1/3 zawodowych kierowców w Polsce zarabia ponad 6 tys. zł netto. Zmiana zasad ozusowania wynagrodzeń mogłaby uderzyć w branżę

1/3 zawodowych kierowców w Polsce zarabia ponad 6 tys. zł netto. Zmiana zasad ozusowania wynagrodzeń mogłaby uderzyć w branżę 1

Ponad jedna trzecia kierowców zarabia miesięcznie powyżej 6 tys. zł na rękę – wynika z badania „Zarobki kierowców zawodowych w Polsce 2018” TransJobs.eu. Na to składają się przede wszystkim diety i ryczałty, które są nieoskładkowane. Połowa kierowców zawodowych ma bowiem w umowie o pracę wpisaną kwotę do 2 tys. zł netto. Pojawiają się propozycje zmierzające do tego, by oskładkowane kwoty stanowiły znacznie większą część wynagrodzeń, ale może to zaszkodzić branży, a w rezultacie także samym kierowcom – podkreślają eksperci.

– Pojawiają się propozycje zmian i to zarówno ze strony związków zawodowych, jak i pracodawców. Niedawno pojawiła się też propozycja bezpośrednio z Ministerstwa Infrastruktury. Wszystkie sprowadzają się do tego, aby jak największą część zarobków kierowców ozusować i opodatkować ­– mówi Marcin Wolak z Transjobs.eu. – Należy jednak podchodzić do tego tematu bardzo ostrożnie, żeby nie spowodować nagłego uderzenia w branżę transportową.

Jak pokazał Raport TransJobs.eu „Zarobki kierowców zawodowych w Polsce 2018”, średnie wynagrodzenie, jakie trafia do kieszeni zawodowego kierowcy, wynosi 5 032 zł na rękę. To o 232 zł więcej niż rok wcześniej i o blisko 1 750 zł (65 proc.) więcej niż średnia pensja w gospodarce narodowej. Według danych GUS przeciętne wynagrodzenie w drugim kwartale br. w gospodarce narodowej wyniosło 4 521,08 zł.

Jak podkreśla Marcin Wolak, należy jednak pamiętać o tym, że struktura wynagrodzeń kierowców jest dość specyficzna.

Podstawa w przypadku 50 proc. zatrudnionych w tym zawodzie nie przekracza 2 tys. zł netto, a cała reszta jest wypłacana w dodatkach typu diety, ryczałty, które są nieoskładkowane, nieopodatkowane, co z kolei przekłada się na niższe wynagrodzenie chorobowe czy urlopowe – mówi Marcin Wolak.

Na największe zarobki mogą liczyć kierowcy pracujący w transporcie międzynarodowym. Za każdy dzień przebywania za granicą otrzymują około 50 euro diety. Jak pokazało badanie, ten dodatek otrzymuje 58 proc. zatrudnionych w branży w ogóle.

Taka struktura powoduje, że mają stosunkowo wysokie zarobki do zagospodarowania, ale jednocześnie negatywnie wpływa to na wysokość wynagrodzenia urlopowego czy wysokość przyszłej emerytury. Rodzi też problemy przy staraniu się o kredyt. Jak podkreślają autorzy raportu, dyskusja o sposobie wynagradzania kierowców jest potrzebna, ale trzeba brać pod uwagę nie tylko interes firm oraz zatrudnionych, lecz także całej – bardzo istotnej dla gospodarki – branży. Mogłaby ona utracić swoją konkurencyjność na europejskim rynku na rzecz firm z Rumunii czy ze Wschodu.

Wielu przedsiębiorców nie udźwignęłoby tych kosztów [powstałych po ozusowaniu większych kwot – red.] – dodaje Marcin Wolak. – Spowodowałoby to na pewno bankructwa firm, które nie mają na tyle płynności finansowej, żeby zabezpieczyć nagłą zmianę. To by spowodowało, że na rynku pracy na pewno pojawiłoby się trochę więcej kierowców zawodowych, czyli można powiedzieć, że poradzilibyśmy sobie w ten sposób z problemem braku kierowców, ale znowu ucierpieliby kierowcy, bo przełożyłoby się to na pewno na spadek wynagrodzeń.

Do tej pory wynagrodzenia w branży raczej rosły. Podwyżki to jedna z metod przyciągnięcia do firmy pracowników, bo braki kadrowe w transporcie są znaczące. Większość przewoźników deklaruje, że w ich firmach na przestrzeni ostatnich trzech lat zarobki wzrosły i był to nawet wzrost dwucyfrowy.

Skalowana przez sztuczną inteligencję technologia 8K przyszłością branży. Zaprezentowano pierwszy na świecie domowy projektor w tej rozdzielczości

Skalowana przez sztuczną inteligencję technologia 8K przyszłością branży. Zaprezentowano pierwszy na świecie domowy projektor w tej rozdzielczości 2

Coraz bardziej zaawansowana technologia wyświetlania obrazu pozwala na oglądanie filmów i telewizji w coraz lepszej jakości. Zaprezentowano już pierwsze telewizory w rozdzielczości 8K, a na targach IFA 2018 pokazano pierwszy na świecie projektor w tej rozdzielczości. Choć na razie jest to technologia uzyskana poprzez skalowanie, to dzięki zaawansowanym algorytmom sztucznej inteligencji wkrótce może stać się rynkowym standardem. Barierą jak na razie jest brak źródeł materiałów zarejestrowanych w tak wysokiej rozdzielczości, choć producenci przekonują, że nowa technologia skalowania pozwala wyświetlać w 8K materiały o niższej jakości.

– W tym roku prezentujemy natywny projektor DLP o rozdzielczości 4K, ale również pierwszy na świecie projektor 8K w technologii eShift do zastosowania jako kino domowe. Wykorzystujemy w  nich 100-milimetrowy obiektyw o wysokiej rozdzielczości, który jest podstawą naszego topowego projektora za 35 tys. euro. Ten sam obiektyw trafia teraz do projektorów domowych – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Wataru Saegusa z JVCKenwood.

Na początku roku podczas targów CES w Las Vegas Samsung zaprezentował pierwszy telewizor z systemem skalowania obrazu do rozdzielczości 8K, a kilka miesięcy później na targach IFA w Berlinie znacznie większa liczba producentów zaprezentowała konsumenckie wersje telewizorów 8K, jak i projektorów pracujących w tej rozdzielczości. Tak wysoka rozdzielczość uzyskiwana jest poprzez skalowanie obrazu.

– Technologia eShift polega na stworzeniu dwóch klatek, z których każda ma rozdzielczość 4K. Skalujemy je o pół piksela po przekątnej, wirtualnie podwajając w ten sposób rozdzielczość do 8K – tłumaczy przedstawiciel JVCKenwood.

Najnowsze technologie skalowania wspierane sztuczną inteligencją i uczeniem maszynowym pozwalają na uzyskanie coraz lepszych efektów. Chociaż nie ma na rynku materiałów źródłowych w jakości 8K, to jak zapewniają producenci, zaawansowana technologia skalowania pozwala na uzyskanie jeszcze lepszej jakości wyświetlanego obrazu nawet ze źródeł o niższej jakości.

– W chwili obecnej wciąż nie ma kontentu w natywnej rozdzielczości 8K, nie mamy żadnych źródeł, ale materiały Ultra HD z Blu-ray są w jakości 4K. To jest wystarczające, ponieważ dzięki funkcji kontrolowania wielu pikseli jesteśmy w stanie polepszyć ich jakość. Zatem filmy na Blu-ray można oglądać w jakości 8K – twierdzi Wataru Saegusa.

Na rynku standardem staje się powoli rozdzielczość 4K. Także w Polsce nadawany jest już sygnał telewizyjny w tej rozdzielczości, a w sklepach można już kupić telewizory Ultra HD. Poprawienie jakości wyświetlanego obrazu nie jest jednak kwestią jedynie rozdzielczości. Za jego poziom odpowiadają również technologie budowy wyświetlaczy stosowanych w telewizorach.

Producenci prześcigają się w opracowywaniu coraz to nowszych technologii. Firmy Samsung i LG zaprezentowały już telewizory w technologii microLED, w której każdy piksel rozświetlany jest niezależnie (jak w przypadku technologii OLED), ale diody są nieorganiczne, zatem mogą świecić jaśniej i są mniej podatne na wypalenie od tych organicznych.

Kolejną technologią, mogącą poprawić jakość obrazu jest format HDR 10+, który niezależnie dopasowuje parametry wyświetlania obrazu do każdej klatki filmu. Są nią zainteresowane takie firmy, jak Samsung czy Philips. Coraz lepszą jakość zapewniają także projektory, mogące stanowić centrum domowej rozrywki i zapewnić prawdziwie kinowe doświadczenia przy oglądaniu filmów.

Coraz częściej pozwalają odtwarzać materiały w natywnej rozdzielczości 4K i współpracują z technologią HDR. Na rynku można także znaleźć inteligentne projektory pracujące pod kontrolą Androida, które pozwolą korzystać z najpopularniejszych aplikacji mobilnych czy gier.

– Największą różnicą pomiędzy telewizorami a projektorami do kina domowego jest taka, że telewizory wyświetlają światło prosto w oczy użytkownika. Dzięki temu mają wyższą jasność, ale za to przy projektorze patrzy się na odbite światło, jest to bardziej kinowe doświadczenie i nie męczy oczu. Telewizory zostały zaprojektowane do przekazywania transmisji, projektory zaś wyłącznie do wyświetlania filmów – przekonuje ekspert.

Analitycy z firmy Index Markets Research szacują, że wartość rynku projektorów do kina domowego w 2017 roku wyniosła 190 mln dol. Według ich prognoz do 2022 roku wzrośnie do 242 mln dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 4,39 proc.

Inteligentne światła mogą zmniejszyć śmiertelność wypadków z udziałem rowerzystów. Zasygnalizują manewry i poinformują rodzinę o incydencie na drodze

Inteligentne światła mogą zmniejszyć śmiertelność wypadków z udziałem rowerzystów. Zasygnalizują manewry i poinformują rodzinę o incydencie na drodze 3

Rowery stają się coraz bardziej smart. Na rynku pojawił się inteligentny rower z systemem operacyjnym Android i lokalizatorem GPS, dzięki któremu użytkownik zawsze zna lokalizację pojazdu. E-rowery z kolei coraz częściej wyposażane są w szereg czujników, pozwalających lepiej kontrolować elektryczne napędy. Inteligentne są już także akcesoria dla rowerzystów. Francuski start-up zaprojektował inteligentne światło rowerowe. Dzięki zintegrowanemu przyspieszeniomierzowi będzie w czasie rzeczywistym monitorować prędkość pojazdu i automatycznie włączy się, kiedy rowerzysta zwolni lub zahamuje. Automatycznie włączy też kierunkowskazy i poinformuje innych o wypadku.

– Cosmo Bike to światło rowerowe, które można przymocować z tyłu kasku lub do samego roweru. Ma ono wbudowany przyspieszeniomierz, który wykrywa zmiany prędkości i włącza czerwone światło, gdy rowerzysta zwalnia. Jest to dobry sposób na zasygnalizowanie innym użytkownikom drogi czy kierowcom samochodów, że prędkość pojazdu się zmniejsza – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Alexandra Weil, dyrektor marketingu Cosmo Connected.

Francuski start-up zaprojektował inteligentne oświetlenie, które automatycznie reaguje na wykonywane manewry, aby zmniejszyć śmiertelność wypadków kierowców jednośladów. Na polskich drogach każdego roku dochodzi do tysięcy wypadków z udziałem rowerzystów. Jak podają policyjne statystyki, w 2017 roku zarejestrowano ponad 4 tys. zdarzeń drogowych, w których zginęło 220 rowerzystów, a aż 3 800 zostało rannych. Części z nich dałoby się uniknąć, gdyby rowerzyści prawidłowo sygnalizowali wykonywane manewry.

Oprócz sygnalizowania światła stopu, urządzenie jest również wyposażone w inne tryby, takie jak światło ciągłe, zapewniające widoczność na drodze przez cały czas, albo światło ostrzegawcze. Co więcej światła Cosmo Bike wyposażono także w system automatycznego rejestrowania wypadków, który może ocalić życie poszkodowanemu rowerzyście.

– System jest połączony z aplikacją, w której można wpisać adresy e-mail lub numery telefonu przyjaciół. W razie wypadku rowerzysty, aplikacja wysyła wiadomości z lokalizacją danej osoby. Chodzi więc o większą widoczność i bezpieczeństwo podczas jazdy rowerem – tłumaczy ekspertka.

Połączenie urządzenia z aplikacją mobilną pozwala na automatyczne aktywowanie świateł. Wystarczy wprowadzić trasę przejazdu, a system będzie śledził położenie rowerzysty za pośrednictwem modułu GPS i włączy kierunkowskaz, kiedy osoba prowadząca pojazd zbliży się do skrzyżowania. Rowerzysta może również ręcznie aktywować lampkę zmiany kierunku np. podczas manewru wymijania, jednak przez większość czasu system może działać autonomicznie. Dzięki temu rowerzysta będzie mógł się skupić wyłącznie na jeździe.

Rozwiązania inteligentne coraz częściej pojawiają się w rowerach nowej generacji i nie ograniczają się tylko do inteligentnego oświetlenia. Firma LeEco w zeszłym roku rozpoczęła sprzedaż rowerów z Androidem wyposażonych w system antykradzieżowy z modułem lokalizacyjnym GPS. Z kolei Xiaomi dystrybuuje składane rowery elektryczne z czujnikiem momentu obrotowego, automatycznie dopasowujących system wspomagania pedałowania. Technologia Cosmo szansę trafić także na wyposażenie rowerów elektrycznych.

– Firmy Michelin i Mobivia Group są bardzo zainteresowane naszą technologią. Wspólnie wprowadzają one na rynek nowy rower elektryczny i zgłosiły się do nas, abyśmy połączyli nasze czerwone światło z akumulatorem roweru. Ten produkt będzie dostępny na początku przyszłego roku – zapowiada Alexandra Weil.

Cosmo Bike ma być budżetową wersją inteligentnych kasków rowerowych z automatyczną sygnalizacją. Kosztuje 69 €, czyli przeszło 100 € mniej niż np. inteligentny kask Lumos Smart Bike Helmet, oferując przy tym podobny zakres funkcji.

Według raportu Persistence Market Research globalny rynek rowerowy do 2024 roku osiągnie wartość 62 mld dol. i będzie rozwijał się w tempie 37,5 proc. w skali roku. Z kolei analitycy z firmy badawczej Research and Markets szacują, że przez najbliższe trzy lata sektor inteligentnych hełmów rowerowych wykaże średnioroczne tempo wzrostu na poziomie 16 proc.

Marcin Zaremba Chief Product Officerem w Synerise

Marcin Zaremba Chief Product Officer Synerise
Marcin Zaremba – Chief Product Officer Synerise

Spółka technologiczna Synerise wzmacnia kompetencje w obszarach tworzenia i rozwijania produktu oraz UX/UI. Do zespołu dołączył Marcin Zaremba, dotychczas odpowiedzialny m.in. za zarządzanie rozwojem aplikacji iTaxi oraz PizzaPortal.pl. Jako Chief Product Officer będzie dbać o zapewnienie jak najlepszego doświadczenia w pracy z platformą dla biznesu Synerise AI Growth Cloud.

Marcin Zaremba specjalizuje się w zarządzaniu produktami cyfrowymi. Zanim dołączył do Synerise, był Chief Product Officerem w iTaxi, a wcześniej zajmował stanowisko Head of Product w PizzaPortal.pl. Nowy Chief Product Officer Synerise posiada certyfikat Google Product Strategy Expert, jest także autorem książki “Mobile dla Menedżerów”, współzałożycielem elektronicznego magazynu dla inwestorów i przedsiębiorców technologicznych Proseed, współorganizatorem Auli Polskiej oraz współtwórcą i wykładowcą na App Academy. Jego pasją jest zegarmistrzostwo.

W Synerise Marcin Zaremba będzie odpowiedzialny za harmonijny rozwój produktu na przecięciu biznesu, technologii i UX zgodnie z wizją organizacji.

Gdy Jarek pokazał mi możliwości, jakie już teraz oferuje Synerise oraz jakie są plany całej organizacji, wiedziałem, że to miejsce dla mnie. Jestem podekscytowany, że mogę dołączyć do topowego zespołu i uczestniczyć w globalnej rewolucji, w której pierwsze skrzypce już teraz zaczyna grać ta firma. -powiedział Marcin Zaremba, Chief Product Officer w Synerise

W Synerise mamy holistyczne podejście do biznesu i dobrze wiemy, że sukces zależy od wielu elementów, tak jak w zegarku. Potrzeba tylko kogoś, kto będzie umiał je ze sobą połączyć. Nasza platforma AI dla biznesu jest odzwierciedleniem naszego charakteru jako firmy i jednostek oraz olbrzymiej inwestycji w wartość intelektualną. Trzeba ten potencjał ukierunkować i ułożyć, aby dać użytkownikom jak największą wartość. Wierzę, że Marcin wniesie do Synerise dużo dobrego. Nie tylko ma olbrzymie doświadczenie, ale także potrafi zrozumieć i łączyć ze sobą oba światy: biznesu i IT. Z dopasowywaniem do siebie elementów jako pasjonat zegarków także nie ma problemu, więc liczę na owocną współpracę. -powiedział Jarosław Królewski, CEO Synerise

Synerise to spółka technologiczna wykorzystująca dane i sztuczną inteligencję, aby pomóc markom lepiej reagować na potrzeby swoich klientów. Narzędzia, które oferuje, obejmują m.in. automatyzację, business intelligence i personalizację komunikacji, a także zarządzanie polityką cenową w czasie rzeczywistym, niezależnie od skali prowadzonej działalności.

Synerise intensywnie inwestuje we własność intelektualną, rozwój zespołu AI oraz najnowsze technologie. Niedawno firma została wybrana przez EY do udziału w programie Accelerating Entrepreneurs 2018 dla 30 światowych firm technologicznych o największym potencjale wzrostu oraz otrzymała od Microsoft tytuł Partnera Roku na Polskę.

Spółka została założona w 2013 roku w Krakowie przez Jarosława Królewskiego, Miłosza Balusia i Krzysztofa Kochmańskiego. Od tego czasu osiągnęła wycenę 75 mln dolarów i obecnie zatrudnia 110 osób w biurach w Krakowie i Warszawie. W latach 2018/2019 zainwestuje 25 mln dolarów w badania i rozwój produktów opartych na sztucznej inteligencji.

Bartosz Sroka odpowiedzialny za kompetencje kryzysowe Grayling Poland

Do nowych obowiązków Bartosza Sroki, który dotychczas wspierał dział korporacyjny Grayling Poland, będzie należał nadzór nad projektami z zakresu komunikacji kryzysowej oraz rozwój dotychczasowej oferty agencji w tym obszarze.
Grayling - Bartosz Sroka
Grayling – Bartosz Sroka

– Polski rynek z roku na rok dojrzewa, a działające na nim firmy coraz częściej zdają sobie sprawę z tego, jak ważne jest nie tylko umiejętne i sprawne zarządzanie sytuacjami kryzysowymi, ale przede wszystkim odpowiednie przygotowanie się do ich wystąpienia. W rezultacie już od dłuższego czasu obserwujemy wzmożoną liczbę zapytań dotyczących różnego rodzaju szkoleń z zarządzania komunikacją w kryzysie czy opracowania skrojonych na miarę procedur kryzysowych. Każda firma i każda sytuacja kryzysowa jest inna i jako taka wymaga indywidualnego podejścia. W przypadku kryzysów szablonowe rozwiązania nie działają – mówi Bartosz Sroka.

Frank Schönrock, szef europejskiej kompetencji kryzysowej Grayling, dodaje:

Usługi z zakresu zarządzania sytuacjami kryzysowymi zawsze stanowiły ważną część naszej oferty. Nowa rola Bartosza to naturalny krok w kierunku budowania silnego europejskiego zespołu ekspertów z jednej strony posiadających szeroką wiedzę z zakresu komunikacji kryzysowej, a z drugiej doskonale znających poszczególne rynki i ich uwarunkowania. Dzięki połączeniu międzynarodowego doświadczenia i lokalnego know-how oferujemy naszym klientom kompleksowe i unikalne rozwiązania dostosowane do ich potrzeb i oczekiwań.

Bartosz Sroka posiada wieloletnie doświadczenie w tworzeniu i wdrażaniu strategii komunikacji korporacyjnej i kryzysowej w różnych obszarach biznesowych. Pracował dla firm z takich sektorów jak nieruchomości, finanse, energetyka, TMT, przemysł, logistyka, handel czy branża spożywcza. Ma także doświadczenie w działaniach z zakresu relacji inwestorskich i ofert publicznych akcji (IPO). Do Grayling Poland dołączył w 2016 r.

Wideo umacnia swoją pozycję na rynku reklamy digital

Wydatki na reklamę digital video z roku na rok rosną, a udział wideo w rynku digital w ubiegłym roku sięgnął 12,6%[1]. Już przeszło połowa największych polskich reklamodawców decyduje się na promocję w tym kanale, by poszerzyć zasięg swoich kampanii[2]. Ten trend widoczny jest również na platformie PAYBACK. Tylko w ciągu pierwszego półrocza 2018 roku PAYBACK Video odnotowało większą liczbę emisji spotów reklamowych niż w ciągu całego 2017 roku. Dodatkowo w tym czasie grono użytkowników platformy powiększyło się o blisko 60%.

DecathlonFULLCały rynek online wideo cechuje w ostatnim czasie wysoka dynamika wzrostu. Zainteresowanie tego typu reklamą jeszcze nigdy nie było tak duże jak teraz – mówi Marek Biernacki, Head of Relationships & CRM PAYBACK Polska. – Klienci wybierają kampanie wideo na naszej platformie ze względu na możliwość dotarcia do dokładnie określonych grup docelowych. Naszą przewagą jest precyzyjne targetowanie kampanii reklamowych oparte na ponad 100 milionach transakcji zakupowych dokonywanych rocznie przez 10 milionów uczestników Programu PAYBACK. Zwiększa to efektywność tego kanału komunikacji, co potwierdzają wskaźniki rynkowe – dodaje Marek Biernacki.

Rekordowy VTR (współczynnik pełnych wyświetleń spotów) jednego ze spotów z branży motoryzacyjnej wyniósł w tym roku 99,4%, a CTR (wskaźnik kliknięć) najlepszej kampanii osiągnął 5,6%. PAYBACK Video wyróżnia się też ponadprzeciętnym wynikiem dla tzw. Affinity Index, czyli wskaźnika dopasowania rzeczywistych odbiorców reklamy do zakładanej wcześniej grupy docelowej.

– Zdecydowaliśmy się na kampanie z wykorzystaniem PAYBACK Video, ponieważ Klientom zależało na dotarciu do osób definiowanych nie tylko demograficznie, ale również przez zachowania zakupowe. Żadna inna platforma wideo nie ma tak dokładnych danych o decyzjach zakupowych konsumentów, co jest szczególnie ważne w planowaniu kampanii w branży retail. Dodatkową zaletą jest rozliczenie w modelu CPV, czyli płatność tylko za pełne obejrzenie reklam. Dzięki temu marka ma pewność, że jej przekaz był rzeczywiście widziany – mówi Maja Biniewicz, Digital Chief Officer w grupie MullenLowe Media Hub.

PAYBACK Video cały czas się rozwija i wprowadza dodatkowe funkcje. Od kilku miesięcy reklamodawcy mogą skorzystać z opcji brandingu playera, czyli bannera i tła projektowanego indywidualnie na potrzeby każdej kampanii. Te elementy nie tylko dopełniają narrację spotu i wzmacniają przekaz, ale podnoszą również liczbę przejść na stronę internetową reklamodawcy.

Jedną z marek, która w pełni wykorzystuje takie rozwiązania jest Amica.

Amica_phone_1– Wydaje się, że odbiorcą reklam sprzętu AGD mogą być wszyscy, bo każdy korzysta z tych produktów i raz na jakiś czas je kupuje. W rzeczywistości jednak ich sprzedaż także wymaga segmentacji, aby dobrać jak najbardziej adekwatnych konsumentów. Dzięki targetowaniu opartemu na danych transakcyjnych pochodzących zarówno ze świata online, jak i offline, mogliśmy wybrać dla każdej z naszych kampanii różne, choć na pozór bardzo podobne, grupy docelowe – tłumaczy Monika Kuźnik, Strategiczny Menedżer ds. Mediów, Amica Handel i Marketing. – Dodatkowo, biorąc pod uwagę panujący w sieci natłok reklam istotne jest, żeby w obrębie spotu nie pojawiały się inne treści. Oznacza to, że w trakcie jednego przekazu promowana jest tylko jedna marka – mówi o funkcjonowaniu kanału PAYBACK Video Monika Kuźnik.

Spoty w kanale PAYBACK Video są wyświetlane w modelu opt-in pozwalającym użytkownikom decydować o czasie i miejscu obejrzenia reklamy, co przekłada się na stosunkowo wysoki wskaźnik viewability oscylujący w granicach 80%-100%.

PAYBACK Video wykorzystały już w swojej komunikacji takie marki jak m.in. Amica, Samsung, CCC, Decathlon, Audi, Škoda, Warner Bros., Disney, Kompania Piwowarska, Nestlé, PepsiCo, PZU czy Microsoft.

[1] Raport Strategiczny Internet 2017/2018, IAB Polska www.iab.org.pl/badania-i-publikacje/raport-strategiczny-internet-20172018/

[2] Online Video Forecasts 2018, badanie domu mediowego Zenith, www.press.pl/tresc/53961,zenith_-rosnie-czas-ogladania-wideo-online

Krok w przód, krok w tył

Burze i huragany szaleją po świecie. Te tradycyjne na Atlantyku i Pacyfiku, oraz metaforyczne związane z wojnami handlowymi i polityczną karuzelą wokół Brexitu. Aura niepewności zblokowała inwestorów i na głównych parach nie widać jasnego kierunku.

Rynki trochę utknęły w miejscu, gdyż ostatnie 24 godziny nie ruszyły nas mocniej w którymkolwiek kierunku. Choć powiew optymizmu pomógł we wzrostach na Wall Street, Azja nie zdecydowała się na kontytuowanie pro-ryzykownego handlu. Podkreśla to, jak niektóre rynki pozostają w odrębnych światach. Inwestorzy USA skupiają się na kondycji swojej gospodarki. Wczoraj liczba otwartych procesów rekrutacyjnych skoczyła do nowego historycznego poziomu, gdyż pracownicy chętniej rezygnują z pracy w poszukiwaniu lepszych warunków, a siła rynku pracy zwiększa zaufanie w przyspieszenie wzrostu płac. Jednak Azja jest bardziej zaniepokojona werbalnymi pogróżkami, jakimi wymieniają się Chiny i USA. Chiny zamierzają zwrócić się do Światowej Organizacji Handlu o zezwolenie na nałożenie sankcji handlowych na USA w wysokości do 7 mld USD rocznie. Ma to być odwet za nierespektowanie wyroku WTO dotyczącego stosowania antydumpingowych ceł przez USA na niektóre towary z Chin. Tamten spór rozpoczął się w 2013 r., a wyrok zapadł dopiero w zeszłym roku, także i teraz może nas czekać wieloletni proces co do ustalenia zasadności i wysokości sankcji. Jednak temperatura w wojnie handlowej się podnosi, a prezydent Trump odpowiedział, że USA przyjmuje twarde stanowisko wobec Chin. Podsumowując, rynki są hamowane przed rozwinięciem apetytu na ryzyko, choć dobre i to, że nie popadają w głębszą panikę.

Główne pary walutowe poruszają się raz w górę, raz w dół i nic konkretnego z tego nie wynika. EUR/USD dryfuje pod 1,16, USD/JPY utknął na 111,50, a GBP/USD przykleił się do 1,30. Pomimo pozytywnych wieści związanych z Brexitem, funt nie jest w stanie przyciągnąć kupujących. To potwierdza moje wcześniejsze przeczucia, że poniedziałkowy rajd odbył się przeważanie na domykaniu krótkich pozycji spekulacyjnych niż był podyktowanym budową nowych długich pozycji. To rozróżnienie jest istotne, gdyż inwestorzy uciekający z krótkich pozycji po coś tam byli i będą bardziej skłonni wrócić ze sprzedażą. Szczególnie że tło polityczne wokół funta pozostaje mętne. Z jednej strony dostajemy sygnały, że UE i Wielka Brytania pracują nad zorganizowaniem specjalnego szczytu w listopadzie, na którym doszłoby do formalnego podpisania umowy rozwodowej. Co wygląda jak zbliżanie się do zamknięcia przynajmniej jednego (ale ważnego) etapu negocjacji (część kwestii zostanie odroczona do późniejszych ustaleń), to według brytyjskiej prasy jednocześnie zachęca to oponentów premier May w Partii Konserwatywnej do usunięcia jej ze stanowiska i odrzucenia kontrowersyjnego projektu porozumienia z UE. W skrócie, nawet jak idzie ku lepszemu, to jest gorzej. Premia za ryzyko polityczne na GBP może łatwo nie zniknąć.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Deloitte: O wartości firmy w coraz większym stopniu decyduje poziom jej cyfryzacji

W biznesie przestaje obowiązywać tradycyjny podział na firmy produkcyjne i usługowe. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte inwestorzy w coraz większym stopniu zwracają uwagę nie tylko na zasoby materialne, takie jak fabryki czy maszyny, ale częściej wysoko wyceniają te spółki, które inwestują w innowacyjność i kapitał intelektualny. Przedsiębiorstwa, które tworzą nowe modele biznesowe oparte na technologii mogą mieć kilkukrotnie wyższą wartość niż spółki działające w oparciu o tradycyjne modele.

W biznesie od dziesięcioleci źródła tworzenia wartości wydawały się jasne i intuicyjne: stwórz produkt lub usługę, której wymaga rynek i sprzedaj ją z zyskiem. W dzisiejszej gospodarce pojawiły się jednak firmy, które jeszcze nie wytworzyły żadnego zysku, a ich rynkowa wycena już sięga miliardów. Zdaniem ekspertów Deloitte inwestorzy doceniają obecnie nie tylko wytworzony produkt lub usługę, ale również sam model biznesowy oparty na nowych technologiach, który daje nadzieję na duże zyski w przyszłości.

Rośnie znaczenie wartości niematerialnych

Analiza indeksu S&P 500 z ostatnich 40 lat pozwoliła na stwierdzenie silnej korelacji między wyceną a modelami biznesowymi spółek. Umożliwiło to wyłonienie czterech podstawowych modeli biznesowych: budowanie aktywów (w tym specjalizują się głównie firmy produkcyjne, ale też handel), świadczenie usług (np.: usługi finansowe, ubezpieczenia, konsulting), opracowywanie technologii (firmy softwarowe, biotechnologiczne oraz farmaceutyczne) i modele sieciowe (np. media społecznościowe).

W analizie opracowanej przez Williama Ribaudo, eksperta Deloitte, spółki działające w tym ostatnim modelu były wyceniane nawet od dwóch do czterech razy lepiej niż firmy koncentrujące się na budowie aktywów. Modele oparte na technologiach rosną szybciej i mają wyższy poziom mnożnika przychodów. Inwestorzy rozpoznają wartość technologii i „nagradzają” te firmy, które się na niej opierają. Rezultatem tego jest „podział technologiczny” w wycenie spółek . – Coraz bardziej zauważalne jest stopniowe ujednolicanie branż gospodarki, czemu sprzyja wszechobecna technologia, zmieniająca, a czasem zacierająca tradycyjne granice rynku. Błyskawiczne innowacje tworzą miejsce na nowe modele biznesowe, które pojawiają się w niemal wszystkich branżach – mówi William Ribaudo, Partner zarządzający w Digital Risk Venture Portfolio w Deloitte Risk and Financial Advisory w Bostonie.

W 1975 r. aż 83 proc. wartości rynkowej w grupie 300 spółek z indeksu S&P 500 było powiązanych z ich zasobami fizycznymi: fabrykami, sprzętem i inwentarzem. Czterdzieści lat później te same czynniki stanowiły już tylko 16 proc. wartości. Z kolei aż 84 proc. było reprezentowane przez wartości niematerialne, takie jak własność intelektualna, baza klientów czy technologia, która jest czynnikiem wspólnym dla wszystkich analizowanych sektorów.

Perspektywa mikro- i makro-

Zdaniem ekspertów Deloitte, zarówno w Polsce, jak i na świecie obserwuje się stopniowe ujednolicanie branż gospodarki. Przyczyną tego zjawiska jest wszechobecna technologia: internet, media społecznościowe, technologie mobilne czy przetwarzanie w chmurze. – W ostatnich latach liczba rozwiązań cyfrowych drastycznie wzrosła. Niesie to szereg benefitów dla biznesu. Pozyskanie nowych konsumentów, sprzedaż dodatkowych produktów lub usług czy celniejsze zidentyfikowanie klientów to tylko niektóre z nich. To wszystko przekłada się na wzrost przychodów – mówi Wojciech Górniak, Dyrektor, Lider Obszaru Strategii i Transformacji Cyfrowych w Deloitte.

Jego zdaniem można wymienić wiele obszarów digitalizacji w małych i średnich firmach, począwszy od dystrybucji i księgowości, a na HR i obsłudze klienta skończywszy. – Z naszych badań wynika, że małe przedsiębiorstwa są bardzo otwarte na nowości . I nie mówię tu o startupach czy technologicznie zaawansowanych biznesach, tylko „tradycyjnych” firmach, które widzą w tych procesach realną wartość – dodaje Wojciech Górniak. Jak podkreśla, choć digitalizacja postępuje szybko, to wciąż jednak będzie ona głównym kierunkiem zmian w przedsiębiorstwach przez następnych kilka lat.

W opinii ekspertów Deloitte zjawisko to ma charakter globalny i dotyczy w podobnym stopniu firm, jak i całych gospodarek. – Gospodarki ukierunkowane na tradycyjne modele biznesowe ponoszą ryzyko pozostania w tyle. Nasze badanie wskazało na silną korelację między przyjętym modelem biznesowym a PKB. Z analizy wynika, że zrównoważone wsparcie, umożliwiające firmom – obok wypracowania modeli produkcji i świadczenia usług – wykorzystanie zasobów danych lub zestrojenie sieci, mogą przyczynić się do wzrostu produktu krajowego brutto – mówi William Ribaudo.

Katarzyna Włodek-Makos nowym Senior Associate w Colliers International

Colliers International wzmacnia swój zespół w Warszawie. Stanowisko Senior Associate w Dziale Powierzchni Biurowych objęła Katarzyna Włodek-Makos, która będzie odpowiedzialna za reprezentację najemców.

Katarzyna Włodek-Makos
Katarzyna Włodek-Makos

— Największą wartością firmy Colliers są jej pracownicy. Nasz zespół budują najlepsi eksperci w swojej dziedzinie, a zarazem ludzie ambitni, pełni pasji i chęci rozwoju. Cieszymy się, że teraz dołączyła do niego również Katarzyna, która wzmocni nas swoim bogatym doświadczeniem zdobytym na wysokich szczeblach struktur samorządowych i państwowych — mówi Paweł Skałba, Senior Partner, Dyrektor Działu Powierzchni Biurowych w Colliers International.

Katarzyna Włodek-Makos posiada 11 lat doświadczenia w pracy dla instytucji publicznych. Przed dołączeniem do firmy Colliers International zajmowała stanowisko Dyrektora Biura Rozwoju Gospodarczego w Urzędzie Miasta st. Warszawy, gdzie odpowiedzialna była m.in. za stworzenie zespołu ds. obsługi inwestora, pozyskiwanie nowych inwestycji dla miasta czy obsługę działających na rynku inwestorów. Ponadto koordynowała działania związane z międzynarodową promocją Warszawy, w tym organizację i udział w targach nieruchomości MIPIM i EXPO REAL. Do jej obowiązków należała również koordynacja projektów dotyczących rozwoju gospodarczego miasta, obejmujących m.in. ulice handlowe, osiedla mieszkaniowe, rewitalizacje czy dzielnice biznesowe, a także prowadzenie działań na rzecz warszawskiego ekosystemu start-upowego i miejskich centrów przedsiębiorczości.

Swoją karierę Katarzyna rozwijała, pracując również w spółce PGE EJ 1, gdzie pełniła funkcję Zastępcy Dyrektora, a w późniejszym czasie Dyrektora Biura Komunikacji i Relacji Zewnętrznych. Do jej głównych zadań należało m.in. opracowanie i realizacja strategii działań marketingowych i komunikacyjnych projektu budowy pierwszej w Polsce elektrowni jądrowej. Wcześniej pracowała w Ministerstwie Skarbu Państwa – najpierw jako Zastępca Dyrektora Departamentu Relacji Inwestorskich, a później jako Dyrektor Biura Ministra. Koordynowała działania związane z promocją procesów prywatyzacyjnych, a także współpracą z zagranicznym i krajowym środowiskiem inwestorów kapitałowych, których celem była promocja polskich rynków finansowych na świecie i Warszawy jako regionalnego centrum finansowego. Była również odpowiedzialna m.in. za koordynowanie działań w zakresie współpracy ministerstwa z Unią Europejską, OECD i innymi organizacjami międzynarodowymi.

Katarzyna jest absolwentką Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego na kierunku zarządzanie i marketing, ukończyła także podyplomowe studia Akademii Spółek w Szkole Głównej Handlowej.

GUS: najwięcej wolnych miejsc pracy w przetwórstwie przemysłowym. Czy zajmą je Ukraińcy?

Z danych GUS za II kwartał 2018 r. dotyczących popytu na pracę[1] wynika, że najwięcej wolnych miejsc pracy zanotowano w przedsiębiorstwach zajmujących się przetwórstwem przemysłowym – 38,4 tys., co stanowi 23% wszystkich wakatów na rynku. Z kolei najnowszy „Barometr Imigracji Zarobkowej – II półrocze 2018” opracowany przez Personnel Service wskazuje, że aż 30% firm z sektora produkcyjnego planuje zatrudniać kadrę ze Wschodu w ciągu najbliższych 12 miesięcy.

W najbliższym czasie może nastąpić jeszcze szybszy wzrost zatrudnienia pracowników z Ukrainy w branży produkcyjnej. Aż 88% pracodawców z tego obszaru twierdzi, że ma wolne miejsca pracy, na które brakuje Polaków. Dla nich zatrudnianie Ukraińców to często jedyny sposób, by utrzymać ciągłość produkcji i funkcjonowania instytucji. Dodatkowo co czwarta firma przyznała, że niektórymi z nieobsadzonych stanowisk Polacy w ogóle nie są zainteresowani. Nic dziwnego, że produkcja to sektor, który deklaruje także największe zainteresowanie pracownikami z Białorusi – 9% takich instytucji planuje zatrudniać Białorusinów – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service.

Z „Barometru Imigracji Zarobkowej – II półrocze 2018” wynika, że branża produkcyjna deklaruje największy popyt na pracowników z Ukrainy – kadrę ze Wschodu planuje zatrudniać 30% takich firm. Podobne plany ma tylko co piąta usługowa i handlowa oraz 3% z sektora publicznego. Już teraz 38% przedsiębiorstw zajmujących się produkcją ma w swoich szeregach Ukraińców, a 57% przyznaje, że ma lub miało takie doświadczenia. Relacje są bardzo dobre – 45% pracodawców ma pozytywny stosunek do ukraińskich pracowników, a zdecydowanie negatywny niespełna 1%.

Trudniej zatrudnić Ukraińca

14% polskich firm twierdzi, ze obecnie jest trudniej o pracownika z Ukrainy, jednak warto zauważyć, że wśród przedsiębiorców z branży produkcyjnej więcej trudności dostrzega aż 28%. Zarówno polscy pracodawcy jak i pracownicy z Ukrainy zgodnie przyznają, że konieczne są kolejne zmiany w polityce migracyjnej, które pozwolą wypełnić wolne miejsca na rynku pracy. 73% naszych wschodnich sąsiadów chciałoby pracować w Polsce dłużej niż pół roku. Wydłużenia okresu legalnej pracy chce też 66% pracodawców. Ważne jest także ułatwienie formalności administracyjnych – to największa trudność w zatrudnianiu Ukraińców, na którą wskazuje 41% polskich przedsiębiorców. Narzekają na nie także nasi wschodni sąsiedzi.  

Co z pozostałymi wakatami?

Według danych GUS na podium branż, w których najbardziej brakuje pracowników, znajdują się także budownictwo – 30,8 tys. wolnych miejsc pracy, oraz handel i naprawa pojazdów samochodowych – 27,9 tys. wakatów. Zapotrzebowanie w tych branżach potwierdzają dane Personnel Service – obecnie 28% pracowników z Ukrainy zajmuje się w Polsce budownictwem i remontami. Natomiast w branży handlowej prawie połowa firm twierdzi, że ma wolne stanowiska, którymi nie są zainteresowani Polacy. Przyznaje tak również 36% przedsiębiorców zajmujących się usługami.

[1] http://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/rynek-pracy/popyt-na-prace/popyt-na-prace-w-drugim-kwartale-2018-roku,2,30.html

Alior Bank prezentuje kolejne oblicze „Cyfrowego Buntownika”

Alior otwiera specjalną przestrzeń, w której wraz ze startupami z branży fintech wdroży nowe rozwiązania w ramach autorskiego programu akceleracyjnego RBL_START. Przestrzeń ta posłuży także do badania opinii klientów oraz testowania nowych produktów i usług banku.

Program RBL_START Alior Banku, którego celem jest wypracowanie produktów oraz usług docenianych przez klientów i wspierających automatyzację procesów, będzie trwał 3 miesiące. Najlepsze z rozwiązań zostaną wdrożone w Alior Banku. W trakcie programu akceleracyjnego startupy będą wypracowywać rozwiązania we współpracy z mentorami banku oraz partnerami zewnętrznymi. W specjalnie zaprojektowanej przestrzeni w Warsaw Spire autorstwa studia Robert Majkut Design, startupy będą mogły wraz z klientami banku przeprowadzać testy swoich rozwiązań. Tam też będą odbywać się warsztaty oraz mentoring. Uczestnicy otrzymają również dostęp do środowiska testowego z usługami API związanymi z PSD 2 (Alior Bank Developer Portal). Partnerami programu są: PZU, Giełda Papierów Wartościowych, Huge Thing, Mastercard, IBM, Google Cloud, Amazon oraz Microsoft.

Jednym z wyznaczników innowacyjnej firmy jest umiejętność współpracy ze startupami. Wdrażając autorski program RBL_START po raz kolejny udowodnimy, że „Cyfrowy Buntownik” to nie frazes, a realne zobowiązanie. Po testach z technologią blockchain i modelem Open API wchodzimy na następny poziom zaawansowania: chcemy wypracować rozwiązania, które zrewolucjonizują rynek – mówi Katarzyna Sułkowska, prezes zarządu Alior Banku.

Alior Bank z powodzeniem łączy biznes i niecodzienne podejście do technologii. Wraz ze startupem VoicePin z sukcesem wprowadził rozwiązanie DRONN – sztuczną inteligencję, która w banku wspiera m.in. monitoring klientów kluczowych oraz podwyższonego ryzyka, procesy zamykania ROR i wysyłkę ponagleń w ramach zajęć egzekucyjnych. Obecnie „Cyfrowy Buntownik” jest w trakcie tworzenia paneuropejskiej platformy opartej na modelu Open API we współpracy z firmą Mastercard oraz zagranicznymi fintechami: Raisin i solarisBank.

Wraz ze startem programu RBL_START, wprowadzany jest nowy brand Alior Banku: RBL_. Jego zadanie to spajać ze sobą wszystko, co innowacyjne, cyfrowe i świeże. Pod marką RBL_ (skrót od REBEL) działają obecnie dwa podmioty: RBL_START – program akceleracyjny dla startupów oraz RBL_LAB – laboratorium do pracy nad rozwiązaniami technologicznymi.

­RBL_START

Ponad 80 dni, ponad 100 spotkań i kilkadziesiąt telekonferencji zajęło wyłonienie 8 spośród blisko 100 startupów z całego świata, które zaledwie w ciągu miesiąca zgłosiły się do programu akceleracyjnego RBL_START. Niełatwego wyboru dokonywali menedżerowie oraz dyrektorzy jednostek biznesowych i działu IT. Tegoroczna edycja upłynie pod hasłem Open Banking, ponieważ profil wielu zgłoszonych startupów nawiązuje do tego modelu. Wśród startupów zakwalifikowanych do programu RBL_START znalazły się innowacyjne rozwiązania m.in. w obszarze agregacji rachunków i kategoryzacji wydatków, robo advisory, odroczonych płatności, sztucznej inteligencji czy zdalnej weryfikacji w oparciu o PSD2 i technologię blockchain.

Akcelerator Alior Banku to ogromna szansa dla startupów. Ich członkowie nabędą nowe kompetencje, zaprezentowane przez nich rozwiązania zostaną dopracowywane we współpracy z mentorami, a następnie wybrane projekty dostaną szansę na wdrożenie w banku lub w PZU, który jest głównym partnerem tej edycji. Jednak to nie wszystko. Startupy biorące udział w programie mogą ubiegać się w Alior Banku o finansowanie na rozwój działalności. Planujemy także wyjazd do Londynu, podczas którego nasi uczestnicy będą mieli okazję zapoznać się z tamtejszym rynkiem fintechowym – mówi Kamila Wincenciak, menedżer ds. partnerstw FinTech w Alior Banku.

Przestrzeń RBL_

Nowoczesna przestrzeń w Warsaw Spire to miejsce, w którym – poza programem akceleracyjnym – będą odbywać się także warsztaty, spotkania, eventy oraz badania nad produktami i usługami banku. Takie aktywności umożliwią m.in. strefa networkingowa oraz specjalne laboratorium.

W wydzielonej przestrzeni Alior Bank stworzył jedno z najnowocześniejszych w Polsce laboratoriów do pracy nad rozwiązaniami cyfrowymi, w tym do badań z użytkownikami. RBL_LAB to wszechstronne, elastyczne miejsce w pełni dopasowane do procesu budowy innowacji – mają temu służyć między innymi inteligentne tablice, zestawy wideokonferencyjne czy kamery. Twórcom przyświecała idea zwinnego podejścia do projektów, która charakteryzuje się szybkim uwzględnianiem rekomendacji użytkowników
w procesie tworzenia rozwiązań.

W RBL_LAB będą odbywać się m.in. warsztaty z design thinking, w trakcie których specjaliści będą wypracowywać praktyczne rozwiązania dla banku. W ciągu kolejnych kilku dni projektanci zwizualizują te pomysły lub przygotują ich robocze prototypy. Finalnie koncepcje zostaną zaprezentowane w trakcie badań z użytkownikami. Taki cykl działań znacznie przyspieszy czas wdrażania rozwiązań. Ułatwi on także identyfikację pomysłów, które nie mają szans, aby trafić w potrzeby klientów.

Laboratorium będzie również wykorzystywane do ulepszania standardowych rozwiązań wewnętrznych i testowania nowych technologii oraz w pracach nad pomysłami zgłaszanymi przez pracowników. Dzięki nowoczesnej technologii, w bieżących działaniach będą mogli zdalnie brać udział pracownicy z centrali
w Krakowie oraz Gdańsku.

Chcemy ciągle udoskonalać nasze usługi i wchodzić na coraz to wyższy szczebel innowacyjności – ma w tym pomagać koncept RBL_. Przygotowując przestrzeń pomyśleliśmy także o rynku, który – tak samo jak my – chce rozwijać się w kierunku nowych technologii. Dlatego w nowym obiekcie, poza akceleratorem
i laboratorium, znajdzie się również przestrzeń networkingowa. Będą tam organizowane wydarzenia edukacyjne i spotkania dla naszych klientów, a także eventy wewnętrzne, przybliżające pracownikom tematykę innowacji
– mówi Marcin Jaszczuk, wiceprezes zarządu Alior Banku.

Myślisz o emigracji zarobkowej? Zapomnij o Londynie, teraz króluje Dubaj!

Dubaj stał się nowym kierunkiem emigracji zarobkowej wśród Polaków. Wymarzona, słoneczna pogoda oraz ekskluzywne, zapierające dech w piersiach wieżowce, a przede wszystkim pewna i bezpieczna praca sprawiają, że oprócz wakacyjnego wyjazdu, coraz więcej Polaków decyduje się opuścić rodzimy kraj na dłużej. Arabscy pracodawcy gwarantują wyżywienie, zakwaterowanie, a nawet zakup biletu lotniczego do Polski, aby pracownik mógł się spotkać z rodziną. Dzięki temu każdy pracownik może odłożyć zarobione pieniądze, bez konieczności wydawania ich na codzienne potrzeby i po powrocie do Polski mieć zasoby finansowe na najbliższe miesiące, bez konieczności szukania nowej pracy jak najszybciej.

Kamila Gutowski
Kamila Gutowski, współwłaścicielka agencji pracy Skills Net

WARUNKI PRACY

Różnorodne oferty pracy na rynku sprawiają, że przed Polakami otwiera się coraz więcej ścieżek zawodowych, nie tylko w rodzimym kraju, ale również za granicą. Coraz częściej młodzi ludzie decydują się na karierę na „obczyźnie” nie tylko ze względu na warunki płacowe, ale również chęć przeżycia ciekawej przygody, poznania nowych ludzi, kultur i obyczajów. Nie wybierają już Anglii czy Irlandii, a swoje kroki kierują w stronę Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Tak odległy kierunek może budzić jednak obawy dotyczące znalezienia pracy, zakwaterowania itp. Dlatego warto podjąć współpracę z agencją pracy, która sprawdzi za nas czy pracodawca jest godny zaufania i czy praca, którą podejmujemy jest legalna i uczciwa i czy na miejscu będziemy mieli obiecane zakwaterowanie i zatrudnienie.

Tym co przyciąga Polaków do wyjazdu do Zjednoczonych Emiratów Arabskich jest możliwość pracy w jednym z najbogatszych miejsc na świecie. Nie wybierają już Wielkiej Brytanii, jak było przez ostatnie kilkanaście lat. Teraz coraz częściej kierujemy osoby do Dubaju. W Londynie pracując na osławionym zmywaku pracownik musiał sam znaleźć mieszkanie, zapewnić sobie jedzenie, więc ta pensja szybko topniała, a do Polski wracał z mniejszą kwotą niż się spodziewał. W Dubaju jest inaczej, na miejscu pracodawca zapewnia zakwaterowanie oraz wyżywienie, dzięki czemu możemy oszczędzić wszystkie zarobione pieniądze. Co więcej, opłaca również raz w roku przelot do Polski, więc pracownik może wrócić do rodziny, np. na Święta. Przede wszystkim rekrutujemy osoby do hoteli, oferując im stanowiska kelnerów, recepcjonistów czy barmanów. Doświadczenie w branży hotelarskiej nie jest konieczne, choć oczywiście jest dużym atutem, jednak przeprowadzamy również odpowiednie szkolenia i kursy. Oferujemy 2-letni kontrakt z możliwością przedłużenia, a nawet perspektywą awansu. Taki wyjazd to jednak przede wszystkim wspaniała okazja dla młodych osób do poznania nowej kultury i nowych ludzi oraz przeżycia niesamowitej przygody – mówi Kamila Gutowski, współwłaścicielka agencji pracy Skills Net Emirates.

Dodatkowo praca za granicą jest niezwykle cennym doświadczeniem, szczególnie dla młodych osób, które dopiero rozpoczynają swoją ścieżkę zawodową. Poza nauką samodzielności i odpowiedzialności, mają ogromną możliwość rozwoju zarówno osobistego, jak i zawodowego oraz efektywnej nauki języka, ze względu na ciągłe przebywanie w środowisku, w którym angielski jest powszechnie używany. Pozwala to nie tylko przełamać bariery w mówieniu oraz oswoić się z różnymi akcentami, ale również poznać język potoczny, dzięki któremu można poznać nowych przyjaciół. Życie w dotychczas obcej kulturze, nauka nowych tradycji, obyczajów, wszystko to prowadzi do naszego rozwoju, przy jednoczesnej możliwości zarobku. A przyszli pracodawcy zwykle bardzo dobrze patrzą na pracowników, którzy poradzili sobie w pracy za granicą.

Auto na abonament

W dzisiejszych czasach wszyscy narzekamy na brak czasu. Nic więc dziwnego, że wciąż wybieramy najszybsze środki transportu. Wśród nich samochody wciąż górują nad rowerami czy komunikacją miejską. Co jednak w sytuacji, w której nie stać nas na sfinansowanie zakupu własnego auta? Okazuje się, że mamy dogodne alternatywy na każdą kieszeń. Jedną z nich jest auto na abonament.

Czym jest usługa auto na abonament?

Mówiąc o autach na abonament warto byłoby przybliżyć czym jest ta usługa. Mówiąc najprościej polega ona na podpisaniu umowy na określony czas, w ramach której możemy korzystać z udostępnionego, wybranego przez nas auta. W ramach abonamentu, który musimy zapłacić znajdziemy nie tylko opłatę za użytkowanie samochodu, ale również OC, AC oraz serwis gwarancyjny. Możemy więc czuć się w pełni bezpiecznie korzystając z takiej możliwości.

Rynek samochodowy aut na abonament ma się coraz lepiej

Choć usługa auta na abonament jest w naszym kraju nowością nie oznacza to, że nie korzystamy z niej chętnie. Wprost przeciwnie. Coraz częściej właśnie na takie rozwiązanie decydują się osoby, które chcą korzystać ze sprawnego auta bez dużych wydatków. Tym bardziej, że firmy oferujące wynajem auta na abonament dopasowują swoje oferty do potrzeb klientów. Z powodzeniem znajdziesz więc auto, za które opłata miesięczna będzie dopasowana do twoich możliwości finansowych.

Idealna alternatywa dla wypożyczalni

Nie każdy z nas może pozwolić sobie na leasing samochodu, podobnie jest z kupnem auta na własną rękę. Pozostają wypożyczalnie, których ceny są jednak dość duże, zwłaszcza jeśli nie zależy nam na wynajmie auta na kilka dni a na dłuższy okres. Auto na abonament jest w takim przypadku najlepszą alternatywą. Jest bowiem znacznie tańsze od wynajmu auta oraz nie stanowi tak długotrwałego obciążenia jak leasing auta. Jeśli chcesz wiedzieć więcej, cenne informacje na temat aut na abonament znajdziesz na stronie https://paniala.pl/wiedza/auto-na-abonament/.

Podsumowując, jeśli lubisz lub musisz przemieszczać się samochodem i poszukujesz bezpiecznego rozwiązania, które nie obciąży twojego budżetu – auto na abonament to ciekawa propozycja, którą warto rozważyć.

Inspektor danych osobowych a podmiotowe zwolnienie z VAT. Interpretacja

25 maja 2018 r. weszło w życie unijne rozporządzenie RODO regulujące zasady przetwarzania danych osobowych. Zgodnie z nim w wielu przypadkach podmioty przetwarzające takie dane mają obowiązek powołać inspektora ochrony danych osobowych. W praktyce pojawiła się wątpliwość, czy pełnienie takiej funkcji w ramach działalności gospodarczej może podlegać zwolnieniu z podatku od towarów i usług.

Kim jest inspektor ochrony danych osobowych?

Niektóre podmioty (administratorzy danych) wymienione w rozporządzeniu Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych, RODO) mają obowiązek powołania inspektora ochrony danych osobowych. Do tej grupy zgodnie z art. 31 RODO należą organy i podmioty publiczne z wyjątkiem sądów w ramach sprawowania przez nie wymiaru sprawiedliwości, jak również podmioty, których główna działalność polega na przetwarzaniu danych osobowych. Obligatoryjnie inspektora ochrony danych powołują także administratorzy, których główna działalność obejmuje przetwarzanie tzw. danych wrażliwych oraz danych osobowych dotyczących wyroków skazujących i naruszeń prawa. Inspektor musi posiadać fachową wiedzę, zarówno teoretyczną, jak i praktyczną, dotyczącą przepisów RODO oraz krajowych regulacji z zakresu przetwarzania danych osobowych. Zakres tej wiedzy zgodnie z motywem 97 RODO powinien być ustalany w kontekście konkretnych potrzeb danego administratora. Winien zatem uwzględniać np. specyfikę działalności gospodarczej podmiotu przetwarzającego dane. Rozporządzenie określa szeroki i otwarty katalog zadań inspektora, do których należy m.in. informowanie administratora danych o jego obowiązkach wynikających z przepisów, jak również monitorowanie ich przestrzegania. Z uwagi na fakt, iż opisany w przepisach zakres zadań inspektora obejmuje również doradztwo w zakresie przepisów dotyczących ochrony danych osobowych dyskusyjne jest, czy wykonywanie takich obowiązków w ramach działalności gospodarczej może podlegać zwolnieniu z VAT z uwagi na wielkość obrotu.

Inspektor to nie doradca

Z takim problemem zetknął się pewien przedsiębiorca, który wystąpił z wnioskiem o wydanie interpretacji indywidualnej prawa podatkowego dotyczącej możliwości zwolnienia z VAT usługi polegającej na pełnieniu przez niego funkcji inspektora ochrony danych osobowych w rozumieniu przepisów RODO. Uznał on, iż zarówno przed, jak i po wejściu w życie rozporządzenia prowadził działalność szkoleniową z zakresu przepisów o ochronie danych, która może podlegać zwolnieniu z uwagi na wartość sprzedaży nieprzekraczającą 200 tysięcy złotych. Podatnik był świadomy tego, że do zadań inspektora ochrony danych osobowych należy m.in. doradztwo, które jako usługa nie podlega zwolnieniu zgodnie z ustawą o VAT, niezależnie od wielkości sprzedaży. Zdaniem przedsiębiorcy wykonywane przez niego czynności będą miały odmienny charakter. W jego opinii do zadań inspektora należy kontrola i ocena przestrzegania przepisów o ochronie danych osobowych, co należy uznać za pomoc administratorowi danych, a nie usługę doradztwa w rozumieniu przepisów ustawy o VAT. Według przedsiębiorcy nie ma także znaczenia okoliczność, iż wśród rodzajów działalności gospodarczej w zgłoszeniu rejestracyjnym wymieniono m.in. usługi doradztwa, gdyż decydujące znaczenie ma to, jaką działalność przedsiębiorca faktycznie wykonuje, a nie jak zaklasyfikował tę działalność według Polskiej Klasyfikacji Działalności.

Fiskus uważa inaczej

W interpretacji z dnia 27 czerwca 2018 r. nr 0111-KDIB3-1.4012.344.2018.1.RSZ Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej uznał stanowisko podatnika za nieprawidłowe. Zwrócił uwagę, iż pojęcie „doradztwa” nie zostało wprost zdefiniowane w przepisach, dlatego należy je rozumieć szeroko, również jako udzielanie fachowych zaleceń i porad np. finansowych czy ekonomicznych. Odwołując się do treści przepisów RODO, organ wskazał, że w ramach obowiązków inspektora ochrony danych osobowych podatnik będzie doradzał administratorowi danych i innym podmiotom, jak również udzielał zaleceń co do oceny skutków dla ochrony danych oraz monitorował ich wykonanie. Tym samym w ocenie Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej działalność gospodarczą prowadzoną przez Wnioskodawcę należy uznać za usługi doradztwa, które bez względu na wysokość sprzedaży nie będą podlegały zwolnieniu z podatku VAT. Omawiana sprawa pokazuje, że wejście w życie rozporządzenia dotyczącego ochrony danych osobowych otworzyło przed ekspertami w tej dziedzinie nowe możliwości. Ich sytuacja prawno-podatkowa może nieoczekiwanie ulec diametralnej zmianie. O ile dotychczasowa działalność szkoleniowa w zakresie obowiązujących przepisów mogła po zmieszczeniu się w ustawowym limicie podlegać zwolnieniu z podatku od towarów i usług, o tyle już określone w RODO usługi tego rodzaju najprawdopodobniej będą opodatkowane bez względu na ich skalę. Zarówno dostosowanie prowadzonej działalności gospodarczej do nowych przepisów o ochronie danych osobowych, jak i opodatkowanie usług doradztwa w tym zakresie warto powierzyć kompetentnemu specjaliście. Z uwagi na fakt, iż niniejsza tematyka budzi nieustanne emocje, a niekiedy nawet kontrowersje, trzeba być również przygotowanym na spory z organami odpowiedzialnymi za kontrolę przestrzegania nowych przepisów.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Na rynku pracy brakuje co najmniej 500 tys. specjalistów. Kształcenie zawodowe wciąż mało popularne

Na rynku pracy brakuje co najmniej 500 tys. specjalistów. Kształcenie zawodowe wciąż mało popularne 4

Od 2008 roku liczba zasadniczych szkół zawodowych i techników spadła w Polsce o 20 proc. Licząc od 2000 roku, spadek sięgnął 50 proc. Stworzenie sprawnego modelu kształcenia zawodowego ma kluczowe znaczenie, zwłaszcza w obecnej sytuacji na rynku pracy, który zmaga się z brakiem wykwalifikowanych fachowców. Nie obejdzie się jednak bez współudziału biznesu i samych pracodawców. Problemem jest jednak wciąż małe zainteresowanie młodych ludzi takim kształceniem.

– Mamy duży niedobór pracowników z wykształceniem zawodowym i specjalistycznym. Ministerstwo przygotowuje barometr zawodów deficytowych – wykaz, który wyraźnie pokaże, w jakich zawodach są deficyty, a w jakich nadwyżki. Dobre kształcenie zawodowe czy też branżowe jest nam niezwykle potrzebne. Problem jednak w tym, że choć przygotowywany i wdrażany jest nowy model kształcenia branżowego, to ciągle nie jest ono zbyt popularne. Kształcenie zawodowe nie cieszy się dużym zainteresowaniem. To jest poważny problem – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Elżbieta Rafalska, minister pracy, rodziny i polityki społecznej.

Polski rynek pracy od miesięcy notuje rekordowy, historycznie niski poziom bezrobocia, które od czerwca utrzymuje się na poziomie 5,9 proc. Tylko od lipca ubiegłego roku liczba osób bez pracy zmniejszyła się o 178,5 tys. osób. Według wyliczeń Eurostatu Polska jest w tej chwili w pierwszej trójce państw Unii Europejskiej z najniższym bezrobociem. Niska podaż pracy zaczyna jednak hamować rozwój przedsiębiorstw, które mają problemy z pozyskaniem kadry – zwłaszcza specjalistów i fachowców w swoich branżach. Przyczynia się do tego również niski poziom szkolnictwa zawodowego i jego niewielka popularność. Z największymi problemami borykają się zwłaszcza branża budowlana i produkcyjna.

– Potrzeby są ogromne. Mówimy w tej chwili o braku 500 tys. specjalistów na rynku w każdej branży. Najlepiej świadczy o tym fakt, że osoby po szkołach zawodowych praktycznie już na ostatnim roku dostają oferty pracy. Brakuje kierowców, spawaczy, stolarzy, hydraulików – wylicza Tomasz Wróblewski, ekspert Warsaw Enterprise Institute.

Szkolnictwo zawodowe w Polsce ma w tej chwili przed sobą wiele wyzwań. Przez ostatnie dekady było zaniedbane, co spowodowało spadek liczby szkół zawodowych oraz absolwentów, którzy wchodzą na rynek pracy. Jak wynika z danych GUS, w roku szkolnym 2014/2015 działały w Polsce 3 954 zasadnicze szkoły zawodowe i technika. To oznacza, że od 2008 roku ich liczba spadła o ok. 20 proc. Licząc od 2000 roku – spadek sięgnął aż 50 proc. W roku szkolnym 2016/2017 było ich nieco ponad 3 500.

 Mamy również problem z tym, że spadła jakość kształcenia zawodowego, ponieważ nie inwestowaliśmy w ten system. Z jednej strony wymagania rynku, oczekiwania co do kwalifikacji wzrosły, natomiast w systemie kształcenia trend był spadkowy. Wyzwaniem jest również struktura szkolnictwa zawodowego, ponieważ zawody, które kształcimy, nie są tymi, które są dziś potrzebne w biznesie i w gospodarce. Należy też wymienić spadek prestiżu i ogólnej opinii o kształceniu zawodowym, który powoduje, że trudno jest pozyskać nowych kandydatów – mówi Jacek Siwiński, prezes VELUX Polska.

 Myślę, że te wszystkie poprzednie lata, kiedy osoby, które kończyły kształcenie zawodowe, były stygmatyzowane i znajdowały się w rejestrach powiatowych urzędów pracy, doprowadziły do tego, że ucieka się od tego kształcenia zawodowego. Tymczasem ono dzisiaj daje gwarancję zatrudnienia, ci pracownicy są wyczekiwani na rynku pracy. Jest bardzo istotne, aby stworzyć taki model kształcenia branżowego, który na żadnym etapie nie będzie zamykał młodym osobom szans na dalszy rozwój – dodaje Elżbieta Rafalska.

Minister pracy podkreśla również, że szkolnictwo branżowe musi nadążać za wyzwaniami rynku pracy, rozwojem technologii i innowacji, „iść z duchem czasu”. Dlatego stworzenie sprawnego modelu kształcenia zawodowego w Polsce nie ma szans bez współudziału biznesu i samych pracodawców.

 Jeżeli biznes zaangażuje się, będzie przyjmował uczniów, kształcił ich zawodowo i jeżeli oni będą mieć dostęp do nowoczesnych urządzeń i technologii, to równocześnie przedsiębiorca ma gwarancję, że ten uczeń do niego wróci, ponieważ zna tę pracę, kształcił się u niego, odbywał staż. Buduje się taka relacja między uczniem a nauczycielem – w tym przypadku nauczycielem zawodu – mówi Elżbieta Rafalska.

– System musi być odwrócony, tak jak funkcjonuje to w Niemczech i Wielkiej Brytanii, że najpierw uczymy się zawodu, wykonywania pracy i doświadczenia w zakładach produkcyjnych, a potem uczymy się teorii. W Polsce jest odwrotnie, właściwie całe studia czy całą szkołę zawodową uczymy się teorii, a dopiero potem na koniec mamy te wątłe praktyki – mówi Tomasz Wróblewski. – Po drugie, egzaminy muszą się pokrywać z wymogami branży, cechów, a nie z wizją profesorów, która rozmija się z rynkiem.

Grupa VELUX i jej spółki siostrzane rokrocznie potrzebuje więcej pracowników (w 2017 roku grupa zatrudniła w sumie 500 nowych pracowników, co stanowiło 12-proc. wzrost rdr.). Fundacje VELUX zadecydowały właśnie o utworzeniu programu grantowego, który będzie wspierać szkolnictwo zawodowe w Polsce. Celem jest zapewnienie większej podaży odpowiednio wykwalifikowanych fachowców.

– Założenia tego programu są długofalowe, co oznacza, że będą mieć pozytywne oddziaływanie na rynek, przyspieszać zmiany systemowe w tym zakresie. W ramach programu grantowego Fundacji będą wspierane nowe programy edukacyjne, edukacja w pracy, mobilność, zarówno uczniów, jak też nauczycieli, kształcenie umiejętności miękkich. To wszystko powinno mieć pozytywne oddziaływanie na cały system – podkreśla Jacek Siwiński, prezes VELUX Polska.

Program grantowy Fundacji VELUX jest obliczony na kolejnych 10 lat – potrwa do 2028 roku. Nabór grantów będzie się odbywał w trybie ciągłym, a ich beneficjentami mogą być wszelkie organizacje pozarządowe, szkoły, samorządy, organy administracji publicznej czy innowatorzy, którzy chcieliby wpisać się w rozwój i poprawę sytuacji w segmencie szkolnictwa zawodowego w Polsce.

Od października ubezpieczycieli i pośredników czekają rewolucyjne zmiany. Nowa ustawa zapewni klientom jeszcze większą ochronę

Od października ubezpieczycieli i pośredników czekają rewolucyjne zmiany. Nowa ustawa zapewni klientom jeszcze większą ochronę 5

W październiku wchodzi w życie ustawa o dystrybucji ubezpieczeń, która wdraża zapisy unijnej dyrektywy IDD. Dla ubezpieczycieli i pośredników oznacza to poważne zmiany. Nowe przepisy rozwijają m.in. wymóg badania potrzeb klienta i dopasowywania do nich odpowiedniego ubezpieczenia oraz wprowadzają obowiązek informowania klienta o charakterze wynagrodzenia pośrednika. Prezes Vienna Life Paweł Ziemba ocenia, że zmiany pokrywają się z oczekiwaniami klientów, którzy chcą większej transparentności przy zawieraniu umowy ubezpieczeniowej.

Ustawa o dystrybucji ubezpieczeń, która wdraża do polskiego prawodawstwa zapisy unijnej dyrektywy IDD, została uchwalona w grudniu ubiegłego roku.  Pierwotnie miała wejść w życie 23 lutego 2018 roku, ale ten termin został przesunięty na 1 października.

– Daje to czas całemu środowisku ubezpieczeniowemu, aby właściwie przygotować się do tej dyrektywy, która niesie ze sobą bardzo wiele zmian. Dla ubezpieczycieli oznacza to konieczność doregulowania kilku kwestii, zwrócenia jeszcze większej uwagi na standardy i jakość. Natomiast dla środowiska czysto dystrybucyjnego niesie wiele zupełnie nowych zmian, z którymi polski rynek do tej pory się nie mierzył – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Ziemba, prezes zarządu Vienna Life.

Ustawa o dystrybucji ubezpieczeń obejmie wszystkie podmioty zaangażowane w sprzedaż produktów ubezpieczeniowych – zarówno pośredników, agentów, jak i pracowników zakładów ubezpieczeń. Jej główny cel to zapewnienie klientom odpowiedniej opieki i porady w zakresie usług ubezpieczeniowych, opartej na badaniu jego rzeczywistych potrzeb.

Badanie potrzeb jest istotne z uwagi na konieczność rozpoznania tego, co rzeczywiście klient chciałby otrzymać. Znajomość preferencji i oczekiwań klienta jest niezmiernie ważna – zwłaszcza w ubezpieczeniach, które są produktem długoterminowym. Całe środowisko ubezpieczeniowe zmierza w tę stronę, aby produkty ubezpieczeniowe były dobrze zrozumiane i odpowiadały na określony obszar potrzeb klienta – mówi Paweł Ziemba.

Jedne z najważniejszych zmian, które wprowadza nowa ustawa, to nakaz postępowania w najlepiej pojętym interesie klienta i wymóg dopasowywania produktu ubezpieczeniowego do jego indywidualnych potrzeb, zakaz współpracy brokerów i agentów ubezpieczeniowych oraz obowiązek informowania klienta o charakterze wynagrodzenia pośrednika. Jak ocenia prezes zarządu Vienna Life – ten zapis budzi w środowisku szczególnie duże kontrowersje, ale z drugiej strony – dobrze dobrany produkt, z odpowiednim zakresem i ceną, zawsze się obroni, niezależnie od wysokości prowizji pośrednika.

Z badań konsumenckich wynika, że nowa ustawa o dystrybucji ubezpieczeń pokrywa się z oczekiwaniami klientów. Jak wynika z danych firmy doradczej Deloitte, 82 proc. klientów uważa, że najważniejszą cechą obsługi klienta jest dokładność́ i jakość́ informacji. Natomiast trzy czwarte (73 proc.) wskazuje, że najważniejsze jest szanowanie ich czasu.

 Od produktów ubezpieczeniowych klienci oczekują przede wszystkim transparentności przy zawieraniu umowy, jak również rozumienia wszystkich jej zapisów. Jest to jednak język prawny, który stara się przewidzieć wiele sytuacji, dlatego tak ważne jest, aby go jak najbardziej uprościć, by nie był skomplikowany w interpretacji – mówi Paweł Ziemba.

 Dla wielu klientów sprawna obsługa jest czynnikiem decydującym o wyborze lub pozostaniu z daną firmą. Niesprostanie oczekiwaniom klienta często powoduje rezygnację z produktu i usługi. Dlatego staramy się, również w przypadku naszej firmy, załatwiać sprawy klientów w możliwie najkrótszym czasie, dostarczając im precyzyjne wskazówki i odpowiedzi – dodaje Agnieszka Książek, dyrektor marketingu Vienna Life.

Na przestrzeni ostatnich dwóch lat Vienna Life wprowadziła szereg usprawnień w swojej ofercie i nowy standard obsługi klienta.

 Najbardziej istotna – jeśli chodzi o innowacje w ramach świadczonego serwisu – jest Rada Klientów, którą powołaliśmy w ubiegłym roku. Rada składa się z przedstawicieli naszych obecnych klientów, z którymi regularnie się spotykamy. Są to osoby z całego kraju, które przedstawiają nam konkretne rekomendacje, wskazując też pewne błędy i pokazując sposoby ich naprawy. Dzięki temu wzbogacamy naszą ofertę i poprawiamy jakość obsługi klienta – dodaje Agnieszka Książek.

Język komunikacji w pismach reklamacyjnych został zmieniony na prostszy. Zaraz po podpisaniu umowy klient otrzymuje pakiet pięć e-maili z informacjami, które są istotne i przydatne do prowadzenia jego polisy („welcome pack”). Natomiast tydzień po podpisaniu umowy firma kontaktuje się z nim telefonicznie, żeby sprawdzić, czy dostał już komplet dokumentów i czy ma dodatkowe pytania związane ze swoją polisą („welcome call”). Wszystkie opisy produktów na stronie internetowej zostały zmienione na prostsze i bardziej klarowne. Ubezpieczyciel promuje też polubowne rozwiązywanie sporów reklamacyjnych poprzez mediacje.

– Te zmiany wynikają z długich przygotowań. W ubiegłym roku przeprowadziliśmy wśród klientów dwumiesięczne badanie dotyczące ich oczekiwań w stosunku do produktów, roli towarzystwa ubezpieczeniowego i dystrybutora. To dało nam dostęp do wielu praktycznych informacji. W efekcie zmieniliśmy sposób komunikowania się z rynkiem, sposób opisywania produktów na bardziej jasny, klarowny i krótszy, co jest bardzo ważne, bo nikt nie przeczyta dziesięciu stron małym drukiem – mówi prezes Vienna Life.

Jak podkreśla, zmiany zostały bardzo dobrze odebrane przez klientów, co ma potwierdzenie w statystykach. W porównaniu do ubiegłego roku liczba reklamacji spadła o 25 proc. W 2017 roku wysłano do klientów o 92 proc. więcej e-maili niż tradycyjnych listów, a czas oczekiwania na tzw. kartę klienta, zawierającą pakiet podstawowych informacji, skrócił się z 4 tygodni do 2 dni. Do tej pory Vienna Life zamknęła też 350 postępowań mediacyjnych w ramach polubownego rozwiązania sporów reklamacyjnych.

Prywatny sektor zdrowia testuje nowe rozwiązania w diagnostyce i leczeniu. Publiczne placówki mogą korzystać z jego doświadczeń

Prywatny sektor zdrowia testuje nowe rozwiązania w diagnostyce i leczeniu. Publiczne placówki mogą korzystać z jego doświadczeń 6

Prywatne firmy z sektora ochrony zdrowia są pionierem we wdrażaniu innowacyjnych rozwiązań w opiece nad pacjentem. Mobilne utrasonografy, wideokonsultacje czy elektroniczna dokumentacja medyczna ułatwiają i przyspieszają postawienie diagnozy, a następnie leczenie. Medicover pracuje także nad wykorzystaniem sztucznej inteligencji do diagnostyki. Z doświadczeń prywatnych placówek mogą czerpać publiczne placówki. 

– Rozwiązaniem, które miałoby szansę na wdrożenie w publicznej służbie zdrowia, jest elektroniczna dokumentacja medyczna. Mamy w tym obszarze 13 lat doświadczenia i możemy się podzielić wynikami swojej pracy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Iwona Pokwicka, wiceprezes Medicover Polska. – Od czerwca br. zintegrowaliśmy nasze systemy z ZUS w zakresie e-zwolnienia, pracujemy z Centrum Systemów Informacyjnych Ochrony Zdrowia nad projektem e-recepta, a w przyszłości liczymy nad e-skierowaniem. Wydaje się, że elektroniczna dokumentacja medyczna jest podstawą do tego, aby później korzystać z innych rozwiązań, takich jak telemedycyna.

Czaty z lekarzami, porady telefoniczne czy wideokonsultacje to usługi telemedyczne, które Medicover Polska oferuje od lat. Zatrudnia w tym celu blisko 150 lekarzy i przekonuje, że rozwiązania te można wdrożyć do publicznej służby zdrowia.

– Kolejnym rozwiązaniem, nad którym pracujemy, jest wykorzystanie sztucznej inteligencji w procesie leczenia pacjenta. Takie metody jak symptom checker [rozwiązania wspomagające diagnozę, oparte na sztucznej inteligencji] czy patient flow manager [kontroler ruchu pacjentów – red.] i inne, które wspomagają diagnostykę pacjenta, zanim jeszcze trafi on do lekarza, pomagają nam przekierować pacjenta do właściwego kanału obsługi medycznej. Jest to jeszcze u nas w fazie testów. W przyszłości mamy nadzieję, że również system publicznej opieki zdrowotnej skorzysta z takich propozycji – zapowiada Iwona Pokwicka.

Elektroniczna dokumentacja medyczna dała Medicover dostęp do danych, które można interpretować i podejmować działania, dzięki temu firma stworzyła kodeks dobrych praktyk, najlepszych standardów postępowania, i wdrożyła go do systemu medycznego. Dzięki temu lekarz, mając do czynienia z określoną jednostką chorobową, otrzymuje od systemu podpowiedź, jak postępować, aby osiągnąć sukcesy w leczeniu lub postępowaniu medycznym.

– Dzięki nowoczesnym technologiom wdrożyliśmy także system MQI, czyli Medical Quality Indicators, które sprawdzają, czy lekarze stosują standardy postępowania jako best practice i jak skutecznie leczą naszych pacjentów. To jest pierwsza wartość dodana nowoczesnych technologii.

Kolejną, nie mniej istotną, jest szybka diagnoza. Przykładem może być użycie mobilnego USG, dzięki któremu w czasie jednej wizyty domowej przeszkolony lekarz dowolnej specjalności może sprawdzić stan zdrowia pacjenta bez konieczności odsyłania go do oddzielnej pracowni ultrasonograficznej i czekania na wynik. Do tego dochodzą urządzenia do monitorowania pacjenta w domu, jak domowe KTG dla kobiet w ciąży czy domowe EKG lub holter.

– Prywatny sektor zdrowia jest pionierem we wdrażaniu innowacyjnych rozwiązań w opiece nad pacjentem. Monitorujemy jakość medyczną dostarczaną dzięki nim. Mamy nadzieję, że nasze doświadczenia i wyniki naszych prac zostaną docenione również przez Ministerstwo Zdrowia, które będzie mogło je w stosunkowo łatwy sposób zaimplementować do opieki publicznej i w ten sposób również tam podnosić jakość obsługi.

Włoski koncern Leonardo chce ściślej współpracować z polskim przemysłem obronnym. Możliwe partnerstwo przy produkcji najnowocześniejszych śmigłowców w Europie

Włoski koncern Leonardo chce ściślej współpracować z polskim przemysłem obronnym. Możliwe partnerstwo przy produkcji najnowocześniejszych śmigłowców w Europie 7

Włoski koncern Leonardo chce współpracować ze spółkami Polskiej Grupy Zbrojeniowej przy realizacji programu Kruk, który zakłada pozyskanie 32 nowoczesnych śmigłowców bojowych dla polskich Sił Zbrojnych. Koncern zaoferował polskiemu Ministerstwu Obrony Narodowej śmigłowce AW249. Jeśli oferta Leonardo zostanie wybrana przez MON, spółki PGZ będą uczestniczyć w produkcji oraz serwisowaniu tych maszyn. – Polski przemysł mógłby się zaangażować w tę inicjatywę od samego początku, tak na etapie projektowania, produkcji, jak i późniejszego wsparcia logistycznego eksploatacji tych maszyn – mówi Marco Lupo, wiceprezes Leonardo na region Bałkanów i Europy Wschodniej.

 Jednym z proponowanych obszarów współpracy jest program nowego śmigłowca bojowego AW249, który Leonardo opracowuje dla włoskiego ministerstwa obrony. Przy wsparciu tego ministerstwa śmigłowiec ten jest proponowany również Polsce. Aby odpowiednio zabezpieczyć się od strony przemysłowej w zakresie realizacji tego programu, podpisaliśmy w lipcu list intencyjny z Polską Grupą Zbrojeniową. Teraz czekamy na decyzję polskiego ministerstwa obrony w sprawie postępowania Kruk – mówi agencji informacyjnej Marco Lupo, wiceprezes Leonardo na region Bałkanów i Europy Wschodniej.

List intencyjny, który określa zasady współpracy w ramach programu AW249, Leonardo i Polska Grupa Zbrojeniowa podpisały w połowie lipca br. Spółki określiły w nim formułę wspólnych działań dotyczących projektowania, produkcji, montażu i sprzedaży śmigłowca AW249. Jak podają strony porozumienia, dokument potwierdza zainteresowanie PGZ oraz Leonardo rozwojem oraz produkcją nowego śmigłowca bojowego, tworzonego na potrzeby armii włoskiej, oraz jego polskiego wariantu w ramach programu Kruk.

Program Kruk zakłada pozyskanie śmigłowców uderzeniowych nowego typu dla polskich Sił Zbrojnych. MON zamierza kupić 32 takie maszyny, które docelowo mają zastąpić stare śmigłowce Mi-24.

 Zdecydowanie zaangażowanie polskiego przemysłu w ten projekt byłoby ogromną szansą dla branży. Polskie firmy mogłyby się zaangażować w tę inicjatywę od samego początku, tak na etapie projektowania, jak i produkcji oraz późniejszego wsparcia logistycznego eksploatacji tych maszyn. Chodzi tu o śmigłowce przeznaczone nie tylko na polski rynek, lecz także na rynek eksportowy. To właśnie pokazuje skalę potencjalnych korzyści, jakie uczestnictwo w tym programie mogłoby dać Polsce – mówi Marco Lupo.

– Mówimy o współpracy przemysłowej już na etapie badawczo-rozwojowym, a potem na etapie produkcji, a więc nie o jakimś offsecie, który nawet przy najlepszych chęciach nie jest i nigdy nie będzie w stanie równać się prawdziwej współpracy przemysłowej. Gdyby polski przemysł uczestniczył w projekcie AW249, nie tylko pobierałby korzyści finansowe ze sprzedaży tego sprzętu dla polskiej armii, lecz także uczestniczyłby w eksportowych projektach sprzedażowych. To oznaczałoby, że każdy śmigłowiec AW249 sprzedawany w przyszłości na świecie, miałby ten komponent polskiej myśli technologicznej i pracy polskich robotników czy inżynierów. To jest ogromna przewaga, nieporównywalna z konkurencyjnymi rozwiązaniami – dodaje Krzysztof Krystowski, wiceprezes Leonardo Helicopters.

AW249 to najnowszy śmigłowiec bojowy, który jest aktualnie na etapie zaawansowanych prac projektowych. W styczniu ubiegłego roku grupa Leonardo podpisała z włoskim ministerstwem obrony długoletni kontrakt na budowę takich maszyn. AW249 o maksymalnej masie startowej kat. 7–8 ton i ładowności powyżej 1 800 kg ma charakteryzować się szybkością i długością lotu, które pozwolą przetrwać w najtrudniejszych warunkach. Maszyna będzie dysponować najnowocześniejszymi systemami komunikacji i kierowania misją na polu walki i być bardziej ekonomiczna w porównaniu do poprzedniej generacji śmigłowców.

AW249 to najnowszy śmigłowiec bojowy, projektowany jako następca śmigłowca A129, który już swoje lata wysłużył. Będzie śmigłowcem większym, o masie startowej w przedziale 7–8 ton. Wobec tego będzie też dużo mocniej uzbrojony i przykładowo, będzie możliwość zastosowania dużo większej liczby rakiet przeciwpancernych. Jest także rozpatrywany jako centrum dowodzenia i współpracy z bezzałogowymi statkami powietrznymi. Mamy więc śmigłowiec wiodący, który jednocześnie koordynuje pracę aparatów bezzałogowych, być może takich jak SW-4 Solo – dodaje Krzysztof Krystowski.

Testy bezzałogowego śmigłowca SW-4 Solo zostały zakończone niedawno, maszyna po raz pierwszy wzbiła się w powietrze bez pilota bezpieczeństwa na pokładzie na wysokość 1,5 tys. stóp i bezpiecznie wylądowała. To największy tego typu bezzałogowiec w Europie.

Polska Grupa Zbrojeniowa i włoski koncern Leonardo już od kilku lat współpracują w zakresie rozwoju przemysłu obronnego. Począwszy od 2016 roku – zawarły szereg porozumień dotyczących tej współpracy.

Marco Lupo, wiceprezes Leonardo na region Bałkanów i Europy Wschodniej, podkreśla również, że od momentu przejęcia PZL-Świdnik koncern inwestuje duże kwoty w rozwój zakładów lotniczych i utworzył w Świdniku swoje centrum doskonalenia struktur lotniczych. W efekcie od momentu przejęcia PZL-Świdnik zwiększył swoje przychody ponadtrzykrotnie.

 W dalszym ciągu zamierzamy inwestować w ten zakład. Dlaczego? Ponieważ jesteśmy w pełni usatysfakcjonowani poziomem pracy świadczonej przez zatrudnione tam osoby. Jesteśmy dumni z naszych polskich zakładów i w związku z tym będziemy dalej w nie inwestować po to, aby utrzymać tę sytuację – podkreśla Marco Lupo.

Włochy są bardzo dobrym partnerem dla polskiego przemysłu obronnego, ponieważ same mają silny przemysł obronny w postaci grupy Leonardo. Do projektu AW249 zapraszamy partnerów z PGZ, aby ten nowy śmigłowiec budować  wspólnie, jednocześnie we Włoszech i w Polsce, przez PZL-Świdnik i inne spółki. To jest naprawdę bezprecedensowy pomysł, ponieważ w ciągu ostatniego 30-lecia nie było nigdy takiego przypadku, żeby polski przemysł obronny uczestniczył w rozwoju systemu uzbrojenia, a zwłaszcza systemu uzbrojenia tak zaawansowanego jak śmigłowiec bojowy – podsumowuje Krzysztof Krystowski.

Rynkowa premiera elastycznego smartfona to tylko kwestia czasu. Według producentów technologia już jest gotowa

Rynkowa premiera elastycznego smartfona to tylko kwestia czasu. Według producentów technologia już jest gotowa 8

Po bezramkowych smartfonach przyszedł czas na kolejną rewolucję w branży mobilnej – telefony z giętkim wyświetlaczem. Działające prototypy elastycznych urządzeń zaprezentowały już takie firmy jak Royole oraz Nubia, a w listopadzie 2018 roku zadebiutować ma elastyczny smartfon od Samsunga. Największym wyzwaniem w zaprojektowaniu takiego urządzenia jest opracowanie elastycznych baterii, które zginałyby się razem z wyświetlaczem. Według ekspertów technologia już jest gotowa, a wprowadzenie jej na rynek zależy już tylko od konkretnych producentów.

– Elastyczny telefon jest największym wyzwaniem, z jakim mieliśmy okazję się zmierzyć. Musieliśmy opracować nie tylko elastyczny ekran. Również cały układ, włącznie z baterią i elektroniką, musi być elastyczny. To będzie następna istotna zmiana na rynku smartfonów – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje William Strand z firmy Royole.

Firmy Royole oraz Nubia zaprezentowały na targach IFA 2018 działające prototypy smartfonów, które można owinąć wokół nadgarstka. Firma Nubia (należąca do chińskiego giganta ZTE) ma gotowy produkt, który niebawem może wprowadzić na rynek. Amerykańska firma Royole także ma działający smartfon z elastycznymi komponentami, ale specjalizuje się w projektowaniu elastycznych rozwiązań dla innych producentów elektroniki.

– Telefon jest w pełni wyposażony, jest normalnie działającym urządzeniem. Widziałem, jak to działa – poprosiłem o wykonanie rozmowy telefonicznej, w trybie głośnomówiącym, a po zakończonej rozmowie prezes owinął telefon wokół nadgarstka i zszedł ze sceny, więc wszystko działa, jak należy – przekonuje przedstawiciel Royole.

Do tej pory główną barierą w projektowaniu elastycznych urządzeń elektronicznych były baterie. Obecnie istnieją już rozwiązania, pozwalające zamontować nowoczesne baterie w elastycznym sprzęcie. Jednym z ciekawszych projektów jest ogniwo litowo-jonowe opracowane przez zespół naukowców z Columbia Engineering, które swoją konstrukcją przypomina ludzki kręgosłup, dzięki czemu można wyginać je i skręcać bez ich uszkadzania.

Jedną z pierwszych firm, które mogą się zdecydować na wprowadzenie w pełni elastycznego telefonu na rynek, może być Samsung. Koreańska firma już wielokrotnie zapowiadała model Galaxy X, jednak datę premiery tego sprzętu nieustannie przesuwano. Według najświeższych zapewnień przedstawicieli Samsunga do oficjalnej prezentacji telefonu może dojść w listopadzie tego roku.

Idea elastycznych smartfonów nie jest nowa. Pierwszy prototyp takiego urządzenia zaprezentowała firma Nokia w 2011 roku. Kinetic pozwalał nieznacznie zginać obudowę, aby w ten sposób sterować wyświetlaniem treści na ekranie. Ówczesna technologia nie pozwoliła jednak na wdrożenie tego rozwiązania do powszechnego użytku. Obecnie technologia jest już dostępna, a pojawianie się na rynku elastycznego smartfona jest kwestią czasu.

– Uważam, że wejście na rynek elastycznego smartfona w ciągu roku jest możliwe, lecz nie jest to teraz tak naprawdę problem natury technologicznej. Teraz najważniejsze jest dogadanie się z producentami sprzętu, my dostarczamy technologię, udzielamy wsparcia naszym partnerom podejmującym próbę opracowania elastycznych rozwiązań technologicznych – przewiduje nasz rozmówca.

Analitycy z Transparency Market Research szacują, że do 2026 roku wartość rynku elastycznych paneli OLED wzrośnie do 3 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 35 proc. Z kolei według Global Market Insights wartość rynku elastycznych baterii ma wzrosnąć z 200 mln dol. w 2015 roku do 1,5 mld dol. w 2024 roku.

Co trzeci jacht na europejskich wodach został wyprodukowany w Polsce. Naszą specjalnością są luksusowe łodzie

Co trzeci jacht na europejskich wodach został wyprodukowany w Polsce. Naszą specjalnością są luksusowe łodzie 9

Polski przemysł jachtowy rośnie w siłę. Rocznie produkujemy ok. 22 tys. jachtów, a naszą specjalnością są jachty motorowe o długości do 9 metrów. Wizytówką na świecie są też najbardziej luksusowe łodzie. Polskie stocznie należą do najnowocześniejszych w Europie, a dzięki inwestycjom znacząco zwiększyły moce produkcyjne. To sprawia, że po latach umacniania naszej pozycji w Europie polskie stocznie coraz częściej myślą o podbojach dalekich rynków – zapowiada Michał Bąk, sekretarz generalny Polskiej Izby Przemysłu Jachtowego i Sportów Wodnych – Polskie Jachty.

Potencjał polskiej branży jachtowej szacowany jest na ponad 20 tys. jednostek produkowanych rocznie. Taki wynik rzeczywiście został osiągnięty w 2008 roku, później przyszła recesja, która spowodowała, że było mniej zamówień zagranicznych, w związku z czym produkcja polska też trochę zmalała. Od 2009 roku rok do roku mamy wzrosty produkcji na poziomie 10–15 proc. Szacując 2017 rok, jesteśmy bardzo blisko powtórzenia liczby 22 tys. jachtów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Bąk, sekretarz generalny Polskiej Izby Przemysłu Jachtowego i Sportów Wodnych – Polskie Jachty.

Najliczniejszą grupą jachtów produkowanych w Polsce są małe motorówki – do 9 metrów, z silnikiem zaburtowym, których rocznie powstaje ok. 17 tys. Pod tym względem jesteśmy liderem w Europie. W tym najpopularniejszym segmencie ponad połowa jednostek pochodzi właśnie z Polski. Szacuje się, że ogólnie nawet co trzeci jacht na wodach europejskich został wyprodukowany w Polsce.

– Zajmujemy drugie miejsce na świecie, zaraz po USA. Oprócz tego najbardziej popularnego segmentu łodzi motorowych do 9 metrów, polską specjalnością są jachty luksusowe. Duże jachty motorowe marki Galeon czy personalizowane katamarany firmy Sunreef to są najbardziej cenione polskie brandy za granicą i to jest nasza wizytówka na świecie – podkreśla Michał Bąk.

Obecnie w Polsce działa ok. 160 stoczni, z czego kilka największych, które zatrudniają do 1,5 tys. osób. Wartość sprzedaży polskich stoczni Polboat szacuje na 1,2–1,3 mld zł.

Liderem wśród odbiorców polskich jachtów i łodzi są Norwegowie, którzy tylko w 2016 roku na zakup polskiego sprzętu wydali 70 mln euro. Dużo eksportujemy także do Francji i Niemiec (ok. 45 mln euro), coraz więcej także do USA (28 mln euro).

 Polskie stocznie w tej chwili należą do najbardziej nowoczesnych, najbardziej dynamicznie rozwijających się w Europie. W ostatnich latach wiele z nich przeprowadziło bardzo spektakularne inwestycje, dzięki czemu rozbudowały znacznie swoją zdolność produkcyjną. Liczymy na to, że w następnych latach uda nam się znacznie powiększyć również wolumen produkcji polskiego przemysłu jachtowego – mówi Michał Bąk. – Po latach umacniania naszej pozycji w Europie polskie stocznie coraz częściej w tej chwili myślą o podbojach dalekich rynków, jak USA, Rosja, Japonia, Australia czy ZEA.

Jak dodaje sekretarz generalny Polskich Jachtów, szybki rozwój przemysłu jachtowego oznacza też wzrost w przemyśle okołojachtowym. Obecnie w tym segmencie działa niemal tysiąc firm, które zatrudniają ponad 40 tys. osób.

– To szereg firm, które dostarczają stoczniom materiały do budowy jachtów. Mówimy tu o masztach, żaglach, metalowych okuciach. To również wszystkie firmy, które są dystrybutorami zagranicznych marek, jeżeli chodzi o elektronikę czy inne komponenty, z których składa się jacht. Bardzo duża branża, około tysiąca firm, cały czas prężnie się rozwija. Rzesza dostawców współpracuje nie tylko z polskimi stoczniami, lecz także z najlepszymi firmami z branży na całym świecie – podkreśla Michał Bąk.

Polskie szyfratory zapewnią bezpieczeństwo poufnych informacji w służbach specjalnych. Pozwolą przesyłać dane zgodnie z natowskimi oraz unijnymi standardami

Polskie szyfratory zapewnią bezpieczeństwo poufnych informacji w służbach specjalnych. Pozwolą przesyłać dane zgodnie z natowskimi oraz unijnymi standardami 10

Wraz z popularyzacją smartfonów oraz nowych kanałów komunikacji, pojawiły się także nowe zagrożenia – firmy oraz instytucje wykorzystujące kanały internetowe muszą liczyć się z zagrożeniem, jakim jest wyciek poufnych informacji dotyczących ich pracowników, partnerów biznesowych oraz niejawnych projektów, nad którymi pracują. Polska firma projektuje m.in. najszybsze urządzenia szyfrujące, które mogą służyć w strukturach NATO oraz Unii Europejskiej.

– Chcemy chronić informacje przesyłane w sieciach i dlatego nasze najnowsze szyfratory służą do ochrony informacji o klauzuli „zastrzeżone”, ale też „poufne”. Urządzenia, które produkujemy, rozwijamy, uzbrajamy i certyfikujemy w służbach narodowych, są ostatnio certyfikowane głównie dla sektora wojskowego, w Służbie Kontrwywiadu Wojskowego – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Konrad Raczyński z firmy Enigma Systemy Ochrony Informacji.

Zapewnieniem bezpieczeństwa tych informacji zajmują się firmy z branży InfoSec, w tym m.in. polska Enigma, która podczas targów MSOP 2018 zaprezentowała urządzenia służące do utajniania informacji w ramach sieci IP. Szyfratory zdolne są do utajniania informacji z prędkością do 50 Mbit/s i działają w trybie automatycznym, bez konieczności obsługi przez operatora.

– To są urządzenia, które zapinają tunele w oparciu o protokół IPsec, są to wirtualne tunele do tworzenia bezpiecznych kanałów komunikacyjnych i w takim tunelu, już szyfrowanym, można przesyłać wszelkiego rodzaju dane, może to być głos, obraz, mogą to być dane pochodzące z różnych systemów teleinformatycznych. Mamy bezpieczny kanał, w którym to, co jest przekazywane pomiędzy lokalizacjami, jest ukryte i zabezpieczone przed dostępem osób niepowołanych – wyjaśnia ekspert.

O konieczności pochylenia się nad problemem bezpieczeństwa informacji niejawnych zdają sobie sprawę zarówno przedstawiciele świata technologii, jak i wojskowi. W tym roku podczas październikowej konferencji CYBERSEC na scenie spotkają się m.in. wiceszef NATO oraz wiceszef Microsoftu, którzy będą debatować o zagrożeniach ze strony cyberprzestępców. Podczas zeszłorocznej edycji tego wydarzenia Ministerstwo Obrony Narodowej poinformowało o powołaniu jednostki wojsk cybernetycznych, które mają się zająć zapewnieniem bezpieczeństwa w internecie.

Producenci sprzętu teleinformatycznego również przygotowują się do walki na tym polu. Szyfratory Enigma przeszły proces certyfikacji przetwarzania informacji niejawnych, dlatego mogą służyć do przetwarzania treści o klauzulach „Poufne”, „NATO Confidential” oraz „Confidential EU”.

– Będziemy się rozwijać w kierunku współpracy z natowskimi standardami, czyli np. bramką do szyfrowania informacji w oparciu o protokół SCIP (standard bezpiecznej komunikacji głosowej i danych – przyp. red.). To jest przyszłość, żeby produkować w Polsce rozwiązania, które będą mogły być wykorzystywane do pracy w oparciu o rozwiązania krajowe, ale również do współpracy z natowskimi krajami – podsumowuje Konrad Raczyński.

Według szacunków firmy Gartner Inc. wartość branży bezpieczeństwa informacji pod koniec minionego roku wyniosła 86,4 mld dol., a w tym roku wzrośnie o 7 proc. do poziomi 93 mld dol.

Złotówka odreagowuje

Pusty kalendarz makroekonomiczny. Brak nowych doniesień ze świata. To wszystko sprawia, że nasza waluta złapała chwilowy oddech.

Cisza i spokój

Choć rynki pewnie zapomniały o kolejnych już groźbach Donalda Trumpa w ciągle trwających przepychankach między Stanami Zjednoczonymi a Chinami, to nie jest wykluczone, iż ze względu na niewielką liczbę ważnych komunikatów makroekonomicznych wtorkowy handel będzie bazował na tych wydarzeniach. Co prawda poznamy dziś indeks instytutu ZEW w NIemczech, jednak nastroje analityków za naszą zachodnią granicą mogą nie być na tyle istotne, żeby wpłynąć na inwestorów. Aktualnie na szerokim rynku obserwujemy osłabienie dolara co wpływa dobrze na waluty z koszyka EM. Główna para walutowa aktualnie oscyluje w okolicy poziomu 1,163.

Złotówka korzysta

Chwilę spokoju na rynkach nasza waluta wykorzystuje w dobry sposób. Od rana obserwujemy siłę złotówki względem głównych walut. Nawet wydawałoby się, że ostatnio mocny funt stracił dziś nieco do złotówki i aktualnie kosztuje 4,83 zł. Za euro zapłacimy 4,30 zł. Cena franka szwajcarskiego wynosi 3,79 zł, a dolara amerykańskiego 3,69 zł.

Jeszcze będzie ciekawie

Pomimo dość nudnego początku tygodnia handel na rynkach powoli zacznie nabierać tempa. Już jutro kalendarz makroekonomiczny będzie wypełniony m.in. danymi inflacyjnymi. Będzie to jednak dopiero początek emocji gdyż w czwartek czeka nas prawdziwy armagedon. Do pozostałych danych inflacyjnych dołączą bowiem banki centralne w Turcji, Wielkiej Brytanii oraz Europejski Bank Centralny, które ogłoszą swoje decyzje odnośnie zmian stóp procentowych.

Mateusz Wielewicki- dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Deloitte: Aż 93 proc. firm ubezpieczeniowych pozytywnie postrzega MSSF 17

Z początkiem 2021 roku wchodzi w życie nowy standard MSSF 17, ogłoszony przez Radę Międzynarodowych Standardów Rachunkowości (IASB), który wprowadza nowe zasady w rozpoznawaniu przychodów oraz zysków/strat w okresie świadczenia usług ubezpieczeniowych. Najnowsza edycja globalnego badania „Global IFRS Insurance Survey 2018”, przeprowadzona przez Economist Intelligence Unit na zlecenie firmy doradczej Deloitte, pokazuje, że 90 proc. firm ubezpieczeniowych na świecie deklaruje, że zdąży z wdrożeniem nowego standardu przed jego wejściem w życie. Obecnie największym wyzwaniem dla nich jest dostosowanie systemów oraz  procesów w obszarze aktuariatu i sprawozdawczości. Co ciekawe, w ciągu ostatnich pięciu lat z 7 do 35 proc. wzrósł odsetek spółek, które planuje wydać ponad 50 mln euro na działania w celu spełnienia wymogów MSSF 17.

Rada Międzynarodowych Standardów Rachunkowości (IASB) ogłosiła nowy standard MSSF 17 w ubiegłym roku. Wprowadza on zupełnie nowe podejście w rozpoznawaniu przychodów oraz zysków/strat w okresie świadczenia usług ubezpieczeniowych. Choć zacznie on obowiązywać dopiero od stycznia 2021 roku, to oznacza tak dużą zmianę dla firm ubezpieczeniowych, że wiele z nich już od pewnego czasu pracuje nad przygotowaniem się do jego wdrożenia. – W Polsce, ze względu na obowiązki regulacyjne, standard obejmie przede wszystkim zakłady ubezpieczeń będące emitentami papierów wartościowych na giełdzie (np. PZU). Duża liczba podmiotów ubezpieczeniowych w Polsce, wchodząca w skład międzynarodowych grup ubezpieczeniowych sporządzających sprawozdania finansowego według MSSF, zostanie także objęta wymogiem raportowym nowego standardu na potrzeby raportowania ‘grupowego’.

Aż 90 proc. ankietowanych firm uważa, że zdąży z wdrożeniem standardu MSSF 17 przed datą wejścia w życie, czyli przed 1 stycznia 2021 roku, z czego połowa (45 proc.) jest tego pewna. Najbardziej przekonani są o tym ubezpieczyciele oferujący przede wszystkim produkty zdrowotne (60 proc.), natomiast najwięcej wątpliwości w tym zakresie mają towarzystwa oferujące długoterminowe ubezpieczenia na życie. Spośród tych ostatnich jedynie 37 proc. nie obawia się wyzwań związanych z wprowadzeniem tego wymogu. – Co ciekawe, najbardziej spokojne o wypełnienie wymogów są spółki europejskie (96 proc.) i azjatyckie (93 proc.). W Europie jest także największy odsetek spółek oferujących ubezpieczenia na życie, które są przekonane o tym, że zdążą wdrożyć standard na czas (99 proc.) – mówi Adam Pasternak-Winiarski, Starszy Menedżer, Dział Usług Aktuarialnych Deloitte.

Dużo pracy i wysokie wydatki

Największe wyzwanie (37 proc.) dla firm ubezpieczeniowych w przygotowywaniu się do wdrożenia MSSF 17 stanowi dostosowanie systemów IT i procesów aktuarialnych oraz księgowych. Zdecydowana większość spółek (87 proc.) przewiduje, że dla wypełnienia wymogów MSSF 17 niezbędna będzie aktualizacja dotychczasowych systemów. Badane firmy postrzegają pozyskanie danych wejściowych, koniecznych do przeprowadzenia wyceny zgodnie z MSSF 17 jako jedną z kluczowych kwestii,
z którymi muszą się zmierzyć.

Jak pokazuje raport Deloitte, spółki zakładają zdecydowanie wyższe wydatki na implementację MSSF 17 niż miało to miejsce w drugiej edycji badania z 2013 roku. Wówczas jedynie 7 proc. badanych prognozowało, że koszty wdrożenia standardu wyniosą więcej niż 50 mln euro, podczas, gdy w tegorocznej edycji odsetek ten wzrósł do 35 proc. Duże wydatki na wdrożenie wynikają, m.in. z bardzo dużego rozdrobnienia obliczeń i raportowania danych oraz konieczności dostosowania i zintegrowania swojego środowiska informatycznego. – Wśród głównych działów, które będą wymagały największej modyfikacji, respondenci wskazują na aktuariat, finanse oraz IT. To może się okazać dużym wyzwaniem dla firm, ponieważ obecnie na rynku dostrzegalny jest brak ekspertów aktuarialnych i księgowych, którzy mogliby uczestniczyć w procesie integracji tych obszarów i wdrożenia MSSF 17 – mówi Łukasz Linek, Partner Associate Dziale Audit & Assurance Deloitte.

W dłuższej perspektywie wyniki finansowe się ustabilizują
Jak można się spodziewać, w trakcie przygotowań do nowego standardu firmy szacują także jego wpływ na swoje wyniki finansowe. Ponad połowa spółek (56 proc.) oczekuje, że konsekwencją przejścia na MSSF 17 będzie obniżenie kapitałów własnych, a jedynie 10 proc spodziewa się odwrotnego efektu. Połowa ankietowanych oczekuje, że wyniki finansowe w pierwszym roku obowiązywania IFRS 17 będą gorsze niż dotychczas (przeciwnego zdania było 11% respondentów). Mimo to większość (53 proc.) ankietowanych pozytywnie postrzega na nowe regulacje, oczekując, że dzięki nim zmniejszy się zmienność wyników ubezpieczycieli. Oczekiwania te różnią się istotnie w porównaniu do poprzedniego badania Deloitte z 2013 roku. Podczas gdy pięć lat temu 45 proc. respondentów wskazało na ryzyko zwiększonej zmienności wyników finansowych to w tegorocznej edycji, już tylko 27 proc. ubezpieczycieli uznaje to za powód do niepokoju.

Od ostatniego badania, firmy ubezpieczeniowe zrobiły duże postępy w zwiększaniu świadomości inwestorów na temat planowanych zmian. O ile w 2013 roku aż 69 proc. ankietowanych nie rozpoczęło jeszcze prac nad nowym sposobem komunikacji i budowania relacji inwestorskich, to obecnie ten odsetek spadł do jedynie 8 proc. Mimo to zaledwie jedna trzecia (37 proc.) spółek uważa, że zarząd, kadra wyższego szczebla, inwestorzy i akcjonariusze w pełni zrozumieją wpływ MSSF 17.

– Aż 93 proc. respondentów oczekuje, że skorzysta na wdrożeniu nowego standardu. Jest to bardzo istotna zmiana w stosunku do poprzedniego badania, kiedy odsetek ten wyniósł jedynie 21 proc. – zaznacza Adam Pasternak-Winiarski. – Dzięki publikacji standardu, powszechny niepokój przed pewną nieokreśloną, nieznaną rewolucją ustąpił miejsca zdecydowanie bardziej konstruktywnemu, „biznesowemu” spojrzeniu na cały proces transformacji. I choć nie ma wątpliwości, że wdrożenie MSSF 17 będzie procesem kosztownym i czasochłonnym, to wiele firm ubezpieczeniowych i reasekuracyjnych podchodzi do nowego standardu z większym optymizmem i nadzieją. Główne korzyści, jakie dostrzegają firmy, różnią się w zależności od kraju. Najczęściej wskazywane były jednak sprawozdanie finansowe, które lepiej odzwierciedla działalność spółki, łatwiejszy dostęp do rynków kapitałowych oraz udoskonalone dane, która mogą być wykorzystywane w tworzeniu i rozwoju produktów i usług – podsumowuje Adam Pasternak-Winiarski.

O raporcie:
Raport „2021 countdown underway: Insurers prepare for IFRS 17 implementation” to już trzecia edycja badania poświęcona tematyce MSSF 17, przygotowana przez Economist Intelligence Unit na zlecenie Deloitte. Raport przedstawia postępy przygotowań sektora ubezpieczeń na całym świecie, związane z datą wejścia w życie MSSF 17. Sporządzono go w oparciu o odpowiedzi udzielone przez 340 członków zarządów firm ubezpieczeniowych z całego świata: z Wielkiej Brytanii, USA, Kanady, Włoch, Niemiec, Francji, Japonii, Szwajcarii, Hiszpanii, Chin, Korei Południowej i Holandii. Respondenci to członkowie zarządów, prezesi i wiceprezesi firm ubezpieczeniowych, reprezentujący segment ubezpieczeń majątkowych (29 proc.), reasekuracji (20 proc.), ubezpieczeń mieszanych (18 proc.), ubezpieczeń na życie (18 proc.) i ubezpieczeń zdrowotnych (15 proc.). Wartość składki przypisanej brutto tych firm mieści się w przedziale od 300 mln EUR do ponad 5 mld EUR.  Ankietę przeprowadzono w lutym i marcu bieżącego roku.

Choć dłużników przybywa, biurom podróży nie grozi pourlopowa depresja

Choć dłużników przybywa, biurom podróży nie grozi pourlopowa <a title=depresja" title="Choć dłużników przybywa, biurom podróży nie grozi pourlopowa depresja" />

Polacy podróżują coraz więcej i chętniej. Beneficjentem tego pozytywnego trendu są również biura podróży, z usług których od stycznia do czerwca skorzystało aż 3,94 mln Polaków, czyli o 14 proc. więcej niż rok wcześniej. Z raportu „Sytuacja w branży turystycznej. Wymarzone wakacje biur podróży” przygotowanego przez BIG InfoMonitor wynika, że przez rok przeterminowane zadłużenie kredytowe i pozakredytowe branży niemal się nie zmieniło, ale liczba firm z problemami wzrosła o 18 proc. Po I półroczu 2018 r. zaległości przekraczające 66 mln zł ma 730 firm z tej branży, czyli co 14. przedsiębiorstwo oferujące usługi turystyczne (7,2 proc.).

Polski rynek jest coraz bardziej dojrzały, dotyczy to również branży turystycznej. Jeszcze kilka lat temu regularnie pojawiały się informacje o bankrutujących biurach podróży. Najgorszy pod tym względem był rok 2012. Ten okres całe szczęście już za nami – mówi Sławomir Grzelczak, Prezes BIG InfoMonitor. – Nasze dane pokazują, że moralność płatnicza branży jest niezła, choć obserwowany w ciągu roku wzrost liczby firm z problemami jest niepokojący. Problemy z regulowaniem zobowiązań ma obecnie ponad 7 proc. firm, wobec 6,1 proc. wśród ogółu przedsiębiorstw. W branży nie brakuje też takich podmiotów, które narażają swoich kontrahentów na duże straty – dodaje.

Rekordzista ma jedną trzecią zaległości całej branży

zadłużenie firm z branży turystycznejPrzeterminowane min. 30 dni i na kwotę co najmniej 500 zł zadłużenie kredytowe i pozakredytowe firm turystycznych w Polsce wyniosło po I półroczu 2018 r. niemal 66,4 mln zł. Prawie 84 proc. tej sumy stanowiły przeterminowane zobowiązania kredytowe. W ponad 80 proc. odpowiedzialni za całą sumę zadłużenia są organizatorzy turystyczni. Spoczywa na nich prawie 55 mln przeterminowanego zadłużenia. – Są to przedsiębiorcy organizujący wyjazdy turystyczne, czyli największe firmy, których marki są powszechnie znane. To właśnie oni ponoszą odpowiedzialność wobec klienta za niewykonanie lub nienależyte wykonanie umowy o świadczeniu usług turystycznych. W tej grupie 8 proc. nie reguluje swoich zobowiązań finansowych na czas – wyjaśnia Sławomir Grzelczak.

Dane te wyglądałyby zapewne korzystniej, gdyby nie rekordzista, który ma ponad 24 mln zł niespłaconych rat kredytów i faktur wystawionych przez kontrahentów. Jego zaległość to aż 37 proc. ogółu przeterminowanych płatności całej branży. Firma ta była w rejestrze również przed rokiem, wówczas miała 21,4 mln zł długu.

Biorąc pod uwagę zarówno agentów turystycznych, pośredników oraz organizatorów turystyki obciążonych niespłaconymi należnościami, to w bazach BIK i BIG InfoMonitor było ich łącznie 730, co stanowi 7,2 proc. firm z branży widniejących w KRS i CEIDG na koniec czerwca tego roku. Największą grupę wśród analizowanych firm stanowią organizatorzy turystyczni (405 z 730 podmiotów).

Rok wcześniej takie problemy dotyczyły co szesnastej firmy, udział przedsiębiorstw z problemami wynosił bowiem 6,2 proc. Przez rok przybyło 113 firm z zaległościami (18 proc.). Choć kwota niespłacanych przez nie faktur i rat wzrosła w tym czasie nieznacznie, bo o 1,6 mln zł (2,5 proc.), to jednak zwraca uwagę dwucyfrowa dynamika przyrostu liczby dłużników.

Najwięcej firm turystycznych z niespłaconym zadłużeniem w bazach BIG InfoMonitor oraz BIK pochodzi z województwa mazowieckiego. Po I półroczu 2018 r. było ich 189. Drugie pod tym względem jest województwo śląskie (130). Najmniej biur podróży z problemami mieści się w województwach świętokrzyskim i lubuskim – odpowiednio po 6 i 8.

przeterminowe zobowiązaniaJeżeli chodzi o wysokość przeterminowanego zadłużenia, to przodują biura podróży z województwa małopolskiego z sumą 30,2 mln zł – wyłącznie jednak za sprawą krajowego rekordzisty, który ma tu siedzibę. Najmniej kłopotów ze spłatą należności mają biura podróży z województwa świętokrzyskiego. Z baz BIK i BIG InfoMonitor wynika, że na koniec II kw. 2018 r. było to 27,3 tys. zł. Dług ten należał do 6 przedsiębiorstw.

Polak na wakacjach

Lawina bankructw biur podróży spowodowała zmiany w przepisach prawa, które mają chronić przede wszystkim konsumentów. Pod koniec 2016 r. uruchomiono Turystyczny Fundusz Gwarancyjny, wchodzący w skład Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego. Stanowi on dodatkowe zabezpieczenie na wypadek niewypłacalności organizatorów turystyki lub pośredników turystycznych. Przedsiębiorcy profesjonalnie zajmujący się organizowaniem imprez turystycznych, są obowiązani odprowadzać składkę na rzecz Turystycznego Funduszu Gwarancyjnego od każdego uczestnika imprezy turystycznej. W ubiegłym roku 3,5 tys. operatorów przelało na konta funduszu 40 mln złotych.

Ewidencję biur podroży prowadzi Ministerstwo Sportu i Turystki oraz Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny. Z danych Centralnej Ewidencji Organizatorów Turystyki i Pośredników Turystycznych wynika, że na początku sierpnia w Polsce działało 4 732 biur, z czego nieco ponad jedna piąta w województwie mazowieckim.

Dane rynkowe pokazują, że sześciu największych touroperatorów w Polsce to Itaka, TUI Poland, Rainbow, Grecos Holiday, Coral Travel, Wezyr Holidays i Neckermann Polska.

Coraz lepsza sytuacja finansowa sprawia, że Polacy chętnie podróżują. Z danych GUS wynika, że w pierwszym kwartale tego roku granicę Polski przekroczyło o 4,3 proc. więcej Polaków niż w tym samym okresie 2017 r. Na lotniskach odprawiło się wówczas 4,1 mln Polaków, czyli 15,4 proc. więcej niż rok wcześniej. Duża część tych wylotów była związana z wyjazdem na wakacje.

W okresie lipiec-wrzesień 2017, czyli w czasie największego natężenia podróżniczego, Polacy przekroczyli granicę 34,7 mln razy, czyli o 5,1 proc. więcej niż rok wcześniej. W tym czasie skorzystali oni z oferty linii lotniczych 6,8 mln razy, czyli 22 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2016 r.

W ubiegłym roku 48 proc. polskich turystów wybrało się na wypoczynek zagranicę, korzystając z pośrednictwa biura podróży (dane Turystycznego Funduszu Gwarancyjnego). W sumie w całym 2017 r. z wypoczynku zorganizowanego przez biura, skorzystało 6,9 miliona Polaków.

Indeks Union Investment: Polska i Czechy to najatrakcyjniejsze rynki handlu detalicznego w Europie

Union Investment opublikował właśnie kolejną edycję indeksu atrakcyjności inwestycyjnej nieruchomości handlowych (Global Retail Attractiveness Index) dla 17 kluczowych rynków na świecie. Wynika z niego, że Polska i Czechy są najatrakcyjniejszymi rynkami handlu detalicznego w Europie.

GRAI 1 GRAI 2 GRAI 3Dobre nastroje zarówno wśród konsumentów, jak i przedsiębiorców podtrzymywały dobrą, bądź bardzo dobrą kondycję handlu detalicznego w II kwartale 2018 roku. Ciągły dynamiczny wzrost gospodarczy stwarza zróżnicowane i intratne okazje inwestycyjne na wielu rynkach. Jednocześnie krajobraz inwestycyjny na rynku nieruchomości handlowych stopniowo się przekształca. Przykładem zwiększenie dystansu pomiędzy przyjaznymi inwestorom rynkami o solidnych podstawach i rynkami, gdzie pierwsze sygnały ostrzegawcze pojawiły się już dwa lata temu.

Aktualny wskaźnik Global Retail Attractiveness Index (GRAI) autorstwa Union Investment za II kwartał 2018 r. pokazuje, że w Europie różnica pomiędzy rynkami osiągającymi najlepsze wyniki a tymi najsłabszymi wynosi około 20 punktów. Porównując to do danych z poprzedniej edycji (IV kwartał 2017), ta przepaść się powiększa.

Sektor nieruchomości handlowych doświadcza już teraz konsekwencji dużej niepewności po stronie inwestorów – mówi Henrike Waldburg, dyrektor zarządzania inwestycjami w handlu detalicznym w Union Investment. – Dlatego ważne jest śledzenie bardzo zróżnicowanych modeli rozwoju regionalnego i rozróżnienie rynków na te z pozytywnymi długofalowymi trendami dla inwestorów oraz te, które zmagają się z różnego rodzaju problemami natury strukturalnej. Nasz najnowszy indeks może dostarczyć cennych wskazówek w tym zakresie.

Najjaśniejsze gwiazdy: Polska i Czechy

Jednym z ważniejszych sygnałów płynących z indeksu jest fakt, że ogólnie w Europie utrzymuje się on wysoko ponad średnią, czyli na poziomie 110 punktów – mówi Henrike Waldburg. Nasz europejski indeks jest napędzany przede wszystkim przez zwiększające się zaufanie konsumentów i utrzymujący się dobry nastrój u przedsiębiorców z branży detalicznej.

Analiza GRAI wskazuje, że najatrakcyjniejszymi rynkami europejskimi w II kwartale są Polska i Czechy, a za nimi dwa kraje, które poważnie ucierpiały na skutek ostatniego kryzysu finansowego – Irlandia i Portugalia. Ponadto, w pierwszej piątce wciąż utrzymują się Niemcy. Spośród tych pięciu krajów, tylko dwa poprawiły wartość swojego indeksu rok do roku: Czechy (+5 punktów) i Polska (+4 punkty). Nasz kraj w IV kwartale 2017 roku był najwyżej oceniany w rankingu Union Investment.

Największe straty dotknęły silnych graczy z serca Europy – Niemcy i Francję – które tracą po siedem punktów. Podczas gdy spadek we Francji wynikał głównie z inflacji, Niemcy borykały się ze słabymi wynikami sprzedaży detalicznej. Kolejna zmiana w ciągu ostatniego półrocza obejmuje trzy najniższe miejsca w rankingu UE, które zajmują teraz Francja, Wielka Brytania i Belgia. Ten ostatni kraj  jest jedynym w bieżącym indeksie, który spadł poniżej poziomu 100 punktów (99 punktów). Odpowiadają za to przede wszystkim gorsze niż przeciętne nastroje wśród belgijskich przedsiębiorców z branży handlowej oraz słaby wzrost sprzedaży detalicznej.

Cieszący się relatywnie stabilnym wzrostem indeks 12 europejskich rynków utracił ostatnio impet tracąc 3 punkty. Ta umiarkowana korekta wnikała głównie z braku wzrostu sprzedaży detalicznej (podindeks: -12 punktów), i dotknęła wszystkie 12 badanych rynków. Największe straty, w ramach tych podindeksów odnotowały Austria (-25 punktów), Portugalia (-22) i Niemcy (-17).

Wielki zwycięzca: Korea Południowa

Ogólnie pozytywne perspektywy widoczne są również w indeksach Ameryki Północnej oraz regionie Azji i Pacyfiku. Przy wyniku odpowiednio po 111 i 108 punktów, plasują się one powyżej średniej. Indeks Ameryki Północnej urósł o 2 punkty w II kwartale 2017, podczas gdy Azja i Pacyfik wzrasta o 1 punkt. Światowemu rankingowi przewodzą Stany Zjednoczone ze 111 punktami (wzrost o 2 punkty), przed Japonią ze 110 punktami (spadek o 1) oraz Kanada ze 108 punktami (spadek o 4). Najwięcej w stosunku rocznym od II kwartału 2017 zyskuje Korea Południowa – 5 punktów.

– W Stanach Zjednoczonych, tak jak w Kanadzie, inflacja miała studzący wpływ – mówi Henrike Waldburg. Jednakże w Stanach Zjednoczonych sprzedaż detaliczna wzrasta, co w połączeniu z ogólnym optymizmem rynkowym po stronie zarówno popytu, jak i podaży tworzy atrakcyjny klimat dla inwestycji. W Kanadzie natomiast twarde wskaźniki takie jak inflacja oraz sprzedaż detaliczna powinny obecnie skłaniać inwestorów do zachowawczej postawy.

Union Investment oczekuje że wolumen transakcji skoncentrowany będzie na pierwszej piątce krajów europejskich w rankingu GRAI oraz na Stanach Zjednoczonych. – Około 75%, jeśli nie więcej z kapitału inwestycyjnego skierowane zostanie do Europy –  uważa Henrike Waldburg. Na innych rynkach spodziewamy się natomiast wzrastającej ostrożności inwestorów.

Metodologia

Indeks GRAI (Global Retail Attractiveness Index) firmy Union Investment mierzy atrakcyjność rynków handlu detalicznego w 17 krajach Europy, Ameryki Północnej i regionu Azji i Pacyfiku. Wartość indeksu na poziomie 100 punktów oznacza wynik neutralny. Indeks obejmuje indeksy następujących krajów w Unii Europejskiej: Niemcy, Francja, Włochy, Hiszpania, Wielka Brytania, Austria, Holandia, Belgia, Irlandia, Portugalia, Polska i Czechy. Wynik ważony jest liczbą ludności zamieszkującej dany kraj. Indeks dla Ameryki Północnej obejmuje USA i Kanadę. Indeks dla regionu Azji i Pacyfiku obejmuje Japonię, Koreę Południową oraz Australię.

Opracowany co pół roku przez firmę badawczą GfK indeks GRAI obejmuje dwa wskaźniki nastrojów oraz dwa wskaźniki oparte na danych. Wszystkie cztery czynniki mają jednakową wagę w indeksie, po 25%. Indeks mierzy nastroje zarówno konsumentów, jak i przedsiębiorców. Czynniki ilościowe, uwzględnione w indeksie, to zmiany w indeksie cen konsumenckich (inflacja) oraz wyniki sprzedaży w sektorze detalicznym. Po standaryzacji i dostosowaniu tych czynników wejściowych początkowo wszystkie mają wartość 100 i potencjalny zakres ruchu od 0 do 200 punktów. Indeks jest oparty na najnowszych danych GfK, Komisji Europejskiej, OECD, Nielsen, Trading Economics, Eurostat oraz krajowych urzędów statystycznych.

Kurs funta odbija po informacjach o przyszłości Brexitu

Dyskusja o przyszłości Brexitu zepchnęła w cień rozterki rynku związane z kondycją gospodarek wschodzących i wojnami handlowymi. Funt odbija, a zanim euro; lepiej mają się aktywa ryzykowne. Problemy jednak nie wyparowały, więc nie można tracić czujności.

Handel na funcie odbywa się według jednego schematu – waluta albo pozostaje na smyczy zmian sentymentu wobec EUR i USD, albo dostajemy zaskakującą informację dotyczącą Brexitu. Reszta się nie liczy, co mogliśmy doświadczyć przy wczorajszej publikacji danych z brytyjskiego przemysłu. Podziałały za to słowa unijnego negocjatora Barniera, że porozumienie z Wielką Brytanią jest „realistyczne” w ciągu 6-8 tygodni, co automatycznie podsuwa termin zaplanowanego na 18 października szczytu UE. To nie pierwszy raz w ostatnich dniach, kiedy Barnier pokazuje inwestorom światełko nadziei z przekazem, że Brexit nie będzie katastrofą. Wcześniej mogliśmy usłyszeć, że Wielka Brytania i Niemcy są gotowe odpuścić (na pewien czas) negocjacje części z postulatów, albo że UE27 chce dać większe uprawnienia Barnierowi, by miał on większą elastyczność w uzgadnianiu warunków Brexitu. Obserwujemy istotną zmianę nastawienia Barniera, który wcześniej przedstawiał twarde i surowe stanowisko, jakby chciał ukarać Wielką Brytanię za jej decyzję. Jednak szczerze mówiąc, we wczorajszych doniesieniach nie widzę przełomowej informacji. Termin finalizacji rozmów najdalej w listopadzie pojawiał się we wcześniejszych dyskusjach. Scena polityczna w Wielkiej Brytanii pozostaje źródłem niepewności z dużą krytyką May nawet przez własną partię. Krótkoterminowo pozostajemy na łasce niezaplanowanych komentarzy. Dane z rynku pracy Wielkiej Brytanii są na drugim planie, choć pozytywne niespodzianki będą podsycać rajd funta.

Informacje dotyczące Brexitu rozlały się po innych walutach. EUR/USD zostało pociągnięte w ślad za GBP/USD, gdyż jaśniejsze perspektywy Brexitu to także dobra wiadomość dla UE. Dodatkowo kolejna porażka w złamaniu 1,1530 się zemściła. Widać też zainteresowanie w kupowaniu GBP/JPY, a dzisiejsze bardziej optymistyczne otwarcie handlu na europejskich giełdach premiuje odchodzenie od jena. Dyskutowanie o przyszłości Wielkiej Brytanii zepchnęło w cień rozterki o stan gospodarek wschodzących, co także pozwala odetchnąć ryzykownym aktywom, a EUR/PLN zbliżył się do 4,30. Nie dajmy się jednak zwieść – te problemy nie zniknęły na dobre. Ani obawy o Turcję, Argentynę czy RPA, ani kwestia wojen handlowych. Może dostać jeden dzień beztroski, ale bądźmy czujni.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Rząd zachęca Polaków do poprawy parametrów energetycznych swoich domów. Przeznaczy na walkę ze smogiem ponad 100 mld zł

Rząd zachęca Polaków do poprawy parametrów energetycznych swoich domów. Przeznaczy na walkę ze smogiem ponad 100 mld zł 11

Ponad 100 mld zł – tyle rząd chce wydać na walkę ze smogiem w ramach programu „Czyste Powietrze”. To największy do tej pory rządowy program pomocowy, wymierzony w walkę z zanieczyszczeniem powietrza. Nabór wniosków do programu ma ruszyć już w drugiej połowie września. Elementem programu jest dotacja na termomodernizację domów jednorodzinnych. Bez tego wymiana starych kotłów na nowe nie przyniesie efektów, bo beneficjenci będą odczuwać wyższe koszty ogrzewania.

– Ruszył program „Czyste powietrze”, którego głównym celem jest eliminacja smogu w Polsce i ograniczenie niskiej emisji. Podstawowym narzędziem wsparcia beneficjenta końcowego, czyli właściciela domów jednorodzinnych, jest dotacja do 48 tys. zł na termomodernizację budynku – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Konrad Witczak, ekspert ds. zrównoważonego rozwoju w Rockwool Polska.

Kolejnym elementem wsparcia finansowego związanego z termomodernizacją budynków jednorodzinnych ma być tzw. ulga termomodernizacyjna. Z projektu nowelizacji ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, przygotowanego pod koniec sierpnia przez Ministerstwo Finansów, wynika, że od przyszłego roku podatnik będący właścicielem budynku jednorodzinnego będzie miał prawo odliczyć od podstawy obliczenia podatku kwotę stanowiącą 23 proc. wydatków poniesionych na termomodernizację. Maksymalna kwota odliczenia wyniesie 53 000 zł. Jest to element rządowego programu „Czyste powietrze”, który ma na celu walkę ze smogiem.

Innym jest wymiana przestarzałych pieców, w których ludzie palą złej jakości paliwami lub odpadami, na nowe. Sama wymiana urządzenia na nowe – ważna ze względów ekologicznych – dla właścicieli domów jest jednak w rezultacie problematyczna.

 Za tym idzie wykorzystanie dobrych jakościowo, ale droższych paliw, co spowoduje wzrost kosztów ogrzewania u beneficjentów końcowych, czyli właścicieli budynków. Dlatego bardzo ważne jest to, żeby przeprowadzić kompleksową termomodernizację, której podstawą jest ocieplenie domu –zaznacza Witczak. – Prawidłowa kolejność jest taka, że najpierw docieplamy budynek, później szacujemy straty ciepła i dobieramy nowe urządzenie grzewcze, jak np. kocioł gazowy, węglowy czy pompę ciepła – dodaje.

Jak podkreślają eksperci, dotychczasowe pomysły na walkę z zanieczyszczeniem powietrza skupiały się na wymianie tzw. kopciuchów. Dlatego nowe pomysły w ramach programu „Czyste powietrze”, które zakładają dofinansowanie kosztów termomodernizacji, tym razem mogą przesądzić o jego sukcesie.

 Uszczelnienie domu pod względem termicznym znacznie zmniejsza straty energetyczne, a co za tym idzie – wpływa na zmniejszenie ilości paliwa potrzebnego do utrzymania komfortowej temperatury wewnątrz budynku – podkreśla Konrad Witczak. – Termomodernizacja budynku to poprawa jego efektywności energetycznej, a ograniczenie zapotrzebowania na energię oznacza dla beneficjenta obniżenie kosztów ogrzewania.

Jak wynika z raportu „Szóste Paliwo 2018. Termomodernizacja budynków jednorodzinnych kluczem do rozwiązania problemu smogu w Polsce. Korzyści dla właścicieli budynków oraz dla gmin i kraju” firmy ROCKWOOL, nawet 70 proc. energii zużywanej przez gospodarstwa domowe jest przeznaczane na ogrzanie domu. To w większości domy jednorodzinne, które nie są ocieplone. W Polsce jest blisko 5,5 mln budynków mieszkalnych. Ponad 3,5 mln z nich wybudowano około 30 lat temu i wcześniej, a ich niska sprawność energetyczna jest w dużej mierze odpowiedzialna za powstawanie smogu. Większość tych domów na ogrzewanie zużywa nawet dwukrotnie więcej energii niż domy wybudowane w latach 2003–2007.

Kompleksowa termomodernizacja, czyli najpierw ocieplenie, a potem wymiana kotła, to obniżenie kosztów ogrzewania nawet o 5 tys. zł. Z raportu ROCKWOOL wynika, że dzięki samej termomodernizacji (bez wymiany kotła na nowy) roczne oszczędności przy zastosowaniu ekogroszku wyniosą 3 790 zł (313 zł miesięcznie). Podobne kwoty da się zaoszczędzić w przypadku ciepła sieciowego (3 290 zł rocznie i 274 zł miesięcznie), a przy ogrzewaniu gazem ziemnym będą one znacznie wyższe – 4 550 zł rocznie i 379 zł miesięcznie.

Z analiz wynika, że wymiana kotła na nowy, bez uprzedniego ocieplenia, może spowodować wzrost kosztów ogrzewania nawet o 5 tys. zł. Warto więc przeprowadzić kompleksową termomodernizację we właściwej kolejności – najpierw ocieplenie, a potem wymiana kotła. Dzięki temu beneficjent może obniżyć koszty ogrzewania nawet o 5 tys. zł w skali roku.

– Korzyści jest naprawdę wiele. Można je rozpatrywać w skali kraju – jest to ograniczenie niskiej emisji, za którym idą korzyści zdrowotne, ekologiczne i ekonomiczne dla wszystkich obywateli. Dla indywidualnego beneficjenta korzyści są przede wszystkim w znacznych oszczędnościach na kosztach ogrzewania – wskazuje Konrad Witczak.

Jedną z najważniejszych korzyści z termomodernizacji w skali makro będzie także ograniczenie zjawiska ubóstwa energetycznego, które dotyka kilkanaście procent mieszkańców Polski. To ponad 4,5 mln osób. Jak tłumaczy ekspert, to zjawisko jest nierozerwalnie powiązane z problemem smogu.

 Z ubóstwem energetycznym mamy do czynienia wtedy, kiedy gospodarstwa domowe na ogrzewanie budynków przeznaczają znaczą część swoich dochodów. To właśnie użytkownicy budynków jednorodzinnych, walcząc z tym zjawiskiem lub próbując go uniknąć, ograniczają koszty ogrzewania w najprostszy dla siebie sposób, czyli kupują paliwa bardzo złej jakości albo spalają śmieci, żeby mieć dostęp do taniego paliwa – wyjaśnia ekspert.

Program dotacji do dociepleń domów może pomóc to zmienić i umożliwić najmniej zamożnym przeprowadzenie takiej inwestycji. Oszczędności na ogrzewaniu mają umożliwić im finansowanie potrzeb związanych z kupnem lepszej jakości paliw, a wykorzystywanie tych ostatnich ma się przyczynić do ograniczenia problemu smogu. Jak podaje Światowa Organizacja Zdrowia, co roku w Polsce z powodu zanieczyszczenia powietrza przedwcześnie umiera około 40 tys. osób.

Resort zdrowia chce wspierać innowacje w medycynie. Minister zdrowia: to korzyść dla pacjentów i gospodarki

Resort zdrowia chce wspierać innowacje w medycynie. Minister zdrowia: to korzyść dla pacjentów i gospodarki 12

Innowacje medyczne zarówno technologiczne, jak i lekowe to inwestycja nie tylko w zdrowie społeczeństwa, lecz także gospodarkę. Mimo znaczących kosztów wdrożenia są one opłacalne, pozwalają bowiem zwiększyć aktywność zawodową Polaków i ograniczyć wydatki związane z ich niezdolnością do pracy. Znaczna część innowacji medycznych znajduje ponadto zastosowanie w sektorze cywilnym. Dla rozwoju innowacyjności medycznej w Polsce niezbędna jest bliska współpraca i systemowe wsparcie ze strony państwa, szczególnie dla lokalnych start-upów – przekonuje branża.

– Sektor medycyny jest sektorem wysokich technologii. Bardzo wiele innowacji, które są wymyślane w medycynie, potem przechodzą do sektora cywilnego. Ma to ogromny wpływ na gospodarkę, ale też na jakość życia obywateli, dlatego że te innowacyjne produkty tak naprawdę służą głównie ludziom – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Szumowski, minister zdrowia.

Innowacyjność w medycynie to przede wszystkim nowoczesne technologie, przełomowe terapie oraz nowe sposoby podawania leków. Równie istotne są jednak rozwiązania strukturalne, które zwiększają efektywność systemu opieki zdrowotnej. Dostęp do innowacji jest w Polsce coraz lepszy, wciąż jednak istnieją obszary, w których potrzeby te nie są zaspokajane. Eksperci nie mają wątpliwości, że państwo powinno traktować wydatki na nowoczesne rozwiązania medyczne jako inwestycję, nie tylko w przyszłe zdrowie społeczeństwa, lecz także w rozwój gospodarki.

Na kierunek rozwoju polskiego systemu opieki zdrowotnej wpływ mają trzy najważniejsze trendy. Pierwszym z nich jest kwestia starzejącego się społeczeństwa, drugim – wzrost występowania chorób cywilizacyjnych, trzecim – duży deficyt kadr medycznych. W Polsce nie ma odpowiedniej liczby szpitali dla rosnącej liczby pacjentów, przede wszystkim jednak brakuje lekarzy. Zgodnie ze słowami premiera Mateusza Morawieckiego brak jest blisko 30 tys. specjalistów. Nowoczesne technologie wychodzą na przeciw tym problemom i pozwalają na usprawnienie opieki nad pacjentem.

– Nowoczesne technologie pozwalają na łączenie danych, które obecnie są zlokalizowane w różnych systemach, np. na poziomie przychodni czy szpitali, umożliwiając lekarzom lepszy wgląd w sytuację pacjentów. To z kolei wpływa na trafność podejmowanych decyzji, pozwala podnieść jakość leczenia, i co więcej, zapewnia pacjentom dostęp do informacji na temat ich stanu zdrowia – mówi Reinier Schlatmann, prezes Philips w krajach Europy Środkowo-Wschodniej.

Mimo początkowych kosztów, które trzeba ponieść na innowacyjne rozwiązania w medycynie, wdrożenie ich jest opłacalne z punktu widzenia długoterminowej polityki państwa. Pozwalają one bowiem na ograniczenie kosztów leczenia i wypłat z tytułu niezdolności do pracy oraz zmniejszenia aktywności zawodowej społeczeństwa.

– Nowoczesny sprzęt przynosi wiele korzyści na każdym z etapów: od profilaktyki, przez diagnostykę, leczenie, rehabilitację i opiekę domową. W leczeniu szpitalnym nowoczesny sprzęt umożliwia przede wszystkim prawidłową ocenę stanu zdrowia pacjenta już podczas pierwszych badań diagnostycznych. Oprócz diagnostyki ma także istotne zastosowanie w trakcie terapii. Dzięki niemu personel medyczny może się lepiej przygotować do operacji, np. drukując trójwymiarowy model serca pacjenta, może też na bieżąco śledzić postęp zabiegu na ekranach. Ponadto dzięki technologiom małoinwazyjnym pacjenci po operacjach mogą wcześniej opuścić szpital. Kolejnym etapem jest rekonwalescencja, której powodzenie zależy m.in. od stałego monitorowania pacjenta, co pozwala na szybką reakcję w sytuacji pogorszenia stanu zdrowia – mówi Reinier Schlatmann.

Stosowanie wszystkich pojawiających się na świecie innowacji jest niemożliwe nawet w najbogatszych krajach świata, państwo powinno dążyć jednak do wdrażania jak największej ich liczby oraz wspierania firm odpowiedzialnych za postęp technologiczny. Dotyczy to zarówno dużych międzynarodowych koncernów, jak i lokalnych start-upów.

– Trzeba dać szansę innowacjom poprzez ułatwienia ekonomiczne czy programy wsparcia finansowego. Niesłychanie ważne jest to, żeby je stymulować, bo to się przełoży na efekty leczenia – mówi dr hab. n. med. Tomasz Hryniewiecki, dyrektor Instytutu Kardiologii im. Prymasa Tysiąclecia Stefana Kardynała Wyszyńskiego.

Rząd przeznacza coraz większe kwoty na rozwój innowacji w medycynie. Uzyskanie finansowego wsparcia, zwłaszcza przez mniejsze firmy, możliwe jest za pośrednictwem Narodowego Centrum Nauki oraz Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Obie te jednostki dysponują budżetem wynoszącym blisko 1 mld zł, z którego znaczna część przeznaczona jest właśnie na badania dotyczące technologii medycznych, zarówno na poziomie badawczym, jak i wdrożeniowym. Utworzona będzie także Agencja Badań Medycznych, której celem będzie prowadzenie niekomercyjnych badań klinicznych, populacyjnych oraz epidemiologicznych.

– Druga rzecz to nauki podstawowe. W zeszłym roku premier Mateusz Morawiecki i premier Jarosław Gowin ogłosili, że przeznaczą 0,5 mld zł na badania biotechnologiczne, czyli Wirtualny Instytut Badawczy. Jest to inwestycja, która ma służyć naukowcom i start-upom do tego, żeby w obszarze biotechnologii powstawały nowe pomysły, nowe rozwiązania i patenty – mówi Łukasz Szumowski.

Wdrażanie innowacyjnych rozwiązań powinno być elementem szerokiego spojrzenia państwa na opiekę zdrowotną. Niezwykle istotne jest promowanie zdrowego stylu życia oraz nawyku wykonywania regularnych badań kontrolnych, które umożliwiają wczesne wykrycie choroby, a tym samym skuteczniejsze leczenie.

Australijski przemysł zbrojeniowy interesuje się Polską. Chce tu przenieść produkcję wielozadaniowego pojazdu opancerzonego

Australijski przemysł zbrojeniowy interesuje się Polską. Chce tu przenieść produkcję wielozadaniowego pojazdu opancerzonego 13

Wielozadaniowy pojazd opancerzony Hawkei – produkowany przez australijską filię koncernu Thales – to młodszy brat sprawdzonego na misjach w Iraku, Afganistanie i Mali Bushmastera. Polskim siłom zbrojnym został zaproponowany w ramach programu Pegaz, który zakłada kupno nowych wozów dla m.in. dla Wojsk Specjalnych i Żandarmerii Wojskowej. Wraz z wygraną w przetargu Thales chce też przenieść produkcję Hawkei do Polski. Stąd pojazdy mogłyby być w przyszłości eksportowane do innych państw, np. w ramach NATO. 

Na Międzynarodowym Salonie Przemysłu Obronnego można było obejrzeć wiele innowacyjnych rozwiązań dla Sił Zbrojnych. Ponad 600 wystawców z całego świata przyjechało do Kielc. Mocną reprezentację miała Australia. Oprócz przedstawicieli australijskiego przemysłu zbrojeniowego na targach można było spotkać Ambasadora Australii, który zachęcał do szerszej współpracy pomiędzy Polską a Australią.

– Od samego początku, rozmawiając z polskimi partnerami, zarówno z sektora publicznego, jak i prywatnego, stawialiśmy sprawę jasno: Thales jest zainteresowany przeniesieniem w pełni produkcji Hawkei do Polski, w takim zakresie, w jakim w tej chwili odbywa się to w Australii. Chcielibyśmy zorganizować w Polsce hub, który mógłby być centrum produkcyjnym dla rynków z regionu europejskiego i krajów ościennych, które będą zainteresowane tym produktem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Czępiński z Thales Polska.

Lekki pojazd opancerzony Hawkei firmy Thales został zaproponowany Siłom Zbrojnym RP w ramach programu Pegaz, w ramach którego Inspektorat Uzbrojenia MON chce zakupić wielozadaniowe pojazdy dla Wojsk Specjalnych i Żandarmerii Wojskowej. Po 2023 roku takie wozy mają trafić także do Wojsk Lądowych.

Hawkei to propozycja, która zawiera dwa ważne aspekty – mianowicie jest to pojazd najnowocześniejszy w swojej klasie, a jednocześnie już seryjnie produkowany i dostarczany – mówi Marcin Czępiński.

Jak podkreśla, największy nacisk przy produkcji Hawkei od samego początku kładziony jest na bezpieczeństwo załogi. To pojazd stworzony na bazie doświadczeń innego, większego pojazdu o nazwie Bushmaster, sprawdzonego i cenionego przez żołnierzy. Jego wysoki poziom bezpieczeństwa potwierdzają statystyki – mimo ponad 100 udokumentowanych przypadków zniszczenia albo poważnego uszkodzenia Bushmastera przez minę bądź improwizowane ładunki wybuchowe, nikt nie zginął w takim incydencie.

Nacisk położono na bezpieczeństwo, stąd unikalna konstrukcja, której trzon stanowi kapsuła ochronna, stanowiąca „pojazd w pojeździe”. Po drugie, ten pojazd jest dosyć niski, ma stosunkowo niewielki przekrój, w związku z tym trudniej go trafić, co też wpływa na bezpieczeństwo. Jest to chyba jedyny pięcioosobowy pojazd w tej klasie, gdzie tunel przekładni znajduje się całkowicie poza opancerzoną kapsułą, co zwiększa przestrzeń dostępną dla załogi. Atrakcyjne jest też dodatkowe opancerzenie. Pojazd jest stosunkowo lekki jak na swoją klasę, masa własna to niecałe 7,5 t, ładowność około 3 t, natomiast dodatkowe opancerzenie może być zamontowane w 20–30 minut przez dwóch żołnierzy, bez specjalnych narzędzi, w warunkach polowych – mówi Marcin Czępiński.

Wielozadaniowy pojazd opancerzony Hawkei, nazywany „australijskim wężem”, został zaprezentowany przez koncern Thales podczas zakończonych właśnie targów MSPO w Kielcach. Obecnie 65 proc. komponentów tego pojazdu pochodzi z Europy bądź krajów Bliskiego Wschodu, natomiast produkcja odbywa się głównie w Australii. Thales – wraz z ofertą złożoną w ramach programu Pegaz – zaproponował jednak przeniesienie jej do Polski.

Na samym początku, biorąc pod uwagę realia ekonomiczne i możliwości absorpcyjne, które ma polski przemysł, jesteśmy w stanie przenieść produkcję do Polski. W ramach zwiększania zamówień wkład polskiego przemysłu naturalnie będzie się zwiększał – mówi Marcin Czępiński.

Jak podkreśla Ambasador Australii w Polsce, Thales Australia jest obecnie jedynym producentem, który może dostarczyć wielozadaniowe pojazdy dla polskich Sił Zbrojnych bardzo szybko, nawet w ciągu roku.

Mamy bardzo dobrze zorganizowaną produkcję, jesteśmy wręcz gotowi dostarczyć również wozy do programu Homar, gdzie możemy udostępnić do 50 samochodów – mówi Paul Wojciechowski. – Jednak podkreślam, że w rozmowach z partnerami polskimi mówimy o produkcji tych samochodów w Polsce. To oznacza powstanie zupełnie nowej linii produkcji, jak również nowe możliwości eksportowe dla firm polskich współpracujących z Thales Australia. Te samochody produkowane w Polsce można by eksportować do innych krajów, np. w ramach NATO.

Rozmowy na temat Hawkei to kolejny przykład tego, że współpraca w zakresie obronności między Polską a Australią – mimo znaczącej odległości – zacieśnia się.

Mamy za sobą udane spotkanie, historyczną wizytę prezydenta Andrzeja Dudy w Australii. Teraz omawiamy koncepcje bardziej formalnej współpracy. Są polskie produkty, którym Australia przygląda się w ramach swojego programu modernizacji. Z kolei Hawkei jest dla przemysłu australijskiego możliwością pokazania, co ma on do zaoferowania. Wszyscy patrzą na Polskę jako bardzo ważny rynek, ale jest to również bardzo ważna baza produkcyjna – dodaje Paul Wojciechowski, ambasador Australii w Polsce.

Thales oferuje siłom zbrojnym bojowy opancerzony pojazd w pełni zintegrowany z polskimi innowacyjnymi systemami. Na targach w Kielcach swoją premierę na pojeździe Hawkei miał najnowszy modułowy system TOPAZ Grupy WB, który daje dowódcom na każdym szczeblu dowodzenia pełną kontrolę nad sytuacją na polu walki. Ponadto na pojeździe Hawkei znalazły się wieżyczka strzelecka z Zakładów Mechanicznych Tarnów oraz zintegrowany moduł optoelektroniczny ZMO-1 Sfinks, który umożliwia obserwację terenu w torze telewizyjnym i termalnym. Dzięki nowym rozwiązaniom wykrycie, rozpoznanie, identyfikacja celu oraz pomiar odległości do niego stanie się prostą czynnością. Hawkei może być platformą 4×4 dla programów artyleryjskich (jako wóz dowodzenia, łączności czy rozpoznania). Ponadto pojazd mógłby być wykorzystany w programach obrony przeciwlotniczej czy jako mobilny niszczyciel czołgów wyposażony w wyrzutnię przeciwpancernych pocisków kierowanych.

Hawkei został zaprezentowany przez koncern Thales podczas targów MSPO w Kielcach. To największa tego typu impreza w Polsce. Tegoroczna, 26. edycja trwała od 4 do 7 września. Wzięło w niej udział w sumie 624 wystawców z 31 państw, m.in. z Niemiec, Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Włoch, Australii, Japonii, Kanady, Korei Południowej i Izraela.

W centrach usług dla biznesu codziennie powstaje 90 nowych miejsc pracy. Coraz częściej zatrudniani są specjaliści

W centrach usług dla biznesu codziennie powstaje 90 nowych miejsc pracy. Coraz częściej zatrudniani są specjaliści 14

W ciągu dwóch lat w sektorze usług dla biznesu zatrudnienie wzrosło o 30 proc. do blisko 280 tys. osób. W 2020 roku może w nim pracować już 340 tys. – wynika z danych ABSL. Aby przyciągnąć i zatrzymać u siebie najlepszych pracowników, firmy walczą nie tylko atrakcyjnymi warunkami zatrudnienia i benefitami, lecz także możliwościami rozwoju zawodowego i osobistego. Taką możliwość daje praca w różnorodnym, międzynarodowym środowisku. Na różnorodności w zatrudnieniu korzystają także same firmy.

 Na przestrzeni ostatnich lat bezrobocie spadło z 19 proc. do 6 proc., więc jest olbrzymi głód pracowników. Patrząc na firmy z branży nowoczesnych usług biznesowych, zatrudnienie bardzo gwałtownie rośnie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Dziwok, prezes Shell Polska, będący jednocześnie prezesem ABSL, organizacji zrzeszającej centra nowoczesnych usług biznesowych.

Z raportu ABSL pt. „Sektor nowoczesnych usług biznesowych w Polsce 2018” wynika, że obecnie w naszym kraju działa ponad 1,2 tys. centrów usług dla biznesu. W ciągu roku działalność rozpoczęło ok. 90. Obecnie pracuje w nich w sumie 279 tys. osób. To o 13 proc. więcej niż jeszcze rok temu, w ciągu dwóch lat wzrost sięgnął już 30 proc. Przy tym tempie w I kwartale 2020 roku zatrudnienie może przekroczyć 340 tys. Średnio dziennie w centrach generowanych jest 90 nowych miejsc pracy.

 Shell w Polsce rozwija się bardzo szybko. W naszym biurze Shell Business Operations w Krakowie zatrudniamy już 3 400 pracowników. Tylko w zeszłym roku zatrudniliśmy 1 100 osób, w tym roku już 800. W grudniu tego roku oddamy do użytku nowy budynek, gdzie będzie tysiąc biurek. Zaczęliśmy rekrutację od osób z branży finansów, zasobów ludzkich, ale też IT. W tej chwili rekrutujemy prawników, ludzi, którzy znają się na logistyce, zakupach, marketingu –wymienia prezes Shell Polska.

Uwaga rekrutujących w Shell, a też w całej branży usług dla biznesu, skoncentrowana jest przede wszystkim na dotarciu do kandydatów o pożądanych umiejętnościach, a nie na zapełnieniu etatów przypadkowymi pracownikami.

– W przeszłości zatrudnialiśmy głównie studentów. Dzisiaj są to specjaliści, eksperci. 80 proc. zatrudnianych osób to ludzie, które mają już doświadczenie zawodowe albo są wysokiej klasy ekspertami. Szukamy osób, które mają odpowiednie umiejętności, również interpersonalne, znają języki, mają zdolności analityczne, potrafią samodzielnie podejmować decyzje – wskazuje Piotr Dziwok.

Centra usług wspólnych ze względu na dynamiczny rozwój oferują bardzo dobre warunki pracy, dodatki socjalne i szybką ścieżkę rozwoju kariery. Jak wynika z danych ABSL, 78 proc. pracowników sektora SSC jest zadowolonych i poleciłoby tę pracę innym osobom, a ponad 80 proc. wiąże swoją dalszą karierę zawodową z tą branżą. Pracownicy doceniają dodatkowe bonusy, opiekę medyczną, elastyczny czas pracy i możliwość pracy zdalnej, a także fundusze socjalne.

– Jak popatrzymy na listę potrzeb pracowników, to na jej szczycie znajduje się także możliwość dalszego rozwoju. To świetnie się wiąże z tym, czego potrzebujemy. Świat biznesu cały czas się zmienia, zmieniają się procesy i sposób wykonywania pracy, a to oznacza konieczność ciągłego uczenia się –mówi Piotr Dziwok.

Firmy, które chcą pozyskać talenty, muszą zadbać o stworzenie inspirującego środowiska pracy. To oznacza także różnorodność w zatrudnieniu, zwłaszcza że przekłada się to na konkretne korzyści biznesowe. Raport „Diversity Matters”, opracowany przez McKinsey, wskazuje, że firmy, które w takim samym stopniu zatrudniają kobiety i mężczyzn, notują o 15 proc. większe przychody niż wynosi średnia, a te, w których są zespoły złożone z przedstawicieli różnych narodowości – nawet o 35 proc. wyższe.

– W Shell Polska w tej chwili 70 proc. zatrudnionych to kobiety – i to na wszystkich szczeblach, zarówno tych podstawowych prac, jak i tych menadżerskich. Również w zarządzie firmy kobiety stanowią większość – wskazuje prezes Shell Polska. – Mamy elastyczny czas pracy, możliwość pracy z domu. Specjalną opieką otaczamy kobiety, które właśnie urodziły dzieci, czy kobiety karmiące, możemy dostosować czas pracy do ich potrzeb. Mamy specjalnie technologie, które pomagają im w tej pracy. Bardzo dużo robimy, ale to też nam się bardzo opłaca.

Prezes Shell wskazuje, że firma stawia na różnorodność, nie zamyka się na osoby niepełnosprawne czy innej orientacji.

– Pracujemy w międzynarodowym, wielokulturowym zespole. Decyzje, które podejmujemy, są pełniejsze, lepsze, dlatego że mamy większy wkład od wielu osób z bardzo różnym zapleczem wiedzy i doświadczeń. Dzięki takiemu podejściu mamy też mniejsze ryzyko, że coś się źle potoczy. Potrafimy przewidzieć więcej scenariuszy – przekonuje Piotr Dziwok.

Rynek elastycznych biur w Polsce przeżywa rozkwit. W Warszawie działa już ponad 100 takich miejsc

Rynek elastycznych biur w Polsce przeżywa rozkwit. W Warszawie działa już ponad 100 takich miejsc 15

Rynek elastycznych biur to jeden z najsilniejszych trendów w sektorze nieruchomości biurowych – wynika z raportu firmy doradczej Savills. W tym modelu firma, w zależności od jej profilu i wielkości, może wybrać odpowiednie dla siebie rozwiązanie, mieszczące się w jej budżecie – wynająć biurko na godziny, salę na spotkanie biznesowe albo większe biuro z podziałem na gabinety dostępne 24/7. Popyt napędzają głównie start-upy, firmy z branży IT i korporacje, które lokują w nich swoje krótkoterminowe projekty. Ekspansję na szybko rosnącym polskim rynku planuje IWG – globalny lider, który zrzesza takie marki jak Regus czy Spaces.

Nasze plany ekspansji w Polsce są dość ambitne. W tym roku planujemy otworzyć do dwanaście lokalizacji, w przyszłym roku będzie to podobna liczba. Wprowadzamy też na rynek dodatkowe brandy z naszej grupy. Do tej pory na polskim rynku istniała marka Regus, w tym roku wprowadzamy również markę Spaces. Pierwszą lokalizację Spaces już niebawem otwieramy w Warszawie, ale w planach są także inne miasta regionalne – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Rafał Gabteni, dyrektor regionalny Grupy IWG w Polsce.

Regus jest największym na świecie dostawcą elastycznych przestrzeni biurowych i coworkingowych. Zarządza siecią obejmującą w sumie ponad 3 tys. centrów biznesowych w 900 miastach i 120 krajach, a w gronie klientów ma zarówno znanych przedsiębiorców, jak i korporacje o obrotach sięgających miliardów dolarów. Oferuje w pełni obsługiwane powierzchnie biurowe, biura wirtualne, usługi coworkingu lub sale konferencyjne. W zależności od profilu i wielkości firma może więc wybrać odpowiednie rozwiązanie, mieszczące się w jej budżecie – wynająć biurko na godziny, salę na spotkanie biznesowe albo większy moduł biurowy dostępny 24/7.

Jak podkreśla dyrektor regionalny IWG w Polsce, to, co wyróżnia markę Regus od konkurencji, to oferowany klientom dostęp do globalnej sieci placówek. W praktyce oznacza to, że firma, która podpisuje umowę najmu przestrzeni biurowej, automatycznie zyskuje dostęp do wszystkich centrów biznesowych Regus w 120 krajach. W ramach umowy członkostwa może z nich skorzystać i przenieść biuro do innego miasta albo kraju, jeżeli zdecyduje się na przykład na ekspansję albo przeniesienie działalności na inny rynek.

Firmy wymagają dziś elastyczności i różnorodności. Świat pędzi bardzo szybko, dotyczy to również inwestycji i działalności firm. Dlatego dostęp do innych rynków też musi być szybki, bezpieczny i elastyczny. Nasza ekspansja nie ogranicza się tylko do tych państw, w których już jesteśmy obecni, cały czas wchodzimy na nowe rynki, realizując globalny plan poszerzania sieci IWG – mówi Rafał Gabteni.

Regus w I połowie roku otworzył nowe biura m.in. w Krakowie (Equal Park) i w Warszawie (Solec Business Center i Villa Metro Wilanowska). Do końca 2018 roku chce otworzyć jeszcze pięć nowych lokalizacji w głównych miastach Polski (Warszawie, Krakowie i Gdańsku).

Grupa IWG, do której należy marka Regus, w tym roku wystartuje na polskim rynku z kolejny swoim konceptem – Spaces, który działa już w 25 krajach, na 6 kontynentach. Pierwszą lokalizacją tej sieci w Polsce będzie Warszawa. W listopadzie biuro Spaces o powierzchni 4,2 tys. mkw. otworzy się w stołecznym Centrum Marszałkowska – to prestiżowa inwestycja, która powstaje w samym centrum miasta, u zbiegu ulic Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej, w miejscu dawnego domu handlowego Sezam.

Uważamy Polskę za perspektywiczny rynek. Porównując ją do innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej, polski rynek jest jednym z najbardziej obiecujących dla naszej branży – także jeżeli chodzi o dojrzałość biznesową i stabilność. Wiadomo, że w biznesie ważne jest bezpieczeństwo. Ryzyko nie jest zbytnio wskazane. W porównaniu do innych państw w regionie Polska jest rynkiem bezpiecznym, stąd nasze podejście i ambitne plany rozwoju –mówi dyrektor regionalny IWG w Polsce.

Jak wynika z tegorocznego raportu firmy doradczej Savills, rynek elastycznych miejsc pracy w Polsce przeżywa rozkwit. W pięciu przeanalizowanych miastach działają 174 elastyczne biura serwisowane i coworki, oferujące ponad 129 tys. mkw. powierzchni. W marcu kolejne 52 tys. mkw. elastycznych biur w 16 lokalizacjach było przygotowywanych do otwarcia.

Z raportu „Elastyczne miejsca pracy w Polsce” wynika też, że tego typu biura to jeden z najsilniejszych trendów w sektorze nieruchomości biurowych w ostatnim czasie. W ubiegłym roku ich udział w całkowitym wolumenie najmu w Warszawie wyniósł prawie 4 proc. (32,3 tys. mkw.). Stołeczny rynek zdecydowanie wiedzie prym (dalej plasują się kolejno Kraków, Poznań i Wrocław), oferując ok. 100 tys. mkw. elastycznej powierzchni biurowej w 110 lokalizacjach (dane na koniec I kwartału 2018  roku), z czego ponad 80 proc. w nowoczesnych biurowcach. Motorem napędowym popytu na elastyczne powierzchnie w Warszawie jest między innymi niewielka podaż nowej powierzchni biurowej w rejonie centralnego obszaru, jaka zostanie dostarczona w najbliższym czasie.

Elastyczne powierzchnie są wykorzystywane zarówno przez duże korporacje, które lokują w nich swoje krótkoterminowe projekty, jak i młode, rozwijające się przedsiębiorstwa. Szczególnie popularne są wśród start-upów i firm z branży IT.

Rynek w Polsce będzie zmieniał się w kierunku, który widzimy na przykładzie Europy Zachodniej bądź USA, gdzie część biur tzw. serwisowanych, outsourcingowanych będzie się zwiększać. Według ostatnio przeprowadzonych badań do 2030 roku stopień ich wykorzystywania przez firmy wyniesie około 30 proc. W Polsce, kiedyś z naszych usług korzystało więcej firm zagranicznych, teraz to się zmienia. Zauważalnym trendem jest to, że coraz więcej firm lokalnych dostrzega korzyści płynące z tego typu rozwiązań – mówi Rafał Gabteni.

Analitycy Savills zwracają uwagę na to, że podział pomiędzy biurami serwisowanymi a coworkami nieco się zaciera, jednak – ze względu na większą prywatność, ochronę poufnych danych i kulturę korporacyjną niektórych firm – część klientów w dalszym ciągu będzie preferowała bardziej tradycyjny układ gabinetowy w biurach serwisowanych. W tym modelu firma otrzymuje w ramach najmu w pełni umeblowane i wyposażone biuro z dostępem do wszystkich usług, takich jak internet, całodobowa recepcja, wyposażenie kuchni, sprzęt biurowy i ochrona budynku.

Systemy antydronowe są coraz bardziej zaawansowane. Mają walczyć z przemytnikami, terrorystami oraz nierozważnymi pilotami

Systemy antydronowe są coraz bardziej zaawansowane. Mają walczyć z przemytnikami, terrorystami oraz nierozważnymi pilotami 16

Drony coraz częściej są wykorzystywane w niewłaściwy sposób lub niezgodnie z prawem. Sięgają po nie przemytnicy i terroryści, a nierozważni piloci stwarzają zagrożenie dla ruchu lotniczego, wypuszczając je zbyt blisko lotnisk. W odpowiedzi na te zagrożenia pojawiły się systemy antydronowe, które mają bezpiecznie sprowadzać pojazdy na ziemię lub neutralizować je w powietrzu. Polska firma rozwija własny system antydronowy Jastrząb, który konkuruje z rozwiązaniami z całego świata.

– Opracowaliśmy system, który wykrywa drona na terenie chronionym, śledzi i neutralizuje go. Na system składa się radar obrotowy, który wykonuje jeden obrót na sekundę i ma zasięg około 5 km. Dedykowany jest specjalnie pod małe obiekty latające, z bardzo dużą precyzją rozróżnia drona od ptaka, pokazując go na specjalnym zobrazowaniu na mapie. Dyspozytor może wówczas użyć neutralizatora z zasięgiem do 1,5 km, który blokując systemy pozycjonowania GNSS i łączność z operatorem, zmusza takiego drona do lądowania – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Zygmunt Rafał Trzaskowski, założyciel Hertz Systems.

Systemy antydronowe działają wielofazowo. Ich głównym zadaniem jest zlokalizowanie i precyzyjne namierzenie położenia dronów na obszarze objętym monitoringiem. Następnie pojazdy nieuprawnione do lotu w strefie chronionej są śledzone i neutralizowane w taki sposób, aby nie zagrażały bezpieczeństwu osób postronnych. Arsenał firm antydronowych nie ogranicza się tylko do systemów zakłócania sygnałów GNSS. Dzięki tej metodzie można zmusić drona do zawiśnięcia w powietrzu lub automatycznego wylądowania w miejscu startu, zmniejszając w ten sposób zagrożenie z jego strony. Ze względów bezpieczeństwa niekiedy operatorzy muszą jak najszybciej sprowadzić pojazd na ziemię.

W takich sytuacjach można np. zastosować metodę spoofingu, czyli przejęcia pełnej kontroli nad dronem. Bardziej inwazyjne metody zakładają wykorzystanie działek lub karabinów laserowych do uszkodzenia kluczowych elementów drona lub wystrzelenie sieci, która zablokuje wirniki i natychmiast unieszkodliwi pojazd. Wykorzystuje się także klasyczną broń do zestrzelenia drona. Wybór odpowiedniej metody zależy od zastanych okoliczności.

– W ramach systemu mamy również drona, który może realizować czynności przechwytywania, również łapania dronów w siatkę i sprowadzania w bezpieczne miejsce. To rozwiązanie można idealnie stosować do ochrony imprez masowych, gdzie trzeba takiego drona zagrożonego przenieść w miejsce bezpieczne, gdzie nawet jeżeli będzie miał jakiś ładunek wybuchowy, będzie można bezpiecznie go zneutralizować – tłumaczy Zygmunt Rafał Trzaskowski.

W rozwój systemów antydronowych inwestują największe światowe gospodarki. W ramach „Ustawy o upoważnieniu wydatków na obronę narodową” Stany Zjednoczone przeznaczyły środki na opracowanie systemu antydronowego, który powstanie we współpracy z ekspertami z Izraela i ma poprawić bezpieczeństwo obu krajów. Nad własnym zabezpieczeniem antydronowym pracuje również chiński rząd, który planuje stworzyć zarówno system zakłócania sygnału, jak i broń laserową do zestrzeliwania bezzałogowych pojazdów latających.

– System antydronowy z powodzeniem można projektować na obiekty cywilne, rządowe, infrastrukturę krytyczną i lotniska, czyli tam, gdzie mamy duże zagrożenie. Oczywiście system jest już używany na imprezach masowych do ochrony ludzi, gdzie także jest duże zagrożenie. Jeżeli chodzi o neutralizatory, zgodnie z prawem tylko specjalistyczne służby mogą ich używać i powoli zaczynamy zaopatrywać je do ochrony m.in. obiektów tajnych – przekonuje założyciel Hertz Systems.

Polskie służby również interesują się takimi systemami. Policja w połowie roku rozpisała przetarg na „dostawę systemu antydronowego do neutralizacji małych bezzałogowych statków powietrznych”, z kolei Inspektorat Uzbrojenia MON ogłosił, że chce pozyskać „system zdolny do wykrywania i zwalczania z powietrza bezzałogowych systemów powietrznych (BSP) przeciwnika, w tym przy wykorzystaniu własnych bezzałogowców”.

– Drony są coraz bardziej dostępne, są coraz tańsze, rynek się zwielokrotnia z roku na rok. Są one wykorzystywane już nie tylko w celach, do których są głównie przeznaczone, lecz także przez środowiska przestępcze czy terrorystyczne. Powstało w związku z tym nowe zagrożenie, praktycznie obiekty od strony powietrznej są otwarte. Już widzimy od dłuższego czasu, że terroryści np. w Afganistanie wykorzystują takie ogólnodostępne małe drony, podczepiając odpowiednie ładunki wybuchowe – twierdzi ekspert.

Analitycy Grand View Research oszacowali, że do 2024 roku wartość rynku systemów antydronowych wzrośnie do 1,85 mld dol. przy średniorocznym wzroście na poziomie 24,1 proc.

Technologia zaczerpnięta od NASA pozwala na uprawę roślin i warzyw w domu. Wyhodować można m.in. zioła, przyprawy, truskawki czy pomidorki

Technologia zaczerpnięta od NASA pozwala na uprawę roślin i warzyw w domu. Wyhodować można m.in. zioła, przyprawy, truskawki czy pomidorki 17

Najnowsze rozwiązania pomagają zautomatyzować uprawę roślin. Na rynku są urządzenia, które automatyzują pracę nad wzrostem roślin – automatycznie podlewają rośliny, tworzą specjalny mikroklimat do ich upraw dzięki lampom LED, i umożliwiają sterowanie całością za pomocą aplikacji. Urządzenia wykorzystują technologię wymyśloną i użytkowaną przez naukowców z NASA. 

– Plantui opiera się na fotosyntezie roślin. Wykorzystujemy najnowszą technologię opartą na specjalistycznych lampach LED, a system sterowany jest przez komputer zintegrowany z urządzeniem. Urządzenia, które produkujemy, ułatwiają uprawę roślin i ich pielęgnację w okresie wzrostu – mówi agencji Newseria Innowacje Kari Vuorinen, dyrektor ds. technologii, Plantui.

Inteligentny ogródek pozwala na uprawę świeżych warzyw w mieszkaniu nawet przez okrągły rok. Zadba o ich prawidłowy wzrost poprzez automatyczne nawadnianie oraz naświetlanie roślin. Od użytkownika wymaga jedynie, by raz na kilka dni uzupełnił pojemnik na wodę. Taką metodą można w domowych warunkach wyhodować rośliny o giętkich korzeniach, takie jak zioła, przyprawy (oregano, tymianek, bazylię), jarmuż, szpinak, miętę, ale także truskawki czy pomidorki cherry. Urządzenie pobiera rocznie energię równą 32-calowemu telewizorowi LED, czyli roczny koszt jego użytkowania to ok. 35 zł. Kapsułki z nasionami to natomiast koszt ok. 30 zł.

Niezależne laboratorium Eurofins Scientific Finland wykazało, że rośliny Plantui zawierają trzykrotnie więcej witaminy C oraz dwukrotnie więcej betakarotenu niż warzywa kupione w sklepie.

– W fazach wzrostu rośliny na początku jest kiełkowanie, podczas którego roślina wymaga innego oświetlenia i nieco innej intensywności oświetlenia. Następnie pojawia się siewka, która znowu wymaga innego rodzaju oświetlenia i jego natężenia, jak również innego rodzaju nawodnienia. Funkcje urządzenia dopasowane są więc do faz wzrostu rośliny, co pozwala na uzyskanie możliwie najlepszych efektów, jakie możemy sobie wymarzyć – przekonuje Kari Vuorinen.

Według wyników badania Uniwersytetu Łódzkiego blisko połowa Polaków sięga po produkty oznaczone jako ekologiczne. Polacy cenią w żywności organicznej przede wszystkim jej wysoką jakość (76,5 proc.), lepszy smak i ekologiczne metody produkcji. Możliwości uprawy własnych roślin jest około 45 procent osób, taka liczba Polaków – według danych Eurostatu – mieszka w blokach i nie ma własnego ogródka.

– Można mieć własny ogródek przez cały rok, w dowolnym miejscu, także w dużym mieście, gdzie powietrze jest zanieczyszczone, a wnętrze budynku jest bezpieczniejszym miejscem do uprawy wszelkiego rodzaju roślin. Co ważne, uprawa nie wymaga żadnego rodzaju pestycydów – twierdzi ekspert.

Na uprawianie roślin w domu pozwala także LEAF. Urządzenie wielkości małej lodówki jest w stanie stworzyć odpowiednie środowisko do wzrostu prawie każdej roślinie. Podłącza się je do domowej sieci Wi-Fi i można nim sterować za pomocą aplikacji przygotowanej na Androida i iOS. Autorzy przygotowali nawet odpowiednie ustawianie wybranego gatunku hodowanej rośliny. LEAF tworzy odpowiedni mikroklimat, karmi i podlewa roślinę, wodę pobierając wprost z sieci wodociągowej.

Z kolei własny ogród na ścianie proponują twórcy Herberta. To 15 niewielkich pojemników zamontowanych w jednej skrzyni. Do konstrukcji raz na tydzień wlewamy wodę i nawóz. Dzięki dużej lampie LED domowy ogród będzie też odpowiednio naświetlony, a całością można sterować za pośrednictwem aplikacji na telefon. Rozwiązań do domowej uprawy roślin pojawia się na rynku coraz więcej.

– Jest to w pewnym sensie rozwiązanie przyszłościowe, które wpisuje się w nowoczesne zastosowania mieszkań, ponieważ ludzie osiedlają się w miastach, gdzie nie ma możliwości uprawy roślin – podsumowuje dyrektor ds. technologii, Plantui.

Pomysł na uprawianie roślin w domowych warunkach zaczerpnięto od NASA. Agencja opracowała podobny system do produkcji warzyw na stacjach kosmicznych. Veggie jest urządzeniem wspomagającym produkcję roślin sałatkowych. System zapewnia oświetlenie, dostarcza składniki odżywcze oraz wykorzystuje środowisko kabiny do kontroli temperatury i jako źródło dwutlenku węgla. NASA stosuje ów system w laboratorium kosmicznym.

Jak pokazał raport „Żywność ekologiczna w Polsce” firmy IMAS International, ceny produktów ekologicznych w sklepach są o wiele wyższe od produktów konwencjonalnych, przeważnie o 50 proc.

Według Research and Markets do 2022 roku globalny rynek technologii do domowej uprawy roślin osiągnie wartość co najmniej 40 mld dol.

Polska Grupa Porcelanowa połączy potencjał trzech wiodących fabryk porcelany w Polsce

Ćmielów, Lubiana, Chodzież, trzy polskie fabryki produkujące wyroby porcelanowe – łączą swoje struktury handlowe i marketingowe. W lipcu 2018 roku powstała Polska Grupa Porcelanowa, której ideą jest zwiększenie dostępności wysokiej jakości produktów z wielopokoleniową tradycją. W ramach Grupy w dalszym ciągu funkcjonować będą cztery odrębne marki: Ćmielów, Lubiana, Chodzież oraz Ćmielów Design Studio, które różnicuje rodzaj oferty, a łączy chęć realizacji potrzeb klientów, dla których fabryki szczycące się długoletnią tradycją produkują najwyższej jakości zastawę stołową.

Polska Grupa Porcelanowa powstała pod wpływem zmieniającego się otoczenia rynkowego i potrzeb klientów trzech wiodących producentów porcelany.      Jako grupa łącząca tradycję ze współczesnością, chcemy wyróżniać się nie tylko doskonałym wzornictwem i jakością, ale także sprawnością organizacji i nowoczesnymi systemami współpracy z dynamicznie zmieniającym się rynkiem – mówi Piotr Witkowski, Dyrektor Handlowy Polskiej Grupy Porcelanowej.

W tym celu nastąpiła synergia potencjału dwóch firm: Polskich Fabryk Porcelany „Ćmielów” i „Chodzież” S.A. oraz Zakładów Porcelany Stołowej Lubiana S.A., skupiających cztery wiodące na polskim rynku marki. Daje ona możliwość budowy silnej, jednolitej organizacji handlowej mogącej sprostać coraz wyższym oczekiwaniom stawianym przed producentami w zakresie kreatywnego podejścia do rynku i innowacyjności. 

Miarą sukcesu Polskiej Grupy Porcelanowej będzie zadowolenie i zaspokojenie potrzeb klientów dzięki wspólnej dystrybucji dla czterech marek. Możliwość korzystania i wysyłania produktów z pięciu Centrów Dystrybucji w całej Polsce znacznie wpłynie na dostępność towaru i szybkość realizacji zamówień. Stawiamy na różnorodne platformy sprzedażowe i wykwalifikowany, kompetentny zespół, który zapewni profesjonalną obsługę klienta i serwis po zakupowy – mówi Piotr Witkowski.

Polska Grupa Porcelanowa to cztery marki w portfelu jednego inwestora grupy Wistil. Od lat podbijają one serca Polaków i z powodzeniem reprezentują rękodzielniczą tradycję poza granicami kraju. Marki Polskich Fabryk Porcelany „Ćmielów” i „Chodzież” S.A., które swoją działalność prowadzą od 1790 roku, lokowane są w segmentach Premium i Prestige. Firma PFP produkuje obecnie 420 ton porcelany miesięcznie, z czego aż 60% wyrobów trafia na rynek krajowy. Zakłady Porcelany Stołowej Lubiana S.A. swoją działalność prowadzą nieprzerwanie od 1969 roku. Długoletnie doświadczenie w obsłudze zagranicznych rynków sprzyja rozwojowi eksportu – obecnie prowadzi sprzedaż w ponad 40 krajach na całym świecie. Fabryka charakteryzuje się wysoką wydajnością produkując około 3 500 000 sztuk wyrobów miesięcznie.

Zakłady Porcelany Stołowej Lubiana S.A. wraz z Polskimi fabrykami Porcelany „Ćmielów” i „Chodzież SA”, tworzą jedną z największych Grup Kapitałowych w branży.

Lubiana S.A. to nowoczesna marka oferująca porcelanę stołową na najwyższym, światowym poziomie. Specjalizuje się w produkcji porcelany o wysokich parametrach jakościowych, która doskonale sprawdza się w gastronomii, hotelach, ale też w użytku domowym. Klienci biznesowi oraz indywidualni mogą wybierać spośród wielu fasonów i dekoracji.  Systematycznie wprowadzając nowe produkty, często nowatorskie, o nieregularnych kształtach, „Lubiana” nie tylko dąży do zaspokojenia oczekiwań coraz bardziej wymagających klientów, a – przede wszystkim – wyprzedza je. Produkty z „Lubiany” w 70% to eksport, dzięki czemu można je spotkać na stołach całego świata.

Kolekcje Ćmielowa to powrót do źródeł poprzez odtwarzanie najstarszych, jedynych w swoim rodzaju, kolekcjonerskich fasonów tradycyjnej porcelanowej zastawy. Ta klasyczna i tradycyjna marka słynie z historycznych zestawów porcelany stołowej w nowym ekskluzywnym wydaniu. Ćmielowskie produkty trafiają do monarchów i głów państw na całym świecie.

Chodzież to ukochana marka polskich rodzin, od lat towarzysząca podczas celebrowania rodzinnych uroczystości. Kolekcje z roku na rok zmieniają się, aby odpowiadać na aktualne potrzeby kolejnych pokoleń. Elegancka i funkcjonalna porcelana z „Chodzieży” to kilkanaście fasonów zaprojektowanych przez twórców zakładowego Ośrodka Wzornictwa, którego korzenie sięgają początków działalności firmy.

Ćmielów Design Studio to marka dedykowana osobom poszukującym dobrego, współczesnego wzornictwa. Kolekcje wychodzące spod rąk designerów prezentują nowe oblicze porcelany łączącej w sobie tradycyjny kunszt produkcji oraz nowoczesne podejście do estetyki. Studio projektowe marki kierowane jest przez cenionego na całym świecie artystę ceramika Marka Cecułę.

Projekt nowelizacji ustaw podatkowych z 24 sierpnia 2018

Stanowisko ZPP ws. exit tax, zmian w zakresie rozliczania leasingowanych samochodów i innych zmian wprowadzanych projektem nowelizacji ustaw podatkowych z 24 sierpnia 2018 r.

Przedstawiony projekt ustawy zawiera szereg bardzo istotnych z punktu widzenia podatników zmian. Jest również wyjątkowo obszerny – dokument, łącznie z uzasadnieniem, liczy dużo ponad 300 stron. Zdumienie musi budzić zatem fakt, że na proces konsultacji publicznych przeznaczono zaledwie 14 dni. Zwłaszcza, że dokładnie tego samego dnia upływał termin konsultacji innego – wielce obszernego – aktu, a mianowicie nowej Ordynacji Podatkowej. Jest to czas, w którym niemożliwe jest dokonanie wnikliwej analizy wszystkich zaprojektowanych przepisów, określenie ich potencjalnych skutków i realne odniesieni się do całości tekstu projektu. Ciężko jest zatem nazwać kończący się 7 września proces rzeczywistymi konsultacjami publicznymi, w ramach których projektodawca mógłby zgromadzić kompleksowe uwagi wszystkich interesariuszy. Czas trwania konsultacji publicznych zawarty jest nie tylko w dokumencie Rządowego Centrum Legislacji pt. „Wytyczne do przeprowadzania oceny wpływu oraz konsultacji publicznych w ramach rządowego procesu legislacyjnego”, lecz również w Regulaminie pracy Rady Ministrów, którego paragraf 129 stanowi, że wyznaczenie terminu do zajęcia stanowiska w ramach konsultacji publicznych krótszego niż 21 dni od udostępnienia projektu, wymaga szczegółowego uzasadnienia. Uzasadnienia, które zostało przedstawione w piśmie przewodnim, w żadnym wypadku nie można uznać za „szczegółowe”. Wskazano jedynie na konieczność szybkiego uchwalenia przepisów, w związku z zamiarem ustawodawcy, by zaczęły one obowiązywać od 1 stycznia 2019 roku.

Jest to wytłumaczenie absolutnie nieprzekonujące – poszczególne elementy zawarte w projekcie były w ciągu ostatnich miesięcy przynajmniej kilkukrotnie sygnalizowane przez przedstawicieli rządu w mediach. Oznacza to, że konkretne propozycje, które ostatecznie zawarte zostały w projekcie ustawy, były przedmiotem prac ministerialnych na długo przed udostępnieniem projektu ustawy. Zgodnie z powoływanym już dokumentem Rządowego Centrum Legislacji, jedną z siedmiu naczelnych zasad konsultacji, jest zasada dobrej wiary, o której świadczy m.in. zapewnienie zainteresowanym podmiotom odpowiedniego czasu na zebranie argumentów i przedstawienie odpowiedzi. Dodatkowo, również zgodnie z dokumentem, wszelkie propozycje legislacyjnych nowości powinny być konsultowane już na jak najwcześniejszym etapie ich rozwoju. Wziąwszy pod uwagę poziom skomplikowania regulowanej w projekcie materii, liczbę postulowanych zmian, a także czas przyznany partnerom społecznym na wyrażenie swojej opinii, należy jednoznacznie stwierdzić, że w przypadku tych konsultacji trudno byłoby uzasadnić twierdzenie, o istnieniu dobrej woli po stronie organizatora. Proces konsultowania omawianego dokumentu w istotnym stopniu odbiega od standardów legislacyjnych, do których dążenie  – jak się wydaje – deklaruje rząd, jest on także sprzeczny z podstawowymi zasadami angażowania partnerów społecznych do wypracowywania jak najlepszych rozwiązań prawnych.

Jeśli zaś chodzi o merytoryczną zawartość projektu, ZPP pragnie przedstawić uwagi wyszczególnione poniżej.

W projekcie zaproponowano preferencyjne opodatkowanie dochodów uzyskiwanych przez podatnika z praw własności intelektualnej, których podatnik jest właścicielem, współwłaścicielem, użytkownikiem lub posiada prawa do korzystania z nich na podstawie umowy licencyjnej, i które są chronione na podstawie obowiązującego prawa krajowego lub międzynarodowego kwalifikowanymi prawami własności intelektualnej. Preferencja polega na wprowadzeniu obniżonej stawki w wysokości 5 proc. Podatnik mógłby skorzystać z opodatkowania tą stawką również wówczas, gdy dokona zakupu kwalifikowanych praw własności intelektualnej, pod warunkiem, że poniesie koszty związane z rozwojem lub ulepszeniem nabytego prawa. Aby skorzystać z takiej możliwości, konieczne jest prowadzenie przez podatnika działalności badawczo-rozwojowej bezpośrednio związanej z wytworzeniem, komercjalizacją, rozwojem lub ulepszeniem kwalifikowanego prawa własności intelektualnej. Samą propozycję wprowadzenia preferencyjnego opodatkowania dochodów generowanych przez prawa własności intelektualnej trzeba co do zasady ocenić pozytywnie – wpisuje się ona w założenia Strategii na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, może się także skutecznie przyczynić do budowania w Polsce gospodarki opartej na wiedzy. Jednocześnie, chcielibyśmy zaproponować kilka elementów doprecyzowujących przepisy regulujące „innovation box”. Postulujemy poszerzenie katalogu kwalifikowanych praw własności intelektualnej o prawa z rejestracji produktu leczniczego i weterynaryjnego dopuszczonego do obrotu lub prawo do rejestracji produktu leczniczego i weterynaryjnego, na podstawie którego inny podmiot może uzyskać dopuszczenie produktu leczniczego i weterynaryjnego do obrotu. Wprowadzenie tej zmiany przyczyni się do poszerzenia możliwości stosowania preferencyjnych zasad opodatkowania przez polskie podmioty, tym samym pomoże spełnić założenia leżące u podstaw propozycji projektodawcy.

Proponujemy także doprecyzowanie przepisów w zakresie zasad określania dochodu z kwalifikowanego prawa własności intelektualnej, poprzez stworzenie katalogu elementów niestanowiących składnika dochodu pochodzącego z prawa własności intelektualnej. Katalog taki mógłby zawierać na przykład: koszty wytworzenia produktu (jest to koszt produkcji lub zużycia materiałów i surowców, bez związku z własnością intelektualną), koszty marketingu i reklamy, oraz koszty ogólnego zarządu. Analogiczne elementy należałoby uwzględnić w regulacji dotyczącej straty z własności intelektualnej.

Nie widzimy potrzeby ograniczenia prawa do skorzystania z proponowanego rozwiązania do podatników prowadzących działalność badawczo-rozwojową bezpośrednio związaną z wytworzeniem, komercjalizacją, rozwojem lub ulepszeniem kwalifikowanego prawa własności intelektualnej. Zgodnie z założeniami innowacyjnej gospodarki  różne patenty mają być tworzone – i tak często dzieje się na Świecie – przez firmy celowe, powołane do opracowania innowacyjnych rozwiązań i ich komercjalizacji, a nie do wdrażania ich produkcji.

Co do zasady pozytywnie należy ocenić również propozycję obniżenia preferencyjnej stawki podatku CIT dla małych podatników do 9 proc. Uznajemy, że jest to krok w stronę upowszechniania spółek prawa handlowego jako podmiotów prowadzących działalność gospodarczą dla zysku. Generalnie uważamy bowiem, że formuła jednoosobowej działalności gospodarczej pozostaje właściwa dla osób, których działalność ma charakter alternatywny wobec zatrudnienia na podstawie umowy o pracę, a także które prowadzą drobne zakłady usługowe albo małe sklepy. Innymi słowy, jednoosobowa działalność gospodarcza powinna być formą niejako zarezerwowaną dla tych, którzy wykonują działalność w celu utrzymania siebie i rodziny, a nie mnożenia majątku i rozwijania przedsiębiorstwa. Podmioty prowadzące działalność dla zysku i mające na celu rozwijanie firmy, powinny generalnie funkcjonować na rynku jako spółki prawa handlowego. W tej chwili powstrzymują je przed tym przede wszystkim skomplikowane przepisy (problem, który nie jest adresowany w omawianym projekcie), lecz obniżenie stawki CIT dla małych podatników stanowi krok w dobrą stronę i poważną zachętę dla przedsiębiorców, by zakładać spółki.

Bardzo ważna, z punktu widzenia przedsiębiorców funkcjonujących na rynku finansowym, jest propozycja wprowadzenia szczególnych rozwiązań odnoszących się do nabywania przez podmioty gospodarcze pakietów wierzytelności. Ministerstwo uzasadnia konieczność wprowadzenia zmian, brakiem możliwości rozpoznania pełnej bazy kosztowej nabycia wierzytelności, skutkującym dużo wyższym efektywnym poziomem opodatkowania działalności polegającej na ich windykacji. W związku z tym, że projektodawca niejako sam poruszył ten temat w uzasadnieniu, pragniemy przy tej okazji zaznaczyć, że w dalszym ciągu mamy do czynienia z nierównym traktowaniem podmiotów sektora finansowego w zakresie podatkowego traktowania nieściągalnych wierzytelności. W ubiegłym roku, w odniesieniu do projektu nowelizacji ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, toczyła się szeroka dyskusja dotycząca przyznawania możliwości rozpoznawania w kosztach uzyskania przychodu nieściągalnych kredytów i pożyczek, tylko niektórym podmiotom funkcjonującym na rynku finansowym. Innymi słowy, nieściągalne kredyty i pożyczki mogą rozpoznawać jako koszty uzyskania przychodu w istocie jedynie banki i spółdzielcze kasy oszczędnościowo-kredytowe.

Możliwości takiej pozbawione są instytucje pożyczkowe, mimo że również zajmują się profesjonalnie udzielaniem pożyczek – w rezultacie, efektywna stopa opodatkowania ich działalności jest istotnie wyższa, niż w przypadku podmiotów, które mogą zaliczyć nieściągalne wierzytelności do kosztów uzyskania przychodu. Chcemy zwrócić uwagę na fakt, że instytucje pożyczkowe zostały, tak jak banki i SKOK-i, objęte podatkiem od niektórych instytucji finansowych, a niektóre z nich są podatnikami tego podatku. Postulujemy, by prawodawca był konsekwentny i, tak samo jak w ramach regulacji dot. podatku od niektórych instytucji finansowych, zrównał sytuację podatkową analogicznych podmiotów funkcjonujących na tym samym rynku finansowym. Skoro bowiem przyjął on jednolite zasady opodatkowania sektora finansowego nowym podatkiem od aktywów, podobna konsekwencja powinna znaleźć odzwierciedlenie w regulacjach dotyczących opodatkowania dochodów uzyskiwanych przez te podmioty. Apelujemy zatem o zaprzestanie nierównego traktowania podmiotów na rynku finansowym i wzięcie pod uwagę naszego postulatu. Zwracamy jednocześnie uwagę na fakt, że utrzymanie stanu aktualnego, tj. dalsze przyznawanie korzyści podatkowych określonym podmiotom, z pominięciem innych uczestników rynku, jako że ma charakter selektywny i oderwane jest od jakichkolwiek prawnych lub ekonomicznych przesłanek, stanowi naruszenie zaleceń OECD, a także budzi poważne wątpliwości z punktu widzenia przepisów dot. niedopuszczalnej pomocy publicznej.  Szczegółowe propozycje konkretnych przepisów, które można byłoby uwzględnić przy okazji procedowania omawianego projektu ustawy, załączamy do niniejszego stanowiska. Ich głównym celem jest zagwarantowanie równego traktowania podatkowego wszystkich podmiotów zajmujących się profesjonalnie udzielaniem kredytów oraz pożyczek, będących jednocześnie faktycznymi podatnikami podatku od niektórych instytucji finansowych.

Zdecydowanie sprzeciwiamy się wprowadzeniu projektowanych zmian dotyczących zasad rozliczania kosztów używania samochodów osobowych wykorzystywanych dla celów działalności gospodarczej i innych. Wprowadzenie ograniczenia możliwości zaliczania do kosztów uzyskania przychodu do zaledwie 50 proc. wydatków związanych z korzystaniem z samochodu osobowego służącego podatnikowi także do innych celów niż działalność gospodarcza, wydaje się być całkowicie nieracjonalne i sprzeczne z realiami ekonomicznymi. Zwracamy uwagę na fakt, że auta służbowe wykorzystywane są w ogromnej większości dla celów pracodawcy, natomiast możliwość wykorzystania samochodu służbowego do celów prywatnych przez pracownika, stanowi formę dodatkowego benefitu. Jest to tym bardziej istotne w bieżącej sytuacji na rynku pracy, w ramach której jednym z głównych problemów podnoszonych przez przedsiębiorców jest kwestia niedostatecznej podaży pracy. Ograniczenie przy braku prowadzenia ewidencji (który jest jak najbardziej uprawniony, wszak niemal niemożliwe jest precyzyjne wyodrębnienie przejazdów prywatnych od przejazdów służbowych, zwłaszcza że pewna część z tych pierwszych odbywa się „przy okazji” realizowania obowiązków służbowych) do 50 proc. wydatków uznajemy za całkowicie nieuzasadnione.

Apelujemy zatem o całkowitą rezygnację z wprowadzania zaproponowanych przepisów, a w wariancie minimalnym – o podwyższenie progu wydatków możliwych do zakwalifikowania jako koszty uzyskania przychodu do 80 proc. Jednocześnie, zdecydowanie negatywnie oceniamy propozycję wprowadzenia ograniczenia możliwości zaliczania w koszty uzyskania przychodu rat leasingowych do 150 tys. zł. Związek Przedsiębiorców i Pracodawców już wypowiadał się w tej sprawie na łamie jednego z poprzednich stanowisk – podniesione tam argumenty uznajemy za wciąż aktualne. Uważamy, że zmiana zasad podatkowego rozliczania leasingu na mniej korzystne, stanowi swoisty sabotaż na znakomicie rozwijającej się gałęzi gospodarki. Na dotychczasowych zasadach zyskiwali nie tylko dealerzy aut i przedsiębiorcy, którzy mogli stosunkowo tanio uzyskać dostęp do nowej floty, były one korzystne również generalnie dla gospodarki – zaoszczędzone bowiem w ten sposób środki, przedsiębiorcy mogli zainwestować w inne aktywa albo przedsięwzięcia. Tym samym, również w zakresie zmian dotyczących leasingu, apelujemy do projektodawcy o wycofanie się z przedstawionych propozycji.

Jedną z kluczowych zmian zaproponowanych w projekcie jest konstrukcja tzw. exit tax, tj. podatku od dochodów z tytułu niezrealizowanych zysków. Jak zaznacza w uzasadnieniu projektodawca, istotą przepisów o exit tax jest opodatkowanie niezrealizowanych jeszcze zysków kapitałowych, w związku z przeniesieniem przez podatnika do innego państwa aktywów, w tym wchodzących w skład zagranicznego zakładu lub ze zmianą rezydencji podatkowej. Wprowadzenie do polskiego porządku prawnego exit tax jest według uzasadnienia do projektu ustawy konsekwencją implementacji Dyrektywy ATAD.

Zgodnie z projektowanym art. 30j ust. 2 u.p.d.o.f. i art. 24f ust. 2 u.p.d.o.p. opodatkowaniu podlegać będzie:

1) przeniesienie składnika majątku poza terytorium Polski, w wyniku którego Polska w całości lub w części traci prawo do opodatkowania dochodów ze zbycia tego składnika majątku, przy czym przenoszony składnik majątku pozostaje własnością tego samego podmiotu,

2) zmiana rezydencji podatkowej przez podatnika podlegającego w Polsce nieograniczonemu obowiązkowi podatkowemu, w wyniku czego Polska w całości lub w części traci prawo do opodatkowania dochodów ze zbycia składnika majątku będącego własnością tego podatnika, w związku z przeniesieniem jego miejsca zamieszkania do innego państwa.

Przeniesienie składników majątku po za terytorium kraju ma objąć sytuacje, w których:

1) polski rezydent przenosi do swojego zagranicznego zakładu składnik majątku dotychczas związany z działalnością prowadzą na terytorium kraju,

2) osoba niebędąca polskim rezydentem podatkowym przenosi do państwa swojej rezydencji lub innego niż Polska kraju, w którym prowadzi działalność poprzez zagraniczny zakład, składnik majątku dotychczas związanego z działalnością prowadzoną na terytorium Polski poprzez zagraniczny zakład,

3) osoba niebędąca polskim rezydentem podatkowym przenosi do innego państwa całość lub część działalności prowadzonej dotychczas na terytorium Polski.

Planowane jest przy tym rozszerzenie zakresu przedmiotowego przepisów o zagranicznych spółkach kontrolowanych (CFC – od ang. controlled foreign corporation).

Podatek ma objąć również nieodpłatne przekazanie majątku innym podmiotom położonym poza terytorium Polski, jeżeli Polska utraci w związku z tym w całości lub w części prawo do opodatkowania dochodów ze zbycia takiego składnika majątku. Podatkowi mają podlegać także dochody fundacji i trustów. W ich przypadku obowiązek podatkowy ma obciążyć fundatorów i beneficjentów.

Uderzy to w szczególności w firmy rodzinne, które mają już dziś problemy z sukcesją pokoleniową wykluczając możliwość przekazania kontroli i własności nad majątkiem takich firm. Główną przyczyną powoływania prywatnych fundacji nie jest agresywna optymalizacja podatkowa tylko zapobieżenie rozproszeniu majątku zgromadzonego przez założycieli tych firm. Jeżeli wartość jego majątku wynosi 100 mln zł, to musiałby on zapłacić z góry 19 mln zł od majątku, który sam wypracował, nie mając bynajmniej pewności, czy nadal będzie generował on dochody, gdy zabraknie założyciela firmy.

Projektodawcy albo nie mają zielonego pojęcia jak od wieków działają fundacje albo celowo starają się przy pomocy restrykcji nakładanych na polskich przedsiębiorców uprzywilejować zagraniczne fundusze inwestycyjne. Przyjęcie proponowanych rozwiązań uniemożliwi bowiem wielu nestorom polskiej przedsiębiorczości zapewnienie dalszego funkcjonowania stworzonych przez nich firm i zachęci do ich zwykłej sprzedaży, przy której dokonanie „oszczędności” podatkowych, na przykład  przy pomocy wypłacania części ceny w rajach podatkowych, będzie banalnie proste.

Fundacje nie są spółkami prowadzącymi działalność gospodarczą. Wypłacane przez nie, zgodnie z ich statutami, benefity – na przykład po uzyskaniu przez beneficjentów jakich określonych dyplomów bądź – nawet – spłodzenia określonej liczby dzieci – będą opodatkowane. Tymczasem fiskus ma zamiar opodatkować samą możliwość uzyskania takiego benefitu, bez względu na to czy beneficjent spełni warunki jego otrzymania i czy go otrzyma!

Należy ponadto poczynić trzy uwagi. Po pierwsze – jak słusznie zauważa sam projektodawca w uzasadnieniu, dyrektywa wyznacza pewne minimalne granice ingerencji ustawodawcy, innymi słowy – krajowy prawodawca nie może uczynić mniej, niż jest to napisane w dyrektywie. Dlatego też, z uwagi na potrzebę realizacji zasady EU+0, którą uznajemy za kluczową z punktu widzenia dostosowywania polskich przepisów do regulacji wypracowywanych na poziomie Unii Europejskiej, zwracamy uwagę na fakt, że polski projektodawca wykracza poza poziom minimalny określony dyrektywą, obejmując „podatkiem od wyjścia” nie tylko osoby prawne, ale też osoby fizyczne – mimo że nie ma takiego obowiązku. Co prawda w przypadku tych drugich, opodatkowanie nowym podatkiem zależne jest od kilku czynników (opodatkowane mają być aktywa o wartości powyżej 2 mln zł, a poza tym w ramach majątku osobistego działanie regulacji ograniczone ma być do określonych jego składników, tj. ogółu praw i obowiązków w spółce osobowej, udziałów w spółce, akcji i innych papierów wartościowych, pochodnych instrumentów finansowych oraz tytułów uczestnictwa w funduszach kapitałowych). Niemniej jednak, polski ustawodawca wyraźnie wykroczył poza minimalną granicę wyznaczoną dyrektywą, należy więc zaznaczyć, że optymalnym sposobem transponowania dyrektyw unijnych jest przyjęcie zasady EU+0, stąd też zasadna wydaje się modyfikacja przepisów w tym zakresie. Po drugie, sam exit tax był już wprowadzony przez szereg innych państw członkowskich i był przedmiotem wielu orzeczeń Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, niektóre z nich przywołuje sam projektodawca w uzasadnieniu.

TSUE wskazywał niejednokrotnie na sprzeczność przyjętych przez państwa członkowskie regulacji w zakresie exit tax, z podstawowymi wartościami Unii Europejskiej, takimi jak swoboda przedsiębiorczości obywateli (zakaz jej ograniczania umieszczony jest w art. 49 Traktatu o Funkcjonowaniu Unii Europejskiej). TSUE uznał z tego powodu za niezgodne z prawem unijnym m.in. duńskie, czy hiszpańskie regulacje dotyczące exit tax. Z orzecznictwa jednoznacznie wynika, że proponowane regulacje muszą mieć charakter proporcjonalny. Jednocześnie, w orzecznictwie TSUE pojawiają się wątpliwości dotyczące zgodności konstrukcji exit tax ze swobodą przepływu ludności oraz kapitału. Z tego też powodu, należy kwestię implementacji dyrektywy ATAD w tym zakresie, głęboko przemyśleć i poddać rzetelnej debacie. Po trzecie bowiem, czas na jej transpozycję mamy do końca 2019 roku. Z uwagi na powyższe wątpliwości, uważamy że pośpiech w zakresie wprowadzania regulacji dot. exit tax jest całkowicie niepotrzebny, nieuzasadniony i nie służy jakości potencjalnie wprowadzonych rozwiązań. Mamy ponad rok na rozważenie kształtu, w jakim moglibyśmy zaimplementować dyrektywę, w tym w zakresie podatku od wyjścia, a jest to kwestia na tyle istotna, że umieszczanie dotyczących jej przepisów w tak obszernym projekcie, z dramatycznie krótkim terminem na przygotowanie opinii, wydaje się być niepoważne. Apelujemy zatem o odstąpienie od regulowania exit tax w omawianym projekcie i rozpoczęcie poważnych, osobnych prac legislacyjnych, z szerokim udziałem partnerów społecznych, dedykowanych wypracowaniu adekwatnych rozwiązań tylko w zakresie tego zagadnienia. Wprowadzenie exit tax, jako że wiąże się z pewnym ograniczeniem swobody korzystania z wolności przysługujących w ramach uczestnictwa w Unii Europejskiej, w oczywisty sposób budzi wątpliwości i niepewność, zarówno po stronie przedsiębiorców, jak i prywatnych inwestorów, którzy mogliby zostać objęci tym podatkiem po zmianie rezydencji podatkowej. Dlatego też ponownie prosimy o rozważenie usunięcia z projektu przepisów dotyczących exit tax i poddanie tej kwestii osobnym pracom w ramach rzetelnego procesu legislacyjnego, uwzględniającego właściwie przeprowadzone konsultacje społeczne.

Niepokojące są proponowane zmiany dotyczące interpretacji podatkowych. Dla przykładu, projektodawca postuluje, by Szef Krajowej Administracji Skarbowej dysponował uprawnieniem do uchylenia wydanej interpretacji indywidualnej, jeśli stwierdzi, że elementy stanu faktycznego lub zdarzenia przyszłego opisane we wniosku spełniają definicję unikania opodatkowania. W ten sposób po raz kolejny ogranicza się moc ochronną interpretacji indywidualnych, już w tej chwili dalece niezadowalającą. Rezultatem wprowadzanych zmian w systemie jest coraz mniejsza liczba wydawanych interpretacji – aktualnie nie spełniają one po prostu swojej podstawowej roli, którą jest zabezpieczanie podatnika przed często zmieniającymi się, niezrozumiałymi przepisami prawa podatkowego. Dokonywane od jakiegoś czasu zmiany doprowadzają w istocie do tego, że interpretacje indywidualne stają się – zamiast rozwiązaniem – częścią problemu. Podatnik, stosując się do wydanej interpretacji, nie może mieć żadnej pewności, że w jakimkolwiek stopniu ochroni go to przed negatywnymi skutkami jej uchylenia albo zmiany. Wskutek wejścia w życie proponowanej regulacji, Szef KAS w każdej chwili będzie mógł stwierdzić, ze wydana interpretacja, umożliwiająca zmniejszenie wysokości zobowiązania podatkowego, została wydana wskutek rozpoznania wniosku złożonego w celu uniknięcia opodatkowania. W ten sposób, ustawodawca po raz kolejny podkopuje zasadę bezpieczeństwa prawnego w szczególnie newralgicznym obszarze, jakim jest prawo podatkowe.

Jeśli chodzi o kwestię unikania opodatkowania, kontrowersyjnym postulatem jest również propozycja wprowadzenia dodatkowego zobowiązania podatkowego – w myśl nowych przepisów, organ podatkowy, korzystając z regulacji dot. unikania opodatkowania, zastosowania środków ograniczających umowne korzyści lub przepisów o cenach transferowych, będzie ustalał dodatkowe zobowiązanie podatkowe odpowiadające ułamkowi stwierdzonej w postępowaniu korzyści podatkowej. O ile na aprobatę zasługuje cel ograniczenia stosowania agresywnych schematów optymalizacji podatkowej, o tyle wydaje się niebezpieczne wprowadzenie do porządku prawnego konstrukcji umożliwiającej nakładanie dodatkowych sankcji finansowych. Powstaje bowiem uzasadniona obawa, że głównymi podmiotami narażonymi na obciążenie takimi sankcjami, będą stosunkowo niewielkie firmy, dokonujące obniżenia wysokości zobowiązania podatkowego w sposób niesprzeczny z prawem. Jednocześnie można przypuszczać, że najwięksi gracze, dysponujący dużymi środkami, dzięki którym mogą zaangażować profesjonalne kancelarie i najlepszych specjalistów, z powodzeniem omijają – i będą omijać dalej – przepisy dotyczące klauzuli, w związku z tym nawet trzykrotność dodatkowego zobowiązania podatkowego, o której jest mowa w projekcie, ich nie dotknie.

Duży niepokój budzą proponowane regulacje dotyczące obowiązku raportowania o schematach podatkowych. Przez schemat podatkowy rozumie się generalnie zestaw pewien ogólnych rozwiązań, opracowanych w oparciu o znajomość przepisów prawa podatkowego i praktykę jego stosowania. Wprowadzenie obowiązku raportowania administracji skarbowej takich schematów, do którego zresztą zobowiązani byliby nie tylko sami podatnicy, ale czasami „promotorzy” (tj. doradcy podatkowi, czy adwokaci) albo „wspomagający” (np. biegli rewidenci), budzi poważne wątpliwości, odnoszące się przede wszystkim do ochrony tajemnicy przedsiębiorstwa, a także swobód wynikających wprost z konstytucji. Nie ulega bowiem wątpliwości, że możliwość planowania podatkowego w taki sposób, by minimalizować wysokość zobowiązania podatkowego w sposób zgodny z prawem, stanowi element funkcjonowania na konkurencyjnym rynku i rolą państwa jest tutaj raczej upraszczanie systemu podatkowego tak, by było w nim jak najmniej możliwych do wykorzystania luk, a nie ograniczanie opisanej wyżej swobody w celu pozyskania dodatkowych środków do budżetu. Planowanie podatkowe, czy też elementy strategii biznesowej, pozostają natomiast z reguły tajemnicą przedsiębiorstwa, która podlega prawnej ochronie, a którą – zgodnie z nowymi przepisami – przedsiębiorcy będą musieli „dzielić się” z administracją skarbową, niejako samemu składając o sobie pełną informację dotyczącą planowanych aktywności wiążących się z określonymi skutkami podatkowymi. Dodatkowo, uznajemy że obowiązek wprowadzenia i stosowania wewnętrznych procedur w zakresie przeciwdziałania niewywiązywaniu się z obowiązku przekazywania informacji o schematach podatkowych, stanowi niepotrzebne dodatkowe obciążenie formalne i sprawozdawcze, w stopniu znacznym dla przedsiębiorców dokuczliwe. Usztywnienie relacji biznesowych i wzmacnianie formalizmu wewnątrz firm, w prosty sposób doprowadza do spowolnienia ich rozwoju. Uważamy ponadto, że przewidziane sankcje karne za niedopełnienie obowiązku wprowadzenia i stosowania tychże procedur, są zdecydowanie zbyt wysokie i niewspółmierne do szkodliwości penalizowanego czynu. Zaznaczamy jednocześnie, że również przepisy dotyczące raportowania schematów podatkowych stanowią implementację dyrektywy unijnej, i również w tym przypadku termin jej transpozycji mija dopiero 31 grudnia 2019 roku. Analogicznie zatem jak w przypadku regulacji dot. exit tax, apelujemy o rozpoczęcie osobnych prac legislacyjnych poświęconych wypracowaniu odpowiednich rozwiązań w zakresie raportowania schematów. Zaznaczamy jednocześnie, że za niewskazane uznajemy wprowadzanie obowiązku wprowadzania wewnętrznych procedur, a tym bardziej dokuczliwe penalizowanie nieprzestrzegania go.

Podobnie krytycznie odnosimy się do proponowanych regulacji dotyczących pobierania podatku u źródła. W kształcie zaproponowanym przez projektodawcę, nowe przepisy nakładają na przedsiębiorców dodatkowe obowiązki w postaci monitoringu płatności należności kontrahentom zagranicznym, co w oczywisty sposób doprowadziłoby do znacznego zwiększenia kosztów personalno-administracyjnych. Jednocześnie, po raz kolejny ustawodawca planuje objąć przedsiębiorcę obowiązkiem ustalenia i dochodzenia określonego faktu, w sytuacji w której nie został wyposażony w żadne umożliwiające mu to narzędzia. Z takim przypadkiem mamy do czynienia np. w zakresie solidarnej odpowiedzialności przy podatku VAT (gdzie na przedsiębiorcy ciąży de facto obowiązek ustalenia, czy jego kontrahent jest uczciwy), analogiczne rozwiązanie przewiduje się w projektowanych przepisach – zgodnie z nimi to przedsiębiorca ma ustalać, kto jest uprawniony do otrzymania wynagrodzenia, podczas gdy pozbawiony jest możliwości egzekwowania od kontrahentów jakichkolwiek szczegółowych potwierdzeń i dokumentów. Dodatkowo, to na przedsiębiorcy ciążyć ma obowiązek dochodzenia zwrotu nienależnie odprowadzonego podatku. Uznajemy, że projektowane rozwiązania zdecydowanie zbyt daleko ingerują w swobodę gospodarowania i prowadzenia działalności, w związku z tym apelujemy o pozostawienie regulacji dot. pobierania podatku u źródła bez zmian.

Ostatecznie, zwracamy uwagę na potrzebę modyfikacji przepisów przejściowych zawartych w art. 19 projektu dot. możliwości skorzystania z preferencyjnej stawki podatki w przypadku poniesienia wydatków związanych z kwalifikowanymi prawami własności intelektualnej. Proponujemy doprecyzowanie projektowanych przepisów przez dodanie do art. 19 ust. 3, w którym potwierdzone zostanie prawo podmiotu powstałego w wyniku połączenia spółek, które wcześniej wchodziły w skład podatkowej grupy kapitałowej, a które ponosiły wydatki na prace badawczo-rozwojowe, do uwzględnienia wydatków dla potrzeb kwalifikacji współczynnika i ustalenia dochodu kwalifikowanego. Doprecyzować należy również, przez jaki czas prawo do 5 proc. stawki CIT będzie przysługiwać – czy za okres nieprzedawniony podatkowo, czy też bez limitu czasowego.

Dodatkowo ZPP uważa, że planowane zmiany opodatkowania sprzedaży dziedziczonych lub nabywanych w drodze nieruchomości, które są ewidentnie pokłosiem dostrzeżenie skrajnych wręcz absurdów związanych z tym opodatkowaniem, opierają się na mylnym przekonaniu, że dominująca dziś linia orzecznictwa sądów administracyjnych, wspierana przez przedstawicieli doktryny prawa podatkowego, jest prawidłowa. A nie jest. Zważywszy, że opiera się ona na wadach wykładni prawa podatkowego – takich samych z powodu których często cierpią przedsiębiorcy – ZPP przedstawi oddzielnie swoje stanowisko w tej sprawie.

Reasumując, przedstawiony projekt ustawy oceniamy negatywnie, zwracając uwagę przede wszystkim na całkowicie nieprzystający do jego objętości, jak i wagi opisywanej w nim materii, czas konsultacji społecznych. Duża część przepisów, szczególnie istotnych dla przedsiębiorców, wcale nie musi wchodzić w życie 1 stycznia 2019 roku, bowiem termin implementacji dyrektywy mija dopiero za ponad roku. Tym samym, omawiane przepisy mogłyby zostać poddane rzetelnej analizie i konstruktywnej debacie. Jeśli chodzi o inne rozwiązania, dominują te, które budzą bardzo duże wątpliwości i obawy, a co do których zakresu ryzyk i zagrożeń żaden partner społeczny nie był w stanie precyzyjnie opisać w tak krótkim czasie przeznaczonym na składanie opinii do projektu. Jednocześnie, należy zastanowić się, czy nowelizowanie w tak dużym zakresie aktualnie obowiązującej Ordynacji podatkowej ma jakiekolwiek logiczne uzasadnienie, i czy jest spójne z zasadą zapewniania poczucia bezpieczeństwa prawnego, w sytuacji w której aktualnie konsultowany jest projekt całkowicie nowej Ordynacji.

Załącznik (propozycja zmiany przepisów w zakresie zaliczania nieściągalnych wierzytelności do kosztów uzyskania przychodu):

Propozycja zmian do projektu ustawy z dnia 24 sierpnia 2018 r.  – o zmianie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, ustawy – Ordynacja podatkowa oraz o zmianie niektórych innych ustaw

Art. 2

Proponowane brzmienie przepisów dotyczących wierzytelności nieściągalnych:

W ustawie z dnia 15 lutego 1992 r. o podatku dochodowym od osób prawnych (Dz. U. z 2016 r. poz. 1888, z późn. zm.) wprowadza się następujące zmiany:

1) w art. 4a dodaje się pkt 36 w brzmieniu:

36) instytucji pożyczkowej – oznacza to instytucję pożyczkową, o której mowa w art. 4 pkt 9 ustawy z dnia 15 stycznia 2016 r. o podatku od niektórych instytucji finansowych (Dz. U. z 2016 r. poz. 68 z późn. zm.), która wykazywała nadwyżkę sumy wartości aktywów, o której mowa w art. 5 ust. 3 tej ustawy przez co najmniej 6 miesięcznych okresów rozliczeniowych w ciągu 12 miesięcy bezpośrednio poprzedzających rozpoczęcie roku podatkowego.

2) art. 12 ust. 1 pkt 6  otrzymuje brzmienie:

6) kwota stanowiąca równowartość:

a) w bankach – rezerwy na ryzyko ogólne, utworzonej zgodnie z ustawą z dnia 29 sierpnia 1997 r. – Prawo bankowe, rozwiązanej lub wykorzystanej w inny sposób,

b) w bankach i instytucjach pożyczkowych – rozwiązanych lub zmniejszonych rezerw, o których mowa w art. 16 ust. 1 pkt 26, zaliczonych uprzednio do kosztów uzyskania przychodów, z zastrzeżeniem ust. 4 pkt 15 lit. b;

c) w bankach i instytucjach pożyczkowych stosujących MSR – rozwiązanych lub zmniejszonych odpisów na straty kredytowe, o których mowa w art. 16 ust. 1 pkt 26c, zaliczonych uprzednio do kosztów uzyskania przychodów, z zastrzeżeniem ust. 4 pkt 15 lit. b;

3) art. 12 ust. 4  pkt 15 wprowadzenie do wyliczenia otrzymuje brzmienie:

15) w bankach i instytucjach pożyczkowych:

4) art. 15 ust. 1h otrzymuje brzmienie:

1h) Kosztem uzyskania przychodów są także:

1) w bankach – rezerwa na ryzyko ogólne tworzona w roku podatkowym, zgodnie z art. 130 ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 r. – Prawo bankowe,

2) w bankach i instytucjach pożyczkowych – strata ze zbycia funduszowi sekurytyzacyjnemu albo towarzystwu funduszy inwestycyjnych tworzącemu fundusz sekurytyzacyjny wierzytelności z tytułu kredytów (pożyczek), stanowiąca różnicę pomiędzy kwotą uzyskaną ze zbycia a wartością wierzytelności z tytułu udzielonego przez bank lub instytucję pożyczkową kredytu (pożyczki) – do wysokości kwoty udzielonego kredytu (pożyczki), z wyłączeniem odsetek, prowizji i opłat, jeżeli opóźnienie w spłacie kapitału tego kredytu (pożyczki) lub odsetek przekracza 12 miesięcy

3) w bankach i instytucjach pożyczkowych – przekazane funduszowi sekurytyzacyjnemu albo towarzystwu funduszy inwestycyjnych tworzącemu fundusz sekurytyzacyjny:

a) pożytki z sekurytyzowanych wierzytelności,

b) kwoty główne z sekurytyzowanych wierzytelności,

c) kwoty uzyskane z tytułu realizacji zabezpieczeń sekurytyzowanych wierzytelności

– objęte umową o subpartycypację;

4) w bankach i instytucjach pożyczkowych – zwrócone funduszowi sekurytyzacyjnemu albo towarzystwu funduszy inwestycyjnych tworzącemu fundusz sekurytyzacyjny kwoty uzyskane ze zbycia tym podmiotom praw do strumienia pieniądza z sekurytyzowanych wierzytelności z tytułu kredytów (pożyczek) objętych umową o subpartycypację w przypadkach gdy następuje zwrotne przeniesienie praw do takich wierzytelności, jeżeli bank lub instytucja pożyczkowa wykazała przychód na podstawie art. 12 ust. 4f i nie zaliczyła do kosztów uzyskania przychodów kapitału kredytu (pożyczki) na podstawie pkt 3 lit. b lub c.

5) w art. 16 ust. 1:

1. pkt 10 lit. e otrzymuje brzmienie:

e) z tytułu przekazania przez bank, spółdzielczą kasę oszczędnościowo-kredytową lub instytucję pożyczkową funduszowi sekurytyzacyjnemu albo towarzystwu funduszy inwestycyjnych tworzącemu fundusz sekurytyzacyjny środków pochodzących ze spłat kredytów (pożyczek), objętych sekurytyzacją wierzytelności;

2.  pkt 25 lit. b otrzymuje brzmienie:

b)    wymagalnych a nieściągalnych kredytów (pożyczek) pomniejszonych o kwotę odsetek, opłat i prowizji oraz o równowartość rezerw lub odpisów na straty kredytowe albo odpisów aktualizujących wartość należności utworzonych na te kredyty (pożyczki), zaliczonych uprzednio do kosztów uzyskania przychodów – w przypadku, gdy te kredyty (pożyczki) udzielone zostały przez bank, spółdzielczą kasę oszczędnościowo-kredytową lub instytucję pożyczkową,

3.    pkt 26 otrzymuje brzmienie:

„26) rezerw tworzonych na pokrycie wierzytelności, których nieściągalność została uprawdopodobniona, z wyjątkiem tych rezerw na należności z tytułu udzielonych przez bank i instytucje pożyczkowe kredytów (pożyczek) oraz na należności z tytułu udzielonych przez bank gwarancji (poręczeń) spłaty kredytów i pożyczek, pomniejszonych o wartość rezerw dotyczącą odsetek, prowizji i opłat, które zostały utworzone na pokrycie:

a) w bankach i instytucjach pożyczkowych, z zastrzeżeniem lit. c:

– wymagalnych a nieściągalnych – udzielonych kredytów (pożyczek),

– wymagalnych a nieściągalnych należności z tytułu udzielonych przez bank po dniu 1 stycznia 1997 r. gwarancji (poręczeń) spłaty kredytów i pożyczek,

– udzielonych kredytów (pożyczek), zakwalifikowanych do kategorii wątpliwe, na podstawie przepisów, o których mowa w ust. 3 – do wysokości nie większej niż 25% tej kwoty kredytu (pożyczki), na którą została utworzona rezerwa,

–  należności z tytułu udzielonych przez bank po dniu 1 stycznia 1997 r. gwarancji (poręczeń) spłaty kredytów i pożyczek, zakwalifikowanych do kategorii wątpliwe, na podstawie przepisów, o których mowa w ust. 3 – do wysokości nie większej niż 25% tej kwoty należności, na którą została utworzona rezerwa,

b) w bankach hipotecznych:

–  wymagalnych a nieściągalnych nabytych wierzytelności banku hipotecznego,

–  nabytych wierzytelności banku hipotecznego, zakwalifikowanych do kategorii wątpliwe, na podstawie przepisów, o których mowa w ust. 3 – do wysokości nie większej niż 25% kwoty tej nabytej wierzytelności banku hipotecznego, na którą została utworzona rezerwa,

c)  w bankach, udzielonych przedsiębiorcom realizującym program restrukturyzacji na podstawie odrębnych ustaw:

–  kredytów (pożyczek) zakwalifikowanych do kategorii stracone, na podstawie przepisów, o których mowa w ust. 3,

–  należności z tytułu udzielonych przez bank po dniu 1 stycznia 1997 r. gwarancji (poręczeń) spłaty kredytów i pożyczek zakwalifikowanych do kategorii stracone, na podstawie przepisów, o których mowa w ust. 3,

– kredytów (pożyczek) zakwalifikowanych do kategorii wątpliwe, na podstawie przepisów, o których mowa w ust. 3 – do wysokości nie większej niż 50% tej kwoty kredytu (pożyczki), na którą została utworzona rezerwa,

– należności z tytułu udzielonych przez bank gwarancji (poręczeń) spłaty kredytów i pożyczek zakwalifikowanych do kategorii wątpliwe, na podstawie przepisów, o których mowa w ust. 3 – do wysokości nie większej niż 50% tej kwoty należności, na którą została utworzona rezerwa;

4. pkt 26c otrzymuje brzmienie:

„26c) odpisów na straty kredytowe utworzonych na pokrycie wierzytelności, których nieściągalność została uprawdopodobniona, z wyjątkiem tych odpisów na straty kredytowe utworzonych na należności z tytułu udzielonych przez bank lub instytucję pożyczkową kredytów (pożyczek) oraz na należności z tytułu udzielonych przez bank gwarancji (poręczeń) spłaty kredytów i pożyczek, pomniejszonych o wartość odpisów na straty kredytowe dotyczącą odsetek, prowizji i opłat, które zostały utworzone na pokrycie:

a) w bankach i instytucjach pożyczkowych, z zastrzeżeniem lit c:

– wymagalnych a nieściągalnych – udzielonych kredytów (pożyczek),

– wymagalnych a nieściągalnych należności z tytułu udzielonych przez bank po dniu 1 stycznia 1997 r. gwarancji (poręczeń) spłaty kredytów i pożyczek,

– udzielonych kredytów (pożyczek), których opóźnienie w spłacie kapitału lub odsetek przekracza 6 miesięcy i nie przekracza 12 miesięcy – do wysokości nie większej niż 25% tej kwoty kredytu (pożyczki), na którą został utworzony odpis na straty kredytowe,

– należności z tytułu udzielonych przez bank po dniu 1 stycznia 1997 r. gwarancji (poręczeń) spłaty kredytów i pożyczek, których opóźnienie w spłacie kapitału lub odsetek przekracza 6 miesięcy i nie przekracza 12 miesięcy – do wysokości nie większej niż 25% tej kwoty należności, na którą został utworzony odpis na straty kredytowe,

b) w bankach hipotecznych:

– wymagalnych a nieściągalnych nabytych wierzytelności banku hipotecznego,

– nabytych wierzytelności banku hipotecznego z tytułu kredytów (pożyczek), których opóźnienie w spłacie kapitału lub odsetek przekracza 6 miesięcy i nie przekracza 12 miesięcy – do wysokości nie większej niż 25% tej kwoty nabytej wierzytelności banku hipotecznego, na którą został utworzony odpis na straty kredytowe,

c)  w bankach, udzielonych przedsiębiorcom realizującym program restrukturyzacji na podstawie odrębnych ustaw:

–  wymagalnych, a nieściągalnych kredytów (pożyczek),

–  wymagalnych a nieściągalnych należności z tytułu udzielonych przez bank po dniu 1 stycznia 1997 r., gwarancji (poręczeń) spłaty kredytów i pożyczek,

–  kredytów (pożyczek), których opóźnienie w spłacie kapitału lub odsetek przekracza 6 miesięcy i nie przekracza 12 miesięcy – do wysokości nie większej niż 50% tej kwoty kredytu (pożyczki), na którą został utworzony odpis na straty kredytowe,

–  należności z tytułu udzielonych przez bank gwarancji (poręczeń) spłaty kredytów i pożyczek, których opóźnienie w spłacie kapitału lub odsetek przekracza 6 miesięcy i nie przekracza 12 miesięcy – do wysokości nie większej niż 50% tej kwoty należności, na którą został utworzony odpis na straty kredytowe;”,

5. dodaje się ust. 3g1 o następującym brzmieniu;

3g1) Przepisy ust. 2a-3g stosuje się odpowiednio do instytucji pożyczkowych.

MatchBeta – Aplikacja AI autorstwa dr Magdaleny Kaczmarek pomaga wybrać właściwą ścieżkę kariery

Rozwijana przez PwC od prawie 2 lat platforma MatchBeta, wykorzystująca sztuczną inteligencję w doradztwie kariery, pomaga młodym ludziom w wyborze ścieżki zawodowej dopasowanej do ich kompetencji, wykształcenia i zainteresowań. Do tej pory aplikacja została zasilona danymi od ponad 4 tys. profesjonalistów, a z jej pomocy skorzystało już ok. 16 tys. studentów.

Pierwszym etapem tworzenia aplikacji MatchBeta było wypracowanie wspólnie z Centrum Innowacji Uniwersytetu SWPS w Warszawie testu, autorstwa dr Magdaleny Kaczmarek, badającego predyspozycje zawodowe. W kolejnym kroku ważne było zebranie jak największej ilości danych od osób, które są już aktywne na rynku pracy od kilku lat. Profesjonaliści wypełniają test badający zainteresowania, preferencje odnośnie środowiska pracy, inteligencję werbalną, inteligencję logiczną, pamięć, szybkość uczenia się oraz cechy osobowości oraz wypełniają krótką metryczkę określając np. swój poziom zadowolenia z wykonywanej pracy (happiness index). Aplikacja wykorzystująca sztuczną inteligencję na bazie analizy danych od profesjonalistów, wyciąga odpowiednie wnioski i rekomenduje studentowi/absolwentowi wchodzącemu na rynek pracy ścieżkę kariery najbardziej dopasowaną do jego naturalnego potencjału, a także wskazuje mocne strony i potencjalne obszary do rozwoju.

Od momentu uruchomienia projektu MatchBeta test dla profesjonalistów uzupełniło ponad 4 tys. osób, a z doradztwa zawodowego skorzystało już ponad 16 tys. studentów. Dla młodych osób dopiero wchodzących na rynek pracy rekomendacja, jaką otrzymali po wypełnieniu ankiety, pomogła wybrać ścieżkę zawodową najlepiej dopasowaną do ich naturalnych predyspozycji i uniknąć pomyłki czy przypadkowego doboru pierwszej pracy. MatchBeta jest aplikacją samouczącą się – ważne jest wypełnianie testu przez kolejnych profesjonalistów z różnych branż, aby sztuczna inteligencja zasilana była kolejnymi danymi. Samo wypełnienie testu nie zajmuje więcej niż 10 minut. – Izabela Szczurska, koordynator projektu MatchBeta w PwC.

Istotną część aplikacji stanowi także Karieroteka, w której zamieszczane są porady dotyczące wejścia na rynek pracy i opisy konkretnych zawodów. Dodatkowo, na platformie znajdują się oferty praktyk i staży od pracodawców zarejestrowanych w MatchBeta, dzięki czemu studenci po wypełnieniu ankiety mogą otrzymać dopasowaną do swoich oczekiwań propozycję zatrudnienia.

Jak dokładnie działa MatchBeta? Dzięki zaawansowanym algorytmom przygotowanym przez zespół PwC Data Analytics analizuje wszystkie udzielone przez profesjonalistów odpowiedzi i znajduje niewidoczne dla człowieka powiązania pomiędzy wieloma elementami tworząc charakterystyki poszczególnych grup zawodowych funkcjonujących na polskim rynku pracy. W efekcie jest w stanie stworzyć precyzyjne profile i podpowiedzieć studentom wypełniającym ten sam test co profesjonaliści, do jakiego zawodu dana osoba ma największe predyspozycje.

Co ważne, system umożliwia wygenerowanie takiego podsumowania w osobnym pliku, stając się wartościowym załącznikiem do CV, wyróżniającym kandydata spośród innych osób aplikujących na dane ogłoszenie. Informację zwrotną w pliku PDF można pobrać po zalogowaniu się na swoje konto w aplikacji.

MatchBeta łączy tradycje klasycznego testu psychologicznego z rozwiązaniami nowoczesnej analityki i AI. Dzięki zaawansowanym analizom można zauważyć związki, które nie są widoczne gołym okiem, a niekiedy są wprost nieintuicyjne. Dzięki oparciu się o funkcjonujące i sprawdzone modele teoretyczne oraz twierdzenia klasycznej psychometrii, poszukiwania te stają się znacznie bardziej efektywne: nie szukamy po omacku, mapujemy rzeczywiście przydatne w pracy kompetencje i analizujemy związki, które nie są przypadkowe i chwilowe, tylko faktycznie mówią coś o predyspozycjach w różnych zawodach i na różnych stanowiskach. – dr Magdalena Kaczmarek, psycholog, Uniwersytet SWPS w Warszawie

Informacja zwrotna generowana przez system MachBeta to ważny punkt wyjścia dla młodej osoby wchodzącej na rynek pracy. Świadomość swoich naturalnych predyspozycji, mocnych stron i potencjału intelektualnego jest podstawą podejmowania decyzji zawodowych i edukacyjnych dla kandydata. Ułatwia wyszukiwanie adekwatnych ofert pracy oraz wzmacnia proaktywną postawę. – Olga Kożuchowska, Biuro Karier Uniwersytetu SWPS w Warszawie

Platforma MatchBeta jest dostępna na stronie www.matchbeta.pl.
Test dla profesjonalistów: https://matchbeta.pl/matchowanie.

Analiza techniczna: kurs dolara, euro, funta, franka 10.09.2018

Kiepski czas złotego. Krajowa waluta słabnie do większości głównych walut i jest jedną z najsłabszych w koszyku EM. Kredytobiorcy frankowi znów pełni obaw o dalsze losy franka. Groźba nałożenia ceł na cały import z Chin przez USA coraz bliższa. Dane z USA znów pokazują, która gospodarka jest numerem jeden. Ciekawe dni dla wspólnej waluty i funta. W perspektywie posiedzenia banków centralnych EBC i BoE.

Krzysztof Pawlak - dealer walutowy w Walutomat.pl
Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Walutomat.pl

Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 06.08.2017-10.09.2018

Para walutowa EUR/PLN CHF/PLN USD/PLN GBP/PLN
Minimum 4,2530 3,6770 3,6353 4,6990
Maksimum 4,3340 3,8540 3,8300 4,8580

 

Kurs euro EUR/PLN

Kurs euro EUR/PLNDzisiejszy dzień złoty znów nie zaliczy do udanych. EUR/PLN znów zbliża się do ostatnich maksimów. Krajowa waluta jest dzisiaj jedną ze słabszych walut globalnie, gorzej wygląda tylko lira turecka więc nie ma się czym chwalić. I wydaje się, że złoty nie wykorzystuje tutaj chwilowego impasu w wojnie handlowej, który mógłby skutkować jego umocnieniem. Tym bardziej, że układ na parze EUR/USD powinien sprzyjać umocnieniu złotówki. Po piątkowych bardzo mocnych danych z USA na dolarze trwa realizacja zysków. Często się tak dzieje gdy już tak naprawdę wszystko wiemy czyli, że USA gospodarczo jest numerem 1. Nieco zmalały także obawy o konflikt handlowy. Oczywiście to tylko chwilowe bo pakiet olbrzymiej kwoty objętej cłami na Chiny, który ma być nałożony na Chiny wisi w powietrzu. W piątek Trump powiedział, że zamiast 200 mld ma to być 267 mld USD. W tym jednak momencie rynki bardziej się cieszą, że nawet ta mniejsza kwota nie została wprowadzona. Technicznie kurs EUR/PLN jest teraz w ważnym miejscu. W tym momencie testujemy wsparcie linii krótkoterminowego trendu wzrostowego. Złamanie tego poziomu z pewnością skierowało by kurs kilka groszy na południe. Z drugiej strony jednak jeśli nastroje na szerokim rynku znów staną się kiepskie szybko zobaczymy kurs 4,35.

Kurs franka CHF/PLN

Kurs franka CHF/PLNKredytobiorcy frankowi na pewno znów nie mają lekkiego życia. Kurs CHF/PLN znajduje się dość wysoko choć do granicy 4,00 jeszcze sporo brakuje. Ale z drugiej strony patrząc na to co się dzieje na świecie to i tak sytuacja nie wygląda najgorzej. Utarty już temat wojen handlowych i próby walki Trumpa tak naprawdę z całym światem, kłopoty większości krajów wschodzących powinny spowodować dużo większą ucieczkę kapitału do bezpiecznych przystani. I zapewne się tak dzieje z tym, że frank szwajcarski już takie monopolu nie ma. Siła amerykańskiej gospodarki plus wyższe stopy procentowe przyciągają kapitał do dolara. Mimo to jednak EUR/CHF znajduje się w okolicach 1,12 a więc sporo niżej niż granica 1,20 do której jeszcze niedawno pukał. Taki poziom wynika jednak również z niskiego kursu EUR/USD, który świadczy o słabości wspólnej waluty. W konsekwencji obrywa się złotemu w relacji do franka. Mimo wszystko póki co obserwujemy lekkie odreagowanie wynikające z nieudanego testu przebicia ostatniego maksimum. W tym tygodniu poza oczywiście informacjami w sprawie nowych ceł na Chiny ważne będzie posiedzenie EBC. Draghi w obliczu kiepskich danych makro w krajach strefy euro musi niejako być gołębi co poskutkuje osłabieniem wspólnej waluty. Prezes EBC jednak nie lubi być przewidywalny więc można oczekiwać zaskoczenia. W kontekście pary CHF/PLN warto więc obserwować notowania EUR/CHF.

Kurs dolara USD/PLN

Kurs dolara USD/PLNPo lekkim odreagowaniu kursu USD/PLN i spadku w okolice 3,65 znów mkniemy do góry. Dzisiaj rano po raptem 10 dniach testowaliśmy już poziom 3,75. Fakt niemal wszystko jest na korzyść amerykańskiej waluty. Najlepiej radząca sobie gospodarka. Argument? Piątkowe wyśmienite dane z rynku pracy. Polityka pieniężna na drodze zacieśniania. Przykład? Praktycznie przesądzone dwie podwyżki stóp jeszcze w tym roku. Splot tych dwóch czynników już może śmiało wskazywać na to by odbierać dolara jako pierwszy wybór lokaty kapitału w trudnych czasach. Do tego najbliższy prawdy scenariusz w wojnie handlowej czyli nałożenie ceł na cały import z Chin przez USA jeszcze umocni dolara. Rozum podpowiada więc, że USD/PLN ma otwartą drogę w kierunku nawet 3,90 a może i wyżej w perspektywie kilku tygodni. Sytuacja więc teoretycznie klarowna. Ale jednak zapominamy o osobie Trumpa czyli prezydencie USA. Jego kontrowersyjna postawa i walka o dobro Ameryki z niemal całym światem powoduje, że dolar może stracić miano waluty numer jeden. Dlaczego? W końcu cały świat się sprzysięży przeciwko Trumpowi. Już widać oznaki patrząc choćby na to, że część krajów wymienia dolary na złoto dla przykładu Rosja i Turcja. Z czasem zaczną zwaśnione kraje denominować swój dług choćby na juany. I wykluczać dolara z obrotu w handlu. Perspektywa może na ten moment abstrakcyjna ale wydaje się coraz bardziej realna. Mimo to i tak wygranym będzie Trump bo nie chce on mocnej waluty. Wracając do USD/PLN to na ten moment trend wzrostowy wydaje się niezagrożony.

Kurs funta GBP/PLN

Kurs funta GBP/PLNBez wątpienia poza dolarem wygranym ostatnich dni pozostaje funt brytyjski. Tutaj decydujące są pertraktacje dotyczące Brexitu. Każde informacje oddalające widmo twardego Brexitu działają in-plus dla brytyjskiej waluty. Ostatnie umocnienie to zasługa przede wszystkim słów Barniera czyli negocjatora z ramienia UE o możliwej nowej granicy z Irlandią, a także doniesienia o porozumieniu Wielkiej Brytanii z Niemcami, które grają jedną z głównych ról w UE. Do tego brak doniesień o problemach w rządzie May i mamy solidne wzmocnienie. Na GBP/PLN utworzył się solidny trend wzrostowy, który początek ma w końcówce sierpnia. w dwa tygodnie kurs więc wzrósł o prawie 15 groszy! Sporo ale brytyjska waluta przyzwyczaiła nas już do większych perturbacji. Ważne w kontekście funta może być posiedzenie BoE. Jeśli Carney zasygnalizuje postęp w negocjacjach z UE i wspomni o dalszej chęci normalizacji polityki pieniężnej to brytyjska waluta może jeszcze zyskać. Kurs GBP/PLN powinien bez problemu wtedy pokonać opór w postaci ostatniego maxa.

Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Zakaz handlu w niedziele wyhamował sprzedaż elektroniki konsumenckiej

W okresie od stycznia do lipca 2018 roku rynek elektroniki konsumenckiej odnotował wzrost o 4 proc. w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego. Do końca lutego br., czyli momentu wprowadzenia ograniczenia handlu w niedziele, wzrost ten znajdował się na poziomie 5 proc.

Analizowany rynek elektroniki konsumenckiej obejmuje produkty z kategorii RTV, AGD, IT i Telecom.

Rynek elektroniki konsumenckiej nadal znajduje się w fazie wzrostu. Jednak dynamika tego wzrostu zauważalnie słabnie, czego bezpośrednią przyczyną jest wprowadzone w marcu br. ograniczenie handlu w niedziele.

Tygodnie z niedzielami niehandlowymi wygenerowały w analizowanym okresie sprzedaż o 1 proc. wyższą niż w analogicznym przedziale czasu w roku ubiegłym. Z kolei pełne tygodnie handlowe zanotowały 7-procentowy wzrost. Zjawisko to jest widoczne we wszystkich segmentach rynku elektroniki użytkowej.

Maciej Piekarski, analityk GfK w zakresie rynku elektroniki konsumenckiej, komentuje: „Przyczyną spowolnienia wzrostów na polskim rynku elektroniki konsumenckiej jest zmniejszenie dynamiki sprzedaży we wszystkich rodzajach sklepów, zarówno stacjonarnych, jak i internetowych. O ile e-sklepy wyraźnie zyskują w tygodniach z niedzielami niehandlowymi, to w pełnych tygodniach lepiej niż na początku roku radzą sobie sklepy tradycyjne.”

Sklepy internetowe należące do sieci handlowych są największymi beneficjentami zmian w prawie. Przed wejściem nowych regulacji ich sprzedaż rok do roku zwiększyła się o 15 proc. W okresie od marca do lipca br. dynamika wzrosła do niemal 20 proc. W tygodniach obejmujących niedziele niehandlowe sklepy te zwiększyły obroty o 25 proc. wobec 15 proc. w pozostałych tygodniach. Oznacza to, iż duże sieci handlujące elektroniką konsumencką dobrze przygotowały się do zmian, koncentrując się na sprzedaży w internecie.

Segmentem, który najbardziej odczuł skutki wprowadzenia ograniczeń handlu w niedziele, jest duże AGD. Do końca lutego br. widoczny był ponad 10-procentowy wzrost obrotów liczony rok do roku. Po wprowadzeniu nowych regulacji rynek rośnie o połowę wolniej. Sprzedaż w pełnych tygodniach utrzymała 10-procentowy wzrost, jednak w pozostałych tygodniach wzrosty obrotów wyniosły jedynie 4 proc.

Maciej Piekarski dodaje: „Przyczyną tego zjawiska jest fakt, że konsumenci kupujący pralki i lodówki zazwyczaj przed zakupem oglądają je w sklepach stacjonarnych. Nie było zatem możliwości przerzucenia sprzedaży w wolne niedziele kanału online.”

Waluty rynków wschodzących nadal nie mają lekko

Ubiegły tydzień przyniósł kontynuację wyprzedaży walut ryzykownych, na czym ucierpiał również polski złoty. A co przyniesie nowy tydzień?

W zeszłym tygodniu słabe dane gospodarcze z Chin i RPA zainicjowały kolejną wyprzedaż walut gospodarek wschodzących. Mimo znaczących spadków w pierwszej części tygodnia, większość istotnych walut była w stanie ustabilizować się w jego drugiej części. Największymi „przegranymi” zeszłego tygodnia były rubel rosyjski i rand południowoafrykański, chociaż tym razem masową wyprzedaż odczuły również waluty Azji. Polski złoty również był poddany presji z tego powodu.

Najistotniejszą wiadomością spoza rynków wschodzących była publikacja raportu z rynku pracy w Stanach Zjednoczonych. Zgodnie z nowymi danymi tempo wzrostu wynagrodzeń w USA przyspieszyło do 2,9% w ujęciu rocznym. W efekcie rentowności 10-letnich obligacji Stanów Zjednoczonych osiągnęły poziom najwyższy od miesiąca, nie przełożyło się to jednak na istotną słabość walut EM.

Bieżący tydzień przyniesie sporo nowych odczytów makroekonomicznych – inwestorzy powinni jednak zwracać uwagę szczególnie na spotkania banków centralnych. Szczególną zmiennością może cechować się najbliższy czwartek. Tego dnia bowiem spotykają się zarówno Bank Anglii, jak i Europejski Bank Centralny.

PLN

Ubiegły tydzień przyniósł lekkie osłabienie polskiego złotego. Polskiej walucie w minionym tygodniu nie sprzyjał m.in. powrót obaw o sytuację w krajach EM, kwestie związane z wojną handlową oraz spadek kursu EUR/USD.

Zgodnie z naszymi oczekiwaniami, Rada Polityki Pieniężnej podczas spotkania we wrześniu utrzymała stopy procentowe na niezmienionym poziomie – ze stopą referencyjną w wysokości 1,5%. Istotnie nie zmienił się również ton prezesa Glapińskiego i przewodzonej przez niego RPP. Prezes powtarza, że zarówno obecnie, jak i w przewidywalnej przyszłości (do końca 2019 r.) nie widzi szans na podwyżki stóp procentowych.

W tym tygodniu warto zwrócić uwagę w szczególności na wyliczenia inflacji bazowej w Polsce w sierpniu, które poznamy w czwartek oraz na piątkową rewizję ratingu Polski, którą przeprowadzić ma agencja Moody’s. W kontekście tego, iż od ostatniej zmiany ratingu ze strony Moody’s nie wydarzyło się nic przełomowego oraz tego, że agencja już teraz ocenia nas najlepiej spośród wszystkich agencji tzw. „Wielkiej Trójki”, nie spodziewamy się zmiany ratingu, czy jego perspektywy.

GBP

W zeszłym tygodniu otrzymaliśmy dość mieszane odczyty indeksów aktywności biznesowej PMI dla Wielkiej Brytanii. Funt brytyjski ignoruje jednak większość wieści dotyczących gospodarki – zamiast tego zmiany kursu szterlinga wynikają głównie z wiadomości i plotek na temat stanu negocjacji ws. Brexitu. Pod koniec tygodnia funt utrzymał się mniej więcej na tym samym poziomie, na jakim znajdował się on w zeszły poniedziałek. Zaczynamy jednak obserwować pozytywne sygnały ze strony Unii Europejskiej, która wydaje się przyjmować łagodniejsze podejście wobec negocjacji. Utrzymujemy również opinie, że rynki finansowe przeceniają prawdopodobieństwo tzw. twardego Brexitu.

Podstawowym źródłem zmienności funta w najbliższym tygodniu będzie wrześniowe posiedzenie Banku Anglii. Konsensus nie oczekuje zmiany w polityce monetarnej (obserwowany będzie jedynie rozkład głosów w komitecie ds. polityki monetarnej). Pod lupę zostaną natomiast wzięte „minutki” ze spotkania banku centralnego.

EUR

Dane dotyczące indeksów aktywności biznesowej PMI były niemal zgodne ze wstępnymi wskazaniami. Kurs euro względem większości istotnych walut znajdował się w wąskim korytarzu wahań i pod koniec tygodnia znalazł się na mniej więcej tym samym poziomie co w zeszły poniedziałek.

W czwartek odbędzie się spotkanie Europejskiego Banku Centralnego. Podobnie jak w przypadku BoE, również i tam nie powinna nastąpić żadna zmiana w polityce monetarnej. Będziemy jednak bardzo uważnie słuchać wystąpienia przewodniczącego EBC, Mario Draghiego. Istotną wagę przywiązujemy do następujących kwestii: konfliktu instytucji unijnych z rządem Włoch, a także problemu inflacji bazowej, która nadal nie jest w stanie wykazać wyraźnego trendu wzrostowego.

USD  

Opublikowane w zeszłym tygodniu dane makroekonomiczne w ujęciu ogólnym potwierdzają dobrą kondycję amerykańskiej gospodarki. Jest to widoczne, zwłaszcza jeśli spojrzymy na comiesięczny raport z rynku pracy. Liczba nowych miejsc pracy w sektorach pozarolniczych wprawdzie zaskoczyła in minus, a bezrobocie niespodziewanie nieco wzrosło. Najistotniejszy jest jednak wzrost wynagrodzeń, który osiągnął imponujący poziom 2,9% w ujęciu rocznym. Jeżeli wysoki wzrost płac utrzyma się również w kolejnych miesiącach, będzie to mogło oznaczać, że dobra kondycja rynku pracy w Stanach Zjednoczonych wreszcie zmusza pracodawców do zwiększania płac, co ma na celu utrzymanie siły roboczej. To z kolei może oznaczać szybsze tempo podwyżek stóp procentowych Rezerwy Federalnej, a także silniejszego dolara.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury Polska

Lidl i Biedronka stawiają na kosmetyki, słodycze i chemię gospodarczą

Liderzy rynku dyskontowego stosują wręcz te same strategie zarządzania standami w swoich placówkach. Różni je tylko kolejność udziałów 3 najważniejszych grup towarowych. Podczas gdy w Biedronce kosmetyki mają najwięcej ekspozycji – 27%, w Lidlu zajmują 22%. Z kolei dla niemieckiej sieci najważniejsze są słodycze – 31%. Portugalski konkurent przeznacza na nie 18%. Natomiast chemia gospodarcza pozostaje na poziomie 20% w dyskontach Grupy Jeronimo Martins i 19% w sklepach należących do Schwarz Group. Do takich wniosków doszli specjaliści z platformy TakeTask.

Jak podkreśla Andrzej Wojciechowicz, ekspert rynku FMCG, kosmetyki, słodycze i chemia gospodarcza są czołowymi kategoriami produktów w generowaniu efektywnej, skumulowanej marży brutto. Wpływ na ich aprecjację mają nie tylko sieci, ale też producenci, gotowi dodatkowo wynagradzać detalistę za ekstra miejsce sprzedaży. Jest to szczególnie widoczne w branżach o znaczących budżetach promocyjnych. Efekt to stosunkowo wysoki zysk sprzedawcy na danym towarze.

– Tego typu artykuły kupują i to dosyć często praktycznie wszyscy konsumenci. Dlatego sieciom opłaca się wystawiać je na dodatkowych ekspozycjach. Ponadto takie umieszczenie asortymentu zwykle jest połączone z promocją w gazetce. Zatem sklep i producent obniżają swoje marże, ale liczą na większą sprzedaż ilościową. W całościowym rozrachunku zysk, liczony w złotówkach, a nie jako procent, jest zwykle większy niż w tygodniach bez rabatów – komentuje Arkadiusz Cybulski, Dyrektor Zarządzający platformą TakeTask.

Według Andrzeja Wojciechowicza, inna kolejność udziałów w ekspozycjach jest wynikiem różnej efektywności promowanych kategorii produktów w każdej sieci. To w sposób pośredni wskazuje również na presję negocjacyjną, wynikającą z przyjętej polityki asortymentowej danego detalisty. Jego motywacją może być chęć poprawy całościowej marży brutto dla określonej grupy towarów w celu wypełnienia założeń przyjętej strategii.

– Sama kolejność udziału kategorii w sieci wynika z wewnętrznej kalkulacji opłacalności promocji oraz jej wpływu na liczbę klientów odwiedzających sklepy. W Lidlu słodycze są na pierwszym miejscu, a w Biedronce – na trzecim. Należy jednak zwrócić uwagę na to, że sama chemia gospodarcza jest na bardzo zbliżonym poziomie 20% vs 19% – dodaje Arkadiusz Cybulski.

W Biedronce kolejne miejsca zajęły takie kategorie produktowe, jak m.in. artykuły spożywcze suche – 8%, a także kawy, herbaty i zioła – łącznie 5%. Natomiast w Lidlu zaraz za TOP 3 znalazły się napoje – 8% oraz art. dla dzieci – 5%. I tu widać już pewne zróżnicowanie. Zdaniem ekspertów, udziały ww. towarów w standach mogą zmieniać się sezonowo. Jednak nie mają szansy zdeklasować kosmetyków, słodyczy czy też chemii gospodarczej, gdyż to są stałe elementy koszyków.

– Dla przykładu, w okresie letnim nikt specjalnie nie promuje napojów. Obrót i tak jest bardzo wysoki, a jeśli detalista dopuści dodatkową ekspozycję, to raczej z powodów czysto operacyjnych. Producent może mu zaproponować za to wyjątkową cenę, aby np. pozbyć się zapasów z nadprodukcji i wykorzystać pik sezonowej sprzedaży – zwraca uwagę Andrzej Wojciechowicz.

Jak podsumowuje ekspert z platformy TakeTask, w niektórych tygodniach mogą pojawić się grupy produktów, które będą mocno promowane. Jednak TOP 3 są znacznie szerszymi kategoriami niż pozostałe rodzaje artykułów, np. karmy dla zwierząt – 1% w Biedronce i 2% w Lidlu. Prawie każdy kupuje słodycze, kosmetyki i chemię gospodarczą. Ale nie wszyscy mają psy albo koty. Podobnie jest z asortymentem dla dzieci, który interesuje głównie rodziców, dziadków i oczywiście najmłodszych konsumentów.

Badanie odbyło się na przełomie czerwca i lipca br. w 55 placówkach Biedronki, gdzie były wystawione 993 zapełnione standy, a także w 54 sklepach Lidla. Tam było 1016 tego typu ekspozycji.