Mazurska Manufaktura Alkoholi pozyskała niemal 1,7 mln zł na produkcję kraftową. To ostatnie dni zapisów na akcje Spółki

To już ostatni tydzień zbiórki crowdfundingowej realizowanej przez Mazurską Manufakturę Alkoholi – rodzinną firmę, która chce podbić rynek alkoholi mocnych wódką i nalewkami kraftowymi. Spółka planuje do końca 2022 roku debiut giełdowy na New Connect. Jak dotąd firma pozyskała niemal 1,7 mln zł od ponad 760 akcjonariuszy. Wśród inwestorów znalazła się m.in. Magda Gessler.

Mazurska Manufaktura Alkoholi specjalizuje się w produkcji alkoholi mocnych, w tym przede wszystkim wyrobów premium. W maju br. firma rozpoczęła produkcję wódki i nalewek kraftowych – są one tworzone metodami rzemieślniczymi, z najwyższej jakości spirytusu pszeniczno-żytniego i wody z mazurskich źródeł, w oparciu o tradycyjne receptury. W ramach niespodzianki dla obecnych i potencjalnych akcjonariuszy Spółka wskrzesza ponadto kultowe na Warmii i Mazurach piwo Jurand, które kiedyś było produkowane w siedzibie Mazurskiej Manufaktury Alkoholi – zabytkowym browarze w Szczytnie. Pojawi się ono na półkach sklepowych już w lipcu.

Kampania crowdfundingowa Mazurskiej Manufaktury Alkoholi jest realizowana od początku kwietnia za pośrednictwem platformy Beesfund. Celem firmy jest zebranie 4 mln zł, co stanowi 12,5 proc. akcji przedsiębiorstwa. Cena jednej akcji to 29,95 zł. Pozyskany kapitał zostanie przeznaczony na doposażenie zakładu, zwiększenie skali produkcji oraz rozwój gamy produktów kraftowych. W ciągu kilku kolejnych lat firma chce uzyskać 1 proc. udziałów w rynku w dwóch kategoriach: wódka oraz likiery, nalewki i smakowe napoje spirytusowe. Mazurska Manufaktura Alkoholi zapowiada również do końca 2022 roku debiut na New Connect, co umożliwi zyskowne wyjście z inwestycji po maksymalnie 3,5 roku od daty nabycia akcji Spółki.

Jak dotąd pozyskaliśmy niemal 1,7 mln zł, dzięki czemu osiągnęliśmy prawie 40 proc. zakładanego celu, co już na tym etapie jest dla nas sukcesem. Jesteśmy bardzo zadowoleni z pozytywnego odbioru naszej oferty wśród inwestorów, cieszy nas także tak liczna grupa osób, w które nas uwierzyły – mówi Jakub Gromek, główny akcjonariusz i pomysłodawca Mazurskiej Manufaktury Alkoholi. Wśród ponad 760 akcjonariuszy Spółki znalazła się m.in. znana restauratorka Magda Gessler, która nabyła akcje o wartości 400 tys. zł.

Dodatkowe korzyści dla Akcjonariuszy

Na nowych akcjonariuszy Mazurskiej Manufaktury Alkoholi czeka szereg benefitów. Zakup jednej akcji o wartości 29,75 zł upoważnia do udziału w corocznym, walnym zgromadzeniu akcjonariuszy. Z kolei nabycie pakietu akcji o większej wartości (od 250, 500, 1000, 2000 i 5000 zł) wiąże się z dodatkowymi niespodziankami – m.in. limitowanymi, dedykowanymi alkoholami z oferty Spółki. Osoby, które zainwestują co najmniej 2000 zł, zostaną uhonorowane imienną cegiełką w „hall of fame” stworzonym w historycznym browarze w Szczytnie, gdzie firma ma swoją siedzibę. Z kolei nabywcy akcji o największej wartości (od 12 000 i 25 000 zł) otrzymają m.in. nowości produktowej Mazurskiej Manufaktury Alkoholi oraz zaproszenie na zwiedzanie zakładu połączone z degustacją. Na Inwestorów, którzy zakupią akcje o wartości co najmniej 100 000 zł czeka spersonalizowany, indywidualnie wypracowany pakiet korzyści.

Zbiórka planowana jest do 1 lipca. Więcej informacji na jej temat można znaleźć na: https://mazurskamanufaktura.beesfund.com/

Wyższe cele i zysk nie muszą się wykluczać. 89 proc. kadry zarządzającej uważa, że firmy muszą spojrzeć ponad swoje podstawowe wyniki, aby zwiększyć wydajność

Zdaniem większości liderów biznesu (niemal 9-ciu na 10-ciu), organizacje muszą w większym stopniu skupić się na aspektach szeroko rozumianego tworzenia wartości, wykraczających poza czyste wyniki finansowe – wskazuje projekt Purpose and Profit, w ramach którego powstał raport „Value of Value: Board-level Insights”. Aspekty te obejmują wartość tworzoną dla społeczeństwa i współtworzoną poprzez relacje zewnętrzne.

Raport przygotowany przez Association of International Certified Professional Accountants (Międzynarodowe Stowarzyszenie Dyplomowanych Specjalistów ds. Rachunkowości) we współpracy z Black Sun oraz International Integrated Reporting Council (IIRC) ma na celu przeanalizowanie trendów i wyzwań w pomiarze i zrozumieniu pojęcia, jakim jest tworzenie wartości przez firmy.

Wyniki projektu Purpose and Profit wskazują, że zdaniem liderów biznesu, sukces można osiągnąć jedynie poprzez większe zaangażowanie w kwestie dotyczące interesariuszy i środowiska. Jednakże by to zrobić skutecznie, poza danymi finansowymi potrzebują oni więcej informacji zarządczych i sprawozdawczych, by móc zrozumieć i zinterpretować prawdziwe czynniki, które wpływają na tworzenie wartości.

Potrzebne jest przy tym – ich zdaniem – przyjęcie długofalowej perspektywy. Tymczasem w rzeczywistości tylko 30 proc. kadry kierowniczej korzysta z horyzontu strategicznego planowania przekraczającego trzy lata, mimo że 82 proc. badanych uważa, że uwzględnienie jeszcze dłuższej perspektywy poprawiłoby potencjał tworzenia wartości w ich organizacji.

– Krótkoterminowy kapitalizm musi zmienić się w długoterminowy, zrównoważony wzrost, a przedsiębiorstwa muszą w tym procesie przodować – powiedział Dominic Barton, przewodniczący, IIRC.

Dodatkowe wnioski, jakie płyną z raportu:

  • Tylko 11 proc. ankietowanych kierowników wyższego szczebla uważa, że ​czynniki niefinansowe są szeroko badane i znacząco wpływają na podejmowanie decyzji strategicznych w ich organizacji. Dobrą wiadomością jest to, że prawie połowa z nich opracowuje obecnie narzędzia i techniki, aby lepiej zrozumieć niefinansowe lub szerzej rozumiane czynniki lub włączyć je do procesu podejmowania strategicznych decyzji.
  • Trzy najważniejsze czynniki, które liderzy biznesu uznają za ważne dla sukcesu organizacji, to: spełnienie oczekiwań i potrzeb klientów (97 proc.), inspirowanie i angażowanie pracowników (90 proc.) oraz rentowność i zwrot finansowy dla inwestorów (89 proc.).
  • Popularną koncepcją staje się zintegrowane myślenie (integrated thinking). Potrzebuje ono jednak wsparcia zarządu w celu dalszego rozwoju w organizacjach. Podczas gdy 74 proc. kadry kierowniczej uważa, że ​zintegrowane raportowanie pomoże w promowaniu bardziej spójnego podejścia, tylko 35 proc. czuje, że otrzymuje niezbędne wsparcie na poziomie zarządu potrzebne do wdrożenia go.

– Nic dziwnego, że oprócz spełniania zwiększonych wymogów regulacyjnych, coraz więcej firm stara się poprawić swoją komunikację, aby pokazać przejrzystość. Kluczową korzyścią płynącą z jasnej i przejrzystej komunikacji jest większe zaufanie interesariuszy, a co za tym idzie społeczna licencja do działania – powiedział David Christopherson, CEO, Black Sun.

Jakub Bejnarowicz, Associate Director, Central and Eastern Europe, Association of International Certified Professional Accountants
Jakub Bejnarowicz, Associate Director, Central and Eastern Europe, Association of International Certified Professional Accountants

– Wyższe cele i zysk nie muszą się wykluczać i mogą być wzajemnie osiągalne. Nasze badanie ilustruje jak dużą wagę dla liderów biznesu mają aspekty dotyczące wartości wykraczających poza przynoszenie czystego zysku dla akcjonariuszy. Takie zintegrowane myślenie jest konieczne w dzisiejszym środowisku biznesowym – powiedział Jakub Bejnarowicz, dyrektor regionalny na Europę, Association of International Certified Professional Accountants.

– Dowody wskazują, że przejście na raportowanie zintegrowane to nie tylko właściwa rzecz, ale najlepsza rzecz, jaką organizacja może zrobić dla swojej długoterminowej rentowności. 72 proc. kierowników wysokiego szczebla uważa, że ​zmniejszy ono krótkoterminowe myślenie w organizacjach, wspierając podejmowanie decyzji i działania, które koncentrują się na zrównoważonym tworzeniu wartości w krótkim, średnim i długim okresie – powiedział Richard Howitt, CEO, IIRC.

Pełna treść raportu dostępna jest na stronie: https://www.cgma.org/resources/reports/purpose-and-profit-value-of-value.html

Dodatkowe informacje:

Purpose and Profit to projekt koordynowany przez Association of International Certified Professional Accountants, Black Sun Plc i International Integrated Reporting Council (IIRC). Raport „Value of Value: Board-level Insights” powstał na podstawie ankiety przeprowadzonej w marcu 2019 r. wśród niemal 100 członków AICPA i CIMA, zajmujących m.in. stanowiska CEO, CFO i COO. 78 proc. respondentów pełni funkcje finansowe w organizacjach, a 62 proc. pracuje w prywatnych firmach. Ankieta miała na celu zobrazowanie poglądów liderów biznesu, by móc przeanalizować, w jaki sposób informacje o tworzeniu wartości są mierzone i rozumiane. Jest to aktualizacja informacji o obecnym środowisku biznesowym, odwołująca się do wyników wcześniejszych edycji raportów „Value for Value”, by zilustrować zmiany w postrzeganiu tego zagadnienia, jakie nastąpiły z biegiem czasu.

Co ważne, raport zawiera także 10 pytań, które kadra zarządzająca może wykorzystać do oceny aktualnego stanu gotowości własnych organizacji do tworzenia wartości w przyszłości i wskazania obszarów wymagających większej uwagi. Pytania dotyczą zdolności i kompetencji organizacji, środowiska biznesowego, w którym organizacja operuje, mocnych i słabych stronach jej modelu biznesowego, kierunku rozwoju, strategicznych zasobów i relacji kluczowych dla przyszłego sukcesu, systemu motywacyjnego oraz zdolności do myślenia i podejmowania decyzji w zintegrowany sposób.

Półrocze pod znakiem ekspansji. KiK jeszcze w 2019 roku otworzy około 40 sklepów

Chojna, Miechów, Elbląg – to bilans ostatnich otwarć sieci sklepów KiK, a w planach także Ciechanów i Pabianice, które przyjmą klientów jeszcze w czerwcu. To przedsmak tego, co KiK zamierza w drugim półroczu – do grona sklepów KiK dołączy około 40 nowych lokalizacji. Dodatkowo, sieć planuje zmiany w koncepcji wizualnej – każdy z otwieranych sklepów zostanie urządzony w nowej aranżacji.

Tylko w ostatnich tygodniach marka KiK do swojego portfela dołączyła około 2.000 mkw. w postaci 3 nowych sklepów, a na ostatni tydzień czerwca zaplanowano jeszcze dwa kolejne otwarcia. Wtedy to otworzy się też kolejny etap w historii KiK w Polsce – sklep w Ciechanowie (otwarcie zaplanowane na 27.06) będzie pierwszym sklepem prezentującym zupełnie nową koncepcję wizualną. Jej głównym założeniem jest jeszcze lepsze połączenie poszczególnych grup asortymentowych KiK, co ma wpłynąć na customer journey i zwiększyć doświadczenia zakupowe klientów.

Adam Puk, expansion manager sieci sklepów KiK
Adam Puk, expansion manager sieci sklepów KiK

– W ostatnim czasie lista naszych sklepów powiększyła się o 3 sklepy, a dwa otwarcia nastąpią jeszcze w czerwcu. Kolejne miesiące przyniosą intensyfikację działań ekspansyjnych. W planach mamy przekroczenie liczby 300 sklepów do końca 2019 roku, czyli otworzenie około 40 nowych lokalizacji. Każda z nich będzie zgodna z naszymi standardami, co oznacza, że można się spodziewać nowych sklepów KiK w galeriach handlowych, retail parkach, ale i przy głównych ulicach czy deptakach. Będą to miejsca komfortowe i przestronne – średnia powierzchnia naszych sklepów to ok. 650 mkw. Odpowiednia przestrzeń, dogodna lokalizacja i parking to kanon, którym kierujemy się w wyborze nowych lokalizacji i do którego przyzwyczailiśmy naszych klientów. Tym razem jednak będzie na nich czekać pewne novum – nowa koncepcja wizualna sklepów KiK – komentuje Adam Puk, expansion manager sieci sklepów KiK.

Pierwszy sklep KiK w nowej aranżacji zostanie otwarty 27.06 w Ciechanowie, w Galerii Bonus, przy ulicy Harcerskiej 3.

BPO/SSC: rewolucja czy transformacja? Nowy wymiar sektora usług biznesowych w Polsce

Globalne firmy zmuszone do ciągłych zmian i adaptacji oraz do szybko zmieniających się zasad rynkowych, poszukują jakości, którą znajdują w centrach biznesowych w kraju. Przykładem jest Shell Business Operations w Krakowie, gdzie w ostatnich latach znacznie wzrosła liczba pracowników, a także stanowisk menedżerskich o znaczeniu międzynarodowym. To efekt jakości pracy reprezentowany przez wykwalifikowanych specjalistów o różnorodnych talentach, którzy chcą pracować w Polsce i realizować globalne projekty. Czy możemy już mówić o sektorze nowoczesnych usług biznesowych w wersji 3.0?

Przez ostatnie 20 lat, centra usług biznesowych (BPO/SSC) bardzo dynamicznie się rozwijały. Z danych ABSL, Związku Liderów Sektora Usług Biznesowych, wynika, że aż 85% firm działających w tym sektorze planuje zwiększyć zatrudnienie już w perspektywie najbliższych 12 miesięcy i może przekroczyć 340 tys. miejsc pracy do 2020 roku. To oznacza, że Polska stanie się trzecią spośród najważniejszych lokalizacji dla nowoczesnych usług biznesowych na świecie, po Indiach i Filipinach. Zmiana ilościowa wiąże się też z jakościową. Coraz wyraźniej widać trend związany z poszukiwaniem w Polsce jakości pracy i kadr, tak potrzebnych w modelach biznesowych globalnych graczy. Według ABSL, 79% firm z tego sektora znacznie poszerzyło swój zakres działania w ostatnich 12 miesiącach i aż 87% z nich planuje znaczący rozwój w kolejnym roku, także pod względem otwierania nowych lokalizacji.

Rewolucja 3.0 w sektorze BPO/SSC?

SHELL ENERGY CAMPUS KRAKÓW fot Przemysław KucińskiCentrum operacji biznesowych Shell w Krakowie, czyli Shell Business Operations (SBO) powstało w 2006 roku i jest jednym z pięciu tego typu ośrodków koncernu na świecie. Krakowski zespół tworzy obecnie ponad 3,8 tys. specjalistów w zakresie m.in. finansów, prawa, zasobów ludzkich, zarządzania projektami, księgowości, komunikacji czy logistyki. Pod względem liczby pracowników krakowskie centrum usług biznesowych Shell rozwija się bardzo dynamicznie: już w tej chwili zrównało się z podobnym ośrodkiem Shell w Manili i jest drugim co do wielkości po największym z nich, w Bangalore, stając się jednocześnie jednym z największych pracodawców w Małopolsce.

– Wkroczyliśmy w nowy etap działalności, znacznie wychodzący poza klasyczne role w sektorze nowoczesnych usług biznesowych – mówi Agnieszka Pocztowska, Dyrektor Generalna Shell Business Operations w Krakowie. – Przez ostatnie lata rośliśmy bardzo dynamicznie, na poziomie prawie tysiąca nowych pracowników każdego roku. Jednak to, co jest kluczowe, to zmiany jakościowe. Widzimy wyraźny trend związany ze zmianą roli, jaką pełni SBO w Krakowie dla Shell globalnie. To efekt dostępności do odpowiednich kadr, specjalistów o różnorodnych talentach, którzy chcą pracować w Krakowie i rozwijać się razem z firmą przez kolejne lata. Eksperci podkreślają, że kilkanaście lat temu globalne firmy szukały w Polsce optymalizacji kosztów zatrudnienia. Dzisiaj możemy śmiało powiedzieć, że inwestują w wysokiej klasy specjalistów, którzy dostarczają bardzo dużą wartość dodaną do organizacji.To wymaga od nas ciągłej pracy, ale jest to wysiłek, dający widoczne rezultaty – podkreśla.

Zachodzące zmiany w sektorze usług biznesowych są dobrze widoczne na przykładzie ewolucji  zakresu i poziomu stanowisk w tej branży.

Takie przykłady można znaleźć w SBO Kraków już teraz.  Chociażby w dziale prawnym, gdzie firma zatrudnia prawników i radców prawnych świadczących usługi dla Shell globalnie. Ponadto rozszerza się zapotrzebowanie  na stanowiska komercyjne (nie procesowe) jak np. role z obszarów marketingowych. Przykładem takich ról może być osoba odpowiedzialna za kampanie marketingowe w obszarze olejów czy smarów; lub osoba w dziale lotniczym, która zarządza portfolio klientów biznesowych. Prowadzone są także rekrutacje na stanowiska związane z kształtowaniem cen i polityki cenowej dla poszczególnych linii biznesowych.

Również w obszarze finansowym zachodzą istotne zmiany. Shell w Krakowie zatrudniło w ostatnim czasie finansistów specjalizujących się w zagadnieniach związanych z zarządzania kapitałem w projektach inwestycyjnych, trwających kilka lat. Osoby te nie zajmują się obsługą operacji czy procesów, jak w typowym modelu sektora usług, a pełnią rolę doradczą przy projektach o wartości kilkudziesięciu milionów dolarów. Zadaniem osoby na tym stanowisku jest zaproponowane najbardziej efektywnego modelu finansowego i doradztwo w zakresie optymalnych zabezpieczeń lewarujących zmiany kursów walut.

Bardzo istotne zmiany widać w obszarze komunikacji. To właśnie w Shell w Krakowie powstał dział External Relations, który tworzy grupa ekspertów w dziedzinie zarządzania i realizacji strategii komunikacyjnej w globalnych strukturach Shell. Komunikacja przygotowywana jest  m.in. dla działów wydobycia, nowych energii, dystrybucji, gazu ziemnego.

Praca w BPO/SSC jako laboratorium wiedzy?

Sukces Shell Business Operations w Krakowie i nowa jakość nie byłaby możliwa bez odpowiednich pracowników oraz kultury organizacyjnej wspierającej różnorodność, międzynarodowy charakter pracy, rozwój zawodowy, a także tworzenie przyjaznej atmosfery pracy, dającej możliwość realizacji potrzeb społecznych.

– Różnorodność w przypadku Shell wiąże się z szeregiem działań w ramach naszych programów Diversity&Inclusion, ukierunkowanymi m.in. na wsparcie kobiet w technologiach czy równe prawa społeczności LGBT+ w miejscu pracy, o czym dyskutowaliśmy chociażby podczas ostatniej konferencji ABSL – mówi Agnieszka Pocztowska. – W tym wątku zawarte jest także zapewnienie różnorodnych możliwości rozwoju poprzez szeroki dostęp do wiedzy czy międzynarodową mobilność. Miejsce pracy staje się swoistym „laboratorium wiedzy”, gdzie pracownik działu HR może odnaleźć się w logistyce, dzięki umiejętnościom miękkim, a osoba z logistyki – w finansach, ze względu na talent logicznego zarządzania procesami – dodaje.

Przykładem takiego współdziałania Shell w Krakowie jest aktywne uczestnictwo w tzw. „networkach profesjonalistów”, czyli społecznościach ekspertów specjalizujących się w określonej dziedzinie. Dzięki współpracy z takimi organizacjami jak The Chartered Institute of Management Accountants (CIMA ) czy The Chartered Institute of Procurement & Supply (CIPS), zgodnie z modelami stosowanymi w dynamicznie zmieniających się obszarach biznesowych, pracownicy wymieniają  się wiedzą z innymi ekspertami pod względem najlepszych praktyk np. w dziale finansów czy zakupów. W ten sposób wzmacnia się kompetencje poszczególnych organizacji, co ma przełożenie na rozwój całego regionu i kraju.

Shell w Krakowie czerpie znaczne korzyści z potencjału dużej organizacji. Dla wielu pracowników praca w SBO w Krakowie to unikatowa możliwość rozwijania umiejętności na wielu płaszczyznach poprzez możliwość uczestniczenia w wielu projektach o różnych charakterze. Model ten jest zbliżony do wniosków z badania „Workforce 2020” przeprowadzonego przez Oxford Economics, w którym aż 83% menedżerów stwierdziło, że planuje budować zespoły z osób, będących tylko w części ich bezpośrednimi pracownikami. Dodatkowo, członkowie zespołu Shell kształcą się na zasadzie „on-the-job learning” – oznacza to, że blisko 70% procesu nabywania nowych umiejętności odbywa się podczas pracy, 20% poprzez interakcje – uczestnictwo w programach mentoringowych, społecznościach w miejscu pracy czy otrzymywanie informacji zwrotnych na temat pracy, a tylko 10% to tradycyjne szkolenia, kursy czy korzystanie z ustrukturyzowanych źródeł wiedzy.

– Sektor nowoczesnych usług biznesowych przechodzi transformację w kierunku nowej jakości – mówi Agnieszka Pocztowska. – Mamy tę szczególną okazję, aby wykorzystać sprzyjające warunki ekonomiczne, społeczne i demograficzne i nadal rozwijać w Polsce wsparcie dla globalnego biznesu. Przykład Shell w Krakowie pokazuje, że możemy osiągnąć bardzo wiele, dzięki sprawnemu wykorzystaniu potencjału tej chwili – podsumowuje.

Z dnia na dzień ciekawiej. Co nas czeka?

Handel powoli budzi się z weekendowego snu. Na rynkach nie widać jeszcze większych ruchów, jednak z upływem tygodnia za sprawą odczytów makroekonomicznych powinno być coraz bardziej interesująco.

Złotówka w poniedziałek

Początek tygodnia nie przynosi zaskoczenia w notowaniach naszej waluty. Złotówka kontynuuje ruchy z końca poprzedniego tygodnia i nieznacznie umacnia się w stosunku do głównych walut. Z samego rana za dolara amerykańskiego zapłacimy 3,74 zł. Frank szwajcarski wyceniany jest na 3,82 zł. Z kolei cena wspólnej europejskiej waluty wynosi 4,25 zł, a funta brytyjskiego 4,75 zł. Przed południem możemy spodziewać się nieznacznych zmian w wycenie złotówki. O godzinie 10:00 Główny Urząd Statystyczny opublikował bowiem dynamikę produkcji budowlano-montażowej oraz wyniki sprzedaży detalicznej za maj.

Rynki obserwują ruchy banków centralnych

W poniedziałek, poza odczytami z polskiej gospodarki, z istotniejszych danych przewidziana jest publikacja niemieckiego instytutu Ifo. Dlatego też w pierwszej części tygodnia handel prawdopodobnie będzie przebiegał pod dyktando zeszłotygodniowych informacji banków centralnych. Dla przypomnienia, Mario Draghi zadeklarował, że Europejski bank Centralny gotowy jest powrócić do programu skupu aktywów, bądź też dokona zmiany poziomu stóp procentowych. Również po ostatnim spotkaniu członków amerykańskiej Rezerwy Federalnej możemy stwierdzić, że są oni gotowi do podjęcia odpowiednich kroków, czyli obniżki stóp, której już od pewnego czasu spodziewają się rynki.

Co nas czeka?

W kolejnych dniach inwestorzy nie będą mogli narzekać na nudę. Ekscytująco powinno zrobić się od środy. Właśnie wtedy zaczną napływać ważniejsze informacje ze Stanów Zjednoczonych. Poznamy m.in. dynamikę zamówień na dobra, dynamikę PKB czy raport dotyczący wydatków Amerykanów. Z kolei w Europie poznamy niektóre odczyty inflacyjne i nastroje w gospodarce.

Mateusz Wielewicki – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

8 startupów z obszaru MarTech w II edycji akceleracji [m]spark

14 czerwca zakończył się pierwszy etap II edycji programu akceleracyjnego [m]spark, realizowanego we współpracy z GroupM. Po raz kolejny zostały wyłonione startupy rozwijające innowacyjne narzędzia z zakresu marketingu i nowych technologii, których rozwiązania mogą powiększyć ofertę największych agencji mediowych w Polsce. W tej edycji o szansę na współpracę i wsparcie stara się 8 projektów.

Pierwsza odsłona programu akceleracyjnego [m]spark spotkała się z pozytywnym odbiorem zarówno wśród zgłaszających się startupów, jak i klientów GroupM. Spośród 16 innowacyjnych projektów, zakwalifikowanych do I edycji akceleracji, wyłoniono 3 zwycięzców, którzy otrzymali nagrody pieniężne. Finalnie, startupy PushAd, Web2metrics, SaveCart oraz Chatbooster nawiązały współpracę z klientami GroupM, w tym m.in. z markami Biedronka, Ford i mBank.

Kolejna edycja akceleracji również wzbudziła zainteresowanie środowiska startupowego. W trakcie majowego Pitch Day, poprzedzającego start programu, spośród 20 projektów wyłoniono 8.

W ramach akceleracji [m]spark odbyły się 4 spotkania, na których swoją wiedzą i doświadczeniem z uczestnikami dzielili się eksperci z wieloletnim doświadczeniem z zakresu digital marketingu oraz rozwoju biznesu. Startupy przeszły cykl spotkań, które miały formę zarówno warsztatów, jak i prelekcji prowadzonych przez ekspertów GroupM, mentorów z funduszu KnowledgeHub oraz trenerów z firmy szkoleniowej. Uczestnicy zyskali dużą dawkę wiedzy na temat tego, jak na dzisiejszym, szybko zmieniającym się rynku rozwijać biznes oraz co zrobić, aby skutecznie wdrożyć i sprzedać swój produkt u znaczących na rynku klientów.

Dla GroupM projekt [m]spark jest niezwykle istotny. Dzięki niemu możemy trzymać rękę na pulsie i wychwytywać nowości z rynku, a następnie prezentować je jak najszybciej naszym klientom – wyjaśnia Michał Bielecki, Project Manager, plista, GroupM.

Obszary, które zwróciły naszą szczególną uwagę w drugiej edycji programu, to te budujące customer engagement. Równie interesujący jest również gaming czy call tracking – otwierający nowy obszar w wykazywaniu efektywności domów mediowych – mówi Tomasz Szulkowski, COO [m]spark.

Uczestnicy nadal mogą liczyć także na indywidualne konsultacje z mentorami i weryfikację ich modeli biznesowych. W tej edycji programu udało się zaangażować silne grono ekspertów, w tym m.in. Izabelę Albrychiewicz – CEO GroupM, Tomasza Kuisza – Dyrektora Zarządzającego [m]platform Polska, Agnieszkę Parfienowicz – Partner Digital, Mindshare czy Tomasza Piątkowskiego – Partnera w KnowledgeHub.

Zdecydowałem się na udział w programie, aby poznać bliżej zasady działania dużej agencji mediowej takiej jak GroupM. Zależy mi też na możliwości współpracy z dużymi klientami wyjaśnia swój udział w akceleracji Wojciech Grześkowiak z Trustisto.

Pies i kot w firmie? Opinie pracowników o zwierzętach w pracy

Pies i kot w firmie? Otwartość pracodawcy na zwierzęta w miejscu pracy potrafi zarówno przyciągać kandydatów, jak i ich odstraszać. Według badań Pracuj.pl, 56% pracowników dopuszcza obecność pupili w firmie, a co trzeci uznałby ją za dodatkową motywację do udziału w rekrutacji. Entuzjazm wykazują szczególnie młodsi pracownicy. W pierwszym materiale serii Pracuj.pl „Zawodowy styl życia” sprawdzamy, czy zwierzęta w pracy to pomysł dla każdego.

Zawodowy styl życia: start

Przychodząc do pracy, przynosimy ze sobą przyzwyczajenia i postawy z życia prywatnego. Szukamy miejsc zatrudnienia, które są bliskie naszemu sposobowi funkcjonowania. Czy wiemy jednak właściwie, jakie style pracy i życia w zespole najczęściej odpowiadają Polakom? Chcąc temu się przyjrzeć, zespół Pracuj.pl przygotował raport „Zawodowy styl życia”. Zapytaliśmy pracowników w Polsce o kilkanaście zagadnień, związanych z codziennym życiem i stylami funkcjonowania w pracy. Zbadaliśmy także ponad 50 postaw badanych.

W najbliższych miesiącach będziemy prezentować kolejne wyniki raportu. Opowiemy o tym, jak pracownicy postrzegają m.in. nowoczesne biura (hot-desking, open space), zasady pracy (praca zdalna, dress code), kulturę firmową (zwierzęta w firmie, CSR, wspólne obiady) czy relacje międzyludzkie (przyjaźnie i związki w firmie). Na koniec zaprezentujemy cały raport i przedstawimy rekomendacje ekspertów, dotyczące stylu życia w pracy w Polsce.

Otwartość na zwierzęta w pracy

Według badań Pracuj.pl, pracownicy są podzieleni w ocenie obecności zwierząt w miejscach pracy. 38% z respondentów podchodzi do tematu z entuzjazmem, jednak z niechęcią – tylko nieco mniej, bo 36%. Co czwarty pracownik zachowuje w tym temacie neutralną postawę. Jednocześnie, myśląc o idealnym miejscu pracy, w ponad połowie przypadków badani widzą firmę, w której istnieje możliwość przyprowadzania pupili do miejsca zatrudnienia.Pracuj.pl_Zwierzęta w pracy_3

Stosunek do obecności zwierząt w miejscach pracy dobrze pokazuje zmiany, które zachodzą obecnie w świecie zawodowym. Niegdyś przyprowadzanie pupili do firm mogło uchodzić za ekstrawagancję. Dziś rośnie liczba miejsc, w których otwartość na zwierzęta jest ważną częścią kultury firmowej. Jednocześnie jednak to zjawisko wciąż dzieli pracowników. 56% wszystkich badanych dopuszcza jakąś formę obecności zwierzaków w pracy, a 44% zupełnie ją odrzuca. Motorami zmiany mogą być najmłodsi pracownicy. W grupie 18-24 widać największą otwartość na obecność zwierząt w biurach. Dużym wyzwaniem dla pracodawców jest więc pogodzenie interesów różnych grup osób w tak wrażliwych tematach. Zwłaszcza w kontekście współpracy osób reprezentujących różne generacje pracowników – komentuje Konstancja Zyzik, Manager ds. Pozyskiwania Talentów i Rozwoju Umiejętności w Grupie Pracuj.

Badania potwierdzają, że otwartość na pupili w firmie może równie często przyciągać, jak i zniechęcać kandydatów do pracy w danym miejscu. 34% badanych twierdzi, że ich chęć rekrutacji do danej firmy zmalałaby, gdyby się dowiedzieli obecności zwierząt tym w miejscu pracy. 33% – byłoby silniej zmotywowanych do starań o pracę.

Pupil w pracy? Młodzi na „tak”

Aż 52% z badanych pracowników w wieku 18-24 lat jednoznacznie pozytywnie ocenia ideę obecności zwierząt w pracy, a tylko co czwarty jest jej zupełnie przeciwny. Jednocześnie większość z badanych w tej grupie podchodzi do kwestii realistycznie – 53% z osób w wieku 18-24 dopuszcza obecność zwierząt w wybrane dni lub przy specjalnych okazjach, a tylko 25% – bez ograniczeń.

Co ważne, tylko 8% z badanych osób w wieku 18-24 lat byłoby mniej chętnych do podjęcia pracy w danej firmie jeśli dowiedzieliby się, że „wpuszcza” ona zwierzęta do biura.zwierzęta w pracy

Firmy otwarte na zwierzęta

Z jakimi firmami kojarzymy najczęściej możliwość przyprowadzania zwierząt do pracy? Według badanych zdecydowanie częściej są to pracodawcy prywatni, niż państwowi. To marki działające w specyficznych branżach, których sposób działania zwiększa możliwości wspólnej obecności ze zwierzętami. Badani kojarzą również obecność zwierząt w biurze z niedawno powstałymi firmami, zazwyczaj pochodzącymi z zagranicy.

Pracuj.pl_Zwierzęta w pracy_1Te przekonania potwierdza, a jednocześnie im zaprzecza przypadek firmy Brand24, do której należy jedno z najbardziej popularnych narzędzi monitoringu sieci. Firma działa na styku branż IT i digital, charakteryzujących się własną wyraźną specyfiką. Jednocześnie jednak powstała i jest rozwijana w Polsce, trudno nazwać ją także rynkową debiutantką – istnieje od 2011 roku. Emilia Harabień, Team Leader w Brand24, decydując się na przygarnięcie golden retrievera Chandlera od razu zakładała chęć przyprowadzania go do pracy.

Zależało mi na możliwości przyprowadzania go do biura zwłaszcza na samym początku, gdy buduje się najbliższą więź ze zwierzakiem. Dlatego przed kupnem psa skonsultowałam swoją decyzję z zarządem i współpracownikami. Powodzenie ze zwierzakiem w biurze zależy w dużym stopniu od zespołu i charakteru firmy. Istotna jest też konsekwencja i przeszkolenie. Pierwsze dni z Chandlerem w biurze nie należały do najbardziej produktywnych. Z każdą wizytą coraz lepiej dostosowywał się do biurowych zwyczajów. Gdy firma się rozrosła, zaczęłam przyprowadzać go jednak rzadziej. Obecność 40 osób w jednym miejscu jest bardzo silnym bodźcem dla zwierzaka. Mimo to świadomość, że mam możliwość go przyprowadzić w każdej chwili do pracy, daje mi duży spokój. Najczęściej robię to w spokojniejsze dni, np. w okresie urlopowym, gdy bodźców w środowisku pracy jest najmniej – mówi Emilia Harabień, Team Leader w Brand24.

Na inny pomysł godzenia otwartości z komfortem osób mniej przyjaznych zwierzętom wpadło Nestle, które w ramach projektu Pets at Work (PAW) otworzyło swoje biuro na… psich pracowników. Każde ze zwierząt, które otrzymują „paszport” uprawniający do wejścia do wybranych siedzib firmy, musi jednak przejść proces autoryzacji. To trzymiesięczny okres próbny, w trakcie którego zwierzę uczestniczy m.in. w ćwiczeniach z behawiorystą czy badaniach u weterynarza. W samej brytyjskiej siedzibie firmy w Gatwick takich zwierząt jest obecnie ponad 100. Akcja wprowadzona została np. w warszawskim biurze Nestle Purina.

Zalety i wady zwierząt w pracy

Różnorodność postaw wobec zwierząt w pracy dobrze widać na przykładzie zalet i wad tego rozwiązania. Zapytani o ocenę obecności pupili w firmach, respondenci Pracuj.pl niemal tak samo często dostrzegają w niej okazję do wprowadzenia bardziej miłej atmosfery i redukcji stresu w zespole, jak i pole do potencjalnych konfliktów czy wprowadzenia dyskomfortu dla części zatrudnionych. Stąd tak ważne jest, by – jeśli firma decyduje się na „zaproszenie” zwierząt do biura – pracownicy mieli świadomość, że każdy pupil będzie wymagał innego przygotowania do obecności w nowym środowisku. Powinno zostać także jasno określone, o jakie zwierzęta chodzi – najczęściej mowa jest oczywiście o psach.Pracuj.pl_Zwierzęta w pracy_2

Warto zastanowić się, jaki charakter ma nasz pies. Pamiętajmy, nic na siłę – nie każdy zwierzak będzie dobrze czuć się w przestrzeni naszego biura. Czy dla samego psa to będzie komfortowa sytuacja i dzień bez niepotrzebnego stresu? A jeśli tak to czy należy do odważnych czworonogów, które zaczepiają wszystkich dookoła, co może być uciążliwe dla współpracowników? Czy jest strachliwy i będzie obawiał się obcych osób? W pierwszej sytuacji trzeba będzie wyciszyć emocje i nauczyć go kontrolowanych zachowań, w drugiej – zadbać o spokojniejszą przestrzeń i zachowanie odpowiednich zasad bezpieczeństwa – komentuje behawiorysta Piotr Wojtków, specjalista marki John Dog.

Jak dodaje ekspert, ważną rolę w całym procesie pełni także rozmowa ze współpracownikami, zarówno tymi uwielbiającymi czworonogi, jak i dla nich niechętnymi, W przypadku obu mogą występować problematyczne sytuacje, jeśli nie znają zwyczajów zwierzaka. Zwraca jednak uwagę, że obecność zwierząt w pracy coraz częściej pozytywnie wpływa na zespoły.

Obecność psa w biurze przynosi korzyści, które stopniowo odkrywamy. Spokojna głowa, która wpływa na produktywność właściciela, chwila przerwy na spacer i zresetowanie umysłu, więcej ruchu, czy też poczucie harmonii, czyli tzw. life-work balance, to tylko niektóre z nich. Firmy testują takie możliwości, a z każdym takim przypadkiem wiemy coraz więcej o tym, jak aranżować miejsca pracy, by pogodzić obecność zwierzaków z różnorodnymi postawami pracowników – mówi Piotr Wojtków.

Jakie wnioski z badań Pracuj.pl powinni wyciągnąć pracodawcy? Jak podkreślają eksperci, możliwość przyprowadzania zwierząt do pracy jest jednym z bardziej „wrażliwych” spośród dostępnych na rynku benefitów i trzeba go wprowadzać ostrożnie.
Podobnie, jak wiele innych zmian w świecie HR, zwyczaj ten zdecydowanie szybciej zaczął się przyjmować w dwóch zupełnie różnych typach firm: młodych markach IT czy startupach rywalizujących o specyficzną grupę pracowników oraz międzynarodowych organizacjach, przenoszących do Polski zwyczaje już sprawdzone na Zachodzie. Jednak i w nich obecność zwierząt zazwyczaj związana jest z ograniczeniami lub jest efektem ogólnego konsensusu. Dlatego firmy rozważające wprowadzenie zwyczaju przyprowadzania pupili do pracy powinny realizować te projekty w porozumieniu z zespołem, w systematyczny i przemyślany sposób – podsumowuje Konstancja Zyzik.

Liczba Ukraińców szukających ofert pracy w Polsce przez Internet wzrosła trzykrotnie

Kijów, Dniepr, Charków, Lwów, Zaporoże to pierwsza piątka ukraińskich miast, z których pochodzi najwięcej osób zainteresowanych pracą w Polsce wynika z badania Grupy Progres „Jeden telefon i masz pracę”. Ukraińcy nie rezygnują z przyjazdów do naszego kraju, a zatrudnienia poszukują w Internecie, którego są aktywnymi użytkownikami. Według raportu „Digital in 2019” aż 40,91 mln Ukraińców korzysta z sieci, co stanowi 93 proc. ludności kraju.

Polscy pracodawcy stanęli przed nowym wyzwaniem, jeśli chcą zatrudniać Ukraińców muszą bardzo aktywnie komunikować się z nimi w sieci. Nasi wschodni sąsiedzi tam bowiem szukają pracy. Liczba użytkowników Internetu na Ukrainie rośnie lawinowo – od 2018 r. zwiększyła się ona o 15 mln i obecnie wynosi niemal 41 mln.* Z najnowszej edycji badania Grupy Progres „Jeden telefon i masz pracę” wynika, że liczba Ukraińców szukających pracy w Polsce online (w I kw. 2019 r.) wzrosła trzykrotnie (w porównaniu z I kw. 2018 r).

Internetowe piki rekrutacyjne

Ukraińców szukających pracy w sieci jest coraz więcej. Występują jednak piki rekrutacyjne, które z pewnością wpływają także na ich aktywność w wirtualnym świecie. Pod koniec 2018 r. aż 83 proc. Ukraińców chciało przyjechać do Polski na krótki czas, jednak nie deklarowali, że zostaną u nas po Nowym Roku i szukając pracy brali pod uwagę oferty niemieckich firm.

– Sytuacja zmieniła się w styczniu, gdy poznaliśmy warunki, które niemiecki rząd postawił przed chętnymi do przyjazdu emigrantami zarobkowymi. Wtedy też wśród Ukraińców zaobserwowaliśmy wzrost zainteresowania pracą w Polsce. Spadek nastąpił w kwietniu, kiedy Ukraińcy wyjechali na święta. Obecnie znowu jesteśmy w fazie wzrostu rekrutacyjnego tej narodowości i pierwszy kontakt odbywa się często właśnie w sieci – mówi Justyna Lach, Dyrektor ds. Rozwoju Projektów Międzynarodowych w Grupie Progres.

Kijów szuka pracy w Polsce

W grupie ukraińskich miast, których mieszkańcy najczęściej myślą o przyjeździe do Polski w celach zarobkowych dominuje Kijów (63 proc. osób szukających pracy w sieci). Kolejne miejsca zajmują Dniepr (14 proc.), Charków (10 proc), Lwów (8 proc.) i Zaporoże (5 proc.).

Ukraińscy internauci najczęściej szukają pracy w dużych miastach – Warszawa, Wrocław, Kraków, Poznań, Gdańsk i Lublin. W stolicy zdominowali rynek pracy tymczasowej. Popularność województwa mazowieckiego wciąż rośnie co potwierdzają m.in. analizy Głównego Urzędu Statystycznego – liczba wydanych zezwoleń na pracę zwiększała się z prawie 23 tysięcy w 2011 r. do niemal 80 tysięcy w 2018 r.

– Mazowsze było jednym z pierwszych regionów, w którym do pracy tymczasowej zatrudniano obcokrajowców. Większość zezwoleń, które zostały przyznane w ubiegłym roku dotyczyła obywateli Ukrainy, o wiele mniej było Nepalczyków oraz Białorusinów, jednak już niebawem ta sytuacja może się zmienić. Prognozowany napływ pracowników z Azji jest najlepszym powodem do tego, by już teraz myśleć o zaplanowaniu aktywnej, wielojęzykowej komunikacji z potencjalnymi pracownikami właśnie w Internecie – zaznacza Łukasz Żuber, Kierownik Makroregionu w Grupie Progres.

W informacji wykorzystano dane z kampanii „Jeden telefon i masz pracę” analizujące 20 150 Ukraińskich internautów.

*„Digital in 2019” We Are Social

Spadła liczba osób podlegających dobrowolnie ubezpieczeniu emerytalnemu i rentowemu

Według danych ZUS-u, w ciągu roku spadła liczba osób podlegających dobrowolnie ubezpieczeniu emerytalnemu czy rentowemu. Jednocześnie nieznacznie powiększyła się grupa, która wybrała świadczenie zdrowotne. Zdaniem ekspertów, główną przyczyną takiego stanu rzeczy może być fakt, że część rodaków zwyczajnie nie wierzy w system. Woli gromadzić środki na przyszłą emeryturę np. w banku, bo to w przyszłości ma dać lepszy efekt. Jednocześnie specjaliści zauważają, że nie każdy Polak jest w stanie ponosić tak duże koszty związane z tego typu aktywnością.

Na koniec grudnia 2018 roku 6,6 tys. osób podlegało dobrowolnie ubezpieczeniom emerytalnemu i rentowemu. 12 miesięcy wcześniej grupa ta liczyła 7,5 tys. Maria Kuźniar z biura prasowego ZUS-u zaznacza, że wówczas, a także w listopadzie, było najmniej dobrowolnie ubezpieczonych w ciągu całego 2017 roku. Najwięcej, tj. 7,9 tys., doliczono się ich w lutym i marcu. Z kolei w 2018 roku minimalna liczebność tej grupy wyniosła 6,6 tysięcy (listopad i grudzień), a maksymalna – 7,4 tys. (styczeń i luty).

Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu PKPP Lewiatan
Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu PKPP Lewiatan
– W Polsce jest 16,5 miliona pracujących. Zatem te 6-7 tysięcy osób można nazwać marginesem. Gdyby ta grupa była liczniejsza, to moglibyśmy dostrzec pewne reguły. W tym przypadku mamy do czynienia z indywidualnymi wyborami. Jeżeli ktoś nie ma obowiązku ubezpieczenia się, to zazwyczaj tego nie robi – komentuje Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.

Nikłe zainteresowanie tymi rozwiązaniami wynika z dwóch powodów, co podkreśla ekonomista Marek Zuber. Pierwszy to brak wiary w system. Potencjalni płatnicy uważają, że w przyszłości nie odzyskają pieniędzy w wysokości, która ich satysfakcjonuje. Wolą więc odkładać środki np. w banku, a za 30-40 lat efekt będzie zdecydowanie lepszy. Drugą istotną kwestią jest wysokość składek. Nie każdego stać, aby przeznaczać na ten cel ok. 900 zł miesięcznie. Dotyczy to zarówno zarabiających legalnie, jak i w szarej strefie.

– Przyczyn niskiego udziału w dobrowolnym ubezpieczeniu społecznym należy upatrywać w powszechności zasad obowiązkowego ubezpieczenia społecznego. Ze względu na mnogość tytułów do tego typu ubezpieczeń, w sposób dobrowolny podlegają głównie osoby, które nie mają innej opcji – stwierdza dr Antoni Kolek, prezes Instytutu Emerytalnego.

Z danych ZUS wynika, że w grudniu ub. roku przypis składek na ubezpieczenia emerytalne i rentowe wyniósł 3,723 mln zł, a 12 miesięcy wcześniej – 3,713 mln zł. W ciągu całego 2018 roku wartości te zmieściły się w przedziale od 3,674 mln zł (październik) do 4,178 mln zł (styczeń). Z kolei w 2017 roku były to wielkości właśnie od 3,713 mln zł (grudzień) do 4,452 mln zł (luty). Wówczas łącznie dały 49,916 mln zł, czyli więcej niż rok później, kiedy wyniosły 46,214 mln zł.

Marek Zuber, ekonomista
Marek Zuber, ekonomista
– Te środki nie mają kompletnie żadnego znaczenia dla funkcjonowania systemu. Dziura w FUS w zeszłym roku wyniosła 54 miliardy zł, a nie miliony. Oczywiście, gdyby wszyscy ci płacili, którzy powinni to robić, czyli również pracujący w szarej strefie, to wówczas mówilibyśmy już o poważnych pieniądzach. Samych osób, które mają legalne umowy, ale bez odprowadzanych składek, jest ponad milion. W ten sposób ZUS miałby dodatkowe miliardy złotych, ale to już inna kwestia – analizuje Marek Zuber.

Na koniec grudnia ub.r. 18,7 tys. osób podlegało dobrowolnie ubezpieczeniu zdrowotnemu. Jak informuje Maria Kuźniar, w ciągu dwunastu miesięcy nastąpił więc nieznaczny wzrost, z 18,4 tys. W całym 2017 roku grupa ta liczyła od 17,7 tys. (październik) do 18,7 tys. (kwiecień). W kolejnym roku również były to wartości od 17,7 tys. (wrzesień i październik) do 18,7 tys. (grudzień).

– Większa popularność dobrowolnych ubezpieczeń zdrowotnych wynika z możliwości otrzymania świadczeń krótkoterminowych. Jednak dane te nie są kompletne. Prawo do dobrowolnego ubezpieczenia chorobowego mają także osoby prowadzące pozarolniczą działalność gospodarczą. Korzysta z niego 1,2 mln z 1,5 mln osób – mówi prezes zarządu Instytutu Emerytalnego.

Z kolei osoba, która nie pracuje, może zarejestrować się w urzędzie pracy i tym samym zyskać prawo do ubezpieczenia zdrowotnego. Jeremi Mordasewicz zaznacza, że nie każdy, chociażby ze względów ambicjonalnych, chce iść do tzw. pośredniaka. Alternatywą jest więc dobrowolne opłacanie składki ubezpieczeniowej.

– To jest inne podejście niż do dobrowolnego ubezpieczenia społecznego. Ludzie widzą sens ponoszenia kosztów, żeby być ubezpieczonym w przypadku jakiejś procedury medycznej. Ale są też osoby, które to ewidentnie obchodzą. Wykonują u kogoś z rodziny czy znajomego drobne prace, często nawet fikcyjne – wyjaśnia Marek Zuber.

ZUS informuje, że w grudniu ub. roku przypis składek na ubezpieczenie zdrowotne wyniósł 5,406 mln zł, a 12 miesięcy wcześniej – 4,880 mln zł. Natomiast za cały 2018 r. mówimy o 61,537 mln zł, przy wartościach od 4,756 mln zł (czerwiec) do 5,468 mln zł (styczeń). Z kolei na 58,499 mln zł za 2017 rok złożyły się kwoty od 4,540 mln zł (listopad) do 5,227 mln zł (wrzesień). Jak zaznacza dr Kolek, w br. wydatki NFZ-u mają wynieść 100 mld zł. Zatem wpływy w wysokości 4-5 mln zł należy uznać za mało istotne dla całego systemu.

– Współpłacenie, którego poza polityką lekową w Polsce w zasadzie nie ma, przyniosłoby istotne środki do systemu. Jednocześnie spełniałoby taką funkcję zapobiegania nadkonsumpcji usług zdrowotnych. To jednak wymaga śmiałych decyzji politycznych. Ponadto jest jednym z warunków powszechności dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych. Drugi to określona pula świadczeń gwarantowanych i niegwarantowanych, a także koszyk jakości obsługi hotelowej w szpitalu – podkreśla prof. Krzysztof Krajewski-Siuda, ekspert Instytutu Sobieskiego w dziedzinie ochrony zdrowia.

Jak prognozuje Marek Zuber, liczba osób dobrowolnie opłacających składki będzie utrzymywać się mniej więcej na podobnym poziomie. Jednak nie jest wykluczone powiększenie się tej grupy, ponieważ Polacy mają coraz więcej pieniędzy. Ekspert zaznacza, że wybieraniu ubezpieczeń społecznych nie sprzyjają kolejne zmiany w systemie, w tym zapowiedziana likwidacja OFE. Ponadto, wszelkie analizy z ostatnich lat wskazują, że realne emerytury będą o połowę niższe od obecnych.

– Są plany dalszego uszczelniania systemu ubezpieczeń społecznych i obowiązkowego objęcia ubezpieczeniami następnych grup, np. kolejne umowy zlecenia czy umowy o dzieło. Można stwierdzić, że liczba dobrowolnie ubezpieczonych będzie spadać. Z kolei Rzecznik MŚP proponuje, aby osoby prowadzące pozarolniczą działalność gospodarczą miały prawo wybrać, czy chcą podlegać ubezpieczeniom. Jeśli skorzystałby z dobrowolności, wówczas nie będą odprowadzać składek, a tym samym nie będą mieć prawa do świadczeń – podsumowuje prezes Instytutu Emerytalnego.

Słaby dolar

Start tygodnia w bloku G-10 to nadal słaby dolar amerykański. Najskrupulatniej wykorzystuje to dolar australijski. Wypowiedzi władz monetarnych wskazujące na ograniczone pole do luzowania i jego spadającą efektywność pozwalają na piąty kolejny dzień wzrostów AUD/USD. Odnośnie do trwałości tego ruchu pozostajemy jednak bardzo sceptycznie nastawieni ze względu przede wszystkim na nierozstrzygniętą kwestię wojen handlowych.

Bardzo silna jest też lira turecka a to z kolei wynik powtórki wyborów samorządowych w Stambule. Kandydat opozycji ponownie zwyciężył, a tym razem margines porażki obozu władzy nie pozostawia za wiele pola do kontestacji demokratycznych rozstrzygnięć. Lira zyskuje dziś około 1,7 proc., ale czerwcowe minima USD/TRY nie są jeszcze przebijane. Do kontynuacji umocnienia po tym rajdzie ulgi należy podchodzić z rezerwą, przede wszystkim ze względu na słabość makroekonomiczną i gigantyczną skalę nierównowag, ale również nieprzewidywalność Erdogana.

Rynkowy sentyment poprawił się w ubiegłym tygodniu wraz z przekonaniem o proaktywnym luzowaniu polityki czołowych banków centralnych. Jednak trwałość apetytu na ryzyko będzie uzależniona od szans na wygaszenie ryzyk związanych z relacjami handlowymi USA-Chiny. Spotkanie prezydentów Trumpa i Xi podczas szczytu G20 pod koniec tego tygodnia może być punktem zwrotnym dla rynków. W danych inwestorzy będą szukać oznak szkód z tytułu niepewności odnośnie do perspektyw ożywienia.

Ten tydzień powinien upłynąć pod znakiem wyczekiwania spotkania prezydentów USA Trumpa i Chin Xi podczas szczytu G20 w japońskiej Osace (pt-sb). Jakkolwiek rezultat rozmów będzie punktem wyjścia dla handlu w pierwszym tygodniu lipca, spekulacje na temat tego, co może zostać ustalone, mogą być źródłem zmienności w najbliższych dniach. Wcześniej (pon) wiceprezydent USA Pence wygłosi przemówienie na temat Chin, dostarczając wglądu w obecne nastawienie administracji w odniesieniu do relacji handlowych między krajami. Nie spodziewamy się przełomu po spotkaniu Trumpa z Xi, więc ryzyka dla sentymentu w dniach poprzedzających rozmowy przeważają po negatywnej stronie.

Spośród danych z USA zamówienia na dobra trwałe (śr) pozwolą ocenić nastroje w biznesie i apetyt na inwestycje – ważny czynnik dla przyszłych decyzji Fed. Indeks nastrojów konsumentów (wt) ukaże konsumpcyjną stronę gospodarki. Indeks PCE Core jest preferowaną przez Fed miarą inflacji i kolejny słaby odczyt wzmocni pozycję gołębi. Biorąc pod uwagę, że rynek jest przekonany co do rychłego luzowania polityki Fed, gorsze odczyty dostarczą argumentów za głębszą obniżką o 50 pb, osłabiając USD.

W Eurolandzie indeks Ifo z Niemiec (pon) prawdopodobnie potwierdzi, że odbicie aktywności gospodarczej w największej gospodarce bloku opóźnia się, ale problemy sektora przemysłowego nie pogłębiają się. Wstępne szacunki inflacji (pt) będą ważne, gdyż słabość będzie stanowić argument za luzowaniem polityki EBC. EUR może mieć trudności z wykorzystaniem słabej pozycji USD dla globalnym rynku.

Funta może czekać cichy okres po tym, jak wyłoniono dwóch kandydatów w wyścigu o przywództwo w Partii Konserwatywnej (Boris Johnson i Jeremy Hunt), których czeka miesiąc agitacji członków partii w terenie. Temat brexitu może ustąpić miejsca innym czynnikom zewnętrznym, a funtowi dać pole do oddechu. W kwestii danych finalny szacunek PKB za I kw. (czw) powinien przejść bez echa.

Z Polski otrzymamy ostatnie raporty o majowej aktywności gospodarczej: sprzedaż detaliczną (pon), podaż pieniądza (wt) i stopę bezrobocia (śr) oraz wstępny szacunki CPI za czerwiec (pt). W danych o sprzedaży zakładane jest odreagowanie okołoświątecznego wzrostu zakupów, a stopa bezrobocia powinna obniżyć się wraz ze wzrostem zapotrzebowania na prace sezonowe. Po CPI spodziewane jest nasilenie presji inflacyjnej. Dla złotego większe znaczenie powinien mieć klimat zewnętrzny, w którym widzimy więcej zagrożeń z ryzykiem osłabienia w stronę 4,28 za euro.

Oczekujemy, że RBNZ pozostawi stopę OCR na 1,5 proc. (śr). Po ostatniej obniżce o 25 pb w marcu bank pozostaje w ostrożnym nastawieniu, ale nie spieszy się do dalszego luzowania. Lepszy odczyt PKB za I kw. daje swobodę, by poczekać na więcej danych. Mimo to przekaz w komunikacie powinien skręcać w gołębią stronę, by nie budować niepotrzebnej premii umocnienia NZD. W Australii przyszły tydzień nie przynosi istotnych danych. Mamy wątpliwości, ile jeszcze AUD może skorzystać na ucieczce inwestorów od USD przy negatywnych ryzykach dla sentymentu. Eskalacja napięć handlowych USA-Chiny może szybko uderzyć w Aussie.

W Kanadzie kwietniowy PKB (pt) będzie w centrum uwagi. Przy danych ogólnie potwierdzających odbicie po słabym przełomie roku, CAD może być jedną z niewielu walut nieobawiających się gołębiego zwrotu banku centralnego. Przy pośrednim wsparciu ze strony rosnących cen ropy naftowej utrzymujemy konstruktywne nastawienie wobec loonie przy założeniu kontrastu w polityce monetarnej BoC względem Fed.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers S.A.

Pekao Faktoring liderem wzrostu rynku faktoringu w Polsce

Faktoring to coraz bardziej popularny sposób finansowania działalności bieżącej firm. Jego atrakcyjność wynika z bardzo prostych i przejrzystych zasad uzyskania środków finansowych, które mogą być przeznaczone przez przedsiębiorców na dowolny cel. W I kwartale br. rynek przyrósł o 18 proc. w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego, a firmy zrzeszone w Polskim Związku Faktorów (PZF) osiągnęły w tym okresie obroty w wysokości blisko 63 mld PLN. Liderem wzrostu faktoringu w Polsce w I kwartale 2019 r. był Pekao Faktoring Sp. z o.o. Ta należąca do Banku Pekao S.A. spółka zanotowała ponad 90-procentowy wzrost nabywanych wierzytelności r/r, co pozwoliło jej osiągnąć udział w rynku na poziomie 13 proc.

To już drugi rok z rzędu, kiedy Pekao Faktoring może poszczycić się największym przyrostem obrotów. Także w 2018 r. spółka była pod tym względem liderem, ze wzrostem r/r na poziomie 86 proc. Jednocześnie przyrost całego rynku (wg danych Polskiego Związku Faktorów) wyniósł 27 proc. r/r. Co więcej, wstępne dane spółki za maj 2019 r. potwierdzają utrzymanie tej znaczącej dynamiki przyrostu wyników r/r.

Głównym motorem wzrostu był w ostatnim okresie faktoring pełny (w kraju i eksporcie), w którym to Pekao Faktoring jest liderem polskiego rynku z 20-procentowym udziałem (wg danych Polskiego Związku Faktorów za I kwartał br.). Spółka specjalizuje się także w faktoringu importowym, obsługując aż 35 proc. rynku.

Faktoring pełny jest dziś najszybciej rozwijającym się rodzajem faktoringu, ponieważ poza standardowymi korzyściami, tj. szybkim finansowaniem, zarządzaniem portfelem wierzytelności i weryfikacją wiarygodności dłużników, zapewnia także ochronę klienta przed niewypłacalnością dłużników. Stanowi to znaczącą wartość dodaną dla coraz większej grupy klientów.

Jednak faktoring pełny to nie jedyne źródło rozwoju spółki – jej wzrost widoczny jest również w innych aspektach działalności. Pekao Faktoring prowadzi obecnie rozliczenia dla ponad 15 tys. podmiotów, utrzymując strumień finansowania swoich klientów w kwocie ponad 2 mld PLN.

Magdalena Ciechomska-Barczak, Prezes Zarządu Pekao Faktoring
Magdalena Ciechomska-Barczak, Prezes Zarządu Pekao Faktoring

Osiągnięcie takich przyrostów oraz pozycji rynkowej było możliwe dzięki aktywnemu wsparciu Banku Pekao i uwzględnieniu naszej specjalizacji w celach strategicznych Grupy Pekao. Wdrożone przez nią narzędzia wspierające faktoring powodują, że optymistycznie patrzymy również w przyszłość. Planujemy dalej się rozwijać i odpowiadać na potrzeby klientów – mówi Magdalena Ciechomska-Barczak, Prezes Zarządu Pekao Faktoring.

Nowe unijne ramy dla europejskiego sektora budowlanego – RICS wspiera inicjatywę Construction 2050

RICS wraz z innymi stronami Europejskiego Forum Budowlanego przedstawił Komisji Europejskiej propozycję nowych unijnych ram politycznych dla europejskiego sektora budowlanego ujętych we wspólnej inicjatywie pod nazwą: “Construction 2050: Building tomorrow’s Europe today”.

Nowe ramy rozszerzają już istniejący program UE, „Construction 2020”, celem umocnienia procesu dostosowania branży budowlanej do najważniejszych współczesnych wyzwań oraz promowania zrównoważonej konkurencyjności europejskiego przemysłu.

Sektor budowlany reprezentuje średnio ok. 10% europejskiego PKB oraz ok. 7% całkowitego zatrudnienia, czyli ok. 30% zatrudnienia w całym sektorze przemysłowym. Mieszkańcy Europy spędzają ponad 90% swojego czasu w budynkach, co oznacza, że ich zdrowie i samopoczucie jest w dużym stopniu uzależnione od sposobu budowania, konserwacji i modernizacji nieruchomości.

Według RICS i partnerów projektu, dzięki optymalizacji działalności sektora budowlanego w drodze realizacji nowych ram politycznych, życie Europejczyków ulegnie poprawie poprzez dostarczenie wyższej wartości przy jednoczesnym wykorzystaniu mniejszej ilości zasobów naturalnych, jak również zapewnienie wyższej jakości aktywów właścicielom i użytkownikom nieruchomości.

W ramach podjętej wspólnej inicjatywy RICS oraz inni liderzy europejskiego sektora budowlanego określili najważniejsze wyzwania stojące przed sektorem wysuwając jednocześnie propozycje ich konkretnych rozwiązań. RICS wspomógł ponadto realizację zainicjowanego przez Komisję Europejską badania opinii zainteresowanych podmiotów na temat obecnego programu Unii Europejskiej, „Construction 2020 and beyond”, podkreślając potrzebę upowszechnienia międzynarodowych standardów.

Sander Scheurwater, dyrektor ds. korporacyjnych w RICS Europe
Sander Scheurwater, dyrektor ds. korporacyjnych w RICS Europe

Brak spójnych rozwiązań ponad granicami znacząco utrudnia walkę z problemami związanymi z wydajnością budynków i hamuje rozwój cyfrowego, zrównoważonego budownictwa” – twierdzi Sander Scheurwater, dyrektor ds. korporacyjnych w RICS Europe.

Wspierając badanie Komisji Europejskiej RICS podkreślił m.in.:

  • znaczenie standaryzacji pomiarów w sektorze budowlanym oraz standardów, takich jak International Construction Measurement Standards (ICMS), umożliwiających porównywanie kosztów budowlanych w spójny i przejrzysty sposób, a w konsekwencji podejmowanie uzasadnionych decyzji, których efektem jest zwiększenie wydajności budynków;
  • istotę inicjatyw takich jak książki budowlane dla zapewnienia rynkom jednolitego zestawu informacji oraz ograniczenia ryzyka inwestycyjnego;
  • pilną potrzebę poprawy oceny cyklu życia budynków;
  • potrzebę utrzymania ramowych warunków sprawozdań mających na celu podniesienie zrównoważonego charakteru budynków poprzez zapewnienie wspólnego, unijnego podejścia do oceny wyników w zakresie wpływu nieruchomości na środowisko.

Wkład RICS w badanie KE odzwierciedla działanie tej organizacji na rzecz interesu publicznego oraz zrównoważonej przyszłości europejskiego sektora budowlanego.

Kompleksowe ramy powinny zostać w pełni wdrożone przez wszystkie podmioty ekosystemu budowlanego, kraje członkowskie oraz instytucje europejskie. Podstawą nowych warunków ramowych, bazujących na wynikach obecnej inicjatywy Construction 2020, powinny być następujące założenia:

  • Konkretne, ukierunkowane podejście do aktywności budowlanej ponieważ sektor ten znajduje się na przecięciu różnych łańcuchów wartości, a jego unikatowy charakter wymaga równie unikatowego podejścia.
  • Elastyczne ramowe ramy polityczne w związku ze zmieniającym się ekosystemem budowlanym oraz transformacją sektora budowlanego.
  • Holistyczne podejście do kształtowania polityki w celu realizacji spójnych, wyważonych polityk oraz regulacji.
  • Solidna współpraca między instytucjami europejskimi, państwami członkowskimi i społecznymi partnerami budowlanymi oraz zainteresowanymi podmiotami w związku z potrzebą kształtowania procesu transformacji sektora budowlanego za pomocą jak najbardziej odpowiednich polityk i narzędzi.

Eugenio Quintieri, Sekretarz Generalny Europejskiej Konfederacji Budowlanej: „Sektor budowlany potrzebuje solidniejszych ramowych warunków politycznych aby zapewnić Europie zrównoważoną przyszłość. Nasze wspólne propozycje mają kluczowe znaczenie dla transformacji tego sektora, umożliwiając lepszą koordynację między instytucjami publicznymi oraz prywatnymi interesariuszami oraz gwarantując szerszą realizację unijnych inicjatyw politycznych na poziomie krajowym, regionalnym oraz lokalnym”.

Z Polski co roku znikają leki o wartości 2 miliardów złotych

Problem nielegalnego wywozu leków jest bardzo szeroki. Dotyczy nie tylko Polski, ale także wielu innych państw europejskich. Każdego roku z naszego kraju znikają leki o wartości nawet 2 miliardów złotych. Są to głównie preparaty z kategorii specjalistycznych, wykorzystywane w leczeniu nowotworów, astmy, czy przeciwzakrzepowe. Resort Zdrowia i Ministerstwo Sprawiedliwości wprowadziło nowelizację przepisów, której celem jest zaostrzenie kar za nielegalny wywóz leków. Teraz za ten proceder będzie groziło nawet do 10 lat pozbawienia wolności. Jest on traktowany jako udział w zorganizowanej grupie przestępczej. W toku legislacji doszło jednak do pewnego nieporozumienia. Placówki takie, jak domy pomocy społecznej, fundacje, czy szkoły nie mogą obecnie kupić do swoich apteczek popularnych leków OTC (ang. over-the-counter drug) – dostępnych bez recepty.

– To duży problem. Podmioty te w świetle prawa traktowane są jak przestępcy. Farmaceuta, który wyda im lek, jak i sami przedstawiciele placówek, którzy chcą zaopatrzyć je w aptece mogą zostać skazani w związku z tym nawet na 5 lat więzienia – powiedział serwisowi eNewsroom Tomasz Leleno, rzecznik prasowy Naczelnej Izby Aptekarskiej. – Należy jak najszybciej skorygować prawo tak, aby te grupy leków wyłączyć spod sankcji karnej. Farmaceutyki te nie są objęte nielegalnym wywozem. Dotyczy on preparatów specjalistycznych, a nie tych dostępnych bez recepty. Tymczasem obie te grupy zostały zrównane. W efekcie wiele podmiotów nie może nabyć w aptece legalnie na fakturę wielu niezbędnych dla nich leków. Przedstawiciele Naczelnej Izby Aptekarskiej uczestniczyli w obradach komisji sejmowej, która miała miejsce 3 kwietnia. Tam skierowano szereg uwag dotyczących tej regulacji. Niestety wbrew oczekiwaniom, nie zostały one dotychczas uwzględnione. Powody, dla których je zbagatelizowano nie są znane. Niemniej obecna sytuacja wymaga natychmiastowej poprawy – apeluje Leleno.

Od lipca duże firmy dołączą do pracowniczych planów kapitałowych. Ponad 400 przedsiębiorców wybrało inne rozwiązanie

Od lipca duże firmy dołączą do pracowniczych planów kapitałowych. Ponad 400 przedsiębiorców wybrało inne rozwiązanie 1

1 lipca przedsiębiorstwa zatrudniające powyżej 250 pracowników zostaną automatycznie włączone do pracowniczych planów kapitałowych (PPK). Na alternatywną wersję, czyli wdrożenie pracowniczego programu emerytalnego (PPE), zdecydowało się dotąd 411 firm. Wśród nich są m.in. spółki Grupy VELUX, które zatrudniają łącznie ponad 1,8 tys. osób. Firma podkreśla, że PPE to rozwiązanie korzystniejsze dla samych pracowników, bo w całości finansowane przez pracodawcę. Od momentu uruchomienia programu w spółkach grupy dołączyło do nich już 75 proc. zatrudnionych.

Pracodawcy mają dzisiaj do wyboru wdrożenie systemu PPK, który wymaga kontrybucji zarówno od pracodawcy, jak i pracowników, albo wejście do PPE. Ten jest skonstruowany w taki sposób, że całe koszty tego programu są po stronie pracodawcy, który musi co miesiąc odkładać dla pracownika równowartość 3,5 proc. jego wynagrodzenia. Moim zdaniem taki system będzie miał przewagę nad systemem PPK – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jacek Siwiński, prezes VELUX Polska.

W PPE to firma ma obowiązek opłaty składki w wysokości co najmniej 3,5 proc. wynagrodzenia pracownika brutto. Z kolei w przypadku pracowniczych planów kapitałowych pracodawca płaci podstawową składkę w wysokości 1,5 proc., zaś z pensji pracownika pobierane jest 2 proc. jego wynagrodzenia.

Wdrożeniem PPK nie muszą się martwić firmy, w których co najmniej 25 proc. załogi uczestniczy w pracowniczych programach emerytalnych. Pracodawcy do końca ubiegłego roku mogli wybrać tę alternatywną wersję. Według danych KNF 3 czerwca br. aktywnych było 1 537 PPE. Natomiast od momentu uchwalenia ustawy o PPK w PPE zostało zarejestrowanych 411 firm. Wśród nich są m.in. spółki Grupy VELUX, które zatrudniają łącznie ponad 1,8 tys. osób.

Dyskutowaliśmy wewnątrz o tym, jakie rozwiązanie będzie dla pracowników najlepsze i wybraliśmy PPE. Program ten nie obciąża pracowników i pozwala im elastycznie korzystać ze zgromadzonych środków. Z punktu widzenia pracownika jest to program bardziej elastyczny i przyjazny – mówi Jacek Siwiński.

Jak podkreśla, PPE i PPK spełniają podobne funkcje, ale zasadniczą różnicą jest fakt, że pierwszy z programów nie obciąża pracowników, a całe koszty przerzucone są na pracodawcę. Poza tym środki w PPE są własnością pracownika, podlegają dziedziczeniu, a po ukończeniu 60. roku życia można je wypłacić w całości, bez 19-proc. podatku. Natomiast w przypadku PPK w wieku 60 lat bez podatku można wypłacić 25 proc. jednorazowo, a 75 proc. otrzymywać w ratach przez 10 lat.

W PPK ciekawą opcją jest to, że budżet państwa dopłaca pracownikowi do oszczędności w postaci opłaty powitalnej i premii rocznych [200 zł opłaty powitalnej i 240 zł premii rocznej – red.]. Jednak – biorąc pod uwagę wszystkie aspekty, a przede wszystkim większą elastyczność inwestowania i korzystania ze zgromadzonych środków – wybraliśmy PPE i uznaliśmy, że to będzie bardziej korzystne dla naszych pracowników – mówi Jacek Siwiński.

Uczestnikiem PPE może być każdy pracownik Grupy VELUX zatrudniony na umowę o pracę przez okres co najmniej 6 miesięcy. W tym celu musi wypełnić deklarację uczestnictwa i zadecydować, na jaki fundusz inwestycyjny będą przelewane jego składki podstawowe w ramach PPE.

Jak podkreśla prezes Grupy VELUX, pracownicy potraktowali pracownicze programy emerytalne jako kolejny benefit oferowany przez firmę. Od momentu startu PPE w spółkach Grupy VELUX deklarację uczestnictwa wypełniło już ponad 75 proc. pracowników.

PPE to jeden z możliwych programów wsparcia oszczędności emerytalnych pracowników. W dzisiejszych czasach, kiedy wskaźniki demograficzne są, jakie są, systemowo nasze przyszłe emerytury będą dość niskie. Trzeba oszczędzać, żeby zapewnić sobie godne życie. Programy takie jak PPE mają właśnie taki cel, wspierają pracowników w ich oszczędzaniu na przyszłą emeryturę – podkreśla Jacek Siwiński.

Duże firmy, które nie zdecydowały się na PPE, stopniowo przygotowują się do nowego obowiązku uczestniczenia w PPK.

Wielu pracodawców już rozpoczęło prace projektowe i bardzo poważnie podchodzi do tematu uruchomienia PPK, choć wśród naszych członków mamy i takich, którzy jeszcze się zastanawiają i nie rozpoczęli żadnych prac. Czekają na 1 lipca, żeby zacząć się rozglądać i orientować w temacie – mówi Dorota Dula, ekspert Business Center Club ds. ubezpieczeń i planów emerytalnych.

Największe firmy są zobowiązane do 25 października zawrzeć umowy o zarządzanie z instytucjami finansowymi i wprowadzić pracowników do systemu PPK. Od stycznia 2020 roku taki obowiązek obejmie też podmioty zatrudniające przynajmniej 50 osób, a pół roku później także firmy z co najmniej 20-osobową załogą. Ostatnie do systemu dołączą pozostałe podmioty i jednostki sektora publicznego (od stycznia 2021 roku).

– Czasu jest jeszcze sporo, nie ma potrzeby wykonywania nerwowych ruchów. Należy dobrze przygotować organizację i przeprowadzić proces wyboru –podkreśla ekspert BCC.

Jak podkreśla, wdrożenie PPK jest dla pracodawców dużym wyzwaniem logistycznym i administracyjnym, w które zaangażowane są zarówno działy finansowe, HR-owe, jak i komunikacja wewnętrzna. Firmy muszą nie tylko wprowadzić zmiany w organizacji, wybrać instytucję zarządzającą, lecz także zadbać o rzetelną informację skierowaną do pracowników. Ci będą włączani do programu automatycznie i staną się uczestnikami PPK, jeżeli nie złożą rezygnacji.

Pracodawca powinien dostarczyć rzetelnej, obiektywnej informacji, która pomoże zatrudnionym samodzielnie podjąć decyzję, poinformować ich o wszystkich prawach i obowiązkach, jakie ma uczestnik – mówi Dorota Dula.

Jak podkreśla, w interesie pracodawców jest to, żeby jak największa liczba pracowników już na starcie podjęła świadomą, przemyślaną decyzję o pozostaniu bądź wypisaniu się z PPK. W przeciwnym razie później firmy czeka chaos organizacyjny.

Polska w krótkim terminie nie powinna negatywnie odczuć wznowienia wojny handlowej między USA a Chinami. Sytuacja może nawet sprzyjać rodzimemu eksportowi

Polska w krótkim terminie nie powinna negatywnie odczuć wznowienia wojny handlowej między USA a Chinami. Sytuacja może nawet sprzyjać rodzimemu eksportowi 2

Po półrocznym zawieszeniu w maju wybuchła kolejna odsłona bitwy na cła między Stanami Zjednoczonymi a Chinami – prezydent Donald Trump podniósł stawki dla chińskich towarów o wartości 200 mld dol. i zagroził wprowadzeniem kolejnych opłat. Na cenzurowanym znalazł się chiński koncern Huawei, z którym na skutek dekretu Trumpa amerykańscy potentaci zrywają współpracę. Choć Polska znajduje się na peryferiach tego konfliktu, może on skutkować m.in. osłabieniem złotego, co jest korzystne dla eksporterów.

W trakcie konfliktów światowych kapitał płynie do tak zwanych safe haven, czyli na przykład do franka szwajcarskiego, jena japońskiego, dolara amerykańskiego, złota, a waluty rynków wschodzących się osłabiają. Jeżeli ten konflikt wejdzie w fazę ostrą, spowoduje osłabienie złotego, co przełoży się na efekt łagodzenia dla polskiej gospodarki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Świder z Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu. – Co prawda, produkty importowane z innych krajów będą dla nas droższe, natomiast poprawi to konkurencyjność naszego eksportu i zadziała łagodząco, dlatego ważne jest, żeby polski złoty w razie czego te szoki amortyzował.

Na razie kursy dolara i złotego są stabilne – po wyraźnym umocnieniu się dolara w pierwszej połowie ub.r. wartość amerykańskiej waluty waha się między 3,70 a 3,85 zł. Także w przypadku euro, w którym Polska prowadzi większość rozliczeń, relacja jest stabilna, choć lekko spadkowa w przeciwieństwie do dolara. Choć Donald Trump grozi wprowadzeniem kolejnych ceł na chińskie towary (nawet do wartości 325 mld dol.), to o ile chiński przywódca Xi Jinping nie spotka się z nim na szczycie G20 w Osace, zaplanowanym na 28–29 czerwca, Polska w krótkim terminie nie powinna odczuć skutków tego konfliktu.

Ograniczenia handlu na świecie działają negatywnie na dobrobyt i wzrost gospodarczy, ponieważ wiele firm kupuje podzespoły i różne składniki produkcji w różnych miejscach na świecie. Ograniczanie tego przepływu sprawia, że produkcja zachodzi mniej wydajnie, przez co produkty mogą być nieco droższe –tłumaczy Wojciech Świder. – Natomiast jeśli chodzi o wpływ na gospodarkę Polski, to moim zdaniem będzie on ograniczony, ponieważ ani ze Stanów, ani z Chin nie importujemy tak dużo jak np. z Niemiec. Dlatego myślę, że ten konflikt nie będzie dla Polski szczególnie dotkliwy.

W ocenie wielu komentatorów z punktu widzenia strategicznego Donald Trump słusznie rozpoczął kolejną odsłonę walki o ochronę rynku, dopóki jeszcze Stany Zjednoczone mają nad Chinami przewagę gospodarczą i technologiczną, a do wyborów prezydenckich zostało półtora roku. Stany Zjednoczone zarzucają Chinom nielegalne praktyki handlowe, takie jak kradzież technologii czy wymuszanie transferów technologii na firmach, które wchodzą na rynek chiński z bezpośrednimi inwestycjami zagranicznymi. Same natomiast, mimo przynależności od 2001 roku do WTO, starają się ograniczać możliwości inwestowania na swoim rynku. Manipulują także kursem swojej waluty, osłabiając ją, dzięki czemu zwiększa się nadwyżka handlowa Chin.

Jeśli chodzi o bilans zysków i strat, to w krótkim terminie Chiny już zyskały. W 2018 roku nadwyżka handlowa Chin była rekordowa i wynosiła ponad 350 mld dol. Było to też efektem tego, że amerykańscy importerzy nagle zaczęli realizować ogromne zamówienia z Chin, żeby zdążyć przed cłami – zastrzega ekonomista UEP. – Natomiast w długim okresie walka toczy się o pozycję hegemona światowego. Jeżeli konflikt będzie się zaostrzał, to możemy wejść w fazę zimnej wojny 2.0, już nie USA – Związek Radziecki, tylko USA – Chiny i będzie to wojna na płaszczyźnie handlowej.

Jak tłumaczy, dzięki międzynarodowemu charakterowi dolara Stany Zjednoczone mogą się bezkarnie zadłużać na światowych rynkach, emitując kolejne obligacje w celu spłacenia tych, których termin wygasa. W lutym 2019 roku amerykański dług przekroczył już 22 bln dol., a to oznacza, że w ciągu dekady niemal się podwoił. Z tego obligacje o wartości 1,15 bln dol. znajdują się w rękach Chin.

Tu trzeba pamiętać o jednej rzeczy: Trump musi myśleć w kategoriach 4-letnich, bo są wybory, a prezydent Xi Jinping nie. On ma władzę i może planować ten konflikt na 20 lat – zwraca uwagę Wojciech Świder. – I to jest właśnie przewaga Chin. Ogólnie USA militarnie i gospodarczo jeszcze są dużo silniejsze niż Chiny, ale z punktu widzenia politycznego demokracja paradoksalnie jest słabością USA. Jeżeli Trump doprowadziłby do przejściowych problemów w roku wyborczym, miałby bardzo małe szanse na ponowne wybranie.

Wcześnie wykryty rak piersi może być uleczalny. W Polsce brakuje jednak dostępu do nowoczesnej terapii i wiedzy na temat tej choroby

Wcześnie wykryty rak piersi może być uleczalny. W Polsce brakuje jednak dostępu do nowoczesnej terapii i wiedzy na temat tej choroby 3

Zastosowanie terapii celowanej z wykorzystaniem podwójnej blokady na wczesnym etapie rozwoju HER2-dodatniego raka piersi może doprowadzić do całkowitego wyleczenia. W Polsce refundacji podlega jednak tylko jeden z dwóch wykorzystywanych w tej terapii leków. Eksperci podkreślają, że problemem jest także to, że kobiety, które słyszą diagnozę „wczesny rak piersi”, są pozostawione same sobie, bez dostępu do informacji i wsparcia w pierwszym, bardzo trudnym etapie leczenia. Tego typu wsparcie chcą zaoferować twórcy kampanii „Wylecz raka piersi HER2+”.

Rak piersi to najczęściej diagnozowany nowotwór wśród kobiet, a jednocześnie jedna z najczęstszych przyczyn zgonu pacjentów onkologicznych. W Polsce chorobę tę co roku diagnozuje się u blisko 18 tys. kobiet, przy czym od blisko 8 lat liczba zachorowań stale wzrasta. Zwiększa się także śmiertelność. Według Krajowego Rejestru Nowotworów w 2012 roku z powodu nowotworu piersi zmarło 5 350 kobiet, obecnie liczba ta zwiększyła się do ponad 6 tys. Medycyna wyróżnia trzy podtypy raka piersi: hormonozależny (luminalny), dotyczący aż 70 proc. zdiagnozowanych kobiet, HER2-dodatni występujący u ok. 18–20 proc. chorych oraz najrzadziej diagnozowany potrójnie ujemny rak piersi.

 Te podtypy biorą się stąd, że od wielu lat oznaczamy u chorych, u których stwierdzono raka piersi, receptory estrogenowe, progesteronowe, HER2 i współczynnik Ki-67. Na podstawie kompilacji tych czterech czynników ustalamy podtyp biologiczny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr n. med. Agnieszka Jagiełło-Gruszfeld, onkolog kliniczny z Centrum Onkologii w Warszawie.

Rak piersi HER2-dodatni to szczególnie agresywna postać choroby, ponieważ szybko się rozwija i częściej daje przerzuty do węzłów chłonnych. HER2 to białko receptorowe zaangażowane w proces kontroli nad wzrostem i funkcjonowaniem komórek. Zbyt duża liczba tych receptorów prowadzi do przekazywania większej liczby sygnałów stymulujących nadmierny podział i wzrost komórek nowotworowych. Dzięki postępowi w nauce rak piersi HER2-dodatni nie musi dziś oznaczać wyroku śmierci – pacjentki żyją znacznie dłużej, zwiększa się czas wolny od progresji choroby, w niektórych przypadkach możliwe jest nawet całkowite wyleczenie. Warunkiem jest jednak wczesne wykrycie nowotworu.

– Wczesny rak piersi to taki rak, który da się radykalnie wyleczyć. Jest ograniczony do piersi, a jeśli dał przerzuty, to tylko i wyłącznie do węzłów chłonnych pachowych. Wtedy możemy taką chorą całkowicie wyleczyć z tego raka – mówi dr Agnieszka Jagiełło-Gruszfeld.

Terapia HER2-dodatniego raka piersi powinna się rozpocząć od leczenia systemowego, a więc chemioterapii połączonej z leczeniem celowanym farmaceutykami blokującymi działalność receptora HER2. Odkrycie terapii celowanej, które nastąpiło prawie dwie dekady temu, stanowiło przełom w leczeniu tego rodzaju nowotworu – obecnie jest ono standardem, znacząco przedłużając życie pacjentek. Niedawno dla chorych na wczesnego HER2-dodatniego raka piersi pojawiła się nowa opcja terapeutyczna – do znanego już leku dodaje się kolejny, tworząc podwójną blokadę agresywnego receptora HER2. Takie połączenie sprawia, że terapia jest jeszcze bardziej skuteczna.

– Niestety, w Polsce refundowany jest w tej chwili tylko jeden z tych leków, czyli generalnie pacjentki nie mają dostępu do tej podwójnej blokady, jeżeli oczywiście same sobie go nie zapewnią z własnych środków. To się najbardziej przekłada na losy pacjentek, u których stwierdzono przerzuty do węzłów chłonnych lub duży guz, powyżej 5 centymetrów, i u których stwierdzono właśnie raka HER2-dodatniego – mówi dr Agnieszka Jagiełło-Gruszfeld.

Mimo że HER2-dodatni rak piersi występuje u blisko 20 proc. wszystkich pacjentek z nowotworem piersi, wiedza na jego temat jest wciąż bardzo niska. Zwiększenie tej świadomości jest celem kampanii „Wylecz raka piersi HER2+”, w ramach której uruchomione zostały strona internetowa i profil na Facebooku dla kobiet z tym podtypem nowotworu oraz ich bliskich. Pacjentki znajdą tam informacje dotyczące przebiegu choroby, diagnostyki, możliwości leczenia, a także listę ośrodków specjalizujących się w leczeniu raka piersi oraz kontakty do organizacji pacjentów wspierających osoby chore na nowotwory.

– Kampania „Wylecz raka piersi HER2+” ma na celu uwrażliwienie chorych na temat tego, jak ważne jest wczesne podjęcie leczenia, bo jak już mamy zdiagnozowanego raka, to możemy w uzgodnieniu z lekarzem podjąć takie leczenie, które da nam szansę na zatrzymanie nawrotu choroby, który często w tym przypadku się zdarza – mówi Krystyna Wechmann, prezes Federacji Stowarzyszeń Amazonki oraz prezes Polskiej Koalicji Pacjentów Onkologicznych.

 Dla pacjentek z takim wczesnym nowotworem nie było do tej pory kampanii informacyjnej, a potrzeba wiedzy u kobiet, które dowiadują się, że mają nowotwór, jest ogromna. Niezmiernie ważne jest, żeby pacjentka wiedziała, że choruje na raka piersi HER2-dodatniego. A po co jej ta wiedza? Wtedy może wspólnie z lekarzem podejmować decyzje dotyczące tego, jaki rodzaj leczenia może u niej być zastosowany i jaki rodzaj leczenia jest zgodny z aktualną wiedzą medyczną na świecie – uzupełnia Anna Kupiecka, prezes Fundacji „OnkoCafe – Razem Lepiej”.

Organizatorzy kampanii zachęcają kobiety, które wyleczyły wczesnego raka piersi, do dzielenia się swoimi historiami na stronie kampanii, gdyż daje to motywację do leczenia i siłę nowo zdiagnozowanym pacjentkom.

Eksperci podkreślają, że pacjentki często nie mają świadomości, jaka forma leczenia przyniesie w ich przypadku optymalne efekty. W przekonaniu znacznej części chorych jedyną skuteczną opcją jest operacyjne usunięcie guza. W przypadku HER2-dodatniego raka piersi znacznie lepsze rezultaty przynosi jednak przedoperacyjne leczenie systemowe. Wykonanie operacji z pominięciem tego rodzaju terapii zmniejsza szanse na całkowite wyleczenie nawet o kilkanaście procent.

 Kobieta, która wie, że ma HER-2 dodatniego raka piersi, nie powinna naciskać na chirurga. Spotykam się czasami z taką sytuacją, że pacjentka jest niezadowolona, że chirurg nie chce jej zoperować i szuka kogoś innego, bo ma poczucie, że jak pozbędzie się guza, to pozbędzie się problemu – mówi dr Agnieszka Jagiełło-Gruszfeld.

– Wiedza o tego rodzaju przypadłości jest bardzo ważna. Pacjentka świadoma, która wie, jakie zagrożenia na nią czyhają, jest daleko bardziej nastawiona na leczenie, które przynosi satysfakcję i jest skuteczne – uzupełnia Elżbieta Kozik, prezes stowarzyszenia Polskie Amazonki Ruch Społeczny.

– Dlatego nasza organizacja Amazonki ma bardzo dużo ochotniczek, które wspierają kobiety tuż po diagnozie lub po leczeniu, kiedy są jeszcze w szoku i myślą, że ich życie legło w gruzach. Dzielimy się z nimi naszym doświadczeniem. To je uspokaja, bo jesteśmy dla niej wiarygodne – mówi Krystyna Wechmann.

W ramach kampanii „Wylecz raka piersi HER2+” na stronie internetowej publikowane są historie osób z wczesnym HER2-dodatnim, które dzielą się swoim doświadczeniem z choroby. Pacjentki będą mogły także skorzystać z cyklu warsztatów psychologicznych, które zorganizuje PARS. Pierwsze warsztaty dla chorych właśnie zdiagnozowanych z Warszawy odbędą się we wrześniu.

Małym i średnim firmom trudno pozyskać pieniądze na rozwój. Coraz częściej finansują go dzięki emisji obligacji skierowanej do konkretnych inwestorów

Małym i średnim firmom trudno pozyskać pieniądze na rozwój. Coraz częściej finansują go dzięki emisji obligacji skierowanej do konkretnych inwestorów 4

Małe i średnie firmy mają często problem z dostępem do finansowania zewnętrznego, ponieważ banki wolą mniej ryzykowne inwestycje, giełda preferuje większe podmioty, a rynek obligacji korporacyjnych wciąż odczuwa skutki afery GetBacku. Alternatywą może być emisja obligacji skierowana do konkretnych inwestorów.

– Finansowanie w formule private debt charakteryzuje się bardzo dużą elastycznością, w związku z tym może służyć zarówno finansowaniu bieżącej działalności przedsiębiorstwa, np. wsparciu finansowania kapitału obrotowego czy nakładów inwestycyjnych, jak i transakcjom kapitałowym, jak przejęcia innych przedsiębiorstw, również za granicą, a także np. do wykupu wspólników – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Lis, partner zarządzający CVI Domu Maklerskiego. – Ze względu na brak ograniczeń formalnych czy ekonomicznych w zależności od apetytu na ryzyko danego funduszu private debt może służyć bardzo szerokiemu spektrum celów.

Małe i średnie przedsiębiorstwa w Polsce stanowią bardzo istotną część polskiej gospodarki. Z raportu PARP 2018 wynika, że w ostatnich latach rośnie udział przedsiębiorstw w tworzeniu PKB – z 71,1 proc. w 2008 r. do 74 proc. w 2015 r. Firmy z sektora MSP generują co drugą złotówkę PKB (49,9 proc.). Jednak ze względu na mniejszą skalę działalności postrzegane są jako bardziej ryzykowne m.in. przez sektor bankowy. Z tego powodu najczęściej finansują rozwój swojej działalności ze środków własnych, co ogranicza tempo tego wzrostu. Jednocześnie jednak korzystanie z funduszu private debt nie wyklucza wsparcia bankowego, a nawet może uwiarygodnić firmę w oczach banku.

Obie te kategorie inwestorów mają swoje ograniczenia. Banki, finansując swoją akcję kredytową przede wszystkim z depozytów, mają naturalnie ograniczony apetyt na ryzyko, muszą dbać przede wszystkim o bezpieczeństwo deponentów i w związku z tym zakres projektów, które mogą sfinansować, jest ograniczony – tłumaczy Rafał Lis. – W przypadku funduszy inwestycyjnych, gdzie środki z założenia mogą być wystawione w pewnej mierze na ryzyko, zakres projektów może być szerszy, oczywiście w zamian za oczekiwania wyższej stopy zwrotu. W związku z tym w praktyce te formy finansowania bardzo dobrze koegzystują, można powiedzieć wręcz, że są komplementarne.

W ciągu ponad 7 lat zarządzania portfelami przez CVI wielokrotnie zdarzały się projekty prowadzone we współpracy z bankami, dzięki czemu finansowane przedsiębiorstwa mogły otrzymać kompleksową ofertę spełniającą ich potrzeby inwestycyjne. Dodatkowo, dzięki działalności w całym regionie Europy Środkowo-Wschodniej fundusze oferują także możliwości rozwoju poza granicami Polski, jeśli firma szuka finansowania ekspansji zagranicznej.

Rocznie przeprowadzamy około 100 transakcji w formule private debt. W przypadku pojedynczej transakcji jest to skala na poziomie od kilkunastu do kilkudziesięciu milionów złotych, co oznacza, że jesteśmy w stanie sfinansować większość potrzeb inwestycyjnych mniejszych czy średnich przedsiębiorstw – zapewnia partner inwestycyjny CVI Domu Maklerskiego.

W ciągu 7 lat działalności firma zrealizowała ponad 800 projektów finansowania przedsiębiorstw na kwotę ponad 12 mld zł. Inwestycje zrealizowane zostały przez 6 funduszy inwestycyjnych, których portfelami zarządza CVI Dom Maklerski na zlecenie Noble Funds TFI.

Tylko 3 proc. biletów komunikacji miejskiej kupowane jest przez aplikacje mobilne. W przyszłości systemy biletowe będą łączone z programami lojalnościowymi

Tylko 3 proc. biletów komunikacji miejskiej kupowane jest przez aplikacje mobilne. W przyszłości systemy biletowe będą łączone z programami lojalnościowymi 5

Przyszłość sprzedaży biletów komunikacji miejskiej należy do mobilności i połączenia z programami lojalnościowymi. Choć wartość kupowanych biletów przez aplikacje mobilne w ciągu 2 lat wzrosła niemal trzykrotnie, Polacy wciąż częściej korzystają z biletomatów i punktów sprzedaży stacjonarnej. W kolejnych latach miasta będą coraz chętniej łączyć bilety z programami lojalnościowymi. – Jeżeli pasażer zobaczy, że nowe rozwiązanie jest dla niego lepsze, wygodniejsze, szybsze i bezpieczniejsze, to przejdzie do nowych rozwiązań – podkreśla Marcin Ruciński z Thales Polska.

– Aplikacje mobilne są niewątpliwie najwygodniejszą formą sprzedaży biletów. Praktycznie każdy pasażer ma smartfon, w którym może je zainstalować i zakupić bilet w sposób szybki i wygodny. Aczkolwiek nie do końca funkcjonalny – w większości rozwiązań trzeba najpierw założyć konto i zasilić je środkami finansowymi – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Ruciński, menadżer ds. rozwoju biznesu w Thales Polska odpowiedzialny za rozwój biznesu w zakresie systemów biletowych, systemu pobierania opłat na terenie Polski i Europy Środkowo-Wschodniej.

Tylko w Warszawie wartość wszystkich sprzedanych biletów ZTM w 2018 roku przekroczyła 995 mln zł. Te kupowane przez smartfonowe aplikacje stanowią niewielki odsetek wszystkich, w sumie nieco ponad 3 proc. (29,8 mln zł), jednak udział tego kanału sprzedaży dynamicznie rośnie – w ciągu roku o ponad 77 proc. W dziesięciu największych miastach w Polsce w ciągu dwóch lat wartość sprzedaży biletów przez aplikacje mobilne wzrosła niemal trzykrotnie (z 8,2 mln zł w I kwartale 2017 roku do blisko 24,3 mln zł na koniec 2018 roku).

 Innymi popularnymi punktami sprzedaży są automaty mobilne zainstalowane w pojazdach czy automaty stacjonarne znajdujące się w punktach przesiadkowych. To bardzo dobre rozwiązanie, tylko trzeba pamiętać o tym, że jest ograniczona liczba tych punktów i zdarzają się sytuacje, że w danym miejscu automatu nie ma bądź jest uszkodzony. Automaty są rozdzielone na płatności kartami płatniczymi bądź też gotówką. Kolejny kanał to tradycyjne punkty sprzedaży biletów – wymienia Marcin Ruciński.

Mieszkańcy stolicy najchętniej kupują bilety, korzystając z biletomatów. W stacjonarnych kupiono bilety o wartości 605 mln zł, a w tych mobilnych, w pojazdach, za ok. 122 mln zł. Blisko 111 mln zł były warte bilety sprzedane w kioskach, a ok. 86 mln – w Punktach Obsługi Pasażera. Choć warszawiacy mają do dyspozycji już kilka systemów do płatności przez telefon, z tej opcji korzystają jeszcze rzadko. Niedługo powinno się to jednak zmienić.

– Przyszłość należy do mobilności. Sprzedaż mobilna, zakup biletu przez internet i możliwość korzystania z niego mobilnie to nasza przyszłość – przekonuje ekspert Thales Polska.

Zdaniem Rucińskiego dobrym pomysłem byłoby wprowadzenie na wzór innych krajów biletów połączonych z systemem lojalnościowym czy programami proponowanymi przez samorządy. Już teraz w stolicy Karta Warszawiaka umożliwia skorzystanie z wielu atrakcji kulturalnych i sportowych w niższych cenach.

– Jest to na razie raczkujący temat. Mało jest wdrożonych rozwiązań, które udostępniają mieszkańcom taką funkcjonalność. Dużo też zależy od technologii, które są wykorzystywane w danych regionach czy samorządach. Jeśli jest stary system biletowy, to technologia nas ogranicza. Jeżeli natomiast jest technologia nowoczesna, to ogranicza nas tylko wyobraźnia – podkreśla Marcin Ruciński.

Warszawa już pracuje nad nową, zintegrowaną kartą miejską. Dzięki niej będzie można nie tylko skorzystać z transportu publicznego, obiektów sportowych i placówek kulturalnych, lecz także załatwić sprawy w urzędzie. Według zapowiedzi na karcie pojawi się cyfrowy asystent podróży, który wskaże najszybszą podróż do danego miejsca z wykorzystaniem nie tylko komunikacji miejskiej i podmiejskiej, lecz także rowerów miejskich, wypożyczalni i stacji ładowania samochodów elektronicznych. Przykładem może być Seul, gdzie jedną kartą można zapłacić za przejazd, zrobić zakupy, a przy okazji skorzystać z rabatów w restauracjach czy najpopularniejszych turystycznych atrakcjach.

– Ludzie bardzo często korzystają z nowych rozwiązań wtedy, kiedy widzą w nich korzyść dla siebie. Najprostszą jest korzyść finansowa. Ale nie należy się kierować tylko tym, żeby dawać rabaty, ale również wygodę i funkcjonalność. Jeżeli pasażer zobaczy, że nowe rozwiązanie jest dla niego lepsze, wygodniejsze, szybsze, bezpieczniejsze, to wtedy zacznie z niego korzystać – przekonuje Marcin Ruciński.

Cyberprzestępcy sięgają po sztuczną inteligencję do łamania zabezpieczeń. Zagrożone są nie tylko komputery, lecz także sprzęt AGD i samochody

Cyberprzestępcy sięgają po sztuczną inteligencję do łamania zabezpieczeń. Zagrożone są nie tylko komputery, lecz także sprzęt AGD i samochody 6

Dynamiczny rozwój rozwiązań z zakresu uczenia maszynowego oraz analizy big data doprowadził do wykształcenia się wysoce zaawansowanych algorytmów sztucznej inteligencji. Po tę technologię coraz częściej sięgają cyberprzestępcy, widząc w niej wartościowe narzędzie do łamania zabezpieczeń oraz wykradania danych. Źródłem ataku mogą się stać nie tylko nasze komputery, zagrożone są wszystkie urządzenia podłączone do sieci i komunikujące się bezprzewodowo: sprzęt gospodarstwa domowego, gadżety do noszenia, a nawet inteligentne samochody.

Sztuczna inteligencja wciąż nie jest wykorzystywana przez cyberprzestępców na masową skalę, jednak już dziś pojawiają się pierwsze próby wykorzystania technologii SI w atakach hakerskich. Firma Darktrace zidentyfikowała złośliwe oprogramowanie, które jest w stanie imitować sposób wypowiadania się konkretnego człowieka, aby zwiększyć wiarygodność e-maili zachęcających do pobrania trojana. Wspomniany atak podzielony był na dwie fazy. W pierwszej cyberprzestępcy włamali się na stację roboczą firmy po tym, jak jeden z pracowników otworzył zainfekowanego e-maila. Następie bot wykorzystujący technologię sztucznej inteligencji przeskanował komputer ofiary, aby nauczyć się jej stylu wypowiedzi. W ten sposób przygotował się do rozesłania e-maili do kolejnych ofiar, które na pierwszy rzut oka wyglądały tak, jakby były napisane przez człowieka, a nie maszynę.

– Cyberprzestępczość w obszarze sztucznej inteligencji dopiero raczkuje. Progres adopcji tej technologii będzie jednak bardzo szybki. Same zabezpieczenia używają sztucznej inteligencji, nauczania maszynowego, co się świetnie sprawdza w cyberbezpieczeństwie i przez to hakerzy mają utrudnione zadanie i muszą dużo manualnych, powtarzalnych czynności wykonać, aby złamać te zabezpieczenia. I oni też używają sztucznej inteligencji i innych rozwiązań tego typu – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Wojciech Maciejewski, dyrektor rozwoju firmy Grey Wizard.

Coraz częściej zwraca się uwagę na zagrożenia związane z rozwojem sztucznej inteligencji. Komisja Europejska postanowiła wyjść naprzeciw potencjalnym zagrożeniom i rozpoczęła prace pilotażowe w zakresie etycznego rozwoju narzędzi wykorzystujących sztuczną inteligencję. Na jesieni ruszą prace nad stworzeniem sieci ośrodków innowacji cyfrowych, które pomogą badać potencjał i zagrożenia związane ze sztuczną inteligencją.

Jednym z najważniejszych celów ataków cyberprzestępców w najbliższych latach mogą być nie komputery, a urządzenia wchodzące w skład internetu rzeczy, które komunikują się ze sobą przy wykorzystaniu algorytmów sztucznej inteligencji. Według badań przeprowadzonych przez firmę analityczną Bain & Company w latach 2017–2021 średnioroczne tempo wzrostu branży IoT wyniesie aż 50 proc., a w 2021 roku ten segment gospodarki będzie warty aż 520 mld dol. Upowszechnienie się sieci 5G może przyspieszyć rozwój tej branży, a co za tym idzie – zachęcić cyberprzestępców do łamania zabezpieczeń IoT, aby przejąć kontrolę nad inteligentnymi asystentami i uzyskać dostęp do wszystkich urządzeń działających w danej odnodze internetu rzeczy.

– Uruchomienie sieci 5G wpłynie na przepustowość i na to, że będzie więcej urządzeń typu IoT podłączonych do sieci. Jeżeli te wszystkie urządzenia będą zarażone przez hakerów, a tak się dzieje z reguły na świecie, tak samo jak komputery są zarażane, to skala ataków będzie coraz większa. Bo dzisiaj nie atakują już normalne komputery, żeby sparaliżować jakąś sieć, tylko atakują lodówki, kamery, mikrofalówki, wszystko, co jest podłączone do internetu i jest małym komputerem – wskazuje ekspert.

Specjaliści ds. cyberbezpieczeństwa zwracają także uwagę na to, że na ataki ze strony hakerów nie są przygotowani producenci samochodów wykorzystujących systemy SI. Inżynierowie z Pen Test Partners odkryli w inteligentnych systemach alarmowych Pandora oraz Viper groźne luki bezpieczeństwa. Hakerzy mogliby je wykorzystać, aby przejąć zdalną kontrolę nad pojazdem sparowanym z aplikacją.

– Autonomiczne samochody będą bezpieczniejsze niż te kierowane przez ludzi. Tak jak powiedział Elon Musk, te samochody muszą być bezpieczniejsze, bo inaczej nie będą się sprzedawać. Obecnie w tych samochodach jest trochę za dużo zautomatyzowanych części. Ostatnio np. klamki nie otworzyły się podczas pożaru. Niestety, jest to proces prób i błędów, który musimy przejść – twierdzi Wojciech Maciejewski.

Według analityków z firmy Allied Market Research wartość globalnego rynku cyberbezpieczeństwa w 2017 roku wyniosła niemal 105 mld dol. Przewiduje się, że do 2025 roku wzrośnie ona do 259 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 12 proc.

Aplikacje do nawigacji samochodowej coraz bardziej zaawansowane. Pozwala to na prezentowanie informacji o sytuacji na drogach w czasie rzeczywistym

Aplikacje do nawigacji samochodowej coraz bardziej zaawansowane. Pozwala to na prezentowanie informacji o sytuacji na drogach w czasie rzeczywistym 7

Kierowcy coraz częściej oczekują błyskawicznej informacji o sytuacji na drodze i kompleksowych rozwiązań, pozwalających nie tylko poprowadzić trasę, lecz także zarządzać całą podróżą, łącznie z wnoszeniem opłat parkingowych. Dostawcy otwierają się na ich sugestie, ale testują też innowacyjne ułatwienia, takie jak rozszerzona rzeczywistość, która ma ułatwić odnalezienie się w przestrzeni. Przyszłość branży nawigacyjnej należy jednak najprawdopodobniej do idei connected cars.

– Najważniejsza jest świeżość informacji. Jeśli jest korek tu i teraz, to chcę wiedzieć o tym korku tu i teraz, a nie za 15 minut. Jeśli jest wypadek na drodze, chcę o nim wiedzieć z odpowiednim wyprzedzeniem, a nie dopiero jak dojadę na miejsce. Dzięki budowaniu społeczności rzędu kilku milionów użytkowników, świeżość tej informacji, którą przekazujemy czy też ułatwiamy przekazywanie między kierowcami, jest bardzo ważna – mówi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Jakub Wesołowski, członek zarządu Neptis.

Natychmiastowa informacja o sytuacji na drodze i brak konieczności stałego aktualizowania map to główne wymagania, jakie kierowcy stawiają systemom nawigacji GPS. Coraz częściej to sami kierowcy przekazują informacje o tym, co dzieje się na drodze. Tworzą oni komunikującą się ze sobą społeczność. Po stronie dostawcy technologii leży natomiast dostosowywanie funkcjonalności do zmieniających się oczekiwań i potrzeb użytkowników.

– Mając kilka milionów użytkowników mamy specjalny dział, który tylko odpowiada na ich pytania. Każdy ma oczywiście swoje pomysły na funkcjonowanie rozwiązania, które wszyscy wspólnie budujemy. Okazuje się, że nie wszystkie rozwiązania są przydatne dla wszystkich. Zawsze musimy wyważyć, która funkcjonalność jest rzeczywiście potrzebna. Nie można rozbudowywać menu aż do tego stopnia, żeby klikanie czy zgłaszanie było dla kierowcy wieloetapowe czy skomplikowane, bo powoduje to później pewne niebezpieczeństwo – mówi ekspert.

Yanosik zapewnia obecnie kierowcom dostęp do wymiany informacji związanych z natężeniem ruchu, wypadkami, fotoradarami, warunkami panującymi na drodze czy patrolami drogówki. Podobną funkcjonalność ma aplikacja Waze, dostarczana przez Google. Oprócz nawigowania i informowania o aktualnej sytuacji na drogach stanowi ona źródło danych, na podstawie których trasę najszybszego przejazdu ustala Google Maps.

W Google Maps od niedawna można też znaleźć mapę fotoradarów. Testowana jest w niej także rozszerzona rzeczywistość. Na mapę nakładana jest warstwa, która umożliwia orientację w przestrzeni, po której przemieszcza się użytkownik. Oczekiwania kierowców wobec tego typu rozwiązań sprowadzają się jednak głównie do tego, by nawigacja stała się zarazem centrum zarządzania podróżą.

– Kierowcy chcą mieć kompleksowe rozwiązania, które pozwolą nie tylko się nawigować, być informowanym o tym, co czeka nas na drodze, zgłaszać zdarzenia, lecz także np. płacić za parkingi. Chcą mieć tę informację skumulowaną w jednym narzędziu, tak żeby to był pewien kombajn, pewne środowisko do poruszania się samochodem, ale też coraz częściej poza samochodem – mówi Jakub Wesołowski.

Rynek nawigacji samochodowych znacząco zmienił się technologicznie na przestrzeni ostatnich lat. Obecnie osobne urządzenia są już wypierane z rynku przez aplikacje mobilne. W rezultacie coraz mniej producentów oferuje standardowe nawigacje. Jeżeli na rynek wypuszczane jest takie urządzenie, to coraz częściej jest one wyposażone w kartę SIM i stały dostęp do sieci, by mogło informować na bieżąco o sytuacji na drodze. Duże nadzieje rynek pokłada też w rozwoju internetu rzeczy i wdrażaniu rozwiązań z tego zakresu w nowych samochodach.

– Największe perspektywy związane są z branżą motoryzacyjną, a w szczególności producentami, ponieważ rozwój Google Android Auto czy Apple CarPlay powodują, że wbudowane nawigacje przestają być potrzebne i wygodne, bo ich aktualizacja wymaga płatnej wizyty w serwisie. Tymczasem pojawiają się rozwiązania ogólnodostępne wyświetlane właśnie na konsoli samochodów – wskazuje Jakub Wesołowski.

Według analityków z Grand View Research rynek nawigacji samochodowych do 2025 roku osiągnie wartość ponad 146 mld dol. Średnioroczne tempo wzrostu wyniesie 18,4 proc.

Co wyróżnia brokera FXGM?

fxgmmainlogoZnalezienie odpowiedniego brokera bywa kluczowe, jeśli chcemy zadbać o nasze inwestycje. Najlepiej wybrać spółkę, która posiada licencję od dawna i jest ceniona na rynku.

Takim brokerem jest FXGM, który działa od 2012 roku i wciąż udoskonala swoją ofertę. Obecnie usługi są dostosowane do potrzeb początkujących, jak i zaawansowanych graczy. W sieci krążą różne opinie na temat FXGM. W poniższej recenzji przedstawiamy naszą analizę oferty brokera.

Akademia Handlu

fxgm-forex

Inwestorzy, którzy dopiero rozpoczynają przygodę z rynkiem inwestycyjnym powinni przyjrzeć się udogodnieniom proponowanym przez FXGM. Broker zadbał o Akademię Handlu, czyli miejsce gdzie użytkownicy mają szansę na zdobycie dużej wiedzy o rynku forex. Podstawą jest słownik kluczowych pojęć oraz historia rynku.

Oprócz tego spółka oferuje dostęp do wykresów. To jedno z najlepszych źródeł informacji na temat par walutowych. Dzięki Akademii Handlu inwestorzy mają szansę na lepsze zrozumienie zasad funkcjonowania rynku oraz podejmowanie przemyślanych, korzystniejszych działań.

Narzędzia handlowe

Osoby, które zdecydują się na współpracę z brokerem mogą liczyć na codzienne informacje obejmujące analizę rynku oraz kalendarz ekonomiczny. Darmowa usługa SMS pozwala na tworzenie oraz ulepszanie strategii inwestycyjnej w oparciu o bieżące, rzeczywiste dane. W celu aktywacji usługi wystarczy kontakt z Działem Obsługi Klienta. Sygnały SMS to uzupełnienie dla wykresów, które pozwalają na komfortowe i pewne wybory dotyczące inwestycji.

Kolejnym narzędziem oferowanym przez brokera jest Trading Insider. Ta funkcja mierzy trendy wśród inwestorów w oparciu o otwarte pozycje w danym kierunku. Ta dodatkowa usługa zbiera w jednym miejscy dane statystyczne, linki oraz inne treści. Informacje są dostarczane przez osoby trzecie i z reguły nie są poddawane żadnej weryfikacji. Trading Insider ma służyć wygodzie klienta i inwestor nie powinien traktować tej funkcji jako bezpośrednich zaleceń dla zarządzania swoją działalnością.

fxgm-platform

Trading Central jest międzynarodową organizacją, która zapewnia usługi w zakresie badań finansowych. Dzięki temu możemy liczyć na analizy techniczne oraz strategie inwestycyjne, które są podparte wskaźnikami zweryfikowanymi w czasie.

Odniesienie do danych historycznych pozwala na wyznaczenie stałego trendu w kontekście różnych ram czasowych. Trading Central cieszy się uznaniem inwestorów, ponieważ zapewnia precyzyjne dane. Analitycy wykorzystują tu matematyczne podejście i szczegółowe analizy giełdowe.

Kompleksowa treść od Trading Central jest łatwa do przyswojenia oraz wdrożenia we własnej strategii inwestycyjnej. Wszystko dzięki nowoczesnej, ulepszonej platformie badawczej. Znajdziemy tu spersonalizowaną tablicę, szkolenia oraz edukację w zakresie analiz technicznych, listę ulubionych produktów, szybkie wyszukiwanie oraz inne ciekawe udogodnienia.

Platformy handlowe

fxgm

FXGM zapewnia przyjazne użytkownikom, intuicyjne platformy. Pierwsza z nich to wersja komputerowa, czyli WebProfit. Ta funkcja jest kompatybilna z różnymi przeglądarkami, a oprogramowania nie trzeba pobierać na komputer. Każdy użytkownik otrzymuje wiadomości finansowe oraz analizy w czasie rzeczywistym. To pozwala na handel towarami, walutami oraz kontraktami CFD.

Druga wersja platformy to opcja mobilna. Ta wersja działa podobnie do tradycyjnej platformy. To pozwala na bieżące edytowanie pozycji, przeglądanie wykresów, a nawet składanie zleceń. Dzięki Mobile PROfit możemy podejmować działania w każdym momencie, używając telefonu lub tabletu.

Konta dla użytkowników

Rozpoczęcie współpracy z brokerem jest bardzo proste, a każdy inwestor może liczyć na ochronę 10 pierwszych transakcji. Pierwsze konto detaliczne założymy składając depozyt w wysokości 250 USD. Kolejne opcje dają dostęp do większych udogodnień oraz kolejnych zniżek.

fxgm-poland

Dla osób zaawansowanych, planujących handel z wyższą dźwignią, broker zapewnił konta profesjonalne. W zamian za rezygnację z części zabezpieczeń, użytkownicy mogą liczyć na lepsze warunki i atrakcyjne promocje. O konto profesjonalne mogą ubiegać się traderzy z dużym doświadczeniem oraz wiedzą na temat handlu.

Inwestorzy powinni spełnić dwa z następujących warunków:

  •      portfel instrumentów finansowych o wartości co najmniej 500 000 euro,
  •      minimum roczne doświadczenie w pracy w sektorze finansowym,
  •      transakcje o znacznej wartości, przeprowadzane w ilości przynajmniej 10 na kwartał.

Klienci profesjonalni mogą handlować z maksymalną dźwignią na poziomie 1:200. W przypadku kont dla klientów detalicznych górny poziom dźwigni to 1:30. Przed dokonaniem wyboru konta, warto przemyśleć te różnice oraz przyjrzeć się korzyściom oferowanym przez konta detaliczne:

1. Podstawowe

Zakładając konto Podstawowe możemy liczyć na darmowe szkolenia, materiały oraz webinary. Dodatkowo mamy dostęp do wykresów, wiadomości rynkowych, czy Trading Insider. Każdy inwestor FXGM otrzymuje Osobistego Managera Konta, a także dostęp do różnych funkcji, takich jak Tryb jednego kliknięcia. Konto podstawowe jest najlepsze, dla każdego, kto zaczyna przygodę z rynkiem forex.

2. Odkrycie

Konto Odkrycie założymy wpłacając depozyt o wysokości 2000 USD. Tutaj możemy liczyć na pierwsze zniżki na poziomie 5%.

3. Srebrne

Konto Srebrne przysługuje od momentu wpłaty depozytu o wielkości 5 000 USD. Zniżka rośnie tutaj do 10%, a użytkownik dostaje dostęp do usługi Trading Central.

4. Złote

Po wpłacie depozytu o wartości 10 000 USD inwestor otrzymuje Złote konto obejmujące wszystkie usługi oraz zniżkę 15%.

5. Diamentowe

Konto Diamentowe otworzymy po wpłacie 15 000 USD. Inwestorzy z takim kapitałem mogą liczyć na 20% zniżki.

6. VIP

Najlepsze warunki zapewnia konto VIP. Zniżka ceny oraz Roll Over wynosi tutaj aż 25%. Oprócz tego inwestorzy mogą liczyć na wszystkie udogodnienia dostępne dla klientów detalicznych.

Produkty finansowe

fxgm-polski

FXGM zapewnia różnorodność, jeśli chodzi o produkty finansowe. Dzięki temu inwestor ma możliwość handlu takimi towarami jak złoto, srebro, czy ropa naftowa. Szczegółowe informacje na temat tego, czym można obracać znajdują się w dokumencie (KID) zawartym na stronie brokera.

Dokumentacja jest zgodna z rozporządzeniem Unii Europejskiej i ma pomóc w lepszym zrozumieniu oferowanych produktów. Ponadto ma informować inwestorów o ryzyku i kosztach, jakie wiążą się z handlem.

Kontrakty CFD

Kontrakty CFD to instrumenty pochodne, które oferuje się na transakcje Forex, akcje, towary i wskaźniki. Kontrakty są uzależnione od wartości aktywa. Osoby, które zdecydują się na inwestycje na tym polu, nigdy nie wchodzą w fizyczne posiadanie danego aktywa.

Traderzy inwestują wyłącznie w zmiany ceny, co jest uznawane za ryzykowne i złożone działanie. Jeśli w czasie trwania kontraktu wartość aktywa wzrośnie, to zysk odnosi kupujący. Jeśli maleje – korzyść odnosi osoba sprzedająca.

FXGM zaleca dokładne zapoznanie się z Oświadczeniem na temat ryzyka. Kontrakty FXGM wiążą się z dużą niepewnością i są przeznaczone jedynie dla doświadczonych traderów. W związku z dbałością o interesy klienta, broker odradza inwestowanie osobom, które są dopiero na etapie nauki handlu.

System wpłat i wypłat

Problemy z depozytami oraz wypłatami to wada wielu brokerów działających na rynku. Jednak firma FXGM zadbała o klientów również w tej kwestii. Inwestorzy mogą wybierać spośród najbardziej popularnych, dostępnych metod płatności. Jedynie użycie karty kredytowej wymaga nieco więcej formalności. Tutaj konieczny jest kontakt z Działem Wsparcia i podanie wymaganych informacji.

W przypadku FXGM depozyty są bezpieczniejsze dzięki 3D Secure. System stworzony przez Visa oraz MasterCard chroni przed nieautoryzowanym użyciem karty. W praktyce przed każdą płatnością konieczna jest weryfikacja, czyli wprowadzenie odpowiedniego kodu. Osoby, które dokonują wpłaty na konto handlowe FXGM każdorazowo są proszone o hasło i kod 3D Secure.

FXGM zapewnia szybkie polecenia wypłat. Wszystko co należy zrobić, to wejść na konto inwestycyjne i utworzyć zlecenie. Dział Back Office rozpoczyna procedurę wypłaty już pierwszego dnia roboczego. Środki trafiają na konto użytkownika tą samą drogą, co wcześniejsza wpłata. Ewentualne opóźnienia są związane z wybraną metodą.

Margin Close-Out

Broker stosuje zasadę MCO, która ma chronić przed ponoszeniem zbyt dużego ryzyka. Jeśli na rachunku klienta margines spadnie do poziomu poniżej 50% zabezpieczającego depozytu początkowego, to spółka zamyka jedną lub kilka otwartych pozycji, Dzięki temu margines nie ulegnie zlikwidowaniu. Domyśla zasada mówi o tym, że zamknięta zostaje pozycja o najniższym wolumenie. Ta zasada działa za każdym razem, gdy MCO zostaje uruchomiona. Istnieje również możliwość zamiany domyślnej pozycji na przeciwstawną.

Opinie o FXGM

FXGM dba o interesy swoich klientów w wielu aspektach. Zadbano o najwyższej klasy zabezpieczenia chroniące dane oraz środki klientów. Ponadto zapewniono wysoki poziom wsparcia inwestorów.

Obsługa klienta jest możliwa poprzez różne kanały. Użytkownicy mogą liczyć na szybką i profesjonalną pomoc, niezależnie od problemu. Takie podejście do klienta połączone z nowoczesnymi narzędziami handlowymi stwarza duże szanse dla inwestorów.

Przeglądając internet natrafimy zarówno na pozytywne, jak i negatywne opinie o FXGM.

Z naszej analizy wynika, że broker działa zgodnie z prawem i zapewnia bogatą ofertę dla różnych inwestorów. Licencja przyznana w 2012 roku nigdy nie została cofnięta lub zawieszona. Broker zyskuje coraz większe grono zadowolonych użytkowników. Na tej podstawie, można przypuszczać, że negatywne recenzje są wynikiem działań firm konkurencyjnych.

Czym kierować się wybierając środki czystości dla gastronomii?

Czym kierować się wybierając środki czystości dla gastronomiiUtrzymanie czystości to podstawa sukcesu w branży gastronomicznej. Niezależnie od tego, jaki konkretnie lokal prowadzisz, nie możesz oszczędzać na higienie – klienci szybko zauważą wszystkie niedociągnięcia.

Każdy punkt gastronomiczny musi spełniać wymagania dwóch surowych „sędziów”: Sanepidu i klienta. Szczegółowe wymagania dotyczące warunków higieniczno-sanitarnych w gastronomii określa rozporządzenie Ministra Zdrowia z dnia 26 kwietnia 2004 r. w sprawie wymagań higieniczno-sanitarnych w zakładach produkujących lub wprowadzających do obrotu środki spożywcze (Dz. U. z dnia 1 maja 2004 r.). Podczas kontroli sanepidowskiej (przeprowadzonej np. na wniosek gościa lokalu) urzędnik sprawdzi m.in. stan czystości WC, podłóg i sprzętów kuchennych. Co zrobić, by mieć pewność, że nie odnotuje żadnych nieprawidłowości?

Profesjonalne środki czystości w gastronomii – dlaczego warto?

Profesjonalne środki czystości działają skuteczniej niż chemia przeznaczona do sprzątania w domu. Ich przewaga wynika z tego, że są bardziej skoncentrowane – niewielka ilość produktu wystarczy, żeby doczyścić dużą powierzchnię. Wysoka skuteczność chemii przeznaczonej dla gastronomii oznacza dla ciebie jako właściciela mniejsze koszty utrzymania czystości w lokalu. Profesjonalne środki chemiczne to też oszczędność czasu – ponieważ są silnie skoncentrowane, pracownicy odpowiedzialni za czystość szybciej poradzą sobie z porządkami.

Środki czyszczące do gastronomii – na co zwrócić uwagę?

Środki do czyszczenia używane w lokalach gastronomicznych powinny być przede wszystkim przystosowane do tego celu. To gwarancja ich skuteczności i tego, że mogą być bezpiecznie używane na powierzchniach mających kontakt z żywnością. Może się wydawać, że zwykły płyn do zmywarki spełnia swoje zadanie, bo czyści naczynia z pozostałości jedzenia. W gastronomii to jednak za mało – nieprofesjonalny środek może pozostawić na zastawie białe smugi. Zanim kupisz chemię czyszczącą danego producenta, zwróć uwagę, czy ma on doświadczenie w wytwarzaniu środków przeznaczonych dla gastronomii – profesjonalne marki mogą się pochwalić certyfikatem jakości ISO 9001. Jedną z nich jest Clinex – linia produktów spełniających wszystkie wymagania Sanepidu. Więcej informacji na temat marki znajdziesz pod adresem clinex.com.pl.

Profesjonalna chemia czyszcząca w gastronomii – w co się zaopatrzyć?

W lokalach gastronomicznych nie powinno zabraknąć skoncentrowanych płynów do mycia naczyń – zarówno ręcznego, jak i w zmywarkach. Należy też zakupić profesjonalny preparat do usuwania zabrudzeń z różnego typu podłóg. Do czyszczenia odmiennych typów powierzchni zmywalnych (szklanych, drewnianych, plastikowych itd.) również warto zastosować profesjonalne produkty. Z trudnymi do usunięcia zabrudzeniami można poradzić sobie za pomocą środków do mycia pianowego. Więcej na temat przeczytasz w artykule „Mycie pianowe w gastronomii – czy jest skuteczne?”.

Wszyscy właściciele lokali gastronomicznych powinni dążyć do utrzymania w nich nienagannej czystości. Najlepsze jedzenie nie będzie smakowało w zaniedbanym wnętrzu. Profesjonalne środki do czyszczenia pomogą ci zrobić dobre wrażenie na nawet najbardziej wymagających klientach.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia

Sentyment rynkowy poprawił się wraz z przekonaniem o proaktywnym luzowaniu polityki czołowych banków centralnych. Jednak trwałość apetytu na ryzyko będzie uzależniona od szans na wygaszenie ryzyk związanych z relacjami handlowymi USA-Chiny. Spotkanie prezydentów Trumpa i Xi podczas szczytu G20 pod koniec przyszłego tygodnia może być punktem zwrotnym dla rynków. W danych inwestorzy będą szukać oznak szkód z tytułu niepewności o perspektywy ożywienia.

Przyszły tydzień: szczyt G20, zamówienia na dobra trwałe/nastroje konsumentów/PCE Core z USA, Ifo z Niemiec, CPI z Eurolandu, RBNZ, PKB z Kanady

Stany Zjednoczone

Tydzień powinien upłynąć pod znakiem wyczekiwania spotkania prezydentów USA Trumpa i Chin Xi podczas szczytu G20 w japońskiej Osace (pt-sb). Jakkolwiek rezultat rozmów będzie punktem wyjścia dla handlu w pierwszym tygodniu lipca, spekulacje na temat tego, co może zostać ustalone, mogą być źródłem zmienności w najbliższych dniach. Wcześniej (pon) wiceprezydent USA Pence wygłosi przemówienie na temat Chin, dostarczając wglądu w obecne nastawienie administracji w odniesieniu do relacji handlowych między krajami. Nie spodziewamy się przełomu po spotkaniu Trump/Xi, więc ryzyka dla sentymentu w dniach poprzedzających rozmowy przeważają po negatywnej stronie.

Spośród danych z USA zamówienia na dobra trwałe (śr) pozwolą ocenić nastroje w biznesie i apetyt na inwestycje – ważny czynnik dla przyszłych decyzji Fed. Indeks nastrojów konsumentów (wt) ukaże konsumpcyjną stronę gospodarki. Indeks PCE Core jest preferowaną przez Fed miarą inflacji i kolejny słaby odczyt wzmocni pozycję gołębi. Biorąc pod uwagę, że rynek jest przekonany co do rychłego luzowania polityki Fed, gorsze odczyty dostarczą argumentów za głębszą obniżką o 50 pb, osłabiając USD.

Strefa euro

W Eurolandzie indeks Ifo z Niemiec (pon) prawdopodobnie potwierdzi, że odbicie aktywności gospodarczej w największej gospodarce bloku opóźnia się, ale problemy sektora przemysłowego nie pogłębiają się. Wstępne szacunki inflacji (pt) będą ważne, gdyż słabość będzie stanowić argument za luzowaniem polityki EBC. EUR może mieć trudności z wykorzystaniem słabej pozycji USD dla globalnym rynku.

Wielka Brytania

Funta może czekać cichy okres po tym, jak wyłoniono dwóch kandydatów w wyścigu o przywództwo w Partii Konserwatywnej (Boris Johnson i Jeremy Hunt), których czeka miesiąc agitacji członków partii w terenie. Temat brexitu może ustąpić miejsca innym czynnikom zewnętrznym, a funtowi dać pole do oddechu. W kwestii danych finalny szacunek PKB za I kw. (czw) powinien przejść bez echa.

Polska

Z Polski otrzymamy ostatnie raporty o majowej aktywności gospodarczej: sprzedaż detaliczną (pon), podaż pieniądza (wt) i stopę bezrobocia (śr) oraz wstępny szacunki CPI za czerwiec (pt). W danych o sprzedaży zakładane jest odreagowanie okołoświątecznego wzrostu zakupów, a stopa bezrobocia powinna obniżyć się wraz ze wzrostem zapotrzebowania na prace sezonowe. Po CPI spodziewane jest nasilenie presji inflacyjnej. Dla złotego większe znaczenie powinien mieć klimat zewnętrzny, w którym widzimy więcej zagrożeń z ryzykiem osłabienia w stronę 4,28 za euro.

Australia i Nowa Zelandia

Oczekujemy, że RBNZ pozostawi stopę OCR na 1,5 proc. (śr). Po ostatniej obniżce o 25 pb w marcu bank pozostaje w ostrożnym nastawieniu, ale nie spieszy się do dalszego luzowania. Lepszy odczyt PKB za I kw. daje swobodę, by poczekać na więcej danych. Mimo to przekaz w komunikacie powinien skręcać w gołębią stronę, by nie budować niepotrzebnej premii umocnienia NZD. W Australii przyszły tydzień nie przynosi istotnych danych. Mamy wątpliwości, ile jeszcze AUD może skorzystać na ucieczce inwestorów od USD przy negatywnych ryzykach dla sentymentu. Eskalacja napięć handlowych USA-Chiny może szybko uderzyć w Aussie.

Kanada

W Kanadzie kwietniowy PKB (pt) będzie w centrum uwagi. Przy danych ogólnie potwierdzających odbicie po słabym przełomie roku, CAD może być jedną z niewielu walut nieobawiających się gołębiego zwrotu banku centralnego. Przy pośrednim wsparciu ze strony rosnących cen ropy naftowej utrzymujemy konstruktywne nastawienie wobec loonie przy założeniu kontrastu w polityce monetarnej BoC względem Fed.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Jak znaleźć najlepszych pracowników i zatrzymać ich w firmie?

Jak znaleźć najlepszych pracowników i zatrzymać ich w firmie?Rynek pracy rozwinął się na tyle, że sama oferta i możliwość zatrudnienia w danej firmie nie są już najważniejsze. Pracownicy poszukują dodatkowych korzyści. Zwłaszcza gdy mówimy o specjalistach, dla których nie tylko wysokość wynagrodzenia jest ważna, lecz dodatkowe udogodnienia związane z pracą w danej firmie. Jak w takim razie znaleźć najlepszych pracowników i zatrzymać ich w firmie?

Jak znaleźć najlepszych specjalistów na rynku?

Znalezienie najlepszych specjalistów na szerokim rynku pracy nie należy do łatwych zadań. Zapotrzebowanie na nowych pracowników jest ogromne, miejsc pracy coraz więcej, jednak osób z doświadczeniem w branży, mogących przynieść wiele korzyści dla firmy zawsze  będzie brakować. Związane jest to z wykształceniem, odpowiednimi kwalifikacjami oraz praktyką zawodową. Skąd pozyskać specjalistę? Najlepszym rozwiązaniem będzie korzystanie z profesjonalnych i renomowanych serwisów z ofertami pracy jak np. www.aplikuj.pl. Tego typu serwisy przyciągają pracowników, którzy szukają wyselekcjonowanych ofert; łatwiej więc będzie pozyskać pracownika o ściśle określonym profilu. Trzeba również pamiętać, że świadomość rynku pracy wśród kandydatów zwiększa się. Uczniowie już w szkołach średnich i na studiach wybierają określoną ścieżkę kariery zawodowej, dążąc do jak najlepszych wyników w nauce, po to by w przyszłości zbudować dobrą pozycję na rynku pracy. Warto sprawdzić publikację na ten temat: „Praca w Krakowie – co studiować by dobrze zarabiać?”

Jak zatrzymać w firmie najlepszych pracowników?

Istnieją branże, w których firmy muszą prześcigać się, by móc zatrzymać najlepszych pracowników. Osoby z bogatym doświadczeniem, fachowcy są pożądani na rynku pracy, przez co nie grozi im wizja bezrobocia. To sprawia, że specjaliści próbują polepszyć swoją sytuację nie tylko finansową, ale szukają pracy spełniającej ich dodatkowe oczekiwania. Na pewno jednym z elementów mających wpływ na zatrzymanie pracownika w firmie, jest głęboka struktura i jasna ścieżka rozwoju zawodowego. Wtedy pracownik może ułożyć plan rozwoju zawodowego, dzięki czemu chęć zmiany pracy nie będzie zbyt mocna.

Pakiety i benefity dla pracownika

Dobrą metodą na zatrzymanie pracownika będzie oferta pakietów i benefitów. Popularne są karty Benefitsystems typu Multisport lub bilety do kina, teatru. Nie samą pracą człowiek żyje – jeśli pracodawca wyznaje taką dewizę, musi poprzeć ją odpowiednimi działaniami – czyli ofertą kart sportowych. Ważnym elementem podnoszącym renomę firmy i stawiającym ją w pozytywnym świetle będzie przyznanie pracownikowi i jego rodzinie pakietów darmowej opieki medycznej.  

Elastyczne godziny pracy

Elastyczne godziny pracy mogą być dla wielu pracowników bardzo ważnym argumentem przemawiającym za pozostaniem w firmie. Sztywny grafik nie pozwala załatwić innych obowiązków jak np. wizyty u lekarza, mechanika, fryzjera. Przesunięcie godzin pracy jest bardzo komfortowe. Dodatkowo, jeśli pracodawca prowadzi biznes online, sporym atutem okaże się możliwość pracy zdalnej.

Szkolenia kończące się certyfikatem

Szkolenia, które zakończą się otrzymaniem certyfikatu, konferencje branżowe, uczestnictwo w targach – to wszystko buduje dodatkowe argumenty świadczące na korzyść pracodawcy, który dba o rozwój pracowników. Nie tylko nacisk na podnoszenie kwalifikacji powinien się liczyć. Warto również zainwestować w wyjazdy integracyjne, aby podnieść morale zespołu lub w organizowanie pikników rodzinnych.

Najtańsze mieszkanie w mieście – ile kosztuje u dewelopera?

Ile kosztują najtańsze mieszkania w ofercie deweloperów w poszczególnych miastach? Jaki mają metraż? W których osiedlach można je znaleźć? Sondę prezentuje serwis nieruchomości dompress.pl

Mirosław Kujawski, członek zarządu LC Corp S.A.

Ceny najtańszych mieszkań, które oferujemy zaczynają się od 170 tys. zł. Lokale w tej kwocie można kupić w inwestycji Słoneczne Miasteczko w Krakowie. W Warszawie, Wrocławiu, czy Gdańsku, z uwagi na specyfikę lokalizacji danych inwestycji, ceny mieszkań zaczynają się od 250 tys. zł.

W Warszawie najkorzystniejsze cenowo oferty mamy w osiedlu Miasto Moje, położonym na Białołęce. Kawalerkę można kupić w nim za 210 tys. zł, mieszkanie dwupokojowe za 271 tys. zł, a ceny mieszkań trzypokojowych zaczynają się od 299 tys. zł. Bardzo atrakcyjne ceny oferujemy też w naszym nowym projekcie Ursus Centralny, gdzie ceny mieszkań dwupokojowych zaczynają się od 292 tys. zł. W Poznaniu już od 267 tys. zł dostępne są trzypokojowe minidomy w osiedlu Chilli City, natomiast w szczecińskiej Panoramice najtańsza kawalerka kosztuje 191 tys. zł.

Tomasz Sujak, członek zarządu Archicom S.A.

Ceny wrocławskich mieszkań w naszej ofercie zaczynają się od nieco ponad 250 tys. zł. W tej kwocie dostępne są lokale dwupokojowe o powierzchni 35 mkw. w osiedlach społecznych Cztery Poru Roku, Forma i Słoneczne Stabłowice. W cenie, poza samym lokalem, klienci zyskują liczne dodatkowe walory, jak własny, osiedlowy klub fitness i klub mieszkańca, sąsiedztwo rzeki, czy w pełni zagospodarowane miejsca do wypoczynku i rekreacji na świeżym powietrzu.

Mieszkania w bardzo przystępnych cenach oferujemy także w Łodzi i Poznaniu. Przykładowo, 45-metrowy lokal w poznańskiej inwestycji Przylesie Marcelin można kupić za niespełna 300 tys. zł.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

W inwestycji Apartamenty Przy Arsenale, zlokalizowanej w centrum Warszawy przy alei Solidarności najmniejsze mieszkanie ma powierzchnię 26 mkw. i kosztuje 452 tys. zł. Na warszawskim Tarchominie w projekcie Moja Północna, położonym przy ulicy Kościeszów mieszkanie o najmniejszej powierzchni 35 mkw. można kupić w kwocie 281 tys. zł. W projekcie Wolne Miasto w Gdańsku Ujeścisko można nabyć lokal o metrażu 33 mkw. w cenie 255 tys. zł.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Najtańsze mieszkania w naszej ofercie można znaleźć na Targówku w inwestycji Warszawski Świt, zlokalizowanej przy ulicy Poborzańskiej, gdzie lokal dwupokojowy o powierzchni 39 mkw. kosztuje ponad 309 tys. zł brutto. W budynku Willa Ochota przy ulicy Mszczonowskiej w Warszawie, którego budowa dobiega końca, mieszkanie dwupokojowe o powierzchni 33 mkw. można z kolei nabyć w cenie 382 tys. zł brutto. Aby zostać właścicielem lokalu jednopokojowego o metrażu ponad 41 mkw. w warszawskiej inwestycji Apartamenty Okopowa 59A, zlokalizowanej na pograniczu warszawskiej Woli i Śródmieścia, trzeba dysponować kwotą 483 tys. zł brutto.

Wojciech Chotkowski, prezes zarządu Aria Development

W Osiedlu Łomianki oferujemy mieszkania 51 metrowe w cenie 297 tys. zł. Z kolei w Osiedlu Natura w Wieliszewie ceny naszych największych mieszkań zaczynają się od 3890 zł za mkw. i bez wątpienia należą do najniższych na rynku stołecznym i podwarszawskich nieruchomości, nie wspominając o obrzeżnych dzielnicach Warszawy, gdzie na zakup mieszkania trzeba wydać często znacznie więcej.

W Osiedlu Natura w Wieliszewie dostępne są lokale o powierzchni od 27 mkw. do 67 mkw., zaś w Łomiankach metraże mieszkań zaczynają się od 36 mkw., a kończą na rodzinnych i przestronnych lokalach 102-metrowych.

Marta Drozd – Piekarska, pełnomocnik zarządu w Allcon Osiedla

W naszej aktualnej ofercie najtańsze opcje możemy zaproponować w inwestycji NEXO w Pucku. To wakacyjne mieszkania jednopokojowe w metrażu 26 mkw. w cenie od 220 tys. zł brutto. W Trójmieście dobrą ofertą jest Osiedle Gdyńskie z mieszkaniami dwupokojowymi w cenie od 300 tys. zł brutto. Ciekawe propozycje lokali mamy też w Kamienicach Malczewskiego w Gdańsku, gdzie ceny mieszkań dwupokojowych o powierzchni 46- 58 mkw. kształtują się w przedziale 415 tys. zł do 550 tys. zł brutto.

Wojciech Duda, wiceprezes Duda Development

W tej chwili najtańsze spośród mieszkań w naszej ofercie to 31-metrowa kawalerka w poznańskim Fyrtlu Wilda, którą można kupić w cenie nieco ponad 269 tys. zł oraz 25-metrowa kawalerka w Diasferze Łódzkiej, której cena wynosi 194 tys. zł.

Autor: Dompress.pl

W Warszawie potaniały mieszkania na wynajem, po raz pierwszy od wielu lat

Wynajmowanie mieszkań potaniało. Zmiana nie jest duża, ale istotne jest, że przez kilka lat mieliśmy duże wzrosty. To może być kolejny symptom, że na rynku mieszkaniowym pojawia się niepewność.

Przez trzy lata średni czynsz za wynajmowane mieszkania w Warszawie zwiększył się o ok. 1 tys. zł. Jednak pierwsze miesiące tego roku przyniosły dużą obniżkę, o ponad 250 zł miesięcznie.

Wtórny rynek mieszkaniowy ma oczywiście swoją specyfikę regionalną, ale zmiany w Warszawie traktowane są jako istotny trend, przenoszący się na inne, duże miasta.

Ważnym wskaźnikiem są ceny najmu za m kw. Mieszkania. Te bardzo szybko wzrosły pomiędzy 2016 i 2017 rokiem, z 44 zł do 53 zł. Kolejny rok przyniósł już niewielki ich wzrost, do 55 zł.

– W tym roku mamy po raz pierwszy od kilku lat spadek stawek czynszu, do 54 zł, czyli jest niewielki, ale warto zwrócić uwagę, że po 2015 r. aż 60 proc. podpisywanych nowych umów najmu dotyczyło mieszkań wybudowanych w ostatnich dwóch latach – mówi w rozmowie z MarketNews24 Jerzy Sobański, ekspert Polskiej Federacji Rynku Nieruchomości.

Ostatnie dwa lata, to był okres dużego wzrostu cen nowych mieszkań, czyli 2019 r. może przynieść poważny spadek rentowności inwestycji w mieszkania na wynajem.

Moody’s i Fitch nadal nie doceniają polskiej gospodarki?

Obniżenie prognozy wzrostu PKB dla Polski okazało się błędem, do którego przyznała się Moody’s, co nie zmienia tego, że agencje ratingowe nie doceniają odporności polskiej gospodarki na ogólnoświatowe osłabienie gospodarcze.

Agencja Moody’s poinformowała w środę, że nie obniżyła w poniedziałek prognoz wzrostu PKB dla Polski. Poprzednia informacja – o obniżce prognoz – miała wynikać z błędnych danych zawartych w raporcie z 17 czerwca.

W poniedziałkowym raporcie Moody’s błędnie podano, że wzrost PKB dla Polski wyniesie 4,2 proc., prognoza wzrostu o 4,4 proc. pozostaje aktualna. Najnowsze prognozy Moody’s i Fitch są więc takie same.

Wcześniejsze podnoszenie prognoz dla polskiej gospodarki jest ciekawe także z tego względu, że ocena innych gospodarek była sceptyczna.

– W agencjach ratingowych zwykle dominuje ostrożność i nie doceniają one odporności polskiej gospodarki na światowe spowolnienia gospodarcze – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Amerykański Fed obniżył perspektywę wzrostu stóp procentowych

Najważniejszym wydarzeniem dla rynków walutowych w tym tygodniu było posiedzenie amerykańskiego Fedu. Zgodnie z przewidywaniami stopy procentowe nie zostały zmienione. Jednak jest możliwe, że już podczas następnego posiedzenia zostaną one obniżone. Nasilają się oczekiwania rynku w tym kierunku, ponieważ ryzyka dla gospodarki światowej wprowadzają nerwową atmosferę w wielu bankach centralnych, i to nie tylko w Ameryce. Ryzyka globalne są jednym z powodów rozważania przez EBC uwolnienia polityki pieniężnej – warto zwrócić uwagę, że w strefie euro, w przeciwieństwie do Ameryki, jest znacznie mniej miejsca na działania tego typu. Retoryka amerykańskich banków centralnych została oceniona jako gołębia, a fundamenty się znacznie nie zmieniły. Niemniej jednak posiedzenie przyczyniło się do lekkiego osłabienia dolara w stosunku do euro. Stało się bowiem jasne, że kończy się okres dużych różnic stóp procentowych między dolarem i euro. W efekcie w piątek rano kurs wynosił 1,13 EUR/USD.

W Polsce z kolei warte uwagi są wyniki rynku pracy. Sytuacja dla polskich pracowników nadal się poprawia. Płace w kwietniu br. wzrosły o 7,7% r/r. Zatrudnienie w porównaniu z majem ubiegłego roku jest o 2,7% większe. Kurs złotego w mijającym tygodniu zasadniczo się nie zmienił i w piątek rano wynosił 4,26 EUR/PLN.

AKCENTA CZ a.s.

Jak rynki zareagowały na FED? Spór Włochów z Komisją Europejską

Przeciwnikiem Borisa Johnsona w wyborach na szefa konserwatystów będzie Jeremy Hunt. Amerykanie nie zmieniają stóp procentowych, ale dają sygnały, że w przyszłości najprawdopodobniej będą je obniżać.

Jaki komunikat dał FED

Rezerwa Federalna nie zmieniła co prawda stóp procentowych, ale dała rynkom kilka ważnych wskazówek. Analitycy zwracają uwagę, że nie ma już komunikatu o cierpliwości w sprawie zmian stóp procentowych. Warto zwrócić uwagę, że z 17 członków FED-u obecnie 8 jest zwolennikami utrzymania stóp do końca roku na niezmienionym poziomie, a 8 ich obniżek, w tym 7 dwukrotnie. Jak zareagowały rynki? Najszczęśliwsza był giełda. Indeks S&P ustanowił historyczne maksimum. Nie może to dziwić. W końcu niższe stopy procentowe to tańsze kredyty oraz przepływ pieniędzy z rynku obligacji na giełdę. Ciekawa była reakcja rynków, na których pomimo braku obniżki stóp dolar tracił na wartości. Jak widać, potwierdzenie kierunku zmian miało silniejszy efekt niż brak zmiany.

Finałowa para u Konserwatystów

Po serii głosowań deputowanych konserwatywnych poznaliśmy nazwiska dwóch kandydatów, którzy zmierzą się w walce o głosy wszystkich członków partii. Boris Johnson nie jest żadną niespodzianką. Jego kontrkandydatem będzie natomiast Jeremy Hunt, który nieznacznie wyprzedził Michaela Gove’a. Bukmacherzy jasno wskazują na zwycięstwo Borisa Johnsona. W prasie pojawiły się nawet spekulacje, że część zwolenników Borisa Johnsona poparła w głosowaniu Jeremy’ego Hunta, gdyż ma on mniejsze szanse w bezpośrednim starciu. Poglądy obu Panów są zbliżone w kwestii Brexitu. Co prawda Jeremy Hunt do referendum nie był zwolennikiem opuszczenia struktur unijnych. Kolejnym krokiem jest rozdanie kart głosowania członkom partii. Muszą one zostać zwrócone do 22 lipca. Czeka nas zatem jeszcze miesiąc niepewności. Rynki walutowe znów zareagowały strachem przed twardym Brexitem i po wyborach funt tracił na wartości.

Włoski spór z Komisją Europejską

Giuseppe Conte, premier Włoch zapowiedział, że jego rząd dokona oszacowania budżetu. Ponadto zapewnił, że stan finansów jest lepszy niż przewidywano. W ten sposób broni się przed objęciem jego kraju procedurą nadmiernego deficytu. Deklaruje, że deficyt wyniesie 2,1%, a nie jak uważają Unijni urzędnicy 2,5%. Patrząc na łączne zadłużenie Włoch nawet ta wartość jest nieracjonalnie wysoka. W czasach, gdy pokaźna część członków Unii zapożycza się na 10 lat z ujemną rentownością, Włosi w dalszym ciągu muszą dać zarobić inwestorom przeszło 2% rocznie. Jeśli konflikt będzie eskalował, zaufanie rynków może dalej spadać.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Kombinacja gołębiości Fed i EBC

W środę Fed, a dzień wcześniej EBC dały jasno do zrozumienia, że ruszają w stronę bardziej ekspansywnej polityki, co z zadowoleniem zostało przyjęte przez rynki. Ale wciąż jesteśmy w gąszczu niepewności w temacie globalnej polityki handlowej w połączeniu z rosnącymi napięciami geopolitycznymi na linii USA-Iran.

Przekaz Fed został odebrany gołębio. Wprawdzie nikt nie spodziewał się, że znikąd pojawią się jastrzębie tony, to jednak wcześniejsze gołębie sugestie szefa EBC Draghiego oraz doniesienia o chęciach prezydenta Trumpa do usunięcia Powella z prezesowania Fed wprowadziły wystarczający zamęt, by rynek zredukował ekspozycje w krótkich pozycjach w USD. To częściowo tłumaczy słabość USD bezpośrednio po komunikacie, który nie odbiegał wyraźnie od oczekiwań. Fed usunął fragment mówiący, że zamierza być „cierpliwy” w określaniu przyszłych dostosowań stopy procentowej i teraz zamierza „odpowiednio reagować”, by podtrzymać ekspansję. Droga do obniżek została otwarta, ale jak można było przewidzieć, będzie zależała od jakości napływających danych i postępów w rozmowach handlowych USA-Chiny. Zaskoczeniem była gotowość Jamesa Bullarda, by ciąć stopy procentowe już w tym miesiącu, oraz to, że aż siedmiu członków FOMC prognozuje cięcie o 50 pb do końca roku (wobec nikogo w marcu). Wreszcie na konferencji Powell zapytany, czy pierwszy ruch może być cięciem o 50 pb, odpowiedział, że w sytuacji, gdy stopy są niskie, na oznaki spowolnienia zasadnym jest reagować ostrzej, by uniknąć przedłużonego okresu spowolnienia. To przekonało rynek, by zacząć wyceniać 32 pb obniżki w lipcu, tj. rozpocząć dyskusję, czy za 6 tygodni zobaczymy ruch o 25 pb albo o 50 pb.

Rynek łatwo nie zrezygnuje z pesymistycznego podejścia do USD, szczególnie jeśli spodziewa się dalszego pogorszenia w danych i braku postępów w rozmowach handlowych USA-Chiny. Jednocześnie tli się nadzieja, że rozmowy prezydentów Trumpa i Xi podczas szczytu G20 pod koniec czerwca mogą coś zmienić, co przynajmniej okresowo będzie hamować awersję do ryzyka. W rezultacie zostajemy z zapowiedziami pogłębienia ekspansji monetarnej przez dwa najważniejsze banki centralne. Więcej pieniędzy na rynku oznacza wsparcie dla ryzyka. Krótkookresowo (póki wojny handlowe nie eskalują) rynki wschodzące i akcji powinny mieć się dobrze. Ale problemy zaczną się, kiedy rynek będzie musiał ocenić, co ma większą siłę oddziaływania: ekspansja monetarna czy zagrożenia dla wzrostu z tytułu protekcjonizmu handlowego? To może dostarczyć dodatkowej huśtawki.

Konflikt USA-Iran ciągnie w górę ceny ropy naftowej. To pośrednio będzie wzmacniać CAD i NOK, choć obie waluty mają też wsparcie w lokalnych bankach centralnych, które są najdalej od gołębiego zwrotu. Gospodarka Kanady odbija po zimowym spowolnieniu, ale o stanie ekonomicznym Norwegii najlepiej świadczy wczorajsza decyzja Norges Banku o podwyżce stopy depozytowej i zapowiedź kolejnej przed końcem roku.
Inwestorzy, którzy chcą zachować ostrożność, dywersyfikują się przez sprzedaż USD względem JPY i CHF, licząc, że pogorszenie globalnych perspektyw gospodarczych w dłuższym okresie jest ważniejsze niż przejściowa euforia z tytułu gołębiego Fed. To razem z napięciami geopolitycznymi oferuje też solidne paliwo dla metali szlachetnych i powinno wspierać dalsze wzrosty złota i srebra.

EUR/USD wrócił na ziemię niczyją w okolicach 1,13, gdyż kombinacja gołębiości Fed i EBC odbiera apetyt na siłowanie się w którymkolwiek kierunku. W szerszym kontekście jednak, to Fed ma większe pole do manewru, czyli USD ma więcej do stracenia, stąd dalej liczmy na zwyżki w kolejnych miesiącach.

Złoty załapał się na entuzjastyczny rajd walut rynków wschodzących, ale stąd sprawy zaczynają się komplikować. Bliskie stosunki gospodarcze z Eurolandem oznaczają zbieżność polityk EBC i RPP, więc oczekiwania co do przyszłej polityki pieniężnej nie będą argumentem za aprecjacją złotego. Oznacza to też mniejszą wrażliwość PLN na generalną niechęć wobec USD (więcej będą korzystać np. waluty azjatyckie i latynoamerykańskie), za to nie obroni to złotego przed negatywną reakcją na skoki wersji do ryzyka. Poziom 4,25 za euro może być podłogą dla kursu na dłużej.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Premium Fund S.A. podpisała Term Sheet w sprawie przejęcia Mousetrap Games

Premium Fund S.A. (w trakcie zmiany nazwy na Oxygen S.A.), Spółka notowana na rynku NewConnect, podpisała Term Sheet z trzema osobami fizycznymi w sprawie nabycia 100% udziałów działającej w branży gier mobilnych Mousetrap Games Sp. z o.o. Spółka sfinalizuje potencjalną transakcję poprzez emisję akcji serii E.

Premium Fund S.A. podpisała z 3 osobami fizycznymi Porozumienie o Podstawowych Warunkach Transakcji (Term Sheet), zgodnie z którym strony zamierzają przeprowadzić proces sprzedaży na rzecz Emitenta 100% udziałów w kapitale zakładowym Mousetrap Games Sp. z o.o. z siedzibą we Wrocławiu („Mousetrap Games”), które należą obecnie do tych osób fizycznych. Spółka w ramach realizacji przedmiotu Porozumienia zleci niezależnemu biegłemu rewidentowi w terminie do dnia 21.06.2019 r. sporządzenie wyceny Mousetrap Games, a po jej otrzymaniu, w terminie nie później niż do dnia 25.06.2019 r., strony rozpoczną negocjacje w zakresie ustalenia ceny sprzedaży 100% udziałów Mousetrap Games. Zarząd Premium Fund S.A. uważa, że potencjalna transakcja zakupu tego podmiotu wpłynie pozytywnie na rozwój Spółki.

„Segment gier mobilnych należy do niezwykle dynamicznie rosnących rynków gier komputerowych. Mousetrap Games posiada w swoim portfolio ciekawe i perspektywiczne produkcje, które mogą pozwolić temu podmiotowi na osiągnięcie rynkowego sukcesu. Po otrzymaniu wyceny tej spółki sporządzonej przez niezależnego biegłego rewidenta rozpoczniemy z jej obecnymi udziałowcami negocjacje w zakresie ustalenia ceny sprzedaży. Jesteśmy przekonani, że nabycie Mousetrap Games przełoży się pozytywnie na wyniki finansowe Spółki i na dalszy wzrost jej wartości rynkowej.” – ocenia Łukasz Górski, Prezes Zarządu Spółki Premium Fund S.A.

Po ustaleniu przez strony ceny sprzedaży udziałów w Mousetrap Games i uzyskaniu zgody Rady Nadzorczej Premium Fund S.A. nie później niż do dnia 15.07.2019 r., Spółka do dnia 10.08.2019 r. zwoła Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy, w którego porządku obrad zostanie umieszczona Uchwała dotycząca podwyższenia kapitału zakładowego w drodze emisji akcji serii E, a następnie zaoferuje te akcje do objęcia udziałowcom Mousetrap Games oraz dokona zakupu 100% udziałów w tej spółce. Umowa sprzedaży udziałów w Mousetrap Games ma zostać zawarta nie później niż w terminie do dnia 26.08.2019 r.

Mousetrap Games zajmuje się produkcją gier mobilnych przeznaczonych na urządzenia z systemem iOS oraz Android. Obecnie studio pracuje nad platformową grą muzyczną „Run the Beat”, która jest jego najważniejszą produkcją w całej historii studia.

Ceny na stacjach paliw wreszcie zaczęły spadać. Ich dalsze losy zależeć będą od lipcowego spotkania producentów ropy

0

Ceny na stacjach paliw wreszcie zaczęły spadać. Ich dalsze losy zależeć będą od lipcowego spotkania producentów ropy 8

Ropa naftowa po wzrostach cen w I kwartale roku zaczęła tanieć pod koniec kwietnia, by na początku czerwca dojść do najniższych w tym roku poziomów ze stycznia. Mimo to w kolejnych tygodniach ceny na stacjach benzynowych ani drgnęły. Dopiero w pomiarze cen z 19 czerwca, dokonanego przez e-petrol.pl, po raz pierwszy od zimy pokazały 3-4–groszowy spadek. Wcześniej analitycy liczyli jednak nawet na kilkunastogroszowe obniżki. To, czy do nich dojdzie, zależeć będzie w dużej mierze od ustaleń szczytu OPEC+, zaplanowanego na początek lipca.

– Ceny paliw w Polsce zależą głównie od sytuacji na rynkach światowych. Na rynku naftowym jest naprawdę spora zmienność – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Maziak, analityk rynku paliw e-petrol.pl. – W ostatnich miesiącach dominował trend podwyżkowy związany głównie z sytuacją polityczną i działaniami największych producentów na świecie. Porozumienie kartelu OPEC z innymi producentami spoza tej grupy wywindowało ceny ropy do wysokich poziomów. Obowiązujące limity wydobycia cały czas powodują, że na rynku ropy jest mniej.

Nadzieją na poprawę sytuacji kierowców jest nadchodzące spotkanie grupy OPEC+ (producentów ropy zrzeszonych w kartelu oraz kilkunastu spoza organizacji), które zaplanowane jest na 1–2 lipca (wcześniej zakładano, że odbędzie się o sześć dni wcześniej). Z końcem czerwca kończy się bowiem dotychczasowe porozumienie na temat ograniczenia dostaw ropy na rynek. Może ono zostać albo przedłużone bezterminowo, albo zakończone, a wtedy w zależności od przewidywanej podaży ropa zacznie drożeć lub tanieć.

– Poza tym formalnym porozumieniem mamy problemy wewnętrzne krajów takich jak Wenezuela czy amerykańskie sankcje na Iran, które też w naturalny sposób ograniczają podaż ropy na świecie. Te elementy mogą skłonić Arabię Saudyjską i Rosję, bo to są główni rozgrywający w tej grupie, do tego, żeby na rynek trafiło jednak trochę więcej ropy – przewiduje Grzegorz Maziak. – Jeżeli tak się faktycznie stanie, to jest szansa na spadek cen na światowych giełdach naftowych i w dalszej perspektywie także na stacjach w Polsce.

Ceny ropy naftowej WTI gwałtownie spadły w ostatnim kwartale 2018 roku, by do kwietnia br. odzyskać dwie trzecie wartości i sięgnąć 66–67 dol. za baryłkę. Późniejsze spadki znów sięgnęły kilkunastu dolarów i tuż przed połową czerwca surowiec kosztował niewiele ponad 51 dol. za baryłkę. Tymczasem na stacjach benzynowych najpopularniejsza benzyna 95-oktanowa nie staniała ani razu od przełomu lutego i marca. Dopiero między 12 a 19 czerwca odnotowano spadek o 3 gr do 5,22 zł na litrze. W wypadku diesla były to nawet 4 gr – do 5,15 zł.

Przyczynami długiego nieprzekładania się zniżek cen ropy na ceny benzyny są z jednej strony czas, jaki musi minąć, nim odbiją się one na cenach hurtowych, a potem detalicznych, z drugiej – chęć odbudowania marż przez operatorów stacji, wreszcie relacja złotego do dolara, słabnąca w drugiej połowie maja i w miarę stabilna w czerwcu.

 Kierowcy pewnie pamiętają początek tego roku, kiedy mieliśmy ceny poniżej 5 zł, bo w porównaniu z styczniem tego roku benzyna jest wyraźnie droższa. Trochę mniej bolesny jest ten początek roku dla kierowców tankujących olej napędowy. W przypadku autogazu mamy nawet trochę niższe ceny niż te notowane w styczniu, więc to jest ta grupa kierowców, która z pewnością z mniejszą obawą podjeżdża na stację paliw. Ale trzeba też pamiętać o tym, że w przypadku autogazu nie mieliśmy opłaty emisyjnej, czyli jednego z czynników przekładających się na wzrost cen paliw notowany od początku roku – podkreśla Grzegorz Maziak.

Jeszcze na przełomie maja i czerwca analitycy spodziewali się nawet kilkunastogroszowych spadków na stacjach benzynowych w perspektywie 2–3 tygodni. Czy zarysowany trend będzie kontynuowany, zależy od decyzji producentów ropy. Jednak warto też zauważyć, że ceny nie są jednakowe we wszystkich regionach, choć różnice sięgają kilku groszy w zależności od województwa i lokalizacji stacji. Tradycyjnie taniej jest w Wielkopolsce czy na Górnym Śląsku, drożej – w Lubuskiem i na Opolszczyźnie.

– Większe różnice na pewno możemy znaleźć, porównując stacje różnego typu, czyli stacje przy autostradach to zawsze są najdroższe lokalizacje, ale też nawet w obrębie poszczególnych miast czy miejscowości widać spore różnice, które potrafią sięgać nawet kilkudziesięciu groszy na litrze paliwa. Zawsze decydującym czynnikiem dotyczącym polityki cenowej stacji w danej lokalizacji, jest lokalny mikrorynek i konkurencja – zauważa analityk portalu e-petrol.pl. – Ważna jest też specyfika stacji i jej obrót. Jeżeli sprzedaje więcej paliwa, to prawdopodobnie dostanie lepsze ceny zakupu, dzięki temu będzie mogła sprzedawać je trochę taniej. W ujęciu geograficznym ta zmienność cen nie jest tak duża.

Polsce poza strefą euro grozi marginalizacja. Wspólna waluta może przynieść korzyści polityczne i finansowe, także rolnikom

Polsce poza strefą euro grozi marginalizacja. Wspólna waluta może przynieść korzyści polityczne i finansowe, także rolnikom 9

Dyskusja na temat wejścia Polski do strefy euro, która rozgorzała w trakcie kampanii przed wyborami do Europarlamentu, pokazała, że większość zarówno polityków, jak i społeczeństwa jest przeciwna szybkiej integracji walutowej. Nieco inaczej patrzą na tę sprawę przedsiębiorcy. Tymczasem według prof. Jerzego Wilkina z Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN, przystąpienie do strefy euro byłoby dla Polski korzystne zarówno z politycznego, jak i finansowego punktu widzenia. Skorzystaliby również mieszkańcy wsi, o czym świadczą przykłady innych państw regionu, które przyjęły wspólną walutę.

 Niedługo Polska będzie jednym z trzech krajów z licznej grupy państw postsocjalistycznych, które nie znajdą się w strefie euro, to będą Polska, Węgry i Czechy. Pozostałe kraje albo już są, albo zadeklarowały wyraźnie wolę polityczną wejścia do strefy euro. W strefie jest już 19 krajów unijnych, czyli zaczynamy być w mniejszościowym koszyku i to nie jest najlepsze miejsce dla Polski – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. dr hab. Jerzy Wilkin, kierownik Zakładu Integracji Europejskiej Instytut Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN.

Z 28 krajów członkowskich UE 19 posługuje się wspólną europejską walutą; po brexicie Euroland tworzyć będzie 70 proc. państw wspólnoty, a kolejne już zadeklarowały chęć dołączenia do tej grupy. Będą to Bułgaria, Chorwacja i Rumunia. W ten sposób przy własnej walucie zostanie zaledwie pięć krajów, w których mieszka niespełna 75 mln ludzi – ponad połowa z nich to Polacy. Tymczasem z sondaży wynika, że większość polskiego społeczeństwa jest przeciwna szybkiemu wejściu do strefy euro. Od szybkiej akcesji dystansują się też wszystkie partie polityczne czy prezes NBP Adam Glapiński.

– Wejście do strefy euro, wszystkie związane z tym mechanizmy, wymagania, korzyści, koszty to jest dość skomplikowana sprawa i także sami ekonomiści różnie ją oceniają, niektórzy są bardzo gorącymi zwolennikami, a inni mają bardziej sceptyczne podejście – mówi prof. Jerzy Wilkin. – Natomiast zdecydowana większość ekonomistów opowiada się za wejściem do strefy euro, pokazując realne korzyści finansowe. Korzyści nie ograniczają się tylko do pieniędzy, kursów walutowych czy stopy oprocentowania, lecz także wynikają z wejścia do rdzenia integracji. Polska, stojąc z boku, marginalizuje swój głos co do kształtowania Unii Europejskiej.

Nieco odmienne niż ogółu społeczeństwa jest zdanie przedsiębiorców. W kwietniu Konfederacja Lewiatan przeprowadziła na ten temat sondaż wśród swoich członków. Wynikło z niego, że 54 proc. firm uważa, że Polska powinna przystąpić do strefy euro, tylko 14 proc. jest temu przeciwne, a 32 proc. nie ma zdania w tej sprawie. Zwolennicy euro w 70 proc. uważają, że Polska powinna przyjąć wspólną walutę w ciągu najbliższych pięciu lat, natomiast według 27 proc. powinno to nastąpić za 5–10 lat. Z badania SW Research przeprowadzonego również w kwietniu dla serwisu rp.pl wynika, że aż 61 proc. mieszkańców wsi sprzeciwia się integracji walutowej Polski.

– Rolnicy należą do głównych beneficjentów integracji europejskiej. Byli bardzo sceptyczni co do wejścia Polski do Unii Europejskiej i mieli dużo obaw, że konkurencja zniszczy polskie rolnictwo, zwłaszcza te drobniejsze gospodarstwa. To się nie sprawdziło, a rolnicy wyszli z tego bardzo wzmocnieni – przypomina kierownik Zakładu Integracji Europejskiej IRWiR PAN. – Teraz 70–80 proc. rolników mówi pozytywnie o UE. Nie zawsze trafia do ich świadomości, że euro ustabilizowałoby warunki handlu zagranicznego produktami rolno-spożywczymi, z czego mniej więcej 80 proc. jest kierowanych na rynek unijny. To daje pewnego rodzaju przewidywalność środków, jakie rolnik dostanie z tytułu płatności bezpośrednich.

Sceptycyzm mieszkańców wsi do wspólnej waluty wynika – zdaniem eksperta – z niezrozumienia skomplikowanych mechanizmów związanych z procesem wejścia do strefy euro i zaufaniu, jakim rolnicy darzą eurosceptyczne Prawo i Sprawiedliwość. Koronnym argumentem przeciwko euro jest w tym wypadku groźba wysokiej inflacji, jak również utraty niezależności przez Narodowy Bank Polski

– Na podstawie danych, które przytoczono w Białej Księdze Unii Europejskiej, w 19 krajach ze wspólną walutą ponad 70 proc. społeczeństwa pozytywnie się o niej wypowiada – argumentuje prof. Jerzy Wilkin. – Także Grecja, która przeżyła bardzo głęboki kryzys, nie wini euro za swoje kłopoty finansowe i gospodarcze, tylko wewnętrzną politykę ekonomiczną. Grecy nie chcą wystąpić ze strefy euro, nawet w tym najgorszym momencie kryzysu tego nie chcieli. Specjaliści twierdzą, że obecność w strefie euro mimo wszystko pomogła im powolutku wychodzić z kryzysu.

Toruń szykuje się do walki o nowe fundusze europejskie. Miasto i powiat otrzymały z UE już 1,2 mld zł

Toruń szykuje się do walki o nowe fundusze europejskie. Miasto i powiat otrzymały z UE już 1,2 mld zł 10

Toruń jest największym beneficjentem środków z Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Kujawsko-Pomorskiego na lata 2014–2020. Jak dotąd, miasto i powiat otrzymały łącznie 1,2 mld zł. Fundusze europejskie mocno się przyczyniają do rozwoju miasta i kolejnych inwestycji – nie tylko drogowych i infrastrukturalnych, lecz także społecznych i kulturalnych. Nowa perspektywa finansowa ma być jednak mniej hojna dla samorządów. 

– Staramy się składać wnioski i pozyskiwać środki na wszystkie projekty, na które tylko możemy. To są m.in. remonty torowisk, zakup nowych tramwajów i autobusów, które wymieniamy na nowsze. Rozbudowujemy także infrastrukturę dla szkół zawodowych, robimy projekty związane z kulturą czy opieką zdrowotną oraz projekty miękkie z Europejskiego Funduszu Społecznego w ramach RPO. To są m.in. projekty dla wykluczonych, bezrobotnych, mam powracających na rynek pracy. Okazało się przy tym, że mamy też dziesięciu ojców powracających na rynek pracy i oni również korzystają z tych środków – mówi agencji Newseria Biznes Anna Dziczek z Wydziału Rozwoju i Programowania Europejskiego w Urzędzie Miasta Torunia.

Toruń jest największym beneficjentem środków z Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Kujawsko-Pomorskiego na lata 2014–2020. Jak dotąd, miasto i powiat otrzymały łącznie 1,2 mld zł, a największe do tej pory dofinansowanie zostało przeznaczone na rozbudowę i modernizację Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Toruniu.

– Jesteśmy w czołówce pozyskiwania środków z RPO, Toruń od wielu lat sięga po te środki. Staramy się przygotowywać do tego już wcześniej. Jeżeli znamy wytyczne, wiemy, na co te środki będą w danej perspektywie przeznaczone, później sukcesywnie składamy projekty. Angażujemy do tego wszystkich: urzędników, nasze instytucje podległe i miejskie spółki. Złożyliśmy dotąd 90 projektów, tyle mamy też podpisanych umów i dofinansowanie wynosi prawie 200 mln zł – mówi Anna Dziczek.

Jak podkreśla, fundusze europejskie z RPO mocno przyczyniają się do rozwoju cywilizacyjnego miasta i kolejnych inwestycji, czego przykładem są m.in. współfinansowane ze środków europejskich Centrum Nowoczesności Młyn Wiedzy czy Toruński Inkubator Technologiczny.

– Bez środków europejskich nie zrobilibyśmy tylu inwestycji i nie wydalibyśmy tylu pieniędzy na aktywizację bezrobotnych czy pomoc ubogim. To jest dla nas duży cywilizacyjny postęp – mówi Anna Dziczek. – Nowa perspektywa jeszcze się nie zaczęła, dopiero trwają do niej przymiarki, więc tak naprawdę jeszcze nie wiemy, na co będą przeznaczone pieniądze. Jednak wiemy, że prawdopodobnie będą to środki głównie na środowisko, trochę na drogi i dużo na projekty miękkie, więc w tym zakresie będziemy się przygotowywać. Cały czas śledzimy te wszystkie wytyczne, które pokazują nam, jak będzie zaprojektowana nowa perspektywa. Polska ma w niej dostać mniej pieniędzy, co stwarza taki problem, że będzie po prostu trudniej pozyskać te środki. To będzie perspektywa trudniejsza dla wszystkich.

Polskie miasta opanowują elektryczne hulajnogi, współdzielone samochody i skutery. Nowe przepisy zrewolucjonizują sposób poruszania się miejskimi pojazdami

Polskie miasta opanowują elektryczne hulajnogi, współdzielone samochody i skutery. Nowe przepisy zrewolucjonizują sposób poruszania się miejskimi pojazdami 11

W dobie narastającego problemu zakorkowania ulic polskich miast współdzielony transport może się okazać przydatnym narzędziem do usprawnienia systemów komunikacyjnych. Po samochodach, skuterach i rowerach wynajmowanych na minuty przyszedł czas na popularyzację elektrycznych hulajnóg. Polskie miasta zapełniają się tymi pojazdami, co rodzi problemy – pozostawiane są często w nieodpowiednich miejscach, nierzadko także dochodzi do wypadków z udziałem jadących po chodnikach. Nowe przepisy mają zrewolucjonizować sposób poruszania się elektrycznymi pojazdami miejskimi.

– Jeśli mieszkańcy zaczynają się masowo przemieszczać w jakiś nowy sposób, dotychczas nieznany, to musi się wiązać to z wyzwaniami. W przypadku elektrycznych hulajnóg to w tej chwili dwie płaszczyzny. Jedna jest bardziej regulacyjna: czy ta hulajnoga jest postrzegana jako pieszy czy jako pojazd, czy może się w związku z tym poruszać chodnikiem czy ścieżką. Drugą płaszczyzną jest pytanie o prędkość, którą użytkownicy elektrycznych hulajnóg rozwijają, czy to na chodniku, czy to na ścieżce, czy w miejscach, w których te hulajnogi są pozostawiane przez użytkowników – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Adam Jędrzejewski, prezes Stowarzyszenia Mobilne Miasto.

Na ulicach polskich miast pojawiły się tysiące małych pojazdów elektrycznych, które ułatwiają mieszkańcom przemieszczanie się na krótkich dystansach. Po boomie na rowery miejskie przyszedł czas popularyzacji udostępnianych przez niezależne firmy elektrycznych hulajnóg, których największą zaletą ma być możliwość zostawienia ich w dowolnym, dogodnym miejscu. Prekursorem w tej branży była firma Lime, która udostępniła swoje pojazdy na terenie Warszawy i Wrocławia. W jej ślady poszły inne start-upy, które zaczynają zastawiać miasta własnymi hulajnogami.

Ciekawym przykładem rozwoju transportu multimodalnego są zmiany, jakie zachodzą na trójmiejskim rynku. Do walki o uwagę gdańskich podróżnych włączyła się firma Blinkee, znana dotychczas z udostępniania skuterów na minuty. W ramach testów terenowych wystawiła na ulice śródmieścia 70 pojazdów, które w przyszłości mają trafić także do Gdyni i Sopotu. Hulajnogi tej firmy wyróżniają się na tle konkurencji wymiennymi bateriami, które mają usprawnić proces ładowania. Dzięki nim operatorzy nie będą musieli zabierać rozładowanych pojazdów z ulicy, a każda bateria będzie przechodziła codzienny nocny przegląd.

Na tym samym rynku zadebiutowała także firma Quick, która od razu planuje działać w Gdańsku na szeroką skalę. 250 hulajnóg tej firmy zostanie rozstawionych na terenie całego miasta w kluczowych węzłach komunikacyjnych, m.in. na przystankach komunikacji miejskiej, przy ścieżkach rowerowych oraz na uczelniach. Quick zadbał o to, aby hulajnogi nie stanowiły zagrożenia dla innych uczestników ruchu drogowego – osoby zdające pojazd będą musiały zrobić jego zdjęcie, aby udowodnić, że zostały prawidłowo zaparkowane. Ma to zapobiec porzucaniu hulajnóg w nieodpowiednich miejscach.

– Hulajnogi nie są odpowiedzią na wszystkie potrzeby mobilności mieszkańców miasta, natomiast są znakomitym uzupełnieniem na krótkich dystansach w podróżach multimodalnych, czyli takich, które wykorzystują pomiędzy punktem A a B różne formy transportu. Często mówi się o hulajnogach elektrycznych jako uzupełnieniu pierwszej i ostatniej mili, czyli początku i końcu naszej podróży – wskazuje prezes Stowarzyszenia Mobilne Miasto.

Multimodalność komunikacji może w przyszłości być jedynym remedium na rosnący problem zakorkowania miast. Zauważył to m.in. litwiński operator CityBee, który na terenie Wilna świadczy kompleksowe usługi z branży ekonomii współdzielenia. W tym mieście funkcjonują rowery, hulajnogi elektryczne, a także samochody osobowe i dostawcze od tego operatora. CityBee planuje także zrewolucjonizować polski rynek microsharingu. Po udostępnieniu w naszym kraju usługi wynajmu pojazdów dostawczych za pośrednictwem aplikacji mobilnej zainwestuje w systemy elektrycznych hulajnóg. W pierwszej fazie wdrożeniowej firma wprowadziła na ulice Warszawy 400 pojazdów, a w najbliższej przyszłości planuje podwoić ich liczbę.

Również wielkie korporacje motoryzacyjne włączają się w promocję idei transportu współdzielonego. Renault opracował EZ-GO, prototyp samochodu-usługi, który ma zastąpić pojazdy komunikacji prywatnej. Będzie to autonomiczny pojazd elektryczny przystosowany do transportu niewielkich grup pasażerów. Samochód będzie można wynająć na specjalnej stacji bądź bezpośrednio z ulicy, geolokalizując go za pośrednictwem aplikacji mobilnej. W zamyśle twórców ma być rozwiązaniem pośrednim pomiędzy prywatnym samochodem a systemem masowej komunikacji miejskiej.

– Istotne jest patrzenie na mobilność miejską w szerokim kontekście. Współdzielona mobilność, czy to będzie rower, hulajnoga, skuter elektryczny czy samochód współdzielony, to jest jeden obszar. Natomiast drugi obszar to jest dotarcie z tego rodzaju usługami do szerokiego grona użytkowników, a także połączenie ich, najczęściej w cyfrowy sposób, na platformach mobilnościowych. Różnego rodzaju plannery podróży, koncepty usługi mobilności, pozwalają użytkownikom mieć de facto w swoim smartfonie i rower, i hulajnogę, i samochód, i transport publiczny – zauważa Adam Jędrzejewski.

Pojawienie i upowszechnienie się pojazdów z branży współdzielonego transportu spowodowało pojawienie się problemów, z którymi jeszcze do niedawna miasta nie miały do czynienia. Nieprawidłowo zaparkowane hulajnogi stwarzają zagrożenie, podobnie jak użytkownicy, którzy poruszają się na nich w nieostrożny sposób. Stowarzyszenia Mobilne Miasto zaangażowało się w walkę o usystematyzowanie funkcjonowania tej gałęzi transportu, promując ideę współpracy sektora publiczno-prywatnego. Postuluje opracowanie wspólnych rozwiązań, które pozwolą bezkolizyjnie wkomponować rozwiązania z branży współdzielonej mobilności w tkankę miejską.

Dotychczas w polskim prawie o ruchu drogowym nie funkcjonowały żadne zapisy regulujące korzystanie z małych pojazdów elektrycznych takich jak hulajnogi, co wywoływało wiele kontrowersji i wątpliwości. Ministerstwo Infrastruktury zapowiedziało, że rozwiąże ten problem i wprowadzi zapisy o UTO, czyli urządzeniach transportu publicznego. W tej kategorii mieszczą się wszystkie pojazdy elektryczne rozpędzające się do 25 km/h o masie mniejszej niż 20 kg, szerokości mniejszej niż 90 cm i długości poniżej 1,25 m.

Według nowych regulacji osoby poruszające się na hulajnogach będą traktowane na równi z rowerami, tzn. będą musiały korzystać z infrastruktury rowerowej takiej jak drogi, przejazdy i pasy dla rowerów. Ponadto dozwolone będzie przemieszczanie się po jezdni, ale tylko w miejscach, w których obowiązuje ograniczenie prędkości do 30 km/h. Z kolei poruszanie się po chodniku będzie możliwe wyłącznie tam, gdzie nie istnieje infrastruktura rowerowa, a dozwolona prędkość poruszania się po jezdni przekracza wspomniane 30 km/h. Ustawodawca planuje wprowadzić także ograniczenie wiekowe dla użytkowników hulajnóg – osoby poniżej 10 roku życia nie będą mogły korzystać z nich nawet pod opieką osób dorosłych.

Według analityków z firmy Brookings Institution India Center wartość globalnego rynku rozwiązań z branży sharing economy do 2025 roku wzrośnie do 335 mld dol.

Terminale POS – dlaczego warto je posiadać i ile to kosztuje?

Terminale POS - dlaczego warto je posiadać i ile to kosztuje?Wśród przedsiębiorców oraz firm marketingowych panuje opinia, że obecnie klient “nie przebacza”. Wystarczy jedno potknięcie ze strony usługodawcy w kontakcie z klientem, by ten w najlepszym przypadku zraził się nie tylko do obsługi – ale i w najgorszym – zniechęcił się do całej firmy i marki. Jeśli posiadasz sklep lub świadczysz usługi, koniecznie powinieneś zainwestować w nowoczesne terminale POS. Sprawdź, dlaczego warto je posiadać i ile to kosztuje.

Coraz więcej klientów korzysta z kart płatniczych. Według Narodowego Banku Polskiego “ubankowienie” Polaków wynosi 83 procent i wciąż rośnie. Do większości kont bankowych wydawana jest karta płatnicza. Dodatkowo wciąż popularne są karty kredytowe. To oznacza, że płatności bezgotówkowe są codziennością. Dla tych trendów i przyzwyczajeń Polaków przedsiębiorcy są zmuszeni wyposażyć się w terminale POS.

Terminale POS – ile to kosztuje?

Obecnie istnieje wiele firm zajmujących się obsługą płatności bezgotówkowych oraz dostarczających nowoczesne technologie dla usług biznesowych. Znaną na rynku firmą oferującą nowoczesne terminale płatnicze jest podmiot o nazwie Polskie ePłatności – Centrum Rozliczeń Elektronicznych. W ich serwisie pep.pl przedsiębiorca może zapoznać się z szeroką ofertą terminali POS. Ceny terminali zależą od ich specyfikacji – możemy wybrać spośród stacjonarnych terminali POS, terminali mobilnych mPOS, czy też terminali samoobsługowych instalowanych na myjniach samochodowych, biletomatach, parkometrach lub maszynach vendingowych. Późniejsze opłaty będą zależeć również od wybranego operatora urządzenia. Warto dodać jeszcze, że popularnym sposobem na darmowy terminal jest dołączenie do programu “Polska Bezgotówkowa” kierowanego do małych i średnich przedsiębiorstw.

Nie tylko koszt urządzenia

Wielu użytkowników kart płatniczych czy aplikacji mobilnych nie zdaje sobie sprawy, że od każdej transakcji bezgotówkowej pobierana jest prowizja od właściciela terminala. Jest to tak zwana opłata interchange. Jeszcze kilka lat temu wynosiła nawet 1,2 procent wartości sprzedaży. Sprzedawca musiał odprowadzić opłatę za każdą wykonaną transakcję. Na spopularyzowanie terminali w większości sklepów i firm usługowych miało wpływ przede wszystkim obniżenie opłat interchange, które spadły nawet do 0,2 procent dla kart płatniczych debetowych i 0,3 procent dla kart kredytowych. Wystarczy przypomnieć sobie sytuację związaną z płatnościami bezgotówkowymi w jednej z najpopularniejszych i największych sieci sklepów spożywczych w Polsce. Do niedawna w większości tych placówek znajdował się bankomat – nie jako dodatkowa forma i możliwość płatności poprzez wcześniejszą wypłatę gotówki, lecz jedyne miejsce na pobranie pieniędzy dla osób, które w chwili odwiedzenia sklepu nie posiadały przy sobie środków pieniężnych.   

Polacy na potęgę korzystają z płatności bezgotówkowych

To rynek wymusza na przedsiębiorcy działania proklienckie. Posiadanie nowoczesnych terminali płatniczych jest jednym z tego typu rozwiązań, które mają pomóc klientom w codziennych, komfortowych zakupach. Jeśli jeszcze nie jesteś pewny, czy zakupić do swojej firmy terminal POS, sprawdź „Dlaczego warto zainwestować w terminal POS i ile to kosztuje?”.

Style zakupowe i postawy konsumenckie Polaków

Badanie FMCG Brands We Shop by Blix and Kantar 2019 wykazało, że głównymi czytelnikami e-gazetek promocyjnych są osoby rozważne i pragmatyczne – prawie 40%. Na drugim miejscu uplasowali się tzw. cenoholicy, a na trzecim – markowi entuzjaści. Dalej są shopperzy z przymusu. Na końcu znaleźli się wytrawni łowcy promocji.

Badaniem zostało objętych przeszło 5 tys. konsumentów aktywnie oraz często korzystających z gazetek promocyjnych na smartfonach. Wśród nich przeważały kobiety, które w zdecydowanej większości stosują ww. narzędzie – 69%. Jak wyjaśniają eksperci, czują się one zwykle bardziej odpowiedzialne za zakupy niż mężczyźni – 31%. Dominującą grupą są osoby między 25. a 34. rokiem życia. Najmłodsi respondenci mają 15 lat, a najstarsi – ponad 55.

– Z badania wynika, że osoby rozważne i pragmatyczne stanowią aż 39% wszystkich odbiorców e-gazetek. Warto dodać, że połowa z nich ma wyższe wykształcenie, a blisko 20% mieszka w miastach powyżej 500 tys. mieszkańców. Mają swoje ulubione marki. Przy wyborze produktu kierują się nie tylko ceną. Oczywiście interesują ich promocje, ale nie szukają najlepszej okazji od sklepu do sklepu. Częściej niż inni klienci czytają etykiety umieszczane na opakowaniach. Starają się też nabywać polskie produkty – mówi Marcin Lenkiewicz, wiceprezes Grupy Mobilnej Qpony-Blix.

Jak komentuje Tomasz Romaniuk z domu mediowego MediaCom, z taką postawą konsumencką, dla której nie jest najważniejsza promocja, można spotkać się coraz częściej, nie tylko wśród użytkowników e-gazetek. Wynika to zarówno ze wzrostu świadomości, jak i rosnących zarobków Polaków, zwłaszcza pracujących w największych miastach. Osoby korzystające z aplikacji wyróżnia szczególna dbałość o jakość kupowanych towarów. I dlatego, zdaniem eksperta, stanowią one najliczniejszą grupę respondentów.

– Na drugim miejscu w zestawieniu są cenoholicy – 19%. Oni kierują się właściwie wyłącznie cenami produktów. Dokładnie porównują je między sklepami. Stale polują na promocje. Raczej nie szukają polskich artykułów. Rzadziej też niż inni konsumenci oglądają kupowany asortyment. Zwykle nie czytają etykiet. Przeważnie nie wiedzą również, w jaką markę inwestują, bo nie ma ona dla nich szczególnego znaczenia – informuje mówi Marcin Lenkiewicz.

W opinii eksperta z domu mediowego MediaCom, to tylko na pozór zaskakujące zjawisko, że cenoholicy nie dominują wśród odbiorców e-gazetek zakupowych. Można to wyjaśnić w ten sposób, że maleje grupa polskich konsumentów, dla których cena gra główną rolę. Coraz większe znaczenie ma jakość, a także marka produktu, będąca symbolem prestiżu i sukcesu. Natomiast cenoholizm często ma związek z możliwościami zarobkowymi. Może np. dotyczyć mieszkańców mniejszych miejscowości. Według badania, ponad 30% tego typu konsumentów mieszka na wsi, a prawie połowa z nich ma średnie wykształcenie.

– Trzecie miejsce zajęli markowi entuzjaści – 17%. Wyróżnia ich to, że częściej niż pozostali respondenci kupują produkty dużych, dobrze znanych marek. Nabywanie produktów sprawia im niebywałą przyjemność. Chcą i lubią angażować się w cały proces zakupowy. Są nastawieni entuzjastycznie i szukają promocji na preferowane przez siebie brandy. Porównują ceny między sklepami, choć mają swoje ulubione placówki handlowe – wyjaśnia wiceprezes Lenkiewicz.

Co ciekawe, ponad 30% markowych entuzjastów mieszka na wsi, a prawie połowa z nich ma średnie wykształcenie. Dla tych konsumentów zakupy mogą stanowić swego rodzaju rozrywkę. Dzięki modnym artykułom mogą np. bardziej wyróżniać się w swojej społeczności. Jednak znaczenie mają przede wszystkim emocje, których dostarcza samo wybieranie i nabywanie produktów.

– Na przeciwnym biegunie znaleźli się tzw. shopperzy z przymusu – 16%. Zajęli oni czwarte miejsce w rankingu. Uważam, że są to osoby mocno skoncentrowane na innych sprawach życiowych. Chcą maksymalnie skracać czas przeznaczany na kupowanie produktów. Jednak od czegoś muszą zacząć proces zakupowy, dlatego korzystają z aplikacji. Są przekonani o tym, że tego typu narzędzie pomoże im jak najszybciej wykonać niezbędne czynności – analizuje Tomasz Romaniuk.

Natomiast Marcin Lenkiewicz dodaje, że shopperzy z przymusu zwykle nie porównują cen między sklepami, nie szukają promocji i raczej nie skupiają się markach. Rzadziej też kupują polskie produkty. Zwykle nie czytają etykiet. To pokazuje, że czas przeznaczany na zakupy faktycznie gra główną rolę dla tego typu konsumentów. Mogą to być osoby mocno zapracowane. 42% z nich ma wyższe wykształcenie, a 22% mieszka w miastach do 50 tys.

– Zestawienie zamykają tzw. wytrawni łowcy – 9%. Mogłoby się wydawać, że tego typu klientów powinno być więcej wśród użytkowników aplikacji. Jednak z badania wynika, iż ta grupa osób robiąc zakupy, często jeździ między sklepami. Można sądzić, że ma ona zdecydowanie więcej wolnego czasu niż przeciętni konsumenci w Polsce. To wyjaśnia, dlaczego stanowią tak niewielki odsetek – stwierdza ekspert z domu mediowego MediaCom.

Wytrawnych łowców wyróżnia też to, że zazwyczaj dokładnie porównują ceny między sklepami, starannie oglądają produkty i czytają etykiety. Często szukają promocji i innych okazji zakupowych. I nie przywiązują się do żadnej placówki handlowej. 46% tego typu konsumentów ma średnie wykształcenie, a 23% mieszka w miastach od 50 tys. do 150 tys.

– Uważam, że wszystkie scharakteryzowane w tym badaniu style zakupowe będą widoczne w kolejnych latach. Nie znikną nawet najmniej liczne grupy użytkowników aplikacji, jak shopperzy z przymusu czy wytrawni łowcy. W związku z rosnącą smartfonizacją wśród Polaków będzie przybywało różnego typu odbiorców e-gazetek. Niewykluczone jest to, że jeśli powtórzymy badanie np. w przyszłym roku, to wyróżnimy jeszcze więcej profili konsumentów – podsumowuje ekspert z Grupy Mobilnej Qpony-Blix.

Konferencja dydaktyczna nt. innowacyjności gospodarki

Zapraszamy do udziału w konferencji pt. „Innowacyjność gospodarki w badaniach słuchaczy studiów podyplomowych„, organizowanej przez WNE UW przy współpracy z NBP oraz KNN UW w dniach 21 – 22 czerwca. Podczas konferencji odbędą się prezentacje i dyskusja nad aktualnymi badaniami poświęconymi m.in. finansowaniu przedsięwzięć innowacyjnych, wirtualnym walutom, innowacjom pracowniczym oraz polskim bezpośrednim inwestycjom zagranicznym. Konferencję uświetnią wykłady gości specjalnych: prof. dr hab. Elżbiety Mączyńskiej-Ziemackiej (PTE, SGH) oraz dra Krzysztofa Guldy (UWRC Sp. z o.o.).

Wstęp wolny dla zarejestrowanych uczestników. Zapraszamy do zapoznania się z broszurą konferencji.Innowacyjność gospodarki

Zmiany w zarządzie Pekao TFI

Jacek Janiuk został powołany na stanowisko prezesa zarządu Pekao TFI S.A. – będzie  odpowiedzialny za Pion Zarządu, Pion Finansowy oraz Pion Sprzedaży i Marketingu.

19 czerwca 2019 r. Rada Nadzorcza Pekao TFI S.A. powołała na stanowisko prezesa zarządu Jacka Janiuka, który będzie odpowiedzialny za Pion Zarządu, Pion Finansowy oraz Pion Sprzedaży i Marketingu. Na kolejną kadencję Rada Nadzorcza powołała Grzegorza Barańskiego, wiceprezesa zarządu nadzorującego Pion Operacyjny oraz Jacka Babińskiego, wiceprezesa zarządu odpowiedzialnego za Pion Zarządzania Aktywami.

Rada Nadzorcza TFI konsekwentnie buduje zespół menedżerów. Jestem przekonany, że nowy zarząd wykorzysta potencjał drzemiący w spółce oraz zbuduje przewagi konkurencyjne na wymagającym rynku. Wierzę, że Pekao TFI umocni swoją pozycję rynkową i odegra ważną rolę na rynku pracowniczych planów kapitałowych – mówi członek zarządu Banku Pekao S.A. Grzegorz Olszewski, odpowiedzialny za Pion Zarządzania Funduszami Inwestycyjnymi i Ubezpieczeniowymi. Bank Pekao S.A. jest jedynym pośrednim akcjonariuszem Pekao TFI S.A.

Jacek Janiuk posiada ponad 19-letnie doświadczenie na rynku finansowym, które zdobywał zarówno w Polsce, jak i za granicą w firmach zarządzających aktywami (Invesco, AIG, KBL European Private Bankers, Citigroup). Przeszedł wszystkie szczeble kariery inwestycyjnej od analityka, przez zarządzającego funduszami, dyrektora departamentu inwestycyjnego, dyrektora departamentu bankowości prywatnej oraz członka zarządu.

Moim celem jest wzmocnienie pozycji rynkowej Pekao TFI jako nowoczesnego asset managera, który zaoferuje różnym grupom klientów rozwiązania dopasowane do ich potrzeb. Jestem przekonany, że dzięki mojemu dotychczasowemu doświadczeniu wraz z zespołem Pekao TFI S.A. uda nam się to osiągnąć – komentuje Jacek Janiuk.

Przed dołączeniem do zespołu Pekao TFI S.A., w latach 2017 – 2019, pełnił funkcję członka zarządu Skarbiec TFI S.A. odpowiedzialnego za sprzedaż oraz rozwój produktów. Wcześniej, przez ponad 5 lat związany był z Bankiem Citi Handlowy, gdzie w latach 2016 – 2017 odpowiadał m.in. za zarządzanie Departamentem Bankowości Prywatnej oraz w latach 2011 – 2016 jako Dyrektor Biura Doradztwa Inwestycyjnego za zbudowanie i wdrożenie procesu usługi doradztwa inwestycyjnego, której Euromoney przyznał pierwsze miejsce w Polsce, w kategorii „najlepsze analizy i doradztwo inwestycyjne”.

Jacek Janiuk posiada licencję doradcy inwestycyjnego oraz tytuł CIIA. Jest absolwentem Akademii Ekonomicznej w Katowicach, gdzie uzyskał tytuł magistra (Finanse i Inwestycje) oraz absolwentem Politechniki Śląskiej w Gliwicach z tytułem inżyniera (Matematyka). Ukończył także studium podyplomowe negocjacji i mediacji na Uniwersytecie SWPS w Warszawie.

Pekao TFI S.A. to najdłużej działające na polskim rynku towarzystwo funduszy inwestycyjnych, aktywa zgromadzone w produktach Pekao TFI S.A. wynoszą ponad 20 miliardów złotych. Jedynym akcjonariuszem Pekao TFI S.A. jest spółka Pekao Investment Management S.A. Właścicielem Pekao Investment Management S.A jest Bank Pekao S.A.

W kolejnych latach ceny mieszkań spadną nieznacznie. Inwestycje w lokale na wynajem pozostaną atrakcyjne

Choć rosnące ceny nowych mieszkań obniżają zyskowność najmu, ten wciąż się opłaca. Nawet przy spadku rentowności o 1-2 p.p. roczne wpływy pozostaną wyższe niż z lokat bankowych. Regionalne zróżnicowanie rynków nieruchomości powoduje, że wciąż można znaleźć okazje inwestycyjne i czerpać z czynszów przyzwoite dochody. W ciągu kilku nadchodzących lat sytuacja prawdopodobnie się nie zmieni. Co najwyżej w ciągu roku lub dwóch lat dojdzie do lekkiego spadku cen lokali. Dlatego eksperci uważają, że nie ma powodu, by zamrażać pieniądze w oczekiwaniu na obniżki. I pomimo tego, że czynsze drożeją wolniej niż koszty zakupu, nadal warto nabywać mieszkania na wynajem. Odsetek najemców w Polsce wynosi zaledwie 5% i znacząco odbiega od średniej unijnej, gdzie prezentuje się to na poziomie 18%.

Rosnące ceny nieruchomości prowadzą do spadku rentowności inwestycji na wynajem. Artur Kaźmierczak, partner współzarządzający Grupą Mzuri, podkreśla, że zjawisko dotyczy wyłącznie mieszkań nowo kupowanych i tylko wtedy, kiedy nie rosną czynsze. Sytuacja ta ma miejsce we wszystkich dużych miastach w Polsce, choć skala zjawiska jest różna. W Warszawie i w Gdańsku ich stawki za wynajem wzrosły w 2018 r. o 6,5% i 7,8%, a lokale podrożały o 11-12%, natomiast w Łodzi – o 11% przy kosztach zakupu wyższych o 15%.

– Obserwowany spadek rentowności dotyczy danych uśrednionych. A rynki są silnie zróżnicowane regionalnie. W Warszawie, Trójmieście czy Lublinie wymagania i potrzeby klientów są odmienne. W samej stolicy zupełnie inne warunki dotyczą np. Białołęki, Woli, Pragi czy Śródmieścia. Właściciel lokalu sam decyduje, jakiego czynszu oczekuje. Uzyskanie go zależy od przygotowania ogłoszenia i samego mieszkania oraz wypromowania oferty. Nie ma uniwersalnych rozwiązań dla inwestorów – mówi Marcin Krasoń, ekspert z Obido.pl.

W opinii partnera w Mzuri, wciąż można znaleźć okazje. Mieszkania kupione poniżej ceny rynkowej to świetne inwestycje. Chociaż średnie rentowności spadają, to wciąż trudno o sensowną alternatywę. Po uwzględnieniu wszystkich istotnych kosztów roczne zyski z wynajmu mogą być trzykrotnie wyższe niż z lokat. I nawet po spadku o 1-2 p.p. dalej będą atrakcyjne. Poza tym wpływy z czynszów nie uwzględniają wzrostu wartości mieszkania.

– Inwestor przyjmuje własną granicę kosztów pozwalających na osiągnięcie zakładanej zyskowności. Nie da się jednak jej określić dla wszystkich mieszkań. Każdy przypadek jest indywidualny. W ocenie trzeba uwzględnić m.in. czas poszukiwania najemcy, okres jego pobytu, koszty niezbędnych remontów i napraw. Wzrost cen zakupu jest pewnym utrudnieniem, ale nie oznacza, że w tej chwili kupowanie pod wynajem się nie opłaca – uważa Marcin Krasoń.

Potencjalnie atrakcyjne mogą być lokale w miastach liczących od 50 do 100 tys. mieszkańców. Ceny nieruchomości są tam znacznie niższe niż w dużych aglomeracjach. Za jedno mieszkanie w Warszawie można nabyć np. dwa w Piotrkowie Trybunalskim. Jednak z tym segmentem wiążą się inne problemy, choćby związane z odległym miejscem pobytu właściciela oferującego wynajem. I choć rentowności właściwie we wszystkich małych miastach są wysokie, to inwestowanie w nich jest zwykle trudniejsze i bardziej ryzykowne.

– Po pierwsze, z reguły im mniejsze jest miasto, tym płytszy jest rynek. Niedużo jest oferowanych mieszkań i niewielu jest najemców. Tak więc trudniej może być zarówno dobrze kupić mieszkanie, jak i ewentualnie w przyszłości je sprzedać. Po drugie, w małych ośrodkach zazwyczaj nie działają firmy zajmujące się obsługą najmu. Oznacza to, że trzeba się tym zajmować samemu, a więc praktycznie – mieszkać na miejscu. Po trzecie, długoterminowo, im mniejsze miasto, tym większe jest ryzyko demograficzne tego, że najemcy przeniosą się do dużej metropolii – tłumaczy Artur Kaźmierczak.

Zdaniem Marcina Krasonia, trudno przewidywać, jak rynek będzie wyglądał za kilka lat. Z jednej strony społeczeństwo się starzeje, ale z drugiej – bogaci się. Liczba mieszkańców rośnie tylko w nielicznych miastach, pozostałe stopniowo się wyludniają. Co prawda przybywa cudzoziemców, ale najwięcej jest ich w Małopolsce, na Podkarpaciu i w Warszawie. W pozostałych regionach jest ich mniej. Nie wiadomo też, co będzie się działo na rynku nieruchomości – wciąż brakuje siły roboczej, rosną koszty pracy, drożeją materiały budowlane, a ostatecznie i mieszkania.

– Warto inwestować, nie zwlekając. Nie wierzę, by ceny mieszkań miały spaść w przewidywalnej przyszłości. W Polsce wciąż brakuje lokali, a zbyt wiele istniejących ma bardzo słaby standard. Nie zapowiada się, by koszty budowy miały spaść i nie widać na horyzoncie przesłanek do zmniejszenia siły nabywczej. Można więc czerpać dochody z najmu od dzisiaj lub trzymać pieniądze w banku, czekając nie wiadomo jak długo na bliżej nieokreślony spadek cen – przekonuje Artur Kaźmierczak.

Ekspert z Obido.pl przypuszcza, że choć najbardziej prawdopodobne jest utrzymanie obecnego stanu rzeczy w kolejnych kilku latach, mniej więcej w ciągu roku może dojść do niewielkich spadków cen na rynku pierwotnym. Spadek sprzedaży nowych mieszkań już widać, jednak popyt jest wciąż silny. Według Marcina Krasonia, inwestorzy indywidualni ograniczyli aktywność, jednak osoby, które potrzebują własnego lokum, wciąż kupują. Okres roku czy dwóch lat zmniejszonej sprzedaży nie wpłynie na sytuację deweloperów. Dopiero dłuższy okres może ich skłonić do proponowania tańszych ofert. Z tego powodu próby czekania na dołek cenowy mogą się nie udać.

– Wierzę, że popyt ze strony najemców będzie rósł. Młodzi ludzie wolą wynajmować niż kupować, przybysze z zagranicy też – sami rzadko decydują się na kupno. Dodatkowo mamy do czynienia z przeludnieniem istniejących mieszkań połączonym ze wzrostem zamożności społeczeństwa. Nie widzę powodów, by średni odsetek Polaków mieszkających w wynajętych mieszkaniach nie miał rosnąć z obecnych ok. 5% do średniej unijnej 18% czy średniej dla krajów tzw. Starej Unii, gdzie wynosi ok. 23% – podsumowuje ekspert z Grupy Mzuri.