Byli pracownicy zachodnich służb tworzą nową agencje w Zjednoczonych Emiratach Arabskich

Według magazynu „Foreign Policy” wielu pracowników zachodnich służb specjalnych, w większości Amerykanów, zostało zatrudnionych przez Zjednoczone Emiraty Arabskie do utworzenia nowej agencji wywiadowczej wzorowanej na CIA. Rząd Emiratów ma im płacić – zdaniem autora tekstu – 1000 USD dziennie. Korzystają też z darmowego zakwaterowania w 5-gwaizdkowym hotelu w stolicy Abu Dhabi, pomagając „tworzyć imperium szpiegowskie”. Proponowane warunki sprawiają, że byłym agentom trudno jest odrzucić ofertę arabskiego rządu.

Instruktorzy prowadzą kursy w dwóch różnych lokalizacjach w Abu Dhabi. Kursy stacjonarne prowadzone są w luksusowej wilii w porcie Mina Zayed na północnych peryferiach stolicy, natomiast szkolenia praktyczne prowadzone są w tajnej lokalizacji oddalonej o 45 mil od Abu Dhabi. Ośrodek nazywany jest „Akademią” i wzorowany na Camp Peary  – „Farmie”  – bazie treningowej Departamentu Obrony USA, w którym szkolą się pracownicy CIA i DIA.

„Foreign Policy”, powołując się na sześć miarodajnych źródeł, utrzymuje, iż wysiłek tworzenia nowej służby wzięła na siebie firma konsultingowa CAGN Global Ltd z Baltimore. Jej szef Larry Sanchez, były oficer CIA, nawiązał stosunki z rodziną królewską na początku wieku, kiedy pracował w służbie kontrwywiadu USA. Od sześciu lat mieszka w Emiratach, pomagając od podstaw tworzyć nową służbę. Z czasem dołączyli do niego inni, w tym Erik Prince, twórca słynnej firmy Blackwater.

CAGN Global Ltd znalazła się pod lupą amerykańskich służb, w tym Departamentu Stanu i CIA, które miały wątpliwości, czy nowa służba nie jest nadmiernie wzorowana na procedurach amerykańskich. Jednak ocena przepisów instruktażowych nowej agencji w Zjednoczonych Emiratach Arabskich wypadła na jej korzyść, więc kwestia ta wydaje się być rozwiązana.

Źródło: Deep Pockets, Deep Cover: The UAE Is Paying Ex-CIA Officers to build a Spy Empire in the Gulf, „Foreign Policy” z 21.12.2017.

Prywatne firmy wywiadowcze inwigilowały grupy przeciwników dużych koncernów

Ujawnione przez „The Guardian” i Biuro Dziennikarstwa Śledczego dokumenty pokazują, że British Airways, Royal Bank of Scotland (RBS) i Porsche były wśród podmiotów wynajmujących firmy wywiadowcze do monitorowania grup politycznego protestu, które w ich ocenie zagrażały ich biznesowym interesom.

Dokumenty dowodzą, iż rozszerza się zakres wykorzystywania firm bezpieczeństwa i wywiadowczych do inwigilacji politycznych aktywistów. Szefowie policji wskazywali już wcześniej, iż jest to zjawisko masowe, a działania firm wywiadowczych nie są regulowane ani kontrolowane. Policja utrzymuje, że firmy prywatne mają więcej szpiegów niż policja agentów „pod przykryciem”.

Inwigilacja firm prywatnych obejmowała również ludzi prowadzących określone antykorporacyjne kampanie. Ich celem była m.in. rodzina Rachel Corrie, aktywistki zmiażdżonej przez buldożer armii izraelskiej, kiedy protestowała przeciwko burzeniu domów palestyńskich. W tym przypadku Caterpillar, korporacja produkująca buldożery, wynajmowała firmę C2i International do gromadzenia informacji o rodzinie Corrie, która podjęła kroki prawne przeciwko korporacji.

Dokumenty pokazują w jaki sposób C2i International wykorzystywała szpiegów do zdobywania wyprzedzających informacji o planowanych protestach przeciwko korporacjom. Jej agenci udawali aktywistów sympatyzujących z działaczami organizującymi protesty, pomagali i uczestniczyli w demonstracjach. Często wykradali wewnętrzne dokumenty.

W 2005 roku w Wielkiej Brytanii ten sam koncern Caterpillar wynajął inną firmę wywiadowczą, Inkerman Group,  do zbierania informacji o protestujących, ta zaś umieściła swoich agentów wśród demonstrujących grup. Dokumenty wyciekłe z Inkerman pokazują, w jaki sposób firma uzyskała wiadomości e-mailowe, które krążyły wśród grup sprzeciwiających się budowie masztów telefonicznych. Inkerman odmówił komentarza, natomiast firma RWE nPower potwierdziła, iż w przeszłości wynajmowała Inkerman Group.

Dokumenty ujawniają, iż C2i prowadziła inwigilację takich organizacji jak Greenpeace, Przyjaciele Ziemi oraz lokalnych grup w Oksfordzie. W 2008 roku jej klientami byli m.in. Royal Bank of Scotland, British Airways and Porsche. W tym samym roku C2i pracowała dla firmy Donalda Trumpa, która budowała ogromne pola golfowe, hotel i mieszkania na wrażliwym ekologicznie obszarze w Szkocji.

Źródło: „The Guardian”, 12.12.2017

MEDI-system kupił od Angel Poland Group centrum seniora Angel Care

Angel Care we Wrocławiu, pierwsze w Polsce kompleksowe centrum seniora, dołączyło właśnie do sieci domów opieki MEDI-system. Obiekt wybudowała
i uruchomiła jedna z największych firm deweloperskich w kraju – Angel Poland Group.

Firma MEDI-system ogłosiła nabycie od Angel Poland Group pierwszego w Polsce kompleksowego centrum opieki nad osobami starszymi – Angel Care we Wrocławiu. Tym samym umacnia swoją pozycję, świadcząc usługi medyczne już w 9 nowoczesnych placówkach w całej Polsce. Z kolei Angel Poland Group dzięki tej transakcji ugruntowuje swoją rangę na polskim rynku deweloperskim.

Beata Leszczyńska, prezes zarządu MEDI-system
Beata Leszczyńska, prezes zarządu MEDI-system

To bardzo ważne wydarzenie dla MEDI-system. Angel Care wpisuje się w strategię inwestycyjną naszej firmy, która zakłada tworzenie lub zakup istniejących domów opieki, zlokalizowanych w centrach i w pobliżu największych polskich miast. Włączenie do naszej sieci placówki we Wrocławiu zwiększa dodatkowo nasz potencjał w obszarze opieki długoterminowej na południu Polski, gdzie dotychczas byliśmy obecni tylko w Chorzowie – mówi Beata Leszczyńska, prezes zarządu MEDI-system. – Zamierzamy podtrzymać wypracowany przez Angel Poland Group wysoki poziom opieki. Mamy ku temu solidne podstawy – łączą nas fundamenty działania domów opieki i klinik międzynarodowej Grupy ORPEA – dodaje.

Angel Care zapewnia wysoką jakość usług dopasowanych do etapów starzenia się seniorów. W ośrodku mieszkają zarówno samodzielni mieszkańcy, jak i osoby wymagające całodobowej pomocy, w tym chorujące na demencję. W praktyce nowoczesny obiekt jest podzielony na niezależne części: Mieszkania dla Aktywnych Seniorów, Dom Opieki (korzystają z niego osoby, które wymagają pomocy w codziennym funkcjonowaniu) oraz Centrum Chorób Demencyjnych. Ośrodek został otwarty w czerwcu 2016 roku. Obecnie mieszka w nim około 120 osób.

Ron Ben Shahar_Angel Poland Group_1
Ron Ben Shahar, partner Angel Poland Group

Udowodniliśmy, że polski rynek jest gotowy na najwyższy poziom opieki nad seniorami
i osobami z zaburzeniami, które pojawiają się wraz z wiekiem. Jesteśmy dumni z wysokiej jakości, którą udało nam się wypracować. Nie mam wątpliwości, że zostanie ona utrzymana przez MEDI-system
– mówi Ron Ben Shahar, partner Angel Poland Group.
Ta transakcja to kolejny krok w realizowaniu przez naszą Grupę ambitnych planów rozwojowych w Polsce. Koncentrujemy się na kolejnych inwestycjach z segmentu mieszkań premium, luksusowych apartamentów i hoteli, a także domów opieki na wzór Angel Care, które oddamy pod zarządzanie najlepszym operatorom medycznym. W tym celu kupiliśmy nowe, atrakcyjne grunty w Krakowie i już przygotowujemy kolejne inwestycje w kluczowych miastach Polski – dodaje.

W stolicy Małopolski Angel Poland Group realizuje kolejną luksusową inwestycję
– w sąsiedztwie Wawelu powstają apartamenty Angel Stradom oraz 5-gwiazdkowy hotel marki Autograph Collection, należącej do sieci Marriott International. Również w Krakowie firma zapowiada budowę kompleksu budynków wielofunkcyjnych. Znajdzie się w nim m.in. około 1500 mieszkań, biura i powierzchnie komercyjne. Z kolei we Wrocławiu Grupa prowadzi intensywne prace nad apartamentowcem Angel River. Wcześniej  wybudowała m.in. wielofunkcyjny kompleks OVO Wrocław z hotelem DoubleTree by Hilton Wroclaw.

Angel Care to kolejny zakup MEDI-system w ostatnim czasie. W listopadzie 2017 roku do sieci lidera opieki długoterminowej dołączył również dom opieki Ostoya
w podwarszawskich Starych Babicach.

Dlaczego faktoring tak mocno rozwijał się w 2017r. i co najbardziej wpłynie na branżę w 2018r.

Piotr Gąsiorowski - Prezes Zarządu eFaktor S.A.
Piotr Gąsiorowski – Prezes Zarządu eFaktor S.A.

Najważniejsze dla branży faktoringowej w 2017 roku były:

  1. Rosnące zatory płatnicze, które zwiększyły zapotrzebowanie firm na kapitał.
  2. Rozwój oferty faktorów i dopasowanie jej do mniejszych podmiotów i różnych branż.
  3. Wzrost popularności i zapotrzebowania na faktoring pełny i eksportowy.

Problemów z płatnościami opóźnionymi o co najmniej 60 dni, doświadczyło w ostatnich 6 miesiącach już 52 proc. przedsiębiorstw. Zatory powstające w wyniku opóźnień w płatnościach przenoszą się na podwykonawców i partnerów firm borykających się z zatorami. Takie realia zmuszają biznes do szukania finansowania pomostowego, które pozwoli utrzymać płynność i inwestować. Coraz częściej do tego wykorzystywany jest faktoring.

Dane zaprezentowane po III kwartale (przez Polski Związek Faktorów – PZF) pokazują stabilny wzrost i systematyczny rozwój usługi. Do końca września 2017 branża faktoringowa zarządzała wierzytelnościami przedsiębiorców o łącznej wartości 132,1 mld zł. To wzrost o 17,3% w stosunku do analogicznego okresu 2016 roku. Z faktoringu skorzystało 8,5 tys. przedsiębiorców, czyli o 13,2% więcej w stosunku do tego samego okresu 2016. Faktorzy sfinansowali blisko 6,4 mln faktur. To dane zgromadzone przez PZF, w rzeczywistości liczby są nawet bardziej imponujące, bo poza związkiem pozostaje duża część faktorów. Na całym świecie obroty faktoringu szacowane są na 2,5 biliona euro (wg FCI, międzynarodowej organizacji skupiającej firmy tej branży z całego świata). To pokazuje, że w Polsce obroty będą się jeszcze zwiększać. Wpływ na to ma przede wszystkim model biznesowy dominujący w polskiej gospodarce i realia związane z płatnościami.

Drugim czynnikiem, obok zatorów płatniczych, który dał branży napęd w 2017 roku, było dostosowanie produktów do potrzeb mniejszych firm. Obecnie można spotkać oferty faktoringowe na finansowanie faktur o wartości już od 100 zł. Konkurencja na rynku i poszukiwanie przez faktorów nowych nisz spowodowało, że od 2017 roku usługa jest realnie dostępna także dla małych, a nawet mikrofirm. Przedsiębiorca, który zgłasza się do faktora należność za wykonane usługi lub sprzedany towar otrzymuje w ciągu kilkudziesięciu godzin, a nie po miesiącu czy dwóch, bo taki często jest czas realizacji faktury. Przykładowy koszt 400 zł za otrzymanie 20 tys. zł w ciągu kilkunastu godzin dla większości mikrofirm jest akceptowalny, bo w zamian uzyskują możliwość natychmiastowego dysponowania swoimi środkami .  

Co może najmocniej wpłynąć na faktoring w 2018 roku:

  1. Rosnące lub malejące opóźnienia w płatnościach firm.
  2. Ustawa o podzielonej płatności VAT i inne zmiany ustawowe.
  3. Rozwój kanałów sprzedaży faktorów i szybkie rozpatrywanie wniosków.

Wprawdzie coraz więcej firm zaczyna traktować faktoring nie tylko jako narzędzie poprawy płynności w trudnych okresach, ale i skuteczny instrument wspierający inwestycje w czasie dobrej koniunktury (z jaką mamy obecnie do czynienia), jednak w dalszym ciągu poziom zatorów płatniczych będzie determinował rozwój branży w największym stopniu. Duże znacznie w tym kontekście będzie też miała polityka kredytowa banków, bo to ciągle popularniejszy od faktoringu sposób pozyskiwania finansowania zewnętrznego. Nic nie wskazuje jednak, aby banki złagodziły wymagania. Firmy pożyczkowe, które nie stawiają tak wysokich barier są znacznie droższe, a przedsiębiorcy umieją liczyć własne pieniądze.

Co więcej banki poszerzają tzw. „czarne listy” branż, które na kredyt nie mają co liczyć. W takich zestawieniach są firmy transportowe, budowlane, czy IT. Wyzwaniem, ale i szansą dla branży faktoringowej będzie umiejętność zagospodarowania takich właśnie przedsiębiorców odrzuconych przez banki w procesie kredytowym. Zyskają ci faktorzy, którzy będą mieli ofertę np. dla budowlanki i transportu. Prawdopodobnie relatywnie najszybciej będą rozwijać się mali faktorzy pozabankowi, bo ich oferta jest dostępna dla najszerszej grupy odbiorców, także tych niechętnie przyjmowanych w bankach. Potrzeba kapitału będzie tak duża, że różnice w kosztach finansowania nie będą odgrywać decydującej roli. Faktorzy związani z bankami stawiają zazwyczaj wyższe wymagania, raczej nie wykupują też pojedynczych wierzytelności, wolą pakiety faktur, oczekują większej ilości kontrahentów zgłaszanych do faktoringu. Najwięksi gracze nie są też zdeterminowani, żeby eksplorować dolne rejony MSP, co również premiuje mniejszych faktorów, szczególnie tych dynamicznie rozwijających własne i partnerskie sieci sprzedaży. Ważną rolę odegra też umiejętność wykreowania oferty dla firm różnej wielkości, o różnej dynamice wzrostu, o odmiennych potrzebach finansowych i z różnych sektorów gospodarki.

Faktoring jest narzędziem, które przede wszystkim wspomaga zachowanie płynności przedsiębiorców, zatem każdy czynnik utrudniający swobodne dysponowanie środkami w gospodarce będzie dawał branży dodatkowy impuls do rozwoju. W przyszłym roku taką rolę może spełnić tak zwany split payment, czyli rozdzielenie płatności na dwa konta, kwotę netto i vat. Blokada vatu może wzmóc zapotrzebowanie przedsiębiorców na dodatkowe środki obrotowe. Jest to zatem potencjalna szansa na rozwój faktoringu.

Jednocześnie zmianom ulega charakterystyka usług faktoringowych, choćby w zakresie szybszej decyzyjności w zakresie udzielenia finansowania. My w minionym kwartale wprowadziliśmy jako standard wydanie decyzji o finansowaniu w 24 godziny, czyli projekt eFAKTOR – Decyzja/24H, który spotkał się ze znakomitym przyjęciem wśród naszych partnerów i klientów. Tak szybka decyzyjność to znaczące udogodnienie dla klientów, którzy często od tego uzależniają swoje decyzje biznesowe: podpisanie nowego kontraktu czy kontynuację współpracy z danym partnerem, który oczekuje krótszych terminów płatności. Od uzyskania finansowania w postaci faktoringu zależy konkurencyjność, stabilny rozwój, inwestycje i ekspansja wielu przedsiębiorstw.

Bitcoin wzrósł o 7%

Najpopularniejsza kryptowaluta w ciągu ostatnich dni nieco zyskuje na wartości. Od początku tego roku bitcoin wzrósł z 14 tys. USD do 15 tys. USD w piątek rano, czyli jego wartość podniosła się o ponad 7% i jest na podobnym poziomie co dobę wcześniej. W porównaniu z załamaniem z 22 grudnia (poniżej 12 tys. USD) kryptowaluta zyskała aż 25%, choć nadal sporo brakuje jej do historycznego rekordu z 17 grudnia (niemal 20 tys. USD). Tymczasem niektórzy analitycy rynkowi zwracają coraz większą uwagę na konkurentów bitcoina, a inni jednak zalecają w 2018 r. inwestycje w złoto.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar zyskuje do dolara australijskiego (+0,05%) i japońskiego jena (+0,46%), a traci do euro (-0,26%), brytyjskiego funta (-0,25%) oraz dolara kanadyjskiego (-0,19%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,206, GBP/USD – 1,355, USD/CAD – 1,25, AUD/USD – 0,784 i USD/JPY – 113,1. Euro jest silniejsze wobec japońskiego jena (+0,73%) i kurs EUR/JPY wynosi 136,4, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,89. Złotówka kolejny dzień umacnia się do głównych walut światowych. W piątek rano dolar kosztuje poniżej 3,44 zł, euro – poniżej 4,15 zł, funt – poniżej 4,66 zł, a frank szwajcarski – 3,52 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach nadal zdecydowana przewaga koloru zielonego. W czwartek w Europie londyński indeks FTSE 100 wzrósł o 0,32%, frankfurcki indeks DAX – o 1,46%, a paryski indeks CAC 40 – o 1,55%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 zyskał 0,4%, meksykański indeks Bolsa spadł o 0,08%, a brazylijski indeks Bovespa podniósł się o 0,84%. W piątek w Azji tokijski indeks Nikkei wzrósł o 0,89%, indeks Shanghai Composite – o 0,18%, a hongkoński indeks Hang Seng – o 0,09%.

Ropa i złoto: Ceny ropy naftowej rosną drugi dzień z rzędu. W czwartek na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 68,07 USD (+0,34%), a ropy WTI – 62,01 USD (+0,61%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca wzrosła o 1 USD do 71 USD. Po wcześniejszych spadkach wzrastają także  ceny złota. W piątek rano uncję metalu rynek wycenia na 1319 USD. To 10 USD więcej (+0,76%) niż dobę wcześniej.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 11:00 – Strefa euro – Inflacja HICP (r/r), grudzień (prognoza 1,4%)
  • 11:00 – Strefa euro – Inflacja PPI (r/r), listopad (prognoza 2,5%)
  • 14:30 – USA – Stopa bezrobocia, grudzień (prognoza 4,1%)
  • 14:30 – USA – Bilans handlu zagranicznego, listopad (prognoza -49,5 mld USD)
  • 16:00 – USA – Zamówienia na dobra trwałego użytku (m/m), listopad (prognoza 1,3%)
  • 16:00 – USA – Zamówienia w przemyśle (m/m), listopad (prognoza 1,1%)
  • 16:00 – USA – Indeks ISM dla usług, grudzień (prognoza 57,6 pkt.)
  • 16:00 – USA – Zamówienia na dobra bez środków transportu (m/m), listopad (prognoza -0,1%)
  • 16:15 – USA – Wystąpienie szefa Fed z Filadelfii
  • 20:30 – USA – Wystąpienie szefa Fed z Cleveland

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Wzrost inflacji spowolnił. Jak wpłynie to na rozwój polityki pieniężnej?

W ostatnim czasie rozwój inflacji w Polsce nabiera coraz większego znaczenia. Jest to jedyna zmienna makroekonomiczna, która powstrzymuje NBP przed podniesienie stóp procentowych. Aktualnie cel inflacyjny w Polsce jest wyznaczony na 2,5%. To poziom, którego wzrost poziomu cen jeszcze przez dłuższy czas nie osiąganie. Według opublikowanych w tym tygodniu danych wzrost cen w rocznym porównaniu spowolnił i osiągnął poziom 2%. Zgodnie z przewidywaniami NBP, ceny w 2018 roku powinny wzrosnąć o 2,3%, także nadal mniej, niż zakłada cel inflacyjny (2,5%).

Ważną rolę w tym kontekście odgrywa przede wszystkim rozwój cen żywności i energii, który jest stosunkowo trudny do przewidzenia, a ma jednocześnie znaczący wpływ na poziom cen. Jeśli prognozy NBP się nie potwierdzą, można oczekiwać wzrostu stóp procentowych najwcześniej w drugiej połowie roku.

Należy również wspomnieć, że w ubiegłym roku złoty umacniał się najmocniej spośród walut gospodarek rozwiniętych. Przyczynił się do tego przede wszystkim stabilny rozwój polskiej i unijnej gospodarki oraz fakt, że polska waluta poprawiła wyniki, które osiągnęła w poprzednich latach. Jeśli sytuacja w gospodarce się fundamentalnie nie zmieni, można spodziewać się dalszego umocnienia złotego również i w obecnym roku, chociaż nie tak mocnego, jak w roku ubiegłym.

Złoty w tym tygodniu kontynuował trend z końcówki poprzedniego roku i nadal się umacniał. W piątek rano jego kurs odnotowano na poziomie 4,15 EUR/PLN. W przypadku pary EUR/USD oscylował on wokół poziomu 1,21 EUR/USD.

AKCENTA CZ a.s.

Podsumowanie trendów IT w branży przemysłowej 2017

Rok 2017 w przemyśle minął pod znakiem nowych technologii. Coraz szersze zastosowanie znajdowały rozwiązania Rozszerzonej i Wirtualnej Rzeczywistości – szczególnie przy wizualizacji produktów i procesów przemysłowych. Kluczowe jednak znaczenie wciąż miał Internet Rzeczy. Gartner szacuje, że liczba urządzeń podłączonych do sieci wyniosła w tym roku aż 8,4 miliarda.  Tak szybko rosnąca ilość generowanych danych pozwoliła na dynamiczny wzrost wykorzystywania Sztucznej Inteligencji i uczenia maszynowego.

IoT w służbie biznesu

Rynek Internetu Rzeczy (ang. Internet of Things, IoT) stale się powiększa – średnia stopa wzrostu do 2020 roku ma wynosić prawie 29 proc. Oznacza to, że za 2 lata rynek IoT osiągnie wartość 457 mld dolarów i będzie prawie 3 razy większy niż do tej pory (2017 r.= 170 mld USD)[1]. Już w tym roku liczba połączonych urządzeń przekroczyła wielkość światowej populacji, a za 4 lata może wzrosnąć nawet do 25 mld[2].

W 2017 roku Internet Rzeczy wciąż rewolucjonizował świat technologii przemysłowych i odpowiadał za wiele rentownych inwestycji. Jednym z najbardziej powszechnych jego zastosowań była analityka biznesowa wspomagająca procesy decyzyjne, wsparta rzeczywistymi danymi pozyskiwanymi z otoczenia. Rozwiązania tego rodzaju tworzone były w oparciu o specjalistyczne platformy, które nie tylko zbierają i łączą dane, ale umożliwiają też ich wizualizację w zrozumiały i przystępny dla człowieka sposób.

Co więcej, dzięki IoT maszyny i urządzenia pracują coraz bardziej autonomicznie. Nie tylko zbierają i komunikują dane, ale na ich podstawie samodzielnie podejmują decyzje. Procesy uczenia maszynowego sprawią, że coraz mniejsza liczba czynności wymaga ludzkiego nadzoru czy interwencji, a tym samym możliwe jest pozyskanie dodatkowego czasu na zadania związane z zarządzaniem lub też innymi złożonymi procesami biznesowymi, w których działalność i zaangażowanie człowieka odgrywa kluczową rolę.

Rozszerzona rzeczywistość przemysłu

Rewolucja związana z Wirtualną Rzeczywistością (ang. Virtual Reality, VR) i Rozszerzoną Rzeczywistością (ang. Augmented Reality, AR) tak naprawdę jeszcze nie wybuchła. Szacuje  się, że w 2017 roku wyprodukowano około 14 mln zestawów urządzeń AR/VR, z czego 90 proc. to narzędzia VR. Według danych IDC, stosunek ten ma się zmienić między 2020 a 2021 rokiem, kiedy to AR zyska na funkcjonalności. Spodziewana stopa wzrostu połączonego rynku, ma w najbliższych latach wynosić ponad 56 proc.

Na ten moment, AR to wciąż technologia nowa. Znajduje ona jednak coraz więcej zastosowań, także w sektorze przemysłu, w którym zmiany i innowacje wdrażane są wolniej niż w pozostałych gałęziach gospodarki. Połączenie świata rzeczywistego z obrazem komputerowym, czyli przedstawionych graficznie danych z systemów IT, pozwala dziś przede wszystkim na zwiększenie efektywności działań serwisowych, ale nie tylko – jest ono także wykorzystywane do tworzenia wizualizacji wirtualnego produktu przed jego wyprodukowaniem. Szybki dostęp do informacji kontekstowych pozwala tam na znaczne przyspieszenie działania procesów i ludzi.

Digital Twin (Cyfrowy Ekwiwalent)

Przykładem połączonego zastosowania IoT, analityki biznesowej i AR jest tzw. Digital Twin, czyli  Cyfrowy Ekwiwalent. To wirtualny odpowiednik fizycznego elementu, stworzony przy pomocy zaawansowanych czujników i oprogramowania. Aby uzyskać cyfrową kopię dowolnego obiektu, systemy automatycznie zbierają i łączą wszystkie dostępne dane (m.in. przemysłowe i operacyjne), które po przetworzeniu przez algorytmy Sztucznej Inteligencji wizualizowane są na ekranie komputera lub w okularach Rozszerzonej Rzeczywistości.

Koncepcja Cyfrowego Ekwiwalentu powstała już 15 lat temu, jednak dopiero zaawansowane wdrożenie Internetu Rzeczy umożliwiło wykorzystanie go do optymalizacji procesów przemysłowych. Dzięki zastosowaniu Cyfrowego Ekwiwalentu można dokładniej zaplanować np. logistykę serwisu parku maszynowego czy zaopatrzenie w części zamienne. Można też przewidzieć awarię, zanim do niej dojdzie, co przekłada się na redukcję kosztów, znaczne oszczędności i zwiększenie wydajności produktów – opowiada Paweł Pacewicz, Kierownik ds. Projektów Strategicznych w Transition Technologies PSC.

Wyścig po sztuczną inteligencję

Rozwiązania wykorzystujące Sztuczną Inteligencję pozwalają przedsiębiorstwom na zupełną zmianę sposobu wykorzystywania danych przemysłowych. Szybka analiza gigantycznych ilości informacji znajdujących się w chmurze oraz wyciągnięcie z nich wartościowych trendów i analiz to coraz powszechniejsze zjawisko. Ich wykorzystanie, wspólnie z Internetem Rzeczy, umożliwia chociażby przewidzenie potencjalnej awarii urządzenia z dużym wyprzedzeniem czy przeanalizowanie działania danego sprzętu i automatyczną optymalizację jego pracy. Rozwijane przez lata technologie AI wspomagają ludzi w procesach dedukcji, analizy i podejmowania decyzji. Sztuczna Inteligencja skupia w sobie wiele dyscyplin, w których komputery odwzorowują procesy naturalne dla ludzkiego mózgu, takie jak rozumowanie, rozwiązywanie problemów i uczenie się.

Szacunki  pokazują, że rynek Sztucznej Inteligencji do 2021 roku zwiększy się aż o 50 proc.[3] Według McKinsey, inwestycje w Sztuczną Inteligencję to wyścig o patenty i uznanie własności intelektualnej. Przodują w nim Amerykanie, odpowiedzialni za 66 proc. wszystkich inwestycji[4].

Blockchain

Nieco z boku przemysłu, a jednak wciąż w kręgu jego zainteresowania, pozostaje Blockchain. Jest to technologia bazowa dla tak zwanych „kryptowalut”, czyli walut, za którymi nie stoi żadna państwowa instytucja finansowa. Blockchain pozwala na bezpieczne i przejrzyste dokonywanie transakcji, ponieważ nie da się zmienić lub zniszczyć ich historii. Nie jest to jednak jedyne zastosowanie tej technologii. Blockchain może być wykorzystywany również w przemyśle, a mowa tu m.in. o walidacji produktów w obszarze łańcucha dostaw, weryfikacji płatności, czy o zwiększeniu ich bezpieczeństwa. Sama technologia to łańcuch bloków służących do przechowywania i przesyłania informacji o transakcjach zawartych przez Internet. Rozwiązania oparte o technologię Blockchain pozostają jeszcze nowością, ale potencjał rynkowy już teraz jest obiecujący.

IoT, Sztuczna Inteligencja, czy Rozszerzona Rzeczywistość to trendy, które przemysł powinien wykorzystywać i wykorzystuje coraz chętniej. Blockchain to z kolei rozwiązanie kojarzące się do tej pory głównie z kryptowalutami. Przemysł powoli odkrywa jednak jego zalety i stara się wdrożyć je w swoim sektorze. Możliwości, jakie dają te technologie, to coś, o czym do tej pory mogliśmy jedynie pomarzyć – teraz jednak stały się one rzeczywistością nowego przemysłu – podsumowuje Pacewicz.

[1] Statista, Size of the Internet of Things market worldwide in 2014 and 2020, by industry oraz Research and Markets, Internet of Things (IoT) Market by Software Solution (Real-Time Streaming Analytics, Security Solution, Data Management, Remote Monitoring, and Network Bandwidth Management), Service, Platform, Application Area, and Region – Global Forecast to 2022

[2] Ericsson, Internet of Things forecast

[3] Technavio, Global AI Market to Post Growth a CAGR of more than 50% by 2021

[4] McKinsey, State Of Machine Learning And AI, 2017

Węgry znów blokują. Wzrosty w USA

Kolejny unijny projekt blokowany przez Węgrów. Wzrosty cen ropy powodują, że w miejscach gdzie dotychczas nie było zgody na wydobycie wkrótce będzie to możliwe. Kolejne rekordy Dow Jones.

Nie dla harmonizacji podatków w UE

Komisja Europejska rozpoczęła kroki w celu harmonizacji, czytaj ujednoliceniu, podatków od przedsiębiorstw. Celem tego zabiegu ma być niekonkurowanie przez państwa członkowskie stawką podatku pomiędzy sobą. Jak nietrudno się domyślić regulacja dotknęłaby najmocniej te państwa, które dotychczas stosowały najniższe stawki. To właśnie one wyraziły najgłośniej swój sprzeciw. Na Węgrzech stawka podatku jest 10% niższa niż w Polsce, a w Irlandii 6,5%.

Rosnąca ropa marginalizuje ekologów

Wraz ze wzrostem cen ropy do głosu coraz częściej dochodzą nie ekolodzy a lobbyści firm wydobywczych. W USA zezwolono właśnie na wydobycie ropy i gazu na obszarach Narodowego Rezerwatu Przyrody na Alasce. Dodatkowo rozważa się anulowanie decyzji Baracka Obamy o nie wydobywaniu ropy na terenie wód terytorialnych. Chodzi głównie o wybrzeże Kaliforni oraz Zatokę Meksykańską. Tendencja ta widoczna jest nie tylko w USA. W Norwegii właśnie zapadł wyrok pozwalający na dalsze odwierty na Arktyce. Jaki będzie mieć to wpływ na ceny ropy? W krótkim okresie żaden. W dłuższym okresie, kiedy kolejne odwierty powstaną można się spodziewać większych nadwyżek surowca, których OPEC być może nie będzie w stanie zneutralizować ograniczając wydobycie. W takim scenariuszu oznaczałoby, długoterminowe ograniczenie dla wzrostów cen ropy.

Giełda rośnie pomimo słabego dolara

Ostatnie dni to na rynkach dwie ważne tendencje w kontekście USA. Po pierwsze kolejne osłabienia dolara powodowane zbyt optymistycznymi prognozami w przeszłości oraz pełen optymizm na rynku akcji. Dow Jones przebił właśnie 25 000 punktów. Oznacza to, że w ciągu roku wzrósł o ponad 25%.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych,
  • 17:00 – USA – tygodniowa zmiana zapasów paliw.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Organizacje pracownicze mogą pomóc w upowszechnieniu akcjonariatów pracowniczych

Dotychczas w debacie publicznej rozmawiano głównie o innowacjach technologicznych. Podniesienie tematu akcjonariatu pracowniczego pokazuje, że nie wystarczają już one, żeby przedsiębiorstwa faktycznie przynosiły zyski i służył dobru wspólnemu. Rośnie potrzeba innowacji związanych z pracownikami.

– Właściwe wprowadzenie akcjonariatu pracowniczego w Polsce potrzebuje edukacji na najniższym szczeblu, wśród pracowników w firmach. Podczas panelu zorganizowanego przez Instytut Spraw Obywatelskich w trakcie Kongresu KIG rozmawiano o tym, jak w proces ten mogą włączyć się pracownicy zorganizowani w związki zawodowe albo rady pracowników – powiedział serwisowi eNewsroom Rafał Górski, prezes Instytutu Spraw Obywatelskich – Wybrzmiała potrzeba wprowadzania takich rozwiązań z głową, mądrze wykorzystując aktywność zatrudnionych. Nie da się tego zrobić odgórnie za pomocą nakazu czy instrukcji ze strony przedsiębiorców i pracodawców.Pracownicy muszą być włączeni w ten proces. Potwierdzają to przykłady ze Stanów Zjednoczonych, przywołane podczas debaty. Organizacje pracownicze mogłyby dobrze służyć idei upowszechniania akcjonariatu pracowniczego w polskim firmach – podsumował Górski.

Ostatnia szansa na uratowanie dolara

Dominującym przekonaniem inwestorów na przełomie roku jest sprzedaż dolara do wszystkiego: głównych walut, rynków wschodzących i surowców. W tym tygodniu tendencja ta wyhamowała, gdyż nigdy nie można wykluczyć ryzyka, że raport z rynku pracy USA obróci warunki rynkowe do góry nogami. Podobna (choć w mniejszej skali) logika tyczy się EUR w oczekiwaniu na szacunki inflacji z Eurolandu. Reszta będzie tylko tłem.

Silny ISM dla przemysłu i mocne ADP wskazują, że koniunktura gospodarcza w USA ma się dobrze, co powinno się przekładać na dalsze zwiększanie liczby pracujących. Jednakże dla interpretacji raportu NFP przez rynki wciąż ważniejsze jest, czy za nowymi miejscami pracy idzie presja na wzrost wynagrodzeń, który przebudzi inflację i da podstawy do dalszych podwyżek stóp procentowych Fed. Nawet jeśli dane nie mają bezpośredniego powiązania z raportem rządowym, oczekiwania przed dzisiejszą przeważają po pozytywnej stronie. Dla USD ważne będzie, czy dane o płacach wypadną powyżej prognoz (0,3 proc. m/m, 2,5 proc. r/r). Silniejsza dynamika płac będzie wspierać oczekiwania na kolejny ruch ze strony Fed w marcu, choć przy wysokim dyskoncie podwyżki (prawie 80 proc.) nie ma tu dużego pola do wzmocnienia USD. Ważniejsze będzie, czy dane o płacach rozgrzeją debatę o rozpędzaniu się inflacji, co wspomogłoby wzrost długoterminowych oczekiwań inflacyjnych? W tym kontekście warto będzie śledzić reakcję rentowności 10-letnich obligacji skarbowych USA. Wybicie ponad 2,50 proc. (obecnie 2,46 proc.) da istotny impuls do umocnienia USD głównie względem JPY, choć także może zainicjować korektę na AUD, NZD i CAD.

Zdecydowanie mniejsze mam przekonanie do triumfu dolara nad euro (zakładając, że dane będą bardzo dobre), biorąc pod uwagę generalnie pozytywne nastawienie inwestorów do EUR. W rezultacie korekta może być płytka i prędko wykorzystywania do odnowienia długich pozycji. Samo EUR dodatkowo będzie na świeczniku przy odczycie inflacji HICP z Eurolandu za grudzień. Konsensus oczekuje spowolnienia inflacji do 1,4 proc. r/r z 1,5 proc., ale inflacja bazowa ma wzmocnić się do 1 proc. z 0,9 proc. W ubiegłym tygodniu wyższy od konsensusu odczyt inflacji z Niemiec (1,6 proc. zamiast 1,4 proc.) zbudował oczekiwania na równie dobre dane dla całego bloku. Lepsze dane dodałyby argumentów tym, którzy oczekują, że finalna ścieżka odchodzenia EBC od ultra-luźnej polityki będzie szybsza, niż zostało to nakreślone w październiku. Zaangażowanie inwestorów w aprecjację euro w okresie okołoświątecznym nie było wysokie, więc za linią boczną czeka dużo graczy i dzisiejszy odczyt może posłużyć za wyznacznik kierunku na kolejne dni. Przy ryzyku w postaci NFP łatwiej może być o wzrosty EUR/JPY (globalny wzrost apetytu na ryzyko) i EUR/GBP (premia za Brexit).

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Rok 2017 oczami krajowych producentów leków

Rok 2017 w obszarze farmacji obfitował w propozycje zmian legislacyjnych, a także liczne obietnice rządu dotyczące wsparcia partnerów polskiej gospodarki. Szczególne emocje budziły prace nad nowelizacją ustawy refundacyjnej, ustawy o jawności życia publicznego i dokumentu Polityka Lekowa. Jakich szans i zagrożeń w tych propozycjach upatruje krajowy przemysł farmaceutyczny? Jakie perspektywy dostrzega branża? Przedstawiciele Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego, zrzeszającego 18 wiodących krajowych firm farmaceutycznych, podsumowują miniony rok i mówią o planach na 2018 r.

Branża wiąże duże nadzieje z zapowiadanym przez rząd refundacyjnym trybem rozwojowym, tzw. RTR. Ministerstwo Rozwoju w minionym roku pracowało nad narzędziem, które premiowałoby „przyjaciół polskiej gospodarki” w farmacji. Ma ono wytypować firmy mające największy udział w rozwoju kraju i stymulować je do dalszych inwestycji, np. poprzez utrzymanie cen ich leków na dotychczasowym poziomie. Zdaniem PZPPF, kryteriami wyboru powinny być: lokowanie produkcji w Polsce, inwestycje, odprowadzane w kraju podatki, wydatki na badania i rozwój oraz zatrudnienie. – Kontrybuujemy około 1,33 proc. PKB. Zasilamy budżet państwa kwotą 2,5 mld zł rocznie w postaci CIT i VAT. To jest dokładnie tyle, ile NFZ wydaje na refundację produkowanych przez nas leków. Generujemy ponad 100 tys. miejsc pracy. Zapewniamy też bezpieczeństwo lekowe kraju poprzez gwarancję ciągłości dostaw, bo rynek polski jest dla nas priorytetowy. Przyczyniamy się też do podnoszenie poziomu innowacyjności, bo należymy do branż, które najwięcej przeznaczają na badania i rozwój – mówi Zdzisław J. Sabiłło, prezes PZPPF.

Wykorzystać potencjał branży

Krajowy przemysł podkreśla jednak, że poza narzędziami wsparcia warunkiem rozwoju jest rentowność sektora. Dlatego z obawą przygląda się dążeniom resortu do ciągłego obniżania cen leków, które i tak należą do najniższych w UE.  Negatywne skutki presji cenowej dotkną nie tylko branżę farmaceutyczną, ale również całe społeczeństwo. Wzmocnienie tej tendencji spowoduje, że krajowe firmy farmaceutyczne będą zmuszone ograniczyć swoje środki na badania i rozwój. Konsekwencją może być zamknięcie lub ograniczenie produkcji i w związku tym ograniczenie dostępności leków dla polskich pacjentów. – Szansą na rozwój sektora jest zmiana perspektywy rządu z oszczędzenia na generowanie przychodów. Liczymy, że legislatorzy docenią realne nakłady inwestycyjne ponoszone przez firmy farmaceutyczne w Polsce – dodaje Krzysztof Kopeć, wiceprezes PZPPF.

Z perspektywy krajowego przemysłu farmaceutycznego wśród najważniejszych wydarzeń wymienić należy złożenie deklaracji resortu zdrowia i rozwoju, dotyczące zwolnienia z płacenia paybacku przez firmy, które spełniają kryteria partnerów polskiej gospodarki. Chodzi przede wszystkim o te podmioty, które prowadzą w Polsce działalność produkcyjną, inwestycyjną lub badawczo – rozwojową. – Proponowany wcześniej kształt paybacku nieproporcjonalnie obciążyłby krajowych producentów leków, którzy de facto odpowiadają za powszechny dostęp do farmakoterapii –  co drugi sprzedawany w Polsce lek to produkt krajowych wytwórców – wyjaśnia Grzegorz Rychwalski, wiceprezes PZPPF.

Kolejną ustawą, która może wywołać wiele perturbacji w 2018 roku jest ustawa o jawności życia publicznego, która zakłada konieczność ujawniania pełnej informacji o negocjacjach firm z Ministerstwem Zdrowia w zakresie refundacji leków. Narazi to firmy farmaceutyczne na upublicznianie danych wrażliwych. Ideą Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego jest pełna przejrzystość. Od tego roku wszystkie firmy zrzeszone w Związku będą publikowały wszelkie informacje na temat kooperacji z przedstawicielami zawodów medycznych. Jednak zapisy z ustawy o jawności życia publicznego biją w branżę farmaceutyczną – mogą narażać na wyłączenie z uczestniczenia w przetargach czy powodować zakłócenia w konkurencji. Brak możliwości zachowania tajemnicy przez przedsiębiorców w newralgicznych obszarach może nawet spowodować brak dostępności niektórych leków – twierdzi Grzegorz Rychwalski.

Konkurencja na rynku leków!

W drugiej połowie zeszłego roku kontrowersje budziły kwestie związane z zamiennictwem leków u osób po przeszczepach. – Obawy związane ze stosowaniem leków następczych związane są najczęściej z brakiem wiedzy. Pacjenci poszukują odpowiedzi na swoje pytania w różnych, często niesprawdzonych źródłach. Kreowanie złej atmosfery i podsycanie mitów na temat leków równoważnych szkodzi wszystkim. Ofiarą tej sytuacji jest przede wszystkim pacjent, który traci zaufanie do farmakoterapii i często rezygnuje z leczenia. Dlatego celem Związku na najbliższe miesiące jest wypracowanie rozwiązań, które pomogłyby w lepszej edukacji nie tylko pacjentów, ale również przedstawicieli środowiska medycznego. Od zeszłego roku organizujemy regionalne spotkania z przedstawicielami lokalnych instytucji w celu omówienia aktualnej sytuacji oraz wymiany doświadczeń. Niedługo ruszy również strona internetowa, która będzie kompendium rzetelnej wiedzy na temat zamiennictwa leków – mówi Grzegorz Rychwalski. Podkreśla, że ten sam lek może być produkowany przez różnych wytwórców, mieć różne nazwy i ceny. Konkurencja na rynku działa na korzyść pacjenta, bo obniża ceny, a organy rejestrujące leki dopuszczają na rynek tylko produkty skuteczne i bezpieczne.

Kolejny rok oczekiwania na Politykę Lekową

Eksperci podkreślają, że jednym strategicznych celów rządu powinno być zapewnienie stabilnych warunków prawnych do rozwoju polskiego przemysłu farmaceutycznego, które zagwarantować może jedynie sektorowa strategia z odpowiednią perspektywą czasową. Jej celem miałoby być inteligentne wsparcie innowacyjności i konkurencyjności sektora. – Na przestrzeni ostatnich lat brakowało spójnej polityki państwa, czego konsekwencją była utrata szeregu szans na zwiększenie konkurencyjności krajowej branży i osiągnięcia pozycji regionalnego lidera. Do tego konieczna jest ścisła współpraca międzyresortowa – mówi Zdzisław J. Sabiłło, prezes PZPPF. Podkreśla on również, że w tym momencie to właśnie brak odpowiedniej komunikacji pomiędzy resortami jest istotną barierą w rozwoju krajowego przemysłu. – Powstające regulacje nie zawsze są spójne i często nie uwzględniają specyfiki naszej branży. Przykładem na to jest ostatnio wprowadzony pakiet ustaw uszczelniających CIT, który rykoszetem uderzył w branżę farmaceutyczną. Polityka zdrowotna nie może dłużej być traktowana jedynie jako domena resortu zdrowia, dlatego niezwykle cieszy nas zapowiedź ministerstwa, zgodnie z którą strategia branżowa będzie dokumentem rządowym, a nie tylko wewnętrznym Ministerstwa Zdrowia. Cała branża z niecierpliwością oczekuje na pierwsze propozycje Polityki Lekowej – dodaje prezes PZPPF.

Wspólne deklaracje Ministerstwa Zdrowia i Ministerstwa Rozwoju napawają optymizmem i dają nadzieję, że przekują się one na efekty w postaci konkretnych narzędzi wsparcia lub zachęt inwestycyjnych. Branża liczy, że nadchodzący rok pozwoli na dialog z resortami, dzięki któremu uda się wypracować długofalowe strategie i stworzyć warunki dla rozwoju krajowych firm farmaceutycznych.

Od stycznia zamiast trzech przelewów do ZUS-u przedsiębiorcy robią jeden

Firmy działające w internecie skorzystają na zakazie handlu w niedziele. Zyskają też firmy kurierskie

Firmy działające w internecie skorzystają na zakazie handlu w niedziele. Zyskają też firmy kurierskie 1

Od marca 2018 roku wejdzie w życie zakaz handlu w część niedziel w roku. Otwarcie większości sklepów dozwolone będzie tylko w dwie niedziele w miesiącu, o ile nie przypadną akurat w jedno ze świąt ustawowo wolnych od pracy. Zdaniem przewodniczącego Rady Izby Gospodarki Elektronicznej przeniesie to część obrotów do internetu i wpłynie na rozwój tego kanału dystrybucji.

E-commerce ucieszył się z decyzji, że część internetowa została wykluczona spod zakazu handlu w niedzielę, niezależnie od tego, czy ten handel dotyczy na razie wybiórczych niedziel, czy ostatecznie będzie całościowy. Przede wszystkim to byłoby trudne, bo spadłaby konkurencyjność naszych przedsiębiorców w stosunku do podmiotów, które są zarejestrowane za granicą – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Zbigniew Nowicki, dyrektor zarządzający Bluerank, przewodniczący Rady Izby Gospodarki Elektronicznej. – Gdyby zakaz objął też e-handel może należałoby przenieść biznes za granicę i stamtąd prowadzić operacje e-commerce. Teraz to jest szansa do wykorzystania.

20 grudnia Senat przyjął zmieniony projekt ustawy o ograniczeniu handlu w niedziele i święta oraz w niektóre inne dni i wprowadził dziesięć poprawek wobec projektu uchwalonego wcześniej przez Sejm. Zmiany nie dotknęły jednak handlu internetowego, którego funkcjonowanie w dni objęte zakazem handlu będzie dozwolone. Pierwszą niedzielą, w którą większość stacjonarnych sklepów pozostanie zamknięta, będzie 11 marca. W 2019 roku zakaz zostanie rozszerzony na pierwszą niedzielę miesiąca, a od 2020 roku obejmie wszystkie siódme dni tygodnia.

Taki model handlu powinien spowodować nie tylko zwiększony ruch w już istniejących sklepach internetowych, lecz także bardziej intensywne nakłady sieci mających zarówno placówki stacjonarne, jak i e-sklep w rozwój tej ostatniej gałęzi działalności.

– Od marca przyszłego roku podmioty, które prowadzą handel w świecie rzeczywistym, czyli mają swoje salony sprzedaży, sklepy, sieci handlowe, ale jednocześnie działają w internecie, będą musiały przesunąć część wydatków do obszaru online, żeby zbilansować brakujące niedziele – przekonuje Zbigniew Nowicki.

Według raportu Gemiusa z września 2017 roku w e-sklepach w 2017 roku zrobiło zakupy 54 proc. Polaków korzystających w ogóle z internetu (26,5 mln) wobec 50 proc. przed rokiem. Najwięcej z nich, bo 82 proc. za najważniejszą zaletę tej formy zakupów uznało całodobową dostępność kanału internetowego. Według szacunków polski rynek e-commerce jest wart około 40 mld zł, a trzy lata później może być większy o połowę.

Na tym skorzystają też podmioty świadczące usługi dookoła całego biznesu e-commerce, które sprowadzają użytkowników, publikują reklamy, rozliczają się za konwersję, skończywszy na tych, które po prostu dostarczają paczki, pakują, zajmują się przygotowaniem towaru, a ostatecznie dostawą pod drzwi konsumenta, który taki towar zamówi – wylicza przewodniczący Rady Izby Gospodarki Elektronicznej.

Brak siły roboczej może zahamować inwestycje drogowe. Do zrealizowania zostało jeszcze 70 proc. planowanych dróg ekspresowych

Brak siły roboczej może zahamować inwestycje drogowe. Do zrealizowania zostało jeszcze 70 proc. planowanych dróg ekspresowych 2

Sieć oddanych do użytku autostrad liczy 1641 km, a dróg ekspresowych – 1611 km. Do zrealizowania założeń Programu Budowy Dróg Krajowych pozostało ok. 18 proc. przewidzianych autostrad i blisko 70 proc. docelowej długości dróg ekspresowych. Sprawna realizacja inwestycji infrastrukturalnych wymaga szeregu działań, takich jak ustabilizowanie wymagań odnoszących się do projektantów i wykonawców czy ograniczenie wymagań administracyjnych i formalnych. Dużą barierą może się jednak okazać brak siły roboczej – wynika z raportu Multiconsult Polska.

Po tak długiej zapaści, która miała miejsce w czasach komunizmu, całkiem sprawnie radzimy sobie z nadrabianiem zaległości wobec całego świata. Polacy uwielbiają jeździć samochodami, mamy jeden z najwyższych wskaźników liczby samochodów na tysiąc mieszkańców. To oznacza, że choćbyśmy nie wiadomo jak dużo budowali, wciąż będziemy mieli efekt nadmiernych korków. Uważam jednak, że sytuacja się poprawia, zwłaszcza jeśli chodzi o autostrady i drogi krajowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Wielopolski, prezes zarządu Multiconsult Polska.

Z grudniowego raportu „Stan polskich autostrad na przestrzeni ostatnich 25 lat”, opracowanego przez specjalizującą się w konsultingu inżynierskim firmę Multiconsult Polska, wynika, że w 1992 roku całkowita długość nowo wybudowanych dróg o standardzie autostrady wynosiła około 100 km. W tej chwili – ćwierć wieku później – długość oddanych do użytku autostrad liczy dokładnie 1641 km, a dróg ekspresowych – 1611 km (w tym dwujezdniowych – 1362 km).

– Według planów sprzed dekady rząd zakładał, że do 2024 roku zbudujemy około 7,6 tys. km dróg szybkiego ruchu, w tym 2 tys. km autostrad. W tej chwili mamy około 1,6 tys. km autostrad, brakuje nam 400 km. Jeżeli chodzi o drogi ekspresowe, to tutaj jest trochę gorzej. Mamy obecnie 1,6 tys. km, a musimy zbudować jeszcze około 5 tys. km. To oznacza, że jeszcze 70 proc. budowy przed nami – mówi Jarosław Wielopolski.

Prezes Multiconsult Polska ocenia, że w kolejnych latach największą barierą dla inwestycji drogowych będzie brak pracowników. Polski rynek pracy jest obecnie w fazie historycznie niskiego bezrobocia (6,5 proc. na koniec listopada według GUS), a budownictwo jest jednym z sektorów, które mają największe kłopoty z pozyskaniem kadry.

– Proces inwestycyjny hamuje obecnie wiele czynników. Mamy do czynienia z kumulacją środków unijnych przeznaczonych zarówno na koleje, jak i na drogi. Te inwestycje dzieją się w tym samym czasie, często wykorzystywane są te same materiały, a nawet ta sama siła robocza, której po prostu brakuje. Dodatkowo zmagamy się z dość trudnym, proceduralnym procesem po stronie zamawiającego i z nie dość jasnymi procedurami odnośnie do prac dodatkowych czy codziennych problemów, które występują na budowie – dodaje Renata Mordak, dyrektor pionu transportu w Multiconsult Polska.

Tempo budowy autostrad znacząco przyspieszyło po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej w 2004 roku. Kolejnym impulsem rozwoju infrastruktury drogowej był program budowy dróg związany z organizacją przez Polskę i Ukrainę Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej w 2012 roku.

Charakterystyczne dla rynku w tamtym okresie było zaniżanie cen w przetargach. Umożliwiały to procedury Prawa zamówień publicznych i wytyczne GDDKiA, a Krajowa Izba Odwoławcza rzadko decydowała się wykluczyć wykonawców, którzy oferowali nierealne wyceny. W efekcie – mimo ogromnych inwestycji drogowych – pierwsza dekada skończyła się falą upadłości polskich i zagranicznych firm działających na tutejszym rynku.

Eksperci Multiconsult Polska oceniają jednak, że GDDKiA wyciągnęła wnioski i Polska jest w tej chwili o wiele lepiej przygotowana do wykorzystania środków z nowej perspektywy finansowej. Zmiany w ustawie PZP doprecyzowały definicję rażąco niskiej ceny i umożliwiły eliminowanie wykonawców, którzy nie są w stanie należycie zrealizować inwestycji. Dokładniej weryfikowane są także wiarygodność oraz potencjał finansowy i techniczny oferentów. Istotną rolę odgrywają też pozacenowe kryteria wyboru ofert – obecnie cena stanowi już tylko 60 proc. wagi w wyborze, pozostałe 40 proc. jest zależne od innych czynników, np. wykorzystanie lokalnych materiałów czy skrócenie czasu na wykonanie zlecenia.

Zamawiający nie obawia się wyrzucania z postępowań firm, które najprawdopodobniej nie mają potencjału, żeby zrealizować daną inwestycję. Obawiam się jednak, że kumulacja środków unijnych i zadań na przyszłe lata utrudni wykonawcom ich realizację poprzez trudności z pozyskaniem wykwalifikowanej siły roboczej czy też dynamicznie rosnące ceny materiałów – prognozuje Renata Mordak.

Dyrektor pionu transportu w Multiconsult Polska ocenia, że w kolejnych latach trzeba jak najlepiej wykorzystywać środki unijne, a inwestycje drogowe powinny być nadal realizowane w obecnie formuje „zaprojektuj i zbuduj”. Jednak powoli branża powinna się przygotowywać do wyzwania, jakim będzie zakończenie finansowania z UE. Będzie to dobry moment na realizację projektów w formule partnerstwa publiczno-prywatnego.

Autorzy raportu „Stan polskich autostrad na przestrzeni ostatnich 25 lat” wymieniają szereg czynników potrzebnych do sprawnej realizacji inwestycji drogowych: zapewnienie ciągłości planowania, koordynacja inwestycji liniowych drogowych i kolejowych, tak aby zapewnić możliwości transportu ludzi i towarów, ustabilizowanie wymagań odnoszących się do projektantów i wykonawców, ograniczenie wymagań administracyjnych i formalnych, zapewnienie czasu na analizy wstępne, przygotowanie projektów, analizy środowiskowe i społeczne.

W tej chwili branża oczekiwałaby większej elastyczności zamawiającego w radzeniu sobie z problemami. To oczywiście wymagałoby aktualizowania zawieranych umów na etapie projektowania lub budowy, tak aby bardziej elastycznie podchodzić do problemów i móc je rozwiązywać w relatywnie najkrótszym czasie. O budowie powinni decydować inżynierowie, a nie prawnicy – takie jest oczekiwanie całej branży – mówi Renata Mordak.

Trzeba więcej planować, potrzeba więcej czasu na przygotowanie się do inwestycji – mamy wtedy więcej możliwości przewidzenia, co może się wydarzyć. Dobrze przygotowany proces inwestycyjny to sprawnie prowadzony proces inwestycyjny – musimy prawidłowo wybrać wykonawców, którzy są zawodowcami i potrafią dokończyć swoje dzieło. Musimy też maksymalnie upraszczać wszystkie procedury formalne, prawne i przede wszystkim stabilnie i długo pracować tak, żeby nie zmieniać co chwilę reguł rynkowych – dodaje Jarosław Wielopolski.

Z danych, na które powołuje się Multiconsult Polska, wynika, że w ramach Programu Budowy Dróg Krajowych na lata 2014–2023 do tej pory zakończono 23 zadania o wartości ponad 8,4 mld zł (i długości ponad 273 km). W przetargach znajduje się 49 zadań o wartości 27,5 mld zł (679 km), a w kolejce są projekty o wartości prawie 52 mld zł. W 2018 roku planuje się oddać do użytku 368,93 km dróg szybkiego ruchu, w tym 19,9 km autostrad. Z kolei w 2019  roku przewidywane jest oddanie do użytku 242,87 km dróg szybkiego ruchu, w tym 40,47 km autostrad.

Rynek mediów internetowych w Polsce jest zróżnicowany. Według ekspertów jego repolonizacja nie jest możliwa

Rynek mediów internetowych w Polsce jest zróżnicowany. Według ekspertów jego repolonizacja nie jest możliwa 3

Na polskim rynku działają zarówno zagraniczni wydawcy znani w tej części Europy, jak i mocni krajowi gracze. Dzięki temu rynek jest zróżnicowany, a polski kapitał porównywalny z zagranicznym. Według ekspertów repolonizacja internetu nam nie grozi. Nowym trendem może być większa adaptacja płatnych treści przez użytkowników, zwłaszcza w zakresie VOD. Ciągle problemem pozostaje kwestia hejtu w sieci. Rząd chce  dać niektórym państwowym instytucjom możliwość blokowania witryn internetowych.

Badanie Gemius PBI z listopada 2017 roku wskazuje, że najwięcej internautów przyciąga Grupa Google, z której stron skorzystało 96 proc. wszystkich polskich użytkowników internetu (26,6 mln). Drugą najpopularniejszą witryną jest facebook.com, który przyciągnął blisko 22,5 mln internautów. Trzecie i czwarte miejsce zajęły odpowiednio Grupa Onet-RASP oraz Grupa Wirtualna Polska z podobnymi wynikami na poziomie 21,2 mln użytkowników. Wśród  dwudziestu wydawców z największą liczbą użytkowników znalazło się dziewięciu polskich wydawców z polskim kapitałem.

– Oczywiście regulator może wpływać na strukturę rynku. Wiele krajów na świecie ma różne regulacje, np. Wietnam, gdzie ichniejsza KRRiT udziela licencji wydawcom, przez co istotnie wpływa na strukturę rynku, niemniej jednak w europejskich warunkach wydaje się to być mało możliwe. Oczywiście presja może być wywierana, można delikatnie wpływać na strukturę, ale nie sądzę, żeby była możliwa całkowita repolonizacja – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Emil Pawłowski, ekspert firmy Gemius.

Specjaliści zauważają, że na znaczeniu zyskują jakościowe aspekty reklamy online. Reklamodawcy coraz częściej mają świadomość, że większe znaczenie ma jakość, stąd popularnością cieszą się kwestie związane z widocznością reklam i zjawiskiem ich blokowania. Polacy są również gotowi do płacenia za treści dostępne w internecie. Ale pod warunkiem że ich jakość, np. materiałów wideo, jest adekwatna do ceny.

– Niestety takich ofert jest jeszcze mało. Niemniej jednak optymistycznie patrzę w przyszłość. To, co robi Netflix i pozostali wydawcy w obrębie płatnych modeli wideo, sugeruje, że w bardzo bliskiej przyszłości coraz więcej ludzi będzie kupować tę ofertę, co jest moim zdaniem lekko pesymistyczną informacją dla takich graczy jak nc+ czy Cyfrowy Polsat, bo te pieniądze Polacy będą musieli skądś wziąć, będą migrować z oferty płatnej telewizji na płatną ofertę VOD – zauważa Emil Pawłowski.

Rosnącym problemem są kwestie hejtu i szerzenia nienawiści w sieci. Eksperci zaznaczają jednak, że uregulowania prawne mogą ograniczać wolność słowa. Lepszym wyjściem z tej sytuacji byłoby za to zwracanie większej uwagi na ten problem przez samych użytkowników internetu.

– Mamy próby uregulowania hejtu w sieci na tle narodowościowym, rasistowskim, niemniej jednak zapisy są albo zbyt ogólne, żeby były skuteczne, albo w momencie, kiedy próbujemy je zapisać w taki sposób, żeby były one łatwe do zaimplementowania przez rząd czy służby bezpieczeństwa, są zbyt groźne. Dlatego bardziej polegałbym na samoregulacji rynku, na netykietach związanych z uczestnictwem na forach, w serwisach społecznościowych, niż na istotnym wpływie państwa – podkreśla ekspert z firmy Gemius.

Regulacje prawne będą natomiast stosowane w innych przypadkach. Według projektu nowelizacji ustawy o nadzorze nad rynkiem finansowym prawo do blokowania stron internetowych otrzyma Komisja Nadzoru Finansowego – państwowy organ kontrolujący rynek finansowy. O prewencyjną blokadę strony będzie wnioskować do operatorów, którzy będą mieli 48 godzin na zablokowanie podejrzanych treści. Co istotne, blokada nastąpi jeszcze nawet przed złożeniem przez KNF zawiadomienia do prokuratury.

Podobne uprawnienia chcą uzyskać także inne państwowe organy – Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów oraz Urząd Komunikacji Elektronicznej.

Jak wynika z badania Gemius PBI, w listopadzie 2017 roku w Polsce było łącznie 27,7 mln internautów. Liczba osób korzystających z internetu na komputerach i urządzeniach mobilnych powoli wyrównuje się. Obecnie 24,2 mln korzysta z internetu na komputerach osobistych i laptopach, zaś 21,5 mln łączy się za pomocą smartfonów i tabletów.

Zapowiada się kolejny dobry rok dla branży hotelarskiej. Liczba miejsc noclegowych rośnie najszybciej w historii

Zapowiada się kolejny dobry rok dla branży hotelarskiej. Liczba miejsc noclegowych rośnie najszybciej w historii 4

Polska branża hotelarska ma za sobą bardzo dobry rok, a obecny ma być równie udany. Głównie dzięki rosnącemu popytowi ze strony turystów oraz zainteresowaniu inwestorów z branży, również zagranicznych sieci. Krajowa baza powiększy się do 2019 roku o przeszło 6,6 tys. pokoi hotelowych. Pod względem liczby transakcji rynek hotelowy dogania inne segmenty rynku nieruchomości – wynika z danych Emmerson Evaluation. 

Rynek hotelowy w Polsce bardzo dynamicznie rośnie w ostatnich latach. Turystów przybywa, w ostatnich 6–7 latach mamy rocznie ponad 2 mln więcej turystów niż jeszcze kilka lat temu. Za tym idzie też przyrost bazy hotelowej – przybywa coraz nowszych hoteli, jest coraz więcej inwestycji na tym rynku –mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Książak, prezes zarządu Emmerson Evaluation.

Krajowy rynek hotelowy dojrzewa, ale wciąż ma znaczny potencjał – to główny wniosek z raportu „Rynek hotelowy w Polsce”, opracowanego w grudniu przez Emmerson Evaluation. Do końca 2019 roku baza powiększy się o przeszło 6,6 tys. pokoi hotelowych, a branża rozwija się dzięki zainteresowaniu inwestorów, w tym zagranicznych sieci hotelowych, a także klientów biznesowych oraz blisko 20 mln turystów rocznie.

Baza hotelowa przyrasta najszybciej w historii branży hotelarskiej w Polsce. Największe wzrosty liczby hoteli oddanych do użytku notowaliśmy w ostatnich latach w województwie mazowieckim i małopolskim. W Mazowieckiem było to prawie 4 tys. miejsc noclegowych, a jedną trzecią tej podaży zapewnia Warszawa. W województwie małopolskim przybyło ponad 3 tys. miejsc noclegowych, z czego większość została oddana do użytku w Krakowie – mówi Dariusz Książak.

W 2016 roku znaczny wzrost bazy hotelowej zaobserwowano w ponad 80 proc. województw. Krajowa baza obejmowała w sumie 253,3 tys. miejsc noclegowych. Analitycy Emmerson Evaluation prognozują, że 2017 i 2018 rok okażą się dla branży hotelowej równie dobre.

Mamy mnóstwo inwestycji, które są w tej chwili w trakcie realizacji i zostaną oddane do końca 2018 roku. Dla przykładu, w Warszawie przybędzie w tym czasie około 1,8 tys. miejsc noclegowych, porównywalna liczba w Trójmieście. Dużego przyrostu możemy się spodziewać też w Szczecinie czy Kołobrzegu, gdzie będzie to około 500 nowych miejsc noclegowych – mówi Dariusz Książak.

Na rynku hotelowym widać wiele nowych trendów. Obiekty zarządzane przez międzynarodowe marki dotychczas lokowały się w największych miastach i skupiały się na ofercie dla klientów biznesowych. Obecnie są coraz bardziej zainteresowane inwestycjami w turystykę i rozszerzeniem portfolio o mniejsze miasta. W najbliższych latach powstanie kilka takich inwestycji w nadmorskich i górskich kurortach, m.in. Hilton Garden Inn w Kołobrzegu czy Radisson Blu w Zakopanem.

Poszerza się również oferta ekonomiczna z segmentu lifestyle – to efekt popytu ze strony osób młodych, które oczekują atrakcyjnej oferty za dobrą cenę. Wciąż jednak większość obiektów to hotele indywidualne, prowadzone bezpośrednio przez właścicieli, zwykle zlokalizowane w popularnych miejscowościach wypoczynkowych. Z kolei największe obłożenie notują obiekty wyższej klasy, nastawione na segment biznesowy.

Mierząc stopień wykorzystania miejsc noclegowych, największą popularnością wśród odwiedzających cieszą się hotele o najwyższej kategoryzacji, czyli czterogwiazdkowe i pięciogwiazdkowe. Wynika to z faktu, że są one profesjonalnie zarządzane przez duże sieci hotelowe. Z reguły znajdują się one w najlepszych lokalizacjach, w których dominuje turystyka biznesowa, a nie wypoczynkowa, czyli bardziej odporna na zmiany koniunkturalne czy pogodę. Wszystkie statystyki wskazują, że właśnie te obiekty mają najwyższe obłożenie – mówi Dariusz Książak.

Pięciogwiazdkowe hotele przeważnie wybierają też zagraniczni turyści, dla których polska oferta – w porównaniu do cen na zachodzie Europy – jest relatywnie niedroga. W gronie turystów odwiedzających Polskę najliczniejsi są Niemcy (26 proc.), Brytyjczycy (7 proc.), obywatele Ukrainy (6 proc.) i Stanów Zjednoczonych (5 proc.).

– Które rynki rozwijają się najbardziej dynamicznie? Jest wiele inwestycji w Trójmieście – obawiam się nawet, że może już zbyt dużo. Inwestorzy dostrzegli też niszę w Szczecinie, gdzie rynek hotelowy był dotąd mało rozwinięty, a w tej chwili sporo się tam buduje. Podobnie w Katowicach – jest to bardzo atrakcyjny rynek, na którym buduje się i oddaje sporo obiektów hotelowych – wylicza Dariusz Książak.

Jak się okazuje to nie zagraniczni, ale polscy turyści napędzają krajowy rynek – statystycznie na jednego cudzoziemca w polskich hotelach przypada dwóch Polaków. Rosnąca zamożność polskich gospodarstw domowych powoduje, że zwiększają się ich wydatki na podróże.

Dobra sytuacja branży hotelarskiej stwarza też okazję dla inwestorów, oferując relatywnie duże bezpieczeństwo przy wysokich stopach zwrotu. Dobrze zarządzane hotele okazują się atrakcyjną formą lokowania kapitału, ponieważ sektor biurowy i handlowy są już znacznie bardziej nasycone. Jak podkreślają eksperci Emmerson Evaluation, inwestorzy powinni jednak rozważnie wybierać lokalizacje nowych obiektów, bo baza hotelowa w Polsce jest bardzo zróżnicowana regionalnie.

Inwestorów przyciągają do Polski wciąż relatywnie wysokie stopy zwrotu w porównaniu z Europą Zachodnią. Poza tym, nasz rynek nie jest jeszcze tak nasycony – wciąż można znaleźć ciekawe miejsca i nisze, które można zagospodarować i czerpać z tego atrakcyjne dochody. Jest to w tej chwili jeden z najbardziej dynamicznie rozwijających się segmentów rynku. Pod względem podaży nowych obiektów rośnie szybciej niż sektor handlowy. Dochodzi też do coraz większej liczby transakcji obiektami hotelowymi. Kiedyś była to rzadkość na tym rynku, ale inwestorzy dostrzegli, że warto kupować hotele – mówi prezes zarządu Emmerson Evaluation.

E-administracja wprowadza płatności online za dokumenty. Udostępniono także wniosek o meldunek i odpis aktu stanu cywilnego

E-administracja wprowadza płatności online za dokumenty. Udostępniono także wniosek o meldunek i odpis aktu stanu cywilnego 5

Administracja publiczna coraz mocniej się cyfryzuje. Od teraz możemy zdalnie złożyć wniosek o odpis aktu urodzenia, zgonu lub małżeństwa. Co ważne, zapłacimy za niego online, a nie w urzędowej kasie. Możemy także wybrać dostawę aktu pocztą, co oznacza brak konieczności wizyty w urzędzie. Państwo umożliwia także zameldowanie się przez internet. Wkrótce mają zostać udostępnione kolejne udogodnienia, w tym możliwość złożenia wniosku o prawo jazdy przez internet.

– Przyjazna administracja to miejsce, gdzie dajemy szansę obywatelom, żeby załatwić pewne rzeczy zdalnie, przez internet. Po pierwsze, obywatel ma teraz możliwość złożenia wniosku o odpis aktu stanu cywilnego, mówimy o akcie urodzenia, akcie zgonu, akcie małżeństwa, które w różnych sytuacjach życiowych są nam potrzebne. Po te rzeczy normalnie musielibyśmy pójść do urzędu, tam złożyć wniosek, potem pójść po raz drugi, żeby ten odpis odebrać – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Karol Okoński, podsekretarz stanu w Ministerstwie Cyfryzacji.

Wniosek o odpis aktu stanu cywilnego możemy wypełnić zdalnie w domu. Wystarczy wejść na stronę obywatel.gov.pl, potwierdzić swoją tożsamość Profilem Zaufanym i wypełnić elektroniczny formularz. Mamy możliwość wybrania, czy dokument ma zostać do nas wysłany, czy też odbierzemy go osobiście w jednym z urzędów. Taki odpis podlega opłacie skarbowej, ale co ważne, możemy zapłacić za niego online.

– Jesteśmy przyzwyczajeni, że dokonując transakcji w internecie, mamy możliwość zapłacenia przelewem czy kartą, natomiast w przypadku usług administracji państwowej do tej pory nie było takiej możliwości. Jeśli wymagana była płatność, to usługa miała swoją część inicjującą online, ale wymagała potem fizycznie uiszczenia tej opłaty w kasie danego urzędu. Po raz pierwszy daliśmy możliwość internetowej płatności, tak jak znamy to ze sklepów internetowych – zaznacza Karol Okoński.

W ramach e-administracji przygotowano także możliwość zameldowania się online. Wypełniając specjalny formularz, podajemy nowy adres i inne niezbędne informacje. Jak podkreśla wiceminister, usługa jest tak zbudowana, żeby tę czynność uprościć i zminimalizować formalizm oraz uniknąć wizyty w tym celu w urzędzie miasta czy gminy. Jednak to nie koniec nowości. Wkrótce Polacy będą mogli skorzystać z kolejnych udogodnień.

– W najbliższym czasie będzie można złożyć wniosek o prawo jazdy, zdalnie, z domu, załączając wymagany dokument zaświadczenia lekarskiego, uzupełniając wszystkie podstawowe informacje. Po samo prawo jazdy trzeba będzie się zgłosić do urzędu, ale zamiast dwóch wizyt będzie jedna – informuje podsekretarz stanu w Ministerstwie Cyfryzacji.

Z raportu „E-administracja w oczach internautów” z 2016 r. wynika, że badanych można podzielić na trzy grupy – użytkowników aktywnych (25 proc.) i nieprzekonanych (29 proc.), którzy mieli styczność z e-administracją, oraz niedoświadczonych (46 proc.), którzy do tej pory nie korzystali z tego typu usług online.

90 proc. aktywnych ocenia pozytywnie załatwienie swojej sprawy przez internet. 98 proc. przyznaje, że w przyszłości ponownie skorzysta z e-administracji. Z kolei ponad połowa (56 proc.) nieprzekonanych woli osobiście odwiedzić urząd, wspominając, że w przeszłości ich sprawa została załatwiona przez internet częściowo (47 proc. nieprzekonanych) lub bez powodzenia (18 proc.).

W przypadku grupy niedoświadczonych 75 proc. pytanych preferuje osobisty kontakt z urzędem, ale 59 proc. nie wyklucza, że w przyszłości wybierze drogę online.

Resort środowiska chce większych kar za nielegalne wydobycie bursztynu. Obecnie tylko 600 kg bursztynu wydobywane jest legalnie

Resort środowiska chce większych kar za nielegalne wydobycie bursztynu. Obecnie tylko 600 kg bursztynu wydobywane jest legalnie 6

Polska ma złoża ponad 1100 ton bursztynu. Ich wartość szacuje się na kilkanaście miliardów złotych. Rocznie do obrotu trafia ok. 10 ton bursztynu, z czego według resortu środowiska legalnie pozyskuje się 600 kilogramów. Nowelizacja ustawy Prawo górnicze i geologiczne, która znajduje się na etapie opiniowania, zakłada, że bursztyn zostanie objęty własnością górniczą. W efekcie wyższe będą opłaty za wydobycie tego surowca, a także wzrosną kary za nielegalne poszukiwania i eksploatację. Ten proceder będzie zaś traktowany jako przestępstwo.

Trwają prace nad projektem zmian ustawy Prawo geologiczne i górnicze przygotowanym przez Ministerstwo Środowiska. Propozycja resortu zakłada zmodyfikowany katalog złóż kopalin objętych własnością górniczą. Zostanie on poszerzony o bursztyn, gazy szlachetne i pierwiastki ziem rzadkich.

Ministerstwo Środowiska argumentuje, że wobec wzrostu nielegalnego wydobycia bursztynu konieczne jest wzmocnienie nadzoru państwa nad tym obszarem oraz zaproponowanie rozwiązań o charakterze karnym czy prewencyjnym, które miałyby temu procederowi przeciwdziałać – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Grzegorz Wąsiewski, radca prawny z Kancelarii BSJP Brockhuis Jurczak Prusak.

Z danych Państwowego Instytutu Geologicznego wynika, że w Polsce mamy złoża ponad 1138 ton bursztynu. Wypowiedzi Głównego Geologa Kraju z 2016 roku wskazywały, że w Polsce rocznie w obrocie znajduje się ok. 10 ton bursztynu, z czego zaledwie 600 kilogramów jest wydobywane legalnie. Audyt przeprowadzony w Ministerstwie Środowiska ocenia, że brak przeciwdziałania nielegalnemu wydobyciu kruszywa i bursztynu może oznaczać stratę dla budżetu państwa w wysokości ponad 8 mld zł. Dzięki objęciu bursztynu katalogiem złóż kopalin, sytuacja ma się poprawić.

– To zmiana kluczowa. Złoża, które objęte są własnością górniczą, są własnością Skarbu Państwa. Ma to niebagatelny wpływ na dwie sfery. Z jednej strony państwo występuje jako organ administracji, który reglamentuje pewien określony obszar działalności gospodarczej w drodze udzielania koncesji, ale z drugiej strony również jako właściciel określonego dobra. Pod względem administracyjnym zmieni się organ koncesyjny właściwy dla tych złóż, a będzie nim minister właściwy do spraw środowiska – tłumaczy Wąsiewski.

W sferze reglamentacji działalności gospodarczej projektowane zmiany oznaczają, że nie tylko wydobycie, lecz także poszukiwanie i rozpoznawanie złóż bursztynu będzie wymagało koncesji. Jeśli natomiast chodzi o sferę własnościową, osoby poszukujące bursztynu będą musiały podpisać umowę nie tylko z właścicielem nieruchomości, na której będą prowadzone prace, lecz także ze Skarbem Państwa, który zgodnie z projektowanymi przepisami jest właścicielem tych kopalin.

 Nie jest to może duży wzrost obciążenia administracyjnego jako takiego, ale z pewnością razem z przewidywanym wzrostem opłaty eksploatacyjnej do 300 zł za kilogram bursztynu będzie to stanowiło dodatkowe obciążenie dla przedsiębiorców – ocenia Wąsiewski.

Obecnie opłaty za wydobycie bursztynu nieznacznie przekraczają 10 zł za kilogram. Projekt ustawy zakłada jej wzrost do 300 zł, która to kwota zdaniem resortu jest bardziej odpowiednia, biorąc pod uwagę rynkowe ceny surowca. Zdaniem części komentatorów nowe przepisy mogą jednak zmniejszyć krajowe wydobycie bursztynu i wpłynąć na rentowność branży.

Zgodnie z nowymi przepisami nielegalne wydobycie bursztynu z wykroczenia stanie się przestępstwem, większe będą też kary finansowe  do 400 tys. zł  za każdy kilometr kwadratowy powierzchni, na której będą prowadzone prace.

– Jeżeli przepisy w takim kształcie wejdą w życie, praktyka pokaże, czy rzeczywiście będzie to skuteczne. Czy przepisy spełnią swoją funkcję prewencyjną i będą odstraszać tych, którzy w nielegalny sposób próbują tę działalność prowadzić, a z drugiej strony, czy nie będą stanowiły nadmiernego, zwłaszcza finansowego, obciążenia dla tych, którzy tych przepisów przestrzegają – podkreśla dr Grzegorz Wąsiewski.

5 największych problemów z planowaniem w pracy

Pierwsze dni stycznia to dobry moment na zaplanowanie swoich działań – nie tylko w życiu prywatnym, ale także zawodowym. Sama lista TO-DO to jednak za mało. Jak podaje serwis IDoneThis, ponad 40 proc. zapisanych tam zadań nie zostaje nigdy zrealizowanych. Aby zwiększyć prawdopodobieństwo sukcesu, warto poznać receptę na 5 problemów, które identyfikuje Jarosław Pudełek z firmy CzteryP.

Początek nowego roku sprzyja tworzeniu planów na kolejne 365 dni. Jeśli jednak po kilku dniach stycznia dostrzegasz, że Ty lub Twoi pracownicy macie problemy z realizacją planów związanych z pracą w firmie, czas na interwencję.

Problem 1. Uleganie mitowi, że lista TO-DO jest receptą na sukces.

Choć lista TO-DO to proste i przydatne narzędzie, ma jednak poważną słabość: bardzo łatwo wpisywać na nią kolejne punkty, niezależnie od tego, czy jesteśmy w stanie je zrealizować. Jednocześnie ciągle łudzimy się, że któregoś dnia odhaczymy wszystkie pozycje na liście. Moment ten jednak nie następuje. Potwierdzają to uczestnicy symulacji biznesowych poświęconych efektywności. Z badania Coaching Center na zlecenie CzteryP wynika, że 46 proc. zadań z ich list TO-DO nigdy nie zostało zrealizowanych.
Jeśli zależy Ci na skuteczności, zamień listę TO-DO na kalendarz. Ponadto za każdym razem należy oszacować czas potrzebny na wykonanie zadania. Dzięki temu możesz zapanować nad swoim tygodniem i mieć kontrolę nad upływającym czasem. Ważna jest również spójność zadań – aby osiągnąć ten stan, trzeba jasno ustalić pożądany efekt działań.

Problem 2. Brak pracy z celami.

Mimo że większość zatrudnionych zdaje sobie sprawę z konieczności określania celów, często pomijamy ten etap. Z obserwacji eksperta CzteryP wynika, że bardzo łatwo ulec pokusie szybkiego planowania działań, by jak najszybciej przejść do etapu ich realizacji. Jeżeli jednak nie ustalisz celu, nie osiągniesz też satysfakcjonującego efektu.
Jeśli nie masz pewności, jak skutecznie wyznaczać cele, możesz wykorzystać metodę EnISMARTER. Nazwa ta jest akronimem 9 angielskich słów określających cechy, którymi powinien charakteryzować się cel. Musi on być angażujący (Engagement) i zależny od Twoich działań (Impact). Ważne jest również, by jednoznacznie sformułować swoje dążenia (Specific). Cel powinien być mierzalny (Measurable) i ambitny (Ambitious), ale zarazem realistyczny (Realistic) – inaczej podjęte działanie nie będzie mieć sensu. Jeśli zapiszemy go w kalendarzu, możemy być pewni, że będzie określony czasowo (Time-bound) i dobrze udokumentowany (Recorded). Ostatni krok polega na tym, by zadbać o atrakcyjność celu (Exciting) – tak, by jego realizacja stanowiła ciekawe wyzwanie.

Problem 3. Wystarczy, że wiem co mam robić – nie muszę tego szczególnie planować.

Samo ustalenie celu jeszcze nie gwarantuje jego osiągnięcia. Aby tego dokonać, musimy zaplanować działania, które doprowadzą nas do realizacji założonego efektu. Planowanie pozwala organizować pracę tak, aby była jak najbardziej efektywna. Do planowania działań można wykorzystać np. metodę Kurta Vonneguta, która należy do grupy technik tzw. planowania wstecznego. „Wykorzystując tę metodę, przestawiamy się na myślenie o celu, który jest w centrum naszej uwagi oraz na sposobach zmierzających do jego osiągnięcia. Już na starcie mamy zatem wizję efektu końcowego, dzięki czemu łatwiej nam wyobrazić sobie kolejne kroki potrzebne do jego realizacji i łatwiej nam przystąpić do tworzenia konkretnego planu działań” – radzi Jarosław Pudełek z firmy CzteryP.
Trzeba też pamiętać o tym, by wystrzegać się przekleństwa dwóch kalendarzy: firmowego i osobistego. Niezależnie od klasyfikacji, wszystkie zajęcia zajmują ten sam dzień. Masz dwa kalendarze, ale tylko jedną dobę – lepiej od początku nie komplikować sobie życia.

Problem 4. Każde zaplanowane zadanie jest najważniejsze.

Inna trudność pojawia się, kiedy wszystkie zaplanowane zadania wydają się wymagać natychmiastowego działania. W efekcie poświęcamy im więcej czasu niż planowaliśmy i odkładamy w czasie bardziej złożone czynności. Tymczasem, jak zauważył Dwight Eisenhower, w przypadku zadań do realizacji „to, co ważne, rzadko bywa pilne, a to, co pilne, rzadko bywa ważne”.

Najczęściej skupiamy się wyłącznie na rzeczach pilnych. Natomiast ważne sprawy, które służą rozwojowi firmy w długim okresie, nie skłaniają nas do natychmiastowego działania. Z tego powodu nie wydają się one pilne. W uświadomieniu sobie, jakie zadania są jednocześnie pilne i ważne, pomaga tzw. macierz Eisenhowera, dzięki której uporządkujesz wykonywane w firmie czynności, dzieląc je na grupy według wspomnianych dwóch kryteriów.

Problem 5. Przekleństwo nadmiernej perfekcji.

Zamiast tracić czas na rozpamiętywanie błędów, skieruj swój zapał na szybkie reagowanie na niedociągnięcia oraz na wyciąganie wniosków. Kontrola i doskonalenie są bardzo ważnymi elementami w procesie osiągania celów. Każdego dnia warto stawiać sobie pytania, dzięki którym możemy zapanować nad realizacją założonego wcześniej planu. Jakie wyniki zostały osiągnięte? Co nie zostało załatwione i dlaczego? Na co został zmarnotrawiony czas? Jak podkreśla ekspert CzteryP, rzetelna analiza pomoże stworzyć bardziej skuteczny plan w przyszłości.

Możemy mieć najlepszy nawet plan, wyznaczone zadania, które mają nas doprowadzić do upragnionego celu, jednakże bez ciągłej jego weryfikacji i doskonalenia nie osiągniemy założonych efektów. Ważne jest zatem, aby na każdym etapie dążenia do celu trzymać rękę na pulsie.

Dzisiaj giełdy, jutro (może) dolar

Świeżo opublikowany raport ADP w zakresie kondycji amerykańskiego rynku pracy wyraźnie napawa optymizmem przed piątkowymi szacunkami zmian zatrudnienia w sektorze pozarolniczym za grudzień. Szansę na napływ bardziej satysfakcjonujących danych dodatkowo podbijają silne subkomponenty indeksu ISM dla przemysłu, którym wtórują wykorzystywane prognostycznie wysokie wartości Chicago PMI. Należy pamiętać, że potencjalne przetasowania na rynku walutowym będą w głównej mierze uzależnione od utrzymania rocznej dynamiki wynagrodzeń powyżej poziomu 2,5 proc., czego nie należy traktować przez pryzmat solidnie wyśrubowanych oczekiwań. W trakcie czwartkowych notowań uwagę inwestorów wyraźnie zwróciły europejskie giełdy, które poszły w ślady nie tylko rekordów na Wall Street, ale również euforii obserwowanej na parkiecie w Tokio.

Dzisiejszej słabości amerykańskiej waluty nie wykorzystał japoński jen (-0,3 proc.). Na koniec dnia USD/JPY ponownie balansuje nad poziomem 112,80, pozostawiając tym samym w grze scenariusz rychłego powrotu w okolice poświątecznych maksimów przy 113,40. Zestawienie komponentów koszyka G10 otwiera kiwi (0,7 proc.) wspinające się w stronę październikowych szczytów. W przypadku euro (0,4 proc.) należy mówić o dość ciekawej i burzliwej sesji. Obecnie EUR/USD balansuje przy 1,2070, aczkolwiek nie należy wykluczyć ponownej próby podejścia pod psychologiczne 1,2100.

O miano beneficjenta napływających danych ekonomicznych walczył funt szterling (0,2 proc.), który finalnie nie znalazł oparcia w indeksie PMI dla brytyjskiego sektora usługowego. Wartość wskaźnika na poziomie 54,2 pkt lekko przebiła oczekiwania ankietowanych uczestników (konsensus: 54,0 pkt), aczkolwiek skala odnotowanego odchylenia nie należała do dostatecznie znaczących. Dzisiejszy raport ADP wyraźnie okrył cieniem cotygodniowe wskazania dotyczące świeżo złożonych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych w USA. Obecnie obserwuje się stabilizację w zakresie przyrostu osób pozbawionych stosunku pracy, bowiem w dalszej mierze wskaźnik pozostaje blisko poziomu 250 tys. (poprzednio: 247 tys.).

Zmienność na rynku ropy chwilowo podbił raport Departamentu Energii USA, który wskazał na siódmy spadek rezerw surowca z rzędu. Tym razem skala zmian była zdecydowanie silniejsza (-7,4 mln baryłek) niż wynikało to z wczorajszego raportu API, gdzie wskazano na skurczenie zasobów o 5,0 mln baryłek. W dzisiejszym odczycie pierwsze skrzypce zagrał potężny skok zapasów destylatów, które na przestrzeni tygodnia wzrosły o 8,9 mln baryłek (konsensus: -88,9 tys.) przy zdecydowanie mniej imponującym przyroście benzyny (4,8 mln baryłek, konsensus: 2,0 mln). Na koniec dnia West Texas Intermediate balansuje przy poziomie 62,10 USD za baryłkę, notując tym samym dzienny ruch na poziomie 0,8 proc

Najbardziej euforycznymi nastrojami mogli pochwalić się inwestorzy przy Książęcej, gdzie WIG 20 (2,8 proc.) uplasował się tuż nad poziomem 2 530 pkt. Na szczycie zestawienia pojawiły się akcje LPP, których 9,1 proc. zwyżkę należy utożsamiać z masowym napływem kapitału zagranicznego. Nieco mniejszą skalę ruchu ma za sobą Bank Zachodni WBK (6,5 proc.) będący beneficjentem umacniającego się złotego, co niewątpliwie oddala skrajne scenariusze związane z kredytami denominowanymi w szwajcarskiej walucie. Zwyżce BZ WBK nie przeszkodziła najnowsza nota Komisji Nadzoru Finansowego, która zdecydowała się nałożyć bufor właściwy dla instytucji istotnych systemowo na poziomie 0,5 proc. ekspozycji na ryzyko. Istotny sygnał technicznie zdołało wygenerować PZU (3,9 proc.), które wraz z końcem sesji znalazło się nad średnią z ostatnich 200 notowań. Ponownie na szarym końcu znalazł się Cyfrowy Polsat (-0,4 proc.), którego inwestorzy nie docenili dość przychylnej noty Haitong Banku w sprawie perspektyw sprzedaży reklam w 2018 roku.
Zdecydowanie mniej euforyczne nastroje obserwowano we Frankfurcie. Na czele indeksu DAX (1,5 proc.) znalazło się Linde (3,3 proc.) częściowo niesione zamiarami DCC w zakresie przejęcia spółki Tega LPG. W ścisłej czołówce znalazły się również Siemensa (2,7 proc.), którym po piętach deptał Deutsche Bank (2,7 proc.) informujący o konieczności utrzymania wskaźnika CET1 powyżej poziomu 10,65 proc. Serię ostatnich wzrostów próbowała skutecznie wymazać Lufthansa (-0,6 proc.) oczekująca według Il Messanggero na wsparcie włoskiego rządu w sprawie Alitalii. Nieco mniej odważny ruch na południe mają za sobą Vonovia (-0,2 proc.) oraz Merck KGaA (-0,2 proc.). W przypadku drugiej ze spółek należy mówić o nikłym wpływie noty Bernstein, gdzie zwrócono na wyraźne niedowartościowanie europejskiego sektora farmaceutycznego.

Dzisiejsze wzrosty indeksu FTSE 100 na tle europejskich odpowiedników wyglądały wyjątkowo słabo, bowiem na przestrzeni dnia londyńska giełda zdołała wypracować zaledwie 0,3 proc. wzrost. Niekwestionowanym liderem okazało się NMC Health (5,5 proc.) informujące o pozyskaniu pakietów mniejszościowych w dwóch szpitalach położonych w Zjednoczonych Emiratach Arabskich oraz Arabii Saudyjskiej. Beneficjentem wyraźnie podbitego obrotu okazało się być G4S notujące ruch rzędu 3,2 proc. Niezbyt przychylne nastroje panowały wśród wyspiarskich deweloperów. Zniżkę Hammerson (-2,5 proc.) skutecznie przebił Brit Land, który zdołał potanieć o 3,0 proc. Finalnie listę stu komponentów zamknął Marks&Spencer (-3,7 proc.), który wrócił tuż pod średnią z ostatnich 50 notowań.

Na rynku surowców energetycznych obserwuje się postępującą przecenę lutowych kontraktów na gaz ziemny (-3,1 proc.). Nieco mniej spektakularną skalę ruchu obserwuje się wśród płodów rolnych, gdzie najsilniej tanieje ryż. W cieniu jego 1,8 proc. zniżki znalazły się między innymi marcowe kontrakty na kukurydzę (-0,5 proc.) oraz sok pomarańczowy (-0,4 proc.). Tuż pod poziomem 1 320 USD za uncję znajduje się złoto, które na przestrzeni dnia drożeje 0,5 proc. Podobną skalę ruchu ma za sobą srebro ponawiające atak na 17,24 USD. Ostatecznie miano lidera na rynku surowców obejmuje pallad ze wzrostami na poziomie 1,4 proc.

Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

Malta kocha bitcoina

Bitcoin – wzbudzająca wiele emocji kryptowaluta – podbija światowe rynki inwestycyjne. Podczas gdy w Polsce dopiero wprowadza się jej definicję legalną, inne państwa budują już wokół niej całe strategie gospodarcze. Jednym z największych orędowników bitcoina na świecie, a z pewnością największym w Europie, jest Malta, która chce dzięki niemu przyciągnąć do siebie przedsiębiorców i kapitał branży technologicznej.

Malta widzi w bitcoinie przyszłość

Maltański rząd bardzo aktywnie angażuje się w promocję najpopularniejszej na świecie kryptowaluty. Stwarza możliwie najlepsze warunki do jej rozwoju na swoim terytorium. W kwietniu przyjął narodowy projekt strategii promowania bitcoina i technologii blockchain. Zagorzały zwolennik bitcoina, premier Joseph Muscat, już w lutym w skierowanych do Unii Europejskiej słowach przekonywał, że Europa powinna stać się „kontynentem bitcoina”. Według Muscata w obliczu brexitu przyciągniecie inwestorów i przedsiębiorców skupionych przede wszystkim wokół sektora technologii blockchain oraz branży fintech jest bardzo realne i stanowi ogromną szansę dla Malty.

Mimo że nie ma jeszcze jednolitych i pełnych regulacji prawnych dotyczących kryptowaluty, premier Malty nie chce czekać, aż unijne organy je wypracują. Wręcz przeciwnie – chce, by to jego kraj był wzorem do naśladowania przez innych. Dlatego za jedno z głównych zadań swojego gabinetu przyjął opracowanie korzystnych regulacji prawnych, podatkowych i infrastrukturalnych dla pełnego wdrożenia i wykorzystania bitcoina.

Lepszy od waluty

Kryptowaluta, której jeszcze kilka lat temu wróżono rychłą śmierć, dziś staje się obecna niemal w każdej dziedzinie życia. Dzięki pozbawieniu dokonywanych przy jej użyciu transakcji ryzyka kursowego, które dotyczy zwykłych walut, daje poczucie bezpieczeństwa i staje się coraz popularniejsza. Od czasu pierwszego wykorzystania bitcoina jako waluty w 2010 r. na całym świecie z każdym dniem rośnie jego znaczenie i w wielu krajach stosowany jest jako pełnoprawny środek płatniczy. W Danii obrót bitcoinami jest nieopodatkowany, a w Niemczech traktowane są one na równi z klasyczną walutą. Również w Polsce możliwe są takie rozliczenia niektórych transakcji (np. przy zakupie biletów lotniczych). Powstała już sieć bankomatów umożliwiających wypłatę gotówki transferowanej za pomocą bitcoinów. Coraz więcej pracodawców i pracowników rozlicza wynagrodzenie również poprzez kryptowalutę.

Bitcoin po polsku

Zważywszy na korzyści, jakie daje rozliczanie transakcji za pomocą opisywanej kryptowaluty, oraz na wzrost wartości, jaką zanotowała ona od momentu powstania, można przypuszczać, że znaczenie bitcoina będzie rosnąć. Dla przypomnienia: pierwszy kurs wymiany, jaki ustalono w październiku 2009 r., wynosił: 1 $ = 1309 BTC. Według stanu z 11 grudnia 2017 r. cena 1 BTC sięgnęła blisko 17 000 $, czyli ok. 60 000 złotych.

W Polsce klimat dla bitcoina długo nie był tak sprzyjający jak na Malcie. Obrót nim był utrudniony z uwagi na to, że bitcoin nie mógł zostać uznany za pieniądz elektroniczny i nie mógł być uznawany za instrument finansowy. Rozliczany był więc jako obrót prawami majątkowymi i obciążony podatkiem VAT. Wiele zmieniło się dzięki fundamentalnemu wyrokowi Trybunału Sprawiedliwości UE w sprawie Skatteverket kontra Hedqvist z dnia 22 października 2015 r. (C-264/14). Trybunał orzekł, że waluta bitcoin pełni rolę środka płatniczego.

Mimo to transakcje z użyciem bitcoina nadal nastręczają w naszym kraju wiele wątpliwości interpretacyjnych. Chodzi tu głównie o niejasność, jak rozliczyć VAT, gdy stroną transakcji handlowej z użyciem bitcoina jest przedsiębiorca, a jak – gdy jest nią nieprowadząca działalności gospodarczej osoba fizyczna. Tak naprawdę na chwilę obecną nie ma definicji legalnej tego środka płatniczego. Ma się ona jednak znaleźć w projekcie nowej ustawy o… przeciwdziałaniu praniu brudnych pieniędzy oraz finansowaniu terroryzmu. Nadal jednak projektowana definicja nie przyznaje kryptowalucie przymiotów instrumentu płatniczego, a określa ją mianem waluty wirtualnej.

Definicja bitcoin według projektu ustawy z dnia 4 maja 2017 r. o przeciwdziałaniu praniu brudnych pieniędzy oraz finansowaniu terroryzmu (opublikowany na stronach Rządowego Centrum Legislacji):

Waluta wirtualna – rozumie się przez to zbywalne prawo podmiotowe o charakterze majątkowym, zapewniające możliwość korzystania z jednostek walut wirtualnych zgodnie z zasadami przewidzianymi dla danego rodzaju waluty wirtualnej, które nie jest prawnym środkiem płatniczym ani pieniądzem elektronicznym w rozumieniu ustawy z dnia 19 sierpnia 2011 r. o usługach płatniczych, ani też instrumentem finansowym w rozumieniu ustawy z dnia 29 lipca 2005 r. o obrocie instrumentami finansowymi, ale może zostać przeniesione na inną osobę w systemie teleinformatycznym albo poza nim.

Pociąg już odjeżdża

Co prawda „bitcoinowe” transakcje są obecne na polskim rynku i powoli stają się coraz popularniejsze, jednak w porównaniu z tym, co oferuje dzisiaj Malta, Polska z pewnością zostaje w tyle. Wiele maltańskich firm przyjmuje już płatności za pomocą tej wirtualnej waluty i oferuje w niej wypłatę swoim pracownikom. Jeśli dodać do tego probiznesowe działania rządu, premiujące przedsiębiorstwa stosujące technologię blockchain i rozliczeń bitcoinowych, to obawa wzrasta: czy jeśli zdążymy wskoczyć na okręt o nazwie „Bitcoin”, to jedynie w roli pasażera, bo za sterami siedzieć będą takie państwa jak Malta?

Czas gra rolę

Oczywiście nadal inwestycję w bitcoiny można uznać za obarczoną ryzykiem spekulację walutową. Zważywszy na stopę zwrotu, zwłaszcza ci, którzy zakupili ten wirtualny środek płatniczy za mniej niż dolara, dziś tego nie potwierdzą. Co ważne, projekt stworzenia bitcoinów zakłada, że ich maksymalna liczba to 21 mln. Więcej nie będzie, jeśli już, to mniej, bo część z nich zostanie lub już została utracona. Malta nie ogląda się na innych i sama stwarza rozwiązania prawnopodatkowe przyjazne dla biznesu z branży fintech oraz dla bitcoina. Jeśli więc ktoś zastanawia się nad zainwestowaniem w tę najpopularniejszą na świecie kryptowalutę, to powinien rozważyć, czy nie skorzystać jednocześnie z przywilejów, jakie oferuje Malta, i po prostu zmienić rezydencję podatkową czy założyć tam spółkę.

Autorzy: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Aktywność inwestorów na rynkach Grupy GPW – grudzień 2017 r.

  • Spadek wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń[1] na Głównym Rynku o 23,8% rdr do 16,4 mld zł w grudniu 2017 r., a w całym 2017 r. wzrost o 24,7% do poziomu 236,4 mld zł wobec roku 2016
  • Spadek średniej dziennej wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń o 15,7% do 864,3 mld zł w grudniu 2017 r. i jednocześnie wzrost o 25,2% w całym roku 2017 r. do poziomu 945,8 mld zł wobec 2016 r.
  • Wzrost wartości emisji obligacji notowanych na rynku Catalyst o 17,1% do 95,8 mld zł
  • Wzrost wartości obrotu obligacjami nieskarbowymi na rynku Catalyst w ramach arkusza zleceń o 55,9% rdr, do poziomu 241,7 mln zł w grudniu 2017 r.
  • Wzrost łącznego wolumenu obrotu energią elektryczną o 51,2% do poziomu 13,3 TWh w grudniu 2017 r.
  • Spadek łącznego wolumenu obrotu gazem o 40,7% rdr do 7,6 TWh w grudniu 2017 r., oraz wzrost o 21,1% rdr do poziomu 138,7 TWh w całym roku 2017 r.
  • Wzrost wolumenu obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia o 29,0% do 5,2 TWh2  w grudniu 2017 r., oraz o 16,7% rdr do 59,1 TWh w całym 2017 r.

 

Łączna wartość obrotu akcjami na Głównym Rynku GPW wyniosła 17,8 mld zł w grudniu 2017 r., czyli o 22,8% mniej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. W całym 2017 r. wartość ta wzrosła o 28,9% do poziomu 261 mld zł. Wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń spadła w grudniu 2017 r. o 23,8% rdr, do poziomu 16,4 mld zł, a w całym 2017 r. wzrosła o 24,7% do poziomu 236,4 mld zł. Średnia dzienna wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń osiągnęła w grudniu 2017 r. poziom 864,3 mln zł, o 15,7% mniej niż rok wcześniej, a w całym 2017 r. wyniosła 945,8 mln zł, o 25,2% więcej niż w 2016 r. Wartość indeksu WIG na koniec grudnia 2017 r. wyniosła 63 746,20 pkt i była o 23,2% wyższa niż przed rokiem.

Na rynku NewConnect w grudniu 2017 r. odnotowano spadek łącznej wartości obrotu akcjami o 43,1% rdr, natomiast w całym 2017 r. wzrost o 7,9% w porównaniu z rokiem 2016. Wartość obrotów akcjami w ramach arkusza zleceń na rynku NewConnect liczona od początku roku wzrosła na koniec 2017 r. o 10,4% rdr i wyniosła 1,3 mld zł. W grudniu 2017 r. wartość  obrotu akcjami na rynku alternatywnym GPW wyniosła 71,4 mln zł, w porównaniu do 101,5 mln zł w analogicznym okresie rok wcześniej.

W grudniu 2017 r. łączny wolumen obrotu instrumentami pochodnymi wyniósł 623,3 tys. szt., o 34% mniej niż rok wcześniej. Wolumen obrotu instrumentami pochodnymi w całym 2017 r. wyniósł 7,6 mln o 4,4% mniej niż w roku 2016. Wolumen obrotu kontraktami terminowymi na indeksy wyniósł w grudniu 2017 r. 400,9 tys. szt., co oznacza spadek o 30,2% rdr.

Wartość notowanych na rynku Catalyst emisji obligacji nieskarbowych wyniosła 95,8 mld zł na koniec grudnia 2017 r. wobec 81,8 mld zł w analogicznym okresie ubiegłego roku. Wartość obrotu obligacjami nieskarbowymi na rynku Catalyst w ramach arkusza zleceń wzrosła w grudniu o 55,9% rdr, do poziomu 241,7 mln zł. Wartość obrotów sesyjnych na rynku Catalyst w całym 2017 r. wyniosła 2,4 mld zł, co oznacza wzrost o 1,8% w stosunku do roku poprzedniego.

Łączna wartość obrotu obligacjami na TBSP sięgnęła w grudniu tego roku 21,7 mld zł i była o 24,8% niższa niż rok wcześniej. W całym 2017 r. wyniosła 534,7 mld zł wobec 412,8 mld zł w 2016 r.

Łączny wolumen obrotu energią elektryczną na rynkach spot i terminowym w grudniu 2017 r. wyniósł 13,3 TWh, co oznacza wzrost o 51,2% rdr. Wolumen obrotu energią elektryczną na rynku forward wzrósł o 74,4% do poziomu 10,8 TWh, w porównaniu do analogicznego okresu rok wcześniej. Łączny wolumen obrotu energią elektryczną (spot i forward) w 2017 r. wyniósł 111,7 TWh, co oznacza spadek o 11,8% w stosunku do poziomu wolumenu w 2016 r.

Łączny wolumen obrotu gazem ziemnym wyniósł w grudniu 2017 r. 7,6 TWh, o 40,7% mniej niż rok wcześniej. Na rynku terminowym wolumen obrotu spadł o 41,5% do poziomu 5,4 TWh. Łączny wolumen obrotu gazem w 2017 r. osiągnął poziom 138,7 TWh, podczas gdy w analogicznym okresie 2016 r. wyniósł 114,5 TWh.

Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia, z wyłączeniem praw ze świadectw związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”)3, na rynkach spot i terminowym wyniósł w grudniu 2017 r. 5,2 TWh, co oznacza wzrost o 29% rdr. W całym 2017 r. wolumen ten wyniósł 59,1 TWh, czyli wzrósł o 16,7% w stosunku do roku 2016. Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”) sięgnął w grudniu 2017 r. 55,7 ktoe4, w porównaniu do 64,6 ktoe rok wcześniej. W całym roku 2017 r. wolumen ten wzrósł o 27% do poziomu 399,9 ktoe.

Kapitalizacja 432 spółek krajowych notowanych na Głównym Rynku wyniosła na koniec grudnia 2017 r. 710,34 mld zł (170,31 mld EUR). Łączna kapitalizacja 482 spółek krajowych i zagranicznych notowanych na Głównym Rynku sięgnęła na koniec listopada tego roku 1 419,22 mld zł (340,27 mld EUR).

Na Głównym Rynku w grudniu 2017 r. zadebiutowały spółki Marvipol Development, NanoGroup, Tower Investments,  R22 oraz Hollywood, których łączna wartość ofert wyniosła 117,7 mln zł.

Na NewConnect w grudniu 2017 r. zadebiutowały spółki Dook, Govena Lighting i Huckleberry Games, których łączna wartość ofert wyniosła 6 mln zł.

Na Catalyst w grudniu 2017 r. zadebiutowały obligacje spółki Arche o wartości emisji 30 mln zł.

W grudniu 2017 r. na GPW odbyło się 19 sesji giełdowych, o dwie mniej niż rok wcześniej, a w całym 2017 r. 250 sesji, wobec 251 w 2016 r.

W załączeniu dane o obrotach na rynkach prowadzonych przez Grupę GPW.

400 mld dolarów na rynku inteligentnej produkcji do 2025 roku

W 2016 r. globalny rynek inteligentnej produkcji był wart 172 mld dolarów, w 2025 r. jego wartość wzrośnie już do blisko 400 mld dolarów. Powód? Między innymi reindustrializacja Europy i wdrażanie idei Przemysłu 4.0.

Jak wynika z wyliczeń firmy Grand View Research, oznacza to ponad 130% wzrost względem wyceny rynku rozwiązań automatyzujących produkcję sprzed roku. Jak wyjaśnia Sławomir Kuźniak, Dyrektor ds. Zarządzania Produktem w BPSC

W ostatnich latach byliśmy świadkami znaczących inwestycji dużych i średnich firm produkcyjnych w technologie, nie były one jednak wystarczające. Nasycenie zaawansowanymi systemami ERP wciąż jest niskie – zwłaszcza w segmencie MŚP, a z bardziej zaawansowanych rozwiązań, takich jak np. systemy MES przetwarzających dane z maszyn, korzysta garstka przedsiębiorstw. To sprawia, że firmy nie mają pełnej wiedzy na temat produkcji, jej wąskich gardeł i co za tym idzie produkują relatywnie drogo. To w dobie Przemysłu 4.0., cyfryzacji fabryk, jaka ma miejsce choćby u naszych południowych sąsiadów, musi się zmienić – przekonuje.

Azjatyckie tygrysy gonią dawne potęgi

Słowa eksperta z BPSC znajdują potwierdzenie w analizie Grand View Research, z której wynika, że głównym czynnikiem napędzającym inwestycje w produkty i usługi cyfrowe, będzie nacisk na zwiększanie efektywności produkcji. Motywy takich decyzji różnią się jednak geograficznie. Głównym determinantem dla gospodarek rozwiniętych jest odtworzenie przemysłu. To właśnie reindustrializacja Europy i Ameryki napędza inwestycje w ERP, MES, Internet rzeczy oraz sztuczną inteligencję w takich krajach jak Niemcy, USA, czy Polska.

Po przeciwnej stronie są kraje rozwijające się – głównie azjatyckie – które nie chcąc pozostać w tyle za najbardziej rozwiniętymi gospodarkami, będą w szybkim tempie skracać technologiczny dystans zwiększając wartość inwestycji w wysokiej klasy rozwiązania IT. Eksperci z Grand View Research prognozują, że najszybszy skumulowany roczny wskaźnik wzrostu finansowania inteligentnych rozwiązań dla przemysłu będzie w rejonie Azji i Pacyfiku. W okresie od 2017 do 2025 r. wyniesie on 15%. To właśnie w tym regionie świata zlokalizowanych jest najwięcej przedsiębiorstw produkcyjnych. Wiarygodności tej prognozie nadaje fakt, iż zgodnie z danymi International Federation of Robotics, w 2015 roku w Chiny kupiły 68 tys. robotów przemysłowych. To więcej niż w we wszystkich krajach Unii Europejskiej razem wziętych.

Komunikat z posiedzenia FED. Euro nie w Polsce

Poznaliśmy wypowiedzi członków FED z posiedzenia na którym podniesiono stopy procentowe. Premier Morawiecki negatywnie o wejściu Polski do strefy euro. Frank osiaga kolejne minima.

Zapiski z posiedzenia FED

W komunikacie nie znalazły się żadne zapisy, który pokazywałyby nam jakieś tendencje, których jeszcze nie znaliśmy. Nie obyło się oczywiście bez obserwacji negatywnego wpływu nadmiernego długiego utrzymywania niskich stóp procentowych. Jedno się nie zmieniło. Rynki dalej oczekują trzech podwyżek w 2018. Pierwsza z nich powinna przypaść już na marzec. Szansa na taki ruch wynosi, wedle obliczeń na podstawie kontraktów na stopę procentową, niemal 68%. Jak zareagowały rynki? W pierwszej fazie widać było umocnienia się dolara. W nocy jednak dolar oddał całe te wzrosty i w dalszym ciągu jest w odwrocie.

Nie dla strefy euro

Mateusz Morawiecki pierwszy raz od objęcia fotela premiera wypowiedział się na temat wejścia polski do strefy euro. Zdania nie zmienił. Wariant ten nie jest obecnie brany pod uwagę. Oznacza to, że scenariusz utrzymania rodzimej waluty wydłuża się w czasie. Wielu ekonomistów ma co prawda inne zdanie w kwestii przyjęcia przez Polskę wspólnej waluty. Warto natomiast zwrócić uwagę, że niska zmienność na parze EURPLN w ostatnich czasach powoduje, że część korzyści z wejścia do strefy euro i tak dostajemy. Mowa o stabilności w handlu międzynarodowym.

Tanie franki

Już od kilku dni frank szwajcarski był tańszy niż najwyższe poziomy z tuż przed wyskoku franka. Wczoraj przebił jednak bardzo ważny pułap. Osiągając 3,53 zł spadł poniżej dołka, z którego doszło do wielokrotnego wybicia pamiętnego 15 stycznia 2015 roku. W rezultacie po niemalże trzech latach jesteśmy w podobnym miejscu, tylko stopy procentowe są znacznie niższe niż były. Rezultat jest taki, że wysokość raty jest znacznie niższa niż przed wybiciem. Jaki będzie mieć to wpływ? Najprawdopodobniej lobby frankowe właśnie traci siłę wpływów w polityce. Wątpliwe by teraz politycy byli zainteresowani rozwiązywaniem problemu, który na naszych oczach powoli rozwiązuje się sam. Wiadomo 3,53 zł to nadal nie poziom, po którym brane były te kredyty, ale różnica stóp procentowych przez te lata trochę już tą różnicę zneutralizowała.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych,
  • 17:00 – USA – tygodniowa zmiana zapasów paliw.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

INNOCHEM dofinansuje dwa innowacyjne projekty ANWILU

​Włocławska spółka z Grupy ORLEN otrzymała w drugiej edycji programu INNOCHEM łącznie ponad 5 mln zł dofinansowania na realizację dwóch projektów zwiększających efektywność produkcji w obszarze tworzyw sztucznych i nawozów azotowych.

Pierwsze przedsięwzięcie ANWILU, które otrzymało dofinansowanie z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju (NCBR), dotyczy opracowania innowacyjnego systemu katalicznego przyspieszającego i pogłębiającego proces reakcji chlorowania etylenu. Jego celem jest zwiększenie wydajności reakcji, tak aby podczas finalnej syntezy chlorku winylu powstawało jak najmniej produktów ubocznych.

Drugi z projektów ma na celu zwiększenie efektowności metody bezpośredniej syntezy amoniaku z wodoru i azotu, która jest jednym z podstawowych procesów syntezy wysokociśnieniowej wykorzystywanej masowo w przemyśle. W przypadku pomyślnie zakończonego etapu prac laboratoryjnych, planowana jest budowa pilotażowej instalacji, umożliwiającej wdrożenie i przetestowanie nowego rozwiązania. Dla ANWILU, jako producenta nawozów, których podstawowym surowcem jest amoniak, zakończenie projektu sukcesem, będzie oznaczać zwiększenie efektywności produkcji.

Obecnie ANWIL, we współpracy z Głównym Instytutem Górnictwa i Politechniką Łódzką, prowadzi prace badawcze w ramach projektu dofinansowanego w pierwszej edycji programu INNOCHEM. Włocławska spółka otrzymała wtedy niemal 825 tys. zł na opracowanie rozwiązania zwiększającego odporność receptury polichlorku winylu na działanie ognia. Jeśli zakończą się one sukcesem, ANWIL przystąpi do wdrożenia innowacyjnej technologii produkcji kompozytów ceramizujących na bazie PCW. Ich zastosowanie w budownictwie przyczyni się m.in. do zwiększenia odporności powłok kabli i przewodów na działanie ognia.

INNOCHEM to jeden z pierwszych programów sektorowych Narodowego Centrum Badań
i Rozwoju (NCBR), którego celem jest generowanie innowacyjnych rozwiązań dla polskiej branży chemicznej, przy ścisłej współpracy z krajowym sektorem nauki. Do tej pory rozstrzygnięto dwa konkursy skierowane do firm działających w tym sektorze gospodarki. W obu przypadkach dofinansowanie otrzymały spółki z Grupy ORLEN. Łączna pula dofinansowania dla ANWIL w ramach drugiej edycji programu INNOCHEM stanowi 7,1 proc. ogólnej kwoty rozdysponowanych środków.

Kurs franka najniżej od trzech lat. Czy jeszcze spadnie?

Pierwsze dni stycznia przynoszą pogłębienie spadków franka. Szwajcarska waluta jest o 1 proc. poniżej wartości z końca grudnia i prawie 15 proc. w porównaniu do początku zeszłego roku. Co wpłynęło na znaczne zmiany i czy frankowicze mogą liczyć na kolejne spadki? – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Dobre nastroje gospodarcze w strefie euro połączone z działaniami Szwajcarskiego Banku Narodowego i względnie silną polską walutą powodują, że wycena franka w relacji do złotego spada do najniższych poziomów od początku 2015 r.

Ledwie rok temu za szwajcarską walutę płaciliśmy ok. 4,10 zł, czyli prawie 50 gr więcej niż obecnie. Dziś kurs wreszcie wrócił do wartości sprzed uwolnienia kursu przez Szwajcarski Bank Narodowy (SNB).

Po pierwsze: sygnały ze strefy euro

Głównym powodem silnego franka w ostatnich kilku latach była słaba kondycja niektórych krajów strefy euro. Kryzys zadłużeniowy powodował, że inwestorzy zaczęli wyceniać ryzyko rozpadu obszaru wspólnej waluty, a zabezpieczeniem przed jego negatywnymi skutkami miało być posiadanie franka.

Kwestie gospodarcze przekładały się także na podwyższone ryzyko polityczne, które dobrze było widoczne jeszcze na początku zeszłego roku. Dopiero zwycięstwo we francuskich wyborach Emmanuela Macrona zauważalnie zmniejszyło obawy inwestorów o stabilność strefy euro. Od tego czasu euro w relacji do franka wzmocniło się o 10 proc.

Redukcja systemowego zagrożenia dla strefy euro pozwoliła także na poprawę sentymentu wśród europejskich przedsiębiorców oraz konsumentów. To przyczyniło się do szybszego od oczekiwań wzrostu gospodarczego i rozpoczęcia wycofywania się z bardzo łagodnej polityki pieniężnej przez Europejski Bank Centralny.

Po drugie: działanie Szwajcarów

Niebagatelnym elementem, zmniejszającym apetyt na szwajcarskie aktywa w kryzysowych momentach oraz przyczyniającym się do osłabienia franka w minionych miesiącach, jest polityka pieniężna SNB. Władze monetarne tego alpejskiego kraju utrzymują ujemne stopy procentowe oraz sugerują przeprowadzanie interwencji w celu osłabienia franka. Mimo ostatnich spadków SNB nadal wydaje opinię o „wysoko wycenionej” walucie Szwajcarii.

Interwencje walutowe dobrze widoczne są w danych publikowanych przez SNB. Aktywa banku centralnego wyrażone w zagranicznej walucie przez trzy lata (dane na trzeci kwartał 2017 r.) wzrosły o ponad 300 mld franków – do 784 mld franków (prawie 120 proc. PKB).

Nabywając zagraniczne aktywa, bank centralny sprzedaje franki i dzięki temu osłabia lokalną walutę. Według danych SNB za trzeci kwartał 80 proc. aktywów stanowią zagraniczne obligacje (głównie skarbowe z wysokim ratingiem). Reszta to przede wszystkim akcje. Szwajcarski bank centralny na koniec 2016 r. miał w swoim portfelu akcje ok 6500 spółek na świecie. Z kolei dane amerykańskiej Komisji Papierów Wartościowych i Giełd (SEC) pokazują, że tylko w USA portfel SNB obejmuje akcje 2755 spółek o wartości ponad 100 mld USD (trzy lata temu było to 25 mld USD).

Komunikaty SNB nie wskazują, by polityka z ostatnich lat miała zostać wyraźnie zmodyfikowana. Również z prognoz makroekonomicznych nie wynika, by inflacja miała przekroczyć cel przed 2020 rokiem, stąd w najbliższych kwartałach raczej nie należy oczekiwać zmiany w działaniach władz monetarnych.

A teraz czas na stabilizację?

Znaczna poprawa perspektyw gospodarczych w Europie oraz w innych krajach rozwiniętych wspiera wycenę walut krajów rozwijających. Korzysta na tym również złoty, którego wartość w relacji do euro wzrosła o 5 proc. przez ostatni rok.

Wiele wskazuje na to, że frank może nadal być dość słaby, jednak powtórzenie skali spadku o prawie 50 gr, co zdarzyło się w ostatnim roku, jest mało prawdopodobne. Światowe przewartościowanie franka zostało silnie skorygowane w ostatnich miesiącach. Również złoty w relacji do euro powrócił do wieloletnich średnich. Ogranicza to potencjał korzystnych zmian dla frankowiczów.

Dodatkowo cały czas można znaleźć pewne zagrożenia dla bardzo dobrych dziś nastrojów globalnych. W marcu zaplanowane są wybory we Włoszech. Ich wynik jest dość sporą niewiadomą, a ryzyko braku utworzenia rządu znaczne. Ponowna elekcja na jesieni mogłoby zwiększyć szansę na wygraną eurosceptycznych ugrupowań, co przy słabej kondycji gospodarczej Italii prawdopodobnie przyczyni się do powrotu obaw o stabilność obszaru wspólnej waluty i może wzmocnić franka. W rezultacie więc średnioroczny kurs franka blisko bieżących poziomów wydaje się bardziej prawdopodobnym scenariuszem niż kontynuacja wyraźnych spadków.

Brak strachu na amerykańskiej giełdzie – lepiej być nie może

Nowy rok przynosi nowe szczyty na amerykańskiej giełdzie. Poziom 2700 punktów na indeksie S&P500 stał się już historią, aktualnie zmierza do kolejnej bariery psychologicznej 2750 oraz 2800 punktów! Byki mają się dobrze, niedźwiedzie nie najlepiej. Przez ostatnie kilka miesięcy rynek ignorował wszystkie negatywne czynniki płynące z gospodarki amerykańskiej, a także zapomniał o podwyżkach stóp procentowych. Dzięki temu indeks VIX spadł na historycznie niski poziom, natomiast na indeksie S&P 500 mamy już więcej niż 381 dni bez 5 procentowej korekty. Warto zauważyć, że do pobicia rekordu bez większej korekty dzieli nas tylko 12 dni, prawdopodobnie tak się stanie.

sp500 without 5 per cent correction

Jednak długoterminowi inwestorzy nie powinni być z tego faktu zadowoleni, ponieważ czym wyżej znajduje się indeks, tym przez następne 20 lat mogą liczyć na niższą stopę zwrotu. Dlatego co niektórzy omijają amerykańską giełdę z daleka.

20 year p/e

Wskaźnik Price/Earnings informuje nas jak drogi jest indeks w stosunku do osiąganych zysków. Oblicza się go dzieląc cenę rynkową jednej akcji przez zysk netto przypadający na jedną akcję. W analizie fundamentalnej należy on do kategorii wskaźników wartości rynkowej. Czym droższy rynek, tym większe wskazania wskaźnika.

Obecna wartość wskaźnika P/E dla indeksu S&P 500 znalazła się na poziomie większym niż 24, co sugeruje bardzo drogie akcje. Idąc dalej, na tym poziomie cała giełda jest skłonna do korekty. Dlatego przez następne 20 lat roczna średnia stopa zwrotu wyniesie prawdopodobnie +/- 2 procent. Jest to słaby wynik, ponieważ jest wyliczony dla obecnej wartości indeksu, a przez następne kilka lat indeks z dużym prawdopodobieństwem znajdzie się w trendzie spadkowym. Z tego też powodu inwestorzy długoterminowi czekają na korektę albo bessę, ponieważ obecna długoterminowa stopa zwrotu jest niezadawalająca.

S&P 500 – analiza techniczna

Indeks S&P 500 znajduje się w trendzie wzrostowym od 2009 roku, który był przerywany kilkuprocentowymi korektami. Z kolei od lutego 2016 roku S&P 500 prze niemalże bez przerwy bez większej korekty.

Notowania S&P 500, interwał tygodniowy

Notowania S&P 500, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Od lutego 2016 do listopada 2017 roku notowania poruszały się w kanale wzrostowym, natomiast kilka tygodni temu doszło do przebicia górnej bandy. Jest to pierwszy sygnał ostrzegawczy dla strony kupującej, impuls wzrostowy prawdopodobnie powróci poniżej górnej bandy kanału wzrostowego. Kolejną negatywną przesłanką dla indeksu jest oscylator stochastyczny, który wskazuje na negatywną dywergencję.

Dział Analiz Admiral Markets

W 2018 roku rynek reklamy w Polsce będzie rósł w tempie około 4 proc.

Z początkiem nowego roku analitycy Haitong Bank przeanalizowali rynek mediów w Polsce i wyróżnili tematy, które według nich będą miały największe znaczenie dla mediów krajowych przez najbliższe 12 miesięcy. Przede wszystkim wskazują na słabą dynamikę rynku reklamowego, mimo dobrych obecnie wskaźników makroekonomicznych. Wśród kluczowych tematów wymieniają wprowadzenie wspólnego standardu widoczności reklam w internecie i negocjacje z Emitelem dotyczące opłat za MUX8. Zdaniem analityków na sytuację mediów znaczny wpływ będą mieć także frekwencja w kinach po wprowadzeniu zakazu handlu w niedzielę i rozpoczęciu się Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej oraz rządowe plany dotyczące dekoncentracji mediów.

Stagnacja na rynku reklamowym mimo dobrej sytuacji makroekonomicznej

Pomimo pozytywnych wskaźników makro, takich jak wzrost PKB (ok. 4 proc. w 2017 r. od początku roku) i konsumpcji indywidualnej, polski rynek reklamowy wzrósł w trzecim kwartale 2017 r. o ok. 0,5 proc. r/r, a od początku roku o zaledwie 1 proc. r/r. To stanowi wynik wyraźnie poniżej jego potencjału. Historycznie, kiedy PKB rosło w tempie 3-4 proc., cały rynek reklamowy rósł w tempie przynajmniej 4 proc. Sytuacja w minionym roku wyglądała inaczej i analitycy Haitong Bank dostrzegają kilka czynników, które były za to odpowiedzialne.

Budżety reklamowe na dany rok są zazwyczaj zatwierdzane pod koniec poprzedniego. W 2016 r. reklamodawcy  z coraz większą niepewnością spoglądali na sytuację zarówno globalną, jak i krajową. W skali globalnej rynek reklamowy obawiał się konsekwencji wyboru Donalda Trumpa na Prezydenta USA. W Polsce powodem do obaw były plany rządu dotyczące wprowadzenia opłaty audiowizualnej, dekoncentracji mediów, zakazu handlu w niedzielę, podatku bankowego i niepewności związanej ze zmianami w systemie prawnym. – Rynek reklamowy jest bardzo wrażliwy na wszelkie niewiadome, co oznacza, że niektóre budżety zostały ograniczone, a nadawcy obniżyli ceny reklam, by wypełnić lukę w zapasach. W 2017 r. niektóre czynniki ryzyka zniknęły (np. opłata audiowizualna), a co do innych to rynek reklamowy uznał, że można z nimi żyć – mówi Konrad Księżopolski, Szef Działu Analiz, Haitong Bank.

Drugi czynnik, który wpłynął na cały rynek reklamowy, wiąże się z pewnymi zmianami strukturalnymi na rynku reklamy internetowej. Z jednej strony to rosnąca popularność technologii programmatic i modelu RTB, a z drugiej coraz większy udział Facebooka i Google’a w internetowym torcie reklamowym. Czynniki te w połączeniu ze słabą widocznością reklam internetowych skutkowały niższą niż oczekiwano dynamiką w segmencie reklamy internetowej na poziomie ok. 8 proc. r/r od początku roku. Dodatkowo na ten segment wpłynął w pewnym stopniu odpływ budżetów reklamowych z internetu do radia. Było to bardzo widoczne w trzecim kwartale 2017 r., kiedy segment reklamy radiowej wzrósł nieoczekiwanie o 6,5 proc. r/r, przy braku większych zmian w pierwszych dwóch kwartałach 2017 r.

Analitycy Haitong Bank oczekują, że tempo wzrostu rynku reklamowego przyspieszy do ok. 4 proc. z oczekiwanych 1,5 proc. w 2017 r., co stanie się za sprawą dwóch elementów. Po pierwsze oczekują, że telewizje podwyższą ceny reklam o przynajmniej 5 proc. Po drugie, polskie portale internetowe zdały sobie sprawę ze znaczenia widoczności reklam i pracują obecnie nad poprawą tego wskaźnika i utworzeniem wspólnego standardu widoczności reklam. Analitycy spodziewają się również powrotu niektórych internetowych budżetów reklamowych do tradycyjnych kanałów wyświetlania. Dobra sytuacja makroekonomiczna i wzrost wydatków reklamowych związany z wyborami samorządowymi w tym roku także powinny mieć pozytywny wpływ na szeroko pojęty rynek reklamowy. Szczególną rolę odegra segment reklamy zewnętrznej, który zazwyczaj jest największym beneficjentem wszelkich kampanii politycznych.

Wspólny standard widoczności dla reklam internetowych

Niska widoczność reklam to obecnie problem rynku reklamy internetowej, szczególnie w kontekście wyświetlania. Według danych Gemius średnia rynkowa widoczność reklam w Polsce wynosiła we wrześniu 2017 r. 51 proc., wobec 76 proc. dla Facebooka. Znacznie niższy wskaźnik widoczności reklam niż na Facebooku to jeden z powodów konsekwentnego przerzucania internetowych budżetów reklamowych do Facebooka. Inna przyczyna to rosnąca popularność społecznościowych i mobilnych kanałów reklamowych.

– Dostrzegając ten problem polscy gracze internetowi starają się obecnie podwyższyć wskaźnik widoczności reklam, a cała polska branża internetowa pracuje nad wprowadzeniem wspólnego standardu ich widoczności. To pozwoliłoby reklamodawcom skuteczniej oceniać efektywność reklamy internetowej, szczególnie jeżeli chodzi o ich wyświetlanie. – mówi Konrad Księżopolski. Według firmy Meetrics średnia widoczność reklam w Polsce w trzecim kwartale 2017 r. wynosiła 55 proc. wobec 57 proc. w drugim kwartale 2017 r. i była zbliżona do średniej europejskiej.

Słabe wyniki MUX8

MUX8 to ostatni tak zwany multipleks w Cyfrowej Telewizji Naziemnej (DTT). W listopadzie 2015 r. koncesję na nadawanie zdobyły cztery kanały: ZoomTV, NowaTV, Metro i WP TV, a rozpoczęcie nadawania miało miejsce pod koniec 2016 r. Według prezentacji Kino Polska (właściciel obecnego na MUX8 kanału ZoomTV) za trzeci kwartał 2017 r., Emitel miał zapewnić pokrycie swoim zasięgiem 95 proc. gospodarstw domowych, co pozwoliłoby przyciągnąć na tyle dużą publiczność, by projekt mógł wyjść na zero. Niemal w rok po uruchomieniu kanałów MUX8 techniczny zasięg multipleksu wynosi 45 proc., podczas gdy oglądalność kanałów MUX8 wynosi ok. 0,3 proc. Jest to znacząco niżej niż oglądalność kanałów obecnych na innych MUX-ach, w przypadku których waha się ona między 0,8 proc. a 1 proc.

Jak zaznacza Konrad Księżopolski, jednym z głównych problemów, z których wynika tak niski zasięg techniczny MUX8 jest inna technologia nadawania (VHF wobec UHF dla wszystkich innych MUX-ów). By odebrać sygnał MUX8, klient musi kupić i zainstalować nowy modem i antenę VHF TV. Co więcej, z powodu braku ogólnokrajowej kampanii informacyjnej świadomość istnienia MUX8 wśród Polaków jest bardzo niska. Według analizy agencji mediowej MEC z września 2017 r. i wynosi ona 36 proc.

Obecnie wszystkie kanały MUX8 prowadzą negocjacje z Emitelem w tej sprawie, domagając się uwzględnienia niższej niż pierwotnie zakładano dostępności sygnału telewizyjnego w opłatach dla Emitela. Według Kino Polska  2018 r. będzie rokiem przełomowym, ponieważ wszyscy nadawcy obecni na MUX8 planują przeprowadzić kampanię informacyjną dotyczącą multipleksu, a TVP ma wejść na MUX8 ze swoimi kanałami. Nie brakuje też oczekiwań, że Emitel w jakiś sposób uwzględni niski zasięg w opłatach za nadawanie płaconych przez kanały MUX8.

Kina na ścieżce wzrostowej, ale wyzwań nie brakuje

Poprawa wskaźników makroekonomicznych (np. niskie bezrobocie, wzrost płac) wpływa pozytywnie na wzrost frekwencji w polskich kinach. Wygląda na to, że 2017 r. będzie czwartym rokiem z rzędu, w którym rynek krajowy zanotuje rekord pod tym względem. Haitong Bank szacuje, że w minionym roku sprzedano ok. 56 mln biletów, co oznacza wzrost o 8 proc. r/r i ok. 1,5 biletu per capita. To znacząco więcej niż cztery lata temu, kiedy frekwencja wynosiła ok. 1-1,1 per capita, ale wciąż poniżej średniej Europy Zachodniej, która wynosi 2.

Na koniec trzeciego kwartału 2017 r. Helios miał 43 kina z 237 ekranami, stając się tym samym największą siecią kin w Polsce. W 2018 r. Agora planuje otworzyć multipleksy w czterech miastach: Warszawie (centrum handlowe Blue City), Pabianicach, Gdańsku i Katowicach. Analitycy Haitong Bank uważają, że sukcesem może się okazać przede wszystkim multipleks w Blue City. Ta lokalizacja w zachodniej części Warszawy przy drodze wylotowej na stosunkowo zamożne przedmieścia może wygenerować satysfakcjonujący ruch. Ponadto Helios planuje dalej rozwijać swoją sieć kinową i już podpisał kontrakt na otwarcie kin w Zabrzu w 2020 r. i w Piasecznie w roku 2021.

Zdaniem Konrada Księżopolskiego ten rok wykaże jednak niewielką negatywną dynamikę – oczekuje on spadku o 5 proc. w przypadku całego rynku kinowego i o 3 proc. dla sieci Helios. Wynika to głównie z wprowadzenia zakazu handlu w niedzielę oraz oczekiwania analityków, że Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej ograniczą zainteresowanie ludzi kinem.

– Zakaz handlu w niedzielę stanowi zagrożenie dla branży kinowej, ponieważ większość kin jest zlokalizowanych w centrach handlowych. Ważne pytanie brzmi, ilu niedzielnych widzów idzie do kina celowo, a ilu spontanicznie, przy okazji zakupów w centrum handlowym. Patrząc pozytywnie można się zastanowić, ilu ludzi nie mając alternatywy w postaci niedzielnych zakupów zdecyduje się zabrać rodzinę do kina – mówi Konrad Księżopolski. – Konsekwencje zakazu niedzielnego handlu stanowią wielką niewiadomą dla branży, ale wolę przyjąć bardziej zachowawcze stanowisko i oczekiwać lekko negatywnego wpływu na frekwencję w kinach – dodaje.

Jak państwowa dotacja dla telewizji publicznej wpłynie na rynek mediów?

Na początku listopada 2017 r. polski rząd zaaprobował dotację wynoszącą 980 mln złotych z budżetu państwa dla mediów publicznych (telewizji i radia). O podziale dotacji zdecyduje Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji (KRRiT). Przyjmując jednak zeszłoroczną formułę, analitycy wskazują, że publiczna telewizja powinna dostać 496 mln złotych, publiczne radio 252 mln, a regionalne rozgłośnie publiczne 232 mln. Oprócz dotacji z budżetu państwa publiczna telewizja w 2016 r. otrzymała już 300 mln złotych pożyczki od Banku Gospodarstwa Krajowego oraz w lipcu 2017 r. 800 mln złotych pożyczki z budżetu państwa. Jacek Kurski, prezes TVP, w tym roku planuje wydać ok. 20 mln złotych na nowe studio TVP Info oraz ok. 153 mln złotych na rozwój regionalnych ośrodków TVP. Ponadto TVP planuje do 2020 r. wybudować przy ulicy Woroniczej kolejny budynek, przeznaczony na nowe kanały i stacje newsowe.

Co ważne, publiczna telewizja nie uruchomiła jeszcze żadnych kanałów na MUX8, na którym zarezerwowała trzy kanały SD. To ostatni nadawca telewizyjny, który jeszcze tego nie zrobił. Według Jacka Kurskiego, TVP Sport HD może zacząć nadawanie na MUX8 w połowie 2018 r.

Pomimo faktu, że media publiczne, w szczególności TVP, otrzymały ostatnio poważny zastrzyk finansowy, analitycy Haitong Bank nie oczekują, by znacząco zmieniło to obecny podział widowni telewizyjnej. Wynika to z faktu, że większość dotacji zostanie przeznaczona na rozwój aktywów trwałych, a nie na atrakcyjny kontent telewizyjny, dzięki któremu TVP mogłaby odzyskać część udziału w rynku. Oprócz tego, jeżeli TVP zdecyduje się zwiększyć produkcję, to zdaniem analityków skupi się raczej na wypełnianiu misji poprzez produkowanie programów patriotycznych zgodnych z misją telewizji publicznej, a co za tym idzie mniej atrakcyjnych komercyjnie. Ściągalność abonamentu w Polsce utrzymuje się na bardzo niskim poziomie i w 2016 r. płaciło go 1,12 mln gospodarstw domowych na 3,2 mln zobowiązanych do tego. Łączne wpływy z tego tytułu wyniosły 750 mln złotych.

Zdaniem Konrada Księżopolskiego media publiczne będą nadal finansowane z budżetu państwa, a nie z opłaty medialnej, która jest dyskutowana od wielu lat przez obecny i poprzedni rząd i która spotkała się z negatywną reakcją opinii publicznej. Udowadnia to ostateczna decyzja polskiego rządu, by finansować publiczne media z budżetu państwa. Jest to możliwe, m.in. dzięki wysokiemu tempu wzrostu PKB oraz poprawie ściągalności podatków.

Języki obce przepustką do wyższej pensji w centrach BPO/SSC. W cenie języki skandynawskie i niemiecki

W 2018 roku specjaliści i menedżerowie będą mogli przebierać w ofertach pracy z sektora nowoczesnych usług dla biznesu i liczyć na wyższe wynagrodzenia. Z badań Antal wynika, że aż 87% centrów SSC/BPO planuje utworzenie nowych miejsc pracy, a wzrost płac, który w 2017 roku wyniósł 15%, ma utrzymać się także w tym roku. Eksperci Antal zwracają uwagę, że największy wpływ na wysokość wynagrodzenia ma znajomość języków obcych. Im bardziej niszowe, tym kandydat zarobi więcej. Na przykład specjalista znający jeden z języków skandynawskich może liczyć na bonus do 2 tys. zł brutto.

Pracodawcy z sektora SSC/BPO ze względu na dużą konkurencję na rynku pracy od lat są liderami w obszarze kreowania konkurencyjnej polityki płacowej. Dynamika rynku w postaci rosnącej liczby ofert pracy zarówno ze strony wchodzących na polski rynek centrów, jak i już obecnych pracodawców powoduje, że mamy do czynienia z silnym rynkiem pracownika. Kandydaci otrzymują nawet kilka ofert miesięcznie, a pracodawcy, żeby ich zatrzymać, oferują bardzo dobre warunki socjalne oraz podnoszą wynagrodzenia. Szczególnie ma to miejsce w momencie, kiedy pracownik otrzymuje inną ofertę pracy i planuje złożyć wypowiedzenie. Wówczas pracodawcy wychodzą z kontrofertą, aby uniknąć wzrostu rotacji. Intensywny rozwój sektora powoduje, że strata pracownika nawet z poziomu specjalisty bywa  dotkliwa, a szybkie pozyskanie nowego pracownika jest dużym wyzwaniem – mówi Daria Stefańska, Business Unit Manager, Antal SSC/BPO.

Średnie wynagrodzenie oferowane specjalistom i menedżerom w centrach SSC/BPO w 2017 roku wyniosło 6396 zł brutto miesięcznie i wzrosło aż o 15% w porównaniu do ubiegłego roku. Był to jeden z najwyższych wzrostów płac spośród analizowanych branż w „Raporcie Płacowym Antal 2017”. Co więcej, eksperci Antal zwracają uwagę, że wynagrodzenia rosną proporcjonalnie do popytu na specjalistów i menedżerów w sektorze SSC/BPO. A ten w ciągu najbliższych 12 miesięcy będzie jeszcze wyższy, gdyż jak wynika z raportu „Plany inwestycyjne firm 2017” aż 87% firm z sektora usług wspólnych i outsourcingu planuje utworzenie nowych miejsc pracy.

Język obcy gwarantem wyższej pensji, ale nie angielski

W przypadku sektora SSC/BPO najważniejszym wymogiem jest znajomość języków obcych. Standard to angielski (przynajmniej na poziomie B2), który właściwie we wszystkich firmach jest językiem korporacyjnym. Co za tym idzie – jego znajomość nie daje gwarancji wyższych zarobków. W minionym roku najczęściej poszukiwaną kompetencją przez większość pracodawców z sektora SSC/BPO był język niemiecki. Równie często pracodawcy poszukają kandydatów ze znajomością francuskiego oraz włoskiego. Specjaliści i menedżerowie władający tymi językami mogą liczyć na dodatkowy bonus do swojej pensji w wysokości nawet 1000 zł brutto. Wyższy dodatek finansowy otrzymają kandydaci
z językiem holenderskim – do 1200 zł brutto. Najbardziej w cenie są pracownicy znający jeden z języków skandynawskich – oni mogą liczyć na dodatek w wysokości max. 2000 zł brutto, niezależnie od stanowiska.

Doświadczenie ma znaczenie

W związku z tym, że do Polski migrują coraz bardziej zaawansowane procesy, w centrach SSC/BPO jest większy popyt na doświadczonych pracowników. Idealny kandydat z poziomu specjalisty powinien mieć min. 2-3 letnie doświadczenie w danym obszarze. Im szersza wiedza o danym procesie, tym wyższe kwalifikacje kandydata i poziom oferowanego wynagrodzenia. Istotne znaczenie mają też znajomość regulacji prawnych, doświadczenie w migracjach procesów, znajomość oprogramowania (SAP, ERP, workday) oraz posiadane międzynarodowe certyfikaty z różnych obszarów.

Wielu pracodawców zwraca również uwagę na wielkość organizacji, w której kandydat zdobył doświadczenie. Ma to znaczenie pod kątem zakresu odpowiedzialności na danym stanowisku.  W większości dużych firm zatrudniających kilkaset lub kilka tysięcy osób, procesy są bardzo wąskie. Natomiast kandydaci pracujący w mniejszych firmach częściej odpowiadają za całość (end–to-end) i dzięki posiadają szerszą perspektywę procesów biznesowych, co jest pożądane przez pracodawców.

Coraz więcej miast przyciąga centra SSC/BPO

Z regionalnej analizy wynagrodzeń w sektorze SSC/BPO wynika, że różnice w poszczególnych lokalizacjach wyraźnie się zmniejszyły. Wciąż największa konkurencja pracodawców widoczna jest w Krakowie, gdzie funkcjonuje najwięcej centrów usług wspólnych oraz z sektora BPO. W stolicy Małopolski najwięcej jest również zaawansowanych procesów biznesowych z obszaru księgowości, bankowości, procesów HR czy zakupowych. Jednak pozostałe duże miasta coraz skuteczniej ściągają nowych inwestorów, którzy kuszą pracowników właśnie poziomem wynagrodzeń, które z roku na rok rosną.

Na rozdrożu

Inwestorzy z Japonii powrócili po świątecznej przerwie i widać, że są bardziej skłonni do sprzedaży dolara, tym samym stopując środowe odreagowanie z powodu krótkoterminowej realizacji zysków. To zatrzymało korektę EUR/USD przed 1,20, ale też zbiło USD/JPY spod 112,75 pomimo imponującej sesji na tokijskiej giełdzie (Nikkei 225 +3,3 proc.). Inwestorzy z Europy i USA stoją teraz na rozdrożu i mogą poczekać na sygnały z danych makro – ADP dziś i NFP jutro.

Tło makroekonomiczne wokół dolara pozostaje pozytywne, więc próżno tu szukać powodów, by pogrążać walutę. W środę ISM dla przemysłu wypadł powyżej prognoz i tylko potwierdził, że ożywienie na koniec 2017 r. podtrzymało solidne tempo. Dolar niewiele zareagował, wszak poprawa koniunktury jest teraz znakiem dla całej gospodarki globalnej. Wall Street jednak poprawiło swoje szczyty, więc przynajmniej na niektórych płaszczyznach inwestorzy doceniają dane. Niewiele zmienił też protokół z grudniowego posiedzenia FOMC. Dużo dyskusji o inflacji, wpływie ustawy podatkowej i krzywej rentowności, ale ogólny przekaz nie był zaskakujący – Fed jest konstruktywny w odniesieniu do stanu gospodarki i nie daje rynkowi podstaw, by wątpić w prognozę trzech podwyżek stóp procentowych w tym roku. Ale tak, jak w przypadku ISM, nie dowiedzieliśmy się niczego, czego już nie słyszeliśmy.

Zatem rynek jest w punkcie wyjścia, gdzie premiuje EUR za wzrost gospodarczy i oczekiwania na szybszy zwrot w polityce ECB. Rośnie apetyt na ryzyko i ceny surowców, więc AUD, NZD i NOK mają się dobrze. Dane z USA wspierają wzrost rentowności obligacji skarbowych USA, więc to daje poduszkę bezpieczeństwa dla USD, choć tylko względem JPY i CHF. Generalnie rynek chciałby dołożyć pozycji na wzrosty EUR/USD, ale jest ostrożny przed jutrzejszym raportem z rynku pracy USA. I to nie tak, że raport może całkowicie pogrzebać nadziej na zwyżki, ale wczorajsza korekta na korzyść dolara pokazuje, że rynek poluje na lepsze poziomy wejścia (ok. 1,1950). W efekcie przed nami możliwy okres konsolidacji aż do jutrzejszego NFP, może z przejściowym wzrostem zmienności przy publikacji raportu ADP. Pamiętać jednak należy, że APD raportuje tylko o zmianie zatrudnienia w sektorze prywatnym, a obecnie interpretacja sytuacji na rynku pracy opiera się przede wszystkim o wysokość dynamiki wynagrodzeń.

Wczoraj złoty zignorował silniejszy od oczekiwać spadek CPI do 2 proc. r/r i EUR/PLN zjechał pod 4,15. Bez wątpienia ogólny sentyment rynkowy i apetyt na ryzyko umacniają złotego, ale osobiście w dalszym ciągu nie czuję się przekonany, że mamy do czynienia z otwarciem nowego rozdziału na lokalnym rynku walutowym. Jak pisałem wczoraj, jutro (przy odczycie NFP) łatwo może być o zburzenie sielanki na aktywach emerging markets. Do tego czasu wolę pozostać ostrożnym.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Dolar odrabia straty

Opublikowany w środę protokół z grudniowego posiedzenia Federalnego Komitetu Otwartego Rynku ukazał podział decydentów monetarnych na dwie grupy w sprawie planowanych trzech podwyżek stóp procentowych w USA w 2018 r. Jedna z grup uważa, że tempo podwyżek może być zbyt agresywne, a druga – że zbyt wolne. Z kolei analitycy rynkowi sądzą, że do pierwszej podwyżki stóp dojdzie w marcu. W efekcie dolar przerwał 5-dniowe spadki wartości i zaczął piąć się w górę wobec większości swoich rywali. Amerykańską walutę wsparły także lepsze od oczekiwań dane makro dotyczące przemysłu i inwestycji budowlanych.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar traci do dolara australijskiego (-0,39%), a zyskuje do euro (+0,14%), brytyjskiego funta (+0,58%), dolara kanadyjskiego (+0,07%) oraz japońskiego jena (+0,2%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,203, GBP/USD – 1,352, USD/CAD – 1,253, AUD/USD – 0,784 i USD/JPY – 112,6. Euro jest silniejsze wobec japońskiego jena (+0,08%) i kurs EUR/JPY wynosi 135,4, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,89. Złotówka kolejny dzień umacnia się do głównych walut światowych. W czwartek rano dolar kosztuje 3,45 zł, euro – 4,15 zł, funt – 4,66 zł, a frank szwajcarski – 3,53 zł.

Giełdy: Poza Europą na światowych giełdach zdecydowana przewaga koloru zielonego. W środę w Europie londyński indeks FTSE 100 wzrósł o 0,3%, frankfurcki indeks DAX – o 0,83%, a paryski indeks CAC 40 – o 0,81%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 zyskał 0,64%, meksykański indeks Bolsa spadł o 0,5%, a brazylijski indeks Bovespa podniósł się o 0,13%. W czwartek w Azji tokijski indeks Nikkei wzrósł aż o 3,26%, indeks Shanghai Composite – o 0,49%, a hongkoński indeks Hang Seng – o 0,52%.

Ropa i złoto: Ceny ropy naftowej odrabiają wcześniejsze spadki. W środę na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 67,84 USD (+1,87%), a ropy WTI – 61,36 USD (+2,04%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca wzrosła o 1 USD do 70 USD. Z kolei ceny złota po wcześniejszych wzrostach nieco spadły. W czwartek rano uncję metalu rynek wycenia na 1309 USD. To 3 USD mniej (-0,23%) niż dobę wcześniej.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 1:30 – Japonia – Indeks PMI dla przemysłu, grudzień – 54 pkt. (prognoza 54,1 pkt.)
  • 2:45 – Chiny – Indeks PMI dla usług, grudzień – 53,9 pkt.
  • 9:55 – Niemcy – Indeks PMI dla usług, grudzień (prognoza 55,8 pkt.)
  • 10:00 – Strefa euro – Indeks PMI dla usług, grudzień (prognoza 56,5 pkt.)
  • 10:30 – Wielka Brytania, Indeks PMI dla usług, grudzień (prognoza 53,8 pkt.)
  • 10:30 – Wielka Brytania – Podaż pieniądza M4 (m/m), listopad (prognoza 0,4%)
  • 13:30 – USA – Raport Challengera, grudzień
  • 14:15 – USA – Raport ADP, grudzień (prognoza 190 tys.)
  • 15:45 – USA – Indeks PMI dla usług, grudzień (prognoza 52,4 pkt.)
  • 19:30 – USA – Wystąpienie szefa Fed z St. Louis

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Powstaje coraz więcej platform do prototypowania urządzeń internetu rzeczy. Dzięki nim można symulować działanie urządzeń zanim powstaną

Powstaje coraz więcej platform do prototypowania urządzeń internetu rzeczy. Dzięki nim można symulować działanie urządzeń zanim powstaną 7

Nowe technologie są już wykorzystywane niemal w każdej branży i dziedzinie życia. Przy odpowiednich zasobach wdrażanie nowoczesnych rozwiązań można przeprowadzić samodzielnie, ale można też skorzystać z pomocy specjalistycznych firm. Razem z klientami prototypują one rozwiązania w obszarze internetu rzeczy (IoT) i dopasowują technologię do realizacji biznesowych założeń. Rynek Internet of Things do 2020 roku będzie wart 1,5 bln zł. To na jego rozwiązaniach budowane są strategie rozwoju firm, które w ten sposób prześcigają konkurencję.

– Prototypowanie to usługa skierowana do szeroko pojętego biznesu. Polega to na świadczeniu usług deweloperskich związanych z tworzeniem nowych, unikalnych, bardzo innowacyjnych rozwiązań. Nastawiamy się na to, że chcemy przygotować koncepcję, ale też prezentację i zasymulować pierwsze działanie urządzeń, systemów, rozwiązań, których jeszcze nikt nie próbował wdrożyć – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Rafał Rudnicki z firmy Cybercom Poland.

Z ubiegłorocznego badania Deloitte Digital („Digital Transformation 2016”) wynika, że polskie firmy obawiają się cyfrowej transformacji, ale rozumieją, że nie ma od niej odwrotu. Cyfryzację postrzegają jako czynnik, który zadecyduje o ich przewadze konkurencyjnej i utrzymaniu się na rynku. Przedsiębiorstwa, które wdrożą odpowiednią strategię, mogą wyprzedzić konkurencję i umocnić swoją rynkową pozycję. Dlatego coraz więcej firm stawia na innowacje, opracowuje koncepcję nowoczesnych technologii, które usprawnią pracę. Nie zawsze jednak są w stanie same opracować prototyp nowego urządzenia.

Pod koniec 2016 roku polska firma Comarch otworzyła IoT Lab, w którym świadczy nie tylko usługi opracowywania koncepcji i prototypowania urządzeń Internetu Rzeczy, lecz także ich produkcji. Pomysł na zbudowanie urządzenia IoT można także zrealizować przy pomocy polskiego oddziału Cybercom.

– Firma ma pomysł na unowocześnienie swojego produktu, na podłączenie tego produktu do internetu, na zbieranie i generowanie danych z takiego elementu, natomiast brakuje jej doświadczenia, odpowiedniej wiedzy, więc trudno podjąć jej samodzielnie tego typu wyzwanie. Może wówczas przekazać swój pomysł na rozwiązanie i produkt, a my pozwolimy zrealizować ten pomysł – tłumaczy Rafał Rudnicki.

Urządzenia internetu rzeczy można także opracowywać we własnym zakresie. Umożliwiają to specjalne zestawy płytek deweloperskich, które można dowolnie zaprogramować. Przykładem tego typu rozwiązań są płytki szwajcarskiej firmy u-blox, które stanowią kompleksowe zestawy startowe do prototypowania urządzeń IoT m.in. z łącznością komórkową czy odbiornikiem GPS. W zeszłym roku na rynku pojawiła się platforma Hexiwear, zaprojektowana z myślą o prototypowaniu urządzeń IoT. Wyposażona jest w sześć czujników oraz kolorowy wyświetlacz OLED.

Większość firm ma świadomość roli działalności badawczo-rozwojowej. Jednak jak wynika z badania Deloitte „Poland Corporate R&D Report 2016” polskie firmy na R&D przeznaczają tylko 3 proc. swoich dochodów. Status Centrum Badawczo-Rozwojowego, dzięki któremu łatwiej jest o pozyskanie dofinansowań z różnego rodzaju funduszy, ma w Polsce jedynie 40 podmiotów.

Bardzo często pomysły, które się pojawiają, to unikalne wartości naszych klientów, którzy oczekują od nas, że będą mieli pełną kontrolę nad tym, co powstanie. Można powiedzieć, że jesteśmy R&D do wynajęcia – podsumowuje Rafał Rudnicki.

Polski superkomputer pomaga naukowcom w badaniach. Po obliczenia wykonywane przez superkomputery coraz częściej sięga biznes

Polski superkomputer pomaga naukowcom w badaniach. Po obliczenia wykonywane przez superkomputery coraz częściej sięga biznes 8

Superkomputery znajdują zastosowanie nie tylko w nauce, lecz także coraz częściej wykorzystywane są również w biznesie. Jedna z takich maszyn znajduje się w Krakowie. Prometeusz to najszybszy superkomputer w Polsce. Z jego ogromnej mocy obliczeniowej nieodpłatnie korzystają polscy naukowcy, dzięki czemu w badaniach mogą konkurować ze swoimi zagranicznymi kolegami. Ale korzyści z zastosowania tego typu maszyn zaczyna dostrzegać także przemysł.

– Prometeusz to maszyna do obliczeń dużej skali. Nasza jednostka przeznaczona jest dla szeroko pojętego świata nauki w Polsce, dostarczamy moc obliczeniową nieodpłatnie naszym naukowcom po to, aby mogli prowadzić swoje obliczenia i konkurować ze swoimi kolegami z całego świata – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Łukasz Flis z Akademickiego Centrum Komputerowego Cyfronet AGH w Krakowie.

Krakowski superkomputer wykorzystywany jest w różnych projektach międzynarodowych, takich jak Wielki Zderzacz Hadronów prowadzony razem z CERN. Współpracuje także przy projektach astrofizycznych, m.in. LIGO-Virgo, które pozwalają na obserwację nieba i obiektów astronomicznych. Zagadnienie wykrywania fal grawitacyjnych zostało w tym roku nagrodzone nagrodą Nobla.

Moc superkomputera pozostaje również aktywnie wykorzystywana w dziedzinie bioinformatyki i medycyny do poszukiwania nowych leków, analiz DNA  oraz przetwarzania obrazów medycznych, wspomagając diagnostykę szpitalną. Duża część badań to poszukiwanie innowacyjnych materiałów, prowadzenie eksperymentów chemicznych in-silico oraz wszelkiego rodzaju analizy mechaniczne i aerodynamiczne.

– Można powiedzieć, że to maszyna badawcza ogólnego zastosowania, dzięki temu, że zawiera procesory konwencjonalne, podobne do tych, które mamy w laptopach, tylko w większej ilości, oraz akceleratory dedykowane, tzw. GPGPU. Ponadto może wykonywać obliczenia strumieniowe, przetwarzanie ogromnych zbiorów danych Big Data oraz wspomagać np. ostatnio modny deep learning, znacząco przyspieszając procesy uczenia sieci neuronowych –twierdzi przedstawiciel Cyfronet AGH.

Superkomputer Prometeusz to zespół ponad dwóch tysięcy mniejszych, niezależnych komputerów, które zintegrowane są dedykowaną, bardzo szybką siecią komunikacyjną. Dzięki temu wspólnie mogą wykonywać obliczenia i przetwarzać dane przy użyciu algorytmów równoległych. Całość wsparta jest magazynem danych o pojemności 10 Petabajtów (1 PB = 1 mln GB) z prędkością dostępu 180 gigabajtów na sekundę. Łącznie ma ponad pięćdziesiąt tysięcy rdzeni obliczeniowych o łącznej mocy 2.4 Petaflopsa i niemal 300 TB pamięci RAM.

Coraz częściej po rozwiązania superkomputerowe sięga także przemysł, co pozwala m.in. na oszczędności przy produkcji. Na przykład w branży motoryzacyjnej, aby uniknąć wysokich kosztów prototypowania i testów zderzeniowych, korzysta się z symulacji komputerowych, które już na początku pozwalają odrzucić najgorsze rozwiązania.

– Im bogatszy kraj, tym więcej takich komputerów ma, po to aby wspierać zarówno naukę, jak i przemysł. Bo trzeba powiedzieć, że coraz częściej nasz przemysł sięga po rozwiązania superkomputerowe po to, aby oszczędzać np. na kosztach produkcji – zauważa ekspert.

Co pół roku serwis TOP500.org publikuje ranking 500 najszybszych superkomputerów na świecie. W pięćdziesiątym zestawieniu z listopada tego roku pierwsze miejsce zajął chiński Sunway TaihuLight, już po raz czwarty na pozycji lidera, z mocą 93 petaflopsów. Druga lokata należy również do chińskiej maszyny Tianhe-2 (niecałe 34 petaflopsy), natomiast na trzecim miejscu znalazł się szwajcarski Piz Daint (blisko 20 petaflopsów).

Chiny wygrywają superkomputerowy wyścig zbrojeń, dysponując 202 maszynami z rankingu 500. Na drugim miejscu są Stany Zjednoczone (143), a na kolejnych pozycjach: Japonia (35), Niemcy (20), Francja (18) i Wielka Brytania (15). Chiny przodują również pod względem łącznej wydajności maszyn, w sumie mając 35,4 proc. udziału w mocy superkomputerów z listy TOP500.

W rankingu nie zabrakło także polskich maszyn. W pierwszej setce znalazł się wspomniany już Prometeusz, który zajął 77. miejsce (1,67 petaflopsów). Na 172. pozycji jest poznański EAGLE, a cztery miejsca dalej – gdański Tryton. 223. miejsce zajął OKEANOS z Warszawy, a 384. – BEM z Wrocławia.

– Nasz kraj wypada całkiem nieźle pod względem liczby dużych komputerów, które w ramach projektu PL-Grid udało się zorganizować w jeden ekosystem, łatwo dostępny dla użytkownika. To mocne maszyny i nie mamy się czego wstydzić jako kraj – zauważa Łukasz Flis.

Nowe technologie upowszechniają się w edukacji. Powstała pierwsza szkoła z programem nauczania w całości opartym na grywalizacji

Nowe technologie upowszechniają się w edukacji. Powstała pierwsza szkoła z programem nauczania w całości opartym na grywalizacji 9

Rośnie rynek nowych technologii w edukacji. Gry i aplikacje sprawdzają się w procesie nauczania – rozwijają spostrzegawczość, myślenie przestrzenne czy zdolność zapamiętywania, a przy tym pomagają przełamać nudę, zaangażować i zmotywować uczniów. Eksperci podkreślają jednak, że muszą być odpowiednio dobrane pod kątem treści i wieku dziecka. Zwolennikami wykorzystania nowych technologii w edukacji są zarówno rodzice, jak i nauczyciele. W Nowym Jorku powstała pierwsza szkoła podstawowa, której program w całości opiera się na zjawisku grywalizacji.

– Dzieci z zasady wolą spędzić czas z grą niż z podręcznikiem, natomiast ważne jest to, żeby te gry były na odpowiednim poziomie i rzeczywiście były w stanie przekazywać jakąś wiedzę. Udowodniono naukowo, że grywalizacja potrafi świetnie człowieka zmotywować, przyciągnąć do materiału i zaprezentować go w nowy, ciekawy sposób – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Tomasz Mularczyk, prezes studia developerskiego MythicOwl.

Rynek nowych technologii w edukacji dynamicznie się rozwija, a w krajach takich jak Wielka Brytania czy USA korzystanie z urządzeń mobilnych w trakcie nauczania się upowszechnia. W Nowym Jorku działa szkoła podstawowa Q2L (Quest To Learn) dla dzieci w wieku 6–12 lat, której program nauczania w całości opiera się na gamifikacji (grywalizacji) i szeroko wykorzystuje nowe technologie. To jedna z pierwszych takich placówek na świecie.

Jej twórcy twierdzą, że średnia obecność na zajęciach w ich szkole wynosi 94 proc. a zdawalność stanowego egzaminu ELA wynosi 54 proc. wśród uczniów Q2L. Dla porównania w pozostałych nowojorskich placówkach egzamin ten zdaje tylko nieco ponad 30 proc. uczniów.

– Nowe technologie mają bardzo dużo do zaoferowania w zakresie kształcenia, zarówno dzieciom, jak i dorosłym. Badania wskazują, że aplikacje czy gry są w stanie znacząco podnieść efektywność uczenia – przekonuje Tomasz Mularczyk.

Zdecydowana większość rodziców (68 proc.) deklaruje, że ich dzieci korzystają z urządzeń cyfrowych jako pomocy w nauce. Blisko trzy czwarte (73 proc.) uważa też, że internet pomaga dzieciom zdobywać nową wiedzę – wynika z badania zrealizowanego przez Gemius na zlecenie platformy edukacyjnej Squla.pl. Urządzenia cyfrowe jako pomoce naukowe są częściej używane przez starsze dzieci (klasy 4-6) niż te z młodszych klas.

Znaczenie nowych technologii w edukacji doceniają też nauczyciele. 85 proc. z nich uważa, że „w nowoczesnym świecie dzieci powinny korzystać z internetu i urządzeń elektronicznych w procesie uczenia się”. Natomiast 81 proc. zauważyło, że ich uczniowie chętnie korzystają z takich pomocy naukowych.

Ponadto coraz powszechniej używają ich sami nauczyciele. Prawie wszyscy (91 proc.) deklarują korzystanie z urządzeń cyfrowych jako pomocy naukowych w szkole, a 54 proc. używa dedykowanych aplikacji edukacyjnych jako pomocy w nauczaniu.

– Algorytmy takie jak spaced repetition, które wykorzystują właściwości ludzkiej pamięci, są wykorzystywane na przykład do tego, aby bardziej efektywnie zapamiętywać różnego rodzaju informacje,zaczynając od flag państwa, a kończąc na niezwykle specjalistycznych parametrach. Ten algorytm ma już ponad 30 lat, został wykorzystany m.in. w polskim produkcie „Super memo” z lat 80., ale jest dalej rozwijany i stosowany bardzo szeroko – mówi ekspert.

Najmłodsze pokolenia ma technologię we krwi. Zdecydowana większość rodziców, bo aż 82 proc., przyznaje, że ich dzieci korzystają z urządzeń mobilnych. Prawie 100 proc. ośmiolatków jest użytkownikami urządzeń mobilnych, a własne urządzenie ma średnio co czwarte dziecko (24 proc.) – wynika z ubiegłorocznego raportu „SmartKids”, zrealizowanego przez Mobile Institute. Wśród nastolatków powyżej 15 lat praktycznie każdy z nich ma już własnego smartfona.

Autorzy raportu zauważyli jednak, że urządzenia mobilne dostają już nawet 2–3 latki. 15 proc. dzieci zaczyna korzystać ze smartfona lub tabletu przed ukończeniem drugiego roku życia. Do 4 roku życia mobilnych jest już 61 proc. polskich dzieci. Psychologowie przestrzegają jednak, że korzystanie z laptopa, tabletu czy smartfona w zbyt wczesnym wieku negatywnie wpływa na kreatywność, koncentrację i rozwój dziecka.

– Są badania, które wskazują, że dzieci nie powinny mieć zbyt dużej styczności z elektroniką przed 2–3 rokiem życia. Sam byłbym w stanie podnieść tę granicę jeszcze wyżej, biorąc pod uwagę to, że zabawa z plasteliną czy rysowanie znacząco bardziej uczy kreatywności i pozwala dzieciom uzyskiwać wyniki, których twórcy aplikacji nie przewidzieli – uważa Tomasz Mularczyk.

Światowe Forum Ekonomiczne prognozuje, że 65 proc. dzieci, które uczą się w tej chwili w szkołach podstawowych, będzie w przyszłości pracować w zawodach, które dziś jeszcze nie istnieją, w większości powiązanych z IT i nowymi technologiami.

Drony coraz częściej budowane są z materiałów używanych w statkach kosmicznych. Najnowsze technologie trafiają najpierw do dronów wojskowych

Drony coraz częściej budowane są z materiałów używanych w statkach kosmicznych. Najnowsze technologie trafiają najpierw do dronów wojskowych 10

Drony z najprostszą technologią można kupić już za kilkaset złotych. Im bardziej zaawansowane rozwiązania, użyte technologie i materiał do budowy, tym cena rośnie. Bezzałogowe statki dla profesjonalnego zastosowania to już koszt kilkudziesięciu tysięcy złotych. W najnowszych modelach przy budowie korzysta się m.in. ze specjalnych plastików wykorzystywanych przy statkach kosmicznych.  

– Na cenę drona przekłada się bardzo dużo rzeczy, od materiałów, poprzez technologie i oprogramowanie. Stworzenie oprogramowania jest drogie, a jedną z najdroższych rzeczy jest R&D, cała praca zespołu nad opracowywaniem nowej, kolejnej technologii. Zanim wypuścimy drona na rynek, powstają prototypy, prototypy prototypów, to naprawdę trwa i pracuje się zawsze nad minimum dwoma kolejnymi generacjami produktów – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Dominik Wójcik, menedżer ds. sprzedaży w Parrot.

Drony stają się coraz popularniejsze, te o najprostszej technologii są już dostępne za kilkaset złotych. To sprawia, że coraz więcej osób inwestuje w taki sprzęt. Te bardziej zaawansowane technicznie, to już znacznie większy wydatek.

Na cenę dronów duży wpływ mają materiały użyte przy budowie. Nowoczesne drony są lekkie, ale i wytrzymałe. Do ich produkcji coraz częściej wykorzystuje się włókna węglowe lub lekkiego metale. Upadek nie oznacza zniszczenia, ewentualnie wymianę części, a same drony latają dłużej i na coraz większych dystansach, mają też większą wytrzymałość na ekstremalne temperatury.

– Do produkcji dronów używany jest carbon, grilamid, specjalne plastiki, których używa się też w technologiach statków kosmicznych. To wszystko musi być lekkie, bardzo elastyczne, są w dronie elementy, które muszą być sztywne, np. krzyżak, ale też inne elementy, które odpowiadają za oddawanie energii w momencie uderzenia tak, żeby dron się nie rozpadł. Dron musi mieć możliwość pracy po wymianie uszkodzonych elementów – tłumaczy Dominik Wójcik.

Sam układ sterowania lotem jest niezwykle skomplikowany. Urządzenie musi być wyposażone w mocny procesor, wysokiej jakości silniki oraz kontrolery. Na pokładzie drona jest wiele czujników i sensorów, dzięki którym maszyna rozpoznaje, w którym miejscu się znajduje, na jakiej jest wysokości, jaka jest prędkość wiatru i z której strony wieje.

– Nawet najmniejsze uszkodzenie wirnika, który powinno się sprawdzać przed każdym lotem, wprowadza potrzebę korekcji pracy każdego z silników oddzielnie. To bardzo zaawansowane algorytmy oprogramowania – tłumaczy Dominik Wójcik.

Na pokładzie nowoczesnego drona znajduje się także moduł GPS. Pozwala on lokalizować urządzenie, wezwać je, a także umożliwia włączenie trybu automatycznego Follow Me, w którym dron sam podąża za właścicielem. Drony wyposażone w taką technologię łączą się ze smartfonem, śledzą jego położenie i tym samym położenie użytkownika.

– Jest oprogramowanie do rozpoznawania obiektów dla trybu follow me, czyli dla śledzenia obiektu, który dron widzi. Można wcześniej zaprogramować lot drona, wypuszczając go na misję półautomatyczną. W trakcie lotu możemy go w każdej chwili przemieścić, natomiast on leci autonomicznie. To technologie zaawansowane, których wdrożenie wymaga dużych środków – podkreśla ekspert.

Możliwości dronów wykorzystuje szeroko rozumiany przemysł, a także wojsko. Bezzałogowe statki latające mogą mieć duże znaczenie dla obronności. Raport przygotowany na potrzeby Bundestagu, dotyczący przyszłości pola walki w 2026 roku, wskazuje, że nowoczesne drony, należące do kategorii tzw. amunicji krążącej, mogą mieć kluczowe znaczenie.

Drony do celów wojskowych wyposażone są w technologię niedostępną w innych tego typu sprzętach. Takie rozwiązania wdrażają największe światowe gospodarki, umowę na dostarczenie takich maszyn podpisało też polskie wojsko.

– Przy dronie wojskowym rozmawiamy o zupełnie innych pieniądzach, zupełnie innych technologiach, tam testowane są te najnowsze rzeczy. Dopiero później te technologie przechodzą do zwykłych, konsumenckich zastosowań, kiedy te rozwiązania są na tyle tanie, że można je wprowadzić na rynek masowy – mówi Dominik Wójcik.

Instytut Mikromakro szacuje wartość polskiego rynku dronów w 2017 roku na nieco ponad 250 mln zł, co oznacza 25 proc. wzrost rok do roku. PwC ocenia potencjał światowego rynku zastosowań dronów w biznesie na ponad 127 mld dol.

Coraz więcej Białorusinów przyjeżdża do pracy w Polsce. Mają wyższe wymagania finansowe niż Ukraińcy

Coraz więcej Białorusinów przyjeżdża do pracy w Polsce. Mają wyższe wymagania finansowe niż Ukraińcy 11

Obok Ukraińców, którzy są najliczniejszą grupą imigrantów zarobkowych, do Polski coraz chętniej przyjeżdżają obywatele Białorusi. W pierwszym półroczu 2017 pracodawcy złożyli 24 tys. oświadczeń o zamiarze powierzenia im pracy. Chociaż Białorusinów zatrudnia obecnie raptem 4 proc. polskich przedsiębiorstw, to zainteresowanie wśród firm rośnie. Dla pracodawców problemem mogą się okazać jednak ich wymagania finansowe, znacząco wyższe niż w przypadku obywateli Ukrainy.

– W pierwszym półroczu 2017 roku zostało wydanych 24 tys. oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy obywatelom Białorusi. Jest to trzykrotny wzrost rok do roku. Oczywiście nie da się tego porównać ze skalą imigracji Ukraińców, których jest już ponad milion. Widać natomiast, że Białorusini również coraz chętniej wybierają Polskę jako miejsce pracy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Monika Banyś z agencji Personnel Service, specjalizującej się w rekrutacji pracowników ze Wschodu.

Jak wynika z danych GUS, w ciągu pół roku – od maja do października 2017 – Białorusini przekroczyli polską granicę 2,2 mln razy. W tym samym czasie Ukraińcy wjeżdżali do Polski 5,5 mln razy. Statystyki pokazują jednak, że liczba przekroczeń granicy przez obywateli Białorusi wzrosła o 20 proc. w ujęciu rocznym, podczas gdy w przypadku Ukraińców – zaledwie o 5 proc. Najwięcej obywateli obu krajów przyjeżdża do Polski w miesiącach letnich, w lipcu i sierpniu, kiedy rośnie zapotrzebowanie na pracowników sezonowych.

– Białorusini mają szansę zwiększyć swój udział w polskim rynku pracy. Zwłaszcza że już w tym momencie co dziesiąte duże przedsiębiorstwo deklaruje, że w załodze znajduje się co najmniej jeden obywatel Białorusi – mówi Monika Banyś.

Jak wynika z październikowego „Barometru Imigracji Zarobkowej”, opracowanego przez Kantar Millward Brown na zlecenie Personnel Service, Białorusinów zatrudnia w tej chwili raptem 4 proc. polskich przedsiębiorstw, głównie w branży usługowej i produkcyjnej. Jednak odsetek ten – w opinii ekspertów – będzie się dalej zwiększać.

Tym bardziej że rosnąca konkurencja i historycznie niskie bezrobocie na polskim rynku pracy powodują, że już blisko co piąta firma planuje rekrutować pracowników ze Wschodu (w gronie dużych przedsiębiorstw ten odsetek jest dużo wyższy i sięga 42 proc.).

– Pracodawcy mogą mieć większy problem z zatrudnianiem Białorusinów z prostego powodu – oni mają trochę wyższe wymagania finansowe niż Ukraińcy. Średnia pensja na Ukrainie wynosi około 960 zł, podczas gdy na Białorusi jest to już 1,4 tys. zł, więc różnica jest znacząca. Spodziewamy się, że jeżeli granice dla Ukraińców zostaną otwarte jeszcze bardziej, w pewnym momencie może się okazać, że zamiast Polski będą oni wybierać inne rynki, np. Niemcy. Wtedy pracodawcy będą musieli sięgać po Białorusinów, którzy również są nam bliscy kulturowo – mówi Monika Banyś.

Od 1 stycznia 2018 roku weszły w życie zmiany dotyczące zatrudniania cudzoziemców. Zostało wprowadzone nowe zezwolenia na pracę sezonową, które umożliwia legalny pobyt i pracę w Polsce przez dziewięć miesięcy w roku, czyli o połowę dłużej niż dotychczas. Dotyczy to wyłącznie prac sezonowych (obejmie m.in. rolnictwo i turystykę). Pracodawca musi zarejestrować oświadczenie o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcowi i wnieść opłatę w wysokości 30 zł. Kolejną zmianą – która obowiązuje od tego roku – jest obowiązek informowania, czy obcokrajowiec, dla którego zostało wydane uproszczone zezwolenie na pracę sezonową, rzeczywiście podjął zatrudnienie.

 Białorusini są chętnie zatrudniani przez polskich pracodawców również dlatego, że podobnie jak Ukraińców, Mołdawian i Ormian obowiązuje ich uproszczona procedura zatrudniania. To wiele ułatwia. Wystarczy, że pracodawca pójdzie do urzędu, zarejestruje tam oświadczenie o zamiarze powierzenia pracy i od tego momentu może już zatrudniać pracownika z Białorusi – mówi Monika Banyś.

ONZ chce lepszej ochrony praw człowieka w starciu z globalnym biznesem. Trwają prace nad traktatem w tej sprawie

ONZ chce lepszej ochrony praw człowieka w starciu z globalnym biznesem. Trwają prace nad traktatem w tej sprawie 12

Organizacja Narodów Zjednoczonych chce, by globalne korporacje brały w swych działaniach pod uwagę aspekt praw człowieka i dąży do wypracowania międzynarodowego traktatu dotyczącego odpowiedzialności tych podmiotów. Traktat miałby stworzyć mechanizmy, które umożliwią dochodzenie swoich roszczeń przez zwykłych obywateli czy lokalne społeczności. Polska jest w tej chwili jednym z państw, które najszybciej  wdrażają ONZ-owskie wytyczne dotyczące praw człowieka w biznesie.

– Polska jest w wąskiej grupie krajów, które przyjęły plan działania na rzecz wdrożenia wytycznych ONZ ws. biznesu i praw człowieka. To standardy, które powinien spełniać biznes w stosunku do swoich pracowników, społeczeństwa, w którym działa, środowiska – aby to, co robi, było zrównoważone pod względem gospodarczym, społecznym i środowiskowym. ONZ zbudowało na tej podstawie katalog zadań, wytycznych, przy czym różnią się one w zależności od wielkości firmy. Poświęcono temu wiele uwagi w relacjach z polskimi przedsiębiorcami i organizacjami – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Grzyb, poseł Parlamentu Europejskiego, członek parlamentarnej podkomisji Praw Człowieka.

„Wytyczne dotyczące biznesu i praw człowieka” zostały przyjęte przez ONZ w 2011 roku. Ten dokument jest jednym z podstawowych narzędzi dotyczących przestrzegania praw człowieka w biznesie i jego oddziaływania na otoczenie. Każde z państw członkowskich ONZ jest zobowiązane do opracowania Krajowego Planu Działania na rzecz wdrażania wytycznych. Polska przyjęła taki dokument w maju tego roku (polski KPD ma obowiązywać do 2020 roku). Wdrożenie wytycznych ONZ ma służyć zwiększeniu ochrony poszczególnych osób i umożliwić im dochodzenie sprawiedliwości w sytuacji, gdy ich prawa zostaną naruszone przez biznes.

Polska jest w czołówce krajów wdrażających wytyczne ONZ ws. biznesu i praw człowieka. Wiele państw w UE, a tym bardziej spoza Europy, ma jednak w tej mierze jeszcze wiele do zrobienia. Znaczenie kwestii biznesu i praw człowieka, tego, ile przedsiębiorstwa mogą zrobić na rzecz wzmocnienia poszanowania praw człowieka na świecie, znajduje uznanie społeczności międzynarodowej – podkreślił Andrzej Grzyb podczas debaty „Interesy ekonomiczne a ochrona praw człowieka” zorganizowanej przez Biuro Informacyjne Parlamentu Europejskiego w Polsce.

Rada Praw Człowieka ONZ powołała międzyrządową otwartą grupę roboczą ds. korporacji transnarodowych i innych przedsiębiorstw w odniesieniu do praw człowieka – grupa robocza odbyła już trzy sesje, a prace mogą się zakończyć wypracowaniem nowego wiążącego prawnie traktatu międzynarodowego. Zdaniem europosła pewnie potrwa to jeszcze długo ze względu na znaczące rozbieżności. Kwestia sporna dotyczy m.in. tego, kogo dotyczyć ma traktat – tylko globalnych korporacji czy również podmiotów o innej formie prawnej.

UE m.in. chce, by potencjalne rozwiązanie prawne dotyczyło nie tylko korporacji międzynarodowych, lecz także przedsiębiorstw o innej formie własności, jak np. firmy państwowe, a różnica w traktowaniu powinna zależeć nie od formy prawnej przedsiębiorstwa, a od skali działalności, bo ta właśnie realnie definiuje, jakie dodatkowe zadania przedsiębiorstwo jest w stanie zrealizować. Niektóre kraje chcą, by skoncentrować się tylko na międzynarodowych korporacjach, wśród których najwięcej jest „kapitału zachodniego”, pomijając równie duże podmioty o innej formie prawnej – mówi europoseł Andrzej Grzyb.

Stąd obawa państw zachodu, że niektóre państwa, gdzie dominuje własność państwowa lub potężne firmy będące w posiadaniu jednej osoby czy rodziny, będą chciały wykorzystać nowy instrument prawny do nieuczciwej konkurencji.

Obecnie obowiązujące „Wytyczne dotyczące biznesu i praw człowieka” ONZ mocno wpłynęły na standardy dotyczące CSR na świecie, w tym m.in. wytyczne OECD dla przedsiębiorstw wielonarodowych, normę ISO 26000 czy definicję CSR przyjętą przez Komisję Europejską (KE definiuje CSR jako odpowiedzialność przedsiębiorstw za ich wpływ na społeczeństwo).

– Do polskiego prawa została wdrożona już także dyrektywa UE, zgodnie z którą w dorocznych raportach finansowych firm powinny być zawarte informacje dotyczące ich społecznej odpowiedzialności, a więc kwestia relacji z pracownikami, oddziaływania na środowisko i inicjatyw, które mają wpływ na otoczenie, w tym także kwestii praw człowieka. To ma być dobra marka firmy, certyfikat jej dobrej działalności gospodarczej – mówi Andrzej Grzyb.

Od stycznia tego roku w Polsce obowiązuje dyrektywa UE, według której firmy muszą ujawniać w swoich dorocznych sprawozdaniach finansowych informacje dotyczące CSR. Dotyczy to podmiotów, których średnioroczne zatrudnienie wynosi powyżej 500 osób albo suma bilansowa przekracza  85 mln zł bądź przychody netto ze sprzedaży towarów i usług za rok obrotowy przekraczają 170 mln zł. Według Ministerstwa Rozwoju, w Polsce ten obowiązek obejmuje około 300 podmiotów (w skali całej UE około 6 tys.). Do tego momentu część firm dobrowolnie przygotowywała raporty społeczne dotyczące CSR.

Jak zauważa Andrzej Grzyb, społeczna odpowiedzialność biznesu to zagadnienie, które coraz więcej przedsiębiorstw wpisuje w swoją strategię – niezależnie od wielkości czy branży.

 Przykładowo, jedna z małych firm stwierdziła, że jej działalność jest blisko związana z bezpieczeństwem ludzi. W związku z tym przygotowała elementy odblaskowe dla dzieci, żeby były widoczne w ruchu drogowym i mniej narażone na wypadki. Tego typu inicjatyw w Polsce jest wiele. Niektóre firmy powołują fundacje dla ciężko chorych ludzi albo wspomagają rozwój infrastruktury społecznej, np. szkół czy przedszkoli. To wszystko mieści się w szeroko pojętej społecznej odpowiedzialności biznesu – mówi Andrzej Grzyb.

Chorzy na wyprysk rąk bardzo często rezygnują z pracy i wycofują się z życia społecznego. Skutki tej choroby wciąż są lekceważone

Chorzy na wyprysk rąk bardzo często rezygnują z pracy i wycofują się z życia społecznego. Skutki tej choroby wciąż są lekceważone 13

Ciężki przewlekły wyprysk rąk to choroba zapalna skóry, której skutki często są lekceważone, mimo że mają ogromny wpływ na życie społeczne i zawodowe dotkniętych nią osób. Chorzy wycofują się z życia społecznego, towarzyskiego i zawodowego, a zdecydowana większość stroni od kontaktów z innymi ludźmi. Nierzadko chorzy są zmuszeni rezygnować z pracy zawodowej, co z kolei przekłada się na konsekwencje ogólnospołeczne i odbija na wysokości PKB.

Przewlekły wyprysk rąk to zespół objawów, które pacjenci obserwują na swoich dłoniach. Wszystko zaczyna się od swędzenia, pieczenia, drobnych krostek i nadżerek, a kończy sytuacją, w której dłonie pacjentów są spękane, bolące, tkliwe i krwawiące, uniemożliwiając wykonywanie nawet najprostszych czynności codziennych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Kędzierska, psycholog i trenerka umiejętności psychospołecznych.

Ciężki przewlekły wyprysk rąk to choroba zapalna skóry, której skutki często są lekceważone, choć mają katastrofalne przełożenie na życie społeczne i zawodowe dotkniętych nią osób. Schorzenie objawia się rumieniem, złuszczaniem i obrzękiem dłoni. Mogą występować nadżerki, pęcherze, ropne nacieki i pęknięcia naskórka. Pojawia się też ból, świąd i uczucie pieczenia. Choroba może przybierać postaci od łagodnej do ciężkiej, mieć przebieg ostry lub przewlekły, a u niektórych pacjentów być oporna na zastosowane miejscowe leczenie.

Niestety, leczenie przewlekłego wyprysku rąk to proces bardzo trudny. Pomimo stosowania wielu leków z grup sterydów, leków immunomodulujących, pochodnych retinoidów, nie zawsze udaje nam się kontrolować objawy choroby. Generalnie, nasi eksperci postępują zgodnie z europejskimi wytycznymi z 2015 roku. Cały czas planowane jest wydanie polskich wytycznych, które dostosowałyby je do naszych warunków lokalnych – mówi Jacek Walczak, prezes Instytutu Arcana.

Choroba stanowi poważny problem nie tylko medyczny, lecz także ekonomiczny i psychologiczny. Z raportu przygotowanego przez Instytut Arcana na zlecenie GSK wynika, że 89 proc. pacjentów czuje wstyd i zażenowanie spowodowane zmianami chorobowymi rąk. 81 proc. pacjentów dotkniętych tym schorzeniem stroni od fizycznych kontaktów z innymi ludźmi, na przykład unikając podawania im ręki przy powitaniu. Jedna trzecia uważa, że choroba wpływa na ich relację z partnerem, a tyle samo twierdzi, że powoduje napięcia i nieporozumienia w kontaktach z najbliższym otoczeniem.

Często te relacje społeczne są bardzo silnie zaburzone. Z jednej strony dla innych ludzi konieczność kontaktu z osobą, której ręka wygląda, mówiąc krótko, dziwnie i nieładnie, jest wyzwaniem. Z drugiej, pacjenci z ciężkim przewlekłym wypryskiem rąk to ludzie, którzy ze względu na te zmiany w swoim ciele, mają kłopot z akceptacją samych siebie, swojego wyglądu. To rzutuje na ich samoocenę i poczucie pewności w relacjach z innymi ludźmi, więc niejednokrotnie sami z tych relacji się wycofują – mówi psycholog Anna Kędzierska.

Wyprysk rąk jest chorobą o podłożu zapalnym i nieinfekcyjnym. Wywoływany jest przez różne czynniki m.in. genetyczne, substancje drażniące, alergeny i nie można się nim zarazić. Mimo to ze względu na psychiczny dyskomfort, chorzy często chowają ręce, wkładają je do kieszeni albo noszą rękawiczki.

– Dłonie są nieodłącznym elementem naszego codziennego funkcjonowania. Choroba dłoni to wyzwanie emocjonalne, ponieważ generuje trudności w relacjach z innymi ludźmi, stanowi czasami barierę nie do przekroczenia. Chorzy ukrywają się w domach, nie mają gotowości do podawania ręki, mają trudność w nawiązywaniu kontaktów z innymi ludźmi, w budowaniu bliskich relacji nawet z tymi osobami, które są członkami ich rodzin – mówi psycholog Anna Kędzierska.

Schorzenie może prowadzić do depresji, a z powodu świądu i bólu do bezsenności. W związku z tymi dolegliwościami chorzy mają często problem z opieką nad dziećmi czy wykonywaniem najprostszych, codziennych czynności, takich jak zmywanie czy mycie rąk.

Możemy mówić o konsekwencjach tej choroby zarówno dla pacjenta, jak i jego najbliższego otoczenia, ponieważ aż 30 proc. chorych wymaga wsparcia swoich bliskich w wykonywaniu zwykłych czynności domowych – zauważa Izabela Pieniążek, dyrektor działu analitycznego Instytutu Arcana.

– Codzienność pacjenta z przewlekłym wypryskiem rąk to naprawdę wyzwanie. Okazuje się, że nie mają możliwości, żeby samodzielnie wykonywać różnego rodzaju czynności domowe jak pranie, zmywanie, gotowanie. To poza ich zasięgiem – dodaje psycholog Anna Kędzierska.

Wyprysk rąk jest schorzeniem, na które szczególnie narażeni są przedstawiciele konkretnych grup zawodowych. Są wśród nich m.in. pielęgniarki, lekarze, stomatolodzy i inni przedstawiciele zawodów medycznych oraz piekarze, kucharze, pracownicy gastronomii i przetwórstwa żywności, fryzjerzy, malarze, lakiernicy czy mechanicy, czyli wszystkie zawody w wykonywaniu których pracownicy narażeni są na częsty kontakt z alergenami, substancjami drażniącymi w tym środkami chemicznymi lub takie, w których konieczne jest stosowanie lateksowych rękawiczek ochronnych. Zdecydowanie najczęściej (21 proc. przypadków) schorzenie występuje wśród osób, które zawodowo zajmują się sprzątaniem.

Zauważmy, że są to zawody, z których trudno się przekwalifikować. Nie są to zajęcia zarobkowe, w przypadku których można coś niewielkiego zmienić, żeby ostatecznie utrzymać się w swoim zawodzie. Efekt jest taki, że ci ludzie niejednokrotnie muszą zrezygnować z pracy, zmienić zawód, co potwierdza jedna trzecia pacjentów z ciężkim przewlekłym wypryskiem rąk – mówi Anna Kędzierska.

– Absencje chorobowe czy utrata produktywności w pracy to koszt dla całego społeczeństwa, który możemy zmierzyć i zweryfikować. W Europie to koszt od 15 do 28 tys. zł na jednego pacjenta w skali roku. W Polsce w oparciu o wyniki badania ankietowego wiemy, że może się to wiązać z kosztem od 5 do 10 tys. zł na jednego pacjenta, Biorąc pod uwagę całą populację, mówimy o kwocie od 12 do 25 mln zł. Trzeba przy tym zwrócić uwagę na to, że mogą to być dane niedoszacowane – dodaje Izabela Pieniążek, dyrektor działu analitycznego Instytutu Arcana.

Jak wynika z raportu „Choroba jak na dłoni”, przygotowanego przez Instytut Arcana na zlecenie GSK, wśród pacjentów z przewlekłym, ciężkim wypryskiem rąk średnia absencja w pracy wynosi 47 dni w roku. Do konsekwencji tej choroby należy spadek produktywności, częste przebywanie na zwolnieniu lekarskim albo wręcz rezygnacja z pracy zawodowej. Pacjenci z przewlekłym wypryskiem rąk stanowią ok. 10 proc. wszystkich osób, które zgłaszają się do dermatologa z chorobami skóry.

Rewitalizacja Łodzi całkowicie odmieni miasto. Sposób finansowania daje więcej możliwości zarabiania na nowej infrastrukturze

Rewitalizacja Łodzi całkowicie odmieni miasto. Sposób finansowania daje więcej możliwości zarabiania na nowej infrastrukturze 14

W tym roku na dobre rozpocznie się rewitalizacja Łodzi – ogromny projekt inwestycyjny, który zmieni miasto w wymiarze przestrzennym i społecznym. Ratusz podpisał już część umów z wykonawcami. Rewitalizacja Łodzi to projekt unikalny w polskiej skali nie tylko ze względu na koszt i obszar, który obejmie. W zrewitalizowanej infrastrukturze będzie mogła być prowadzona działalność gospodarczą, dzięki czemu miasto ma szansę przyciągnąć inwestorów – co jest bardzo rzadkie w przypadku inwestycji korzystających z dofinansowania UE.

 Rewitalizacja Łodzi to największy tego typu projekt, który kompleksowo i całościowo odnosi się do zmiany tkanki miejskiej. Nie chodzi tylko o fakt, że zostaną odnowione budynki, pojawią się nowe place, ulice i parki. To będzie zmiana w wielu aspektach funkcjonowania miasta. Mamy do czynienia z rewitalizacją obszarową, społeczną, infrastrukturalną – to najważniejsze aspekty, dzięki którym nowa tkanka miejska będzie mogła funkcjonować lepiej niż obecnie – mówi agencji Newseria Maciej Fornalczyk, założyciel i partner firmy doradczej COMPER Fornalczyk i Wspólnicy, która specjalizuje się i sprawach dotyczących wykorzystania środków unijnych i pomocy publicznej.

Rewitalizacja Łodzi to ogromne przedsięwzięcie inwestycyjne, które ma całkiem odmienić centrum miasta. Obejmie w sumie osiem kwartałów, remont prawie 150 kamienic, gruntowną modernizację 20 ulic, rewitalizację Starego Rynku i placu Komuny Paryskiej, całkowicie zmieni się też Plac Wolności. Ruch w centrum zostanie ograniczony, a zamiast ulic pojawią się chodniki i szpalery drzew. Niezagospodarowane tereny zostaną przekształcone w parki i skwery, a w parterach budynków znajdą się lokale użytkowe dla małych i średnich przedsiębiorców.

– Co jest niespotykanego w łódzkim wydaniu? Mianowicie to, że będziemy mogli na rewitalizowanym obszarze prowadzić normalną działalność gospodarczą jako miasto. Rozwiązania wprowadzone w Łodzi umożliwiają prowadzenie na majątku miejskim działalności gospodarczej, która w innym układzie czy w innych reżimach prawnych byłaby niemożliwa – zauważa Maciej Fornalczyk.

W przypadku podobnych inwestycji prowadzonych w innych miastach najczęstszym rozwiązaniem jest aplikowanie o środki unijne z Regionalnych Programów Operacyjnych, niestanowiące pomocy publicznej. Udział takiego dofinansowania jest bardzo wysoki, ale wyklucza prowadzenie działalności gospodarczej, a infrastruktura ma charakter pasywny.

 To oznacza, że na parterze takiego budynku nie można otworzyć chociażby sklepu spożywczego, co dla mieszkańców jest niezrozumiałe. Drugim rozwiązaniem jest aplikowanie o fundusze unijne w oparciu o tzw. lokalną infrastrukturę. Nie może się nastawiać na przyciąganie dużego biznesu, przedstawicieli banków czy sklepów sieciowych – wyjaśnia Maciej Fornalczyk.

W przypadku Łodzi fundusze unijne zostały w dużej mierze pozyskane jako legalna pomoc publiczna. W takich sytuacjach sprawdza się tzw. konstrukcja powierzeniowa.

– Przyjmując takie rozwiązanie jak w Łodzi, mamy do czynienia z tzw. powierzeniem obowiązku świadczenia usług publicznych. W takim przypadku można skorzystać z decyzji Komisji Europejskiej dotyczącej finansowania usług publicznych świadczonych w ogólnym interesie. Oznacza to, że korzystając ze środków unijnych, można dokonać rewitalizacji i odciążyć skarb miasta z tytułu utrzymywania majątku miejskiego – podkreśla Fornalczyk.

Łączny koszt całego projektu sięga blisko 1 mld zł, z czego połowę będzie stanowić unijne dofinansowanie, a ponad 400 mln zł to wkład miasta. To budżet samej rewitalizacji obszarowej, który nie obejmuje kosztów dodatkowych inwestycji realizowanych m.in. w obszarze kultury czy gospodarki niskoemisyjnej (rewitalizacja miasta przewiduje szereg działań społecznych).

 Ten projekt ma oczywiście swój harmonogram, ale jestem przekonany, że będzie się dynamicznie zmieniał, ponieważ jest nim objęty tak duży obszar. Właściwie większość centrum Łodzi jest objęta rewitalizacją, a co za tym idzie – nie można powiedzieć, że ten projekt się skończy w jakimś konkretnym terminie. Projekt rewitalizacyjny ma charakter ciągły i tak jak tkanka miejska będzie żył własnym życiem – mówi Maciej Fornalczyk.

Cały projekt ma nie tylko odnowić wizerunek Łodzi, lecz także zaktywizować lokalne społeczności, ułatwić życie mieszkańców i na nowo ożywić tkankę miejską.

– Każde miasto – duże czy małe – miało lub ma prowadzony swój projekt rewitalizacyjny. Natomiast co do kwoty, zakresu, a w szczególności nowych ulic, placów, nowych przestrzeni społecznych, można powiedzieć, że Łódź jest wyjątkowa – ocenia Maciej Fornalczyk.

Nowe przepisy o ochronie danych osobowych będą napędzać sektor ubezpieczeniowy. Liczba cyberpolis może się potroić w najbliższych latach

Nowe przepisy o ochronie danych osobowych będą napędzać sektor ubezpieczeniowy. Liczba cyberpolis może się potroić w najbliższych latach 15

Wraz z rosnącym zagrożeniem atakami hakerów rośnie popularność cyberpolis, które zabezpieczają przedsiębiorstwo przed skutkami takiego incydentu. Motorem tego segmentu ubezpieczeń jest też RODO, czyli ogólne rozporządzenie o ochronie danych osobowych, które wejdzie w życie w maju. Wiele firm szuka zabezpieczeń na wypadek kradzieży albo wycieku danych. W 2017 roku około 70–80 proc. przedsiębiorstw rozważało tego typu ochronę albo planowało wprowadzenie takiego ubezpieczenia w 2018 roku.

– Postęp technologiczny niesie ze sobą ryzyko, np. wycieku danych, ataków cybernetycznych czy szkód majątkowych wynikających z użycia technologii. Ta kategoria jest najbardziej dotkliwa z punktu widzenia ekspozycji na straty finansowe, a z drugiej strony – jest najbardziej prawdopodobna. W związku z tym obserwujemy wśród polskich przedsiębiorców bardzo duże zainteresowanie pokryciem ubezpieczeniowym w tym obszarze oraz zarządzaniem ryzykiem w obszarze technologicznym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Grześkowiak, prezes zarządu Marsh Polska.

Blisko dwie trzecie firm doświadczyło znaczącego incydentu naruszenia bezpieczeństwa – wynika z ubiegłorocznego „Światowego badania bezpieczeństwa informacji” firmy doradczej EY. Zarówno w 2016, jak i w 2017 roku jednym z głównych cyberzagrożeń było złośliwe oprogramowanie, które blokuje dostęp do danych i żąda okupu w zamian za przywrócenie dostępu (ransomware). Według ekspertów Kaspersky Lab w ciągu ostatnich miesięcy częstotliwość takich ataków na firmy wzrosła trzykrotnie.

Eksperci branży ubezpieczeniowej oceniają, że cyberpolisy będą zyskiwać na popularności również dzięki zmianom w przepisach o ochronie danych osobowych. RODO, czyli nowa unijna regulacja, nakłada szereg restrykcyjnych obowiązków na firmy, które gromadzą i przetwarzają dane osobowe swoich klientów. Za naruszenia bezpieczeństwa będą im grozić wysokie kary finansowe – sięgające nawet 20 mln euro albo 4 proc. rocznych globalnych obrotów przedsiębiorstwa. To powoduje, że spora część firm chce się ubezpieczyć na wypadek kradzieży albo wycieku danych.

Zmiany legislacyjne są czynnikiem, który wśród polskich przedsiębiorców budzi świadomość ryzyka. To powoduje obawy i jest naturalnym źródłem popytu przedsiębiorstw na ubezpieczenia typu D&O czy ubezpieczenia typu cyber – mówi Artur Grześkowiak.

Ubezpieczenia D&O (directors’ and officers’) chronią przedstawicieli władz spółki przed roszczeniami w związku z pełnioną przez nich funkcją. Dotyczy to zarówno roszczeń klientów czy pracowników, jak i samej spółki.

Prezes zarządu Marsh zwraca uwagę na to, że w Polsce jest stosunkowo niewiele polis i programów ubezpieczeniowych z zakresu cyberryzyka. Jednak rynek stale się rozwija – około 70–80 proc. przedsiębiorstw rozważało w ubiegłym roku tego typu ochronę albo planowało wprowadzenie takiego ubezpieczenia w tym roku.

Wdrożenie takiego programu ubezpieczeniowego związane jest z rozciągniętym w czasie procesem oceny ryzyka. Trwa to średnio od kilku do kilkunastu miesięcy. Do tego dochodzą kwestie budżetowe, czyli zaplanowanie w budżecie kosztowym takich ubezpieczeń. Spodziewamy się, że 2018 rok będzie okresem dużego ożywienia w tym segmencie. Liczba polis powinna się podwoić, a nawet potroić na polskim rynku. Takiej tendencji spodziewamy się w okresie średnioterminowym, przez najbliższe 3–5 lat – mówi Artur Grześkowiak.

Paradoksalnie, rynek ubezpieczeniowy będzie też korzystać na sytuacji panującej na rynku pracy. Historycznie niskie bezrobocie, brak wykwalifikowanej kadry, na który nakłada się niekorzystna sytuacja demograficzna, to dla przedsiębiorstw poważne wyzwanie i główny hamulec rozwoju. Z drugiej strony jest to też czynnik, który będzie skłaniał firmy do inwestowania w pracowników i poszerzania oferty pozapłacowych bonusów, wśród których ubezpieczenia na życie czy prywatne polisy zdrowotne są bardzo popularne.

Pracodawcy będą zwiększać starania w zakresie zabezpieczenia pracowników, podnoszenia komfortu, samopoczucia i optymizmu. Ubezpieczenia i zarządzenie ryzykiem osobowym to taka sfera, która adresuje to zagadnienie. W najbliższym okresie możemy się również w Polsce spodziewać istotnego rozwoju wszelkich form ubezpieczeń osobowych, na życie, ubezpieczeń z funduszami kapitałowymi, planów emerytalnych czy zabezpieczenia w zakresie służby zdrowia – mówi Artur Grześkowiak.