E-mail źródłem największej liczby cyberataków

Zdaniem szefów działów bezpieczeństwa informacji, którzy wzięli udział w badaniu CISO Benchmark Study, cyberataki przeprowadzone za pośrednictwem poczty e-mail stanowią największe zagrożenie dla biznesu. Poczta elektroniczna stanowi główny wektor ataków typu malware (w 92,4% przypadków) oraz phishing (w 96% przypadków). Jednocześnie liczba niechcianych wiadomości (ang. spam) wciąż rośnie. Według danych grupy badaczy cyberbezpieczeństwa zrzeszonych w Cisco Talos, w kwietniu tego roku spam stanowił 85% wszystkich wiadomości e-mail.

Z danych Cisco wynika, że biznes rozumie z jakimi stratami wiążą się ataki na firmową pocztę. 75% respondentów CISO Benchmark Study przyznało, że wpłynęły one na działania operacyjne, a dodatkowo 47% stwierdziło, że wiązały się ze stratami finansowymi. O tym, jak wysokie kwoty mogą stracić przedsiębiorstwa, świadczą m.in. informacje podane przez FBI. Analitycy Federalnego Biura Śledczego przeanalizowali dwa rodzaje cyberataków: Business Email Compromise (BEC), włamanie się do firmowej poczty elektronicznej oraz Email Account Compromise (EAC), czyli oszustwo polegające na wyłudzeniu firmowych pieniędzy dzięki fałszywym wiadomościom. Oba typy ataków spowodowały w 2018 roku łączne straty rzędu 1,3 miliarda USD.

Biznes nie dba o bezpieczeństwo e-maila

Mimo wysokiej świadomości zagrożeń, stopień implementacji rozwiązań z zakresu bezpieczeństwa poczty elektronicznej spadł w ostatnich latach. CISO Benchmark Study podaje, że w 2019 r. stanowiły one element ekosystemu cyberbezpieczeństwa jedynie w przypadku 41% organizacji, natomiast w 2014 r. odsetek ten wynosił aż 56%. Jednym z powodów tego stanu rzeczy jest przeniesienie usług pocztowych do chmury co sprawia, że niektóre działy IT uważają, że to środowisko nie wymaga dodatkowych zabezpieczeń z ich strony, oczekując, że odpowiada za nie dostawca usługi chmurowej.

Tymczasem cyberprzestępcy nie ustają w wysiłkach, aby wiadomości wykorzystywane do przeprowadzenia ataków przypominały te pochodzące z zaufanego źródła. Eksperci Cisco podpowiadają, na co zwrócić uwagę odczytując wiadomość i jak rozpoznać te spreparowane przez cyberprzestępców. Zanim klikniemy w link zawarty w e-mailu od rzekomej firmy kurierskiej, hostingowej lub windykacyjnej warto przejść 6 poniższych kroków.

Zanim klikniesz w link w e-mailu czy otworzysz załącznik, sprawdź czy:

  1. Adres e-mail odpowiada nazwie/imieniu i nazwisku nadawcy.
  2. Wiadomość nie zawiera literówek np. w nazwie firmy oraz czy logo nie jest rozmazane. Jeżeli mail wydaje się być niechlujny, może być to próba cyberataku.
  3. Wiadomość jest oznaczona jako wysoki priorytet. Jeżeli nadawca prosi nas o „natychmiastowe dokonanie płatności” lub „szybkie zalogowanie się do portalu” warto zweryfikować z czego wynika ten pośpiech.
  4. Nadawca prosi o podanie danych. Nigdy nie odpowiadaj na maile, w których nieznany Ci nadawca prosi np. o podanie danych do logowania do kont bankowych lub danych wrażliwych.
  5. Link zawarty w wiadomości nie wygląda podejrzanie np. czy nie jest to link tekstowy. Warto pamiętać, że po najechaniu na link tekstowy w dolnym pasku przeglądarki wyświetli się oryginalny adres URL, dzięki czemu można zobaczyć, jak wygląda w całości.
  6. Wiadomość zawiera załącznik w nieznanym formacie.

80% mniej spamu

Niestety, wraz z rozwojem mechanizmów zabezpieczeń, rośnie także doświadczenie i poziom zaawansowania działań cyberprzestępców. W związku z tym, biznes musi podchodzić do kwestii bezpieczeństwa poczty e-mail kompleksowo, niezależnie od tego, czy jej działanie opiera się na zasobach firmowych czy na chmurze.

„Rozwiązania Cisco na rzecz bezpieczeństwa wspierają postępujący trend migracji do chmury, m.in. przez inwestycje w innowacje w zakresie bezpieczeństwa poczty e-mail. Oferujemy kompleksowe rozwiązania, które nie tylko lokalizują wiadomości stanowiące potencjalne zagrożenia, ale również ostrzegają przed nimi inne urządzania. Rozwiązanie Cisco Email Security pozwoliło zredukować spam o 80% w firmach, które je wdrożyły” – mówi Mateusz Pastewski, specjalista ds. sprzedaży rozwiązań cyberbezpieczeństwa w Cisco Polska.

Technologie bezpieczeństwa poczty e-mail dostępne w rozwiązaniu Cisco Email Security:

  • Automatyczne filtrowanie i czyszczenie skrzynki pocztowej – oprogramowanie Cisco jest w stanie monitorować i fizycznie usuwać złośliwe pliki lub wiadomości w poczcie Office 365 (w wersji 12.0) na serwerach Exchange (on-premise, wersja 13.0) i wersjach hybrydowych.
  • CTR (Cisco Threat Response) – działa we współpracy z rozwiązaniami AMP (Advanced Malware Protection), Cisco Umbrella, ThreatGrid oraz NGFW (Next Generation Firewall) jako pojedynczy panel zarządzania, mający wgląd we wszystkie produkty. Mechanizm koreluje poszczególne zagrożenia, które mogą mieć wpływ na działanie każdej z technologii i przenosi je do warstwy aplikacyjnej, informując zarówno pozostałe produkty, jak i administratora. Dla przykładu, nawet jeżeli plik przejdzie przez firewall, CTR jest w stanie poddać go tzw. obserwacji zanim zdecyduje, czy stanowi zagrożenie.
  • Regeneracja treści – znane w branży jako „rozbrajanie treści”; jeżeli wiadomości e-mail zawierają złośliwe pliki lub adresy URL, rozwiązanie pozwala odczytać wiadomość w przeglądarce, a element zostanie usunięty i umieszczony w pliku PDF podobnym do tych, które są poddawane kwarantannie. Rozwiązanie to daje użytkownikowi elastyczność w podejmowaniu decyzji, czy chce przeglądać zawartość załącznika.

Raport Cisco o cyberbezpieczeństwie poczty e-mail „Klikaj, zachowując ostrożność” dostępny pod poniższym linkiem: https://engage2demand.cisco.com/LP=17114

Zatory płatnicze największym problemem europejskiego sektora MSP?

Mikrofirmy stanowią aż 96 proc. wszystkich przedsiębiorstw w Polsce. Razem z małymi i średnimi firmami tworzą 50 proc. wartości polskiego PKB, podczas gdy te największe biznesy „tylko” 24 proc. Zatem nasza gospodarka sektorem MSP stoi. Jednak w tym przypadku nie obowiązuje zasada „mała firma – mały kłopot, duża firma – duży kłopot”. Wydaje się, że mniejsi przedsiębiorcy spotykają na swojej drodze więcej problemów niż ci prowadzący większe zakłady. Pokazują to, chociażby statystyki dotyczące przeżywalności pierwszego roku funkcjonowania firm na rynku: mikrofirmy – 70 proc, małe – nieco ponad 80 proc., a duże firmy – blisko 95 proc.[1]. Jak pokazuje Europejski Raport Płatności 2019 przygotowany przez Intrum[2], tą największą bolączką są zatory płatnicze, za które odpowiadają niepłacący na czas kontrahenci. Opóźnione płatności są źródłem wielu innych problemów dla MSP. Na tej liście znajduje się m.in. brak płynności finansowej i środków na sfinansowanie inwestycji czy zatrudnienie kolejnych pracowników. Polska nie jest tu odosobnionym przypadkiem, bo zjawisko wydaje się niestety powszechne…

W tym roku spośród 11 856 europejskich firm biorących udział w badaniu Intrum, aż
64 proc. tych z sektora MSP odpowiedziało, że zostało poproszonych wbrew swojej woli
o zaakceptowanie dłuższych terminów płatności. Co 4 przedsiębiorca stwierdził, że ta presja pochodziła od dużych, międzynarodowych korporacji.

Wyniki raportu wskazały również, że firmy płacą rachunki średnio po 40 dniach
(w porównaniu z 34 dniami, jak wskazywał raport z 2018 r.). Trzeba zaznaczyć, że nasz kraj na tle Europy wypada lepiej – sektor B2B płaci po 26 dniach. Jeżeli chodzi o czas, w jakim podmioty z europejskiego sektora publicznego opłacają faktury, są to 42 dni, co oznacza wzrost w stosunku do 40 dni zgłoszonych w ubiegłym roku. W Polsce jest to 25 dni. Konsumenci w porównaniu z przedsiębiorcami wydają się bardziej rzetelnymi płatnikami. Zarówno w Polsce, jak i w całej Europie dokonują płatności średnio po 23 dniach.

Opóźnienia w płatnościach mają negatywne skutki dla sektora MSP…

Według analiz przeprowadzonych przez Intrum, wpływ opóźnionych płatności na sektor MSP jest oczywisty. 30 proc. małych i średnich przedsiębiorców stwierdziło, że opóźnienia
w płatnościach negatywnie wpływają na ich płynność finansową, a 27 proc. twierdzi to samo w odniesieniu do utraconych dochodów. Ma to poważne konsekwencje, zagrażające przepływom pieniężnym tych firm lub nawet ich istnieniu. Z kolei nieco ponad 20 proc. respondentów z sektora MSP odpowiedziało, że szybsze uiszczanie płatności pozwoli im zatrudnić więcej pracowników.

Jak zaznacza Krzysztof Krauze, Prezes Intrum w Polsce: – Nieopłacenie przez klientów kilkanaście lub kilkadziesiąt faktur na mniejsze kwoty może mieć takie same konsekwencje, szczególnie dla mniejszej firmy, co jedna „przeterminowana faktura” na dużą sumę. Skutkiem takiej „dziury” w firmowych funduszach może być m.in. utrata płynności finansowej i utrata dochodów. Wpływa to także negatywnie na wizerunek firmy i skutkuje gorszymi warunkami finansowymi dostaw od innych kontrahentów. Takie sytuacje nie tylko ograniczają rozwój firmy, a nawet stanowią zagrożenie dla jej istnienia. Straty finansowe przedsiębiorstwa mogą także doprowadzić do zatrzymania rekrutacji nowych pracowników, a w niektórych przypadkach nawet do zwolnień.

… co zrobić z tym fantem?

Krzysztof Krauze, prezes Intrum Justitia
Krzysztof Krauze, prezes Intrum Justitia

Niestety, w porównaniu do dużych korporacji, wielu przedsiębiorców z sektora MSP nie podejmuje jakichkolwiek środków zapobiegawczych w celu ochrony przed konsekwencjami związanymi z niepłacącymi na czas kontrahentami i klientami. Z naszego raportu wynika, że coraz więcej firm w całej Europie obawia się opóźnień w płatnościach. W tej sytuacji z pewnością nie pomaga również to, że wśród mniejszych, ale i tych większych przedsiębiorców daje się zauważyć brak wiedzy na temat zapisów widniejących
w europejskiej dyrektywie dotyczącej zwalczania zatorów płatniczych, która obowiązuje od 2011 r.
– komentuje Krzysztof Krauze, Prezes Intrum.

Biorąc pod uwagę rynek europejski, tylko 27 proc. przedsiębiorców z sektora MSP jest świadomych istnienia dyrektywy, w porównaniu z 57 proc, którzy pracują w większych firmach i korporacjach. Podczas gdy 53 proc. dużych firm czasami lub zawsze z niej korzysta, to jedynie 32 proc. małych i średnich przedsiębiorców, którzy znają dyrektywę, wykorzystują prawo do pobierania opłat w wysokości co najmniej 40 euro plus odsetki
w płatnościach z klientami z sektora B2B oraz z sektora publicznego.

Problem sam się nie rozwiąże

Aby uniknąć problemów związanych z zatorami płatniczymi, firmy muszą stosować środki zapobiegawcze, które uchronią je przed „szkodliwymi płatnościami”, czyli takimi nieuregulowanymi w terminie, w całości lub w ogóle. Ponad 4 na 10 respondentów Europejskiego Raportu Płatności twierdzi, że nowe ustawodawstwo krajowe i dobrowolne inicjatywy firm zmniejszą problem opóźnień w płatnościach. Jak zaznacza Krzysztof Krauze, w tym kontekście szczególne znaczenie mają kroki podejmowane przez samych przedsiębiorców: – Firmy np. mogą domagać się od swoich kontrahentów przedpłaty (stosuje to 57 proc. pytanych przez nas polskich przedsiębiorców – najczęściej wykorzystywana możliwość), a także wcześniej, przed podjęciem współpracy, oceniać ich zdolność kredytową. Do dyspozycji mają również ubezpieczenia wierzytelności oraz gwarancje bankowe mówi Krzysztof Krauze, Prezes Intrum.

[1] PARP,Małe i średnie przedsiębiorstwa w Polsce, 2018.

[2] Intrum, European Payment Report 2019.

Trudne warunki pracy zawodowych kierowców powoli się poprawiają. W okolicy Gdańska powstała dla nich nowoczesna inwestycja

Trudne warunki pracy zawodowych kierowców powoli się poprawiają. W okolicy Gdańska powstała dla nich nowoczesna inwestycja 1

Polska jest transportową potęgą z około 25-proc. udziałem w rynku  europejskim. Problemem tego dynamicznie rozwijającego się sektora jest jednak brak zawodowych kierowców, który do 2025 roku może sięgnąć nawet 300 tys. wakatów. Barierę stanowią m.in. trudne warunki pracy. Jednak w ostatnich latach zawód ten ulega ciągłym zmianom, a kierowcy mogą spodziewać się coraz lepszych warunków pracy. Symptomem zmian w branży jest inwestycja Port Kopytkowo, która oferuje – zarówno zawodowym kierowcom, jak i podróżnym – cały szereg udogodnień, w tym usługi hotelowe, restaurację, siłownie, centrum SPA i bogatą ofertę gastronomiczną.

– Branża transportowa w Polsce przechodzi dynamiczny rozwój. Z roku na rok odnotowuje się stały wzrost zapotrzebowania na usługi transportowe ze względu na dobrą koniunkturę w Unii Europejskiej. Dane mówią nawet o 18-19-procentowym wzroście usług transportowych w Unii. W samej Polsce usługi transportowe wykonuje ponad milion samochodów ciężarowych. Zatrudniamy więcej niż 650 tys. kierowców. Jednak w tej branży jak i w branżach powiązanych zauważalny jest szereg wakatów, np. w logistyce, która musi zapewnić kierowcom stałe miejsca rozładunku i załadunku – informuje agencję Newseria Biznes Andrzej Kluczkowski, dyrektor Portu Kopytkowo.

Z wyliczeń firmy doradczej PwC i Związku Pracodawców „Transport i Logistyka Polska” wynika, że na polskim rynku brakuje ok. 600–650 tys. aktywnych zawodowo kierowców. Na europejskim rynku transportowym Polska jest potęgą – rodzime firmy mają w nim około 25-procentowy udział. Jednym z istotnych problemów tego dynamicznie rozwijającego się sektora jest jednak brak pracowników – według prognoz PwC do 2025 roku luka kadrowa na rynku może sięgnąć już 300 tys. wakatów dla zawodowych kierowców. Problemem są m.in. trudne warunki pracy i konieczność długotrwałej rozłąki z rodziną.

–Zawód kierowcy to dni, tygodnie, a nawet miesiące spędzone w podróży, to ciężka praca, po której  konieczny jest zasłużony odpoczynek. Profil kierowcy ulega jednak zmianom, a co za tym idzie i forma relaksu po pracy. Dzisiejszy kierowca potrzebuje nie tylko móc spędzić noc w kabinie na parkingu, ale  chce mieć możliwość skorzystania z całego szeregu usług, które zagwarantują mu odpowiedni wypoczynek. A więc możliwość zaspokojenia podstawowych potrzeb jak prysznic, toaleta, ale też skorzystanie z okazji do wyprania odzieży, czy zrobienia zakupów na kolejne dni – mówi Andrzej Kluczkowski.

Symptomem zmian w branży i odpowiedzią na potrzeby kierowców – jest inwestycja Port Kopytkowo, zlokalizowana przy skrzyżowaniu autostrady A1 z drogą wojewódzką nr 231, około 80 km od Gdańska. W pełni nowoczesny MOP (miejsce obsługi podróżnych) oferuje ponad 250 monitorowanych miejsc dla pojazdów ciężarowych i wygodny hotel z 52 pokojami, a do dyspozycji kierowców przewidziany jest cały szereg usług dodatkowych, w tym m.in. pralnia, fryzjer, restauracja i bar ze strefą gier.

– Kierowcy mogą też korzystać z wewnętrznej i zewnętrznej siłowni, zrelaksować się w saunarium albo  w centrum SPA. Mogą ten czas spędzić przed telewizorem w naszym kinie, bez konieczności przemieszczania się poza teren Portu Kopytkowo – mówi Andrzej Kluczkowski.

Port Kopytkowo obejmuje też znacznie rozbudowaną strefę obsługi pojazdów – w tym parking, stację paliw, myjnię TIR i serwis samochodowy. Inwestycja zrealizowana przez firmę  Dekpol zajmuje powierzchnię 5 ha i graniczy z 2 ha terenów zielonych, na których znajduje się niewielkie jezioro. W tym miejscu docelowo zostanie stworzona niewielka plaża i miejsce do grillowania, które zapewni podróżnym możliwość odpoczynku na świeżym powietrzu.

– Port Kopytkowo to nie tylko miejsce ukierunkowane na pojazdy ciężarowe. Jesteśmy otwarci również na podróżnych wakacyjnych czy biznesowych, udających się w kierunku Trójmiasta albo Warszawy. Mogą oni skorzystać z usług hotelu i szeregu innych udogodnień dostępnych na miejscu – podaje Andrzej Kluczkowski.

Jak podkreśla, obowiązujący w Polsce zakaz handlu w niedziele przyczynia się do tego, że oferta sklepu dostępna na stacji paliw BP, czynnej 24/7 przez 365 dni w roku, cieszy się dużą popularnością i jest udogodnieniem nie tylko dla okolicznych mieszkańców, ale również dla podróżnych, którzy jadą nad morze lub wracają z urlopu.

 Trudno sobie wyobrazić takie miejsce bez stacji paliw, która stanowi serce całej inwestycji. Zdecydowaliśmy się na współpracę z BP dlatego, że jest to marka, która stawia na jakość. Ta jakość to paliwa dostępne na stacji, ale również cały szereg usług gastronomicznych w strefie Wild Bean Cafe:  świeże kanapki, sałatki, doskonała kawa – to  produkty, które cenią nasi klienci – mówi dyrektor Portu Kopytkowo.

Rynek analizy danych rośnie o 30 proc. rocznie. Pozwala prognozować indeksy giełdowe czy trendy w handlu

Rynek analizy danych rośnie o 30 proc. rocznie. Pozwala prognozować indeksy giełdowe czy trendy w handlu 2

Dokładne oszacowanie liczby mieszkających w Polsce Ukraińców na bazie danych z ich telefonów, możliwość sprawdzenia, jak Polacy spędzili pierwszą niedzielę z zakazem handlu, tworzenie profili behawioralnych konsumentów i sprawdzanie, jacy klienci odwiedzają konkurencję – to tylko część możliwości, jakie stwarza zaawansowana analiza danych pozyskanych ze smartfonów i tabletów Polaków. Spektrum zastosowań jest bardzo szerokie: od prognozowania indeksów giełdowych i trendów gospodarczych, po tworzenie precyzyjnych kampanii reklamowych.

Rynek badań opartych o analizę danych rozwija się bardzo dynamicznie, zwłaszcza tych niedeklaratywnych. Szacujemy, że rośnie w tempie około 30 proc. rok do roku. Największe zapotrzebowanie na rynku analizy danych jest w tej chwili na liczenie. Przykładowo, jedno z największych miast w Polsce ma może trywialny problem, ale istotny – ilu ma mieszkańców. Wiadomo, że liczba mieszkańców nie jest tym samym, co liczba osób zameldowanych. Tego nie da się policzyć w sposób ankietowy, tu musimy już użyć zaawansowanej technologii – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Aleksander Luchowski, prezes zarządu Selectivv.

Na polskim rynku badań i analizy danych działają obecnie dwie grupy firm. Pierwsze opierają się na badaniach deklaratywnych, typowo ankietowych. Drugie to firmy technologiczne, które wykorzystują w badaniach zasoby big data i nowe technologie zbierania danych.

My wykorzystujemy dane, które zbieramy za pomocą naszej usługi Geotrapping® oraz Wifitrapping. Są to informacje pozyskiwane z urządzeń mobilnych, czyli tabletów oraz telefonów komórkowych – mówi Aleksander Luchowski. – Dostarczamy na rynek dane, które nie są deklaratywne. Innymi słowy, pokazujemy rzeczywistość taką, jaką ona jest, a nie jaką ją rysują respondenci.

Geotrapping® to autorska technologia opracowana przez Selectivv, która pozwala wyodrębnić grupy użytkowników smartfonów i tabletów na podstawie ich położenia w konkretnym miejscu i czasie. Dzięki niej można np. zebrać bazę danych o użytkownikach odwiedzających konkurencyjne salony samochodowe i dotrzeć do nich z targetowaną reklamą, czy pozyskać informacje o uczestnikach konferencji biznesowej w celu stworzenia ich profilu.

Przykładem możliwości Geotrappingu® jest badanie zrealizowane przez Selectivv w marcu tego roku. Na jego potrzeby firma założyła, że osoba z Ukrainy mieszkająca w Polsce to taka, która posiada kartę SIM polskiego operatora, ale w telefonie ma ustawiony język rosyjski lub ukraiński oraz minimum raz w 2018 roku była na terenie Ukrainy i/lub zmieniła w tym czasie kartę SIM na operatora ukraińskiego. Na tej podstawie oszacowano, że w Polsce mieszka w sumie 1,25 mln obywateli Ukrainy, choć trudności z podaniem dokładnej liczby mają nawet rządowe agendy. Na bazie informacji z ich telefonów możliwe było także wyodrębnienie grup wiekowych, płci, miejsca zamieszkania (z dokładnością do konkretnych dzielnic), informacji o tym, z jakich aplikacji i z usług jakich banków korzystają.

Na bazie technologii Geotrapping® spółka uruchomiła w kwietniu Selectivv Index – autorski wskaźnik, który pokazuje, jak zmieniają się trendy w polskiej gospodarce, zwłaszcza w branżach związanych z handlem, przemysłem paliwowym i turystyką. Bazuje przy tym na danych pozyskiwanych w czasie rzeczywistym z 441 lokalizacji oraz 275 miejscowości z całej Polski, obejmujących ponad 20 mln użytkowników mobile.

Selectivv Index można wykorzystywać w wielu branżach. Zarówno w FMCG, gdzie pokazuje, jak zmienia się liczba odwiedzających w sklepach czy galeriach handlowych, na stacjach paliw, których właściciele mogą w ten sposób obserwować rynkowe trendy, jak i w urzędach miast, które mogą śledzić liczbę odwiedzających ich turystów. Tego rodzaju indeksy na świecie są wykorzystywane m.in. także do przewidywania kursów na giełdach. Załóżmy, że badamy osoby odwiedzające fast foody. Indeks pokazuje, czy liczba odwiedzających spada czy wzrasta. To bezpośrednio przełoży się na zyski firmy z tego sektora, a zyski odbiją się na kursach giełdowych – tłumaczy Aleksander Luchowski.

Selectivv Index pozwala na przykład sprawdzić, jaki wpływ na aktywność zakupową Polaków miało wprowadzenie zakazu handlu w niedzielę, czy tradycyjny handel jest wypierany przez e-commerce albo jak wygląda zagraniczny ruch turystyczny w Polsce z podziałem na narodowości.

To narzędzie ma bardzo szeroki wachlarz zastosowań – zarządcy centrów handlowych czy stacji benzynowych mogą porównać swoje wyniki odwiedzalności z wynikami rynku i zorientować się, czy spadek liczby klientów nie jest związany przypadkiem z nietrafioną kampanią marketingową, czy wiąże się z ogólnym spadkiem koniunktury. Z kolei inwestorzy giełdowi – na podstawie jej miesięcznych wyników – mogą bardziej precyzyjnie oszacować wartość danej spółki z różnych segmentów typu: retail, FMCG czy petrol – i to bez konieczności czekania na raporty kwartalne.

Indeks może pokazywać, jak kształtują się trendy gospodarcze, ale w sposób pośredni. Dla przykładu, wiadomo, że jeżeli liczba osób odwiedzających punkty handlowe stale rośnie, to rośnie również cała gospodarka – mówi Aleksander Luchowski. – My te dane zbieramy w sposób pasywny, to jest odzwierciedlenie rzeczywistości. Nikogo nie pytamy, co sądzi na jakiś temat, tylko przedstawiamy rzeczywistość. Publikacje Indexu odbywają się 5. dnia każdego miesiąca.

Czerwcowa wartość wskaźnika Selectivv Handel wynosiła 103,14 (w skali do 100) i wzrosła o 7,57 proc., co pokazuje wzrost aktywności zakupowej Polaków. Podobny wzrost odnotował indeks Selectivv Turystyka (6,44 proc.), a znacznie bardziej dynamicznie wzrósł indeks Selectivv Stacje – o blisko 12 proc.

Selectivv specjalizuje się w pozyskiwaniu, analizie i profilowaniu danych o użytkownikach mobile i dysponuje obecnie największym w Europie Środkowo-Wschodniej zbiorem informacji o właścicielach smartfonów i tabletów, który obejmuje łącznie 82 mln osób, z czego 14 mln mieszka w Polsce. Średnio o jednym użytkowniku Selectivv pozyskuje 362 informacje – w tym m.in. dane demograficzne, zainteresowania, jego styl życia oraz lokalizacje, w jakich przebywa. To pozwala na stworzenie profili behawioralnych konsumentów i wyodrębnienie kategorii m.in. osób planujących powiększenie rodziny, bywalców galerii handlowych czy użytkowników bankowości mobilnej. Marki bądź firmy mogą dzięki temu lepiej planować kampanie marketingowe (na przykład wykorzystujące lokalizację klientów), sprawdzić, czy i do kogo trafiła dana reklama, a nawet sprawdzić potencjał reklamowy w konkretnej lokalizacji.

Mikrofirmom coraz trudniej prowadzić w Polsce działalność. Jednak samorealizacja jest dla nich ważniejsza niż wysokie podatki i skomplikowane prawo

0

Mikrofirmom coraz trudniej prowadzić w Polsce działalność. Jednak samorealizacja jest dla nich ważniejsza niż wysokie podatki i skomplikowane prawo 3

Zbyt wysokie składki na ubezpieczenia społeczne, podatki oraz często zmieniające się prawo – to największe obciążenia dla najmniejszych firm. Większość mikroprzedsiębiorców uważa, że w Polsce prowadzenie działalności gospodarczej jest trudne, a w ostatnich latach sytuacja jeszcze się pogorszyła. Choć zdaniem blisko 70 proc. z nich wynagrodzenie nie jest satysfakcjonujące i wystarczające, to doceniają fakt bycia samemu sobie szefem i niezależność – wynika z Badania Polskiej Mikroprzedsiębiorczości inFakt.

– Mikroprzedsiębiorcy uważają, że działalność gospodarczą prowadzi im się w Polsce trudno. Twierdzi tak ok. 60 proc. badanych. Co więcej, ponad połowa z nich uważa, że warunki prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce pogorszyły się w ostatnich trzech latach – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Joanna Swatowska-Rybak, kierownik Badania Polskiej Mikroprzedsiębiorczości w firmie inFakt.

Dla najmniejszych przedsiębiorców obciążeniem są przede wszystkim zbyt wysokie składki na ZUS i nadmierne podatki (odpowiednio 69 i 60 proc.). Nieco mniej niż połowa przedsiębiorców wskazuje zaś na często zmieniające się prawo. Polska ma obecnie najbardziej zmienne prawo ze wszystkich państw UE. Z obliczeń Grant Thornton wynika, że w latach 2012–2014 produkowała średnio w roku prawie 56-krotnie więcej przepisów niż Szwecja. W 2018 roku uchwalono w Polsce ponad 14,6 tys. stron maszynopisu nowych aktów prawnych. Choć to o 46 proc. mniej niż rok wcześniej, to aby zapoznać się z każdym z nich, przedsiębiorca musiałby poświęcić na to niemal dwie godziny każdego dnia roboczego.

– Porównując się z innymi krajami, np. z Wielką Brytanią, wiemy, że w innych krajach europejskich przedsiębiorcy mają nieco łatwiejsze warunki do prowadzenia działalności – podkreśla Joanna Swatowska-Rybak. – Mikroprzedsiębiorcy przyznają, że jest trudno, ale bardziej podchodzą do tego jak do wyzwania, któremu należy sprostać. I mimo wszystko odnoszą sukcesy w swojej działalności i z tego czerpią satysfakcję.

W tegorocznej edycji badania Indeks inFakt, wskaźnik obrazujący nastroje w sektorze, wyniósł 2,7 pkt. W 2018 roku wskaźnik był nieco wyższy (3,2 proc.), ale i tak wyniki pokazują na lekki optymizm (przy wskaźniku 0 optymizm i pesymizm się równoważą).Przy jego ustalaniu bierze się pod uwagę łatwość prowadzenia działalności gospodarczej (-31,9 pkt), zmianę kondycji finansowej w ciągu ostatniego roku (-0,4 pkt), spodziewaną zmianę kondycji finansowej w tym roku (5,7 pkt) oraz satysfakcję z prowadzonej działalności (37,5 pkt).

W 2019 roku 64 proc. mikroprzedsiębiorców zadeklarowało, że prowadzenie działalności daje im satysfakcję (56 proc. w 2018 roku).

– Satysfakcja rośnie wraz ze stażem. Przedsiębiorcy, którzy prowadzą działalność dłużej niż 2 lata, częściej przyznają, że są z tego zadowoleni niż ci, którzy prowadzą ją krócej niż rok – wskazuje Joanna Swatowska-Rybak. – Przedsiębiorcy, z którymi rozmawialiśmy, uważają, że ta wysoka satysfakcja wynika z tego, że warunki są niesprzyjające, ale oni mimo wszystko dzięki swojej przedsiębiorczości, kreatywności i ciężkiej pracy osiągają sukcesy.

Choć 67 proc. mikroprzedsiębiorców ocenia, że osiągane przez nich dochody są niewystarczające, to doceniają możliwość bycia samemu sobie szefem (69 proc), samorealizacji i robienia tego, co naprawdę lubią (po ok. 40 proc.).

– Korzyści związane z samodecydowaniem i realizacją są dla kobiet ważniejsze niż dla mężczyzn, natomiast dla mężczyzn ważne są aspekty finansowe – zaznacza Swatowska-Rybak.

Co istotne, niemal połowa najmniejszych przedsiębiorców planuje inwestycje w najbliższych pięciu latach, przede wszystkim w sprzęt (75 proc.) i kompetencje (na szkolenia i dokształcania wskazuje ok. 53 proc.). Co trzeci planuje zatrudnienie pracowników. Najczęściej na inwestycje przeznaczą 10–30 tys. zł (28 proc.) i 30–70 tys. zł (24 proc.).

– Jeżeli popatrzymy na to, że jest to perspektywa 5-letnia, rocznie wychodzi od 2 do 6 tys. zł na inwestycje. Nie są to kwoty bardzo wysokie, ale pamiętajmy, że mówimy tutaj o najmniejszych przedsiębiorcach – mówi Joanna Swatowska-Rybak.

Biżuteria ważnym elementem stylizacji ślubnej. Wiele zależy jednak od wybranej sukni i zasobności portfela

Biżuteria ważnym elementem stylizacji ślubnej. Wiele zależy jednak od wybranej sukni i zasobności portfela 4

Nowoczesna panna młoda ma wyglądać romantycznie i dziewczęco, z mody znikają więc obfite suknie z krynolinami i nadmiarem ozdób. Zdaniem ekspertów biżuteria powinna być skromna, podkreślająca kreację, a nie dominująca nad nią. Symbolem wyjątkowości chwili stają się personalizowane obrączki. Popularność zyskują modele z kolorowymi diamentami oraz grawerowanymi napisami.

Każdy sezon ślubny to nowe trendy, począwszy od wystroju wnętrza, w którym odbywa się wesele, na wyglądzie pary młodej kończąc. W tym roku projektanci mody odchodzą od bogatych sukien ślubnych typu „księżniczka”, stawiając na romantyczny, zwiewny look. Panna młoda ma wyglądać dziewczęco i lekko, dlatego nowoczesne kreacje pozbawione są krynolin, sztywnych stelaży, nadmiaru halek i fiszbinów. W trendach pozostają natomiast romantyczne koronki i hafty, a najpopularniejszy kolor to złamana biel.

– Staram się, żeby moda ślubna była lekko boho, dziewczęca. Używam głównie naturalnych tkanin, muślinu, organzy, bardzo często są to sukienki cięte na surowo, bez zbędnych wykończeni. Są one bardzo delikatne, poruszające się w ruchu – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle projektant Maciej Zień.

Przy wyborze wymarzonej sukni ślubnej należy kierować się jednak nie tyle trendami, co własną sylwetką. Kreacja ma być przede wszystkim idealnie dobrana do figury – podkreślać jej walory i tuszować ewentualne niedoskonałości. Z tego względu tak ważne jest wsparcie profesjonalnych sprzedawców lub stylistów, mających doświadczenie w dobieraniu sukien ślubnych.

– Dla mnie i moich klientek wygoda jest istotna, dlatego że w sukni są one cały dzień. Nie wyobrażam sobie wbić moją klientkę w coś, w czym będzie się ledwo co poruszała – mówi Maciej Zień.

Uzupełnienie i wykończenie stylizacji stanowi biżuteria ślubna. W tej roli świetnie sprawdzają się wyroby z  oprawionych w srebro cyrkonii, kryształów, diamentów i pereł. Warto pamiętać, że tego rodzaju ozdoby dobiera się do modelu sukni, a nie odwrotnie. Im bardziej minimalistyczna kreacja, tym wyrazistsza może być biżuteria, nigdy jednak nie powinna ona dominować w stylizacji. Jej zadaniem jest jedynie podkreślenie piękna sukienki i panny młodej.

– Są sukienki, w których biżuteria jest niezbędna – jest idealna ekspozycja dekoltu, a sukienka jest prosta, wtedy biżuteria jest idealnym uzupełnieniem. Czasem sukienka jest na tyle strojna, że biżuteria jest naprawdę zbędna – mówi Maciej Zień.

Biżuteria ślubna to nie tylko kolczyki i naszyjniki, ale przede wszystkim obrączki. Historia biżuterii ślubnej sięga starożytności – już w antycznym Egipcie mężczyźni wręczali wybrankom pierścionki zaręczynowe lub obrączki ślubne wykonane z drutu, złota lub kości słoniowej. Ozdoba ta noszona była na palcu serdecznym lewej ręki, wierzono bowiem, że poprzez żyłę zwaną vena amoris, jest on bezpośrednio połączony z sercem. W kulturze zachodniej zwyczaj wymieniania obrączek w momencie ślubu stał się tradycją kościelną dopiero w XIII wieku, jako symbol zawarcia małżeństwa przed Bogiem. W Polsce aż do czasów I wojny światowej obrączki nosiły jednak wyłącznie kobiety – gdy mężczyzna wyruszał na wyprawę wojenną ozdoba była łamana na dwie części.

– Jedną część zabierał mąż, druga pozostawała w domu. Był to symbol mający przypominać, że trzeba wrócić, by te dwie części obrączek znowu razem połączyć, żeby stanowiły jedno – dokładnie tak, jaka jest zasada małżeństwa – mówi Marcin Marcok, ekspert rynku kamieni szlachetnych.

Współcześnie coraz więcej młodych par rezygnuje z zakupu obrączek, uważając je za zbędną, pozbawioną znaczenia ozdobę. Narzeczeni bardziej przywiązani do tradycji najczęściej decydują się natomiast na obrączki o klasycznym wzorze, a więc płaski pierścionek bez żadnych zdobień – taki, jaki nosili ich rodzice. Coraz większą popularnością cieszą się jednak obrączki nowoczesne, ozdabiane kamieniami szlachetnymi, głównie diamentami. Taka biżuteria ma podkreślić wyjątkowość relacji łączącej młodych małżonków.

– Aby nikomu nie przyszło do głowy, że jest to po prostu zwykły pierścionek. To jest coś, co zostało stworzone tylko dla nas, absolutnie wyjątkowe, spersonalizowane pod nas – mówi Marcin Marcok.

Koszt tego rodzaju obrączek jest bardzo zróżnicowany – ceny wahają się od kilkuset złotych do kilkuset tysięcy. Na rynku dostępne są obrączki dwukolorowe, wykonane z połączenia białego i żółtego złota, obrączki z białymi kamieniami, a nawet awangardowe, ale też kosztowne, ozdoby z wkomponowanymi kamieniami kolorowymi.

– Jeżeli zdecydujemy się na kamienie wyjątkowe, kolorowe, to ten koszt będzie na pewno bardzo wysoki. Jeżeli wybierzemy bezbarwne, białe brylanty, które nie będą duże, to jest to wydatek rzędu 2–3 tys. zł – mówi Marcin Marcok.

Równie istotnym elementem biżuterii ślubnej jest pierścionek zaręczynowy. Przyjmuje się, że zwyczaj wręczania takiej ozdoby wprowadził w Europie austriacki arcyksiążę Maksymilian, który wręczył narzeczonej Marii Burgundzkiej pierścionek z przezroczystymi brylantami. Obecny kształt pierścionka zaręczynowego, a więc okręgu ozdobionego pojedynczym okrągłym diamentem osadzonym za pomocą sześciu łapek, Europa zawdzięcza najsłynniejszemu domowi jubilerskiemu Tiffany. Od końca XIX wieku model ten uchodzi za kanoniczny.

– Nie ma nic bardziej wyjątkowego niż diamenty, dlatego nie wyobrażam sobie, że dzisiaj, kiedy dostępność diamentów jest bardzo duża na rynku, można podarować inny kamień na zaręczyny niż diament – mówi Marcin Marcok.

Tradycja nakazuje obdarowanie ukochanej kobiety pierścionkiem z bezbarwnym kamieniem. Coraz częściej panowie wybierają jednak diamenty w innych kolorach, głównie różowym i niebieskim, chcąc podkreślić wyjątkowość wręczanego pierścionka. Istnieje również możliwość personalizowania pierścionków zaręczynowych poprzez na przykład umieszczenie napisu na szynie ozdoby, a nawet w miejscu styku korony pierścionka i podstawy kamienia.

– Możemy umieścić tam imię wybranki, datę oświadczyn, właściwie każdy napis, który jest dla nas ważny. Może to być proste wyznanie miłości, a może to być coś bardziej wyszukanego, co podkreśli wyjątkowość okazji – mówi Marcin Marcok.

Rośnie poziom agresji wśród polskich dzieci. To efekt braku edukacji emocjonalnej i negatywnych wzorców od rodziców

Rośnie poziom agresji wśród polskich dzieci. To efekt braku edukacji emocjonalnej i negatywnych wzorców od rodziców 5

Agresja to sposób dziecka na radzenie sobie z negatywnymi emocjami. Winny jest brak edukacji emocjonalnej oraz nieprawidłowe wzorce wyniesione z rodzinnego domu. Widząc rodziców reagujących krzykiem na problemy, dziecko uczy się, że jest to prawidłowy sposób zachowania w stresujących sytuacjach. Redukowania złości i nauka prawidłowych, prospołecznych reakcji emocjonalnej to cel treningów zastępowania agresji.

Agresja wśród dzieci i młodzieży to coraz szybciej rosnący problem społeczny. Według informacji Instytutu Badań Edukacyjnych, w 2017 roku aż 21 proc. polskich uczniów gimnazjum wskazało, że w ciągu ostatniego miesiąca było dręczonych psychicznie lub fizycznie. Blisko 12 proc. polskich gimnazjalistów przyznało, że koledzy w szkole naśmiewają się z nich, ponad 4 proc. doznało natomiast przemocy fizycznej, w postaci bicia lub popychania, ze strony rówieśników. Zdaniem ekspertów zjawisko to będzie narastać, współczesne dzieci mają bowiem ograniczone możliwości rozładowania swojej naturalnej energii.

– Kiedyś zużywały energię na podwórku, trzepaku albo w sporcie. W tej chwili dziecko, które jest nabuzowane, siada przed komputerem, czyli z poziomu ciała napięcie nie zostaje zredukowane, co jest bardzo niebezpieczną sytuacją, bo może doprowadzić nawet do chorób – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marta Hendzel, pedagożka, trenerka umiejętności miękkich z Pracowni z oknem na świat.

Agresja może mieć postać działania fizycznego, a więc bicia, popychania, zabierania rzeczy należących do innych osób, bądź werbalnego np. obraźliwych komentarzy, także tych zamieszczanych w internecie. W przypadku małych dzieci, w wieku niemowlęcym i przedszkolnym, może mieć ona charakter spontaniczny i nieukierunkowany na wyrządzenie krzywdy. Dziecko nie jest w stanie kontrolować swoich reakcji emocjonalnych, niekiedy też nie zdaje sobie sprawy z niewłaściwości swojego postępowania i jego negatywnych skutków.

– Wśród dzieci i młodzieży zachowania agresywne zawsze były, są i będą, bo to też jest naturalne w okresie dojrzewania, że dzieci sprawdzają swoje granice – mówi Marta Hendzel.

Zdaniem ekspertów agresja jest odpowiedzią dziecka na emocjonalne braki w jego życiu – maluch nie jest w stanie wyrazić swoich negatywnych emocji w inny, akceptowalny społecznie sposób. Wynika to z braku odpowiedniej edukacji emocjonalnej dziecka, za którą odpowiedzialni są przede wszystkim rodzice i nauczyciele. Warto też pamiętać, że dzieci uczą się agresywnych zachowań od rodziców oraz z przekazów medialnych. Dorośli reagujący na problemy krzykiem niejako daje swojemu dziecku przyzwolenie na podobne odreagowanie uczucia złości.

Drugi czynnik to niewątpliwie jest to, co widzimy w internecie. Są programy, filmy, gdzie młodzi ludzie są względem siebie agresywni i zaczyna być na to przyzwolenie społeczne. Fakt, że to w ogóle oglądamy, że to jest dostępne i nie jest banowane, powoduje, że zaciera się granica między tym, co jest okej, a co nie – mówi Marta Hendzel.

W zwalczaniu agresywnych zachowań dzieci ogromną rolę odgrywają rodzice. Punktem wyjścia powinno być uświadomienie sobie przez dorosłych, że postępowanie ich pociech może być wypadkową ich własnego działania. Dobrym pomysłem będzie także skorzystanie z profesjonalnej pomocy w postaci wsparcia psychologicznego lub zajęć z rozwoju osobistego, które pomogą pozyskać narzędzia emocjonalne do radzenia sobie ze złością własną lub drugiej osoby. W szkołach natomiast powinny być prowadzone zajęcia w ramach tzw. edukacji psychospołecznej, podczas których dzieci uczyłyby się rozwijania miękkich umiejętności społecznych.

Szkoła koncentruje się bardzo mocno na wiedzy, którą my możemy pozyskać z internetu w 5 minut, natomiast umiejętność to jest coś, co nabywamy w pewnym procesie czasowym. Szkoła zdecydowanie powinna zainwestować swój czas, energię, zasoby w to, żeby takie zajęcia były grupowe, żeby dzieci uczyły się w grupie, jak radzić sobie w trudnych sytuacjach – mówi Marta Hendzel.

Zarówno dzieci, jak i dorośli mogą ponadto skorzystać z treningu zastępowania agresji. Jest to program rozwijający kompetencje społeczne, dzięki którym uczestnicy będą potrafili poradzić sobie ze swoją agresją, zastępując zachowania agresywne prospołecznymi. Trening uczy redukowania uczucia złości np. w momentach, gdy ktoś lub coś nas irytuje, gdy wpadamy w furię lub czegoś się obawiamy. Uczestnicy poznają fizyczne reakcje swojego ciała, a następnie uczą się kontrolować negatywne emocje. Istotnym elementem treningu jest także tzw. wnioskowanie moralne, czyli zastanowienie się nad tym, dlaczego pojawia się uczucie złości.

– Pracuje się na tzw. błędach w myśleniu. Takim błędem jest to, że część osób bardzo mocno się na sobie koncentruje. Jeśli ktoś się spóźni na spotkanie ze mną, to wydaje mi się, że ten ktoś mnie lekceważy, nie szanuje, nie lubi, nie kocha. I to myślenie skoncentrowane na sobie powoduje, że wpadamy w złość – mówi Marta Hendzel.

Teleskop astronomiczny z Polski pomoże w walce z kosmicznymi śmieciami. Ich łączna masa na orbicie okołoziemskiej przekroczyła już 8 tys. ton

Teleskop astronomiczny z Polski pomoże w walce z kosmicznymi śmieciami. Ich łączna masa na orbicie okołoziemskiej przekroczyła już 8 tys. ton 6

Zaśmiecamy już nie tylko Ziemię, ale także kosmos. Już dziś na orbicie okołoziemskiej zalega ponad 8 tys. ton kosmicznych odpadów. Niemal 30 tys. takich odpadów ma średnicę przekraczającą 10 cm. Polskiej produkcji teleskop optyczny, pozwalający zaobserwować obiekty o wielkości piksela z odległości kilometra pomoże w walce z kosmicznymi odpadami. Problem związany z ich zaleganiem i stałym przybywaniem kolejnych może doprowadzić do drastycznego zmniejszenia bezpieczeństwa lotów kosmicznych.

– Zbudowaliśmy polski teleskop optyczny. SkyLab składa się z robota o dwóch stopniach swobody, który może kręcić się w poziomie. Optyka, czyli średnica jego lustra optycznego wynosi pół metra. To bardzo dokładne urządzenie będzie wykorzystywane w głównej mierze do pomiarów przede wszystkim satelit oraz śmieci kosmicznych – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje prof. dr hab. inż. Krzysztof Kozłowski, pracownik Instytutu Automatyki i Robotyki Politechniki Poznańskiej.

Teleskop zbudowano na prośbę astronomów z Centrum Astronomicznego im. Mikołaja Kopernika w Warszawie. Jest on unikatowy w skali kraju. Charakteryzuje się dużą dokładnością. Pozwala zaobserwować obiekt o wielkości piksela z odległości kilometra. Podstawowy problem, nad którym będą pracować naukowcy korzystający z teleskopu, czyli kosmiczne śmieci, jest jednym z poważniejszych wyzwań sektora kosmicznego.

– Jest mnóstwo satelitów, które fruwają wokół Ziemi i dla nich zagrożeniem są właśnie śmieci kosmiczne. Zderzenie takiego śmiecia może spowodować uszkodzenie, wręcz zniszczenie satelity. Będziemy starali się te śmieci wykrywać. Następnie można je unicestwić za pomocą urządzenia laserowego, czyli strzelać do nich i rozbijać, gdy zajdzie niebezpieczeństwo zderzenia. Możemy więc badać śmieci kosmiczne, ostrzegać i chronić satelity właśnie przed nimi – wyjaśnia prof. Krzysztof Kozłowski.

W początkowej fazie projektu laboratorium będzie się znajdowało na terenie Politechniki Poznańskiej. Będzie to okres testowego działania. Następnie jeden z dwóch powstałych teleskopów zostanie ulokowany w podpoznańskim Kąkolewie, a drugi znajdzie się na półkuli południowej. Wówczas rozpocznie się właściwe działanie laboratorium.

Po uzyskaniu pełnej funkcjonalności tego urządzenia zostanie ono włączone do tzw. sieci SST, czyli Space Surveillance and Tracking. To kosmiczna obserwacja i śledzenie obiektów na niebie. Będzie ono pracowało w systemie międzynarodowym. Podjęliśmy już kroki w tym kierunku wraz z Polską Agencją Kosmiczną – zapowiada ekspert.

Tymczasem obserwatoria astronomiczne odgrywają kluczową rolę w badaniach nad kosmosem, a ich stopień zaawansowania i możliwości stają się coraz większe. Działający w chińskiej prowincji Kuejczou największy na świecie radioteleskop FAST już niebawem ma posłużyć do badania ciemnych obszarów Drogi Mlecznej. Astronomowie  z National Astronomical Observatories w Chińskiej Akademii Nauk  zaobserwowali z jego pomocą narodziny ciemnej chmury molekularnej, która ma około 6 mln lat. Badanie tych obszarów pomoże zrozumieć mechanizmy powstawania gwiazd, takich jak Słońce.

Polscy naukowcy przekonują, że stworzony przez nich teleskop jest ultranowoczesny.

– Jesteśmy w stanie tym teleskopem obrócić o 100 stopni kątowych w ciągu jednej sekundy. Z drugiej strony możemy wykonywać quasi statyczne ruchy, które trudno zobaczyć gołym okiem. Możemy też dokonać obrotu o 360 stopni w ciągu jednej doby. Urządzenie będzie oczywiście udoskonalane i w miarę, jak będzie się zmieniała technologia będziemy starali się za nią nadążać. Natomiast w tej chwili jesteśmy o tym przekonani, że to jest technologicznie rozwiązanie najnowsze z możliwych – przekonuje prof. Krzysztof Kozłowski.

Według danych Europejskiej Agencji Kosmicznej po orbicie okołoziemskiej krążą śmieci kosmiczne o łącznej masie ponad 8 tys. ton. Jeżeli problem ich zalegania nie zostanie w najbliższym czasie rozwiązany, to przyszłość lotów kosmicznych może być zagrożona z uwagi na lawinowo rosnące ryzyko kolizji.

Druk 3D to przyszłość branży budowlanej. Dzięki niemu można budować modułowe domy z plastikowych butelek czy elementy mostów

Druk 3D to przyszłość branży budowlanej. Dzięki niemu można budować modułowe domy z plastikowych butelek czy elementy mostów 7

W ostatnich latach coraz głośniej mówi się o konieczności wykorzystania metody druku 3D w branży budowlanej. Nowoczesne drukarki są w stanie wykorzystywać w procesie druku nie tylko klasyczne polimerowe filamenty, ale także materiały powszechnie stosowane w budownictwie, a nawet plastikowe butelki. Dzięki temu mają szansę zredukować koszty operacyjne i zautomatyzować część prac na placu budowy. Powstały już pierwsze prototypy maszyn do drukowania budżetowych domów modułowych, a nawet urządzenia zdolne do drukowania metalowych mostów.

– Drukowanie 3D w branży budowlanej jest przyszłością. Zwłaszcza jeżeli pomyślimy o materiałach wielokrotnego użytku. Komponentem takiego budulca będą np. butelki plastikowe. Jest to przyszłość, ale niekoniecznie będziemy drukowali wieżowce albo skomplikowane urządzenia. Natomiast proste budownictwo modułowe być może będzie właśnie produkowane przy pomocy druku 3D – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Artiom Komardin, współzałożyciel i wiceprezes firmy Sense Monitoring.

Wiele przełomowych technologii zawdzięcza swój rozwój branży wojskowej, nie inaczej może być w przypadku drukarek 3D przeznaczonych na rynek budowlany. Amerykańscy Marines udowodnili, że tego typu urządzenia mogą doskonale sprawdzić się na froncie. W ramach testów nowych, innowacyjnych technologii przeprowadzono próby wybudowania baraków przy wykorzystaniu drukarek 3D na terenie U.S. Army Engineer Research and Development Center. W czasie pojedynczej, 40-godzinnej próby udało się postawić barak o powierzchni 46 m2.

Drukarka firmy Icon z kolei jest w stanie skonstruować 60-metrowy budynek w czasie zaledwie 24 godzin. Koszt wzniesienia budowli oszacowano na 33 tys. dolarów. Przedstawiciele Icon liczą na to, że we współpracy z organizacją New Story uda się wykorzystać tę technologię do wzniesienia 100 budżetowych domów na terenie Salwadoru.

Na wdrożenie drukarek 3D na szeroką skalę w branży budowlanej trzeba będzie jednak poczekać. Ich upowszechnienie wymagałoby wypracowania procedur gwarantujących wysoką jakość drukowanych elementów.

– Na pewno musielibyśmy zacząć od małych elementów, ponieważ sama drukarka musiałaby być tak naprawdę większa lub podobnej wielkości do tego elementu, który potrzebujemy. Następnie przeszlibyśmy do fazy jakichś modułów, być może kompleksowych budynków. Pamiętajmy o tym, że jeżeli drukarka nie drukuje tego w miejscu wybudowania, potrzebny jest także transport na budowę. Aby produkcja drukiem 3D była efektywna, raczej będzie to prefabrykacja poza miejscem wybudowania – mówi ekspert.

Potencjał drukarek 3D dostrzegli naukowcy z Uniwersytetu Technicznego w Eindhoven, którzy w ramach Project Milestone wznoszą eksperymentalne osiedle pięciu drukowanych domów jednorodzinnych. Przedsięwzięcie ma na celu zapoznanie się z samą technologią oraz wypracowanie procesów druku 3D o wysokiej, powtarzalnej jakości. Jest także próbą wypracowania rozwiązań, które pozwolą tworzyć domy przyjazne dla środowiska naturalnego i łatwe w modyfikacji.

Z budowlanym drukiem 3D eksperymentuje się także na polskich uczelniach. Pierwszą maszynę tego typu opracowali naukowcy z Zachodniopomorskiego Uniwersytetu Technologicznego w Szczecinie. Prototypowy model drukarki funkcjonuje wyłącznie w warunkach laboratoryjnych i jest zdolny do drukowania niewielkich elementów, takich jak modele betonowych słupów i ścian czy elementy małej architektury. W przyszłości sprzęt może jednak zostać wykorzystany do wznoszenia znacznie bardziej skomplikowanych konstrukcji, w tym pełnowymiarowych elementów konstrukcyjnych.

Naukowcy z holenderskiego start-upu MX3D opracowali z kolei maszynę, która potrafi drukować stalowe elementy. Wykonali w tej technologii prototypowe przęsło mostu, który docelowo zostanie zamontowany nad jednym z amsterdamskich kanałów. Konstrukcja testowa została już w pełni ukończona, nie trafiła jednak na swoje miejsce wyłącznie z powodów formalnych, gdyż prawo budowlane nie dopuszcza do użytku publicznego elementów ze stali, które zostały stworzone metodą druku 3D.

– Druk 3D tak naprawdę to są pierwsze projekty pilotażowe. Perspektywa jest długa, do tego potrzeba tak naprawdę czasu i dojrzałej technologii, żeby móc ją wprowadzić do takiej odpowiedzialnej branży, jaką jest budownictwo – twierdzi Artiom Komardin.

Według firmy badawczej IndustryARC wartość globalnego rynku technologii druku 3D na potrzeby branży budowlanej do 2023 roku wzrośnie do 314 mln dol. W najbliższych latach ma  się rozwijać w tempie blisko 16 proc. w skali roku.

Profesjonalny wynajem lokali – czy ma perspektywy?

W naszym kraju mamy do czynienia z dużym rozdrobnieniem rynku najmu. Z czasem będzie jednak powiększała się grupa inwestorów wynajmujących jednocześnie większą liczbę mieszkań.

Osoby śledzące doniesienia krajowych mediów mogły się dowiedzieć, że za naszą zachodnią granicą spore kontrowersje wzbudza działalność tak zwanych koncernów mieszkaniowych. Mowa o firmach posiadających bardzo dużą liczbę mieszkań na wynajem. Przykładem są koncerny Deutsche Wohnen, Vonovia oraz Akelius, które tylko na terenie Berlina mają ponad 200 000 wynajmowanych lokali. W Polsce raczej nieprędko doczekamy się działalności takich gigantów rynku mieszkaniowego. Tym niemniej, możemy zauważyć wzrost zainteresowania jednoczesnym wynajmem większej liczby mieszkań. To zjawisko występuje pomimo barier hamujących rozwój profesjonalnego wynajmu.

Podstawowy wariant najmu mocno chroni lokatora

Dla Polaków własność mieszkaniowa nadal stanowi preferowany wariant. Najem wolnorynkowy często jest postrzegany jako konieczność albo tymczasowe rozwiązanie. To stanowi sporą różnicę względem naszych zachodnich sąsiadów. Dane Eurostatu wskazują, że około 40% mieszkańców Niemiec mieszka w lokum wynajętym na wolnym rynku. Analogiczny wynik dotyczący Polski wciąż jest około dziesięć razy mniejszy. Jego stopniowy wzrost stanowi m.in. rezultat postawy młodszych rodaków, którzy coraz bardziej cenią sobie mobilność.

Trudno ukryć, że dość mocna ochrona prawna najemców w połączeniu z niewydolną procedurą eksmisyjną stanowi barierę hamującą rozwój rynkowego wynajmu w Polsce. Niestety wciąż zdarzają się przypadki oczekiwania na lokal socjalny dla dłużnika trwającego np. 12 miesięcy. Taka sytuacja stanowi problem nawet dla inwestora, który otrzymuje pieniądze od kilku lub kilkunastu innych rzetelnych lokatorów.

Mówiąc o wysokim poziomie ochrony prawnej, mamy na myśli standardowy wariant najmu, a nie najem okazjonalny lub instytucjonalny. Te dwa ostatnie rozwiązania są o wiele bardziej korzystne dla wynajmującego, ale równocześnie mniej pożądane przez najemców. Lokatorzy obawiają się m.in. szybkiej eksmisji bez prawa do mieszkania socjalnego i tymczasowego pomieszczenia (w ramach najmu okazjonalnego lub instytucjonalnego). Można jednak oczekiwać, że z czasem najem instytucjonalny i okazjonalny będzie zyskiwał coraz większą popularność. Do wyboru tych wariantów dodatkowo zachęci wynajmujących niedawna nowelizacja kodeksu postępowania cywilnego (KPC). Wprowadziła ona konieczność bezterminowego wstrzymania eksmisji do czasu znalezienia przez gminę pomieszczenia tymczasowego (patrz art. 1046 par. 4 KPC).

Wciąż niejasne są dalsze losy ustawy o REIT – ach …

Nie tylko mało elastyczne przepisy dotyczące tradycyjnego najmu oraz braki lokali socjalnych (sięgające 60 000 sztuk w całym kraju) stanowią powód narzekań osób zainteresowanych inwestowaniem w nieruchomości mieszkaniowe. Problem stanowi też legislacyjna opieszałość dobrze widoczna na przykładzie ustawy o REIT – ach. Zgodnie z rządowymi założeniami, takie spółki akcyjne z wysoką wypłatą dywidendy i zwolnieniami podatkowymi, mają inwestować w masowy wynajem nieruchomości mieszkaniowych. O stworzeniu prawnych warunków do działania polskich REIT-ów mówi się już od 2016 r. Po wpłynięciu do Sejmu (pod koniec września 2018 r.) rządowy projekt ustawy o firmach inwestujących w najem nieruchomości doczekał się tylko pierwszego czytania. Nie można zatem przesądzać, czy prawne warunki do działania polskich REIT – ów zostaną stworzone przed jesiennymi wyborami parlamentarnymi (planowanymi w październiku lub listopadzie 2019 r.).

Profesjonalny najem lokali rozwija się pomimo barier

Mimo instytucjonalnej słabości (związanej między innymi z obowiązującymi przepisami), polski rynek najmu posiada spory potencjał. Potwierdzenie stanowi popyt generowany w dużych miastach przez młodych polskich pracowników i studentów oraz imigrantów zarobkowych. Duże zainteresowanie najmem mieszkań na terenie metropolii sprawiło, że przez ostatnie 2 lata – 3 lata czynsze nadążały za szybkimi wzrostami cen metrażu.

Potencjał rozwojowy polskiego rynku najmu sprawia, że pomimo braku realnego wsparcia ze strony polityków, możemy zaobserwować pojawienie się grupy profesjonalnych prywatnych inwestorów. Mowa o osobach posiadających co najmniej kilka lub kilkanaście wynajmowanych mieszkań. W odpowiedzi na potrzeby takich wynajmujących, zaczyna się tworzyć rynek ofert inwestycyjnych oraz usług związanych z zarządzeniem najmem. Przykładem przedsiębiorstwa świadczącego takie usługi jest firma Mzuri, która obchodzi swoje dwudzieste urodziny. Działa ona nie tylko jako pośrednik pomiędzy wynajmującym i najemcą. Ważnym aspektem jej działania jest także oferta inwestycyjna. W ramach propozycji grupowego inwestowania, Mzuri obecnie oferuje np. możliwość zakupu mieszkań na wynajem z Warszawy oraz Krakowa.

Nie można wykluczyć, że model grupowego inwestowania w najem z pomocą doświadczonego pośrednika bardziej przyczyni się do profesjonalizacji polskiego rynku wynajmu niż koncepcje proponowane przez polityków (np. REIT – y). To ważna kwestia, ponieważ działalność prywatnych inwestorów wynajmujących jednocześnie od kilku do kilkudziesięciu lokali, z jednej strony gwarantuje profesjonalizm, a z drugiej nie grozi brakiem konkurencyjności na rynku i pojawieniem się graczy dyktujących ceny (takich jak wspomniane już wcześniej niemieckie koncerny mieszkaniowe).

Autor: Leszek Markiewicz, NieruchomosciSzybko.pl

40-te urodziny „Gelendy”. Poznaj historię kultowego modelu Mercedesa Klasy G

Od 40 lat Mercedes-Benz Klasy G jest miarą wszech rzeczy w segmencie aut terenowych, a od 20 lat funkcjonuje również jako model AMG, z dodatkowym ładunkiem osiągów. Czyni go to najdłużej produkowaną serią modelową w historii osobowych Mercedesów, a przy okazji – przodkiem wszystkich SUV-ów spod znaku trójramiennej gwiazdy. Z okazji tej rocznicy na fanów Klasy G czekają cztery wyjątkowe atrakcje.

  • Po pierwsze: trzy edycje specjalne STRONGER THAN TIME (z ang. silniejsza niż czas).

https://youtu.be/7iGFH5HbWGM

  • Po drugie: wyłącznie jedna z edycji specjalnych jest dostępna w wersji G 400 d (zużycie paliwa w cyklu łączonym: 9,6 l/100 km; emisje CO2 w cyklu łączonym: 253 g/km) – z najmocniejszym wydaniem efektywnego rzędowego 6-cylindrowego silnika wysokoprężnego.
  • Po trzecie: nowa gama opcji indywidualizacji G manufaktur pozwala nabywcy na stworzenie swojej „osobistej” Klasy G.
  • Po czwarte: rusza nowe Centrum Doświadczalne Klasy G (G-Class Experience Centre), w którym klienci z całego świata będą mogli sprawdzić imponujące talenty terenowej ikony w ekstremalnym terenie, niedaleko zakładu produkcyjnego Klasy G w Grazu.

https://youtu.be/HfoZeaIImAQ

Mercedes-Benz 40 years of the G-Class, Graz 2019 Mercedes-Benz 40 years of the G-Class, Graz 2019

    • Mercedes-Benz G 500; obsidianschwarz metallic;Kraftstoffverbrauch kombiniert: 12,1-11,5 l/100 km; CO2-Emissionen kombiniert: 276–263 g/km*
      Mercedes-Benz G 500; obsidian black metallic;Fuel consumption combined: 12.1-11.5 l/100 km; combined CO2 emissions: 276–263 g/km*

40 lat temu połączenie walorów drogowych i terenowych było prawdziwie rewolucyjną koncepcją. Obecna Klasa G kontynuuje tę tradycję. Jej najwyższe kompetencje techniczne stanowią punkt wyjścia dla statusu, jakim się cieszy – statusu motoryzacyjnej ikony’ – mówi dr Gunnar Guthenke, szef działu produktów pojazdów terenowych w Mercedes-Benz. „Z okazji tego wyjątkowego jubileuszu przygotowaliśmy dla naszych klientów i fanów wiele atrakcji. I jestem przekonany, że dla Klasy G to dopiero początek”.

Mercedes-Benz 40 years of the G-Class, Graz 2019 Mercedes-Benz 40 years of the G-Class, Graz 2019
Mercedes-Benz G 350 d; brilliant blau;Kraftstoffverbrauch kombiniert: 9,8-9,6 l/100 km; CO2-Emissionen kombiniert: 259–252 g/km*
Mercedes-Benz G 350 d; brilliant blue;Fuel consumption combined: 9,8-9,6 l/100 km; CO2-Emissionen kombiniert: 259–252 g/km*
Mercedes-Benz 40 years of the G-Class, Graz 2019 Mercedes-Benz 40 years of the G-Class, Graz 2019
Mercedes-Benz G 350 d; brilliant blau;Kraftstoffverbrauch kombiniert: 9,8-9,6 l/100 km; CO2-Emissionen kombiniert: 259–252 g/km*
Mercedes-Benz G 350 d; brilliant blue;Fuel consumption combined: 9,8-9,6 l/100 km; CO2-Emissionen kombiniert: 259–252 g/km*

40 lat „Gelendy” – z wieloma atrakcyjnymi odmianami

To, co na początku lat 70. zaczęło się od umowy o współpracy pomiędzy ówczesnymi firmami Daimler-Benz AG i Steyr-Daimler-Puch w austriackim mieście Graz, dziś stanowi unikalną część historii motoryzacji. Koncepcja nowego pojazdu terenowego sama w sobie była niezwykła: łączyła doskonałe własności terenowe z bezpieczeństwem i całkowitą zdatnością do jazdy po utwardzonych drogach. Od tamtej pory nieodłącznymi elementami Klasy G są napęd na wszystkie koła i 100-procentowe blokady dyferencjałów, jak również solidna rama typu drabinowego.

W 1975 r. zapadła decyzja o rozpoczęciu seryjnej produkcji modeli G. W tym samym czasie uzgodniono budowę nowego zakładu w Grazu, w którym auta te od początku powstają – głównie ręcznie. 80% wszystkich zbudowanych egzemplarzy Klasy G jest nadal w eksploatacji – co świadczy o wyjątkowej jakości terenowej legendy.

W chwili wprowadzenia na rynek, wiosną 1979 roku, model był dostępny w czterech wersjach silnikowych o mocy od 53 kW/72 KM do 115 kW/156 KM.

Klienci mieli do wyboru kabriolet z krótkim rozstawem osi oraz warianty kombi z krótkim lub długim rozstawem osi. W 1989 r. pojazdy typoszeregu 463 zapoczątkowały ewolucyjny proces, w ramach którego terenówka Mercedesa przechodziła systematyczne modernizacje techniczne. W 1993 r. model zyskał obecną nazwę – Klasa G. Swoją wszechstronność prezentował w wielu wersjach specjalnego przeznaczenia, budowanych na potrzeby policji, straży pożarnej oraz służb ratowniczych. Na całym świecie jest znany również jako „Papamobile”. Perłowobiały Mercedes-Benz 230 G z przezroczystym nadwoziem specjalnym od 1980 r. towarzyszył papieżowi Janowi Pawłowi II w jego licznych podróżach.

20 lat terenowych osiągów

20 urodziny Klasy G w 1999 roku zapoczątkowały kolejny wyjątkowo pomyślny rozdział w historii modelu: na rynek trafił pierwszy jej wariant sygnowany przez AMG – G 55 AMG. Wcześniej Klasa G od AMG była dostępna tylko w pojedynczych egzemplarzach. 5,5-litrowy wolnossący silnik o 8 cylindrach, z trzema zaworami na cylinder, rozwijał moc 260 kW (354 KM); maksymalną prędkość pojazdu ograniczono elektronicznie do 210 km/h. Maksymalny moment obrotowy o wartości 525 Nm był dostępny przy 3000 obr./min. Obszerne modyfikacje nie ograniczały się tylko do silnika – do wyższej mocy przystosowano również 5-biegową przekładnię automatyczną, podwozie, hamulce i układ wydechowy.

W 2002 r. nowe standardy wyznaczył wariant G 63 AMG. Klasa G po raz pierwszy otrzymała wtedy 12-cylindrowy motor – liczba „63” oznaczała wolnossącą jednostkę V12 o pojemności 6,3 litra, osiągającą moc 326 kW (444 KM) i 620 Nm maksymalnego momentu obrotowego. Najpotężniejsza wówczas Klasa G została wyprodukowana w pojedynczym egzemplarzu, na prośbę klienta, w Manufakturze AMG (obecnie: AMG Performance Studio) w Affalterbach.

25 urodziny modelu w 2004 r. uczcił debiut odmiany G 55 AMG Kompressor z 8-cylindrowym silnikiem (moc 350 kW/476 KM, maksymalny moment obrotowy 700 Nm), który rozpędzał wóz od 0 do 100 km/h w zaledwie 5,6 s. Jego wizytówką były m.in. rury wydechowe z końcówkami ukośnie wyprowadzonymi przed tylnymi kołami.

W 2006 r. „Gelenda” otrzymała nowy, nowoczesny silnik wysokoprężny. Wersja G 320 CDI, przez wielu entuzjastów uważana za jedną z najlepszych odmian Klasy G w historii, osiągała moc 165 kW (224 KM) i standardowo miała filtr cząstek stałych. Jej wykonany z lekkich stopów silnik V6 dzięki łagodnemu przebiegowi krzywej momentu obrotowego oferował mnóstwo przyjemności z jazdy – zarówno na asfalcie, jak i w terenie.

Na swoje 30 urodziny, w 2009 r., Klasa G otrzymała nowe elementy wyposażenia, które w znacznym stopniu zwiększyły komfort i ekskluzywność wnętrza. Ergonomicznie zoptymalizowane przednie fotele zapewniały lepsze podparcie, a ich nowy design oraz funkcja wentylacji sprawiały, że terenowa ikona była jeszcze bardziej luksusowa.

W 2012 r. Klasa G została udoskonalona po raz kolejny – w czym zasługa znacznie poszerzonej gamy wyposażenia, jeszcze wyższej jakości wykończenia wnętrza, subtelnych modyfikacji karoserii oraz nowych funkcji z zakresu bezpieczeństwa i komfortu, takich jak adaptacyjny tempomat

DISTRONIC Plus czy wspomaganie parkowania PARKTRONIC. Po raz pierwszy AMG wprowadziło wariant G 65 AMG z legendarnym 6,0-litrowym motorem V12 biturbo – był to wówczas najmocniejszy pojazd terenowy na świecie, dysponujący zastępem 612 KM (450 kW) i maksymalnym momentem obrotowym elektronicznie ograniczonym do 1000 Nm. Kolejną nowością była odmiana G 63 AMG, napędzana 5,5-litrowym silnikiem V8 biturbo o mocy 400 kW (544 KM) i maksymalnym momencie obrotowym 760 Nm. Z 40-proc. udziałem w sprzedaży wersja G 63 AMG stała się najpopularniejszą w całej rodzinie Klasy G.

Uniwersalna ikona

W 2013 r. świat ujrzał wyjątkowo spektakularny wariant G 63 AMG 6×6: 400 kW (544 KM), napęd na sześć kół, reduktor, osie portalowe dla uzyskania większego prześwitu, pięć mechanizmów różnicowych blokowanych podczas jazdy oraz system kontroli ciśnienia w oponach sprawiały, że potrafił on sprostać najtrudniejszym wyzwaniom, topograficznym oraz meteorologicznym.

Z kolei wyrafinowane wnętrze z indywidualnymi tylnymi siedzeniami gwarantowało kierowcy i pasażerom optymalny, wysokiej klasy komfort – nawet w ekstremalnych warunkach terenowych. Podobną charakterystyką wyróżniał się Mercedes-Benz G 500 4×42 z 2015 r., który poza luksusowym wnętrzem mógł pochwalić się 45-centymetrowym prześwitem i imponującymi możliwościami na utwardzonej drodze.

W 2017 r. pojawił się kolejny dowód na to, że zdolności transformacji Klasy G są niemal nieograniczone – Mercedes-Maybach G 650 Landaulet, którego produkcję ograniczono do 99 egzemplarzy. Za sprawą doskonałego silnika V12, osi portalowych, miękkiego elektrycznego dachu i ekskluzywnego wystroju tylnej części kabiny spełniał on oczekiwania najbardziej wymagających klientów.

Latem 2017 r. z linii montażowej zakładów w Grazu zjechała 300-tysięczna Klasa G – Mercedes-Benz G 500 w niebieskim kolorze designo Mauritius blue metallic, z czarną skórzaną tapicerką ozdobioną kontrastowymi białymi szwami. Fani Klasy G na całym świecie wybrali specyfikację pojazdu, głosując na swoje ulubione elementy wyposażenia i kolorystykę na oficjalnej stronie Klasy G na Facebooku.

W styczniu 2018 r. rozpoczęła się kolejna epoka: swoją premierę na salonie samochodowym w Detroit świętowała nowa Klasa G. O ile kanciasta karoseria

klasycznej ikony zachowała swój niepowtarzalny styl, to wnętrze przeszło całkowitą metamorfozę. Z technicznego punktu widzenia Klasa G po raz kolejny ustanawiała standardy, a pod względem właściwości jezdnych na asfalcie została „wymyślona na nowo” – z pomocą nowoczesnych systemów wspomagających zapewnia niezrównane prowadzenie i optymalny poziom bezpieczeństwa. Nowe zawieszenie, programy jazdy DYNAMIC SELECT, tryb „G-Mode” oraz trzy 100-procentowe blokady mechanizmu różnicowego pozwoliły poprawić osiągi, komfort jazdy i zwinność – na każdej nawierzchni.

Na wieczność: specjalne edycje STRONGER THAN TIME, w tym G 400 d Prawdziwa urodzinowa uczta – z okazji okrągłej rocznicy Klasy G na rynek trafiają trzy specjalne edycje modelu o nazwie „STRONGER THAN TIME”: Mercedes-Benz G 400 d, Mercedes-Benz G 500 oraz Mercedes-AMG G 63.

Jedną z nich zarezerwowano wyłącznie dla specjalnej edycji – to najmocniejszy wariant 6-cylindrowego silnika wysokoprężnego OM 656, oferowany jako G 400 d (zużycie paliwa w cyklu mieszanym: 9,6 l/100 km; emisje CO2 w cyklu mieszanym: 253 g/km)*. Dzięki mocy 243 kW (330 KM) i imponującemu maksymalnemu momentowi obrotowemu 700 Nm, dostępnemu w szerokim zakresie 1200-3200 obr./min, jednostka ta zapewnia wyjątkową dawkę przyjemności z jazdy. Jednocześnie została konsekwentnie

przygotowana do spełnienia przyszłych norm emisji spalin (RDE – Real Driving Emissions, pomiar w rzeczywistych warunkach jazdy). Wszystkie elementy istotne dla efektywnej redukcji emisji zamontowano tu bezpośrednio przy silniku. Rezultat: szybsza gotowość do pracy katalizatora i filtra cząstek stałych. Do zwiększenia efektywności przyczyniają się także zaawansowane rozwiązania technicznie, takie jak stopniowana misa spalania, dwustopniowe turbodoładowanie czy wykorzystanie zmiennych faz rozrządu CAMTRONIC.

Alternatywnie specjalna edycja Klasy G w „cywilnym” wydaniu Mercedes-Benz jest oferowana jako G 500. W tym przypadku do napędu służy wysokowydajny benzynowy silnik V8 biturbo o pojemności 4,0 litrów, rozwijający moc 310 kW (422 KM) i maksymalny moment obrotowy 610 Nm, generowany w zakresie 2000-4750 obr./min (zużycie paliwa w cyklu mieszanym: 11,5-12,1 l/100 km; emisje CO2 w cyklu mieszanym: 263-276 g/km)*.

Modele Mercedes-Benz przygotowane z okazji urodzin Klasy G są oferowane w Linii AMG, mają więc poszerzone nadkola, elementy stylizacyjne AMG w zderzakach i zewnętrzny pasek ochronny, zaciski hamulcowe z napisem „Mercedes-Benz” oraz, w przypadku G 500, sportowy układ wydechowy. Kierowca trzyma w dłoniach spłaszczoną u dołu kierownicę. Dzięki pakietowi elementów ze stali nierdzewnej boczne stopnie, obudowa koła zapasowego, listwy progowe i osłona krawędzi załadunku mają wysokiej jakości wykończenie. Standardowy pakiet Night obejmuje przyciemnione światła oraz tylne szyby, a także obudowy lusterek zewnętrznych, pierścień wokół koła zapasowego i akcenty w zderzakach w kolorze czerni obsydianu.

Wszystkie specjalne edycje STRONGER THAN TIME – dwa warianty Mercedes-Benz oraz jeden Mercedes-AMG – oferują bogate wyposażenie standardowe, w tym:

  • Pakiet wspomagania bezpieczeństwa jazdy
  • Zawieszenie z adaptacyjnym systemem tłumienia
  • Pakiet parkingowy z kamerą 360°
  • LED-owe reflektory MULTIBEAM (niedostępne w połączeniu z grillami reflektorów)
  • Panoramiczny kokpit
  • Pakiet aktywnych wielokonturowych foteli
  • Nagłośnienie przestrzenne Burmester®
  • Nastrojowe oświetlenie w 64 odcieniach i 10 schematach kolorystycznych
  • Pokrywa przestrzeni bagażowej EASY-PACK
  • Elektrycznie odsuwany szklany dach z funkcją automatycznego zamykania w razie wykrycia opadów, czujnikiem przeszkód oraz funkcją zamykania PRE- SAFE®

Skrupulatną dbałość o detale zdradza kolejny dodatek, tym razem widoczny po zmroku: oświetlenie otoczenia prezentuje na nawierzchni logo „G” oraz napis „STRONGER THAN TIME”. To samo hasło znajduje się na emblematach na przednich słupkach oraz na obszytym skórą uchwycie przed pasażerem z przodu.

W przypadku modeli Mercedes-Benz specjalne edycje dostępne są w dwóch wersjach: dla tradycjonalistów przygotowano wariant, którego wnętrze wykończono czarną skórą nappa ze złotymi szwami, a także elementami ozdobnymi z czarnego drewna jesionowego o otwartych porach. Nadwozie jest dostępne w kilku specjalnych odcieniach G manufaktur. W połączeniu z matowymi lakierami elementy pakietu Night zyskują nowy czarny odcień, a ich lista wzbogaca się o osłonę chłodnicy oraz poszerzenia nadkoli. Wariant ten wyróżnia się 20-calowymi wieloramiennymi, czarnymi obręczami AMG z lekkich stopów oraz ochronnymi kratkami reflektorów.

Każdy, kto oczekuje wyjątkowo ekskluzywnej Klasy G, może wybrać specjalny model z luksusowym, dwukolorowym wnętrzem Plus w beżowo-niebieskiej tonacji, z elementami ozdobnymi z jasnobrązowego drewna Sen o wysokim połysku, lub w kombinacji beżowo-czerwonej, z elementami ozdobnymi z wykończeniem a la lakier fortepianowy. W kabinie wzrok przyciągają wysmakowane detale, takie jak obszycie uchwytów w podsufitce i panelu instrumentów ze skóry nappa.

20 lat Klasy G AMG: król samochodów terenowych o wysokich osiągach

AMG świętuje 20. urodziny Klasy G o wysokich osiągach, oferując specjalną edycję G 63 STRONGER THAN TIME (zużycie paliwa w cyklu łączonym: 13,1-13,3 l/100 km; emisje CO2 w cyklu łączonym: 299-304 g/km)* z mocnym silnikiem, wyrafinowanym zawieszeniem AMG RIDE CONTROL, specjalnymi trybami jazdy AMG oraz nowoczesnym wnętrzem.

Podstawę charakterystycznych dla AMG właściwości jezdnych zarówno na utwardzonych drogach, jak i poza nimi tworzy następujący zestaw: 4,0-litrowy silnik V8 biturbo o mocy 430 kW (585 KM), napęd na wszystkie koła (siła napędowa rozdzielana w proporcji 40:60) z trzema blokadami mechanizmu różnicowego, błyskawicznie pracująca 9-biegowa automatyczna skrzynia AMG SPEEDSHIFT TCT, niezależne przednie zawieszenie z podwójnymi wahaczami poprzecznymi oraz adaptacyjne amortyzatory. Niepowtarzalne wzornictwo G 63 definiują m.in. charakterystyczna osłona chłodnicy AMG, poszerzone nadkola, efektowne boczne wydechy oraz obręcze o średnicy nawet 22 cali. Maksymalny moment obrotowy o wartości 850 Nm jest dostępny od 2500 do 3500 obr./min. Sprint od 0 do 100 km/h trwa jedynie 4,5 s, a prędkość maksymalna wynosi 220 km/h (lub nawet 240 km/h – z Pakietem Kierowcy AMG).

Wizytówką specjalnej edycji Klasy G od AMG jest charakterystyczna dla AMG osłona chłodnicy w kolorze ciemnego chromu, a jej wyjątkowy status podkreślają liczne akcenty z wykończeniem dymionym i matowym, w tym stopnie boczne, końcówki kładu wydechowego, obudowy bocznych lusterek oraz detale zderzaków, osłona podwozia oraz elementy ochronne na pokrywie koła zapasowego. 22-calowe kute obręcze AMG mają matowoczarny kolor i lśniące wykończenie – to kombinacja zarezerwowana wyłącznie dla specjalnej edycji. Obręcze w rozmiarze 10 J x 22 zaopatrzono w opony 295/40 R 22.

Także kabina jest utrzymana w sportowo-luksusowym tonie – wykończono ją dwukolorową, czarno-szarą tapicerką nappa oraz elementami ozdobnymi z włókien węglowych. Kierowcę i pasażerów specjalnej edycji G 63 wita napis „STRONGER THAN TIME”, który znalazł się również na uchwycie przed pasażerem z przodu.

Opcjonalnie specjalny wariant jest dostępny z pakietem AMG Trail, zapewniającym jeszcze większą sprawność w terenie. Pakiet ten obejmuje m.in. adaptacyjne zawieszenie AMG RIDE CONTROL, które z myślą o terenowej jeździe ma miększe nastawy, 20-calowe obręcze kół o wzorze z pięcioma podwójnymi ramionami i z terenowym ogumieniem, a także czarną osłonę podwozia, która chroni elementy układu napędowego, oraz chlapacze i gumowe dywaniki podłogowe.

Ręczne rzemiosło plus zaawansowana technika – produkcja w Grazu

Po dziś dzień każdy egzemplarz Klasy G włącznie z wariantami AMG jest montowany na jednej linii produkcyjnej, przez Magna Steyr w Grazu w Austrii. Stosując metody ręcznego wykonania, około 2000 pracowników wkłada serce w to, aby to precyzyjne narzędzie do jazdy po asfalcie i bezdrożach reprezentowało najwyższą jakość. Przykład – w trakcie produkcji siedzeń doświadczeni mistrzowie rymarscy zwracają uwagę na każdy szczegół wysokiej jakości odmian skóry. Ten wyjątkowy „proces tworzenia” wymaga czasu – zajmuje około 100 godzin, a więc trwa znacznie dłużej niż w przypadku innych modeli.

G manufaktur – Klasa G szyta na miarę Nowy program indywidualizacji G manufaktur oferuje nabywcom Klasy G jeszcze większy potencjał ekskluzywności. Przy łącznej liczbie około miliona opcji – dla aut seryjnych oraz G manufaktur – paleta modelu jest praktycznie nieograniczona. Teoretycznie pojazdy mogą być produkowane w Grazu przez kilka dziesięcioleci i żaden z nich nie będzie taki sam. W ten sposób klienci mają możliwość zaprojektowania swojej „osobistej” Klasy G, a procesy indywidualizacji mogą być integrowane z produkcją w taki sposób, aby nie musieli oni długo czekać na swój wóz nawet przy zamawianiu egzemplarza z gamy G manufaktur.

Tylko w przypadku siedzeń dostępne są 64 różne kombinacje tapicerek i typów foteli. Także różnorodność kolorów nie pozostawia nic do życzenia. Jeśli chodzi o kabinę, nabywcy mają swobodny wybór spośród szerokiej

palety kolorów skóry nappa na kierownicy, tablicy rozdzielczej i siedzeniach, a także spośród odcieni przeszyć i pasów bezpieczeństwa. W kwestii nadwozia oferta obejmuje 34 lakiery, a pierścień koła zapasowego jest teraz dostępny w kolorze pojazdu.

Centrum Doświadczalne Klasy G (G-Class Experience Centre) in Feldkirchen

W związku z okrągłymi urodzinami fani Klasy G otrzymają jeszcze jeden wyjątkowy prezent: w niedalekiej przyszłości na dawnym lotnisku Nittner w Feldkirchen, około 15 kilometrów na południe od Grazu, zostanie otwarte Centrum Doświadczalne Klasy G (G-Class Experience Centre). Ośrodek zaoferuje klientom z całego świata możliwość przetestowania rozległych możliwości Klasy G i okazję, by mogli oni dalej rozwijać swoje umiejętności jazdy nawet w ekstremalnym terenie oraz samemu doświadczyć

tego, co kryje się za znakiem jakości „Schockl proved”. Niedaleko Grazu, na górze Schockl, znajduje się bowiem legendarny tor testowy, na którym Klasa G musi udowodnić swoją wartość – pokonując 5,6-kilometrową trasę, z najazdami i zjazdami dochodzącymi 60% i nawet 40-proc. kątami przechyłu

Równie trudne warunki będą panować na terenie nowego Centrum Doświadczalnego Klasy G o powierzchni 100 000 m2. Oprócz recepcji i sekcji prezentowania aut będą tam cztery moduły testowe: naturalny i sztucznie utworzony odcinek terenowy, sekcja G-Rock z różnymi rampami o nachyleniu do 100% oraz odcinek asfaltowy wyznaczony na dawnych drogach kołowania samolotów, gdzie kierowcy będą mogli przetestować samochód na granicy dynamiki jazdy, przeprowadzając takie manewry jak ekstremalne hamowanie czy slalom. W trakcie organizacji terenu przywiązywano dużą uwagę do kwestii środowiska: trasy w naturalnym terenie zostały wytyczone we współpracy z ekspertami, tak aby drzewa i biotopy warte ochrony pozostały nienaruszone.

Kamienie milowe w historii klasy G

1979: przedstawicielom mediów zaprezentowano pierwsze modele G. Rozpoczęcie produkcji wersji 240 GD, 300 GD, 230 G i 280 GE.

1980: podczas wizyty w Niemczech w listopadzie 1980 r. papież Jan Paweł II jest po raz pierwszy wieziony „Papamobile” zbudowanym na bazie 230 G.

1981: opcjonalne wyposażenie dostępne dla kabrioletu obejmuje teraz klimatyzację, ławkę do siedzenia i hardtop. Do wyboru są 22 kolory.

1983: Jacky Ickx i Claude Brasseur w 280 GE zajmują pierwsze miejsce na mecie Rajdu Paryż-Dakar.

1985: znacząca modernizacja Klasy G. Standardowe wyposażenie obejmuje teraz blokady mechanizmu różnicowego, centralny zamek i obrotomierz.

1987: kolejny lifting (elektryczne podnośniki szyb, automatyczna antena i większy zbiornik).

1989: wprowadzenie serii 463 z wysokiej klasy wyposażeniem, dostępnej w czterech wersjach silnikowych: 250 GD, 300 GD, 230 GE i 300 GE. Do wyboru są trzy wersje nadwoziowe: kabriolet oraz kombi z krótkim i długim rozstawem osi.

1993: pojawia się pierwszy wariant z silnikiem V8 – limitowana edycja 500 GE. 5-litrowa jednostka z lekkich stopów osiąga moc 177 kW/240 KM. Od września modele G są oficjalnie oferowane jako Klasa G. Nowe oznaczenia modelu to G 230, G 300, G 350 TURBODIESEL itp.

1994: drugi lifting w serii 463 (wewnętrznie wentylowane przednie hamulce tarczowe i poduszka powietrzna kierowcy).

1996: wprowadzenie na rynek G 300 TURBODIESEL z 6-cylindrowym silnikiem wysokoprężnym o mocy 130 kW/177 KM.

1997: kabriolet Klasy G debiutuje w nowym wydaniu, z elektrohydraulicznie sterowanym miękkim dachem.

1998: standardowa gama modelowa wzbogaca się o wariant G 500 z silnikiem V8 (218 kW/296 KM).

1999: Klasa G po raz pierwszy oficjalnie oferowana w wersji AMG – G 55 AMG.

2001: w ramach liftingu Klasa G otrzymuje znacząco udoskonalony kokpit i bogatsze wyposażenie standardowe, w tym nowe systemy kontroli dynamiki jazdy (ESP®, asystent hamowania BAS i nowy elektroniczny system kontroli trakcji ETS).

2002: G 63 AMG – pierwsza Klasa G z 12-cylindrowym silnikiem.

2004: światowa premiera nowego G 55 AMG z mechanicznie doładowanym silnikiem V8. Najmocniejsza jak dotąd Klasa G osiąga moc 350 kW (476 KM).

2006: standardowa specyfikacja wzbogaca się o biksenonowe reflektory z doświetlaniem zakrętów. Wysokoprężne wersje G 270 CDI oraz G 400 CDI zastąpione przez wariant G 320 CDI.

2007: kolejne udoskonalenia: Klasa G otrzymuje nowy zestaw wskaźników z czterema analogowymi „zegarami”.

2008: wprowadzenie nowego 5,5-litrowego silnika V8 o mocy 285 kW (388 KM). Zmodyfikowana osłona chłodnicy z trzema żaluzjami.

2012: całkowicie przeprojektowana deska rozdzielcza i konsola środkowa, z nowoczesnym systemem informacyjno-rozrywkowym COMAND Online montowanym w standardzie. Prezentacja G 65 AMG z 6-litrowym silnikiem V12 z osłoną z włókna węglowego i aluminium. Z momentem obrotowym 1000 Nm, G 65 AMG to najmocniejszy na świecie seryjny pojazd terenowy; jego prędkość maksymalna musi być elektronicznie ograniczona do 230 km/h. Na rynek trafia też G 63 AMG, 5,5-litrowym silnikiem V8 biturbo.

2013: trzyosiowy G 63 AMG 6×6 o doskonałych własnościach terenowych.

2015: program indywidualizacji designo po raz pierwszy oferuje ekskluzywne, niepowtarzalne kompozycje kolorystyki i materiałów – zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz. Ponadto do produkcji seryjnej wchodzi nowy wariant G 500 4×42 z osiami portalowymi.

2017: doskonały silnik V12, osie portalowe, elektrycznie sterowany materiałowy dach i wyjątkowa specyfikacja wyposażenia tylnego przedziału siedzeń sprawiają, że Mercedes-Maybach G 650 Landaulet, zbudowany w limitowanej serii 99 sztuk, spełnia oczekiwania klientów, którzy wymagają najwyższych standardów.

2018: podczas targów motoryzacyjnych w Detroit swoją premierę świętuje nowa Klasa G. Niepowtarzalny design i całkowicie odnowione wnętrze ponownie wyznaczają standardy, podobnie jak nowoczesne systemy wsparcia oraz nowe zawieszenie, programy jazdy DYNAMIC SELECT, tryb „G-Mode” i trzy 100-procentowe blokady mechanizmu różnicowego.

2019: Klasa G obchodzi 40. urodziny, a wariant AMG – 20-lecie. Mercedes świętuje jubileusz swojej off-roadowej ikony z trzema specjalnymi edycjami. Nowy program indywidualizacji G manufaktur sprawia, że nabywcy mogą zbudować swoją „osobistą” Klasę G. Około 15 kilometrów na południe od Grazu otwiera się Centrum Doświadczalne Klasy G: na terenie ponad 100 000 m2 klienci i fani mogą jeździć Klasą G w ekstremalnych warunkach.

Grupa Assay: Stawiamy na start-upy

Zdaniem ekspertów 3 tysiące startupów, to magiczna liczba nasycenia rynku. Startupy mierzą się z codziennymi bolączkami firm – finansowaniem, rozliczaniem, pozyskiwaniem inwestorów Co czwarty start-up powstaje w Warszawie, a co piąty zakładany jest przez naukowców. „Naszą misją jest wspieranie rozwoju start-upów, w nich widzimy największy potencjał. Jest mnóstwo ciekawych racjonalizatorskich i innowacyjnych projektów w które warto inwestować” – mówi Łukasz Blichewicz z grupy ASSAY.

grupa Assay
Grupa Assay

We współczesnym świecie, kiedy wydawałoby się, że już wszystko wymyślono, nadal trafiają się ciekawe rozwiązania. Ponadto wielu obserwatorów rynku podkreśla, że ludzie ze start-upów są bardzo zaangażowani, mają wiele pomysłów, chcą je nie tylko natychmiast  realizować, ale nastawieni są na szybkie efekty. Potrzebują jednak pomocy w działaniach dotyczących prawnego i finansowego funkcjonowania firmy. I tu mogą liczyć na wsparcie:  „Pomagamy dostarczając naszą wiedzę i sprawdzone schematy organizacyjne. Nasi ludzie są nastawieni na zapewnienie klientom długotrwałego zysku. Szczególne znaczenie ma to w naszych najmłodszych spółkach portfelowych, gdzie przyjmując na strukturę holdingową przeróżne potrzeby takie jak prawnicy, graficy, webmasterzy, księgowi i wiele innych, po prostu oszczędzamy środki, które możemy przeznaczyć na urynkowienie pomysłu.” mówi Łukasz Blichewicz.

Firma ma spore doświadczenie w tym sektorze. Stara się, by w jej portfelu były realizowane różne pomysły, dość szeroko dywersyfikuje swój portfel. Assay wprowadził innowacyjny i niespotykany dotąd na polskim rynku charakter dokonywania przez siebie  akwizycji spółek, a także kładzie ogromny nacisk na ich aktywne współprowadzenie  Tajemnica tkwi w elastycznym podejściu do start-upów, otwartości na ich potrzeb i gotowość do upraszczania procedur. Cenne jest to, że firma umożliwia klientom skupienie się na realizacji ich pomysłu biznesowego.

Aby dodatkowo uwiarygodnić działalność i podkreślić poczucie odpowiedzialności za podejmowane decyzje Grupa Assay decyzją Komisji Nadzoru Finansowego uzyskała wpis do rejestru Zarządzających Alternatywnymi Spółkami Inwestycyjnymi. Jak spółka podała w komunikacie: ”Sam profil działalności i nasz sposób funkcjonowania i operowania na rynku nie ulegnie znaczącej zmianie, bo ten, który obecnie prowadzimy po prostu działa”.

Wzrost aktywności na europejskim rynku IPO w drugim kwartale 2019 r. Brak znaczącej poprawy na GPW

Wartość pierwotnych ofert publicznych (Initial Public Offering, IPO) przeprowadzonych na europejskich giełdach w drugim kwartale 2019 r. wyniosła 11,4 mld euro – to wzrost o 24% w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku (9,2 mld euro) oraz znacząca poprawa w stosunku do bardzo słabego poprzedniego kwartału (0,7 mld euro). Wzrost wartości IPO to przede wszystkim efekt pięciu mega ofert (IPO o wielkości przekraczającej 1 mld euro), które miały miejsce na największych rynkach w Europe. Z kolei na rynku głównym GPW odnotowano pierwszy debiut od lipca ubiegłego roku – wynika z najnowszego raportu „IPO Watch Europe” przygotowanego przez PwC.

Podsumowanie II kwartału 2019 r. na GPW w Warszawie

W drugim kwartale 2019 roku na giełdzie w Warszawie odnotowano 6 IPO wobec 10, które miały miejsce w analogicznym okresie ubiegłego roku. Przy czym jedynym debiutem na rynku głównym była oferta przeprowadzona przez BoomBit S.A. – producenta i wydawcę gier na mobilne systemy operacyjne. W ramach IPO spółka pozyskała 35,2 mln zł i przerwała serię dwóch kwartałów z rzędu bez debiutu na głównym parkiecie warszawskiej giełdy.

Z kolei alternatywny rynek NewConnect w minionym kwartale odnotował 5 debiutów, spośród których największą wartość osiągnęła oferta twórcy gier Moonlit S.A. Przeprowadzona przez spółkę oferta osiągnęła wartość 2 mln zł i potwierdziła dominację spółek z tej branży na rynku ofert pierwotnych. Drugim pod względem wartości IPO był debiut Massmedica S.A. (sprzedawca wyrobów medycznych), w ramach którego spółka pozyskała 1,1 mln zł. Pozostałymi debiutującymi spółkami w drugim kwartale 2019 r. były CDA S.A. (oferta o wartości 0,9 mln zł), Art. Games Studio S.A. (0,8 mln zł) oraz CM International S.A. (0,1 mln zł).

Kryzys na krajowym rynku IPO trwa, a warszawski parkiet zmierza w stronę kolejnych smutnych rekordów. W ciągu dwóch lat nie odnotowaliśmy na GPW debiutu o wartości ponad 100 mln zł – ostatnie duże oferty to IPO Play Communications oraz GetBack w lipcu 2017 r. Wielu potencjalnych emitentów cały czas rozważa debiut na warszawskim rynku, część aktywnie pracuje nad przygotowaniami do IPO, nie przekłada się to jednak na liczbę składanych do KNF prospektów emisyjnych. Wydaje się, że rynek ‘zastygł’ w oczekiwaniu na pierwsze efekty wdrożenia PPK i upatruje w tym impulsu, który przywróci aktywność w zakresie IPO do poziomu sprzed kilku lat.  – Bartosz Margol, dyrektor w zespole ds. rynków kapitałowych PwC

Podsumowanie europejskiego rynku ofert pierwotnych w II kwartale 2019 r.

Zgodnie z danymi uzyskanymi przez PwC, w drugim kwartale 2019 roku łączna wartość IPO w Europie wyniosła 11,4 mld euro i wzrosła w porównaniu do analogicznego okresu poprzedniego roku o 2,2 mld euro. Odnotowano 41 debiutów (wobec 69 w II kwartale 2018 r.), przy czym wartość aż pięciu z nich przekroczyła próg 1 mld euro (tzw. mega oferty). Najbardziej aktywnym rynkiem w Europie pozostała giełda w Londynie (z wartością przeprowadzonych ofert na poziomie 4,5 mld euro), za którą uplasowała się włoska Borsa Italiana (2,1 mld euro) oraz szwajcarska SIX Swiss Exchange (2 mld euro).

W minionym kwartale największą wartość osiągnęła oferta przeprowadzona przez Nexi SpA na włoskim parkiecie. Reprezentująca sektor finansowy spółka w ramach debiutu na Borsa Italiana pozyskała 2,1 mld euro. Drugim pod względem wielkości IPO była oferta innego przedstawiciela sektora finansowego – Network International Holdings plc (spółka zadebiutowała na londyńskiej giełdzie i pozyskała ponad 1,4 mld euro). Pozostałymi mega ofertami były debiuty Stadler Rail AG (1,4 mld euro, giełda w Szwajcarii) oraz Traton SE (1,4 mld euro – Deutsche Boerse), a także Trainline plc (1,2 mld euro – Londyn).

Na europejskim rynku IPO widoczne są symptomy ożywienia po bardzo cichym pierwszym kwartale. Wiele spośród przeprowadzonych IPO dotyczyło spółek z zaangażowaniem funduszy private equity, co spotkało się z dużym zainteresowaniem inwestorów – przykładami mogą tutaj być oferty Network International, Watches of Switzerland, czy też Trainline. Warto przypomnieć, że 21 lipca 2019 r. w całej Unii Europejskiej wchodzą w życie nowe regulacje dotyczące prospektów emisyjnych. Zmienione przepisy nie wprowadzają rewolucyjnych zmian w kontekście przygotowania dokumentów ofertowych, niemniej jednak w pierwszym okresie obowiązywania zastosowanie i interpretacja nowych zasad może być dodatkowym wyzwaniem dla emitentów, ich doradców oraz regulatorów. -Tomasz Konieczny, partner w PwC, lider zespołu ds. rynków kapitałowych

Aktywność na europejskim rynku IPO (kwartalnie) od 2015*

Aktywność na europejskim rynku IPO (kwartalnie) od 2015
* Dane obejmują wyłącznie IPO o wartości powyżej 5 mln USD.

O raporcie IPO Watch Europe

Bieżąca i poprzednie edycje IPO Watch Europe są dostępne pod adresem: www.pwc.pl/ipowatch. Dostępne są również podsumowania roczne za lata 2004-2018.

Raport IPO Watch Europe obejmuje wszystkie debiuty na głównych giełdach w Europie (włączając w to giełdy w Unii Europejskiej, Islandii, Norwegii, Turcji, Serbii i Szwajcarii) i jest publikowany kwartalnie. Debiuty podmiotów, które przeprowadzały wcześniej pierwszą ofertę publiczną oraz przeniesienie pomiędzy rynkami w ramach jednej giełdy, nie zostały uwzględnione w statystykach. Raport dotyczy okresu od 1 kwietnia do 30 czerwca 2019 roku i został sporządzony w oparciu o daty debiutów akcji lub praw do akcji.

Począwszy od raportu za II kwartał 2019 roku IPO Watch Europe obejmuje wyłącznie oferty o wartości powyżej 5 mln USD. Dla zapewnienia porównywalności, dane za poprzednie okresy prezentowane w raporcie IPO Watch Europe zostały odpowiednio przekształcone. Komentarz do rynku polskiego omawia wszystkie debiuty na rynku w Warszawie, niezależnie od ich wartości.

Deutsche Bank tnie koszty i próbuje wyjść na prostą. Prognoza inflacji w Polsce

Największy niemiecki bank zapowiedział długo wyczekiwany program naprawczy. Brak fuzji z Commerzbankiem spowodował, że będzie się mierzył z tym wyzwaniem samodzielnie. Konsolidacja i tak prawdopodobnie nie wpłynęłaby na potrzebę przeprowadzenia zwolnień grupowych. Dodatkowym czynnikiem ryzyka dla europejskiej waluty są greckie wybory parlamentarne.

Prognoza inflacji w górę

NBP podniósł prognozę inflacji na 2019 rok do 2%. Warto podkreślić, że to ponad 0,5% mniej niż aktualna wartość tego wskaźnika. Wzrost gospodarczy ma wynieść 4,5% i w kolejnych latach spowalniać do odpowiednio 4,0% i 3,5%. Zwrócono również uwagę na przejściowy wzrost inflacji spowodowany zwyżką cen jedzenia, a w szczególności mięsa. Oznacza to, że spekulacje o braku możliwości obniżki stóp z powodu rosnących cen nie są zasadne. Zasadniczo jest to sygnał, który w dalszej perspektywie może osłabiać złotego.

Deutsche Bank próbuje wyjść na prostą

W ramach restrukturyzacji bank zamierza do końca 2022 r. zwolnić niemal 20 000 osób. W takim wypadku zatrudnienie spadnie o 20%. Powodem decyzji jest m.in. fiasko fuzji z Commerzbankiem. Niemniej problemy DB sięgają znacznie głębiej. Podczas kryzysu z 2008 roku na jaw wyszło zaangażowanie banku na wielu ryzykownych polach. Zresztą wciąż płaci on za tamte działania. Warto jednak pamiętać, że rok 2018 zakończył się zyskiem po kilku latach notowania strat. W ostatnim czasie inwestorzy giełdowi zaczęli przychylniej patrzeć na największą niemiecką instytucję finansową, lecz trzeba mieć świadomość, że dopiero miesiąc temu wycena akcji osiągnęła historyczne minimum. 20% wzrost, który odnotowaliśmy od tego momentu, może być zatem w sporej części uznany za korektę tych spadków.

Grecki wybór

W niedzielę odbyły się przedterminowe wybory na południowej flance UE. Zwyciężyła liberalno-konserwatywna Nowa Demokracja. Jej lider deklaruje, że będzie ciężko pracował, aby poprawić sytuację gospodarczą Hellenów. Analizując zapowiedź obniżki podatków, możemy wysnuć wniosek, że walka z nadmiernym zadłużeniem nie będzie priorytetem nowej władzy. Grecja to dosyć specyficzny przypadek. Jej potencjał gospodarczy w żadnym wypadku nie uzasadnia wpływu, jaki realnie wywiera na wspólną walutę. Problem w tym, że pomimo wysiłków mających na celu obniżenie zadłużenia, w ostatnim roku znowu zwiększył się jego udział względem PKB, pierwszy raz w historii przekraczając 180%. Warto przypomnieć, że obecne zapowiedzi EBC o luzowaniu polityki pozwalają trochę bardziej spokojnie patrzeć na ten pułap zadłużenia, ale w żadnym wypadku nie można go nazwać bezpiecznym.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Obowiązkowy split payment coraz bliżej. Będą kary za unikanie obowiązku podzielonej płatności

Ministerstwo Finansów planuje wprowadzenie od 1 września obowiązkowego schematu płatności podzielonych dla niektórych branż. Przedsiębiorcy mają niewiele czasu, aby zweryfikować co wprowadzenie tego obowiązku dla nich oznacza i jakie są sankcje.

Dla niektórych branż może być to rozwiązanie korzystne, ale część przedsiębiorców musi się liczyć z tym, że kwota VAT będzie zamrożona na ich rachunku bankowym i nie będą mieli do niej dostępu.

Przedsiębiorcy, którzy mają problemy ze stosowaniem obecnie odwrotnego obciążenia mogą mieć powody do zadowolenia, że zostanie ono zastąpione przez split payment.

– Odwrotne obciążenie było problematyczne, zwłaszcza dla branży budowlanej, co wiązało się z trudnościami w zdefiniowaniu czym jest usługa – mówi w rozmowie z MarketNews24 Wojciech Kotowski, doradca podatkowy, Kancelaria Ożóg Tomczykowski.

Przedsiębiorcy muszą się również liczyć z sankcjami, które przewiduje ustawodawca. Sankcje dotyczą niedopełnienia m.in. obowiązku wskazania mechanizmu płatności podzielonej na fakturze oraz zapłaty przy zastosowaniu tego mechanizmu.

Wysokość sankcji może być równa wielkości podatku VAT na fakturze. – Trwają prace legislacyjne, ta kwota sankcji ma być obniżona do 30 proc., tym bardziej warto obserwować w jakim ostatecznym kształcie propozycje wejdą w życie – komentuje mec. W.Kotowski.

Split payment będzie obowiązywał jedynie w transakcjach między przedsiębiorcami i przy zapłacie kwot większych niż 15 tys. zł brutto.

Dzięki CPK szybciej koleją z Poznania i Kalisza do Warszawy

Budowa linii dużych prędkości z Poznania i Kalisza do CPK i Warszawy pozwoli na znaczące skrócenie czasów podróży, np. ze stolicy kraju do stolicy Wielkopolski poniżej 2 godz. Dotychczas w Polsce nie budowano jeszcze linii o prędkości eksploatacyjnej 250 km/h i więcej. Regionalne konsultacje jej przebiegu ruszyły dziś w Poznaniu.

W dzisiejszym spotkaniu z przedstawicielami spółki CPK uczestniczyli m.in. wojewoda wielkopolski Zbigniew Hoffmann, marszałek województwa wielkopolskiego Marek Woźniak i wiceprezydent Poznania Mariusz Wiśniewski. W jego trakcie rządowy inwestor przedstawił poziom zaawansowania prac przygotowawczych do budowy linii kolejowych na terenie Wielkopolski, omawiając pierwszą koncepcję w ramach rozpoczętego procesu tzw. trasowania.

Jak podkreśla pełnomocnik rządu ds. CPK Mikołaj Wild, było to pierwsze z planowanych spotkań w ramach kolejowych uzgodnień inwestycyjnych CPK z reprezentantami organów administracji rządowej, samorządów województw i władz miast.

Koncepcja CPK robi niezwykłe wrażenie i z całą pewnością można stwierdzić, że ma charakter skoku cywilizacyjnego. Z perspektywy Wielkopolski oznacza wiele zmian, przede wszystkim w obszarze infrastruktury kolejowej, a ta wymaga wielopoziomowej współpracy na różnych szczeblach administracji. Dlatego takie spotkania jak dziś są konieczne i cieszę się, że udało nam się, mimo różnic politycznych, merytorycznie podejść do tematu – mówi wojewoda wielkopolski Zbigniew Hoffmann.

– Zamierzamy konsultować przebieg planowanych linii kolejowych, omawiać potrzeby transportowe mieszkańców i lokalne uwarunkowania środowiskowe. Regionalne konsultacje strategiczne, w które włączamy przedstawicieli samorządów, będą kontynuowane, a ich celem jest ustalenie optymalnego przebiegu linii – mówi Piotr Malepszak, pełniący obowiązki prezesa CPK.

W ramach regionalnych konsultacji strategicznych spółka CPK planuje spotkania w kolejnych województwach. Po ich zakończeniu przeprowadzi analizę lokalizacyjną, w ramach której zostanie przedstawiony przebieg linii kolejowych. Kolejnym etapem będą dodatkowe – zaproponowane przez CPK – lokalne konsultacje społeczne dotyczące konkretnych rozwiązań technicznych. Co ważne, głos lokalnych społeczności zostanie także uwzględniony w trakcie wydawania decyzji środowiskowej, czyli dokumentu przesądzającego o przebiegu linii.

W województwie wielkopolskim planowana jest, w ramach Programu CPK, budowa 196 km nowych linii. Według założeń inwestora, prawie 2/3 mieszkańców województwa będzie w stanie w czasie poniżej godziny dotrzeć do stacji pociągów dużych prędkości, co znacząco poprawi dostępność komunikacyjną Wielkopolski.

W Wielkopolsce w ramach Programu CPK powstanie, po pierwsze, linia kolejowa nr 85 Warszawa – CPK – Łódź – Kalisz – Poznań. To zadanie w ramach budowy Kolei Dużych Prędkości Warszawa – CPK – Łódź – Poznań / Wrocław, która od swojego kształtu jest nazywana „igrekiem”. Zakładana prędkość eksploatacyjna pociągów na tym odcinku to co najmniej 250 km/h. To fragment tzw. szprychy nr 9 w ramach Programu CPK. Po drugie, w Wielkopolsce będzie budowana linia kolejowa nr 400 Nakło nad Notecią – Złotów – Okonek, która jest elementem szprychy nr 1 prowadzącej z CPK przez Płock, Toruń i Bydgoszcz w kierunku Koszalina.

Zaprezentowana podczas spotkania wersja trasowania zakłada, że przy prędkości eksploatacyjnej 250 km/h możliwe będzie osiągnięcie czasu przejazdu z Poznania: do Łodzi 1 godz. 5 min. (dziś najkrótsza podróż na tej trasie zajmuje 3 godz. 20 min.), do CPK 1 godz. 40 min., a do Warszawy 1 godz. 55 min. – (obecnie najkrótszy czas to – 2 godz. 55 min.). Z Kalisza pasażerowie będą mogli dojechać do Łodzi w 35 min., do CPK w 1 godz. 10 min., a do Warszawy w 1 godz. 25 min.

Łącznie w ramach kolejowej części Programu CPK planowana jest budowa ponad 1600 km nowych linii prowadzących z 10 kierunków do CPK i Warszawy. W ramach tzw. etapu zero, który powinien być gotowy przed uzyskaniem przez Port Lotniczy Solidarność zdolności operacyjnej, wybudowane zostanie 140 km nowych linii na trasie Warszawa – CPK – Łódź. Zakończenie pozostałych inwestycji kolejowych wpisuje się w horyzont czasowy do 2040 r.

Każda z 10 kolejowych „szprych”, prowadzących do CPK, składać się będzie z nowych odcinków sieci oraz z wyremontowanych lub zmodernizowanych fragmentów istniejącej infrastruktury. Na potrzeby budowy tego kolejowego systemu doszło do podziału zadań inwestycyjnych między spółki CPK i PKP Polskie Linie Kolejowe. 29 kwietnia br. Rada Ministrów przyjęła rozporządzenie, na mocy którego każdy z nowych odcinków torów, którymi pociągi dojadą do CPK i Warszawy, został włączony do wykazu linii kolejowych o znaczeniu państwowym.

Łączna długość linii kolejowych w Polsce wynosi dziś ponad 19 tys. km. Od początku lat 90. zostało zlikwidowanych ponad 5 tys. km linii. Nowe inwestycje są potrzebne, ponieważ od lat 80., kiedy zakończono realizację Linii Hutniczej Szerokotorowej, a wcześniej Centralnej Magistrali Kolejowej, nie budowano w Polsce na dużą skalę szlaków kolejowych. Program CPK to pierwszy plan budowy nowej infrastruktury kolejowej od tego czasu.

Kawa mocno drożeje

Cena kawy bardzo wzrosła w ostatnich tygodniach na giełdach towarowych. Z powodu obaw o przymrozki w Brazylii, które mogą spowodować straty produkcyjne w przyszłym sezonie.

– Cena kawy przebiła poziom 110 centów za funta – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak, ekspert XTB. – Jest to jednak cena grubo poniżej kosztów produkcji, plantatorzy w Ameryce Południowej i Środkowej uciekają ze swych plantacji.

To w przyszłości może prowadzić do wzrostu cen kawy na światowych rynkach, ale amatorzy picia dobrej kawy nie mają powodów do zmartwień.

– Cena kawy jako surowca to jedynie 1 proc. w cenie filiżanki kawy – wyjaśnia M.Stajniak.

Dane z rynku pracy w USA wsparły kurs dolara względem euro i złotego

Luzowanie polityki pieniężnej na świecie zwiększy zainteresowanie inwestorów obligacjami na rynkach wschodzących. Dane z rynku pracy w USA wsparły dolara względem euro i złotego. Kurs EUR/USD spadł do 1,12 co pchnęło EUR/PLN w górę, w okolice 4,255.

Do piątku notowania złotego niewiele się zmieniały. Po tym jak spory ruch na kursie EUR/PLN widać było w ub. poniedziałek (po zakończeniu szczyt G20, kiedy na rynek dotarły informacje o wznowieniu rozmów USA-Chiny), kolejne dni cechowała względna konsolidacja. EUR/PLN stabilizował się w okolicach 4,24 i dopiero po piątkowych danych z rynku pracy w USA wg NFP wyrwał się z letargu przełamując opór na 4,25. Generalnie w ub. tygodniu widać było, że z dnia na dzień entuzjazm po G20 słabnie, gdyż w sumie rynki nie dostały nic ponad to, co zakładały. „Rozejm handlowy” nie rozstrzyga losów sporu, w ostatnich dniach strona chińska powtórzyła, że warunkiem kontynuacji dalszych negocjacji handlowych jest zniesienie przez USA naniesionych ceł na towary importowane z Chin. Obawy o globalny wzrost gospodarczy nadal są więc wysokie, co nie wspiera popyty na ryzykowane aktywa, w tym na złotego.

Choć publikacji danych makro w ostatnich dniach nie brakowało, nie były one w stanie wyrwać rynku ze stabilizacji. Większość z nich dobrze wpisywała się w gołębie retoryki EBC (sprzedaż detaliczna w EZ, zamówienia w przemyśle Niemiec) oraz Fed (wskaźniki ISM dla przemysłu i usług, ADP, zamówienia w przemyśle). To pokazuje, że nadal ryzyka przeważają po negatywnej stronie, a dane wskazują, że gospodarki odczuwają skutki globalnego spowolnienia oraz obawy o przyszłe relacje handlowe USA z Chinami, Meksykiem, Kanadą oraz strefą euro.

Rynki z niecierpliwością wyczekiwały piątkowej publikacji rządowych danych z rynku pracy, jednych z najważniejszych (obok inflacji PCE) dla decyzji FOMC. Po fatalnym maju, kiedy powstało tylko 75 tys. nowych miejsc pracy w sektorach poza rolnictwem (o 100 tys. mniej niż szacowano), teraz konsensu zakładał przyrost o 160 tys. Jak się okazało, czerwcowy NFP przyniósł niespodziankę wskazując na aż 224 tys. nowych etatów, do 72 tys. zrewidowano jednak dane za maj. Jednocześnie wzrosła stopa bezrobocia (do 3,7%) i spadła godzinowa stawka płac (do 0,2% m/m). Dane, choć mieszane, pomogły dolarowi, są bowiem na tyle solidne, że nie wspierają silnego cięcia stóp podczas lipcowego posiedzenia Fed. Bezpośrednią reakcją rynku na dane był spadek EUR/USD do 1,12 i wzrost EUR/PLN do 4,255.

W kraju w ub. tygodniu decyzyjne posiedzenie odbyła RPP. Brak istotnych przesłanek do szybkiej zmiany kierunku polityki NBP sprawia, że już od dłuższego czasu złoty w niewielkim stopniu reaguje na komentarze członków Rady, głównie pozostając pod wpływem zmian nastrojów na rynku globalnym. Tak było też i w ubiegłym tygodniu, kiedy prezes Glapiński powtórzył, że stopy NBP pozostaną najprawdopodobniej stabilne do końca 2021 r.

W tym tygodniu, brak lokalnych danych wspierać powinien stabilne notowania EUR/PLN w okolicach 4,25. Rynek zwracać będzie uwagę na wydźwięk minutes Fed i odczyt CPI z USA. Fed szykuje się do obniżenia stóp w tym roku, stąd rynki będą obserwować, jak silnie członkowie FOMC są zdecydowani działać w krótkim okresie. Ostatnie komentarze przedstawicieli Fed sugerują, że większość z nich będzie głosować za jedną lub maksymalnie dwoma obniżkami stóp w tym roku, w zależności od dalszego zachowania się ścieżki inflacji. Z tej perspektywy ważny będzie odczyt CPI w USA. Przewidujemy, że inflacja spadnie jeszcze bardziej, co może podsycić oczekiwania na obniżki stóp Fed już w lipcu.

Wykres dnia: „Rozejm handlowy” na linii USA-Chiny choć nadal nie rozstrzyga dalszych losów sporu, ale powinien sprzyjać stabilizowaniu się kursu USD/CNY (choć na podwyższonych poziomach), przynajmniej do czasu jego zakończenia, co z kolei w perspektywie III kwartału może sprzyjać przynajmniej odgraniczaniu wzrostu kursu EUR/PLN.

wykres
Źródło: Thomson Reuters

Autor / Źródło: Joanna Bachert / PKO Bank Polski

Rekordowe dywidendy spółek z branży deweloperskiej

Jak co roku z początkiem lata na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych dobiega końca sezon dywidendowy. Po raz kolejny na rekordowo hojny gest zarządów największych spółek branży deweloperskiej mogą liczyć ich akcjonariusze.

Co roku spore grono zarządów spółek giełdowych podejmuje decyzje, zatwierdzane następnie przez Walne Zgromadzenia Akcjonariuszy, o podziale wypracowanego w poprzednim roku zysku netto przedsiębiorstwa na część wypłacaną akcjonariuszom oraz zatrzymaną w firmie z zamiarem przeznaczenia jej na cele inwestycyjno-rozwojowe. Wg ekspertów portalu RynekPierwotny.pl do 2018 roku powoli rosła liczba deweloperów mieszkaniowych, którzy decydowali się na wypłatę dywidendy, osiągając przed rokiem poziom jedenastu firm. W roku bieżącym na ten krok zdecydowały się jednak zarządy tylko ośmiu na 20 notowanych na GPW branżowych tuzów, co jednak nie przeszkodziło zdecydowanie pobić zeszłoroczny rekord dywidendowych wypłat deweloperów.

Dynamiczny wzrost rok do roku notuje nie tylko suma wypłacanych dywidend spółek deweloperskich, ale także jej średnia stopa. Pytanie, czy tego typu tendencja jest do utrzymania w roku przyszłym i latach następnych.Tab. 1 – Dywidenda spółek z branży deweloperskiej

Miniony rok na pierwotnym rynku mieszkaniowym był pierwszym rokiem spadku wolumenów sprzedaży nowych mieszkań po kilkuletnim okresie historycznej prosperity. Jednak ilość przekazań lokali deweloperskich, a co za tym idzie skala finansowych profitów spółek deweloperskich okazały się po raz kolejny rekordowe.

Co ciekawe, tym razem liczba spółek deweloperskich o profilu stricte mieszkaniowym, których zarządy podjęły decyzję o wypłacie dywidendy, a WZA je zatwierdziły, zmniejszyła się o trzy – dodajmy jak najbardziej zyskowne spółki – w stosunku do roku ubiegłego. Może to świadczyć o pierwszych obawach w postrzeganiu perspektyw rynkowych przez mniejszych deweloperów, którzy wolą akumulować wypracowane kapitały na ewentualne trudniejsze czasy. Za to suma wypłat deweloperskich dywidend wzrosła z 621 mln zł w roku ubiegłym do – bagatela – 725 mln zł w bieżącym, czyli o prawie 17 proc. Żadna inna branża notowana na warszawskiej GPW nie może pochwalić się takim progresem osiąganych zysków i wypłacanych akcjonariuszom profitów. Tu z kolei widać wyraźnie brak jakiegokolwiek respektu głównych rynkowych tuzów przed możliwym spowolnieniem koniunktury.

Jak tłumaczą eksperci portalu RynekPierwotny.pl za tym wzrostem zwyżkowała także średnia stopa dywidendy wypłacanej przez mieszkaniowych deweloperów giełdowych z 5,9 proc. rok temu do „astronomicznych” 8,8 proc. obecnie.

Ponownie wzorem spółki dywidendowej pozostaje Dom Development, który już siódmy rok z rzędu wypłaca swoim akcjonariuszom praktycznie cały wypracowany zysk netto. Tym razem będzie to zawrotna suma 227 mln zł, czyli 37 mln zł więcej niż przed rokiem, i ponad 100 mln zł więcej niż w 2017 roku. Pod tym względem Dom Development należy do ścisłej stawki liderów nie tylko w szeregach branży deweloperskiej, ale w ramach wszystkich spółek notowanych na GPW.

Natomiast w przypadku aż pięciu spółek (Atal, Dom Development, LC Corp, Lokum Deweloper, Robyg) stopa dywidendy przekracza obecnie poziom 9 – 10 proc. Jest to wartość parametru osiągalna na dziś dzień na warszawskiej giełdzie w sumie przez zaledwie kilkanaście spółek. Deweloperzy mieszkaniowi stanowią tu więc absolutną czołówkę.

Mimo tak optymistycznej sytuacji generowania zysków przez deweloperów mieszkaniowych, niestety kursy ich akcji mierzone indeksem WIG-Nieruchomości pozostały rok do roku na niewiele zmienionym poziomie, zwyżkując średnio o 7 proc. Co gorsza, już od dwóch lat, pod wieloma względami absolutnie najlepszym okresie na pierwotnym rynku mieszkaniowym, branżowy indeks giełdowy deweloperów znajduje się w regularnym trendzie bocznym. Trudno powiedzieć, czy jest to efekt słabości rodzimego rynku kapitałowego, czy też może długookresowej dystrybucji akcji przed oczekiwanym ewentualnym pogorszeniem koniunktury gospodarczej w Polsce. Materializacja tej drugiej ewentualności zmusiłaby zapewne nawet największe spółki deweloperskie budujące mieszkania do akumulowania kapitałów z myślą o zabezpieczeniu przyszłej działalności. Zapewne mocno ograniczyłoby to skalę wypłacanych dywidend,  a co za tym idzie atrakcyjność inwestycyjną akcji deweloperów mieszkaniowych.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Za rok rynek inwestorów mieszkaniowych będzie już zupełnie inny

Od półtora roku spada liczba nowych pozwoleń na budowę mieszkań uzyskiwanych przez deweloperów. Problemem jest ograniczona ilość gruntów pod zabudowę.

Liczba wydanych pozwoleń na budowę wyniosła w I kw 2019 r. 34 869, czyli mniej o 17,73% w odniesieniu do poprzedniego kwartału.

Możliwe, że deweloperzy będą ograniczać podaż przeciwdziałając spadkowi cen, ale też brakuje nowych terenów pod budowę. Wprowadzone ustawowo przed trzema laty bardzo restrykcyjne ograniczenia w handlu gruntami rolnymi spowodowały, że o wolne tereny pod budownictwo jest trudniej, ceny działek rosną bardzo szybko, choć rolnicy finansowo na tym nie skorzystali.

– Konsekwencją mniejszej liczby wydanych pozwoleń na budowę będzie spadek liczby oddawanych nowych mieszkań, ale to jest perspektywa 3-5 kwartałów ponieważ takie opóźnienie pomiędzy decyzją o wydanym pozwoleniu budowlanym a oddaniem mieszkania do użytkowania – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Jacek Furga, prezes AMRON.

Wzrosło ryzyko gospodarcze u ważnych partnerów Polski

Ryzyko gospodarcze wzrosło wśród istotnych partnerów gospodarczych Polski, takich jak Niemcy, Czechy i Słowacja.

Niemcy, które miały najniższy poziom ryzyka, spadły z kategorii A1 do A2 i jest to pierwsza obniżka od 2014 r. Zwiększające się ryzyko w niemieckim przemyśle jest zaraźliwe dla gospodarek mocną z nią związanych, co szczególnie widać na przykładzie branży motoryzacyjnej.

– Natomiast Polska pozostała na poziomie A3, bo stabilny jest popyt krajowy, a uzależnienie od eksportu jest mniejsze, zwłaszcza w przypadku branży motoryzacyjnej, pod tym względem uzależnienie Czech i Słowacji jest większe – mówi w rozmowie z MarketNews24 Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Polsce.

Coface wycenia ryzyko gospodarcze w 160 krajach. Ciekawostką jest, że tylko dla dwóch państw w lipcu 2019 r. Coface podwyższa rating, to Kirgistan i Uzbekistan, tam ryzyko zmalało, ale jest to marginalnie istotne dla polskich firm, bo współpraca z tymi krajami odbywa się na niewielką skalę.

Sytuacja gospodarcza jest coraz trudniejsza. Cykl koniunkturalny jest nieubłagany

Sytuacja gospodarcza jest coraz trudniejsza. W najbliższych tygodniach przekonamy się na jaką skalę banki centralne będą chciały ratować sytuację.

– Za nami I półrocze, a tempo wzrostu PKB, choć nie znamy jeszcze pełnych danych, było niewiele mniejsze od 5 proc., natomiast światowa gospodarka nie radzi sobie aż tak dobrze – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Na początku roku inwestorzy mieli jeszcze nadzieję, że słabsze dane za luty czy marzec będą przejściowe, ale tak nie jest.

Dawno nie mieliśmy tak złego miesiąca jak czerwiec, większość wskaźników aktywności biznesowej na świecie okazała się wielkim rozczarowaniem.

– Są to dane najgorsze co najmniej od kilku lat i pozostaje pytanie czy banki centralne będą w stanie uratować ten cykl koniunkturalny, który znajduje się w ostatniej fazie przed rozpoczęciem recesji – komentuje P.Kwiecień.

Banki centralne są skłonne obniżać stopy procentowe. Przed nami lipcowa decyzja Fed. Jak dotąd nie jest to jednak taka skala stymulacji finansowej, jak to było w latach 2012 i 2016, gdy banki mocno podkręcały światową gospodarkę. Dla przypomnienia, takie działania w 2007 r. nie zapobiegły recesji.

Podatek u źródła – gross-up podatkowy w umowach transakcyjnych

Klauzule gross-up dotyczą transakcji sprzedaży udziałów i akcji. Regulują, która ze stron ponosi ekonomiczny ciężar płatności podatku.

– Klauzule te są często po macoszemu traktowane w umowach transakcyjnych, ponieważ przewidują tylko i wyłącznie opodatkowanie podatkiem u źródła, czyli która ze stron powinna ten podatek pokryć. Niemniej w praktyce rynkowej, w szczególności w Europie Zachodniej i na rynku transakcyjnym na świecie klauzule te idą dalej: przewidują także to, co się dzieje jeśli dana płatność po jej otrzymaniu przez nabywcę podlega na przykład opodatkowaniu podatkiem dochodowym w kraju rezydencji tego nabywcy – mówi w rozmowie z MarketNews24 Bartłomiej Biały, Lider Praktyki Podatków Transakcyjnych, Kancelaria Ożóg Tomczykowski.

Często klauzule te nie regulują takiej sytuacji choć jednocześnie są na tyle szeroko zdefiniowane w umowie, że powstaje wątpliwość co do tego czy taki płatnik, który dokonuje przelewu na rzecz nabywcy (drugiej strony umowy) powinien także ten przelew zwiększyć o kwotę podatku CIT.

Przykładowo, jeżeli w związku z naruszeniem postanowień umowy sprzedawca jest zobowiązany do pokrycia szkody, którą – w związku z zapłatą zobowiązania podatkowego – musiał ponieść nabywca, to wówczas w interesie sprzedawcy może być takie zabezpieczenie swojego interesu w umowie sprzedaży, aby jego płatność pomniejszona została o tzw. korzyść podatkową, którą w związku z naruszeniem umowy i z obowiązkiem uregulowania podatku osiągnął nabywca.

Jeżeli okaże się, że nabywca bądź spółka, która była przedmiotem sprzedaży, jest zobowiązana do zapłaty jakiegokolwiek zobowiązania wobec podmiotu trzeciego, które to zobowiązanie jest też kosztem podatkowym dla tej spółki, to wówczas płatność odszkodowawcza ze strony sprzedawcy mogłaby uwzględniać także fakt zaliczenia poniesionej płatności przez spółkę w poczet kosztów uzyskania przychodu.

Łukasz Wardyn: Inflacja w Polsce jest pod kontrolą, ale presja płacowa grozi jej wzrostem

Ceny żywności wzrosły w czerwcu o 5,7 proc., licząc rok do roku. Polacy wystraszyli się, że inflacja rośnie zbyt szybko. Czy mamy czego się bać?

Inflacja według GUS to obecnie 2,6 proc. To powyżej progu wyznaczonego przez Narodowy Bank Polski. Czy jest się czym niepokoić?

– Jest kilka powodów, aby uznać, że jest to przejściowe. Jednak ceny na świecie nie rosną tak dynamicznie, jak w Polsce. W krajach OECD w ostatnim okresie inflacja spadła z 2,6 proc. do 2,3 proc. – tłumaczy w rozmowie z MarketNews24 Łukasz Wardyn, dyrektor CMC Markets na Europę Wschodnią.

Co więcej, polska gospodarka jest mocno związana z tym, co dzieje się w innych krajach Unii, a inflacja producencka w krajach UE spadła bardziej niż się tego spodziewali analitycy, do poziomu 1,6 proc. To znaczy, że popyt w UE może być słaby i będzie to miało wpływ na ceny dla konsumentów, które nie powinny rosnąć zbyt szybko.

– O co bym się martwił? Paradoksalnie, o presję płacową. To rosnące wynagrodzenia mogą podbijać inflację w Polsce, niezależnie od tego, co się dzieje za granicą – mówi Łukasz Wardyn.

Jeżeli nie uda nam się zatrzymać na polskim rynku pracowników z Ukrainy i wielu z nich przeniesie się do Niemiec, wówczas presja na wzrost wynagrodzeń będzie jeszcze większa (ostatnio wynagrodzenia wzrosły o 7,7 proc. rok do roku). W takim przypadku będziemy mieli dużo większy problem z inflacją, a niestety polski rząd nic nie robi, aby przyciągnąć i zatrzymać przyjezdnych.

Rynek smarthome eksploduje, Polska i sąsiedzi liderami wzrostu

Czy żelazko jest wyłączone?” – dobrze zapamiętajcie to pytanie, niedługo przestanie wywoływać jakiekolwiek emocje. Zgodnie z danymi IDC, w pierwszym kwartale tego roku rynek inteligentnych domów wzrósł w Europie o 23,9%.

Smarfony bez trudu zdominowały nasze kieszenie, wypychając z nich komórki, mp3, a ostatnio nawet portfele. To nie koniec, lada moment staną się kluczem do każdego domu. Ich zaawansowanie i popularność okazały się mocnym fundamentem do budowy rewolucji smart home.

Zmiana pokoleniowa

Niezależna firma analityczna IDC (International Data Corporation) w lipcu  opublikowała najnowszą edycję swojego technologicznego kwartalnika Smart Home Device Tracker. Zgodnie z danymi IDC, w pierwszym kwartale tego roku rynek inteligentnych domów wzrósł w Europie o 23,9%, osiągając 21,3 miliona dostarczonych sztuk. Czy to niespodzianka?

  • Rynek smartfonów hamuje, według raportu firmy Gartner, w I kwartale br. wyniki były mało satysfakcjonujące dla producentów. W skali roku ilość dostarczonych do sklepów smartfonów spadła o 2,7%. A w międzyczasie sektor inteligentnych domów rozgrzewał się.” – tłumaczy Marcin Kotarski, Product Manager w Rettig Heating, które pod marką Purmo, produkuje systemy Smart Home, i dodaje: – “Konsumenci przerzucają swoją uwagę na smart home. nasycany dobrodziejstwami ze świata IoT. Wszystko dokoła nas jest smart. Dlaczego dom nie mógłby być smart?”.

Europa dwóch prędkości, ale Centralna część rozwija się szybciej

Według raportu IDC ponad 88% europejskiego rynku smart home należy do zachodniej części Starego Kontynentu. Jednak to region Polski i krajów sąsiednich, tj. Europy Środkowej i Wschodniej odnotowały większy wzrost, wynoszący 31,2% rdr.

A jak będzie wyglądała najbliższa przyszłość? – “IDC prognozuje, że rynek inteligentnego domu osiągnie w tym roku zawrotną wielkość 107 mln dostarczonych sztuk, a to z kolei oznacza wzrost o 1/5 w porównaniu z 2018. Biorąc pod uwagę dane Eurostatu, które mówią, że w UE mamy 220 mln gospodarstw domowych, oznacza to że co drugi europejski dom, jest już Smart!” – tłumaczy Emilia Dudek, Marketing Manager w Rettig Heating, światowego lidera branży grzewczej i dodaje: – “Sytuacja zaczyna wyglądać jeszcze bardziej interesująco, gdy pod uwagę weźmiemy rok 2023, wówczas ilość dostarczonych urządzeń osiągnie 183,9 mln sztuk. Tak imponująca wartość to zasługa rozrywki wideo i inteligentnych głośników, które mają być głównymi kategoriami w tej przestrzeni.

Kwestia dogadania

Przyszłością inteligentnych domów są asystenci głosowi, zauważają analitycy IDC. Technologia ta wykorzystywana jest w “smart” głośnikach, których rynek kontroluje Amazon, Google i Apple. Inteligentne głośniki wzrosły o 58,1% do 3,35 mln dostarczonych egzemplarzy, co odpowiada za 15,8% całego rynku smart home. To czyni tę kategorię drugą co do wielkości grupą produktową. Blisko 90% konsumentów wybiera pomiędzy Amazon Echo, a Google Home, z niewielką przewagą tego drugiego.

Oświetlenie, bezpieczeństwo domu/monitoring i termostaty stanowiły 20,8% rynku inteligentnych domów w 1 kw. 2019. Oczekuje się, że między 2019, a 2023 rokiem te trzy połączone kategorie zwiększą swój  udział w rynku o 9,5 p.p. ze złożoną roczną stopą wzrostu (CAGR) wynoszącą 27,11%. Kategorie te będą rosły w wyniku wzmożonego zainteresowania inteligentnymi głośnikami przez coraz liczniejszą grupę konsumentów, którzy będą ciekawi, jak steruje się domem za pomocą głosu.

Kredyty Mieszkaniowe w czerwcu 2019 r. – średnia kwota wzrosła o 9,0% r/r

Wartość BIK Indeksu – Popytu na Kredyty Mieszkaniowe (BIK Indeks – PKM), informuje o rocznej dynamice wartości wnioskowanych kredytów mieszkaniowych. Najnowszy czerwcowy odczyt wyniósł (+19,6%), co oznacza, że w czerwcu 2019 r., w przeliczeniu na dzień roboczy, banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę wyższą o 19,6% w porównaniu z czerwcem 2018 r.

W czerwcu 2019 r. o kredyt mieszkaniowy zawnioskowało 35,24 tys. osób w porównaniu do 35,62 tys. rok wcześniej – jest to spadek o 1,1%. Warto odnotować, że w czerwcu br. było o dwa dni robocze mniej niż w rok wcześniej. O 9,0% więcej niż rok wcześniej wzrosła natomiast średnia kwota wnioskowanego kredytu mieszkaniowego i wyniosła w czerwcu 2019 r. 275,47 tys. zł.

prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej
prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej

– Czerwcowa wartość indeksu bezpośrednio wynika ze wzrostu średniej wartości wnioskowanego kredytu w okresie czerwiec 2019 r. do czerwca 2018 r. o 9% przy zbliżonej liczbie wnioskujących o kredyt mieszkaniowy, mimo dwóch dni roboczych mniej – mówi prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej.

– Po pierwszym półroczu 2019 r. widać już, co przewidywaliśmy pod koniec zeszłego roku, że rok 2019 na rynku kredytów mieszkaniowych będzie bardzo interesujący. Utrzymuje się wysoki popyt na finansowanie nieruchomości kredytem bankowym, ale tylko wysokokwotowym. W pierwszym półroczu 2019 r. w porównaniu z analogicznym okresem zeszłego roku o kredyt mieszkaniowy wnioskowało 10,25 tys. osób czyli o 4,6% wnioskodawców więcej – dodaje prof. Rogowski.

EDP Renováveis zdobywa kontrakt (PPA) na 126 MW w Brazylii

Uwzględniwszy tę nową umowę, EDPR ma zabezpieczone kontraktami 3,3 GW z docelowego ~ 7,0 GW zaplanowanego w ramach globalnej strategii na okres 2019-2022.

EDP Renováveis ​​(EDP Renewables, Euronext: EDPR), światowy lider w sektorze energii odnawialnej i jeden z największych producentów energii wiatrowej na świecie, poprzez swoją spółkę zależną EDP Renováveis ​​Brasil, SA („EDPR Brasil”), zabezpieczyło 20-letnią prywatną Umowę Zakupu Energii elektrycznej („PPA”) na sprzedaż energii produkowanej przez projekty Monte Verde VI i Boqueirão I-II. Te dwie lądowe farmy wiatrowe zlokalizowane są w brazylijskim stanie Rio Grande do Norte i mają łączną moc 126 MW, a rozpoczęcie ich działalności oczekiwane jest w 2022 r.

Aktualnie EDPR posiada w tym kraju 467 MW zainstalowanej mocy w lądowych projektach wiatrowych, a dzięki nowej umowie wzmocni swoją rynkową pozycję firmy o niskim profilu ryzyka, którą determinują zawierane umowy długoterminowe, jakościowe zasoby odnawialne i solidne perspektywy średnio- oraz długoterminowe. EDPR posiada obecnie portfolio ponad 1 GW projektów wiatrowych i słonecznych w trakcie realizacji, z których 0,2 GW planowane jest do uruchomienia w 2021 r., 0,4 GW na 2022 r. i 0,5 GW do 2023 r.. Wszystkie te projekty są zabezpieczone umowami długoterminowymi.

Dzięki zabezpieczeniu tej umowy, EDPR zagwarantowało 3,3 GW z niespełna 7 GW, zaplanowanych jako cel na lata 2019-2022 na wszystkich rynkach, gdzie działa, zgodnie z dokumentem „Strategic update”, który opublikowało 12 marca 2019 roku.

The Extreme Tech Challenge – Startupowcy powalczą o 10 milionów dolarów w postaci nagród i inwestycji

The Extreme Tech Challenge (XTC) to globalny konkurs dla startupów oraz nowe wyzwanie dla młodych przedsiębiorców, którzy chcą swoimi działaniami zmienić świat. Startupowcy powalczą aż o 10 milionów dolarów w postaci nagród i inwestycji.

„Niektórzy przedsiębiorcy chcą pozostawić po sobie ślad na świecie – inni chcą go zmienić”, powiedział współzałożyciel XTC, przedsiębiorca i inwestor z Doliny Krzemowej, Bill Tai. „Od pięciu lat XTC wspiera najbardziej innowacyjne startupy, a w roku 2020 ponownie skupiamy się na rozwiązywaniu najpilniejszych wyzwań stojących przed naszą planetą”.

Do konkursu XTC mogą zgłaszać się pionierskie startupy dowolnej wielkości, przedsiębiorcy i liderzy branży z całego świata, którzy wykorzystują moc technologii, aby wywrzeć pozytywny wpływ na planetę i globalną społeczność. Uczestnicy mogą zgłaszać projekty dotyczące konkretnego produktu lub usług działających w oparciu o nowe lub istniejące już technologie. Startupy biorące udział w konkursie XTC będą musiały przesłać także 5-minutowe wideo, w którym opowiedzą o zastosowanej technologii oraz uzasadnią, dlaczego ich rozwiązanie będzie miało wpływ na osiągnięcie jednego lub kilku celów Zrównoważonego Rozwoju ONZ.

10 finalistów konkursu zostanie ogłoszonych w kwietniu 2020 roku, natomiast trzech zwycięzców zostanie wyłonionych podczas VivaTech w Paryżu w maju 2020 roku. Główna nagroda to 1 000 000 dolarów. Startup, który zajmie drugie miejsce otrzyma 250 000 dolarów, a trzecie przedsiębiorstwo na podium może liczyć na 100 000 dolarów.

Do konkursu można się zgłaszać za pośrednictwem strony internetowej XTC. Regulamin dostępny jest na stronie internetowej extremetechchallenge.org.

Nadużycie prawa a oszustwo podatkowe. Czy podatnicy powinni się bać?

Nadużycie prawa to instytucja, która od dłuższego czasu budzi wiele kontrowersji i żywych dyskusji. W Polsce brakuje bowiem jasnej i precyzyjnej regulacji, która stwierdzałaby, jaki jest dokładny zakres tej regulacji. Tymczasem niezwykle trudno odróżnić ją od legalnego planowania podatkowego albo w drugą stronę – od oszustwa podatkowego.

Czym jest nadużycie prawa?

Zgodnie z przepisami ustawy o podatku od towarów i usług nadużyciem prawa jest dokonanie czynności podlegających opodatkowaniu VAT, takich jak odpłatna dostawa towarów i odpłatne świadczenie usług na terytorium kraju, eksport towarów, import towarów na terytorium kraju, wewnątrzwspólnotowe nabycie towarów za wynagrodzeniem na terytorium kraju, a także wewnątrzwspólnotowa dostawa towarów, które pomimo spełnienia warunków formalnych ustanowionych w przepisach ustawy o VAT, miały na celu przede wszystkim osiągnięcie korzyści podatkowych, których przyznanie byłoby sprzeczne z celem, któremu służą te przepisy. Chodzi zatem o to, aby oddzielić transakcje w ramach planowania podatkowego od tych fikcyjnie tworzonych, zmierzających wyłącznie do osiągnięcia korzyści majątkowej. Wskazana wyżej klauzula nadużycia prawa pojawiła się w polskim systemie prawnym za sprawą nowelizacji Ordynacji podatkowej oraz niektórych innych ustaw z 13 maja 2016 r., ale tak naprawdę organy stosowały ją już znacznie wcześniej. Konstrukcja ta co do zasady miała pomóc organom w zakwestionowaniu fikcyjnych lub pozornych zdarzeń gospodarczych, dokonanych tylko i wyłącznie w celu osiągnięcia określonej korzyści majątkowej. Jak bowiem wynikało z badań fiskusa, wcześniej walka z oszustami podatkowymi była nieefektywna.

Zastosowanie klauzuli nadużycia prawa

Klauzula nadużycia prawa ma takie zastosowanie, iż w momencie stwierdzenia przez organ podatkowy wystąpienia oszustwa, wszelkie czynności związane z opodatkowaniem VAT odniosą jedynie podstawowy skutek, jaki miałyby w sytuacji braku czynności stanowiących nadużycie prawa. Istnienie klauzuli nadużycia w polskim prawie było konsekwencją zastosowania się do różnego rodzaju orzeczeń, przede wszystkim Trybunału Sprawiedliwości. Przykładowo w 2006 r. Trybunał rozstrzygał sprawę grupy brytyjskich firm (C-255/02 z 21 lutego 2006 r. Halifax plc, Leeds Permanent Development Services Ltd and County Wide Property Investments Ltd v. Commissioners of Customs & Excise), poruszając jednocześnie problem nadużycia prawa. Wskazał wtedy na znaczącą różnicę pomiędzy nadużyciem prawa a klasycznym oszustwem. Potem Trybunał Sprawiedliwości jeszcze wielokrotnie podejmował tę tematykę. Właśnie dlatego w którymś momencie jego dorobek okazał się w tym przedmiocie na tyle bogaty, aby stać się solidną podstawą do wydawania rzetelnych rozstrzygnięć w poszczególnych krajach członkowskich.

Nadużycie prawa a dozwolone planowanie podatkowe

Kluczową kwestią w obrębie stosowania klauzuli było dokonanie rozróżnienia pomiędzy nadużyciem prawa a dozwolonym planowaniem podatkowym. Z jednej strony bowiem nie można karać podatnika, który skorzystał z danego przepisu lub luki prawnej i w ten sposób zmniejszył swoje zobowiązanie podatkowe. Z drugiej jednak strony nie jest dopuszczalne akceptowanie sytuacji, w której podatnik tworzy sztuczną i zupełnie abstrakcyjną sytuację, tylko po to, aby zyskać podatkowo. Podatnik może zatem ograniczyć swoje zobowiązanie podatkowe poprzez wybór odpowiedniej struktury działalności gospodarczej. Ten wybór nie może jednak być podyktowany wyłącznie chęcią skorzystania z luki.

Przesłanki uznania nadużycia prawnego

W praktyce zatem kwalifikacja danej transakcji jako nadużycia prawnego zależna jest od spełnienia dwóch przesłanek. Po pierwsze muszą one, pomimo spełnienia warunków formalnych, skutkować osiągnięciem korzyści finansowej, której przyznanie byłoby sprzeczne z celem ustanawiania danych przepisów. Po drugie natomiast istotny jest cel przeprowadzenia transakcji, to znaczy dla uznania nadużycia prawa przez podatnika dokonującego określonej czynności musi mieć miejsce wyłącznie osiągnięcie korzyści podatkowej. Zarzut nadużycia prawa przez podatnika może zatem okazać się bezprzedmiotowy w sytuacji, gdy podatnik wykaże, że transakcja miała jakiekolwiek inne uzasadnienie niż tylko osiągnięcie korzyści podatkowych.

Klauzula nadużycia prawa w Polsce

Praktyka Trybunału Sprawiedliwości wskazała na szeroki katalog sytuacji, w których dochodzi bądź nie dochodzi do uznania nadużycia prawa. Do nich zaczęto się również odwoływać w polskim orzecznictwie. Przykładowo w wyroku z 9 czerwca 2015 r. (I FSK 121/14) Naczelny Sąd Administracyjny uznał, że podatnik w taki sposób ułożył swoje relacje gospodarcze, że praktycznie nie miało to innego uzasadnienia gospodarczego niż wywołanie efektu preferencyjnego rozliczenia podatku.

Nadużycie prawa – konsekwencje

W kontekście klauzuli nadużycia prawa istotne jest jednak to, że nie do końca wiadomo jaki rodzaj warunków formalnych powinna spełnić transakcja, aby nie została uznana za nadużycie prawa. Ustawa o VAT tworzy bowiem raczej formalne „furtki” uniknięcia opodatkowania, takie jak warunki dla zastosowania 0% albo warunki odliczenia podatku naliczonego. W tym zakresie istnieje zatem pewna nieścisłość. To z kolei niejednokrotnie przekłada się na zbyt dużą swobodę po stronie fiskusa. Tak naprawdę organy podatkowe mogą bowiem zakwestionować każdą transakcję. Brakuje zatem pewnego doprecyzowania i wyjaśnienia przepisów.

Nadużycie prawa a oszustwo podatkowe

Nadużycie prawa należy również odróżnić od oszustwa podatkowego. O oszustwie będzie mowa dopiero wówczas, gdy dana czynność została podjęta przez podatnika z zamiarem naruszenia prawa albo ewentualnie ze świadomością jej bezprawności. Jako przykład takiego zachowania można wskazać na przykład tak zwanego znikającego podatnika, który tuż po dokonaniu transakcji znika bez rozliczenia.

Czy podatnicy powinni się bać?

Konsekwencje stwierdzenia przez fiskusa fikcyjności danej transakcji, a zatem zastosowanie klauzuli nadużycia prawa, są bardzo poważne. Przy większych transakcjach może zaważyć to na płynności całego przedsiębiorstwa. Należałoby zatem wskazać, że oczekiwane jest wprowadzenie nowych zmian, które otoczyłyby ochroną zarówno przedsiębiorców, jak i osoby fizyczne, a przynajmniej nie rodziły nadmiernego ryzyka.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Pracodawca może odmówić podwładnemu urlopu, przełożyć go lub nawet przerwać

Osoby zatrudnione na umowę o pracę zgodnie z przepisami mają prawo do corocznego, nieprzerwanego, płatnego wypoczynku. Pracodawca może jednak nie tylko odmówić podwładnemu urlopu w wybranym przez niego terminie, ale także przełożyć go lub nawet przerwać, gdy jest on już rozpoczęty.

W zależności od stażu pracy w każdym roku kalendarzowym zatrudnionemu na podstawie umowy o pracę przysługuje 20 lub 26 dni urlopu, którego pracodawca jest zobowiązany udzielić. Osoba zatrudniona nie może jednak dowolnie wybrać sobie czasu, w którym chce wykorzystać przysługujące dni wolne. O tym, kiedy będzie mogła pójść na urlop, decyduje bowiem przełożony. Co więcej, szef może odwołać pracownika z wolnego, musi jednak zrobić to w określony sposób i w konkretnej sytuacji.

Odwołanie z urlopu może nie być proste

Zgodnie z art. 167 § 1: „Pracodawca może odwołać pracownika z urlopu tylko wówczas, gdy jego obecności w zakładzie wymagają okoliczności nieprzewidziane w chwili rozpoczynania urlopu.”

 Odwołanie pracownika z urlopu jest możliwe tylko wtedy, gdy pracodawcy uda się z nim skontaktować. A to może nie być proste. Pracownik nie ma bowiem obowiązku informować szefa o tym, gdzie spędza urlop, ani zostawiać mu swoich prywatnych namiarów – maila czy telefonu. Taką konieczność mogą nałożyć na niego jedynie przepisy zakładowe np. układ zbiorowy lub regulamin pracy. Muszą w nim być wskazane wyraźnie grupy pracowników, którzy są zobligowani do stałego pozostawania w kontakcie telefonicznym ze swoim pracodawcą – zaznacza Jacek Grzywa, Radca Prawny i Kierownik Działu Prawnego Grupy Progres.

Najczęściej dotyczy to osób zajmujących stanowiska wysokiego szczebla, m.in. dyrektorów, menedżerów, głównych księgowych, czy osób odpowiadających za infrastrukturę w firmie, które potrafią usunąć daną awarię. Pracownicy zajmując takie stanowiska  musza liczyć się z dużym prawdopodobieństwem, że mogą zostać odwołani z urlopu. W regulaminie może zostać też zapisane, by pozostawali zarówno pod telefonem służbowym, jak i prywatnym.

Odwołanie z urlopu jest jedynym przypadkiem, w którym pracodawca może kontaktować się z podwładnym będącym na urlopie. W innym wypadku pracownik nie ma żadnego obowiązku odbierać od szefa telefonów zarówno służbowych, jak i prywatnych czy sprawdzać służbowego e-maila. Jeśli jednak pracodawca nagabuje wypoczywającego pracownika telefonami i poleca mu sprawdzać skrzynkę pocztową, może to być traktowane jako świadczenie przez pracownika pracy. Podwładny może się wówczas starać o wypłatę pełnego wynagrodzenia oraz udzielenie dodatkowego dnia wolnego.

Szefowi się nie odmawia

Niezależnie od zasadności odwołania z urlopu, pracownik ma obowiązek stawić się w pracy w określonym terminie. Pracodawca nie musi przy tym podawać przyczyn odwołania podwładnego z urlopu. Obowiązkiem zatrudnionego jest wykonanie polecenia – powrót do zakładu pracy i podjęcie pracy. Pracownik wykonuje  polecenie nawet wówczas, gdy jest przekonany o tym, że pracodawca może sobie bez jego wsparcia poradzić lub gdy według niego przerwanie urlopu jest nieuzasadnione. Dlaczego? Odmowa stawienia się w pracy może skutkować rozwiązaniem łączącej go z pracodawcą umowy. A w takich sytuacjach osobie zwolnionej pozostaje jedynie sąd pracy.

Pracownik ma prawo do zwrotu kosztów

Zgodnie z art. 167 § 2: „Pracodawca jest obowiązany pokryć koszty poniesione przez pracownika w bezpośrednim związku z odwołaniem go z urlopu.”

– Jeśli pracodawca odwoła nam wcześniej zaplanowany urlop, w związku z którym ponieśliśmy już jakieś koszty np. wykupiliśmy wycieczkę, kupiliśmy bilety, opłaciliśmy noclegi itp., powinien zwrócić nam koszty z tym związane – mówi Kierownik Działu Prawnego Grupy Progres. – Muszą to być jednak koszty faktycznie poniesione przez nas i udokumentowane, a także bezpośrednio związane z przesunięciem urlopu. Ponadto, pracodawca ma obowiązek udzielić pracownikowi dni wolnych w innym terminie – dodaje Jacek Grzywa.

Fiskus coraz lepiej ściga zagranicznych dłużników. Skuteczność wzrosła prawie trzykrotnie

Z danych Krajowej Administracji Skarbowej (KAS) wynika, że na koniec pierwszego kwartału br. suma niezapłaconych zobowiązań podmiotów zagranicznych wynosiła ponad miliard złotych dla firm i 250 milionów złotych dla osób fizycznych. Rok wcześniej było to odpowiednio blisko 800 i przeszło 210 milionów złotych. Wówczas urzędy skarbowe wyegzekwowały od tych podatników prawie 5 milionów złotych. W tym roku była to już kwota niemal trzykrotnie większa. W pierwszym kwartale br. strona polska złożyła 11 wniosków o wzajemną pomoc do państw nienależących do UE. To o jeden więcej niż w analogicznym okresie ub. roku. 

Wskazane przez KAS wartości niezapłaconych zobowiązań wynikają bezpośrednio z kart kontowych podatników. Jak zaznacza Ewa Szkodzińska, naczelnik wydziału komunikacji KAS, są to informacje zaewidencjonowane w systemach informatycznych administracji skarbowej.

– W ciągu roku zadłużenie zagranicznych spółek urosło o ponad 300 mln zł. Jeśli tę kwotę porównamy z rocznymi wpływami z CIT-u, które wynoszą ok. 30 mld zł, to skala problemu nie jest duża. Jednak o tych danych ciężko dyskutować z kilku względów. Przykładowo definicja podmiotu zagranicznego nie jest jasna. Jeśli Polak założy firmę np. w Czechach, a ta z kolei utworzy u nas spółkę zależną lub jej oddział, to będzie już podmiot zagraniczny – komentuje dr Radosław Piekarz, doradca podatkowy.

W opinii prof. Elżbiety Mączyńskiej, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, to nie są kwoty duże dla całego systemu. Jeśli jednak zestawimy je np. z Programem Rodzina 500+, który kosztuje 20 mld zł, to sytuacja wygląda już nieco inaczej. Według eksperta, należy zwrócić uwagę na kwestię dyscypliny i moralności płatniczej, a także poszanowania reguł danego kraju. To problem występujący w skali europejskiej, ale Polska ma niechlubne wyniki pod tym względem.

– W przypadku braku wpłaty należnego podatku działania podejmowane wobec obcokrajowców i obywateli Polski są jednakowe. Zasady i tryb postępowania reguluje ustawa z dnia 17 czerwca 1966 r. o postępowaniu egzekucyjnym w administracji oraz rozporządzenie z dnia 30 grudnia 2015 r. w sprawie postępowania wierzycieli należności pieniężnych – informuje Ewa Szkodzińska.

W razie uchylania się zobowiązanego od wykonania obowiązku wierzyciel podejmuje czynności takie, jak prowadzenie działań informacyjnych, przesłanie zobowiązanemu upomnienia, jeżeli jest wymagane, wystawienie tytułu wykonawczego. Dopiero w przypadku nieskutecznej egzekucji, prowadzonej do majątku zobowiązanego znajdującego się na terytorium Polski, zastosowanie będzie miała ustawa z dnia 11 października 2013 r. o wzajemnej pomocy przy dochodzeniu podatków, należności celnych i innych pieniężnych.

– W pierwszym kwartale br. urzędy skarbowe wyegzekwowały na podstawie tytułów wykonawczych wystawionych na podmioty zagraniczne kwotę 13 822 791 zł. W analogicznym okresie 2018 roku była to wartość 4 812 146 zł – dodaje naczelnik Szkodzińska.

Według prof. Mączyńskiej, to bardzo dobrze, że się udaje więcej odzyskiwać. Jednocześnie niepokojący jest fakt, że urzędy skarbowe muszą częściej interweniować. To tylko potwierdza nienależytą moralność płatniczą. W branży mówi się, że lepszy wynik może wskazywać na wzrost skuteczności działań, większą efektywność nowych narzędzi, wymiany informacji itd. To pośrednio również zasługa uszczelnienia systemu.

– Ten wzrost nie jest łatwy do zinterpretowania. Tytuły wykonawcze mogą wynikać z zakończonych postępowań jakichś spraw, kontroli, postępowań podatkowych, które zaczęły się np. 2-3 lata wcześniej. Jednak nie jest wykluczony inny skutek, tj. nowe podejście do egzekucji. U niektórych klientów dostrzegam, że organ podatkowy zabezpiecza już środki na poczet przyszłego zobowiązania podatkowego, nawet jeśli sprawa jeszcze nie jest zakończona. Bo może coś takiego formalnie zrobić – stwierdza dr Piekarz.

Wzajemna pomoc państw przy dochodzeniu podatków, należności celnych i innych pieniężnych odbywa się po złożeniu stosownego wniosku. W pierwszym kwartale br. strona polska złożyła ich 11 w krajach nienależących do UE, z czego 10 do Norwegii i 1 na Gibraltar. Rok wcześniej było ich 10, w tym 7 do Norwegii, 2 na Islandię oraz 1 na Ukrainę. Administracje podatkowe państw trzecich zrealizowały w całości 5 wniosków z początku tego roku i 3 z poprzedniego. Pozostałe sprawy są toku.

– To, czy w niedalekiej przyszłości poprawi się wspominana wyżej postawa podmiotów zagranicznych, zależeć będzie od skuteczności działania organów skarbowych. Jeśli podatnik będzie wiedział, że prędzej czy później urzędnicy zauważą niespełnienie zobowiązania podatkowego i naliczą karne odsetki, to sytuacja powinna się poprawić. Jeżeli jednak ktoś bezkarnie przez długi czas nie poniesie żadnych konsekwencji, to takie zachowanie może być dla niego opłacalne – podsumowuje prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego.

Przegląd wydarzeń tygodnia

Dane z rynku pracy USA (a zwłaszcza kosmiczna zmiana zatrudnienia o ponad 200 tys. etatów) zadały cios oczekiwaniom na szybkie i głębokie cięcie stóp przez Fed. Rynek obligacji skarbowych, który był mocno przegrzany zareagował silną korektą. W przypadku amerykańskich dziesięciolatek mowa o odbiciu o około 10 pb i ponad 2,0 proc. Obniżka na koniec lipca jest oczywiście nadal scenariuszem bazowym, ale rynek ewidentnie zagalopował się nastawiając się na cięcie o 50 pb i całą serię obniżek.

Dolar zyskał na fali wzrostu dochodowości obligacji, ale mam wątpliwość, czy ruch ten będzie kontynuowany, zwłaszcza w obliczu wystąpienia Powella przed Kongresem, które rzuci nowe światło na zamierzenia Rezerwy Federalnej. Z tego względu nie widzimy przestrzeni do zniżki EUR/USD poniżej 1,12 w kolejnych dniach. Warto zauważyć powrót EUR/PLN ponad 4,25, który oczywiście również wynika z silnych przetasowań na rynkach globalnych. W przypadku rodzimej waluty dużo mówiło się ostatnio o jej długoterminowych maksimach siły, ale należy patrzeć na to przez pryzmat sezonu ogórkowego, minimalnej zmienności i znikomej skali ruchu. Nie widzimy przestrzeni do umocnienia złotego, tak samo jak nie dostrzegamy szansy na jego poważną przecenę.

USA

W USA dyskusja dotyczy polityki Fed i jej wpływu nie tylko na USD, ale w zasadzie na całe rynki finansowe. Po lepszym od oczekiwań raporcie z rynku pracy za czerwiec narosły wątpliwości, czy Fed nie odwlecze decyzji o obniżce stóp procentowych, co przejściowo szkodzi aktywom ryzykownym. Mimo to większość danych o aktywności gospodarczej z USA sygnalizuje spowolnienie, więc naszym zdaniem Fed wciąż ma podstawy, by przeprowadzić „asekuracyjne” cięcie. W kolejnych dniach inwestorzy będą szukać świeżych argumentów w indeksie nastrojów małych przedsiębiorstw NFIB (wt) i CPI (czw). Warto też śledzić wystąpienia publiczne członków Fed, w szczególności czy w komentarzach będą starali się osłabić rynkowe oczekiwania dotyczące lipcowej obniżki. Prezes Powell będzie zdawał w Kongresie sprawozdanie z polityki monetarnej (wt-śr). Otrzymamy też minutki FOMC (śr).

Strefa euro

Dane o produkcji przemysłowej z Niemiec i całego bloku walutowego (pt) mogą pokazać odbicie w maju po kwietniowych spadkach, ale bardziej aktualne wskazania z sektora w postaci PMI sygnalizują, że jakiekolwiek oznaki poprawy są nietrwałe. EUR pozostanie wrażliwe na słabszy odczyt przybliżających EBC do decyzji o ekspansji monetarnej.
W danych z Wielkiej Brytanii jest potencjał do pozytywnego wydźwięku. Kwietniowe dane o PKB i produkcji przemysłowej wskazały na silny spadek (odpowiednio o 0,4 proc. m/m i o 4 proc. m/m) w związku z redukcją zapasów szykowanych na pierwotną datę brexitu. Choć sytuacja w przemyśle pozostaje niepokojąca, niski punkt startowy oferuje szanse na odbicie w danych za maj (śr). GBP może znaleźć w danych przejściowy pretekst do wzrostów, choć prawdopodobnie inwestorzy wykorzystają taki prezent do odnowienia sprzedaży po lepszej cenie.

Polska

Kalendarz z Polski oferuje tylko prezentację Raportu Inflacyjnego NBP (pon), jednak główne prognozy zostały już zaprezentowane na konferencji RPP w minionym tygodniu, więc trudno tutaj doszukiwać się impulsów dla złotego. Po ostatniej fali aprecjacji złotego nie widać kontynuacji, poddając w wątpliwość oczekiwania mocniejszego ruchu. Bezkierunkowy rynek jest podatny na wpływ impulsów zewnętrznych, ale widzimy podwyższone ryzyko odreagowania ostatniej siły.

Chiny

Rynki skupiają szczególną uwagę na danych z Chin. Odczyty inflacji CPI i PPI (śr) będą istotnym wskaźnikiem stanu gospodarki oraz oceny skuteczności ekspansji fiskalnej i monetarnej. W danych z handlu zagranicznego (pt) inwestorzy będą doszukiwać się wpływu ceł importowych.

Australia i Nowa Zelandia

W Australii w minionym tygodniu RBA nie dał jasnych wskazówek, w którym kierunku dalej poprowadzić politykę, więc rynek będzie analizował napływające dane pod kątem zaburzenia równowagi. Inwestorzy prędzej będą szukać pretekstów do podtrzymania oczekiwań dalszych obniżek, więc reakcja powinna być większa w przypadku negatywnych niespodzianek. W przyszłym tygodniu uwaga będzie na indeksach nastroju biznesu (wt) i zaufania konsumentów (śr). Z Nowej Zelandii nie dostaniemy istotnych publikacji. Prezes RBNZ Orr będzie przemawiał w sprawie nowej ustawy dot. funkcjonowania banku centralnego, ale nie spodziewamy się komentarzy istotnych dla polityki monetarnej. NZD będzie podlegał pod wahania ogólnego sentymentu.

Kanada

Po komunikacie Banku Kanady (śr) spodziewamy się wyważonego przekazu. Z jednej strony dane z krajowej gospodarki poprawiły się, co wyraźnie osłabia potrzebę zmiany nastawienia na gołębie. Z drugiej – oznaki globalnego spowolnienia oraz ryzyka handlowe nakazują ostrożne dostosowywanie polityki pieniężnej. Taki jednak przekaz kontrastuje z masowym zwrotem banków centralnych w stronę luzowania, co relatywnie stawia BoC w jastrzębim obozie i wspiera dalsze umocnienie CAD.

Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Leasing siłą napędową inwestycji i rozwoju polskich firm

  • W tym i kolejnym roku firmy chcą inwestować. Takie cele stawia sobie 74% średnich i 61% małych firm[1].
  • Wśród zew. źródeł finansowania pierwsze miejsce zajmuje kredyt złotowy, przy czym najczęściej wykorzystywany jest kredyt w rachunku bieżącym lub saldo debetowe, a drugie miejsce zajmuje leasing, finansujący głównie inwestycje.
  • Jednocześnie w 2019r. leasing wzmocnił swoją pozycję w zakresie wspierania działalności polskich firm, podczas gdy kredyt stracił kilka punktów.
  • Firmy zamierzają przekazać pozyskane środki zew. zarówno na inwestycje jak i finansowanie bieżącej działalności.

Przedstawiciele małych i średnich firmy, które stanowią znakomitą większość firm funkcjonujących w Polsce, zamierzają inwestować. To dobra wiadomość dla polskiej gospodarki. 74% średnich i 61% małych firm w latach 2019- 2020 zamierza zrealizować inwestycje, podczas gdy 24% średnich i 39% małych firm nie ma takich planów. Takie wnioski płyną z badania zrealizowanego przez CBM INDICATOR na łącznej grupie 1210 małych i średnich firm, w II kw. 2019r.

W dalszym ciągu małe (96%) i średnie (93%) przedsiębiorstwa wolą finansować swoją działalność z własnego kapitału. Jednak, jeśli spojrzymy na grupę zewnętrznych źródeł finansowania – pierwsze miejsce na podium zajmuje kredyt złotowy (każdego rodzaju), a zaraz za nim wskazywany jest leasing. Obecnie 69% średnich i 58% małych przedsiębiorców korzysta lub korzystało z kredytu, przy czym kredyty inwestycyjne nie są najczęściej wykorzystywanym zew. źródłem. Aktualnie średnie i małe firmy najczęściej wykorzystują kredyt w rachunku bieżącym lub saldo debetowe, natomiast z kredytu inwestycyjnego korzysta 23% średnich i 12% małych firm.

Rok wcześniej na wszystkie bankowe źródła finansowania działalności wskazywało odpowiednio 75% średnich i 64% małych firm. To istotny spadek, na którym zyskuje drugi w kolejności leasing, który w 99% finansuje inwestycje przedsiębiorstw.

Korzystanie z leasingu i pożyczki leasingowej deklaruje 55% średnich i 40% małych firm, to wynik lepszy odpowiednio o 5% (w przypadku średnich firm) i aż o 8% ( w przypadku małych firm) w stosunku do ubiegłego roku. W sytuacji gdy, kredyty inwestycyjne udzielane przez banki tracą na znaczeniu, ich ofertę coraz częściej uzupełnia leasing.

Andrzej Sugajski, Dyrektor Generalny Związku Polskiego Leasingu
Andrzej Sugajski, Dyrektor Generalny Związku Polskiego Leasingu

„Leasing pozostaje i umacnia swoją pozycje jako istotna siła napędowa inwestycji i rozwoju polskich firm oraz polskiej gospodarki. Z jednej strony ten instrument stymuluje inwestycje, zapewniając firmom dostęp do kapitału. Drugim czynnikiem przemawiającym za leasingiem jest jego pozytywny wpływ na innowacyjność, ponieważ ułatwia dostęp do zaawansowanych i drogich rozwiązań technologicznych. Wreszcie leasing przyczynia się do wzrostu zatrudnienia, bowiem większy kapitał oznacza większą wydajność pracy, a przez to większe zapotrzebowanie na pracę” – twierdzi Andrzej Sugajski, dyrektor generalny Związku Polskiego Leasingu.

W przyszłości przedstawiciele małych i średnich firm zamierzają wykorzystać zewnętrzny kapitał na inwestycje i finansowanie bieżącej działalności (opowiedziało tak 47% średnich i 42% małych firm). Na wyłącznie cel inwestycyjny wskazało 42% średnich i 39 % małych firm. Natomiast zainteresowanych finansowaniem bieżącej działalność, przy udziale zew. kapitału, jest 11% średnich i 19% małych firm. Tym samym tylko 11% – w przypadku średnich – i 19% małych firm nie zamierza wykorzystywać zew. źródeł na realizację inwestycji.

[1] „Mikro, małe i średnie firmy o usługach finansowych”, CBM INDICATOR, Warszawa 2019r.

Amerykański rynek pracy pozostaje silny

Od kilku tygodni na celowniku jest rynkowa wycena prawdopodobieństwa cięć stóp procentowych Rezerwy Federalnej. Kilkukrotnie wyraziliśmy opinię, że oczekiwanie przez inwestorów pełnego cyklu czterech obniżek stóp procentowych przez FOMC jest – w naszym przekonaniu – przesadne. 

Piątkowy odczyt danych z amerykańskiego rynku pracy stanowił wyraźne potwierdzenie naszego stanowiska. Z raportu jasno wynikał brak istotnego spowolnienia we wskaźniku kreacji miejsc pracy w Stanach Zjednoczonych.  Publikacja nie tylko pozwoliła na ponowny wzrost rentowności 10-letnich obligacji skarbowych USA powyżej psychologicznej bariery 2%, ale także przyczyniła się (wbrew dotychczasowemu trendowi) do wyraźnego umocnienia USD w relacji z pozostałymi walutami G10. W porównaniu z początkiem ubiegłego tygodnia, po piątkowych rewelacjach kurs dolara amerykańskiego okazał się wyższy w przypadku niemal wszystkich walut ze wspomnianej grupy (z wyłączeniem dolara kanadyjskiego). CAD również otrzymał sporo wsparcia ze względu na równie optymistyczny raport o rynku pracy dla kanadyjskiej gospodarki.

Warto podkreślić, że dolar amerykański mniej pewnie radził sobie w relacji z walutami gospodarek wschodzących. W obliczu malejącej niepewności w gospodarce światowej, wiele walut z rynków wschodzących zdołało utrzymać się stabilnie w parze ze zwyżkującym dolarem.

W nadchodzącym tygodniu uwagę rynku przykuje zeznanie prezesa FOMC, Jerome’a Powella, przed amerykańskim Kongresem. Warto będzie sprawdzić, w jakim stopniu dobre odczyty z amerykańskiej gospodarki ograniczą entuzjazm Powella na luźniejszą politykę monetarną.

PLN

Polski złoty w ubiegłym tygodniu pozostawał względnie stabilny w relacji do euro, reagując głównie na zmiany na głównych parach.

Wśród informacji z minionego tygodnia warto wspomnieć szczególnie o spotkaniu Rady Polityki Pieniężnej, które przebiegło jednak bez większego echa. Prezes Glapiński podczas konferencji prasowej po spotkaniu odczytał fragment projekcji Działu Analiz Ekonomicznych NBP, która zakłada nieco wyższy niż oczekiwano jeszcze w marcu wzrost gospodarczy w 2019 i 2020 roku. Ma jemu jednak towarzyszyć dość umiarkowana inflacja, która w kolejnych trzech latach powinna znajdować się w celu inflacyjnym lub jego okolicach. Zdaniem prezesa NBP lipcowa projekcja wspiera stabilizację stóp procentowych. Naszym zdaniem, nawet przy stabilnych stopach procentowych w Polsce (co też niekoniecznie musi mieć miejsce) złoty powinien docelowo zyskiwać, w związku z oczekiwanym zwrotem w polityce najważniejszych globalnych banków centralnych.

W tym tygodniu warto zwrócić uwagę przede wszystkim na poniedziałkową publikację projekcji DAE NBP – rzuci ona nieco więcej światła na powody ze względu na które analitycy Narodowego Banku Polskiego spodziewają się umiarkowanej inflacji szczególnie w tym oraz w kolejnych dwóch latach.

GBP

Dochodzą do nas coraz wyraźniejszego sygnały, że niepewność związana z dalszymi losami Brexitu zaczyna wpływać na zaufanie przedsiębiorstw w Wielkiej Brytanii. Wskaźniki aktywności biznesowej PMI w tym kraju spadły poniżej poziomu 50, tym samym ankiety przeprowadzone wśród firm sugerują kurczenie się różnych sektorów brytyjskiej gospodarki. W tym tygodniu dowiemy się, czy spadek zaufania przełożył się na twarde dane makroekonomiczne – w środę poznamy odczyt dynamiki PKB w Zjednoczonym Królestwie w maju i trzech poprzedzających go miesiącach.

EUR

Ogłoszenie kandydatury Christine Lagarde na następczynię Maria Draghiego w fotelu prezesa Europejskiego Banku Centralnego wydaje się zwiastować o pewnej ciągłości w tej instytucji i prawdopodobnie o gołębim podejściu do polityki monetarnej. Z pewnością uważają tak rynki. W środku ubiegłego tygodnia rentowności włoskich obligacji wyraźnie się odbiły, a euro zaczęło tracić jeszcze przed piątkową publikacją o amerykańskim rynku pracy.

Z kolei decyzja o niepodejmowaniu przez Unię Europejską sankcji wobec Włoch za nadmierny deficyt budżetowy wydaje się sygnalizować większe przyzwolenie dla dodatkowych bodźców fiskalnych w UE. Może to – naszym zdaniem – zmniejszyć potrzebę dalszego luzowania polityki monetarnej w strefie euro, co w średnim okresie może wspierać wspólną europejską walutę.

USD

Stosunkowo pozytywny tydzień dla amerykańskich aktywów został podsumowany przez bardzo dobry odczyt danych z rynku pracy Stanów Zjednoczonych. W porównaniu z „dołkiem” odnotowanym w maju, wskaźnik kreacji miejsc pracy w czerwcu po raz kolejny przekroczył próg 200 tysięcy, a tempo wzrostu realnych wynagrodzeń nadal umiarkowanie przyspiesza. Na ten moment w USA nie widać na horyzoncie widma recesji, ani nawet istotnego spowolnienia.

Po piątkowej publikacji rynek zdecydowanie wycofał się z dotychczasowych oczekiwań, zakładających jedną obniżkę stóp procentowych Fedu o aż 50 punktów bazowych podczas lipcowego spotkania. O ile uważamy, że ze względów politycznych jednorazowa obniżka stóp procentowych w USA jest nieunikniona, nie widzimy odpowiednich warunków do przeprowadzenia w USA pełnego cyklu luzowania polityki monetarnej.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk, Ebury

262 upadłości firm do 31 maja br. Brak płynności finansowej eliminuje przedsiębiorców z rynku

Tylko w maju 2019 roku upadłość ogłosiły 44 firmy – wynika z danych Monitora Sądowego i Gospodarczego zebranych przez Korporację Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych (KUKE). Decyzja ta pociąga za sobą szereg konsekwencji – utratę kontroli nad organizacją, kontrahentów, a także spadek wartości przedsiębiorstwa. Często firmy zastanawiają się, kiedy należy ogłosić upadłość. O tym jak rozpoznać właściwy moment, w którym zachodzą podstawy do jej ogłoszenia mówi ekspert Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy.

Upadłość firmy ogłasza się wówczas, gdy określony podmiot jest niewypłacalny, czyli gdy zachodzi jedna z dwóch sytuacji:

  • firma utraciła odpowiednią płynność finansową;
  • zobowiązania organizacji są wyższe niż wartość jej majątku i stan taki utrzymuje się przez okres przekraczający 24 miesiące.

Podstawy ogłoszenia upadłości regulowane są przez art. 10, art. 11 i art. 12a Prawa Upadłościowego.

Ustalenie, czy firma utraciła zdolność wykonywania swoich zobowiązań wymaga porównania stanu środków finansowych, którymi dysponuje oraz tych, które stają się wymagalne na określony moment. W praktyce każdy zarząd firmy wie o tym, że znajduje się w strefie oznaczającej ryzyko niewypłacalności. Problematyczne w konkretnym przypadku może być jednak ustalenie, czy firma utraciła już zdolność finansową – wskazuje mec. Piotr Staroń, Partner w Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy.

Płynność finansowa – a także ocena czy nastąpiła utrata płynności – może być uzależniona od szeregu bieżących zdarzeń gospodarczych. Są to m.in. uzyskanie pozytywnej decyzji dotyczącej umorzenia lub odroczenia płatności kluczowego zobowiązania podatkowego lub zobowiązania z tytułu pożyczki czy kredytu bankowego.

Rozstrzygnięcie, czy firma znajduje się w kryzysowej sytuacji w każdym przypadku powinno być połączone z badaniem charakteru danego podmiotu. Specyfika prowadzenia rozrachunków z kontrahentami oraz zarządzania procesem usług lub sprzedaży towarów handlowych mogłaby prowadzić do wniosku, że wiele przedsiębiorstw kontynuuje działalność, pomimo że formalnie należałoby je uznać za niewypłacalne – wskazuje mec. Piotr Staroń, Partner w Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy.

Ogłoszenie upadłości zgłoszone zostaje za pośrednictwem wniosku złożonego w wydziale gospodarczym sądu rejonowego właściwego dla miejsca prowadzenia działalności. Warto podkreślić, że wniosek ten może zostać złożony zarówno przez dłużnika, jak i jego wierzycieli.

W ocenie wszelkich informacji związanych z ogłoszeniem upadłości przedsiębiorstwa należy zaznaczyć, że zgodnie z art.11 ust. 6 Prawa Upadłościowego sąd może oddalić taki wniosek, jeżeli nie ma zagrożenia utraty przez dłużnika zdolności do wykonywania jego wymagalnych zobowiązań pieniężnych w niedługim czasie – podsumowuje mec. Piotr Staroń, Partner w Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy.

Firmy rzadko decydują się na polubowne rozwiązywanie sporów gospodarczych. Rozwiązanie to jest tańsze i szybsze niż sprawy sądowe

Firmy rzadko decydują się na polubowne rozwiązywanie sporów gospodarczych. Rozwiązanie to jest tańsze i szybsze niż sprawy sądowe 8

W Polsce alternatywne metody rozstrzygania sporów gospodarczych nie są specjalnie popularne. Przedsiębiorcy oddają do arbitrażu tylko ok. 200 spraw rocznie, podczas gdy na wokandę polskich sądów powszechnych co roku trafia nawet 2 mln spraw gospodarczych. W dużej mierze wynika to z faktu, że przedsiębiorcy o arbitrażu wiedzą stosunkowo niewiele. Opracowana właśnie przez Polskie Stowarzyszenie Sądownictwa Polubownego Deklaracja Arbitra ma zachęcić przedsiębiorców do oddawania spraw spornych do polubownego rozstrzygania.

 Arbitraż ma nad sądownictwem powszechnym przewagę w kilku elementach. Jest poufny, może być szybszy, tańszy i bardziej profesjonalny. Chcemy, żeby Deklaracja Arbitra utrwaliła i wzmocniła te dobre standardy arbitrażu. Ma ona służyć upowszechnieniu arbitrażu, przypomnieniu przedsiębiorcom, że jest coś takiego jak arbitraż i jest to ciekawa alternatywa dla sądownictwa powszechnego – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Eligiusz Krześniak, prezes Polskiego Stowarzyszenia Sądownictwa Polubownego, partner zarządzający Squire Patton Boggs.

Gospodarcze sądy arbitrażowe uprościły i przyspieszyły polubowne rozstrzyganie sporów. Przewagą sądów polubownych nad powszechnymi jest też poufność postępowania i zasada niepublikowania orzeczeń bez zgody wszystkich stron. Pozwala to firmom chronić swój wizerunek i tajemnice handlowe. Co do zasady, sprawy prowadzone są tak, by możliwie łagodzić konflikt, uspokoić emocje, nie dopuścić do zerwania biznesowej współpracy. Do tej pory brakowało jednak jednolitych standardów dla arbitrów. Dzięki deklaracji opracowanej przez PSSP przedsiębiorcy będą wiedzieć już przed rozpoczęciem postępowania, czego mogą się spodziewać po arbitrze i jak będzie prowadzona sprawa. Dla samych arbitrów to zaś swoista mapa postępowania.

 Deklaracja ma przypomnieć arbitrom o tym, żeby rozstrzygając spory, stosowali podstawowe, najważniejsze zasady, które przekonują przedsiębiorców do tego, żeby z arbitrażu korzystać – tłumaczy prof. Eligiusz Krześniak.

Standardy postępowania arbitra wskazane w deklaracji dotyczą m.in. konsultowania ze stronami istotnych kwestii dotyczących organizacji postępowania, określania jego harmonogramu, wspierania stron w ugodowym załatwieniu sporu czy niezwłocznego zapoznawania się z pismami składanymi przez strony. Arbiter, podpisując deklarację, zobowiązuje się też do szybkiego rozwiązania sprawy.

– Proponujemy, żeby wyrok był wydawany najpóźniej w ciągu 12 miesięcy od wydania postanowienia organizacyjnego. Chcemy, żeby postanowienie organizacyjne było wydawane, bo to też nie jest standardem i czasami zdarza się, że takich postanowień nie ma. Chcemy, żeby strony były pytane o to, jakie mają wnioski techniczne dotyczące samego prowadzenia postępowania. Krótko mówiąc, chcemy, żeby pewne najlepsze standardy postępowania arbitrażowego stały się bardziej powszechne i znane – podkreśla prezes PSSP.

PSSP zakłada, że dzięki opracowanej deklaracji zwiększy się liczba spraw gospodarczych skierowanych do polubownego rozstrzygania. Choć na Zachodzie arbitraż jest popularny, w Polsce świadomość przedsiębiorców na jego temat jest dość niewielka. Z ubiegłorocznych danych resortu sprawiedliwości wynika, że nawet połowa przedsiębiorców nie wie, czym jest arbitraż.

– Z naszych wyliczeń wynika, że polscy przedsiębiorcy oddają ponad 200 spraw rocznie do arbitrażu. Są to sprawy zarówno w polskich stałych sądach polubownych, sprawy w arbitrażach ad hoc, jak też w międzynarodowym arbitrażu. Oczywiście tych spraw mogłoby być dużo, dużo więcej – ocenia Michał Kocur, sekretarz generalny Polskiego Stowarzyszenia Sądownictwa Polubownego.

Obecnie w Polsce działa ok. 50 sądów polubownych, zazwyczaj przy organizacjach branżowych. Największy, Sąd Arbitrażowy przy Krajowej Izbie Gospodarczej, w 2018 roku wydał 131 rozstrzygnięć i zajął się 158 nowymi sporami. Dla porównania do sądów trafia corocznie nawet 2 mln spraw gospodarczych. Tymczasem, jak przekonują eksperci, arbitraż ma niemal same zalety.

 Zasadniczym plusem arbitrażu są kompetencje arbitrów. Strony, które zaczynają spór mogą wybrać swoich arbitrów, czego nie ma w sądzie. Arbitrzy mogą poświęcić dużo więcej czasu na daną sprawę, niż mogą sobie pozwolić sędziowie. W warszawskich sądach sędziowie mają około tysiąca spraw na głowę – łatwo policzyć, ile czasu może poświęcić sędzia na jedną sprawę. Dużą zaletą arbitrażu jest czas, w jakim sprawy są rozpatrywane, nie ma apelacji i wyrok, który wydają arbitrzy, jest ostateczny, postępowania mogą zakończyć się nawet szybciej niż w ciągu roku – wymienia Michał Kocur.

Przybywa dróg betonowych. Są tańsze w budowie i znacznie bardziej wytrzymałe niż asfaltowe

Przybywa dróg betonowych. Są tańsze w budowie i znacznie bardziej wytrzymałe niż asfaltowe 9

Na koniec roku w Polsce będzie blisko 750 km autostrad i dróg ekspresowych o nawierzchni betonowej. Takie inwestycje prowadzone są także na drogach lokalnych. Rocznie powstaje ich 120–150 km. Drogi betonowe już na etapie budowy są ok. 30 proc. tańsze od podobnych z nawierzchnią asfaltową. Po 30 latach eksploatacji oszczędności mogą przekraczać 50 proc. Do tego nośność autostrady czy drogi ekspresowej z nawierzchnią betonową jest 3–4 razy wyższa niż nawierzchni klasycznej – ocenia prof. dr hab. inż. Jan Deja z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.

– W tej chwili mamy około 670 km betonowych autostrad i dróg ekspresowych oddanych do użytkowania. Zakładamy, że w ciągu najbliższych 5–6 lat zostanie oddanych kolejnych 730 km. W perspektywie roku 2023, może 2025, powinny one stanowić 26 proc. całej sieci głównych dróg, którymi zarządza GDDKiA. Drogi betonowe w Polsce to dzisiaj również drogi lokalne, samorządowe. Szacujemy, że jest ich w Polsce już blisko tysiąc kilometrów – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. dr hab. inż. Jan Deja z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, dyrektor Biura Stowarzyszenia Producentów Cementu.

Stowarzyszenie Producentów Cementu podaje, że w 2019 roku w Polsce zostanie oddanych do użytku ok. 182 km dróg ekspresowych o nawierzchni betonowej. Na koniec 2019 roku będzie już blisko 742 km autostrad i dróg ekspresowych z nawierzchnią betonową. W kwietniu została otwarta 13-kilometrowa betonowa obwodnica Suwałk, w ciągu drogi ekspresowej S61. W tym roku zostaną także oddane droga ekspresowa S17 Warszawa – Lublin (łącznie 6 odcinków o długości 86 km), trzy odcinki autostrady A1 (36,6 km) i dwa odcinki drogi ekspresowej S8 (21,5 km).

– Według analiz różnica w koszcie budowy drogi betonowej i asfaltowej sięga dwudziestu kilku procent na etapie budowy. Jeżeli do tego doliczymy koszty 30-letniej eksploatacji, to ta różnica jest ponaddwukrotna. To naprawdę jest powód do tego, żeby poważnie tę alternatywę betonową rozpatrywać – przekonuje prof. Jan Deja.

Potwierdzają to dane z raportu „Badania i analizy kosztów budowy i utrzymania nawierzchni betonowych i asfaltowych” przeprowadzonego przez zespół ekspertów z Politechniki Wrocławskiej pod kierownictwem prof. Antoniego Szydło. Wynika z niego, że już na etapie budowy kilometr drogi ekspresowej z nawierzchnią betonową (w zależności od kategorii ruchu) jest 29–33 proc. tańszy od podobnej drogi z nawierzchnią asfaltową. Po 30 latach eksploatacji droga ekspresowa betonowa jest o 54,5–57 proc. tańsza.

– Od lat apeluję, żeby podchodzić do całego problemu w perspektywie przynajmniej 30 lat, czyli tzw. half-life cost. Łączny koszt budowy i kilkudziesięcioletniej eksploatacji to jest coś, co powinno być podstawą decyzji. Tak się dzieje w wielu krajach, cieszę się, że również polska administracja drogowa zaczyna to dostrzegać i przynajmniej zapowiada, że tego typu podejście będzie obowiązywać. To jest zgodne z gospodarskim podejściem do problemu. Przecież nie chcemy naprawiać dróg po 5–7 latach – wskazuje ekspert.

Nawierzchnie betonowe to nie tylko niższy łączny koszt budowy oraz eksploatacji, lecz także niższe koszty społeczne ze względu na większą nośność i trwałość. Znacznie mniej jest kosztownych i uciążliwych dla kierowców remontów. Po 30 latach użytkowania nawierzchnia asfaltowa musi być w 100 proc. wybudowana od nowa, a betonowa może służyć jeszcze przez kolejne 20 lat.

– Nośność autostrady z nawierzchnią betonową czy drogi ekspresowej jest 3–4 razy wyższa niż nawierzchni klasycznej bitumicznej. Na tych nawierzchniach nie ma zjawiska koleinowania. To jest kolejny element, który decyduje o bezpieczeństwie – wskazuje prof. Deja.

Jak podkreśla, drogi betonowe to także krótsza droga hamowania, lepsza widoczność, niższe zużycie paliwa związane z mniejszymi oporami toczenia. Dodatkowo nawierzchnie betonowe podlegają całkowicie recyklingowi. To sprawia, że są coraz popularniejsze także w innych krajach, m.in. Niemczech, Austrii czy Czechach.

– Uważam, że przy polskich uwarunkowaniach i dostępie do surowców, beton jest uzasadnioną alternatywą dla nawierzchni bitumicznych, choć podkreślam, że jest miejsce dla jednej i dla drugiej technologii. Technologie mają ze sobą konkurować, to jest podstawa sukcesu. Dzisiaj asfalt jest dużo lepszy niż 20 lat temu, również beton się poprawił w międzyczasie, nie jest taki głośny. Konkurencja sprzyja więc poprawie jakości – podkreśla prof. Jan Deja.

UOKiK skontroluje i ukarze duże firmy zwlekające z zapłatą mniejszym kontrahentom. Kontrole będą niezapowiedziane, ale krótkie

UOKiK skontroluje i ukarze duże firmy zwlekające z zapłatą mniejszym kontrahentom. Kontrole będą niezapowiedziane, ale krótkie 10

Sejm uchwalił ustawę o ograniczeniu zatorów płatniczych. Zakłada ona m.in. konieczność raportowania praktyk płatniczych przez największe firmy i grupy czy możliwość nakładania kar w razie przedłużającego niepłacenia zobowiązań, o ile nie wynikają one z nieotrzymywania pieniędzy przez firmę od jej własnych dłużników. Nowe przepisy umożliwiają karanie dużych firm, które wykorzystując swoją siłę rynkową, kredytują się kosztem mniejszych podmiotów.

Od 1 stycznia 2020 roku Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów będzie mógł spojrzeć na problem zatorów płatniczych, czyli problem niepłacenia małym i średnim przedsiębiorcom za wykonane przez nich usługi i dostarczone towary – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Holeksa, wiceprezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. – Urząd będzie otrzymywał dość szczegółowe informacje z Krajowej Administracji Skarbowej i Ministerstwa Finansów na temat płatności faktur i będzie je analizował. Na podstawie tych informacji oraz zgłoszeń, które będą wpływały do urzędu, będziemy przeprowadzać kontrole u przedsiębiorców, czy opłacają faktury w terminie.

Problem zatorów płatniczych oraz bardzo długich terminów płatności dotyka większości polskich firm. Z danych BIG InfoMonitor za II kwartał 2019 roku wynika, że ponad połowa polskich firm czeka na zapłatę za towar lub usługę ponad dwa miesiące. Na problem opóźnień w płatnościach przeciągających się ponad 60 dni w ciągu ostatnich sześciu miesięcy narzekało w maju 52 proc. mikro-, małych i średnich przedsiębiorców. Najgorzej sytuacja wygląda w handlu, a także w transporcie. Z zapłatą faktur co najmniej miesiąc po terminie miało do czynienia 58 proc. firm. A mowa tu o opóźnieniach, a nie długich terminach płatności, uzgodnionych – pod presją lub nie – przez obie strony. Od przyszłego roku UOKiK zyska uprawnienia do karania takich praktyk.

– UOKiK będzie mógł przeglądać bieżące faktury u przedsiębiorców. Ponadto tak jak do tej pory może żądać wielu różnych informacji, także w sferze dotyczącej płatności – mówi wiceprezes Urzędu. – Jest to o tyle poważna zmiana, że do tej pory niepłacenie za faktury nie było ścigane publiczno-prawnie. Teraz przedsiębiorcy mogą dochodzić swoich roszczeń przed sądami. Natomiast po wejściu w życie ustawy poszkodowani przedsiębiorcy będą mogli zgłaszać się do UOKiK-u bądź będą mogli anonimowo zgłosić, że dany przedsiębiorca jest tzw. zatorowcem, nie płaci za faktury.

Brak zapłaty na czas oznacza często utratę płynności finansowej i niemożność zaplanowania działań inwestycyjnych czy uregulowania własnych faktur. Powstaje efekt domina, który ogranicza rozwój firm, a często prowadzi do opóźnień w wypłacaniu wynagrodzenia pracownikom czy wręcz upadku firmy. Za pomysłem ustawy stoi chęć ukrócenia wykorzystywania zwłoki w płatności jako sposobu kredytowania się kosztem kontrahentów przez zazwyczaj silniejszych biznesowo partnerów. Teraz największe firmy i grupy (pow. 50 mln euro obrotu rocznego) będą musiały raportować Ministerstwu Przedsiębiorczości i Technologii, jakie terminy płatności stosują i jak je realizują.

– Zakładamy, że kontrola u przedsiębiorcy na miejscu będzie maksymalnie krótka. Nie chcemy być uciążliwi dla przedsiębiorców, nawet dla tych, którzy nie płacą za faktury – deklaruje Michał Holeksa. – To będzie kilka dni. Natomiast reszta kontroli będzie wykonywana w urzędzie. Takie mamy plany. Samo postępowanie powinno maksymalnie trwać 5 miesięcy. Jednakże istnieje możliwość jego przedłużenia, jeżeli np. dostarczonego materiału będzie tak dużo, że nie będzie możliwości, aby w 5 miesięcy cały materiał przejrzeć i wydać decyzję.

W przypadku kontraktu między dużą firmą a mikro-, małym lub średnim przedsiębiorstwem nie będzie można – według nowych przepisów – stosować dłuższego terminu płatności niż 60 dni, a w przypadku podmiotów publicznych – nawet 30 dni (nie licząc służby zdrowia). Jeśli termin płatności będzie dłuższy niż 120 dni, przedsiębiorca będzie miał prawo wypowiedzieć taką umowę. Z kolei w sytuacji, gdy dwie firmy o zbliżonej wielkości ustalą termin płatności na dłuższy niż 60 dni i wierzyciel go zakwestionuje, to dłużnik będzie musiał udowodnić, że termin ten jest zasadny i nie godzi w interesy kontrahenta.

O kontrolach nie będziemy uprzedzać, będziemy się zgłaszać do danego przedsiębiorcy – wyjaśnia Michał Holeksa. – Plusem tej ustawy jest to, że przedsiębiorca, do którego weszliśmy na kontrolę i co do którego mieliśmy podejrzenia, że nie płaci za faktury, może w ciągu 14 dni uiścić wszystkie swoje zobowiązania oraz odsetki od tych zobowiązań. Wtedy kara nałożona na tego przedsiębiorcę będzie obniżona o 20 proc. Kary będą zależały od wysokości faktury, czasu trwania zatoru płatniczego i wysokości naliczonych odsetek.

Wiceprezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów podkreśla, że jest to nowe narzędzie w stosunku do obecnie istniejących przepisów o wykorzystywaniu pozycji dominującej, bo tu trzeba udowodnić przedsiębiorcy posiadanie 40 proc. rynku czy ustawy o przewadze kontraktowej, która dotyczy podmiotów rynku rolno-spożywczego. Z praktyki wynika jednak, że duzi kontrahenci, np. sieci handlowe, narzucają dostawcom bardzo odległe terminy płatności.

W Polsce wciąż są gminy bez poradni ginekologicznych. Najgorzej jest w województwie podlaskim, lubelskim i mazowieckim

W Polsce wciąż są gminy bez poradni ginekologicznych. Najgorzej jest w województwie podlaskim, lubelskim i mazowieckim 11

Polki, zwłaszcza z terenów wiejskich, wciąż nie mają dostępu do odpowiedniej opieki ginekologiczno-położniczej. W niektórych województwach nawet 70 proc. gmin nie ma gabinetu ginekologicznego. Dotyczy to zwłaszcza województwa podlaskiego, lubelskiego i mazowieckiego. Problemem jest też wciąż niska świadomość profilaktyki ginekologicznej u kobiet. 40 proc. Polek nie widzi potrzeby regularnych wizyt u ginekologa.

Regularne badania ginekologiczne to jeden z najważniejszych elementów profilaktyki wielu chorób, w tym groźnych dla życia nowotworów piersi, jajnika i szyjki macicy. Z badań przeprowadzonych na potrzeby kampanii „W kobiecym interesie” wynika jednak, że choć 72 proc. Polek zdaje sobie sprawę z konieczności odwiedzania gabinetu ginekologa raz w roku, tylko 57 proc. robi to tak regularnie. Zaledwie 39 proc. pań decyduje się na wykonywanie badania cytologicznego raz w roku, 30 proc. natomiast równie regularnie poddaje się USG ginekologicznemu. Badają się głównie kobiety młodsze, w wieku 26–30 lat. Kobiety w grupie wiekowej 55–65 lat chodzą do specjalisty rzadziej niż raz na 2 lata.

–  3 mln kobiet praktycznie nie chodzi do ginekologa. 40 proc. twierdzi, że w sumie to nie ma takiej potrzeby – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Aneta Grzegorzewska, dyrektor korporacyjny Gedeon Richter Polska, inicjator kampanii „W kobiecym interesie”.

Przyczyn, dla których Polki nie badają się regularnie, jest wiele. Raport „Polka u ginekologa” pokazuje, że 38 proc. pań nie czuje się komfortowo podczas wizyty u ginekologa, 17 proc. nie ma na to czasu, tyle samo odczuwa zbyt duży wstyd, 9 proc. natomiast boi się takiej wizyty. Problemem są jednak nie tylko bariery świadomościowe, lecz także terytorialne. Zgodnie z raportem Najwyższej Izby Kontroli pt. „Dostępność świadczeń ginekologiczno-położniczych finansowanych ze środków publicznych na terenach wiejskich. Lata 2016–2017”, w wielu regionach Polski wciąż brakuje równego dostępu do ambulatoryjnych świadczeń ginekologiczno-położniczych. Dotyczy to głównie terenów gmin wiejskich i miejsko-wiejskich, m.in. województwa mazowieckiego.

– Dla przykładu, w województwie podlaskim w 2017 roku na jeden gabinet ginekologiczny przypadało aż 27 tys. pacjentek, natomiast w gabinecie miejskim w tym samym województwie – 5 tys. pacjentek, więc ta dysproporcja jest bardzo duża. Jeżeli dołożymy do tego jeszcze kwestie lokalizacji, czyli np. są pacjentki, które mają nawet 50 km do najbliższego gabinetu, to zaczyna nam się robić rzeczywiście duży, systemowy problem – mówi Aneta Grzegorzewska.

Jak pokazuje raport NIK, w niektórych województwach 50–70 proc. gmin nie ma nawet jednego gabinetu ginekologicznego. W 9 powiatach Podlasia są obszary, w których gabinetu nie ma w promieniu 20, a nawet 50 km. Mieszkanki tych regionów zmuszone są do wielomiesięcznego oczekiwania na wizytę, pokonywania dużych odległości lub korzystania z prywatnej opieki ginekologa bądź położnika, co nie zawsze jest możliwe, bo nie każdą kobietę stać na wizyty w prywatnych placówkach.

– Chcemy zaapelować w naszej kampanii „W kobiecym interesie”, żeby kobiety pamiętały o tym, że dostęp do publicznej opieki zdrowia, do ginekologa i innych specjalistów, do terapii musi być dokładnie taki sam dla kobiety, która mieszka na wsi, i kobiety, która mieszka w mieście. Mamy dokładnie takie samo prawo i o to powinniśmy zabiegać – mówi Aneta Grzegorzewska.

Aby poprawić niekorzystne statystyki dotyczące opieki ginekologicznej w Polsce, niezbędne są zarówno zmiany systemowe, prowadzące do zwiększenia liczby gabinetów ginekologicznych, jak i świadomościowe. Edukowanie kobiet i przekonywanie ich, że regularne wykonywanie badań ginekologicznych to podstawowy warunek dbałości o zdrowie, to cel kampanii „W kobiecym interesie”. Twórcy kampanii przez kolejne weekendy maja i czerwca dawali mieszkankom województwa mazowieckiego możliwość bezpłatnego skorzystania z badań profilaktycznych. Ten region ma według raportu NIK drugi najwyższy odsetek gmin bez poradni ginekologiczno-położniczych. Twórcy kampanii nie wykluczają, że w przyszłości rozszerzą akcję na kolejne miesiące i inne województwa.

Polacy chcą, ale nie zawsze potrafią być eko. Problemem są finanse i brak odpowiedniej wiedzy

Polacy chcą, ale nie zawsze potrafią być eko. Problemem są finanse i brak odpowiedniej wiedzy 12

Większość Polaków uważa, że żyje ekologicznie, jednak nasze działania zazwyczaj sprowadzają się do tych podstawowych, jak segregacja śmieci, oszczędzanie wody i papieru czy niemarnowanie jedzenia. Te wymagające większego zaangażowania są już zdecydowanie rzadziej spotykane. Blisko 90 proc. badanych chciałoby być bardziej eko, ale na przeszkodzie stoją finanse – wynika z badania Gumtree Polska „Polacy a ekologia”. Problemem jest również niska wiedza o ochronie środowiska. Obcym jeszcze dla nas pojęciem jest filozofia zero waste, a tylko 30 proc. wprowadza jej zasady w życie – wskazuje Katarzyna Merska z Gumtree Polska.

– Polacy uważają, że żyją ekologicznie – trzy czwarte z nas deklaruje, że wprowadza w swoim życiu i gospodarstwie domowym rozwiązania proekologiczne i pewne zasady sprzyjające ochronie środowiska. Jednak aż 90 proc. z nas uważa, że mogłoby i chciałoby robić więcej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Merska, koordynator ds. komunikacji w Gumtree Polska.

Z badania wynika, że zazwyczaj za bycie eko Polacy uważają prawidłową segregację śmieci (72 proc.), oszczędzanie wody i prądu (69 proc.) czy częstsze korzystanie z komunikacji miejskiej i roweru (51 proc.).

Większość proekologicznych zachowań wynieśliśmy z domu. Blisko 80 proc. wskazuje na nawyk niemarnowania jedzenia. Co trzecia osoba w ogóle nie wyrzuca żywności, 18 proc. Polaków robi to rzadziej niż raz miesiącu, a 10 proc. – raz na miesiąc.

– Staramy się nie korzystać z plastikowych słomek czy jednorazowych toreb, a zamiast tego bierzemy na zakupy bawełnianą torbę. Natomiast działania, które wymagają większego zaangażowania, są już rzadsze. Tylko 12 proc. Polaków deklaruje, że bierze pod uwagę w sklepie zakup warzyw czy owoców, które są nieidealne czy lekko obite. Nie mamy świadomości tego, że jeżeli te warzywa i owoce nie będą sprzedane, to zostaną wyrzucone – wskazuje Katarzyna Merska.

Filozofia zero waste, zgodnie z którą człowiek stara się generować jak najmniej odpadów, jest jeszcze w Polsce mało popularna. Częściej jej znajomość deklarują mieszkańcy największych miast, ale rzadko wcielają ją w życie.

– Połowa z nas w ogóle nie wie, że jest coś takiego jak ruch zero waste. Osoby, które starają się zasady zgodne z tą filozofią wdrożyć w swoim życiu i domu, na pierwszym miejscu jako motywację wymieniają ekologię, a nie ekonomię i oszczędność – zaznacza ekspertka Gumtree Polska.

Jednym z proekologicznych działań, które mają pozytywny wpływ na środowisko, jest dawanie drugiego życia ubraniom czy przedmiotom codziennego użytku. Blisko trzy czwarte Polaków przyznaje, że nabywa używane rzeczy, choć przede wszystkim ze względu na oszczędności (70 proc.) niż ochronę środowiska (ok. 40 proc.). Kobiety najczęściej sięgają po ubrania (73 proc.), natomiast mężczyźni po książki (57 proc.), sprzęt AGD i RTV.

Polacy chcieliby być bardziej eko, ale jako przeszkodę wskazują finanse (ok. 60 proc.).

– Jedzenie ekologiczne, nawet jeżeli jest kupowane w sieciach dyskontów, jest droższe od konwencjonalnego. Podobnie jest ze środkami czystości. Druga rzecz to brak czasu na zmianę nawyków, na przemyślenie tego, jak funkcjonować w nowy, bardziej ekologiczny sposób. Prawie 1/3 z nas ma duży kłopot z przekonaniem domowników do zmiany nawyków – wymienia Katarzyna Merska.

Problemem jest też niski poziom wiedzy. Mimo że temat ekologii w mediach pojawia się stosunkowo często, to przeważnie mówi się o segregacji odpadów czy oszczędności energii. O bardziej złożonych kwestiach wiemy niewiele. Tylko połowa ankietowanych deklaruje, że wie, na czym polega zrównoważone rolnictwo. Podobny odsetek nie ma świadomości o szkodliwym wpływie na środowisko oleju palmowego, który przyczynia się do wycinki lasów deszczowych. Tylko nieco ponad połowa Polaków uważa samochody hybrydowe za proekologiczne.

– Na dotarcie do takich informacji, poszukanie konkretnych rozwiązań, przepisów i porad potrzeba czasu. Nie bardzo też wiemy, jakie są wiarygodne źródła wiedzy, mamy te łatwo dostępne, np. fanpage czy strony internetowe, blogi, ale to też wymaga weryfikacji – tłumaczy Katarzyna Merska.