„DIGITAL FUTURE 2019 – Let’s talk about technology” – pod takim hasłem odbędzie się cykl konferencji podczas majowych międzynarodowych targów Electronics Show w podwarszawskim Nadarzynie. Eksperci, przedsiębiorcy oraz politycy będą rozmawiać m.in. o cyfrowej wizji przyszłości Polski i Europy, cyberbezpieczeństwie oraz rosnących zagrożeniach w sieci, a także o tym, w jakim kierunku będzie rozwijał się rynek urządzeń RTV i AGD w najbliższych latach.
Tegoroczne Międzynarodowe Targi Electronics Show odbędą się w dniach 10-12 maja w Ptak Warsaw Expo. Podczas pierwszego dnia towarzyszyć im będą konferencje organizowane przez Związek Cyfrowa Polska, największą organizację branży cyfrowej – „DIGITAL FUTURE 2019 – Let’s talk about technology”, pod patronatem Ministerstwa Cyfryzacji, Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii, UKE oraz NASK. – Wspólnie z ekspertami i politykami chcemy porozmawiać o tym, jak duże znaczenie ma rozwój nowoczesnych technologii, cyfryzacji w budowaniu polskich innowacji. Co przekłada się z kolei na rozwój całej naszej gospodarki – mówi prezes Związku Cyfrowa Polska Michał Kanownik, organizator wydarzenia. I dodaje: – Jednak by polscy inżynierowie i przedsiębiorcy mogli w pełni wykorzystywać swój potencjał, trzeba im stworzyć przyjazne warunki – np. poprzez regulacje prawne – które nie tylko ułatwią im funkcjonowanie na rynku, ale dadzą im możliwość do konkurowania na rynkach światowych.
Przyszłość e-usług i cyberbezpieczeństwo
Podczas „DIGITAL FUTURE 2019” mowa też będzie o rozwijających się e-usługach, dzięki którym zmienia się administracja publiczna. – Budowa e-państwa to ważne wyzwanie zarówno dla polskiej administracji, jak i biznesu. Już dziś widzimy, jakim ułatwieniem i oszczędnością czasu jest załatwianie niektórych urzędowych spraw on-line. Mam nadzieję, że wkrótce takich e-usług będzie jeszcze więcej – podkreśla Michał Kanownik. W panelu, w którym udział weźmie m.in. wiceminister cyfryzacji Wanda Buk znajdą się też m.in. tematy związane z rozwojem smart cities, wdrażaniem sieci 5G czy cyfryzacją radia.
Z kolei podczas debaty z udziałem wiceministra cyfryzacji Karola Okońskiego, eksperci rozmawiać będą o cyberbezpieczeństwie. Jak zauważa prezes Cyfrowej Polski, nie tylko tradycyjne komputery i laptopy są dziś narażone na cyberataki, co w konsekwencji może skutkować wykradzeniem naszych ważnych danych. – Często zapominamy, że hakerzy mogą włamać się nam też do smartfona, tabletu czy też drukarki. Dlatego tak ważna jest świadomość, co możemy zrobić, by być jak najbardziej bezpieczni. Podczas konferencji będziemy pokazywać, jak to nasze cyberbezpieczeństwo w codziennym życiu możemy podnosić – mówi Michał Kanownik.
Największe targi elektroniki w Polsce
Przez trzy dni targów Electronics Show, które już po raz drugi odbędą się w dniach 10 – 12 maja w halach Ptak Expo w Nadarzynie pod Warszawą zwiedzający będą mogli zapoznać się z najnowocześniejszymi technologiami autorstwa czołowych światowych producentów elektroniki użytkowej oraz związanymi z nią usługami. Będzie też specjalna strefa Związku Cyfrowa Polska, na której prezentowane będą najbardziej innowacyjne produkty i rozwiązania polskich inżynierów. ZIPSEE jest partnerem merytorycznym targów.
Szczegółowy harmonogram debat oraz informacje na temat targów dostępne są na stronie: https://electronics-show.com
Wypłaty dywidend przez polskie spółki na rzecz zagranicznych udziałowców często stwarzają pewne problemy. Wynika to z budzących wątpliwości regulacji dotyczących podatku u źródła. Rok 2019 przynosi kolejne zmiany w przepisach dotyczących tego mechanizmu, a wraz z nimi kolejne problemy dla podatników. Dotkną one przede wszystkim tych przedsiębiorców, którzy dokonują wypłat objętych WHT w wysokości przewyższającej 2 miliony złotych rocznie.
Podatek u źródła w pełnej wysokości
Od 2019 r. przy wypłacaniu należności na rzecz podmiotów zagranicznych objętych podatkiem u źródła kluczowego znaczenia nabiera wysokość tych wypłat realizowanych na rzecz poszczególnych podmiotów. Wypłaty do wysokości 2 milionów złotych rocznie będą odbywały się na podobnych zasadach jak dotychczas. Problem dotyczy wypłat przewyższających tę kwotę, gdyż niezależnie od tego, czy taka wypłata podlega opodatkowaniu w Polsce, czy nie oraz niezależnie od tego, jaka stawka jest właściwa, konieczna staje się zapłata podatku u źródła w wysokości podstawowej. Jeśli na etapie późniejszej weryfikacji okaże się, że podatek nie był należny lub powinien być niższy, będzie możliwe wystąpienie o jego zwrot. Z tym wiązać się będzie jednak długie oczekiwanie, a zapewne nierzadko także cały szereg wątpliwości.
Na czym polega problem?
W przypadku wypłat dywidend na rzecz podmiotów zagranicznych przepisy ustawowe nakazują pobranie od wypłacanej kwoty 19% podatku u źródła. Często jednak stawka, zgodnie z umowami o unikaniu podwójnego opodatkowania, jest niższa i wynosi zwykle 5 lub 15%.
W tym zakresie formalnie nic się nie zmieniło, a mimo to nowe regulacje oznaczają prawdziwą rewolucję. Konieczność zapłaty podatku, który formalnie należy się w niższej wysokości (lub nie należy się wcale), i dopiero późniejsze otrzymanie zwrotu prowadzić może do poważnych problemów związanych chociażby z płynnością finansową.
Limit 2 milionów złotych – dużo czy mało?
Ministerstwo Finansów przedstawia wprowadzane zmiany jako regulacje, które nie wpłyną istotnie na sytuację podatników. Ministerstwo podkreśla ponadto, że znaczenie zmian będzie ograniczone i dotknie jedynie największych podatników i tych, którzy wypłacają np. dywidendy (lub inne należności objęte WHT) o wartości przekraczającej 2 miliony złotych rocznie na rzecz danego podmiotu zagranicznego. Problem polega jednak na tym, że ma to niewiele wspólnego z rzeczywistością.
Przyjęty limit 2 milionów złotych rocznie jest w praktyce bardzo niski. W przypadku podmiotów wypłacających dywidendy za granicę często kwota ta jest wartością niemalże pomijalną. Nie chodzi tu przy tym jedynie o wielkie międzynarodowe korporacje zatrudniające w Polsce tysiące osób. Także dla wielu mniejszych podmiotów kwota ta wydaje się zdecydowanie za niska. Nowe regulacje dotkną nie tyle największych podatników – jak zapowiadało Ministerstwo, ile ominą jedynie tych najmniejszych.
Niezupełnie neutralnie
Nienależny a zapłacony podatek będzie zwracany podatnikowi lub płatnikowi podatku, który poniósł jego ekonomiczny ciężar, dopiero na jego wniosek. Nie ma tu jednak mowy o żadnym automatyzmie. Wniosek rozpoczyna jedynie procedurę weryfikacyjną, w toku której dopiero nastąpi stwierdzenie, czy zwrot się należy. Procedura ta w myśl przepisów wynosi aż 6 miesięcy. Dodatkowo nasuwają się pewne skojarzenia z procedurą zwrotu podatku VAT – tam organy podatkowe, mimo długich terminów, często procedurę wydłużają. Dodatkowo wnioski o zwrot zazwyczaj generują kontrole podatkowe, które zawsze wiążą się ze szczególnym zaangażowaniem podatnika, a często też utrudnieniem w prowadzeniu normalnej działalności oraz rodzą ryzyko wykrycia przez organy (bardziej lub mniej realnych) nieprawidłowości. Wszystko wskazuje na to, że w przypadku zwrotu podatku u źródła może być podobnie.
Dodatkowo trzeba zauważyć, że podatnicy na wiele miesięcy będą pozbawieni znacznych środków, co negatywnie wpłynie na ich płynność finansową. Praktyka wskazuje, że polskie spółki zależne w większości będą wypłacały zagranicznym udziałowcom dywidendy w pełnej wysokości (jedynie z potrąceniem podatku u źródła w stawce faktycznie należnej), a ponadto będą wpłacały do urzędów skarbowych 19% podatku – często wiele milionów złotych więcej niż wskazywałyby na to umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania. Do czasu otrzymania zwrotu środkami tymi będzie dysponował budżet państwa. Fiskus będzie miał więc nowy sposób na kredytowanie swoich potrzeb. Za zatrzymany nawet przez pół roku (i to w wersji dość optymistycznej) kapitał nie będzie musiał płacić żadnych odsetek. Skutki tego dla podatników mogą być natomiast bardzo bolesne.
Stare nowe zasady tylko dla nielicznych
Stosowania nowych zasad można uniknąć, jednak nie jest to łatwe. Podatnicy nie będą musieli wpłacać do urzędów podatku u źródła w wysokości podstawowej (a jedynie tej wynikającej z umów o unikaniu podwójnego opodatkowania) dopiero po złożeniu specjalnych oświadczeń oraz uzyskaniu opinii organu podatkowego o możliwości zastosowania zwolnienia lub stawek niższych. Na taką opinię trzeba będzie poczekać nawet pół roku, a jej ważność będzie ograniczona do 3 lat. Praktyka nie pokazała jeszcze, jakie problemy mogą się z tym wiązać, jednak należy spodziewać się, że organy podatkowe będą wydawały je bardzo niechętnie. Wszystko to znacznie ogranicza możliwość uniknięcia stosowania nowych regulacji.
Problemy dla podatników, korzyści dla fiskusa
Nowe regulacje w zakresie podatków stale zaskakują, jednak zauważyć można pewną prawidłowość – cierpią na nich podatnicy. Nie inaczej jest w tym przypadku. Co więcej, wprowadzone przepisy wykreowały nowy sposób na pobieranie nienależnych podatków, które pozwolą na bieżące łatanie dziur w budżecie. Nowe regulacje w wielu aspektach budzą poważne wątpliwości w zakresie zgodności z Konstytucją (np. ze względu na gorsze położenie podmiotów dokonujących wypłat dywidend za granicę), jednak póki co nie wpływa to na ich stosowanie. To zaś sprawia, że już teraz trzeba myśleć o tym, jak skutecznie walczyć o zwrot podatku i uniknąć dalszych problemów.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Firmy na co dzień wdrażają technologię addytywną do swoich procesów produkcyjnych. Z druku 3D korzystają na wiele sposobów – głównie w działach R&D do pracy nad prototypami. Ale nie tylko. Coraz więcej przedsiębiorstw przy pomocy druku 3D dostosowuje swoje produkty do indywidualnych potrzeb odbiorców. To trend, który będzie się coraz szybciej rozwijał. Firmy to wiedzą i inwestują w swoje pierwsze drukarki 3D. Wiele z nich jednak, mając za sobą pierwsze trudne doświadczenia, zniechęca się do tej technologii. Przyczyną jest źle dobrany sprzęt, który nie jest w stanie spełnić oczekiwań pasujących do maszyn i urządzeń o charakterze produkcyjnym.
Pomimo iż druk 3D jest coraz popularniejszy w naszym kraju, jest również sporo przedsiębiorców, którzy nieufnie patrzą na możliwości wytwarzania addytywnego. Ta nieufność niejednokrotnie bierze się po prostu ze złych doświadczeń. Ileż jest w firmach drukarek 3D, zakupionych w czasach, gdy technologia ta była jeszcze raczej ciekawostką? Nieodpowiedni sprzęt często nie spełniał oczekiwań przedsiębiorców, którzy ostatecznie zrazili się do samej technologii. Dużym kłopotem był i nadal jest w wielu przypadkach słaby lub całkowity brak serwisu.
Zakupowe wpadki
Można przyjąć, że podobnie jak w przypadku budowy domu – pierwszy buduje się dla wroga, drugi dla przyjaciela, a trzeci dla siebie – identycznie jest z kupowaniem drukarki do firmy. Zazwyczaj ta pierwsza nie spełnia oczekiwań i budzi wiele frustracji. Dopiero druga lub kolejna staje się faktycznym wsparciem w prowadzonym biznesie.
– Zakup drukarki 3D do firmy nie jest sprawą łatwą i tanią. Wiemy też, że często zdarzają się w tym temacie zakupowe wpadki – mówi Mateusz Sidorowicz z 3DGence. – Przedsiębiorcy kupują maszyny na podstawie specyfikacji, później okazuje się dopiero, że nie ma opcji uzyskania wydruku z konkretnego materiału, który producent wskazywał jako możliwy.
Największe problemy pojawiają się w momencie, kiedy ktoś kto drukarką 3D w firmie ma się zajmować, odkrywa, ile czasu zajmuje pełne wdrożenie urządzenia słabej jakości do pracy i jakie ma ograniczenia. Okazuje się bowiem, że obsługa jest skrajnie skomplikowana na przykład ze względu na brak autokalibracji, a głowica regularnie się zapycha, bo nie ma modułowego systemu, który ten problem rozwiązuje. Staje się wtedy zamiast firmowym powodem, kością niezgody – nie dość, że pieniądze zostały wyrzucone w błoto, to jeszcze nie udało się uzyskać planowanych innowacji. Często w takiej sytuacji firmy rezygnują z dalszych eksperymentów i pozostają przy standardowych metodach np. prototypowania czy kupowania części zamiennych.
Można wymienić na nową
Dla wszystkich, którzy mają złe doświadczenia w druku 3D lub chcą kupić nowy, lepszy sprzęt, pojawiła się właśnie ciekawa możliwość – każda firma, która odda starą drukarkę 3D – nieważne o jakiej wartości – będzie mogła wymienić ją na nową, otrzymując wysokie rabaty.
– Zależy nam na tym, żeby firmy się nie zniechęcały, dlatego prowadzimy akcję wymiany starych drukarek 3D. Firma oddaje nam swoją maszynę, w zamian dostaje upusty na nową – gwarantującą dobrą jakość druku z różnych materiałów oraz z działającym serwisem – mówi Mateusz Sidorowicz. – To akcja, którą prowadzimy, żeby przywrócić tym zniechęconym wiarę w technologię druku 3D i pomóc rozwijać się branży w Polsce.
Druga szansa
Czy akcja wymiany drukarek pozwoli zmienić podejście do druku 3D w polskich firmach? Tego nie wiadomo. Istotne jest, że otwarci na innowacje projektanci i inżynierowie polskich firm dostaną kolejną szansę, aby tym razem na dobrym sprzęcie do druku 3D realizować swoje pomysły, eliminując przestoje w produkcji, usprawniając prototypowanie i umożliwiając oferowanie klientom produktów dopasowanych dokładnie do ich potrzeb.
Dlaczego inwestorzy powinni korzystać z narzędzi SEO podczas podejmowania decyzji inwestycyjnej? Badania due diligence obejmują zwykle obszary finansowe i prawne, a dość rzadko obszar biznesowy. Niesłusznie, ponieważ spadek ruchu z SEO może kosztować nawet 200 milionów euro i być przyczyną upadku firmy.
Każdy biznes ma wiele wymiarów, a zespół inwestycyjny, niezależnie od tego ile osób liczy, nie jest w stanie zidentyfikować każdego ryzyka. Jak zmierzyć się z zadaniem analizy biznesu internetowego pod kątem oceny jego kompetencji w zakresie pozyskiwania ruchu z wyszukiwarki?
Fundusze oraz inwestorzy branżowi mogą ocenić realne ryzyko związane z pozyskiwaniem ruchu z Internetu, ze szczególnym naciskiem na ruch z wyszukiwarki, korzystając z narzędzi takich jak Senuto czy Google Trends.
Taka analiza powinna zostać wykonana zwłaszcza w przypadku biznesów typu:
biznesy operujące na masowym rynku B2C (zwłaszcza oferujące produkt digitalowy)
e-commerce
market place
biznesy B2B opierające swoją strategię marketingową na content marketingu
portale z dużą ilością treści
Jakie aspekty SEO badać podczas analizy inwestycyjnej?
Rozmiar rynku
Na początku warto sprawdzić, jak duży jest rynek w kontekście produktu oferowanego przez dany biznes. W tym celu można sprawdzić frazy kluczowe związane z daną niszą i ich potencjał wyszukiwań (miesięczną liczbę wyszukiwania zapytań w ciągu miesiąca).
Podaż produktu
Niezależnie od tego, jak duży jest popyt na dany produkt, należy też odpowiedzieć sobie na inne pytanie – jak wysoka jest podaż?
Podaż danego produktu możemy określić poprzez liczbę dokumentów zaindeksowanych w Google dla danej frazy. Warto wykorzystać tę metodę na pierwszym etapie weryfikacji, natomiast w dalszym odnieść się do profesjonalnych analiz rynku opartych na danych finansowych.
Czy biznes urośnie?
Przeprowadzenie takiego badania umożliwia narzędzie Google Trends, które służy do analizy popularności zapytań w Google w czasie. Za jego pomocą sprawdzisz, czy zainteresowanie danym produktem lub usługą w ujęciu czasowym rośnie czy spada.
Jeśli chcesz natomiast porównać biznes do lidera branżowego, możesz przeprowadzić taką weryfikację w Senuto.
Sezonowość biznesu
Aby ocenić model finansowy danego biznesu, musisz wiedzieć czy oferowany przez niego produkt podlega jakiejś sezonowości. W większości przypadków jest to oczywiste, jednak istnieją również takie, w których sytuacja jest bardziej skomplikowana. Analizę sezonowości biznesu przeprowadzisz w Senuto.
Badanie otoczenia
Choć zapewne potrafisz wyznaczyć swoją najbliższą konkurencję, w wyszukiwarce konkurentem jest ten, kto sąsiaduje z daną domeną w wynikach wyszukiwania. Jak pokazuje praktyka, nie zawsze jest to realna konkurencja biznesowa. Zweryfikuj, czy o użytkownika rywalizujesz z kimś więcej niż mogłoby się wydawać.
Liczba linków przychodzących
Podczas tej analizy sprawdź, czy:
domena nie zdobyłazbyt dużej liczby linków w krótkim czasie,
czy odnośniki nie pochodzą ze źródeł o słabej jakości,
czy profil linków jest naturalny.
Do przeprowadzenia tego badania możesz skorzystać z narzędzia Ahrefs.
Podsumowując, istnieje wiele sposobów na weryfikację biznesu pod kątem SEO przed inwestycją. Wydaje się, że jest to niezbędny punkt w analizie inwestycyjnej, a doświadczenie pokazuje, że często jest on pomijany.
Wprost z elitarnego festiwalu piwnego Toer de Gueze w Belgii założyciele browaru PINTA ogłosili start kampanii crowdfundingowej. Od 6 maja na platformie Crowdway.pl promują zbiórkę na budowę browaru PINTA Barrel Brewing. Powstawać w nim będą rzemieślnicze piwa premium, starzone w beczkach po mocnych alkoholach. Minimalna wartość inwestycji dla crowdinwestorów to już 333 zł. Zaplanowano też pakiety branżowe.
Najpierw odtworzyli praktycznie jedyny czysto polski styl piwny – Grodziskie, a później – w 2011 roku – uwarzyli mocno nachmieloną amerykańską odmianę India Pale Ale „Atak Chmielu”. Tak zaczęła się piwna rewolucja w Polsce, która dziś oznacza ponad 2 tys. nowych piw rzemieślniczych rocznie. Za tym ruchem stoi PINTA, marka stworzona przez Ziemowita Fałata, Grzegorza Zwierzynę i Marka Semlę.
Polski atak chmielu
Dziś miłośnicy piw rzemieślniczych jednym tchem wymieniają najpopularniejsze PINTY: Atak Chmielu (American IPA), A ja pale ale (American APA) i Pierwsza Pomoc (Polski Lekki Pils). Raz na miesiąc „PINTA Miesiąca”, czyli premierowe piwo w eksperymentalnym stylu, trafia do ponad 100 pubów w kraju i zagranicą. Polski chmiel trafił już do Włoch, Japonii, Brazylii i Nowej Zelandii.
W ciągu 8 lat PINTA uwarzyła piwa w ponad 150 stylach i odmianach, które można kupić w pubach, w sklepach, sieciach handlowych, na stacjach paliw i podczas piwnych festiwali. – Do tej pory nasze piwa warzyliśmy w wynajmowanych browarach, ale już w czerwcu w Wieprzu koło Żywca uruchomimy własny rzemieślniczy zakład, do którego w 2021 roku dołączy taproom – mówi Ziemowit Fałat, współwłaściciel PINTA sp. z o.o.
PINTA Barrel Brewing
Gdy piwa z browarów rzemieślniczych trafiają już do szerokiej dystrybucji, czas na piwną rewolucję vol. 2. – Na liście 10 najlepiej ocenianych piw PINTY królują odmiany Barrel Aged. To kategoria premium, a zarazem nisza, która w Polsce dopiero się kształtuje – wyjaśnia Grzegorz Zwierzyna, prezes PINTA Barrel Brewing SA.
PINTA Barrel Brewing jest nową spółką, która do 2021 roku wybuduje na Żywiecczyźnie swój browar rzemieślniczy. W nim powstawać będą limitowane edycje piw starzonych, dzikich i kwaśnych oraz piwne eksperymenty. Piwo warzone tradycyjnymi metodami będzie dodatkowo poddawane procesom starzenia w dębowych beczkach po winie, bourbonie, rumie czy whiskey. – Ten proces wzbogaci smak i aromat mocnych piw. Skupimy się na krótkich seriach, które mogą szczególnie spodobać się koneserom piwa, a także wina – dodaje Bartłomiej Ociesa, piwowar PINTA Barrel Brewing.
W poszukiwaniu crowdinwestorów
Na wybudowanie nowego browaru PINTA Barrel Brewing chce pozyskać środki od inwestorów. Emisję akcji wspiera kampania crowdfundingowa o wartości 4,15 mln zł, promowana na platformie Crowdway.pl. Akcja wystartowała 6 maja, a potrwa do 24 czerwca. O jej szczegółach można przeczytać na: akcja.pintabarrelbrewing.pl.
W ramach zbiórki o minimalnej wartości 333 zł inwestorzy oprócz akcji spółki PINTA Barrel Brewing i prawa do dywidendy, otrzymają też pakiety benefitów. W zależności od wartości wpłaty, mogą liczyć na zaproszenie na zjazd inwestorów, PINTA Party, zestawy piw, vouchery i gadżety. – Inwestorów, którzy wybiorą najwyższy pakiet crowdfundingowy, zaprosimy na finansowany przez spółkę wyjazd na PINTA Hop Tour. Dotychczas w ramach tej wyprawy odwiedziliśmy Argentynę, RPA i Tasmanię – dodaje Ziemowit Fałat.
Pakiet biznesowy
Dla właścicieli pubów, restauracji, sklepów i hurtowni, posiadającym koncesję na sprzedaż piwa, PINTA Barrel Brewing zaplanowała też pakiet branżowy. W ramach tego pakietu spółka oferuje uwarzenie do 18 hektolitrów piwa na wyłączność dla wskazanego lokalu.
Grupa Capital Park podpisała umowę najmu z rent24 – jednym z wiodących, światowych operatorów przestrzeni coworkingowej i colivingowej. Firma zajmie 4.000 mkw. powierzchni we flagowym projekcie Grupy – zrewitalizowanej dawnej fabryce Norblina na warszawskiej Woli. rent24 debiutuje na polskim rynku.
Rent24 to dostawca powierzchni coworkingowej i colivingowej działający w 55 lokalizacjach na trzech kontynentach. Firma została założona w 2015 roku w Berlinie przez Roberta Bukvić’a. Oferuje pojedyncze miejsca pracy w otwartych przestrzeniach, jak również prywatne pokoje, wynajem sal konferencyjnych czy networking podczas organizowanych eventów społecznych. Posiada w swojej ofercie także elastyczne miejsca do zamieszkania w wysokiej jakości pojedynczych lub współdzielonych mieszkaniach.
„Z niecierpliwością czekamy na wprowadzenie naszego konceptu do Polski, wschodzącego giganta Unii Europejskiej. Jako wiodące centrum technologiczne i silny ekosystem inwestycyjny, Warszawa zawsze znajdowała się na szczycie naszej listy ekspansji. Elastyczność, poczucie wspólnoty i innowacyjne podejście rent24 wzbogaci polski krajobraz coworkingu” – powiedział założyciel i dyrektor generalny rent24 Robert Bukvić.
„Z uwagą obserwujemy dynamiczny rozwój coworkingu na świecie i uważamy, że taka oferta idealnie wpisuje się w wielofunkcyjny charakter zrewitalizowanej dawnej fabryki Norblina. Doskonale odpowiada ona na potrzeby nowoczesnych, rozwijających się przedsiębiorców, daje także klientom korporacyjnym możliwość elastycznego podejścia do wynajmu biur w nieustannie zmieniającym się otoczeniu biznesowym. Z ogromną radością witamy światowego gracza na rynku coworkingowym w naszym flagowym projekcie w sercu Warszawy. Jesteśmy przekonani, że rent24 doskonale uzupełni swoją ofertą funkcje, które są zaplanowane w naszym kompleksie” – mówi Marcin Juszczyk, członek zarządu w Grupie Capital Park.
W procesie negocjacji umowy najmu pośredniczyła agencja Cushman & Wakefield.
Rewitalizacja dawnej fabryki Norblina to flagowy projekt Grupy Capital Park. Zabytkowemu, dwuhektarowemu terenowi po historycznych zakładach Norblin, Bracia Buch i T. Werner na warszawskiej Woli pomiędzy ulicami Prostą, Łucką i Żelazną zostaną nadane nowe funkcje. Powstanie tam mini-dzielnica, złożona z kilkunastu budynków i wewnętrznych uliczek. W ramach projektu powstanie ponad 66 tys. mkw. powierzchni użytkowej, w tym 40 tys. mkw. powierzchni biurowej i ponad 26 tys. mkw. poświęconych funkcji handlowej, usługowej, rozrywkowej, kulturalnej i gastronomicznej. Wśród najemców znajdą się między innymi – butikowe OH KINO (3.300 mkw.), które zostanie otwarte w niedostępnym dotychczas na polskim rynku formacie. Powróci także kultowy BioBazar (2.000 mkw.) – pierwszy w Polsce targ z ekologiczną, certyfikowaną żywnością. Budynki będą wyposażone w szereg ekologicznych rozwiązań w fazie projektowej otrzymały precertyfikację BREEAM na poziomie Very Good. Dla użytkowników kompleksu został przewidziany 4-poziomowy, podziemny parking na 750 miejsc parkingowych oraz 200 dedykowanych miejsc dla rowerzystów.
Jedną z głównych atrakcji projektu, bezpośrednio nawiązującą do historii miejsca, będzie Otwarte Muzeum Dawnej Fabryki Norblina, w którym znajdą się m.in. unikatowe kolekcje platerów, a także odrestaurowane, zabytkowe maszyny fabryczne. W trakcie rewitalizacji terenu odnowionych zostanie 9 zabytkowych budynków i 2 historyczne, a także 50 maszyn
i urządzeń z dawnej fabryki. Nowy kompleks będzie miejscem otwartym, dostępnym dla wszystkich – zarówno pracowników i użytkowników, warszawiaków, jak również turystów.
Inwestorem i pomysłodawcą rewitalizacji dawnej fabryki Norblina jest Grupa Capital Park. Za projekt architektoniczny odpowiada pracownia PRC Architekci. Głównym wykonawcą jest firma Warbud SA, z którą współpracują m.in. Soletanche Polska, Maat4 i TKT Engineering. Zakończenie procesu rewitalizacji jest planowane na przełom I i II kwartału 2021 roku.
Nowe Centrum Usług Wspólnych dla Łańcucha Dostaw kieruje wszystkimi działaniami związanymi z planowaniem produkcji i logistyką produktów dla regionu EMEA.
Firma Whirlpool oficjalnie zainaugurowała dzisiaj działalność swojego nowego Centrum Usług Wspólnych dla Łańcucha Dostaw w Łodzi. W uroczystości wziął udział Gilles Morel, prezes Whirlpool EMEA.
Powstanie nowej struktury zostało poprzedzone szczegółową analizą operacji planowania i logistyki w regionie EMEA (Europa, Bliski Wschód, Afryka). Głównym celem jest koncentracja na zapewnieniu standaryzacji i stabilności, w celu centralizacji procesu planowania i zarządzania popytem.
Polska jest jednym z najważniejszych krajów w regionie EMEA pod względem jakości i tempa rozwoju. Dlatego z punktu widzenia Whirlpool EMEA jest to optymalna, strategiczna lokalizacja dla Centrum Usług Wspólnych dla Łańcucha Dostaw. Ta decyzja biznesowa potwierdza znaczenie kraju dla naszej firmy i naszego zaufania do zespołu.- Luigi La Morgia, Wiceprezes ds. Zintegrowanego łańcucha dostaw Whirlpool EMEA
Nowa struktura firmy Whirlpool znajduje się w biurowcu Nowa Fabryczna, w którym znajduje się już otwarte w 2017 roku Centrum Usług Wspólnych dla Finansów Whirlpool EMEA. Centrum Usług Wspólnych dla Łańcucha Dostaw zatrudnia obecnie około 50 osób. Struktura, która obejmuje swym działaniem zróżnicowane kraje, stanowi grunt do budowania międzynarodowego zespołu i dalszego rozwoju w którym strategiczną rolę odgrywają specjaliści od uzupełniania zapasów oraz planiści materiałowi i rynkowi.
Możliwość pozyskania ambitnego i kreatywnego personelu, a także potencjał miasta oceniamy bardzo wysoko. Firma pragnie przyciągnąć najlepsze talenty lokalne i międzynarodowe, które umożliwią postępujący i zrównoważony rozwój łódzkiego Centrum Usług Wspólnych w przyszłości. Stawiamy również na partnerstwo z samorządem i uczelniami – zwłaszcza w zakresie praktyk studenckich. Zawsze szukamy osób o zróżnicowanym doświadczeniu zawodowym, podejściu ukierunkowanym na rynek, silnych umiejętnościach analitycznych, duchu wygranej i orientacji na cele. – Zygmunt Łopalewski, Dyrektor ds. Komunikacji Korporacyjnej Whirlpool Company Polska
Firma ma już 20 lat ciągłości biznesowej w regionie łódzkim. Obecnie prowadzi działalność produkcyjną w nowej, bo otwartej w grudniu 2018 roku, fabryce suszarek oraz w zakładach wytwarzających kuchenki oraz komponenty plastikowe. Wraz z Centrum Usług Wspólnych dla Finansów oraz Łańcucha Dostaw zatrudnia w Łodzi około 2000 osób, dzięki czemu Spółka jest jednym z największych inwestorów zagranicznych w regionie.
Euler Hermes wprowadza do oferty gwarancję ubezpieczeniową stanowiącą zabezpieczenie roszczeń z tytułu odpadów magazynowanych w ramach zbierania lub przetwarzania odpadów.
W ramach nowej oferty umowy gwarancyjnej Euler Hermes zapewni, że w przypadku nieprzestrzegania przez wykonawcę przepisów dotyczących gospodarowania odpadami gwarancja obejmuje koszt wykonania zastępczego, w tym:
decyzji nakazującej posiadaczowi odpadów usunięcie odpadów z miejsca nieprzeznaczonego do ich składowania lub magazynowania,
decyzji nakazującej usunięcie odpadów i ich zagospodarowania łącznie z odpadami stanowiącymi pozostałości z akcji gaśniczej lub usunięcia negatywnych skutków w środowisku lub szkód w środowisku i ich naprawie w ramach prowadzonej działalności .
– Bardzo zależało nam na wprowadzeniu właśnie tego produktu – gwarancji środowiskowych. Nie jest to tylko proste uzupełnienie portfolio gwarancji kontraktowych i wadialnych, ale też nasz wkład w budowę lepszego, zintegrowanego systemu gospodarowania odpadami – mówi Andrzej Puta, Dyrektor Biura Gwarancji Ubezpieczeniowych w Euler Hermes.
Nowy produkt Euler Hermes jest konsekwencją Ustawy z dnia 20 lipca 2018 r. o zmianie ustawy o odpadach oraz niektórych innych ustaw (Dz. U. poz. 1592), która wprowadziła szereg zmian w ustawie z dnia 14 grudnia 2012 r. o odpadach, m.in. w zakresie danych, jakie należy uwzględnić we wniosku o uzyskanie zezwolenia na zbieranie lub przetwarzanie odpadów. Zmiany w przepisach weszły w życie 5 września 2018 r.
Celem zmian prawnych jest ograniczenie licznych nieprawidłowości, skutkujących m.in. serią pożarów magazynowanych odpadów. Obowiązek przedłożenia gwarancji ubezpieczeniowej zapewni fundusze na zagospodarowanie odpadów, gdy np. podmiot prowadzący taką działalność ogłosi upadłość.
Jak dodaje Andrzej Puta: Idąc krok dalej – nowe przepisy i w efekcie towarzyszące im gwarancje służyć mogą nie tylko ochronie środowiska. Promowanie w gospodarce odpadami jedynie firm dobrze zorganizowanych i zarządzanych pozwoli im zbudować skalę działalności i zasoby niezbędne do ekspansji także poza granice naszego kraju. Skoro już jako gwarant wspieramy ekspansję polskich firm realizujących ciągi technologiczne i inwestycje służące ochronie środowiska w innych krajach, to dlaczego w międzynarodowym biznesie przyszłości, jakim jest segregacja i gospodarowanie odpadami, nie miałyby uczestniczyć kolejne polskie firmy?
Euler Hermes należy do grupy ubezpieczeniowej Allianz, a jego wiarygodność potwierdzają ratingi niezależnych instytucji certyfikujących: AA przyznany przez Standard & Poor’s i AA3 przez Moody’s.
W Polsce przybywać będzie hoteli butikowych, powstawać będą także hotele z ograniczoną liczbą usług, zaspokajające potrzeby osób przyjeżdżających na krótki pobyt, a dużych miastach realizowane będą kolejne inwestycje typu mixed-use – mówi Andrzej Szymczyk, Associate Director Hospitality Department w Walter Herz
Andrzej Szymczyk – Associate Director Hospitality Department w Walter Herz
Andrzej Szymczyk dołączył do zespołu Walter Herz w marcu tego roku. Odpowiada za wzmacnianie relacji i rozwój linii biznesowej firmy związanej z sektorem nieruchomości hotelowych w Polsce oraz nadzorowanie projektów i badań związanych z tym segmentem rynku. Specjalista może się pochwalić ponad 15 letnim doświadczeniem w pracy na rynku nieruchomości hotelowych, które zdobył w USA, na Wyspach Brytyjskich i w Polce, pracując m.in. dla największych sieci hotelowych oraz firm świadczących usługi dla tego sektora. Andrzej Szymczyk podzielił się swoimi spostrzeżeniami, dotyczącymi specyfiki i możliwości wzrostu rynku hotelowego w naszym kraju.
W których regionach jest największy potencjał dla rozwoju inwestycji hotelowych?
– Każdy region ma swoją specyfikę popytu na usługi hotelowe, zarówno pod względem turystycznym, jak i biznesowym. Wiele miast rozwija się bardzo dynamicznie, budując nową infrastrukturę. Spośród głównych aglomeracji w kraju największy potencjał rozwoju ma Gdańsk, Łódź i Wrocław. Gdańsk z terenami postoczniowymi, bliskością morza i doskonałymi połączeniami komunikacyjnymi jest atrakcyjny dla turystyki i biznesu przez cały rok.
Łódź wolno zrzuca odium brzydkiego i zapomnianego kaczątka, stając się perłą w potencjalnie najlepszej lokalizacji biznesowej w Polsce. Przecięcie najważniejszych szlaków komunikacyjnych, sąsiedztwo planowanego Centralnego Portu Komunikacyjnego i szeroki dostęp do terenów inwestycyjnych to czynniki składające się na dobry biznes hotelowy, szczególnie w kontekście kongresowo-konferencyjnym i wystawienniczym.
Wrocław, mimo sporej bazy hotelowej, wciąż ma potencjał na dalszy rozwój, który będzie zapewniał zwrot z inwestycji w obiekty noclegowe. Rozwój rynku biznesowego w mieście, nieduża odległość od rynków zagranicznych oraz atrakcyjność turystyczna stolicy Dolnego Śląska nadal będą czynnikami pomocnymi w uzyskaniu przez inwestorów satysfakcjonujących wyników.
Czy w Warszawie jest jeszcze miejsce na nowe hotele? Jakich obiektów brakuje?
– Uważam, że w Warszawie jest wciąż miejsce na nowe hotele, ale muszą to być przemyślane inwestycje. Wnikliwa, gruntowna analiza rynkowa i studium wykonalności wskazują najlepszy rodzaj obiektu i model jego funkcjonowania w danej lokalizacji i otoczeniu rynkowym. W jednej lokalizacji będzie brakowało hoteli ekonomicznych, które zapewniają podstawowe usługi. Kilka kilometrów dalej może być miejsce na ciekawy hotel lifestylowy, który przyciągnie określoną grupę podróżujących. W Warszawie wciąż brakuje luksusowego hotelu z prawdziwego zdarzenia i w każdym aspekcie jego funkcjonowania. Ceny nieruchomości w mieście są jednak często nieadekwatne do nakładów, jakie trzeba przeznaczyć na tego typu hotel, co sprawia że opłacalność takiej inwestycji może być niższa od oczekiwanej przez inwestorów.
Czy tempo rozwoju rynku hotelowego w naszym kraju jest adekwatne do potrzeb?
– Rynek hotelowy w Polsce rozwija się w sposób nierównomierny, często bez głębszej analizy lokalnych potrzeb. Baza noclegowa w takich miejscach, jak Warszawa, czy Kołobrzeg rośnie szybko i sprawnie, choć z pewnością podział na lokalizacje i kategorie hoteli mógłby być lepszy. W innych lokalizacjach miejskich, jak na przykład dawne miasta wojewódzkie widać powstające nowe inwestycje, ale wciąż jest miejsce na kolejne, które zaspokoją zarówno potrzeby rynku, jak i inwestorów. Problem stanowi najczęściej dostępność gruntów w dobrych lokalizacjach i cenie na tyle rozsądnej, by projekty hotelowe miały sensowną stopę zwrotu z inwestycji.
Jakie są zasadnicze różnice w sposobie działania rynków hotelowych w Wielkiej Brytanii czy USA i rynku hotelowego w Polsce?
– Polski rynek hotelowy jest relatywnie młodym rynkiem, ponieważ jego prawdziwe początki przypadają na lata 90. ubiegłego wieku. W porównaniu do rynku brytyjskiego, czy amerykańskiego wciąż uczymy się rzemiosła hotelowego, zarówno od strony inwestycyjnej, jak i operacyjnej. Widoczną różnicą jest to, że w krajach zachodnich normą jest korzystanie z usług doradczych, ponieważ branża jest na tyle specyficzna, że nie można nauczyć się jej z przysłowiowej książki. Znajomość i zrozumienie procesów zachodzących na rynku hotelowym jest gwarancją sukcesu przedsięwzięć w tym segmencie i ta wiedza potrzebna jest od początku realizacji inwestycji.
W Wielkiej Brytanii, czy USA duży nacisk kładzie się również na pracowników i rozwój zespołu, który traktowany jest jak inwestycja, a nie koszt. W Polsce niestety wciąż jest wiele przypadków, gdzie pracownik jest złem koniecznym, ponieważ właścicielowi wydaje się, że zbyt wiele kosztuje.
Co jest przysłowiową piętą achillesową naszego hotelarstwa? Jakie aspekty związane z funkcjonowaniem hoteli w Polsce należałoby poprawić?
– Niewiedza inwestorów, brak zrozumienia specyfiki branży i niechęć do zasięgania opinii osób z doświadczeniem na różnych rynkach hotelowych. Niewiedza przejawia się w tworzeniu koncepcji i prowadzeniu inwestycji w sposób oderwany od rzeczywistych potrzeb rynkowych. Skutkuje to często brakiem rentowności projektów, co prowadzi do frustracji, bo inwestycja nie przynosi spodziewanych wyników.
Obiekty hotelowe z kilkunastoma, czy kilkudziesięcioma pokojami mają szansę odnieść sukces jedynie w niektórych lokalizacjach i to pod warunkiem doskonałego przygotowania całego projektu biznesowego. Zarówno koszt inwestycji, jak i stałe koszty operacyjne sprawiają bowiem, że ważnym aspektem koncepcji jest wielkość hotelu. Duże hotele konferencyjne mogą osiągać ponadprzeciętne wyniki finansowe dzięki ekonomii skali, ale jest to także uwarunkowane wieloma różnymi czynnikami. Dlatego tak ważne jest zaufanie dobrym doradcom, którzy spojrzą na inwestycję od strony praktycznej, dostarczając niezbędnej wiedzy, by odpowiednio przygotować inwestycję pod każdym względem.
Jakie czynniki powinny być szczególnie wnikliwie rozpatrywane w trakcie przygotowań do realizacji projektów hotelowych?
– Lokalizacja, lokalizacja i jeszcze raz lokalizacja. Od niej zależy wszystko: popyt na usługi hotelowe, możliwość zapewnienia określonej liczby odpowiednio wyszkolonych pracowników, dostęp do niezbędnych rozwiązań technologicznych, różnorodna i ciekawa oferta hotelu, itp. Stworzenie hotelu z 500 pokojami pośrodku niczego, sprzedawanego w systemie condo z gwarantowaną stopą zwrotu, kiedy wsparciem inwestycji są tylko dobre chęci nie może przynieść dobrych rezultatów. Projekt musi być naprawdę drobiazgowo przemyślany.
Czym różni się proces doradztwa inwestycyjnego w segmencie hotelowym i biurowym?
– Segment biurowy wydaje się być mniej skomplikowany od hotelowego, jeśli chodzi o liczbę potencjalnie oferowanych produktów i usług, z których płynie strumień przychodów. Hotel nie jest budynkiem, w którym powierzchnia wynajęta jest kilku dużym firmom na kilka lat. „Najemców”, czyli gości hotelowych może być nawet kilka lub kilkaset tysięcy rocznie. Każdy zjawia się w innym terminie, z innymi potrzebami i trzeba mu zaoferować inne warunki. To sprawia, że organizacja związana z prowadzeniem takiego przedsiębiorstwa jest kompletnie różna niż w przypadku rynku biurowego. Zarządzanie w segmencie hotelowym wymaga zrozumienia większej ilości procesów zachodzących na terenie obiektu.
Jakie trendy daje się zauważyć na polskim rynku hotelowym? Co jest jeszcze przed nami, jeśli chodzi o tendencje światowe?
– W Polsce prawdopodobnie będzie przybywać hoteli butikowych, które pomimo mniejszej liczby pokoi będą generowały odpowiednie zwroty inwestycyjne z uwagi na profil gości. Będą również powstawać hotele z ograniczoną liczbą usług, zaspokajające potrzeby osób, które potrzebują jedynie krótkiego pobytu. W dużych miastach realizowane będą kolejne inwestycje typu mixed-use, łączące funkcje biurowe, hotelowe i handlowo-usługowe. Jest to pewien sposób dywersyfikacji inwestycji i ryzyka z nią związanego, umożliwiający elastyczne podejście do prowadzenia biznesu, pozwalające na przykład na zmianę liczby pokojów w zależności od przyszłych potrzeb.
Polska firma Paragona szuka obecnie kilkuset lekarzy rodzinnych z całej Europy, w tym z Polski, do pracy w placówkach brytyjskiego National Health Service (NHS). Ci, którzy zdecydują się na relokację, mogą liczyć na pomoc w załatwieniu wszystkich formalności związanych z rozpoczęciem życia w nowym miejscu. Przechodzą także intensywne bezpłatne szkolenia. Na mocy umów zawartych przez Paragonę z NHS, przebieg brexitu nie wpłynie na sytuację lekarzy, którzy podejmą pracę dla brytyjskiej służby zdrowia.
Polska firma specjalizująca się w rekrutacji dla sektora medycznego m.in. w Wielkiej Brytanii, Skandynawii i Francji wygrała niedawno przetarg na realizację 5-letniego kontraktu dla brytyjskiego NHS. Dotyczy on pozyskania do pracy na Wyspach kilku tysięcy lekarzy rodzinnych. To największy obecnie projekt rekrutacyjny realizowany dla brytyjskiej służby zdrowia, a tym samym największy projekt międzynarodowy w Europie.
– Możliwości rozwoju kariery zawodowej dla lekarzy rodzinnych w Wielkiej Brytanii są ogromne. Medycyna rodzinna w UK jest najbardziej rozwiniętą formą tej specjalizacji, co oznacza, że lekarze, którzy tam praktykują, mają maksymalnie szerokie kompetencje. Lekarz rodzinny na Wyspach jest częściowo ginekologiem (prowadzi ciąże), położnikiem czy chirurgiem (mała chirurgia), co jest szansą na ciekawą pracę oraz rozwój zawodowy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Kinga Łozińska, prezes zarządu Paragona Polska. – Lekarze z naszego projektu będą pracować w prywatnych praktykach, które wykonują usługi na rzecz NHS i z czasem, jeżeli będą chcieli, mogą zostać partnerami, czyli współwłaścicielami tych praktyk – dodaje Kinga Łozińska.
Rok temu Paragona zrealizowała już projekt pilotażowy, który polegał na rekrutacji 25 lekarzy rodzinnych do placówek NHS w Lincolnshire. Obecnie firma poszukuje kolejnych 100 lekarzy, którzy podejmą pracę w przychodniach zlokalizowanych w rejonie Central Midlands.
– Pracą w Wielkiej Brytanii są zainteresowani lekarze z całej Europy. Rekrutujemy głównie mieszkańców krajów członkowskich UE, których uprawnienia do zawodu są uznawane przez dyrektywy unijne. Jest to Rumunia, Bułgaria, Hiszpania, Grecja, Chorwacja, Litwa, Włochy, ostatnio także Czechy i oczywiście Polska – mówi Kinga Łozińska.
Pierwszy etap szkoleń przygotowujących do wyjazdu odbywa się w kampusie pod Warszawą, gdzie przyszli lekarze NHS doskonalą język, poznają procedury i zasady funkcjonowania brytyjskiego systemu ochrony zdrowia. Kolejny etap odbywa się już na miejscu, w Wielkiej Brytanii. Każdy specjalista przechodzi dodatkowe szkolenie pod okiem mentora, które ma pomóc mu w podjęciu całkowicie samodzielnej pracy w nowym kraju.
– Program, który realizujemy wspólnie z NHS, jest bardzo opiekuńczy – mówi Kinga Łozińska. – W trakcie kursu zapewniamy zakwaterowanie, wyżywienie, aktywności sportowe, a nawet przyznajemy stypendia dla rodzin, ponieważ lekarz nie pracuje zawodowo i poświęca czas tylko na naukę.
Rekrutacja specjalistów medycyny rodzinnej do pracy w Wielkiej Brytanii jest o tyle łatwiejsza, że duża część lekarzy z Europy zna już język angielski przynajmniej w podstawowym stopniu. Oferta skierowana jest do osób, które znają angielski, ale nie muszą być na poziomie biegłym.
– Lekarz, który chce podjąć pracę w UK, powinien zdać egzamin językowy IELTS na poziomie 7,5 oraz egzamin zawodowy dla obcokrajowców lub powracających do systemu I&R. Zrekrutowani przez nas lekarze zdają tylko nasz wewnętrzny egzamin językowy, uznawany przez NHS za wystarczający do podjęcia pracy. Po wyjeździe do UK lekarz zaczyna pracę oraz szkolenie, które przygotowuje do egzaminu zawodowego. To najlepsza ścieżka, jaka istnieje – mówi Kinga Łozińska.
Jak podkreśla, NHS to bardzo atrakcyjny pracodawca, zatrudniający ponad 1,7 mln pracowników, dlatego prawa pracownicze są tam mocno chronione. Jest to organizacja o ogromnym budżecie na szkolenia, rozwój i badania medyczne.
Szefowa Paragony podkreśla, że brexit nie będzie mieć wpływu na sytuację lekarzy, którzy podejmą pracę dla brytyjskiego NHS.
– Mamy pisemne zapewnienie działu rekrutacji międzynarodowej NHS, że wszyscy lekarze, którzy przejdą przez nasz proces rekrutacji i szkoleń, będą bezpieczni. Będą mogli pracować w strukturach NHS bez względu na to, jaką formę przybierze brexit – zapewnia Kinga Łozińska. – Sytuacja pełzającego brexitu na Wyspach oczywiście budzi zaniepokojenie wśród tych, którzy planują wyjazd i podjęcie tam pracy. Myślę, że Wielka Brytania jako kraj tradycyjnie wielokulturowy i wielonarodowy poradzi sobie z tym problemem. Niemniej nasz projekt ma szczególnie silne zabezpieczenia.
Aktualnie prowadzona rekrutacja to kolejny projekt realizowany przez Paragonę dla National Health Service. Firma już wcześniej pomogła NHS uzupełnić niedobory kadrowe – kilka lat temu w ramach projektu rządowego przeszkoliła i zrekrutowała 300 lekarzy dentystów.
Lekarze rodzinni zainteresowani wyjazdem do pracy w placówkach NHS w Wielkiej Brytanii mogą znaleźć informacje o ofercie i wziąć udział w rekrutacji na stronie internetowej paragona.com.
Prognozy dotyczące podwyżek cen energii spędzają sen z powiek przedsiębiorcom. W kontekście ostatnich zawirowań na rynku energii szczególnego znaczenia nabierają inwestycje firm, które zmierzają do poprawy efektywności energetycznej. Ta może się okazać dobrym sposobem na zapowiadane podwyżki. Na taki krok zdecydował się już VELUX. Grupa zainwestuje łącznie ok. 14 mln zł w wymianę oświetlenia na LED-owe w swoich fabrykach w Gnieźnie i Namysłowie. Inwestycja, która ma się zwrócić najpóźniej po 5 latach, obniży roczne rachunki za energię o około 8 proc.
– Wymiana oświetlenia ma dwa podłoża. Pierwsze to ekonomia. Przy wzrastających cenach energii elektrycznej w Polsce ta inwestycja offsetuje nam zwiększone koszty pracy. Drugi ważny powód to poprawa warunków pracy i komfortu pracowników. Chcemy zastosować takie oprawy, które dostarczają oświetlenie o barwie bardzo zbliżonej do światła dziennego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Robert Purol, dyrektor fabryk VELUX w Gnieźnie.
Zgodnie z ustawą ceny energii w tym roku zostają ustalone na poziomie taryf i cenników obowiązujących 30 czerwca ubiegłego roku. Podmioty, które kupią energię drożej niż ustalona cena sprzedaży, mają dostać zwrot utraconego przychodu z Funduszu Wypłaty Różnicy Ceny. Powstrzymanie podwyżek cen prądu w 2019 roku ma kosztować łącznie 9 mld zł. Pomogą w tym trzy mechanizmy uwzględnione w nowelizacji ustawy: obniżenie podatku akcyzowego na energię elektryczną z 20 zł/MWh do 5 zł/MW, obniżenie opłaty przejściowej dla wszystkich odbiorców energii elektrycznej o 95 proc. oraz bezpośredni zwrot utraconego przychodu spółek obrotu.
Tymczasem do Urzędu Regulacji Energetyki docierają sygnały od odbiorców końcowych (innych niż gospodarstwa domowe) o poważnych problemach związanych z brakiem ofert sprzedaży energii elektrycznej i brakiem możliwości zawarcia umów na sprzedaż tej energii. Jak podaje URE, to bezprecedensowa sytuacja, która może się wiązać z koniecznością uruchomienia sprzedaży rezerwowej po cenach wyższych niż w standardowych umowach.
W kontekście zawirowań na rynku energii nabierają znaczenia inwestycje firm, które zmierzają do poprawy efektywności energetycznej. Na taki krok zdecydował się już VELUX. Grupa zainwestuje łącznie ok. 14 mln zł w wymianę oświetlenia na LED-owe w swoich fabrykach w Gnieźnie i Namysłowie, które są jednymi z największych w Polsce w sektorze stolarki budowlanej. Statystycznie prawie każde okno dachowe wyprodukowane pod marką VELUX ma w sobie jakiś element, który powstał właśnie w Gnieźnie, więc inwestycja zapewni grupie efekt skali i przyniesie spore oszczędności.
– Tylko w Gnieźnie mamy kilkanaście hal produkcyjnych, mówimy więc w sumie o kilkudziesięciu tysiącach opraw oświetleniowych do wymiany – mówi Robert Purol. – Program jest rozłożony na cały rok, jesteśmy mniej więcej w jego połowie. Cała inwestycja wyniesie łącznie około 7 mln zł. Natomiast postanowiliśmy wziąć udział w programie efektywnego oszczędzania energii rozpisanym na lata 2014–2020 roku, przystąpiliśmy do grantu i uzyskaliśmy na ten cel pomoc w postaci nieoprocentowanego kredytu.
Firmy, które chcą zainwestować w poprawę efektywności energetycznej, mogą skorzystać z funduszy unijnych w ramach Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko 2014–2020. VELUX pozyskał z niego nieoprocentowany kredyt pokrywający 50 proc. kosztów inwestycji. Co więcej, 15 proc. tego kredytu (w kwocie około 1,2 mln zł) może zostać umorzone, jeżeli grupa pozytywnie przejdzie końcową weryfikację.
Kompleksowa wymiana oświetlenia na LED-owe w fabrykach VELUX ma zakończyć się jeszcze w tym roku. Modernizacja obejmie m.in. wymianę oświetlenia na stanowiskach roboczych, w halach produkcyjnych, magazynach, biurach i korytarzach, oświetlenie terenu i opracowanie zintegrowanego systemu sterowania oświetleniem. Grupa oszacowała, że po zakończeniu tej inwestycji roczne rachunki za energię elektryczną spadną o około 8 proc.
– Wstępne obliczenia wskazują, że okres zwrotu z tej inwestycji wyniesie 4–5 lat, natomiast pierwsze pomiary zużycia po zainstalowaniu nowych opraw wskazują, że może on być nawet krótszy – mówi Robert Purol.
System sterowania dostosowuje oświetlenie LED do natężenia światła dziennego, które dociera do hal fabrycznych. To zmniejsza konieczność wytężania wzroku i ułatwia wykonywanie bardziej precyzyjnych czynności, co z kolei poprawia wygodę pracowników.
– Zainteresowaliśmy się też fotowoltaiką. Obecnie w fabryce VELUX w Namysłowie projekt ten jest w fazie analizy i myślę, że ma szanse być zrealizowany – mówi Robert Purol.
Poza innymi zaletami modernizacja oświetlenia wpisuje się też w strategię klimatyczną VELUX, która zakłada obniżenie własnej emisji o 50 proc. do 2020 roku. W fabrykach będzie funkcjonował system nadzoru nad oświetleniem, który co miesiąc będzie wykonywał odpowiednie testy. Firma ubiega się także o białe certyfikaty, czyli świadectwa efektywności energetycznej wydawane za oszczędność energii.
– VELUX określił sobie cel, jakim jest redukcja dwutlenku węgla o 50 proc. do końca tej dekady, i chcemy się w niego wpisać. Tylko dzięki tej jednej inwestycji redukujemy zużycie energii o 8 proc. Natomiast te cyfry wyglądają jeszcze lepiej, jeżeli weźmiemy pod uwagę samo oświetlenie, bo jego wymiana zredukuje zużycie energii na ten konkretny cel o połowę – mówi dyrektor fabryk VELUX w Gnieźnie.
Od roku akademickiego 2018/2019 uczelnie mają obowiązek sprawdzania prac dyplomowych z użyciem publicznego Jednolitego Systemu Antyplagiatowego. Ten, jako stosunkowo nowy system, podlega ciągłym zmianom, co przekłada się na brak jednolitego standardu oceny prac dyplomowych. Na dodatek do weryfikacji prac dyplomowych używa ograniczonych, zamkniętych zasobów. Dlatego w praktyce uczelnie wciąż korzystają z systemu Antyplagiat firmy Plagiat.pl.
– Plagiatowanie prac dyplomowych, licencjackich, magisterskich, czyli naruszanie przez studentów zasad poszanowania autorstwa, wymaga kontroli antyplagiatowych. Program, który oferuje minister zgodnie z ustawą, nie załatwia sprawy, bo potrzebne są jeszcze działania konsultantów wspierających posługiwanie się tym oprogramowaniem. Nie mówiąc już o konieczności jego rozwoju, bo te rozwiązania trzeba uaktualniać, trzeba poszerzać bazę – mówi agencji Newseria Biznes prof. Jerzy Woźnicki, prezes Fundacji Rektorów Polskich.
Na mocy ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce od roku akademickiego 2018/2019 uczelnie mają obowiązek sprawdzania prac dyplomowych z użyciem publicznego Jednolitego Systemu Antyplagiatowego. Jest udostępniany bezpłatnie wszystkim uczelniom w Polsce, służy do sprawdzania prac dyplomowych pod kątem plagiatu i ma wspierać pracę promotorów. System wykrywa m.in. klony prac dyplomowych, zapożyczenia fragmentów i próby ich ukrycia, takie jak manipulacje czcionką czy mikrospacje. Do badania antyplagiatowego stosuje też metodę stylometryczną, która pozwala określić, czy praca została napisana samodzielnie.
– Trzeba zwrócić uwagę na fakt, że JSA miał z założenia oferować jednolity standard oceny prac dyplomowych. W praktyce administratorzy systemu mają całą gamę parametrów, dzięki którym mogą modyfikować sposób wyliczenia wyników, a wykładowcy w interfejsie mają możliwość przeliczenia wyników w ramach ich oceny. Trudno więc mówić o jednolitym standardzie –mówi Anna Słowińska, kierownik ds. kluczowych klientów Plagiat.pl.
Uruchomienie JSA wymagało wielu przygotowań na uczelniach. Te musiały m.in. przeszkolić wszystkich swoich pracowników w zakresie korzystania z nowego systemu i przede wszystkim zasilić go danymi, zmodyfikować funkcjonujące od lat systemy zarządzania pracami dyplomowymi oraz regulaminy i procedury antyplagiatowe.
– Uczelnie są zobowiązane do korzystania z Jednolitego Systemu Antyplagiatowego, a jednocześnie większość z nich nadal korzysta z dotychczas stosowanego systemu Antyplagiat firmy Plagiat.pl, który część z nich wykorzystuje również do sprawdzenia prac zaliczeniowych, a także publikacji naukowych i prac doktorskich – mówi Anna Słowińska.
Jak podkreśla Jednolity System Antyplagiatowy oraz system Antyplagiat mają różne bazy porównawcze. JSA korzysta z ograniczonych zamkniętych zasobów, porównuje prace w oparciu o ORPPD, bazę aktów prawnych oraz zasoby Neksta, wyszukiwarki polskiego internetu. Z kolei system Antyplagiat wykorzystuje zasoby światowego internetu, bazę aktów prawnych Wolters Kluwer, Międzyuczelniany Program Wymiany Baz oraz bazy innych podmiotów, takich jak m.in. Paperity.org czy xArchive – łącznie ponad 3,5 mln tekstów i treści naukowych.
– Studenci mogą bardzo szybko się zorientować, że – aby przechytrzyć Jednolity System Antyplagiatowy – wystarczy korzystać z treści w starych publikacjach, których nie wykorzystano w pracach z ostatnich 10 lat, znajdujących się w ORPPD bądź w nowych publikacjach. Dotyczy to również nowych stron internetowych, których Nekst nie zdążył jeszcze zaindeksować – mówi Anna Słowińska.
Jak ocenia, problemem jest również to, że JSA jako nowy system cały czas podlega zmianom.
– Prace bronione w nadchodzącej sesji letniej będą weryfikowane w oparciu o inne funkcjonalności niż te, które były dostępne w ostatniej sesji zimowej. Zostaną przeanalizowane w odmienny sposób – mówi Anna Słowińska.
Co istotne, Jednolity System Antyplagiatowy ogranicza się głównie do weryfikacji prac dyplomowych z tzw. Ogólnopolskim Repozytorium Pisemnych Prac Dyplomowych (ORPPD) oraz z polskojęzycznymi stronami internetowymi.
– Wystarczy, żeby studenci zaczęli chętniej pisać prace w językach obcych, dla których w chwili obecnej Jednolity System Antyplagiatowy nie ma dostatecznych baz porównawczych. Z doświadczenia wiemy, że studenci wykazują dużą kreatywność w próbach oszukania systemu, więc trzeba się liczyć z tymi ograniczeniami – mówi Anna Słowińska.
Ekspertka zwraca uwagę na to, że system do weryfikacji prac dyplomowych nie jest jedynym narzędziem w walce z problemem plagiatowania na uczelniach wyższych. Równie ważna jest edukacja, a także szkolenia dla wykładowców i studentów.
– Praca dyplomowa jest pewnym elementem spinającym edukację. Nauczanie prawidłowego korzystania ze źródeł odbywa się na jej wcześniejszym etapie, jeszcze przed rozpoczęciem nauki na wyższej uczelni. Warto korzystać z systemu antyplagiatowego do weryfikacji prac zaliczeniowych, żeby studenci mogli nauczyć się prawidłowo korzystać ze źródeł, prawidłowo oznaczać przypisy. Jest to narzędzie wspierające wykładowców. Z drugiej strony warto, żeby w przestrzeni publicznej znalazło się miejsce do rozmowy na temat problemu plagiatowania i próby jego zminimalizowania w naszym szkolnictwie – mówi Anna Słowińska.
Plagiatowanie prac wiąże się z bardzo dużym ryzykiem. Jeżeli oszustwo zostanie wykryte nawet po latach, grozi to utratą dyplomu.
– Następują kulturowe zmiany w środowisku akademickim, ludzie coraz lepiej uświadamiają sobie negatywne skutki plagiatowania, a wyczulenie na ten problem jest bardzo duże. Można zostać napiętnowanym na resztę życia. Co więcej, nawet po latach można stracić dyplom. To jest dramat, kiedy np. pełni się funkcję w jakiejś instytucji, gdzie w rozwoju zawodowym wymagane jest wyższe wykształcenie – mówi prof. Jerzy Woźnicki.
W ubiegłym roku w Polsce zginęło w wypadkach drogowych 76 osób na milion mieszkańców – o 2 proc. więcej niż przed rokiem. To czyni polskie drogi jednymi z najniebezpieczniejszych w Unii Europejskiej. Koszty wypadków sięgają nawet 52 mld zł rocznie. Konieczna jest nie tylko edukacja kierowców, lecz także skuteczne odstraszanie – mandaty w Polsce należą do najniższych w Europie – podkreśla Adam Sobieraj z Fundacji Drogi Mazowsza.
– Mazowsze traci 4,5 mld zł w wyniku tego, że dochodzi do wypadków drogowych. 52 mld zł to koszt wypadków w całym kraju. Dla porównania program 500+ kosztuje nas 25 mld zł, a piątka Kaczyńskiego będzie kosztowała 40 mld zł. Nikt nie protestuje, że 52 mld zł wydajemy na wypadki, natomiast większość osób krzyczy, że pakiet socjalny jest za drogi. Nie zauważamy wydatków, które sami generujemy jako uczestnicy ruchu drogowego. Ubezpieczyciele pokrywają z tego raptem 8 mld zł, reszta jest z naszej kieszeni – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Sobieraj z Fundacji Drogi Mazowsza.
Z danych Komendy Głównej Policji wynika, że w 2018 roku doszło w Polsce do 31,6 tys. wypadków drogowych, w których zginęło 2,8 tys. osób.
Polskie drogi należą do jednych z najniebezpieczniejszych w UE. Dane Komisji Europejskiej wskazują, że w ubiegłym roku w wypadkach drogowych ginęło w naszym kraju średnio 76 osób na milion mieszkańców. Pod tym względem wyprzedza nas tylko Rumunia (96 zabitych), Bułgaria (88), Łotwa (78) i Chorwacja (77). Poza Łotwą wszystkie te kraje zmniejszyły jednak liczbę ofiar śmiertelnych. Polska zanotowała jednak niewielki wzrost (o 2 proc.).
– Jeśli wzrośnie statystyka, to nie mówmy o tym, że to jest wahnięcie, tylko zróbmy wszystko, aby wizja zero, o której wszyscy mówią, była naprawdę realna. Dziś w Polsce na pewno nie jest ona realna – ocenia Adam Sobieraj.
Inicjatywa „Wizja zero” ma na celu sukcesywnie zmniejszanie liczby ofiar śmiertelnych w wypadkach drogowych. W realizacji założeń mogłoby pomóc np. wprowadzanie w miastach specjalnych stref z dopuszczalną maksymalną prędkością 30 km/h. Zdjęcie nogi z gazu znacznie poprawiłoby bezpieczeństwo. O ile zderzenie pieszego lub rowerzysty z pojazdem jadącym 30 km/h daje nawet 90 proc. szans na przeżycie, o tyle przy prędkości 70 km/h spada do zaledwie 5 proc. Problemem jest też nieprzestrzeganie przez kierowców ograniczeń prędkości.
– Musimy nauczyć kierowców jeździć z prędkością 50 km/h. Do tego jest nam potrzebna dobra infrastruktura, która wymusi tę prędkość, policja, która wymusi przestrzeganie tego, oraz edukacja. Te 50 km/h nie jest po to, żeby utrudnić życie kierowcy. Aby poprawić bezpieczeństwo w ruchu drogowym poprzez przepisy, tak naprawdę trzeba je kompleksowo przeanalizować i porównać z innymi krajami – mówi Sobieraj.
W Polsce brakuje też skutecznie odstraszających kar za przewinienia, bo mandaty opiewają na kilkaset złotych. W wielu krajach na Zachodzie wysokość mandatów jest uzależniona od stanu portfela. W państwach skandynawskich za niektóre wykroczenia nie ma górnej granicy grzywny dla kierowców, w Polsce można dostać maksymalnie 5 tys. zł.
– Perspektywa, że można dostać nie 100 zł, a 100 euro mandatu, nie 500 zł za potrącenie pieszego, a 5 tys. czy 50 tys. zł, na pewno zredukuje pewną liczbę wypadków z punktu widzenia ekonomicznego – przekonuje Adam Sobieraj. – Tak było w przypadku pijaństwa na drodze. Świadomość konsekwencji jazdy po alkoholu jest duża, w związku z tym wypadki z udziałem osób będących pod wpływem stanowią raptem kilka procent [8,8 proc. w 2018 roku – red.].
Zdaniem eksperta przykładem może być Słowacja, której udało się w ostatnich latach znacznie ograniczyć liczbę ofiar wypadków drogowych. Obniżono tam prędkość w miastach i przyjęto nowe przepisy ruchu drogowego. Podniesiono również kary za ich naruszenia. Wprowadzono podwyżki dla policjantów, aby zminimalizować ryzyko korupcji. Wprowadzono też wytyczne dla miast, jak skuteczniej zadbać o bezpieczeństwo. W Polsce problemem jest brak współpracy między instytucjami.
– Osobno policja, osobno Inspekcja Transportu Drogowego, osobno ministerstwa, osobno samorządy – większa współpraca na pewno przyniosłaby dużo lepszy efekt – przekonuje Sobieraj.
Kiedy w 2015 roku zlikwidowano możliwość kontroli drogowej przez samorządy, liczba wypadków wzrosła. Tylko faktycznie nakładane kary mogą spowodować, że kierowcy będą bardziej uważni.
– Przed wyborami w 2015 roku zlikwidowano możliwość kontroli drogowej przez samorządy i skutek jest taki, że po roku czy dwóch mamy wzrost wypadków, ponieważ kierowcy przestali na danych skrzyżowaniach przestrzegać prędkości – podkreśla ekspert Fundacji Drogi Mazowsza. – Weźmy przykład Poznania, gdzie w ciągu 3 miesięcy tego roku sfotografowano milion kierowców, którzy przekroczyli prędkość, ale nie można im wysłać mandatu, bo nie jest to w gestii władz samorządowych. Nie można bezpieczeństwa ruchu drogowego traktować jak wabik wyborczy.
Choć niemal połowa Polaków codziennie ogląda telewizję, to pod względem popularności szybko gonią ją płatne serwisy VoD, z których przynajmniej raz w miesiącu korzysta blisko 70 proc. osób – wynika z badania „Od Netflixa do Fortnite’a – jak Polacy spędzają czas przed ekranem” Ogólnopolskiego Panelu Badawczego Ariadna. Przy rosnącej popularności portali VoD, telewizję czekają zmiany. Telewizja przyszłości ma być oparta na spersonalizowanych informacjach.
– Telewizja trzyma się nadal dobrze i wszelkie zapowiedzi o jej śmierci są przedwczesne, ale niewątpliwie serwisy VoD bardzo mocno przyciągają uwagę konsumentów. Co więcej, coraz częściej płacimy za korzystanie z tych treści. Obecnie tylko mniej więcej połowa osób nie płaci za treści wideo – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Tomasz Baran z Ogólnopolskiego Panelu Badawczego Ariadna i Wydziału Psychologii UW.
Z badania „Od Netflixa do Fortnite’a – jak Polacy spędzają czas przed ekranem” przeprowadzonego na panelu Ariadna dla „Media & Marketing Polska” wynika, że w ramach rozrywki coraz częściej wybieramy serwisy VoD i gry, ale telewizja wciąż jeszcze trzyma się mocno. Codziennie telewizję ogląda 44 proc. osób, a przynajmniej raz w miesiącu niemal każdy (95 proc.).
– Jedna trzecia badanych internautów przyznaje, że gdyby musieli wybierać, to za wszelką cenę chcieliby znaleźć czas na oglądanie telewizji. Telewizja ma tę zaletę, że jest bezpłatna i można ją oglądać bez angażowania większych zasobów uwagowych – podkreśla dr Tomasz Baran.
Aby jednak w przyszłości móc skutecznie konkurować z platformami VoD, telewizja potrzebuje zmian.
– Postrzegałbym telewizję jako ekran informacji – i tak bym definiował telewizję przyszłości, składający się z wielu wątków informacyjnych, które są dobierane i personalizowane pod kątem zainteresowań danej osoby i danej grupy docelowej. Czyli profilowanie treści wideo i informacji zamiast – tak jak obecnie – układanego dziś programu, który być może nam będzie pasował, a być może nie – przekonuje dr Tomasz Baran.
Wśród bezpłatnych serwisów prym wiedzie YouTube, gdzie materiały wideo codziennie ogląda 23 proc. badanych. Spośród płatnych serwisów zdecydowanie wygrywa Netflix. Za oglądanie wideo w tym serwisie płaci 15 proc. badanych, dla porównania dostęp do Player.pl opłaca 7 proc., a Ipla.pl i HBO Go – po 6 proc. Respondenci najchętniej oglądają seriale i filmy fabularne (odpowiednio 61 proc. i 50 proc.). Wśród największych zalet serwisów VoD wymieniają brak reklam, duży wybór treści i możliwość oglądania na dowolnym urządzeniu.
– Okazuje się, że oglądanie treści VoD nie jest postrzegane jako marnowanie czasu w takim stopniu jak np. poświęcanie czasu na gry wideo. Serwisy VoD konkurują o uwagę i czas na rozrywkę bardziej z różnymi grami elektronicznymi niż między sobą – wskazuje ekspert.
Blisko 70 proc. Polaków korzysta z serwisów VoD przynajmniej raz w miesiącu, a 16 proc. codziennie lub prawie codziennie. Z kolei w gry elektroniczne, czy to na komputerze, konsoli, czy smartfonie lub tablecie, gra przynajmniej raz w miesiącu 57 proc., a codziennie 15 proc. badanych. Raport finansowy Netflixa wskazuje, dla platformy większym zagrożeniem niż HBO jest Fortnite, czyli komputerowa gra survivalowa z liczbą zarejestrowanych kont przekraczającą 200 mln.
Choroby kardiologiczne są przyczyną niemal połowy zgonów w Polsce, a co roku do szpitala trafia prawie 80 tys. Polaków z zawałem serca. Badanie EKG dostarcza informacji na temat tętna i rytmu serca, może też wskazywać na ryzyko zawału serca. Nie przewidzi jednak ryzyka przyszłego zawału serca. Opracowane przez polski start-up elektrody nowej generacji, wraz ze specjalną aplikacją na smartfony, są znacznie skuteczniejsze od zwykłego badania. Wykryją o 20 proc. zawałów serca więcej niż zwykłe EKG.
– Projekt SmartMedics jest innowacją na polskim rynku, koncentrującą się głównie w obszarze nowej elektrody do akwizycji sygnałów biometrycznych z ciała człowieka. W obecnej fazie projektu dotyczy to przede wszystkim sygnałów pochodzenia sercowego, a więc elektrokardiogramu powszechnie nazywanego EKG. Chcemy stworzyć rozwiązanie wygodne dla pacjenta, nową formę elektrody EKG, taki patch naklejany na ciało człowieka – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Łukasz Kołtowski, współzałożyciel SmartMedics.
Nowe technologie zmieniają oblicze medycyny. Dotyczy to także chorób kardiologicznych, pacjentów z chorobą wieńcową i narażonych na choroby niedokrwienne serca. Na rynku są już np. dostępne inteligentne koszulki do pomiaru EKG. Przeznaczone dla osób w trakcie rehabilitacji, mogą się łączyć z urządzeniami mobilnymi i tam w czasie rzeczywistym prezentować pomiary EKG i przesyłać je do lekarzy zdalnie monitorujących pacjentów. Nie brakuje też inteligentnych czujników, które na bieżąco monitorują puls, wykrywają anomalie i nieprawidłowy rytm serca. Specjalne opaski czy zegarki mierzą puls, sprawdzają się zwłaszcza przy arytmii – dzięki wbudowanemu sensorowi EKG działają z podobną dokładnością, co urządzenia medyczne.
Nowoczesne zegarki zaalarmują też o możliwym ataku serca. Po odczytach kilku różnych parametrów, jak np. zawartość tlenu, krążenie, sztuczna inteligencja ostrzeże pacjenta, dodatkowo poinformuje służby ratunkowe, a także wcześniej wskazane osoby. Dzięki wbudowanemu GPS działającemu także niezależnie od dostępu do sieci wskażą dokładną lokalizację.
Projekt polskiego start-upu idzie krok dalej, bo przede wszystkim jest znacznie dokładniejszy od obecnych na rynku urządzeń do EKG.
– To taki patch naklejany na ciało człowieka. Jest mało inwazyjny, pacjent może go długo nosić na ciele, a jednocześnie oferuje wysokiej jakości sygnał. Dotychczas EKG i elektrody EKG składały się z 12 odprowadzeń, my się koncentrujemy na odprowadzeniach z większą liczbą punktów sczytywania, jesteśmy w stanie sczytać więcej informacji o sercu pacjenta. Klasyczne elektrody nie mogą być długo noszone, pacjenta boli, gdy się je odkleja, a do tego mają kable. Nasza elektroda nie ma ani kabla, ani zewnętrznego urządzenia do podłączenia – przekonuje Łukasz Kołtowski.
SmartMedics jako pierwszy na rynku stworzył 18-odprowadzeniowy patch EKG ze specjalną aplikacją na smartfony. Algorytmy sztucznej inteligencji na bieżąco sprawdzają odczyty i w czasie rzeczywistym rozpoznają anomalie w rytmie serca. Dzięki nowym technologiom nowe elektrody pozwalają wykryć nawet o 20 proc. więcej zawałów serca. Co więcej, ponieważ elektroda nie ma oprzyrządowania w postaci kabla i zewnętrznego urządzenia do podłączenia, może być stosowana zarówno w szpitalach, jak i w domu.
– Kiedy pacjenci potrzebują przewlekłego monitorowania, wówczas elektroda jest podłączona do klasycznego EKG czy stacji monitorowania przy łóżku pacjenta. Jest też wersja mobilna, gdzie pacjent może chodzić po szpitalu i sygnał jest przesyłany zdalnie. Druga forma zastosowania tej elektrody to dom pacjenta. Myślimy o rehabilitacji kardiologicznej, próbach wysiłkowych, ale wykonywanych ambulatoryjnie, monitorowaniu arytmii, a więc zaburzeń rytmu, a także o pacjentach podwyższonego ryzyka – wymienia współzałożyciel SmartMedics.
Jak przekonuje Kołtowski, urządzenie jest rewolucyjne w skali świata. Przede wszystkim jest bezinwazyjne, bardzo dokładne, a elektrody w żaden sposób nie hamują ruchów.
– W tej elektrodzie przede wszystkim liczy się komfort. Mała grubość, to około 25 mikrometrów, to pewnego rodzaju tatuaż, komfort dla pacjenta. To także czas rzeczywisty monitorowania pacjenta i przesyłania tych danych do centrum telemonitoringu – wskazuje ekspert.
Nowo opracowana elektroda jest też niskokosztowa – rocznie w średniej wielkości szpitalu zużywa się kilkadziesiąt tysięcy kompletnych zestawów elektrod. Większość elektrod jest do siebie zbliżona, ma podobne właściwości. Ta opracowana przez polski start-up to jedna naklejka, co oznacza dla szpitala znaczne oszczędności.
– Patrząc na technologię, której używamy, masowa produkcja tego typu elektrod ma szansę być tańsza od klasycznych elektrod, zwłaszcza biorąc pod uwagę możliwość zamiany 10 klasycznych elektrod na jeden patch – podkreśla Łukasz Kołtowski.
Według Allied Market Research globalny rynek urządzeń EKG do 2023 r. osiągnie wartość 6,6 mld dol.
Najwięksi producenci pracują nad latającymi pojazdami, które łatwo ominą korki i szybko dotrą na miejsce. Obecnie rozwijanych jest nawet około 20 różnych typów pojazdów latających zarówno przez duże firmy, takie jak Airbus i Boeing, jak i mniejsze, takie jak niemiecki Volocopter. Eksperci podkreślają, że konieczne jest jednak uregulowanie dostępu do przestrzeni powietrznej. Nawet małe, kilogramowe drony, mogą doprowadzić do katastrofy trudnej do wyobrażenia. Przy latających taksówkach, bez wyznaczenia korytarzy, w których mogłyby się poruszać, wypadki mogłyby się stać codziennością.
– Nowe technologie w lotnictwie wywołują dreszcz emocji wśród normalnych obywateli. Jeżeli ktoś zaczyna mówić o bezzałogowych taksówkach, które miałyby wozić ludzi od punktu A do B, to zaraz rodzi się pytanie, czy to będzie bezpieczne dla innych użytkowników. Wystarczające problemy rodzi wolny dostęp do przestrzeni powietrznej, kiedy każdy może kupić sobie jakaś motolotnie czy paramotolotnię i próbować rozwijać swoje lotnicze hobby – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje płk dypl. pil. Cezary Wasser, szef Szefostwa Służby Ruchu Lotniczego Sił Zbrojnych RP.
Według Gideona Lichfielda, redaktora naczelnego „MIT Technology Review”, nawet 20 różnych typów pojazdów latających jest obecnie rozwijanych różnymi metodami przez zarówno duże firmy, takie jak Airbus i Boeing, jak i mniejsze, takie jak niemiecki Volocopter. Niektóre mają działać podobnie do dronów napędzanych wirnikiem, inne to samoloty o stałych skrzydłach ze śmigłami skierowanymi w górę z możliwością pionowego startu i lądowania. Niektóre mają działać niczym autonomiczne taksówki – same odbiorą pasażerów, dostarczą na miejsce, a wszystko bez udziału pilota. Już w 2020 roku na ulice mają wyjechać robotaksówki Tesli, działające podobnie jak Uber, które – jeśli właściciel wyrazi zgodę – będą zarabiać działając w sieci pasażerskiej. W wersji latającej takie taksówki mogą się pojawić niewiele później.
Choć latające taksówki nie są jeszcze produkowane, to pierwsze testy już trwają. Jeszcze w tym roku pierwsze latające przewozy będą realizowane w Singapurze, są także zapowiedzi testowych lotów w Londynie i niemieckich miastach. Zanim jednak latające samochody wejdą do użytku, niezbędne są odpowiednie regulacje. Już choćby przykład dronów pokazuje, że stworzenie mapy powietrznej, przypominającej system świateł na ulicach, jest konieczne.
– O ile nad przestrzenią wyżej położoną, na pewnej wysokości, panuje Polska Agencja Żeglugi Powietrznej i jej systemy, a wojsko to widzi na swoich radarach, to koordynacja ruchu, który jest poddany takiej wolności, jest trudna. Doświadczamy właśnie kolejnego obszaru bardzo nowego technologicznie, czyli popularnych dronów – wskazuje płk Cezary Wasser.
Biała Księga Rynku Bezzałogowych Statków Powietrznych przygotowana przez Polski Instytut Ekonomiczny wskazuje, że obecnie w polskiej przestrzeni powietrznej znajduje się ok. 100 tys. dronów, a wartość polskiego rynku dronów konsumenckich w latach 2017–2026 sięgnie 1,08 mld zł. Liczba sprzedanych urządzeń przekroczy zaś 386 tys. Jak podkreśla ekspert, w kwestii legislacyjnego uregulowania rynku dronów, Polska jest jednym z europejskich liderów. Jako pierwsza wprowadza też rozwiązania, które pomagają kontrolować przestrzeń powietrzną.
– Jest takie rozwiązanie, tzw. DroneRadar na telefony komórkowe, w którym łatwo możemy uzyskać informację: czy na danym terenie można latać, czy też, jest czerwona plamka na ekranie, informująca, że latać nie wolno. To tak, jak czerwone światło na drodze. Każdy, kto ma poszanowanie dla prawa i zdaje sobie sprawę z konsekwencji, raczej się wstrzyma z wykonywaniem operacji – wskazuje płk Wasser.
Aplikacja była koniecznością, bo beztroscy operatorzy dronów nie są rzadkością. Choćby w 2015 roku samolot niemieckiej Lufthansy niemal nie zderzył się z dronem, który przeleciał zaledwie 100 metrów od samolotu. Z kolei w lutym 2018 roku w Południowej Karolinie rozbił się śmigłowiec, którego pilot próbował uniknąć kolizji z dronem.
– Zderzenie z dronem ważącym nawet około kilograma, którego najcięższym elementem jest bateria, przy prędkości zbliżenia chociażby 200–300 km na godzinę, może mieć konsekwencje prowadzące do katastrofy. Taka bateria czy dron może zniszczyć śmigło czy wpaść do wlotu silnika odrzutowego i zniszczyć konstrukcję w mgnieniu oka. Szczególnie na małej wysokości, gdzie nie ma czasu na reakcję – przekonuje ekspert.
DroneRadar bardzo łatwo pozwala się zorientować, czy w danym miejscu w danym momencie można bezpiecznie operować dronem. Aplikacja może też zaalarmować operatora drona o konieczności opuszczenia danej strefy, np. przy przelocie śmigłowca ratunkowego. Tylko w 2018 roku aplikację pobrano ok. 100 tys. razy.
– To jakieś kilkadziesiąt tysięcy operacji w ciągu roku. A w niektórych wojskowych strefach wokół lotnisk wojskowych aktywowano przykładowo 2 tys. razy taką aplikację. To świadczy o lawinowym wzroście zapotrzebowania na regulacje i o tym, że potencjalne ryzyko zderzenia jest bardzo realnym zdarzeniem – podkreśla płk Cezary Wasser.
W pierwszym kwartale 2019 r. Grupa MOL osiągnęła 514 mln USD oczyszczonego wyniku CCS EBITDA
Wynik segmentu Upstream osiągnął poziom 283 mln USD, podobnie jak w pierwszym kwartale 2018 r.
Oczyszczony wynik CCS EBITDA segmentu Downstream okazał się słabszy niż przed rokiem i wyniósł 138 mln USD
Segment Usług konsumenckich kontynuował dwucyfrowy wzrost EBITDA osiągając w pierwszym kwartale rekordowy poziom
Zysk netto Grupy w pierwszym kwartale wyniósł 174 mln USD
Grupa MOL podała dziś wyniki finansowe za pierwszy kwartał 2019 r. Zgodnie z planem na rok bieżący, wynik EBITDA po pierwszym kwartale przekroczył poziom 500 mln USD.
Wynik EBITDA w segmencie Upstream pozostał bez zmian wobec wyniku sprzed roku, notując 283 mln USD, m.in. dzięki utrzymaniu wysokiego poziomu produkcji, co zniwelowało negatywny wpływ innych czynników. W pierwszym kwartale 2019 r. produkcja wzrosła do najwyższego od siedmiu lat poziomu 116 tys. baryłek ekwiwalentu ropy naftowej dziennie, głównie dzięki dobrym wynikom osiąganym na brytyjskich złożach.
Niższy niż przed rokiem wynik dostarczył z kolei segment Downstream, na co wpływ miały pogarszające się warunki w sektorze rafinacji, częściowo zrównoważone dzięki poprawie efektywności operacji. 138 mln USD oczyszczonego wyniku CCS EBITDA, to o 37% mniej niż w analogicznym okresie roku poprzedniego.
Segment Usług Konsumenckich kontynuował dwucyfrowy wzrost, notując wzrost wyniku EBITDA o 10% r/r, do poziomu 89 mln USD. Wpływ na to miały wyższe wolumeny sprzedaży paliw oraz wyższe wpływy z oferty pozapaliwowej. Sprzedaż paliw w Europie Środkowo-Wschodniej wzrosła w omawianym okresie o 3% (na Węgrzech i w Chorwacji o 5%), co stworzyło korzystne warunki dla całego segmentu.
Segment gazowy Midstream przynisół z kolei 66 mln USD EBITDA, co oznacza spadek o 23% r/r.
Zsolt Hernádi
Prezes i CEO Grupy MOL, Zsolt Hernádi tak skomentował wyniki pierwszego kwartału: „Pierwszy kwartał przyniósł wynik EBITDA na poziomie ponad 500 mln USD oraz dodatnie przepływy gotówkowe, co wpisuje się w plan na cały rok 2019 i pozwala na realizację zaplanowanych inwestycji w ramach prowadzonej w firmie transformacji. Niższe niż przed rokiem zyski są efektem wysokiej bazy oraz słabszych niż przed rokiem marży na produktach rafinacji, co tylko częściowo udało się zrównoważyć dobrą efektywnością operacyjną we wszystkich segmentach. Segment Usług Konsumenckich kontynuował dwucyfrowy wzrost EBITDA, m.in. dzięki kolejnym otwarciom punktów Fresh Corner, których działa już 700. W tym czasie segment Upstream zanotował najwyższą produkcję od roku 2012”.
Spadek wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń[1] na Głównym Rynku o 3,6% rdr do 13,7 mld zł w kwietniu 2019 r.
Spadek łącznego wolumenu obrotu instrumentami pochodnymi o 20,8% rdr do poziomu 413,9 tys. szt. w kwietniu 2019 r.
Wzrost łącznej wartości obrotu akcjami na rynku NewConnect o 26,5% rdr do poziomu 99,9 mln zł w kwietniu 2019 r.
Wzrost wartości obrotu produktami strukturyzowanymi o 60,1% rdr do 89,9 mln zł w kwietniu 2019 r.
Wzrost obrotu ETF-ami o 108,3% rdr do 11,0 mln zł w kwietniu 2019 r.
Wzrost obrotu obligacjami nieskarbowymi na rynku Catalyst w ramach arkusza zleceń o 3,3% rdr do poziomu 189,8 mln zł w kwietniu 2019 r.
Wzrost wolumenu obrotu energią elektryczną na rynku spot o 30,2% do poziomu 2,9 TWh w kwietniu 2019 r.
Wzrost łącznego wolumenu obrotu gazem ziemnym o 96,1% rdr do 11,2 TWh w kwietniu 2019 r.
Wzrost wolumenu obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia[2] na rynku spot o 3,8% do 6,1 TWh w kwietniu 2019 r.
Łączna wartość obrotu akcjami na Głównym Rynku GPW wyniosła 14,0 mld zł w kwietniu 2019 r., czyli o 3,1% mniej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń spadła w kwietniu 2019 r. o 3,6% rdr do poziomu 13,7 mld zł. Średnia dzienna wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń wyniosła w kwietniu 2019 r. 686,2 mln zł, o 3,6% mniej niż rok wcześniej. Wartość indeksu WIG na koniec kwietnia 2019 r. wyniosła 60 145,50 pkt i była o 0,4% wyższa niż przed rokiem.
Na rynku NewConnect w kwietniu 2019 r. odnotowano wzrost łącznej wartości obrotu akcjami o 26,5% rdr do poziomu 99,9 mln zł. Wartość obrotów akcjami w ramach arkusza zleceń na rynku NewConnect w kwietniu wzrosła o 16,3% rdr i wyniosła 85,1 mln zł.
W kwietniu 2019 r. łączny wolumen obrotu instrumentami pochodnymi wyniósł 413,9 tys. szt., czyli o 20,8% mniej niż rok wcześniej. Wolumen obrotu kontraktami na indeksy spadł o 26,2% rdr do poziomu 223,7 tys. szt.
W kwietniu 2019 r. zanotowano wzrost wartości obrotu produktami strukturyzowanymi o 60,1% rdr do poziomu 89,9 mln zł oraz wzrost obrotów ETF-ami o 108,3% rdr do 11,0 mln zł.
Wartość notowanych na rynku Catalyst emisji obligacji nieskarbowych wyniosła 90,0 mld zł na koniec kwietnia 2019 r. wobec 79,1 mld zł w analogicznym okresie ubiegłego roku. Wartość obrotu obligacjami nieskarbowymi na rynku Catalyst w ramach arkusza zleceń wzrosła w kwietniu 2019 r. o 3,3% rdr do poziomu 189,8 mln zł.
Łączna wartość obrotu obligacjami na TBSP sięgnęła w kwietniu 2019 r. 33,3 mld zł i była o 5,9% niższa niż rok wcześniej.
Łączny wolumen obrotu energią elektryczną na rynkach spot i terminowym w kwietniu 2019 r. wyniósł 18,2 TWh, co oznacza wzrost o 0,3% rdr. Wolumen obrotu energią elektryczną na rynku spot wzrósł o 30,2% rdr do poziomu 2,9 TWh. Na rynku forward wolumen spadł o 3,9% rdr do poziomu 15,3 TWh.
Łączny wolumen obrotu gazem ziemnym wzrósł w kwietniu o 96,1% rdr do 11,2 TWh. Na rynku spot wolumen obrotu wzrósł o 23,9% do poziomu 2,3 TWh. Na rynku terminowym odnotowano wzrost o 131,7% rdr do poziomu 8,9 TWh.
Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia, z wyłączeniem praw ze świadectw związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”)[3], na rynku spot wyniósł w kwietniu 2019 r. 6,1 TWh, co oznacza wzrost o 3,8% rdr. Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”) wzrósł o 173,0% rdr osiągając w kwietniu 2019 r. poziom 38,1 ktoe[4].
Kapitalizacja 410 spółek krajowych notowanych na Głównym Rynku na koniec kwietnia 2019 r. wyniosła 639,92 mld zł (149,17 mld EUR).
Łączna kapitalizacja 461 spółek krajowych i zagranicznych notowanych na Głównym Rynku sięgnęła na koniec kwietnia 2019 roku 1 266,9 mld zł (295,3 mld EUR).
Na Głównym Rynku w kwietniu 2019 r. zadebiutowała spółka Pharmena (przejście z NewConnect bez oferty akcji).
Na NewConnect w kwietniu 2019 r. zadebiutowały spółki Massmedica (oferta prywatna o wartości 1,14 mln zł) oraz CM International (oferta prywatna o wartości 120 tys. zł).
W kwietniu 2019 r. na GPW odbyło się 20 sesji giełdowych, tyle samo co rok wcześniej.
[1] transakcje sesyjne, bez transakcji pakietowych
[2] Z wyłączeniem praw ze świadectw związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”)
[3] świadectwa pochodzenia związane z efektywnością energetyczną (tzw. białe certyfikaty) są wystawiane, notowane i rozliczane w innych jednostkach metrycznych niż pozostałe świadectwa na TGE (toe – tona oleju ekwiwalentnego; energetyczny równoważnik jednej metrycznej tony ropy naftowej o wartości opałowej równej 10.000 kcal/kg)
Ceny paliw znów budzą zainteresowanie. Chodzi nie tylko o ich wzrost, za którym stoją dynamicznie rosnące ceny ropy i nieco słabszy kurs walutowy ale także o to, że benzyna drożeje bardziej, niż olej napędowy. I to wbrew oczekiwaniom, że dostosowania do wymogów regulacji IMO zwiększą popyt na olej napędowy i opłacalność jego produkcji poprawi się w stosunku do benzyny.
Adam Czyżewski, główny ekonomista PKN Orlen
Zacznijmy od oczekiwań dotyczących cen benzyny i diesla.
W telegraficznym skrócie: Regulacja IMO, która wejdzie w życie z początkiem 2020 r. wygeneruje dodatkowy popyt na olej napędowy, ze strony transportu morskiego, więc jego cena w relacji do ceny ropy (tzw. marża crack) powinna wzrosnąć. Zaspokojenie tego popytu będzie wymagać zwiększenia przerobu ropy w rafineriach, więc pojawi się presja na wzrost jej ceny. Na rynku pojawi się też więcej benzyny, na którą nie ma dodatkowego popytu i jej sprzedaż będzie się wiązać z obniżeniem ceny w relacji do ceny ropy. Zmiana relacji cenowych (wzrost marż crack na dieslu i spadek na benzynie) uruchomi w rafineriach procesy dostosowawcze, które ze względu na cykl inwestycyjny rozpoczęły się przed datą wejścia regulacji IMO i potrwają, jak się oczekuje, około dwóch lat. Z kolei zmiana relacji ceny benzyny i oleju napędowego spowoduje dostosowania popytu na te paliwa u odbiorców finalnych, na przykład w segmencie samochodów osobowych i lekkich samochodów dostawczych. Te dostosowania potrwają znacznie dłużej, gdyż wiążą się z wymianą floty pojazdów ale już widać, że droższy diesel ustępuje miejsca benzynowym hybrydom.
W końcu grudnia mieliśmy za sobą spektakularny zjazd cen ropy, z ponad 86 dolarów za baryłkę (4 października), który zakończył się 28 grudnia, parę dni po jego publikacji, na poziomie 50 dolarów za baryłkę (najniższa cena od września 2017). Powodem były czynniki geopolityczne, nie związane ani z regulacją IMO ani z fundamentami rynku ropy. Ropa Brent staniała o 36 dolarów (o 42%) a w ślad za nią obniżyły się giełdowe ceny benzyny (o 38%) i oleju napędowego (o 34%). Zmieniła się także relacja cen tych paliw: od 5 października olej napędowy stał się droższy od benzyny. Biorąc pod uwagę strukturalne przyczyny, stojące za odwróceniem się relacji cen spodziewałem się, że ta sytuacja utrzyma się przez pewien czas.
Od daty tego wpisu minęły cztery miesiące. W tym czasie doszły do skutku cięcia wydobycia przez kartel OPEC oraz amerykańskie sankcje na eksport ropy z Iranu oraz Wenezueli. W rezultacie wojny domowej w Libii spadł istotnie jej eksport z tego kraju. Wymienione czynniki geopolityczne, ograniczyły podaż ropy, która spotkała się z nadal silnym popytem ze strony gospodarek wschodzących oraz z powodu regulacji IMO. Od początku roku nadwyżka podaży ropy skurczyła się blisko o 1 mbd a skutkiem tego był praktycznie nieprzerwany wzrost cen ropy o 24 dolary (o 48%). Jak należało się spodziewać, w ślad za wzrostem cen ropy podrożały też paliwa. Olej napędowy podrożał na rynku ARA o ponad 30%, mniej niż ropa, co jest zjawiskiem normalnym, gdy presja cenowa bierze się ze wzrostu cen ropy. Rosnąca cena ropy popycha w górę cenę paliwa i marża crack się zawęża, podczas gdy w czwartym kwartale 2018 rosnąca cena oleju napędowego ciągnęła cenę ropy za sobą, powodując wzrost marży crack. Zaskakujący jest natomiast wzrost ceny benzyny w relacji do ceny ropy. Paliwo to od początku roku zdrożało na rynku ARA o ponad 50%, wyprzedzając wzrost ceny ropy. Skąd się wziął tak silny popyt na benzynę? Czyżby relacja cen tych paliw już powróciła do „normy” i benzyna znów będzie droższa od diesla? Jestem zdania, że na to jeszcze nie pora.
Niespodziewanie wysoki wzrost marży crack na benzynie jest pochodną równie nieoczekiwanego, głębokiego spadku tej marży w drugiej i trzeciej dekadzie stycznia, kiedy to nadmiar benzyny na rynku nie pozwolił na przeniesienie wzrostu cen ropy na cenę tego paliwa. Wtedy crack na benzynie spadł praktycznie do zera i wiele rafinerii ograniczyło z tego powodu produkcję benzyn, wyłączając odpowiednie instalacje i prowadząc na nich prace remontowe. Przestoje nałożyły się na końcówkę sezonu zimowego i sytuację na rynku podtrzymywała sezonowa wyprzedaż paliwa zimowego, by przygotować magazyny na benzynę w specyfikacji letniej. Wprowadzenie paliwa letniego wywołało efekt odwrotny, gdyż oprócz tankowania pojazdów trzeba zgromadzić odpowiednie zapasy tego paliwa i popyt na benzynę silnie wzrósł. Pech chciał, że w tym czasie strajkowały rafinerie Shella. Niedobór benzyn na rynku doprowadził do wzrostu jej ceny w tempie wyższym niż cena ropy a poprawa opłacalności benzyny skłoniła rafinerie do uruchomienia produkcji. Wraz ze wzrostem produkcji benzyny powinien nastąpić spadek jej cen w relacji do cen ropy.
Kiedy można się spodziewać tańszej ropy?
Na początku marca minister energetyki Arabii Saudyjskiej Khalid Al Falih poinformował, że skłania się ku przedłużeniu umowy o ograniczeniu produkcji do końca 2019 r. Od tego czasu ropa zdrożała o 10 dolarów i w ocenie rynkowej obecnie jest droga, gdyż cena spot przewyższa o 10 dolarów cenę „fundamentalną”, szacowaną w pobliżu 65 dolarów za baryłkę. Pozycja backwardation, w której ponownie znajduje się rynek ropy, mimo, że jest nietrwała, bardzo zachęca do spekulacji podtrzymujących wysoką cenę. Jednak doświadczenie uczy, że droga ropa, jeśli jej cena utrzymuje się przez dłuższy czas, zarówno przyspiesza strukturalny, czyli trwały spadek popytu, jak i pobudza wzrost podaży. Wiedzą o tym kraje OPEC i na pewno ten czynnik będzie brany pod uwagę podczas czerwcowego spotkania kartelu.
Podsumowanie: Perturbacje cen benzyny są skutkiem dostosowań do regulacji IMO a proces ten potrwa jeszcze kilka lat. Za głębokimi zmianami cen ropy z kwartału na kwartał stoją czynniki geopolityczne, trudne do przewidzenia oraz do uniknięcia. Jaki będzie kolejny ruch cen? Moim zdaniem w dół! Potencjał dalszego wzrostu cen ropy jest bliski wyczerpania i oczekiwałbym w drugim półroczu spadku ceny, za sprawą wzrostu amerykańskiego wydobycia, pobudzonego wysokimi obecnie cenami. Obniżyć powinna się także relacja cen benzyny do cen ropy, co jest dobrą wiadomością dla kierowców.
Dane Komisji Europejskiej pokazują, że benzyna w Polsce jest najdroższa od czterech lat. Tymczasem na światowym rynku ropy popyt wspiera napięta sytuacja wokół Iranu oraz Wenezueli, a także cięcia produkcji przez kraje OPEC i Rosję. Z drugiej jednak strony amerykańskie wydobycie szaleńczo rośnie. W USA zapasy są najwyższe od dwóch lat. Co to wszystko oznacza dla polskich kierowców? – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.
5,20 zł – tyle trzeba płacić przeciętnie za litr benzyny bezołowiowej w Polsce, według danych Komisji Europejskiej z 29 kwietnia. To wzrost o 3 gr w porównaniu z odczytami sprzed dwóch tygodni i jednocześnie najwyższa cena od października 2014 r. Diesel natomiast w relacji do notowań z połowy ub. miesiąca podrożał zaledwie o 1 gr, osiągając poziom 5,16 zł/litr.
Ceny paliw w Polsce niewiele się różnią w odniesieniu do przeciętnej w UE, gdy pominiemy inne stawki akcyzy czy podatki. Diesel jest w naszym kraju minimalnie droższy niż średnio w UE (ok. 0,3 eurocenta na litrze), a benzyna marginalnie tańsza (o 0,5 eurocenta/litr). Ogólnie widać, że ceny na rynku krajowym są praktycznie takie same jak średnio we Wspólnocie.
Sankcje na Iran podnoszą ceny
W porównaniu do sytuacji sprzed dwóch tygodni niewiele zmieniła się marża na przerobie ropy naftowej na paliwa. Cały czas jest ona wysoka. Zarówno w przypadku diesla, jak i benzyny na rynku amerykańskim przekracza 20 dolarów na baryłce. Wysoka marża na oleju napędowym to efekt zmniejszonych dostaw ropy z Wenezueli oraz Kanady, a w przypadku benzyn – awarii amerykańskich rafinerii.
Sam podstawowy surowiec, i to niezależnie już od miejsca jego wydobycia, także jest stosunkowo drogi. Przede wszystkim USA postawiły sobie za cel, by przydusić gospodarczo Teheran. Amerykanie nie zdecydowali się na przedłużenie możliwości eksportu Irańskiej ropy do Chin czy Indii od początku maja.
W rezultacie Iran, według danych Bloomberga, wydobywał w kwietniu tylko 2,63 miliona baryłek ropy każdego dnia (b/d), co oznacza spadek o ok. 1,2 mln b/d w porównaniu z ubiegłym rokiem. Niewiele brakuje, by produkcja Iranu spadła poniżej 2,5 mln b/d, czyli do najniższej wartości od prawie 30 lat.
Wraz ze spadającym wydobyciem maleje także eksport irańskiej ropy. W kwietniu wynosił on poniżej 900 tys. b/d. Teheranowi dziś znacznie trudniej niż kilka lat temu omiajać sankcje. Najprawdopodobniej eksport irańskiej ropy dalej będzie spadać, powodując ubytek światowej podaży.
Wenezuelska ropa przestaje płynąć
Globalny rynek ropy naftowej traci także dostawy tego surowca z Wenezueli. Częściowo, podobnie jak w przypadku Iranu, jest to efekt amerykańskich sankcji. Drugim elementem jest fatalne zarządzanie sektorem wydobywczym przez władze w Caracas. W rezultacie wydobycie ropy z tego kraju wynosiło tylko 840 tys. b/d w kwietniu, a to o 650 tys. b/d mniej niż rok temu. Eksport netto z tego kraju prawdopodobnie spada poniżej 500 tys. b/d,co oznacza, że Wenezuela stała się marginalnym producentem tego surowca.
Warto także pamiętać, że nadal obowiązują ograniczenia w produkcji nałożone przez OPEC oraz Rosję. Co prawda Moskwa powoli dostosowuje się do limitu (przekracza ustalony poziom produkcji), ale jednak wydobycie z Rosji sukcesywnie się obniża. Czy są więc jakieś argumenty, które mogą przeszkodzić ropie we wzrostach?
Szaleństwo wydobycia w USA
Obecnie jednym poważnym argumentem powstrzymującym ceny ropy od sięgnięcia wartości 100 dolarów za baryłkę są wydarzenia w USA. Tam wydobycie surowca nieustannie rośnie i osiąga kolejne rekordowe poziomy. W porównaniu do początkowych pięciu miesięcy ub. r. dzienna produkcja ropy jest wyższa o 1,75 mln b/d. To oznacza, że Stany Zjednoczone stają się praktycznie energetycznie samowystarczalne.
Jeszcze rok temu Amerykanie importowali średnio 3,5 mln b/d ropy i jej produktów, a teraz jest to zaledwie 1,4 mln b/d. Mniejszy popyt globalny na surowiec generowany z USA kompensuje światu ubytki z Wenezueli i Iranu. Dodatkowo daje także Waszyngtonowi olbrzymią przewagę w rozgrywaniu swoich geopolitycznych interesów, gdyż Amerykanie stają się niezależni od globalnej podaży na rynku ropy.
Środowe dane EIA (Amerykańska Agencja Energetyczna) pokazują, że zapasy komercyjne ropy w USA przekroczyły 470 mln baryłek w ostatnim tygodniu kwietnia i były najwyższe od prawie dwóch lat. Jeżeli spojrzymy na kwietniowe dane IEA (Międzynarodowa Agencja Energetyczna), to globalne zapasy ropy wcale nie spadają mimo obniżki wydobycia z Iranu oraz z Wenezueli i utrzymują się blisko 5-letnich średnich.
Wysokie ceny, ale bez katastrofy
Ceny paliw na krajowych stacjach prawdopodobnie pozostaną wysokie. Diesel będzie kosztował ok. 5,20 zł za litr, a benzyna bezołowiowa kilka groszy powyżej tego poziomu. Ogólnie jednak mimo drastycznego spadku wydobycia ropy przez Iran oraz Wenezuelę globalny rynek tego surowca jest wystarczająco dobrze zaopatrzony dzięki silnemu wzrostowi produkcji w Stanach Zjednoczonych. Jeżeli więc nie pojawią się jakieś nadzwyczajne wydarzenia, to globalne ceny ropy oraz paliw prawdopodobnie przestaną rosnąć. To także oznacza, że polscy kierowcy nie powinni płacić dużo więcej za benzynę i olej napędowy niż obecnie.
FOMC rozwiał rozbudzone w ostatnim czasie rynkowe oczekiwania na obniżki stóp Fed. Co prawda obniżono(do 2,35% z 2,40%)oprocentowanie środków banków ponad rezerwę obowiązkową (IOER), ale jest to zmiana o charakterze technicznym (podobne ruchy następowały w czerwcu i grudniu 2018). Główna stopa procentowa pozostała w przedziale 2,25-2,50%.Fed z większym optymizmem niż w marcu ocenił kondycję gospodarki (solidny wzrost PKB mimo wyhamowania wydatków konsumpcyjnych i inwestycji). Ponownie podkreślono słabość inflacji, ale J.Powell stwierdził podczas konferencji prasowej, że może to być przejściowe. W konsekwencji kluczowa deklaracja FOMC co do cierpliwości w kwestii decyzji dotyczących zmian stóp procentowych nie uległa zmianie. Szef Fed powiedział, że obecnie FOMC nie dostrzega żadnych przesłanek, które skłaniałyby do zmiany stóp procentowych w którąkolwiek ze stron. W naszej ocenie najbardziej prawdopodobne jest utrzymanie stóp Fed bez zmian co najmniej do końca 2019.
ISM dla amerykańskiego przemysłu w kwietniu niespodziewanie spadł do 52,8 pkt, najniższego poziomu od 4q16. Obniżyła się zdecydowana większość komponentów indeksu (m.in. oceny poziomu produkcji i zatrudnienia), a najsilniejszy spadek odnotował subindeks nowych zamówień (spadek z 57,4 pkt. do 51,7 pkt., najniżej od grudnia 2018), przy nieco mniejszym spadku zamówień eksportowych. Cytowane przez ISM komentarze ankietowanych firm wskazują na rosnące obawy i faktyczne ograniczenia w handlu międzynarodowym, wynikające m.in. z utrudnień na granicy pomiędzy USA i Meksykiem, napięć na linii USA-Chiny oraz brexitu. Indeks od sierpnia 2018 pozostaje w trendzie spadkowym i po okresie przeszacowywania dynamiki PKB konwerguje do faktycznego tempa wzrostu gospodarczego.
Stopa bezrobocia LFS w Polsce w marcu spadła do 3,4%z 3,5% w lutym i był to czwarty najniższy poziom w UE (ex aequo z Węgrami). Średnio w UE stopa bezrobocia wyniosła 6,4%, a w strefie euro 7,7%; w obu przypadkach nastąpił spadek o 0,1pp wobec lutego.
Ministerstwo Finansów poinformowało, że w marcu 2019 zaangażowanie inwestorów zagranicznych w krajowe obligacje skarbowe wzrosło o 3,5 mld PLN do 175,8 mld PLN, a ich udział w zadłużeniu w krajowych SPW wzrósł do 26,3% z 26,0% na koniec lutego. Ministerstwo poinformowało, że ze względu na wysoki stopień sfinansowania potrzeb pożyczkowych (70%) oraz dobrą sytuację płynnościową (69 mld PLN na rachunkach budżetowych na koniec kwietnia), organizowane w maju przetargi będą przetargami zamiany, bez przetargów sprzedaży obligacji.
Źródło / Autor: PKO Bank Polski
Inflacja CPIw kwietniu wzrosła do 2,2% r/r z 1,7% r/r w marcu, znacząco powyżej naszych i rynkowych prognoz. W kolejnych miesiącach dynamika cen może nadal rosnąć (w tym za sprawą inflacji bazowej), ale na razie nie wywołuje to niepokoju w RPP.
1 maja 2004 r. Polska została członkiem Unii Europejskiej. Tego samego dnia zaczęła obowiązywać ustawa dostosowująca polskie prawodawstwo w zakresie VAT do prawa unijnego. Przez 15 lat najwięcej emocji wzbudziły zasady opodatkowania samochodów.
– Zgodnie z zasadą powszechności opodatkowania niemal każda czynność podlega opodatkowaniem podatkiem VAT, ale to właśnie opodatkowanie samochodów budziło największe kontrowersje przez ostatnich 15 lat. To nie dziwi skoro ustawodawca od lat próbuje ograniczyć zakres prawa do odliczeń przy nabyciu czy użytkowaniu tych samochodów – mówi w rozmowie z MarketNews24 Roman Namysłowski, partner zarządzający odpowiedzialny za zespół podatkowy w CRIDO.
Po naszych ulicach jeździły samochody z kratką, bo to kratka dawała pełne prawo do odliczeń. Dla przypomnienie, ta “kratka” to był sposób na oddzielenie przednich foteli od tylnych, jej zamontowanie powodowało, że prywatny samochód zmieniał się w służbowy, czyli wykorzystywany do działalności gospodarczej.
Jak się później okazało, prawdziwa batalia pomiędzy fiskusem, a podatnikami miała dopiero nastąpić. W 2005 r. „wzór Lisaka” zastąpiono „wzorem Nenemana”. Chodziło o zdefiniowanie kategorii samochodów osobowych przy nabyciu których podatnikowi nie przysługiwało pełne prawo do odliczenia podatku naliczonego. Zmiana ta jeszcze bardziej skomplikowała rzeczywistość związaną z samochodami osobowymi na gruncie ustawy o VAT i była przedmiotem licznych interpretacji indywidualnych i sporów sądowych.
– Zasady rozliczania VAT na samochody w Polsce były jednym z pierwszych tematów, którym zajął się Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej – przypomina ekspert z CRIDO. – Obecnie te zasady są bardziej ucywilizowane i budzą mniej wątpliwości, ale podatnicy nadal pytają – i będą nadal to robili – o interpretację zasad dotyczących rozliczenia VAT na samochody.
A więcej na ten temat w raporcie przygotowanym przez ekspertów z CRIDO: “Kronika 15 lat unijnego VAT-u w Polsce”.
Fed nie zaoferował żadnych sygnałów, że jest bliżej cięcia głównej stopy procentowej, co było jastrzębią niespodzianką pomagającą dolarowi. Otrzymaliśmy też sprzeczne sygnały dotyczące oceny inflacji, które mogą wymagać rozwinięcia w komentarzach członków komitetu. W czwartek w centrum uwagi kolejny bank centralny: Bank Anglii.
Z perspektywy oczekiwań rynkowych wczorajszy przekaz FOMC był jastrzębi. Po ostatnich słabych odczytach inflacji (w tym spadek indeksów PCE Core) rynek spodziewał się, że Fed zasygnalizuje otwartość do „zapobiegawczych obniżek”, by pobudzić inflację, jednak nie usłyszeliśmy niemal nic w tej kwestii. Korytarz dla stopy rezerw federalnych został utrzymany na 2,25-2,50 proc. Obniżona została za to stopa od nadwyżkowych rezerw (o 5 pb do 2,35 proc.), ale była to techniczna zmiana mająca na celu utrzymanie efektywnej stopy rezerw federalnych bliżej środka przedziału. W temacie inflacji komunikat uległ zmianie Fed już nie uznaje słabości inflacji jako przejściowej, za to teraz całościowo ocenia inflację jako stłumioną i pozostającą poniżej celu 2 proc. Ale kilka minut później na konferencji prasowej prezes Powell powiedział, że Fed ocenia nieoczekiwany spadek inflacji jako tymczasowy, a inne miary inflacji pozostają stabilne. Największe znaczenie miało odcięcie się Powella od tematu ewentualnych „zapobiegawczych obniżek”, o których ostatnio wypowiadali się Clarida i Evans. Zdaniem Powella nie ma obecnie podstaw do zmiany stóp procentowych w którymkolwiek kierunku.
Informacje po posiedzeniu FOMC sugerują, że Fed nie ma ukrytego planu dla obniżki stóp procentowych w najbliższym czasie. Mimo to słabość trendów inflacyjnych jest tematem, który łatwo może wpłynąć na realizowaną strategię. Przyjęta cierpliwość ma swoją cenę, czego rynek ma świadomość i dlatego nie zrezygnuje z wyceny obniżki do końca roku (choć dyskonto spało z 25 pb do 23 pb). W obecnych warunkach wzrośnie też wrażliwość Fed i rynków na napływające dane mające przełożenie na inflację i oczekiwania inflacyjne. USD oddał negatywną premię za ryzyko, jaka się nabudował na początku tygodnia, ale dalej będzie szukał kierunku w danych, jak jutrzejszym ISM dla usług i raporcie z rynku pracy. Interesującym też będzie, czy spokój Powella w odniesieniu do słabości inflacji podzielają inni członkowie FOMC. Jutro startuje konferencja dotycząca polityki monetarnej, na której nie zabraknie indywidualnych wystąpień decydentów z Fed. Jeśli wśród członków chęć do odchodzenia od restrykcyjnej polityki jest większa, presja na osłabienie USD powróci.
Dziś za to uwaga skupi się na Banku Anglii, który jest w niełatwym położeniu. Od strony twardych danych makro gospodarka ma się dobrze, rynek pracy pozostaje solidny a płace rosną. Z drugiej strony wskaźniki nastrojów nakazują ostrożność, gdyż przedsiębiorcy i konsumenci żyją w strachu chaotycznego brexitu. Jednak ryzyko bezumownego rozstania z UE zostało odsunięte co najmniej na 6 miesięcy, co daje BoE pole do konstruktywnej zmiany nastawienia i zasygnalizowania gotowości do podwyżki stopy procentowej prawdopodobnie w sierpniu, zanim ponownie się rozpęta burza wokół brexitu (zakładając brak wcześniejszego porozumienia). Rynek liczy, że dziś znajdzie się przynajmniej jeden głos za podwyżką, bardziej w formie pokazania jastrzębiego stanowiska (Haldane’a lub Saundersa), więc wynik 8-1 na głosowaniu nie będzie już niespodzianką. Ale wyniki 9-0 lub 7-2 mogą decydować o wstępnych wstrząsach na rynku funta. Brak popierających podwyżki uczyni sierpniowy ruch bardzo trudnym, podczas gdy przy 7-2 impuls dla funta w dalszym ciągu może być hamowany przez fakt, że obecna opinia BoE jest silnie warunkowana postępami w procesie brexitu. Po mini-rajdzie z pierwszej części tygodnia rynek może być teraz bardziej wrażliwy, by sprzedać neutralny/gołębi wydźwięk decyzji.
Nowoczesne przedsiębiorstwa nie mogą dziś funkcjonować w oderwaniu od ekologii. Wynika to zarówno z prawnych wymogów i regulacji wprowadzanych na poziomie Unii Europejskiej, jak i oczekiwań samych konsumentów. Dlatego firmy – obok rządów czy organizacji pozarządowych – coraz częściej angażują się w walkę o czyste środowisko. Dzięki działaniom proekologicznym przyczyniają się do realizacji Celów Zrównoważonego Rozwoju ONZ.
– Reakcją na zagrożenia ekologiczne są zmiany prawne. Nasi ustawodawcy zmieniają przepisy, żebyśmy byli bardziej ekologiczni. Z jednej strony są to na przykład zmiany prawa dotyczącego opakowań jednorazowych, a z drugiej płatności za odpady ponoszone przez firmy albo odpowiedzialności producentów za same produkty – mówi agencji Newseria Biznes dr Mateusz Rak z Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu.
W marcu Parlament Europejski zatwierdził wprowadzenie zakazu sprzedaży do 2021 roku wyrobów jednorazowego użytku z tworzyw sztucznych. Obejmie on sztućce, talerze, kubki i mieszadła do napojów, pojemniki na żywność, patyczki higieniczne, uchwyty do balonów i plastikowe słomki. Zgodnie z nowymi przepisami do 2029 roku państwa członkowskie UE mają też czas na osiągniecie 90-proc. poziomu recyklingu plastikowych butelek.
– Produkty jednorazowe w krótkim okresie znikną ze sklepów. Już teraz możemy znaleźć dla tych produktów wiele zamienników, jednak wciąż są one mało popularne w sklepach, choć duże sieci dyskontowe zaczynają już wprowadzać te zamienniki w swojej stałej ofercie – mówi dr Mateusz Rak.
Według danych Komisji Europejskiej tworzywa sztuczne stanowią dziś blisko 80 proc. odpadów w morzach i oceanach. Co roku Europejczycy wytwarzają 25 mln ton odpadów z tworzyw sztucznych, z czego jedynie niecałe 30 proc. jest zbierane i poddawane recyklingowi. Na przestrzeni ostatnich 60 lat produkcja plastiku zwiększyła się ponaddwustukrotnie, a każdego roku do mórz i oceanów trafia ok. 8 mln ton plastiku. W tym tempie do 2050 roku w oceanach będzie już więcej plastikowych odpadów niż ryb. Plastikowe odpady nie tylko zanieczyszczają morza i plaże, lecz także gromadzą się w organizmach żółwi, fok, wielorybów i ptaków.
Ogólnoeuropejska Strategia dla Tworzyw w Gospodarce o Obiegu Zamkniętym zakłada, że do 2030 roku na rynku UE wszystkie opakowania z tworzyw sztucznych mają już nadawać się do recyklingu. W walkę o czystsze środowisko włączają się też przedsiębiorstwa. Wynika to także z oczekiwań samych konsumentów.
– Przedsiębiorstwa muszą się dostosować do oczekiwań klientów. Kupujemy teraz produkty bio i eko, zwracamy uwagę na czas życia produktu, chcemy, żeby produkty nie były jednorazowe, ale służyły dłużej. Przedsiębiorstwa też powoli to dostrzegają, rozumieją i zmieniają swoje podejście do produktów – mówi dr Mateusz Rak.
Dzięki działaniom w obszarze środowiskowym firmy przyczyniają się do realizacji Celów Zrównoważonego Rozwoju ONZ nakreślonych do 2030 roku. Cel 12. dotyczy zrównoważonej produkcji i konsumpcji, m.in. poprzez zmniejszenie zużycia surowców oraz skali degradacji środowiska. ONZ podaje, że jeśli zgodnie z prognozami globalna populacja wzrośnie do 9,6 mld ludzi w 2050 roku, będziemy już potrzebować bogactw naturalnych trzykrotnie przekraczających obecne zasoby planety.
– Producenci zaczynają opakowywać albo tworzyć produkty z materiałów, które są łatwo przetwarzalne. Używają surowców i opakowań biodegradowalnych oraz urządzeń, które są łatwe do demontażu i ponownej sprzedaży jako produkty odnowione. Tego oczekują klienci. Trendy związane z ochroną środowiska i naszym poczuciem społecznej odpowiedzialności szybko się zmieniają – mówi dr Mateusz Rak.
Przykładem dużego biznesu zaangażowanego w działania prośrodowiskowe jest m.in. globalna sieć McDonald’s. Tylko w 2017 roku jej restauracje w Polsce wydały gościom ponad 27 mln jednorazowych sztućców. Zgodnie z nową strategią Scale for Good do 2025 roku wszystkie opakowania w restauracjach sieci będą już pochodzić z materiałów z recyklingu bądź certyfikowanej produkcji. Na dodatek 100 proc. opakowań we wszystkich restauracjach McDonald’s na całym świecie ma być poddawanych recyklingowi. Kolejnym przykładem jest grupa Ikea, której strategia People and Planet Positive obejmuje działania związane m.in. ze zrównoważonym stylem życia, gospodarką o obiegu zamkniętym w ramach całej firmy czy kwestiach dotyczących ochrony klimatu i wykorzystania energii.
Ekspert wrocławskiej WSB zwraca uwagę na to, że szybko zyskującym na znaczeniu trendem jest też elektromobilność – jako odpowiedź na szybką urbanizację i problem z coraz większym zanieczyszczeniem powietrza. Do 2050 roku sześć na dziesięć osób będzie już mieszkańcami miast. Te stanowią zaledwie 3 proc. powierzchni planety, ale odpowiadają za 60–80 proc. całkowitego zużycia energii i 75 proc. emisji dwutlenku węgla. ONZ podaje też, że obecnie połowa światowej populacji oddycha powietrzem, które jest 2,5 razy bardziej zanieczyszczone niż normy dopuszczalne przez Światową Organizację Zdrowia.
– Elektromobilność w miastach znacznie ogranicza smog. Wielu ludzi przesiada się na komunikację miejską, elektryczne rowery czy hulajnogi albo elektryczne samochody, które mocno ograniczają smog związany ze spalaniem benzyny, ropy naftowej – mówi dr Mateusz Rak. – Elektromobilność ma pozytywne przełożenie na mieszkańców, ale z drugiej strony powoduje też straty dla środowiska, ponieważ wyprodukowanie akumulatorów i elektroniki jest bardzo zasobochłonne i elektrochłonne. Recycling elektromobilności przysparza obecnie bardzo dużo problemów przedsiębiorstwom, ponieważ akumulatory są trudno przetwarzalne.
Jak podkreśla, walka z zagrożeniami ekologicznymi zaczyna się już na poziomie samych konsumentów, którzy mają do dyspozycji całe spektrum działań, żeby przeciwdziałać degradacji środowiska.
– Możemy zacząć od ograniczenia zużycia wody przez używanie perlatorów w kranach [nakładki napowietrzające wodę – red.], zmywarek, niepodlewanie ogródków. Kupujmy też bardziej ekologiczne produkty. Kupujmy lokalnie, dzięki czemu skraca się proces logistyki. Przykładem mogą być ubrania z lnu albo konopi, które są produktem regionalnym. Nie musimy używać bawełny, która pochodzi z Chin czy Turcji. Kupujmy takie ubrania, które mają też guziki biodegradowalne albo są łatwe do przetworzenia – mówi ekspert Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu.
1 maja minęło 15 lat od momentu przystąpienia Polski do struktur Unii Europejskiej. Jak podkreśla dyrektor Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce Marek Prawda, w tym czasie udało się przede wszystkim zniwelować różnice rozwojowe i nadgonić dystans dzielący nas od najbogatszych gospodarek Europy. Gospodarcze efekty członkostwa Polski w UE są nie do przeceniania, a z danych Komisji wynika, że od 2003 roku w Polsce nastąpił też dwukrotny wzrost zamożności społeczeństwa. Badania KE pokazują, że poziom zaufania do unijnych instytucji oraz pozytywnego nastawienia do Unii Europejskiej są w Polsce wyższe od europejskiej średniej.
– Przez 15 lat członkostwa w UE zrobiliśmy wielki krok, żeby dogonić najbogatsze kraje na kontynencie. Myślę, że Polska dobrze wykorzystała ten czas. Eksperci oceniają, że dzięki członkostwu w Unii przyspieszyliśmy ten etap wyrównywania poziomu o 10–12 lat. UE okazała się skuteczna w wyrównywaniu standardu życia, a Polska jest jednym z największych beneficjentów tego procesu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Prawda, dyrektor Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce.
Dokładnie 15 lat temu, 1 maja 2004 roku, Polska stała się członkiem Unii Europejskiej. Do struktur Wspólnoty przystąpiła razem z Czechami, Węgrami, Estonią, Litwą, Łotwą, Słowacją, Słowenią, Cyprem oraz Maltą. Akcesja była poprzedzona długotrwałymi negocjacjami kilku rządów i referendum akcesyjnym, które odbyło się 7–8 czerwca 2003 roku. 77,45 proc. głosujących Polaków opowiedziało się w nim za przystąpieniem do unijnych struktur (22,55 proc. było przeciwnych). W rezultacie ówczesny premier Leszek Miller i szef MSZ Włodzimierz Cimoszewicz podpisali 16 kwietnia 2003 roku w Atenach traktat akcesyjny, na mocy którego UE została rozszerzona o 10 państw, w tym Polskę.
Dyrektor Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce Marek Prawda podkreśla, że w trakcie 15 lat członkostwa Polski w Unii udało się przede wszystkim wyrównać różnice rozwojowe i nadgonić dystans dzielący nas od najbogatszych gospodarek Europy.
– Myślę, że dzięki członkostwu w UE udało się także złagodzić koszty naszych reform, które były często bolesne, trudne. Co równie istotne, Polska weszła w krwiobieg ekonomiczny świata, jest uczestnikiem procesów produkcyjnych i globalnych łańcuchów dostaw – mówi Marek Prawda.
W ramach polityki spójności i planu inwestycyjnego dla Europy od 2014 roku UE przeznaczyła ogromne środki finansowe na pomoc dla tzw. nowej dziesiątki. Przyczyniły się one m.in. do wyrównania różnic w poziomie rozwoju i dochodów, stworzenia atrakcyjnych warunków dla inwestorów i nowych miejsc pracy oraz wzrostu zamożności społeczeństwa. Z danych Komisji Europejskiej wynika, że w latach 2003–2018 PKB Polski w przeliczeniu na mieszkańca zwiększyło się aż o 100 proc.
Gospodarcze efekty członkostwa Polski w UE są nie do przeceniania. W latach 2004–2020 na inwestycje w Polsce UE przeznaczy w sumie 175 mld euro w ramach funduszy strukturalnych i inwestycyjnych (plus 18,3 mld euro od 2014 roku w ramach planu Junckera). Polska jest największym beneficjentem środków z UE. Jak podaje Instytut Badań Strukturalnych – od momentu wejścia do Unii co roku wydatki unijne w ramach funduszy strukturalnych w Polsce 2–4-krotnie przewyższają naszą składkę.
– Po stronie strat można uwzględnić skalę emigracji. Oczywiście ludzie, którzy wyemigrowali, w większości zostali za granicą, więc widocznie są z tego zadowoleni, a kraj też może czerpać z tego pewne korzyści. Niemniej emigracja jest dla Polski stratą kompetencyjną i demograficzną. Dzisiaj ważne jest, żebyśmy rozmawiali o tym, co można zrobić lepiej albo inaczej – mówi Marek Prawda – Oczywiście po tych 15 latach mamy wielu „proroków przeszłości”, którzy dzisiaj uważają, że wiele rzeczy można było zrobić inaczej. Na pewno można dyskutować, czy koszty tych reform były właściwie rozłożone, są grupy społeczne, które były tym dotknięte w większym stopniu.
Dyrektor Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce ocenia, że wśród najważniejszych wyzwań, z jakimi zjednoczona Europa będzie musiała się zmierzyć w nadchodzących latach, jest m.in. coraz większa polaryzacja społeczeństwa i silna pozycja koncernów międzynarodowych, co może stanowić zagrożenie dla demokracji i wolności.
– Niedawno w Parlamencie Europejskim przyjęto dyrektywę o prawach autorskich, jest elementem szerszej strategii i narzędziem, które pozwoli nam lepiej kontrolować działania tych korporacji. Jeżeli tego nie opanujemy, to nasz świat może się zmienić. To jest jedno z głównych wyzwań. Drugim jest globalizacja, która, jak wiemy, przyniosła ogromne zyski i ograniczyła skalę głodu na świecie, ale z drugiej strony stworzyła też nowe napięcia. Część takiego „sytego proletariatu” w krajach zachodnich zamieniła się w grupy bardzo otwarte na manipulację populistów. Widzą realne pogorszenie swojej sytuacji, ponieważ zachodni kapitał znalazł możliwości produkcji gdzieś indziej, za mniejsze pieniądze. To stworzyło napięcia społeczne, z którymi Europa do dzisiaj sobie nie poradziła. Więc polaryzacja społeczna to kolejne wyzwanie, które będzie wpływało na Unię w przyszłości – mówi Marek Prawda.
Z opublikowanego w marcu przez Komisję Europejską „Eurobarometru 90” wynika, że ponad połowa badanych Polaków postrzega Unię Europejską pozytywnie i ufa unijnemu parlamentowi. Poziom zaufania do unijnych instytucji oraz pozytywnego nastawienia do Unii Europejskiej są w Polsce wyższe od europejskiej średniej.
W Sejmie trwają prace nad regulacją działalności kancelarii odszkodowawczych. Ma ona wprowadzić maksymalny pułap wynagrodzenia, jakie te instytucje będą pobierać od klientów, ale też zakazać im bezpośredniej akwizycji. Proponowane zmiany z pewnością wpłyną na rynek ubezpieczeniowy. Wpłyną na koszty ponoszone przez ubezpieczycieli i pomogą m.in. ustabilizować ceny ubezpieczeń OC – ocenia Katarzyna Wojdyła z Link4.
– Ustawa, która miałaby regulować pracę kancelarii odszkodowawczych, jest bardzo istotna – zarówno ze względu na to, jak traktowany jest ubezpieczony, jak i pod ze względu na to, jakie koszty ponoszą ubezpieczyciele. Kancelarie odszkodowawcze, które reprezentują osoby poszkodowane przed firmami ubezpieczeniowymi, pobierają często bardzo wysokie wynagrodzenia za swoje usługi, nierzadko przekraczające 50 proc. tego, co poszkodowany dostaje od ubezpieczyciela – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Katarzyna Wojdyła, członek zarządu Link4 Towarzystwo Ubezpieczeń.
Eksperci od lat postulowali, by rynek kancelarii odszkodowawczych został w pełni uregulowany. Podmiotom tym zarzuca się, że nie działają w interesie klienta, ale swoim, a choć bazują na społecznym zaufaniu do kancelarii adwokackich, to nie stosują się do ich etyki zawodowej. W umowach zawierają niedozwolone klauzule, zawyżają swoje wynagrodzenie do kilkudziesięciu procent i jednocześnie ukrywają prowizje.
– Dotyczy to także odszkodowań wypłacanych w związku z kosztami leczenia, które powinien odbyć poszkodowany po wypadku samochodowym. W takim przypadku jego możliwości leczenia są oczywiście ograniczone, bo te pieniądze pobierane są przez kancelarię odszkodowawczą – mówi Katarzyna Wojdyła.
Projekt ustawy przewiduje, że kwota wynagrodzenia za usługi doradcy nie może być wyższa niż 20 proc. uzyskanej rekompensaty. Zakazuje też bezpośredniej akwizycji i reklamy usług doradztwa odszkodowawczego, a także prowadzenia takich działań np. w domach pogrzebowych, na cmentarzach czy w szpitalach.
Polska Izba Ubezpieczeń postulowała też wprowadzenie regulacji dotyczącej przewidywalności zadośćuczynienia. Ustalenie maksymalnej kwoty pozwoliłoby się poszkodowanym zorientować, ile pieniędzy mogą otrzymać w konkretnej sytuacji. To zaś pomogłoby ustabilizować składki ubezpieczeń komunikacyjnych, oszacować wypłaty, ale i zapobiegałoby oszustwom. Zdaniem ekspertów, choć ustawa nie idzie tak daleko, i tak mocno wpłynie na rynek ubezpieczeniowy.
– Z jednej strony na poczucie tego, że poszkodowany otrzymuje te pieniądze, które pomogą mu wrócić do zdrowia po wypadku ubezpieczeniowym bądź pokryć szkody, które poniósł. Z drugiej strony przez to, że regulowana będzie wysokość wynagrodzenia pobieranego przez kancelarię, wpłynie to na koszty, które ponosi firma ubezpieczeniowa, płacąc poszkodowanemu. Może to wpłynąć na stabilizację cen ubezpieczeń OC – ocenia Katarzyna Wojdyła.
PIU podaje, że w 2018 roku ubezpieczyciele zebrali w sumie 62,2 mld zł składek brutto, z czego składki z ubezpieczeń na życie stanowiły 21,7 mld zł, ubezpieczeń majątkowych – 40,5 mld zł, w tym składki z ubezpieczeń komunikacyjnych – 23,5 mld zł. Łączna wartość wypłaconych przez ubezpieczycieli świadczeń w 2018 roku wyniosła 41,7 mld zł, z czego za 13,9 mld zł odpowiadał segment ubezpieczeń komunikacyjnych. Zdaniem ekspertki ubezpieczyciele starają się, aby klienci coraz rzadziej korzystali z kancelarii odszkodowawczych.
– Ubezpieczyciele bardzo mocno pracują nad tym, aby świadczyć coraz wyższej jakości usługi, wypłacać odszkodowania, które są wystarczające dla klientów, a przede wszystkim dostarczać im informacje, z jakiego tytułu jest to odszkodowanie, co klienci mogą dalej zrobić, jaką pomoc uzyskać – podkreśla Katarzyna Wojdyła.
Inwestycja w małe miejskie pojazdy przeznaczone do przewozu osób może zrewolucjonizować transport publiczny w małych miejscowościach, gdzie albo go nie ma wcale, albo przeszedł w ręce prywatnych przewoźników. Polacy opracowują mały pojazd elektryczny, który będzie mógł przewozić nawet 18 osób, przez co mógłby się sprawdzić właśnie w mniejszych miejscowościach. Tymczasem samorządy coraz chętniej inwestują w bezpłatne linie autobusowe, a obsadzenie ich zeroemisyjnym taborem pomogłoby zadbać o stan powietrza.
– Eagle Bus to mały pojazd miejski do przewozu 18 osób plus powierzchnia na wózek inwalidzki lub wózek z dzieckiem. Jest to mały transport miejski dla miast do 40 tys. mieszkańców. To taka nisza, która nie została jeszcze zagospodarowana, a coraz więcej miast właśnie potrzebuje takiego transportu ekologicznego z energią elektryczną lub innym napędem, który nie jest spalinowy – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Sebastian Szczepaniak z Fundacji Pracy Narodów.
Nisza, która wytworzyła się w małych polskich miastach na rynku transportu zbiorowego, zaczęła się tworzyć tuż po transformacji ustrojowej. Organizacja transportu zbiorowego spadła wówczas na samorządy. O ile w dużych miastach spółki uzyskiwały rentowność, o tyle w mniejszych systematycznie spadał popyt na płatne przejazdy, co ostatecznie doprowadziło do zamykania działalności. Przełomem było wprowadzenie przez Ząbki bezpłatnej komunikacji zbiorowej. Niedługo potem taki sam pomysł sprawdził się w 40-tysięcznej Nysie.
Organizacja bezpłatnego transportu zbiorowego w oparciu o zeroemisyjny tabor może być obecnie bardzo atrakcyjnym rozwiązaniem dla samorządów.
– Projekt Eagle Bus jest przeznaczony dla samorządów, aby mogły na swoim terenie wdrażać ekologiczną komunikację miejską i wyjść naprzeciw potrzebom mieszkańców. To szansa także na walkę ze smogiem, żeby mniej samochodów poruszało się w centrach, nawet małych miast, do 40 tys. mieszkańców. Do nich właśnie kierujemy nasze rozwiązanie – mówi Sebastian Szczepaniak.
Trend polegający na ograniczaniu ruchu spalinowego w centrach miast nakłonił do wprowadzenia darmowych przejazdów także i większe miasta, takie jak 200-tysięczne Kielce (dwie bezpłatne linie kursują po ścisłym centrum) czy ponad 100-tysięczne Opole. Pojawiają się jednak głosy, że tego typu linie, zwłaszcza kursujące w centrum, powinny być obsługiwane wyłącznie przez autobusy elektryczne, z uwagi na ekologię.
Opracowywany przez Polaków pojazd nie wymaga instalacji miejskich ładowarek. Wystarczy jedna, znajdująca się w bazie. Baterie mogą być w nim ponadto podmieniane w ciągu dnia, na postoju. Zasięg to jak na razie około 60–80 km, ale docelowo ma się on wydłużyć nawet do 150 km. Twórcy są już na etapie wstępnych rozmów z zainteresowanymi samorządami.
– Jest to pojazd stuprocentowo napędzany energią elektryczną, ma on na dachu panele fotowoltaiczne, które doładowują baterie. Cały proces może być zamknięty w cyklu całkowicie ekologicznym. Energia na doładowywanie tego pojazdu może pochodzić z centrów generowania energii wiatrowej – przekonuje ekspert.
Światowym pionierem we wdrażaniu elektrycznych pojazdów w transporcie zbiorowym są Chiny. Według Bloomberg New Energy Finance pod koniec 2017 r. na całym świecie działały 3 mln autobusów miejskich, z czego 385 tys. było pojazdami elektrycznymi. Ich udział w całości stanowił więc 13 proc., jednak niemal wszystkie te pojazdy jeździły po Chinach. W 2015 roku sprzedano tam 69 tys. elektrycznych autobusów, a już rok później liczba ta przekroczyła 132 tys. Głównym dostawcą jest tam chińska marka BYD, będąca ogólnym liderem w sprzedaży wszystkich typów aut elektrycznych.
– Chcemy się oprzeć na polskiej, lokalnej konstrukcji. Startujemy w różnych programach akceleracyjnych i platformach startowych, rozmawiamy z venture capital i innymi instytucjami. Chcemy pozyskać finansowanie na stworzenie pierwszego takiego pojazdu, pierwszej koncepcji, którą będziemy mogli już przetestować w środowisku miejskim o tych parametrach, które postawiliśmy sobie za cel. Do końca roku pierwszy taki pojazd powinien się już poruszać w jednym z polskich miast – zapowiada Sebastian Szczepaniak.
Według analityków z Mordor Intelligence światowy rynek elektrycznych autobusów osiągnie do 2023 roku wartość 90 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu wynoszącym 25 proc.
W kwietniu inflacja wzrosła do 2,2 proc. Jeszcze w styczniu nie przekraczała 1 proc. Czy jesteśmy na drodze do podwyżki stóp procentowych?
– To efekt wzrostu cen paliw i żywności – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.
Ceny paliw wzrosły o 4 proc. To skutek tego co dzieje się na światowych rynkach. Wielkanocne święta mieliśmy w tym roku w kwietniu, stąd wzrost cen żywności.
– Zaskoczeniem jest wzrost cen energii elektrycznej o 0,5 proc. – mówi ekspert.
Jednak w jego ocenie najbliższe miesiące powinny przynieść spadek inflacji, czyli nie dojdzie do podwyżki stóp procentowych.
Wsparcie projektów badawczo-rozwojowych to domena obecnej perspektywy unijnej, dominującą pozycję w wykorzystaniu środków zajmują firmy z branży life science i farmaceutycznej. Inne branże, które wiodą prym na listach rankingowych to chemiczna czy IT.
Warto jednak zaznaczyć, że w przypadku IT są to w większości projekty małych i średnich przedsiębiorstw.
– Wykorzystanie środków z Unii europejskiej zmieniało się na przestrzeni ostatnich 15 lat. W pierwszych latach po przystąpieniu Polski do UE pomoc unijna przeznaczona była na inwestycje, a więc na maszyny, fabryki czy montownie. W perspektywie 2007-2013 środki zostały przeznaczone na wspieranie w firm w obszarze innowacyjności. Jednak w tych latach ta innowacyjność była dość umowna. Dotacje nadal przyznawane były na inwestycje, rozbudowę nowoczesnych fabryk. To skutkowało tym, że często pieniądze trafiały do zagranicznych inwestorów zamiast do polskich przedsiębiorców. Zmiana nastąpiła w obecnej perspektywie finansowej 2014-2020. Unia Europejska skierowała środki głównie na wsparcie badań i rozwoju, a w związku z tym, że centra B+R są zazwyczaj lokowane w kraju, z którego wywodzi się firma, to z dotacji zaczęły korzystać polskie podmioty. – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Gwizda, partner zarządzający, Biznes i Innowacje w CRIDO.
Pula środków z budżetu UE, jaką przyznano Polsce w obecnej perspektywie to aż 82,5 mld EUR. Na Program Operacyjny Inteligentny Rozwój przeznaczono ok. 8,5 mld EUR. Mimo tego, ze w następnym roku perspektywa się kończy, to środków do rozdysponowania jest nadal bardzo dużo. W 2019 roku budżet konkursów samego Programu Operacyjnego Inteligentny rozwój opiewa na kwotę ponad 6 mld PLN. Warto zaznaczyć, że polskie firmy mogą ubiegać się także o wsparcie w ramach programu Horyzont 2020. Wymogiem jest tutaj jednak tzw. Innowacja przełomowa.
– Słabością Polski jest brak innowacji przełomowych, tych, na najwyższym poziomie, które mogą otrzymać dofinansowanie prosto z Brukseli. Poziom naszej skuteczności jest tu bardzo niski i dlatego w tym przypadku Polska pozostaje płatnikiem netto.
W I kw. 2019 roku Grupa Santander Bank Polska zanotowała wynik netto należny akcjonariuszom podmiotu dominującego w wysokości 351 mln zł.
Michał Gajewski
Rezultaty I kwartału są satysfakcjonujące, choć pod wpływem kosztów jednorazowych. Dobra sytuacja kapitałowa pozwoliła nam zarekomendować przeznaczenie na dywidendę łącznie kwoty ponad 2 mld zł z niepodzielonego zysku za lata 2016-17 oraz z zysku za 2018 r. Grupa Santander Bank Polska notuje szybkie tempo wzrostu – należności brutto od klientów zwiększyły się o ponad 25% r/r, depozyty o ponad 30%, aktywa urosły do ponad 208 mld zł. Wskaźniki kapitałowe i płynnościowe pozostają na wysokim, bezpiecznym poziomie.
Osiągnęliśmy solidny wzrost biznesu, w I kw. zwiększyliśmy sprzedaż kredytów, szczególnie dla klientów indywidualnych. Coraz więcej klientów korzysta z banku przez kanały cyfrowe Pracujemy z fintechami, aby wprowadzać nowe rozwiązania i udogodnienia dla naszych klientów, szczególnie w obszarze płatności.
Wyniki za I kw. 2019 roku:
Dochody ogółem – wyniosły 2,2 mld zł, i były wyższe o 13 % w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku.
Wynik z tytułu odsetek wyniósł 1,6 mld zł i wzrósł o 16% r/r.
Wynik z tytułu prowizji wyniósł 520 mln zł i wzrósł o 1% r/r. Wzrost wyniku z tytułu prowizji nastąpił dzięki przyrostom w większości linii produktowych (w obszarze kredytów, wymiany walut).
Koszty operacyjne ogółem wyniosły 1,2 mld zł i zwiększyły się o 28% r/r przy pod wpływem zaksięgowania obowiązkowej składki na fundusz przymusowej restrukturyzacji banków w 1kw. 2019 roku.
Obciążenia podatkowe Grupy w 1 kw. 2019 wynoszą łącznie 334 mln zł, z czego 142 mln zł to podatek bankowy i 192 mln podatku dochodowego.
Odpisy netto z tytułu rezerw kredytowych wyniosły 263 mln zł, a zannualizowany koszt ryzyka kredytowego ukształtował się na poziomie 81 pb. i jest zgodny z oczekiwaniami. Wskaźnik kredytów niepracujących wyniósł: 4,3% i był niższy w porównaniu do zeszłego roku (2018 wyniósł 5,99%; 4,9% w ujęciu porównywalnym)
Kapitały Silna pozycja kapitałowa Grupy Santander Bank Polska: Współczynnik kapitałowy na poziomie:16,47% (15,98% na 31 grudnia 2017 r.) oraz Tier1: 14,11%( zapewniający bezpieczeństwo prowadzonej działalności i stabilny wzrost.
Klienci Należności brutto od klientów zwiększyły się o 25% r/r do 143,3 mld zł w wyniku wzrostu kredytów dla klientów indywidualnych o 28% r/r do 75,9 mld zł oraz należności od podmiotów gospodarczych o 22% r/r do 67,4 mld zł.
Depozyty klientów ogółem wzrosły o 30% r/r, przy czym depozyty bieżące o 33%, terminowe również o 26% r/r. Depozyty od klientów indywidualnych wzrosły o 35% r/r, a biznesowe o 23% r/r.
Wskaźnik kredytów do depozytów wynosił 93,9% na koniec marca 2019 roku.
Transformacja cyfrowa Rozwój cyfrowych kanałów kontaktu i wykorzystaniem ich do akwizycji skutkował znaczącym wzrostem sprzedaży kredytów gotówkowych. W kanałach zdalnych nadal wprowadzano systematycznie udogodnienia – zarówno dla klientów indywidualnych, jaki i firmowych – m.in. prostsze przelewy podatkowe. O 23% wzrosła w ciągu roku liczba klientów, korzystających z aplikacji mobilnej, o ponad 80% liczba transakcji w tym kanale.
Linie biznesowe. Z nowego Konta Jakie Chcę na koniec kwartału korzystało prawie1,4 mln klientów, wzrosła liczba kart dodanych do portfeli cyfrowych. W bankowości korporacyjnej wzrosły dochody w liniach strategicznych, bankowość inwestycyjna notuje wzrost wyniku segmentu. Spółki leasingowa i faktoringowa także zanotowały satysfakcjonujące wyniki.
Bankowość detaliczna w I kw. 2019 r.:
3,66 mln kont osobistych w złotych
1,4 mln otwartych Kont Jakie Chcę
504 tys. kart mobilnych HCE, Google Pay, Garmin Pay, Apple Pay, FitBit Pay (+216% r/r)
2,4 mln (+14% r/r) aktywnych klientów digital, w tym 1,4 mln klientów mobilnych (+23% r/r)
14,6 mln transakcji w bankowości mobilnej (+84% r/r) w I kw.
wzrosty portfela kredytowego r/r: kredyty gotówkowe 54% r/r do poziomu 12,1 mld; kredyty hipoteczne 35% r/r do poziomu 47,9 mld
co trzeci produkt kredytowy sprzedawany w bankowości elektronicznej udzielany był w aplikacji mobilnej (32% liczby produktów kredytowych oferowanych przez kanały elektroniczne).
14,5 mln transakcji w bankowości mobilnej w Q1; wzrost o +15% q/q
wzrost wolumenu depozytów o 37% r/r do poziomu 82,5 mld
w I kwartale uruchomiono 3 kolejne oddziały w nowym innowacyjnym formacie
MŚP1 w I kw. 2019 r.:
wzrost wolumenu kredytów o 22% r/r do poziomu 12,6 mld;
wzrost wolumenu depozytów o 27% r/r do poziomu 13,1 mld
leasing dla MŚP – wzrost portfela pracującego o 17%
wzrost przychodów prowizyjnych kredytowych o 40%r/r
wzrost przychodów odsetkowych o 19%r/r
Bankowość Biznesowa i Korporacyjna w 2018 r.:
25% wzrost przychodów w sektorach strategicznych r/r
20% wzrost przychodów w obszarach biznesu międzynarodowego
Wsparcie ekspansji eksporterów – m.in. kolejna edycja Programu Rozwoju Eksportu, misje handlowe
Usprawnienia w aplikacji mobilnej i bankowości internetowej iBiznes24
Globalna Bankowość Korporacyjna i inwestycyjna w I kw. 2019 r.:
50% wzrost przychodów z produktów finansowania handlu
13% wzrost przychodów z finansowania przejęć i projektów
wezwania na skup akcji spółek z sektora przemysłowego i hotelarskiego
dwie serie emisji zielonych euroobligacji dla podmiotu z sektora publicznego
limit finansowania łańcucha dostaw dla spółki z branży handlu detalicznego
Leasing w I kw. 2019 r.:
wartość portfela leasingowego 9,13 mld zł, wzrost +15% r/r, przy jednoczesnym utrzymaniu bardzo wysokiej jakości portfela
wzrost dochodu +19% r/r
wzrost zysku przed opodatkowaniem +36% r/r
Wartość sfinansowanych aktywów netto w I kwartale 2019 roku to 1,13 mld zł
Faktoring w I kw. 2019 r.:
obroty wyniosły 7,1 mld zł, wzrost +15% r/r;
portfel kredytów wzrósł +30% r/r i osiągnął poziom 5,1 mld zł;
pod względem uzyskanych obrotów Spółka zajmuje czwartą pozycję na rynku, z udziałem na poziomie 11,2%, nadal jest liderem w zakresie finansowania dostawców posiadając 29% udziału w rynku
sprzedaż na koniec I kwartału roku wyniosła 0,5 mld zł.
Santander Consumer Bank w I kw. 2019 r.:
należności kredytowe netto 16 mld zł, wzrost w skali kwartału o 1,6%,
Zobowiązania wobec klientów 8,9 mld zł, i pozostały na stabilnym poziomie.
sprzedaż spisanego portfela pożyczek gotówkowych oraz kredytów ratalnych o łącznej wartości 103,6 mln zł z wpływem na rachunek wyników w wysokości 10,2 mln zł brutto (8,3 mln zł netto).
Arcona koncentruje się na hotelach wypoczynkowych, a Vienna House rozbudowuje swoje portfolio hoteli miejskich.
30 kwietnia austriacka grupa hotelowa Vienna House kupi 17 hoteli miejskich i dwa projekty od koncernu arcona z Rostocku. W przyszłości arcona skoncentruje się na hotelach wypoczynkowych.
Oprócz ośmiu dobrze prosperujących hoteli arcona Living i czterech hoteli arcona zakup dotyczy także pięciu obiektów Steigenberger należących do franczyzodawcy Deutsche Hospitality oraz dwóch projektów w Greifswaldzie i Mannheim. Uzgodniono, że cena zakupu nie zostanie podana do publicznej wiadomości. „Miejskie hotele arcona świetnie wpisują się w portfolio Vienna House. Spotkało się tutaj dwóch partnerów skupiających się na pozycjonowaniu swojej marki. Na tym w przemyślany sposób opieramy swój rozwój i do tego świetnie się rozumiemy”, wyjaśnia Rupert Simoner, prezes zarządu Vienna House. Wszyscy pracownicy sprzedanych hoteli miejskich arcona będą zatrudnieni przez Vienna House. Hotele będą zarządzane w ramach dzierżawy pod marką Vienna House. Największy austriacki koncern hotelarski prowadzi i rozwija obecnie ponad 40 hoteli w Europie, koncentrując się głównie na miejskich hotelach marek Vienna House, Vienna House Easy i Vienna House R.evo.
Z kolei dyrektor zarządzający firmy arcona, Alexander Winter, przyszłość swojej firmy widzi w zarządzaniu hotelami wypoczynkowymi. W portfolio firmy arcona pozostanie więc sześć hoteli w popularnych miejscach wypoczynkowych, takich jak Sylt, Kitzbühel, Rugia, a także hotel Elephant w Weimarze, w Turyngii oraz Romantik Hotel auf der Wartburg w Eisenach. W przyszłości, ważną siłą napędową rozwoju firmy arcona będą hotele Barefoot. Koncern podpisał niedawno z założycielem Barefoot, Tilem Schweigerem, długoterminową umowę na wdrożenie tej koncepcji na całym świecie na zasadzie licencji. „Nasze pozostałe hotele oraz koncepcja Barefoot pozwolą nam w pełni skupić się na wciąż wzrastającym rynku hotelarstwa wypoczynkowego i wspólnie z naszymi pracownikami budować pomyślną przyszłość”, mówią z przekonaniem wspólnicy firmy arcona Alexander Winter i Stephan Gerhard. W nadchodzącym dziesięcioleciu będzie otwartych 20 hoteli Barefoot. „Widzimy tu ogromny potencjał, zarówno w skali krajowej, jak i międzynarodowej”, potwierdza Winter. Centrala firmy arcona nadal pozostanie w Rostocku, gdzie w drugiej połowie 2019 roku przeniesie się do nowej siedziby w Zeeck’sche Villa.
Arcona składa podziękowania firmom ECOVIS und Wenske Legal natomiast Vienna House dziękuje przedstawicielom firm Hogan Lovells International LLP i PricewaterhouseCoopers Wien za skuteczne przeprowadzenie procesu sprzedaży. W transakcji uczestniczyła również firma Treugast Solution Group.
Do portfolio Vienna House przechodzą następujące obiekty:
hotele arcona w Poczdamie, Stuttgarcie, Rostocku i Stralsund
hotele arcona Living w Osnabrück, Wetzlar, Lipsku, Baden-Baden, Berlinie, Bremie, Monachium i Schaffhausen
hotele Steigenberger w Rostocku, Wismarze, Osnabrück, Brunszwiku i Eisenach
W pierwszym kwartale 2019 r. Grupa Novaturas obsłużyła o 9,2% więcej klientów w niż w analogicznym okresie ubiegłego roku, umacniając swoją pozycję jako wiodącego operatora turystycznego w krajach bałtyckich. Przychody Grupy zwiększyły się o 11,5% rok do roku pomimo coraz bardziej konkurencyjnego otoczenia rynkowego.
W I kwartale 2019 r. z usług Grupy Novaturas skorzystało ponad 41 tys. osób, czyli o ponad 9% więcej niż w tym samym okresie ubiegłego roku. Liczba klientów obsłużonych przez Grupę wzrosła rok do roku na wszystkich jej kluczowych rynkach: na Litwie (+1%), Łotwie (+20%) i w Estonii (+13%), a także na Białorusi (+26%). Przełożyło się to na 11,5-proc. wzrost przychodów, które sięgnęły 28,8 mln EUR.
Najpopularniejszym kierunkiem wyjazdów wśród mieszkańców krajów bałtyckich w sezonie zimowym pozostaje Egipt. W I kwartale br. odpowiadał on za ponad połowę przychodów uzyskanych ze sprzedaży zorganizowanych wycieczek lotniczych.
Audronė Keinytė, prezes zarządu i dyrektor generalna Grupy Novaturas
– Nasze dobre wyniki sprzedażowe to efekt bardzo atrakcyjnej, ciągle rozwijanej oferty, która dostępna jest w zróżnicowanych i uzupełniających się kanałach dystrybucji na różnych rynkach – wskazała Audronė Keinytė, dyrektor generalna Novaturas. – Z uwagi na coraz silniejszą konkurencję, spodziewamy się jednak, że w całym 2019 roku zanotujemy niższe wzrosty lub nawet płaską sprzedaż rok do roku. Nasze działania w tym roku i w długim terminie będziemy koncentrować na poprawie efektywności oraz rentowności Grupy – zaznaczyła.
Poza rosnącą konkurencją, negatywny wpływ na zyskowność Grupy w I kwartale 2019 r. miały wciąż zwiększone koszty związane ze zmianą głównego przewoźnika lotniczego (w IV kwartale 2018 r. borykające się z problemami linie lotnicze Small Planet Airlines zostały zastąpione przez GetJet Airlines). Zysk brutto Grupy obniżył się do poziomu 3,6 mln EUR (-26% r/r), natomiast EBITA wyniosła 0,1 mln EUR (w porównaniu z 1,3 mln EUR w I kwartale 2018 r.), co w efekcie przełożyło się na stratę netto wynoszącą 0,1 mln EUR (wobec 0,9 mln EUR zysku netto w I kwartale 2018 r.).
– Pomimo straty netto odnotowanej w I kwartale tego roku, konsekwentnie realizujemy naszą strategię, nieustannie dążąc do poprawy efektywności naszej działalności. Całkowite koszty operacyjne zmalały o 0,9% rok do roku, a bez uwzględnienia prowizji płaconych agencjom, które zależą od wielkości sprzedaży, nasze koszty operacyjne obniżyły się o 9% – podkreślił Tomas Staškūnas, dyrektor finansowy Grupy Novaturas.
Inflacja w Polsce znów powyżej 2%. Dane z Chin straszą inwestorów. W USA wydatki rosną szybciej niż dochody.
Inflacja w Polsce rośnie
Zamiast oczekiwanych 1,8%, inflacja nad Wisłą wzrosła o 2,2%. Głównym winowajcą, jak nietrudno się domyślić, jest wzrost cen paliw. Rosnące notowania ropy bardzo szybko przekładają się na wyższe koszty przy dystrybutorach. W górę szły również ceny żywności i napojów. Inflacja na poziomie 2,2% to jednak nadal odczyt poniżej celu inflacyjnego, wynoszącego 2,5% z tolerancją 1%.
Słabsze dane z Chin
Indeksy koniunktury w Państwie Środka niebezpiecznie zbliżają się do granicy rozdzielającej rozwój od recesji. Dzieje się to pomimo poluzowania środków kredytowych w ostatnich miesiącach. Indeks PMI dla przemysłu wynosi 50,2 pkt, czyli o 0,8 pkt mniej niż oczekiwano. Wartość dla usług to 54,3 pkt, ale parametr ten jest znacznie mniej istotny.
Niepokojące dane z USA
Wczoraj poznaliśmy dane zza oceanu na temat dochodów i wydatków Amerykanów. Dochody rosły o 0,1% przy oczekiwanych 0,4%, z kolei wydatki o 0,9% przy oczekiwanych 0,6%. Jeżeli ta tendencja będzie się utrzymywać, to zadłużenie obywateli będzie dalej rosło, a to z kolei tworzy kolejne ryzyka. Nadmierne zadłużenie społeczeństwa to bomba z opóźnionym zapłonem. Gdy dojdzie do spowolnienia w gospodarce, wtedy może wybuchnąć i tylko pogłębić problem.
Dzisiaj dzień a w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:00 – Węgry – decyzja w sprawie stóp procentowych,
16:00 – USA – indeks zaufania konsumentów Confrence Board
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl
Kwiecień był ciekawym miesiącem na giełdach. To, co zapamiętamy najbardziej, to dysproporcja w zachowaniu się polskich indeksów na tle innych rynków zagranicznych. W czasie, gdy wszędzie na świecie panowała hossa, polski rynek powoli osuwał się pod swoim ciężarem. Na początku miesiąca udało się co prawda przekroczyć psychologiczną barierę 2400 punktów, ale znowu okazało się to nietrwałe i chwilowe, podobnie jak próby na przełomie stycznia i lutego. Niepokojąco wygląda porównanie stóp zwrotu. WIG20 od początku roku zyskał 2,6%, równocześnie węgierski BUX wzrósł o 9%, niemiecki DAX o 16,7%, zaś amerykański S&P500 o 17,4%. Nieco lepiej prezentują się wyniki mWIG40, który wzrósł o 5,8% oraz sWIG80, który zyskał 13,7%. Warto jednak pamiętać, że ostatnie 2 indeksy w kwietniu traciły na wartości.
Co się właściwie stało?
Jedną z teorii może być wzrost obaw zagranicznych inwestorów o kondycję krajowych finansów publicznych po kolejnych obietnicach fiskalnych rządu, które są obecnie wdrażane. Trudno tutaj znaleźć wytłumaczenie słabszych wyników GPW, gdyż zarówno duże agencje ratingowe, jak i dane statystyczne potwierdzają, że przynajmniej w 1-2 letnim horyzoncie polskie finanse publiczne są w dobrej kondycji, a deficyt budżetowy do PKB plasuje nas w unijnej średniej.
Kolejnym wątkiem jest kwestia OFE. Tutaj inwestorzy mogą obawiać się zwiększonej podaży akcji z uwagi na możliwe przeniesienie części środków do Funduszu Rezerwy Demograficznej oraz konieczność spieniężenia aktywów celem pokrycia opłaty przekształceniowej. Jest tu jednak sporo znaków zapytania. Nie znamy szczegółowych przepisów, limity inwestycyjne w FRD mogą ulec zmianie, co zmniejszy potencjalną podaż akcji. Ponadto, w perspektywie widać PPK, co w dłuższym horyzoncie czasowym powinno wesprzeć GPW. Pytanie więc, czemu inwestorzy nie są skłonni kupować tej przeszłości? Część z nich może bać się inwestować na GPW z uwagi na dużą ilość zmian w polskim prawodawstwie, co zawsze budzi ryzyko. Ten czynnik dotyczy jednak przede wszystkim inwestycji długoterminowych, a część zagranicznego kapitału na GPW ma charakter spekulacyjny. Jedyną pewną kwestią jest zniechęcenie inwestorów indywidualnych do krajowego rynku, co widać narastająco po statystykach nabyć i umorzeń do funduszy inwestycyjnych. Zaufanie do rynku kapitałowego zostało w ubiegłym roku mocno nadwątlone. Nakłada się na to klęska rozwiązań typu absolute return, która pokazała szereg ryzyk płynnościowych na GPW. Trudno w tym momencie powiedzieć, co by mogło przekonać krajowy, rozdrobniony kapitał do powrotu na giełdę. Wsparciem kolejny raz mogą być mityczne już PPK, które mogłyby wesprzeć stopy zwrotu krajowych indeksów. To jest jednak scenariusz na 2020 rok, gdzie otoczenie rynkowe może być zupełnie inne.
Po stronie globalnej inwestorzy korzystali ze spadku niemal wszystkich medialnych czynników ryzyka
Chodzi tu przede wszystkim o politykę Fed oraz kwestię Brexitu. Do istniejących ryzyk zaliczyć należy ryzyko przeniesienia wojen handlowych na Europę oraz spowolnienie gospodarcze. Jednak po notowaniach giełdowych indeksów można zauważyć, że czynniki te zeszły na dalszy plan. Liderem wzrostów były Stany Zjednoczone, którym udało się nadrobić straty poniesione podczas obserwowanej w IV kwartale ubiegłego roku wyprzedaży, ale też przenieść indeksy na poziomy nowych rekordów. W kwietniu giełdom za oceanem pomagał sezon wyników za I kwartał, w którym spółki tradycyjnie już publikowały rezultaty lepsze od oczekiwań analityków. Warto jednak zaznaczyć, że oczekiwania te były istotnie pesymistyczne. Biorąc zaś pod uwagę sytuację na amerykańskim rynku pracy, gdzie ostatnie odczyty były rekordowo dobre, do uzasadnionej fundamentami makroekonomicznymi bessy mamy jeszcze co najmniej kilka kwartałów. Nie oznacza to jednak, że nie będziemy jeszcze w tym roku świadkami znaczącej korekty na Wall Street, w szczególności biorąc pod uwagę skalę ostatnich wzrostów.
Podsumowując, krajowy rynek akcji jest mocno opóźniony we wzrostach do swoich zagranicznych odpowiedników. Na pocieszenie można stwierdzić, że takie zjawiska były w historii obserwowane nie raz. Jednak biorąc pod uwagę poziom obecnych wycen, przynajmniej na GPW, powiedzenie Sell in may and go away nie musi być w tym przypadku skuteczne.
Vienna Life Towarzystwo Ubezpieczeń na Życie S.A., Vienna Insurance Group
Ryszard Rusak, dyrektor inwestycyjny ds. akcji Union Investment TFI
Gorącym tematem ostatniego tygodnia jest propozycja rządowa dotycząca przekształcenia II filaru systemu emerytalnego tzw. likwidacja OFE i przekazanie tych środków na IKE lub na konto w ZUS. Rynek początkowo wystraszył się propozycji rządu. Następnie przeanalizował plusy i minusy tego rozwiązania. Wydaje się, że obecnie inwestorzy uznali proponowane rozwiązanie za korzystne dla rynków finansowych. Diabeł tkwi jednak w szczegółach, których wciąż nie znamy. Kluczowym czynnikiem w dalszej analizie tego, jak likwidacja OFE wpłynie na polską giełdę, jest to, ilu Polaków wybierze subkonto w ZUS, a ilu zdecyduje się zapłacić 15 proc. opłaty przekształceniowej i przenieść środki do IKE. Trzeba dodać, że wartość środków znajdujących się na kontach OFE to ok. 163 mld zł, z czego 127 mld zł ulokowane jest w akcjach notowanych na warszawskiej giełdzie. Dobrą informacją płynącą z rządu jest plan rozłożenia całej operacji w czasie, co ma ograniczyć ryzyko gwałtownej wyprzedaży akcji na GPW. To jednak na razie dopiero plany. Szczegóły ustawy mamy dopiero poznać.
Informacja o likwidacji OFE uspokoiła rynek papierów dłużnych
Spadki rentowności w gospodarce światowej
Polska zwiększa zadłużenie, sytuację ratuje wysokie PKB
Krzysztof Izdebski, Zarządzający Funduszami Obligacji Union Investment TFI
Informacja o likwidacji OFE wpłynęła uspokajająco na rynek papierów dłużnych. Prognozuje się, że przeniesienie części środków do ZUS poprawi sytuację budżetową państwa. Pierwszym efektem zapowiedzianych zmian był spadek rentowności obligacji dziesięcioletnich do poziomu 2,87 proc. i umocnienie się obligacji dwuletnich.
W gospodarce światowej obserwujemy spadki rentowności obligacji amerykańskich i niemieckich. Można przypuszczać, że niemieckie obligacje drożeją w odpowiedzi na słabe wyniki płynące z europejskiej gospodarki. Rentowność obligacji 10-letnich w USA utrzymuje w okolicach 2,5%, a rentowność obligacji Niemiec spadła do zera.
Ministerstwo Finansów zmniejszyło podaż na aukcji sprzedaży obligacji do 6 mld i bez problemów sprzedało daną kwotę. Krótki koniec krzywej rentowności wspierany jest w ostatnich dniach przez napływ środków z wykupu obligacji 0419 oraz wypłacanych w kwietniu kuponów. Jednak sygnały o rosnącej inflacji negatywnie oddziaływają na najdłuższe papiery, powodując wzrost rentowności 10latek w okolice 2,90%.
Pomimo obaw związanych z wyższymi wydatkami i wzrostem inflacji polskie obligacje powinny znajdować kupców, oferując atrakcyjne rentowności. Zakładamy, że przy wzroście rentowności 10latki do 3,0 % pojawią się ponownie inwestorzy zagraniczni.
Eurostat opublikował stan finansów publicznych krajów Unii. 14 krajów wypracowało nadwyżkę, Polska zakończyła rok z deficytem na poziomie -0,5 proc. przy tempie rocznego wzrostu PKB rzędu 5,1 proc. Na niski poziom deficytu miał wpływ dynamiczny wzrost gospodarczy. Analizując dane finansowe rok do roku dług Polski rośnie, zadłużamy się coraz bardziej, ale PKB jest dziś dużo wyższe niż we wcześniejszych latach, co w wpływa na obniżenie wskaźniku długo na PKB kraju.
Zysk netto Grupy Kapitałowej GPW wyniósł 24,5 mln zł w I kw. 2019 r.
Przychody ze sprzedaży wyniosły 84,2 mln zł w I kw. 2019 r.
Koszty operacyjne w I kw. 2019 r. wyniosły 54,3 mln zł
Zarząd GPW rekomenduje wypłatę 133,5 mln zł dywidendy (3,18 zł na akcję) z zysku za 2018 r.
Grupa Kapitałowa Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW) wypracowała 84,2 mln zł przychodów ze sprzedaży i osiągnęła 24,5 mln zł zysku netto w I kw. 2019 r. Zysk EBITDA w tym okresie wyniósł 38,6 mln zł. Skonsolidowane przychody ze sprzedaży zmniejszyły się o 2,1% wobec przychodów osiągniętych w I kw. 2018 r. i o 4,9% wobec przychodów osiągniętych w IV kw. 2018 r. Spadek przychodów w ujęciu rocznym wynika przede wszystkim z niższych o 1,7 mln zł, tj. o 4,6% przychodów osiągniętych w segmencie rynku towarowego. Jest to głównie efekt niższych o 2,2 mln zł przychodów z tytułu obrotu prawami majątkowymi do świadectw pochodzenia. Spadek zanotowano również na przychodach z tytułu rozliczenia transakcji o 0,4 mln zł, tj. o 3,4%. Wzrosły natomiast przychody z tytułu prowadzenia rejestru świadectw pochodzenia – wzrost o 0,5 mln zł rdr w I kw. 2019 r. Przychody Grupy z rynku finansowego w I kw. 2019 r. były na zbliżonym poziomie rdr. Trend wzrostowy utrzymał się w segmencie przychodów ze sprzedaży informacji, które wzrosły w ujęciu rdr o 1,4 mln zł, tj. o 13,5%.
Marek Dietl, prezes Zarządu GPW
– Praktycznie we wszystkich liniach biznesowych ostatnie miesiące przyniosły istotne zmiany w otoczeniu. Sprecyzowaliśmy nasze ambicje finansowe do roku 2022 (przychody: 470 mln zł, EBITDA: 250 mln zł). Nasze działania ukierunkowane są na osiągniecie tych wyników finansowych, ale cały czas musimy odpowiadać na nowe uwarunkowania biznesowe i regulacyjne. Wdrażanie strategii #GPW2022 wymaga ponoszenia wysokich nakładów inwestycyjnych i wyższych kosztów operacyjnych, ale mimo tego mamy solidne wyniki kwartalne. Szczególnie cieszy mnie wzrost przychodów ze sprzedaży informacji o 1,4 mln zł – przychody z tego źródła są powtarzalne, co zmniejsza uciążliwość dźwigni operacyjnej. Kontynuujemy również politykę dywersyfikacji biznesu rozwijając nowe linie przychodowe. Dbając o długoterminowe zaangażowanie naszych inwestorów Zarząd zarekomendował wypłatę, najwyższej po 2010 roku, dywidendy, która jest odzwierciedleniem rekordowych wyników finansowych w 2018 roku – mówi Marek Dietl, Prezes Zarządu GPW.
W I kw. 2019 r. koszty operacyjne wzrosły do 54,3 mln zł, czyli o 12,3% w porównaniu z tym samym okresem przed rokiem i o 28,0% wobec IV kwartału 2018 r. Wskaźnik kosztów do przychodów ukształtował się na poziomie 64,5% wobec 56,3% w I kw. 2018 r. oraz 48,0% w IV kw. 2018 r. W kosztach I kwartału 2019 r. została ujęta rezerwa w kwocie 12,9 mln zł dotycząca opłaty rocznej na rzecz KNF. W I kw. 2018 r. rezerwa ta wyniosła 9,0 mln zł. Oprócz powyższego na wzrost kosztów w I kw. 2019 r. w ujęciu rocznym wpłynęły przede wszystkim wyższe koszty amortyzacji oraz koszty osobowe w związku z wyższym zatrudnieniem na rzecz realizacji strategii GK GPW.
Zarząd GPW rekomenduje przeznaczenie na dywidendę 133,5 mln zł, co daje 3,18 zł na akcję i stanowi 77,1% skonsolidowanego zysku netto spółki GPW za rok obrotowy 2018 przypadającego akcjonariuszom GPW i skorygowanego o udział w zyskach jednostek stowarzyszonych. Rekomendacja jest zgodna z obowiązującą polityką dywidendową GPW.
Omówienie wyników finansowych Grupy GPW za I kw. 2019 r.
Zysk netto
Zysk netto Grupy GPW w I kw. 2019 r. wyniósł 24,5 mln zł, o 18,3% mniej niż rok wcześniej i o 34,2% mniej niż w IV kw. 2018 r. Spadek zysku netto w ujęciu kwartalnym to efekt niższych przychodów z rynku towarowego o 13,6%, a także wyższych o 28,0% kosztów w I kw. 2019 r. Na wynik netto wpłynął także spadek o blisko połowę udziału w zyskach jednostek stowarzyszonych w stosunku do ubiegłego kwartału – do 1,0 mln zł.
Przychody z rynku finansowego
W I kw. 2019 r. przychody ze sprzedaży na rynku finansowym wyniosły 49,5 mln zł, co oznacza spadek względem poprzedniego roku o 0,2% oraz wzrost o 2,9% kwartał do kwartału. Tym samym przychody z rynku finansowego stanowiły 58,8% całkowitych przychodów ze sprzedaży Grupy GPW w porównaniu do 57,7% w I kw. 2018 r. i 54,4% w IV kw. 2018 r. Na przychody z rynku finansowego składają się przychody z tytułu: obsługi obrotu, obsługi emitentów i sprzedaży informacji oraz przychody z tytułu kalkulacji stawek referencyjnych.
Obsługa obrotu na rynku finansowym
W I kw. 2019 r. przychody z obsługi obrotu na rynku finansowym wyniosły 32,0 mln zł w porównaniu do 32,9 mln zł rok wcześniej. To spadek o 2,7% rdr i wzrost 4,6% kdk. Na wynik największy wpływ miały niższe przychody z obrotu instrumentami pochodnymi i instrumentami dłużnymi, które spadły odpowiednio: o 17,1% rdr oraz o 16,7% kdk oraz o 6,3% rdr i o 8,6% kdk. Niższe przychody z obsługi obrotu rok do roku wynikają między innymi z mniejszej aktywności krajowych inwestorów instytucjonalnych TFI i OFE oraz niższego udziału animatorów na rynku akcji na rynku regulowanym w I kw. 2019 r.
Obsługa emitentów
W I kw. 2019 r. przychody Grupy GPW z obsługi emitentów na rynku finansowym wyniosły 5,3 mln zł w porównaniu do 5,9 mln zł w I kw. 2018 r. i 5,7 mln zł w IV kw. 2018 r. Przychody z tytułu opłat za notowania sięgnęły 4,6 mln zł w I kw. 2019 r. (-9,6% rdr i -4,6% kdk). Niższe aktywności na rynkach IPO i SPO w I kw. 2019 r. przyczyniły się do spadku o 0,2 mln zł przychodów z tytułu wprowadzenia na rynek giełdowy w I kw. 2019 r. wobec 0,8 mln zł
w I kw. i 0,8 mln zł w IV kw. 2018 r.
Sprzedaż informacji
Przychody ze sprzedaży informacji w I kw. 2019 r. osiągnęły 12,2 mln zł, co oznacza wzrost
o 13,5% rdr i jednocześnie wzrost o 3,2% względem IV kw. 2018 r. Przychody z tej linii stanowiły 14,5% przychodów ze sprzedaży Grupy GPW.
Przychody z rynku towarowego
W pierwszym kwartale 2019 r. przychody ze sprzedaży na rynku towarowym wyniosły 34,6 mln zł, o 4,6% mniej niż rok wcześniej i o 13,6% mniej niż w IV kw. 2018 r. Ich udział w całkowitych przychodach Grupy GPW w I kw. 2019 r. wyniósł 41,1%. Na przychody z rynku towarowego składają się przychody z: obsługi obrotu, prowadzenia Rejestru Świadectw Pochodzenia, rozliczenia transakcji i sprzedaży informacji.
Obsługa obrotu na rynku towarowym
Przychody z obsługi obrotu na rynku towarowym w I kw. 2019 r. spadły o 10,3% rdr oraz o 23,6% kdk, do 15,9 mln zł. Przychody z obrotu energią wyniosły 3,2 mln zł w I kw. 2019 r., wzrosły o 3,4% rdr i spadły o 43,0% kdk. Natomiast w I kw. 2019 r. przychody z obrotu gazem wzrosły o 5,2% rdr i spadły o 31,6% kdk do 2,4 mln zł. Przychody z tytułu obrotu prawami majątkowi do świadectw pochodzenia spadły w pierwszym kwartale 2019 r. o 23,1% rdr
i o 15,5% kdk do 7,3 mln zł. Przychody Grupy z tytułu innych opłat od uczestników rynku towarowego w I kw. 2019 r. wyniosły 3,0 mln zł w porównaniu do 2,8 mln zł w I kw. 2018 r.
i 3,0 mln zł w IV kw. 2018 r. Wysokość innych opłat od uczestników rynku zależy w dużej mierze od liczby i aktywności Członków IRGiT, w szczególności liczby wykonywanych transakcji.
Prowadzenie Rejestru Świadectw Pochodzenia
W I kw. 2019 r. przychody z prowadzenia RŚP wyniosły 7,6 mln zł, co oznacza wzrost o 6,7% rdr i o 24,7% kdk. Wzrost przychodów rdr jest spowodowany wzrostem przychodów z tytułu umorzonych praw majątkowych zielonych świadectw pochodzenia z 4,6 mln zł do 5,4 mln zł
w 2019 r. oraz wzrostem umorzeń rejestru gwarancji pochodzenia z 0,1 mln zł do 0,5 mln zł.
Rozliczenie transakcji
Przychody z rozliczenia transakcji w I kw. 2019 r. wyniosły 10,9 mln zł, o 3,4% mniej niż rok wcześniej i o 16,0% mniej niż w IV kw. 2018 r. Na zmianę przychodów z tego tytułu wpływ mają wolumeny obrotu na wszystkich rynkach prowadzonych przez TGE.
Sprzedaż informacji
Przychody ze sprzedaży informacji na rynku towarowym w I kw. 2019 r. osiągnęły poziom 169 tys. zł wobec 98 tys. zł w I kw. 2018 r. i 117 tys. zł w IV kw. 2018 r.
Koszty działalności operacyjnej
W I kw. 2019 r. koszty działalności operacyjnej wyniosły 54,3 mln zł, czyli 12,3% więcej niż w analogicznym okresie w 2018 r. i 28,0% więcej niż w IV kw. 2018 r.
Porównując koszty pomiędzy kwartałami należy zwrócić uwagę na wyższy niż przed rokiem poziom opłaty Grupy GPW za nadzór nad rynkiem kapitałowym, zaksięgowany w wysokości 12,9 mln zł w I kw. 2019 r. wobec 9,0 mln zł w I kw. 2018 r. oraz wyższe koszty usług obcych w I kwartale tego roku wynoszące 10,1 mln zł wobec 9,9 mln zł w I kw. 2018 r. i 11,9 mln zł w IV kw. 2018 r.
Łączne koszty osobowe wyniosły 19,4 mln zł w I kw. 2019 r., o 11,5% więcej rdr i o 6,0% więcej kdk. Wyższe koszty osobowe wynikają ze stopniowego zwiększania zatrudnienia. Jest to podyktowane większym nakładem pracy w związku z realizacją strategii GK GPW. Koszty amortyzacji wzrosły o 17,4% rdr oraz o 16,2% kdk do poziomu 9,2 mln zł. Wzrost kosztów amortyzacji w stosunku do porównywalnego okresu 2018 roku jest efektem wdrożenia przez wszystkie Spółki z Grupy nowego standardu – MSSF 16 „Leasing”. Część kosztów wcześniej ujętych w kosztach operacyjnych od tego kwartału rozłożona jest pomiędzy: amortyzację, koszty finansowe oraz koszty podatków i opłat. W I kwartale 2019 r., w wyniku tego przesunięcia, GK GPW odnotowała spadek kosztów czynszów o 1,5 mln zł rdr i spadek o 1,3 mln zł kdk.
Udział w zyskach jednostek wycenianych metodą praw własności
W I kw. 2019 r. zysk Grupy GPW z tytułu udziału w zyskach jednostek wycenianych metodą praw własności wyniósł 1,0 mln zł w porównaniu do 0,7 mln zł w I kw. 2018 r. oraz 1,9 mln zł w IV kw. 2018 r. Na wyższe wyniki wpłynęła przede wszystkim sprzedaż udziałów w spółce Aquis w 2018 roku, która w I kw.2018 r. ponosiła stratę tym samym pomniejszając zysk przypadający na GK GPW.
W I kw. 2019 r. udział Grupy w zysku Grupy KDPW wyniósł 1,1 mln zł w porównaniu do 1,6 mln zł w I kw. 2018 r. Udział w zysku Centrum Giełdowego za I kw. 2019 r. wyniósł 0,1 mln zł i utrzymał się na poziomie zrealizowanym w porównywalnym okresie w 2018 r. W I kw. 2019 r. udział w stracie spółki Polska Agencja Ratingowa wyniósł 0,2 mln zł.
Każde zobowiązanie podatkowe ulega przedawnieniu. Oznacza to, że po upływie terminu przedawnienia organ podatkowy nie może dochodzić zapłaty podatku. Zgodnie z ogólną zasadą wynikającą z Ordynacji podatkowej zobowiązanie podatkowe przedawnia się z upływem 5 lat, licząc od końca roku kalendarzowego, w którym upłynął termin płatności podatku.
Podkreślenia jednak wymaga, że bieg terminu przedawnienia może zostać zawieszony albo przerwany. Instytucja zawieszenia polega na tym, że przez określony okres termin przedawnienia nie rozpoczyna biegu, natomiast, jeśli termin ten już biegnie, to bieg ten zostaje wstrzymany. Okresu tego wstrzymania nie wlicza się do terminu przedawnienia. Z kolei przerwanie biegu terminu przedawnienia polega na tym, że termin przedawnienia liczony jest od początku, zaś okresu, który upłynął do momentu przerwania, nie uwzględnia się.
Ordynacja podatkowa szczegółowo wymienia przypadki, w których dochodzi do zawieszenia bądź przerwania terminu biegu przedawnienia.
Poinformowanie podatnika o zawieszeniu biegu terminu
Ordynacja podatkowa szczegółowo wymienia przypadki, w których dochodzi do zawieszenia bądź przerwania terminu biegu przedawnienia. W przypadku zawieszenia jedną z takich sytuacji jest wszczęcie postępowania w sprawie o przestępstwo skarbowe lub wykroczenie skarbowe, o którym podatnik został zawiadomiony, jeżeli podejrzenie popełnienia przestępstwa lub wykroczenia wiąże się z niewykonaniem tego zobowiązania.
Co istotne, Ordynacja podatkowa przy omawianej sytuacji nakazuje, aby organ podatkowy właściwy w sprawie zobowiązania podatkowego, z którego niewykonaniem wiąże się podejrzenie popełnienia przestępstwa skarbowego lub wykroczenia skarbowego, zawiadomił podatnika o zawieszeniu biegu terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego najpóźniej z upływem terminu przedawnienia.
Rozbieżności w orzecznictwie
Właśnie na gruncie ww. obowiązku, a więc zawiadomienia podatnika, doszło do rozbieżności w orzecznictwie sądowym. Rozbieżności te miały kolosalny wpływ na sytuację prawnopodatkową podatników, bowiem w zależności od zastosowanej wykładni przepisu – zobowiązanie podatkowe wygasało bądź nie.
Na kanwie jednej ze spraw (sygn. akt I FSK 1960/16), Naczelny Sąd Administracyjny (dalej: NSA) skonkretyzował istotę problemu, kierując jego rozwiązanie poszerzonemu składowi NSA. Wiązał się on z tym, czy o wszczęciu postępowania karnoskarbowego, z którym zespolony jest skutek w postaci zawieszenia biegu terminu, powinien być zawiadomiony bezpośrednio podatnik czy też jego pełnomocnik ogólny lub szczególny, jeżeli zawiadomienie to zostało doręczone po wszczęciu postępowania podatkowego, w którym strona była zastępowana przez pełnomocnika.
NSA uwypuklił przy tym rozbieżność w wyrokach sądów administracyjnych (zarówno wojewódzkich sądów administracyjnych, jak i NSA). Wskazano, że jedna z linii orzeczniczych stanowi, iż najistotniejsze jest to, aby podatnik przed upływem terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego miał wiedzę, a co za tym idzie – świadomość, że bieg terminu przedawnienia ulega zawieszeniu, a w konsekwencji zobowiązanie podatkowe nie wygasa na skutek przedawnienia. Cel ten jest osiągnięty zarówno wtedy, gdy zawiadomienie jest doręczone bezpośrednio podatnikowi, jak i wtedy, gdy w trakcie toczącego się postępowania zawiadomienie doręczono do rąk pełnomocnika.
Druga linia orzecznicza prezentowała odmienne stanowisko. Zgodnie z nim, jeśli organ wyśle zawiadomienie bezpośrednio do strony, która jest reprezentowana przez pełnomocnika, a strona ta pisma tego nie podejmie, to nie będzie możliwe uznanie skuteczności doręczenia. W takim przypadku doręczenie będzie wadliwe z powodu nieprawidłowego wskazania adresata przesyłki.
Uchwała NSA
Mając na uwadze ww. rozbieżności, poszerzony skład NSA musiał odpowiedzieć na następujące pytania:
czy zawiadomienie należy doręczyć pełnomocnikowi, który został ustanowiony w postępowaniu kontrolnym lub podatkowym, nawet jeżeli zawiadomienia tego dokonuje organ podatkowy, przed którym nie toczy się żadne postępowanie z udziałem pełnomocnika strony;
czy uchybienie w realizacji powyższego obowiązku winno być traktowane jako brak ziszczenia się skutku w postaci zawieszenia biegu terminu przedawnienia.
NSA w uchwale z dnia 18 marca 2019 r. stanął ostatecznie na stanowisku, że zawiadomienie należy doręczyć pełnomocnikowi, który został ustanowiony w postępowaniu kontrolnym lub podatkowym, nawet jeżeli zawiadomienia tego dokonuje organ podatkowy, przed którym nie toczy się żadne postępowanie z udziałem pełnomocnika strony. Uchybienie zaś w realizacji powyższego obowiązku winno być traktowane jako brak możliwości zastosowania instytucji zawieszenia biegu terminu przedawnienia.
Podsumowanie
Prawdą jest, że organy podatkowe nagminnie wszczynały postępowania karne skarbowe tylko w celu zawieszenia biegu terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego. Pozwalało to na prowadzenie postępowań i określanie zobowiązań podatkowych po upływie ogólnego 5-letniego terminu przedawnienia. Co jasne, taka praktyka jest krytykowana nie tylko przez doktrynę, ale także przez sądy administracyjne.
Dobra wiadomość jest zaś taka, że jeśli w sprawach podatników doszło do naruszenia przepisów, o których mowa w uchwale NSA, to może istnieć szansa na odzyskanie zapłaconego podatku. Każda zatem sprawa, w której zawieszono bieg terminu przedawnienia w zw. z wszczęciem postępowania karnego skarbowego, powinna zostać zbadana pod kątem nieprawidłowego „przedłużenia” terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
W miejscowościach zamieszkałych przez 50 – 100 tys. mieszkańców można zarobić na wynajmie lokali mieszkalnych, w wielu przypadkach więcej niż w średnich i największych miastach. W tryumfujących Piekarach Śląskich można było uzyskać zwrot z inwestycji przekraczający 12% brutto w skali roku. Wśród pierwszych trzech najlepszych miast zestawienia, stopy zwrotu brutto były powyżej 11%. Ile i w której miejscowości można także sporo zarobić?
Platforma Rentier.io przeanalizowała ponad 54 tysiące ofert najmu mieszkań oraz zakupu lokali mieszkalnych w małych miejscowościach i opublikowanych w internecie w całym 2018 roku. Na tej podstawie, zostało wyliczone stopy zwrotu z inwestycji (ang. Return on Investment (ROI)) brutto dla okresu 12 i 11 miesięcy najmu w ciągu roku, a następnie wybrano 25 najbardziej dochodowych małych miast.
Liderem pierwszego w Polsce rankingu najbardziej dochodowych małych miast, przygotowanego przez platformę Rentier.io, zostały Piekary Śląskie z wynikiem 12,24% brutto zwrotu z inwestycji. Na drugim miejscu zestawienia uplasował się Będzin z wynikiem 12,24%, a trzecie miejsce uzyskały Świętochłowice z 11,17%, przy założeniu 12 miesięcy najmu. Gdzie jeszcze, oprócz Górnego Śląska, można było jeszcze zyskać?
Małe, a z potencjałem
Mediana ROI brutto dla najlepszej trójki zestawienia wyniosła aż 11,25%, dla pierwszej dziesiątki 10,32%, a dla dwudziestki piątki 9,10%. Powyższe rezultaty plasują inwestycje w nieruchomości na wynajem w małych miejscowościach na tle tych większych na bardzo dobrym poziomie. Bowiem, mediana zwrotu z inwestycji brutto dla najlepszych trzech pierwszych dużych miast, tj. Gdańska, Warszawy, Wrocławia wyniosła 8,26%, dla pierwszej dziesiątki 7,83%, a dla dwudziestki piątki 7,6%.
Miejsce
Miasto
Przychód z najmu netto/ m2 – mediana
Czynsz/m2 – mediana
Cena sprzedaży ofertowa/ m2 – mediana
ROI
(formuła 12M)
ROI
formuła 11M (tj. 12M-1M pustostanu)
1
Piekary Śląskie
23,56 zł
6,00 zł
2 309,00 zł
12,24%
10,96%
2
Będzin
29,09 zł
9,00 zł
3 105,34 zł
11,24%
10,01%
3
Świętochłowice
26,18 zł
8,00 zł
2 812,50 zł
11,17%
9,95%
4
Mysłowice
30,64 zł
8,50 zł
3 351,28 zł
10,97%
9,80%
5
Słupsk
30,53 zł
5,75 zł
3 540,77 zł
10,35%
9,32%
6
Świdnica
29,71 zł
4,00 zł
3 461,54 zł
10,30%
9,33%
7
Bełchatów
26,32 zł
7,00 zł
3 094,73 zł
10,20%
9,13%
8
Jastrzębie-Zdrój
19,87 zł
8,53 zł
2 375,50 zł
10,04%
8,84%
9
Piotrków Trybunalski
26,09 zł
6,92 zł
3 258,00 zł
9,61%
8,60%
10
Tarnowskie Góry
25,00 zł
6,00 zł
3 128,57 zł
9,59%
8,60%
11
Jelenia Góra
27,50 zł
4,41 zł
3 455,40 zł
9,55%
8,63%
12
Żory
24,00 zł
8,00 zł
3 071,43 zł
9,38%
8,33%
13
Piła
33,33 zł
6,35 zł
4 392,98 zł
9,10%
8,20%
14
Jaworzno
23,53 zł
9,00 zł
3 132,00 zł
9,02%
7,98%
15
Stargard
25,48 zł
6,47 zł
3 634,62 zł
8,41%
7,53%
16
Lubin
25,00 zł
7,93 zł
3 592,49 zł
8,35%
7,43%
17
Mielec
29,17 zł
8,00 zł
4 269,87 zł
8,20%
7,33%
18
Głogów
25,00 zł
7,00 zł
3 690,00 zł
8,13%
7,26%
19
Pruszków
39,32 zł
8,95 zł
5 850,00 zł
8,07%
7,24%
20
Siemianowice Śląskie
31,42 zł
8,00 zł
4 733,33 zł
7,96%
7,13%
21
Legionowo
35,51 zł
8,16 zł
5 500,00 zł
7,75%
6,95%
22
Inowrocław
23,60 zł
6,00 zł
3 688,80 zł
7,68%
6,87%
23
Ostrów Wielkopolski
22,00 zł
6,12 zł
3 700,00 zł
7,14%
6,38%
24
Grudziądz
20,00 zł
8,00 zł
3 364,00 zł
7,13%
6,30%
25
Leszno
24,00 zł
6,85 zł
4 100,50 zł
7,02%
6,27%
Źródło: Rentier.io, 26 IV 2019 r, dane za okres I – XII 2018 r.
– O ile faktycznie relacja cen najmu do cen sprzedaży, na podstawie zagregowanych danych, kształtuje się korzystnie w małych miastach, nie oznacza to jednak, że wszystkie inwestycje w mieszkania na wynajem w takich miejscowościach są opłacalne. Ogólna koniunktura, w tym również popyt zarówno na zakup, jak i wynajem mieszkań w małych miejscowościach są zazwyczaj uzależnione od dostępności miejsc pracy w okolicznych średnich lub dużych miastach – mówi Anton Bubiel, prezes zarządu Rentier.io. – Przykładem może być czołówka rankingu, miasta znajdujące się w obszarze GOP (Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego), gdzie zlokalizowana jest spora liczba zakładów przemysłowych i wydobywczych. Firmy te są szansą dla regionu i rozwoju pobliskich miast, lecz mogą być również dla nich zagrożeniem. Zamknięcie, przeniesienie działalności lub trudności tych dużych przedsiębiorstw, mogą w krótkim czasie spowodować negatywne zmiany na rynku lokalnym, w tym okolicznych mniejszych miejscowościach. Pod tym kątem inwestycje w mieszkania na wynajem w dużych miastach są dużo bardziej bezpieczne. Czynników wpływających na popyt na wynajem mieszkań jest tu dużo więcej i często nie są one skorelowane ze sobą – podsumowuje Bubiel z Rentier.io.
Podsumowując, inwestycje w lokale mieszkalne na wynajem w małych miejscowościach mogą być również interesującą opcją dla inwestorów. Należy jednak mieć na uwadze, że mniejsze miasta charakteryzuje większe ryzyko inwestycyjne, wynikające m.in. z mniejszej stabilności makroekonomicznej i inwestycyjnej. Niższa podaż mieszkań oferowanych przez deweloperów czy popyt ze strony wynajmujących, także implikują mniejsze bezpieczeństwo dla tego typu projektów inwestycyjnych.
Jak zostało opracowane to zestawienie?
Rentier.io przygotował ranking rentowności najmu w małych miastach na podstawie analizy 54323 ofert mieszkań o powierzchni 44-55 metrów kwadratowych, tj. lokali najczęściej występujących w ogłoszeniach internetowych z okresu od 01 I do 31 XII 2018 r., w tym 8700 ogłoszeń cen najmu oraz 45623 ogłoszeń cen zakupu mieszkań w 45 miastach Polski z liczbą mieszkańców w przedziale 50 – 100 tys.: Bełchatów, Będzin, Biała Podlaska, Chełm, Ełk, Głogów, Grudziądz, Inowrocław, Jastrzębie-Zdrój, Jaworzno, Jelenia Góra, Kędzierzyn-Koźle, Konin, Legionowo, Leszno, Lubin, Łomża, Mielec, Mysłowice, Ostrołęka, Ostrowiec Świętokrzyski, Ostrów Wielkopolski, Pabianice, Piekary Śląskie, Piła, Piotrków Trybunalski, Pruszków, Przemyśl, Racibórz, Siedlce, Siemianowice Śląskie, Słupsk, Stalowa, Wola, Stargard, Suwałki, Świdnica, Świętochłowice, Tarnowskie Góry, Żory. Z powyższej listy zostały wybrane tylko te miasta, dla których w trakcie 2018 roku zostało opublikowanych minimum 100 ofert najmu mieszkań o powierzchni 44-55 metrów kwadratowych, a następnie wyselekcjonowane najlepsza dwudziestka piątka. Stopy zwrotu z inwestycji, tzw. ROI, prezentowane w powyższym opracowaniu są wartościami brutto, tj. przed odliczeniem odpowiednich podatków oraz bez dodatkowych kosztów, z którymi wiąże się zakup mieszkania, m.in. kosztów umów notarialnych, opłat sądowych, prowizji i opłat dla pośredników.
Wzrosty cen mieszkań w minionym roku ostro przyśpieszyły, osiągając miejscami dwucyfrową dynamikę. Kontynuacja tej tendencji może wydawać się w przewidywalnej przyszłości czymś w pełni naturalnym. O to, czy faktycznie tak będzie i co determinuje mieszkaniową hossę, RynekPierwotny.pl zapytał u źródła, czyli reprezentantów czołówki rodzimych firm deweloperskich.
Już co najmniej od roku mocno drożejące mieszkania to jeden z bardziej popularnych tematów w rodzimej przestrzeni medialnej. Fakt, że wzrosty cen mieszkań zarówno na rynku pierwotnym jak i wtórnym od dłuższego czasu wyraźnie przyśpieszają, jest powszechnie znany. Pytanie, co w największym stopniu determinuje ten trend, i jakie są szanse na jego wyhamowanie lub nawet odwrócenie w przewidywalnej przyszłości.
Wśród rynkowych analityków raczej zdecydowanie przeważa teoria o nieuchronnej kontynuacji zwyżek przynajmniej w perspektywie bieżącego roku, choć już w znacznie mniejszej skali. Takie stanowisko prezentują np. eksperci Emmerson Evaluation w swoim najnowszym raporcie dotyczącym rynku mieszkaniowego. W 2019 r. oczekują oni spadku dynamiki wzrostu cen nowych mieszkań, które jednak wciąż będą znajdować się pod presją wysokich kosztów budowy. „Deweloperzy, w obliczu rosnących kosztów gruntów, materiałów budowlanych oraz siły roboczej będą musieli podnosić ceny w celu utrzymania swoich marż przynajmniej na notowanym dotychczas poziomie”. Analitycy firmy przewidują, że tegoroczne zakupy mieszkań będą nieco mniejsze niż w roku ubiegłym. W efekcie, w drugiej połowie roku dostępność mieszkań powinna nieco wzrosnąć, bo i wielkość oferty deweloperskiej wciąż znajduje się na poziomie zbliżonym do rekordowego.
Spadek sprzedaży mieszkań z pierwszej ręki potwierdziły raporty deweloperskich spółek giełdowych za pierwszy kwartał br. Jak się okazało od stycznie do marca 2019 roku znalazły one chętnych na ponad 15 proc. mniej wybudowanych przez siebie lokali niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Czy w tej sytuacji możliwe są dalsze wzrosty stawek mieszkaniowego rynku pierwotnego?
Jak się okazało, żaden z zapytanych w sondzie portalu RynekPierwotny.pl przedstawicieli firm deweloperskich nie oczekuje w przewidywalnej przyszłości początku przeceny nowych mieszkań, choć i dalsze istotne wzrosty wydają się mało prawdopodobne. Takiego zdania jest m.in. Andrzej Gutowski, wiceprezes Ronson Development: „Popyt na rynku mieszkaniowym utrzymuje się na wysokim poziomie, ale w tym roku nie powinniśmy oczekiwać dalszych znaczących wzrostów cen mieszkań. Już teraz da się zauważyć, że klienci zaczynają mieć opory związane z wysokimi cenami. Oczywiście każda lokalizacja rządzi się swoimi prawami i wciąż w najlepszych lokalizacjach elastyczność kupujących jest większa, ale można powiedzieć, że rynek osiągnął pewne maksimum. Dotyczy to również kosztów – ceny gruntów ustabilizowały się, a koszty budowy drożeją minimalnie. Istotny wpływ na ceny mieszkań może mieć natomiast zapowiadana nowelizacja ustawy deweloperskiej zakładająca utworzenie Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego”.
Podobnego zdania jest Nikodem Iskra, prezes zarządu Murapol SA: „Drożejące materiały budowlane, zmniejszona podaż gruntów oraz idący za nią wzrost wartości działek pod zabudowę, rosnące koszty robocizny, powodowane brakiem pracowników wykonawczych, od dłuższego czasu determinują zauważalne podwyżki cen mieszkań. Również w 2019 roku odczuwamy ich wpływ na budżety inwestycyjne. Jednak nie spodziewamy się spektakularnych aprecjacji cen, co można było zauważyć już po pierwszych dwóch miesiącach bieżącego roku. (…) Z drugiej strony należy podkreślić, że rośnie nam także spora grupa zamożnych klientów, którzy mają coraz wyższe oczekiwania, co do standardu wykończenia inwestycji oraz wyposażenia ich w dodatkowe udogodnienia, m.in. takie jak np. systemy smart home czy rozwiązania wpływające na bezpieczeństwo inwestycji (monitoring wizyjny, wideodomofony z systemem SOS), co także wpływa na ostateczną cenę lokali.
Filip Rybacki, prezes spółki Dzisiejszy Dom: „W ubiegłym roku największy wpływ na cenę mieszkań miały rosnące koszty budowy i ceny gruntów. Te same czynniki będą kształtowały ceny także w tym roku, ale przypuszczam, że dynamika wzrostu cen mieszkań będzie mniejsza, ponieważ sytuacja na rynku gruntów i generalnego wykonawstwa w ostatnich miesiącach poprawia się. Obok najważniejszych kosztów budowy duży wpływ będą miały stopy procentowe i decyzje banków o udzielaniu kredytów zarówno deweloperom, jak i nabywcom”.
Z kolei Ewa Skibińska, dyrektor marketingu RED Development zwraca uwagę na słabnącą presję cenową kosztów wykonawstwa: „W 2018 r. ceny mieszkań w Polsce wzrosły, ale w czwartym kwartale zaobserwowaliśmy względną stabilizację sytuacji na rynku wykonawstwa. To dobry prognostyk na ten rok, ponieważ pozwala oczekiwać osłabienia dynamiki wzrostu cen w kolejnych miesiącach. Kluczowe mogą okazać się ceny generalnych wykonawców”.
Przedstawiciele czołowych krajowych firm deweloperskich zwracają jednak uwagę na rosnące trudności z uzupełnianiem oferty mieszkań, co w efekcie wyklucza możliwość korekty cenowej. Na tę kwestię zwraca uwagę Agata Sieradzka, Lider Biura Sprzedaży w firmie Profbud: „Po dynamicznym wprowadzeniu przez inwestorów na rynek mieszkaniowy wielu nowych nieruchomości oraz dużej ilości sprzedanych mieszkań, w 2018 roku zaobserwowaliśmy, że liczba dostępnych do nabycia lokali mieszkalnych zaczyna spadać. Może mieć to bezpośrednie przełożenie na wzrost cen. Najważniejszym jednak czynnikiem w tym zakresie okazuje się lokalizacja. Atrakcyjnych miejsc, zwłaszcza w centrum aglomeracji jest coraz mniej, co również ma wpływ na ich ceny”.
Wśród przedstawicieli firm deweloperskich nie brak jednak opinii o raczej przesądzonym dalszym ruchu w górę cen mieszkań, zwłaszcza w przypadku wprowadzenia deweloperskiego funduszu gwarancyjnego. W tym kontekście wypowiedział się Marek Smogór, prezes Quadro Developement: „Na ceny mieszkań w 2019 roku z pewnością wpływa i nadal będzie miało wpływ kilka czynników. Po pierwsze brak dostępności wykwalifikowanej kadry robotniczej. Wykonawcy coraz częściej zwracają uwagę na zmniejszającą się liczbę pracowników. Ceny inwestycji idą znacząco w górę również z powodu wzrostu cen materiałów budowlanych, które przekraczają koszty przewidywane na etapie planowania inwestycji. Nie bez znaczenia są wspomniane wcześniej regulacje prawne, a więc kwestia deweloperskiego funduszu gwarancyjnego czy chociażby zmiany w regulacjach związanych z rachunkami powierniczymi – zamknięcie otwartych rachunków powierniczych”.
Na bardzo podobne zagrożenia wskazuje Michał Wawrzyniak, dyrektor ds. nieruchomości Grupy Partner: „Kwestie wpływające na regulacje cenowe mieszkań w 2019 roku uzależnione są od dających się odczuć problemów podażowych (coraz mniejsza dostępność gruntów) i nadal wysokiego popytu. Poza czynnikami strukturalnymi istotny jest również deficyt pracowniczy, ciągłe wzrosty cen materiałów, a także nowelizacja tzw. ustawy deweloperskiej proponowana przez UOKiK w postaci DFG, jak i zakładana likwidacja otwartych rachunków powierniczych”.
W prezentowanych wypowiedziach wyraźnie zarysowuje się problem postępującego pogorszenia środowiska gospodarczego rodzimej branży deweloperskiej. Trudności z pozyskiwaniem gruntów inwestycyjnych i problemy z zadowalającym uzupełnianiem oferty to główne następstwa takiego stanu rzeczy. Wszystko wskazuje na to, że głośna specustawa mieszkaniowa jak na razie nie stanowi cudownego panaceum na kłopoty deweloperów. W efekcie wolumeny sprzedaży mieszkań z pierwszej ręki od roku systematycznie spadają, co znakomicie potwierdza wejście pierwotnego rynku mieszkaniowego w kilkuletnią fazę cyklicznego spowolnienia, które prędzej czy później wymusi mniejszą lub większą korektę deweloperskich cenników.