Programista-humanista: czy specjalistom IT potrzebne są kompetencje miękkie?

Co wspólnego ma krzemienny nóż i silnik spalinowy ze smartfonem i sztuczną inteligencją? Wszystko to są innowacje. Każda z tych technologii w odpowiednim momencie naszej historii zmieniła (lub zmieni) sposób w jaki żyjemy i pracujemy. Choć różne jest ich działanie i zaawansowanie mają jeden wspólny mianownik. Człowiek. Tylko od nas zależy czy dana innowacja posłuży dobru wspólnemu, czy tylko osobistym korzyściom; czy zacznie działać, czy pozostanie tylko bezużytecznym gadżetem.   

Kreatywność rodzi się na styku technologii i ludzi. Wystarczy spojrzeć na każdą innowację, która powstała w ostatnich latach. W większości były to swoiste przypadki. Ktoś wziął istniejącą technologię i znalazł sposób, by wykorzystać ją w inny sposób, niż pierwotnie założono. Przenośne radio i telefon stacjonarny? Tak powstał telefon komórkowy. GPS, telefon komórkowy plus samochód. Właśnie poznałeś historię Ubera. Myślisz, że Ford wynalazł pierwszy samochód? On tylko zreorganizował proces produkcji w duchu swoich czasów.

W każdym z tych przypadków kluczową rolę odegrali ludzie. To człowiek zestawił istniejące technologie i możliwości, pchnął w nie nowe życie i zamiar obrócił w rzeczywistość. Technologia, człowiek i procesy to trzy filary, które we wspólnym badaniu VMware i londyńskiego Cass Business School, uwypuklono jak gwarant udanej cyfryzacji w duchu innowacyjności. Trzeba to powiedzieć otwarcie – to nie technologie sprawiają, że możemy pracować zdalnie. To ludzie, którzy mają odwagę wykorzystać technologie mobilne, by pracować z dala od firmowego biurka – opowiada Joe Baguley, wiceprezes i dyrektor generalny ds. technologii w VMware.

Nie wymyślamy koła, tylko taczkę

Technologie zmieniają się w zawrotnym tempie. W ciągu ostatnich stu lat dokonaliśmy skoku technologicznego większego niż w ciągu poprzednich pięciu wieków. Wraz ze zmianami narzędzi zmieniają się też kompetencje, jakich potrzebujemy, by wykorzystać pełny potencjał nowych rozwiązań. Nie wystarczy jednak nauczyć się jak obracać nowe pokrętła i w jakiej kolejności naciskać różne przyciski. Takie podejście nie jest zgodne z duchem współczesnych innowacji, przekonują eksperci.

Nasze działania służbowe nadal postrzegamy jako zestaw powtarzających się, drobiazgowych czynności. Zapominamy, że te niebawem mogą stać się domeną sztucznej inteligencji – tłumaczy Joe Baguley z VMware. Nadchodzą złe czasy dla pracowników, którzy będą się w swojej pracy skupiać  się tylko na tym jak działa jeden konkretny produkt lub zestaw narzędzi. To, co będzie cenne na rynku pracy to umiejętność wykorzystania całej posiadanej wiedzy technicznej i specjalistycznej w różnorodnych sytuacjach. Chodzi o zrozumienie, w jaki sposób dane kompetencje mogą wesprzeć działania poszczególnych działów w danej organizacji – dodaje ekspert.

Empatia w cyfrowym świecie

Podejście skupione na zrozumieniu potrzeb ludzi i biznesu głównie dotknie te działy, które w firmowej układance odpowiedzialne są za proces cyfrowej transformacji. W efekcie wiele działów IT będzie musiało wyjść ze swojej technocentrycznej niszy i otworzyć się potrzeby pracowników. Zdaniem ekspertów VMware umiejętności miękkie będą niebawem niezbędne na tym rynku, a wśród pożądanych kompetencji prym będzie wiodła empatia.

Wiedząc co czują inni, łatwo możemy to przekuć we własny sukces. Firmowi specjaliści ds. technologii powinni dzisiaj być nie tylko inżynierami, ale przede wszystkim filozofami i psychologiami. Umiejętności miękkie mogą pomóc programistom w dogadaniu się z działem operacyjnym. Pracownicy działów IT lepiej mogą współpracować z marketingiem czy sprzedażą. Lepsza komunikacja międzyludzka sprowadza się w efekcie do sprawniejszej gry zespołowej obejmującej całą organizację, a nie tylko jej wycinek – tłumaczy Joe Baguley.

Technologie mogą oczywiście pomóc w tym procesie. Odpowiednio wdrożona chmura obliczeniowa umożliwia połączenie różnorodnych procedur w jeden spójny proces. Pracownicy z różnych firmowych departamentów nie muszą w efekcie wykonywać żmudnych, rutynowych prac. Silosy kompetencyjne nie ograniczają już międzydziałowej współpracy – dodaje ekspert VMware.

Komunikacja  – klucz do innowacji

Ścisła współpraca między IT a pracownikami różnych szczebli będzie w kolejnych latach postępującej digitalizacji kluczowa dla wielu biznesów. Szczególnie że sami pracownicy coraz mniej polegają na firmowych ekspertach ds. technologii. Według badań Snow Software 81 proc. pracowników z pokolenia Millenialsów przyznaje, że dwukrotnie częściej niż starsi pracownicy ignorują zalecenia działów IT i wykorzystują w swojej pracy własne aplikacje. Nawet te zakazane przez administratorów. Millenialsi mówią wprost: działy IT nie realizują ich potrzeb, a takie działania, choć mogą by groźne, znacznie podnoszą ich produktywność.

Revolut udostępnia Apple Pay

Revolut udostępnił dziś oficjalnie usługę Apple Pay swoim użytkownikom w Polsce, Czechach, Irlandii, Wielkiej Brytanii, Austrii, Niemczech, Szwajcarii, Włoszech, Hiszpanii, Francji, Belgii, Danii, Szwecji, Norwegii, Finlandii oraz Islandii. Dzięki usłudze Apple Pay dostępnej na urządzeniach iPhone, Apple Watch, iPad i Mac, użytkownicy Revolut będą mogli dokonywać szybkich i wygodnych zakupów w sklepach, aplikacjach i na stronach internetowych.

Revolut z Apple Pay na 16 rynkach w EuropieApple Pay zapewnia użytkownikom Revolut dostęp do łatwych, bezpiecznych i zaufanych sposobów płatności w sklepach, aplikacjach i online poprzez urządzenia Apple. Płatności z Apple Pay są szybsze niż płatności z pomocą tradycyjnych kart debetowych i kredytowych lub innych metod płatności i mogą przebiegać bezstykowo poprzez  iPhone, Apple Watch lub Safari na MacBook Pro lub MacBook Air posiadających Touch ID, eliminując potrzebę korzystania z portfela.

Użytkownicy Revolut mogą dodawać kartę Revolut do Apple Pay poprzez aplikację Revolut lub aplikację Wallet. Ponadto, użytkownicy nie posiadający karty fizycznej, mogą dodać do Apple Wallet kartę wirtualną za pomocą zaledwie kilku kliknięć w aplikacji Revolut i zacząć płacić bez konieczności czekania na dostawę karty fizycznej. To rozwiązanie umożliwi klientom rejestrację i możliwość płacenia Apple Pay w ciągu zaledwie kilku minut.

Bezpieczeństwo i prywatność to kluczowe cechy Apple Pay. Gdy użytkownik korzysta z karty Revolut i Apple Pay, dane karty nie są przechowywane ani w urządzeniu, ani na serwerach Apple. Przypisywany jest im natomiast unikalny numer konta urządzenia (Device Account Number), następnie szyfrowany i przechowywany w bezpiecznym czipie (Secure Element) w urządzeniu. Z kolei każda transakcja jest autoryzowana z pomocą jednorazowego, unikalnego, dynamicznego kodu bezpieczeństwa.

Celem Revolut jest dostarczanie użytkownikom użytecznych narzędzi ułatwiających zarządzanie wszystkimi aspektami codziennych finansów. Dokonywanie płatności szybko, wygodnie i bezpiecznie jest niezbędne by ten cel osiągnąć. Nasi użytkownicy wielokrotnie pytali nas o Apple Pay, dlatego z przyjemnością udostępniamy funkcjonalność na 16 rynkach. To krok zwiększający swobodę użytkowników w korzystaniu z pieniędzy w wybrany przez nich sposób” – powiedział Arthur Johanet, Card Payments Product Owner w Revolut.

Apple Pay to funkcjonalność łatwa w konfiguracji. Po jej aktywacji użytkownicy zachowują pełne dotychczasowe wsparcie i benefity oferowane przez karty Revolut.

Użytkownicy iPhone i Apple Watch mogą płacić z pomocą Apple Pay w sklepach, restauracjach, taksówkach, maszynach vendingowych i wielu innych miejscach. Podczas zakupów w aplikacjach lub w internecie z pomocą przeglądarki Safari i Apple Pay, nie ma potrzeby wypełniania formularzy danych konta lub wpisywania po kilka razy informacji o dostawie i płatności. Każdy zakup z Apple Pay jest autoryzowany błyskawicznie za pomocą hasła urządzenia, Face ID lub Touch ID.

Interdyscyplinarne konsorcja ruszają na podbój kosmosu

Blisko 250 mln zł dofinansowania w ramach Krajowego Programu Kosmicznego otrzyma polski sektor space w ciągu najbliższych trzech lat. To branża, w której pojedyncze firmy rzadko mają szansę na spektakularne efekty. Prawdziwe sukcesy odnoszą konsorcja interdyscyplinarne, w których każdy uczestnik projektu wnosi do niego celowane rozwiązania. Tylko dzięki współpracy i wymianie doświadczeń ludzie naprawdę mogą sięgać gwiazd.

W grudniu 2018 r. Polska stała się pełnoprawnym członkiem europejskiego Konsorcjum SST (Space Surveillance and Tracking – Obserwacja i Śledzenie Obiektów Kosmicznych). Dzięki temu polskie podmioty będą mogły brać udział w przedsięwzięciach finansowanych ze środków Unii Europejskiej, których budżet wynosi ponad 350 mln euro. Zadaniem SST jest łączenie zdolności poszczególnych państw w celu zabezpieczenia europejskiej i narodowej infrastruktury kosmicznej. Kraje członkowskie wnoszą do konsorcjum sensory obserwujące sztuczne obiekty wokół Ziemi oraz możliwość analizy danych, które są przez nie dostarczane. Na tej podstawie realizowane są usługi SST w postaci oceny ryzyka oraz informacji i ostrzeżeń o faktycznych i przewidywanych zdarzeniach w przestrzeni kosmicznej z udziałem sztucznych obiektów kosmicznych.

Intensywny rozwój polskiego sektora kosmicznego rozpoczął się wraz z dołączeniem naszego kraju do Europejskiej Agencji Kosmicznej w listopadzie 2012 r. Od tego czasu zarówno rodzime firmy działające w tej branży, jak też instytuty naukowo-badawcze zrealizowały lub aktualnie realizują dla niej około 330 kontraktów o łącznej wartości ponad 100 mln euro. Biorą również udział w prestiżowych misjach kosmicznych takich jak Rosetta – na kometę 67P, Proba 3 – badająca zewnętrzną warstwę atmosfery słonecznej, ExoMars2016 czy JUICE – do księżyców Jowisza. Dynamicznie rozwijają się także kosmiczne specjalizacje, takie jak: robotyka, optoelektronika, systemy mikrosatelitarne, integracja małych satelitów czy rakiety suborbitalne.

Gra zespołowa w cenie

Choć polskie przedsiębiorstwa i jednostki badawcze od niedawna biorą czynny udział w projektach kosmicznych, już zdążyły się przekonać, że najlepsze efekty odnosi się dzięki współdziałaniu wielu podmiotów z różnych dziedzin, które nawzajem idealnie się uzupełniają. Dzięki temu są w stanie zrealizować wyjątkowe i ambitne projekty, co byłoby niemożliwe indywidualnie.

– Branża kosmiczna charakteryzuje się rozbudowanymi projektami, których powodzenie zależy od jednoczesnej współpracy wielu ekspertów z różnych dziedzin nauki i specjalizujących się w różnych technologiach – mówi Paweł Wojtkiewicz, Prezes Związku Pracodawców Sektora Kosmicznego i dyrektor ds. sektora kosmicznego w GMV. – Przy tego rodzaju przekrojowych projektach, jakimi są np. misje obserwacji Ziemi lub misje naukowe, które wymagają tzw. complex problem solving, czyli rozwiązywania problemów charakteryzujących się silną dynamiką zmian i wysokim stopniem złożoności, kompetencje pracowników jednej firmy, nawet jeśli działa ona od dawna sektorze kosmicznym, często nie gwarantują sukcesu. Odpowiedzią na wyzwanie kompleksowości branży kosmicznej są konsorcja interdyscyplinarne. Synergia podmiotów działających w różnych sektorach przemysłu, np. ICT, elektronicznym czy optoelektronicznym, pozwala podejść do projektów kosmicznych holistycznie i wypracować bezpieczne rozwiązania złożone na bazie wielu zmiennych.

– Projekty kosmiczne wymagają współdziałania wielu utalentowanych ludzi, firm i instytucji, specjalizujących się w różnych dziedzinach – mówi Paweł Rymaszewski, prezes Thorium Space, producenta satelitów i kosmicznych urządzeń telekomunikacyjnych. – W tej branży dużo pracy ma zarówno naukowiec, inżynier, jak i człowiek biznesu. Zdarza się także, że do prac koncepcyjnych zapraszani są nawet artyści. Widoczne jest zdecydowane odejście od myślenia schematycznego. Dzięki temu tworzone są nowe, oryginalne koncepcje i rozwiązania, które nie tylko mają szansę na sukces finansowy, ale także posuwają ludzkość do przodu, zmieniając również nasze codzienne życie.

Projekty kosmiczne to najczęściej przedsięwzięcia wieloletnie i kosztowne, a zatem wymagające dużych nakładów finansowych. Mimo poczynionych dużych nakładów finansowych, zyski nie zawsze są natychmiastowe i pewne. Stąd też szansą na jeszcze szybszy rozwój branży kosmicznej są konsorcja biznesowe zorientowane na konkretny cel. To odpowiedź na zmiany rynku pod wpływem innowacji oraz dynamiczny rynek pracy.

Duży może więcej

Polska jako członek konsorcjum SST zapewni wykorzystanie na rzecz europejskiego systemu SST 19 teleskopów rozmieszczonych na całej kuli ziemskiej należących do Centrum Astronomicznego im. Mikołaja Kopernika Polskiej Akademii Nauk, Instytutu Obserwatorium Astronomicznego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, Fundacji Badawczej Bałtycki Instytut Technologiczny w Gdyni i firm: Sybilla Technologies, 6ROADS oraz stacji laserowej Centrum Badań Kosmicznych Polskiej Akademii Nauk z Obserwatorium w Borówcu. Strona polska dostarczy również narzędzia programistyczne i kompetencje związane z przetwarzaniem i analizą danych.

Przystąpienie do konsorcjum SST pozwoli na dalszy rozwój krajowych zdolności związanych z obserwacją i budowaniem świadomości sytuacyjnej w przestrzeni kosmicznej. Umożliwi również wzrost kompetencji i konkurencyjności krajowego sektora kosmicznego i zwiększenie jego roli w bieżących i przyszłych programach Unii Europejskiej i Europejskiej Agencji Kosmicznej. Wzmocni również pozycję Polski na arenie międzynarodowej.

Szansa na udział w wielkich misjach

Z kolei w 2019 roku Polska Agencja Kosmiczna planuje integrację m.in. z europejskim klastrem robotyki kosmicznej Peraspera. To umożliwi polskim podmiotom udział w europejskiej robotycznej eksploracji kosmosu. Trwają również prace nad istotniejszym zaangażowaniem się w systemy międzyrządowej łączności satelitarnej.

Jednak współpraca w sektorze kosmicznym to również mniejsze konsorcja, które pozwalają niwelować rozdrobnienie. Wyraźnie integrują one środowiska naukowe, pozwalają na szybki przepływ informacji, a także zwiększenie kapitału operacyjnego.

– Przykładem doskonale funkcjonującej współpracy w naszej branży jest konsorcjum, na czele którego stoi polski Creotech Instruments S.A. – uważa Paweł Rymaszewski. – Dzięki współdziałaniu kilku małych i średnich firm możliwe było zwycięstwo w konkursie zorganizowanym przez Komisję Europejską i Europejską Agencję Kosmiczną, na projekt o nazwie Copernicus Data and Information Access Service (CDIAS). Jego celem jest zbudowanie na terenie Europy czterech centrów bazodanowych, które będą świadczyć usługi dostępowe do danych satelitarnych konstelacji Sentinel oraz innych danych pozyskiwanych w ramach programu Copernicus. Wiąże się to z największym kontraktem pozyskanym przez polską spółkę z branży kosmicznej, wartym blisko 60 mln zł.

Szansą na dalszy szybki rozwój polskiej branży kosmicznej jest również wsparcie finansowe dla działających w niej firm. Jest to możliwe nie tylko dzięki Polskiemu Programowi Kosmicznemu, ale również bonom na innowacje dla małych i średnich przedsiębiorstw w wysokości nawet 340 tys. zł., o które będzie można ubiegać się od maja 2019 roku. Z kolei od marca o dofinansowanie sięgające nawet 50 tys. euro mogą ubiegać się właściciele startupów.

– To wszystko sprawia, że perspektywy rozwoju sektora kosmicznego są w najbliższych latach ogromne – dodaje Paweł Rymaszewski. – Sądzę, że już w 2019 roku będziemy mieli okazję pochwalić się udziałem w niejednej ważnej misji. Z pewnością będzie to zasługa międzynarodowej kooperacji wielu podmiotów oraz działalności wielu konsorcjów biznesowych.

Obligatoryjny split payment może zachwiać stabilnością firm

Podzielona płatność, nazywana z angielskiego „split payment”, była propozycją resortu finansów na zmniejszenie powiększającej się luki w płaceniu podatku VAT. Płatności podzielonej mogą dokonywać nabywcy, którzy otrzymali fakturę z wykazaną kwotą podatku – przy czym split payment dotyczy relacji B2B, kiedy środki wymieniane są między firmami, a nie z osobą fizyczną. Realizując podzieloną płatność klient dokonuje dwóch przelewów: kwoty netto na konto bankowe firmy oraz kwoty podatku VAT na specjalne konto VAT. Po sukcesie reformy, która przysłużyła się do zmniejszenia się luki w płaceniu podatku VAT, resort finansów planuje wprowadzenie obligatoryjnego split paymentu. Jednak pomysł ten niesie za sobą duże zagrożenia.

– Pomysł, by podzielona płatność była obligatoryjna dla wszystkich, nie jest najlepszy.Niektóre podmioty gospodarcze wolą wynegocjować ze swoimi klientami otrzymywanie płatności w zwykłej formie, ze względu na bezpieczną płynność finansową – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. – Mają poczucie, że mogą dysponować wszystkimi środkami, które spływają na ich rachunek. Kiedy płatność jest podzielona, w sposób naturalny część środków jest zablokowana. Kwoty spływające na wyodrębnione konta VATowe są duże, jednak przedsiębiorca nie ma do nich dostępu. Z tym nie tak łatwo sobie poradzić – ostrzega Soroczyński.

Zanim powiesz – to mnie nie interesuje. Ewa Małyszko (PFR TFI) o PPK

Jesienią na rachunki prowadzone w ramach Pracowniczych Planów Kapitałowych zaczną wpływać pierwsze składki. W pierwszej kolejności będzie to dotyczyć ok. 3,6 tys. największych działających w kraju przedsiębiorstw, które zatrudniają powyżej 250 pracowników. W przyszłym roku dołączą do nich pracownicy małych i średnich firm. Łącznie z PPK będzie mogło skorzystać ok. 11,5 mln pracowników, w tym ok. 9 mln osób zatrudnionych w przedsiębiorstwach.

Ewa Małyszko - PFR TFI
Ewa Małyszko – PFR TFI

Ale PPK to coś więcej niż program oszczędnościowy. To zaplanowany na wiele lat program edukacji ekonomicznej Polaków, która ma m.in. zmienić ich nastawienie do oszczędzania. O zasadach funkcjonowania programu i jego uwarunkowaniach rozmawiamy z Ewą Małyszko, prezesem zarządu PFR TFI.

Czym są Pracownicze Plany Kapitałowe?

Najkrócej mówiąc, jest to program, który ma pozwolić na zgromadzenie środków na czas, w którym nie będziemy aktywni zawodowo. To projekt trójstronny, angażujący pracodawców, pracowników i państwo. Wkład pracownika to 2% jego wynagrodzenia. Do tego wpłata 1,5% wynagrodzenia brutto od pracodawcy oraz część, którą zasili nasz rachunek państwo, czyli dopłaty roczne i wpłata powitalna. Ale to dopiero początek. Zarówno pracownik, jak i pracodawca (ze względu na staż pracy) mogą zadeklarować podwyższenie swojej składki odpowiednio o dodatkowe 2% lub 2,5%.

Program rusza w tym roku.

Tak. I w pierwszej kolejności obejmie firmy zatrudniające powyżej 250 pracowników. Bo przy tej skali zatrudnienia dysponują już one działami HR, które będą mogły przygotować dokumenty niezbędne w programie PPK. Przewidujemy, że w listopadzie na kontach pracowniczych powinny się pojawić pierwsze składki.

Na jakim etapie jest wdrażanie programu?

Zacznijmy od tego, że umowy z instytucjami finansowymi będą mogły być podpisywane od 1 lipca. W tej chwili trwa przede wszystkim zapoznawanie się z założeniami programu i systematycznie pojawiającymi się już ofertami prowadzenia PPK. Wśród firm, zainteresowanych świadczeniem usług prowadzenia PPK, są zarówno czołowe międzynarodowe podmioty, jak i największe polskie instytucje. Zakładamy, że przed 1 lipca na portalu PPK będą dostępne oferty 15–20 podmiotów. Tak duże zainteresowanie powinno skutkować niższymi kosztami zarządzania oraz wyższą jakością obsługi, z korzyścią dla uczestników PPK. Liczymy także na to, że instytucje finansowe przygotują proste i intuicyjne rozwiązania, które nie będą wymagały, aby do ich obsługi delegować całe zespoły pracownicze.

To oznacza jednak dodatkowe koszty dla pracodawcy, trudno więc oczekiwać z ich strony entuzjazmu.

Z jednej strony tak – i mamy tego pełną świadomość. Z drugiej zaś strony, kiedy popatrzymy na rynek pracy, kłopoty z pozyskaniem wykwalifikowanych pracowników i korzyści, które z czasem przyniosą PPK – właściwsze byłoby traktowanie udziału w tym programie w kategoriach długofalowej inwestycji. Warto też podkreślić, że wpłaty na PPK nie będą wliczane do wynagrodzenia stanowiącego podstawę ustalenia wysokości składek na ubezpieczenia emerytalne i rentowe oraz będą mogły zostać zaliczone do kosztów uzyskania przychodu. Chciałabym uspokoić tych, którzy oczami wyobraźni widzą już piętrzące się na biurkach działu HR stosy dokumentów. Autorom ustawy przyświecała idea, by odciążyć pracodawcę, stąd znakomita większość obowiązków związanych z programem PPK będzie po stronie obsługującej go instytucji finansowej.

To były koszty. A jakie będą korzyści?

Jednym z podstawowych efektów wprowadzenia PPK będzie wzrost wartości majątku i oszczędności Polaków, zasadniczo zmieni się także ich struktura: z krótkoterminowej na długoterminową. To będzie sprzyjać wzrostowi inwestycji gospodarczych, finansowanych z krajowych źródeł. Myślę, że z czasem PPK staną się również ważnym elementem rozwoju rynku kapitałowego, co nie mniej ważne, będzie to nowy i rodzimy kapitał. Pieniądze, które powinny zasilać, stymulować i wprowadzać w ruch gospodarkę.

Tak czy inaczej, „na dzień dobry” pracownik będzie miał do dyspozycji mniej…

Tak, chociaż bez przesady. Mówimy tu o maksymalnie 4% od jego wynagrodzenia. Jeżeli przyjmiemy, że średnie wynagrodzenie na rękę to ok. 3500 zł, to wpłata pracownika na PPK wyniesie 70–140 zł. Zdajemy sobie sprawę, że dla jednych to będzie mało, dla innych dużo. Zadaniem nas wszystkich jest przekonanie pracowników, że nawet najmniejsze kwoty, – ale odkładane regularnie – będą zabezpieczeniem na przyszłość. Wszędzie, nie tylko w Polsce, przeważa pogląd, że lepiej konsumować/wydawać tu i teraz niż w tej bliżej nieokreślonej przyszłości. Tymczasem warto zadawać sobie pytania: „Co będzie później?”, „Z czego będę żył na emeryturze i na jakim poziomie?”, „Na co będzie mnie stać, a z czego przyjdzie mi zrezygnować?”.

W ostatnich latach wprowadzano programy, które też to obiecywały.

Dobre określenie – „obiecywały”. Dlatego warto już dziś podkreślać, że o ile w przypadku OFE mieliśmy do czynienia z transferem części środków z obowiązkowej składki na ubezpieczenie społeczne, o tyle w przypadku PPK od samego początku odkładane będą nasze własne pieniądze. Inaczej mówiąc: aktywa będą budowane przede wszystkim ze składek pracownika i pracodawcy. To oznacza, że nie ma możliwości, biorąc pod uwagę zarówno polskie, jak i europejskie regulacje prawne, aby państwo mogło przejąć te środki.

Jednym zdaniem: PPK należy traktować, jako element społecznej odpowiedzialności biznesu.

Współdzielenie odpowiedzialności za świadczenia emerytalne przez państwo i firmy to nic nadzwyczajnego. Popatrzmy na Stany Zjednoczone czy Holandię – to jest normalne i wpisane w stosunki pracy. Tymczasem w Polsce wciąż brakuje motywacji, zachęt i, co najważniejsze, wiedzy w tym temacie. Chcemy to zmienić. PPK mają szansę stać się elementem systemów motywacyjnych, profitem z perspektywy nowych pracowników lub elementem nagradzającym ze względu na długość okresu zatrudnienia. Wysokość składki pracodawcy (ale tylko ze względu na staż pracy) może być zmieniana na podstawie postanowień regulaminu wynagrodzeń lub układu zbiorowego pracy, obowiązujących u pracodawcy.

Wdrażanie PPK to działania dojrzałego biznesu, przyjmującego na siebie odpowiedzialność za obecne społeczne wyzwania, a do takich z pewnością należą problemy z efektywnością systemów emerytalnych, wynikające głównie z demografii i wydłużającej się średniej długości życia, dostrzegalne w całej Europie.

Kiedy będziemy mogli mówić o sukcesie PPK?

Początkowo różne ośrodki szacowały, że w programie powinno uczestniczyć minimum 75% zatrudnionych. W odniesieniu do tego roku mówi się raczej o 50%. Moim zdaniem warto jednak stawiać sobie ambitne cele. Chcielibyśmy, żeby 80% zatrudnionych przystąpiło do PPK. To byłby naprawdę dobry punkt startu dla rozwijania programu. Jestem przekonana, że część osób, które z różnych przyczyn „na dzień dobry” zrezygnują z udziału w PPK, z czasem zechce do nich przystąpić. Warto też zauważyć, że przyszłym roku do PPK będą przystępować małe i średnie podmioty. Więc program ten jeszcze długo będzie dla nas wielkim wyzwaniem edukacyjnym i informacyjnym.

Jaką rolę w programie odgrywa PFR TFI? Będziecie bezpośrednio działać na rynku PPK? Prowadzić ten program w przedsiębiorstwach?

Oczywiście, że tak. Zresztą w całym programie nasza rola jest szczególna. Z jednej strony, jak każda instytucja finansowa, możemy świadczyć usługi prowadzenia PPK. Z drugiej – zgodnie z ustawą jesteśmy instytucją wyznaczoną, która pełnić będzie funkcję „bezpiecznika” dla małych i średnich firm, które z różnych powodów nie znajdą dla siebie na rynku odpowiedniej instytucji finansowej do prowadzenia PPK. Mówiąc inaczej, PFR TFI będzie gotowe zawrzeć umowę o zarządzanie PPK z każdym pracodawcą, który wyrazi taką wolę lub któremu inna instytucja odmówi podpisania umowy. Co więcej, w przypadku, gdy wybrana przez pracodawcę instytucja finansowa nie będzie mogła kontynuować swoich zobowiązań, PFR TFI będzie mogło przejąć od niej prowadzenie PPK.

Można odnieść wrażenie, że cały program ma też mieć charakter edukacyjny. Oczekiwanym efektem będzie zmiana nastawienia do oszczędzania.

Zdecydowanie tak. Potrzebujemy takiej zmiany. Przede wszystkim, dlatego, że wciąż mało osób myśli o emeryturze. Żyją w błędnym przekonaniu, że godna emerytura jest zagwarantowana przez ZUS. Ponadto aż 80% Polaków uważa, że zabezpieczenie emerytalne to obowiązek państwa. Wraz z programem PPK rozpoczynamy ważną i trudną pracę nad zmianą dotyczącą oszczędzania na przyszłość emerytalną. Skala wyzwania jest naprawdę wielka. Według raportu OECD z 2018 r. prognozowana stopa zastąpienia, czyli relacja wysokości emerytury do ostatniej pensji pobieranej w okresie zatrudnienia, wynosi dla Polski zaledwie 31,6%. Oznacza to, że przechodząc na emeryturę, Polacy będą musieli funkcjonować za jedną trzecią pobieranej podczas aktywności zawodowej pensji. Naprawdę warto jak najszybciej podjąć działania na rzecz zmiany myślenia o przyszłości emerytalnej. Według danych OECD  niższe emerytury od nas mają mieć jedynie mieszkańcy Meksyku, gdzie stopa zastąpienia, a zatem wysokość przyszłego dochodu u osób, które  pracowały przez całe życie zawodowe – wynosi jedynie 26,4%. Myślę, że nikt z nas tego nie chce…

Pracodawcy bardziej ostrożni w swoich planach rekrutacyjnych niż przed rokiem

W nadchodzącym kwartale najwięcej pracowników będą poszukiwać firmy działające w transporcie i logistyce, w produkcji przemysłowej oraz w przemyśle wydobywczym. Niewielkie redukcje etatów planują przedsiębiorstwa z sektora energetyki, gazownictwa i wodociągów. W ujęciu regionalnym najwięcej rąk do pracy będzie potrzebnych w Polsce południowo-zachodniej i właśnie tam w najbliższym kwartale można spodziewać się zwiększonej liczby ofert pracy i silnej rywalizacji o kadry. Polscy pracodawcy są dużo bardziej ostrożni w swoich deklaracjach niż przed rokiem. Po zeszłorocznej gorączce ich rekrutacyjny zapał osłabł w większości analizowanych branż i regionów kraju. Plany rekrutacyjne polskich pracodawców na trzeci kwartał bieżącego roku przedstawia opublikowany dziś raport „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia”.

W nadchodzącym kwartale 14% polskich przedsiębiorstw planuje powiększać swoje zespoły, 3% prognozuje redukcję etatów a 81% nie przewiduje żadnych zmian w tym zakresie. Prognoza netto zatrudnienia dla Polski, czyli różnica pomiędzy liczbą pracodawców planujących wzrost i spadek zatrudnienia, wynosi +11%, po korekcie sezonowej sięga +9%. Wynik pozostaje na takim samym poziomie jak w ostatnim kwartale natomiast w stosunku do analogicznego okresu w roku ubiegłym jest niższy o 4 punkty procentowe.

IwonaJanas_ManpowerGroup
Iwona Janas

– W ciągu ostatniego roku mogliśmy zauważyć znaczny spadek prognozy zatrudnienia deklarowanej przez polskich pracodawców. Może to jednak wynikać nie tyle z braku chęci kreowania nowych miejsc pracy przez firmy, co z problemów z dostępem do pracowników i obsadzeniem stanowisk. Wiele firm, które obecnie rekrutują zmaga się z rotacją pracowników zwabionych przez konkurencję – mówi Iwona Janas, dyrektor generalna ManpowerGroup. – Prognoza pozostaje jednak na tyle wysokim poziomie, że osoby poszukujące pracy mogą liczyć na szybkie znalezienie nowego zatrudnienia. Dla nich hossa na rynku pracy nadal trwa. Nieco inaczej wygląda sytuacja z punktu widzenia pracodawców, którzy w nadchodzącym kwartale nadal będą zmuszeni do dalszej rywalizacji o pracownika. Największe wyzwania czekają przedsiębiorstwa zlokalizowane w południowo-zachodniej części kraju a także działające w transporcie i logistyce. Niestety polski biznes w dalszy ciągu powinien liczyć się ze zwiększonymi kosztami rekrutacji pracowników a finalnie prowadzenia biznesu – dodaje Iwona Janas.

W dziewięciu na 10 przeanalizowanych przez ManpowerGroup sektorów rynku firmy chcą powiększać swoje zespoły. Najwięcej nowych pracowników będą poszukiwać przedsiębiorstwa specjalizujące się w transporcie i logistyce (prognoza netto zatrudnienia na poziomie +16%), nieco mniej firmy z produkcji przemysłowej (+13%) i przemysłu wydobywczego (+12%). Na dobre perspektywy znalezienia nowej pracy mogą także liczyć osoby poszukujące zatrudnienia w branży budowlanej (+11%) i w rolnictwie (+9%). Najmniej optymistyczne plany rekrutacyjne wskazały restauracje i hotele (+1%) oraz firmy zajmujące się energetyką, gazownictwem i wodociągami (-1%), które chcą redukować etaty. W porównaniu do ubiegłego kwartału prognozy polepszyły się w czterech sektorach, w czterech pogorszyły się, a w dwóch pozostają bez zmian.

Biorąc pod uwagę dane dla 6 regionów Polski uwzględnionych w raporcie „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia”, największego zapotrzebowania na pracowników można się spodziewać w Polsce południowo-zachodniej, z prognozą netto zatrudnienia +15%. Pracodawcy będą rywalizować o kadry także w Polsce północno-zachodniej (+9%) i południowej (+8%). Najsłabszy wynik wskazały firmy z Polski północnej (+5%), ale nadal sygnalizuje on korzystne perspektywy dla osób poszukujących zatrudnienia w tym regionie. W stosunku do ubiegłego kwartału prognozy polepszyły się w trzech regionach, w trzech pogorszyły się.

Największe zapotrzebowanie na ręce do pracy prognozują duże organizacje (+23%). Średnie firmy wskazały prognozę na poziomie +8%, a małe +5%. Mikroprzedsiębiorstwa nie przewidują zmian personalnych.

W raporcie ManpowerGroup przedstawiono także dane dla 26 rynków z regionu EMEA (Europa, Blisko Wschód i Afryka). Polska z prognozą zatrudnienia na poziomie +9% jest szóstym rynkiem w regionie, ex aequo z Irlandią i Słowacją, gdzie w drugim kwartale 2019 roku będzie najłatwiej o pracę. Najbardziej optymistyczne plany rekrutacyjne wskazali pracodawcy z Chorwacji[1] (+23%) i Grecji (+20%), najmniej z Węgier (-2%)1.

Raport z badania jest bezpłatny i ogólnodostępny w wersji polskiej i angielskiej na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy. Wyniki dla wszystkich badanych 44 krajów i terytoriów, a także interaktywne narzędzie umożliwiające ich analizę, są dostępne na stronie: http://manpowergroup.com/meos.

Już wkrótce algorytmy będą oferowały klientom produkty kredytowe. Portfelem klientów banków zarządzi sztuczna inteligencja

Już wkrótce algorytmy będą oferowały klientom produkty kredytowe. Portfelem klientów banków zarządzi sztuczna inteligencja 1

Polski sektor finansowy jest postrzegany jako bardzo innowacyjny, ale wciąż ma do dużo do zrobienia w zakresie technologii. Jedną z najbardziej perspektywicznych jest sztuczna inteligencja, która już w tej chwili pomaga m.in. w walce z oszustwami i próbami wyłudzeń. Z drugiej strony przestarzałe systemy bankowe wymagają dziś unowocześnienia, tak aby były kompatybilne z rozwiązaniami tworzonymi przez fintechy. Jak ocenia prezes Vivus Finance Ewa Wernerowicz, przyszłością branży są finanse autonomiczne, które nie będą wymagać zaangażowania klienta w proste procesy decyzyjne.

– Polski sektor finansowy jest bardzo nowoczesny na tle światowego. Zawdzięczamy to m.in. temu, że nasze systemy bankowe powstały w latach 90., podczas gdy na Zachodzie te systemy bankowe już istniały i korzystały z przestarzałych rozwiązań. I widzimy tę różnicę chociażby w tym, jak długo czekamy na przelew bankowy. W Polsce przelewy w znakomitej większości są realizowane właściwie w czasie rzeczywistym, natomiast na Zachodzie 2–3 dni to jest taki standard oczekiwania na wykonanie przelewu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ewa Wernerowicz, prezes zarządu Vivus Finance.

Na tle globalnym polski sektor finansowy ma wizerunek bardzo nowoczesnego Jest też jednym z najbardziej innowacyjnych na tle innych gałęzi polskiej gospodarki. Do tego stopnia, że niektóre z największych polskich banków są za granicą nazywane fintechami, a część rozwiązań jest już licencjonowanych  za granicą – podaje Deloitte. Globalna firma doradcza wskazuje też, że polski sektor bankowy jest w gronie liderów cyfryzacji w Europie Środkowej, a polskie banki wdrożyły zaawansowane narzędzia i metody zdobywania nowych klientów za pośrednictwem internetu i aplikacji mobilnych. Dzięki innowacjom chcą konkurować z coraz szybciej rosnącym sektorem fintech.

Zmiany wymuszają też oczekiwania klientów, zwłaszcza młodego pokolenia. Jak podaje PwC, 90 proc. millenialsów informacje i opinie o produkcie uzyskuje dziś online, a Polacy są jedną z narodowości, która najszybciej adaptuje nowinki technologiczne w finansach. Dobrym przykładem są płatności zbliżeniowe, Polska należy do grupy dziesięciu czołowych państw świata przodujących w tej technologii (do czołówki światowej należą tylko dwa inne kraje starego kontynentu – Wielka Brytania oraz Szwecja).

– Konsumenci w Polsce korzystają z finansów w dwojaki sposób. Jest grupa, która korzysta z finansów samodzielnie i w pełni cyfrowo. W internecie zakupują produkty finansowe poprzez aplikacje banków i fintechów. Są wyedukowani i potrafią to zrobić. Druga grupa to klienci, którzy nadal potrzebują wsparcia agenta, wsparcia pracownika banku w podjęciu decyzji, w dostosowaniu oferty do ich potrzeb, w zrozumieniu, jak będzie przebiegać korzystanie z produktu – mówi Ewa Wernerowicz.

Prezes Vivus Finance ocenia również, że choć polski sektor bankowy jest dużo bardziej rozwinięty niż chociażby państw zachodnioeuropejskich, to banki wciąż mają dużo do nadrobienia w obszarze technologii.

– Te technologie, które były tworzone około 30 lat temu, na pewno trzeba będzie unowocześnić i dostosować, żeby łatwiej łączyły się z innymi systemami i technologiami tworzonymi przez fintechy – podkreśla Ewa Wernerowicz. – W kwestii tego, co sektor bankowy ma do zrobienia poza unowocześnieniem technologii, wskazałabym taką potrzebę powrotu do korzeni, żeby banki zajmowały się zapewnieniem stabilności finansów swoich klientów, zarówno komercyjnych, jak i indywidualnych. Moim zdaniem banki powinny się skupić na tym, aby oferować podstawowe produkty finansowe typu kredyty czy depozyty. Natomiast jeżeli chodzi o bardziej ryzykowne produkty typu kredyty walutowe czy ryzykowne inwestycje – myślę, że takimi rzeczami powinny się zajmować podmioty spoza sektora bankowego.

Jak dodaje, w ostatnich latach banki bardzo chętnie współpracują z fintechami i start-upami z branży finansowej. Dzięki temu wiedzą, co się dzieje na rynku, mogą monitorować rozwój rynku technologii finansowych i adaptować część z nich.

– Mamy kilka przykładów na polskim rynku, kiedy bank zakupił firmę technologiczną, firmę fintechową. Chociażby Twisto, które zostało zakupione przez ING Bank Śląski. To jest firma, która oferuje w internecie, np. na Allegro, możliwość odroczonej płatności. Tutaj jest bardzo duża synergia – banki tworzą akceleratory, w których firmy fintechowe mogą się rozwijać. Mają łatwiejsze połączenie, łatwiejsze dotarcie do decydentów bankowych – mówi Ewa Wernerowicz.

Jedną z technologii, która ma największe perspektywy w branży finansowej jest sztuczna inteligencja. PwC wskazuje, że ten sektor najbardziej skorzysta na komercyjnym wykorzystaniu AI. Firma badawcza Autonomous Research prognozuje z kolei, że wdrożenia AI obniżą koszty funkcjonowania firm z branży finansowej o 20 proc.

– Sztuczna inteligencja już jest wybawieniem dla sektora bankowego i szeroko rozumianego sektora finansowego w walce z przestępcami. Wiele grup przestępczych działa w internecie. Na podstawie algorytmów, które już w tej chwili wykorzystywane są w wielu instytucjach, również u nas, możemy wywnioskować, na ile klient jest wiarygodny z jego zachowania w sieci. Badamy szybkość i sposób wpisywania znaków na klawiaturze czy rozdzielczość i typ przeglądarki. Korzystając z tego typu rozwiązań, jesteśmy w stanie wykryć pewne wzory, które stanowią podstawę do podejrzeń, że mamy do czynienia np. z grupą przestępczą. I tego typu algorytmy już działają w bardzo wielu instytucjach – mówi Ewa Wernerowicz.

Prezes Vivus Finance ocenia, że przyszłością finansów jest automatyzacja, która nie będzie wymagać zaangażowania klienta w proste procesy i decyzje, oraz demokratyzacją, którą umożliwi PSD2. Dyrektywa stworzy szerokie możliwości agregowania ofert i umożliwi powstawanie podmiotów, które będą skupiały oferty wielu graczy: banków, podmiotów niebankowych, płatności i ubezpieczeń.

– Demokratyzacja finansów to pierwsza rzecz, druga – autonomizacja finansów. De facto algorytmy czy sztuczna inteligencja w przyszłości będą podejmowały drobne decyzje finansowe za naszych klientów, będą odciążały go od czytania i zapoznawania się z bardzo trudnymi tematami finansowymi czy ekonomicznymi. Myślę, że w gestii klienta pozostaną głównie te decyzje, które są bardzo istotne dla jego funkcjonowania. Natomiast te pomniejsze – jak krótkie pożyczki czy uzupełnienia płynności finansowej – będą podejmowane przez sztuczną inteligencję, która będzie zarządzać portfelem klienta – mówi Ewa Wernerowicz

Zaufanie do banków kluczowe dla klientów. Pomagają je budować transparentne sprawozdania finansowe

Zaufanie do banków kluczowe dla klientów. Pomagają je budować transparentne sprawozdania finansowe 2

Poziom zaufania do sektora bankowego rośnie. Z najnowszych badań Związku Banków Polskich wynika, że 87 proc. Polaków ufa bankowi, któremu powierzyło swoje środki. Nie bez znaczenia są sprawozdania publikowane przez banki, które zawierają szczegółowe dane finansowe i pozafinansowe, co wpływa na postrzeganie ich jako instytucje transparentne. Stacy Ligas, partner w KPMG, podkreśla, że klienci banków w takich sprawozdaniach powinni zwracać uwagę przede wszystkim na jakość aktywów banku, z kolei dla inwestorów najistotniejsze są rentowność i stopa zwrotu. 

– Sprawozdania finansowe banków trzeba z pewnością traktować jako całość, trzeba się z nimi zaznajomić, żeby wiedzieć, jakie są najważniejsze elementy. Nie ma na to łatwej metody. Tym, co ma duże znaczenie i co pomaga wyrobić sobie podstawową opinię, jest fakt, że – czytając takie sprawozdania finansowe – trzeba mieć przynajmniej podstawową wiedzę na temat zasad rachunkowości i rozumieć, jakie wymogi muszą spełniać takie sprawozdania – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Stacy Ligas, partner i szef działu instytucji finansowych w KPMG w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej.

Banki, ujawniając szczegółowe dane finansowe oraz niefinansowe, są jednymi z najbardziej transparentnych podmiotów na rynku. Jednocześnie sprawozdania finansowe stają się coraz bardziej obszerne i skomplikowane.

– To, które informacje w sprawozdaniu finansowym są najważniejsze czy najbardziej interesujące, zależy oczywiście od użytkowników, bo mamy tutaj wiele grup. Natomiast na pewno takie elementy jak jakość aktywów banku i dochodowość są istotne dla wszystkich interesariuszy – mówi Stacy Ligas.

Jak podkreśla, z punktu widzenia klientów przedmiotem zainteresowania jest głównie bezpieczeństwo banku, czyli adekwatność kapitałowa i jakość jego aktywów. Na te dwa elementy klienci danego banku powinni przede wszystkim zwracać uwagę w sprawozdaniach finansowych. Natomiast zwrot na kapitale, rentowność, rachunek zysków i strat to elementy, które są głównym przedmiotem zainteresowania inwestorów.

Co istotne, banki są postrzegane jako instytucje transparentne i bezpieczne, a poziom zaufania do tego sektora rośnie nieprzerwanie. Z ostatniego badania „Reputacji Sektora Bankowego” przeprowadzonego na zlecenie Związku Banków Polskich wynika, że 87 proc. Polaków ufa bankowi, któremu powierzyło swoje pieniądze, z kolei 83 proc. klientów darzy zaufaniem swego doradcę bankowego. Duża w tym zasługa samych banków, natomiast znaczącą rolę w budowaniu zaufania do sektora odgrywa też instytucje nadzoru bankowego i audytorów.

– W kwestii zaufania do sektora bankowego na pewno największą odpowiedzialność ponoszą same banki. Natomiast należy podkreślić, że bardzo ważną rolę w budowaniu zaufania do sektora finansowego mają też nadzorcy i audytorzy. Opiera się ono przede wszystkim na dwóch aspektach. Po pierwsze, jest zewnętrzny podmiot czy podmioty, które monitorują zastosowanie się banków do przepisów i do systemu regulacji. Tutaj takie niezależne potwierdzenie jest bardzo istotne. Drugi element działalności nadzoru to zapewnienie, że standardy są wdrażane jednolicie wśród banków, czyli zapewnienie porównywalności sektora bankowego – mówi Stacy Ligas.

Jak podkreśla, sektor bankowy krytycznie podszedł do wdrożonego w ubiegłym roku nowego standardu rachunkowości MSSF9, który ma zastosowanie w sprawozdaniach finansowych, ale w dużej mierze wynika to z trudności z implementacją nowych zasad.

– Opinie na temat wdrożenia MSSF9 są bardzo różne. Na pewno MSSF9 był krokiem w kierunku tego, aby banki w sposób adekwatny rozpoznawały ryzyko kredytowe i niewątpliwie ten krok został poczyniony. Jest wiele krytyki co do wdrożenia tego standardu, ale myślę, że jest to krytyka głównie związana z samą problematyką wdrożeniową i zapewne będzie potrzeba jeszcze roku czy dwóch, by doprecyzować implementację tego standardu i ujednolicić go na rynku – mówi Stacy Ligas.

Szefowa działu instytucji finansowych KPMG w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej ocenia również, że obszar regulacji – podobnie jak i obszar nowych technologii – pozostają priorytetem i największym wyzwaniem dla sektora bankowego. Co więcej, jeden i drugi obszar są ze sobą powiązane – podejmując rękawicę rzuconą przez fintechy, banki zaczynają się upodabniać do firm technologicznych. To z kolei może na przykład zmienić sentyment inwestorów do sektora bankowego albo przełożyć się na wycenę banków.

– Wielkim wyzwaniem dla sektora jest w tej chwili działanie w sposób bezpieczny, zgodny z regulacjami, a jednocześnie taki, który zapewni, że banki będą działać skuteczniej, efektywniej, będą mogły się w tym środowisku regulacyjnym rozwijać i rosnąć. Nowe technologie to z kolei wyzwanie, które najprawdopodobniej zmieni sposób, w jaki banki prowadzą swoją działalność. Spowoduje, że wkroczą w nowy etap bankowości – mówi Stacy Ligas.

Wkrótce na drogi wyjadą pierwsze polskie elektryczne samochody dostawcze. W Polsce rusza również pierwsza w Europie liga elektrycznego rallycrossu

Wkrótce na drogi wyjadą pierwsze polskie elektryczne samochody dostawcze. W Polsce rusza również pierwsza w Europie liga elektrycznego rallycrossu 3

Już w 2050 roku 70 proc. sprzedawanych samochodów ma być z napędem elektrycznym. Obecnie po polskich drogach jeździ blisko 5 tys. elektryków, a do dyspozycji kierowców jest ponad 640 punktów ładowania. Samochody na prąd już wkrótce mogą też zmienić oblicze sportów motorowych – gotowy jest już Elimen E-RX1, czyli pierwszy polski samochód elektryczny do rallycrossu. Pojawiają się też elektryczne samochody dostawcze. Choć nie nadają się jeszcze na trasy, sprawdzą się w dostawach na terenach miast.

– Elektromobilność podąża w jak najlepszym kierunku. Tak naprawdę przy technologii, którą udało nam się osiągnąć, jest jedyną alternatywą dla pojazdów spalinowych i czymś, co jest w stanie realnie je zastąpić. Co więcej, osiągając przy tym lepsze parametry jezdne i eksploatacyjne niż to, czym dysponujemy w tej chwili, czyli pojazdy benzynowe czy diesle – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Blichewicz, prezes Grupy Assay.

Już w 2030 roku samochody elektryczne mogą stanowić ok. 16 proc. wszystkich sprzedanych. Dekadę później – nawet połowę. Do 2050 roku udział elektryków może sięgnąć nawet 70 proc. Polska jest jeszcze na początku drogi.

– Pojazdów elektrycznych mamy kilka tysięcy. Wyrażając to w procentach, chociażby w Skandynawii, w Norwegii czy w Szwecji to są pułapy, które osiągają nawet 40 proc. całej floty – wskazuje Łukasz Blichewicz.

Z Licznika elektromobilności uruchomionego przez Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych (PSPA) oraz Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego (PZPM) wynika, że obecnie po polskich drogach porusza się niemal 5 tys. pojazdów elektrycznych, a kierowcy mają do dyspozycji ok. 640 stacji ładowania. Wraz z poprawą infrastruktury, liczba elektryków powinna rosnąć.

– Rozwój infrastruktury to pierwszy krok, który musimy poczynić, żeby ta flota elektromobilna się rozwinęła. Kolejnym mogą być ogniwa wodorowe i to, w jaki sposób możemy rozwinąć technologię tankowania wodoru. Zarówno otrzymywanie wodoru, jak i budowa infrastruktury w rozumieniu stacji benzynowych i tankowania wodoru są po prostu ekonomicznie zupełnie nieopłacalne. Technologia musi pójść do przodu, a jej koszty muszą spaść, żebyśmy byli w stanie to w ogóle skomercjalizować – przekonuje prezes Grupy Assay.

Na rynku pojawia się coraz więcej pojazdów elektrycznych, które z łatwością mogą zastąpić te z tradycyjnym silnikiem.

– Samochody dla motosportów w sensie obsługi na torach obsługi ekip rajdowych to jest coś, co się dzieje. Dystanse, które musimy przebywać, są dosyć krótkie, więc to jest coś zupełnie realnego i tutaj nie ma szczególnie na co czekać. Natomiast auta dla logistyki to głównie jest kwestia dostaw ostatniej mili, jeżeli chodzi o bieżącą technologię i to, na co ona pozwala z uwagi na to, że elektryki dzisiaj w trasę się nie nadają, bo mają zasięgi 250–300 km – wymienia Łukasz Blichewicz.

Pod koniec 2019 roku do sprzedaży trafi Elimen E-VN1, czyli ultralekki użytkowy samochód elektryczny, który może służyć jako samochód dostawczy.

– To pojazd, który możemy dostosować pod różne branże rynku, zarówno dla kurierów, jak i np. dla samorządów jako pojazd komunalny. Stworzyliśmy platformę, którą możemy zabudować w taki sposób, jak klient sobie tego życzy. Przejechanie 100 km tym samochodem będzie kosztowało nawet 7–8 zł – tłumaczy Paweł Kruszyński, członek zarządu Grupy Assay.

Całkowita powierzchnia ładowni to 4 m3, a maksymalna ładowność pojazdu sięga 800 kilogramów. Elektryczny dostawczak może pokonać do 300 kilometrów bez ładowania z maksymalną prędkością do 75 km. Co więcej, bateria samochodu umożliwia szybkie ładowanie, bo w 30 minut można zwiększyć poziom naładowania o 80 proc.

– Zainteresowanie rynku jest bardzo duże i to nie tylko ze strony biznesu kurierskiego czy dostawców różnego rodzaju paczek, lecz także ze strony samorządów z uwagi na ustawę o elektromobilności, która weszła i nakazuje zmianę flot samochodów samorządom – mówi Paweł Kruszyński.

Trwają też prace nad samochodem przeznaczonym do rallycrossu – Elimen E-RX1. Choć już wiemy, że w Polsce wystartuje pierwsza liga elektrycznego rallycrossu, to samochód ma być przede wszystkim możliwością sprawdzenia napędu o wysokich mocach, a tak opracowane rozwiązania zastosować później w pojazdach do wersji drogowej.

– Decydujące dla motosportu są może nie tyle moce silników, ile maksymalny moment obrotowy, który auta elektryczne mają w całym zakresie obrotów, w związku z tym jakby od samego początku można zupełnie inną techniką i technologią jazdy te samochody prowadzić. Kierowcy z czołówki mistrzostw Polski, którzy testowali te pojazdy, są po prostu zaszokowani ich możliwościami i łatwością prowadzenia w stosunku do pojazdów spalinowych – podkreśla Wojciech Skarbonkiewicz z Biomass Energy Project.

Testowanie pojazdu w wyścigach rallycrossowych na różnych nawierzchniach, a przy tym na pełnej mocy i przy ogromnych obciążeniach, będzie – zdaniem twórców – najlepszym poligonem doświadczalnym.

– Musimy opanować gigantyczne prądy, które tam występują, ponad tysiąc amper, więc kwestie rozpracowania nie tylko silników, lecz wszystkich układów kontrolujących ten silnik, baterii, możliwości przeciążania tych baterii, wiązek elektrycznych. To gwarantuje przy wprowadzeniu do wersji cywilnej, że nasz produkt od samego początku będzie spełniał wszystkie normy jakościowe i wymogi klienta. Jeżeli coś wytrzyma warunki rallycrossu, to na sto procent wytrzyma warunki normalnego użytkowania – przekonuje Wojciech Skarbonkiewicz.

Ogłoszenie upadłości konsumenckiej będzie prostsze. Na nowej ustawie skorzysta więcej osób

0

Ogłoszenie upadłości konsumenckiej będzie prostsze. Na nowej ustawie skorzysta więcej osób 4

W ubiegłym roku upadłość konsumencką ogłosiło 6,5 tys. osób. Od 2015 roku, po zmianie przepisów w tej kwestii, zrobiło to ponad 18,6 tys. osób. Przyjęta niedawno przez rząd nowelizacja przepisów liberalizuje przepisy. Teraz sądy nie oddalą wniosku o ogłoszenie upadłości, nawet jeżeli dłużnik doprowadził do niewypłacalności na skutek rażącego niedbalstwa. Łatwiej będzie też ogłosić upadłość osobom prowadzącym działalność gospodarczą, emerytom i rencistom. Dzięki zmianom więcej osób będzie mogło wyjść ze spirali zadłużenia – ocenia radca prawny Adrian Dzwonek.

– Z roku na rok jest ogłaszanych coraz więcej upadłości konsumenckich. To pozytywna praktyka, choć uważa się, że jest ich nawet za mało jak na tak duży kraj. Przyjmuje się, że jest to co najmniej o pięć razy za mało, że w Polsce upadłości konsumenckie powinno ogłaszać nawet i kilkadziesiąt tysięcy podmiotów rocznie. To tzw. polityka drugiej szansy – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adrian Dzwonek, radca prawny w Kancelarii Radców Prawnych JGA w Katowicach.

W 2018 roku upadłość konsumencką ogłosiło dokładnie 6 570 osób. Oznacza to wzrost o 18,7 proc. w stosunku do 2017 roku, gdy było ich nieco ponad 5,5 tys. Upadłość konsumencka została wprowadzona w życie w 2009 roku, jednak początkowo ze względu na obostrzenia rocznie korzystało z niej zaledwie kilkadziesiąt osób, np. w 2014 roku było ich zaledwie 32. Przepisy zmieniono w 2015 roku.

Dzięki przyjętej w połowie maja przez rząd kolejnej nowelizacji prawa upadłościowego ten proces stał się jeszcze prostszy i będzie mogło z niego skorzystać znacznie więcej osób. Zakłada ona, że sąd nie oddali już wniosku o ogłoszenie upadłości, nawet jeżeli dłużnik doprowadził do swojej niewypłacalności wskutek rażącego niedbalstwa. Zawinienie dłużnika w doprowadzeniu do  stanu niewypłacalności lub jego pogłębieniu będzie brane pod uwagę dopiero na etapie ustalenia planu spłat wierzycieli. Osoba taka będzie spłacać zadłużenie od 4 do 7 lat, zamiast – jak obecnie – do 3 lat.

– Nowelizacja przewiduje także uregulowanie sytuacji emerytów i rencistów – podkreśla Adrian Dzwonek. – W egzekucji przepisy przewidują wysokość potrąceń, które wpadają lub nie wpadają do komornika. W upadłości nie było wprost tych przepisów, więc niektóre sądy stosowały je przez analogię. Były paradoksalnie przypadki, że emeryci i renciści bardzo żałowali ogłoszenia tej upadłości, gdyż nie pozostawało im nawet minimum egzystencjalne, ponieważ do masy upadłościowej wpadały całe roszczenia. To ma zostać ujednolicone i usystematyzowane. 

Dotychczasowa ustawa umożliwiała potrącenie przez syndyka 50 proc. świadczenia. Nowe przepisy wskazują, jaka część dochodu upadłego nie wchodzi w skład masy upadłości, ma być to co najmniej 750 zł brutto. W ten sposób emeryt czy rencista nie będzie w gorszej sytuacji niż przed złożeniem wniosku o upadłość konsumencką.

Według eksperta po zmianie przepisów więcej emerytów i rencistów będzie korzystało z upadłości konsumenckiej. Podobną tendencję będziemy obserwować także wśród dłużników prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą, którzy mają być traktowani na równi z konsumentami.

Nowa ustawa zakłada, że dłużnik będzie mógł złożyć wniosek o postępowanie o zatwierdzenie układu z wierzycielami. Oznacza to odciążenie pracy sądów – ich rolę mogliby przejąć licencjonowani doradcy restrukturyzacyjni, którzy czuwaliby nad wykonaniem układu. Sądy mają też być wyłączone ze spraw, gdy dłużnik nie ma żadnego majątku.

– Sądy są zblokowane przez upadłości konsumenckie kosztem przedsiębiorcy. Przykładowo przy restrukturyzacji najważniejszy jest czas i to, żeby postępowanie zostało szybko otwarte. Jeżeli sędzia komisarz ma 200 wniosków konsumenckich na biegu i 2 wnioski restrukturyzacyjne, które są dużo ważniejsze, ale też obszerniejsze i bardziej skomplikowane, to niestety przedsiębiorca na restrukturyzację czeka za długo i to już jest za późno – ocenia Adrian Dzwonek.

Obecnie działa 28 sądów upadłościowych, co oznacza, że w ubiegłym roku każdy z nich zajmował się średnio ponad 230 sprawami konsumenckimi.

Polacy coraz chętniej sięgają po ekologiczną i krajową żywność. 84 proc. woli naturalne produkty

Polacy coraz chętniej sięgają po ekologiczną i krajową żywność. 84 proc. woli naturalne produkty 5

Ponad 70 proc. Polaków stara się kupować rodzimą żywność. Połowa uważa, że polskie mięso i wędliny są lepszej jakości niż zagraniczne. – Możemy się szczycić produktami, które pochodzą z pól i z łąk, z jezior i z rzek. Jesteśmy świetni w produkcji olejów, jesteśmy miodową i piwną potęgą, znakomite są też sery produkowane przez lokalnych wytwórców – wymienia Daria Pawlewska, redaktorka naczelna magazynu kulinarno-kulturalnego KUKBUK.

Trzeba wysiłku, żeby znaleźć produkty, które mają świetną cenę i jednocześnie bardzo dobrą jakość. Myślę o produktach lokalnych, które pochodzą z małych gospodarstw, z małych rodzinnych przedsiębiorstw. Oczywiście za takie produkty musimy więcej zapłacić, ale z drugiej strony mamy świadomość, że wspieramy polskich rolników, że pozyskujemy, gotujemy, jemy produkty, które są po prostu bardzo dobrej jakości – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Daria Pawlewska, redaktorka naczelna magazynu kulinarno-kulturalnego KUKBUK.

Polacy coraz chętniej sięgają po naturalną i ekologiczną żywność. Z raportu „Dobre opakowanie ma znaczenie” wynika, że już 84 proc. osób woli produkty naturalne, bez sztucznych dodatków lub konserwantów. Z kolei raportu „Czas na produkty regionalne” wskazuje, że Polacy doceniają regionalne produkty ze względu na jakość, smak i oryginalność. Najchętniej wybieramy regionalne wędliny, co potwierdzają też inne badania. Z sondażu zrealizowanego przez SW Research na zlecenie De Heus wynika, że niemal 54 proc. uważa krajowe mięso, wędliny i przetwory mięsne za lepsze od tych zagranicznych.

Polskie produkty są bardzo konkurencyjne pod względem jakości, jeżeli porównać by je z produktami z innych krajów, ponieważ cały czas możemy szczycić się nieskażoną przyrodą. Nieustannie korzystamy z pracy ludzkich rąk, rolników, którym zależy na tym, żeby dawać nam produkt najlepszy, jaki może być. Czyli są to produkty, które bardzo często wytwarza się metodami tradycyjnymi, nie stosuje się żadnej chemii, nawozów sztucznych – przekonuje Daria Pawlewska.

Z badania „Czas na produkty regionalne” wynika, że oprócz wędlin chętnie kupujemy też regionalne miody i słodycze (ok.  16 proc.), także soki i syropy (10 proc.), a nieco mniej sięga po przetwory owocowe i warzywne oraz nabiał. Dodatkowo, na co wskazuje Ipsos w badaniu „Moda na polskość”, ponad połowa osób jest gotowa zapłacić więcej za polski produkt.

Polskie produkty pochodzą z pól i z łąk, z jezior i z rzek. Jesteśmy świetni w produkcji olejów. Jesteśmy też miodową i piwną potęgą. Polskie oleje świetnie zastępują oliwę z oliwek, a przy tym mają bardzo dobre wartości odżywcze. Sery – to jest kolejna taka gama produktów, gdzie szczególnie warto zwrócić uwagę na jakość. Należy szukać serów zagrodowych, serów wytwarzanych przez lokalnych wytwórców właśnie, bo to dużo lepszy produkt niż ten, który możemy znaleźć na półce w supermarkecie – wymienia ekspertka.

Magazyn kulinarny KUKBUK od trzech lat nagradza najlepsze polskie produkty certyfikatem jakości „KUKBUK Poleca”. W tym roku do konkursu zgłosiło się prawie 300 firm, a ocenianych było blisko 900 produktów.

Tegoroczna edycja konkursu KUKBUK Poleca pokazała, że mamy coraz więcej ludzi z miast, którzy przenoszą się na wieś i decydują się na kompletną zmianę swojego życia. Dzięki temu korzystamy z lokalnych produktów, z miodów, z serów, z olejów. I w tym roku zaskakująco duża była właśnie kategoria olejowa, a także sery. Polska jest potęgą serów zagrodowych, serów, do których dodaje się różne przyprawy, serów, które się fermentuje. Jednym ze zgłoszonych produktów np. był polski ser gruyère, który był fantastyczny. Rzemiosło to jest też taka kategoria, która ciągle się rozwija – wskazuje Pawlewska.

Polskie produkty regionalne często produkowane są według starych lokalnych przepisów. Producenci nie zapominają też o estetyce, a to również konsumenci biorą pod uwagę.

Jestem pozytywnie zaskoczony jakością produktów i sposobem, w jaki zostały wytworzone, czyli źródłem pochodzenia tych produktów, jakością składników, sposobem, w jaki zostały zrobione, a także dbałością o każdy szczegół, o opakowanie – ocenia David Gaboriaud, kucharz i podróżnik.

Lokalne produkty nie są też nudne. Coraz częściej zaskakują oryginalnym smakiem.

Dwa produkty przykuły moją uwagę. Jeden to, jak można użyć polskie grzyby i zrobić niesamowity smak w postaci pasztetu, w postaci grzybów marynowanych w oliwie z oliwek – wskazuje David Gaboriaud. – Długo na podniebieniu został smak orzechów laskowych prażonych bez skórki. Wystarczyły też 2 krople oleju wytworzonego z orzechów i całe kubki smakowe były zapełnione tym smakiem. Także chapeau bas, ponieważ to są polskie orzechy laskowe, żaden import z Włoch i możemy być dumni, że w Polsce mamy również takie produkty.

Lokalne produkty są też często wytwarzane z dbałością o szczegóły. Małe firmy nie mogą sobie pozwolić na jakiekolwiek zaniedbanie, bo to mogłoby oznaczać utratę dobrej opinii. Dlatego oprócz dbałości o smak i wykonanie, producenci przykładają dużą wagę do samego procesu produkcji.

Polacy potrafią docenić jakość produktów i to zauważamy od kilku lat, że wolą zjeść za większe pieniądze, może więcej zapłacić, ale wiedzą, że ta jakość jest wysoka. Również bardzo sobie cenię obsługę, tzn. to, w jaki sposób podajemy i obsługujemy naszych gości. To jest dla nich bardzo, bardzo ważne. Ponieważ oni wychodzą potem z takim wspomnieniem, nie tylko smaku, lecz także emocji, które towarzyszą jedzeniu, i to jest dla nas naprawdę istotne – podkreśla Kasia Pilitowska z Hummusija Amamamusi.

Grywalizacja staje się coraz częstszym narzędziem motywacji pracowników i klientów. Pomoże także zaoszczędzić na rachunkach za ogrzewanie

Grywalizacja staje się coraz częstszym narzędziem motywacji pracowników i klientów. Pomoże także zaoszczędzić na rachunkach za ogrzewanie 6

Światowy rynek grywalizacji zanotuje w najbliższych latach niemal dziewięciokrotny wzrost. To coraz częściej wykorzystywana przez firmy z różnych branż i ciesząca się dużym zainteresowaniem odbiorców forma wpływania na kształtowanie zachowań klientów czy pracowników. Łączy elementy rywalizacji, rozrywki i systemu motywacyjnego. Na grywalizację zwraca uwagę również sektor energetyczny. Dzięki niej odbiorcy korzystający z aplikacji klienckiej mogą zdobywać rabaty i dodatkowe usługi, ucząc się jednocześnie zrównoważonego zarządzania energią.

– Jest taki trend w dużej liczbie aplikacji, żeby zatrzymać lub przyciągnąć użytkownika, dając mu możliwość rywalizowania, zdobywania punktów, zdobywania jakichś poziomów doświadczenia. Chcemy w ten sposób zachęcić wszystkich użytkowników, żeby próbowali zrozumieć, na czym polega świadome używanie ciepła – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Adrian Bukowski, przedstawiciel firmy Fortum.

Grywalizacja jest coraz chętniej wykorzystywana przez firmy z różnych branż. Cieszy się dużym zainteresowaniem odbiorców, bo łączy elementy rywalizacji, rozrywki i systemu motywacyjnego. Dzięki wprowadzeniu grywalizacji użytkownicy mogą uzyskiwać rabaty lub dodatkowe usługi. Wypełniając poszczególne zadania, zdobywają punkty, które później można zamieniać na profity.

– Chcemy uświadamiać ludzi, że jest coś takiego jak ciepło, że o to ciepło ludzie muszą się w pewien sposób troszczyć. Żeby np. nie otwierali okien, jak mają rozkręcone kaloryfery, żeby nie przegrzewali mieszkań, żeby sprawdzali, czy wilgotność w mieszkaniu jest odpowiednia. To ma wpływ na ich zdrowie, czyli w pewien sposób na bezpieczeństwo. Dużo ludzi o tym nie wie i to jest nasze podstawowe zadanie – twierdzi Adrian Bukowski.

Nadrzędnym celem akcji jest walka z niską emisją i zapobieganie marnowaniu energii. Zadania, które klienci Fortum będą otrzymywać w aplikacji, mają im pomóc zrozumieć, w jaki sposób efektywnie zarządzać energią w domu. To m.in. dążenie do utrzymywania temperatury w pomieszczeniach na optymalnym poziomie. Zakładany przez inicjatorów efekt długofalowy to trwała zmiana nawyków u odbiorców energii. Pozwoli to nie tylko na wypracowanie oszczędności, lecz także poprawę stanu środowiska naturalnego.

– W 70 proc. to mieszkańcy sami przegrzewają swoje mieszkania. Tymczasem mogą zaoszczędzić już na samym tym fakcie, że gdy wychodzą z domu, to mogą przykręcić kaloryfer, ale niekoniecznie muszą otwierać okno. Jak otwierają okno, to też muszą się zastanowić, po co oni to okno otwierają. Jeżeli tylko przewietrzyć, to na krótko, ale jeżeli na dłużej, to niech już przykręcą ten kaloryfer. Niech mają tę świadomość, że tam też są ich pieniądze, tam też jest ich zdrowie – tłumaczy ekspert.

Istnieje wiele aplikacji i projektów, które starają się zastosować grywalizację w różnych gałęziach przemysłu, w tym w przemyśle energetycznym. Międzynarodowy projekt FEEdBACk zakłada powstanie platformy grywalizacji, która będzie wysyłała użytkownikom spersonalizowane wiadomości i zarządzała rywalizacją tak, by efektywność energetyczna została osiągnięta bez pogorszenia komfortu. Projekt FEEdBACk będzie prowadzony w trzech różnych regionach klimatycznych (klimat oceaniczny w Porto, klimat śródziemnomorski w Barcelonie i klimat kontynentalno-oceaniczny w Lippe) oraz w trzech różnych typach budynków (odpowiednio usługi, szkoły i mieszkania).

Grywalizacja wykorzystywana jest także jako narzędzie w systemach premiowych dla pracowników. Grupa Neuca, największa w Polsce hurtownia farmaceutyczna, stworzyła Kosmiczną Grywalizację, której uczestnicy otrzymują punkty m.in. za sprzedaż wyznaczonych preparatów czy przekonanie klientów do udziału w szkoleniach. W zamian za zgromadzone punkty pracownicy mogą zdobywać premie, nagrody rzeczowe czy wywalczyć sobie wymianę służbowego auta. Zastosowanie grywalizacji w biznesie jest coraz szersze.

– Mamy różnego typu urządzenia, które np. pomagają nam jeździć bardziej ekologicznie samochodem czy np. dokonywać lepszych wyborów w momencie, kiedy udajemy się na wypoczynek i chcemy znaleźć hotel. Grywalizacja to sposób wciągnięcia użytkownika w taki rodzaj postępowania, w którym będzie on działał na swoją korzyść. Efekty to zaoszczędzona energia, czyli korzyść w skali planety, i mniejsze rachunki dla użytkownika – ocenia Kamil Kulesza z Instytutu Matematycznego, Polskiej Akademii Nauk.

Według Market Insights Report światowy rynek grywalizacji został w 2017 roku wyceniony na kwotę 2,2 mld dol. Do 2023 roku ma jednak osiągnąć niezwykle dynamiczny wzrost sięgający średniorocznie 44 proc. Prognozowana wycena na rok 2023 to 19,4 mld dol.

Badanie poziomu glukozy we krwi bez nakłuwania dzięki polskiej technologii. Urządzenie w formie zegarka umie dokonywać dokładniejszych pomiarów niż tradycyjne urządzenia

Badanie poziomu glukozy we krwi bez nakłuwania dzięki polskiej technologii. Urządzenie w formie zegarka umie dokonywać dokładniejszych pomiarów niż tradycyjne urządzenia 7

Glukometry przyszłości mogą dokonywać pomiaru zupełnie bezinwazyjnie, a zamknięte będą w formie zegarka lub opaski na rękę. Trwają zaawansowane prace nad urządzeniami, które nie robią nakłuć w skórze i nie wymagają wszczepiania implantów, za to cechują się wyższą dokładnością pomiaru i wymieniają danymi z aplikacją mobilną oraz lekarzem dzięki przetwarzaniu w chmurze. Pierwsze dopracowane urządzenia mogą się pojawić już w przyszłym roku, a nad takimi urządzeniami pracują także Polacy.

– GlucoActive to bezinwazyjny glukometr. W sposób całkowicie automatyczny jesteśmy w stanie zmierzyć nim poziom glukozy bez znakowania krwi. Wykorzystujemy metody optyczne i spektrofotometryczne. Jesteśmy w stanie całkowicie bezinwazyjnie za pomocą urządzenia w formie zegarka na rękę zmierzyć poziom glukozy z dokładnością na poziomie glukometrów paskowych, spełniając najbardziej rygorystyczne normy pomiarowe ISO – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Maciej Wysocki ze start-upu GlucoActive.

W zależności od stosowanego u pacjenta modelu leczenia pomiar poziomu glukozy we krwi wykonuje się u diabetyków od jednego do kilku razy w ciągu dnia. Osoby leczone insuliną wykonują dobowy profil glikemii. Pomiaru dokonują więc na czczo, przed każdym głównym posiłkiem, potem do dwóch godzin po nim oraz przed zaśnięciem. W przypadku korzystania z klasycznych glukometrów paskowych oznacza to konieczność noszenia urządzenia przez cały dzień przy sobie i dokonywania licznych pomiarów, niekiedy w niekomfortowych warunkach.

Opracowanie urządzeń bezinwazyjnych, noszonych na ręku w formie zegarka czy opaski, może się okazać znacznym ułatwieniem dla chorych. Pozwolą one nie tylko dokonywać pomiarów bezwiednie, lecz także mogą być dokładniejsze od tradycyjnych glukometrów. Mogą mieć także szereg innych zastosowań.

– Mamy diabetyków typu I i II, ale informacji o poziomie glukozy potrzebują na bieżąco także sportowcy podczas wykonywania wysiłku fizycznego. Zakładamy warianty personalizowane, w zależności od potrzeby, czyli pomiar np. co 4 godziny przy cukrzykach typu II, to może być również godzina, pół godziny czy 20 minut, oraz pomiar na żądanie, np. po zjedzeniu danego posiłku – twierdzi Maciej Wysocki.

Poprawa opieki nad chorymi na cukrzycę jest jednym z największych wyzwań współczesnej medycyny, a sama choroba ma charakter cywilizacyjny. Z danych Światowej Organizacji Zdrowia wynika, że co 7 sekund ktoś umiera w wyniku powikłań cukrzycowych. Rocznie 100 tys. osób musi przejść amputację kończyny z powodu stopy cukrzycowej, będącej jednym z najgroźniejszych powikłań. Obok udaru i zawału cukrzyca jest 3. najczęstszą na świecie przyczyną zgonu. Co dziesiąta osoba na świecie ma zdiagnozowaną tę chorobę, ale wiele osób żyje niezdiagnozowanych. Dużym problemem obniżającym skuteczność leczenia jest brak regularnych wizyt u lekarza prowadzącego.

– Zakładamy, że spopularyzowanie naszego urządzenia umożliwi częstszą diagnostykę czy po prostu umożliwi większej społeczności pokazanie, że są jakieś prognozy pod kątem cukrzycy. Wszelkie innowacje w medycynie właśnie idą w kierunku tego, by umożliwić mobilność. Świat zmierza do tego, by ingerencja lekarza w naszym codziennym życiu była jak najmniejsza, żeby różne badania móc przeprowadzać zdalnie – mówi Maciej Wysocki.

GlucoActive ma już opracowane prototypy i zaplecze w postaci algorytmów. Obecnie pracuje nad optymalizacją dokładności pomiarów i miniaturyzacją komponentów. Zgodnie z zapowiedziami, urządzenie będzie dostępne w kwietniu 2020 roku. Tymczasem nad mierzącą poziom glukozy we krwi opaską na rękę połączoną z aplikacją mobilną na telefonie pracuje natomiast amerykański start-up Alertgy.

Opracowywana technologia ma wyeliminować konieczność stosowania wszczepionych czujników, plastrów lub urządzeń wykorzystujących reakcje chemiczne. Opaska ma działać jak rezonans magnetyczny, z tą różnicą, że wewnątrz pola znajdzie się tylko nadgarstek. Skoncentrowane pole niskiej częstotliwości da sygnał wystarczający do dokładnego pomiaru poziomu glukozy we krwi w organizmie. Prototypowa opaska z nadajnikiem jest obecnie wielkości paczki papierosów. Docelowo opaska ma wyglądać tak, jak silikonowe opaski noszone na nadgarstku.

– Staramy się rozwiązać bardzo poważny problem wykluczenia społecznego. Załóżmy, że ktoś jest ze znajomymi w restauracji albo na jakiejś imprezie i musi sobie zmierzyć poziom glukozy. Przeważnie robi to po prostu, idąc do łazienki, żeby nie nakłuwać się wśród znajomych, przyjaciół, w miejscu publicznym. To jest temat tabu, o którym również nie mówi się zbyt często – twierdzi ekspert.

Według Business Wire rynek wearables mierzących parametry życiowe osiągnie do 2024 roku wartość 980 mln dol. Średnioroczne tempo wzrostu wyniesie 21,7 proc.

Na co zwracają uwagę najemcy magazynów obsługujących e-commerce w Polsce

Szybka realizacja dostaw oraz zapotrzebowanie na zasoby ludzkie to według ankietowanych kluczowe czynniki mające wpływ na decyzję o wyborze lokalizacji magazynu przez najemców obsługujących branżę e-commerce w Polsce. Jakie znaczenie ma wyposażenie i standard powierzchni? Jaką rolę odgrywa automatyka i odpowiednie zaplecze socjalne dla pracowników? 

W badaniu Cushman & Wakefield deweloperzy oraz operatorzy logistyczni zgodnie stwierdzili, że decyzja o wyborze lokalizacji magazynu do obsługi branży e-commerce zależy od dwóch czynników: czasu dostawy i dostępności zasobów ludzkich. Infrastruktura drogowa musi umożliwiać szybką dostawę zamówienia, nawet w dniu jego złożenia przez odbiorcę. Dzięki rozwojowi rynku magazynowego popularność zyskuje usługa „the same day delivery”. Wydłuża się także tzw. „cut-off”, czyli czas, który zapewnia kompletację zamówienia jeszcze tego samego dnia. Dostęp do siły roboczej pomaga z kolei sprostać wyzwaniom związanym z fluktuacją popytu i szczytami sprzedażowymi. Umożliwia prawidłowe wykonanie operacji, do których nie można wykorzystać automatyzacji, np. logistyka zwrotów lub tworzenie zestawów promocyjnych.

Rynek Polski centralnej był dotychczas najbardziej popularny wśród deweloperów magazynowych, jednak zmieniające się trendy i presja na jak najszybsze dostarczenie przesyłek spowodowały, że deweloperzy magazynowi są gotowi do otwierania inwestycji w nowych lokalizacjach, na przykład w regionie Polski zachodniej i północno-wschodniej. Innym kierunkiemjest rozwój magazynów miejskich. Ten segment rynku nieruchomości komercyjnych wychodzi naprzeciw wyzwaniom związanym z jak najkrótszym terminem dostawy i większą niż dotychczas elastycznością. Moduły od kilkuset do kilku tysięcy metrów kwadratowych powstają już w największych aglomeracjach (Warszawa, Łódź, Wrocław, Gdańsk, Szczecin). Są również dobrym rozwiązaniem w takich lokalizacjach, jak: Białystok, Częstochowa, Bydgoszcz, Rzeszów czy Toruń.

Damian Kołata, Associate w Dziale Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, Cushman & Wakefield
Damian Kołata, Associate w Dziale Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, Cushman & Wakefield

– Zwiększona w ostatnich kwartałach konsumpcja napędza gospodarkę. Firmy spodziewają się dynamicznego wzrostu zamówień w krótkim czasie, konieczne więc będzie znalezienie efektywnego rozwiązania w zakresie logistyki ostatniej mili, tym bardziej, że duże ośrodki miejskie zaczynają podejmować działania w celu unormowania ruchu kurierskiego w centrum miast – np. opracowywana obecnie strategia #Warszawa2030 –  co spowoduje ograniczenia w dostawach i zwiększenie popularności punktów PUDO (pick up, drop off). Mały magazyn miejski może być doskonałym miejscem nie tylko do szybkiego odbioru zamówienia, czy też jego zwrotu, ale może też pełnić funkcję showroomu, a nawet centrum usług dodanych np. drobne i ekspresowe usługi krawieckie dla firm z branży fashion, co doskonale wpisuje się w kolejny trend rynkowy – tym razem personalizację produkcji. Jeśli klient wykaże takie zapotrzebowanie – w magazynie typu „city logistics”, możliwe będzie również zaaranżowanie biura lub małej powierzchni do lekkiej produkcji. Dzięki temu możliwe będzie skoncentrowanie w jednym miejscu wszystkich istotnych elementów działalności operacyjnej firmy – mówi Damian Kołata, Associate w Dziale Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, Cushman & Wakefield.

Branża e-commerce jest szczególnie narażona na fluktuację zatrudnienia, wahania popytu i szczyty sezonowe. Moduły typu city logistics będą więc doskonałą odpowiedzią na naturalny rozwój rynku i pozwolą na dostosowanie obsługi logistycznej do rynkowych standardów i potrzeb.

Według deweloperów elementy, jakie w bardzo istotnym stopniu charakteryzują magazyn dla e-commerce, to: dostęp do antresoli (27%), a także obecność automatyki, powierzchni socjalnej oraz miejsca parkingowe dla pracowników i dostateczna liczba bram na poziomie „0” (po 18 %). Zdaniem operatorów logistycznych z kolei, kluczowe są wymagania najemców względem powierzchni socjalnej (60%), odpowiednie doświetlenie powierzchni (40%) oraz miejsca parkingowe dla pracowników (20%).

MAGAZYN IDEALNY DLA E-COMMERCE

Nie ulega wątpliwości, że branża e-commerce ma szczególne potrzeby dotyczące powierzchni oraz całej infrastruktury magazynowej. Konieczność szybkiego przyjęcia dostaw i udostępnienia towaru do sprzedaży, wymagania dotyczące błyskawicznych kompletacji oraz nieodłączność dużych wahań wolumenów w zależności od sezonów, Świąt i okresów wyprzedaży powodują, że tradycyjny magazyn z regałami paletowymi nie będzie spełniał wymagań najemców. Aby jak najefektywniej wykorzystać powierzchnię magazynową, coraz częściej spotyka się antresole, zawierające np. kartonowe, wielowarstwowe regały półkowe, windy do zasilania stocku, taśmociągi do przekazywania skompletowanych towarów do strefy pakowania itd. Instalacja antresoli pozwala na bardziej efektywną adaptację dostępnej przestrzeni oraz optymalne dopasowanie jej do indywidualnych potrzeb i warunków panujących w magazynie. Zbudowanie antresoli wymaga odpowiednio wzmocnionej posadzki oraz bardziej wydajnych systemów wentylacji i właściwego oświetlenia.

Idealny magazyn dla e-commerce powinien zawierać także większą niż standardowo liczbę bram na poziomie „0”. Zależy to oczywiście od asortymentu i jego gabarytów, ale jeśli najemca przewiduje podpisanie umowy z kilkoma firmami kurierskimi, którzy będą odbierać przesyłki w podobnych oknach czasowych, to kilka bram z poziomu „0” będzie niezbędne.

Nowoczesny obiekt, z którego będą korzystać najemcy handlujący w Internecie powinien być również zautomatyzowany. Bardzo szybko rosnące wolumeny zamówień i coraz większy udział e-commerce w handlu detalicznym powodują, że właśnie w automatyzacji upatruje się receptę na poradzenie sobie z wieloma wyzwaniami branży, dotyczącymi m.in. zasobów ludzkich, wahań wolumenu sprzedaży i presji czasu. Aby skrócić czas kompletacji i uniknąć pomyłek, coraz częściej wprowadza się rozwiązania typu pick-by-voice, pick-by-light, pick-by-vision, lub warianty łączone, które pozwalają na szybsze pobranie towaru z regału i potwierdzenie czynności komendą głosową. Z wymienionych rozwiązań najciekawszym jest system pick-by-vision, polegający na wspomaganiu kompletacji zamówienia przez osobę poruszającą się na wózku magazynowym bądź ciągnącą wózek kompletacyjny, wyposażoną w specjalne okulary z nakładką wizualizującą następny krok procesu. Na wyświetlaczu pojawiają się kolejne lokalizacje magazynowe oraz liczba artykułów do pobrania. Proces staje się intuicyjny, a liczba pomyłek maleje, ponieważ na ekranie okularów widać dokładną lokalizację i zadany wolumen. Urządzenia takie mogą być wykorzystywane przez wiele osób, również na kolejnych zmianach.

Włosi destabilizują euro, a złoty zyskuje

Ostatnie działania Włochów pokazują, że kraj ten nie boi się odważnych ruchów. Nie tylko ignorują procedurę nadmiernego deficytu, ale również planują równoległą emisję pieniądza udającego obligacje. W tle tych działań euro jest pod silną presją, co pozwoliło złotemu wyraźnie umocnić się względem europejskiej waluty.

Włosi destabilizują euro

Koniec wspólnej waluty, to temat, o którym media informują dosyć regularnie. Wielu znanych ekonomistów przepowiadało koniec tego projektu, a jednak wciąż trwa. Obecnie za realizację tej groźby wzięli się Włosi i wygląda na to, że robią to na poważnie. Po tym jak zostali objęci procedurą nadmiernego deficytu, zapowiedzieli wydanie obligacji o niskich nominałach. Pod tym określeniem, tak naprawdę, kryje się ekwiwalent pieniądza. Będą to bowiem obligacje o tych samych nominałach, co banknoty euro. W rezultacie, gdyby doszło do realizacji projektu, w obiegu równolegle będą wydawane oficjalne euro i wydawane przez państwo bony. Jaki jest cel tego przedsięwzięcia? Rządząca formacja zapowiada istotne obniżki podatków. Nie ma ich z czego sfinansować, jednak zawsze może sprzedać obywatelom obligacje. W rezultacie problem zostanie odsunięty w czasie, a jednocześnie może uda się obniżyć koszty zadłużenia. Obserwatorzy zwracają jednak uwagę, że może to być również krok przejściowy do opuszczenia unii walutowej. W takim scenariuszu wartość tych obligacji przestałaby być stała względem euro i zaczęła być kształtowana rynkowo. Patrząc na stan włoskiej gospodarki, można to ostatnie stwierdzenie uprościć do “spadek”.

Dane z amerykańskiego rynku pracy

O ile bezrobocie w USA, wynoszące zgodnie z oczekiwaniami 3,6%, nikogo nie martwi, o tyle zmiany zatrudnienia powinny. Analitycy spodziewali się stworzenia niemal 200 tysięcy miejsc pracy, a nie utworzono nawet połowy. Na reakcję rynków nie trzeba było długo czekać. Inwestorzy sprzedawali dolara. W rezultacie dzień zaczynający się ceną dolara na poziomie 3,79 zł i wzrostami kończył się w okolicach 3,76 zł.

Mocny złoty

Po ostatnich umocnieniach para EURPLN dotarła w okolice 4,26 zł i jest to najniższy poziom od końca stycznia tego roku. Jeżeli nasza rodzima waluta go przebije, to kurs euro będzie najtańszy od poprzednich wakacji. Siła polskiej waluty jest wynikiem wciąż dobrych danych gospodarczych i nie wydanych jeszcze resztek obecnego wzrostu, podczas gdy zachód pokazuje już recesyjne odczyty. Nie wszystkie waluty są jednak tak tanie. 3,80 zł na franku to dużo względem 3,67 sprzed roku. Przekroczenie 4,80 zł na funcie, to najniższe poziomy od początku stycznia. Dolar z 3,77 zł jest z kolei najtańszy od trzech miesięcy.

Dzisiaj dzień wolny w Niemczech, Szwajcarii, Na Węgrzech i w Norwegii z okazji Zielonych Świątek, a w Australii z okazji Urodzin Królowej. W kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Gospodarowanie własnym majątkiem nie jest równoznaczne z prowadzeniem działalności gospodarczej

Generalnie wszelkie działania podatnika przynoszące mu zarobek, a którym fiskus potrafi przypisać charakter zorganizowany i ciągły, traktowane są przez organy skarbowe jako podlegające opodatkowaniu z tytułu prowadzenia działalności gospodarczej. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gdańsku w wyroku z 17 kwietnia 2019 r. uchylającym decyzję Dyrektora Izby Administracji Skarbowej zawarł pouczenie, że taki charakter działań nie przesądza o tym, że podatnik zachowuje się jak „profesjonalny podmiot (…) a nie jak podmiot zarządzający własnym mieniem i kierujący się zasadami gospodarności” (sygn. akt I SA/Gd 170/19).

Zgodnie z definicją zawartą w ustawie o podatku dochodowym od osób fizycznych (Dz.U. 1991 nr 80, poz. 350, ze zm.) działalnością gospodarczą jest wytwórcza, budowlana, handlowa lub usługowa działalność zarobkowa, prowadzona we własnym imieniu bez względu na jej rezultat, w sposób zorganizowany i ciągły (art. 5a pkt 6). Jest więc niezwykle istotne z punktu widzenia ochrony majątku własnego, czy gospodarując nim, robi się to w ramach zwykłego władania, czy w ramach prowadzonej działalności gospodarczej. W tym drugim przypadku bowiem niemal każdym uzyskanym dochodem trzeba się dzielić z państwem.

Określenie podatku po 6 latach

Prowadzący działalność gospodarczą podatnik w 2011 r. nabył nieruchomość gruntową, którą następnie podzielił i sprzedawał w częściach w 2012 r. i w latach następnych. Działek tych nie sprzedawał jednak w ramach działalności gospodarczej polegającej na obrocie nieruchomościami, a w ramach zwykłego zarządu własnym majątkiem. Nie prowadzi on bowiem biura nieruchomości, a działalność polegającą na doradztwie w zakresie prowadzenia działalności gospodarczej i zarządzania.

Po blisko 6 latach, w listopadzie 2018 r., Dyrektor Izby Administracji Skarbowej określił podatnikowi zobowiązanie w podatku dochodowym od osób fizycznych za 2012 r. w kwocie ponad 22 000 zł. Organy podatkowe ustaliły, że podatnik, dokonując rozliczenia podatkowego za ten rok, nie ujął w nim sprzedaży działek. Bo choć w rejestrze CEiDG brak jest informacji, jakoby prowadził on działalność gospodarczą polegającą na profesjonalnym obrocie nieruchomościami, to nie oznacza to, że dokonana przez niego w sposób zorganizowany i ciągły sprzedaż gruntów taką działalnością nie była.

Sprzedaż wszystkich działek tylko u jednego notariusza

Dyrektor IAS wskazał, że rejestracja działalności gospodarczej, dysponowanie pomieszczeniem biurowym czy zakup domen internetowych świadczy o tym, że podatnik, sprzedając swą nieruchomość, działał w sposób zorganizowany, a przesądza o tym fakt podjęcia tych właśnie, niezbędnych do organizacji działalności, czynności. Wśród argumentów mających za tym przemawiać znalazły się dokonane przez podatnika działania polegające na łączeniu i dzieleniu działek, rozpowszechnianiu informacji o zamiarze ich sprzedaży, a nawet sporządzanie umów sprzedaży wszystkich działek tylko u jednego notariusza. Zdaniem organu za celowym, zorganizowanym działaniem podatnika przemawiało również to, że część nabytych w 2011 r. nieruchomości sprzedał niemal natychmiast w roku następnym. Zakup gruntów nie był więc przypadkowy czy też stanowiący inwestycję na przyszłość. Jak stwierdził organ:

„W niniejszej sprawie podatnik działał jak handlowiec, tj. kupował liczne nieruchomości i następnie je sprzedawał, uzyskując z tego tytułu znaczne przychody, przewyższające nawet przychody z działalności gospodarczej prowadzonej w podstawowym zakresie. W konsekwencji organ przyjął, że podatnik w 2012 r. prowadził działalność gospodarczą w zakresie usług biznesowo-doradczych i finansowych (zarejestrowaną od 8 stycznia 2009 r.) i niezarejestrowaną działalność w zakresie obrotu nieruchomości, jednakże dowolnie ustalał, które przychody wykaże jako przychód z działalności” (sygn. I SA/Gd 170/19).

Miał świadków, ale organy nie chciały ich przesłuchać

Podatnik odpowiedział fiskusowi, że po kryzysie finansowym w 2008 r. składanie oszczędności w bankach stało się niepewne, stąd ulokował je w nieruchomości. Gdy je sprzedał, nabył dla siebie i małżonki większe mieszkanie. W skardze na decyzję organów podatkowych podniósł m.in. odstąpienie przez organy z niewyjaśnionych przyczyn od przeprowadzenia dowodu z przesłuchania świadków – nabywców przedmiotowych działek. Jak wskazał podatnik, części nieruchomości zbył już w 2012 r. tylko dlatego, że nadarzyła się do tego świetna okazja. Jako że znał wiele osób, wiadomość o posiadanych przez niego działkach szybko się rozeszła i oferujący bardzo korzystną na ówczesne czasy cenę nabywcy z własnej inicjatywy złożyli mu propozycję kupna – i to właśnie mieli potwierdzić w trakcie przesłuchania, z którego organy zrezygnowały. Dlatego też sporna sprzedaż nieruchomości była dla niego źródłem przychodu, ale jako zwykłe rozporządzenie majątkiem osobistym, unormowanym w art. 10 ust. 1 pkt 8 ustawy o PIT.

Cienka granica

WSA w Gdańsku przywołał orzeczenie Naczelnego Sądu Administracyjnego z 30 maja 2018 r., w którym skład orzekający stwierdził, że wykładnia przepisów ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych nie pozwala określić ram, kiedy działania podatnika zostaną uznane za zwykłą sprzedaż majątku osobistego, a kiedy przeradzają się w pozarolniczą działalność gospodarczą. Chęć uzyskania przez podatnika możliwie jak najwyższego zysku ze sprzedaży należących do niego nieruchomości, dla której podatnik podejmuje czynności cel ten urzeczywistniające, nie może przesądzać o zakwalifikowaniu ich do pozarolniczej działalności gospodarczej.

„…proste zestawienie unormowań zawartych w art. 10 ust. 1 pkt 3 oraz pkt 8, z regulacją art. 5a pkt 6 u.p.d.o.f., nie pozwala na skonkretyzowanie uniwersalnego wzorca, który w sposób jednolity rozstrzygałby, jak w sposób jednoznaczny oddzielić sprzedaż zaliczaną do związanej z wykonywaniem pozarolniczej działalności gospodarczej, od odpłatnego zbycia. Prócz problemów interpretacyjnych należy dodatkowo wskazać na komplikacje związane ze stosowaniem art. 10 ust. 1 pkt 3 w związku z art. 5a pkt 6 oraz art. 10 ust. 1 pkt 8 u.p.d.o.f., stanowiące skutek zacierania się w praktyce obrotu nieruchomościami granicy pomiędzy tym, co wykazuje cechy profesjonalnego obrotu handlowego, a tym co stanowi jeszcze wyprzedaż majątku osobistego, w ramach normalnego zarządu własnym mieniem” (sygn. akt II FSK 3760/17).

Racjonalne gospodarowanie majątkiem

O kwalifikacji działalności gospodarczej nie może przesądzać także podejmowanie przez podatnika w sposób racjonalny czynności mieszczących się w granicach zwykłego zarządu majątkiem własnym, mające na celu m.in. zaspokajanie potrzeb rodziny. Sąd podzielił stanowisko wyrażone przez NSA w wyroku z 9 marca 2016 r. (II FSK 1423/14), że w obliczu niepewności na rynku pracy dążenie do zabezpieczenia w przyszłości potrzeb własnych i rodziny należy do naturalnych zachowań, a przejawiających się m.in. poprzez lokowanie wolnych środków w różne dobra, takie jak nieruchomości. Dokonanie podziału nieruchomości, w ramach którego podatnik musi podjąć szereg kroków na ścieżce administracyjnej, mieści się więc w kręgu czynności zwykłego zarządu własnymi sprawami majątkowymi.

WSA, uchylając zaskarżoną decyzję, orzekł, że organy nie wykazały w sposób niebudzący wątpliwości, że podjęte przez podatnika działania przekroczyły wskazany zakres zarządu majątkiem własnym, przeradzając się w profesjonalne działania z zakresu obrotu nieruchomościami. Nie stanowi na to dowodu sprzedaż nieruchomości w częściach, dokonywana na przestrzeni lat, sam zakup domen internetowych, posiadanie pomieszczenia biurowego, a już na pewno korzystanie z usług jednego notariusza.

„…sama liczba i zakres transakcji sprzedaży, fakt, że przed sprzedażą podatnik dokonał podziału jednego z gruntów na działki, długość okresu, w jakim te transakcje następowały, jak i wysokość osiągniętych z nich przychodów, nie ma znaczenia dla przesądzenia, w jakim charakterze działa podatnik dokonujący sprzedaży gruntów (…) Nie można bowiem przyjąć, że podatnik zarządzający prywatnym majątkiem nie może podejmować działań zwiększających rynkową atrakcyjność rzeczy, które zamierza sprzedać” (sygn. I SA/Gd 170/19).

Haracz fiskusa

Sądy bronią podatników, bo ci nie godzą się na wyciąganie przez fiskusa ręki po udział w każdym wypracowanym przez podatników zysku. Z pomocą radców prawnych, radców podatkowych i innych pełnomocników udowadniają organom, że nie każde zachowanie podatnika, które przyniesie mu choć ułamek zysku, musi stanowić celowe i podlegające obowiązkowemu dzieleniu się ze Skarbem Państwa. Jak wskazał WSA w Gdańsku w uzasadnieniu swojego wyroku: „…sam zamiar podatnika osiągnięcia zysku w związku z przeprowadzonymi przez niego transakcjami nie przesądza w sposób wyłączny o przypisaniu uzyskanego z tych operacji przychodu do źródła wymienionego w art. 10 ust. 1 pkt 3 u.p.d.o.f. (…) Oznaczałoby to bowiem, że działalność w zakresie zarządu majątkiem osobistym miałaby być prowadzona z naruszeniem reguł gospodarności i z założenia miałaby nie przynosić zysku” (sygn. I SA/Gd 170/19).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Korekta GIP60 w maju, czyli solidny spadek wypracowanego wzrostu o prawie 10%

W maju 2019 roku GIP60 zanotował znaczną korektę, która obniżyła jego wartość do poziomu 854.29 punktów, czyli 9.30 proc. niżej, niż na początku miesiąca. Oznacza to także, że GIP60 spadł poniżej swojej wartości z początku roku (936.73), niwelując tym samym cały wzrost, jakiego doświadczył w pierwszych czterech miesiącach tego roku.

Analitycy z DSR podsumowali Giełdowy Indeks Produkcji (GIP) w miesiącu maju. Więcej w poniższym komunikacie.

„Był to jeden z najsłabszych miesięcy w historii Giełdowego Indeksu Produkcji, który monitoruje 60 największych polskich przedsiębiorstw produkcyjnych. Tylko 16 spółek zwiększyło swoją wartość, w tym jedynie INTROL osiągnął stopę zwrotu powyżej 10 proc. Za to aż 42 spółki straciły w tym czasie na wartości rynkowej, a 13 spółkom maj przyniósł redukcję wartości o ponad 10 proc.” – podaje dr Maciej Zaręba z DSR – analityk i współtwórca GIP.

Największy spadek wartości dotknął spółki: STALPRODUKT (-29.28 proc. m/m) i CCC (-24.45 proc. m/m). Niewiele lepiej wypadły takie ikony polskiego rynku akcji, jak: WIELTON (-15.58 proc. m/m), czy LPP (-14.36 proc. m/m). W przypadku CCC i LPP, spadków nie można tłumaczyć obecnymi wynikami finansowymi spółek, gdyż obie tradycyjnie zwiększyły swoje przychody, choć przy nieco mniejszej dynamice, niż w poprzednich okresach. Głównym źródłem paniki wśród inwestorów spółek zajmujących się handlem detalicznym jest widmo podatku handlowego, które pojawiło się po unieważnieniu decyzji Komisji Europejskiej przez Sąd Unii Europejskiej.

Akcjom spółki WIELTON, podobnie jak spółkom handlowym, również nie pomógł wzrost przychodów (33.32 proc. r/r) zanotowany w pierwszym kwartale tego roku. Także symboliczny wzrost zysku netto o 3.3 proc. r/r nie został odebrany optymistycznie przez polski parkiet. Wydaje się, że bardziej na wyobraźnię inwestorów zadziałał spadek udziału tej spółki w rynku nowych przyczep i naczep w okresie styczeń-kwiecień, który w 2019 roku wyniósł 14.27 proc. wobec 14.92 proc. w analogicznym okresie ubiegłego roku. Wzrost zadłużenia, w tym przede wszystkim wzrost zadłużenia krótkoterminowego, widoczny w sprawozdaniach spółki również mógł wzbudzić zainteresowanie akcjonariuszy spółki.

Jednak w najgorszej sytuacji w maju znalazła się spółka STALPRODUKT. Po ponad półrocznym okresie konsolidacji ceny akcji spółki w okolicach 320 zł, i  późniejszym jej wzroście do 350 zł w kwietniu, na początku maja nastąpiła gwałtowna redukcja ceny akcji o niemal połowę. Roczny raport spółki wykazał co prawda skonsolidowany wzrost przychodów spółki o 13.01 proc., jednak w I kwartale 2019 roku, dynamika sprzedaży spadła do poziomu 2.66 proc. r/r, przy jednoczesnym spadku zysku netto o 58,95 proc. r/r. Akcjom spółki zagroziły dodatkowo problemy na rynku stali, związane ze spadkiem produkcji krajowej tego surowca.

W przekroju branżowym najniższą średnią stopę zwrotu osiągnęły akcje spółek określanych przez nas mianem „projektantów”, a więc takie, które skupiają się na projektowaniu swoich produktów (przeważnie odzieży) i ich dystrybucji. Straciły one w maju średnio 14.09 proc. m/m, głównie z powodu wspomnianego wcześniej ryzyka wprowadzania w Polsce podatku handlowego. Równie źle maj odczuły spółki z branży chemicznej (-7.79 proc. m/m), przemysłu lekkiego (-7.07 proc. m/m), motoryzacyjnej   (-6.39 proc. m/m) i producenci z branży spożywczej (-5.25 proc. m/m). Dodatnią średnią stopę zwrotu wypracowały w maju jedynie spółki z branży tworzyw sztucznych (0.54 proc. m/m) i drzewnej (3.15 proc. m/m).

Najodporniejsi

Majowy ranking GIP60 po raz pierwszy w jego historii wygrała spółka INTROL, za osiągnięcie miesięcznej stopy zwrotu na poziomie 10.56 proc. Niestety, była to jedyna spółka z całej grupy, której udało się pokonać barierę 10 proc. Drugie miejsce i zwrot na poziomie 9.78 proc. m/m dla spółki FEERUM. Stopień niżej, ale za niewiele gorszy wynik, dla spółki PRIMETECH, której wartość rynkowa wzrosła w maju o 9.76 proc.

INTROL to spółka działająca od początku lat dziewięćdziesiątych w branży automatyki przemysłowej, instalacji technologicznych, w energetyce i budownictwie przemysłowym. Ostatnie trzy lata były dla akcji spółki okresem nieustannej redukcji wartości i nie inaczej wyglądały pierwsze miesiące tego roku. Stosunkowo dobre wyniki za pierwszy kwartał, w tym zauważalny wzrost inwestycji, spowodowały odwrócenie trendu spadkowego w maju. Należy jednak dodać, że wzrost ceny akcji tej katowickiej spółki nastąpił przy niewielkim poziomie obrotów.

FEERUM gościł na podium GIP60 dwa razy pod koniec zeszłego roku, w listopadzie i w grudniu, czyli chwilę po podpisaniu dużego kontraktu na dostawę silosów na Ukrainę. Pierwsze miesiące tego roku nie rozpieszczały akcjonariuszy spółki z Chojnowa, ale opublikowany pod koniec kwietnia raport roczny ujawnił ponad dwukrotny wzrost zysku netto, w porównaniu z rokiem 2017, dzięki czemu powrócił sentyment inwestorów do tej spółki.

PRIMETECH, czyli do niedawna KOPEX, to znany polski producent sprzętu górniczego. W ostatnim czasie inwestorów najbardziej rozgrzewała informacja o umowie zakupu przez JSW akcji Przedsiębiorstwa Budowy Szybów (PBSz), które należy do PRIMETECH. Nie pierwszy raz właśnie ten kontrakt spowodował, że kurs akcji spółki powędrował w górę, dzięki czemu spółka lądowała na podium rankingu GIP60. Nie inaczej było w pierwszej połowie maja, kiedy obie spółki ogłosiły termin wykonania umowy na 20 maja 2019 roku, a kurs akcji poszybował w górne pułapy. Entuzjazm inwestorów trwał stosunkowo krótko i w drugiej połowie miesiąca kurs zredukował majową stopę zwrotu poniżej 10 proc.

Efekt Trumpa

Wzrost produkcji przemysłowej w kwietniu zaobserwowany przez GUS, jak również kolejne rewizje w górę szacowanego na ten rok PKB, nie przełożyły się na wzrost zainteresowania polskim rynkiem akcji. Niestety, po raz kolejny ważniejsze okazały się czynniki zewnętrzne, wpływające na globalne pływy kapitału. Nowe otwarcie w konfrontacji handlowej między dwoma największymi gospodarkami świata, zaproponowane przez Prezydenta Trumpa, przyniosło za sobą wzrost ryzyka i niepewności na wszystkich rynkach kapitałowych świata (S&P 500 w maju stracił prawie 5%), co niestety dało się odczuć również na naszym rodzimym parkiecie. Również postępujące osłabienie przemysłu europejskiego nie sprzyja i nie będzie nam sprzyjać w najbliższym czasie, a kontynuacja spadków nastrojów w przemyśle niestety nie wróży odwrócenia tego negatywnego trendu – przewiduje Zaręba. PMI przemysłowe, obliczone w maju, znajduje się poniżej granicznej wartości 50 punktów lub w jej okolicach w przypadku większości gospodarek świata, co przełożyło się na spadek PMI liczonego dla globalnego przemysłu do poziomu 49.8 punktów.  Nie należy jednak zapominać o dotychczasowej wyjątkowej odporności naszej gospodarki i jej przemysłu, która – w zestawieniu z napływem świeżego kapitału z programu PPK – prędzej czy później spowoduje powrót kapitału na warszawską GPW – czytamy w podsumowaniu.

Kredyt gotówkowy na samochód. Sprawdziliśmy dostępne oferty

Kredyt gotówkowy na samochódSamochód można kupić za gotówkę, wziąć w leasing albo zaciągnąć na ten cel kredyt. Specjalne kredyty samochodowe oraz ogólnodostępne kredyty gotówkowe pozwalają na sfinansowanie takiej transakcji szybko i skutecznie. Kredyt gotówkowy z przeznaczeniem na samochód można zaciągnąć nawet w trybie online, bez wychodzenia z domu.

Kredytowanie zakupu pojazdu mechanicznego jest jednym z powszechnie wykorzystywanych sposobów na sfinansowanie takich transakcji. Można zaciągnąć kredyt samochodowy, przeznaczony dla takich inwestycji, albo skorzystać z kredytów, przy których nie trzeba ujawniać celów kredytowania – z kredytów gotówkowych. Pozwalają one na zakup dowolnego pojazdu bez względu na jego pochodzenie, stan czy wiek. Kredyt gotówkowy na auto znajdziesz na Totalmoney.pl, porównując ze sobą różne oferty kredytowe. To pozwala wybrać najkorzystniejszą opcję. Sprawdźmy, jaki kredyt zaciągnąć – gotówkowy czy samochodowy – i jakie oferty w związku z tym przygotowały banki.

Kredyt gotówkowy czy samochodowy – za jaki kredyt kupić auto?

Chcesz kupić auto, ale brakuje ci pieniędzy na ten cel? Zaciągnij kredyt – to proste. Wystarczy, że będziesz miał zdolność kredytową oraz dobrą historię kredytowania w BIK-u, aby otrzymać takie zobowiązanie, które stanie się przepustką do własnego samochodu. Pytanie tylko, czy bardziej będzie się opłacało zaciągnąć kredyt samochodowy czy kredyt gotówkowy?

Różnice pomiędzy tymi kredytami są znaczące. Kredyt samochodowy jest bowiem kredytem celowym, który trzeba wykorzystać ściśle zgodnie z wytycznymi zawartymi w umowie kredytowej. Klient już podczas składania wniosku o kredyt samochodowy musi wiedzieć, na jaki samochód jest zaciągane zobowiązanie. Musi też przedstawić do wniosku kredytowego dokumenty związane z pojazdem. Jednak dzięki zabezpieczeniu, jakim automatycznie staje się kupowany za kredyt samochodowy pojazd, sam kredyt jest tańszy od tradycyjnego kredytu gotówkowego.

Kredyt konsumpcyjny, gotówkowy można wziąć na dowolny cel, którego nie trzeba ujawniać we wniosku kredytowym i w umowie podpisywanej z bankiem. W praktyce klient, który pomyślnie przejdzie proces kredytowy i otrzyma pozytywną decyzję o wypłacie środków, może je w dowolny sposób spożytkować. Na etapie wnioskowania o kredyt nie musi mieć upatrzonego samochodu, a wartość kupowanego pojazdu może być niższa od kwoty kredytu. Pozostałą część może wykorzystać między innymi na niezbędne naprawy, jeśli kupuje używane auto, na zakup radia czy głośników, nowego kompletu opon i na wszystko, co sobie wymarzy. Okres kredytowania może wynosić do 8 lat, w zależności od banku, w którym zaciągamy kredyt gotówkowy, a przy kredycie samochodowym może on sięgać nawet 10 lat. Oprocentowanie kredytu gotówkowego jest najczęściej wyższe niż przy kredycie celowym, samochodowym, ponieważ bank nie ma zabezpieczenia w postaci kupowanego pojazdu i przez wyższe opłaty związane z kredytem rekompensuje sobie zwiększone ryzyko ponoszone w takim przypadku.

Rodzaje i oferty kredytów samochodowych

Przeanalizujmy zatem sytuację, w której dana osoba chce zaciągnąć celowy kredyt samochodowy. Może się przy tym zdecydować na jeden z typów takich kredytów:

  • Standardowy kredyt samochodowy – kredytobiorca zaciąga kredyt, którego środki przelewane są na konto sprzedającego wskazany we wniosku samochód, a następnie spłaca co miesiąc raty kapitałowo-odsetkowe. Do tego typu kredytu nie ma potrzeby wnoszenia wpłaty własnej.
  • Kredyt balonowy – cechuje się niskimi ratami, jakie kredytobiorca spłaca przez cały okres kredytowania, ale ostatnia spłacana rata będzie miała wyższą wartość – około 20 proc. wartości samochodu,
  • Kredyt jednoratowy – najczęściej z takiej oferty kredytowej klienci skorzystają u dystrybutorów samochodowych z własnymi bankami (np. Toyota Bank). To kredyt, w którym wnoszona jest wysoka wpłata własna, w wysokości 50–60 proc. całkowitej wartości pojazdu, a po określonym czasie wpłacana jest druga część należności. Zaletą jednoratowego zobowiązania jest brak oprocentowania.

Standardowe oprocentowanie płatnych kredytów samochodowych waha się w przedziale od 2 do 5 proc. w skali roku i więcej, do maksymalnie 10 proc. w skali roku. Trzeba liczyć się z tym, że kredytobiorca poniesie też koszty pozaodsetkowe, jak prowizja za udzielenie zobowiązania czy składki na ubezpieczenia.

Zakładając, że chcemy zaciągnąć kredyt samochodowy na kwotę 50 000 zł na 4 lata, przykładowe oferty kredytowe w polskich bankach przedstawiają się następująco:

  • Santander Consumer Bank – oprocentowanie 5,24 proc. w skali roku, prowizja za udzielenie kredytu 6 proc., a RRSO 8,76 proc., całkowita kwota kosztów do spłaty wyniesie przy tym 8 863,50 zł;
  • Alior Bank – kredyt samochodowy – pożyczka internetowa, udzielana bez prowizji, ale z oprocentowaniem 9,99 proc. w skali roku i RRSO równym 10,46 proc., a całkowite koszty do spłaty wynoszą 10 858,68 zł;
  • PKO Bank Polski – kredyt samochodowy w formie Mini Ratki, z oprocentowaniem 9,99 proc. w skali roku, prowizją 8,99 proc. i RRSO równym 16,15 proc., przy całkowitych kosztach w wysokości 16 329,87 zł. Oferty są mocno zróżnicowane, dlatego porównanie ich ze sobą powinno być pierwszą rzeczą, jakiej dokonamy, jeśli chcemy zaciągnąć kredyt samochodowy.

A może kredyt gotówkowy na samochód?

O ile banki stawiają pewne ograniczenia w kredytowaniu zakupu pojazdu w ramach kredytu samochodowego, o tyle kredyt gotówkowy można zaciągnąć nawet na wiekowy pojazd kupowany od osoby prywatnej lub z komisu. Co więcej, w przypadku kredytu gotówkowego najpierw można zaciągnąć takie zobowiązanie, a dopiero później szukać auta, które spełni nasze oczekiwania.

Kredyt gotówkowy na samochód można zaciągnąć nawet przez internet, przy weryfikacji zdolności kredytowania na przykład na podstawie historii transakcji w rachunku bieżącym. Ofert takich kredytów nie brakuje na stronach porównywarek, gdzie łatwiej będzie nam przejrzeć parametry różnych kredytów gotówkowych i wybrać najkorzystniejsze. Przy założonych parametrach kredytu – 50 tys. zł na okres 4 lat – poszczególne banki mają takie oferty:

  • BGŻ BNP Paribas – udzieli kredytu gotówkowego z oprocentowaniem 4,99 proc. w skali roku, prowizją 1,40 proc. oraz RRSO 5,86 proc., przy czym całkowite koszty kredytowania wyniosą 6 033,07 zł;
  • PKO Bank Polski – udzieli kredytu Mini Ratka z oprocentowaniem 6,99 proc. w skali roku, bez pobierania prowizji, z RRSO równym 7,22 proc. oraz kosztami na poziomie 7 459,85 zł;
  • Citi Handlowy – udzieli pożyczki gotówkowej z oprocentowaniem 5,99 proc. w skali roku, z prowizją 6 proc. i RRSO 9,60 proc., gdzie koszty kredytowania wyniosą 9 734,25 zł.

Co wybrać?

Z porównania ofert kredytów samochodowych i gotówkowych o takich samych parametrach – kredyt na 50 tys. zł na 48 miesięcy – wynika, że lepszą ofertą będzie kredyt gotówkowy w BGŻ BNP Paribas, gdzie koszty kredytowe wyniosą nieco ponad 6 tys. zł, podczas gdy najlepszy kredyt samochodowy z wyżej wymienionego porównania będzie miał koszty całkowite w wysokości ponad 8,8 tys. zł. Kredyty gotówkowe mają i tę zaletę, że można je zaciągnąć przez internet, bez wychodzenia z domu.

Mastercard przedstawia rozszerzony program Accelerate 2.0 wspierający firmy fintech

Mastercard prezentuje Accelerate 2.0 – nową generację programu, który wspiera rozwój szybko rosnącej na dużą skalę branży technologii finansowych (fintech).

Od lat partnerami Mastercard jest wiele znanych innowacyjnych przedsiębiorstw, takich jak Monzo, N26, Starling, Revolut czy Transferwise. Niektórzy z nich są też beneficjentami inicjatyw Accelerate i Start Path. Aby wesprzeć jeszcze więcej firm, Mastercard uruchomi kolejną wersję programu Accelerate, nazwaną Accelerate 2.0.

W czerwcu b.r. wprowadzone zostaną trzy nowe rozwiązania, które rozszerzą i pogłębią zaangażowanie Mastercard we wspieraniu fintechów, w tym nowej generacji banków cyfrowych.

Zarówno branży fintech, jak i markom o ugruntowanej pozycji, zależy na zwiększaniu obecności na międzynarodowym rynku płatności. Dlatego inicjatywa Accelerate 2.0 obejmuje nową usługę Mastercard Global Reach, która umożliwi przedsiębiorstwom rozszerzenie działalności w zakresie wydawania kart płatniczych na nowe regiony na całym świecie. Kolejną nowością jest rozwiązanie Mastercard Premium Products. Od teraz firmy z branży fintech będą mogły używać brandingu premium Mastercard (logotypu w kolorze srebrnym), jeśli tylko zapewnią użytkownikom swoich produktów odpowiednie usługi. Wreszcie, Mastercard uprościł i ustandaryzował wymogi produktowe tak, że są one takie same dla wszystkich typów kart – niezależnie od linii produktowej (karty przedpłacone, debetowe i kredytowe) czy segmentu klienta (indywidualny, biznesowy). Wymogi te obowiązują teraz we wszystkich 31 państwach należących do Europejskiego Obszaru Gospodarczego (EOG).

Spotkanie kreatywne Mastercard 1„Liczba transakcji z udziałem pięciu naszych największych klientów z branży fintech wzrosła w ciągu zaledwie roku ponad dziesięciokrotnie i osiągnęła w 2018 r. prawie 400 mln. Nasza oferta inicjatyw i narzędzi, takich jak Accelerate 2.0, zapewnia profesjonalne środki, nieustanny rozwój i przekonujące rezultaty. Dzięki niej możemy bez trudu oferować wszystkim firmom z branży fintech, w tym również gigantom cyfrowym, indywidualne, niestandardowe rozwiązania od produktu, aż po realizację” – mówi Jason Lane, wiceprezes firmy Mastercard ds. rozwoju rynku europejskiego.

Wspólne ambicje i entuzjastyczne podejście do innowacji, efektywności i wzrostu oraz kwestionowanie zastanego porządku sprawiają, że globalne zaangażowanie i inwestycje Mastercard w różne programy i we współpracę z klientami z branży fintech przyniosły przedsiębiorstwom w Europie korzyści przekraczające w ostatnich 18 miesiącach 90 mln USD.

„Współpracujemy z Mastercard od ponad trzech lat. Nieprzerwanie powiększamy naszą bazę klientów i musimy mieć pewność, że nasi partnerzy są elastyczni i potrafią dostosowywać się do potrzeb dynamicznego przedsiębiorstwa cyfrowego. Mastercard spełnia nasze oczekiwania w tym zakresie. Wierzymy w potencjał partnerskiej współpracy, udowadniając to przez nieustanny rozwój, dostosowywanie się i tworzenie innowacji z myślą o osiągnięciu naszych celów biznesowych” – mówi Anne Boden, dyrektor generalny firmy Starling.

Inicjatywa Accelerate 2.0 i oferowane w jej ramach nowości, olbrzymi sukces programu Start Path i rozwój usług na platformach Engage i API Developer Zone z myślą o zaspokojeniu potrzeb innowacyjnych, zaawansowanych technologicznie firm sprawiają, że Mastercard dysponuje teraz pełną gamą inicjatyw, które mogą wspierać nowatorskie przedsiębiorstwa z branży usług finansowych od startupu po ekspansję globalną.

Pakiet usług Mastercard stworzony w celu wspierania firm z branży fintech:

  • Start Path Global — dla startupów, które chcą współpracować z Mastercard i jego klientami

Nagradzany, globalny program dla startupów, łączący zaawansowane startupy technologiczne z przedsiębiorstwami, produktami i globalnymi klientami Mastercard. Zespół programu Start Path co roku ocenia ok. 2000 startupów. Dotychczas współpracę nawiązano z ponad 200 firmami, w które zainwestowano łącznie 1,4 mld USD (5,33 mld PLN).

  • Accelerate — dla firm z branży fintech – aktualnych lub przyszłych klientów Mastercard

Inicjatywa ta umożliwia klientom z branży fintech szybkie wprowadzanie nowych produktów na rynek i globalną ekspansję w ramach szybkiego, prostego i bezproblemowego procesu.

  • Engage — dla firm z branży fintech, które chcą szybciej rozwijać swoją współpracę z klientami Mastercard

Program ten pomaga klientom Mastercard, w tym bankom i detalistom, w znalezieniu najlepszego, wykwalifikowanego partnera technologicznego do wdrożenia i/lub obsługi ich nowych usług, co pozwala im skrócić czas wprowadzania nowych produktów na rynek i zwiększa jakość implementacji. W ramach programu Engage zarejestrowano już 150 zaufanych partnerów z branży fintech.

  • API Developer Zonedla programistów, którzy chcą mieć dostęp do dużej gamy produktów i usług Mastercard i jego partnerów

Mastercard jako jedna z pierwszych firm świadczących usługi finansowe udostępniła w 2011 r. swoje interfejsy API. Oferowana przez nią platforma API Developer Zone to pojedynczy punkt dostępu pozwalający partnerom bez trudu uzyskiwać dostęp do zróżnicowanych interfejsów API z kategorii płatności, danych, budowania lojalności i bezpieczeństwa.

  • Usługi Mastercard Processor Transaction Services — dla firm z branży fintech, które potrzebują narzędzi płatniczych w skali globalnej

Mastercard wspiera już czołowe firmy z branży fintech, takie jak N26. W 2018 r. w samej tylko Europie firma nawiązała współpracę z kolejnymi sześcioma firmami z tego sektora. Trwają też liczne rozmowy z innymi przedsiębiorstwami, które chcą korzystać z tej technologii.

Wolfgang Bremm nowym prezesem Mercedes-Benz Polska

1 lipca br. Wolfgang Karl Bremm zostanie nowym prezesem Mercedes-Benz Polska oraz dyrektorem zarządzającym dywizją samochodów osobowych w klastrze Europa Centralna (Polska, Czechy, Austria).  Obecny prezes spółki, Marc Boderke, po trzech pełnych sukcesów latach wraca do centrali w Stuttgarcie, gdzie obejmie stanowisko szefa ds. zarządzania strategicznego produktem Mercedes-Benz Cars.

Wolfgang Bremm - prezes Mercedes-Benz Polska
Wolfgang Bremm – prezes Mercedes-Benz Polska

Wolfgang Karl Bremm jest z wykształcenia inżynierem-mechanikiem; ukończył politechnikę Rheinisch-Westfälische Technische Hochschule (RWTH) w Akwizgranie, a kwalifikacje managerskie doskonalił na uniwersytetach w Finlandii i Francji (dyplom MBA). Pierwsze doświadczenie zawodowe w projekcie dot. pojazdów elektrycznych zdobywał w Renault (Francja/Paryż). W 1997 roku dołączył do koncernu Daimler AG, przeszedł przez wiele szczebli i stanowisk, m.in. w dziale pojazdów ciężarowych, obsługi posprzedażnej i zarządzania produktem (portfel produktowy Klasy C, E-Coupe / Cabrio). W latach 2013-2016 był prezesem zarządu Mercedes-Benz w Luksemburgu. Zarządzając 600-osobowym zespołem w ciągu 3 lat podwoił rentowność spólki. W 2016 roku objął stanowisko dyrektora ds. strategicznego zarządzania produktami, usług wspólnych i badań rynku. W tej funkcji był odpowiedzialny za koncepcję i wprowadzenie najnowszego systemu informacyjno-rozrywkowego MBUX.

Wczesne wykrywanie raka skóry dzięki sztucznej inteligencji FotoFinder

Technologia obrazowania medycznego ATBM skanuje ludzkie ciało i alarmuje w przypadku wykrycia nieprawidłowości. Wyniki takiego badania lekarz otrzymuje w ciągu kilku sekund, co znacznie redukuje potrzebę wykonywania bolesnych biopsji i może niekiedy uratować życie pacjenta. Takie właśnie możliwości oferuje nowy system bodystudio ATBM master zaprezentowany przez firmę FotoFinder Systems.

FotoFinder_ATB-master_Launch_WCD-2019Nowe rozwiązanie wspiera wczesną diagnozę raka skóry, wykorzystując technologię automatycznego mapowania całego ciała (ATBM) oraz nową metodę Total Body Dermoscopy. Dzięki niej cała powierzchnia skóry jest fotografowana za pomocą wysokiej rozdzielczości aparatu, wyposażonego w lampę błyskową z systemem bezodbiciowym. System umożliwia uzyskanie obrazów klinicznych, które przy pełnym powiększeniu, pozwalają dostrzec mikroskopijną strukturę zmian skórnych. Automatyczna funkcja Bodyscan skanuje zmiany pigmentacyjne i dostarcza informacje uporządkowane według potencjalnego stopnia zagrożenia. Dzięki temu lekarz może szybko przeanalizować tylko wybrane, najbardziej podejrzane plamy przy wykorzystaniu dermatoskopu. Pozwala to znacznie zaoszczędzić czas w procesie wykrywania wszelkich anomalii skórnych i może w skrajnych przypadkach przyczynić się do uratowania życia pacjenta. Takie hybrydowe badanie zmniejsza także stres związany z oczekiwaniem na diagnozę oraz redukuje potrzebę wykonywania często bolesnych biopsji.

Przyszłość diagnostyki raka skóry to innowacyjne, inteligentne oraz przede wszystkim oszczędzające czas rozwiązania – przyznaje członek zarządu FotoFinder, Kathrin Niemela.   Nowoczesne metody analizy są już w dużej mierze cyfrowe i wspierają lekarzy na wielu płaszczyznach. Wbrew przekonaniu, większość czerniaków nie rozwija się z istniejącego pieprzyka, ale pojawia się jako nowa plama (tzw. „de novo”) na pozornie zdrowej skórze. W większości przypadków choroba zaczyna się od optycznie słabo widocznej zmiany pigmentacyjnej, często o wielkości zaledwie 1 milimetra, które może jednak zawierać już tysiące komórek złośliwych. To właśnie te niezwykle małe zmiany są często pomijane w klasycznym badaniu dermatologicznym. Dzięki wykorzystaniu nowej, specjalistycznej technologii FotoFinder, kartografia całego ciała pozwala szybko zwizualizować wszelkie nowe zmiany skórne pacjenta.

Inną funkcją systemu jest oprogramowanie o nazwie Moleanalyzer pro, które wspiera lekarza w procesie oceny ryzyka analizowanych zmian skórnych, wykorzystując oparty na metodzie głębokiego uczenia algorytm sztucznej inteligencji. Jak wykazały badania kliniczne przeprowadzone przez Instytut Dermatologii Szpitala Uniwersyteckiego w Heidelbergu, wyniki diagnostyczne uzyskane dzięki zastosowaniu nowego systemu były dokładniejsze niż te, które prezentowali dermatolodzy, biorący udział w eksperymencie. I co ciekawe, rozwiązanie oparte o sztuczną inteligencję potrzebowało jedynie sekundy na wygenerowanie każdego wyniku badania.

Dla pacjentów zastosowanie automatycznego mapowania ciała w połączeniu ze sztuczną inteligencją oznacza o wiele większą skuteczność we wczesnym wykryciu raka skóry. W porównaniu z bardziej intuicyjnym podejściem lekarza, który w diagnozie uwzględnia również historię pacjenta lub jego predyspozycje genetyczne, algorytm jest bardziej obiektywny w swojej analizie – wyjaśnia Kathrin Niemela z FotoFinder. Im większa i bardziej unikatowa baza danych, tym system staje się bardziej skuteczny i szybszy. Należy jednak pamiętać, że sztuczna inteligencja nie zastąpi tej ludzkiej ani też doświadczenia w wykrywaniu raka skóry. W końcu to lekarz stawia diagnozę i decyduje o dalszym przebiegu leczenia. 

Oficjalna prezentacja nowego systemu odbędzie się podczas 24. Światowego Kongresu Dermatologii. Dodatkowe informacje na temat systemu obrazowania można znaleźć na stronie www.fotofinder.de

Sklep internetowy – najczęściej wykorzystywane platformy e-commerce w Polsce

PrestaShop jest najpopularniejszym silnikiem e-commerce w Polsce – wykorzystuje go 52 proc. właścicieli sklepów i programistów e-commerce. 39 proc. wskazań zanotował z kolei WooCommerce. W sumie, jak wynika z badań – oba te rozwiązania mają ponad 90 procent rynku! Dla właścicieli sklepów i developerów e-commerce w Polsce przede wszystkim liczy się wydajność i bezpieczeństwo działania ich sklepów. To najważniejsze wnioski z badania polskiego rynku e-commerce, które przeprowadziła firma hostingowa Linuxpl.com.

Grupa respondentów przebadana przez Linuxpl.com składała się z 287 osób, w tym właścicieli sklepów i programistów związanych z branżą e-commerce w Polsce. Badanie zostało zrealizowane w kwietniu br. w ramach prac, które Linuxpl.com prowadził nad stworzeniem nowej oferty hostingowej dla branży e-commerce. W wyniku tego projektu firma stworzyła rozwiązanie PrestaShop BoostTM, zapewniające szybsze działanie PrestaShop i poprawiające bezpieczeństwo sklepów opartych o ten silnik. Przy okazji udało się także ustalić wiele ciekawych faktów na temat polskiego rynku e-commerce.

Najpopularniejsze silniki e-commerce w Polsce

Oprócz PrestaShop i WooCommerce respondenci badania Linuxpl.com najczęściej wskazywali takie silniki, jak Magento oraz Shopper (po 8 proc. wskazań). Wśród odpowiedzi pojawiło się także kilka mniej popularnych rozwiązań, jak ShopGold czy OpenCart. Wskazania nie sumują się do 100 proc. ponieważ ponad połowa przeankietowanych osób ma więcej niż jeden sklep, z których część korzysta z różnych silników.PrestaShop i WooCommerce dominują w polskim e-commerce

Jak sklepy poprawiają wydajność działania?

Respondenci wśród najczęściej stosowanych przez siebie mechanizmów służących poprawie wydajności działania ich sklepów wskazywali optymalizację obrazków (65 proc.) i stosowanie innych opcji, które są dostępne w ramach silnika sklepowego (55 proc.). Na dalszych pozycjach pojawiły się: dodatkowy cache obiektowy, np. memcached, redis (50 proc.), minifikacja HTML, JS i CSS (48 proc.) i kompresja GZIP (41 proc.). Najrzadziej stosowane są lazy loading (28 proc.) i CDN (13 proc.). Co ciekawe, 17 proc. respondentów przyznało, że nie zna lub w ogóle nie stosuje tego typu mechanizmów.PrestaShop i WooCommerce dominują w polskim e-commerce 2

Oczekiwania sklepów dot. wydajności i bezpieczeństwa wobec firm hostingowych

Więcej interesujących informacji Linuxpl.com uzyskał prezentując twierdzenia i prosząc o wskazanie, w jakim stopniu respondent się z nimi zgadza. Firma posługiwała się skalą Likerta, zakładającą pytanie w formie – „W jakim stopniu, od 1 do 5, zgadzasz się z poniższym twierdzeniem…”.

I tak, ze stwierdzeniem – „mój sklep jest dobrze zoptymalizowany pod kątem obciążenia i czasu ładowania” – większość pytanych zgodziła się w umiarkowanym stopniu. Niemal pełna zgoda (80 proc.) panowała z kolei ze stwierdzeniem, że „fajnie, jakby firma hostingowa wdrożyła dodatkowe mechanizmy optymalizacji/skrócenia czasu ładowania sklepu”.

Jeszcze więcej osób (90 proc.) uważa, że „ochrona sklepu przed atakami hakerskimi jest bardzo ważna”. Dodatkowo większość respondentów chciałaby, „żeby firma hostingowa zajęła się dodatkowym zabezpieczeniem sklepu” przez wykonywanie takich działań, jak regularny backup, dostęp do certyfikatu SSL, zapewnienie dostępu do dysków SSD i szybszych baz danych.

„Wydajność i bezpieczeństwo to obszary, na których w największym stopniu zależy przedstawicielom polskiej branży e-commerce, co nie może dziwić. Przedstawiciele branży doskonale znają statystyki, które mówią, że sklep, który ładuje się o 5-6 sekund dłużej może tracić nawet 66 proc. konwersji! Zapewnienie bezpieczeństwa klientów to również absolutna podstawa działania serwisów e-commerce” – mówi Artur Pajkert z Linuxpl.com.

Ostatnie pytanie w ankiecie Linuxpl.com dotyczyło czynników, które są najbardziej istotne przy wyborze pakietu hostingowego. Najważniejszy (90 proc. wskazań) okazał się krótki czas ładowania witryny. Drugim z kolei, z 82 proc. poparciem, okazały się automatyczne kopie zapasowe, a trzecim – wysokie kompetencje ludzi pracujących w pomocy technicznej (69 proc.). Na dalszych pozycjach znalazły się ustawienia w zakresie SEO/SEM (50 proc.), darmowy certyfikat SSL (49 proc.), dostęp do Memcached, Redis itp. (38 proc.), a także zaawansowane narzędzia developerskie, jak dostęp SSH czy Git/ SVN (33 proc.), obsługa http/2 (27 proc.) i program partnerski (9 proc.).

PrestaShop Boost – nowa oferta hostingowa i wtyczka na bazie badań

Linuxpl.com wykorzystał zrealizowane badania do stworzenia nowej oferty hostingowej, która jest dedykowana dla sklepów opartych o silnik PrestaShop. Najważniejszą jego cechą jest bardzo duża wydajność, pozwalająca na znacząco szybsze ładowanie serwisu. W testach typu GTMetrix czy PageSpeed Insights sklepy przyspieszyły 3-8 krotnie, a w testach obciążeniowych rozwiązanie okazało się nawet 17-krotnie lepsze od klasycznego hostingu. Aby to osiągnąć, firma opracowała autorską wtyczkę do PrestaShop o nazwie PrestaShop BoostTM, która zapewnia automatyczną optymalizację sklepu.PrestaShop i WooCommerce dominują w polskim e-commerce 3

Pavel Vopařil nowym dyrektorem generalnym Bonami

Pavel Vopařil objął stanowisko CEO w sklepie internetowym Bonami, oferującym milionom użytkowników oryginalne meble, dodatki i akcesoria do wyposażenia wnętrz. Na stanowisku zastąpił on Davida Šiškę, który podczas wieloletniego pełnienia funkcji dyrektora generalnego potroił przychody firmy i sprawił, że poza Czechami Bonami pojawiło się w czterech innych krajach – w tym w Polsce.

Pavel Vopařil - CEO w sklepie internetowym Bonami
Pavel Vopařil – CEO w sklepie internetowym Bonami

Pavel Vopařil pracował w zarządzie wydawnictwa Economia i portalu Centrum.cz, a także firmy konsultingowej McKinsey. Do Bonami przechodzi z pozycji partner venture w grupie inwestycyjnej Miton, która jest właścicielem sklepu internetowego Bonami. Vopařil dołączył do grupy inwestycyjnej w zeszłym roku po tym, kiedy przeprowadził dla Mitonu sprzedaż firmy Slevomat, która – osiągając wartość niemal 60 milionów EUR – była jedną z największych akwizycji na czeskim rynku internetowym.

Bonami to miejsce, które inspiruje użytkowników. Dlatego przygotowujemy szereg zmian w naszym asortymencie, chcemy poprawić doświadczenia zakupowe klientów oraz jeszcze lepiej dostosować Bonami do poszczególnych rynków, na których działamy. – mówi nowy dyrektor generalny Pavel Vopařil i dodaje: – W ​​rzeczywistości współpracowaliśmy z Davidem Šišką przez ponad rok przy kierowaniu działalnością Bonami. Stąd otrzymałem bardzo dobre przygotowanie do objęcia nowej funkcji oraz poznałem wszystkie osoby tworzące firmę. Dzięki temu zmiana na stanowisku dyrektora generalnego, zarówno dla mnie, jak i dla pracowników, nie będzie w żaden sposób szokująca.

David Šiška
David Šiška

Odchodzący z posady CEO David Šiška pracował w Bonami prawie od jego założenia, z czego trzy lata jako szef. Po przekazaniu firmy, Šiška wraz z grupą Miton będą szukać nowych możliwości zarówno w obecnym portfolio, jak i przy realizacji nowych inwestycji. Część swojego czasu będzie nadal poświęcał Bonami jako Przewodniczący Rady Dyrektorów i Akcjonariuszy.

IDM apeluje do KNF o kalibrację interwencji krajowej na rynku CFD z uwzględnieniem statusu klienta doświadczonego

W strategii dla rynku kapitałowego SRRK opublikowanej przez Ministerstwo Finansów wyzwania związane z nadmiernymi regulacjami to jedno z kluczowych wyzwań wymagających pilnej zmiany. W odniesieniu do powyższego, przyjęcie obecnych rozwiązań interwencji produktowej ESMA, bez uwzględnienia rekomendacji branży, wpisuje się w szeroko podnoszony problem goldplatingu. W związku z tym kalibracja interwencji krajowej jest podstawą dalszego rozwoju rynku i bezpieczeństwa krajowych klientów detalicznych.

Od grudnia 2018 roku Izba Domów Maklerskich wraz z Departamentem Firm Inwestycyjnych Komisji Nadzoru Finansowego prowadzą prace związane z kalibracją interwencji krajowej. W trakcie wspólnych konsultacji udało się wypracować kilka ważnych kluczowych dla dalszego rozwoju rynku rozwiązań, takich jak np. stworzenie podkategorii klienta doświadczonego. W założeniach analizowanych przez Izbę i KNF, do grupy klientów doświadczonych mogliby zostać zakwalifikowani Ci klienci detaliczni, którzy wykażą się odpowiednim doświadczeniem inwestycyjnym, zrealizowanym obrotem oraz wiedzą. W tym kontekście trzeba podkreślić istnienie takich precedensów: w innych krajach rynku unijnego, np. na Cyprze, analogiczna grupa klientów może zostać uznana za klientów profesjonalnych, natomiast polskie przepisy prawne uniemożliwiają ich reklasyfikację.
W związku ze stanowiskiem KNF, uzyskanie w Polsce statusu klienta profesjonalnego jest trudniejsze niż w innych krajach UE, m.in. z powodu traktowania wartości depozytu zabezpieczającego jako wartości transakcji. Tu także polskie rozwiązania są bardziej restrykcyjne niż w innych krajach, co działa ze szkodą dla krajowego rynku.

Izba Domów Maklerskich zwracała również uwagę, że interwencja ESMA już przyczynia się do ucieczki klientów do firm inwestycyjnych spoza Unii Europejskiej, gdzie ich ochrona jest znacznie mniejsza. Izba Domów Maklerskich (IDM), zwracała uwagę wielokrotnie w pismach do MF i KNF, że na polskim rynku pojawiły się już pierwsze zagraniczne podmioty maklerskie spoza Unii Europejskiej oferujące krajowym klientom detalicznym konkurencyjne warunki transakcyjne na rynku forex. Podmioty te nie stosują się do regulacji unijnych, w tym interwencji ESMA, i ich działania są prawdopodobnie niezgodne z krajowym prawem. Podmioty te poprzez wzmożone internetowe kampanie reklamowe, będą oferować europejskim klientom detalicznym konkurencyjne warunki transakcyjne na rynku OTC, zachęcając do skorzystania z ich oferty usług i przeniesienia tam swojego rachunku.

Według badań Izby przeprowadzonych wraz ze środowiskami inwestorów, połowa aktywnych i doświadczonych traderów, po wprowadzeniu interwencji produktowej ESMA, zdecydowała o przeniesieniu swojego rachunku maklerskiego do kraju spoza UE. Z krajowego rynku uciekli najbardziej aktywni klienci – inwestorzy świadomi i doświadczeni, którzy nie byli w stanie skalibrować swoich strategii do wymogów narzuconych przez ESMA. To właśnie szczególnie na tej grupie klientów zależy polskim firmom inwestycyjnym i to dla nich chcielibyśmy stworzyć kategorię klienta doświadczonego.

Negatywne konsekwencje interwencji produktowej już są w Polsce odczuwane również poprzez znaczący spadek obrotów krajowych firm inwestycyjnych. Członkowie IDM raportowali do UKNF, że obroty na instrumentach CFD spadły średnio o 50% w pierwszych miesiącach obowiązywania interwencji. Bieżące wyniki niektórych domów maklerskich notowanych na GPW wskazują na bardzo istotny spadek dochodów, co jest konsekwencją obowiązujących przepisów

IDM zwraca uwagę Urzędu, że przygotowywana obecnie interwencja krajowa będzie miała przełomowe znaczenie dla przyszłości rynku CFD w Polsce i konkurencyjności krajowych domów maklerskich. Ostatnie miesiące na rynku, po wprowadzeniu interwencji ESMA, pokazały w wielu aspektach brak skuteczności działania interwencji. Co więcej, interwencja ujawniła, zgodnie z wcześniejszymi obawami, ryzyka arbitrażu regulacyjnego, odpływu klientów do podmiotów działających poza UE i osłabiła krajowe firmy maklerskie, które nie mogą konkurować ofertą z zagranicznymi firmami. Dalsze ograniczenie konkurencyjności krajowej branży naraża krajowych klientów na większe ryzyka inwestycyjne związane z korzystaniem z oferty podmiotów spoza nadzoru KNF. Izba stoi na stanowisku, że celem interwencji krajowej KNF powinna być skuteczna ochrona klienta detalicznego, przy zapewnieniu przepisów umożliwiających konkurencyjną działalność krajowych firm inwestycyjnych w Polsce i na terenie UE.

Mamy nadzieję, że uwzględniając dotychczasowe prace oraz wypracowane rozwiązania, Urząd podejmie dalsze pilne rozmowy z krajową branżą domów maklerskich w celu kalibracji interwencji produktowej. Biorąc pod uwagę fakt, że rynek cypryjski jest największym konkurentem rynku polskiego, rozwiązania interwencji krajowej powinny być konkurencyjne do tych zaproponowanych przez cypryjskiego regulatora. Dlatego postulujemy o wstrzymanie ogłoszenia decyzji dotyczącej interwencji krajowej do czasu przedstawienia propozycji przez CySEC. – Piotr Sobków, Członek Zarządu Izby Domów Maklerskich.

Mając to na względzie, prosimy o pilne spotkanie (przed 11 czerwca 2019 roku) z Panem Przewodniczącym celem przedstawienia szczegółowych argumentów. Wyrażamy wolę pełnej współpracy z Państwem, w interesie klientów detalicznych i całego rynku finansowego w Polsce.

PISMO IDM do KNF z 14 grudnia 2018 r. – szczegółowe uwagi i propozycje

 

Dotyczy:

 

Uwagi do decyzji ESMA ws. interwencji produktowej.

 

  1. Ochrona początkowego depozytu zabezpieczającego – ograniczenie poziomu dźwigni finansowej

IDM stoi na stanowisku, że wprowadzone przez ESMA ograniczenie dźwigni finansowej nie adresuje realnych wyzwań rynku oraz potrzeb inwestorów indywidualnych, a tym samym nie prowadzi do zwiększenia bezpieczeństwa inwestycyjnego i ochrony klientów detalicznych. Wobec tego interwencja nie spełniła swojego celu, jakim była poprawa bezpieczeństwa klientów na rynku CFD.

Przedłużając interwencję produktową, ESMA nie wskazała w jakim stopniu jej działania wpłynęły na wyniki klientów. Nie są dostępne dane, które wskazywałyby, że wprowadzenie limitów dźwigni finansowej skutkuje mniejszymi stratami inwestorów. Według danych raportowanych zgodnie z wytycznymi KNF, zmienność wyników osiąganych przez inwestorów z kwartału na kwartał w większości kategorii mieści się w dotychczasowych przedziałach, zatem należy przyjąć że to warunki rynkowe, a nie regulacje, są głównym czynnikiem kształtującym te wartości. Poddaje to pod wątpliwość skuteczność interwencji ESMA, której celem była poprawa bezpieczeństwa klientów na rynku CFD. Dodatkowo, członkowie IDM raportują, że w wyniku wprowadzonych limitów maksymalnej dźwigni, ich obroty spadły blisko o 50%. Restrykcyjne regulacje doprowadziły do tego, że część obrotów klientów może być realizowana przez brokerów, którzy nie podlegają ograniczeniom ESMA i oferują lepsze warunki transakcyjne. W dłuższym terminie prowadzi to do pogorszenia pozycji konkurencyjnej tych brokerów, którzy podlegają interwencji ESMA, w tym m.in. polskich domów maklerskich.

W ocenie IDM wprowadzenie tak restrykcyjnych limitów dźwigni mogło doprowadzić do arbitrażu regulacyjnego i odpływu grupy najbardziej aktywnych klientów poza granice Unii Europejskiej. Dodatkowo wzmożona aktywność marketingowa brokerów spoza UE także wpłynęła na decyzję klientów o zmianie jurysdykcji prawnej. W mediach społecznościowych (forum Trading Jam Session – największa w Polsce organizacja branżowa zrzeszająca aktywnych traderów), jednym z najważniejszych wątków dyskusji jest znalezienie brokera spoza Unii. Zdaniem IDM migracja klientów z Polski do krajów spoza UE, może doprowadzić do problemów związanych z brakiem należytej ochrony inwestorów oraz znacznie uszczuplić wpływy z podatków państw UE.

Wprowadzone interwencją ESMA ograniczenie dźwigni finansowej nie uwzględnia wahań parametru zmienności rynkowej aktywów bazowych, który odgrywa kluczową rolę w końcowych wynikach klientów. ESMA, ze względu na zmienność instrumentów finansowych, dokonywała zmian w kategoriach instrumentów bazowych, podporządkowanych danej dźwigni. Dokonano m. in. reklasyfikacji kontraktów CFD na EuroSTOXX50 i CFD na NASDAQ-100 do klasy aktywów głównych indeksów. W opinii członków IDM wartość maksymalnego lewara powinna być zbliżona do wartości lewara dostępnego dla analogicznych instrumentów na rynkach regulowanych oraz powiązana ze zmiennością rynkową danego instrumentu bazowego.

Istotną kwestią w dyskusji o wysokości dźwigni finansowej jest również arbitraż międzyrynkowy, który wynika z różnych stawek depozytów zabezpieczających na takie same instrumenty bazowe notowane na różnych rynkach (rynki giełdowe vs. rynek OTC). W większości przypadków wysokość dopuszczalnej maksymalnej dźwigni finansowej jest wyższa na rynkach regulowanych, nie objętych interwencją produktową ESMA. Przy uwzględnieniu takiej samej specyfikacji kontraktu CFD i kontraktu futures mamy sytuację, gdzie wymagania depozytowe dla instrumentów CFD są kilkadziesiąt razy wyższe niż dla identycznych kontraktów futures, przy czym oba rodzaje instrumentów są dostępne dla klienta detalicznego. Największa rozbieżność występuje na kontraktach CFD, gdzie bazowym instrumentem są pary walutowe i obligacje. Na przykład, na giełdzie CME wymagania depozytowe dla kontraktu futures opartego o kwotowania kursu EUR/PLN wynoszą 1,55%, podczas gdy depozyt wymagany na rynku CFD wynosi 5%. Dla głównej pary walutowej giełda CME wymaga depozytu niższego o połowę w porównaniu z wymogami ESMA, co oznacza możliwość handlu z dźwignią ponad 60:1 wobec 33:1, obowiązującego dla kontraktu CFD. Średnia, dostępna dźwignia na rynku giełdowym dla tej klasy instrumentów (pary walutowe) wynosi 47:1 i jest prawie dwukrotnie wyższa niż obowiązująca na rynku instrumentów CFD. Innym przykładem może być kontrakt CFD na 2 letnie obligacje Niemiec, którego zawarcie wymaga blisko 100-krotnie wyższego depozytu w porównaniu z rynkiem futures. Decyzją ESMA, depozyt początkowy wymagany przy otwarciu kontraktu CFD na obligacje wynosi 20%, podczas gdy średnia na rynku giełdowym to zaledwie 1%.

Wprowadzone przez ESMA procentowe wartości depozytu zabezpieczającego na niektóre kontrakty CFD są niewspółmiernie wysokie w porównaniu do tych samych instrumentów – kontraktów futures notowanych na giełdach. IDM postuluje o przybliżenie stawek wartości depozytów zabezpieczających dla kontraktów CFD do poziomu stawek depozytowych obowiązujących na rynku regulowanym. W opinii IDM należałoby wprowadzić następujące zmiany w poszczególnych kategoriach instrumentów bazowych:

W interesie klienta i całego rynku, IDM skłania się również ku rozwiązaniom, które łączą wysokość dźwigni z doświadczeniem klienta. Tego rodzaju rozwiązanie chroni niedoświadczonych inwestorów, jednocześnie dając doświadczonym uczestnikom rynku możliwość efektywnego zarządzania inwestycjami. IDM postuluje o zdefiniowanie pojęcia Klienta Doświadczonego. Klient ten byłby objęty analogiczną ochroną do klientów detalicznych, a jednocześnie miałby możliwość składnia dwukrotnie niższych depozytów zabezpieczających w porównaniu z obowiązującymi obecnie – wprowadzonymi na mocy interwencji produktowej ESMA.

 

IDM za Klienta Doświadczonego proponuje uznać klienta, który łącznie spełnia warunki:

  • posiada rachunek otwarty dłużej niż 1 rok (12 miesięcy kalendarzowych),
  • wykonał dotychczas minimum 40 transakcji (liczba transakcji wynika z przepisów stosowanych przez ESMA).

Ponadto IDM zwraca uwagę, że klienci zazwyczaj nie stosują maksymalnej dźwigni, ale chcą mieć do niej prawo, ponieważ dzięki temu nie muszą utrzymywać wysokiego stanu środków pieniężnych na rachunku maklerskim. Zmiany wysokości dźwigni mają zasadnicze znaczenie dla inwestorów, jak również dla branży biur maklerskich. Pogarszające się wyniki ich działalności powinny być argumentem do tworzenia konkurencyjnych warunków, umożliwiających rywalizację o klientów na wspólnym rynku europejskim i poza nim w oparciu o stabilne zasady prawne. Analizy wskazują, że restrykcyjne regulacje rynku CFD i obniżanie maksymalnej dźwigni prowadzą do ograniczenia konkurencyjności branży.

  1. Automatyczne zamknięcie wskutek spadku wartości depozytu zabezpieczającego poniżej określonego poziomu

Izba akceptuje wprowadzoną zasadę zamknięcia dla całego rachunku (per account), po osiągnięciu poziomu 50%, całkowitej wartości środków stanowiących depozyt zabezpieczający. Zwracamy uwagę, że już na etapie konsultacji propozycji ESMA, poparliśmy tę zasadę, a niektórzy członkowie IDM wprowadzili ją dobrowolnie jeszcze przez okresem obwiązywania interwencji.

IDM sprzeciwia się wprowadzeniu mechanizmu zamknięcia pozycji dla każdej pozycji na rachunku z osobna (per position).

Zasada per account jest akceptowalna, o ile dotyczy całego rachunku, czyli zapewnia zamykanie jednej lub większej liczby transakcji CFD po to, aby wartość rachunku nie spadła poniżej 50% wartości początkowego depozytu znajdującego się na rachunku klienta. Wartość depozytu do tych celów oznacza środki na rachunku wraz z niezrealizowanymi zyskami netto z otwartych pozycji CFD znajdującymi się na rachunku. Platformy transakcyjne wykorzystywane przez firmy inwestycyjne nie posiadają mechanizmów umożliwiających inną egzekucję mechanizmu zamknięcia. Podczas konsultacji, Izba zwracała uwagę, że wprowadzenie mechanizmu per position wymuszałoby na inwestorach konieczność zawierania transakcji z maksymalną dopuszczalną dźwignią finansową, uniemożliwiając zarządzanie poziomem jej wykorzystania. Dodatkowo, zamykanie pozycji dla każdej pozycji rachunku osobno, uniemożliwiałoby stosowanie niektórych strategii transakcyjnych i wymagałaby od inwestorów ciągłego monitorowania pozycji, ponieważ nie mogliby oni już polegać na niektórych stosowanych przez nich zabezpieczeniach.

  1. Ochrona przed ujemnym saldem

Izba postrzega postulat ochrony przed ujemnym saldem jako ważny element bezpieczeństwa klienta. Platformy transakcyjne wykorzystywane przez firmy inwestycyjne działające na rynku instrumentów CFD posiadają sprawne mechanizmy, które ograniczają ryzyko ujemnego salda. W zdecydowanej większości przypadków mechanizmy te spełniają swoją rolę.

Wątpliwości wzbudza zasada ochrony przed ujemnym saldem w przypadku klientów posiadających kilka rachunków maklerskich w tej samej firmie inwestycyjnej. W celu uporządkowania zasady działania tego mechanizmu ochrony, należałoby odnosić go nie do pojedynczego rachunku maklerskiego a do klienta. Takie podejście mogłoby zapobiec sytuacjom, w których jeden klient, posiadając kilka rachunków, będzie zawierał na nich pozycje przeciwstawne z maksymalnym lewarem.

  1. Ostrzeżenia o ryzyku

Wystandaryzowany komunikat ostrzegający o ryzyku, zdaniem Izby, przyczynia się do poprawy świadomości inwestycyjnej klientów detalicznych, zwiększając równocześnie poziom transparentności i zaufania do europejskich firm inwestycyjnych. Takie działania zwiększą ochronę klienta detalicznego. Precyzyjny komunikat jest wizytówką wyróżniającą jakościowo europejskie firmy inwestycyjne, działające w oparciu o wyższe standardy ochrony klientów od firm z innych obszarów regulacyjnych, gdzie ochrona klientów jest niższa niż w UE.

Zdaniem niektórych członków Izby, ostrzeżenie o ryzyku powinno być stosowane również wobec innych instrumentów, których charakterystyka inwestycyjna jest podobna do CFD i są one dostępne dla klientów detalicznych, m.in. kontrakty dostępne na giełdach.

Zaznaczamy jednocześnie, że firmy inwestycyjne postulują o wprowadzenie skróconego komunikatu ostrzeżenia o ryzyku do zastosowania w marketingu internetowym.

  1. Zakaz oferowania korzyści pieniężnych i niepieniężnych

Izba stoi na stanowisku, że firmy inwestycyjne powinny unikać wprowadzania świadczeń zachęcających klientów lub potencjalnych klientów do zwiększonego zaangażowania środków lub do podejmowania dodatkowych, bardziej ryzykownych działań inwestycyjnych, jeżeli uzyskanie danego świadczenia staje się celem lub przesądzającym czynnikiem podjęcia wzmożonej działalności inwestycyjnej przez klienta, również w aspekcie wielkości zaangażowanych środków. Za tego rodzaju praktykę należałoby uznać oferowanie klientom lub potencjalnym klientom wszelkiego rodzaju atrakcyjnych, wartościowych, lecz trudno osiągalnych świadczeń pieniężnych lub niepieniężnych (tzw. bonusów) w zamian za osiągnięty w danym okresie zysk, często korelowany również z wysokością wpłat na rachunek pieniężny lub wolumenem zawartych transakcji.

Jednocześnie, w oczywisty sposób, należy przymować odmienną kwalifikację w sytuacji, gdy w następstwie przekroczenia określonych kryteriów ilościowych, firma inwestycyjna, w ramach ustalonej polityki, pobiera od klienta zmniejszone świadczenia pieniężne (opłaty, prowizje) za usługi lub przyznaje świadczenia niepieniężne ułatwiające działalność inwestycyjną (np. dostęp do serwisów informacyjnych lub opracowań analitycznych).

We wskazanej interwencji produktowej ESMA, należałoby podkreślić również zakaz przyznawania przez firmę inwestycyjną, klientom lub potencjalnym klientom, wirtualnych środków pieniężnych stanowiących depozyt. Oznacza to bowiem możliwość większego lewarowania w porównaniu z depozytem początkowym, wniesionym przez klienta. W konsekwencji, tego rodzaju zachowania mogą stanowić naruszenie regulacji dotyczących stosowania maksymalnego dopuszczalnego depozytu.

  1. Zakaz oferowania opcji binarnych

IDM akceptuje zakaz oferowania opcji binarnych klientom detalicznym nie posiadającym doświadczenia.

  1. Definicje instrumentów finansowych

Izba akceptuje definicje instrumentów finansowych zaproponowane przez ESMA.

Dodatkowo IDM, zwraca uwagę, że na polskim rynku pojawiają się zagraniczne podmioty maklerskie spoza Unii Europejskiej, oferujące krajowym klientom detalicznym konkurencyjne warunki transakcyjne na rynku forex. Podmioty te nie stosują się do regulacji unijnych, w tym interwencji ESMA i ich działania są prawdopodobnie niezgodne z krajowym prawem. IDM, pismami z dnia 14 czerwca, 31 lipca, 29 sierpnia, 20 września i 15 listopada br., informowała Ministerstwo Finansów i Komisję Nadzoru Finansowego, że rynek krajowy stał się atrakcyjny dla firm spoza UE, które nie zastosują się do przepisów interwencji produktowej ESMA. Podmioty te, poprzez wzmożone internetowe kampanie reklamowe oferują europejskim klientom detalicznym konkurencyjne warunki transakcyjne na rynku OTC, zachęcając do skorzystania z ich oferty usług i przeniesienia tam swojego rachunku.

Załączniki:

Załącznik nr 1

Instrument bazowy wg ESMA –                   pary walutowe Depozyt zabezp. ESMA Depozyt zabezp.  giełda CME Maksymalna dźwignia CFD Maksymalna dźwignia na giełdzie Różnica w proc. na niekorzyść CFD Postulat działań dot. CFD
EUR/PLN 5.00 1.55 20:1 65:1 323% Obniżenie  depozytu zabezp. ESMA o połowę  – uspójnienie z depozytami na giełdach
AUD/USD 5.00 1.76 20:1 57:1 284%
NZD/USD 5.00 2.06 20:1 49:1 243%
USD/PLN 5.00 2.43 20:1 41:1 206%
EUR/USD 3.33 1.63 30:1 61:1 204%
USD/JPY 3.33 1.63 30:1 61:1 204%
EUR/PLN 5.00 2.80 (GPW) 20:1 36:1 179%
EUR/JPY 3.33 1.87 30:1 53:1 178%
EUR/GBP 3.33 2.04 (EUREX) 30:1 49:1 163%
EUR/CHF 3.33 2.21 30:1 45:1 151%
USD/CHF 3.33 2.40 30:1 42:1 139%
Średni depozyt 2.0  
Dostępna średnia dźwignia 50:1

Załącznik nr 2

Instrument bazowy wg ESMA –                                indeks akcyjny Depozyt zabezp. ESMA Depozyt zabezp.  giełda CME Maksymalna dźwignia CFD Maksymalna dźwignia na giełdzie Różnica w proc. na niekorzyść CFD Postulat działań dot. CFD
Indeks MSCI Emerging Markets 10 5.37 10:1 19:1 186% Zrównanie stawek proc. depozytu zabezp. ESMA do  poziomu 5% -taki sam poziom jak w przypadku głównych indeksów. Depoz. CME nie różną się znacząco od wskazanego poz.
Indeks giełdy w Szwajcarii (SMI) 10 5.93 10:1 17:1 169%
Indeks giełdy Warszawskiej (WIG 20) 10 6.80 10:1 15:1 147%
Indeks giełdy w Amsterdamie (AEX) 10 6.84 10:1 15:1 146%
Indeks Hang Seng giełdy w Hong Kongu 10 7.98 10:1 13:1 125%
Indeks akcyjny (EUROSTOXX 600) 10 7.99 10:1 13:1 125%
Indeks Hang Seng China Enterprises giełdy w Hong Kongu 10 8.04 10:1 12:1 124%
Średni depozyt giełdowy 6.99  

 

 

Załącznik nr 3

Instrument bazowy wg ESMA – towary Depozyt zabezp. ESMA Depozyt zabezp.  giełda CME Maksymalna dźwignia CFD Maksymalna dźwignia na giełdzie Różnica w proc. na niekorzyść CFD Postulat działań dot. CFD
Kukurydza 10 4.21 10:1 24:1 238% Zrównanie stawek proc. depozytu zabezpieczającego do poziomu 5 proc. – poziom zbliżony do średnich depozytów giełdowych
Platyna 10 4.34 10:1 23:1 230%
Miedź notowana w Nowym Jorku 10 4.51 10:1 22:1 222%
Pallad 10 4.76 10:1 21:1 210%
Pszenica 10 4.81 10:1 21:1 208%
Srebro 10 4.97 10:1 20:1 201%
Olej napędowy 10 5.17 10:1 19:1 193%
Bawełna 10 6.63 10:1 15:1 151%
Kawa 10 7.06 10:1 14:1 142%
Ropa BRENT 10 7.67 10:1 13:1 130%
Cukier 10 7.69 10:1 13:1 130%
Ropa WTI 10 7.69 10:1 13:1 130%
Sok pomarańczowy 10 7.78 10:1 13:1 129%
Złoto 5 2.72 20:1 37:1 184%
Średni dep. giełdowy 5.71  

 

Załącznik nr 4

Instrument bazowy wg ESMA –                                obligacje Depozyt zabezp. ESMA Depozyt zabezp.  giełda CME Maksymalna dźwignia CFD Maksymalna dźwignia na giełdzie Różnica w proc. na niekorzyść CFD Postulat działań dot. CFD
Obligacje 2 -letnie Niemiec 20 0.22 5:1 455:1 9091% Istotne obniżenie stawek proc. depozytu zabezpieczającego do poziomu 1%
Obligacje 5 -letnie Niemiec 20 0.69 5:1 145:1 2899%
Obligacje 10 – letnie USA 20 0.87 5:1 114:1 2287%
Obligacje 10 -letnie Niemiec 20 1.30 5:1 77:1 1538%
Obligacje 10 – letnie Francji 20 1.43 5:1 70:1 1399%
Obligacje 10 – letnie UK 20 1.58 5:1 63:1 1266%
Średni depozyt giełdowy 1.02  

Banki utrzymają się z usług pozabankowych?

Oferta bankowa dla klientów detalicznych przechodzi nieustanną ewolucję. Instytucje finansowe prześcigają się w udostępnianiu usług, które coraz mniej mają wspólnego z tradycyjną bankowością. Trend ten jest już bardzo widoczny na świecie, z kolei ofensywa banków w Polsce pod tym względem jest mniej zauważalna. Firma doradcza Deloitte zidentyfikowała ponad 250 usług dodanych (tzw. VAS – value added services) oferowanych przez krajowe i zagraniczne banki. Jak wynika z przeprowadzonego badania, Polacy są najbardziej zainteresowani usługami takimi jak śledzenie przesyłek pocztowych i kurierskich oraz kupnem biletów na komunikację miejską oraz mobilnymi opłatami za parking.

Rozwój kanałów cyfrowych w bankowości od wielu lat opierał się na stopniowym przenoszeniu tradycyjnych usług i produktów (np. płatności, działalności depozytowej i kredytowej) z oddziałów do bankowości internetowej i mobilnej. Wraz z coraz większą dojrzałością kanałów zdalnych, trend ten zaczął przynosić coraz mniej wartości dla użytkowników. Banki rozpoczęły eksperymenty mające za zadanie znalezienie nowych obszarów do polepszenia doświadczenia klientów. Od kilku lat rozwijają nowe produkty i funkcjonalności finansowe, wynikające z rozwoju oferty i kanałów cyfrowych, a ostatnio też regulacji unijnych, jak dyrektywa PSD2.

Obecnie rynek idzie jeszcze dalej i mówimy o nowym rodzaju usług, które czasem z bankowością mają niewiele wspólnego. Są to tzw. VAS-y, czyli usługi dodane. Mogą to być na przykład usługi publiczne, takie jak przyjmowanie wniosków czy samo potwierdzenie tożsamości, ale też zakup biletów czy opłaty parkingowe – Grzegorz W. Cimochowski, Partner, Lider sektora usług finansowych w Deloitte.

Eksperci Deloitte wyodrębnili sześć kategorii takich usług: lojalność (programy lojalnościowe), oferty handlowe (platformy zakupowe, zniżki), doradztwo (podatki, cyberbezpieczeństwo), cyfrową administrację (interfejs do infrastruktury), ubezpieczenia (ochrona życia i mienia) oraz pozostałe usługi wspierające (np. concierge, wynajem samochodów).

Są kraje, takie jak państwa skandynawskie czy Singapur, gdzie VAS-y stały się już rynkowym standardem w bankowości. Banki oferują tam na przykład doradztwo w zakresie zakupu nieruchomości, rozwoju kariery zawodowej, pomocy w załatwianiu spraw urzędowych czy rezerwowaniu wakacji. Dostęp do usług cyfrowej administracji publicznej odbywa się za pośrednictwem autoryzacji bankowej. Przykładów nie brak również w regionie Europy Środkowej. Największy węgierski bank OTP, stworzył platformę Simple, która agreguje w jednej aplikacji ponad 40 VAS-ów. To rozwiązanie jest dostępne zarówno dla klientów OTP, jak i konkurencyjnych banków. O sukcesie takiego podejścia i wysokiego popytu na VAS-y świadczy fakt, że aplikacji używa ponad 700 tys. osób, niemal dwukrotnie więcej niż „tradycyjnej” aplikacji bankowości mobilnej banku OTP.

Z analizy Deloitte wynika, że banki w Polsce, póki co są na początku tej drogi. Oferowane przez nich VAS-y najczęściej zawierają ubezpieczenia, usługi urzędowe czy usługi concierge. Rzadziej są to programy rabatowe czy możliwość zakupu biletów komunikacji miejskiej nie wspominając o biletach do kina lub do teatru.

Banki mają szanse na budowę ekosystemów usług

Tymczasem Polacy już dziś masowo korzystają z usług cyfrowych i są bardzo otwarci na nowe innowacje. Jak wynika z badania Deloitte, więcej niż 80 proc. badanych skorzystało z co najmniej trzech usług cyfrowych w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Najczęściej było to śledzenie przesyłek (75 proc.), porównanie cen produktów (59 proc.) czy programy lojalnościowe (45 proc.). Na czwartym miejscu (37 proc.) znalazła się możliwość załatwienia spraw i wniosków urzędowych za pośrednictwem bankowości internetowej. Pierwszą piątkę zamyka korzystanie z wideo na życzenie (35 proc.).

– Bardzo podobnie wygląda lista najbardziej pożądanych przez klientów VAS-ów w kanałach bankowych. Największy potencjał utrzymania, ale też pozyskania nowych klientów dają usługi śledzenia przesyłek, możliwość kupna biletów komunikacji miejskiej, czy też do kina i teatru oraz rezerwacji wizyty u lekarza. Ponad 50 proc. badanych chciałoby je mieć w swoim banku – mówi Daniel Majewski, Starszy Menedżer w zespole Doradztwa Strategicznego dla sektora finansowego w Europie Środkowej i Wschodniej, Deloitte. – Zbadaliśmy również kto jest najbardziej otwarty na usługi cyfrowe. Są to klienci zamożni, tacy, którzy posiadają większą liczbę produktów bankowych i rachunek w kilku różnych instytucjach – dodaje ekspert.

Zdaniem Deloitte VAS-y to droga, którą polskie banki będą musiały podążyć, jeżeli będą chciały dalej rozwijać swoje kanały zgodnie z potrzebami klientów. Ponadto, instytucje bankowe są w dogodnej pozycji, aby rozwiązać największe problemy polskich użytkowników związane z usługami cyfrowymi. Aż 59 proc. badanych irytuje konieczność zakładania kolejnych kont w serwisach internetowych, by skorzystać z usług czy jakiejś oferty. Z kolei 56 proc. ankietowanych nie skorzystało z usługi cyfrowej co najmniej raz z obawy o prywatność swoich danych. Banki mają tę przewagę, że Polacy im ufają. 67 proc. jest zdania, że potrafią one lepiej zadbać o prywatność danych niż firmy technologiczne. – VAS-y są tym, co mogłoby pozwolić bankom się wyróżnić, tym bardziej, że blisko połowa naszych ankietowanych jest zdania, że w tej chwili usługi bankowości internetowej i mobilnej poszczególnych instytucji nie różnią się znacząco między sobą. Usługi dodatkowe mogłyby to zmienić – mówi Grzegorz Cimochowski.

Panika na USD przed nadchodzącym spotkaniem Fedu

W ostatnich dniach rynki finansowe zaczęły coraz odważniej wyceniać agresywny cykl zacieśniania polityki monetarnej przez Rezerwę Federalną w nadchodzących kwartałach.

Do zmiany oczekiwań przyczynił się: niepokój związany z narastaniem napięcia na tle handlu, a także rozczarowujące dane makroekonomiczne w samych Stanach Zjednoczonych oraz szereg niezobowiązujących wypowiedzi przewodniczącego FOMC Jerome’a Powella. Nie zaskakuje zatem to, że dolar amerykański ma za sobą najgorszy tydzień od wielu miesięcy. Dolar osłabił się o więcej niż 1% w relacji z niemalże wszystkimi walutami G10, z wyjątkiem jena japońskiego. Stosunkowo dobrze radziły sobie również waluty gospodarek wschodzących, aczkolwiek i tutaj pojawiła się czarna owca. Po stosunkowo rozczarowującym odczycie dynamiki PKB w RPA w pierwszym kwartale 2019 roku, rand południowoafrykański okazał się jedną z najgorzej radzących sobie walut na rynku.

Ryzyko nałożenia przez Stany Zjednoczone nowych opłat celnych na Meksyk wydaje się – przynajmniej na jakiś czas – zażegnane. W związku z tym rynki będą z uwagą przyglądać się wszystkim danym napływającym z USA w poszukiwaniu jakichkolwiek oznak słabości, które uzasadniałyby oczekiwania co do cięcia stóp procentowych. W kalendarzu ekonomicznym w nadchodzącym tygodniu dla USD najważniejszy będzie odczyt dynamiki cen, który poznamy już w środę, oraz dane dotyczące sprzedaży detalicznej, których publikacja jest zaplanowana na czwartek.

PLN

W minionym tygodniu w Polsce zabrakło istotnych wieści z frontu makroekonomicznego, jak i z zakresu polityki monetarnej. Złoty umacniał się zarówno w parze z euro, jak i z dolarem amerykańskim. Dzięki ostatniej „gołębiej” konferencji Europejskiego Banku Centralnego waluty Europy Środkowo-Wschodniej ogółem odnotowują dość wyraźną aprecjację. Oczekujemy ustabilizowania się takiego trendu – nie spodziewamy się gwałtownych zmian w przepływie kapitału w Polsce, przynajmniej nie do najbliższego piątku, na który zaplanowana jest publikacja wskaźnika cen CPI. Odczyt danych o inflacji będzie najważniejszym wydarzeniem w kalendarzu ekonomicznym Polski w nadchodzącym tygodniu i najpewniej narzuci on ton następnemu spotkaniu NBP.

GBP

W zeszłym tygodniu, z punktu widzenia makro, jedyną ważną zmianą w Wielkiej Brytanii było osłabienie sentymentu rynkowego do brytyjskiego sektora przemysłu, co pokrywa się z większością naszych analiz dla gospodarek rozwiniętych. Niemniej, sam funt brytyjski nie znajdował się w centrum uwagi rynku walutowego. W ostatnich dniach zmiany kursu szterlinga wydają się odwzorowywać kurs euro w relacji do dolara amerykańskiego. W najbliższy wtorek poznamy ważne dane dotyczące brytyjskiego rynku pracy. Niemniej, w obliczu braku istotnych zmian politycznych związanych z Brexitem, oczekujemy ustabilizowania się dotychczasowego trendu, zgodnie z którym funt brytyjski „kopiuje” zmiany euro w relacji do innych światowych walut.

EUR

W zeszłym tygodniu Europejski Bank Centralny ogłosił kilka niewielkich zmian do dotychczasowej polityki monetarnej, z których najważniejszą jest kolejna oferta środków dla banków strefy euro. W pozostałych kwestiach bank centralny zachował status quo i raczej nie zaskoczył rynków. Dane ekonomiczne nadal wysyłają mieszane sygnały – słaba produkcja przemysłowa w Niemczech wyraźnie kontrastowała z wysokim wskaźnikiem kreacji miejsc pracy w tym kraju. W najbliższym tygodniu w strefie euro zabraknie istotnych informacji z zakresu polityki monetarnej, stąd euro powinno reagować w dużej mierze na czynniki zewnętrzne, zwłaszcza na oczekiwania rynków finansowych w stosunku do polityki monetarnej Fedu.

USD

Słabe dane z miesięcznego raportu o amerykańskim rynku pracy z pewnością dodały skrzydeł „gołębim” członkom Rezerwy Federalnej. W maju wyraźnie spadł wskaźnik kreacji miejsc pracy – wyniósł on zaledwie 75 tysięcy. W wyniku odświeżenia odczytu dla poprzednich okresów wyraźnie zmalały też wskaźniki z dwóch poprzednich miesięcy – również o 75 tysięcy. Wynagrodzenia nadal rosną, niemniej ich tempo nie wykazuje trendu wzrostowego. O ile odradzamy przechodzenie do wniosków po zaledwie jednym słabym odczycie, o tyle rynki finansowe nie podzielają naszej ostrożności. Wraz z rosnącymi oczekiwaniami na cięcie stopy procentowej overnight rosły ceny amerykańskich obligacji, a dolar amerykański doznał wyraźnej wyprzedaży.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Kool2Play z nową strategią i debiutem na NewConnect w tle

Uragun, to pierwsza gra warszawskiego studio Kool2Play, która wyjdzie na platformy stacjonarne. Jej premiera zapowiadana jest jeszcze na ten rok. Produkcja rozbudowanych gier na PC oraz konsole to jeden z elementów nowej strategii. Zakłada ona m.in. wejście na NewConnect planowane na przełom 2019/2020.  Wprowadzanie nowej strategii wspierała będzie m.in. wchodząca w skład grupy kapitałowej agencja marketingowa KoolThings, specjalizująca się w promocji gier video na świecie

Znane dotychczas z produkcji casualowych gier na platformy mobilne Kool2Play, skupiać się będzie na tworzeniu gier na PC, Xbox, PlayStation i Nintendo Switch, przy czym każda z produkcji będzie cechowała się rozległą warstwą fabularną, nawiązującą do wyzwań stojących przed ludzkością w czasach błyskawicznego rozwoju technologii.

„Jesteśmy wielkimi fanami serialu Black Mirror oraz twórczości Philipa K. Dicka i Yuval Noah Harariego, więc nasze gry będą krążyły właśnie wokół tematów poruszanych w tym serialu i twórczości tych właśnie autorów. Fascynuje nas to jak postęp technologiczny wpływa na naturę człowieka, jak ją zmienia, jak uwypukla jej najciemniejsze ale i najjaśniejsze strony. Czy technologia jest w stanie pomóc ludziom stać się lepszymi istotami, a może zdominuje nas i sprowadzi do roli źródła zasilania jak w serii „Matrix”? Czym stanie się człowiek w obliczu zbliżającej się fali dataismu czy transhumanizmu? Czy AI jest dobre bądź złe tak jak ludzie, którzy je tworzą? To pytania, które nas fascynują i które chcemy zadać w naszych grach, a później odpowiedzieć na nie poprzez świetną zabawę” – mówi Marcin Marzęcki, prezes firmy.

Kool2Play zapowiada, że będzie się koncentrować na jakości, nie na liczbie gier oraz dbać o budowę i relacje ze społecznością skupioną wokół swoich tytułów.

Pierwsza gra będąca efektem nowej filozofii – Uragun, jest obecnie w produkcji, a jej wydanie planowane jest na koniec 2019 roku. Będzie to top-down shooter w którym gracz zasiadając za sterami potężnego mecha musi walczyć z maszynami kierowanymi przez sztuczną inteligencję, która początkowo miała pomagać w rozwiązywaniu problemów ludzkości, ale ostatecznie obróciła się przeciwko niej. „Uragun spotkał się ze świetnym przyjęciem na Digital Dragons. na Nasza gra w wielu warstwach – klimatu, wizualnej i taktycznej jest hołdem dla kultowego Syndicate. Podobnie jak Syndicate nie jest to bezmyślne naciskanie spustu przez całą rozgrywkę. To bardziej strzelanka z elementami taktyki i strategii. Gracz poczuje, że naprawdę walczy z AI a nie skryptami. Różne rodzaje botów stosują różną taktykę ataku, wykorzystując swoje największe zalety, dodatkowo modyfikując metody ataku do warunków otoczenia.” mówi Michał Marzęcki, Head of Studio.

„Mapy na których będzie rozgrywała się walka są wzorowane na rzeczywistych miastach. Będzie można stoczyć bitwy na ulicach Nowego Jorku, Londynu, Moskwy, Berlina czy Warszawy. Zobaczycie je w naszej wizji przyszłości – zdominowanej przez wyrwaną z pod ludzkiej kontroli technologię”, dodaje Michał Marzęcki.

Prezes Bloomga SA podsumowuje emisję crowdfundingową

Dawid Przygodzki – Bloomga
Dawid Przygodzki – Bloomga

Redakcja: Panie Prezesie, spółka właśnie zakończyła publiczną emisję akcji na platformie crowdfundingowej. Czy można mówić o sukcesie?

DP: Dzień dobry. Emisja doszła do skutku, a ponad 300 inwestorów zasili szeregi akcjonariuszy Bloomga SA po przydziale akcji. Setki osób zaufało naszej strategii, więc z tego punktu widzenia mówimy o dużym sukcesie. Udało się nam zbudować dobre relacje z potencjalnymi inwestorami, którzy jeszcze nie są naszymi akcjonariuszami z różnych powodów, ale są gotowi nimi zostać. Możliwe, że już niebawem. Strategia rozwoju Bloomgi jako dewelopera gier cross-platformowych, czyli mobilnych i przeglądarkowych, a w przyszłości jako wydawcy gier dla innych deweloperów, została dobrze przyjęta przez potencjalnych inwestorów. Udało się nam tego wszystkiego dokonać, gdy w trakcie trwania emisji akcji w Bloomga, Urząd KNF zasiał spory niepokój co do crowdfundingu w Polsce, wyrażając obawy co do zasad funkcjonowania tej metody pozyskiwania kapitału w obecnym stanie przygotowania platform crowdfundingowych do prowadzenia emisji. Wielu znaczących dla nas inwestorów z „głębokimi kieszeniami” i z gotowością do dofinansowania polskiego sektora gamedev zwyczajnie miało wątpliwości czy brać w tym stanie rzeczy udział w emisji akcji Bloomga SA przed planowanym debiutem giełdowym w ramach pre-IPO. Co jest dla nas dobrym sygnałem niemała grupa inwestorów namawia nas do zorganizowania emisji publicznej przy udziale Domu Maklerskiego, względnie do przygotowania emisji prywatnej bez udziału platform zbiórek społecznościowych, które mogą wg KNF działać niezgodnie ze stanowiskiem Urzędu. Dla przypomnienia zaczęliśmy emisję w oparciu o crowdfunding udziałowy w dniu 5 marca, a już 29 marca Komisja (KNF) ujawniła swoje negatywne stanowisko w zakresie definicji usługi oferowania instrumentów finansowych opisywanej w art. 72 ustawy o obrocie instrumentami finansowymi, czyli w zakresie zastrzeżeń odnośnie obejmowania akcji czy obligacji w ramach tzw. crowdfundingu udziałowego. Od marca komentarze dla tego modelu pozyskiwania środków nie cichną i są bardzo niejednoznaczne, a to nam z pewnością nie pomogło w uzbieraniu planowanej kwoty. Swoją opinią Komisja wprowadziła na polskim rynku crowdfundingu wiele niepokoju i można powiedzieć, że mieliśmy swoisty chrzest bojowy podczas publicznej emisji, a równolegle zaczęliśmy z wydawcami promować grę Islandoom w 80 krajach. Jako młoda spółka musieliśmy przekonać do siebie inwestorów i to się moim zdaniem udało, a z pewnością coraz skuteczniej pokazaliśmy, że Bloomga nie jest biznesem bez pomysłów na przyszłość w oparciu o gry mobilne. Podczas emisji z sukcesem pokazaliśmy drugą naszą grę Wild West Age na kilku kontynentach i pozyskaliśmy na tę produkcję wydawców już na początkowym etapie.

Redakcja: Czy można zatem rozumieć, że w Bloomga przeprowadzi jeszcze przed debiutem emisję akcji dla inwestorów?

DP: Tak. Przynajmniej dziś wszystko na to wskazuje. Chcę „dać jeszcze mocniejszego kopa” w zakresie obecności spółki na rynkach międzynarodowych. Zebraliśmy z emisji publicznej kilkaset tysięcy złotych, ponad poprzednie 1,76 miliona i dzięki temu, dziś nasza gra Islandoom jest grana już w 80 krajach. Dodam, że większość wersji językowych czeka na wprowadzenie, a mimo ewidentnego sukcesu, mam wrażenie, że nawet nie wybiliśmy się z progu. Potencjał w zakresie user acquisition jest dla naszych produkcji ogromy i przez brak odpowiednich środków nie jest wykorzystywany. Mamy uruchomione niespełna dwadzieścia z zaplanowanych dwustu kontraktów wydawniczych, a już widać, że nasza grupa wydawców promujących grę Islandoom w modelu revenue share na swoich portalach ma wyśmienite zasięgi. Wiem co się stanie jak pozyskamy od inwestorów większe środki i będziemy mieć dwie, a nie jedną gry, a do tego jak Isladnoom doczeka się aplikacji mobilnej. Zbliżamy się do przełomowego momentu w spółce. Do wykorzystania nowych środków jesteśmy dobrze przygotowani biznesowo i produktowo, więc należy inwestorom i spółce dać taką szansę. Efekty w Polsce przerosły nasze oczekiwania. Zakładaliśmy ostrożnie, że tylko 2% naszych graczy pozyskanych do gry Islandoom, z którą obecnie zdobywamy rynek światowy będzie dokonywało regularnie mikro płatności, a tym czasem w Polsce mocno pokonaliśmy już tę barierę. Musimy tego samego dokonać na Świecie, gdzie przychody na płacącego gracza są kilkukrotnie wyższe. Wówczas w spółce pojawią się wielomilionowe zyski. Nasz produkt jest dobrze oceniany przez graczy, retencja poprawia się systematycznie, a to jest przekaz dla naszego działu deweloperskiego, że wykonujemy dobrą robotę. Mamy w Bloomdze wspaniały zespół, który jest całym sercem zaangażowany w rozwój firmy. To wspaniałe uczucie. Nie znajduję więc powodów aby dobrze przygotowana emisja akcji naszej spółki miała się nie udać. Polskie spółki z sektora niebawem pokażą się w USA na E3. Przedstawicie Bloomgi wylecieli już do Stanów na poszukiwania inwestorów w USA oraz kolejnych wydawców na naszą nową produkcję – grę Wild West Age. Wierzę, że polska reprezentacja gamedev zostanie bardzo dobrze odebrana podczas spotkań na E3, co zwiększy pozytywny sentyment do sektora wśród inwestorów.

Redakcja: Panie Prezesie, wspominał Pan o planach budowy działu wydawniczego w ramach spółki dla innych deweloperów, kiedy Bloomga może rozpocząć realizację przychodów z drugiej nogi biznesowej?

DP: Merytorycznie jesteśmy na to gotowi, gdyż dobrze sobie radzimy na Świecie z pozyskiwaniem partnerów do współpracy, ale nadal jesteśmy w procesie rozbudowy bazy userów, aby mieć pewność, że to co zaproponujemy zewnętrznym deweloperom będzie usługą atrakcyjną i komplementarną. Sądzę, że z początkiem 2020 roku zaczniemy formalnie poszukiwać projektów do wydawania. W IVQ2019 lub IQ2020, nasza druga gra Wild West Age powinna być już dostępna dla graczy i będziemy mieli dostęp do szerokiego grona userów Casualowych. Obecnie pracujemy między innymi z portalami internetowymi nad tym aby budować wizerunek dla swoich produktów. Przygotowujemy kadrę do tego zadania. Niezbędna będzie również infrastruktura administracyjna aby temu zadaniu podołać, tak więc sukces możliwej emisji akcji tylko przyśpieszy powołanie działu wydawniczego. Jest to jednak cel na rok 2020.

Redakcja: Panie Prezesie, czy nie obawia się Pan, że sektor deweloperów gier ma już swoje najlepsze czasy na polskiej giełdzie za sobą?

DP: Absolutnie nie. Ale omówmy to od ogółu do szczegółu. Nadal na polskiej giełdzie jest znacznie więcej inwestorów jeszcze nie przekonanych do inwestowania w spółki produkujące gry, niż tych, którzy już zdają sobie sprawę z tego, że ta branża będzie się trwale rozwijać i przynosić coraz większe zyski. Może to wynikać z tego, że niemal każda firma produkująca gry wymaga nieco innego podejścia podczas jej analizy. Powodów jest więcej. Wg mnie na polskiej giełdzie przeważają zwolennicy sektorów nazywanych tradycyjnymi, tacy którzy wolą tzw. namacalne biznesy, które są dla inwestora zrozumiałe. Sądzę, że nie mają oni jeszcze świadomości jak bardzo zmieniają się czasy i tego, że spółki z sektora gamedev są nieodzownym elementem portfela każdego inwestora, który chce być tam gdzie są skalowalne i globalne projekty. Mało która branża ma takie szanse na globalny sukces i skalę działania jak właśnie deweloperzy gier. Cyfrowa dystrybucja zniosła wszelkie wyobrażalne bariery i pozwala realizować Cash Flow na linii spółka i jej klient bez pośredników, a do tego w czasie rzeczywistym. Unikamy zatorów płatności i bardzo wielu uciążliwości logistycznych. Choćby nie musimy ładować towarów na statki i czekać, aż towar dojedzie nieuszkodzony do centrum dystrybucji. Taki stan rzeczy pozwala mi myśleć, że inwestorów na spółki tworzące gry można jeszcze pozyskiwać z szerokiego spektrum inwestorów giełdowych, czy inwestujących w kryptowaluty, a nawet pośród tych, którzy skupiają się np. na nieruchomościach. Choćby ze względu na fakt że inwestorzy w miarę systematycznie zdywersyfikują swój portfel. Indeks WIG.GAMES od marca wzrósł z poziomu 12.400 punktów do blisko 15.700 punktów. Fakty są jednoznaczne. Do tego na dniach wchodzą w życie PPK. Z racji na konstrukcję PPK i długoterminowy horyzont, fundusze emerytalne nie ominą sektora gier. Beneficjantami będą na początku większe spółki, a później mniejsze. Oczywiste jest to, że mamy na rynku spółki które radzą sobie lepiej lub gorzej. Nie każde studio trafi w gusta wielu milionów graczy ze swoją grą, ale sektor rozrywki oparty o gry generuje już ponad 135 miliardów dolarów przychodu rocznie i nie da się obok tego przejść obojętnie. Szczególnie jak wnikniemy w skalę wzrostu wartości przychodów w ostatnich latach rok do roku. Brak u części inwestorów poczucia, że gra to również namacalne aktywo jeszcze pokutuje. Młode pokolenie dysponujące często mniejszym kapitałem inaczej do tego podchodzi. Rozmawiamy z inwestorami o takim podejściu i widzę, że cała masa ludzi sądzi, że inwestowanie w gry to zabawa spekulacyjna na chwilę, a tak nie jest. Pokazał to wyśmienicie największy polski producent gier swoją sagą, która sprzedaje się ponad dekadę i sprzedawać się będzie może kolejną dekadę. Dochodzą gadżety, Bloomga również skutecznie buduje społeczność wokół swojej produkcji. Nie będę zaskoczony, jak nasz plan wydawniczy, który prezentujemy na stronie https://bloomga.com/poznaj_nas będzie zrealizowany z nawiązką. Na szczęście wielu analityków zaczyna się specjalizować w naszym sektorze i robi dobrą robotę. Są też bardzo wnikliwi blogerzy, którzy opisują świat spółek produkujących gry. Rośnie popularność naszej branży, mimo że niewspółmiernie z jej faktycznym rozwojem. Dla tego potencjał branży jest nadal ogromny.

Redakcja: Czy w takim razie wg Pana obawy i porównania inwestorów całego sektora gier z przykładowo z bańką internetową 2000 roku są nie na miejscu?

DP: Uważam, że takie porównania są dalece nie na miejscu i w dodatku zupełnie nieuprawnione. Internet się przecież wydarzył – jeśli można tak powiedzieć. To, że dwie dekady temu wielu z tych którzy dopisywali tylko do nazwy „com” liczyli na zyski spekulacyjne jest faktem, ale finalnie na bazie dostępu do Internetu wyrosły całe gałęzie przemysłu, w tym sektor gier. Nasze produkty są tak samo prawdziwe jak inne, te fizycznie namacalne. Gracze co więcej płacą za nie prawdziwymi pieniędzmi.

Dziękuję za rozmowę. Również dziękuję.

Według danych z NFZ-u przybywa osób, które korzystają ze świadczeń bez uprawnień

Według danych z centrali Narodowego Funduszu Zdrowia, w ciągu ostatniego roku zwiększył się dług Polaków nieuprawionych do korzystania ze świadczeń zdrowotnych o około 15 mln złotych. Ponadto aż blisko dwukrotnie przybyło decyzji wydawanych w sprawach tego typu pacjentów przez dyrektorów Oddziałów Wojewódzkich NFZ. Na koniec ub. roku najwięcej środków do odzyskania było w Łódzkim, Śląskim i Mazowieckim OW. Najmniej w Podlaskim, Opolskim i Lubelskim. Jednak zdaniem ekspertów, skala wyłudzeń będzie coraz mniejsza. Przyczynia się do tego m.in. informatyzacja systemu, a także malejąca skala bezrobocia. Wkrótce też każdy lekarz będzie wystawiał e-receptę, co ułatwi lepszą weryfikację pacjentów. Z drugiej strony, specjaliści zaznaczają, że są potrzebne szersze działania edukacyjne, zwłaszcza wśród młodych osób.

Od stycznia 2013 do końca 2018 roku zaległości osób, które skorzystały ze świadczeń opłacanych przez Narodowy Fundusz Zdrowia, choć nie miały do tego prawa, wyniosły ponad 60,726 mln zł. To o blisko 15 mln złotych więcej niż 12 miesięcy wcześniej. Wówczas mowa była o przeszło 45,842 mln złotych. Część pacjentów oświadcza o prawie do świadczeń opieki zdrowotnej lub okazuje dokumenty z tego zakresu, ale później nie znajduje to potwierdzenia w danych posiadanych przez NFZ.

– Z punktu widzenia systemu, to nie jest dużo pieniędzy. Łączny budżet NFZ zbliża się już do 100 miliardów złotych, a na świadczenia zdrowotne przekazywane jest prawie 90 miliardów złotych. Jeśli jednak 60 milionów złotych odnosi się do indywidualnego pacjenta, to one są bardzo ważne i istotne. Wiele osób czeka bowiem na badania diagnostyczne, nie zawsze drogą terapię czy specjalistyczną konsultację tygodniami lub miesiącami i nie może skorzystać ze świadczeń ze względu na ograniczone środki, które są wydzielane na ich zakup – komentuje dr Małgorzata Gałązka-Sobotka, dyrektor Centrum Kształcenia Podyplomowego Uczelni Łazarskiego oraz Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego.

Dyrektorzy Oddziałów Wojewódzkich NFZ wydają decyzje w indywidualnych sprawach z zakresu ustalenia obowiązku poniesienia kosztów udzielonych świadczeń, ich wysokości oraz terminu płatności. Odbywa się to na podstawie art. 50 ust. 18 ustawy z dnia 27 sierpnia 2004 r. o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych. Dane z końca ub. roku wskazują, że takich decyzji wydano 50 201. W sprawozdaniu finansowym za rok wcześniejszy było ich 30 518.

– Osoby, które nie dopełniły obowiązku, np. zmieniły pracę, ale nie zgłosiły swojego małżonka do ubezpieczenia w nowym miejscu, popełniły błąd. Przy czym trzeba tutaj zaznaczyć, że NFZ wychodzi naprzeciw potrzebom tych pacjentów i pozytywnie rozpatruje sprawy za takie zapomnienia – podkreśla dr Krzysztof Łanda, były wiceminister zdrowia.

Jak wskazuje Andrzej Troszyński, rzecznik prasowy Centrali NFZ, kwoty zadłużenia indywidualnych osób są zróżnicowane w poszczególnych oddziałach wojewódzkich. Na koniec 2018 roku najmniejsze były w Podlaskim OW (1,426 mln zł), Opolskim OW (1,632 mln zł) i Lubelskim OW (2,217 mln zł). Na drugim krańcu znalazły się zaś Łódzki OW (6,641 mln zł), Śląski OW (5,690 mln zł) i Mazowiecki OW (5,458 mln zł). Rok wcześniej najmniejsze zadłużenie dotyczyło Podlaskiego OW (1,192 mln zł), Opolskiego OW (1,351 mln zł) i Świętokrzyskiego OW (1,562 mln zł). Najgorzej pod tym względem prezentował się wówczas Dolnośląski OW (4,982 mln zł), Łódzki OW (4,511 mln zł) i Śląski OW (4,506 mln zł).

– Największe kwoty są przede wszystkim skorelowane z wielkością województwa. Pewnym zaskoczeniem jest województwo łódzkie, które należy do średnich pod względem liczby mieszkańców. Jednak te wartości należy powiązać również ze strukturą i dynamiką rynku pracy. Najczęściej koszty mają pokryć osoby bezrobotne niezgłoszone do urzędu pracy lub nieobjęte ubezpieczeniem przez innego członka gospodarstwa domowego. Wśród nich mogą być także cudzoziemcy pracujący w szarej strefie, którzy nie pokrywają samodzielnie kosztów ubezpieczenia – analizuje dr Gałązka-Sobotka.

Według lek. med. Wojciecha Bociańskiego, eksperta BCC ds. służby zdrowia, różnice w poszczególnych ośrodkach wynikają m.in. ze sprawności organizacyjnej i zarządzania. Skala wyłudzeń będzie mniejsza, a NFZ uszczelni system. Przy informatyzacji, jaka powszechnie panuje, coraz łatwiej można sprawdzić, kto podlega ubezpieczeniu. Wkrótce każdy lekarz będzie również wystawiał e-receptę, a to ułatwi weryfikację pacjentów.

– Zdecydowana większość ludzi, którym NFZ finansuje opiekę, ma de facto do niej prawo. Problemem jest niedopełnienie przez nich pewnych formalności. Systemy informatyczne będą stanowiły dużą pomoc zarówno dla pacjentów, jak i dla lekarzy. Ci ostatni będą widzieć, co się działo z daną osobą i jak wyglądają jej prawa do leczenia. Myślę, że liczba tych przypadków z czasem będzie malała – stwierdza dr Łanda.

Sytuacja na rynku pracy wpłynie na ograniczenie takich przypadków. Mamy coraz niższy poziom bezrobocia i pracownicy nalegają na legalizację swojego zatrudnienia, warunkując tą decyzją swoje zaangażowanie dla pracodawcy, co podkreśla dr Gałązka-Sobotka. Ekspert nie wierzy w całkowitą szczelność systemu. To bowiem składowa wielu elementów, w tym także świadomości społeczeństwa. Należy postawić na edukowanie i upowszechnianie wiedzy na temat funkcjonowania systemu ubezpieczenia zdrowotnego. Leczenie dla osoby nieubezpieczonej oznacza zazwyczaj dotkliwe konsekwencje finansowe. A ryzyko zdarzenia zdrowotnego dotyczy każdego. Szczególnie powinni pamiętać o tym młodzi ludzi po ukończeniu szkoły średniej lub studiów.

Jakie są cele Polski w Unii Europejskiej i kto będzie je realizował?

Ostatnie lata obecności polskich polityków w Parlamencie Europejskim wskazywały na znaczne różnice między eurodeputowanymi – w zależności od listy partyjnej, z której zostali wybrani. W wielu istotnych dla kraju kwestiach głosowali inaczej, jak choćby w sprawie dyrektywy ACTA 2, czy w innych przypadkach wprowadzania prawa, które bezpośrednio oddziałuje na sytuację w Polsce. Po obu stronach układu sił politycznych pojawiały się zarówno głosy za, jak i przeciw zmianom. Nie ma więc czegoś, co można byłoby określić czynnikiem narodowym w głosowaniu. Są natomiast elementy, które wskazują na przynależności do międzynarodowych grup politycznych istniejących w ramach Europarlamentu. Jeżeli celem polskiego rządu jest zwiększenie dobrobytu obywateli, nie da się tego osiągnąć głosując za kolejnymi ograniczeniami w kwestii wolności gospodarczej w UE. Pojawia się pytanie, czy zwycięzcy ostatnich wyborów okażą się bardziej związani z reprezentowaniem własnego państwa i jak będą podchodzić do interesów kraju w swojej codziennej pracy w Brukseli. Czy poczują się elementem nowej, europejskiej „arystokracji”, którą tworzy unijna biurokracja?

– Należy pamiętać, że biurokracja ta nie reprezentuje europejskiego interesu, jako takiego. Reprezentuje interesy najsilniejszych państw w ramach Unii Europejskiej – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha. – Tymczasem wprowadzane są coraz większe bariery w stosunku do tego, co było wcześniej deklarowane – swobodnego przepływu osób, towarów, czy usług. Nagle okazało się, że działalność polskich usług w innych krajach członkowskich zagraża zasiedziałym firmom w poszczególnych państwach. W ten sposób powstała inicjatywa wprowadzenia dyrektywy, która ukróca im taką możliwość. Dla interesu Polski najważniejsze jest, aby poziom wolności w Unii Europejskiej obronić i jeszcze zwiększyć. Należy odejść od ustanawiania chociażby wspólnego wynagrodzenia minimalnego, czy innych ujednolicających przepisów – m.in. podatkowych. Obecnie nie możemy konkurować z państwami, które są pod względem rozwoju gospodarczego znacznie wyżej niż Polska. Obserwujemy stałą dysproporcję, która – mimo że będzie się dynamicznie zmieniała – ciągle będzie skutkować tym, że będziemy podążali cudzymi śladami jeśli chodzi o zwiększanie dobrobytu i poziomu życia obywateli – ocenił Sadowski.

Coraz mniej osób zaciąga kredyty mieszkaniowe, za to na coraz większe kwoty. To efekt wzrostu cen nieruchomości

0

Coraz mniej osób zaciąga kredyty mieszkaniowe, za to na coraz większe kwoty. To efekt wzrostu cen nieruchomości 8

Majowy indeks popytu na kredyty mieszkaniowe BIK zanotował ujemny wynik – po raz pierwszy w tym roku. – Będziemy obserwować, czy jest po prostu incydentem na rynku kredytów mieszkaniowych, czy zapowiada pewną zmianę tendencji – mówi prof. Waldemar Rogowski, główny analityk Biura Informacji Kredytowej. Jak podkreśla, kredyty mieszkaniowe zaciąga coraz mniej osób, za to na coraz większe kwoty, co jest przede wszystkim wynikiem wzrostu cen na rynku nieruchomości.

– W maju o kredyt mieszkaniowy wnioskowało 30,76 tys. osób, co oznacza spadek o 1/3 w porównaniu z kwietniem. Natomiast w porównaniu z majem ubiegłego roku o kredyt na mieszkanie zawnioskowało o 17,3 proc. mniej osób – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Waldemar Rogowski, główny analityk Biura Informacji Kredytowej.

Biuro Informacji Kredytowej co miesiąc publikuje indeks popytu na kredyty mieszkaniowe – obrazuje on wartość zapytań o kredyty mieszkaniowe, które banki przesyłają do BIK-u. Najnowszy, majowy odczyt wyniósł -9 proc., co oznacza, że w ubiegłym miesiącu banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę o 9 proc. niższą niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Z kolei w ujęciu miesięcznym, w porównaniu do kwietnia wartość indeksu spadła o 23 pkt. proc.

– Jest to pierwszy w tym roku odczyt z ujemnym wskaźnikiem, ponieważ w poprzednich czterech miesiącach ten wskaźnik był wysoko dodatni. Podobny, ujemny wynik ostatnio zanotowaliśmy w grudniu, wtedy również spadek sięgnął ok. 20 proc. W kolejnych miesiącach będziemy obserwować, czy ujemny odczyt w maju jest incydentem na rynku kredytów mieszkaniowych, czy zapowiada pewną zmianę tendencji dotyczącą zmiany zainteresowania osób kredytami mieszkaniowymi – mówi prof. Waldemar Rogowski.

Główny analityk BIK podkreśla, że ujemny wynik majowego indeksu wynika głównie z mniejszej liczby osób, które wnioskują o kredyt mieszkaniowy – o ok. 30 proc. w porównaniu z poprzednim miesiącem. Natomiast średnia wartość wnioskowanego kredytu rośnie – na przestrzeni ostatniego roku zwiększyła się o 10 proc. To oznacza, że klienci są w coraz większym stopniu zainteresowani nabyciem nieruchomości finansowanej wysokokwotowym kredytem bankowym.

– BIK już na początku roku prognozował wzrost wartości udzielanych kredytów w przedziale 5–8 proc., a z drugiej strony – spadek liczby udzielanych kredytów i to znajduje potwierdzenie w ostatnich pięciu miesiącach. Kwota udzielanych kredytów rośnie, co wynika z faktu, że zobowiązania są zaciągane coraz wyższe kwoty. Kredyty zaciąga coraz mniej osób, ale za to na wyższe kwoty – co jest przede wszystkim wynikiem wzrostu cen na rynku nieruchomości – mówi prof. Waldemar Rogowski.

Jak ocenia, sytuacja na rynku kredytów mieszkaniowych do końca tego roku będzie zależała od zachowania deweloperów. Ci zmieniają swoje strategie sprzedażowe i coraz częściej dostarczają na rynek mniej mieszkań – za to po wyższych cenach, żeby utrzymać swoje marże.

– W mojej opinii spadek liczby osób wnioskujących o kredyt może być pokłosiem zakończenia rządowego programu wsparcia, czyli MdM-u, który został wygaszony w zeszłym roku. Potwierdzeniem tego jest też fakt, że mamy najwyższe, dodatnie dynamiki udzielanych kredytów mieszkaniowych dotyczące tylko wysokokwotowych kredytów powyżej 250 tys. Natomiast niskokwotowych kredytów mieszkaniowych w przedziale 100–150, nawet do 200 tys. zł jest udzielanych mniej niż w zeszłym roku – mówi prof. Waldemar Rogowski, główny analityk Biura Informacji Kredytowej.

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w ostatnim kwartale 2018 roku ceny mieszkań wzrosły o 7,7 proc. w stosunku do analogicznego okresu rok wcześniej (o 6,3 proc. na rynku pierwotnym i o 8,7 proc. na rynku wtórnym). W ujęciu kwartalnym wzrost wyniósł natomiast 2,4 proc. Ceny mieszkań rosną obecnie najszybciej od 2007 roku, na co składa się wiele powodów, m.in. dobra koniunktura, hossa na rynku mieszkaniowym oraz rosnące koszty pracy i materiałów budowlanych.

Z analiz REAS JLL Residential Advisory wynika, że w ubiegłym roku sprzedaż mieszkań na sześciu największych rynkach regionalnych w Polsce spadła o 11 proc. w ujęciu rocznym do poziomu 64,8 tys. sztuk. Natomiast łączna wartość transakcji nabycia lokali była niższa o 4 proc. Z drugiej strony – eksperci podkreślili, że nie jest to symptom zbliżającej się recesji, bo liczba mieszkań wprowadzonych do oferty i sprzedaż w sztukach były wyższa niż w 2016 roku i druga najlepsza w historii po rekordowym 2017 roku.

Większość firm płaci zawyżoną składkę na ubezpieczenie wypadkowe. Tracą na tym nawet kilka milionów złotych rocznie

Większość firm płaci zawyżoną składkę na ubezpieczenie wypadkowe. Tracą na tym nawet kilka milionów złotych rocznie 9

Jedynie 2 proc. firm w Polsce ma ustaloną stopę procentową składki na ubezpieczenie wypadkowe na minimalnym poziomie dopuszczonym przez ustawodawcę. Weryfikacja wysokości składki może przynieść przedsiębiorstwu oszczędności stanowiące nawet 3 proc. rocznej masy wynagrodzeń – wynika z najnowszego raportu Ayming Polska „Składka wypadkowa. Nieoczywisty koszt, ukryte oszczędności”. W praktyce firmy mogą zaoszczędzić od kilkudziesięciu tysięcy do nawet kilku milionów złotych, realnie poprawiając swoje wyniki finansowe. 

Pod koniec marca pracodawcy otrzymali od Zakładu Ubezpieczeń Społecznych zawiadomienie o wysokości stopy procentowej składki wypadkowej w bieżącym okresie składkowym. Nowe stawki obowiązują od kwietnia. Z analiz Ayming wynika, że 75 proc. przedsiębiorstw płaci składkę wyliczoną w oparciu o wyższą stopę procentową niż to wynika z ich kodu PKD.

– Jedynie 2 proc. przedsiębiorstw ma ustaloną stopę składki na ubezpieczenie wypadkowe na minimalnym poziomie dopuszczonym przez ustawodawcę. W praktyce oznacza to, że każda z firm może indywidualnie zweryfikować wysokość ponoszonych obciążeń. Nasze doświadczenie wskazuje, że łączne oszczędności z tytułu składki wypadkowej mogą sięgać nawet do 3 proc. rocznej masy wynagrodzeń – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Radko, dyrektor Obszaru Kosztów Pracy w Ayming Polska.

Jak podkreśla, zawyżanie składki wypadkowej w firmach ma kilka przyczyn. Pierwszą jest traktowanie tego obciążenia nie jako kosztu, lecz raczej stałej daniny na rzecz Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, poprzez co nie podlega on ścisłemu nadzorowi działów finansowych. Drugą przyczyną jest nieznajomość specyfiki składki wypadkowej – to jedyna składka w polskim systemie ubezpieczeń społecznych, której wysokość jest ruchoma i zależy od wielu czynników. Jednocześnie jest ona ustalana indywidualnie dla każdego z przedsiębiorstw.

– Trzecim elementem, który wpływa na nieprawidłowości w zakresie składki wypadkowej, jest rozproszenie kompetencji działów, które zajmują się tym obszarem. Należą do nich działy: finansowy, kadr i płac, prawny oraz BHP – i każdy z nich stosuje niezależne od siebie podejście do zagadnienia. Ostatnim elementem jest skomplikowany algorytm, który służy do ustalania jej wysokości. Z naszego doświadczenia wynika, że przysparza on wielu kłopotów przedsiębiorstwom – mówi Piotr Radko.

Przyczyny nadpłat w zakresie składki wypadkowej często wynikają też ze specyfiki danej branży, a ich zidentyfikowanie wymaga indywidualnego podejścia do każdej firmy. Jak wynika z raportu „Składka wypadkowa. Nieoczywisty koszt, ukryte oszczędności”, opracowanego przez Ayming Polska – za 65 proc. oszczędności w składce wypadkowej odpowiada prawidłowe zidentyfikowanie czynników zagrożenia i ograniczanie zagrożeń z nich płynących. Kolejne 26 proc. to obszar wypadkowości, a więc zdarzeń o charakterze wypadkowym i ich nieprawidłowej klasyfikacji.

Wielu przedsiębiorców nie ma świadomości, że wysokością składki wypadkowej można zarządzać w takim samym stopniu, jak innymi kosztami operacyjnymi i zgodnie z prawem obniżać jej wysokość. Tymczasem firmy mogą zweryfikować obciążenia z tytułu składki wypadkowej i odzyskać nadpłacone środki nawet za 5 lat wstecz. Eksperci Ayming podkreślają też, że nie wystarczy jednorazowo ustalić wysokość składki – należy weryfikować ją co roku.

– Co bardzo istotne, w przypadku zidentyfikowania nadpłat oszczędności z tego tytułu mogą wynieść od kilkudziesięciu tysięcy do nawet kilku milionów złotych, przez co mogą w realny sposób wpłynąć na poprawę wyników finansowych przedsiębiorstw – podkreśla Piotr Radko, dyrektor Obszaru Kosztów Pracy w Ayming Polska.

Dla przykładu, sprawdzenie poprawności rozliczenia składki w przedsiębiorstwie budowlanym zatrudniającym 1,5 tys. osób może przynieść oszczędności w wysokości ponad 2 mln zł – wynika z szacunków Ayming.

Instytut Staszica: Elektroniczny system poboru opłat mógłby przynosić rocznie ponad 1 mld zł więcej. Powinien zostać znacznie rozszerzony

Instytut Staszica: Elektroniczny system poboru opłat mógłby przynosić rocznie ponad 1 mld zł więcej. Powinien zostać znacznie rozszerzony 10

System viaTOLL przy średnim tempie rozwoju ok. 600 km rocznie mógłby być większy o ponad 2 tys. km niż obecnie i przynosić do budżetu nawet 1 mld zł rocznie więcej z poboru opłat od przejazdów pojazdów ciężkich. Każdy nowy 1 km drogi płatnej to średnio dodatkowe 0,5 mln zł rocznie – wskazuje w najnowszym raporcie Instytut Staszica. Eksperci podkreślają, że powolne tempo rozszerzania viaTOLL, do którego nie zostały włączone nowo powstałe drogi ani odcinki leżące we wschodniej części kraju, pozbawia Krajowy Fundusz Drogowy środków na nowe inwestycje i pośrednio obniża konkurencyjność polskich firm transportowych.

– W tej chwili system viaTOLL liczy 3,6 tys. kilometrów płatnych dróg, zgodnie z planem w tym roku powinno to już być 8 tys. km. Już w tej chwili – bez specjalnych inwestycji, tylko poprzez fizyczną rozbudowę systemu – można by zwiększyć liczbę dróg płatnych w Polsce o tysiąc kilometrów. Niewykorzystany obecnie potencjał systemu to jest miliard złotych, który de facto leży na ulicy i z jakiegoś powodu państwo nie chce go z tej ulicy podnieść. Pamiętajmy, że w tej chwili system generuje średnio 2 mld zł rocznie – w przypadku, gdyby został rozszerzony zgodnie z planem, te przychody wzrosłyby o 50 proc., czyli o kolejny miliard. To jest miliard złotych, po który można sięgnąć zupełnie bezinwestycyjnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Dawid Piekarz, wiceprezes zarządu Instytut Staszica.

Elektroniczny system poboru opłat drogowych viaTOLL działa w Polsce od 2011 roku, kiedy zastąpił nieefektywne winiety. Do listopada ubiegłego roku zarządzała nim austriacka firma Kapsch Telematic Services, która wdrożyła system i od początku odpowiadała za jego poprawne funkcjonowanie. W tym czasie odnotowano ponad 10 mld zł przychodu, które zasiliły Krajowy Fundusz Drogowy. Po wygaśnięciu jej kontraktu, rząd miał ogłosić przetarg na nowego zarządcę e-myta, jednak opóźnienia spowodowały, że tę kompetencję powierzono GITD. W raporcie „Krajowy System Poboru Opłat (KSPO): czy nastąpiła dobra zmiana?” eksperci Instytutu Staszica oceniają, że ten proces przebiegał chaotycznie i nie przyniósł korzyści, którymi rząd uzasadniał swoją decyzję. Zwracają uwagę m.in. na fakt, że system viaTOLL, przy średnim tempie rozwoju ok. 600 km rocznie, powinien być większy o ponad 2 tys. km niż jest obecnie i mógłby przynosić z tego tytułu nawet ponad 1 mld zł rocznie więcej z poboru opłat od przejazdów pojazdów ciężkich.

– Należy rozciągnąć obowiązywanie płatnego systemu dróg na kolejne odcinki, tak jak było to planowane. Tak naprawdę już w tej chwili można rozszerzyć go o tysiąc kilometrów, a – biorąc pod uwagę, że mamy 3,6 tys. kilometrów dróg płatnych, byłby to skok o 1/3. To byłoby możliwe do zrobienia właściwie na przestrzeni kilku tygodni – podkreśla dr Dawid Piekarz.

Zgodnie z założeniami, do 2018 roku systemem viaTOLL miało zostać objętych 7 tys. km dróg. W tej chwili jest to prawie dwukrotnie mniej (3 660 km, czyli 18 proc. sieci dróg krajowych), a ostatnie rozszerzenie systemu miało miejsce w 2017 roku. Instytut Staszica ocenia, że wolne tempo obejmowania opłatami kolejnych dróg w poprzednich latach zostało całkowicie wyhamowane po przejęciu e-myta przez państwowe GITD, mimo rozpisania i rozstrzygnięcia przetargu na podmiot odpowiedzialny za rozbudowę. Wynika to m.in. z braku kompetencji, doświadczenia i zasobów inspektoratu drogowego.

Powolne rozszerzanie systemu pozbawia państwo źródła finansowania nowych inwestycji, bo – jak podaje Instytut Staszica – każdy dodatkowy kilometr płatnych dróg w Polsce oznacza 0,5 mln zł rocznie więcej w budżecie Krajowego Funduszu Drogowego. Tymczasem do systemu nie zostały włączone nowo powstałe drogi ani odcinki leżące we wschodniej części kraju. Instytut zwraca uwagę na to, że blisko 40 proc. zarejestrowanych w systemie viaTOLL użytkowników pojazdów ciężarowych to kierowcy zagraniczni, który korzystają na braku rozbudowy systemu, bezpłatnie użytkując nowo wybudowane odcinki dróg. Nie decydując się na przyłączenie nowych dróg – rząd pozbawia się więc możliwości czerpania korzyści z tranzytu ze Wschodu. Tymczasem kwota zostawiana przez Polaków w niemieckim systemie poboru opłat jest większa od całych przychodów polskiego systemu.

– Około 40 proc. pojazdów zarejestrowanych w polskim systemie viaTOLL to pojazdy zagraniczne, jednak one generują tylko 15 proc. przychodów. To oznacza, że duża cześć pojazdów ciężkich, zwłaszcza zza wschodniej granicy, tak naprawdę jeździ po Polsce za darmo – czyli polscy kierowcy w dużej mierze sponsorują swoją własną konkurencję, firmy transportowe spoza Polski. Dla przykładu w Niemczech polscy przewoźnicy zostawiają w systemie prawie 3,5 mld zł, a system niemiecki liczy 30 tys. km dróg płatnych. Pojazdy przewoźników zza wschodniej granicy, które w Niemczech muszą płacić, w Polsce unikają opłat, jeżdżąc w dużej mierze drogami bezpłatnymi, unikając systemu poboru opłat, de facto na koszt polskich przewoźników – mówi dr Dawid Piekarz.

Wiceprezes Instytutu Staszica podkreśla, że rozbudowa systemu viaTOLL przyniosłaby również inne korzyści, obok fiskalnych. Rozszerzenie systemu, zwłaszcza przy wschodniej granicy, pozwoliłoby kontrolować tamtejszy ruch pojazdów i pozwoleń na przewóz, walczyć z wyłudzeniami VAT-u, z przemytem paliw czy innych towarów wrażliwych.

– Każda droga, która nie jest objęta systemem poboru opłat, a po której może się odbywać ciężki transport towarowy, jest de facto konkurencją dla polskiej kolei. Aby przewieźć cokolwiek po torach, trzeba zapłacić właścicielowi sieci. Natomiast żeby przewieźć cokolwiek po drodze, opłat w dużym stopniu można uniknąć, bo system jest dziurawy i nie został rozszerzony na wszystkie te odcinki, na które zgodnie z planem powinien. Na nic zdają się apele czy akcje pt. „tiry na tory”, skoro drogą ten tir może jechać przez dłuższą część swojej trasy za darmo, podczas gdy za każdy kilometr przejechany po torach musi po prostu zapłacić – mówi dr Dawid Piekarz.

Polski rynek pracy boryka się z niestabilnością zatrudnienia i niskimi płacami. Jako pracownicy jesteśmy też najbardziej zestresowanym narodem w Europie

Polski rynek pracy boryka się z niestabilnością zatrudnienia i niskimi płacami. Jako pracownicy jesteśmy też najbardziej ze<a title=stresowanym narodem w Europie" title="Polski rynek pracy boryka się z niestabilnością zatrudnienia i niskimi płacami. Jako pracownicy jesteśmy też najbardziej zestresowanym narodem w Europie" />

Polski rynek pracy boryka się z niestabilnością zatrudnienia i niskimi płacami. Jako pracownicy jesteśmy też najbardziej ze<a title="leczenie stresu" href="https://3xz.pl/stres/" data-schema-attribute="">stres</a>owanym narodem w Europie 11

Mimo jednego z najniższych wskaźników bezrobocia w Unii Europejskiej, co czwarty Polak pracuje na niestabilnych umowach i nawet połowa nie ma zagwarantowanego urlopu ani płatnych nadgodzin. Średnia siła nabywcza na mieszkańca w Polsce jest dwukrotnie niższa niż średnia w UE. Obok niestabilnych form zatrudnienia – głównym problemem są też niskie płace, przepracowanie i stres, bo Polacy są najbardziej zestresowanym zawodowo narodem w Europie. Do tych problemów polskiego rynku pracy niedługo dołączy 4 rewolucja przemysłowa, która jest nie tylko szansą, lecz także wyzwaniem. To najważniejsze wnioski debaty „Polska w pracy. O kondycji pracowników w III RP” zorganizowanej przez Komitet Dialogu Społecznego KIG w oparciu o specjalne wydanie magazynu „Nowy Obywatel” poświęcone polskiemu rynkowi pracy.

– Jednym z największych problemów rynku pracy w Polsce jest w tej chwili bezrobocie. Ono jest obecnie niższe niż w tym najgorszym okresie, powiedzmy, że na takim akceptowalnym poziomie. Natomiast to bezrobocie ciągle jest niskie i zróżnicowane regionalnie. Są miejsca, gdzie pozostaje nadal stosunkowo wysokie, podkopując możliwości zarobkowania i godnego życia pojedynczych osób i całych  rodzin – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Remigiusz Okraska, redaktor naczelny magazynu „Nowy Obywatel”.

Według szacunków Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej stopa bezrobocia w maju wyniosła 5,4 proc. wobec 5,6 proc. miesiąc wcześniej, a w ujęciu rocznym była niższa o 0,7 proc. Na koniec maja w urzędach pracy wciąż pozostawało 907 100 zarejestrowanych bezrobotnych. To najniższy wskaźnik od 1990 roku, a resort spodziewa się, że jesienią stopa bezrobocia może już zejść nawet poniżej 5 proc.

Według metodologii Eurostatu Polska z wynikiem 3,7 proc. plasuje się w pierwszej piątce państw z najniższym bezrobociem w całej UE.

Jednocześnie w Polsce jest bardzo duża grupa osób biernych zawodowo – dotyczy to ponad 40 proc. osób powyżej 15. roku życia. Pomimo rekordowo niskiego bezrobocia co czwarty Polak pracuje na niestabilnych umowach i nawet połowa pracowników w Polsce nie ma zagwarantowanego urlopu lub płatnych nadgodzin.

– Druga sprawa to ciągle bardzo niskie płace, bardzo niskie dochody pracownicze w Polsce – przede wszystkim poza tymi regionami najbardziej rozwiniętymi, poza wybranymi wielkimi miastami, gdzie płace są stosunkowo dobre. Natomiast cała reszta Polski jest obszarem niskich płac. O tym już od kilku lat mówią ekonomiści, zwracając uwagę na to, że skończył się ten czas, kiedy mogliśmy konkurować niskimi płacami i wystarczyło to do rozwoju. W tym momencie te niskie płace są już po prostu blokadą rozwojową i sprawiają, że mnóstwo ludzi żyje na poziomie przetrwania, a nie jakiegokolwiek rozwoju – mówi Remigiusz Okraska.

Z badania GfK Purchasing Power Europe 2018 wynika, że średnia siła nabywcza na mieszkańca w Polsce wynosi 7 228 euro i jest znacznie niższa niż europejska średnia. Przeciętny Europejczyk dysponuje średnio kwotą 14 292 euro na wydatki i oszczędności, a liderem jest Lichtenstein z siłą nabywczą na mieszkańca w wysokości 65 438 euro. To ponad dziewięciokrotnie więcej niż w Polsce. Z badania wynika też, że najwyższą siłą nabywczą dysponują mieszkańcy Warszawy (87 proc. średniej krajowej), podczas gdy w najbiedniejszym powiecie siła nabywcza wynosi raptem 60 proc. średniej krajowej. To potwierdza duże rozbieżności pomiędzy poszczególnymi regionami Polski.

Eksperci podkreślają, że niskie płace to nie jest jedyny problem rodzimego rynku pracy. Polska jest w pierwszej dziesiątce krajów pod względem liczby przepracowanych godzin (1 895 godzin w 2017 roku). Dane GUS i Eurostatu pokazują, że Polacy pracują w tygodniu średnio o 36 minut dłużej niż średnia dla krajów UE – a to i tak lepiej niż dekadę temu, kiedy pracowaliśmy jeszcze więcej. Z badań „The Workforce View in Europe 2017” wynika również, że Polacy są najbardziej zestresowanym zawodowo krajem w Europie. Według danych OECD pod tym względem wyprzedza nas jedynie Turcja i Grecja. Ponad połowa pracowników w Polsce stresuje się, wykonując obowiązki służbowe. Dla porównania u Czechów wskaźnik ten wynosi ok. 43 proc., u Niemców – 42,4 proc., Szwedów – 14,7 proc., a wśród Norwegów – 18,2 proc.

Z drugiej strony Polska staje się krajem o jednym z najniższych wskaźników uzwiązkowienia w Europie (12–17 proc.). Wskaźnik przynależności przedsiębiorców do organizacji pracodawców również należy do najniższych w Europie, a układy zbiorowe obejmują jedynie 15–25 proc. zatrudnionych.

– W wielu zakładach pracy, w szpitalach już na pewno, sytuacja pracowników byłaby dużo gorsza niż obecnie, gdyby nie było związków zawodowych. My, jako organizacje związkowe, pilnujemy, żeby było zatrudnienie, żeby była jakość wykonywanych usług medycznych – mówi Małgorzata Aulejtner, pielęgniarka i działaczka Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych – Związki zawodowe muszą istnieć z prostych przyczyn. Przez wiele lat mówiło się, że są niepotrzebne, że to już inne czasy, że to już nie socjalizm i teraz trzeba pracować dla dobra przedsiębiorcy. Właściwie skupiano się na tym, żeby pracownik był takim wyrobnikiem folwarcznym. Jeśli chodzi o stosunki w miejscu pracy, wróciliśmy właściwie do czasów z XIX wieku – ocenia.

Warunki zatrudnienia są kolejnym problemem polskiego rynku pracy. Podczas gdy w krajach zachodnich standardem są umowy na czas nieokreślony (na stałe), charakterystyka polskiego rynku pod tym względem przypomina raczej państwa Ameryki Południowej. Według danych GUS na koniec 2017 roku w Polsce jest ok. 1,2 mln osób zatrudnionych na umowie-zlecenie lub dzieło i prawie tyle samo samozatrudnionych. Według OECD Polska jest w pierwszej czwórce państw, gdzie zatrudnienie na czas określony jest najwyższe i wynosi 26 proc., prze średniej 11 proc. i 14 proc. dla państw UE.

– Rozwiązaniem problemów rynku pracy w Polsce, poprawy sytuacji pracowników jest przede wszystkim wzrost płac. Nie ma czynnika, który by lepiej motywował ludzi do pracy niż godna, porządna praca umożliwiająca rozwój. Jednym z czynników jest ustawowe podnoszenie płacy minimalnej, jak robi to obecnie rząd. Moim zdaniem robi to za wolno – uważam, że jesteśmy już na takim poziomie rozwoju kraju, kiedy te minimalne płace powinny być ustawowo podnoszone dużo wyżej, możemy już sobie na to pozwolić. Pracodawcy w większości branż uniosą ten ciężar, a jednocześnie sytuacja pracowników ulegnie znaczącej poprawie – uważa Remigiusz Okraska, redaktor naczelny magazynu „Nowy Obywatel”.

Jak ocenia, obecne niskie płace to paradoksalnie także problem pracodawców. Powodują, że w wielu branżach po prostu nie opłaca się pracować, co – w połączeniu z rekordowo niskim bezrobociem – przekłada się na brak rąk do pracy w wielu sektorach gospodarki. Tak jest obecnie m.in. z zawodem pielęgniarki, gdzie sytuację dodatkowo pogarsza luka pokoleniowa.

– W wielu sektorach gospodarki zaczyna brakować rąk do pracy. To z jednej strony efekt naturalnego zjawiska starzenia się społeczeństwa, ale z drugiej kwestia tego, że przez lata część branż była po prostu zbyt nisko opłacana, nieatrakcyjna i w efekcie powstała w nich luka pokoleniowa. Odejścia części osób na emerytury nie zrekompensował napływ nowych pracowników, dlatego że po prostu w pewnych zawodach nie opłacało się pracować, bo były słabo płatne, mało prestiżowe – mówi Remigiusz Okraska.

Do starych problemów polskiego rynku pracy niedługo mogą dołączyć nowe – wynikające z czwartej rewolucji przemysłowej. Ta w znacznym stopniu przeobrazi rynek pracy. Dla przykładu, World Economic Forum szacuje, że do 2022 roku robotyzacja zlikwiduje już 75 mln miejsc pracy, ale w zamian powstanie 133 mln stanowisk związanych z nowymi technologiami. Z kolei resort cyfryzacji, opierając się na danych Gartnera, szacuje, że na każde sto miejsc pracy, które zostaną wyparte przez sztuczną inteligencję, pojawi się blisko 140 nowych, a do roku 2025 roku w Polsce będzie potrzebnych około 200 tys. specjalistów aktywnie pracujących przy budowie i wdrożeniach sztucznej inteligencji. To wyzwanie, któremu polski rynek będzie musiał sprostać w nadchodzących latach.

– Jesteśmy u progu rewolucji cyfrowej, opartej na sztucznej inteligencji, potencjale technologicznym. Ta czwarta rewolucja przemysłowa powoduje ogromne zmiany na rynku pracy. My jesteśmy przyzwyczajeni do starego modelu industrialnego, gdzie istnieje etat. Natomiast etatowe prace będą się kurczyć, ponieważ rozwija się już gig economy – pracownik będzie kimś do wynajęcia, każda branża będzie miała swojego Ubera. To jest wielki problem dla rynku pracy i dla tych, którzy sobie z tym nie poradzą i nie są należycie przygotowani. Tutaj potrzebne są odpowiednie regulacje, edukacja i wsparcie – podkreśla prof. Elżbieta Mączyńska, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego.

Ponad 20 mln Polaków zamierza wyjechać w tym roku na wakacje. Połowa spędzi letni urlop za granicą

Ponad 20 mln Polaków zamierza wyjechać w tym roku na wakacje. Połowa spędzi letni urlop za granicą 12

W tym roku na letni urlop wybiera się 65 proc. Polaków. Połowa z nich zostanie w kraju, a druga połowa wyjedzie za granicę. W czołówce najpopularniejszych kierunków są Chorwacja, Grecja, Hiszpania i należące do niej Wyspy Kanaryjskie. Na zagraniczny wypoczynek zamierzamy przeznaczyć średnio 3,2 tys. zł na osobę, a 70 proc. urlopowiczów planuje wykupić ubezpieczenie turystyczne – wynika z najnowszego badania zrealizowanego na zlecenie Mondial Assistance.

– W tym roku ok. 20,5 mln Polaków zadeklarowało, że wyjedzie na wakacje, przy czym połowa zostanie w kraju, a druga połowa wybierze się na wakacje zagraniczne. W porównaniu z ubiegłym rokiem w tym na wakacje wyjedzie o 2 mln Polaków więcej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Frączek, prezes zarządu Mondial Assistance.

Jak wynika z badania dotyczącego wakacyjnych planów Polaków, które zostało przeprowadzone na zlecenie firmy, w tym roku na wakacje wybiera się ok. 65 proc. Polaków, o 2 mln więcej niż w ubiegłym. Na letni urlop wyjedzie w sumie ok. 20,5 mln osób, z których ponad 9 mln (48 proc.) wybiera się za granicę, a ponad 10 mln (52 proc.) zamierza zorganizować swój wypoczynek w kraju. Wakacyjnych planów w ogóle nie ma jeszcze 28 proc. Polaków. W co trzecim takim przypadku (35 proc.) powodem są inne obowiązki lub brak wystarczających środków finansowych (29 proc.), natomiast w co czwartym (24 proc.) – zły stan zdrowia.

Według badania największą popularnością w tym roku będzie cieszyć się Chorwacja, którą wybierze 16 proc. ankietowanych. Na drugim miejscu plasuje się Grecja  (16 proc.) oraz Hiszpania i należące do niej Wyspy Kanaryjskie (14 proc.). W pierwszej dziesiątce najpopularniejszych krajów znalazła się coraz popularniejsza wśród Polaków Albania (3 proc.).

– Polacy deklarują, że w tym roku tłumnie ruszą na południe Europy. Ponad 20 mln osób wyjedzie na wakacje, przy czym prawie połowa wybierze wyjazdy zagraniczne – w stosunku do roku ubiegłego stanowi to aż 10-procentowy wzrost. Dotychczasowe statystyki sprzedaży na początku czerwca potwierdzają ten trend. W biurach podróży mamy w tym roku dużo więcej klientów i dużo chętniej kupują oni wakacje zagraniczne – mówi Maciej Nykiel, prezes Neckermann Polska.

Raport Mondial Assistance pokazuje, że nieco ponad połowa Polaków (51 proc., wzrost o 2 p.p., czyli o 1,4 mln) zamierza zaplanować wyjazd i zorganizować tegoroczne wakacje samodzielnie. Z usług biur podróży skorzysta natomiast 49 proc., motywując to głównie brakiem zmartwień o formalności, organizację i wygodę w trakcie urlopu. Co trzeci Polak, który zamierza skorzystać z usług biura podróży, deklaruje, że istotne są też dodatkowe świadczenia w pakiecie wakacyjnym.

– Przede wszystkim na wakacjach chcemy się dobrze bawić i mieć święty spokój, dlatego większość klientów biur podróży, bo aż 85 proc., wybiera wypoczynek all inclusive. Na miejscu nie chcemy się zajmować organizacją posiłku na własną rękę, ale zostawić to specjalistom w hotelu. Większość klientów podróżuje samolotami i to jest trend rosnący od lat, spada liczba wyjazdów autokarowych. Natomiast w tym roku ponownie wiele osób wybierze się na wakacje własnym samochodem – jest to ciągle bardzo popularny sposób, szczególnie dla mieszkańców południa Polski, gdzie większość krajów Basenu Morza Śródziemnego, tych północnych, jest osiągalnych w ciągu jednego dnia przejazdu – mówi Maciej Nykiel.

Na tegoroczne wakacje za granicą Polacy planują wydać w sumie około 10 proc. więcej niż jeszcze w ubiegłym roku. Na urlop w kraju przeznaczają średnio 3,2 tys. zł na osobę, natomiast wypoczynek w kraju ma kosztować ok. 1,8 tys. zł.

– Profil turysty w tym roku w zasadzie się nie zmienił w stosunku do lat poprzednich. To 30–49-latek, typowy jest wyjazd rodzinny, dwu- lub trzyosobowy. Wzrosła jednak liczba osób, które zamierzają wyjechać w większych grupach, czyli 5 plus. Są to albo duże rodziny, albo przyjaciele, którzy jadą razem – mówi Tomasz Frączek, prezes zarządu Mondial Assistance.

Z badania wynika również, że zdecydowana większość, bo 70 proc., Polaków planujących tegoroczne wakacje zamierza wykupić ubezpieczenie turystyczne w związku z wyjazdem zagranicznym. Ta liczba rośnie z roku na rok – w porównaniu z ubiegłym zwiększyła się o ponad 1,3 mln.

– Mówimy tu o 10 mln osób, z których 70 proc. – czyli blisko 7 mln –  ma zamiar wykupić ubezpieczenie, czyli bezpiecznie spędzić wakacje. To bardzo solidna, stabilna liczba, bo jeszcze w 2013 roku – kiedy rozpoczynaliśmy nasze badanie – ten odsetek wynosił 59 proc., a obecnie ustabilizował się na poziomie 70–73 proc. – mówi Tomasz Frączek.

Materiał imitujący ludzką kość będzie ratunkiem dla osób zagrożonych amputacją. Uzupełni nawet 12-centymetrowy ubytek i zapewni szybkie zrastanie kości

Materiał imitujący ludzką kość będzie ratunkiem dla osób zagrożonych amputacją. Uzupełni nawet 12-centymetrowy ubytek i zapewni szybkie zrastanie kości 13

Wkrótce pęknięcia kości i wszelkie ubytki w tkance kostnej będzie można naprawiać bez specjalnych trudności. Apatyty, które są nieorganicznym budulcem tkanki kostnej i zębów, a stanowią nawet ok. 70 proc. masy kości, zapewniają odpowiednie właściwości mechaniczne. Możliwe jest otrzymywanie syntetycznego hydroksyapatytu. Odpowiednio wytwarzany imituje ludzką kość, uratuje przed amputacją, a ze względu na biozgodność wiąże się z tkanką i stymuluje wzrost kości. Prace nad materiałem prowadzone są także w Polsce.

– W Laboratorium Nanostruktur wytwarzamy hydroksyapatyt. Jest to mineralny składnik kości, a potrafimy go w taki sposób wytwarzać, że bardzo dobrze imituje naturalną kość. Materiały w skali nano są często niespodziewanie lepsze niż ich mikrometryczne odpowiedniki, dlatego pracujemy nad ich praktyczną aplikacją, głównie w medycynie – mówi agencji Newseria Innowacje Bartosz Woźniak, naukowiec z Laboratorium Nanostruktur Instytutu Wysokich Ciśnień w Warszawie.

Hydroksyapatyt jest stosowany klinicznie od wielu lat. W naturze odpowiada za wytrzymałość kości. Sztucznie wytwarzany ma dobrą biokompatybilność w kontakcie z kością, ponieważ ma podobny skład chemiczny. Porowate ceramiki HA znalazły ogromne zastosowanie w biomedycynie, w tym w regeneracji tkanki kostnej czy dostarczaniu leków. W inżynierii tkankowej kości zastosowano je jako materiał wypełniający ubytki kości, sztuczny materiał do przeszczepu kostnego. Jednocześnie zapewniają szybkie zrastanie kości.

Polscy naukowcy, w oparciu o ceramikę hydroksyapatytową i polimer organiczny, opracowują biomateriał, który do złudzenia przypomina tkankę kostną. To ratunek dla osób, którym grozi amputacja, bo materiał może zastąpić nawet kilkunastocentymetrowy ubytek w kości, a po kilku miesiącach łączy się z nią.

– Proszek hydroksyapatytowy o nazwie handlowej GoHAp powstaje poprzez syntezę mikrofalową w reaktorze ciśnieniowym, gdzie w bardzo szybki sposób podgrzewamy i chłodzimy płyn reakcyjny związków chemicznych, otrzymując tym samym zawiesinę nanohydroksyapatytu w wodzie. Po wysuszeniu tego produktu otrzymujemy proszek, który może być dalej przetwarzany do naszych zastosowań – tłumaczy Bartosz Woźniak.

Proszek hydroksyapatytu może być wykorzystany jako składnik mas stomatologicznych, cementów kostnych lub posłużyć do wytworzenia specjalnych powłok na implantach za pomocą rozprysku termicznego czy chemicznego osadzania z fazy gazowej.

– Technologia ultradźwiękowego pokrywania implantów umożliwia nam pokrycie implantów bardzo cienką warstwą hydroksyapatytu lub innych związków. Taka warstwa jest 10 tys. razy mniejsza niż średnica włosa ludzkiego. Organizm ludzki ma niezwykłe zdolności regeneracyjne, jednak w przypadku, gdy jest zbyt duży ubytek kostny po ciężkim urazie lub nowotworze, trzeba stosować rusztowania kostne, które wspomagają regenerację takich dużych ubytków – przekonuje Bartosz Woźniak.

Duża porowatość hydroksyapatytu sprawia, że może być stosowany jako rusztowanie dla komórek macierzystych pochodzących ze ścian ubytku kostnego. Jednocześnie biomateriał regeneruje też kości. Jego zastosowanie w różnego rodzaju operacjach jest niemal nieograniczone. Po namoczeniu, np. w soli fizjologicznej, materiał staje się giętki, można go dowolnie kształtować, a po umieszczeniu w danym miejscu materiał się nie przesuwa.

W badaniu opublikowanym w „Artificial Cells, Nanomedicine and Biotechnology Journal” wskazano kliniczną skuteczność sztucznej kości nanohydroksyapatytu, a uszkodzona kość pacjentów wykazywała dobrą biokompatybilność ze sztuczną kością Nano-HA, bez skutków ubocznych i powikłań.

– Nasze materiały na bazie nanotechnologii stosujemy już w weterynarii przy współpracy z klinikami weterynaryjnymi, a w przeciągu kilku lat jesteśmy pewni, że zagoszczą na dobre na rynku medycyny ludzkiej – zapowiada Bartosz Woźniak.

Analitycy MarketsandMarkets szacują, że rynek hydroksyapatytu HAp będzie wart blisko 3 mld dol. do 2023 roku.

Polskie miasta stają się coraz bardziej smart. Inteligentne skrzyżowania pomogą rozładować korki, a sieci ciepłownicze dostosują się do potrzeb mieszkańców

Polskie miasta stają się coraz bardziej smart. Inteligentne skrzyżowania pomogą rozładować korki, a sieci ciepłownicze dostosują się do potrzeb mieszkańców 14

Władze polskich miast coraz częściej mówią o konieczności rozwijania technologii smart city, która pomoże poradzić sobie z wyzwaniami XXI wieku, z jakimi wkrótce będą się zmagać największe aglomeracje. Wykorzystanie internetu rzeczy umożliwi zautomatyzowanie procesu obsługi miasta. Powstaną inteligentne skrzyżowania, systemy komunikacji miejskiej przystosowujące się w czasie rzeczywistym do sytuacji na drogach czy sieci ciepłownicze automatycznie reagujące na potrzeby mieszkańców.

– Podstawą do jakichkolwiek działań mających na celu wprowadzenie smart city są dane referencyjne pochodzące ze zbiorów danych geodezyjnych. Takich, które będą służyły do świadomego podejmowania decyzji dotyczącej obszaru, którego dotyczą. Uporządkowanie tych danych, dbałość o jakość, o aktualizację, jest podstawą do prowadzenia jakichkolwiek procesów decyzyjnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Wojciech Jeszka, prezes zarządu Akceleratora Inteligentnych Miast.

Największe polskie aglomeracje, jak Gdynia, Kielce, Poznań, Warszawa czy Wrocław, zaczynają wdrażać rozwiązania z zakresu smart city. Akcelerator Inteligentnych Miast powstał po to, aby ułatwić im tę pracę. Projekt działa w ramach grantu e-Pionier przyznawanego przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, a jego nadrzędnym celem jest sfinansowanie narzędzi do rozwiązywania problemów społeczno-gospodarczych przy wykorzystaniu technologii smart city.

Ze wsparcia akceleratora skorzystały m.in. władze Katowic, które rozpisały konkurs na stworzenie narzędzi ułatwiających komunikację urzędników miejskich z mieszkańcami. Efektem współpracy ma być powstanie systemu, który w prosty i czytelny sposób przekaże bieżące informacje o zanieczyszczeniu powietrza, utrudnieniach na drodze, konkursach rozpisywanych przez miasto czy najróżniejszych szkoleniach.

W ramach akceleratora powstała także baza, w której wyszczególniono największe wyzwania, z jakimi w przyszłości będą się zmagali włodarze inteligentnych miast. Obecnie analitycy przyglądają się takim problemom, jak technologia wykrywania i zautomatyzowanego tworzenia map źródeł niskiej emisji czy narzędzia do komunikacji z urzędnikami za pośrednictwem aplikacji mobilnej.

– W Polsce powinno się położyć większy nacisk na internet rzeczy. W tej chwili jest mnóstwo nowych urządzeń, które wysyłają sygnały, podstawą jest umiejętność przetwarzania tych sygnałów, które są odbierane. Są to inteligentne czujniki, inteligentne oświetlenia, monitoring wizyjny. Nie mamy jeszcze umiejętności wykorzystania danych pochodzących z tych czujników – twierdzi Wojciech Jeszka.

Już teraz na terenie polskich miast realizuje się przedsięwzięcia prywatne, które w pełni wykorzystują potencjał internetu rzeczy. Dobrym przykładem jest tu np. Inteligentna Sieć Ciepłownicza wdrożona przez firmę Veolia Energia Warszawa. Dzięki niej możliwe stało się unowocześnienie i zautomatyzowanie procesu obsługi warszawskiej sieci ciepłowniczej. Wdrożenie ICS umożliwiło zdalne monitorowanie i sterowanie pracą przepompowni, komór ciepłowniczych oraz węzłów cieplnych. Przed wprowadzeniem tego systemu zmianę konfiguracji poszczególnych urządzeń można było przeprowadzić wyłącznie w miejscu ich ulokowania.

Władze Kielc postawiły z kolei na wykorzystanie technologii smart city do usprawnienia funkcjonowania miejskiego systemu transportowego. Miejski Zarząd Dróg chce wybudować nowoczesne centrum zarządzania ruchem, które będzie sterować 61 skrzyżowaniami i przejściami dla pieszych. W ramach projektu powstaną m.in. sygnalizacje z przyciskami dla pieszych i pętle indukcyjne wykrywające rowerzystów; autobusy zostaną zaś wyposażone w urządzenia żądania priorytetu, które przyspieszą zmianę światła na zielone na inteligentnych skrzyżowaniach.

Nad własnym systemem ITS pracują także władze Tych. We współpracy z firmą Orange Polska opracowują pilotażowy model inteligentnego miasta, który w przyszłości mógłby się rozrosnąć i wchłonąć kolejne miasta w ramach Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii. Według ekspertów inteligentne systemy to jednak nie wszystko, by pozbyć się korków w miastach.

– Inteligentne systemy transportowe, które są tworzone obecnie w Polsce, dorównują tym, które są w Europie. Ale z tego, co wiem, to żadnemu z miast europejskich nie udało się pozbyć całkowicie korków. Trzeba włączać do ruchu takie środki, jak hulajnogi, rowery miejskie,czy metra tam, gdzie to jest możliwe. Inaczej żaden inteligentny system transportowy nam nie pomoże – przewiduje prezes zarządu Akceleratora Inteligentnych Miast.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku smart city w 2018 roku wyniosła 308 mld dol. Przewiduje się, że do 2023 roku wzrośnie ona do 717 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 18,4 proc.

Jesienna odsłona National Sales Congress ponownie w Mistrzowskim Stylu

National Sales Congress – Mistrzowskie Strategie Sprzedaży
National Sales Congress – Mistrzowskie Strategie Sprzedaży

Trzecia odsłona National Sales Congress – Mistrzowskie Strategie Sprzedaży, wydarzenia dedykowanego specjalistom i managerom sprzedaży odbędzie się 26 września na PGE Narodowym. NSC to przede wszystkim wysoce merytoryczne wystąpienia uznanych praktyków oraz duży zastrzyk motywacji od wybitnych mówców i mistrzów sportu. Całości wydarzenia przyświeca idea dążenia do mistrzostwa, które w każdej dziedzinie wymaga wypracowania zestawu podobnych cech i zachowań.

W bloku motywacji wystąpią Jacek Walkiewicz – psycholog i jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich mówców, oraz Karol Bielecki – legenda polskiej piłki ręcznej, uczestnik Igrzysk Olimpijskich, wicemistrz świata.

Motywacja to tylko jeden z wielu aspektów National Sales Congress, na który składa się łącznie pięć bloków wydarzeń.

Kongres sprzedażowy tworzy 8 tematów z zakresu social sellingu, skalowania sprzedaży B2B, cold callingu, sposobów komunikacji z klientem. Wśród prelegentów między innymi: Nikolay Kirov – wykładowca na studiach MBA, doradca w zakresie negocjacji, budowania relacji w biznesie i rozwoju,  Marek Skała – trener warsztatowy, który od 25 lat prowadzi projekty szkoleniowe i rozwojowe dla największych polskich i światowych koncernów, Olga Kozierowska – bizneswoman, dziennikarka, działaczka społeczna, trenerka i mentorka. Założycielka pierwszej w Polsce organizacji działającej na rzecz przedsiębiorczości kobiet.

Drugą ścieżkę National Sales Congress stanowi Kongres Managerów – program poświęcony zarządzaniu sprzedażą i zespołami handlowymi. W gronie prelegentów doświadczeni praktycy: Bogdan Sosnowski, który 11 lat zarządzał kanałem zewnętrznych doradców biznesowych firmy PLAY (P4 Spóka z o.o.), Radosław Żemło – Dyrektor Sprzedaży w Grupie Pracuj, Natalia Bogdan – założycielka międzynarodowej firmy rekrutacyjnej Jobhouse, Zbigniew Wierzchołowski – Dyrektor Departamentu Sprzedaży Regionalnej i SME W Ringier Axel Springer Polska i Barbara Piasek – seryjny przedsiębiorca z wcześniejszym 10-letnim doświadczeniem korporacyjnym.

Nowością podczas jesiennej edycji Kongresu będzie debata NSC Best Practices, wieńcząca program „The Best Sales Director”, który jest przeznaczony dla charyzmatycznych managerów i dyrektorów sprzedaży oraz właścicieli firm, którzy pełnią swoje funkcje z wyjątkowym zaangażowaniem tworząc strukturę opartą na efektywności. Debata poruszy m.in. kwestie takie jak trendy i innowacje w sprzedaży – jak sprawdzają się w praktyce, relacji marketing – sprzedaż, rozwiązywaniu spornych kwestii na linii handlowiec – manager/ dyrektor.

Podczas wydarzenia nie zabraknie treningu umiejętności praktycznych. Warsztaty networkingowe z budowania efektywnej sieci kontaktów poprowadzi Artur Sójka – praktyk i trener z zakresu sprzedaży, ze szczególnym uwzględnieniem sprzedaży relacyjnej i rekomendacji.

Uczestnicy National Sales Congress będą mieli również okazję przetestować w praktyce zasadę “6 stopni oddalenia”. Nad tym, aby nawiązywanie nowych, cennych relacji biznesowych przebiegało efektywnie, będzie czuwał moderator – Grzegorz Turniak wraz z Akademii Rekomendacji.

Udział w Kongresie potwierdzony jest certyfikatem sygnowanym przez Partnerów Merytorycznych wydarzenia: Koźmiński Executive Business School – lidera programów MBA w Polsce oraz Kirov Strategic Negotiators – wiodącą w Polsce firmę szkoleniowo-konsultingowa specjalizującą się w programach rozwoju umiejętności miękkich i strategicznych,.

Pełna agenda dostępna na: www.nationalsales.pl/kongres-nsc-program

Sygnaliści pod ochroną w Unii Europejskiej – nowa dyrektywa, nowe obowiązki

Coraz więcej europejskich ustawodawstw zawiera przepisy chroniące sygnalistów zgłaszających nieprawidłowości w działalności przedsiębiorców. W najbliższych latach wymóg posiadania przepisów ochronnych dla sygnalistów będzie powszechny we wszystkich krajach członkowskich Unii Europejskiej. Parlament Europejski 16 kwietnia 2019 roku przyjął bowiem Dyrektywę o ochronie osób zgłaszających przypadki naruszenia prawa Unii (zwanej dalej: „Dyrektywą”). Dyrektywa, która ulegnie transpozycji do polskiego systemu prawnego nie tylko nadaje szczególne uprawnienia osobom zgłaszającym nieprawidłowości, ale także nakłada na przedsiębiorców  obowiązki w zakresie organizacji systemu zgłoszeń. Choć proces wdrażania Dyrektywy w życie jest w dalszym ciągu w toku, zainteresowani już teraz powinni zapoznać się z jej treścią (która na ten moment jest już ostateczna). Wyznacza ona minimalne wytyczne dla krajów członkowskich, pozostawiając im jednak swobodę w kształtowaniu szczegółowych kwestii. Polski ustawodawca będzie musiał zaimplementować jej treść do swojego porządku prawnego w ciągu dwóch lat od jej zatwierdzenia.

Obowiązki podmiotów obowiązanych do wprowadzenia procedur

Dla przedsiębiorcy wejście postanowień Dyrektywy w życie oznacza przede wszystkim szereg powinności związanych ze stworzeniem skutecznie działającego systemu informowania o nieprawidłowościach, który gwarantować będzie bezpieczeństwo osoby zgłaszającej.

Obowiązek taki nałożony będzie co do zasady na podmiot zatrudniający co najmniej 50 pracowników. Przepisy prawa krajowego jednak, po odpowiedniej ocenie ryzyka występowania nieprawidłowości, mogą nakładać go także na podmioty mniejsze (szczególnie dotyczy to dziedziny środowiska i zdrowia publicznego). Obowiązek dotyczyć będzie także podmiotów publicznych. Tutaj z kolei przepisy krajowe mogą wyłączyć obowiązek w stosunku do gmin liczących mniej niż 10 000 mieszkańców lub zatrudniających 50 pracowników, a także innych podmiotów zatrudniających mniej niż 50 pracowników. Podmioty zobowiązane do wprowadzenia procedur i kanałów będą musiały wyznaczyć odpowiedzialne osoby bądź też utworzyć specjalny dział poświęcony tej problematyce.

Swoistym novum jest fakt, iż w przypadku podmiotów zatrudniających powyżej 50 osób, jednak mniej niż 250 istnieje możliwość dzielenia swoich zasobów. Oznacza to, że kilku przedsiębiorców będzie mogło  rozpatrywać swoje zgłoszenia za pomocą jednej wspólnej komórki/jednostki organizacyjnej. Podmioty obowiązane do prowadzenia systemu mają też możliwość powierzenia jego organizacji i obsługi specjalistycznemu podmiotowi zewnętrznemu. Z tego wynika, że prawodawca unijny dopuszcza by na przykład spółki działające w ramach grupy kapitałowej posiadały jedną wspólną komórkę do rozpatrywania zgłoszeń (oczywiście dotyczyć to będzie spółek kwalifikowanych jako średni przedsiębiorca). Rozwiązanie to ocenić należy jako rozsądne i realizujące oczekiwania rynku.

Dyrektywa precyzuje także z czego miałyby się składać procedury zgłoszeniowe. Przede wszystkim musi być to system zapewniający bezpieczeństwo informacji uzyskanych na jego podstawie, także poprzez ochronę danych dotyczących osób zgłaszających i osób trzecich wymienionych w zgłoszeniu. System oczywiście powinien uniemożliwiać dostęp do informacji osobom nieuprawnionym do jego obsługi.

Pozycja sygnalisty w tym systemie jest dosyć silna. Jego rola nie kończy się jedynie na zgłoszeniu nieprawidłowości. Po samym zgłoszeniu zostanie on poinformowany o przyjęciu sprawy do rozpoznania (w terminie 7 dniu), a kiedy zostanie ona już załatwiona- o sposobie jej rozwiązania (przedsiębiorca ma na to 3 miesiące).

Sygnalista

Pojęcie sygnalisty jest zakreślone stosunkowo szeroko w przepisach dyrektywy. Z jednej strony dyrektywa na samym początku wskazuje dziedziny, w których znajdzie zastosowanie, z drugiej jednak wskazuje, iż sygnalistą jest osoba dokonująca zgłoszenia, będąca pracownikiem, osobą samozatrudnioną, akcjonariuszem, wspólnikiem lub członkiem innego organu przedsiębiorstwa, wolontariuszem, stażystą bądź jakąkolwiek osobą działającą pod nadzorem wykonawców, podwykonawców oraz dostawców. Pod pojęciem sygnalisty rozumieć będziemy też osobę, której stosunek pracy z danym pracodawcą już ustał, albo dopiero ma zostać nawiązany (w takiej sytuacji ochrona sygnalisty dotyczyć będzie informacji pozyskanych w toku rekrutacji lub negocjacji związanych z przyjęciem na dane stanowisko).

Podstawową przesłanką ochrony jest posiadanie przez zgłaszającego uzasadnionej podstawy, by myśleć że przekazywane informacje są prawdziwe.  Każdy kto spełnia ten warunek ma trzy drogi do skutecznego zgłoszenia zdarzenia. Pierwszą z nich jest skorzystanie z wewnętrznej procedury przedsiębiorcy. Dyrektywa daje jednak możliwość pominięcia etapu wewnętrznego, obejmując ochroną także osoby dokonujące zgłoszenia jedynie organom publicznym, w ramach zgłoszenia zewnętrznego. Sygnalista może także dokonać ujawnienia publicznego. Ten mechanizm polega na podaniu naruszeń do informacji publicznej. By jednak dokonać takiego ujawnienia, sygnalista musi wcześniej dokonać zgłoszenie zewnętrznego (może być to połączone ze zgłoszeniem wewnętrznym), które nie zostało rozpatrzone w terminie. Taką ścieżką może pójść także sygnalista, który jest przekonany, iż zgłaszane naruszenie stanowi oczywiste lub bezpośrednie zagrożenie dla interesu publicznego. Ujawnienie publiczne jest możliwe także, jeżeli sygnalista uzna, że w razie zgłoszenia mogą zostać zastosowane w stosunku do niego negatywne konsekwencje a także, jeżeli istnieje nikłe prawdopodobieństwo, że sprawa zostanie załatwiona pomyślnie.

Pomimo takiej ochrony sygnalistów, Dyrektywa pozostawia państwom członkowskim wolną rękę w kwestii przyjmowania zgłoszeń anonimowych. Jeżeli jednak państwo uznaje zgłoszenia anonimowe, anonimowy sygnalista, którego tożsamość zostaje ujawniona będzie zawsze podlegał ochronie, o ile dokonano na nim odwetu oraz dokonał prawidłowego zgłoszenia.

Sygnalista może liczyć na szereg działań ochronnych, które mają służyć jego interesom. Przede wszystkim należy wyróżnić tutaj ochronę tożsamości zgłaszającego. Bez jego wyraźnej zgody organ przyjmujący nie może wyjawić jego tożsamości. Jest ona chroniona od samego zgłoszenia, przez cały okres rozpatrywania sprawy. Jedynym odstępstwem od tej zasady jest konieczność ujawnienia takich danych wynikająca z przepisów prawa celem prowadzenia postępowań prowadzonych przez organy państwowe. Nawet jednak w tym przypadku należy poinformować wcześniej o zamiarze ujawnienia osobę zgłaszającą.

Same dane, które pozyskało się w postępowaniu dotyczącym zgłoszenia przechowywane są przez przedsiębiorcę nie dłużej, niż jest to wymagane dla skutecznego rozwiązania sprawy.

Osoba zgłaszająca powinna mieć zapewniony dostęp do informacji dotyczącej procedur i sposobu działania w przypadku zgłoszenia.

Najistotniejszym środkiem ochrony sygnalisty jest jednak zapewnienie mu ochrony przed odwetem ze strony przedsiębiorcy. Należy bowiem zagwarantować, by zgłaszającego nie mogły dotknąć żadne negatywne konsekwencja (a te mogą być bardzo różne- od zwolnienia, przez zablokowania możliwości awansu, nieprzekształcanie umowy o pracę po karę dyscyplinarną). Ustawodawca unijny zdecydował się w przypadku wytoczenia powództwa przez dotkniętego odwetem pracownika przeciwko przedsiębiorcy przerzucić na przedsiębiorcę ciężar udowodnienia, że podjęte przez niego działanie względem pracownika nie wynika ze zgłoszenia przez niego nieprawidłowości.

Za zachowanie sprzeczne z przepisami o ochronie sygnalistów, na przedsiębiorcę może zostać nałożona sankcja. Ustawodawca unijny daje tutaj państwu możliwość samodzielnego określenia kar (które jednak mają być odstraszające, dotkliwe i skuteczne), jakie będą zastosowane w stosunku do przedsiębiorcy naruszającego przepisy o ochronie sygnalistów.

Odpowiedzialność za fałszywe zgłoszenie

By system ochrony sygnalistów działał prawidłowo, musi być on wykorzystywany zgodnie z jego założeniami. Dlatego też, Dyrektywa nakazuje Państwom Członkowskim ustanowienie w swoich prawodawstwach kar dla osób świadomie składających fałszywe zawiadomienie.  Wysokość oraz rodzaj kar zależeć będzie od przepisów krajowych, jednak mają być one skuteczne, proporcjonalne oraz odstraszające. Oprócz tego fałszywe zgłoszenie skutkować będzie mogło odpowiedzialnością odszkodowawczą.

Aspekt penalizacji umyślnego składania fałszywego zawiadomienia o nieprawidłowościach jest bardzo istotny w kontekście limitowania zjawiska nadużywania prawa przez sygnalistów. Aby system informowania o nieprawidłowościach w przedsiębiorstwie działał zgodnie z jego przeznaczeniem i stanowił wartość dodaną dla firmy istotnym jest, aby wszyscy pracownicy mieli dokładną wiedze o zasadach działania systemu oraz świadomość konsekwencji zgłoszeń nieprawdziwych. Nieocenioną rolę w krzewieniu właściwej świadomości wśród kadry pracowniczej mają szkolenia, które powinny być przeprowadzane cyklicznie i posiadać walor praktyczny (case study). Jednoznaczne wytyczenie granic legalności zgłaszania nieprawidłowości, pozwoli znacznie ograniczyć występowanie negatywnych zachowań w postaci złośliwych, odwetowych lub oczywiście fałszywych zgłoszeń. Każdy z potencjalnych sygnalistów powinien mieć świadomość faktu, że jego zgłoszenie będzie za każdym razem poddawane wnikliwej analizie przez powołany do tego zespół, nie tylko pod kątem okoliczności fatycznych związanych ze zgłoszeniem, ale także pobudek i stanu wiedzy zgłaszającego.

Dostosowanie działalności przedsiębiorstwa do nowych przepisów

Chociaż dla podmiotów prowadzących działalność gospodarczą kluczową rolę odgrywa ich wewnętrzny kanał zgłoszeniowy, muszą one mieć świadomość, że zostaną wdrożone także kanały organizowane przez organy publiczne. I choć oczywiście, także w myśl samej Dyrektywy, sygnalista powinien zgłaszać nieprawidłowości w pierwszej kolejności poprzez kanały wewnętrzne, jeżeli ominie on ten etap także pozostawał będzie pod ochroną.

Rolą przedsiębiorcy jest więc stworzenie realnie działającego systemu, który faktycznie będzie miał zaufanie potencjalnych sygnalistów. Zwłaszcza trzeba brać pod uwagę fakt, iż Dyrektywa zapewnia powszechny, łatwy i zrozumiały dostęp do informacji o kanałach zewnętrznych. Dobrze poinformowany sygnalista będzie zdawał sobie sprawę z tego co jest dla niego korzystniejsze, dlatego tym większą staranność należy dołożyć przy budowaniu systemu.

Chociaż Dyrektywa dopiero ma wejść w życie, a ostateczny kształt obowiązków wywodzonych na jej podstawie poznamy dopiero w momencie wejścia w życie ustawy przenoszącej jej postanowienia na grunt prawa polskiego, już teraz należy przyjrzeć się jej dokładnie by zaplanować swoje działania, które przecież wymagają czasu. W momencie wejścia postanowień w życie każdy powinien być na to przygotowany.

Przedsiębiorcy, zatrudniający powyżej 250 pracowników, powinni dostosować się do nowych regulacji w terminie dwóch lat od momentu przyjęcia i opublikowania dyrektywy. Z kolei termin dostosowania dla średnich przedsiębiorców (50-250 pracowników) został wydłużony o dwa lata od momentu transponowania Dyrektywy do polskiego porządku prawnego.

Autorzy:

– adw. Dawid Rasiński, Dział Praw Karnego & Dział Compliance;

– Krzysztof Sobieraj

Kancelaria Sadkowski i Wspólnicy

PKN ORLEN: Dostawy ropy wznowione

Do Zakładu Produkcyjnego PKN ORLEN w Płocku zostały wznowione dostawy ropy naftowej zgodnej z jakością kontraktową. Zatrzymanie dostaw surowca rurociągiem „Przyjaźń” nie wpłynęło na poziom przerobu ropy naftowej w płockiej rafinerii.

Daniel Obajtek
Daniel Obajtek

Wznowienie dostaw to efekt rozmów, które prowadziliśmy w ostatnich tygodniach ze stroną rosyjską przy wsparciu naszego rządu. Twarde stanowisko negocjacyjne strony polskiej było możliwe dzięki realizowanej przez nas konsekwentnie polityce dywersyfikacji kierunków dostaw. Obecnie ok. 50 proc. ropy naftowej sprowadzanej do Polski przez PKN ORLEN pochodzi już spoza kierunku wschodniego – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

W ciągu najbliższych kilku dni ropa naftowa przyjmowana z kierunku wschodniego do Bazy Adamowo dotrze do Bazy Miszewko Strzałkowskie, niedaleko Płocka.

Na początku czerwca br., podczas spotkania w Moskwie, stronie polskiej zaprezentowano mechanizm rekompensat jakie Transnieft przekaże rosyjskim producentom ropy naftowej na pokrycie roszczeń kierowanych do nich przez odbiorców ropy, w tym PKN ORLEN.