Faktoring w Polsce jest coraz popularniejszy, ale ceny za identyczną usługę bywają różne

To, ile przedsiębiorca finalnie zapłaci za usługę, zależy od wielu różnych czynników. Znaczenie odgrywają m.in. wiarygodność kontrahentów i wysokość limitów faktoringowych. Skorzystanie z oferty może oznaczać większe wydatki niż w przypadku kredytu, ale wymagania są mniejsze. Ponadto, decyzja o finansowaniu zapada szybciej. Z analizy rynkowej wynika, że opłata wstępna wynosi nawet 3%, a prowizja operacyjna – od 0,1 do 3%. Trzecim standardowym kosztem tego typu usług są odsetki z tytułu finansowania. Stawka referencyjna, np. WIBOR1M, jest powiększona o marżę wynoszącą 0,5-3%. Na przedsiębiorców czekają też inne rozwiązania, w tym propozycja abonamentowa, która na chwilę obecną w dalszym ciągu jest dość innowacyjną usługą.

Wybór klienta

Analitycy serwisu agencyjnego MondayNews przy współpracy ekspertów z Polskiego Instytutu Pomocy Konsumentom skontaktowali się z ponad trzydziestoma największymi w Polsce faktorami, w celu sprawdzenia kosztów tego typu usługi. Część z nich nie odpowiedziała na pytania. Niektórzy nie wskazali orientacyjnych, minimalnych czy średnich stawek. Dość częstym tłumaczeniem było indywidualne podejście do klienta, niezależnie od segmentu, z którego pochodzi. Innych kosztów może się spodziewać firma współpracująca z setkami kontrahentów i wystawiająca tysiące faktur niż niewielkie przedsiębiorstwo z kilkoma odbiorcami.

– Koszty są wypadkową kilku parametrów samej transakcji. Zależą m.in. od rodzaju usługi. Może ona polegać na tym, że firma faktoringowa, oprócz finansowania, oferuje swojemu klientowi zabezpieczenie ryzyka niewypłacalności kontrahentów. Tak się dzieje w tzw. faktoringu pełnym. Innym rozwiązaniem jest faktoring z regresem bazujący na ryzyku klienta. Wpływ na koszty mają także zgłaszani kontrahenci, ich wiarygodność, dyscyplina płatnicza, wysokość limitów faktoringowych oraz stosowane na fakturach terminy płatności – informuje Dorota Szcześniak, International Factoring Manager w Santander Factoring.

Z kolei Stanisław Atanasow, prezes zarządu Eurofactor Polska SA, podkreśla że faktoring może być droższy od kredytu bankowego. Ma jednak nad nim zdecydowaną przewagę, ponieważ pozostaje bardziej dostępny, zwłaszcza dla małych i średnich firm. Jak zauważa Dorota Szcześniak, w cenie dla przedsiębiorcy jest ujęty nie tylko koszt finansowania. Obejmuje ona również weryfikację kontrahenta, monitoring spłat, administrowanie i rozliczanie płatności czy w przypadku faktoringu pełnego przejęcie ryzyka niewypłacalności kontrahentów.

– Faktor, który finansuje danego faktoranta, czyli przedsiębiorcę, ponosi większe ryzyko niż bank udzielający kredytu. Potencjalny kredytodawca bardzo wnikliwie analizuje historię kredytową firmy i dopiero na tej podstawie podejmuje ostateczną decyzję. W przypadku faktoringu monitoring nie jest tak dokładny i czasochłonny, a wymagania są dużo mniejsze. To musi więc wpływać na koszty oferowanej usługi – mówi Krzysztof Michrowski, Partner w Kancelarii Michrowski Bartosiak Family Office.

W wielu przypadkach formalności są dość ograniczone. Jeden z dużych faktorów na rynku zaznacza, że praktycznie wszystkie transakcje można przeprocesować online. Decyzję dostaje się np. na e-maila. A kwotę do 50 tys. zł otrzymuje się na konto nawet do dwóch godzin.

Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion
Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion

– Dla biznesu najważniejsza jest szybkość obrotu pieniędzmi. Czyste przeliczenie kosztów kredytu i faktoringu nie zawsze ma sens. Czasami odzyskane środki szybciej dadzą dużo większy zysk niż uzyskane mniejszym kosztem, dzięki umowie kredytowej – przekonuje Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion.

Podstawowe procenty

Spora część faktorów wskazuje 3 standardowe koszty faktoringu, tj. opłatę wstępną (przygotowawczą, aranżacyjną), prowizję operacyjną oraz odsetki z tytułu finansowania. W przypadku pełnej współpracy dochodzi prowizja za przejęcie ryzyka. Niekiedy trzeba uwzględnić opłaty cennikowe, takie jak koszty dodatkowych raportów oraz czynności administracyjnych związanych z obsługą umowy. Wysokość stawek ustalana jest indywidulanie.

– Co do zasady, większość składników kosztowych faktoringu, m.in. opłata wstępna, prowizja operacyjna oraz marża, jest możliwa do negocjacji. Warto więc aktywnie negocjować warunki dla własnego przedsiębiorstwa – podkreśla Jarosław Poloczek, zastępca dyrektora handlowego ds. faktoringu w Coface.

Prowizja wstępna jest naliczana za przyznanie limitu faktoringowego. Standardowo trzeba ją uiścić raz w roku lub jednorazowo. Powinna być tożsama dla faktoringu eksportowego oraz krajowego. W odpowiedziach otrzymanych od faktorów przeważnie pojawiały się wartości z przedziału 0-3%.

– Im wyższa kwota limitu zostanie przyznana, tym prowizja przygotowawcza jest niższa. To praktyka powszechnie stosowana. Trudno, aby klient z limitem wynoszącym np. 50 mln zł miał takie same warunki, jak ten z 300 tys. zł. Te wysokie prowizje przygotowawcze, jak 2-3%, są bardzo sporadycznie stosowane. Najczęściej są one w przedziale 0,1-1%  – wyjaśnia Paweł Kmiecikowski z BOŚ Bank.

Z kolei prowizja operacyjna, zwana także faktoringową, jest pobierana od nabywanych przez faktora wierzytelności (faktur). W tym przypadku eksperci wskazywali przedział od 0,1 do 0,5%. Przedstawiciele branży mówią, że dziś nie stosuje się już wyższych stawek, ponieważ bardzo niekorzystnie wpłynęłoby to na koszt produktu. On nie jest już tak drogi, jak jeszcze wielu przedsiębiorców sądzi.

– Wysokość prowizji operacyjnej jest uzależniona od oferowanych przez klienta terminów płatności. Im są dłuższe, tym prowizja operacyjna, pobierana przez faktorów, będzie wyższa. W przypadku oferowania kontrahentom przez faktorantów różnych terminów płatności, warto poprosić faktora o wprowadzenie do umowy kilku progów prowizji. Przykładowo, dla faktur z terminami płatności do 30 dni – wartość prowizji X, dla faktur z terminami płatności od 31 do 60 dni – wartość prowizji Y – dodaje ekspert z Coface.

Natomiast odsetki z tytułu finansowania odzwierciedlają poziom ryzyka związany z daną transakcją. Oprocentowanie jest oparte na stawkach referencyjnych (WIBOR1M, EURIBOR1M, LIBOR1M), powiększone o ustaloną z faktorem marżę. Ona zwykle wynosi od 0,5 do 3,0% powyżej stawki referencyjnej. Jak podkreśla Stanisław Atanasow, od faktora zależy sposób pobierania odsetek. Może być z góry w formie dyskonta od kwoty wierzytelności brutto za dany okres. Są też naliczane z dołu od faktycznej wysokości finansowania do chwili spłaty przez odbiorcę.

– Stawka referencyjna jest uzależniona od waluty, która stanowi podstawę finansowania. Marże, stosowane przez instytucje finansowe dla walut obcych, są nieznacznie wyższe w porównaniu z PLN. Średnio różnica ta wynosi od 0,2 do 0,4% – analizuje Jarosław Poloczek.

Przegląd ofert

W jednym z banków koszty minimalne faktoringu odpowiednio wynoszą 0,5% miesięcznie, a średnie – 0,65% od wartości finansowania. W innym przypadku u konkurencji średnia cena usług faktoringowych na fakturze 30-dniowej waha się w przedziale od 0,3 do 0,7%.

– Nie tylko w mojej ocenie, koszt faktoringu należałoby naliczać per faktura. Innymi słowy, ile kosztuje mnie jako przedsiębiorcę oddanie takiego dokumentu do faktora. Średnia stawka zależy mocno od terminu płatności. Standardowo wynosi nie więcej niż 1 punkt procentowy, ale najczęściej mniej – wskazuje Paweł Kmiecikowski.

Jak wykazuje analiza, na rynku dostępne są propozycje, w których nie ma żadnych kosztów przygotowawczych, ani stałych związanych z umową. Do zapłaty jest określona stawka za każdy dzień finansowania faktury. Ona zależy od łącznego limitu na umowie oraz wiarygodności odbiorców. Przykładowo w jednej z firm, dla limitu 200 tys. zł stawka wynosi od 2-3% za 30-dniowe finansowanie. W dalszym ciągu innowacją pozostaje usługa faktoringu w formie abonamentowej. Klient może finansować dowolną liczbę faktur w ramach otrzymanego limitu faktoringowego. Opłata abonamentowa jest naliczana w formie procentowej od wysokości limitu. Dzienna prowizja wynosi 0,078% wartości faktury.

– Według mnie, usługa abonamentowa może zyskiwać na popularności głównie ze względu na dużą przejrzystość. Przedsiębiorcy łatwiej jest optymalizować kosztowo tego typu usługę czy zarządzać kosztami finansowania. Jeżeli jesteśmy w stanie przewidzieć liczbę faktur czy wysokość obrotu miesięcznego lub kwartalnego, to prostsze staje się zapanowanie nad strukturą finansowania czy planowanie – komentuje Krzysztof Michrowski.

Z kolei zdaniem Małgorzaty Michalak z Finces.pl, należy zwrócić uwagę na wszystkie składowe oferty faktoringowej lub wybrać tę, która ma najprostszą formę jednej stawki. Bardzo często zdarza się, że finalna kwota, przelewana przedsiębiorcy z faktury, jest inna niż zakładał. Dzieje się tak w przypadkach wyliczania wartości finansowania z kwot netto faktur, a nie brutto.

– Warto pamiętać o elemencie związanym z płatnościami podzielonymi, a więc z tzw. split paymentem. To rozwiązanie jest szczególnie stosowane tam, gdzie istnieje odpowiedzialność solidarna za VAT, np. w branży stalowej. Finansowanie odbywa się tylko w kwocie netto faktury, wówczas prowizje oblicza się od właśnie tej wartości – dodaje Paweł Kmiecikowski.

W opinii Partnera z Kancelarii Michrowski Bartosiak Family Office, zawsze warto przeanalizować koszty okołofaktoringowe, czyli różnego rodzaju opłaty administracyjne czy operacyjne, od monitów, włącznie do niewykorzystanego limitu czy zadeklarowanego obrotu. Niska marża nie musi bowiem oznaczać atrakcyjnej oferty.

– Opcje są dwie. Albo faktoring stanie się tańszy, co pewnie nie będzie takie proste, albo nastąpi konsolidacja rynku. Zazwyczaj w takim przypadku, kiedy coś jest en vogue, czyli bardzo na fali, wówczas widzimy wysyp tego typu biznesów. Po pewnym czasie te najsłabsze się wykruszają, jedne przejmują drugie. I tak to wygląda w praktyce. Myślę zatem, że ten kierunek będzie również obowiązywał w faktoringu – podsumowuje główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion.

Specjalizacja metodą na reaktywację zakupów grupowych?

Znany z popularnych portali konsumenckich model zakupów grupowych swoje najlepsze lata ma już za sobą. Największy boom na tego typu usługi miał miejsce po 2010 roku i nie trwał zbyt długo. Symbolicznym wydarzeniem zwiastującym wyczerpywanie się modelu było zwolnienie w 2013 roku założyciela i CEO serwisu Groupon, Andrew Masona. Przyczyną były słabe wyniki finansowe firmy, ale też przesycenie rynku i degeneracja idei zakupów grupowych. Zjawiska te stały się zauważalne także na polskim rynku. Czy oznacza to, że zakupy grupowe odeszły w niepamięć? 

Zaledwie kilka lat trwała popularność modelu biznesowego, który na początku drugiej dekady XXI wieku opanował światowy e-commerce. Rozpoczęta przez Groupon rewolucja wybuchła szeregiem lokalnych serwisów działających na podobnych zasadach i równie gwałtownie załamała się pod swoim własnym ciężarem. Na polskim rynku sygnałem kończącego się modelu działania było zamknięcie w 2014 roku serwisu Citeam uruchomionego 3 lata wcześniej przez Allegro. Nie oznacza to jednak, że zakupy grupowe zniknęły z polskiej mapy handlu. Serwisy takie jak Groupon czy Gruper nadal są u nas obecne, choć ich sposób działania jest już daleki od pierwotnych założeń. Pomysł na ożywienie idei zakupów grupowych znaleźli inni.

Jak klub zakupowy zamienił się w serwis zniżkowy

Idea zakupów grupowych narodziła się w Chinach, gdzie określano ją jako Tuán Gòu – zespołowe czy też kolektywne kupowanie. Pierwotnie oznaczało to jedynie specyficzne podejście do zakupów. Grupa osób chcących nabyć określony produkt, zbierała się, by robiąc większe zamówienie móc negocjować korzystny rabat od sprzedającego. Kontakt między członkami grupy odbywał się za pośrednictwem forów dyskusyjnych i portali społecznościowych. Pomysł został szybko rozwinięty przenosząc się na platformę internetową.

Popularność takiej formy kupowania dostrzegła branża e-commerce, a w Internecie zaczęły powstawać serwisy umożliwiające zakupy w rabatowych cenach. Początkowo rabat uaktywniał się dopiero, gdy zebrała się odpowiednio duża liczby chętnych, jednak dość szybko przerodził się w stałą ofertę zniżkową. Tym samym portale zakupów grupowych przestały de facto grupować klientów chcących taniej kupić określony produkt, a zaczęły grupować firmy oferujące zniżki.

– Zakupy grupowe zostały niepotrzebnie sprowadzone do idei portali zniżkowych. Wszelkie tego typu projekty łączy wspólna cecha: portale te wychodzą od zawarcia sztywnej umowy rabatowej z producentem, z której klient następnie może skorzystać. Takie rozwiązanie nie jest jednak atrakcyjne dla renomowanych marek produkujących sprzęt specjalistyczny. – komentuje Ignac Kowalczuk, współzałożyciel platformy Exabid zajmującej się grupowym zakupem ciężarówek i samochodów dostawczych.

Zakupy grupowe B2C miały wiele wad, na które wskazywali tak kupujący, jak i sprzedawcy. Jedni narzekali na gorszą jakość produktów czy usług oferowanych w tym modelu, drudzy na niską opłacalność takiej formy promocji oraz małą lojalność pozyskanego klienta.  Krytykowany był także szeroki zakres oferty zniżkowej, która często rozmijała się z rzeczywistymi potrzebami kupującego. Receptą na kryzys miała się stać zmiana sposobu działania platform zakupów grupowych m.in. poprzez przeobrażanie ich w serwisy tematyczne oferujące np. usługi turystyczne czy IT. Innym pomysłem było przenoszenie sprzedaży na ekrany urządzeń mobilnych. Efekt był jednak ten sam – serwisy, które rozpoczynały jako zakupy grupowe przeradzały się w regularne platformy e-commerce.

Inaczej wygląda to w przypadku nowych inicjatyw, które adresowane są do ściśle określonej branży, a zakupy grupowe oferują w obszarze B2B. – Dla Exabid punktem wyjścia jest potrzeba klientów. W tym najbardziej podstawowym sensie innowacyjność rozwiązania polega na odwróceniu powyższego modelu – zysk zależy nie tyle od wcześniej ustalonej oferty producenta, ile od skali transakcji grupowej. Koncentrując się na niej i działając wyłącznie w interesie konsumentów, w naturalny sposób powracamy do pierwotnej idei zakupów w grupie. – mówi Ignac Kowalczuk z platformy Exabid.

Czy takie podejście do zakupów grupowych stanie się sposobem na ich reaktywację? Na pewno nie należy oczekiwać boomu, jaki miał miejsce kilka lat temu, ale mocno stargetowana oferta B2B może okazać się sukcesem.

Przywrócenie handlu w niedzielę nie wpłynie na wzrost e-commerce

  • Liczba transakcji w e-commerce w niedziele niehandlowe jest o 15 proc. wyższa względem niedziel handlowych.
  • Niedziela na zakupach w internecie stała się nowym nawykiem Polaków i na stałe wpisała się w struktury e-handlu.
  • Sprzedaż w polskim internecie szacowana jest od 40 mld do 50 mld zł. Branża e‑commerce rośnie w tempie 20 proc. rocznie.

Wprowadzenie zakazu handlu w niedzielę ruszyło wskaźniki sprzedaży – liczba transakcji w polskim internecie w niedziele bez handlu zwiększyła się średnio o ok. 15 proc. względem niedziel handlowych. Planet Plus podaje, że wartość transakcji dokonanych nad Wisłą we wszystkie niedziele (handlowe i niehandlowe) to 12 proc. łącznej kwoty wydatków w sklepach internetowych. Całkowity wzrost sprzedaży w internecie w niedziele, w stosunku do paralelnego okresu z roku poprzedniego, jest wyższy o 122 proc. W niedziele wartość transakcji jest niższa, ale tego dnia jest ich najwięcej w porównaniu do innych dni tygodnia.

Zakaz handlu w niedzielę nie objął internetu. Dzięki temu e-commerce zyskało nowych klientów. Przez ostatni rok z nowym prawem sprzedażowym offline – liczba transakcji w niedziele wolne od handlu stanowiła średnio niecałe 60 proc. e-zakupów dokonywanych we wszystkie niedziele. Ci, którzy w tym czasie zaczęli robić zakupy przez internet, zostaną online. Przywrócenie dodatkowych niedziel handlowych nie wpłynie znacząco na ten nowy nawyk Polaków w świecie e-commerce – mówi Paweł Wyborski, prezes QuarticOn, twórca opartych na sztucznej inteligencji systemów wsparcia i personalizacji procesów sprzedaży oraz marketingu internetowego.

Wedle analiz, Polacy nadal najchętniej robią zakupy online w poniedziałek, a firmy kurierskie odnotowują nieznacznie większy ruch w poniedziałki następujące po niedzieli z zakazem handlu. Wówczas liczba zamówień dostaw rośnie o niecałe 8 proc. w stosunku do innych poniedziałków. Sobota? To od lat dla branży e-commerce dzień, w którym konsumenci online są najmniej aktywni.

Z badań wynika, że branża e-commerce rośnie w tempie ok. 20 proc. rocznie i to niezależnie od decyzji w kwestii handlowych niedziel. Szacuję, że restrykcje w sprzedaży w tradycyjnych sklepach dołożą w tym roku nawet kilka proc. do tego wyniku. Trend wzmacnia też postęp technologiczny w dziedzinie AI. Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom firm sprzedających w internecie, proponujemy kolejne produkty wspierające sprzedaż takie jak m.in. silnik rekomendacji, Google shopping, marketing automation. Co więcej pracujemy nad rozwiązaniem w modelu SaaS przeznaczonym dla mniejszych e-sklepów – dodaje Wyborski.

Sprzedaż w polskim e-commerce szacowana jest na od 40 mld do 50 mld zł. W same niedziele w e-sklepach wydajemy zatem od 4 mld zł do 6 mld zł rocznie. Wg Bisnode w Polsce działa ok. 31 tys. sklepów online – w 2018 r. przybyło ich ok. 2 tys. Ta liczba będzie rosnąć – firmy nadal widzą duży potencjał w online do dalszego wzrostu słupków sprzedaży.

Od stycznia 2019 roku obowiązują w Polsce ostrzejsze przepisy w związku z ustawą o zakazie handlu w niedziele. Od przyszłego roku zakazem handlu mają być objęte wszystkie niedziele, z wyjątkiem 7 niedziel w roku.

Polacy wypierają Ukraińców z rynku pracy

Bezrobocie rośnie, a liczba Ukraińców zarejestrowanych w ZUS maleje. Zdaniem ekspertów Personnel Service nie oznacza to powiększania się szarej strefy – rosnąca dostępność Polaków na rodzimym rynku pracy wypiera pracowników z Ukrainy. Naszym rodakom trudniej jest znaleźć pracę na Zachodzie Europy, przygotowującym się do spowolnienia gospodarczego związanego m.in. z brexitem. Jak wskazują eksperci Personnel Service, na koniec 2019 r. z polskiego rynku może odpłynąć maksymalnie 100 tys. pracowników z Ukrainy, ale biorąc pod uwagę wspomniane wcześniej okoliczności, polscy pracodawcy odczują to w bardzo niewielkim stopniu.  

Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service
Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service

Obywatelom Polski coraz trudniej znaleźć pracę na Zachodzie, szczególnie w przygotowującej się do brexitu Wielkiej Brytanii i poszukujących tańszej niż Polacy siły roboczej Niemczech. Gdy brexit stanie się faktem to sytuacja jeszcze się nasili, a w przypadku wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej bez umowy będziemy mogli zaobserwować szczególnie duży zastrzyk Polaków na rodzimym rynku. Widzimy też wyraźnie, że fala pracowników z Ukrainy nie ustaje. Tylko w naszej firmie mamy obecnie około 2 tys. Ukraińców gotowych do podjęcia pracy w Polsce – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Personnel Service, ekspert rynku pracy.

Jak twierdzą niemieccy ekonomiści[1], twardy brexit zagrozi bezpośrednio aż 100 tys. miejsc pracy w ich kraju. Jednocześnie dodają, że ta liczba może okazać się znacznie wyższa – brexit bez umowy spowoduje m.in. powrót cła i innych opłat funkcjonujących poza UE, co pośrednio przełoży się na mniejszą skłonność do inwestycji i wzrost bezrobocia. Takie konsekwencje może mieć też spadek eksportu z UE do UK, który najbardziej odbije się na Niemczech jako największej gospodarce w Unii. Tym samym Niemcy będą werbować pracowników z Ukrainy na dużo mniejszą skalę, niż jeszcze niedawno zapowiadano. W niektórych branżach zatrudnienie może zostać mocno ograniczone, np. w motoryzacji, na którą, zdaniem niemieckich ekonomistów, brexit może mieć wyjątkowo duży  wpływ. Taka sytuacja znacząco zmieni dotychczasowy czarny scenariusz dla polskiego rynku pracy, który zakładał wyjazd nawet 250 tys. Ukraińców z naszego kraju do Niemiec na koniec 2019 r. Eksperci Personnel Service szacują, że zamiast tego z kraju odpłynie maksymalnie 100 tys. Ukraińców.

Tych 100 tys. pracowników z Ukrainy, którzy wyjadą na Zachód, podejmie pracę przede wszystkim w szarej strefie w branżach takich jak budowlanka, ogrodnictwo i rolnictwo. W efekcie Polacy, którzy dotychczas podejmowali takie zatrudnienie w Niemczech, zostaną w Polsce zasilając nasz rynek pracy. Możemy oszacować także, że w wyniku brexitu pracę w Niemczech straci dodatkowo około 20 tys. pracowników z obszarów produkcji i usług, branż automotive i finansowej – dodaje Krzysztof Inglot.

Zmiany, zmiany…?

W ciągu ostatniego kwartału 2018 r. liczba pracowników z Ukrainy zarejestrowanych w ZUS zmniejszyła się o ponad 20 tys. Spadku liczby cudzoziemców ubezpieczonych społecznie w Polsce nie było od czterech lat, ich liczba systematycznie rosła. Bezrobocie w pierwszych dwóch miesiącach 2019 r. utrzymuje swój wzrost (w styczniu i lutym wynosiło 6,1%), podczas gdy w 2018 r. po krótkim wzroście w styczniu spowodowanym zimowym sezonowym przestojem w lutym zaczęło spadać.

[1] https://www.iwh-halle.de/publikationen/detail/potential-international-employment-effects-of-a-hard-brexit/

Głos Przedsiębiorcy – zabierz głos

Głos Przedsiębiorcy to portal działający w ramach strony biznes.gov.pl. Za jego pośrednictwem polscy przedsiębiorcy mogą zgłaszać swoje propozycje zmian w prawie, które mają eliminować bariery w prowadzeniu działalności gospodarczej. 

Ze strony mogą korzystać wszyscy. Inicjatywy poddawane są weryfikacji i analizie przez Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii oraz Federację Przedsiębiorców Polskich. Dlaczego warto skorzystać z takiej możliwości? Głos Przedsiębiorcy to nie tylko forum do dyskusji w Internecie, ale faktyczny kanał komunikacji z organami administracji rządowej. W ten sposób przedsiębiorcy mogą zgłaszać merytoryczne propozycje zmian, które następnie są analizowane. Za pośrednictwem Głosu Przedsiębiorcy udało się doprowadzić m.in. do możliwości składania wniosku o wydanie zaświadczenia o niezaleganiu w płatnościach podatków za pośrednictwem serwisu internetowego. Wcześniej przedsiębiorcy musieli pokonywać niedogodności związane z załatwianiem tej kwestii w formie papierowej, osobiście w Urzędzie Skarbowym.

– To faktycznie funkcjonujące narzędzie, kilkanaście z zaproponowanych pomysłów zostało już wdrożonych. Kolejnych 30 inicjatyw jest obecnie przedmiotem konsultacji z poszczególnymi resortami – powiedział serwisowi eNewsroom Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich – Propozycje zmian zgłaszane przez przedsiębiorców są odbiciem spraw, które najbardziej ich interesują i są najczęściej wskazywane jako przeszkody w prowadzeniu biznesu. Przede wszystkim dotyczą one składek na ubezpieczenie społeczne. Dla firm, które przechodzą trudności i zmagają się z osłabieniem popytu na ich towary i usługi, odprowadzanie stałych sum do ZUS-u niezależnie od efektu finansowego działalności jest szczególnie trudną sytuacją. Pojawia się także wiele innych kwestii. Często są to problemy natury technicznej – dotyczące drobnych poprawek w niektórych ustawach, które często zostają przeoczone przez urzędników. Z perspektywy przedsiębiorców w znaczący sposób utrudniają prowadzenie działalności. Sygnały o zmianie pewnych zapisów są więc bardzo cennym i użytecznym sygnałem dla rządu. Głos Przedsiębiorcy pozwala na wprowadzanie szeregu drobnych, technicznych korekt – których suma składa się na istotną poprawę i eliminację barier dla przedsiębiorców – zaznaczył Kozłowski.

Jakie domy wybierają Polacy?

Kupujący domy na rynku wtórnym i pierwotnym kierują się nieco innymi kryteriami. Podczas gdy rynek nowych domów charakteryzuje zmniejszenie się średniego metrażu, to nabywcy domów z drugiej ręki preferują większe nieruchomości. Opracowanie na temat preferencji nabywczych przygotowała agencja Metrohouse i portal RynekPierwotny.pl

Rynek wtórny

Wybieramy wcale nie najnowsze domy

Analiza Metrohouse wskazuje, że w ostatnim roku zmienił się nieco popyt na poszczególne segmenty rynkowe domów. O ile dotychczas największe zapotrzebowanie odnotowywaliśmy na nowe domy, wybudowane po 2010 r., w 2018 r. najwięcej transakcji dotyczy tych wybudowanych pomiędzy 1980 a 2010 r. (45 proc.). Należy zauważyć, że takie domy były wybierane w największych miastach lub w miejscowościach satelickich je okalających. Mniejsze niż przed rokiem zainteresowanie dotyczy domów zbudowanych po 2010 r. (24 proc.). Tylko nieliczni decydowali się na domy starsze niż te wybudowane w latach 50-tych XX w. Wiele z nich to nieruchomości siedliskowe, nie mające raczej większej wartości poza pełnieniem funkcji letniskowej (domy sezonowe).

Dość znamienny jest jednak spadek zainteresowania domami wybudowanymi w ostatniej dekadzie. Z pewnością wpływ na to ma aktywność lokalnych deweloperów, który w ostatnich latach dostarczyli wielu inwestycji osiedli segmentów, które śmiało rywalizują cenowo z istniejącymi domami z rynku wtórnego. Zakup segmentu lub bliźniaka od dewelopera może wydawać się znacznie tańszy niż zakupy na rynku wtórnym, ale należy zwrócić uwagę, że rosnące ceny materiałów budowlanych i robocizny wpływają znacząco na coraz wyższe ceny nowo oddawanych budynków, ale i prac remontowo-aranżacyjnych.

Szukamy coraz większych domów

W porównaniu do poprzednich opracowań na rynku wtórnym wzrasta liczba transakcji domów o największej powierzchni. Według danych Metrohouse, nieco ponad połowa transakcji dotyczy domów o metrażu większym niż 150 m kw., a co trzeci nabywca wybiera zakres pomiędzy 100 a 150 m kw. Preferujemy domy z czterema lub pięcioma pokojami. Są one wybierane przez 49 proc. nabywców. Większa liczba pokoi pojawia się w 27 proc. transakcji.

Odnotowywane w transakcjach ceny domów charakteryzują bardzo szerokie widełki. Średnia cena sprzedawanej nieruchomości w Metrohouse to 405 tys. zł. Z jednej strony dla mieszkańców dużych miast kwota ta jest równowartością 2-3-pokojowego mieszkania, ale na prowincji w tej cenie można kupić naprawdę solidną nieruchomość. Wśród zawieranych transakcji aż 65 proc. miało ceny niższe niż 500 tys. zł., a w zakresie 500-800 tys. znajduje się 21 proc. sprzedawanych domów. 24 proc. domów miało cenę wyższą niż 1 milin złotych. Wiąże się to z większym niż dotychczas zainteresowaniem zakupem domów w obrębie największych miast.

Ile czasu się sprzedaje?

Według statystyk Metrohouse w 2018 r. średni czas sprzedaży domu wyniósł 210 dni. To znacznie dłużej niż w przypadku mieszkań, które sprzedają się średnio w zakresie czasowym 3 miesięcy, a w obecnej sytuacji, gdzie popyt w niektórych segmentach przewyższa podaż, czas sprzedaży jest odpowiednio krótszy. Jednocześnie co piąty dom sprzedawał się krócej niż 2 miesiące. 2 proc. wszystkich transakcji stanowią domy, które na swojego nabywcę czekały 5 lat. Tak jest w przypadku nieruchomości o szczególnie dużych powierzchniach użytkowych, które z racji wysokich kosztów utrzymania cieszą się coraz mniejszym powodzeniem, ale także drogich nieruchomości, które na właściwego klienta muszą czekać znacznie dłużej z uwagi na ograniczoną grupę potencjalnych nabywców.

Rynek pierwotny

Jak wiadomo, domy jednorodzinne to tradycyjnie od lat w Polsce domena inwestorów indywidualnych, budujących na własne potrzeby. Tego typu sytuacja zapewne nie ulegnie zmianie w jakiejkolwiek przewidywalnej perspektywie, choć aktywność deweloperów w tym segmencie nieruchomości mieszkaniowych wprawdzie powoli, to jednak systematycznie rośnie.

W bazie danych portalu RynekPierwotny.pl znajdziemy 2142 oferty deweloperskich domów jednorodzinnych w 214 inwestycjach. Rozkład ofert pod względem powierzchni użytkowej wygląda następująco:

  • 50-120 mkw. – 951 oferty w 93 inwestycjach
  • 120-200 mkw. – 1 017 ofert w 133 inwestycjach
  • Ponad 200 mkw. – 174 oferty w 27 inwestycjach

Rośnie zainteresowanie domami o niewielkim metrażu

Bardzo ciekawym zjawiskiem, jakie daje się zaobserwować w ostatnim roku, jest postępująca kompresja deweloperskich domów w zabudowie szeregowej. Coraz więcej ofert dotyczy segmentów mieszkalnych o powierzchni zaledwie 60 -70 mkw., a nawet poniżej 60 mkw. Do tej pory to minimum zawierało się w granicach 80-90 mkw. – tłumaczy Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl.

W dalszym ciągu w podaży deweloperów zdecydowanie przeważają szeregowce i bliźniaki, których udział w całkowitej ofercie osiąga lub nawet przekracza 80 proc. Reszta to domy wolnostojące. Kolejnym parametrem, który ulega dość wyraźnemu spadkowi, to powierzchnie działek pod deweloperskim budownictwem jednorodzinnym. O ile gros przydomowych działek zawierało się przed rokiem w przedziale 300-400 mkw., to obecnie ten zakres obniżył się do 200-300 mkw. Jeśli chodzi o ceny domów w ofercie deweloperskiej, to minimum w przypadku ofert o wspomnianych najmniejszych powierzchniach wynosi około 300 tys. zł, natomiast domy najdroższe kosztują około 1,5 mln zł.

A może dom w cenie mieszkania…

Z kolei na niedawnych stołecznych targach Murator Expo uwagę zwracała bardzo ciekawa i bogata oferta projektów tanich domów jednorodzinnych wolnostojących, budowanych na zamówienie na działce klienta. Ceny takich domów, co ciekawe często z wykończeniem pod klucz i powierzchni powyżej 100 mkw., odpowiadają cenom niewielkich dwupokojowych mieszkań w Warszawie w przeciętnej lokalizacji i standardzie popularnym.

Cyfrowa transformacja zdobywa Stary Kontynent. Polska potrafi dać dobry przykład

Firmy w naszej części Europy coraz chętniej sięgają po nowoczesne technologie i stawiają na cyfryzację. To kierunek, na który chce stawiać także polski rząd oraz administracja państwowa. Wykorzystanie sztucznej inteligencji w rodzimym biznesie i usługach to już także realna perspektywa na horyzoncie.

Biznes w Europie Środkowo – Wschodniej polubił media społecznościowe, aplikacje mobilne oraz usługi chmurowe. To wnioski płynące z raportu „Transformacja cyfrowa w Europie Środkowo-Wschodniej” przygotowanego przez firmę DT – Global Business Consulting. Wymienione technologie są najczęściej wykorzystywane w codziennej pracy w firmach naszego regionie. Tuż za podium w tym zestawieniu znalazła się automatyzacja przepływu dokumentów i kierowania pracą. Co trzeci badany przyznał, że jest ona ściśle zintegrowana z działalnością biznesową. Chodzi przede wszystkim o obieg ustrukturyzowanych faktur, zamówień, potwierdzeń. Mnie to w ogóle nie zaskakuje ponieważ tak zwana Elektroniczna Wymiana Danych od wielu lat sprawdza się na masową skalę np. w Skandynawii. Teraz przyszedł czas na naszą część Europy – mówi Tomasz Kuciel, prezes zarządu EDISON S.A. Nasza firma jest członkiem konsorcjum, które przygotowało dla Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii tak zwaną Platformę Elektronicznego Fakturowania. To odpowiedź na  wymogi, które przed nami stawia Unia Europejska. Od 18 kwietnia, zgodnie z europejską dyrektywą, administracja publiczna nie będzie mogła odmówić przyjęcia tak zwanej automatycznej e-faktury. Platforma przyspieszy kilkaset razy obieg rozliczeń między zamawiającym i dostawcą towarów lub usług. Według minister Joanny Emilewicz, Polska jest jednym z 10 krajów Europy Środkowo-Wschodniej, który ze względu na swój cyfrowy potencjał, należy do tzw. „cyfrowych challengerów”. Resort Przedsiębiorczości i Technologii szacuje, że do 2025 roku około 12 proc. polskiego PKB ma pochodzić z usług cyfrowych. Przeliczając to na pieniądze daje to ok. 220 mld zł. Według raportów Ministerstwa Cyfryzacji nasz kraj cyfryzuje się dwukrotnie szybciej niż największe państwa Europy. Wdrożenie dyrektywy o obowiązkowym przyjmowaniu automatycznych e-faktur w zamówieniach publicznych ten proces może tylko zdynamizować.

Raport DT – Global Business Consulting porusza także kwestie potencjalnych zagrożeń wynikających z automatyzacji. Według jego autorów największe wątpliwości budzi w tym zakresie potencjalny wzrost bezrobocia. Teza ta zostaje jednak podważona. Tylko 20 proc. przepytanych szefów uważa, że automatyzacja wpłynie na zmniejszenie zatrudnienia w ich firmach. W podsumowaniu czytamy, że „automatyzacja może pozytywnie wpłynąć na kraje Europy Środkowo-Wschodniej, gdyż pomoże firmom radzić sobie z rosnącymi wynagrodzeniami i brakiem rąk do pracy.” Z tym ostatnim boryka się branża informatyczna. Dla nas problem braku specjalistów jest odczuwalny na każdym kroku. Większość naszych pracowników zatrudniana jest zdalnie ponieważ okazało się, że praktycznie niemożliwe jest pozyskiwanie fachowców lokalnie. Dotyczy to programistów, administratorów serwerów i technicznej obsługi klienta – komentuje Bartosz Gadzimski, właściciel częstochowskiej firmy hostingowej Zenbox.

Podobnie jest w wypadku analizy wielkich zbiorów danych (Big Data) czy internetu rzeczy (IoT), które wykorzystuje pomiędzy 40 a 64 proc. badanych firm w Europie Środkowo-Wschodniej. Najmniej popularne są sztuczna inteligencja, zaawansowana robotyka i drukowanie 3D, które wykorzystuje mniej niż jedna czwarta firm. Pozytywnym przykładem jest w tym wypadku Grupa PZU. Ta jedna z największych polskich instytucji finansowych planuje wykorzystywać sztuczną inteligencję w likwidacji szkód komunikacyjnych. Obecnie poszukuje startupów oferujących rozwiązania z wykorzystaniem dużych zbiorów danych, cyfryzacji procesów, a także nowych interakcji z klientami.

Polska chce dawać przykład reszcie Europy i tworzy Fundację Platformy Przemysłu Przyszłości. Fundacja, która będzie miała siedzibę w Radomiu, ma łączyć świat biznesu i nauki oraz pomóc w transformacji polskiej gospodarki w kierunku przemysłu 4.0. Polski rząd chce podwyższyć wskaźniki cyfryzacji, automatyzacji czy robotyzacji polskich przedsiębiorstw. Do tej pory brakowało na tym polu odpowiedniej współpracy.

Huawei: macierze all-flash zdominują rynek pamięci masowych

Zgodnie z wynikami badania IDC, przeprowadzonego na zlecenie Huawei, do 2022 roku macierze all-flash osiągną 55 proc. udziałów w rynku pamięci masowych. Dyski SSD zajmują więc wyraźnie miejsce HDD. O przewadze jednej technologii nad drugą rozmawiano w trakcie wydarzenia Huawei IT Day, które odbyło się 26 marca w Warszawie.

Badanie IDC na temat transformacji cyfrowej

IDC przeprowadziło na zlecenie Huawei badanie dotyczące wpływu transformacji cyfrowej na infrastrukturę IT oraz wykorzystanie macierzy all-flash (AFA). Z zebranych danych wynika m.in., że wśród biznesowych priorytetów europejskich szefów IT jest poprawa doświadczeń klientów i partnerów handlowych, a także efektywności operacyjnej poprzez transformację procesów. Dodatkowo respondenci wskazywali również na napędzanie innowacji poprzez rozwój cyfrowych produktów i usług oraz wzrost produktywności organizacji. Wśród powodów inwestycji w technologię AFA uczestnicy badania wymienili m.in. wysoką wydajność (82,5 proc.), niższe TCO (74,2 proc.), łatwiejszą automatyzację (71,9 proc.) oraz wysoki poziom dostępności do usług (66,4 proc.).

Huawei 2Dzięki przeskokowi z technologii HDD na SSD możliwe jest zwiększenie wydajności nawet kilkukrotnie. Dyski SSD są nie tylko szybsze, ale również zajmują mniej miejsca, mają mniejsze opóźnienia oraz są o wiele bardziej wytrzymałe niż dyski HDD – mówi Jarek Smulski, Senior Program Manager w IDC Polska. – Sprzedaż rozwiązań tego typu szybko rośnie, a liczba organizacji planujących ich zakup jest równa tym, które już je posiadają – wyjaśnia Jarek Smulski.

Ekspert z firmy IDC Polska podczas prezentacji wskazał również, że na wzrost udziałów w rynku macierzy all-flash będzie mieć wpływ technologia NWMe. Dzięki niej, możliwe jest jeszcze kilkukrotne poprawienie ich wydajności. Według niego będzie to kolejny krok, który nas czeka w cyfrowej transformacji. Zgodnie z wynikami badania, obecnie już ok. 10% firm w regionie CEE planuje wdrożenie macierzy AFA NWMe.

Huawei na rynku macierzy

Jak zauważył Dariusz Dobkowski, dyrektor sprzedaży rozwiązań Data Center w Huawei Polska, obecnie rynek pamięci masowej w Polsce ma się bardzo dobrze. Tylko w 2018 r. urósł on o 12%. W tym samym czasie, Huawei zanotował wzrost o 44% w tym sektorze. Podkreślił także, że firma chce wyjść naprzeciw transformacji cyfrowej i wspierać przedsiębiorców, którzy chcą wprowadzić innowacje do swoich działów IT. W związku z tym, do 30 czerwca br., w cenie dysków twardych HDD Huawei będzie oferować taką samą przestrzeń na dyskach SSD.

Do tej pory technologia Flash kojarzyła się z tym, że jest wydajna, niezawodna, ale również droższa. Huawei chce to zmienić dzięki programowi Flash Only. Dla przedsiębiorców, którzy chcą nabyć rozwiązania macierzowe, ale budżet danego projektu nie pozwala na zakup dysków all-flash, proponujemy taką samą cenę za dyski SSD, jaką uzyskali na rozwiązania oparte o dyski HDD. To znaczy, że jeżeli klienci będą chcieli kupić macierz o pojemności 100 TB w technologii HDD, zaproponujemy im 100 TB pojemności w technologii SSD – oświadczył Dariusz Dobkowski.

Aby firmy mogły robić niezwykłe rzeczy, potrzebna jest niezwykła technologia. Taką technologią są rozwiązania all-flash opracowywane przez Huawei. Jeszcze 4 lata temu technologia SSD była 5-krotnie droższa niż dyski wykonane w technologii HDD. Obecnie jest to niecała 2-krotność tej ceny i w następnych latach można się spodziewać dalszej tendencji spadkowej w tej kwestii – dodał dyrektor sprzedaży rozwiązań Data Center w Huawei Polska.Huawei

OceanStor Dorado

Wraz z rozwojem i popularyzacją technologii SSD zmienia się więc zarówno podejście, jak i oczekiwania rynku odnośnie wydajnego przechowywania danych. Konrad Tutak, IT Product Manager w Huawei Polska, wskazał podczas spotkania na elementy wyróżniające rozwiązania firmy.

Macierz Huawei OceanStor Dorado jest obecnie jedną z najszybszych macierzy na świecie, osiągającą czas opóźnienia rzędu 0,3 milisekundy i wydajność transakcyjną 7 mln IOPS, czyli operacji wejścia/wyjścia w czasie jednej sekundy. Stosuje ona także deduplikację oraz kompresję w locie, co powoduje, że jest w stanie efektywnie pomieścić znacznie więcej danych. Przekłada się to z kolei na mniejsze zużycie energii – nawet do 70% – oszczędność miejsca w serwerowni oraz niższy koszt jej utrzymania i mniej czynności administracyjnych – zaznacza Konrad Tutak. – Ponadto, dzięki m.in. wirtualizacyjnej technologii RAID2.0+, która równoważy obciążenie całego systemu i kilkunastokrotnie skraca czas odbudowy danych, tolerancji na jednoczesną awarię trzech dysków bez utraty danych, możliwości budowy systemu wysokiej dostępności Active-Active, firmy mają zapewnioną dostępność swoich usług na poziomie 99,9999%, co przekłada się na maksymalne 31,56 sekund przestoju w ciągu roku. Co ważne, czas potrzebny na administrowanie takim rozwiązaniem jest ograniczony do minimum ze względu na dużą automatyzację procesów – podkreśla IT Product Manager w Huawei Polska.

Dziś kolejne głosowanie nad „umową May”

Ostatni roboczy dzień marca miał być też ostatnim dniem Wielkiej Brytanii w UE, ale, co zostało nam wielokrotnie uwodnione, brytyjscy politycy nie lubią racjonalnego podejścia do problemów. Kiedy faktycznie dojdzie do brexitu wciąż pozostaje sprawą otwartą, choć dziś premier Theresa May podejmie kolejną próbę przekonania posłów Izby Gmin do swojego planu. A przynajmniej jego części.

Rząd wyznaczył na 15:30 głosowanie nad częścią projektu porozumienia Brexitu. Izba Gmin będzie głosować nad tzw. umową rozwodową, określającą warunki wyjścia Wielkiej Brytanii z UE, ale bez Deklaracji Politycznej, które określa przyszłe relacje, gdyby okres przejściowy nie przyniósł rozstrzygnięć w kluczowych kwestiach (np. irlandzki backstop). Premier May stosuje taki zabieg z kilku powodów. Po pierwsze obiecała Brukseli, że zdąży z zatwierdzeniem umowy rozwodowej przed końcem marca, aby móc przeprowadzić brexit 22 maja. W przeciwnym razie do 12 kwietnia musiałaby być przedstawiona alternatywa, która jednak wymagałaby przedłużenia negocjacji o wiele miesięcy. Inaczej w połowie kwietnia doszłoby do chaotycznego brexitu bez jakiejkolwiek umowy. Po drugie, dzieląc projekt porozumienia na dwie części, obchodzi blokadę marszałka Izby Gmin, który sprzeciwiał się głosowaniu po raz trzeci nad tym samym projektem bez „istotnych zmian w zapisach”. Najwyraźniej rozdzielenie dokumentu na dwa jest istotną zmianą. Wreszcie ograniczając głosowanie tylko na umowę rozwodową May nie tylko ma za sobą głosy swoich popleczników, ale też powinna otrzymać poparcie brexitowców, którzy wprawdzie krytykują Deklarację Polityczną, ale większym dla nich złem jest dalsze przeciąganie negocjacji i ryzyko przyjęcia łagodniejszej wersji brexitu (albo nawet rezygnacji z procesu). Wreszcie, jeśli premier May chce przeprowadzić głosowanie, to musi mieć pewność, że ma wystarczająco dużo głosów, co by oznaczało, że przekonała do siebie pojedynczych członków opozycji oraz północnoirlandzkiej partii DUP.

Ta ostatnia część jest największą niewiadomą i niewykluczone, że premier May po raz trzeci poniesie porażkę. W takim przypadku Wielkiej Brytanii zostaną dwa tygodnie na tak naprawdę zgromadzenie większości dla alternatywnego planu (same opcje już istnieją, ale w środę żadna nie zdołała zyskać przychylności większości). Ale także będzie to oznaczać podtrzymanie niepewności, że bezumowny brexit może stać się faktem. Jeśli jednak May dziś wygra, będzie to ogromny sukces, który zdejmie premię za ryzyko polityczne nie tylko z funta i brytyjskich aktywów, ale ogólnie z rynków finansowych. Od jednego głosowania tak naprawdę będzie zależeć, w jakich nastrojach wystartuje drugi kwartał.

Poza brexitową sagą piątkowy kalendarz zawiera sporo danych, w tym PKB z Wielkiej Brytanii i Kanady, inflacja z Eurolandu i PCE Core oraz Chicago PMI z USA. Z Polski poznamy dane o inflacji a na koniec dnia decyzję ws. ratingu poda Fitch. Nie spodziewamy się zmian oceny Fitch. Złoty pozostaje uśpiony z minimalnym śledzeniem wahań nastrojów na rynkach zewnętrznych i EUR/PLN doklejonym do 4,30.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Pierwsza w Polsce kara za naruszenie RODO – komentarz eksperta

dr hab. Bogdan Fischer, Partner, Radca Prawny w Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy
dr hab. Bogdan Fischer, Partner, Radca Prawny w Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy

Jak w wielu przypadkach pojęcia użyte w RODO w praktyce stosowania wymagają dużej ostrożności, przy podejmowanych interpretacjach i decyzjach – zwłaszcza, że to administrator danych zgodnie z zasadą ryzyka musi wykazać prawidłowość swojego działania. Niekiedy jednak, tak jak prawdopodobnie w tym przypadku, ostatnie słowo będzie należeć do Sądu, bo inaczej rozumiała „niewspółmierność” ukarana firma, a inaczej PUODO. Jeżeli Sąd nie podzieli podejścia przedsiębiorcy, zgodnie z którym obowiązek informacyjny uniemożliwia realizację celów przetwarzania, w rzeczywistości do miliona kary dojdzie dodatkowych kilka milionów złotych związanych z kosztami przesyłania „papierowych informacji”.

Chociaż kryteria zwolnienia z obowiązku informacyjnego zdecydowanie są nieostre, „niemożliwość” i „nadmiernie duży wysiłek” to przesłanki zwolnienia aktualizujące się w przypadkach, w których informowanie podmiotu danych oznaczałoby szczególne, ponadnormatywne, nieuzasadnione w konkretnych okolicznościach zaangażowanie administratora. Ocena taka musi się odwoływać z jednej strony do obiektywnych miar, z drugiej natomiast brać pod uwagę okoliczności konkretnego przypadku przetwarzania danych osobowych.

Prawodawca daje prymat interesowi administratora przed wartościami, jakimi są przejrzystość przetwarzania danych osobowych i możliwość realizowania przez osobę tzw. samookreślenia informacyjnego. Niemożliwość wtórnego obowiązku informacyjnego (gdy informacje są pozyskane nie od osoby, której dotyczą) eliminuje wiedzę tej osoby co do tego kto, kiedy, skąd, na jakiej podstawie i w jakim zakresie posiada jej dane osobowe. Trzeba więc wykazać, jakie obiektywne powody uniemożliwiały zakomunikowanie podmiotowi tych podstawowych dla niej informacji, tj. o fakcie przetwarzania i jego zasadach. Przez „niewspółmiernie duży wysiłek” należy rozumieć wysiłek nieproporcjonalny i w danym przypadku nieuzasadniony względem celu, dla którego wysiłek ów miałby być podjęty. Prawodawca wskazuje pomocniczo przykłady takich sytuacji, tj. przetwarzania do celów archiwalnych w interesie publicznym, do celów badań naukowych lub historycznych lub do celów statystycznych.

Autor: dr hab. Bogdan Fischer

Pracodawcy RP: Pozorny wzrost nakładów na zdrowie nie da rzeczywistych efektów

Pracodawcy RP w pełni rozumieją determinację organizatorów i uczestników pikiety, która ma się odbyć pod Sejmem 2 kwietnia br. Tego dnia Minister Zdrowia będzie przedstawiał na Sejmowej Komisji Zdrowia informację dotyczącą odsetka PKB przeznaczanego na ochronę zdrowia. Wywalczony przez lekarzy rezydentów i zapisany w ustawie wzrost wydatków na zdrowie to niestety fikcja.

Rząd bowiem zastosował formalny wybieg, który ma poważne konsekwencje, mianowicie: planując wydatki na 2019 rok, bierze pod uwagę PKB z roku 2017, a nie z 2018. Taka metodologia obliczeń zasadniczo opóźnia wzrost wydatków na zdrowie. Przyjęta zasada pozwala bowiem zaoszczędzić na zdrowiu ponad 7 mld zł. Natomiast nominalny wzrost wydatków w ochronie zdrowia pokryty zostanie z wyższych składek trafiających do Narodowego Funduszu Zdrowia – dzięki wzrostowi gospodarczemu i rosnącym zarobkom. A te „zaoszczędzone” 7 mld złotych to kwota, która mogłaby znacząco poprawić dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej. Obrazując wartość tej kwoty, w tym roku NFZ przeznaczył na specjalistyczną opiekę ambulatoryjną – czyli wizyty u specjalistów w przychodniach oraz badania diagnostyczne – 4,7 mld zł, a na rehabilitację leczniczą – 2,5 mld zł.

Politycy zapowiadali, że realizacja ustawy o 6 proc. PKB przyniesie niespotykany dotąd wzrost wydatków na zdrowie, który przełoży się na poprawę sytuacji pacjentów, podmiotów leczniczych oraz personelu medycznego. Czy faktycznie sytuacja pacjentów uległa poprawie? Czy coś się zmieniło w kwestii dostępności świadczeń? Czy podmiotom leczniczym lepiej się wiedzie? Chyba każdy Polak może sobie odpowiedzieć na to pytanie, a odpowiedź ta nie jest potwierdzeniem zapowiedzi polityków.

To nie jedyna zmiana, która – wbrew zapowiedziom rządzących – nie przyniosła żadnej poprawy w systemie opieki zdrowotnej. Wprowadzenie sieci szpitali doprowadziło do postępującego spadku udziału sektora prywatnego w systemie ochrony zdrowia. Dzisiejsza sytuacja nie pozostawia już żadnych złudzenie: w systemie publicznym nie ma ani pieniędzy, ani odpowiedniej kadry medycznej.

Potrzeby zdrowotne Polaków nie są zaspokajane, choć wydają oni na zdrowie z własnej kieszeni coraz więcej pieniędzy, bo aż około 40 mld zł rocznie (uwzględniając wydatki na leki). Brakuje też odpowiedzi na podstawowe pytanie: Co zamierzamy zrobić, aby zwiększyć dostępność świadczeń, zrównoważyć i poprawić funkcjonowanie całego sytemu opieki zdrowotnej? Wymaga to większych nakładów finansowych, odpowiednio licznej kadry medycznej – dobrze zorganizowanej, zarządzanej i opłacanej – oraz zmiany sposobu finansowania na taki, który uwzględnia efekt leczenia.

Rozwój travel-tech w Polsce

Rozwój technologii nieustannie zmienia nasze życie w niemal w każdej dziedzinie. Na rynek wkraczają nowoczesne startupy stawiające na rozwiązania wykorzystujące technologie w branżach które z nią dotąd nie miały wiele wspólnego. Najprostszym przykładem jest rozwój aplikacji kojarzących kierowców z klientami, która szybko zyskała popularność w naszym kraju. Obecnie możemy obserwować pojawienie się nowego trendu w sektorze turystyki. Dynamiczne pakietowanie zaczyna tworzyć całkiem nowy sektor travel-tech. Nie musimy godzić się już na gotowe pakiety „leżące na półce” z określoną długością pobytu i z góry określonymi usługami w cenie. Teraz wszystkie usługi wyszukamy i wybierzemy sami, w tym samym czasie i w jednym miejscu. Wszystko dzięki dynamicznemu pakietowaniu.

Gotowe pakiety turystyczne niebawem mogą odejść do lamusa

Do niedawna wśród Polaków królowały oferty last minute proponowane przez popularne portale turystyczne. Można było w ten sposób znaleźć często tańsze i atrakcyjniejsze oferty niż te proponowane w tzw. wczesnej sprzedaży. Dziś idziemy o krok dalej. W Polsce są już obecne rozwiązania, które z powodzeniem przyjęły się np. w Wielkiej Brytanii czy Irlandii. Mowa dynamicznym pakietowaniu, czyli łączeniu wielu usług turystycznych w jeden pakiet w tym samym czasie, w oparciu o indywidualne preferencje klienta, bez konieczności wcześniejszego udostępnienia gotowych ofert. Takie rozwiązanie wykorzystuje w swojej działalności Click&Go, działające od 8 lat w Irlandii, a które rozpoczęło w 2018 roku działalność na polskim rynku. Rozwiązanie oferowane przez tę firmę to połączenie wyszukiwarki lotów i noclegów z możliwością zarezerwowania dodatkowych usług (takimi jak ubezpieczenie czy transfer). Śmiało można stwierdzić, że wyjazdy z Click&Go to oferty szyte na miarę – nie znajdziemy tu gotowych, ściśle określonych propozycji – klient sam decyduje które usługi wybiera. Rezerwacji można dokonać w pełni online, lub skorzystać z pomocy doświadczonych doradców wakacyjnych.

Zmiany następują tu i teraz

Firma weszła na polski rynek ze względu na perspektywę dynamicznego rozwoju. Prognozy wskazują, że w ciągu najbliższych 5-6 lat liczba turystów może wzrosnąć o 3 do 6 milionów nowych klientów. Jak wynika z badania ,,Wakacyjne zwyczaje Polaków’’ aż 50 proc. wyjeżdżających na wakacje Polaków spędziło je granicą. Te same badania wskazują, że tylko 22 proc. badanych deklaruje, że skorzystało z gotowej oferty biura podróży. Ponad połowa respondentów zadeklarowała organizację wyjazdu samodzielnie. Wynika stąd, że na rynku jest spora grupa klientów preferujących wyjazdy nazywane z języka angielskiego DYI (do it yourself – zrób to sam). Bardzo cenią sobie oni swobodę organizacji wakacji według własnych zasad, o takie oferty trudno w tradycyjnych biurach podróży.

Lepiej i taniej-czy to możliwe?

Nowoczesne metody pozwalają nam nie tylko na wakacje skrojone na miarę, ale również oszczędność czasu i pieniędzy. Dynamiczne pakietowanie pozwala na weryfikację cen lotów, hoteli, transferu, ubezpieczenia i dostępnych terminów w czasie rzeczywistym w jednym miejscu.

Nasze rozwiązanie największe korzyści daje klientom, którzy sami chcą decydować o każdym aspekcie swojego wyjazdu i zapłacić tylko za te usługi z których będą korzystać. Klient z tzw. grupy DIY najczęściej jest zmuszony kilkakrotnie wprowadzać swoje dane osobowe i kilkakrotnie dokonać transakcji za usługi kupowane oddzielnie. My dajemy możliwość dokonania tego w ramach jednej transakcji, często oferując lepsze ceny niż kupując usługi oddzielnie. – Mówi Michał Głowa – Country Manager Click&Go w Polsce.

To zupełnie inna forma biura turystycznego – ze względu na sprzedaż oferty wyłącznie przez kanały własne i bez udziału biur pośredniczących, oferty z sektora travel-tech są bardzo konkurencyjne oraz realizowane w wysokim standardzie.

City Breaks

Coraz częściej wyjeżdżamy na krótsze podróże. Badania wykazują, że coraz więcej osób jest zainteresowanych krótkimi wyjazdami do 3-4 dni, tzw. ,,city break’’. Ukazuje nam to nowy trend dotyczący długości podróży jak i możliwości dopasowania ich do swoich preferencji. Oznacza to, że jednocześnie będziemy szukać łatwiejszych opcji rezerwacji oraz będziemy bardziej wymagający np. w kwestii wyboru najkorzystniejszych godzin wylotu. Click&Go daje taką możliwość. Osoba wyjeżdżająca na krótszy wyjazd zwróci większą uwagę na lotnisko docelowe, publiczny transport z lotniska jako alternatywę do transferu, czy odpowiednie godziny lotu. Wszystko po to by z krótkiego wyjazdu skorzystać w sposób optymalny. Dzieje się tak ze względu na ograniczoną ilość czasu. Co za tym idzie, coraz krótsze okresy podróży wymuszają na biurach wyższą jakość świadczonych usług, np. w kwestii niezmienności godzin przelotów po dokonaniu rezerwacji, czy decyzji które usługi wliczymy w swój pakiet.  Na regularnych przelotach zmiany godzin, jak i opóźnienia są zjawiskiem wielokrotnie rzadszym niż w przypadku rejsów czarterowych. Dynamiczne pakietowanie daje swobodę wyboru spośród wielu połączeń regularnych, jak również w kwestii wyboru usług dodatkowych.

Wielkie możliwości

Siatka połączeń lotniczych w Polsce cały czas się zwiększa, dzięki czemu Click&Go ma w planach wprowadzenie produktów, które będą dawały możliwość podróży po całym świecie oraz rejsów statkami wycieczkowymi. Działania marketingowe w obszarze travel-tech skupiają się głównie na internecie i mediach społecznościowych, w których tkwi duży potencjał.

Oprócz wyjazdów „szytych na miarę”, w ofercie organizatorów pojawiają się tzw. pakiety dynamiczne, które dają nie tylko możliwość komponowania indywidualnych ofert, ale także elastycznej modyfikacji poszczególnych usług, nawet w trakcie podróży. Przewaga wyjazdu organizowanego z biurem podróży polega przede wszystkim na zapewnieniu poczucia bezpieczeństwa, gdyż z jednej strony zdejmuje z nabywcy problemy związane z organizacją całości jego pobytu w wybranym miejscu, z drugiej – w sytuacjach kryzysowych podróżny nie zostaje sami, ale może liczyć na wsparcie organizatora. Idealnym wyjściem wydaje się więc połączenie technologii – rozwiązania prostego, intuicyjnego i wygodnego, z bezpieczeństwem, które zapewnia legalnie działający organizator turystyki, w pełni odpowiedzialny za realizację umowy – komentuje Paweł Niewiadomski, prezes Polskiej Izby Turystyki

Polacy bardzo chętnie korzystają z rozwiązań proponowanych przez nowe technologie. Nic w tym dziwnego – takie rozwiązania pozwalają zaoszczędzić sporo czasu i często również przynoszą znaczne oszczędności wydatków. Wydaje się że rozwój technologiczny branży turystycznej jest nieunikniony. Za kilka lat wizyta w biurze podróży może nam się wydawać tak samo dziwna jak dziś wizyta w okienku bankowym by dokonać przelewu. Z pewnością pojawienie się pojęcia travel-tech i firm z tego sektora sprawi, że klienci zyskają korzystniejsze rozwiązania, dzięki którym więcej czasu będzie można spędzić wypoczywając, a mniej planując wypoczynek.

Potencjał rynku

W ubiegłym roku dynamika wzrostu sezonu 2017/2018 w zorganizowanej turystyce wyjazdowej wyniosła 35 proc. zgodnie z danymi Turystycznego Funduszu Gwarancyjnego. Gdyby ta dynamika była nawet 3 krotnie niższa to za 6 lat na rynku będzie niemal dwukrotnie więcej klientów zorganizowanej turystyki wyjazdowej niż dziś. W tym samym czasie Ryanair i WizzAir zamierzają w sposób znaczący zwiększyć swoją flotę. Ryanair deklaruje, że do 2024 roku będzie korzystał z 585 samolotów zamiast obecnych 460, a WizzAir do 2026 chce powiększyć flotę do 300 z obecnych 108.

W ślad za skokowym rozwojem floty tanich przewoźników będzie musiała pójść rozbudowa siatki połączeń. Polska ze swoim potencjałem wzrostu rynku może stać się jednym z najważniejszych obszarów ekspansji obu tanich przewoźników. Pojawią się nowe trasy, a bilety na obecnych trasach mogą stać się jeszcze tańsze ze względu na walkę o udziały rynkowe linii lotniczych.  Nasze rozwiązanie technologiczne – dynamiczne pakietowanie idealnie wpasuje się w taki rozwój rynku i da nam jeszcze większe możliwości oferowania klientom najkorzystniejszych cen wykorzystując zwiększone dostępności miejsc lotniczych. Jednocześnie dla tradycyjnych biur podróży ponoszących ogromne ryzyko wypełnienia wykupionych lotów czarterowych ten okres może być nie lada wyzwaniem, zwłaszcza jeśli trasy lotów czarterowych i tanich przewoźników na kluczowych rynkach będą się pokrywały” – komentuje Michał Głowa – Country Manager Click&Go w Polsce.

Ile u dewelopera zapłacimy za wykończenie mieszkania i inteligentny dom?

Czy deweloperzy oferują pakiety wykończenia mieszkań i systemy inteligentny dom? W jakich cenach? W których projektach są dostępne? Sondę prezentuje serwis nieruchomości dompress.pl

Mirosław Kujawski, członek zarządu LC Corp S.A.

Mieszkania sprzedajemy w standardzie deweloperskim, współpracujemy jednak z firmami, które zajmują się wykańczaniem mieszkań, w tym doposażeniem nieruchomości w systemy inteligentnego domu. Ceny wykończenia zaczynają się od 735 zł brutto za mkw. Rozwiązania smart home są wyceniane indywidualnie. Najprostsze systemy pozwalające na sterowanie w mieszkaniu światłem i temperaturą wraz z czujkami bezpieczeństwa kosztują w granicach 4-5 tys. zł.

Andrzej Gutowski, wiceprezes Ronson Development, odpowiedzialny za sprzedaż i marketing

W każdym z naszych projektów oferujemy pakiety wykończeniowe we współpracy z renomowanymi firmami. Ich ceny zaczynają się od 490 zł brutto za mkw. Dzięki takim pakietom proces wykończenia lokalu może rozpocząć się od razu po uzyskaniu pozwolenia na użytkowanie i przebiega znacznie szybciej niż w przypadku przeprowadzania prac na własną rękę. Pakiety wykończeniowe cieszą się rosnącym zainteresowaniem, m.in. ze względu na duże trudności w znalezieniu dobrej ekipy remontowej oraz wzrost cen materiałów budowlanych. Współpracujące z nami firmy mogą zaoferować atrakcyjne ceny ze względu na stałą współpracę z podwykonawcami i hurtowe zamówienia materiałów. Dodatkową oszczędność stanowi niższa stawka podatku VAT, która w przypadku zakupu mieszkania z wykończeniem wynosi 8 proc., podczas gdy kupując materiały wykończeniowe na własną rękę klienci muszą zapłacić 23 proc. VAT. Dużym ułatwieniem jest także to, że w przypadku zakupu wykończonego mieszkania klient może wszystkie koszty pokryć jednym kredytem hipotecznym. Z pakietów wykończeniowych chętnie korzystają także osoby poszukujące lokalu w niskiej cenie za mkw., jak w przypadku naszego osiedla Miasto Moje na warszawskiej Białołęce.

Tomasz Sujak, członek zarządu Archicom S.A.

Oferujemy wykończenie mieszkań pod klucz w cenie od 650 zł brutto/mkw. W pakiecie klient otrzymuje indywidualne doradztwo i współpracę z architektem. Zapewniamy również kompleksową obsługę sprawdzonych wykonawców oraz całościową aranżację. Dodatkową zaletą zakupu mieszkania z opcją wykończenia jest to, że można sfinansować je w jednym kredycie razem z kupnem mieszkania.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu i dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom naszych klientów podjęliśmy szeroką współpracę z firmą RedNet i przygotowaliśmy cztery pakiety wykończeniowe, na bazie których wspólnie z projektantem nabywcy mogą optymalnie zaaranżować własne mieszkania. Nasza oferta obejmuje m.in. wykończenie ścian oraz podłóg z wykorzystaniem różnych materiałów, zależnie od wybranego pakietu oraz stolarkę drzwiową i wyposażenie łazienek.

Monika Perekitko, członek zarządu Matexi Polska

Pakiety wykończenia wnętrz oferujemy we wszystkich naszych inwestycjach. Dostępne są w zróżnicowanych cenowo pakietach, przygotowanych we współpracy z firmą Deer Design. Systemy inteligentnego domu są natomiast standardowym wyposażeniem w niektórych naszych projektach, jak na przykład Apartamenty Marymont w Warszawie.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

W tej chwili nie oferujemy wykończenia lokali pod klucz. Próbowaliśmy dwukrotnie wprowadzić taką usługę, jednak finalnie okazywało się, że klienci wolą zrobić to we własnym zakresie i nieco taniej. W przypadku inwestycji apartamentowych nabywcy mają zwykle własnego projektanta i zupełnie nie są zainteresowane wykończeniem przez dewelopera.

Hasło „inteligentny dom” stało się ostatnio modne, ale przeważnie jest w znacznym stopniu nadużywane. Tymczasem, inteligentny dom/mieszkanie posiada kompleksowy system sterujący instalacjami grzewczymi, oświetleniem, nagłośnieniem, systemem alarmowym, czy monitoringiem. Posiada rozbudowany system czujników, które w zależności od warunków pogodowych na zewnątrz, sterują na przykład ogrzewaniem czy wilgotnością wewnątrz domu. Wyposażenie lokali w taki system w standardzie znacząco podniosłoby cenę mieszkań, a nie jest to w tej chwili przeważający czynnik przy podejmowaniu decyzji o zakupie. Wielu deweloperów montując np. systemy zdalnego sterowania oświetleniem, czy klimatyzacją określają te rozwiązania mianem inteligentnego domu.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Ściśle współpracujemy z firmą wykończeniową Decoroom, która ma w swojej ofercie różne warianty wykończeniowe. Ceny są zróżnicowane, uzależnione od pakietu, który mają do wyboru klienci.

Sebastian Barandziak, prezes zarządu Dekpol Deweloper

Usługę wykończenia mieszkania pod klucz oferujemy we wszystkich naszych inwestycjach. Cena jest uzależniona od standardu i rozpoczyna się od kilkuset złotych za mkw. W ramach usług koordynujemy wszelkie prace wykończeniowe, na które udzielamy 12-miesięcznej gwarancji. Usługa obejmuje także kompleksowe sprzątanie przed odbiorem mieszkania oraz współpracę z doświadczonymi projektantami. W mieszkaniach montujemy również nowoczesne rozwiązania technologiczne. Dla przykładu w gdańskim osiedlu Foresta mieszkania będą wyposażone w inteligentny system sterowania eHOME control, który pozwala na zdalne obsługiwanie ogrzewania i oświetlenia za pomocą smartfona lub tabletu. Podobny system jest zainstalowany również w osiedlu Nowe Rokitki i Młoda Morena Park II w Gdańsku.

Adrian Potoczek, dyrektor ds. sprzedaży w Wawel Service

Przy wykończeniach współpracujemy z firmami Excellent i Leroy Merlin. Dbamy o to, aby ta współpraca owocowała realnymi korzyściami dla naszych klientów. Systemy inteligentnego domu proponujemy w Apartamentach Nowa Bonarka w Krakowie oraz w inwestycjach w Michałowicach i Czorsztynie. Ceny zaczynają się od 2300 zł brutto.

Autor: Dompress.pl

Wady inwestowania w nieruchomości. Jakie są ryzyka i niebezpieczeństwa?

Zakup mieszkania na wynajem jest popularną wśród wielu Polaków formą pomnażania kapitału. Pomimo wielu istotnych zalet, ten rodzaj inwestycji nie jest jednak pozbawiony wad. Jakie ryzyka i niebezpieczeństwa powinni brać pod uwagę inwestorzy?

Jak wszystkie metody inwestowania, tak i zakup nieruchomości ma swoje wady, zagrożenia i ograniczenia. Inwestor, kuszony wizją ponadprzeciętnych zysków, nie powinien o nich zapominać. Zanim wyda niemało pieniędzy lub zaciągnie długoletnie zobowiązanie w postaci kredytu, żeby sfinansować zakup mieszkania na wynajem, jego remont lub dostosowanie do wymogów przyszłych najemców, powinien poznać wady inwestowania w nieruchomości na wynajem. Eksperci Rentier.io zebrali sześć najważniejszych kwestii.

Płynność

Nieruchomości, nawet te w najatrakcyjniejszej lokalizacji, cechują się stosunkowo niską płynnością i jest to jedna z ich najistotniejszych wad. Potrzebny jest czas, żeby znaleźć nabywcę i dopełnić wszystkich formalności, zarówno podczas zakupu, jak i sprzedaży. Jeśli myślimy o inwestycji krótkoterminowej to zakup mieszkania na wynajem może nie okazać się najlepszym wyborem. Nawet kiedy mówimy o tzw. flipach – krótkookresowym zakupie i sprzedaży mieszkań, musimy brać pod uwagę minimum kilkumiesięczny horyzont czasowy. Zdarzają się oczywiście transakcje i nieruchomości, które sprzedają się w ciągu kilku godzin (np. dobrze zlokalizowane kawalerki w Warszawie). Niestety, często spotykamy takie, szczególnie w przypadku domów lub większych mieszkań, których sprzedaż może potrwać nawet kilka lat. W przypadku inwestorów, których interesuje krótki interwał czasowy, niska płynność nieruchomości może więc być czynnikiem zniechęcającym do tego rodzaju inwestycji.

Niepodzielność kapitału

Inną wadą jest zamrożenie „większej” gotówki i niepodzielność środków zainwestowanych w nieruchomości. Jeśli inwestor potrzebuje jedynie części pieniędzy, nie może tak jak np. w przypadku środków na koncie oszczędnościowym, wypłacić potrzebnej kwoty. Jedyne rozwiązanie to finalizacja transakcji, tj. sprzedaż mieszkania, celem uzyskania potrzebnego kapitału. Część inwestorów preferuje bardziej elastyczne formy inwestowania tak, aby móc swobodnie dysponować swoim kapitałem i przenosić dowolną część w momencie pojawienia się bardziej intratnej opcji pomnożenia kapitału. Nieruchomości niestety takiej niezależności nie zapewniają.

Znajomość rynku i wiedza

Inwestowanie w lokale mieszkalne wiąże się z koniecznością zdobycia dość unikatowej i co ważne interdyscyplinarnej wiedzy na temat szeroko rozumianego rynku nieruchomości. Jest ona konieczna chociażby po to, aby inwestor mógł ocenić atrakcyjność mieszkania czy rentowność rozważanej nieruchomości. – Przyszły nabywca mieszkania na wynajem, powinien znać rynek oraz wyczuwać tendencje panujące na nim. Musi wiedzieć jak sprawdzić czy rozważane mieszkanie nie jest obciążone hipoteką i czy nie ma innych niespodzianek w księgach wieczystych. Dodatkowo, dobrze byłoby gdyby potencjalny nabywca znał się na przepisach prawnych i podatkowych. Powinien wiedzieć jak wygląda dobra umowa zakupu nieruchomości czy najmu, tak żeby zabezpieczyć swoje interesy oraz z jakiej metody skorzystać, aby najkorzystniej rozliczyć najem. – mówi ekspert Rentier.io. A że jest to bardzo istotna wiedza, której brak może przełożyć się na duże straty, przekonało się już wielu inwestorów. Dla tych więc, którzy nie dysponują ani wiedzą, ani czasem na jej zdobywanie, może być to ewidentna wada tej formy inwestycji. Oczywiście do części z powyższych czynności można zatrudnić ekspertów, np. prawników, rzeczoznawców, pośredników w obrocie nieruchomości, etc. Jednak taka taktyka, wpływa negatywnie na rentowność inwestycji, czyli ją po prostu obniża.

Estymacje i prognozy

Większość inwestorów interesuje się inwestycjami w nieruchomości przede wszystkim ze względu na fakt, iż oferują one ponadprzeciętny zwrot z inwestycji (ROI); zwłaszcza jeżeli porównamy go do zysków z tradycyjnych sposobów pomnażania kapitału, jak lokaty bankowe czy bony skarbowe. Roczne ROI dla wynajmu mieszkań na poziomie przekraczającym 8% nie jest czymś niezwykłym, pomimo znacznego wzrostu cen nieruchomości w ostatnich miesiącach. Za  wzrostem bowiem cen zakupu lokali podążają  ceny ich najmu. Jednakże, aby realnie uzyskać zwrot z inwestycji na poziomie 8% lub więcej, należy realistycznie estymować zarówno koszty, przychody jak i dynamicznie zmieniającą się sytuację na rynku. Bez odpowiedniej wiedzy, narzędzi analitycznych i doświadczenia ciężko jest oszacować przyszłe ROI, okresy pustostanów oraz faktyczny popyt na nieruchomość.

Warto mieć na uwadze, że części zdarzeń nie jesteśmy w stanie przewidzieć, np. zmian regulacyjnych, bądź spadku atrakcyjności danej dzielnicy. Wbrew przypuszczeniom, także z takimi sytuacjami ma inwestor do czynienia. – Jeszcze kilka lat temu nabywcy w warszawskiej dzielnicy Białołęka kupowali swoje mieszkania w dobrej cenie i w niezłej lokalizacji, pozwalającej dojechać w akceptowalnym czasie do centrum stolicy. Obecnie dzielnica ta została „zalana” przez inwestycje deweloperskie. Coraz gęstsze zaludnienie oraz niedostosowanie do tego odpowiedniej infrastruktury drogowej powoduje duże korki. Co ważne, z taką sytuacją mamy do czynienia nie tylko w stolicy, ale także wielu innych, dużych miastach Polski – podpowiada ekspert Rentier.io. Takiego obrotu sprawy jeszcze kilka lat temu, nie mógł przewidzieć początkujący inwestor. Oczywiście, tej wady inwestowania w nieruchomości nie da się całkowicie wyeliminować, jednak mając doświadczenie na tym rynku, można ją zminimalizować.

Zaangażowanie

Inwestycja w nieruchomości wymaga stałego zarządzania, co oznacza zaangażowanie inwestora lub osoby do tego dedykowanej. Nieruchomości różnią się pod tym względem od inwestowania w fundusze inwestycyjne, deponowania środków na lokatach bankowych czy też kupowania obligacji skarbowych. Raz podjęta decyzja, poświęcony czas i energia, właściwie nie wymaga od inwestora dalszego angażowania. Natomiast, myśląc poważnie o zarabianiu pieniędzy na inwestowaniu w nieruchomości na wynajem, zawsze należy mieć na uwadze, że nie jest to perpetuum mobile i będzie wymagało od inwestora zaangażowania, wprost proporcjonalnego do liczby posiadanych mieszkań, jak i od rodzaju wynajmu – długo czy krótkookresowego. Dla części osób,  zwłaszcza tych, którzy nie dysponują czasem jest to ewidentną wadą.

Finansowanie

Inwestowanie w nieruchomości obarczone jest dość wysoką barierą wejścia. Wymaga ono stosunkowo dużej ilości kapitału na początek. Oczywiście rozwiązaniem może być zaciągnięcie, choćby na część inwestycji, kredytu hipotecznego. Dzięki czemu uzyskamy dźwignię finansową. Warto jednak przeliczyć wszystkie koszty przed podjęciem takiej decyzji. Generalna zasada mówi o tym, że zaangażowanie gotówki jest zdecydowanie lepszym rozwiązaniem jeśli inwestor planuje zakup i szybką odsprzedaż mieszkania. Jeśli natomiast jest zainteresowany najmem długoterminowym, to kredyt pomoże mu zainwestować posiadane pieniądze w większą ilość mieszkań… i w konsekwencji przynieść nawet niezależność finansową. Jednak zaciągniecie kredytu oznacza, że inwestor musi posiadać odpowiednią zdolność kredytową. Jeżeli jej nie posiada, może zacząć swoją inwestycyjną przygodę od podnajmu, bądź wynajmu wolnego pokoju w mieszkaniu, w którym mieszka. Niemniej jednak, aby poważnie myśleć o inwestowaniu w nieruchomości niezbędne jest posiadanie odpowiednich zasobów finansowych.

Przedstawione powyżej wady nie stanowią katalogu zamkniętego. Jednak z drugiej strony, te wymienione niekoniecznie muszą być odbierane przez wszystkich inwestorów jako coś negatywnego. Każdy rodzaj inwestycji ma bowiem swoje minusy, jak i plusy. Najważniejsze jest, aby przed podjęciem decyzji o wyborze danego instrumentu finansowego, być świadomym słabych i mocnych stron oraz ryzyka, które się z nim wiąże.

Globalne przywództwo w obszarze nowych technologii: wyścig dwóch koni?

W rywalizacji o globalne przywództwo w technologiach, takich jak sztuczna inteligencja, prym wiodą Stany Zjednoczone i Chiny. A co z Europą? Czy kiedykolwiek dogoni galopujących faworytów?

To nie będzie takie proste. Gospodarka cyfrowa w Stanach Zjednoczonych ma sporą przewagę: duży rynek krajowy, kulturę inwestycyjną gotową podjąć ryzyko finansowania nowych technologii, a do tego wiele innowacyjnych firm i światowej klasy uniwersytetów. Amerykańskie korporacje jako pierwsze wykorzystały efekty sieciowe ekonomii opartej na platformach internetowych i technologicznych, by zdominować nie tylko USA, ale i wiele innych rynków na całym świecie.

Jedynym wyjątkiem są Chiny. Chińskie regulacje, jak chociażby „Great Firewall” (tzw. Złota Tarcza), która ogranicza dostęp do zagranicznych usług internetowych, a także wsparcie rodzimych firm przez państwo zahamowały ekspansję amerykańskich gigantów technologicznych i umożliwiły Chinom dynamiczny rozwój własnej gospodarki cyfrowej. Chińskie przedsiębiorstwa są obecnie bezpośrednimi konkurentami firm amerykańskich w dziedzinie sztucznej inteligencji i robotyki, mocno walcząc o udział w rynku i przyciąganie największych talentów.

Tymczasem Europa pozostała w tyle. Pomimo dobrej sytuacji ekonomicznej, wykwalifikowanej siły roboczej i doskonałych ośrodków badawczych, brakuje jej własnych gigantów technologicznych. Europa jest drugim co do wielkości rynkiem na świecie, ale rynek ten jest rozdrobniony. Nowe polityki, które mogłyby pomóc jej konkurować globalnie, często tracą na znaczeniu z powodu rozbieżnych interesów narodowych. Finansowanie kapitałowe i skłonność przedsiębiorców do podejmowania ryzyka wciąż są nieporównywalnie mniejsze w Europie niż za Atlantykiem.

A jednak jest nadzieja. Europa ogłosiła wprowadzenie dużych nakładów inwestycyjnych i zainicjowała strategiczne projekty, takie jak AI Alliance, dzięki którym ma wrócić do gry. Jest też pionierem nowych standardów w zakresie regulacji, ochrony danych i konkurencji. Czy tego rodzaju regulacje pobudzają, czy spowalniają gospodarkę danych, okaże się w przyszłości. Jednak w erze skandali dotyczących wykorzystania danych i niepewności konsumentów nie można wykluczyć, że ochrona danych według europejskich standardów może stać się cennym atutem tego trzeciego konia w technologicznym wyścigu.

Autor: Deutsche Bank Research

Coraz więcej emerytów dorabia do świadczenia. Dzięki temu mają wyższą emeryturę i utrzymują lepszą formę psychofizyczną

Coraz więcej emerytów dorabia do świadczenia. Dzięki temu mają wyższą emeryturę i utrzymują lepszą formę psychofizyczną 1

W Polsce łącznie pracuje 747 tys. osób z ustalonym prawem do emerytury, a blisko 40 proc. z nich jest na etacie. W ciągu dwóch lat liczba pracujących emerytów wzrosła o 25 proc. Eksperci podkreślają, że osoby, które ukończyły wiek emerytalny (60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn), mogą dorabiać bez obaw – ich świadczenie nie zostanie zmniejszone ani zawieszone. W przypadku młodszych emerytów istotna jest wysokość przychodów. Jeśli nie  przekroczą one 70 proc. przeciętnego wynagrodzenia, świadczenie jest wypłacane w pełnej wysokości.

– Osoba, która pobiera emeryturę, może dodatkowo pracować. Przepisy ustawy emerytalnej nie zabraniają wykonywania dodatkowej pracy. Jednak osoba, która nie ukończyła powszechnego wieku emerytalnego (60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn), powinna powiadomić Zakład Ubezpieczeń Społecznych o tym, że zamierza podjąć dodatkową pracę i o wysokości przychodów. Będzie to potrzebne do rozliczenia się z ZUS – przypomina w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wiesława Lempska z Departamentu Świadczeń Emerytalno-Rentowych w Centrali ZUS.

Coraz więcej emerytów decyduje się na pracę zarobkową. Średnia wysokość emerytur to 1 845 zł w przypadku kobiet i 2 746 zł w przypadku mężczyzn. Z danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wynika, że liczba emerytów, którzy podejmują pracę zarobkową, systematycznie rośnie. Na koniec 2016 roku było ich 595,9 tys., a w grudniu 2018 roku już 747,2 tys. Dodatkowe przychody emerytów mogą wpływać na wysokość wypłacanego świadczenia.

– Na zawieszenie bądź zmniejszenie wysokości pobieranej emerytury wpływa taki przychód, który podlega obowiązkowo składkom na ubezpieczenia społeczne, między innymi z tytułu wykonywania pracy na podstawie umowy o pracę, umowy o pracę nakładczą, umowy-zlecenia, umowy agencyjnej. Jeżeli prowadzimy własną firmę, to uzyskiwanie takiego przychodu również może wpływać na wysokość naszej emerytury – mówi Wiesława Lempska.

Jeśli przychody nie przekraczają 70 proc. przeciętnego wynagrodzenia (od 1 marca do 31 maja 2019 roku – 3 404,70 zł), świadczenie nie zostanie zmniejszone. Jeśli są wyższe, ale niższe niż 130 proc. przeciętnego wynagrodzenia (od 1 marca do 31 maja – 6 322,90 zł), emerytura będzie zmniejszona. Tym, którzy zarabiają ponad 130 proc. przeciętnego wynagrodzenia, emerytury zostaną zawieszone. Nie wszyscy emeryci muszą jednak pamiętać o limitach.

 ZUS nie zawiesi ani nie zmniejszy emerytury przyznawanej w powszechnym wieku emerytalnym, a mianowicie w wieku od 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn. Nie zawiesimy ani nie zmniejszymy też takiego świadczenia jak emerytura częściowa – wymienia Wiesława Lempska.

Dłuższa aktywność zawodowa przekłada się na wyższe świadczenie. Z badania IBRiS przeprowadzonego na zlecenie Nationale-Nederlanden wynika, że 40 proc. Polaków zamierza podjąć dodatkową pracę na emeryturze. Dłuższa aktywność zawodowa to także lepsze samopoczucie.

– Wiele osób sądzi, że to jest jakiś element szczęścia: osiągnąłem wiek emerytalny, więc nie muszę pracować – całe życie jest konstytuowane wokół pracy, realizacji zadań społecznych i jest to ogromnie źle przyjmowane. Jednak osoby, które nie pracują, częściej chorują, zapadają na różnego rodzaju dysfunkcje społeczne, zdrowotne. Praca – ale tylko taka, która nie przekracza możliwości – jest niezwykle istotnym elementem życia – przekonuje Andrzej Tucholski, psycholog.

Osoby starsze, które pozostają aktywne zawodowo, to ratunek dla rynku pracy. W wielu branżach brakuje specjalistów i osób z wykształceniem zawodowym.

 Uzupełnienie braków na rynku pracy osobami, które mają status emeryta, jest bardzo dobrym pomysłem. Największym dobrem każdego społeczeństwa są dobrze wyedukowani i doświadczeni ludzie. Do tej pory nie było takiej tradycji w Polsce, żeby w oparciu o tę potężną grupę osób uzupełniać braki w szczególnie trudnych zawodach. Osoba, która wypracowała sobie emeryturę, ma bezpieczeństwo finansowe i zupełnie inny komfort poświęcenia części swojego wolnego czasu na pracę – ocenia Andrzej Tucholski.

Bolączką mikrofirm rosnące koszty pracy i wysokie podatki. 1/3 nie planuje żadnych inwestycji

Bolączką mikrofirm rosnące koszty pracy i wysokie podatki. 1/3 nie planuje żadnych inwestycji 2

W Polsce jest blisko 2,3 mln mikrofirm, z czego 2/3 to samozatrudnieni przedsiębiorcy. Jako główną barierę dla prowadzonej działalności wskazują m.in. rosnące koszty pracy i wysokie podatki – wynika z raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Mikroprzedsiębiorcy nie różnią się pod tym względem znacząco od innych firm – ocenia wiceminister Marek Niedużak. Jak podkreśla, resort przedsiębiorczości wprowadził szereg zmian poprawiających otoczenie regulacyjne przedsiębiorstw, a w kolejce są następne, z których najważniejszy jest projekt ustawy ograniczającej zatory płatnicze. Wyzwaniem pozostaje stymulowanie inwestycji i innowacyjności mikroprzedsiębiorców.

Jak wynika z raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego „Mikrofirmy pod lupą”, blisko połowa (47 proc.) mikroprzedsiębiorstw ocenia swoją sytuację finansową jako dobrą lub bardzo dobrą, a 80 proc. z nich nie miało problemów z regulacją swoich zobowiązań w ciągu ostatniego roku. Wiele z nich skarży się jednak na duże obciążenia.

– Wiele barier dla rozwoju, które sygnalizują mikroprzedsiębiorcy, pokrywa się z tymi wskazywanymi przez inne firmy. To m.in. problem ze znalezieniem pracowników, kosztami pracy. Kolejne obciążenie, które wymieniają, to wysokość podatków. To stały element, na który wskazują również więksi przedsiębiorcy i z którym, biorąc pod uwagę efektywną stawkę opodatkowania w Polsce, która oscyluje w okolicach 9 proc. dla PIT, wydaje się, że można dyskutować – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Niedużak, podsekretarz stanu w Ministerstwie Przedsiębiorczości i Technologii.

Podkreśla, że wiele wprowadzonych i zaproponowanych zmian w otoczeniu regulacyjnym firm koncentrowało się właśnie na segmencie tych najmniejszych podmiotów.

Warto wspomnieć chociażby o rozwiązaniu, które jest mocno wycelowane w niewielkie, rodzinne firmy, polegającym na możliwości uznania za koszt podatkowy wynagrodzenia zatrudnianego współmałżonka. Taka możliwość weszła w życie z początkiem tego roku w ramach Pakietu MŚP – mówi Marek Niedużak.

Jak ocenia, na plus zdecydowanie należy zaliczyć Konstytucję Biznesu, czyli pakiet pięciu ustaw mających ułatwić przedsiębiorcom prowadzenie działalności oraz wzmocnić zaufanie biznesu do administracji i odwrotnie. Pakiet, który zaczął obowiązywać w kwietniu ubiegłego roku, wprowadził m.in. zasadę „co nie jest prawem zabronione, jest dozwolone”, ulgę na start dla początkujących przedsiębiorców (zwolnienia ze składek na ubezpieczenie społeczne przez pierwsze pół roku prowadzenia działalności gospodarczej) oraz instytucję Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców.

Na etapie prac komitetów rządowych jest obecnie projekt ustawy antyzatorowej. To zbiór rozwiązań z różnych dziedzin prawa, które spina wspólny cel – ograniczenie zatorów płatniczych. Są w nim zawarte zarówno nowe narzędzia dla wierzycieli skierowane przeciwko niepłacącym dłużnikom, rozwiązania z dziedziny prawa podatkowego, takie jak ulga na złe długi, jak i zupełnie nowe narzędzia służące mocniejszej interwencji ze strony państwa. To np. kompetencje dla prezesa UOKiK do prowadzenia postępowań wobec największych firm, które generują zatory i wymierzenie im kar administracyjnych –wyjaśnia Marek Niedużak.

Jak informuje, projekt ustawy ograniczającej zatory płatnicze powinien trafić do Sejmu wiosną. Nieterminowe płatności to jedna z największych bolączek polskich przedsiębiorstw, zwłaszcza małych i średnich. Z danych BIG InfoMonitor wynika, że w IV kwartale ub.r. odsetek firm, których kontrahenci opóźniają płatności powyżej 60 dni, sięgnął 54 proc. i był najwyższy od dwóch lat. Nowe przepisy autorstwa MPiT zakładają, że nierzetelnych płatników ma karać UOKiK, któremu w namierzaniu takich podmiotów pomoże skarbówka.

Zatory płatnicze ograniczają skłonność firm do inwestowania. Z badań Polskiego Instytutu Ekonomicznego wynika, że jest to pięta achillesowa polskich mikrofirm – 1/3 takich przedsiębiorstw nie prowadzi ani nie planuje żadnych inwestycji. Z drugiej strony, tylko 1/5 mikroprzedsiębiorców uważa się za bardziej innowacyjnych od swoich konkurentów. Największą barierą we wprowadzaniu innowacji są dla nich wysokie koszty, słabe wsparcie innowacyjności przez państwo oraz trudności w pozyskaniu zewnętrznych środków finansowych.

Wiceminister Marek Niedużak ocenia, że częściowym rozwiązaniem tego problemu są preferencje podatkowe dla innowacji i działalności badawczo-rozwojowej, w tym wprowadzona z początkiem roku tzw. ulga IP Box, czyli preferencja podatkowa w zakresie podatku dochodowego dla firm, które generują dochód poprzez sprzedaż czy wprowadzanie na rynek tzw. kwalifikowanej własności intelektualnej.

Nie można też pominąć roli funduszy unijnych, które wspierają nowatorskie rozwiązania, oraz instytucji rozwoju takich jak PFR, który inwestuje i pomaga innowacyjnym firmom, czy BGK. Nie ma jednego konkretnego działania, które spowoduje, że jak za dotknięciem magicznej różdżki polska gospodarka pod względem innowacyjności dorówna amerykańskiej czy izraelskiej. Jednak stworzyliśmy polski ekosystem dla innowacji, który systematycznie uzupełniamy o różnorodne rozwiązania. Jesteśmy na dobrej drodze do transformacji naszej gospodarki w kierunku coraz większej innowacyjności – mówi Marek Niedużak.

KGHM wesprze sportowców w drodze na igrzyska w Tokio i Pekinie. Najbardziej obiecujący dostaną stypendia w wysokości 50 tys. zł rocznie

KGHM wesprze sportowców w drodze na igrzyska w Tokio i Pekinie. Najbardziej obiecujący dostaną stypendia w wysokości 50 tys. zł rocznie 3

Co roku, w porozumieniu z Ministerstwem Sportu i Turystyki, spółka KGHM Polska Miedź wyłoni 20 stypendystów spośród najbardziej utalentowanych polskich sportowców. Każdy z nich otrzyma wsparcie finansowe w wysokości 50 tys. zł rocznie. Pierwsi laureaci programu Miedziane Rywalizacje zostali przedstawieni w tym tygodniu. Dodatkowe środki zapewnią im spokój i wsparcie w trakcie przygotowań do igrzysk w Tokio i Pekinie w 2020 i 2022 roku.

To jest projekt unikatowy. Dodatkowe wsparcie, żeby nasi młodzi zawodnicy, reprezentanci, mieli komfort przygotowań w drodze do igrzysk olimpijskich w Tokio i Pekinie. Oprócz środków, które płyną z Ministerstwa Sportu i Turystyki do związków sportowych na ich przygotowania, ważny jest też indywidualny sponsoring. Sportowcy sami decydują, na co mogą przeznaczyć te środki: na rozwój swoich karier, opiekę medyczną czy edukację, tak aby mieli komfort finansowy w trakcie swoich przygotowań – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Witold Bańka, minister sportu i turystyki.

Program Miedziane Rywalizacje, prowadzony w porozumieniu z Ministerstwem Sportu i Turystyki, ma wspierać utalentowanych polskich sportowców, przyczyniając się do osiągania sukcesów.

Ministerstwo Sportu i Turystyki przygotowało listę sportowców, którzy nie są w programie Team 100 i których my rekomendujemy spółkom Skarbu Państwa. Spośród nich spółki wybierają osoby, które będą sponsorować. Tak też było w przypadku KGHM Polska Miedź – wyjaśnia Witold Bańka.

– Łączny budżet przeznaczony na ten cel to 1 mln zł. Stypendia dadzą sportowcom możliwość spokojnego przygotowania się przed letnią olimpiadą w Tokio w 2020 roku – mówi Marcin Chludziński, prezes zarządu KGHM Polska Miedź. – Mamy wioślarzy, strzelców sportowych, ciężarowców, tenisistów. To są sportowcy, którzy ciężko pracują i dzielnie walczą w sportach indywidualnych, dając nam duże nadzieje. Chcemy im pomóc w dostarczaniu nam satysfakcji z wygranych na olimpiadach, mistrzostwach świata i Europy. Stąd nasza inwestycja w tych sportowców.

W tym tygodniu spółka KGHM przedstawiła pierwszych stypendystów programu Miedziane Rywalizacje. Zostali nimi: Tomasz Bartnik (strzelectwo), Damian Bieniek (kolarstwo), Mateusz Biskup (wioślarstwo), Klaudia Breś (strzelectwo), Monika Chabel (wioślarstwo), Natalia Czerwonka (łyżwiarstwo szybkie), Paweł Czyżyk (boks), Joanna Dittmann (wioślarstwo), Radosław Kawęcki (pływanie), Wiesław Kiwacki (sporty siłowe), Kacper Kłos (podnoszenie ciężarów), Kacper Kulpa (tenis), Arkadiusz Michalski (podnoszenie ciężarów), Aleksandra Mierzejewska (podnoszenie ciężarów), Jakub Murias (kolarstwo), Daniel Romańczuk (strzelectwo), Adrian Tekliński (kolarstwo), Ewa Trzebińska (szermierka), Wiktor Woźny (pływanie) oraz Mirosław Ziętarski (wioślarstwo).

15 zawodniczek i zawodników z indywidualnymi kontraktami pochodzi z listy rekomendowanej przez Ministerstwo Sportu i Turystyki. Pozostała piątka została wybrana spośród sportowców z Zagłębia Miedziowego.

– Udział w tym programie bardzo pomoże mi w przyszłości. Teraz wchodzę na pomost ze spokojem w głowie, nie muszę się martwić o kwestie finansowe. To nie jest tak, że my, sportowcy, jesteśmy cały czas na kadrze i nie płacimy rachunków. Płacimy je tak samo jak wszyscy, a nie możemy pogodzić pracy z wyczynowym trenowaniem, bo tego sport nie lubi – mówi Aleksandra Mierzejewska, sztangistka, zawodniczka Legii Warszawa.

Program stypendialny to docenienie wyników i wysiłku zawodników oraz wiara w ich przyszłe sukcesy, które dzięki tym pieniądzom mogą być jeszcze większe – dodaje Adrian Tekliński, reprezentujący kolarstwo torowe. – W środowisku kolarskim ostatnimi czasy nie działo się zbyt dobrze, więc te problemy z płynnością finansową związku też dotykały bezpośrednio nas, zawodników. Taki program daje nam możliwość, żebyśmy byli trochę bardziej niezależni i mogli realizować program przygotowań, który sobie wyznaczmy.

Jak podkreśla prezes KGHM Polska Miedź, Miedziane Rywalizacje to program stypendialny skierowany w szczególności do sportowców, którzy reprezentują konkretne wartości. Podstawą do otrzymania stypendium są wzorowe osiągnięcia sportowe i zorientowanie na coraz lepsze wyniki.

– Zarówno w biznesie, w życiu osobistym, jak i w sporcie ważne są takie wartości, jak zdolność do uczciwej rywalizacji, ambicja, pracowitość, praca zespołowa, odwaga. Te cechy są istotne także dla nas. Dzięki temu, że mamy odważnych i pracowitych ludzi, generujemy dobre wyniki finansowe i jesteśmy w stanie się tym dzielić – mówi Marcin Chludziński.

Program jest częścią długofalowych działań CSR spółki.

– KGHM działa i generuje zyski na Dolnym Śląsku. Część tych zysków inwestujemy w społeczną odpowiedzialność biznesu, sponsoring, społeczność lokalną czy wydarzenia ogólnopolskie. Jednym z obszarów, na które kładziemy nacisk w kontekście naszej działalności sponsoringowej, jest właśnie sport. Ta inwestycja się spłaca, bo jeśli nasi sportowcy wygrywają, wszyscy jesteśmy zadowoleni z efektów – mówi prezes zarządu KGHM Polska Miedź.

Polska onkologia pod coraz większym wpływem organizacji pacjenckich. Oczekują one szerszego włączenia w proces podejmowania systemowych decyzji

Polska onkologia pod coraz większym wpływem organizacji pacjenckich. Oczekują one szerszego włączenia w proces podejmowania systemowych decyzji 4

Pacjenci coraz częściej są włączani do debaty na temat sytuacji pacjentów onkologicznych, a także procedur i dostępu do leczenia – to efekt aktywnego działania organizacji pacjenckich przez ostatnią dekadę. Ich doświadczenie w chorobie ma kluczowe znaczenie dla usprawniania procesu diagnostyki i terapii. Wyzwań na następną dekadę nie brakuje – wśród nich są niedobory specjalistów i środków finansowych czy brak refundacji nowoczesnych terapii. Eksperci podkreślają, że potrzebny jest także plan dla onkologii, który kompleksowo zająłby się bolączkami tej dziedziny.

 My, pacjenci, nie jesteśmy ekspertami, chirurgami, radiologami czy prawnikami, ale mamy bogate doświadczenie oddolne, które pokazuje, jaką ścieżkę musi przejść pacjent, który zostaje zdiagnozowany. Bez koordynatora on się w tym systemie trochę gubi – mówi agencji Newseria Biznes Krystyna Wechmann, prezes Polskiej Koalicji Pacjentów Onkologicznych.

Jak podkreśla, pacjenci są obecnie świetnie wyedukowani i coraz bardziej świadomi, dlatego powinni być szerzej włączeni zarówno w proces leczenia, jak i w proces podejmowania decyzji dotyczących funkcjonowania systemu ochrony zdrowia.

– Najwyższy już czas, żeby być partnerem. Wypracowanie relacji pacjent–lekarz trwało jakiś czas, ale szybciej niż relacji pacjent–decydent. W tej dekadzie został poczyniony krok milowy, a zaczęło się od pakietu onkologicznego. Dla nas wypracowanie szybkiej ścieżki to sukces nie do przecenienia. W ostatnim czasie zostaliśmy przydzieleni m.in. do Krajowej Rady ds. Onkologii i powołani przez ministra do kampanii „Wspólnie dla zdrowia” – mówi Krystyna Wechmann. – Dążymy do modelu holenderskiego, gdzie liderzy organizacji pacjenckich wspólnie z profesjonalistami wypracowują stanowisko, które wspólnie przedstawiają politykom, decydentom. To pozwala zdecydowanie przyspieszyć pewne decyzje.

Krajowy Rejestr Nowotworów podaje, że każdego roku w Polsce diagnozę nowotworową słyszy około 160 tys. pacjentów, z których 100–110 tys. umiera. Nowotwory złośliwe stanowią drugą, najczęstszą przyczynę zgonów w Polsce, zaraz po chorobach układu krążenia. Do 2025 roku zachorowalność na choroby onkologiczne wzrośnie o ponad 25 proc., a nowotwory staną się wówczas główną przyczyną zgonów w Polsce.

W Polsce skuteczność leczenia onkologicznego jest gorsza niż w większości pozostałych krajów UE. Uśredniony pięcioletni odsetek przeżyć wśród pacjentów chorych na nowotwór wynosi ok. 43 proc. i jest niższy niż w krajach zachodnioeuropejskich. Z drugiej strony dzięki nowoczesnym terapiom dzisiaj wiele typów nowotworów staje się chorobami przewlekłymi. Przykładem jest szpiczak plazmocytowy (w ostatnich latach na świecie zarejestrowano sześć nowych leków ratujących życie chorych z nawracającym szpiczakiem) czy rak piersi, który w 85 proc. przypadków jest dziś uleczalny.

Lekarze podkreślają, że polska onkologia boryka się z wieloma problemami – od niedofinansowania i mało efektywnego wykorzystania środków po braki kadrowe i sprzętowe. Efektem jest m.in. multiplikowanie świadczeń, nieodpowiednie leczenie powodujące wzrost powikłań lub przedwczesne zgony, co pociąga za sobą ogromne koszty dla budżetu państwa. Brak kompleksowej, koordynowanej opieki onkologicznej oznacza wzrost kosztów pośrednich chorób nowotworowych, takich jak renty i zasiłki dla osób, które nie mogą wrócić do normalnego życia zawodowego i społecznego.

 Potrzebny jest tzw. cancer plan, czyli strategiczny plan leczenia chorób nowotworowych. Kraje, które takie plany stworzyły, odniosły na tym polu sukces. Tam współczynniki umieralności obniżyły się, chociaż zapadalność na nowotwory rośnie, ale przed tym nie jesteśmy w stanie uciec – mówi prof. Tadeusz Pieńkowski, onkolog z Centralnego Klinicznego Szpitala MSWiA w Warszawie. – Takie krajowe cancer plany zapewniają finansowanie w horyzoncie czasowym 10–20 lat, a organizacja, która tymi pieniędzmi dysponuje, jest umocowana na poziomie rządowym bądź parlamentarnym, bo zwalczanie nowotworów to dużo więcej niż medycyna naprawcza. W Polsce powinien być podobny model. Prezydent zapowiedział powstanie takiego planu i należy trzymać kciuki, żeby to się udało.

Prof. Wiesław Jędrzejczak z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego zaznacza, że w ostatnich latach doszło do ogromnego postępu w leczeniu nowotworów. Stale pojawiają się nowe leki, cząsteczki i badania kliniczne potwierdzające ich skuteczność, zmieniają się standardy leczenia. Jedną z najpilniejszych potrzeb w polskiej onkologii jest dostęp do tych nowych terapii.

– W ciągu ostatnich 10 lat możliwości leczenia u pacjentów z nowotworami krwi uległy znacznej poprawie. Wprowadzono szereg nowych leków niemal w każdej jednostce chorobowej, co spowodowało, że chorzy żyją dłużej. Z drugiej strony doszło do upowszechnienia przeszczepienia szpiku. W zeszłym roku w Polsce wykonano ponad 1,7 tys. tego typu zabiegów – mówi prof. Wiesław Jędrzejczak.

Według danych NIK, do 70 proc. leków występujących w standardach europejskich polscy pacjenci nie mają dostępu lub jest on znacznie ograniczony. Spośród 19 nowotworów, które są najczęstszą przyczyną śmierci, tylko w jednym przypadku (rak jajnika) pacjenci mogą mieć pewność, że ich leczenie będzie zgodne z aktualną wiedzą medyczną. W 2017 roku ponad połowa z 94 nowoczesnych leków onkologicznych zarejestrowanych w Europie nie była dostępna w Polsce.

– Trudno zrozumieć, dlaczego nowe leki są nierefundowane w Polsce, natomiast są refundowane w Czechach, na Węgrzech, w Bułgarii czy Rumunii, nie mówiąc już o krajach dawnej Unii, do których aspirujemy. Potrzebne jest odpowiednie finansowanie i włączenie w opiekę nad chorymi ośrodków akademickich, uczelni. Tam kształci się lekarzy, a bez większej liczby specjalistów to wszystko nie będzie działało – dodaje prof. Tadeusz Pieńkowski.

Polska Koalicja Pacjentów Onkologicznych po raz 8. zorganizowała w tym roku publiczną debatę dotyczącą sytuacji pacjentów onkologicznych w systemie ochrony zdrowia. Forum Pacjentów Onkologicznych odbyło się w Warszawie 21 marca 2019, gdzie eksperci, pacjenci i politycy dyskutowali o najważniejszych wyzwaniach i problemach związanych z chorobami nowotworowymi.

Polacy nie uczą swoich dzieci o finansach. Ponad połowa traktuje pieniądze jak temat tabu

0

Polacy nie uczą swoich dzieci o finansach. Ponad połowa traktuje pieniądze jak temat tabu 5

Mniej niż połowa polskich rodziców dzieci w wieku 5–14 lat rozmawia z nimi o finansach czy oszczędzaniu. Mimo że właściwa edukacja finansowa od najmłodszych lat ma duży wpływ na sytuację ekonomiczną w dorosłym życiu, większość rodziców ogranicza się do zachęcania dziecka, żeby odkładało pieniądze do skarbonki. Często też popełniają przy tym błędy: 16 proc. płaci dzieciom za dobre oceny w szkole, a prawie co piąty – za pomoc w domowych obowiązkach – wynika z badań Santander Bank Polska. Edukacyjny projekt banku Finansiaki ma przybliżyć przyjemne, a przy tym skuteczne metody wprowadzania dzieci w świat pieniędzy, niezależnie od wieku.

– Powinniśmy dawać dziecku regularne kieszonkowe, niezależnie od tego, jakie są jego osiągnięcia w szkole i czy pościeliło swoje łóżko czy nie. W zależności od wieku dziecka pieniądze powinny być wypłacane co tydzień lub co miesiąc, ale regularnie, jak nasza pensja – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Agata Trzcińska, psycholog ekonomii z Uniwersytetu Warszawskiego. – Błędem często popełnianym przez rodziców jest niepodejmowanie rozmów na tematy finansowe w ogóle. Wielu rodziców stosuje strategię chronienia dzieci przed sprawami finansowymi. Nawet, kiedy dzieci zadają pytania, unikają tematu lub odpowiadają wymijająco.

Jak wynika z badania SW Research na zlecenie Santander Bank Polska, mniej niż połowa (47 proc.) rodziców dzieci w wieku 5–14 lat rozmawia z nimi o finansach, oszczędzaniu i planowaniu zakupów. Psycholog podkreśla, że wielu rodziców traktuje ten temat jako pewne tabu, co jest dla dziecka negatywnym sygnałem. Zamiast postrzegać je jako narzędzie ułatwiające codzienne życie, może np. dojść do wniosku, że pieniądze są czymś złym, przykrym. Dlatego rodzice powinni rozmawiać z dziećmi o finansach swobodnie już od najmłodszych lat, ale dobierając przy tym słowa i przykłady, które są zrozumiałe i adekwatne do ich wieku.

– Pieniądze bywają tematem tabu, często sami nie wiemy, jak rozmawiać na tematy finansowe. Brakuje nam narzędzi, sami nie zawsze przeszliśmy taką edukację ekonomiczną w domu. Często odczuwamy silne emocje związane z finansami, np. niepokój o to, czy wystarczy do pierwszego. Dlatego intuicyjnie staramy się chronić dzieci przed takimi rzeczami, co wcale nie jest dobre, bo one widzą te emocje i zaczynają się w nich doszukiwać czegoś więcej – mówi dr Agata Trzcińska.

Psycholog podkreśla, że choć w badaniach PISA poziom wiedzy polskich nastolatków o finansach wypada całkiem dobrze, to od strony praktycznej sytuacja wygląda już dużo gorzej.

– Aż 47 proc. nastolatków w ogóle nie oszczędza pieniędzy, mimo że dostaje kieszonkowe bądź inne pieniądze od rodziców – mówi dr Agata Trzcińska.

Właściwa edukacja finansowa dziecka od najmłodszych lat ma duży wpływ na jego sytuację ekonomiczną w dorosłym życiu. Tymczasem większość rodziców ogranicza się do zachęcania dziecka do odkładania pieniędzy do skarbonki  – robi tak niemal 63 proc. ankietowanych. Wśród najpopularniejszych metod wymieniane jest też dokładanie do odłożonych pieniędzy, żeby dziecko mogło kupić sobie wymarzoną rzecz – w ten sposób oszczędność nagradza 4 na 10 rodziców. Część wskazuje też, że pokazuje dziecku, jak rozsądnie robić codzienne zakupy czy korzystać z promocji.

– 9 na 10 Polaków twierdzi, że uczy swoje dzieci zarządzania finansami, ale z bliska sytuacja nie wygląda już tak różowo – mówi dr Agata Trzcińska. – Są rodzice, którzy edukują ekonomicznie swoje dzieci, ale często popełniają przy tym błędy, choć wydaje im się, że robią to dobrze. Przykładowo, płacą dzieciom za dobre oceny albo za dobre zachowanie. I to jest podstawowy błąd, którego nie powinniśmy popełniać – dobre zachowanie czy sprzątanie w domu to obowiązek, za który nie powinniśmy wynagradzać dzieci pieniędzmi.

Jak wynika z badań Santandera, 15 proc. nie pozwala dzieciom wydawać kieszonkowego na zachcianki, choć psychologowie wskazują, że dziecko powinno móc swobodnie dysponować swoim kieszonkowym w ramach określonych wcześniej zasad, aby nauczyć się odpowiedzialnie i mądrze zarządzać pieniędzmi.

– Edukacja finansowa dzieci jest bardzo ważna, szczególnie w wieku szkolnym, kiedy dzieciaki zaczynają dostawać własne pieniądze. Babcia coś da, dziadek coś dorzuci albo pojawia się temat kieszonkowego, bo kolega czy koleżanka dostaje. Pytanie, co zrobić, żeby to kieszonkowe nie rozeszło się w pół godziny i jak nauczyć dziecko odkładać i inwestować pieniądze – mówi Karolina Malinowska, modelka, mama trójki dzieci. – Rozmowy z dziećmi o pieniądzach nie przychodzą dorosłym łatwo, bo my mamy wrażenie, że to są trudne tematy albo że powinniśmy używać profesjonalnego, ekonomicznego języka.

Aby ułatwić rodzicom i nauczycielom naukę finansów, Santander Bank Polska stworzył projekt edukacyjny Finansiaki, który ma przybliżyć rodzicom i nauczycielom przyjemne, a przy tym skuteczne metody wprowadzania dzieci w świat pieniędzy, niezależnie od wieku.

– Projekt, którego osią jest portal Finansiaki.pl, jest skierowany do rodziców i nauczycieli dzieci w wieku od 3 do 14 roku życia. Część dla rodziców ma formę przystępnych artykułów blogowych, natomiast część dla nauczycieli jest przygotowana w formie scenariuszy lekcji dla dzieci już w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym – mówi Katarzyna Teter, menadżer ds. społecznej odpowiedzialności biznesu w Santander Bank Polska.

Jak podkreśla, do tej pory brakowało takiego narzędzia – skierowanego zarówno do rodziców, jak i nauczycieli – które gromadziłoby wszystkie informacje i porady dotyczące edukacji finansowej najmłodszych, podane w prosty i przystępny sposób.

– Na portalu Finansiaki.pl rodzice mogą przeczytać porady dotyczące tego, jak wplatać edukację finansową w codzienne życie rodziny. Dowiedzą się, jak edukować dzieci podczas zakupów, w jakim wieku należy dawać dzieciom kieszonkowe i jakich błędów przy tym nie należy popełniać. Mamy nadzieję, że dzięki portalowi Finansiaki.pl również rodzice będą mogli poprawić swoją wiedzę na temat finansów, zmienić pewne nawyki na lepsze – mówi Katarzyna Teter. – Z kolei nauczyciele znajdą na portalu proste scenariusze lekcji, które można przeprowadzić z pomocą smartfona, tabletu czy laptopa albo po prostu wydrukować. Nie trzeba mieć w tym celu specjalistycznej wiedzy finansowej ani specjalistycznego przygotowania.

Na portalu Finansiaki.pl dostępnych jest kilkadziesiąt materiałów do nauki zarządzania pieniędzmi: gry planszowe, opowiadania, quizy, animacje czy grafiki. Można je filtrować w zależności od tego, czy chce korzystać z nich rodzic, nauczyciel czy dziecko oraz w zależności od jego wieku. Są także artykuły blogowe dla rodziców i gotowe do użycia scenariusze lekcji dla pedagogów (opracowane zgodnie z podstawą programową), które wystarczy wydrukować i przy ich pomocy prowadzić zajęcia.

– Edukacja finansowa musi być przystępna, kolorowa i podana w fajny sposób, żeby nie była dla dzieci stresująca. Tutaj i trzylatek, i czternastolatek znajdą dla siebie treści edukacyjne – mówi Karolina Malinowska. – Myślę, że w dzisiejszym świecie, w którym co chwila jesteśmy atakowani różnymi ofertami pożyczek czy lokat, edukowanie dzieciaków na etapie przedszkolnym i wczesnoszkolnym jest szalenie ważne. Portal Finansiaki.pl daje nam, rodzicom, wszelkie narzędzia do tego, żebyśmy mogli wkładać naszym milusińskim do głów tę mikrowiedzę ekonomiczną.

MPiT: Stopień zaawansowania technologii w polskich przedsiębiorstwach jest wysoki. Wdrażanie przemysłu 4.0 pozostaje wyzwaniem dla wszystkich

MPiT: Stopień zaawansowania technologii w polskich przedsiębiorstwach jest wysoki. Wdrażanie przemysłu 4.0 pozostaje wyzwaniem dla wszystkich 6

Dynamiczny rozwój branży internetu przyczynił się do powstania innowacyjnych rozwiązań w zakresie automatyki przemysłowej. Wdrożenie idei stojących za czwartą rewolucją przemysłową zmieni priorytety rządzące procesami produkcyjnymi, wysuwając na pierwsze miejsce potrzeby człowieka – zarówno po stronie klienta, jak i dostawcy usług. Inteligentne technologie poprawią bezpieczeństwo pracowników, ułatwią im wykonywanie najbardziej wymagających czynności i ułatwią przystosowanie produktów do indywidualnych potrzeb konkretnego producenta. W Polsce założenia przemysłu 4.0 są aktualnie wdrażane.

– Rynek polski w zakresie wprowadzania idei przemysłu 4.0, zwłaszcza na poziomie małych i średnich przedsiębiorstw, niewiele odbiega od innych rynków. Tam też jest problem z przełamaniem zasad organizacyjnych. Podejście prawne czy formalne do zorganizowania nowych ram legislacyjnych dla funkcjonowania przemysłu 4.0 jest wszędzie problemem. Nie jesteśmy absolutnie w tym momencie outsiderami, jeśli chodzi o wdrażanie przemysłu 4.0 – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Andrzej Soldaty, lider projektu Platforma Przemysłu Przyszłości w Ministerstwie Przedsiębiorczości i Technologii.

Upowszechnienie się rozwiązań stojących za ideą przemysłu 4.0 diametralnie odmieni sposób funkcjonowania całej branży przemysłowej – z jednej strony zautomatyzuje zadania o charakterze powtarzalnym, z drugiej zaś pozwoli spersonalizować procesy przemysłowe. Autonomiczne roboty już dziś cieszą się dużą popularnością na polskim rynku. Dobrym przykładem urzeczywistniania założeń przemysłu 4.0 jest krakowska firma Astor, która zajmuje się produkcją inteligentnych maszyn transportowych na potrzeby fabryk czy inteligentnych magazynów.

Mercedes-Benz natomiast planuje zbudować w Jaworznie fabrykę, która na każdym kroku będzie wspomagała pracowników rozwiązaniami z branży IoT. Koncern w procesie szkoleniowym wykorzysta gogle wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości, zbuduje stanowiska pracy dostosowujące się do wymiarów pracownika oraz wykorzysta coboty, czyli maszyny zaprojektowane do harmonijnej współpracy z człowiekiem. Wszystko to ma się przełożyć na zwiększenie efektywności oraz poprawę warunków pracy.

– Stopień zaawansowania technologii w polskich przedsiębiorstwach jest wysoki. W większości przedsiębiorstw krajowych występują elementy technologii związanych z przemysłem 4.0. Czy to druk 3D, czy przetwarzanie danych, czy wykorzystanie wirtualnej albo rozszerzonej rzeczywistości, to się spotyka coraz powszechniej. Ale stworzenie modelu biznesowego, nowej organizacji, nowej architektury produktu, gdzie zamiast produktów fizycznych mówimy np. o serwisach, to już jest przyszłość, do której dążymy – przekonuje ekspert.

Aby ułatwić wdrożenie rozwiązań z zakresu przemysłu 4.0, Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii powołało do życia Fundację Platforma Przemysłu Przyszłości. Jej celem ma być promowanie innowacyjnych technologii przemysłowych, sprawowanie nad nimi nadzoru prawno-regulacyjnego oraz prowadzenie szkoleń biznesowych. Fundacja wpisuje się w założenia programu Digital Europe powołanego przez Komisję Europejską w celu zapewnienia równomiernego rozwoju w zakresie przemysłu 4.0 w krajach unijnych.

Podobne programy realizowane są także w Stanach Zjednoczonych. W marcu powstał program The Factory in a Box (FIAB), pozwalający budować modułowe fabryki. Każdy z modułów wyposażono w inteligentne czujniki, które umożliwiają zdalne kontrolowanie maszyn z dowolnego miejsca na świecie. Zminiaturyzowane linie produkcyjne można zamontować w kontenerach i przewozić za pośrednictwem samochodów ciężarowych tam, gdzie aktualnie będą potrzebne, co pozwala wytwarzać produkty bliżej klienta docelowego.

– Efekty, jakie przynosi przemysł 4.0, to zwiększenie produktywności, która jest dla nas kluczowym wyzwaniem, lepsze wykorzystanie zasobów, uatrakcyjnienie pracy i postawienie człowieka w centrum uwagi, czyli stworzenie bardziej racjonalnych warunków pracy dla wykorzystania możliwości ludzkich. To niewątpliwie jest coś, co będzie tworzyło podstawy konkurencyjności przemysłu – twierdzi Andrzej Soldaty.

Upowszechnienie się inteligentnych maszyn może się przyczynić do zmniejszenia bezrobocia. Autonomiczne maszyny przejmą co prawda najcięższe zadania takie jak załadunek towarów, ale do ich obsługi trzeba będzie zatrudnić nowych pracowników. Zmieni się zatem struktura zatrudnienia, nowe maszyny odciążą człowieka i będą pracowały z nim w symbiozie.

Naukowcy z Saarland University opracowali inteligentne, ultralekkie i elastyczne rękawice z myślą o wykorzystaniu w fabrykach 4.0. Wyposażone w system czujników adaptacyjnych pozwolą pracownikom w sposób naturalny wykorzystywać wirtualną i rozszerzoną rzeczywistość podczas pracy w fabryce. Rękawice pozwolą kontrolować maszyny oraz procesy produkcyjne bez odchodzenia z miejsca pracy.

– Nowe technologie są elementem umożliwiającym wdrażanie idei przemysłu 4.0, ale sam przemysł 4.0 to nie jest technologia, to jest nowe spojrzenie na organizację produkcji, na modele biznesowe, na architekturę produktów. Technologie umożliwiają realizację tej nowej koncepcji – podkreśla Andrzej Soldaty.

Według firmy badawczej MarketsandMarkets wartość globalnego rynku przemysłu 4.0 do 2022 roku wzrośnie do 152 mld dol. W najbliższych latach ma  się rozwijać w tempie blisko 15 proc. w skali roku.

Powstaje coraz więcej leków z przeznaczeniem do wchłaniania przez ludzką skórę. Przyszłością dawkowania medykamentów może być biżuteria farmaceutyczna

Powstaje coraz więcej leków z przeznaczeniem do wchłaniania przez ludzką skórę. Przyszłością dawkowania medykamentów może być biżuteria farmaceutyczna 7

Transdermalne podawanie leków z użyciem plastrów naklejanych na ciało zapewnia optymalne uwalnianie leków stosowanych np. w leczeniu przewlekłego bólu. Przezskórnie mogą być jednak podawane również inne farmaceutyki, m.in. stosowane w leczeniu chorób onkologicznych. Przyszłością branży może być farmaceutyczna biżuteria – kolczyki, pierścionki czy bransoletki – oraz implanty,  zapewniające przedłużone uwalnianie leku.

– Naszym głównym produktem, którym się obecnie zajmujemy, jest system transdermalny zwiększający biodostępność substancji czynnych. To przede wszystkim poprawa komfortu pacjenta w trakcie terapii. Przyjmujemy mnóstwo tabletek, czasami pacjenci przyjmują po kilkanaście, kilkadziesiąt tabletek w ciągu doby, a droga transdermalna jest drogą opcjonalną, ale ograniczającą działania niepożądane ze strony przewodu pokarmowego – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Paweł Biernat, prezes start-upu Biotts.

Drogą transdermalną, czyli poprzez skórę, najczęściej podawane są silne leki przeciwbólowe, zwłaszcza te opioidowe. Preparaty o działaniu przeciwbólowym w doustnym podaniu bardzo często prowadzą do podrażnień właśnie przewodu pokarmowego. Podanie przezskórne stosowane jest jednak również w antykoncepcji hormonalnej czy leczeniu uzależnienia od tytoniu. Dla pacjentów jest to bardzo wygodna droga podania substancji czynnej.

– Plastry możemy stosować raz na tydzień, raz na dwa tygodnie, raz na miesiąc. Chcemy zaprojektować plaster, który będzie stosowany raz na kwartał. Mamy naprawdę zaawansowane plany – przekonuje Paweł Biernat.

Naukowcy z Georgia Institute of Technology idą o krok dalej i zamierzają transdermalną drogę podania substancji czynnej wykorzystać do opracowania antykoncepcyjnej biżuterii, wyposażonej w specjalne podkłady odpowiedzialne za dawkowanie leku. Lek podawany za pomocą kolczyków, pierścionków, bransoletek, a nawet zegarków mógłby być podawany w zasadzie niezauważalnie dla pacjenta. Wstępne testy z użyciem kolczyków zostały już przeprowadzone na szczurach.

Farmaceutyczna biżuteria mogłaby być wykorzystywana również do podawania innych substancji niż hormony. Tymczasem polscy naukowcy plastry transdermalne próbują adaptować do prowadzenia kolejnych rodzajów kuracji.

– W 2018 roku udało nam się pozyskać dofinansowanie od inwestorów zewnętrznych oraz z grantów na poziomie 3 mln zł i dzięki temu możemy przeprowadzić badania na trzech produktach. Pierwszy służy do regeneracji tkanek, drugi preparat to produkt znieczulający o przyspieszonym i przedłużonym działaniu znieczulającym. W projekcie jest też preparat stosowany w chorobach onkologicznych, natomiast ten projekt jest trudniejszy, jest on jeszcze w fazie laboratoryjnej – wymienia prezes Biotts.

Zaawansowane leki i leki biologiczne mają wyższą skuteczność przy mniejszej dawce leku, jednak muszą być wspierane przez zaawansowane systemy podawania leków, takie jak np. implanty. Mogą one potencjalnie zapewnić nieprzerwane leczenie i zmniejszenie dawki leku.

Proces przygotowania innowacji medycznych jest jednak żmudny i zwykle zajmuje bardzo dużo czasu, zanim opracowywany produkt trafia na rynek. Wprowadzenie nowego leku czy procedury medycznej trwa standardowo co najmniej kilka lat.

– Start-upy medyczne mają zdecydowanie trudniej niż start-upy z innych dziedzin, chociażby elektroniki bądź IT. Nasze badania, nasze projekty są obwarowane wieloma zależnościami regulacyjnymi, certyfikacją, spełnieniem wymogów urzędowych, już nie tylko polskich, lecz także europejskich, takich jak EMA, FDA, przez co nasze działania są bardzo praco- i czasochłonne – tłumaczy Paweł Biernat.

Z raportu opracowanego przez Research and Markets wynika, że do 2024 r. rynek zaawansowanych systemów dostarczania leków będzie rósł w średniorocznym tempie na poziomie 5 proc. Czynnikami napędzającymi ten rynek będą przede wszystkim: rozwój nowych leków i leków biologicznych, postępy w zrozumieniu ludzkiej biologii i chorób oraz zwiększone wydatki na badania i rozwój.

Brexit i wojna handlowa nadal w centrum uwagi

Brytyjscy posłowie wczoraj nie byli w stanie dojść do porozumienia w kwestii tego, jakiej chcą wersji Brexitu. Izba Gmin odrzuciła osiem scenariuszy, wszystkie które były poddane pod głosowanie.

W obecnej sytuacji kluczowe jest to, czy porozumienie wynegocjowane przez premier May zostanie zaakceptowane przez brytyjski parlament. Premier Wielkiej Brytanii zależy na tym tak bardzo, że ogłosiła, że – aby zyskać głosy m.in. niechętnej frakcji Torysów – poda się do dymisji przed kolejną fazą negocjacji, jeśli jej propozycja zostanie zaakceptowana. Ostatnim razem głosowanie zostało zablokowane przez spikera Izby Gmin, Johna Bercowa, który stwierdził, że Izba nie może ponownie głosować nad porozumieniem, którego forma nie jest istotnie różna od tej na której przyjęcie nie zgodzili się posłowie poprzednim razem. Jeśli głosowanie się nie odbędzie, premier May prawdopodobnie będzie musiała wnieść o ponowne wydłużenie procesu; w przypadku braku akceptacji jej porozumienia Wielka Brytania bowiem opuściłaby UE już 12 kwietnia.

Oprócz ciągłej obserwacji sytuacji w kwestii Brexitu, inwestorzy ponownie zainteresują się wojną handlową. Dziś bowiem rozpoczęła się kolejna, dwudniowa runda negocjacji między USA i Państwem Środka. Trudno stwierdzić w jakim punkcie negocjacje są obecnie. Źródła z Waszyngtonu donoszą, że rozmowy mogą zakończyć się w każdym momencie między kwietniem, a czerwcem.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w środę zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 4,29-4,30. Ostatnie kilka dni nie przyniosło zbyt wielu informacji ze strefy euro. W obecnej chwili najciekawszą w kontekście wspólnego bloku wydaje się być spora różnica między różnorakimi indeksami makro. I tak w marcu odnotowaliśmy wyraźną poprawę indeksów sentymentu ZEW i Ifo tak dla Niemiec, jak i dla strefy euro. Szczególnie zaskoczył indeks ZEW dla Niemiec dotyczący nastrojów ekonomicznych odnoszących się do przyszłości, który znalazł się na poziomie najwyższym od roku. Równocześnie, w tym samym miesiącu, odnotowaliśmy najniższy poziom indeksu aktywności niemieckiego przemysłu od sześciu lat. Rynek zdaje się skupiać na negatywnych sygnałach, co nakłada na euro dodatkową presję. W relacji do dolara amerykańskiego waluta zbliża się do najniższego poziomu od półtora roku, a to pomimo bardzo gołębiego zwrotu Fed z ostatnich tygodni, który nie sprzyja dolarowi. Od kilku dni również rentowności niemieckich 10-letnich obligacji rządowych pozostają poniżej zera. Są najniżej od 2016 roku, co wskazuje na obawy rynku przed głębszym tąpnięciem europejskich gospodarek i potwierdza, że w takiej sytuacji rynek nie przygotowuje się na żadne zacieśnianie polityki monetarnej ze strony EBC.

W kontekście owej polityki, cały czas warto jednak obserwować odczyty inflacyjne. Dziś po południu poznamy wstępne dane o inflacji CPI/HICP w Niemczech w marcu. Ewentualne pozytywne zaskoczenie raczej nie zmieni rynkowych nastrojów. Z kolei gorszy odczyt może jedynie je pogłębić.

GBP

Kurs GBP/PLN w środę spadł o 0,1%, wahając się w widełkach 5,01-5,06. Brytyjska waluta pozostaje słaba również w relacji do głównych walut. Wszystkiemu winne zamieszanie w kontekście Brexitu. Obecnie wygląda na to, że walutę wesprzeć mogłyby jakiekolwiek konkretne informacje dotyczące dalszych kroków podejmowanych przez brytyjski rząd.

USD

Kurs USD/PLN w środę wzrósł o 0,3%, wahając się w widełkach 3,80-3,82. Handel na USD nie charakteryzuje się ostatnio zbyt dużą zmiennością. Dolar konsekwentnie jednak zyskuje w relacji do słabszego euro kierując się w stronę poziomu 1,12. Środa nie przyniosła zbyt wielu informacji z USA. Można zwrócić uwagę jedynie na styczniowy deficyt w handlu USA, który okazał się nieco niższy od oczekiwań, deficytu zanotowanego w poprzednim miesiącu i deficytu w analogicznym miesiącu roku poprzedniego. Skala różnic (jak na te dane) nie była jednak zbyt duża, rynki na odczyty raczej nie reagowały.

Druga część dnia przyniesie całą masę przemówień członków FOMC. Poznamy również cotygodniowe dane o zadeklarowanych wstępnych bezrobotnych w USA. Inwestorzy skupią się jednak przede wszystkim na danych o dynamice PKB USA w IV kwartale ubiegłego roku oraz na wszelkich informacjach dotyczących negocjacji USA i Chin w kwestii handlu.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 11:00 – wskaźniki zaufania konsumentów i biznesu w strefie euro w marcu
  • 12:15 – przemawia Randal Quarles z FOMC
  • 13:30 – cotygodniowe dane o zadeklarowanych wstępnych bezrobotnych w USA
  • 13:30 – dynamika PKB w USA w IV kwartale 2018 r.
  • 14:00 – wstępne dane o inflacji CPI/HICP w Niemczech w marcu
  • 14:30 – przemawia Richard Clarida z FOMC
  • 15:00 – przemawia Michelle Bowman z FOMC
  • 18:15 – przemawia John Williams z FOMC
  • 22:20 – przemawia James Bullard z FOMC

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

DPDgroup: zwroty w e-commerce coraz popularniejsze

Według corocznego badania europejskiego rynku e-commerce, Barometr E-shopper 2018[1], coraz więcej e-nabywców decyduje się na zwrot zakupionych w Internecie przedmiotów. W 2018 roku na ten krok zdecydowało się 10 proc. europejskich konsumentów. Jest to wynik o 4 p.p. wyższy niż w roku 2017. 52 proc. respondentów uznało, że proces zwrotu był bezproblemowy.

Raport wykazał, że znaczenie zwrotów rośnie we wszystkich krajach i w każdej kategorii produktowej. Ogółem zwracanych jest przeciętnie jedno na dziesięć zamówień. Zwroty popularne są szczególnie w grupie konsumentów, którzy kupują w sieci regularnie. Z badań DPDgroup wynika, że około 16 proc. z nich zwracało kupiony ostatnio produkt. W grupie tzw. nowych nabywców, czyli tych konsumentów, którzy zaczęli kupować w Internecie nie wcześniej niż dwa lata temu, odsetek ten wynosi aż 21 proc.

– Konsumenci są coraz bardziej świadomi swoich praw i w związku z tym chętnie korzystają z możliwości odesłania zamówionego towaru bez podawania przyczyny. Dla e-sklepów zwroty powinny być okazją do interakcji z nabywcą i usprawnienia procesu w taki sposób, aby był on postrzegany jako łatwy i wygodny. Takie oczekiwanie formułują zwłaszcza nowi nabywcy. Trend polegający na popularyzacji zwrotów powinien być więc postrzegany przez e-sklepy jako szansa, a nie wyzwanie – mówi Rafał Nawłoka, prezes zarządu DPD Polska.

[1] [1] O badaniu Barometr E-shopper 2018

Ubiegłoroczne badanie Barometr E-shopper DPDgroup przeprowadziła firma Kantar TNS w dniach 30 maja – 12 lipca 2018 r. Badanie  przeprowadzono online na próbie prawie 24,5 tys. internautów z 21 krajów europejskich: Austrii, Belgii, Chorwacji, Czech, Estonii, Francji, Niemiec, Węgier, Irlandii, Łotwy, Włoch, Litwy, Holandii, Polski, Portugalii, Rumunii, Słowacji, Słowenii, Hiszpanii, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii.

Badaniem objęto wyłącznie respondentów powyżej 18 roku życia, którzy od stycznia 2018 r. złożyli i otrzymali co najmniej jedno zamówienie online.

https://eshopperbarometer.dpd.com

Jak sfinansować obietnice wyborcze?

Po serii ośmiu głosowań w brytyjskiej Izbie Gmin oraz nie znalezieniu rozwiązania, premier Theresa May przedstawiła propozycję odejścia w zamian za poparcie. Finansowanie obietnic wyborczych w Polsce budzi coraz większe emocje.

May została złamana

W końcu doszło do tego co przewidywało wielu analityków. May przedstawiła propozycję odejścia ze stanowiska w zamian za poparcie warunków odejścia z Unii Europejskiej. Stało się to po tym jak Izba Gmin odrzuciła w głosowaniach wszystkie 8 sugestii co do rozwiązania problemu Brexitu. Problemem jest fakt, że wiele grup wierzy, że jest w stanie tak długo blokować decyzję aż ich wersja pozostanie na górze. Najbliżej było przegłosowania wersji w której w przyszłości dopiero wypracowane zostaną warunki Unii Celnej. Inwestorzy nie byli zadowoleni z przebiegu głosowań i decyzji Pani premier. Po tym jak tuż przed głosowaniami funt dotarł do 5,06 złotego w wyniku głosowań spadł o niemal 1% sięgając poniżej 5,02 złotego. W zależności od reakcji Izby Gmin powinniśmy obserwować dalsze ruchy funta.

Finansowanie obietnic

Po przedstawieniu tzw. “piątki Kaczyńskiego” jak określane są obecnie propozycje rozszerzenia programów socjalnych w mediach coraz częściej pojawia się temat źródeł finansowania. Bardzo cieszy to merytoryczne podejście do kwestii gwałtownie rosnących wydatków. W rządzie widać spore niepokoje. Z jednej strony niepotwierdzone plotki o dymisji minister finansów z drugiej strony kolejne zapewnienia wysokich urzędników o nieprzekraczalności 3% PKB przez deficyt budżetowy. Jest to bardzo ważny parametr, gdyż jego przekroczenie może się skończyć nałożeniem procedur nadmiernego deficytu przez Unię Europejską. Taki ruch z kolei były niekorzystny dla złotówki oraz dla budżetu, który najprawdopodobniej musiałby się wtedy kredytować drożej niż obecnie co w dalszej perspektywie dalej osłabiłoby złotego.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

13:00 – Czechy – decyzja Czeskiego Banku Narodowego w sprawie stóp procentowych,

13:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Ameryka funduje nam podwyżki cen benzyny

Przed nami kolejna fala podwyżek cen benzyny na stacjach paliwowych. Częściowo odpowiada za to blackout w Wenezueli, a częściowo powrót wyższych marż rafineryjnych spowodowanych sytuacją w USA. Na pocieszenie, tym razem podwyżki nie dotkną właścicieli diesli pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Na początku marca w Wenezueli przez kilka dni brakowało prądu. Bez energii elektrycznej wydobycie i eksport ropy naftowej z tego pogrążonego w kryzysie kraju było poważnie utrudnione. Gdy wydawało się, że największe problemy zostały zażegnane, Wenezuelę dotknęła druga fala ciemności. Czy jednak teraz wydarzenia w latynoamerykańskim państwie będą wpływać na ceny na polskich stacjach paliw?

Wenezuela bez elektryczności i internetu

Kolejne przerwy w dostawie prądu nawiedziły Wenezuelę w poniedziałek. Totalitarne władze w Caracas upierają się, że to działania zagranicznych przeciwników reżimu prezydenta Nicolasa Maduro. Prawda jest jednak zupełnie inna.

Przez lata elektrownie wodne, które dostarczają większość prądu w Wenezueli, nie były odpowiednio konserwowane. Brakowało zagranicznej waluty w skorumpowanym do granic możliwości kraju, a władze nie płaciły zagranicznym firmom mającym modernizować infrastrukturę energetyczną.

Od ostatniego blackoutu elektrownie i inne newralgiczne miejsca dla energetyki pilnowało nawet wojsko. To jednak nie zapobiegło kolejnej awarii, która praktycznie odcięła od dostaw prądu całe państwo. Bez prądu nie działało metro w Caracas ani sygnalizacja świetlna. Cały handel detaliczny praktycznie zamiera, gdyż przy wysokich temperaturach i wobec braku prądu szybko psuje się żywność i utrudnione są płatności elektroniczne.

Cierpi także transport drogowy, np. ze względu na trudności w nabyciu paliw (brak elektryczności i samego surowca), a pasażerowie lotniska w stolicy kraju oczekiwali na samoloty w ciemnościach. Ministerstwo Informacji z kolei donosiło, że do czwartku włącznie pracownicy części sektora publicznego i uczniowie mają wolne.

Brak zasilania utrudnia ludziom także dostęp do internetu. NetBlocks, który monitoruje ruch w sieci, pokazuje, że w Wenezueli połączenia praktycznie zamarły w ostatnich dniach. Dodatkowo władze, gdy zauważają niepokojącą ilość antyrządowych informacji, blokują dostęp do serwisów społecznościowych i wyszukiwarek.

Kraj umiera w przenośni i dosłownie

Poza tymi niedogodnościami, które są dotkliwe dla społeczeństwa, dochodzi do naprawdę dramatycznych scen. Szpitale, które chociaż mają awaryjne systemy zasilania, od lat były niedofinansowane. Część z nich musiała działać bez prądu. Sieć obiegły materiały wideo o przeprowadzonych operacjach przy świetle z latarek smartfonów.

Bez prądu nie ma także wody w wielu miejscach kraju. Placówki służby zdrowia nie radzą więc sobie z podstawowymi czynnościami, a ludzie na oddziałach szpitalnych dosłownie umierają ze względu na brak leków, środków czystości czy personelu. Znaczna część z lekarzy pochodziła z Kuby i opuścili oni Wenezuelę.

Rynek ropy już wycenił problemy Wenezueli

Humanitarny kryzys Wenezueli dotyczy również globalnej podaży ropy naftowej. Wydobycie surowca z Boliwariańskiej Republiki dramatyczne spadało praktycznie przez wszystkie miesiące ostatnich trzech lat.

Jeszcze w lutym 2016 r. wydobywano w tym kraju 2,3 mln baryłek ropy dziennie (b/d). Na początku tego roku było to 1,2 mln b/d, a w lutym ledwie 1,07 mln. Agencja Bloomberg szacowała, że w kilka dni po pierwszym blackoucie mimo przywrócenia dostaw prądu produkcja ropy w Wenezueli wyniosła tylko 600 tys. b/d.

W rezultacie w marcu ropa podrożała już o ok. 5 proc., a od początku roku o ok. 30 proc. Według doniesień Bloomberga to może być najlepszy kwartał dla tego surowca od 17 lat. Wydaje się jednak, że wzrosty w znacznym stopniu uwzględniają już większość problemów Wenezueli.

Udział południowoamerykańskiego państwa w globalnej podaży ropy naftowej sukcesywnie spada. Gdyby nawet produkcja w Wenezueli zupełnie ustała, nie powinno to w istotny sposób pchać cen w górę. Zwłaszcza że np. w USA wydobycie rośnie bardzo mocno w porównaniu z ubiegłym rokiem (ok. 1,7 mln b/d), a zapasy ropy w Stanach Zjednoczonych według EIA wzrosły o ostatnim badanym tygodniu.

Powodzie i pożary w USA

Chociaż ceny ropy prawdopodobnie już nie będą wyraźnie rosły, to jednak równie ważnym elementem jest fakt, że ostatnio dramatycznie wzrosła marża rafinerii wynikająca z przerobu ropy na paliwa (crack spread). Jeszcze na początku lutego w przypadku benzyny była on na najniższym poziomie w USA od prawie 10 lat i wynosiła na baryłce ropy ledwie 5 dolarów. To dzięki temu benzyna globalnie była stosunkowo tania w porównaniu do cen ropy naftowej i np. diesla. Odczuwalne to także było w Polsce.

Teraz crack spread wzrósł do 20 dolarów na baryłce i przekracza o kilka dolarów wieloletnią średnią. Jest to spowodowane z jednej strony pożarami zbiorników petrochemicznych w Houston, co zaburza transport paliw i ich wytworzenie w tym ważnym regionie, a z drugiej poważnym powodziami na środkowym zachodzie USA (Missouri, Wisconsin, Nebraska), co utrudnia pracę rafineriom i zakłóca dostawy etanolu (dodatek do benzyny).

Ze względu na mniejszą podaż bezołowiówki Amerykanie posiłkują się np. zwiększonym importem z Europy. Według obliczeń Bloomberga wzrósł on do najwyższych poziomów od ponad pół roku. Na Starym Kontynencie, a zatem także w Polsce, ceny benzyny drastycznie rosną w konsekwencji wydarzeń w USA.

Podrożeje głównie benzyna

Według danych Komisji Europejskiej w ubiegłym tygodniu ceny popularnej „bezołowiówki” w Polsce zwiększyły się o ponad 2 proc. (tylko w czterech krajach UE rosły szybciej) do 4,87 zł/itr. Ogólnie jednak, patrząc na średnie ceny benzyny bez podatków, Polska wypada bardzo blisko unijnej średniej, można więc powiedzieć, że ceny ustalone przez polskie stacje nie są zawyżone.

Na rynku globalnym i w polskim hurcie od połowy marca ceny benzyny silnie rosły (przez dwa tygodnie o ponad 20 groszy). I choć wygląda na to, że negatywny trend w hurcie wreszcie się zatrzymał, to prawdopodobnie bariera 5 zł za litr zacznie pękać na stacjach w kolejnych dniach.

Większych ruchów nie widać natomiast na rynku globalnym oleju napędowego. Nie ma więc powodów, by obecna cena ok. 5,10 zł/l miała zostać w najbliższych dniach wyraźniej przekroczona. Tym razem więc w przeciwieństwie do minionych miesięcy głębiej do kieszeni zaczną sięgać właściciele aut napędzanych benzyną niż dieslem.

Współczesny konsument chce mieć wszystko tu i teraz

Jednym z najbardziej nieetycznych działań, które nasiliło się w ostatnich latach jest dezinformacja lub niepełna informacja dotycząca danego produktu czy usługi. Klient, który decyduje o zakupie jest przekonany, że podejmuje decyzję w oparciu o pełne spektrum informacji. W rzeczywistości dysponuje wiedzą fragmentaryczną, ponieważ usługodawca „zapomniał” poinformować go o dodatkowych kosztach lub faktycznym czasie obowiązywania umowy. Takie zachowania powodują, że niezadowolenie klientów objawia się, ale dopiero po dokonaniu zakupu. Sam sprzedający coraz częściej przenosi odpowiedzialność na konsumenta, tłumacząc, że tamten żądał wysokich zysków lub chciał dokonać zakupu tu i teraz, bez pytania o koszty. O działaniach etycznych i nieetycznych, nie tylko w branży finansowej, rozmawiamy z Robertem Majkowskim, Prezesem Funduszu Hipotecznego DOM oraz Wiceprzewodniczącym Komisji Etyki Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych.

Robert Majkowski, prezes zarządu Funduszu Hipotecznego DOM fot. Adam Cisowski
Robert Majkowski, prezes zarządu Funduszu Hipotecznego DOM
fot. Adam Cisowski

Unikanie informacji o faktycznym koszcie pożyczek, dystrybuowanie toksycznych produktów inwestycyjnych, sprzedawanie funduszy obarczonych dużym ryzykiem bez ujawniania potencjału strat, oferowanie niedopasowanych polisolokat, a co najważniejsze – niepokazywanie najważniejszych (czasem podstawowych) cech produktów lub usług, z obawy przed tym, że mogą wydać się nieatrakcyjne dla klienta. To kilka z nieetycznych zachowań, które można zaobserwować nie tylko w branży finansowej.

Dlaczego firmy coraz częściej nie podają pełnej informacji na temat produktów i usług?

Przyczyn należy szukać zarówno po stronie usługodawcy, jak i samych konsumentów, którzy chcą mieć wszystko tu i teraz. Chcą dokonać zakupu natychmiast i interesują ich przeważnie wyłącznie korzyści. Chcą również usłyszeć obietnicę jak największego zysku. I znajdują się firmy lub osoby, które im to obiecują. Dopiero czas weryfikuje, że te historie były bajkami. Spójrzmy chociażby na politykę, na 500+ czy dodatkową, „trzynastą” emeryturę. Ludzie chcą usłyszeć, że dostaną dodatkowe 500 zł, ale nie zawsze chcą wiedzieć jakim obciążeniem jest to dla budżetu państwa. Nie chcą wiedzieć jaki jest deficyt, że budżet państwa pęka w szwach, że brakuje środków w kasie ZUS czy na służbę zdrowia. Interesuje ich osobista sytuacja materialna tu i teraz, a nie sytuacja całego społeczeństwa w perspektywie wielu lat. Spójrzmy również na naszą branżę, czyli hipotekę odwróconą. W codziennej pracy wciąż spotykamy się z tym, że senior zdecydował się na ofertę, najczęściej od osoby prywatnej, ponieważ ktoś obiecał mu rentę dożywotnią znacznie wyższą niż nasza. Szybko okazuje się, że sąsiad, czy znajomy nie jest w stanie wypłacać seniorowi takich środków, a już na pewno nie w perspektywie dziesiątek lat. W tej sytuacji zarówno senior, jak i osoba, która oferuje mu rentę, nie myślą o tym co będzie za 10, czy 15 lat, jakie mogą pojawić się ryzyka i jak to skalkulować, by zapewnić bezpieczeństwo na lata. Oni myślą tu i teraz. To największy problem.

Trudno uwierzyć, że firmy decydują się na dezinformację tylko dlatego, że konsumenci chcieliby większych zysków.

Oczywiście, że nie. Firmy również chcą większych zysków. Chcą sprzedawać coraz więcej produktów i usług. Chcą mieć coraz więcej klientów. Nie myślą o tym, że prowadzenie biznesu, to nie tylko osiąganie zysków, ale również społeczna odpowiedzialność, przynoszenie całemu otoczeniu (m.in. akcjonariuszom czy klientom) jakiejś wartości dodanej. Działania nieetyczne nasiliły się w ostatnich latach również w branży finansowej. Jedną z przyczyn było zbyt małe piętnowanie nieetycznych zachowań przez innych uczestników rynku. Od lat pokutuje podejście, że krytykowanie nieetycznych zachowań konkurencji jest działaniem na szkodę całej branży, co w długim terminie jest moim zdaniem twierdzeniem nieprawdziwym. Branża nie powinna być bierna względem nieetycznych firm. Dlaczego? Ponieważ takie podmioty psują renomę całego rynku, a zaufanie klientów trudno odbudować w krótkiej perspektywie czasu. Spójrzmy znów na branżę hipoteki odwróconej. Nieetyczne podmioty, które w niej działają, wciąż psują renomę profesjonalnych i etycznych firm. Co więcej, seniorzy, ze względu na ofertę, często decydują się na wybór kogoś, kto nie działa nieetycznie. Później wciąż słyszymy o nadużyciach.

Istnieje mnóstwo przepisów prawnych (a mogłoby istnieć jeszcze więcej), które pomagają walczyć z nieetycznymi praktykami, jednak najważniejsza jest uczciwość.

Oczywiście przepisy prawne są bardzo ważne. Równie istotne jest funkcjonowanie organów takich jak UOKiK, Komisja Etyki Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych, czy Rzecznicy Praw Konsumenta. Ważne są Zasady Dobrych Praktyk, które powinny dotyczyć coraz większej liczby podmiotów oraz branż i powinny obowiązywać wszystkich usługodawców. Niestety w naszym kraju sami konsumenci przywiązują niewielką wagę do tego, czy dana firma przestrzega dobrych praktyk, czy przynależy do organizacji branżowych. Nadal z dużą nieufnością, jako społeczeństwo, podchodzimy do przedsiębiorców, chociaż z ostatnich badań GUS[1] na temat wartości i zaufania społecznego wynika, że 80 proc. Polaków generalnie ufa innym ludziom. Co ciekawe, w tych badaniach niespełna 18 proc. osób uznało, że uczciwość jest jedną z najważniejszych wartości w życiu. Dla porównania zdrowie i rodzina to wartości ważne dla ponad 80 proc. Polaków.

Przepisy, regulacje, odpowiedni nadzór organizacji rządowych jak i pozarządowych są szalenie ważne, ale musimy pamiętać, że uczciwości nie da się uregulować. Uczciwości, czy też etyki nie da się jednoznacznie zdefiniować i zamknąć w przepisach. Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie chciał wykorzystać czyjąś niewiedzę. A to jest właśnie podstawa do nieetycznego zachowania. Potrzebna jest zatem zmiana myślenia, zmiana podejścia do prowadzenia biznesu i do budowania naszych wzajemnych, międzyludzkich relacji.

Co może zyskać firma, jeśli będzie etyczna?

Osobiście nie patrzę na etykę jako na przewagę, lecz na standard, który powinien być w każdej firmie. Jeżeli ktoś myśli o swoim biznesie w perspektywie długofalowej, jeśli myśli o społecznej odpowiedzialności, to musi myśleć również o etyce, ponieważ przekłada się ona na stabilny rozwój, lojalność klientów, pracowników, czy kontrahentów. Każdy z nas chce funkcjonować w środowisku, które uznaje za uczciwe.

[1] Wartości i zaufanie społeczne w Polsce w 2015 r., GUS, Warszawa, 20.11.2015

MIPIM 2019: technologie człowiek i nowe wyzwania

Daniel Bienias, Dyrektor Zarządzający, CBRE
Daniel Bienias, Dyrektor Zarządzający, CBRE

Daniel Bienias, Dyrektor Zarządzający CBRE w Polsce: na tegorocznym MIPIM  było wyjątkowo słonecznie. Mowa jednak nie tylko o fantastycznej pogodzie, która nas przyjęła w Cannes, ale także o optymistycznych nastrojach, które można było wyczuć w rozmowach z deweloperami, inwestorami i instytucjami finansowymi. Wszyscy dostrzegają z jaką łatwością branża dostosowuje się do zmieniających trendów i ze spokojem patrzą na swoje plany biznesowe na ten i kolejny rok.

Podczas tej jubileuszowej, już trzydziestej, edycji Międzynarodowych Targów Nieruchomości i Inwestycji MIPIM 2019, w dyskusjach panelowych i kuluarowych najmocniej przebijały się trzy kierunki rozwoju branży. Szeroko omawiany był wpływ nowych technologii, które zmienią sposób w jaki korzystamy z nieruchomości, a także „people centricity”, czyli zorientowanie na człowieka jako klucz do sukcesu. Widoczne było także zainteresowanie inwestorów, a co za tym idzie rosnący nacisk na rozwój kolejnych, wykraczających poza standard, sektorów nieruchomości.

Czas na PropTech

W Polsce koncept PropTechu dopiero raczkuje, ale już teraz możemy stwierdzić, że tak jak było w przypadku wprowadzenia nowoczesnych technologii do branży finansowej, nasz kraj przyjmie te innowacje z otwartymi ramionami. To już pewne, że inteligentne rozwiązania w zakresie powierzchni biurowej i elastycznych miejsc pracy zostaną wprowadzone na szerszą skalę w nadchodzących latach. Co ciekawe, zmiany te będą miały znaczący wpływ na rosnącą koncentrację na potrzebach klientów indywidualnych. PropTech to zatem nie chwilowy trend, tylko naturalna konsekwencja zmiany stylu życia, dostępności i dojrzałości rozwiązań cyfrowych. W praktyce obecnie najchętniej korzystamy z innowacji technologicznych, w tym AI, przy analizie danych. W niedalekiej perspektywie pomoże to uspójnić dane i wiedzę branżową, co wpłynie pozytywnie na transparentność całego rynku.

Człowiek w centrum

Ekologiczne, zielone budownictwo jest już niemal międzynarodowym standardem. Teraz architekci i deweloperzy postawili w centrum swojego zainteresowania nie całe środowisko, a człowieka. Wykracza to poza tradycyjne rozumienie pojęcia „wellbeing”, gdyż nie ogranicza się do sektora biurowego. Trend ten widoczny jest w Polsce w zmieniającym się podejściu do inwestycji typu retail. W dużych miastach odchodzimy powoli od standardowych centrów handlowych, skłaniając się w stronę obiektów o mieszanych funkcjach.

Nowe sektory, nowe wyzwania

Poza tradycyjnym nurtem inwestycji, na tegorocznym MIPIM wiele dyskusji dotyczyło także rozwoju alternatywnych sektorów nieruchomości. Większość widocznych zmian napędzana jest wiodącymi trendami społecznymi oraz poprawiającą się stopą życia młodych ludzi, którzy już nie tak chętnie wiążą się z jedną lokalizacją i nie śpieszą się z zakładaniem rodzin. Nie umyka to uwadze inwestorów, dostrzegających w nowych sektorach szansę na zysk i dywersyfikację portfela. Główne zainteresowanie wzbudzają PRS (Private Residential Sector), mikro apartamenty, domy seniora oraz szerokorozumiane obiekty branży Healthcare. Biorąc pod uwagę globalne statystki zawarte w naszym raporcie „Insights to Student Housing”, w samym sektorze budownictwa mieszkaniowego przeznaczonego dla studentów wolumen inwestycji przekroczył już 13,5 mld euro.

Pełna wersja raportu „Insights to Student Housing”  jest dostępna tutaj: LINK

FPP i CALPE: Uzdrowienie sytuacji emerytów musi oznaczać symetryczną naprawę sytuacji prawnej dla przedsiębiorców

Federacja Przedsiębiorców Polskich wskazuje, że konieczne jest pilne rozwiązanie problemu nieoskładkowanych umów zleceń i zabezpieczenie okresów ubezpieczeniowych osobom, które są zagrożone emeryturą niższą niż minimalna. Takie rozwiązanie to projekt restytucji w ubezpieczeniach społecznych, który zakłada jednoczesne: objęcie umów zlecenia zasadami podlegania ubezpieczeniom społecznym analogicznym do umów o pracę; zaewidencjonowanie na kontach ubezpieczonych w ZUS składek emerytalnych i rentowych naliczonych od podstawy nieoskładkowanych umów zlecenia od 2009 r.; restytucję składkową wobec płatników i ubezpieczonych, obejmującą zaniechanie działań kontrolnych oraz waloryzację umów w zamówieniach publicznych. Należy również zlikwidować szkodliwy art. 9 ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych.

Funkcjonowanie art. 9 ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych jest powodem, dla którego istnieje możliwość zatrudniania „tańszych” pracowników – ma to szczególne znaczenie w przetargach i postępowaniach o udzielenie zamówienia publicznego w sytuacji, gdy jednym z kryteriów jest cena. Jest to bez wątpienia jeden z najistotniejszych powodów, dla którego umowy zlecenia są tak często proponowane i zawierane na rynku pracy w Polsce.

Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP)
Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP)

„Rozwiązanie problemu będzie możliwe jedynie w przypadku wprowadzenia kompleksowego rozwiązania restytucji w ubezpieczeniach społecznych. Oznacza to zabezpieczenie przyszłych emerytów i symetryczną naprawę sytuacji prawnej dla przedsiębiorców. W szczególności dotyczy to zaniechania poboru i kontroli w zakresie ozusowania umów zleceń w przeszłości. Budżet państwa będzie mógł liczyć na dodatkowe wpływy w wysokości 2 mld zł z tytułu likwidacji szkodliwego art. 9 ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych. Tym samym restytucja będzie korzystna symetrycznie dla pracowników, pracodawców i państwa. Trudno o bardziej sprawiedliwe i efektywne rozwiązanie systemowe – dlatego oczekujemy zdecydowanych działań Ministerstwa Rodziny w tej sprawie. Zwłaszcza, że kontrole i utrzymywanie niepewnego otoczenia prawnego dla przedsiębiorców ani nie rozwiążą problemu, ani też nie zagwarantują nawet kilku procent wpływów, jakie przyniosłaby restytucja” – mówi Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich, prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Wzrost liczby osób pozbawionych prawa do emerytury na najniższym gwarantowanym poziomie jest gwałtownie narastającym zjawiskiem. O ile w 2011 r. takich osób było ok. 24 tys., wg danych ZUS o w marcu 2014 r. ich liczba sięgnęła ok. 92,5 tys. W marcu 2018 r. liczba osób pozbawionych prawa do najniższego świadczenia emerytalnego osiągnęła poziom ok. 234 tys. Prowadzi to do konkluzji, że w okresie 7 lat skala występowania tego bardzo niepokojącego zjawiska wzrosła nawet 10-krotnie. W marcu 2017 roku nastąpiła znacząca podwyżka emerytury minimalnej, czego konsekwencją jest bardzo istotny wzrost liczby osób otrzymujących emerytury poniżej minimalnego poziomu, który nastąpił w tym samym roku – zwiększyła się ona wówczas do ok. 208,9 tys. osób z ok. 112,1 tys. osób w poprzednim okresie.

W oparciu o obserwowany dotychczas udział osób, którym przyznawane są świadczenia na poziomie „sub-minimalnym”, a także projekcje demograficzne determinujące liczbę osób przechodzących na emeryturę w kolejnych latach, można prognozować, że jeśli zostanie utrzymane dotychczasowe prawne status quo, w 2020 r. liczba osób otrzymujących świadczenie niższe od minimalnego osiągnie poziom ok. 315 tys. W 2025 r. problem będzie dotyczył już 0,5 mln emerytów, a w 2030 r. liczba pozbawionych prawa do najniższego świadczenia może sięgać 650 tys.

Małe i średnie spółki wciąż trzymają się mocno

  • Po publikacji danych makroekonomicznych nastroje na rynku poprawiły się
  • Indeks sWIG80 urósł 13 proc. od początku roku
  • Małe i średnie spółki odnotowują wyraźnie lepsze od większych podmiotów wyniki
  • Pogorszenie koniunktury w Niemczech w Polsce jeszcze nie zauważalne
Maciej Kik, zarządzający subfunduszem UniAkcje Małych i Średnich Spółek Union Investment TFI
Maciej Kik, zarządzający subfunduszem UniAkcje Małych i Średnich Spółek Union Investment TFI

Rynki akcji od początku roku zachowują się dość dobrze, przede wszystkim
w odniesieniu do małych i średnich spółek. Pojawiły się napływy nowych środków do funduszy, co pomaga rynkom w sytuacji ograniczonej płynności.

Po publikacji najnowszych danych makroekonomicznych nastroje na rynku poprawiły się. Zarysowała się jednocześnie duża polaryzacja, bo: z jednej strony duże spółki raportują słabe wyniki, a mniejsze i średnie opublikowały dobre wyniki, powyżej oczekiwań. To ostatnie może wynikać z kilku czynników. Przede wszystkim mniejsze i średnie spółki zawodziły przez ostatnie kilka kwartałów, a teraz póki co ich wyniki są zdecydowanie lepsze niż oczekiwania wyrażone w konsensusie analityków. Dzięki temu indeks sWIG80 urósł już o 13 proc. od początku roku.

Polskie dane makroekonomiczne są zadziwiająco mocne, nie widać zapowiadanego spowolnienia gospodarczego, mimo że jego symptomy już widzimy w Niemczech,
u naszego największego partnera gospodarczego. Wchodzimy jednocześnie w okres wyborczy, pojawiają się różne propozycje polityków związane np. z pakietami socjalnymi, których celem jest transfer znaczących środków finansowych do obywateli. Zapowiadane przez polityków dodatkowe pieniądze w portfelu Polaków pomogą spółkom, których głównymi klientami są konsumenci detaliczni, takie jak np. branża spożywcza, handlowa, odzieżowa, obuwnicza czy usługowa. Kursy spółek z tych sektorów ostatnio dobrze sobie radzą.

Na sektor handlowy pozytywnie wpływa też scenariusz, mówiący o wycofaniu się rządzących z zaostrzenia lub wręcz złagodzeniu zakazu handlu w niedzielę (np. do poziomu takich rozwiązań, jakie obowiązywały w 2018 r.). Rok temu spółki handlowe zarzekały się, że zakaz handlu w niedzielę nie będzie miał wpływu na ich wyniki. Zakładając, że sprzedaż rozłoży się na pozostałe dni tygodnia, ale w wynikach całej branży wyraźnie widać, że zakaz handlu negatywnie wpłynął na ich wyniki finansowe. Likwidacja lub ograniczenie zakazu z pewnością pomoże branży handlowej.

Choć duże spółki pokazały w sezonie wyników wyraźnie słabsze raporty, to należące do tej grupy banki ujawniły relatywnie dobre wyniki, nieco powyżej konsensusu analityków. Czynnik ten nie ma jednak większego znaczenia, bo w ostatnich tygodniach zmieniła się retoryka NBP. Nie spodziewamy się już podwyżek stóp procentowych, co działa negatywnie na kursy banków.

Maciej Kik, Zarządzający funduszami akcji w Union Investment TFI

Rok po zakazie handlu w niedziele: dyskonty, drogerie i stacje benzynowe największymi beneficjentami

Minął rok od wprowadzenia nowych regulacji prawnych ograniczających handel w niedziele. Również rok temu firma Selectivv przeprowadziła badanie, dotyczące analizy zachowań użytkowników smartfonów i tabletów w pierwszą niedzielę bez handlu. Co się od tego czasu zmieniło? Czy Polacy przywykli do zamkniętych sklepów i znaleźli alternatywę dla weekendów spędzanych w centrach handlowych? Z nowej analizy Selectivv, przeprowadzonej rok później, wynika, że przede wszystkim zmienili swoje przyzwyczajenia i nawyki zakupowe.

Trade ban – rok późniejPowtórne badanie przeprowadzono na tej samej grupie – 511 221 użytkowników, którzy w ciągu 12 miesięcy poprzedzających wprowadzenie zakazu handlu, przynajmniej jedną niedzielę spędzili w punktach handlowych. Jak pokazują dane o lokalizacji pozyskiwane przez Selectivv, osoby te w dużej mierze stały się klientami takich sklepów jak: Biedronka, Lidl czy Kaufland.

Jak pokazują dane Selectivv od marca 2018, z oferty dyskontów korzystało regularnie 78% badanej grupy osób, czyli o 15p.p. (punktów procentowych) więcej niż w analogicznym okresie przed zakazem handlu. Znaczny wzrost stałych klientów w badanej grupie odnotowały również drogerie – Rossmann, Hebe i SuperPharm – 22p.p. więcej regularnie kupujących niż w ubiegłym roku. Może to oznaczać, że Polacy zamiast hipermarketów – w których dokonywali większych zakupów wszelkich niezbędnych produktów – wybierają obecnie szybsze zakupy w łatwiej dostępnych dyskontach spożywczych, a następnie odwiedzają drogerie, które posiadają szerszy wybór asortymentu z zakresu chemii domowej czy kosmetyków.

Wygląda na to, że – mimo zmian w ustawodawstwie – weekend nadal pozostał czasem, który Polacy poświęcają na zakupy. Analizując dane z dni poprzedzających niedziele bez handlu widać, że i w tym przypadku większymi beneficjentami są dyskonty. W piątki poprzedzające niedziele niehandlowe, galerie handlowe odwiedzało 12% badanych osób, co dało wzrost w tym dniu tygodnia na poziomie 7p.p. w skali rok do roku. Natomiast na zakupy w sobotę poprzedzającą dzień niehandlowy decydowało się 21% użytkowników, co przełożyło się na roczny wzrost na poziomie 12p.p. W przypadku danych o użytkownikach odwiedzających w tych dniach dyskonty – było to analogicznie 14% oraz 31% analizowanych użytkowników. Wzrost w piątki o 4p.p., a w soboty aż o 18p.p.

Na zakazie handlu w niedziele, korzystają również stacje benzynowe. W analizowanym okresie w niedziele handlowe ten typ lokalizacji odwiedzało jedynie 9% osób. Natomiast podczas gdy większość sklepów była zamknięta, na stacje benzynowe udawało się aż 31% badanych. Nasuwa się wniosek, że wprowadzony zakaz przyśpiesza transformację stacji paliw w punkty sprzedażowo-usługowe, posiadające coraz bogatszy asortyment produktów spożywczych takich jak pieczywo, owoce czy większą ofertę gastronomiczną.

Coraz częściej robimy także zakupy przez internet. Z tej formy korzysta regularnie już 36% osób ujętych w badaniu, czyli o 7p.p. więcej niż przed wejściem przepisów ograniczających handlowe niedziele.

Zebrane dane pozwoliły również na sprawdzenie, jak Polacy spędzali czas wolny od zakupów, w ciągu minionego roku. W niedziele wolne od handlu na rekreację na świeżym powietrzu decydowało się 35% badanych, podczas gdy w niedziele handlowe relaks w parkach, na placach zabaw czy na terenach spacerowych wybierało o 14p.p. mniej osób. W niedziele wolne od handlu, 2% z badanej grupy osób odwiedza galerie handlowe, głównie by skorzystać z oferty zlokalizowanych tam kin. Można zatem wysnuć wniosek, że zakaz handlu zadziałał na kina pozytywnie, o czym świadczy zwiększona frekwencja w tych miejscach. W dużym stopniu mógł się do tego przyczynić brak konkurencji ze sklepami, które dotychczas wybierali rodzice z dziećmi lub młodzież w niedzielne popołudnia.

Komunikat FED zaskoczył rynki

  • Złagodzenie polityki monetarnej FED
  • Koniec perspektywy budżetowej Unii Europejskiej wpłynie negatywnie na inwestycje
  • Wyniki produkcji budowlano-montażowej – odczyt jest „zdecydowanie lepszy” od oczekiwań rynku
  • Polskie obligacje skarbowe wciąż popularne
Andrzej Czarnecki, zarządzający funduszami obligacji Union Investment TFI
Andrzej Czarnecki, zarządzający funduszami obligacji Union Investment TFI

Dla rynków długu w ostatnich dniach najważniejszy był komunikat FED z 20 marca. Inwestorzy byli zaskoczeni gołębim nastawieniem FED’u.

Prognozy makroekonomiczne, na których oparła się amerykańska rezerwa federalna (FED), różniły się od grudniowej i były niższe. FED spodziewa się obniżenia tempa wzrostu gospodarczego w Stanach Zjednoczonych o ok. 0,2-0,1pp w 2019 roku przy zwiększonej stopie bezrobocia i jednocześnie obniżonej inflacji. Według członków FED inflacja może wzrosnąć dopiero w 2020 roku. Jednak powinniśmy pamiętać, że historycznie FED prognozował zwykle wyższą inflację, niż wykazywały to późniejsze odczyty.

Przed komunikatem FED rynki spodziewały się, że stopy procentowe spadną, a teraz te oczekiwania jeszcze się wzmocniły. Rentowność 10-letnich obligacji skarbowych USA zbliżyła się do poziomu 2,51-2,52 proc.

Komunikat FED opisał szczegółowo ścieżkę wstrzymania programu redukcji bilansu FED. Od teraz do września FED będzie stopniowo zmniejszał skalę nierolowanych obligacji. Od września bilans ma pozostawać na poziomie niezmienionym. Te informacje wywołały euforię na rynku długu amerykańskiego, za czym podążyły rynki europejskie.

Polskie obligacje skarbowe cieszą się dużym zainteresowaniem. 21 marca br. Ministerstwo Finansów przeprowadziło przetarg zamiany obligacji. Pomimo wysokich cen Ministerstwo sprzedało obligacje za 7 mld zł., popyt sięgnął 8,7 mld zł.

Napływają kolejne dobre dane z gospodarki polskiej, m.in. dobre wyniki produkcji budowlano-montażowej, częściowo dzięki utrzymującej się w lutym dobrej pogodzie. Dlatego też w dalszym ciągu nie widać spowolnienia gospodarczego w Polsce. Spodziewamy się wzrostu gospodarczego w 2019 roku. na poziomie rzędu 4 proc., chociaż najbardziej optymistycznie nastawieni na rynku analitycy prognozują nawet 4,5 proc. To w mojej opinii zbyt optymistyczne przewidywania, chociaż skala zapowiedzianych transferów zwiększających konsumpcję może te prognozy częściowo uzasadniać.

Wszystko wskazuje na to, że w 2019 roku poziom konsumpcji indywidualnej utrzyma się, a w 2020 roku będzie on dalej wspierał wzrost PKB, głównie dzięki częściowo niższej bazie z roku poprzedniego. Inwestycje sektora prywatnego utrzymują się na niskim poziomie. W inwestycjach publicznych, zwłaszcza sektora samorządowego, nie powinniśmy już spodziewać się wzrostów. Zbliżamy się też do końca perspektywy budżetowej Unii Europejskiej, co dodatkowo wpłynie negatywnie na inwestycje i spowoduje, że będą one w najbliższych latach spadały.

W perspektywie globalnej spodziewamy się dobrych wyników aktywów rynków rozwijających się ze względu na coraz niższe rentowności w USA. Najpierw transfery środków trafią na najbezpieczniejsze rynki rozwijające się, ale później mogą się kierować w stronę tych mniej bezpiecznych, ale bardziej agresywnych.

Andrzej Czarnecki, Dyrektor inwestycyjny ds. papierów dłużnych Union Investment TFI

Polski Instytut Dyrektorów o projekcie Strategii Rozwoju Rynku Kapitałowego

Środowisko polskiego rynku kapitałowego od wielu lat oczekiwało opracowania i konsekwentnej realizacji strategii rozwoju tego rynku. Z tego punktu widzenia opracowanie SRRK należy ocenić pozytywnie. Większość wskazanych celów i instrumentów ich osiągnięcia uważamy kierunkowo za właściwe. Zwracamy jednak uwagę, że nie jest to pierwszy – jak stwierdzono w tekście – plan rozwoju polskiego rynku kapitałowego. W 2004 roku przyjęto Strategię rozwoju rynku kapitałowego „Agenda Warsaw City 2010”. Środowisko PID aktywnie uczestniczyło w wypracowaniu tamtej strategii i z satysfakcją stwierdzamy, iż metodologicznie obydwa dokumenty się w dużym stopniu pokrywają. Niepokoi natomiast fakt, iż pomimo upływu 15 lat polski rynek kapitałowy w wielu obszarach nie osiągnął zakładanych wówczas zamierzeń rozwojowych, co najlepiej ilustruje fakt, iż kluczowe cele obecnej strategii dokładnie powtarzają cele rozwojowe określone w 2004 r. na 2010 r. (relacja kapitalizacji rynku do PKB czy płynność rynku).

Diagnoza

Potrzebne zaufanie, ład korporacyjny i edukacja; poprawić jakość nadzoru, wdrażanie przepisów i wzmocnić inwestorów instytucjonalnych

Punktem wyjścia każdej strategii musi być rzetelna ocena stanu bieżącego. Przygotowana z udziałem EBOR diagnoza barier rozwoju rynku jest ciekawa, ale zdaniem PID niewystarczająca, aby sformułować dokładny plan działania. Brak jest m.in., w naszej ocenie, analizy wpływu na rynek ograniczenia działalności kluczowej grupy inwestorów instytucjonalnych czyli OFE (a tym samym brakuje pomysłu na ich zastąpienie) czy wpływu na rynek obligacji kryzysu zaufania wywołanego aferą Getback. Wątpliwości budzi analiza wybranych zewnętrznych źródeł finansowania (rys. 1), gdyż nie ma tam kredytu bankowego – podstawowego sposobu finansowania się przedsiębiorstw. Wiele miejsca projekt SRRK poświęca stopie oszczędności i świadomości ekonomicznej społeczeństwa. Przykład wielu krajów wskazuje, że edukacja ekonomiczna już na wczesnym poziomie ma ogromne znaczenie dla świadomości finansowej społeczeństwa. Dokument odnosi się – i słusznie – do problemu edukacji, ale tylko w odniesieniu do uczestników rynku. Zdaniem PID konieczne są zmiany już na poziomie szkół podstawowych i ponadpodstawowych.

Diagnoza stanu rynku pomija problem liczby aktywnych inwestorów indywidualnych. Jest to fundament każdego efektywnego rynku i w związku z tym wzrost liczby inwestorów powinien być jednym z celów SRRK. Warto byłoby również określić, które ze zidentyfikowanych barier mają krytyczne znaczenie dla rozwoju rynku, a które drugorzędne i skupić na nich priorytety SRRK, gdyż doświadczenie pokazuje, że realizacja wszystkich zamierzeń w krótkim czasie jest niemożliwa. Wg PID do takich kluczowych barier należą: kryzys zaufania do rynku kapitałowego (w tym problem ładu korporacyjnego i misselingu),
likwidacja OFE i brak ich zastąpienia przez inną grupę polskich, długoterminowych inwestorów, edukacja oraz nieefektywność instytucjonalna (nadzór) i regulacyjna rynku w zakresie przepisów, stosowania i egzekucji prawa (enforcement).

Opinia Polskiego Instytutu Dyrektorów skupia się zatem na następujących obszarach: zaufanie, ład korporacyjny, polscy inwestorzy instytucjonalni, edukacja, regulacje, enforcement oraz – co niemniej istotne – tryb wdrożenia i realizacji SRRK. Postulowany proces wdrażania SRRK, w tym wyznaczenie grup roboczych przy RRRF, powinno być podporządkowane wskazanym wyżej zagadnieniom.
Zaufanie

Antyreformy, polityczne zatrzymania, niestabilne prawo

Stan polskiego rynku kapitałowego wskazuje potrzebę nie tyle wzmocnienia zaufania, ile jego odbudowy. Wszyscy uczestnicy i interesariusze rynku kapitałowego muszą być przekonani, że rynek ten jest ważnym elementem strategii rozwoju naszego kraju. Zaufanie do rynku kapitałowego uległo w ostatnich latach osłabieniu zarówno w odniesieniu do uczestników rynku kapitałowego (antyreforma OFE, ład korporacyjny, misselling), jak i otoczenia prawno-politycznego. Kwestia ta będzie też najważniejszym czynnikiem powodzenia programu PPK.

W tym miejscu chcielibyśmy zwrócić uwagę na antyreformę OFE z 2014 r. i funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości. Zmiany w OFE podważyły zaufanie do długoterminowej strategii Państwa dotyczącej rynku kapitałowego. SRRK – jak wspomnieliśmy – nie odnosi się niestety do przyszłych planów Rządu w kwestii OFE. Bez tego elementu trudno zakładać, że uda się zrealizować jakiekolwiek z nakreślonych celów strategii. W tym zakresie SRRK powinna być uzupełniona.

Zdajemy sobie sprawę, iż tematyka funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości nie leży w zakresie kompetencji resortu właściwego dla instytucji finansowych, ale nie możemy ignorować faktu wpływu tego otoczenia na rynek finansowy. Przykładowo, dla poważnej grupy inwestorów (również polskich) kontrowersje wokół reformy sądownictwa budzą niepokój czy w sytuacjach konfliktowych ich interesy będą w Polsce chronione, w tym na równi z polskimi podmiotami państwowymi. Coraz liczniejsze, równie kontrowersyjne co spektakularne, zatrzymania menedżerów spółek publicznych tworzą wokół rynku kapitałowego klimat aferalny i budzą ryzyko obniżenia jakości zarządzania poważną grupą spółek publicznych z uwagi na ryzyko polityczne Trudno będzie zbudować zaufanie do rynku kapitałowego, jeżeli będą się nadal pojawiać przypadki nadużywania organów ścigania z przyczyn pozamerytorycznych.

Podatki

Likwidacja anomalii

Uważamy, że propozycje podatkowe są krokiem w dobrym kierunku. Zwracamy jednak uwagę na dyskryminację podatkową długoterminowych inwestorów na rynku akcji w porównaniu z inwestowaniem w nieruchomości (zwolnienie z podatku odzysków kapitałowych po okresie pięciu lat).

Postulujemy zniesienie obowiązującego podatku od podwyższenia wartości nominalnej akcji, który nie generuje dla spółki żadnych korzyści ekonomicznych, a pociąga za sobą istotne koszty podatkowe (vide PGE w 2016r.). Wspieramy możliwość podatkowej kompensacji zysków i strat inwestycji w różne instrumenty finansowe i jednostki uczestnictwa FIO oraz eliminację podwójnego opodatkowania odsetek od obligacji na rynku wtórnym.

Edukacja

Prześcignąć Białoruś

Jak wspomnieliśmy, SRRK wielokrotnie odnosi się do stopy oszczędności w Polsce. Stan obecny – niezadowalający jak słusznie zauważono – jest wynikiem wielu czynników, z których warto wymienić wzorce kulturowe będące m.in. efektem niewielkiej świadomości ekonomicznej społeczeństwa. Porażający jest rys. 13, na którym widać najniższą (za Białorusią) pozycję Polski w dziedzinie wiedzy finansowej naszych obywateli. Tabela ta jest równie przerażająca, co tłumacząca wiele zjawisk ekonomicznych, społecznych i politycznych w naszym kraju.

Zdaniem PID podjęcie działań w tym zakresie ma strategicznie fundamentalne znaczenie dla polskiego społeczeństwa. Nauka podstaw finansów i ekonomii, wdrażanie postaw przedsiębiorczych i pro oszczędnościowych powinno zaczynać się od szkoły podstawowej (konieczna zmiana podstawy programowej w tym zakresie) i SRRK jest właściwym miejscem dla określenia postulatów i potencjalnie konkretnych działań w tym zakresie. Dlatego uważamy za konieczne włączenie w tym obszarze do współpracy MEN.

Ład korporacyjny

Wrócić do Dobrych Praktyk

Choć już mija 20 lat od początków ruchu corporate governance w Polsce, dążenie do naprawy ładu korporacyjnego jest równie aktualne, a obecnie nawet pilniejsze niż w 1999 r., gdyż sytuacja w ostatnich latach uległa w Polsce dramatycznemu pogorszeniu.
Naczelnym zadaniem władz spółki publicznej powinna być budowa wartości przedsiębiorstwa i działanie zgodne z interesem spółki. Wciąż aktualny jest cel spółki, określony w „Dobrych praktykach w spółkach publicznych w 2002″ jako powiększanie majątku powierzonego przez akcjonariuszy z uwzględnieniem praw i interesów pozostałych interesariuszy spółki. Realizacja innych celów, zwłaszcza sprzecznych z interesem spółki, grozi poważnymi konsekwencjami..

W tym kontekście za nierealny i nietrafny metodologicznie uważamy postulat wymogu osiągania wskaźnika C/Z przez menedżerów SSP na poziomie porównywalnym z krajami UE. Zarządy SSP powinny kierować się w swojej pracy dokładnie tymi samymi zasadami jak zarządy spółek prywatnych. Należy zwrócić uwagę, iż również w przypadku spółek prywatnych mają miejsce zmiany strategii, poważne inwestycje strategiczne; rzecz polega na transparencji w komunikowaniu o nich rynkowi. Warto zauważyć, że tego typu zasady były przyjmowane przez różne rządy, a ich wpływ na poprawę ładu korporacyjnego w spółkach Skarbu Państwa był trudno zauważalny. Bez determinacji najwyższych
czynników rządowych w tym zakresie nawet najlepiej napisane cele strategiczne pozostaną na papierze.

PID od zawsze stał na straży przestrzegania ładu korporacyjnego i cieszy nas umiejscowienie tej problematyki wśród celów SRRK. Uważamy przy tym, że dokument powinien wprost odnieść się do obowiązujących Dobrych Praktyk Spółek Notowanych na GPW. Postulowane w Strategii dodatkowe uprawnienia dla GPW (publicznie ogłaszane ratingi corporate governance, weryfikacja oświadczeń, sankcje za nieprzestrzeganie) będą bardzo trudne w realizacji. Konieczny będzie podział tych zadań między GPW, KNF, oraz niezależną instytucję reprezentującą inwestorów prywatnych, którzy najbardziej są predysponowani do oceny jakości ładu korporacyjnego w notowanych spółkach.

Stosowanie prawa

Dobre prawo jest egzekwowane

Niezależnie od stosowania zasad ładu korporacyjnego uważamy za niezbędne wzmocnienie enforcementu w zakresie ochrony interesów inwestorów na rynku kapitałowym. Przewlekłość postępowań, ich nieskuteczność, brak profesjonalizmu kadr organów ścigania i sądów powodują bezkarność osób nadużywających zaufania inwestorów a tym samym brak zaufania do rynku jako całości. To bolączka rynku praktycznie od momentu jego powstania. Pomysł z wprowadzeniem sądu (a być może również wydziałów prokuratury) specjalizującego się w sprawach rynku finansowego uważamy zatem za bardzo dobry, podobnie jak pozostałych wskazanych działań mających na celu ochronę inwestorów. Cieszy nas wskazanie szeregu zadań dla KNF (w tym szczególnie w zakresie wymogów w odniesieniu do poziomu świadczonych usług), której efektywne, sprawne działanie jest fundamentem sprawności regulacyjnej rynku.

Wdrożenie Strategii

Kto i kiedy?

W tej sytuacji kluczową staje się funkcja wdrożenia i zarządzanie projektem, co zawsze było słabszym punktem poprzednich planów rozwoju rynku kapitałowego w Polsce. O sukcesie SRRK zadecyduje ranga i autorytet Pełnomocnika w relacji do władz państwowych i uczestników rynku. Warto przypomnieć, że na początku odbudowy polskiego rynku kapitałowego funkcja koordynacyjna była przypisana Pełnomocnikowi Rządu w randze Wiceministra Finansów.

Należy mieć nadzieję, że Pełnomocnik i jego zespół będą dysponować odpowiednim budżetem i nie będą obarczeni innymi zadaniami. Ponieważ realizacja SRRK wymaga przejrzystości i współpracy z interesariuszami rynku kapitałowego postulujemy, aby były upubliczniane okresowe raporty Pełnomocnika, z wyszczególnieniem celów zrealizowanych i w realizacji. Ponadto zwracamy uwagę na ryzyko obarczenia uczestników rynku kosztem funkcjonowania proponowanych nowych instytucji (Pełnomocnik, Zespół Specjalistów, Przedstawicielstwo w Brukseli, Rada i Fundusz Edukacji Finansowej).

Strategia w małym zakresie wspomina o pozycji polskiego rynku kapitałowego w Europie. Dokument jest bardzo skoncentrowany na lokalnym rynku i pomija kwestie konkurencyjności międzynarodowej, nie wyciąga wniosków z zachodzących zmian na europejskich oraz globalnych rynkach kapitałowych. Nie ma odniesienia do koncepcji budowy w Warszawie środkowoeuropejskiego centrum finansowego (Warsaw City). Przez wiele lat taki plan w postaci Programu Rządowego był realizowany, a fundacja wspierająca takie działania była planowana przez GPW. W przeciwieństwie do wielu stolic i miast europejskich (Londyn, Paryż, Frankfurt) nadal nie mamy organizacji czy fundacji promującej Warszawę jako regionalne centrum finansowe.

Strategia tylko w nielicznych przypadkach podaje daty osiągnięcia zamierzonych celów, praktycznie bez wyznaczania kamieni milowych ich realizacji. Tym się negatywnie różni od Agendy Warsaw City 2010, która zawierała dokładny harmonogram realizacji poszczególnych zadań. Rok 2025 jest zbyt odległy jako miernik skuteczności Strategii.

Kwestie szczegółowe

Podzielamy pogląd, iż należy rozważyć umożliwienie bankom bezpośredniego dostępu do obrotu zorganizowanego w Polsce. Potencjalnie jeszcze większe znaczenie może mieć zapewnienie bezpośredniego dostępu do rynku szerszych grup inwestorów indywidualnych do rynku (DMA). Rozwój technologii fintechowych, w zakresie których Polska jest liderem, może odegrać w tym względzie ogromną rolę. Trzeba tylko stworzyć odpowiednie warunki regulacyjne i ekonomiczne (koszty transakcyjne).

Powyższe stanowisko zostało przyjęte przez poszerzony skład Rady Programowej Polskiego Instytutu Dyrektorów.

Polski Instytut Dyrektorów ma nadzieję, że Strategia Rozwoju Rynku Kapitałowego po odpowiednich poprawkach i uzupełnieniach zostanie jak najszybciej wdrożona i będzie realizowana w sposób profesjonalny i skuteczny.

dr Wiesław Rozłucki, Prezes Zarządu, Fundacja Polski Instytut Dyrektorów

Union Investment TFI: Rynki czekają na wiążące decyzje polityków

  • Amerykańska gospodarka wciąż mocna. FED zaskoczył obniżeniem prognoz PKB i decyzją o wygaszaniu polityki bilansowej
  • Europa wciąż bez porozumienia w sprawie brexitu
  • Na linii Washington – Pekin bez przełomu
Marek Straszak, zarządzający funduszami w Union Investment TFI.
Marek Straszak, zarządzający funduszami w Union Investment TFI.

FED zgodnie z listopadową zapowiedzią pozostawił stopy procentowe w USA na tym samym poziomie. Jednocześnie poinformowano, że podwyżki mogą się pojawić dopiero w przyszłym roku. To niestandardowy cykl, bo historycznie po podwyżkach następowały obniżki, a tym razem rynek ma spodziewać się kolejnych podwyżek, ale odsuniętych w czasie. W swoim komunikacie FED o 0,2 proc. obniżył też prognozę wzrostu gospodarczego w Stanach Zjednoczonych w 2019 r. Ważna była informacja o stopniowym wygaszaniu polityki zmniejszania sumy bilansowej FED.

Ogólny obraz rynków kapitałowych za oceanem jest mocny, a wyniki spółek są lepsze niż rok temu. Nie jest to jednak ta sama skala, do której przyzwyczailiśmy się w 2018 r. Banki inwestycyjne raczej obniżają prognozy dla spółek i przewidują, że ich wyniki będą rosły teraz średnio po 10 proc. w ujęciu r/r, podczas gdy rok temu przewidywały one wzrosty zysków po ok. 20 proc. z uwagi na przeprowadzaną reformę podatkową.

W efekcie tych wskazanych powyżej czynników inwestorzy są na rozdrożu
i zastanawiają się, co będzie dalej, bo z jednej strony wyniki spółek poprawiają się, a z drugiej nadchodzi spowolnienie gospodarcze. Warto przypomnieć, że hossa trwa już dziesiąty rok, czyli mamy do czynienia z wyjątkowo długim okresem makroekonomicznym dobrej koniunktury.

Rynki uważnie obserwują też wydarzenia na froncie wojny handlowej USA – Chiny. W powszechnej opinii analityków rynku, prezydent USA zbyt wcześnie ogłosił zwycięstwo, przez co znalazł się pod wzmożoną presją przeciwnika. Odwleka się w czasie kolejna tura rozmów: miały się odbyć do 1 marca, później termin ten przesunięto na koniec marca, a teraz mowa jest o możliwym spotkaniu Donald Trump – Xi Jinping dopiero w kwietniu. Być może w obliczu braku sukcesów w rozmowach z Chinami, USA zdecydują się na otwarcie frontu w wojnie handlowej z Unią Europejską, gdzie kością niezgody mogą być przede wszystkim cła na samochody z Europy sprowadzane za Atlantyk.

W Europie tematem numer jeden wciąż jest brexit. Fiasko kolejnych rozmów Theresy May z brytyjskim parlamentem oraz zmieniające się scenariusze, na jakich Wielka Brytania opuści Unię Europejską, uniemożliwiają inwestorom rzetelną ocenę sytuacji. Rynki czekają na wiążące rozwiązania i ostateczne decyzje polityków.

Marek Straszak, Portfolio Manager Union Investment TFI

Portfel Globalworth osiąga milion mkw. i wartość 2,5 mld euro

W 2018 roku Globalworth, wiodący inwestor biurowy w Polsce i Rumunii, odnotował 36-procentowy wzrost wartości portfela w stosunku do 2017, osiągający poziom 2,5 mld euro. Udział Rumunii i Polski w portfelu wynosi odpowiednio 51% i 49%. Jednocześnie Globalworth pozyskał kolejnych 250 000 mkw., co daje firmie łączne zasoby 1 mln mkw. powierzchni najmu brutto. Ze względu na dynamiczny rozwój Globalworth w Polsce oraz prowadzone w Rumunii projekty deweloperskie, przychód operacyjny netto (NOI) firmy odnotował imponujący wzrost o ponad 160% rok do roku i przekroczył 133 mln euro. 

Ubiegły rok był dla Globalworth wyjątkowy, ponieważ kontynuowaliśmy strategię rozwoju zarówno poprzez inwestycje w aktywa generujące dochód, jak i budowę nowych projektów, co odzwierciedlają świetne wyniki finansowe. Jesteśmy bardzo zadowoleni, że mogliśmy włączyć do naszego portfolio kilka z najbardziej rozpoznawalnych nieruchomości biurowych w Polsce, a trzy nasze akwizycje zaliczają się do dziesiątki największych transakcji biurowych minionego roku. Kupiliśmy pięć budynków, dodając do naszego portfolio ponad 185 000 mkw. powierzchni biurowej klasy A. Nabycia te pomogły nam uplasować Globalworth jako wiodącego właściciela biur w regionie Europy Środkowo-Wschodniej z portfelem najlepszych aktywów zarządzanym przez silny zespół doświadczonych specjalistów.

Dimitris Raptis, Zastępca Dyrektora Generalnego oraz Dyrektora ds. Inwestycji w Globalworth, oraz Dyrektor Generalny Globalworth Poland

W 2018 roku Globalworth przeprowadził w Polsce pięć akwizycji biurowych na łączną kwotę ponad 538 mln euro: Lumen i Skylight, Warta Tower, Spektrum Tower w Warszawie (łącznie 346 mln euro), Quattro Business Park w Krakowie (139 mln euro) i West Link we Wrocławiu (35,8 mln euro). Ponadto firma zakupiła trzy działki w Bukareszcie pod budowę nowych projektów biurowych (17,5 mln euro). Globalworth podpisał także umowy najmu na łączną powierzchnię 121 800 mkw. w Polsce i Rumunii, w tym 67 900 mkw. dotyczyło nowych umów, a 54 000 mkw. przedłużeń. W Polsce firma przenegocjowała umowy najmu dla łącznego wolumenu ponad 45 500 mkw. powierzchni brutto, 20 000 mkw. dotyczyło nowych umów najmu, a 25 700 mkw. – przedłużeń.

Aktywność firm z sektora BPO/SSC na największych rynkach biurowych w Polsce

Mateusz Polkowski, Dyrektor w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL
Mateusz Polkowski, Dyrektor w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL

W ubiegłym roku najemcy reprezentujący branżę usług dla biznesu wynajęli ok. 380 000 mkw., co stanowi jedną czwartą popytu w głównych miastach i ponad połowę zapotrzebowania na biura, kiedy weźmiemy pod uwagę tylko największe aglomeracje poza stolicą. – Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badań Rynku i Doradztwa, JLL

To bardzo podobny wynik do tego zarejestrowanego w 2017 r., co potwierdza istotną rolę jaką odgrywają firmy z sektora usług dla biznesu na rynku biurowym i w polskiej gospodarce.

Anna Młyniec, JLL
Anna Młyniec, JLL

Warto zwrócić uwagę nie tylko na to, w jaki sposób firmy BPO/SSC wspierają wzrost sektora biurowego w Polsce, ale również – jak zmieniają jego jakość. Najemcy z branży usług szukają zrównoważonych, nowoczesnych biur z ciekawym designem i wyposażonych w najnowsze rozwiązania technologiczne, co z kolei przekłada się na podaż takich powierzchni. W ten sposób poziomem oferowanych przestrzeni doganiamy największe zachodnioeuropejskie rynki. – Anna Młyniec, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Biurowych i Reprezentacji Najemcy w JLL

Jak wynika z danych JLL, w 2018 roku najwyższy udział w wynajętej powierzchni biurowej uzyskał Kraków – 64% (ponad 130 000 mkw. w ramach umów najmu). Drugie miejsce, z 57% (blisko 50 000 mkw.), przypadło Trójmiastu, a trzecie z 52% (ponad 80 000 mkw.) zajął Wrocław, w którym podpisano w tym czasie również dwie największe umowy najmu. Największe transakcje najmu zawarły takie firmy jak: IBM (ok. 18 000 mkw., Wojdyła Business Park, Wrocław), Nokia 16 000 mkw. (Green Towers, również Wrocław). Trzecia największa transakcja przypadła na Kraków i kompleks Enterprise Park, gdzie firma Aptiv zdecydowała się odnowić i powiększyć swoją przestrzeń do 15 000 mkw.

Miasto Udział sektora usług dla biznesu w popycie
Kraków 64%
Trójmiasto 57%
Wrocław 52%
Łódź 49%
Katowice 44%
Poznań 25%
Warszawa 5%

Źródło: JLL, www.bazabiur.pl, 2018 r.

Uberyzacja w edukacji

43% Polaków deklaruje, że pracuje za dużo[1], a blisko co drugi z powodu natłoku innych obowiązków rezygnuje w ciągu dnia z chwili tylko dla siebie[2]. W zabieganej codzienności nie dziwi więc to, że szukamy rozwiązań dopasowujących się do naszych możliwości czasowych. W odpowiedzi na ten problem coraz popularniejszy w Polsce staje się system usług na żądanie, dopasowujących się do naszych wypełnionych po brzegi kalendarzy.

Uberyzacja gospodarki

Ułatwieniem związanym z brakiem czasu mogą być tzw. usługi na żądanie. Rynek ten rewolucjonizuje obecnie zachowania handlowe na całym świecie. Zaczęło się od szybszego sposobu zamawiania taksówki – tak powstał model biznesowy Ubera. W następstwie ogromnego sukcesu firmy, pojęcie uberyzacja stało się najpopularniejszym terminem biznesowym w ciągu ostatnich kilku lat i pozostanie takie dopóki – jak to określił amerykański Forbes – nie zuberyzujemy całej gospodarki.

Dzięki usługom na żądanie użytkownicy mogą zaspokajać swoje potrzeby w dowolnym momencie. W zamian za wykorzystane zasoby muszą tylko zapłacić kwotę proporcjonalną do ich użycia. Firmy, które spełniają takie zapotrzebowanie, zazwyczaj świadczą swoje usługi za pośrednictwem platform IT. Co ciekawe, ten model biznesowy przeniknął w ostatnim czasie również do edukacji.

Coś więcej niż aplikacja do nauki

Aplikacji edukacyjnych są już setki tysięcy. Dają możliwość nauki między innymi matematyki, geografii, historii czy języków obcych. Oczywiste jest to, że możemy z nich korzystać wtedy, kiedy tylko mamy na to czas.

Przykładem jeszcze szerszego wykorzystania możliwości, które daje technologia, jest stworzona przez dwóch Polaków platforma Tutlo. Oferuje ona dostęp do kilkunastu polskich lektorów i ponad 200 anglojęzycznych native speakerów z kilkunastu krajów, m.in.: Wielkiej Brytanii, Australii, Stanów Zjednoczonych czy Kanady. Lekcje odbywają się w formule na żądanie – łączymy się poprzez video z wybranym nauczycielem bez wcześniejszego umawiania się na konkretną godzinę.

Angielski na żądanie

Istnieją na rynku platformy, które tak jak my oferują naukę z zagranicznymi lektorami, jednak zarówno w nich, jak i w szkołach stacjonarnych lekcje odbywają się o ustalonej porze lub trzeba się na nie umawiać. W tym aspekcie Tutlo oferuje kompletną rewolucję – lekcje odbywasz, kiedy chcesz i gdzie chcesz, bez wcześniejszego umawiania się – komentuje Tomasz Jabłoński, współzałożyciel i członek zarządu Tutlo.

Korzystając z aktualnej wiedzy naukowej na temat nauki języków, w Tutlo wykorzystywana jest metoda immersji. Nauka z native speakerem dostarcza zbliżonych efektów jak podczas pobytu za granicą – następuje dosłowne zanurzenie się w języku. Ponadto standardowa lekcja w Tutlo trwa jedynie 20 minut, a zatem znacznie łatwiej zmieścić ją w napiętym harmonogramie dnia.

[1] Gumtree, Raport „ Aktywni+, praca w życiu, życie w pracy”, 2018 r.

[2] SW Research, Coca-Cola Poland Services Badanie, „Czy Polacy potrafią zwolnić? Czyli „me time” w praktyce”, 2018 r.

Zagraniczny podatek VAT a koszty uzyskania przychodu

Przepis art. 16 ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych zawiera katalog wydatków, które nie mogą zostać zaliczone do kosztów uzyskania przychodu. Takim wydatkiem jest m.in. podatek od towarów i usług. Jak to zazwyczaj bywa na gruncie prawa podatkowego, prawodawca ustanowił kilka wyjątków, w związku z którymi podatek VAT może jednak obniżyć przychód podatkowy. Wyjątki te uregulowano w art. 16 ust. 1 pkt 46 ustawy.

W świetle powyższego powstaje pytanie, czy podatek VAT zapłacony w innym niż Polska państwie członkowskim Unii Europejskiej może stanowić koszt uzyskania przychodu?

Zagraniczny podatek VAT

Aby lepiej zobrazować problem, jaki rysuje się przed podatnikami, warto rozważyć przykładowy stan faktyczny. Podatnik w związku z prowadzoną działalnością gospodarczą nabywa we Francji określone towary. Sprzedaż tych towarów przez francuski podmiot odbywa się w ramach lokalnej dostawy towarów. Założyć tutaj należy, że z określonych względów podatnik francuski nie może zastosować zerowej stawki VAT w ramach wewnątrzwspólnotowej dostawy towarów. Tym samym nabywane we Francji towary będą opodatkowane francuskim podatkiem od towarów i usług.

W takim stanie faktycznym pojawia się wątpliwość, czy podatnik może zaliczyć zagraniczny podatek od towarów i usług do kosztów podatkowych. Rodzi się również wątpliwość, czy zwrot podatku otrzymany od francuskich władz podatkowych powinien stanowić przychód podatkowy. Wyjaśnienia przy tym wymaga, że podatek VAT zapłacony za granicą może zostać zwrócony polskiemu nabywcy, o ile spełnione są warunki przewidziane w tamtejszej jurysdykcji.

Rozbieżności w orzecznictwie

Rozstrzygnięcie przedmiotowych wątpliwości zostało dokonane na gruncie orzecznictwa sądowego oraz orzecznictwa organów podatkowych. Uwypuklić jednak należy, że sądy oraz fiskus wypracowały w tym zakresie odrębne stanowiska. Mianowicie, zgodnie z konkluzją sądów zagraniczny podatek VAT nie może zostać zaliczony do kosztów uzyskania przychodu. Władze skarbowe uważają natomiast przeciwnie i podatek ten może powiększyć koszty podatkowe.

Istota sporu

Kością niezgody jest tutaj definicja legalna podatku od wartości dodanej. Organy sygnalizują bowiem, że ilekroć w ustawie o podatku dochodowym od osób prawnych jest mowa o ustawie o podatku od towarów i usług, oznacza to ustawę z dnia 11 marca 2004 r. o podatku od towarów i usług. Z kolei ta ostatnia wskazuje, że przez podatek od wartości dodanej rozumie się podatek od wartości dodanej nakładany na terytorium państwa członkowskiego, z wyjątkiem podatku od towarów i usług nakładanego polską ustawą o podatku VAT.

Fiskus wychodzi zatem z konkluzją, że ustawa o podatku VAT rozróżnia pojęcie podatku od wartości dodanej i pojęcie podatku od towarów i usług. Tym samym sformułowanie „podatek od towarów i usług” jest określeniem podatku od wartości dodanej obowiązującym wyłącznie w Polsce, a nie w innych krajach.

Odnosząc powyższe do ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, wyłączenie możliwości zaliczenia podatku VAT do kosztów uzyskania przychodu będzie miało zastosowanie tylko do polskiego podatku VAT. Skutkiem tego zagraniczny podatek VAT może zostać zaliczony do kosztów podatkowych.

Stanowisko sądów administracyjnych jest natomiast odmienne. Podobnie jak organy, wskazuję one, że na gruncie ustawy o podatku VAT przez podatek od wartości dodanej rozumie się podatek od wartości dodanej nakładany na terytorium państwa członkowskiego, z wyjątkiem podatku od towarów i usług nakładanego polską ustawą. Zdaniem sądów definicja ta pełni funkcję porządkową i jej celem jest osiągnięcie jasności znaczeniowej. Tym samym ustawa nakazuje dany podatek nakładany na terytorium państw członkowskich UE określać jako podatek od wartości dodanej, podczas gdy adekwatną nazwą dla tego podatku, nakładanego na mocy polskiej ustawy, jest pojęcie podatek od towarów i usług. W konsekwencji zagraniczny podatek VAT nie stanowi kosztu podatkowego, a zwrot tego podatku otrzymany za granicą nie stanowi przychodu podatkowego.

Podsumowanie

Przedmiotowe zagadnienie jest kolejnym dowodem na to, że podatnik nie może być pewien prawidłowości deklarowanej przez siebie wysokości podatku, nawet w obliczu – wydawałoby się – jasno brzmiących przepisów prawa.

Omawiane zagadnienie stawia więc podatników w dość trudnej sytuacji, bowiem zmuszeni są oni do wybrania odpowiedniego rozumienia przepisów, które jest inne w zależności od podmiotu wydającego rozstrzygnięcie.

W takich sytuacjach nieodzowna jest analiza orzeczeń sądowo-administracyjnych, na podstawie których obrać należy najbezpieczniejszy scenariusz. Z pomocą przychodzi również Ordynacja podatkowa i wynikająca z niej instytucja utrwalonej praktyki interpretacyjnej organów Krajowej Administracji Skarbowej. Zastosowanie się do takiej praktyki, czyli ugruntowanego orzecznictwa fiskusa, chroni bowiem podatników, nawet w przypadku zmiany wykładni określonych przepisów przez organy podatkowe.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

5 najbardziej innowacyjnych miast średnich – wyniki raportu ABSL dla Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju

Związek Liderów Sektora Usług Biznesowych (ABSL), na zlecenie Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju, przeanalizował 35 miast średniej wielkości pod kątem ich atrakcyjności dla inwestorów poszukujących lokalizacji pod działalność biznesową i tworzenie nowych miejsc w sektorze usług biznesowych (BPO, SSC, IT, R&D). Jednym z elementów analizy było sprawdzenie innowacyjności tych miast – ABSL wytypował liderów innowacyjności wśród miast średnich, stosując pięciostopniową skalę.

– Źródła kreatywności i innowacyjności w miastach średniej wielkości są wynikiem kilku czynników: jakości kapitału ludzkiego w instytucjach samorządowych i dobrego przywództwa, zdolności finansowych samorządów czy aspiracji i poziomu oczekiwań mieszkańców, a przede wszystkim – istniejącego w danym mieście kapitału społecznego. Innowacyjności sprzyja też dobrze funkcjonująca współpraca pomiędzy lokalną administracją, biznesem i uczelniami, a w skali ponadlokalnej – dostęp do wiedzy w ramach wiodących sieci uczelni krajowych i międzynarodowych. Potencjał innowacyjny mogą też wyzwolić działania mające na celu przezwyciężenie barier rozwojowych, np. poprzez pilotażowe czy modelowe programy rewitalizacji – mówi Janusz Górecki, szef działu analiz ABSL i współautor raportu.

Analiza przeprowadzona przez ABSL pozwoliła na stworzenie typologii badanych miast, gdzie kryteriami były: głębokość i skala innowacji, różnorodność sfer, w których wprowadzono innowacje i to czy były to pojedyncze działania czy też komplementarny system pozwalający na wygenerowanie efektów synergii. ABSL, opierając się na klasyfikacji „European Innovation Scoreboard”, wyróżnił 5 szczebli: liderzy, silni innowatorzy, aspirujący innowatorzy, umiarkowani innowatorzy i skromni innowatorzy.

Do grona liderów zaliczono Płock – to miasto zdecydowanie wyróżnia się na mapie innowacyjności polskich miast średniej wielkości. Jako silnych innowatorów wyróżniono: Opole, Wałbrzych, Tarnów i Piłę. Działania w siedmiu ośrodkach pozwalają na wyróżnienie ich jako aspirujących innowatorów. Są to: Nysa, Legnica, Koszalin, Krosno, Elbląg, Nowy Sącz i Gorzów Wielkopolski.

Najbardziej innowacyjne miasta średniej wielkości z grupy miast badanych przez ABSL

Liderzy

Płock

Płock został uznany za lidera innowacyjności, wyróżniając się systemowymi i różnorodnymi rozwiązaniami innowacyjnymi w skali krajowej i międzynarodowej. Miasto jest animatorem kompleksowych działań na rzecz rozwoju przedsiębiorczości (m.in. przestrzeń co-workingowa Przetwórnia, koordynacja Światowego Tygodnia Przedsiębiorczości, Hackathon City Coders Płock) i konsekwentnie buduje swoją markę na poziomie międzynarodowym poprzez globalną sieć CIFAL UNITAR (Płock jest jedną z 15 lokalizacji biura CIFIAL na świecie). Ponadto miasto jest strategicznym partnerem Europejskiego Kongresu Gospodarczego, odgrywa aktywną rolę w Baltic Business Forum i Forum Rozwoju Mazowsza  oraz jest obecne w ratingu Fitch. Płock jest też liderem w zakresie wdrażania Partnerstwa Publiczno-Prywatnego w Polsce (organizator m.in. Międzynarodowego Forum PPP), wprowadza innowacje konceptualne, takie jak strategia zrównoważonego rozwoju Płock 3.0 (na lata 2018-2030) czy podejmuje działania na rzecz centrum kompetencyjnego rolnictwa miejskiego. W Płocku wdrożono też kompleksowe działania wspierające innowacyjność (Rada Innowacji, PPP-T, AIP, udział w projekcie Akcelerator Technologii Informacyjnej, współpraca z NCBiR w ramach projektów elektromobilności), prowadzi się tu aktywnie politykę mieszkaniową nastawioną na przyciągnięcie młodych mieszkańców, wyróżnia się też podejście do rewitalizacji (Staromiejskie Centrum Biznesu Przetwórnia, wielofunkcyjny dworzec PKP). W Płocku dobrze funkcjonuje współpraca na linii administracja-biznes-uczelnie.

Silni innowatorzy

Opole

Opole, jako silny innowator, pochwalić może się stworzeniem strategicznego systemu budowy kapitału ludzkiego (wielostronne wsparcie systemu szkolnictwa publicznego w mieście na rożnych szczeblach, Program TBS Mieszkanie dla Specjalisty), wdrażaniem systemowych innowacji, w tym kompleksowo rozumianej idei smart city, zdolnością przyciągnięcia wiodących europejskich instytucji badawczych, np. Instytutu Fraunhofera czy modelową współpracą na linii samorząd-uczelnie-biznes.

Wałbrzych

Wałbrzych tytuł silnego innowatora zawdzięcza powołaniu Aglomeracji Wałbrzyskiej (22 gminy, 400 tys. mieszkańców), która jest pionierem w Polsce w zakresie zarządzania funduszami UE na poziomie zintegrowanych inwestycji terytorialnych. Miasto prowadzi (jako jedno z trzech w Polsce) projekt pilotażowy w zakresie rewitalizacji, który ma dostarczyć modelowych rozwiązań przede wszystkim w obszarze planowania przestrzennego, mieszkalnictwa i finansowania działań rewitalizacyjnych. Podejmuje dziania na rzecz poprawy jakości życia w mieście, a tym samym zatrzymania i przyciągnięcia ludzi młodych (m.in. Wałbrzych na Dobrej Drodze, Nasz Nowy Dom, Szkoła od Nowa, Zielony Wałbrzych). Samorząd Wałbrzycha współkreuje działania strategiczne na poziomie subregionalnym (strategia Sudety 2030), prowadzi działania w zakresie wsparcia innowacyjności (Software Hackaton, a zwłaszcza infrastruktura dla rozwijania pasji w sektorze IT i kreatywnym – CityLab), wdraża rozwiązania smart city w obszarze technologicznym – m.in. pilotażowy program smart waste management. Urząd miasta cechuje się płaską strukturą, zorientowaną zadaniowo.

Tarnów

Tarnów, w ramach rozwiązań systemowych, stworzył aglomeracyjne partnerstwo 11 gmin, łącząc siły w zakresie promocji gospodarczej, kapitału ludzkiego czy wspólnych inicjatyw proinwestycyjnych. Kompleksowe wsparcie przedsiębiorczości w Wałbrzychu, w wymiarze infrastrukturalnym finansowym i doradczym, przejawia się w takich projektach jak DESK – darmowa strefa co-workingu, inkubator przedsiębiorczości, wdrażanie i realizacja projektów dofinansowanych ze środków UE przeznaczonych dla firm, które chcą rozwinąć działalność eksportową – projekt Business Boost for Małopolska. Tarnów zrealizował ponadto takie działania w obszarze smart-city i e-government jak projekt Centrum Usług Wspólnych dla 22 gmin subregionu tarnowskiego czy pilotażowy projekt wdrożenia inteligentnych rozwiązań technologicznych dla Tarnowa służących podniesieniu jakości życia, zdrowia, komfortu i efektywności energetycznej. W mieście istnieje kompleksowy systemu obsługi inwestora, dobrze funkcjonuje także współpraca między samorządem, uczelniami i biznesem.

Piła

Piła cechuje się modelową współpracą na linii samorząd–uczelnie–biznes. Miasto realizuje kompleksowy i strategiczny system działań nakierowany na wzmacnianie kapitału ludzkiego, obejmujący m.in. współpracę z szkołami wyższymi (Program Studiuj w Pile, Mieszkaj w Pile, Pracuj w Pile), wykorzystuje narzędzia w obszarze rynku pracy (Platforma Praca) i realizuje programy rozwoju kompetencji językowych i informatycznych wśród dzieci i młodzieży (utworzenie klas językowych, Pilska Akademia Przedsiębiorczości, Klub Profesjonalistów). Piła stworzyła infrastrukturę dla rozwoju przedsiębiorczości i kreatywności (inkubator przedsiębiorczości z bezpłatną strefą co-workingową dla studentów) oraz realizuje program Mieszkanie na Start dla fachowców poszukiwanych przez lokalnych pracodawców jak również oferuje stypendia dla doktorantów. Miasto opracowało też długofalową strategię rozwoju do 2035 roku i konsekwentnie odgrywa rolę lidera w Pilskim Obszarze Strategicznych Interwencji (m.in. organizacja subregionalnych targów pracy). Piła podejmuje działania w zakresie planowania przestrzennego, jest otwarte na współpracę z sektorem pozarządowym (m.in. Wodna Masa Krytyczna, wdrożenie programu Decyduj z Nami – jako pierwsze miasto w województwie wielkopolskim) i realizuje programy dla seniorów (Centrum Aktywizacji Osób Starszych i Niepełnosprawnych). Struktura urzędu miasta jest zorientowana zadaniowo i zespołowo.

Pełny raport „Potencjał miast średnich w Polsce dla lokalizacji inwestycji BPO/SSC/IT/R&D” został opublikowany 7 marca podczas konferencji organizowanej wraz z Ministerstwem Inwestycji i Rozwoju.

Niektórzy nigdy się nie nauczą. Dziś funt traci

Indykatywne głosowania nad pomysłami popchnięcia procesu brexitu dalej odbyły się wczoraj w brytyjskim parlamencie, jednak żaden z pomysłów nie uzyskał poparcia większości, co jest rozczarowującym rezultatem i funt dziś traci. Reszta rynku boryka się z wizją ponurej przyszłości globalnej gospodarki.

Izba Gmin głosowała nad ośmioma (spośród szesnastu) opcjami dalszego postępowania w procesie brexitu i posłowie mogli oddać głos na każdy, który byliby gotowi zaakceptować. Finał głosowań jest taki, że żadne rozwiązanie nie zebrało nawet połowy głosów. Izba Gmin nie ma problemu z pokazywaniem, czego nie chce, jednak nie jest zdolna określić, co chce w zamian. Tylko że tą drogą nie uda się uniknąć bezumownego rozstania z UE, bo bez obranej alternatywy UE nie zgodzi się na przedłużenie Artykułu 50. poza 12 kwietnia. Zatem ryzyko chaotycznego brexitu cały czas pozostaje niezerowe i szybko znajduje to odzwierciedlenie w notowaniach funta, który traci. Niektórzy się nigdy nie nauczą, choć teraz już nie wiem, czy tytuł ten odnosi się tylko do brytyjskich polityków, czy także do mnie osobiście. Naprawdę myślałem, że pozostało tak niewiele czasu, że dla dobra kraju posłowie odczują potrzebę wypracowania konsensusu. Naiwnym ja, choć patrząc po zachowaniu GBP w ostatnich dniach sądzę, że nie byłem jedyny.

Czy nie ma już pomyślnej drogi dla funta?

Niekoniecznie. Wczoraj opcją niepoddaną pod głosowanie był plan May. Premier celowo wstrzymuje trzecie głosowanie nad projektem, gdyż na razie nie ma jeszcze wystarczającego poparcia. Jednak to poparcie rośnie, szczególnie wśród kluczowych brexitowców (m.in. Boris Johnson, Jacob Ress-Mogg), dla których alternatywa w postaci przedłużenia negocjacji oznacza potężne ryzyko całkowitego odwołania brexitu. Zatem uważam wciąż za bardziej prawdopodobne zaakceptowanie planu May, albo obranie drogi ku łagodniejszej wersji brexitu. Z perspektywy GBP nie zmienia to jednak wiele – łatwiej zakładać, że w średnim terminie będzie wyżej, ale dużo trudniej powiedzieć, jak nisko jeszcze znajdzie się po drodze.

Na szerokim rynku widać walkę o zachowanie spokoju i niepopadanie w ponury sentyment. Gołębi zwrot czołowych banków centralnych i ucieczka w obligacje skarbowe pozostawiają wrażenie obaw o otoczenie makroekonomiczne. Dziś pod lupą znajdą się dane o inflacji z Niemiec. Po zeszłotygodniowym dużym rozczarowaniu w indeksach PMI, teraz przychodzi pora na ocenę trendów inflacyjnych. EBC ostatnio wyrażało obawy o presję cenową, więc wrażliwość EUR na dane będzie uzasadniona.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.