spadek o 0,2%, ponieważ w ekonomii dwa spadkowe kwartały z rzędu uznajemy za oznakę recesji. Biorąc pod uwagę zbliżający się termin Brexitu, trzeci kwartał tego roku raczej nie zapowiada poprawy. Niepewność dotycząca przebiegu Brexitu, nie pomaga w prowadzeniu biznesu, więc trudno się dziwić, że funt jest najtańszy od 2017 roku.

Czy Polska dołączy do obniżek stóp procentowych?

Ostatnia wypowiedź prezesa NBP Adama Glapińskiego zahacza o temat, który wielu analityków żywo interesuje. W wywiadzie dla “Ale Bank” stwierdził, że gdy dojdzie do spowolnienia w strefie euro, trzeba będzie pomyśleć o luzowaniu polityki pieniężnej. Pozostawienie polskich stóp procentowych na niezmienionym poziomie, sprawiłoby, że w przypadku luzowania polityki w strefie euro złoty szybko by się umocnił. Wbrew pozorom nie jest to dla nas korzystne, bo połączenie słabej koniunktury na zachodzie i mocnego złotego uderzy w polskich eksporterów.

Amerykański rynek pracy wciąż silny

Wczoraj poznaliśmy dane na temat liczby wniosków o zasiłek dla bezrobotnych w USA. Pomimo pełnych obaw wiadomości ekonomicznych sytuacja w kraju wciąż jest bardzo dobra. Liczba wniosków wyniosła zaledwie 209 tysięcy, co nie tylko jest lepszym od oczekiwań wynikiem, ale obiektywnie niskim poziomem. Dane te spowodowały lekkie odreagowanie na dolarze, ale dalej jest on słaby względem euro. Warto zwrócić uwagę, że rynek powoli zaczyna wierzyć że jest szansa na to, że we wrześniu nie dojdzie do obniżki stóp procentowych i to również pomaga dolarowi utrzymywać wartość.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Cienka kapitalizacja

Z dniem 1 stycznia 2018 r. znaczącej zmianie uległy przepisy dotyczące tzw. cienkiej kapitalizacji. Nowelizacja przepisów polskiej ustawy o podatku dochodowym była skutkiem wdrożenia do porządku unijnego dyrektywy mającej na celu przeciwdziałanie praktykom unikania opodatkowania, które mają bezpośredni wpływ na funkcjonowanie rynku wewnętrznego (Dz.Urz. UE L 193, s. 1, ze zm.). Z jednej strony zmiana przepisów jest korzystna dla podatników, gdyż zwiększony został limit kosztów finansowania stanowiących koszty podatkowe, z drugiej strony regulacją zostały objęte także koszty finansowania od podmiotów zewnętrznych – niepowiązanych. Nowe regulacje, mimo że obowiązują od 1 stycznia 2018 r., w dalszym ciągu budzą szereg wątpliwości. Jedną z nich jest sposób kalkulacji progu, po przekroczeniu którego podatnik nie może zaliczyć wydatków do kosztów uzyskania przychodu.

Co to jest cienka kapitalizacja?

Firmy w toku prowadzonej działalności korzystają z finansowania zewnętrznego albo od podmiotów powiązanych, albo od podmiotów trzecich (np. pożyczek, kredytów itp.). Często występującym elementem takiego finansowania są odsetki. Cienka kapitalizacja nazywana także niedostateczną kapitalizacją to ograniczenie kwoty odsetek od takiego finansowania, które mogą być kosztami podatkowymi. Ustawodawca chce w ten sposób przekazać, że istnieje pewna wartość zadłużenia firm i odsetek, która jest dla niego akceptowalna przy założeniu racjonalnie działających przedsiębiorców, a kwoty powyżej tego limitu są nieproporcjonalne do prowadzonej działalności.

Cienka kapitalizacja od 1 stycznia 2018 r.

Od 1 stycznia 2018 r. weszły w życie regulacje, w zakresie których podatnicy są obowiązani wyłączyć z kosztów uzyskania przychodów koszty finansowania dłużnego w części, w jakiej nadwyżka kosztów finansowania dłużnego przewyższa 30% kwoty odpowiadającej podatkowemu EBITDA, tj. nadwyżce sumy przychodów ze wszystkich źródeł przychodów pomniejszonej o przychody o charakterze odsetkowym nad sumą kosztów uzyskania przychodów pomniejszonych o wartość zaliczonych w roku podatkowym do kosztów uzyskania przychodów odpisów amortyzacyjnych oraz kosztów finansowania dłużnego nieuwzględnionych w wartości początkowej środka trwałego lub wartości niematerialnej i prawnej. Warto podkreślić, że limit cienkiej kapitalizacji dotyczy nie tylko wydatków na rzecz podmiotów powiązanych. W art. 15c ust. 1 ustawy o CIT rozciągnięto stosowanie ograniczenia zaliczania odsetek do kosztów uzyskania przychodów na wszystkich podatników.

Z powyższej reguły kalkulacji progu cienkiej kapitalizacji wynika, że jest ona uzależniona od wyników finansowych podatnika. Jest to pochodna unijnych regulacji, mających na celu przeciwdziałanie erozji baz podatkowych na rynku wewnętrznym. Przyjmuje się więc, że podatnicy co do zasady mogą korzystać z finansowania zewnętrznego, ale tylko do pewnego poziomu – wyższa wartość oznacza w ocenie fiskusa nadmierne wydatki w stosunku do prowadzonej działalności i w konsekwencji nie powinna stanowić kosztów podatkowych. Należy zaznaczyć, że obecnie obowiązujące przepisy limitujące wysokość odliczanych odsetek przewidują, z pewnymi wyłączeniami, możliwość przeniesienia nieodliczonej kwoty odsetek na pięć kolejno po sobie następujących lat podatkowych. Zapis ten jest korzystny dla podatników, gdyż kwota kosztów finansowania nie musi być równa w każdym roku.

Polski ustawodawca skorzystał także z możliwości przewidzianej w dyrektywie UE w zakresie wprowadzenia stałej kwoty progu. Ustawa o podatku dochodowym przewiduje, że ww. sposobu kalkulacji progu nie stosuje się do nadwyżki kosztów finansowania dłużnego w części nieprzekraczającej w roku podatkowym kwoty 3 mln zł. Ten zapis jest kością niezgody pomiędzy podatnikami a organami podatkowymi, która doprowadziła niektóre sprawy przed sąd administracyjny.

Z czego wynikał spór?

Sporna kwestia dotyczy kalkulacji kwoty limitu cienkiej kapitalizacji. Organy podatkowe, analizując przepisy ustawy oraz dyrektywy w tym zakresie, twierdzą, że kwota 3 mln zł nie powinna być wliczana do kalkulacji, gdyż nie byłoby to zgodne z celem ustawodawcy. Innymi słowy, po przekroczeniu 3 mln zł zastosowanie będzie miał limit 30% podatkowego EBITDA, bez uwzględnienia kwoty 3 mln zł. Z takim stanowiskiem nie zgadzają się podatnicy, którzy twierdzą, że dopiero od nadwyżki kosztów finansowania zastosowanie powinien mieć próg 30% EBITDA. Biorąc pod uwagę kwotę podatku od wartości 3 mln zł, spór pomiędzy organami a podatnikami jest materialny.

Stanowisko sądów

Sądy administracyjne w niewielu wydanych do tej pory wyrokach potwierdzają stanowisko podatników. Przykładowo Wojewódzki Sąd Administracyjny we Wrocławiu w wyroku z 3 kwietnia 2019 r. (sygn. I SA/Wr 7/19) wskazał, że w sytuacji, gdy u danego podatnika nadwyżka kosztów finansowania dłużnego przekracza 3 mln zł, to wskaźnik obliczony na podstawie EBITDA należy stosować dopiero do nadwyżki ponad wspomnianą kwotę 3 mln zł. Do podobnych wniosków doszedł WSA w Poznaniu w wyroku z dnia 12 grudnia 2018 r. (sygn. I SA/Po 699/18) oraz WSA w Warszawie (sygn. akt III SA/Wa 1849/18).

Oznacza to, że argumentacja fiskusa jest niewystarczająca dla sądów, które, dokonując literalnej wykładni przepisów ustawy, potwierdziły, że kwotę 30% podatkowego EBITDA należy liczyć dopiero po przekroczeniu kwoty 3 mln zł. Takie podejście jest bardzo korzystne dla podatników, gdyż mogą oni wykazać w kosztach podatkowych wyższe wydatki związane z finansowaniem zewnętrznym.

Podsumowanie

Należy jednak zaznaczyć, że kwestia ustalania limitów cienkiej kapitalizacji, pomimo korzystnych dla podatników wyroków sądów administracyjnych, w dalszym ciągu budzi szereg wątpliwości, które nie zostaną rozstrzygnięte do czasu wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego. Niemniej biorąc pod uwagę szereg pozytywnych rozstrzygnięć wojewódzkich sądów administracyjnych, podatnicy powinni rozważyć wystąpienie z wnioskiem o wydanie indywidualnej interpretacji podatkowej w swoim przypadku. Pozwoli to ograniczyć ryzyko i zwiększy szanse na wydanie pozytywnego rozstrzygnięcia. Jeżeli jednak podatnik nie jest zainteresowany wnioskiem o interpretację indywidualną, warto przy kalkulacji współczynnika skorzystać z pomocy doświadczonego doradcy podatkowego, który w sposób bezpieczny i zgodny z przepisami wskaże metodę kalkulacji współczynnika.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Przeciętne wynagrodzenie rośnie w drugim kwartale wyniosło 4839,24 zł

Główny Urząd Statystyczny podał dane o przeciętnym wynagrodzeniu w Polsce w II kwartale 2019 roku. To wyniosło 4839,24 zł, co oznacza spadek o 2% w ujęciu kwartalnym oraz wzrost o 7% w porównaniu do analogicznego okresu 2018 roku.

– Wzrost przeciętnego wynagrodzenia nie zaskoczył, ten zależy między innymi od wartości minimalnego wynagrodzenia, które w porównaniu do 2018r. wzrosło o niemal 7%. Cały czas mamy również do czynienia z presją płacową która utrzymuje się ze względu na braki kadrowe. Wobec tego przewiduję wzrost przeciętnego wynagrodzenia w II połowie 2019 r. do 8,5% – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service.

Przeciętne wynagrodzenie wyrażane jest w ujęciu brutto, razem z podatkiem dochodowym PIT oraz składkami na ubezpieczenie emerytalne, rentowe i chorobowe.

Na początku sierpnia Senat przyjął nowelizację ustawy o wynagrodzeniu minimalnym. Nowelizacja wejdzie w życie w 2020 roku i zmieni sposób obliczania wymiaru przeciętnej płacy, do której nie będzie już wliczany dodatek od stażu. Celem nowelizacji jest zwiększenie przejrzystości minimalnego wynagrodzenia za pracę.

Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service, ekspert rynku pracy
Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service, ekspert rynku pracy

– Dzięki tej nowelizacji, pracownicy otrzymujący minimalne pensje, będą wynagradzani bardziej sprawiedliwie niż dotychczas. Nowelizacja doprowadzi bowiem do zwiększenia płac tych pracowników, którzy zarabiają najniższe pensje, lecz posiadają dłuższy staż pracy. To rozwiązanie będzie miało niebagatelny wpływ na rynek pracy, jest bowiem skierowane do takich pracowników, których zastąpienie bywa o wiele trudniejsze. Długofalowo, ten zapis w nowelizacji wpłynie więc na stabilizację zatrudnienia w niektórych sektorach– tłumaczy Krzysztof Inglot.

Boeingi 787 podatne na ataki hakerów? Amerykański koncern odpowiada na zarzuty

Podczas konferencji Black Hat poruszono temat błędów w oprogramowaniu Boeinga 787, za pomocą których rzekomo możliwe jest przejęcie kontroli nad samolotem. Producent zaprzecza istnieniu zagrożenia, a Xopero Software, twórca programów do backupu i odzyskiwania danych, tłumaczy o co chodzi  w konflikcie.

W trakcie jednej z konferencji Black Hat Briefings w Las Vegas, Ruben Santamarta – główny konsultant do spraw cyberbezpieczeństwa w IOActive – opowiedział o znalezionych lukach w oprogramowaniu popularnych samolotów Boeing 787. Producent samolotów niemal natychmiast określił prezentację jako “nieodpowiedzialną i mylącą’.

W samolotach tego typu pracują trzy główne sieci elektroniki. Pierwsza zarządza działaniem nieistotnych (z punktu widzenia pracy maszyny) systemów, jak urządzenia do rozrywki pasażerów. Druga sieć utrzymuje aplikacje używane przez załogę i personel techniczny. Trzecia i najważniejsza zarządza działaniem wszelkiego rodzaju czujników i urządzeń, na których bezpośrednio pracują piloci.

Błędy, które odnalazł Santamarta pozwalają na włamanie się do pierwszej sieci, stamtąd do drugiej, aby wreszcie uzyskać dostęp do trzeciej i teoretycznie przejąć kontrolę nad systemami samolotu. Rzecznicy Boeinga twierdzą z kolei, że opanowanie maszyny w ten sposób jest niemożliwe. Filtry systemowe nie pozwalają bowiem na swobodny przepływ poleceń między sieciami.

Według twierdzeń IOActive, Santamarta odnalazł oprogramowanie (ówcześnie wciąż w trakcie rozwoju) we wrześniu 2018, kiedy to producent Dreamlinera przypadkowo udostępnił swój serwer. Odnalazł w nim kilka błędów, które można wykorzystać do uruchomienia własnego kodu w systemach. Następnie skontaktował się z inżynierami Boeinga, aby sprawdzić swoje badania w kontrolowanych warunkach, bezpośrednio w systemach maszyny.

Rzecznicy amerykańskiego koncernu zaprzeczają podobnym kontaktom, twierdząc, że pierwszy raz o błędach dowiedzieli się od osoby niepowiązanej z IOActive, a o badaniach Santamarty, zaledwie kilka miesięcy wcześniej z programu konferencji Black Hat. Firma twierdzi również, że IOActive co prawda informowało o problemie, ale wyłącznie zewnętrznego twórcę oprogramowania – Honeywell. Temu z kolei zaprzecza IOActive, podtrzymując swoją wersję.

Bartosz Jurga – head of presales, Xopero Software S.A.
Bartosz Jurga, Head of Sales w Xopero Software

– Przejęcie kontroli nad samolotem to niezwykle groźny temat – mówi Bartosz Jurga, dyrektor sprzedaży w Xopero Software – szczególnie po atakach z września 2001, zagnięciu samolotu MalaysianAirlines czy katastrofie lotu Germanwings. Jakiekolwiek szerzenie teorii na ten temat z reguły wywołuje panikę, a jeżeli nie jest poparte twardymi dowodami, faktycznie jest nieodpowiedzialne. Tutaj należy zgodzić się z Boeingiem. Z drugiej strony producent Dreamlinera wiedział o temacie prezentacji kilka miesięcy wcześniej i mógł zaplanować swoją reakcję o wiele lepiej. Chociażby podeprzeć się analizami i rzeczowymi dowodami na jej niesłuszność.

W międzyczasie oprogramowanie zostało dopracowane. W testach przeprowadzanych przez Boeinga bezpośrednio na samolocie potwierdzono, że nie ma możliwości wykorzystania błędów do przejęcia kontroli nad systemami. Z tym zgadzają się również liczni komentatorzy i eksperci zza oceanu, którzy wątpią w możliwość przeprowadzenia podobnego ataku krytykując jednocześnie Boeinga za zachowanie po zgłoszeniu problemu.

Boeing powinien lepiej przygotować się do tej sytuacji tym bardziej, że po katastrofie samolotu linii Ethiopian Airlines w marcu tego roku, wszystkie maszyny Boeing 737MAX zostały uziemione na długie miesiące – mówi Bartosz Jurga, dyrektor sprzedaży w Xopero Software – Ważnym problemem, który niestety umyka w całej tej sprawie, jest również niewłaściwe zabezpieczenie danych przez samego producenta. Z pewnością oprócz Santamarta, wiele niepowołanych osób dotarło do badań działu R&D [Research&Development] Boeinga.

W niemieckim przemyśle nadal widać trend spadkowy

W tym tygodniu nie mieliśmy do czynienia z dużą liczbą wydarzeń czy danych dot. finansów i gospodarki. Z makroekonomicznego kalendarza można wymienić wyniki niemieckiej produkcji przemysłowej, która w lipcu ponownie zanotowała spadek. W porównaniu miesięcznym, biorąc pod uwagę korektę sezonową, doszło do spadku o 1,5%, a międzyrocznie aż o 13,9%. Sytuacja w niemieckim przemyśle zaczyna być bardzo niepokojąca. Szczególnie w połączeniu z wynikiem PMI, który od dawna utrzymuje się w Niemczech poniżej poziomu 50 (co sugeruje dalszy spadek produkcji) oraz sygnalizuje również słabsze wyniki zamówień produkcyjnych. W czerwcu, w porównaniu miesięcznym, wzrosły one 2,5%, a w międzyrocznym spadły o 10,9%. Sytuacja nie jest zbyt optymistyczna, w tym także dla polskiej gospodarki, na którą kryzys w przemyśle niemieckim zaczyna mieć coraz większy wpływ. Produkcja przemysłowa w kraju nad Wisłą w czerwcu spadła międzyrocznie o 2,7%.

Rosnąca nerwowość w niemieckim przemyśle mogła przyczynić się do wzrostu awersji w stosunku do walut środkowoeuropejskich, a tym samym do osłabienia złotego. Kurs złotówki w tym tygodniu w stosunku do euro wzrósł i w piątek rano był na poziomie 4,32 EUR/PLN. Eurodolar w tym czasie wynosił 1,119 EUR/USD.

Komentarz walutowo-makroekonomiczny Malwiny Krakus, analityczki AKCENTY

Marsh Global Insurance Market Index Q2 2019: wzrost cen ubezpieczeń o ok. 6%

Drugi kwartał 2019 r. zakończył się siódmym z rzędu wzrostem cen ubezpieczeń na świecie – wynika z najnowszego raportu Marsh Global Insurance Market Index: Q2 2019, cyklicznego zestawienia stawek odnowieniowych oferowanych przez ubezpieczycieli na świecie. Poniżej prezentujemy kluczowe tendencje w zakresie wybranych linii ubezpieczeń:

  • Średnie ceny ubezpieczeń wzrosły o blisko 6% w drugim kwartale 2019 r. Jest to największy wzrost stawek ubezpieczeniowych obserwowany od 2012 r. Drugi kwartał 2019 r. utrzymał wzrostową tendencję z ostatnich 6 kwartałów.
  • W skali globalnej ceny ubezpieczeń majątkowych wzrosły średnio o 8%. Ubezpieczenia finansowe i profesjonalne odnotowały prawie 10% wzrost, a ceny ubezpieczeń OC osiągnęły blisko 1% wzrost. Wzrost cen w znacznej mierze obejmował duże firmy, szczególnie w obszarze ubezpieczeń majątkowych i D&O.
  • Drugi kwartał 2019 r. zakończono ze wzrostem stawek ubezpieczeniowych we wszystkich regionach na świecie.
  • Region Pacyfiku kontynuuje utrzymującą się od dwóch lat tendencję wzrostową, osiągając w ostatnim kwartale 18% wzrost cen ubezpieczeń.
  • Wzrost ten spowodowany był w głównej mierze podwyżkami stawek ubezpieczeniowych D&O (wiele firm odnotowało wysoki, dwucyfrowy wzrost) oraz ryzyk katastroficznych i pozostałych.
  • W Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i krajach azjatyckich wzrost cen ubezpieczeń stanowił co najmniej 3%.

Wysyłkowa wojna totalna: Amazon kontra reszta świata

Gigant świata e-commerce i najcenniejsza marka świata – Amazon, kontynuuje swój zwycięski marsz i realizuje kolejne etapy planu totalnej dominacji w sektorze handlu. Po rewolucji, jaka dokonała się za pośrednictwem amerykańskiego potentata w świecie zakupów, przyszła pora na kolejny krok w kierunku pełnej autonomii biznesowej – własne usługi kurierskie. Korporacje logistyczne drżą przed widmem zmian, jakie może wywołać amerykańska rewolucja wysyłkowa.

Marka Amazon od lat wyznacza trendy w zakresie e-handlu, a jej działania są motywacją i benchmarkiem dla innych podmiotów. Cała branża e-commerce, niezależnie od wielkości, musi uważnie obserwować i analizować poczynania amerykańskiej spółki.

Każdy, kto chce zaistnieć w sieci, stara się zaadaptować rozwiązania wprowadzane przez firmę, za której sterami zasiada najbogatszy człowiek świata – Jeff Bezos. Gdy okazało się, że w świecie e-handlu, korporacja dotarła do ściany i momentu, gdzie wiele więcej zrobić nie można, rozpoczęto kolejny etap w planie budowy imperium handlowego – własne usługi logistyczne.

Omni doświadczenia

Amazon radzi sobie bardzo dobrze w przypadku wysyłki towarów z magazynów własnych – szczególnie w ramach usługi Prime, którą mogą wykupić użytkownicy poszukujący dodatkowych benefitów – jak specjalne promocje, czy darmowa dostawa w określonym czasie. A ponieważ korporacja zarządzana przez Jeffa Bezosa robi wszystko, by zapewnić swoim klientom jak najlepsze doświadczenia, „opakowując” ich w pakiet usług własnych, przyszła pora na zaangażowanie się w proces logistyczny. Amazon liczy, że obsługując samodzielnie dostawy, będzie w stanie znacznie przyspieszyć czas wysyłki i skłonić większą liczbę osób do kupowania swojego abonamentu.

Tego typu usługa testowana jest już od 2017 roku, kiedy to ruszył program beta w Los Angeles i pojawiły się pierwsze zakulisowe informacje na temat tego, że Amazon miałby wejść w zadania kurierskie. Co ma wyróżniać ich ofertę to fakt, że dostawa będzie realizowana również podczas weekendu, co jest całkowitą nowością w świecie tanich przesyłek – tłumaczy Sascha Stockem, prezes Nethansy, idącego jak burza startupu, który przy wykorzystaniu autorskiego systemu wprowadza polskie i europejskie firmy na platformę Amazona. – Dotychczas istniała możliwość zamówienia takiej usługi dodatkowo, ale koszt był na tyle wysoki, że mało kto się na to decydował – dodaje Stockem

To jednak nie wszystko, firma Jeffa Bezosa zaskoczyła wszystkich, gdy w 2016 roku świat obiegła informacja o tym, że zarejestrowali w urzędzie patentowym wniosek, który przedstawiał gigantyczny latający magazyn w formie zeppelina. Jakby tego było mało, od pewnego czasu testowana jest usługa, dostarczania przesyłek za pomocą autonomicznych dronów.

Wiele mówi się o tym, że amerykańska spółka nie ma zamiaru ograniczać się do swojego podwórka, a ich usługi logistyczne będą dostępne dla różnych podmiotów, nawet niezrzeszonych w ramach platformy Amazonu. Jak wygrać wojnę z konkurencją? Walcząc niższą ceną i oferując większą częstotliwość kursów.

Spory kawałek tortu

Amazon jest ekosystemem, który sprawnie łączy firmy i ich odbiorców, jednak jego siła leży w jego ograniczeniach. Dosyć hermetyczna struktura i procedury nakładane na sprzedawców stanowią poważną przeszkodę dla młodych biznesów, którym ciężko się odnaleźć w tak specyficznym środowisku.

Taka polityka nie bierze się znikąd. Nie od dziś wiadomo, że Jeff Bezos lubi mieć wpływ na wszystkie aspekty procesu sprzedaży. W tej chwili jedna z najważniejszych części, logistyka, jest poza kontrolą. Outsourcing dostawy teoretycznie rozwiązuje problem w transporcie przesyłek od partnerów zewnętrznych, jednak już ostatni sezon świąteczny ukazał, jak niedoskonałe jest to rozwiązanie – tłumaczy Sascha Stockem.

Jak wiele może ugrać amerykański gigant na rewolucji w sposobie dostawy? Same przychody UPS (który realizuje sporą część dostaw Amazona) za 12 msc, wyniosły ponad 71 mld USD, co stanowi wzrost o 5,46% rok do roku. Począwszy od 2016 r. przychody spółki sukcesywnie rosną i od tego czasu zwiększyły się o ponad 15% z blisko 61 mld USD w 2016 do wspomnianych 71 mld w zakończonym w marcu 2019 roku fiskalnym. A przecież to nie jedyna firma realizująca przesyłki dla Amazona! Jak podaje raport tej potężnej spółki, na samą realizację programu wysyłkowego, Amazon wydał w 2018 r. ponad 29 mld USD.

Amazon made in Poland

Większość z 300 mln produktów, które dostępne są za pośrednictwem Amazon.de, są już tłumaczone na język polski. Chociaż serwis nie posiada nadwiślańskiej wersji językowej, wiele jego funkcji już działa w naszym ojczystym języku. Do Polski dostarcza się coraz więcej produktów, które zostały zakupione na tej platformie.

– Strategię tę nazywam dyskretnym przejmowaniem rynku. Produkty z tej platformy są dostarczane do Polski, chociaż sam sklep z domeną amazon.pl, nie jest jeszcze dostępny. Po wpisaniu tego adresu w przeglądarce internetowej, jesteśmy przenoszeni do niemieckiej wersji serwisu. Prawdopodobnie będzie to trwało tak długo, aż firma Jeffa Bezosa, oficjalnie uruchomi sklep z domeną amazon.pl – podpowiada CEO Nethansy.

Chociaż Amazon posiada swoje centra logistyczne i dział R&D usytuowane w Polsce to wciąż zwleka z otwarciem pełnej, polskiej wersji serwisu. Natura nie cierpi próżni, więc tę lukę wypełnił serwis Allegro, który od lat dzierży miano „polskiego Amazona” i nawet wejście takiego giganta, jakim jest eBay, ani na moment, nie zagroziło pozycji rodzimego serwisu aukcyjnego. W ostatnim czasie poznańska spółka zauważyła potencjał w realizacji zadań logistycznych. Stąd pojawiła się nowa usługa – Allegro Smart – która, dzięki umowie partnerskiej z siecią inPost, otworzyła firmę na zupełnie nowe możliwości.

Najcenniejsza marka świata – Amazon – cały czas rozszerza swoje wpływy, oferując swoim klientom pełny customer experience. W tym celu aktywowane są kolejne usługi, które mają wzbogacić ich doświadczenia. Jednym z takich narzędzi jest Amazon Pay – metoda płatności, która stanowi odpowiedź na eBay’owy PayPal, wirtualny portfel.

Według ankiety przeprowadzonej przez Consumer Intelligence Research Partners, na koniec 2018 r. ponad 100 milionów osób miało wykupioną subskrypcję Amazon Prime. Josh Lowitz, partner i współzałożyciel CIRP zdradził również, że członkostwo w Prime wzrosło o 10% w ciągu ostatniego roku, który: “był wolniejszy [dynamika wzrostu] niż dotychczas, ale nadal znaczący, gdyż opierał się na ogromnej bazie klientów i to wciąż po latach szybkiego rozwoju”.

Wygląda na to, że Amazon będzie kontynuował swoją grę, która jest częścią przemyślanej i długofalowej strategii, poszerzając zakres swojej działalności. Najpierw niewinnie twierdząc, że tylko „uzupełnia” możliwości swoich partnerów dostawczych, a następnie stopniowo przejmując bardziej dochodowe części ich działalności. W ten sposób imperium Bezosa będzie psuć krew już nie tylko największym firmom logistycznym, ale również lokalnym dostawcom.

Funt pozostaje słaby, ale potrzeba mocniejszego impulsu, by wywołać trwalsze załamanie kursu

Szum polityczny z Włoch na chwilę odciąga uwagę od utrzymującej się niepewności związanej z wojnami handlowymi. Niestabilna koalicja prawicowej Ligi i antyestablishmentowego Ruchu Pięciu Gwiazd dobiega końca i dokłada czynnik ryzyka do już bogatego wachlarza. No i jeszcze drobne przypomnienie, że w Wielkiej Brytanii Boris Johnson może namieszać bardziej, ogłaszając wybory. Coś do dyskusji w kontekście spraw na jesień.

Po tym, jak w środę obie włoskie partie w Senacie głosowały przeciwnie nad bardzo kontrowersyjnym projektem kolei dużych prędkości, lider Ligi Salvini zażądał rekonstrukcji rządu i ponowne spisanie celów politycznych, aby uniknąć rozpadu koalicji. Ale 24 godziny później stało się jasne, że koalicja Ligi i R5G nie ma dalszego sensu i konieczne jest rozpisanie nowych wyborów. Salvini jako wicepremier nie ma władzy, by rozwiązać rząd, dlatego apeluje do prezydenta, by ten uświadomił sobie, że gabinet kierowany przez Giuseppe Conte z R5G nie ma za sobą wystarczającej liczby głosów w parlamencie. Do nowych wyborów Saliviniego zachęcają sprzyjające sondaże, które choć nie dają mu całkowitej władzy, to jednak oferują opcje stworzenia czysto prawicowej koalicji pod wodzą Ligi. Nowy rząd mógłby być stabilniejszy z mniejszymi zapędami do wydatków budżetowych, jednak czasu na decyzje jest niewiele. Prezydent ma od 45 do 70 dni na wyznaczenie terminu wyborów, ale Włochy potrzebowałyby nowego rządu przed 15 października, aby zdążyć przed ostatecznym terminem na złożenie projektu budżetu do Brukseli. W mediach spekuluje się o wyborach 13 października, co pokazuje, jak mogą się skomplikować negocjacje z Brukselą. Albo pozostanie rząd, który (ponownie) wejdzie w konflikt z UE w sprawie przesadnych wydatków, albo dojdzie do sytuacji, gdzie Rzym nie będzie miał niczego do przedstawienia. Na razie doniesienia wywierają umiarkowaną presję na EUR i podbijają rentowności włoskich obligacji. Wątpimy, aby efekt ten utrzymał się na dłużej, choć jest to zapowiedź, że na jesieni Europa będzie miała jeden powód więcej do zmartwień.

Jeden więcej, gdyż podstawowym kłopotem Starego Kontynentu jest brexit. Jeśli nic się nie zmieni w relacjach Londynu z Brukselą, 31 października Wielka Brytania opuści UE. Wczoraj funt na krótko wyznaczył nowe dwuletnie minima względem euro po informacji, że premier Boris Johnson rozważa rozpisanie nowych wyborów zaraz po dacie brexitu. Przy wysokich szansach na chaotyczne rozstanie bez umowy, dodatkowe zamieszanie wywołane przetasowaniami na scenie politycznej nie wróży funtowi jasnej przyszłości. Szczególnie, że sondaże sugerują potencjalną koalicję Partii Konserwatywnej z Partią Brexitu Nigela Farage’a, co bynajmniej nie ułatwi przyszłego odbudowywania relacji handlowych z UE. Jednocześnie jednak wizja przyspieszonych wyborów nie jest nową informacją. Nawet opozycja rozważa wotum nieufności po zakończeniu wakacyjnej przerwy w obradach parlamentu 3 września, a zatem jeszcze przed deadlinem brexitu. W efekcie wczorajsze tąpnięcie funta bardziej wygląda na spekulacyjną reakcję w nadziei na rozbudzenie uśpionego tematu brexitu. Funt pozostaje słaby, ale potrzeba mocniejszego impulsu, by wywołać trwalsze załamanie kursu.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Czy w pracy zastąpią nas roboty? Jak zapatruje się na to rynek i przedsiębiorca.

przyszłość pełnej robotyzacjiBłyskawicznie postępujący proces automatyzacji pracy i stopniowe zastępowanie ludzi przez roboty to już nie czarny scenariusz rodem z powieści science fiction, tylko rzeczywistość, z którą mamy do czynienia na co dzień.

Czy jednak faktycznie prace nad rozwijaniem i doskonaleniem sztucznej inteligencji spowodują likwidację milionów miejsc pracy oraz wielu zawodów, które dziś są wykonywane przez ludzi? I czy rzeczywiście robotyzacja jest zjawiskiem, którego należy się obawiać, czy raczej ogromną szansą, z której warto skorzystać?

Roboty na rynku pracy

Choć na obecnym rynku pracy pracy szukają nadal wyłącznie żywi ludzie, to nie znaczy to wcale, iż ta sytuacja nie ulegnie zmianie już w niedalekiej przyszłości. Wprawdzie autonomiczna sztuczna inteligencja, zdolna do samodzielnego, kreatywnego myślenia to nadal jedynie fikcja, ale istnieją już sztuczne inteligencje o wąskich specjalizacjach, które bez większego problemu zastępują ludzi w precyzyjnym wykonywaniu prostych, powtarzalnych działań. Na tego rodzaju robotach zbudowana jest obecna potęga gospodarcza wielu krajów – szczególnie azjatyckich, stawiających na systematyczne obniżanie kosztów pracy przy jednoczesnym zwiększeniu jej efektywności.

Roboty w przemyśle to jednak zaledwie ułamek tego, do czego już dziś zdolne są maszyny. Na coraz większą skalę urządzenia sterowane za pośrednictwem dedykowanego oprogramowania są stosowane w innych branżach. Dobrym przykładem jest np. logistyka, w której już od jakiegoś czasu wykorzystuje się bezosobowe wózki widłowe na halach magazynowych. Mające wejść do użytku w niedalekiej przyszłości w Stanach Zjednoczonych bezzałogowe ciężarówki to kolejny przykład robotyzacji o dość rewolucyjnym charakterze, która wpłynie nie tylko na transport, ale także pośrednio na wiele innych gałęzi biznesu, tradycyjnie powiązane z transportem drogowym.

Automatyzacja pracy z perspektywy przedsiębiorców

Jeśli się przyjrzeć automatyzacji i robotyzacji pracy z punktu widzenia przedsiębiorców, to na pierwszy plan wysuwają się liczne korzyści, związane z wdrożeniem tego rodzaju rozwiązań. Pierwszą i najbardziej oczywistą jest poprawa efektywności wykonywania pracy przy jednoczesnym obniżeniu jej kosztu oraz zwiększeniu powtarzalności. W produkcji to rozwiązanie wręcz idealne, ale i w innych branżach potencjalne korzyści są ogromne. I choć zapewne mało kto dziś zgodziłby się na to, by na sali operacyjnej znajdowały się wyłącznie roboty i automaty, to jako wsparcie dla lekarzy-specjalistów są one wykorzystywane już od dość dawna.

Roboty mogą znaleźć zastosowanie także wszędzie tam, gdzie niezbędne jest dokonywanie analiz porównawczych, sczytywanie dużych ilości tekstu czy danych, projektowanie w oparciu o konkretne szablony i tak dalej. W pracy biurowej zatem mogą (i coraz częściej są) odpowiedzialne za wykonywanie tych czynności, które są dla ludzi czasochłonne i nużące, dostarczając danych dla pracowników zajmujących się kreatywnym ich opracowywaniem przy użyciu charakterystycznej dla ludzi zdolności do abstrakcyjnego myślenia.

Robotyzacja – szansa czy zagrożenie?

W kontekście postawionego powyżej pytania warto przypomnieć, że rewolucja przemysłowa, będąca efektem wynalezienia maszyny parowej, wywoływała w ludziach niemal identyczne obawy. Trzeba jednak mieć na uwadze, że nawet jeśli automaty są wydajniejsze od człowieka, to wciąż daleko im do zastąpienia nas w każdej dziedzinie życia i pracy. Poza tym nie należy zapominać, że postępująca automatyzacja pracy oznacza także powstawanie nowych miejsc pracy i nowych zawodów – choćby dla programistów tworzących oprogramowanie dla automatów przemysłowych czy dla analityków Big Data, wyciągających wnioski z danych zebranych przez komputery.

I dopóki ten stan rzeczy będzie trwał, czyli dopóki nie zostanie opracowana prawdziwie autonomiczna, zdolna do samodzielnego, abstrakcyjnego myślenia sztuczna inteligencja, tak długo dla ludzi nie zabraknie miejsc pracy. Będą one najprawdopodobniej inne niż te, które tworzą rynek pracy dziś i praktycznie na pewno pojawią się nowe zawody, obecnie jeszcze nie znane, ale na pewno pracy dla ludzi nie zabraknie.

Content marketing – dobry pomysł na złe wydanie pieniędzy

Aż 70% marketerów nie wie jak zmierzyć efektywność swoich kampanii content marketingowych. Czy oznacza to, że 70% budżetów jest zmarnowanych? Co gorsza, więcej niż połowa z nich przyznaje, że nie dostrzega tego, by ich działania miały wpływ na przychody firmy – wynika z raportu “Content Fitness Report” przygotowanego przez PAN Communications. Jednak nie wszystko stracone, z odsieczą przybywa Big Data, która minimalizuje ryzyko nieudanych kampanii.

To nie są łatwe czasy dla marketerów. Nic więc dziwnego, że firmy tak chętnie inwestują w content marketing, który cechuje się bardzo wysoką skutecznością. Jak podaje serwis Demand Metric, ta forma promowania kosztuje aż 62% mniej niż tradycyjny display marketing, a jednocześnie generuje 3 razy więcej leadów sprzedażowych.

By lepiej zrozumieć, w jaki sposób dzisiejsi specjaliści budują, rozumieją i kontrolują swoje działania content marketingowe, PAN Communications przeprowadziło ankietę wśród 100 liderów z branży marketingu.

Spójna strategia, czyli jeden za wszystkich, wszyscy za jednego

W tegorocznej edycji badania 62,5% ankietowanych oceniło, że ich strategia marketingu treści jest spójna z ogólną strategią marketingową organizacji. To o wiele więcej niż przed rokiem, gdy w podobnym tonie wypowiedziało się zaledwie 53,5% zapytanych. Taka integracja strategii jest niezwykle istotna, gdyż w zależności od wielkości zespołu, umiejętności i liczby zaangażowanych działów, priorytety i cele poszczególnych działów mogą się różnić. Marketerzy szukają więc rozwiązań, które pomogą im zintegrować działania w ramach jednej organizacji, bądź strategii. Stąd też rosnąca popularność platform DMP.

  • Jak podaje Forrester, globalny rynek DMP wzrośnie o średnio 19,3% rocznie do 2023. Dzięki platformie DMP, marketingowcy mogą skutecznie zarządzać i integrować funkcjonowanie działów i przede wszystkim strategii w firmie. Przechowywanie i organizacja danych w segmentach zapewnia im elastyczność w użyciu i możliwość wykorzystania w dowolny sposób. ” – zapewnia Marcin Filipowicz, wiceprezes Audience Network specjalizującej się w data consultingu i Big Data marketingu.

Dobry plan to skuteczny plan – skuteczny więc mierzalny

Nie zabrakło również pytania o to, co by zrobili, gdyby mogli otrzymać dodatkowe środki na swoją kampanię marketingu treści. Co trzeci z zapytanych odpowiedział, że chciałby skupić się na dywersyfikacji kanałów, np. wykorzystując video, webinaria czy podcasty. Na drugim miejscu bliźniaczo uplasowały się: działania kreatywne i narzędzia martech (oba 27,7%). Ostatni z wymienionych jest o tyle istotny, że jednocześnie 16% ankietowanych wskazało, że brakuje im umiejętności w zakresie automatyzacji marketingu.

Rzucanie do kosza z zamkniętymi oczami

Raport PAN Communications ukazuje niepokojącą statystykę – 69% respondentów nie jest pewna czy bada wyniki w odpowiedni sposób i czy podejmowane przez nich działania zapewniają odpowiedni zwrot z inwestycji. Ponadto 56% badanych twierdzi, że nie są w stanie pokazać zależności między tym, co robią a wynikiem finansowym firmy.

  • Gdy zestawić to z informacją, jaką podał ostatnio eMarketer, zgodnie z którą aż 40% marketerów nie czuje się wystarczająco pewnie, jeśli chodzi o wiedzę na temat danych, otrzymujemy niepokojący obraz. Nie ma powodu, aby dziś firmy miały jakikolwiek problem z pomiarem ROI.” – tłumaczy Grzegorz Kosiński, prezes Audience

Technologiczne koło ratunkowe

Mimo, że raport Content Fitness Report ma dosyć pesymistyczny wydźwięk, to w dobie cyfrowej transformacji i dostępu do wielu technologii, marketerzy mogą skorzystać z narzędzi, które rozwiążą ich kłopoty. Na problemy z pomiarem, a co za tym idzie skutecznością, marki mogą wykorzystać Big Data, które wspierane uczeniem maszynowym, w istotny sposób ogranicza ryzyko błędu przy dysponowaniu budżetem i skutecznie wspiera cały proces, co w efekcie przekłada się na wyższe ROI. Jak to dokładnie działa?

  • Analiza posiadanych wielkich zbiorów danych, pozwala na przygotowanie profilu behawioralnego naszego klienta. Taka charakterystyka odpowiada na wiele kluczowych pytań, a uzyskane informacje są niezbędne do stworzenia charakterystyki potencjalnego odbiorcy. Efekt? Bardziej precyzyjny i efektywny komunikat. Marketerzy otrzymują gotowe podpowiedzi: co, gdzie i kiedy publikować w sieci. Dzięki temu ryzyko jest minimalne, a specjaliści nie muszą się martwić, że źle zainwestują, co będzie skutkowało przepaleniem budżetu promocyjnego.” – dodaje Grzegorz Kosiński.

To jednak nie koniec procesu, następnie można wygenerować bazę profili look-a-like. To bliźniacze profile innych użytkowników, którzy co prawda nie mieli styczności z przygotowanym komunikatem, ale dzięki wykorzystaniu retargetingu, możemy do nich dotrzeć. To lekarstwo na podstawowe problemy specjalistów od content marketingu – w ten sposób marka może zapewnić sobie wyższy ROI, gdyż miejsce i czas ekspozycji, oparte są na twardych danych.

Dawno minęły czasy, kiedy decyzje marketingowe były podejmowane pod wpływem intuicji i doświadczenia poszczególnych osób. Dziś, dzięki wykorzystaniu nowoczesnych narzędzi, wspierających specjalistów od promowania, wszystko jest w naszym zasięgu, nawet gdy nie posiadamy odpowiednio wykształconych kompetencji. Pytaniem nie jest więc, czy a kiedy Big Data zmieni sposób, w jaki marki budują swoją strategię content marketingu.

Czy wynajem długoterminowy dla przedsiębiorców się opłaca?

Czy wynajem długoterminowy dla przedsiębiorców się opłaca?

Czy wynajem długoterminowy dla przedsiębiorców się opłaca?

Przedsiębiorcy mają wiele możliwości finansowania samochodu firmowego, pośród których najpopularniejszy jest leasing. Rokrocznie przybywa jednak firm wynajmujących auto. Czy wynajem długoterminowy dla przedsiębiorców jest w ogóle opłacalny i jeżeli tak, to jakie niesie w sobie korzyści?

Wynajem długoterminowy samochodów przez firmy – statystyki

Wynajem długoterminowy lub inaczej Car Fleet Management (CFM) regularnie zyskuje na popularności. Od dawna z możliwości długoterminowego wynajmu korzystają duże firmy i międzynarodowe korporacje z siedzibą w Polsce. Obecnie do tej formy finansowania przekonują się właściciele firm z sektora małych i średnich przedsiębiorstw (MŚP), a nawet jednoosobowe działalności gospodarcze.

Podaż wynajmu długoterminowego wśród przedsiębiorców rośnie, co potwierdzają statystyki. Dobrze oddaje to III kwartał ubiegłego roku, kiedy firmy kupiły blisko 100 tys. nowych samochodów. Przeszło co piąty (21%) został nabyty w formie wynajmu długoterminowego. W analogicznym okresie rok do roku oznaczało to aż blisko 37-procentowy wzrost zainteresowania tą formą finansowania. Przedsiębiorcy samochody wypożyczali w podmiotach zrzeszonych w Polskim Związku Wynajmu i Leasingu Pojazdów (PZWLP) – 16 tys. aut, ale też w wypożyczalniach, np. warszawskiej wypożyczalni samochodów MobiCars, która świadczy też usługi wynajmu aut we Wrocławiu.

Mimo wszystko, choć wynajem długoterminowy auta na firmę w Polsce liczy sobie blisko 20 lat, to daleko nam pod tym względem do Europy Zachodniej. Tam finansowanie zakupu samochodu w tej formie pojawiło się jednak przeszło pół wieku temu. W niektórych krajach na Zachodzie wynajem długoterminowy to nawet 80% wszystkich pojazdów firmowych.

Wynajem długoterminowy a leasing

Wynajem długoterminowy samochodów przez firmy ma założenia podobne do leasingu. Właściwie jest to leasing operacyjny z pełną lub częściową obsługą samochodów. Przedsiębiorca wynajmujący auto płaci wynajmującemu go podmiotowi za jego użytkowanie na określonych w umowie zasadach, ale nie staje się jego właścicielem. Miesięczna opłata za usługę najmu długoterminowego auta obejmuje w sobie sam wynajem, ale i jego obsługę przez wyspecjalizowaną w tym firmę zewnętrzną. Jeżeli wynajmem długoterminowym dla przedsiębiorców zapewnia m.in. pełen serwis, ubezpieczenie, opony, likwidację szkód i inne usługi dodatkowe, jest znacznie atrakcyjniejszy niż leasing finansowy. Ten jest bowiem tylko sposobem na sfinansowanie auta. Wszystkie kwestie związane z eksploatacją spadają na barki przedsiębiorcy.

Co więcej, przedsiębiorca nie jest z wynajmującym podmiotem związany umową na czas określony i w każdej chwili może ją rozwiązać bez konieczności narażania się na wysokie kary. Dzieje się to jednak rzadko, tylko w przypadku sytuacji kryzysowej firmy. Miesięczne i stałe raty płatności pozwalają bowiem z dużym wyprzedzeniem zaplanować budżet i koszty generowane przez wynajem długoterminowy. Przy leasingu są one wyższe, a dodatkowo wszystkie kwestie związane z eksploatacją samochodu obciążają kieszeń przedsiębiorcy.

Czy wynajem długoterminowy dla przedsiębiorców się opłaca?

Bez wątpienia wynajem długoterminowy na firmę to atrakcyjny sposób finansowania samochodu flotowego. Przedsiębiorca nie musi martwić się o kwestie związane z eksploatacją. Problemem nie jest nawet awaria, kiedy firma otrzymuje pojazd zastępczy. Podobnie jak przy leasingu, przedsiębiorca ma również prawo do zaliczenia rat do kosztów uzyskania przychodu. Płatności mają tu formę comiesięcznych rat regulowanych umową. Dzięki temu przedsiębiorca nie traci środków, które wydałby na zakup samochodu za gotówkę, a jednocześnie nie obniża swojej zdolności kredytowej. Poza tym wynajem długoterminowy samochodów nie wymusza uiszczenia opłaty wstępnej, która występuje przy leasingu. Dlatego chcąc skorzystać z tej opcji, przedsiębiorca nie musi mieć wkładu własnego, co jest ważne np. dla jednoosobowych działalności gospodarczych czy startupów. Kolejną zaletą w aspekcie finansów firmy jest brak kosztów amortyzacji.

Oczywiście, wynajem długoterminowy samochodu przez przedsiębiorcę od leasingu różni fakt własności auta. Po ustaniu umowy samochód jest zwracany do MobiCars, innej wypożyczalni lub podmiotu zrzeszonego w PZWLP, podczas kiedy przy leasingu stanowi majątek firmy. Jednak utrata wartości auta, a najwięcej na wartości tracą samochody 3-letnie, zmusza do postawienia pytania, czy jest to decydujące. Zwłaszcza przy doliczeniu wcześniejszych kosztów związanych z eksploatacją.

Wynajem długoterminowy samochodów na firmę jest więc obecnie jedną z wielu, ale chyba najlepszą formą finansowania zakupu auta. Na pewno niczym nie ustępuje leasingowi finansowemu czy kredytowi bankowemu, a na wielu płaszczyznach ma nad nimi przewagę. Można być pewnym, że ta forma wynajmu będzie rosła w siłę, choć wątpliwe jest, aby w najbliższym czasie dorównała krajom Europy Zachodniej.

Wartość Giełdowego Indeksu Produkcji na koniec lipca wyniosła 857.61 punktów – 1.97 proc. niżej niż przed rozpoczęciem pierwszego miesiąca wakacji

Wartość Giełdowego Indeksu Produkcji (GIP60) na koniec lipca wyniosła 857.61 punktów –  1.97 proc. niżej niż przed rozpoczęciem pierwszego miesiąca wakacji. Nienajlepsza sytuacja na warszawskim parkiecie i coraz gorsze nastroje w przemyśle przekreśliły szanse na odbudowę wartości przez GIP60 i sprowadziły go na najniższy poziom od początku roku.

Analitycy z DSR podsumowali Giełdowy Indeks Produkcji (GIP) za miesiąc lipiec. Więcej w poniższym komunikacie.

DR Maciej Zaręba z DSR – analityk i współtwórca GIP podaje: „W pierwszej połowie tego roku najlepszą inwestycją okazały się akcje spółek z indeksu SWIG80, którego wartość wzrosła w tym czasie o 11.8 proc., podczas gdy indeks WIG wzrósł o 4.3 proc., a WIG20 o 2.2 proc. Również druga połowa roku zaczęła się najkorzystniej właśnie dla małych spółek. W lipcu SWIG80 powiększył swoją wartość o kolejne 1.2%, i jako jedyny utrzymał się nad kreską. Indeks szerokiego rynku WIG stracił w lipcu 0.9 proc., a indeksy największych (WIG20) i średnich (MWIG40) spółek stopniały odpowiednio o 2.2 proc. i 3.2 proc.”

Mogłoby się wydawać, że jest to dobry czas dla spółek z GIP60, których znaczna część pochodzi z indeksu SWIG80, ale niestety jest zgoła inaczej i akcje polskich spółek produkcyjnych od dłuższego czasu są jednymi z najsłabszych na warszawskim parkiecie.

Większość branż pod kreską

Najsilniej nad spadkiem wartości GIP60 w lipcu pracowały spółki z branży meblarskiej, których akcje straciły na wartości średnio 7.01 proc. m/m, ale także producenci materiałów budowlanych (-6.92 proc.), spółki motoryzacyjne (-6.37 proc.) i spółki branży tworzyw sztucznych (-5.26 proc.). Pozytywnie na indeks oddziaływały w tym czasie akcje spółek farmaceutycznych (+11.06 proc. m/m), przede wszystkim dzięki imponującemu wzrostowi na akcjach spółki BIOTON S.A. na poziomie 38.16 proc. m/m, co dało jej tytuł zwycięzcy lipcowego rankingu GIP60. Drugie miejsce przypadło spółce LUBAWA S.A. (13.85 proc. m/m), natomiast na trzecim miejscu uplasowała się spółka BORYSZEW S.A. (11.75 proc. m/m).

BIOTON to znany polski producent leków, który nie  po raz pierwszy wyróżnia się na tle pozostałych spółek z Giełdowego Indeksu Produkcji. Tym razem na cenę akcji spółki niemały wpływ miały pozytywne rekomendacje analityków, którzy docenili dobre wyniki spółki, ale także potencjał związany z wprowadzeniem do portfela analogów insuliny i współpracę z firmą Yifan Pharmaceutical, zapewniającej pełne finansowania tego projektu. Spółka ma za sobą okres intensywnej reorganizacji i optymalizacji struktury całej grupy kapitałowej. Działania te pozwoliły jej ustabilizować sytuację finansową, co zostało docenione przez rynek.

LUBAWA S.A. to wieloletni polski producent technicznych tkanin powlekanych, namiotów, hełmów i kamizelek kuloodpornych oraz zapór przeciwpowodziowych, a nawet łodzi ratowniczych. W związku z tym odbiorcami produktów spółki są głównie służby mundurowe, ale bogate portfolio sprawia, że spółka znajduje odbiorców także w branży turystycznej. Informacja o nowych zamówieniach na kamizelki kuloodporne z KGP, oddziaływała silnie na cenę akcji spółki, od połowy czerwca niemal do końca lipca.

BORYSZEW jest jedną z największych grup przemysłowych w Polsce, specjalizującej się w produkcji komponentów do samochodów, ale także w przetwórstwie metali niezależnych i chemii przemysłowej. To największy polski producent w branży motoryzacyjnej i największa prywatna grupa kapitałowa w Polsce, która posiada 38 zakładów produkcyjnych i centrów R&D, zlokalizowanych na kilku kontynentach. Kolejny sygnał zwiastujący powiększenie się grupy to przejęcie spółki Impexmetal S.A., który stał się głównym kołem zamachowym wzrostu ceny akcji BORYSZEWA w lipcu.

Przemysł zwalnia tempo

Najwięcej polskich spółek produkcyjnych notowanych w ramach Giełdowego Indeksu Produkcji pochodzi z indeksu SWIG80, a jednak od początku kwietnia GIP60 systematycznie traci na wartości. Gdzie zatem należy poszukiwać źródeł słabości akcji polskich spółek produkcyjnych? Wskaźnik PMI® od drugiej połowy 2018 roku sygnalizuje spowolnienie w polskim sektorze przemysłowym, a od kwietnia konsekwentnie spada w dół, co skorelowało się z przeceną akcji polskich spółek produkcyjnych. Jednak to jeszcze nie wszystko, bo o ile do niedawna twarde dane nie podzielały negatywnego obrazu sytuacji w polskim przemyśle, o tyle w czerwcu sytuacja uległa zmianie i GUS zaanonsował spadek produkcji przemysłowej o 2.7 proc. r/r (-5.9 proc. m/m), co nie umknęło uwadze inwestorów.

Czerwcowy wynik produkcji przemysłowej po części mogą tłumaczyć efekt kalendarzowy (2 dni robocze mniej niż przed rokiem) oraz wyjątkowo niesprzyjająca pogoda (najcieplejszy czerwiec w historii badań temperatury w tej części świata). Ale nawet biorąc poprawkę na oba czynniki należy stwierdzić, że spowolnienie w przemyśle stało się faktem, a spowolnienie w Niemczech zaczęło wpływać na sektory eksportowe (m.in. branża motoryzacyjna i meblarska). Nie przesądza to jeszcze kierunku w jakim gospodarka podąży w pozostałej części roku, ale rosnąca niepewność na rynku globalnym, która objawiła się we wzroście wartości złota, franka szwajcarskiego i innych tzw. bezpiecznych przystani inwestorów na niepewne czasy, nie wróży najszczęśliwszego scenariusza dla akcji polskich spółek produkcyjnych – podsumowuje Maciej Zaręba.

Trwa nabór do drugiej edycji studiów podyplomowych FinTech

Kancelaria prawna PwC Legal jest partnerem merytorycznym studiów podyplomowych z zakresu fintech, organizowanych przez Wydział Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego. Obecnie trwa nabór do drugiej edycji. 

Studia skierowane są do osób, które posiadają dyplom wyższej uczelni i chcą poszerzyć swoją wiedzę dotyczącą nowoczesnych technologii oraz wpływu fintechów na sektor finansowy, a także do osób, które rozpoczynają własne projekty fintech.

Uczestnicy studiów będą mieli okazję posłuchać wykładów wykwalifikowanej kadry wykładowców – ekspertów i praktyków rynku finansowego, w której znajdą się m.in.: Wojciech Sobieraj (założyciel Alior Bank), Marcin Petrykowski (prezes S&P), Witold Jaworski (prezes zarządu YU!), Bartosz Berestecki (prezes PayU), Daniel Daszkiewicz (szef Innowacji i FinTech w Alior Bank), Norbert Redkie (założyciel TRUST), Aleksandra Bańkowska (radca prawny w kancelarii PwC Legal), Łukasz Łuczko (radca prawny w kancelarii PwC Legal), Marcin Olszak (BFG), Piotr Adamczyk (Alior Bank), Patrycja Chodnicka-Jaworska (UW), Mariusz Trojanowski (UW), Katarzyna Niewińska (UW).

Studia organizuje Wydział Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego. Partnerem merytorycznym inicjatywy jest kancelaria PwC Legal. Partnerami współpracującymi są: Alior Bank, S&P Global Ratings, Forum, FinAi, AsiaKredit, AsiaCollect, Trust i CredoLab.

SUV-y napędzają sprzedaż przemysłu oponiarskiego. Sprzedaż w tym segmencie opon wzrosła aż o 20%

Według danych Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego (PZPO) i Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Opon i Gumy (ETRMA) w pierwszym półroczu 2019 roku producenci i importerzy opon w Polsce odnotowali znaczące wzrosty sprzedaży w segmencie opon do aut typu SUV – aż o 20%. Standardowo zwiększyła się popularność opon do motocykli – ich sprzedaż wzrosła o 12%. Wzrosła także sprzedaż opon do samochodów dostawczych – o 2%.

Giansimone Bertoli
Giansimone Bertoli (Pirelli Polska)

– Popularność SUVów jest coraz większa, a tym samym wolumen sprzedaży opon dedykowanych do tego typu aut – w II kwartale 2019 roku wzrósł on aż o 23%. Optymizmem napawa również wzrost w segmencie aut dostawczych w pierwszym półroczu 2019 roku – jest to odzwierciedleniem rozszerzania floty w firmach kurierskich i zapotrzebowania sektora MŚP. Pierwsza połowa 2019 roku była okresem stabilnej sprzedaży opon ciężarowych i autobusowych – zanotowane wyniki utrzymują się na podobnym poziomie, jak w analogicznym okresie 2018 roku. Dwucyfrowa dynamika sprzedaży w oponach motocyklowych, jaką obserwujemy już od kilku lat potwierdza, że Polacy nadal lubią jednoślady – mówi Giansimone Bertoli, prezes zarządu Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego.

Piotr Sarnecki, dyrektor generalny Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego
Piotr Sarnecki, dyrektor generalny Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego

– Kolejne półrocze rosnącego udziału opon klasy premium w rynku świadczy o coraz większej świadomości kierowców. Prosta kalkulacja pokazuje, że – pomimo nieco wyższej ceny zakupu – opony te oferują lepsze osiągi, co poprawia bezpieczeństwo i zapewniają większą trwałość niż ogumienie klas średniej czy budżetowej. Opony to jedyny element łączący auto z drogą – jego jakość i stan techniczny ma ogromny wpływ na bezpieczeństwo. Używanie dobrej jakości opon zdecydowanie skraca drogę hamowania, pozwala zaoszczędzić na paliwie i niejednokrotnie może uratować ludzkie życie – dodaje Piotr Sarnecki, dyrektor generalny Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego.

– Rynek opon dobrze oddaje obraz ogólnej sytuacji ekonomicznej w Europie. Mniejsza sprzedaż opon do samochodów osobowych odzwierciedla poziom rejestracji nowych aut w Unii Europejskiej, który również spadł w tym pierwszym półroczu – wskazała Fazilet Cinaralp, sekretarz generalna ETRMA.

Frankowicze mają do spłaty 102,8 mld zł kredytów mieszkaniowych. Ich spłacalność jest lepsza niż kredytów złotowych

Frankowicze mają do spłaty 102,8 mld zł kredytów mieszkaniowych. Ich spłacalność jest lepsza niż kredytów złotowych 4

Na koniec czerwca blisko 800 tys. Polaków wciąż spłacało kredyty mieszkaniowe we frankach szwajcarskich. Tylko z tego tytułu mają do spłaty prawie 103 mld zł, ale całkowita wartość ich zadłużenia – łącznie z kredytami konsumpcyjnymi i kartami kredytowymi – przekracza 131 mld zł. Obecnie prawie co piąty czynny kredyt mieszkaniowy jest nominowany we frankach. Co istotne, jakość zobowiązań zaciągniętych we frankach szwajcarskich okazuje się być nawet lepsza od złotowych – tylko 1,1 proc. takich zobowiązań ma opóźnienia w spłacie przekraczające 90 dni, przy 1,44 w przypadku kredytów złotowych.

– Frankowicze mają do spłaty nie tylko kredyty mieszkaniowe we franku, lecz także inne zobowiązania kredytowe – kredyty mieszkaniowe w złotówce, kredyty ratalne, gotówkowe czy karty kredytowe. Łączna kwota zadłużenia frankowiczów na 30 czerwca br. wynosiła około 131 mld zł – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Waldemar Rogowski, główny analityk Biura Informacji Kredytowej.

Jak wynika z danych BIK, na koniec czerwca ok. 800 tys. osób spłacało w sumie 458,8 tys. kredytów denominowanych albo indeksowanych do franka szwajcarskiego. Tylko z tego tytułu mają do spłaty 102,8 mld zł, co oznacza, że w porównaniu z czerwcem zeszłego roku wartość kredytów frankowych spadła o 7,9 mld zł. W tym samym czasie liczba takich kredytów zmalała o 23,3 tys., a grono kredytobiorców zadłużonych we frankach zmniejszyło się o ok. 40 tys. osób.

– Większość frankowiczów spłaca tylko jeden kredyt frankowy, co oznacza, że były one zaciągane raczej w celu spełnienia marzeń o posiadaniu własnego mieszkania czy domu, a nie na cele inwestycyjne pod wynajem. Takich osób, które mają więcej niż trzy kredyty frankowe, jest ok. 0,4 proc. Można więc prawie jednoznacznie stwierdzić, że większość frankowiczów zaciągała kredyty frankowe po to, żeby zwiększyć swoją zdolność kredytową i dzięki temu kupować większe mieszkania w lepszych dzielnicach – mówi prof. Waldemar Rogowski.

Statystyka pokazuje, że 95 proc. frankowiczów (758,5 tys. osób) spłaca tylko jeden kredyt mieszkaniowy w szwajcarskiej walucie. Niecałe 5 proc. (36,5 tys.) ma dwa takie zobowiązania i tylko 3,8 tys. osób w Polsce posiada trzy i lub więcej.

Liczba zobowiązań hipotecznych obsługiwanych we frankach stale się zmniejsza. Jeszcze w 2011 roku rekordowe zadłużenie z tego tytułu (w przeliczeniu na złote) wynosiło 162,03 mld zł. Trzy lata temu kredytobiorcy spłacali 520,81 tys. kredytów frankowych. Obecnie jest ich o 12 proc. mniej. Tylko w ciągu ostatniego roku ubyło kolejne 4,8 proc. kredytów.

– W perspektywie 8 lat, czyli od 2011 roku, wartość kredytów frankowych spadła o ok. 60 mld zł. Ten spadek jest związany nie tylko ze spłatami, lecz także ze zmianami w kursie franka szwajcarskiego. Co ciekawe, w tej chwili frankowicze mają co miesiąc do spłaty około 200 mln franków szwajcarskich – mówi prof. Waldemar Rogowski.

Obecnie prawie co piąty (18,6 proc.) spłacany kredyt mieszkaniowy jest nominowany we franku. Z kredytów frankowych pochodzi też prawie co czwarta złotówka (23,3 proc.) zadłużenia z tytułu kredytów mieszkaniowych (po przeliczeniu walut na złote po kursie na koniec czerwca).

– Frankowicze – podobnie zresztą jak kredytobiorcy w złotych – nie mają problemów ze spłatą kredytu. Takich kredytów frankowych, które są opóźnione w spłacie powyżej 90 dni, jest około 1,2 proc. W przypadku osób, które spłacają tylko jeden kredyt mieszkaniowy we franku szwajcarskim, szkodowość jest na poziomie 1,1 proc. Natomiast dla tych, którzy mają co najmniej trzy takie zobowiązania, wynosi już około 3,2 proc. Czyli przy kredytach mnogich szkodowość jest trzykrotnie wyższa niż przy pojedynczych – mówi prof. Waldemar Rogowski.

W przypadku kredytów mieszkaniowych w złotych odsetek opóźnionych w spłacie powyżej 90 dni wynosi 1,44 proc. Na dobrą spłacalność kredytów frankowych, oprócz wzrostu dochodów gospodarstw domowych, wpływają też ujemne stopy procentowe w Szwajcarii i aspekt kulturowy.

– W Polsce mamy do czynienia ze zjawiskiem piramidy spłacalności. Kredyt mieszkaniowy jest w niej takim zobowiązaniem, które spłaca się do końca. Jeżeli pojawiają się jakieś kłopoty z dochodami czy ze zdrowiem, to w ostatniej kolejności opóźniamy właśnie spłatę tych kredytów. Najpierw nie spłacamy kart kredytowych, potem limitów kredytowych i konsumpcyjnych, ale mieszkaniowe są bronione do końca. Wynika to z faktu, że po pierwsze są w wysokiej kwocie, a po drugie – służą zaspokojeniu podstawowego celu, jakim jest posiadanie mieszkania – mówi główny analityk Biura Informacji Kredytowej.

Od początku czerwca utonęło już ponad 190 osób. Polacy nie znają podstawowych zasad bezpieczeństwa nad wodą

0

Od początku czerwca utonęło już ponad 190 osób. Polacy nie znają podstawowych zasad bezpieczeństwa nad wodą 5

Od początku czerwca utonęło już w Polsce ponad 190 osób, z kolei w całym ubiegłym roku – 545 – wynika z danych Policji. Główną przyczyną jest brawura, przecenianie swoich umiejętności, bagatelizowanie ostrzeżeń ratowników i alkohol. Polacy nie znają podstawowych zasad bezpieczeństwa nad wodą – podkreślają ratownicy. W celu popularyzacji bezpiecznych zachowań firma DHL Parcel wspólnie z WOPR i Policją przeprowadzili akcję „Bezpiecznie nad wodą”, ucząc plażowiczów, jak bezpiecznie korzystać z nadmorskich kąpielisk.

Polacy nie są odpowiednio przygotowani do spędzania czasu nad wodą, nie znają podstawowych zasad bezpieczeństwa, nie stosują się do naszych poleceń. Za nieszczęścia odpowiedzialna jest przede wszystkim brawura. Wiele osób, korzystając z plaży i otwartych akwenów, spożywa alkohol, co też jest jedną z głównych przyczyn utonięć – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Kubiak, ratownik WOPR. – Kiedy biegniemy do akcji po osobę pijaną, to jest to dla nas bardzo niebezpieczne. Ludzie są bardziej pobudzeni, czasem woda naleje im się do płuc, wtedy tragedia gotowa.

W tym sezonie utonęło już ok. 250 osób, tylko od 1 czerwca – 196. W całym ubiegłym roku w wyniku utonięcia zginęło 545 osób, przy czym za 126 przypadków odpowiedzialny był alkohol. Jak podkreśla, częstą przyczyną utonięć jest niestosowanie się do poleceń i zakazów ratowników. Winne jest też przecenianie swoich sił, alkohol i słabe umiejętności pływackie Polaków.

Polacy w dużej części kiepsko pływają, mówię tutaj zwłaszcza o osobach w wieku 40–50 lat. Wydaje im się, że potrafią pływać, aczkolwiek czasem sytuacje ich przerastają – mówi Jacek Kubiak. – Bardzo niebezpieczne są także prądy wsteczne, występujące razem z dużymi falami, kiedy rewa ulegnie przerwaniu. Ludzie wchodzą wtedy do wody, cieszą się z fal, nie zdając sobie sprawy z tego, że morze potrafi płatać figle – wciąga ich w głąb i nie są w stanie sami wrócić.

Wbrew pozorom do największej liczby utonięć nie dochodzi nad morzem, ale w rzekach i jeziorach, głównie w miejscach zabronionych albo niestrzeżonych. Policyjne statystyki pokazują, że w ubiegłym roku w rzekach utonęły aż 133 osoby, niewiele mniej, bo 124, w jeziorach.

 Nad morzem tonie najmniej osób, co wynika z faktu, że akweny morskie są najlepiej obstawione. Stale są obecni ratownicy, którzy pracują na wieżach, kontrolują akweny i mogą przystąpić do akcji od razu, kiedy coś się dzieje. Natomiast na rzekach czy jeziorach są tylko grupy interwencyjne, wzywane przez numer alarmowy, które docierają dopiero po pewnym czasie – mówi Jacek Kubiak.

W ubiegłym roku było 39 przypadków utonięć w morzu, za to morskie akweny są najcięższe pod względem stopnia trudności akcji ratowniczych.

Toną głównie mężczyźni powyżej 40. roku życia. Być może chcą zaimponować, wykazać się odwagą i niestety kończy się to tragedią. Kobiet wśród ofiar utonięć jest mniej – stanowią ok. 9 proc. – mówi Jacek Kubiak.

W celu popularyzacji bezpiecznych zachowań firma DHL Parcel wspólnie z ratownikami WOPR i Policją przeprowadzili akcję „Bezpiecznie nad wodą”, podczas której promowali najważniejsze zasady bezpiecznego pobytu na kąpieliskach.

DHL Parcel już czwarty rok z rzędu wspiera WOPR i w ramach tego partnerstwa prowadzone są różne działania edukacyjne wśród turystów. Jak podkreślają przedstawiciele firmy, każde działanie, które promuje bezpieczeństwo, jest dobre. Ważne, żeby wykorzystywać wszystkie możliwe kanały i formy dotarcia do ludzi, ponieważ grupa odbiorców jest bardzo zróżnicowana. Są to zarówno dzieci, młodzież jak i osoby starsze, a temat bezpieczeństwa dotyczy każdego tak samo. Jedną z form takich działań są właśnie eventy.

Wszelkie wydarzenia i aktywności promujące bezpieczeństwo są niezmiernie ważne. Takie eventy jak „Bezpiecznie nad wodą” bardzo angażują ludzi. Osoby, które biorą w nich udział, mogą wynieść szereg informacji dotyczących bezpieczeństwa. Być może część z nich spędzi dzięki temu swoje wakacje bardziej odpowiedzialnie – mówi Magdalena Bugajło, dyrektor ds. komunikacji i PR w DHL Parcel Polska. – Takie spotkania z udziałem ratowników i policji mocno przemawiają do wyobraźni. Ludzie uczą się pierwszej pomocy, słuchają o realnych zagrożeniach i tragediach, których można byłoby uniknąć, gdyby w porę zadziałała wyobraźnia.

Temat bezpieczeństwa nad wodą porusza także Policja, która od czerwca do września prowadzi akcję edukacyjną „Kręci mnie bezpieczeństwo nad wodą” i odwiedza z nią różne, wakacyjne eventy. Na zaproszenie DHL Parcel i WOPR funkcjonariusze Policji pojawili się również na spotkaniu „Bezpiecznie nad wodą”.

Bardzo ważne jest, ażeby instytucje takie jak Policja pojawiały się na plażach czy kąpieliskach i uświadamiały użytkownikom, jak należy się bezpiecznie zachować. Wspólnie z WOPR-em promujemy bezpieczne zachowania, a akcja skierowana jest do użytkowników bałtyckich plaż, do osób, które ten wypoczynek organizują, a także do instytucji, które są za bezpieczeństwo współodpowiedzialne – mówi nadkom. Arkadiusz Socha.

P. Kuczyński: Twarde stanowisko premiera UK nie musi oznaczać brexitu bez porozumienia. Czarny scenariusz będzie ze szkodą dla wszystkich eurogospodarek

P. Kuczyński: Twarde stanowisko premiera UK nie musi oznaczać brexitu bez porozumienia. Czarny scenariusz będzie ze szkodą dla wszystkich eurogospodarek 6

Wybór Borisa Johnsona na premiera Wielkiej Brytanii oznacza zaostrzenie retoryki rozmów o wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Nowy premier zapowiada renegocjowanie umowy, a unijni politycy kategorycznie je wykluczają. Zważywszy na okres urlopowy i bliski termin brexitu, zmiany wydają się nierealne. Zdaniem Piotra Kuczyńskiego najbardziej prawdopodobny scenariusz zakłada kosmetyczne poprawki, które pozwolą obu stronom zachować twarz.

– Nie wiadomo, czy będzie twardy brexit, bo jeszcze jest wiele rzeczy po drodze. Parlament brytyjski się nie zmienił, wyborów nie było, a on jest bardzo przeciwny twardemu brexitowi, więc niewykluczone, że to Boris Johnson za parę miesięcy pożegna się ze stanowiskiem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Kuczyński, analityk rynków finansowych. – Gdyby jednak doszło do brexitu bez umowy, to mielibyśmy małą, chwilową katastrofę, szczególnie dla gospodarki brytyjskiej. Unia Europejska, która jest w fatalnym stanie, bo dane makroekonomiczne są najgorsze od 6–7 lat, też by oberwała, a przy okazji Polska. Byłoby wyraźne spowolnienie wzrostu.

Boris Johnson, były burmistrz Londynu i poplecznik brexitu podczas kampanii przedreferendalnej w 2016 roku, został wybrany na premiera Wielkiej Brytanii głosami 92 tys., czyli około dwóch trzecich członków partii konserwatywnej. Od początku pełnienia swojej funkcji, czyli od 24 lipca, zapowiada, że 31 października 2019 roku jego kraj opuści Unię Europejską bez względu na to, czy uda się zawrzeć satysfakcjonującą obie strony umowę.

Nie ma możliwości, żeby do 31 października wynegocjować nowe warunki z wielu powodów. Unia Europejska nie powinna się na to zgodzić, bo następne w kolejce mogłyby być Włochy, a wtedy to byłby już koniec nie tylko strefy euro, lecz także całej Unii Europejskiej – tłumaczy Piotr Kuczyński. – Po drugie, ta umowa jest tak skomplikowana, że nowe warunki negocjować trzeba byłoby przez wiele miesięcy.

Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej bez zawierania nowej umowy handlowej może kosztować unijnych eksporterów 31 mld funtów (35 mld euro), a brytyjskich – 27 mld funtów (30,5 mld euro) – szacuje firma Oliver Wyman i Clifford Chance. Tymczasem gospodarka strefy euro spowalnia – w II kwartale 2019 roku wzrosła ona jedynie o 0,2 proc. wobec I kwartału, czyli o połowę wolniej niż w poprzednich trzech miesiącach. Rok do roku wzrost wyniósł 1,1 proc., a w całej Unii Europejskiej – 1,3 proc.

Bank Anglii obniżył prognozy wzrostu PKB dla Wielkiej Brytanii do 1,3 proc. w tym i przyszłym roku zamiast odpowiednio 1,5 i 1,6 proc. prognozowanych wcześniej. Nie wyklucza również recesji, a jej ryzyko ocenia na 33 proc. To wszystko dotyczy jednak miękkiego brexitu, czyli podpisania umowy. W przypadku jej braku sytuacja będzie znacznie gorsza, ale bank nie podjął się oszacowania skali tego pogorszenia ze względu na stopień skomplikowania wszystkich czynników oddziałujących na stan gospodarki.

Nikt nie wie, jak to się skończy. Boris Johnson potrafi bardzo szybko zmieniać zdanie. Wytarguje jakieś drobniusieńkie ustępstwa obok umowy i powie, że to są nowe warunki i wszyscy będą zachwyceni, że zaakceptowano coś, co pozwoli ocalić twarz jednej i drugiej stronie. To w tej chwili wydaje się być najbardziej prawdopodobne –  uważa Piotr Kuczyński. – Samo wyjście Wielkiej Brytanii nic nie oznacza, bo wszyscy już to zaakceptowaliśmy. Jest bardzo mało prawdopodobne, chociaż również niewykluczone, że będzie jeszcze jedno referendum.

Po wyborze Borisa Johnsona funt brytyjski osłabił się z 1,25 do 1,21–1,22 dolara amerykańskiego. To najniższy poziom od połowy lat 80. XX wieku. W wypadku twardego brexitu nastąpiłoby dalsze osłabienie brytyjskiej waluty. Spadła też wartość złotego, który jest już wart mniej niż 0,26 dolara, a to najniższy poziom od ponad dwóch lat.

Wyjście bez umowy oznacza, że rykoszetem oberwałaby także polska gospodarka. Złoty już w tej chwili cierpi z tego powodu, choć przede wszystkim dlatego, że dolar się umacnia na świecie, co pogrąża euro, a przy okazji ciągnie złotego. Ale twardy rozwód też by w złotego uderzył – przekonuje Piotr Kuczyński.

Do 100 tys. zł na zabezpieczenie gospodarstw rolnych przed suszą. We wrześniu ruszy nabór wniosków

Do 100 tys. zł na zabezpieczenie gospodarstw rolnych przed suszą. We wrześniu ruszy nabór wniosków 7

Jeszcze w tym roku rolnicy będą mogli się ubiegać w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa o pomoc finansową na inwestycje w tzw. małą retencję. Pieniądze te rolnicy mogą przeznaczyć m.in. na inwestycje chroniące gospodarstwa przed suszą, czyli budowę zbiorników wodnych albo zakup systemów nawadniających. Kwota dofinansowania może sięgnąć 100 tys. zł. Od jesieni znacznie wzrośnie też premia na rozpoczęcie działalności pozarolniczej. W październiku ruszy także nabór wniosków na działalność w ramach rolniczego handlu detalicznego.

– Przygotowujemy się do uruchomienia naboru na rolniczy handel detaliczny. To nowe działanie, które do tej pory nie funkcjonowało, i wynika z faktu, że chcemy wspierać najmniejszych przetwórców. Istotna zmiana i kolejne nowe działanie to nawodnienia w obszarze modernizacji gospodarstw rolnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Nowakowski, zastępca prezesa Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa.

Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi uaktualniło harmonogram tegorocznych naborów wniosków w ramach Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2014–2020. Znalazły się w nim dwie nowości. Jeszcze w tym roku rolnicy będą mogli się ubiegać w ARiMR o pomoc finansową na inwestycje w tzw. małą retencję i rolniczy handel detaliczny.

Działania te mają wywołać pewien efekt. Po pierwsze, wsparcie najmniejszego przetwórstwa i sprzedaży bezpośrednio od rolnika do konsumenta. Jeżeli chodzi o obszar nawodnienia, to jest pewnego rodzaju reakcja na warunki atmosferyczne w kraju. Mamy obszary suszy, zarówno w ubiegłym roku, jak i w tym, dlatego też próbujemy znaleźć takie rozwiązania, które będą przeciwdziałać, ratować naszych rolników od ewentualnych skutków suszy – mówi Tomasz Nowakowski.

Pierwszy z nowych naborów wniosków zaplanowano na wrzesień. W ramach „Modernizacji gospodarstw rolnych” na inwestycje w nawadnianie rolnicy będą mogli otrzymać dotację w wysokości do 100 tys. zł. Pieniądze będzie można przeznaczyć na obiekty i urządzenia chroniące gospodarstwa przed suszą, w tym m.in. na budowę zbiorników wodnych, studni głębinowych, zakup systemów nawadniających i pomiarowych.

– Wrzesień to czas, kiedy uruchamiamy obszar nawodnień. W październiku przygotowujemy się do rolniczego handlu detalicznego. Obydwa te działania będą realizowane przez oddziały regionalne ARiMR. Tam tez będzie można składać wnioski o przyznanie pomocy. Informacje o konkretnych datach naborów będą dostępne na naszej stronie internetowej – mówi Tomasz Nowakowski.

Drugi nabór wniosków na „Przetwórstwo i marketing produktów rolnych” ma ruszyć w październiku. Będzie przeznaczony dla tych rolników, którzy już prowadzą lub chcą podjąć działalność w ramach rolniczego handlu detalicznego.

– W tym nowym działaniu upatruję dużej szansy. Chciałbym, żeby te regiony Polski, które mają wiele własnych, regionalnych produktów, mogły realizować swoją politykę i żeby mniejsi producenci, którzy mają dostęp do receptur produktów regionalnych, mogli sprzedawać je prosto ze swojego gospodarstwa do ostatecznego beneficjenta. Takich województw jest w Polsce dużo. Mowa tu np. o Małopolsce czy Podkarpaciu – mówi Tomasz Nowakowski.

Wsparcie, o jakie będą mogli się ubiegać rolnicy w ramach tego działania, sięgnie maksymalnie 100 tys. zł. Będzie można przeznaczyć je m.in. na budowę lub modernizację budynków wykorzystywanych do prowadzenia działalności przetwórczej, dostosowanie pomieszczeń do przechowywania produktów żywnościowych oraz służących przygotowaniu posiłków albo zakup potrzebnych do tego sprzętów.

Beneficjent składa do nas wniosek o przyznanie pomocy, który kończy się podpisaniem umowy. Potem następuje realizacja inwestycji, po której beneficjent składa wniosek o płatność, a my wypłacamy środki finansowe – tłumaczy Tomasz Nowakowski. – Zarówno w pierwszym, jak i drugim działaniu mówimy o kwocie do 100 tys. zł oraz 50-proc. refundacji kosztów kwalifikowanych. W przypadku inwestycji wartej 200 tys. zł możemy wypłacić maksymalnie połowę. 

Jak podkreśla, w przygotowaniu dokumentacji i wypełnianiu wniosków można skorzystać z pomocy doradców ARiMR. W przypadku jakichkolwiek wątpliwości agencja może wysłać do beneficjenta kontrolę terenową, żeby sprawdzić realizację inwestycji.

– Ma to służyć temu, żeby zabezpieczyć beneficjenta przed ewentualnymi komplikacjami, np. ze strony audytów kontrolnych Unii Europejskiej. Chcemy dopilnować, aby ta inwestycja była właściwie opisana i zrealizowana, żeby nie było żadnych wątpliwości. Wtedy też mamy pewność, że żadne organy audytowe tego nie podważą i beneficjent nie będzie zagrożony koniecznością zwrotu środków finansowych – mówi Tomasz Nowakowski.

W tegorocznych harmonogramie PROW 2014–2020 wzrasta także premia na rozpoczęcie działalności pozarolniczej. W tym roku zamiast dotychczasowych 100 tys. zł będzie można uzyskać od 150 tys. do nawet 250 tys. zł, w zależności od liczby utworzonych miejsc pracy.

Premia na rozpoczęcie działalności pozarolniczej ma za zadanie dofinansować przejście z obszaru rolniczego na działalność pozarolniczą. Mówimy o pomocy dla gospodarstw, które ucierpiały wskutek afrykańskiego pomoru świń – mówi Tomasz Nowakowski.

Wnioski o wsparcie na rozpoczęcie działalności pozarolniczej można składać od 30 sierpnia do 28 września br. w oddziałach regionalnych ARiMR.

Obecny sezon może być rekordowy dla branży hotelowej. Konkurencja się zaostrza, a oczekiwania gości rosną

Obecny sezon może być rekordowy dla branży hotelowej. Konkurencja się zaostrza, a oczekiwania gości rosną 8

Obecny sezon może być równie udany, jak rekordowy dla branży hotelowej 2017 rok – ocenia na półmetku sezonu wakacyjnego Urszula Wiśniewska z Hilton Gdańsk. Jak podkreśla, kluczowym dla branży trendem jest personalizacja, a walkę o klienta wygrywa się dziś elastycznością i umiejętnością dostosowania oferty do jego rosnących oczekiwań. Dotyczy to zwłaszcza młodszych pokoleń i millenialsów, którzy dla branży w Europie Środkowo-Wschodniej są inspiracją do tworzenia nowych konceptów hotelowych.

Gdański Hilton w zasadzie już od początku czerwca notuje niemal 100-proc. obłożenie.

– W lipcu i w sierpniu mamy porównywalną liczbę gości. Z naszych statystyk wynika, że mniej więcej 33 proc. z nich stanowią Polacy. Z reguły największą popularnością cieszą się wyjazdy weekendowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Urszula Wiśniewska, specjalistka ds. marketingu i PR Hilton Gdańsk.

W zależności od sezonu zmienia się też profil gości. Jesienią i zimą są to z reguły goście biznesowi, którzy przyjeżdżają na konferencje, natomiast latem dominują pobyty wypoczynkowe. W sezonie goście dużo chętniej korzystają także z dodatkowych usług, takich jak SPA i zabiegi upiększające.

– Goście hotelowi są dzisiaj bardziej świadomi. Podróżują po wielu hotelach, mają bardzo konkretne oczekiwania, do których musimy się dostosować. Być może wynika to też z faktu, że mamy erę Facebooka, Instagrama i innych mediów społecznościowych – mówi Urszula Wiśniewska.

Na zmieniające się oczekiwania gości hotelowych i nowe trendy konsumenckie zwraca również uwagę raport firmy doradczej Cushman & Wakefield i kancelarii CMS Legal dotyczący rynku inwestycji hotelowych w Europie Środkowo-Wschodniej. Eksperci zauważają, że na rynek wchodzą młode, podróżujące pokolenia, które dla branży hotelarskiej stanowią coraz ważniejszą grupę klientów. Operatorzy hoteli i inwestorzy muszą brać pod uwagę ich oczekiwania. To właśnie w odpowiedzi na nie powstają na środkowoeuropejskim rynku nowe koncepty hotelowe (hotele lifestyle’owe w przystępnej cenie, marki typu soft brand, nowa generacja hosteli oraz innowacyjne koncepty apartamentów serwisowanych).

Jednym z głównych oczekiwań gości jest dziś także personalizacja usług hotelowych pod kątem ich indywidualnych preferencji.

– Sieć Hilton ma w swoim portfolio 15 marek i każda z nich jest inna, przystosowana dla innego gościa. Zaczynając od Waldorf Astorii czy Conrada, które są przeznaczone dla osób oczekujących luksusów, poprzez sieć ekonomiczną Hampton by Hilton, a kończąc np. na Tru by Hilton, który jest konceptem skierowanym przede wszystkim do millenialsów, oczekujących bardzo oryginalnych przestrzeni i pomysłów – mówi Urszula Wiśniewska.

Jak podkreśla, oczekiwania gości w dużej mierze są też uzależnione od celu ich pobytu.

– Ludzie młodzi przyjeżdżają do nas głównie po to, żeby się pobawić. Oczekują głównie dobrze zaopatrzonego baru. Mamy gości biznesowych, którzy przyjeżdżają do pracy, więc oczekują spokojnej przestrzeni, w której mogą się skupić. Są też rodziny z dziećmi, które chcą wspólnie spędzić czas – mówi Urszula Wiśniewska.

Jak zauważają eksperci CMS Legal i Cushman & Wakefield, różnice pomiędzy tradycyjnymi klasami obiektów hotelowych zaczynają się jednak powoli zacierać, co jest efektem rosnących wymagań klientów. Dawniej duże, otwarte przestrzenie, bogata oferta gastronomiczna i najnowsze trendy architektoniczne były wyznacznikami przede wszystkim hoteli luksusowych. Obecnie można je znaleźć w całym spektrum obiektów. Powoli zacierają się także różnice między obiektami oferującymi pobyty krótko- i długoterminowe.

– Dostosowanie się do rosnących oczekiwań gości, którzy są bardzo świadomi, mają bardzo sprecyzowane oczekiwania i chcą być obsłużeni tu i teraz – to dziś największe wyzwanie na rynku hotelowym. Rywalizacja jest bardzo duża, a w tym momencie taką walkę o gości wygrywa się elastycznością i umiejętnością dostosowania oferty pod oczekiwania gości – mówi Urszula Wiśniewska.

Raport Walter Herz podsumowujący ubiegły rok pokazuje dobrą, wzrostową kondycję polskiego rynku hotelowego. W 2018 roku działało na nim 2,8 tys. obiektów, oferujących łącznie ok. 137 tys. pokoi, a liczba udzielonych noclegów wzrosła o 7 proc. W dużych miastach, takich jak Warszawa czy Gdańsk, oraz popularnych kurortach turystycznych powstaje wiele nowych inwestycji, przez co zaostrza się konkurencja. Jednym z najbardziej konkurencyjnych rynków jest stolica, która dysponuje również największą bazą noclegową (97 obiektów, 14,6 tys. pokoi). Tylko w tym roku powiększy się ona o kolejne 1,3 tys. miejsc noclegowych. Z kolei w Trójmieście baza hotelowa powiększy się o ok. 800 pokoi.

– Branża hotelowa w Polsce rozwija się bardzo dobrze. Widać to chociażby na postawie wyników naszej sieci. Hilton Gdańsk został otwarty w 2010 roku. Był wówczas drugim hotelem sieci Hilton w Polsce i pierwszym takim w Gdańsku. W tym momencie jest w Polsce 17 hoteli pod tą marką, a kolejnych 12 znajduje się w budowie, co pokazuje, że rynek rozwija się bardzo prężnie – mówi Urszula Wiśniewska.

Sztuczna inteligencja wyręczy programistów. Pomoże w pisaniu kodu i usprawni wycenę czasu na realizację projektów

Sztuczna inteligencja wyręczy programistów. Pomoże w pisaniu kodu i usprawni wycenę czasu na realizację projektów 9

Z dobrodziejstw sztucznej inteligencji korzystają nie tylko klienci końcowi, automatyzacja wkracza także do branży IT. Algorytmy SI są w stanie wesprzeć programistów na każdym etapie prac nad oprogramowaniem. Systemy automatyzujące przeanalizują złożoność projektów i zasugerują, ile potrzeba czasu, aby wdrożyć je w życie, a inteligentni asystenci pomogą napisać, zoptymalizować kod i wskazać w nim błędy uniemożliwiające prawidłowe działanie aplikacji. W ten sposób można nawet 10-krotnie skrócić proces wyceny projektów.

– Każda aplikacja składa się z powtarzalnych elementów, które znajdują się także w innych systemach i których zaprogramowanie w 80 proc. przypadków zajmuje tyle samo czasu. Wiedząc, jakiego typu aplikacji dotyczy zapytanie, wiemy, z jakich modułów i funkcjonalności się składa. Na tej podstawie jesteśmy w stanie dostarczyć gotową listę funkcjonalności razem z liczbą godzin potrzebną do ich zakodowania. Oczywiście wymaga to późniejszej pracy programisty czy osoby odpowiedzialnej za wycenę, ale według naszych szacunków pozwala skrócić proces wyceny nawet dziesięciokrotnie – mówi agencji Newseria Innowacje Michał Grubka, prezes zarządu Ai Estimo Software.

Oprogramowanie Apropo powstało z myślą o radykalnym skróceniu czasu wyceny projektów informatycznych. Z badań przeprowadzonych przy okazji pracy nad tym oprogramowaniem wyliczono, że wycena projektów w branży IT w sposób manualny pochłania zazwyczaj od 4 do 16 godzin. Zastosowanie algorytmów automatyzujących, które analizują potrzeby klienta i porównują jego projekt do innych realizacji, proces ten można skrócić nawet do kilkudziesięciu minut.

Sztuczna inteligencja może usprawnić także sam proces programistyczny. Oprogramowanie TabNine powstało z myślą o przyspieszeniu wprowadzania komend w najpopularniejszych językach programowania. Aplikacja działa podobnie do systemów autouzupełniania, podsuwając propozycje dokończenia linijki kodu już w trakcie jego wprowadzania. Sztuczną inteligencję wyszkolono do tego zadania za pośrednictwem przeszło 2 mln projektów upublicznionych na portalu GitHub. Pozwoliło to opracować system analityczny zdolny do interpretowania 22 najpopularniejszych języków programistycznych, w tym m.in. C, C++, JavaScript czy PHP.

Z kolei inżynierowie stojący za start-upem DeepCode postanowili wykorzystać potencjał narzędzi programistycznych wykorzystujących sztuczną inteligencję, aby usprawnić proces analizy kodu. Ich aplikacja w przeciwieństwie do tradycyjnych systemów raportujących błędy nie tylko analizuje składnię poleceń, lecz także jest w stanie zrozumieć, w jaki sposób powinno działać dane oprogramowanie. Dzięki temu jest w stanie wychwycić znacznie więcej nieścisłości i przyspieszyć proces rewizji kodu.

Potencjał rozwiązań z zakresu sztucznej inteligencji dostrzegło również Ministerstwo Cyfryzacji. Ministerialni eksperci opracowali Założenia do strategii AI w Polsce, które mają wyznaczyć kierunek rozwoju tej branży. Dokument wskazuje wyzwania, jakie stoją przed polskimi firmami zajmującymi się technologią AI, aby takie projekty jak Apropo miały szansę zaistnieć na arenie międzynarodowej.

– Innowacyjność tego narzędzia polega na tym, że nie ma jeszcze żadnego oprogramowania, które podchodziłoby do rozwiązania problemu wycen projektów w taki sposób, w jaki to robimy, i które rozwiązywałoby ten problem software house’om, czyli firmom programistycznym wykonującym oprogramowanie na zamówienie. Apropo aktualnie jest w fazie beta testów i jest testowany przez firmy programistyczne – mówi ekspert.

Według Allied Market Research wartość globalnego rynku sztucznej inteligencji wzrośnie z 4 mld dol. w 2016 roku do 169,4 mld w 2025 roku, wykazując średnioroczne tempo wzrostu na poziomie 55,6 proc.

Nasze dane osobowe mogą się znajdować w posiadaniu setek firm. Dzięki specjalnej aplikacji można łatwo nimi zarządzać, a na udostępnieniu sporo zarobić

Nasze dane osobowe mogą się znajdować w posiadaniu setek firm. Dzięki specjalnej aplikacji można łatwo nimi zarządzać, a na udostępnieniu sporo zarobić 10

Dane osobowe to lukratywny biznes. Firmy specjalizujące się w handlowaniu danymi wiedzą o użytkownikach nierzadko więcej niż rodzina. Acxiom, Equifax lub CoreLogic to pośrednicy danych. Firmy, które zbierają dane osobowe, a następnie sprzedają je innym przedsiębiorstwom. Dzięki aplikacji opracowanej przez Polaków można łatwo sprawdzić, które firmy dysponują naszymi danymi i wybrać te, które nadal mogą mieć do nich prawa. Serwis umożliwia też zarabianie na swoich danych osobowych.

– Zwykły konsument, rejestrując się u nas w platformie i weryfikując swoją tożsamość, ma możliwość sprawdzenia jednym kliknięciem, gdzie znajdują się jego zgody marketingowe, gdzie są przetwarzane jego dane osobowe. Jesteśmy w stanie sprawdzić, od kiedy do kiedy są te zgody, jakie dokładnie informacje są przechowywane przez firmy czy administratorów danych. Po 30 dniach przekazujemy końcowy raport, żeby użytkownik mógł sam zarządzać swoimi danymi – mówi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Michał Pilch, prezes spółki BSafer.

Acxiom, Equifax lub CoreLogic to nie firmy z pierwszych stron gazet, ale o konsumentach wiedzą wszystko. To pośrednicy danych, czyli firmy, które zbierają dane osobowe, nadają im strukturę, a następnie sprzedają je innym firmom. Dzięki innowacjom w zakresie wydajności obliczeniowej i sztucznej inteligencji proceder kwitnie. Przy przychodach reklam internetowych liczonych w miliardach dolarów można łatwo policzyć, ile warte są gromadzone dane. Sam Facebook przekazuje dane milionów użytkowników.

Dzięki rozwiązaniu polskiej firmy można łatwo sprawdzić, jakie firmy mają nasze dane, i podjąć decyzję, które przedsiębiorstwa będą mogły wciąż z nich korzystać.

– Sporządzamy listę, w których firmach znajdują się dane klienta. Może on wówczas podjąć decyzję, czy zezwala tym spółkom na przechowywanie i przetwarzanie ich, czy chce usunąć zgody marketingowe. Jeżeli zgody zostaną usunięte, to system monitoringu daje dużo możliwości. Jeżeli firma ponownie zadzwoni już bez zgody, to automatycznie zgłaszamy ją do Urzędu Ochrony Danych Osobowych i staramy się o zadośćuczynienie – wskazuje Michał Pilch.

Dzięki wdrożeniu RODO poziom ochrony danych osobowych jest znacznie wyższy. Nie oznacza to jednak, że nasze dane nie krążą w sieci. Nigdy nie mamy też pewności, które firmy zyskują dostęp do informacji – to nie tylko telemarketerzy, lecz także firmy, które dzięki danym mogą np. wyłudzić kredyty. Dzięki rozwiązaniu BSafer można szybko sprawdzić, które firmy mają dostęp do informacji na nasz temat, zarządzać zgodami, ale też na nich zarabiać. Według wyliczeń BSafer – nawet 700 zł miesięcznie.

– Po otrzymaniu raportu można zarządzać tymi zgodami. System pozwala też monetyzować swoje zgody. Dajemy informacje na temat ofert handlowych, wtedy użytkownik zgadza się, żeby firma zadzwoniła. Ale jeżeli już nie chcą otrzymywać żadnych telefonów, to może usunąć tę zgodę. System monitorowania dokłada też przycisk w e-mailu, dzięki któremu, już przy tytule wiadomości pojawia się przycisk „usuń moją zgodę” lub „zgłoś nadużycie” – mówi prezes BSafer.

Z serwisu mogą skorzystać wszystkie osoby pełnoletnie, są też rozwiązania przeznaczone specjalnie dla seniorów i dzieci. W przypadku dzieci system monitorujący wychwytuje wszystkie niebezpieczne treści w e-mailach czy komunikatorach. Jeśli pojawią się treści pedofilskie, związane z pornografią, o sprawie zostaje poinformowany opiekun dziecka.

– Przy koncie dla seniora automatycznie pojawia się biała i czarna lista numerów telefonów lub komunikacji, która może naruszyć prawa tej starszej osoby, wyłudzić pieniądze albo wyłudzić podpisanie umowy na odległość. Dzieci i seniorzy nie będą mogli monetyzować swoich zgód. Ta opcja jest wyłączona ze względu na to, że ta grupa docelowa nie zawsze może podjąć świadomą decyzję – tłumaczy Michał Pilch.

Według firmy analitycznej OnAudience globalny rynek danych w 2019 r. osiągnie wartość 26 mld dol.

Ryzyko letniego blackoutu

Pamiętny blackout z 2015 roku spowodowany był wysokimi temperaturami. Gorące lato sprawiło, że w sierpniu drastycznie opadł poziom wód lądowych. A to właśnie głównie rzeki i zbiorniki wodne służą polskim elektrowniom węglowym do chłodzenia turbin i generatorów. Czasowe przerwanie dostawy energii elektrycznej dotknęło wówczas przede wszystkim przedsiębiorców, którzy są największymi odbiorcami prądu. Ówczesna premier Ewa Kopacz zwołała sztab kryzysowy ministerstwa gospodarki, a poziom wody w systemach chłodniczych był monitorowany i specjalnie zarządzany.  I chociaż indywidualni odbiorcy, szpitale i istotne instytucje na blackoucie nie ucierpiały – wizja odcięcia prądu powraca każdego lata, gdy temperatury zaczynają gwałtownie wzrastać. Eksperci twierdzą jednak, że w tym roku szanse na blackout są dużo mniejsze.

– Wygląda na to, że ten rok powinien być stabilny energetycznie – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego. – Mają na to wpływ różne czynniki. Przede wszystkim stabilniejsza i większa sieć elektryczna, wyposażona w nowe połączenia transgraniczne. To może pozwolić nam na dostawy prądu zza granicy, gdy nasze elektrownie węglowe będą musiały ograniczyć pracę. Wzrosła także ilość zainstalowanej i osiągalnej mocy w Krajowym Systemie Elektroenergetycznym. Określa ona maksymalną ilość mocy, którą system może wytworzyć i dostarczyć do odbiorców energii. Dzięki temu blackout z 2015 roku nie powinien się powtórzyć – uspokaja Roszkowski.

Co trzeci Polak chce kupić kryptowaluty – badanie świadomości Polaków na temat kryptowalut

Kryptowaluty stają się coraz popularniejszym instrumentem finansowym na świecie. Jak wynika z badania przeprowadzonego przez SW Research dla DARB Finance, już 61% Polaków deklaruje, że zna kryptowaluty a 32% zamierza zakupić je w najbliższej przyszłości. Jednak aż 74% respondentów nie wie do czego wykorzystywane są waluty cyfrowe.  

Polacy chcą inwestować, ale brakuje im wiedzy

Rosnąca popularność kryptowalut sprawiła, że już co trzeci Polak planuje w nie zainwestować. Prawie połowa respondentów zamierza kupić waluty cyfrowe ze względu na potencjalny zysk.  Jednocześnie 23% uważa, że to inwestycja i zabezpieczenie na przyszłość a 6% wierzy, że kryptowaluty mogą w przyszłości zastąpić tradycyjne waluty.

Mimo rosnącej popularności kryptowalut, 74% badanych nie wie do czego są one wykorzystywane. Polacy dość krytycznie oceniają poziom swojej wiedzy na temat kryptowalut. Tylko 5% wszystkich respondentów oceniło poziom swojej wiedzy jako wysoki lub bardzo wysoki, 29% wskazało umiarkowany a aż 67% niski lub bardzo niski. Nawet wśród osób, które już inwestują w kryptowaluty, aż 49% uważa, że ich wiedza jest umiarkowana (34% wskazało poziom wysoki lub bardzo wysoki a 20% niski lub bardzo niski).

 –  Brak odpowiedniej edukacji i wiedzy na temat walut cyfrowych jest jedną z największych barier utrudniających Polakom efektywne inwestowanie w kryptowaluty  –  komentuje wyniki badania Hubert Krawczyk, prezes DARB Finance, platformy fintech do zarządzania cyfrowymi walutami. – Z naszego badania wynika także, że tylko 23% osób wie, że kryptowaluty są akceptowalnym środkiem płatności. Oznacza to, że Polacy nie są świadomi wielu korzyści oraz możliwości, jakie oferują waluty cyfrowe. Jestem jednak przekonany, że edukacja oraz stosowanie tzw. języka korzyści przekona jeszcze więcej rodaków do walut cyfrowych – dodaje.

Jak inwestujemy?

Wśród wszystkich kryptowalut zdecydowanie najpopularniejszy wśród Polaków pozostaje Bitcoin – zna go aż 95% respondentów. Daleko w tyle pozostawił inne waluty cyfrowe, takie jak Litecoin (19%), Ethereum (17%), Dashcoin (14%) czy Ripple (9%). Wśród osób inwestujących w kryptowaluty  94% osób deklaruje posiadanie Bitcoina, 22% Ethereum, 15% Litecoina a 11% Ripple. Inne waluty cyfrowe nie przekraczają poziomu 10%.

Polacy preferują inwestowanie na polskich giełdach kryptowalut – aż 65% osób, które dotychczas inwestowały, robiło to właśnie na polskich platformach, przy czym 24% nie wie z jakiego kraju jest ich giełda.

–  Przed rozpoczęciem inwestycji na danej giełdzie warto potwierdzić także jej bezpieczeństwo i stabilność. Można to zrobić poprzez sprawdzenie licencji na jakich działa dana platforma  – podkreśla Hubert Krawczyk.

Skąd czerpiemy informacje na temat kryptowalut?

Internet jest zdecydowanie najpopularniejszym źródłem informacji na temat kryptowalut. 76% inwestujących wskazało go jako źródło wiadomości. 43% pozyskuje informacje od znajomych, 36% z otwartych grup w mediach społecznościowych a 19% z zamkniętych, płatnych grup. Tylko 13% wskazało prasę.

Badanie zostało zrealizowane przez agencję SW Research w dniach 11-19 lipca 2019 metodą wywiadów on-line (CAWI) na panelu internetowym SW Panel. W ramach badania przeprowadzono 1017 ankiet.

Rosnące koszty zabijają firmy transportowe

  • Według GUS sprzedaż usług w transporcie w maju wzrosła o 7,7 proc. w ujęciu rocznym.
  • Największy wzrost odnotowano w transporcie samochodowym – 12,5 proc.
  • Dobra koniunktura sprzyja branży, jednak przewoźnicy borykają się z coraz większymi zatorami płatniczymi, brakami kadrowymi, rosnącymi wymaganiami płacowymi oraz drożejącą ropą, na której opiera się transport w 94 proc[1].

Dane[2] mówią, że przeciętny okres obiegu należności w transporcie wzrósł z 59 dni w I kwartale 2018 roku do 92 dni w I kwartale br, z kolei średni udział należności przeterminowanych z 16,5 proc. do 46,1 proc. Przybyło aż czterokrotnie więcej trudnych długów (nieściągalnych, przedawnionych, gdy dłużnik ukrywa się), powodując największą, procentową zmianę liczby niewypłacalnych firm w branży transportowej. Po I półroczu było ich 29, podczas gdy w analogicznym okresie ubiegłego roku o 10 mniej[3]. To wzrost o 53 proc.

Z wyliczeń wynika, iż transport doświadcza najdłuższych opóźnień w należnościach od swoich kontrahentów – sięgają prawie 140 dni w porównaniu do średniej 60 dni dla wszystkich branż w Polsce.[4] Według danych liczba upadłości wzrosła w ciągu dwóch ostatnich lat o 177 proc.4 z kolei Centralny Ośrodek Informacji Gospodarczej obliczył, że w tym roku postępowaniem restrukturyzacyjnym objętych było 6,7 proc. firm a postępowaniem. upadłościowym 6,95 proc.[5] [6]

Wśród przyczyn problemów firm transportowych wymienia się ciągłą walkę o rynek kosztem dbania o wzrost rentowności oraz rosnące koszty pracy, energii i paliw. Według danych zebranych przez GUS przeciętne miesięczne wynagrodzenie w sektorze transportu lądowego w 2018 roku wzrosło o 4,2 proc., z kolei ropa podrożała o 31 proc., a koszty paliw w dużej mierze znalazły swoje odzwierciedlenie w wyższych stawkach przewozowych.[7]

Dobra koniunktura nie wystarcza

Popyt na usługi transportowe według prognoz EH[8] ma wciąż się utrzymywać. Pozytywny wpływ koniunktury widać także poprzez spadek syntetycznych wskaźników gospodarczych przygotowanych przez GUS oraz wzrost rejestracji samochodów ciężarowych. Dane Związku Przemysłu Motoryzacyjnego mówią o zwiększeniu się ich liczby o 8 proc.[9]

Firmy zajmujące się transportem międzynarodowy pozytywnie wypowiadają się na temat wstrzymania prac nad Pakietem Mobilności w czerwcu. Niestety projekt jest tylko zawieszony, a więc problem powróci – to jednak daje czas przedsiębiorcom na przygotowanie.

Największy wpływ na negatywną sytuację w branży ma niedobór pracowników oraz rosnące koszty wynagrodzenia. W badaniu GUS przewoźnicy obok nakładów na płace wymieniają braki w sile roboczej jako największą barierą w prowadzeniu firm – aktualne szacunki mówią o 100 tys. nieobsadzonych etatów. Dotychczas alternatywnym wyjściem, dla przewoźników, byli imigranci zza wschodniej granicy, jednak ich też zaczyna brakować. W badaniach już połowa firm przewozowych skarży się na braki kadrowe, rok temu było ich zaledwie 28 proc.9

Alexander Beresvford
Alexander Beresford, CMO Finiata.pl

O pogorszeniu się sytuacji przewoźników świadczy obniżenie się wskaźnika FIT (opartego m.in. na informacji o zadłużeniu firm transportowych, skali zatorów płatniczych w branży, przewidywanych upadłościach oraz planowanych inwestycjach), który ma teraz wartość 48,51. To prawie o 5 pkt. mniej niż w ubiegłym roku.[10] Jest to efekt zmagania się przewoźników z rosnącymi kosztami prowadzonej działalności oraz szybkiego wdrażania polityki eliminowania szarej strefy. Na niską wartość wskaźnika wpływ mają również prognozy firm transportowych, które dotyczą problemów z utrzymaniem płynności finansowej w nadchodzących miesiącach, dodaje Alexander Beresford.

Problematyczna przyszłość branży

Przedsiębiorcy są świadomi rosnącej liczby upadłości w branży – aż 38 proc. z nich twierdzi, że liczba upadłości już jest wyższa niż rok temu (w 2018 to samo zdanie miało tylko 18,3 proc. respondentów). Przewoźnicy mało optymistycznie oceniają przyszłość branży – aż 46,7 proc. przedsiębiorców jest zdania, że wycofujących się z rynku transportowego firm w całym 2019 roku będzie jeszcze więcej. Nieterminowi kontrahenci, coraz wyższe koszty prowadzenia firmy ograniczają ich płynność finansową, dlatego szukają lepszych, nowocześniejszych i mniej problematycznych rozwiązań. Poza rosnącymi kosztami, brakami w kadrze oraz zatorami płatniczymi firmy będą zmuszone do zwiększenia nakładów na ograniczenie emisji CO2 – zgodnie z wymogami unijnymi w transporcie emisja dwutlenku węgla ma spaść do 2025 roku o 20 proc. a do 2030 roku o 30 proc. w porównaniu do poziomu emisji z 2019 roku.

[1] State of the Art on Alternative Fuels Transport Systems in the European Union, July 2015

[2] Euler Hermes, Rozliczenia na rynku, analiza branż po I kwartale 2019 r.

[3] Euler Hermes, Niewypłacalności firm w Polsce po I połowie 2019 roku

[4] Raport Coface: Upadłości i restrukturyzacje firm w Polsce w I półroczu 2019 roku

[5] COIG, Postępowania restrukturyzacyjne w połowie 2019 r.

[6] COIG, Upadłości firm na koniec czerwca 2019 r.

[7] Santander Bank Polska, Konsolidacja w branży transportowej raczej nieunikniona, 23 maja 2019

[8] Euler Hermes, Rozliczenia na rynku, analiza branż po I kwartale 2019 r.

[9] Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego, Rejestracje – samochody ciężarowe, czerwiec 2019

[10] Keralla Research, Finanse, inwestycje, trendy branży transportowej w 2019 roku

Światełko w tunelu dla polskich przewoźników w sprawie pakietu mobilności

Odpowiedź Komisji Europejskiej na ostatnie głosowanie Parlamentu Europejskiego w sprawie pakietu mobilności to światełko w tunelu dla polskich przewoźników. Dlaczego? Daje nadzieję, że przynajmniej część przegłosowanych poprawek do obecnego kształtu nowych zasad, wedle których miałby funkcjonować transport drogowy w krajach Wspólnoty, będzie zmienione. KE wskazuje bowiem, że konieczna jest korekta dokumentu, który w Brukseli czeka na przegłosowanie przez członków Rady UE. Co dalej?

Termin pierwszego czytania w Radzie nie został jeszcze ustalony, ale pojawiają się głosy, że odbędzie się w tym roku. Tym bardziej, że prace nad przepisami trwają już ponad dwa lata, a średni czas do głosowania w Radzie UE od przedstawienia propozycji to znacznie mniej, bo 17 miesięcy. Pokazuje to, jak trudnym zagadnieniem jest rewizja przepisów, regulujących branże transportu drogowego. Jeśli propozycje PE zostałyby przyjęte bez poprawek – oznaczałoby to wejście niekorzystnych zapisów do porządku prawnego. Co więcej, zgodnie ze statystykami w 7. kadencji aż 85 proc. aktów uzgodniono w pierwszym czytaniu (415 z 488 złożonych). Z tego powodu głos KE jest niezwykle ważny – szczególnie w oczekiwaniu na głosowanie w Radzie UEkomentuje Mateusz Włoch, Grupa Inelo.

Co jeśli Rada UE posłucha zdania Komisji?

Rada UE ma dwa wyjścia: pierwsze – przyjąć tekst bez poprawek, drugie to zaproponowanie korekty do niektórych zapisów. W przypadku zatwierdzenia skrajnie niekorzystnych regulacji, które spowodują zepchnięcie na margines w szczególności małe i średnie rodzime firmy przewozowe, spełni się najczarniejszy scenariusz i będzie to, obok deficytu wykwalifikowanych kierowców zawodowych, jedno z najtrudniejszych wyzwań dla branży transportowej. – Natomiast wprowadzenie poprawek oznacza nowe rozdanie w Brukseli, ponieważ tekst trafi na drugie czytanie przez europarlamentarzystów, gdzie treść pakietu mobilności może być ponownie zmieniona lub nawet odrzucona w obecnym brzmieniu – dodaje Mateusz Włoch. Jaka jest opinia Komisji Europejskiej? Prezentujemy najważniejsze zagadnienia, do których członkowie KE odnieśli się w opublikowanym piśmie.

Zasady delegowania kierowców

Komisja zaakceptowała poprawki dotyczące zasady stosowania płacy minimalnej dla każdego rodzaju kabotażu oraz przewozów corss-trade. Poparła także wykorzystanie systemów IMI do wysyłania i aktualizacji deklaracji o delegowaniu przez podmioty gospodarcze oraz wymiany wszystkich innych istotnych dokumentów między właściwymi organami krajowymi w celu kontrolowania delegowania. Jednak wskazała, że należy się przyjrzeć zbyt dużemu rozbudowaniu tych systemów o dodatkowe dane (np. dotyczące zabezpieczenia społecznego, prawa właściwego dla umowy o pracę, prawa jazdy, tożsamości odbiorców, adresów załadunku i rozładunku), aby były zgodne z celem, jakim jest zmniejszenie obciążeń administracyjnych i uproszczenie kontroli – wyjaśnia ekspert Inelo. Ponadto Parlament Europejski proponuje, aby Komisja opracowała aplikację elektroniczną, która umożliwiłaby kontrolerom drogowym bezpośredni dostęp w czasie rzeczywistym do danych w ERRU (Europejski Rejestr Przedsiębiorstw Transportu Drogowego) i IMI. Takie rozwiązanie jest możliwe, jednak pojawiają się obawy co do wykonalności i zdolności państw członkowskich do inwestowania we wszystkie te rozwiązania techniczne w tak krótkim czasie jednocześnie.

Normy jazdy i odpoczynków

PE zatwierdził poprawkę o wykreślenie zmian dotyczących elastycznego odbioru odpoczynków tygodniowych. Komisja uważa, że wykreślenie tej zasady jest błędem. Może wpłynąć negatywnie na dostosowanie przepisów do potrzeb kierowców i ogólnie sektora TSL. Natomiast KE nie popiera wydłużenia dziennego czasu jazdy do 2 godzin, aby zjechać do bazy na odpoczynek tygodniowy. Argument? Mogłoby wpłynąć negatywnie na bezpieczeństwo na drodze. Proponuje za to poprawkę, w której wydłużenie będzie możliwe o jedną godzinę i pojawi się zapis o odstępstwie przy dojeździe również do domu kierowcy. Jednocześnie członkowie KE zaakceptowali wydłużenie kontroli drogowej z 28 na 56 dni.

Tachografy w busach

Mateusz Włoch podkreśla, że ta propozycja europarlamentarzystów spotkała się z poparciem przedstawicieli Komisji, co oznacza, że być może już niedługo obowiązek instalowania tachografów oraz egzekwowania norm jazd i odpoczynków będą zobligowani kierowcy pojazdów od 2,4 tony DMC. Jednak należy podkreślić, że wymagania te będą dotyczyły wyłącznie międzynarodowego transportu zarobkowego. KE wyraźnie podkreśla konieczność wyznaczenia odpowiedniego okresu przejściowego, by sektor transportu lekkiego miał możliwość optymalnie przygotować się do tych rewolucyjnych zmian.

Zasady dostępu do rynku

Walką z firmami „skrzynkami pocztowymi” to wprowadzenie szeregu wymagań. Firmy będą zobligowane miedzy innymi, aby samochody ciężarowe wykonywały co najmniej jedną operację załadunku lub rozładunku w państwach członkowskich siedziby przedsiębiorstwa. Ponadto muszą wykazać związek między wykonywanymi operacjami transportowymi a państwem członkowskim siedziby. To również konieczności, aby podmiot gospodarczy posiadał miejsca parkingowe na terenie przedsiębiorstwa i, aby firma była miejscem, z którego pracownicy zazwyczaj wykonują swoją pracę. Jest także zapis, by podmioty gospodarcze zatrudniały kierowców na mocy prawa właściwego dla umów o pracę w państwie członkowskim siedziby (Rzym I).

Według KE część z nich wymaga przeformułowania, gdyż może stanowić zagrożenie dla możliwości wykonywania np. przewozów croos-trade. – Ponadto PE chce wzmocnienia egzekwowania przepisów, w szczególności m.in.: rozszerzenie informacji dostępnych dla organów kontrolujących w krajowych elektronicznych rejestrach przewoźników na umowy o pracę kierowców międzynarodowych z ostatnich 6 miesięcy; przyznanie dostępu w czasie rzeczywistym do ERRU organom egzekwującym ze wszystkich państw członkowskich oraz wprowadzenia systemu wymiany informacji na rynku wewnętrznym (IMI) jako głównego narzędzia współpracy administracyjnej między państwami członkowskimimówi ekspert Inelo. – Jednak według KE niektóre propozycje idą zbyt daleko. Na przykład dostęp wszystkich organów egzekwujących do ERRU w czasie rzeczywistym oraz włączenie umów o pracę rodzi problemy związane z wykonalnością techniczną, kosztami rozwoju i prywatnością danych.

Co najważniejsze

Zastrzeżenia budzą także zasady, regulujące dostęp do międzynarodowego rynku przewozów drogowych, w tym kabotażu, na przykład wymóg wydawania licencji wspólnotowej wyłącznie przewoźnikom, wykonującym transport międzynarodowy pojazdami wyposażonymi w inteligentne tachografy; nieograniczona liczba przewozów kabotażowych w przyjmującym państwie członkowskim w ciągu 3 dni, czy też 60-godzinny okres na ochłodzenie, począwszy od powrotu ciężarówki do państwa członkowskiego siedziby.

Komisja nie ustosunkowała się do wszystkich poprawek przyjętych przez Europarlament. Jest to jednak ważny głos, który może spowodować wprowadzenie zmian przez Radę UE i skierowanie pakietu mobilności do drugiego czytania w PE. Wydłużenie procesu legislacyjnego daje nadzieję na dalszą merytoryczną pracę nad nowym prawem dla sektora transportu drogowego w Europiemówi Mateusz Włoch z Grupy Inelo.

Zmiany w Dyrektywie VAT przyjęte przez Komisję Europejską

Komisja Europejska przyjęła pakiet zmian do Dyrektywy VAT. Nowelizacja ta jest kluczowa zwłaszcza dla podatników dokonujących obrotu towarowego z innymi krajami Unii Europejskiej. W chwili obecnej przepisy są na etapie unijnym, ale Ministerstwo zapowiedziało, że w najbliższym czasie opublikuje projekt nowelizacji ustawy wdrażający unijne regulacje do krajowego porządku. Co do zasady zmiana Dyrektywy VAT zostanie wprowadzona, począwszy od planowanej daty (1 stycznia 2020 r.). Jaki będzie kształt polskich przepisów w tym zakresie, na razie nie wiadomo. Biorąc jednak pod uwagę praktykę polskiego fiskusa oraz zakres zmienianych regulacji, można przyjąć, że zakres polskich przepisów nie będzie się różnił w znacznym stopniu od przepisów unijnych. Dlatego podatnicy już teraz powinni przygotować się na wdrożenie zmian.

Zmiany w transakcjach łańcuchowych

Zmiany w zakresie transakcji trójstronnych mają być związane w głównej mierze z przypisaniem transportu wyłącznie do dostawy dokonanej do podmiotu pośredniczącego. W drodze odstępstwa transport ma zostać przypisany do dostawy dokonanej przez podmiot pośredniczący, gdy przekazał on swojemu dostawcy numer VAT nadany przez państwo członkowskie, z którego towary są wysyłane lub transportowane. W przypadku więc trzech podmiotów z różnych krajów unijnych przepisy wyjaśnią podatnikom, w jakim kraju powinni się zarejestrować na potrzeby VAT i rozliczyć podatek.

Wprowadzono także definicję podmiotu pośredniczącego, zgodnie z którą będzie to dostawca w łańcuchu inny niż pierwszy dostawca w łańcuchu, który wysyła lub transportuje towar samodzielnie albo za pośrednictwem osoby trzeciej działającej na jego rzecz.

Zasadniczo przepisy Dyrektywy dają państwom członkowskim dość dużą swobodę implementacyjną, jednak na chwilę obecną ich zastosowanie wydaje się nie być ułatwieniem w transakcjach, w których udział biorą więcej niż trzy podmioty. W dalszym ciągu konieczne będzie analizowanie warunków dostaw oraz orzecznictwa unijnych i krajowych sądów administracyjnych. Możemy więc mówić o ułatwieniu, ale nie dla wszystkich transakcji. To z kolei może rodzić kolejne wątpliwości.

Stawka 0% w przypadku WDT

Na podatników dokonujących wewnątrzwspólnotowych dostaw towarów zostaną nałożone dodatkowe obowiązki ewidencyjne. W szczególności przepisy dyrektywy przewidują, że jeżeli podatnik dokonujący WDT nie dopełni obowiązku składania informacji podsumowującej (VAT-UE), utraci on prawo do skorzystania z preferencyjnego traktowania WDT. Ponadto urzędy będą mogły kwestionować stawkę 0% w przypadku błędów np. w numerze VAT nabywcy. Zatem niezmiernie istotna będzie prawidłowa weryfikacja kontrahenta unijnego.

Dodatkowo rozporządzenie UE zaostrza obowiązki dokumentacyjne w związku z preferencyjną stawką. Sprzedawca będzie obowiązany posiadać dwa niesprzeczne ze sobą dokumenty potwierdzające wysyłkę. Jedna grupa to dokumenty przewozowe np. CMR, druga to dokumenty nieodnoszące się do wysyłki jak np. polisa ubezpieczeniowa, dokumenty bankowe, inne dokumenty urzędowe. Ponadto w niektórych sytuacjach sprzedawca będzie też musiał do 10 dnia miesiąca następującego po miesiącu, w którym nastąpiła dostawa, otrzymać od nabywcy oświadczenie, w którym ten potwierdzi, że towary zostały wywiezione.

Regulacje dotyczące WDT są dużo bardziej restrykcyjne niż obecnie obowiązujące. Liberalne podejście do dokumentacji potwierdzającej wywóz zostanie zastąpione ściśle określonymi regułami i zasadami. Ponadto podatnicy będą musieli odpowiednio ewidencjonować i raportować transakcje unijne. Nowe regulacje nie są jednak do końca zgodne z TSUE, który w wyroku z 28 marca 2019 r., Milan Vinš, C- 275/18 wskazał, że wystarczający jest sam faktyczny wywóz towarów, który może być co do zasady udowodniony w sposób dowolny, aby potwierdzić rzeczywisty wywóz.

Magazyn konsygnacyjny

Dotychczasowy brak zharmonizowania przepisów w zakresie składów konsygnacyjnych powoduje występowanie w różnych krajach odmiennych podejść do tego tematu. W konsekwencji każdorazowo należy ustalać, czy konieczna jest rejestracja za granicą, czy w danej jurysdykcji ma zastosowanie uproszczenie i ewentualnie na jakich warunkach. Zmiany wprowadzą ujednolicenie stosowanych rozwiązań – od 2020 r. w każdym kraju członkowskim będzie możliwość zastosowania uproszczenia dla tego typu transakcji, zbliżonego do mechanizmu obecnie funkcjonującego w Polsce. Innymi słowy, po spełnieniu określonych warunków będzie można rozpoznać dostawy dopiero w momencie pobrania towarów z magazynu konsygnacyjnego.

Co zrobić?

Choć brak w chwili obecnej regulacji krajowych, podatnicy powinni przygotować się do zmian, które mają zostać wprowadzone od 1 stycznia 2020 r. W pierwszej kolejności warto przejrzeć obecnie obowiązujące procesy, w szczególności w zakresie sposobu dokumentacji transakcji wewnątrzunijnych, sposobu ich ewidencjonowania oraz opodatkowania transakcji łańcuchowych. Pozwoli to ocenić czas niezbędny do wprowadzenia zmian oraz zbuduje świadomość istnienia tematu i konieczności podjęcia potencjalnych dalszych kroków do końca roku.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Aktywność deweloperów vs. popyt na nowe mieszkania

Krajowi deweloperzy nadal utrzymują wysoką aktywność inwestycyjną. Warto sprawdzić, jak aktywność inwestorów przez ostatnie lata wyglądała w stosunku do popytu na nowe mieszkania.

Firmy budujące nowe mieszkania teoretycznie powinny dostosowywać liczbę inwestycji do aktualnego i spodziewanego popytu. W praktyce takie zadanie okazuje się jednak trudne. Świadczą o tym zmiany szacunkowego czasu wyprzedaży oferty deweloperskiej. Ten wskaźnik informuje, jak długo przy obecnym poziomie popytu trwałaby wyprzedaż aktualnej oferty nowych mieszkań, gdyby inwestorzy zaprzestali budowy kolejnych „M”. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl na podstawie danych GUS przeanalizowali zmiany wspomnianego wskaźnika przez ostatnich 10 lat.

Ciekawe informacje o średnim czasie wyprzedaży nowych mieszkań można znaleźć w najnowszym raporcie o stabilności systemu finansowego. Analiza przygotowana przez NBP przedstawia zmiany wspomnianego wskaźnika w ujęciu kwartalnym. Eksperci RynekPierwotny.pl obliczyli natomiast jego średnioroczną wartość. Taki przeciętny roczny czas wyprzedaży nowych mieszkań z sześciu największych rynków (Warszawa, Kraków, Łódź, Wrocław, Poznań, Trójmiasto) przedstawia się następująco:

  • 2008 r. – 5,1 kwartału
  • 2009 r. – 5,7 kwartału
  • 2010 r. – 5,3 kwartału
  • 2011 r. – 6,3 kwartału
  • 2012 r. – 7,3 kwartału
  • 2013 r. – 5,7 kwartału
  • 2014 r. – 4,3 kwartału
  • 2015 r. – 4,2 kwartału
  • 2016 r. – 3,5 kwartału
  • 2017 r. – 2,9 kwartału
  • 2018 r. – 2,7 kwartału

Powyższe informacje wskazują, że w 2018 r. średni czas wyprzedaży nowych mieszkań z największych rynków osiągnął rekordowo niski poziom. Warto jednak odnotować, że ten wskaźnik wzrósł w drugiej połowie minionego roku (z 2,6 kwartału do 3,1 kwartału). Z całą pewnością jest to sygnał dla deweloperów. Muszą oni przygotowywać się na długookresowe zmniejszenie poziomu sprzedaży. Nie będzie to bardzo bolesna zmiana, jeżeli inwestorzy mieszkaniowi odpowiednio dostosują do niej podaż oferowanych lokali (tak aby utrzymać wskaźnik czasu wyprzedaży na poziomie 4 – 5 kwartałów).

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Dzięki CPK szybciej koleją z Torunia i Bydgoszczy do Warszawy. Koniec pierwszego etapu Regionalnych Konsultacji Strategicznych CPK

Tylko półtorej godziny zajmie podróż pociągiem z Torunia do Warszawy po realizacji Programu Kolejowego CPK. Z Bydgoszczy do stolicy dotrzemy w czasie nieco powyżej 2 godz. Spotkaniem w Kujawsko-Pomorskiem spółka zamknęła etap konsultacji Programu Kolejowego CPK w pięciu województwach. Na wrzesień zaplanowane są spotkania w kolejnych siedmiu

W spotkaniu z przedstawicielami spółki CPK w Toruniu uczestniczyli m.in. marszałek województwa kujawsko-pomorskiego Piotr Całbecki i wicewojewoda kujawsko-pomorski Józef Ramlau. W jego trakcie rządowy inwestor przedstawił poziom zaawansowania prac przygotowawczych do budowy linii kolejowych na terenie woj. kujawsko-pomorskiego, omawiając pierwszą koncepcję w ramach rozpoczętego procesu tzw. trasowania.

W ramach Programu CPK w województwie kujawsko-pomorskim planowana jest budowa 168 km nowych linii. Według założeń inwestora 92 proc. mieszkańców województwa będzie w stanie w czasie poniżej godziny dotrzeć do stacji pociągów dużych prędkości, co znacząco poprawi dostępność komunikacyjną regionu.

W województwie kujawsko-pomorskim powstaną linie nr 5 i 242 na trasie: CPK–Grudziądz–Warlubie, stanowiące fragment szprychy nr 1 Warszawa – CPK – Trójmiasto. Ponadto, w zachodniej części województwa będzie budowana linia nr 400 Nakło nad Notecią – Złotów – Okonek, która jest fragmentem odgałęzienia szprychy nr 1 w kierunku Koszalina i Kołobrzegu.

Zaprezentowana podczas spotkania wersja trasowania zakłada, że przy prędkości eksploatacyjnej 250 km/godz. możliwe będzie osiągnięcie czasu przejazdu z Bydgoszczy: do Warszawy 2 godz. 5 min. (dziś najkrótsza podróż na tej trasie zajmuje 3 godz. 30 min.), do CPK 1 godz. 50 min., a do Kołobrzegu 2 godz. 10 min. (obecnie najkrótszy czas to 3 godz. 50 min.).

Z Torunia pasażerowie będą mogli dojechać do Warszawy w 1 godz. 30 min., do CPK w 1 godz. 15 min., a do Kołobrzegu w 2 godz. 45 min.

Jak podkreśla pełnomocnik rządu ds. CPK Mikołaj Wild, wtorkowe spotkanie w Toruniu zakończyło pierwszy etap Regionalnych Konsultacji Strategicznych, czyli rozmów z reprezentantami organów administracji rządowej, samorządów województw i władz miast. – Dokładnie przeanalizujmy uwagi zgłoszone podczas spotkań. Weźmiemy je pod uwagę przy tworzeniu przebiegu nowych linii kolejowych w ramach Programu CPK – dodaje.

Konsultacje to dla nas istotne narzędzie planowania i gwarancja, że przebieg nowych linii kolejowych będzie jak najbardziej zgodny z oczekiwaniami wszystkich zainteresowanych podmiotów. Dlatego mamy zamiar je kontynuować w ramach II etapu konsultacji zaplanowanych w kolejnych województwach – mówi Piotr Malepszak, pełniący obowiązki prezesa CPK.

CPK obecnie planuje II etap Regionalnych Konsultacji Strategicznych, które odbędą się we wrześniu w kolejnych województwach: śląskim, małopolskim, świętokrzyskim, podkarpackim, lubelskim, warmińsko-mazurskim i podlaskim. Po ich zakończeniu spółka przeprowadzi dla każdej z linii analizę lokalizacyjną. Następnym etapem będą dodatkowe – zaproponowane przez CPK – lokalne konsultacje dotyczące konkretnych rozwiązań technicznych. Głos lokalnych społeczności zostanie także uwzględniony w trakcie wydawania decyzji środowiskowej, czyli dokumentu przesądzającego ostatecznie o przebiegu linii.

Od początku lipca spółka CPK zorganizowała – oprócz kujawsko-pomorskiego konsultacje jeszcze w stolicach czterech innych województw:

Poznań

W ramach Programu CPK w województwie wielkopolskim planowana jest budowa 196 km nowych linii. Według założeń inwestora prawie 2/3 mieszkańców województwa będzie w stanie w czasie poniżej godziny dotrzeć do stacji pociągów dużych prędkości, co znacząco poprawi dostępność komunikacyjną Wielkopolski.

W regionie powstanie, po pierwsze, linia nr 85 Warszawa – CPK – Łódź – KaliszPoznań. To zadanie w ramach budowy Kolei Dużych Prędkości Warszawa – CPK – Łódź – Poznań / Wrocław, która od swojego kształtu jest nazywana „igrekiem”. Zakładana prędkość eksploatacyjna pociągów na tym odcinku to co najmniej 250 km/h. To fragment tzw. szprychy nr 9 w ramach Programu CPK. Po drugie, w Wielkopolsce będzie budowana linia nr 400 Nakło nad Notecią – Złotów – Okonek, która jest elementem szprychy nr 1 prowadzącej z CPK przez Płock, Toruń i Bydgoszcz w kierunku Koszalina.

Zaprezentowana podczas spotkania wersja trasowania zakłada, że przy prędkości eksploatacyjnej 250 km/h. możliwe będzie osiągnięcie czasu przejazdu z Poznania: do Łodzi 1 godz. 5 min. (dziś najkrótsza podróż na tej trasie zajmuje 3 godz. 20 min.), do CPK 1 godz. 40 min., a do Warszawy 1 godz. 55 min. (obecnie najkrótszy czas to 2 godz. 50 min.). Z Kalisza pasażerowie będą mogli dojechać do Łodzi w 35 min., do CPK w 1 godz. 10 min., a do Warszawy w 1 godz. 25 min.

Warszawa

W ramach Programu CPK w województwie mazowieckim planowana jest budowa 344 km nowych linii kolejowych. Priorytetowymi inwestycjami w regionie są dwie linie kolejowe dużych prędkości: linia nr 85 Warszawa – CPK – Łódź – Poznań oraz linia nr 5 CPK – Płock – Grudziądz (Gdańsk). To fragment tzw. szprychy nr 1 i szprychy nr 9 w ramach Programu CPK. Na północnym-wschodzie województwa powstanie także nowy odcinek linii nr 29 z Ostrołęki przez Łomżę do Giżycka.

Zaprezentowana podczas spotkania wersja trasowania zakłada, że przy prędkości eksploatacyjnej 250 km/h możliwe będzie osiągnięcie czasu przejazdu z Warszawy: do Łodzi – 50 min. (teraz najkrótszy czas to 1 godz. 21 min.), Gdańska – 2 godz. (dziś podróż pociągiem zajmuje minimum 3 godz.), a do Poznania – 1 godz. 55 min. (zamiast obecnych 3 godz.). W kolejnej fazie Programu planowana jest budowa odcinków CPK Warka i Radom – Ostrowiec Św., stanowiących fragmenty szprychy nr 6 z Warszawy i CPK na Podkarpacie oraz linii Warszawa Choszczówka – Kątne, upraszczającej przebieg szprychy nr 2 na Warmię. Dzięki inwestycjom 86 proc. mieszkańców województwa będzie w stanie w czasie poniżej godziny dotrzeć do stacji pociągów dużych prędkości.

Łódź

W ramach Programu CPK w woj. łódzkim wybudowane zostanie 219 km nowych linii. W regionie powstaną dwie linie kolejowe dużych prędkości: linia nr 85 Warszawa – CPK – Łódź – Sieradz – Poznań oraz linia nr 87 Sieradz – Wieruszów, stanowiąca fragment trasy Warszawa – Wrocław, której budowę planowano już w latach 70. Znacząco poprawi się dostępność komunikacyjna regionu, ponieważ zgodnie z założeniami inwestora, 60 proc. mieszkańców województwa będzie w stanie w czasie poniżej godziny dotrzeć do stacji pociągów dużych prędkości.

Budowa nowych linii pozwoli na włączenie Łodzi do ogólnopolskiej sieci szybkich połączeń kolejowych i znacząco skróci czas przejazdu, np. do Poznania dojedziemy w 1 godz. 5 min. (zamiast obecnych 3 godz. 20 min.), do Warszawy – 50 min. (teraz najkrótszy czas to – 1 godz. 21 min.), Wrocławia w 1 godz. (zamiast obecnych 3 godz. 20 min.), a do CPK w 35 min.

Wrocław

W województwie dolnośląskim w ramach Programu CPK powstanie 119 km nowych odcinków, składających się na linię dużych prędkości Warszawa – Wrocław – Wałbrzych – granica polsko-czeska (z połączeniem do Pragi). Zaprezentowana podczas konsultacji wersja trasowania zakłada, że przy prędkości eksploatacyjnej 250 km/h możliwe będzie osiągnięcie czasu przejazdu z Wrocławia: do Wałbrzycha – 45 min. (obecnie najkrótszy czas to 60 min.), do Warszawy – 1 godz. 50 min. (dziś najkrótsza podróż na tej trasie zajmuje 3 godz. 55 min.), do Pragi – 2 godz. 30 min. (zamiast obecnych 5 godz.).

Co więcej, dzięki inwestycjom CPK w tym regionie, aż 82 proc. mieszkańców województwa będzie w stanie w czasie poniżej godziny dotrzeć do stacji pociągów dużych prędkości, co znacząco poprawi dostępność komunikacyjną woj. dolnośląskiego.

Łącznie w ramach kolejowej części Programu CPK planowana jest budowa ponad 1600 km nowych linii prowadzących z 10 kierunków do CPK i Warszawy. Tzw. etap zero, który powinien być gotowy przed uzyskaniem przez Port Lotniczy Solidarność zdolności operacyjnej, zakłada wybudowanie 140 km nowych linii na trasie Warszawa – CPK – Łódź. Zakończenie pozostałych inwestycji kolejowych wpisuje się w horyzont czasowy do 2040 r.

Każda z 10 kolejowych „szprych”, prowadzących do CPK, składać się będzie z nowych odcinków sieci oraz z wyremontowanych lub zmodernizowanych fragmentów istniejącej infrastruktury. Na potrzeby budowy tego kolejowego systemu doszło do podziału zadań inwestycyjnych między spółki CPK i PKP Polskie Linie Kolejowe. 29 kwietnia br. Rada Ministrów przyjęła rozporządzenie, na mocy którego każdy z nowych odcinków torów, którymi pociągi dojadą do CPK i Warszawy, został włączony do wykazu linii kolejowych o znaczeniu państwowym.

Łączna długość linii kolejowych w Polsce wynosi dziś ponad 19 tys. km. Od początku lat 90. zostało zlikwidowanych ponad 5 tys. km linii. Nowe inwestycje są potrzebne, ponieważ od lat 80., kiedy zakończono realizację Linii Hutniczej Szerokotorowej, a wcześniej Centralnej Magistrali Kolejowej, nie budowano w Polsce na dużą skalę szlaków kolejowych. Program CPK to pierwszy plan budowy nowej infrastruktury kolejowej od tego czasu.

Sektor finansowy na celowniku ransomware’u

Sektor usług finansowych jest uważnie monitorowany przez cyberprzestępców. Polują oni na informacje związane z dostępem do kart płatniczych, rachunków online czy bankomatów. Stale ewoluujące zagrożenia występują w wielu postaciach, na przykład różnych wariantów ransomware. Obrona przed nimi w tym sektorze jest utrudniona z uwagi na liczne wyzwania, takie jak konieczność łączenia nowych technologii z istniejącymi już systemami bankowymi czy wymóg zachowania zgodności z istniejącymi regulacjami.

Globalne działania cyberprzestępców

Osoby odpowiedzialne za bezpieczeństwo w instytucjach finansowych powinny mieć świadomość mechanizmów zagrożeń. Co ważne – także tych, które nie są już aktywne. Pozwala to lepiej zrozumieć cykl ewolucji ryzyka. Jest to bardzo istotne: analitycy z laboratorium FortiGuard firmy Fortinet wskazują, że kiedy jedno złośliwe narzędzie przestaje być aktywne, na jego miejsce przybywa kilka kolejnych.

Silence Group jest jedną z cyberprzestępczych grup, która szczególnie interesuje się instytucjami finansowymi w Rosji i Europie Wschodniej, chociaż jej infrastruktura została już rozszerzona o Australię, Kanadę, Francję, Irlandię, Hiszpanię, Szwecję i Stany Zjednoczone. Grupa ta systematycznie rozwija swoje narzędzia i sposoby ataków. W ostatnim czasie zastosowała np. taktykę „living off the land” – czyli „życia z pracy na roli”, która polega na wykorzystaniu zainstalowanych i publicznie dostępnych zasobów oraz narzędzi, takich jak np. PowerShell. – Pozwala to przyspieszyć poruszanie się po sieci, a jednocześnie zmniejszyć wykrywalność dzięki wykorzystaniu procesów zidentyfikowanych wcześniej jako legalne – tłumaczy Wojciech Ciesielski, menedżer Fortinet ds. sektora finansowego.

Stosując metodę tzw. spear phishingu (spersonalizowanego phishingu, czyli wyłudzania informacji od konkretnej, obranej za cel, osoby lub instytucji), Silence Group jest w stanie naruszyć bezpieczeństwo banków za pośrednictwem poczty elektronicznej. Przestępcy zbierają w ten sposób dane finansowe i następnie dokonują zdalnej wypłaty pieniędzy z bankomatów – tzw. jackpotting. Grupa ta przygotowała również własne, modularne narzędzia, dzięki którym można zaatakować różne konkretne obszary (serwery pośredniczące w transakcji, systemy monitorujące oraz sam moduł bankomatu).

Innym istotnym zagrożeniem dla instytucji finansowych było w ostatnim czasie złośliwe oprogramowanie Emotet. Odnotowano kilka nowych kampanii z jego udziałem, w których wykorzystane były moduły odpowiedzialne za kradzieży informacji, a także infekujące komputery użytkowników złośliwym kodem bankowych koni trojańskich i ransomware.

Zysk finansowy i… niejasne motywy

Jednym z trendów, który wyróżnia się w ostatnim czasie w cyberprzestępczych działaniach, jest odejście od ataków losowych na rzecz ataków ukierunkowanych, jak wspomniany spear phishing. Celowane wykorzystanie ransomware’u staje się podstawowym wyborem dla wielu hakerów, którzy chcą maksymalizować swoje zyski. Najlepszym przykładem tej metody ataku jest LockerGoga, wariant ransomware’u, który pojawił się na początku tego roku. Spowodował poważne zakłócenia w funkcjonowaniu kilku zakładów w Europie i Stanach Zjednoczonych, jednak zdaniem analityków bezpieczeństwa ostatecznym celem tych ataków nie było wymuszenie okupu. Nadal nie ma jasnego wytłumaczenia motywacji twórców tego narzędzia.

W przeciwieństwie do wspomnianego LockerGoga ścieżką klasycznych ataków ransomware podążyli autorzy oprogramowania Anatova, żądając od ofiar płatności w formie kryptowaluty Dash. – To narzędzie starannie dobiera ofiary, nie szyfrując niczego, co może mieć wpływ na przepustowość systemu, który zaraża. Ponadto unika komputerów, które już wydają się być zaatakowane przez złośliwe oprogramowanie lub funkcjonują jako honeypoty – wyjaśnia Wojciech Ciesielski.

Cyberprzestępcy stale modyfikują metody ataku, aby zwiększyć ich dokładność i zagwarantować osiągnięcie zamierzonych celów. W branży usług finansowych może to dotknąć  kont bankowych online, kart płatniczych, a nawet bankomatów. Eksperci Fortinet radzą instytucjom finansowym, aby broniąc się przed takimi zagrożeniami, stosowały rozwiązania z zakresu analizy zagrożeń. Dzięki temu łatwiej je zidentyfikować i zrozumieć efekt, jaki cyberatak może spowodować dla bezpieczeństwa i zaufania klientów.

Lublin-Warszawa – sukces najkrótszego połączenia lotniczego w Polsce. Już od jesieni dodatkowe poranne połączenie

Lublin-Warszawa to najkrótsza trasa lotnicza w Polsce. Lot trwa zaledwie 27 minut i zajmuje o 11 minut mniej niż przejazd między krańcowymi stacjami warszawskiego metra. W podróż z PLL LOT odprawia się już ponad 3 tysiące osób miesięcznie dlatego przewoźnik zdecydował się uruchomić dodatkowe poranne połączenie. Za dobre wyniki odpowiadają głównie pasażerowie, którzy wybierają loty łączone z Lublina przez Warszawę do państw europejskich.

Tylko 4 miesiące były potrzebne, aby Polskie Linie Lotnicze LOT zdecydowały się na rozszerzenie uruchomionej we wrześniu 2018 r. siatki połączeń między Warszawą a Lublinem. Kolejne pomyślne tygodnie funkcjonowania trasy doprowadziły do zapewnienia w marcu 2019 r. codziennych lotów, na wiele miesięcy przed pierwotnie planowanym terminem zwiększenia liczby połączeń. Teraz przewoźnik informuje o rozszerzeniu częstotliwości lotów. Od 27 października połączenie będzie obsługiwane 2 razy dziennie (dodatkowo 4 poranne loty w tygodniu). Na czym polega sukces najkrótszej trasy lotniczej w Polsce?Port Lotniczy Lublin

Dynamiczny rozwój połączenia

Od momentu uruchomienia połączenia lotniczego Lublin-Warszawa (jesienią 2018 r.) skorzystało z niego już blisko 23 tys. podróżnych. Według danych Portu Lotniczego Lublin, miesięczna liczba pasażerów w czerwcu w stosunku do września minionego roku podwoiła się (z 1521 do 3427). Sukcesywnie rośnie też stopień zapełnienia samolotów. Średnie wypełnienie miejsc na pokładzie w 2018 r. wyniosło 53%, a pierwsze półrocze 2019 r. przyniosło średnią na poziomie 64%, przy czym wskaźnik zapełnienia w czerwcu wyniósł już 73%. – Stale obserwujemy tendencję wzrostową liczby pasażerów na trasie Lublin-Warszawa. W kwietniu po raz pierwszy osiągnęliśmy pułap trzech tysięcy osób, a w czerwcu w porównaniu do marca zaobserwowaliśmy wzrost liczby podróżnych aż o 60%. Korzystnie na dynamikę rozwoju wpłynęło zwiększenie częstotliwości lotów z Lublina, a także poszerzanie sieci połączeń PLL LOT, których oferta przyciąga coraz więcej pasażerów z naszego regionu. – podkreśla Krzysztof Wójtowicz, Prezes Portu Lotniczego Lublin.Załącznik bez tytułu 00806

Warszawa – baza wypadowa dla dalszych podróży

Pasażerowie najkrótszej trasy lotniczej w Polsce chętnie udają się w zagraniczne podróże. Aż 70% startujących z Portu Lotniczego Lublin traktuje Warszawę jako punkt przesiadkowy do odleglejszych kierunków. Najczęściej przesiadają się w samoloty do Mediolanu, Frankfurtu, Gdańska, Monachium, Dusseldorfu, Amsterdamu i Brukseli. Wśród 20 najpopularniejszych destynacji nie brak również dalszych kierunków, takich jak Kanada (Toronto) czy Stany Zjednoczone (Chicago oraz Nowy Jork). – Połączenie między Lublinem a portem im. Fryderyka Chopina to nie tylko najkrótsza trasa lotnicza w Polsce, ale i najszybszy sposób na przedostanie się mieszkańców regionu do innych miast w Polsce i Europie – zaznacza Ireneusz Dylczyk, dyrektor handlowy Portu Lotniczego Lublin. – Warto zauważyć, że pomiędzy ośrodkami miejskimi zlokalizowanymi peryferyjnie na terytorium kraju samolot jest i długo jeszcze pozostanie najszybszym środkiem transportu, pomimo poprawiającej się infrastruktury transportowej na lądzie. Potwierdza to wysoka pozycja Gdańska, a nawet Wrocławia i Poznania, jako portów docelowych dla pasażerów z Lublina przesiadających się w Warszawie.   Załącznik bez tytułu 00809

Połączenie z potencjałem na przyszłość

Jak dodaje Ireneusz Dylczyk najkrótsza trasa lotnicza w Polsce wpisuje się w koncepcję budowy nowego centrum przesiadkowego kraju. – Wykreowany dzisiaj ruch w łatwy sposób będzie mógł być przeniesiony do Centralnego Portu Komunikacyjnego. Zwłaszcza, że budowa komponentu kolejowego, który miałby zasilać to lotnisko z województwa lubelskiego to perspektywa  2035 r.

Konsultacje branżowe nad pierwszą częścią Kodeksu Ochrony Danych Osobowych w Rekrutacji zakończone. Co to oznacza dla pracodawców?

Zakończyły się konsultacje rynkowe pierwszej części Kodeksu Ochrony Danych Osobowych w Rekrutacji. Dokument ma pomóc pracodawcom w stosowaniu regulacji prawnych dotyczących przetwarzania oraz ochrony danych osobowych. Głównym celem projektu jest zebranie i popularyzacja dobrych praktyk związanych ze stosowaniem w rekrutacji przepisów wynikających z RODO. Inicjatywa powstania Kodeksu spotkała się z aprobatą branżowych ekspertów, którzy chętnie zaangażowali się w opracowanie dokumentu.

Specjaliści biorący udział w konsultacjach pozytywnie zareagowali na podjętą inicjatywę stworzenia Kodeksu oraz jego brzmienie. Zgłosili jednakże potrzebę silniejszego doprecyzowania w dokumencie podstaw prawnych przetwarzania danych osobowych. Twórcy Kodeksu uwzględnili przedstawione sugestie w zaktualizowanej wersji dokumentu.

Efektem prac przeprowadzonych po konsultacjach było m.in. dodanie nowego podrozdziału z wyszczególnionymi podstawami prawnymi przetwarzania danych osobowych w rekrutacji. Jak wskazuje radca prawny Mirosław Gumularz, w praktyce chodzi o odpowiedź na pytania:

  • Czy do przetwarzania określonych kategorii danych (np. data urodzenia) potrzebna jest zgoda kandydata?
  • Czy możliwe jest przetwarzanie danych – i jeżeli tak to na jakich zasadach – które wykraczają poza zakres informacji wymienionych w Kodeksie pracy?
  • Czy i w jakim zakresie podanie danych jest dobrowolne?
  • W jakich przypadkach kandydat może sprzeciwić się wykorzystaniu określonych informacji?
  • W jakich przypadkach pozyskanie określonych kategorii danych może nastąpić wyłącznie z inicjatywy kandydata do pracy?

Zmiany w Kodeksie pracy uwzględnione

Warto podkreślić, że w zaktualizowanej wersji dokumentu eksperci odnieśli się do najnowszych zmian w Kodeksie pracy, wprowadzonych w maju 2019 r. W Kodeksie Ochrony Danych Osobowych w Rekrutacji uwzględniono więc m.in. jakie dane osobowe kandydata do pracy w zakresie niezbędnym do ich potwierdzenia może pozyskać pracodawca. Dokument precyzuje: kiedy, na jakiej podstawie i w jakim zakresie zatrudniający może zbierać dane szczególnie chronione, dotyczące np. stanu zdrowia pracownika. Zmiany dotyczą także możliwości gromadzenia danych osobowych uczestników procesu rekrutacyjnego lub pracowników, którzy wyrazili na to zgodę.

Mirosław Gumularz, specjalista ds. ochrony danych osobowych w eRecruiter
Mirosław Gumularz, specjalista ds. ochrony danych osobowych w eRecruiter

– Z punktu widzenia założeń Kodeksu Ochrony Danych Osobowych w Rekrutacji istotne jest uświadomienie pracodawcom, na czym polega różnica pomiędzy przesłanką zgody kandydata a tzw. uzasadnionym interesem pracodawcy – zaznacza r. pr. Mirosław Gumularz. – Nie jest wykluczone przetwarzanie danych w zakresie szerszym niż to wynika z przepisów Kodeksu pracy. Co więcej, nie zawsze w takim przypadku potrzebna jest zgoda kandydata. Możliwe jest odwołanie się do przesłanki uzasadnionego interesu pracodawcy. Warto podkreślić, że nie może to dotyczyć przetwarzania danych wrażliwych (np. o stanie zdrowia czy karalności). Potrzebna jest tutaj ocena, czy w konkretnym przypadku ten uzasadniony interes istnieje. Wymaga to m.in. przeprowadzenia testu równowagi pomiędzy interesem pracodawcy i kandydata.

Przystępne wyjaśnienie pojęć i ich doprecyzowanie

Głównym założeniem, którym kierowali się twórcy Kodeksu Ochrony Danych Osobowych w Rekrutacji, było przedstawienie niejasnych kwestii w sposób jak najbardziej zrozumiały. W aktualizacji dokumentu doprecyzowano m.in. informacje dotyczące okresów przechowywania oraz podstaw prawnych dla poszczególnych modeli rekrutacji.

Nie wszystkie zagadnienia, które pojawiły się na etapie konsultacji dokumentu, były możliwe do zaadresowania w pełni. Takim przykładem jest zakres danych, który gromadzą pracodawcy i który samodzielnie powinni dookreślić.

– Każdy pracodawca powinien samodzielnie przeanalizować, jakie dane zbiera, na jakiej podstawie prawnej oraz w jaki sposób chce je pozyskiwać – wyjaśnia Agnieszka Witaszek, Inspektor Ochrony Danych w Grupie Pracuj. – Rekruter powinien rozważyć, jaki zakres danych będzie niezbędny do przeprowadzenia rekrutacji, biorąc oczywiście pod uwagę przepisy Kodeksu pracy oraz zasady RODO (np. zasadę adekwatności i minimalizacji danych). Wiele zależy od ustalonego procesu rekrutacji (np. czy w procesie jest wykorzystywany jakiś system elektroniczny) czy stanowiska, na które kandydat aplikuje.

Ciąg dalszy prac nad Kodeksem Ochrony Danych w Rekrutacji

Aktualnie inicjatorzy Kodeksu Ochrony Danych Osobowych w Rekrutacji – przedstawiciele firm eRecruiter, Pracuj.pl oraz kancelarii GKK Gumularz Kozik Radcowie Prawni – rozpoczęli działania związane z kolejnym etapem prac nad dokumentem. Druga część Kodeksu będzie zawierać wskazówki dotyczące m.in. realizacji praw kandydatów związanych z przetwarzaniem ich danych czy weryfikacji dostawców narzędzi rekrutacyjnych, z których pracodawcy korzystają w procesach rekrutacji. Tytuł partnera merytorycznego otrzymała kancelaria Bird & Bird, która wesprze prace nad opracowaniem drugiej części dokumentu.

– Bardzo cieszymy się, że dołączyliśmy do inicjatywy współtworzenia Kodeksu Ochrony Danych Osobowych w Rekrutacji. Naszą intencją jest przełożenie wieloletniego doświadczenia w doradztwie dla branży rekrutacyjnej na praktyczne podejście i udzielenie przedsiębiorcom jasnych wskazówek w zakresie prowadzenia rekrutacji zgodnych z wymogami RODO, a także zaproponowanie rozwiązań chroniących prawa kandydatów – komentuje Izabela Kowalczuk-Pakuła, partner, szef praktyki prywatności i danych osobowych w kancelarii Bird & Bird.

Projekt jest wspierany także przez: Stowarzyszenie Agencji Zatrudnienia, Pracodawców RP oraz SABI Stowarzyszenie Inspektorów Ochrony Danych.

Dokument ze zaktualizowaną pierwszą częścią Kodeksu Ochrony Danych Osobowych w Rekrutacji można pobrać na stronie RODOwRekrutacji.pl. Znajduje się tam także więcej informacji na temat inicjatywy.

W Polsce się buduje, ale wciąż za mało – na tysiąc mieszkańców przypada u nas tylko 380 mieszkań

W Polsce w 2018 roku za metr kwadratowy nowego mieszkania trzeba było zapłacić średnio 1 370 euro, czyli o 3,8 proc. więcej niż rok wcześniej. W Warszawie cena ta wynosiła 1 935 euro. Dla porównania średni koszt zakupu metra kwadratowego w centralnych dzielnicach Paryża wynosi ponad 12,9 tys. euro, a w Londynie – 11,2 tys. euro. Jak wynika z ósmej edycji raportu firmy doradczej Deloitte „Property Index. Overview of European Residential Markets. Where does residential price growth end?”, pomimo że w Polsce buduje się najwięcej spośród krajów Europy Środkowej, mieszkań wciąż brakuje. W ubiegłym roku do użytku oddano ich blisko 185 tys.Property Index. Overview of European Residential Markets. Where does residential price growth end

Raport Deloitte podsumowuje sytuację na rynku nieruchomości największych miast w piętnastu krajach Unii Europejskiej oraz Norwegii. – Analizując sytuację od 2015 roku w 15 z 16 krajów ceny mieszkań rosły. Wyjątkiem były Włochy, gdzie ceny nieruchomości spadają od początku kryzysu finansowego. W ciągu ostatnich trzech lat średni wzrost cen mieszkań w Unii Europejskiej wynosi 5 proc. Jednym z czynników napędzających ten wzrost są rosnące ceny w regionie Europy Środkowej – mówi Maciej Krasoń, Partner w Dziale Audit & Assurance Deloitte, Lider Sektora Nieruchomości i Budownictwa w Polsce i Europie Środkowej. – Oczywistym jest, że wzrost cen nieruchomości nie będzie trwał wiecznie. Wiele zależy od polityki Europejskiego Banku Centralnego. Jeśli jednak obecny kurs zostanie utrzymany, ceny nieruchomości w Europie mogą sięgnąć poziomu sprzed kryzysu finansowego – dodaje.

Ceny mieszkań w Warszawie wciąż rosną

Wśród najdroższych metropolii w analizowanych krajach, tuż za centralnym Paryżem (12,9 tys. euro za m2) i Londynem (11,2 tys. euro), podobnie jak rok temu znalazło się Monachium z ceną 7,8 tys. euro za m2. Nie ma też zmian, jeżeli chodzi o miasta z najtańszymi mieszkaniami. Dwa pierwsze miejsca należą do węgierskiego Debreczyna (1,1 euro za m2) i Győr (1,2 euro za m2).

Spośród stolic w naszym regionie najtaniej jest w Zagrzebiu (1 720 euro za m2), Rydze (1 744 euro za m2), Budapeszcie (1 853 euro za m2) i w Warszawie (1 935 euro za m2). Dla porównania w Pradze koszt ten wzrasta już do 3 162 euro za m2. Raport pokazuje również poziom cen dla trzech innych polskich miast: Krakowa (1 607 euro za m2), Wrocławia (1 559 euro za m2) oraz Łodzi (1 237 euro za m2). Największy wzrost, bo aż o 30,3 proc. odnotowała czeska Ostrava i hiszpańska Barcelona (29,7 proc.). Z kolei na przeciwległym biegunie znalazło się Birmingham, gdzie ceny w ciągu roku spadły średnio o 13,4 proc.

W jakim mieście za wynajmem mieszkania zapłacimy najwięcej? Tu także zaskoczeń nie ma. Na wynajem metra kwadratowego w centralnych dzielnicach Paryża należy przeznaczyć 27,8 euro miesięcznie. Dwa kolejne miejsca zajmują Oslo i Trondheim (odpowiednio 25,3 i 21,3 euro za metr), ale w przypadku Norwegii brano pod uwagę jedynie wynajem domów. Warszawa z 14,6 euro za metr kwadratowy znalazła się na 13. miejscu spośród analizowanych miast. We Wrocławiu i Krakowie jest to 10,8 euro, a Łodzi 8,4 euro. Najmniejsze obciążenie dla kieszeni stanowi wynajęcie mieszkania w Debreczynie (6,4 euro).

Szybujące ceny mieszkań w Europie Środkowej

Średnia cena metra kwadratowego w Polsce wynosiła w ubiegłym roku 1 370 euro, czyli o 3,8 proc. więcej niż rok wcześniej. Spośród analizowanych krajów taniej jest tylko na Węgrzech i w Portugalii. Najdrożej jest za to we Francji, Niemczech i Wielkiej Brytanii. Najwyższe wzrosty rok do roku odnotowano w Czechach (16,8 proc.) i na Węgrzech (13,7 proc.).

Z kolei największe spadki cen dotyczą Wielkiej Brytanii (o 14,7 proc.), co wiąże się głównie z deprecjacją funta. – W 2018 roku w Polsce sprzedano nieco mniej mieszkań niż w 2017 roku, ale liczba 64,8 tys. jest porównywalna do tej z 2016 roku. Ceny nadal rosną, w tym przede wszystkim w dużych miastach. Biorąc pod uwagę rynek pierwotny, to największe wzrosty zanotowano w Gdańsku o 12,8 proc. oraz w Warszawie o 8 proc. Dobra koniunktura na rynku mieszkaniowym podtrzymywana jest przez niskie stopy procentowe. Sytuacji nie sprzyjają jednak wzrastające koszty działalności firm budowlanych oraz zmniejszająca się liczba gruntów w atrakcyjnych lokalizacjach – mówi Dominik Stojek, Partner Associate w dziale Doradztwa Nieruchomościowego Deloitte.

Polska w budowie

W roku 2018 największymi zasobami mieszkaniowymi może pochwalić się Portugalia (579,8). Spośród wszystkich analizowanych krajów najmniej mieszkań jest w Polsce, w której wskaźnik ten wynosi 380,7 mieszkań na tysiąc mieszkańców. Polacy dysponują liczbą 14,6 mln mieszkań.
– Zapotrzebowanie na własne lokum jest u nas nadal bardzo duże, ale ograniczony dostęp do kredytowania związany choćby z zakończeniem rządowego programu Mieszkanie dla Młodych, znajduje swoje odbicie w ogólnym spadku poziomu transakcji kupna o 11 proc. w ciągu roku. Największy, bo aż 16 procentowy, odnotowało Trójmiasto. – komentuje Marta Jurek, Menedżer w dziale Doradztwa Nieruchomościowego Deloitte.

Średnia liczba nowo oddanych mieszkań przypadających na tysiąc mieszkańców wynosiła w 2018 roku 3,2 dla analizowanych w raporcie krajów. Miejscem, gdzie w 2018 oddano do użytku najwięcej jest podobnie jak w poprzedniej edycji raportu Francja (6,86 mieszkań oddanych do użytku w przeliczeniu na tysiąc mieszkańców). Z kolei najgorsze wyniki w tej kategorii odnotowano w Portugalii (1,2 mieszkań na tysiąc mieszkańców). W Polsce wynik ten wynosi 4,81, a to oznacza, że w ubiegłym roku na rynku znalazło się 184,8 tys. nowych mieszkań. Jest to rekord dla regionu Europy Środkowej.

Jeżeli chodzi o liczbę mieszkań będących w budowie, przypadających na tysiąc mieszkańców, to średnia dla wszystkich analizowanych krajów wynosi 3,8. Pod tym względem Polska jest również powyżej średniej z wynikiem 5,8 (rok wcześniej 5,4). Daje nam to trzecie miejsce. W tej kategorii przoduje Francja (6,3 budowanych mieszkań na tysiąc mieszkańców), a najniższy wskaźnik zanotowała Łotwa (1,1).

Kredyty hipoteczne sposobem na własne „M”

Biorąc pod uwagę wysokość średniej rocznej pensji brutto w danym kraju, najszybciej na własne mieszkanie mogą sobie pozwolić Portugalczycy i Belgowie, których już po odpowiednio 3,8 i 4 latach pracy byłoby stać na 70-metrowe lokum. Czesi muszą swoją pensję brutto odkładać w całości przez ponad jedenaście lat. W Polsce z kolei potrzeba na to 7,5 lat. Należy pamiętać, że faktyczna siła nabywcza w zależności od obciążeń pensji brutto w różnych krajach może się różnić, jednak dla potrzeb tego badania przejęto założenie, które umożliwia porównanie.

Ważnym wskaźnikiem na rynku nieruchomości jest zadłużenie związane z zaciąganiem kredytów hipotecznych i porównaniem ich wolumenu do dochodu rozporządzalnego. Wartości tego wskaźnika w poszczególnych krajach znacznie od siebie odbiegały. Państwem o najniższym poziomie zadłużenia były w ubiegłym roku Węgry (20 proc.). Pozostałe kraje regionu Europy Środkowej: Polska, Czechy oraz Łotwa znalazły się w grupie państw wraz z Włochami i Austrią, w których poziomy zadłużenia uplasowały się poniżej 50 proc., z tymże w przypadku Polski jest to poziom 33,8 proc. Najwyższe zadłużenie – blisko 200 proc. – zaobserwowano na stabilnych i nasyconych rynkach mieszkaniowych Holandii i Danii, gdzie funkcjonują sprawne systemy hipoteczne.

Mieszkańcy, których krajów mogą liczyć na najniższe oprocentowanie kredytów hipotecznych? W 2018 roku byli to Portugalczycy, których kredyty były oprocentowane w wysokości średnio 1 proc. W przypadku Polaków było to średnio 3,8 proc. Z najwyższym, bo w wysokości 4,5 proc., musieli liczyć się Węgrzy.

„Sprzedam fakturę, kupię koszty” – kosztowne ryzyko

Zmniejsza się poziom społecznej akceptacji dla handlu kosztami. Tak wynika z analizy danych zebranych przez firmę SentiOne, która regularnie monitoruje media społecznościowe. Prawdopodobnie oferty dotyczące tzw. faktur kosztowych będą rzadziej kusić. Jednak nie oznacza to, że bezprawny proceder całkowicie zniknie. W Internecie oszuści wciąż bez problemu zamieszczają ogłoszenia, zapewniając przy tym niewykrywalność nadużycia i dopełnienie wszelkich formalności. Jednak Krajowa Administracja Skarbowa ostrzega przed udziałem w nielegalnym procederze. Surowe kary przewidziane są zarówno dla sprzedających, jak i kupujących. Narazić się można już za publikację samego ogłoszenia.

Nie dla handlu „kosztami”

Z raportu firmy monitorującej opinie internautów, wynika, że w okresie od 1 stycznia 2018 roku do 31 maja 2018 roku największa liczba wzmianek „czy sprzedaż kosztów jest legalna” pojawiła na przestrzeni 22-29 stycznia. Z kolei w pierwszych pięciu miesiącach bieżącego roku było ich szczególnie dużo w dniach 11-18 marca.

– Wzmożona aktywność występowała więc w okresie rozliczania VAT za grudzień, a zatem za okres świątecznego boomu zakupowego. Końcówka roku, zwłaszcza w handlu, generuje wzmożone zyski. Jest to też ostatni moment na poniesienie kosztów mogących obniżyć zobowiązania podatkowe za cały rok podatkowy. Z kolei mówiąc o 11-18 marca, można się powołać chociażby na dane dynamiki wzrostu sprzedaży detalicznej w Polce podawane przez GUS – analizuje Marek Niczyporuk, radca prawny i doradca podatkowy z Kancelarii Ars AEQUI.

Według SentiOne, w ciągu całego ubiegłego roku najwięcej wpisów dot. kupna kosztów pojawiło się w listopadzie. Z kolei w 2017 roku miało to miejsce w grudniu. Ponadto, w okresie od 1 stycznia do 31 maja 2018 roku wzmianki dot. sprzedaży kosztów miały przede wszystkim charakter neutralny (96,83%). Z kolei w pierwszych pięciu miesiącach br. były to już hasła negatywne (56,58%).

Jerzy Martini, doradca podatkowy, członek prezydium Rady Podatkowej PKPP Lewiatan
Jerzy Martini, doradca podatkowy, członek prezydium Rady Podatkowej PKPP Lewiatan

– Zmienia się poziom społecznej akceptacji dla oszustw podatkowych. Do niedawna osoba, która skutecznie uchylała się od zapłaty należnych podatków, była często odbierana pozytywnie, jako zaradna, która „nie daje się” znienawidzonemu fiskusowi. Dziś raczej przeważa negatywny odbiór wobec nielegalnych działań – podkreśla Jerzy Martini, doradca podatkowy.

SentiOne sprawdziła też najpopularniejsze źródła wzmianek dot. sprzedaży kosztów. W pierwszych pięciu miesiącach br. były to – Twitter (59,26%), portale (27,67%), fora intranetowe (8,71%) i Facebook (3,49%). Natomiast w analogicznym okresie ubiegłego roku w tym gronie znalazły się portale (44,65%), Twitter (42,36%), Facebook (6,38%) oraz fora (5,12%).

– W mojej ocenie, oszuści będą dalej handlować fakturami. Jednak zwykli przedsiębiorcy nie skuszą się na takie oferty, bo wzrasta świadomość ryzyka z tym związanego, w tym konsekwencji karnych, karnoskarbowych oraz podatkowych. Sądzę, że kupowanie faktur, rachunków czy paragonów będzie coraz mniej popularne – stwierdza dr Jacek Matarewicz, adwokat i doradca podatkowy, ekspert BCC.

Oszuści w sieci

Przedsiębiorca w Internecie może bez większego problemu natrafić na ogłoszenia typu „sprzedam koszty VAT”. Ostatnio oferty przychodzą nawet bezpośrednio na maila. Jak komentuje Ewa Szkodzińska, naczelnik wydziału komunikacji KAS, jest to ewidentna próba oszustwa. Faktury wystawiane są z użyciem prawdziwych danych faktycznie istniejących podmiotów, ale bez ich wiedzy. W takim przypadku dokument nie jest umieszczony przez „wystawcę” w ewidencji sprzedaży JPK_VAT. Próba wykorzystania takiej faktury jako kosztowej jest wychwytywana przy analizie danych z plików. Informacje o rozbieżnościach są przekazywane przez Departament Analiz Ministerstwa Finansów bezpośrednio do urzędów skarbowych.

– Oferowane faktury mają dokumentować poniesienie kosztów. Najczęściej są to usługi doradcze lub inne o niematerialnym charakterze. Rzadziej proponowana jest sprzedaż towarów, bowiem łatwiej jest udowodnić fikcyjność takiego obrotu. Ogłoszeniodawcy oczywiście obiecują rzekomą niewykrywalność nadużycia i dopełnienie po swojej stronie obowiązków związanych z wykazaniem takiej faktury w ewidencjach VAT, a także we wszelkich deklaracjach, a nawet w ramach JPK_VAT. Jednak oni wcale nie mają takich możliwości – mówi Marek Niczyporuk.

W KAS funkcjonuje Centrum Zwalczania Przestępczości Ekonomicznej w Środowisku Elektronicznym. Jest ono zlokalizowane w strukturze Opolskiego Urzędu Celno-Skarbowego. Ewa Szkodzińska zaznacza, że Cybercentrum realizuje zadania w zakresie zwalczania przestępczości ekonomicznej działającej w technologiach internetowych. Gromadzi, przetwarza, analizuje i ocenia zamieszczane w sieci informacje dotyczące handlu kosztami. Dokonane w tym przedmiocie ustalenia przekazuje do właściwych jednostek KAS.

– Mam wrażenie, że to jest tzw. monitoring wpadkowy. Oznacza to, że najczęściej dopiero po złożeniu donosu służby wkraczają do akcji. Jednych złapią, a innym się upiecze. Wydaje mi się również, że zasadniczo nie jest to zaplanowany proces działania i identyfikowania podmiotów, co wymagałoby zmiany. Podobnie jest w przypadku szarej strefy, w tym np. sprzedawania przedmiotów przez Internet na portalach aukcyjnych. To taki systemowy problem, z którym na pewno państwo musi się uporać – stwierdza dr Matarewicz.

Kosztowne ryzyko

Obrót nierzetelnymi fakturami jest karany po stronie sprzedającego i kupującego, o czym informuje naczelnik Szkodzińska. I dodaje, że proceder publikowania ogłoszeń jest oczywiście nielegalny. W zależności od okoliczności konkretnej sprawy, ogłoszeniodawca podlega odpowiedzialności za pomocnictwo do popełnienia przestępstwa skarbowego (art. 18 § 3 kk w zw. z art. 20 § 2 kks) lub za nawoływanie do jego popełnienia (art. 255 § 1 kk).

– Jak to bywa z przestępczością internetową, policja i sądy karne często nie są pomocne w procesie zidentyfikowania autora wypowiedzi. Niekiedy okazuje się, że właścicielem domeny jest np. spółka cypryjska, amerykańska lub firma zarejestrowana w raju podatkowym, a wykrycie sprawcy staje się niemożliwe. W efekcie proces ustalenia ID czy pozyskania danych podmiotu, który mógłby taki wpis internetowy usunąć, jest w praktyce bardzo utrudniony, wręcz niemożliwy. Stan ten także wymaga zmiany bowiem tzw. wolność słowa ma swoje granice – podkreśla ekspert z BCC.

Jak przekonuje Jerzy Martini, proceder wystawiania pustych faktur występuje prawdopodobnie tak długo, jak funkcjonowanie samego systemu VAT. W jego opinii, zwalczanie takiej działalności jest bardzo proste, jeśli oszust pozyskuje klientów za pomocą ogłoszeń lub innej działalności informacyjnej docierającej do szerszej grupy odbiorców. Wystarczyłoby dokonać zakupu kontrolowanego. Można byłoby poznać tożsamość sprzedawcy, choć nie zawsze musi być to takie oczywiste. Ponadto na podstawie analizy JPK można wytypować klientów, którzy uwzględnili w swojej ewidencji VAT faktury wystawione przez taką osobę.

– Oceniam, że skala problemu wciąż  jest istotna. Jednocześnie organy skarbowe dysponują już dosyć zaawansowanymi i coraz skuteczniejszymi narzędziami wykrywania tego rodzaju nadużyć. Proceder kupowania kosztów szczególnie dotyczy niewielkich firm. Duże podmioty coraz częściej wprowadzają u siebie restrykcyjne procedury kontroli biznesowej, mające na celu przeciwdziałanie tego rodzaju sytuacjom – podsumowuje ekspert z Kancelarii Ars AEQUI.

Regionalne rynki biurowe rosną szybciej niż Warszawa

Obserwowany w ostatnich latach dynamiczny rozwój sektora biurowego w Polsce nie dotyczy jedynie rynku warszawskiego. W ostatnim czasie w większości regionów kraju widoczna jest wysoka aktywność zarówno deweloperów, jak i najemców. Łączna powierzchnia biurowa zlokalizowana w ośmiu głównych miastach regionalnych już teraz jest porównywalna do rynku warszawskiego, a pod względem łącznego wolumenu nowo oddanej powierzchni i wielkości projektów w budowie regiony wyprzedzają już nawet rynek stołeczny.

Kraków i Poznań liderami wzrostu w I poł. 2019 roku

W I poł. 2019 r. na ośmiu głównych rynkach regionalnych oddano do użytku łącznie ponad 241 tys. m kw. nowoczesnej powierzchni biurowej. Dla porównania, w tym samym czasie na rynku warszawskim dostarczono jedynie 80,5 tys. m kw. Najwięcej powierzchni oddano w Krakowie. Tamtejszy rynek powiększył się o ponad 90 tys. m kw., zlokalizowanych w dwunastu nowych obiektach. Do grona najszybciej rozwijających się miast dołączył również Poznań, gdzie w ciągu sześciu miesięcy dostarczono łącznie 77 tys. m kw. nowoczesnej powierzchni biurowej. Dla porównania w całym 2018 r. oddano tam jedynie 21 tys. m kw. czyli niemal czterokrotnie mniej.

Największe nowe biurowce w regionach

Chcąc zobaczyć największy z oddanych w tym roku biurowców należy udać się do Łodzi, gdzie ukończono pierwszy etap projektu Brama Miasta. Obiekt ten, położony tuż obok nowego dworca kolejowego Łódź Fabryczna, przyczynia się do zmiany wizerunku okolicy i wpisuje się w strategię wykreowania Nowego Centrum Łodzi – Szymon Dołęga, Konsultant, Dział Analiz Rynkowych i Doradztwa, BNP Paribas Real Estate Poland

Drugim pod względem wielkości powierzchni biurowej obiektem oddanym w tym roku jest Nowy Rynek B. Jest to pierwszy z budynków kompleksu zlokalizowanego w ścisłym centrum Poznania, którego docelowa powierzchnia użytkowa ma przekraczać 100 tys. m kw. Również w Poznaniu przekazano najemcom pięć budynków inwestycji Business Garden Poznań o łączonej powierzchni 46 tys. m kw. Z kolei na rynku krakowskim w trakcie pierwszego półrocza ukończono aż dwanaście obiektów biurowych, z czego największymi były V.Offices, budynek B1 kompleksu Fabryczna Office Park oraz Mogilska Office. Należy pamiętać również o znacznych inwestycjach w pozostałych miastach – pierwszym etapie kompleksu City Forum we Wrocławiu oraz wybudowanym w ścisłym centrum Gdańska obiekcie Heweliusza 18.

Gdzie buduje się najwięcej?

Na ośmiu rynkach regionalnych w budowie znajduje się ponad 80 projektów, których dostarczenie na rynek przyniesie do końca 2021 r. około 875 000 m kw. nowej powierzchni biurowej. Oznacza to, że po raz kolejny miasta regionalne wyprzedzają Warszawę pod względem wolumenu budowanej powierzchni. Niemal połowa obecnie realizowanych przestrzeni biurowych zasili dwa rynki wiodące – Kraków i Wrocław. Przypada na nie odpowiednio 22% i 24% budowanej powierzchni. Trzecim regionem o najwyższym poziomie aktywności deweloperów jest Trójmiasto, gdzie na etapie budowy znajduje się obecnie ok. 184 tys. m kw.

Kim są najemcy?

Monika Wakulska
Monika Wakulska

Pomimo znaczącej ilości nowej powierzchni biurowej oddawanej każdego roku, średnia stopa pustostanów dla miast regionalnych utrzymuje się na stałym poziomie, nieprzekraczającym 10%. Oznacza to, że nie słabnie zainteresowanie najemców powierzchniami biurowymi poza Warszawą. Największą zaletą regionów jest wysoce wykwalifikowana kadra pracownicza oraz relatywnie niskie koszty pracy i najmu powierzchni biurowej, zwłaszcza w porównaniu do rynków Europy Zachodniej. Korzystają z tego firmy z branży tzw. usług dla biznesu, które generują znaczną część popytu na powierzchnie biurowe, zwłaszcza w Krakowie i Wrocławiu. Poza tym, coraz popularniejsze staje się lokowanie w regionach oddziałów warszawskich firm skupiających działalność, która nie musi być prowadzona ze stolicy – Monika Wakulska, Dział Wynajmu Powierzchni Biurowych, BNP Paribas Real Estate Poland

Kod pocztowy i data urodzenia wystarczą, aby zidentyfikować nas w sieci

Wykonywanie anonimowych działań w sieci nie daje nam gwarancji bezpieczeństwa. Eksperci są zgodni co do tego, że zebranych w różnych bazach zanonimizowanych danych nie da zabezpieczyć się przed ponownym przypisaniem ich do konkretnych osób. Specjaliści Xopero Software, producenta do zabezpieczenia i przywracania danych, ostrzegają, jakie zagrożenia niesie zbyt częste podawanie informacji w sieci.

A to głównie dlatego, że informacje pozostawione za nami w Internecie nie znikają. Większość jest mało istotna, jak informacje o zakupie nowych butów. Niestety, zdarza się też, że podajemy te bardziej osobiste – wyniki badań czy numery identyfikacji podatkowej.

Teoretycznie firmy zbierające te dane starają się je chronić. Najczęściej robią to poprzez anonimizację – pozbawienie danych oczywistych informacji osobowych, takich jak imię i nazwisko, adres czy numer telefonu. Dodatkowo usuwa się kolumny w arkuszach kalkulacyjnych, a do plików wprowadza się “szumy”. Jednakże, identyfikacja jest możliwa nawet na podstawie szczątkowych informacji o użytkowniku, takich jak miejsce zamieszkania i płeć. Przykładowo, używając jedynie kodu pocztowego, płci i daty urodzenia mamy aż 81% szans na poprawne wytypowanie konkretnej osoby. Mając do dyspozycji już 15 parametrów demograficznych, prawdopodobieństwo to wynosi aż 99,98%.

Skąd wzięły się te liczby? Odpowiedzi szukać należy na uniwersytecie w Leuven i Imperial College London. Tamtejsi badacze stworzyli narzędzie do identyfikacji anonimowych danych. Za pomocą zaledwie kilku zbiorów pozornie ogólnych informacji pozwolili maszynie uczyć się je rozróżniać. System wyodrębnia rzadziej powtarzające się powiązania i określa szansę prawidłowej identyfikacji.

W obecnej formie narzędzie ma w bazie danych 210 różnych zestawów z 5 źródeł, wliczając spis ludności Stanów Zjednoczonych. Kody pocztowe, którymi dysponuje program, obejmują USA, Anglię i Walię.

Kolejne pytanie nasuwa się samo – skąd nasze dane się tam wzięły? Najprostszą i zarazem prawidłową odpowiedzią jest ta, że “sami je podaliśmy”. Mało kto przy rejestracji na różne witryny czyta warunki przetwarzania danych – z reguły zaznaczamy jedynie wymagane pola godząc się na nie w ciemno. Co ostrożniejszy użytkownik znajdzie tam jednak zapis, głoszący że “serwis może odsprzedawać anonimowe dane podmiotom trzecim”. Informacje pozbawione personaliów, mogą więc krążyć po sieci – za naszą zgodą.

Bartosz Jurga – head of presales, Xopero Software S.A.
Bartosz Jurga, Head of Sales w Xopero Software

-Musimy uważać na to, jakie dane podajemy w sieci oraz każdorazowo i skrupulatnie sprawdzać kto i w jaki sposób je wykorzystuje. Anonimowość nie zapewnia bezpieczeństwa – twierdzi Bartosz Jurga, dyrektor sprzedaży w Xopero Software – Im więcej informacji są w stanie połączyć systemy, tym łatwiej będzie nas zidentyfikować i zagrozić naszemu bezpieczeństwu. Pamiętajmy, aby ograniczać podawanie ich w sieci. Nawet, jeżeli zdaje nam się, że to zaledwie szczątkowe informacje. Okazuje się, że połączenie tych z pozoru anonimowych danych w pełny obraz naszej osoby i całkowita identyfikacja jest prostsza niż kiedykolwiek.

Informacje zdobyte przez technologię łączenia danych mogą pozwolić na łatwą kradzież tożsamości, wymuszenia czy działania inwigilacyjne. Zwłaszcza, gdy  pozostawienie kilku ocen dla filmów na Netflixie daje niemal tę samą możliwość identyfikacji co numer polisy ubezpieczeniowej. O możliwościach tej metody przekonał się chociażby Donald Trump. To właśnie ona posłużyła dziennikarzom The New York Times do ujawnienia absurdalnych sum w zwrocie podatkowym obecnego prezydenta USA w pierwszej połowie lat `90.

Lubelska spółka Infinite Sp. z o.o. z nowym właścicielem.

Firma Infinite rozpoczęła swoją działalność w 2002 roku, świadcząc usługi w zakresie elektronicznej wymiany danych dla sektora B2B. Obecnie Spółka jest liderem rozwiązań Paperless w kraju oraz na wielu rynkach zagranicznych m.in. na Węgrzech, w Rumunii oraz w Zjednoczonych Emiratach Arabskich  obsługując ponad 3000 firm.

Od 7 sierpnia firma Infinite jest częścią polskiej Grupy DialCom24 Sp. z o.o., specjalizującej się w rozwoju i świadczeniu szerokiej gamy usług finansowych oraz płatniczych dla klientów biznesowych i indywidualnych. Zmiana właściciela to szansa na dalsze umacnianie pozycji Infinite jako eksperta i lidera w rozwiązaniach Paperless.

Od wielu lat Infinite dostarcza systemy IT realizując innowacyjne projekty dla najbardziej wymagających klientów z wielu branż m.in. telekomunikacyjnej, finansowej, FMCG, Spółka jest również Krajowym Brokerem Platformy Elektronicznego Fakturowania. Chcąc utrzymać duże tempo rozwoju poszukiwaliśmy inwestora, który będzie aktywnie wspierać Infinite w przyjętej strategii, cieszy mnie fakt, że nam się to udało. – mówi Jacek Dudzik, Prezes Zarządu Infinite.

Dotychczas firma Infinite była częścią Grupy Kapitałowej Emperia Holding należącej do Maxima Group. Pozyskanie inwestora z wieloletnim doświadczeniem również w branży technologicznej będzie miało wpływ dalszy rozwój rozwiązań Paperless, które są główną działalnością spółki. W dobie digitalizacji i automatyzacji procesów biznesowych rozwiązania te są dobrą propozycją dla firm, które widzą korzyści płynące z eliminowania dokumentów papierowych.