Z informacji Ministerstwa Sprawiedliwości wynika, że w ciągu ostatnich statystycznych 12 miesięcy państwo zakupiło dla sądów powszechnych 970 154 ryz białego papieru A4. Oznacza to, że w tym okresie zużyto 2425 ton papieru, na którego wyprodukowanie trzeba było ściąć ponad 41 tysięcy drzew (17 drzew na 1 tonę papieru). Czy postępująca cyfryzacja polskiego sądownictwa może tę sytuację zmienić? Według szacunków twórców Pierwszego Elektronicznego Sądu Polubownego dla przedsiębiorców ULTIMA RATIO prowadzenie sprawy on-line może zmniejszyć zużycie papieru o 200 razy w porównaniu do sądownictwa tradycyjnego.
Cyfryzacja dotyka już w zasadzie wszystkich stref naszego życia. On-line kupujemy bilety do kina czy na pociąg, za pomocą prostych aplikacji wynajmujemy samochody na minuty, zdalnie kontrolujemy produkcję z użyciem robotów w fabryce czy w końcu zamawiamy jedzenie do domu. Także polskie sądownictwo powszechne stara się zgodnie z tymi trendami reformować.
W 2010 roku w Lublinie rozpoczął swoją działalność e-sąd, który dla zasady miał zdecydowanie zmienić strukturę polskiego sądownictwa i przyśpieszyć wydawanie wyroków.
Robert Szczepanek, współtwórca Ultima Ratio
„E-sąd w Lublinie rzeczywiście pozwala na elektroniczne złożenie pozwu. Niemniej sąd ten nie jest dla pozwanego obowiązkowy, a zatem jeżeli pozwany nie chce się tam procesować, sprawa trafia do rozpoznania w trybie zwykłym do sądu powszechnego, w którym właśnie pozwany ma siedzibę. W takim wypadku nie ma już możliwości prowadzenia rozprawy on-line. Ograniczyć koszty, przyspieszyć wydawanie wyroków szczególnie w obrocie gospodarczym a przede wszystkim odciążyć tradycyjne sądownictwo mogą polubowne sądy on-line” – komentuje Robert Szczepanek, współzałożyciel pierwszego w Polsce w pełni elektronicznego sądu polubownego dla firm ULTIMA RATIO.
W sądach powszechnych prawie każda czynność jest dokumentowana. Na piśmie składa się pozew oraz odpowiedź na pozew. Strony wymieniają argumenty pisząc pisma procesowe. Kiedy odbywa się rozprawa, jej przebieg utrwalany jest w pisemnym protokole. Spisuje się również zeznania świadków i stron. Akta jednej sprawy szybko rozrastają się w ten sposób do kilku tomów, niekiedy trzeba je przewozić ciężarówkami Przekłada się to na tysiące stron papieru. Często po jednym „użyciu” takich akt sprawa się kończy i zostaje zarchiwizowana. Ograniczyć koszty, przyspieszyć wydawanie wyroków.
Ultima Ratio rozpoczął formalnie działalność pod koniec kwietnia tego roku. Rozpatruje sprawy gospodarcze, w których stronami są firmy i przedsiębiorstwa. Żeby złożyć pozew, obydwie strony muszą zgodzić się na rozstrzygnięcie sporu właśnie przez ULTIMA RATIO. Sąd rozpatruje sprawy wyłącznie przez internet – nie posiada budynku, w którym trzeba się stawić, nie organizuje rozpraw, na które trzeba dojechać.
Pozew w naszym sądzie składa się w ciągu kilku minut, po zalogowaniu się do systemu informatycznego. Czynności procesowych można dokonywać o każdej porze dnia i nocy i w każdym miejscu na świecie, posiadającym oczywiście dostęp do internetu. Nie ma rozpraw, nie ma delegacji do siedziby sądu, w końcu nie ma potrzeby zużycia ton papieru na akta sprawy. Arbiter wydaje wyrok w ciągu 3 tygodni, mając możliwość komunikacji on-line ze stronami procesu. Drukujemy tylko pozew dostarczany do pozwanego i sam wyrok. Zużywamy dzięki temu około 200 razy mniej papieru. Szacujemy, że duże firmy prowadzące rocznie kilka tysięcy sporów sądowych ze swoimi kontrahentami mogą zaoszczędzić kilka milionów złotych. Oczywiście zaoszczędzi też Skarb Państwa zamawiając mniej papieru, ale chyba co bardziej ważne dla nas i przyszłych pokoleń zetniemy mniejszą liczbę drzew. – komentuje Robert Szczepanek z ULTIMA RATIO
W celu weryfikacji stron sąd ULTIMA RATIO korzysta z profilu zaufanego, podpisu kwalifikowanego oraz e-dowodów tożsamości. Niezwykle wygodne jest prezentowanie materiału dowodowego – w przypadku na przykład roszczeń z rękojmi za wady rzeczy sprzedanej, strona będzie mogła wprost z aplikacji mobilnej Ultima Ratio nakręcić telefonem komórkowym film obrazujący wady oraz jednym kliknięciem umieścić go na profilu danej sprawy. W analogiczny sposób możliwa jest prezentacja zdjęć, skanów pism, linków, nagrań audio, zrzutów ekranu i innych tego typu materiałów. Zabezpieczenia systemu elektronicznego Ultima Ratio są analogiczne do zabezpieczeń systemów bankowości elektronicznej. System informatyczny e-sądu został zbudowany przez polską spółkę ZETO Rzeszów a arbitrami są notariusze przeszkoleni w Stowarzyszeniu Notariuszy RP.
Opisując pierwsze półrocze bieżącego roku, można zaryzykować twierdzenie, że był to jeden z ciekawszych okresów na rynkach finansowych od lat. Cofając się do prognoz tworzonych pod koniec ubiegłego roku, większość kasandrycznych wizji, jak dotąd, się nie sprawdziła. Jedyną sprawdzoną prognozą było utrzymanie słabej koniunktury w strefie euro, chociaż w części prognoz wskazywano na możliwe odbicie w drugim półroczu. To dopiero przed nami. Do największych zaskoczeń należy zaliczyć dość nieoczekiwany przebieg wojny handlowej i przede wszystkim ostry zwrot w polityce banków centralnych. Paradoksalnie, najbardziej niepokoić może silna zmienność nastrojów i optymizm inwestorów, których zachowanie w ostatnich paru miesiącach mogło się wydawać, w pewnych momentach, mocno nieracjonalne.
Obraz rynku w stopach zwrotu
Ostatnie 6 miesięcy było bardzo udane dla inwestorów alokujących środki na rynkach rozwiniętych. Po spadkach w IV kwartale ubiegłego roku, indeksy z końcem grudnia silnie odbiły i ten trend trwał praktycznie do końca I półrocza. Amerykański indeks S&P 500 zyskał w tym czasie 17,3%, 2 razy ustanawiając nowe historyczne szczyty. Jeszcze lepiej wypadły amerykańskie spółki technologiczne skupione w indeksie Nasdaq, zyskując nieco ponad 20%. Hossa nie ominęła Europy Zachodniej, niemiecki DAX wzrósł o 18,9%, zaś francuski CAC40 o 18%. Dużo słabiej na tym tle wypadł polski rynek, który przez długi czas był odporny na globalny optymizm. WIG20 zyskał od początku roku około 3%, zaś szeroki indeks WIG 5,3%. Było to zasługą lepszego zachowania się małych i średnich spółek. sWIG80 zyskał 12,2%, zaś mWIG40 odpowiednio 5%.
Wojny handlowe
Powodami do optymizmu na początku roku były nadzieje inwestorów na szybkie zakończenie tematu wojen handlowych. Ten scenariusz wydawał się być realny do końca kwietnia, gdy Donald Trump w znaczący sposób zaostrzył retorykę Stanów Zjednoczonych, czego konsekwencją było wpisanie na czarną listę kilku chińskich korporacji, w tym Huawei, jak również groźba nałożenia kolejnych wysokich ceł na chińskie produkty. Te wydarzenia zachwiały na moment optymizmem inwestorów, jednak ostatecznie na szczycie G20 pod koniec czerwca udało się uzyskać zawieszenie broni. Biorąc jednak pod uwagę pewną nieprzewidywalność działań amerykańskiego prezydenta i otwarcie konfliktu na kilku frontach, każdy scenariusz na drugą połowę roku jest równie możliwy. Zagrożona wydaje się być również Europa Zachodnia, gdzie nawis wojen handlowych zdaje się hamować optymizm przedsiębiorców.
Wolta banków centralnych
Na szczególną uwagę zasługuje zmiana retoryki amerykańskiego banku centralnego. Jeszcze na początku 2019 roku, pomimo nacisków amerykańskiego prezydenta, powszechnie obowiązującym scenariuszem była kontynuacja cyklu podwyżek stóp procentowych. Oczekiwania te zostały silnie złagodzone, gdy FED przeszedł w fazę „wait and see”. Następnym krokiem była deklaracja Jeroma Powella mówiąca o gotowości wsparcia amerykańskiej gospodarki przez bank centralny. Zostało to przez uczestników rynku zinterpretowane jako preludium do rozpoczęcia cyklu łagodzenia polityki pieniężnej przez Fed. Kolejnym krokiem było usunięcie z komunikatu po czerwcowym posiedzeniu Fed słowa cierpliwość, co wraz ze zmianą rozkładu głosów w FOMC (dot plot), rynek przyjął jako wstęp przed obniżkami stóp. Prawdopodobieństwo lipcowej obniżki stóp sięgnęło 100%. Patrząc na obecne wyceny długu, kilka obniżek stóp procentowych jest już w cenach amerykańskich obligacji, trudno jednak w protokole z posiedzenia Fed szukać twardego potwierdzenia takiego scenariusza.
Pod koniec I półrocza również EBC zadeklarował chęć wsparcia dla europejskiej gospodarki. Zgodnie z głównym komunikatem z ostatniego posiedzenia, wszystkie opcje pozostają na stole, w tym obniżki stóp procentowych i QE. Warto tutaj pamiętać, że kończy się kadencja obecnego prezesa EBC i trudno powiedzieć, jakie zapatrywania odnośnie dalszej polityki Europejskiego Banku Centralnego będzie miał jego następca.
Wzrosty na złocie
Z rynkowych wydarzeń należy podkreślić również silne wzrosty cen złota. Były one powodowane przede wszystkim niepewnością związaną z dalszym przebiegiem konfliktów handlowych oraz wzrostem napięcia w zatoce Ormuz. Ceny złota rosły konsekwentnie od końca maja, przekraczając dawno nieobserwowany poziom 1400 dolarów za uncję.
Wzrosty cen krajowych obligacji
Końcówka I półrocza przyniosła również silne spadki cen rentowności krajowych obligacji. Było to dość spójne ze zmianami wycen globalnego długu. Rentowności krajowych 10-latek znalazły się na poziomach obserwowanych ostatnio na przełomie 2014 i 2015 roku, co biorąc pod uwagę niezmienną od kilku lat politykę RPP, może nieco dziwić.
Zmienność bez ostatniego słowa
Zdaniem najczęściej odmienianym na wszystkie przypadki przez rynkowych analityków w 2018 roku było - silny wzrost rynkowej zmienności. Powszechnie oczekiwano, że 2019 przyniesie dalszą eskalację tego zjawiska. Pierwsze cztery miesiące tego roku zdawały się przeczyć tej tezie. Po silnych spadkach w IV kwartale rynki niemal nieustająco rosły, zaś skala wahań sesyjnych znacząco spadła. Zmienność jednak przypomniała o sobie w maju ubiegłego roku, gdzie splot kilku zdarzeń, związanych z ryzykiem intensyfikacji konfliktów handlowych zachwiał optymizmem inwestorów. Wydarzenia z maja tylko na chwilę przypomniały inwestorom, że przynajmniej amerykański rynek akcji znajduje się w zaawansowanej fazie hossy i takie nagłe powroty zmienności mogą wracać na rynki w dość nieoczekiwany sposób.
Niepokojące dane makroekonomiczne
Odczyty gospodarcze, w szczególności w Europie Zachodniej, mogą w ostatnich miesiącach niepokoić. Indeksy PMI utrzymują się trwale poniżej poziomu 50 punktów. Co ciekawe, pozostaje to praktycznie bez wpływu na zachowanie się rynkowych indeksów. Do ciekawych wniosków można dojść obserwując odczyty wskaźnika PMI dla krajowego indeksu, który jak dotąd nie znalazł odzwierciedlenia w danych realnych, które wskazują na kontynuację zdrowego wzrostu gospodarki. Część rozbieżności można tłumaczyć pewnym zapóźnieniem w realizacji zamówień krajowych wytwórców. Jednak przy silnym wsparciu fiskalnym nikt obecnie nie prognozuje znaczącego spowolnienia wzrostu polskiego PKB w 2019 roku, jak wskazywałyby na to odczyty wskaźników wyprzedzających.
Polskie akcje
Jak już wcześniej wspomniałem, krajowe akcje nie uczestniczyły w obserwowanej na globalnych rynkach hossie. Takie zapóźnienie GPW, patrząc z perspektywy historii, nie jest niczym szczególnym. Można więc oczekiwać dobrego drugiego półrocza dla krajowych spółek, biorąc pod uwagę wejście programu PPK, wspierającą gospodarkę i hossę na rynkach wschodzących. Największa przestrzeń wzrostu istnieje w segmencie małych spółek, tutaj jednak każdy inwestor powinien mieć z tyłu głowy kwestię płynności, która boleśnie przypomniała o sobie w II połowie 2018 roku.
Zbytni optymizm inwestorów
Obserwując zachowanie rynków w 2019 roku, można było dojść do jednego wniosku. Zmiany cen rynkowych aktywów silnie odcięły się od fundamentów. Rynki potrafiły najpierw rosnąć, potem spadać i z kolei ponownie rosnąć bez zmiany istotnych parametrów rynkowych i gospodarczych. Ten optymizm jest w mojej ocenie niepokojący, gdyż każdy drobny komunikat rynkowy, czy też tweet Donalda Trumpa jest w stanie zmienić krótkoterminowy trend na rynkach. W takim otoczeniu, biorąc również pod uwagę obecny poziom rynkowych indeksów, powinien w każdym racjonalnym inwestorze wzbudzić pewien zdrowy poziom ostrożności. Trudno jednak dyskutować z faktami, gdy rynki konsekwentnie rosną.
Autor: Kamil Hajdamowicz, zarządzający aktywami Vienna Life Towarzystwo Ubezpieczeń na Życie Vienna Insurance Group
Rynki finansowe w ostatnich 24 godzinach to dziwna mieszanka zachowań niekiedy z porzuceniem tradycyjnych korelacji. Znamiona awersji do ryzyka mają spadki USD/JPY, rentowności obligacji skarbowych i wzrosty cen złota, ale Wall Street zamknęło się wzrostami, a na FX mocny jest AUD, czy choćby PLN. Wśród powodów zamieszania wymienia się odrętwienie po szczycie G20, święto w USA, gołębie komentarze z banków centralnych, a nawet… okręt podwodny.
Mnogość potencjalnych powodów jest raczej dowodem na to, że nie ma jednoznacznego impulsu i aktywa są pod wpływem wewnętrznych czynników, zatem bezzasadne jest wyciągnie ogólnych wniosków pasujących do całego rynku. Wygaszenie blasku zadowolenia z wyniku rozmów Trump-Xi oznacza tylko tyle, że domykane są pozycje otwierane pod to, ale nie przechodzimy w totalną negację przyjacielskich deklaracji. Osobiście dalej wątpimy, aby ciepłe słowa prezydentów gwarantowały brak eskalacji konfliktu na późniejszym etapie negocjacji, ale na razie nie jest to temat, który determinuje zmiany cen aktywów. Na rynku są głosy, że za (selektywnym, bo tylko na wybranych aktywach) skokiem awersji do ryzyka stoją słowa prezesa Banku Anglii Carneya, który zwrócił uwagę, a globalne spowolnienie gospodarcze, które wymaga kolektywnej odpowiedzi banków centralnych. Można sobie tutaj zadać pytanie, na ile jest to nowa informacja po tym, jak luzowanie już zostało zapowiedziane przez EBC i Fed? Nie brakuje też wyszukanych uzasadnień, jak doniesienia o pożarze na rosyjskim atomowym okręcie podwodnym. To wszystko skłania mnie do przekonania, że jesteśmy w pomostowym (i podziurawionym przez święto) tygodniu, gdzie dochodzi do indywidualnych dostosowań pozycji.
Środa jest bogata w wydarzenia makro, co może urozmaicić handel w niektórych miejscach. Zaczynamy z decyzją szwedzkiego Riksbanku. Oczekuję, że bank utrzyma stopę depozytowa na -0,25 proc., ale wokół komunikatu ryzyka dla SEK przeważają po negatywnej stronie. Sygnalizowana w połowie czerwca przez prezesa EBC Mario Draghiego otwartość dla pomysłu powrotu do luzowania wywiera presję na banki centralne gospodarek z silnymi powiązaniami ekonomicznymi ze strefą euro, w tym na Riksbank. Aktualnie Riksbank pozostaje w jastrzębim nastawieniu z forward guidance sugerującym podwyżkę stopy procentowej na koniec 2019 r. lub na początku 2020 r. Głównym ryzykiem środowego przekazu jest obniżenie ścieżki w projekcji stopy procentowej i wypchnięcie do przodu sugerowanego terminu kolejnej podwyżki. Biorąc pod uwagę silną aprecjację SEK w ostatnich trzech tygodniach, zwiększa to wrażliwość korony na gołębi przekaz Riksbanku, który może wypłoszyć posiadaczy długich pozycji.
W Polsce Rada Polityki Pieniężnej utrzyma stopy procentowe bez zmian. Rada będzie miała do dyspozycji nowe projekcje makroekonomiczne, które wskażą na podwyższone ryzyko osłabienia wzrostu, ale przy przejściowym wyjściu inflacji powyżej celu 2,5 proc. Mimo to jest mało realne, aby miało to skłonić do zmiany nastawienia i na konferencji zapewne usłyszmy, że stabilizacja stóp jest najlepszym rozwiązaniem przy obecnych warunkach rynkowych. Dla złotego przekaz powinien być neutralny.
Spośród danych ważny będzie PMI dla usług z Wielkiej Brytanii. Za nami fatalne odczyty z przemysłu i budowlanki pokazujące spore zakłopotanie biznesu perspektywami brexitu. Dzisiejszy odczyt może być kolejnym ciosem w funta. Po południu mamy dwa dni publikacji z USA upakowane w jeden (jutro święto). Główna uwaga będzie na raporcie ADP jako preludium do piątkowego raportu NFP. Choć ostatni zbieżność raportów bywa różna, to przy skupieniu uwagi przez Fed na sytuacji na rynku pracy, rynek uważnie będzie analizował każdy skrawek informacji.
Dobra sytuacja na warszawskiej GPW w czerwcu pozwoliła odrobić Giełdowemu Indeksowi Produkcji (GIP60) część strat z maja. Na koniec czerwca wartość GIP60 wyniosła 874.84 punkty, a więc 2.41% wyżej niż miesiąc wcześniej, jednak ciągle znacznie poniżej tegorocznego maksimum, które w kwietniu zanotowano na poziomie 950 punktów.
Analitycy z DSR podsumowali Giełdowy Indeks Produkcji (GIP) za miesiąc czerwiec.
W poniższym komunikacie dr Maciej Zaręba z DSR – analityk i współtwórca GIP podaje: „W maju GIP60 stracił niemalże jedną dziesiątą swojej wartości, niwelując wzrost wypracowany od początku roku, przez akcje wchodzących w skład indeksu sześćdziesięciu największych polskich publicznych spółek produkcyjnych. W czerwcu niedźwiedzie nastroje na GPW osłabły i niemalże wszystkie indeksy powróciły na drogę wzrostu (niechlubnym wyjątkiem został WIG-PALIWA, którego wartość spadła o 2.9% m/m)”.
Małe spółki tracą impet
Analiza czerwcowych stóp zwrotu spółek z GPW pod kątem ich wartości rynkowej wykazała, że najszybciej rosły największe spółki z WIG20 (+6% m/m), a najwolniej małe spółki z indeksu SWIG80 (+2.6%). Średnie spółki uplasowały się mniej więcej po środku stawki (+4.3% m/m), a indeks szerokiego rynku WIG wypracował 5.6% wzrostu wartości w czerwcu (na wartość WIG składają się też dochody z dywidendy). Warto jednak pamiętać, że od początku roku WIG20 wzrósł jedynie o 2.2%, i to właśnie największe spółki w tym roku są ciągle najsłabsze, a najmniejsze spółki z SWIG80, mimo słabszego drugiego kwartału (-0.6%), wypracowały dla swoich inwestorów od początku roku najwięcej (11.8%).
Podobnie jak na całej GPW, wśród spółek z indeksu GIP60, najsłabiej radziły sobie w czerwcu najmniejsze spółki, których wartość rynkowa nie przekracza 100 mln zł (średni zwrot 1.09% m/m). Największą średnią miesięcznych stóp zwrotu wypracowały średnie spółki produkcyjne z kapitalizacją rynkową pomiędzy 100 mln zł a 1 mld zł (2.85%), a drugie w kolejności były spółki z kapitalizacją powyżej 1 mld zł (1.46%).
Trzy branże na wstecznym
W tym przypadku względną słabość najmniejszych spółek tłumaczyć należy przede wszystkim dużym udziałem w tej grupie spółek z branży motoryzacyjnej (średnio -8.45% m/m), producentów materiałów budowlanych (-1.82% m/m) i producentów z branży metalurgicznej (-0.9% m/m). Spółkom z tych branż nie udało się wydostać z trendu spadkowego, a niektóre zredukowały więcej, niż piątą część swojej wartości: URSUS (-24.59%), DEKPOL (-21.69%), czy LIBET (-21.59%).
Zresztą bardzo słabe wyniki kilku spółek przełożyły się także na wynik całego indeksu. Żeby się o tym przekonać, wystarczy spojrzeć na wyniki innych branż: spółki z branży farmaceutycznej rosły w czerwcu średnio o 6.76%, a wysoką średnią wypracowały też spółki z branży spożywczej (4.9%), chemicznej (4.71%) i odzieżowej (4.43%).
Powrót na szczyt?
Względna słabość najmniejszych spółek nie przeszkodziła jednej z nich osiągnąć najwyższą stopę zwrotu i wygrać czerwcowy ranking GIP60. Farmaceutyczna spółka BIOMED-LUBLIN wygrała ranking dzięki 28.43% miesięcznej stopie zwrotu i o włos wyprzedziła PRIMETECH (były KOPEX) ze wzrostem 28.21%. Obie spółki osiągnęły imponujące stopy zwrotu w bardzo zbliżony sposób, a mianowicie większość miesięcznego zwrotu wypracował u nich jednodniowy skok wartości w środku czerwca, który wywindował ceny ich akcji do rocznych maksimów. W przypadku spółki MERCATOR, która zajęła trzeci stopień podium GIP60, miesięczny wzrost był osiągany systematycznie w drugiej i trzeciej dekadzie czerwca. Jeszcze jedna rzecz odróżnia MERCATOR od dwóch pozostałych spółek – jest to jej pierwsze podium w historii GIP60.
Po raz pierwszy wyniki rankingu GIP60 opublikowano w październiku 2016 roku. Drugie miejsce inauguracyjnego podium GIP60 zajęła wtedy spółka BIOMED-LUBLIN, która w następnym roku dwukrotnie wygrała to zestawienie (w maju i grudniu). Niestety kolejne miesiące nie były dla kursu akcji spółki najlepsze, dość powiedzieć, że od ostatniego podium w GIP60 kurs akcji spółki systematycznie podążał w kierunku południowym. W tym miesiącu spółce udało się przełamać ten impas, głównie dzięki powrotowi do stałej produkcji jednego z kluczowych leków: „Onko BCG 100”, po otrzymaniu pozytywnych wyników jakościowych. Spółka PRIMETECH również nie jest debiutantem na podium GIP60, bo znalazła się na najwyższym jego stopniu w sierpniu 2018 roku, kiedy akcje spółki odbiły po bardzo dużym tąpnięciu kursu miesiąc wcześniej.
MERCATOR to polskie przedsiębiorstwo założone w 1996 roku w Krakowie, ale początek firmy sięga nawet 1989 roku. Dziś spółka stoi na czele grupy, w skład której wchodzą: zakład produkcyjny w Tajlandii, spółki zależne z Ukrainy, Rumunii, Rosji, Czech czy z Węgier. Głównym przedmiotem działalności jest produkcja odzieży ochronnej jednorazowego użytku medycznego i obłożeń pola operacyjnego, a duża część produkcji trafia na eksport. Po słabszym pod względem rentowności pierwszym kwartale tego roku, pozytywnie na inwestorów wpłynęła informacja o przesunięciu programu motywacyjnego dla kluczowych menedżerów, co pozwoli spółce poprawić rentowność w drugiej połowie roku.
Nastroje w przemyśle ciągle słabe
Czerwcowe PMI® dla polskiego przemysłu spadło do poziomu 48.4 – najniższego poziomu od czterech miesięcy. Analitycy IHS Markit zaobserwowali m.in. najszybsze w tym roku tempo spadku nowych zamówień oraz najszybszą od 20 lat akumulację niesprzedanych zapasów. Zamówienia spadają już od 8 miesięcy, ale ostatni odczyt wskazuje na przyspieszenie tej tendencji. Obrazu dopełnia fakt, że ankietowani wykazali się najmniej optymistycznymi oczekiwaniami względem wzrostu produkcji od końca 2012 roku. Na plus można zaliczyć zmianę trendu zmian poziomu zatrudnienia w przemyśle, które wzrosło po raz pierwszy od 5 miesięcy.
Niewielka poprawa nastrojów w Niemczech nie pozwoliła wrócić tamtejszemu PMI® powyżej granicznych 50 punktów, ale być może jest zapowiedzią powrotu największej europejskiej gospodarki do okresu wzrostów i optymizmu. Wówczas można oczekiwać, że wysoka dynamika wzrostu polskiego eksportu powróci, zwiększając przychody największych polskich firm produkcyjnych. Na ceny akcji spółek produkcyjnych większe znaczenie będzie miała jednak sytuacja na GPW, a wygląda na to, że szanse na powrót kapitału na polski rynek akcji są całkiem spore i niedługo akcje polskich spółek produkcyjnych mogą dać zarobić swoim inwestorom – podsumowuje Maciej Zaręba.
Klub Producentów Reklamowych SAR opublikował szczegółowy raport z badania działalności polskich domów produkcyjnych w roku 2018. W badaniu wzięło udział 18 podmiotów, przeanalizowano dane z 920 produkcji zrealizowanych w minionym roku. Najnowsze wyniki przedstawione są na tle danych z roku 2017, co ukazuje najważniejsze trendy na rynku produkcji filmów reklamowych.
Po raz pierwszy badaniem objęto nie tylko członków klubu, ale także studia niestowarzyszone. W sumie przeanalizowano dane dostarczone przez 18 domów produkcyjnych. W 2018 roku producenci jeszcze częściej pracowali bezpośrednio dla klientów. Produkcje zlecane przez reklamodawców z pominięciem agencji reklamowych to już około 40 procent wszystkich zleceń na rynku.
Tegoroczne badanie potwierdziło trend, który przewidywaliśmy. Bezpośrednia współpraca reklamodawców z producentami zostaje z nami na dobre. Taki sposób współpracy związany jest z optymalizacją kosztów i poszukiwaniem coraz bardziej efektywnych rozwiązań produkcyjnych. Rynek produkcji to kilkaset milionów złotych, więc takie poszukiwania są racjonalne –powiedział Julian Dworak, dyrektor Klubu Producentów Reklamowych.
Zwiększający się udział produkcji zlecanych bezpośrednio nie oznacza, że rola agencji słabnie, a raczej, że się zmienia. Po pierwsze, ponad połowa zleceń wciąż pochodzi od agencji, po drugie nawet w bezpośrednich zleceniach agencja jest obecna jako doradca lub strona odpowiedzialna za nadzór kreatywny. Wydaje się, że wszystkie trzy strony nauczyły się funkcjonować w takim układzie i doceniły korzyści, które są z nim związane – dodaje Dworak.
Tegoroczne wyniki Badania Producentów wykazały wzrost obrotów przebadanych domów produkcyjnych o ponad 10%. Łącznie, wszystkie przebadane studia osiągnęły obroty wysokości 358 mln. zł. O 8,5% wzrosło także zatrudnienie w domach produkcyjnych. Średnia ilość dni zdjęciowych na projekt w minionym roku wyniosła 2 w stosunku do 1,8 w roku 2017. Wyraźnie zmniejszyła się natomiast liczba zleceń, tu nastąpił spadek o 28%.
Z punktu widzenia działu Zakupów, ciekawym trendem jest zmniejszanie się liczby projektów, przy równoczesnym wzroście wydatków i wzroście liczby dni na produkcję. Pokazuje to, że najprawdopodobniej produkcje są łączone (jeden proces na kilka spotów) oraz że w ramach produkcji powstaje więcej wersji spotów, na potrzeby TV i digitalu – mówi Robert Kruk, Szef ds. Zakupów Usług Marketingowych Grupy Polpharma
Coraz częściej klienci współpracują bezpośrednio z domami produkcyjnymi, co pokazuje poszukiwanie wzrostu efektywności i budowanie właściwych kompetencji po stronie klientów. Widać również, że przy współpracy bezpośredniej, częściej zapraszane są mniejsze domy. Zapewnia to bardziej zrównoważony rozwój całego rynku. Badanie Producentów pokazuje, że średnio w jednym postępowaniu bierze udział 2,5 domu produkcyjnego, to dobry wynik, bo pokazuje, że lista zaproszonych jest przemyślana i coraz rzadziej zdarzają się sytuacje, kiedy „na wszelki wypadek” zaprasza się np. 5-6 domów. Rozsądna polityka w tym zakresie pomaga obniżać koszty całej branży – dodaje Robert Kruk.
Karol Milewski dołącza do zarządu Omnipack – lidera logistyki dla e-commercena stanowisko Chief Commercial Officera. Ze spółką Omnipack związany jest od samego początku – jest jej współzałożycielem, a do niedawna członkiem rady nadzorczej. Dziś Karol Milewski dołącza do zespołu operacyjnie jako Chief Commercial Officer.
Karol Milewski
Karol jest przedsiębiorcą i inwestorem związanym z branżą digital od początku swojej kariery. Ma na swoim koncie zbudowanie od zera dwóch rentownych biznesów B2B z udanym exitem (Groupon Polska i iProspect – wcześniej Marketing Wizards).
Od 2016 roku pełnił w Polsce funkcję prezesa zarządu iProspect – lidera digital marketingu na świecie. Dzięki doświadczeniu zdobytemu na wielu rynkach europejskich w InPost i PayPal, zna rynek usług dla e-commerce zarówno od strony marketingowej i sprzedażowej, jak również procesowej i logistycznej.
Prywatnie tata Natalii, Kamili i Oli oraz zapalony żeglarz regatowy i narciarz.
Karol to topowy specjalista w Polsce w obszarze digital marketingu i sprzedaży B2B, dlatego bardzo się cieszę, że wzmocni nasz zespół. Dzięki temu osiągniemy jeszcze ambitniejsze cele biznesowe w Polsce i na świecie – mówi Tomek Kasperski, CEO & Founder Omnipack. – Fakt, że Karol jest z nami od początku i dokładnie zna biznes jest dla mnie dodatkowym potwierdzeniem, że oferta Omnipack ma ogromny potencjał międzynarodowy, dowodem wiary w biznes i wspólnej wizji dalszego wzrostu.
Jako CCO Omnipack Karol Milewski planuje skupić się przede wszystkim na rozwoju procesów sprzedażowych, marketingu i współpracy z partnerami.
Jestem bardzo podekscytowany perspektywą, jaką ma przed sobą Omnipack i pod wielkim wrażeniem produktu, który udało nam się w spółce zbudować – przede wszystkim dzięki doświadczonemu zespołowi pod wodzą Tomka Kasperskiego i Rafała Szcześniewskiego – mówi Karol Milewski. – Bardzo wierzę w produkt oparty o mocne fundamenty technologiczne, który rozwiązuje kompleksowy problem logistyki (fulfillmentu) w firmach e-commerce w Europie. Obecnie jesteśmy na świetnej trajektorii i cieszę się, że będę pracował z tak utalentowanym zespołem – podkreśla.
Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) popiera postulaty Rzecznika MŚP w sprawie składek na ZUS i jednocześnie podkreśla, jak ważne jest wprowadzenie jednolitego systemu ubezpieczeń powiązanego z dochodem płatników. Taki program FPP przedstawiła wraz ze szczegółowymi wyliczeniami – z uwzględnieniem restytucji ozusowania umów zleceń. Jego wdrożenie przyniosłoby poprawę salda budżetu państwa o 10,4 mld zł rocznie.
Naprawy wymaga wyjątkowo niesprawiedliwy system ryczałtowy opłacania składek z tytułu pozarolniczej działalności gospodarczej – który jest takim samym obciążeniem dla przedsiębiorców uzyskujących małe dochody miesięczne, jak i tych, którzy mają je bardzo wysokie. Wyraźnie widać tu zachwianie podziału na małych, średnich i dużych przedsiębiorców.
Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich
„Popieramy Rzecznika MŚP i uważamy, że system ubezpieczeń społecznych w Polsce wymaga pilnej restytucji – zwłaszcza w zakresie oskładkowania pozarolniczej działalności gospodarczej oraz umów zleceń. Oskładkowanie do wysokości minimalnego wynagrodzenia, które weszło w życie 1 stycznia 2016, okazało się niewystarczające. Po okresowym spadku liczby umów zleceń – w roku 2018 wartość nieoskładkowanych umów ponownie wzrosła do 9,5 mld zł wobec 8,3 mld zł dwa lata wcześniej. Jest to szkodliwe zarówno dla pracowników, których emerytury w przyszłości nie przekroczą minimalnej, jak również dla pracodawców – ponieważ utrudnia konkurencję – szczególnie w usługach, które stanowią 62% gospodarki i są bardzo czułe na takie działania. Dlatego uważamy, że konieczne staje się pilne wprowadzenie ozusowania umów zleceń do trzydziestokrotności wynagrodzenia minimalnego, aby zapobiec sytuacji ich szybkiego przyrostu. Rząd powinien wyciągnąć wnioski z praktyk, jakie miały miejsce w okresie od 2008 do 2015 roku – kiedy w wyniku gwałtownego wzrostu umów zleceń powstało pojęcie tzw. umów śmieciowych” – podkreśla Marek Kowalski,przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich, prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).
Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) oraz Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE) opracowały kompleksowy program systemowej reformy ubezpieczeń społecznych, ukierunkowanej na uporządkowanie tego obszaru oraz wyeliminowanie najważniejszych barier dla rozwoju przedsiębiorczości, tj. nieproporcjonalnych obciążeń oraz będących źródłem poważnych wątpliwości interpretacyjnych przepisów w sprawie zbiegów tytułów do ubezpieczenia społecznego.
Propozycja FPP i CALPE zakłada powiązanie podstawy wymiaru składek na ubezpieczenia społeczne przedsiębiorców z podstawą opodatkowania. Taki system byłby prosty – ze względu na brak potrzeby dokonywania odrębnych rozliczeń na potrzeby ZUS i Urzędu Skarbowego – a zarazem znacznie bardziej elastyczny od obecnego. Konstrukcja proponowanego systemu gwarantuje, że przedsiębiorcy uzyskujący w warunkach 2019 r. miesięczny dochód poniżej 5718 zł zapłacą niższe składki niż do tej pory. Aż 78% osób prowadzących działalność gospodarczą uzyskuje dochód niższy od tego progu. Przedsiębiorców osiągających wyższe dochody przed nadmiernym wzrostem obciążeń chroni natomiast utrzymanie limitu 30-krotności składek emerytalno-rentowych.
Korzyścią z wprowadzenia proponowanych rozwiązań byłoby powiązanie wysokości ponoszonych obciążeń z rzeczywistymi możliwościami finansowymi przedsiębiorców w danym czasie – co stanowiłoby istotne wsparcie dla tych, którzy obecnie muszą płacić nieproporcjonalnie wysokie składki. Ponadto ograniczona zostałaby przestrzeń do arbitrażu kosztowego na rynku pracy, co promowałoby zatrudnianie na podstawie umów o pracę. Proponowany mechanizm pełniłby również rolę automatycznego stabilizatora koniunktury – w przypadku, gdyby dynamika PKB zaczęła wyraźniej spowalaniać, a zyski firm maleć – ich składki jednocześnie obniżyłyby się, dając dodatkowe wsparcie gospodarce w trudniejszym czasie.
Skuteczna naprawa systemu ubezpieczeń społecznych nie będzie jednak możliwa bez wprowadzenia zmian również w obszarze zbiegów tytułów do ubezpieczenia społecznego. Możliwość płacenia znacząco niższych składek przez osoby wykonujące pracę na podstawie kilku umów w porównaniu z osobami posiadającymi jedną umowę różnicuje obciążenia różnych grup pracujących, jak i koszty pracodawców, tworząc bodźce do stosowania niestandardowych form zatrudnienia. Istnienie zbiegów tytułów komplikuje ponadto prowadzenie działalności gospodarczej, bowiem istniejące w przeszłości zbiegi bywają kwestionowane przez organy kontrolne, co powoduje ryzyko powstania konieczności zapłaty składek nawet za kilka lat wstecz. Co więcej, nie jest możliwe skuteczne wprowadzenie proporcjonalności składek przedsiębiorców do dochodu bez ograniczenia możliwości wykorzystywania zbiegów tytułów do ubezpieczenia społecznego w celu ucieczki od oskładkowania.
Dotychczas stosowane przez państwo narzędzia dowiodły swej nieskuteczności – ZUS rocznie nalicza w wyniku kontroli składki z tytułu umów zleceń o wartości 60 mln zł, wobec szacowanej wartości nieodprowadzonych składek za lata 2008-2017 na poziomie 24,3 mld zł. W związku z tym konieczne jest wprowadzenie restytucji ubezpieczeń społecznych. Zabezpieczy to interes pracowników, za których nie były odprowadzane składki – jednocześnie uwalniając przedsiębiorców zmuszonych w przeszłości do stosowania umów zleceń z powodu wad systemu zamówień publicznych od ryzyka nieuzasadnionych sankcji, a także zapewniając dodatkowe bieżące wpływy do sektora finansów publicznych.
Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich
„Dzięki wprowadzeniu rekomendowanych zmian deficyt FUS zostałby ograniczony o 11,6 mld zł rocznie. Ponadto wyeliminowane zostałyby bodźce do stosowania niestandardowych form zatrudnienia oraz oddalona zostałaby perspektywa narastającego kryzysu społecznego w związku z gwałtownym wzrostem liczby emerytów pozbawionych prawa do najniższego świadczenia. Bez reformy ich liczba w ciągu kilku lat mogłaby wzrosnąć do 0,5 mln osób” – wskazuje Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich, ekspert Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).
Propozycje w zakresie uporządkowania sytemu ubezpieczeń społecznych stanowią jeden z elementów programu gospodarczego dla Polski, jaki opracowałyFederacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) oraz Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE). Przygotowane rozwiązania pozwalają na zabezpieczenie zarówno transferów socjalnych, jak i wpływów do budżetu państwa. Eksperci szacują, że wpływ z realizacji proponowanego programu gospodarczego na saldo sektora finansów publicznych wyniósłby +4,6 mld zł rocznie. Program zakłada wpływy z wzrostów dochodów i ograniczenia wydatków na poziomie 13,7 mld zł z tytułu:
wprowadzenia składek na ubezpieczenie społeczne przedsiębiorców proporcjonalnych do dochodu (+7,8 mld zł)
uporządkowania zbiegów tytułów do ubezpieczenia społecznego (+3,2 mld zł)
ograniczenia szarej strefy w obszarze zakładów wzajemnych (+0,5 mld zł)
efektów poprawy jakości ochrony zdrowia i ograniczenia absencji chorobowych oraz rent z tytułu niezdolności do pracy (+2,2 mld zł)
Z obserwacji firmy Proxi.cloud, przeprowadzonych na próbie ponad 200 tys. konsumentów, wynika, że młody użytkownik smartfona pojawia się w Lidlu średnio 2,5 razy na kwartał, a w Biedronce – 3,5. Ponad połowa badanych klientów niemieckiej sieci bywa w jej sklepie tylko raz. 27% odbywa trzy lub więcej wizyt, a 19% – dwie. U konkurencji pojedyncze odwiedziny dot. 42% analizowanych osób. 39% jest tam trzy albo więcej razy, a 19% – dwa. Najwięcej młodych ludzi zjawia się w placówkach obu sieci dokładnie w tych samych godzinach, tj. od 15.00 do 16.00 w dni powszednie i od 10.00 do 12.00 w weekendy. Najaktywniejsi są mieszkańcy trzech województw – śląskiego, mazowieckiego i wielkopolskiego.
Średnia liczba wizyt
– Klient pomiędzy 18. a 34. rokiem życia, który aktywnie korzysta ze smartfona, bywa w Lidlu statystycznie 2,5 razy na kwartał, a w Biedronce – 3,5. Średnia liczba wizyt może wydawać się niewielka. Jednak pamiętajmy o tym, że badanie zostało przeprowadzone wśród młodych ludzi. Osoby w tym wieku często zamawiają gotowe dania do domów i robią zakupy spożywcze w Internecie. Pojedyncze produkty kupują w mniejszych osiedlowych sklepach. Poza śledzeniem okazji zakupowych liczy się dla nich wygoda i oszczędność czasu – tłumaczy Adam Grochowski, analityk z firmy technologicznej Proxi.cloud.
Jak podkreśla Andrzej Wojciechowicz, ekspert z firmy doradczej FMCG Business Consulting, większa liczba wizyt w Biedronce wynika z charakteru i lokalizacji jej placówek. Są to sklepy proximity, często ulokowane na osiedlach. Łatwo można do nich dojść pieszo, a to sprzyja częstszym zakupom. Lidl znajduje się nieopodal skupisk mieszkaniowych, lecz nieco dalej. Konieczny bywa dojazd, a z pewnością nie każdy młody człowiek, objęty badaniem, ma jeszcze swój samochód.
– Warto pamiętać o tym, że badano młodych łowców okazji zakupowych, którzy zazwyczaj wybierają sklepy na podstawie otrzymywanych informacji o promocjach. Minimalnie większa ilość gazetek wydawanych przez Biedronkę mogła przełożyć się na częstsze wizyty w placówkach tej sieci. Konsument był więcej razy powiadamiany o oferowanych przez nią rabatach niż o akcjach promocyjnych Lidla – stwierdza Marcin Lenkiewicz, wiceprezes Grupy Mobilnej Qpony-Blix.
Częstotliwość odwiedzin
Aż 54% badanych klientów Lidla odwiedza sklep tylko raz na kwartał, 27% – trzy lub więcej, 19% – dwa razy. Z kolei w Biedronce jedna kwartalna wizyta dotyczy 42% konsumentów. Trzy i więcej razy pojawia się 39%, a dwa razy – 19%. Jak zauważa Adam Grochowski, te wyniki ewidentnie pokazują przewagę portugalskiej sieci. Niemniej w przypadku obu badanych dyskontów przekonanie młodych ludzi do częstszych zakupów mogłoby w krótkim okresie przynieść duże zyski.
– W mojej opinii, zaprezentowane wyniki są odbiciem dwóch porównywalnie skutecznych strategii. Biedronka stwarza klimat sklepu, do którego regularnie się chodzi, jak do tzw. spożywczaka. Lidl, oprócz codziennej oferty, stawia na oryginalne produkty, przełamujące żywieniową rutynę. W placówce niemieckiej sieci prawdopodobnie przeciętny koszyk zakupowy jest droższy. Wybór młodych klientów przeważnie może być podyktowany ceną, a rzadziej – chęcią spróbowania czegoś nowego – wyjaśnia dr Maria Andrzej Faliński, prezes Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego.
Dr Paweł Jurowczyk, Market Research Consultant w Instytucie Badawczym ABR SESTA, zwraca uwagę na to, że 58% klientów Biedronki i 46% kupujących w Lidlu bywa w sklepie co najmniej dwa razy na kwartał. Warto porównać oferty promocyjne tych sieci i szerzej sprawdzić, czy są dostosowane do potrzeb młodych osób. Ekspert przypomina też, że badani mają zainstalowaną przynajmniej jedną aplikację służącą do śledzenia rabatów. Wybierając sklep, kierują się głównie aktualnymi promocjami. I częściej niż inni shopperzy odwiedzają dużą liczbę różnych placówek.
Dni powszednie i weekendy
– Od poniedziałku do piątku w Biedronce najwięcej odwiedzin przypada od 15.00 do 16.00. Identycznie jest w Lidlu. Te godziny mają największy udział w obu sieciach, ponieważ obejmują uniwersalną porę przedobiadową Polaków. Najwięcej osób wraca wtedy z pracy, z uczelni bądź ze szkoły – uważa Marcin Lenkiewicz.
Analityk z Proxi.cloud dodaje, że ww. godziny odnoszą się do przyzwyczajeń Polaków. Natomiast Andrzej Wojciechowicz informuje, że wszystkie większe sklepy, reprezentujące model marketów czy delikatesów, notują takie właśnie wyniki od 30 lat. Dotyczy to również dyskontów, które pojawiły się na rynku nieco później. Choć tak wiele się zmieniło w handlu detalicznym od przełomu lat 80. i 90. ub. wieku, to jednak pod tym względem konsumenci zachowują się wciąż tak samo, jak w zeszłym stuleciu.
– W weekendy klienci obu sieci robią zakupy głównie od 10.00 do 12.00. Wtedy większość Polaków nabywa produkty potrzebne na cały tydzień. Te godziny wynikają z podejścia młodych klientów do wolnego czasu, którego chcą mieć jak najwięcej dla siebie. Dlatego szybko załatwiają konieczne sprawy. Nie jest to też pokolenie osób wstających skoro świt, bez względu na dzień tygodnia. Dlatego raczej nie pojawiają się w sklepach tuż po 7.00 w sobotę – przekonuje Adam Grochowski.
Dominujące województwa
Jeżeli chodzi o rozkład odwiedzin według podziału na województwa, to zarówno w Biedronce, jak i w Lidlu dominuje śląskie. W Biedronce tamtejsi klienci wygenerowali 15% całego ruchu, a u konkurenta – 17%. Potem w zestawieniu są konsumenci z mazowieckiego, którzy mają udział na poziomie 14% w sieci Jeronimo Martins Polska i 12% w Lidlu. Na trzecim miejscu w zestawieniu jest wielkopolskie – 9,5% w Biedronce i 11% w niemieckim sklepie.
– Wskazane województwa należą do najbardziej zaludnionych na terenie całego kraju. W tak dużych skupiskach sieci handlowe budują największą liczbę sklepów, aby osiągnąć jak najwyższe obroty. Dodatkowo w tych częściach Polski ludzie dobrze zarabiają. To pozwala na wysoką sprzedaż, która przynosi duże zyski. W najbogatszych regionach konsumentów zwyczajnie stać na droższe zakupy – dodaje analityk z Proxi.cloud.
Jak podsumowuje dr Faliński, w województwach industrialnych i wysoko zurbanizowanych wytwarza się odpowiednia dla dyskontów kultura konsumpcji. Zakłady pracy wyznaczają ludziom rytm życia, który wpływa również na jednakowy styl robienia zakupów. Ktoś mógłby zapytać, dlaczego w czołówce nie znalazło się np. Trójmiasto. Odpowiedź byłaby prosta – nie jest tak gęsto zaludnione i nasycone placówkami handlowymi, jak wskazana dominanta geograficzna.
Firma technologiczna Proxi.cloud poddała analizie dwa największe w Polsce dyskonty. Łącznie zbadała 3,5 tys. placówek we wszystkich województwach. W sumie zarejestrowała ponad 900 tys. wizyt w sklepach. Odbyło ich 217 tys. konsumentów w wieku 18-34 lata. Anonimowe dane zebrano za pośrednictwem tzw. geofencingów, czyli wirtualnych punktów na mapie. Wchodzący w ich zasięg użytkownicy smartfonów mieli zainstalowaną jedną z dostępnych na rynku aplikacji agregujących promocje. Badani pobierając je, zgadzali się na udostępnianie swoich lokalizacji.
W sytuacji, gdy ubezpieczyciel nie wypełnia obowiązku zapewnienia auta zastępczego, jaki wynika z odpowiedzialności ubezpieczeniowej, nie może on negować kosztów wynajmu takiego auta przez poszkodowanego, o ile mieszczą się one w granicach cen średnio rynkowych – orzekł sąd w sprawie przedsiębiorcy dochodzącego roszczenia o zapłatę od firmy ubezpieczeniowej (wyrok Sądu Rejonowego Szczecin – Centrum w Szczecinie, Wydział XI Gospodarczy z 4 marca 2019 r., sygnatura akt XI GC 911/18).
Poszkodowany w zdarzeniu drogowym, na czas likwidacji szkody przez ubezpieczyciela OC sprawcy, wynajął auto zastępcze. Najem trwał 66 dni, a jego koszt wyniósł ponad 27 tys. zł. Kosztem tym firma wynajmująca nie obciążyła jednak poszkodowanego, który użytkował auto, a ubezpieczyciela OC sprawcy zdarzenia drogowego. Prawo do tego dawała jej zawarta z poszkodowanym umowa cesji wierzytelności.
Ubezpieczyciel odmówił wypłaty odszkodowania pokrywającego koszty wynajęcia auta. Wobec uzyskanego przez firmę wynajmującą nakazu zapłaty podniósł zarzuty braku legitymacji powoda do wystąpienia z żądaniem, przede wszystkim sprzeciwił się wysokości kosztów najmu auta zastępczego i okresu trwania tego najmu. Stał na stanowisku, że poszkodowany powinien skorzystać z oferty wynajmu, jaką on mu przedstawił.
Brak akt szkodowych
Rozpoznający powództwo firmy wynajmującej auto zastępcze Sąd Rejonowy Szczecin – Centrum w Szczecinie, Wydział XI Gospodarczy w uzasadnieniu wyroku zaznaczył, że mimo wezwania ubezpieczyciela nie przedłożył sądowi akt szkodowych. A to mogłoby wpłynąć na dokonaną przez sąd ocenę sprawy.
„Nie posiadając akt szkodowych nie sposób ocenić i ustalić zasadnego okresu najmu pojazdu zastępczego i uzasadnionego okresu naprawy pojazdu uszkodzonego. (…) Mając zatem odmowę przedstawienia akt szkodowych, treść art. 233 § 2 k.p.c. a także przedstawiony przez powoda harmonogram naprawy, przyjąć należało, że w spornej sprawie, zasadny okres najmu wynosił 66 dni” (sygn. akt XI GC 911/18).
Decydujące zeznania poszkodowanego
Nim poszkodowany wynajął auto na własną rękę, pozwany ubezpieczyciel udostępnił mu auto zastępcze. Niemniej po pewnym czasie wezwał poszkodowanego do jego zwrotu, jeszcze przed wypłatą odszkodowania. Jak zeznał poszkodowany, ubezpieczyciel nie zaoferował kolejnego auta zastępczego. On sam nie posiadał innego auta, a to, które uległo uszkodzeniu w zdarzeniu drogowym, nie nadawało się do jazdy. Zeznań tych ubezpieczyciel nie zakwestionował. Stąd też upadł jego zarzut co do nieuzasadnionego skorzystania przez poszkodowanego z oferty najmu innej niż przedstawiona przez ubezpieczyciela.
Stawka zgodna z rynkową
Według ustaleń powołanego w sprawie biegłego, ceny wynajmu aut luksusowych klasy F, czyli klasy, której uszkodzeniu uległ samochód poszkodowanego, wahały się w tamtym okresie między 335 a 787 zł netto za dobę, czyli średnio ok. 500 zł netto za dobę. Poszkodowany wynajął auto klasy niższej – E, którego ceny kształtowały się w przedziale 254 – 495 zł netto, przeciętnie ok. 370 zł netto za dobę (455 zł brutto). Na podstawie tych ustaleń sąd uznał, że dobowa stawka najmu w wysokości 418,20 zł brutto, za jaką poszkodowany wynajął auto od powoda, mieściła się w stosowanych w tamtym okresie stawkach rynkowych.
Cesja wierzytelności zamiast zapłaty wynagrodzenia
Co do negacji przez ubezpieczyciela posiadanej przez firmę wynajmującą auto legitymacji do wystąpienia z pozwem, sąd wskazał, że zgodnie z art. 509 i 510 Kodeksu cywilnego wierzytelność może zostać przeniesiona bez zgody dłużnika na osobę trzecią, która w zakresie tej wierzytelności wstępuje w prawa jej zbywcy. Firma wynajmująca na taki sposób zapłaty za wynajem auta umówiła się z poszkodowanym.
Audyt stosowanych procedur sposobem na ochronę firmy
Sprawa pokazuje, do czego może doprowadzić brak zachowania procedur wymaganych w przedsiębiorstwie. Nie wiadomo, z jakich przyczyn pozwany zakład ubezpieczeń nie przedstawił, wydawać by się mogło, standardowych dla swojej działalności akt szkodowych. Niemniej skutkowało to tym, że sąd musiał oprzeć swoje rozstrzygnięcie jedynie na opinii biegłego oraz na dowodach dostarczonych przez stronę powodową, w tym na zeznaniach świadka, którym był poszkodowany, wynajmujący auto w ramach spornej umowy najmu.
To kolejne potwierdzenie prawdy, jak ważna jest stała lub co najmniej cykliczna kontrola przestrzegania procedur w firmie. Rzetelnie przeprowadzony audyt prawny, może pozwolić w porę dostrzec ewentualne zagrożenia dla prawnej, a przede wszystkim finansowej sytuacji przedsiębiorstwa. Takie działania pozwalają zapobiec zaistnieniu sytuacji kryzysowych w firmie.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Pierwsza połowa 2019 roku zamyka się olbrzymim wachlarzem szans inwestycyjnych na kolejny kwartał. Jak wynika z raportu TMS Brokers, złoto i bitcoin wyrwały się z marazmu i notują dawno niewidziane szczyty. Oprócz nich w publikacji „W co inwestować latem?” eksperci wskazują też inne instrumenty, na które warto zwrócić uwagę w nadchodzących miesiącach.
Od dawna na rynkach nie było tak gorąco – dosłownie i w przenośni. Choć letnia aura nie przyniosła jeszcze rozwiązań związanych m.in. z wojnami handlowymi, w drugiej połowie roku możemy spodziewać się agresywniejszej postawy USA w polityce handlowej, nie tylko w stosunku do Chin, ale też wobec UE czy Japonii. Nie gasną jednak nadzieje, że politycy osiągną wreszcie konsensus. Podobnie z obawami o globalną recesję – powinny być skutecznie studzone przez luzowanie polityki Fed, EBC i innych banków centralnych.
– Nie rysuje się prosta historia hossy lub bessy, ale kontynuacja okresu szarpanych trendów. Przyszły kierunek dla walut będzie zależeć od tego, jak lokalne banki centralne odpowiedzą na wymagające warunki polityczno-gospodarcze. Na rynkach surowcowych górę powinny wziąć czynniki sezonowe – podkreśla Konrad Białas, Główny Ekonomista TMS Brokers i jeden z autorów raportu „W co inwestować latem?”.
Gorące surowce
Zdaniem zespołu analityków TMS Brokers, wszystko wskazuje na to, że wreszcie przełamana została niemoc złota. Tak optymistyczne wnioski płyną z analizy zachowania ceny kruszcu w ostatnich tygodniach. 20 czerwca doszło do przełamania kluczowego, długoterminowego oporu. Wzrosty w tym dniu zostały potwierdzone bardzo dużą dynamiką ruchu oraz wysokimi obrotami. W długim okresie otwiera to drogę do ataku na historyczne szczyty na poziomie 1920 USD, ustanowione we wrześniu 2011 roku.
Analitycy TMS Brokers podkreślają także, że warto skupić się na innych towarach z rynku surowcowego, między innymi na instrumentach opartych o gaz ziemny czy soję. W przypadku tego pierwszego, szybki przyrost zapasów zepchnął ceny gazu na trzyletnie minima, co daje duże pole do wzrostu cen. Jeśli chodzi o soję, jej cena ostatnio zwyżkowała w związku z anomaliami pogodowymi w Stanach Zjednoczonych, tym samym można spodziewać się przestrzeni do zniżek.
Przebudzenie bitcoina
Ale nie tylko surowce przysparzają inwestorom dużych emocji. Bitcoin wyrwał się z zimowego snu i wszedł w zaawansowaną fazę wzrostową, która ma szansę jeszcze potrwać. Najpopularniejsza kryptowaluta w ciągu ostatnich 5 miesięcy urosła o ponad 264 proc., a jej wycena jest najwyżej od stycznia 2018 roku.
Kapitalizacja rynkowa bitcoina rośnie razem z wykresem ceny. W ostatnich dniach przekroczyła poziom 200 miliardów dolarów. 15-miesięczne szczyty w notowaniach kursu powodują ponownie duże zainteresowanie inwestorów rynkiem kryptowalut. Kapitał ponownie płynie w tym kierunku dużym strumieniem.
Badania naukowe realizowane przez dr Paulinę Kasperkiewicz-Wasilewską z Zakładu Chemii Bioorganicznej Politechniki Wrocławskiej stanowią punkt wyjścia do wczesnej diagnostyki szeregu chorób cywilizacyjnych, m.in. nowotworów. Obecnie w nauce wiele funkcji enzymów jest niezbadanych. A należy pamiętać, że większość reakcji zachodzi dzięki enzymom w ich aktywnej formie. Proteazy serynowe są zaangażowane w wiele procesów nowotworowych i to właśnie na nich skupia swoją uwagę badaczka.
Dlaczego enzymy?
Obrazowanie aktywnego enzymu zarówno w komórkach zdrowych, jak i nowotworowych jest nie lada wyzwaniem dla współczesnych badaczy. Najkorzystniejszą metodą jest wykorzystanie cząsteczek, które umożliwią takie podglądanie proteaz z jednoczesnym zachowaniem funkcji komórek. Enzymy proteolityczne, a przede wszystkim proteazy serynowe, mają za zadanie m.in. obronę organizmu przed patogenami, a także kontrolują wiele procesów biochemicznych zachodzących w żywych komórkach. Jedną z najciekawszych funkcji proteaz jest ich zaangażowanie w proces usuwania nieprawidłowych komórek np. nowotworowych. Dr Paulina Kasperkiewicz-Wasilewska opracowała nową metodę wizualizacji, dzięki której można równolegle monitorować aktywność aż czterech aktywnych proteaz serynowych znajdujących się w neutrofilach. Badaczka w swojej pracy poszukuje metod do analizy funkcji i znaczenia granzymów, głównie zlokalizowanych w niektórych komórkach krwi zwanych „naturalnymi zabójcami”. Jednak dotychczas, ze względu na brak odpowiednich narzędzi, dokładna lokalizacja formy aktywnej tych enzymów nie została poznana. Badania prowadzone nad tą konkretną grupą mogą realnie przysłużyć się do wcześniejszej diagnostyki chorób nowotworowych, poprzez monitorowanie ilości aktywnego enzymu w komórkach krwi.
Badania zwiększające szansę na szybszą diagnostykę
Obecnie wiele funkcji badanych przez dr Kasperkiewicz-Wasilewską enzymów pozostaje niewyjaśnionych, co daje pole do przeprowadzania wnikliwych analiz. W zdrowym organizmie, aktywność tych enzymów jest kontrolowana przez „wewnętrznych strażników”, tzw. endogenne inhibitory, czyli substancje hamujące aktywność enzymatyczną. Jednak czasami dochodzi do zaburzenia równowagi między proteazami a ich inhibitorami i wtedy enzymy wymykają się spod kontroli. Jest to jeden z czynników wielu chorób cywilizacyjnych, m.in. nowotworów, osteoporozy i neutropenii.
W swoich badaniach dr Kasperkiewicz-Wasilewska chce pogłębić wiedzę na temat lokalizacji i funkcji proteaz serynowych z grupy HeSP’s w komórkach krwi oraz mechanizmu ich działania w stanach fizjologicznych, jak i patofizjologicznych, aby wskazać różnice. Ma to bardzo duże znaczenie w precyzyjnej i wczesnej diagnozie aktywności proteaz w nieprawidłowych komórkach nowotworowych i pozwala na wykrycie nawet niewielkich odchyleń od normy, a co z tym związane, szybsze rozpoczęcie leczenia. A w przypadku nowotworu najważniejszą rzeczą jest czas.
Jedna z sześciu wybitnych badaczek nagrodzonych w 18. edycji programu L’Oréal-UNESCO Dla Kobiet i Nauki
Dr Paulina Kasperkiewicz-Wasilewska znalazła się w gronie sześciu wybitnych badaczek, których projekty zostały docenione przez Jury programu L’Oréal-UNESCO Dla Kobiet i Nauki. Wyróżniono ją za prowadzenie zaawansowanych badań w zakresie nauk o życiu. W listopadzie 2018 roku badaczka za swoje osiągnięcia otrzymała stypendium w kategorii habilitanckiej w wysokości 35 000 zł.
Mam nadzieję, że moje badania przyczynią się do przełomu w diagnostyce chorób, a także terapii celowanej w leczeniu nowotworów, przy jednoczesnym ograniczeniu skutków ubocznych terapii – zaznacza dr Paulina Kasperkiewicz-Wasilewska.
Millenialsi, Pokolenie Y czy Z? Jak twierdzą eksperci, te pojęcia nie odzwierciedlają tego, co łączy młodych pracowników i absolwentów wchodzących na rynek pracy. Zdecydowanie lepiej tę społeczność opisuje pojęcie generacji C, nazwanej tak od słowa „Connected” (ang. połączeni). Bo to właśnie doświadczenie ciągłego „połączenia”, funkcjonowania w sieci i utrzymywania relacji przez Internet definiuje tę grupę znacznie lepiej niż data urodzenia.
Wiek nie gra roli
W skład „Generacji C” mogą wchodzić millenialsi czy „zetki”, jednak jak wynika z badań przeprowadzonych na zlecenie Google, 39 proc. jej przedstawicieli ma ponad 35 lat[1]. Antropolog Brian Solis twierdzi, że „C” nie ma charakteru demograficznego, ale „psychograficzny”. Oznacza to, że cechą wspólną należących do niej osób nie jest czas czy miejsce urodzenia, ale wspólne doświadczenie dorastania w świecie wypełnionym technologią i przyzwyczajenie do ciągłego dostępu do informacji z sieci. Ich krąg kontaktów i relacji jest znacznie bardziej zróżnicowany, przekracza zarówno granice geograficzne, ale i bariery wieku. „C” są naturalnymi twórcami, przyzwyczajonymi do ciągłego kreowania treści.
Dlaczego warto o nich zabiegać?
Dla pracodawców dostosowanie się do nowego pokolenia to nie tylko wyzwanie, ale i ogromna szansa na wyprzedzenie konkurencji. Generacja C na karierę zawodową nie patrzy jedynie przez pryzmat finansów, jedynie 11 proc. z nich za definicję sukcesu uznaje wysokie zarobki[2]. Liczy się dla nich możliwość realizacji swoich pasji, a także balans pomiędzy życiem osobistym a zawodowym. Jeśli będą czuli się docenieni i spełnieni w swojej pracy, z pewnością okażą się cennym nabytkiem dla firmy przyczyniając się do jej zysków. Grupa ta charakteryzuje się także kreatywnością. 90 proc. z nich przynajmniej raz w miesiącu tworzy treści, które potem udostępnia w sieci.[3] Co więcej, normą dla „C” jest możliwość komentowania i wchodzenia w interakcję z twórcami. Dlatego nie mają problemu z wyrażeniem głośno swojej opinii w zespole. Jednak tym, co najbardziej wyróżnia tę generację, jest podejście do napotkanych trudności – Generacja C nie dostosowuje się do problemów, tylko je rozwiązuje – mówi Paul Clark, EMEA Managing Director w firmie POLY, będącej dostawcą rozwiązań technologicznych do komunikacji i współpracy.
– W świecie, w którym żyją, ciągle coś jest ulepszane. Innowacje są koniecznością w rzeczywistości, w której o być albo nie być produktu decyduje np. to czy jest w stanie wyświetlić treści ułamki sekund szybciej. Kiedy pracownik z pokolenia C zauważy, że coś w organizacji nie działa, poszuka innej drogi – napisze algorytm, który zautomatyzuje procesy czy szybko wyszuka dostępne rozwiązania technologiczne, które usprawnią chociażby łańcuch dostaw – twierdzi Paul Clark. Generacja C to także pokolenie, które myśli kategoriami transformacji cyfrowej. Sprzedaż to dla nich głównie e-commerce, dane są zawsze dostępne w chmurze, a spotkania z ludźmi odbywają się za pomocą wideokonferencji i komunikatorów. Dlatego, kiedy myślą o usługach i produktach firmy, w której pracują, od razu analizują je w kategoriach trendów technologicznych, wśród których się obracają.
Poważne zmiany dla pracodawców
By przyciągnąć pracowników z generacji C należy zaoferować im to, co najbardziej cenią, czyli swobodę i możliwość samorealizacji. Ważnym elementem tego jest odpowiednie miejsce pracy. „C” nie czują się dobrze w zamkniętym biurze, pracując od 9 do 17. Jak wynika z badania Booz & Company pt. „The Rise of Generation C: Implications for the World of 2020”, do końca dekady ponad połowa zespołów będzie pracowała w ramach wirtualnych grup.[4] Jak podkreśla Paul Clark, dzięki rozwojowi technologii komunikacyjnych konieczność codziennego przychodzenia do biura to archaizm.
– Powszechny dostęp do szerokopasmowego Internetu sprawia, że możemy pracować z dowolnego miejsca na świecie. Nowoczesne rozwiązania wideokonferencyjne oferowane przez Poly pozwalają zespołom efektywnie pracować nad wspólnym projektem, nawet jeśli jeden jego członek siedzi w biurze w Warszawie, drugi w praskiej kawiarni, a trzeci na pokładzie TGV do Paryża – mówi.
Ważne dla nich jest także odpowiednie otoczenie. Generacja C lubi w trakcie pracy móc wymieniać się swobodnie pomysłami z innymi współpracownikami. Według raportu „Perils of the Open Office” zdecydowanie lepiej radzą sobie oni w hałaśliwym otoczeniu[5]. Do pracy zamiast biurek wybierają jednak bardziej komfortowe pufy i poduszki. Nie są również entuzjastami sal konferencyjnych. Aż 42 proc. z nich woli spotkania za pośrednictwem nowych technologii.[6]
Chcąc wykorzystać potencjał generacji C, pracodawcy będą musieli wprowadzić poważne zmiany w swoich organizacjach. Inaczej będą wyglądać nie tylko ich biura, ale także struktura organizacji, która stanie się luźniejsza i mniej hierarchiczna. W zamian jednak otrzymają potencjał innowacyjności, który może okazać się kluczowym atutem w drodze do rozwoju firmy.
MVGM, holenderska firma specjalizująca się w zarządzaniu nieruchomościami oraz międzynarodowa agencja doradcza JLL ogłosiły dziś porozumienie w sprawie przejęcia działalności JLL w zakresie zarządzania nieruchomościami w Europie kontynentalnej, w tym procesów związanych z zarządzaniem centrami handlowymi. Transakcja obejmuje również transfer wyspecjalizowanych zespołów JLL, tworząc w ten sposób gracza o ogólnoeuropejskim zasięgu. Jednocześnie obie firmy zawarły partnerstwo strategiczne, które umożliwia im rozwój i obsługę wspólnej bazy klientów w przyszłości.
Transakcja ta:
– Oznacza stworzenie jednego z pięciu największych biznesów zarządzania nieruchomościami w Europie (nr 1 w Holandii i nr 1 w Niemczech).
– Stwarza MVGM przyczółek do dynamicznego rozwoju w ośmiu krajach, w których zatrudnionych jest 540 pracowników: w Polsce, Hiszpanii, Portugalii, Belgii, Luksemburgu, Czechach, Rumunii i na Słowacji, obejmując też rozszerzone zespoły w Holandii i Niemczech.
– Dodaje ponad 12 mln mkw. do obecnego portfela MVGM (które liczy w tym momencie 6,4 mln mkw. w Holandii i Niemczech).
– Zapewnia MVGM możliwość współpracy z wiodącymi, międzynarodowymi klientami, do których należą czołowi światowi inwestorzy na rynku nieruchomości.
– Umożliwia klientom JLL dalszy dostęp do profesjonalnych usług zarządzania nieruchomościami i zarządzania centrami handlowymi poprzez wyspecjalizowanego w tym obszarze i zaufanego partnera, a także poprzez zespoły, z którymi wcześniej współpracowali.
Menno van der Horst, Członek Zarządu MVGM: „Ta transakcja jest skokiem naprzód w naszych ambicjach rozwoju i doskonałym strategicznym dopasowaniem do MVGM. Tworzymy nie tylko europejskiego lidera w zarządzaniu nieruchomościami, ale również wyspecjalizowanego partnera o niezrównanej wiedzy fachowej. Nasi klienci działający w skali międzynarodowej skorzystają z usług partnera, który łączy w sobie międzynarodowy zasięg z lokalną wiedzą i cyfrową wiedzą fachową, w tym w zakresie gromadzenia danych i wizualizacji, które wnosimy. Jednocześnie możemy zaoferować naszym pracownikom – obecnym i przyszłym – możliwość udziału w dynamicznej organizacji”.
Guy Grainger, Dyrektor Generalny EMEA w JLL: „Sprzedaż i partnerstwo z MVGM daje naszym specjalistycznym zespołom zarządzania nieruchomościami w całej Europie kontynentalnej świetne możliwości rozwoju w przyszłości. Z kolei dla naszych klientów alians z MVGM oznacza, że otrzymają oni dostęp do najlepszych w swojej klasie procesów property management. JLL będzie nadal oferować pełen pakiet usług związanych z nieruchomościami w krajach Europy kontynentalnej, współpracując ściśle z partnerem, który jest bardzo mocno wyspecjalizowany w zarządzaniu nieruchomościami.
Cieszymy się ze współpracy z MVGM w zakresie rozwoju i obsługi wspólnej bazy klientów”.
Przyspieszenie strategii rozwoju MVGM: Przejęcie działalności JLL w zakresie zarządzania nieruchomościami w Europie kontynentalnej jest kamieniem milowym w realizacji strategii rozwoju MVGM, która zakłada dalszą cyfryzację i przyspieszenie innowacji, czego rezultatem jest najwyższa jakość usług. Ambicją MVGM jest stać się wiodącym europejskim graczem na rynku zarządzania nieruchomościami. W ciągu ostatnich pięciu lat dynamiczny rozwój firm był możliwy dzięki licznym przejęciom, m.in. akwizycji typu bolt-on niemieckiego PropertyFirst w 2019 roku, fuzji z Verwey w 2018 roku oraz przejęciu holenderskiej firmy Actys w 2016 roku.
Orientacyjny przebieg procesu i harmonogram
Zarówno MVGM oraz JLL zależy, aby zapewnić klientom płynny transfer pomiędzy dwiema firmami. Klienci będą nadal obsługiwani przez tych samych zarządców nieruchomości, z którymi obecnie pracują, będą mogli polegać na tych samych systemach, usługach oraz znanych im procesach, z dodatkową korzyścią w postaci współpracy z partnerem, który jest mocno wyspecjalizowaną organizacją zarządzania nieruchomościami.
MVGM będzie włączać nowe działania do swojej obecnej działalności etapami, zamykając poszczególne transakcje w każdym kraju z osobna, przy ścisłej współpracy z JLL. Firmy planują finalizację pierwszej umowy we wrześniu 2019 r., a ostatniej – w grudniu 2019, po uzyskaniu przez MVGM wszystkich zgód i zezwoleń wymaganych przy tego typu transakcjach.
Pomiędzy podpisaniem a zamknięciem, priorytetem MVGM jest stworzenie solidnej infrastruktury informatycznej i biur. Proces integracji będzie starannie zaplanowany i przeprowadzony w ścisłej współpracy z JLL i innymi zainteresowanymi stronami.
Tegoroczne wakacje dla Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad to bardzo aktywny czas. Jeszcze przed ich rozpoczęciem udało się otworzyć dla kierowców kolejny odcinek drogi S17 w województwie lubelskim. Zaraz po tym oddane zostanie kolejne 30 kilometrów trasy, a przed końcem wakacji – następne 15. Tym samym udostępniony zostanie przejazd o łącznej odległości 140 kilometrów, który będzie zajmował ok. 70 minut. To bardzo duże ułatwienie dla kierowców podróżujących na trasie z Warszawy do Lublina. Od lipca dostępny będzie również ostatni odcinek obwodnicy Olsztyna, dotychczas otwierany tylko częściowo. Inwestycje zakończone przed ważnym okresem wakacyjnym, to jednak nie koniec działań GDDKiA. Według planów do końca roku oddane zostaną trzy odcinki autostrady A1 w województwie śląskim. Powstawać będzie także droga S6 w Zachodniopomorskiem. Jeden jej odcinek został już udostępniony. Tempo oddawania inwestycji będzie zależało od gotowości generalnych wykonawców.
– Dobrą wiadomością dla kierowców jest także koniec utrudnień na drodze S8 pod Warszawą – powiedział serwisowi eNewsroomSzymon Piechowiak, Dyrektor Biura Generalnego w Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad – Ne będzie już też problemów w punkcie poboru opłat Karwiany w województwie dolnośląskim, gdzie dotychczas trwał remont. Przed wakacjami udało się również zlikwidować nieczynny PPO Pruszków, gdzie kierowcy ze względu na tymczasową organizację ruchu musieli zwalniać do 40 kilometrów na godzinę. Obecnie przejazd tamtędy możliwy jest w obie strony, dwoma pasami z dozwoloną na autostradach prędkością 140 kilometrów na godzinę. Ograniczenie korków było już bardzo widoczne podczas czerwcowego długiego weekendu. Tymczasem należy pamiętać o utrudnieniach związanych z trwającymi wciąż w całej Polsce pracami. W trakcie wakacji newralgicznym punktem będzie droga krajowa nr 1 na odcinku od Tuszyna pod Łodzią aż po Częstochowę. Tam rozpoczęły się prace, które potrwają aż do przełomu lat 2021/2022. Stara „jedynka” będzie dostosowywana do wymagań stawianych obecnie przed autostradami. Wkrótce rozpocznie się także remont południowej jezdni autostrady A4 na wysokości Góry św. Anny w kierunku Wrocławia. GDDKiA zachęca kierowców przed wyruszeniem w trasę do kontaktu z informacją drogową pod numerem 19 111, gdzie dowiedzą się, jakie są możliwe utrudnienia na drogach – dodał Piechowiak.
Służbowy dress code, czyli zasady ubioru, których musimy przestrzegać w miejscu pracy to temat pozornie prosty. Nie w każdej firmie zasady te są jasno wytyczone, jednak nawet jeśli nie spisane, istnieją w naszej świadomości. Zasady łatwe do zrozumienia, ale w upalne dni trudne do przestrzegania.
Praca.pl zaczęła od sprawdzenia jak to wygląda w praktyce i zapytała użytkowników o to czy przestrzegają służbowego dress codu w upalne dni. Temperatury w tym roku nie sprzyjają strojom biznesowym, potwierdziły to wyniki sondy.
Okazuje się, że jedynie niespełna 20% ankietowanych osób przestrzega zasad dotyczących stroju w pracy. Najczęstszym „przewinieniem” są odkryte nogi, czyli zbyt krótkie spódnice/sukienki i spodnie – tego dopuszcza się 22% ankietowanych. Ulgę w upalne dni przynoszą też sandały lub klapki, taki wariant wybiera 19% użytkowników Praca.pl. Mniejszą popularnością cieszą się: odkryte ramiona (7% użytkowników), krzykliwe wzory i kolory (4%) i prześwitujące materiały (3%). Największy odsetek ankietowanych łamie wszystkie wymienione zasady ubioru w pracy – aż 27% użytkowników Praca.pl.
Warto wiedzieć, że pracodawca ma prawo wymagać przestrzegania konkretnych zasad ubioru w miejscu pracy, musi pamiętać jednak o wpisaniu tego do regulaminu, inaczej nie będzie mógł tego egzekwować. I nie chodzi tylko o służbowy uniform (taki jak przeważnie spotykamy w bankach), ale nawet o ogólne zasady ubioru w pracy.
A co jeśli nie mamy określonych przez pracodawcę zasad? Jakie ogólne zasady nas obowiązują? Agnieszka Ciećwierz, Partner w firmie Sigmund Polska radzi:
Ubiór jest jednym z elementów budowania naszego wizerunku, jak i wizerunku naszego pracodawcy, dlatego też jest niezwykle ważny.
Czy w takie upały warto przestrzegać zasad dress codu?
Osobiście uważam, że tak. Są pewnie niepisane zasady ubioru do pracy, których warto przestrzegać, czyli
– w przypadku kobiet: unikać spódnic i sukienek przed kolano, dużych dekoltów; nie zakładać butów odkrywających stopy (przede wszystkim klapek);
– w przypadku mężczyzn: unikać krótkich spodenek, bluzek na ramiączka (zdarzają się!); unikać butów odkrywających stopy (znowu: klapek).
Bardzo ważnym czynnikiem wpływającym na to, czy przestrzegać dress codu jest również rodzaj stanowiska jaki zajmujemy w organizacji – inaczej ubierzemy się pracując w banku, a inaczej pracując w agencji reklamowej. Na ubiór szczególną uwagę powinny zwracać osoby mające bezpośredni kontakt z klientami organizacji. Zawsze wychodzę z założenia, że klient może ubrać się jak uważa, ale to my reprezentując firmę powinniśmy wyglądać profesjonalnie i z klasą.
A czy te zasady mają również zastosowanie w przypadku spotkań rekrutacyjnych?
Jeśli wybieramy się na rozmowę o pracę i doskwiera nam wysoka temperatura warto ubrać się w stylu smart casual, np. koszulę i spodnie/spódnicę za kolano (w przypadku Panów niekonieczny jest tutaj krawat czy marynarka). Pamiętamy, że pierwsze wrażenie robi się tylko raz, a rekruter ocenia nas w ciągu zaledwie 10 sekund na podstawie tego jak wyglądamy – warto zatem się postarać – podkreśla Agnieszka Ciećwierz.
Pozostaje pytanie: czy jeśli czas pracy spędzamy przy biurku, nie spotykamy się z kontrahentami/klientami, a szef jest liberalny i nie interesuje się tym, co nosimy to warto przestrzegać zasad ubioru do pracy? Z jednej strony ubieranie się według własnych zasad daje poczucie swobody i wolności, ale z kolei profesjonalny wygląd zwiększa nasze zaangażowanie w wykonywane obowiązki. Sami musimy zdecydować czego potrzebujemy bardziej.
ABC Data S.A., pierwsza inwestycja buy-out z portfela MCI.EuroVentures, została sprzedana jednemu z europejskich potentatów – ALSO Group. Zarządzający Funduszem wypracowali ponad dwukrotny zwrot zainwestowanych środków na inwestycji. Transakcja została przeprowadzona w formie sprzedaży przedsiębiorstwa, którą poprzedzało ogłoszenie wezwania na 100% akcji.
W wyniku sprzedaży przedsiębiorstwa ABC Data i ABC Data Marketing do Funduszu trafi odpowiednio 147,6 mln PLN oraz 35 mln PLN, łącznie 182,6 mln PLN. W odpowiedzi na poprzedzające transakcję wezwanie zebrano 34,7 mln akcji, co łącznie z walorami ABC Daty posiadanymi przez MCI Capital TFI przed wezwaniem dało 113 mln akcji (90,6% wszystkich akcji).
– ABC Data pod skrzydłami MCI.EuroVentures przeszła transformację cyfrową – przekształcając model biznesowy, doprowadziliśmy do tego, że ponad 85% transakcji Spółki była realizowanych przez kanały cyfrowe. Rozwinęliśmy spółkę w całym regionie CEE, a także dokonaliśmy optymalizacji jej modelu biznesowego pod kątem kosztowym i kapitału obrotowego – komentuje Maciej Kowalski, Partner zarządzający funduszem MCI.EuroVentures. – Mimo ekspozycji branży na ryzyko podatkowe i regulacyjne, doprowadziliśmy do korzystnej sprzedaży i ostatecznego wyjścia z inwestycji – podsumowuje Kowalski.
W tym roku fundusz buy-outowy MCI.EuroVentures planuje kolejne wyjście z inwestycji. Z dużym prawdopodobieństwem będzie to sprzedaż spółki ATM – lidera rynku data center w Polsce. Spółka ta jest obecnie jedynym niezależnym istotnym operatorem data center na terenie aglomeracji warszawskiej, który stanowi 60-70% rynku krajowego. Obok ATM w portfelu funduszu MCI.EuroVentures znajdują się IAI S.A. – największa platforma SaaS do obsługi e-commerce działająca w regionie CEE oraz platforma SaaS e-travel jako nowa inicjatywa biznesowa, węgierski NetRisk czy Mobiltek.
Fundusz dalej koncentruje się na nowych inwestycjach – zarówno w Polsce, jak i w regionie CEE. Skupia się na średniej wielkości liderach rynku cyfrowego lub ekosystemu cyfrowego, spółkach będących wiodącymi podmiotami w danym obszarze działalności z preferencją dla branż: TMT, retail i consumer, usługi finansowe, opieka medyczna, transport i logistyka, usługi B2B i oprogramowanie. Przeprowadzane inwestycje mogą mieć charakter wykupów lub wykupów menadżerskich, wykupów lewarowanych, transakcji pre-IPO oraz public-to-private.
Wśród wcześniej zrealizowanych transakcji MCI.EuroVentures znajdują się m.in. dwie ubiegłoroczne: LifeBrain oraz Dotpay/eCard, a także Netia (2015 r.) i Wirtualna Polska (2016 r.).
Przebudowa instalacji, wyburzanie ścian czy wymiana podłóg – przed zaplanowaniem prac remontowych niezbędne jest zapoznanie się z aktualnymi uwarunkowaniami prawnymi, nakładającymi na zarządcę budynku obowiązek sporządzenia projektu budowlanego i uzyskania pozwolenia na budowę. Błędna interpretacja przepisów może doprowadzić do uznania efektu robót za samowolę budowlaną, a w rezultacie pociągać za sobą liczne konsekwencje, w tym finansowe. Kiedy niezbędne jest posiadanie pozwolenia na wykonanie założonych prac?
Sebastian Janicki z Kancelarii Magnusson Tokaj i Partnerzy, specjalista w zakresie prawa budowlanego
Zakres robót budowlanych niewymagających uzyskania pozwolenia na budowę rodzi wątpliwości nie tylko niezależnych wykonawców, ale również inwestorów i zarządców budynków. Rozstrzygającym kryterium w przypadku przebudowy jest to, czy roboty prowadzą do zmiany parametrów użytkowych lub technicznych całego obiektu. Wyznaczenie jednoznacznej granicy bywa jednak problematyczne. Choć nie wyczerpuje pełnego katalogu przypadków, orzecznictwo sądów administracyjnych w przykładach opisanych poniżej przybliża, jak należy rozumieć tę zasadę w praktyce.
Zgodnie z orzecznictwem sądowym za parametr użytkowy i techniczny, o którym mowa w ustawie Prawo budowlane, uznaje się m. in. wszelkie wielkości wyrażone w jednostkach miary czy wagi elementów użytkowych budynku, takich jak: dach, okna, schody, liczba pomieszczeń oraz elementów technicznych budynku, takich jak: ciężar konstrukcji czy odporność przeciwpożarowa, a także wartości określające sposób i zakres korzystania z danego obiektu, prowadzące do zmiany zasad korzystania z niego. Zatem roboty skutkujące zmianą w obrębie powyższych parametrów będą wymagały pozwolenia na budowę.
Pozwolenia na budowę nie wymagają natomiast co do zasady remonty, czyli roboty wykonywane w istniejącym budynku, mające na celu odtworzenie jego stanu pierwotnego (także z wykorzystaniem wyrobów innych, niż użyte w stanie pierwotnym). Można więc bez pozwolenia na budowę wprowadzać zmiany związane z montowaniem klimatyzacji, wymianą parapetów i sanitariatów czy demontażem podwieszanego sufitu, a także ze wstawieniem lub rozbiórką ścianek działowych (o ile nie są one elementem konstrukcyjnym budynku, nie wpływają na jego przeznaczenie, ani na stan techniczny oraz nie decydują o przestrzennym wydzieleniu samodzielnych lokali mieszkalnych stanowiących przedmiot odrębnej własności).
Pozwolenia na budowę nie wymagają również roboty polegające na wykonaniu lub wymianie instalacji wewnętrznych budynku (np. dostarczającej wody lub energii elektrycznej), ale tylko, gdy nie dotyczą one całości bądź przeważającej części instalacji całego budynku. Jednak jeśli roboty polegają na wykonaniu lub wymianie niewielkiej części instalacji budynku, ale powodują zmianę parametrów dostarczanej wody, prądu, gazu itp. dla całego budynku – podlegają już one obowiązkowi uzyskania pozwolenia na budowę.
Pozostałe roboty budowlane niebędące remontem, za wyjątkiem prac w odniesieniu do obiektów zwolnionych na postawie art. 29 ust. 1 Prawa Budowlanego, wymagają uzyskania pozwolenia na budowę jako przebudowy prowadzące do zmiany parametrów użytkowych lub technicznych istniejącego budynku. Do katalogu tego należą prace ingerujące w układ obciążeń w sposób wymagający konstruowania struktury nośnej obiektu na nowo, tak jak dzieje się to podczas budowy nowego obiektu, lub ingerujące w konstrukcję budynku albo jego przestrzeń, będącą wcześniej przestrzenią wspólną, np. klatkę schodową. W tej kategorii znajdują się także wszystkie te roboty, co do których projekt budowlany wymaga uzgodnienia pod względem ochrony przeciwpożarowej lub które dotyczą przegród zewnętrznych oraz elementów konstrukcyjnych budynku. Pozwolenie na budowę jest również wymagane każdorazowo podczas zmiany w wyniku robót charakteru obiektu, a więc przy zmianie przeznaczenia lokalu użytkowego na mieszkalny i odwrotnie lub przy zagospodarowaniu pomieszczenia dotychczas nieużytkowanego na cele użytkowe, o ile taka adaptacja wymaga wykonania robót budowlanych (np. poprzez zaadaptowanie nieużytkowanego pomieszczenia na np. kotłownię).
Analizując opisane wyżej przykłady należy mieć na uwadze, że pomimo znaczącego doprecyzowania w orzecznictwie przesłanek stosowania przepisów ustawy Prawo Budowlane, nadal pozostawiają one margines interpretacyjny. W konsekwencji nawet w przypadkach, które mogą wydawać się podobne do tych opisanych w orzecznictwie, wykonawca, inwestor lub zarządca nie powinien czuć się zwolniony z obowiązku potwierdzenia czy przypadki opisane w orzecznictwie na pewno mają zastosowanie do planowanych przez nich robót. Każdy taki przypadek należy bowiem rozpatrywać indywidualnie.
Autor: adwokat Sebastian Janicki z Kancelarii Magnusson Tokaj i Partnerzy, specjalista w zakresie prawa budowlanego
Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości poinformowała o podpisanych umowach w ramach IV konkursu Tworzenie produktów sieciowych przez MŚP, Poddziałanie 1.3.2, Działanie 1.3 (Ponadregionalne powiązania kooperacyjne) Programu Operacyjnego Polska Wschodnia 2014-2020. Obecnie trwa nabór wniosków do V konkursu.
Dofinansowanie otrzymają dwa projekty – „Wodny Świat” oraz „Wdrożenie innowacyjnego produktu sieciowego pod wspólną marką”. Do IV edycji zgłoszono 15 projektów. Do konkursu mogły się zgłosić konsorcja MŚP.
———————————————————————————–
„Wodny Świat”
Beneficjent: Krzysztof Lickiewicz
Koszt całkowity inwestycji: 71 704 695,00 PLN
Kwota dofinansowania: 40 727 550,00 PLN
„Wdrożenie innowacyjnego produktu sieciowego pod wspólną marką”
Beneficjent: Przedsiębiorstwo Produkcyjno-Usługowe Ekobud Sp. z o. o.
Koszt całkowity inwestycji: 9 424 688,00 PLN
Kwota dofinansowania: 6 594 281,60 PLN
———————————————————————————–
Celem konkursu Tworzenie produktów sieciowych przez MŚP jest sfinansowanie inwestycji w rozwój innowacyjnych produktów sieciowych, oferowanych pod wspólną marką. Produkt sieciowy to gotowa do sprzedaży oferta (produkt/usługa) będąca wynikiem współpracy podmiotów funkcjonujących jako jedna spójna koncepcja, posiadająca wspólny wyróżnik (markę) produktu.
Finansowanie w ramach konkursu można przeznaczyć na projekty obejmujące inwestycje w spójną infrastrukturę produktów sieciowych(roboty budowlane, środki trwałe, nieruchomości, wartości niematerialne i prawne), opracowanie i wdrożenie jednolitych standardów funkcjonowania i promocji produktu, działania promocyjno-informacyjne dotyczące sieciowego produktu oraz ustanowienie i utrzymanie zabezpieczenia do umowy o dofinansowanie.
Dofinansowaniu podlegają projekty tworzące i rozwijające innowacyjne produkty sieciowe w obszarach wpisujących się w zakres Regionalnych Inteligentnych Specjalizacji wspólnych dla co najmniej dwóch województw Polski Wschodniej. Realizowane na terytorium co najmniej jednego województwa wschodniego regionu Polski (lubelskie, podkarpackie, podlaskie, świętokrzyskie, warmińsko-mazurskie) oraz dotyczące inwestycji początkowej i prowadzące do stworzenia innowacyjnych produktów sieciowych.
„Wodny Świat”
Projekt przewiduje utworzenie produktu sieciowego – „Wodnego Świata”, sieci miejsc skupionych wokół wody, gdzie każda część składowa ma budować skojarzenia z wodą. Wdrożenie projektu wzmocni świadome korzystanie z zasobów wodnych poprzez dbanie o czystość, obserwację naturalnego środowiska wodnego oraz uczestnictwo w połowach ryb, ich przyrządzaniu i konsumpcji. Projekt skupiony jest wokół dwóch rdzeni, stanowiących podstawę do tworzenia produktu sieciowego tj.:
Świadome Wędkarstwo i Żeglarstwo, w ramach tego działania zbudowana zostanie Osada Żeglarza, która będzie pełniła funkcję przystani jachtowej wraz z możliwością korzystania z licznych atrakcji edukacyjnych i prospołecznych. Osada Żeglarza będzie stanowić Centrum Wodnego Świata. W obiekcie tym znajdzie się Centrum rekreacji i edukacji oparte o technologie VR, gdzie w formie zabawy zdobywać będzie można wiedzę związaną z wodą. Jedną z główny atrakcji będzie symulator wędkarski opracowany specjalnie dla Wodnego Świata (z prawdziwą topografią jeziora Niegocin, w ramach którego można się będzie przenieść do dawnej osady rybackiej). Kolejny element, który zostanie zlokalizowany w Osadzie Żeglarza to Centrum Historii Szlaku Wód Wielkich Jezior Mazurskich, w którym znajdą się m.in. akwarium mazurskie.
Gastronomia na Wodzie, wybudowany zostanie obiekt na wodzie, w którym będzie można zamówić posiłek z menu bazującego ma na świeżo złowionych rybach. W ramach działania zbudowana zostanie wielofunkcyjny obiekt z możliwością cumowania jednostek pływających. Wydzielona zostanie sekcja„self-cooking”, gdzie turyści będą mogli samodzielnie przygotowywać posiłki pod opieką szefów kuchni oraz udostępniony zostanie moduł „La Petit Chef”, dzięki któremu klienci będą zapoznawać się z przygotowywaniem serwowanych im dań.
Projekt realizują cztery firmy: Krzysztof Lickiewicz, Nowe Mazury 8 sp. z o. o. sk., Paweł Petrusewicz Firma Usługowo Handlowa sp. z o. o. oraz Karolina Czupryniak CHILIART.
Inwestycja realizowana będzie w miejscowościach Giżycko oraz Gajewo. Realizacja projektu wpłynie na wzrost zatrudnienia. Planowane jest utworzenie co najmniej 30 nowych miejsc pracy. Zakończenie realizacji projektu planowane jest do 31 grudnia 2021 r.
„Wdrożenie innowacyjnego produktu sieciowego pod wspólną marką”
Projekt przewiduje utworzenie produktu sieciowego pod marką „Dr. Garlic”. W wyniku realizacji projektu wprowadzone zostaną na rynek trzy pakiety produktów: zdrowie ludzi – złożony z baz dla suplementów i kosmetyków oraz dodatków spożywczych, zdrowie zwierząt – obejmujący dodatki paszowe, zdrowie ziemi – złożony z preparatów agronomicznych. Podstawą każdego z pakietów będzie zastosowany jedna z substancji będących efektem zaawansowanej ekstrakcji czosnku: standaryzowany ekstrakt allicyny oraz standaryzowany olej ajoenowy. Ponadto odpadowy przy ekstrakcji alicyny sok, znajdzie zastosowanie w pakiecie zdrowie ziemi, a wytłoka przy zdrowiu zwierząt.
Realizacja zadania obejmie budowę hali produkcyjnej w Tomaszowie Lubelskim, wyposażenie 2 hal w sprzęt produkcyjny, wyposażenie biur i laboratorium jakościowego. Uwzględnia także rozwój aplikacji opartych o ITC do nadzoru nad jakością kontraktowanych surowców, a także opracowanie wspólnych standardów, szkolenia i marketing.
Realizacja połączy potencjał trzech firm: dystrybutora warzywnego, producenta opakowań oraz spółkę informatyczno-biotechnologiczną. Produkt będzie oparty na lokalnych potencjałach (będzie angażował lokalnych dostawców), jednak wysoka innowacyjność sprawi, iż jego zasięg będzie ponad krajowy.
Projekt realizują trzy firmy: Przedsiębiorstwo Produkcyjno-Usługowe Ekobud sp. z o.o., Ekotrend Maciej Łoś oraz Grupa Mediam sp. z o. o. sk.
Inwestycja realizowana będzie w miejscowości Tomaszów Lubelski. Realizacja projektu wpłynie na wzrost zatrudnienia. Planowane jest utworzenie co najmniej 21 nowych miejsc pracy. Zakończenie realizacji projektu planowane jest do 31 grudnia 2020 r.
Skrócenie obowiązku przechowywania akt pracowniczych z 50 do 10 lat, prowadzenie dokumentacji w postaci elektronicznej zamiast papierowej oraz znaczne ograniczenie kosztów – to tylko część z ułatwień dla firm wprowadzonych z początkiem 2019 roku. Elektroniczny obieg dokumentów pozwala zaoszczędzić nawet 70 proc. czasu pracowników. E-akta ułatwią też życie osobom, które będą występować o emeryturę albo rentę.
– W głównej mierze przechowujemy dokumenty po to, by później ustalić uprawnienia do świadczeń z ubezpieczeń społecznych. Teraz każdy z nas ma indywidualne konto w ZUS-ie, więc te przesłanki, które jeszcze 20 lat temu miały sens, obecnie są już nieistotne – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Lisicki, ekspert Konfederacji Lewiatan.
Wprowadzone w styczniu 2019 roku przepisy dotyczące elektronizacji i krótszego okresu przechowywania akt pracowniczych (tzw. e-akta) są częścią pakietu stu proprzedsiębiorczych zmian dla firm. Zakładają one przede wszystkim skrócenie obowiązku przechowywania akt pracowniczych do 10 lat. Wcześniejszy 50-letni okres należał do najdłuższych na świecie. Z kolei dla porównania w Finlandii jest to 10, a w Danii tylko 5 lat. W Holandii w ogóle nie ma obowiązku przechowywania dokumentów dla celów emerytalno-rentowych, a w Czechach długość okresu przechowywania zależy od rodzaju dokumentacji pracowniczej.
– W innych krajach jest jeden wspólny okres, maksymalnie 10 lat dla przetrzymywania dokumentacji. I nie jest wymóg administracyjny, tylko jest to związane po prostu z przedawnieniem pewnych uprawnień. Są też kraje, gdzie poszczególne dokumenty trzymamy 3–5 lat – wymienia Robert Lisicki.
Elektronizacja akt pozwoli na znaczne ograniczenie kosztów. Resort przedsiębiorczości szacował, że gromadzenie dokumentacji w wersji papierowej kosztowało pracodawców ok. 130 mln zł rocznie. Globalne badanie produktywności przeprowadzone na zlecenie Unit4 pokazuje, że ich pracownicy poświęcają niemal 1/3 swojego czasu pracy na zadania administracyjne, m.in. wyszukiwanie papierowych dokumentów czy ich skanowanie.
E-akta oznaczają też ułatwienia dla samych pracowników, w momencie ich przejścia na emeryturę.
– Zmiany ułatwią pracownikom dokumentowanie okresów zatrudnienia oraz wysokości zarobków w celu uzyskiwania prawa do świadczeń emerytalno-rentowych. Będzie to możliwe dzięki przekazywaniu do ZUS przez płatnika składek rozszerzonych informacji, które będą mogły być wykorzystywane w celu udzielenia prawa do świadczeń emerytalno-rentowych – tłumaczy Leszek Skupski, radca prawny.
Co do zasady okres przechowywania akt skróci się dla wszystkich nowo zatrudnianych osób. Przedsiębiorca będzie mógł także skrócić okres przechowywania akt za osoby, które zatrudnił w latach 1999–2018. Musi jednak złożyć do ZUS oświadczenie o zamiarze przekazania raportów informacyjnych (ZUS OSW) i raporty informacyjne (ZUS RIA) za osoby zgłoszone do ubezpieczeń.
– Nowe zasady nie dotyczą osób zatrudnionych przed 1999 roku. W ich przypadku nadal dokumenty będą przechowywane przez 50 lat. Ustawa nie obejmuje także pracowników, którzy mają okresy wykonywania pracy górniczej. Ich dokumenty także będą przechowywane przez 50 lat – przypomina Alina Głębicka-Rękawek z Departamentu Realizacji Dochodów w Centrali ZUS.
Od stycznia 2019 r. pracodawca przekazuje do ZUS więcej informacji, np. w formularzu wyrejestrowującym z ubezpieczeń ZUS ZWUA musi być informacja o dacie i sposobie rozwiązania lub wygaśnięcia stosunku pracy oraz z czyjej inicjatywy stosunek pracy został rozwiązany.
– Jako Zakład będziemy informowali naszych ubezpieczonych i świadczeniobiorców o tym, że pracodawca przekazał za nich raport informacyjny, a w związku z tym nastąpiło skrócenie przechowywania ich dokumentacji pracowniczej. Przekażemy także ubezpieczonemu informację, że będzie mógł odebrać dokumentację w określonym terminie, a także, że powinien wystąpić do swojego pracodawcy o wydanie dokumentów potwierdzających pracę w szczególnych warunkach w latach 1999–2008 – mówi Alina Głębicka-Rękawek.
Z badania przeprowadzonego przez Kantar TNS na zlecenie Volkswagena wynika, że całą potrzebną wiedzę związaną z pierwszą pomocą potrafi przekazać dziecku tylko co dziesiąty rodzic. Z kolei niemal wszystkie dzieci chciałyby mieć umiejętności, które pozwoliłyby ratować życie ludzi. To właśnie dla nich powstał program Volkswagen Mali Ratownicy, który uczy zasad udzielania pierwszej pomocy i pozwala budować charakter u najmłodszych. Od 2017 roku przeszkolonych zostało blisko 20 tys. dzieci. W tym roku na nadmorskich plażach każde przeszkolone dziecko to także 3 zł, które firma przekaże na rehabilitacje podopiecznych Fundacji ECHO. Strefa Małych Ratowników ruszy 5 lipca w Świnoujściu.
– Staramy się też zaszczepić w dzieciach cały rezerwuar cech, który może im się przydać w dorosłym życiu, jak odwaga, chęć niesienia pomocy. Skupiamy się na kwestii nauczania pierwszej pomocy i to stanowi najważniejszą część naszego projektu, ale tak naprawdę chcemy budować odpowiedzialne społeczeństwo, odpowiedzialne postawy od najmłodszych lat – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Hubert Niedzielski, kierownik ds. PR marki Volkswagen.
Według badania przeprowadzonego przez Kantar TNS na zlecenie Volkswagena wynika, że blisko 30 proc. rodziców nie jest w stanie przekazać dziecku całej praktycznej wiedzy o pierwszej pomocy. 67 proc. z nich uważa, że nie ma wystarczających kompetencji. Dla większości dzieci w wieku 6–9 lat (80 proc.) osoba, która pomaga innym i umie ich uratować, jest dla nich superbohaterem. 97% badanych przyznało, że umiejętność udzielania pierwszej pomocy jest im potrzebna, a pomoc drugiej osobie dałaby im szczęście.
– Podczas naszych szkoleń w strefach Małych Ratowników nie tylko uczymy kwestii związanych z udzielaniem pierwszej pomocy. To nauka przez zabawę, chcemy, żeby dzieci utożsamiały proces nauki tak ważnych kompetencji z czymś przyjemnym. Uczymy wszystkich kompetencji związanych z udzielaniem pierwszej pomocy, a także przez pryzmat tego zagadnienia pokazujemy, jakie postawy mogą zaprocentować w przyszłości – wskazuje przedstawiciel marki Volkswagen.
Program „Mali Ratownicy” uczy dzieci zasad udzielania pierwszej pomocy. Zaszczepia umiejętność radzenia sobie w trudnych sytuacjach i dodaje odwagi. W wyznaczonych strefach na polskich plażach dzieci uczą się prawidłowo udzielać pierwszej pomocy pod okiem ratowników medycznych. Do tej pory w ramach projektu przeszkolonych zostało ponad 19 tys. dzieci.
W tegorocznej edycji Volkswagen zdecydował się wesprzeć Fundację Echo, która pomaga w rozwoju dzieci z wadami słuchu. Każde przeszkolone dziecko w strefie Małych Ratowników to 3 zł, jakie marka przekaże na rehabilitacje podopiecznych Fundacji. Organizatorzy wierzą, że dzięki temu liczba przeszkolonych dzieci zdecydowanie się zwiększy.
Pierwsza strefa Małych Ratowników pojawi się na plaży w Świnoujściu już 5 lipca. W tym roku strefa Małych Ratowników ruszy 5 lipca w Świnoujściu. W kolejnych tygodniach szkolenie odbędzie się w Kołobrzegu, Dziwnowie, Darłowie, Ustce, Gdańsku i we Władysławowie.
Biorąc pod uwagę wielkość populacji Polski, wartość polskiego rynku badań klinicznych powinna być trzykrotnie większa niż obecnie 2 mld zł. 98 proc. badań klinicznych ma charakter komercyjny, finansowany przez przemysł farmaceutyczny. Te niekomercyjne – zainicjowane przez naukowców i nie nastawione na zysk – stanowią raptem 2 proc., podczas gdy europejska średnia sięga ok. 30 proc. Sytuację ma odwrócić Agencja Badań Medycznych, która będzie wspierać finansowo badania kliniczne i innowacje w polskiej medycynie – również te dotyczące chorób rzadkich. Pierwsze projekty mają zostać wyłonione w drugiej połowie roku.
– Rynek badań klinicznych w Polsce jest według różnych szacunków wart ok. 2 mld zł. Natomiast w 40-milionowym kraju powinien być wart blisko trzykrotnie więcej. Mówimy więc o pewnym niedocenieniu roli gospodarczej tego rynku. Dlatego mam nadzieję, że Agencja Badań Medycznych pobudzi ten rynek, pokaże, że jest wartościowy i bardzo innowacyjny. Jeżeli chcemy się nazywać krajem rozwiniętym, jeżeli chcemy mieć gospodarkę na najwyższym, światowym poziomie, to badania kliniczne są etapem, przez który musimy przejść i musimy być na tym polu liderem, przynajmniej w Europie Środkowo-Wschodniej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Radosław Sierpiński, prezes Agencji Badań Medycznych.
Agencja Badań Medycznych to nowa instytucja, która będzie finansowana z budżetu państwa oraz odpisu z Narodowego Funduszu Zdrowia w wysokości 0,3 proc. jego przychodów. Ma również pozyskiwać środki z Unii Europejskiej oraz międzynarodowych programów badawczych. Zgodnie z ustawą w tym roku do Agencji ma trafić 50 mln zł, w przyszłym – 500 mln zł, a w 2028 roku – już prawie 1 mld zł.
ABM ma zapewnić instytucjonalne wsparcie dla finansowania badań m.in. w dziedzinie nauk medycznych, nauk o zdrowiu oraz nowych technologii medycznych. Będzie także wspierać wyłaniane w drodze konkursów projekty interdyscyplinarne, ze szczególnym uwzględnieniem badań klinicznych i epidemiologicznych, oraz inicjować własne badania.
– Musimy odpowiedzieć na pewne palące potrzeby społeczne. Dzisiaj to głównie nowotwory i choroby układu sercowo-naczyniowego zabijają Polaków, więc musimy zająć się rozwojem nauk medycznych w tych dziedzinach. Ale mamy również choroby rzadkie, na które cierpi 30–40 pacjentów w skali kraju. Ci pacjenci mają pecha, bo nie stanowią rentownej gałęzi dla firm farmaceutycznych, w związku z tym biznes nie będzie tworzył dla nich nowych rozwiązań. Tutaj jest kolejna rola dla Agencji Badań Medycznych, czyli dostarczenie dla tych pacjentów terapii, która z zasady nie będzie zyskowna, ale dla tych pacjentów niejednokrotnie oznacza życie – mówi dr Radosław Sierpiński.
Kolejnym zadaniem ABM jest rozwijanie międzynarodowej współpracy – kilka miesięcy temu instytucja podpisała porozumienie o współpracy w zakresie badań klinicznych i badań naukowych z centrum onkologicznym Uniwersytetu Teksas MD Anderson Cancer Center w Houston, jedną z czołowych placówek onkologicznych na świecie.
– Polscy naukowcy, tworząc nowe rozwiązania, na przykład biotechnologiczne, od razu skalują rynek amerykański. Ich celem jest wytworzenie produktu w Polsce, a potem sprzedanie go za ocean czy kupienie przez światowych gigantów. My chcemy, żeby te rodzime technologie pozostawały w kraju. Chcemy stworzyć mechanizmy zarówno finansowe, jak i prawne, które pozwolą polskim naukowcom pozostawać w kraju, a efektem tego będzie dostępność tych technologii dla polskich pacjentów. Dzisiaj po prostu kupujemy – po wielokrotnie zawyżonych kosztach – te technologie, które u nas zostały rozwinięte – mówi dr Radosław Sierpiński.
Jak podkreśla, w Polsce prowadzone są głównie komercyjne badania kliniczne, finansowane przez duże firmy farmaceutyczne, które testują nowe rozwiązania. Na polskim rynku stanowią one ok. 98 proc. W większości krajów europejskich średnia dla badań klinicznych niekomercyjnych wynosi natomiast ok. 30 proc.
– My też chcemy do tego benchmarku dążyć, stymulować ten rynek, zwłaszcza że już w przyszłym roku pojawi się bardzo konkretne finansowanie na poziomie 250 mln zł, dla wyłącznie niekomercyjnych badań klinicznych. Agencja Badań Medycznych powinna odegrać rolę mediatora takiej platformy, która zwiększy możliwości tworzenia tego rynku i rozwoju biotechnologii w kraju – mówi dr Radosław Sierpiński. – Mamy populację 40 mln ludzi, bardzo dobrą infrastrukturę badawczą i kliniczną, kadry o wysokim potencjale naukowym. Brakuje nam połączenia części biznesowej z akademicką. Jeżeli uda się zwiększyć ten potencjał, to jestem przekonany, że polski rynek badań klinicznych będzie w europejskiej czołówce.
Prawie 1/4 Polaków obawia się osób chorych na schizofrenię, aż 22 proc. uważa, że stanowią one zagrożenie dla otoczenia. Polacy nie są też skłonni do nawiązywania bliskich relacji z osobami chorującymi na to schorzenie. Jedynie 17 proc. mogłoby pracować z taką osobą, a 30 proc. – zaprzyjaźnić się z nią. Z drugiej strony, jak wynika z badania sondażowego przeprowadzonego w ramach kampanii edukacyjnej „Życie bez nawrotów”, blisko 60 proc. badanych zdaje sobie sprawę z tego, że przy odpowiednim leczeniu chorzy na schizofrenię mogą być aktywni zawodowo i społecznie. Szansą dla pacjentów są leki o przedłużonym działaniu, stosowane raz na miesiąc, a nawet raz na 3 miesiące.
– Schizofrenia jest poważnym zaburzeniem psychicznym, które wpływa na funkcjonowanie osoby chorej we wszystkich sferach jej życia. W społeczeństwie osoby cierpiące na schizofrenię ciągle spotykają się z pewnym rodzajem stygmatyzacji lub obawami związanymi z samą jednostką chorobową – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Piotr Gałecki, konsultant krajowy w dziedzinie psychiatrii, kierownik Kliniki Psychiatrii Dorosłych Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.
Według danych Instytutu Ochrony Zdrowia w Polsce na schizofrenię choruje 385 tys. osób, czyli 1 proc. społeczeństwa. Na całym świecie jest ich ok. 50 mln. Schizofrenia jest jedną z najbardziej stygmatyzujących chorób psychicznych. Ma charakter przewlekły, przebiegający z okresami nawrotów, zaostrzeń objawów i remisji. To przede wszystkim choroba ludzi młodych – w momencie diagnozy pacjenci zazwyczaj mają mniej niż 30 lat.
– Schizofrenia jest o tyle trudną jednostką chorobową, że dochodzi w niej do głębokich zaburzeń treści myślenia. Jednym z charakterystycznych objawów są urojenia, czyli nieprawdziwe treści myślenia, które nie poddają się korekcie, mimo pewnych dowodów fałszywości i działają w sposób wyobcowujący. Oznacza to, że pacjenci, szczególnie na początku choroby, przy pierwszym epizodzie chorobowym, w większości nie mają poczucia, że są chorzy. Powoduje to opóźnienie momentu, w którym możemy włączyć leczenie i bardzo często kończy się niesystematycznym przyjmowaniem leków – mówi prof. Piotr Gałecki.
Jak podkreślają eksperci, osoby chorujące na schizofrenię w dużej części są aktywne, realizują się społecznie i zawodowo, spełniają swoje marzenia, zajmują wysokie pozycje w firmach czy instytucjach, zakładają rodziny oraz prowadzą życie towarzyskie. Jak wynika z ogólnopolskiego badania „Stosunek Polaków do osób chorych na schizofrenię”, przeprowadzonego przez ARC Rynek i Opinia pod patronatem merytorycznym Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, 59 proc. Polaków jest świadomych, że przy odpowiednim leczeniu chorzy na schizofrenię mogą być aktywni zawodowo i społecznie.
– Ten wynik wskazuje na wielką, pozytywną zmianę, jaka zachodzi w społeczeństwie w stosunku do osób chorujących na schizofrenię. Gdybyśmy takie badanie przeprowadzili 20 lat temu, ten odsetek nie byłby aż tak wysoki – mówi dr Sławomir Murawiec, psychiatra, ekspert Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego.
Mimo to schizofrenia jest chorobą, która nadal wzbudza społeczne obawy. Co dziesiąty Polak twierdzi, że chorzy powinni być wykluczeni z normalnego życia. 24 proc. Polaków obawia się osób chorych na schizofrenię, z kolei 22 proc. uważa, że stanowią one zagrożenie dla otoczenia. Polacy nie są też skłonni do nawiązywania bliskich relacji z osobami chorymi na schizofrenię. W przypadku, gdy taka osoba miałaby stać się członkiem rodziny, tylko 13 proc. Polaków nie miałoby nic przeciwko temu.
– Badanie pokazuje obraz różnego rodzaju obaw i lęków, które dotyczą większości społeczeństwa. Zaledwie 17 proc. Polaków jest gotowych współpracować z osobą ze schizofrenią, co wskazuje, że aż 83 proc. nie chciałoby z taką osobą przebywać w jednym miejscu pracy. Te dane wskazują na wciąż dużą pracę edukacyjną do wykonania na temat kształtowania właściwego obrazu osób ze schizofrenią – mówi dr Sławomir Murawiec.
Jak podkreśla ekspert, Polskie Towarzystwo Psychiatryczne od lat prowadzi intensywne działania na rzecz kształtowania postaw społeczeństwa w stosunku do osób z zaburzeniami psychicznymi.
– Zamiast straszyć schizofrenią, powinniśmy się skoncentrować na zapewnieniu tym osobom prawidłowego leczenia i odpowiedniej pomocy. Potrzebny jest system opieki uwzględniający nowoczesne sposoby farmakoterapii, czyli leki, które pozwoliłyby tym osobom realnie funkcjonować w społeczeństwie –mówi dr Sławomir Murawiec.
Eksperci podkreślają, że leczenie schizofrenii jest długotrwałe i trwa latami. Najbardziej skuteczne jest leczenie rozpoczęte we wczesnym okresie rozwoju choroby, które umożliwia szybki powrót pacjenta do normalnego funkcjonowania.
– Pacjenci cierpiący na schizofrenię, jeśli tylko systematycznie stosują leki, nie wypadają ze swoich ról społecznych, rodzinnych czy zawodowych. W Polsce mamy wszystkie leki, które są dostępne w Europie i Stanach Zjednoczonych, podawane w tzw. iniekcjach o przedłużonym działaniu. Podajemy je raz na dwa tygodnie czy raz na miesiąc. Jest to znaczne udogodnienie, które powoduje, że pacjenci lepiej współpracują z lekarzem. Mam nadzieje, że niedługo będzie dostępny lek, który będziemy mogli podawać pacjentom raz na trzy miesiące – mówi prof. Piotr Gałecki.
Jak podkreśla ekspert często zdarza się, że pacjenci chorujący na schizofrenię, nie mając w ogóle świadomości swojej choroby, po wyjściu ze szpitala nie przyjmują leków systematycznie albo robią sobie tzw. wakacje lekowe, zażywając je na przykład tylko w weekendy czy co drugi dzień. To prowadzi wprost do nawrotu choroby. W wielu krajach standardem jest dostęp do leków długodziałających, które są stosowane raz na trzy miesiące. Tego typu terapia stosowana jest już w 26 krajach UE i EFTA (na 31), w tym w 7 krajach o PKB zbliżonym do Polski (w Chorwacji, Grecji, na Litwie, w Portugalii, Rumunii, Słowacji, na Węgrzech).
– Dlatego bardzo dobrym wyjściem było wprowadzenie długodziałających leków, które podaje się w iniekcji. One powodują, że pacjent jest cały czas wysycony równomierną dawką leku przez okres dwóch tygodni, miesiąca czy nawet trzech. Ta forma leczenia powoduje znacząco lepszą współpracę pacjentów i zmniejsza liczbę hospitalizacji. Długodziałające leki zmieniły przebieg tej choroby – pacjent, który zachorował 2–3 lata temu na schizofrenię, jest dziś zupełnie inaczej leczony niż ten, który zachorował 20 czy 30 lat temu – mówi prof. Piotr Gałecki.
Jak podkreśla, stosowane dziś leki są bezpieczne i wykazują mniej działań niepożądanych, a przede wszystkim nie kolidują ze stylem życia i funkcjonowaniem pacjentów dzięki temu, że są przyjmowane raz na dłuższy czas.
Prawie 6 mln turystów, którzy odwiedzili w ubiegłym roku tereny Śląska, zostawiło w regionie 5 mld zł. Choć osoby spoza województwa najczęściej przyjeżdżają do większych miast, to coraz więcej z nich wybiera tzw. beskidzką piątkę, czyli Wisłę, Brennę, Istebną, Szczyrk i Ustroń. Nowe inwestycje i atrakcje zaplanowane na kolejne trzy lata mają zwiększyć liczbę odwiedzających. Jak podkreśla Tomasz Bujok, burmistrz Wisły, turystyka decyduje w 95 proc. o budżecie miasta.
– Szacujemy, że Beskidy, a co za tym idzie i Wisłę odwiedza średnio od 5 do 8 mln turystów. Jest to wynik imponujący, na który mają wpływ prowadzone inwestycje, ale też pogoda. Z roku na rok obserwujemy znaczny wzrost zainteresowania turystycznego beskidzką piątką – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Bujok, burmistrz miasta Wisła.
Z raportu Śląskiej Organizacji Turystycznej wynika, że w 2018 roku liczba turystów na Śląsku sięgnęła 5,7 mln, czyli o ok. 300 tys. osób więcej niż rok wcześniej. Większość (3,3 mln) to goście spoza województwa, którzy najczęściej odwiedzali największe miasta regionu i Beskidy. Turyści wewnętrzni z kolei najchętniej wypoczywali w okolicach Wisły, Ustronia, Istebnej czy Cieszyna.
– Nawet 70–80 proc. odwiedzających Wisłę to mieszkańcy województwa śląskiego. Bliskość połączeń ma tu duże znaczenie. Ale coraz więcej jest też przedstawicieli innych regionów, co nas bardzo pozytywnie zaskoczyło, całe Pomorze bardzo chętnie i często nas odwiedza. Coraz częściej odwiedzają nas Czesi, zarówno w okresach zimowych, jak i letnich. Ten wzrost jest z roku na rok przekracza nawet 100 proc. – podkreśla Tomasz Bujok.
Niezmiennie Beskidy są najchętniej odwiedzane w okresie letnim. Na ten okres przypada 44 proc. wszystkich wizyt turystów spoza regionu oraz 51 proc. w przypadku podróży wewnątrz województwa. Pozostałe pory roku wybiera po kilkanaście procent osób.
– Jeszcze kilka lat temu można było precyzyjnie określić, że sezon trwa od początku czerwca do września, może do końca sierpnia, potem grudzień, styczeń i luty, czyli okres ferii. Ten okres martwy coraz bardziej nam się spłaszcza, co niewątpliwie nas wszystkich cieszy – wskazuje burmistrz Wisły.
Śląska Organizacja Turystyczna szacuje, że wydatki turystów spoza regionu były w 2018 roku wyższe niż rok wcześniej i wynosiły ok. 122 zł dziennie (111 zł w 2017 roku), a nieco niższe w przypadku mieszkańców regionu – 92 zł. Łącznie turyści zostawili w regionie ok. 5 mld zł.
– W zasadzie w 95 proc. nasz budżet to turystyka i tę gałąź rozwijamy. Oczywiście jest to kosztem innych gałęzi, co ma swoje plusy i minusy, bo musimy wszystko podporządkować turystyce i nie możemy budować innych gałęzi, na których w razie czego moglibyśmy się opierać – mówi Tomasz Bujok.
Rozwój turystyki, zwłaszcza w miejscowościach beskidzkiej piątki, wymusza inwestycje, także w infrastrukturę. W regionie powstają duże, pięciogwiazdkowe hotele, z apartamentami na wynajem i centrum rozrywki.
– Niedawno oddaliśmy nowy, wyremontowany dworzec kolejowy, teraz kończymy inwestycję Centrum Edukacji Ekologicznej, która najprawdopodobniej ruszy we wrześniu, systematycznie oddajemy kolejne skwerki, rewitalizujemy zieleń. W przyszłym roku, a być może jeszcze późną jesienią, uda się ukończyć inwestycje basenowe, ścieżki rowerowe, zagospodarowania terenu wokół Małej Zapory – wymienia burmistrz Wisły. – Myślę, że Wisła w ciągu najbliższych 5 lat bardzo mocno się zmieni na plus.
Region stawia też na poprawę dojazdów. W ostatnich latach przebudowana została droga wojewódzka 941 wraz z budową dwóch zatok autobusowych w Istebnej-Dzielec, wyremontowano drogę wojewódzką 942, skrzyżowanie z drogą powiatową – Wisła Rondo oraz nawierzchnię drogi wojewódzkiej 943 w Koniakowie. Coraz więcej jest też połączeń kolejowych, a na lata 2020–2022 zaplanowano budowę Pętli Wiślańskiej (linii Bronów – Wisła Głębce przez Skoczów, Goleszów i Cieszyn), która pozwoli zwiększyć częstotliwość kursowania pociągów. Wyzwaniem jest też komunikacja w samym mieście.
– Musimy szukać różnych możliwości spięcia kwestii komunikacyjnych. Mam na myśli przede wszystkim względy finansowe. Musimy myśleć przede wszystkim o komunikacji miejskiej. Marzeniem byłoby to, żeby turysta za 5–10 lat w zasadzie zapomniał o samochodzie, zostawił go na przedmieściach miasta, a poruszał się nowoczesnym, ekologicznym transportem miejskim – zapowiada Tomasz Bujok.
Do 2026 roku na orbicie okołoziemskiej znajdować się ma ponad tysiąc polskich nanosatelitów obserwacyjnych. Uzyskiwane dzięki nim obrazy znacznie ułatwią pracę branży ubezpieczeniowej, a także kartografię czy wdrożenia z zakresu smart city. Polskie satelity cechują się wysokim stopniem zaawansowania, niską masą oraz tym, że praktycznie w całości ich budowanie odbywa się w oparciu o polską myśl technologiczną. Realizacja projektu pochłonie jednak ponad 4 mln zł. Twórcy zebrali jak na razie zaledwie 2 proc. tej kwoty. Wciąż poszukują inwestorów.
– Konstelacja REC, którą budujemy, będzie wykonywać zdjęcia satelitarne z bardzo wysoką rozdzielczością, nawet 50 centymetrów na piksel. To jest przeskok technologiczny, bo teraz, żeby osiągnąć takiej rozdzielczości zdjęcia, potrzebne są satelity, które ważą ponad 100–150 kg. I to jest innowacja, którą wdrażamy teraz w kosmosie, czyli małe rozmiary satelity, bardzo dobrej rozdzielczości zdjęcia – mówi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Grzegorz Zwoliński, prezes SatRevolution.
Plan utworzenia konstelacji polskich nanosatelitów zakłada wysłanie na orbitę okołoziemską 1 024 nanosatelitów ScopeSat cechujących się 30-minutowym czasem odświeżania. Celem jest skompletowanie konstelacji w 2026 roku. Wystrzelenie satelitów Światowid i KRAKsat w kwietniu tego roku było kamieniem milowym tego przedsięwzięcia.
– Pierwszym z naszej konstelacji ponad tysiąca nanosatelitów jest Światowid. Będzie obserwował Ziemię i robił zdjęcia z rozdzielczością 4 metrów na piksel. To bardzo duże wydarzenie. To jest pierwsza polska konstrukcja, która leci w kosmos, wysłana przez polską firmę – przekonuje Grzegorz Zwoliński.
Całkowita masa satelity Światowid wynosi 2 kg. Zamontowany w niej obiektyw iRIX 300 SR o rozdzielczości 5,1 Mpix i ogniskowej 300 mm waży 250 g. Został on w całości zaprojektowany w Polsce i spełnia wytyczne NASA dotyczące statków kosmicznych i ich ładunków. Docelowo rozwiązanie polegające na utworzeniu konstelacji polskich satelitów krążących wokół Ziemi ma wspomóc szereg branż, zarówno o charakterze cywilnym, jak i militarnym.
– Zdjęcia są wykorzystywane w naprawdę bardzo wielu miejscach. To nie jest tylko Google Maps, to także zarządzanie kryzysowe, rolnictwo precyzyjne, wojskowość, ubezpieczenia czy zarządzanie ruchem morskim. Jest bardzo dużo miejsc, w których dane są wykorzystywane każdego dnia i pomagają nam żyć i rozwijać się szybciej – przekonuje ekspert.
W branży ubezpieczeniowej zdjęcia satelitarne o takiej rozdzielczości pomagają w przewidywaniu, ostrzeganiu i ocenie skutków oraz zasięgu katastrof naturalnych, a także monitoringu infrastruktury krytycznej. Zdjęcia pomagają ponadto w wykrywaniu niezgodności i samowoli budowlanych, a także tworzeniu krajowej kartografii. To także szansa na skuteczne monitorowanie stanu roślin, zwłaszcza w okresach suszy, oraz sprawdzanie jakości powietrza w miastach. Od strony militarnej system niezależnych polskich satelitów pomoże w monitorowaniu działań przeciwnika w czasie rzeczywistym, obsłudze systemów wczesnego ostrzegania oraz naprowadzaniu pocisków.
Prototypowy satelita obserwacyjny ScopeSat ma zostać wyniesiony na orbitę okołoziemską w 2021 roku. Pierwsza konstelacja ma zacząć działać już rok później i będzie się składała z 16 satelitów. Dzięki realizacji projektu Polska ma szansę zaistnieć w niezwykle dynamicznie rozwijającym się sektorze rynku kosmicznego.
– W najbliższych 3 latach ponad 16 tys. satelitów ma się znaleźć w kosmosie. W tej chwili działających satelitów na orbicie jest około 3 tys. Rośnie także liczba firm, które mogą odbierać dane z satelitów. Są firmy, które mają coraz więcej interesów w Arktyce, w różnych innych miejscach, które są ciężej dostępne. Nasze władze potrzebują informacji na temat tego, jak lepiej zarządzać krajem lepiej – mówi Grzegorz Zwoliński.
Projekt REC potrzebuje finansowania na poziomie ponad 4 mln zł. Zbiórką ogłoszoną na platformie Crowdway zainteresowali się już inwestorzy tacy, jak Virgin Orbit. Na razie firmie realizującej projekt udało się zebrać 2 proc. potrzebnego finansowania.
Ogniwa litowo-jonowe są obecnie najlepszym rozwiązaniem do zapewniania energii samochodom elektrycznym o średnim i dużym zasięgu. Producenci dążą do osiągnięcia jak największej gęstości ogniwa przy zachowaniu jak najwyższego poziomu bezpieczeństwa. W najbliższych latach rynek baterii litowo-jonowych będzie notował dalsze wzrosty, a zużycie ekwiwalentu węglanu litu wzrośnie ponadtrzykrotnie. Tymczasem wielkie koncerny samochodowe poszukują nowych rozwiązań pozwalających opracować wydajne i bardzo żywotne baterie. Toyota rozwija technologię baterii półprzewodnikowych. Z kolei rynek chiński przyszłość transportu widzi w ogniwach wodorowych.
– Duże zainteresowanie ogniwami litowo-jonowymi wiąże się z tym, że mają one znacznie lepsze parametry niż dotychczasowe akumulatory na rynku. Mają np. trzykrotnie większą gęstość energii, gęstość mocy w stosunku do toksycznych ogniw niklowo-kadmowych, czy niklowo-wodorkowych. Duża gęstość mocy skumulowana na jednostkę masy i objętości to zasadnicze parametry, poza tym liczba cykli pracy jest również konkurencyjna w stosunku do akumulatorów niklowo-wodorkowych – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje profesor Janina Molenda, kierownik Katedry Energetyki Wodorowej AGH w Krakowie.
Rynek baterii litowo-jonowych stale się rozwija. Producenci pojazdów elektrycznych, a zwłaszcza producenci samochodów, nieustannie dążą do tego, by baterie cechowały się wyższą gęstością energii, a także bezpieczeństwem stosowania, żywotnością i stabilnością. Wszystko po to, by samochody elektryczne były zdolne na jednym ładowaniu pokonać jak najwięcej kilometrów, a także by późniejsze doładowywanie baterii trwało jak najkrócej.
Nowoczesne baterie muszą też dobrze radzić sobie z pokryciem dużo większego zapotrzebowania na energię przy ruszaniu z miejsca i przyspieszaniu pojazdu. Na razie najlepiej radzą sobie z tym wszystkim właśnie ogniwa litowo-jonowe.
– Żywotność akumulatorów litowych do samochodów jest przewidziana na 10 lat, więc są to technologie, które bazują na materiałach bardziej stabilnych. Stabilność ogniwa litowego dla zastosowań długoletnich o większym czasie trwania wiąże się ze stabilnością poszczególnych komponentów w kontakcie z elektrolitem ciekłym. Ciągle w bateriach litowych używany jest z konieczności elektrolit ciekły, bo nie mamy elektrolitu stałego, który by odpowiednio przewodził w temperaturze pokojowej – tłumaczy ekspertka.
Stały elektrolit w elektromobilności planuje wykorzystać Toyota. Japoński koncern w najbliższych latach postawi na wdrożenie baterii półprzewodnikowych. Te mają oferować większą gęstość energii niż baterie litowo-jonowe używane przez Teslę i innych konkurentów. Akumulatory tego typu wykorzystują stały elektrolit zamiast ciekłego elektrolitu stosowanego w akumulatorach litowo-jonowych. Prezentacja rozwiązania w autach Toyoty możliwa będzie najwcześniej w 2020 roku. Japoński producent swoją technologią planuje się podzielić ze swoimi partnerami, tzn. Mazdą, Suzuki i Subaru. Bateriami półprzewodnikowymi zainteresowane są także marki takie jak Volkswagen czy BMW.
Z kolei Tesla, jeden ze światowych liderów elektromobilności, rozwijać będzie w najbliższych latach własne ogniwa litowo-jonowe. Na razie przedsiębiorstwo Elona Muska współpracuje na tym polu z japońskim koncernem Panasonic. Położenie nacisku na produkcję własnych baterii pozwoli amerykańskiemu gigantowi uniezależnić rozwój swoich technologii dla elektromobilności od tego partnera.
W najbliższych latach dominującymi na rynku będą ogniwa litowo-jonowe o wyższej zawartości niklu – wynika ze spotkania naukowców podczas XI konferencji Lithium Supply&Markets, która odbyła się w połowie czerwca w chilijskim Santiago. Katody niklowo-kobaltowo-manganowe staną się bardziej popularne z uwagi na ich wyższą gęstość w porównaniu z katodami z żelazofosforanem litu. Te pierwsze nadają się szczególnie do zasilania w energię pojazdów o średnich (250–350 km) i wysokich (ponad 500 km) zasięgach, podczas gdy te drugie bardziej sprawdzają się w autobusach i małych samochodach stosowanych na dystansach do 100 km.
Dzięki ogniwom litowo-jonowym możliwy jest jednak rozwój nie tylko elektromobilności.
– W tej chwili zastosowanie ogniw litowych to nie tylko przenośna elektronika czy nawet samochody elektryczne lub hybrydowe, lecz także wielkie magazyny energii o pojemności nawet 100 megawatów. Takie instalacje powstają już na świecie – mówi prof. Janina Molenda.
Chiny, będące największym na świecie rynkiem motoryzacyjnym, a także liderem sprzedaży tanich aut elektrycznych, przyszłość widzą w ogniwach wodorowych. Zgodnie z założeniami tamtejszego rządu w ciągu najbliższej dekady po chińskich drogach ma jeździć milion aut z napędem wodorowym. W przyszłym roku chiński rząd wycofa dotacje długoterminowe dla rozwoju elektromobilności przy jednoczesnym utrzymaniu dotacji dla transportu opartego na ogniwach wodorowych.
Według ustaleń z Lithium Supply & Markets całkowite zużycie ekwiwalentu węglanu litu na świecie osiągnie najprawdopodobniej 1 mln ton do 2025 r. W 2018 roku było to około 300 tys. ton.
Jeżeli szukasz zadaszenia reklamowego, które będzie łatwe w rozłożeniu, a jednocześnie idealnie spełni swoje zadanie, to trudno o lepszy wybór niż namiot ekspresowy.
Zalety namiotów ekspresowych
Nadruk na namiocie reklamowym
Przykładowe kolory zadaszeń
Pamiętaj też o tym, aby tego typu namioty kupować u sprawdzonego dostawcy. Dzięki temu unikniesz sytuacji, w których jakość zadaszenia nie spełni twoich oczekiwań.
Zalety namiotów ekspresowych
Największą zaletą tego typu rozwiązań jest to, że są gotowe do użycia nawet w ciągu minuty. Dodatkowo, dzięki lekkiemu stelażowi z aluminium, łatwo możesz przetransportować złożony namiot w inne miejsce. Dach namiotu przyczepiany jest za pomocą rzepów lub zamka. Oba rozwiązania pozwalają szybko poradzić sobie z zadaszeniem, a jednocześnie są bardzo trwałe. Pomimo lekkiej wagi, prawidłowo rozstawione namioty ekspresowe są wyjątkowo stabilne. Tkanina poliestrowa, z której zrobiony jest dach oraz ściany boczne jest wodoszczelna, a jej gramatura wynosi aż 220g/m². Producent tych namiotów doskonale zdaje sobie sprawę z oczekiwań klientów, którym zazwyczaj zależy przede wszystkim na trwałej reklamie. W związku z tym każdy egzemplarz posiada odporność na promieniowanie UV, co pozwala wydłużyć żywotność kolorów. Nawet po dłuższym czasie pozostaną żywe i będą wiernie oddawały logo firmy lub inne grafiki, które będziesz chciał zamieścić na powierzchni namiotu.
Nadruk na namiocie reklamowym
Jeżeli chodzi o nadruki, to są one wykonywane metodą sitodruku oraz druku cyfrowego. To pierwsze rozwiązanie lepiej sprawdzi się przy projektach charakteryzujących się powtarzalnością tych samych elementów. Druk cyfrowy będzie natomiast lepszy, jeżeli chcesz zamówić namiot z nadrukowanymi produktami lub fotografiami. Nie musisz jednak samodzielnie wybierać najlepszego rozwiązania, gdyż doświadczony specjalista pomoże ci dobrać takie, które będzie odpowiednie w twoim przypadku. Zamawiając namioty ekspresowe otrzymasz aż 3 letnią gwarancję na nadruki. Producent opracował specjalny projekt namiotów, który eliminuje ryzyko zgubienia poszczególnych elementów. Nie musisz więc się obawiać, że ty lub twoi pracownicy zostawicie niezbędne części na jakimś evencie firmowym.
Przykładowe kolory zadaszeń
Zadaszenia ekspresowe oferowane są w wielu kolorach. Dzięki temu łatwo dopasujesz je do swojego logo lub grafik, które mają się na nich znaleźć. Przykładowe kolory namiotów reklamowych, które możesz zamówić to między innymi czarny, zielony, niebieski, kolorowy, czerwony, brązowy, szary oraz biały. Pełną listę dostępnych wariantów znajdziesz na stronie producenta.
Wiele firm może sporo skorzystać na współpracy z kantorami internetowymi. Mogą tu zyskać to, co jest w biznesie najważniejsze, a mianowicie czas i pieniądze. Jest tylko jeden warunek: muszą mieć realne potrzeby walutowe.
Maciej Przygórzewski, główny analityk Walutomat
Różnica pomiędzy wymianą w banku, po standardowych stawkach, a wymianą online, w kantorze internetowym to około 5%. – Oznacza to, że wcale nie trzeba wymieniać milionów złotych, by móc zaoszczędzić. W takim przypadku przedsiębiorca oszczędza 1 000 zł na każde 20 000 zł przelewu – mówi Maciej Przygórzewski, główny ekspert walutowy serwisu Walutomat.pl.
Najpopularniejszym powodem przemawiającym za kantorami internetowymi jest wspomniana cena waluty, czyli atrakcyjny kurs. Kantory Internetowe i społecznościowe platformy wymiany walut, by zachęcić klienta, mają warunki znacznie korzystniejsze niż standardowe warunki banków. Spready tutaj wynoszą zaledwie kilka groszy, podczas, gdy w banku czy kantorze stacjonarnym nawet kilkadziesiąt groszy na jednej jednostce waluty.
– Warto też zwrócić uwagę, że niektóre banki mają swoje własne kantory online. To wcale nie znaczy, że cena w nich jest od razu tak samo dobra jak w niezależnych kantorach internetowych. Z drugiej strony wspomniana różnica 5% również nie jest już wtedy aktualna – komentuje M. Przygórzewski z Walutomat.pl.
Tanie przelewy zagraniczne
Warto w tym miejscu zwrócić również uwagę na inne koszty, poza samą wymianą. Przelew walutowy to w dalszym ciągu dość rzadka potrzeba po stronie klienta. Za wyjątkiem tych, którzy współpracują z zagranicznymi kontrahentami. W wielu instytucjach przelew zagraniczny SWIFT jest drogi. Kantory internetowe bardzo często pozwalają na tym zaoszczędzić. Różnicę dla przedsiębiorcy widać zwłaszcza, jeśli takich przelewów zagranicznych wysyłamy więcej niż kilka w miesiącu. Przykładowo kantor Walutomat.pl umożliwia nie tylko wymianę waluty po bardzo atrakcyjnym kursie, ale również jednocześnie korzystny przelew do 40 krajów na świecie.
Prosty i wygodny
Kolejny powód, by wymieniać waluty w kantorach internetowych to po prostu wygoda. – Teoretycznie kantor online nie może dać nam niczego, czego nie mają banki. Z drugiej strony jednak, wszystkie te funkcjonalności są w kantorze od razu, a w banku trzeba za nie często dodatkowo płacić. Dobrym przykładem są przelewy w walutach obcych bez posiadania konta walutowego. W praktyce, jeżeli nie mamy stałych kontrahentów, może nas to uchronić przed wieloma drogimi niespodziankami i obowiązkami. Pod pojedynczą transakcję można otworzyć konto w obcej walucie, wysłać przelew i je zamknąć. Pytanie czy to ma sens? – komentuje M. Przygórzewski.
Jeżeli zatem chcemy uniknąć całych procedur możemy skorzystać z kantoru internetowego.
Dodatkowe opcje ekantoru
Wygodna może przejawiać się także w innych funkcjonalnościach w kantorze internetowym. Przykładowo Walutomat udostępnia Open API do integracji automatycznej z innymi systemami. Kantory często umożliwiają wymiany 7 dni w tygodniu, 24h na dobę. Oferują też wpłaty przez szybkie przelewy oraz kartami płatniczymi co zwiększa komfort korzystania i przyspiesza transakcję.
Przedsiębiorcy cenią sobie również bezpieczeństwo i właśnie szybkość transakcji w ekantorach, a największe kantory internetowe na rynku mogą im to zapewnić. Te wszystkie aspekty przemawiają za tym, by otworzyć się na wygodną i pewną wymianę waluty w internecie.
Co najmniej 700 tysięcy mieszkań i domów było wynajmowanych na koniec 2017 roku. W ostatnich latach nastąpił ich dynamiczny przyrost na rynku, a towarzyszył mu skok jakościowy. Najemcy poszukują dwupokojowych M, których jest najwięcej. Sporym zainteresowaniem cieszą się też kawalerki, a nowością są mikrokawalerki. Klienci zwracają już uwagę nie tylko na metraż, lokalizację i wyposażenie. Ich wymagania rosną z sezonu na sezon. Oczekują m.in. prostoty rozliczeń i całej obsługi. Zmienił się również profil osób korzystających z wynajmu. Nie są to studenci, którzy nie znaleźli miejsca w akademikach, a młodzi pracownicy, czasem studiujący. Według ekspertów, ten rynek jeszcze sporo urośnie.
Inwestowanie w wynajem
W przeciągu ostatnich kilku lat rynek najmu w Polsce intensywnie się rozwijał i zmieniał. Wg danych z podatków, zeznań zawierających najem przybywało ok. 7% rocznie, co podkreśla Hanna Milewska-Wilk, analityk detalicznego rynku najmu ze Stowarzyszenia Właścicieli Nieruchomości na Wynajem „Mieszkanicznik”. Ekspert zaznacza, że na koniec 2017 roku było co najmniej 700 tysięcy wynajmowanych mieszkań i domów. Wraz z dynamicznym przyrostem nastąpił też widoczny skok jakościowy.
– Obecnie praktycznie każdy z deweloperów ma w swoich inwestycjach lokale zaprojektowane pod wynajem. To one najszybciej się sprzedają i są gotowe w momencie oddania inwestycji. Na rynku najmu zdecydowaną większość stanowią mieszkania dwupokojowe. Metraż takich lokali nie przekracza 55 m², co oddziałuje również na cenę. Najemcy coraz częściej poszukują mieszkań z wydzieloną kuchnią, aby w pełni wykorzystać niezależność pomieszczeń – komentuje dr Maciej Klukowski, dyrektor Home Management by Metrohouse.
Z kolei, jak zaznacza Dorota Pudełko z Emmerson Realty, największym powodzeniem cieszą się małe mieszkania dwupokojowe oraz kawalerki. Jednak spore zainteresowanie wzbudzają też duże wielopokojowe mieszkania, które można jeszcze podzielić na mniejsze pokoje. Dochodowy i modny zrobił się podnajem krótkoterminowy i długoterminowy takich nieruchomości. Natomiast Hanna Milewska-Wilk wskazuje, że nowym „produktem” są mikrokawalerki lub pokoje z pełnym węzłem sanitarnym. To lokale niewielkie metrażowo, ale zapewniające odpowiednią prywatność. Czynsze za nie są wyższe niż za pojedyncze pokoje, ale dochodzą do poziomu tych ze standardowych kawalerek.
– Deweloperzy przewidują strukturę mieszkań, która najlepiej się wynajmuje, ale również mogą proponować inwestycje podzielone. Dla przykładu, jedna klatka może być sugerowana jako obszar na wynajem, a kolejna – do zamieszkania przez kupujących. Taka sytuacja pozwala uniknąć w przyszłości wielu niedogodności, gdy mamy zderzenie rodzin mieszkających na stale z lokatorami korzystającymi z najmu krótkoterminowego. W takich budynkach często pojawiają się oddzielne pomieszczenia na recepcję lub ochronę – mówi Konrad Płochocki, dyrektor generalny Polskiego Związku Firm Deweloperskich.
W opinii Jerzego Sobańskiego, wiceprezydenta Polskiej Federacji Rynku Nieruchomości, najistotniejsza zmiana dotyczy najmu krótkoterminowego. Dziś stanowi on osobną gałąź rynku, a 5-10 lat temu jego popularność była bardzo ograniczona. Wynajmujący proponowali lokale na minimum pół roku, wielu deklarowało na rok. To jednak nie tylko tendencja polska, ale również ogólnoświatowa.
Rynkowe wymagania
– Najemcy poszukują mieszkań dopasowanych do swoich preferencji i mają coraz większe wymagania. Istotnym elementem jest lokalizacja znajdująca się jak najbliżej istotnych miejsc z punktu widzenia kultury i rozrywki oraz zakładu pracy. Znaczenie ma też sam dojazd. Poziom korków odstrasza od dzielnic usytuowanych daleko od centrum miasta. W dalszym ciągu niezmiennie dla najemcy poziom ceny do ofertowanego metrażu i wyposażenia to kluczowy element wyboru – stwierdza dr Klukowski.
Jak zaznacza Dorota Pudełko, oferowane do wynajęcia nieruchomości są często przygotowywane przez specjalistę od wystroju i aranżacji wnętrz. Ewentualnie właściciel korzysta z konsultacji w oparciu o doradztwo tzw. Home Stagera. Zwłaszcza posiadacze drogich apartamentów wiedzą, że warto zatrudnić profesjonalistę, aby mieszkanie wyróżniało się spośród wielu propozycji na rynku. Ekspert podkreśla, że atutem, a często nawet warunkiem najmu stało się wydzielone miejsce parkingowe na zewnątrz budynku lub w garażu podziemnym.
– Jakość mieszkań na wynajem, sam stan techniczny lokali i ich wyposażenie, znacząco się poprawiły. Nie ma już właściwie nieco przerażających meblościanek na wysoki połysk, jak z PRL-u, ale nowe, proste, funkcjonalne meble. Najemcy coraz większą uwagę zwracają nie tylko na wygląd mieszkania, wysokość opłat, ale i prostotę rozliczeń i całej obsługi. Najlepiej funkcjonuje jeden przelew za wszystkie rachunki oraz jeden numer telefonu do zgłaszania wszelkich usterek, uwag i próśb – analizuje Hanna Milewska-Wilk.
Dyrektor z Metrohouse dodaje, że najemcy dodatkowo zwracają uwagę na umeblowanie. Jeśli jest nieregularnie wymieniane, to może ich skutecznie odstraszyć. Z kolei Dorota Pudełko stwierdza, że standard mieszkań obecnie został dostosowany do wyższych wymagań najemcy. Posiadają one kompletne AGD znanych marek. Część lokali jest wyposażona w klimatyzację, system inteligentnego domu. Właściciele znacznie częściej zgadzają się doposażyć nieruchomość zgodnie z oczekiwaniami konkretnego najemcy. Dla przykładu, wymieniają sofę na rozkładaną kanapę, albo dokupują elektryczną suszarkę do bielizny.
Kto dyktuje warunki?
– W ostatnich latach zdecydowanie zmienili się najemcy. Już nie są to studenci, którzy nie znaleźli miejsc w akademikach lub nie chcą tam mieszkać. Teraz mamy do czynienia przede wszystkim z młodymi pracującymi osobami, czasem studiującymi. Coraz bardziej cenią sobie prywatność, czyli własny pokój, a także łazienkę. Kuchnie są traktowane jako miły dodatek – zauważa analityk z „Mieszkanicznika”.
Według dr. Klukowskiego, duża podaż mieszkań na wynajem zmusi kupujących do konkurowania o dobrego najemcę. Już w tym momencie osoba posiadająca cechy dobrego najemcy może lepiej negocjować warunki i kryteria najmu. Łatwiej jej też przekonać do siebie właścicieli mieszkania na wynajem. Zdaniem eksperta, również na tym rynku szybko pojawi się technologia ułatwiająca weryfikację podstawowych kryteriów najemcy. To będzie coś na wzór scoringów w innych dziedzinach.
– Wydaje się, że na rynku mamy równowagę z niewielką przewagą wynajmujących nad najemcami. Pomimo że bardzo dużo mieszkań weszło na rynek najmu, to nadal popyt jest większy niż podaż. Widać to przede wszystkim w czasie, w jakim udaje się ponownie wynająć mieszkanie po opuszczeniu przez poprzedniego lokatora – zwraca uwagę dyrektor generalny PZFD.
Prognozują wzrost
Natomiast Jerzy Sobański informuje, że w Polsce rynek najmu wygląda inaczej niż w krajach Europy Zachodniej. Tam nawet 80% osób korzysta z mieszkań wynajmowanych. U nas ten odsetek jest znacznie mniejszy. Ocenia się go na kilka czy kilkanaście procent, w zależności od miasta. Istnieje więc spory potencjał wzrostu. Jednak rodzi się pytanie, czy np. przy cenie 12 tys. zł za metr kwadratowy, warto wynajmować mieszkanie za 2 tys. zł miesięcznie. W ciągu dziesięciu lat może nastąpić zwrot kapitału 4-5%, ale nie ma pewności, czy obecna koniunktura utrzyma się przez ten czas.
– Rynek najmu z pewnością jeszcze urośnie, można spodziewać się również bardzo szybkiego tempa. W nadchodzących latach prawdopodobnie będzie go zasilać kilkanaście procent mieszkań sprzedawanych przez deweloperów. Oprócz indywidualnych nabywców, zaobserwujemy coraz więcej transakcji instytucjonalnych. Inwestorzy będą kupować całe pakiety mieszkań, a przede wszystkim całe budynki. Już dzisiaj zainteresowanie funduszy takimi transakcjami jest bardzo duże – podkreśla Konrad Płochocki.
Jak podsumowuje wiceprezydent PFRN, olbrzymi wpływ ten rynek ma stan gospodarki. Jeśli ona rozwija się bez zakłóceń, to najem pozostaje opłacalny. Jednak w przypadku spowolnienia ubywa potencjalnych najemców, zmniejsza się napływ ludzi do miasta, którzy poszukują droższych nieruchomości. Wówczas najlepiej jest kupować mieszkania, ponieważ ceny za nie szybko spadają. Obecnie zysk z najmu pozostaje większy niż z produktów bankowych. Sporo osób kupuje więc mieszkania z myślą o rynku najmu.
Oto pięć głównych strategii zarządzania danymi według Murata Kalafata, dyrektora zarządzającego Criteo w regionie Europa Wschodnia, dzięki którym Twoje kampanie marketingowe będą pasmem sukcesów.
Murat Kalafat – Criteo
Zaledwie 1,3% respondentów biorących udział w ankiecie Winterberry and IAB z 2018 r. określiło się jako „absolutnie przekonani”, że ich organizacje miały odpowiednią wiedzę, doświadczenie i umiejętności pozwalające wykorzystać cały potencjał drzemiący w posiadanych przez nie danych. W opinii ponad 87% ankietowanych spośród wszystkich umiejętności umożliwiających maksymalizację wartości danych najpotrzebniejsze są umiejętności analityczne.
To dość niepokojący trend w dobie dominacji marketingu opartego na danych, który nie tylko powinien dostarczać oczekiwanych wyników, ale także wspierać tworzenie pożądanego user experience..
Jakie są zatem strategie zarządzania danymi niezbędne do tworzenia skutecznych, cyfrowych kampanii marketingowych?
Dane i personalizacja
Większość specjalistów ds. marketingu wie, że personalizacja to jeden z najskuteczniejszych sposobów zwiększania skuteczności reklam, zwłaszcza we współczesnym świecie cyfrowym, w którym nie jest łatwo przyciągnąć uwagę konsumenta. Marki, którym udało się skutecznie wcielić zarządzanie danymi do aktywności marketingowych szybko odkryły, że ich starania były praktycznie niewidoczne dla mających sprecyzowane oczekiwania i wymagania, a często także kapryśnych klientów. Mówiąc wprost, rozczarowujące wrażenia użytkowe w sieci są po prostu ignorowane.
Wszystko to oznacza, że dane powinny być podstawą wszelkich działach podejmowanych przez markę.
Klienci przeglądający produkty, oglądający klipy wideo lub zwyczajnie surfujący w Internecie pozostawiają po sobie cyfrowy ślad. Dane te oferują wgląd we wzorce i trendy zachowań, które z kolei dostarczają cenne informacje pozwalające przewidywać potrzeby klientów i odpowiednio dostosowywać kampanie marketingowe.
Wiele marek wykorzystuje dane w nieprawidłowy sposób lub zwyczajnie nie wie, które z nich mają największą wartość. W zderzeniu z nową rzeczywistością marki zdają sobie sprawę z tego, że dostarczanie spersonalizowanych wrażeń użytkowych w sieci stało się normą.
Dane i wielokanałowość przekazu
Współcześni konsumenci zazwyczaj rozpoczynają ścieżkę zakupową na jednym urządzeniu, a kończą ją na innym, bądź też zaczynają ją w sieci, a kończą w sklepie stacjonarnym (i na odwrót).
Niestety, wiele sklepów nie dysponuje danymi w ilościach pozwalających na realizację strategii ukierunkowanych typowo na konsumentów. Mówiąc wprost, za mało wiedzą na temat swoich klientów, a wielu z nich nie radzi sobie z rozpoznawaniem indywidualnych konsumentów w gąszczu zachowań zakupowych.
Informacje na temat historii zakupowej oraz zwyczajów dotyczących korzystania z mediów społecznościowych, a także dane geolokacyjne pozwalają sprzedającym personalizować doświadczenia klienta lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Kluczem do sukcesu jest jednak inteligentne przetwarzanie oraz interpretacja danych pozwalające uzyskać wymierne korzyści zarówno w sieci, jak i w trybie offline.
Umiejętne wykorzystanie danych pozwala generować treści zgodne z preferencjami i potrzebami konsumentów w danej chwili. Firmy, które będą w stanie uzyskać kompletny obraz swoich klientów nie tylko przetrwają na rynku, ale także odniosą ogromny sukces.
Dane i współpraca
Sukces nie przychodzi jednak łatwo. Marki, sklepy i agencje reklamowe, które bardzo często nie są zgodne w kwestii praw własności do poszczególnych rodzajów informacji oraz sposobów ich udostępniania, zaczynają zauważać okazje do wykorzystania danych, w związku z czym gromadzą i analizują je tak szybko, jak to możliwe.
Może to zachęcić sklepy i marki do wymiany danych z punktów obsługi i magazynów w czasie rzeczywistym dla bardziej efektywnego planowania promocji i zwiększania wydajności operacyjnej.
Trudne uwarunkowania rynkowe sprawiają jednak, że marki, sklepy i agencje reklamowe uświadamiają sobie, że nowe metody działania oparte na ścisłej współpracy i wymianie informacji nie tylko dają ogromne korzyści, ale także pomagają uwolnić się od współpracy z zamkniętymi platformami (jak Google, Amazon itp.) i rynkami.
Marki, detaliści i agencje reklamowe odkrywają, że zbiory danych, którymi dysponują, są znacznie bardziej przydatne w połączeniu niż osobno. Podejście ukierunkowane na współpracę pozwala im szybciej reagować na dynamicznie zmieniające się zachowania konsumentów.
Działając samodzielnie, marki nie mają wystarczających danych umożliwiających im poznanie pełnego profilu klientów, przez co ich user experience może być niedoskonały. W ostatnich latach marki, sklepy i agencje reklamowe coraz częściej komunikują się między sobą, szukając sposobu na rozwiązanie problemów z tzw. suwerennością danych oraz usunięcie luk technologicznych w celu uzyskania kompleksowego obrazu klientów, na podstawie którego można tworzyć skuteczne kampanie reklamowe.
Zadanie polegające na połączeniu tak różnych zbiorów danych, zrozumieniu informacji, jakie dostarczają i wyciągnięciu właściwych wniosków bynajmniej nie jest łatwe. Z tego względu trio, które tworzą marki, sklepy i agencje reklamowe stopniowo staje się kwartetem dzięki współpracy z partnerami technologicznymi. Firmy te są w stanie nie tylko usprawnić wymianę danych między zainteresowanymi stronami, ale także dostarczają innowacyjne narzędzia analityczne pozwalające uzyskać wartościowe informacje na temat klientów.
Dane i ich mierzalność
Potencjał drzemiący w danych nie ogranicza się tylko do zdolności ich dostarczenia. Wykorzystanie informacji pozwala ocenić potencjalną skuteczność nowoczesnych kampanii marketingowych. Wiele marek odkryło, że tradycyjne wskaźniki, takie jak ROI, mają dość wąski zakres i wzmacniają negatywne trendy.
Obecnie dokładna analiza danych na etapie ewaluacji kampanii pozwala zadbać o to, aby specjaliści ds. marketing podchodzili do jej oceny w bardziej strategiczny sposób. Analiza CLV (ang. Customer Lifetime Value) pozwala ocenić wartość klienta w czasie. W swojej najprostszej formie wskaźnik CLV oblicza się, dodając zyski z danego klienta wygenerowane w okresie współpracy, a następnie pomniejszając je o koszt pozyskania tego klienta.
Choć mogłoby zdawać się, że nie ma lepszej metody pomiaru skuteczności kampanii, z ankiety, którą przeprowadziliśmy w 2019 r. wynika, że istnieją przeszkody utrudniające pełne wykorzystanie danych. Głównymi barierami dla szerszego wykorzystania wskaźnika CLV są m.in. śledzenie użytkowników na różnych urządzeniach (30%), brak możliwości gromadzenia danych od użytkowników niezalogowanych (23%) oraz brak możliwości śledzenia produktów jednorazowego użytku (21%). Braki w tych obszarach mogą mieć znaczący wpływ na dokładność kalkulacji CLV. Wskaźnik ten daje jednak firmom ogromną szansę na podniesienie jakości świadczonych usług, zwłaszcza dzięki jak najlepszemu wykorzystaniu posiadanych danych.
Dane i sztuczna inteligencja
Specjaliści ds. marketingu nie mają fizycznej możliwości ręcznej personalizacji reklam na dużą skalę, oceny posiadanych zbiorów danych ani implementowania uzyskanych informacji.
Machine learning i sztuczna inteligencja (AI) personalizują doświadczenia indywidualnych klientów z wydajnością i szybkością nieosiągalną dla człowieka.
Z ustaleń IDC wynika, że sektor sprzedaży detalicznej prześcignął sektor bankowości pod względem inwestycji w sztuczną inteligencję. Detaliści wydali już 3,4 mld dolarów na zautomatyzowanych specjalistów ds. obsługi klienta, doradców zakupowych i rekomendacje produktowe oraz merchandising związany z operacjami wielokanałowymi.
Sztuczna inteligencja pozwala sprzedawcom tworzyć modele do badania potrzeb klientów oraz ich motywacji i działań z uwzględnieniem fizycznych i cyfrowych kanałów sprzedaży. Modele te umożliwiają wprowadzanie usprawnień w wielu dziedzinach, pozwalając m.in. na tworzenie bardziej ukierunkowanych i spersonalizowanych kampanii marketingowych a także prowadzenie bardziej rozbudowanych działań promocyjnych. Osoby decyzyjne są świadome tego potencjału. Z ostatniego badania firmy IBM, które objęło ponad 1900 firm i liderów rynku konsumenckiego, wynika, że wskaźnik zastosowania inteligentnej automatyzacji w przestrzeni handlowej wzrośnie w ciągu trzech lat z 40 do ponad 80%.
Dynamicznie zmieniające się preferencje konsumentów i coraz większa konkurencja na rynku zmuszają sklepy i marki do optymalizacji kosztów i myślenia przyszłościowego. Identyfikacja trendów na podstawie dużych zbiorów danych i umiejętność wyciągania właściwych wniosków dzięki sztucznej inteligencji pozwala firmom szybciej przystosowywać się do dynamicznie zmieniających się uwarunkowań rynkowych.
Sztuczna inteligencja może także pomóc w podejmowaniu lepszych decyzji strategicznych dotyczących przyszłości. Obejmuje to m.in. optymalizację wykorzystania posiadanej przestrzeni sklepowej oraz lokalizacji, a także przewidywanie wydajności sklepów w przypadku ich powiększania.
Współczesny marketing oparty na wydajności bazuje na danych. To dzięki nim można tworzyć bardziej skuteczne i spersonalizowane kampanie pozwalające firmom dokładniej mierzyć sukces oraz pomagające im dostarczać wrażenia użytkowe na niespotykaną wcześniej skalę. W dłuższej perspektywie to marki tworzące przemyślane strategie wykorzystywania danych odniosą sukces i przetrwają trudny dla branży marketingowej okres przemian.
W czerwcu, na zlecenie RTV EURO AGD, agencja Smartscope przeprowadziła badanie dotyczące postaw Polaków wobec kwestii ekologicznych. Aż 92% respondentów zadeklarowało, że dbanie o ekologię jest dla nich ważnym tematem, a do odpowiedzialności za środowisko poczuwa się aż 90% badanych.
Polacy są coraz bardziej świadomi, angażują się w działania proekologiczne – segregują śmieci, oszczędzają wodę i energię, rezygnują z używania jednorazowych plastików. Potwierdza to badanie RTV EURO AGD, które pokazuje, że aż 89% osób martwi się o stan środowiska naturalnego i podobnej troski oczekuje także od producentów i sieci handlowych działających w segmencie elektroniki użytkowej.
Zaangażowanie w kwestie ekologiczne nie jest tylko kwestią indywidualnych postaw, ale również zmian legislacyjnych, które zachodzą w polskim prawie. Zgodnie z obowiązującą od 2016 roku ustawą o zużytym sprzęcie elektrycznym i elektronicznym klienci mogą pozbywać się sprzętu tylko w wyznaczonych punktach, obowiązek odbioru takiego sprzętu spoczywa również na dystrybutorach i sklepach z elektroniką o powierzchni co najmniej 400 mkw. Aż 59% badanych deklaruje, że oddaje zużyty sprzęt elektroniczny do autoryzowanych placówek.
– Co roku rośnie liczba elektroodpadów odbieranych przez nas od klientów. Tylko w 2018 r. było to aż 10 tys. ton. Klienci nie tylko przynoszą sprzęt do naszych placówek stacjonarnych, ale korzystają z opcji odbioru sprzętu z domu. Jako jedyni na rynku oferujemy bardzo wygodne rozwiązanie obejmujące dostawę, montaż i odbiór zużytego sprzętu z domu klienta podczas jednej wizyty. Dzięki takiej opcji klient może już w tym samym dniu korzystać z nowych urządzeń, a stare nie zalegają mu niepotrzebnie w domu. To szczególnie ważne w przypadku dużego sprzętu AGD, np. pralek czy lodówek – mówi Grzegorz Wachowicz, Dyrektor ds. Handlu i Marketingu w RTV EURO AGD. – To znaczne ułatwienie dla konsumentów, pozwalające też mieć kontrolę nad tym, dokąd trafia zużyty sprzęt.
Mimo iż funkcjonuje wiele punktów odbioru elektroodpadów aż 7% proc. badanych wciąż wyrzuca zużyty sprzęt do śmietników, a kolejne 3% nie wie, co ma z nim zrobić, więc magazynuje go w domu.
Aż 88% respondentów uważa, że producenci i sprzedawcy sprzętu elektronicznego, RTV i AGD powinni szczególnie dbać o środowisko.
– Przed tak dużą siecią z elektroniką użytkową, jak RTV EURO AGD, stoi wiele wyzwań związanych z ekologią. Ze względu na skalę naszego działania jednym z istotnych jest zarządzanie produktami niepełnowartościowymi – dodaje Grzegorz Wachowicz, Dyrektor ds. Handlu i Marketingu w RTV EURO AGD. – Przy czym w naszej branży klasyfikowane do tej kategorii są np. produkty, które są fabrycznie nowe, a mają uszkodzone opakowanie. Uruchomienie sprzedaży outletowej jest jednym ze sposobów na to, aby znalazły nabywców. W naszym sklepie online klienci mogą sprawdzić, czy poszukiwany przez nich sprzęt jest też dostępny po obniżonej cenie w outlecie, znajdą tam szczegółowe informacje, w jakim jest stanie i zdjęcia potencjalnych uszkodzeń. Dla obu stron takie rozwiązanie jest korzystne.
Według badania RTV EURO AGD aż 80% respondentów zapłaciłoby więcej za sprzęt elektroniczny, gdyby wiedzieli, że dzięki temu będzie służył im dłużej i mniej szkodził środowisku.
– Od dawna oferujemy możliwość przedłużenia gwarancji na okres 3 lub 5 lat, dzięki czemu klient ma zapewnioną m.in. naprawę sprzętu w okresie pogwarancyjnym – stwierdza Artur Binkowski, Dyrektor ds. Ubezpieczeń w RTV EURO AGD. – To z pewnością opcja dla tych, którzy dbają o środowisko i zależy im na użytkowaniu sprzętu elektronicznego jak najdłużej.
Badanie postaw związanych z ekologią zostało zrealizowane przez agencję badawczą Smartscope w maju 2019 r. na panelu internetowym na próbie 560 osób.
Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od maja 2015 r., wypłaci dywidendę z zysku za 2018 r. w wysokości 0,09 zł na akcję. Jest to tym samym najwyższa dywidenda w całej historii Spółki.
Podczas Zwyczajnego Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy Emitenta, które odbyło się w dniu 28.06.2019 r., podjęta została Uchwała o wypłacie dywidendy w kwocie 0,09 zł. Łącznie na ten cel Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. przeznaczy środki w wysokości 889.380,00 zł. Z kolei kwota 179.290,51 zł trafi na kapitał zapasowy Spółki. Dzień dywidendy został ustalony na 16 sierpnia 2019 r., a dzień jej wypłaty na 30 sierpnia 2019 r. Emitent od wielu lat dzieli się wypracowywanym zyskiem z inwestorami, a tegoroczna dywidenda jest najwyższa w całej jego historii. Zarząd Spółki jest bardzo zadowolony z dotychczasowych efektów przyjętej polityki dywidendowej.
„Wypłata dywidendy dla Akcjonariuszy jest zgodna z naszą polityką dzielenia się zyskiem z inwestorami. Liczymy, że taka polityka zapewni nam stabilny akcjonariat fundamentalnie związany ze Spółką.” – ocenia Remigiusz Brzeziński, Prezes Zarządu Spółki Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A.
Grupa Kapitałowa WEC zakończyła 2018 r. skonsolidowanym zyskiem w wysokości ponad 1,06 mln zł wobec 0,87 mln zł rok wcześniej. Z kolei jednostkowy zysk netto Spółki za 2018 r. wyniósł 1.068.670,51 zł. W 1 kw. 2019 r. Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. miała ponad 211 tys. zł skonsolidowanego zysku netto, podczas gdy rok wcześniej sięgnął on 187 tys. zł. Grupa Kapitałowa WEC notuje łączny wzrost przychodów poprzez stały i zrównoważony wzrost przychodów w ramach poszczególnych segmentów biznesowych, a więc windykacji pakietów B2C, świadczeniu usług faktoringowych i udzielaniu pożyczek B2B. Spółka prowadzi bardzo aktywne prace w zakresie obsługi zakupionych portfeli wierzytelności.
W ostatnim czasie Emitent zawarł umowę ramową z podmiotem z branży usług pożyczkowych, na mocy której będzie on otrzymywał cyklicznie – co tydzień – do obsługi 150-300 szt. wierzytelności o wartości nie mniejszej niż 250 tys. zł na okres 30-60 dni, w zależności od kampanii. Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. otrzymała już pierwszy pakiet do obsługi o wartości 390 tys. zł. Spółka zrealizowała również zakup nieprzedawnionych wierzytelności od kontrahenta będącego grupą kapitałową dostawcy energii. Całkowita wartość nominalna nabytych pakietów przekracza 2,2 mln zł. Oba podmioty współpracują już i przeprowadziły wspólnie kilka transakcji.
W Polsce już od kilku dobrych lat przewiduje się tryumfalny powrót do łask ulic handlowych. Tymczasem, kiedy lokalizacja high street wygrywa już z galerią rywalizację o najemcę, częściej mamy do czynienia z nową restauracją, niż ekskluzywnym butikiem znanej marki. O tym, jak zmienia się postrzeganie ulic handlowych, barierach ich rozwoju oraz potencjale, jaki drzemie w projektach mixed-use, rozmawiamy z Moniką Hryniewicz i Michałem Stysiem – szefową działu najmu oraz prezesem firmy OPG Property Professionals.
Michał Styś, OPG Property Professionals
Monika Hryniewicz, OPG Property Professionals
Polski rynek powierzchni handlowych dojrzewa, co owocuje dywersyfikacją i rozwojem dostępnych formatów. Czy tradycyjne galerie i ulice handlowe stanowią dziś dla siebie wzajemną konkurencję?
Monika Hryniewicz: Podczas gdy na Oxford Street w Londynie czy paryskim Avenue des Champs Elysées znajdziemy głównie sklepy z odzieżą i akcesoriami, w Polsce ulice należą raczej do branży gastronomicznej. W samej Warszawie restauracje, bary i kawiarnie stanowią około 30% wszystkich najemców w lokalizacjach high street – to dwukrotnie wyższy odsetek, niż w rodzimych centrach handlowych. Na pierwszy plan wybija się ulica Nowy Świat, która powoli uchodzi za najdłuższą restaurację w Europie. Spośród wszystkich znajdujących się tam biznesów, co drugi najemca prowadzi lokal gastronomiczny. Operatorzy z sektora modowego, stanowiący dominującą kategorię zakupową w tradycyjnych galeriach w Polsce, do ulic handlowych podchodzą jeszcze dość ostrożnie…
Skąd owa ostrożność?
Monika Hryniewicz: Sporą rolę odgrywają nawyki zakupowe Polaków, w dużej mierze wykształcone tuż po transformacji ustrojowej, kiedy to centra handlowe wyrastały jedno po drugim. Marki modowe zazwyczaj czują się bezpieczniej w miejscach, w których klienci mogą załatwić kilka spraw jednocześnie, bo sprzyja to też spontanicznym decyzjom zakupowym. Często oczekujemy pełnej oferty, najlepiej pod jednym dachem – także w sensie dosłownym, ponieważ do galerii, w odróżnieniu od ulicy handlowej, możemy się wybrać bez względu na panującą danego dnia pogodę. Co więcej, znajdujący się często tuż obok wielkopowierzchniowy parking umożliwia wygodny dojazd samochodem. W przypadku polskich lokalizacji high street z tym niestety bywa różnie. Wsparciem dla najemców galerii handlowych jest także marketing prowadzony przez podmiot zarządzający projektem. Z drugiej strony otwarcie butiku przy znanej i często uczęszczanej ulicy tradycyjnie nadaje marce pewnego prestiżu, wyróżniając ją na mapie miasta. Witryna, która w centrum handlowym może zginąć w tłumie, na tętniącej życiem ulicy ma szansę przyciągnąć wzrok i portfel klienta.
Właśnie – jak na decyzje najemców wpływa ewentualna konkurencja ze strony innych marek? Czym różni się umowa najmu i relacje z zarządcą galerii i ulicy handlowej?
Monika Hryniewicz: Konkurencja to kwestia, do której marki modowe podchodzą w dość indywidualny sposób – jedne na niej korzystają, drugie unikają, co w dużym stopniu zależy od specyfiki oferowanego produktu. Ze względu na dominację innych branż, w tym wspomnianej gastronomii, brak konkurencji może stanowić pewną przewagę ulicy handlowej, zwłaszcza dla marek z półki premium. Zaletą jest tu też większa swoboda w kwestii godzin otwarcia, a często też podziału powierzchni oraz możliwych do zrealizowania prac wykończeniowych. Z drugiej strony galerią zarządza jedna firma, z którą najemca może ustalić kwestie sąsiedztwa i potwierdzić je odpowiednimi zapisami w umowie.
Częstą bolączką lokalizacji high street jest właśnie brak takiej kontroli w postaci przemyślanej strategii komercjalizacji większych fragmentów miast czy reprezentacyjnych ulic, która z jednej strony tworzyłaby warunki dla integracji prywatnych właścicieli lokali, a z drugiej – odpowiadała potrzebom operatorów z bardziej prestiżowych i dochodowych sektorów handlu.
Czy ulice handlowe w Polsce mają jeszcze szansę powalczyć o prestiżowych najemców z branży modowej?
Michał Styś: Rynek powierzchni komercyjnych w obrębie lokalizacji high street w Polsce jest jeszcze stosunkowo młody, dlatego podlega dość dynamicznym przemianom. Nadziei należałoby upatrywać w przestrzeniach typu mixed-use, które przeżywają obecnie prawdziwy rozkwit. Poprzez świetne położenie przy lub nieopodal ulic handlowych oraz przemyślaną strategię zarządzania, projekty te są w stanie skupić wokół siebie najemców o konkretnym profilu, a dzięki integracji z żyjącą tkanką miasta, stanowią atrakcyjne miejsce do spędzania wolnego czasu. To udało się już na zarządzanym przez nas OFF Piotrkowska Center przy najbardziej znanej ulicy handlowej w Łodzi, czy przy Półwiejskiej w Poznaniu, gdzie sukces odniósł Stary Browar. Oba miejsca mocno pozycjonują się na branżę modową, choć o ich sile tak naprawdę decyduje suma wielu innych czynników.
W czym tkwi sekret?
Michał Styś: Ulice handlowe potrzebują magnesów, które przyciągną nowe pokolenie klientów. Wraz z rosnącą siłą nabywczą generacji Y i Z, potrzeby zakupowe Polaków coraz silniej ewoluują w stronę unikatowego doświadczenia. A o to łatwiej w miejscu z przeszłością, niż w przeszklonej galerii. Weźmy na przykład Piotrkowską, która była kiedyś najważniejszą ulicą handlową w Polsce. Chcemy przyłożyć rękę do przywrócenia jej dawnego blasku i choć zadanie to jawi się jako niesamowicie złożone, to pamiętajmy, że jako jedna z pierwszych firm zarządzających projektami przeszczepiliśmy na polski grunt ideę placemakingu. Wiedzieliśmy, że inwestycja w kameralny charakter przestrzeni, wyjątkowy „genius loci”, atmosferę dawnej fabryki Ramischa w końcu się opłaci. Modne sklepy specjalistyczne z dużymi witrynami oraz showroomy polskich i zagranicznych projektantów chcemy przeplatać klimatycznymi knajpkami, klubokawiarniami, ogródkami restauracyjnymi, a wszystko to przy akompaniamencie wydarzeń kulturalnych, takich jak Łódź Design Festival czy Fotofestiwal.
Czyli z punktu widzenia biznesu, projekty mixed-use tak naprawdę łączą to, co najlepsze z dwóch światów: ulic i galerii handlowych?
Monika Hryniewicz: Tak, pod warunkiem że właściciel lub dysponent ma pewną wizję komercjalizacji, potrafi ją wdrożyć i się jej konsekwentnie trzyma. Oprócz oczywistego prestiżu, operatorzy modowi z jednej strony zyskują na towarzystwie innych biznesów, które zwiększają szansę spontanicznego zakupu, z drugiej – mają wiele do powiedzenia w kwestii sąsiedztwa innych marek lub mogą wręcz uzależnić swoje przyjście od pozyskania anchor tenanta. Ich ubrania i akcesoria widać z witryn sklepowych w ruchliwej części miasta, a często – tak jak w przypadku Starego Browaru czy wkrótce naszego OFFa – ich klienci mogą przyjechać samochodem, bo czeka na nich miejsce parkingowe. Dla najemców gastronomicznych niezwykle istotnym atutem lokalizacji jest możliwość otwarcia ogródka przy lokalu, co wpisuje się w widoczną już od kilku dobrych lat tendencję do spędzania wolnego czasu na zewnątrz. Będąc częścią modnego miejsca, restauracje, bary i kawiarnie często wzmacniają też swój wizerunek na kulinarnej mapie miasta.
Co takie projekty mogą zaoferować klientom, czego nie mają inne lokalizacje?
Michał Styś: Oryginalność i autentyczność. Dziś na OFF Piotrkowska Center swój sklep ma m.in. łódzka marka Pan Tu Nie Stał, która odniosła wielki sukces w Polsce. Choć nie znajduje się na parterze, świetnie radzi sobie również Animal Kingdom – rodzinna firma jubilerska łącząca współczesny design i tradycyjne technologie tworzenia biżuterii. Ciekawym miejscem jest także Brush Barber Shop: za dnia męski salon fryzjerski i golibroda, a wieczorem cocktail bar, gdzie często gra muzyka na żywo. W meblotece YELLOW, która łączy funkcje kawiarni, lunch baru, galerii sztuki i butiku, oprócz pysznego deseru kupimy pamiątki z Łodzi lub upcyklingowane przedmioty użytku domowego, a w salonie NAP – utrzymane w skandynawskiej stylistyce, unikatowe meble, lampy i dodatki z najwyższej półki. Tego typu koncepty nie byłyby w stanie funkcjonować w tradycyjnej galerii handlowej. W ramach kolejnego etapu rozwoju przestrzeni, na dachu budynku FERN OFFICE, który uzupełni przestrzeń dawnej fabryki Ramischa, powstanie z kolei pierwszy publicznie dostępny w centrum Łodzi rooftop. Znajdzie się tam miejsce na klub muzyczny lub restaurację i strefę relaksu z tarasem widokowym, leżakami i kinem plenerowym, dobrze znanym tutejszym bywalcom. Mamy nadzieję, że dzięki realizacji tego projektu kolejny najemcy, którzy zamieszkają na OFFie, uruchomią efekt domina i napędzą dalsze ożywienie ulicy Piotrkowskiej.
Wstępny entuzjazm wywołany wynikiem rozmowy Trump-Xi nie znajduje dziś kontynuacji, gdyż tak naprawdę wnioski ze spotkania nie dają solidnego punktu zaczepienia. Dla kontrastu dane makro wskazuje na postępujące spowolnienie gospodarcze. Rynki mogłyby wrócić do starego tematu: „Co teraz zrobi Fed?”, ale wypada poczekać na piątkowy raport z rynku pracy USA. No i do tego dochodzi czwartkowa dziura.
O tym, dlaczego euforia z powodu powrotu USA i Chin do negocjacji handlowych jest nieuzasadniona, pisaliśmy wczoraj. Żadne deklaracje nie zostały przelane na papier w postaci konkretów, a słowo zawsze można zmienić. Niech najlepszym podsumowaniem tego będzie poniedziałkowy komentarz Trumpa, który oczekuje, że umowa handlowa będzie musiała być „jakoś przechylona” na korzyść USA. Zatem nie wiemy, jak i kiedy „będzie lepiej” w globalnej wymianie handlowej, tymczasem już teraz otrzymujemy dowody, że nastroje w światowym przemyśle są ponure. Wysyp indeksów PMI za czerwiec pokazał gorsze odczyty m.in. w Chinach, Eurolandzie, Wielkiej Brytanii, Polsce i USA. Ponad połowa wskaźników z gospodarek wschodzących (w tym z Chin) znajduje się poniżej 50 pkt, tj. wskazuje o kurczeniu się sektora przemysłowego. Niepewność wokół przyszłego kształtu relacji handlowych już narobiła szkód i jedną obietnicą głów państw po rozmowie pozbawionej technicznych dyskusji nie uda się tego szybko naprawić. Jeśli indeksy akcji mają dyskontować kondycję gospodarki, wczorajsza euforia nie ma szans na trwałe utrzymanie.
Staram się unikać stwierdzenia, że zaczynamy sezon wakacyjny, co automatycznie oznacza ograniczenie zmienności na rynkach. Ale ten tydzień może sprawiać takie wrażenie. Kombinacja wniosków po szczycie G20 i słabych PMI nie pozwala zbudować solidnego przekonania, co grać dalej: poprawę czy pogorszenie stanu globalnego gospodarki. Wczorajszy handel mógł być w pewnym sensie emocjonujący, choć nie można oprzeć się wrażeniu, że więcej było tam porządkowania pozycji po szczycie G20, podczas gdy nie ma apetytu, by zaczynać budowanie nowej strategii. Jeśli odpychamy na bok temat wojen handlowych, wracamy do dyskusji o polityce Fed i jej implikacjach dla innych banków centralnych. Ale i w tym aspekcie mało kto zacznie spieszyć się decyzjami inwestycyjnymi. Wczoraj ISM dla przemysłu wskazał na wyhamowanie tempa ekspansji, ale sektor przemysłowy ma małe znaczenie w USA (12 proc. PKB) i dopiero ISM dla usług dostarczy ważniejszych informacji, choć i tak najważniejszy w tym tygodniu będzie raport NF w piątek. Stąd inwestorzy prawdopodobnie wstrzymają się z działaniami aż do piątku, a może i dopiero do następnego poniedziałku. Jeśli dodamy do tego fakt, że czwartek jest świętem w USA, warunki są idealne, by nic nie robić.
CDM Pekao i DM Banku Handlowego, dwa najstarsze i do niedawna wiodące domy maklerskie kończą działalność w dotychczasowej formie. Wcześniej decyzje o włączeniu domów maklerskich w bankowe struktury podjęły inne duże instytucje finansowe, czyli BZ WBK, ING i mBank. Te zmiany wiążą się zarówno z nadziejami, jak i zagrożeniami dla naszego rynku kapitałowego.
Gdy w latach 1990-1991 Igor Chalupec i Sławomir Horbaczewski z pionierską pasją organizowali pierwsze w powojennej Polsce biura maklerskie, z pewnością byli przekonani, że ten biznes będzie się rozwijał przez lata i nie zakładali jego likwidacji, choć pewnie zdawali sobie sprawę, że model jego działania będzie ulegał zmianom. Chalupec, sam wówczas bardzo młody, zdecydowanie postanowił zbudować zespół składający się z nowicjuszy, ludzi którzy dopiero co skończyli studia i nie mieli większego doświadczenia zawodowego, a w szczególności w instytucjach rynku finansowego. W COK Banku Handlowego od początku roiło się od znanych nazwisk, głośnych również z późniejszych, często spektakularnych karier. Mimo tych różnic, oba biura przez wiele lat dominowały na polskim rynku kapitałowym i w wyrównanej walce rywalizowały o miano najbardziej aktywnych podmiotów maklerskich, choć w różnych kategoriach. CDM Pekao celował głównie, choć nie wyłącznie, w inwestorów indywidualnych oraz organizację emisji akcji polskich spółek, zaś COK BH specjalizował się bardziej w obsłudze inwestorów zagranicznych, głównie instytucjonalnych.
Obecnie mamy do czynienia z sytuacją, w której udział w giełdowych obrotach rodzimych inwestorów indywidualnych jest najniższy w historii i sięga zaledwie 12 proc., a pod względem udziału w obrotach dominują inwestorzy zagraniczni, odpowiadający za 61 proc. handlu akcjami na warszawskim parkiecie, a ich obsługę zapewniają przede wszystkim Merrill Lynch, JP Morgan i Morgan Stanley, coraz skuteczniej rywalizując z DM Banku Handlowego i DM PKO BP pod względem działu w obrotach. Można by powiedzieć, że tak duża aktywność renomowanych globalnych banków inwestycyjnych i zagranicznych graczy, to dowód na rosnącą światową pozycję naszego rynku kapitałowego, gdyby nie fakt, że dla takich tuzów polskie akcje stanowią margines działalności, udział globalnych graczy zwiększa się kosztem krajowych inwestorów, a kapitał zagranicznych podmiotów nie trafia do polskich firm lecz podtrzymuje przy życiu gasnący rynek wtórny, koncentrując się w dodatku na walorach zaledwie kilkunastu największych i najbardziej płynnych spółek.
Ambitne plany budowy regionalnego centrum finansowego z warszawską giełdą w roli głównej, kończą się postępującą marginalizacją polskiego rynku i trwającą od lat walką rodzimych biur maklerskich o przetrwanie. Niedawny awans Warszawy do grona rynków rozwiniętych to sukces bardziej medialny niż realny, jeśli wziąć pod uwagę symboliczny, sięgający 0,154 proc. udział polskich akcji w indeksie FTSE Developed All Cap, tym bardziej że towarzyszy mu ograniczenie roli naszego rynku we wskaźnikach rynków wschodzących, gdzie musimy ustąpić miejsca firmom z Chin, Argentyny i Arabii Saudyjskiej.
Zasadnicza kwestia dotycząca tego, czy „wcielenie” wydzielonej do tej pory działalności maklerskiej do bankowych struktur, przyniesie zwiększenie roli rynku kapitałowego, czy też pogłębi trwającą od kilku lat jego marginalizację, nie jest oczywiście rozstrzygnięta. Trudno jednak spodziewać się, że dzięki jednolitej licencji, za pośrednictwem bankowych placówek akcje polskich spółek trafią „pod strzechy”, a nawet można by obawiać się takiej sytuacji, gdyby miała szansę zaistnieć. Dystrybucja obligacji korporacyjnych poprzez bankową sieć przyniosła już sporo problemów i doprowadziła do narzuconego przez KNF ograniczenia aktywnej roli banków w tym zakresie. A przecież rynek akcji niesie za sobą równie duże, jeśli nie większe zagrożenia. Maklerzy i ich kompetencje „rozpłyną” się najpewniej w bankowej masówce i preferowanych przez nią produktów, czyli głównie lokat i kredytów. Naszym bankom daleko do modelu anglosaskiego, w którym do rynku kapitałowego nie trzeba nikogo przekonywać.
Branżę maklerską z pewnością czeka w najbliższym czasie nie ewolucja, ale wręcz rewolucja. Droga do niej wiedzie jednak raczej nie przez ograniczanie roli profesjonalistów na rzecz „wielofunkcyjnych” stanowisk bankowych, lecz przez nowoczesne rozwiązania technologiczne, które pozwolą uwolnić maklerów od czynności czysto technicznych i formalnych, a umożliwią skoncentrowanie się na istocie tego zawodu, a więc pomaganiu inwestorom i posiadaczom oszczędności oraz spółkom w podejmowaniu odpowiednich decyzji. To na tym, a nie na przekazywaniu zleceń na giełdę, koncentruje się rola pracowników Merrill Lynch, JP Morgan i Morgan Stanley i na tym polega siła tych instytucji i to jest to, czego polskim biurom i domom maklerskim oraz rynkowi potrzeba.
Francusko-Polska Izba Gospodarcza (CCIFP) opublikowała raport podsumowujący wkład francuskich firm w rozwój wybranych sektorów polskiej gospodarki z okazji obchodzonego w tym roku jubileuszu 25-lecia istnienia Izby.
Od przeszło ćwierć wieku francuskie firmy wspierają rozwój gospodarczy Polski uczestnicząc w budowie polskich miast, łącząc ze sobą ich mieszkańców oraz scalając lokalne społeczności. W obliczu skokowego wręcz postępu technologicznego i licznych zmian społecznych pomagają polskiemu społeczeństwu iść naprzód w globalnym świecie wspierając polskie przedsiębiorstwa i wnosząc swój unikatowy savoir-faire do polskiej gospodarki.
„Pierwsze firmy z francuskim kapitałem zaczęły pojawiać się na polskim rynku wraz z początkiem transformacji i w większości nadal są obecne w naszym kraju, co pokazuje, że od początku stawiały na długofalowe relacje. Rozwój aktywności w Polsce rozpoczynały często od podstaw, aby z czasem stać się trwałym ogniwem łańcucha wartości polskiej gospodarki – tu reinwestują zyski (ponad 3,6 mld PLN w 2017 roku*), zatrudniają ponad 200.000 osób i współpracują z lokalnymi dostawcami i partnerami”, przekonuje Monika Constant, dyrektor generalna CCIFP.
Obecnie Francja jest jednym z trzech największych inwestorów zagranicznych w Polsce z kapitałem przekraczającym 80 mld PLN i ponad 200 tys. bezpośrednich miejsc pracy. Inwestycje te przez lata prowadzone były równolegle w niemal wszystkich gałęziach gospodarki.
Francuskie przedsiębiorstwa działające w Polsce reprezentują przede wszystkim dwa sektory: handel oraz przemysł. Ważnym obszarem działalności firm z francuskim kapitałem są także usługi finansowe. Co czwarta francuska firma zainwestowała w Polsce co najmniej 1 mln dolarów. Firmy z sektora budowlanego reprezentują 9% firm z francuskim kapitałem na polskim rynku, a te związane z działalnością dedykowaną obsłudze rynku nieruchomości, 7%*.
Monika Constant, Dyrektor Generalna Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej
„Dzisiejsze realia społeczne i gospodarcze znacznie różnią się od tych sprzed 25 lat. Przed polskim społeczeństwem stoi szereg nowych wyzwań, jak postępująca urbanizacja czy błyskawiczny rozwój nowych technologii. Jak francuskie firmy przygotowują siebie i nas na nadchodzącą przyszłość? Jak dostosowują się do bardziej zurbanizowanego i cyfrowego świata i jakie są kluczowe wyzwania, które stawia przed nimi gospodarcza przyszłość? Jakie w tym kontekście szanse stwarza efektywna międzynarodowa współpraca biznesowa i jak nasze społeczeństwo może na tym zyskać? Jubileusz 25-lecia Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej jest bez wątpienia doskonałą okazją ku temu, by dotychczasowe rezultaty podjętych wspólnie z naszymi francuskimi partnerami działań pokazać w jak najbardziej pozytywnym świetle. Zachęcam do lektury publikacji” – dodaje Monika Constant.
* : dane pochodzą ze wspólnego raportu CCIFP i KPMG podsumowującego 25 lat inwestycji francuskich w Polsce „25 lat polsko-francuskiego partnerstwa”
Tachograf, mimo że cyfrowy, nie obejdzie się bez wpisów manualnych. Jest szereg sytuacji, które wymagają wprowadzenia danych ręcznie. Po co? Na przykład, by podczas kontroli nie było tak zwanych pustych okresów. Dlaczego? Bo według prawa każda czynność kierowcy zawodowego powinna by odnotowana. Rafał Frejtag, ekspert Inelo, podaje praktyczne wskazówki, jak uniknąć błędów w pracy z inteligentnym tacho.
Kierowcy ciężarówek często i regularnie zadają pytania dotyczące logowania karty do tachografu. W ciągu czterech miesięcy telefon alarmowy OCRK (Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców) dzwonił aż 103 razy z właśnie takimi wątpliwościami.[1] Sytuacje niestandardowe, pomyłki, czy po prostu brak wiedzy w zakresie korzystania z tacho oraz przepisów jasno określających ścieżkę postępowania w przypadku jakiegoś błędu, narażają przewoźników i kierowców na ryzyko poniesienia konsekwencji finansowych. Tymczasem istnieje wiele rozwiązań, które mogą zapobiegać ewentualnym kryzysom – mówi ekspert marki Inelo – Rafał Frejtag.
Fundamentalne zasady
Posiadanie karty kierowcy lub wykresówki, w przypadku analogowych tacho, jest niezbędne do prowadzenia pojazdów o DMC powyżej 3,5 ton. Na tych nośnikach przy pomocy rejestratora zapisywane są czynności wykonywane przez kierującego ciężarówką, dzięki czemu podczas kontroli można sprawdzić czas jego pracy i odpoczynków w ciągu doby. Każda osoba uprawniona do prowadzenia tirów może posługiwać się wyłącznie jedną aktualną i imienną kartą.
Mimo że kierowca powinien użytkować jedynie swój dokument – często zdarza się, że korzysta z cudzych kart, a tym samym łamie przepisy dotyczące norm czasu pracy. Za takie przewinienie truckerowi grozi kara w wysokości 2000 zł, zaś firma może zostać obciążona sankcją wynoszącą 3000 zł – przypomina Rafał Frejtag.
Obowiązkiem kierowcy jest rejestrowanie na karcie wszystkich swoich aktywności podczas dnia pracy. Nie może ona zostać wyjęta z urządzenia rejestrującego dane, co regulują przepisy. Jednak te same regulacje wskazują na przypadki, w których może zdarzyć się sytuacja, gdy dokument zostanie odłączony. Kiedy? Tego już artykuł 34 Rozporządzenia PE i RUE nr 165/2014 precyzyjnie nie określa:
Nie wyjmuje się wykresówki ani karty kierowcy z urządzenia rejestrującego przed zakończeniem dziennego okresu pracy, chyba że jej wyjęcie jest dopuszczalne z innych powodów.
Dopuszczalne przypadki
Kiedy zatem możemy wyjąć kartę z tachografu?
Oczywiście – karta może zostać wyjęta z tachografu po zakończeniu dnia pracy kierowcy, nie jest to jednak element obowiązkowy, gdyż w sytuacji, w której nośnik pozostanie w rejestratorze, będzie zapisywany odpoczynek pracownika – zauważa ekspert. –Trzeba jednak pamiętać, że karta kierowcy jest podstawowym dokumentem stanowiącym źródło informacji o czasie i przebiegu pracy, zatem powinna być ona pozostawiona wyłącznie do dyspozycji kierowcy wskazanego imiennie na przedniej wersji nośnika.– przestrzega ekspert.
Co, gdy karta została wyjęta?
Istnieją czynności, które na karcie kierowcy można zapisać manualnie – za pomocą tachografu, przy wkładaniu karty kierowcy. W taki sposób trucker może odnotować aktywności takie jak: okres innej pracy, gotowości, przerwy lub odpoczynku. Bardzo ważnym aspektem jest pełne uzupełnienie czasu, tak by nie pozostawić niezagospodarowanych i nieopisanych momentów i zdarzeń w ciągu dnia pracy za kółkiem, które będą uwzględnione podczas kontroli jako tzw. puste okresy – radzi Rafał Frejtag.
UWAGA! Wyjęcie karty w trakcie trwania odpoczynku lub przerwy może zostać uwzględnione jako przerwanie tej aktywności, za co mogą grozić konsekwencje.
Co jeśli brakuje wpisu manualnego ?
W sytuacji, w której kierowca nie dokonał wpisu manualnego, konieczne jest, by posiadał zapisaną w innej formie informację, w jaki sposób jego niezarejestrowany w tacho czas został spożytkowany. Zatem, jeśli nie było możliwości wprowadzenia wpisu ręcznie, kierujący pojazdem musi posiadać tzw. urlopówkę, czyli zaświadczenie o działalności kierowcy wydane przez przewoźnika. W dokumencie przedsiębiorca wskazuje jaki rodzaj aktywności wykonywał trucker w okresie nie uwzględnionym przez tachograf – dodaje ekspert Inelo.
Kontrola? Czas start!
Inną sytuacją, w której karta kierowcy zostaje wyjęta z tachografu jest kontrola inspekcji drogowej. Art. 34 rozporządzenia 165/2016 nakłada obowiązek okazania dokumentu uprawnionym organom:
Jeśli kierowca prowadzi pojazd wyposażony w tachograf cyfrowy, musi być w stanie okazać, na każde żądanie upoważnionego funkcjonariusza służb kontrolnych: (1) swoją kartę kierowcy.
Warto wiedzieć, że odczyt danych z karty nie musi być jednoznaczny z jej wyjęciem z rejestratora, gdyż dostępne są urządzenia, umożliwiające odczyty przez tachograf bez konieczności wyjmowania dokumentu.
Jeśli jednak podczas kontroli, decyzją inspektora, należy wyjąć kartę kierowcy z urządzenia zapisującego dane, trzeba pamiętać o dokonaniu odpowiedniego wpisu manualnego po zakończeniu kontroli, który będzie określał okoliczności sytuacji, w której w tacho nie był dostępny dokument – przypomina ekspert Inelo.
W przypadku odczytu kart kierowców przez przedsiębiorstwa, coraz bardziej popularny jest odczyt zdalny dokonywany przez internet, bez konieczności wyjęcia karty z tachografu. Aby przewoźnik mógł korzystać z takich rozwiązań, konieczne jest doposażenie pojazdu w odpowiednie urządzenia. Najczęściej są to zaawansowane systemy telematyczne, które zapewniają takie funkcjonalności.
Poważna sprawa
Obowiązkiem przewoźnika jest zapewnienie kierowcy możliwości nabycia umiejętności i wiedzy z zakresu rejestracji czasu pracy i obsługi tachografu, o czym mówi artykuł 33 wyżej już wspomnianego rozporządzenia 165/2014. Kierujący ciężarówką, którzy nie przestrzegają wytycznych względem zapisu aktywności na karcie, powinni liczyć się z karami nakładanymi nie tylko na nich, ale także na całe przedsiębiorstwo. Przykładowo, za brak wpisu kraju rozpoczęcia/zakończenia dziennego okresu pracy lub brak wpisu manualnego, kierowca może zostać obciążony karą w wysokości 100 zł za każdy dzień, a przedsiębiorstwo 50 zł za każdy okres, w którym wpis manualny nie pojawia się. Co więcej – zgodnie z taryfikatorem, od września 2018 roku takie wykroczenie uwzględniane jest jako bardzo poważne naruszenie.
Jeśli osoba poruszająca się pojazdem ciężarowym wyposażonym w tachograf cyfrowy nie posiada aktualnej karty kierowcy, podczas kontroli musi ona liczyć się z karą w wysokości 500 zł, zaś przewoźnik zgodnie z obowiązującym taryfikatorem może zostać obciążony karą wynoszącą 2000 zł.
Regulacje nie zawsze jasno wytyczają ścieżkę postępowania w danych okolicznościach, co niejednokrotnie może wprowadzić kierującego i przewoźnika w zakłopotanie. W sytuacjach nietypowych warto skonsultować się z firmami wyspecjalizowanymi w rozliczaniu czasu pracy kierowców, które pomogą obrać bezpieczną drogę dalszego postępowania.
[1] Badania własne OCRK przeprowadzone na podstawie 2039 rozmów w okresie 01.09.2018-24.01.2019
ACCIONA Construcción S.A. („ACCIONA”, „Wzywający”) ogłasza wezwanie na wszystkie akcje spółki Mostostal Warszawa S.A. („Spółka”) nienależące do Wzywającego, tj. na 9.981.267 akcji stanowiących 49,91% łącznej liczby akcji Spółki i głosów na walnym zgromadzeniu Spółki („Wezwanie”). Wezwanie będzie miało dwa etapy przyjmowania zapisów, a przewidywana data rozliczenia zapisów złożonych w pierwszym etapie to 9 sierpnia, zaledwie 17 dni po rozpoczęciu okresu zapisów.
Oferowana cena na poziomie 3,45 zł za akcję oznacza:
12,7% premii w stosunku do ceny zamknięcia na dzień poprzedzający ogłoszenie wezwania,
13,9% premii w stosunku do trzymiesięcznej ważonej wolumenem średniej ceny akcji,
28,7% premii w stosunku do sześciomiesięcznej ważonej wolumenem średniej ceny akcji.
Okres przyjmowania zapisów rozpoczyna się 23 lipca, a jego zakończenie przewidywane jest na 21 sierpnia 2019 r. Okres przyjmowania zapisów składa się z dwóch etapów, zgodnie z poniższym harmonogramem. Inwestorzy zainteresowani szybkim wyjściem z inwestycji mogą otrzymać środki znacznie szybciej niż w przypadku typowego wezwania.
I etap przyjmowania zapisów:
Rozpoczęcie I etapu przyjmowania zapisów:
23 lipca 2019 r.
Zakończenie I etapu przyjmowania zapisów:
1 sierpnia 2019 r.
Przewidywany dzień transakcji nabycia akcji na GPW po zakończeniu I etapu przyjmowania zapisów:
6 sierpnia 2019 r.
Przewidywany dzień rozliczenia transakcji nabycia akcji na GPW zawartych po zakończeniu I etapu przyjmowania zapisów:
9 sierpnia 2019 r.
II etap przyjmowania zapisów:
Rozpoczęcie II etapu przyjmowania zapisów:
2 sierpnia 2019 r.
Zakończenie II etapu przyjmowania zapisów:
21 sierpnia 2019 r.
Przewidywany dzień transakcji nabycia akcji na GPW po zakończeniu II etapu przyjmowania zapisów:
26 sierpnia 2019 r.
Przewidywany dzień rozliczenia transakcji nabycia akcji na GPW zawartych po zakończeniu II etapu przyjmowania zapisów:
29 sierpnia 2019 r.
ACCIONA, jako inwestor strategiczny, wspiera rozwój i działalność Mostostalu Warszawa od 1999 r., zarówno w dobrych jak i gorszych okresach na rynku. Swoje zaangażowanie potwierdziła zapewniając Spółce w formie pożyczek ok. 450 mln zł gotówki. Od wielu lat, branża przechodzi przez trudny okres, przy rosnących kosztach siły roboczej i materiałów, oraz niskiej elastyczności kontraktów budowlanych. Wiele firm budowlanych w Polsce zbankrutowało. Mostostal Warszawa nie podzielił ich losu dzięki zaangażowaniu ACCIONA i dostarczonej gotówce w postaci wewnątrzgrupowych pożyczek. Pełna integracja Mostostalu w ramach międzynarodowej grupy jest kluczowa na lokalnym rynku, który wymaga dywersyfikacji, wiedzy technicznej i siły finansowej dającej dostęp do gwarancji.
ACCIONA zdecydowała się dążyć do wycofania Mostostalu z obrotu giełdowego aby uprościć strukturę grupy, w szczególności w obliczu znaczących potrzeb w zakresie dostępu do finansowania i gwarancji, a także wsparcia technicznego niezbędnego do dalszego rozwoju Spółki. Dlatego zostało ogłoszone Wezwanie mające na celu rozpoczęcie procedury wycofania akcji Mostostalu z obrotu na GPW. Transakcja umożliwia inwestorom wyjście z inwestycji w relatywnie niepłynną Spółkę, która ponadto nie wypłaca akcjonariuszom dywidendy. Przy obecnej sytuacji Spółki i całej branży w Polsce, Wzywający ocenia, iż zaproponowana oferta jest atrakcyjną opcją dla inwestorów.
Jeżeli po przeprowadzeniu Wezwania Wzywający będzie posiadał akcje Spółki reprezentujące liczbę głosów na walnym zgromadzeniu Spółki umożliwiającą przeprowadzenie procedury przymusowego wykupu zgodnie z właściwymi przepisami prawa, Wzywający zamierza przeprowadzić procedurę przymusowego wykupu akcji akcjonariuszy mniejszościowych Spółki, po którym nastąpi przywrócenie akcjom Spółki formy materialnej oraz wycofanie ich z obrotu na rynku regulowanym GPW.
Podmiotem pośredniczącym w Wezwaniu jest Santander Bank Polska – Santander Biuro Maklerskie, który pełni także rolę doradcy finansowego.
Ubiegły tydzień na rynkach minął inwestorom wyczekiwaniem na spotkanie grupy G20, gdzie miało dojść do spotkania prezydenta Trumpa z chińskim przywódcą Xi Jinping. Inwestorzy oczekiwali pozytywnych informacji ze szczytu G20, co sprawiło że rynki akcyjne w minionym tygodniu delikatnie rosły. Decydenci nie zawiedli oczekiwań inwestorów, a wydarzeniem weekendu była deklaracja prezydentów Chin i USA w sprawie chęci powrotu do rozmów handlowych. Strona amerykańska zgodziła się, by amerykańskie firmy sprzedawały produkty chińskiemu koncernowi Huawei. Chiny natomiast zdecydowały o zwiększonych zakupach produktów rolnych.
W Polsce GPW zanotowała umiarkowany wzrost. Indeks szerokiego rynku WIG zyskał na wartości 1,27%. Wzrost wartości największych spółek (tworzących indeks WIG20) był nieco słabszy 0,84%. Indeksy małych i średnich spółek zakończyły tydzień z wynikami: 1,76% wzrostu dla sWIG80 oraz spadek o 2,61% dla mWIG40.
Na środę (03.07.2019) jest zaplanowane posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej – po południu poznamy decyzję w sprawie poziomów stóp: depozytowej, lombardowej, referencyjnej oraz redyskontowej. Jakakolwiek zmiana zostanie uznana za niespodziankę. Natomiast w piątek (05.07.2019) poznamy dane o stopie bezrobocia oraz dynamice zatrudnienia w Stanach Zjednoczonych, co może mieć kluczowe znaczenia dla rynkowego sentymentu w lipcu.
Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.
26 czerwca 2019 odbyła się rozprawa przed Sądem Apelacyjnym w Warszawie w sprawie, w której Sąd Okręgowy dwa lata wcześniej stwierdził po raz pierwszy nieważność umowy kredytu indeksowanego. Był to jeden z pierwszych przypadków dotyczących tego typu produktu banku Millenium. Bank próbował przedłużyć postępowanie, składając wniosek o jego zawieszenie do czasu wydania wyroku przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w tzw. polskiej sprawie frankowej.
– Uważamy, że umowy kredytu są nieważne niezależnie od tego, co powie TSUE – powiedziała serwisowi eNewsroomBarbara Garlacz, radca prawny – Sąd apelacyjny podzielił w tym zakresie argumentację. Po wysłuchaniu obu stron zamknął rozprawę i zapowiedział ogłoszenie wyroku 10 lipca 2019 roku.Należy dodać, że jeżeli zostanie utrzymany w mocy wyrok Sądu Okręgowego stwierdzający nieważność umowy kredytu indeksowanego, będzie to najprawdopodobniej jedna z pierwszych spraw, która z tak szeroką argumentacją trafi do Sądu Najwyższego. Zapewne zajmie się on tą kwestią w najbliższym czasie. Dotychczas już wskazywał, że umowy kredytów indeksowanych powinny być rozliczone w oparciu o kwotę kredytu w złotówkach oprocentowaną stawką LIBOR. Były to jednak orzeczenia wydane na dosyć wąskiej kanwie argumentów prawnych. Kredytobiorcy tymczasem wskazują na coraz szerszy zasięg wadliwości tych umów, dotykający ich różnych elementów.Ta wiedza i linia obrony trafia do sądów okręgowych, apelacyjnych, a wkrótce być może okazję do jej rozpatrzenia będzie miał także Sąd Najwyższy – dodała Garlacz.
Tylko co trzeci Polak korzysta z usług stomatologicznych refundowanych w ramach NFZ. Większość wybiera usługi prywatnych gabinetów, głównie ze względu na wyższą jakość usług. To tym bardziej istotne, że Polacy poszukują nie tylko podstawowego leczenia, lecz także bardziej wyspecjalizowanych usług z zakresu implantologii, wybielania czy ortodoncji. Małym gabinetom trudno sprostać rosnącym wymaganiom pacjentów, dlatego coraz chętniej dołączają do dużych sieci. Grupa LUX MED chce w ciągu trzech lat podwoić liczbę gabinetów w ramach swojej sieci.
– Rynek usług stomatologicznych w Polsce jest bardzo rozdrobniony, jednak teraz coraz bardziej widoczny jest trend konsolidacji tego rodzaju usług. Co więcej, ludzie od wielu lat chodzą do stomatologa przede wszystkim prywatnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Rulkiewicz, prezes Grupy LUX MED.
Stomatologia pozostaje jedyną gałęzią medycyny, z usług której pacjenci korzystają częściej prywatnie niż publicznie, głównie ze względu na krótszy czas oczekiwania i lepszą jakość usług. Jak wynika z badań CBOS, w pierwszym półroczu 2018 roku 53 proc. Polaków przynajmniej raz odwiedziło dentystę lub protetyka, a zdecydowana większość (82 proc.) wybrała usługi prywatnej kliniki stomatologicznej. Na korzystanie z usług stomatologicznych refundowanych w ramach NFZ decyduje się zaledwie co trzeci Polak (36 proc.).
– Stomatologia w Polsce to są głównie gabinety indywidualne. U nas nie funkcjonują jeszcze duże sieci – mówi Daniel Petryczkiewicz, szef projektu rozwoju stomatologii w Grupie LUX MED.
Jak podkreśla, pacjenci szukają usług coraz wyższej jakości. Zwracają uwagę m.in. na to, czy gabinet stomatologiczny ma odpowiednie zaplecze, szeroki zakres usług, czy jest przyjazny i komfortowy. Drugim, zauważalnym na rynku trendem jest tzw. wellbeing, który powoduje, że pacjenci w coraz większym stopniu dbają o swoje zdrowie i chcą coraz lepiej wyglądać.
– Nasz wygląd świadczy o statusie społecznym, a stomatologia się w to wpisuje. Wykonuje się na przykład więcej różnego rodzaju zabiegów estetycznych, takich jak licówki, wszczepianie implantów, wybielanie zębów. Chcemy pięknie wyglądać – nie tylko być dobrze ubrani, mieć fajny telefon i samochód, lecz także piękne zęby – mówi Daniel Petryczkiewicz.
– Polacy wciąż w największym stopniu korzystają z usług w zakresie stomatologii zachowawczej, czyli z leczenia podstawowego i to pewnie przez lata się nie zmieni. Natomiast obserwujemy wzrost zainteresowania leczeniem specjalistycznym. Coraz więcej pacjentów pyta o ortodoncję. Widzimy w statystykach, jak bardzo rośnie zapotrzebowanie na tego typu usługi. Następnie rośnie też zapotrzebowanie na leczenie implantologiczne, periodontologiczne, protetyczne – dodaje Alicja Chowaniec-Prażuch, dyrektor Stomatologii LUX MED.
Jak podkreśla, coraz więcej Polaków poszukuje również leczenia wieloprofilowego, co oznacza, że chcą przyjść do jednego gabinetu i rozwiązać w nim wszystkie swoje potrzeby stomatologiczne.
– Dlatego też nasze placówki przygotowujemy pod takim kątem, aby dać pacjentom możliwość skorzystania ze wszystkich opcji leczenia w jednym miejscu. Co bardzo istotne, robi to też jeden zespół lekarzy, którzy ze sobą współpracują i którzy mają do siebie nawzajem zaufanie. Pacjent jest prowadzony w ramach jednej dokumentacji medycznej, wszyscy lekarze wiedzą, w jaki sposób odbywa się leczenie i w razie potrzeby w każdej chwili może zainterweniować lekarz innej specjalności – wyjaśnia Alicja Chowaniec-Prażuch.
Prezes Grupy LUX MED zauważa, że rynek stomatologiczny w Polsce jest w trakcie konsolidacji właśnie z tego względu, żeby sprostać rosnącym oczekiwaniom pacjentów. Mniejsze podmioty dołączają do większych sieci, dzięki czemu stają się częścią silnego brandu o ugruntowanej pozycji, zyskują dostęp do know-how i nie muszą się martwić o aspekty związane z zarządzaniem, marketingiem czy pozyskiwaniem funduszy na inwestycje. Efektem konsolidacji jest wzrost jakości i dostępności usług. Wcześniej na polskim rynku podobny proces przeszły już chociażby salony optyczne, sieci siłowni czy handel detaliczny.
– Ważna jest dla nas nie tylko stomatologia zachowawcza, lecz także bardzo specjalistyczna opieka dentystyczna. Chcemy w pełni, od początku do końca, obsłużyć małych i dorosłych pacjentów, najbardziej kompleksowo jak się da – mówi Anna Rulkiewicz.
Jak podkreśla, Grupa LUX MED bardzo intensywnie uczestniczy w konsolidacji polskiego rynku stomatologicznego – obecnie jest już największą siecią w kraju, liczącą blisko 200 własnych gabinetów i 70 centrów medycznych. Natomiast w ciągu najbliższych trzech lat grupa planuje podwoić liczbę gabinetów i implementować usługi specjalistycznej stomatologii na terenie całego kraju.
– Zaczęliśmy od Warszawy, która była dla nas kluczowa. Właśnie otwieramy nową, w Wilanowie, gdzie mamy bardzo wielu pacjentów. To jednak dopiero początek drogi. Mamy w planach inne duże miasta. Otworzyliśmy już placówki m.in. w Krakowie i planujemy kolejne w każdym dużym mieście, gdzie mamy nasze przychodnie ambulatoryjne. Wierzymy, że to jest naszym pacjentom potrzebne – mówi Anna Rulkiewicz.
Nowo otwarta placówka Grupy LUX MED na warszawskim Wilanowie ma świadczyć bardzo szeroki zakres usług: począwszy od podstawowej stomatologii zachowawczej i dziecięcej, po leczenie ortodontyczne, protetyczne, implantologiczno-chirurgiczne i periodontologiczne oraz pełną diagnostykę – w tym m.in. pantomogram, zdjęcia punktowe, cefalometrię niezbędną do leczenia ortodontycznego i tomografię komputerową potrzebną do przeprowadzenia leczenia implantologicznego.
– LUX MED jest największą siecią stomatologiczną. Staramy się zmienić ten paradygmat, że leczyć zęby można tylko w miejscu zamieszkania. Dlatego otwieramy swoje centra stomatologiczne również w pobliżu centrów biurowych czy komunikacyjnych. Wynika to z faktu, że nawyki społeczne zaczynają się zmieniać: coraz więcej czasu spędzamy poza domem. My staramy się podążać za pacjentem i być tam, gdzie on przebywa. Budując sieć LUX MED Stomatologia staramy się dotrzeć do pacjenta w tych miejscach, gdzie on spędza najwięcej czasu – podkreśla Daniel Petryczkiewicz.