Od stycznia 2018 roku pracodawcy będą mogli ubiegać się o nowy typ zezwolenia na pracę tzw. zezwolenie na pracę sezonową. Zezwolenia na pracę sezonową będzie wydawał starosta, a nie tak jak to do tej pory miało to miejsce wojewoda. O zezwolenie ubiegać się będą mogli obywatele państw trzecich, tj. obywatele państw spoza Unii Europejskiej.
– Dotyczy to głównie prac krótkoterminowych i średnioterminowych – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Andrzej Kubisiak, szef biura prasowego Work Service – Będziemy mieli do czynienia z nowymi ewidencjami i nowymi obowiązkami biurokratycznymi po stronie zarówno pracodawców, jak i urzędów. Zmiany głównie dotyczą ewidencjonowania prac – będziemy wiedzieć, gdzie i ilu cudzoziemców pracuje, a także w jakich branżach. Zmiany te będą się wiązały z nowymi obowiązkami biurokratycznymi – istnieje obawa, że wydłuży to procesy związane ze ściąganiem cudzoziemców do Polski. Pamiętajmy o tym, że dziś to głównie pracownicy z Ukrainy wypełniają wiele wakatów w polskiej gospodarce. Z ostatnich szacunków Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wynika, że 1,8 mln oświadczeń o powierzeniu pracy dla cudzoziemców zostało przyznane w ubiegłym roku. Gdyby nie ci pracownicy, wiele gałęzi gospodarki miałoby problemy, by zrealizować swoje kontrakty i zamówienia. Jednak wydaje się, że największą zmianą i rewolucją dla polskiego rynku pracy nie tylko w 2018 roku, ale i na przyszłe lata, będzie nowy Kodeks pracy – podsumował Andrzej Kubisiak.
Obecny Kodeks Pracy powstał w połowie lat siedemdziesiątych, był wielokrotnie nowelizowany. Natomiast w tym roku zarysy nowego Kodeksu Pracy mają ujrzeć światło dzienne i one mogą całkowicie zmienić zasady funkcjonowania polskiego rynku pracy, a także dostosować go do wymogów XXI wieku.
Sztuczne wstrząsy sejsmiczne są poważnym problemem m.in. w zagłębiach górniczych Polski. Z pokładów zagrożonych tąpnięciami pochodzi nawet 70 proc. krajowej produkcji węgla. Zdarzenia sejsmiczne o charakterze wzbudzonym i wyzwolonym są związane nie tylko z działalnością górniczą, lecz także z eksploatacją energii geotermalnej oraz ropy i gazu czy wydobyciem gazu łupkowego. Dzięki nowej badawczej e-platformie możliwe będzie prowadzenie eksperymentów w oparciu o zgromadzone dane i ocenienie ryzyka wystąpienia sejsmicznego zdarzenia.
System Obserwacji Płyty Europejskiej (EPOS – European Plate Observing System) ma na celu budowę europejskiej e-infrastruktury badawczej dla nauk tzw. twardej Ziemi. W jego ramach powstaje krajowa infrastruktura badawcza na potrzeby badań z dziedziny Nauk o Ziemi. Budowane są Centra Infrastruktury Badawczej oraz przygotowywana jest e-platforma do zbierania i integrowania danych sejsmicznych.
– EPOS to duża, międzynarodowa, europejska inicjatywa. Jest to bardzo duży, rozbudowany system zbierania danych sejsmicznych. Polska nie jest krajem o dużej sejsmiczności, ale sejsmiczność u nas występuje. Nie jest to sejsmiczność pochodzenia naturalnego, ale od przemysłu, czyli pochodzenia antropogenicznego. To temat, który w Polsce jest bardzo ważny – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Tomasz Szepieniec z Akademickiego Centrum Komputerowego Cyfronet AGH.
W Polsce wywoływana sztucznie aktywność sejsmiczna jest poważnym problemem np. w zagłębiach górniczych południowej Polski. Większość polskich kopalni zmaga się z trudnymi warunkami geologiczno-górniczymi i zagrożeniami sejsmicznymi. Z wypowiedzi przedstawicieli Kompanii Węglowej wynika, że z pokładów zagrożonych tąpaniami pochodzi ponad 70 proc. produkcji.
W ramach programu EPOS powstaje nowoczesna e-platforma, która ma ułatwić dostęp do zgromadzonych danych surowych. Platforma pozwala na gromadzenie i interpretację danych pomiarowych w zakresie wpływu, jaki mają na środowisko prace w zakładach górniczych czy podczas eksploatacji wód termalnych i gazu z łupków. Platforma wykorzystuje komputery o bardzo wysokiej mocy obliczeniowej i największe informatyczne sieci szkieletowe w Europie. W ten sposób naukowcy mogą korzystać z dostępu do ogromnej liczby cennych danych, a do przemysłu trafiają innowacyjne rozwiązania.
– Integrujemy dane, które pochodzą z wielu źródeł oraz integrujemy narzędzia, które służą do analizy tych danych. Zaczynając od danych sejsmicznych, czyli zapisów wydarzeń sejsmicznych z czujników, poprzez dane, które przychodzą bezpośrednio z przemysłu, ale również dane GIS-owe, osadzone na mapach. Potrzebne jest do tego duże zaplecze komputerowe, a superkomputer ACK Cyfronet AGH jest doskonałym narzędziem do prowadzenia tego typu analiz – przekonuje Tomasz Szepieniec.
Platforma gromadzi dane pochodzące z różnych źródeł. Pozwala to ocenić ryzyko sejsmiczne i hazard sejsmiczny, czyli prawdopodobieństwo wystąpienia zjawisk wiązanych z trzęsieniem ziemi, takich jak drgania gruntu, czy lawiny i osuwiska. Co istotne, narzędzie ma być przyjazne dla naukowców, którzy niekoniecznie muszą być biegli w zakresie informatyki.
– Naukowcy znający metody i swoje narzędzia nie zawsze mają gotowość i techniczne umiejętności do tego, żeby te narzędzia przenieść na platformę i wykorzystać rozproszone dane, których jest dużo. Staramy się zbudować platformę, która pozwala na łatwe wybieranie potrzebnych danych, zapewnia narzędzia obliczeniowe do badań na tych danych i wreszcie umożliwia podłączenie tego do specjalizowanej chmury obliczeniowo-naukowej – twierdzi ekspert.
Platforma już działa, chociaż jak na razie w ograniczonym zakresie. Pełną funkcjonalność ma osiągnąć pod koniec 2019 roku. Projekt EPOS znajduje się obecnie w fazie wdrożeniowej. Jego pełne uruchomienie planowane jest na 2020 r.
– Mamy dane kilkunastu tzw. epizodów, czyli wydarzeń sejsmicznych związanych z pewnymi wydarzeniami w przemyśle, i mamy zestaw narzędzi, który umożliwia na tym wykonywanie obliczeń, natomiast w tej chwili pracujemy nad rozszerzeniem platformy – twierdzi ekspert.
Aktywność w portalach społecznościowych kształtuje wizerunek firm i osób w sieci oraz przekłada się na ich reputację. Dlatego treści powinny być starannie wyselekcjonowane. Sprawna komunikacja w social media to nie tylko korzyści wizerunkowe, lecz także biznesowe – pomaga budować długotrwałe relacje z dotychczasowymi klientami i przyciągać nowych.
– Zacznijmy budować nasz wizerunek w sieci, bo najgorsze jest to, że wszyscy wiemy, że należy to robić, natomiast cały czas brakuje działania. Zacznijmy od tego, żeby zadbać o profile osobiste w mediach społecznościowych. Przedstawmy się, potraktujmy profile nie tylko jako wymianę zdjęć z urlopów między dobrymi znajomymi, lecz także popatrzmy na to, że tam obserwują nas nasi partnerzy biznesowi i klienci – mówi agencji informacyjnej Newseria Joanna Ceplin, trener skutecznej komunikacji online.
Eksperci podkreślają, że platformy społecznościowe znajdują się na czele listy wyszukiwań Google. To dlatego tak dużą wagę powinniśmy przywiązywać do swojej obecności w nich – zarówno jako firmy, jak i osoby prywatne.
– Jeżeli ktoś wpisze nasze imię i nazwisko, to w pierwszej kolejności ukażą się profile społecznościowe, dlatego przedstawmy się tam jak na najlepszej wizytówce. Zadbajmy o to, by zdjęcia, treści i wszystko, co tam publikujemy, przedstawiało nas w taki sposób, w jaki chcemy, by nas postrzegano – mówi Joanna Ceplin.
Jeżeli budujemy markę osobistą, ważna jest obecność nie tylko na Facebooku, lecz także na innych platformach: LinkedIn, Instagram czy YouTube – wszystko zależy od tego, w jakiej branży działamy.
– Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby nasz prywatny profil pokazywać również publicznie. Kiedy jakieś osoby tam trafiają, to kierujemy je na nasze profile firmowe. Z kolei jeśli pracujemy u kogoś, to on pewnie też nas sprawdza w serwisach. Natomiast my za bardzo skupiamy się na prywatnej sferze kontaktu – znajomi, zdjęcia z imprez, dzieci, psy, a mało tam o naszym profesjonalnym wizerunku. Kiedy dostaję od kogoś propozycję współpracy z informacjami, że jest w czymś dobry, ma osiągnięcia, a ja odszukuję jego profil i nie widzę tam ani słowa na ten temat, to zaczynam się zastanawiać, czy to jest faktycznie prawda – mówi Joanna Ceplin.
Jeżeli natomiast prowadzimy biznes, jakąś organizację lub rozwijamy swoją markę jako eksperta, to powinniśmy zadbać o profile biznesowe, które będą skierowane do konkretnej grupy odbiorców. Utarło się przekonanie, że wystarczy mieć konto na Facebooku, uprawnienia admina, raz na jakiś czas wrzucać posty, czasem coś napisać na Twitterze, zrobić konkurs czy zapytać fanów o samopoczucie i to w zasadzie wystarczy. Nic bardziej mylnego.
– Zacznijmy tam prowadzić systematyczną komunikację. Moje hasło: zamiast konsumować cudze treści, twórz swoje. Zacznijmy od tego, żeby systematycznie tworzyć treści dla swojej grupy docelowej – jako firma wiemy przecież do kogo chcemy dotrzeć, kogo przyciągnąć i zaciekawić. Jeżeli kierujemy produkty do młodych mam, to one powinny czytać u nas treści, które dadzą im wartość, zaciekawią je, skłonią do tego, żeby to skomentowały, odpowiedziały na pytanie, obejrzały film, który tam umieścimy i dalej go udostępniły – mówi Joanna Ceplin.
Jeżeli firma jest już dłuższy czas obecna w mediach społecznościowych, warto przeanalizować, czy jej aktywność przynosi określone rezultaty. Jak podkreśla ekspertka, nie wystarczy podpatrywać działań konkurencji i ich kopiować, a trzeba postawić na kreatywność. Naśladowanie innych nie przyniesie oczekiwanych efektów, ponieważ nie wiemy, jaki cel założyła sobie marka, którą podpatrujemy.
Poza tym profile powinny być urozmaicone. Zwykły post to zdecydowanie za mało. Uwagę odbiorców szczególnie przyciągają infografiki, filmy video, wywiady z ekspertami, ciekawostki czy odnośniki do powiązanego bloga.
– W ten sposób systematycznie tworząc treści, zaczynamy gromadzić społeczność na swoim profilu. Treści nie muszą być duże, ale ważne, aby były interesujące i przyciągające. Wtedy zgromadzimy społeczność, która dzięki tym treściom nam zaufa. Gdy odbiorca nam zaufa, to przyjdzie taki moment, kiedy stwierdzi, że chce skorzystać z naszego produktu albo usługi, bo będzie widzieć, w czym ten produkt lub usługa mu pomoże – mówi Joanna Ceplin.
Wykształcenie, znajomość języków obcych i doświadczenie to dziś za mało, by konkurować na rynku pracy. Na czele najbardziej poszukiwanych przez pracodawców umiejętności w 2018 roku znajdzie się znajomość języków programowania oraz kompetencje cyfrowe. Kilka miesięcy intensywnego szkolenia dziś wystarczy, by nabyć nowe kwalifikacje, a co za tym idzie – zwiększyć szanse awansu i podwyżki w firmie.
– Według danych Ministerstwa Cyfryzacji w Polsce jest potrzebnych około 50 tys. programistów więcej, niż obecnie pracuje. Według naszych szacunków w Polsce pracuje 130 tys. programistów, a jest jeszcze potrzebnych kilkadziesiąt tysięcy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Kosedowski z firmy Kodilla.
Ukończenie studiów nie gwarantuje już stałej, dobrze płatnej pracy w wyuczonym zawodzie. Współczesny rynek wymaga od pracowników elastyczności, a więc stałego podnoszenia kwalifikacji, zdobywania nowych umiejętności i uprawnień. Z danych firmy Kodilla wynika, że w 2018 roku na czele najbardziej poszukiwanych przez pracodawców kwalifikacji znajdą się umiejętności programistyczne, zarówno u inżynierów, jak i pracowników nietechnicznych
– Osoby znające JavaScript są bardzo poszukiwane przez firmy, które tworzą aplikacje internetowe oraz bardziej zaawansowane strony, których powstaje z każdym rokiem coraz więcej, a przecież poprzednie trzeba utrzymywać. Stąd właśnie wynika ten wzrost zapotrzebowania na programistów – mówi Marcin Kosedowski. – Wynagrodzenia, na jakie można liczyć, to na początek około 3 tys. zł na rękę i kilkaset złotych podwyżki z każdym rokiem, przy czym w większych miastach te kwoty są wyższe.
Na drugim miejscu najbardziej poszukiwanych przez pracodawców umiejętności według Kodilli znajdują się inne kompetencje cyfrowe. Wbrew pozorom umiejętności te wciąż nie stoją wśród polskich pracowników na najwyższym poziomie, ich opanowanie może więc stanowić atut przy poszukiwaniu zatrudnienia lub ubieganiu się o awans. Pracodawcy poszukują przede wszystkim osób mających umiejętność sprawnego korzystania z narzędzi biurowych, poczty elektronicznej i komunikatorów internetowych, a także mających wiedzę z zakresu bezpieczeństwa sieci i programowania.
– Tutaj nie trzeba znać rzeczy, które wydawałyby się zaawansowane, a raczej codzienne narzędzia jak Microsoft Word, Excel, Power Point, z tym, że znajomość tych narzędzi może być niska, może być wysoka, to kwestia sprawnego poruszania się w nich – mówi Marcin Kosedowski.
W zakresie nowych technologii zwłaszcza starsze pokolenia pracowników dążą do poszerzenia swoich kompetencji. Z badań VMware wynika, że 39 proc. badanych w wieku 45–54 lat aktywnie poszukuje możliwości zasięgnięcia porad lub odbywania szkoleń w dziedzinie projektowania i tworzenia aplikacji mobilnych, a 31 proc. osób z grupy powyżej 55 lat podejmuje te same działania również w zakresie programowania i tworzenia treści online.
– Znajomość tych narzędzi jest bardzo istotna, ponieważ pozwala znacząco przyspieszyć pracę i pracownik sprawnie porusza się, nie marnuje czasu pracy i wynagrodzenia, które pracodawca mu płaci – mówi Marcin Kosedowski.
Jak podkreślają eksperci, programowanie i inne kompetencje cyfrowe to umiejętności, które można dziś zdobyć w ciągu kilku miesięcy. Jednak tylko 17 proc. Polaków zdaje sobie sprawę z tego, że w pół roku można stać się programistą. Większość wciąż kojarzy przebranżowienie się z koniecznością ukończenia 3,5-letnich lub 5-letnich studiów. Przedstawiciele firmy Kodilla podkreślają, że z oferty szkoleń firmy do tej pory skorzystało ok. 1,5 tys. osób, z których 97 proc. nie miało żadnego wykształcenia informatycznego.
Do poszukiwanych przez pracodawców kwalifikacji wciąż należy również znajomość języków obcych, zwłaszcza angielskiego oraz języków niszowych takich jak chiński, arabski, węgierski czy szwedzki. W znalezieniu pracy lub uzyskaniu awansu pomóc może także posiadanie prawo jazdy kategorii B raz umiejętność dobrego planowania, wielozadaniowość, zdolność radzenia sobie ze stresem oraz elastyczność przy zmianie branży.
Prawnik na telefon w ramach ubezpieczenia to bardzo popularne rozwiązanie w Niemczech, Szwecji czy nawet w Czechach. W Polsce jest nowością – 80 proc. Polaków wciąż nie słyszało o ubezpieczeniu ochrony prawnej, a zaledwie 4 proc. ma taką polisę. Eksperci zauważają, że trzy czwarte Polaków ocenia koszty usług prawników jako bardzo wysokie i wielu przez to rezygnuje z dochodzenia swoich roszczeń, dlatego ubezpieczenia ochrony prawnej mogą się szybko przyjąć na krajowym rynku.
– Popularność ubezpieczeń ochrony prawnej w Polsce jest jeszcze niewielka. Nasze badania pokazują, że tylko co szósty Polak w ogóle wie, że istnieje coś takiego. Tutaj jest więc jeszcze duża przestrzeń do rozwoju – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Hiszpański, prezes zarządu D.A.S. Towarzystwa Ubezpieczeń Ochrony Prawnej SA. – Podobnie niską świadomość mamy w przypadku abonamentów medycznych i ubezpieczeń medycznych. Słyszymy o tym dużo w telewizji, ale nie do końca wiemy o co chodzi.
Ubezpieczenie ochrony prawnej – w ramach odprowadzanej co miesiąc składki – gwarantuje pokrycie wynagrodzenia adwokata, kosztów postępowania, a nawet podróży do sądu. Zapewnia też stały dostęp telefoniczny do konsultacji i porad prawnych. Ubezpieczony korzysta z usług adwokata w ramach polisy i nie musi sam opłacać jego honorarium.
– W Towarzystwie Ubezpieczeń D.A.S. ubezpieczenie ochrony prawnej polega na tym, że klient może skorzystać zarówno z telefonicznych porad prawnych, często nielimitowanych, jak i w formie pisemnej, może uzyskać uwagi do przygotowanej umowy czy projekt odpowiedzi do jakiegoś urzędu czy instytucji. Otrzymuje też pomoc w prowadzeniu negocjacji, mediacji, a przede wszystkim zastępstwo procesowe w przypadku sporu sądowego – wymienia Rafał Hiszpański.
W Niemczech to rozwiązanie jest bardzo powszechne – z polis ochrony prawnej korzysta trzy czwarte obywateli. W Polsce ten rynek dopiero się tworzy.
– Popularność ubezpieczeń ochrony prawnej na innych rynkach wygląda różnie. W Szwecji prawie każdy obywatel ma ubezpieczenie ochrony prawnej. Niemcy to też bardzo dojrzały rynek, z ponad stuletnią tradycją, gdzie większość obywateli i małych firm takie ubezpieczenie posiada – mówi prezes D.A.S. Towarzystwa Ubezpieczeń Ochrony Prawnej. – Co warte podkreślenia, składka zbierana np. w Czechach, w kraju dużo mniejszym niż Polska, jest niewiele mniejsza od składki z ubezpieczeń ochrony prawnej zbieranej w naszym kraju [15 mln euro vs 18,7 mln euro – red.].
Jak wynika z badania, które dom badawczy ARC Rynek i Opinia przeprowadził na zlecenie D.A.S., prawie 90 proc. Polaków deklaruje, że przynajmniej raz w roku przydałaby się im pomoc prawnika. Więcej niż co czwarty zrezygnował w ciągu ostatnich 3 lat ze swoich roszczeń, na przykład w sporze z urzędem. Biorąc pod uwagę to, że trzy czwarte Polaków ocenia koszty usług prawników jako bardzo wysokie, ubezpieczenia ochrony prawnej mogą się szybko przyjąć na rodzimym rynku.
– Patrząc zarówno na naszych zachodnich, jak i południowych sąsiadów, widzimy, że w Polsce dopiero czekają nas duże wzrosty. To zresztą potwierdzają wyniki D.A.S. w 2017 roku – szacujemy 50-proc. wzrost sprzedaży, oczywiście od relatywnie niedużych wolumenów, jednak pokazuje to początek trendu, który – mamy nadzieję – będzie się rozwijać – mówi Rafał Hiszpański.
Przemysłowy Instytut Automatyki i Pomiarów PIAP wraz z firmą Zurad pracują nad innowacyjnym, modułowym systemem Roadsense+, który ma zwiększyć bezpieczeństwo ruchu drogowego poprzez rejestrację i analizę zdarzeń, które dzieją się na drodze. Nowoczesne fotoradary 3D mogą trafić na polskie drogi jeszcze w 2018 roku. Dzięki dużemu zasięgowi mogą być stosowane także na autostradach i drogach szybkiego ruchu. Urządzenie będzie nie tylko mierzyć prędkość, lecz także rozpozna rodzaj zdarzenia drogowego i pozwoli ustalić przyczyny wypadku.
System Roadsense+ to sieć nowoczesnych, wielofunkcyjnych fotoradarów 3D. Urządzenia będą w stanie m.in. mierzyć prędkość na danym odcinku drogi, wykrywać przejazdy skrzyżowania na czerwonym świetle oraz mierzyć prędkości wraz z rejestracją wykroczenia na wielu pasach ruchu. Jedną z jego funkcjonalności jest rejestracja zdarzeń w postaci filmów, co ma zmniejszyć możliwości podważenia zarejestrowanego materiału dowodowego
– Chodzi o stworzenie systemu, który będzie zwiększał bezpieczeństwo ruchu drogowego poprzez rejestrację i analizę zdarzeń, które dzieją się na drodze – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jakub Główka, kierownik Ośrodka Systemów Bezpieczeństwa w Przemysłowym Instytucie Automatyki i Pomiarów PIAP.
Roadsense+ opiera się na nowoczesnym radarze 3D oraz module optycznym i przetwarzania sygnałów, które mają rozpoznawać sytuację na drodze przy wykorzystaniu sztucznej inteligencji. Poprzez połączenie kilku urządzeń w jedną całość ma skuteczniej wykrywać naruszenia przepisów ruchu drogowego. Umożliwi także objęcie nadzorem nad przestrzeganiem ograniczeń prędkości na drogach szybkiego ruchu poprzez wydłużony pomiar odcinkowy.
Jak wynika z danych Komisji Europejskiej, w 2016 roku na drogach UE zginęło 25,5 tys. osób, to o 600 mniej niż w poprzednim roku. W przeliczeniu na milion mieszkańców śmierć poniosło 50 osób. W porównaniu do 2010 roku oznacza to spadek o 19 proc. Sytuacja w samej Polsce nie wygląda jednak tak optymistycznie. Znajdujemy się w niechlubnej czołówce państw, w których na drogach ginie najwięcej osób. W 2016 roku liczba ofiar śmiertelnych wzrosła o 2 proc.
– W Polsce liczba wypadków stale rośnie. Koszty z tym związane są ogromne, przekraczają 50 mld zł rocznie z samych skutków spowodowanych wypadkami drogowymi. Gdy patrzymy na kraje europejskie, zdecydowanie poprawa tego stanu jest możliwa poprzez zwiększenie nadzoru nad tym, co dzieje się na drodze – tłumaczy Jakub Główka,
Projekt jest finansowany ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego. W połowie bieżącego roku rozpocznie się certyfikacja rozwiązania przez Główny Urząd Miar. Po pomyślnym przejściu tego procesu urządzenie będzie mogło się pojawić na drogach na przełomie 2018 i 2019 roku.
– W tej chwili w Polsce jest na drogach około 400 fotoradarów, które tylko mierzą prędkość. Planowana rozbudowa systemu wskazuje, że zapotrzebowanie na fotoradary może wynieść 1400 sztuk takich urządzeń. My chcemy, żeby były one modułowe, innowacyjne i stanowiły rzetelną podstawę do oceny sytuacji na drodze – podkreśla ekspert z PIAP. Dodaje jednocześnie, że podana liczba fotoradarów to jedynie prognoza, wynikająca z analizy rynku systemów bezpieczeństwa ruchu drogowego wdrażanych w krajach UE, stworzona przez wykonawców Systemu Roadsense+. Przyszłość pokaże, czy Polska wzorem innych krajów będzie zwiększać liczbę fotoradarów.
Cyberzagrożenia i rosnąca liczba ataków to, obok dyrektywy RODO, jeden z głównych powodów, który skłania firmy do większego zainteresowania się rozwiązaniami dotyczącymi bezpieczeństwa danych. Przekłada się to na rosnącą popularność chmury, która zapewnia wysoki poziom ochrony. Orange, największy w Polsce dostawca internetu, wprowadzi w tym roku na rynek Flexible Engine – autorskie rozwiązanie chmurowe. Obok internetu rzeczy ma to być jedno z głównych źródeł przychodów i rozwoju spółki w segmencie biznesowym.
– Najbliższe miesiące w biznesie na pewno przebiegną pod dużą presją wchodzących w życie regulacji związanych z ochroną danych osobowych. To czas, w którym polskie firmy będą się do niej przygotowywać. Dla większości z nich, jeżeli nie dla wszystkich, to potężna zmiana, która wymaga dużo większej czujności, roztropności i uwagi w podejściu do danych osobowych. Nakłada też bolesne i dotkliwe kary za nieprzestrzeganie przepisów, zatem większość firm bardzo poważnie o tym myśli – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bożena Leśniewska, wiceprezes zarządu ds. rynku biznesowego Orange Polska.
RODO, czyli Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych Osobowych, wejdzie w życie 25 maja br. To unijna regulacja, która ujednolici przepisy w tym zakresie na terenie wszystkich 28 państw członkowskich UE. W Polsce zastąpi ustawę, która obowiązywała od 20 lat.
Nowe prawo nakłada szereg wyśrubowanych wymogów na wszystkie podmioty, które gromadzą i przetwarzają dane osobowe. Obejmie zarówno duże korporacje, podmioty publiczne, jak i niewielkie przedsiębiorstwa. Będą one musiały wdrożyć takie rozwiązania i infrastrukturę IT, które zapewnią maksymalny poziom bezpieczeństwa danych osobowych. Na dostosowanie się do nowych przepisów zostało tylko kilka miesięcy. Tym, którzy nie zdążą, za wszelkie incydenty związane z naruszeniem bezpieczeństwa grożą wysokie kary finansowe, sięgające nawet 20 mln euro lub równowartości 4 proc. rocznych globalnych obrotów firmy.
– Spotykamy się ze wzrostem zainteresowania, z większą liczbą pytań dotyczących oferty, którą możemy zaproponować, żeby przygotować firmy do zmiany. Dotyczy to nie tylko RODO, lecz także ogólnie wzrastającej potrzeby zabezpieczania zarówno zasobów sieciowych, jak i infrastruktury IT przed cyberatakami oraz coraz silniej rozwijającą się przestępczością w przestrzeni internetowej – mówi Bożena Leśniewska.
Cyberzagrożenia i rosnąca z roku na rok liczba takich ataków to kolejny obok RODO powód, który skłania firmy do większego zainteresowania rozwiązaniami z zakresu bezpieczeństwa. Eksperci Eset prognozują w 2018 roku wzrost liczby ataków ransomware (szkodliwe oprogramowanie, które szyfruje dane w celu wymuszenia okupu) oraz ataków na urządzenia internetu rzeczy (IoT).
– W tym zakresie możemy zaoferować klientom – zarówno przez Orange Polska, jak i naszą spółkę Integrated Solutions – całe spektrum rozwiązań, które pozwalają zabezpieczyć dane zarówno osobowe, jak i wszelkie dane firmy. Mamy własne security operation center zabezpieczające najpoważniejsze firmy w Polsce. Mamy CERT oraz najwyższą certyfikację we wszystkich możliwych technologiach, co zapewnia bezpieczeństwo zarówno infrastruktury, jak i sieci – podkreśla Bożena Leśniewska.
Oferta IS w zakresie bezpieczeństwa koncentruje się na dwóch obszarach. Po pierwsze, spółka kładzie nacisk na ochronę i zabezpieczenie każdego łącza internetowego, blokując szereg zagrożeń zanim dotrą one do klientów. Przykładem może być ubiegłoroczny cyberatak WannaCry, który objął zasięgiem ponad 200 tys. komputerów i 150 państw. Hakerzy wymusili ponad 50 tys. dol. okupu i wywołali paraliż międzynarodowych korporacji, szpitali, instytucji rządowych i transportu. Bożena Leśniewska podkreśla, że ubiegłoroczna fala ataków WannaCry nie dotknęła odbiorców internetu Orange.
Drugi obszar to stale rozwijana oferta usług i rozwiązań chroniących sieć wewnętrzną klientów we wszystkich jej warstwach, począwszy od infrastruktury serwerowej, na aplikacjach biznesowych kończąc.
Wiceprezes Orange zwraca też uwagę na rosnące zainteresowanie firm rozwiązaniami chmurowymi, które zapewniają wysoki poziom ochrony i bezpieczeństwa danych.
– Większość firm dopiero to testuje, ale badania pokazują, że w ciągu dwóch kolejnych lat ponad 30 proc. polskich przedsiębiorstw zdecyduje się na przeniesienie do chmury. To oznacza wielkie możliwości, dlatego w ostatnich latach przygotowywaliśmy się do udziału w rozwoju tej części biznesu – mówi Bożena Leśniewska.
Należąca do grupy Orange spółka Integrated Solutions jest w tej chwili partnerem wszystkich dostawców chmury publicznej w Polsce. W tym roku wprowadzi na rynek autorskie rozwiązanie chmurowe Orange – Flexible Engine, które będzie oferować wraz z usługami doradztwa i audytu.
– Dla klientów wymagających większej prywatności, bezpieczeństwa i nieco innych rozwiązań oferujemy własne data center w Warszawie i Łodzi, jedno z najlepszych w Europie. Możliwości, jakie daje przeniesienie biznesu do chmury, to m.in. zdjęcie z siebie wydatków inwestycyjnych w sprzęt i odpowiedzialności za niego, a przeniesienie wszystkiego na naszych pracowników, którzy w formie serwisu mogą dostarczyć zarówno infrastrukturę, platformę, jak i usługi. To powoduje, że jest to rozwiązanie, które będzie się cieszyć coraz większą popularnością. W tym kierunku idzie nasza strategia –przekonuje Bożena Leśniewska.
Kolejny, perspektywiczny obszar to internet rzeczy (IoT), który rozwija się dynamicznie na całym świecie. Globalna firma doradcza Gartner szacuje, że w tym roku do inteligentnej sieci będzie już podłączonych ponad 11 mld urządzeń, a do końca dekady ta liczba przekroczy 20 mld dol.
– IoT kiełkuje w Polsce, stwarzając cały szereg możliwości. W perspektywie kolejnych trzech lat przewidujemy, że będzie to nowa linia przychodowa dla Orange. Stworzyliśmy własną platformę API IoT, pod którą jednym kliknięciem można podłączyć dowolnych partnerów, usługi i rozwiązania. Daje to dużą elastyczność i spektrum możliwości dla różnego rodzaju usług i biznesów. Zaczęliśmy testować już rozwiązanie z gminami i miastami, budując smart cities – mówi Bożena Leśniewska.
Przykładem wykorzystania jest np. system inteligentnego oświetlenia ulic, który powstał w podwarszawskim Piastowie we współpracy z firmami Quantron, BioSolution i JT Weston. Umożliwi on miastu oszczędność kosztów energii elektrycznej na poziomie co najmniej 60 proc., a w dalszej perspektywie można go rozbudować również o kolejne elementy, jak czujniki dymu czy kamery monitoringu.
W Polsce lata już 100 tys. dronów, licencję operatora bezzałogowych maszyn ma 6,5 tys. osób, a ponad 270 firm zarabia na działalności związanej z dronami. Szacunkowa wartość rynku, mierzona wielkością przychodów, przekracza 250 mln zł, co oznacza 25-procentowy wzrost rok do roku. Pod względem liczby osób, które decydują się przejść procedurę i uzyskać świadectwo kwalifikacji pilota dronów, Polska jest w światowej czołówce. Eksperci zauważają, że dalszy rozwój branży dronów na polskim rynku warunkują zmiany legislacyjne, które umożliwią wykorzystanie ich w różnych sektorach gospodarki.
– Jeśli chodzi o drony w przestrzeni miejskiej, regulacje prawne stają się coraz bardziej przyjazne. Idziemy krok w krok z regulatorami europejskimi, nasze firmy dronowe i ich stowarzyszenie aktywnie współuczestniczą przy tworzeniu tego prawa. Pozostałe segmenty wymagają jeszcze przekonania odpowiednich decydentów, należałoby m.in. zmienić prawo geologiczne tak, żeby pomiary dronowe były uznane za ważną metodę. Jako kraj jesteśmy na tym polu bardzo otwarci – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr Bogusław Bławat, dyrektor Instytutu Badań Rynku, Konsumpcji i Koniunktur.
Jak wynika z raportu IBKiK z grudnia 2017 r. w Polsce lata już 100 tys. dronów, a licencję operatora UAVO (świadectwo kwalifikacji operatora drona) ma 6,5 tys. osób. 272 firmy zarabiają na działalności związanej z dronami, a szacunkowa wartość rynku, mierzona wielkością przychodów, sięgnęła w ubiegłym roku 251,6 mln zł. To skokowy, 25-procentowy wzrost w porównaniu do 2016 roku (201,3 mln zł).
Rozwój tego rynku może przyspieszyć jeszcze bardziej powstanie specjalnego poligonu do testowania maszyn autonomicznych, nie tylko dronów, lecz także innych pojazdów, takich jak samochody. W Czechach powstaje poligon dla pojazdów autonomicznych, przygotowywany przez firmę BMW. Rolę pioniera w polskich realiach pełni miasto Jaworzno, które jako pierwsze chce dopuścić samochody bez kierowców w ruchu ulicznym. Budowa obszaru, na którym będzie można testować wszelkiego rodzaju pojazdy autonomiczne, powinna być priorytetem branży.
– Jest bardzo mało kolizji spowodowanych przez drony. Większość przelotów dronowych jest wykonywanych w zasięgu wzroku operatora. Osobne pole, które w Polsce też będzie się rozwijało, to przeloty autonomiczne. Mamy nadzieję, że zapadnie decyzja odnośnie poligonu dronowego czy w ogóle poligonu dla pojazdów autonomicznych, takich jak samochody autonomiczne czy inne pojazdy, które będą testowane w bezpiecznej, pozamiejskiej, kontrolowanej przestrzeni i po jakimś czasie dopuszczane do ruchu – mówi dr Bogusław Bławat.
Rozwój całej branży przyspieszyło wprowadzenie w 2013 roku przepisów, które regulują komercyjne wykorzystywanie dronów. Według aktualnego prawodawstwa amatorskie wykorzystanie dronów w celach rekreacyjnych nie wymaga zezwoleń, o ile maszyna pozostaje w zasięgu wzroku pilota. Jak podkreśla firma doradcza PwC – Polska to jedno z pierwszych państw, które wypracowało kompletne ramy prawne w zakresie dronów komercyjnych.
Używanie dronów w celach zarobkowych wymaga zdania państwowego egzaminu, uzyskania licencji i wykupienia ubezpieczenia OC. Pod względem liczby osób, które decydują się przejść procedurę i uzyskać świadectwo kwalifikacji pilota dronów, Polska jest w światowej czołówce.
– Porównując nas do krajów takich jak USA, które na rynku dronowym są uważane za bardzo otwarte i duże – nasze proporcje dokładnie odpowiadają amerykańskim. Dla sporej części populacji drony stają się też narzędziem pracy, to nie tylko fotografowie czy konstruktorzy, lecz także m.in. segment geodezji, z dronem można zrobić dokładniejsze i szybsze pomiary geodezyjne – zapewnia dr Bogusław Bławat.
Dalszy rozwój branży dronów na polskim rynku warunkują zmiany legislacyjne. Wykorzystanie ich w różnych sektorach gospodarki wymaga wprowadzenia szeregu szczegółowych przepisów. Bezzałogowe maszyny mogą m.in. znaleźć zastosowanie w branży kurierskiej i dostarczać przesyłki (na takie rozwiązanie wpadł już Amazon) albo być użyteczne w ratownictwie i transporcie medycznym (np. transportować krew). W rolnictwie wykorzystuje się je do zbierania danych dotyczących gruntów i upraw czy obserwacji meteorologicznych. Jednak na razie w Polsce drony są wykorzystywane przede wszystkim w fotografii i do filmowania z powietrza.
– Zakładamy, że drony w przestrzeni miejskiej pojawią się w przyszłym roku, regulacje idą w tym kierunku. Potrzebujemy hobbystów, którzy te drony przybliżają nam w niewinnej, bezpiecznej, przyjemnej postaci. Ktoś, kto na swoim zdjęciu ślubnym widział takiego drona, jak lata, zbliża się, oddala – szybciej zaakceptuje go też w przestrzeni miejskiej – mówi dr Bogusław Bławat.
Służba zdrowia cierpi na brak lekarzy i pielęgniarek. Problemem są również ich kompetencje, które często nie przystają do wymogów branży i pracodawców. Rada Sektorowa ds. Kompetencji w Opiece Zdrowotnej i Pomocy Społecznej chce opracować katalog kompetencji kluczowych dla personelu medycznego. Przy obecnym deficycie kadrowym potrzebne są też rozwiązania, które zwiększą efektywność lekarzy i pielęgniarek w codziennej pracy.
– Problemem polskiej służby zdrowia jest przede wszystkim brak lekarzy i pielęgniarek, ale również średnia ich wieku. Mamy dotkliwe niedobory kadry, która się starzeje, przez co zdolność polskiego systemu do zabezpieczenia potrzeb zdrowotnych jest zagrożona – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria dr Małgorzata Gałązka-Sobotka, dyrektor Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia na Uczelni Łazarskiego, koordynatorka Rady Sektorowej ds. Kompetencji w Opiece Zdrowotnej.
Według statystyk OECD w Polsce na tysiąc mieszkańców przypada średnio 2,3 lekarza – to jeden z najgorszych wyników wśród państw europejskich. Obecnie ten zawód aktywnie wykonuje około 135 tys. lekarzy, z których najwięcej mieści się w grupie wiekowej 51–55 lat.
Z roku na rok ubywa również pielęgniarek. Aktualnie w Centralnym Rejestrze Pielęgniarek i Położnych zarejestrowanych jest ich nieco ponad 280 tys. Jak wynika z danych Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych, statystycznie na tysiąc mieszkańców przypada 5,4 pielęgniarek, co plasuje Polskę w ogonie krajów OECD (dla porównania w Szwajcarii ten wskaźnik wynosi 16, w Niemczech – 11,3). Średnia wieku w tej profesji sukcesywnie wzrasta i obecnie to około 50 lat. Do 2022 roku uprawnienia emerytalne uzyska już blisko 40 tys. pielęgniarek i położnych.
Dr Małgorzata Gałązka-Sobotka zwraca uwagę na to, że – obok zaostrzających się braków kadrowych – problemem są też kompetencje personelu medycznego.
– Wyniki międzynarodowej oceny umiejętności osób dorosłych (PIACC), przeprowadzonej przez OECD, wskazują, że właśnie sektor ochrony zdrowia boryka się ze szczególnie dużym niedopasowaniem kompetencji personelu medycznego – w szczególności lekarzy i pielęgniarek – do potrzeb sektora ochrony zdrowia. Ponad 50 proc. lekarzy i prawie 45 proc. pielęgniarek zgłasza problem niewystarczających umiejętności. W Polsce z tym zjawiskiem mamy również do czynienia – mówi dr Małgorzata Gałązka-Sobotka.
Od ponad roku przy wsparciu Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości realizowany jest projekt pt. „Sektorowa Rada ds. Kompetencji – Opieka Zdrowotna i Pomoc Społeczna”, którego partnerami są Pracodawcy RP, Uczelnia Łazarskiego, Uczelnia Korczaka oraz Porozumienie Zielonogórskie. Celem jest zwiększenie wiedzy o potrzebach kwalifikacyjno-zawodowych w sektorze opieki zdrowotnej i pomocy społecznej, a w konsekwencji dostosowanie systemu kształcenia do potrzeb pracodawców i rynku.
– Zasadnicza konkluzja, która wynika z prawie rocznych prac Rady, mówi o tym, że powinniśmy dla sektora ochrony zdrowia jasno wyartykułować kompetencje, które uznajemy za kluczowe. Tą drogą poszło wiele systemów, m.in. Amerykanie, którzy zdefiniowali pięć wspólnych, prostych i transparentnych kompetencji, którymi powinni się charakteryzować wszyscy pracownicy sektora ochrony zdrowia. Bez względu na to, czy pracują jako lekarz specjalista określonej dziedziny, położna, pielęgniarka, opiekun medyczny czy farmaceuta – mówi koordynator tej Rady.
Pierwszy, kluczowy obszar kompetencyjny to opieka skoncentrowana na pacjencie, nakierowana na jak najefektywniejsze zaspokajanie jego potrzeb i preferencji, ograniczenie bólu i cierpienia oraz zapewnienie ciągłości opieki. Za szczególnie istotne dla pacjenta uznaje się odpowiednią komunikację, która musi uwzględniać jego stan emocjonalny i psychiczny. Uwaga personelu medycznego musi być również skoncentrowana na kształtowaniu właściwych postaw zdrowotnych populacji.
– Druga kompetencja to zdolność do pracy w zintegrowanych zespołach terapeutycznych. To jest wyzwanie dla polskiego systemu ochrony zdrowia, który dotychczas był nastawiony na pracę jeden na jeden – pacjent i specjalista. Wszystkie systemy idą w kierunku integracji pracy, nie tylko lekarza, pielęgniarki czy lekarzy różnych specjalizacji, lecz także włączają do tego dietetyka i farmaceutę – mówi dr Małgorzata Gałązka-Sobotka.
Przedstawicielka Uczelni Łazarskiego podkreśla, że ważne jest również promowanie praktyk opartych na dowodach, ciągłe uczenie się, pozyskiwanie i aktualizowanie wiedzy medycznej.
– Kolejnym obszarem, w którym kompetencje powinny być rozwijane, jest ciągłe doskonalenie jakości, rozumianej nie tylko jako skuteczne wdrażanie podstawowych zasad bezpieczeństwa, lecz także jako identyfikacja błędów i zagrożeń, ich pomiar, ewaluacja i nieustanne dążenie do doskonalenia opieki z uwzględnieniem potrzeb pacjenta i społeczności – podkreśla dr Małgorzata Gałązka-Sobotka.
Piąty istotny obszar to umiejętności w zakresie stosowania nowoczesnych technologii informatycznych.
– Jest to naturalną konsekwencją szeroko rozumianej cyfryzacji. Wszyscy współcześni pracownicy ochrony zdrowia – lekarze, pielęgniarki czy farmaceuci – będą wymagali dynamicznego zwiększenia swoich kompetencji cyfrowych – podkreśla dr Małgorzata Gałązka-Sobotka.
Przy obecnym deficycie personelu medycznego – potrzebne są też rozwiązania, które zwiększą jego efektywność w codziennej pracy. Najprostszym jest delegowanie uprawnień i zadań do pracowników o niższych kwalifikacjach. Zdaniem dr Małgorzaty Gałązki-Sobotki bez tego system ochrony zdrowia nie będzie w stanie w pełni wykorzystać umiejętności lekarzy specjalistów i podołać rosnącemu popytowi na świadczenia zdrowotne.
– Oni bardzo często nie wykorzystują swojego czasu na to, do czego są przygotowani, czyli na leczenie, operowanie, stawianie diagnozy i szukanie optymalnego dla pacjenta planu leczenia. W zamian są obciążeni gigantycznymi obowiązkami biurokratycznymi, które zabierają czas, a które mogłaby wykonać sekretarka medyczna. Z kolei kompetencje, które zabierają czas pielęgniarkom, mogłyby być delegowane na opiekunów medycznych czy opiekunów osób starszych – zauważa dr Małgorzata Gałązka-Sobotka.
Jak podkreśla dyrektor Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego, wdrożenie kompetencyjnego modelu zarządzania kadrami w systemie ochrony zdrowia to jedno z kluczowych wyzwań każdego menedżera opieki zdrowotnej.
– Od lat promujemy takie podejście wśród zarządzających placówkami medycznymi. Teraz przyszedł czas na systemowe rozwiązania, optymalizujące wykorzystanie i rozwój kompetencji pracowników sektora ochrony zdrowia na rzecz polskiego pacjenta – dodaje Koordynatorka Rady Sektorowej.
Przełom w leczeniu fobii i zaburzeń lękowych. Dzięki wykorzystaniu wirtualnej rzeczywistości pacjent może przenieść się do świata, który wywołuje nieuzasadniony lęk i eksplorować go zgodnie z procedurą terapeutyczną. W ten sposób można pomóc w leczeniu większości prostych fobii, także fobii społecznych. Wykorzystanie wirtualnej rzeczywistości w leczeniu przynosi podobne rezultaty, co tradycyjne metody leczenia, jest jednak znacznie tańsze i mniej czasochłonne. W Polsce na zaburzenia lękowe cierpi nawet 2,5 mln osób.
– Wirtualna rzeczywistość pozwala nam nie tylko zanurzyć się w świecie, który wywołuje u nas irracjonalne i nieuzasadnione lęki, lecz także pozwala na to, abyśmy mogli go eksplorować zgodnie z procedurą terapeutyczną w dogodnym dla nas czasie i wielokrotnie. Z naszego punktu widzenia wykorzystanie wirtualnej rzeczywistości do leczenia fobii jest naprawdę rewolucyjną technologią – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Jerzy Durślewicz, prezes zarządu Tomorrow, firmy zajmującej się rozwiązaniami VR.
W fobiach lęk wywołują sytuacje, które w rzeczywistości nie są groźne. Pacjent stara się ich unikać, a przy zetknięciu z nimi odczuwa przerażenie. Część fobii nie pozwala na normalne funkcjonowanie. W leczeniu zazwyczaj stosuje się tradycyjną terapię poznawczo-behawioralną, która dzieli się na dwa główne typy: ekspozycję wyobrażeniową i ekspozycję in vivo. Przy takim leczeniu pacjent sam musi wyobrażać sobie sytuacje, w których musi poradzić sobie z lękiem. Innym sposobem jest wejście wraz z terapeutą w miejsca, które wywołują lęk.
– Istnieją jednak fobie, które uniemożliwiają tak dużą elastyczność, np. lęk przed lataniem albo fobie społeczne. Tu pojawia się wirtualna rzeczywistość, którą można wykorzystać w procesach wspomagających leczenie fobii. We współpracy z terapeutą pacjent otrzymuje możliwość wykorzystania przygotowanych scen w wirtualnej rzeczywistości i zgodnie z procedurą terapeutyczną przechodzi przez cały proces leczenia, z tą jednak różnicą, że nie musi wykorzystywać techniki wyobrażeniowej, nie musi również in vivo znajdować się w miejscach, w których trudno byłoby się znaleźć jednocześnie terapeucie oraz pacjentowi – tłumaczy Jerzy Durślewicz.
Z badania „Epidemiologia zaburzeń psychiatrycznych i dostępność psychiatrycznej opieki zdrowotnej. EZOP – Polska” wynika, że na zaburzenia lękowe, w tym fobie specyficzne, cierpi nawet 2,5 mln Polaków. Już duża część z nich mogłaby być leczona przy wykorzystaniu wirtualnej rzeczywistości. Są już gotowe scenariusze przeznaczone do leczenia akrofobii (lęk wysokości), klaustrofobii (lęk przed zamkniętymi pomieszczeniami) i agorafobii (lęk przed otwartą przestrzenią). Opracowywane są także materiały do leczenia fobii społecznych.
– Fobie mogą być uciążliwe zarówno w życiu zawodowym, ograniczając lub utrudniając rozwój kariery, jak i w życiu społecznym. Lęk przed wystąpieniami publicznymi, to przypadłość, która dotyczy wielu osób, ale niektórzy mają ten irracjonalny lęk, paraliż, który nie pozwala im w żaden sposób odnaleźć się w sytuacji, w której trzeba wystąpić przed publicznością lub na zebraniu firmowym. Możliwość wykorzystania wirtualnej rzeczywistości do wspomagania leczenia chociażby wystąpień publicznych wydaje się być bardzo ciekawym zastosowaniem, jesteśmy przekonani, że będzie to metoda efektywna, skuteczna i przyniesie możliwość wyleczenia z irracjonalnych lęków wielu ludzi – podkreśla prezes Tomorrow..
Podczas leczenia wykorzystującego wirtualną rzeczywistość pacjent nakłada hełm VR, a terapeuta uruchamia odpowiedni scenariusz, mogąc jednocześnie kontrolować scenę. Jak zaznacza Jerzy Durślewicz, przy korzystaniu ze scenariuszy obecność terapeuty nie jest konieczna. To oznacza, że można powtarzać kroki w procedurze terapeutycznej także samodzielnie w domu, z wykorzystaniem hełmu VR i odpowiedniej aplikacji.
– Wielu z nas chciałoby poćwiczyć tylko niektóre zagadnienia związane z lękami społecznymi i pokonać je samodzielnie. Niektóre spośród scen i procedur, które będziemy udostępniać naszym klientom, będą materiałami, które będziemy udostępniać w systemie b2c, do indywidualnego użytkownika. Oczywiście pomoc terapeuty albo teleterapeuty zawsze będzie ważna i możliwa – mówi ekspert.
Jak wynika z danych Grand View Research, światowy rynek wirtualnej rzeczywistości w medycynie jest wart ponad 568 mln dol. Według szacunków liczba ta w najbliższych latach może rosnąć w tempie blisko 30 proc. średniorocznie. Programy umożliwiające leczenie fobii to nowość, jednak będzie ich coraz więcej, zwłaszcza że przynoszą dobre rezultaty. Virtual Reality Medical Centre w Kalifornii ocenia skuteczność terapii na 92 proc., a przeważnie na wyleczenie się z fobii pacjenci potrzebują dziesięciu sesji.
– Takie badania i prace są według naszego rozpoznania prowadzone w kilku firmach na świecie, wydaje nam się, że rozpoczął się wielki wyścig o stworzenie najlepszego systemu, który będzie ułatwiał pracę terapeutom – podkreśla Jerzy Durślewicz.
Opakowania z tworzyw sztucznych liderem rynku opakowań (39% wartości rynku), przed opakowaniami z papieru i tektury (37%).
W latach 2011-2016 wzrost wartości produkcji opakowań z tworzyw sztucznych w Polsce o ponad 5 mld zł (62%), w tym w 2016 o 10,5% r/r. Ok. połowa przychodów branży to sprzedaż eksportowa.
Trzykrotny wzrost eksportu po otwarciu rynku UE (5,1 mld zł w 2016 wobec 1,4 mld zł w 2004). Od trzech lat utrzymuje się stała, wysoka dynamika wzrostu (ok. 10% r/r) i rosnące dodatnie saldo w handlu zagranicznym opakowaniami z tworzyw sztucznych.
Główny kierunek eksportu opakowań z tworzyw sztucznych to Unia Europejska (85% wolumenu eksportu w 2016), w tym Niemcy (27%), spośród krajów Europy Środkowo-Wschodniej głównym importerem jest Rosja i Ukraina.
W ostatnich latach dobre wyniki finansowe dużych producentów opakowań z tworzyw sztucznych (dodatni wynik finansowy, przy stosunkowo wysokiej rentowności sprzedaży), choć w 3q17 wyniki finansowe w porównaniu z 3q16 były nieco słabsze (spadek rentowności sprzedaży o 1,4 pp r/r).
Rozdrobnienie branży (ponad 2,8 tys. firm generuje ok. 50% przychodów) przy zróżnicowanie sytuacji finansowej podmiotów – rentowność sprzedaży netto połowy dużych firm w 3q17 nie przekraczała 5,7%, ROS dla 10% najleszych firm wyniósł 15,0%, natomiast 10% najgorszych zanotowało stratę.
Perspektywy
Branża ze znacznym potencjałem związanym z: (a) dobrą koniunkturą gospodarczą, (b) wzrostem konsumpcji, (c) stosunkowo niskim zużyciem opakowań w Polsce w porównaniu z krajami Europy Zachodniej.
Szansa na dofinansowanie innowacyjnych inwestycji ze środków UE.
Główne czynniki ryzyka to: (a) uzależnienie od importu surowców i materiałów (wzrost cen), (b) duża wrażliwość na zmianę koniunktury gospodarczej (popyt), (c) konkurencja importu z krajów azjatyckich, w sytuacji rosnących kosztów produkcji (wzrost wynagrodzeń), (d) otoczenie regulacyjne (rygorystyczne unijne regulacje dot. ochrony środowiska, od 1 stycznia 2018 r. opłata recyklingowa od torebek foliowych o grubości do 50 mikrometrów; z opłaty są wyłączone torby o grubości poniżej 15 mikrometrów, tzw. zrywki).
W ubiegłym roku byliśmy świadkami eksplozji nowych produktów spekulacyjnych jakim były kryptowaluty.
– O ile na początku roku hossa na kryptowalutach umknęła uwadze szerokiego grona inwestorów i instytucji finansowych, to w drugim półroczu tematyka tych produktów zdominowała uwagę rynków finansowych i zepchnęła tradycyjne instrumenty na drugi plan – mówi agencji MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.
Dziś podsumowując rok na tym rynku nie brakuje opinii z jednej strony głoszących, że to dopiero początek rewolucji, a z drugiej strony, że to nic innego jak typowa bańka spekulacyjna.
– Na pewno warto zwrócić uwagę na to, że to co stoi za fenomenem kryptowalut to pewnego rodzaju przełom technologiczny (blockchain lub łańcuch bloków), który w coraz większym stopniu znajduje zastosowanie w światowej gospodarce – dodaje ekspert. – I to jest kluczowe dla rynku finansowego, który wydaje się, że trochę został z tyłu w świetle tych dynamicznych przemian technologicznych.
Weszła w życie ustawa „Rynek mocy”, która z założenia jest mechanizmem wsparcia dla elektrowni i firm energetycznych. Po co firmom energetycznym takie wsparcie publiczne?
– Rynek mocy to ustawa, która wprowadza wsparcie dla elektrowni, w tym węglowych, które w wielu przypadkach bez dodatkowego finansowania trzeba byłby wyłączyć z sieci. Ze względu na fakt, że w Polsce obecnie energii mamy dosłownie na granicy potrzeb i możliwości wytwórczych, to ten mechanizm w pewien sposób zabezpieczy nas przed ograniczeniami w dostawach prądu – wyjaśnia agencji MarketNews24 Wojciech Jakóbik redaktor naczelny BiznesAlert.
– Ale oczywiście nic za darmo, ceną za to bezpieczeństwo będzie wyższy rachunek za energię elektryczną. Szacuje się, że opłata mocowa wyniesie kilka złotych miesięcznie przeciętnie na gospodarstwo domowe – dodaje Jakóbik.
Polska energetyka potrzebuje inwestycji, abyśmy posiadali więcej mocy wytwórczych niż potrzebujemy – tylko wtedy w razie problemów i ew. usterki zapasowe źródło zapewni utrzymanie stabilnego zasilania. Efektem będzie droższy prąd, jako koszt pewności dostaw.
Nie minął rok od wprowadzenia gruntownej reformy aparatu skarbowego, a urzędnicy z Ministerstwa Finansów zapowiadają kolejną reorganizację w strukturze Krajowej Administracji Skarbowej. Tym razem fiskus pracuje nad wyodrębnieniem nowego urzędu skarbowego pod nazwą Centrum Obsługi Kluczowych Podatników, który w ramach swojej właściwości będzie weryfikował rozliczenia podatkowe największych podatników na terenie całego kraju.
W rezultacie przedsiębiorcy ponownie zostaną zobowiązani do przystosowania swojego biznesu do nowych ram organizacyjnych, a co za tym idzie – do poniesienia kosztów związanych z kolejną modyfikacją struktury administracji skarbowej.
Kluczowi podatnicy w kluczowym urzędzie
W lipcu tego roku w Pierwszym Mazowieckim Urzędzie Skarbowym w Warszawie rozpoczął się pilotaż projektu związany z zapewnieniem profesjonalnej obsługi podatkowej wyselekcjonowanym podmiotom gospodarczym, których roczne przychody w rozumieniu ustawy CIT wyniosły za 2014 lub 2015 r. co najmniej 400 mln zł. W ramach pilotażu stworzono nową strukturę, która ma zapewnić kompleksową obsługę w zakresie wszystkich procedur podatkowych, tj. czynności sprawdzających, kontroli podatkowej, postępowania podatkowego oraz badania prawidłowości stosowania norm materialnego prawa podatkowego. W założeniu fiskusa do każdej firmy rozliczającej się w nowym urzędzie zostanie przypisany urzędnik specjalizujący się w konkretnej branży, co – w zamyśle pomysłodawców – ma pomóc w budowaniu dobrych relacji podatników z nowym organem podatkowym.
Postępująca biurokratyzacja
Jak wynika z wypowiedzi przedstawicieli resortu finansów, w początkowej fazie zostanie powołany Czwarty Mazowiecki Urząd Skarbowy w Warszawie, który będzie organem właściwym w sprawach podatkowych dla tych firm, które w 2016 r. osiągnęły co najmniej 200 mln euro przychodu (poprzednie doniesienia wskazywały na ustanowienie limitu już na poziomie 50 mln euro rocznego przychodu). W późniejszym terminie urząd ten miałby zostać przekształcony w Centrum Obsługi Kluczowych Podmiotów, który będzie pełnić rolę organu I instancji w rozumieniu Ordynacji podatkowej, z tym jednak zastrzeżeniem, że podlegałby on bezpośrednio szefowi KAS, a nie, jak ma to miejsce w przypadku „zwykłych” urzędów, dyrektorowi izby administracji skarbowej. Tak istotne skrócenie drogi służbowej pomiędzy urzędem skarbowym a organem centralnym może skutkować wzmożoną aktywnością szefa KAS, który odpowiednio wcześniej niż dotychczas zostanie poinformowany o stwierdzonych nieprawidłowościach. To z kolei może oznaczać, że służby skarbowe podległe szefowi KAS będą traktowały taką kategorię podatników priorytetowo i częściej będą podejmowały czynności kontrolne.
Wiadomo już także, że wstępnie zaplanowany termin na wdrożenie nowej instytucji zostanie odroczony z 1 stycznia 2018 r. o co najmniej kilka miesięcy. Fiskus wskazuje, że wydłużenie tego terminu pozwoli lepiej wyszkolić i przygotować kadrę urzędniczą do nowej roli. „Superurząd skarbowy” z siedzibą w Warszawie będzie obejmował swoim zasięgiem terytorium całego kraju. Na tym etapie prac legislacyjnych nie przewiduje się dyslokacji ośrodków zamiejscowych.
Dublowanie kompetencji
Z pewnością będą pojawiać się głosy, iż wprowadzenie tego typu rozwiązania ma swoje uzasadnienie. Należy jednak wskazać, że obecnie funkcjonuje system wsparcia podatników, który w założeniu ma wypełniać zadania zbieżne z tymi nałożonymi na planowane Centrum Obsługi Kluczowych Podmiotów. W strukturze administracji skarbowej już od 2004 r. funkcjonują wyspecjalizowane urzędy skarbowe zajmujące się obsługą największych podmiotów gospodarczych, a reforma KAS podtrzymała dotychczasowy status quo w tym zakresie. Obecnie na terenie całego kraju działa 20 wyspecjalizowanych urzędów skarbowych (w tym trzy w województwie mazowieckim, po dwa na Śląsku i w Wielkopolsce oraz po jednym w pozostałych województwach) obsługujących podatników o istotnym znaczeniu gospodarczym lub społecznym. Do kryteriów podmiotowych decydujących o zakwalifikowaniu podatnika z mocy prawa do takiego urzędu należy m.in. osiągnięcie w roku podatkowym przychodu w wysokości co najmniej 5 mln euro ustalonego na podstawie sprawozdania finansowego lub funkcjonowanie w ramach podatkowych grup kapitałowych. Takie rozwiązania pozwalają twierdzić, że administracja skarbowa w każdym z województw posiada odpowiednią infrastrukturę i zasoby kadrowe oraz jest należycie przygotowana do obsługi podatkowej podmiotów kluczowych dla gospodarki. Obecnie tworzy się więc w sposób sztuczny kolejny twór, który będzie wykonywał podobne zadania do tych, które dzisiaj z powodzeniem wykonują wyspecjalizowane organy skarbowe na terenie całego kraju.
Nie bez znaczenia w tej sprawie jest także kryterium geograficzne i pozbawienie największych podmiotów bezpośredniego kontaktu z urzędem skarbowym w miejscu siedziby danej firmy. Może się bowiem okazać, że pomimo istnienia rozbudowanych możliwości komunikacji z urzędem za pomocą aplikacji elektronicznych obsługa podatników i czas związany z wysyłką korespondencji i dokumentów w formie papierowej znacząco się wydłuży.
Nadmierny fiskalizm
Zdaniem Ministerstwa Finansów opisana propozycja to zapowiedź poprawy relacji na linii podatnik – urząd skarbowy oraz budowy profesjonalnego centrum kompetencyjnego dla największych polskich podatników. Tymczasem uważny czytelnik spostrzeże się, że omawiany projekt to nie tylko zmiana szyldu i utworzenie nowych stanowisk, ale przede wszystkim rozszerzenie katalogu instrumentów pozwalających weryfikować wywiązywanie się przedsiębiorców z nakładanych obowiązków fiskalnych. Dla tysięcy firm scentralizowanie największych płatników należności publicznoprawnych w jednym urzędzie skarbowym w skali całego kraju jest niczym innym jak tylko kolejnym etapem na drodze uszczelniania systemu podatkowego. Wydaje się zatem, że naczelnym celem fiskusa, o którym nie wspomina się w trakcie prac legislacyjnych, jest wzmożony monitoring największych podatników i zwiększenie ściągalności podatków w grupie kluczowych, z punktu widzenia budżetu państwa, spółek.
Autorzy: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.
Oczekiwania korekta na parach złotowych. Mimo to sentyment na rynkach wschodzących pozostaje nadal dobry. Główne ryzyko to w tym momencie większa przecena na rynku akcyjnym w USA. Za rogiem czai się jednak możliwy większy problem a więc wybory we Włoszech. W sondażach bowiem prowadzi eurosceptyczna partia komika i satyryka. Są jednak małe szanse na stworzenie koalicji rządzącej. Dolar odzyskuje nieco wigoru po słabym początku roku. Rekonstrukcja w rządzie Theresy May.
Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 22.11.2017-08.01.2018
Para walutowa
EUR/PLN
CHF/PLN
USD/PLN
GBP/PLN
Minimum
4,1418
3,5210
3,4310
4,6523
Maksimum
4,2230
3,6250
3,5913
4,8200
EUR/PLN
Na EUR/PLN doszło do oczekiwanej korekty. Nie oznacza to, że sentyment na rynkach wschodzących się popsuł. Od początku roku trwa on niezmiennie. Tyle tylko, że para EUR/PLN była liderem wyprzedania więc była pierwszym wyborem przez inwestorów do zrealizowania swoich zysków. W końcu zaliczyliśmy dynamiczny spadek z okolic 4,21. Dzisiaj krajowa waluta pozostaje jedną z najsłabszych w koszyku EM FX. Słabości krajowej waluty mógł się też przyłożyć mocniejszy dolar na rynkach światowych. Do tego rynkowi gracze spodziewają się kolejnego gołębiego wydźwięku RPP w środę. A trzeba przyznać, że członkowie władz monetarnych optujący za pozostawieniem stóp w Polsce na obecnym poziomie aż do końca roku 2018 dostali solidny argument. Inflacja w Polsce powróciła do 2,0% r/r. Tym samym i jastrzębie głosy pozostaną nieco słabsze. Stąd korekta może nieco się przedłużyć. Ale póki co nie ma się co spodziewać ruchu ponad 4,20. Musiał by się wyraźnie popsuć klimat inwestycyjny na rynkach. W postaci choćby sporej przeceny na rynku giełdowym w USA. Oporem pozostanie linia trendu spadkowego w okolicy 4,17. Wsparciem będzie ostatnie minimum.
CHF/PLN
Również CHF/PLN nie obronił się przed korektą. Na złotym mamy realizację zysków także krajowa waluta słabnie na wszystkich głównych parach walutowych. Obecnie nawet doszło do przebicia linii trendu spadkowego. Nie ma co jednak jeszcze wyciągać daleko idących wniosków. Jeśli sentyment na rynkach będzie się utrzymywał to CHF/PLN może wrócić do spadków. Skorelowany z nim EUR/CHF póki co jednak spada co daje do zrozumienia, że frank jest nieco mocniejszy. Może to być pokłosie wzrostu nieco ryzyka politycznego w Europie. Chodzi o wybory we Włoszech, które odbędą się 4 marca. Póki co w sondażach prowadzi eurosceptyczny Ruch Pięciu Gwiazd. Swój manifest ogłosiła też Partia Prawicowa byłego premiera Berlusconiego. Poza obniżeniem podatków i zmniejszeniem imigracji nie było jednak nic mowy o wyjściu ze strefy euro. Co nie zmienia faktu, że przed samymi wyborami może być nieco nerwowo. A wtedy bezpieczne przystanie jak frank mogą zyskiwać.
USD/PLN
USD/PLN również jest kilka groszy wyżej niż pod koniec tygodnia. Teoretycznie dane z piątku nie były dobre dla dolara. Raport z rynku pracy wypadł blado. Początkowo więc dolar tracił na szerokim rynku, końcówka dnia to jednak odwrócenie sytuacji. Dzisiaj również amerykańska waluta pozostaje mocniejsza, EUR/USD zszedł poniżej 1,20. Inwestorzy widocznie stwierdzili, że wszystko co najgorsze jest już w cenach. Tyle tylko, że wypowiedzi niektórych członków wskazują, że do 3 podwyżek stóp w 2018 roku może nie dojść jeśli inflacja nie ruszy z miejsca. A to jeszcze zdyskontowane nie jest. Nie mniej jednak korelacja waluty z przyszłą wyceną stóp w ostatnich tygodniach pozostawała słaba. Ruchy na głównej parze walutowej były chaotyczne nie poparte argumentami. Jeśli więc wrócimy do normalnej relacji to dolar może zyskać. Jestesmy bliscy oporu w okolicach 3,48 na USD/PLN. Jej pokonanie może wydłużyć nieco korektę. Sporo mogą namieszać też kolejne wystąpienia członków Fed więc warto je obserwować. Do tego w tym tygodniu mamy odczyty inflacyjne z Ameryki.
GBP/PLN
Korekta nie ominęła także GBP/PLN. Jesteśmy znów powyżej 4,70. I znów można mówić o realizacji ostatnich zysków na parze powiązanej ze złotym. Końcówka roku na funcie była dość spokojna. Można powiedzieć, że nastąpił lekki spokój w negocjacjach. Kolejna faza dopiero się rozpocznie. Dzisiaj pojawiła się informacja, że Theresa May w obliczu kolejnej rundy negocjacji zdecydowała się powołać nową radę ministrów. Gwarancja stabilności prawdopodobnie zostanie zachowana gdyż choćby na stanowisku ministra spraw zagranicznych czy Kanclerza Skarbu nie są planowane zmiany. Gdyby jednak doszło do spektakularnych zmian to funt znów może nieco stracić. jednak zmiany mogą skutkować niemożnością wypracowania konsensusu w drugiej fazie chyba najważniejszej fazie rozmów.
Póki co trend spadkowy został przełamany ale trzeba poczekać z wyciągnięciem ostatecznego wniosku choćby do końca tego tygodnia.
Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl
Komisja Nadzoru Finansowego uruchomiła właśnie program Innovation Hub mający na celu wsparcie polskiego sektora usług finansowych operujących w wirtualnym świecie, czyli FinTechów. Otoczenie gospodarcze nigdy nie było bardziej przyjazne dla rozwoju tego typu usług. Potężne zaplecze firm IT oraz polskie i europejskie inicjatywy legislacyjne sprawiają, że stoimy przed dziejową szansą – czy ją wykorzystamy? O tym opowie Robert Strzelecki – wiceprezes grupy kapitałowej TenderHut, która tworzy innowacyjne aplikacje finansowe.
Sprzyjające środowisko
Na rozwój sektora FinTech ma wpływ odpowiednia legislacja zarówno ta Polska, jak i europejska. – To właśnie dlatego Polska ma szansę stać się jednym z wiodących europejskich centrów fintechowych. Obecnie rząd pracuje nad pakietem regulacji tworzących tzw. „Sandbox”, czyli piaskownicę pozwalającą bezpieczniej dla klienta, a mniej restrykcyjnie dla start-upu wdrożyć na polskim rynku produkty fintechowe.
Uruchomiony właśnie przez KNF program Innovation Hub to wprowadzenie do dalszych rozwiązań z zakresu regulacji rynkowych. W ramach programu KNF nawiąże dialog z przedsiębiorstwami z sektora FinTech, by wspólnie wypracować przyszłe rozwiązania prawne i kontrolne dla całej branży. – Takie inicjatywy i zaangażowanie różnych środowisk pozwalają sądzić, iż w niedługim czasie w naszym kraju pojawią się ciekawe start-upy rozwijające tę gałąź gospodarki – przewiduje Strzelecki. Nie bez znaczenia jest także podejście do zagadnienia samej Unii Europejskiej. – Planowane na połowę stycznia 2018 roku wdrożenie dyrektywy PSD2 spowoduje otwarcie dostępu dla firm pozabankowych do bankowych baz danych, a co za tym idzie, do informacji o klientach (tych, którzy oczywiście wyrazili na to zgodę). Z punktu widzenia twórców rozwiązań fintechowych to ogromne ułatwienie, ponieważ będziemy mogli pracować na realnych danych i szybko wdrażać innowacyjne produkty odpowiadające zmieniającym się potrzebom klientów – z entuzjazmem komentuje Strzelecki.
Polska fintechowym poligonem Europy
Nowoczesne usługi i rozwiązania bankowe, poczynając od aplikacji mobilnych, czy płatności zbliżeniowych po internetowe kantory wymiany walut umożliwiające szybką i bezgotówkową wymianę pieniędzy, zyskują coraz większą popularność. Jednak warto zdać sobie sprawę z tego, że te przyjęte i powszechnie stosowane w Polsce rozwiązania, wcale nie są tak popularne w innych krajach. – To prawda, Polska jest swoistym fintechowym poligonem doświadczalnym, tak zwanym „launchpad’em”, w którym wiele rozwiązań i usług finansowych jest testowana. Na przykład Polacy podczas codziennych zakupów korzystają z płatności zbliżeniowych 20 razy częściej niż obywatel Niemiec[i]. My przekonaliśmy się o tym tworząc bankowe aplikacje mobilne dla naszych zagranicznych klientów, czy to w Wielkiej Brytanii, czy sięgając za ocean do krajów Ameryki Łacińskiej. Tworząc z naszymi klientami dany produkt byliśmy w stanie zasugerować wiele rozwiązań, które świetnie sprawdziły się w Polsce, a na początku nie były one brane pod uwagę przez naszych klientów. Dzieje się tak dlatego, że jako kraj posiadamy stosunkowo nową infrastrukturę teleinformatyczną, jesteśmy dużym rynkiem oraz jako społeczeństwo lubimy testować nowe rozwiązania. Wiele rozwiązań sprawdzonych na naszym gruncie jest przenoszonych i wdrażanych na pozostałych rynkach. Mimo iż niektóre technologie są wdrażane za granicą szybciej, to ich masowe użycie odbywa się właśnie w Polsce. A tych innowacyjnych rozwiązań jest coraz więcej – mówi Robert Strzelecki.
FinTech, czyli co?
Każda nowa gałąź gospodarki na początku jest trudna do zdefiniowania. Czym z punktu widzenia twórcy oprogramowania umożlwiającego funkcjonowanie nowych usług finansowych jest pojęcie FinTech? – To rzeczywiście stosunkowo nowe pojęcie, na które składa się kilka rodzajów usług. Jedną z pierwszych, jakie mogą nam przyjść do głowy to różnego rodzaju bankowe aplikacje mobilne. Jednak to nie wszystko. Coraz bardziej popularne na świecie są aplikacje umożliwiające zarządzanie swoimi finansami, takie jak brytyjski U Account. Na potrzeby naszego klienta Ffrees Family Finance Ltd, a zarazem pomysłodawcy całej idei U Account, stworzyliśmy wersję mobilną platformy. Musieliśmy dostarczyć wersję oprogramowania, która posiada wszystkie funkcjonalności platformy U Account. Do zaprojektowania z poziomu aplikacji mobilnej były funkcjonalności umożliwiające pełną kontrolę budżetu, poprzez tworzenie kont z limitem dla ściśle określonych celów np. rachunki, rozrywka, „czarna godzina”. Aplikacja umożliwia dostęp do pełnej informacji na temat wydatków, ich kategorii, przychodów, czy raportów. W Polsce to jeszcze nowość, a na Wyspach coraz bardziej popularne rozwiązanie.
Aplikacje mobilne to jedno, a jakie jeszcze mniej oczywiste rozwiązania zaliczamy do grupy produktów zwanych FinTechem?
– Do tego grona z pewnością zaliczamy mało jeszcze popularne rozwiązania doradczo – ubezpieczeniowe. Wirtualni doradcy inwestycyjni, czyli programy komputerowe oparte o sztuczną inteligencję, a ściślej mówiąc technologię Machine Learning, sprawnie zarządzają portfelami inwestycyjnymi swoich klientów. Dzięki temu możliwe jest obniżenie kosztów usługi, bo wykonuje ją maszyna i zmniejszenie poziomu ryzyka, czyli wyeliminowanie błędu ludzkiego. Kolejnym rozwiązaniem, które możemy zaliczyć do technologii finansowych jest biometria. To także jeszcze nowość na naszym rynku, jednak te rozwiązania zyskują dużą popularność na świecie i z pewnością szybko będziemy korzystać na przykład z biometrycznych kart płatniczych. Zabezpieczenia biometryczne uznawane są za przyszłość w bezpiecznej identyfikacji użytkownika, skaner odcisków palców, czy tęczówki to tylko jedne z rozwijanych biometrycznych form zabezpieczeń – komentuje Robert Strzelecki. Jednak Polska oprócz testowania oprogramowania jest także jego pomysłodawcą i pionierem rozwiązań usług finansowych. – Zgadza się, w naszym kraju możemy mówić o dużym sukcesie rodzimych produktów. Dobrze radzimy sobie w systemach pośredniczących w płatnościach, przyspieszających ich działanie. Tu doskonałym przykładem jest system Eliksir umożlwiający realizację przelewów w czasie rzeczywistym. Możemy także obserwować dynamiczny rozwój polskich internetowych kantorów wymiany walut oraz serwisów aukcyjnych, takich jak Allegro czy Cinkciarz.pl – wyjaśnia Strzelecki. – Te polskie sukcesy nie dziwią, w końcu mamy wyśmienitych programistów – dodaje.
Potencjał polskich programistów
Polscy programiści od lat górują w światowej czołówce informatyków, o czym świadczą międzynarodowe rankingi , takie jak prestiżowy HackerRank,[ii]. Jak wykorzystywany jest ich potencjał w sektorze usług finansowych? – Aby rozwijać sektor usług finansowych trzeba miedzy innymi dysponować odpowiednim zapleczem. Nie bez powodu centra usług FinTech, takie jak Londyn, czy Berlin zachęcają programistów do przyjazdu tworząc specjalne programy akceleracyjne dla start-upów z tego sektora. Ale start-upy to tylko jeden z elementów tego ekosystemu. Polskie firmy IT świetnie radzą sobie na rynkach międzynarodowych realizując projekty w tym sektorze. Jesteśmy cenieni za pomysłowość, rzetelność i profesjonalizm – z takimi opiniami spotykam się, na co dzień realizując projekty fintechowe na całym świecie – mówi Strzelecki. – Ponadto polscy programiści także realizują niezależne projekty, które mają szansę stać się rozwiązaniami na skalę światową – dodaje.
Skalowanie to podstawa
To, co jest podstawą w każdym biznesie opartym o technologie teleinformatyczne to możliwość skalowania rozwiązania, czyli szybkiej i łatwej adaptacji rozwiązania na skalę międzynarodową. – Skalowanie to jedno z kluczowych kryteriów, o jakie zapyta każdy inwestor angażujący swoje środki w start-up – tłumaczy Strzelecki. – Jednym z takich projektów jest rozwijany pod mentoringiem Grupy TenderHut projekt pt. „Zespół spod znaku parasola”. Opracowany przez nich model funkcjonowania aplikacji to dwukierunkowa technologia bezpośrednich płatności mobilnych oparta o system bankowy. Pomysł oparty jest o darmową użyteczność płatniczą dla każdego posiadacza smartofona oraz konta w banku, nawet w tym bez usług mobilnych. To czyni właśnie opracowywaną technologię skalowalną, bo nie każdy bank posiada aplikacje mobilną, a mimo to użytkownik może korzystać ze swojego konta z poziomu swojego telefonu. Dodatkowo system posiada możliwość odpłatnego pobierania zapłaty za sprzedawane towary i usługi. Prosta, intuicyjna obsługa bez zbędnej wielopoziomowej rejestracji na start oraz kompatybilność z obecnym systemem płacenia pieniądzem elektronicznym, to właściwości gwarantujące dobry start na rynku. Ważna jest również zgodność z obecnie obowiązującym polskim prawem, a także możliwość rozwoju i stosowania globalnie w ramach UE – relacjonuje Strzelecki.
– Potencjał polskich programistów, zmiany w prawie i otwartość Polaków na innowacyjne rozwiązania z pewnością tworzą dobry klimat na rozwój tej gałęzi gospodarki – podsumowuje Robert Strzelecki – wiceprezes grupy kapitałowej TenderHut tworzącej oprogramowanie na potrzeby sektora usług finansowych.
Rok 2018 upłynie pod znakiem automatycznego uczenia. Od czasu pojawienia się Internetu żadna technologia nie miała takiego wpływu na sposób, w jaki żyjemy i pracujemy.
Aby zrozumieć dlaczego tak się dzieje, musimy najpierw zdystansować się od sensacyjnych wiadomości o robotach, które „ukradną nam pracę”. Innowacje i nowe narzędzia ułatwiające życie były wyznacznikami postępu w całej historii ludzkości. Tak było podczas rewolucji agrarnej i przemysłowej, tak jest dziś w epoce rewolucji danych. Na skutek postępu niektóre z ról wykonywanych przez człowieka ulegają zmianie, z drugiej jednak strony postęp zawsze tworzył nowe miejsca pracy, modele biznesowe i całe branże. Nie należy więc się obawiać, że człowiek stanie się „przestarzały” jak maszyna. Wręcz przeciwnie, automatyczne uczenie zwiększy naszą efektywność i otworzy nowe możliwości przed całą ludzkością.
Automatyczne uczenie jest już obecne w naszym codziennym życiu. Korzystamy z niego w oprogramowaniu telefonów, samochodach i domach oraz systemach komputerowych używanych w pracy. Ułatwia nam ono dostęp do informacji oraz szybkie podejmowanie trafnych decyzji. Zdaniem firmy Gartner w 2020 roku technologie sztucznej inteligencji będą obecne w „prawie każdym nowym oprogramowaniu”. Dla producentów oprogramowania jest to wyjątkowy, przełomowy moment, a dla przedsiębiorstw będących ich klientami ― początek nowej drogi.
Media informują głównie o robotach i autonomicznych samochodach. W nadchodzącym roku oba te segmenty będą się nadal dynamicznie rozwijać. Dziś jednak technologią, która najbardziej zmienia nasz świat, jest – według Oracle – automatyczne uczenie. Choć „błyskawiczne podejmowanie trafnych decyzji” nie brzmi tak sensacyjnie jak „samochód bez kierowcy”, to automatyczne uczenie zasługuje na miano technologii epoki właśnie ze względu na możliwość jego wykorzystania w procesach decyzyjnych.
Przedsiębiorstwa, które używają już technologii automatycznego uczenia, szybko wyprzedzają konkurencję dzięki przyspieszeniu i zwiększeniu efektywności procesów podejmowania decyzji. Dlatego żadna firma, która nie chce zostać w tyle, nie może sobie pozwolić na bezczynne czekanie. Liczba wdrożeń systemów automatycznego uczenia rośnie wraz z wdrożeniami rozwiązań działających w chmurze, ponieważ rozwój i wzrost efektywności tej technologii wymaga bezproblemowej integracji aplikacji, platform i infrastruktur chmurowych. Dzięki takiej integracji procesy automatycznego uczenia zyskują dostęp do jeszcze większych zasobów danych, które zostają połączone, a dane są pobierane z całych systemów i sieci organizacji.
W małych, wewnętrznych środowiskach informatycznych przedsiębiorstw nie da się efektywnie korzystać z automatycznego uczenia, tak jak nie da się uprawiać roślin w ciemności. Algorytmy będące podstawą tej technologii potrzebują jak największej ilości danych z możliwie największej liczby źródeł. Im więcej danych jest wykorzystywanych w procesach automatycznego uczenia, tym inteligentniejsze są te procesy i tym lepiej wspierają człowieka w procesie podejmowania decyzji. Większa dojrzałość i szersze zastosowanie technologii chmurowych to kolejne przyczyny, dla których 2018 będzie bardzo dobrym rokiem dla rozwoju automatycznego uczenia. Chmura jest integralną częścią strategii informatycznej praktycznie w każdej firmie. Przyspiesza cyfrową transformację i ułatwia efektywne wykorzystanie danych.
O ile chmury dostarczyły podstawowych komponentów potrzebnych do cyfrowej transformacji, a wielkie zbiory danych (big data) umożliwiły czerpanie z tej transformacji wymiernych korzyści, to automatyczne uczenie jest pierwszym narzędziem, dzięki któremu cyfrowa transformacja może przynosić korzyści na skalę przemysłową. Do tego jednak niezbędna jest odpowiednia strategia. Trzeba przede wszystkim znaleźć takie zastosowania automatycznego uczenia, które przyniosą długoterminowe korzyści strategiczne. Krótkotrwały efekt nowości nie wystarczy ― chodzi o przekształcenie funkcji lub procesów o newralgicznym znaczeniu dla przedsiębiorstwa.
Tan nowa technologia pozwoli przedsiębiorstwom dużo szybciej tworzyć dokładne, niezawodne prognozy oraz budżety i plany, jak również efektywniej wykorzystywać zasoby, co przekłada się na znaczne korzyści finansowe. Wielką zaletą technologii automatycznego uczenia są praktycznie nieograniczone możliwości jej wykorzystania. Może ona odegrać ogromną rolę wszędzie tam, gdzie ważne jest szybkie analizowanie danych i wyciąganie z nich wartościowych wniosków oraz wykrywanie trendów lub anomalii w wielkich zbiorach danych ― od badań klinicznych poprzez sprawdzanie zgodności z przepisami po bezpieczeństwo.
Już dziś automatyczne uczenie wprowadza rewolucję w dziedzinie obsługi klienta. Niemal w każdej branży, gdzie ważne są kontakty z klientem, firmy otrzymują ogromną ilość zapytań, które można podzielić na stosunkowo niewielką liczbę kategorii. Wiele tych zapytań można łatwo przewidzieć oraz przygotować na nie odpowiedzi przekazywane za pomocą chatbotów. Dzięki automatycznemu uczeniu chatboty doskonalą swoje działanie i udzielają klientom coraz precyzyjniejszych odpowiedzi. W rezultacie klienci szybciej otrzymują potrzebne informacje i są bardziej zadowoleni, firma pracuje efektywniej, a odciążeni specjaliści ds. obsługi klienta mogą poświęcić więcej czasu na mniej typowe zgłoszenia wymagające interwencji człowieka.
Przedstawiony powyżej przykład chyba najlepiej pokazuje, w jaki sposób automatyczne uczenie może zwiększyć efektywność pracy człowieka. Nie zastąpi ludzi, ale na pewno pomoże im w lepszym wykonywaniu różnych zadań. Jeśli z automatycznym uczeniem wiąże się jakieś ryzyko, to jest nim ignorowanie tej technologii. 2018 będzie rokiem, w którym przedsiębiorstwa zaczną lepiej zapoznawać się z technologią automatycznego uczenia i osiągać dzięki niej wymierne korzyści, o ile jeszcze tego nie zrobiły.
Markit Economics podał, że w grudniu 2017 r. wskaźnik PMI dla niemieckiego przemysłu znalazł się na najwyższym w historii poziomie 63,3 pkt. To mocny zwiastun, że niezła koniunktura z ostatnich miesięcy utrzyma się w Niemczech również w tym roku, przynosząc wzrost PKB o co najmniej 2 proc. Gratulujemy sąsiadowi świetnych nastrojów i optymistycznych prognoz, ale też sami się cieszymy. Nadchodzi bowiem dobry czas dla polskich eksporterów. Przedstawiciele Banku Zachodniego WBK wskazują, że to okazja, aby umocnić relacje z niemieckimi odbiorcami.
Komisja Europejska przewiduje, że wzrost PKB Niemiec w 2018 r. sięgnie 2,1 proc. , Bundesbank mówi o 2,5 proc. , instytut Ifo o 2,6 proc. Co ważne, tegoroczne wzrosty wskaźników, zgodnie z analizami, dotyczyć będą i konsumpcji, i inwestycji. Dalej powinna poprawiać się też sytuacja w eksporcie oraz kondycja rynku pracy, w tym wynagrodzenia. – Dobre wiadomości dla niemieckiej gospodarki to dobre wiadomości dla polskiej gospodarki, co wynika przede wszystkim z silnych relacji handlowych – wskazuje Piotr Bielski, szef Departamentu Analiz Ekonomicznych Banku Zachodniego WBK. Zgodnie z danymi GUS za okres styczeń-październik 2017 r. udział Niemiec w polskim eksporcie, wyniósł 27,4%. W tym okresie wartość towarów sprzedanych przez polskie firmy na tym rynku wyniosła prawie 46,1 mld EUR. – Wiele krajowych firm jest włączonych w łańcuch dostaw niemieckiego przemysłu, więc bardzo szybko i bezpośrednio odczuwa efekty zwiększenia obrotów na tamtejszym rynku. Co ciekawe, dane pokazują, że stan koniunktury za granicą jest dla polskich eksporterów znacznie ważniejszym czynnikiem niż kurs złotego, determinujący ich konkurencyjność cenową – dodaje Piotr Bielski.
Koniunktura u sąsiada do wykorzystania
Piotr Dylak, dyrektor ds. handlu zagranicznego w Banku Zachodnim WBK, zwraca uwagę, że polscy eksporterzy mogą a wręcz powinni wykorzystać sytuację gospodarczą w Niemczech, aby umocnić swoją pozycję na tym rynku. Nie chodzi tylko o realizację pierwszych czy zwiększonych zamówień, ale też o aktywne pogłębianie relacji z kontrahentami, co może zaprocentować w perspektywie w długoterminowej. – Eksporterzy nie zawsze o tym pamiętają, ale mogą bardzo mocno zyskać w oczach zagranicznych odbiorców informując ich o stosowaniu lub zamiarze stosowania określonych narzędzi finansowych. Taki efekt daje m.in. bezregresowe finansowanie wierzytelności eksportowych, które od niedawna oferujemy firmom eksportującym do Niemiec. Oznacza ono dla importera konkretne korzyści i polska firma może je przedstawiać jako element swojej całościowej oferty – zwraca uwagę Piotr Dylak.
Handlowe win-win
W finansowaniu wierzytelności eksportowych Bank Zachodni WBK bierze na siebie zapłatę do 100% faktury, którą polski eksporter wystawia niemieckiemu importerowi. Ryzyko ewentualnej niewypłacalności kontrahenta jest przejmowane przez Bank bez regresu. Warto podkreślić, że nie mają tu zastosowania wyłączenia ochrony, które często występują w polisach ubezpieczeniowych (np. spór handlowy). Nie jest też wymagana ocena zdolności kredytowej eksportera. Cała operacja jest możliwa dzięki bliskiej współpracy BZ WBK z Santander Deutschland. To Santander Deutschland po swojej stronie wyznacza dla niemieckiego kontrahenta limity na transakcje handlowe i w jego imieniu realizuje płatności do polskiego dostawcy za pośrednictwem BZ WBK.
Dzięki takiemu rozwiązaniu korzyści odnoszą obie strony kontraktu handlowego: składająca zamówienie niemiecka firma i realizująca je polska firma. Po stronie polskiego eksportera liczy się możliwość szybkiego otrzymania należności za dostawę, ale też niższe ceny dzięki jednoczesnemu zaproponowaniu importerowi dodatkowej atrakcyjnej oferty warunków rozliczeń i finansowania. Chodzi m.in. o dłuższy niż standardowo termin płatności dla importera, który zwiększa jego płynność i możliwości zakupowe, związane z tym, że należność nie obciąża jego bilansu. – Eksporter ma dużo elastyczności w wykorzystaniu tego rozwiązania, bo może je stosować w stosunku do wybranych faktur, niekoniecznie do całego portfela należności. Jeśli finansowanie ma być częścią całościowej oferty współpracy, to koszty usługi eksporter może wziąć w całości na siebie. Ale niekoniecznie. Możliwy jest podział lub przeniesienie całościowej opłaty na stronę importera. Wszystko jest kwestią ustaleń – mówi Piotr Dylak.
W ciągu nadchodzących dni ma dojść do zmian w rządzie. Nie znamy jednak żadnych szczegółów. Słabsze dane z Europy. Wenezuela po tym jak niewypłacalność wyrzuciła ją z rynków finansowych chce emitować kryptowaluty.
Nadchodzi rekonstrukcja rządu
Długo odkładane zmiany mają się odbyć jutro rano. Wedle źródeł wewnątrz partii rządzącej decyzje premier Mateusz Morawiecki ma ogłosić jeszcze przed wylotem do Brukseli. Zastanawiające jest, że wszyscy mówią o “dosyć głębokich” zmianach, a na razie nie wiadomo jakich resortów miałyby one dotyczyć. Prawdopodobne jest, że powołany zostanie nowy minister finansów, żeby odciążyć obecnego premiera, który wciąż pełni tą funkcję. Jak reagują rynki? Dzisiaj od rana oglądamy co prawda wycofywanie się od złotego, ale równie dobrze może być to korekta ostatnich umocnień. Sama osoba nowego ministra o ile taki się pojawi nie powinna jednak budzić dużych emocji. Wątpliwe jest by Mateusz Morawiecki wpuścił na to stanowisko kogoś do kogo nie ma dużego zaufania.
Dane z Europy
Dzień rozpoczęły dane z Niemiec. Wyniki zamówień w przemyśle wypadły gorzej od oczekiwań inwestorów co spowodowało spadki na głównej parze walutowej. W rezultacie pierwszy raz w tym roku zobaczyliśmy poziom poniżej 1,20. Gorzej wypadła też produkcja przemysłowa z Węgier. W rezultacie pociągnęła ona za sobą forinta, który wyraźnie osłabiał się po tych danych. Dane na temat inflacji konsumenckiej ze Szwajcarii przeszły właściwie bez echa. W skali roku wynosi ona zaledwie 0,8% zatem perspektywa potencjalnych wzrostów stóp procentowych wciąż jest odległa.
Wenezuela naprawdę chce emitować kryptowalutę
Jeszcze nie tak dawno wiadomość o wprowadzeniu do obiegu petro zapowiadana przez prezydenta Nicolasa Maduro była traktowana jako zagranie czysto wizerunkowe. Każde 1 petro ma być zabezpieczone 1 baryłką ropy. Biorąc pod uwagę, że cena tamtejszej ropy dochodzi do 60 dolarów oraz fakt, że ma być wyemitowanych 100 milionów petro, rząd spodziewa się pozyskać 6 miliardów dolarów. O ile oczywiście będą chętni na zakup 100 milionów. Kwota ta odpowiada przeszło 1 rocznemu wydobyciu. Kraj ten w końcu oprócz kryzysu rządowego ma również bardzo poważne problemy gospodarcze, z powodu których ogłosił zresztą niewypłacalność.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
70% światowych firm zacznie eksperymentować ze sztuczną inteligencją, w Polsce od 20 do 25%.
Outsourcing analizy danych zdominuje globalny krajobraz biznesowy
Badacz danych stanie się najbardziej poszukiwanym zawodem w branży IT.
Wzrośnie znaczenie “jezior danych”
Sztuczna inteligencja, outsourcing procesów analitycznych, szerokie zastosowanie tzw. data lakes – to główne trendy, które w 2018 roku zdominują analitykę danych – jedną z najbardziej dynamicznie rozwijających się gałęzi IT. Zdaniem ekspertów epoka zachwytu i rozpływania się nad możliwościami Big Data w 2018 roku minie. Przedsiębiorstwa zafascynowane perspektywami związanymi z tą analizą danych będą musiały przystąpić do działania.
Sztuczna inteligencja na barykadach rewolucji
Sztuczna inteligencja (SI, ang. artificial intelligence, AI) ma potencjał na dokonanie rewolucji w biznesie. Już dziś służy agregowaniu ogromnych ilości danych, analizie i wyciąganiu wniosków czy opracowania symulacji zmian i trendów. SI usprawnia procesy sprzedaży oraz obsługi klienta. Dlatego też raport firmy analitycznej Forrester wskazuje, że w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy nawet aż 70%. przedsiębiorstw na świecie zacznie pracę polegające na wdrożeniu AI. Co ciekawe wyniki osiągane dzięki zastosowaniu sztucznej inteligencji stają się coraz częściej podstawą do podejmowania kluczowych decyzji biznesowych. Blisko 20%. firm w 2018 roku uzależni strategiczne procesy decyzyjne od algorytmów bazujących na SI[1].
Michał Grams, Współzałożyciel i Prezes Zarządu TogetherData
W Polsce potrzebę implementacji SI zauważają szczególnie podmioty działające w takich obszarach jak e-commerce, finanse, ubezpieczenia, windykacja czy branża rekrutacyjna. Z naszych szacunków wynika, iż w 2018 roku na polskim rynku liczba przedsiębiorstw, które zaimplementują rozwiązania bazujące na sztucznej inteligencji może wynieść od 20 do 25%. – mówi Michał Grams, Współzałożyciel i Prezes Zarządu TogetherData.
Analiza danych pod znakiem outsourcingu
Wiedza o zarządzaniu danymi i ich monetyzacji okazuje się motorem napędowym zysków w firmach. Jak wynika z badania „Going beyond the data. Turning data from insights into value”, przeprowadzonego przez firmę KPMG International, 8 na 10 (82%) przebadanych przedsiębiorstw twierdzi, że dzięki zrozumieniu mechanizmów z zakresu analityki wielkich zbiorów danych, udało im się lepiej zrozumieć potrzeby swoich klientów i skuteczniej reagować na nie ofertowo[2]. To jednak działanie wymagające zatrudnienia wykwalifikowanych specjalistów w tej dziedzinie. Dlatego alternatywą względem wewnętrznych komórek funkcjonujących w firmach i wyspecjalizowanych w działaniach z zakresu data analytics, mogą okazać się zewnętrzni badacze danych, którzy w swojej pracy na co dzień mają styczność ze strumieniami danych i je analizują. Eksperckie usługi doradcze, które pomogą w uporządkowaniu oraz zrozumieniu zebranych danych, będą stanowić rozwijającą się część rynku. Według raportu Forrestera w 2018 roku aż do 80%. firm skupi się na outsourcowaniu procesów analitycznych (o 20%. więcej niż w 2017)[3].
Polskie firmy od lat z wielkim trudem przekonują się do analityki danych. Według badań przeprowadzonych przez firmę Intel, raptem co piąte polskie przedsiębiorstwo wykorzystuje narzędzia z zakresu analityki danych. Pod tym względem zajmujemy jedno z ostatnich miejsc w Europie. Rok 2018 będzie stał pod znakiem datyzacji polskiego biznesu, to znaczy pokazania mu czarno na białym realnych, finansowych i organizacyjnych korzyści, płynących z odpowiedniego posługiwania się danymi i zarządzania nimi – stwierdza Michał Grams. To bez wątpienia kluczowy moment dla firm zajmujących się szeroko pojętą analityką danych.
Badacze danych poszukiwani
W 2018 roku. będzie także rosło zapotrzebowanie na pracowników naukowych, którzy są w stanie sprostać konieczności dogłębnego teoretycznego zrozumienia wielu problemów. Z raportu Forrestera wynika, iż główną rolę będą w tym przypadku odgrywać tzw. Data Scientists, czyli badacze danych. Blisko 10 lat temu, gdy rynek po raz pierwszy usłyszał o tym zawodzie, na portalu LinkedIn nie figurował żaden profil zawodowy, w którym ktokolwiek określiłby się jako takowy. Dziś sytuacja wydaje się nieco lepsza. Raport Forrestera podaje, iż obecnie w największym światowym serwisie rekrutacyjnym Indeed.com zaledwie 13%. ofert związanych z analizą danych dotyczy inżynierów danych, a zaledwie 1%. przeznaczonych jest dla właściwych badaczy danych[4].
Inżynier odkrywa wzorce w danych i powiązania między informacjami, które zostały zgromadzone jakiś czas temu po to, aby zidentyfikować trendy i ustalić wpływ wydarzeń rynkowych na sytuację firmy oraz wyjaśnić, dlaczego coś się stało. Jego rola ma zatem retro-aktywny charakter. Tymczasem praca badacza danych wiąże się z postawą proaktywną. Kluczowym pytaniem zadawanym przez Data Scientist jest “jak?”. Jak sprawić, że wydarzy się pożądany przez firmę scenariusz? Jakich danych użyć? Badacz danych to jeden z najtrudniejszych zawodów w świecie gospodarki cyfrowej – mówi Michał Grams. W 2018 roku będzie to najbardziej poszukiwana profesja w branży IT.
Rok setek tysięcy jezior
Rok 2018 będzie należał do tzw. data lakes. W stosunku do ubiegłego roku aż o 27 proc. więcej firm ankietowanych przez firmę Synscrot uważa integrowanie danych w „jeziora danych” za istotne[5]. Data lakes stanowią swoiste repozytorium, gdzie przechowywana jest ogromna ilość jeszcze nieprzetworzonych danych. W przeciwieństwie do hurtowni danych, gdzie zbiory są uporządkowane w plikach i folderach, w „jeziorach” stosuję płaską niezhierarchizowaną strukturę.
Koncepcja tzw. data lakes pozwala na szybką oraz bardzo zaawansowaną analizę danych nie tylko archiwalnych, ale nawet tych, które generowane są w czasie rzeczywistym. Wprawdzie ich kompozycja ciągle się zmienia, a stosowanie technologii związanych z nimi wiąże się z wieloma wyzwaniami, jak np. dostosowanie do regulacji prawnych typu RODO czy umiejętność korzystania z nich. Mimo tego, jeziora sprawdzą się jako efektywna i optymalizująca koszty alternatywa wobec wolniejszych, aczkolwiek szeroko stosowanych systemów Business Intelligence – dodaje Michał Grams.
[1]Raport Forrester, Predictions 2018: The Honeymoon For AI Is Over, https://www.forrester.com/report/Predictions+2018+The+Honeymoon+For+AI+Is+Over/-/E-RES139744
[2] Raport KPMG: Going beyond the data: Turning data from insights into value, https://home.kpmg.com/cn/en/home/insights/2015/06/going-beyond-the-data-turning.html
[3] Raport Forrester, Predictions 2018: The Honeymoon For AI Is Over, https://www.forrester.com/report/Predictions+2018+The+Honeymoon+For+AI+Is+Over/-/E-RES139744
[4] Raport Forrester, Predictions 2018: The Honeymoon For AI Is Over, https://www.forrester.com/report/Predictions+2018+The+Honeymoon+For+AI+Is+Over/-/E-RES139744
[5] 2018 Big Data Trends: Liberate, Integrate & Trust, 2018, http://www.syncsort.com/en/Resource-Center/BigData/eBooks/2018-Big-Data-Trends-Liberate-Integrate-Trust?utm_source=Referral&utm_medium=Press-Release
Jak co tydzień, w piątek wieczorem komisja CFTC opublikowała najnowszy raport Commitment of Traders. Raporty CFTC dają nam wiedzę na temat otwartych pozycji na giełdzie Chicago Mercantile Exchange oraz New York Board of Trade. W raporcie zawarte jest ponad 70% wszystkich otwartych pozycji na rynku kontraktów futures. Dzięki danym zawartym w raporcie możemy przewidywać główne trendy na rynkach finansowych, niemniej jednak warto podkreślić, że są publikowane z trzydniowym opóźnieniem. W przypadku analizy średnio i długoterminowych trendów takie opóźnienie jest do zaakceptowania.
Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowym
Źródło: Opracowanie własne
Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku surowców
Źródło: Opracowanie własne
– na rynku znajduje się coraz więcej pozycji długich lub krótkich. Zielona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji długich
-pozycje długie lub krótkie są zamykane. Czerwona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji krótkic
MACD – podawane jest dla USD, jako waluty kwotowanej np. JPY/USD, CAD/USD, EUR/USD
EURO – najwięcej pozycji długich od…
W poprzednim tygodniu fundusze lewarowane na kontraktach terminowych na parze walutowej EURUSD po raz kolejny powiększyły swoje zaangażowanie po długiej stronie rynku. Tym razem pozycje long wzrosły o 26 tysięcy do poziomu niewidzianego od 2014 roku! Oprócz tego kapitał lewarowany zamknął ponad 7 tysięcy krótkich pozycji. Z jednej strony mamy bardzo byczy sygnał do kontynuacji wzrostów, ale z drugiej zbyt duże zaangażowanie lewarowanego kapitału po długiej stronie rynku, co historycznie kończyło się spadkami, czy tym razem będzie tak samo?
Pozycje funduszy lewarowanych, linia niebieska- pozycje długie, czerwona – pozycje krótkie, linia żółta – netto
Źródło: Cmegroup
Wystrzał pozycji netto może sugerować zbyt duży optymizm, oprócz tego analiza techniczna wskazuje duże prawdopodobieństwo na wyprzedaż pary EURUSD. Po przerwaniu kanału spadkowego na interwale tygodniowym wspólna waluta wystrzeliła, ale stronie kupującej nie udało się pokonać ostatniego szczytu 1.2087. Oprócz tego oscylator stochastyczny wskazuje na negatywną dywergencję, co nie jest dobrą informacją dla kupujących. Ze względu na duże zaangażowanie funduszy po długiej stronie rynku oraz dywergencję na rynku bazowym scenariuszem pozostanie wyprzedaż Euro. Gdyby jednak notowania przebiły ostatni szczyt, to bardziej prawdopodobne będą krótkoterminowe wzrosty, a dopiero potem długoterminowa korekta kursu.
Notowania EURUSD, interwał tygodniowy
Źródło: Admiral Markets
Srebro – odbicie pozycji długich
Zgodnie z ostatnim scenariuszem na rynku srebra zarządzający powiększyli swoją pozycje długą i zredukowali krótką. W poprzednim tygodniu ilość kontraktów po długiej stronie rynku wśród badanej grupy wzrosła o 5 821, natomiast pozycja krótka została pomniejszona o 17 169 pozycji.
Pozycje zarządzających, linia niebieska- pozycje długie, czerwona – pozycje krótkie , linia żółta – netto
Źródło: cmegroup
Jeszcze tydzień temu mieliśmy do czynienia z większą ilością krótkich pozycji na rynku kontraktów terminowych niż długich, z tego powodu zarządzający posiadają relatywnie mało pozycji długich względem krótkich. Dlatego większe prawdopodobieństwo leży po stronie utrzymania trendu wzrostowego niż powrót do średnioterminowej wyprzedaży.
Na wykresie tygodniowym notowania znalazły się na średnioterminowym oporze 17,34 USD za uncję. Jego przebicie będzie zwiastowało kontynuację wzrostów nawet do poziomu 18 USD. Niemniej jednak po czterotygodniowym rajdzie wzrostowym korekta byłaby jak najbardziej uzasadniona.
W IV kwartale 2017 r. Ronson Development przekazał klientom klucze do 340 lokali, czyli o 25% więcej niż w analogicznym okresie 2016 r. To najlepszy kwartalny wynik w historii Spółki. W całym ubiegłym roku Ronson wydał nabywcom 832 lokale, czyli o 7% więcej niż rok wcześniej.
W minionym roku Spółka zrealizowała zakładany cel sprzedaży ponad 800 mieszkań. Ostatecznie Ronson znalazł nabywców na 815 lokali (z czego 170 w IV kwartale), co jest wynikiem zbliżonym do osiągniętego w 2016 r., kiedy sprzedaż sięgnęła 821 lokali.
– 340 lokali przekazanych nabywcom w IV kwartale 2017 r. to rekord w historii naszej Spółki, co zawdzięczamy doświadczeniu i zaangażowaniu zespołu z czterech miast. Naszym najlepszym kwartalnym wynikiem było dotychczas 299 przekazanych mieszkań. Na wyniki minionego kwartału składają się przede wszystkim projekty: City Link w Warszawie, gdzie wydaliśmy klientom klucze do 213 lokali, a także Vitalia we Wrocławiu oraz Młody Grunwald w Poznaniu, gdzie przekazaliśmy nabywcom odpowiednio 59 i 43 lokale. W IV kwartale ukończyliśmy także budowę trzeciego etapu osiedla Panoramika w Szczecinie, obejmującego 122 lokale, z czego około 80% już sprzedaliśmy, jednak pozwolenie na użytkowanie otrzymaliśmy tuż przed Nowym Rokiem, w związku z czym przychody z tych lokali rozpoznamy już głównie w wynikach I kwartału 2018 r. – wskazał Nir Netzer, prezes Ronson Development.
W całym 2017 r. Spółka przekazała klientom klucze do 832 lokali, czyli o 7% więcej niż w 2016 r. Tym samym Ronson ustanowił rekord pod względem przekazań także w ujęciu rocznym.
Udział Ronsona we wspomnianych projektach, które będą miały największy wpływ na wyniki finansowe ostatniego kwartału 2017 r., wynosi odpowiednio: 50% w przypadku ukończonych etapów City Link oraz 100% w przypadku Vitalii i Młodego Grunwaldu.
– Pod względem nowo zawieranych umów, w 2017 r. zrealizowaliśmy zakładany cel sprzedaży ponad 800 lokali. Ostatecznie zamknęliśmy rok z 815 sprzedanymi lokalami, z czego w samym IV kwartale znaleźliśmy nabywców na 170 lokali. Ubiegłoroczny wynik jest zatem zbliżony do osiągniętego w 2016 r., gdy sprzedaliśmy 821 lokali, przy czym wówczas w wynikach sprzedaży uwzględnialiśmy także inwestycję Nova Królikarnia, sprzedaną pod koniec 2016 r. grupie Global City Holdings. Pełniąc obecnie funkcję menedżera tego projektu, w 2017 r. sprzedaliśmy w Novej Królikarni 50 lokali. Gdybyśmy uwzględnili tę liczbę w naszych wynikach, na liczniku mielibyśmy łącznie 865 sprzedanych lokali – wskazał Andrzej Gutowski, dyrektor sprzedaży i marketingu Ronson Development.
W ostatnim kwartale 2017 r. największą popularnością wśród nabywców cieszyły się warszawskie projekty: City Link (łącznie 46 sprzedanych lokali, w tym 28 w czwartym etapie, w którym Ronson ma 100-proc. udział) oraz Miasto Moje (41 sprzedanych mieszkań), a także wrocławska Vitalia (27) i szczecińska Panoramika (21).
W ofercie sprzedaży na koniec 2017 r. znajdowało się ponad 800 lokali.
Ronson Development – sprzedaż i przekazania lokali
1) Dane za 2017 r. nie obejmują sprzedaży lokali w ramach projektu Nova Królikarnia, który został sprzedany pod koniec 2016 r. Ronson obecnie pełni rolę menedżera tego projektu.
Liczba lokali przekazanych klientom w latach 2013-2017
Najczęściej wybieranym przez milenialsów źródłem środków finansowych na założenie firmy były własne oszczędności – tak wskazała ponad połowa przedsiębiorczych „Igreków” (52 proc.). Co ciekawe, wśród najmłodszych szefów do 24 r.ż. ten odsetek wyniósł aż 94 proc. 4 na 10 milenialsów wzięło w tym celu pożyczkę z banku, a co czwarty zapożyczył się u rodziny lub znajomych – wynika z raportu EFL „Milenialsi w MŚP. Pod lupą”. W tym kontekście słabo prezentuje się publiczne wsparcie finansowe – tylko co dziesiąty milenials skorzystał z dotacji z Urzędu Pracy lub rządowego dofinansowania na rozpoczęcie działalności gospodarczej.
– Gdybyśmy kilkanaście lat temu zapytali studentów lub wchodzących na rynek pracy absolwentów, kto z nich myśli o założeniu własnej firmy, z pewnością zobaczylibyśmy zaledwie kilka podniesionych rąk. Dziś mamy do czynienia z zupełnie odwrotną sytuacją – zdecydowana większość młodych osób marzy o swoim biznesie. Na tak diametralną zmianę postaw ma wpływ, poza zmianą pokoleniową, rozwój społeczno-gospodarczy naszego kraju. Pomysł na firmę to jedno, ale w zdecydowanej większości przypadków, konieczne są jeszcze środki do jego sfinansowania. Od kilku lat młode osoby mogą liczyć na wsparcie ze strony instytucji finansowych, zarówno banków, firm leasingowych jak i ubezpieczycieli. Z myślą o najmłodszych przedsiębiorcach przygotowywane są specjalne oferty, dzięki którym założenie i prowadzenie działalności jest dużo łatwiejsze. Ponadto, na wyciągnięcie ręki są fundusze publiczne, m.in. w Urzędach Pracy, środki unijne czy wsparcie Akademickich Inkubatorów Przedsiębiorczości – mówi Radosław Woźniak, wiceprezes EFL S.A.
Założenie firmy było przez większość przedsiębiorców z pokolenia Y finansowane z własnych oszczędności – twierdzi tak 52 proc. respondentów. Relatywnie często jako źródło finansowania wskazywano również pożyczkę z banku – 41 proc. oraz pożyczkę od rodziny lub przyjaciół – 29 proc. Najrzadziej milenialsi korzystają z finansowania społecznościowego oraz funduszy typu seed capital, venture capital – każda z tych odpowiedzi nie uzyskała nawet 1 proc. wskazań.
Milenialsi chętniej sięgają po zewnętrzne finansowanie niż starsi przedsiębiorcy
Jeśli przyjmiemy, że założenie firmy jest inwestycją (bo wymaga w najtańszej opcji w przypadku usług zakupu komputera z oprogramowaniem oraz kopiarki ze skanerem, a w przypadku produkcji także maszyn i urządzeń), warto porównać te wyniki z odpowiedziami o źródło finansowania inwestycji przez przedsiębiorców z sektora MŚP. Z tego porównania wynika, że milenialsi są bardziej świadomi możliwości uzyskania zewnętrznego finansowania niż przedsiębiorcy z sektora MŚP ogółem. Z własnych oszczędności skorzystało nieco ponad 50 proc. „igreków”, podczas gdy generalnie 80 proc. MŚP inwestuje ze swoich pieniędzy (raport EFL z 2016 roku „Inwestycje w MŚP. Pod Lupą”). W pokoleniu Y przynajmniej o około 10 p.p. przedsiębiorców więcej sięgnęło po kredyt bankowy. Znajomość i korzystanie z leasingu są w obu grupach zbliżone. Zdecydowanie na korzyść milenialsów wypada stopień rozpoznania możliwości, jakie dają środki z programów UE. Otrzymało je ponad 16 proc. z nich, podczas gdy w grupie inwestujących MŚP ten odsetek jest 10-ktonie niższy (1,6 proc.).
Grupa milenialsów wewnętrznie zróżnicowana
Biorąc pod uwagę wiek przedsiębiorczego milenialsa, w każdej z badanych grup najczęściej przywoływanym źródłem środków na założenie firmy były „własne oszczędności”. Warto jednak zwrócić uwagę, że w grupie respondentów do 24 lat odsetek wskazań był najwyższy i wyniósł aż 94 proc. W grupie starszych „Igreków”, powyżej 31 lat, z własnych środków skorzystało „tylko” 46 proc. zapytanych. Dużą różnicę wskazań widać również w odniesieniu do „pożyczki z banku”, na którą zdecydowało się 56 proc. najmłodszych badanych milenialsów, najstarszych zaś jedna czwarta. Najmłodsi milenialsi natomiast rzadziej niż starsi koledzy korzystali z leasingu.
Najbardziej wiarygodna jest rodzina
Najczęściej wskazywanym źródłem informacji na temat możliwości finansowania są rodzina i znajomi – 41 proc. oraz przedstawiciele instytucji finansowych – 32 proc., co wskazuje na wciąż ogromną siłę marketingu szeptanego, a także nawiązania i utrzymywania bezpośrednich kontaktów pracownika instytucji finansowej z klientem. Co czwarty milenials uzyskał informacje z reklam, a co piąty z programów lub artykułów poradnikowych.
Biorąc pod uwagę wiek milenialsa, przedstawiciele najmłodszej grupy w zdecydowanej większości deklarują korzystanie z różnych form i źródeł informacji na temat ofert instytucji finansowych. Wyjątkiem są „reklamy w telewizji, radiu, prasie, internecie i bilbordów”, na które wskazało jedynie 13 proc. osób do 24. roku życia, podczas gdy w grupie osób od 25 do 30 lat ten odsetek wyniósł 34 proc., a wśród przedsiębiorców powyżej 31 lat – 25 proc.
Wśród czynników zachęcających do korzystania z usług instytucji finansowej oferującej wsparcie dla MŚP, milenialsi najczęściej wskazywali na konkurencyjne warunki, np. niskie oprocentowanie – 55 proc., wiarygodność instytucji oraz kompleksowe doradztwo – po 54 proc. Relatywnie najmniej istotne okazały się dostępność lokalizacyjna placówki instytucji i reklama – po 44 proc. wskazań.
Siódmy raz pod lupą
Raport „Milenialsi w MŚP. Pod lupą” jest siódmym z kolei opracowaniem z serii „Pod lupą”. Pierwszy charakteryzował kondycję mikro-, małych i średnich firm w Polsce („MŚP pod lupą”, 2011), drugi poświęcony był sytuacji gospodarstw rolnych w Polsce („Agro pod lupą”, 2012). Trzecie opracowanie analizowało finansowe aspekty prowadzenia działalności transportowej w Polsce („Transport pod lupą”, 2013), czwarte – wsparcie młodych na rynku pracy („Młodzi na rynku pracy. Pod lupą”, 2014), piąte – innowacje („Innowacje w MŚP. Pod lupą”, 2015). Natomiast ubiegłoroczny, szósty, przedstawiał inwestycje prowadzone przez MŚP w Polsce („Inwestycje w MŚP. Pod lupą”, 2016).
Raport, oparty m.in. na badaniach firm, w szerszym kontekście odpowiada na pytanie o specyfikę milenialsów jako przedsiębiorców z obszaru MŚP, także w zestawieniu z obrazem poprzedniego pokolenia X. Opiera się na badaniach zleconych przez EFL S.A. niezależnemu podmiotowi (Ecorys Polska), rozbudowanych o kontekst społeczno-ekonomiczny i psychologiczno-społeczny dotyczący procesów związanych ze zmianą pokoleniową w polskiej gospodarce.
Pokolenie Y, czyli milenialsów, określają ramy czasowe, w których się urodzili. Są to lata 1980-2000.
Metodologia badania:
Badanie „Milenialsi w MŚP. Pod lupą” zostało zrealizowane przez Ecorys Polska na zlecenie EFL S.A. na reprezentatywnej grupie 500 firm z sektora MŚP prowadzonych przez milenialsów, dobranych w sposób losowo-kwotowy. Przebadano przedsiębiorców z pokolenia Y ze wszystkich województw z następujących branż: budownictwo, handel, hotele i gastronomia, ICT, produkcja, rolnictwo i przetwórstwo, transport, usługi. 40 proc. stanowili mikroprzedsiębiorcy zatrudniający do 9 osób, tyle samo mali przedsiębiorcy zatrudniający do 49 osób, a 20 proc. średni przedsiębiorcy z maksimum 249 osobami na pokładzie.
Ogólnopolska próba uwzględnia zróżnicowanie ze względu na zatrudnienie, działalność i liczbę firm przypadających na województwo. Respondentami były osoby decyzyjne, odpowiedzialne za rozwój firmy (właściciel, wspólnik, prezes, dyrektor zarządzający, dyrektor finansowy, dyrektor ds. rozwoju, szef działu B+R, specjalista ds. inwestycji lub inne z wskazane jako odpowiedzialne za rozwój). Badanie wykonano metodą ilościową, techniką CATI (wywiad telefoniczny) w lipcu i sierpniu 2017 roku.
Głośno zapowiadane zmiany w gabinecie Mateusza Morawieckiego to kwestia nie dni, lecz godzin – tak przynajmniej wynika z wypowiedzi Adama Bielana, wicemarszałka Senatu. Biorąc pod uwagę planowaną delegację polskiego premiera do Brukseli spodziewamy się, że finalny efekt przetasowań zostanie jednak opublikowany tuż przed wtorkowym wylotem. W naszej ocenie złoty nie znajdzie się pod presją intensyfikacji ryzyka politycznego, bowiem pierwsze przecieki wskazują na szereg kosmetycznych zabiegów. Niewątpliwie ich celem będzie bardziej efektywne sprawowanie władzy nad resortami finansów i gospodarki.
Potencjalne odchylenia od prowadzonej strategii politycznej nie wchodzą w grę. W dalszej mierze spodziewamy się utrzymania wysokiej dyscypliny fiskalnej pomimo szeroko zakrojonych programów socjalnych. Obecnie występujące przesłanki polityczne nie skłaniają nas do rewizji prognoz dotyczących deficytu budżetowego, którego relacja do PKB powinna uplasować się w 2018 roku na poziomie -2,1 proc. po -1,7 proc. odnotowanych za minione dwanaście miesięcy.
Polityczne przetasowania zawędrowały również do państw Europy Zachodniej. Szczególną uwagę zwracają świeże deklaracje brytyjskiej premier Theresy May, która w obliczu następnej fazy negocjacji w sprawie BREXIT-u decyduje się na powołanie nowej rady ministrów. Tendencje obserwowalne w wyspiarskiej polityce skutecznie minimalizują szansę odstępstw od obecnej osi priorytetowej, co podbija prawdopodobieństwo utrzymania status quo w nadchodzących miesiącach. Gwarantem wypracowanej stabilności pozostaje między innymi perspektywa pozostawienia Borisa Johnsona na stanowisku ministra spraw zagranicznych czy Davida Davisa jako osoby odpowiedzialnej za szeroko rozumianą procedurę wyjścia. O swoją pozycję mogą być również spokojni sprawujący obowiązki Kanclerza Skarbu Philip Hammond oraz Amber Rudd odpowiedzialna za ramy polityki wewnętrznej. W przypadku wymiany filarów BREXIT-u należy się spodziewać przeceny funta szterlinga, który w drugiej fazie rozmów znajduje oparcie w minimalizacji ryzyka związanego z niemożnością wypracowania konsensusu.
Nadzieję na polityczną stabilność największego gracza w Eurolandzie podbudowują ostatnie rozmowy optymistycznie nastawionej Angeli Merkel z członkami partii SPD, którzy wyrażają gotowość do ponownego zawiązania „Wielkiej Koalicji”. Perspektywa utrzymania ciągłości wyraźnie niweluje szansę rozpisania nowych wyborów, a co za tym idzie wyższego poparcia eurosceptycznej Alternatywy dla Niemiec i gwałtownej przeceny euro. Naszym zdaniem wcześniejsze zabiegi partii Martina Schulza powinny być wyłącznie traktowane jako próba uzyskania możliwie jak największej siły przebicia przy stosunkowo niskim poparciu ze strony narodu – tym bardziej, że socjaldemokraci mają za sobą najgorsze wybory od przeszło 84 lat. Formalny powrót „Wielkiej Koalicji” nie powinien być traktowany jako szansa na wyższą wycenę euro, lecz przede wszystkim jako impuls dla spółek notowanych na giełdzie we Frankfurcie. Obecnie największymi beneficjentami dawnego porozumienia mogą zostać energetyczni giganci, którzy w pierwszych miesiącach znaleźli się pod presją proekologicznych postulatów Zielonych.
Bitcoin znowu rośnie. W nocy z soboty na niedzielę wartość tej kryptowaluty wzrosła do powyżej 17,2 tys. USD. Był to najwyższy poziom od 20 grudnia, kiedy bitcoin znajdował się w trendzie spadkowym po wcześniejszym sięgnięciu rekordowych niemal 20 tys. USD. W niedzielę jednak wirtualna waluta nieco straciła na wartości i w poniedziałek rano kosztuje 16 tys. USD. To i tak niemal 7% więcej niż w piątek rano. Jednocześnie oznacza to wzrost od początku roku o ponad 14%. Dla przypomnienia: przez cały 2017 rok bitcoin zyskał na wartości aż 1400%.
Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar zyskuje do głównych walut: do euro (+0,17%), brytyjskiego funta (+0,16%), dolara kanadyjskiego (+0,05%), dolara australijskiego (+0,4%) oraz japońskiego jena (+0,2%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,2, GBP/USD – 1,354, USD/CAD – 1,241, AUD/USD – 0,784 i USD/JPY – 113,2. Euro jest silniejsze wobec japońskiego jena (+0,05%) i kurs EUR/JPY wynosi 136, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,886. Po wcześniejszym kilkudniowym umocnieniu złotówka traci do głównych walut światowych. W poniedziałek rano dolar kosztuje poniżej 3,46 zł, euro – ponad 4,15 zł, funt – ponad 4,68 zł, a frank szwajcarski – 3,54 zł.
Giełdy: Na światowych giełdach kolejną sesję zdecydowana przewaga koloru zielonego. W piątek w Europie londyński indeks FTSE 100 wzrósł o 0,37%, frankfurcki indeks DAX – o 1,15%, a paryski indeks CAC 40 – o 1,05%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 zyskał 0,7%, meksykański indeks Bolsa – 0,29%, a brazylijski indeks Bovespa – 0,54%. W poniedziałek w Azji indeks Shanghai Composite podniósł się o 0,52%, a hongkoński indeks Hang Seng – o 0,15%.
Ropa i złoto: Po wcześniejszych wzrostach ceny ropy naftowej idą w dół. W niedzielę na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 67,62 USD (-0,67%), a ropy WTI – 61,44 USD (-0,93%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca spadła o 1 USD do 70 USD. Po wcześniejszych wzrostach lekko spadają także ceny złota. W poniedziałek rano uncję metalu rynek wycenia na 1318 USD. To 1 USD mniej (-0,08%) niż przed weekendem.
Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:
8:00 – Niemcy – Zamówienia w przemyśle (m/m), listopad -0,4% (prognoza 0,8%)
W pierwszym tygodniu 2018 roku złoty kontynuował umocnienie, w czwartek z kursem EURPLN schodząc do blisko 4,14 zaś cały tydzień kończąc lekko wyżej, w okolicach 4,155. Nadal głównym motorem napędzającym wzrosty naszej waluty pozostaje słaby dolar amerykański. Ten bowiem nie może się podźwignąć i to pomimo czterech od kryzysu finansowego w 2008 roku podwyżek stóp procentowych, a co jeszcze bardziej istotne przegłosowaniu cięć podatkowych przez Kongres USA, które stanowić będą impuls wydatkowy w gospodarce amerykańskiej i mogą pozwolić nowemu prezesowi banku centralnego na kontynuację normalizacji polityki monetarnej Fedu. Nawet mocne dane przemysłowe (wg IP ISM i zamówień w przemyśle pod koniec zeszłego roku amerykańska gospodarka utrzymała solidne tempo rozwoju), czy jastrzębich minutes (w styczniu Fed nie dał rynkowi podstaw, aby zaczął wątpić w prognozę trzech podwyżek stóp procentowych w tym roku) nie były w stanie długotrwale zmienić nastawienia inwestorów do dolara. Najprawdopodobniej rynek czekając na mocniejszy impuls premiuje euro za wzrost gospodarczy i możliwy szybszy zwrot w polityce EBC. Słabość amerykańskiego dolara wspiera wyceny walut powiązanych z EM. Umacnia się więc złoty, który od początku roku wobec USD zyskał już blisko 1,25%.
Obok czynników globalnych w ostatnich dniach złotemu wsparcie dała też publikacja indeksu PMI dla polskiego przemysłu. Grudniowy wskaźnik wzrósł do poziomu 55 osiągając tym samym wynik najwyższy od lutego 2015 roku. W ocenie ekonomistów na silny skok indeksu PMI wpłynęło najwyższe od roku tempo wzrostu bieżącej produkcji odzwierciedlające zarówno wysoki napływ nowych zamówień, jak i wciąż duże zaległości produkcyjne. Po stronie samych zamówień uwagę zwracało zaś wyraźne wzmocnienie popytu krajowego, co spowodowało, że po raz pierwszy od kilku miesięcy zamówienia krajowe przewyższyły zamówienia eksportowe. Po wyhamowaniu w listopadzie, grudzień przyniósł też ponowne wzmocnienie wzrostowego trendu zatrudnienia. Tym samym grudniowy PMI wspiera oczekiwania na kontynuację silnego wzrostu PKB w Polsce w czwartym kwartale 2017 roku i zapowiada utrzymanie bardzo dobrej koniunktury w gospodarce na początku 2018 roku.
Można więc oczekiwać, że dopóki dolar nie powróci do łask inwestorów trudno będzie wyraźnie przecenić złotego. Tymczasem, w piątek w oczekiwaniu na rządowy raport z rynku pracy kurs EURUSD stabilizował się w okolicach 1,205. Dużo słabsze od prognozowanych dane (wg NFP w grudniu przybyło 148 tys. nowych miejsc pracy w sektorach poza rolnictwem, podczas gdy rynek zakładał o 42 tys. więcej) ponownie osłabiły dolara. Chwilowo kurs EURUSD powrócił w okolice oporu na 1,2085. Trzeba jednak zauważyć, że zarówno stopa bezrobocia (4,1%) jak i średnie wynagrodzenie (0,3% m/m i 2,5% r/r) pokazały zgodne z oczekiwaniami ekonomistów poziomy. Przypuszczalnie winę za słaby odczyt ponosić mogą więc srogie warunki pogodowe w USA, jakie miały miejsce już w grudniu i utrzymują się do dzisiaj. Słabszy przyrost zatrudnienia wynikał bowiem m.in. ze spadku zatrudnienia w handlu detalicznym.
Wyprzedaż dolara szybko więc została zahamowana i pod koniec piątkowej sesji europejskiej kurs EURUSD notowany był w okolicach 1,2035 a dzisiaj rano zszedł poniżej 1,202. Z tych samych względów jedynie kosmetycznym umocnieniem na amerykański raport NFP zareagował złoty, dane nadal bowiem wspierają kolejne podwyżki stóp w USA. W poniedziałek rano kurs EURPLN notowany jest w okolicach zamknięcia piątkowej sesji przy 4,155. W kolejnych dniach tygodnia złoty powinien utrzymywać okolice obecnych poziomów.Autor: Joanna Bachert, PKO Bank Polski
Początek roku na polskim rynku dłużnym stoi pod znakiem umocnienia obligacji. Cała krzywa dochodowości przesunęła się w dół o 5 do 10pb na co wpływ miały czynniki lokalne, wśród których na główny plan wysunęły się publikacje danych o inflacji oraz pierwszy w tym roku przetarg obligacji Ministerstwa Finansów.
Szybki szacunek GUS inflacji za grudzień pokazał jej spadek do 2% r/r, zdecydowanie poniżej poziomu notowanego w listopadzie, kiedy to został osiągnięty 2,5% cel NBP. Spadek inflacji był oczekiwany z tytułu efektów wysokiej bazy, jednak może stać się jednym z argumentów dla członków RPP za utrzymaniem stóp procentowych bez zmian. Podczas zaczynającego się we wtorek dwudniowego spotkania Rady nie powinno dojść do zmiany retoryki prezentowanej przez bank centralny, gdzie zakładany jest brak zmian stóp procentowych nawet do końca przyszłego roku. Obecne notowania kontraktów FRA wskazują, że w bieżącym roku powinno dojść do jednej podwyżki stóp procentowych, która powinna zostać dokonana w czwartym kwartale. Brak perspektyw na szybką zmianę retoryki RPP oraz niższa inflacja na początku 2018 roku mogą przyczyniać się do stabilizacji notowań polskiej krzywej dochodowości na niższych poziomach na początku tego roku. Oczekujemy, że do odbicia rentowności dochodzić będzie w drugiej połowie tego kwartału.
Oprócz danych o inflacji powodem stojącym za spadkami rentowności papierów skarbowych w zeszłym tygodniu była silna aukcja obligacji Ministerstwa Finansów. Sprzedane zostały instrumenty za 5 mld PLN (na przetargu uzupełniającym uplasowano kolejny 1 mld PLN), na które inwestorzy zgłosili oferty na blisko 11,5 mld PLN. Tak wysoki popyt sprzyjał wysokim wycenom na aukcji, a także kierował wzrostem cen na rynku wtórnym. Mocny popyt na początku roku wskazuje, że pomimo zdecydowanego wzrostu podaży na aukcjach obligacji w porównaniu z drugą połową zeszłego roku nadal papiery cieszą się zainteresowaniem wśród inwestorów. Jednak podaż może ciążyć notowaniom papierów w dalszej części roku na co wpływ mają wysokie potrzeby pożyczkowe w 2018 roku na poziomie 181,7 mld PLN, które są zdecydowanie wyższe zarówno od pierwotnie zakładanych na 2017 rok 168,7 mld PLN (według ustawy budżetowej na dzień 31 grudnia 2016) czy też wobec przewidywanego wykonania na poziomie 144,8 (według projekt ustawy budżetowej). Obecnie sfinansowanych zostało już 32% tegorocznych potrzeb pożyczkowych na co składa się również prefinansowanie rozpoczęte w zeszłym roku, które wyniosło 27%.
Na zagranicznych rynkach stopy procentowej notowania są relatywnie stabilne na początku tego roku, dzięki czemu spread polskich papierów 10-letnich nad niemieckimi spadł poniżej 280pb a nad amerykańskimi poniżej 77pb. W piątek głównym wydarzeniem była publikacja grudniowego raportu z rynku pracy w USA. Pomimo spowolnienia wzrostu zatrudnienia w grudniu do 148 tys. (konsensus: 190 tys.) z 252 tys. w listopadzie (rewizja z 228 tys.), spadek rentowności amerykańskich obligacji był jednie krótkotrwały. Rynek pracy w USA jest wciąż mocny, stopa bezrobocia utrzymuje się na poziomie 4,1% (a według oczekiwań Fed może spaść poniżej 4%), natomiast wynagrodzenia rosną w tempie 2,5% r/r (wobec 2,4% w listopadzie), co nie powinno stanowić przeszkody dla Fedu przy kontynuacji podwyżek stóp procentowych. Autor: Arkadiusz Trzciołek, PKO Bank Polski
Nowe przepisy dotyczące zatrudniania cudzoziemców obowiązują od 1 stycznia 2018 roku. Urzędy pracy okazały się jednak nieprzygotowane do wdrożenia nowych zasad. Główne trudności wynikają m.in. z wydłużenia procedury weryfikacji oświadczeń, zwiększonej liczby załączników do wniosku i wymogu obecności cudzoziemca w Polsce do zarejestrowania dokumentu. Eksperci Personnel Service wskazują, że obecnie każdego dnia rejestrowanych jest nawet 10-krotnie mniej oświadczeń niż w 2017 roku.
– Nowe przepisy dotyczące zatrudniania cudzoziemców to efekt uchwalonej 20 lipca 2017 roku ustawy. Urzędy pracy miały tylko kilka miesięcy na przygotowanie się do zmian, z których najważniejsze to m.in. wprowadzona nowa kategoria zezwolenia na pracę sezonową czy opłata za rejestrację oświadczenia. Te zmiany w teorii miały porządkować proces zatrudniania cudzoziemców i pozwalać na lepszą kontrolę oświadczeń i z pewnością w dłuższym horyzoncie czasowym tak będzie. Jednak w praktyce na razie mamy do czynienia z chaosem. Proces uległ znacznemu wydłużeniu, formalności stały się bardziej uciążliwe, przez co sporo oświadczeń złożonych w pierwszych dniach roku nadal czeka na zatwierdzenie. Co istotne, wystarczy, że taki stan rzeczy utrzyma się przez dwa miesiące, a spowoduje to duże komplikacje dla polskiej gospodarki – mówi Krzysztof Inglot, prezes zarządu Personnel Service.
Odpowiedzialność urzędnika wydłuża proces
Do tej pory to na pracodawcy spoczywała odpowiedzialność za prawidłowość danych wpisywanych w oświadczeniu o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcowi. Urzędnik jedynie przyjmował wniosek i sprawdzał, czy okres na jaki chce się zatrudnić pracownika ze Wschodu nie przekracza 180 dni (czyli sześciu miesięcy). Od 1 stycznia to się zmieniło – urzędnicy ponoszą odpowiedzialność za prawidłowość danych wpisywanych w oświadczeniach, czego konsekwencją jest wydłużenie procesu weryfikacji jednego dokumentu z kilku do kilkunastu minut.
Z wstępnych szacunków Ministerstwa Rodziny Pracy i Polityki Społecznej wynika, że w 2017 roku zostało wydanych 1,8 mln oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcom. To oznacza, że każdego dnia roboczego rejestrowano nawet 7 200 oświadczeń w całej Polsce. W tym momencie wydawanych jest 10-ktornie mniej dokumentów tego typu dziennie.
Lawina załączników
Jedna strona oświadczenia dla urzędu pracy i jedna strona oświadczenia dla pracodawcy – tylko tyle dokumentów było potrzebnych w 2017 roku. Nowe przepisy spowodowały, że minimalna liczba stron, które trzeba dostarczyć do urzędu pracy wynosi aż osiem. Do wymaganych dokumentów należą m.in. gotowe oświadczenie, potwierdzenie zapłaty w wysokości 30 zł za rejestrację oświadczenia (dołączane pojedynczo do każdego kompletu) czy kserokopia paszportu cudzoziemca z wszystkimi ostemplowanymi stronami. Dodatkowo, w razie jakiegoś błędu w dokumentacji, termin rejestracji oświadczenia wydłuża się do 30 dni.
Warto też pamiętać, że wszystkie te dokumenty będą musiały zostać wydrukowane, a następnie składowane przez urzędy pracy.
Cudzoziemiec potrzeby do rejestracji
Cudzoziemcy z sześciu krajów, których dotyczy uproszczona procedura zatrudniania (Białoruś, Rosja, Ukraina, Mołdawia, Gruzja, Armenia) nie musieli do tej pory przebywać w Polsce, żeby pracodawca mógł zarejestrować oświadczenie o zamiarze powierzenia im pracy. Teraz się to zmieniło. Osoba posiadająca paszport biometryczny lub wizę musi być na terenie Polski, żeby oświadczenie o zamiarze jej zatrudnienia można było zarejestrować. A to oznacza, że przez około 7 dni cudzoziemiec musi przebywać w Polsce bez możliwości podjęcia pracy.
– Z danych otrzymanych z wybranych urzędów pracy wynika również, że problem pojawi się w momencie, gdy pracownik przebywający na Ukrainie będzie chciał zmienić pracodawcę. Do tej pory liczył się sam fakt posiadania oświadczenia. Teraz osoba, która posiada dokument od jednego pracodawcy, nie może z niego skorzystać i przyjechać do Polski pracować dla kogoś innego. W tym celu musi pojawić się w Polsce i zarejestrować dokument u nowego pracodawcy. To kolejna administracyjna trudność – mówi Krzysztof Inglot.
Lepsza kontrola oświadczeń
Od początku roku, pracodawca musi poinformować urząd pracy w ciągu 7 dni o tym, że dana osoba nie podjęła pracy, mimo że zostało zarejestrowane oświadczenie, lub najpóźniej w dniu podjęcia pracy o jej zatrudnieniu. To dodatkowy krok administracyjny, który będzie problemem zwłaszcza dla dużych pracodawców, którzy np. zatrudniają nawet kilkaset osób tygodniowo.
Krzysztof Inglot zwraca jednak uwagę na porządkujący charakter tej zmiany. – W 2017 roku mogliśmy podawać tak naprawdę tylko szacunki dotyczące liczby pracujących u nas Ukraińców. Zdarzało się bowiem tak, że na jedną osobę rejestrowano kilka oświadczeń, ktoś mógł też nie podjąć pracy w miejscu, w którym powinien. Nowe przepisy powinny to zmienić. Poznamy nie tylko liczbę przyjeżdżających do nas pracowników ze Wschodu, ale też branże, w jakich najchętniej podejmują pracę – podsumowuje Krzysztof Inglot.
Firma rekrutacyjna Devire, która w 2017 roku przeszła zmiany strukturalne oraz rebranding, zwiększyła marżę ze sprzedaży o 85 proc. Całkowite obroty w Polsce wzrosły o 40 procent. Zysk (EBITDA) w 2017 roku był o 8 proc. wyższy aniżeli rok wcześniej. W 2017 roku na czele Devire stanął Michał Młynarczyk, wcześniej Dyrektor Zarządzający na Europę Środkową i Wschodnią w HAYS. Pod jego skrzydłami firma zwiększyła zatrudnienie o 42 proc. i zaczęła działać w modelu zbliżonym do turkusowej organizacji.
W 2017 r. Devire zanotowało przychód w Polsce na poziomie 36 mln zł, co daje 40 proc. wzrost w porównaniu z rokiem poprzednim. – Rok 2017 był przełomowy dla całej organizacji. Zmieniliśmy strukturę i filozofię działania stawiając na nowe specjalizacje i technologie rekrutacyjne co zaowocowało dynamicznym rozwojem. Wygraliśmy wiele przetargów, także publicznych, oraz zanotowaliśmy wzrosty we wszystkich kluczowych obszarach. Marża netto ze sprzedaży wzrosła o 85 proc. i w 2017 roku wyniosła blisko 11 mln zł, a zysk był wyższy o 8 proc. i ukształtował się na poziomie blisko 1 mln zł – mówi Michał Młynarczyk, Dyrektor Zarządzający Devire.
Siła w zespole
W ubiegłym roku firma zwiększyła zatrudnienie o 42 proc. Pod koniec 2017 roku zatrudniała blisko 100 Konsultantów. Posiadała również ponad 450 zewnętrznych pracowników biurowych oddelegowanych do klientów, realizujących między innymi projekty IT w modelu IT Contracting. W 2017 roku Devire uruchomiło nowe dywizje rekrutacyjne (m.in. Construction & Property, Life Sciences, Multilingual Business Services, Accountancy & Finance) oraz wzmocniło działy odpowiedzialne za Outsourcing czy usługi Employer Brandingu. W 2017 roku do agencji dołączył m.in. Mikołaj Makowski, który objął stanowisko Wiceprezesa Zarządu i Dyrektora Outsorcingu, Izabela Kazimierska, odpowiedzialna za rozwój współpracy oraz budowę partnerstw strategicznych z Klientami z sektora SSC/BPO, Mateusz Wójtowisz, Executive Manager Sales & Marketing, który rozwijał portfolio firmy m.in. w obszarze Employer Brandingu oraz Bartłomiej Rozmus, Executive Manager Construction & Property i Katarzyna Wierzbicka, Executive Manager Life Sciences. – W 2017 roku zaczęliśmy działać w modelu czepiącym z założeń turkusowej organizacji. Sukces Devire to sukces wszystkich pracowników. Rok zamknęliśmy liczbą 455 rekrutacji stałych na stanowiska managerskie i wyższego szczebla oraz 357 kontraktów. Cały zespół wykonał świetną pracę – podsumowuje Michał Młynarczyk.
Cały rynek rośnie
Rekordy bije cały rynek rekrutacyjny. Z danych Polskiego Forum HR (PFHR) w 3 kwartale 2017 roku wartość usług rekrutacji stałych w firmach zrzeszonych w PFHR wyniosła 39 mln zł[1], czyli o 20 proc. więcej niż w analogicznym okresie, rok wcześniej. Można jednak zaobserwować lekkie spowolnienie jeśli chodzi o rekrutacje tymczasowe. Wynika to ze spadku ilości pracowników tymczasowych w porównaniu do poprzedniego roku średnio o kilka tysięcy w kwartale. Ten spadek ilości pracowników jest nieco skompensowany przez wzrost wartości wynagrodzeń wśród pracowników tymczasowych. – Podsumowując rok 2017, ze względu na rekordowo niskie bezrobocie rynek rekrutacyjny rozwinął się bardzo dynamicznie. Coraz więcej firm ma trudności z pozyskaniem kandydatów do pracy, więc decyduje się na korzystanie z usług wyspecjalizowanych firm rekrutacyjnych. To właśnie dlatego rośnie również liczba agencji rekrutacyjnych. W 3 kwartale było ich już 8350. To blisko o 400 więcej niż w kwartale poprzednim – podsumowuje Michał Młynarczyk.
[1] Wartość rynku firm zrzeszonych w PFHR, które reprezentują ok. 55 proc. wartości rynku pracy tymczasowej i ok. 30 proc. rynku rekrutacji stałych
Z danych OECDwynika, że pod względem automatyzacji produkcji Polska nie tylko odstaje od najbardziej rozwiniętych gospodarek na świecie, ale również od swoich sąsiadów[1]. Liczba robotów na tysiąc pracowników w naszym kraju wynosi 1,05, podczas gdy w Czechach jest to 3,75, a na Słowacji 3,52. Tymczasem zdaniem ekspertów Banku DNB, automatyzacja produkcji jest szansą dla polskich przedsiębiorstw, nie tylko na zdobycie przewagi konkurencyjnej, ale jest także antidotum na coraz większe problemy z dostępem do siły roboczej. Jej rozpowszechnienie zależy jednak, zarówno od czynników ekonomicznych, jak i społecznych.
DNB i Deloitte zwracali już uwagę na pogłębiający się deficyt siły roboczej w raporcie „Kierunki2016. Polska w pułapce średniego dochodu”. Z badań, które przeprowadzono wśród polskich przedsiębiorców wynikało bowiem, że barierą rozwoju firm staje się nie brak kapitału, ale właśnie niedobór odpowiednio wykwalifikowanych pracowników.
– Jednym z rozwiązań tego narastającego problemu może być automatyzacja procesów i produkcji. Z punktu widzenia polskiej gospodarki większa automatyzacja oznacza większą efektywność gospodarczą. Na ostatecznie tempo wdrażania automatyzacji wpłynie jednak popyt, korzyści związane z wydajnością, zmiany regulacyjne, ale również społeczna akceptacja dla tego typu rozwiązań – mówi Marcin Prusak, Członek Zarządu ds. Bankowości Korporacyjnej w DNB Bank Polska S.A.
Polska z tyłu peletonu
Z najnowszego raportu OECD wynika, że średnia liczba robotów na tysiąc pracowników we wszystkich krajach OECD wynosi 6,23. Na tym tle najbardziej wyróżniają się Niemcy ze wskaźnikiem 14,45, Japonia (27,99) oraz Korea Południowa (25,65). Z krajów naszego regionu, oprócz Czech i Słowacji zadowalającym wskaźnikiem automatyzacji może pochwalić się jeszcze Słowenia z wynikiem 4,86 robotów na tysiąc pracowników. OEDC wyróżnia Czechy, Słowację, Słowenię oraz Węgry jako kraje, w których intensywność robotyzacji wzrosła od 2005 do 2015 roku od trzech do sześciu razy. Jeżeli nawet w ostatnich kilkunastu miesiącach polskie firmy zrobiły duży postęp w zakresie automatyzacji produkcji, to nadal dzieli je dystans nie tylko od liderów, ale też od najbliższych sąsiadów.
Inwestycja w automatyzację
We wszystkich państwach, podobnie jak w Polsce, w automatyzację produkcji inwestują przede wszystkim największe przedsiębiorstwa, w tym duże międzynarodowe koncerny i globalni gracze. Zazwyczaj wynika to z konieczności poniesienia dużych inwestycji. Z badania Deloitte wśród największych globalnych przedsiębiorstw wynika, że ich dotychczasowe koszty z tego tytułu wyniosły średnio 3,5 mln dolarów, a 78 proc. oczekuje zwiększenia nakładów finansowych na ten cel w ciągu kolejnych trzech lat. Natomiast ci, którzy są w fazie pilotażu automatyzacji planują wydać średnio 1,5 mln dolarów[2]. – Dla globalnych graczy takie sumy być może nie są przeszkodą, ale dla polskich firm koszty automatyzacji, nawet biorąc pod uwagę dopłaty unijne, są niewątpliwie sporą barierą w jej wdrażaniu. Jednak bez poczynienia koniecznych inwestycji, trudno mówić o zyskaniu przewagi konkurencyjnej. Automatyzacja wpływa na efektywność, ale też jakość produktów – mówi Marcin Prusak.
Innowacyjność w dużej skali
Problemem jest również niewielki stopień innowacyjności polskiej gospodarki, co przekłada się na trudności we wdrażaniu nowych, bardziej zaawansowanych rozwiązań technologicznych. Należy jednak przyznać, że pod tym względem w ostatnich latach dużo się zmieniło. Udział nakładów wewnętrznych na badania i prace rozwojowe w PKB, osiągnął w 2015 r. 1 proc. wobec 0,94 proc. w 2014 r. i 0,77 proc. w 2011 r. W 2016 roku udział ten wyniósł 0,97 proc. Wciąż jednak zbyt niski jest tak zwany wskaźnik BERD, czyli udział przedsiębiorstw w wydatkach na B+R. Choć i w tym obszarze sytuacja się poprawia. Działalność innowacyjna niestety dotyczy przede wszystkim największych firm. Dane GUS pokazują, że w 2016 roku innowacje procesowe wprowadziło 15,2 proc. przedsiębiorstw przemysłowych. Ponad połowa z nich były to firmy zatrudniające powyżej 250 osób. Wśród tych, które zatrudniają od 10 do 49 pracowników tylko niespełna co dziesiąta firma zainwestowała w innowacyjne rozwiązania, które usprawniły proces produkcji.
Roboty w roli głównej
Najwięcej robotów w skali globalnej wykorzystywanych jest w sektorze wyrobów gumowych i plastikowych, branży elektronicznej, transportowej i wytwórczej. Z kolei najmniejsze zastosowanie mają w rolnictwie, górnictwie oraz energetyce. Czynności najbardziej podatne na automatyzację obejmują aktywności fizyczne, a także gromadzenie i przetwarzanie danych. Dlatego w przyszłości automatyzacja najprawdopodobniej najbardziej rozpowszechni się w produkcji, handlu oraz usługach hotelarskich.
Z danych Międzynarodowej Federacji Robotów wynika, że w 2016 roku sprzedaż robotów wzrosła o 16 proc. do 294 312 sztuk, co stanowi nowy rekord. Głównym motorem wzrostu był ponownie, podobnie jak rok wcześniej, przemysł elektryczny i elektroniczny, w których zapotrzebowanie na roboty wzrosło o 41 proc. rok do roku. Z szacunków wynika, że w 2020 roku w użyciu będzie ponad trzy milionów robotów w skali globalnej[3].
Obawa o bezrobocie technologiczne
Rosnąca liczba robotów wykorzystywanych w produkcji rodzi pytanie o zastąpienie pracy ludzi. Zjawisko to nosi miano bezrobocia technologicznego. Z badania Deloitte wynika, że automatyzacja procesów z wykorzystaniem robotów jest w stanie zastąpić pracę aż 20 proc. pracowników zatrudnionych w pełnym wymiarze godzin. Firmy, które mają już doświadczenie w tym zakresie wyrażają opinię, że może być to nawet średnio 52 proc. Z kolei szacunki firmy McKinsey mówią, że podczas gdy mniej niż 5 proc. wszystkich zawodów można zautomatyzować całkowicie, to około 60 proc. wszystkich profesji można zautomatyzować w niemal jednej trzeciej czynności[4]. A to oznacza, że więcej zawodów zmieni się, niż zostanie zautomatyzowanych.
[1] OECD Science, Technology and Industry Scoreboard 2017, The digital transformation, 22 Nov. 2017
[2] Deloitte, The robots are ready. Are you? Untapped advantage in your digital workforce, Dec. 2017
[3] International Federation of Robotics, World Robotics 2017 Edition, Sep. 2017
[4] McKinsey Global Institute, Harnessing automation for a future that works, Jan. 2017
20 lat temu szkolenia kojarzyły się ludziom z kurso-konferencjami, które były najbardziej atrakcyjne wieczorami, a na drugi dzień dopadał ich kac gigant. Późniejszy trend szkoleniowy przyniósł intensywne szkolenia 2-3 dniowe, dzięki którym uczestnik miał wynieść jak najwięcej. Rola trenerów była istotna i przekazywali oni swoje doświadczenia. Można zauważyć, że ostatnimi czasy nastał trend na doświadczenia praktyczne.
– Te zmiany uświadomiła mi osoba, która podczas prowadzonego przeze mnie szkolenia zapytała „A skąd Pan to wie?”. Chcąc szkolić menedżerów muszę doświadczyć, co to jest stawianie celów, delegowanie, kontrolowanie oraz sankcjonowanie działań – powiedział agencji eNewsroom.pl Marcin Konieczny, partner w firmie „House of Skills” – Największym wyzwaniem firm szkoleniowych jest proces adaptacyjny. Pojawia się pokolenie Millenialsów – którzy mówią wyraźnie, krótkimi formami oraz bardzo praktycznie. Nie chcą siedzieć więcej niż 4 godziny na sali szkoleniowej, bo jest wiele narzędzi do zastosowania po wyjściu z niej – np. aplikacje na smartfona , e-learning oraz inne opcje, dzięki którym będą mogli spojrzeć w skrypt i sprawdzić, jak go użyć w codziennej pracy.
Wydarzeniem tygodnia w kraju będzie posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej (wt-śr.). Nie przyniesie ono zmian stóp procentowych zwłaszcza, że (przejściowo) obniżona inflacja jest argumentem dla gołębi, aby nie spieszyć się z podwyżkami. Jak zawsze będziemy bacznie przysłuchiwać się wypowiedziom podczas konferencji prasowej poszukując wskazówek dotyczących przyszłych ruchów Rady, wśród których najistotniejsze będą komentarze członków RPP o najbardziej umiarkowanych poglądach.
Podczas gdy NBP utrzymuje neutralne nastawienie rumuński bank centralny prawdopodobnie pójdzie w ślady Banku Czech i może dziś podnieść stopy procentowe o 25 pb (scenariusz alternatywny to podwyżka na posiedzeniu 7 lut.). Jastrzębie głosy wzmocniły się także ostatnio w ramach EBC. Minutes z posiedzenia w grudniu (czw.) najprawdopodobniej potwierdzą, że wg. części jego przedstawicieli program QE powinien zostać zakończony w 2018r.
Dane inflacyjne z regionu (Czechy – śr., Węgry – pt.) za grudzień pozostaną prawdopodobnie pod wpływem czynników bazowych, które obniżyły inflację w Polsce. Podobne tendencje (dla cen paliw) powinny być też widoczne w USA (inflacja CPI w pt.).
Publikowane w tym tygodniu dane ze strefy euro i Niemiec powinny potwierdzić utrzymanie pozytywnych tendencji w przemyśle i konsumpcji pod koniec 2017.
Przegląd wydarzeń:
Sprzedaż detaliczna w Niemczech wyraźnie przyspieszyła w listopadzie po gorszym odczycie w październiku (4,4% r/r vs -0,9% r/r) potwierdzając solidne fundamenty konsumpcji.
Zgodnie z oczekiwaniami inflacja HICP wyhamowała w grudniu za sprawą czynników bazowych w cenach energii i żywności (1,4% r/r z 1,5% r/r). Inflacja bazowa pozostaje niska (0,9% r/r) wspierając ostrożną politykę EBC.
Wzrost zamówień na dobra trwałe w USA w lis. (dane ostateczne) wspiera oczekiwania co do kontynuacji ożywienia inwestycji w 4q17.
Słabszy odczyt NFP wstrzyma podwyżki stóp
Zatrudnienie w amerykańskim sektorze pozarolniczym wzrosło w grudniu o 148 tys. etatów. Dane za wcześniejsze dwa miesiące zrewidowano łącznie o 9 tys. w dół (za paź. do 211 tys. z 244 tys., a za lis. do 252 tys. z 228 tys.). Dynamika zatrudnienia utrzymała się na dotychczasowym poziomie (1,4% r/r).
Słabszy przyrost zatrudnienia wynikał w szczególności ze: spadku zatrudnienia w handlu detalicznym oraz osłabienia przyrostów w usługach profesjonalnych i biznesowych, edukacji i opiece zdrowotnej. Dane o liczbie osób, które nie pracowały ze względu na złą pogodę nie odbiegają od sezonowego wzorca, co oznacza, że to nie pogoda była przyczyną grudniowego osłabienia. Załamanie pogody na południowym wschodzie USA (m.in. pierwszy od 30 lat śnieg na Florydzie) może być natomiast istotnym czynnikiem obniżającym styczniowy odczyt NFP.
Stopa bezrobocia utrzymała się na poziomie 4,1% trzeci miesiąc z rzędu przy stabilnej stopie aktywności zawodowej (62,7%). Stopa bezrobocia U6 (sa) nieznacznie wzrosła do 8,1%. Spadł odsetek długoterminowo bezrobotnych.
Tempo wzrostu płac wzrosło do 2,5% r/r z 2,4% r/r w listopadzie (po rewizji z 2,5% r/r). Pocieszeniem dla FOMC pozostaje przyspieszenie miesięcznej dynamiki płac (0,3% m/m vs 0,1% m/m w lis.) do trzeciego najwyższego tempa od 1,5 roku. Zakładając, że kolejny miesiąc przyniósłby osłabienie przyrostu (a być może spadek) zatrudnienia w niskopłatnych usługach gastronomicznych, styczeń może przynieść dalszy wzrost dynamiki płac oraz wzmocnić ich krótkoterminowy trend potęgując oczekiwania na podwyżkę stóp.
Dane wspierają obecną (ostrożną) retorykę FOMC, którego członkowie (wg dot plots`ów) zamierzają podnieść stopy o 75pb w 2018 r. Grudniowy odczyt NFP znajduje się na poziomie pozwalającym utrzymać stabilną stopę bezrobocia. Z uwagi na trwające bardzo silne mrozy i anomalie pogodowe w USA styczniowy odczyt może przynieść dalsze osłabienie przyrostu zatrudnienia, co wpisuje się w nasz scenariusz bazowy przewidujący wstrzymanie się FOMC (z nowym przewodniczącym, J. Powellem) od podwyżek stóp do połowy roku i ich wznowienie począwszy od czerwca (zakładamy łącznie trzy podwyżki w 2018 r.).
Dobry stan gospodarek zachodnioeuropejskich i amerykańskiej napędzają koniunkturę także na polskim rynku. O ile nie nastąpią nieoczekiwane wydarzenia, które zmienią ten stan rzeczy, polski PKB powinien urosnąć w 2018 roku o ok. 4 proc. – ocenia Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion. Pomogą wybory i unijne pieniądze. Wielką niewiadomą są za to inwestycje przedsiębiorstw.
– Rozwój gospodarczy trwa od czasów kryzysu z roku 2008–2009 prawie nieprzerwanie, gospodarka amerykańska jest na szczytach koniunktury, co nam bardzo pomaga – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion. – Wszyscy mówią, że w 2018 roku będzie tak samo. Gdyby było chociażby tak jak jest w tej chwili, to gospodarka polska powinna nadal rozwijać się w tempie około 4 proc., z małym plusem lub z małym minusem. To zależy od wielu czynników.
W ciągu trzech kwartałów 2017 roku (dane za IV kwartał GUS opublikuje w połowie lutego) tempo wzrostu gospodarczego w Polsce ani razu nie spadło poniżej 4 proc., a w trzecim kwartale poszybowało aż pod granicę 5 proc. (4,9 proc. rok do roku). To najlepszy wynik od ostatniego kwartału 2011 roku. W 2018 roku dobra passa polskiej gospodarki powinna być kontynuowana, zwłaszcza że należy się liczyć ze wzrostem nakładów na inwestycje.
– Będziemy wykorzystywali środki unijne, które nie są w tej chwili specjalnie mocno wykorzystywane. Mamy wybory samorządowe w 2018 roku i parlamentarne w 2019 roku, rząd będzie na pewno pompował pieniądze, pytanie tylko, czy dołączy do tego biznes prywatny, czy wzrosną inwestycje prywatne, które do tej pory były bardzo niechętnie zwiększane. Od tego zależy skala wzrostu gospodarczego – komentuje Piotr Kuczyński.
Po dziewięciu miesiącach 2017 roku nakłady inwestycyjne na środki trwałe wyniosły w Polsce 213 mld zł, o ponad 6 mld więcej niż po trzech kwartałach słabego 2016 roku. Jednak w wyborczym 2015 roku wartość ta wynosiła ponad 221 mld zł, i to pomimo trwającej aż do grudnia 2016 roku deflacji.
Zdaniem Piotra Kuczyńskiego nakłady rządowe i samorządowe na inwestycje powinny zachęcić do inwestowania także prywatnych przedsiębiorców.
– Aktywność inwestorów prywatnych stymulować może to, że ruszą duże rządowe projekty infrastrukturalne, z czego biznes prywatny też będzie chciał skorzystać, a także większe zaufanie do stabilności polityczno-społecznej w Polsce. To jest podstawa. Biznes do tej pory jest bardzo wycofany, ludzie kupują mieszkania na wynajem czy luksusowe samochody, a niechętnie inwestują i to trzeba zmienić – przekonuje główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion.
Choć jego zdaniem najbardziej prawdopodobny jest optymistyczny scenariusz, zawsze może nastąpić nieoczekiwane wydarzenie, zwane przez ekonomistów „czarnym łabędziem”, które popsuje nastroje inwestorów na najważniejszych światowych rynkach. To odbiłoby się także na polskiej giełdzie oraz gospodarce. Spowodowałoby to odwrót od gospodarek wschodzących, a także walut tych krajów. Tymczasem ubiegły rok był dla złotego udany: wobec dolara polska waluta umocniła się o prawie 20 proc., wobec euro o 5 proc., a wobec franka szwajcarskiego, w którym wielu Polaków ma kredyty hipoteczne – o ponad 15 proc.
– 2018 rok teoretycznie też powinien być dobry dla złotego – mówi Piotr Kuczyński. – Jest jeden mały znak zapytania – dolar w 2017 roku był bardzo słaby mimo tego, że według mnie powinien się umacniać, bo zarówno oczekiwania na podwyżki stóp, jak i oczekiwania na repatriację kapitału z zagranicy powinny dolara umacniać. Jeżeli to się zmieni w 2018 roku, to złoty będzie słabszy. Jeżeli się nie zmieni, to złoty będzie się nadal umacniał.
Ubiegłoroczna nowelizacja ustawy hazardowej zmniejszyła szarą strefę – już 3 mld z wartego 5 mld zł rynku „przepłynęło” do legalnie działających bukmacherów. Zmiana przepisów otworzyła też drzwi nowym podmiotom. W listopadzie zdecydował się na to Superbet – jeden z największych, europejskich bukmacherów. Marka ocenia, że nowe przepisy hazardowe i konkurencja wśród legalnych podmiotów przekładają się na korzyści dla graczy, którzy mogą spodziewać się lepszej oferty i większych wygranych.
– Wszystko wskazuje na to, że 2018 rok będzie dla branży bukmacherskiej zdecydowanie lepszy niż poprzedni – ale tylko dla bukmacherów, którzy funkcjonują w Polsce legalnie. Do tej pory 90 proc. przychodu całego rynku bukmacherskiego – szacowanego na ok. 5 mld zł – wędrowało do firm działających nielegalnie, do off-shore. W momencie zmiany przepisów i przygotowania przez legislatorów gigantycznych kar większość nielegalnych graczy zdecydowała się wycofać z Polski. To oznacza, że promowane są legalnie działające podmioty, które płacą w Polsce podatki – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Glinkowski, członek zarządu Arskom Group.
Efektem nowelizacji ustawy hazardowej, która zaczęła obowiązywać w ubiegłym roku, jest przejęcie dużej części rynku bukmacherskiego przez legalnie działających operatorów i zmniejszenie szarej strefy. Nowe przepisy zmusiły do wycofania się z Polski wielu globalnych graczy. Jako jeden z pierwszych zdecydował się na to bet365 (jeden z największych na świecie e-bukmacherów).
W tej chwili w Polsce działa ośmiu legalnych bukmacherów. Przed zmianą przepisów obsługiwali oni niewiele ponad 10 proc. całego rynku, wycenianego na około 5 mld zł. Od momentu nowelizacji przepisów ta proporcja powoli się odwraca.
– Szacuje się, że już ponad 3 mld zł wpłynęły do legalnych bukmacherów, a z miesiąca na miesiąc ta tendencja będzie się zmieniać. Promowane będą marki, które funkcjonują w Polsce w sposób legalny, natomiast piętnowane są firmy off-shore’owe – podkreśla Piotr Glinkowski.
Od lipca obowiązują przepisy dotyczące blokowania dostępu do domen hazardowych zarejestrowanych poza Polską i nielegalnych bukmacherów online. Dostawcy internetu – pod karą grzywny do 250 tys. zł – mają obowiązek blokowania takich stron w sieci (w oparciu o rejestr nielegalnych serwisów hazardowych Ministerstwa Finansów), a operatorzy płatności – blokować możliwość dokonywania transakcji na rzecz takich domen.
– Nadal możemy trafić w internecie na reklamy nielegalnych bukmacherów, którzy – poza wysoką ceną – nie oferują żadnych korzyści. Natomiast w momencie, kiedy udajemy się do bukmachera legalnego, wiemy doskonale, że proponowane przez niego kursy i stawki są stabilne – mówi Piotr Glinkowski.
Ekspert Arskom Group ocenia, że nowe przepisy hazardowe i wejście na rynek legalnych bukmacherów przełożą się też na korzyści dla graczy, którzy mogą spodziewać się lepszej oferty i większych wygranych.
– Skoro znikają nielegalni bukmacherzy działający w internecie – którzy dawali niskie kursy – i mamy do czynienia tylko z legalnymi bukmacherami, to oni muszą w jakiś sposób ze sobą rywalizować, poprawiając swoją ofertę, dając niższe kursy i tym samym gwarantując wyższe wygrane. W mojej opinii 2018 rok będzie dla branży bardzo ciekawy. Największe korzyści odczują sami gracze, ponieważ rywalizacja pomiędzy różnymi markami wpłynie na podniesienie jakości usług i większe korzyści materialne – mówi Piotr Glinkowski.
Jak podkreśla, polski rynek bukmacherski jest trudny – ze względu na restrykcyjne przepisy, ale i bardzo perspektywiczny. Nowelizacja ustawy hazardowej otworzyła drzwi podmiotom, które chcą działać na nim legalnie. W listopadzie zdecydował się na to Superbet – największy w Rumunii bukmacher, który chce w Polsce pozyskać około 100 tys. aktywnych graczy.
– Rynek gier i zakładów ma w Polsce olbrzymi potencjał, dlatego zdecydowała się tu wejść marka Superbet. W Rumunii są absolutnym liderem, mają kilkaset punktów stacjonarnych. Tamtejszy rynek wygrali swoimi wartościami i stabilną ofertą. Wielu bukmacherów, oferując na przykład niższy kurs na kolejkę albo mecz, wprowadza takie działania jednorazowo, incydentalnie. Kluczem do zaufania Polaków jest dobra, stabilna oferta i tym właśnie bukmacherzy mogą wygrywać w uczciwej, legalnej rywalizacji – mówi Piotr Glinkowski.
– Polski rynek bukmacherski jest bardzo konkurencyjny, profesjonalny i dojrzały. Zdajemy sobie sprawę z tego, że aby odnieść tu sukces, my również musimy być bardzo profesjonalni i ściśle przestrzegać przepisów i obowiązujących tutaj procedur. Musimy zachowywać najwyższe standardy. Ale wiemy też, że mamy świetną ofertę, którą pokochali rumuńscy klienci. Mamy wielką nadzieję, że Polacy również ją pokochają – dodaje Vlad Ardeleanu, dyrektor generalny Superbet Romania.
Marka Superbet zdecydowała się wprowadzić tutaj swoją ofertę 1:1 i zaoferować polskim graczom dokładnie to samo co w Rumunii. Bukmacher ma na razie licencję tylko na prowadzenie punktów stacjonarnych, ale stara się również o licencję online. Liczy, że uzyska ją w połowie 2018 roku.
– Po pierwszym miesiącu działalności wszystko odbywa się zgodnie z planem. Ta marka chce na stałe zagościć na polskim rynku. Wszystkie punkty, które miały zostać otwarte w pierwszym miesiącu funkcjonowania już działają. Polscy gracze mogą zapoznawać się z ofertą Superbet m.in. w Warszawie, w Katowicach i kilku innych miastach w Polsce. Rozwój odbywa się w sposób zrównoważony, przemyślany, tak jak zostało to wcześniej zaplanowane – mówi Piotr Glinkowski.
Polacy zwykle konsultują stosowanie leków lub suplementów diety z lekarzami i farmaceutami. Przeważnie czytają też ulotki dołączone do lekarstw – wynika z badania przeprowadzonego przez Fundację Obywatele Zdrowo Zaangażowani. Jednocześnie jednak przy niektórych chorobach nawet trzy czwarte pacjentów nie stosuje się do zaleceń terapeutycznych. Dlatego zdaniem ekspertów edukacja pacjentów jest niezbędna, zwłaszcza wśród starszych osób. Taki jest cel prowadzonej od ponad roku kampanii „Przewietrz apteczkę”.
– Polacy kierują się różnymi czynnikami przy zakupie leków. Badania przeprowadzone przez Fundację Obywatele Zdrowo Zaangażowani pokazały, iż 63 proc. Polaków czyta ulotki dołączone do leków dostępnych bez recepty, a 66 proc. – ulotki dołączone do leków na receptę – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr n. med. Anna Staniszewska z Katedry i Zakładu Farmakologii Doświadczalnej i Klinicznej Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.
Z ubiegłorocznego badania CBOS wynika, że leki dostępne bez recepty i suplementy diety stosuje 89 proc. dorosłych Polaków. Najczęściej są to środki przeciwbólowe i przeciwzapalne oraz łagodzące objawy przeziębienia lub grypy (po 68 proc.). P.) Przy zakupie leku po raz pierwszy blisko połowa badanych konsultuje stosowanie z lekarzem lub farmaceutą, większość zaś czyta ulotkę (88 proc., przy czym 69 proc. zawsze). Odpowiedzialne podejście charakteryzuje zwłaszcza seniorów – 80 proc. z nich przyjmuje leki z polecenia lekarza lub farmaceuty.
– Jako powód nieczytania ulotek pacjenci najczęściej podają, że ulotka jest bardzo długa, napisana bardzo małym drukiem, czasami znajdują się tam informacje, które są dla nich niezrozumiałe. Choćby data przydatności do użycia jest czasami tylko wytłoczona, a nie zakolorowana, co już stwarza problem, szczególnie dla osób starszych – podkreśla dr n. med. Anna Staniszewska.
Przeważnie informacje zawarte w ulotce są wystarczające. Aż 88 proc. badanych znalazło tam informacje, których poszukiwali. Jednocześnie tylko co trzeci pacjent (35 proc.) nigdy samodzielnie nie przyjmował lub modyfikował dawkowania leków zaleconych przez lekarza.
– Dane WHO pokazują, iż 50 proc. pacjentów w krajach wysoko uprzemysłowionych nie stosuje się do zaleceń terapeutycznych. Chodzi zarówno o stosowanie leków, jak i zmianę stylu życia, racjonalną dietę, unikanie pewnych używek. Ogólnie badania pokazują, iż w zależności od jednostki chorobowej od 20 do nawet 75 proc. pacjentów nie stosuje się do zaleceń terapeutycznych. Potwierdzają to też wyniki naszych badań – wskazuje Staniszewska.
Dlatego – zdaniem ekspertki – konieczna jest dalsza edukacja pacjentów, zwłaszcza starszych, w zakresie stosowania leków. Statystycznie to właśnie oni przyjmują najwięcej leków – nie tylko tych przepisywanych przez lekarzy, ale ordynowanych sobie samodzielnie lub z polecenia farmaceutów.
– Edukacja jest kluczowym elementem do skutecznego procesu bezpiecznej farmakoterapii. Edukujemy pacjentów, kiedy należy lek odstawić, w jakiej sytuacji zgłosić się o poradę do farmaceuty lub lekarza. Ważne jest też to, czym pacjenci popijają leki, żeby wyedukowali się w zakresie racjonalnego czytania ulotek informacyjnych – przekonuje dr n. med. Anna Staniszewska.
Od ponad roku z inicjatywy Fundacji Obywatele Zdrowo Zaangażowani prowadzona jest kampania „Przewietrz apteczkę”. Skierowana jest ona przede wszystkim do seniorów. W ramach kampanii organizowane są warsztaty, a seniorzy otrzymują „Abecadło lekowe”.
– Podczas warsztatów pomagamy wszystkim chętnym w uporządkowaniu swoich domowych apteczek, ale również przekazujemy informacje o tym, co zrobić z lekami przeterminowanymi albo tymi, które nie są nam już potrzebne. Dajemy wskazówki, w jaki sposób rozmawiać z lekarzem, aby komunikacja była jak najbardziej efektywna – tłumaczy Aleksandra Kielan, koordynatorka projektu „Przewietrz apteczkę” z Fundacji Obywatele Zdrowo Zaangażowani.
W ramach projektu Fundacja prowadzi działania na żywo oraz w przestrzeni wirtualnej, m.in. poprzez cykliczną publikację materiałów na stronie internetowej oraz fanpage’u Fundacji. Jeszcze w tym roku ma zostać wydany „Suplementarz”, nowy materiał edukacyjny, tym razem na temat odpowiedzialnego stosowania suplementów diety, który również będzie dystrybuowany wśród uczestników warsztatów „Przewietrz apteczkę”.
– Kampania „Przewietrz apteczkę” jest prowadzona przez naszą Fundację już przez ponad rok. W tym czasie udało nam się wyedukować blisko tysiąc osób z 11 województw na temat odpowiedzialnego stosowania leków. Prowadziliśmy również działania edukacyjne online, a nasze infografiki i animacje obejrzało łącznie ponad 120 tys. internautów – wymienia Aleksandra Kielan.
Według CBOS ponad Polaków korzysta obecnie ze smartfona. Coraz większa popularność tych urządzeń przekłada się na dynamiczne wzrosty sprzedaży ubezpieczeń na wypadek zniszczenia. Około 80 proc. przypadków uszkodzenia smartfonów dotyczy wyświetlaczy. Na rynku pojawiło się rozwiązanie, które diagnozuje stan wyświetlacza i pozwala ubezpieczyć również używane urządzenie.
– Rynek ubezpieczeń telefonów jest wart około 20 mld dolarów i rośnie w stałym tempie 10 proc. rocznie, co oznacza, że do roku 2020 będzie już wart ok. 27 mld dolarów. W Polsce obserwujemy podobne tempo wzrostu, co wiąże się z rosnącą popularnością wszelkiego rodzaju urządzeń mobilnych – mówi agencji informacyjnej Anna Kozłowska-Pietraszko, kierownik marketingu i kanału sprzedaży bezpośredniej w Digital Care.
Jak wynika z ostatniego raportu „Digital in 2017 Global Overwiew”, przygotowanego przez We Are Social i Hootsuite, na całym świecie urządzenia mobilne ma ponad 5 mld ludzi, a na jednego użytkownika przypada średnio 1,6 numeru telefonicznego. W 2016 roku została przekroczona bariera 50-proc. udziału telefonów komórkowych w ruchu internetowym. Polska zajmuje pod tym względem 8. miejsce na świecie (z wynikiem na poziomie 57 proc.).
Agencja Zenith („Mobile Advertising Forecasts 2017”) szacuje, że w 2018 roku na świecie liczba posiadaczy smartfonów wzrośnie o kolejne 7 proc., do poziomu 66 proc. Sierpniowy raport CBOS z kolei wskazuje, że w Polsce z telefonów komórkowych korzysta 92 proc. dorosłych osób, z których 57 proc. to właśnie użytkownicy smartfonów.
– W badaniach 85 proc. Polaków deklaruje, że nie wyobraża sobie życia bez telefonu, a smartfon jest dla nich podstawowym narzędziem codziennego użytku – mówi Anna Kozłowska-Pietraszko. – W trendach sprzedażowych obserwujemy, że coraz więcej osób jest zainteresowanych ubezpieczeniem czy usługami serwisowymi, które obejmują ochronę w przypadku zniszczenia telefonu.
Ubezpieczenie można zwykle kupić dla nowego urządzenia, które pochodzi z salonu operatora. Jednak coraz większy segment rynku stanowią używane smartfony. Do tej pory na rynku nie było rozwiązań, które umożliwiałyby ubezpieczenie telefonu używanego, który nie został objęty ochroną w momencie zakupu, bez konieczności przesyłania zdjęć urządzenia do ekspertyzy specjalistów i oczekiwania na jej wynik.
– Globalny rynek telefonów używanych według szacunków stanowi 7 proc. ogółu rynku smartfonów, natomiast rośnie w bardzo szybkim tempie – około 50 proc. rocznie. W zależności od kraju, ten rynek kształtuje się bardzo różnie. Są państwa, w których zakup telefonu wraz z abonamentem nie jest standardem. Są też takie, jak np. Ukraina, gdzie użytkownicy korzystają z wielu kart SIM, dlatego na zakup telefonu decydują się często w sieci handlowej – mówi Anna Kozłowska-Pietraszko.
Digital Care jest największym w Polsce dostawcą produktów związanych z ochroną urządzeń mobilnych. Firma wprowadziła właśnie na rynek urządzenie Scanbox, które kompleksowo diagnozuje stan wyświetlacza, co umożliwia sprzedaż ubezpieczeń i usług serwisowych również dla telefonów używanych.
– Scanbox jest urządzeniem do diagnozy wyświetlacza w smartfonie. To zaprojektowane specjalnie połączenie części software’owych i hardware’owych. Pozwala nam zaoferować taki produkt, którego nikt inny na rynku jeszcze nie ma, to pierwsze takie urządzenie. Opiera się na zaawansowanych algorytmach, które wyszukują uszkodzenia na telefonie. Mamy wynik diagnozy w czasie rzeczywistym, więc użytkownik od razu wie, czy może ubezpieczyć swoje urządzenie, czy nie – wyjaśnia Inga Zdzińska, kierownik DC Lab Digital Care.
W najbliższych tygodniach firma wprowadzi też analogiczne rozwiązanie w wersji mobilnej, które umożliwi samodzielne, zdalne ubezpieczenie używanego smartfona.
– Ochroną telefonów używanych są już zainteresowane sieci handlowe, centra handlowe czy operatorzy. Scanbox pozwoli im zaoferować ochronę dla urządzeń używanych, które nie zostały zakupione w ich salonach, a sklepom pozwoli na uniezależnienie się od sprzedawców. Urządzenie może być też modyfikowane w zależności od potrzeb naszych partnerów biznesowych, więc proces sprzedaży jest układany indywidualnie pod każdego partnera – dodaje Anna Kozłowska-Pietraszko.
Kierownik marketingu i kanału sprzedaży bezpośredniej w Digital Care zauważa, że statystycznie około 10 proc. Polaków decyduje się odsprzedać swój używany telefon. Z punktu widzenia ubezpieczyciela używane jest urządzenie nie tylko kilkuletnie, ale również takie, które nie zostało objęte ochroną w momencie zakupu, choćby miało to miejsce tydzień wcześniej. Już w tak krótkim czasie telefon może ulec przypadkowemu uszkodzeniu, z których 80 proc. stanowią właśnie uszkodzenia wyświetlacza.
– Na podstawie trendów, które obserwujemy, staramy się poszerzać ofertę. Podstawą jest nadal ubezpieczenie wyświetlacza, natomiast klienci mają coraz większe oczekiwania. Dlatego wprowadzane są takie usługi jak aplikacje diagnostyczne telefonu, infolinie techniczne, portale do zgłaszani szkód, czy usługi door-to-door. W momencie uszkodzenia telefonu firma odbiera telefon z miejsca wskazanego przez klienta, a po naprawie zwraca, również we wskazane miejsce – mówi Anna Kozłowska-Pietraszko.
Odpady produkcyjne wykorzystywane jako surowce wtórne – to główne założenie gospodarki obiegu zamkniętego. Mądre zarządzanie zasobami ma w dłuższej perspektywie poprawić jakość powietrza, ale też zwiększyć konkurencyjność polskich przedsiębiorstw. Oznacza bowiem konieczność wypracowania rozwiązań, które ograniczą ilość niewykorzystywanych surowców. Inwestycję opartą o taką koncepcję zakończyła właśnie Grupa VELUX, który wykorzysta drewniane wióry i zręby powstające przy produkcji okien do ogrzewania swojej fabryki w Namysłowie i zredukuje zużycie gazu o 80 proc.
– Istotą gospodarki obiegu zamkniętego jest mądrzejsze wykorzystywanie zasobów, które posiadamy. To dotyczy biznesu, ale też indywidualnych gospodarstw domowych. Jednak dla biznesu zużywać mniej oznacza wielkie wyzwanie, ponieważ wymusza zmianę modeli biznesowych. Gospodarka obiegu zamkniętego to jest rewolucja dla biznesu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Bolesław Rok z Centrum Etyki Biznesu i Innowacji Społecznych Akademii Leona Koźmińskiego, członek rady programowej Instytutu Innowacyjna Gospodarka.
Gospodarka obiegu zamkniętego (GOZ, circular economy) to koncepcja, według której produkty, materiały i surowce powinny pozostawać w gospodarce tak długo, jak jest to możliwe, a odpady – jeżeli już powstaną – powinny być traktowane jako surowce wtórne, które można poddać recyklingowi, przetworzyć i ponownie wykorzystać. To odróżnia ją od gospodarki linearnej, opartej na zasadzie „weź, wyprodukuj, zużyj i wyrzuć”, w której odpady są przeważnie ostatnim etapem cyklu życia produktu.
W grudniu 2015 roku Komisja Europejska przyjęła pakiet propozycji, które mają „zamknąć obieg” europejskiej gospodarki. Przy Ministerstwie Rozwoju działa specjalny Zespół do Spraw Gospodarki o Obiegu Zamkniętym, który wypracował plan wdrożenia tych wytycznych w Polsce i transformacji krajowej gospodarki na obieg zamknięty. Ten proces będzie finansowo wspierany z europejskich funduszy strukturalnych i inwestycyjnych.
– Zmieniają się oczekiwania społeczne i zmienia się sposób dostarczania produktów. Ludzie nie chcą posiadać, z konsumentów stają się użytkownikami. Co to oznacza dla firm? Jeżeli będą mądrze wdrażać modele biznesowe w ramach gospodarki obiegu zamkniętego, doprowadzi je to do długoterminowych korzyści – mówi prof. Bolesław Rok.
Gospodarka obiegu zamkniętego odpowiada na takie wyzwania jak wyczerpywanie się surowców naturalnych, wzrost ich cen oraz zanieczyszczenie i eksploatacja środowiska. GOZ pozwoli zmienić model konsumpcji na bardziej świadomy i odpowiedzialny, racjonalniej gospodarować zasobami, zaoszczędzić energię i zmniejszyć emisję gazów cieplarnianych. Przyczyni się też do większej innowacyjności europejskich firm, które będą musiały wypracować w tym kierunku odpowiednie rozwiązania.
– Trzeba się zastanowić, w jaki sposób można odzyskiwać dla rynku produkty, które wytwarzamy. Szacuje się, że w Polsce około 30 proc. stanowią odpady budowlane, kolejne 30 proc. to odpady z górnictwa i energetyki, a tylko 7–8 proc. to odpady komunalne. Zbyt mocno koncentrujemy się na odpadach komunalnych, zapominając o tym co jest największym obciążeniem dla środowiska – zauważa prof. Bolesław Rok.
W kierunku GOZ idzie m.in. Grupa VELUX. Namysłowska fabryka spółki uruchomiła w grudniu inwestycję w ekologiczną instalację ciepłowniczą. Nowy system wytwarzania energii cieplnej wpłynie istotnie na poprawę efektywności energetycznej fabryki i pozwoli jej na redukcję zużycia gazu ziemnego o 80 proc. Roczne, przewidywane oszczędności gazu w namysłowskiej fabryce VELUX mają sięgnąć 870 tys. metrów sześciennych. Inwestycja warta w sumie 7 mln zł przyczyni się też do realizacji strategii spółki, która zakłada redukcję emisji własnej CO2 o 50 proc. do 2020 roku.
– Nasze okna w większości produkowane są z różnego typu materiałów, które można poddać recyklingowi, jak drewno, szkło. Fakt, że z odpadu drewnianego produkujemy również energię cieplną przyczynia się do jeszcze większego udziału w gospodarce obiegu zamkniętego – mówi Krystian Żurek, dyrektor fabryki VELUX w Namysłowie.
Drewno wykorzystywane do produkcji okien VELUX jest w 98 proc certyfikowane co oznacza ze pochodzi z lasów zarządzanych zgodnie z zasadami zrównoważonego rozwoju. Fabryka w Namysłowie rocznie wytwarza około 3,6 tys. ton wiórów i zrębów drewnianych. Od teraz surowce te będą wykorzystywane do wytworzenia energii na potrzeby procesów produkcyjnych i ogrzewania hal. Dzięki temu zakład wykorzysta 99 proc. drewna, praktycznie z minimalnymi stratami.
– Jak większość zakładów zlokalizowanych w Namysłowie, ciepło pozyskujemy z własnych kotłowni, które są opalane gazem. Mając kotłownię na paliwo, które sami możemy sobie generować, uniezależniamy się od fluktuacji cen gazu na rynku. Ta inwestycja oznacza także emitowanie zdecydowanie mniejszej ilości dwutlenku węgla z paliw kopalnych do atmosfery. Redukcja wyniesie ok. 2,5 tys. ton w skali roku – mówi Krystian Żurek.
Skalę inwestycji pokazują liczby: kocioł wyprodukuje rocznie tyle energii (9 618 MWh), ile potrzebowałoby około 5 tys. czteroosobowych gospodarstw domowych. To oznacza, że z nadwyżką pokryłby zapotrzebowanie na energię Namysłowa liczącego ok. 17 tys. mieszkańców. Natomiast w przypadku gminy Namysłów, liczącej ok. 26 tys. mieszkańców, kocioł pokryłby trzy czwarte energii potrzebnej jej mieszkańcom. Instalacja ma być eksploatowana przez kolejnych 20 lat, a jej koszt zwróci się już po pięciu.
– Takie inwestycje działają już w naszych fabrykach na Pomorzu i w Gnieźnie, ale także w fabrykach VELUX w Danii i w Niemczech. Wszędzie przynoszą korzyści, ponieważ we wszystkich naszych zakładach energię cieplną pozyskujemy głównie ze spalania gazu – mówi Krystian Żurek.
– Trzeba ograniczać marnotrawstwo, szczególnie jeżeli chodzi o wykorzystywanie energii elektrycznej, ogrzewania czy wszystkich elementów, które zwykle w rachunku kosztów stanowią bardzo pokaźną sumę. Jeżeli zmniejszamy wykorzystanie zasobów, w ten sposób przyczyniamy się do ochrony środowiska, a jednocześnie redukujemy koszty. To klasyczne win-win, wygrywa firma i społeczeństwo – ocenia prof. Bolesław Rok.
Firma doradcza EY trzeci raz z rzędu była audytorem Plebiscytu na Najlepszego Sportowca Polski. W 83. edycji rywalizacji organizowanej od 1926 roku przez „Przegląd Sportowy” triumfował najlepszy polski skoczek narciarski – Kamil Stoch. Rolą EY, podobnie jak w poprzednich edycjach plebiscytu, było czuwanie nad prawidłowym przebiegiem skomplikowanego procesu głosowania, w którym dwudziestka nominowanych najlepszych polskich sportowców otrzymała ponad pół miliona punktów, a różnica między zwycięzcą a zdobywcą drugiego miejsca wyniosła niespełna 3 tysiące punktów.
W 83. edycji kibice mogli oddawać głosy metodą tradycyjną, czyli poprzez kupony drukowane w dziennikach „Przegląd Sportowy” i „Fakt”. Poza tym, mogli także brać udział w głosowaniu poprzez strony internetowe. Nowością było głosowanie SMS już w pierwszym etapie konkursu, nie tylko – jak do tej pory – podczas Gali Mistrzów Sportu. Każda kategoria głosów miała inną wagę, skalkulowaną przy udziale EY.
– Tytuł audytora plebiscytu zobowiązuje. Audytowanie plebiscytu z tak bogatą historią to dla EY wspaniała przygoda i powód do dumy. Dzięki naszemu zaangażowaniu, doświadczeniu w audycie oraz pasji do sportu organizatorzy plebiscytu zaufali nam po raz kolejny. Naszym zadaniem było dopilnowanie, aby każdy wysłany przez kibiców kupon, każde kliknięcie w Internecie oraz każdy SMS zostały rzetelnie i sprawiedliwie odzwierciedlone w wynikach. Czuwaliśmy nie tylko nad procesem głosowania, ale i przy ogłaszaniu zwycięzców, aby żadna koperta nie została pomylona – mówi Michał Wojnarowski, Menedżer w EY i Audytor Plebiscytu. – Gwarantowaliśmy, że wykorzystywane w całym procesie procedury zapewniały bezproblemowe, sprawne i sprawiedliwe wyłonienie zwycięzców, aż do samego finału Gali Mistrzów Sportu – dodaje.
Oficjalne wyniki 83. Plebiscytu na Najlepszego Sportowca Polski 2017 roku:
1. Kamil Stoch (skoki narciarskie) – 85933 punktów
2. Robert Lewandowski (piłka nożna) – 83017 punktów
3. Anita Włodarczyk (lekkoatletyka) – 71720 punktów
4. Łukasz Kubot (tenis) – 41094 punktów
5. Paweł Fajdek (lekkoatletyka) – 40310 punktów
6. Patryk Dudek (żużel) – 30830 punktów
7. Adam Kszczot (lekkoatletyka) – 29555 punktów
8. Piotr Lisek (lekkoatletyka) – 20763 punktów
9. Piotr Żyła (skoki narciarskie) – 19625 punktów
10. Michał Kwiatkowski (kolarstwo) – 18872 punktów
11. Kajetan Kajetanowicz (rajdy samochodowe) – 15733 punktów
12. Kamil Glik (piłka nożna) – 15481 punktów
13. Bartosz Zmarzlik (żużel) – 12710 punktów
14. Joanna Jędrzejczyk (MMA) – 12706 punktów
15. Iga Baumgart, Aleksandra Gaworska, Małgorzata Hołub, Justyna Święty (lekkoatletyka) – 10316 punktów
16. Irmina Mrózek Gliszczynska, Agnieszka Skrzypulec (żeglarstwo) – 6835 punktów
17. Tomasz Marczyński (kolarstwo) – 5975 punktów
18. Wojciech Wojdak (pływanie) – 5697 punktów
19. Magomedmurad Gadżijew (zapasy) – 4279 punktów
20. Agnieszka Kobus, Maria Springwald, Marta Wieliczko, Katarzyna Zillmann (wioślarstwo) – 3734 punktów
Najlepszym sportowcem 2017 roku według tysięcy kibiców okazał się Kamil Stoch – dwukrotny mistrz olimpijski z 2014 roku, indywidualny mistrz świata z 2013 roku, drużynowy mistrz świata z 2017 roku, dwukrotny drużynowy brązowy medalista mistrzostw świata (lata 2013 i 2015), dwukrotny drużynowy wicemistrz świata juniorów (lata 2004 i 2005), zdobywca Pucharu Świata w sezonie 2013/2014 oraz zwycięzca 65. i 66. Turnieju Czterech Skoczni.
Toyota jest na pierwszym miejscu zestawienia najchętniej wybieranych marek przez Polaków. Tak wynika z danych PZPM o rejestracji przez Klientów Indywidulanych nowych samochodów w 2017 roku. To właśnie ci Klienci w ubiegłym roku zarejestrowali 18 889 samochodów Toyoty, aż o 21 procent więcej niż rok wcześniej. Pod względem rejestracji ogółem Toyota pobiła kolejny rekord z wynikiem 50 714 samochodów, lepszym o 24% względem 2016 roku.
Toyota najpopularniejszą marką wśród Polaków (Klienci Indywidualni);
Klienci Indywidualni zarejestrowali 18 889 samochodów Toyoty (wzrost o 21% vs 2016);
Trzeci z rzędu rekord całkowitej liczby rejestracji – 50 714 aut (wzrost o 24% vs 2016);
Toyota ponownie zwiększa swój udział w rynku – do 10,5% (9,8% w 2016);
14 196 sprzedanych hybryd Toyoty, wzrost o 70%;
Hybrydy stanowią 27% całkowitej liczby rejestracji Toyoty;
Najczęściej kupowaną hybrydą w Polsce jest Toyota C-HR (4 283 auta), na drugim miejscu Toyota Auris (4 155 aut);
Yaris najpopularniejszym samochodem w Polsce wśród osób prywatnych (6 088 rejestracji) i najlepiej sprzedającym się modelem Toyoty (12 528 rejestracji);
AYGO na pierwszym miejscu w segmencie A (3 254 rejestracje), należy do niego ¼ rynku małych samochodów.
Klienci indywidualni zarejestrowali w ubiegłym roku 18 889 samochodów Toyoty, aż o 21% więcej niż rok wcześniej. Toyota zajęła w tej części rynku pierwsze miejsce, z udziałem 12,9%. Łącznie Toyota odnotowała aż 50 714 rejestracji nowych samochodów, po raz trzeci z rzędu bijąc rekord popularności w Polsce. Wzrost liczby rejestracji wyniósł aż 24%, zaś całkowity udział Toyoty w rynku samochodów w Polsce to obecnie 10,5% (wzrost z 9,8% w 2016).
Najpopularniejszym modelem Toyoty w Polsce jest Yaris, który jednocześnie zajmuje pierwsze miejsce na rynku wśród klientów indywidualnych. Osoby prywatne zarejestrowały 6 088 Yarisów – więcej niż jakiegokolwiek innego modelu w Polsce. Jego łączna liczba rejestracji wyniosła 12 528 egzemplarzy. Prywatni kierowcy sięgają po ten model równie chętnie jak firmy.
Toyota AYGO jest najczęściej wybieranym samochodem w segmencie A. W ciągu roku model uzyskał wynik 3 254 rejestracji, o 445 więcej niż następnego modelu w zestawieniu, a jego udział w segmencie to 24,1%.
Popularność Toyoty w Polsce w znacznym stopniu wynika ze stale rosnącego zainteresowania autami hybrydowymi. Spektakularny wynik 14 196 egzemplarzy, które opuściły salony Toyoty w 2017 roku, oznacza wzrost aż o 70% vs 2016. Hybrydy stanowiły aż 27% całkowitej liczby rejestracji nowych samochodów Toyoty w zeszłym roku kalendarzowym.
Najpopularniejszym modelem hybrydowym jest Toyota C-HR Hybrid z wynikiem 4 283 sprzedanych egzemplarzy. Tuż za nią znalazła się Toyota Auris Hybrid, którą wybrało 4 155 kierowców. Na trzecim miejscu uplasował się hybrydowy RAV4 – sprzedaż oszczędnego SUV-a zamknęła się liczbą 3 047 aut.
CIA i Biały Dom rozważają szereg propozycji dotyczących wynajmu firm prywatnych do prowadzenia tajnych operacji za granicą. Agencja BuzzFeed, która określiła te plany jako „wysoce niezwykłe” przytoczyła trzy źródła, które miały bezpośrednią styczność z nowymi propozycjami. Według nich, jeśli plany wejdą w życie, dojdzie do utworzenia wielkiej sieci wywiadowczej na tzw. zakazanych obszarach – terenach uznanych za wrogie. Sieci będą rekrutowały lokalnych agentów, prowadziły operacje psychologiczne, przechwytywały podejrzanych o terroryzm i przekazywały ich USA bądź trzecim stronom. Głównym celem nowych propozycji jest „ekstremizm islamski”.
Jednym z kontraktorów w ramach tej sieci będzie Amyntor Group, prywatna firma bezpieczeństwa z siedzibą w Montanie, prowadzona przez byłych agentów wywiadu posiadających stosowne poświadczenia bezpieczeństwa. Amyntor Group specjalizuje się w szkoleniu wywiadowczym i ocenie ryzyka, ale też gromadzi, analizuje i sprzedaje informacje rządowi USA i „zaprzyjaźnionym rządom zagranicznym”.
Według źródeł, nowe propozycje prywatyzacji operacji wywiadowczych wynikają z tego, iż administracja Trumpa negatywnie ocenia działania CIA. Uważa się, iż CIA nie jest przygotowana do agresywnych działań zagranicznych, jakie ma na uwadze prezydent Trump, a które zdaniem nowego szefa CIA Mike’a Pompeo będą „o wiele bardziej okrutne”. Dlatego prywatyzację postrzega się jako sposób na pokonanie oporu i sceptycyzmu wyższego managementu agencji.
W komentarzu przedstawiciel Amyntor Gropup stwierdził, iż każde porozumienie podpisane pomiędzy firmą a stroną rządową będzie bezpośrednio nadzorowane przez „właściwe organy państwowe”.
Źródło: portal intelNews.org za agencją BussFeed z dnia 30.11.2017 r.
Autor: Profesjonalny Wywiad Gospodarczy „Skarbiec” Sp. z o.o.