Sektor bankowy z nadzieją patrzy w chmury

Marcin Zmaczyński – dyrektor regionalny Aruba Cloud w Europie Środkowo-Wschodniej
Marcin Zmaczyński, Head of Marketing CEE w Aruba Cloud

Szacuje się, że w 2019 roku banki na całym świecie zainwestują ponad 20 mld dolarów w rozwiązania chmurowe. Wdrożenie systemów IT opartych na chmurze pozwala sektorowi finansowemu znaleźć odpowiedź na wiele problemów, takich jak rosnące koszty obsługi IT, presja konkurencyjna ze strony fintechów czy zagrożenia w obszarze cyberbezpieczeństwa. Zanim jednak banki stawią czoła takim wyzwaniom, będą musiały poradzić sobie zarówno z brakiem zaufania do nowych technologii jak i ograniczeniami legislacyjnymi.

ingofrika_bankowośćW centrum zainteresowania polskiego sektora finansowego

Potrzeba elastyczności, bezpieczeństwa oraz skalowalności skłoniła polskie banki ku zwróceniu uwagi na chmurę obliczeniową. W ubiegłym roku Związek Banków Polskich przeprowadził eksperyment „Tezeusz”, który miał sprawdzić adekwatność rozwiązań chmurowych do potrzeb sektora finansowego. Badanie wyraźnie udowodniło, że taki zabieg jest nie tylko możliwy, ale i korzystny finansowo oraz bezpieczny. Coraz bardziej przychylnym okiem w kierunku chmury zaczyna patrzeć także Komisja Nadzoru Finansowego.

Wymogi bezpieczeństwa

Według NBP w roku 2019 ilość pieniędzy w obiegu bezgotówkowym przekroczy wartość transakcji gotówkowych. Dlatego 94 proc. bankowców jako główne zagrożenie wskazuje włamanie na rachunek klienta. Budowanie od podstaw infrastruktury, która zapewni gwarancję blisko stuprocentowego bezpieczeństwa wiąże się z gigantycznymi nakładami finansowymi. Chmura gwarantuje najwyższy stopień bezpieczeństwa przy ułamku kosztów budowanie infrastruktury w modelu in-house. Do tej pory żadnemu hackerowi nie udało się włamać do chmury prywatnej, czyli takiej, w której za infrastrukturę odpowiada podmiot z niej korzystający, a nie zewnętrzny dostawca, jak Amazon czy Microsoft. W przypadku skutecznych ataków na dane zawarte w chmurze w 95 proc. przypadków winna jest niefrasobliwość użytkowników, którzy lekceważą procedury bezpieczeństwa, takie jak ostrożność w przypadku ataków phishingowych, regularna zmiana hasła czy dwustopniowe uwierzytelnianie. Dostawcy usług chmurowych stosują szyfrowanie typu AES 128 lub 256 bitowe, co w praktyce oznacza, że bez dostępu do właściwego klucza do rozszyfrowania danych ich odczyt jest niemożliwy. Dodatkowo, w przeciwieństwie np. do kolokacji serwerów, dane są przechowywane w rozproszonej przestrzeni, dlatego nie wiadomo, na którym dysku znajdują się informacje potencjalnie pożądane przez przestępców.

Odpowiedź na unijne regulacje

Obecnie banki są zobowiązanie do dostosowania się do unijnej dyrektywy Payment Services Directive II, która między innymi obliguje sektor bankowy do udostępnienia swoich danych i API zaufanym podmiotom, w tym firmom z sektora fintech. Oznacza to wzrost presji konkurencyjnej ze strony podmiotów mogących oferować innowacyjne usługi finansowe bez konieczności ponoszenia kosztów gwarancji bezpieczeństwa, które leżą po stronie tradycyjnych banków. Chmura pozwoli bankom stworzyć platformę, dzięki którym niskim kosztem programiści będą mogli tworzyć rozwiązania oparte na danych banku, a które zwiększą rentowność jego produktów.

Wypowiedzi udziela: Marcin Zmaczyński, Head of Marketing CEE Aruba CLoud

Modlin i Radom – w które lotnisko warto inwestować? Czy CPK jest potrzebny?

Lotnisko Chopina na warszawskim Okęciu wymaga szybkiego odciążenia. Mimo, że strefa non-Shengen na Okęciu zostanie wkrótce rozbudowana, niektóre z połączeń trzeba będzie przenieść na inne lotnisko. Jednak wciąż trwa spór o to, gdzie przenieść tanie i czarterowe loty, by ta zmiana administracyjna spełniała warunki Unii Europejskiej i zachęciła przewoźników. Między samorządem wojewódzkim a Polskimi Portami Lotniczymi od lat trwa spór o to, czy ma to być podwarszawski Modlin, czy lotnisko w Radomiu. Jednak istota sporu jest całkowicie polityczna – z badań wynika, że żaden z przewoźników nie chce inwestować w połączenia z radomskiego lotniska.

– Nie ma linii lotniczych ani biur podróży, które chcą się przenieść do Radomia. Linie, które tam przychodziły, szybko z tego lotniska rezygnowały. Nawet jeżeli miały dopłaty i ulgi w opłatach lotniskowych, bardzo szybko się orientowały, że nie ma tam potencjału – powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski, wiceprezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR. – Operacje, które nie mieszczą się na Okęciu, lepiej byłoby skoncentrować w Modlinie. Zwłaszcza, że tanich linii nie da się wyrzucić z Okęcia w sposób bezpośredniego przymusu. To musi być tak zwany „administracyjny podział ruchu”, zatwierdzony przez Komisję Europejską. Radom nie przejdzie wyśrubowanych wymogów w prawie europejskim. Wszystko wskazuje na to, że lotnisko będzie nadal świecić pustkami – uważa Furgalski.

Pracownicze plany kapitałowe będą minimalizować straty w systemie emerytalnym. Bez programu w 2060 roku emerytura wyniesie ok. 25 proc. ostatniej pensji

Pracownicze plany kapitałowe będą minimalizować straty w systemie emerytalnym. Bez programu w 2060 roku emerytura wyniesie ok. 25 proc. ostatniej pensji 1

Dzisiejsi 40-latkowie mogą liczyć, że za 20 lat w pracowniczych planach kapitałowych uzbiera im się kwota, która pozwoli uzupełnić środki do poziomu dzisiaj wypłacanego w systemie emerytalnym – mówi prof. Marcin Kalinowski z Wyższej Szkoły Bankowej w Gdańsku. W 2050 roku liczba emerytów w Polsce praktycznie zrówna się z liczbą pracowników. Nie musi to oznaczać problemów dla budżetu państwa, bo koszty poniosą przede wszystkim przyszli emeryci. Stopa zastąpienia, czyli relacja pierwszej emerytury do ostatniego wynagrodzenia, może wynieść zaledwie 27 proc. PPK pozwolą to świadczenie zdecydowanie zwiększyć.

 Pracownicze plany kapitałowe są odpowiedzią na obecną sytuację w systemie emerytalnym. Zresztą to jest problem nie tylko Polski, lecz także wielu krajów europejskich. System, który u nas funkcjonuje, jest systemem repartycyjnym, co oznacza, że osoby pracujące płacą na wypłatę emerytur dla obecnych emerytów. W takim systemie duże znaczenie ma demografia – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. Marcin Kalinowski, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Gdańsku.

Zgodnie z ustawą o pracowniczych planach kapitałowych docelowo każda firma będzie musiała utworzyć PPK dla swoich pracowników. Termin wejścia w życie tego obowiązku jest uzależniony od wielkości firmy. Najwcześniej, bo już od 1 lipca br., do PPK przystąpią najwięksi pracodawcy, zatrudniający powyżej 250 pracowników. Od 2020 roku taki obowiązek będą miały firmy zatrudniające od 49 do 250 osób, a od 1 lipca 2020 roku – te z co najmniej 20 pracownikami. Z początkiem 2021 roku już wszystkie firmy, nawet zatrudniające jedną osobę, będą musiały podpisać umowę na prowadzenie PPK. Zdaniem ekspertów taki program jest koniecznością, zwłaszcza w kontekście starzejącego się społeczeństwa.

 To dodatkowy element systemu emerytalnego, który będzie niewydolny. Nie będzie nas stać na emerytury w wysokości takiej, jaką mamy obecnie. Stopa zastąpienia, czyli procent środków, które otrzymamy po przejściu na emeryturę, biorąc pod uwagę ostatnie wynagrodzenia, już jest na dość niskim poziomie, a możemy się spodziewać, że w perspektywie kolejnych 20 lat znacząco się obniży. PPK to odpowiedź na ten brak – tłumaczy prof. Marcin Kalinowski.

Komisja Europejska szacuje, że w 2050 roku liczba osób pracujących i emerytów praktycznie się zrówna (odpowiednio będzie ich 12,7 i 12,6 mln). To oznacza, że jedna osoba będzie pracowała na jedno świadczenie. Jeszcze w 2016 roku na 100 zatrudnionych przypadało 53,8 emeryta, w 2060 roku będzie to już 106,3 emeryta. Skutki odczują obecni 30-latkowie. O ile jeszcze w 2012 roku stopa zastąpienia, czyli relacja pierwszej emerytury do ostatniego wynagrodzenia, wynosiła ponad 60 proc., obecnie jest to ok. 56 proc., to w 2060 roku będzie to już zaledwie 26 proc.

 To ostatni dzwonek, aby po rozmontowaniu systemu OFE, który miał być wsparciem dla pracowników przechodzących na emeryturę, wesprzeć te braki w systemie emerytalnym. Właściwie w tej chwili możemy liczyć na to, że jako 40-latkowie za 20 lat w PPK uzbieramy kwotę, która pozwoli uzupełnić środki do poziomu wypłacanego obecnie w systemie emerytalnym – ocenia ekspert. – Tak naprawdę system ma doprowadzić do minimalizacji strat, a nie do dodatkowych korzyści.

Uczestnictwo w PPK będzie dobrowolne, czyli będzie można zrezygnować z dokonywania wpłat do programu na podstawie pisemnej deklaracji złożonej u pracodawcy. Jednocześnie pracodawca co cztery lata będzie informował pracownika, który złożył deklarację o rezygnacji, o ponownym dokonywaniu wpłat.

Na PPK płacić mają pracodawcy i uczestnicy programu. Wpłata podstawowa wyniesie 2 proc. wynagrodzenia, a 1,5 proc. wynagrodzenia ma płacić pracodawca. Osoba, której miesięczne wynagrodzenie uzyskiwane z różnych źródeł, będzie wynosić co najmniej 120 proc. minimalnego wynagrodzenia w danym roku, będzie mogła wpłacać mniej niż 2 proc. (ale przynajmniej 0,5 proc.). Do tego co roku na PPK wpłynie premia od państwa – 240 zł.

Te pieniądze będą wypłacane po 60 roku życia i wówczas będzie można rozłożyć je na dwie części. 25 proc. środków będzie można wypłacić jednorazowo, a pozostałe 75 proc. rozłożyć na kolejne 120 miesięcy, czyli kolejne dziesięć lat po przejściu na emeryturę – przypomina prof. Marcin Kalinowski.

Start-upy pomagają bankom wyróżnić się na rynku. Taka współpraca wchodzi do strategii instytucji finansowych

Start-upy pomagają bankom wyróżnić się na rynku. Taka współpraca wchodzi do strategii instytucji finansowych 2

Współpraca ze start-upami odgrywa coraz istotniejszą rolę w strategii banków – podkreślają przedstawiciele Santander Banku Polska. To obustronna korzyść. Małe spółki zyskują wsparcie mentoringowe i networkingowe, dostęp do know-how i kapitału. Z kolei duży biznes może zyskać rozwiązania, dzięki którym wyróżni się na rynku i dostarczy klientom ciekawą wartość dodaną. Santander Bank Polska poszukuje start-upów, które kreują innowacje m.in. w obszarze sztucznej inteligencji, machine learning, Open API czy cyberbezpieczeństwa. Ich celem mają być usprawnienia dla klientów. 

– Współpraca ze start-upami staje się coraz istotniejszym elementem w strategii instytucji finansowych. Wynika to głównie z presji, jaką nakłada na nas rynek. Standardowe produkty finansowe się komodytyzują, a klienci cały czas szukają czegoś nowego. My też szukamy możliwości wyróżnienia się. Budowa tych wszystkich rozwiązań w pojedynkę byłaby czasochłonna i kapitałochłonna – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Paczewski, Innovation Officer w Santander Bank Polska.

Partnerstwo start-upów z korporacjami i dużym biznesem to obustronna korzyść. Małe spółki zyskują wsparcie mentoringowe i networkingowe, dostęp do know-how i kapitału. Z kolei duży biznes, który na ogół cechuje mniejsza innowacyjność i elastyczność, może zyskać rozwiązania, dzięki którym wyróżni się na rynku i dostarczy klientom ciekawą wartość dodaną. Co istotne, współpraca ze start-upem przyspiesza czas wdrożenia nowego, innowacyjnego rozwiązania, obniża jego koszty i zmniejsza ryzyko, ponieważ w przypadku niepowodzenia firma ponosi tylko koszty jego integracji ze swoimi systemami, a nie budowy całej funkcjonalności.

Jak podkreśla ekspert, w ostatnich trzech latach nastąpił znaczący wzrost liczby przykładów takiej kooperacji. Główne obszary, w których biznes szuka nowych rozwiązań, związane są z obsługą klienta, zaspokojeniem jego potrzeb i dostarczaniem mu nowych produktów i usług.

– Firmy, które są naszymi klientami, proszą o wsparcie w konkretnych obszarach. Dostrzegają potrzebę, szukają odpowiednio kompetentnego i sprecyzowanego wsparcia. My mamy narzędzia i umiejętności, by znając potrzeby klienta, przeprowadzić research i ocenę start-upów, które mogą odpowiedzieć na potrzeby firm, finalnie przeprowadzić weryfikację technologii u nas w banku, tak aby wyłonić najlepsze rozwiązanie dla klienta – mówi Dariusz Paczewski.

Perspektywiczne start-upy są typowane przez Biuro Innowacji Cyfrowej banku na podstawie niezależnych analiz rynkowych.

– Przesiewamy setki start-upów. Jeżeli widzimy, że technologia jest dojrzała, zapraszamy taki start-up do przeprowadzenia projektu weryfikacyjnego, tzw. proof of concept. Po udanym projekcie przekazujemy rekomendację dla biznesu, który podejmuje decyzję o wdrożeniu – mówi Dariusz Paczewski.

Start-upy i fintechy, których rozwiązania wspierają bank m.in. w zakresie bezpieczeństwa, digitalizacji dokumentów czy szeroko rozumianej transformacji cyfrowej, mogły zaprezentować swoje pomysły podczas IV edycji Innovation Day, która odbyła się 18 czerwca. Swoje rozwiązania prezentowały m.in. start-upy, których działalność koncentruje się wokół rozwiązań z obszaru cyberbezpieczeństwa, a prowadzone przez nie projekty mają szansę na wdrożenie w banku.

– Zdecydowaliśmy się na współpracę ze start-upami z kilku powodów. Widzimy, że to stwarza możliwość przyspieszenia czasu wdrażania rozwiązania, obniżenia jego kosztów i ryzyka, gdyby okazało się, że nowy produkt czy usługa byłyby nie do końca akceptowalne przez naszych klientów. Mamy też duże zapotrzebowanie ze strony biznesu, który czuje głód rozwiązań technologicznych, i my chcemy ten głód zaspokoić. W Polsce pod tym względem mamy czym się pochwalić – mówi Dariusz Paczewski.

W trakcie Innovation Day technologie oferowane przez start-upy były oceniane m.in. pod kątem innowacyjności, dojrzałości i kompatybilności modelu biznesowego. Swoje rozwiązania zaprezentowali m.in. Isee you i Techmo voice technologies pracujące nad podnoszeniem standardów bezpieczeństwa, twórcy takich aplikacji, jak Autenti czy Identt, firmy Finger prints (rozwiązania z zakresu biometrii behawioralnej i uwierzytelniania w trybie ciągłym), Ic solutions (rozwiązanie do digitalizacji danych, poprawy bezpieczeństwa i eliminacji dokumentów papierowych), a także ProtectAuth – firma dostarczająca rozwiązania z zakresu zwiększania bezpieczeństwa aplikacji mobilnych i internetowych.

– Innovation Day daje start-upom możliwość zaprezentowania się szerszemu gronu odbiorców biznesowych, jednocześnie zmniejszamy barierę ich wejścia w organizację. Później działamy na rzecz minimalizowania szoku wynikającego ze współpracy start-upu, czyli młodej organizacji bez skomplikowanych struktur i procedur, z taką organizacją, jaką jest bank. W przypadku pozytywnej weryfikacji jako Grupa Santander dysponujemy naszym funduszem inwestycyjnym Santander InnoVentures. Najbardziej perspektywiczne start-upy dostaną szansę wdrożenia, zostaną też przedstawione temu funduszowi –mówi Dariusz Paczewski.

Innovation Officer w Santander Bank Polska podkreśla, że bank poszukuje młodych spółek, które kreują innowacje m.in. w obszarze sztucznej inteligencji, machine learning, Open API czy cyberbezpieczeństwa.

– Wszystko to jest oceniane z perspektywy wartości dla klienta. Technologia jest tutaj tylko narzędziem, a nie celem samym w sobie – podkreśla Dariusz Paczewski. – Kluczowym obszarem współpracy są klienci wewnętrzni i zewnętrzni. W tym drugim przypadku miarą naszej skuteczności jest NPS, czyli współczynnik, który pokazuje, jak bardzo klienci są skłonni polecić naszą organizację. Im większy jest wpływ danego rozwiązania na NPS, tym bardziej jesteśmy nim zainteresowani.

Podczas tegorocznej, IV edycji Innovation Day zainaugurowano również premierową rundę programu akceleracyjny AccelUp, którego partnerem jest Santander Bank Polska. Ten jest przeznaczony dla dojrzałych start-upów z sektora fintech, oferujących rozwiązania gotowe do wdrożenia. Firmy zakwalifikowane do AccelUp mają szansę dofinansowanie w wysokości do 200 tys. zł oraz mentoring biznesowy w postaci 100 godzin konsultacji z ekspertami. Start-upy będą miały również możliwość ubiegania się o wsparcie międzynarodowych inwestorów, w tym funduszu Santander InnoVentures.

– W tym momencie jesteśmy po pierwszej rundzie, finalizujemy zapisy ze start-upami. Jestem bardzo zadowolony, głównie z tego, że dla każdego ze start-upów mamy już w banku odbiorcę biznesowego – mówi Innovation Officer w Santander Bank Polska.

Start-upy pomagają się bankom wyróżnić na rynku. Taka współpraca wchodzi do strategii instytucji finansowych

Start-upy pomagają się bankom wyróżnić na rynku. Taka współpraca wchodzi do strategii instytucji finansowych 3

Współpraca ze start-upami odgrywa coraz istotniejszą rolę w strategii banków – podkreślają przedstawiciele Santander Banku Polska. To obustronna korzyść. Małe spółki zyskują wsparcie mentoringowe i networkingowe, dostęp do know-how i kapitału. Z kolei duży biznes może zyskać rozwiązania, dzięki którym wyróżni się na rynku i dostarczy klientom ciekawą wartość dodaną. Santander Bank Polska poszukuje start-upów, które kreują innowacje m.in. w obszarze sztucznej inteligencji, machine learning, Open API czy cyberbezpieczeństwa. Ich celem mają być usprawnienia dla klientów. 

– Współpraca ze start-upami staje się coraz istotniejszym elementem w strategii instytucji finansowych. Wynika to głównie z presji, jaką nakłada na nas rynek. Standardowe produkty finansowe się komodytyzują, a klienci cały czas szukają czegoś nowego. My też szukamy możliwości wyróżnienia się. Budowa tych wszystkich rozwiązań w pojedynkę byłaby czasochłonna i kapitałochłonna – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Paczewski, Innovation Officer w Santander Bank Polska.

Partnerstwo start-upów z korporacjami i dużym biznesem to obustronna korzyść. Małe spółki zyskują wsparcie mentoringowe i networkingowe, dostęp do know-how i kapitału. Z kolei duży biznes, który na ogół cechuje mniejsza innowacyjność i elastyczność, może zyskać rozwiązania, dzięki którym wyróżni się na rynku i dostarczy klientom ciekawą wartość dodaną. Co istotne, współpraca ze start-upem przyspiesza czas wdrożenia nowego, innowacyjnego rozwiązania, obniża jego koszty i zmniejsza ryzyko, ponieważ w przypadku niepowodzenia firma ponosi tylko koszty jego integracji ze swoimi systemami, a nie budowy całej funkcjonalności.

Jak podkreśla ekspert, w ostatnich trzech latach nastąpił znaczący wzrost liczby przykładów takiej kooperacji. Główne obszary, w których biznes szuka nowych rozwiązań, związane są z obsługą klienta, zaspokojeniem jego potrzeb i dostarczaniem mu nowych produktów i usług.

– Firmy, które są naszymi klientami, proszą o wsparcie w konkretnych obszarach. Dostrzegają potrzebę, szukają odpowiednio kompetentnego i sprecyzowanego wsparcia. My mamy narzędzia i umiejętności, by znając potrzeby klienta, przeprowadzić research i ocenę start-upów, które mogą odpowiedzieć na potrzeby firm, finalnie przeprowadzić weryfikację technologii u nas w banku, tak aby wyłonić najlepsze rozwiązanie dla klienta – mówi Dariusz Paczewski.

Perspektywiczne start-upy są typowane przez Biuro Innowacji Cyfrowej banku na podstawie niezależnych analiz rynkowych.

– Przesiewamy setki start-upów. Jeżeli widzimy, że technologia jest dojrzała, zapraszamy taki start-up do przeprowadzenia projektu weryfikacyjnego, tzw. proof of concept. Po udanym projekcie przekazujemy rekomendację dla biznesu, który podejmuje decyzję o wdrożeniu – mówi Dariusz Paczewski.

Start-upy i fintechy, których rozwiązania wspierają bank m.in. w zakresie bezpieczeństwa, digitalizacji dokumentów czy szeroko rozumianej transformacji cyfrowej, mogły zaprezentować swoje pomysły podczas IV edycji Innovation Day, która odbyła się 18 czerwca. Swoje rozwiązania prezentowały m.in. start-upy, których działalność koncentruje się wokół rozwiązań z obszaru cyberbezpieczeństwa, a prowadzone przez nie projekty mają szansę na wdrożenie w banku.

– Zdecydowaliśmy się na współpracę ze start-upami z kilku powodów. Widzimy, że to stwarza możliwość przyspieszenia czasu wdrażania rozwiązania, obniżenia jego kosztów i ryzyka, gdyby okazało się, że nowy produkt czy usługa byłyby nie do końca akceptowalne przez naszych klientów. Mamy też duże zapotrzebowanie ze strony biznesu, który czuje głód rozwiązań technologicznych, i my chcemy ten głód zaspokoić. W Polsce pod tym względem mamy czym się pochwalić – mówi Dariusz Paczewski.

W trakcie Innovation Day technologie oferowane przez start-upy były oceniane m.in. pod kątem innowacyjności, dojrzałości i kompatybilności modelu biznesowego. Swoje rozwiązania zaprezentowali m.in. Isee you i Techmo voice technologies pracujące nad podnoszeniem standardów bezpieczeństwa, twórcy takich aplikacji, jak Autenti czy Identt, firmy Finger prints (rozwiązania z zakresu biometrii behawioralnej i uwierzytelniania w trybie ciągłym), Ic solutions (rozwiązanie do digitalizacji danych, poprawy bezpieczeństwa i eliminacji dokumentów papierowych), a także ProtectAuth – firma dostarczająca rozwiązania z zakresu zwiększania bezpieczeństwa aplikacji mobilnych i internetowych.

– Innovation Day daje start-upom możliwość zaprezentowania się szerszemu gronu odbiorców biznesowych, jednocześnie zmniejszamy barierę ich wejścia w organizację. Później działamy na rzecz minimalizowania szoku wynikającego ze współpracy start-upu, czyli młodej organizacji bez skomplikowanych struktur i procedur, z taką organizacją, jaką jest bank. W przypadku pozytywnej weryfikacji jako Grupa Santander dysponujemy naszym funduszem inwestycyjnym Santander InnoVentures. Najbardziej perspektywiczne start-upy dostaną szansę wdrożenia, zostaną też przedstawione temu funduszowi –mówi Dariusz Paczewski.

Innovation Officer w Santander Bank Polska podkreśla, że bank poszukuje młodych spółek, które kreują innowacje m.in. w obszarze sztucznej inteligencji, machine learning, Open API czy cyberbezpieczeństwa.

– Wszystko to jest oceniane z perspektywy wartości dla klienta. Technologia jest tutaj tylko narzędziem, a nie celem samym w sobie – podkreśla Dariusz Paczewski. – Kluczowym obszarem współpracy są klienci wewnętrzni i zewnętrzni. W tym drugim przypadku miarą naszej skuteczności jest NPS, czyli współczynnik, który pokazuje, jak bardzo klienci są skłonni polecić naszą organizację. Im większy jest wpływ danego rozwiązania na NPS, tym bardziej jesteśmy nim zainteresowani.

Podczas tegorocznej, IV edycji Innovation Day zainaugurowano również premierową rundę programu akceleracyjny AccelUp, którego partnerem jest Santander Bank Polska. Ten jest przeznaczony dla dojrzałych start-upów z sektora fintech, oferujących rozwiązania gotowe do wdrożenia. Firmy zakwalifikowane do AccelUp mają szansę dofinansowanie w wysokości do 200 tys. zł oraz mentoring biznesowy w postaci 100 godzin konsultacji z ekspertami. Start-upy będą miały również możliwość ubiegania się o wsparcie międzynarodowych inwestorów, w tym funduszu Santander InnoVentures.

– W tym momencie jesteśmy po pierwszej rundzie, finalizujemy zapisy ze start-upami. Jestem bardzo zadowolony, głównie z tego, że dla każdego ze start-upów mamy już w banku odbiorcę biznesowego – mówi Innovation Officer w Santander Bank Polska.

Marek Kamiński wyruszy w podróż dookoła świata z humanoidalnym robotem. Ma mu pomóc w walce ze zmianami klimatycznymi

Marek Kamiński wyruszy w podróż dookoła świata z humanoidalnym robotem. Ma mu pomóc w walce ze zmianami klimatycznymi 4

W Dubaju czy Cleveland roboty służą w policji, a w koreańskim więzieniu Robo-Guard pilnuje więźniów. Humanoidalna Sofia otrzymała saudyjskie obywatelstwo i uczestniczyła w programie Jimmy’ego Fallona. Roboty coraz lepiej odczytują ludzką mowę, mogą być towarzyszem życia czy podróży. Marek Kamiński planuje w 2020 roku ruszyć w wyprawę dookoła świata. Jego partnerem będzie humonaidalny robot NOA. Samą podróż odbędą zaś elektrycznym samochodem wyposażonym w różne czujniki, m.in. do mierzenia poziomu zanieczyszczenia powietrza. Z jednej strony chcę zbadać relacje człowiek–maszyna. Z drugiej sztuczna inteligencja może nam pomóc walczyć ze zmianami klimatycznymi – tłumaczy podróżnik.

– Planuję wyprawę samochodem elektrycznym z robotem humanoidalnym NOA z Londynu przez Europę, Turcję, Iran, Indie, Chiny, Koreę Południową, Japonię, Stany Zjednoczone, Kanadę i z powrotem do Londynu. Na 5-miesięczną wyprawę dookoła świata ruszamy w lutym 2020 roku. Celem jest pokazanie, jak będzie wyglądała przyszłość człowieka, bo to będzie właśnie sam na sam ze sztuczną inteligencją – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje podróżnik Marek Kamiński.

W Belgii roboty witają już gości na kampusie jednej z uczelni. W Japonii sprzątają biura i domy, pomagają w opiece nad osobami starszymi, a nawet robią sushi. We Francji humanoidalne roboty stały się niemal codziennością w domach opieki, gdzie towarzyszą pensjonariuszom. Ale sztuczna inteligencja sprawdza się nie tylko przy powtarzalnych czynnościach.

Humonaidalne roboty coraz lepiej radzą sobie z rozpoznawaniem mowy i czytaniem z ruchu warg, potrafią rozpoznać zapach czy smak. Pewien Chińczyk postanowił zaś wziąć ślub z robotem, którego sam zbudował. Roboty coraz częściej będą towarzyszyć ludziom. Już w 2020 roku robot będzie towarzyszem wyprawy AINTE 2019. Marek Kamiński zapowiedział, że w podróży dookoła świata będzie mu towarzyszył robot NOA.

– Misją wyprawy jest pokazanie, że sztuczna inteligencja pomoże nam w przezwyciężeniu zmian klimatycznych. Ten robot będzie zbierał wiele danych odnośnie do zmian klimatycznych i te dane potem w postaci technologii blockchain będą opublikowane w formie raportu – zapowiada podróżnik.

Urządzenie ma przypominać człowieka nie tylko wyglądem. Będzie z nim można także porozmawiać, a całą wyprawę śledzić jego oczami (NOA ma mieć zamontowaną kamerę).

– Na pewno jest to duże wyzwanie, żeby ten robot był przyjacielem człowieka, żeby mógł swobodnie rozmawiać. Udaje nam się stworzyć pewne rozwiązania związane z metadanymi, które będą powodowały, że ten robot będzie się w stanie zachować w miarę naturalnie, ale jest to duże wyzwanie – ocenia Kamiński.

Jak podkreśla podróżnik, choć sam robot został wyprodukowany w Chinach, to to co najważniejsze jest polskiej produkcji.

– To robot firmy Sunbot, natomiast to, co jest najważniejsze w robocie, czyli oprogramowanie, jest tworzone w Polsce. I wiele komponentów jest polskich, takie jak czujnik Airly, detektory, modem Xoxo, dzięki któremu będziemy mieli cały czas Wi-Fi czy dostęp do chmury. Jest to też w dużej mierze wyprawa oparta o polską technologię, o technologię 4.0 – zaznacza Marek Kamiński.

W podróż Kamiński wybierze się samochodem elektrycznym i w ten sposób powtórzy ubiegłoroczną wyprawę do Japonii „No Trace Expedition” – bez zostawiania śladów. Pokonał wówczas 30 tys. km samochodem elektrycznym, tym samym pokazał, że nawet taka wyprawa może nie niszczyć środowiska. W wyprawie dookoła świata nie tylko będzie poruszać się bezemisyjnym samochodem, lecz także sam robot ma mierzyć zanieczyszczenie powietrza.

W przyszłości to właśnie sztuczna inteligencja może skutecznie pomóc walczyć ze zmianami klimatu. Marek Kamiński podkreśla, że to, jak będzie wyglądała nasza planeta, zależy m.in. od rozwoju nowoczesnych technologii i ich zastosowania w przeciwdziałaniu zmianom klimatycznym. To właśnie wskazanie zalet technologii ma być istotą tej wyprawy. Z kolei interakcja między podróżnikiem a robotem ma wskazać na potrzebę zaufania, które jest podstawą dla każdej innowacji.

– Nie jestem fanem technologii samej w sobie, jestem fanem technologii, która mi pomaga żyć. Natomiast oczekiwałbym tego, żeby technologie uczyniły ludzi szczęśliwszymi. Sami pracujemy teraz jako fundacja nad aplikacją „WALK4LIFE”, to jest próba tego, żeby właśnie technologia pozwalała przezwyciężać choroby cywilizacyjne takie jak depresja, wypalenie zawodowe, otyłość – tłumaczy Marek Kamiński.

Nowe technologie z coraz większym wpływem na rynek pracy. Doprowadzą do zaniku i powstania wielu zawodów

Nowe technologie z coraz większym wpływem na rynek pracy. Doprowadzą do zaniku i powstania wielu zawodów 5

Nawet 65 proc. dzieci urodzonych po 2007 roku będzie pracować w zawodach, które jeszcze nie istnieją. Eksperci zauważają, że nowe technologie, nawet jeśli nie zastąpią człowieka, to całkowicie zmienią rynek pracy. Już teraz ocenia się, że co trzecie miejsce pracy utworzone w USA w ciągu ostatnich 25 lat wcześniej nie istniało. Zawody przyszłości są związane z branżą IT, technologiami kosmicznymi czy robotyką, ale przyszłościowymi kierunkami są też te skoncentrowane na pomocy drugiemu człowiekowi, jak medycyna czy psychologia – wymienia doradczyni zawodowa, ekspertka firmy Librus, Marzena Jasińska.

– Maturzyści często pytają mnie, jaki zawód wybrać, w jakiej profesji będą dobrze zarabiać. Finanse oczywiście są istotne, ale zawsze staram się tłumaczyć, by przy wyborze studiów kierowali się nie tylko rynkowym zapotrzebowaniem na dany zawód, lecz także ich zainteresowaniami i pasjami. Tak podjęta decyzja to duża szansa na zawodowy sukces i życiową satysfakcję – tłumaczy Jasińska.

Ze statystyk wynika, że w roku akademickim 2018/2019 najczęściej wybieranym kierunkiem była informatyka, którą studiować chciało ponad 42 tys. osób. Na zarządzanie aplikowało 27 tys. osób, psychologię – 22 tys. osób, a na ekonomię i prawo odpowiednio 18 tys. i 17 tys. osób. Niewiele mniej wybrało finanse i rachunkowość – 16 tys. osób, automatykę i robotykę – ponad 15 tys. osób, budownictwo i pedagogikę – po 12 tys. osób. Z kolei najbardziej obleganymi kierunkami były inżynieria farmaceutyczna (18 kandydatów na jedno miejsce) czy inżynieria i analiza danych (blisko 18 osób).

– Kierunki związane z branżą IT zawsze będą przyszłościowe, podobnie jak te, które będą łączyły wiele dziedzin, jak na przykład automatyka, robotyka czy odnawialne źródła energii. Można się także spodziewać dużego zapotrzebowania na zawody związane z pomaganiem drugiemu człowiekowi, jak psycholog, psychoanalityk, lekarz psychiatra. Oczywiście rozwijać się będą także kierunki związane z lotnictwem, kosmonautyką, kierunki inżynieryjne i medyczne –wymienia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marzena Jasińska, trenerka i doradczyni zawodowa z firmy Librus.

Eksperci nie mają wątpliwości – nowe technologie już zmieniają rynek pracy. Według firmy McKinsey w ok. 60 proc. wszystkich zawodów co najmniej 30 proc. czynności jest zautomatyzowanych. W przyszłości większość zawodów ulegnie zmianie, a więcej osób będzie musiało współpracować z technologią. Korzyści odniosą wysoko wykwalifikowani pracownicy. Nawet jeśli roboty nie zastąpią człowieka na większości stanowisk, to część zawodów po prostu przestanie mieć rację bytu. Na ich miejsce pojawią się nowe. World Economic Forum wskazuje, że 65 proc. dzieci urodzonych po 2007 roku będzie pracować w zawodzie, który obecnie jeszcze nie istnieje.

– Interesującym i coraz bardziej popularnym zawodem jest UX Designer, który zajmuje się projektowaniem nowych produktów cyfrowych, jak aplikacje czy gry internetowe. Taka osoba musi mieć wiedzę stricte z programowania, ale i podstaw grafiki komputerowej. Niezbędne jest logiczne myślenie i wiedza dotycząca psychologii poznawczej czy kognitywistyki. Jak widać, to kierunek dla osób wszechstronnych i potrafiących łączyć różne obszary wiedzy –podkreśla Marzena Jasińska.

Przyszłością są też zawody związane z kosmonautyką. W ciągu najbliższych kilkunastu lat prawdopodobnie będzie się można wybrać na wycieczkę na orbitę okołoziemską, po której oprowadzą nas przewodnicy, a cała podróż zostanie dopasowana do indywidualnych potrzeb.

– Nowe zawody dotyczą też kreowania nowego wizerunku w sieci. I taki kreator nowego wizerunku, który pomoże nam opracować, a może nawet i wyczyścić nasze CV tak, żeby ono było atrakcyjne dla naszego pracodawcy, może się okazać niezwykle pożądany na rynku pracy – wskazuje doradczyni zawodowa.

Jak przekonuje ekspertka, nie jest łatwo przewidzieć, które zawody na pewno znikną. W niedalekiej przyszłości mogą nie być potrzebni kasjerzy i sprzedawcy. Już teraz pojawiają się sklepy, gdzie na podstawie zapisu kamery pieniądze są automatycznie ściągane z karty klienta bez udziału sprzedawcy. Takie przewidywania nie powinny jednak decydować o wyborze kierunków studiów przez maturzystów.

Pozytywna obecność w mediach przekłada się na reputację marki. Dotyczy to nie tylko firm, lecz także miast

Pozytywna obecność w mediach przekłada się na reputację marki. Dotyczy to nie tylko firm, lecz także miast 6

Pozytywna obecność marki w mediach, na którą składa się wyrazisty, wiarygodny przekaz i współpraca z blogerami czy influencerami, to dziś jeden z podstawowych elementów budowania jej reputacji. Ta przekłada się na konkretne korzyści finansowe i sprzedażowe, dlatego coraz więcej firm przykłada wagę do tego obszaru. Marki i przedsiębiorstwa cieszące się najlepszą reputacją w oczach polskich konsumentów wyłania ogólnopolskie cykliczne badanie Premium Brand. W tegorocznej edycji została wyłoniona najlepsza czternastka.

– Reputacja ma wyjątkowo duże znaczenie dla budowania i funkcjonowania marki na rynku, gdyż buduje zaufanie i wiarygodność wśród konsumentów. Powoduje, że klienci mogą z pełnym poczuciem odpowiedzialności i wiarygodności sięgać po produkty danej marki – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Agata Jasińska, marketing manager marki Goplana.

Dobra reputacja marki w oczach konsumentów i zewnętrznych interesariuszy to wymierny kapitał. Pozwala jej wyróżnić się na rynku, zbudować grono lojalnych klientów i zaufanie inwestorów, zwiększyć sprzedaż i poprawić wyniki finansowe. Stąd coraz więcej firm przykłada wagę do tego obszaru. Budowanie dobrej reputacji to jednak ciągły proces, który wymaga zaangażowania w wielu obszarach: od jakości samego produktu czy usługi po relacje z pracownikami i dbałość o pozytywną obecność marki w mediach.

– Obecność marki w mediach bardzo silnie przekłada się na jej reputację. Z naszych badań wynika, że istnieje ścisła korelacja pomiędzy pozytywnym wizerunkiem marki w prasie, radiu, telewizji czy w dyskusjach w mediach społecznościowych a tym, jak postrzegają ją konsumenci czy odbiorcy, do których ona kieruje swój przekaz – mówi Sebastian Bykowski, dyrektor generalny PRESS-SERVICE Monitoring Mediów. – Marki, które mają silny, wyrazisty przekaz, cechuje to, że dociera on szerzej, ma więcej odbiorców. Marki, które takiej renomy nie mają, zazwyczaj giną gdzieś w szumie medialnym.

Jak podkreśla, marka może zadbać o swój pozytywny wizerunek w mediach przede wszystkim poprzez odpowiednią współpracę z otoczeniem medialnym. Jednak obecnie to nie tylko dziennikarze i media tradycyjne, lecz także media cyfrowe, influencerzy, blogerzy, z którymi marka może nawiązywać współpracę, a przez to prezentować się w bardziej atrakcyjny, realistyczny i budzący zaufanie przekaz.

Reputację działających na polskim rynku firm i marek od 2006 roku sprawdza ogólnopolskie, cykliczne badanie Premium Brand. W tym roku objęło zasięgiem niemal 300 takich podmiotów w różnych kategoriach, przypisanych konkretnym produktom i usługom. Badanie sprawdza pięć wskaźników: zaufanie, jakim cieszy się firma, atmosferę medialną, jaka ją otacza, referencyjność (lojalność klientów), CSR, czyli zaangażowanie społeczne, oraz employer branding, czyli wizerunek firmy jako pracodawcy. Na tej podstawie wyliczany jest wskaźnik reputacji, który mieści się w skali od 1 do 100. Podmioty, które uzyskają najlepsze wyniki, mogą się pochwalić tytułem Marki/Firmy Wysokiej Reputacji Premium Brand.

W tegorocznej, 14. edycji badania wyróżniono łącznie 14 marek i firm, które według Polaków cieszą się najlepszą reputacją. Uhonorowano marki Lotto, Drutex, RTV EURO AGD, Apap, Inpost, Ibuprom, Polpharma, naturalna woda mineralna Cisowianka, Goplana, Śliwka Nałęczowska, Nestlé Pure Life, Oponeo, Oranżada Hellena oraz Europejski Fundusz Leasingowy. Statuetkę w kategorii Osoba Wysokiej Reputacji Premium Brand 2019 odebrała dziennikarka i podróżniczka Martyna Wojciechowska, z kolei tytuł Miasta Wysokiej Reputacji trafił do Wrocławia.

Jak podkreśla zastępca dyrektora Biura Promocji Miasta i Turystyki UM Wrocławia Alfred Wagner, dbałość o dobrą markę miasta wymiernie przekłada się na liczbę turystów, którzy je odwiedzają.

 W ciągu ostatnich kilku lat ta liczba się podwoiła. Dziś mówimy o około 5,5 mln turystów i odwiedzających miasto w ciągu roku. Zakładamy, że ten trend będzie rósł. Z drugiej strony nie zależy nam na tym, aby ten przyrost dokonywał się zbyt szybko i intensywnie. Zarówno miasto, jak i mieszkańcy są przygotowani na stopniowo zwiększającą się grupę turystów i odwiedzających. Jest to konkretny czynnik, który wskazuje na wysoką reputację Wrocławia – mówi Alfred Wagner.

Polacy nie mają czasu przygotowywać posiłków do pracy. Prawie 40 proc. przynajmniej raz w tygodniu je dania gotowe

Polacy nie mają czasu przygotowywać posiłków do pracy. Prawie 40 proc. przynajmniej raz w tygodniu je dania gotowe 7

Brak czasu i konieczność wcześniejszego kupienia składników – to największe trudności w przygotowywaniu wartościowego posiłku do pracy. Dlatego Polacy lubią dania gotowe, w których najbardziej doceniają łatwość i szybkość przygotowania. Wskazuje na to 80 proc. badanych w panelu Ariadna. Producenci reagują na aktualne trendy żywieniowe, dlatego na sklepowych półkach przybywa dań gotowych do spożycia, ale jednocześnie bogatych w wartościowe składniki.

– Główną trudnością w przygotowywaniu posiłków do pracy jest czas. Prawie połowa badanych wskazuje go bezpośrednio, a pozostali twierdzą, że równie uciążliwe są czynności związane z wcześniejszym zakupem produktów. To oznacza, że w 90 proc. przypadków winny jest brak czasu. W tym kontekście nie dziwi, że prawie 40 proc. osób pracujących deklaruje, że minimum raz w tygodniu spożywa w pracy dania gotowe. Aż 70 proc. twierdzi, że kupione dania, gotowe do podgrzania, spożywa minimum raz w miesiącu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Tomasz Baran z Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego.

Dr Tomasz Baran wraz z zespołem przeprowadził w kwietniu badanie „Posiłki Polaków w pracy”. Wyniki ogólnopolskiego sondażu przeprowadzonego na panelu Ariadna wskazują, że ponad 70 proc. przynajmniej raz w tygodniu zabiera do pracy posiłek wcześniej przygotowany w domu. Główną trudnością w samodzielnym przyrządzeniu posiłku jest brak czasu (47 proc.) i konieczność wcześniejszego kupienia wszystkich składników (25 proc.). Stąd rosnąca popularność kupowanych w sklepie dań gotowych do podgrzania.

Według 50 proc. ankietowanych przez Ogólnopolski Panel Badawczy Ariadna wartościowe i pożywne danie obiadowe to takie, które jest cennym źródłem witamin i minerałów. 24 proc. badanych wskazuje też, że powinien on być bogaty w warzywa oraz nie zawierać konserwantów i wzmacniaczy smaku. O tym, jak duży wpływ na wyniki w pracy ma odpowiednia dieta, przekonują eksperci z branży HR.

– Spożywanie posiłków w pracy jest bardzo ważne, ponieważ pozwala nam utrzymać energię i poziom koncentracji przez 8–9 godzin, które zwykle w pracy spędzamy. Polacy regularnie jedzą posiłki w czasie pracy, najczęściej w porze lunchu czy obiadu między 12.00 a 13.00. Niektórzy pracownicy wychodzą z pracy na czas posiłku, ale zdecydowana większość je w pracy przy biurku bądź w miejscu do tego przeznaczonym jak stołówka czy kantyna zapewniona przez pracodawcę. Stąd rosnąca popularność dań gotowych bądź posiłków przygotowywanych w domu. Z tymi drugimi jest jednak taki problem, że ich przygotowanie wymaga czasu i oddzielnych zakupów w tym celu – mówi Rafał Jędrzejewski, ekspert ds. HR w Executive & Friends.

– Skoro największym problemem w przyrządzeniu posiłków do pracy jest czas, to największą zaletą dań gotowych okazuje się szybkość i łatwość ich przygotowania. Natomiast kolejną zaletą jest poręczne opakowanie, z którego można zjeść posiłek bezpośrednio po podgrzaniu – dodaje dr Tomasz Baran.

Jak wynika z badania przeprowadzonego na pracujących Polakach, za bardzo atrakcyjne ankietowani uważają także poręczne opakowanie (34 proc.), cenę (33 proc.) i smak (21 proc.).

– Dania gotowe wydają się być najprostszym rozwiązaniem dla pracownika i dlatego cieszy, że oferta systematycznie rośnie. Co więcej, producenci wprowadzają dania coraz to bardziej bogate w składniki i coraz to bardziej spełniające normy wymagających klientów. Dobrym przykładem jest marka Łowicz, która wprowadziła ostatnio linię Kaszotto i Risotto – pełnowartościowych posiłków, które można przygotować w zaledwie 2 minuty – mówi Rafał Jędrzejewski.

Technologia 5G zrewolucjonizuje rynek telewizji. Przyszłością będzie hybrydowy przekaz treści

Technologia 5G zrewolucjonizuje rynek telewizji. Przyszłością będzie hybrydowy przekaz treści 8

Wraz z upowszechnieniem się serwisów streamingowych zmienił się sposób, w jaki widzowie konsumują treści. Z każdym kolejnym rokiem wzrasta zainteresowanie ofertą subskrypcyjnych platform VoD. Liczba subskrybentów tych serwisów przekroczyła liczbę abonamentów telewizji kablowej, a zmiany, jakie czekają rynek po wdrożeniu technologii 5G, mogą zmienić zasady funkcjonowania całej branży i wymusić wdrożenie hybrydowego modelu dostarczania treści.

– Przez ostatnie 30 lat telewizja satelitarna była w technologiach pierwsza. I na tę chwilę największa liczba programów telewizyjnych HD, 4K lub w jeszcze wyższych technologiach jest właśnie obecna w przekazie satelitarnym, ponieważ tam w zasadzie nie ma ograniczeń. Oczywiście w perspektywie 2020-2030 roku spodziewamy się, że liczba programów może spadać, szczególnie po masowym wprowadzeniu piątej generacji internetu, tzw. 5G – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jacek Silski, prezes zarządu  Polskiej Izby Radiodyfuzji Cyfrowej.

Z najnowszego raportu Motion Picture Association of America dotyczącego kondycji branży telewizyjnej wynika, że telewizja kablowa przegrywa z dostawcami subskrybowanych treści VoD. W 2018 roku liczba subskrybentów internetowych serwisów filmowych osiągnęła 613,3 mln, a w tym samym czasie z oferty usługodawców kablowych korzystało 556 mln użytkowników. Co więcej, na przestrzeni roku liczba subskrybentów platform SVoD wzrosła aż o 27 proc., a w tym samym okresie liczba abonentów telewizji kablowej spadła o 2 proc.

Powyższe dane obrazują, jak pod wpływem internetu zmienia się rynek telewizyjny oraz przyzwyczajenia samych klientów. Treści emitowane linearnie zaczynają być wypierane przez filmy, programy i seriale dostępne na żądanie. A to dopiero początek. Firmy technologiczne powoli przymierzają się do odejścia od tradycyjnego modelu dystrybucji treści wideo na rzecz nowych, przyszłościowych rozwiązań, w tym m.in. przesyłania danych za pośrednictwem sieci 5G.

Firma AT&T, będąca w posiadaniu DirecTV, największego amerykańskiego dostawcy telewizji satelitarnej, zapowiedziała, że nie zamierza dłużej inwestować w tę technologię. Korporacja wysłała co prawda w czerwcu tego roku nowego satelitę telewizyjnego, ale zapowiedziała, że była to ostatnia misja tego typu. AT&T nie zamierza inwestować w kolejne satelity.

– 5G w przyszłości będzie zabójcą nie tylko telewizji satelitarnej, lecz także w ogóle przekazów radiodyfuzyjnych. Przekaz radiodyfuzyjny z punktu widzenia odbiorcy nie jest niczym ograniczony. Można z jednego nadajnika nadawać sygnał, który może obejrzeć miliard ludzi. Przekaz internetowy zawsze jest indywidualny, czyli nadajemy, a po drugiej stronie jest ograniczona liczba odbiorców. Przełom będzie dotyczył zarówno telewizji satelitarnej, jak i naziemnej i kablowej – mówi ekspert.

Powodem, dla którego tradycyjna telewizja utrzyma się na rynku, są przychody. Telewizja linearna wciąż wykazuje znacząco wyższe przychody niż w przypadku serwisów VoD. Według danych MPAA liderem w tym zestawieniu jest telewizja kablowa, której przychody w 2018 roku wyniosły 118 mld dol., a operatorzy telewizji satelitarnej osiągnęli wynik niespełna 100 mld dol. Na tle tych mediów serwisy VoD nadal pozostają w tyle, generując niecałe 40 mld dol. przychodów w skali roku. Ale reklamodawcy prędzej czy później zmienią swoje podejście do nowego medium i zaczną łożyć większe pieniądze na rzecz platform streamingowych.

Upowszechnienie się technologii 5G może doprowadzić do wyłonienia się usług hybrydowych świadczonych zarówno przez operatorów kablówki, jak i platform satelitarnych.

Na tę rewolucję szykują się m.in. przedstawiciele SAT>IP Alliance. Stowarzyszenie powołano w celu wypromowania nowego modelu dystrybucji treści, który łączyłby przekaz satelitarny z treściami udostępnianymi w modelu OTT. Taki model funkcjonowania telewizji pozwoliłby za pośrednictwem jednego dostawcy dostarczać filmy dystrybuowane linearnie oraz materiały dostępne na życzenie. SAT>IP Alliance postuluje także wdrożenie nowego protokołu łączności, który umożliwiałby konwertowanie sygnału telewizji satelitarnej na strumień IP. Dzięki temu wyeliminowano by konieczność korzystania z talerzy satelitarnych. Wszystkie treści, zarówno linearne, jak i na żądanie, byłyby przesyłane za pośrednictwem łącza internetowego.

Próby połączenia nowych i starych mediów widać także na przykładzie działań podejmowanych przez telewizje kablowe. Amerykański koncern Comcast planuje wdrożyć mechanizm dobierania profilowanych treści reklamowych do transmisji linearnych, aby na dłużej przyciągnąć swoich widzów do odbiorników.

Na wyzwania stojące przed operatorami usług telewizyjnych będzie musiała odpowiedzieć także Polska Izba Radiodyfuzji Cyfrowej powołana w celu monitorowaniu cyfryzacji radia i telewizji. To na jej barkach spocznie wypracowanie rozwiązań prawnych, które pozwolą harmonijnie wprowadzić nowe regulacje dotyczące m.in. rozwiązań technicznych czy infrastruktury telekomunikacyjnej pozwalającej wdrożyć w Polsce model telewizji hybrydowej.

– Przekaz satelitarny nie zaniknie, ponieważ on jest bardzo uniwersalny, poza tym dojdą do niego jeszcze inne usługi. W najbliższych 10–15 lat wszystko jest po stronie przekazów internetowych, niemniej zawsze istnieje to ograniczenie przepływności, które sieć 5G może zlikwidować. Natomiast przekazy satelitarne także nie stoją w miejscu – twierdzi Jacek Silski.

Według analityków z firmy Transparency Market Research wartość globalnego rynku telewizyjnego do 2026 roku wzrośnie do blisko 756 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie niemal 7 proc.

FPP i CALPE: Polska może stracić nawet 4,2 mld zł środków z UE

Dynamiczny wzrost kosztów realizacji projektów infrastrukturalnych w połączeniu z brakiem adekwatnej waloryzacji, która dostosowałaby ich wartość do gwałtownie zmieniających się warunków rynkowych, rodzi poważne ryzyko rozwiązania wielu umów na realizację inwestycji drogowych i kolejowych. FPP i CALPE przedstawiły analizę skutków waloryzacji kontraktów na prace budowlane. Brak waloryzacji oznacza, że zamawiający musi dokonać inwentaryzacji dotychczas wykonanych prac oraz ogłosić nowe postępowanie w celu wyłonienia wykonawcy zastępczego. Powoduje to istotne opóźnienia prac oraz wzrost całościowego kosztu realizacji takiej inwestycji.

FPP i CALPE szacują, że koszt zerwania kontraktów przez GDDKiA kształtowałby się na poziomie 4,7 mld zł – uwzględniając dotychczasowy średni wzrost kosztów realizacji inwestycji po rozwiązaniu umowy. Nie można jednak wykluczyć negatywnego scenariusza, w którym rzeczywisty wzrost kosztów dokończenia inwestycji byłby bliższy górnej granicy wahań tego wskaźnika. Wówczas koszt realizacji projektów mógłby przekroczyć 10 mld zł.

Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich
Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich

„Biorąc pod uwagę ponad 2-letni przeciętny czas opóźnienia inwestycji, w przypadku których doszło do zerwania kontraktu, a także całościową strukturę aktualnych kontraktów w podziale na zakładany czas zakończenia realizacji – wartość umów zagrożonych ich niewykonaniem do końca 2023 r. wynosi ok. 5 mld zł. Oznaczałoby to narażenie na utratę środków z Funduszu Spójności o wartości ponad 4,2 mld zł” – wskazuje Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich, ekspert Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP)
Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP)

„W przypadku ogółu projektów realizowanych w bieżącej perspektywie finansowej, gdzie rozwiązano umowę z pierwotnym wykonawcą oraz wyłoniono do tej pory wykonawcę zastępczego, średni ważony wzrost kosztów realizacji inwestycji wyniósł aż 89%, a przeciętne opóźnienie – 20 miesięcy. Znane są również doświadczenia z kończenia zagrożonych projektów drogowych w ramach poprzedniej perspektywy finansowej. W ich przypadku średni ważony wzrost kosztu realizacji inwestycji ukształtował się na poziomie 22,8%, zaś okres opóźnienia wyniósł 26 miesięcy” – dodaje Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich, prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

W przypadku obwodnicy Dąbrowy Tarnowskiej w ciągu drogi krajowej nr 73 odstąpienie od umowy z pierwotnym wykonawcą nastąpiło w październiku 2017 r., przetarg na kontynuację robót ogłoszono w marcu 2018 r., umowę z nowym wykonawcą podpisano w lipcu, zaś ponowne prace rozpoczęły się w sierpniu 2018 r.1 Realizacja inwestycji okazała się o 44% droższa niż wynikało z pierwotnego kontraktu, a termin jej ukończenia został przesunięty o 15 miesięcy.

W ramach obecnych planów inwestycyjnych GDDKiA można zidentyfikować 12 poważnie zagrożonych projektów. Pierwsze z nich zostały już rozwiązane, np. zerwano umowy na budowę odcinków autostrady A1 (Rząsawa – Blachownia) oraz trasy S3 (Kaźmierzów – Lubin Północ) prowadzoną przez firmę Salini /w dniu 29 kwietnia 2019 r./ oraz kontrakty z Rubau Polska na budowę odcinków tras S7 (Warszawa Lotnisko – Lesznowola) i S61 (Podborze – Śniadowo) /w dniu 16 maja 2019 r/.

W warunkach braku waloryzacji wartości kontraktów – w związku z rosnącymi kosztami ich realizacji – można oczekiwać występowania zagrożeń w kolejnych projektach. Na potrzeby analizy FPP i CALPE przyjęły założenie, że takie zagrożenie zaistniałoby dodatkowo w odniesieniu do 10% pozostałych projektów w ujęciu wartościowym.

KUKE: W maju 2019 upadłość ogłosiły 44 firmy – spadek r/r o 4,5 proc.

W maju 2019 roku upadłość ogłosiły 44 firmy – choć jest to wartość wyższa o 16,7 proc. w porównaniu z kwietniem, to jednocześnie jest to drugi najlepszy wynik od września 2018 roku, gdy upadły 33 przedsiębiorstwa – wynika z danych pochodzących z Monitora Sądowego i Gospodarczego zebranych przez KUKE. W porównaniu z majem 2018 roku liczba upadłości zmniejszyła się o 4,5 proc. Liczba ogłoszonych restrukturyzacji wyniosła 34, a więc o 3 więcej niż miesiąc wcześniej, lecz o 11 mniej niż w marcu 2019 roku. W porównaniu z majem 2018 roku liczba restrukturyzacji zmalała o 10,5 proc.

Wszczęcie postepowań upadłościowych i restrukturyzacyjnych nastąpiło łącznie wobec 76 podmiotów. Na tle ostatnich dwunastu miesięcy – kiedy to średnio w tym okresie odnotowywano ok. 87 zdarzeń o charakterze niewypłacalności – ostatni miesiąc był dla przedsiębiorców łaskawy.

Tomasz Ślagórski, wiceprezes Korporacji Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych
Tomasz Ślagórski, wiceprezes Korporacji Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych

Szczególnie wyraźnie spadła liczba ogłaszanych upadłości w przemyśle, która ukształtowała się na najniższym poziomie od lutego 2018 roku. Natomiast wyraźny jest trend wzrostowy w upadłościach przedsiębiorstw budowlanych. Zjawisko to związane jest z silną konkurencją pomiędzy podmiotami, których liczba jest relatywnie wysoka. Wszystko to następuje w warunkach dynamicznego wzrostu wynagrodzeń oraz ograniczonej podaży fachowej siły roboczej. Jednocześnie rentowną realizację podpisanych kontraktów utrudniają trwające wzrosty cen materiałów budowlanych” – powiedział Tomasz Ślagórski, wiceprezes KUKE.

Suma niewypłacalności z ostatnich 12 miesięcy obniżyła się w maju do 1046 – najniższego poziomu od września 2018 roku. Aktualnemu ograniczeniu ryzyka działalności gospodarczej w Polsce sprzyja silny popyt konsumpcyjny oraz zwiększająca się dynamika inwestycji przedsiębiorstw. Wymienione czynniki pobudzają koniunkturę w kraju, co powoduje, że jest ona zdecydowanie korzystniejsza, niż można było się spodziewać na początku roku. Jednak wciąż dla wielu przedsiębiorców problemem jest silna presja na wzrost wynagrodzeń przy jednoczesnej niskiej dostępności pracowników. Od kilku miesięcy zwracamy również uwagę, by nie zapominać o niepewności i ryzyku związanym z rozwojem sytuacji w globalnej gospodarce i u najważniejszych partnerów handlowych, jak: Wielka Brytania, Niemcy, Włochy i Francja.

Upadłości w branżach

Utrzymuje się pozytywna sytuacja w sektorze wydobywczym. Od ośmiu miesięcy nie ogłoszono upadłości ani jednej spółki prowadzącej działalność w tym sektorze. W efekcie indeks natężenia upadłości obniżył się do 0,36 proc. w maju wobec 1,74 notowanego rok wcześniej.

Mimo tego, że w branży meblarskiej upadłości oraz restrukturyzacje przestały dynamicznie rosnąć, należy wciąż pamiętać o możliwości występowania kłopotów z płynnością. Związane jest to z dużą konkurencją w warunkach zwiększających się płac i braku wykwalifikowanych pracowników. Do tego dochodzą ewentualne problemy na  rynkach eksportowych, które są głównym źródłem popytu dla tej branży. Co prawda wzrost wydatków konsumpcyjnych w Polsce w połączeniu z bumem budowlanym przeciwdziałają temu zjawisku, lecz może to być za mało, by wszystkie firmy z tego sektora mogły być spokojne o swój rynkowy byt.

W maju upadło sześć przedsiębiorstw budowlanych, czyli tyle samo co miesiąc wcześniej. Częstotliwość upadłości w budownictwie utrzymuje się na podwyższonym poziomie. Na tle branży budowlanej bardzo dobrze prezentuje się kondycja producentów materiałów budowlanych. Indeks natężenia upadłości w tej branży spadł do zaledwie 0,3 proc., czyli najniższego poziomu od co najmniej 10 lat. To skutek dobrej koniunktury w budownictwie połączonej ze wzrostem cen materiałów budowlanych.

Elemental Holding planuje emisję obligacji o wartości 64 mln zł

Elemental Holding planuje program emisji obligacji do wartości 64 mln zł. Pozyskane środki zostaną przeznaczone na bieżącą działalność oraz refinansowanie zadłużenia – w tym z tytułu obligacji serii E i F. Rada nadzorcza spółki wyraziła zgodę na realizację programu emisji obligacji.

Paweł Jarski, prezes zarządu Elemental Holding
Paweł Jarski, prezes zarządu Elemental Holding

„Środki na bieżącą działalność i spłatę zadłużenia pozwolą na zabezpieczenie spółki na wypadek spadku cen złomu na światowych rynkach oraz malejącą sprzedaż wyrobów stalowych. Dzięki programowi zrealizujemy także spłatę obligacji, których termin zapadalności przypada w kolejnych miesiącach. Odczuwamy ograniczenie produkcji stali w Polsce – dlatego coraz mocniej musimy skupiać się na nowych segmentach. Konkurencja w naszej branży jest wymagająca – to oznacza, że spółka musi mieć zabezpieczone odpowiednie środki finansowe. Jestem przekonany, że nasze dotychczasowe inwestycje, akwizycje i przemyślany rozrost Grupy potwierdza właściwy kierunek strategicznego rozwoju” – powiedział Paweł Jarski, prezes zarządu Elemental Holding SA.

W pierwszym kwartale 2019 roku osiągnął skonsolidowane przychody ze sprzedaży na poziomie 500,34 mln zł. Wynik EBITDA wyniósł 17,18 mln zł, a zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej 6,14 mln zł. Od 1 września 2019 roku wejdzie w życie obowiązkowy split-payment dla sektorów m.in. odpadów, surowców wtórnych i złomu.

W listopadzie 2018 Elemental Holding podpisał 3 listy intencyjne w sprawie sprzedaży zdolności produkcyjnych nowej fabryki do przetwarzania zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego (WEEE), ze szczególnym uwzględnieniem recyklingu sprzętu chłodniczego. Spółka rozważa budowę nowej fabryki o rocznej zdolności około 30 000 ton. Listy intencyjne zostały zawarte z wiodącymi organizacjami odzysku sprzętu elektrycznego i elektronicznego w Polsce. Łączny wolumen popytu na usługi recyklingu, wynikający z zawartych listów przekracza 40.000 ton rocznie.

W lutym 2018 Elemental Holding sfinalizował zakup 85% udziałów niemieckiej spółki z branży przetwarzania zużytych katalizatorów samochodowych i przemysłowych. Niemiecka spółka RECAT zbiera oraz przetwarza rocznie około 350 ton zużytych katalizatorów samochodowych i przemysłowych, generując przychody na poziomie 20 mln EURO.

Grupa Elemental działa na 35 rynkach w Europie, na Bliskim Wschodzie i w Afryce, poza Polską w oparciu o własne oddziały (m.in. na Litwie, w Słowacji, Turcji, Emiratach Arabskich, Finlandii, Estonii i Wielkiej Brytanii) oraz przedstawicielstwa handlowe. Spółki Elemental Holding SA pozyskują złom metali nieżelaznych, odpady elektroniczne oraz zużyte katalizatory na ok. 50 rynkach na świecie.

W latach 2016-2017 roku Elemental Holding sfinalizował:

  • uruchomienie zakładu w Bydgoszczy – budowę linii samplingowej dla układów drukowanych oraz 4 -5 linii do przetwarzania zużytych katalizatorów samochodowych.
  • transakcję zakupu 100% udziałów w litewskiej spółce UAB „EMP recycling” – lidera na rynku krajów bałtyckich w branży ZEEE, świadczącego pełne portfolio usług obejmujących e-scrap, recykling zużytych katalizatorów samochodowych i złomu metali nieżelaznych.
  • umowę inwestycyjną z PFR TFI SA w ramach Funduszu Ekspansji Zagranicznej FIZ AN. W wyniku umowy Fundusz zakupił 49% udziałów w spółce zależnej UAB „EMP recycling”
  • zakup 51% udziałów w spółce AWT Recycling Ltd. z Wielkiej Brytanii, specjalizującej się w recyklingu katalizatorów samochodowych. Brytyjska spółka planuje osiągnięcie ok. 30-40% udziałów w rynku dzięki wzmocnieniu sieci zakupowej na terenie Anglii oraz dalszej ekspansji w Irlandii, Szkocji i Walii. 
  • zakup 51% udziałów w zakładach recyklingu zużytych katalizatorów samochodowych i płytek drukowanych w fińskiej spółce Kat-Metal Oy z siedzibą w Tervajoki. Skandynawska firma planuje ekspansję w Estonii, Szwecji oraz pozyskanie strategicznych partnerów w Norwegii i Danii.
  • zakup 75% udziałów polskiej spółki Platinium M.M z branży recyklingu zużytych katalizatorów samochodowych.

Millenialsom najbliżej do salonów Opla, Renault i Peugeota. Niemieckie marki premium daleko z tyłu

Z najnowszej analizy firmy technologicznej Proxi.cloud wynika, że ruch w obrębie salonów samochodowych 14 największych marek nie jest tak oczywisty, jakby to się wydawało. Badanie na próbie ponad 100 tys. osób wykazało, że młodzi konsumenci, korzystający ze smartfonów, najczęściej są obecni w okolicach dealerów Opla. Na drugim miejscu jest Renault, a na trzecim – Peugeot. Mercedes ma dopiero 9. pozycję, a Audi – 10. Ranking zamykają Citroen i Ford. Ten ostatni koncern w porównaniu do Opla ma ponad 5 razy słabszą lokalizację w zakresie badanego czynnika. Młodzi konsumenci przeważnie odwiedzają salony raz na kwartał. Najwięcej wizyt przypada między 14:00 a 16:00.

Z raportu wychodzi, że Opel, Renault i Peugeot mają salony w najlepiej zlokalizowanych miejscach, jeśli chodzi o wizyty młodych konsumentów. Adam Grochowski, analityk w Proxi.cloud, uważa, że nabywcami samochodów tych marek nie muszą być bardzo zamożni klienci. Mogą to być osoby pracujące w dochodowych zawodach i zarabiające ok. 5 tys. zł netto miesięcznie. Zdarza się jednak, że dealerzy nie traktują ich zbyt poważnie i tym samym zniechęcają do dalszych wizyt.

– Niewielu Polaków przed 30. rokiem życia może kupić sobie nowy samochód. Jego koszt na ogół zaczyna się od 40 tys. zł. Młodzi ludzie odwiedzają jednak salony, by zobaczyć nowe modele i zapoznać się z technologicznymi nowinkami. Lekceważenie ich jest bardzo dużym błędem, gdyż są to potencjalni nabywcy, w dodatku zainteresowani daną marką. Za jakiś czas mogą zdecydować się na zakup. Dealerzy zachęcając ich do kolejnych wizyt, np. poprzez wysyłane widomości, mogą pozyskać przyszłych lojalnych klientów – mówi Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

Jak zaznacza Piotr Francuz, Business Manager z domu mediowego MediaCom, na ruch w salonach wpływa wiele składowych, m.in. rozwój sieci dealerskiej, oferta cenowa, dostępne portfolio modelowe, pozycjonowanie koncernu i siła komunikacji. I właśnie Opel, czyli lider rankingu, należy do marek najczęściej pojawiających się w mediach. Dosyć często ogłasza też wysokie rabaty. Dobrym triggerem komunikacyjnym może być np. wysyłanie użytkownikom smartfonów informacji o obniżkach. Kluczowe jest dbanie o kontakt reklamowy z potencjalnym nabywcą auta w trakcie całej ścieżki zakupowej, która w przypadku motoryzacji jest bardzo złożona i składa się z kilkudziesięciu albo nawet kilkuset touchpointów.

– Duże niemieckie koncerny są dalej w rankingu. Mercedes jest na 9. pozycji, a Audi – na 10. Dla większości konsumentów w wieku od 18 do 30 lat ww. marki premium są raczej niedostępne. Ale salony powinny wykorzystywać ich obecność i zainteresowanie. Przecież młodzi ludzie mogą zachęcać do zakupów rodziców lub dziadków. W sprawach samochodów czy nowych technologii starsze osoby chętnie zasięgają porad dzieci czy wnuków – dodaje Adam Grochowski.

Na przedostatnim miejscu uplasował się Citroen. Na ostatniej pozycji jest Ford, który w porównaniu do lidera rankingu, czyli Opla, ma ponad 5 razy słabiej zlokalizowane salony dla młodych osób. Ekspert z MediaCom przypomina, że wśród konsumentów wciąż popularne jest powiedzenie: „Nie kupuj aut na F.” Chodzi zarówno o Forda, jak i o francuskie samochody. Powszechnie mówi się, że mają one wadliwe systemy i technologie, co w większości przypadków nie jest prawdą. Ich producenci powinni walczyć o każdego potencjalnego klienta. Prawdziwym wyzwaniem jest zmiana wizerunku marki. Jednak to wymaga spójnej i konsekwentnej strategii komunikacyjnej we wszystkich mediach.

– Z badania wynika również, że młodzi konsumenci zwykle przychodzą do salonów raz na kwartał – blisko 74%. Przed zakupem odwiedzają kilku dealerów i nie wracają już do nich po znalezieniu najlepszej oferty. Ważnym powodem wizyt jest też obowiązek serwisowania pojazdów. Właściciele nowych aut głównie wtedy pojawiają się w salonach. 15% bywa tam dwa razy na kwartał, a 12% badanych – trzy lub więcej razy. To są z reguły pasjonaci, którzy chcą obejrzeć nowe modele i potem podzielić się swoimi wrażeniami z kolegami, np. za pośrednictwem social mediów – mówi Adam Grochowski.

Od 7:00 do 13:00 wizyty są mniej więcej na stałym poziomie (6-7%). O tej porze właściciele samochodów zwykle przyjeżdżają do serwisów. Często znajdują się one na samym końcu salonów. Chcąc do nich dotrzeć, konsumenci niejako muszą najpierw zobaczyć ekspozycję. I to jest dobrą strategią. Największy ruch jest od 14:00 (8,32%) do 16:00 (10,37%). Wtedy zwykle pojawiają się osoby, które naprawdę są zainteresowane zakupem. Często biorą urlop w pracy, by móc dokładnie wszystko obejrzeć i zastanowić się nad swoim wyborem. W godzinach wieczornych frekwencja spada.

– Salony samochodowe często tracą okazje do sprzedaży pojazdu ze względu na brak uwagi czy zainteresowania okazywanego młodym osobom. Zdarzają się też odwrotne sytuacje, gdy odwiedzający salon są zasypywani zbyt dużą ilością szczegółowych, z reguły technicznych informacji. To także działa zniechęcająco. Bardzo ważną cechą dobrego sprzedawcy jest umiejętność wsłuchania się w potrzeby potencjalnego klienta. Dziś, dzięki nowoczesnym technologiom, można nawiązywać kontakty z użytkownikami smartfonów zanim nawet wstąpią do salonu. Jednak umiejętność rozmowy jest zawsze niezbędna, gdy w końcu dojdzie do bezpośredniego kontaktu – podsumowuje prezes Faryś.

Firma technologiczna Proxi.cloud zbadała ruch w 910 salonach w całej Polsce. Analizą objęła 102 923 konsumentów w wieku 18-30 lat, którzy bezpośrednio odwiedzili lub w bardzo bliskiej odległości przechodzili obok jednego z wybranych punktów. Łącznie odnotowano 272 499 takich wizyt. Badanie było realizowane od 08 lutego do 31 marca 2019 roku. Anonimowe dane zebrano za pośrednictwem tzw. geofencingów, czyli wirtualnych punktów na mapie. Dzięki nim rejestrowano liczbę użytkowników smartfonów wchodzących na dany teren.

Sieci zmieniają strategię. Zwiększają ilość stron w gazetkach i ograniczają powierzchnię

Wyniki z I kwartału 2018 i 2019 roku pokazują, że ogólna liczba gazetek promocyjnych zwiększyła się o 5%. Do wzrostu przyczyniły się głównie hipermarkety, a także sieci typu convenience. W pozostałych formatach zanotowano spadki. Natomiast praktycznie wszystkie kanały zwiększyły średnią ilość stron – łącznie o 12%. Z kolei powierzchnia promocyjna publikacji zmniejszyła się o 9%. Najbardziej postarały się o to hurtownie, a najmniej – hipermarkety. Eksperci podkreślają, że ten ostatni segment jest obecnie w najgorszej sytuacji. Najmocniej odczuł skutki wprowadzenia zakazu handlu w niedziele. I jego udział w rynku stale spada. Dlatego strategie promocyjne tego typu sieci nieco odbiegają od obecnych trendów.

Dla Karola Kamińskiego, Przewodniczącego Kapituły AdRetail Inspirio (AdRI), niewielkie zwiększenie ogólnej liczby gazetek nie jest zaskoczeniem. Od dłuższego czasu widoczne są kilkuprocentowe wzrosty lub spadki. Od 2-3 lat sieci zdecydowanie bardziej koncentrują się na webowych i mobilnych kanałach promocyjnych. Ponadto rosnące koszty produkcji mocno ograniczają liczbę wydawanych publikacji. Początek br. przyniósł 10-procentowe podwyżki cen niektórych rodzajów papieru wykorzystywanego do druku gazetek. Według różnych szacunków, w tym roku pójdą one w górę jeszcze o ok. 8-12%.

– Największy wzrost liczby publikacji zanotowały hipermarkety – aż o 43%. Zakaz handlu w niedziele jest najbardziej odczuwalny dla tego formatu. W pozostałe dni tygodnia konsumenci nie mają zbyt wiele czasu na robienie zakupów w wielkopowierzchniowych placówkach. Próba skompensowania strat jest dość oczywista. Zwiększając ilość wydawanych materiałów reklamowych, sieci starają się przyciągnąć do sklepów jak najwięcej klientów – analizuje Hubert Majkowski, Country Manager z Hiper-Com Poland.

Jak wynika z obserwacji Macieja Ptaszyńskiego, Dyrektora Generalnego Polskiej Izby Handlu (PIH), hipermarkety znajdują się obecnie w najgorszej sytuacji ze wszystkich formatów. Ich udział w rynku stale spada. Dlatego walczą o każdego klienta za pomocą gazetek. Co ciekawe, zapewne z innego powodu zwiększyły swój nakład sieci convenience, tj. o 17%. Tego typu sklepy są na etapie dynamicznego rozwoju. Każda forma komunikacji z konsumentami stanowi dla nich cenne wsparcie.

– Oprócz ww. wzrostów zauważalne są głównie spadki. I tak hurtownie zmniejszyły nakład o 28%, dyskonty – o 15%, supermarkety – o 14%, a cash & carry – o 2%. Pierwszy z kanałów już od dłuższego czasu obniża liczbę gazetek. Bardziej prawdopodobne jest to, że pozostałe formaty odwrócą tendencję spadkową. Można spodziewać się tego po dyskontach, z uwagi na ich wzrosty finansowe – uważa ekspert z AdRetail Inspirio.

Dyrektor Generalny Polskiej Izby Handlu informuje, że obecnie dyskonty konsekwentnie inwestują w edukację klientów i zmianę ich przyzwyczajeń dot. zakupów poprzedzających niehandlowe niedziele. To przedsięwzięcie jest raczej długoterminowe i wymaga ogromnych nakładów. Dlatego prawdopodobnie te sieci zmniejszyły liczbę wydawanych gazetek. Dodatkowo wchodzą obecnie w handel internetowy.

– Z analizy wynika również, że praktycznie wszystkie kanały sprzedaży zwiększyły średnią ilość stron – w sumie o 12%. Powód tego jest dość prozaiczny. Taki zabieg jest bardziej opłacalny od podnoszenia liczby gazetek. Oczywiście ma to również swoje minusy. Konsumenci wolą przeglądać krótkie publikacje. Jednak dla sieci kryterium oszczędności może być ważniejsze – tłumaczy Karol Kamiński.

Ekspert z Hiper-Com Poland podkreśla, że zwiększenie ilości stron wydawanych już gazetek pozwala m.in. na obniżenie kosztów dystrybucji. Kolejną kwestią jest poszerzanie zakresu promowanego asortymentu. Konsumenci oczekują rabatów na produkty mniej popularne, a czasem nawet egzotyczne. Sieci wydając grubsze publikacje, spełniając te oczekiwania.

– Średnia ilość cm2 gazetek zmniejszyła się o 9%. I to raczej chwilowa sytuacja. Dla sieci ważne jest utrzymanie powierzchni na dość stabilnym poziomie. Sprzedają coraz więcej towarów, a to wymaga wysłania mocniejszych sygnałów konsumentom. Jakość publikacji również systematycznie się poprawia. Prezentowane są duże zdjęcia, czytelne podpisy i wyraźne cenówki. Dlatego w przyszłości gracze rynkowi raczej będą zwiększali ten parametr – przekonuje Dyrektor Kamiński.

Właściwie wszystkie badane formaty są w tym zakresie na linii spadku. Najbardziej zmniejszyły powierzchnię promocyjną hurtownie – o 21%. Sieci cash & carry i supermarkety zanotowały podobny wynik – 11%, sklepy convenience – 5%, dyskonty – 2%, a hipermarkety – 1%. Zdaniem Huberta Majkowskiego, ww. różnice mogą być wynikiem ograniczania ilości prezentowanego asortymentu, w celu pokazywania tylko największych promocji. Jednak, jak podsumowuje ekspert, jest to chwilowy trend i raczej zależy od aktualnej sytuacji na rynku.

Dane z I kwartału 2018 i 2019 roku zebrała międzynarodowa firma Hiper-Com Poland przy współpracy z Kapitułą Programu AdRetail Inspirio. Analizie poddano 6 kanałów, tj. sklepy typu cash & carry (6 sieci), convenience (21), dyskonty (4), hipermarkety (8), hurtownie (25) i supermarkety (33). Łącznie zbadano 97 firm handlowych.

Udany debiut Moonlit S.A. na NewConnect

Za nami kolejny udany debiut spółki gamingowej na parkiecie NewConnect. Akcje Moonlit S.A. w pierwszym dniu sesji drożały nawet o 85 proc.

Moonlit Games S.A. to polski  producent gier o software-house’owym rodowodzie. Dzięki środkom pozyskanym z rynku kapitałowego oraz przy wykorzystaniu autorskich, innowacyjnych technologii powstają własne produkcje Spółki. Akcjonariuszem i strategicznym partnerem jest duży gracz na rynku – PlayWay S.A., notowany na Giełdzie Papierów Wartościowych.

Moonlit S.A. zostało bardzo pozytywnie przyjęte przez inwestorów, akcje spółki mocno drożały. Handel akcjami ruszył o godz. 11:45 po kursie 3,25 zł (+62,5 proc.). W najlepszym momencie walory wzrosły o 85 proc. Wartość obrotu przekroczyła 850 tys. zł.

Debiut na rynku NewConnect to kolejny ważny etap rozwoju Spółki. Aktualnie w produkcji jest siedem tytułów od opierających się o pixel art, poprzez symulatory, aż po gry multiplayer. Dywersyfikujemy nasze projekty w poszukiwaniu własnej niszy. Inwestorzy doceniają nasz model biznesowy – przyznał Michał Gardeła, CEO Moonlit S.A.

Spółka zrealizowała dotąd 16 produkcji na zlecenie, a w ciągu najbliższych 4 lat planuje wydać 7 produkcji własnych, w tym jedną tworzoną przy użyciu autorskiej technologi Angular Light – rewolucyjnej technologi oświetlenia 2D. Plany wydawnicze studia wynikają z wiedzy i doświadczenia zdobytego u boku uznanych wydawców, co zapewnia znaczącą przewagę konkurencyjną.

Zmiany w łódzkich biurach Deloitte

Deloitte, międzynarodowa grupa doradcza, świadcząca m.in. usługi konsultingowe i audytorskie, zdecydowała się na zmiany w ramach zajmowanych powierzchni biurowych w swoich oddziałach w Łodzi. Deloitte Audyt przenosi się do Bramy Miasta, gdzie zajmie 432 mkw., zaś Deloitte Digital renegocjował umowę najmu w Fabryce Grohmana i powiększył biuro do 978 mkw. W obu transakcjach najemcy doradzała firma Colliers International.

Brama Miasta
Brama Miasta

Brama Miasta to biurowiec zlokalizowany w bardzo dogodnej lokalizacji – w Nowym Centrum Łodzi, bezpośrednio przed wejściem głównym na dworzec Łódź Fabryczna przy ul. Kilińskiego. Charakterystyczna architektura budynku swoją estetyką nawiązuje do fabrycznych tradycji miasta, a „przepołowiona” bryła ma tworzyć swoistą bramę, prowadzącą od nowoczesnego Nowego Centrum do secesyjnej ulicy Piotrkowskiej. Będzie to pierwszy w Łodzi kompleks z systemem Connected by Skanska, integrującym różne funkcje budynku – pozwalającym m.in. na poruszanie się bez tradycyjnych kart dostępu, oferującym systemy „activity based parking” oraz „connected fit-out”, dzięki któremu najemcy będą mogli sterować temperaturą, czy rezerwować sale za pomocą aplikacji mobilnej. Firma Skanska, będąca deweloperem i właścicielem biurowca, certyfikowała go w systemie LEED oraz wyposażyła w stację do ładowania aut elektrycznych i udogodnienia dla rowerzystów. Brama Miasta posiada również certyfikat „Obiekt bez barier”, poświadczający jego dostępność architektoniczną dla osób z ograniczoną sprawnością.

Fabryka Grohmana
Fabryka Grohmana

Drugi z łódzkich biurowców, będący siedzibą Deloitte Digital – dawna fabryka Ludwika Grohmana – to XIX-wieczny budynek poprzemysłowy, przekształcony w nowoczesną przestrzeń biurowo-konferencyjną o wysokim standardzie. W 4-kondygnacyjnym obiekcie znajduje się 1400 mkw. powierzchni biurowej na wynajem. Zrewitalizowany budynek mieści się pobliżu dzielnicy Księży Młyn, przy ulicy Tymienieckiego 22G. Atutem biurowca jest znajdujący się przed nim malowniczy park ze stawem i alejkami spacerowymi, ławkami i altanami. Właścicielem obiektu jest Łódzka Specjalna Strefa Ekonomiczna SA.

Włodarczyk Marcin_Colliers_4.small
Marcin Włodarczyk, dyrektor regionalny Colliers International w Łodzi

– Łódź pozostaje szóstym największym biurowym rynkiem regionalnym w Polsce. Istniejące tu zasoby wynoszą obecnie prawie 470 tys. mkw. To skala porównywalna do Katowic oraz Poznania. W bieżącym roku wolumen powierzchni biurowej przekroczy próg 0,5 mln mkw. Dodatkowo lokalny rynek oferuje najemcom bardzo konkurencyjne warunki w porównaniu z innymi aglomeracjami. Czynsze wywoławcze w biurowcach klasy A kształtują się obecnie na poziomie 13,5-14,5 euro za mkw. miesięcznie. Kolejnym wyróżnikiem miasta jest unikalna architektura łącząca tradycję przemysłową z nowoczesnością, czego przykładem są dwa biurowce, w których swoje biura ulokowała firma Deloitte – mówi Marcin Włodarczyk, dyrektor regionalny Colliers International w Łodzi, odpowiedzialny za doradztwo najemcy w obu transakcjach.

Deloitte to międzynarodowa sieć spółek handlowych świadczących usługi doradcze i audytorskie, m.in.: konsulting, doradztwo finansowe, podatkowe i prawne dla firm, usługi związane z transformacją cyfrową oraz zarządzanie ryzykiem. Główna siedziba w Polsce znajduje się w Warszawie. Dodatkowo firma ma biura lokalne w Gdańsku, Katowicach, Krakowie, Poznaniu, Rzeszowie, Szczecinie, we Wrocławiu oraz dwa w Łodzi.

Ranking firm kurierskich – oto lista firm cieszących się największym zaufaniem wśród klientów

Dynamiczny rozwój branży e-commerce wywołał prawdziwą rewolucję w branży KEP, czyli przesyłek kurierskich, ekspresowych i paczkowych. Sprawdzamy, która firma kurierska cieszy się najlepszą opinią wśród klientów sklepów internetowych?Ranking firm kurierskich – oto lista firm cieszących się największym zaufaniem wśród klientów 9

Poznaj najlepszych kurierów w rankingach

Zwyczajom zakupowym Polaków w internecie postanowiła przyjrzeć się bliżej międzynarodowa firma badawczo-technologiczna Gemius. Na zlecenie e-Commerce Polska przygotowała ona raport „E-commerce w Polsce 2018”. Wynika z niego, że respondenci najbardziej cenią sobie dwie firmy kurierskie – DPD i DHL. To właśnie one najczęściej dostarczały ankietowanym zamówione przez nich w sieci produkty.Ranking. Najlepsze firmy kurierskie

W porównaniu z wnioskami płynącymi z raportu „E-commerce w Polsce 2017” różnica polega przede wszystkim na wzroście zainteresowania usługami oferowanymi przez DPD. Upływ roku nie zmienił zatem wyraźnego podziału – rynek usług kurierskich jest opanowany przez dwie firmy, czyli DHL i wspomnianą DPD.Ranking. Najlepsze firmy kurierskie 2017 roku

Odnotować warto, że w porównaniu z 2017 r. o 3 punkty procentowe wzrosło zainteresowanie ofertą InPost. Można to wiązać z dynamicznym rozwojem firmy, która z jednej strony zacieśnia współpracę ze sprzedawcami Allegro, a z drugiej inwestuje w kolejne Paczkomaty.

Firmy kurierskie w serwisach oceniających

W sieci bez trudu można znaleźć portale, których głównym celem jest gromadzenie opinii użytkowników o sklepach, usługodawcach i produktach. Do najpopularniejszych należą Opineo.pl i Ceneo.pl. Jakie oceny zgromadziły poszczególne firmy w tych serwisach? Czy wyniki pokrywają się z wnioskami płynącymi z badań przeprowadzonych przez firmy badawcze?

Ceneo.pl to serwis z branży e-commerce, który powstał na początku 2005 r. W tym serwisie bezkonkurencyjna okazała się firma kurierska DPD, na temat której użytkownicy zamieścili ponad 1,5 mln opinii (poleca ją 97 proc. użytkowników). Drugim najczęściej ocenianym kurierem jest InPost (zgromadził prawie 1 mln głosów), a na trzeciej pozycji plasuje się DHL (ponad 500 tys. opinii).Firmy kurierskie 2017 - kto został najlepszą firmą kurierską w Polsce?

W serwisie Opineo.pl najwięcej opinii zgromadziła firma DPD – ponad 200 tys., z czego 92 proc. to komentarze pozytywne. O wiele mniej opinii użytkownicy wystawili firmie DHL – 127 tys. Trzecią najczęściej ocenianą firmą jest UPS z ponad 94 tys. ocen wystawionych przez użytkowników. Szczegółowe porównanie znajduje się na poniższym wykresie.największą popularnością wśród internautów cieszą się dwie firmy DHL i DPD

Z opinii zgromadzonych w serwisach Ceneo.pl i Opineo.pl wynika, że największą popularnością wśród internautów cieszą się dwie firmy DHL i DPD. Wyniki są zatem zbieżne z raportami przygotowanymi przez firmy badawcze.

Struktura polskiej branży KEP

Z raportu „Raport o stanie rynku pocztowego w 2018” przygotowanego przez Urząd Komunikacji Elektronicznej wynika, że na koniec 2018 r. w Polsce było zarejestrowanych 291 operatorów pocztowych[1]. Usługi przewozowe świadczą różne podmioty, w tym:

  • integratorzy KEP – to międzynarodowe przedsiębiorstwa oferujące usługi kurierskie (np. DHL), które często inicjują zmiany w branży, ostatnio choćby inwestując w nowoczesną technologię i testując dostarczanie przesyłek przy użyciu dronów,
  • lokalni operatorzy KEP – przykładem takiego operatora może być InPost, który w ostatnich latach szczególnie intensywnie rozbudowuje usługę Paczkomatów (w 2017 r. w Polsce było 2750 takich urządzeń, a w 2019 r. jest ich już 4800),
  • operatorzy pocztowi – w Polsce jest to Poczta Polska, która realizuje przesyłki kurierskie w ramach usługi Pocztex, a jednocześnie rozwija współpracę z siecią sklepów Żabka i stacjami paliw Orlen, oferując w ten sposób dodatkowe punkty odbioru przesyłek,
  • pośrednicy – przykładem może być europaczka.pl, która współpracuje w zakresie dostarczania przesyłek zagranicznych m.in. z DHL, UPS i FedEx.

Rozbudowana struktura polskiej branży KEP gwarantuje z jednej strony spory wybór nadawcom paczek, a z drugiej szybkie dostarczenie przesyłek adresatom. Jednocześnie na rynku zauważalny jest trend dywersyfikacji punktów dostaw. Wszystko po to, aby adresaci mogli odebrać paczkę w najwygodniejszy dla siebie sposób.

Jak rozwija się branża KEP w Polsce?

Polski rynek KEP ma 30 lat, ale dopiero w ostatnich latach dynamika jego rozwoju znacząco przyspieszyła. Głównym powodem jest coraz większa liczba transakcji przeprowadzanych w sklepach internetowych. To właśnie dynamiczna ekspansja e-handlu ma największy udział w transformacji branży KEP. O tym, że firmy działające w branży KEP mają coraz więcej pracy, a ich zyski rosną, najlepiej świadczy rosnąca wartość tego rynku. W 2013 r. wartość rynku KEP wynosiła 3 748 mln zł, a w 2017 r. już 5 741 mln zł[2]. Jak wygląda polska branża KEP na tle europejskiej i światowej?

W 2015 r. globalny rynek KEP był wart ok. 253 mld USD, zaś europejski ok. 74 mld EUR. W efekcie polski rynek KEP stanowi 1,6 proc. rynku europejskiego. Chociaż wydaje się to niewiele, to w ostatnich latach branża dynamicznie się rozwija, a eksperci przewidują, że w najbliższej przyszłości tendencja ta się utrzyma[3].

Źródła:
[1] Uke.gov.pl, Raport o stanie rynku pocztowego w 2018 roku, https://uke.gov.pl/download/gfx/uke/pl/defaultaktualnosci/36/215/1/raport_o_stanie_rynku_pocztowego_w_2018_roku_www.pdf (dostęp 14.06.2019).
[2] Logistyka.net, Logistyka w Polsce. Raport 2017, https://www.logistyka.net.pl/raport-logistyka-w-polsce (dostęp 14.06.2019).
[3] Gs1pl.org, Analiza rynku KEP w Polsce, https://www.gs1pl.org/kontakt/publikacje-i-wytyczne/

Analiza UBS: Długoterminowa prognoza walutowa euro do złotego

  • W ostatnich tygodniach pozycja złotego względem euro uległa nieznacznemu wzmocnieniu. Pomiędzy solidnym wzrostem oraz niejasnymi prognozami wzrostu europejskiego, spodziewamy się że kurs pozostanie w konsolidacji z dużymi różnicami między wartościami maksymalnymi i minimalnymi.
  • Naszą prognozę dla EURPLN utrzymujemy na poziomie 4,30 w perspektywie trzech i sześciu miesięcy oraz 4,25 w perspektywie 12 miesięcy.
  • Polepszające się perspektywy wzrostu dla strefy euro mogą wzmocnić pozycję złotego, natomiast niekorzystna dynamika w polityce europejskiej, globalne napięcia handlowe lub spory na linii UE – Polska mogą ją osłabić.

Kluczowe czynniki

Warunki globalne: europejska aktywność gospodarcza pozostaje bez wyrazu. Niepewność związana z napięciami handlowymi, sytuacją finansową Włoch oraz Brexitem, a także groźbą amerykańskich taryf na samochody daje kolejny powód do niepokoju o sektor przemysłowy UE. W naszej opinii, zanim perspektywy dla regionu będą mogły ulec poprawie, niektóre z ww. ryzyk będą musiały zostać wyeliminowane.

Dynamika wzrostu/inflacji: aktywność gospodarcza Polski wykazuje znaczną siłę. Pomimo faktu, że PMI przemysłu wskazuje słabsze warunki, realny wzrost PKB powinien pozostać silny (2019 r.: 4,4%) dzięki dynamicznemu rynkowi pracy i wydatkom fiskalnym. Inflacja z roku na rok wzrosła do 2,4% w maju (od 2,2%), pozostając w ramach prognozy NBP wyn. 2,5% (+/- 1 p. p.) i prawdopodobnie wzrośnie w najbliższych kwartałach. Polityka pieniężna: pomimo rosnącej inflacji, na spotkaniu w czerwcu NBP utrzymał stabilną stopę procentową. Oczekujemy, że stopa procentowa utrzyma się na poziomie 1,50% według prognozy na sześć miesięcy. Jednocześnie, Europejski Bank Centralny (EBC) zmienia ton na bardziej „gołębi” i podejmuje temat działań łagodzących. Nie spodziewamy się podwyżek stóp procentowych przed 2020 r. Polityka pieniężna EBC pozostaje ważna dla złotego, zarówno w zakresie polityki monetarnej Polski oraz skutków dla działalności gospodarczej w Europie. Saldo zewnętrzne: słabnące saldo rachunku bieżącego (2019 r. – 1,0% PKB) ma niewielki negatywny wpływ dla złotego.

Polityka: relacje między Komisją Europejską i Polską pozostają napięte. Wszelkie próby połączenia bieżących negocjacji budżetowych UE z nieporozumieniami dot. wspólnych wartości europejskich mogłyby doprowadzić do dalszych sporów. Jeżeli relacje z UE ulegną znacznemu pogorszeniu, złoty może znaleźć się pod presją. Lepsze niż sądzono wyniki partii rządzącej (Prawo i Sprawiedliwość – PiS) w majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego wspierają pogląd, że PiS pozostanie przy władzy po jesiennych wyborach do Sejmu.

Ryzyka w naszej opinii

Ryzyka postrzegamy jako dwustronne. Słabsza gospodarka strefy euro, spory handlowe lub napięcia polityczne mogą doprowadzić do utraty wartości złotego, natomiast znacząca poprawa perspektyw wzrostu europejskiego lub „jastrzębia” postawa NBP mogłyby wzmocnić pozycję złotego.

Czynniki, na które warto zwrócić uwagę

Polska: dynamika wzrostu inflacji, polityka pieniężna (następne spotkanie NBP: 3 lipca), polityka oraz relacje na linii UE – Polska.

Świat: polityka pieniężna EBC (następne spotkanie: 25 lipca), działalność gospodarcza strefy euro, polityka UE, polityka pieniężna i handlowa USA.

Trend długoterminowy:

Prognoza walutowa: EURPLN

19.07.19 w 3 mies. w 6 mies. w 12 mies. PSN*
4,26 4,30 4,30 4,25 nd.

Thomson Reuters, Macrobond, kalkulacja UBS. *Parytet Siły Nabywczej (PSN) nie stanowi prognozy, ale raczej wartość długoterminowej równowagi dla kursu wymiany obliczanego przez UBS.

EURPLN

Kurs wymiany (w tym kursy terminowe), prognoza i zakres zmienności wg CIOKurs wymiany

EURPLN, incl. forward rates EURPLN, w tym kursy terminowe
CIO Forecast Prognoza CIO
Volatility range Zakres zmienności

Źródło: Bloomberg, UBS, na dzień 19.06.2019

Nastroje negatywne, silne rzeczywiste działania w Polsce

Rzeczywisty wzrost PKB (w % r/r) prod. przem. (w % r/r 3mma) i wytw. PMI (wskaźnik)

Nastroje negatywne, silne rzeczywiste działania w Polsce

Real GDP Rzeczywiste PKB
Industrial production Produkcja przemysłowa
Manufacturing PMI* PMI dla wytwórstwa*

Źródło: Bloomberg, UBS, na dzień 19.06.2019; *względem progu 50

Wpływ zasadniczy

Wal. P PKB P CPI 3MLibor (1) 10YYield (1)
2019 EUR 1,3 1,2 (0,3) 0,2
2020 EUR 1,3 1,4 (0,3) 0,4
2019 PLN 4,4 1,8 nd. nd.
2020 PLN 3,8 2,6

P=Prognoza, (1) koniec roku i źródło: UBS

Tilmann Kolb, Analityk UBS

IP Box: 5% zamiast 19% podatku od dochodów z praw własności intelektualnej. Jak to wykorzystać?

Od 2019 r. polscy przedsiębiorcy mogą korzystać z długo wyczekiwanego instrumentu wsparcia działalności tzw. IP Box (Intellectual Property Box). Celem nowego rozwiązania jest przede wszystkim zachęta przedsiębiorców do prowadzenia innowacyjnych działań badawczo-rozwojowych poprzez zmniejszenie obciążeń podatkowych. Jak wygląda to w praktyce? Komu przysługuje ulga i jak z niej skorzystać?

IP Box jest mechanizmem podatkowym, który umożliwia przedsiębiorcom osiągającym przychody z komercjalizacji praw własności intelektualnej, powstałej w wyniku działalności B+R (badania i rozwój), skorzystanie z preferencyjnej stawki opodatkowania CIT (lub PIT) w wysokości 5%. Przepisy wymieniają w sposób enumeratywny dochody kwalifikowane z praw własności intelektualnej, tworząc zamknięty katalog. Należą do niego m.in. prawo do wynalazku (patenty), prawo ochronne na wzór użytkowy, prawo z rejestracji topografii układu scalonego czy dodatkowe prawo ochronne dla patentu na produkt leczniczy lub produkt ochrony roślin.

Regulacje określają, które dochody z kwalifikowanych praw własności intelektualnej mogą być opodatkowane preferencyjną stawką podatku. Należą do nich te z opłat lub należności z umowy licencyjnej odnoszące się do kwalifikowanego prawa własności intelektualnej oraz dochody ze sprzedaży kwalifikowanego prawa własności intelektualnej uwzględnionego w cenie sprzedaży produktu lub usługi – podkreśla Adam Albekier, Senior Associate w Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy.

Ulga dostępna jest dla każdego podmiotu, bez względu na jego wielkość i siedzibę, osiągającego dochód lub stratę z działalności badawczo-rozwojowej (B+R). Z IP Box mogą korzystać przedsiębiorstwa o wyspecjalizowanej i nowatorskiej działalności, np. firmy farmaceutyczne, producenci oprogramowania czy przedsiębiorstwa chemiczne oraz biotechnologiczne – wyjaśnia Adam Albekier, Senior Associate w Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy.

Co trzeba zrobić, aby skorzystać z IP Box?

  1. Wyodrębnić każde kwalifikowane prawo własności intelektualnej w prowadzonych księgach rachunkowych.
  2. Prowadzić księgi rachunkowe tak, by zapewniały możliwość ustalenia przychodów, kosztów uzyskania przychodów i dochodu (straty) przypadających na każde kwalifikowane prawo IP.
  3. Wyodrębnić koszty stosowane do wskaźnika nexus – zgodnie z którym przychody związane z własnością intelektualną mogą być korzystnie opodatkowane jedynie w takim zakresie, w jakim konkretna własność intelektualna generująca przychód jest efektem prac B+R prowadzonych przez danego podatnika – przypadające na każde kwalifikowane prawo IP, w sposób zapewniający identyfikację.
  4. Dokonywać zapisów w księgach rachunkowych w takiej formie, aby możliwe było ustalenie łącznego dochodu z kwalifikowanych praw IP.
  5. Dokonywać zapisów w księgach rachunkowych w sposób zapewniający ustalenie dochodu z kwalifikowanych praw IP w odniesieniu do danego produktu/produktów lub usługi/usług.

Na wszystkich tych etapach firmy mogą liczyć na wsparcie kancelarii prawnych. Oferują one zarówno pomoc w praktycznym skorzystaniu z IP Box, jak i innych ulg podatkowych.

Dla przykładu – przedsiębiorca, który inwestuje w B+R i uzyskuje roczny dochód na poziomie 1 mln zł z komercjalizacji działalności badawczo-rozwojowej, zyskuje na tym 140 tysięcy. Należy podkreślić, że stosowanie tej ulgi – niższej stawki podatku do kwalifikowanych dochodów – jest prawem, a nie obowiązkiem podatnika – podsumowuje Adam Albekier, Senior Associate w Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy.

Bezrobocie w Polsce w dół. FED studzi głowy inwestorów

Zgodnie z oczekiwaniami prace sezonowe wywołują kolejne rekordowo niskie poziomy bezrobocia w Polsce. FED studzi oczekiwania, ale rynki i tak czekają na obniżki stóp procentowych. Pozostałe banki centralne wypatrują ruchu Amerykanów.

Bezrobocie w Polsce z kolejnym rekordem

Wg danych GUS stopa bezrobocia w Polsce w maju wyniosła 5,4%. To najniższy poziom od czasu przemian ustrojowych (w tym zakończenia fikcji pełnego zatrudnienia). Analitycy spodziewali się osiągniętego właśnie spadku, czyli 0,2%, w związku z czym te dane nie miały większego wpływu na rynki walutowe. Wspomniane 0,2% to kolejne 32 tysiące mniej zarejestrowanych bezrobotnych. Warto w tym miejscu przypomnieć, że od niemal 2 tygodni złoty testuje bardzo ważny poziom względem euro. Mowa o 4,25 zł. Wspólna waluta nie była tak tania od sierpnia 2018 roku. Nie może zatem dziwić, że mimo dobrych sygnałów z rynku pracy złotówka nie idzie jeszcze bardziej w górę.

FED studzi głowy inwestorów

Przedstawiciele Rezerwy Federalnej postanowili ostudzić oczekiwania rynków. Powodem były rosnące oczekiwania co do obniżki stóp procentowych i to aż o 0,5% już w lipcu. Ostatnimi czasy FED zmienia stopy procentowe stopniowo i dzieje się to z przesunięciem o 0,25%, stąd tego typu przewidywania wydają się tym mniej realne. Wypowiedzi przyniosły częściowy sukces. Nie mniej, wyceny kontraktów terminowych wciąż dają 24% szans na taki scenariusz. Efekty na rynku walutowym były łatwe do przewidzenia. Dolar odrobił część strat względem euro. Skoro USD umocnił się o około pół centa do EUR, to w tym samym czasie proporcjonalnie podrożał o dwa gorsze względem złotego.

W co grają banki narodowe?

Na rynku mamy obecnie dość specyficzną sytuację. Jeszcze kilka miesięcy temu większość członków banków centralnych zastanawiała się, kiedy podnieść stopy procentowe. Obecnie, pomimo wzrostu inflacji, coraz wyraźniej widać czarne chmury na horyzoncie. W rezultacie można się spodziewać, że już niedługo zamiast podwyżek stóp będziemy świadkami ich obniżania.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 13:00 – Czechy – decyzja w sprawie stóp procentowych,
  • 14:30 – USA – zamówienia na dobra.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Pracownicze Plany Kapitałowe – czy zmienią wizerunek pracodawcy?

Pracownicze Plany Kapitałowe (PPK) szansą jedynie dla młodych, a co ze starszymi?

Najwięksi pracodawcy, którzy zatrudniają ponad 250 pracowników przystąpią do PPK już 1 lipca. Po nich przyjdzie czas na mniejsze firmy i jednostki sektora finansów publicznych. Państwo chce zachęcić Polaków do długoterminowego oszczędzania na emeryturę, ale z badania opinii przeprowadzonego przez CBOS wynika, że 57 proc. rodaków nie słyszało o wprowadzeniu PPK.[1] Dotychczas twierdzili oni, że wprawdzie nie mają zbyt wielu oszczędności „na starość”, ale chcieliby zacząć odkładać na emeryturę – o ile Państwo im do tego dołoży.[2] Możliwe, że PPK okaże się przełomowe, zwłaszcza, że składki będą pochodziły nie tylko od pracownika i pracodawcy, ale również z budżetu państwa. Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM, twierdzi, że kierunek zmian jest dobry. Jego zdaniem jednak PPK stanowi deskę ratunku jedynie dla młodych, a nie starszych pracowników. Dlaczego?

Najwięcej w PPK odłożą młodzi pracownicy. Dzisiejsi 30-latkowie, zatrudnieni na umowę o pracę, którzy zarabiają 5000 zł brutto (3350 zł netto) uskładają – aż do momentu przejścia na emeryturę, czyli do wieku 65 lat – ok. 234 668 zł.[3] Jeżeli przyjmiemy, że na emeryturze będą żyć jeszcze 16 lat (taka jest prognozowana długość życia mężczyzny w wieku 65 lat wg GUS) to będą mogli sobie „wypłacać” po 1512 zł miesięcznie. Dzisiejsi 45-latkowie uskładają 84 977, czyli będą mieli po 548 zł miesięcznie, a 55-latkowie – 31 555 zł, czyli po 301 zł miesięcznie.[4] – Im krócej będziemy oszczędzać, tym gorzej i choć jest to oczywiste, to równie oczywistym jest fakt, że samo oszczędzanie dzięki PPK to przywilej, który mają osoby młodsze. Osoby starsze, a zwłaszcza te, które już są na emeryturze, tego przywileju nie mają i nie będą mieć – mówi Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM. – Dobrze, że myślimy o przyszłych pokoleniach, zwłaszcza, że świadczenia emerytalne z ZUS będą sukcesywnie maleć. Warto jednak pomyśleć o dzisiejszych emerytach lub osobach, które przejdą na emeryturę za kilka, a nie kilkadziesiąt lat – dodaje.

Komentarz Roberta Majkowskiego, Prezesa Funduszu Hipotecznego DOM

Robert Majkowski, prezes zarządu Funduszu Hipotecznego DOM fot. Adam Cisowski
Robert Majkowski, prezes zarządu Funduszu Hipotecznego DOM
fot. Adam Cisowski

Dzisiejsi 30-latkowie mają mnóstwo narzędzi, by odkładać na swoją przyszłą emeryturę. W ich przypadku najważniejsze jest zrozumienie, że bez kilku źródeł finansowania na emeryturze, może być im ciężko żyć na godziwym poziomie. Będzie im jeszcze ciężej niż obecnym emerytom. Dlaczego? Zgodnie z prognozami stopa zastąpienia będzie wciąż maleć. Dzisiejszy emeryt otrzymuje z ZUS-u ok. 56,4 proc. swojego ostatniego wynagrodzenia, za 20 lat będzie otrzymywał tylko 37 proc., a za
40 lat – 24 proc.[5] Świadczenia państwowe będą coraz niższe, ale dzisiejsi 30-latkowie mogą temu zaradzić. Emerytura dzisiejszych trzydziestolatków nie będzie świadczeniem z jednego źródła, czyli z ZUS-u. Będzie składała się z puzzli, dzięki którym do senioralnego budżetu będzie wpływało więcej gotówki. Jednym puzzlem będzie wyżej wspomniane świadczenie państwowe, kolejnym – świadczenie zakładowe (np. PPK, PPE), jeszcze kolejnymi – świadczenia z dobrowolnych źródeł,  o których każdy młody człowiek powinien pomyślał na wiele lat przed emeryturą (np. IKE, IKZE, renta dożywotnia z nieruchomości, inwestycje w papiery wartościowe, lokaty).

O ile wyzwaniem dla młodych jest zmiana myślenia o emeryturze, o tyle wyzwaniem dla starszych jest znalezienie dodatkowego źródła finansowania w sytuacji, w której znajdują się obecnie. Bez wielu oszczędności, bez możliwości długofalowego oszczędzania w PPK, niejednokrotnie bez wsparcia finansowego rodziny. Bardzo często jedynym kapitałem, który posiadają osoby starsze, są nieruchomości. Na dodatek nieruchomości nieobciążone kredytem. Nieruchomości, które można sprzedać, zamienić na mniejsze, wynająć lub „spieniężyć” podpisując umowę renty dożywotniej i otrzymując dożywotnie świadczenia pieniężne.

Uwalnianie kapitału zamrożonego w nieruchomościach napotyka w Polsce sporo barier. Jedną z nich jest strach przed sprzedażą i zmianą dotychczasowego miejsca zamieszkania, kolejną – strach przed utratą prywatności w przypadku podnajmowania części lokalu. Bardzo często seniorzy obawiają się wykorzystania nieruchomości i jej spieniężenia ze względu na oczekiwania bliskich. Ciągle pokutuje stereotyp, że ważniejsze jest przekazanie nieruchomości w spadku, niż wyższa jakość życia na emeryturze. Zarówno młodsze pokolenia jak i sami seniorzy z trudem akceptują możliwość otrzymania dożywotniej renty z nieruchomości. A taka profesjonalna usługa istnieje w Polsce od ponad 10 lat i najwyższa pora, by dla bezpieczeństwa seniorów ten rynek rozwinąć i uregulować. Pierwsze efekty PPK zobaczymy za 20-30 lat, a renta dożywotnia umożliwia poprawę jakości życia na emeryturze już dziś.

[1] https://www.cbos.pl/PL/publikacje/raporty.php oraz m.in. https://businessinsider.com.pl/twoje-pieniadze/emerytury/ppk-od-lipca-w-duzych-firmach-wiedza-polakow-o-ppk/3xby3hp

[2] Artykuł „Emerytalna strategia Polaków: jeśli państwo dopłaci, to może zaczniemy oszczędzać”. Gazeta Wyborcza, 14.06.2016. Link: http://next.gazeta.pl/next/7,151003,20241612,emerytalna-strategia-polakow-jesli-panstwo-doplaci-to-moze.amp

[3] www.mojeppk.pl, założenia do wyliczeń (podstawowa miesięczna wpłata pracownika to 2% wynagrodzenia brutto, podstawowa miesięczna wpłata pracodawcy to 1,5% wynagrodzenia brutto, pieniądze zbierane do 65 roku życia, wypłaty miesięczne przez 16 lat).

[4] Tamże

[5] https://businessinsider.com.pl/twoje-pieniadze/emerytury/stopa-zastapienia-w-zus-w-2018-r-emerytury-polakow/fwvd41w

Sześć koncepcji CPK. Globalne biura projektowe zaproponowały wygląd lotniska

Terminal przykryty przezroczystą kopułą, tonący w zieleni, z pomostem dla pasażerów, z dachem w kształcie klucza i litery „X”. Te i inne koncepcje zaproponowali architekci inwestorowi Centralnego Portu Komunikacyjnego. Opracowania posłużą jako inspiracja do dalszych prac podczas przygotowywania master planu, który ma być zlecony na początku przyszłego roku.

Centralny Port Komunikacyjny – Foster Partners

Centralny Port Komunikacyjny – Foster Partners

Centralny Port Komunikacyjny – Grimshaw Architects
Centralny Port Komunikacyjny – Grimshaw Architects
Centralny Port Komunikacyjny – Zaha Hadid Architects
Centralny Port Komunikacyjny – Zaha Hadid Architects
Centralny Port Komunikacyjny -ChapmanTaylor
Centralny Port Komunikacyjny -ChapmanTaylor

Warsztaty architektoniczne, które odbyły się w ciągu ostatnich dni, to wspólna inicjatywa Ambasady Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej oraz spółki Centralny Port Komunikacyjny. Celem tego eksperymentu było zapoznanie się z pomysłami projektantów z zawodowej pierwszej ligi na wstępną koncepcję CPK.

Zaprosiliśmy do współpracy znaczących architektów z ogromnym bagażem wiedzy, zawodowych doświadczeń i kreatywności. To był dobry pomysł. Zderzenie śmiałych koncepcji z oczekiwaniami inwestora okazało się głęboko inspirujące, otwierając nam niekiedy oczy na nietypowe rozwiązania, których nie braliśmy wcześniej pod uwagę. Niniejszym rozpoczęliśmy kolejny etap fazy planowania lotniska – mówi Dariusz Sawicki, członek zarządu CPK odpowiedzialny za część lotniskową CPK.

Inwestor nie jest zobowiązany do wykorzystania żadnej z propozycji, niemniej będą one stanowić źródło inspiracji podczas przygotowań do wykonania projektu.

Do warsztatów CPK przystąpili najlepsi z najlepszych. Mam głęboka nadzieję, że efekty ich pracy będą przydatne i inspirujące dla spółki budującej nowe lotnisko w centralnej Polsce. Z drugiej strony, architekci mogli poznać założenie i oczekiwania inwestora. Cieszę się, że mogliśmy ułatwić wzajemne kontakty między CPK a branżą projektową – mówi Jonathan Knott, ambasador Wielkiej Brytanii w Polsce.

Polska gospodarka nadal pędzi. Wyniki polskiego przemysłu najlepsze od 8 lat

Dynamika produkcji polskiego przemysłu jest największym zaskoczeniem. Pierwszych pięć miesięcy roku było najlepsze od 2011 r. Wynagrodzenia znów rosną szybciej niż się spodziewano.

Dynamika produkcji polskiego przemysłu jest największym zaskoczeniem. Pierwszych pięć miesięcy roku było najlepsze od 2011 r. Wynagrodzenia znów rosną szybciej niż się spodziewano.

Sprzedaż detaliczna w maju była wyższa niż przed rokiem o 5,6%. Produkcja sprzedana przemysłu wzrosła o 7,7%. Przeciętne miesięczne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wyniosło 5057,82 zł.

Większy niż przeciętny wzrost sprzedaży detalicznej w maju 2019 r. w porównaniu z analogicznym okresem 2018 r. (w cenach stałych) zaobserwowano w jednostkach handlujących pojazdami samochodowymi, motocyklami i częściami (o 16,6% wobec wzrostu o 3,3% przed rokiem) oraz w przedsiębiorstwach prowadzących pozostałą sprzedaż detaliczną w niewyspecjalizowanych sklepach (o 9,1% wobec wzrostu o 7,8% przed rokiem). Spośród grup o niższym udziale w sprzedaży detalicznej „ogółem” wysoki wzrost wykazały podmioty zaklasyfikowane do grup: „meble, rtv, agd” (o 16,6%); „farmaceutyki, kosmetyki, sprzęt ortopedyczny” (o 14,8%). Niewielki spadek sprzedaży odnotowano w grupowaniu „tekstylia, odzież, obuwie” (o 0,1%). W okresie styczeń-maj 2019 r. wzrost sprzedaży detalicznej r/r wyniósł 6,5% (wobec wzrostu o 6,7% w 2018 r.).

W porównaniu z kwietniem 2019 r. miał jednak miejsce spadek sprzedaży detalicznej o 3,5%.

– Impuls fiskalny w postaci dodatkowych świadczeń wypłaconych w maju będzie widoczny w danych o sprzedaży dopiero w kolejnych miesiącach, czyli niewielkie spowolnienie dynamiki w maju na pewno nie jest niepokojące – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Produkcja budowlano-montażowa (w cenach stałych) zrealizowana na terenie kraju przez przedsiębiorstwa budowlane o liczbie pracujących powyżej 9 osób była wyższa w maju br. w porównaniu z analogicznym okresem ub. roku o 9,6% oraz z kwietniem br. o 5,3% (przed rokiem wzrosty – odpowiednio o 20,7% i 12,9%). W okresie styczeń-maj 2019 r. produkcja budowlano-montażowa wzrosła o 9,3% w odniesieniu do tego samego okresu ub. roku, kiedy notowano wzrost o 24,0%.

– Dane napływające z polskiej gospodarki nadal pozytywnie zaskakują, choć niektóre wskaźniki rozczarowały, a dotyczy to właśnie produkcji budowlano-montażowej – ocenia ekspert XTB.

W maju 2019 r. przeciętne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw było wyższe o 2,7% r/r i wyniosło 6380,2 tys., a przeciętne miesięczne wynagrodzenie (brutto) było wyższe o 7,7% r/r i wyniosło 5057,82 zł.

– Wzrost wynagrodzeń był więc wyższy od oczekiwań analityków – przyznaje dr P.Kwiecień.

26 czerwca 2019 r. weszła w życie nowela ustawy o kształtowaniu ustroju rolnego

26 czerwca 2019 r. weszła w życie nowela ustawy o kształtowaniu ustroju rolnego, zmniejszająca ograniczenia w obrocie nieruchomościami rolnymi. Niestety, nie dotyczy to gruntów na terenach miast.

W pierwszej kolejności nowela rozszerzyła katalog przypadków, w których możliwe będzie nabywanie nieruchomości rolnych przez podmioty nie będące rolnikami indywidualnymi, bez konieczności uzyskiwania zgody Dyrektora Generalnego KOWR, m.in., w sytuacji nabycia nieruchomości rolnej:

  • o powierzchni mniejszej niż 1 ha;
  • w toku postępowania upadłościowego lub egzekucyjnego;
  • w wyniku zniesienia współwłasności, podziału majątku wspólnego;
  • w wyniku podziału, przekształcenia bądź łączenia się spółek prawa handlowego;

Należy jednak podkreślić, że w odniesieniu do powyższych przypadków, nadal zastosowanie mogą znaleźć odpowiednio inne ograniczenia przewidziane w ustawie o kształtowaniu ustroju rolnego, tj. obowiązek czasowego prowadzenia gospodarstwa rolnego na nabytej nieruchomości i czasowy zakaz zbywania nabytej nieruchomości, jak również prawo pierwokupu lub odkupu KOWR w przypadku zbycia nieruchomości rolnej.

– Niestety wbrew zapowiedziom nowela utrzymała obowiązek uzyskania zgody Dyrektora KOWR na nabycie nieruchomości rolnej, położonej w granicach administracyjnych miast – mówi w rozmowie z MarketNews24 Monika Wystrychowska, radca prawny z Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

Drugą ważną zmianą, jest skrócenie z 10 lat do 5 lat okresu, w którym nabywca nieruchomości rolnej jest obowiązany prowadzić w niej gospodarstwo rolne, jak również okres, w którym nabywca nie może takiej nieruchomości zbyć ani oddać do posiadania podmiotom trzecim.

Powyższy krótszy okres znajdzie zastosowanie również w odniesieniu do nieruchomości rolnych zbytych przed dniem wejścia w życie noweli. Dodatkowo przewidziano że wyżej wymieniony obowiązek nie znajdzie zastosowania w przypadku zbycia lub oddania nieruchomości rolnej w posiadanie m. in.: *osobie bliskiej; *nabytej w wyniku dziedziczenia oraz działu spadku lub zapisu windykacyjnego; *położonych w granicach administracyjnych miasta o powierzchni mniejszej niż 1 ha.

Andrzej Bargiel Ambasadorem Grupy Murapol

MURAPOL, NAJLEPSZE MIEJSCA NA ŚWIECIE to hasło przewodnie rozpoczynającej się kampanii marketingowej, podkreślające otwarcie w działalności operacyjnej dewelopera w kierunku tzw. Affordable Premium, czyli atrakcyjnej oferty osiągalnej w przystępnej cenie. To jednocześnie początek współpracy wizerunkowej i sponsorskiej z nowym Ambasadorem, bliskim ideałom GK Murapol – Andrzejem Bargielem, pierwszym narciarzem, który zjechał z K2.

Grupa Murapol rozpoczyna kampanię repozycjonującą swoją ofertę, dewelopera dostarczającego lokale dla bardziej wymagających nabywców, szukających innowacyjnych rozwiązań w swoich mieszkaniach, które zapewnią im komfort, bezpieczeństwo, ale i bieżące oszczędności. Takie rozwiązania ma we wszystkich inwestycjach wprowadzonych do sprzedaży od bieżącego roku Grupa Murapol. Deweloper chce być blisko klientów mających świadomość rozwiązań technologicznych, smart i eco.

Autorski system infrastruktury technicznej i instalacji Home Management System to nie tylko pakiet antysmogowy zapewniający czyste powietrze w mieszkaniach o każdej porze roku czy rozwiązania Smart Home, umożliwiające zdalne sterowanie mediami za pomocą telefonu czy tabletu. To także monitoring wizyjny części wspólnych, klatek schodowych, wjazdów na osiedle, parkingów podziemnych, placów zabaw, a także wideodomofony z systemem SOS, które zsynchronizowane ze specjalnym przyciskiem alarmowym umieszczonym w dowolnej części mieszkania, za pomocą sygnału GPS wysyłają wiadomość alarmową do wskazanych kontaktów.

Celem kampanii jest ponadto podkreślenie dotychczasowego dorobku firmy – duża skala, zasięg ogólnopolski, cieszący się renomą i zaufaniem osób, które są szczęśliwe w swoich mieszkaniach z oferty GK Murapol. Co ważne, GK Murapol może pochwalić się szeroką gamą lokali nie tylko wg kryterium geograficznego, ale także powierzchni i układu mieszkań, oraz lokalizacji, odpowiadającej na potrzeby lokalowe ludzi w różnym wieku i na różnych etapach życia. Inwestycje GK Murapol, mają także dobrą relację: lokalizacja do ceny, tj. nie są w samych centrach miast, ale też nie na ich obrzeżach, natomiast zwykle są dobrze „skomunikowane”, powstają w dzielnicach z przyszłością, rozwijających się – to także dobry cel inwestycyjny.

O wzajemnej współpracy z nowym Ambasadorem GK Murapol – Andrzejem Bargielem, mistrzem Polski w ski-alpiniźmie, rekordzistą i narciarzem wysokogórskim, który jako pierwszy człowiek zjechał na nartach z K2 (8 611 m n.p.m.), drugiej co do wysokości góry Ziemi – zadecydowały także względy pokrewnych przekonań i wartości.

Nikodem Iskra
Nikodem Iskra, prezes zarządu Murapol S.A.

– Andrzej Bargiel jest postacią podziwianą i bliską ideałom Murapolu – odważny i nowoczesny, a jednocześnie zawsze przygotowany i z respektem dla bezpieczeństwa. Ikona wytrwałości w dążeniu do celu, symbol niechodzenia na skróty, pomimo wielkości sukcesów zachowuje pokorę, nie zapominając nigdy o domu, z którego wyrósł i domu, do którego wraca… Bezpośrednią analogię dostrzegam w genezie naszej działalności – z lokalnego dewelopera wyrośliśmy na jednego z wiodących podmiotów na rynku, a osiągnięty poziom rozwoju zawdzięczamy właściwym decyzjom biznesowym – z jednej strony odważnym, pozwalającym wykorzystywać okazje rynkowe, z drugiej stale ważąc ryzyka dnia codziennego. – mówi Nikodem Iskra, prezes zarządu Murapol SA. – Jednak to nie jedyny punkt styku nas i Andrzeja Bargiela. Widzimy w nim odbicie naszych klientów, dla których nowy Ambasador może stać się inspiracją, którzy będą podziwiać jego sportowego ducha, równowagę między wysiłkiem a przyjemnością, jak i bardzo precyzyjne przygotowanie do realizacji wypraw. To jak z decyzją o zakupie mieszkania – ostateczny wybór wymaga zdecydowanych, ale przede wszystkim mądrych i przemyślanych decyzji, wyboru takiego mieszkania, które spełni oczekiwania, będzie oszczędne, ale i komfortowe, pozwoli wykorzystać możliwości technologii dostępnych na rynku. Takie mieszkania ma w swojej ofercie Grupa Murapol. dodaje prezes Nikodem Iskra.

W ramach nawiązanej współpracy wizerunkowej i sponsorskiej, Andrzej Bargiel będzie Ambasadorem Grupy Murapol przez okres 3 lat. W tym czasie weźmie udział w kampaniach reklamowych i eventach promocyjnych dewelopera, zaś Grupa Murapol będzie sponsorem 3 kolejnych wypraw wysokogórskich Andrzeja Bargiela, w tym tej najbliższej w 2019 roku.

– Bardzo się cieszę z rozpoczęcia współpracy z jednym z wiodących polskich deweloperów mieszkaniowych – Grupą Murapol, która będzie jednym z głównych sponsorów moich wypraw. Myślę, że wiele nas łączy, mnie jako sportowca, skupiającego się na realizacji ambitnych celów sportowych i udoskonalaniu projektów, które zamierzam realizować w najbliższych latach, oraz firmę Murapol, która podziela moją pasję i jest gotowa zainwestować w konsekwentne budowanie wizerunku opartego na ciągłości i zaufaniu mówi Andrzej Bargiel.Osobiście też doceniam sportowego ducha firmy, nie tylko zaangażowanej w sportowy CSR, ale i sportowe podejście do konkurencji rynkowej. W mojej ocenie GK Murapol pozytywnie wyróżnia się tu pod względem wykorzystania nowoczesnych rozwiązań w budownictwie mieszkaniowym, co bardzo sobie ceniędodaje Andrzej Bargiel.

Pomysł na współpracę z Andrzejem Bargielem, zrodził się wewnątrz GK Murapol, natomiast za opracowanie strategii oraz kreatywnej kampanii z udziałem nowego ambasadora odpowiada Grupa K2.

Nie ma powodów, aby spieszyć się z kupnem mieszkania

Sprzedaż nowych mieszkań spadła. To jednak nie oznacza, że na pierwotnym rynku nieruchomości pęknie bańka cenowa. Istotne jest, że już nie warto się spieszyć z decyzją o kupnie mieszkania.

Ceny nowych mieszkań rosły bardzo szybko, rynki lokalne mają swoją specyfikę, ale były to wzrosty przekraczające nawet 10 proc. rok do roku. Tak duża dynamika wzrostu cen była przed 10-laty, co skończyło się pęknięciem bańki cenowej.

– Jednak teraz sytuacja jest inna, ponieważ bardzo szybko rosną wynagrodzenia, ich tempo jest zbliżone do wzrostu cen mieszkań – mówi w rozmowie z MarketNews24 Jarosław Sadowski z Expandera.

Dynamika wzrostu cen będzie hamować. To już widać z danych za kolejne miesiące br. Prawdopodobnie nie ma powodów, aby się spieszyć z decyzją o kupnie mieszkania. Istotne jest w jakim celu kupujemy mieszkanie. Czy jest to decyzja inwestycyjna, czy związana z założeniem rodziny, czyli nowe mieszkanie będzie nam niezbędne.

– Jeżeli chcemy założyć rodzinę, to nie ma na co czekać z kupnem mieszkania, ale też nie należy się spieszyć, to dobry czas, aby wybierać najlepsze oferty i negocjować korzystniejszą cenę – ocenia J.Sadowski.

Transition Technologies otwiera spółkę w Tajpej – 亞洲傳科資訊有限公司

Transition Technologies PSC – spółka Grupy Kapitałowej Transition Technologies (GK TT) – lider IT w obszarze nowych technologii –  PLM, IoT i VR, otwiera nowe biuro na Tajwanie i prognozuje wysoką dynamikę sprzedaży w Azji.

W czerwcu 2019 roku Transition Technologies PSC utworzyła spółkę zależną TT PSC Asia Ltd. (chińska nazwa 亞洲傳科資訊有限公司 ) z siedzibą w Tajpej na Tajwanie. TT PSC jest liderem na rynku przemysłowych wdrożeń Augumented Reality (AR) oraz Industrial Internet of Things (IIoT). Spółka prowadzi kluczowe wdrożenia na zamówienia klientów z Europy Zachodniej i USA.


tłumaczenia angielski


W ostatnich latach znacznie zwiększyło się znaczenie rynku azjatyckiego. Centrum przemysłowe świata przesuwa się do Azji i tam też rośnie popyt na najnowsze rozwiązania informatyczne.  Z tego powodu zdecydowaliśmy się na bezpośrednią obecność na rynkach dalekowschodnich i budowę zespołów sprzedażowych i wdrożeniowych opartych o lokalnych inżynierów i sprzedawców – mówi Szymon Bartkowiak, prezes zarządu TT PSC. W najbliższych latach oczekujemy, że sprzedaż będzie rosła 200 – 300 proc. rocznie – dodaje Bartkowiak.

GK TT jest polską firma informatyczną skoncentrowaną na rynkach przemysłowych, energii i gazu oraz medycyny.

Konrad Świrski,
Prof. Konrad Świrski, Prezes Transition Technologies S.A.

Od kilku lat realizujemy strategię dynamicznego wzrostu na rynkach światowych. Budujemy organizację o zasięgu globalnym. Poza Polską – 14 lokalizacji – nasze biura funkcjonują już w USA, Europie Zachodniej i Malezji” – mówi prof. Konrad Świrski, prezes zarządu Transition Technologies SA. Nadchodzą czasy, kiedy polskie spółki informatyczne, poza wielkimi osiągnięciami w outsourcingu i produkcji w Polsce, mogą też zaistnieć na rynkach światowych prowadząc wdrożenia i sprzedając produkty pod własną marką. IT jest jednym z nielicznych sektorów, w których Polska ma szansę być uznanym, światowym producentem – dodaje Świrski.

Polskie spółki technologiczne zaczynają coraz śmielej konkurować z międzynarodowymi gigantami. Coraz częściej polskie firmy IT decydują się na ekspansję na rynkach światowych i skutecznie budują  struktury międzynarodowe. Być może kolejna dekada to właśnie czas polskiej informatyki na rynkach globalnych?

Do 2025 roku liczba serwerowni wzrośnie o 226 proc.

Pięć lat temu firma Vertiv przeprowadziła ogólnoświatowe badanie dotyczące centrów danych przyszłości. W raporcie Data Center 2025: Exploring the Possibilities przedstawiono opinie na ten temat, wyrażone przez ponad 800 profesjonalistów z branży IT. Teraz Vertiv publikuje opracowanie Data Center 2025: Closer to the Edge (Centrum danych 2025: Coraz bliżej brzegu), w którym ukazuje zmiany w branży zaobserwowane w ciągu ostatnich pięciu lat.

Wyniki badania wskazują, że liderzy branży zaczęli myśleć w inny sposób o centrach danych. Obecnie zmagają się z szerokim ekosystemem rozwiązań, na które składa się wiele typów obiektów i widzą konieczność przeniesienia przetwarzania części danych na brzeg sieci. Wśród tych firm, które już korzystają z technologii edge computingu albo planują to do 2025 r., ponad połowa (53%) spodziewa się, że liczba ich serwerowni wzrośnie o co najmniej 100%, a 20% spodziewa się wzrostu czterokrotnego lub większego. Łącznie liczba takich placówek ma wzrosnąć o 226% od teraz do 2025 r.

W trakcie pierwszych badań w 2014 r. przetwarzanie na brzegu sieci uznano za rosnący trend, ale w 19-stronicowym raporcie zasłużył on tylko na cztery wzmianki. Uwaga ankietowanych skupiała się wówczas na architekturze hybrydowej, wykorzystującej zasoby korporacyjne, chmurowe i kolokację. Nawet w takiej branży, w której i tak ciągłe zmiany odbywają się z prędkością światła, wzrost zainteresowania przetwarzaniem na brzegu sieci w centrach danych jest oszałamiający.

– W ciągu zaledwie pięciu krótkich lat zaobserwowaliśmy pojawienie się zupełnie nowego segmentu rynku, stymulowanego potrzebą umieszczenia rozwiązań przetwarzających dane bliżej ich użytkowników – powiedział Rob Johnson, CEO firmy Vertiv. – Ta nowa rozproszona sieć jest zależna od infrastruktury o charakterze krytycznym, co w zasadniczy sposób zmieniło myślenie o centrach danych.

– Tworzenie prognoz na temat technologii wybiegających wprzód na dwa lub trzy lata jest wyzwaniem, ale wyniki tego badania są zbieżne z wizją przedstawiającą ciągle zmieniający się i niesamowicie dynamiczny rynek, który rozwija się na naszych oczach – mówi Giordano Albertazzi, prezes firmy Vertiv na region Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki. – W szczególności szacunki dotyczące wzrostu w dziedzinie obliczeń dokonywanych na brzegu sieci są zgodne z przewidywanym wzrostem popularności rozwiązań sztucznej inteligencji, internetu rzeczy i innych aplikacji, których poprawne działanie zależy od wysokiej przepustowości infrastruktury i jej małych opóźnień. Wyzwaniem, zwłaszcza biorąc pod uwagę niedobór personelu w centrach danych, będzie skuteczne i wydajne zarządzanie całą tą nową infrastrukturą. Coraz ważniejszą rolę zacznie odgrywać zdalne zarządzanie centrami danych.DataCenter2025

Wśród innych istotnych wyników badania warto wymienić:

  • Uczestnicy nie są już tak optymistycznie nastawieni do kwestii zasilania energią słoneczną i wiatrową w centrum danych, jak w 2014 r. Wówczas przewidywali, że około 34% mocy centrum danych będzie pochodzić z tych źródeł do 2025 r. Obecnie oczekują, że wskaźnik ten wyniesie 21% – to wciąż optymistycznie, ale tylko przy ambitnych harmonogramach rozwoju.
  • W skali globalnej 16% uczestników spodziewa się przejścia na emeryturę do 2025 r. To pogłębi i tak już problematyczny niedobór talentów.

Wyróżnienie dla ID Logistics w 24. Rankingu Firm TSL

ID Logistics, wiodący dostawca usług logistycznych specjalizujący się w dedykowanej logistyce kontraktowej, znalazł się w gronie liderów i najlepszych firm wyróżnionych w 24. Rankingu Firm TSL, publikowanym w „Dzienniku Gazecie Prawnej”, którego autorką jest prof. Halina Brdulak ze Szkoły Głównej Handlowej.

W tegorocznej edycji 24. Rankingu Firm TSL, ID Logistics otrzymał wyróżnienie w kategorii „Przychody z deklarowanej głównej działalności – usługi magazynowe”.

Wręczenie nagrody_ID Logistics_24RankingFirmTSL_fot.Wojciech Górski, Dziennik Gazeta Prawna„Cieszymy się, że zostaliśmy docenieni i wyróżnieni w tak ważnym i prestiżowym rankingu, gdzie zestawiane są zarówno największe firmy z branży TSL jak i te mniejsze, których dynamika rozwoju w ostatnim roku była najbardziej zauważalna” – mówi Sylwia Dunn, dyrektor ds. rozwoju, ID Logistics. „Ten rok rozpoczął się bardzo dobrze. Jesteśmy w trakcie wdrażania dwóch strategicznych dla nas projektów z obszaru dedykowanej logistyki kontraktowej. Ich rozpoczęcie operacyjne zostało zaplanowane na styczeń i luty przyszłego roku, co, ze względu na skalę, będzie stanowić dla nas nie lada wyzwanie. Z pewnością utrzymamy dynamiczne tempo rozwoju, a otrzymane wyróżnienie będzie dla nas dodatkową, dobrą motywacją”.


tłumaczenia angielski


Ranking Firm TSL jest organizowany od 24 lat, a jego autorką jest prof. Halina Brdulak ze Szkoły Głównej Handlowej. Ranking od kilu lat publikuje „Dziennik Gazeta Prawna”. W tegorocznej edycji wzięło udział 60 największych firm z branży logistycznej, działających w różnych sektorach usług TSL. Warunkiem uczestnictwa w rankingu było m.in. uzyskanie w 2018 roku przez firmę przychodu z działalności podstawowej transport – spedycja – logistyka (TSL) na poziomie co najmniej 2 mln złotych.

Nagrody i wyróżnienia przyznane w ramach 24. Rankingu Firm TSL zostały wręczone podczas gali, zorganizowanej przez „Dziennik Gazetę Prawną” w dniu 12 czerwca w Warszawie.

Przygotuj swoich ludzi na erę maszyn

Według badań Capgemini przeprowadzonych w grupie 800 menedżerów wyższego szczebla, oczekiwania wobec automatyzacji pracy są jasne – drugim po poprawie jakości procesów (47% procent wskazań) jej celem jest poprawa produktywności pracowników (37%). Tymczasem – patrząc na efekty, większość respondentów twierdzi, że nie udało im się osiągnąć tego celu. Te odczucia podzielają również pracownicy. Badanie Profesora Darona Acemoglu (MIT Department of Economics) i Pascuala Restrepo (Boston University) jasno wskazało, że problemem są kwalifikacje. Rozdźwięk pomiędzy absorbcją nowych technologii a umiejętnościami pracowników mocno wpływa na obniżenie produktywności oraz brak efektywności. Zdaniem Capgemini, to już ostatni dzwonek jeśli chodzi o tzw. upskilling, czyli podnoszenie kwalifikacji pracowników.

AT&T, największa firma telekomunikacyjna na świecie, zaplanowała inwestycję rzędu miliarda dolarów na przekwalifikowanie blisko połowy swoich pracowników celem przygotowania do nowych ról do 2020 roku. Boeing z kolei zainwestował 100 000 000 w rozwój kadr, bazując na pomysłach zgłoszonych przez samych pracowników. Capgemini wprowadza programy przekwalifikowujące zarówno na dużą skalę – na przestrzeni kilku krajów, jak i pilotażowe mikroprogramy podnoszenia kwalifikacji na rynku lokalnym.

– Już trzy na cztery przebadane przez nas organizacje mają programy upskillingowe w fazie pilotażowej, jednak niemal 60% menedżerów przyznaje, że wpływ automatyzacji na pracowników nie jest dla nich kwestią kluczową w wizji i strategii związanej z automatyzacją. Ponad połowa z kolei twierdzi, że nie zidentyfikowała jeszcze bardziej zaawansowanych zadań, w których mieliby brać udział pracownicy w związku ze zmianami – mówi Wojciech Cichoń, Dyrektor Centrum Capgemini Business Services Polska.

Zidentyfikować wpływ technologii i nowe umiejętności

Żeby dobrze przygotować program upskillingowy, trzeba najpierw przyjrzeć się, w jaki sposób nasza strategia technologiczna oraz inwestycje zmienią charakter poszczególnych ról i w których częściach organizacji, jaki jest horyzont czasowy tej zmiany, ile nowych ról musi powstać i w jak dużej grupie osób.

– Należy również zidentyfikować umiejętności pracowników, które są dla nas kluczowe teraz i mogą być w przyszłości. Jako organizacja, która sama wprowadza zaawansowane procesy automatyzacji w firmach na całym świecie, zidentyfikowaliśmy kluczowych pracowników obecnego działu Delivery. Kryteriami, jakimi się kierowaliśmy były oczywiście kompetencje merytoryczne, ale również bazowe umiejętności techniczne oraz szereg kompetencji miękkich, takich jak umiejętność logicznego i krytycznego myślenia, rozwiązywania problemów, kreatywność poznawcza, a także naturalna ciekawość świata – mówi Wojciech Cichoń.

Dla takich osób Capgemini przygotowało RPA Sprint Program w ramach jednostki Business Services, który na razie zaangażował ponad 200 osób z 7 państw na świecie, w tym z Polski. To program rozwijający umiejętności bycia konsultantami Inteligentnej Automatyzacji dla Klientów firmy. Zadaniem tzw. Power Users, po intensywnym szkoleniu, będzie identyfikacja tych procesów, które mają potencjał do automatyzacji.

– Innym przykładem jest mocno ekspercki, półroczny program Cybersecurity Skill Booster, w którym uczestnicy mają możliwość uzyskania kompetencji i stanowisk, do których dojście w standardowej organizacji zazwyczaj zajmuje dość sporo czasu. Ci, którzy z powodzeniem kończą kurs, mogą również starać się o certyfikaty zewnętrzne, których koszt pokrywa firma – mówi Agnieszka Walencik, Learning&Development Manager Capgemini.

– Staramy się również na bieżąco identyfikować przyszłych liderów organizacji. Prowadzimy kilka programów w ramach naszych jednostek biznesowych. Jednym z nich jest Leader in Me, który daje szansę osobom nie mającym jeszcze wystarczającej wiedzy, a u których zauważamy odpowiednie predyspozycje leaderskie. W programie Road to Management identyfikujemy przyszłych menedżerów na podstawie rekomendacji ich przełożonych oraz niezależnej oceny podczas asessment center. Dostają oni jasną informację zwrotną, nad którymi obszarami powinni pracować i trafiają do naszego pipeline’u managerów. W ten sposób możemy szybko reagować w przypadku wygrania nowych projektów – mówi Wojciech Cichoń.

Pilotażowym mikro-programem kompetencyjnym, skierowanym do studentów ostatniego roku studiów oraz absolwentów zainteresowanych pracą w konsultingu, jak też osób z samej organizacji, jest Fast Track To Consulting.

– To intensywny, roczny program szkoleniowy, podczas którego dziesięć osób wejdzie po dwóch tygodniach intensywnego onboardingu od razu do naszych międzynarodowych projektów. Będą tzw. work shadowerami – będą się przyglądać pracy wykwalifikowanych konsultantów i otrzymywać własne zadania, a Capgemini będzie im przez ten czas płacić jak regularnym pracownikom. Wstępnym wymaganiem będzie bardzo dobra znajomość języka angielskiego i pakietu Microsoft Office, dobra energia, spryt i zapał do nauki – mówi Piotr Grzywacz, Vice President w Zespole Transformacji Biznesowej.

Kiedy upskilling jest sytuacją win-win

Jak wskazuje Capgemini, program podnoszący kwalifikacje musi być bardzo starannie przemyślany, żeby spotkać się z aprobatą pracowników i przynieść korzyść organizacji. Badania pokazują, że większość pracowników niższego szczebla nie czuje, że programy upskillingowe w których wzięli udział,zakończyły się sukcesem. Głównym powodem braku entuzjazmu był brak możliwości użycia nowych umiejętności w praktyce.

– Dlatego proponowane pracownikom umiejętności i szkolenia muszą być jak najbardziej zbliżone do tych, które będą niezbędne dla nowych ról w bliskiej przyszłości. Świadomość tego faktu jest niezwykle motywująca i zwiększa morale całego zespół. Zapewnia również poczucie bezpieczeństwa w erze zdominowanej przez otaczającą nas automatyzację. Oferowanie programów przekwalifikowujących oraz podnoszących kwalifikacje, które są inwestycją w sukces samego pracownika, to w oczywisty sposób inwestycja w biznesowy rozwój całej organizacji. Razem z podniesieniem kompetencji zespołu następuje bowiem proces upskillingu naszej firmy, która może zacząć działać w bardziej zaawansowany i dopasowany do tempa postępu technologicznego sposób – podsumowuje Wojciech Cichoń.

Pracownicy sezonowi w Polsce to głównie cudzoziemcy. Polacy wolą jechać za granicę

Choć pracy sezonowej w Polsce jest mnóstwo, to wykonują ją głównie cudzoziemcy. Polacy wolą sezonowo zarobić więcej na Zachodzie, nawet kosztem urlopu. Do sytuacji rynkowej nic też nie wniosło obniżenie wieku zatrudnienia do 15 roku życia. Firmy nie chcą zatrudniać nieletnich.

Pierwszy sezon od momentu zmiany w prawie pracy, która obniżyła o rok dopuszczalny wiek zatrudniania osób młodocianych (zmiana weszła w życie 1. września 2018), pokazuje, że przepis ten nic nie wniósł do sytuacji na rynku. Zdaniem agencji przede wszystkim dlatego, że zatrudnienie 15-latków wiąże się z szeregiem wymogów.

– Zgoda rodziców, skrócone godziny pracy, konieczność stałego nadzoru. Młodociani nie mogą pracować przy niektórych maszynach, a ewentualny wypadek oznacza dużo więcej kłopotów, np. kilka razy większą dokumentację – wylicza Michał Podulski, wiceprezes Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia (SAZ), największej tego typu organizacji branżowej w Polsce oraz przewodniczący Sekcji Agencji Pracy Tymczasowej (SAPT). Jego zdaniem to główny powód, dla którego większość firm w ogóle nie bierze pod uwagę tej opcji.

Polski urlop na niemieckie szparagi

Nieletnich pracowników do prostych prac, jak inwentaryzacja czy wykładanie towaru, nie chcą też brać sieci handlowe. Ofert dla nich – nawet tych sezonowych – nie ma także w urzędach pracy.

Wakacje dopiero się zaczynają i oferty jeszcze się pojawią, ale wśród tych, które spływają od kwietnia nie mamy żadnych dla niepełnoletnich – przyznaje Aneta Janik-Barciś, prezes częstochowskiej agencji Macro Work. Mimo, że latem rąk do pracy potrzebnych jest mnóstwo! – W ofertach pracy sezonowej, można już przebierać jak w ulęgałkach. Jak co roku jest np. ogromne zapotrzebowanie na ludzi w ogrodnictwie i rolnictwie  – mówi Aneta Janik-Barciś.

Pracodawcy wiedzą już, że oferty muszą być na tyle atrakcyjne, żeby ludzie chcieli zostać do końca zbiorów. Dlatego stawki w pracy sezonowej rosną – dziś dochodzą do 20 zł netto za godzinę, co oznacza, że miesięczne zarobić można nawet 3 – 3,5 tys. zł.  Ludzie potrzebni są m.in. do zbierania truskawek, malin czy kwiatów. Firmy najczęściej zatrudniają studentów, pełnoletnich uczniów, a także sporą grupę osób w wieku 50+. Ci ostatni szukają pracy sezonowej, żeby dorobić do emerytury czy renty. Jednak – jak informują szefowie agencji zrzeszonych w SAZ, zdecydowaną większość prac sezonowych w Polsce wykonują obcokrajowcy, najczęściej Ukraińcy, którzy przyjeżdżają do Polski specjalnie w tym celu. Polacy natomiast jeżdżą do tych samych prac do Holandii, Belgii, Wielkiej Brytanii czy Niemiec.

Bardzo często zdarza się, że osoba pracująca w Polsce bierze miesiąc płatnego lub nawet bezpłatnego urlopu i jedzie do pracy sezonowej do Holandii, Francji czy Niemiec. Jeśli tu zarabia około trzech tysięcy złotych, to tam może zarobić cztery razy więcej – mówi Aneta Janik-Barciś. – Za granicą również jest bardzo dużo pracy sezonowej. Zaprzyjaźnione niemieckie agencje już zgłaszają się do nas z zapotrzebowaniem na pracowników do zbierania szparagów.

Podobne obserwacje dotyczące ilości zatrudnianych obcokrajowców w miejsce Polaków ma Cezary Maciołek, wiceprezes Grupy Progres.

W Polsce przy przy zbiorach owoców i warzyw zarobimy około 15 złotych netto za godzinę. Za granicą 40. Wybór jest prosty, tym bardziej, że to praca na dwa, trzy miesiące, czyli tyle ile trwają wakacje – mówi Cezary Maciołek. Dodaje, że widoczna zmiana liczby obcokrajowców zatrudnianych w Polsce do prac sezonowych wyraźnie nasiliła się w 2015 r. – Od tego czasu bazujemy głównie na nich. Ta ewidentny efekt wzrostu gospodarczego i stale malejącej podaży pracowników w Polsce – mówi.

Firmy wzmocniły kadry

W wakacje nie we wszystkich sektorach, w których korzysta się z pracy tymczasowej zapotrzebowanie jest tak duże jak w ogrodnictwie, rolnictwie czy branży horeca. Latem pojawia się zdecydowanie mniej ofert w produkcji przemysłowej i gałęziach gospodarki zależnych od pogody.

– Zamówienia, jeśli już się pojawiają, to zwykle w ostatnim momencie, np. zapotrzebowanie na pracowników na poniedziałek zgłaszane jest przez firmy przed weekendem. To zbyt krótki czas by agencja mogła znaleźć pracowników, przeprowadzić niezbędne szkolenia, wyrobić książeczki sanepidowskie, a w przypadku cudzoziemców przeprowadzić proces legalizacji zatrudnienia – mówi Cezary Maciołek. – Dlatego w ostatnich latach firmy zwiększają zatrudnienie we własnych strukturach – mówi Maciołek.

Żeby dostosować się do wymogów rynku agencje optymalizują koszty, poszukują nowych kanałów rekrutacyjnych i zwiększają zakres działania. M.in. dodają nowe usługi, jak rekrutacje stałe, projekty szkoleniowe czy doradcze. Aby uniknąć ciągłej rotacji pracowników wprowadzają też zmiany w procesie rekrutacji. Jedną z nich jest podawanie w ogłoszeniach stawek za wynagrodzenie. Dodatkowo, wynagrodzenie wzrasta z roku na rok, w obecnym sezonie agencje prognozują nawet 10 proc. wzrost płac dla pracowników sezonowych.

Cinkciarz.pl wygrywa z MasterCard

Cinkciarz.pl wygrywa z MasterCard. Polska spółka unieważniła w Europie dwa znaki towarowe amerykańskiego giganta, jeden przedstawiający dwa połączone czarno-białe koła, a drugi dwa czarne przecinające się okręgi.

Cinkciarz.pl wygrywa z MasterCard

MasterCard nie zgadzał się na to, żeby w znakach słowno-graficznych należących do spółki Cinkciarz.pl zawarty był element nachodzących na siebie kółek. W związku z tym wniósł do Urzędu Unii Europejskiej ds. Własności Intelektualnej (EUIPO) w Alicante w Hiszpanii sprzeciw wobec znaków spółki Cinkciarz.pl, podnosząc m.in. podobieństwo do wcześniejszych znaków MasterCard, przedstawiających przecinające się czarno-białe koła i okręgi. W reakcji na sprzeciw Cinkciarz.pl złożył do EUIPO wnioski o unieważnienie dwóch wspomnianych znaków towarowych MasterCard. Urząd unijny w swoich decyzjach uznał, że znaki towarowe, składające się z prostych elementów geometrycznych przedstawiających koła lub okręgi, nie mają zdolności odróżniającej oraz nie nabyły wtórnej zdolności odróżniającej na skutek używania. Decyzje urzędu nie są jeszcze prawomocne. MasterCard może złożyć odwołanie w terminie dwóch miesięcy od daty ich wydania.

Zasługi satelitów w misji obserwacji Ziemi oficjalnie docenione

Dzięki satelitom umieszczonym na orbicie wiemy, że obecnie każdego roku Ziemia traci ilość lodu trzykrotnie większą od wszystkich lodowców w europejskich Alpach. To powoduje wzrost globalnego poziomu morza, co roku o 1 mm. Satelity, mające największe zasługi w rozwoju nauk o naszej planecie, zostały właśnie docenione – ich imiona wykorzystano do nazwania lodowych mas, które oddzieliły się od Antarktydy i dryfują po Oceanie Południowym.

The_Alps_ESAGlacjolodzy (czyli naukowcy specjalizujący się w badaniu lodowców), którzy analizowali niedawną sytuację odseparowania lodowych mas od kontynentu w Antarktyce, wpadli na ciekawy pomysł. Zaproponowali, aby siedmiu lodowym masom, które oddzieliły się od Antarktydy i zaczęły przemieszczać po Oceanie Południowym, nadać imiona po satelitach, które miały największe znaczenie w historii obrazowania satelitarnego Ziemi. Z jednej strony, miało to ułatwić proces opisania sytuacji (tego typu lodowce do tej pory określano wyłącznie za pomocą współrzędnych geograficznych), ale przede wszystkim podkreślić rolę obserwacji satelitarnych w naukach o Ziemi. Brytyjski urząd, zajmujący się nazewnictwem miejsc geograficznych, oficjalnie zatwierdził siedem nowych nazw.

Nadanie lodowcom imion po satelitach obserwacyjnych Ziemi, które były używane do ich pomiarów, jest doskonałym sposobem na uczczenie międzynarodowej współpracy w misji poszukiwania odpowiedzi na wielkie naukowe zagadnienia. Zatwierdzenie tych nazw jest świetną informacją. Satelity to nasi bohaterowie glacjologii – mówi jedna z pomysłodawców przedsięwzięcia, dr Anna Hogg z Uniwersytetu w Leeds w Wielkiej Brytanii. Lodowe masy noszą nazwy: Ers, Envisat, CryoSat, Grace, Sentinel, Aloes i Landsat. Nowe nazwy lodowców będą w przyszłości używane na mapach, wykresach oraz w publikacjach.

Satelity widzą wszystko

Dzięki badaniom opartym na zdjęciach z satelitów obserwujących Ziemię mamy coraz lepszą wiedzę na temat zmian, jakie na niej zachodzą. Zagadnieniem topnienia lodowców w ujęciu globalnym zajęła się grupa naukowców z Zurychu, która zebrała informacje o 19 tys. tego typu obiektach na Ziemi. Na podstawie zdjęć satelitarnych, udało im się zrekonstruować zmiany w grubości lodu na przestrzeni lat oraz oszacować tempo utraty masy lodowej w przyszłości. W niedawno opublikowanym raporcie badacze ogłosili, że w latach 1961-2016 lodowce na Ziemi straciły aż 9 tys. gigaton lodu, a uwolniona woda spowodowała wzrost poziomu morza o 27 mm. Ustalili także, że jeżeli spalanie paliw kopalnych będzie trwało, a temperatura na Ziemi będzie rosła, do roku 2100 prawie połowa lodowców na Ziemi po prostu zniknie.

Warto zauważyć, że oprócz szacunkowych informacji o tym, ile lodu straciły poszczególne lodowce, udało nam się ustalić, że tempo strat w ciągu ostatnich 30 lat znacznie wzrosło. Obecnie rocznie znika 335 mld ton lodu, co w tym samym czasie powoduje wzrost poziomu morza o 1mm – mówi lider zespołu badawczego z Uniwersytetu w Zurychu, dr Michael Zemp. Tracona co roku masa odpowiada trzykrotności lodu znajdującego się w europejskich Alpach – dodaje.

Copernicus dla badaczy i innowatorów

Lodowce są obecnie monitorowane non stop, m.in. w ramach europejskiego programu obserwacji Ziemi Copernicus. Dzięki temu, że dane z obserwacji są udostępniane w sposób otwarty i bezpłatny, mogą być szeroko wykorzystywane i analizowane przez ośrodki naukowe i badawcze, ale także przez startupy i firmy zajmujące się tworzeniem np. aplikacji opartych na danych satelitarnych. Informacje te są udostępniane na platformach internetowych – Data and Information Access Services , tzw. DIAS.

Dzięki unijnemu programowi Copernicus i postawieniu Europejskiej Agencji Kosmicznej na rozwój innowacyjnych projektów opartych na danych satelitarnych, każdy zainteresowany może korzystać z wysokiej jakości historycznych i aktualnych danych z kosmosu dotyczących obserwacji naszej planety – mówi Przemysła  Mujta, Technical Sales Manager z CloudFerro, polskiej firmy będącej operatorem infrastruktury chmurowej dwóch europejskich DIASów – CREODIAS i WEkEO. Użytkownicy, którzy potrzebują zdjęć satelitarnych do mniejszych projektów, np. szkolnych, edukacyjnych, mogą je z powodzeniem realizować na platformie CREODIAS. W tym celu udostępniamy także środowisko programistyczne. Firmom i większym instytucjom, które potrzebują dużych zasobów danych do profesjonalnych analiz, na zasadach komercyjnych oferujemy gotową infrastrukturę – wyjaśnia Przemysław Mujta.

Wiedza dotycząca dynamiki zmian i przemieszczania się lodowców w przyszłości jest niezbędna dla naszego bezpieczeństwa. Na podstawie danych satelitarnych mogą być opracowywane np. modele prognozujące dynamikę zmian lodowych mas w kolejnych latach, oceniające ryzyko wzrostu poziomu morza oraz umożliwiające zapewnienie ochrony ludziom zamieszkującym potencjalnie zagrożone tereny.

Niestabilna „kraina wielkiego lodu”

Zdjęcia satelitarne umożliwiają nie tylko ocenę wielkości lodowców i objętości zamarzniętej wody ponad poziomem morza, ale także poniżej. Dostarczają również informacje dotyczące gęstości pokrywy lodowej. Niedawno przeprowadzone badania Europejskiej Agencji Kosmicznej dotyczące Antarktydy pokazały, że znaczna część lodowca, na skutek ocieplających się wód oceanu i topnienia lodu, nie jest stabilna. Analiza lodowca za pomocą zdjęć satelitarnych obnażyła znaczne przerzedzenie dotyczące aż 24 proc. Antarktydy, które nastąpiło na przestrzeni ostatniego ćwierćwiecza. Dodatkowo naukowcy wykazali, że w porównaniu do lat 90-tych XX wieku, obecnie lodowiec traci wodę aż pięć razy szybciej.

To świetny przykład tego, jak obserwacje satelitarne pomagają nam lepiej zrozumieć procesy zachodzące na Ziemi. Regiony polarne są wyjątkowo nieprzyjaznymi środowiskami do przeprowadzania badań. W tej sytuacji widok z kosmosu okazuje się narzędziem niezbędnym do dokładnego śledzenia skutków zmian klimatu – mówi dr Marcus Engdahl z ESA.

Symboliczny „chrzest” satelitów, które zrewolucjonizowały proces zdobywania wiedzy na temat lodowców, jest uznaniem rosnącego znaczenia danych z obserwacji Ziemi. Wkrótce imiona satelitów, które miały ogromny wpływ na nauki o Ziemi, a niektóre z nich zakończyły już swoje misje, będą powszechnie używane na mapach i w opisach regionów Oceanu Południowego.

Rodo jest fikcją? Potrzebna zmiana mentalna w polskim biznesie

Rocznica wprowadzenia RODO dawno za nami, a jednak nie cichną głosy o zmianach, jakie przyniosła i jakie wprowadzone zostały do ustawy w kwietniu br., regulując aż 162 inne ustawy, odnoszące się do działalności różnych branż, jak chociażby bankowa, budowlana, prawna, a także szeroko rozumiana branża HR, która za sprawą działów personalnych w różnych organizacjach, obejmuje swą działalnością praktycznie wszystkie sektory gospodarki. Warto też wspomnieć, że zgodnie z najnowszym raportem firmy Deloitte „Living one year with GDPR”, największą liczbę skarg, dotyczących przypadków naruszenia postanowień RODO w krajach Europy Środkowej i Wschodniej, odnotowano w Polsce. Było to ponad 4500 przypadków. Na drugim miejscu znalazły się Czechy, z 3000 naruszeń. Patrząc z perspektywy firmy zarządzającej informacją i przetwarzającej, za zgodą klientów, dane osobowe osób prywatnych, mogę śmiało stwierdzić, że przed polskimi firmami jeszcze długa droga, aby w pełni dostosować się do przepisów RODO. Konieczna jest zmiana mentalności polskiego biznesu, bo wiele firm funkcjonuje nadal w oparciu o stare przyzwyczajenia, co w obliczu nowej ustawy, jest niestety niezgodne z prawem – mówi Sylwia Pyśkiewicz, Prezes Iron Mountain Polska.

Iron Mountain, jako firma zarządzająca danymi osobowymi, przekazywanymi przez firmy z różnych sektorów, musi działać zgodnie z RODO – tj. odpowiednio zabezpieczać, a także w odpowiednim momencie informować o obowiązku niszczenia przedawnionych danych. Tę wiedzę firma przekazuje swoim klientom, którzy niestety bardzo różnorodnie podchodzą do ustawowego obowiązku.

Każdorazowo, w sytuacji, gdy dane osobowe nie powinny być już przechowywane, informujemy naszych klientów o tym fakcie. Warto podkreślić, że bez zlecenia ze strony osoby uprawnionej w danej firmie do wydania nam dyspozycji, nie niszczymy żadnych dokumentów. Niestety respons bywa różny – często firmy, pomimo upływu okresu przechowywania wynikającego z przepisów prawa i konieczności uiszczania opłat za ich dalsze przechowywanie, nie odpowiadają na nasze sygnały. Może to dotyczyć nawet ok. 25% klientów dla których usługi świadczy nasza branża – Sylwia Pyśkiewicz, Prezes Iron Mountain Polska

Które branże respektują RODO

​W ciągu ostatniego roku Iron Mountain, wraz ze swoimi klientami uporządkował archiwa liczące ponad 100 mln dokumentów w wersji papierowej oraz elektronicznej. Około 40% przechowywanych zasobów wymagało zniszczenia, co zrealizowane było na zlecenie klientów, chroniąc wiele firm przed potencjalnymi karami. Dzięki prawidłowemu zidentyfikowaniu dokumentów przeznaczonych do zniszczenia firma jest w stanie ograniczyć koszty przechowywania nawet do 30%.

Z naszych obserwacji wynika, że najsumienniej do procesu RODO podeszła branża finansowa, w tym banki i ubezpieczyciele. Tuż za nimi na podium plasuje się sektor medyczny i branża handlowa, która zarządza danymi klientów detalicznych. Co ciekawe, wielokrotnie w kontekście RODO, zgłaszali się do nas klienci, którzy walidowali przetwarzane dane osobowe – chcieli sprawdzić, czy to, co posiadają w systemie, odpowiada temu, co mają na papierze. Wspólnie z tymi klientami przeanalizowaliśmy 30 mln danych – Sylwia Pyśkiewicz, Prezes Iron Mountain Polska

Polska mentalność

Jak ocenia Iron Mountain problem tkwi w mentalności polskiego biznesu, który niestety jest mocno związany z dokumentami w wersji papierowej. Widać to w wielu procesach realizowanych przez firmę.

Niejednokrotnie klienci zamawiają u nas oryginał dokumentu, zarchiwizowanego w naszych magazynach, powielają go wewnętrznie, nawet jeśli jest już przez nas zdigitalizowany, a następnie nie zwracają do archiwum. Najbardziej kuriozalna jest sytuacja, gdy zamawiają go ponownie, zapominając, że mają go u siebie. Często też takie wypożyczanie prowadzi do zgubienia jedynego istniejącego oryginału. Niestety pokazuje to niezwykle duże przywiązanie do dokumentów papierowych i potrzebę mentalnej zmiany w polskim biznesie – Sylwia Pyśkiewicz, Prezes Iron Mountain Polska

Przed polskimi firmami jeszcze długa droga do pełnego dostosowania się do Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679[1] o ochronie danych osobowych (RODO), zwłaszcza, że od kwietnia 2019 roku obowiązują zmiany, dostosowujące ustawę do krajowych przepisów. Czas pokaże które z wywołanych do tablicy branż (bankowa, budowlana, prawna, HR) najsumienniej podejdzie do tego zadania.

Komentarz prawnika z kancelarii Kobylańska & Lewoszewski:

Spora część nałożonych w Europie kar dotyczy kwestii bezpieczeństwa i nieumiejętnego radzenia sobie z trudnymi sytuacjami, które przecież zdarzają się wszędzie. Przedsiębiorcy na pewno są obecnie bardziej świadomi tego, że nowe prawo ochrony danych osobowych obowiązuje i dotyka także ich działalności w bardzo namacalny sposób. Choć przed polskimi firmami jeszcze długa droga do swobodnego funkcjonowania w nowej rzeczywistości, to spora grupa ma już świadomość, że nieprzestrzeganie zasad wynikających z RODO to zwykle problem, który może przynieść bardzo realne szkody dla przedsiębiorstwa, nie tylko ze względu na potencjalne sankcje, ale przede wszystkim z uwagi na straty wizerunkowe – Marcin Lewoszewski, Radca Prawny, Partner w Kancelarii Kobylańska & Lewoszewski

[1]Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE.

Jak przyciągnąć uwagę odbiorcy – dobre praktyki DOOH

myled

Dzięki reklamom w social media, które są jednym z najchętniej wybieranych kanałów promocji, może się wydawać, że era billboardów dobiegła końca. Czy w czasach popularności reklam online wciąż jest miejsce na tradycyjne medium, jakim jest OOH? Na co zwrócić uwagę podczas tworzenia kampanii outdoorowych? 

W dzisiejszych czasach reklamodawcy mają dostęp do wielu narzędzi marketingowych, a każdego roku pojawia się szereg nowych możliwości. Mimo to reklama outdoorowa wciąż pozostaje skuteczną formą przekazu. Dowodem na to są kampanie realizowane przez marki takie jak Coca-Cola, McDonald’s czy Google. Reklamy tworzone przez rynkowych gigantów opierają się na prostocie przekazu, a ich głównym celem jest informowanie konsumentów o nowościach i nadchodzących promocjach. W przekazywanych przez nich komunikatach nie ma złożoności ani dwuznaczności i właśnie dzięki takiemu podejściu osiągają sukces.

Buduj świadomość marki

Najczęściej popełnianym błędem podczas planowania kampanii OOH i DOOH jest zbyt duża liczba informacji, które reklamodawca chce umieścić na ekranie. Głównym celem marketerów wykorzystujących ten rodzaj komunikacji powinno być budowanie świadomości marki. Przekaz musi zawierać zwięzłą informację na temat tego, co oferuje dana firma lub przynajmniej zaintrygować odbiorców na tyle, by sami chcieli dowiedzieć się więcej na temat jej działalności.

Posługuj się prostymi komunikatami

Kluczem do sukcesu podczas tworzenia kampanii outdoorowych jest skupienie się na krótkich i zwięzłych komunikatach. Należy wyeliminować zbędne frazy, a do opowiedzenia historii wykorzystać przede wszystkim przekaz wizualny. Marketerzy, którzy wybierają ten rodzaj komunikacji mają dosłownie kilka sekund na przykucie uwagi potencjalnego klienta, dlatego też najlepiej sprawdzi się używanie żywych kolorów i wyrazistego języka.

Dostosuj wyświetlane treści do sprzyjających okoliczności

Cyfrowa reklama zewnętrzna pozwala kierować reklamy na określone obszary, a także uruchamiać je w wyznaczonych porach, które są szczytowymi godzinami dla ruchu wokół nośnika. DOOH daje możliwość dostosowywania emitowanych spotów do zmieniających się parametrów, takich jak pogoda, pora dnia czy natężenie ruchu. Dzięki temu komunikaty wyświetlane na cyfrowych ekranach LED są zawsze aktualne.

Połącz kampanię outdoorową z urządzeniami mobilnymi

Billboardy są szczególnie skuteczne, gdy treści na nich zawarte towarzyszą odbiorcy również w mediach społecznościowych czy reklamach pojawiających się na smartfonach podczas przeglądania różnych portali. Rozszerzenie kampanii outdoorowych na urządzenia mobilne wpływa na lepszy odbiór wyświetlanych komunikatów. Połączenie reklamy zewnętrznej z mobilem daje reklamodawcom możliwość przyciągnięcia uwagi odbiorcy i przeniesienia jej z cyfrowego nośnika na smartfon czy tablet, co w znaczny sposób wpływa na zwiększenie zasięgu kampanii i lepsze zapamiętywanie reklam.

Reklamy outdoorowe zapewniają firmom świetny sposób na edukowanie i  zaciekawienie odbiorców. Cyfrowe billboardy umożliwiają elastyczne planowanie i zarządzanie przebiegiem kampanii. Niezależnie od tego, czy dana firma dopiero zaczyna swoją działalność, czy ma już ugruntowaną pozycję na rynku, taki rodzaj komunikacji może pomóc w budowaniu rozpoznawalności marki.


Diana Polska
Diana Polska – Marketing & PR Manager w MyLED

Autor: Diana Polska – Marketing & PR Manager w MyLED, odpowiedzialna m.in. za public relations, budowanie komunikacji marketingowej firmy oraz kreowanie kampanii na nośnikach DOOH, dostosowanych do potrzeb klientów. Pasjonuje się innowacyjnymi rozwiązaniami technologicznymi wykorzystywanymi w cyfrowej reklamie OOH oraz tworzeniem pozytywnego wizerunku marki.

Czym kieruje się kupujący wybierając swoje ulubione marki? Czego szuka i co się dla niego liczy?

Czym kieruje się kupujący wybierając swoje ulubione marki? Czego szuka i co się dla niego liczy, kiedy staje przed sklepową półką? Jak wynika z najnowszych badań już nie tylko sam produkt decyduje o powodzeniu firmy, lecz przede wszystkim jej wiarygodność. Obserwacja tego trendu daje firmom cenną wiedzę, dzięki której mogą reagować na potrzeby konsumentów, a co za tym idzie zyskiwać ich zaufanie i lojalność.

Współczesny nabywca nie da się oszukać. Nawet najlepsze slogany reklamowe i kampanie marketingowe nie zadziałają, jeśli nie podążają za nimi realne działania. Według danych opublikowanych przez KPMG[1], które zbadało doświadczenia polskich konsumentów w obszarze Sześciu Filarów Customer Experience, wiarygodność była najczęściej wskazywanym czynnikiem wpływającym na lojalność względem marki. Dążenie do weryfikacji tej autentyczności jest szczególnie widoczne wśród młodych konsumentów aktywnych w nowych mediach. Nie tylko uważnie śledzą oni poczynania firm, ale nie boją się też rzucać im wyzwań, czy zadawać niewygodnych pytań. Nie wynika to jednak z chęci wytykania błędów, ale z aktywnego poszukiwania tych brandów, z którymi mogą się utożsamiać i z którymi dzielą te same wartości.

Konsument Y dorasta

Młodzi konsumenci zostali ukształtowani przez Internet. W natłoku wielu sprzecznych informacji, które docierają do nich w każdej sekundzie, starają się znaleźć kotwice – pewne miejsca w sieci i marki, którym mogą zaufać, a jednocześnie są niezwykle wyczuleni na fałsz. Firmy pragnące trafić ze swoją komunikacją do tej grupy konsumentów muszą nauczyć się identyfikować ich  oczekiwania i wychodzić im naprzeciw. Dlaczego? Aby zrozumieć ogromny potencjał sprzedażowy Millenialsów przede wszystkim warto przyjrzeć się temu, jak ważną grupę stanowią. Szacuje się, że osób urodzonych na pograniczu wieków jest ponad 80 milionów. Jednak nie tylko w liczebności tkwi ich siła – według badań Accenture[2] w samych Stanach Zjednoczonych wydatki pokolenia Y szacowane są na 600 mld rocznie. Millenialsi to niezwykle aktywni klienci, także pod kątem komunikacyjnym. Chętnie pokazują swoje przywiązanie do marki szczególnie w kanałach social media. Dzielą się rekomendacjami i aktywnie reagują na działania firmy. Wyzwaniem jest więc umiejętność zatrzymania zainteresowania odbiorcy, aby trafić do grupy jego „ulubionych” brandów.

– Współczesny konsument ma natychmiastowy dostęp do wszystkiego, czego potrzebuje. Przepływ informacji jest na tyle szybki, że nie dziwi fakt, że rośnie siła rekomendacji. Zaufanie klienta można więc stracić w kilka chwil. Silne brandy to takie, które zdają sobie sprawę z trendów i dzięki temu umiejętnie i stale budują autentyczne relacje z konsumentami. – mówi Michał Bonecki, Consumer Marketing Manager Perfetti Van Melle Polska.

Kontakt przede wszystkim

Co musi zrobić marka, aby zasłużyć na miano autentycznej? Przede wszystkim spełniać dane obietnice, poprzez realizację działań spójnych z komunikatem i oferując produkty dokładnie takie, do jakich tworzenia się zobowiązuje. Powinna też działać z szacunkiem do konsumenta, być na niego otwarta i stwarzać możliwości interakcji. Obecnie relacje są na tyle ważne, że często wygrywają z czynnikami takimi, jak formy dystrybucji produktów, czy ustawienie półki sklepowej. Właśnie dlatego tak ważny jest wybór kanałów komunikacji i skupianie się na platformach lubianych przez grupy docelowe. Prym wiodą oczywiście portale społecznościowe, zwłaszcza że jak podaje Forbes[3] nawet 62% konsumentów szybciej zaufa marce, jeśli zaangażuje ich ona w kanałach social mediach.

[1] https://assets.kpmg/content/dam/kpmg/pl/pdf/2017/05/pl-Raport-KPMG-w-Polsce-Jak-budowac-pozytywne-doswiadczenia-klientow-top-100-brands.pdf

[2] https://www.accenture.com/us-en/insight-outlook-who-are-millennial-shoppers-what-do-they-really-want-retail

[3] https://www.forbes.com/sites/danschawbel/2015/01/20/10-new-findings-about-the-millennial-consumer/#64a2334e28a8

Nazwa usługi nie przesądza o kwalifikacji do 15e

Od 1 stycznia 2018 r. obowiązują regulacje dotyczące ograniczenia wysokości zaliczanych do kosztów uzyskania przychodów kwot związanych z określonymi usługami i wartościami o charakterze niematerialnym i prawnym. Regulacje te, pomimo że ich głównym celem była walka z optymalizacją podatkową, odbiły się negatywnym echem wśród przedsiębiorców. Stało się tak w szczególności za sprawą bardzo restrykcyjnego podejścia fiskusa w ramach wydawania interpretacji indywidualnych podatnikom, które obejmowało limitowaniem bardzo szeroki katalog usług. Fiskus w wielu przypadkach nie analizował nawet faktycznych czynności, bazując jedynie na określeniu usługi wskazanej przez wnioskodawcę. Taka praktyka organów spotkała się jednak z krytycznym stanowiskiem sądów administracyjnych.

Literalne brzmienie przepisów

W ustawie przyjęto, iż podatnicy są obowiązani wyłączyć z kosztów uzyskania przychodów koszty usług niematerialnych (takich jak usługi doradcze, badania rynku, usługi reklamowe, zarządzania i kontroli, przetwarzania danych, ubezpieczeń, gwarancji i poręczeń, a także usługi przeniesienia ryzyka niewypłacalności dłużnika wierzytelności z tytułu pożyczek, innych niż udzielonych przez banki i spółdzielcze kasy oszczędnościowo-kredytowe, w tym w ramach umów pochodnych instrumentów finansowych oraz świadczeń o podobnym charakterze) świadczonych przez podmioty powiązane, w części, w jakiej koszty te łącznie w roku podatkowym przekraczają 5% EBITDA podatkowego powiększonego o 3 mln zł.

Bazując na literalnej wykładni przepisów, organy podatkowe w każdej sytuacji, w której pojawiało się jedno ze wskazanych wyżej określeń lub sformułowanie podobne bez większej analizy wskazywały, że usługi te podlegają limitowaniu. W pewnym momencie można było odnieść wrażenie, że niektóre kategorie PKWiU są w sposób domyślny przypisane do usług podlegających limitowaniu, pomimo iż z ich opisu wynika co innego.

Wykładnia dokonywana przez organy podatkowe

Organy podatkowe otrzymały już ponad tysiąc wniosków o wydanie indywidualnych interpretacji w związku z art. 15e ustawy o CIT. W większości spraw analiza organu opierała się o wykładnię językową definicji usług zawartych w katalogu z ust 1 pkt 1 tegoż przepisu. Pomimo wskazania przez fiskusa na prymat językowej wykładni przepisów prawa podatkowego definicje przywoływane przez organy w interpretacjach odnoszą się często nie tyle do literalnego znaczenia pojęć, ile do celu, jaki dane świadczenia powinny spełniać. Organy poświęcają uwagę próbie dopasowania definicji jednej z usług wymienionych w katalogu do czynności podatnika wymienionych we wniosku, aby stwierdzić, że dane czynności podlegają limitowaniu.

Tymczasem zgodnie z art. 2a Ordynacji podatkowej „niedające się usunąć wątpliwości co do treści przepisów prawa podatkowego rozstrzyga się na korzyść podatnika”. Przepis ten wymaga więc, aby organ podatkowy, dokonując wyboru spośród dostępnych rezultatów wykładni przepisów prawa podatkowego, stosował ten z wyników wykładni, który jest najbardziej korzystny dla konkretnego podatnika na tle konkretnej sprawy. Powyższe rozumienie art. 2a Ordynacji podatkowej zostało potwierdzone m.in. w interpretacji ogólnej Ministra Finansów z dnia 29 grudnia 2015 r. (znak: PK4.8022.44.2015): „Jeśli organ podatkowy natrafi na wątpliwości co do znaczenia przepisu w konkretnej sytuacji faktycznej, a wątpliwości tych nie będzie można usunąć w trakcie prawidłowo prowadzonej wykładni przepisów prawa podatkowego, to wówczas stosując art. 2a Ordynacji podatkowej, powinien przyjąć znaczenie przepisów korzystniejsze dla podatnika”.

Wyrok WSA w Poznaniu

Podobna sytuacja miała miejsce w analizowanej sprawie. Spółka złożyła skargę do WSA na interpretację, zarzucając organowi, że ten bazował jedynie na klasyfikacji usług na gruncie PKWiU, a poprzez szeroką wykładnię literalną próbował „naciągnąć” usługi informatyczne świadczone na rzecz podatnika, jako usługi zarządzania czy doradcze, a także odniósł się do nieprawidłowego i zbyt szerokiego połączenia wszystkich czynności komplementariusza w jeden koszyk.

W wyroku z dnia 13 marca 2019 r. (sygn. akt I SA/Po 991/18; nieprawomocny) Wojewódzki Sąd Administracyjny w Poznaniu podzielił stanowisko podatnika i wskazał, że sama okoliczność, iż w nazwie danej usługi występuje sformułowanie „zarządzanie” czy „administrowanie” nie może przesądzać o tym, że ta usługa mieści się w katalogu określonym w art. 15e ust. 1 pkt 1 ustawy o CIT. Ponadto sąd wskazał, że nawet jeśli usługi informatyczne odnoszą się do administrowania częścią czy całością systemu informatycznego w danym podmiocie, to nie można ich utożsamiać z usługami wymienionymi w tym przepisie, gdyż jak wskazał WSA, znaczenie ma szczegółowy kontekst i indywidualna charakterystyka danej czynności.

Konsekwencje

Wyrok WSA jest przykładem na to, jak sądy administracyjne gaszą zapędy fiskusa. Jest to kolejny korzystny wyrok dla przedsiębiorców w zakresie wykładni art. 15e ustawy o CIT, z którego można skorzystać w ramach sporu z organami czy w ramach przygotowywania nowych wniosków o wydanie interpretacji podatkowych. Warto jednak zwrócić uwagę, że wyrok, choć pozytywny, nie będzie pomocny w każdej sytuacji, dlatego niezbędna jest wcześniejsza analiza każdego indywidualnego przypadku dokonana przez profesjonalnego doradcę podatkowego.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Podstawowe zakupy Polaków trochę podrożały -kwartalne podsumowanie

  • W maju przeprowadzono trzecie badanie cen produktów na co dzień goszczących w koszykach zakupowych przeciętnego Polaka.
  • Uśrednione wartości koszyków cenowych w 50 sklepach kanału tradycyjnego i 1 online pokazują, że maj był droższy od kwietnia o średnio 3 proc. (odpowiednio 231,85 zł i 224,87 zł), ale tańszy o 0,5 proc. względem marca (233,12 zł).
  • Najwyższe ceny artykułów spożywczych czekają na Polaków w internecie. Wybierając sklepy offline można zaoszczędzić nawet do 16 proc. na tych samych produktach.

Koszyk cenowy ASM SFA_Maj Koszyk cenowy ASM SFA_KwartałRanking po raz trzeci otwiera internetowy supermarket Frisco.pl. W zeszłym miesiącu Polacy wydali 257,20 zł na zakupy online podczas, gdy te same produkty mogli kupić w E.Leclerc za 216,04 zł. Różnica pomiędzy najdroższym a najtańszym koszykiem zakupowym wyniosła 16 proc. Jest to dokładnie tyle samo, co przed miesiącem, z tą tylko różnicą, że w kwietniu najtańszy koszyk należał do sieci cash and carry Makro. W maju te dwie sieci sklepów zamieniły się miejscami. Średnia wartość koszyka w Makro z 216,51 zł wzrosła do 239,40 zł osiągając drugą lokatę zaraz po Frisco.pl. Na trzecim miejscu bez zmian – Selgros, chociaż jego koszyk zakupowy zdrożał o 4,6 proc. w stosunku do poprzedniego miesiąca. Warto zwrócić uwagę na sieć dyskontów Lind konsekwentnie utrzymującą wartość najbliższą uśrednionej sumie koszyków zakupowych wszystkich sklepów, czyli kwotę 231,85 zł. Z kolei sieci sklepów Auchan, Kaufland, Tesco, Biedronka, po raz kolejny znalazły się poniżej tej wartości.

  • Porównując wyniki do poprzedniego miesiąca widać, że w maju średnia wartość koszyka zakupowego zwiększyła się o 3 proc. osiągając poziom 231,85 zł. Ma to odzwierciedlenie w średnich wartościach w podziale na kategorie punktów sprzedaży. W sklepach typu cash & carry wzrósł on o 7,5 proc., w dyskontach o 4 proc., a w kanale tradycyjnym o 2 proc. – podkreśla Patryk Górczyński, dyrektor zarządzający ASM Sales Force Agency, spółki należącej do grupy kapitałowej ASM Group.

 

Oprócz głównego rankingu średniej wartości koszyka zakupowego w podziale na sieci, raport analizuje także średnie wartości w poszczególnych grupach produktów oraz udział sieci w minimalnych i maksymalnych cenach artykułów. Szczegółowy wykaz produktów i cen udowadnia, że robiąc zakupy w hipermarketach z najniższymi cenami można wydać nawet o połowę mniej niż kupując te same produkty w sklepach z najwyższymi cenami.

Trzeci miesiąc badania, pozwala także sprawdzić, jak z perspektywy czasu kształtuje się ranking sieci sklepów. Porównując średnie kwoty koszyków w ostatnim kwartale okazuje się, że sieć sklepów Auchan może pochwalić się najtańszym koszykiem produktów (214,34 zł). Bezapelacyjnie, drugi koniec listy zajmuje sklep online, który w każdym miesiącu odnotowywał najdroższy koszyk zakupowy (253,88 zł). Sklepami, którym najbliżej jest do pozycji Auchan są Biedronka (223,82 zł), Kaufland (222,81 zł), Tesco (225,34 zł) oraz E.Leclerc (225,85 zł). Pomimo tego, że w poprzednich badania pierwsze trzy sklepy nie zawsze zajmowały miejsca na podium dla najniższych wartości koszyka, to statystyki pokazują, że wystarczy konsekwentnie utrzymywać ceny poniżej średniej wartości, aby w długoterminowym ujęciu otrzymać dobry efekt.

  • Tradycyjny kanał sprzedaży offline zachowuje pozycję lidera, chociaż wyższe ceny w sieci nie zniechęcają Polaków do zakupów. Jednocześnie jesteśmy świadkami nowych, ciekawych rozwiązań, kiedy to sklepy stricte online’owe otwierają stacjonarne punkty sprzedaży np. Amazon, Westwing Home & Living czy e-obuwie.pl. Szacuje się, że do 2023 r. 10 globalnych supermarketów online osiągnie łączną sprzedaż na poziomie prawie 200 miliardów euro. Oznacza to także obiecujące perspektywy dla wzrostu zysków w sprzedaży offline. – komentuje Adam Stańczak, prezes zarządu giełdowej spółki ASM Group.

Badanie koszyka cenowego jest przeprowadzane cyklicznie. Pierwszym miesiącem publikacji był marzec 2019 r. Do badania wytypowano 10 najpopularniejszych sieci branży FMCG z kanału tradycyjnego (Auchan, Biedronka, Carrefour, E.Leclerc, Intermarché, Kaufland, Lidl, Makro, Selgros Cash & Carry, Tesco) oraz jedną sieć reprezentującą kanał e-commerce (Frisco.pl). Z każdej z sieci wybrano po 5 placówek – łącznie zbadano 50 punktów sprzedażowych w 12 miastach. Raport koszyka cenowego analizuje ceny 40 wybranych produktów, skategoryzowanych w 10 podstawowych kategoriach takich jak chemia domowa, mięso, mrożonki, nabiał, napoje, produkty tłuszczowe, słodycze czy używki i alkohol.

Raport został przygotowany przez ekspertów ASM Sales Force Agency, spółki specjalizującej się w świadczeniu kompleksowych usług wsparcia sprzedaży i outsourcingu.